background image

 

Jadwiga Courths - Mahler 

 
 
 

Tajemnicza miłość Marleny 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Dzień dobry, panno Marleno!  Czy panienka dobrze spała?  

- Dzień dobry, droga pani  Darlag! Spałam doskonale!  

-  To  widać!  Wygląda  panienka    tak  świeżo,  jak  uosobienie  

wiosny!  

Marlena wdzięcznie się  roześmiała.  

- Wyglądam wiosennie w  styczniu? To dopiero sztuka!  

- Sztuka, która się panience  udaje jak wiele innych.  

- Czyżby?  

-  Wszyscy  przecież  wiedzą,  że    panienka  już  prześcignęła  pana  

prokurenta Zeidlera. A ma panienka dopiero dwadzieścia jeden lat...  

- Ależ to przesada!  

- O nie! Pan Zeidler sam  powiedział, że panienka mogłaby  zająć 

jego stanowisko w firmie  "Forst i Vanderheyden". Mówił  mi, że jest 

pani do tej pracy  lepiej przygotowana od niego.  

- Z tym się nie zgodzę! Na  pewno żartował.  

-  Mówił  zupełnie  poważnie.  Pan    Zeidler  przekonał  się  o  tym  w  

czasie  swojej  choroby.    Stwierdził,  że  dzięki  pomocy    panienki 

uniknął bałaganu w  interesie. Jedna tylko osoba  mogłaby dać sobie z 

tym radę -  pan Forst. Ale wszystko szło jak  w zegarku, każdą sprawę  

załatwiała panienka doskonale.  Czy pani wie, co jeszcze  powiedział 

pan Zeidler? 

- Cóż takiego?  

- Powiedział, że panna Marlena  to zuch dziewczyna, zasługująca  

na  szacunek.  Ja  też  tak  uważam.    Panienka  wnosi  w  moje  życie  tyle  

radości!  

background image

Marlena  objęła  staruszkę,    która  w  swojej  szarej  sukience    oraz 

białym fartuchu wyglądała  schludnie i miło.  

-  Proszę  mnie  nie  zawstydzać!    Wykonywałam  jedynie  to,  co  do  

mnie  należało.  Przejęłam  zajęcia    pana  Zeidlera  i  czuwałam,  aby  

wszystkie sprawy załatwiać w  terminie. Pracowałam tyle lat  pod jego 

kierunkiem,  że  nie  mogłam  się  nie  orientować.  Sukces  w 

przeprowadzeniu    wszystkich  transakcji  to  nie    moja  zasługa,  lecz 

szczęśliwy    traf.  Poza  tym  urzędnicy    wykonywali  moje  polecenia,  

ponieważ  traktowali  mnie  jak    zastępczynię  pana  Zeidlera.    Nigdy 

mnie  nie  zawiedli,  a    wydawało  się  nawet,  że  pracują  z    większym 

zapałem, aby sprawić mi  przyjemność.  

-  Panienka  potrafi  zachęcać  do  pracy  dobrym  przykładem. 

Wydaje  mi się, że praca jest dla  panienki największą  przyjemnością. 

Marlena spoważniała.  

- Praca jest najwyższym celem  człowieka. Nie mogłabym żyć w  

lenistwie.  Odziedziczyłam  to  po  ojcu,  który  poświęcił  się  pracy,  

zachowując  przy  tym  pogodę    ducha.  Im  więcej  przeszkód  musiał 

pokonać, tym był weselszy. Ręce miał mocne, muskularne, prawdziwe 

ręce  rzeźbiarza.  Często  powtarzał:  "Pamiętaj,  Marleno,  praca  jest  

największym  dobrem  człowieka!  Jeśli  będziesz  całe  życie  ciężko 

pracowała,  pokonasz  smutek  i  niezadowolenie!"  Wtedy  nie  

rozumiałam  jeszcze  znaczenia  tych  słów.  Byłam  bardzo  młoda, 

czułam  się  szczęśliwa  i  nie  musiałam  szukać  pociechy.  Jednak  po 

śmierci  ojca i  ciężkich przeżyciach, które  potem  przyszły,  uczepiłam 

background image

się  tych  słów  jak  deski  ratunku.  Uparcie  szukałam  jakiegoś  zajęcia, 

nie zważając na zakazy bliskich.  

Pani Darlag z uśmiechem skinęła głową.  

-  Doskonale  to  pamiętam.  Chciała  się  panienka  zajmować 

domem, a ja nie pozwoliłam.  

Marlena zaśmiała się. 

-  Czułam  się  bardzo  pokrzywdzona  i  nieszczęśliwa.  W  domu 

panował  nienaganny  porządek,  dla  mnie  zaś  nie  starczyło  pracy. 

Nawet  ogrodnik  nie  chciał  skorzystać  z  mojej  pomocy.  Byłam 

przygnębiona, gdy stałam obok niego bezczynnie, patrząc, jak szczepi 

róże.  Wtedy  właśnie  przechodził  pan  Zeidler.  Zobaczył  łzy  w  moich 

oczach,  przystanął  i  zapytał:  "Dlaczego  pani  płacze,  panno 

Marlenko?" Szlochając odpowiedziałam mu, że czuję się w tym domu 

zbędna, bo nie ma tu dla mnie żadnej pracy. Prosiłam go żarliwie, aby 

za  wszelką  cenę  znalazł  mi  jakieś  zajęcie.  Pan  Zeidler  popatrzył  na 

mnie  poważnie,  a  potem  spytał:  "Czy  pani  chodzi  o  miłą  rozrywkę, 

czy  też  naprawdę  chce  pani  pracować?"  Odrzekłam,  że  nic  tak  nie 

zaprząta  moich  myśli,  jak  uczciwe  zajęcie  i  satysfakcja  płynąca  z 

faktu,  że  jest  się  pożytecznym.  Skarżyłam  się,  że  odkąd  umarła  pani 

Forst, nie mogę znaleźć sobie miejsca w tym domu; nie potrzebuje już 

moich  starań  i  opieki,  ja  zaś  czuję  się  zupełnie  zbyteczna.  I  pan 

Zeidler  zrozumiał  mnie!  Powiedział,  że  w  mym  głosie  wyczuł  taką 

rozpacz, iż postanowił mi pomóc. Kazał mi przyjść nazajutrz rano do 

biura, no i rozpoczęłam u niego praktykę.  

 

background image

Pani Darlag poklepała Marlenę po ramieniu.  

- Ten czas praktyki nie był wcale łatwy! Pan Zeidler przyznał mi 

się wtedy, że celowo będzie panienkę męczył, aby się przekonać, czy 

nowa praktykantka posiada wytrwałość i zamiłowanie do pracy.  

-  To  prawda.  Nie  ułatwiał  mi  zadania!  Na  początku  wszystko 

wydawało  mi  się  bardzo  trudne,  ale  zaciskałam  zęby  i  nie 

oponowałam. Z czasem zaczęłam się lepiej orientować, naśladując we 

wszystkim swego zwierzchnika. Pan Zeidler często śmieje się ze mnie 

i  powiada,  że  nie  mogę  doczekać  się  chwili,  kiedy  obejmę  po  nim 

stanowisko. Mam nadzieję, że ta chwila tak prędko nie nastąpi. Jednak 

cieszy mnie, że jestem pożyteczna i nie na łaskawym chlebie.  

Ostatnie słowa Marlena wypowiedziała z cichym  westchnieniem. 

Pani Darlag położyła rękę na jej ramieniu.  

- Proszę nie myśleć  w ten sposób! Dobrze,  że pan Forst tego nie 

słyszy!  Łaskawy  chleb,  bój  się  Boga,  dziecinko!  Ojciec  panienki 

własnym życiem okupił prawo pobytu swej córki w tym domu. Umarł 

przecież,  aby  ratować  życie  naszemu  paniczowi.  Pan  Forst  spełnił 

jedynie  przyrzeczenie  dane  pani  ojcu,  że  będzie  się  opiekował  jego 

córką. Pamiętam, jak sprowadził panienkę do matki, mówiąc: "Mamo, 

ta  dziewczyna  została  sierotą  z  mojej  winy.  Jej  ojciec  zginął,  ratując 

mi  życie".  Nasza  pani  odpowiedziała:  "Odtąd  ja  będę  jej  matką. 

Postaram  się  zastąpić  ojca.  Będę  miała  teraz  dwoje  dzieci,  wy  zaś 

kochajcie  się  jak  prawdziwe  rodzeństwo".  Od  tej  chwili  nasz  panicz 

zaczął  panienkę  nazywać  "siostrzyczką  Marleną",  a  panienka  jego 

"bratem Haraldem". Naszą panią nazwała panienka "mamą". Tak było 

background image

aż  do  jej  śmierci.  Nasz  panicz  przywiązał  się  do  panienki  jak  do 

siostry. Powiada, że spełnia tylko swój obowiązek.  

Marlena  odgarnęła  z  czoła  pasma  lśniących  blond  włosów  i 

spojrzała zamyślona przed siebie.  

-  Uczynił  dla  mnie  bardzo  wiele,  więcej,  niż  nakazywał  zwykły 

obowiązek. Pamiętam tę chwilę, gdy zjawił się  w naszym skromnym 

mieszkanku  obok  pracowni  ojca.  Ojciec  był  wtedy  na  wojnie,  a  ja 

zostałam  sama  ze  starą  służącą.  Harald  wziął  mnie  za  ręce  i 

powiedział  ze  współczuciem:  "Jestem  zwiastunem  okropnej  wieści. 

Twój ojciec poległ, złożył swe życie w ofierze za mnie". Nie mogłam  

wtedy  pojąć  ogromu  nieszczęścia,  choć  przez  cały  czas  bardzo 

tęskniłam  za  tatusiem,  a  już  od  dawna  trapiły  mnie  straszne 

przeczucia.  Harald  zrozumiał  mój  ból,  toteż  objął  mnie  i  starał  się 

pocieszyć  tak  tkliwie,  tak  serdecznie,  jak  to  tylko  on  potrafi.  Potem 

zawiózł  mnie  do  Hamburga,  do  swojej  matki.  Pani  Forst  okazała  się 

równie  dobra  i  serdeczna  jak  jej  syn.  We  własnym  odczuciu  nie 

zasługiwałam na tyle dobroci, miałam wrażenie, że mi się to wcale nie 

należy.  Dopiero  choroba  mamy  sprawiła,  że  znalazłam  sposobność, 

aby dać jej dowody swej bezgranicznej wdzięczności. Wyręczałam ją 

i  pielęgnowałam  tak  czule,  jak  tylko  potrafiłam.  Byłam  taka 

szczęśliwa, że mogę się na coś przydać.  

-  Nasza  pani  nie  mogła  się  wtedy  obejść  bez  panienki.  Nie  

znalazłaby  troskliwszej  opiekunki.  A  przecież  panienka  miała  wtedy 

zaledwie piętnaście lat!  

 

background image

- Szczerze ją pokochałam i cieszyło  mnie, że wreszcie znalazłam 

cel  życia.  Gdybym  miała  więcej  doświadczenia,  zaraz  po  jej  śmierci 

poszukałabym  sobie  posady.  Powiedziałam  o  tym  Haraldowi,  gdy 

przyjechał do domu na pogrzeb matki. Było to przed końcem wojny, a 

Harald otrzymał wtedy krótki urlop. Mój pomysł bardzo go zmartwił, 

sądził bowiem, że będzie musiał złamać dane ojcu słowo. Obiecał, że 

zostanę  w  jego  domu  aż  do  zamążpójścia.  Musiałam  mu  wtedy 

przyrzec,  że  nigdy  bez  jego  zezwolenia  nie  opuszczę  tego  domu. 

Zostałam  tutaj  pod  pani  opieką,  bo  przecież  Harald  tuż  po  wojnie 

wyjechał  do  Aczynu.  Mijnheer  Vanderheyden  domagał  się  tego, 

trzeba  mu  było  młodego  pomocnika,  który  zastąpiłby  go  i 

poprowadził przedsiębiorstwo.  

-  O  ile  dobrze  pamiętam,  właśnie  w  czasie,  gdy  umarła  nasza 

ukochana pani, zdarzyło się to nieszczęście z panem Vanderheydenem 

w Kota Radża. Obie nogi ma sparaliżowane. Nie mógł sobie sam dać 

rady, toteż wezwał naszego panicza. A teraz mija już piąty rok, odkąd 

Harald siedzi na Sumatrze.  

-  Tak,  już  od  pięciu  lat  nie  miałam  od  niego  prawie  żadnych 

wiadomości.  Wysyłał  tylko  pocztówki,  pytając,  czy  jestem  zdrowa, 

szczęśliwa i czy nie mam jakichś szczególnych życzeń.  

-  Zapewne  o  innych  sprawach,  związanych  z  przedsiębiorstwem, 

pisał do pana Zeidlera. To od niego panienka przecież wie, że Harald 

jest zdrów i dobrze mu się powodzi.  

Marlena  odwróciła  się,  usiłując  ukryć  cień  bólu,  który  jej  się 

przesunął po twarzy.  

background image

- Tak, pan Zeidler otrzymuje bardzo długie listy...  

-  Mam  przeczucie,  że  nasz  panicz  wkrótce  przyjedzie  do 

Hamburga.  Zwrotnikowy  klimat  nie  służy  Europejczykom.  A  poza 

tym powinien przyjechać, abyśmy nareszcie poczuli, że mamy pana w 

domu. Czy nie pisał, kiedy wraca?  

Marlena westchnęła.  

-  Nie,  słowa  o  tym  nie  napisał.  Trudno  mu  się  ruszyć  z  Kota 

Radża,  bo  przecież  tam  jest  teraz  centrala  naszej  firmy.  Biuro  w 

Hamburgu od wojny stało się jedynie filią.  

- Oj, ta wojna, ta straszna wojna i te kiepskie czasy, które ze sobą 

przyniosła!  Ale  Bóg  nam  jakoś  dopomoże.  Chciałabym  jeszcze 

zobaczyć naszą firmę w stanie rozkwitu... 

- Dałby to Bóg! Myślę, że już niedługo ujrzymy Haralda. Byłoby 

lepiej,  gdyby  zamieszkał  w  Hamburgu,  ale  choroba  Mijnheera 

Vanderheydena chyba mu na to nie pozwoli. Sparaliżowany wspólnik 

nie może się ruszyć i pracuje jedynie w biurze...  

- A przecież najważniejszy jest nadzór nad plantacjami.  

-  Widzę,  że  się  pani  doskonale  orientuje  -  rzekła  Marlena    z 

uśmiechem.  

-  Służę  już  tyle  lat,  że  w  końcu  państwo  wprowadzili  mnie  we 

wszystkie swoje interesy.  

- A czy zna pani wspólnika pana Forsta?  

-  Pana  Vanderheydena?  Oczywiście,  dziecinko!  Za  życia 

starszego pana Forsta przyjeżdżał tu kilka razy, a i pan Forst bywał w 

Kota Radża. Nie mógł tam często jeździć, bo podróż na Sumatrę trwa 

background image

kilka  miesięcy.  W  owych  czasach  pan  Zeidler  zastępował  starszego 

pana,  tak  jak  zastępuje  dzisiaj  Haralda.  Na  panu  Zeidlerze  spoczywa 

wielka odpowiedzialność, ale też panicz Harald darzy go wyjątkowym 

zaufaniem. Pan Zeidler ma za sobą olbrzymią praktykę - pracuje już w 

firmie czterdzieści lat. Na początku kiedy pan Forst zawiązał spółkę z 

Mijnheerem  Vanderheydenem,  był  w  niej  głównym  buchalterem.  Po 

dziesięciu  latach  awansował  na  prokurenta.  Ach,  dziecinko,  to  były 

inne  czasy!  Ruch,  życie,  zawsze  pełno  gości...  A  ile  ogromnych 

parowców odpływało z ładunkiem! Związek z tak poważnym domem 

handlowym napełniał każdego dumą.  

-  Wydaje  mi  się,  że  i  pani  jest  tu  bardzo  długo,  chyba  ze 

trzydzieści  lat?  Przypominam  sobie,  że  na  krótko  przed  śmiercią 

mamy  obchodziła  pani  swoje  dwudziestopięciolecie  pracy  w  tym 

domu.  

-  Tak  -  potwierdziła  staruszka  z  ożywieniem.  -  Nasza  pani  nie 

zapomniała o tym, mimo ciężkiej choroby. Potrafiła ocenić człowieka 

na  miarę  jego  zasług.  To  była  wspaniała  kobieta!  Zaczęłam  tu 

pracować  po  śmierci  męża,  którego  straciłam  w  trzy  lata  po  ślubie. 

Niewiele umiałam, jedynie gotować i gospodarzyć. Pani Forst przyjęła  

mnie najpierw na próbę, bo jeszcze nigdzie nie służyłam i nie miałam 

żadnych  świadectw.  Wiele  trudu  włożyła  w  przygotowanie  mnie  do 

wszystkich  obowiązków,  ale  potem  poszło  mi  już  gładko.  Pani  Forst 

dała mi osobny pokoik, żebym nie mieszkała z całą służbą. Wiedziała, 

że  jestem  córką  nauczyciela,  a  ci  prości  ludzie  to  nie  dla  mnie 

towarzystwo.  Z  czasem  pani  Forst  musiała  częściej  wychodzić,  nie 

background image

miała  kiedy  zajmować  się  domem  i  wtedy  właśnie  awansowałam  na 

zarządzającą. Od śmierci pani zarządzam samodzielnie całym domem, 

a panicz kazał mi się także opiekować panienką. Kiedy panicz Harald 

wyjeżdżał,  prosił,  żebym  czuwała  nad  jego  "siostrzyczką".  Byłam 

bardzo dumna, że tak mi zaufał i mam nadzieję, że go nie zawiodłam. 

Jestem  tylko  prostą,  skromną  kobietą,  ale  wiem,  co  przystoi  młodej 

pannie,  którą  w  domu  uważają  za  córkę.  Traktowałam  panienkę  jak 

siostrę naszego panicza.  

-  I  to  właśnie  pani  chciała,  abym  prowadziła  życie  księżniczki! 

Pamiętam  to  przerażenie  w  oczach,  kiedy  wyznałam,  że  od  jutra 

zaczynam pracę w biurze.  

-  Od  tego  umywam  ręce.  Myślę,  że  pan  Harald  nie  będzie 

zachwycony,  gdy  się  dowie.  Ale  pan  Zeidler  zrobił  to  na  swoją 

odpowiedzialność.  Panicz  na  pewno  będzie  się  gniewał.  Mówił  mi 

przecież,  że  ojciec  panienki był  wielkim  artystą, a panienka  powinna 

żyć jak inne młode panny z dobrych domów.  

-  Co  też  pani  mówi?  Gdyby  mój  ojciec  żył,  też  musiałabym 

pracować.  Tatuś  był  idealistą,  nie  miał  pojęcia  o  prowadzeniu 

interesów,  a  w  domu  często  brakowało  najbardziej  podstawowych 

rzeczy.  

-  Pan  Harald  twierdził,  że  gdyby  nie  zginął,  byłby  dziś  z 

pewnością sławnym artystą. Miał podobno wielki talent...  

- To prawda - odparła z westchnieniem Marlena. - Gdyby go nie 

zabrała ta okrutna wojna, stworzyłby jeszcze wiele pięknych rzeczy!  

background image

-  Proszę  nie  myśleć  o  tak  smutnych  rzeczach,  zwłaszcza  dzisiaj. 

Czy panienka wie, jaki dziś mamy dzień?  

Marlena spojrzała na kalendarz wiszący przy oknie.  

-  Dwunasty  stycznia?  Ach,  prawda,  upiekła  pani  doskonałą 

babkę!  Czy  to  na  moją  cześć?  Dziś  przypada  rocznica  mego 

przyjazdu...  

- Oczywiście. Postanowiłam uczcić to jakoś. Minęło już sześć lat 

od  chwili,  gdy  panienka  u  nas  zamieszkała.  Wtedy  nie  wyglądała 

panienka  jak  wiosenny  poranek!  Mizerna  i  blada,  ot,  taki  chudy, 

wybujały podlotek o zapłakanych oczach i czerwonym nosku! Nie, nie 

była pani wtedy ładna, ale serce się krajało, kiedy panienka spojrzała 

na  człowieka  tymi  wielkimi,  smutnymi  oczyma.  Trzymała  panienka 

kurczowo rękę panicza Haralda i tylko jemu ufała. Dopiero pani Forst 

objęła  panienkę  jak  matka  i  przytuliła  do  siebie  czule.  Dziw  bierze, 

jak  panienka  się  zmieniła  w  ostatnich  latach,  urosła  i  wypiękniała! 

Nasz  panicz  nie  pozna  swej  siostrzyczki;  pamięta  panienkę  bladą, 

chudą  i  wiecznie  zalaną  łzami.  Kiedy  panią  przywiózł,  płakała 

panienka  po  śmierci  ojca,  a  jak  przyjechał  na  urlop,  rozpaczała 

panienka  po  stracie  starszej  pani.  Pan  Harald  powiedział  mi  wtedy: 

"Proszę  zabrać  stąd  tę  małą,  nie  mogę  patrzeć  na  jej  łzy.  Mnie 

samemu zbiera się na płacz, kiedy widzę jej smutek, a przecież jestem 

mężczyzną  i  płakać  mi  nie  wolno.  Niech  się  pani  postara  uspokoić 

jakoś Marlenę".  

-  Miałam  wówczas  powód  do  łez  -  rzekła  Marlena.  -  Najpierw 

straciłam  ojca,  potem  umarła  pani  Forst.  Wojna  się  skończyła  i 

background image

wybuchła  rewolucja,  a  Harald  musiał  wyjechać  z  kraju,  choć 

obiecywał, że zostanie. Opuścił mnie i to na tak długo! Myśl o tym nie 

dawała mi spokoju. Biedny Harald, miał ze mną niemało kłopotu.  

-  Nie  było  przecież  tak  strasznie.  Za  to  teraz  czeka  go 

niespodzianka, gdy zobaczy panienkę.  

Marlena  się  zarumieniła.  Odwróciła  się  szybko  i  podeszła  do 

pięknie nakrytego stołu.  

-  Jak  to  ciasto  pachnie!  Tylko  pani  potrafi  upiec  taką  babkę. 

Zagadałyśmy  się,  a  trzeba  zjeść  śniadanie.  Która  to  godzina?  Już  za 

kwadrans  ósma!  Zostało  mi  tylko  piętnaście  minut.  Chciałabym 

spróbować ciasta, bo zaraz muszę spieszyć do biura.  

Po śmierci przybranej matki Marlena poprosiła panią Darlag, aby 

towarzyszyła jej przy posiłkach. Czuła się taka samotna! Teraz siadły 

obie, a Marlena z apetytem zabrała się do ciasta.  

- Jak ten czas leci, proszę pani - odezwała się po chwili. - Za kilka 

miesięcy będę już pełnoletnia.  

- Gdy pan Harald przywiózł panienkę, nie miała panienka jeszcze 

piętnastu  lat.  A  była  panienka  taka  szczupła  i  wynędzniała,  że 

wyglądała zaledwie na trzynaście.  

- Wywarłam chyba na pani niezbyt dobre wrażenie.  

- Wyglądała panienka jak półtora nieszczęścia. Jeszcze przez dwa 

lata  nie  mogła  pani  dojść  do  siebie.  Dopiero  ta  praca  w  biurze 

przyniosła radykalną odmianę. Panna Marlena rozkwitła jak kwiatek. 

Nabrała tuszy, kolorów, zaczęła wyrastać z sukienek. Nawet zmieniła  

panienka chód na taki mocny, zamaszysty. A stało się to wszystko jak 

background image

za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Dziś  jest  z  mojej  panienki 

"zuch dziewczyna".  

-  Uświadomiłam  sobie,    że  jestem  innym  człowiekiem.  Mam  już 

cel w życiu i nie jestem niepotrzebna.  

-  Wnosi  panienka  tyle  słońca  i  radości  w  nasze  życie!  Ale  jest 

pani zbyt dumna, by korzystać z cudzej łaski.  

-  Czułam  się  podle,  nie  mogąc  ofiarować  nic  w  zamian  za 

dobrodziejstwa, które  wciąż przyjmowałam.  Teraz chętnie korzystam 

z tego, co daje mi Harald, bo odwdzięczam mu się swoją pracą. To mi 

sprawia olbrzymią radość.  

- Ma panienka rację.  

-  A  widzi  pani!  Zawsze  mnie  pani  rozumiała.  No,  na  mnie  już 

czas. Do widzenia, zobaczymy się przy obiedzie.  

Staruszka uśmiechnęła się i skinęła głową.  

-  Do  widzenia!  -  zawołała,  a  potem  podeszła  do  okna  i  długo 

jeszcze  patrzyła  za  Marleną,  ciesząc  się,  że  jej  podopieczna  ma  taki 

pewny, sprężysty chód.  

-  Zuch  dziewczyna!  Zuch  dziewczyna!  -  szepnęła  do  siebie  pani 

Darlag.  

Marlena  Lassberg  wyszła  z  domu  i  podążała  przez  wielki, 

zaśnieżony  ogród,  który  ciągnął  się  wzdłuż  rzeki.  Zmierzała  do 

dużego  budynku,  stanowiącego  biuro  firmy  "Forst  i  Vanderheyden", 

który znajdował się nad brzegiem. Obok niego wznosiły się ogromne 

spichrze  towarowe,  należące  także  do  domu  handlowego.  Między 

spichrzami a biurem ciągnął się  szeroki pomost prowadzący na duży 

background image

plac.  Tutaj  wyładowywano  towary  nadchodzące  do  firmy,  stąd  też 

wysyłano transporty zagraniczne. Nieopodal statki rzucały kotwicę.  

W  tym  miejscu  zatrzymywała  się  łódź  motorowa  przywożąca 

pracowników  firmy  z  miasta,  biuro  "Forst  i  Vanderheyden" 

znajdowało się bowiem w dzielnicy  portowej. Teraz  właśnie przybiła 

łódź, z której wysiadła spora grupa urzędników.  

Marlena  przywitała  się  z  kolegami  i  szerokimi  kamiennymi 

schodami  udała  się  na  pierwsze  piętro,  gdzie  mieścił  się  pokój 

prokurenta  Zeidlera.  Tu  właśnie  pracowała.  Pokój  był  jasny  i 

przestronny, okna wychodziły na rzekę. Koło pulpitu, przy oknie, stał 

siwy, blisko sześćdziesięcioletni pan.  

Marlena  skinęła  głową  na  powitanie,  a  wyciągając  rękę  do 

staruszka, rzekła:  

- Dzień dobry panu!  

- Witam, panno Marleno. Jest pani jak zwykle punktualna.  

- Ale dzisiaj mnie pan wyprzedził. Zazwyczaj przychodzę o kilka 

minut wcześniej niż pan. Spóźniłam się, bo zbyt długo gawędziłam z 

panią Darlag.  

- To ja przyszedłem o pięć minut wcześniej. Chciałem zrobić pani 

niespodziankę.  

Marlena  podeszła  do  swego  biurka  i  dopiero  teraz  spostrzegła 

wiązankę  przepięknych  róż.  Ledwie  rozkwitłe,  bladoróżowe  kielichy 

wydawały słodką woń.  

- Ach! Róże na moim biurku? Skąd się tu wzięły?  

Pan Zeidler uśmiechnął się.  

background image

-  To  ja  je  przyniosłem  i  dlatego  przyszedłem  dziś  wcześniej. 

Chciałem  uczcić  ten  dzień,  szóstą  rocznicę  pani  przybycia.  Żona 

poradziła mi, aby podarować pani te piękne kwiaty, panno Marleno.  

Oczy dziewczyny zwilgotniały, czuła się wzruszona do głębi.  

-  Ach,  jacy  wszyscy  są  dla  mnie  dobrzy,  jak  o  mnie  pamiętają! 

Pani  Darlag  upiekła  pyszną  babkę  na  śniadanie,  pan  przyniósł  mi  te 

kwiaty. Róże w zimie! To już zakrawa na zbytek.  

Marlena  powoli  opanowała  wzruszenie.  Pan  Zeidler  zaśmiał  się 

znowu i rzekł:  

- Oboje z żoną postanowiliśmy w jakiś sposób uczcić tę rocznicę. 

Znamy  panią  już  sześć  lat,  a  od  pięciu  zasiada  pani  codziennie  przy 

tym  biurku,  naprzeciw  mnie.  Nie  wiem,  co  to  będzie,  gdy  pewnego 

dnia nie zastanę pani na zwykłym  miejscu.  

- Ależ, drogi panie, czy zamierza pan mnie zwolnić?  

-  Ja?  Broń  Boże!  Myślę  jednak,  że  pan  Forst  nie  zgodzi  się,  by 

spełniała pani tak trudne obowiązki w biurze.  

Marlena ze strachem spojrzała na pana Zeidlera.  

- Czy pan sądzi, że Harald zabroni mi pracować?  

-  Moja  droga,  przecież  pan  Forst  pragnie  dla  pani  wygodnego  i 

beztroskiego  życia.  Taką  obietnicę  złożył  pani  ojcu.  Wątpię,  czy 

pozwoli  swej  siostrze  przesiadywać w  biurze  od  rana  do  wieczora.  Z 

pewnością  będzie  się  na  mnie  gniewał.  Dotychczas  ukrywałem  to 

przed  nim,  napisałem  jedynie,  że  mam  doskonałą  pomocnicę,  która 

mnie  zastępowała  w  czasie  choroby.  W  ostatnim  liście  jednak 

oznajmił  mi,  że  wkrótce  zawita  w  kraju.  Byłem  zmuszony  wyjawić 

background image

mu  naszą  tajemnicę.  Teraz  oczekuję  odpowiedzi  i  przypuszczam,  że 

pan Forst porządnie zmyje mi głowę.  

-  Czy  nie  mógł  pan  z  tym  poczekać  do  jego  przyjazdu?  -  rzekła 

Marlena.  

-  Musiałem  go  przecież  przygotować.  Harald  jest  bardzo 

porywczy,  toteż  awantura  wisiała  w  powietrzu.  Myślę,  że  zanim  tu 

przyjedzie, zdąży już ochłonąć i można będzie z nim pogadać.  

- Czy będzie bardzo zły?  

-  Prawdopodobnie!  Czego  innego  pragnie  dla  swej  siostry. 

Chciałby, aby się pani dobrze czuła w jego domu.  

Marlena zerwała się z miejsca.  

-  Ależ  ja  nie  zniosłabym  bezczynności,  muszę  mieć  jakieś  stałe 

zajęcie!  Harald  powinien  to  zrozumieć.  Chcę  czymś  zasłużyć  na 

prawo przebywania pod jego dachem.  

-  Mówiłem  już  pani  nieraz,  że  ojciec  panienki  zdobył  własnym 

życiem to prawo dla córki. Ocalił Haralda, więc Harald troszczy się o 

jego dziecko. Zawsze będzie pani dłużnikiem.  

Marlena zaprzeczyła ruchem ręki.  

-  Mój  ojciec  spełnił  tylko  swój  obowiązek  jako  towarzysz  broni. 

Zaniósł omdlałego od upływu krwi Haralda do najbliższego polowego 

lazaretu.  

-  Nie  każdy  uznałby  to  za  swój  obowiązek.  Niewielu  jest  takich, 

którzy  ratując  towarzysza  naraziliby  własne  życie.  Pani  ojca  trafiła 

kula,  ponieważ  nie  mógł  się  szybko  przedostać  do  okopów.  Dźwigał 

background image

przecież  rannego  Haralda.  Żyłby  dziś,  gdyby  myślał  wyłącznie  o 

sobie. Uratował Haralda, ale sam zginął.  

Marlena ożywiła się. 

- Pozostał wierny swoim zasadom. Nigdy nie opuszczał przyjaciół 

i  kolegów  w  biedzie.  Bardzo  go  za  to  kochałam  i  nigdy  nie pocieszę 

się  po  jego  stracie.  Ale  to,  co  uczynił  dla  Haralda,  zrobiłby  dla 

każdego innego.  

- Być może! Rozumie pani jednak, że Harald czuł się dłużnikiem i 

aby się odwdzięczyć, zajął się pani losem.  

-  To  zrozumiałe,  lecz  Harald  mnie  też  musi  zrozumieć.  Nie 

zniosłabym życia bez pracy, czułabym się pasożytem. Przecież Harald 

nie chce widzieć mojej  męki...  

-  Najważniejsze  jednak,  że  po  przyjeździe  stanie  wobec  faktu 

dokonanego  i  będzie  już  na  to  przygotowany.  Jeśli  skieruje  wobec 

mnie  jakieś  zarzuty,  przyjmę  to  ze  spokojem.  Wiem,  że 

wyświadczyłem pani przysługę.  

Marlena uścisnęła serdecznie jego rękę.  

- Wyświadczył mi pan ogromną przysługę! Nie wiem, jak postąpi 

Harald,  ale  jestem  panu  wdzięczna,  że  nauczył  mnie  pan  zawodu. 

Teraz już śmiało mogę iść przez życie.  Dam sobie radę.  

-  Sprawiła  mi  pani  ogromną  radość.  Patrzyłem,  z  jakim  zapałem 

pani pracuje, jak wielkie robi pani postępy. Niestety, nie mam dzieci, 

ale zawsze mówię do żony: "chciałbym mieć taką córeczkę jak panna 

Marlena".  A  moja  żona,  oddałaby  wszystko,  żeby  wychować  takie 

dziecko.  

background image

Marlena zaczerwieniła się.  

- Niech mnie pan nie wbija w dumę! Mogę się stać zarozumiała.  

- O to się nie martwię. Jest pani z natury dumna, co bardzo mi się 

podoba. Zarozumiałość łączy się z głupotą, a przecież pani jest mądra. 

Myślę, że dziś nadejdzie odpowiedź od pana Forsta.  

- Okręt dziś rano zawinął do portu.  

- Właśnie! Najpóźniej po południu dostanę list z Kota Radża.  

-  Czy  pozwoli  mi  pan  przeczytać  fragmenty  dotyczące  mojej 

sprawy?  

-  Oczywiście!  A  teraz  przejrzyjmy  korespondencję.  Widzę,  że 

nadeszło sporo listów.  

Oboje  zabrali  się  do  segregowania  poczty.  Marlena  w  skupieniu 

przeglądała  kartki  pokryte  drobnym  pismem.  Od  czasu  do  czasu 

odrywała  wzrok  od  lektury  i  spoglądała  na  bukiet,  który  wydawał 

upajającą  woń.  Miała  wtedy  wrażenie,  że  całe  biuro  zmieniło  się  

nagle, 

przybrało 

odświętne 

barwy, 

przystrojone 

wiązanką 

bladoróżowych kwiatów.  

Praca wrzała. Po rzece płynęły statki, żaglowce, holowniki i barki. 

Życie  w  porcie  toczyło  się  wartko.  W  cichym  biurze  nawiązywano  i 

rozplątywano nici, tworzące wielką sieć handlu międzynarodowego.  

Marlena  pracowała  z  zapałem.  Sprawy,  które  załatwiała,  nie 

wydawały  jej  się  nudne  czy  suche.  Zrosła  się  z  firmą  "Forst  i 

Vanderheyden" całą duszą i wszystko, co jej dotyczyło, wzbudzało w 

dziewczynie żywe zajęcie. Pisała listy, do różnych krajów, a jej myśli 

biegły 

dal. 

Rozumiała 

ogromne 

znaczenie 

handlu 

background image

międzynarodowego, miała wrażenie, że jest ogniwem tego potężnego 

łańcucha,  który  opasuje  całą  ziemię.  Wiedziała,  że  nic  nie  zdoła  go 

przerwać ani zniszczyć, że musi on trwać wiecznie.  

 

*        *        * 

 

Na  północy  Sumatry  leży  były  sułtanat  Aczyn  ze  stolicą  w  Kota 

Radża.  Z  miasta  tego,  które  dziś  znajduje  się  pod  protektoratem 

Holandii,  wiodą  dwa  szlaki  komunikacyjne  -  kolejowy  i  wodny  -  do 

portu  Oleh_loh.  Do  Kota  Radża  należy  również  kilka  wolnych 

portów.  

Firma  "Forst  i  Vanderheyden"  miała  tu  dom  handlowy  oraz 

spichlerze towarowe, położone nad rzeką; należały też do niej wielkie 

plantacje, dające pracę setkom robotników.  

Jeden  ze  wspólników,  Mijnheer  John  Vanderheyden,  mieszkał 

wraz  z  rodziną  w  pięknej  willi,  położonej  między  Kota  Radża  a 

portem  Oleh_loh.  Dom  był  drewniany  jak  większość  budynków  w 

Kota  Radża.  Wznosił  się  nad  brzegiem  rzeki,  w  otoczeniu  dużego 

ogrodu, w którym rosły najpiękniejsze okazy flory podzwrotnikowej.  

Mijnheer  Vanderheyden  utracił  przed  kilkoma  laty  władzę  w 

nogach  i  odtąd  całe  dnie  spędzał  w  fotelu  na  kółkach.  Zachował 

jednak jasność umysłu oraz energię. Każdego ranka dwóch służących 

zanosiło  go  wraz  z  fotelem  do  samochodu,  który  wiózł  ich 

pracodawcę do biura.  

background image

Zarządzał  on  wszystkimi  interesami,  wydawał  wskazówki  i 

polecenia,  słowem  -  był  duszą  przedsiębiorstwa.  Kalectwo  nie 

pozwalało mu jednak odbywać długich podróży na plantacje, toteż  w 

załatwianiu  tych  spraw  wyręczał  go  Harald  Forst.  Młody  człowiek 

przyjechał  pięć  lat  temu,  a  ponieważ  po  śmierci  ojca  stał  się 

wspólnikiem  Johna  Vanderheydena,  musiał  przejąć  obowiązki 

nadzorowania  plantacji.  Vanderheyden  nie  usunął  się  całkowicie  z 

przedsiębiorstwa;  założył  firmę  do  spółki  z  ojcem  Haralda  i  był  do 

niej bardzo przywiązany.  

-  Jeszcze  zdążę  odpocząć,  nie  pożyję  przecież  długo  -  zwykł 

mawiać do tych, którzy namawiali go do rezygnacji z interesów. 

Harald Forst jeździł codziennie samochodem na plantacje. Leżały 

one  daleko  za  miastem,  a  ciągnęły  się  aż  w  głąb  gór,  zajmując 

olbrzymie  obszary.  Były  podzielone  na  rejony,  nad  każdym  zaś 

rejonem czuwał dozorca. Taki nadzór nie był jednak wystarczający.  

Krajowcy  w  Aczynie  są  wprawdzie  mniej  leniwi  niż  inne 

plemiona  na  Sumatrze,  ale  ich  obyczaje  pozostawiają  wiele  do 

życzenia.  Mają  głęboko  zakorzenione  poczucie  cudzej  własności  i 

nigdy  nie  dopuszczają  się  kradzieży,  która  na  tej  wyspie  uchodzi  za 

najgorsze  przestępstwo  i  bywa  surowo  karana.  Pod  tym  względem 

Harald  nie  miał  więc  trudności  ze  swymi  podwładnymi,  a  ponieważ 

obchodził  się  z  nimi  dobrze  i  łagodnie,  oni  odwzajemniali  mu  się 

posłuszeństwem. 

Niestety, 

stawali 

się 

często 

niewolnikami 

powszechnego na Sumatrze nałogu - palili opium.  

background image

Aczyńczycy  są  z  natury  powolni  i  opieszali,  ale  Harald  nie 

pozwalał,  by  dozorcy  karali  ich  biciem,  jak  to  było  w  zwyczaju  na 

innych  plantacjach.  Usiłował  zachęcić  ludzi  do  pracy  inaczej.  W 

nagrodę za dobre sprawowanie urządzał im małe uroczystości, czasem 

korzystał także z ich wrodzonej skłonności do zabobonów.  

Krajowcy  wierzą  w  istnienie  duchów  i  demonów,  i  aby  obronić 

się  przed  złą  mocą  noszą  amulety  ze  zwitków  papieru, na  których  są 

wypisane  wersety  z  Koranu.  Harald  Forst  miał  przy  sobie  stale  dużo 

tych  amuletów,  a  rozdawał  je  najgorliwszym  robotnikom,  którzy 

cieszyli się z tej nagrody jak małe dzieci.  

Aczyńczycy  lubili  go  i  szanowali,  tylko  na  jego  plantacjach  nie 

dochodziło  do  rozruchów.  Nieraz  też  robotnicy  zwierzali  się 

Haraldowi  ze  swych  trosk,  on  zaś  starał  się  pomagać  w  miarę 

możności.  

John  Vanderheyden  szczerze  podziwiał  Haralda  za  tę  rzadką 

zdolność dogadywania się z podwładnymi. Spory powstawały jedynie 

wtedy,  gdy  na  plantacjach  pojawiali  się  ukradkiem  handlarze  opium. 

Sprzedaż  narkotyku  była  surowo  wzbroniona,  ale  co  pewien  czas 

udawało  się  różnym  podejrzanym  osobnikom  przemycać  niewielkie 

ilości  tej  trucizny  na  plantacje.  Zazwyczaj  wtedy  zdarzały  się 

Haraldowi wielkie nieprzyjemności.  

Młody Forst mieszkał tuż obok willi Vanderheydena. Jego ładny, 

obszerny  dom  znajdował  się  w  ogrodzie  wspólnika.  Harald  mieszkał 

początkowo  w  domu  Vanderheydena,  lecz  po  śmierci  jego  żony 

background image

musiał  się  przeprowadzić  -  nie  wypadało  przecież,  by  młodzieniec 

przebywał pod jednym dachem z dorastającą córką współwłaściciela.  

Katarzyna  Vanderheyden  -  zwana  przez  ojca  "Katie"  -  była  już 

dorosłą  i  niepospolicie  piękną  dziewczyną.  W  żyłach  Katie  płynęło 

trochę  portugalskiej  krwi  odziedziczonej  po  matce.  Mieszane 

małżeństwo  rodziców  odbijało  się  w  specyficzny  sposób  na 

charakterze córki. Katie, z natury flegmatyczna, miewała chwile, gdy 

ponosił ją bujny, południowy temperament.  

Holenderski spokój i zimna krew znikały wtedy bez śladu, a Katie 

zachowywała  się,  jakby  ją  opętał  jakiś  zły  duch.  Wpadała  w  szaloną 

złość,  wybuchała gniewem o lada drobnostkę, stawała się gwałtowna 

wobec  służby,  dręczyła  najbliższe  otoczenie,  nie  wyłączając  ojca, 

który ubóstwiał swoją jedynaczkę. Jeden tylko człowiek budził w niej 

lęk i szacunek - Harald Forst.  

Katie  miała  czternaście  lat,  gdy  Harald  przyjechał  na  Sumatrę. 

Wróciła właśnie z Holandii, gdzie w słynnym pensjonacie dbano o jej  

nadwątlone  zdrowie.  Przedwcześnie  rozbudzona  dziewczynka 

zakochała  się  w  młodym,  przystojnym  mężczyźnie  od  pierwszego 

wejrzenia.  Już  wówczas  niezłomnie  postanowiła,  że  Harald  musi 

zostać jej mężem.  

Przez  całe  lata  dążyła  do  tego  wytrwale.  Nie  starała  się  ukrywać 

swoich  zamiarów  i,  ze  zdumiewającą  w  tym  wieku  zalotnością, 

kokietowała młodego Forsta. Harald odpłacał jej jednak obojętnością, 

traktował  Katie  jak  dziecko  i  często  przekomarzał  się  z  nią.  Zalotów 

nie  brał  nigdy  na  serio,  po  prostu  nie  zwracał  na  nie  uwagi  nawet 

background image

wtedy,  gdy  z  dziecka  stała  się  dorosłą  panienką.  Katie  była  bardzo 

piękna, ale nie działała na niego w taki sposób, jak się spodziewała i 

pragnęła.  

Zalotnica starała się wprawdzie ukryć przed Haraldem swe liczne 

wady,  lecz  nie  była  tego  typu  kobietą,  która  mogłaby  zdobyć  serce 

młodzieńca.  Jej  ukochany  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  faktu,  że  jest 

Petruccim,  który  może  poskromić  tę  popędliwą  Katie.  Jeśli  się 

przypadkowo  zdarzyło,  że  był  świadkiem  jednego  z  jej  namiętnych 

wybuchów,  wystarczało,  aby  na  nią  spojrzał  swymi  stalowymi 

oczyma, a uspokajała się natychmiast.  

Rzadko  zresztą  wpadała  w  złość  w  jego  obecności; usiłowała  się 

zwykle  pohamować,  tak  że  młody  człowiek  nie  miał  pojęcia  o  jej 

charakterze. 

Wiedziała, 

że 

Harald 

nie 

znosi 

porywczych, 

nieopanowanych  ludzi,  a  zwłaszcza  kobiet,  toteż  usiłowała  zataić 

przed  nim  wrodzoną  zapalczywość  -  z  żelazną  konsekwencją  dążyła 

do zdobycia jego serca i nazwiska.  

Być  może  większą  rolę  niż  miłość  grał  w  tym  wypadku  upór, 

którego  Katie  miała  aż  w  nadmiarze.  Nęciło  ją  zwykle  to,  czego  nie 

mogła  od  razu  otrzymać,  cechował  ją  duży  pociąg  do  rzeczy 

zakazanych. Gdyby Harald się w niej zakochał i okazywał jawnie swą 

miłość,  prawdopodobnie  uczucie  Katie  znikłoby  bardzo  szybko; 

przestałoby jej zależeć na zdobyciu zakazanego owocu.  

Ale  Harald  trwał  w  obojętności,  czym  mimowolnie  podsycał 

pragnienie  dziewczyny.  Jego  dobroduszny,  trochę  lekceważący  ton 

doprowadzał  ją  do  pasji,  wywoływał  wybuchy  wściekłości,  które 

background image

czasami  wyładowywała  także  na  obiekcie  swej  adoracji.  W  takich 

wypadkach  jednak  Harald  szybko  i  energicznie  uspokajał  popędliwą 

kokietkę.  

Największe  fale  gniewu  przelewała  Katie  na  służbę,  którą  karała 

biciem  przy  najmniejszym  nawet  uchybieniu.  Gdy  wybuch  mijał, 

dziewczynę 

dręczyło 

poczucie 

winy, 

toteż 

obsypywała 

pokrzywdzonych podarunkami, pragnąc wynagrodzić cierpienie, które 

zadawała tak beztrosko. Nie potrafiła jednak zatrzeć w pamięci służby 

śladów niesprawiedliwej kary, bicia i ubliżania - a krajowcy nigdy jej 

tego nie zapomnieli.  

Pan  Vanderheyden  starał  się  spełniać  wszystkie  zachcianki  i 

kaprysy córki, niektóre nawet uprzedzał. Od pewnego czasu wiedział, 

że  Katie  pragnie  poślubić  Haralda.  On  sam  byłby  szczęśliwy,  gdyby 

młody człowiek został jego zięciem. Cenił go i szanował, wiedział, że 

Katie  zyskałaby  w  nim  mądrego  i  poważnego  opiekuna,  a  taki 

związek przyniósłby firmie wiele korzyści.  

Śledził bacznie zachowanie Haralda wobec jedynaczki i z dnia na 

dzień coraz bardziej się niecierpliwił. Nie chciał się wtrącać do uczuć 

ani przyspieszać finału, czując, że wszystko powinno ułożyć się samo. 

Harald  jednak  nie  zdradzał  najmniejszych  chęci  oświadczenia  się 

Katie.  

A rzecz miała się zgoła inaczej. Młody Forst nie myślał jeszcze w 

ogóle o małżeństwie. Kobiety go nie interesowały. Miał już co prawda 

za  sobą  kilka  flirtów  i  przelotnych  miłostek,  lecz  dotąd  nie  spotkał 

takiej, która obudziłaby w nim szczerą, głęboką miłość. Nosił w sercu 

background image

ideał  kobiety,  podobny  do  ukochanej  matki.  Marzył  o  tym,  by  jego 

towarzyszka  życia  miała  wszystkie  jej  zalety,  a  przede  wszystkim 

spokój,  dobroć  i  czułość.  Katie  Vanderheyden  nie  była  z  pewnością 

istotą,  która  ucieleśniała  ów  ideał,  choć  starała  się  zawsze  pokazać 

Haraldowi z najlepszej strony.  

Ostatnio  młody  Forst  zaczął  zwracać  uwagę  na  to,  że  Katie  mu 

wyjątkowo  sprzyja.  Uważał  to  za  przelotny  kaprys  rozpieszczonego 

dziecka,  jednakże  doznawał  uczucia  lekkiego  niepokoju,  ilekroć 

spostrzegł,  jak  wielki  żar  płonie  w  oczach  dziewczyny.  Wtedy  też 

powziął postanowienie, że wyjedzie na kilka miesięcy do kraju. Czuł, 

że musi na pewien czas zmienić klimat, zobaczyć  wreszcie ojczyznę, 

za  którą  bardzo  tęsknił.  Zbliżały  się  właśnie  święta  Bożego 

Narodzenia,  Harald  zaś  śnił  po  nocach  o  śniegu  i  lodzie,  o 

przystrojonych choinkach i dźwięku wigilijnych dzwoneczków.  

W duszy młodzieńca raz po raz odzywała się tęsknota za krajem, 

myślał  o  tym,  by  się  zwolnić  na  kilka  miesięcy,  powrócić  do  domu 

rodzinnego, nacieszyć się bliskimi sobie ludźmi.  

 

Na  sześć  tygodni  przed  owym  dniem,  gdy  Marlena  obchodziła 

uroczyście  rocznicę  swego  przybycia  do  domu  Forsta,  on  sam 

powracał  właśnie  do  ojczyzny,  znużony  trudem  nadzorowania 

plantacji.  

Gdy samochód zatrzymał się przed małym domkiem, spowitym w 

bujne  kwiecie,  Harald  spojrzał  nagle  na  dom  Vanderheydenów.  Na 

werandzie  stała  Katie,  przechylając  się  przez  balustradę.  Tego  dnia 

background image

upał dał się we znaki wszystkim, toteż dziewczyna dla ochłody, miała 

na  sobie  strój  krajowców  -  sarong  i  kabaję.  Na  bose  nóżki  nałożyła 

jedynie  lekkie,  prześliczne  pantofelki.  W  takim ubraniu  nie  ośmieliła 

się  wybiec  mu  na  spotkanie,  ale  skinęła  ręką,  dając  znak,  by  się 

przybliżył.  Harald  marzył  o  chłodnej  kąpieli,  chciał  też  zmienić 

zakurzone  ubranie, ale  spełniając  życzenie  podszedł  do dziewczyny  i 

przez balustradę uścisnął jej rękę.  

Katie pochyliła się i spojrzała na niego swymi ciemnymi oczyma, 

w których płonął niecierpliwy ogień.  

- Tak długo pana nie było, panie Haraldzie - rzekła.  

Nigdy  jeszcze  nie  wydawała  mu  się tak  piękna, jak  w  tej  chwili. 

Pierwszy  raz  widział  ją  w  tym  zachwycającym  stroju.  Jej  twarz 

zbladła nieco  ze  wzruszenia, a przejrzysty  sarong  kazał  się  domyślać 

idealnie pięknych kształtów dziewczyny. Rozchylona na piersi kabaja 

odsłaniała  skrawek  alabastrowego  ciała,  z  włosów  zaś  unosiła  się 

woń,  która  na  moment  wprowadziła  go  w  stan  dziwnego 

oszołomienia.  

Po raz pierwszy patrzył na Katie jak mężczyzna, który stoi przed 

czarującą, powabną kobietą. Ogarnęła go nagle chęć, by pochwycić ją 

w  objęcia  i przycisnąć  usta do  jej purpurowych  warg.  Była  to  krótka 

chwila  zmysłowego  pożądania,  lecz  Katie  dostrzegła  natychmiast,  że 

jej  czar  zaczął  na  niego  działać.  Ze  świadomą  zalotnością  zrzuciła 

kabaję.  

- Upał jest nie do zniesienia! Wyobrażam sobie, jaki pan musi być 

zmęczony,  a  kurz  też  dał  się  panu  we  znaki.  Proszę  się  przebrać  i 

background image

przyjść  do  nas.  Wypijemy  razem  herbatę.  Ojciec  lada  chwila 

przyjedzie do domu - rzekła, opierając nagie ramię o balustradę.  

Harald utkwił wzrok w jej białym, kształtnym ramieniu, walcząc z 

szaloną chęcią, aby go dotknąć ustami. Miał wrażenie, że poraziła go 

iskra  elektryczna.  Z  trudem  oderwał  oczy  od  cudnego,  jasnego 

widoku. Odetchnął ciężko i cofnął się o krok.  

- Tak, panno Katie, pójdę się przebrać, a potem wrócę na herbatę - 

wyszeptał i odszedł spiesznie, ratując się ucieczką przed samym sobą.  

Harald  wrócił  do  domu  i  natychmiast  udał  się  do  łazienki.  Przy 

kąpieli,  jak  zwykle,  pomagał  mu  służący.  Młody  Forst  wszedł  do 

murowanego  basenu,  a  służący  polewał  go  zimną  wodą  z  wiaderka. 

Woda  spływała  na  cementową  posadzkę  i  ściekała  przez  specjalny 

zlew do ogrodu, gdzie wchłaniały ją spragnione wilgoci rośliny.  

Gdy  młodzieniec  w  chwilę  potem  przeszedł  do  sąsiedniego 

pokoju, aby się przebrać, krótkotrwałe odurzenie zupełnie już minęło. 

Uśmiechnął się pobłażliwie sam do siebie na myśl o tym, że tak łatwo 

poddał  się  urokowi  białego  ramienia  i  purpurowych  dziewczęcych 

warg.  

Potem  jednak  wpadł  w  zadumę.  Po  raz  pierwszy  zadał  sobie 

pytanie, czy nie byłoby lepiej, gdyby ożenił się z Katie Vanderheyden. 

Po  śmierci  wspólnika  bez  żadnych  kłopotów  przejąłby  firmę,  a 

wszystko zostałoby tak, jak teraz. Przychodziły mu do głowy jeszcze 

inne  korzyści  płynące  z  tego  związku.  Był  już  właściwie  w  wieku, 

kiedy myśli się o małżeństwie - miał trzydzieści trzy lata. Chciał, aby 

o  jego  postanowieniu  zadecydowały  nie  zmysły,  lecz  rozum,  a 

background image

wydawało mu się, że postąpi bardzo rozsądnie, jeśli ożeni się z córką 

wspólnika.  Dotąd  nie  myślał  o  tym,  przede  wszystkim  dlatego,  że 

Katie absolutnie nie odpowiadała jego ideałowi.  

"Cóż - dumał - mało jest przecież śmiertelników, którym udaje się 

znaleźć  w  życiu  wymarzony  ideał.  A  trzeba  przyznać,  że  Katie  jest 

piękną i wyjątkowo uroczą dziewczyną. Nigdy nie będzie przyjaciółką 

ani  wierną  towarzyszką  w  doli  i  niedoli,  ale  może  w  ogóle  nie  ma 

takich kobiet..." 

Harald doszedł do wniosku, że kobieta nie potrafi wypełnić życia 

mężczyzny, może być jedynie zabawką w krótkich chwilach upojenia, 

miłą  kochanką,  gospodynią  lub  ozdobą  domu  -  niczym  więcej.  Jeśli 

umie  sprostać  tym  zadaniom,  to  najzupełniej  wystarczy.  Sądził,  że 

Katie temu wszystkiemu podoła. Miała drobne przywary - nie znał ich 

wszystkich  -  lecz  z  czasem  się  ich  pozbędzie.  Czuł  się  ponadto 

zwycięzcą,  gdyż  tylko  on  potrafił  okiełznać  tę  małą  złośnicę, 

rozpieszczoną przez ojca jedynaczkę.  

Była piękna, godna pożądania, czego dziś doświadczył osobiście. 

Dotychczas  widywał  jedynie  kobiety  krajowców  w  sarongach,  ale 

nigdy  nie  przykuły  jego  spojrzenia  tak  jak  Katie.  Po  części  z 

gniewem,  po  części  ze  śmiechem  machnął  ręką,  usiłując  skierować 

swe  myśli  na  inne  tory,  lecz  ciągle  widział  przed  oczyma  mleczne 

ramię i białą, smukłą szyję dziewczyny. 

Kiedy  opuszczał  dom,  doznał  wrażenia,  jakby  wychodził 

naprzeciw  swemu  przeznaczeniu.  Czuł,  że  gdyby  teraz  pozostał  sam 

background image

na  sam  z  Katie,  poddałby  się  bez  reszty  jej  urokowi.  Chciał  z  tym 

walczyć, ale jeszcze większa siła ciągnęła go w tamtą stronę.  

W  białym  ubraniu,  jakie  się  nosi  zazwyczaj  w  krajach 

zwrotnikowych,  wyglądał  tak,  że  mógł  podbić  serce  każdej  kobiety. 

Jego  wysoka,  smukła  postać,  pewny  chód,  sprężyste  ruchy  miały  w 

sobie  coś  imponującego,  toteż  przyciągały  wiele  kobiecych  spojrzeń. 

Ciemne,  faliste  włosy  ocieniały  wysokie  czoło,  a  głęboko  osadzone, 

stalowe  oczy  błyszczały  jasno,  odbijając  się  od  brunatnej,  ogorzałej 

twarzy.  Kształtny  nos  i  wąskie  wargi  zdradzały  szlachetną  rasę. 

Zaciśnięte  usta,  a  także  podbródek  świadczyły  o  niezłomnej  woli,  z 

oczu zaś tryskała odwaga i energia.  

Harald Forst był młodzieńcem o pociągającej powierzchowności i 

mógł  podobać  się  kobietom.  Mężczyzna  szedł  powoli,  ociągając  się 

nieco,  potem  jednak  przyspieszył  kroku,  ujrzawszy  nadjeżdżający 

samochód.  Podniósł  wzrok  i  dostrzegł  pana  Vanderheydena. 

Odetchnął z ulgą - tego dnia nie groziło mu już niebezpieczeństwo ze 

strony  Katie.  Ucieszył  się,  nie  chciał  bowiem  działać  pod  wpływem 

emocji, pragnął dokładnie przeanalizować swe uczucia.  

Zbliżył  się  do  willi  w  momencie,  gdy  służący  wynosili  z 

samochodu  Vanderheydena,  spoczywającego  w  swoim  fotelu.  Jeden 

ze służących ustawił wózek na werandzie. Drewniany, parterowy dom 

wsparty był na kamiennym fundamencie. Ze wszystkich stron otaczała 

go  szeroka  weranda,  pokryta  dachem,  który  opierał  się  na  smukłych 

kolumnach z malowanego drewna. Vanderheyden mógł się swobodnie 

poruszać  na  swym  wózku  po  wszystkich  pokojach  i  werandzie, 

background image

rozsuwając  szerokie  kotary,  które  wiodły  na  korytarz.  Jedynie  w 

sypialniach pozostawiono drzwi.  

Harald  i  stary  Vanderheyden  przywitali  się  serdecznie  uściskiem 

ręki,  zajęli  miejsca  na  werandzie,  a  potem  rozpoczęli  rozmowę  o 

interesach.  Niebawem  przyłączyła  się  do  nich  Katie,  którą  zdobiła 

biała  sukienka  europejskiego  kroju.  Dziewczyna  wyglądała  uroczo, 

choć w jej zachowaniu nie było wrodzonej wytworności. Chłodna biel 

sukni nieco otrzeźwiła Haralda.  

Gdy  jednak  siedzieli  przy  stole,  Forst  co  chwila  rzucał  przelotne 

spojrzenie  na  Katie  i  za  każdym  razem  spotykało  się  ono  z  jej 

płonącymi oczyma.  

Trzy  służące  Vanderheydenów  zaczęły  roznosić  herbatę,  ciastka, 

owoce,  papierosy  i  cygara.  Miały  na  sobie  tylko  sarongi,  które 

spływały  w  miękkich  fałdach.  Harald  przyglądał  się  zręcznym  i 

zwinnym  ruchom  młodych  dziewcząt,  lecz  nie  budziły  w  nim  takich 

uczuć, jak Katie.  

Młodzieniec  pogrążył  się  w  zadumie.  Po  herbacie  panowie 

zapalili  cygara,  a  Katie  poprosiła,  by  Harald  przypalił  dla  niej 

papierosa.  Zalotnym  ruchem  przysunęła  się  do  niego,  rozchylając 

purpurowe  wargi,  aby  mógł  włożyć  jej  do  ust  zapalonego  papierosa. 

Forst  czuł  na  sobie  jej  wzrok,  pełen  pożądania  i  tęsknoty.  Miał 

wrażenie, że krew coraz szybciej krąży mu w żyłach.  

Westchnął cicho, zaczął się już przyzwyczajać do myśli, że Katie 

zostanie  jego  żoną. Był  młody,  zdrowy,  zbrzydła  mu  samotność.  Nie 

background image

kochał  Katie,  ale  wiedział,  że  jest  jedyną  kobietą,  którą  mógłby  tu 

poślubić.  

Rozmyślając 

tym 

rozmawiał 

dalej 

interesach 

Vanderheydenem. Katie wyraźnie się nudziła. Mocno nadąsana wstała  

od  stołu  i  usiadła  na  bujanym  fotelu.  Harald  śledził  ją  wzrokiem,  z 

upodobaniem przyglądał się jej smukłej sylwetce.  

"Jest  piękna  -  myślał.  -  Bardzo  młoda.  -  Można  ją  wychować, 

zrobić  z  niej  idealną  towarzyszkę  życia."  Z  uśmiechem  spoglądał  na 

nadąsaną  dziewczynę  i  miał  właśnie  zamiar  sprowadzić  rozmowę  na 

inne  tory,  aby  jej  sprawić  przyjemność,  gdy  nagle  usłyszał  głos 

wspólnika.  

- Najwidoczniej starzeję się, bo zapomniałem na śmierć, że mam  

dla pana list. Nadszedł dziś rano. Jest to poczta prywatna, choć pismo 

wskazuje na naszego prokurenta z Hamburga. Proszę...  

Harald  spojrzał  tylko  na  kopertę,  po  czym  schował  list  do 

portfela.  

- Niech go pan przeczyta. Nie będziemy panu przeszkadzać.  

Młodzieniec pokręcił głową.  

-  To  nic  pilnego.  Chodzi  na  pewno  o  kwartalne  sprawozdanie  o 

poczynaniach  mojej  pupilki.  Donosi  mi  szczegółowo,  co  słychać  u 

małej Marleny  Lassberg. Jej opiekunka, pani Darlag, nie ma wprawy 

w pisaniu listów. Przeczytam to potem.  

Katie parsknęła śmiechem.  

- Jak to możliwe, panie Haraldzie? Ma pan pupilkę?  

- Dlaczego to panią tak śmieszy, panno Katie?  

background image

- Pan jest przecież młody. Żeby mieć pupilkę, trzeba być siwym, 

zgrzybiałym staruszkiem.  

- Czyżby pani zapomniała, że opowiadałem już kiedyś tę historię? 

Skinęła głową.  

-  Tak,  wiem.  Pamiętam  coś  tam...  Jakiś  obowiązek...  Musiał  się 

pan komuś odwdzięczyć...  

- Ależ to nie tylko obowiązek, Katie! Obiecałem memu wybawcy, 

że  zaopiekuję  się  jego  córeczką  i  wychowam  ją  w  swym  domu  jak 

własną  siostrę.  Honor  nakazywał  mi  dotrzymanie  obietnicy  danej 

umierającemu!  

- Tak, tak, pamiętam. Czy pańska pupilka jest ładna?  

Spostrzegł  w  jej  oczach  błysk  zazdrości,  więc  zaśmiał  się 

serdecznie.  

- Wydaje mi się, że nie.  

- Czy pan jej w ogóle nie zna?  

-  Widziałem  Marlenę  dwa  razy  w  życiu.  Przywiozłem  ją  do 

Hamburga,  a  potem  zobaczyłem  ją  na  pogrzebie  matki,  przed 

wyjazdem do Kota Radża. Sprawiała wrażenie smutnej i zmartwionej. 

Mizerna i blada, chodziła z wiecznie zapłakanymi oczyma.  

- Ile miała lat?  

- Chyba czternaście czy piętnaście.  

- Wobec tego jest dziś starsza ode mnie.  

Harald spojrzał na nią zaskoczony, potem lekko się uśmiechnął.  

background image

- Rzeczywiście, z dzieci wyrastają ludzie! Mała Marlenka jest już 

z pewnością dorosłą Marleną. Nigdy mi to nie wpadło do głowy. Jak 

ten czas leci! Moja siostrzyczka będzie wkrótce pełnoletnia.  

- Stanie się dorosła?  

- Tak, panno Katie. W duchu myślałem o niej jako o podlotku.  

-  A  co  się  stanie,  gdy  dojdzie  do  pełnoletności?  -  spytała  Katie, 

przestając się bujać w fotelu.  

- Zostanie w moim domu - odparł z powagą.  

- Na zawsze? - zawołała Katie ze zdumieniem.  

- Dopóki nie wyjdzie za mąż.  

- A jeśli jest brzydka i nikt jej nie zechce?  

- Pozostanę nadal jej opiekunem.  

- Nawet wtedy, gdy powróci pan na stałe do kraju?  

- Oczywiście, przecież moja siostra przebywałaby w moim domu, 

a Marlena jest jakby moją siostrą.  

- O Boże, ale pan sobie skomplikował życie! Będzie pan dźwigał 

okropny ciężar!  

Harald zmarszczył czoło.  

-  Nigdy  o  tym  nie  myślałem  jako  o  ciężarze.  Zobowiązałem  się 

spłacić dług wdzięczności wobec jej ojca, który uratował mi życie.  

- Brawo, brawo, panie Haraldzie! - wtrącił Vanderheyden.  

Katie  zauważyła,  że  panowie  chcą  kontynuować  rozmowę  o 

interesach, ale postanowiła, że nie dopuści do tego.  

-  Niech  mi  pan  poda  jeszcze  jednego  papierosa!  -  zawołała 

zniecierpliwiona. 

background image

Harald podszedł do niej z otwartą papierośnicą.  

- Zapalonego! - rozkazała, nadąsana.  

Spojrzał na nią rozbawiony.  

- Jak mówi grzeczne dziecko? - spytał żartobliwie.  

- Nie jestem dzieckiem! - krzyknęła urażona Katie.  

-  Aha!  Jak  zatem  mówi  dobrze  wychowana  dorosła  panienka?  - 

spytał, patrząc jej przeciągle w oczy.  

Zamigotał w nich figlarny płomyk. Złożyła usta jak do pocałunku.  

- Proszę mi wsunąć do buzi zapalonego papierosa - rzekła niczym 

posłuszne dziecko.  

Uwierzył w jej uległość, jakby nie dostrzegł w słowach kokieterii. 

Zapalił papierosa i wsunął między rozchylone wargi. Wyglądała w tej 

chwili  nadzwyczaj  ponętnie,  leżała  bowiem  w  fotelu  przeciągając  się 

jak kotka. Harald pochwycił nagle jej rękę i przycisnął do ust.  

Katie  spłonęła  rumieńcem.  Po  raz  pierwszy  okazał  jej  taką 

galanterię.  Uniosła  się  na  poduszkach  i  posłała  mu  powłóczyste 

spojrzenie  spod  długich  rzęs.  Wtedy  pogłaskał  pieszczotliwym 

ruchem  jej  czoło  i  policzek,  po  czym  wrócił  na  dawne  miejsce  przy 

stole. Na jego ustach pojawił się uśmiech. Uświadomił sobie teraz, że 

Katie go kocha.  

John Vanderheyden obserwował z daleka tę scenkę. Oczy starego 

pana  zajaśniały  zadowoleniem.  Chwała  Bogu  -  nareszcie  jakiś  znak, 

że  Harald  Forst  nie  jest  zupełnie  obojętny  na  wdzięki  ukochanej 

jedynaczki...  

background image

Wkrótce potem młody człowiek pożegnał się, ale miał wrócić na  

kolację,  ponieważ  wszystkie  posiłki,  z  wyjątkiem  pierwszego 

śniadania,  jadł  z  rodziną  Vanderheydenów.  Przy  pożegnaniu  uścisnął  

serdecznie rękę Katie.  

-  Czy  jutro  znowu  pojedzie  pan  na  plantacje?  -  spytała 

dziewczyna.  

-  Nie,  panno  Katie,  jutro  mam  do  załatwienia  kilka  spraw  w 

Oleh_loh, a potem pojadę do wolnego portu na wyspie Wei.  

- Czy popłynie pan żaglówką?  

-  Jeśli  wiatr  będzie  pomyślny,  a  jeśli  nie  -  przyjadę  do  Oleh_loh 

pociągiem, stamtąd zaś promem do portu.  

Spojrzała na niego prosząco.  

- Niech pan popłynie żaglówką i weźmie mnie ze sobą.  

- W tym upale bardzo się pani zmęczy.  

-  Na  wodzie  upał  nie  jest  straszny.  Mam  taką  ochotę  na 

wycieczkę...  

- Dobrze, jeśli się zdecyduję na żaglówkę, zabiorę panią.  

Klasnęła w dłonie jak mała dziewczynka.  

-  Bardzo  się  cieszę!  W  domu  jest  nudno,  gdy  nie  ma  pana  i 

tatusia.  

Uśmiechnął się i skinął głową.  

- Rzeczywiście, pani życie tutaj nie jest szczególnie urozmaicone.  

Westchnęła z żalem.  

-  Ach,  niestety!  Jestem  tu  taka  samotna.  Od  czasu  do  czasu 

przychodzi  Nefroner  Grodendahl  i  opowiada  mi  najstarsze  plotki  z 

background image

Kota Radża. Jeszcze rzadziej bywa u nas Juffroner Neels, który mnie 

zanudza zwierzeniami o swej piątej nieszczęśliwej miłości do jakiegoś 

urzędnika 

państwowego. 

Nawet 

na 

nielicznych 

przyjęciach 

towarzyskich nie zdarza się nic ciekawego.  

Pogłaskał ją po włosach.  

- Ma pani rację. Życie nie jest tu przyjemne. Wszyscy myślą tylko 

o  zarabianiu  pieniędzy  i  nie  interesują  się  czym  innym.  Wobec  tego 

zabiorę panią ze sobą.  

Harald  rozumiał  Katie.  Za  nic  w  świecie  nie  mogła  prowadzić 

takiego  trybu  życia.  Dotąd  jednak  nie  skarżyła  się  nigdy,  że  ta 

wieczna bezczynność ją nudzi, zdawało się, że właśnie takie życie jej 

odpowiada.  

Ale  tak  właśnie  było.  Katie  najchętniej  wyciągała  się  na  leżaku, 

oddając  się  marzeniom.  Ochota  na  przejażdżkę  z  Haraldem  zbudziła 

się w niej nagle i niespodziewanie.  

Z błyskiem w oczach śledziła młodego człowieka, który szedł do 

swojego  domku  przez  bujny,  tonący  w  kwiatach  ogród.  Siedziba 

Haralda była wiernym odbiciem willi Vanderheydenów, lecz składała 

się  zaledwie  z  pięciu pokojów,  podczas  gdy  dom  wspólnika  miał  ich 

pięciokrotnie  więcej.  Katie  długo  patrzyła  na  wysmukłą  postać 

ukochanego.  Odwróciła  się  dopiero  wtedy,  gdy  młodzieniec  znikł  za 

drzewami. Dziewczyna westchnęła głęboko.  

Mijnheer Vanderheyden przyjrzał się córce z tkliwością.  

- Czemu tak wzdychasz, kochanie? - spytał z uśmiechem.  

background image

-  Przecież  wiesz,  tatusiu!    Harald  Forst  musi  zostać  moim  

mężem!  

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  Katie.  To  dzielny,  szlachetny 

człowiek.  

-  Właśnie  dlatego  pragnę  go  zdobyć!  Ale  on  się  zbyt  długo 

zastanawia. Zaczynam już tracić cierpliwość. Jeśli będzie się ociągał, 

ty  musisz  z  nim  pomówić.  Tak,  ojczulku!  Daj  mu  do  zrozumienia, 

żeby przestał mnie dręczyć.  

John  Vanderheyden  był  gotów  dać  swej  córce  gwiazdkę  z  nieba, 

ale wzdragał się na myśl o rozmowie z Haraldem.  

- Tego nie mogę zrobić, Katie... Tu chodzi o twoją dumę. Musisz 

uzbroić  się  w  cierpliwość.  Miałem  wrażenie,  że  dziś  był  bardzo 

czuły...  

-  Ty  to  także  zauważyłeś,  ojczulku?  Dzisiaj  był  inny  niż 

zazwyczaj. Ja sama wolałabym, aby obyło się bez tej rozmowy.  

-  A  widzisz,  kochanie!  Córka  Vanderheydena  nie  ma  potrzeby 

narzucać się mężczyźnie.  

- Masz rację. Wiesz, przed twoim powrotem była taka chwila, że 

Harald  chciał  mnie  pocałować.  Tak  mi  się  wydawało.  Znalazłam 

sposób  na  to,  by  mu  się  podobać.  Jeśli  jutro  podczas  wspólnej  jazdy 

nie oświadczy mi się, zastosuję inną metodę.  

- O czym myślisz, Katie?  

Zaśmiała się krótko, a oczy jej zalśniły.  

- Ubiorę się tak jak dzisiaj, w sarong. Bardzo mu się podobałam.  

- Widział cię w sarongu? - spytał ojciec, niemile zaskoczony.  

background image

- Tak, przy takim upale musiałam założyć sarong. Harald wracał z 

plantacji i zobaczył mnie na werandzie. Rozmawialiśmy przez chwilę. 

W  jego  oczach  dostrzegłam  zachwyt:  powiedz,  ojczulku,  jestem 

piękna, prawda?  

Ojciec  spojrzał  na  nią  czule  i  podjechał  w  swym  fotelu  na 

kółkach.  

- Jesteś moim ślicznym, kochanym dzieckiem! Gdy już zostaniesz 

żoną  Haralda  Forsta,  będę  mógł  spokojnie  zamknąć  oczy.  Pod  jego 

opieką niczego ci nie braknie.  

Ujęła rękę ojca i przytuliła do niej policzek.  

- Nie, nie umieraj, ojczulku! Nikt nie będzie mnie tak kochał jak 

ty!  

Słowa  te  zdradzały  naiwny  egoizm  Katie.  Ojciec  był  jej 

potrzebny, kochał ją i pieścił. John Vanderheyden ucieszył się jednak, 

że córka darzy go takim uczuciem. Dawniej ponosił wielkie ofiary dla 

swej pięknej, kapryśnej żony, teraz całą miłość przelał na jedynaczkę. 

Był  jednym  z  tych  dobrodusznych  mężczyzn,  którzy  ulegają 

kobietom,  choć  nie  brak  im  odwagi  i  energii.  Nie  mógł  wyjechać  z 

Katie do Europy, gdzie niewątpliwie znalazłby wielu konkurentów do 

ręki  swej  pięknej  i  bogatej  córki.  Tu,  na  Sumatrze,  Harald  wydawał 

mu się najbardziej pożądanym zięciem.  

 

*        *        * 

Po przybyciu do domu Harald usiadł na werandzie, położonej po 

przeciwnej  stronie  od  willi  Vanderheydenów.  Lubił  to  miejsce,  tylko 

background image

tutaj  miał  poczucie  odosobnienia  i  zupełnej  swobody.  Ilekroć 

siadywał  naprzeciwko  domu  Vanderheydenów,  wszędobylska  Katie 

nie spuszczała go z oczu.  

Położył  się  na  trzcinowym  leżaku  i  polecił  służącemu,  aby 

przyniósł  przybory  do  palenia.  Przeciągnął  się,  czując  zmęczenie  po 

pracowitym  dniu.  W  tym  roku  upał  szczególnie  dawał  się  we  znaki, 

żar lał się niemiłosiernie z rozpalonego nieba.  

Harald palił cygaro, wypuszczał kółka dymu i rozmyślał o Katie. 

Z  rozmarzeniem  wspominał  tę  chwilę,  gdy  wsuwał  jej  papierosa  do 

ust.  Była  taka  ponętna,  taka  piękna!  Ileż  radości  sprawiłoby  mu 

przebywanie  z  młodą,  śliczną  istotą,  którą  można  by  wychować  i 

urobić na swoją modłę.  

Przez  chwilę  pomyślał  rozsądnie.  Co  mu  się  stało?  Przez  tyle  lat 

widywał  ją  codziennie  i  nie  przyciągała  jego  uwagi.  I  oto  nagle 

zbudziła się w nim ochota na małżeństwo. Zastanowił się i doszedł do 

wniosku,  iż  sprawiły  to  jego  sny  o  Gwiazdce,  śniegu,  tęsknota  za 

cichym szczęściem w gronie rodziny. Wtedy też poczuł się samotny, a 

kiedy w chwilę potem ujrzał Katie, serce zabiło mu mocniej.  

"Powinienem  się  ożenić,  najwyższy  czas!"  -  myślał  Harald. 

Dlaczego nie miałby tego zrobić? Na Sumatrze żyło niewiele kobiet z 

Europy,  a  większość  to  mężatki.  Katie  była  z  nich  bez  wątpienia 

najpiękniejsza.  A  może  poczekać?  Wrócić  do  kraju  i  tam  poszukać 

żony? To nie takie łatwe. Czy znajdzie kobietę, która chciałaby z nim 

jechać na Sumatrę i żyć w upalnym, podzwrotnikowym klimacie?  

background image

Nie,  nie,  najlepiej  ożenić  się  z  Katie.  Kocha  go,  a  to  przecież 

najważniejsze.  Harald  powoli  przyzwyczajał  się  do  myśli,  że  Katie 

zostanie jego żoną... 

Siedział  tak  i  dumał,  aż  wreszcie  przypomniał  sobie  o  liście 

Zeidlera. Wyjął go z portfela i zaczął czytać:  

 

"Drogi Panie Haraldzie! 

Właśnie wysłałem sprawozdanie i bilans kwartalny na adres firmy 

w  Kota  Radża.  Pragnę  Panu  donieść  słów  parę  o  Pańskiej  pupilce, 

Marlenie. Czuje się doskonale, jest zdrowa i wesoła, a sprawił to fakt, 

że  nie  stosowaliśmy  się  ściśle  do  Pańskich  życzeń.  Przez  pięć  lat 

zachowywałem  milczenie,  na  jej  prośbę  zresztą,  lecz  teraz  czuję  się 

zmuszony  powiadomić  Pana,  że  to  ona  od  pięciu  lat  pomaga  mi  w 

biurze i jest moją prawą ręką.  

Zastępowała mnie podczas choroby, choć nie chciała przyjmować 

pensji, twierdząc,  że  w  Pańskim domu  ma  wszystko, czego  jej trzeba. 

Na  razie  otworzyłem  dla  niej  konto  i  zapisuję  sumę  miesięcznego 

wynagrodzenia na jej rachunek." 

 

Harald  doczytał  do  tego  miejsca,  zerwał  się  i  uderzył  pięścią  w 

stolik  tak,  że  o  mało  go  nie  przewrócił.  Zmarszczył  gniewnie  czoło, 

widać  ta  ostatnia  wiadomość  wyprowadziła  go  z  równowagi.  Jakże 

Zeidler  mógł  się  zgodzić  na  coś  podobnego?  Wiedział  przecież  o 

obowiązkach Haralda wobec Marleny.  

background image

Po chwili opanował gniew. Zaczął znowu czytać. Stary prokurent 

musiał dokładnie znać charakter pracodawcy, skoro dalej pisał:  

 

"Wiem, że się Pan w tej chwili na mnie gniewa, że nie może Pan 

pojąć  postępowania  wbrew  swojej  woli.  Spróbuję  jednak  wyjaśnić 

pobudki,  które  mną  powodowały.  Po  Pańskim  wyjeździe  Marlena 

więdła jak kwiat bez rosy i słońca. Zobaczyłem ją kiedyś stojącą obok 

ogrodnika, który szczepił róże. Spojrzała na mnie z takim smutkiem, że 

nigdy już nie zapomnę wyrazu jej oczu.  

Nikt  mnie  tu  nie  chce,  nikt  nie  potrzebuje  mojej  pracy.  Byłabym 

szczęśliwa,  gdybym  znalazła  sobie  jakieś  zajęcie.  Niech  mi  pan 

pomoże!  Muszę  czuć,  że  jestem  pożyteczna  -  mówiła.  Poleciłem,  aby 

nazajutrz  stawiła  się  w  biurze.  Powiedziałem  jej  wówczas:  Pan 

Harald  nie  życzy  sobie,  żeby  Pani  pracowała,  bo  przecież  uważa 

Panią za swoją siostrę.  

A  Ona  na  to:  Gdyby  Harald  miał  siostrę,  która  chciałaby 

pracować, na pewno by jej tego nie odmówił. Wiem, że Harald życzy 

mi  jak  najlepiej,  ale  nie  może  przecież  przypuszczać,  iż  tylko  praca 

przyniesie  mi  spokój  i  zadowolenie.  Niech  mu  Pan  o  tym  nie 

wspomina. Powiadomimy go oboje, gdy wróci do Hamburga.  

Zgodziłem się. Wiem, że i Pan by się zgodził. Marlena pracuje w 

moim  pokoju,  zajmuje  miejsce  przy  Pańskim  biurku.  Jest  pojętną 

urzędniczką, a my wszyscy mamy z niej pociechę. Jej pogodny nastrój 

i radość sprawiają, że inni biorą z niej przykład. Niech się Pan na nas 

nie gniewa. Efekty są widoczne na pierwszy rzut oka. Pańska pupilka 

background image

rozkwitła,  czuje  się  świetnie,  a  jej  uśmiechnięta  twarz  napawa  nas 

dumą i radością. Przekona się Pan o tym po powrocie do Hamburga.  

Czekamy 

na 

Pana 

niecierpliwie. 

Przesyłam 

serdeczne 

pozdrowienia.  

 

Serdecznie oddany 

 

Henryk Zeidler" 

 

Harald odłożył list i zamyślił się. Gniew pierzchnął bez śladu, na 

jego  twarzy  malowało  się  jedynie  zdumienie.  Marlena,  jego  mała 

siostrzyczka  Marlena,  to  szczupłe  dziecko  o  bladej  twarzyczce 

zniweczyło  jego  wszystkie  plany.  Nie  chciała  bezczynnie  siedzieć  w 

domu,  pracowała  w  firmie  "Forst  i  Vanderheyden",  pracowała  dla 

niego! Duma nie pozwalała jej przyjmować dobrodziejstw od dłużnika 

ojca. Sama chciała sobie wywalczyć prawo do życia pod jego dachem. 

Jak  jednak  mógł  okazać  jej  wdzięczność,  skoro  wytrąciła  mu  broń  z 

ręki...  

Początkowo  złościł  się  na  Marlenę,  ale  potem  pomyślał,  że  i  on 

jest  człowiekiem,  który  nie  potrafiłby  żyć  bez  pracy.  Rozumiał  to 

pragnienie,  pojmował  jej  dumę,  choć  nie  trafiało  mu  to  do 

przekonania,  że  takie  uczucia  mogły  się  zrodzić  w  duszy  młodej 

dziewczyny. W końcu jednak zgodził się ze zdaniem Zeidlera.  

Przez chwilę pogrążył się w zadumie. Próbował sobie wyobrazić, 

jak  Marlena  teraz  wygląda.  Wyrosła  zapewne  na  bladą  panienkę, 

background image

pozbawioną  wdzięku  i  urody.  Kiedy  ją  widział,  sprawiała  wrażenie 

istoty godnej pożałowania. Harald wątpił, czy się zmieniła. Pomyślał, 

że  będzie  jej  trudno  znaleźć  męża.  Da  jej  przyzwoitą  wyprawę  i 

posag, ale brzydkie dziewczęta mają kłopoty z zamążpójściem.  

Powoli zapadała cicha noc podzwrotnikowa, na niebie wschodziły 

pierwsze gwiazdy. Haraldowi wydawało się, że widzi przed sobą Jana 

Lassberga, bladego, w okrwawionym mundurze. Leżeli obok siebie w 

polowym lazarecie, gdy Harald uścisnął dłoń umierającego, dziękując 

mu  za  ocalenie.  Wtedy  Jan  Lassberg  otworzył  ogromne,  szare  oczy, 

płonące mocnym blaskiem. Na jego ustach pojawił się uśmiech, pełen 

tkliwości i dobroci.  

-  Nie  dziękuj  mi,  kolego,  spełniłem  swój  obowiązek.  Nie  umrę 

nadaremnie. Lekarz powiada, że pan będzie żył, to mnie cieszy. Jedno 

tylko nie daje mi spokoju...  

- Co takiego? Może ja mógłbym pomóc? - zapytał Harald.  

-  Mam  dziecko...  małą  córeczkę...  kocha  mnie  nad  życie.  Moja 

śmierć sprawi jej wielki ból. Kolego, przekaż jej pozdrowienia! Adres 

znajdziesz  w  moim  portfelu...  A  potem...  niech  się  pan  nią  zajmie... 

Nie  mogłem  jej  wiele  zostawić...  niech  nie  cierpi  niedostatku...  moja 

biedna, maleńka Marlenka... 

- Daję słowo honoru, że zaopiekuję się małą. Zawiozę ją do domu 

rodziców, będzie się wychowywała u mojej matki, a ja będę ją uważał 

za siostrę...  

Wtedy rysy konającego rozjaśniły się uśmiechem szczęścia.  

background image

-  To  dobrze...  dziękuję,  kolego...  dziękuję...  Teraz  mogę  umrzeć 

spokojnie... Proszę pozdrowić ją ode mnie.  

Były  to  ostatnie  słowa  Jana  Lassberga.  W  chwilę  potem  już  nie 

żył.  

Za  każdym  razem  ogarniało  Haralda  wzruszenie,  gdy  o  tym  

wspominał.  I  teraz  wydawało  mu  się,  że  czuje  na  sobie  spojrzenie 

Jana  Lassberga.  Marlena  miała  te  same  szare  oczy,  patrzyła  na 

Haralda błagalnie, gdy przyniósł jej wieść o śmierci ojca.  

-  Umarł  jak  bohater,  jak  człowiek  szlachetny  i  honorowy  - 

odpowiedział,  a  wtedy  szare  oczy  dziewczynki  zalśniły  jasnym 

blaskiem.  

Tak, mała Marlena miała piękne, szare oczy, które jednak zgasły 

niepostrzeżenie w jej bladej, mizernej twarzy. Zadawał sobie pytanie, 

czy uczynił wszystko, co powinien?  

Zastanowił się przez chwilę. Tak, zrobił wszystko, co było w jego 

mocy.  Musiał  wprawdzie  wyjechać  i  nie  mógł  zabrać  jej  ze  sobą  - 

pewnie  nie  zniosłaby  tutejszego  klimatu  -  zapewnił  jej  jednak  dobrą 

opiekę. Dzięki niemu wiodła beztroskie życie, posyłał do niej krótkie 

kartki,  pytając  o  życzenia.  Zapomniał  tylko  o  jednym,  o  tym,  że 

dorosła, że z dziecka przeistoczyła się w kobietę.  

Miała  swoje  duchowe  potrzeby,  upodobania,  ale  on  nigdy  nie 

interesował  się  jej  rozwojem  wewnętrznym.  Nie  mógł  sobie  tego 

wybaczyć.  Postanowił,  że  napisze  do  niej  długi  list.  Chciał  ją  teraz 

lepiej poznać, zbliżyć się duchowo. Tak, jeszcze dziś do niej napisze. 

background image

Ma właśnie odpowiedni nastrój. Teraz musi jeszcze iść na kolację, ale 

zaraz po powrocie zasiądzie do pisania.  

Zerwał  się  tak  szybko  z  miejsca,  że  aż  wstrząsnął  nim  dreszcz. 

Temperatura  gwałtownie  się  obniżyła,  zbliżała  się  chłodna  noc. 

Poszedł do pokoju, żeby się przebrać do kolacji.  

W  willi  już  czekano.  Spóźnił  się  trochę,  za  co  przeprosił 

gospodarzy.  Wreszcie  zasiedli  do  stołu.  Podczas  kolacji  Katie  stroiła 

zalotne  minki  do  Haralda,  on  zaś  uśmiechał  się  od  czasu  do  czasu. 

Dziewczyna  podobała  mu  się  coraz bardziej,  zwłaszcza  że  podjął  już 

decyzję o poślubieniu jej.  

Po skończonym posiłku Harald wstał i pożegnał się, nie zważając 

na  uporczywe  prośby  Katie,  która  chciała  się  nim  jeszcze  nacieszyć. 

Zazwyczaj  zostawał  blisko  godzinę  po  kolacji,  ale  tym  razem 

oświadczył, że ma ważne listy do napisania.  

-  Do  kogo  będzie  pan  pisał,  panie  Haraldzie?  -  spytała  nadąsana 

Katie.  

- Do Marleny, panno Katie.  

- Czy nie może pan tego odłożyć do jutra?  

- Nie mogę. Chcę, aby list odszedł jutro, najbliższym parowcem.  

I  Harald  nie  pozwolił  się  zatrzymać.  Napisał  do  Marleny  bardzo 

serdeczny list, niczym czuły brat do ukochanej siostrzyczki.  

 

*        *        * 

Marlena  i  prokurent  Zeidler  przeglądali  korespondencję.  Przy 

okazji  omówili  parę  istotnych  spraw.  Kilka  godzin  zeszło  im  na 

background image

gorliwej pracy. Raz po raz Marlena podnosiła wzrok i przyglądała się 

bukietowi  bladoróżowych  kwiatów,  które  stały  na  biurku.  Kiedy 

przyniesiono pocztę z Sumatry, Marlena z bijącym sercem spoglądała 

na listy, które woźny położył na biurku pana Zeidlera.  

-  Oto  list,  panno  Marleno  -  rzekł  nagle  Zeidler.  -  Harald  napisał 

tym razem oddzielnie do mnie i do pani...  

Wręczył  Marlenie  kopertę,  dziewczyna  zaś  zbladła,  a  potem 

spojrzała trwożliwie na starszego pana.  

- Niech się pani tak nie denerwuje! Oboje mamy czyste sumienie. 

Proszę, niech pani przeczyta.  

-  Odłożę  to  na  później  -  odparła.  -  Może  są  w  nim  surowe 

wyrzuty, wolę go przeczytać w domu. Ze strachem myślę o treści tego 

listu.  

-  Nie  ma  powodu  do  obaw,  ale  rozumiem,  że  pragnie  pani 

otworzyć  go  i  przeczytać  w  samotności.  Może  już  pani  pójść  do 

domu...  

- O nie, nie wyjdę z biura przed czasem! Poczekam do obiadu.  

-  Pozwoli  pani,  że  ja  przeczytam  list  do  siebie.  Przekonamy  się, 

czy bardzo się na nas gniewa.  

Pan  Zeidler  szybko  przejrzał  list  i  z  uśmiechem  podał  go 

Marlenie.  

 

"Drogi Panie!  

Otrzymałem  od  Pana  korespondencję  prywatną  i  zapewniam,  że 

się nie gniewam. Wyrzucam sobie, iż do tej pory nie troszczyłem się o 

background image

potrzeby duchowe Marleny, pragnę jednak naprawić swój błąd. Nawet 

nie  myślałem  o  tym,  że  przestała  być  dzieckiem,  toteż  bardzo  mnie 

cieszy  pańskie  postanowienie.  Pańska  pochlebna  o  niej  opinia 

szczerze  mnie  raduje, ale przyznam  szczerze, iż nie  spodziewałem  się 

niczego  innego.  Kto  miał  takiego  ojca,  musi  być  wartościowym 

człowiekiem.  

Pragnę  jeszcze  dodać,  że  noszę  się  z  zamiarem  przyjazdu  do 

Hamburga. Na razie nie mogę ustalić dokładnej daty, sądzę jednak, że 

za  kilka  miesięcy  uda  mi  się  zwolnić  na  jakiś  czas.  Mieliśmy  znów 

kilka  wypadków  przerzucenia  opium  na  plantacje,  a  zanim  nie 

wykryję sprawców, nie mogę się stąd ruszyć. Podam Panu oczywiście 

dokładny termin swojego powrotu.  

Przesyłam serdeczne pozdrowienia dla Pana i Małżonki.  

Szczerze życzliwy 

Harald Forst" 

 

Marlena  doczytała  do  końca,  po  czym  podniosła  wzrok  na  pana 

Zeidlera. Jej oczy błyszczały radośnie.  

- Chwała Bogu! Już jestem spokojna! Harald nie ma do nas żalu.  

-  Podzielam  pani  radość,  panno  Marleno!  Możemy  z  czystym 

sumieniem cieszyć się myślą o jego powrocie.  

- Niestety, nie przyjedzie tak prędko - odparła z westchnieniem. - 

Znów  ma  kłopoty  przez  tę  sprawę  z  przemytnikami  opium.  Ach, 

gdybyż wreszcie wykrył sprawców! 

background image

-  To  na  pewno  Chińczycy,  którzy  stale  uprawiają  ten  proceder. 

Skupmy się jednak na bilansie, nadesłanym z Kota Radża.  

Pan  Zeidler  wyjął  z  koperty  plik  papierów,  najpierw  sam  go 

przejrzał, a potem podał Marlenie. Praca jednak wyraźnie jej nie szła, 

bo  myśli  wciąż  krążyły  wokół  listu od  Haralda.  Kiedy  nadeszła  pora 

obiadowa,  Marlena  pożegnała  się  z  Zeidlerem  i  szybkim  krokiem 

przemierzyła  zaśnieżony  ogród.  W  przedpokoju  spotkała  panią 

Darlag.  

-  Ach,  panno  Marlenko,  prałam  dziś  bieliznę,  więc  obiad  będzie 

trochę później. Czy poczeka pani jeszcze chwilę?  

-  Ależ  oczywiście!  Pójdę  do  swojego  pokoju  i  odpocznę  trochę. 

Niech się pani nie spieszy. Obiad można podać za kwadrans.  

- Doskonale. Za piętnaście minut każę podać do stołu.  

Marlena  skinęła  głową  i  po  szerokich  schodach  wbiegła  na 

pierwsze  piętro,  gdzie  znajdowały  się  jej  pokoje.  To  miejsce 

wyznaczyła dla niej matka Haralda. Apartament składał się z sypialni 

oraz buduaru z głęboką niszą przy oknie.  

- Bywają chwile, gdy człowiek musi się odseparować od innych. 

Trzeba  mieć  swój  własny  kącik  -  powiedziała  wtedy  ta  zacna, 

rozsądna kobieta.  

Marlena  mogła  korzystać  ze  wszystkich  pomieszczeń  w  domu. 

Jedynie pokoje Haralda, położone na parterze, były zamknięte na czas 

jego nieobecności.  

Dziewczyna usiadła na fotelu w niszy. Przez chwilę siedziała bez 

ruchu,  trzymając  w  ręku  list  Haralda.  Utkwiła  wzrok  w  fotografii 

background image

brata,  wiszącej  na  przeciwległej,  wąskiej  ścianie.  Wyjęła  ją  kiedyś  z 

albumu  i  tutaj  powiesiła.  Ilekroć  odpoczywała  na  swym  ulubionym 

miejscu,  jej  oczy  badały  każdy  rys  tej  męskiej,  energicznej  twarzy. 

Podobizna  pochodziła  z  czasów,  gdy  przywiózł  Marlenę  do  domu 

swojej matki.  

Lubiła  tę  fotografię,  traktowała  ją  jak  swego  zaufanego 

powiernika,  któremu  się  mówi  o  największych  sekretach.  Serce 

Marleny  od  dawna  należało  do  Haralda.  Obdarzyła  go  zaufaniem już 

przy pierwszym spotkaniu, gdy przyjechał z wieścią o śmierci ojca. W 

rok później ujrzała go na pogrzebie matki i zrozumiała, że to uczucie 

spotężniało.  Przez  dłuższy  czas  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że 

kocha Haralda. Sądziła, że to po prostu wdzięczność. Dojrzała jednak 

i wtedy zrozumiała, że nie potrafi pokochać innego mężczyzny.  

Jego długa nieobecność sprawiała jej ból, toteż czasami, walcząc 

z  tęsknotą,  pisywała  do  niego  obszerne  listy,  których  nigdy  nie 

wysyłała. Obawiała się odkrycia swej tajemnicy, dlatego też wysyłała 

tylko  krótkie  kartki  z  pozdrowieniami,  na  które  otrzymywała  równie 

krótkie  odpowiedzi.  A  teraz  trzyma  w  rękach  długi  list  od  Haralda. 

Serce bije tak mocno... Wreszcie otworzyła kopertę i zaczęła czytać. 

 

"Moja droga, maleńka siostrzyczko!  

Otrzymałem ostatnio list  od pana  Zeidlera,  który  mi uświadomił, 

że ta mała dziewczynka, żegnająca mnie przed pięciu laty, wyrosła na 

mądrą,  młodą  pannę.  Kiedy  wyjeżdżałem  z  kraju,  byłaś  jeszcze 

bladym,  mizernym  dzieckiem,  z  którym  nawet  nie  próbowałem 

background image

nawiązać bliższego kontaktu. A tymczasem wszystko się zmieniło. Pan 

Zeidler wypisuje o Tobie istne cuda. Nie przypuszczałem, że byłaś nad 

wiek rozwinięta, że dręczył Cię niezaspokojony głód pracy. Doskonale 

Cię  rozumiem.  Ja  tutaj  pracuję  cały  dzień,  a  liczne  zajęcia  całkiem 

wypełniają  mi  czas.  Może  właśnie  dlatego  nie  nawiązałem  dotąd  z 

Tobą korespondencji. Powinienem był już dawno to uczynić.  

Mam  Ci  jednak  za  złe,  żeś  mi  nie  okazała  zaufania.  Sprawiłabyś 

mi  wielką  radość,  powierzając  swoje  tęsknoty  i  życzenia.  Pisałaś 

zawsze krótkie kartki, donosząc jedynie, że jesteś zdrowa i na niczym 

Ci  nie  zbywa.  Czyżbyś  mi  nie  ufała?  Twoje  obawy  były  całkowicie 

bezpodstawne.  Zrozumiałbym  Twoją  prośbę,  tak  jak  teraz  ją 

rozumiem. Nie chciałbym, abyś swą pracę traktowała jako sposób na 

zrekompensowanie mi trudu opieki nad Tobą.  

Stawiasz  mnie  w  bardzo  kłopotliwej  sytuacji.  Obiecałem  Twemu 

ojcu, że zajmę się Tobą, a Ty nie pozwalasz mi na dotrzymanie słowa 

danego  umierającemu.  Pracuj,  jeśli  praca  sprawia  Ci  przyjemność, 

ale wydaje mi się, że powinnaś sobie znaleźć piękniejszy, jaśniejszy cel 

w  życiu  niż  to  nudne  zajęcie  w  moim  biurze.  Pomówimy  o  tym,  gdy 

wrócę do kraju.  

Chciałbym  jakoś  nadrobić  stracony  czas,  lepiej  Cię  poznać,  bo 

wstyd  mi,  że  zapomniałem  o  swojej  dorosłej,  prawie  nie  znanej 

pupilce.  Wziąłem  na  siebie  odpowiedzialność  za  byt  materialny  i 

rozwój duchowy powierzonego mi dziecka i z tego się nie wywiązałem. 

Zastanawiam  się  teraz,  czy  nadejdzie  dzień,  w  którym  powierzysz  mi 

wszystkie  swoje  tajemnice  i  zaczniesz  mnie  uważać  za  rodzonego 

background image

brata.  Proszę,  byś  napisała  do  mnie  jeszcze  przed  wyjazdem.  Mam 

nadzieję,  że  już  za  kilka  miesięcy  powitamy  się  jak  kochające 

rodzeństwo.  Możesz  zawsze  liczyć  na  moje  braterskie  przywiązanie. 

Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia.  

Twój brat Harald" 

 

Ostatnich słów już prawie nie widziała, bo oczy zasnuły się łzami. 

Ten wzruszający list sprawił jej jednocześnie radość i ból, zbyt często 

Harald  podkreślał  to,  że  kocha  Marlenę  jak  siostrę.  Smutek  znowu 

zagościł  na  pięknym  obliczu  dziewczyny.  Po  chwili  jednak  się 

opamiętała.  Czy  mogła  liczyć  na  coś  innego?  Nie,  z  pewnością  nie! 

Jej  marzenie  nie  ma  szans  spełnienia.  Nie  miała  co  do  tego  żadnych 

złudzeń.  Jeszcze  niedawno  zastanawiała  się  przecież,  co  się  stanie, 

gdy  Harald  się  ożeni.  Domyślała  się,  że  po  powrocie  do  Hamburga 

zacznie szukać dla siebie towarzyszki życia. Będzie odwiedzał salony, 

pozna  wiele  młodych  panien,  a  jedną  z  nich  poślubi.  Tak  przystojny 

mężczyzna musi mieć powodzenie.  

Pan  Zeidler  wspominał  niedawno,  że  już  najwyższy  czas,  aby 

Harald  się  ożenił.  Marlena  wiedziała,  że  prędzej  czy  później  musi  to 

nastąpić.  A  wtedy  ona  opuści  na  zawsze  ten  dom,  nie  będzie  mogła 

pozostać  pod  jednym  dachem  z  Haraldem,  mężem  innej  kobiety.  To 

już  ponad  jej  siły.  Zadumana  spoglądała  na  fotografię  ukochanego. 

Uśmiechnęła  się  czule,  pogłaskała  pieszczotliwym  ruchem  list,  a  jej 

myśli biegły w nieznaną dal.  

background image

Wiedziała,  że  tam,  na  Sumatrze,  Harald  prowadzi  życie  trudne  i 

po  brzegi  wypełnione  pracą.  Obawiała  się  nawet  o  jego  zdrowie.  O 

jednym tylko nie pomyślała, a mianowicie, że młody Forst mógłby się 

ożenić  W  Kota  Radża.  Nigdy  nie  słyszała    o  córce  Mijnheera 

Vanderheydena,  a  Harald  nie  wspominał  o  istnieniu  Katie.  Marlena 

nawet  nie  przeczuwała,  jakie  niebezpieczeństwo  zagraża  jej  miłości 

właśnie  w  Kota  Radża.  Była  przygotowana  na  jego  ożenek  tu,  w 

Hamburgu.  

Zakochana  dziewczyna  ukryła  na  sercu  list  od  Haralda  i 

postanowiła  nań  już  nazajutrz  odpisać.  Będzie  miała  dużo  czasu,  bo 

przecież jutro niedziela. Jeszcze raz spojrzała na fotografię i zeszła do 

jadalni.  Posiłki  jadała  w  przestronnym,  wytwornie  urządzonym 

pokoju,  w  którym  stały  ciężkie,  staroświeckie  meble.  Rzeźbiony 

kredens  zdobiły  srebra  i  kosztowne  kryształy,  świadczące  o  wielkim 

dostatku właścicieli. Pani Darlag właśnie nalewała zupę.  

-  Przykro  mi,  że  panienka  musiała  czekać  -  rzekła  staruszka.  - 

Mogłyśmy pogawędzić jeszcze pół godziny po obiedzie.  

-  Trudno,  skrócimy  trochę  naszą  rozmowę  -  odparła  Marlena, 

zajmując miejsce przy stole.  

Pani  Darlag  usiadła  naprzeciwko.  Dziewczyna  powiedziała  jej  o 

niespodziance Zeidlera.  

- On pamięta o takich rzeczach - rzekła opiekunka. - A jak tam z 

pocztą? Czy nie było wiadomości z Kota Radża?  

- Dostaliśmy dziś dwa listy od pana Forsta: - jeden do mnie, drugi 

do pana Zeidlera.  

background image

-  Do  panienki  też  napisał?  I  to  właśnie  dzisiaj?  To  był  chyba 

najpiękniejszy prezent!  

- Nie wyobraża sobie pani, jaka jestem szczęśliwa!  

- A jak pan Forst zareagował na pani pracę w biurze?  

-  Wcale  się  nie  gniewa.  Zrozumiał  moje  pobudki.  Prosił  tylko, 

żebym się nie przemęczała.  

- Trzeba skorzystać z tej rady. Do czego to podobne! Siedzieć od 

ósmej rano w kantorze!  

- Muszę się stosować do ogólnej dyscypliny. Poza tym inni mają 

znacznie dłuższą drogę do pracy. Ja mieszkam najbliżej. Nawet pani, 

o tyle ode mnie starsza, wstaje codziennie o szóstej.  

- To co innego.  

- Nie widzę żadnej różnicy. Pani pracuje więcej niż ja.  

-  Nie  będę  panienki  przekonywać.  A  teraz  proszę  zjeść  jeszcze 

kawałek mięsa. Trzeba mieć siłę do pracy!  

- Z przyjemnością. Obiad jest świetny jak zawsze.  

-  Dobrze,  że  panience  smakuje.  Pan  Harald  mógłby  mnie  zganić 

za to, że jego siostra źle wygląda. Inne młode dziewczęta wybredzają, 

grymaszą, tylko po to, żeby schudnąć.  

- Ja nie muszę się o to martwić - śmiała się Marlena.  

-  Dzięki  Bogu!  Wygląda  pani  jak  róża.  A  co  pisze  pan  Harald? 

Kiedy wraca?  

Marlena pokrótce przekazała treść listu opiekunce, która szczerze 

kochała swego panicza.  

background image

Po południu dziewczyna wróciła do biura. Nie czekając na pytanie 

Zeidlera, sama powiedziała, o czym napisał Harald.  

 

Nazajutrz rano Marlena wybrała się na długi spacer. W niedzielę 

przed  obiadem  starała  się  zawsze  zażywać  dużo  ruchu.  Po  drodze 

odwiedziła  państwa  Zeidlerów,  którzy  mieli  niewielki  domek  nad 

brzegiem rzeki. Ucieszyli się oboje na widok Marleny.  

-  Przyjaciel  męża  przysłał  nam  w  prezencie  zająca.  Sam  go 

upolował. Niech pani zostanie na obiedzie - mówiła staruszka, patrząc 

z upodobaniem na zaróżowioną od mrozu twarz młodej dziewczyny.  

-  Żałuję  bardzo,  ale  nie  mogę  przyjąć  zaproszenia.  Pani  Darlag 

specjalnie  dla  mnie  przygotowała  dziś  na  obiad  szarlotkę.  Nie  mogę 

jej  zawieść.  Wstąpiłam  do  państwa  tylko  na  chwilę.  Chciałabym  się 

jeszcze przejść.  

-  Czy  mogę  się  przyłączyć?  -  spytał  pan  Zeidler.  -  A  może 

niepotrzebne pani towarzystwo starego nudziarza?  

- Co za pomysł? Proszę się ubrać, zaraz wychodzimy!  

W  kilka  minut  później  Marlena  i  Zeidler  szli  brzegiem  rzeki. 

Dziewczyna  z  rozkoszą  wdychała  mroźne,  orzeźwiające  powietrze. 

Myślała  o  Haraldzie.  Jakże  musiał  tęsknić  za  białym  czarem  zimy! 

Ani na chwilę nie mogła oderwać się od myśli o ukochanym.  

Nagle odezwała się.  

- Mam do pana wielką prośbę.  

- Czym mogę pani służyć?  

background image

- Chciałabym, aby mi pan wystawił świadectwo pracy, to znaczy 

pisemne zaświadczenie o praktyce w biurze.  

Spojrzał na nią zdumiony.  

- Na cóż to pani?  

Twarz dziewczyny pokryła się lekkim rumieńcem. Myślała o tym, 

że już niedługo będzie musiała opuścić dom Haralda, kiedy przybrany 

brat  się  ożeni.  Postanowiła  znaleźć  sobie  jakąś posadę.  Do  tego  było 

jej potrzebne świadectwo.  

- Nie zawadzi mieć takie świadectwo. Nigdy nic nie wiadomo, co 

nam  życie  przyniesie.  A  ja  jestem  ambitna,  pragnę  mieć  czarno  na 

białym, że odbyłam praktykę. Czy to sprawi panu kłopot?  

- Aha - zaśmiał się Zeidler.  - Ma pani na myśli dyplom?  

- Tak, coś w tym rodzaju.  

-  Dobrze,  otrzyma  to  pani.  Mogę  się  nawet  postarać  o 

poświadczenie tego dokumentu w  Izbie Handlowej, jeśli pani na tym 

zależy.  

- Byłabym panu bardzo wdzięczna. 

- Jest pani ambitną, małą dziewczynką - rzekł żartobliwie.  

- Czy to źle?  

- Ależ nie, dostanie pani doskonałe świadectwo.  

- Tylko niech pan nie przesadza w pochwałach i po prostu napisze 

prawdę.  

-  Rozumiem,  że  nie  wolno  mi  napisać:  "Panna  Marlena  to  zuch 

dziewczyna".  

 

background image

-  Nie,  nie!  To  ma  być  poważne  kupieckie  świadectwo  -  odparła 

dziewczyna z uśmiechem.  

-  Doskonale!  Może  je  pani  oprawić  w  ramki  i  powiesić  nad 

biurkiem.  

-  Na  pewno  tego  nie  zrobię.  No,  doszliśmy  do  pańskiego  domu! 

Żona będzie się gniewała, jeśli pieczeń się przypali.  

-  Ma  pani  rację.  W  takich  wypadkach  nawet  ona  potrafi  się 

złościć.  

- Do widzenia. Proszę pamiętać o moim świadectwie.  

- Czy to takie pilne?  

- Tak, chcę się wreszcie dowiedzieć, jaka jestem doskonała.  

Z uśmiechem uścisnęli sobie dłonie, po czym rozstali się.  

 

*        *        * 

 

Zgodnie z umową Katie i Harald wypłynęli rano żaglówką. Wiatr 

był  pomyślny,  a  prąd  rzeki  łagodnie  unosił  stateczek.  Harald  raz  po 

raz  spoglądał  na  swą  uroczą  towarzyszkę,  pogładził  nawet 

pieszczotliwym  ruchem  jej  rękę,  prowadzony  płomiennym  wzrokiem 

młodej  dziewczyny.  Nie  wypowiedział  jednak  słowa,  na  które  Katie 

tak niecierpliwie czekała. Harald nie powodował się uczuciami, każdy 

krok w życiu musiał głęboko przemyśleć.  

Jego spokój niecierpliwił dziewczynę. Zdenerwowana, ułożyła się 

na  poduszkach,  które  Harald  umieścił  na  dnie  łodzi.  Wyraźnie  się 

obraziła.  Żagle  wydymały  się  na  wietrze.  Stateczek  płynął  równo, 

background image

omijając  inne  łodzie  i  statki.  Wreszcie  dopłynęli  do  portu  Oleh_loh, 

gdzie Harald miał coś załatwić w spichlerzach towarowych. Zostawił 

Katie w jachcie, sam zaś udał się do miasta.  

Gdy wrócił, Katie jeszcze się gniewała. Nie zważając na to odbił 

od  brzegu.  W  drodze  powrotnej  dziewczyna  rzucała  mu  ukradkiem 

gniewne spojrzenia, a to go tylko rozśmieszało.  

- Dlaczego pan się śmieje? - spytała wzburzona.  

- Ma pani taką zabawną minkę, panno Katie...  

- Ale ja wcale nie mam ochoty do śmiechu!  

-  Mówiłem  już  pani,  że  przejażdżka,  podczas  której  załatwia  się 

interesy, nie jest zabawna. Proszę się nie martwić. Zaraz będziemy w 

domu.  

I  Harald zaczął swobodnie gawędzić  z kapryśną panną, wciągnął 

ją  nawet  w  ożywioną  rozmowę.  Ale  Katie  była  w  głębi  ducha  zła. 

Czuła, że znowu straciła władzę nad obiektem swoich pragnień.  

Dotarła do domu zawiedziona i rozdrażniona. Harald pożegnał ją 

uprzejmie,  po  czym  poszedł  wprost  do  siebie.  Przez  chwilę 

przyglądała  mu  się  jeszcze  gryząc  wargi  ze  złości,  w  końcu  jednak 

podążyła do willi. Wyszła jej naprzeciw jedna z tubylczych służących. 

Uśmiechnęła się do pani łagodnymi, ciemnymi oczyma. Katie jednak, 

dając upust tłumionej złości, uderzyła ją boleśnie parasolką.  

- Z czego się śmiejesz, ty głupie stworzenie? - krzyknęła.  

Przerażona dziewczyna cofnęła się o kilka kroków. Katie wpadła 

do  domu  jak  burza  i  ostrym  tonem  przywołała  do  siebie  inne 

dziewczęta,  rozkazując,  by  natychmiast  przygotowały  jej  kąpiel  i 

background image

pomogły  się  przebrać.  Miała  zły  humor,  więc  ganiała  dziewczęta  z 

jednego pokoju do drugiego, tupała nogami i biła służbę bez żadnego 

powodu. Całe niezadowolenie z nieudanego spotkania wyładowała na 

Bogu ducha winnych służących. 

Młoda dziewczyna,  którą  Katie  skarciła  tak boleśnie, przystanęła 

u  progu  domu.  Płakała  masując  palcami  czerwoną  pręgę,  ślad  po 

uderzeniu.  Podszedł  do  niej  Aczyńczyk,  pracujący  również  u  pana 

Vanderheydena, i spytał: 

- Co się stało, Zobah? Dlaczego płaczesz?  

- Pani uderzyła mnie parasolką. Spójrz tylko...  

I  łkając  pokazała  mu  pręgę  na  ramieniu.  W  ciemnych  oczach 

chłopca zamigotał gniewny płomyk.  

- Dlaczego pani cię zbiła? Czy zasłużyłaś na karę?  

-  O,  Kasova!  Zobah  nic  nie  zrobiła!  Wyszłam  jej  naprzeciw  z 

uśmiechem, pani zaś była w złym humorze i uderzyła mnie.  

Kasova gniewnym spojrzeniem obrzucił dom. 

-  Pani  jest  niegodziwa,  jeśli  cię  ukarała  bez  powodu!  Opętały  ją 

złe duchy i trzymają w swej mocy!  Ale nie ominie jej kara!  Uspokój 

się  Zobah,  przyniosę  ci  maść,  po  której  pręga  zniknie.  Masz  piękne 

ramię, Zobah!  

Dziewczyna  z  wdzięcznością  spojrzała  na  swego  pocieszyciela. 

Kasova  był  wybrańcem  jej  serca.  W  przeciwieństwie  do  swoich 

rodaków umiał okazać kobiecie szacunek i galanterię. Długo służył u 

Europejczyków,  od  których  nauczył  się  pewnej  ogłady  towarzyskiej. 

background image

To sprawiło, że bardzo spodobał się młodej Zobah. Wyciągnęła ramię, 

by chłopiec mógł się lepiej przyjrzeć ranie.  

W  tej  chwili  jednak  zajechał  samochód  Vanderheydena,  toteż 

Zobah  szybko  pobiegła  do  domu,  a Kasova  wraz  z  drugim  służącym 

pospieszył  na  pomoc  swemu  panu.  Wynieśli  go  z  fotelem  i 

przetransportowali na ganek.  

Gdy Katie piła z ojcem herbatę - Haralda dziś przy tym nie było - 

wybuchnęła  namiętną  skargą.  Żaliła  się  na  chłód  i  obojętność  jego 

wspólnika, a także na nudę podczas całej przejażdżki.  

-  Siedział  jak  nieczuły  głaz!  Ani  razu  nie  spojrzał  na  mnie  tak, 

jakbym  tego  pragnęła.  Musisz  z  nim  koniecznie  pomówić,  ojczulku. 

Za innego nie wyjdę za mąż!  

Stary  pan  pogładził  córkę  pieszczotliwie  po  ręce.  Był  bardzo 

zakłopotany.  

-  Musisz  uzbroić  się  w  cierpliwość,  moje  dziecko!  Harald  Forst 

nie  należy  do  mężczyzn,  którzy  zawierają  małżeństwo  bez 

zastanowienia. Bądź dobra i miła, Katie!  

Dziewczyna wzruszyła niecierpliwie ramionami.  

- Jak długo jeszcze? - spytała.  

- Dajmy mu cztery tygodnie, moje dziecko. Jeśli w tym czasie nie 

oświadczy ci się, pomówię z nim na pewno. Wczoraj patrzył na ciebie 

rozkochanym wzrokiem. Musisz trochę poczekać, dziecinko.  

Katie przygryzła dolną wargę. Cierpliwość nie była jej największą 

zaletą.  Nie  musiała  się  jej  uczyć.  Dziewczyna  przywykła  do  tego,  że 

spełniano  każdy  jej  kaprys,  żądanie  czy  zachciankę.  Teraz  pragnęła 

background image

wyjść za mąż  za Haralda, ale on nie spieszył się  ze spełnieniem tego 

życzenia. Jego opór drażnił rozpieszczoną jedynaczkę, ranił dotkliwie 

jej  dumę.  Katie  była  w  Haraldzie  trochę  zakochana,  a  im  większą 

obojętność  okazywał,  tym  bardziej  chciała  go  zdobyć.  Młody  Forst 

utrudniał jej to zadanie, toteż czuła do niego żal, który potęgował się z 

dnia na dzień.  

Mijały  tygodnie,  a  Harald  nie  wypowiadał  decydującego  słowa. 

Wiedział, że w jego uczuciu do Katie dominują zmysły, nie chciał być 

ich  niewolnikiem.  Przyzwyczaił  się  do  myśli,  iż  Katie  zostanie  jego 

żoną.  Czekał  jednak na  odpowiedni moment.  Wyznaczył  sobie  okres 

próby, a przy końcu miesiąca miał zamiar poprosić Katie o rękę.  

Gdyby  dziewczyna  o  tym  wiedziała,  byłaby  może  spokojniejsza, 

bardziej  zrównoważona  i  nie  wylewałaby  swego  gniewu  na  służące. 

Nastał dla nich  trudny  okres,  a kilka podzieliło  los  Zobah.  Katie  biła 

służące  bez  litości  i  obrzucała  ciężkimi  przedmiotami.  Nienawidziły 

jej z całego serca, a między sobą nazywały "niegodziwą panią". 

Wreszcie minął miesiąc, który  Harald wyznaczył sobie jako czas 

próby.  

Pewnego dnia młody człowiek pojechał znów na plantacje, gdzie 

miał  kilka  przykrych  przejść  z  robotnikami.  Pracowali  opieszale,  a 

dozorcom okazywali jawny opór. Harald musiał włożyć wiele energii 

w  to,  żeby  ich  przyprowadzić  do  opamiętania.  Jeden  z  dozorców, 

Holender,  skarżył  się,  że  ludzie  od  pewnego  czasu  są  jakby 

odmienieni. 

Kilku 

krajowców 

zastał 

chatach 

prawie 

nieprzytomnych. Odnosił wrażenie, że znowu palili opium. Domyślał 

background image

się,  iż  na  plantacje  przedostał  się  jeden  z  tych  chińskich  kramarzy, 

którzy przemycali narkotyk.  

Harald przeprowadził rozmowę z dozorcą przed jego domem.  

-  Trzeba  lepiej  uważać  na  tego  ptaszka.  Gotów  nam  wytruć 

wszystkich robotników - rzekł z gniewem. 

Dozorca  przyłożył  dłoń  do  czoła  i  obrzucił  wzrokiem  drogę, 

ciągnącą się wzdłuż plantacji. 

-  Ten  ptaszek  właśnie  nadchodzi  -  odezwał  się,  wskazując  ręką 

chińskiego handlarza, który prowadził wózek zaprzężony w woły. 

Harald  zmarszczył  czoło.  Znał  dobrze  wędrownego  kramarza, 

który  często  bywał  w  domu  Vanderheydenów,  gdzie  sprzedawał 

służbie  towary.  Robotnicy  na  plantacjach  wyjrzeli  ze  swoich  chat  i 

zaczęli dawać znaki Chińczykowi. 

- Nakryję go i to natychmiast - szepnął Harald. 

Handel  narkotykami  był  surowo  zabroniony  przez  rząd.  Harald  

wiedział,  że  jeśli  uda  mu  się  pochwycić  To_Tam_Kai    na  gorącym 

uczynku, handlarz straci koncesję i stanie się przynajmniej na pewien 

czas  nieszkodliwy.  Przykład  podziała  na  innych  przemytników 

odstraszająco.  Zaprzestaną  przemytu  opium  w  obawie  przed  utratą 

koncesji  i  więzieniem.  A  Harald  chciał  na  okres  swego  wyjazdu  do 

Hamburga zostawić ład i porządek w interesach. Powziął więc pewien 

plan i porozumiał się z dozorcą. 

Pozwolił,  aby  To_Tam_Kai  zbliżył  się  ze  swoim  wózkiem. 

Chińczyk  z  uniżoną  grzecznością  ukłonił  się  panom  i  zapytał,  czy 

może ludziom pokazać towary. 

background image

-  Nie  teraz,  To_Tam_Kai,  poczekaj  do  przerwy  obiadowej. 

Możesz  zatrzymać  się  u  mnie  i  trochę  się  posilić.  Odbyłeś  długą 

drogę, pewnie jesteś zmęczony. 

- Jak wspaniałomyślnie obchodzisz się ze mną, nędznym psem, o 

panie!  Chętnie  skorzystam  z  zaproszenia,  a  może  wśród  moich 

towarów znajdziesz coś dla siebie.  

-  Zobaczymy,  To_Tam_Kai!  Zabierz  swój  kramik,  może  coś 

wybierzemy. 

Wszyscy  trzej  weszli  do  domu  nadzorcy.  Chińczyk  niósł  na 

plecach  skrzynię  z  towarem  i,  stękając,  uginał  się  pod  jej  ciężarem. 

Dozorca wprowadził go do pokoju z oknami wychodzącymi na drugą 

stronę plantacji. Zabawiał go rozmową, w czasie której Harald zdążył 

już zrewidować wózek kramarza. 

Nie znalazł jednak nic podejrzanego. Jeśli Chińczyk miał opium, 

to  zapewne  ukrył  narkotyk  przy  sobie  lub  w  skrzyni  z  towarami. 

Harald wszedł do domu.  

- Po takiej drodze, To_Tam_Kai, przydałaby ci się kąpiel.  

-  Wejdź  do  łazienki,  mój  służący  przygotuje  wannę  -  rzekł 

dozorca, porozumiewając się wzrokiem z Haraldem. 

Chińczyk pochylił się w głębokim ukłonie.  

- Jesteś szlachetnym, wspaniałomyślnym panem, skoro pragniesz 

użyczyć  kąpieli  mnie,  który  wobec  ciebie  wydaje  się  marnym 

prochem.  

Dozorca przywołał służącego. 

background image

-  Przynieś  prześcieradło  i  zaprowadź  To_Tam_Kai  do  łazienki. 

Niech zostawi swoje rzeczy w sąsiednim pokoju, aby nie zmoczyły się 

podczas kąpieli. 

Wydawał  polecenia  tak  spokojnie,  że  Chińczyk  bez  sprzeciwu 

poszedł do łazienki. Harald śledził go wzrokiem, zauważył jednak, że 

To_Tam_Kai  skłonił  się  ze  słodkim  uśmiechem,  nie  spojrzawszy  ani 

razu na skrzynię z towarami. Forst domyślił się, że narkotyk nie był w 

niej ukryty.  

Chińczyk i służący weszli do sąsiedniego pokoju. Dozorca zaczął 

nasłuchiwać.  Zaledwie  zamknęły  się  drzwi  łazienki,  dał  Haraldowi 

znak.  Pospieszyli  obaj  do  małego  gabinetu,  gdzie  leżały  starannie 

złożone szaty handlarza. Przeszukali je szybko, ale nic nie znaleźli.  

Harald  wziął  do  rąk  wierzchni  kaftan,  który  wydawał  mu  się 

dziwnie  ciężki.  Przesunął  palcami  po  szwach,  aż  w  pewnym  miejscu 

poczuł  jakieś  zgrubienie.  Zbadał  dokładniej  kaftan.  Między 

materiałem  i  podszewką  odkrył  kieszeń.  Otworzył  ją  bez  trudu  i 

wydobył  stamtąd  niewielki  woreczek,  napełniony  białymi  kulkami 

opium.  

-  Niech  pan  spojrzy!  Zręcznie  ukrył  tę  kontrabandę.  Trzeba  w 

kieszonkę nasypać ryżu, aby szlachetny syn słońca nie poczuł od razu, 

żeśmy mu nieco ulżyli - mówił Harald ze śmiechem.  

Wsunęli do kieszonki płaski woreczek z ryżem i ułożyli starannie 

szaty Chińczyka, po czym szybko wymknęli się z pokoju.  

 

background image

Zaraz  potem  To_Tam_Kai  wyszedł  z  łazienki  i  ubrał  się. 

Uśmiechnął się do siebie, wyczuwając zgrubienie w kieszeni. Ani na 

chwilę  nie  przyszła  mu  do  głowy  myśl,  że  woreczek  z  narkotykiem 

zastąpiono ciężarem ryżowym.  

To_Tam_Kai  oparł  się  mężnie  pokusie,  żeby  zaproponować 

opium służącemu. Udał się wprost do pokoju, gdzie czekali nań obaj 

panowie.  Orzeźwiony  kąpielą  skłonił  się  z  uśmiechem  przed  nimi. 

Nim zdążył zorientować się w sytuacji, Harald już pochwycił go z tyłu 

za ręce, a dozorca związał je mocnym powrozem.  

-  Tak,  ptaszku,  teraz  oddam  cię  w  ręce  władz!  Zobacz,  co 

znalazłem w twoich sukniach! Więc to ty zatruwasz mi ludzi, zabijasz 

ich  swym  narkotykiem.  Ale  teraz  już  koniec  -  mówił  Harald, 

pokazując osłupiałemu Chińczykowi woreczek z opium. 

Chińczyk  zmierzył  obu  białych  spojrzeniem  pełnym  nienawiści. 

W chwilę potem zmienił front i zaczął ich błagać o litość. Prosił, aby 

go nie gubili, nie łamali mu życia. Przysięgał, że zaprzestanie handlu 

opium, obiecywał złote góry. Harald był jednak nieubłagany.  

Nie  zważając  na  lament  Chińczyka  ulokował  go  związanego  w 

swoim  samochodzie.  Zabrano  również  skrzynię  z  towarami,  a  na 

plantacji  zostały  tylko  woły  i  wózek.  Harald  siadł  przy  kierownicy, 

uruchomił  samochód  i  warkot  motoru  zagłuszył  wyrzekania 

Chińczyka.  Wóz  mknął  przez  plantacje,  robotnicy  zaś  nie  mogli  się 

nadziwić,  dlaczego  ich  pan  wiezie  To_Tam_Kai  własnym 

samochodem.  

background image

Harald  bez  przeszkód  dotarł  do  Kota  Radża  i  odstawił  handlarza 

do  starego  Kratonu,  gdzie  mieściła  się  cytadela.  Tam  oznajmił 

władzom, że To_Tam_Kai nieraz już przemycał opium na plantacje, a 

dziś  znowu  miał  przy  sobie  dużą  ilość  narkotyku.  Jako  dowód 

rzeczowy zostawił woreczek znaleziony w kaftanie. 

Policjanci  ze  śmiechem  gratulowali  Haraldowi  sprytu  i  energii. 

Młody  człowiek  odzyskał  już  zupełnie  równowagę  i  dobry  humor. 

Bardzo  zadowolony  pojechał  do  domu.  Myślał  teraz  o  tym,  że  na 

plantacjach zapanuje spokój, a on wyjedzie nareszcie do kraju.  

W domu odświeżył się kąpielą. Podszedł do okna i patrzył chwilę 

na  willę  Vanderheydenów.  Dziś  właśnie  upływał  termin  próby, 

postanowił więc, że oświadczy się Katie. Ślub mógłby się odbyć przed 

wyjazdem,  a  podróż  byłaby  jednocześnie  podróżą  poślubną.  Katie 

należała  się  taka  zmiana  klimatu.  Pojedzie  z  nim,  pozna  jego  dom, 

jego  miasto  rodzinne.  Przedstawi  ją  swoim  znajomym,  przyjaciołom, 

no i oczywiście Marlenie. Wszystko układało się pomyślnie. Cieszyła 

go  myśl,  że  wytrzymał  próbę  i  nie  poddał  się  namiętności.  Nie  miał 

sobie nic do zarzucenia. Był pewien, że ważny życiowy krok czyni po 

długim namyśle.  

Wyprostował  się  i  sprężystym  krokiem  ruszył  do  pokoju,  by  się 

przebrać. 

W  chwilę  potem  szedł  z  wolna  przez  wielki  ogród,  tonący  w 

podzwrotnikowym  przepychu.  Zatopiony  w  myślach  zbliżał  się  do 

willi Vanderheydenów.  

 

background image

*        *        * 

 

W bujnym ogrodzie panowała głucha, senna cisza. Nie było widać 

nikogo  -  ani  służby,  ani  Katie.  Zazwyczaj  o  tej  porze  dziewczyna 

czekała  już  przed  domem,  wypatrując  Haralda.  Forsta  zastanowiła  ta 

dziwna  nieobecność  Katie  na  werandzie.  Powoli  przemierzał  schody 

wiodące do domu, lecz nagle zatrzymał się. Nieopodal, na trzcinowym 

leżaku wysłanym jedwabnymi poduszkami, leżała Katie. Odziana była 

jedynie w sarong i kabaję. Na bosych stopach miała lekkie, słomiane 

pantofelki. Jeden zsunął się z nóżki.  

Harald  przystanął  i  patrzył  z  wahaniem  na  śpiącą  dziewczynę. 

Bardzo  mu  się  podobała,  taka  cicha  i  spokojna,  bez  śladów 

nerwowego  podniecenia,  które  go  zawsze  w  niej  raziło.  Forst 

przyglądał się Katie z uśmiechem, ale nagle dziewczyna poruszyła się, 

słomiany pantofelek upadł na posadzkę, a dźwięk ten obudził śpiącą.  

Katie  przeciągnęła  się  leniwie  jak  kotka.  Spostrzegła  Haralda, 

zarumieniła się i spojrzała na niego zakłopotana. Uśmiech rozjaśnił jej 

twarz i w tej chwili wydała się Forstowi uosobieniem piękna. Widząc 

jego uśmiech Katie nadąsała się i rzekła z wyrzutem: 

- Widzi pan, jak ja się tutaj nudzę. Co chwila zasypiam.  

- To wina upału, panno Katie, nic dziwnego, że pani zasnęła. Już 

najwyższy czas na to, żeby zmienić klimat.  

Wsunęła  bosą  nogę  w  pantofelek  i  odgarnęła  z  czoła  pasmo 

ciemnych włosów. 

background image

- Nie wiem, czy będę mogła się stąd ruszyć. Ojczulek nie ma na to 

sił, a mnie samej nie pozwoli wyjechać.  

-  Czy  mogę  podejść  bliżej?  -  spytał  Harald,  patrząc  niepewnym 

wzrokiem na jej ubiór.  

- Czemu pan o to pyta? 

Rzucił okiem na jej powabny strój. 

- Nie wiem, czy może mnie pani przyjąć w tym ubiorze.  

Instynkt  kobiecy  podpowiedział  jej,  że  Harald  nie  jest  tak 

spokojny i opanowany jak zazwyczaj. Prawda - to ten sarong! Patrzył 

na  nią  tak  namiętnie,  jak  wtedy...  Nareszcie!  Postanowiła,  że  nie 

zmieni stroju i skorzysta ze sposobności. Jeśli bowiem zmieni suknie, 

czar  chwili  może  prysnąć.  Nie  przypuszczała  nawet,  że  Harald 

zamierza prosić ją o rękę. 

-  Ach,  pan  zapewne  sądzi,  że  nie  powinnam  się  pokazywać  w 

sarongu?  Prawie  wszystkie  panie  ubierają  się  tak podczas  upału.  Nie 

chce  mi  się  przebierać.  Proszę,  niech  pan  wejdzie  i  usiądzie  przy 

mnie.  Możemy  jeszcze  porozmawiać  pół  godziny,  zanim  przyjedzie 

tatuś. 

I  wskazała ręką na trzcinowy fotel obok leżaka. Usiadł i spojrzał 

na dziewczynę. 

-  Czy  pani  wie,  panno  Katie,  że  w  tym  stroju  wygląda  pani 

prześlicznie? 

Pokraśniała z zadowolenia. 

- Naprawdę? Podobam się panu? - udała naiwną.  

- Bardzo! 

background image

Spod półprzymkniętych oczu posłała mu spojrzenie pełne żaru.  

- Chciałabym ciągle chodzić w sarongu! 

- Po to, by się mnie podobać? 

- Tak! 

- Czy pani na tym zależy, Katie? 

- Do tej pory pan tego nie wiedział? - spytała, a oczy jej zabłysły 

gniewem. 

Wziął ją za rękę, pochylił się i namiętnie spojrzał w oczy. 

-  Wiem i dlatego pragnę panią o coś prosić. Ręka Katie zadrżała 

w jego dłoni. Dreszcz zniecierpliwienia czy podniecenia przeszedł jej 

po ciele. Harald myślał jednak, że drży z nadmiaru uczucia. Pochylał 

się nad nią coraz bardziej, aż twarzą dotknął niemal jej policzka.  

- Niech pan mówi! - zawołała. 

- Katie, czy chcesz zostać moją żoną? - spytał, również ogromnie 

podniecony. 

Pytanie,  na  które  Katie  czekała  tak  niecierpliwie,  padło  w 

momencie,  gdy  się  go  najmniej  spodziewała.  Dziewczyna 

wstrzymując  oddech, patrzyła  na  Haralda  szeroko  otwartymi  oczami. 

Te  słowa  przyniosły  jej  ulgę,  choć  jednocześnie  obudziły  chęć 

odwetu.  Chciała  go  ukarać  za  to,  że  kazał  jej  tak  długo  czekać. 

Rozsądek  jednak  wziął  górę  nad  pasją.  Harald  był  przecież 

najpiękniejszym  z  mężczyzn,  których  do  tej  pory  znała!  Patrzył  na 

Katie takim wzrokiem, że krew zaczęła jej szybciej krążyć w żyłach. 

To wahanie podsycało w nim chęć posiadania pięknej jedynaczki. 

- No i cóż, Katie? - spytał. 

background image

Wtedy zarzuciła mu namiętnie ręce na szyję i przyciągnęła go do 

siebie. Miłość zmieszała się z poczuciem tryumfu. 

-  Nareszcie!  Nareszcie!  Ach,  jakże  mnie  męczyłeś,  okrutny!  - 

zawołała, przytulając się mocno do niego.  

Objął  ramieniem  jej  gibką,  wysmukłą  postać.  Namiętnie  wpił  się 

w  usta  dziewczyny,  ale  w  chwili  ukojenia  doznał  nagle  uczucia 

chłodu.  Ogarnęło  go  niejasne  przeczucie,  że  popełnił  jakieś 

szaleństwo, którego nie da się naprawić. Zachowanie Katie odbiegało 

od  jego  wyobrażeń  o  reakcjach  kobiet  w  takich  chwilach.  Jej 

nieokiełznana  namiętność,  sposób,  w  jaki  brała  go  w  posiadanie,  nie 

zachwycały Haralda, przeciwnie - wzbudziły w nim odrazę.  

Łagodnie, lecz stanowczo uwolnił się z uścisku i pocałował Katie 

w rękę. 

-  Wstań,  Katie,  idź  się  przebrać,  kochanie.  Za  chwilę  nadejdzie 

twój ojciec. Pragnę oficjalnie się oświadczyć. 

Zerwała się i przytuliła do niego.  

- Przecież mówiłeś, że ci się podobam w sarongu. 

- Tak, bardzo. Gdy  zostaniesz moją żoną, będę cię mógł częściej 

widywać w tym stroju. Ale tu, na werandzie, mogą cię zobaczyć inni 

ludzie, a tego sobie nie życzę. Jesteś przecież moją narzeczoną... 

Katie zarzuciła mu ręce na szyję i nie chciała wypuścić ze swego 

uścisku.  

- Pocałuj mnie jeszcze raz! - prosiła.  

background image

Spełnił  jej  życzenie.  Nie  chciał  się  w  tej  sytuacji  okazać  zbyt 

surowym.  Namiętnie  go  pocałowała,  a  potem  żartobliwie  pociągnęła 

za ucho.  

- Ty niedobry! Powinnam była dać ci kosza!  

- Dlaczego Katie?  

- Bo mnie tak dręczyłeś.  

- Ja cię dręczyłem?! 

- To przez twój spokój i obojętność. Czasami myślałam, że się już 

nie  doczekam  tych  oświadczyn.  Zdawało  mi  się  nawet,  że  cię 

nienawidzę.  

- Ach! Jaka ty jesteś niecierpliwa! Czyżbyś się na mnie gniewała? 

Przecież musiałem się zastanowić nad tak ważnym krokiem. Chciałem 

wypróbować swoje uczucia. Czy teraz mnie kochasz?  

- Przecież wiesz!  

- Wiem, wiem! A teraz, Katie, idź się przebrać. W tym stroju jest 

ci bardzo do twarzy, lecz chciałbym cię w nim ujrzeć jako moją żonę.  

Spojrzała  pytająco  na  Haralda,  ale  nagle  w  jej  oczach  zabłysło 

zrozumienie.  Szybko  weszła  do  domu,  w  chwilę  potem  zaś  usłyszał, 

jak nawołuje służbę.  

Popadł  w  zadumę.  Jej  ostatnie  spojrzenie,  tak  sugestywne, 

otrzeźwiło  go  zupełnie.  Pierwszy  zaręczynowy  entuzjazm  już  minął. 

Nie  mógł  się  oprzeć  wrażeniu,  że  mimo  głębokiego  zastanowienia 

popełnił  błąd;  należał  jednak  do  ludzi,  którzy  ponoszą  konsekwencje 

swych czynów.  

background image

Zaręczył się z Katie i czuł, że los połączył ich na wieki. Ale jeśli 

nawet  małżeństwo  nie  spełni  jego  oczekiwań,  przejdzie  nad  tym  do 

porządku  dziennego.  Życie  składa  się  przecież  z  kompromisów;  nie 

należy żądać więcej, niż się ofiarowuje.  

Zrezygnowany  westchnął  i  opadł  ciężko  na  fotel.  Nie  był 

szczęśliwy. Zapatrzył się w dal w oczekiwaniu na Vanderheydena.  

 

*        *        * 

 

Mijnheer  Vanderheyden  ucieszył  się  bardzo  z  oświadczyn 

Haralda.  Z  radością  pobłogosławił  młodą  parę.  Przyszły  zięć 

opowiedział  mu  o  ostatnich  wypadkach  na  plantacji,  wykryciu  i 

schwytaniu  To_Tam_Kai,  a  także  planach  na  najbliższą  przyszłość. 

Ustalono,  że  ślub  odbędzie  się  za  sześć  tygodni,  zaraz  potem  młodzi 

wyjadą do Europy.  

Na  wieść  o  rozstaniu  z  ukochaną  jedynaczką  Vanderheyden 

rozpłakał  się  jak  dziecko.  Martwiła  go  też  rozłąka  z  Haraldem, 

którego kochał jak syna. Wiedział jednak, że musi poddać się losowi - 

Katie  powinna  była  za  wszelką  cenę  zmienić  klimat.  Jego  samego 

choroba  na  zawsze  przykuła  do  fotela  na  kółkach.  Pozostanie  na 

Sumatrze  do  końca  swoich  dni  i  nigdy  już  nie  zobaczy  ojczystej 

Holandii.  Ogarniał  go  smutek,  gdy  patrzył  na  rozpromienioną  twarz 

Katie. Poczuł, że śmierć się zbliża. Kto wie, jak długo jeszcze będzie 

się cieszył swym ukochanym, pięknym dzieckiem.  

background image

Radość Katie nie trwała jednak długo. Tygodnie mijały, a Harald 

coraz  mniej  uwagi poświęcał  swej  wybrance.  Gdy  wracał  wieczorem 

do domu, zmęczenie zwalało go z nóg. Znużony i wyczerpany nie był 

w stanie zaspokajać wymagań Katie, która wypoczywała cały dzień, a 

dopiero  o  zmierzchu  czuła  się  rześka.  Denerwowało  ją  to,  że  Harald 

był  takim  spokojnym  i  cichym  narzeczonym.  Miała  do  niego  żal,  że 

nie  spędza  z  nią  każdej  wolnej  chwili.  Wyrzekała  na  interesy,  które 

zabierały mu czas.  

Harald  starał  się  pocieszyć  Katie,  tłumaczył  jej,  że  już  niedługo 

będzie  miał  więcej  swobody,  a  podczas  podróży  poślubnej  nie 

odejdzie  od  niej  na  krok.  Ojciec  także  próbował  przemówić  jej  do 

rozsądku,  ale  bez  rezultatu:  żal,  który  zrodził  się  w  podświadomości 

dziewczyny  jeszcze  przed  zaręczynami,  wzmógł  się  teraz  tym 

bardziej,  że  Katie  zauważyła  u  Haralda  dążenie  do  wychowania 

przyszłej małżonki. Narzeczony czynił to dyskretnie i delikatnie, lecz 

stanowczo.  

Do  tej  pory  nikt  Katie  nie  wychowywał.  Ojciec  ją  ubóstwiał, 

matka,  kobieta  kapryśna  i  rozpieszczona,  nie  troszczyła  się  o  córkę. 

Harald  zamierzał  urobić  charakter  dziewczyny,  okiełznać  jej 

gwałtowny  temperament,  ale  natrafił  na  zdecydowany  opór.  Katie 

przeciwstawiła  się  wszelkim  próbom  kontrolowania  ze  strony 

narzeczonego,  toteż  w  niedługim  czasie  zrezygnował  on  ze  swoich 

zabiegów,  które  się  okazały  całkowicie  bezowocne.  Był  zbyt 

zmęczony codziennymi zajęciami, aby zajmować się Katie.  

background image

Całą  winę  za  jej  gwałtowność  i  okrucieństwo  składał  na  karb 

gorącego,  zwrotnikowego  klimatu.  Sądził,  iż  pobyt  w  Hamburgu 

wpłynie  na  żonę  dodatnio.  Tutaj,  na  Sumatrze,  warunki  życia 

odbiegały  od  europejskich,  ponadto  ojciec  rozpieszczał  jedynaczkę, 

pozwalał  jej  na  wszystko.  Jedynie  wyjazd  stwarzał  możliwość 

oderwania dziewczyny od podłoża, na którym wyrosła.  

Pewnego dnia Harald dostał list od Marleny. Późnym wieczorem, 

korzystając z wolnej chwili, zabrał się do czytania.  

 

"Drogi bracie!  

 

Nie  wyjawiałam  Ci  dotychczas  moich  pragnień  i  życzeń  nie 

dlatego,  żebym  Ci  nie  ufała.  Nikt  nie  cieszy  się  moim  zaufaniem  w 

takim  stopniu  jak  Ty.  Nie  chciałam  Cię  jednak  zanudzać  swoimi 

sprawami, gdyż  wiem,  ile  obowiązków  spoczywa  na  Twojej  głowie  w 

Kota  Radża.  List,  który  ostatnio  od  Ciebie  otrzymałam,  sprawił  mi 

wielką radość, toteż niezwłocznie odpisuję. Cieszy mnie, że pragniesz 

widzieć we mnie siostrę. Twój dom traktuję jak swój własny, a każdy 

sukces brata napawa mnie niekłamaną dumą.  

W  swym  liście  wspominałeś  o  moim  ojcu.  Nie  dręcz  się  jednak 

myślą,  że  oddał  swe  życie  w  ofierze  za  Twoje.  Znałam  Go  lepiej  niż 

ktokolwiek i wiem, że uczyniłby to dla każdego towarzysza. Jego czyn 

nie poszedł na marne, gdyż ocalił szlachetnego człowieka. To zaś, co 

uczyniłeś dla mnie, jest dostateczną nagrodą za Jego poświęcenie.  

background image

Chyba jesteśmy do siebie podobni, bo oboje nie lubimy korzystać 

z  cudzej  łaski.  Dlatego  właśnie  zaczęłam  pracować,  chciałam  Ci 

dowieść, że Twój trud nie był daremny. Praca daje mi wiele radości, 

czuję, że jestem użyteczna, a to już bardzo dużo. Moje zajęcia w biurze 

wcale  mnie  nie nudzą.  Każdy  dzień przynosi  coś nowego. W  myślach 

podróżuję  na  statkach  przewożących  nasze  towary,  płynę  z  nimi  od 

portu do portu, cieszę się, gdy pomyślnie docierają do celu.  

Dobrze  znam  Twoje  życie  i  pracę  w  Kota  Radża.  Przeczytałam 

mnóstwo  książek  o  Sumatrze,  pogłębiłam  tę  wiedzę  informacjami  o 

firmie  "Forst  i  Vanderheyden",  toteż  stworzyłam  sobie  w  myślach 

żywy  obraz  Twojej  egzystencji.  Ciekawi  mnie,  czy  wyobrażenie 

pokrywa się z rzeczywistością, ale pewnie nigdy nie zobaczę Sumatry i 

nie dane mi będzie to sprawdzić. Ach! Jakże tam musi być pięknie! 

Cieszymy się wszyscy z Twego powrotu. Czekamy niecierpliwie na 

konkretną  wiadomość.  Mam  nadzieję,  że  będziesz  z  nas  zadowolony. 

Interesy idą dobrze, a firma "Forst i Vanderheyden" cieszy się nadal 

zasłużoną  sławą.  Pan  Zeidler  jest  ciągle  rześki  i  zdrowy,  a  pani 

Darlag  żwawa  jak  młoda  dziewczyna.  Oboje  troszczą  się  o  mnie 

niezmiernie  i  chyba  nie  tylko  dlatego,  że  im  to  poleciłeś.  Wydaje  mi 

się, że są do mnie szczerze przywiązani. Bardzo się staram, aby im się 

odwdzięczyć za tę dobroć.  

Piszę do Ciebie, a za oknem pada śnieg. Zimę mamy w tym roku 

mroźną,  wszystko  pokrywa  gruba  warstwa  śniegu,  a  rzeka  w 

niektórych  miejscach  zamarzła.  Sądzę,  że  chętnie  wdychałbyś  to 

mroźne, orzeźwiające powietrze.  

background image

Martwię  się,  że  niepotrzebnie  przeciążasz  się  pracą.  Poza  tym 

powinieneś  już  wrócić.    Słyszałam,  że  po  czterech  latach  pobytu  w 

kraju  podzwrotnikowym    trzeba  koniecznie  zmienić  klimat,  a  Ty 

przecież  mieszkasz  na  Sumatrze  pięć  lat  bez  przerwy.  Odpowiesz  mi 

zapewne, że jesteś silny i zdrowy, ale mimo to nie powinieneś narażać 

się  na  chorobę.  Nie  bierz  mi  tych  wyrzutów  za  złe.  Kieruję  się  tylko 

zwykłą siostrzaną troską. Staram się jedynie zastąpić Ci matkę, która 

za życia tak drżała o Twoje zdrowie.  

Nie chcę Ci dłużej zajmować czasu, pragnę tylko jeszcze przesłać 

Ci  serdeczne  pozdrowienia  od  pana  Zeidlera  i  pani  Darlag,  którzy 

dosłownie  liczą  dni  do  Twego  powrotu.  Ta  chwila  będzie  dla  nas 

wszystkich wielkim świętem. Niech Cię Bóg ma w swej opiece. Modlę 

się codziennie, abyś wrócił zdrów.  

Pozdrawiam Cię serdecznie z nadzieją, że się wkrótce zobaczymy. 

Twoja Marlena" 

 

Harald  skończył  czytanie.  Odnosił  wrażenie,  że  z  tego  listu 

spłynęła nań jakaś ciepła fala. Marlena starała się unikać wszystkiego, 

co  mogłoby  zdradzić  uczucie,  ale  list  jej  tchnął  ogromną,  szczerą 

serdecznością, która mimowolnie podnosiła go na duchu. 

Jakie  to  cudowne  mieć  siostrę!  Jaka  ta  Marlena  musi  być  dobra, 

że troszczy się o niego, wspomina jego matkę. Maleńka Marlena. Od 

śmierci  matki  Harald  był  pozbawiony  kobiecej  tkliwości  i  starania, 

czuł,  że  nikt  o  nim  nie  myśli.  Katie  w  ogóle  nie  interesowało  jego 

background image

zdrowie.  Gdy  wracał  zmęczony  po  pracy,  robiła  mu  wymówki,  że 

poświęca jej za mało uwagi. Gniewała się i wyrzekała na interesy.  

Trudno,  bywają  różne  charaktery!  Katie  nie  odznaczała  się  ową 

kobiecą  tkliwością,  którą  miała  w  sobie  jego  matka,  jaka  biła  z  listu 

Marleny.  Może  Marlenie  uda  się  wywrzeć  wpływ  na  jego  przyszłą 

żonę,  gdy  już  zamieszkają  pod  jednym  dachem.  Katie  z  pewnością 

skorzysta na tym, bo Marlena jest przecież wartościową dziewczyną.  

Może  nawet  Marlena  zechce  spędzić  z  jego  młodą  żoną  kilka 

miesięcy  na  Sumatrze.  Opieka  siostry  bardzo  mu  się  przyda,  a 

Marlena łatwiej poradzi sobie z Katie niż on sam. Harald przyznawał 

w duchu, że coraz częściej traci cierpliwość.  

Przez  chwilę  utkwił  wzrok  w  granatowym,  bardzo  ciemnym 

zwrotnikowym  niebie,  które  tonęło  w  purpurowych  blaskach 

zachodzącego  słońca.  Kwiaty  roznosiły  upajającą  woń.  Brzegiem 

rzeki szedł ciężko słoń, niosąc na trąbie swego poganiacza; po palmie 

skakały  dwie  małpki,  igrające  wśród  gałęzi.  Harald  przyglądał  się 

temu,  lecz  duchem  bawił  w  ojczyźnie,  w  swoim  rodzinnym  domu. 

Poddawał się uczuciu tęsknoty, które odczuwał teraz silniej niż przez 

całe te lata. 

Z  zadumy  wyrwały  go  dopiero  kroki  służącego,  ocknął  się  z 

marzeń, po czym jeszcze raz przebiegł wzrokiem list Marleny. Proste, 

płynące  z  głębi  serca  słowa  spotęgowały  tylko  tęsknotę.  Wydawało 

mu  się,  że  siostra  jest  ucieleśnieniem  ojczyzny.  Skończył  czytać, 

schował  list  i  podniósł  się  z  fotela.  Czas  już,  żeby  odwiedzić 

background image

narzeczoną.  Nie  chciał,  by  na  niego  czekała.  Mógł  z  nią  jeszcze 

chwilę porozmawiać, zanim podadzą kolację.  

Tego  dnia  przyszedł  do  willi  Vanderheydenów  wcześniej  niż 

zazwyczaj.  Zbliżając  się  do  domu  usłyszał  zza  okna  gniewny  głos 

Katie.  Z  jej  ust  padały  ordynarne  wyzwiska  i  przykre  wymyślania, 

jakich do tej pory nie słyszał. Do uszu Haralda dobiegał również jęk i 

okrzyki bólu jakiejś innej kobiety.  

Pobiegł  szybko  w  tym  kierunku  i  po  chwili  stanął  w  otwartych 

drzwiach,  prowadzących  z  długiego  korytarza  do  pokoju.  Z 

przerażeniem  ujrzał  Katie,  która  stała  obok  klęczącej  tubylczej 

dziewczyny.  Katie  raz  po  raz  uderzała  szpicrutą  plecy  i  ramiona 

nieszczęsnej. 

Jednym  skokiem  Harald  znalazł  się  przy  Katie  i  pochwycił  ją  za 

rękę.  Zdumiony  spoglądał  na  jej  czerwoną,  wykrzywioną  gniewem 

twarz.  Potem  przeniósł  wzrok  na  skuloną  postać  służącej.  Na  jej 

ramionach widniało kilka purpurowych pręg - śladów po uderzeniach. 

- Co robisz, Katie? Czyś ty oszalała? - spytał oburzony.  

Spojrzała  na  niego  z  wściekłością,  w  jej  oczach  zatlił  się  zły 

płomień. 

- Puść mnie! Muszę wychłostać to wstrętne stworzenie, zasłużyła 

na to! - krzyknęła, starając się oswobodzić z uścisku Haralda. 

- Co zrobiła Zobah, że postępujesz z nią tak okrutnie? - dopytywał 

się narzeczony, trzymając wciąż Katie za rękę.  

background image

- Wlała jakiś ostry płyn do miednicy, w której miałam myć ręce. 

Spójrz  tylko,  cała  skóra  spierzchła  mi  na  dłoniach,  wyglądają  jak 

oparzone. Zrobiła to specjalnie, bo nieraz już ją karałam.  

I  Katie  pokazała  mu  rękę,  która  rzeczywiście  była  lekko 

zaczerwieniona.  

Harald spojrzał badawczo na służącą.  

- Dlaczego to zrobiłaś? - spytał. 

-  Zobah  się  pomyliła,  panie.  Butelki  są  jednakowe,  stały  na 

jednym miejscu. Zobah przez pomyłkę wlała tę esencję do wody.  

- Odejdź, Zobah, i bądź w przyszłości ostrożniejsza. Uważaj, aby 

się to więcej nie powtórzyło. Pani cię nigdy już nie uderzy. 

Zobah rzuciła Haraldowi spojrzenie pełne wdzięczności, po czym 

wymknęła się z pokoju, płacząc głośno z bólu. Katie zwróciła się teraz 

do Haralda: 

-  Kto ci pozwolił  wtrącać się do mojej służby? Dlaczego kazałeś 

jej odejść? 

Harald puścił wreszcie rękę narzeczonej: 

- Nie chciałem, żeby słyszała, że robię ci wyrzuty. Jak mogłaś bić 

to biedne stworzenie? Miała ciemne pręgi na ramionach.  

Katie zaśmiała się szyderczo.  

- Troszczysz się o nią bardziej niż o mnie. Nie widzisz nawet, że 

przez  nią  mam  czerwone  ręce.  Gdybym  umyła  tą  wodą  twarz, 

dostałabym  jakiejś  obrzydliwej  wysypki.  Ale  to  cię  na  pewno  nie 

obchodzi? 

 

background image

-  Owszem,  Katie.  Gorsze  jednak  od  wysypki  są  słowa,  które 

słyszałem z twoich ust, a najgorsze, że biłaś służącą. Skąd w tobie tyle 

okrucieństwa?  Posmaruj  ręce  kremem,  a  jutro  znów  będą  gładkie  i 

białe.  

Tupnęła nogą. 

-  Oczywiście,  nie  przejmujesz  się  wcale  moimi  obolałymi 

rękoma! Martwisz się tylko  o tę głupią dziewczynę!  Zobah zasłużyła 

na surowszą karę, powinnam ją była wychłostać znacznie mocniej... 

Harald spojrzał na szpicrutę. 

- Czy często karcisz w ten sposób swoje służące? 

- Jeśli na to zasłużą... 

- Czy uważasz, że  Zobah zasłużyła na bolesną chłostę, ponieważ 

się  pomyliła?  Czy  tobie  samej  nie  mogło  się  to  zdarzyć?  Czy 

wyobrażasz sobie, że ciebie mógłby spotkać podobny los? 

-  Przecież  ja  nie  jestem  służącą!  Nikt  nie  ośmieliłby  się  mnie 

dotknąć! 

- To prawda, lecz wobec tego nie powinno się także bić służby.  

-  Cóż  znowu!  Wasi  dozorcy  na  plantacjach  często  biją 

opieszałych robotników.  

-  Dzieje  się  tak  wbrew  mojej  woli  i  tylko  w  razie  poważnych 

wykroczeń.  Ale  dozorcy  to  surowi,  brutalni  mężczyźni,  ty  zaś  jesteś 

kobietą i biłaś kobietę! To wstrętne, Katie. Nie rób tego nigdy!  

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.  

background image

-  A  ty  przestań  mnie  nareszcie  krytykować.  Codziennie  masz  mi 

co  innego  do  zarzucenia!  Nie  jestem  dzieckiem,  które  możesz 

wychowywać! Będę robiła to, na co mam ochotę.  

I  Katie,  rozgniewana,  wybiegła  z  pokoju.  Harald  zmierzył  ją  raz 

jeszcze  posępnym  wzrokiem.  Narzeczona  ukazała  mu  się  nagle  w 

zupełnie  innym  świetle.  Ogarnęło  go  zniechęcenie.  Jakże  mógł 

oświadczyć  się  tej  kobiecie?  Jak  niewiele  o  niej  wiedział,  choć 

wydawało mu się, że zna ją wieki całe. Dotąd jej rozdrażnienie składał 

na karb klimatu, ale ten dzisiejszy postępek otworzył mu oczy. Jakże 

Katie mogła zapomnieć się do tego stopnia...  

Z  zadumy  wyrwał  go  warkot  motoru.  To  pan  Vanderheyden 

powracał z biura. Dziś miał kilka ważnych konferencji, toteż przybył 

później  niż  zazwyczaj.  Gdy  fotel  ze  staruszkiem  wtoczono  na 

korytarz,  Katie  wybiegła  nagle  ze  swego  pokoju  i  głośno  szlochając, 

podbiegła do ojca.  

-  Ojczulku,  najdroższy  ojczulku,  jaki  ten  Harald  jest  niedobry! 

Musisz  mu  powiedzieć,  żeby  mnie  ciągle  nie  strofował,  nie 

krytykował bez powodu... 

Słowa  Katie  dobiegły  do  uszu  Haralda,  który  posłyszał  także 

dalszy ciąg rozmowy. 

- Co się stało, Katie? - spytał zatroskany Mijnheer Vanderheyden. 

- Uspokój się, kochanie, opowiedz mi wszystko.  

Katie wybuchnęła głośnym płaczem. Po chwili dopiero rzekła:  

-  Musiałam  ukarać  jedną  z  moich  służących.  Wlała  do  miednicy 

ostry płyn, który zniszczył mi dłonie. A Harald zamiast ją ukarać ujął 

background image

się za tym wstrętnym stworzeniem, choć powinien był stanąć po mojej 

stronie. Należy mu się porządna nauczka, prawda, ojczulku?  

Harald miał dosyć tej rozmowy i wyszedł na werandę. Oparł się  o 

balustradę,  a  wzrokiem  powiódł  po  ogrodzie,  oświetlonym  wielką  

lampą łukową. Oddychał ciężko; tego wieczoru uprzytomnił sobie,  że 

jego zaręczyny z Katie były pomyłką.  

Już  od  kilku  tygodni umacniał  w  sobie  to  przeświadczenie,  gdyż 

Katie  całkowicie  przestała  ukrywać  swe  wady.  Przekonał  się,  że  nie 

były to dziecinne wybryki, lecz poważne wypaczenie charakteru. Czy 

Katie  kiedykolwiek  się  zmieni?  A  może  nigdy  już  nie  uda  mu  się 

przekształcić  jej  przyzwyczajeń?  Zadając  sobie  w  duchu  te  pytania 

Harald odczuwał smutek i przygnębienie.  

Po  chwili  usłyszał  na  werandzie  pisk  kółek.  Harald  odwrócił  się 

do pana Vanderheydena, który był bardzo wzburzony.  

-  Co  zaszło  między  tobą  a  Katie?  -  spytał.  -  Biedaczka  leży 

zapłakana w swoim pokoju, z trudem udało mi się ją trochę uspokoić. 

Może pójdziesz tam i ją przeprosisz?  

- Nie! - odparł Harald ostrym, stanowczym tonem.  

-  Dlaczego?  Sprzeczki  między  narzeczonymi  to  zwykła  rzecz. 

Mężczyzna  powinien  się  w  takich  wypadkach  zdobyć  na 

wyrozumiałość. Katie powiedziała mi...  

- Nie musisz mi powtarzać słów Katie, kochany ojcze. Słyszałem 

waszą rozmowę.  

- No właśnie. Czy powinieneś był trzymać stronę służącej? Czy to 

było słuszne?  

background image

Harald spojrzał na niego z powagą.  

- Zaczekaj tu chwilkę, ojcze. Zaraz wrócę.  

I  Harald  wybiegł  szybko.  Pan  Vanderheyden  spoglądał  za  nim  z 

uśmiechem  sądząc,  że  przyszły  zięć  przyjdzie  tu  z  Katie,  aby  się 

pogodzić. On sam zawsze tak postępował ze swoją żoną, którą bardzo 

kochał. Przypuszczał, że za chwilę ukaże się para narzeczonych.  

Tymczasem  Harald  sprawił  mu  niemiłą  niespodziankę  -  po  kilku 

minutach  wrócił  ze  służącą.  Odszukał  Zobah  w  pokoju  służbowym, 

gdzie  skulona  siedziała  w  kąciku,  gorzko  płacząc.  Nikt  nie  mógł  jej 

pocieszyć, Kasova bowiem pracował dziś poza domem.  

- Chodź ze mną, Zobah, przestań już płakać. Postaram się, żeby ci 

pani przebaczyła - rzekł Harald do dziewczyny.  

- Pani mnie codziennie bije, a niekiedy bije i inne dziewczęta. Ale 

najbardziej  znęca  się  nad  Zobah...  Zobah  nie  potrafi  jej  nigdy 

dogodzić. Dlaczego tak jest, panie?  

- Twoja pani jest chora, nie znosi tutejszego klimatu jak wszystkie 

białe kobiety. Już wkrótce zabiorę ją do Europy. Gdy powróci, będzie 

zdrowa  i  nigdy  więcej  cię  nie uderzy.  Jutro  pani da ci  wolne  na cały 

dzień, a ja przyniosę ci maść, która wygoi rany.  

Zobah z pokorą i wdzięcznością ucałowała szaty Haralda.  

-  Panie,  jesteś  taki  dobry!  Ale  Zobah  nie  potrzebuje  twej  maści. 

Kasova dał mi leki, kiedy pani zbiła mnie parasolką. A  wtedy  Zobah 

nie była winna, tylko pani miała zły dzień i zbiła Zobah...  

Harald  wiedział,  że  krajowcy  nigdy  nie  zapominają  o 

niezasłużonej karze.  

background image

- Powiedziałem ci przecież, że pani jest chora i nie wie, co czyni. 

Nie  odpowiada  za  swój  gwałtowny  wybuch,  tak  jak  i  ty  nie 

odpowiadasz  za  to,  że  wzięłaś  przez  pomyłkę  flakon  z  niewłaściwą 

esencją.  

- Tak, ale pani nikt nie bije! - załkała dziewczyna.  

-  I  ciebie  odtąd  nikt  nie  będzie  bił.  Gdyby  jednak  tak  się  stało, 

wtedy przyjdziesz do mnie, a ja cię obronię. Czy się zgadzasz, Zobah? 

- Tak, panie! Jesteś bardzo dobry, Kasova też to powtarza.  

Harald  mimowolnie  się  uśmiechnął.  Kasova  był  zapewne 

ostateczną  wyrocznią  dla  dziewczyny.  Ucieszył  się  jednak,  że  udało 

mu  się  uspokoić  służącą.  Służba  tutejsza  bowiem  często  wszczynała 

bunty, należało tego uniknąć.  

-  Chodź  ze  mną  do  pana,  pokaż  mu  pręgi  na  ramionach  i 

opowiedz,  za  co  zostałaś  ukarana.  Zwróci  on  uwagę  twej  pani,  a  ty 

dostaniesz od niej piękny podarunek.  

Zobah podniosła na Haralda piękne, łagodne oczy.  

- Zobah nie chce prezentu, Zobah chce tylko, żeby jej pani więcej 

nie biła.  

- Dobrze, ale teraz chodź ze mną.  

Harald zaprowadził dziewczynę do pana Vanderheydena i rzekł:  

- Zobah, opowiedz panu, co ci się przydarzyło.  

Służąca  dokładnie  przedstawiła  wypadki  tego  popołudnia, 

pokazała  także  nabrzmiałe  pręgi  na  ramionach.  Dodała  przy  tym,  że 

pani  często  wymierza  jej  karę  niesprawiedliwie.  Gdy  skończyła,  pan 

background image

Vanderheyden  skinął  ręką,  aby  odeszła.  Pełen  troski  zwrócił  się  do 

Haralda.  

- Widzisz, Haraldzie, Katie odziedziczyła tę gwałtowną naturę po 

matce.  Ale  podobnie  jak  moja  żona,  nie  ma  złego  serca.  To  tylko 

kwestia temperamentu.  

- Wiem, ojcze. Katie jest jak nie ujeżdżony źrebak, ale ja muszę ją 

okiełznać.  Nie  broń  mi  tego,  bo  może  się  stać  nieszczęście.  Takie 

małe zajście może pociągnąć za sobą ogromne skutki, wiesz przecież, 

jak  często  służba  się  buntuje.  Nie  cierpię  nieopanowanych  kobiet,  a 

cóż dopiero, gdy młoda dziewczyna pozwala sobie na rękoczyny. Nie 

żądaj, abym przepraszał Katie. Kocham cię i szanuję, drogi ojcze, lecz 

w tym przypadku nic nie zmieni mego postanowienia.  

-  Pamiętaj  jednak,  Haraldzie,  że  winę  za  to  ponosi  w  głównej 

mierze  ciężki  dla  Europejczyków  klimat  -  rzekł  z  ciężkim 

westchnieniem  pan  Vanderheyden,  pragnąc  zmiękczyć  serce 

młodzieńca.  

- Wiem o tym ojcze, ale swojej decyzji nie zmienię.  

Zmęczony starzec ujął błagalnym ruchem jego rękę.  

- Nie zapominaj również, że Katie jest moim jedynym dzieckiem, 

wszystkim, co mi zostawiło życie.  

Harald  spojrzał  na  niego  ze  współczuciem  i  uścisnął  serdecznie 

dłoń teścia.  

- Byłeś zbyt pobłażliwy wobec córki, gdybym i ja okazał słabość, 

pozwalałaby  sobie  wciąż  na  podobne  wybryki.  Jestem  surowy  tylko 

dla  jej dobra.  Kiedyś  będziesz  mi  za  to  wdzięczny,  a  myślę,  iż  Katie 

background image

także  przyzna  mi  rację.  Gdybym  teraz  poszedł  do  niej  z 

przeprosinami,  doszłaby  do  fałszywego  wniosku,  że  to  ja  zawiniłem. 

Niech  się  jej  nie  zdaje,  że  może  mnie  owinąć  wokół  palca.  To  by 

bardzo pogorszyło nasze stosunki.  

Na  dobrodusznej  twarzy  pana  Vanderheydena  odmalowało  się 

uczucie przykrości. Dla świętego spokoju wolałby, aby Harald okazał 

się słaby i bardziej pobłażliwy. Zarazem czuł jednak, że zięć ma rację, 

nie  poddając  się  kaprysom  Katie.  Westchnął  ciężko  z  nadzieją,  że 

może Katie uspokoi się i zejdzie na kolację.  

Nadzieja  ta  okazała  się  płonna.  Obydwaj  panowie  siedzieli, 

zatopieni w zadumie, gdy zjawił się służący, aby oznajmić o kolacji.  

Mijnheer  Vanderheyden  byłby  najchętniej  pojechał  na  fotelu  do 

pokoju  Katie  i  przeprosił  ją,  ale  wstydził  się  okazania  słabości  w 

obecności Haralda, rzekł więc do służącego:  

- Powiedz pani, że czekamy z kolacją.  

Służący  skłonił  się  i  poszedł  spełnić  to  polecenie.  Mijnheer 

Vanderheyden  zaczął nasłuchiwać, łowiąc uchem najmniejszy szmer. 

Harald  widział,  że  teść  toczy  ze  sobą  ciężką  walkę  wewnętrzną,  lecz 

nie  cofnął  swego  postanowienia,  wiedząc,  że  teraz  przegrałby  z 

pewnością.  

Katie  wcale  nie  miała  zamiaru  przyznać,  że  postąpiła 

niewłaściwie. Niczym niegrzeczne dziecko leżała w swoim pokoju na 

szezlongu,  w  oczekiwaniu  na  przeprosiny  Haralda.  Ojczulek  z 

pewnością  dał  mu  porządną  nauczkę  i  zmusił  do  uległości. 

Postanowiła,  że  Harald  będzie  długo  czekał  na  przebaczenie  i  nie 

background image

pogodzi  się  z  nim  tak  prędko.  Powinien  się  poprawić  i  uznać  swój 

błąd.  

Nie  wiedziała  właściwie,  czym  ją  obraził,  sądziła  jedynie,  że 

uczynił  coś  wbrew  jej  woli,  nie  występując  po  jej  stronie.  To 

wystarczyło.  Gdyby  nawet  istotnie  nie  miała  racji,  Harald  powinien 

był ją poprzeć. Postara mu się to wytłumaczyć i przekonać go raz na 

zawsze. Przebaczy mu dopiero, gdy będzie ją bardzo pokornie prosił. 

Wtedy  ona  się  uśmiechnie  i  łaskawie  wyciągnie  rękę  do  ucałowania. 

Przecież  najmilszą  rzeczą  w  tych  zaręczynach  były  jego  pocałunki; 

Harald skąpił jej pieszczot, co ją ogromnie denerwowało.  

Szkoda, że zabrakło okazji, aby dać mu powody do zazdrości. To 

chyba  jedyny  sposób  na  wyrwanie  go  z  tego  niezmąconego  spokoju. 

Harald był  zawsze  zimny  i  opanowany,  nie  taki, jakim powinien być 

narzeczony,  zakochany  w  swej  wybrance  po  uszy.  Ale  podczas 

podróży  ona  pozna  rozmaitych  mężczyzn,  pewnie  niejeden  zechce 

flirtować z piękną, elegancką kobietą.  

Tak,  pokaże  Haraldowi,  nauczy  go  szacunku.  Gdy  tylko  mąż 

poczuje  zazdrość,  na  pewno  przestanie  ją  wciąż  krytykować, 

przestanie  nieustannie  strofować.  Ojczulek  niczego  jej  nigdy  nie 

zarzucał,  wobec  tego  Harald  nie  powinien  jej  czynić  wyrzutów. 

Gdzież on się podziewa? Czyżby ojczulek z nim dotąd nie rozmawiał? 

Dlaczego jeszcze nie przyszedł?  

Zapominając  o  łzach  zaczęła  nasłuchiwać.  Ale  nie  usłyszała 

nawet  najmniejszego  szmeru.  Zniecierpliwiona  znów  wybuchnęła 

płaczem,  co  jej  wcale  nie  przyniosło  ulgi.  Nagle  dobiegł  ją  odgłos 

background image

kroków.  Nie  był  to  jednak  energiczny,  sprężysty  chód  Haralda,  lecz 

ciche  stąpanie  jednego  z  krajowców.  W  chwilę  później  na  progu 

stanął  Kasova,  spoglądający  z  nienawiścią  na  "niegodziwą  białą 

kobietę", która jeszcze raz zbiła jego ukochaną Zobah.  

Skłonił się przed Katie i rzekł:  

- Panowie czekają z kolacją.  

Katie zerwała się z miejsca.  

- Kto cię do mnie przysłał z tym poleceniem?  

- Twój ojciec, pani.  

- Czy był sam?  

- Nie, pan Forst był z nim także.  

Katie znowu opadła na poduszki.  

- Powiedz panom, że nie przyjdę. Czuję się słabo.  

Kasova  skłonił  się  i  wyszedł.  Wyczuwał,  że  między  państwem 

musiało  zajść  jakieś  nieporozumienie  i  cieszył  się  całym  sercem,  że 

"niegodziwa pani" doznała przykrości.  

Powtórzył panom słowa Katie. Mijnheer Vanderheyden już chciał 

się  udać  do  córki,  ale  Harald  położył  mu  rękę  na  ramieniu  i 

powiedział:  

-  Bądź  tym  razem  surowy,  nie  ustępuj  Katie.  Nie  wolno  jej 

umacniać w uporze.  

- A jeśli jest chora?  

-  Jest  zupełnie  zdrowa,  ale  jeśli  pójdziesz  do  niej  i  spełnisz  jej 

kaprys, wówczas ja natychmiast stąd odejdę.  

- Posuwasz się zbyt daleko, Haraldzie.  

background image

Twarz młodego człowieka wyrażała niezłomną wolę. Wiedział, że 

w tym wypadku nie może ustąpić za żadną cenę.  

-  Jeśli  chcesz  iść  do  Katie,  nie  będę  ci  przeszkadzał,  ale  ja  nie 

zostanę tu ani chwili dłużej.  

- Do czego zmierzasz? Czy chcesz, by Katie ciebie przeprosiła?  

-  Nie,  na  tym  mi  nie  zależy.  Nie  znoszę  takich  upokarzających 

scen.  Katie  musi  być  rozsądna  i  nie  udawać  obrażonej.  Nikt  jej 

przecież nie wyrządził krzywdy.  

Katie na próżno czekała. Płakała jeszcze przez chwilę, potem zaś 

zaczęła trzeć ręce, które, ku jej zdumieniu, były znów gładkie i białe. 

Tarła  je  dość  długo,  aż  zaczęły  boleć,  więc  przestała.  Oparła  się  na 

poduszkach  i  czekała  na  Haralda.  On  jednak  nie  nadchodził,  nie 

przyszedł  również  ojczulek.  Co  to  miało  znaczyć?  Czyżby  bez  niej 

zaczęli jeść kolację? Może chcieli, by umarła z głodu?  

Ogarniał  ją  coraz  większy  niepokój.  Wreszcie  znów  posłyszała 

kroki. Na progu stanął Kasova.  

-  Panowie  powiedzieli,  że  pójdą  sami  do  stołu,  jeśli  natychmiast 

nie zejdziesz do nich, pani.  

Katie  oniemiała.  Ze  złością  chwyciła  najbliżej  leżącą  poduszkę, 

aby  nią  cisnąć  w  głowę  służącego.  Kasova  jednak  spojrzał  na  nią  z 

nienawiścią,  a  w  jego  oczach  zapłonęła  groźna  błyskawica;  pod 

wpływem tego wzroku ręka Katie opadła. Skinęła, aby się oddalił.  

Przez  chwilę  siedziała  zupełnie  oszołomiona.  Co  się  stało?  Cały 

świat zmienił się nagle. Służący patrzył na nią z pogróżką, gdy chciała 

mu  rzucić  poduszką  w  głowę,  Harald  nie  przyszedł  błagać  o 

background image

przebaczenie,  a  co  dziwniejsze  -  ojczulek  też  się  nie  zjawił.  To 

oczywiście  wina  Haralda.  Ach,  Harald,  ten  potwór  bez  serca,  gdyby 

tylko  wiedziała,  jak  się  zemścić!  A  może  mu  ustąpić?  Nie,  przecież 

właśnie  na  tym  mu  zależy.  Nie  zejdzie  na  kolację,  choćby  miała 

umrzeć z głodu, nie zejdzie - jemu na złość.  

Znów  rzuciła  się  na  posłanie  i  wybuchnęła  płaczem.  Nie 

wiedziała,  jak  się  zachować.  Zostałaby  tutaj,  ale  nudziła  się 

śmiertelnie. Dobrze,  zejdzie do jadalni, spełni życzenie tego despoty, 

tego  tyrana,  lecz  nigdy  mu  tego  nie  zapomni.  Znajdzie  sposób  na 

zemstę. Gdy wyjadą w podróż poślubną, ona rzuci się w wir flirtów z 

innymi  młodymi  panami.  Haralda  ogarnie  zazdrość,  będzie  cierpiał, 

tak jak ona cierpi teraz. Odpłaci mu za męczarnie, które znosiła z jego 

powodu. Najpierw kazał jej tak długo czekać na oświadczyny, potem 

nie miał dla niej czasu, a teraz zachowuje się okrutnie.  

Katie czuła, że serce wzbiera jej żalem i nienawiścią. W tej chwili 

nie znosiła Haralda. Przyczesała włosy i zmieniła suknię bez pomocy 

służącej.  Potem  znowu  zaczęła  trzeć  ręce,  aby  stały  się  czerwone  i 

spuchnięte.  Tarła  je  bezustannie,  nawet  w  chwili,  gdy  wychodziła  z 

pokoju.  Była  bardzo  blada  i  udawała  cierpiącą.  Przystanęła  na  progu 

jadalni i ostrożnie uchyliła zasłonę.  

Co to? Panowie siedzą w najlepsze przy kolacji i jedzą z wielkim 

apetytem,  nie  zważając  na  to,  że  ona  jest  chora  i  głodna.  Katie 

najchętniej  powróciłaby  do  swego  pokoju,  lecz  zapach  smakowitych 

potraw pobudził jej apetyt. Poczuła silny głód, toteż zdecydowała się 

background image

wejść.  Nie  przypuszczała  nawet,  że  panowie  doskonale  wiedzą  o  jej 

obecności za drzwiami. Harald usłyszał jej kroki i szepnął ojcu:  

-  Katie  nadchodzi,  udawaj,  że  wcale  się  nią  nie  przejmujesz. 

Usiądźmy i jedzmy spokojnie, jakby nigdy nic.  

Mijnheer  Vanderheyden  z  ciężkim  sercem  posłuchał  tej  rady.  W 

duchu  myślał,  że  uparta  Katie  znalazła  wreszcie  swego  Petruccia, 

który ją poskromi i uszczęśliwi.  

Katie  raz  jeszcze  potarła  ręce,  po  czym  z  tragiczną  miną  weszła 

do jadalni, udając, że się słania na nogach. Ojciec, przykuty do fotela, 

nie mógł jej pomóc, Harald zaś nie ruszył się z miejsca. Musiała sama 

podejść  do  stołu.  Wtedy  dopiero  narzeczony  przysunął  jej  uprzejmie 

krzesło, po czym sam usiadł.  

Katie  ostentacyjnie  położyła  zaczerwienione  ręce  na  białym 

obrusie. Służący podał jej półmisek. Z ciężkim westchnieniem nabrała 

sobie  jedzenia  na  talerz,  spoglądając  ukradkiem  na  Haralda. 

Zauważyła, że był spokojny i obojętny.  

-  Jak  się  czujesz,  Katie?  -  ojciec  nie  mógł  się  powstrzymać  od 

pytania.  

Wargi jej zadrżały.  

-  Bardzo  źle,  ojczulku.  Jestem  bardzo  osłabiona.  Spójrz  na  moje 

czerwone ręce.  

Harald  domyślił  się  natychmiast,  ile  trudu  zadała  sobie  Katie, 

żeby jej ręce nabrały tej barwy.  

- To ci do jutra przejdzie - pocieszał ojciec.  

- Och, ojczulku, przestałeś mnie kochać - załkała Katie.  

background image

-  Kocham  cię,  Katie,  ale  już  nigdy  nie  powinnaś  bić  służby,  to 

bardzo brzydko. Zobah się pomyliła, nie należało karać jej tak surowo 

za  niewielkie  uchybienie.  Wiesz,  że  ludzie  się  buntują,  gdy  się  im 

wymierza niesprawiedliwą karę. Nie trzeba ich drażnić.  

Katie przypomniała sobie spojrzenie Kasovy i umilkła. Po chwili 

jednak rzekła:  

- Powtarzasz słowa Haralda, to on poskarżył się na mnie.  

- Nic podobnego! To powiedziała mi Zobah.  

- Bezczelne stworzenie! - zawołała Katie ze złością.  

Harald nie przemówił dotąd ani słowa. Teraz dopiero odezwał się 

do Katie.  

- Czy podać ci półmisek, Katie?  

- Ach, nie mam zupełnie apetytu! - odpowiedziała żałośnie.  

- Spróbuj tylko, zobaczysz, jakie to smaczne - rzekł z uśmiechem.  

Katie nadąsała się znowu i spytała gniewnie:  

- Dlaczego nie przyszedłeś mnie przeprosić, Haraldzie?  

-  Niech  mnie  Bóg  strzeże,  abym  ci  nigdy  nie  wyrządził  takiej 

krzywdy,  za  którą  musiałbym  cię  przepraszać  -  odpowiedział  z 

powagą. - Nie mówmy o tym więcej, nie życzę sobie tego.  

Chciała  mu  odpowiedzieć,  lecz  Harald  zręcznie  skierował 

rozmowę  na  inne  tory,  a  pan  Vanderheyden  wmieszał  się  do  niej. 

Mówili o statku, który miał Katie i Haralda zawieźć do Europy. Był to 

najpiękniejszy i najbardziej elegancki parowiec kursujący na tej linii. 

W dniu ich ślubu miał właśnie zawinąć do portu Oleh_loh.  

background image

Harald opowiadał o tym, nie zważając na kaprysy Katie. Wreszcie 

rozmowa  podziałała  na  nią  żywo,  tak  iż  zapomniała  o  dąsach.  Przez 

chwilę  uważnie  słuchała,  a  potem  sama  zabrała  głos.  Między 

narzeczonymi  pozornie  zapanowała  zgoda,  toteż  pan  Vanderheyden 

odetchnął z ulgą.  

W jakiś czas później Harald pożegnał się z teściem i zbliżył się do 

Katie,  by  ją  pocałować  na  dobranoc.  Odsunęła  się,  chciała  bowiem, 

żeby  ją  pokornie  błagał  o  pocałunek.  Harald  jednak  nie  zamierzał  o 

nic błagać, zapytał tylko spokojnie:  

- Nie chcesz mnie pocałować, Katie?  

- Nie!  

- Dobrze. W takim razie odejdę bez pocałunku. Dobranoc, Katie. 

Od dziś przestanę ci się naprzykrzać ze swymi pieszczotami.  

Katie,  zupełnie  zaskoczona,  patrzyła  na  narzeczonego.  Tego  się 

nie spodziewała. Czuła, że to ona najbardziej ucierpi, gdy nie pozwoli 

się pocałować.  

Nadąsana  przygryzła  wargi,  walcząc  ze  sobą.  Była  w  Haraldzie 

zakochana, a on gotów odejść, jeśli go o nic nie poprosi. Pojęła, że w 

tym przypadku powinna mu ustąpić. Podniosła się szybko z krzesła i 

pobiegła  za  Haraldem.  Zszedł  właśnie  po  schodach  i  podążał  przez 

ogród do swego domku.  

Dogoniła go i chwyciła za ramię.  

- Haraldzie!  

W  jej  głosie  brzmiały  zarazem  odrobina  gniewu  i  gorąca prośba. 

Odwrócił się i spojrzał na nią poważnie.  

background image

- No i cóż, Katie?  

- Pocałuj mnie, okrutny!  

Otoczył ją ramieniem i przyciągnął ku sobie.  

- Dobranoc, Katie! Śpij dobrze! - powiedział, całując ją w usta.  

Ale  pocałunek  ten  wydał  jej  się  zbyt  chłodny.  Zarzuciła  ręce  na 

szyję  Haralda  i  kilka  razy  namiętnie  przywarła  do  jego  warg.  Potem 

go puściła z błyszczącymi oczami i zapytała:  

- Wiesz, kim jesteś?  

- Kim, Katie?  

- Potworem! Potworem bez serca!  

Zaśmiał  się  i  ucałował  jej  dłonie.  Pogłaskał  je  pieszczotliwym 

ruchem.  

-  Widzisz,  Katie,  zupełnie  zbielały.  I  nigdy  już  na  nikogo  nie 

podniesiesz ręki. Przyrzeknij mi, kochanie.  

- A jeśli służące będą nieposłuszne?  

-  Wtedy  zwróć  się  do  mnie.  Jestem  jednak  pewien,  że  będą 

słuchały, gdy zaczniesz z nimi postępować łagodniej. Dobrocią można 

osiągnąć  znacznie  więcej  niż  złością.  Zwolnij  jutro  na  cały  dzień 

Zobah, wtedy zapomni o wszystkim.  

Łagodny  ton  jego  głosu  wywarł  na  niej  wrażenie,  po  chwili 

jednak znów zatriumfowała przekora.  

-  A  jeśli  tego  nie  uczynię?  Jeśli  znów  zbiję  Zobah,  to  wstrętne 

stworzenie? Powinnam ją ukarać za ten przykry wieczór.  

Cofnął się kilka kroków.  

- Zrobisz, jak zechcesz. Dobranoc!  

background image

Wtedy Katie znów zawisła mu na szyi.  

- Pocałuj mnie jeszcze raz, a wszystko dla ciebie zrobię.  

Spełnił  jej  życzenie,  lecz  nie  miał  w  sercu  radości.  Czuł  się 

znużony  ciągłymi  sprzeczkami.  Katie  po  każdej  takiej  utarczce 

nabierała  werwy,  była  pełna  życia.  Harald  zaś  stawał  się  smutny  i 

przygnębiony.  Pragnął,  by  między  nimi  panowała  harmonia,  czuł 

jednak, że w ostatnich czasach stał się nerwowy i rozdrażniony. 

"Najwyższy  czas,  aby  odpocząć  i  wyjechać  do  Europy  dla 

poratowania  zdrowia"  -  pomyślał.  Odprowadził  Katie  na  ganek, 

prosząc  ją,  by  w  lekkiej  sukni  nie  wychodziła  do  ogrodu,  gdyż  o  tej 

porze jest chłodno i łatwo się przeziębić.  

Powracając do domu przypomniał sobie, że nie powiedział  Katie 

o  liście  Marleny.  Zabrał  go  przecież  po  to,  by  pokazać  narzeczonej. 

Gdy  tylko  znalazł  się  w  swoim  pokoju,  przeczytał  go  ponownie. 

Ogarnęło  go  uczucie  niezmąconego  spokoju.  Stwierdził  przy  tym 

ogromną  różnicę  między  charakterem  Katie  i  Marleny.  Czy  Marlena 

uderzyłaby służącą, czy w ogóle potrafiłaby na kogoś podnieść rękę?  

Potrząsnął  głową.  Co  za  niemądre  myśli!  Służba  w  Europie  nie 

pozwoliłaby na to. Ale nawet, gdyby to było możliwe, gdyby Marlena 

mieszkała  tutaj,  nie  uderzyłaby  z  pewnością  służącej,  nie  byłaby  do 

tego zdolna.  

Siedział  przez  chwilę  pogrążony  w  zadumie,  a jego  myśli  biegły 

do  ojczyzny.  Znów  poddał  się  tęsknocie.  Myślał  o  swojej  matce. 

Gdyby żyła, przyprowadziłby do niej Katie i powiedziałby: 

- Matko, naucz ją, by się stała podobna do ciebie!  

background image

Czy to prawdopodobne? Czy  Katie mogłaby się pozbyć wad pod 

wpływem dobrej, mądrej, szlachetnej kobiety? Czy Marlena uzyska na 

nią  wpływ?  Miła,  kochana  siostrzyczka  Marlena?  A  może  Katie  się 

poprawi?  Trzeba  się  tylko  uzbroić  w  cierpliwość,  trzeba  wciąż 

czuwać.  

Westchnął  ciężko,  jakby  już  zupełnie  stracił  nadzieję.  Wtedy 

sobie  przypomniał,  że  nie  zawiadomił  dotąd  nikogo  w  Hamburgu  o 

swoich  zaręczynach.  Powinien  był  przecież  listownie  oznajmić  to 

Marlenie  i  Zeidlerowi.  Czas  naglił,  postanowił  więc,  że  jeszcze  dziś 

wieczorem  napisze  list  do  Marleny.  Do  Zeidlera  skreśli  tylko  parę 

słów.  Marlena  wyda  pani  Darlag  polecenie  przygotowania 

apartamentów dla jego żony.  

Harald  zamierzał  poprosić  Marlenę  o  to,  by  zajęła  się  Katie.  Tę 

prośbę  łatwiej  wyrazić  w  liście  niż  ustnie.  Zasiadł  przy  biurku  i 

napisał długą epistołę do siostry. Powierzył jej wszystkie swoje troski 

i  kłopoty,  zwracał  się  do  niej  jak  do  dobrej,  kochanej,  bliskiej 

powiernicy.  To  mu  przyniosło  ulgę.  Miał  wrażenie,  że  Marlena  go 

dobrze  zrozumie  i  postara  się  mu  pomóc.  Katie  z  pewnością  zmieni 

się pod jej wpływem.  

Skończył  pisanie  i  udał  się  na  spoczynek  z  uczuciem  błogiego 

spokoju w sercu. 

 

*        *        * 

Nadszedł kwiecień. Ruch w porcie stał się większy. Obok statków 

handlowych  pływało  po  rzece  mnóstwo  parowców  pasażerskich  i 

background image

spacerowych.  Przy  pięknej  pogodzie  cały  port  wypełniał  się 

niezliczoną ilością statków, które przewoziły wycieczki.  

W  niedzielę  Marlena  jak  zwykle  przechadzała  się  po  ogrodzie. 

Wdychała  z  rozkoszą  świeży,  wilgotny  zapach.  Dzień  był  ciepły, 

prawdziwie  wiosenny.  Dziewczyna  spoglądała  na  gałęzie,  pokryte 

nabrzmiałymi  pąkami,  na  pierwsze 

zielone  pędy.  Drzewa 

wypuszczały listki, trawa wysuwała nieśmiało kiełki spod ziemi, która 

właśnie pokrywała się świeżą runią.  

Marlena  obserwowała  statki  na  rzece.  Nagle  powzięła  decyzję, 

aby  także  opłynąć  cały  port.  Szybko  weszła  do  domu  i  przywołała 

panią Darlag.  

-  Czy  chce  pani  popłynąć  łódką  wzdłuż  portu?  Słońce  świeci, 

ciepło jest jak w maju, a w porcie taki ruch...  

Pani  Darlag  miała  wprawdzie  ochotę  na  drzemkę,  podniosła  się 

jednak natychmiast i odpowiedziała:  

-  Z  przyjemnością,  moje  dziecko. Czy  panienka  zawiadomiła  już 

Krogera?  

- Jeszcze nie.  Ale pójdę tam teraz, a pani może się  w tym czasie 

przebrać.  

Marlena  włożyła  płaszczyk  i  kapelusz,  po  czym  udała  się  nad 

rzekę.  W  małym  domku  mieszkał  przewoźnik  Kroger.  Zapukała  do 

okna.  Po  chwili  w  progu  stanął  Kroger  i  zdumiony  spojrzał  na 

dziewczynę.  

- Dzień dobry, czy jest pan bardzo zajęty?  

background image

-  Nie,  panienko.  Drzemałem,  bo  to  dzisiaj  niedziela.  Teraz 

chciałem się trochę wygrzać na słońcu...  

-  Czy  mógłby  mi  pan  poświęcić  godzinkę?  Chciałabym  z  panią 

Darlag  opłynąć  łódką  port.  W  dni  powszednie  nie  mam  czasu,  a 

interesuje  mnie,  jakie  statki  zawinęły.  Ale  jeśli  to  panu  sprawi 

kłopot...  

-  Niech  się  panienka  nie  krępuje,  dla  pani  mam  zawsze  czas. 

Chętnie zabiorę panienkę na spacer. Wczoraj właśnie oczyściłem mój 

jacht, a dziś "Elżunia" błyszczy jak złoto. Za pięć minut będę gotów.  

- Wspaniale. Zajmę już miejsce i poczekam na panią Darlag.  

Marlena  przeszła  wąski  pomost  i  usiadła  w  zgrabnej,  czystej 

łodzi.  Po  paru  chwilach  zjawił  się  Kroger,  potem  zaś  pani  Darlag. 

Marlena pomogła jej przy wsiadaniu. Wkrótce smukła łódź odbiła od 

brzegu.  

- Dokąd popłyniemy, panienko? - spytał przewoźnik.  

- Wszystko jedno. Najchętniej zwiedziłybyśmy cały port.  

Kroger  skinął  głową.  Stateczek  chyżo  mknął  po  falach.  Mijał 

kajaki,  łodzie  i  parowce.  Pasażerowie  śmiali  się,  śpiewali,  wesoło 

powiewali  chusteczkami.  Marlena  czuła  dziwną  błogość  w  duszy. 

Odpowiadała na ukłony, śmiejąc się serdecznie.  

Łódź  dotarła  do  przystani,  w  której  stały  wielkie  parowce 

zamorskie.  Na  pokładach  uwijały  się  odświętnie  ubrane  załogi,  w 

dokach zaś panowała cisza.  

background image

W  oddali,  we  mgle,  dumnie  sterczały  wieże  starego 

hanzeatyckiego  grodu.  Po  szerokim  pomoście  przetaczały  się  tłumy 

ludzi. Marlena z zainteresowaniem obserwowała ruch w porcie.  

- Czyż nie jest pięknie? - zwróciła się do pani Darlag.  

-  O  tak,  panienko.  Mnie  także  serce  rośnie,  gdy  patrzę  na  te 

wspaniałości.  

-  Ilekroć  jestem  smutna  i  przygnębiona,  wybieram  się  na 

przejażdżkę po przystani. Wtedy zawsze nabieram otuchy i odzyskuję 

dobry  humor.  Tylko  patrzeć,  jak  nasz  port  się  rozwinie  i  stanie  się 

równie potężny, co przed wojną!  

- Dałby to Bóg, panienko!  

-  Niech  pani  spojrzy  na ten  olbrzymi  statek.  Przybył  z  Indii.  Pan 

Forst  powróci  z  Sumatry  tą  samą  drogą.  Gdy  ostatnio  wyjeżdżał, 

musiał wsiąść na statek w Amsterdamie, z Hamburga nie było  wtedy 

komunikacji.  Teraz  przypłynie  do  rodzinnego  portu.  Będzie 

przepływał koło swego domu, powitamy go z daleka, zanim zejdzie z 

pokładu.  

- Och, żeby już wreszcie przyjechał! Nasz panicz jakoś zwleka.  

Marlena głęboko westchnęła. Niechby już przyjechał! Tak bardzo 

pragnęła  jego  powrotu!  Jakże  często  myślała  o  Haraldzie!  Serce  jej 

mocno biło, gdy nadchodziły listy z Kota Radża. Wszystkie dotyczyły 

spraw  handlowych,  ale  niekiedy  zawierały  wzmianki  o  powrocie. 

"Sprawę tę załatwi pan Forst w czasie swego pobytu w Hamburgu..." 

"Pan  Forst  natychmiast  po  przyjeździe  porozumie  się  z  panem..."  - 

pisano. 

background image

Harald  jednak  dotąd  nie  podał  dokładnej  daty  przyjazdu.  Nie 

odpowiedział  też  na  jej  obszerny  list.  Czy  w  ogóle  odpowie?  Czy 

napisze  choć  raz  jeszcze?  Rozmarzone  oczy  Marleny  utknęły  w  dali. 

Miała  wrażenie,  że  całe  jej  życie  powinno  zatrzymać  się  w  biegu, aż 

do czasu powrotu Haralda.  

A  gdy  powróci?  Jak  się  ułożą  ich  wzajemne  stosunki?  Czy  tak, 

jak  między  bratem  i  siostrą?  Nie,  niezupełnie.  Przecież  nie  są 

rodzeństwem, a nie widzieli się przez tyle lat. Muszą się lepiej poznać, 

przywyknąć do siebie.  

Marlena  siedziała  pogrążona  w  zadumie,  dopóki  łódź  nie  dobiła 

do  brzegu.  Wtedy  dopiero  się  ocknęła  i  skinęła  głową  pani  Darlag. 

Podziękowała  Krogerowi  i  obiecała,  że  jutro  przyniesie  mu  paczkę 

tytoniu.  Pożegnała  się  i  wraz  z  panią  Darlag  wróciła  do  domu.  Szła 

przez  rozkwitający  ogród  spoglądając  na  wysoki  dom,  dom  Haralda 

Forsta. Czy długo jeszcze pozostanie jej domem rodzinnym? Czy nie 

będzie musiała go opuścić?  

Zostanie tu, dopóki Harald się nie ożeni. Potem pójdzie w świat, 

żeby nie przebywać pod jednym dachem z jego żoną...  

Pani Darlag podeszła do Marleny.  

- Napijmy się teraz kawy, dobrze, panienko?  

Po  podwieczorku  Marlena  odpoczywała  w  ulubionej  niszy  przy 

oknie. Rozmarzonym wzrokiem patrzyła na fotografię Haralda Forsta. 

Myślała  o  zmianach,  które  nastąpią  po  jego  powrocie.  Będzie  z 

pewnością  dużo  przebywała  w  jego  towarzystwie,  bo  łączą  ich 

przecież  rozmaite  sprawy.  Będą  razem  spożywali  posiłki.  Harald 

background image

zacznie  przyjmować  gości,  wydawać  przyjęcia.  Stary  dom  znów  się 

ożywi, może nawet wróci dawny ruch. Gospodarz przedstawi gościom 

swoją pupilkę - siostrę Marlenę.  

Tak  długo  tu  mieszkała  z  panią  Darlag,  prowadząc  spokojne, 

ciche życie - teraz będzie inaczej. Harald zechce z pewnością odnowić 

dawne  stosunki  towarzyskie.  Dom  wypełni  się  gośćmi,  gwarem, 

wrzawą...  Będzie  przyjmował  mnóstwo  pięknych  kobiet,  dumnych 

patrycjuszek  miasta  Hamburga.  Harald  jedną  z  nich  wybierze,  ożeni 

się...  

A ona będzie musiała pogodzić się z losem, choćby miało pęknąć 

serce...  Gdyby  nawet  sama  nie  odeszła,  nowa  pani  domu  nie  zniesie 

jej  obecności...  Kimże  jest?  Wychowanką  Haralda,  jego  przybraną 

siostrą Marleną... Wszystko zawdzięcza dobroci Haralda, lecz nie ma 

do tego prawa!  

Westchnęła  ciężko.  Gdybyż  to  ona  była  piękną  patrycjuszką, 

gdyby spodobała się Haraldowi... Zaśmiała się gorzko. Nieważne, czy 

jest  patrycjuszką,  czy  też  biedną  biuralistką  -  przecież  Harald  jej  nie 

kocha. Uczynił dla niej tak wiele, by spłacić dług wdzięczności. Zajął 

się  jej  losem,  bo  ojciec  uratował  mu  życie.  Uważał  ją  za  młodszą 

siostrę, ale nigdy nie zdoła wzbudzić w nim gorętszych uczuć.  

To  i  tak  bardzo  dużo.  Czy  nie  miała  powodów  do  zadowolenia? 

Czy  nie  wymagała  od  życia  zbyt  wiele,  czy  to,  co  posiada,  nie 

powinno jej wystarczyć?  

 

background image

W  kilka  dni  później  pan  Zeidler  wyjechał  w  sprawach 

handlowych  do  Berlina.  Marlena  siedziała  sama  zajęta  wpisywaniem 

różnych pozycji do księgi buchalteryjnej, gdy wszedł woźny i położył 

na jej biurku korespondencję z ostatniej chwili.  

Marlena  dopisała  cyfry  do  końca  stronicy,  choć  wiedziała,  że 

właśnie  zawinął  do  portu  parowiec  z  Sumatry  i  spodziewała  się 

wiadomości  z  Kota  Radża.  Odłożyła  pióro  i  zabrała  się  do 

przeglądania  poczty.  Na  samym  wierzchu  leżał  list  od  Haralda, 

adresowany do niej. Nieśmiało wzięła go do ręki. Nie musiała czekać 

do pory obiadowej, była sama, mogła przeczytać...  

Przejrzała  najpierw  pozostałą  korespondencję,  rozdzieliła  listy, 

przeznaczone  do  innych  działów.  Prywatny  list  Haralda,  adresowany 

do  pana  Zeidlera,  położyła  na  biurku  prokurenta,  który  jutro  miał 

wrócić.  

Gdy  już  spełniła  te  wszystkie  obowiązki,  drżącymi  palcami 

sięgnęła po list od Haralda. Rozcięła kopertę i zaczęła czytać:  

 

"Najdroższa siostrzyczko!  

Otrzymałem  Twój  miły  list,  który  sprawił  mi  dużo  radości! 

Czytając  go  doznawałem  uczucia  tęsknoty  za  krajem.  Ach,  Marleno, 

jak  dawno  już  nikt  się  o  mnie  nie  troszczył!  Jakże  dawno  nie 

rozmawiałem  z  nikim  o  mojej  niezapomnianej  matce!  Nigdy  nie  była 

mi tak potrzebna jak teraz. Bardzo mnie poruszyły Twoje wspomnienia 

i  to  także,  że  w  imieniu  mej  matki  prosiłaś,  bym  dbał  o  siebie.  Te 

background image

słowa  wskrzesiły  jej  obraz;  mama  zmartwychwstała  przede  mną  - 

jakby w tej samej chwili.  

Życie nieustannie płata nam figle! Dawniej sądziłem, że poślubię 

kobietę,  która  choć  trochę  będzie  mi  przypominać  matkę.  A  teraz 

zaręczyłem  się  z  panienką  o  zupełnie  innym  charakterze.  Od  kilku 

tygodni  jestem  narzeczonym  Katarzyny  Vanderheyden,  córki  mego 

wspólnika. Wkrótce odbędzie się nasz ślub..."  

 

Marlena doczytała  list do tego  miejsca,  po czym  opadła na  fotel. 

Śmiertelnie zbladła. Drżała tak jakby wstrząsały nią dreszcze.  

Siedziała  przez  dłuższą  chwilę,  niezdolna  do  dalszego  czytania. 

Zaskoczyła  ją  ta  wiadomość.  Ślubu  Haralda  spodziewała  się  w 

dalekiej  przyszłości.  A  tymczasem  przybrany  brat  już  się  zaręczył, 

wkrótce zaś odbędzie się jego ślub. Może teraz, gdy czyta list, Harald 

jest  już  mężem  tej  kobiety...  Nie  wolno  jej  o  nim  myśleć,  ani  nawet 

marzyć...  

Czy  jednak  potrafi  zapomnieć?  Czy  ma  w  sobie  tyle  siły,  by 

wyrwać z serca gorące uczucie, wzmagające się z dnia na dzień? Nie, 

tego  nie  mogła  zmienić,  nie  mogła  się  wyrzec  miłości,  choćby  była 

grzeszna.  

Blada, z przymkniętymi oczyma, siedziała zupełnie osłupiała, a w 

jej  duszy  szalała  straszliwa  burza.  Ten  okrutny  cios  spadł  na  nią  w 

chwili,  gdy  przepełniona  radością  czytała  serdeczne  słowa  Haralda. 

Chwała  Bogu,  że  jest  sama,  że  nie  ma  świadków  jej  przerażenia  i 

bólu. Mogła się opanować i odzyskać spokój.  

background image

Marlena  była  odważna,  dowiodła  tego  w  różnych  życiowych 

sytuacjach. Teraz dość szybko pokonała wybuch rozpaczy, westchnęła 

ciężko,  a  potem  odgarnęła  włosy  z  czoła.  Nie  chciała  się  poddawać, 

nie  chciała  się ugiąć pod  brzemieniem  bólu. Musiała mężnie  przeżyć 

porażkę.  

Cóż  się  zresztą  stało?  Przecież  się  tego  spodziewała  od  dawna. 

Wiadomość,  co  prawda,  przyszła  zbyt  nagle,  ale  nie  zmieniało  to 

postaci  rzeczy.  Precz  ze  smutkiem!  Nie  wolno  się  nad  sobą 

roztkliwiać! Musi pogodzić się z losem.  

Czy jej uczucie jest grzechem? Nie, z pewnością nie! Dopóki swą 

miłość  ukrywa  w  sercu,  dopóki  nie  wyraża  żadnych  życzeń  czy 

pragnień, nie ma w tym nic zdrożnego. A zresztą nie zostanie w domu 

Haralda. Znajdzie powód, by stąd wyjechać. Najlepiej zrobi to zaraz, 

zanim Harald z żoną przybędą do Hamburga.  

Zacisnęła usta, podniosła list z posadzki i zaczęła czytać dalej: 

 

"...podróż do kraju będzie jednocześnie podróżą poślubną, a przy 

okazji moja żona zmieni klimat. Swoje dzieciństwo spędziła z dala od 

rodziców,  w  Holandii,  gdzie  ukończyła  szkołę.  Od  kilku  lat  jednak 

wraz  z  ojcem  mieszka  w  Kota  Radża,  więc  jak  najprędzej  powinna 

odmienić  klimat.  Ślub  odbędzie  się  18  kwietnia  i  tego  samego  dnia 

wyruszymy  do  Europy  na  parowcu  "Kolumbia".  Pod  koniec  maja 

powinniśmy  zawinąć  do  Hamburga.  Dowiedz  się  na  miejscu  o 

dokładny termin.  

background image

Ucałuj  ode  mnie  panią  Darlag  i  poproś,  aby  przygotowała 

wszystko  na  nasze  przyjęcie.  Dla  mojej  żony  trzeba  urządzić  cztery 

pokoje  na  parterze,  przylegające  do  moich.  Nie  będziemy  ci 

przeszkadzali, Marleno, bo ty przecież zajmujesz pokoje na pierwszym 

piętrze,  obok  apartamentów  mojej  matki.  Cieszę  się  bardzo,  że  się 

wkrótce  zobaczymy.  Chciałbym,  abyś  się  zaprzyjaźniła  z  moją  żoną, 

może nawet uda Ci się wywrzeć na nią dobry wpływ.  

Sądząc  z  listów  jesteś  z  pewnością  poważną,  zrównoważoną 

kobietą.  Katie  wychowywała  się  w  pensjonacie  holenderskim,  gdzie 

kładziono nacisk na ogładę towarzyską, niż rozwijając zalety serca. W 

tym czasie straciła matkę, a ojciec ubóstwiający jedyną córkę, był dla 

niej zbyt pobłażliwy. Miałem nadzieję, że uda mi się zmienić Katie, ale 

po kilku tygodniach przekonałem się, że nie potrafię tego uczynić.  

Gdyby  żyła  mama,  pomogłaby  mi  na  pewno.  Teraz  cała  moja 

nadzieja w  Tobie.  Przeczytałem  Twój  list i doszedłem  do wniosku, że 

jesteś do mamy podobna, masz spokojne, łagodne usposobienie, a przy 

tym silną wolę.  

Sądzę,  że  Katie  wyniesie  wielkie  korzyści  z  obcowania  z  Tobą. 

Blisko  rok  byłaś  pod  opieką  mojej  matki,  a  to  zapewne  wpłynęło  na 

Twój charakter. Ja jestem niezręczny i niecierpliwy, pewnie kobiety w 

takich  przypadkach  łatwiej  dają  sobie  radę.  Twój  list  uzmysłowił  mi, 

jak wiele cech przejęłaś od mojej matki, ale i nie mniej odziedziczyłaś 

po swoim szlachetnym ojcu.  

Niech  Cię,  Marleno,  nie  dziwi,  że  wyrażam  tak  szczerą  opinię  o 

swej  przyszłej  żonie.  Długo  się  zastanawiałem,  zanim  podjąłem 

background image

decyzję  o  małżeństwie.  Zaręczyłem  się  pomimo  licznych  wad  mojej 

wybranki,  które  mnie  w  niej  raziły.  Nie  kocham  Katie;  rozwaga  i 

rozsądek  orzekły,  że  jest  dla  mnie  najodpowiedniejszą  żoną.  Nie 

wierzę  w  istnienie  głębokiej,  gorącej  miłości,  którą  opiewają  poeci. 

Marzyłem  o  niej,  gdy  byłem  bardzo  młody  -  życie  jednak  pozbawiło 

mnie złudzeń.  

Z  całego  serca  pragnę,  aby  to  moje  małżeństwo  było  zgodne  i 

harmonijne. Myślę, że Katie zmieni się, stanie się kiedyś dobrą żoną. 

Nie zrażaj się, jeśli wyda Ci się osobą szorstką i nieuprzejmą. Prawie 

całe  życie przebywała  jedynie  w  towarzystwie  mężczyzn  i  służby.  Nie 

miała  odpowiedniego  grona  znajomych.  Na  Sumatrze  mało  jest 

wykształconych,  inteligentnych  kobiet  europejskich.  Katie  przywykła 

do  życia  udzielnej  księżniczki,  której  nikt  nie  śmie  się  sprzeciwić, 

nawet  własny  ojciec.  Ja  sam  muszę  się  pogodzić  z  faktem,  że  mamy 

zupełnie odmienne charaktery, a Katie nie przypomina ideału o jakim 

marzyłem.  

Tak,  Marlenko,  napisałem  Ci  wszystko  i  to  przyniosło  mi  ulgę. 

Darzę Cię bezgranicznym zaufaniem, bo jesteś dla mnie uosobieniem 

ciepła i troski mej matki oraz szlachetności Twego ojca. Nie znam Cię 

wprawdzie  bliżej,  ale  uważam,  że  gdyby  oni  żyli,  zrozumieliby  mnie 

tak samo jak Ty.  

Gdy zaczynałem pisać ten list, czułem się smutny i przygnębiony. 

Teraz lżej mi na duszy. Zdałem sobie sprawę z tego, że przez wiele lat 

byłem  bardzo  samotny.  Tęsknię  za  krajem,  wprost  nie  mogę  się 

doczekać chwili powrotu. czas już kończyć wyznania, pora pomówić o 

background image

Tobie.  Gdy przyjedziemy  z Katie  do Hamburga, wprowadzę  zmiany  i 

w  Twoim  życiu.  Musisz  mieć  więcej  zabaw  i  urozmaicenia,  jesteś 

młoda,  powinnaś  poznać  świat,  ludzi.  Sądzę,  że  często  będziemy 

zapraszać  gości,  a  wtedy  i  Ty  zaznasz  trochę  rozrywki,  może  jakoś 

powetujesz sobie stracony czas.  

Poproś  panią  Darlag,  aby  przyjęła  dostateczną  ilość  służących; 

moja żona przywykła do licznej służby. Będzie się wprawdzie musiała 

ograniczyć,  lecz  nie  chcę,  by  jej  na  czymś  zbywało.  Jedna  z  jej 

służących przyjedzie z nami do Hamburga. Piszę też do pana Zeidlera 

z poleceniami, którymi nie chcę Cię fatygować.  

Północ właśnie wybiła, a ja czuję zmęczenie, ostatnio pracowałem 

bez  przerwy.  Tęsknię  za  innym  powietrzem.  Po  nocach  śni  mi  się 

ukochany Hamburg - to mnie też nie podnosi na duchu.  

Żegnaj,  kochana  siostrzyczko,  już  niedługo  zobaczymy  się  w 

domu. Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia.  

Twój brat Harald" 

 

*        *        * 

 

Marlena  skończyła  czytanie,  ale  długo  jeszcze  spoglądała  na  list 

Haralda.  Zapomniała  o  własnym  smutku,  gdy  się  dowiedziała  o 

kłopotach  swego  umiłowanego,  który  nie  kocha  przyszłej  żony.  Kto 

wie,  może  nawet  już  dziś  żałuje  swego  kroku?  Widocznie  chciał 

zawrzeć  małżeństwo  z  rozsądku,  a  przekonał  się  przed  czasem,  że 

popełnił błąd. Nie wierzy w miłość, w głęboką, potężną miłość, której 

background image

nic  nie  zdoła  zniszczyć,  która  nie  cofnie  się  przed  żadną  ofiarą. 

Biedny Harald!  

Gdyby  z  listu  przebijało  wielkie,  promienne  szczęście,  Marlena 

cichutko  usunęłaby  się  z  życia  Haralda,  nie  mogłaby  przebywać  w 

tym  domu,  lecz  po  owym  gorzkim  wyznaniu  nie  mogła  go  opuścić. 

Obdarzył  ją  przecież  wyjątkowym  zaufaniem,  prosił,  by  zastąpiła 

matkę i zajęła się Katie. Porzuciła zatem swe rozżalenie i postanowiła 

uczynić to, co zrobiłaby nieżyjąca pani Forst. Spełni tę prośbę, by nie 

zawieść zaufania. 

Znużonym  ruchem  podniosła  się  z  fotela  i  usiadła  przy  biurku. 

Dziś  jednak  nie  zdobyła  się  już  na  zwykły  zapał,  po  prostu  nie 

potrafiła  zebrać  myśli,  uciekających  na  pokład  parowca  "Kolumbia", 

który wiózł Haralda do ojczyzny.  

Ach,  jak  to dobrze,  że  nie  ma  pana Zeidlera,  nie  trzeba  mówić  z 

nim  na  ten  temat.  Czuła,  że  nie  potrafiłaby  zachować  spokoju. 

Postanowiła, iż nie zawiadomi również pani Darlag o ożenku Haralda 

i  jego  powrocie  do  kraju.  Dziś  brakłoby  jej  sił.  Jutro  powie  o 

wszystkim.  Wyobrażała  sobie  rozmowę  z  panią  Darlag.  Staruszka 

bardzo  się  ucieszy,  a  jej  wychowanka  będzie  musiała udawać  wielką 

radość.  

Dzień ten ciężko przeżyła, godziny wlokły się w nieskończoność. 

Marlena  z  ulgą  powitała  wieczór.  Mogła  się  teraz  schronić  w  swym 

pokoiku,  gdzie  nikt  jej  nie  przeszkadzał.  Zmęczyły  ją  pytania  pani 

Darlag, zaniepokojonej bladością i mizernym wyglądem swej pupilki.  

background image

Tej nocy mało spała. Płonącymi oczyma wpatrywała się w mrok, 

serce mocno biło, a sen uciekał z powiek. Wstała nazajutrz o zwykłej 

porze,  blada  i  znużona.  Pani  Darlag  robiła  jej  wymówki,  gdyż 

Marlena  nawet  nie  tknęła  śniadania.  Dziewczyna  zbyła  staruszkę 

jakimś żartem, po czym pożegnała się i wyszła do biura. W chwilę po 

niej  nadszedł  pan  Zeidler.  Opowiedział  Marlenie  o  pomyślnym 

wyniku swej podróży.  

Nagle rzucił wzrokiem na list, leżący na biurku. Marlena, starając 

się opanować, zdobyła się z trudem na uśmiech.  

-  Ja  także  otrzymałam  wczoraj  list  od  Haralda.  Nie  powiem 

jednak  ani  słówka,  niech  pan  sam  przeczyta.  A  jest  w  nim  dobra 

nowina - odezwała się na pozór wesoło.  

-  Czy  nareszcie  przyjeżdża?  -  zapytał  prokurent,  rozcinając 

kopertę.  

- Nic nie powiem - powtórzyła. - Niech pan czyta.  

Zeidler przebiegł wzrokiem list i zawołał: 

-  Panno  Marleno,  nasz  szef  się  ożenił,  a  myśmy  o  tym  nic  nie 

wiedzieli! Teraz za późno, żeby mu przesłać telegram z życzeniami, z 

pewnością jest już w drodze do kraju. Co pani na to?  

- Szkoda, że dowiedzieliśmy się o tym tak późno, trudno, nie ma 

rady. Złożymy po powrocie serdeczne gratulacje młodej parze.  

- Tak, nic innego nam nie pozostaje. Co mówi pani Darlag?  

-  Nic  jeszcze  nie  wie.  Nie  chciałam,  aby  się  dowiedziała  przed 

panem.  Poza  tym  na  pewno  od  razu  się  zdenerwuje,  zabierze  się 

background image

gorączkowo  do  przygotowań  na  przyjęcie  nowożeńców,  zarządzi 

gruntowne porządki. Lepiej, żeby jeszcze jeden dzień wypoczęła.  

Staruszek zaśmiał się. 

-  To  prawda,  pani  Darlag  gotowa  postawić  cały  dom  na  głowie. 

"Kolumbia"  zawinie  do  portu  około  25  maja,  mamy  jeszcze  dużo 

czasu  na  przygotowania.  Urządzimy  wszystko  z  wielką  pompą,  gdyż 

chodzi  nie  tylko  o  uczczenie  powrotu  pryncypała,  ale  także  o 

przyjęcie  córki  pana  Vanderheydena.  Nie  sądziłem,  że  ma  córkę  w 

tym  wieku.  Byłbym  może  sam  pomyślał  o  skojarzeniu  tych  dwojga. 

Ale  obeszło  się  bez  mojej  pomocy.  Trudno  o  lepszą  partię  dla 

Haralda, teraz przecież cała firma przejdzie w jego ręce. To świetnie! 

Co za radość, panno Marleno!  

- Oby tylko Harald zaznał szczęścia w tym małżeństwie - odparła 

dziewczyna.  

- Och, dałby to Bóg! - skwitował pan Zeidler. 

 

*        *        * 

 

Tymczasem  w  Kota Radża trwały przygotowania do ślubu, który 

miał się odbyć 18 kwietnia. Mijnheer Vanderheyden pragnął z okazji 

wesela  córki  urządzić  wielką  uroczystość.  Rozesłano  zaproszenia  do 

niemal  wszystkich  rodzin  europejskich  w  Kota  Radża.  Urzędnicy 

państwowi, plantatorzy i kupcy - wraz ze swymi paniami - oraz kilku  

kapitanów  i  oficerów  marynarki  -  wszyscy  oni  mieli  zaszczycić 

wesele swoją obecnością.  

background image

Dużo  pracy  spadło  na  Katie,  choć  większą  część  wyprawy  miała 

kupić  w  Europie.  Dziewczyna  chodziła  zdenerwowana,  poganiała 

służbę, nie obeszło się bez krzyku, wymysłów i szturchańców. Różne 

rzeczy  fruwały  w  powietrzu,  nie  wyrządzając  na  szczęście  żadnej 

szkody. Raz tylko potłukła się kosztowna waza; Katie rzuciła szczotką 

w głowę Zobah, lecz służąca zręcznie się uchyliła, a szczotka rozbiła 

drogocenny przedmiot.  

Od tego wieczoru Katie nie biła służących, ale przy każdej okazji 

dręczyła  i  szykanowała  biedną  Zobah.  Uznała,  że  dziewczyna  była 

powodem  jej  sprzeczki  z  Haraldem,  przez  nią  zatem  młoda 

narzeczona  doznała  upokorzenia.  Nigdy  jej  tego  nie  zapomniała, 

nienawidziła Zobah.  

Postanowiła  jednak,  że  to  właśnie  Zobah  pojedzie  z  nią  do 

Europy.  W  ten  sposób  Katie  chciała ją ukarać,  wiedziała  bowiem,  że 

służąca  kocha  Kasovę  i  lęka  się  rozłąki  z  nim,  jak  też  i  długiej 

podróży. Katie była zawzięta i mściwa, toteż orzekła, że pojedzie z nią 

tylko Zobah.  

Harald  inaczej  rozumiał  decyzję  narzeczonej,  sądził,  iż  pani 

pragnie  wynagrodzić  słudze  wyrządzoną  krzywdę.  Nawet  nie 

przypuszczał,  że  to  akt  zemsty,  nie  posądzał  przyszłej  żony  o 

kierowanie się tak niskimi pobudkami.  

 

Dwa dni przed ślubem Harald jeszcze raz udał się na plantacje, by 

wszystko  omówić  z  dozorcami.  Młody  Forst  zatrudniał  przeważnie 

dzielnych,  energicznych  i  solidnych  pracowników,  a  ponieważ  w 

background image

posiadłości panował  ostatnio  spokój, sądził,  że  z  czystym  sumieniem 

może  wyruszać  w  drogę.  Z  zadowoleniem,  choć  bardzo  zmęczony, 

powracał do domu. Było dość późno, słońce chyliło się ku zachodowi.  

Kiedy się wykąpał i zmienił ubranie, zapadł już zmierzch. Szybko 

udał  się  do  willi  Vanderheydenów,  gdzie  czekano  z  kolacją. 

Przechodził przez ciemny ogród, gdy nagle usłyszał jęk kobiety. Jakiś 

mężczyzna starał się ją pocieszyć. Harald wyszedł z zarośli i zobaczył 

przed  sobą  Zobah  oraz  Kasovę.  Kasova  z  posępną,  zagniewaną  miną 

stał  koło  swej  wybranki  i  gładził  ją  po  ramieniu.  Światło  lampy 

łukowej rzucało jasny blask na twarze obojga.  

- Zabiję twoją niegodziwą panią, jeśli cię stąd zabierze - usłyszał 

Harald głos Kasovy.  

Młody  Forst  w tej samej chwili stanął przed nimi. Zobah wydała 

okrzyk i chciała uciec, Harald jednak przytrzymał ją za ramię i rzekł:  

- Zostań, Zobah, nie bój się! Dlaczego płaczesz i kto cię chce stąd 

zabrać?  

Zobah  ukryła  trwożnie  twarz  w  dłoniach  i  żałośnie  zaszlochała. 

Harald  popatrzył  na  jej  towarzysza,  który  niespokojnie  spoglądał 

przed siebie.  

- Odpowiedz, Kasova! Czemu Zobah płacze i kogo chcesz zabić?  

-  Wybacz  mi,  panie  -  odparł  chłopak.  -  Nie  miałem  nic  złego  na 

myśli,  jestem  tylko  bardzo  nieszczęśliwy,  Zobah  również.  Pomóż 

nam,  panie,  tyś  dobry  i  sprawiedliwy.  Pani  chce  ją  zabrać  w  daleką 

drogę,  a  Zobah  umrze  z  tęsknoty  za  ojczyzną.  Kto  ją  pocieszy,  kto 

będzie leczył jej rany, gdy pani ją znów zbije, a mnie tam nie będzie?  

background image

-  Czy  pani  cię  choć  raz  uderzyła  od  tamtego  wieczoru?  -  spytał 

Harald.  

- Nie, panie, bić, to mnie nie biła - odparła dziewczyna z płaczem.  

- Ale rzuca w nią karbówkami i szczotkami, kopie, szturcha... Raz 

cisnęła  w  Zobah  porcelanowym  wazonikiem,  lecz  Zobah  w  porę  się 

odsunęła,  inaczej  wazonik  byłby  się  potłukł  o  jej  głowę  -  opowiadał 

Kasova.  

- Kiedy to było?  

- Przedwczoraj, panie.  

- A dlaczego pani to uczyniła?  

- Bo Zobah nie dość prędko przygotowała kąpiel.  

Tutaj Zobah wtrąciła się do rozmowy.  

-  Zobah  rzeczywiście  spóźniła  się  z  kąpielą,  bo  trochę  za  długo 

rozmawiała z Kasovą. Pani miała słuszność, że ukarała Zobah.  

Dziewczyna  wyczuła  instynktownie,  że  słowa  Kasovy  sprawiają 

Haraldowi  przykrość,  toteż  starała  się  obronić  swą  panią.  Harald 

westchnął ciężko.  

-  Mówiłem  ci  Zobah,  że  pani  jest  chora.  Nie  chciała  ci  z 

pewnością  wyrządzić  krzywdy.  A  w  ogóle  jest  dla  ciebie  dobra, 

prawda, Zobah?  

Dziewczyna  milczała.  Nie  chciała  zdradzić,  że  Katie  na  każdym 

kroku jej dokucza. Ale milczenie było wymowniejsze od słów.  

-  Pani  dobrze  ci  życzy  Zobah,  dlatego  też  pragnie  cię  zabrać  do 

Europy. Chce ci sprawić przyjemność, wybrała właśnie ciebie.  

Zobah cichutko zapłakała, a zamiast niej odezwał się Kasova:  

background image

- Wybacz, panie, ale jesteś w błędzie. Zobah lęka się tej podróży, 

podobnie  jak  rozłąki  ze  mną.  Zobah  zostanie  moją  żoną,  gdy  tylko 

uzbieram na budowę chaty i kupno pola ryżowego. Zobah powiedziała 

o tym pani prosząc, by zamiast niej zabrała inną służącą. Wtedy pani 

zaśmiała się złośliwie, mówiąc: "Tak? Tym bardziej wezmę ciebie". 

Harald przygryzł wargi. Bardzo go bolało, że Katie okazała się tak 

zacięta,  małoduszna  i  mściwa.  Wiedział,  iż  Kasova  mówi  prawdę. 

Powziął  zamiar  udaremnienia  planu  Katie,  pragnąc  pomóc  tym 

łagodnym, dobrodusznym ludziom. Nie należało rozdrażniać Kasovy, 

który w obronie Zobah gotów nawet zabić.  

- Więc chcecie się pobrać? - spytał.  

- Tak, panie, gdy tylko zaoszczędzimy trochę grosza.  

-  Dobrze,  pomogę  wam.  Zobah  nie  pojedzie  z  panią,  kto  inny  ją 

zastąpi.  Słuchaj  uważnie,  Kasova.  Jutro  wstaniesz  o  świcie,  zanim 

państwo  się  obudzą,  i  razem  z  Zobah  uciekniesz  do  waszego 

Kambongu.  Niech kapłan  odprawi  obrządek  ślubny.  Jako  mąż  i  żona 

powrócicie już nie tutaj, lecz do mojego domu. Będziecie go pilnować 

i  utrzymywać  porządek  w  czasie  mej  nieobecności.  Załatwię  to  z 

panem  Vanderheydenem.  Musicie  wszystko  jednak  zachować  w 

najgłębszej  tajemnicy,  a  jutro  wyruszyć  jeszcze  przed  wschodem 

słońca. Wtedy Zobah nie pojedzie z panią. Czyście mnie zrozumieli?  

Młodzi  ludzie  ucałowali  ręce  Haralda  i,  uszczęśliwieni,  spojrzeli 

sobie  w  oczy.  Nie  wiedzieli,  jak  wyrazić  swą  wdzięczność.  Harald  z 

uśmiechem bronił się przed podziękowaniami, po czym dał im jeszcze 

background image

dokładnie  polecenia,  jak  się  mają  zachowywać  po  przybyciu  do  jego 

domu.  

-  Spodziewam  się,  że  okażecie  mi  wdzięczność  swoim 

postępowaniem.  Pamiętajcie  o  tym,  że  pani  jest  chora  i  nie  chciała 

Zobah wyrządzić krzywdy.  

Kasova  i  Zobah  obiecali,  że  spełnią  wszystkie  życzenia  Haralda. 

Dziewczyna patrzyła na niego rozpromieniona, aż wreszcie ucałowała 

znowu rękaw jego marynarki.  

- Cóż, czy przestaniesz płakać, Zobah? - spytał z uśmiechem.  

-  O,  panie!  Zobah  jest  szczęśliwa  i  nie  zapomni  tego,  co  dla  nas 

uczyniłeś. A kiedy pani wróci i zbije Zobah, nie pisnę ani razu, panie, 

bo ty jesteś taki dobry.  

- Od jutra będziecie służyć u mnie, nikt nie tknie was palcem. A 

tutaj macie na wesele.  

I  Harald  wręczył  Kasovie  trochę  pieniędzy.  Skinął  głową,  po 

czym oddalił się. Szedł przez ogród, rozmyślając o Katie. Ogarniał go 

smutek.  To,  co  o  niej  usłyszał,  stawiało  jego  młodą  narzeczoną  w 

najgorszym świetle.  

Wszedł do willi. W jadalni zastał tylko Vanderheydena.  

- Musisz trochę poczekać, Haraldzie, Katie właśnie się przebiera.  

- To dobrze, ojcze, omówimy jeszcze kilka spraw.  

- Jak tam na plantacjach?  

- Wszystko w porządku, możemy być spokojni. Chciałbym jednak 

pomówić o czym innym. Mam do ciebie, ojcze, wielką prośbę.  

Mijnheer Vanderheyden uśmiechnął się. 

background image

- Wreszcie będę miał okazję zrobić coś dla ciebie. Nigdy dotąd o 

nic mnie nie prosiłeś. Słucham cię, Haraldzie.  

-  Chciałbym,  żebyś  zwolnił  ze  służby  Kasovę  oraz  Zobah. 

Mogliby od jutra służyć u mnie.  

- Dlaczego? - spytał zdumiony staruszek.  

- Mają zamiar się pobrać, a ja, dla uczczenia własnego ślubu, chcę 

uszczęśliwić dwoje innych ludzi. Będą utrzymywać porządek w moim 

domu. Oboje są solidni, można na nich polegać. Omówiłem już z nimi 

wszystkie szczegóły.  

- Przecież Katie chciała zabrać Zobah do Europy...  

-  Wiem,  ojcze.  Ale  Zobah  się  do tego  nie nadaje.  Sam jej  widok 

drażni  Katie, która uważa  Zobah  za główny  powód  naszej  sprzeczki. 

Lepiej, żeby dziewczyna została tutaj.  

-  Ach,  mój  drogi,  znów  dojdzie  do  przykrej  sceny!  Katie  się 

uparła, żeby zabrać właśnie ją.  

Harald pochylił się i zaczął szeptać: 

- Ojcze, Kasova chce wyrządzić Katie jakąś krzywdę. Jest bardzo 

wzburzony, gdyż nasza pani nieustannie dokucza Zobah, nie przestaje 

jej  męczyć.  Udało  mi  się  go  na  jakiś  czas  uspokoić  i  uchronić  Katie 

przed  nieszczęściem.  Znasz  jednak  krajowców,  wiesz  sam,  że  nie 

należy  w  stosunku  do  nich  przekraczać  pewnych  granic.  Nie  znoszą 

niesprawiedliwości,  w  takich  przypadkach  są  zdolni  do  wszystkiego. 

Posłuchaj tylko, ojcze...  

I młody Forst opowiedział zasłyszaną rozmowę, wspomniał także 

o swoim planie. Mijnheer Vanderheyden patrzył ponuro przed siebie.  

background image

- Powinno się tego łajdaka wysmagać jak psa, a ty przyrzekłeś mu 

jeszcze nagrodę... 

- Gdybym tak nie postąpił, ściągnąłbym tylko nieszczęście. Znasz 

przecież tubylców.  

- Niestety, masz rację! Nie ma innej rady...  

Harald odetchnął z ulgą, po czym ciągnął dalej.  

- Kasova to doskonały, wierny służący. Fakt, że ujął się za Zobah, 

świadczy  jedynie  o  jego  dobrym  sercu.  Uniósł  się,  gdyż  stanął  w 

obronie  swej  wybranki.  Zobah  i  Kasova  znikną  jutro  rano,  a  Katie 

będzie  zmuszona  zabrać  w  drogę  inną  służącą.  Zanim  powrócimy  z 

kraju,  minie  dużo  czasu,  Katie  zdąży  zapomnieć  o  całej  tej  sprawie. 

Poza  tym  powinna  się  zmienić,  opanować  nerwy  i  ciągłe 

rozdrażnienie.  Sądzę,  że  pobyt  w  Europie  wpłynie  na  nią  korzystnie. 

Tutaj  nie  ma  odpowiedniego  towarzystwa,  a  w  Hamburgu  będzie 

przebywać  z  moją  przybraną  siostrą,  wykształconą,  miłą  i 

zrównoważoną  dziewczyną.  Katie  się  uspokoi.  Zmiana  klimatu  też 

zrobi swoje.  

Pan Vanderheyden wyciągnął rękę do Haralda.  

-  Dobrze  postąpiłeś.  Zwolnię  Kasovę  i  Zobah.  Jesteś  wprawdzie 

dla  Katie  zbyt  surowy,  traktujesz  ją  inaczej  niż  ja,  ale  z  pewnością 

będzie jej z tobą dobrze. Dziękuję ci, mój synu!  

Harald  uścisnął  serdecznie  dłoń  staruszka.  Teraz  rozmowę 

skierowali  już  na  inne  tory.  W  chwilę  potem  zjawiła  się  Katie.  W 

powłóczystej,  białej  sukience  z  szerokimi  rękawami  wyglądała 

background image

czarująco.  Twarz  miała  bladą,  a  po  przywitaniu  z  narzeczonym 

znużona osunęła się niemal natychmiast na fotel.  

Harald przyjrzał się jej badawczo. 

- Czy się źle czujesz, Katie? 

Złożyła  ręce  pod  głowę,  tak  iż  szerokie  rękawy  opadły  niby 

wielkie skrzydła.  

- Jestem po prostu zmęczona. Mam tyle roboty, tyle przykrości... 

Ach, chciałabym to wszystko mieć już poza sobą! 

- Potrzebna ci zmiana klimatu.  

Pan domu spojrzał zatroskany na córkę. 

- Czy ci coś dolega, kochanie? 

-  Nie,  nie  ojczulku!  -  zawołała  ze  śmiechem.  -  Tylko  nadmiar 

pracy  mnie  męczy,  ale  wszystko  już  prawie  gotowe.  Kufry 

spakowane, porządek zrobiony, polecenia wydane. Jestem głodna jak 

wilk, siadajmy do stołu. 

Podczas  kolacji  Katie  była  wesoła  i  kokieteryjnie  przekomarzała 

się z narzeczonym. Harald uznał, że jest urocza i pełna wdzięku, toteż 

w  jego  sercu  ponownie  obudziła  się nadzieja, iż  wszystko  zmieni  się 

na  lepsze.  Wierzył  święcie  w  zbawienny  wpływ  klimatu 

europejskiego,  a  dziś był  dla  swej  przyszłej  żony  nadzwyczaj  czuły  i 

opiekuńczy.  

Katie  uśmiechała  się  z  zadowoleniem.  Po  kolacji  narzeczony 

poprosił ją o chwilę rozmowy. 

- Mam do ciebie wielką prośbę, kochanie! 

background image

Dziewczyna oparła głowę na jego ramieniu i patrząc mu w oczy, 

spytała: 

-  Jaką,  Haraldzie?  Jesteś  dziś  tak  miły,  że  chyba  niczego  nie 

potrafię ci odmówić. 

Pocałował ją w usta. 

-  To  tylko  twoja  zasługa.  Jeśli  zawsze  będziesz  tak  urocza,  jak 

dzisiaj, ja na pewno się nie zmienię. Więc spełnisz moje życzenie? 

- O ile to będzie w mej mocy... 

- Proszę zatem, byś nie zabierała ze sobą Zobah. 

- Dlaczego, Haraldzie? 

Dla świętego spokoju młody Forst uciekł się do dyplomatycznego 

wybiegu. 

-  Nie  mogę  na  nią  patrzeć,  kochanie.  Przypomina  mi  ciągle  o 

naszej sprzeczce, a poza tym jest ślamazarna i niezręczna. Weź lepiej 

Daipah  lub  Lailę.  Daipah  to  chyba  najlepsza  służąca,  jest  zwinna, 

zręczna  i  rezolutna.  Nie  możemy  brać  ze  sobą  więcej  służby,  ona 

będzie najlepsza. 

- Masz rację, ja też nie cierpię Zobah - odparła Katie. - I mnie jej 

widok  przypomina  tę  kłótnię.  Chciałam  jednak,  by  pojechała,  bo... 

Mniejsza o to! Spełnię twoje życzenie, tak ładnie o to prosisz, ale chcę 

w  zamian  dziesięć  pocałunków.  Zgoda?  Zobah  zostanie,  pojedzie 

Daipah! 

Harald ucieszył się z takiego obrotu sprawy, choć wyrzucał sobie, 

że 

nie 

powiedział 

narzeczonej 

prawdy. 

Rozpromieniony 

background image

Vanderheyden  spojrzał  na  niego  i  nieoczekiwanie  przyszedł  z 

pomocą. 

- Ta dziewczyna budzi we mnie tylko niemiłe uczucia. Zwalniam 

ją  z  pracy!  Nie  będzie  na  waszym  weselu,  już  jutro  odeślę  ją  do 

Kambongu. 

Katie zaśmiała się z widocznym zadowoleniem. 

-  Doskonale!  Zasługuje  na  karę.  Nie  znoszę  jej!  A  teraz  moja 

nagroda: dziesięć pocałunków, Haraldzie. 

- Czy naraz? - zapytał  wesoło, szczęśliwy,  że sprawa zakończyła 

się tak pomyślnie. 

Skinęła głową i zbliżyła swe usta. Wyglądała prześlicznie, toteż z 

zapałem spełnił jej życzenie. Katie liczyła sumiennie pocałunki, a gdy 

wreszcie uwolnił się z jej objęć, zawołała: 

- Było dopiero dziewięć! 

- Nie, Katie - odparł ze śmiechem. - Było jedenaście. Pocałuję cię 

jeszcze raz, a będzie okrągły tuzin. 

I znów pocałował narzeczoną. 

Wieczór  upłynął  radośnie,  stary  Vanderheyden  aż  promieniał, 

patrząc na młodą parę. Nie mógł jednak myśleć spokojnie o rozstaniu 

z jedynaczką, miał wrażenie, że jakaś lodowata dłoń mocno ściska go 

za serce. 

- Pojutrze o tej porze będziecie już daleko, a ja zostanę sam - rzekł 

ochrypłym głosem. 

Katie zerwała się i czule objęła ojca. 

- Ach, gdybyś mógł z nami pojechać, ojczulku! 

background image

-  Nie,  kochanie,  nie  chcę  wam  zawadzać.  Musielibyście  ciągle 

mnie przesuwać, podnosić jak pakę towaru. Nie zniósłbym tego! Mam 

przed sobą już tylko jedną podróż, pod ziemię... 

-  Nie  mów  tak,  ojczulku,  nie  zasmucaj  mnie!  Za  rok  znów  się 

zobaczymy,  wszystko  ci  opowiemy.  Będę  często  pisywała  niedługie 

listy,  długich  nie  cierpię,  ale  każdy  statek  przywiezie  ci  krótką 

wiadomość. Nie martw się, tato! 

- Tak bardzo nie lubisz pisać listów, Katie? - spytał Harald. 

- Nie znoszę, to okropne - odpowiedziała.  

-  Ach,  ty  mały  leniuszku!  Zobacz  tylko,  oto  list  od  mojej  siostry 

Marleny. Już dawno chciałem ci go pokazać. Czy potrafiłabyś napisać 

tak długi list? 

Katie z przerażeniem patrzyła na gęsto zapisane arkusiki. 

-  O  Boże,  cóż  ona  takiego  miała  do  pisania,  że  zapełniła  kilka 

arkuszy? 

- Przeczytaj, Katie. 

- Nie, nie! Twoja wychowanka nudzi się zapewne i dlatego pisze 

długie listy. 

- Mylisz się, Katie. Marlena od rana do wieczora pracuje w biurze 

naszej firmy, ma swój zakres obowiązków jak każdy urzędnik. 

- Dlaczego ją do tego zmusiłeś? 

- Sama tego chciała. 

- Ale dlaczego? 

- Bo kocha pracę. 

background image

- To straszne. Jakaż ona musi być nudna! Czy nie ma nic innego 

do  roboty?  Przecież  jest  młoda,  po  co  zagrzebała  się  w  tym  biurze? 

Ach,  już  wiem!  Na  pewno  jest  brzydka  i  pozbawiona  wdzięku,  toteż 

pracuje jak mężczyzna.  

-  Tego  nie  wiem.  Kiedy  ją  widziałem  po  raz  ostatni,  nie 

zapowiadała  się  na  piękność.  W  każdym  razie  posiada  wiele  zalet  i 

jest bardzo wartościowym człowiekiem. 

- To dowód, że jest nudna! I nazywa się tak dziwnie. Marlena? Co 

to za imię? Pierwszy raz słyszę. 

-  Nazywa  się  właściwie  Maria  Magdalena.  Marlena  to  skrót  i 

połączenie tych imion. 

- Aha! I będzie z nami mieszkała? 

-  Tak,  Katie.  Chciałbym,  abyś  się  z  nią  zaprzyjaźniła,  abyś  ją 

uważała za siostrę. 

-  Przyrzekam  ci,  Haraldzie,  gdyż  dziś  nie  potrafię  ci  niczego 

odmówić.  Ale  jeśli  jest  bardzo  nudna  i  brzydka,  nie  będę  z  nią 

przebywała. Nie lubię takich ludzi. 

-  Wierzę,  że  tak  nie  jest,  bo  będziesz  musiała  wiele  z  nią 

przebywać. 

- Czy to konieczne? 

- Tak, maleńka. Marlena jest moją przybraną siostrą. Liczę na to, 

że będziecie się ze sobą zgadzać. 

Katie przytuliła się do niego. 

background image

- Pomówmy o czym innym. Ta Marlena jest z pewnością bardzo 

nudna.  Na pewno  wygląda  jak długa  tyka  chmielowa  z  okularami na 

nosie. Jest brunetką czy blondynką? 

-  Ach,  ty  dzieciaku!  Poczekaj  chwilę,  może  sobie  przypomnę, 

naprawdę nie pamiętam... Tak, już wiem, miała jasne włosy o złotym 

połysku.  Odbijały  się  wyraźnie  od  żałobnej  sukienki...  Marlena  ma 

pewnie piękne włosy... 

-  Wszystkie  blondynki  są  nudne  -  oświadczyła  Katie,  po  czym 

skrycie ziewnęła, dodając: 

-  Chodźmy  już  spać,  jestem  bardzo  zmęczona.  Jutro  i  pojutrze 

przyjedzie tylu gości, będziemy mieli mnóstwo roboty. 

Harald  pożegnał  się,  a  Katie  odprowadziła  go  na  ganek.  Młody 

człowiek raz jeszcze objął narzeczoną. 

-  Katie,  musimy  się  oboje  starać,  by  w  naszym  małżeństwie 

panowała  zgoda.  Będziemy  nad  sobą  pracować,  nauczymy  się 

ustępować sobie. Chciałbym widzieć cię szczęśliwą... 

Ucałowała go namiętnie, po czym rzekła: 

-  Nie  bądź  taki  poważny,  Haraldzie!  Taki  ciągły  spokój  jest 

nudny!  Trzeba  się  czasem  posprzeczać,  to  podtrzymuje  miłość. 

Dobranoc, najdroższy! Pojutrze już będziesz mój! 

Harald  zapomniał  w  tej  chwili  o  wszystkim,  co  go  dręczyło. 

Trzymał  w  objęciach  młodą,  czarującą  dziewczynę,  czuł,  że  krew 

szybciej krąży mu w żyłach. Obsypał Katie namiętnymi pocałunkami 

zupełnie  odurzony  jej  pięknością.  Ona  od  razu  spostrzegła,  iż 

narzeczony uległ urodzie. Przytuliła się do niego jak młoda kotka.  

background image

- Dobranoc, Katie! Pojutrze będziesz moją żoną, słodka, maleńka 

Katie! - rzekł Harald, pocałował ją raz jeszcze, aż wreszcie wypuścił z 

objęć.  

Szybko zbiegł po stopniach werandy i znikł w ciemnościach nocy. 

 

Katie  patrzyła  za  nim  z  błyskiem  w  oczach.  Potem  wróciła  do 

domu  i przywołała  do  siebie  służące.  Oświadczyła  kategorycznie,  by 

Zobah nie pokazywała się jej więcej, następnie oznajmiła, że pojedzie 

z  nią  Daipah.  Dziewczyna  bardzo  się  ucieszyła,  nie  była  bowiem  tak 

delikatna  jak  Zobah,  za  to  niezmiernie  ciekawa.  Oczarowała  ją 

nadzieja  podróży  do  Europy.  Nigdy  nie  rozumiała  Zobah,  która 

płakała na myśl o opuszczeniu wyspy. 

Uroczystość  weselną  wyprawiono  z  prawdziwym  przepychem, 

jak  to  jest  w  zwyczaju  na  Sumatrze.  W  przeddzień  ślubu  odbył  się 

wspaniały  festyn,  połączony  z  koncertami  i  tańcami.  Nazajutrz  rano, 

po  ślubie,  tłumnie  zjechali  goście,  by  złożyć  życzenia  młodej  parze. 

Potem zapowiedziano "przyjęcie ryżowe". Podano blisko pięćdziesiąt 

potraw, sporządzonych z ryżu lub z dodatkiem ryżu. 

Był  więc,  zgodnie  z  miejscowym  zwyczajem,  ryż  z  owocami,  z 

daktylami, bananami, ryż przyprawiony korzeniami i migdałami, ryż z 

sosem,  doskonałe  leguminy,  dania  zimne  i  gorące,  wyśmienicie 

przyrządzone, w iście królewskiej różnorodności.  

Zaraz  potem  młoda  para  pożegnała  biesiadników,  by  w  porcie 

Oleh_loh  wsiąść  na  statek  "Kolumbia".  Daipah  wysłano  przodem 

wraz  z  bagażem.  Katie  szybko  pożegnała  się  z  ojcem,  który  musiał 

background image

wrócić  do  gości.  Przecisnął  się  na  swym  fotelu  przez  zebrany  tłum, 

aby jeszcze przez chwilę popatrzeć na dzieci. To rozstanie rozdzierało 

mu serce. Po raz ostatni przytulił Katie i pobladł jak płótno.  

Młoda  kobieta  była  jednak  za  bardzo  pochłonięta  uroczystością, 

by  zwrócić  na  to  uwagę.  Powierzchowna  z  natury,  nie  potrafiła 

przejmować  się  cudzym  smutkiem.  Mijnheer  Vanderheyden  drżał, 

gdy córka uwolniła się wreszcie z jego uścisku. 

Harald  miał  dla  niego  więcej  współczucia  i  zrozumienia  niż 

własna córka. Pochylił się zatroskany nad starcem i rzekł: 

-  Uspokój  się  ojcze.  Pomyśl  o  tym,  że  Katie  musi  wyjechać  dla 

podratowania zdrowia. Przywiozę ją zdrową i wypoczętą. Zobaczysz, 

jak jej ta podróż posłuży. 

I  raz  jeszcze  uścisnął  teścia,  gdy  Katie  już  wsiadała  do 

samochodu.  

-  Dziękuję  ci,  mój  synu. Mam przeczucie,  że  już  nigdy  nie  ujrzę 

Katie,  że  po  raz  ostatni  trzymałem  ją  w  objęciach.  Bądź  dla  niej 

dobry, Haraldzie, cierpliwy i wyrozumiały. 

-  Tego  możesz  być  pewien,  drogi  ojcze,  zapomnij  o  smutnych 

myślach. Bóg pozwoli nam się zobaczyć za rok. 

-  Niech  ma  was  w  swej  opiece,  drogie  dzieci,  niech  nad  wami 

czuwa.  Przyjmijcie  jeszcze  raz  moje  błogosławieństwo  -  z  drżeniem 

wyszeptał Vanderheyden.  

Czekał przy balustradzie werandy, dopóki wreszcie samochód nie 

ruszył  w  drogę.  Katie  machała  chusteczką  i  ręką  przesyłała  ojcu 

pocałunki. Harald z troską spoglądał na pobladłe oblicze staruszka.  

background image

- Jedźcie z Bogiem! - zawołał raz jeszcze pan Vanderheyden. 

- Do widzenia, ojczulku! - krzyknęła rozpromieniona Katie. 

Samochód  ruszył,  John  Vanderheyden  długo  jeszcze  patrzył  w 

ślad za odjeżdżającymi. Łzy spływały mu po policzkach. 

- Widziałem ją po raz ostatni! Boże, czuwaj nad mym dzieckiem -

szepnął wzruszony. 

Z  domu  zaczęli  teraz  wychodzić  goście,  aby  przyjrzeć  się 

odjeżdżającym  nowożeńcom.  Otoczyli  kołem  starszego  pana,  który 

opanował się ostatnim wysiłkiem woli. Z pozornym spokojem wrócił 

do wesołego grona. 

Tymczasem  młoda  para  dojechała  do  portu i udała  się  na  pokład 

parowca  "Kolumbia"  do  wcześniej  zarezerwowanej,  luksusowej 

kabiny. Statek ruszył w drogę. 

 

*        *        * 

 

Podróży  towarzyszyła  przepiękna  pogoda.  Statek,  kołysząc  się, 

płynął spokojnie, a nikt z pasażerów nie cierpiał jak dotąd na chorobę 

morską. Na pokładzie panował wielki ruch i ożywienie, toteż pierwsze  

dni  nowożeńców  upłynęły  niby  w  cudnym  śnie.  Harald  żywił 

nadzieję,  że  w  pożyciu  małżeńskim  zazna  wiele  szczęścia,  a  Katie  - 

rozpromieniona  jak  wszystkie  młodziutkie  mężatki  podczas 

miodowych  miesięcy  -  czuła  się  wspaniale.  Dużo  na  tym  zyskała 

Daipah - jej pani była niezwykle łagodnie usposobiona do ludzi, toteż 

nie łajała dziewczyny. 

background image

Początek  podróży  minął  w  przykładnej  zgodzie.  Gdy  jednak 

upływał  dzień  za  dniem  i  nie  zdarzało  się  nic  nowego,  Katie  zaczęła 

mówić, a między małżonkami znów doszło do przykrych scen. 

Pewnego  dnia  Daipah  zawołana  przez  panią,  nie  zjawiła  się  

natychmiast.  Ładna,  zręczna  dziewczyna  zbyt  długo  gawędziła  z 

jednym  z  marynarzy,  swoim  wielbicielem.  Katie  bardzo  się 

rozgniewała  i  zaczęła  robić  wyrzuty  mężowi,  że  nie  pozwolił  jej 

zabrać  Zobah.  Początkowo  Harald  starał  się  uspokoić  żonę,  ale  gdy 

jego  słowa  nie  odniosły  żadnego  rezultatu,  wyszedł  z  kabiny. 

Postanowił zignorować zły humor swej połowicy. 

Katie  patrzyła  nań  złym  okiem.  Znowu  wyszedł  na  jaw  jej 

mściwy,  małoduszny  charakter.  Przypomniała  sobie  pierwszą 

sprzeczkę  i  długie  oczekiwanie  na jego  oświadczyny.  Odezwał  się  w 

niej dawny zamiar ukarania Haralda "za wszystko, co uczynił". 

Od tego dnia pierzchnął pogodny nastrój pierwszych tygodni. Gdy 

tylko  Harald  powrócił  do  kabiny  i  nie  okazał  skruchy,  Katie  włożyła 

najpiękniejszą  suknię,  po czym  udała  się  na pokład  spacerowy.  O  tej 

porze  zbierała  się  tam  większość  pasażerów.  Już  przedtem  młoda, 

urocza  kobieta  zaczęła  flirtować  z  kilkoma  panami,  dziś  jednak  była 

zalotniejsza  niż  kiedykolwiek.  Wkrótce  też  otoczyło  ją  koło 

eleganckich  młodzieńców,  z  których  niejednego  kusił  romans  z 

mężatką.  

Kiedy Harald wrócił z samotnej przechadzki po pokładzie, ujrzał 

Katie  w  otoczeniu  licznych  wielbicieli.  Zdumiony  spojrzał  na  żonę  i 

przystanął  w  pobliżu.  Katie  udawała,  że  go  nie  spostrzega,  choć 

background image

widziała,  gdy  nadchodził.  Bardzo  ożywiona  rozmawiała  z  pewnym 

młodym Holendrem - Straaten, który od kilku lat mieszkał na Jawie, a 

teraz  jechał  do  Europy,  stęskniony  za  towarzystwem  i  rozrywkami 

pięknych pań. 

Harald  przez  chwilę  nie  wiedział,  jak  postąpić.  Czy  przywołać 

Katie  i  położyć  kres  tej  scenie,  czy  też  udawać,  że  niczego  nie 

zauważył?  Nagle  uchwycił  przelotne,  wyczekujące  spojrzenie  żony. 

Uśmiechnął się mimowolnie. Znał dobrze Katie, toteż natychmiast się 

domyślił, że chce go ukarać i wywołać w nim zazdrość. 

Udał,  że  nic  go  to  nie  obchodzi  i  ze  spokojem  przeszedł  dalej. 

Katie jednak wiedziała, iż ją spostrzegł, więc rozgniewała się na taką 

pozorną  obojętność.  Jeśli  wszystko  mu  jedno,  czy  ona  kokietuje 

innych mężczyzn, w takim razie postara się o wielu adoratorów, zmusi 

Haralda do zazdrości. 

Katie  cieszyła  się  jak  dziecko  ze  wszystkich  komplementów  i 

pochlebstw  otaczających  ją  mężczyzn.  W  Kopa  Radża  Harald  był 

najprzystojniejszym  i  najbardziej  interesującym  młodzieńcem  wśród 

jej  znajomych.  Na  "Kolumbii"  żaden  nie  mógł  się  z  nim  równać,  ale 

on sam znudził się już Katie, a przy tym nigdy z nią nie rozmawiał w 

taki  sposób  jak  inni  panowie.  Nie  powtarzał  jej  nieustannie,  że  jest 

czarującą, słodką kobietą, że ma piękne oczy, cudowne ciemne włosy, 

że jej nóżki i rączki są najwspanialsze na świecie. 

Katie  odurzyły  te  wszystkie  piękne  słówka,  toteż  zupełnie 

niepostrzeżenie  zaplątała  się  we  flircik  ze  Straaten,  który  był 

najmilszym  z  grona  jej  wielbicieli,  a  umizgał  się  do  niej  bardzo 

background image

namiętnie.  Przez  dłuższy  czas  Harald  nie  zwracał  na  to  uwagi. 

Tłumaczył  sobie,  iż  Katie  brakowało  dotąd  rozrywek,  zwykłych  dla 

innych  dziewcząt  w  Europie.  Trudno,  niech  się  bawi,  niech pozwala, 

by jej prawiono grzeczności. Nie kochał jej, toteż nie mógł odczuwać 

zazdrości.  Postanowił  jedynie,  że  będzie  nad  nią  czuwał,  aby  nie 

posunęła się zbyt daleko. 

Między  małżonkami  zapanował  wkrótce  chłodny,  oficjalny  ton. 

Harald  starał  się  być  rycerski  i  uprzejmy,  ale  nie  okazywał  żonie 

żadnej  serdeczności.  Katie  cieszyła  się  na  samą  myśl  o  tym,  że 

małżonek zacznie jej urządzać sceny zazdrości. Tu spotkał ją zawód, 

zatem  postanowiła  dać  mu  do  tego  powód.  W  swych  dążeniach 

posunęła  się  do  granic  nieprzyzwoitości,  wychodząc  z  balu  w 

towarzystwie młodego Holendra na samotną przechadzkę przy świetle 

księżyca.  

Harald  w  pierwszej  chwili  nie  spostrzegł  zniknięcia  żony, 

pochłonięty  rozmową  z  jednym  z  panów.  Widział  jedynie,  że  Katie 

tańczyła  ze  Straatenem.  Gdy  wkrótce  potem  szukał  jej  wzrokiem,  i 

Katie  już  nie  było,  jakaś  starsza,  zasuszona  dama  rzuciła  mu  ze 

złośliwym uśmieszkiem: 

- Czy szuka pan żony? 

- Tak, proszę pani. Chciałem z nią właśnie zatańczyć następnego 

walca. 

-  Musi  pan  więc  przejść  na  drugą  stronę  pokładu.  Pańska  żona 

przechadza się w świetle księżyca, a towarzyszy jej Mijnheer Straaten. 

Harald skłonił się na pozór obojętnie. 

background image

-  Żona  pragnie  się  pewnie  ochłodzić  po  tańcu  -  powiedział,  po 

czym wolnym krokiem podążył na wskazane miejsce. 

Po  chwili  zobaczył  Katie,  stojącą  przy  balustradzie.  Blask 

księżyca  oświetlał  jej  twarz.  Balową  suknię  okrywał  jedynie 

wieczorowy  płaszcz  z  koronek,  podbity  białym  jedwabiem.  Żonie 

towarzyszył  młody  Holender,  który  pokrywał  jej  rękę  gorącymi 

pocałunkami.  Wydawało  się,  że  na  ręce  nie  poprzestanie,  jego  wargi 

bowiem posuwały się wyżej, i wyżej, aż sięgnęły ramienia.  

Właśnie  w  tym  momencie  nadszedł  Harald,  który  wcisnął  się 

między Katie a pana Straatena. 

-  Już  cię  zmęczył  taniec,  Katie?  -  spytał  z  wymuszonym 

spokojem. 

Dziewczyna przestraszyła się nieco na widok męża. Przeszkodził 

jej w najbardziej ekscytującej scenie, kiedy to młody człowiek szeptał 

jej namiętnie rozkochane słowa, jakich Harald nigdy nie wypowiadał. 

-  Chciałam  się  przespacerować  w  tę  piękną,  księżycową  noc  - 

odparła ze złością. 

- Możesz się przejść ze mną. Na pana czekają już panienki, które 

pragną tańczyć. Niechże pan sobie nie przeszkadza, panie Straaten, ja 

zostanę z żoną. 

Te  ostatnie  słowa  wymówił  Harald  dość  chłodno  i  ze 

szczególnym  naciskiem.  Spłoszony  Holender  wybąkał  coś  na  swoje 

usprawiedliwienie  i  szybko  się  oddalił.  Katie  obrzuciła  męża 

gniewnym spojrzeniem. 

- Co to znaczy? Dlaczego kazałeś mu odejść? 

background image

- Nie wypada, żeby mężatka spacerowała z młodymi ludźmi przy 

blasku księżyca. A do tego pozwalasz się całować nie tylko w rękę. 

Na  twarzy  Katie  pojawił  się  triumfujący  uśmiech.  Wreszcie 

dopięła swego! 

- Aha! Zazdrosny? 

Mąż chwycił ją gwałtownie za rękę. 

- Strzeż się, Katie! Byłem dotąd bardzo cierpliwy przez wzgląd na 

twego ojca, ale teraz już dosyć. Przekonasz się, że nie rzucam słów na 

wiatr.  Znosiłem  spokojnie  twoje  wybryki,  nie  pozwolę  ci  jednak 

przekraczać pewnych granic. Nie zapomnij, że jesteś moją żoną! 

Katie zdobyła się na wymuszony uśmiech. 

- Więc jednak jesteś zazdrosny? - spytała, patrząc wyczekująco na 

męża. 

- Posłuchaj, Katie - odparł Harald. - Gdybyś mi rzeczywiście dała 

kiedykolwiek  powód  do  zazdrości,  wszystko  między  nami  byłoby 

skończone. Powtarzam ci, że nie pozwolę z sobą igrać. 

Spojrzała mu głęboko w oczy i, rozdrażniona, rzekła: 

-  Oni  wszyscy  zachwycają  się  moją  urodą,  tylko  ty  jeden  nie. 

Uważają,  że  mam  cudne  oczy,  czarujący  uśmiech,  wdzięczne  ruchy, 

że  wywieram  na  mężczyzn  nieprzeparty  urok.  Dlaczego  ty  nigdy  do 

mnie  tak  nie  przemawiasz?  Zawsze  coś  ci  się  we  mnie  nie  podoba, 

zawsze  znajdujesz  jakieś  zarzuty.  Chciałabym  choć  raz  usłyszeć  od 

ciebie takie słowa, a skoro ich nie mówisz, pozwól przynajmniej, aby 

to robili inni mężczyźni. 

background image

Harald  zrozumiał,  że  Katie  zależy  wyłącznie  na  komplementach, 

toteż od razu zmienił ton. 

-  Tak  ci  zależy  na  tych  banalnych  pochlebstwach?  -  spytał, 

ujmując rękę żony. 

- Nie zawsze są banalne. Każda kobieta to lubi. 

- Uczciwa kobieta umie jednak zawsze utrzymać pewien dystans. 

Ten spacer z panem Straatenem naraża mnie na drwiny. Teraz jednak 

wrócimy  już  do  reszty  towarzystwa.  Chciałbym  z  tobą  zatańczyć, 

musimy  pokazać,  że  między  nami  wszystko  układa  się  jak  najlepiej. 

Trzeba za wszelką cenę uniknąć plotek. 

- Phi! Nic sobie z tego nie robię. 

-  Ale  ja  sobie  nie  życzę,  żeby  krytykowano  moją  żonę!  Chodź, 

Katie. 

- Nie chcę, nie będę z tobą tańczyła! Jesteś potworem! 

-  Już  to  słyszałem.  Bądź  rozsądna,  Katie,  chodź  ze  mną,  nie 

narażaj się na obmowę. Przecież to tylko dla twego dobra. Daj mi buzi 

i  skończ  wreszcie  z  tymi  głupimi  flirtami.  Lustro  co  dzień  ci  mówi, 

jaka jesteś piękna, a jeśli chcesz, chętnie to potwierdzę. Zresztą wiesz 

o  tym  bardzo  dobrze  i  nie  musisz  czekać,  aż  ci  to  powtórzą  jacyś 

idioci. Nic ci z tego nie przyjdzie, poza przykrościami. 

Pocałował  ją  i  pociągnął  za  sobą.  Katie  nagle  parsknęła 

śmiechem. 

-  To  śmieszne.  Mijnheer  Straaten  tak  się  ciebie  przeląkł,  że 

zniknął jak duch! - zawołała. 

background image

Harald odetchnął z ulgą. Katie to duże dziecko, igra z ogniem, nie 

zdając  sobie  sprawy  z  grożącego  jej  niebezpieczeństwa.  Trzeba 

nieustannie nad nią czuwać, by nie zabrnęła za daleko. 

Weszli do sali balowej jak szczęśliwe, zgodne małżeństwo, potem 

tańczyli, gawędzili wesoło i co chwila wybuchali śmiechem. Mijnheer 

Straaten starał się unikać Katie, adorując jakąś inną kobietę.  

Przez  kilka  dni  wszystko  układało  się  dobrze,  wkrótce  jednak 

Katie zaczęła prowokować nowe sprzeczki. Po każdej awanturze żona 

mściła  się  w  taki  sam  sposób,  kokietując  innych  mężczyzn.  Jeszcze 

kilkakrotnie  Harald  musiał  wystąpić  przeciwko  zachowaniu  własnej 

połowicy, ale przy tym miał pewność, że Katie go nie zdradzi, że chce 

mu jedynie zrobić na złość.  

Już  po  czterech  tygodniach  wspólnego  życia  młody  Forst 

przekonał  się,  że  jego  związek  z  Katie  był  błędem,  a  między  nimi 

nigdy nie zapanuje zgoda. Zachowanie żony raziło go coraz bardziej -

jeśli  nie  flirtowała  z  mężczyznami,  to  urządzała  mu  awantury, 

dręczyła swoim uporem i kaprysami. Wszelkie próby poskromienia tej  

dzikiej kotki spełzły na niczym - Katie nie chciała się zmienić.  

"Tylko Marlena może mi pomóc" - myślał zatroskany. Siostra jest 

z pewnością bardziej cierpliwa, a poza tym jako kobieta łatwiej sobie 

poradzi  z  jego  żoną  niż  on  sam.  Harald  sądził,  że  dobry  przykład 

Marleny  zaowocuje  zmianą  w  charakterze  Katie.  Już  teraz  drżał  na 

myśl  o  pustce,  jaka  go  czeka  w  małżeństwie.  Dotąd  ich  życie 

upływało albo na ciągłych niesnaskach, albo na miłosnych igraszkach. 

Między nimi nie było żadnej duchowej spójni czy szczerego uczucia. 

background image

Powierzchowna  z  natury  Katie  w  ogóle  nie  rozumiała  oczekiwań 

męża.  

Po  pewnym  czasie  wszyscy  młodzi  mężczyźni  zaczęli  unikać 

pięknej  mężatki.  Przykład  Mijnheera  Straatena  zrobił  swoje. 

Przekonali  się,  że  Harald  jest  nadzwyczaj  stanowczy  i  energiczny, 

toteż nie próbowali nawet z nim zadzierać. Wprawiało to Katie w zły 

nastrój. 

 

Do  Hamburga  młoda  para  przybyła  w  niezbyt  dobrym  humorze. 

Harald ujrzał z oddali ojczystą ziemię i łzy zakręciły mu się w oczach. 

Jeszcze  raz  starał  się  przemówić  Katie  do  serca,  ale  natrafił  na 

pogardę  i  złość.  Z  wyraźnym  gniewem  i  niechęcią  popatrzyła  na 

wybrzeża, mówiąc: 

-  Zdaje  się,  że  życie  w  Hamburgu  będzie  nieciekawe,  zwłaszcza 

jeśli twoi rodacy okażą się tak nudni jak ty.  

Harald  zamilkł,  Katie  zaś  zeszła  do  kabiny,  by  zły  humor 

wyładować  na  Daipah,  która  właśnie  pakowała  kufry.  Wymysły  i 

szturchańce posypały się niczym grad. Służąca źle zapakowała jedną z 

walizek,  z  której  Katie  w  złości  wyrzuciła  wszystkie  rzeczy.  Różne 

przedmioty  wręcz  fruwały  po  pomieszczeniach,  a  Daipah  musiała  od 

nowa zabierać się do pakowania, choć czasu pozostało niewiele.  

Katie poczuła ulgę i, zupełnie spokojna, wróciła na pokład. Cicho 

stanęła obok męża, który z bijącym sercem i ogniem w oczach patrzył 

na  rodzinne  miasto.  Statek  wolno  płynął  po  Łabie,  zmierzając  do 

potężnego portu Hamburga. 

background image

*       *       * 

 

Marlena  i  pani  Darlag  pracowały  bez  wytchnienia,  by  wszystko 

przygotować  na  przyjęcie  młodej  pary.  W  biurze  i  spichlerzach 

również panowała nerwowa krzątanina. Nadjeżdżały wozy z zielenią, 

zawieszano  girlandy,  starano  się  domowi  i  firmie  nadać  uroczysty 

wygląd.  

Przewoźnik  Kroger  umaił  swoją  "Elżunię"  i  przyozdobił  w 

barwne  chorągiewki,  bo  jemu  przypadł  zaszczyt  przewiezienia 

młodych ze statku do domu. Marlena cały swój czas wypełniła pracą, 

to  ją  nawet  cieszyło,  nie  miała  bowiem  okazji  do  rozmyślania  nad 

swoją  dolą.  Ostatnio  zresztą  ogarnął  ją dziwny  nastrój;  cieszyła  się  z 

powrotu Haralda, choć jednocześnie lękała się tego.  

Obawiała  się  żony  "brata",  wobec  której  czuła  się  tak  inna.  W 

duchu  powtarzała  sobie,  że  powinna  ukrywać  swoje  uczucie,  by  nikt 

nie mógł się domyśleć, kim był dla niej Harald. 

W  ostatnich  tygodniach  toczyła  ze  sobą  nieustanną  walkę,  aż  w 

końcu w bólu zdobyła się na rezygnację. Raz na zawsze wyrzekła się 

nadziei na założenie  własnego  ogniska domowego, cichego szczęścia 

u boku ukochanego człowieka. Próbowała sobie  wytłumaczyć, że nie 

wszystkim  kobietom  przypada  w  udziale  takie  szczęście,  a  niektóre 

przechodzą  przez  życie  z  pustymi  rękami.  Oby  tylko  Harald  zaznał 

szczęścia! To przecież najważniejsze! 

Nikt nie zauważał cierpienia Marleny, okazywała bowiem wielką 

radość  w  związku  z  przyjazdem  młodej  pary  i  bardzo  energicznie 

background image

pomagała  pani  Darlag  w  przygotowaniach.  Nie  zaniedbywała 

jednakże swych zajęć biurowych. Pan Zeidler chciał jej dać wolne, ale 

Marlena się nie zgodziła. 

-  Mam  dużo  wolnego  czasu,  proszę  pana,  zdążę  załatwić 

wszystko.  Teraz  jestem  panu  potrzebna  bardziej  niż  kiedykolwiek. 

Może to nawet zabrzmieć nieskromnie, ale nie da sobie pan rady beze 

mnie.  Gdy  przyjedzie  pani  Katie  Forst,  będę  musiała  jej  poświęcić 

cały swój czas. Dlatego właśnie chcę popracować "na zapas". 

Zeidler  się  ucieszył  z  decyzji  Marleny,  bo  przecież  dziewczyna 

była  jego  prawą  ręką  w  sprawach  biurowych  i  załatwiała  wszystko 

sprawnie, lepiej nieomal niż on sam. 

W  całym  tym  zamieszaniu  nikt  nawet  nie  zauważył,  że  Marlena 

pobladła i zmizerniała. Czyste rysy tchnęły teraz przedziwną słodyczą. 

Przeżyła  wiele,  choć  zachowała  spokój  i  pogodę  ducha.  Przez  jej 

piękne oczy przemawiała jasna, szlachetna dusza. 

Po  powrocie  do  domu  Marlena  pomagała  pani  Darlag.  Staruszka 

przyjęła  wprawdzie  kilka  dodatkowych  służących,  lecz  nie  wszystko 

można  im  było  powierzyć.  Należało  urządzić  apartamenty  młodej 

pary - i tego zadania podjęła się przybrana siostra. 

 

Wreszcie  nadszedł  długo  oczekiwany  dzień  przyjazdu  Haralda  i 

jego  żony.  Dla  uświetnienia  tej  chwili  Marlena  poustawiała  w 

pokojach  Haralda  i  Katie  doniczki  oraz  wazony  z  kwitnącymi 

roślinami.  W  całym  domu  stały  w  koszach  pęki  zieleni,  baziek, 

przypominając o zielonych świątkach. 

background image

W  ogrodzie  również  zadbano  o  nienaganny  porządek. 

Wygracowano  ścieżki  i  wysypano  je  żółtym  piaskiem.  W  małym 

pawilonie  nad  brzegiem  rzeki  błyszczały  świeżo  lakierowane, 

czerwone meble trzcinowe. Jednego ze służących ustawiono na straży 

- miał dać znak, gdy okręt zawinie do portu. 

Wreszcie  nadeszła  owa  chwila.  Marlena  posłała  służącego  do 

pana  Zeidlera,  który  miał  popłynąć  łodzią  na  powitanie  młodej  pary. 

Dziewczyna  uzgodniła  ze  stojącym  na  dachu  służącym,  by  w 

odpowiedniej chwili podniósł flagę w górę. Wraz z panią Darlag udała 

się do pawilonu. Z biciem serca spoglądała na wspaniały statek, który 

płynął powoli i majestatycznie.  

Wzrokiem szukała Haralda. Stał pewnie przy barierze i patrzył na 

dom  rodzinny.  Teraz  parowiec  przepływa  właśnie  koło  domu. 

Marlena  zaczęła  machać  chusteczką,  a  pani  Darlag  poszła  za  jej 

przykładem. Służący, zgodnie z zaleceniem, podciągnął w górę flagę. 

Na  pokładzie,  tuż  przy  barierze,  stały  dwie  postacie,  jakby 

odsunięte  od  reszty  pasażerów.  To  Harald  i  jego  młoda  żona.  Serce 

Marleny  mocniej  zabiło  -  wiedziała,  czuła,  że  to  Harald,  choć  nie 

mogła go poznać z takiej odległości. 

A "brat" patrzył na swój dom i widział, jak podciągano chorągiew 

na dachu. Potem zauważył obie kobiety czekające w pawilonie. 

- To na pewno Marlena i pani Darlag, nasza gospodyni. Skiń ręką 

na  powitanie,  Katie.  Patrz,  oto  mój  dom  rodzinny  -  rzekł 

rozrzewniony. 

background image

Katie  ze  śmiechem  zaczęła  machać  chusteczką.  Podobało  jej  się, 

że  tak  uroczyście  witano  Haralda,  pana  tego  domu.  Teraz  mąż 

pokazywał  jej  budynki  biurowe  i  wielki  szyld  firmy  "Forst  i 

Vanderheyden".  W  oknach  stali  urzędnicy,  kłaniali  się  i  machali 

chusteczkami.  Harald  odkłonił  się,  a  wtedy  ze  wszystkich  piersi 

wyrwał się okrzyk: "Vivat"!  

Młody Forst miał łzy w oczach. Był w domu, nareszcie w domu. 

Raz  jeszcze  spojrzał  na  pawilon.  Stała  tam  teraz  tylko  jedna postać  - 

wysmukła  dziewczyna  w  długiej  białej  sukni.  Wiosenne  słońce 

rzucało  złocisty  blask  na  jej  jasne  włosy.  To  była  Marlena  -  jego 

siostra Marlena! 

Rzucił okiem na jedno z okien, to w samym narożniku. Tam było 

ulubione miejsce matki, tam najczęściej siadywała! 

- Matko! 

Ach,  jakże  tęsknił  za  nią  w  tej  chwili,  jakże  mu  brakowało  tej 

najdroższej zmarłej! Nikt nie kochał go tak jak ona. 

Ogarnął go smutek. Otoczył ramieniem żonę. Tam, w tym domu, 

gdzie  żyło  wspomnienie  jego  matki,  musi  znaleźć  drogę  do  serca 

Katie.  Wszystko  zmieni  się  na  lepsze,  będzie  mógł  rozpocząć  nowe 

życie. 

Katie  zachwycała  się  przyjęciem.  Z  uśmiechem  spojrzała  na 

męża: 

-  Jak  to  cudownie!  Wszyscy  stoją  w  oknach!  A  cały  dom 

przystrojony zielenią! 

background image

- To na twoją cześć, Katie. Witają młodą małżonkę swojego szefa. 

I  tu  będziesz  prowadzić  życie  jak  mała  królowa,  chociaż  bez  tak 

licznej służby jak w Kota Radża. 

- Dlaczego? - spytała ze zdumieniem.  

- Wiesz przecież, Katie, że w Europie panują inne stosunki niż na 

Sumatrze.  Tutaj jeden  służący  kosztuje  więcej  niż  tam dziesięciu.  Za 

to  pracują  więcej  i  lepiej.  Będziesz  z  nich  bardziej  zadowolona  niż  z 

twoich  służących  w  Kota  Radża,  będzie  ich  mniej,  co  oszczędzi  ci 

kłopotów  i  przykrości.  Spójrz,  tam  płynie  nasza  łódź...  O,  tam... 

Zobacz,  przystrojona  jest  zielenią.  Pewnie  podpłynie  do  przystani... 

To chyba nasz prokurent, pan Zeidler... 

Harald  wychylił  się  za  balustradę,  by  lepiej  przyjrzeć  się  łodzi 

płynącej  w  pewnym  oddaleniu,  lecz  w  tym  samym  kierunku,  co 

parowiec.  W  łodzi  stał  prokurent  Zeidler  i  spoglądał  na  wspaniały 

statek.  Staruszek  ujrzał  Haralda,  przesyłającego  ręką  pozdrowienie, 

wyjął chusteczkę i zaczął nią machać.  

Marlena,  choć  pozostała  w  pawilonie,  widziała  przez  lunetę  tę 

scenę powitania. Westchnienie wyrwało się jej z piersi. Spojrzała raz 

jeszcze  i  pobiegła  do  domu,  by  pomóc  pani  Darlag    w  ostatnich 

przygotowaniach.  Dziś  nie  poszła  do  biura,  ponieważ  staruszka 

twierdziła,  że  nie  poradzi  sobie  sama  ze  wszystkim.  Młodej  pary 

oczekiwano  w  domu  za  godzinę.  Pani  Darlag  raz  jeszcze  ścierała 

kurze  w  całym  domu,  choć  nigdzie  nie  było  widać  najmniejszego 

śladu pyłu.  

background image

Tymczasem  na  pomoście  koło  biura  zebrali  się  wszyscy 

pracownicy, ubrani na tę uroczystość w odświętne stroje. Urzędniczki 

ustawiły  się  w  pierwszym  szeregu,  a  pewna  młoda  korespondentka 

trzymała  w  ręku  ogromną  wiązankę  kwiatów  i,  zdenerwowana, 

powtarzała  słowa  przemowy,  którą  miała  wygłosić  w  imieniu  całego 

personelu. 

Marleny  tam  nie  było.  Postanowiła  oczekiwać  Haralda  na  progu 

domu.  Miała  wrażenie,  że  tym  sprawi  mu  większą  przyjemność.  Po 

pewnym  czasie  na  pomoście  jakby  się  ożywiło:  nadpływała 

uroczyście  przystrojona  łódź.  Posłyszała  gromkie  okrzyki  i  wiwaty. 

Wtedy dopiero przycisnęła dłonie do serca i cicho powróciła do domu. 

-  Spokojnie!  Spokojnie!  Muszę  znieść  wszystko.  Nie  mogę 

niczego po sobie okazać! Odwagi! - szepnęła do siebie.  

W  tej  samej  chwili  nadbiegła  pani  Darlag  w  swej  najlepszej 

czarnej jedwabnej sukni. Przez cały czas czatowała przy oknie, a teraz 

krzyknęła: 

- Idą! Idą! Chodźmy, panno Marleno! 

Marlena,  blada,  choć  spokojna,  wzięła  do  ręki  wielki  bukiet 

bladoróżowych  róż  "La  France"  ze  stolika  w  przedpokoju,  po  czym 

wraz z opiekunką wyszła przed dom, by powitać Haralda i jego żonę. 

Wyglądała prześlicznie, gdy tak stała z pękiem kwiatów na progu. 

Słońce rozjaśniło jej pobladłą słodką twarzyczkę i złociste włosy.   

 

Taką ją właśnie ujrzał Harald po pięciu latach rozłąki. Spojrzał na 

dziewczynę i już nigdy nie zapomniał tego widoku. Młoda, wysmukła 

background image

dziewczyna o bladym obliczu i uduchowionych oczach wydała mu się 

istnym  cudem.  Któż  to?  Czyżby  Marlena?  Czyż  ta  urocza  panna  o 

roziskrzonych oczach mogła być jego siostrą? 

- Marlena?  

W  głosie  Haralda  pobrzmiewało  bezgraniczne  zdumienie,  jakby 

niedowierzanie.  

Dziewczyna z biciem serca patrzyła na ogorzałą twarz brata. Ach! 

To  przecież  to  samo  kochane  odbicie,  które  znała  tak  dobrze  z 

fotografii! Zmienił się niewiele, trochę zmizerniał, trochę spoważniał. 

Marlena zebrała siły i z uśmiechem wyszła mu naprzeciw.  

-  Witam  cię  w  rodzinnym  domu,  Haraldzie!  Serdecznie  witam 

was oboje! - rzekła i, patrząc prosząco na Katie, podała jej róże.  

Katie  zaś,  niemile  zaskoczona,  wlepiła  oczy  w  Marlenę.  Więc  to 

jest  ta  przybrana  siostra  jej  męża?  Przecież  ona  jest  piękna!  A 

przypuszczała,  że  podopieczna  Haralda  wygląda  jak  tyczka 

chmielowa i ma rogowe okulary na nosie!!!  

Katie  należała  do  kobiet,  które  zawsze  i  wszędzie  pragną  być 

najpiękniejsze. Oburzało ją, że ta Marlena, którą jej mąż przygarnął z 

litości, stoi teraz na progu domu, jej domu i wygląda prześlicznie.  

Niedbałym  ruchem  wzięła  z  rąk Marleny  róże  i  wyniośle  skinęła 

głową. 

Teraz  Harald  zdołał  się  już  opanować  i,  jakby  obudzony  ze  snu, 

uścisnął mocno rękę przybranej siostry.  

-  Marleno!  Jakże  się  zmieniłaś!  Musiałem  przez  chwilę 

przywyknąć  do  twego  widoku!  Gdybyś  nie  stała  na  progu  mego 

background image

domu,  nie  poznałbym  cię.  Co  się  stało  z  tą  mizerną,  wiecznie 

zapłakaną dziewczyną, którą zostawiłem w kraju? Wprawiasz mnie w 

zdumienie! 

Poznałem 

jedynie 

twoje 

oczy, 

oczy 

twego 

niezapomnianego  ojca.  Dziękuję  za  słowa  powitania!  A  oto  moja 

żona,  Katie!  Chciałbym,  byście  się  pokochały  jak  siostry.  Katie,  oto 

moja siostra Marlena!  

Katie spojrzała na dziewczynę z wyraźną niechęcią.  

- Miło mi panią poznać - rzekła chłodno.  

-  I  ja  się  cieszę,  proszę  pani  -  odparła  uprzejmie  Marlena,  która 

natychmiast wyczuła niechęć w tonie młodej kobiety.  

-  Na  miłość  boską!  -  zawołał  Harald.  -  Nie  będziecie  się  chyba 

tytułować  "paniami".  Ależ  mówcie  do  siebie  po  imieniu!  Czy  tak 

witają się siostry?  

Ten wesoły i nieomal swobodny ton kosztował go wiele wysiłku, 

długo bowiem nie mógł wrócić do równowagi.  

Katie zaśmiała się ironicznie, a oczy jej zabłysły złośliwie.  

-  Jak  sobie  życzysz,  mężu.  Będziemy  się  do  siebie  zwracać  po 

imieniu, Marleno.  

Marlena spojrzała z wdzięcznością na Katie i mocno uścisnęła jej 

rękę. Czuła, że  żona brata nie jest do niej życzliwie usposobiona, ale 

nie chciała się tym zrażać.  

-  Dziękuję  ci  Katie,  że  pragniesz  widzieć  we  mnie  siostrę... 

Postaram się na to zasłużyć. Proszę, wejdźmy do domu.  

Marlena  cofnęła  się  o  kilka  kroków,  przepuszczając  przodem 

młodą  parę.  W  przedpokoju  czekała  już  pani  Darlag.  Harald  powitał 

background image

staruszkę bardzo serdecznie, Katie zaś chłodno, wyniośle.  Gospodyni 

zaprowadziła  młodych  do  ich  apartamentów,  a  Marlena  zajęła  się  w 

tym czasie przygotowaniem herbaty, którą podała w saloniku.  

- Świetnie, za chwilę tam przyjdziemy - rzekł Harald.  

Państwa  młodych  opuszczono.  Katie  stanęła  przy  mężu  bardzo 

nadąsana, ze zmarszczonym gniewnie czołem.  

-  Skłamałeś,  Haraldzie  -  rzekła.  -  Ta  Marlena  wcale  nie  jest 

brzydka.  

- Przecież ci mówiłem, że tego nie wiem. Tak jak ty widziałem ją 

dziś  po  raz  pierwszy,  nie  licząc  spotkania  przed  pięcioma  laty.  Sam 

jestem  zdumiony.  Przez  myśl  mi  nawet  nie  przeszło,  że  może 

wyrosnąć na tak piękną dziewczynę.  

- Tak? Uważasz, że Marlena jest piękna?  

-  Ależ,  Katie,  przecież  każdy  widzi!  Ty  sama  przed  chwilą  to 

powiedziałaś.  

Rzuciła mu spojrzenie pełne gniewu.  

- Czy sądzisz, że jest piękniejsza ode mnie?  

Parsknął śmiechem, choć był to śmiech wymuszony i nieszczery.  

-  Nie  można  tak  porównywać,  Katie.  Ty  jesteś  pięknością 

ciemnowłosą,  Marlena  zaś  złotowłosą.  Może  stanowić  doskonałe  tło 

dla twojej urody.  

- Tak uważasz? - spytała trochę udobruchana.  

-  Oczywiście!  Przecież  się  obawiałaś,  że  Marlena  jest  brzydka. 

Powinnaś być zadowolona, że się omyliłaś.  

background image

-  Masz  rację.  Gdyby  się  okazała  brzydka,  jeszcze  mniej 

przypadłaby mi do gustu. Ale i tak sprawia wrażenie osoby niezwykle 

antypatycznej. Mówienie sobie po imieniu to już przesada.  

- Musisz nazywać moją siostrę po imieniu.  

Katie wzruszyła ramionami.  

- Marlena wcale nie jest twoją siostrą.  

Te  słowa  żony  dziwnie  podziałały  na  Haralda.  Nie,  Marlena  nie 

była  jego  siostrą  i  to  dodawało  mu  otuchy.  Opanował  się,  by  zebrać 

swe myśli, niespokojnie krążące wokół Marleny.  

-  Uważam  ją  za  siostrę,  powtarzam  ciągle.  Mam  nadzieję,  że 

spełnisz moją prośbę.  

-  Dobrze,  dobrze.  Teraz  i  tak  niczego  nie  można  zmienić. 

Chciałabym  jedynie,  byś  z  nią  porozmawiał,  żeby  nie  miała  zbyt 

wielkich pretensji. To nawet niewłaściwe dla osoby, która zajmuje  w 

tym domu podrzędne miejsce.  

-  Nie  zapominaj  jednak,  że  Marlena  zajmuje  w  moim  domu 

pozycję  odpowiadającą  siostrze  gospodarza  i  tak  już  pozostanie.  Dla 

twoich  kaprysów  nie  zamierzam  rezygnować  z  raz  podjętej  decyzji. 

Jej ojcu dałem słowo, że zaopiekuję się córką i tego dotrzymam.  

- No dobrze, rób, co chcesz. Muszę przez pół godzinki odpocząć, 

strasznie boli mnie głowa. Czy to są moje pokoje?  

Harald 

oprowadził 

żonę 

po 

przeznaczonych 

dla 

niej 

apartamentach,  zwracając  przy  tym  uwagę  na  doskonały  smak  i 

wygodę  w  urządzeniu.  To  z  pewnością  dzieło  Marleny.  Zauważył 

background image

także  mnóstwo  kwiatów,  lecz  kiedy  powiedział  o  tym  Katie,  skinęła 

niedbale głową.  

-  Tak,  to  wszystko  bardzo  ładne,  ale  jestem  naprawdę  bardzo 

zmęczona i potrzebuję spokoju. Przyślij mi tutaj Daipah.  

Harald przyciągnął żonę do siebie i czule ją objął.  

- Katie, niechże cię wreszcie powitam w moim rodzinnym domu, 

tu,  gdzie  moi  rodzice  żyli  długie  lata  w  idealnej  harmonii  i  zgodzie. 

Weźmy  z  nich przykład.  Daj  Boże,  żeby  i  nam  małżeństwo  zmieniło 

się na lepsze.  

Katie skrycie ziewnęła. 

-  Doprawdy  nie  wiem,  o  co  ci  chodzi,  przecież  jesteśmy  bardzo 

szczęśliwi,  chociaż  czasami  się  sprzeczamy.  Ale  to  się  wszędzie 

zdarza.  

Haraldowi  opadły  ręce.  Zrozumiał,  że  Katie  nawet  się  nie 

domyśla,  czego  mu  brak.  Jej  wystarczało  to,  co  osiągnęła, 

przynajmniej w tej chwili.  

-  Już  sobie  idę,  Katie!  Odpocznij  teraz  -  rzekł  tonem  pełnym 

rezygnacji i wyszedł, by zawołać Daipah.  

Pani  Darlag  wyznaczyła  dla  służącej  mały,  czyściutki  pokoik, 

przylegający  do  apartamentów  jej  pani.  Daipah  wybiegła  mu 

naprzeciw wesoła i roześmiana, Harald zaś posłał ją do żony.  

Młody Forst wszedł do swego gabinetu. Przez dłuższą chwilę stał 

na  środku  pokoju  bez  ruchu,  z  przymkniętymi  oczyma.  W  myślach 

znów ujrzał Marlenę, jakby wciąż stała na progu domu.  

background image

Dlaczego  ten  widok  podziałał  na  niego  tak  dziwnie?  Czemuż 

poruszył  do  głębi  całą  jego  istotę?  Otworzył  oczy  i  zaczął  się 

rozglądać po znajomych kątach. Wreszcie w domu - w domu! Mówił 

mu o tym każdy sprzęt, każde drzewo w ogrodzie, każda trawka. Miał 

wrażenie,  że  znalazł  się  znów  w  otoczeniu  starych,  dobrych 

przyjaciół, którzy witają go serdecznie.  

Jednak 

najbardziej 

rozrzewniło 

go 

powitanie 

Marleny. 

Niewątpliwie  ona  najbardziej  przyciągała  jego  myśli.  Był  ogromnie 

wzruszony,  nigdy  w  życiu  nie  doznawał  podobnego  uczucia,  jak  w 

owej chwili, gdy na progu swego domu ujrzał ją w całej pełni urody i 

wdzięku.  

Wydało mu się nagle, że błąkał się w ciemności przez wiele lat, aż 

wreszcie  dojrzał  promyk  światła,  a  wszystko,  co  do  tej  pory  przeżył, 

straciło  swoje  znaczenie.  Z  niewysłowionym  bólem  pojął,  że  jego 

małżeństwo  to  krępujące  pęta.  Dotąd  nazywał  je  pomyłką,  teraz 

jednak uświadomił sobie, że złamał sobie życie, wiążąc się z kobietą, 

której  nie  kochał.  Katie  była  mu  całkowicie  obca  i  tak  miało  już 

pozostać.  

To  niezwykłe,  ale  na  świecie  istnieje  taka  miłość,  o  jakiej  piszą 

poeci.  Zacisnął  zęby.  Ach,  jego  powrót  wypadłby  inaczej,  gdyby 

powrócił  jako  wolny  człowiek  -  wolny  od  wszelkich  zobowiązań. 

Oddychał  ciężko.  Co  się  z  nim  stało?  Był  przecież  mężem  Katie, 

musiał  ponosić  skutki  swego  wyboru.  Nie  wolno  mu  było  zaprzątać 

sobie głowy takimi myślami. Cudna, złotowłosa dziewczyna o szarych 

background image

oczach  i  promiennym  uśmiechu  miała  dlań  pozostać  tylko  siostrą 

Marleną, siostrą - niczym więcej!  

Czy  to  możliwe,  aby  z  niepozornej,  nieładnej  istotki  wyrosła 

czarująca  dziewczyna?  Marlena,  siostra  Marlena...  Czuł,  że  zawisła 

nad  nim  ciężka  ręka  losu,  że  od  tej  chwili  będzie  musiał  dźwigać  na 

barkach  brzemię,  którego  się  nie  pozbędzie  do  kresu  swych  dni.  I  ta 

ciągła  komedia  przed  ludźmi,  żeby  się  nie  domyślili,  co  się  dzieje  w 

jego duszy.  

Nigdy  nawet  nie  przypuszczał,  że  zmartwychwstanie  przed  nim 

ideał jego młodzieńczych snów, od dawna już bowiem zrezygnował z 

marzeń  młodości.  A  tymczasem  we  drzwiach  swego  domu  zobaczył 

ucieleśnienie tego ideału.  

 

*        *        * 

 

Podszedł  do  okna  i  spoglądał  na  ogród,  który  tonął  w  świeżej, 

majowej  zieleni.  Pomiędzy  drzewami  przechadzała  się  Marlena. 

Zostawiła  w  pawilonie  lunetę  i  chciała  ją  teraz  przynieść  do  domu, 

żeby  się  nie  uszkodziła.  Po  chwili  wyszła  z  pawilonu  i  zmierzała  w 

kierunku domu.  

Harald patrzył z zachwytem. Teraz, gdy weszła do domu, podążył 

na  dół,  by  się  z  nią  spotkać.  Stała  pośrodku  bawialni,  pełnej  światła. 

Szybko  się  odwróciła,  a  spostrzegłszy  Haralda,  oblała  się  purpurą. 

Młody  człowiek  poczuł,  że  serce  mocniej  mu  bije,  gdy  patrzy  na  jej 

background image

zarumienioną  twarzyczkę.  Zmusił  się  jednak  do  spokoju,  i  z 

uśmiechem przybliżył do dziewczyny.  

-  Przywitajmy  się  jeszcze  raz,  jak  prawdziwe  rodzeństwo, 

Marleno.  Moja  żona  zejdzie  tu  za  pół  godziny,  chciała  trochę 

odpocząć.  

- To zrozumiałe po tak długiej podróży.  

- A jak ty się czujesz, Marleno?  

-  Jak  zawsze  czuję  się  doskonale.  A  dziś  dodatkowo  cieszę  się  z 

twojego powrotu.  

- Naprawdę? - spytał, ujmując jej rękę.  

- Oczywiście, mój drogi. Wyglądasz dobrze i zdrowo, choć trochę 

przybladłeś. Ostatnio bardzo się o ciebie martwiłam.  

Oczy  Haralda  zabłysły.  Usiadł  i  pociągnął  Marlenę  na  stojące 

obok krzesło.  

- Nie rozumiesz nawet, jak słodko brzmią te słowa. Już od dawna 

nikt się o mnie nie troszczył. Nie potrafię ci powiedzieć, jak się czuję 

w  domu.  Teraz  dopiero  wiem,  jak  bardzo  tęskniłem  za  ojczyzną. 

Marleno, czy dostałaś ten mój list, w którym pisałem o Katie?  

-  Tak,  Haraldzie!  -  odparła  z  westchnieniem.  -  Otrzymałam  go  i 

drżałam  o  twoje  szczęście.  Spodziewam  się,  że  wszystko  ułożyło  się 

doskonale.  

-  Nie,  Marleno,  nie...  będę  z  tobą  szczery.  Nie  czuję  się 

szczęśliwy,  ani  nawet  zadowolony.  Poznasz  Katie,  wtedy  mnie 

zrozumiesz.  Tak,  ty  jedna  mnie  zrozumiesz.  Mam  nadzieję,  że  nie 

stracisz  cierpliwości,  tak  jak  ja.  Katie  nie  odpowiada  za  swój 

background image

charakter.  Dopiero  po  zaręczynach  zrozumiałem,  jak  bardzo  się 

różnimy.  Wtedy  nie  mogłem  już  niczego  zmienić.  Nie  sądzę,  by 

kiedykolwiek  nastąpiło  między  nami  większe  zrozumienie.  Chyba... 

chyba,  że  zdarzy  się  cud!  Ach,  Marleno,  gdyby  twój  przykład 

podziałał  na  Katie!  Nie  brakuje  ci  z  pewnością  zręczności  i 

cierpliwości. Musisz mi przyrzec, że nie zrazisz się jej zachowaniem. 

Katie  jest  gwałtowna  i  popędliwa,  ale  też  nikt  nie  zajmował  się  jej 

wychowaniem.  Ojciec  był  zbyt  pobłażliwy  i  słaby.  Powierzył  mi 

swoją  jedynaczkę  jak  najdroższy  skarb,  nie  chcę  o  tym  zapominać, 

choć  niekiedy  przychodzi  mi  to  z  wielkim  trudem.  Wydaje  mi  się, 

Marleno,  że  jesteś  bardzo  energiczna,  Zeidler  opowiadał  mi  o  tobie 

istne  cuda.  Serce  mi  rosło,  choć  inny  nosiłem  w  duszy  obraz 

siostrzyczki.  Ta  delikatna,  złotowłosa  panienka,  czekająca  na  progu 

mego  domu,  nie  wygląda  wcale  na  to,  by  była  obdarzona  taką 

wytrwałością  i  siłą,  jak  mnie  zapewniał  Zeidler.  A  jednak  muszę  mu 

wierzyć. Dlatego też narzucam ci inne obowiązki. Pozwalam sobie na 

to,  gdyż  wiem,  że  sukces  mojego  małżeństwa  zależy  wyłącznie  od 

ciebie Marleno, prowadzę z Katie nieustanne sprzeczki. Jest to walka 

skryta,  choć  uporczywa.  Chodzi  zazwyczaj  o  drobnostki,  o  rzeczy 

nieważne,  mimo to  nie  mogę  temu podołać, bo brak  mi cierpliwości. 

Czy jesteś cierpliwa, Marleno?  

- Umiem zdobyć się na wielką cierpliwość, gdy mi na tym zależy. 

Zrobię  wszystko,  by  ci  pomóc.  Oboje  będziemy  się  starać,  żeby 

uratować twoje szczęście, twoje i Katie...  

background image

- Szczęście? Odetchnę z ulgą, gdy nareszcie zapanuje spokój. Nie 

sądź, że to tak łatwo wpłynąć na Katie. Jest porywcza i bardzo uparta, 

niczym  młody  źrebiec.  Jest  zła,  gdy  jej  ktoś  zwraca  uwagę. 

Zachowuje  się  jak  dziecko,  które  się  dąsa,  gdy  się  nie  spełnia 

wszystkich jego zachcianek. Potrafi wybuchnąć złością, ale ty się tym 

nie zrażaj...  

-  Nie  martw  się  o  mnie,  Haraldzie,  dam  sobie  radę  z  Katie... 

Postaram  się  pamiętać  zawsze,  w  jakich  niezwykłych  warunkach 

wyrosła...  

-  Cieszę  się,  że  ufasz  swoim  siłom.  Jest  jeszcze  jedna  rzecz,  o 

której nie wiesz. Otóż Katie niezwykle surowo obchodzi się ze służbą, 

przywykła do tego w Kota Radża. Często biła służące, dochodziło do 

sprzeczek z tego powodu. Uważaj, żeby tutaj nikogo nie uderzyła...  

-  Możesz  na  mnie  polegać.  Bardzo  się  cieszę,  że  zechciałeś 

powierzyć mi swoje troski. Pragnę ci pomagać tak, jakbym naprawdę 

była twoją siostrą.  

- Dziękuję ci z całego serca, Marleno. Ale, ale, opowiedz mi choć 

trochę o sobie. Jak się czujesz w moim domu?  

- Doskonale, zwłaszcza od chwili, gdy objęłam posadę w biurze.  

-  Patrzę  na  ciebie, a jednak nie  mogę  sobie tego  wyobrazić.  Gdy 

otrzymałem  list  od  Zeidlera,  usiłowałem  sobie  przypomnieć,  jak 

wyglądasz.  Rozmawiałem  o    tym  nawet  z  Katie,  która  była 

przekonana,  że  jesteś  chuda  jak  tyczka  chmielowa  i  nosisz  rogowe 

okulary na nosie.  

background image

Marlena roześmiała się wesoło, a Harald z rozkoszą przysłuchiwał 

się temu dźwięcznemu śmiechowi.  

- Żałuję, że sprawiłam wam zawód - rzekła Marlena filuternie.  

- Sprawiłaś mi wielką niespodziankę. Nie uwierzyłbym nigdy, że 

z brzydkiego kaczątka wyrośnie tak piękny łabędź.  

- Alboż ja jestem piękna? - spytała z prostotą.  

- Nie widzisz tego w lustrze?  

- Różne bywają gusta, ja nie podobam się sobie nadmiernie.  

-  Ale  podobasz  się  innym.  Przyznaj,  Marleno,  ilu  konkurentom 

dałaś kosza?  

-  Żadnemu.  Przecież  nikogo  nie  znam.  Widuję  jedynie  pana 

Zeidlera i personel biurowy.  

- A więc nigdzie nie bywasz?  

- Bywam w teatrze i na koncertach w towarzystwie pani Zeidler.  

- I nigdy nie tańczyłaś?  

- Niekiedy z panią Darlag - odparła ze śmiechem.  

- Ależ ty żyłaś jak pustelnica! Trzeba cię koniecznie wprowadzić 

w świat.  

-  Wierz  mi,  Haraldzie,  wcale  mi  na  tym  nie  zależy  -  rzekła  z 

powagą.  

- Musisz poznać ludzi i bywać w świecie. Jak zamierzasz poznać 

swego przyszłego męża?  

- Nie chcę wychodzić za mąż - oświadczyła stanowczo.  

-  Wszystkie  dziewczęta  tak  mówią.  Kiedyś  jednak  zjawi  się  ten 

jedyny, wybrany, i wtedy zmienisz zdanie.  

background image

Usta  Marleny  zadrżały  boleśnie,  a  w  oczach  pojawiła  się  wielka 

powaga,  która  nadawała  jej  twarzy  wyraz  przedwczesnej  dojrzałości. 

Harald natychmiast to zauważył. Serce mu się ścisnęło. Zrozumiał, co 

się działo w duszy dziewczyny.  

- Marleno, ty kogoś kochasz! Kochasz, ale twojej miłości stoi coś 

na przeszkodzie! To dlatego jesteś taka zrezygnowana!  

Przerażona zerwała się z miejsca. Zlękła się, że Harald odkrył jej 

tajemnicę.  Postanowiła  naprowadzić  go  na  fałszywy  trop.  Podniosła 

ku niemu pobladłą twarz, nie przeczuwając nawet, z jakim napięciem 

czeka na jej odpowiedź.  

-  Haraldzie,  obdarzyłeś  mnie  takim  zaufaniem,  że  powierzę  ci 

moją  tajemnicę.  Nikt  jej  nie  zna.  Tak,  kocham  kogoś,  ale  coś  nas 

dzieli. Nigdy nie będę mogła zostać jego żoną... 

Przymknął  na  chwilę  oczy  i  zbladł  jak  człowiek  śmiertelnie 

rażony. Wreszcie spytał ochrypłym głosem: 

- Powiedz mi, co was dzieli? Czy mogę ci jakoś pomóc? 

- Nie, Haraldzie, nikt mi nie może pomóc. 

- Czy ten człowiek wie o twojej miłości? 

- Nie! 

- Dlaczego zatem twierdzisz, że nie możesz zostać jego żoną? 

- Jest mężem innej kobiety. 

- Biedna Marlenko! Tacy ludzie jak my nie wyciągają nigdy ręki 

po cudzą własność. W tej sytuacji widzę, że wszystko stracone. 

- Tak, Haraldzie, ale nie przejmuj się tym. Jestem szczęśliwa, bo 

mogę go kochać. Ta miłość to mój jedyny skarb, moja świętość. 

background image

- Tak bardzo go kochasz? - spytał Harald zaniepokojony.  

Złożyła ręce jak do modlitwy i przez chwilę spoglądała z zadumą 

przed siebie. Harald chciał paść przed nią na kolana i złożyć głowę na 

jej łonie. 

-  Tak,  kocham  go  bezgranicznie.  Przestańmy  już  o  tym  mówić. 

Powiedziałam  ci  wszystko,  abyś  zrozumiał,  że  nie  zależy  mi  na 

zawieraniu nowych znajomości. Nie wyjdę za mąż. 

Odruchowo  przesunął  ręką  po  czole.  Kim  był  człowiek,  którego 

kochała  Marlena?  Powiedziała  przecież,  że  nie  widuje  nikogo.  Czy 

nigdy nie przestanie kochać tego nieznajomego? 

Harald zacisnął zęby. Takie dziewczęta jak Marlena kochają tylko 

raz w życiu. Musi wyrzec się nadziei, że zdobędzie jej serce. Może to 

i  lepiej?  Będzie  mu  łatwiej  wyrzec  się  swego  uczucia  do  niej  i 

pogodzić się z losem. 

-  Zobaczymy,  Marleno,  jak ułoży  się  życie  towarzyskie  w  moim 

domu. Katie marzy wręcz o rozrywkach. W każdym razie nie będziesz 

teraz  chodzić  do  biura,  ja  cię  zastąpię.  Jeśli  masz  ochotę,  możesz 

podczas mojej nieobecności dotrzymywać towarzystwa Katie. 

- Bardzo chętnie, jeśli sobie tego życzysz. 

Gawędzili długo i nie spostrzegli nawet, jak prędko mija im czas. 

Spędzili  tak  przeszło  godzinę.  Wreszcie  zjawiła  się  Katie.  Wyspała 

się, toteż ból głowy minął, a humor też się poprawił.  

Harald podszedł do żony. 

- Jak się czujesz, Katie? 

background image

- Świetnie! Napiłabym się chętnie herbaty. Poproś, Marleno, żeby 

podano do stołu. 

-  Dobrze,  Katie.  Wszystko  już  przygotowane.  Przejdźmy  do 

saloniku.  

Weszli  do  saloniku,  gdzie  pani  Darlag  już  nakryła  do 

podwieczorku.  Stół  zastawiono  ciastkami  i  różnymi  łakociami.  W 

srebrnym  czajniku  syczała  para.  Marlena  nalewała  herbatę  do 

filiżanek,  podawała  półmiski,  śmietankę  i  cukier.  Harald  poddał  się 

temu łagodnemu nastrojowi. Stolik ustawiono przy oknie, skąd widać 

było ogród oraz część portu.  

Katie  usadowiła  się  wygodnie  w  fotelu  i  z  zadowoleniem 

podziwiała  malowniczy  widok.  Ale  ta  miła  chwila  nie  trwała  długo. 

Katie,  jeśli  już  nie  próżnowała  lub  nie  spała,  musiała  snuć  plany 

nowych rozrywek.  Toteż po chwili odezwała się: 

- Kiedy złożymy wizyty twoim znajomym?  

- Powinnaś trochę odpocząć po podróży, przecież moi znajomi nie 

uciekną. 

-  Będę  wypoczywać  w  Kota  Radża,  a  teraz  chcę  się  bawić.  Tak 

wiele mi mówiłeś o życiu towarzyskim w Hamburgu... 

-  Dobrze,  jeśli  sobie  tego  życzysz.  Już  jutro  możemy  odwiedzić 

kilka osób. Na którą godzinę mam zamówić samochód? 

- Na jedenastą. 

-  Dobrze.  Pojedziesz  z  nami,  Marleno,  abym  i  ciebie  mógł 

przedstawić swoim przyjaciołom. 

- Marlena pojedzie z nami? - spytała zdumiona Katie. 

background image

-  Oczywiście,  moja  droga.  Wyobraź  sobie,  że  ta  mała  prowadzi 

życie pustelnicy. Musimy ją koniecznie wprowadzić w świat. 

Katie zmarszczyła czoło. 

- Nie chcę, będę sama składać wizyty, niech kto inny przedstawia 

Marlenę  twoim  znajomym.  Nie  jestem  starą  babą,  żeby  matkować 

młodym pannom. Narzucasz mi śmieszną rolę, nie zgodzę się na to - 

mówiła opryskliwie. 

 Katie  chciała  sama  wywołać  sensację  i  obawiała  się,  żeby 

Marlena  nie  zaćmiła  jej  blasku.  Z  zasady  też  sprzeciwiała  się 

wszystkim  pomysłom  Haralda.  Postanowiła  od  razu  Marlenie 

udowodnić, że w tym domu korzysta z łaski, ale nie ma żadnych praw. 

Haralda boleśnie dotknęły słowa żony. Starał się opanować, rzekł 

przeto: 

-  Katie  się  jeszcze  rozmyśli,  Marleno.  Chciałbym,  abyś  z  nami 

pojechała.  Nie  mogę  cię  przecież  przedstawić  swoim  znajomym  bez 

Katie... 

- Ach, więc ja mam być damą do towarzystwa? Dziękuję! - rzekła 

z ironią Katie. 

Harald  zaczerwienił  się  i  już  miał  wybuchnąć  gniewem,  lecz 

Marlena położyła mu rękę na ramieniu i powiedziała ze śmiechem: 

-  Nie  możesz  tego  wymagać  od  Katie.  Nie  mam  ochoty  na 

składanie wizyt. Wolę zostać w domu. 

-  Ale  ja  chcę,  żebyś  poznała  moich  przyjaciół  i  znajomych, 

Marleno. 

background image

-  Ależ,  Haraldzie,  poznam  ich  kiedy  indziej.  Na  pewno 

wyprawicie  jakieś  przyjęcie  i  zaprosicie  gości.  Wtedy  nadarzy  się 

okazja  do  przedstawienia  mnie.  A  teraz,  szczerze  mówiąc,  nie  mam 

ochoty na przyjmowanie zaproszeń. 

- Nie, Marleno. Musisz z nami bywać jako moja siostra. 

- Marlena ma rację, Haraldzie - wtrąciła Katie. - Przedstawimy ją 

w naszym domu, wtedy wszystkich pozna. 

I zadowolona, że udało jej się postawić na swoim, zwróciła się do 

Marleny niezwykle uprzejmie: 

-  Muszę  kupić  swoją  wyprawę,  mam  bardzo  wiele  sprawunków 

do załatwienia. Czy mogę liczyć na twą pomoc, Marleno? 

- Z przyjemnością, Katie. 

Katie  z  zadowoleniem  skinęła  głową.  Marlena  zna  tu  pewnie 

wszystkie sklepy, może być bardzo przydatna. 

 

*        *           * 

 

Katie z uporem trwała przy swoim postanowieniu, dając Marlenie 

na  każdym  kroku  do  zrozumienia,  że  zajmuje  w  tym  domu  tylko 

podrzędne  miejsce.  Z  wrodzonym  sprytem  wybierała  do  swoich 

manewrów te chwile, gdy była z nią sama. Obchodziła się z Marleną 

jak z podwładną, która musi znosić wszelkie kaprysy, spełniać każdą 

zachciankę. 

Harald nie miał pojęcia, na co pozwala sobie jego żona, gdy męża 

nie  ma  w  pobliżu.  Codziennie  spędzał  po  kilka  godzin  w  biurze, 

background image

sądząc,  że  między  dwiema  kobietami  panuje  idealna  zgoda.  Kiedy 

powracał  do  domu,  Katie  była  w  doskonałym  humorze,  a  Marlena 

nawet  słowem  nie  napomknęła  o  karygodnym  zachowaniu  bratowej. 

Wiedziała,  że  sprawiłaby  Haraldowi  przykrość,  tego  zaś  chciała 

uniknąć.  Na  zaczepki  Katie  odpowiadała  z  wielkim  spokojem  i 

godnością. 

Katie  czuła  się  wspaniale,  gdy  tylko  mogła  komuś  dokuczyć. 

Dręczyła  i  upokarzała  Marlenę  co  chwilę,  co  sprawiało  jej  wielką 

radość. Dlatego też mąż widywał ją zawsze zadowoloną. Zaczął nawet 

znów  łudzić  się  nadzieją,  że  małżeństwo  ułoży  się  pomyślnie,  nie 

przeczuwał, iż Marlena drogo okupiła jego spokój, znosząc przykrości 

od Katie. 

Młoda  kobieta  wyjeżdżała  prawie  co  dzień  po  sprawunki  w 

towarzystwie Marleny. Wydawała ogromne sumy na swoją wyprawę. 

Kupowała,  co  jej  się  tylko  spodobało,  bez  wyboru.  Gdy  tylko  coś 

przestało  jej  się  podobać,  rzucała  to  niedbale  do  szafy.  Próbowała 

znoszonymi  sukienkami  obdarować  Marlenę,  lecz  dziewczyna  była 

niezwykle wrażliwa na tym punkcie. 

-  Nie  mogę  przyjmować  od  ciebie  takich  prezentów,  Katie,  - 

mawiała spokojnie. 

- Dlaczego? - pytała obrażona Katie. 

- Bo te suknie są zbyt kosztowne, a poza tym... 

- No, właśnie, a co poza tym? 

- Nie włożyłabym na siebie znoszonej sukienki. 

background image

-  Ach,  Boże!  Jakaś  ty  dumna,  moja  droga!  Przecież  te  rzeczy  są 

prawie nowe, miałam je na sobie zaledwie kilka razy. 

-  Tak,  Katie,  na  tym  właśnie  polega  różnica.  Ubieram  się 

skromnie, lecz zawsze zakładam suknie, które są moją własnością. 

Oczy Katie zabłysły złośliwie. 

-  Przecież  dostajesz  te  wszystkie  suknie  od  Haralda.  On  za  to 

płaci. 

- Mylisz się, Katie, pracuję na siebie. Pensja, którą pobieram, jest 

znacznie  wyższa  od  sumy,  jaką  przeznaczam  na  swoje  wydatki.  Nie 

chciałam korzystać z łaski Haralda, właśnie dlatego przyjęłam posadę 

w biurze. 

- Harald nie wspominał mi o tym - rzekła Katie trochę zmieszana. 

-  Nie  zależy  mi,  żeby  Harald  o  tym  wiedział.  Jest  tak 

wspaniałomyślny,  że  sprawiłabym  mu  przykrość.  Tylko  tobie  to 

powiedziałam,  abyś  nie  sądziła,  że  korzystam  z  jego  łaski.  Żywię 

ogromną  wdzięczność  wobec  Haralda  za  opiekę  i  braterskie 

przywiązanie,  ale  nie  przyjęłabym  od  niego  jakiejkolwiek  rzeczy 

materialnej. 

Słowa  Marleny  wywarły  wielkie  wrażenie  na  Katie  i 

spowodowały  znów  przypływ  gniewu.  Przestała  namawiać  Marlenę 

do  przyjmowania  znoszonych  sukien  w  obawie,  że  Harald  się  o  tym 

dowie. Dokuczała jednak Marlenie na każdym kroku. 

Pewnego dnia wyjechały obie po zakupy. Samochód zatrzymał się 

w  jakiejś  ruchliwej  dzielnicy.  Katie  miała  ochotę  na  krótki  spacer. 

Kazała  szoferowi  zatrzymać  się  na  rogu,  po  czym  zaczęła  się  z 

background image

Marleną  przechadzać  od  wystawy  do  wystawy.  Gdy  coś  jej  się 

spodobało, wchodziła i kupowała. 

Wreszcie  obie  panie  stanęły  w  pobliżu  znanej,  eleganckiej 

cukierni. Weranda i tarasy lokalu były gęsto obsadzone publicznością. 

Katie spojrzała na cukiernię i zawołała: 

-  Jak  wesoło!  Wiesz,  wstąpimy  tutaj,  napijemy  się  czekolady  i 

popatrzymy trochę na ludzi. 

- Dobrze, Katie. 

-  Mam  wrażenie,  że  zbiera  się  tutaj  bardzo  eleganckie 

towarzystwo. 

- O, bez wątpienia. Przychodzą tu panie z najlepszych sfer. 

- W takim razie chodźmy. 

Przeszły przez lokal i schody, aż na taras, położony na pierwszym 

piętrze. Przy balustradzie był jeszcze wolny stolik. Siedziało przy nim 

poprzednio  dwóch  panów,  którzy  właśnie  zbierali  się  do  odejścia. 

Marlena  spostrzegła,  że  Katie  kokietuje  ich  zupełnie  jawnie.  Jeden  z 

nich, zachęcony widać zalotnymi uśmiechami, odezwał się poufale: 

- Może panie pozwolą przysiąść się do stolika? 

Katie zaśmiała się wielce uradowana, toteż panowie mieli zamiar 

ponownie  zająć  miejsca.  Potem  jednak  jeden  z  nich  spojrzał  na 

Marlenę i natychmiast odszedł, pociągając za sobą towarzysza. 

-  Jaka  szkoda,  byli  tacy  weseli!  To  ty  ich  wystraszyłaś  swoją 

ponurą miną - gniewała się Katie. 

-  Nie  mogłyśmy  przecież  z  nimi  rozmawiać,  Katie  -  odparła 

spokojnie Marlena.  

background image

- Dlaczego? 

- Bo to nie wypada. 

- Ach, jakaś ty nudna! 

Do  stolika  podszedł  kelner  i  panie  zamówiły  czekoladę.  Katie 

rozejrzała się dookoła. Przy jednym ze stolików siedział jakiś młody, 

wytworny mężczyzna. Spodobał się Katie, która wlepiła w niego bez 

ceremonii  swoje  ciemne,  palące  oczy.  Zaczęli  sobie  nawzajem 

przesyłać  znaczące  spojrzenia.  Katie  nie  usiłowała  tego  nawet  ukryć 

przed  Marleną.  Dziewczyna  siedziała  jak  na  rozżarzonych  węglach, 

zmieszana i zawstydzona, za to Katie bawiła się doskonale. 

Marlena  na  próżno  starała  się  nakłonić  ją  do  wyjścia.  Katie  nie 

ruszała  się  z  miejsca  i  kokietowała  nieznajomego.  Wreszcie  młody 

człowiek wstał od stolika, nakreśliwszy uprzednio kilka słów na małej 

kartce  wydartej  z  notesu.  W  przejściu  przystanął  na  chwilę  i  położył 

niepostrzeżenie  karteczkę  na  stole,  przy  którym  siedziały  obie  panie. 

Katie  wzięła  bilecik,  po  czym  zatrzymała  go  w  ręku,  dopóki 

nieznajomy  nie  wyszedł  z  lokalu.  Na  pożegnanie  obrzucił  jeszcze 

Katie ognistym, wymownym spojrzeniem. 

Marlena widziała wszystko. Podniosła wzrok na bratową. 

-  Dlaczego  patrzysz  na  mnie  z  wyrzutem,  Marleno?  Czy  to  nie 

zabawne, powiedz sama? 

- Katie, nie powinnaś była brać tej karteczki. 

-  Dlaczego,  to  takie  zabawne.  Zobaczymy,  co  tam  młodzieniec 

napisał. Podobam mu się bardzo, wprost pożerał mnie wzrokiem. Czy 

to widziałaś? 

background image

Marlena  patrzyła  na  kartkę  z  przerażeniem,  Katie  zaś  rozwinęła 

bilecik i spokojnie przeczytała: 

 

"Piękna  pani!  Musimy  się  koniecznie  spotkać.  Czekam  z 

utęsknieniem na telefon. Numer 47_76". 

 

Katie parsknęła śmiechem. 

- Czy to nie śmieszne? 

Marlena  nie  odpowiedziała.  Myślała  o  Haraldzie.  Ogarnęło  ją 

bezgraniczne współczucie dla brata. Katie spojrzała na nią ze złością. 

- Nie znasz się na żartach, Marleno. 

 -  Katie,  nie  rób  nigdy  takich  rzeczy.  Pomyśl  tylko,  co  by  było, 

gdyby ów pan okazał się znajomym Haralda. Mogłabyś przypadkiem 

spotkać go w jakimś towarzystwie... Co wtedy? 

- Uśmiałabym się do łez. 

- Mogłabyś mieć wiele przykrości. Jak sądzisz, co by powiedział 

Harald,  dowiedziawszy  się,  że  ten  młodzieniec  ośmielił  się  do  ciebie 

napisać liścik tej treści? 

- Phi! Harald przy każdej okazji urządza tragedię i jest tak nudny 

jak  ty.  Ja  się  chcę  bawić,  po  to  przyjechałam  do  Hamburga.  Przez 

okrągły  rok  nudzę  się  śmiertelnie  w  Kota  Radża.  Oczywiście 

opowiesz o wszystkim Haraldowi. 

-  Nie  jestem  donosicielką,  Katie.  Harald  nie  powinien  się 

dowiedzieć. Na miłość boską, nie wspominaj o tym przypadku... 

background image

- To by mu wcale nie zaszkodziło. Przekonałby się przynajmniej, 

że mam powodzenie. Możesz mu wszystko opowiedzieć. 

- Nie zrobię tego. Proszę cię, podrzyj tę karteczkę. 

- Denerwuje cię, że ten pan zwrócił uwagę na mnie, nie na ciebie. 

- Czułabym się dotknięta, gdyby wobec mnie zachował się w ten 

sposób. 

- Chwała Bogu, bywają różne gusta. 

- Podrzyj bilecik, nie pokazuj go Haraldowi - prosiła Marlena. 

Katie ze śmiechem popatrzyła na bilecik. 

-  Właściwie  nie  powinnam  tego  robić,  bo  to  przecież  moje 

trofeum, ale nie będę się upierać, skoro tak ci na tym zależy. 

I  Katie  podarła  karteczkę,  a  strzępy  wyrzuciła  przez  barierkę. 

Marlena dała znak kelnerowi. Zapłaciły i wyszły z cukierni. 

- Musimy tu przychodzić częściej - powiedziała Katie. 

Marlena przyrzekała sobie w duchu, że do tego nie dopuści. 

 

*        *          * 

 

Harald i Katie odwiedzili wielu znajomych i dawnych przyjaciół, 

którzy  przyjęli  ich  bardzo  życzliwie.  Już  niebawem  zaczęły  się  ze 

wszystkich  stron  sypać  zaproszenia,  toteż  wieczory  młoda  para 

spędzała zazwyczaj poza domem. Jeżeli zaś nie byli zaproszeni, Katie 

domagała się teatru i kina. Bardzo polubiła kinematograf.  

background image

Harald  nieraz  prosił,  by  Marlena  wybrała  się  z  nimi,  ona  jednak 

zawsze odmawiała. Harald domyślał się, że robiła to przez wzgląd na 

Katie, lecz był na tyle delikatny, iż nie pytał o powody. 

Katie,  swoim  zwyczajem,  sypiała  do  południa.  Podobnie  jak  w 

Kota Radża, tak i tutaj prowadziła beztroskie i zgoła bezczynne życie. 

Na przyjęciach czy wieczorach zachowywała się bardzo niewłaściwie, 

kokietowała ostentacyjnie mężczyzn, flirtowała z wielkim zapałem.  

Już  wkrótce  doszło  znowu  do  przykrych  scen  między 

małżonkami.  Niekiedy  i Marlena  stawała  się  mimowolnie  świadkiem 

takich  sprzeczek.  Katie  zachowywała  się  bez  skrępowania,  wręcz 

chełpiła  się  swoim  powodzeniem,  raz  oświadczyła  nawet,  że  robi  to 

wszystko, by wywołać zazdrość męża. 

-  Nie  powinien  być  wciąż  taki  pewny,  niech  widzi,  jak  bardzo 

podobam się innym. Wierność to straszna nuda. 

Marlena  aż  zadrżała,  słysząc  to  zdanie.  Czuła,  że  niezależnie  od 

jej  wysiłków  między  małżonkami  wyrasta  coraz  większa,  coraz 

głębsza  przepaść.  A  przecież  ona  oddałaby  z  rozkoszą  życie  za 

szczęście  Haralda!  Serce  jej  się  ściskało,  gdy  patrzyła  na  jego 

pobladłą  twarz,  wyrażającą  zwątpienie.  Nie  przypuszczała  nawet,  że 

było coś, co gnębiło go bardziej niż ciągłe konflikty z Katie, nie miała 

pojęcia o tym, iż to ona sama jest przyczyną tego smutku. 

Najmilsze  były  dla  obojga  wczesne  ranki,  kiedy  Katie  jeszcze 

spała. Jedli razem śniadania i długo gawędzili. Gdy Marlena wstawała 

od  stołu,  by  powrócić  do  swych  domowych  zajęć,  Harald 

zatrzymywał ją, mówiąc: 

background image

-  Zostań  jeszcze,  Marlenko,  przez  cały  dzień  nie  mamy  czasu na 

swobodną pogawędkę. Czy musisz ciągle pracować, moja droga? 

- Nie potrafię żyć inaczej. 

- Naucz się tego od Katie, ona cały dzień może przespać. 

-  Katie  prowadzi  inny  tryb  życia,  kładzie  się  spać  bardzo  późno. 

Ty  zresztą  także.  Uważam,  że  należy  ci  się  więcej  spokoju.  Nie 

poprawiłeś  się,  przeciwnie,  wyglądasz  o  wiele  gorzej  niż  w  dniu 

przyjazdu. To mnie nawet nie dziwi, śpisz przecież bardzo krótko.  

Harald znał lepiej przyczynę swego złego wyglądu. Trapiły go nie 

tylko  kłopoty  z  Katie,  powodem  była  walka  wewnętrzna,  jaką 

nieustannie  staczał  ze  sobą.  Wspólne  życie  pod  jednym  dachem  z 

Marleną  stało  się  dla niego  źródłem  nowych  cierpień,  lecz  zarazem  i 

skrytej rozkoszy.  

Kochał  ją  coraz  bardziej  -  żył  naprawdę  jedynie  podczas  tych 

krótkich  chwil,  które  z  nią  spędzał  sam  na  sam.  Coraz  chętniej 

poddawał  się  urokowi,  jaki  z  niej  promieniował.  Zapominał  o 

wszystkim,  patrzył  tylko  z  zachwytem  na  jej  bladą,  słodką 

twarzyczkę,  słuchał  chciwie  jej  dźwięcznego  głosu.  Czuł  wtedy,  że 

jego duszę ogarnia błogi spokój. 

W  samotności  zaś  rozmyślał  o  tym,  kim  był  ów  tajemniczy 

człowiek,  którego  kochała  Marlena.  Postanowił  wybadać  pana 

Zeidlera, toteż pewnego dnia spytał go: 

-  Odnoszę  wrażenie,  że  moja  siostra  nosi  w  sercu  jakąś  skrytą 

miłość.  Czy  nie  zauważył  pan  zmiany  w  jej  zachowaniu?  Jest  taka 

background image

cicha i  zrezygnowana, to  mnie  właśnie  naprowadziło  na  ten  trop. Co 

pan o tym sądzi? 

- Nie, panie Haraldzie, to wykluczone. Panna Marlena od kilku lat 

siedzi niezmiennie w swoim pokoju przy pańskim biurku, toteż znam 

ją  prawie  tak  dobrze  jak  własne  dziecko.  Obdarza  mnie  i  moją  żonę 

wielkim zaufaniem. Zauważyłbym, gdyby w niej nastąpiła przemiana 

tego  rodzaju.  Nie  bywa  nigdzie,  nie  zna  młodzieży,  a  nie  należy  do 

kobiet  łatwo  się  zakochujących.  Pokocha  tylko  człowieka,  który 

będzie zasługiwał na jej szacunek. Może pan być spokojny, serduszko 

Marleny jest wolne. Na razie należy  ona jeszcze całkowicie do firmy 

"Forst i Vanderheyden". 

Harald nie mógł wyznać panu Zeidlerowi tego, co mu powierzyła 

Marlena. Zaczął jednak uważnie przyglądać się urzędnikom w biurze. 

Między  solidnymi,  lecz  mało  zajmującymi  handlowcami,  nie  znalazł 

ani  jednego,  którego  mógłby  uznać  za  godnego  uczucia  Marleny. 

Młodzi  ludzie  jeszcze  wolni,  a  żonaci  za  starzy,  by  można  ich  było 

brać pod uwagę. 

Harald  błądził  po  omacku  wśród  mroku,  nie  domyślając  się 

nawet, że to on jest wybrankiem Marleny. Związek z Katie układał się 

znacznie  lepiej  niż  poprzednio.  Przede  wszystkim  stała  mu  się 

zupełnie  obojętna,  toteż  znosił  cierpliwie  jej  wybryki,  a  poza  tym 

Katie w jego obecności miała zawsze dobry humor. Namiętnie rzucała 

się  w  wir  zabaw  i  rozrywek,  a  jeśli  nadchodziły  ataki  gniewu,  to 

wyładowywała je na Daipah lub na Marlenie. 

background image

Pani  Darlag  kilkakrotnie  już  zauważyła,  że  Katie  dokucza  jej 

wychowance.  Staruszka  od  pierwszej  chwili  wyrobiła  sobie  o  młodej 

żonie Haralda nader niepochlebne zdanie, a ta opinia z dnia na dzień 

stawała się gorsza. Kiedyś oburzona odezwała się do Marleny: 

- Nigdy dotąd nie widziałam tak niedobrej kobiety jak pani Forst. 

Całe  szczęście,  że  nasza  pani  tego  nie  dożyła.  Nasz  pan  nie  jest 

szczęśliwy, niech mi panienka wierzy. Przecież jego matka była inna, 

a  on  przywykł  do  jej  zachowania.  Nikt  by  nawet  nie  pomyślał,  że 

nasza  młoda  pani pochodzi  z  lepszej  sfery.  Jak  się  zachowuje  wobec 

panienki,  to istna  zgroza!  Już  nie  wspomnę  nawet  o  biciu tej biednej 

Daipah!  Gdyby  tylko  pan  Forst  o  tym  wiedział,  nigdy  by  na  to  nie 

pozwolił. 

- Na miłość boską, niech mu pani o tym nie mówi! Przecież pani 

wie, że na Sumatrze panują inne obyczaje niż u nas. 

-  Toteż  nasz  pan  powinien  jej  wytłumaczyć,  że  nie  żyje  wśród 

dzikich  ludzi.  Przede  wszystkim  powinna  się  inaczej  obchodzić  z 

panienką. Ona traktuje panienkę jak niewolnicę! 

- Niechże mu pani o tym nie mówi! Zmartwiłby się ogromnie, a i 

mnie  sprawiłoby  przykrość,  gdyby  z  mego  powodu  czynił  wyrzuty 

swojej żonie. Czy pani mnie rozumie? 

-  Wiem  tylko,  że  panienka  znosi  wszystko  bez  słowa  skargi,  aby 

oszczędzić zmartwień panu Haraldowi. 

-  Droga  pani  Darlag,  nie  mogę  mu  zatruwać  życia  takimi 

drobiazgami.  Przyjechał  do  Hamburga,  żeby  wypocząć.  Pani  Forst 

uspokoi się wkrótce i zmądrzeje, jestem tego pewna. 

background image

- Takiej by się przydał inny mąż, panienko, taki, co by ją czasem 

porządnie  wytłukł.  Nasz  pan  jest  za  dobry,  za  delikatny  dla  takiej 

sekutnicy,  nie  potrafi  sobie  z  nią  dać  rady.  W  takiej  kobiecie  siedzi 

diabeł, panienko. 

Marlena patrzyła z troską na odchodzącą panią Darlag. W duchu 

przyznawała  jej  rację.  Przecież  i  ją  samą  raziła  gwałtowność  Katie. 

Bardziej  jednak  niepokoiły  ją  inne  wady  bratowej.  Katie  była 

fałszywa i kłamała jak z nut. Dla wygody wypowiadała z uśmiechem 

największe  kłamstwa,  a  przy  tym  miała  obłudny  charakter.  W 

obecności Haralda okazywała Marlenie wielką przychylność, toteż nie 

domyślał się wcale, jakie katusze znosi jego przybrana siostra. 

Tak  mijały  tygodnie.  Pewnego  popołudnia  Harald  wrócił  z  biura 

nieco  wcześniej.  Daipah  oznajmiła mu,  że  pani  jeszcze  śpi.  W  domu 

było cicho i przytulnie. Służący, który siedział w hallu, poinformował 

gospodarza, że Marlena odpoczywa w swoim pokoju. 

Harald postanowił pójść na górę. Zapragnął znów porozmawiać z 

Marleną. Szybko wbiegł na schody i zapukał do pokoju. Dziewczyna 

sądziła,  że  to  ktoś  ze  służących,  więc  bardzo  się  zarumieniła,  gdy  na 

progu ujrzała Haralda. On zaś zaraz to spostrzegł. 

Marlena  siedziała  w  swoim  ulubionym  kąciku  przy  oknie, 

wpatrując się w fotografię ukochanego. Z bólem serca stwierdziła, że 

bardzo  zmienił  się  od  dnia  przyjazdu,  zmizerniał  i  zeszczuplał. 

Ujrzawszy  go  tak  niespodziewanie  w  swoim  pokoju,  zerwała  się  z 

miejsca  zupełnie  zmieszana  i  stanęła  tak,  by  nie  zobaczył  fotografii. 

background image

Obawiała się, iż Harald zobaczy na ścianie swój wizerunek i domyśli 

się wszystkiego. 

- Czy ci nie przeszkadzam? 

- Nie, Haraldzie. Jestem ci potrzebna? 

-  Wstąpiłem  tylko  na  pogawędkę.  W  biurze  nie  miałem  nic  do 

roboty, a Katie jeszcze śpi i zejdzie dopiero na herbatę.  Postanowiłem 

cię  odwiedzić  w  twoim  królestwie.  Czy  mogę  się  rozejrzeć?  -  spytał 

na pozór spokojnie, choć serce waliło mu mocno. 

Marlena  stała  wciąż  w  niszy,  zasłaniając  sobą  fotografię. 

Najchętniej zdjęłaby ją ze ściany. 

- Ależ proszę, oczywiście! - odparła, udając swobodę. 

Harald  wyczuł  jednak  w  jej  głosie  niepokój  i  zmieszanie.  Chciał 

rozładować  to  napięcie, toteż  zaczął  z  wielką  uwagą  oglądać  obrazki 

na  ścianach.  Obok  lustra,  nad  małą  półką,  wisiał  portret  jego  matki. 

Harald  przypatrywał  mu  się  chwilę  i  przypadkowo  spojrzał  w  lustro. 

Zauważył,  że  Marlena  odwróciła  się  szybko,  zdjęła  ze  ściany 

fotografię  w  ramce  i  ukryła  ją  prędko  w  koszyku  z  robótkami, 

stojącym  na  stoliku.  Dostrzegł  także,  iż  nakryła  fotografię  jakimś 

rozpoczętym haftem, potem zaś przycisnęła ręce do piersi i odetchnęła 

z widoczną ulgą.  

Poczuł  bolesny  skurcz  serca.  Wiedział  już,  że  ta  fotografia 

przedstawiała na pewno człowieka, którego Marlena kocha. Zanim tu 

przyszedł,  siedziała  prawdopodobnie  zatopiona  w  myślach  i  patrzyła 

w najdroższe oblicze. Dlatego właśnie była taka zmieszana.  

background image

Zmuszając  się  do  spokoju,  zatrzymał  się  przed  portretem  matki. 

Ogarnęło go rozrzewnienie: odwrócił się nagle do Marleny: 

- Jak sądzisz, co powiedziałaby moja mama, gdyby znała Katie? 

- Powiedziałaby:   "Katie jest młoda i może się zmienić. Odwagi, 

mój synu, nie trzeba tracić nadziei. Wszyscy ludzie mają wady." 

-  Czy  wierzysz  w  to,  Marleno?  Czy  myślisz,  że  Katie  naprawdę 

się zmieni? 

- Nie trać nadziei, Haraldzie. 

- Czy jesteś zadowolona ze swojej podopiecznej? 

Nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. 

-  Mam  wrażenie,  że  tak...  Czy  nie  uważasz,  że  Katie  ostatnio 

jakby się uspokoiła, że jest bardziej zrównoważona? 

-  Tylko  w  twojej  obecności,  Marleno.  Tak,  wtedy  jest  w 

wyjątkowo  dobrym  nastroju.  Gdy  jednak  pozostajemy  sam  na  sam, 

zaczyna się to samo.  

Marlena  zamyśliła  się,  uderzyły  ją  słowa  Haralda.  Kiedy  Katie 

była z nią sama, dokuczała jej, odsłaniała wszystkie niedostatki swego 

charakteru;  gdy  tylko  nadchodził  Harald,  zmieniała  się  w  jednej 

chwili,  stawała  się  miła  i  uprzejma.  Widocznie  jednak  zachowywała 

się tak wyłącznie w jej obecności.  

Katie  była  jednak  istotą  zagadkową,  ale  zawsze  przewrotną, 

nieuczciwą.  Marlena  nie  odpowiedziała  na  ostatnie  słowa  Haralda, 

który po chwili odezwał się znowu: 

-  Najważniejsze,  że  dla  ciebie  jest  miła  i  uprzejma.  Ja  już 

zrezygnowałem, zobojętniałem na jej kaprysy. 

background image

- Nie mów tak. I między wami zapanuje zgoda. 

-  Porozmawiajmy  lepiej  o  czym  innym,  moja  droga.  Chciałbym 

już wkrótce urządzić bal. Proszono nas tyle razy, że w końcu na mnie 

kolej. Katie jest nienasycona w swojej miłości do rozrywek. 

- W jej wieku to zupełnie zrozumiałe. 

- A ty? Czy jesteś już starą babcią? 

-  Jeszcze  nie  -  odparła  Marlena  ze  śmiechem.  -  Lecz  mam  inną 

naturę.  Lubię  domowe  zacisze,  nie  cierpię  głośnych  zabaw,  zgiełku, 

zamieszania. 

-  Ale  Katie  lubi  zgiełk  i  wrzawę.  Ja  również  wolałbym  spędzać 

wieczory  w  domu,  pogawędzić  w  gronie  dawnych  przyjaciół.  Ona 

tego  nie  rozumie.  Mniejsza  o  to!    Powracając  do  naszego  balu, 

chciałbym  wymyślić  coś  oryginalnego.  I  ty  musisz  mieć  jakieś 

urozmaicenie.  Przedstawię  cię  swoim  znajomym.  Jak  sądzisz,  może 

by urządzić "garden party"? Wieczory są takie ciepłe, ogród możemy 

oświetlić  lampionami, a kolację podać na tarasie. Potem potańczymy. 

Muszę  koniecznie  zatańczyć  z  tobą  walca,  Marlenko.  W  ogrodzie 

rozstawimy małe stoliki. Co myślisz o tym projekcie? 

- Bardzo mi się podoba. 

- Czy masz balową suknię, Marleno? 

Zaśmiała się. 

-    Biedny  Haraldzie,  wszystko  na  twojej  głowie.  Nie,  nie  mam 

odpowiedniej  sukni,  w  której  mogłabym  godnie  wystąpić  na  twoim 

balu.  W  szafie  wisi  kilka  białych  sukienek  i  czarna  suknia 

wieczorowa.  Dotychczas  zupełnie  mi  wystarczały.  Teraz  jednak 

background image

sprawię  sobie  jakąś  wspaniałą  szatę,  skoro  ci  zależy,  żebym  była  na 

tym balu. 

- Naprawdę, bardzo mi zależy. 

- Kiedy zamierzasz go urządzić? 

-  Pod  koniec  przyszłego  tygodnia.  Musimy  to  jeszcze  omówić  z 

Katie,  ale  już  teraz  powinnaś  zamówić  suknię  i...  O,  jeszcze  jedno, 

Marleno... Nie zapominaj o tym, że jako moja siostra reprezentujesz w 

pewnym  stopniu  mój  dom...  Nie  chcę,  żeby  ludzie  powiedzieli,  że 

moja siostra jest gorzej ubrana od żony. Wyglądasz wprawdzie bardzo 

wytwornie nawet w najskromniejszej sukience, ale proszę cię, żebyś... 

Rozumiesz, o co mi chodzi, Marleno? 

-  Możesz  być  spokojny,  Haraldzie,  nie  zapomnę  nigdy  o  twojej 

pozycji. 

- To dobrze - rzekł, wyciągając do niej rękę. 

Podała mu dłoń, przy czym ogarnęło ją dziwne uczucie błogości, 

gdy poczuła serdeczny i mocny uścisk jego ręki. 

-  W  jakim kolorze  wybierzesz  materiał  na  suknię?  -  spytał  nagle 

Harald. 

Zaśmiała się cichutko. 

-  Jesteś  doprawdy  wzruszający,  troszczysz  się  o  każdy  drobiazg. 

Nie wiem jeszcze, na jaki kolor się zdecyduję. 

Spojrzał na nią przeciągle. 

-    Biały,  bądź  w  białej  sukni!  Wybierz  sobie  matowy,  gruby 

jedwab,  który  w  miękkich  fałdach  będzie  spływał  z  twojej  postaci. 

background image

Kolor  biały  jest  najodpowiedniejszy  do  twoich  włosów,  do  twojej 

cery... Będzie ci w nim najlepiej. 

Zaczerwieniła  się  pod  jego  spojrzeniem,  potem  jednak  odparła  z 

udaną swobodą: 

- Dobrze, sprawię sobie białą suknię. 

Przez  chwilę  panowało  milczenie.  Harald  wyobrażał  sobie 

Marlenę  w  białej  sukni  z  miękkiego  białego  jedwabiu.  Jakże  będzie 

piękna, a jej złociste włosy będą się cudnie odbijały od śnieżnej bieli 

sukni... 

Harald ocknął się z marzeń i nagle  zaczął opowiadać Marlenie o 

życiu w Kopa Radża. Słuchała z zainteresowaniem, wreszcie rzekła: 

- Ach, to musi być cudowna, bajeczna kraina! 

-  Czy  pojechałabyś  z  nami  na  Sumatrę?  Mogłabyś  tam  pozostać 

przynajmniej przez kilka dni.  

- Nie mówisz tego poważnie, Haraldzie. 

-  Mówię  to  zupełnie  serio.  Uważam  za  wskazane,  aby  ktoś  z 

tutejszej filii pojechał raz do Kopa Radża i poznał na miejscu interesy. 

Uprościłoby  to  znacznie  wiele  spraw.  Zeidler  jest  zbyt  stary  na  taką 

podróż.  Twierdzi  jednak,  że  mogłabyś  go  z  powodzeniem  zastąpić. 

Dlaczego nie miałabyś nam towarzyszyć? 

Marlena oblała się purpurą, a potem gwałtownie zbladła. Ogarnęła 

ją pokusa, aby się zgodzić na propozycję Haralda. Nie musiałaby się z 

nim  rozstawać  na  długie  lata,  będzie  go  widywała  codziennie.  Tak, 

lecz  będzie  też  zmuszona  obcować  stale  z  Katie.  Z  Katie,  która  nie 

przestaje  jej  dokuczać,  która  w  Kopa  Radża  okaże  się 

background image

prawdopodobnie  o  wiele  gorsza  niż  tutaj.  Marlena  jednak  lękała  się 

czego  innego.  Obawiała  się,  że  nie  starczy  jej  sił,  aby  ukryć  swoją 

miłość, że pewnego dnia się zdradzi. 

- No i cóż, Marleno? - nalegał Harald. 

-  Nie,  nie  mogę...  Doprawdy  nie  mogę...  Proszę  cię,  nie  pytaj  o 

nic... 

- Czy wzdragasz się z powodu Katie? Czy sądzisz, że miałaby coś 

przeciwko temu? 

Nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Zauważył,  że  walczyła  z 

zakłopotaniem. 

-  Być  może,  Haraldzie,  że  nie  chcę  wam  towarzyszyć  z  powodu 

Katie. Lepiej, gdy tu zostanę - wyjąkała. 

- Czy się obawiasz pobytu na Sumatrze? 

- O nie! 

- Więc czego się boisz, Marleno? 

Nie  była  w  stanie  szczerze  mu  odpowiedzieć.  Zerwała  się  z 

miejsca i odwróciła się, żeby nie widział jej twarzy. 

-  Mówmy  o  czym  innym,  Haraldzie...  Ja...  twoja  propozycja 

bardzo mnie zaskoczyła... przyszła zbyt nagle... muszę się zastanowić, 

pomyśleć... nie wiem sama... bo... 

Urwała, gdyż ktoś właśnie zapukał do drzwi. Marlena odetchnęła 

z ulgą i zawołała: "Proszę!" Do pokoju wsunęła się pani Darlag. 

-  Panno  Marleno,  proszę  do  mnie  na  jedną  chwilkę.  Niech 

panienka  pomoże  mi  nakryć  stół  do  kolacji  i  powstawiać  kwiaty  do 

background image

wazonów.  Nie  mogę  sobie  sama  dać  rady,  a  panienka  jest  taka 

zręczna.  

Marlena  chętnie  na  to  przystała.  Mogła  stąd  uciec,  zyskać  na 

czasie  i  uspokoić  się.  Bała  się,  że  za  chwilę  straci  panowanie  nad 

sobą. 

- Zejdę z panią. Czy pójdziesz z nami, Haraldzie? 

- Nie, zaczekam tu na ciebie. Dobrze, Marleno?  

- Oczywiście, Haraldzie. Niebawem wrócę.  

I Marlena wyszła z pokoju.  

Harald  nasłuchiwał,  dopóki  nie  przebrzmiały  jej  kroki  na 

schodach.  Zastanowił  się  nad  przyczyną  niepokoju  Marleny.  Czemu 

się  tak  zmieszała,  gdy  jej  proponował  wyjazd  na  Sumatrę?  Lękał  się 

dnia rozłąki z Marleną, choć sobie tłumaczył, że nie powinna mu być 

niczym więcej jak tylko siostrą. Dlaczego nie chciała wyjechać?  

I  nagle  w  jego  głowie  zaświtała  myśl.  Nie  chciała  wyjechać  z 

Hamburga,  bo  tu  mieszka  człowiek,  którego  kocha.  Jej  miłość  jest 

wprawdzie  beznadziejna,  ale  jednak  pragnie  zostać  w  pobliżu 

ukochanego.  Harald  rozumiał  to  doskonale.  On  sam  przecież  chciał 

stale przebywać w towarzystwie Marleny, chociaż i on nie miał żadnej 

nadziei.  Tak,  to  jest  zapewne  jedyny  powód.  Kim  jest  ten  człowiek, 

który tak pociąga dziewczynę, choć jest mężem innej kobiety?  

Wzrok  Haralda  spoczął  na  koszyczku  z  robótkami.  Tam  ukryła 

przed  nim  podobiznę  ukochanego.  Harald  był  o  tym  przekonany. 

Wystarczyło  przejść  kilka  kroków,  zajrzeć  do  koszyczka  i  rzucić 

okiem  na  tę  fotografię.  Zobaczyłby  nareszcie  tego  nieznajomego, 

background image

którego  Marlena  tak  kochała,  że  wolała  się  raz  na  zawsze  wyrzec 

szczęścia, niż zostać żoną innego.  

Przez  chwilę  walczył  z  pokusą.  Nie  chciał  się  wdzierać  w 

tajemnicę Marleny. Potem jednak uległ, nie mógł znieść niepewności. 

Zdawało  się,  że  stolik  w  niszy  magnetycznie  przyciąga  jego  wzrok. 

Miał wrażenie, że za chwilę stanie oko w oko z owym mężczyzną, że 

zmierzy się z nim jak z przeciwnikiem. Zbliżył się do stolika i drżącą 

ręką sięgnął do koszyczka. Wyciągnął fotografię - spojrzał na nią.  

Niby  rażony  błyskawicą  patrzył  na  swoje  własne  oblicze.  Czuł 

teraz,  że  porywa  go  ze  sobą  gwałtowny  wiatr  i  unosi  w  powietrzu. 

Jego  fotografia?  Więc  jego  podobiznę  ukrywała  przed  nim  tak 

trwożnie  Marlena?  Ta  fotografia  wisiała  na  ścianie  przez  wiele  lat,  a 

jej oczy spoglądały na nią z rozmarzeniem... Więc to był on? On sam! 

Wybuchnął  głośnym,  szczęśliwym  śmiechem,  który  przeszedł  w 

głuchy jęk. Zasłona spadła mu z oczu. To jego kochała Marlena, jego! 

On był tym człowiekiem, który należał do innej i nic nie wiedział o jej 

miłości.  Dlatego  nie  chciała  wychodzić  za  mąż.  Znalazł  wreszcie 

rozwiązanie  zagadki,  wiedział  już,  jak  to  się  stało,  że  oddała  komuś 

swe serce, choć nie znała obcych mężczyzn.  

Musiała go pokochać już kilka lat temu. Pewno wtedy, gdy był tu 

po  raz  ostatni  przed  wyjazdem  na  Sumatrę.  Do  niego  należały 

pierwsze  porywy  młodego  serduszka.  Osieroconej  dziewczynce 

wydawał się zbawcą i bohaterem, gdy przywiózł ją do swej matki. Po 

śmierci  ojca  czuła  się  samotna  i  opuszczona,  toteż  całą  duszą 

przylgnęła  do  opiekuna.  Nie  stłumiła  swego  uczucia  w  zarodku. 

background image

Pozwalała mu kiełkować i rosnąć. Przez lata całe kochała go wiernie, 

gorąco, on zaś prawie nie myślał o niej.  

Żadne  przeczucie  nie  podpowiadało  mu,  że  zastanie  w  ojczyźnie 

czarującą  istotę  w  pełni  wiośnianej  urody,  że  odnajdzie  w  niej 

wcielenie ideału młodości. Związał się na wieki z płytką, lekkomyślną 

kobietą, której nie kocha i która go nie kocha.  

Marlena! Marlena! 

Przestał ją uważać za siostrę Marlenę! To, co w stosunku do niej 

odczuwał, nie miało nic wspólnego z braterskim przywiązaniem. Była 

to  miłość,  wielka,  płomienna  miłość!  Kochał  tę  dziewczynę,  która 

mogłaby  się  stać  dopełnieniem  jego  osobowości,  gdyby  dobrowolnie 

nie nałożył sobie pęt.  

Teraz już za późno! Nie może ich zrzucić! Marlena!  

Ocknął  się  z  zadumy  i  szybko  ukrył  fotografię  w  koszyczku.  Na 

miłość  boską,  nie  powinna  się  dowiedzieć,  że  odkrył  jej  tajemnicę. 

Gdyby  się  czegoś  domyśliła,  opuściłaby  bezzwłocznie  jego  dom. 

Wiedział  o  tym.  Znał  dobrze  Marlenę!  Nie  wolno  mu  zdradzać 

słowem czy spojrzeniem, że wie, co się dzieje w jej duszy.  

Teraz zrozumiał także, dlaczego nie chciała pojechać na Sumatrę. 

Ach,  jakże  potrafiła  panować  nad  sobą,  ileż  wysiłku  kosztowało  ją 

ukrywanie  tej  miłości  w  czasie  jego  pobytu  w  Hamburgu!  Chciała 

mężnie wytrzymać aż do dnia jego wyjazdu, potem brakłoby jej sił.  

Harald  zatoczył  się  jak  pijany  i  padł  na  krzesło.  Był  głęboko 

wstrząśnięty; z głuchym jękiem ukrył twarz w dłoniach.  

background image

- Marleno, słodka, maleńka Marleno! Więc to ja stałem się twoim 

przeznaczeniem,  ja,  który  pragnąłem  ci  oszczędzić  wszelkich  trosk  i 

cierpień!  Tego  nie  wiedziałem.  Ach,  jakże  mnie  boli,  że  cierpisz  tak 

jak  ja!  Tak  bardzo  cię  kocham,  Marleno,  że  chętnie  poniósłbym  dla 

ciebie każdą  ofiarę,  ale  nie  mogę  ci  wyznać  mej  miłości,  aby  cię  nie 

przestraszyć.  Nie  mogę  ci  powiedzieć,  że  znam  twoją  tajemnicę,  bo 

umarłabyś  ze  wstydu  i  męki.  Czemu  los  nas  rozdzielił,  Marleno? 

Czemu związałem się z inną kobietą? Czemuż nie jestem wolny! Ach, 

bylibyśmy  ze  sobą  bezgranicznie  szczęśliwi!  A  jednak,  a  jednak  i 

teraz  jestem  szczęśliwy,  odkąd  poznałem  prawdę.  Wiem,  że  mnie 

kochasz, zrozumiałem, czym jest gorąca, wielka miłość.  

Westchnął  głęboko.  Przypomniała  mu  się  jego  rozmowa  z 

Marleną.  Powiedziała  mu  wtedy,  że  kocha  żonatego  człowieka. 

Przyszły  mu  na  myśl  jego  własne  słowa:  "...ludzie  tacy,  jak  my,  nie 

wyciągają nigdy ręki po cudzą własność." Tak, zarówno dla niej, jak i 

dla niego to sprawa honoru. Nic zatem nie mogło przekroczyć bariery, 

która ich dzieliła.  

-  Nie lękaj się, kochanie, odkąd wiem wszystko, stanę się silny i 

spokojny  za  nas  oboje.  Któż  to  wie,  ile  razy  wprawiłem  cię 

nieświadomie  w  zakłopotanie.  Ale  teraz  będzie  inaczej,  uczynię 

wszystko,  by  cię  nie  urazić  niebacznym  słowem.  Kocham  cię, 

Marleno,  kocham  cię  namiętnie  i  bezgranicznie,  lecz  opanuję  ten  żar 

w swojej piersi, by nie utrudniać ci życia. Bądź spokojna, najdroższa, 

chociaż  serce  mi  krwawi,  będę  cię  czcił  jak  świętą.  Muszę  cię  nadal 

traktować jak siostrę, nie lękaj się, kochanie...  

background image

Harald  nie  wiedział,  jak  długo  trwała  rozmowa,  którą  w  duszy 

prowadził  z  Marleną.  Gdy  jednak  usłyszał  w  korytarzu  jej  kroki, 

przesunął  ręką  po  czole  i  wyprostował  się.  Niemal  spokojny  czekał 

teraz na Marlenę.  

Marlena  odzyskała  równowagę  ducha  i  normalny  pogodny 

nastrój. Wszedłszy do pokoju, odezwała się łagodnie jak zazwyczaj: 

-  Wybacz  mi,  Haraldzie,  że  pozwoliłam  ci  czekać  na  siebie  tak 

długo. Musimy zejść na dół, Katie już się obudziła i właśnie przebiera 

się. Zapewne zaraz poprosi o herbatę.  

Spojrzał na nią przeciągle.  

-  Ten  czas  wcale  mi  się  nie  dłużył,  Marleno.  W  twoim  pokoiku 

rozkoszuję się błogą ciszą, czyli tym, czego najbardziej mi potrzeba.  

Zauważył,  że  twarz  Marleny  oblała  się  ciemnym  rumieńcem. 

Nieraz już widywał, że dziewczyna rumieni się i blednie na przemian, 

lecz  nie  domyślał  się  nigdy,  z  jakiego  powodu.  Odkąd  odkrył  jej 

tajemnicę,  zrozumiał,  że  bladość  i  rumieniec  oznaczają  jedno: 

"kocham cię!"  

-  Za  mało  wypoczywasz  -  rzekła  spokojnie  Marlena.  - 

Przyjechałeś  tu  przecież  dla  poratowania  zdrowia,  a  o  to  dbasz 

najmniej. Kładziesz się spać o północy, nieraz nawet później. Popatrz 

tylko,  Katie  wysypia  się  do  południa,  toteż  nazajutrz  nie  odczuwa 

zmęczenia, ale ty wstajesz bardzo wcześnie.  

Zdobył się na uśmiech.  

background image

-  Czy  mógłbym  się  wyrzec  naszej  rannej  pogawędki  przy 

śniadaniu?  -  zapytał,  a  Marlena  znowu  spłonęła  rumieńcem,  co 

napełniło serce Haralda tajemną rozkoszą.  

- Nie, mój drogi, powinieneś jednak sypiać po obiedzie.  

-  Ach,  Marleno,  ty  chcesz,  żebym  utył.  Nie  chcę  mieć  brzuszka 

jak starsi panowie.  

- To rzeczywiście za wcześnie - odparła ze śmiechem. - A jednak 

musisz  mieć  więcej  spokoju,  gdyż  twoje  nerwy  nie  wytrzymają  tego 

trybu  życia.  Jak  zniesiesz  nowe  trudy  w  Kota  Radża,  jeśli  nie 

poprawisz się tutaj?  

-  Dobrze,  będę  odpoczywał  po  obiedzie,  lecz  nie  chcę  spać. 

Usiądę  z  tobą  w  pawilonie  lub  na  tarasie  i  będę  rozkoszował  się  tą 

błogą  ciszą.  Nie  weźmiesz  mi  przecież  za  złe,  jeśli  się  przy  tym 

zdrzemnę.  

-  Bynajmniej.  Najpierw,  jeśli  zacznę  ci  czytać  jakąś  nudną 

książkę.  Od  razu  zaśniesz,  a  to  cię  pokrzepi.  Ale  chodźmy  już,  bo 

Katie czeka.  

- Czyżbyś się jej bała?  

Marlena  znów  się  zmieszała.  Rzeczywiście,  odczuwała  niekiedy 

lęk przed gwałtowną, nieopanowaną Katie, ale nie mogła  się do tego 

przyznać, zwłaszcza że nie chciała martwić Haralda.  

-  Nie  jestem  aż  taka  lękliwa.  nie  chcę  jednak,  żeby  Katie  się 

niecierpliwiła.  

Zeszli  razem  do  saloniku,  gdzie  codziennie  podawano 

podwieczorek.  Gawędzili  jeszcze  przez  chwilę,  wreszcie  zjawiła  się 

background image

Katie.  Marlena  nalała  herbaty  do  filiżanek.  Po  jakimś  czasie  Harald 

rozpoczął rozmowę od propozycji balu.  

- Rozstawimy stoliki w ogrodzie, co o tym sądzisz, Katie?  

Młoda  kobieta  była  zawsze  pełna  zapału,  jeżeli  chodziło  o  nową 

rozrywkę.  Rozpromieniona,  w  doskonałym  humorze,  zaczęła 

przedstawiać  swoje  plany.  Harald  mimowolnie  porównywał  Katie  z 

Marleną.  Doszedł  do  wniosku,  że  przy  Marlenie  Katie  wydaje  się 

niezmiernie  pospolita.  Uroda  Katie  bardziej  rzucała  się  w  oczy, 

Marlena  jednak posiadała  swoisty  wdzięk, który  długo  pozostawał  w 

pamięci.  Katie  musiała  to  sama  wyczuć,  ponieważ  nie  cierpiała 

Marleny.  

Marlena obawiała się wciąż, że Katie sprawi jej jakąś przykrość w 

obecności Haralda. Intuicyjnie czuła, że Harald nie przebaczyłby tego 

żonie  nigdy,  prawdopodobnie  doszłoby  znów  do  niemiłych  scen. 

Katie  była  jednak  bardzo  przebiegła.  W  Kota  Radża  potrafiła  ukryć 

przed  Haraldem,  że  maltretuje  służbę,  teraz  zaś  ukrywała  przed  nim, 

że  męczy  Marlenę.  Wiedziała,  iż  "szwagierka"  nie  zdradzi  się  ani 

słowem.  

Zwykła  senność  Katie  ustąpiła  teraz  miejsca  niezwykłemu 

podnieceniu.  Z  ożywieniem  układała  plany,  bez  przerwy  mówiła  o 

balu. Bardzo to Haralda cieszyło. Katie wyrzekła się nawet pójścia do 

kina, aby razem z Haraldem ułożyć listę gości.  

Potem  Marlena  musiała  przynieść  cały  stos  żurnali,  gdyż  Katie 

chciała wybrać nowy fason balowej sukni. Marlena po prostu tego nie 

pojmowała.  Katie  zgromadziła  przecież  mnóstwo  eleganckich, 

background image

kosztownych toalet, twierdziła jednak, że żadna z nich nie nadaje się 

na tę uroczystość.  

-  Muszę  mieć  coś  bardzo  oryginalnego,  chcę  swoją  toaletą 

wywołać  sensację  -  powiedziała  ze  śmiechem,  po  czym  wróciła  do 

przerwanej lektury żurnali.  

 

*        *        * 

 

Los  jednak  chciał  inaczej,  ani  bowiem  planowany  bal,  ani  też 

sensacja  nie  miały  dojść  do  skutku. Nazajutrz  Harald  zjadł  śniadanie 

w towarzystwie Marleny, po czym udał się do biura. Marlena zasiadła 

z robótką na tarasie, gdy wtem nadbiegła pani Darlag, blada i bardzo 

zmieszana.  

-  Tego  już  za  wiele,  wprost  trudno  to  wytrzymać,  panienko 

Marleno!  

- Co się stało?  

- Niech panienka wejdzie do domu i posłucha. Pani Forst oszalała 

chyba, opętał ją jakiś zły duch...  

Zaniepokojona  Marlena  podniosła  się  i  poszła  z  panią  Darlag  do 

domu.  W  przedpokoju  zgromadziła  się  już  cała  służba  i  w  skupieniu 

przysłuchiwała  się  głosom,  które  dolatywały  z  pokoju  Katie.  Zza 

drzwi dobiegały gniewne słowa pani i żałosny płacz Daipah.  

Marlena  przede  wszystkim  kazała  się  rozejść  służbie,  potem  zaś 

stanęła  pod  drzwiami  sypialni.  Usłyszała  okropne  wyzwiska,  które 

padały z ust Katie, oraz łkanie służącej.  

background image

- To już trwa, odkąd pan wyszedł do biura. Tuż potem rozpoczęła 

się awantura - opowiadała z oburzeniem pani Darlag.  

Marlena otworzyła drzwi. Postanowiła zwrócić uwagę Katie, gdyż 

było  jej  żal  biednej  służącej.  Była  czasem  świadkiem  bicia  Daipah. 

Gdy dziewczyna stanęła na progu, ujrzała ciemnoskórą służącą u stóp 

swej  pani.  Katie  trzymała  w  ręku  skręcony  gruby  ręcznik  i  uderzała 

nim bez litości. Miała zamiar uderzyć znowu, gdy podeszła Marlena i 

spokojnie, lecz stanowczo odebrała jej narzędzie kary.  

Na twarzy Katie odmalowała się wściekłość.  

- Co to? Jak śmiesz? - krzyknęła.  

-  Uspokój  się,  Katie.  Za  drzwiami  zebrała  się  cała  służba.  To 

okropne,  żeby  służący  słyszeli  z  twoich  ust  tak  obrzydliwe  wyrazy  i 

dowiedzieli się, że biłaś Daipah. Narobią plotek w całym mieście.  

Daipah  podniosła  się  z  cichym  jękiem,  po  czym  ucałowała  skraj 

sukni  Marleny.  Katie,  ujrzawszy  to,  wybuchnęła  jeszcze  większą 

złością.  

- Ja ci pokażę, przebrzydłe stworzenie. Popamiętasz mnie jeszcze! 

Ja  tu  jestem  panią,  nie  ona!  Uklęknij  natychmiast  i  rozluźnij 

sznurowadło, które zbyt mocno zacisnęłaś. No, ruszaj się...  

Daipah  jednak  ukryła  się  trwożnie  za  plecami  Marleny,  którą 

widocznie uważała za rodzaj wału ochronnego.  

-  Pozwól  jej  odejść,  Katie.  Daipah  tylko  cię  drażni  -  rzekła 

Marlena.  

Katie zaśmiała się nerwowo.  

background image

-  Czy  sądzisz,  że  ty  mnie  nie  drażnisz,  wstrętna  świętoszko? 

Jesteś  o  wiele  gorsza  od  Daipah,  ty,  z  tą  wiecznie  słodką  miną! 

Uklęknij  natychmiast  i  rozluźnij  mi  sznurowadło.  Zobaczymy,  czy 

jesteś zręczniejsza od Daipah. Prędko, zabieraj się do roboty, bo mnie 

noga boli!  

Katie  usiadła  i  tak  gwałtownie  wysunęła  nogę  w  ciasno 

zasznurowanym  buciku,  że  o  mało  nie  uderzyła  w  twarz  Marleny, 

która bez słowa przed nią uklękła. Dziewczyna spojrzała z wyrzutem 

na  Katie,  rozluźniła  w  milczeniu  sznurowadło,  po  czym  ponownie 

zawiązała bucik.  

-  Czy  tak  jest  lepiej,  Katie?  Czy  sznurowadło  przestało  cię 

uwierać? - spytała, powstając, Marlena.  

Katie  spojrzała  na  nią  ze  złością.  Spokój  Marleny  rozdrażniał  ją 

coraz bardziej.  

-  Nie  udawaj,  świętoszko!  Jesteś  wstrętną  obłudnicą,  znosisz 

wszystko w pokorze, można cię bić i kopać, a ty nawet nie drgniesz. 

Masz prawdziwie służalczą naturę, nienawidzę cię!  

-  Pohamuj  się,  Katie,  licz  się  trochę  ze  słowami.  Wybaczam  ci 

wiele,  bo  uważam  twoje  rozdrażnienie  za  chorobliwe,  lecz  nie 

pozwolę się obrażać.  

-  Co?  Ty  mnie  będziesz  uczyła?  Skąd  w  ogóle  wzięłaś  się  w 

moim  pokoju?  Kto  cię  tu  wołał?  Służące  nie  powinny  nieproszone 

wchodzić do pokoju państwa.  

-  Zapominasz  się,  Katie.  Wypraszam  sobie  podobne  wyrazy  - 

rzekła Marlena spokojnie, ale stanowczo.  

background image

- Precz! Precz! Wynoś się, patrzeć na ciebie nie mogę! - krzyknęła 

w  najwyższym  uniesieniu  Katie  i  zanim  Marlena  spostrzegła, 

pochwyciła  z  toalety  marmurową  paterę,  którą  z  całych  sił  cisnęła  w 

jej głowę.  

Marlena  nie  zdołała  uniknąć  ciosu.  Patera  przeleciała  tuż  nad 

prawym  okiem  dziewczyny  i  ostrym  kantem  ugodziła  ją  w  czoło. 

Marlena drgnęła z bólu i zatoczyła się. Byłaby upadła, gdyby Daipah 

nie pochwyciła jej w ramiona.  

Katie  przelękła  się,  ujrzawszy  krew  płynącą  z  czoła  Marleny  i 

ściekającą  wielkimi  kroplami  na  skroń,  policzek  i  białą  sukienkę. 

Marlena nie zauważyła tego, gdyż była zupełnie ogłuszona. Spojrzała 

z cichym wyrzutem na Katie, po czym w milczeniu wyszła z pokoju.  

Pani  Darlag,  ujrzawszy  Marlenę,  krzyknęła  z  przerażenia  i 

rozpaczy.  

-  Wielki  Boże!  Panienko,  co  się  stało?  Toć  u  tej  jędzy  człowiek 

nie jest pewien życia!  

-  To  nic...  nic...  -  szepnęła  Marlena,  dotykając  ręką  rany,  która 

teraz dopiero zaczynała dotkliwie boleć.  

Nie  zdołała  powiedzieć  nic  więcej,  zatoczyła  się,  po  czym 

zemdlona osunęła się na podłogę. Pani Darlag natychmiast przywołała 

lokaja i przy jego pomocy przeniosła Marlenę do sąsiedniego pokoju, 

gdzie ułożyła ją troskliwie na kanapie.  

-  Trzeba  natychmiast  zadzwonić  po  lekarza!  Proszę  także  posłać 

kogoś  do  biura  i  powiedzieć,  żeby  nasz  pan  koniecznie  przyszedł  - 

nakazała energicznie pani Darlag.  

background image

Polecenia  te  wykonano  niezwłocznie.  Pani  Darlag  próbowała 

najpierw  obmyć  ranę  i  zatamować  krew.  Marlena  nie  odzyskała 

jednak  przytomności.  W  chwili,  gdy  nadbiegł  przerażony  Harald, 

leżała  wciąż  jeszcze  w  głębokim  omdleniu.  Służący  zdążył  już 

powiedzieć  Haraldowi,  że  panienka  zraniła  się  w  czoło  i  zemdlała  z 

upływu  krwi.  Harald  natychmiast  przybiegł  do  domu,  a  teraz 

spoglądał z niepokojem na leżącą dziewczynę i pytał raz po raz:  

- Co się stało? Na miłość boską, co się stało Marlenie?  

Tym  razem  pani  Darlag  dała  upust  długo  powściąganemu 

oburzeniu.  

- To wina pańskiej żony. Rzuciła jakimś ciężkim przedmiotem w 

panienkę  Marlenę,  ponieważ  stanęła  ona  w  obronie  tej  biednej 

Daipah. Bije tę dziewczynę bez litości, a wymyśla przy tym, że strach 

słuchać.  Nigdy  nie  podsłuchiwałam  pod  drzwiami,  a  jeśli  to  dziś 

zrobiłam,  to  jedynie  z  obawy  o  moją  panienkę.  Pańska  żona 

nieustannie jej dokucza, wprost pastwi się nad nią. Panna Marlena nie 

pozwoliła  mi  poskarżyć  się  na  panią  Katie,  ale  dziś  przebrała  się 

miarka.  Dłużej  już  nie  mogłam  tego  wytrzymać,  musiałam  panu 

powiedzieć prawdę, bo pewnie bym się rozchorowała z oburzenia. W 

taki  sposób  nie  traktuje  się  nawet  psa,  a  co  dopiero  człowieka. 

Przecież w naszym kraju nie ma już niewolnictwa!  

Pani  Darlag  zaczęła  opowiadać  Haraldowi  o  wszystkim  i  to 

bardzo  szczegółowo.  Harald  opadł  bezwładnie  na  krzesło  i  tępym 

wzrokiem  patrzył  na  staruszkę.  Jej  opowiadanie  uderzyło  go  jak 

obuchem. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje w jego domu.  

background image

Dowiedział  się  teraz,  ile  zniewag  znosiła  Marlena  w  milczeniu, 

aby  tylko  jemu  oszczędzić  bólu.  Pani  Darlag  wyjawiła  mu  całą 

prawdę.  Ze  smutkiem  spoglądał  na  pobladłą  twarzyczkę  Marleny. 

Ach,  jak  bardzo  pragnął  obsypać  ją  pocałunkami!  Musiał  się  jednak 

opanować przez wzgląd na Marlenę.  

Pełen  trwogi  czekał  na  lekarza.  Zanim  jednak  nadszedł  doktor, 

Marlena  odzyskała  przytomność.  Z  wysiłkiem  uniosła  się  na 

poduszkach  i  zaczęła  rozglądać  się  wokoło.  Dotkliwy  ból  nad  okiem 

przypomniał jej, co się stało. Z przerażeniem spojrzała na Haralda.  

- Marleno! Kto ci wyrządził krzywdę? - spytał drżącym głosem.  

- Nic się nie stało, Haraldzie... Nie pamiętam, jak do tego doszło... 

Aha, uderzyłam się w czoło... Nie martw się o mnie... Niech się pani 

tak nie denerwuje, droga pani Darlag... To drobiazg... 

Chciała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. 

-  Panienka  musi  teraz  poleżeć!  Pan  Forst  wie,  skąd  się  wzięła  ta 

rana  na  czole.  Powiedziałam  mu  wszystko,  dłużej  już  nie  mogłam 

wytrzymać.  

- Nie trzeba było tego mówić. Nie przejmuj się, Haraldzie, Katie 

nie zrobiła tego celowo. Nie miała nic złego na myśli...  

-  Aha  -  wmieszała  się  pani  Darlag.  -  Może  nie  miała  także  nic 

złego na myśli, gdy powiedziała, że panienka ma służalczą naturę, że 

nienawidzi  panienki,  że  panienka  nie  powinna  bez  pytania  wchodzić 

do  jej  pokoju?  Przecież  wiecznie  pani  dokucza.  Panno  Marleno, 

pamięta  pani,  że  chciała  pani  podarować  znoszone  sukienki  i  śmiała 

się,  że  panienka  jest  tak  dumna?  A  czyż  nie  żądała,  żeby  panienka 

background image

przed nią uklękła i zasznurowała jej bucik? Słyszałam na własne uszy! 

Nie, nie będę milczeć, nasz pan musi się wreszcie dowiedzieć prawdy, 

bo może się jeszcze zdarzyć jakieś nieszczęście.  

Marlena  opadła  na  poduszki  i  przymknęła  oczy.  Nie  mogła 

patrzeć  na  zbolałą  twarz  Haralda,  ten  widok  wprost  ranił  jej  serce. 

Harald spoglądał na nią płonącymi oczyma, lecz nie potrafił wymówić 

ani słowa. Drżącymi rękami ujął dłoń Marleny i gładził ją, prosząc o 

przebaczenie.  

Po chwili nadszedł lekarz, który mieszkał w pobliżu.  

- Cóż też pani narobiła, panno Marleno? Nie podoba mi się ta rana 

- rzekł jowialnie.  

Zanim  ktoś  zdołał  mu  odpowiedzieć,  Marlena  odezwała  się 

szybko.  

-  Ta  rana  wygląda  pewnie  okropnie,  ale  to  nic  poważnego. 

Uderzyłam się o drzwi.  

Lekarz obejrzał ranę.  

-  Musiała  pani  z  ogromnym  pędem  wpaść  na  drzwi,  bo  sprawa 

jest  groźna.  Chwała  Bogu,  oko  nie  zostało  uszkodzone.  Jak  się 

panienka w ogóle czuje?  

- Bardzo dobrze! - skłamała Marlena, nie chcąc trwożyć Haralda.  

- Panienka zemdlała - oznajmiła pani Darlag.  

- Hm! To nic dziwnego. Czy pani czuje mdłości?  

- Nie, panie doktorze. Chciałabym wstać.  

-  Tylko  bez  pośpiechu.  Przede  wszystkim  muszę  nałożyć 

opatrunek.  Zalecam  pani  spokój  i  wypoczynek.  Uniknęła  pani 

background image

wprawdzie wstrząsu mózgu, ale ten wypadek nadszarpnął pani nerwy. 

Musi pani poleżeć przynajmniej do jutra. A jutro - zobaczymy.  

Lekarz obmył ranę i nałożył opatrunek. Harald wciąż jeszcze stał 

w  milczeniu,  spoglądając  niespokojnie  na  lekarza.  Teraz  dopiero 

ochłonął  i  odetchnął  z  widoczną  ulgą.  Marlena  przyglądała  mu  się 

badawczo.  Przelękła  się  tego  wyrazu  wielkiego  bólu,  który  malował 

się na jego twarzy.  

-  Będę  bardzo  grzeczna, panie  doktorze.  Czy  mogę  przejść  sama 

do mojego pokoju? Zaraz położę się do łóżka.  

- Wolałbym, żeby się pani nie ruszała, ale trudno, do pani pokoju 

jest  kilka  kroków.  Proszę  się  jednak  od  razu  położyć  i  zażyć 

lekarstwo, które przepiszę.  

-  Nie  pozwolę  ci  wchodzić  na  górę,  Marleno,  zaniosę  cię  do 

pokoju  -  rzekł  Harald  i  zanim  Marlena  zdążyła  powiedzieć  słowo, 

wziął ją jak dziecko na ręce.  

Pani Darlag poszła naprzód, żeby przygotować Marlenie posłanie 

na  kanapce,  nie  chciała  bowiem  położyć  się  do  łóżka.  Harald  niósł 

Marlenę,  nie  mając  odwagi  spojrzeć  jej  w  oczy.  Ona  zaś  zamknęła 

powieki,  niezdolna  uczynić  najmniejszego  ruchu.  Wszedł  na  górę  i 

położył ją ostrożnie na szezlongu.  

Marlena ujęła jego rękę i rzekła błagalnie: 

-  Haraldzie,  pani  Darlag  bardzo  przesadza.  Nie  gniewaj  się  na 

Katie, to nie jej wina, że jest taka nerwowa... 

- Nie proś o to, Marleno...  

background image

-  Ach,  mój  drogi,  pomyśl  tylko,  jak  mi  będzie  przykro,  gdy 

między wami dojdzie znów do sprzeczki.  

- Do sprzeczki? Ach, Marleno, nie wyobrażasz sobie, co się dzieje 

w mojej duszy. Będę jednak panował nad sobą, tylko przez wzgląd na 

ciebie.  Musisz  koniecznie  odpocząć!  Gdyby  coś  ci  się  stało...  Nie 

zniósłbym tego, Marleno!  

Mówiąc  to,  odszedł  szybko  od  jej  posłania,  jakby  chciał  uciec 

przed samym sobą, po czym zwrócił się do pani Darlag: 

-  Niech  pani  przy  niej  zostanie  i  nie  wpuszcza  tu  nikogo. 

Dziękuję, że powiedziała mi pani prawdę.  

-  Może  pan  być  spokojny,  nikogo  tu  nie  wpuszczę.  Mnie  można 

ufać!  

Harald jeszcze raz popatrzył na Marlenę, leżącą z przymkniętymi 

oczyma, po czym szybko wyszedł z pokoju. 

 

*        *        * 

 

Przez  godzinę  siedział  w  swoim  gabinecie,  usiłując  odzyskać 

spokój.  Z  ogromnym  żalem  i  goryczą  myślał  o  Katie  oraz  o  swoim 

małżeństwie.  Wreszcie  podniósł  się  i  poszedł  do  pokoju  żony.  W 

progu natknął się na Daipah.  

-  Pani  prosiła,  aby  jej  nikt  nie  przeszkadzał.  Pani  jest  chora  - 

rzekła dziewczyna.  

Harald uśmiechnął się gorzko. Wiedział, że to tylko wymówki ze 

strony Katie.  

background image

- Czy pani leży w łóżku?  

-  Nie  wiem,  panie.  Gdy  wychodziłam  z  pokoju,  wyszła  za  mną i 

zamknęła drzwi na klucz.  

- A co jest pani?  

- Nie wiem.  

- Czy od dawna jest chora?  

-  Od  chwili,  gdy  opuściła  ją  panna  Marlena.  Pani  zaraz  się 

zamknęła i kazała mi wyjść z pokoju. Powiedziała, że jest chora i chce 

spać. Mówiła, że zawoła mnie później.  

-  Daipah,  czy  byłaś  w  pokoju,  kiedy  panna  Marlena  przyszła  do 

pani?  

- Tak, panie.  

- Opowiedz mi, co się naprawdę stało.  

Daipah  z  lękiem  spojrzała  na  drzwi  od  pokoju  Katie.  Harald 

zrozumiał, o co chodzi.  

-  Przejdźmy  do  innego  pokoju,  Daipah.  Tam  opowiesz  mi 

wszystko.  

Służąca poszła za nim i zaczęła opowiadać.  

- Kiedy panna Marlena cała we krwi wyszła z pokoju, pani zlękła 

się bardzo i powiedziała: "To nic ważnego, przecież tylko żartowałam. 

Pamiętaj  Daipah,  że  to  był  tylko  żart".  Ale  to  nie  był  żart,  panie! 

Pańska  żona  rozgniewała  się,  potem  ze  złością  cisnęła  marmurową 

paterą  w  pannę  Marlenę.  A  ona  jest  dobra,  nie  pozwoliła  mnie  zbić, 

toteż pani się gniewała. Moja pani już się na mnie nie gniewa, spójrz 

panie, co mi podarowała.  

background image

I  zakończywszy  swą  opowieść,  Daipah  pokazała  Haraldowi 

naszyjnik z kości słoniowej. Dziewczyna zdawała się być tak olśniona 

tym darem, że zapomniała o bólu i urazach.  

-  Czy  pani  biła  cię  często  od  czasu,  gdy  tu  przyjechaliśmy?  - 

spytał Harald po chwili.  

- Prawie codziennie, ale niezbyt mocno. Panna Marlena na to nie 

pozwalała,  wysyłała  mnie  z  pokoju.  Panna  Marlena  jest  łagodna  i 

dobra jak ty, panie.  

-  Idź na korytarz, Daipah. Czekaj tam, aż pani się zbudzi. Wtedy 

zawołasz mnie.  

- Dobrze, panie.  

Forst  udał  się  znów  na  górę.  Spotkał  tam  panią  Darlag,  która 

wychodziła właśnie z pokoju Marleny.  

-  Zażyła  lekarstwo  i  zasnęła.  Była  bardzo  osłabiona,  ale  śpi 

spokojnie - oznajmiła szeptem staruszka.  

- Sen ją pokrzepi. Niech pani przy niej zostanie.  

-  Muszę  tylko  zajrzeć  do  kuchni  i  wydać  polecenia.  Za  chwilę 

wrócę.  

- Dobrze, poczekam pod drzwiami, dopóki pani nie wróci.  

Po dziesięciu minutach na schodach rozległy się kroki gospodyni.  

-  Gdyby  Marlena  o  mnie  pytała,  proszę  przyjść  do  gabinetu. 

Zostanę w domu.  

Harald  udał  się  do  swojego  pokoju.  Niespokojnie,  wielkimi 

krokami przemierzał pokój w tę i z powrotem. Rozmyślał nad tym, co 

powiedzieć Katie. Około południa zjawiła się Daipah.  

background image

-  Pani  wstała  i kazała  mi  powiedzieć,  że  możesz  do  niej  przyjść, 

panie.  

Harald natychmiast podążył do żony.  

Katie zlękła się na widok krwi, płynącej z czoła Marleny. Słyszała 

przerażony głos pani Darlag, gdy dziewczyna zemdlała. Usłyszawszy, 

że wezwano doktora i że posłano po Haralda, przestraszyła się nie na 

żarty. Wtedy właśnie próbowała wmówić służącej, że tylko żartowała, 

rzucając  paterą.  Tchórzliwa  z  natury  zamknęła  się  w  pokoju,  udając 

chorobę. Przeraziła się konsekwencji, a przede wszystkim rozmowy z 

Haraldem.  

Długo leżała na szezlongu, rozmyślając nad tym, jak przedstawić 

całe  zajście.  Chodziło  oczywiście  o  to,  żeby  zrzucić  z  siebie  winę. 

Wpadła na pomysł,  że  wytłumaczy  Haraldowi, jakoby  żartem rzuciła 

paterą.  Nie  miała  przecież  zamiaru  ugodzić  Marleny,  nieszczęście 

chciało, że trafiła ją w czoło...  

Gdy  ułożyła  cały  plan,  doszła  do  wniosku,  że  Harald  zapewne 

zdążył  już  ochłonąć  z  gniewu.  Otworzyła  drzwi,  przywołała  Daipah, 

kazała się uczesać, po czym włożyła swój jedwabny sarong. Przejrzała 

się  w  lustrze,  a  stwierdziwszy,  że  wygląda  bardzo  ponętnie,  wysłała 

służącą po Haralda. Gdy tylko mąż wszedł do pokoju, przeciągnęła się 

leniwie i mrużąc oczy, rzekła:  

- Daipah powiedziała mi, że chciałeś ze mną porozmawiać.  

Harald  podszedł  bliżej  i  przyjrzał  się  żonie.  Miała  na  sobie 

sarong,  lecz  dziś  nie  budziła  już  w  nim  tego  zachwytu,  co  niegdyś, 

kiedy starał się o jej rękę. Czuł, że przywdziała ten strój kokieteryjnie, 

background image

w  sposób  wyrachowany,  a  to  odstręczało  go  od  niej.  Patrzył  na  nią 

surowo z wyrzutem.  

- Katie, czy wiesz, co zrobiłaś? - spytał posępnie.  

- Cóż takiego? -  zagadnęła z przekorą, ale i z lękiem.  - Marlena 

opowiedziała ci pewnie jakąś straszną bajkę, gdy cię wezwano z biura. 

-  Marlena  nie  mogła  mówić,  ponieważ  zemdlała  i  leżała 

nieprzytomna.  Pani  Darlag  powiedziała  mi  o  twoim  zachowaniu. 

Wiem  wszystko,  choć  Marlena,  odzyskawszy  przytomność,  chciała 

cię bronić. Chciała mi wmówić, że sama uderzyła się o drzwi.  

Katie nerwowo szarpnęła chusteczkę.  

- Ta jej słodycz doprowadza mnie do obłędu. Ciągle jest łagodna, 

cicha, uprzejma, a ja nie znoszę obłudy. Wtedy najszybciej wpadam w 

gniew.  

-  Nie  możesz  tego  pojąć  -  rzekł  z  bolesną  ironią.  -  Dlatego 

posądzasz  ją  o  obłudę.  Marlena  jest  uczciwa  i  prawdomówna,  a  do 

tego  zawsze  staje  w  twojej  obronie.  To  wprost  niesłychane,  jak 

mogłaś  się  zachować  w  ten  sposób.  Tyle  razy  ci  powtarzałem,  że 

uważam 

ją 

za 

siostrę. 

Życiu 

Marleny 

groziło 

poważne 

niebezpieczeństwo.  

- Żartowałam tylko, a ty zaraz robisz dramat.  

-  Gdyby  marmurowa  patera  uderzyła  Marlenę  w  skroń,  byłabyś 

morderczynią.  Dziękuj  Bogu,  że  ci  tego  oszczędził  -  powiedział  tak 

poważnie i surowo, że Katie zmieszała się nieco.  

- Nie chciałam wyrządzić jej krzywdy.  

background image

-  To  przemawia  na  twoją  korzyść.  Czy  wiesz  o  tym,  że  jeśli 

Marlena  zawiadomi  władze,  dostaniesz  się  do  więzienia?  U  nas  za 

urazy cielesne grozi taka kara.  

Harald  mówił  te  słowa  bardzo  poważnie.  Postanowił  użyć 

najmocniejszych  środków,  aby  dać  żonie  nauczkę.  Chciał,  żeby  w 

przyszłości  zachowywała  się  inaczej  wobec  Marleny.  Katie  zerwała 

się z szezlongu i przerażona spojrzała na męża.  

- Specjalnie tak mówisz, żeby mnie przestraszyć.  

-  Pokażę  ci  ten  paragraf  w  kodeksie  karnym.  Jeśli  Marlena 

wniesie oskarżenie, nic nie zdoła cię uchronić przed więzieniem... 

-  Nie  mów  głupstw,  kto  by  się  odważył  zamknąć  mnie  w 

więzieniu?  

- Kto? Po prostu zjawi się policjant i zaprowadzi cię do więzienia. 

Możesz  sobie  wyobrazić,  co  to  będzie  za  skandal.  Całe  miasto  się 

rozplotkuje.  Będą  opowiadać,  że  pani  Katarzyna  Forst  siedzi  w 

więzieniu.  

Katie zbladła jak ściana.  

- Haraldzie, przecież do tego nie dopuścisz?  

-  Cóż  ja  na  to poradzę!  Pomyśl  tylko,  co  powie  twój  ojciec,  gdy 

się dowie, że córkę zaaresztowano.  

-  Haraldzie,  musisz  mnie  bronić,  choćby  przez  wzgląd  na 

ojczulka!  

Harald  wzruszył  ramionami.  Był  przekonany,  że  tylko  w  ten 

sposób  uda  mu  się  powstrzymać  w  przyszłości  wybryki  Katie,  a 

pragnął oszczędzić przykrości Marlenie.  

background image

-  W  tym  przypadku  wszystko  zależy  od  Marleny.  Radziłbym  ci, 

żebyś ją przeprosiła. Złóż przyrzeczenie, że już nigdy nie wyrządzisz 

jej  żadnej  przykrości.  Jeśli  ci  przebaczy  i  nie  wniesie  oskarżenia, 

musisz  być  dla  niej  dobra  i  uprzejma.  Nie  wolno  ci  grozić  jej  ani 

ubliżać, bo mogłaby i później skorzystać z tego prawa.  

- Marlena byłaby bardzo niewdzięczna, gdyby chciała twoją żonę 

osadzić w więzieniu - usiłowała bronić się Katie.  

-  Marlena  nie  ma  mi  nic  do  zawdzięczenia,  przeciwnie!  A  ty 

wciąż  jej  dokuczałaś,  obrażałaś  ją,  aż  wreszcie  zraniłaś.  U  nas  nie 

wolno  się  nawet  ze  służbą  obchodzić  w  ten  sposób.  Sprawiłaś  jej 

przykrość,  powiedziałaś,  że  jej  nienawidzisz,  nie  możesz  więc 

wymagać,  by  cię  oszczędzała,  skoro  nadarza  się  właśnie  możliwość 

odwetu. Poza tym musi przecież pomyśleć o tym, żeby w przyszłości 

jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. 

-  Poproś  Marlenę,  niech  mnie  nie  oskarża!  Tobie  nie  odmówi  - 

wyszeptała Katie z niepokojem.  

- Musisz ją poprosić sama, ja tego nie zrobię.  

Katie  znów  ogarnął  duch  przekory.  Tupnęła  nogą  i  zawołała  z 

gniewem:  

- Ale ja nie chcę! Ja nie chcę!  

-  Dobrze,  wobec  tego  odpowiesz  za  swój  czyn  -  oświadczył 

Harald, zbierając się do wyjścia.  

Katie podskoczyła ku niemu i zarzuciła mu ręce na szyję.  

background image

-  Zostań,  zostań...  Powiedz,  że  chciałeś  mnie  tylko  nastraszyć. 

Nigdy  już  nie  będę  dokuczała  Marlenie,  ale  ty  ją  poproś,  żeby  nie 

wnosiła skargi.  

Harald oswobodził się z jej uścisku.  

-  Sama  jej  to  powiesz.  Idź  prosić  o  przebaczenie,  może  Marlena 

da się przebłagać, choć tym razem twój postępek zranił ją do żywego.  

Katie  przygryzła  wargi,  po  czym  oznajmiła  z  głębokim 

westchnieniem.  

- Trudno, pójdę do niej zaraz, tylko się przebiorę.  

-  Teraz  nie  możesz  do  niej  wchodzić.  Doktor  zalecił  Marlenie 

spokój  i  wypoczynek.  Straciła  wiele  krwi,  a  lekarz  obawia  się 

wstrząsu mózgu. Jutro rano oboje pójdziemy ją odwiedzić.  

Katie  była  w  tej  chwili  tak  przerażona,  że  przyrzekła  wszystko, 

okazując  wielką  skruchę.  Oboje  zeszli  wkrótce  na  obiad,  podczas 

którego  Katie odzyskała dobry humor, Harald zaś siedział milczący i 

ponury.  

Po  obiedzie  żona  wyjechała  po  zakupy.  Była  zupełnie  spokojna, 

że Marlena nie wniesie skargi, skoro tylko poprosi ją o przebaczenie i 

obieca,  że  nie  będzie  jej  dokuczać.  Uznała,  iż  w  Europie  panują 

okropne  zwyczaje,  jeśli  za  takie  drobiazgi  zamykają  ludzi  w 

więzieniu. Oburzała się też, że  Harald nie chciał sam załatwić tego  z 

Marleną.  Okropny  człowiek!  Gotów  był  spokojnie  patrzeć,  jak  ją 

prowadzą  do  celi.  Gdyby  ojczulek  to  widział!  Ojczulek  jest  dobry,  a 

Harald  to potwór!  Oho,  odpłaci  mu za  to,  że  ujął  się  za  tą  szkaradną 

Marleną, dla której trzeba być uprzejmą!  

background image

I Katie, niezmiernie wzburzona, kazała się wieść przez najbardziej 

ruchliwe dzielnice miasta, po czym poleciła szoferowi, żeby zatrzymał 

się  przed  znajomą  cukiernią.  To  jej  ulubiony  lokal.  Tutaj  zawsze 

panuje ruch i życie, tu można zawsze znaleźć jakąś rozrywkę.  

 

*        *        * 

 

Zaledwie  Katie  wyszła  z  domu,  Harald  znów  zajrzał  do  pokoju 

Marleny.  Chora  już  się  obudziła  i  pozwoliła  bratu  posiedzieć  przy 

sobie.  Jednak  nie  mogła  się  jeszcze  podnieść,  toteż  leżała  na 

szezlongu.  Harald  z  rozrzewnieniem  wpatrywał  się  w  jej  bladą 

twarzyczkę. Marlena miała białą opaskę na czole, wydawała się przez 

to jeszcze bledsza i jeszcze mizerniejsza.  

- Jak się czujesz?  

- Doskonale! Pani Darlag potwierdzi, że zjadłam obiad z wielkim 

apetytem.  

- Tak, to prawda - potwierdziła staruszka.  

- Posiedzę tutaj z pół godziny, może pani załatwić swoje sprawy. 

Zostanę przy tobie, Marleno.  

- Dobrze, Haraldzie.  

Pani Darlag wyszła z pokoju, a Harald i Marlena zostali sami.  

- Rozmawiałem już z Katie - rzekł brat, zajmując miejsce w fotelu 

obok szezlonga.  

- Ale nie robiłeś jej wymówek z mojego powodu?  

background image

-  Zachowałem  spokój,  choć  nie  bez  trudu.  Katie  jest  absolutnie 

nieobliczalna,  nigdy  nie  wiadomo,  co  jej  wpadnie  do  głowy.  Jej 

niepohamowana gwałtowność sprawia mi wiele zmartwień. Nie trzeba 

było ukrywać przede mną jej wybryków.  

- Ach, Haraldzie, sądziłam, że uda mi się wpłynąć na nią dobrocią 

i łagodnością. Tak bardzo pragnęłam, żeby między wami zapanowała 

zgoda.  

-  Wiem,  Marleno,  chciałaś  spełnić  dobry  uczynek,  ale  nic  nie 

wskórasz  swoją  dobrocią.  Przekonałem  się,  że  z  Katie  należy 

postępować inaczej. Chodzi mi o twój spokój, toteż obmyśliłem inny 

sposób.  

- Jaki?  

-  Właśnie  o  tym  chciałem  z  tobą  pomówić  bez  świadków.  Czy 

rozmowa cię nie męczy?  

-  Nie,  czuję  się  dobrze.  Dawno  bym  wstała,  gdyby  nie  wyraźny 

zakaz lekarza. Jutro już będę chodzić.  

-  Wydaje  mi  się,  że  zawsze  dotrzymujesz  słowa  -  powiedział  z 

uśmiechem.  

- O ile to w mej mocy, zawsze.  

-  Przyrzeknij  mi  w  takim  razie,  że  nie  oszczędzisz  Katie  pokuty, 

którą  dla  niej  wymyśliłem,  i  nie  będziesz  odtąd  taiła  przede  mną  jej 

grzeszków.  

- Czy to konieczne?  

- Jeżeli ci choć trochę zależy na moim spokoju, musisz to uczynić. 

Swoją dobrocią wcale Katie nie pomagałaś.  

background image

-  Nie  chciałam  pozwalać  jej  na  wszystko,  pragnęłam  jedynie 

oszczędzić zmartwień.  

-  Wiem,  Marleno.  Przyrzeknij  mi  jednak,  że  tym  razem  nie 

ułatwisz jej zadania.  

- Daję ci słowo.  

- Dziękuję ci. Metoda, o której wspomniałem, to strach.  

- Strach?  

- Tak, zagroziłem Katie więzieniem.  

- O, Boże!  

-  Powiedziałem  jej,  że  jeśli  cię  nie  przeprosi  i  nie  zmieni  swego 

postępowania  w  stosunku  do  ciebie,  wniesiesz  skargę  do  władz,  ona 

zaś pójdzie do więzienia.  

-  Ach,  Haraldzie,  dlaczego  to  zrobiłeś?  Nie  zależy  mi  na 

przeprosinach Katie.  

W jego oczach pojawił się błysk stanowczości.  

- Katie w to wierzy i musi cię przeprosić. Dawniej także sądziłem, 

że do takich rzeczy nie powinno się nikogo zmuszać. Postępowałem z 

żoną  zupełnie  niewłaściwie.  Nie  wolno  jej  ani  pobłażać,  ani 

ustępować.  Jeżeli  Katie  przestanie  się  bać,  zacznie  znowu  pozwalać 

sobie  na  różne  wybryki.  Powiesz  zresztą  prawdę,  bo  w  istocie  taki 

czyn  jest  karalny.  Pomyśl  tylko,  co  by  się  stało,  gdyby  rzeczywiście 

trafiła  cię  w  oko  lub  skroń.  Bądź  surowa,  każ  jej  długo  prosić  o 

przebaczenie. Jesteś dla niej za dobra, a tym Katie nie zaimponujesz. 

- Dobrze, będę surowa, choć mi to łatwo nie przyjdzie.  

background image

- Dałaś mi słowo, wiem, że dotrzymasz przyrzeczenia. Zrobisz to 

dla mnie, Marleno, prawda?  

Zdradziecki rumieniec pokrył oblicze dziewczyny.  

-  Spełnię  twoje  życzenie,  lecz  bardzo  cię  proszę,  abyś  nie 

postępował z Katie tak surowo. Przebacz jej, Haraldzie.  

- Tego jej nigdy nie zapomnę. To przecież wstrętne, że korzystała 

z  twojej  bezbronności.  Przebaczę  jej,  ale  wiem,  że  źle  robię.  Czy 

wiesz, jakiego męża powinna mieć Katie, żeby się zmieniła?  

- Jakiego? 

-  Takiego,  który  od  czasu  do  czasu  sprawiłby  jej  porządne  lanie. 

To  by  ją  zmusiło  do  poprawy.  Gdybym  jednak  wiedział  nawet,  że  w 

ten  sposób  uratuję  spokój  domowego  ogniska,  nie  zdobyłbym  się  na 

to.  

-  Nie,  nie  możesz  tego  uczynić,  Haraldzie.  Straciłbyś  tylko 

szacunek dla siebie samego. Niech cię Bóg od tego strzeże!  

- Nie  obawiaj się, nikt nie potrafi zmienić swojej natury. No, ale 

na tym koniec! Więcej nie będę cię męczył. Zdenerwowałaś się tylko, 

och, jakie masz rozpalone policzki! Usiądę teraz spokojnie przy tobie, 

poczekam  do  powrotu  pani  Darlag. Spróbuj,  może  uda  ci  się  zasnąć. 

Katie przyjdzie tu jutro, kiedy się lepiej poczujesz.  

W pokoju zapanowała cisza. Harald spojrzał ukradkiem na ścianę 

w  niszy.  W  miejscu,  gdzie  wisiała  poprzednio  jego  fotografia, 

znajdował  się  teraz  jakiś  widoczek.  Marlena  zapewne  schowała  jego 

podobiznę,  lękając  się  odkrycia  swojej  tajemnicy.  Poddał  się 

rozrzewnieniu.  Ręce  mu  drżały,  byłby  je  chętnie  przesunął 

background image

pieszczotliwym  ruchem  po  jej  dłoni,  ale  zabrakło  mu  odwagi. 

Wiedział przecież, że Marlena go kocha, nie chciał mącić jej spokoju. 

Siedział  tak  milczący,  na  pozór  obojętny,  rozkoszując  się  błogą 

ciszą.  Dopiero  gdy  zjawiła  się  pani  Darlag,  podniósł  się  z  miejsca, 

uścisnął dłoń Marleny i wyszedł z pokoju.  

 

*        *        * 

 

Nazajutrz  Harald  również  nie  poszedł  do  biura.  Zadzwonił  do 

pana  Zeidlera  i  oznajmił  mu,  że  Marlena  uderzyła  się  w  głowę,  lecz 

rana  nie  jest  niebezpieczna.  To  Marlena  prosiła,  by  przedstawić 

zajście  w  ten  sposób.  Służbie  powiedziano  to  samo,  a  na  dyskrecji 

pani Darlag można było polegać. Daipah zbyt słabo znała język, żeby 

opowiadać  o  całym  zdarzeniu.  W  biurze  nie  było  teraz  żadnych 

ważnych  spraw,  toteż  Harald  pozostał  w  domu,  chciał  bowiem 

uczestniczyć w pierwszym spotkaniu Katie z Marleną.  

Chora  zeszła  na  śniadanie  z  białą  opaską  na  czole,  choć 

twierdziła,  że  się  już  czuje  dobrze.  Zjadła  posiłek  z  Haraldem; 

gawędziła z nim wesoło, żartowała, starając się spędzić chmury z jego 

czoła.  

Zaraz  po  śniadaniu  zajrzał  lekarz.  Zmienił  opatrunek,  a  z 

pacjentki  był  bardzo  zadowolony.  Po  oględzinach  Harald 

wyprowadził go z pokoju, gdyż chciał zapytać, czy niebezpieczeństwo 

rzeczywiście minęło. Lekarz uspokoił go.  

background image

- Tym razem skończyło się szczęśliwie, ale to, że panna Marlena 

uderzyła się o drzwi jest wierutną bzdurą. Nie będę dochodził, jak to 

się  stało.  O  ile  mogłem  stwierdzić,  ranę  spowodowało  uderzenie 

czymś  twardym  i  ciężkim,  prawdopodobnie  kamieniem.  Ktoś  musiał 

ją z wielką siłą ugodzić w czoło bądź kamieniem, bądź jakimś ciężkim 

przedmiotem  o  bardzo  ostrych  kantach.  Dwa  centymetry  niżej,  a 

straciłaby oko; dwa centymetry w prawą stronę, a mogłaby zginąć.  

-  To  prawda,  panie  doktorze.  Ktoś  rzeczywiście  rzucił  dość 

niezręcznie ciężkim przedmiotem i trafił w Marlenę. Ona zaś, pragnąc 

oszczędzić przykrości sprawcy, wymyśliła tę bajeczkę o drzwiach.  

-  Ów  niezręczny  sprawca  powinien  dziękować  Bogu,  że  tak  się 

skończyło.  Rana  zagoi  się  szybko,  pozostanie  po  niej  drobna, 

niewidoczna  prawie  blizna.  Przyjdę  jeszcze  jutro,  żeby  zmienić 

opatrunek.  

Panowie uścisnęli sobie ręce na pożegnanie.  

Niebawem  nadeszła  Katie.  Niepokój  wewnętrzny  wyrwał  ją  ze 

snu,  toteż  zeszła  wcześniej,  niż  zazwyczaj.  Z  udaną  obojętnością 

weszła do saloniku, gdzie siedzieli już Harald i Marlena. Początkowo, 

nadrabiając  miną,  próbowała  przeprosić  chorą  w  sposób  żartobliwy. 

Dziewczyna  jednak,  wierna  swej  obietnicy,  była  poważna  i  surowa. 

Jednoznacznie dała do zrozumienia, że nosi się z zamiarem wniesienia 

skargi na winowajczynię.  

Dopiero wtedy Katie przelękła się nie na żarty i z wielką skruchą 

prosiła  o  przebaczenie.  Marlena  przyjęła  przeprosiny,  stawiając 

jednak  warunek,  że  Katie  w  przyszłości  przestanie  jej  dokuczać  i 

background image

nigdy  więcej  nie  uderzy  Daipah.  Chora  nie  chciała  przepuścić  okazji 

wspomożenia biednej, ciemnoskórej służącej.  

Przerażona  Katie  przyrzekła  wszystko,  toteż  pokój  został 

przywrócony.  Nieobliczalna  sprawczyni  nie  mogła  się  jednak 

powstrzymać od pytania, czy Marlena nosi białą opaskę, bo jej w tym 

do twarzy.  

Harald wtrącił się do rozmowy.  

-  Będziesz  jutro  przy  zmianie  opatrunku.  Przekonasz  się 

przynajmniej, ile złego narobiłaś.  

- To rana jest aż tak głęboka? - spytała Katie z niedowierzaniem.  

Zanim  jednak  Harald  zdołał  odpowiedzieć,  do  pokoju  wszedł 

służący, niosąc na małej tacy depeszę.  

Harald  wziął  ją,  otworzył  i  przebiegł  tekst  wzrokiem.  Nagle 

zmienił się na twarzy, patrząc z przerażeniem na żonę.  

- Co to za wiadomość, Haraldzie? - spytała. 

Marlena  domyśliła  się  natychmiast,  że  Harald  otrzymał  jakąś  złą 

wieść. Ona również spoglądała na niego z niepokojem.  

Harald  zapomniał  w  jednej  chwili  o  wszystkich  przewinieniach 

żony. Ujął serdecznie jej rękę i rzekł:  

-  Moja  biedna  Katie!  Z  Kota  Radża  przyszła  bardzo  smutna 

wiadomość.  

- Mów, co się stało?! Czy ojczulek zachorował?  

Wstał  i  objął  ją  mocno.  W  jego  geście  było  coś  niezwykle 

rycerskiego i opiekuńczego.  

background image

- Powiedz wreszcie, co się stało! Co z ojczulkiem? Nie męcz mnie 

dłużej, Haraldzie!  

Zanim  Harald  zdążył  się  zorientować,  Katie  wyrwała  mu  z  ręki 

depeszę i przeczytała.  

 

John  Vanderheyden  umarł  dzisiejszej  nocy  na  zawał  serca. 

Formalności  załatwione.  Przyjazd  bezcelowy.  Interesy  w  porządku. 

List w drodze. Kamborg.  

 

Kamborg był prokurentem centrali w Kota Radża.  

Katie  wybuchnęła  nagłą,  gwałtowną  rozpaczą.  Płakała  głośno  i 

przejmująco,  załamywała  dłonie.  Na  próżno  Harald  i  Marlena  starali 

się ją uspokoić. Oskarżała się głośno, że opuściła ojczulka, mówiła, że 

pragnie  go  jeszcze  raz  zobaczyć,  łkała  przez  kilka  godzin,  niepomna 

na słowa serdecznej pociechy. Ta szalona rozpacz trwała do południa. 

Potem zmęczona i wyczerpana dziewczyna zapadła w głęboki sen.  

Płakała  jeszcze  przez  chwilę  po  obudzeniu,  po  czym  z  wielkim 

zainteresowaniem  zaczęła  znów  studiować  żurnale  i  przeglądać 

najnowsze modele żałobnych sukien. Wezwała do siebie modystkę, z 

którą odbyła długą konferencję.  

Harald  udał  się  do  biura,  aby  z  panem  Zeidlerem  pomówić  o 

śmierci swego teścia i wspólnika zarazem. Nie potrafił swemu żalowi 

dać wyrazu tak głośno, jak Katie, lecz odczuwał zgon jej ojca o wiele 

głębiej  niż  córka.  John  Vanderheyden  okazywał  mu  zawsze  szczerą 

przyjaźń  oraz  ojcowskie  przywiązanie.  Harald  lubił  i  cenił  zmarłego, 

background image

szczególnie  bolał  zaś  nad  tym,  że  samotny  starzec  w  ostatnich 

chwilach  nie  miał  przy  sobie  ukochanej  jedynaczki.  Pocieszał  się 

jednak  myślą,  iż  teść  nie  przeczuwał  rychłego  końca  i  miał  lekką 

śmierć.  

Harald  przypomniał  sobie  pożegnanie  z  Vanderheydenem. 

Staruszek  stanął  mu  przed  oczami  jak  żywy,  w  uszach  zabrzmiały 

pamiętne słowa:  

- Odnoszę wrażenie, że już nigdy nie ujrzę Katie, że po raz ostatni 

trzymałem ją w ramionach. Bądź dla niej dobry, Haraldzie, opiekuj się 

moim 

dzieckiem, 

które 

potrzebuje 

twojej 

cierpliwości 

wyrozumiałości.  

-  Tak,  obiecał  przecież,  że  będzie  czuwał  nad  Katie,  obiecał  i 

słowa  dotrzyma.  To  przyrzeczenie  wiązało  go  z  Katie  mocniej  niż 

ślubowanie przed ołtarzem.  

Harald  omówił  z  Zeidlerem  wszystkie  ważne  sprawy.  Po 

powrocie  do  domu  naradził  się  też  z  Marleną.  Po  raz  pierwszy  miał 

okazję  rozmawiać  z  siostrą  o  interesach  i  nie  posiadał  się  ze 

zdumienia,  że  Marlena  tak  dokładnie  zna  sprawy  firmy.  Orientowała 

się  doskonale,  udzieliła  mu  nawet  kilku  dobrych  rad.  Podziwiał  w 

duchu jej inteligencję oraz trzeźwy, jasny pogląd na różne sprawy.  

Gdy  patrzył  na  jej  słodką  twarzyczkę,  na  wysmukłą  postać, 

owianą  czarem  prawdziwej  kobiecości,  wprost  nie  potrafił  sobie 

wyobrazić, że Marlena od tylu lat pracuje w nudnym biurze. Miała o 

wszystkim wyrobione zdanie, a pod wieloma względami prześcignęła 

samego Zeidlera.  

background image

Marlena  radziła,  aby  Harald  przeniósł  centralę  firmy  do 

Hamburga, a filię do Kota Radża.  

-  Powinieneś  w  przyszłości  zamieszkać  na  stałe  w  Hamburgu. 

Wystarczy wtedy, że tylko od czasu do czasu zawitasz w Kota Radża. 

Na  Sumatrze  mógłbyś  z  pewnością  znaleźć  jakiegoś  zdolnego 

urzędnika,  który  objąłby  kierownictwo  filii.  Stały  pobyt  w  tym 

gorącym klimacie zaszkodzi twemu zdrowiu.  

- Skąd w tobie tyle przezorności, Marleno?  

- Pracuję tak długo, że firmę "Forst i Vanderheyden" traktuję jak 

swą własność. Nieraz już myślałam o tym, żeby centralę przenieść do 

Hamburga. Tak przecież było przed wojną.  

Skinął głową.  

- Masz rację, zastanowię się nad tym. Będę jednak musiał jeszcze 

na  kilka  lat  pojechać  do  Kota  Radża,  aby  uporządkować  na  miejscu 

wszystkie  sprawy.  Myślę,  że  pomysł  jest  realny  i  kiedyś  wrócę  na 

stałe do ojczyzny.  

Dyskutowali jeszcze długo nad projektem. Naradzali się też, jakie 

polecenia  należy  wydać,  aby  na  plantacjach  wszystko  szło  dawnym 

trybem aż do przyjazdu Haralda. 

 

*         *        * 

 

Po  krótkim  czasie  rozpacz  Katie  ucichła,  ustępując  miejsca 

śmiertelnej  nudzie.  Żałoba  po  ojcu  zmusiła  ją  do  wyrzeczenia  się 

background image

wszelkich  rozrywek,  nawet  balu, który  tak  gorliwie  planowała.  Katie 

nie umiała znaleźć zadowolenia w zaciszu domowym.  

W  samotności  i  spokoju  upłynął  sierpień,  a  potem  połowa 

września. Harald mógł nareszcie odpocząć, ale Katie wyrzekała wciąż 

na  nudy.  Jej  stosunek  do  Marleny  zmienił  się  w  sposób  radykalny, 

stała  się  dla  szwagierki  słodka  i  uprzejma.  Cierpiała  jedynie  Daipah, 

choć  Katie  nie  miała  odwagi  podnieść  na  nią  ręki.  Pewnego  dnia 

młoda mężatka odezwała się przy stole:  

-  Haraldzie,  nie  wytrzymam  dłużej  takiego  życia,  muszę  coś 

przedsięwziąć.  W  Hamburgu  to  niemożliwe,  przyznaję  sama,  ale 

moglibyśmy  przecież  odbyć  jakąś  podróż.  Chciałabym  zwiedzić  w 

Europie niektóre miejscowości, zanim powrócimy do Kota Radża.  

Harald namyślił się przez chwilę, wreszcie odpowiedział:  

-  Tak,  pojmuję,  iż  jesteś  spragniona  rozrywek,  że  nie  potrafisz 

sobie zapełnić czasu. Ja jednak nie mogę wyjechać na dłużej, teraz w 

biurze mam właśnie wiele ważnych spraw.  

- Rozumiem - rzekła Katie z ożywieniem. - Nie wymagam żebyś 

stale mi towarzyszył. Wyjedziemy razem, ty zostaniesz tak długo, jak 

będziesz  mógł,  a  ja  zatrzymam  się  potem  w  jakiejś  miejscowości, 

która mi się najbardziej podoba. Daipah zostanie ze mną.  

Harald zastanowił się nad tym, w końcu skinął potakująco głową. 

Zawsze  się  starał  spełniać  wszystkie  życzenia  Katie,  ponieważ 

dręczyło go poczucie winy wobec żony, której nie kochał. Katie nigdy 

tego nie odczuwała, bo sama nie darzyła go głębokim uczuciem.  

- Dobrze, Katie, ułożymy plan podróży.  

background image

Katie  z  zapałem  przystąpiła  do  przygotowań.  Humor  jej 

dopisywał, a najbardziej cieszyła ją perspektywa opuszczenia nudnego 

Hamburga. Poza tym mogła się na jakiś czas uwolnić od uciążliwego 

towarzystwa  Marleny.  Dziewczyna  uzyskała  ostatnio  nad  nią 

przewagę, ale nie zaskarbiła sobie tym sympatii młodej bratowej.  

Dłuższa  rozłąka  z  mężem  wcale  Katie  nie  martwiła.  Przeciwnie, 

małżeństwo  także  wydawało  jej  się  nudą;  miała  nadzieję,  że  jako 

słomiana  wdówka  spędzi  kilka  miłych  tygodni  w  jakimś  eleganckim 

uzdrowisku.  

Katie  była  teraz  bardzo  zajęta  i  nie  mogła  doczekać  się  chwili, 

gdy  Harald  zwolni  się  z  biura.  Termin  wyjazdu  wyznaczyli  na 

dwudziestego  września,  przy  czym  Harald  zamierzał  wrócić  w 

połowie  października.  Katie  chciała  do  początku  grudnia  pozostać  w 

jakiejś  miejscowości  kuracyjnej,  lecz  nie  zdecydowała  się  jeszcze 

dotąd, jakiej. Wyboru zamierzała dokonać podczas podróży.  

Marlena oświadczyła, że w czasie nieobecności Haralda wróci do 

biura. Nie sprzeciwiał się jej woli, wiedząc z doświadczenia, że praca 

jest najlepszą pocieszycielką.  

Na  styczeń  zaś  zaplanowano  powrót  do  Kota  Radża.  Święta 

Bożego  Narodzenia  młody  człowiek  chciał  koniecznie  spędzić  w 

kraju.  Nie  pytał  już  Marleny,  czy  wyjedzie  na  Sumatrę.  To  pytanie 

mogło  jej  jedynie  sprawić  ból.  On  sam  czuł  teraz,  jak  ciężko  jest 

ukrywać miłość.  

Rozmyślania o przyszłości pogrążały go w smutku. Małżeństwo z 

Katie  będzie  zawsze  pozbawione  głębi  uczucia,  będzie  jedynie 

background image

koniecznością  wyboru  kompromisów.  Do  końca  życia  przyjdzie  mu 

znosić jarzmo, które sobie dobrowolnie nałożył.  

A Marlena?  

Świadomość, że Marlena bezgranicznie cierpi, nękała go do tego 

stopnia,  iż  z  ulgą  myślał  o  opuszczeniu  Hamburga.  Liczył  na 

krótkotrwałe  odzyskanie  równowagi,  po  powrocie  zaś  być  może  uda 

mu się spokojnie obcować z Marleną.  

Dziewczyna  z  pozorną  obojętnością  przyjęła  wiadomość  o 

podróży  młodej  pary,  lecz  w  głębi  duszy  cierpiała  nad  rozstaniem  z 

Haraldem.  Przyjechał  zaledwie  na  kilka  miesięcy,  z  których  jeden 

miał  spędzić  z  dala  od  niej.  Toteż,  choć  starała  się  mężnie  pokonać 

swój  ból,  choć  uśmiechała  się  pogodnie  -  Harald  wiedział,  co  się 

dzieje  w  jej  sercu.  Najchętniej  całowałby  te  uśmiechnięte, 

bladoróżowe usta, aby ją pocieszyć.  

Nadszedł dzień wyjazdu. Katie pożegnała się z Marleną szybko i 

obojętnie, rozstanie zaś dwojga kochających się ludzi było doskonale 

odegraną komedią. Z uśmiechem patrzyli sobie w oczy, z uśmiechem 

wymienili uścisk dłoni, z uśmiechem powiedzieli "do widzenia", lecz 

serca obojga wysuwały rozpaczliwe oskarżenia przeciw losowi.  

Marlena  zachowywała  się  znacznie  spokojniej  niż  Harald. 

Przypuszczała  wszak,  że  ona  sama  cierpi  nad  rozstaniem,  nie 

wiedziała  o  miłości  Haralda.  Wierny  swej  obietnicy  nawet  słowem 

czy też spojrzeniem nie zdradził uczucia, aby nie zakłócać jej spokoju. 

Przybrana  siostra  wiedziała  wprawdzie  o  wzajemnej  obojętności 

uczuciowej małżonków, wiedziała, że ich pożycie nie jest szczęśliwe. 

background image

Jednego tylko się nie spodziewała - iż to ona posiadła serce młodego 

Forsta.  Rozstawali  się  na  kilka  tygodni,  ale  był  to  już  przedsmak 

następnego  bolesnego  pożegnania  przed  wyjazdem  na  długie  lata. 

Jakkolwiek  bowiem  Harald  zamierzał  przenieść  się  do  Hamburga, 

musiało  upłynąć  jeszcze  kilka  lat  regulowania  wszystkich  spraw  w 

Kota Radża. Ten okres musiał spędzić koniecznie na Sumatrze.  

Nikomu  lata  rozłąki    nie  dłużą  się  tak  bardzo  jak  ludziom 

zakochanym... 

 

*        *        * 

 

Harald  pokazał  Katie  wszystko,  co  pragnęła  zwiedzić.  Pojechali 

przez  Berlin  do  Monachium,  stamtąd  do  Szwajcarii  i  Włoch. 

Przemierzyli  Italię  aż  do  Wenecji,  skąd  przez  Bozen  udali  się  do 

Meranu.  Katie  zatrzymywała  się  we  wszystkich  miejscach,  które  jej 

się  podobały.  Po  przybyciu  do  Meranu  Harald  oświadczył,  że  musi 

wracać  do  Hamburga.  Prosił  Katie,  by  zdecydowała,  gdzie  zamierza 

się zatrzymać na dłuższy czas.  

W  Meranie  panował  wielki  ruch,  sezon  był  jeszcze  w  pełni  i  to 

skłoniło  Katie  do  pozostania  w  tym  mieście.  Zamieszkali  w 

najlepszym  hotelu,  w  którym  poznali  kilka  miłych  osób.  Harald 

bardzo  się  starał,  by  Katie  nawiązała  znajomość  z  różnymi  ludźmi. 

Wkrótce  też  żona  zaprzyjaźniła  się  z  paroma  rodzinami,  a  co 

najważniejsze znalazła sobie spore grono wielbicieli. Piękna, młoda i 

bardzo zalotna kobieta miała tutaj ogromne powodzenie.  

background image

Harald  mógł  teraz  wyjechać  z  czystym  sumieniem,  wiedział 

bowiem,  że  Katie  nie  będzie  się  nudziła  w  czasie  jego  nieobecności. 

Kilka  starszych  pań  poprosił  o  opiekę  nad  żoną,  a  jedna  z  nich 

przyrzekła  mu  nawet,  że  zajmie  się  Katie  jak  własną  córką.  Uczynił 

zatem wszystko, co było w jego mocy. Zdawał sobie sprawę z tego, iż 

Katie  będzie  kokietować  młodych  ludzi,  lecz  to  nie  budziło  w  nim 

zazdrości.  

Nadszedł  dzień  pożegnania.  Żona  w  towarzystwie  kilku 

znajomych  pań  i  panów  odprowadziła  go  na  dworzec.  Śmiejąc  się, 

machała  chusteczką,  gdy  pociąg  ruszył.  Czuła  się  jak  pensjonarka 

przed  wakacjami,  której  udało  się  umknąć  spod  nadzoru  władzy 

szkolnej,  choć  przecież  Harald  nie  okazywał  jej  ostatnio  zbytniej 

surowości.  

Odjeżdżając, Harald długo jeszcze spoglądał na żonę. Dręczyło go 

dziwne  uczucie,  gdy  myślał  o  swoim  złamanym  życiu.  Katie  byłaby 

szczęśliwa z każdym mężczyzną lub też może nieszczęśliwa tak samo, 

jak z nim. On jednak cierpiał katusze u boku tej kobiety.  Im bardziej 

oddalał się od Katie, tym większą czuł tęsknotę za Marleną.  

Już  jutro  ją  zobaczy!  Ta  myśl  spłynęła  na  niego  niczym  gorąca 

fala  szczęścia,  jednocześnie  przypomniał  sobie,  że  spędzi  z  nią 

zaledwie kilka miesięcy, by rozstać się ponownie na długie lata. Jakże 

wytrzymać tę rozłąkę, będąc świadomym, że i Marlena cierpi, że jest 

nieszczęśliwa i tęskni za nim?  

Jak  się  ułożą  stosunki  między  nimi  po  jego  powrocie?  Co  się 

stanie  w  czasie  tych  kilku  lat?  Przyjedzie  jako  stary,  zgorzkniały 

background image

człowiek,  załamany  i  ogarnięty  pesymizmem.  A  Marlena?  I  ona  się 

zmieni,  jej  uroda  przekwitnie,  oczy  stracą  blask.  zwykła  radość  i 

pogoda ducha ustąpią miejsca cichej rezygnacji. Smutna, zniechęcona 

będzie szukała zapomnienia w pracy.  

A  wszystko  dlatego,  że  ożenił  się  z  Katie,  że  nie  uwierzył  w 

istnienie  wielkiej,  płomiennej  miłości.  Harald  poczuł  bolesny  skurcz 

serca. Nie mógł się doczekać chwili, gdy znów ujrzy Marlenę. Chciał 

się przekonać, czy podczas jego krótkiej nieobecności nie utraciła nic 

ze swego czaru i urody.  

Marlena! Marlena!  

Jego  serce  powtarzało  z  bezgraniczną  tęsknotą  imię  ukochanej. 

Przyjechał  do  Hamburga,  nie  zawiadamiając  nikogo  o  swoim 

powrocie.  Chciał  sprawić Marlenie  niespodziankę,  sądził  bowiem,  że 

w  końcu  dziewczyna  się  zdradzi  ze  swoją  miłością  i  przestanie 

panować  nad  sobą.  Sądził,  że  jest  i  tak  w  lepszym  położeniu,  bo  on 

wie o jej uczuciu, ona zaś uważała, że kocha go bez wzajemności.  

Gdy  to  sobie  uświadomił,  powziął  nagle  postanowienie,  iż  przed 

wyjazdem  do  Kota  Radża  powie  Marlenie  o  swojej  miłości.  Tak, 

Marlena  musi  się  o  tym  dowiedzieć.  Wiedział  z  doświadczenia,  jak 

wielka  to  pociecha,  gdy  można  liczyć  na  wzajemność  ukochanej 

istoty,  choćby  nawet  nie  istniała  możliwość  połączenia  się  z  nią  na 

wieki.  W  ostatniej  chwili,  tuż  przed  podróżą  do  Kota  Radża,  wyzna 

Marlenie wszystko. Nie chciał z nią wcześniej o tym rozmawiać, aby 

jej oszczędzić walki wewnętrznej.  

background image

To  postanowienie  napełniło  go  otuchą.  Dlaczego  miałby  sobie  i 

Marlenie  odmawiać  tej  jedynej  pociechy?  Nie  musieliby  wówczas 

ukrywać  swych  uczuć,  mogliby  przynajmniej  o  sobie  myśleć.  Na 

godzinę przed podróżą Marlena dowie się o jego miłości...  

Około ósmej wieczorem pociąg przybył na dworzec w Hamburgu. 

Harald  zostawił  walizki  w  przechowalni  bagażu,  a  sam  wsiadł  do 

taksówki.  Kazał  szoferowi  zatrzymać  się  na  rogu  ulicy,  zapłacił  mu, 

po  czym  ruszył  pieszo  do  domu.  Przeszedł  przez  ogród  i  ukradkiem 

podszedł do willi. Z okien saloniku padało światło. Ostrożnie  wszedł 

na taras, a po chwili zajrzał do pokoju.  

Marlena siedziała przy okrągłym stoliku, przed nią leżała otwarta 

książka. Blask lampy rozniecał złociste iskierki w jej jasnych włosach. 

Harald  dostrzegł  wyraźnie  wąską  różową  bliznę  na  białym,  pięknym 

czole.  Dziewczyna  nie  czytała,  lecz  wsparłszy  głowę  na  łokciach, 

wodziła rozmarzonym wzrokiem dookoła.  

Czyżby myślała o nim?  

Wlepił  spragnione  oczy  w  swą  ukochaną,  rozkoszując  się  jej 

widokiem.  Ogarnęło  go  niezwykłe  błogie,  rzewne  uczucie.  Czy 

Marlena  czuła  jego  wzrok  na  sobie?  Czy  przeczuwała,  że  w  pobliżu 

znajduje się mężczyzna, któremu złożyła swoje serce  w dani!? Nagle 

zaczęła  się  z  niepokojem  rozglądać  wokoło,  po  czym  przycisnęła 

dłonie  do  piersi.  Po  chwili  potrząsnęła  głową  i,  pochyliwszy  się, 

zaczęła czytać.  

background image

Ostrożnie,  bardzo  cicho,  opuścił  Harald  swoją  kryjówkę, 

zmierzając  w  stronę  drzwi.  Kilka  chwil  później  stanął  w  saloniku. 

Marlena drgnęła z przestrachu.  

- Haraldzie!  

W słowie tym zabrzmiała gorąca, szczera miłość. Podszedł do niej 

i ujął ją za rękę.  

- Oto jestem znowu, Marleno!  

-  Przelękłam  się  trochę,  choć  miałam  przeczucie,  że  właśnie 

dzisiaj przyjedziesz. Dlaczego nas o tym nie zawiadomiłeś?  

- Nie miałem na to czasu.  

- A gdzie została Katie?  

-  W  Meranie,  tam  jej  się  najbardziej  spodobało.  Zamierza 

przeprowadzić  kurację  winogronową,  żeby  nie  stracić  smukłej 

sylwetki.  Meran  jest  bardzo  ruchliwym  miastem,  a  kuracjusze  są 

niezwykle wytworni. Katie ma tam wielu znajomych. Pozostawiłem ją 

pod  opieką  pewnej  starszej  pani,  która  obiecała  mi,  że  będzie 

towarzyszyć  mojej  żonie.  Katie  nie  przejmowała  się  zbytnio  rozłąką 

ze  mną.  Należałoby  jej  właściwie  zazdrościć,  pomyśl  tylko,  jak 

prędko przebolała śmierć ojca.  

- To prawda. Miejmy nadzieję, że Meran długo jeszcze będzie jej 

odpowiadał. Czy Daipah została z nią?  

-  Oczywiście,  Katie  nie  potrafi  się  bez  niej  obejść.  Daipah  jest 

zresztą równie przedsiębiorcza i złakniona rozrywek jak jej pani.  

Rozmowę  tę  prowadzili  zbyt  nerwowo,  mówili  szybko,  by  ukryć 

wewnętrzną radość ze spotkania. Wreszcie Marlena odezwała się: 

background image

- Jesteś zapewne głodny i zmęczony.  

Zaśmiał się jak uczniak, który przyjechał właśnie na wakacje.  

- A ty już jesteś pewnie po kolacji?  

- Tak, ale dotrzymam ci towarzystwa przy stole.  

-  To  bardzo  miło  z  twojej  strony.  Wydaj  polecenia  służbie,  a  ja 

pójdę się przebrać.  

Parę  minut  później  siedzieli  oboje  naprzeciw  siebie  przy  stole. 

Marlena  niczym  mała  gospodyni  przysuwała  Haraldowi  półmiski, 

nakładała  mu  na  talerz  potrawy,  on  zaś  jadł  wszystko  i  patrzył  z 

uśmiechem w jej oczy.  

-  Ach,  jak  mi  z  tobą  dobrze,  Marleno!  Kto  przez  kilka  tygodni 

wędrował  od  hotelu  do  hotelu,  potrafi  docenić  prawdziwy  spokój  i 

wygody we własnym domu. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru!  

-  Zwiedziliście  wiele  pięknych  miejsc,  dostałam  wasze  karty  z 

widokami - rzekła Marlena, pragnąc skierować rozmowę na inne tory.  

Skinął głową, nie spuszczając z niej oczu.  

- Tak, podróż była piękna. Ach, Marleno, z drżeniem serca myślę 

o tym, jakie życie będę wkrótce prowadził w Kota Radża. 

- Nie trać nadziei, może wreszcie między tobą i Katie dojdzie do 

zgody. W ostatnich czasach była spokojniejsza i bardziej uprzejma dla 

mnie.  

Zaśmiał się ironicznie.  

-  O  tak,  lękała  się  przecież  więzienia!  Nie  mówmy  o  tym,  chcę 

przynajmniej  na  krótko  zapomnieć  o  kłopotach.  Chociaż  w  czasie 

pobytu Katie w Meranie, pragnę mieć w domu spokój. Teraz będziesz 

background image

musiała dbać o mnie, Marleno. Postarajmy się oboje wykorzystać ten 

czas jak najlepiej.  

-  Tak,  Haraldzie,  muszę  się  tobą  zająć,  powinieneś  się  trochę 

poprawić. Wyglądasz tak mizernie...  

- Ja też się o to postaram. Zobaczysz, jak nam będzie dobrze. Gdy 

wyjadę  do  Kota  Radża,  będziemy  oboje  wspominali  ten  czas  jak  raj 

utracony.  

Spłonęła  rumieńcem,  nie  śmiejąc  podnieść  oczu.  Czuł,  że  się 

zagalopował, toteż postanowił to naprawić. 

- Czy będziesz do mnie pisywała? - spytał.  

- Oczywiście, jeśli sobie tego życzysz.  

- Zaniedbałem wiele w ciągu tych ostatnich lat, a teraz żałuję, że 

do siebie nie pisywaliśmy. Poznalibyśmy się znacznie lepiej. Zawsze 

czynię sobie z tego powodu wyrzuty.  

-  Byłam  przecież  niemądrą,  małą  dziewczynką,  Haraldzie,  cóż 

mogłabym ci napisać?  

-  Ach,  nie  przypominaj  mi  własnej  głupoty,  Marleno.  Uważałem 

cię za małą dziewczynkę, dlatego też nie korespondowałem  z tobą, a 

przecież  twoje  listy  wniosłyby  tak  wiele  w  moje  monotonne  życie. 

Cierpiałem  bardzo  w  samotności  i  ta  samotność  skłoniła  mnie 

wreszcie  do  poślubienia  Katie.  Musisz  mi  pisać  o  wszystkim, 

Marleno, o swoim życiu, pracy, zamiarach.  

-  Bardzo  chętnie,  Haraldzie.  Napiszę  ci  o  wszystkim,  nie  wiem 

tylko, czy cię to zajmie.  

background image

-  Wszystko,  co  dotyczy  ciebie,  zajmuje  mnie  ogromnie. 

Chciałbym, żebyś nie miała przede mną tajemnic.  

-  A  ty,  Haraldzie,  napiszesz  mi  o  tym,  jak  się  ułożyły  wasze 

stosunki z Katie.  

-  Dobrze.  Powiedz  mi  teraz,  co  robiłaś  ostatnio,  gdy  ja 

podróżowałem.  

-  Byłam  znowu  w  biurze.  Pan  Zeidler  powitał  mnie  z  wielką 

radością.  

-  Wierzę  ci,  Zeidler  ubolewał  nad  tym,  że  nie  przychodzisz  do 

biura. Zdaje mi się, że nie może się bez ciebie obejść.  

- Mieliśmy sporo roboty.  

- Wyobrażam sobie. To cię pewnie ucieszyło?  

- O tak! Przy pracy czas płynie szybciej.  

- Niedawno zastanawiałem się nad tym, co to będzie, gdy po paru 

latach  wrócę  do  Hamburga.  Ciekawi  mnie,  czy  cię  zastanę  w  tym 

domu?  

Nie  przeczuwała  nawet,  jaki  niepokój  dręczył  Haralda,  kiedy 

zadawał to pytanie.  

- Dokąd miałabym odejść, Haraldzie? Zostanę tutaj, jak długo mi 

pozwolisz.  

- Nie o to chodzi, Marleno. Może jednak wyjdziesz za mąż...  

Pobladła jak opłatek i przecząco pokręciła głową.  

- Nie, nigdy! - odparła stanowczo.  

Serce Haralda gwałtownie zabiło.  

- Więc tak bardzo kochasz tego człowieka? - spytał wzruszony.  

background image

- Nie  wiem, czy można kochać mniej lub więcej. Kocha się albo 

nie. Gdy się już jednak kocha, trzeba dochować wiary swej miłości - 

rzekła z prostotą.  

-  Jak  możesz  zmarnować  sobie  całe  życie  takim  beznadziejnym 

uczuciem? - spytał Harald stłumionym głosem.  

Marlena  zamyśliła  się.  Nie  wiedziała,  że  Harald  już  odkrył  jej 

tajemnicę.  Od  czasu,  gdy  opowiedziała  mu  bajeczkę  o  miłości  do 

jakiegoś nieznajomego, czuła się pewna siebie.  

- Wiem, że jest beznadziejne - rzekła. - To jednak wcale mnie nie 

przeraża.  Najgorsze,  co  się  może  człowiekowi  przydarzyć,  to  nie 

zaznać prawdziwej miłości.  

Harald wsparł głowę na dłoni.  

-  Kobiety  zapatrują  się  na  te  sprawy  inaczej  niż  mężczyźni  - 

szepnął.  

Zmienił  temat  rozmowy,  gdyż  ten  wydał  mu  się  nazbyt 

niebezpieczny. A jednak słuchał przy tym chciwie jej słów, napełniały 

go one niewysłowioną rozkoszą.  

Ach, jakie to szczęście, że mógł być pewny Marleny, że nigdy nie 

będzie  należała  do  innego  mężczyzny!  W  duchu  oskarżał  siebie  o 

egoizm,  lecz  jej  słowa  wlały  spokój  w  jego  serce.  Biedna  Marlena! 

Byłoby  dla  niej  lepiej,  gdyby  się  zdecydowała  wyjść  za  mąż,  szkoda 

takiej urody i jej młodości. Ale Harald nie potrafił opanować wielkiej 

radości  na  myśl  o  tym,  że  Marlena  pozostanie  wierna  człowiekowi, 

którego pokochała.  

background image

Minęło  kilka  tygodni.  Haraldowi  i  Marlenie  upłynęły  one  jak 

rajski  sen,  z  którego  trudno  się  zbudzić.  Oboje  z  wielkim  wysiłkiem 

panowali  nad  sobą,  by  nie  zdradzić  się  ze  swoim  uczuciem.  Dni 

spędzone  w  spokoju  i  ciszy  uznali  za  cudowny  dar  niebios.  Każde  z 

nich  przyrzekło  sobie  w  duchu,  że  w  przyszłości  będzie  żyło 

wspomnieniem tych błogich chwil.  

Marlena  nie  mogła  wysiedzieć  w  domu,  gdy  Harald  szedł  do 

biura.  Towarzyszyła  mu  w  obowiązkach,  pracowała  z  nim  i  panem 

Zeidlerem w wielkiej harmonii. Myślała sobie nieraz:  

- Gdy Harald wyjedzie, wszystko w biurze i w domu będzie mi go 

przypominało.  Nie  będę  tak  dotkliwie  odczuwała  swojej  samotności, 

żyjąc wspomnieniami.  

Haraldowi  jednak  nie  wystarczały  wspomnienia  -  był  przecież 

mężczyzną.  Przeklinał  swój  los  i  zastanawiał  się  poważnie  nad  tym, 

czy  wytrwa  do  końca  w  małżeńskich  kajdanach.  Czy  to  warto,  żeby 

razem z Marleną tak się męczyli i byli nieszczęśliwi tylko dlatego, by 

oszczędzić drobnej przykrości Katie? Sądził, że Katie wcale by się nie 

przejęła,  gdyby  zażądał  od  niej  wolności.  Może  nawet  byłaby 

zadowolona,  bo  przecież  sama  czuła,  że  to  stadło  nie  jest 

najszczęśliwsze. Niegdyś była  w nim zakochana, ale teraz to uczucie 

minęło bezpowrotnie. Nie miała potrzeb duchowych, wystarczyłby jej 

pierwszy lepszy przystojny mężczyzna.  

Takie  myśli  szybko  jednak  pierzchały.  Harald  miał  cały  czas  w 

pamięci  obietnicę  daną  Johnowi  Vanderheydenowi.  Czyż  mógłby 

złamać słowo? Nie, nie! Nie wiadomo zresztą, czy Katie by się na to 

background image

zgodziła. Była nieobliczalna. Kto wie, czy zdecydowałaby się zwrócić 

mężowi  wolność,  gdyby  wiedziała,  że  mu  na  tym  bardzo  zależy.  I  z 

ciężkim sercem wyrzekł się Harald myśli o rozwodzie.  

Tak  mijał  dzień  za  dniem.  Katie  pisywała  od  czasu  do  czasu 

krótkie  kartki.  Gdy  jednak  zbliżał  się  termin  jej  powrotu  z  Meranu, 

Harald otrzymał od niej dość długi list. Wiedział, że jest leniwa, toteż 

zdziwił się niezmiernie.  

Katie  donosiła,  że  w  Meranie  jest  cudownie,  bawi  się  świetnie  i 

teraz zrozumiała, jak piękne jest życie. Ma tutaj wielkie powodzenie, 

nie  chce  zatem  powrócić  do  nudnego  Hamburga.  Jeśli  Harald  za  nią 

tęskni,  to  może  ją  odwiedzić  w  uzdrowisku.  Zeidler  i  Marlena  mogą 

za  niego  załatwić  nudne  sprawy.  Gdyby  jednak  nie  mógł  przyjechać, 

to  niech  przynajmniej  się  zgodzi  na  jej  dłuższy  pobyt  w  Meranie,  w 

którym pozostałaby chętnie do końca życia.  

Ten  list  zdradził  naiwny  egoizm  Katie,  która  podejrzewała,  że 

Harald  w  czasie  jego  lektury  uśmiechnie  się  mimowolnie.  Mąż 

odpowiedział jej bardzo uprzejmie. Napisał, że w Kota Radża czeka ją 

niewiele  rozrywek,  toteż  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  żeby  została  w 

Meranie. Sądził, iż pobyt w uzdrowisku wpłynie korzystnie na jej stan 

zdrowia.  Nie  przyjedzie  zatem  sam,  ale  posyła  pieniądze.  Na  koniec 

życzył  jej  wesołej  zabawy,  prosząc  zarazem,  żeby  pochłonięta 

rozrywkami,  nie  zapomniała  o  tym,  iż  jest  córką  Johna 

Vanderheydena, i nie przekraczała dozwolonych granic.  

background image

To  ostatnie  zdanie  nie  wypływało  bynajmniej  z  zazdrości. 

Podyktowało je jedynie poczucie obowiązku wobec żony. Była młoda 

i lekkomyślna, taka przestroga mogła się jej przydać.  

Harald  cieszył  się  w  duchu,  że  Katie  chce  dłużej  pozostać  w 

Meranie. Nie czuł się dotknięty brakiem uczucia żony.  

 

Od chwili wysłania listu minęło kilka dni. Harald siedział właśnie 

w biurze z Marleną i panem Zeidlerem, gdy woźny przyniósł depeszę. 

Przeczytał  ją  natychmiast,  po  czym  zbladł  jak  płótno  i  spojrzał 

przerażony na siostrę.  

- Czy to zła wiadomość? - spytała zatroskana.  

- Tak, Marleno.  

- Od Katie?  

W  milczeniu  podał  jej  depeszę.  Odczytała  ją  i  także  śmiertelnie 

pobladła. Depesza brzmiała:  

 

"Pani Katarzyna Forst uległa wypadkowi. Stan ciężki. Przyjechać 

natychmiast. Klinika doktora Wintera".  

 

- O Boże, co się mogło stać? - szepnęła Marlena.  

Zerwał się z miejsca.  

-  Wyjeżdżam  zaraz.  Poproś  panią  Darlag,  żeby  kazała  spakować 

podręczny  bagaż.  Poczekaj  chwilę,  zajrzę  tylko  do  rozkładu  jazdy  i 

zobaczę, kiedy odchodzi najbliższy pociąg.  

Zaczął nerwowo przerzucać kartki, po czym spojrzał na zegarek.  

background image

- Mam przeszło  godzinę czasu. Przygotuj mi wszystko, Marleno. 

Jeszcze chwilkę zostanę tu, w biurze.  

- Dobrze, Haraldzie - odparła, po czym pośpieszyła do domu.  

Harald  naradził  się  z  Zeidlerem.  Był  przy  tym  bardzo 

zdenerwowany.  

-  Miejmy  nadzieję,  że  stan  pańskiej  małżonki  nie  jest  groźny  - 

powiedział prokurent.  

- Daj Boże! Takie depesze niczego w zasadzie nie mówią, są zbyt 

lakoniczne. W takich wypadkach nie powinno się robić oszczędności. 

Gdyby napisali więcej, oszczędziliby mi niepokoju.  

Marlena  przygotowała  Haraldowi  wszystko.  Samochód  zajechał 

przed  bramę.  Zapakowaną  walizkę  włożyła  już  do  bagażnika.  Po 

chwili zjawił się Harald. Blady, strwożony uścisnął rękę Marleny.  

-  Gdybym  była  potrzebna,  wezwij  mnie  natychmiast  -  szepnęła 

cicho. 

Skinął  głową.  Popatrzył  na  małą  różową  bliznę  na  jej  czole. 

Przypomniał  sobie  moment,  gdy  zawołano  go  do  Marleny.  Pamiętał, 

jak leżała blada, brocząc krwią. Oby wypadek Katie skończył się tak 

pomyślnie!  

- Bywaj zdrowa, Marleno!  

Samochód  ruszył.  Harald  zdążył  na  pociąg.  Jazda  wydawała  się 

nieskończenie  długa.  Młody  Forst  bardzo  się  niepokoił.  Co  mogło 

przytrafić się Katie? Depeszę wysłano z kliniki więc wypadek musiał 

być  ciężki.  Żałował,  że  pozwolił  Katie  zostać  w  Meranie.  Pocieszał 

się tylko myślą, iż bez jego pozwolenia i tak zostałaby tam dłużej.  

background image

W  jednej  chwili  zapomniał  o  wszystkich  przykrościach,  których 

doznał od Katie. Pamiętał tylko o nieszczęściu żony, a to obudziło  w 

jego sercu głębokie współczucie. Nie mógł się doczekać chwili, kiedy 

znajdzie się wreszcie przy niej i pomoże jej w jakiś sposób.  

Nazajutrz rano przybył do Meranu i prosto z dworca pojechał do 

kliniki doktora Wintera. Był to bardzo wytworny szpital, położony  w 

malowniczej, górskiej okolicy.  

Haralda przyjęła jakaś pani, jak się potem okazało - kierowniczka 

obiektu. Od niej dowiedział się ogólnie, co się stało. Katie wybrała się 

na przejażdżkę powozem z pewnym  młodym  wiedeńczykiem, panem 

Passenheimem,  znanym  sportsmenem.  Miał  on  właśnie  zamiar 

wypróbować  parę  młodych  koni.  Katie  przebywała  często  w  jego 

towarzystwie i uparła się, że pojedzie z nim, choć wszyscy znajomi jej 

to odradzali.  

Passenheim  oświadczył  ze  śmiechem,  że  pani  Forst  jest 

najodważniejszą  ze  znanych  mu  kobiet.  Przejażdżka  będzie  bardzo 

przyjemna, zwłaszcza że on doskonale powozi. Ręczy osobiście za jej 

bezpieczeństwo.  Katie,  otulona  futrem,  wsiadła  do  powozu.  Młodzi 

ludzie  pojechali  najpierw  do  pobliskiej  wioski  w  górach.  Jazda 

rzeczywiście  wydawała  się  znakomita.  Oboje  posilili  się  w  wiejskiej 

gospodzie i w świetnym nastroju ruszyli w drogę powrotną.  

Tymczasem  spadł  śnieg,  który  zasypał  zamarznięte  ścieżki. 

Passenheim  postąpił  lekkomyślnie,  jadąc  powozem  zamiast  saniami. 

Pani Forst wolała jednak elegancki powozik. Droga powrotna stała się 

ogromnie uciążliwa, biegła bowiem w dół, wzdłuż stromego urwiska. 

background image

W  pewnym  niezwykle  niebezpiecznym  miejscu  jeden  z  koni 

poślizgnął  się.  Passenheim,  chcąc  go  powstrzymać  od  upadku, 

podciągnął mocniej cugle. Koń jednak spłoszył się, cofnął gwałtownie 

i  pociągnął  za  sobą  drugiego  konia.  Tylne  koła  wozu  wjechały  na 

urwisko.  

Zanim  się  woźnica  zorientował  w  sytuacji,  powóz  runął  do 

głębokiego wąwozu. Tam właśnie znaleziono omdlałą panią Forst. Ze 

szczątków  powozu  wydobyto  zwłoki  Passenheima,  któremu  koń 

zmiażdżył podkową czaszkę. Konie były martwe.  

Harald, blady i drżący, słuchał tej opowieści.  

- A moja żona? - spytał.  

- Niech się pan uspokoi, musi pan zebrać siły, żeby ich starczyło 

na  potem.  Małżonka  pańska  podczas  upadku  doznała  poważnych 

uszkodzeń  kręgosłupa.  Jest  ciężko  chora,  lecz  na  szczęście  nie  zdaje 

sobie sprawy z grozy sytuacji...  

-  Czy  mogę  zobaczyć  żonę?  -  zapytał  Harald  trwożnie, 

wstrząśnięty do głębi.  

-  Czekam  właśnie  na  doktora  Wintera,  powinien  nadejść  lada 

chwila.  Jest  teraz  u  pańskiej  żony.  Polecił  mi,  żebym  panu  wszystko 

opowiedziała  i  przygotowała  pana.  Nasz  zakład  przyjmuje  właściwie 

tylko rekonwalescentów, lecz był  najbliżej miejsca wypadku, dlatego 

przewieziono  tutaj  pańską  żonę.  Doktor  Winter  zaznajomi  pana 

dokładnie ze stanem pacjentki, zjawi się najdalej za kilka minut.  

background image

Harald padł na krzesło i patrzył przed siebie tępym wzrokiem. W 

chwilę  później  przybył  doktor  Winter.  Kierowniczka przedstawiła  go 

Haraldowi, po czym rzekła:  

-  Zostawiam  panów  samych.  Pan  Forst  zna  już  mniej  więcej 

przebieg wypadków.  

- Czy mogę zobaczyć się z żoną? - spytał Harald lekarza.  

-  Nic  nie  stoi  temu  na  przeszkodzie.  Zaprowadzę  pana  do  jej 

pokoju,  ale  wcześniej  muszę  panu  udzielić  kilku  wskazówek.  Przede 

wszystkim  żona  pańska  nie  wie,  że  jej  przypadek  jest  groźny.  Nie 

czuje  bólu, a  tylko  ogromne  znużenie,  toteż  przypuszcza,  że  wkrótce 

wyzdrowieje.  Ja  jednak  muszę  pana  uprzedzić  o  niebezpieczeństwie. 

Niestety,  pacjentka  nigdy  w  zupełności  nie  odzyska  zdrowia.  Jeżeli 

ma  pan  z  nią  jakieś  ważne  sprawy  do  omówienia,  proszę  to  zrobić 

teraz, ponieważ czuje się lepiej i jest przytomna. Zatailiśmy przed nią, 

że  jej  towarzysz,  niejaki  pan  Passenheim,  nie  żyje.  Żona  pańska 

przypuszcza, iż leży on w sąsiednim pokoju, ze złamaną nogą i ranami 

na rękach. Utrzymujemy ją w tym mniemaniu, a nawet odbieramy od 

niej wiadomości dla niego i wymyślamy odpowiedzi. Powiedzieliśmy 

jej, jakoby Passenheim z powodu złamań nie mógł jej ani odwiedzić, 

ani  napisać  kartki.  Niech  pan  nie  mówi  prawdy,  bo  każde 

zdenerwowanie  szkodzi  chorej.  Gdyby  czegoś  żądała,  trzeba  jej 

przyrzec  spełnienie  każdej  prośby.  Niech  pan  niczego  nie  odmawia, 

nawet  gdyby  jej  życzenia  wydawały  się  panu  dziwne.  Proszę,  niech 

pan o tym pamięta!  

background image

Te  ostatnie  słowa  lekarz  wypowiedział  ze  szczególnym 

naciskiem, patrząc przy tym na Haralda w sposób wielce zagadkowy.  

-  Zastosuję  się  ściśle  do  pańskich  wskazówek,  doktorze. 

Oczywiście, spełnię teraz każde życzenie żony.  

-  Tak,  oczywiście...  Bywają  jednak  życzenia,  których  nie  można 

spełnić.  Pan  wszakże  musi  zgodzić  się  na  wszystko,  byle  tylko  nie 

denerwować chorej. Nie powinna się domyśleć, że jej stan jest ciężki 

i...  że  ten  Passenheim  nie  żyje.  Zdaje  się,  że  łączyła  ich  wielka 

przyjaźń...  

Mówiąc  to,  lekarz  spojrzał  ze  współczuciem  na  bladą  twarz 

Haralda.  Wyglądało  to,  jakby  coś  pragnął  przed  nim  ukryć,  coś,  co 

sprawiłoby  mu  jeszcze  większy  ból.  Harald  jednak  był  tak 

przygnębiony i oszołomiony, że nie zwrócił na to uwagi.  

- Proszę mnie zaprowadzić do żony, panie doktorze, zgadzam się 

na wszystko - rzekł.  

-  Niech  pan  idzie  za  mną.  W  obecności  pacjentki  musi  pan 

zachować  absolutny  spokój,  to  jedyne,  co  może  pan  dla  niej  w  tej 

chwili uczynić.  

Weszli  na  długi  korytarz.  Harald  zapomniał  o  wszystkim,  co 

niegdyś  w  zachowaniu  Katie  go  raziło,  zapomniał  o  jej  wybrykach  i 

rozlicznych  wadach.  Teraz  widział  w  niej  tylko  nieszczęśliwą,  chorą 

istotę,  którą  powierzył  jego  opiece  John  Vanderheyden.  Ach,  jak  to 

dobrze,  że  ojciec  tego  nie  dożył!  Ogarnęło  go  bezgraniczne 

współczucie.  Katie  była  taka  młoda,  tak  piękna  i  tak  spragniona 

background image

rozrywek,  a  teraz  nie  pozostaje  jej  nic  innego,  jak  długa,  powolna 

wegetacja, jeżeli w ogóle będzie żyć. Co można dla niej uczynić?  

Harald  gotów  był  ponieść  każdą  ofiarę.  Przysiągł  sobie,  że  bez 

słowa  skargi  poświęci  jej  całe  życie.  Nie  potrafił  sobie  wprost 

wyobrazić, że to młode istnienie jest skazane na zagładę.  

Na  końcu  korytarza  lekarz  otworzył  jakieś  drzwi  i  wpuścił 

Haralda do jasnego, dużego pokoju. Między oknami stało białe łóżko, 

na  którym  leżała  Katie.  Ten  widok  wstrząsnął  młodym  Forstem. 

Świeża różowa twarzyczka Katie była teraz blada, bezkrwista. Chora 

miała zamknięte oczy i leżała bez ruchu. Mąż ledwie ją poznał, nawet 

jej rysy dziwnie się zmieniły.  

Z  trudem  zebrał  siły,  aby  nie  stracić  panowania  nad  sobą.  Obok 

łóżka  siedziała  siostra  miłosierdzia.  Gdy  Harald  wszedł,  siostra 

wstała, Katie zaś otworzyła oczy. Spojrzała na męża, a jej usta okrasił 

blady  uśmiech.  Jej  zazwyczaj  wesołe,  błyszczące  oczy  były  teraz 

mętne i szkliste.  

- Harald! Przyjechałeś? Nie gniewaj się na mnie, że sprawiłam ci 

tyle kłopotu - rzekła Katie zmienionym, bezdźwięcznym głosem.  

Lekarz i siostra miłosierdzia wyszli z pokoju, zamykając za sobą 

drzwi. Harald usiadł na miejscu pielęgniarki i ujął rękę żony.  

-  Moja  biedna,  kochana  Katie!  Jakżebym  mógł  gniewać  się  na 

ciebie? To przecież nie twoja wina, że spotkało cię to nieszczęście.  

-  Moja  wina,  bo  nie  powinnam  była  jechać.  Wszyscy  mi 

odradzali,  a  pani  Hallen,  moja  opiekunka,  bardzo  się  gniewała. 

Powiedziała,  że  zrzeka  się  dalszej  opieki  nade  mną.  Tak,  wszyscy 

background image

chcieli  mnie  nakłonić  do  tego,  bym  zaniechała  tej  przejażdżki. 

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Passenheima.  Bo  widzisz,  on  lubi  odważne 

kobiety, a ja nie chciałam okazać się tchórzem. Wsiadając do powozu, 

pomyślałam  nagle  o  tobie  i  odniosłam  wrażenie,  że  słyszę  twój  głos: 

"Nie rób tego, Katie!" Mimo to pojechałam.  

Pogładził jej rękę.  

-  Biedna,  maleńka  Katie!  Jakże  mi  ciebie  żal!  -  powiedział, 

patrząc  na  jej  przezroczystą  twarzyczkę,  którą  tak  dziwnie  zmieniło 

cierpienie.  

-  Teraz  nic  mnie  już  nie  boli,  Haraldzie,  wkrótce  będę  zupełnie 

zdrowa.  Tylko  w  chwili,  gdy  się  powóz  staczał  i  zostałam  nagle 

przytłoczona  jego  ciężarem,  poczułam  okropny,  przejmujący  ból. 

Trwało to krótko, gdyż straciłam przytomność. Kiedy się obudziłam z 

omdlenia, czułam się dobrze, byłam jedynie bardzo osłabiona. Jeszcze 

dotąd  zmęczenie  nie  ustąpiło,  doktor  Winter  powiada,  że  to  z 

przestrachu. Widziałam spłoszone konie i chciałam wtedy wyskoczyć 

z  powozu,  nie  wiedziałam  jednak,  w  jakim  kierunku.  Usłyszałam 

tylko  głos Passenheima: "Zachować się spokojnie!" W chwilę potem 

powóz runął, a ja zamknęłam oczy.  

Harald pocałował ją w rękę.  

- Biedna Katie! - powtórzył.  

Spojrzała na niego z lekkim zakłopotaniem i niepokojem.  

-  Jesteś  dla  mnie  zbyt  dobry,  Haraldzie,  nie  zasługuję  na  to.  Bo 

widzisz,  muszę  ci  coś  wyznać...  Powiem  to  zaraz,  dopóki  jeszcze 

jesteś taki dobry...  

background image

- Co ci leży na sercu, Katie?  

- Haraldzie... Nasze pożycie nie było takie, jak być powinno...  

- To się teraz zmieni, Katie. Postaram się wszystko naprawić.  

Na twarzy Katie odmalowała się wyraźna trwoga.  

- Nie, nie, tego nie można naprawić... Teraz dopiero zrozumiałam, 

że nigdy nie kochałam cię prawdziwie, ani ty mnie... To zupełnie inne 

uczucie, gdy się kogoś kocha.  

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć,  Katie?  -  spytał  Harald  ze 

zdziwieniem.  

-  Dowiedziałam  się,  jak  to  jest,  gdy  kocha  się  kogoś  szczerze, 

całym  sercem.  I  proszę  cię,  Haraldzie,  zwróć  mi  wolność.  Jestem 

chora, nie możesz mi odmówić. Przecież nie chcesz, żebym przez całe 

życie była nieszczęśliwa. Dręczyłam cię zawsze moim uporem, bo cię 

nie  kochałam.  Gdy  kobieta  kocha  mężczyznę  naprawdę,  wówczas 

spełni każde jego życzenie.  

Harald  patrzył  osłupiały  na  Katie.  Z  jego  piersi  uleciało 

westchnienie. Spytał drżącym głosem:  

- Więc kochasz innego mężczyznę?  

-  Tak,  Haraldzie,  a  jeżeli  nie  zwrócisz  mi  wolności,  złamiesz  mi 

życie. Nie wolno ci postąpić tak okrutnie.  

Oto  była  znowu  uparta,  naiwna,  samolubna  Katie,  która  bez 

namysłu żądała tego, co się jej podobało. Ale teraz Harald nie myślał 

o  tym.  Czuł  cały  tragizm,  zawarty  w  życzeniu  śmiertelnie  chorej 

kobiety,  która  według  orzeczenia  lekarzy,  nie  miała  już  nigdy 

odzyskać zdrowia.  

background image

-  Ach,  Katie!  Katie!  -  jęknął,  ogarnięty  bezgranicznym 

współczuciem.  

-  Czy  cię  to  boli,  Haraldzie?  Nie,  nie,  przestraszyłeś  się  tylko... 

Przecież  mnie  wcale  nie  kochasz.  Musimy  się  rozwieść,  bo  inaczej 

będę bardzo nieszczęśliwa...  

Harald  przypomniał  sobie  słowa  lekarza.  Ujął  dłoń  Katie  i  rzekł 

łagodnie:  

- Uspokój się, Katie, zgodzę się na wszystko! Powiedz mi jednak, 

jak to się stało?  

Chora odetchnęła z ulgą.  

-  Widzisz,  Haraldzie,  Pepi  Passenheim  podobał  mi  się  od 

pierwszego  wejrzenia.  Zaledwie  go  poznałam,  poczułam,  że  moje 

serce  szybciej  uderza.  To  się  stało  w  dwa  dni  po  twoim  wyjeździe. 

Gdy ze mną rozmawiał, chciałam krzyczeć z radości jak dziecko. Cały 

świat  wydawał  mi  się  nagle  dziwnie  piękny.  Z  jego  zachowania 

wywnioskowałam,  że  ja  również  mu  się  podobam.  Widywaliśmy  się 

codziennie,  a  po  krótkim  czasie  powiedział  mi,  że  mnie  kocha  do 

szaleństwa i nie może już beze mnie żyć. Mówił, iż się zastrzeli, jeśli 

nie  zostanę  jego  żoną.  Ach,  Haraldzie,  ty  z  pewnością  byś  się  nie 

zastrzelił,  gdybym  ci  odmówiła  swojej  ręki...  W  pierwszej  chwili 

przelękłam się tego namiętnego wybuchu, potem odpowiedziałam, że 

sprawa nie jest taka prosta, najpierw muszę się zastanowić i pomówić 

z  tobą.  Pomyślałam  sobie,  że  przecież  nie  zechcesz  mnie 

unieszczęśliwić.  Nie  gniewaj  się,  lecz  przyrzekłam  mu  miłość,  a 

zatem  także  rozwód  z  tobą.  Poczekałam  jeszcze  trochę,  aby  wkrótce 

background image

napisać  ci  o  wszystkim.  Nie  zapomniałam  jednak,  że  noszę  twoje 

nazwisko i jestem córką Johna Vanderheydena, pamiętałam to, co mi 

powtarzałeś  tyle  razy.  Nie  popełniłam  niczego  niewłaściwego, 

Haraldzie!  Pepi  omówił  ze  mną  plany  na  przyszłość.  Chciałam 

pozostać  w  Meranie  aż  do  uzyskania  rozwodu.  W  ten  sposób 

musiałbyś  powrócić  do  Kota  Radża  beze  mnie.  Po  rozwodzie  Pepi 

miał  przyjechać  i  zabrać  mnie  do  Wiednia.  Trwam  nadal  przy  tych 

zamiarach,  tylko  Pepi  będzie  musiał  dłużej  pozostać  w  Meranie, 

złamał nogę. Ja także poleżę tutaj jeszcze kilka tygodni. Zdaje mi się, 

że  mógłbyś  rozpocząć  teraz  sprawę  rozwodową.  Prawda,  Haraldzie, 

że  ja  jestem  bardzo  bogata?  Czy  mój  majątek  wystarczy  dla  nas 

obojga?  Bo  Pepi,  prócz  długów,  nie  ma  nic.  Powiedziałam  mu,  że 

jestem bardzo bogata i zapłacę jego długi. Zrobiłam to w czasie naszej 

ostatniej  przejażdżki,  gdy  odpoczywaliśmy  w  wiejskiej  gospodzie. 

Ach, Haraldzie, Pepi był tak szczęśliwy! Padł przede mną na kolana, 

całował  mnie  po  rękach,  mówił,  że  jestem  najlepszą,  najsłodszą 

kobietą pod słońcem... O, Haraldzie, to zupełnie inne uczucie, gdy się 

naprawdę kocha... Odpowiedz mi, czy jestem bogata?  

Katie spojrzała badawczo na Haralda. Poczuł głęboką litość. Nie, 

nie potrafił w tej chwili oburzyć się na nią, choć zamierzała usunąć go 

ze swego życia jak rzecz, która jej zawadza.  

- Jesteś bardzo bogata, Katie, nie zaprzątaj sobie głowy tą troską. 

Ja  z  pewnością  nie  stanę  ci  na  przeszkodzie,  pragnę  tylko  twojego 

szczęścia.  

Uśmiechnęła się rozpromieniona.  

background image

-  Wiedziałam,  Haraldzie,  że  jesteś  wspaniałomyślny.  Twoja 

szlachetność budziła we mnie zawsze ogromny szacunek, wstydziłam 

się, że nie mogę być taka. Ty i Marlena macie w sobie coś takiego, że 

wobec  was  człowiek  wydaje  się  być  małym  i  bez  wartości.  To  mnie 

zawsze  gniewało,  dlatego  właśnie  robiłam  wam  wciąż  na  złość.  Ale 

teraz ja także pragnę stać się lepsza... Wiesz, Haraldzie, zabierzesz dla 

Marleny  mój  amulet  z  nefrytu.  Ojczulek  kupił  mi  go  u  chińskiego 

jubilera.  Amulet  posiada  podobno  cudowne  właściwości.  Jest  to 

bardzo  cenna  rzecz.  Przez  całe  lata  rzeźbiono  w  płaskim  kamieniu 

kunsztowne  ornamenty...  Bardzo  się  Marlenie  podobał,  chyba 

najbardziej  ze  wszystkich  moich  klejnotów.  Dasz  jej  go  ode  mnie, 

żeby  przebaczyła  mi  tę  bliznę  na  czole.  Byłam  podła,  już  nigdy  w 

życiu nie pozwolę sobie na taką porywczość. Daipah jest świadkiem, 

że bardzo się zmieniłam. Od chwili, gdy w moje życie wkroczył Pepi, 

stałam się dla niej dobra, zapytaj ją o to. Otwórz mój nocny stolik, tam 

jest szkatułka z biżuterią... Wyjmij amulet, leży na wierzchu, bo przed 

chwilą pokazywałam go siostrze, która lubi takie oryginalne klejnoty. 

Spełnił  jej  życzenie  i  wyjął  amulet,  zawieszony  na  cienkim, 

platynowym  łańcuszku.  Był  to  płaski,  owalny  nefryt,  pokryty 

dziwnymi znakami, wyrytymi w kamieniu.  

- Zatrzymam go i oddam Marlenie. Ucieszy się bardzo, ale chyba 

bardziej  dlatego,  że  nie  żywisz  już  do  niej  niechęci.  Twoja  przyjaźń 

więcej dla niej znaczy niż najkosztowniejszy prezent.  

- Chciałabym, aby go nosiła jako pamiątkę ode mnie. Gdy spojrzy 

na bliznę, niechaj rzuci także okiem na amulet, a wtedy mi przebaczy.  

background image

-  Powtórzę  jej  to,  Katie.  Nie  wolno  ci  jednak  tak  dużo  mówić. 

Jestem pewien, że cię to męczy.  

- Nie, nie, lekarz pozwolił mi rozmawiać. Tak się cieszę, że mam 

duży majątek, a ty nie gniewasz się ani na mnie, ani na Passenheima. 

To  przecież  nie  jego  wina,  że  się  kochamy.  On  także  leży  tutaj  w 

sanatorium, biedaczek,  ma  złamaną nogę  i  pokaleczone  ręce.  Martwi 

się o mnie bardzo... Ach, Haraldzie, bądź tak dobry i pójdź do niego 

na  chwilę.  Powiedz  mu  tylko  o  swej  zgodzie  na  rozwód,  może 

przestanie  się  martwić  o  te  długi.  Dobrze,  Haraldzie?  Pójdziesz  do 

niego? Proszę cię, idź...  

Harald  nie  był  teraz  w  nastroju  do  przejmowania  się  naiwnym 

egoizmem  Katie.  Nie  chciał  się  okazać  małostkowy  i  oburzać  się  na 

śmieszną  rolę,  jaką  mu  narzuciła  żona.  Wiedział  przecież,  że  jej 

ukochany  spoczywa  już  pod  ziemią.  Nie  miał  do  niego  żalu.  Nie 

wierzył tylko w bezinteresowną miłość tego pana Passenheima, który 

zapewne  uważał  Katie  za  świetną  partię  i  chciał  przy  jej  pomocy 

wyplątać się z długów. Musiał być człowiekiem bez skrupułów, skoro 

namawiał  kobietę  do  niebezpiecznej  przejażdżki,  którą  odradzali  jej 

wszyscy  znajomi.  Może  zamierzał  w  ten  sposób  skompromitować 

Katie,  aby  szybciej  dopiąć  celu.  Mniejsza  o  to,  Katie  wierzyła  w 

miłość tego człowieka, a nawet chciała ponosić dla niego ofiary, choć 

nie była skłonna do poświęceń.  

W  innych  okolicznościach  życzenie  Katie  sprawiłoby  Haraldowi 

wielką  radość,  oznaczałoby  przecież  i  dla  niego  odzyskanie 

upragnionej  wolności.  Z  pewnością  chętnie  spełniłby  jej  prośbę.  Czy 

background image

jednak Katie zaznałaby szczęścia w małżeństwie z Passenheimem? Na 

cóż zdadzą się teraz takie rozmyślania? Passenheim przecież nie żyje, 

jego  zaś  obowiązkiem  jest  pomóc  Katie.  Jeśli  nawet  odzyska  siły, 

będzie  z  nią  bardziej  związany  niż  dotąd.  Lekarz  nie  ukrywał  wcale, 

że  Katie  może  przez  długie  lata  żyć  bezwładna.  Na  razie  chodziło 

tylko o jej spokój.  

-  Pójdę  do  niego  później  i  powiem  o  wszystkim,  jak  sobie 

życzysz.  Teraz  jednak  leż  spokojnie.  Powinnaś  przede  wszystkim 

myśleć o swoim zdrowiu.  

-  Och,  ja  prędko  wyzdrowieję.  Jakiś  ty  dobry,  Haraldzie,  tak  mi 

przykro,  że  ci  nieraz  dokuczałam.  Mój  złoty,  wniesiesz  pozew 

rozwodowy,  prawda?  Bo  te  formalności  trwają  tak  długo.  Pepi 

powiedział, że  można łatwo wynaleźć jakiś powód...  

Wargi  Haralda  drgnęły.  Jakże  często  miał  okazję,  by  się 

przekonać,  że  dla  Katie  nie  istnieją  pojęcia  dobra  i  zła.  Wszystkie 

swoje  zachcianki  uważała  za  słuszne,  a  kiedy  jej  ktoś  odmawiał, 

podejrzewała go o wstrętną złośliwość. Nie miała zupełnie skrupułów. 

W  tej  chwili jednak nie  mógł  jej czynić  wyrzutów,  Katie  znajdowała 

się  poza  sferą  odpowiedzialności.  Uważał  ją  za  bezradne  dziecko, 

któremu należało okazać jak największą pobłażliwość. 

- Bądź spokojna, Katie, załatwię wszystko jak najlepiej.  

-  I  pójdziesz  do  niego  zaraz,  a  potem  wrócisz  do  mnie  i 

powtórzysz mi, co powiedział Pepi i czy się cieszył?  

- Dobrze, przyrzekam ci to, Katie - rzekł zdławionym głosem.  

background image

Potem  podniósł  się  szybko,  uradowany,  że  może  już  odejść. 

Gdyby pozostał dłużej, na pewno straciłby panowanie nad sobą.  

- Gdzie jest Daipah? - spytał, aby zmienić temat.  

- W sanatorium, ale nie mam z niej żadnego pożytku, bo nie chcą 

jej do mnie wpuścić! Tutaj wchodzi tylko lekarz i siostra miłosierdzia. 

Zastukaj w drzwi, a zaraz zjawi się pielęgniarka.  

Gdy  po  chwili  nadeszła  siostra,  Harald  pocałował  Katie  w  rękę  i 

opuścił  pokój.  Na  korytarzu  czekał  już  lekarz.  Przyglądał  mu  się 

badawczo, nie mówiąc nic. Harald zbliżył się do niego.  

- Czy mogę z panem pomówić, doktorze?  

- Proszę, przejdźmy do gabinetu.  

Harald  otwarcie  powiedział  lekarzowi,  czego  zażądała  od  niego 

Katie. Doktor ze spokojem wysłuchał jego opowieści, po czym rzekł:  

-  Lekarz  bywa  często  spowiednikiem  swoich  pacjentów.  Pańska 

małżonka  opowiedziała  mi  również  dzieje  swojej  miłości.  Wahałem 

się przez chwilę, czy nie wyjawić jej prawdy, że Passenheim nie żyje. 

Wtedy  może  nie  sprawiłaby  panu  tego  bólu...  Dla  lekarza  jednak 

najważniejsze  jest  zdrowie  pacjenta.  Wiadomość  o  śmierci 

ukochanego  człowieka  mogła  zabić  pańską  żonę.  Nie  potrafiłem 

zdobyć się na ten krok...  

-  Dziękuję  panu.  Wcześniej  czy  później  musiałbym  się  przecież 

dowiedzieć prawdy.  

- Być może! Passenheim nie żyje, a o umarłych nie należy mówić 

źle, powtórzę jednak panu wszystko, co o nim wiem. Odwiedziła mnie 

niejaka  pani  Hallen  i  prosiła,  abym  pana  zapewnił,  że  zrobiła 

background image

wszystko,  co  było  w  jej  mocy,  by  nakłonić  pańską  żonę  do 

zaniechania  tej  przejażdżki.  Od  niej  wiem  także,  iż  Passenheim 

namiętnie  grywał  w  karty,  a  przy  tym  był  znanym  uwodzicielem  i 

hulaką.  Roztrwonił  olbrzymi  majątek  i  miał  długów  po  uszy.  Pani 

Hallen musiała wczoraj wyjechać. Kazała pana serdecznie pozdrowić 

i  jednocześnie  zawiadomić,  że  starała  się  jak  najlepiej  wywiązać  z 

opieki  nad  pańską  żoną.  Pani  Forst  była  jednak  ostatnio  pod  zbyt 

silnym  wpływem  Passenheima, toteż  nie  zwracała  uwagi  na jej  rady. 

Pańska  żona  nie  jest  chyba  pierwszą  ofiarą  tego  człowieka,  ale  za  to 

ostatnią.  Jego  śmierć  zmazała  wszystkie  winy.  A  teraz  pana 

poinformuję, jak się dalej zachować wobec żony.  

-  Tak,  panie  doktorze,  przyznam,  że  nie  wiem,  jak  postąpić. 

Starałem się oszczędzić jej zdenerwowania, lecz nie mam pojęcia, co 

teraz  zrobić.  Nie  mogę  przecież  przez  dłuższy  czas  opowiadać 

bajeczek o Passenheimie.  

Lekarz spojrzał na niego ze współczuciem i wielką powagą.  

-  Nie,  tego  nikt  od  pana  nie  wymaga.  Potrwa  to  jednak  bardzo 

krótko...  Teraz,  gdy  pan  już  wie,  będzie  pan  dość  silny,  aby  znieść 

prawdę.  Żona  pańska  będzie  żyła  najwyżej  kilka  dni,  co  w  tych 

warunkach  należy  uważać  za  dobrodziejstwo.  Gdyby  udało  się 

utrzymać  ją  przy  życiu,  pozostałaby  sparaliżowana,  męczyłaby  się 

przez  długie  lata.  Sądzę,  że  nie  będzie  potrzeby,  żeby  dłużej  kłamać, 

dłużej  niż  dwa  dni...  Niech  pan  jej  powie,  że  rozmawiał  pan  z 

Passenheimem  i  załatwił  z  nim  tę  sprawę,  a  Passenheim  prosił,  aby 

myślała przede wszystkim o swoim zdrowiu. Rozumiem, ile ten krok 

background image

będzie  pana  kosztował,  lecz  nie  można  się  ociągać,  gdy  chodzi  o 

umierającego.  

Harald drgnął i pobladł jak płótno.  

- Więc to już tak prędko? Tak nagle? Czy nie ma na to rady? Czy 

nie można jej jakoś uratować? - wykrztusił.  

-  Nie,  pomoc  jest  daremna...  Dwa  dni  najwyżej...  Nie  ma 

ratunku...  

Harald  odwrócił  się,  drżąc  na  całym  ciele.  Był  głęboko 

wstrząśnięty  wiadomością  o bliskim zgonie  Katie.  Nie  mogło  mu  się 

pomieścić  w  głowie,  że  ta  młoda,  pełna  życia  istota  pożegna  się 

wkrótce ze światem. Po kilku chwilach opanował ból i zwrócił się do 

lekarza: 

-  Niech  pan  będzie  spokojny,  panie  doktorze,  zastosuję  się  do 

pańskich  wskazówek.  Nie  chcę  i  siebie  otaczać  aureolą  świętości. 

Nasze  małżeństwo  było  wielką,  obustronną  pomyłką.  Winy  za  to  nie 

przypisuję ani sobie, ani swojej żonie. Uczynię wszystko, co będzie w 

mej mocy, aby osłodzić jej ostatnie chwile...  

-  Ta  wiadomość  pociesza  mnie  przez  wzgląd  na  pana.  Takie 

nieszczęście znosi się o wiele lżej, gdy w grę nie wchodzi uczucie. Co 

zamierza pan zrobić?  

-  Niech  mi  pan  powie,  czy  mogę  zamieszkać  w  zakładzie. 

Chciałbym  być  w  pobliżu  żony,  na  wypadek,  gdyby  mnie 

potrzebowała. 

background image

- Oczywiście, jest jeszcze kilka wolnych pokoi, każę natychmiast, 

aby jeden przygotowano dla pana. A co się stanie ze służącą pańskiej 

żony? Trudno się z nią porozumieć, nie zna języka...  

- Niech Daipah na razie zostanie w zakładzie. Może żona wezwie 

ją do siebie. Pomówię z nią później.  

Harald  udał  się  do  wyznaczonego  pokoju,  a  gdy  już  został  sam, 

padł  z  głuchym  jękiem  na  krzesło.  Długo  siedział  bez  ruchu, 

wpatrując się tępym wzrokiem przed siebie. Ach, jakąż zagadką było 

życie! Oto cierpiał całe miesiące, uważał swoje małżeństwo z Katie za 

jarzmo,  czynił  sobie  wyrzuty,  że  nie  kocha  żony,  ukrywał  swoją 

miłość jak grzech śmiertelny, walczył ze sobą...  

A  Katie?  Ona  także  złożyła  swoje  serce  w  dani,  dla  niej  jednak 

nie  istniały  duchowe  rozterki.  Nie  potrafiłaby  wyrzec  się  szczęścia, 

nie  uznawała  żadnej  przeszkody,  nie  przeżywała  tragedii.  Śmiało, 

spokojnie  zażądała  wolności,  aby  połączyć  się  z  ukochanym 

człowiekiem.  Nie  odczuwała  wyrzutów  sumienia,  nie  zaznała 

zwątpienia  ani  rozpaczy.  Uczyniła  to,  co  podyktował  jej  naiwny 

egoizm.  Zawsze  wymagała  od  innych, aby  jej  ustępowali,  nie  umiała 

liczyć się z kimkolwiek.  

Jak łatwo, jak prosto mogło się wszystko ułożyć, gdyby tak chciał 

los.  Co  prawda,  to  nawet  i  w  tym  wypadku  Harald  miałby  nowe 

wątpliwości.  John  Vanderheyden  powierzył  mu  Katie  jak  najdroższy 

skarb, czyż mógłby oddać ją bez zastrzeżeń w ręce takiego człowieka 

jak Passenheim?  

background image

Ciężkie,  bolesne  myśli  trapiły  Haralda.  Wreszcie  podniósł  się, 

żeby  zobaczyć,  co  porabia  Daipah.  Dziewczyna  powitała  go  z 

niekłamaną  radością  i  pokornie  ucałowała  jego  ręce.  Uspokoił  ją 

mówiąc, aby na razie zaczekała, dopóki nie postanowi o jej dalszych 

losach. Daipah podziękowała mu i powróciła do swego pokoiku.  

Harald  znowu  udał  się  do  Katie.  Cichutko  usiadł  przy  jej  łóżku. 

Spojrzała  na niego  z  niepokojem,  on  zaś  pogłaskał  tkliwie  jej  włosy, 

mówiąc: 

-  Wszystko  załatwione,  Katie.  Pan  Passenheim  ucieszył  się 

niezmiernie,  ale  bardzo  cię  prosił,  żebyś  spokojnie  leżała  i  dbała  o 

zdrowie.  

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.  

- Ach, Haraldzie, teraz dopiero przekonałam się, że jesteś bardzo 

dobry. Dziękuję ci stokrotnie!  

Popatrzył  na  nią  ze  smętnym  uśmiechem.  Jak  łatwo  można 

wydawać  się  dobrym,  gdy  się  tylko  spełnia  każde  jej  życzenie. 

Siedział u niej przez godzinę, lecz rozmawiali niewiele. Zdawało się, 

że  z  chwilą,  gdy  osiągnęła  upragniony  cel,  nerwy  jej  rozprężyły  się, 

wola osłabła. Zapadła w spokojną drzemkę.  

Lekarz zjawił się zaraz i stwierdził, że chora zasnęła.  

Harald  powrócił  do  swego  pokoju,  aby  wysłać  wiadomość 

Marlenie. Zadepeszował do niej:  

 

"Stan  Katie  beznadziejny.  Na  skutek  upadku  kręgosłup  złamany. 

Jest pod dobrą opieką. List w drodze. Harald"  

background image

Tego  wieczoru  napisał  do  niej  list.  Powtórzył  jej  dokładnie  całą 

rozmowę  z  Katie  i  lekarzem.  Wspomniał  także,  iż  Katie  poleciła  mu 

wręczyć  jej  amulet  z  nefrytu  i  przytoczył  co  przy  tym  mówiła.  Pod 

koniec listu pisał:  

"Mam teraz tylko jeden cel, pragnę osłodzić Katie ostatnie chwile 

życia. Spełniam wszystkie jej życzenia, zdobyłem się nawet na to, żeby 

odgrywać rolę posła i przynosić jej wiadomości od człowieka, którego 

pokochała.  Nie  ubolewaj  jednak  nad  moim  losem,  Marleno,  nie 

kocham Katie, więc nie cierpię z tego powodu. W moich oczach Katie 

jest  jedynie  córką  Johna  Vanderheydena,  nad  którą  muszę  czuwać, 

dopóki  tli  się  w  niej  choćby  mała  iskierka  życia.  Czuję  wobec  niej 

głęboką  litość,  drżę  cały,  gdy  spoglądam  na  jej  zmienione  rysy, 

naznaczone  już  piętnem  śmierci.  Jakież  to  okropne,  gdy  umiera  tak 

młoda istota, gdy nie ma dla niej ratunku. Znam Cię dobrze, Marleno, 

wiem zatem, że z całego serca przebaczysz Katie, zwłaszcza że okazała 

skruchę.  Przywiozę  Ci  amulet  z  nefrytu  jako  oczywisty  dowód 

pojednania. Pozostanę tutaj aż... do końca.  

Nie  otrzymasz  ode  mnie  dalszych  wiadomości,  gdyż  chciałbym 

każdą wolną chwilę poświęcić Katie. Pozdrawiam Cię serdecznie twój 

brat Harald" 

 

*        *        * 

 

Marlena  przeczytawszy  ten  list  wybuchnęła  głośnym  płaczem. 

Czuła,  że  Harald  nie  jest  w  rzeczywistości  tak  spokojny,  jak  tego 

background image

pragnie  dowieść.  Przypuszczała  również,  iż  propozycja  Katie, 

dotycząca  Passenheima,  musiała  go  głęboko  i  boleśnie  zranić.  Ona 

sama  nie  żywiła  najmniejszej  urazy  do  młodej  żony  Haralda.  Nie 

pamiętała  krzywd  i  przykrości,  które  jej  niegdyś  wyrządziła. 

Wzruszyło ją do głębi, że Katie okazała skruchę i poleciła oddać jej na 

pamiątkę  amulet  z  nefrytu.  Dowodziło  to,  że  musiała  się  bardzo 

zmienić.  

Marlenie  było  przykro,  że  Katie  w  ten  sposób  postąpiła  z 

Haraldem,  lecz  i  o  to  nie  potrafiła  w  tej  chwili  mieć  do  niej  żalu. 

"Umierającym trzeba umieć wybaczać wszelkie winy" - pisał Harald, 

a Marlena zgadzała się z nim całkowicie.  

Powoli,  nieskończenie  powoli  mijały  dni.  Marlena  nieustannie 

myślała o Haraldzie i Katie. Cierpiała znacznie więcej niż Harald. 

 Od  jego  wyjazdu  upłynął  już  tydzień  i  oto  pewnego  wieczoru 

Harald  stanął  niespodziewanie  przed  nią,  tak  jak  wtedy,  gdy  po  raz 

pierwszy przyjechał z Meranu. Drgnęła i szeroko rozwartymi oczyma 

spojrzała  w  jego  twarz,  na  której  ból  i  powaga  zdążyły  już  wycisnąć 

piętno.  

- Haraldzie?  

W  słowie  tym  brzmiało  niespokojne  pytanie.  Harald  westchnął 

głęboko.  

-  Katie  przestała  już  cierpieć,  Marleno...  Wczoraj  rano 

pochowaliśmy ją obok człowieka, którego tak bardzo kochała...  

Marlena  osunęła  się  na  krzesło  i  wybuchnęła  łkaniem.  Łzy 

płynęły jej z oczu niepowstrzymanym potokiem.  

background image

Harald usiadł bez słowa naprzeciw niej. Czekał cierpliwie, aż się 

uspokoi  i  wpatrywał  się  w  nią  bez  przerwy  swoimi  poczciwymi, 

wiernymi oczyma.  

Wreszcie Marlena odzyskała równowagę.  

- Wybacz mi ten wybuch, Haraldzie.  

-  Świadczy  to  jedynie  o  twoim  dobrym  sercu,  jeśli  tak  gorąco 

opłakujesz Katie.  

- Była taka młoda i tak nagle umarła. Została po prostu wyrwana z 

pełni życia. Czy bardzo się męczyła?...  

-  Nie,  po  upadku  przestała  cierpieć.  Umarła  spokojnie  w  moich 

ramionach.  Była  tak  miła,  tak  łagodna,  jak  małe  dziecko,  któremu 

spełniono  wszystkie  życzenia.  Nigdy  nie  byliśmy  tak  dobrymi 

przyjaciółmi,  jak  w  czasie  tych  ostatnich  dwóch  dni.  Przyjaźń  jej 

musiałem  wprawdzie  okupić  niewinnym  kłamstwem.  Marzyła  o 

szczęściu,  a  ja  wiedziałem,  że  ziścić  się  nie  może.  Katie  wierzyła 

jednak,  że  będzie  szczęśliwa.  To  było  straszne,  gdy  nie  przestawała 

mówić  o  przyszłości,  o  tym,  jak  kocha  tego  człowieka,  jak  on  ją 

kocha...  A  ja  wiedziałem  przecież,  że  nie  zasługiwał  wcale  na  jej 

miłość i że już nie żył.  

Marlena westchnęła, po czym z troską przyjrzała się Haraldowi.  

- Przeszedłeś ciężkie chwile.  

- Tak, niełatwo jest patrzeć na śmierć bliskiej istoty. Poniósłbym 

każdą ofiarę, żeby ją uratować. Przyzwyczajenie bardzo ludzi ze sobą 

wiąże. Wiele czasu upłynie, zanim odzyskam spokój.  

- Rozumiem cię, Haraldzie.  

background image

- Katie przed śmiercią raz jeszcze mówiła o tobie. Obchodziła się 

z tobą źle, lecz na dnie jej duszy krył się ogromny podziw dla twoich 

cnót.  Wiedziała,  że  ci  nigdy  nie  dorówna,  dlatego  też  dręczyła  cię  i 

upokarzała.  Marleno,  oto  ostatni  dar  Katie,  nie  przypuszczała,  że 

będzie to pamiątka po zmarłej.  

Harald  wyjął  z  portfela  amulet  z  nefrytu,  po  czym  podał  go 

Marlenie. Dziewczynie znów stanęły łzy w oczach.  

- Czyż mogę przyjąć tak kosztowny dar? - spytała wśród łkań.  

-  Nie  wolno  ci  odmówić.  Przyjmij  go  tak,  jak  został  ci 

podarowany, z dobrą wolą.  

Wtedy Marlena przyjęła klejnot i przesunęła delikatnie palcami po 

cennym, rzeźbionym kamieniu.  

Harald  opowiedział  jej  dokładnie  o  zgonie  Katie.  Do  ostatniego 

tchnienia wierzyła, że wkrótce wyzdrowieje.  

-  Daipah  przyjechała  ze  mną  -  opowiadał.  -  Od  chwili  wypadku 

czuła  się  w  Meranie  bardzo  samotna.  Katie  w  ostatnich czasach była 

dla  niej  niezwykle  łagodna.  Daipah  powróci  ze  mną  do  Kota  Radża. 

Chciałbym  jednak,  abyś  na  razie  zajęła  się  nią  trochę,  umiesz  się 

przecież  z  nią  porozumieć.  Daipah  cię  uwielbia,  panna Marlena to  w 

jej oczach istota wyższa.  

- Bardzo chętnie zajmę się nią - odparła Marlena zarumieniona.  

Przez  chwilę  panowało  milczenie.  Harald  z  zadumą  patrzył  na 

pochyloną  głowę  Marleny.  Nie  mógł  się  jeszcze  cieszyć  z  wolności, 

bowiem  przedwczesna  śmierć  Katie  ciążyła  jego  duszy.  Jego  serce 

background image

było  wolne, a przed sobą widział jasne światło, światło tak jaskrawe, 

że musiał przed nim przymknąć oczy.  

Nagle Harald zwrócił się do Marleny. 

- Wsiądę na statek i, najszybciej jak tylko można, wrócę do Kota 

Radża.  

- Przecież chciałeś spędzić w kraju święta Bożego Narodzenia.  

Potrząsnął przecząco głową. Teraz, gdy się już wyzwolił z pęt, nie 

mógł  nadal  przebywać  pod  jednym  dachem  z  Marleną.  Nie  chciał 

jednak,  aby  musiała  przez  niego  zmieniać  tryb  życia,  choć  był 

przekonany, że mogłaby na razie zamieszkać u Zeidlerów.  

Z  drugiej  strony  nie  wypadało,  żeby  już  teraz  starał  się  o  rękę 

innej  kobiety.  Dlatego  właśnie  postanowił  odpłynąć  jak  najszybciej. 

Gdy  minie  rok  żałoby,  powróci  do  kraju,  aby  urzeczywistnić  swoje 

szczęście.  

Marlena  nie  miała  oczywiście  pojęcia  o  jego  planach.  Wiedziała 

jedynie,  że  Harald  nagle  wyjedzie,  a  ona  nie  ujrzy  go  przez  długie 

lata.  Jej  stosunek  do  Haralda  nie  zmienił  się  w  związku  ze  śmiercią 

Katie. Zdawała sobie sprawę  z tego,  że jej zgon przyniósł Haraldowi 

wyzwolenie,  nie  sądziła  jednak,  że  Harald  kocha  ją  i  ma  zamiar 

poślubić w przyszłości. Harald przysiągł sobie, że powie to Marlenie 

w ostatniej chwili przed wyjazdem.  

Zostały  mu  jeszcze  trzy  dni  na  przygotowania  do  podróży.  Zbyt 

szybko  minęły  one  dla  tych  dwojga  ludzi,  którzy  kochali  się  całym 

sercem, choć dotąd nie wyznali sobie miłości.  

background image

Przyszedł  ostatni  dzień,  ostatnia  godzina.  Kufry  Haralda 

dostarczono  już  na pokład;  Daipah  razem  z  nim  wyruszała  na  statek. 

Odjeżdżała zadowolona, została bowiem hojnie obdarowana rzeczami 

po Katie.  

Marlena, blada i drżąca, stała w saloniku przy oknie i czekała na 

Haralda. Za chwilę miał nadejść, aby się z nią pożegnać. Dziewczyna 

bardzo  się  starała  zapanować  nad  smutkiem;  nie  chciała  zdradzić  się 

ze  swym  bólem  w  godzinie  rozstania.  Płonącym  wzrokiem 

wpatrywała  się  w  pokryty  śniegiem  ogród.  Z  dala  widać  było 

wybrzeże.  Za  kilka  godzin po  rzece  przepłynie  statek, który  zabierze 

Haralda w daleką podróż do tropiku.  

Marlena  z  trudem  tłumiła  łkanie.  W  tej  chwili  właśnie  nadszedł 

Harald. Dysząc ciężko przystanął na progu i spojrzał na dziewczynę.  

- Marleno?  

Odwróciła  ku  niemu  pobladłe  oblicze.  Zbierając  ostatki  sił 

zdobyła się na uśmiech.  

- Czy jesteś już gotowy, Haraldzie?  

-  Tak,  Marleno!  Pożegnałem  się  ze  wszystkimi.  Pozostaje  mi 

tylko rozstanie z tobą. Czy wiesz, jak ciężka to dla mnie chwila?  

-  Tak,  zauważyłam,  że  w  ostatnich  miesiącach  ogromnie  się  do 

siebie  przywiązaliśmy.  Kochamy  się  teraz  jak  prawdziwe 

rodzeństwo... Ja także bardzo cierpię nad tym rozstaniem.  

Podszedł do niej. 

-  Najchętniej  zabrałbym  cię  ze  sobą.  Przywykłabyś  szybko  do 

tamtych warunków. Ale teraz to jeszcze niemożliwe...  

background image

- Tak, niemożliwe - powtórzyła bezdźwięcznie.  

Ujął  ją  za  rękę i poczuł, jak  zadrżała  w  jego  dłoni.  Nie  mógł  już 

dłużej panować nad sobą.  

- Marleno - rzekł powoli. - Czy nie powiesz mi przed wyjazdem, 

kim jest ten człowiek, któremu ofiarowałaś swe serce?  

Marlena oparła się o krzesło i przymknęła oczy.  

- Nie... O, nie... Nie mogę ci tego powiedzieć... Nie mogę...  

-  Nawet  jeśli  cię  o  to  gorąco  poproszę?  -  nalegał  głosem  tak 

pełnym tkliwości, że Marlena zadrżała.  

- Nie, Haraldzie! Proszę, nie pytaj...  

- A gdybym wiedział, Marleno, kim jest ten nieznajomy?  

Zerwała  się  gwałtownie  z  miejsca  i  cofnęła  się  o  kilka  kroków. 

Wyciągnęła  ręce  takim  ruchem,  jakby  chciała  bronić  się  przed 

Haraldem.  

Zbliżył się do niej, ujął jej dłonie i przycisnął do serca.  

- Moja dzielna, droga dziewczyno - rzekł tkliwie. - Dość już tych 

tajemnic  między  nami.  Człowiek,  którego  kochasz,  jest  wolny... 

Kocha cię całą duszą, pokochał cię w chwili, gdy cię zobaczył po raz 

pierwszy na progu swego domu... Czy doprawdy nie czułaś, Marleno, 

że  cię  kocham?  Czyżbym  był  tak  opanowany,  iż  tego  nie 

spostrzegłaś?  Ach, Marleno, Marleno powiedz, że nie pomyliłem się, 

powiedz mi choć raz przed wyjazdem, że mnie kochasz!  

Marlena zachwiała się. Nie potrafiła ogarnąć myślą i sercem pełni 

swego szczęścia. Harald podtrzymał ją i przytulił do siebie.  

- Raz jeden powiedz mi, Marleno, że mnie kochasz - powtórzył.  

background image

Wtedy, drżąc cała, ukryła główkę na jego piersi. Przyciągnął ją do 

siebie,  przycisnął  mocno  do  gwałtownie  bijącego  serca.  Nie  wierząc 

swemu  szczęściu  podniosła  wreszcie  spłonioną  twarzyczkę, 

popatrzyła rozpromieniona na ukochanego i szepnęła: 

- To chyba sen!  

Ujrzał  przed  sobą  jej  wykrojone,  bladoróżowe  wargi,  na  które 

zawsze  spoglądał  z  takim  utęsknieniem.  Jak  człowiek  spragniony, 

który  po  długiej  wędrówce  ujrzał  źródło,  pochylił  się  nad  Marleną  i 

przywarł  ustami  do  jej  warg.  Długo  trwał  ten  pierwszy  pocałunek. 

Gdy  w  końcu  rozłączyły  się  ich  usta,  spojrzeli  sobie  w  oczy  z 

miłością.  

-  Haraldzie,  skąd  wiedziałeś,  że  cię  kocham?  Czy  zdradziłam  się 

kiedykolwiek?  Starałam  się  przecież  panować  nad  sobą  -  mówiła 

Marlena, jakby we śnie.  

Z zachwytem całował jej oczy.  

-  Wiem,  moje  kochanie  trzymało  się  dzielnie...  Nie  miałbym 

nadziei,  gdyby  mnie  od  czasu  do  czasu  nie  pocieszył  zdradziecki 

rumieniec.  Odpowiem  ci  jednak,  jak  zdobyłem  tę  pewność. 

Postanowiłem  za  wszelką  cenę  wytropić  tajemnicę  twego  serca  i 

obejrzałem  fotografię  człowieka,  którego  kochasz...  Ach,  jakże  go 

nienawidziłem, uważałem wprost za swego wroga... Zakradłem się do 

twojego  koszyka  z  robótkami,  w  którym  tak  przezornie  ukryłaś 

podobiznę tego nieznajomego...  

Zdumiona podniosła na niego oczy.  

- Wtedy, Haraldzie? W moim pokoju?  

background image

- Tak, Marleno. Zobaczyłem przypadkowo w lustrze, że zdjęłaś ze 

ściany fotografię jakiegoś mężczyzny i z wielkim pośpiechem ukryłaś 

ją  w  koszyczku  z  robótkami.  Gdy  później  pani  Darlag  przyszła  po 

ciebie,  a  ja  zostałem  sam  -  nie  mogłem  już  dłużej  wytrzymać... 

Musiałem za wszelką cenę ujrzeć oblicze tego nieznajomego, któremu 

tak  zazdrościłem  twojej  miłości.  Wyjąłem  fotografię  z  koszyczka  i  - 

ujrzałem  siebie.  Od  tej  chwili  wiedziałem,  że  mnie  kochasz.  Czy 

zdajesz  sobie  teraz  sprawę  z  mojego  bohaterstwa?  Czy  wiesz,  ile 

wysiłku  mnie  kosztowało,  żeby  nie  stracić  panowania  nad  sobą,  nie 

porwać  cię  w  objęcia  i  nie  wyznać  ci  miłości?  Widywałem  cię 

codziennie, a musiałem się zachowywać jak dobry, czuły brat... Och, 

Marleno,  cierpiałem  jak  potępieniec!  Ileż  razy  z  namiętną, 

rozpaczliwą miłością szeptałem twe imię. Wtedy też postanowiłem, że 

przed  wyjazdem  do  Kota  Radża,  w  godzinie  rozstania,  powiem  ci 

prawdę. Chciałem, żebyś wiedziała, że cię kocham. Nie przeczuwałem 

jedynie, iż stanę przed tobą jako człowiek wolny...  

- A jednak chcesz mnie teraz zostawić samą, Haraldzie - rzekła z 

żalem.  

Przytulił  ją  mocno  do  serca  i  ucałował  jej  oczy,  usta.  Potem  z 

głębokim westchnieniem wypuścił ją z objęć.  

-  Tak,  Marleno,  muszę  teraz  odjechać.  Potrafiłem  zachować 

wobec  ciebie  spokój,  dopóki  żyła  Katie,  dopóki  żelazna  konieczność 

stała na straży mych pragnień. Teraz nie umiałbym cierpliwie czekać 

na  tę  chwilę,  gdy  już  zostaniesz  moją  żoną.  Nic  mi  nie  pomoże, 

pozostaje  mi  tylko  ucieczka.  Dla  nas  obojga  będzie  najlepiej,  kiedy 

background image

odpoczniemy  w  samotności  po  tym  wszystkim,  cośmy  przeżyli  i 

przecierpieli.  Musimy  poczekać  jeszcze  rok  na  szczęście.  Długi, 

niewyobrażalnie  długi  wyda  nam  się  ten  rok,  lecz  postaramy  się 

skrócić  go  sobie  tysiącem  czułych  liścików.  Będziemy  do  siebie 

pisywali,  dzielili  się  każdą  myślą,  każdym  uczuciem.  Nie  musimy 

przecież  ukrywać  tego,  co  żyje  i  tętni  w  naszych  sercach.  Z  każdym 

dniem  będzie  się  nam  skracał  czas  oczekiwania,  a  następne  święta 

Bożego  Narodzenia  spędzisz  ze  mną  jako  moja  najdroższa  żona. 

Wtedy  nigdy  się  nie  rozstaniemy,  zabiorę  cię  na  dwa  lata  do  Kota 

Radża.  Prawda,  Marleno,  że  wówczas  przestaniesz  się  wahać  i 

pojedziesz ze mną do Kota Radża?  

-  Pojadę  z  tobą  choćby  na  koniec  świata  -  odparła  z  serdeczną 

prostotą i przytuliła się do niego.  

Mieli sobie jeszcze bardzo wiele do powiedzenia i nie spostrzegli, 

jak  szybko  minęła  ta  ostatnia  godzina.  Gdy  przed  bramę  zajechał 

samochód, który miał zawieźć Haralda do portu, Marlena pobladła jak 

opłatek.  

-  Teraz  wybiła  godzina  rozstania  -  powiedział  Harald  głosem 

stłumionym ze wzruszenia, po czym porwał Marlenę w objęcia.  

Namiętnymi  pocałunkami  pokrywał  jej  włosy,  policzki,  oczy,  w 

końcu  przywarł  ustami  do  jej  warg  i  całował,  aż  jej  brakło  tchu.  Z 

bezgraniczną czułością odezwał się wreszcie:  

-  Do  widzenia, najdroższa!  Do  widzenia, Marleno!  Życie  moje... 

Niech Bóg nad tobą czuwa!  

background image

Ostatni  pocałunek  -  i  Harald  puścił  Marlenę,  po  czym  szybko 

wybiegł z pokoju. Już najwyższy czas, aby udać się na pokład statku.  

Marlena  patrzyła  w  ślad  za  ukochanym,  uśmiechając  się  mężnie. 

Nie chciała płakać i narzekać, postanowiła spokojnie znieść tę ostatnią 

rozłąkę, po której czekało ją ogromne, bezgraniczne szczęście.  

Godzinę  potem  Marlena  stała  w  pawilonie  i  czekała  na  statek, 

który  zabrał  Haralda  w  daleką  podróż.  Wspominała  przy  tym  ów 

dzień, gdy także czekała na parowiec... Harald miał wtedy przyjechać 

ze swoją młodą żoną... Biedna Katie, nigdy już nie ujrzy Kota Radża... 

Zimny  grób  wznosi  się  nad  marzeniami  i  nadzieją...  A  jak  dziwnym 

torem potoczyły się jej własne losy...  

Marlena  złożyła  ręce,  szepcząc  żarliwe  słowa  modlitwy.  Gdy 

wspaniały  statek  ukazał  się  w  oddali,  zobaczyła  Haralda,  który  jak 

wówczas  stał  przy  barierce.  Wychylił  się  przez  balustradę,  aby  raz 

jeszcze 

ogarnąć 

spojrzeniem 

wysmukłą 

postać 

złotowłosej 

dziewczyny.  

- Za rok, jak Bóg zechce, przyjadę po ciebie, Marleno, najdroższa 

moja - szeptał, przesyłając jej ręką pozdrowienia.  

Marlena zaś myślała w tej chwili:  

- Za rok, jak Bóg zechce, powrócisz do mnie, ukochany!  

A parowiec płynął wolno po szerokiej rzece, wyruszał na ocean i 

potem dalej, w świat...  

Marlena poczuła  się  samotna;  gorące  łzy  przyciemniły  na  chwilę 

jej niebiańskie oczy.  

 

background image

*        *        * 

 

W rok później Harald Forst przybył do kraju, by poślubić Marlenę 

Lassberg.  Wiele,  wiele  listów  odbyło  w  tym  czasie  daleką  podróż 

między Hamburgiem a Kota Radża. Każdy z nich krył w sobie słodkie 

marzenia o miłości i szczęściu.  

Harald  jeszcze  przed  wyjazdem  przygotował  wszystko  na 

przyjęcie  młodziutkiej  żony.  Postanowił  zamieszkać  z  Marleną  w 

swoim  małym  domku,  nie  zaś  w  obszernej  willi  Johna 

Vanderheydena.  Mieli  przecież  pozostać  zaledwie  dwa  lata  w  Kota 

Radża,  a  na  ten  krótki  okres  wystarczało  dawniejsze  mieszkanie 

Haralda. Kasova i Zobah, szczęśliwe młode małżeństwo, utrzymywali 

tam  ład  i  porządek.  Daipah  miała  zostać  służącą  panny  Marleny,  a 

opowiadała istne cuda o piękności i dobroci swej przyszłej pani.  

Harald  przyjechał  do  Hamburga  na  początku  grudnia.  Za  kilka 

dni, zgodnie z planem, miał się odbyć ślub młodej pary. Pan Zeidler i 

pani  Darlag  wiedzieli  od  dawna  o  zaręczynach  Marleny  i  Haralda; 

staruszkowie całym sercem cieszyli się z ich szczęścia.  

Gdy  Harald  wrócił  i  nareszcie  znowu  tulił  w  objęciach 

narzeczoną, odetchnął głęboko, po czym rzekł wzruszony: 

- Chwała Bogu, najdroższa, że już minęła nasza ostatnia rozłąka. 

Był  to  ciężki  rok,  choć  mogłem  żyć  najsłodszą  nadzieją.  Ach,  jakaż 

piękna jest moja Marlena! Jeszcze piękniejsza niż rok temu! Powiedz, 

kochanie, czy tęskniłaś za mną tak, jak ja za tobą?  

Zarzuciła mu ręce na szyję, patrząc głęboko w oczy Haralda.  

background image

- Codziennie o tobie myślałam, żyłam tylko nadzieją, że do mnie 

powrócisz.  To  mi  skracało  długie  miesiące  oczekiwania.  Mimo  to 

bardzo za tobą tęskniłam, Haraldzie!  

Ucałował białą, prawie niedostrzegalną bliznę na jej czole.  

-  Nic  nas  nie  rozłączy,  chyba  tylko  śmierć.  Widzę  cię,  tulę  w 

objęciach,  pragnę  zapomnieć  o  wszystkim,  co  przeżyłem  i 

przecierpiałem. Nie myślmy już o przeszłości.  

 

W  dwa  dni  później  odbył  się  ich  ślub.  Tym  razem  nie 

wyprawiono  wspaniałego  wesela,  lecz  mimo  to  dzień  ów  przeszedł 

uroczyście w cichym gronie dobrych przyjaciół. Pan Zeidler i jeden ze 

starszych  urzędników  firmy  byli  świadkami  na  ślubie.  Z  oczu 

małżonków  tryskało  takie  szczęście,  iż  wszyscy  byli  przekonani,  że 

tym razem Harald Forst zawiera małżeństwo z miłości.  

Po  kolacji  młoda  para  wyjechała  do  Szwajcarii,  gdzie  spędziła 

dwa  cudowne  tygodnie  w  małym  hoteliku nad  Jeziorem  Genewskim. 

Dopiero na święta Bożego Narodzenia Harald i Marlena powrócili do 

Hamburga,  aby  w  błogim,  domowym  zaciszu  obchodzić  Gwiazdkę. 

Tej  zimy  mało  bywali,  a  choć  Harald  przedstawił  znajomym  swą 

młodą  żonę,  zastrzegł  się  od  razu,  że  dopiero  po  ostatecznym 

powrocie do kraju uczyni zadość swoim zobowiązaniom towarzyskim. 

W  kilka  miesięcy  później  Harald  i  Marlena  wyjechali  do  Kota 

Radża, aby wspólnymi siłami przygotować wszystko do przeniesienia 

centrali z powrotem do Hamburga. Gdy Harald tym razem przepływał 

statkiem koło domu rodzinnego, otoczył mocno ramieniem swą żonę. 

background image

Oboje  gestem  dłoni  żegnali  pana  Zeidlera  i  panią  Darlag.  Harald 

zwrócił się czule do Marleny: 

-  Zabieram  ze  sobą  swoje  szczęście,  więc  się  nie  martwię,  że 

wyruszam  w  świat.  Nie  będę  tęsknił,  bo  ty  jesteś  moją  ojczyzną.  O, 

ukochana, tyś już nie siostra, lecz Marlena - moja żona!