background image

Galina Czernaja 

 

Detektyw z Mokrych Psów: 

maniak święconej wody 

 

przełożyła Ewa Białołęcka 

 
Pociąg  zatrzymał  się  na  zapomnianej  przez  diabła 

stacyjce  w  miasteczku  o  dziwnej  nazwie  Mokre  Psy,  w 
okręgu  Dog’re,  co  w  przekładzie  z  anielskiego  znaczyło 
„Psia  Krew”.  Postawiłem  walizkę  na  pustym  peronie  i 
rozejrzałem się wokoło. Niewielki parterowy budyneczek 
stacji wyglądał  zachęcająco  –  zadbane kępy  cmentarnego 
bluszczu  pięły  się  po  grubych  metalowych  pająkach, 
oplatając  dworzec  po  sam  dach.  Szare  niebo,  jedyna, 
tradycyjnie przyrdzewiała latarnia, naderwany przez wiatr 
rozkład  jazdy  i  ogólna  atmosfera  jakiejś  szczególnej, 
domowej wręcz posępności. Odniosłem wrażenie, jakbym 
cofnął się w czasy dzieciństwa. 

–  Czyli  to  jest  moje  nowe  miejsce  pracy?  Cóż... 

zobaczymy,  zobaczymy...  –  mruknąłem  dziarsko  pod 
nosem. 

Kłębiąca  się  na  peronie  mgła  zaczęła  zbierać  się  w 

jednym  miejscu,  gęstnieć  i  po  chwili  wyłonił  się  z  niej 
nadzorca  stacji.  Leciwy  wampir  uśmiechnął  się  do  mnie 
przyjaźnie, odsłaniając na wpół starte kły, i podniósł  mój 

background image

bagaż. 

– Jak podróż, sir? Mam nadzieję, że niezbyt męcząca? 

– zapytał uprzejmie. 

Pokiwałem  głową,  również  uśmiechając  się  w 

odpowiedzi. 

–  Wszystko  w  porządku,  jeśli  nie  liczyć  jednego 

małego  incydentu.  Jechało  ze  mną  w  przedziale  dwoje 
młodych  ludzi,  przedstawicieli  nowej  religii.  Próbowali 
mnie nawrócić na swoją wiarę. Czy może kulturalny czart 
wierzyć  w  diabła,  skoro  istnieje  szatan,  przy  czym  nie 
potrafili mi zrozumiale wyjaśnić różnicy między jednym a 
drugim.  Musiałem  pokazać  im  swoją  legitymację 
służbową i zadać kilka pytań. 

– Licencji na wygłaszanie kazań naturalnie nie mieli? 

–  Nadzorca  chytrze  zmrużył  oczy,  podtrzymując 
rozmowę. 

– Otóż to. 
–  Życzę  przyjemnej  służby,  panie  Brazyński.  – 

Wampir  ukłonił  się,  otwierając  przede  mną  pordzewiałą 
furtkę w ogrodzeniu świeżo wymalowanym na kolor krwi. 
– Mam nadzieję, że się panu u nas spodoba. 

Skinąłem  głową,  wychodząc  z  dworca  na  ulicę 

miasteczka.  No  proszę,  już  wie,  kim  jestem,  jak  się 
nazywam,  skąd  przyjechałem  i  czym  się  będę  tutaj 
zajmować.  Prowincja...  Nie  tak  wiele  się  tu  dzieje,  żeby 
przegapić przyjazd nowego sierżanta policji, i to jeszcze z 
samego Sparyża. 

– Komisariat jest tutaj, proszę pana, po drugiej stronie 

background image

–  nadzorca  wskazał  na  mały  żółtawy  budynek  –  ale  tam 
już zamknięte i myślę, że lepiej będzie, jak pan pójdzie do 
hotelu  „Rogi  Pod  Nimbem”.  Prosto  główną  aleją,  skręci 
pan w drugą przecznicę na prawo, tamtędy wydostanie się 
na  stary  rynek  i  hotel  będzie  zaraz  naprzeciwko.  Zawsze 
mają wolne pokoje. 

Podziękowałem  uprzejmie  staremu  wampirowi, 

wziąłem  walizkę,  przeszedłem  przez  ulicę  brukowaną 
kamieniem  nagrobkowym  i  obejrzałem  budynek,  w 
którym  przyjdzie  mi  spędzić  kilka  następnych  miesięcy 
swego  życia.  Miałem  nadzieję,  że  nie  potrwa  to  długo  i 
raczej  prędzej  niż  później  doczekam  się  powrotu  do 
stolicy, a czasowe zesłanie do tej dziury będę wspominać 
jako  rodzaj  przymusowego  urlopu.  Zgodzicie  się  chyba, 
że  nawet  najlepsi  specjaliści  z  Biura  Śledczego  kiedyś 
muszą  odpoczywać,  a  ja  byłem  jednym  z  najlepszych. 
Może  trochę  zbyt  gorliwym  i  za  to  też...  Właściwie  nie 
chcę o tym wspominać. 

Komisariat,  wzniesiony  z  okopconego  granitu 

nagrobkowego,  miał  wygląd  zbyt  spokojny,  a  nawet 
senny,  by  można  było  liczyć  tutaj  na  dużą  aktywność 
zawodową i ciekawe sprawy. Nie czułem się na siłach, by 
już  teraz  tam  zaglądać  i  zapoznawać  się  z  nowymi 
współpracownikami.  Zresztą  pewnie  siedział  tam  jedynie 
nocny  dyżurny.  Dzień  pracy  policji  w  takich  maleńkich, 
na poły wiejskich miasteczkach zwykle trwa od dziewiątej 
rano  do  piątej  po  południu.  I  właśnie  wówczas  po  raz 
pierwszy zauważyłem, że mam „ogon”... 

background image

Jakieś dwadzieścia kroków za mną cicho skradała się 

ciemna  postać,  zakutana w długi płaszcz  z podkreślonym 
stanem.  Udałem,  że  podziwiam  nocne  niebo,  po  czym 
raptownie  odwróciłem  się  i  ruszyłem  w  stronę  szpiega. 
Wystraszony machnął ogonem i przepadł w gęstniejącym 
mroku. Sądząc po chwościku, był to czart albo czartynka. 
No  cóż,  jutro  to  zbadam  –  wątpliwe,  żeby  w  tym 
miasteczku  czekały  mnie  bardziej  skomplikowane 
śledztwa... 

Kierując  się  wskazówkami  nadzorcy,  przeszedłem 

dość  wąską  aleją,  między  dwoma  rzędami  dawno 
obumarłych  wiązów,  wzorowo  pokrytych  mazutem  do 
wysokości  metra  nad  ziemią  –  tania  i  zawsze  skuteczna 
metoda  ochrony  przed  grobowymi  żukami.  Te,  które 
przylepiły  się  do  czarnej  mazi,  potem  długo  służą  jako 
naturalna  ozdoba  drzewa.  Słyszałem,  że  w  niektórych 
miastach  na  wybrzeżu,  wbrew  tradycji,  na  drzewach 
pozostawia  się  liście.  Osobiście  jestem  za  starym 
sposobem  usuwania  pąków.  W  zieleni  liści  jest  coś 
chorobliwego, nieprawdaż? 

A  już  tym  bardziej  jesienią,  kiedy  zrobią  się  żółte  i 

czerwone. Czy tamtejszym mieszkańcom (o ile to w ogóle 
prawda)  nie  mieni  się  w  oczach  od  takiego  kalejdoskopu 
barw? A przecież jest tyle poezji i absolutu w nagiej szarej 
gałęzi  martwego  jesionu  z  siedzącym  na  niej  krukiem, 
wykrakującym  straszliwą  klątwę,  od  której  krew  stygnie 

żyłach. 

Najwyraźniej 

jestem 

beznadziejnym 

romantykiem... 

background image

W  końcu  wyszedłem  na  plac,  pośrodku  którego 

wznosiła  się  mroczna  statua  jakiegoś  diabelskiego 
męczennika.  Przechodząc  obok,  zerknąłem  na  tablicę 
umocowaną  do  postumentu.  Jak  się  okazało,  był  to 
Lucjusz  Rowling,  spalony  na  stosie  przez  nastawionych 
antyreligijnie 

wieśniaków-upiorów 

roku 

anno 

Antichristi 410. 

 
Niewielki, jednopiętrowy  hotel  z szyldem  „Rogi  Pod 

Nimbem”  wybudowano  w  stylu  hard  rokoko  i  robił 
całkiem  miłe  wrażenie  swoimi  tragicznie  łamanymi 
liniami. Na parterze mieścił się całodobowy pub. Po lewej 
dostrzegłem piekarnię, a po prawej sklep meblowy z ładną 
ekspozycją  trumien  sypialnych  na  wystawie.  Dalej,  nad 
gmachem  więzienia  wznosiła  się  iglica  miejskiego 
ratusza. Hotel okazał się zupełnie przyzwoity... 

– Pokój na jedną noc dla jednej osoby? – upewnił się 

rzeczowo  nieogolony  faun  recepcjonista.  –  Tak,  pan  Jiri 
Brazyński,  zostaliśmy  uprzedzeni.  Oto  klucz.  Proszę 
jeszcze  podpisać  tutaj...  i  tutaj,  że  zapoznał  się  pan  z 
regulaminem. 

W  milczeniu  podpisałem  okopcony  formularz, 

zobowiązując się do nieprzyprowadzania grubych kobiet o 
pierwszej  w  nocy,  nierozpalania  ogniska  na  parapecie, 
niewycia do księżyca od północy do czwartej nad ranem, 
niezostawiania 

otwartych 

drzwiczek 

lodówki, 

niedokarmiania  bezdomnych  wampirów  orzeszkami  z 
minibaru oraz niestrzelania do Cyganów z procy, łuku ani 

background image

kuszy  (wyjątek  stanowiła  służbowa  broń  palna).  W  pełni 
rozsądne wymagania, nic ponad normę. 

Dostałem pokój z widokiem na czarne wody tutejszej 

rzeki. Nie miałem absolutnie nic do roboty. Postałem pod 
prysznicem,  wyczyściłem  zęby  i  położyłem  się  spać. 
Jednak potem, poprzewracawszy się bezsennie w pościeli 
pół godziny, włączyłem telewizor. 

Dwa  regionalne  kanały  pokazywały  akurat  jakieś 

pesymistyczne telenowele, a na trzecim leciała kreskówka 
z  zającem  znęcającym  się  psychicznie  nad  wilkiem. 
Pogapiłem się tępo w ekran jeszcze dwadzieścia minut, po 
czym  dałem  za  wygraną.  Ubrałem  się  i  poszedłem  na 
nocny spacer ulicami uśpionego miasteczka. 

Podstawowy  nawyk  stołecznego  śledczego:  ani  na 

sekundę  nie  tracić  czujności,  nie  dawał  mi  spokoju  także 
tutaj  –  w  miejscowości,  gdzie  według  statystyk  w  ciągu 
ostatnich  dwóch  lat  nie  było  ani  jednego  przestępstwa. 
Prócz,  zdaje  się,  wybryku  owego  turysty,  który  karmił 
bezdomne  wampiry  orzeszkami.  Podobno  wlepili  mu 
mandat  i  zasugerowali,  żeby  już  nigdy  nie  odwiedzał 
Mokrych  Psów  (na  Diabła,  cóż  za  nazwa),  co  mu  i  tak 
było bardzo na rękę. 

Ja chyba po prostu nie umiem odpoczywać. Niestety. 

Sztuka odpoczynku jest bardzo ważna w pracy policyjnej. 
Od  momentu  kiedy  trzy  lata  temu  ukończyłem 
Municypalną  Szkołę  Policyjną  i  zostałem  sierżantem  w 
okręgu sparyskim, bez przerwy czułem się na służbie. Tak 
się  złożyło,  że  w  tym  czasie ani  razu  nie brałem  urlopu  i 

background image

miałem  co  najwyżej  jeden  wolny  dzień  w  tygodniu  poza 
wydziałem.  Inaczej  się  nie  dało.  W  stolicy  co  piętnaście 
minut ktoś łamie prawo. Nie to, co tutaj. 

Chociaż...  może  wyciągnąłem  pochopne  wnioski. 

Nagle zobaczyłem, że za kwiaciarnią oferującą cmentarne 
wieńce  do  jakiegoś  chudego  domowika  przystawia  się 
trzech krzepkich chłopaków tej samej rasy. Przyciskali go 
do  ściany,  a  ten  coś  mamrotał  wystraszonym,  obronnym 
tonem. 

 
– 

Sierżant 

Brazyński 

– 

przedstawiłem 

się, 

podchodząc 

energicznym 

krokiem 

pokazując 

legitymację. – Co się tu dzieje? 

Ofiara  rozpłynęła  się  w  uśmiechu,  a  grabieżcy 

obejrzeli  się  z  niejakim  zaskoczeniem,  ale  tylko  w 
pierwszej  chwili.  Natychmiast  również  zaprezentowali 
uśmiechy,  ale  takie  dwuznaczne  i  paskudne,  jakby 
zobaczyli  starego  przyjaciela,  który  był  świadkiem  i 
wspólnikiem ich dziecięcych występków. 

–  Siebżant?  Ban  siebżant  Bdadzynski?  My  na  bana 

tag  czekaliśby...  –  zakrzyknął  radośnie  jeden  z 
napastników.  Dawno  już  nie  słyszałem  tego  nosowego 
akcentu, spotykanego jedynie u sinogórskich domowików. 

Speszyłem się lekko. I to pewnie odbiło się na mojej 

twarzy, mimo długiego treningu ukrywania emocji. 

–  Chma,  chma,  chma!  Ban,  siebżancie,  byśli,  że  by 

sie du zajbujeby czybś nielegalnym? 

– Dokładnie! Dlatego rączki proszę! 

background image

Machinalnie  sięgnąłem  do  kieszeni  po  kajdanki.  O, 

niech to anielska sutanna,  nie  wziąłem kajdanek! Ale kto 
by przypuszczał, że zwykła  nocna przechadzka dostarczy 
okazji  do  aresztowania?  To  znaczy:  w  takiej  sennej 
dziurze? 

–  Ej,  jak  chce  pan  ich  aresztować,  to  niech  tam.  Ale 

dlaczego  akurat  w  samym  środku  powinszowań?!  – 
oburzył się chudy, sądząc po wymowie, nie Sinogórzec. 

– Ale przecież tych trzech napadło na pana? 
– Tak. Bo mam dziś urodziny – potwierdził tamten z 

taką  miną,  jakby  to  wyjaśniało  wszystko.  Pogubiłem  się 
do reszty. 

– I... ? 
–  Oni  mi  gratulowali  –  zaczęła  objaśniać  z 

westchnieniem  „ofiara”,  mówiąc  powoli  i  wyraźnie,  jak 
do  tępego  trolla.  –  My,  domowiki,  mamy  taki  zwyczaj. 
Jesteśmy  biedni,  więc  przyjaciele  w  dzień  urodzin, 
widząc, że nie mamy jak ich ugościć za stołem, biją nas i 
kopią. Oczywiście nie na serio, o ile nie przesadzą trochę. 
A  potem  już  podarują,  co  mogą.  A  pan  nam  zepsuł  cały 
rytuał. 

–  No...  a  gdzie  prezenty?  –  zapytałem,  widząc,  że 

domowik  najwyraźniej  nie  łże.  Jego  oburzenie  było  zbyt 
przekonujące.  Należało  jednak  doprowadzić  sprawę  do 
końca.  No  i  nieprzyjemnie  jest  tak  się  pomylić  po  trzech 
latach służby... 

–  Du  są.  Za  te  bieniądze  nas  ugośdzi.  Daki  świędy 

obyczaj domobików z Dog’be. 

background image

– Ale panowie nie są z Dog’re. 
– Niee, by to z gór, z póbnocy. Drugi rog już dudaj na 

zarobgu, radusz remondujemy. 

–  Moi  przyjaciele,  moi  prawdziwi  przyjaciele...  – 

rozczulił  się  tubylczy  domowik,  przyciskając  do  piersi 
pudełko z jakimiś brzęczącymi drobiazgami. 

Zawstydziłem się. W szkole policyjnej uczyliśmy się 

o  obyczajach  różnych narodów,  ale  że  nie  stykałem  się  z 
domowikami  w  czasie  służby,  widać  to  i  owo  wyleciało 
mi z głowy. Należało jednak sprawdzić. 

– Pozwoli pan, że spojrzę? 
– Oczywiście, sierżancie. 
Na pierwszy rzut oka nie było tam nic podejrzanego. 

Woreczek  z  monetami,  chyba  nie  leprechaunów,  stara 
zapalniczka i parę butelek taniego rusałczanego wina. Coś 
mi  szeptało,  że  niegłupio  byłoby  wziąć  je  do  ekspertyzy. 
Może to po prostu skaza zawodowa, szukać we wszystkim 
śladów  przestępstwa.  (To  nie  stolica,  Jiri,  tu  w  ogóle  nie 
istnieje  życie  przestępcze!)  Po  krótkim  wahaniu 
postanowiłem nie psuć domowikom święta. 

–  Proszę przyjąć  moje przeprosiny, panowie.  I  życzę 

wszystkiego najlepszego w imieniu policji. Mam nadzieję, 
że  będziecie  świętować  przyzwoicie,  bez hałasu  i  w porę 
rozejdziecie się do domów. 

– Wielgie dzięgi, że nie trafiliśby do areszdu... 
– Jeszcze raz przepraszam – powtórzyłem. – Wesołej 

zabawy. 

Zasalutowałem, 

dotknąwszy 

pazurami 

rogu, 

background image

okręciłem  się  przez  lewe  ramię  i  odszedłem,  uwalniając 
od  swojego  towarzystwa  domowików,  którym  i  tak  już 
odechciewało 

się 

świętowania. 

Szedłem 

szybkim 

krokiem,  mając  nadzieję,  że  znajdę  gdzieś  pub  albo 
kawiarnię.  Chciałem  trochę  uspokoić  nerwy.  Ale  nie 
upłynęło  nawet  pięć  minut,  kiedy  zauważyłem,  że  znów 
ktoś mnie śledzi. Kolejny raz – podejrzane, prawda? Może 
jednak  nie  należało  ignorować  tak  intensywnego 
zainteresowania moją skromną osobą. Jednak kiedy tylko 
się  odwróciłem,  postać  śledzącego  odskoczyła  nerwowo 
w cień. Nie chciało mi się go gonić. W każdym razie nie 
teraz.  Miałem  przeczucie,  że  jeszcze  się  spotkamy  i  będę 
miał czas to załatwić. 

Zszedłem  z  głównego  placu  i  zanurzyłem  się  w 

kolejnym  zaułku,  między  salonem  trumien  sypialnych  i 
miejską  czytelnią,  gdzie  w  witrynie  wyeksponowane 
zostały  książki,  które  wyszły  spod  pióra  udomowionych 
smoków  literackich.  Osobiście  nie  miałem  okazji  czytać, 
ale wielu je chwali. 

Zaczerpnąłem  pełną  piersią  ciepłego  powietrza  nocy 

letniej  i  zobaczyłem  na  starym  słupie  ogłoszeniowym 
duży  plakat  z  informacją  o  miejskim  festynie.  Sądząc  po 
dacie,  miał  się  odbyć  dzisiaj,  jak  zawsze  na  miejscowym 
cmentarzu,  według  niepisanej  tradycji  takich  małych 
miasteczek. Ogłoszenie też było standardowe: 

 
O  godzinie  13.  00  konkurs  dla  młodych  czartów 

„Zadrzyj  sąsiadce  spódnicę!"  (w  trzech  etapach),  a  także 

background image

grillowanie  nieudomowionych  smoków,  rozpustne  tańce  i 
wybór  najpiękniejszego  kaktusa  roku.  Nagrody  fundują 
sponsorzy z wytwórni wędlin „Szczoor & S-ka". 

 
Od oglądania namalowanych na afiszu dziewczątek w 

strojach ludowych z krótkimi falbaniastymi spódniczkami 
oderwała  mnie  grupa  młodych  gargulców  z  subkultury, 
którzy  palili,  gadali  i  rechotali  w  sposób  wysoce 
niekulturalny.  Widziałem,  jak  jeden  wsunął  drugiemu  w 
łapę 

coś 

bardzo 

podobnego 

do 

pakieciku 

mirrabasterowego  proszku,  zagranicznego  narkotyku, 
najpopularniejszego wśród tak zwanej „złotej młodzieży”. 
Mirrabaster  ma  dość  wygórowaną  cenę,  dyktowaną 
skomplikowanym 

sposobem 

pozyskiwania 

najcenniejszego  składnika  –  mirry.  Zajmują  się  tym 
wyłącznie gargulce, gdyż niezbędne są przy tym skrzydła 
i  umiejętność  latania.  Zwykle  sześć  gargulców  śledzi  w 
dolnych  niebiosach  dyżurnego  anioła  z  mirrą  i  za  cenę 
życia  dwóch  czy  trzech  (a  czasem  więcej)  kompanów 
odbierają  mu  zdobycz.  Zdobytą  mirrę  mieszają  następnie 
ze  sproszkowanym  alabastrem  (stąd  i  nazwa)  w 
odpowiednich 

proporcjach. 

Zwidują 

im 

się 

po 

mirrabastrze  rajskie  ogrody,  tak  że  gargulce,  które  choć 
raz powąchały tego anielskiego świństwa, już nie wracają 
do normalnego życia. 

Skierowałem  się  ku  tej  kompanii  zdecydowanym 

krokiem. Nie ufając słabym jeszcze skrzydłom, próbowali 
uciekać na piechotę. Zdjąłem z pasa pałkę, zgiąłem ją jak 

background image

bumerang  i  nie  celując,  rzuciłem  w  ślad  za  umykającymi 
podrostkami.  Bumerang  trafił  ostatniego  pod  kolano,  ten 
wpadł  na  poprzedzającego  go  kolegę  i  obaj  wywrócili 
również  pozostałych.  Kiedy  zbierali  się  z  ziemi,  ja  już 
stałem nad nimi niczym straszliwy symbol PRAWA. 

Rewizja  przyniosła  oczekiwane  rezultaty.  Z  kieszeni 

młodzianków wyciągnąłem dwie paczuszki mirrabastru, a 
żadnych  sensownych  wyjaśnień  nie  potrafili  naturalnie 
udzielić. Całą czwórkę zaciągnąłem na posterunek. 

Nacisnąłem dzwonek – zabrzmiał rozdzierający duszę 

jęk skacowanego Ufira, demona patronującego lekarzom i 
stomatologom.  Odczekałem  minutę,  jakoś  nikt  nie 
przychodził  otworzyć,  więc  zastukałem.  Stare  drzwi 
otwarły  się  ze  skrzypnięciem.  Ki  anioł,  niezamknięte? 
Mam nadzieję, że chociaż w środku ktoś będzie... 

W  pustym  korytarzu  pachniało  tabaką  i  wanilią.  Na 

posterunku  grzał  stołek  tylko  dyżurny  czart  z  wyjątkowo 
markotnym  wyrazem  twarzy,  i  sterczącymi  spod  górnej 
wargi  krzywymi  kłami  –  jawnym  dowodem  domieszki 
krwi wampirzej. Nawet nie podniósł się zza biurka, kiedy 
weszliśmy,  tylko  spojrzał  z  mętnym  zdziwieniem  w 
czarnych oczach i melancholijnie zaproponował: 

– Soku pomidorowego z pieprzem... sierżancie? 
Popatrzyłem  na  stojącą  przed  nim  do  połowy 

opróżnioną szklankę i pokręciłem głową. 

– Dziękuję. Lepiej niech pan spisze to towarzystwo. 
–  A  co  nabroili?  Tacy  młodzi  i  już...  –  Dyżurny  ze 

smakiem popił soku, nadal nie ruszając się z miejsca. 

background image

– Wąchali mirrabaster – oznajmiłem twardo. 
–  Ooo,  dooobrze...  To  jest  niedobrze,  chciałem 

powiedzieć!  Tak  przecież  nie  można.  Dzieci,  chcecie 
zginąć?  Rozkosze  Edenu  zachciało  się  wam  pooglądać? 
To 

bardzo 

nieodpowiednia 

droga 

dla 

dobrze 

wychowanych  gargulców.  Ale  za  co  tak  od  razu 
spisywać? Myślę, że trzeba dać im szansę. Sierżancie... ? 

Zmarszczyłem  brwi,  przybierając  srogą  minę, 

podyktowaną  doświadczeniem.  Jeśli  teraz  chłopakom 
darujemy,  zaledwie  pogroziwszy  palcem,  nic  do  nich  nie 
dotrze.  Widziałem  to  w  ich  spokojnych,  grzeczniutkich 
twarzach i zarazem bezczelnym wyrazie oczu, gdzie było 
klarownie  wypisane:  „Siedźmy  cicho,  nie  kłóćmy  się, 
udajmy  skruchę,  a  tych  dwóch  naiwnych  zgredów  da  się 
nabrać”.  A  po  następnej  działce  mogą  już  nie  wrócić. 
Mirra jest zabójcza dla każdego w tym świecie, czy jesteś 
gargulcem,  czy  czartem,  leprechaunem  lub  faunem  – 
starczy  się  pomylić  o  miligram,  a  nastąpi  koniec  twego 
krótkiego  i  niezbyt  mądrego  życia.  Przepraszam  za 
dygresję,  ale  napatrzyłem  się  już  na  tyle  zgonów  po 
narkotykach... 

–  Proszę  spisać  protokół,  kapralu  Furfur  Flewretti.  – 

Przeczytałem jego nazwisko na plakietce u munduru. 

– Ale, sir, pan tu jest nowy, a ja... 
– To moje polecenie jako starszego stopniem. 
Gargulce 

zaczęły 

wyrzekać 

oburzeniem. 

Westchnąwszy ciężko i dopiwszy resztkę soku szarego od 
pieprzu,  kapral  mlasnął  z  zadowolenia,  wyciągnął  się 

background image

przez  całą  długość  biurka  po  książkę  protokołów  i 
zamoczywszy  przedpotopowe  pióro  w  atramencie  marki 
„Mątwa”, oznajmił: 

– 

Tek-k, 

no 

to 

zaczynamy. 

wy, 

dzieciątka-gargulątka,  ciszej,  bo  jeszcze  pomylę  wasze 
adresy,  a  może  i  tatusiów  z  mamusiami.  A  komu  to 
potrzebne? Nikomu. Dlatego cii! 

Obserwowałem  jego  nierówną walkę  z piórem,  które 

w  żaden  sposób  nie  chciało  go  słuchać.  W  końcu 
wyciągnąłem z kieszonki na piersi własne pióro wieczne i 
podałem  kapralowi.  Zmieszany  Flewretti  przyjął  je  z 
wdzięcznością. 

–  A  może  ja  się  tym  zajmę?  –  zaproponowałem.  – 

Przywykłem  do  tego,  a  i  nie  zaszkodzi  zapoznać  się  z 
waszą specyfiką pracy z tutejszymi mieszkańcami. To mi 
pomoże szybciej wrosnąć w zespół. 

– Ależ proszę bardzo, sierżancie... eee... ? 
– Brazyński. 
Gargulce  paskudnie  zachichotały.  Moje  słowiańskie 

nazwisko zawsze wywoływało takie reakcje. Przywykłem 
już. Kapral z jawną ulgą i zadowoleniem ustąpił mi swego 
miejsca. Pisałem, a on mi dyktował. Znał wszystkich tych 
wyrostków  po  imieniu  i  nazwisku,  ich  adresy,  rodziców, 
historie rodzin do piątego pokolenia wstecz. W tym czasie 
pięć  razy  się  przeciągnął  i  sześć  razy  ziewnął. 
Przechyliwszy  głowę  na  bok,  przyglądał  się  gargulcom, 
jakby  to  były  ptaszęta  niebieskie,  a  nie  złowrogo 
uśmiechające  się  piekielne  stwory.  O  większości  naszej 

background image

młodzieży  nie  da  się  powiedzieć  nic  innego.  Świat 
zmierza 

ku 

zagładzie, 

poziom 

przestępczości 

niedorzecznie  wysoki,  a  my  jesteśmy  jedynymi,  którzy 
jakoś jeszcze powstrzymują tę narastającą falę... 

Zajęty  pisaniem,  nie  od  razu  zwróciłem  uwagę  na 

przeraźliwe skrzypnięcie drzwi wejściowych. W korytarzu 
rozległy  się  ciężkie  kroki  i  do  pokoju  wszedł  starszy 
wiekiem,  niski  i  niezwykle  gruby  czart  z  pagonami 
komisarza  na  krągłych,  spadzistych  ramionach.  Mundur 
miał  na  pewno  szyty  na  zamówienie.  Brzuch  mu  zwisał, 
był  niemal  szerszy  niż  wyższy,  ale  wygląd  miał  surowy. 
Taksująco  popatrzył  na  mnie  spod  krzaczastych  brwi. 
Gdzieś w głębi jego oczu błysnęły wesołe iskierki. 

Podniosłem się i stanąłem na baczność. 
–  Sierżant  Jiri  Brazyński  melduje  przybycie  w  celu 

podjęcia służby, sir! 

Gargulce  znów  parsknęły.  Kapral  Flewretti  również 

nie  wytrzymał  i  jego  wargi  zadrgały,  ale  zaraz  zrobił 
boleściwą  minę,  przeszywając  młodych  podejrzanych 
wzrokiem pełnym potępienia. 

–  Spocznij,  spocznij,  sierżancie  –  uśmiechnął  się 

komisarz.  –  Nazywam  się  Gerard  Bazylikus.  Miło  pana 
widzieć. Dawno pan przyjechał? 

– Parę godzin temu, sir! 
–  Tak  więc  witamy  w  naszym  miłym,  spokojnym 

miasteczku.  Wierzę,  że  się  panu  tutaj  spodoba,  choć 
naturalnie z początku wszystko wyda się mniej jaskrawe i 
gwarne  niż  w  stolicy.  Za  to  mamy  doskonałe  miejscowe 

background image

piwo.  –  Przybysz  cmoknął,  marzycielsko  przymykając 
oczy.  –  No  i  kasza  gryczana  z  wkładką  z  wędzonych 
byczych  ogonów...  mmmm...  Taką  potrafią  przyrządzić 
tylko tutaj. Czemu pan musiał porzucić dawne miejsce? 

– Intrygi współpracowników, sir. 
–  Rozumiem.  Godny  powód.  Obawiam  się  tylko,  że 

nie znajdzie pan u nas zbyt wielu okazji do wykorzystania 
swoich 

talentów 

detektywistycznych, 

których 

powszechnie  wiadomo.  Nie  mógł  pan  zasnąć  w  nowym 
miejscu? A co tu robią ci nicponie? – Jakby dopiero teraz 
komisarz zauważył gargulce i przywołał na oblicze wyraz 
skrajnego  zdumienia,  choć  mnie  się  wydawało,  że  ta 
hałaśliwa czwóreczka wypełnia całe pomieszczenie. – Nie 
może być, Franky, Lora, Tinto... Gdzie wasi rodzice mają 
oczy, co? Mam nadzieję, że to jedno zatrzymanie starczy, 
żeby  bardziej  zwracali  na  was  uwagę.  No  dobrze,  ja  tu 
zapomniałem  na  stole  okularów,  a  nie  mogę  zasnąć  bez 
przeczytania  do  poduszki  jednego  czy  dwóch  rozdziałów 
lesbijskiego  romansu  „Polizjantki”.  O,  są  okulary!  To 
dobranoc... 

– Dobranoc, sir – powiedzieliśmy z kapralem. 
–  Aha,  jeszcze  jedno,  sierżancie.  –  Komisarz 

zatrzymał  się  i  patrząc  mi  w  oczy,  dodał  znacząco:  –  W 
ciągu  ostatnich  pięciu  miesięcy  nie  mieliśmy  ani  jednego 
naruszenia  porządku  publicznego,  po  kradzieży  dwóch 
wagonów  towarowych  z  destylowanym  cholesterolem. 
Sprawcami byli nieletni. 

– Głośna sprawa, sir – przytaknął kapral. 

background image

–  Próbowali  go  potem  hurtem  sprzedać  w  trafice 

tytoniowej... ale to był odosobniony przypadek. Mieliśmy 
bardzo  dobrą  statystykę...  zanim  pan  tu  nie  trafił,  mój 
drogi.  Ale  o  tym  jeszcze  porozmawiamy.  A  teraz  proszę 
iść  spać.  Nazajutrz  czeka  pana  ważna  i  odpowiedzialna 
sprawa,  której  nie  mogę  poruczyć  nikomu  innemu. 
Dlatego  powinien  pan  dobrze  wypocząć.  Dokończcie  tu 
szybko  i  do  łóżka.  A  wy  do  domu,  łobuzy!  Rodzice  już 
pewnie tęsknią za swoimi synami marnotrawnymi... 

Gargulców  zwolniono,  ale  obiecałem  na  pożegnanie, 

że  porozmawiam  z  ich  rodzicami,  co  mocno  umniejszyło 
ich  radość.  Zwykła  rodzicielska  kara  dla  takich 
nadaktywnych  dzieciaczków  oznacza  wizytę  u  fryzjera  i 
przycięcie  skrzydeł.  A  to  gorsze  niż  szlaban  na  Internet. 
Dopóki im piórka nie odrosną, będą przywiązani do ziemi 
przez  jakieś  trzy,  cztery  tygodnie.  Z  drugiej  strony, 
przecież nie wsadzimy ich do paki... 

Wróciłem  do  hotelu  i  resztę  nocy  spokojnie 

przespałem.  Rano  wstałem  rześki,  zadowolony  z 
wczorajszych  sukcesów,  zrobiłem  gimnastykę  i  zszedłem 
na  śniadanie.  Zdaje  się,  że  zaczynałem  powolutku 
przywykać  do  nowej  lokalizacji.  Chyba  szybko  się 
polubimy z tym miłym miasteczkiem, nie było tak źle, jak 
się  obawiałem.  Niestety...  Śniadanie  zaczęło  się  od 
niesmacznej  jajecznicy,  tostów  ociekających  tłuszczem  i 
świeżej gazety, opisującej moje wczorajsze przejścia. Czy 
może  raczej  zajścia?  Artykuł  krzyczał  wielkim, 
rzucającym  się  w  oczy  tytułem:  „Bestialskie  pobicie 

background image

domowików!  Pogwałcenie  świętych  zasad!  Policja 
lekceważy  tradycje!”.  Oczy  mi  wylazły  prawie  na  czoło. 
Dalej następował nie mniej szokujący tekst: 

 
Nowo przybyły  detektyw  Jiri Brazyński zdążył się  już 

pokazać  z  nie  najlepszej  strony...  „Rzucił  się  na  nas  jak 
szalony... ”, „Jak długo mamy to znosić?" – pyta  jeden z 
poszkodowanych.  Jak  długo?!  –  pyta  również  nasza 
gazeta... 

Komisarz 

policji 

podczas 

spotkania 

przedstawicielami  prasy  odmówił  komentarzy,  ale  sadząc 
po  wymownym  milczeniu,  on  także  jest  niezadowolony  z 
postępków swego nowego... 

 
Łyknąłem  ponownie  rozpuszczalnej  lury,  z  jakichś 

powodów  nazywanej  tutaj  kawą.  Artykuł  poświęcony 
młodocianym  gargulcom  zajmował  resztę  stronicy. 
Pierwszy  upstrzony  był  moimi  zdjęciami,  ściągniętymi  z 
Facebooka,  a  cała  historia  z  gargulcami  w  ogóle  została 
przerobiona na zabawny komiks! Zabawny dla czytelnika, 
ma  się  rozumieć,  ale  nie  dla  mnie.  Moja  karykaturalna 
postać  strzelała  wpierw  z  pistoletu,  potem  z  karabinu 
maszynowego,  a  w  końcu  z  armaty  do  niewinnych 
garguląt, fruwających w białych szatkach pod obłokami, a 
potem  wlokła  je  gdzieś  –  obite  i  zakrwawione.  Ożeż! 
Komisarz  policji  pozostawia  te  fakty  bez  komentarza.  Na 
dole  drobnym  drukiem  był  wymieniony  autor  artykułu: 
Elwira Carole. 

Pędem  ruszyłem  do  pracy.  Wydawało  mi  się,  że 

background image

każdy  przechodzień  patrzy  na  mnie  z  drwiącym 
uśmiechem i oburzeniem. 

–  Takie  małe  miasteczko,  a  ty  zdołałeś  w  ciągu 

jednego  wieczoru  awansować  na  główną  atrakcję  i 
prasowego  bohatera  –  rzekł  mój  szef  spokojnie,  kiedy 
dotarłem  na  posterunek.  Poranna  gazeta  leżała  na  jego 
biurku, otwarta na wiadomej stronicy. Chyba nie udało mi 
się  ukryć  emocji,  bo  od  razu  się  zorientował,  że  już 
zdążyłem się zapoznać z rewelacjami na swój temat. 

–  No  dobrze...  Zamówiłem  śniadanie  w  chińskiej 

knajpce. Wiem, jak karmią w tym hotelu. Powinni dostać 
wyrok za samą tylko kawę. 

I  zabrawszy  gazetę  ze  stołu,  komisarz  zaczął 

wystawiać  przede  mną  kolejno  pięć  kartoników 
upstrzonych  hieroglifami.  Zawartość  niektórych  wydała 
mi  się  dosyć  podejrzana.  Zatrzymałem  zieloną  herbatę  i 
ryż, a przepieprzoną wieprzowinę odsunąłem na bok. 

– Dziękuję, ale to jest szkodliwe. 
– Dawaj tutaj – skinął komisarz. – Co szkodliwe, dla 

mnie zdrowe. 

Zwróciłem  uwagę  na  jego  niedoczyszczone  buty  i 

wyświecone  na  łokciach  rękawy.  Widocznie  dużo  czasu 
spędzał  za  biurkiem.  Typowy  przykład  prowincjonalnego 
urzędnika  dbającego  tylko  o  to,  by  spokojnie  dożyć  do 
emerytury i z nikim sobie nie popsuć stosunków. 

–  Jakie  odpowiedzialne  zadanie  chciał  pan  mi 

poruczyć, sir? – zapytałem, wiedząc, że tylko praca może 
odciągnąć  mnie  od  nieprzyjemnych  myśli  związanych  z 

background image

początkiem służby w tym gościnnym miasteczku. 

–  Stanowisko  jurora  w  konkursie  na  miejskim 

festynie! – Komisarz uroczyście uniósł palec wskazujący. 
–  Wcześniej  powierzano  je  wyłącznie  mnie!  To  wielkie 
wyróżnienie. Zbieraj się, idziemy na cmentarz. 

Z trudem wziąwszy się w garść, powiedziałem: 
–  Muszę  przyznać,  że  jeszcze  nigdy  nie  widziałem 

podobnego konkursu. 

–  Naturalnie.  Przecież  u  was,  w  Sparyżu,  wszystkie 

młode czartynki chodzą w spodniach. 

– A na czym on polega? 
–  Chodźmy,  wyjaśnię  po  drodze.  Kapralu  Flewretti, 

odpowiada pan za posterunek! 

– Jak zawsze, szefie – rozległo się z dyżurki. 
Wyszliśmy  z  komisarzem  na  ulicę.  Co  chwila 

odpowiadając  na  pozdrowienia  przechodniów,  mój  szef 
bez  pośpiechu  objaśniał  mi  mającą  nastąpić  uroczystość. 
Albo  też  raczej,  szczerze  mówiąc,  miejscowe  spotkanie 
towarzyskie... 

–  To  bardzo  proste,  sierżancie.  Usadowimy  się  przy 

trybunach, 

na 

stanowisku 

jury. 

Potem 

przy 

akompaniamencie  muzyki  przejdzie  pięć  najładniejszych 
młodych  czartynek,  w  wieku  od  siedemnastu  do 
dwudziestu  lat,  i  każda  będzie  trzymać  tradycyjną  pałkę. 
A  nasze  zuchwałe  chłopaki  będą  próbowały  zadrzeć  im 
spódnice. Najzręczniejszy czarcik, który zadrze najwięcej 
kiecek  i  najmniej  oberwie  po  łbie,  otrzyma  nagrodę  od 
rady miejskiej! 

background image

– Ee... nie wydaje się to panu trochę... niemoralne? 
– Doprawdy? – zdziwił się, unosząc siwe brwi. – Ale 

za to jakie ciekawe! Jeszcze mój pradziadek poznał w ten 
sposób prababcię i przeżyli razem długie lata... 

Smętnie pokiwałem głową. Koniec końców, nie mnie 

sądzić  o  moralnych  aspektach  tradycji  prostego  ludu. 
Miałem nadzieję, że w wyborze najbardziej bezczelnego i 
zręcznego 

młodego 

czarta 

nie 

będzie 

nic 

skomplikowanego. 

Na  miejscu  okazało  się  to  jednak  dużo  trudniejsze. 

Uwierzcie, wolałbym złapać dziesięciu bandytów, jakichś 
przemytników,  którzy  wiecznie  sprowadzają  do  naszego 
kraju wszelkie paskudztwa w rodzaju mszalnego wina, niż 
znów  jurorować  w  konkursie  zadzierania  kiecek.  Ale 
zacznę od początku... 

Jak  to  obwieszczał  plakat,  konkurs  odbywał  się  na 

cmentarzu.  Wyraźnie  zaznaczały  się  tu  pewne  tendencje 
wiekowe, gdyż szła w tamtym kierunku głównie młodzież 
i  staruszkowie.  Dwudziestu  chłopaczków,  stojąc  za 
symbolicznym  ogrodzeniem  z  taśmy,  czekało  na  swoją 
kolej,  rozgrzewając  się,  robiąc  szpagaty  i  przymierzając 
kaski  motocyklowe.  Pięć  nadzwyczajnie  urodziwych 
młodych  czartynek  w  jaskrawych  szerokich  spódnicach  i 
T-shirtach  zgromadziło  się  z  boku,  szepcąc  i  chichocąc. 
Wraz  z  szefem,  merem  i  jeszcze  dwoma  oficjelami 
zostaliśmy  usadzeni  za  specjalnym  stolikiem  dla  jury. 
Wszyscy  pozostali  widzowie,  hałasując,  tłoczyli  się  po 
obu 

stronach 

niezbyt 

szerokiego 

chodnika. 

Jak 

background image

rozumiałem,  pięć  pretendentek  miało  się  przespacerować 
po tym dywanie jakieś dwadzieścia metrów i nie pozwolić 
w tym czasie żadnemu czartowi zadrzeć sobie spódniczki. 

Obecni  tymczasem  gadali  na  wyścigi  o  dawnych 

czasach.  Każdy  podstarzały  czart  krzyczał,  że  to  właśnie 
on  był  ongiś  corocznym  mistrzem  wsi  w  zadzieraniu 
kiecek.  A  wszystkie  babcie  mówiły  to  samo...  tylko  na 
odwrót. 

– To twoja wnuczka? 
–  Tak,  i  z  moją  pałką.  Ile  ja  nią  kości  połamałam, 

rogów 

wyszczerbiłam, 

ho, 

ho! 

Widzisz, 

jaka 

wypolerowana od używania? 

–  A  tych  dwóch  to  moje  chłopaki!  Już  drugi  rok  po 

trzy kiecki zadzierają! Moja szkoła, w dziadka się wdali. 

– Twoja szkoła? Słyszeliście?! 
–  A  żebyś  wiedział,  oni  trenują  u  mojego  syna,  a 

ciebie  to  zawsze  znosili  z  rozwalonym  łbem  i  odbitymi 
nerkami! Co za blagier! 

–  Nie  blagier!  Fantasta.  Wydawało  mu  się  to 

wszystko.  Nic  dziwnego,  skoro  w  dzieciństwie  tyle  razy 
oberwał pałką po łepetynie. A w zeszłym roku mój wnuk 
zwyciężył!  Pozwalałem  mu  przymierzać  swoje  stare 
odznaczenia... 

– Jakie odznaczenia, ty stary łgarzu? Ja pamiętam, jak 

tobie  czterdzieści  lat  temu  trzy  żebra  złamałam  i 
strzaskałam rzepkę! Ech, gdzież moje siedemnaście lat... 

W  krótkim  czasie  wysnułem  wnioski,  że  wszyscy 

przedstawiciele 

męskiej 

części 

ludności 

byli 

background image

niekwestionowanymi  mistrzami  w  dziedzinie  zadzierania 
kiecek,  a  cała  żeńska  część  nie  pozwoliła  sobie  ani  razu 
zadrzeć  spódnicy,  z  powodzeniem  opędzając  się  pałkami 
od  ułomnych  konkursowiczów.  Jakim  sposobem  ktoś 
mógł być w takich warunkach czempionem... ? 

Po namyśle cicho zapytałem mera: 
–  Pan  zapewne  też  był  swego  czasu  mistrzem  w 

zadzieraniu spódnic? 

–  O,  tak!  –  ucieszył  się.  –  Skąd  pan  wie?  Przecież 

staram  się  o  tym  nie  rozpowiadać.  Stanowisko 
zobowiązuje,  a  tu  taka  lekkomyślna  przeszłość...  Ale  to 
były  cudowne  czasy!  Żadna  nie  potrafiła  mnie  dosięgnąć 
pałką,  a  ja  się  wymykałem  i  zadzierane  spódnice  tylko 
migały... ! O, niech pan patrzy, pierwsza runda! 

Pierwsze  wyjście  zawodniczek  i  zawodników  nie 

zrobiło  na  mnie  żadnego  wrażenia,  choć  publika  wyła  z 
zapału  i  zachwytu.  Wszystkie  spódnice  poszły  w  górę! 
Ale za to aż czterech zbyt wolnych chłopaków zniesiono z 
pola  walki  bez  przytomności.  Poczułem  się  dość 
niekomfortowo,  jakbym  uczestniczył  w  zalegalizowanym 
tradycją  akcie  terroru.  A  sprytny  dzieciak,  który  zdołał 
zadrzeć aż cztery kiecki, tanecznym krokiem już spieszył 
do naszego stołu. 

– Brawo, bohaterze!  – oznajmiłem, odchrząknąwszy. 

– Kiedy dorośniesz, wstąp do nas, do policji. Potrzebni są 
nam  tacy  zuchwali  młodzi  ludzie.  To  znaczy,  jeśli 
dorośniesz... 

Szef  skinął  głową  zadowolony  z  mojej  przemowy,  a 

background image

mer  nagrodził  zwycięzcę  bardzo  ciężkim  kolczykiem  w 
kształcie  pentagramu.  Był  niewiele  mniejszy  od  głowy 
czarcika  i  zwisał  niemal  do  ziemi,  więc  mały  odszedł 
przegięty na bok, za to dumny jak paw. 

– Takich do tej pory przyznano tylko cztery, a jeden z 

nich mam ja – szepnął mi komisarz skromnie. 

Któż  by  wątpił  w  prawdziwość  tego  wyznania. 

Dziewczęta przygotowywały się do drugiej rundy... 

–  Teraz  będzie  etap  dla  starszej  kategorii  wiekowej. 

Uczestników  obleją  wodą,  żeby  utrudnić  zadanie  – 
objaśnił mer. – Wszyscy się ślizgają, padają, dużo trudniej 
zadrzeć spódnicę i ustrzec się pałki. Zaczynamy! 

I  od  razu  pięć  czy  sześć  wiader  chlusnęło  wodą,  a 

widzowie  wrzasnęli  z  zachwytu,  oczekując  widowiska. 
Pewnie  dlatego  nie  zwrócono  uwagi  na  krzyki  jednej  z 
zawodniczek.  Kiedy  zaczęła  tarzać  się  po  ziemi, 
poderwałem się z miejsca. Szef próbował mnie zatrzymać; 
korzystając  z  okazji,  chłopcy  ze  sześć  razy  podnieśli 
nieszczęsnej  spódnicę;  nim  umilkła  muzyka,  nim  mer 
zdołał  zaprowadzić  jakieś  pozory  porządku,  zanim  udało 
mi  się  rozepchnąć  rozbawiony  tłum,  minęło  chyba  z 
dziesięć  minut.  A  tymczasem  biedaczka  straciła 
przytomność. 

– Woda święcona! – ryknąłem, biorąc ją na ręce. Nie 

mogłem się mylić, stykaliśmy się z takimi obrażeniami na 
zajęciach z medycyny kryminalnej. 

Kto  mógł  przynieść  święconą  wodę  na  dziecięcy 

konkurs?!  W  czasie  służby  naturalnie  widywałem  nawet 

background image

gorsze rzeczy, ale natknąć się na taką bezdiabelność tutaj, 
w Mokrych Psach, gdzie według raportów nie zdarzyło się 
nic  podobnego  od  bez  mała  stu  łat...  Trzeba  będzie  nad 
tym popracować, ale na razie miałem inne zajęcia. 

– Policja! Policja! – darł mi się ktoś nad uchem. 
–  Spokojnie,  policja  to  ja.  Sierżant  Brazyński. 

Wezwijcie lepiej lekarza! 

Naród  hałasował,  festyn  poszedł  w  rozsypkę,  dorośli 

pospiesznie odprowadzali dzieci  do  domów. Rozejrzałem 
się  w  poszukiwaniu  szefa,  ale  nigdzie  go  nie  widziałem. 
Przekazawszy  ranną  pod  opiekę  medyków,  przejąłem 
dowodzenie  i  natychmiast  zacząłem  tropić  podejrzanych. 
A dostrzegłem od razu dwóch! 

Pierwszym  był  jakiś  niewidomy  weteran  ostatniej 

anielskiej  wojny  –  nawiasem  mówiąc,  skrzydlaty  desant 
archanioła Michała użył właśnie takich bomb ze święconą 
wodą przeciwko naszej piechocie. Weteran podniósł coś z 
trawy  i  podejrzanie  sztywno  wyprostowany  podążył  ku 
wyjściu. Musiałem go dogonić i zażądać okazania tego, co 
podniósł.  Oburzał  się,  potrząsał  medalami,  a  w  końcu 
przyznał  się,  że  podniósł  upuszczoną  przez  kogoś 
komórkę.  Kiedy  go  wylegitymowałem,  okazało  się,  że 
jego zaświadczenie o inwalidztwie jest fałszywe. Żaden z 
niego weteran, tylko złodziej i szuler. Tymczasem pojawił 
się  kapral  Flewretti,  więc  przekazałem  zatrzymanego  w 
jego ręce („To żaden z miejscowych, sir!”) i poprosiłem o 
odstawienie  na  posterunek.  Sam  zaś  kontynuowałem 
śledztwo. 

background image

– Co się stało? – Za moimi plecami znienacka pojawił 

się zdyszany szef. 

– Gdzie pan był? 
– A tutaj. Co się dzieje? 
Naszkicowałem 

sytuację. 

Pokiwał 

głową 

ze 

wzburzeniem. 

–  Widział  pan  coś?  Coś  podejrzanego?  Jak  to  się 

mogło stać? Są jakieś poszlaki? 

– Na razie nie – przyznałem. – Ale szukamy. 
Komisarz znów skinął głową. 
– Dobrze. Kontynuujcie. 
Wyglądał  na  roztrzęsionego,  a  nawet  trochę 

wystraszonego.  Ja  chyba  nie  prezentowałem  się  lepiej. 
Drugim  podejrzanym  był  wysoki,  łysy  czart  w  mundurze 
pocztowca  –  może  nie  całkiem  podejrzanym,  ale  wydało 
mi się dziwne, że nosi rękawiczki. Były cienkie i obcisłe, 
ale mimo wszystko, w samym środku lata? To nie mogło 
nie  nasunąć  pytania:  „Dlaczego?”.  Poza  tym,  jak 
pamiętałem,  ów  czart  był  jednym  z  pierwszych,  którzy 
rzucili  się  na  pomoc  dziewczynie,  do  tej  pory  był  obok 
niej,  krzyczał  i  zawodził,  i  ogólnie  plątał  się  pod nogami 
policji  oraz  sanitariuszom.  Ale  czy  robił  to  rozmyślnie, 
czy z głupoty i nadgorliwości? Chciałem do niego podejść 
i zadać parę pytań, ale szef jakby odgadł moje myśli. 

– Patrzy pan na rękawiczki naszego listonosza, messir 

Sabnoka?  Cha,  cha...  Niech  pan  da  spokój.  Ma  takie 
dziwactwo, że chodzi w tych rękawiczkach o każdej porze 
roku. Właściwie to nigdy go nie widziałem bez nich, choć 

background image

pracuje u nas na poczcie już dwa lata. 

Tymczasem 

dziewczynie 

udzielono 

pierwszej 

pomocy  medycznej.  Na  szczęście  oparzenia  nie  były  tak 
silne,  jak  się  wydawało  z  początku.  Niemniej  należało  ją 
hospitalizować.  Lekarze  obiecali  zrobić  wszystko  co 
możliwe i niemożliwe. Widząc, że sanitarka zabiera się do 
odjazdu, poprosiłem o minutę rozmowy z poszkodowaną. 

– Tylko minutę – zgodzili się. – Stan ciężki. 
–  Czy  pani  coś  widziała?  –  spytałem,  biorąc 

dziewczynę za rękę. 

Otworzyła oczy. Miała spojrzenie jak u chorej krowy 

–  łagodne  i pełne bólu,  aż się  serce krajało. Trzy lata już 
służyłem,  a  jeszcze  nie  przywykłem  do  czyjegoś 
cierpienia.  Czasami  to  bardzo  przeszkadzało  w  pracy, 
zwłaszcza  w  podobnych  sytuacjach,  kiedy  należy 
zachować  trzeźwość  myślenia.  Bardzo  mnie  to  irytuje. 
Widocznie  nie  sądzone  mi  było  zostać  prawdziwym 
profesjonalistą,  brakowało  mi  chłodnego  dystansu. 
Dziewuszka  siąknęła  krągłym  ryjkiem,  skrzywiła  się  i 
pokręciła głową. 

–  Ja...  niczego  nie  pamiętam...  wszystko  tak  nagle... 

boli... mamusiu... 

– Wszystko będzie dobrze. 
Pocieszająco  uścisnąłem  jej  dłoń  i  skinąłem  na 

sanitariuszy, którzy wsunęli nosze do karetki. Robiąc krok 
do  tyłu,  zderzyłem  się  z  kimś  plecami.  A  któż  to  tu  się 
pęta?  Obejrzałem  się,  szykując  do  zdrowego  ochrzanu,  i 
zobaczyłem  nieznajomą  dziewczynę.  Czartynkę  o  miłej 

background image

powierzchowności, lat jakieś dwadzieścia trzy, z głębokim 
dekoltem,  w  niewiarygodnym  mini  i  z  profesjonalnym 
aparatem  fotograficznym  w  rękach.  Coś  znajomego  było 
w sposobie, w jaki odskoczyła... 

– Pani włazi pod sanitarkę, przeszkadza medykom. 
–  Ja  tu  nie  gram  w  pchełki,  pracuję  –  burknęła, 

wciskając głowę w ramiona i całą sobą pokazując, że nie 
ma czasu na głupoty. Ach tak? Tym razem nie odpuszczę. 

–  To  pani  śledziła  mnie  w  nocy?  Fotografowała  i 

opublikowała  ten  paszkwil?  Wie  pani,  co  grozi  za 
oszczerstwo? A co pani tu w ogóle robi? Chodzi za mną i 
zbiera materiały do nowych insynuacji... 

–  Akurat!  Tyle  pytań  i  wszystkie  o  pana.  Mam 

napisać  notatkę  o  festynie.  A  teraz  jeszcze  i  o  tym... 
koszmarze! 

–  Rozumiem.  Tylko,  zdaje  się,  w  pośpiechu 

zapomniała  pani  włożyć  spódnicę  –  parsknąłem. 
Mimowolnie  zauważyłem,  jakie  ma  oczy:  wielkie,  szare 
jeziora,  a  w  nich  cały  świat...  Zdawały  się  wysysać  ze 
mnie duszę. 

– Włożyłam spódnicę! 
– Przepraszam? Zamyśliłem się. 
– Mówię, że włożyłam spódnicę! 
– Przepraszam raz jeszcze, myślałem, że to po prostu 

szeroki  pasek.  Teraz  rozumiem,  dlaczego  ma  frędzelki  – 
zdawało mi się, że się wystrzępił. 

–  Tak,  trochę,  bo  go  nosiła  jeszcze  moja  babcia  – 

zajadowiciła  panienka.  –  A  teraz  pan  wybaczy,  ale 

background image

powinnam  wrócić  do  swojej  pracy.  Podobnie  jak  pan  do 
swojej! 

Poprawiła torebkę na ramieniu i odmaszerowała. 
–  Pani  praca  polega  na  pisaniu  oszczerczych 

artykułów o policji? – zawołałem za nią. 

Odwróciła  się,  jej  twarz  płonęła  oburzeniem,  a 

oczy-jeziora zmieniły się we wrzące oceany. 

– Na poszukiwaniu prawdy. Tak jak i wasza. 
Prychnąłem.  Jasne,  policjanci  i  dziennikarze  to  istne 

jednojajowe bliźnięta... 

 
Otoczyliśmy  z  kapralem  miejsce  przestępstwa 

żółtymi  taśmami.  Zbadaliśmy  teren  cal  po  calu,  ale  nie 
odkryliśmy  niczego.  Wieczorem  zaszedłem  jeszcze  do 
szpitala  odwiedzić  poparzoną  czartynkę.  Nazywała  się 
Selia  Kadabrus  –  dorodna  dziewczyna,  pochodząca  z 
czartów północnych. 

–  Czy  pani  może  ktoś  źle  życzył?  –  zapytałem, 

otwierając notes. 

–  Nie, chyba nikt  – wyszeptała  cicho. – To znaczy... 

nie pamiętam... 

– Proszę się postarać sobie przypomnieć – poprosiłem 

łagodnie. 

–  Babcia  się  często  na  mnie  gniewa,  jak  nie  chcę 

kąpać  jej  kotów.  I  jeszcze  sąsiad  mi  źle  życzył,  jak  mój 
Orf go ugryzł... 

– A kim jest Orf? 
– Mój dwugłowy piesek. 

background image

Zapisałem  tę  skąpą  informację,  pożegnałem  się  z 

dziewczyną,  życząc  jej  szybkiego  powrotu  do  zdrowia,  i 
wyszedłem  na  korytarz.  A  tam  prawie  nos  w  nos 
zetknąłem się z wyemancypowaną żurnalistką. 

–  Ostrzegam,  że  jeśli  nie  przestanie  się pani  mieszać 

do  tej  sprawy,  będę  zmuszony  aresztować  panią  za 
utrudnianie pracy policji. 

–  Ale  wszystkie  uczciwe  czarty  powinny  znać 

prawdę! 

–  Przestępczość  się  od  tego  nie  zmniejszy,  a  pani 

wścibstwo  może  utrudnić  pojmanie  przestępcy.  On  na 
pewno też czyta gazety. 

– Pan naprawdę jest takim nieokrzesanym żołdakiem 

czy  tylko  udaje?  Zostawię  pana  w  spokoju  w  zamian  za 
wywiad. – Nie czekając na moją zgodę, podsunęła mi pod 
nos  mikrofon.  –  A  więc,  tylko  dla  naszych  czytelników, 
sierżant Jiri Brazyński we własnej osobie. Czy już pan coś 
odkrył? 

– To tajna informacja i nie zostałem upoważniony do 

jej rozpowszechniania. 

– W takim razie kilka pytań osobistych. Jest pan tu po 

raz  pierwszy  i  wszyscy  chcieliby  się  o  panu  dowiedzieć 
czegoś więcej. Na przykład, co pan lubi jeść na śniadanie, 
jakie  ma  pan  hobby,  co  czyta,  czym  się  zajmuje 
wieczorami? 

– Śpię – wycedziłem przez zęby. 
– Śpi pan? Aż tyle? Nie wierzę... 
To jej spojrzenie... zwariuję przez nią. 

background image

– W każdym razie to nie czas i miejsce na wywiad. 
–  Doskonale,  w  takim  razie  gdzie  panu  byłoby 

wygodnie  spotkać  się  z  prasą?  Mam  nadzieję,  że  nie  w 
saunie? 

Uratował  mnie  lekarz,  młody  wilkołak  w  białym 

fartuchu  i  z  radosnym  uśmiechem  od  ucha  do  ucha  – 
takimi wspaniałymi zębami też bym się chwalił. 

–  Sierżancie!  Dobrze,  że  pan  przyszedł.  Przywieźli 

nam  dzisiaj  czterech  domowików  z  zatruciami  różnego 
stopnia.  Wiem,  że  powinniśmy  zawiadamiać  o  takich 
wypadkach.  Lekarz  naczelny  zalecił  wszystkim  płukanie 
żołądka. Będą żyli, ale są w nie najlepszej formie. Zajrzy 
pan? 

Okryte  małymi  kocykami  domowiki  miotały  się  na 

posłaniach, jęcząc i stękając. 

–  Widzę  światło...  –  mamrotał  drżącym  głosem 

wczorajszy  solenizant  i  nagle  przenosząc  na  mnie 
spojrzenie 

zaczerwienionych 

koralikowych 

oczek, 

wyciągnął łapki i zaskowytał: – Mamusia! Moja mamusia 
przyszła! Mamusiu, byłem grzeczny, mogę na karuzelę? 

–  Majaczy.  Jeszcze  jeden  objaw  zatrucia  święconą 

wodą – wesoło skonstatował lekarz. – Nawiasem mówiąc, 
była domieszana do zwykłego rusałczanego wina. 

– Mamusiu, proszę, ja chcę do piwnicy! 
Wytrzeszczyłem  oczy  i  ledwo  zdążyłem  uniknąć 

uścisków bredzącego domowika. 

–  „Piwnica”  to  park  rozrywki  dla  domowików,  w 

sąsiednim miasteczku. Bardzo adekwatna nazwa, tak przy 

background image

okazji.  W jakim  innym  miejscu domowiki mogą się  czuć 
równie  komfortowo  jak  pod  podłogą,  gdzie  nikt  ich  nie 
widzi  i  mogą  robić,  co  im  się  podoba?  Czasami  im 
zazdroszczę wrodzonej odporności na klaustrofobię. 

–  Skąd  mieliście  to  wino?  –  spytałem,  przysiadając 

koło jednego z przyjaciół solenizanta, próbując zwrócić na 
siebie jego uwagę. 

–  Kubilismy  u  jebnego  zdajobego  –  odpowiedział 

szybko, podciągając koc pod same oczy. 

– Jakiego znajomego? 
–  Nie  bamietam...  –  dodał  zalękniony  domowik  i 

przykrył się z głową. 

–  Święcona  woda  wywołuje  u  domowików,  prócz 

zatrucia  organizmu,  halucynacje  i...  cha,  cha...  częściową 
amnezję – wtrącił lekarz. 

–  Kim  jest,  gdzie  pracuje  też  pan  nie  pamięta?  To 

ważne – drążyłem, ale domowik milczał i nie udało mi się 
wyciągnąć go spod koca. 

–  Biai  niebiesgie  ubradie...  jag  u  bana  –  odezwał  się 

jego sąsiad. 

Mało  mi  nie  rozsadziło  mózgu.  „Znajomy”  i  ubranie 

„jak u pana”. W mieście takie „ubranie” nosiły poza mną 
tylko  dwie  osoby.  Czyżby  truciciel  w  naszych 
szeregach...? 

– Och, och, diak ciebżko... – jęknął domowik. 
–  Zabawni,  prawda?  –  zaśmiał  się  doktor  ciepło, 

obnażając  śnieżnobiałe  kły.  Próbowałem  wypytywać 
domowika, ale ten mamrotał tylko: 

background image

– Die pabietam, die pabietam... 
Trzeci  „gość”  spał  kamiennym  snem,  wywaliwszy 

niebieski  język  na  poduszkę  i  puszczając  bąbelki  nosem. 
Nie byłem aż tak okrutny, żeby go budzić. Zadałem tylko 
standardowe pytania personelowi szpitala. 

 
Na  komisariat  wróciłem  już  po  zmroku.  Drzwi 

zaskrzypiały  głośno.  Komisarz  Gerard  siedział  za  swoim 
biurkiem w gabinecie. 

–  Jutro  o  dziesiątej  ma  pan  prelekcję  w  przedszkolu. 

Niech  się  pan  dobrze  wyśpi  i  pójdzie  jutro  prosto  tam. 
Miss Hudson będzie czekać. 

– A śledztwo, sir? 
–  Jakie  śledztwo?  A,  tak,  mówi  pan  o  zajściu  na 

festynie. Nieszczęśliwy wypadek, to wszystko. 

Opowiedziałem  mu  więc  o  domowikach,  dodając 

specjalnie obojętnym tonem: 

– Wino sprzedał im jakiś znajomek, według ich słów 

w takim ubraniu jak moje. 

Uważnie  obserwowałem  reakcję  szefa.  Ale  nawet 

jeśli  wstrząsnęły  nim  moje  słowa,  nie  dał  tego  po  sobie 
poznać.  Szkoda,  że  nie  było  kaprala  Flewrettiego. 
Chciałbym zobaczyć i jego twarz przy ogłaszaniu nowiny. 
Miałem przeczucie, że więcej takiej okazji mieć nie będę. 
Tym  bardziej  że  sam  komisarz  wyraził  nerwowy 
sceptycyzm. 

– Przecież  mają  halucynacje!  Wiadomo  to, czego  się 

nachlali?  Uwierzył  pan  w  słowa  pijaków,  zatrutych 

background image

nieakcyzowanym alkoholem?! 

–  Halucynacje  u domowików są wywołane święconą 

wodą. Tak twierdzi lekarz. 

–  Dobranoc,  sierżancie.  Cokolwiek  to  jest,  dzień 

pracy już się zakończył, jutro się tym zajmiemy. 

Zapytałem o „weterana”. 
–  Nie  mieliśmy  na  niego  niczego,  więc  go 

wypuściliśmy. 

zakazem 

opuszczania 

miasta, 

oczywiście. Dobranoc! 

 
Długo myślałem o tym, co zaszło. Albo mój szef nie 

chciał  odkrycia  przestępcy,  albo  miał  swoje  własne 
metody.  Wolałbym  to  drugie,  w  przeciwnym  wypadku 
musiałbym  walczyć  przeciwko  swoim,  czartom  w 
mundurach.  Zasnąłem  późno,  nie  doszedłszy  do  niczego 
sensownego. 

Rano  włożyłem  nowy  mundur.  Ciemnoniebieski,  ze 

srebrnymi  guzikami  i  żółtymi  lampasami.  „Miał 
niebieskie  ubranie...  jak  u  pana”.  W  tym  mieście  tak 
ubrani  chodzili  komisarz  Bazylikus  i  kapral  Furfur 
Flewretti.  Załóżmy,  że  kapral  miał  alibi,  jako  że  pełnił 
dyżur  w  komisariacie,  ale  co  z  szefem?  Gdzie  zniknął, 
kiedy to wszystko się zaczęło? Czyżby... 

Miałem  już  okazję  występować  przed  studentami, 

więc  spotkania  z  przedszkolakami  naturalnie  się  nie 
obawiałem.  O  co  trudnego  mogłyby  mnie  spytać  małe 
dzieci?  Dla  nich  sam  fakt  zobaczenia  autentycznego 
policjanta  będzie  prawdziwym  świętem.  Gdybym  tylko 

background image

wiedział, jakie „święto” mnie czeka... 

A  czekała  klasyczna  przedszkolna  wychowawczyni! 

Dobrze  odżywiona  czartynka  w  dużym  zaplamionym 
fartuchu,  sukience  nieokreślonego  koloru  i  okularach  o 
szkłach  grubości  denka  od  butelki,  które  wiecznie 
zjeżdżały jej z nosa, a bez nich chyba nic nie widziała. Do 
tego  zdeptane  kapcie,  niezbyt  zgodna  z  kolorem  włosów 
treska  na  głowie  i  jaskrawo  wyróżniające  się  na  tle  całej 
tej zgrozy  erotyczne  rajstopy z  sex shopu, w dużą czarną 
siatkę imitującą drut kolczasty. Kiedy gościnnie otworzyła 
szeroko drzwi, z trudem powstrzymałem się od krzyku. 

– Eee, miss Hudson? 
– Tio ja. Plosę wejść, my jus na pana cekamy! 
Poprowadziła  mnie  długim  korytarzem,  po  drodze 

uprzejmie objaśniając mi różne rzeczy z niemożliwym do 
oddania  na  papierze  dziecięcym  sepleniącym  akcentem. 
Moim zdaniem potrzebowała dobrego logopedy nie mniej 
od swoich wychowanków. 

–  A  tiu  mamy  sipialnię!  –  Otworzyła  drzwi  do 

mrocznego 

pokoju 

zastawionego 

drewnianymi, 

piętrowymi pryczami. 

– A tiu pokoik ziabaw... – Weszliśmy do sporej sali z 

nierównym,  nieheblowanym  parkietem,  drewnianymi 
zabawkami 

przybitymi 

do 

sufitu, 

łańcuchami 

metalowymi  kulami,  kawałkami  cegieł  i  potłuczonych 
butelek.  Nic  nadzwyczajnego.  Wszystko  jak  za  mego 
dzieciństwa. 

Potem  zaprowadziła  mnie  do  jadalni  –  były  tam 

background image

długie  stoły,  długie  niemalowane  ławy,  metalowe  miski, 
aluminiowe kubki, poza tym żadnych łyżek, widelców ani 
noży. Bardzo dobrze, niech się dzieci od małego uczą jeść 
porządnie  rękami.  Wyczuwałem  zapaszek  pleśni,  ale 
lekki.  Jednak  dziecięcych  dań  nie  przyprawia  się  mocno, 
czego bardzo pilnuje komisja żywieniowa. 

Pięć  minut  później  za  owymi  stołami  pleczyści 

dozorcy  pousadzali  dzieci.  Domowięta,  gargulęta, 
czarcięta, biesięta, satyrzęta... Od razu mi się nie spodobał 
wyraz  ich  pyszczków.  Patrzyły  na  mnie  tak,  jakbym  był 
dzisiejszym śniadaniem. Mroczna dzieciarnia, ryzykancka 
i  niebojąca  się  niczego,  zupełnie  pozbawiona  zmysłu 
moralnego,  gotowa  zarżnąć  kogokolwiek  za  cukierka. 
Pomyślałem,  że  takie  dzieciaczki,  jakby  napadły  cię  w 
nocy  od  tyłu,  wszystkie  dwadzieścia  dwoje,  to  nawet  nie 
zdążysz pisnąć. Przyszłość narodu... 

–  Dlogie  dzieci,  dziś  do  nas  psysed  nas  nowy 

policjant.  Pomocnik  wujcia  Gelalda,  sielzant  Jizik. 
Opowie  wam  dzisiaj  o  służbie  w  policji.  To  baldzio 
ciekawe,  moje  ptasinki.  Mozę  i  kogoś  ź  waś  ceka  taki 
calny los... 

– Ee... Dzień dobry, dzieci – zacząłem. 
–  Dobry...!  –  odpowiedziały  nieskładnym  chórem 

dzieci.  Przy  tym  troje  pokazało  mi  środkowy  palec,  a 
jedno  demonstracyjnie  przesunęło  rączką  w  poprzek 
gardła. 

– Jestem sierżant Brazyński. Możecie zwracać się do 

mnie: panie Jiri. 

background image

– Nie ma takiego imienia. 
–  Owszem,  jest.  Ale  nie  w  waszym  kraju,  czarty 

słowiańskie  są  tutaj  rzadkością.  Tak  więc...  W  policji 
patrolujemy  ulice,  pilnujemy  porządku  w  mieście, 
zatrzymujemy przestępców... 

– A co potem z nimi robicie? 
– No. Tatuś mówi, że spsedajecie na organy. 
– Nie – zakrztusiłem się. – To wbrew prawu. 
– Rostselacie cy oddacie do fablyki na kiełbasy? 
– Nie, nie, my nie... 
– To czemu nam tu dają takie niedobre parówki?! 
I tak ciągle przerywali mi pytaniami i wtrąceniami. Z 

początku  jeszcze  próbowałem  jakoś  odpowiadać,  ale 
wreszcie musiałem podnieść głos: 

–  Wszystkie  pytania  na  koniec  wykładu!  Teraz  ja 

mówię, a wy będziecie grzecznymi dziećmi i wysłuchacie 
mnie bez przerywania. Rozumiemy się? 

– Taaaaak! 
Starczyło na dwie minuty. 
– A pan ma pistolet? 
–  ...  profilaktyka  zapobiegania  przestępstwom  jest 

podstawą naszej pracy i... 

– A jest nabity? 
–  ...  dlatego  areszt,  sam  w  sobie,  jest  ostatecznością, 

świadczącą o niedostatku... 

– A można poscelać? 
–  ...  jeśli  już  w  dzieciństwie  zapamiętacie  szereg 

nieskomplikowanych zasad, dotyczących was i policji... 

background image

– A ile bandytów pan zaszczelił? 
–  Dziesięciu!  –  wrzasnąłem,  bo  ci  mali  nikczemnicy 

w ogóle już mnie nie słuchali. 

– Pan im szczelał w głowę? 
–  To  nie  ma  żadnego  związku  z  naszą  dzisiejszą 

rozmową.  Lepiej  opowiem  wam  króciutko  o  kodeksie 
karnym... 

–  Tatuś  mówi,  ze  w  policji  to  same  złodzieje  i 

łapówkaze. 

–  A  czyj  to  tatuś  taki  mądry?  –  nie  wytrzymałem.  – 

Nazwisko, adres, stanowisko?! 

Więcej  się  z  dzieciarnią  kłóciłem,  niż  wykładałem. 

Wychowawczyni  była  zadowolona.  W  jej  mniemaniu 
wszystko  szło  wręcz  doskonale.  Dzieci  zadawały  tyle 
pytań, były wyraźnie zaciekawione. 

– A to prawda, że od nowego roku wam zabronili bić 

podejrzanych po nerkach? 

– Prawda. 
–  A  jak  nie  będziemy  spać,  to  nam  dadzą  za  to 

dziesięć lat? 

–  A  na  ile  nas  posadzom,  jak  otlujemy  nasom 

paniom? 

– Nie wsyści nalaz, nie wsyści nalaz, dziecinki. Tseba 

dać  nasiemu  gościowi  czas,  zięby  cios  powiedział  – 
wtrąciła z uśmiechem wychowawczyni. 

– A u nas dzisiaj niedobry kompot – oświadczył jakiś 

chłopczyk, wstając od stołu. Podszedł do mnie i wylał mi 
zawartość  swojego  kubka  na  but.  –  Widzisz,  jaki 

background image

niedobry? 

Zacząłem  tracić  cierpliwość  i  mimowolnie  złapałem 

za kaburę, otrząsając z buta suszone owoce. 

–  Ptasynki  moje,  spotkanko  z  wujciem  Jizim  się 

końcy. A telaz zaplosimy nasego gościa na obiadek. 

– Taaaak! – wrzasnęły radośnie dzieci. 
–  Niech  pan  nie  je,  paśkuctfo  –  ostrzegła  szeptem 

miss  Hudson.  –  Niech  pan  udiaje.  My  wsyscy  tu  tak 
lobimy. 

Zaczęło  się  tradycyjnie,  od  zupy.  A  raczej  rzadkiej 

brei  z  kawałków  nadgniłej  kapusty,  grubo  krojonej 
marchwi  i  brudnych  buraczanych  obierek.  Witaminy  – 
niezbędne dla dziecięcego organizmu. 

Mnie, 

jako 

gościa 

honorowego, 

obsłużono 

pierwszego.  Ale  młody  bies,  który  był  tu  kucharzem, 
widocznie  niedokładnie  otarł  chochlę,  bo  kapnęło  mi  z 
niej na rękę. Ból był potworny, aż zawyłem! 

Wszyscy  zamarli  z  przestrachu.  Takiego  ryku  tu 

jeszcze nie słyszano. 

– Niech nikt nic nie je! – Wyrwałem pistolet z kabury 

i wycelowałem w kucharza. – Co dodałeś do zupy?! 

Dzieci, przycichłe tylko na moment, zawyły radośnie: 
– Zaszczel go! Hura! Cel, pal, ognia!!! 
Wychowawczyni próbowała uspokoić dzieci: 
–  Cicho,  moi  dlodzy,  słuchajcie  wujka  sielżanta,  bo 

jak nie, to kazę wam klęcić bice s piasku. 

Kucharz zaczął się jąkać ze zdenerwowania. 
–  N-nie,  ja  nic  n-nie  zrobiłem,  panie  naczelniku... 

background image

mnie zmusili... 

–  Proszę  zwołać  w  trybie  natychmiastowym  komisję 

do  spraw  żywienia  i  zadzwonić  do  komisarza  –  rzuciłem 
do wychowawczyni. 

–  Ee...  do  wujka  Gelalda?  –  upewniła  się  miss 

Hudson. 

–  Dla  mnie  to  nie  wujek  Gerard,  tylko  komisarz 

Bazylikus!  A  ty  opuść  chochlę  i  ani  drgnij.  Jeden  ruch  i 
strzelam! 

–  Szczelać?  On  będzie  szczelać!  Szczelaj!  A  my  tez 

możemy go zaszczelić? 

–  Proszę  zabrać  dzieci  w  bezpieczne  miejsce  – 

rozkazałem  przez  zęby,  kiedy  tylko  miss  Hudson 
zawiadomiła, że dodzwoniła się na posterunek. 

– A obiad? 
– Jedzenie jest zatrute. 
–  Oni  sią  psyzwycajeni  –  uśmiechnęła  się 

wyrozumiałe. 

– W tym jest święcona woda! 
Wychowawczyni  zachłysnęła  się  z  przerażenia  i 

rozpoczęła  ewakuację  swoich  „ptaszynek”.  Kiedy 
pomieszczenie  opustoszało  i  pozostaliśmy  tylko  we 
dwóch z podejrzanym, gestem poleciłem mu usiąść, a sam 
odwróciłem  krzesło  i  usiadłem  okrakiem  naprzeciwko 
niego. 

–  Ręce  na  stół  przed  sobą  –  rozkazałem.  Spełnił 

polecenie  i  milczał  posępnie.  –  Zakarbuj  sobie,  że 
milczenie w niczym nie pomoże. Zaraz przyjadą eksperci 

background image

i  wszystko  sprawdzą.  A  kiedy  dowody  znajdą  się  na 
papierze, czeka cię dziesięć do dwunastu lat zaostrzonego 
rygoru. 

– Z-z czego ten kipisz? Wrabiacie mnie, naczelniku? 
– To wyście są recydywa?! 
–  A  k-kto  by  mnie  tu  przyjął  bez  odsiadki?  N-n-na 

takie  miejsce  nikt  się  nie  dostanie  bez  rekomendacji  z 
więzienia. B-była sprawa, odsiedziałem swoje. Ale nic nie 
zrobiłem.  Żebym  tak  amnestii  nie doczekał,  nie  ruszałem 
p-produktów, na-naczelniku złocisty. 

– Ale zupa zatruta! 
–  N-niczego  nie  brałem.  Wszystko  n-najlepsze  dla 

dzieci. 

– W jakim sensie? 
– No w tym! Zupa zatruta, p-pan mówi? No i dobrze, 

jasny  pieprz!  Ja  niby  co,  sucz  podła,  dzieci  świeżymi 
produktami  karmić?  Ale  szefost-two  z-z-zmusza.  Psuję 
jak  tylko  mogę.  Z-zostawiam  na  słońcu,  tłukę,  gniotę, 
robaków  dodaję...  Ale  n-najlepsze  rzeczy  z  magazynu, 
zgniłe, zepsute zaraz zabiera dyrektor! 

Do  jadalni  bez  pośpiechu  wszedł  mój  zwierzchnik. 

Minę miał wybitnie niezadowoloną. 

– Co tym razem, sierżancie? 
Zameldowałem o zajściu, zademonstrowałem bolesne 

oparzenie  i  kazałem  kucharzowi  powtórzyć  to,  co 
powiedział  wcześniej.  Szef  słuchał  tego  w  milczeniu. 
Potem westchnął ze zmęczeniem. 

– Sami to wiemy. Dyrektor to złodziej, ale ma układy 

background image

z merem, mała szkodliwość społeczna. 

– Dostarczanie niepełnowartościowych produktów do 

przedszkola to pół biedy – zgodziłem się z przymusem. – 
Ale jak się panu podoba święcona woda w zupie? 

– Święc-cona woda?! D-diable chroń! J-jak? Sk-kąd? 

To nie ja! – przeraził się kucharz. 

– Pan sam pracuje w kuchni? 
–  T-tak,  od  kiedy  zwolnił  się  mój  kolega  –  i 

uprzedzając  moje  pytanie,  dodał:  –  Abigog  Granat,  z 
Indii, lub-bił poezję, a tatuaże robił f-fantastyczne! 

No tak, teraz jeszcze objawił się tajemniczy kolega ze 

wschodnimi  naleciałościami.  Może  chłopak  po  prostu 
próbuje  oddalić  od  siebie  podejrzenia?  Jednak  jego 
zdziwienie  i  szok  wyglądały  bardzo  autentycznie.  To 
może  ułatwić  znalezienie  prawdziwego  winowajcy.  Szef 
obojętnie 

skinął 

głową, 

więc 

kontynuowałem 

przesłuchanie. 

–  Tak.  A  kto  mógł  być  w  to  zamieszany?  Skąd  pan 

brał wodę, messir... 

– Strega. J-jak zwykle, z kranu. 
– Odchodził pan od kuchni w czasie gotowania? Był 

tam ktoś jeszcze? 

– N-nie, po porannych wiadomościach nikt. 
– Nikt nie zaglądał do kuchni? 
– Nie widziałem. 
– I był pan tam cały czas? 
– N-nie... Wychodziłem. D-d-dwa razy, zapalić. 
– Czy ktoś mógł w tym czasie wejść do kuchni? 

background image

–  M-myślę,  że  tak,  a-le  komu  t-to  potrzebne? 

Dyrektora  dziś  nie  ma.  A  reszt-ta  nie  zachodzi,  żebym 
n-nie poprosił o pomoc w zmywaniu. 

– Komuś jednak to było potrzebne – roześmiałem się 

sarkastycznie.  Komisarz  Gerard  zmierzył  mnie  karcącym 
spojrzeniem. 

–  A,  jeszcze  p-przychodził  majster,  bo  rura  ciekła  – 

przypomniał sobie kucharz. 

– Czemu pan od razu nie powiedział?! 
– Z-zapomniałem, naczelniku. 
– Może jeszcze o czymś pan zapomniał? 
– Może i zapomniałem... 
– Powinienem pana obszukać, messir Strega. 
–  Ano,  sz-szperajcie,  wilki  cholerne  –  zgodził  się 

ponuro. 

Rewizja  osobista  nie  przyniosła  żadnych  rezultatów. 

W  zasadzie  nawet  na  to  niezbyt  liczyłem.  Przybyli 
eksperci  z  komisji  żywieniowej:  dwa  satyry  w  białych 
fartuchach  z  rozcięciami  na  ogon.  Byli  tak  pijani,  że 
ledwo się trzymali na nogach. Ale to dla satyrów jest stan 
normalny, ich wręcz nie wpuszczają do pracy na trzeźwo. 
Jeśli  zobaczycie  trzeźwego  satyra,  to  znaczy,  że  jest  albo 
ciężko chory, albo to inkub, który przyjął postać satyra. Z 
jakichś  powodów  wygląd  satyrów  inkubom  wydaje  się 
bardziej  sexy  od  ich  własnego  i  lubią  go  wykorzystywać 
przy podrywaniu kobiet. 

Satyrowie zabrali bidon z zupą i kolebiąc się, ruszyli 

do wyjścia. 

background image

–  Chwileczkę,  gdzie  tu  w  mieście  można  dostać 

święconą wodę? – zapytałem ich. 

Jeden  z  satyrów  odwrócił  się,  próbując  na  mnie 

skupić mętny wzrok. 

– Oj... ale głośno... mówisz, brachu, cii... – Przechylił 

głowę na bok i krzywiąc się cierpiętniczo, spytał: – A c-co 
mówiłeś? Nie dosłyszałem... 

Powtórzyłem  swoje  pytanie,  cierpliwie  rozdzielając 

słowa. 

–  W  m-skim  lab-torium  –  odpowiedział  drugi, 

machnął  ręką  i  obróciwszy  się  na  jednym  kopycie, 
próbował  wyjść  przez  drzwi.  Zaczepił  rogiem  o  futrynę, 
zachichotał,  podjął  drugą  próbę  i  w  końcu  z  pomocą 
kolegi udało mu się pokonać próg. Nie obawiałem się, że 
wyleją  zawartość  bidonu  na  siebie  lub  na  kogoś  innego. 
Satyry są najlepszymi specjalistami w zakresie technologii 
żywienia.  Podobnie  jak  profesję  strażaków  zwykle 
wybierają  salamandry  (nic  dziwnego),  dozorcami  od 
pokoleń  zostają  domowiki,  a  do  policji,  jak  pewnie 
zdążyliście pojąć, idą czarty, rzadziej wampiry. Ci ostatni 
mają  doskonały  węch,  jeśli  chodzi  o  krew,  i  potrafią 
zastąpić  psy  tropiące.  Śledztwa  zwykle  prowadzimy  my, 
czarty – mamy  mózgi jakby specjalnie skonstruowane do 
takiej  roboty.  Posiadamy  wrodzone  poczucie  dyscypliny, 
porządku, no i walczymy jak... czarty. 

– Co to za laboratorium? – zainteresowałem się przy 

wyjściu  z  przedszkola,  idąc  obok  szefa.  Kucharza 
zwolniliśmy,  zakazując  mu  tylko  wyjazdu  z  miasta.  Nie 

background image

wolno  mu  też  było  pracować  w  pobliżu  małoletnich. 
Woleliśmy nie ryzykować zdrowia dzieci. 

–  W  centrum  medycznym.  Ostatni  dom  na  tej  ulicy. 

Sam  pan  wszystko  sprawdzi.  Wiem,  że  mogę  na  panu 
polegać, sierżancie. Muszę iść, sprawy, sprawy... 

 
W  laboratorium  tego  dnia  były  tylko  dwie 

pracownice.  Rudowłose  i  bardzo  piegowate  driady. 
Sądząc po tym, że były podobne do siebie jak dwie krople 
wody, pewnie narodziły się z tego samego drzewa. Nawet 
nazywały  się  podobnie:  Iwa  i  Awa.  Butla  ze  święconą 
wodą  do  celów  medycznych  była  zapieczętowana,  a 
pieczęć wyglądała na nienaruszoną. 

– Jeszcze jej nie otwierałyśmy. Miałyśmy zapas. 
– Kto wam dostarcza wodę? – spytałem. 
– Poczta. 
– Kiedy ją dostaliście? 
– W zeszłym tygodniu. 
– Tak, w zeszły czwartek – uzupełniła Awa. 
– Albo w piątek. 
– W czwartek, dokładnie pamiętam! 
–  Rzeczywiście.  –  Iwa  uśmiechnęła  się  delikatnie.  – 

Przecież sama ją przyjmowałaś. 

– Ja?? 
– A kto? Może ja? 
–  Żeby  sprawdzić  wasze  sprzeczne  zeznania  – 

wtrąciłem się – muszę was zrewidować. 

– Nie ma pan prawa! 

background image

– Niech pan ją zrewiduje pierwszą! 
– Nie, ją pierwszą! Zawsze coś przede mną ukrywa! 
Westchnąłem  ciężko  i  przystąpiłem  do  rewizji.  Na 

pierwszy  rzut oka nic podejrzanego,  ale w torebkach obu 
laborantek  znalazłem  coś  interesującego  –  fotografię 
Furfura  Flewrettiego  z  odciskami  pocałunków  i 
domalowanymi serduszkami. Ten apatyczny szary typek – 
miejscowym  łamaczem  serc?  Zaiste,  świat  kobiet  jest 
niepojęty... 

–  Zdaje  się,  że  powinienem  przesłuchać  również 

kaprala Flewrettiego. 

– Oj, nie-nie-nie! – zakrzyknęły jednocześnie. 
– No to od tej chwili proszę mówić samą prawdę. Czy 

ktoś  odrywał  plombę  na  pojemniku  ze  święconą  wodą  i 
opieczętował go na nowo? 

–  Nie  wiem  –  pisnęła  ze  strachem  Awa.  (Albo  Iwa, 

zaczynały mi się mylić). 

– Nie wiem – powtórzyła jej siostra. – Słowo! 
– No dobrze – westchnąłem. Zdumienie w ich oczach 

było aż nazbyt prawdziwe. – W takim razie to wszystko. 

 
Pod  koniec  dnia  czułem,  że  muszę  się  czegoś  napić. 

Pub,  do  którego  zaszedłem,  był  dumą  tutejszego 
browarnictwa. 

Na 

ścianach 

wisiały: 

czerep 

zmiennokształtnego  wilka,  wypchany  gryfon  (gatunek 
zagrożony), skóra jednorożca i zardzewiałe kajdany. Wzór 
na kracie wentylacyjnej przedstawiał męki grzeszników w 
Piekle.  W  witrynie  wystawiono  na  widok  publiczny 

background image

kolekcję  znamienitego  psychopaty  proktologa,  a  nad 
kominkiem  były  przybite  dwa  najprawdziwsze  anielskie 
skrzydła. Same unikalne myśliwskie trofea. 

Spróbowałem  tutejszego  piwa,  rekomendowanego 

przez komisarza. Miało przyjemny kwaskowaty posmak i 
nawet  niepowtarzalny  pluskwiany  aromat  wcale  go  nie 
psuł.  Kiedy  tak  relaksowałem  się  przy  barze,  obok  mnie 
przysiadła się dziennikarka w mini. 

– Mogę wypić kufel piwa, żeby nie pojawiło się to w 

porannej  gazecie?  –  spytałem  spokojnie,  patrząc  przed 
siebie. 

–  Naturalnie.  Obiecuję,  że  o  piwie  nic  nie  napiszę  – 

powiedziała,  również  nie  patrząc  na  mnie,  tylko  z 
udawanym  zainteresowaniem  przeglądając  rzędy  butelek 
za  plecami  garbatego  killmoulisa,  pełniącego  tu  funkcję 
barmana. 

– Dziękuję. 
Milczała, ale wiedziałem, że nie da mi spokoju. 
–  Jak  się  do  pana  zwracać?  Sierżancie,  messir,  sir, 

proszę pana? 

– Przywykłem do formy „pan”. Jestem Słowakiem. 
– A ja się zastanawiałam, czemu pan jest taki wysoki. 
–  Tak,  słowackie  czarty  są  zwykle  wyższe  i  mocniej 

zbudowane od waszych wyspiarskich, Elwiro. 

–  No  proszę,  pan  zapamiętał  moje  imię.  Przeczytał 

pan w gazecie? 

–  Pod  artykułem.  O  tym,  jak  znęcałem  się  nad 

biednymi  domowikami  i  strzelałem  do  młodocianych 

background image

gargulców. 

– Niech będzie, to moja robota. Osobiście nic do pana 

nie mam. Za to mój szef uwielbia kaczki dziennikarskie i 
jak 

nie 

wysmażę 

jakiegoś 

skandalu, 

grozi 

mi 

zwolnieniem. 

–  Bywa.  Mój  szef  też  nie  jest  wyjątkowo  uroczy  – 

skłamałem,  jednak  niechęć  do  niej  mi  przeszła  i  chyba 
nawet  zacząłem  mieć  dla  dziewczyny  jakieś  czarcie 
uczucia. 

–  Mogę  panu  postawić  piwo  na  znak  tymczasowego 

zawieszenia broni? 

– Jeśli tylko nie zostanie to uznane za łapówkę wziętą 

przez funkcjonariusza policji. 

– W takim razie pan też mnie poczęstuje i uznamy to 

za  przekupstwo  wolnej  prasy  –  uśmiechnęła  się 
żurnalistka. 

Podczas rozmowy nie wiadomo kiedy przeszliśmy na 

„ty”.  Potem  przesiedliśmy  się  do  stolika  i  wkrótce 
gadaliśmy  i  śmialiśmy  się  tak,  jakbyśmy  się  znali  całe 
życie.  Elwira  okazała  się  bardzo  mądrą  i  wykształconą 
dziewczyną,  dawno nie czerpałem  takiej przyjemności  ze 
zwykłej  rozmowy.  Po  upływie  trzech  godzin  zapłaciłem 
rachunek  i  odprowadziłem  ją  do  domu.  Szliśmy  obok 
siebie,  pożegnaliśmy  się  powściągliwie,  ale  byłem 
pewien,  że  jutro  spotkam  ją  znowu  w  tym  pubie.  Co 
więcej, bardzo na to liczyłem... 

 
Następnego 

ranka, 

przychodząc 

do 

pracy, 

background image

zobaczyłem,  że  komisarz  mnie  wyprzedził.  Dziś  jednak 
przywitał mnie bez uśmiechu, tylko ponuro spojrzał spode 
łba i burknął: 

– Witam, sierżancie. 
– Dzień dobry, sir. 
–  Jeszcze  jak  dobry...  Proszę  spojrzeć,  co  dziś 

otrzymałem:  potwierdzenie  komisji  żywieniowej,  że  w 
zupie poddanej ekspertyzie istotnie była święcona woda. 

– Czyli idziemy dobrym tropem. Proszę o zezwolenie 

na  przesłuchanie  hydraulika,  który  tamtego  dnia 
przychodził do kuchni naprawiać rurę. 

– Wpierw niech pan zerknie na to... 
Podał  mi  skargę,  podpisaną  przez  komitet  matek 

gryzołapów  z  przedszkola.  Pismo  było  utrzymane  w 
oskarżycielskim tonie, a co gorsza, obwiniano mnie! 

–  „Przed  przyjazdem  pana  Brazyńskiego  żyliśmy 

spokojnie  i  nie  obawialiśmy  się  o  nasze  dzieci,  a  teraz, 
gdziekolwiek  się  on  pojawia,  wydarzają  się  te  straszne 
rzeczy.  Mogliśmy  stracić  nasze  dzieci,  tylko  cud  je 
uratował. Nie mówimy, że to właśnie on odpowiada za te 
straszne  przestępstwa,  ale  sprowadza  nieszczęścia  na 
nasze  miasto.  Niech  pan  go  zwolni,  messir  Bazylikus, 
niech pan ratuje nas i nasze dzieci, póki nie jest za późno. 
Z  poważaniem...  ”  Aha,  no  tak...  spis  pięćdziesięciu 
dziewięciu nazwisk. 

–  Poniekąd  mają  trochę  racji.  Wraz  z  pana 

przyjazdem zaczęła się ta cała kołomyja. 

–  Nazywa  pan  „kołomyją”  zaplanowane  zamachy  na 

background image

życie obywateli waszego miasta?! 

–  Na  razie  nie  ma  na  to  dowodów.  –  Szef  machnął 

ręką.  –  Oczywiście,  ja  pana  dobrze  rozumiem,  pan  u 
siebie  w  stolicy  przywykł  widzieć  na  każdym  kroku 
morderstwa,  zamachy  i  grabieże.  Ale  tutaj  tego  nie  ma. 
Mogę od ręki podać setkę przyczyn, dla których święcona 
woda  przypadkiem...  podkreślam!...  przypadkiem  dostała 
się do zupy. 

–  I  do  wina,  i  do  wiadra  z  wodą  na  konkursie 

zadzierania spódnic? 

– Noo... tak. 
– Dlaczego pan jest tego taki pewny?! 
–  Dlatego,  mój  chłopcze,  że  mam  za  sobą 

doświadczenie i wiem, kiedy nie warto łapać za pistolet i 
wymachiwać 

legitymacją 

służbową. 

Nie 

jestem 

przesądny, ale może obywatele jednak mają troszkę racji. 
Rzeczywiście  pan  przywiózł  tu  ze  sobą  coś  niedobrego, 
bo  do  tej  pory  było  u  nas  cicho  i  spokojnie.  Starczy 
sprawdzić raporty! 

Niech  to  anieli,  jego  uporu  niczym  się  nie  przebije. 

Jeszcze  raz  pomyślałem  o  tym,  że  naprawdę  nie  czeka 
mnie tu nic dobrego, westchnąłem i powiedziałem: 

– Panie komisarzu, myślę, że powinienem zdać raport 

i opuścić okręg Dog’re. 

Zrozumiałem,  że  to  postanowienie  dojrzewało  we 

mnie  od  momentu  przyjazdu.  Mokre  Psy  były  dla  mnie 
obcym miejscem. Nigdy nie poczuję się tutaj jak w domu. 

– Ale czemu tak zaraz z grubej rury? 

background image

–  Tak  będzie  lepiej,  sam  pan  przyzna.  Przeze  mnie 

zatruły się domowiki, powinienem od razu zabrać butelki 
do ekspertyzy. 

–  Ale  jak  miał  pan  to  przewidzieć,  sierżancie?! 

Brednie. 

– Wykazałem się niekompetencją. Niech pan poprosi 

o  przysłanie  na  moje  miejsce  kogoś  innego,  bardziej... 
odpowiedniego  do  służby  w  miasteczku,  gdzie  nie  ma 
przestępstw.  I  jeśli  pan  pozwoli,  nie  chcę  tego  ciągnąć. 
Tym  bardziej  że  nie  mam  tu  nic  do  roboty.  Skoro  to 
wszystko były wypadki i nie ma tu prawdziwej zbrodni. 

–  Jak  chcesz,  ja  cię  nie  wyganiam,  ale  siłą 

zatrzymywać też nie będę. 

–  Co,  odchodzi?  –  rozległo  się  z  pokoiku  kaprala.  – 

Szkoda, dobry był chłopak, a to już trzeci w tym roku... 

Skinąłem  komisarzowi  z  roztargnieniem  i  szybko 

wyszedłem. 

 
Spakowanie  rzeczy  nie  trwało  długo.  Miałem 

przecież  tylko  jedną  małą  walizkę.  No  i  proszę,  akurat 
żeby  zdążyć  na  pociąg  do  Sparyża  o  drugiej.  Kiedy 
wyszedłem  na  peron,  stała  tam  Elwira.  Najwyraźniej 
nowiny rozprzestrzeniały się tutaj szybciej niż błyskawica 
archanioła. 

– Nie wyjeżdżaj. 
– Jak się dowiedziałaś? Znów mnie śledziłaś? 
– Tak – przyznała się bez oporów. Miała taki szczery 

wyraz  twarzy,  że  nie  mogłem  powstrzymać  uśmiechu. 

background image

Uśmiechnęła  się  w  odpowiedzi,  ale  zaraz  spoważniała.  – 
Dlaczego? 

– Muszę wyjechać, nie zostanę tu dłużej. 
Usiedliśmy  na  ławce.  Oboje  nie  wiedzieliśmy,  co 

dalej. 

–  Pociąg  za  piętnaście  minut.  Muszę  jeszcze  kupić 

bilet. 

–  Zdążysz.  Zobacz,  ja  mam  na  przykład  plebejski 

ogon,  gruby  i  z  łysinką,  a  za  to  nos  nieryjkowaty.  O 
proszę – dumnie zaprezentowała profil – arystokratyczny, 
taki  jak  twój.  Tutejszy  markiz  hulał  kiedyś  po  całym 
okręgu  i  nos  widocznie  odziedziczyłam  po  prababce.  A 
teraz ty. 

– Co ja? 
– Opowiadaj. Obiecuję, że ani jedno słowo nie pojawi 

się na stronicy naszej gazety. 

–  Czemu  nie...  –  Wzruszyłem  ramionami.  –  Ale  to 

bardzo krótka opowieść. 

– Akurat zdążysz, nim pociąg przyjedzie. 
Uwinąłem się w pięć minut. Policjanci umieją mówić 

krótko,  zwięźle  i  na  temat.  Elwira  słuchała  w  milczeniu. 
Kiedy  skończyłem,  zacisnęła  wargi.  Czyli  ona  też  mi  nie 
wierzy  ani  na  jotę.  Nie  pozostawało  mi  nic  innego,  jak 
wstać z ławki. 

– Pora na mnie. 
– I co? Tak po prostu wszystko rzucisz i wyjedziesz? 

A co z dziećmi, co z mieszkańcami naszego miasta? 

– Komisarz uważa to wszystko za wypadki. 

background image

– A co ty uważasz? 
– Dlaczego wasze miasteczko nazywa się Mokre Psy? 

– spytałem wymijająco. 

– To stara legenda. – Elwira wzruszyła ramionami. – 

Dawno,  dawno  temu  w  tutejszych  kamieniołomach 
pracował razem z innymi niewolnikami jeden czart. Zwali 
go Mokry Pies, bo był podobno patologicznie tchórzliwy. 
Przez  piętnaście  lat  wydobywał  kamień  i  taszczył  go  na 
drewnianym  wózku.  I  przez  te  piętnaście  lat  nadzorcy 
znęcali się nad nim bardziej niż nad innymi. Nie wiadomo 
już, co im się tak w nim nie podobało. Jak było, tak było, 
w  końcu  nie  wytrzymał.  Oszalały  i  nieustraszony 
rozgromił  prześladowców  i  oswobodził  niewolników. 
Potem  go  wybrano  na  namiestnika  miasta,  a  kiedy  w 
piątym  roku  rządów  zginął  od  przypadkowej  czarnej 
strzały, wypchali go i teraz stoi u nas w muzeum. Wiesz, 
nawet jesteś do niego trochę podobny... 

Podobny 

do 

wypchanego 

tchórzliwego 

pseudobohatera?  Piękne  dzięki.  Czyli  ona  tak  o  mnie 
myśli... 

– No to co, idziesz do kasy? 
– Nie, zostaję. Dopóki nie znajdę winnego. – Nim się 

zorientowałem,  rzuciła  mi  się  na  szyję,  pocałowała  mnie 
w policzek i szybko uciekła. 

 
Kiedy wróciłem na posterunek, szef nadal siedział za 

swoim biurkiem. Na moje pojawienie zareagował jedynie 
pełnym zamyślenia pochyleniem starych rogów. 

background image

– To pisała jedna osoba, ale różnymi atramentami. 
–  Jest  pan  pewien?  –  Nachyliłem  się  również  nad 

arkuszem. 

–  U  nas  matki  nie  noszą  w  torebkach  długopisów  z 

zielonym  wkładem.  W  ogóle  rzadko  kiedy  kobieta  na 
prowincji  nosi  przy  sobie  długopis.  A  na  zebraniach 
zwykle  podpisują  się  jednym  piórem.  Ten,  kto  to  pisał, 
specjalnie używał różnych długopisów, żeby nas zmylić, i 
starał się  podrabiać  różne charaktery pisma.  Ale  madame 
Karakuł  i  mademoiselle  Kurkul  nigdy  by  nie  podpisały 
razem  tego  samego  dokumentu.  To  stare  sąsiadki, 
wiecznie  w  stanie  wojny,  strasznie  się  nawzajem 
nienawidzą. Przestępca tego nie wziął pod uwagę. 

–  Myśli  pan,  że  mamy  do  czynienia  z  przestępcą,  a 

nie zwyczajnym oszczercą? 

– Możliwe, mój drogi, całkiem możliwe. Nie wydam 

nakazu aresztowania hydraulika, ale warto z nim pogadać. 
Kapralu, wezwaliście podejrzanego? 

–  Obiecał  przyjść  za  chwilę,  sir!  Zadzwoniłem  do 

niego i powiedziałem, że wybija nam kanalizacja. 

– Doskonale, nie trzeba będzie nigdzie łazić. 

zadowoleniem 

rozprostowałem 

ramiona. 

Wybiegając 

naprzód, 

powiem, 

że 

przesłuchanie 

hydraulika  nic  nie  dało.  Rzeczywiście  zaszedł  na  pięć 
minut  do  przedszkola,  ale  nie  do  kuchni,  tylko  do 
dyrektora, podpisać rachunek za ekspresową naprawę rury 
w kotłowni. Na dodatek podczas festynu w ogóle nie było 
go  w  mieście.  Komisarz  tylko  rozłożył  ręce.  Uczciwy 

background image

pracownik, czysty jak łza... Resztę dnia poświęciliśmy na 
pisanie  raportów.  Papierkowej  roboty  nigdy  nam  nie 
zabraknie... 

 
Wieczorem,  kiedy  wróciłem  do  hotelu  i  wchodziłem 

już  po  schodach  na  piętro,  do  swego  pokoju,  zawołała 
mnie recepcjonistka. 

–  Messir  Brazyński,  to  do  pana.  –  Starsza  nimfa 

podała mi list. 

Ze  zdziwieniem  wziąłem  kopertę.  Było  na  niej  tylko 

moje nazwisko, napisane na maszynie. Poczułem ucisk w 
żołądku, przewidując coś złego. 

– Kto to przyniósł? 
– Nie wiem, wsunął pod drzwi. 
Podziękowawszy 

ze 

sztucznie 

beztroskim 

uśmiechem, rozerwałem kopertę. 

 
Za  daleko  zaszedłeś,  Jiri  Brazyński.  Jeśli  chcesz 

jeszcze  zobaczyć  swoją  przyjaciółkę,  przyjdź  do 
opuszczonej  kopalni  dziś  o  dziesiątej  wieczorem.  Sam  i 
bez  broni.  Jeśli  nie  spełnisz  warunków,  miej  pretensje 
tylko do siebie. 

 
List  składał  się  z  liter  wyciętych  z  gazety. 

Natychmiast  rozpoznałem  gotycką czcionkę  „Diabelskich 
Wieści Dog’re”. Nogi same poniosły mnie do wyjścia. 

– Coś ważnego? – spytała ciekawska recepcjonistka. 
–  Tak,  ciocia  zostawiła  mi  jacht  w  spadku. 

background image

Powinienem szybko potwierdzić swoje prawa do niego. 

Szybkim  krokiem  udałem  się  z  powrotem  na 

komisariat. 

Zamieniłem 

parę 

zdań 

wiecznie 

dyżurującym  kapralem  (komisarz  już  poszedł  do  domu), 
oznajmiłem,  że  chcę  posiedzieć  nad  materiałami 
dotyczącymi  sprawy  i  zagłębiłem  się  w  papierach.  W 
moich  notatkach  powinny  być  jakieś  poszlaki,  szczegóły, 
które  mi  umknęły.  Ale  najwyraźniej  ktoś  je  zauważył  i 
postanowił zadać uprzedzający cios. Ten ktoś wiedział, że 
zamierzałem  wyjechać,  wiedział,  że  wróciłem,  wiedział, 
że spotykam się z Elwirą... wiedział o mnie wszystko! 

I  ja  też  dowiem  się  o  nim  wszystkiego,  już  dziś 

wieczorem. Oczywiście, iść tam samemu, nie mówiąc nic 
nikomu,  będzie  głupio,  ale  komu  mam  tu  zaufać?  Nie 
zaryzykowałem  z  komisarzem  ani  z  kapralem,  a  nikogo 
innego  nie  zdążyłem  tu  poznać.  Chyba  że  zwrócić  się 
bezpośrednio do mera... 

–  Oczy  pan  straci,  sir.  Ileż  można  czytać  w  kółko 

jedno  i  to  samo?  Niech  pan  idzie  lepiej  do  pubu  strzelić 
piwko. Zdaje się, że tam się panu wczoraj całkiem wiodło. 
– 

To 

Flewretti 

zajrzał 

do 

mnie 

mrugnął 

porozumiewawczo.  Problem  małego  miasteczka,  nic 
przed nikim się nie ukryje. 

– Która godzina? 
– Już wpół do dziewiątej. 
Zamknąłem  oczy  i  przez  minutę  siedziałem  całkiem 

nieruchomo. 

Koniec. 

Wiedziałem 

już 

wszystko. 

Otworzyłem  leżącą  na  biurku  książkę  telefoniczną, 

background image

przerzuciłem kartki i znalazłem odpowiedni adres. 

 
Otworzyła  mi  żona  przestępcy,  miła  kobieta,  i 

powiedziała,  że  mąż  jeszcze  nie  wrócił  z  pracy.  To  była 
ostatnia  próba.  Teraz  stało  się  ostatecznie  jasne,  że  na 
wyznaczone  miejsce  spotkania  pójdę  sam.  Nie  mogłem 
ryzykować  życia  Elwiry.  Choć  może  w  ten  sposób 
popełniałem  okropny  błąd.  Przywykłem  jednak  ufać 
własnej intuicji, a ta mi podpowiadała, że lepiej nikogo do 
tego nie mieszać. 

Na ulicy pierwszy przechodzień z łatwością wyjaśnił 

mi,  jak  dojść  do  starej  kopalni  za  miastem.  Kiedyś 
wydobywano tam kamień, lecz od dawna stała zamknięta, 
a  złoże  było  opuszczone.  Najlepsze  miejsce  do 
wyrównania rachunków. 

Za kwadrans dziesiąta stałem już przy wejściu. 
–  Wchodź,  sierżancie!  Widziałem,  że  jesteś  sam  – 

rozległo się skądś z ciemności. 

Pchnąłem  stare  wierzeje.  Ziemne  schody  wiodły 

gdzieś  w  dół,  do  pełgającego  światła.  Tunel  doprowadził 
mnie  do  obszernego  pomieszczenia.  Paliły  się  tam  trzy 
lampy  górnicze  i  w  ich  mdłym  świetle  moim  oczom 
ukazał się straszny widok... 

Nad  brzegiem  zardzewiałego  zbiornika  z  wodą  stała 

związana 

zakneblowana 

Elwira. 

Nie 

miałem 

wątpliwości, co to za woda. Koniec linki znikał w mroku, 
ale byłem pewien, że trzyma go ten, którego szukałem. 

– Niech pan wyjdzie, panie Sabnok! 

background image

Rozległ się obrzydliwy chichot i listonosz wyłonił się 

z  cienia.  Chudy,  z  pogardliwym  uśmieszkiem  na  twarzy, 
poruszał się, wyginając, jakby nie miał w ogóle kości. W 
ręku trzymał wycelowany we mnie pistolet. 

–  Kiedy  zobaczyłem  cię  na  festynie,  od  razu 

wiedziałem,  że  tego  sierżanta  trzeba  się  będzie  pozbyć. 
Wam, miastowym, nie można ufać. 

–  I  słusznie.  Szkoda,  że  nie  przesłuchałem  pana  od 

razu  na  miejscu.  Może  by  już  pan  siedział  w  areszcie 
śledczym. 

– Nie wyśledziłbyś mnie. 
–  Kucharz  zeznał,  że  nie  widział  nikogo  po 

porannych wiadomościach, a to znaczy, że poranną gazetę 
przynieść  musiał  listonosz.  W  laboratorium  oględziny 
butli  pozwoliły  stwierdzić,  że  pieczęć  została  zdjęta,  a 
potem 

starannie 

nałożona 

ponownie. 

Domowik 

wspomniał, że mundur znajomego, od którego miał wino, 
był taki jak mój. Nie pomyślałem z początku o mundurze 
pocztowym,  a  przecież  jest  bardzo  podobny  do 
policyjnego.  I  kolorem,  i  fasonem,  i  nawet  ma  srebrne 
guziki.  Odebrawszy  przesyłkę  w  urzędzie  pocztowym, 
zdjął  pan  pieczęć,  odlał  sobie  święconej  wody  i  dolał 
zwykłej.  Święcona  woda  przecież  nie  traci  swoich 
właściwości 

nawet 

roztworze 

jeden 

do 

dziewięćdziesięciu.  Ustalić  fakt  jej  rozcieńczenia  bez 
analizy spektrometrem jest w ogóle niemożliwe. 

–  Więc  dlaczego  mnie  nie  zatrzymałeś?  – 

wyszczerzył się listonosz. 

background image

–  Teraz  to  robię.  Obywatelu  Sabnok,  jest  pan 

aresztowany. 

–  No  tak  –  roześmiał  się.  –  A  jeśli  cię  po  prostu 

zastrzelę? Wszyscy myślą, że wyjechałeś... 

–  Wróciłem  i  postarałem  się  pokazać  w  wielu 

miejscach.  W  hotelu,  w  pubie,  w  komisariacie  i  nawet  u 
pańskiej  żony.  Poza  tym  mój  raport o pańskim udziale w 
szeregu  przestępstw  już  leży  na  biurku  komisarza 
Gerarda. 

– Tak, komisarzu? 
Za  moimi  plecami  bezszelestnie  ukazał  się  szef.  On 

też wycelował we mnie broń. 

–  Przepraszam,  sierżancie.  Rozumiem,  że  jest  pan 

wstrząśnięty  moją  obecnością.  Ale  ja  wcześniej  od  pana 
zrozumiałem,  kto  za  tym  wszystkim  stoi.  Pozostawało 
tylko spotkać się i porozmawiać z naszym przyjacielem. – 
Skinął  do  uśmiechniętego  Sabnoka.  –  Zaproponował  mi 
bardzo imponującą sumę w zamian za milczenie. A nasze 
policyjne emerytury nie są specjalnie wysokie... 

– Ogłosiliśmy, że dzieci poważnie ucierpiały, chociaż 

wszystkie  są  całe  i  zdrowe.  Ministerstwo  zdrowia 
wyasygnuje  okrągłą  sumkę  na  leczenie  dzieciaczków! 
Naturalnie  ja  jako  pocztowiec  ją  przyjmę  i  dostarczę  do 
adresata,  a  komisarz  policji  wraz  z  merem  sporządzą 
sprawozdanie  o  spożytkowaniu  otrzymanych  środków. 
Nie  sprawi  to  nam  szczególnych  trudności,  jak  pan 
rozumie. Prawda, Gerardzie? 

–  Oczywiście,  Hugo.  Nasz  poczciwy  mer  rzadko 

background image

patrzy na to, co podpisuje. 

–  Chcesz  coś  jeszcze  powiedzieć  przed  śmiercią, 

sierżancie? 

–  Nie,  Hugo,  umówiliśmy  się,  że  on  jest  mój!  A 

dziewczyna... zabieraj ją sobie. 

Listonosz  znów  zaniósł  się  szczekliwym  śmiechem  i 

odwrócił  ku  Elwirze.  W  tejże  chwili  szef  mrugnął  do 
mnie.  Lekko  kiwnąłem  głową  i  przyklęknąłem  na  jedno 
kolano,  schodząc  mu  z  linii  ognia.  Gruchnął  strzał! 
Sabnok  ze  zdumieniem  popatrzył  na  przestrzelony 
nadgarstek, jego broń upadła na ziemię. 

Rzuciłem  się  naprzód,  w  czterech  wielkich  susach 

znalazłem  się  między  Elwirą  a  zbiornikiem,  odgradzając 
ją  od  święconej  wody.  Mój  zwierzchnik,  sapiąc,  obszedł 
nas, dwoma ciosami powalił skomlącego listonosza i skuł 
go.  Tymczasem  uwolniłem  dziewczynę  od  knebla  i 
połowy więzów. 

– Z tobą wszystko w porządku? 
Pokiwała głową, z szoku nie mogąc nic wykrztusić. 
–  Jeszcze  jeden  strzał i  mógłbym pozbyć  się od razu 

dwóch  świadków.  Żartuję  –  uśmiechnął  się  szef, 
pomagając mi podtrzymać szlochającą Elwirę. 

–  Bydlak!  Zwabił  mnie  tutaj!  Powiedział,  że  tu 

czekasz,  żeby  mi  powiedzieć  coś  ważnego.  A  potem 
uderzył mnie w głowę... 

–  Idioci...  Wszystko  by  się  udało,  gdyby  nie... 

Zdradziłeś mnie, Gerard! 

–  A  ty  tak  łatwo  uwierzyłeś  w  moją  sprzedajność? – 

background image

Głos komisarza stwardniał. – Jesteś u nas raptem dwa lata. 
A  ja  się tutaj  urodziłem, i  moi przodkowie,  i  przodkowie 
przodków. Jakiś ty głupi, Sabnok... 

 
Godzinę  później,  kiedy  już  opatrzony  i  klnący  na 

czym  świat  stoi  listonosz  siedział  pod  kluczem,  wszyscy, 
łącznie  z  kapralem  Flewrettim,  odpoczywaliśmy  na 
posterunku,  rozpijając  butelkę  mocnego  wina,  którą  szef 
wyciągnął z głębin szafy na dowody rzeczowe. 

–  Chyba  powinienem  to  i  owo  wyjaśnić.  Naturalnie 

długo nie mogłem uwierzyć, do ostatka łudziłem się, że to 
tylko  wypadek  i  zbieg  okoliczności,  my  tu  przecież  nie 
przywykliśmy  do  takich  kryminałów.  Lecz  nie  mogłem 
zamykać oczu na fakty, a to dzięki pańskiemu natręctwu, 
sierżancie  Brazyński.  Zwrócił  pan  uwagę  na  rękawiczki, 
później  na  podobieństwo  mundurów,  a  potem  sam 
zacząłem  wyciągać  wnioski.  Z  tą  różnicą,  że  ja 
wiedziałem  o  swojej  niewinności  i  nigdy  bym  nie 
uwierzył w winę kaprala. Wówczas zacząłem podejrzewać 
Sabnoka.  Jako  pracownik  poczty  miał  możliwość 
otworzenia  pojemnika  ze  święconą  wodą,  a  odpowiedni 
stopień  koncentracji  sprawdzał  doświadczalnie  na 
dziewczynie  i  domowikach.  Jednak  niezbitych  dowodów 
przeciwko niemu nie miałem. Wtedy poszedłem z nim na 
układ.  Uwierzył  mi,  choć  nie  od  razu.  Byłem  mu 
potrzebny... 

– Ale jak on zdołał dodać święconej wody do zupy w 

przedszkolu? 

background image

–  To  proste.  Kiedy  przyniósł  rano  pocztę, 

niepostrzeżenie  wlał  trochę  do  garnka,  kiedy  kucharz 
wyszedł  na  papierosa.  Zwyczajnie  czekał  na  dogodny 
moment.  Znał  zwyczaje  Stregi,  który  zawsze  stawiał 
garnek  na  płycie,  wrzucał  podstawowe  składniki  i 
wychodził zapalić. 

– A gdzie pan był w czasie konkursu? 
–  Chińskie  jedzenie  nie  zawsze  mi  służy.  Wolałem 

nie mówić, gdzie byłem. 

–  I  kto  by  pomyślał,  że  nasz  komisarz  jest  taki 

delikatny? – roześmiała się Elwira. 

– Kiedy wieprzowe kung-pao jest takie smaczne... nie 

mówcie, że powinienem z niego zrezygnować! 

–  Nie  powiemy.  –  Bohaterska  żurnalistka  odwróciła 

się  do  mnie,  a  jej  wielkie  szare  oczy  wywlekały  ze  mnie 
duszę. – Teraz nie wyjedziesz? 

–  Nie,  mnie  się  tu  podoba  –  przyznałem  szczerze.  – 

Sir, przepraszam, że poszedłem sam, nie mówiąc nic panu 
ani kapralowi. 

– Nie mam o to pretensji – rzekł Furfur. – I tak bym 

nie  poszedł,  lubię  pracę  siedzącą.  A  tam  u  was  była 
strzelanina,  bójka,  zamieszanie...  Nie,  nie  mam  nic 
przeciwko temu, że mnie nie zaproszono, lepiej wy sami... 

–  Przecież  i  ja  panu  nie  dowierzałem,  sierżancie  – 

roześmiał się Gerard. – Jednak dziś pan udowodnił, że jest 
godzien  służyć  w  policji  Mokrych  Psów.  Myślę,  że  się 
dogadamy. 

– Tak jest, sir!