background image

 
 
 
 

background image

Lillian Jackson Braun 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tytuł oryginału: The cat who ate danish modern 
Tytuł oryginalny serii: The cat who... series! 
Tłumaczenie: Robert Sudoł 
Grafika: Aleksandra Mikulska 
Wydawnictwo: Elipsa, 2008 
 
Copyright © 1967 by Lilian Jackson Braun

 

background image

Kot, który jadał wełnę 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

E

E

R

R

W

W

S

S

Z

Z

Y

Y

 

 

 

Z miną wyrażającą znudzenie i niesmak, uwydatnioną obwisłymi 

sumiastymi  wąsami,  Jim  Qwilleran  przygotował  sobie  kawalerskie 
śniadanie.  Gorącą  kranówą  zalał  kawę  rozpuszczalną,  aż  na 
powierzchni  zaczęły  pływać  brązowe  grudki.  Z  wypełnionego 
okruchami  chlebaka,  w  którym  zagnieżdżała  się  powoli  pleśń, 
wygrzebał pączka. Następnie rozpostarł papierową serwetkę na stole 
obok  okna,  którym  wpadało  przefiltrowane  przez  smog  miejskie 
słońce, oświetlające ponure mieszkanie. 

Jedząc  pozbawione  smaku  śniadanie,  Qwilleran  dumał  nad 

swoimi czterema problemami: 

Po pierwsze, w chwili obecnej nie miał kobiety. Po drugie, dostał 

nakaz  eksmisji,  więc  za  trzy  tygodnie  straci  dach  nad  głową.  Po 
trzecie, mole żywią się jego krawatami w takim tempie, że zaraz nie 
będzie  miał  ani  jednego.  Po  czwarte,  jeśli  tego  dnia  powie  choćby 
jedno  niewłaściwe  słowo  redaktorowi  naczelnemu,  może  stracić 
pracę.  Ponad  czterdzieści  pięć  lat  na  karku  i  bezrobocie?  Nie 
wyglądało to różowo. 

Na szczęście miał przyjaciela. Na stole – obok wielkiego słownika, 

pliku książek w miękkich okładkach, stojaka z fajką i puszki tytoniu 
– leżał kot syjamski. 

Qwilleran podrapał swojego pupila za uszami i rzekł: 
–  Założę  się,  że  gdy  mieszkałeś  na  piętrze,  nie  wolno  ci  było 

wylegiwać się na stole. 

Kot, o imieniu Koko, zakołysał się z satysfakcją, nastroszył wąsy i 

miauknął. 

Mieszkali razem od pół roku, bo poprzedni właściciel Koko został 

zamordowany.  Qwilleran  dobrze  karmił  swojego  kota,  prowadził  z 
nim  mądre  rozmowy  i  proponował  przeróżne  zabawy  –  rozrywki, 
które przypadały do gustu inteligentnemu zwierzakowi. 

Codziennie  rano  Koko  zajmował  jeden  róg  stołu,  układając  się 

starannie  na  blacie,  podciągając  brązowe  łapy  i  ogon  pod  rudawy 
tułów z białą łatką na piersi. W świetle porannego słońca jego skośne 
ślepia  miały  kolor  jasnego  błękitu,  a  jedwabista  sierść  – 
przypominająca  świeżo uplecioną pajęczynę  na  oknie  –  połyskiwała 
tęczą opalizujących odcieni. 

–  Przez  ciebie  to  mieszkanie  wygląda  jak  chlew  –  powiedział 

background image

Lillian Jackson Braun 

Qwilleran. 

Kot  zmrużył  oczy  i  zaczął  dyszeć.  Z  każdym  oddechem  jego  nos 

zmieniał nieco kolor i fakturę – jakby czarny aksamit przeobrażał się 
w czarny atłas. I z powrotem. 

Qwilleran 

znów 

popadł 

zamyślenie, 

przesuwając 

roztargnieniu  łyżeczką  po  wąsach.  Poprzysiągł  sobie,  że  tego  dnia 
śmiało poprosi naczelnego o nowy przydział. Zdawał sobie sprawę, że 
będzie  to  ryzykowne  posunięcie.  Redakcja  „Daily  Fluxion” 
przypominała wojsko. Percy wymagał pracy zespołowej, działania w 
duchu wspólnoty, ogólnej dyscypliny. Ramię przy ramieniu, pospołu, 
jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nie waszą rolą jest zadawać 
pytania! Razem, jak zgrana drużyna, dążymy do celu! 

–  Wiesz,  jak  to  jest  – tłumaczył  Qwilleran  kotu.  –  Gdy  wejdę  do 

gabinetu  Percy'ego  i  bez  ogródek  zażądam  nowej  pracy,  to 
najprawdopodobniej  wyrzuci  mnie  na  zbity  pysk.  Bo  on  tak 
postępuje.  Nie  mogę  iść  na  bezrobocie,  a  już  na  pewno  nie  w  tej 
chwili. Najpierw muszę uzbierać trochę oszczędności. 

Koko słuchał uważnie każdego słowa. 
– W najgorszym razie pewnie mógłbym dostać robotę w „Morning 

Rampage”, ale nie chciałbym tyrać dla tego nadętego szmatławca. 

Koko patrzył na niego szeroko otwartymi ślepiami, wyrażającymi 

pełne zrozumienie. Miauknął cicho. 

– Najchętniej odbyłbym z Percym szczerą rozmowę, ale do niego 

trudno  dotrzeć.  Jest  zaprogramowany,  jak  komputer.  Uśmiecha  się 
szczerze.  Mocno  ściska  rękę.  Mówi  bardzo  miłe  komplementy.  Ale 
gdy  nazajutrz  napatoczysz  się  na  niego  w  windzie,  to  jakby  cię  w 
ogóle nie znał. Bo akurat tego dnia nie figurujesz w jego grafiku. 

Koko poruszył się niepewnie. 
–  On  nawet  nie  wygląda  jak  naczelny  –  ciągnął  Qwilleran.  – 

Ubiera się, jakby robił w reklamie. Przy nim czuję się jak łachmyta. – 
Pogłaskał kota po karku. – Chyba powinienem iść do fryzjera. 

Koko mruknął gardłowo, a Qwilleran natychmiast zrozumiał. 
– Dobra, dobra, zaraz zagramy. Ale tylko parę rund, bo muszę iść 

do pracy. 

Otworzył  wielki  słownik,  wyróżniający  się  daleko  posuniętym 

stanem  sfatygowania,  po  czym  rozpoczęli  swoją  ulubioną  grę. 
Polegała na tym, że kot wbijał pazury w kartki, a Qwilleran otwierał 
gruby tom we wskazanym miejscu, następnie czytał na głos pierwsze 

background image

Kot, który jadał wełnę 

dwa  hasła  widniejące  u góry strony.  Jeśli Koko używał  prawej  łapy, 
Qwilleran wybierał hasła z prawej strony, ale na ogół kot posługiwał 
się lewą. Wszystko wskazywało na to, że jest mańkutem. 

–  „Biuletyn”  i  „biurko”  –  przeczytał  Qwilleran.  –  To  łatwe.  Dwa 

punkty dla mnie. No dalej, spróbuj jeszcze raz. 

Koko postawił brązowe uszy i znów zatopił pazury w kartki. 
–  „Diegueno”  i  „dielektryk”.  Ty  cwany  skurczykocie!  Załatwiłeś 

mnie! – Qwilleran nie znał tych słów. Musiał przeczytać definicje, a 
to oznaczało punkty dla zwierzęcia. 

Gra  zakończyła  się  ostatecznie  wynikiem  siedem  do  pięciu  dla 

człowieka.  Potem  dziennikarz  przygotował  śniadanie  dla  kota  – 
świeżą  wołowinę,  pokrojoną  w  kostkę  i  podgrzaną  z  sosem 
pieczarkowym  z  puszki  –  następnie  wziął  prysznic  i  się  ubrał.  Kot 
jednak  nie  interesował  się  jedzeniem.  Łaził  za  swoim  panem, 
piskliwym pomiaukiwaniem domagając się zainteresowania, ciągnąc 
za ręcznik w łazience, wskakując do otwieranych szuflad. 

–  Który  krawat  mam  włożyć?  –  spytał  Qwilleran.  W  swej 

garderobie  miał  ich  zaledwie  kilka,  większość  w  szkocką  kratę  z 
dominującą czerwienią. Były porozwieszane po całym mieszkaniu na 
klamkach  i  oparciach  krzeseł.  –  Może  powinienem  wybrać  coś  w 
żałobnym  tonie,  żeby  wywrzeć  korzystne  wrażenie  na  Percym?  W 
dzisiejszych  czasach  wszyscy  musimy  być  konformistami.  Wy,  koty, 
jesteście jedynymi niezależnymi istotami, które jeszcze pozostały. 

Koko  zamrugał  potwierdzająco  ślepiami.  Qwilleran  sięgnął  po 

wąski krawat z granatowej wełny, wiszący na lampie. 

–  Niech  szlag  trafi  te  mole!  –  zakrzyknął.  –  Kolejny  do 

wyrzucenia! 

Koko  zapiszczał,  jak  gdyby  próbował  wyrazić  swoje  współczucie. 

Qwilleran 

przyjrzał 

się 

wystrzępionemu 

końcowi 

krawata. 

Postanowił, że mimo wszystko go włoży. 

–  Może  chciałbyś  się  na  coś  przydać?  –  spytał.  –  Zamiast  tracić 

czas na pajęczyny, weź się lepiej za te mole! 

Odkąd  zamieszkali  razem,  Koko  nabrał  dziwnego  zwyczaju.  W 

starym wilgotnym domu roiło się od pająków, które wciąż rozpinały 
nowe sieci. Kot pożerał chętnie te połyskujące nicie. 

Qwilleran  wcisnął  nadżarty  koniec  krawata  w  koszulę,  włożył  do 

kieszeni fajkę typu „bulldog”. Następnie potarmosił kota po głowie w 
wyrazie  obcesowego  pożegnania  i  wyszedł  z  mieszkania  przy 

background image

Lillian Jackson Braun 

Blenheim Place. 

Gdy dotarł wreszcie do redakcji „Daily Fluxion”, miał już obcięte 

włosy  i  przystrzyżone  wąsy  po  wizycie  u  fryzjera,  a  buty  tak 
wyglansowane,  że  połyskiem  mogły  rywalizować  z  marmurowymi 
płytami,  którymi  wyłożony  był  hol.  Dostrzegając  swoje  odbicie  w 
gładkiej powierzchni, wciągnął wydatny nieco brzuch. 

Kilka  par  oczu  zwróciło  się  w  jego  stronę.  Ten  wąsacz  z  fajką  i 

tajemniczą  przeszłością  budził  niemałą  ciekawość,  odkąd  przed 
siedmioma  miesiącami  podjął  pracę  w  redakcji  „Daily  Fluxion”. 
Wszyscy wiedzieli, że dawniej był znanym dziennikarzem śledczym w 
Nowym  Jorku  i  Chicago.  Potem  przepadł  bez  wieści  na  parę  lat,  a 
teraz siedział grzecznie przy biurku w siedzibie gazety codziennej na 
Środkowym Zachodzie, pisząc artykuły – niebywałe! – o sztuce... 

Drzwi  zatłoczonej  windy  się  otworzyły,  więc  Qwilleran  wysiadł, 

żeby  przepuścić  kilka  dziennikarek  z  działu  kobiecego,  które 
spieszyły się do porannych obowiązków lub na przerwę śniadaniową. 
Gdy go wymijały, zlustrował każdą okiem znawcy. Ta za stara. Tamta 
pospolita. Ta od mody wzbudza wręcz grozę. A ta, która pisze o życiu 
towarzyskim, ma męża. 

Mężatka spojrzała na niego z udawanym wyrzutem. 
– Ty szczęściarzu! – rzekła. – Niektórzy zawsze spijają śmietankę. 

Nie cierpię cię. 

Patrzył za nią, jak idzie korytarzem, a chwilę później wskoczył do 

windy, bo drzwi się zamykały. 

– O co jej chodziło? – zdziwiony mruknął pod nosem. W windzie 

był jeszcze jeden pasażer: blondynka z działu reklamowego. 

– Właśnie się dowiedziałam – odezwała się nagle. – Winszuję ci – 

rzuciła i wysiadła na następnym piętrze. 

W  sercu  Qwillerana,  przykrytym  wystrzępionym  krawatem, 

zaczęła  wzbierać  nadzieja  na  odmianę  losu.  Wszedł  do  działu 
kulturalnego,  gdzie  ciągnęły  się  rzędy  zielonych  metalowych 
stolików,  na  których  stały  zielone  maszyny  do  pisania  i  zielone 
telefony. 

–  Bądź  w  pobliżu  –  rzekł  Arch  Riker,  szef  działu.  –  O  wpół  do 

jedenastej Percy zwołał kolegium redakcyjne. Pewnie chce pogadać o 
tym  śmiesznym  drugim  „l”  w  twoim  nazwisku,  którym  zaraziły  się 
inne  słowa.  Widziałeś?  –  Pchnął  przez  biurko  gazetę  i  wskazał 
nagłówek:  „Skorumpowany  pollityk  aresztowany  przez  pollicję”.  – 

background image

Kot, który jadał wełnę 

Nikt  nie  zauważył błędu.  Zorientowaliśmy  się  dopiero,  gdy wydanie 
poszło do druku. Cała redakcja zgłupiała przez ciebie. 

–  To  dobre  szkockie  nazwisko  –  bronił  się  Qwilleran.  Następnie 

nachylił  się  nad  biurkiem:  –  Ludzie  dają  mi  do zrozumienia,  że  idą 
zmiany. Percy chyba przydzieli mi nową robotę. 

– Jeśli tak, to ja nic o tym nie wiem. 
–  Od  pół  roku  jestem  pośmiewiskiem  dziennikarskiego  świata. 

Reporter śledczy piszący o sztuce! 

– Nie musiałeś brać tej posady, jeśli ci się nie podoba. 
– Potrzebowałem pieniędzy. Wiesz o tym. Poza tym obiecano mi 

etat w dziale miejskim, jak tylko zwolni się miejsce. 

– No to życzę szczęścia – mruknął Riker. 
– Czuję, że coś wisi w powietrzu. Mnóstwo ludzi o tym wie, tylko 

nie ja. 

Szef  działu  kulturalnego  rozparł  się  w  fotelu  i  założył  ręce  na 

piersi. 

–  W  komunikacji  międzyludzkiej  tak  już  jest,  że  najbardziej 

zainteresowani dowiadują się na szarym końcu – odparł. 

Gdy  dano  znak  z  działu  miejskiego,  Riker  i  Qwilleran  weszli  do 

gabinetu, w którym urzędował redaktor naczelny. 

– Dzień dobry, Haroldzie – powiedzieli jak na komendę. 
Szefa nazywano Percy wyłącznie za jego plecami. 
Na  miejscu  był  już  dyrektor  działu  reklamy,  ciągnący  się  za 

mankiety. I szef działu fotograficznego, mający znudzoną minę. Oraz 
Fran  Unger,  szefowa  działu  kobiecego,  wystrojona  w  kapelusz  w 
deseń  zebry.  Posłała  Qwilleranowi  powłóczyste  spojrzenie,  które  go 
speszyło.  Była  natarczywa,  co  budziło  w  nim  nieufność.  Qwilleran 
wystrzegał  się  kobiet  pełniących  dyrektorskie  funkcje.  Przez  pewien 
czas był mężem takiej. 

Ktoś  zamknął  drzwi,  a  w  tej  samej  chwili  redaktor  naczelny 

okręcił się w swoim obrotowym fotelu i spojrzał na Qwillerana. 

–  Winien  ci  jestem  przeprosiny  –  rzekł.  –  Należało  omówić  to  z 

tobą  dziesięć  dni  temu.  Pewnie  docierały  do  ciebie  różne  plotki. 
Postąpiłem  nie  fair,  że  trzymałem  cię  w  nieświadomości. 
Przepraszam.  Byłem  zajęty  przy  tej  komisji  do  spraw  zwalczania 
przestępczości, którą powołał burmistrz, ale to mnie nie tłumaczy. 

W  sumie  to  porządny  gość,  pomyślał  Qwilleran,  poruszając  się 

niespokojnie na krześle. 

background image

Lillian Jackson Braun 

–  Obiecaliśmy  ci  inną  pracę,  gdy  coś  się  trafi  –  ciągnął  redaktor 

naczelny.  –  No  i  teraz  pojawiło  się  dla  ciebie  prawdziwe  wyzwanie. 
Zamierzamy  zainicjować  pewne  przedsięwzięcie,  które  może 
wywrzeć wpływ na całą branżę prasową. Dodam, że dla naszej gazety 
to będzie żyła złota. Otóż nasze miasto zostało wybrane jako miejsce 
eksperymentu,  który  ma  wykazać,  czy  ogólnokrajowa  reklama 
prowadzona  na  ogół  w  czasopismach  zdałaby  egzamin  w  gazetach 
codziennych wychodzących w głównych ośrodkach miejskich. 

– Gdyby tak się stało – wtrącił szef reklamy – nasze wpływy by się 

podwoiły. Tylko w tym jednym eksperymentalnym roku nasz dochód 
podskoczyłby o ponad milion dolarów. 

–  O  te  konfitury  oczywiście  walczyć  też  będzie  „Morning 

Rampage”  –  powiedział  Percy  –  ale  my  mamy  nową  drukarnię  i 
barwne zdjęcia, więc możemy dać produkt wyższej jakości. 

Qwilleran głaskał się nerwowo po wąsach. 
–  Twoim  zadaniem  –  kontynuował  redaktor  naczelny  –  będzie 

robienie  niedzielnego  dodatku  przez  pięćdziesiąt  dwa  tygodnie.  W 
formacie czasopisma. Pełna gama kolorów! 

Qwilleran  rozważał  w  myśli  rysujące  się  możliwości.  Wyobraził 

sobie  głośne  procesy  sądowe,  kampanie  wyborcze,  przemówienia 
polityków, widowiska sportowe, może nawet wydarzenia z zagranicy. 
Odchrząknął i rzekł: 

– A to nowe czasopismo... Ma być o tematyce ogólnej? 
–  Ujęcie  ma  być  ogólne  –  odparł  Percy.  –  Ale  tematyka  będzie 

dość konkretna. Chcemy, żebyś robił czasopismo o wnętrzarstwie. 

– O czym?! – zachrypiał zszokowany Qwilleran. 
– O wnętrzarstwie. Ten eksperyment finansuje branża meblarska 

i dekoratorska. 

– O wnętrzarstwie? – Poczuł chłód w cebulkach swoich wąsów. – 

No to chyba powinna to robić jakaś kobieta. 

Fran Unger odezwała się słodkim głosem: 
–  Nasz  dział bardzo  chciał  się  tym  zająć,  ale  Harold  uważa,  że  w 

obecnych  czasach  urządzaniem  domów  interesuje  się  też  wielu 
mężczyzn.  Pragnie  uniknąć  zaszufladkowania  tego  czasopisma  jako 
prasy  kobiecej.  Chce,  żeby  było  adresowane  do  wszystkich.  Chce, 
żeby „Stylowe Wnętrza” czytał każdy. 

Qwilleran poczuł ucisk w gardle. 
– „Stylowe Wnętrza”? – wybąkał. – Tak się ma nazywać to pismo? 

background image

Kot, który jadał wełnę 

Percy skinął głową. 
–  Tak,  bo  uważamy,  że  ten  tytuł  właściwie  oddaje  nasz  zamysł. 

Styl,  komfort,  dobry  gust!  Możesz  pisać  artykuły  o  luksusowych 
domach, eleganckich apartamentach, symbolach wysokiego statusu. 
O ludziach zamożnych i o tym, jak mieszkają. 

Qwilleran nachylił się w stronę redaktora naczelnego. 
– Harold, ty na pewno chcesz mnie do tego wyznaczyć? – spytał. 

–  Przecież  wiesz,  czym  się  zajmowałem.  O  wnętrzarstwie  nie  wiem 
kompletnie nic. 

–  O  sztuce  pięknej  też  nic  nie  wiedziałeś,  a  poradziłeś  sobie 

świetnie  –  odpowiedział  Percy.  –  W  naszej  branży  doświadczenie 
może  być  przeszkodą. Do  tej  roboty potrzeba  obytego  dziennikarza, 
kogoś  kreatywnego,  z  pomysłami.  Jeśli  na  początku  miałbyś  jakieś 
problemy, to jestem pewny, że Fran z chęcią ci pomoże. 

Qwilleran zaczął się wiercić na krześle. 
–  Ależ  naturalnie  –  potwierdziła  Unger.  –  Możemy  pracować 

razem. Mogę cię pokierować w odpowiednią stronę. –  Nie zważając 
na posępną minę Qwillerana, ciągnęła: – Możesz na przykład zacząć 
od  Sorbonne  Studio.  Oni  obsługują  socjetę.  Potem  Lyke  and 
Starkweather;  to  największa  firma  dekoratorska  w  mieście.  – 
Rozłożyła ręce. – David Lyke jest wprost fantastyczny! 

–  Nie  wątpię  –  warknął  posępnie  Qwilleran.  Miał  wyrobione 

zdanie o dekoratorach. Obu płci. 

– No i jest pani Middy. Ta dekoratorka robi bardzo miłe wnętrza 

w  stylu  wczesno  amerykańskim.  Aha,  no  i  to  nowe  studio  o  nazwie 
ZASZP.  Specjalizuje  się  w  trendzie,  który  nazywa  się  Zaplanowana 
Szpetota. 

Nagle  Percy  wypowiedział  słowa,  które  ukazały  całą  sprawę  w 

innym świetle: 

–  Ta  praca  wiąże  się  z  większą  odpowiedzialnością,  więc 

oczywiście  przesuniesz  się  w  siatce  wynagrodzeń.  Awansujesz  na 
kierownicze stanowisko. 

Dokonawszy w myśli błyskawicznych obliczeń, Qwilleran doszedł 

do wniosku, że dzięki temu stać go będzie na wynajęcie przyzwoitego 
mieszkania i spłacenie starych długów. Pociągnął się za wąsy. 

– Hmm, no chyba mógłbym spróbować – mruknął. – Kiedy mam 

zacząć? 

–  Wczoraj!  Dowiedzieliśmy  się,  że  „Morning  Rampage”  planuje 

background image

Lillian Jackson Braun 

10 

wyjść  z  pierwszym  dodatkiem  na  początku  października. 
Chcielibyśmy ich uprzedzić. 

Ostatnie słowa przypieczętowały sprawę. Perspektywa pokonania 

konkurencji  rozgrzała  krew  w  żyłach  Qwillerana.  Jego  sprzeciw 
wobec  pomysłu  redagowania  „Stylowych  Wnętrz”  ustąpił  miejsca 
poczuciu misji, więc kiedy Fran Unger posłała mu przyjazny uśmiech 
i  rzekła:  „Qwill,  będziemy  się  przy  tym  nieźle  bawić”,  miał  ochotę 
odpowiedzieć: „Ej, siostro, trzymaj się z dala od mojego czasopisma”. 

W  trakcie  przerwy  na  lunch  wyszedł  na  miasto, żeby  uczcić  swój 

awans.  Kupił  puszkę  krabów  dla  Koko  i  nowy  krawat  dla  siebie. 
Znowu wełniany w szkocką kratę. Z przewagą czerwieni. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

R

R

U

U

G

G

I

I

 

 

 
Włożywszy  nowy  krawat  i  lepszy  ze  swoich  dwóch  garniturów, 

Qwilleran 

niepokojem 

pojechał 

do 

pierwszego 

studia 

wnętrzarskiego, przygotowując się na dużą dawkę luksusu. 

Siedziba  firmy  Lyke  and  Starkweather  mieściła  się  w 

ekskluzywnym centrum handlowym, w którym znajdowały się sklepy 
z  luksusowymi  towarami,  galerie  i  herbaciarnie.  Już  samo  wejście 
wywierało duże wrażenie – ogromne dwuskrzydłowe drzwi z pięknie 
usłojonego egzotycznego drewna, z mosiężnymi klamkami wielkości 
kijów bejsbolowych. 

W  środku  Qwilleran  zobaczył  ekspozycje  przedstawiające 

rozmaite  wnętrza.  Z  radością  wypatrzył  pokój,  którego  ściany 
wyklejono  tapetą  w  szkocką  kratę  przypominającą  deseń  jego 
krawata.  Nad  kominkiem  zbudowanym  z  przeżartego  przez  korniki 
drewna wisiało poroże łosia, a obok stała kanapa obita sfatygowaną 
świńską skórą – podobną do skóry z dawnych piłek futbolowych. 

Do Qwillerana podszedł szczupły mężczyzna. 
–  Czy  mogę  się  zobaczyć  z  panem  Lyke'em  albo  panem 

Starkweatherem? – spytał dziennikarz. 

Po długiej chwili oczekiwania, która nie wróżyła niczego dobrego, 

zza  orientalnego  parawanu  w  głębi  pojawił  się  siwawy  mężczyzna. 
Miał  dobrotliwy  wygląd  i  –  jak  się  okazało  –  dobrotliwe 

background image

Kot, który jadał wełnę 

11 

usposobienie. 

– Jeśli chodzi o reklamę, to powinien pan rozmawiać z Lyke'em – 

rzekł. – Ale on jest w tej chwili zajęty, bo ma klientkę. Może zaczeka 
pan moment i się rozejrzy? 

– A więc pan jest Starkweather? 
– Tak, lecz powinien pan mówić z Lyke'em, jeśli to dotyczy... 
–  To  może  pan  powie  mi  parę  rzeczy,  zanim  zjawi  się  Lyke?  – 

spytał Qwilleran, wskazując poroże łosia. 

–  Nie  ma  za  wiele  do  powiedzenia  –  odparł  Starkweather, 

wykonując bezradny gest ręką. 

– Co się dzisiaj najlepiej sprzedaje? 
– Właściwie wszystko. 
– A kolory? Który cieszy się największym wzięciem? 
– Żaden, a raczej wszystkie. Wszystkie są dobre. 
– Tam dalej widzę jakieś nowoczesne wzornictwo. 
– Mamy wszystkiego po trochu. 
Dziennikarska technika Qwillerana wyraźnie zawodziła. 
–  A  jak  nazywa  się  ten  mebel?  –  zapytał,  wskazując  wysokie 

biurko 

pękatych 

nóżkach, 

inkrustowane 

wzorami 

przedstawiającymi ptaki i kwiaty. 

– To jest sekretarzyk – odparł Starkweather. W następnej chwili 

jego kamienna twarz odrobinę się ożywiła. – Oho, idzie pan Lyke. 

Zza  parawanu  wyłonił  się  przystojny  trzydziestokilkuletni 

mężczyzna.  Ramieniem  obejmował  uśmiechniętą  i  zarumienioną  z 
zadowolenia  kobietę  w  średnim  wieku,  która  miała  na  głowie 
elegancki kapelusik. 

– Jedź do domu, skarbie – mówił głębokim, tubalnym głosem – i 

powiedz  staruszkowi,  że  musisz  mieć  tę  kanapę.  Nie  będzie  go 
kosztować  więcej  niż  ten  jego  ostatni  samochód.  I  pamiętaj,  masz 
mnie zaprosić na kolację, gdy następnym razem będzie to przepyszne 
ciasto  czekoladowe.  To  ty  masz  je  zrobić,  nie  twój  kucharz.  Ty. 
Specjalnie dla Davida. 

Wypowiadając te słowa, David Lyke poprowadził kobietę szybkim 

krokiem do drzwi. Stanął w progu i ucałował ją w skroń, żegnając się 
szarmancko, ale pospiesznie. 

Obracając  się  w  stronę  Qwillerana,  błyskawicznie  zmienił  wyraz 

twarzy  –  rozanielenie  ustąpiło  miejsca  opanowaniu  typowemu  dla 
człowieka  interesu,  jednak  oczy  pozostały  takie  same:  zadumane 

background image

Lillian Jackson Braun 

12 

wejrzenie,  opadające  powieki,  długie  rzęsy.  Jeszcze  bardziej 
zadziwiające  były  jego  włosy  –  śnieżnobiałe,  ostro  kontrastujące  z 
młodą, opaloną twarzą. 

– David Lyke – przedstawił się miłym głosem, wyciągając rękę na 

powitanie.  W  ułamku  sekundy  zlustrował  gościa,  pozytywnie 
oceniając jego krawat w szkocką kratę i szerokość klap marynarki. – 
Proszę do mojego biura, tam będziemy mogli porozmawiać. 

Qwilleran ruszył za nim do pokoju o ciemnoszarych ścianach. Na 

hebanowym  parkiecie  leżała  lamparcia  skóra.  Dokoła  stały 
kwadratowe,  masywne  fotele,  obszyte  tkaniną  o  fakturze  podobnej 
do  popcornu.  Na  przeciwległej  ścianie  wisiał  akt  –  naga  kobieta  o 
połyskliwej, szaro–niebieskiej karnacji, przypominającej stal. 

Qwilleran pokiwał machinalnie głową w wyrazie pochwały. 
– Miłe biuro – rzekł. 
–  Cieszę  się,  że  się  panu  podoba  –  odparł  dekorator  wnętrz.  – 

Szarość  to  niesłychanie  cywilizowany  kolor,  nie  uważa  pan?  Ten 
odcień  nazywam  „mak”.  Krzesła  są  w  tonacji  suszonej  figi.  Mam 
powyżej  uszu beżu  i  mlecznej  bieli.  –  Sięgnął  po karafkę.  –  A  może 
kropelkę koniaku? 

–  Nie,  dziękuję  –  odparł  Qwilleran  i  dodał,  że  wolałby  zapalić 

swoją fajkę. Następnie wyjaśnił, co go sprowadza. 

– Szkoda, że nazwaliście to swoje czasopismo „Stylowe Wnętrza” 

– rzekł Lyke donośnym głosem. – To mi się kojarzy z rękawiczkami 
w kolorze lawendy i lodami melba. 

– W jakim stylu urządzacie wnętrza? – spytał dziennikarz. 
– W każdym. Jeśli ludzie chcą mieszkać jak konkwistadorzy albo 

angielscy  baronowie,  albo  królowie  Francji,  to  my  się  nie 
sprzeciwiamy. 

– Gdybyście znaleźli dla nas jakiś dobry dom do sfotografowania, 

to pokazalibyśmy go na okładce naszego pierwszego numeru. 

– Zależy nam na reklamie – odparł Lyke – ale trudno powiedzieć, 

jak  zareagowaliby  nasi  klienci.  Wie  pan,  jak  to  jest:  gdy  tylko 
panowie  z  Waszyngtonu  dowiedzą  się,  że  podatnik  ma  w  łazience 
puszysty  dywan  na  całą  podłogę,  natychmiast  przeglądają  jego 
dokumenty  finansowe  z  ostatnich  trzech  lat.  –  Zaczął  wertować 
kartki z adresami. – Zrobiliśmy świetny wystrój w stylu kolonialnym 
z  czasów  króla  Jerzego,  w  tonacji  szampana  i  żurawiny,  ale  nie 
przysłali  jeszcze  lamp...  O,  a  tutaj  dom  w  stylu  edwardiańskim,  w 

background image

Kot, który jadał wełnę 

13 

kolorze  benedyktyńskiej  nalewki  i  śliwki,  tylko,  że  spóźniają  się  z 
draperiami. Producent tkanin nie robi już tego wzoru. 

–  No  to  może  moi  fotografowie  mogliby  pstrykać  w  taki  sposób, 

żeby nie było widać, że brakuje zasłonek? 

Lyke  był  wyraźnie  zszokowany  słowami  Qwillerana,  ale  szybko 

odzyskał zimną krew. Pokręcił jednak głową. 

–  Nie,  okna  trzeba  pokazać  –  odrzekł.  Wertował  dalej.  –  O,  tu 

mam dom, którym warto się pochwalić! – zakrzyknął. – G. Verning 
Tait,  słyszał  pan  o  nim?  Zrobiłem  mu  wnętrza  w  stylu  empire  z 
wbudowanymi witrynami na jego kolekcję żadów. 

– Kim jest ten Tait? Od niedawna pracuję w tym mieście. 
–  Nie  słyszał  pan  o  Taitach?  To  jeden  z  tych  starych  rodów,  co 

mieszkają  w  fałszywych  zamkach  na  Muggy  Swamp.  Wie  pan,  to 
bardzo ekskluzywna okolica. – Lyke zrobił smutną minę. – Niestety 
ci,  którzy  mają  najdłuższe  rodowody,  najwolniej  uiszczają  swoje 
rachunki. 

– Ci Taitowie to przystępni ludzie? 
– Dawniej tak, ale teraz żyją trochę na uboczu. Podobno pani Tait 

ma kłopoty ze zdrowiem. 

– Myśli pan, że zgodziliby się na sesję fotograficzną? 
– Stare rody zazwyczaj unikają autopromocji, ale w tym wypadku 

może udałoby mi się ich nakłonić. 

Następnie omówili jeszcze inne możliwości, lecz po dłuższej chwili 

obaj doszli do wniosku, że rezydencja Taitów najlepiej się nadaje do 
nowego  czasopisma:  znane  nazwisko,  imponujący  wystrój  domu, 
żywe kolory, no i kolekcja minerałów na dodatek. 

–  Poza  tym  –  rzekł  Lyke,  uśmiechając  się  z  zadowoleniem  –  to 

jedyna  fucha,  którą  udało  mi  się  wyrwać  Sorbonne  Studio.  Z 
przyjemnością  więc  zobaczę  ten  dom  na  okładce  „Stylowych 
Wnętrz”. 

–  Proszę  do  mnie  zadzwonić,  gdy  tylko  uda  się  panu  umówić  – 

rzekł Qwilleran. – Spieszymy się bardzo z pierwszym numerem. Dam 
panu mój domowy numer. 

Zanotował cyfry na wizytówce i wstał. 
David Lyke uścisnął mu serdecznie rękę na pożegnanie. 
– Życzę powodzenia z tym czasopismem – powiedział szczerze. – 

Mogę panu udzielić pewnej ojcowskiej rady? 

Qwilleran spojrzał na niego z zaintrygowaniem. 

background image

Lillian Jackson Braun 

14 

–  Nigdy,  ale  to  przenigdy  proszę  o  draperiach  nie  mówić 

„zasłonki” – szepnął Lyke. 

Qwilleran  wrócił  do  redakcji,  zastanawiając  się  głęboko  nad 

zawiłościami swojej nowej specjalności i z nadzieją myśląc o lunchu 
w  swojskim  wnętrzu  klubu  prasowego,  gdzie  ściany  miały  kolor 
średnio podsmażonej polędwicy. 

Na  biurku  czekała  na  niego  informacja,  aby  zadzwonił  do  Fran 

Unger. Z niechęcią wykręcił jej numer. 

–  Pracuję  nad  naszym  projektem  –  zaszczebiotała  –  i 

przygotowałam  już  dla  ciebie  parę  propozycji.  Masz  czym  pisać?... 
Dobrze.  Po  pierwsze,  jest  taka  farma,  dawniej  w  stylu  greckiego 
renesansu,  którą teraz przerobili  na japońską herbaciarnię.  Do tego 
apartament z dywanami na ścianach i na suficie oraz akwarium pod 
szklaną podłogą. I jeszcze dowiedziałam się o niesamowitej sypialni 
utrzymanej  wyłącznie  w  trzech  odcieniach  czerni,  tylko  łóżko  jest 
inne, bo z mosiądzu... Na pierwszy numer chyba wystarczy! 

Qwilleran poczuł, że jeżą mu się wąsy. 
–  Dzięki,  Fran,  ale  już  mam  materiał  do  pierwszego  numeru  – 

skłamał. 

–  Naprawdę?  No,  jak  na  żółtodzioba  szybko  się  uwinąłeś.  Co 

znalazłeś? 

– To długa historia – odpowiedział Qwilleran wymijająco. 
–  Mów,  jestem  ciekawa.  Słuchaj,  idziesz  na  lunch  do  klubu 

prasowego? 

– Raczej nie – odrzekł z wahaniem. – Umówiłem się... umówiłem 

się z jednym dekoratorem w prywatnym klubie. 

Fran  Unger  była  rasową  dziennikarką,  więc  niełatwo  się 

zniechęcała. 

– W takim razie spotkajmy się na drinka o wpół do szóstej. 
–  Przepraszam,  ale  nie  mogę  –  odparł  jak  najuprzejmiej 

Qwilleran. – Już dawno umówiłem się z kimś na kolację. 

O wpół do szóstej uciekł z redakcji w zacisze swojego mieszkania, 

niosąc  pęto  wątrobianej  i  dwie  bułki  z  cebulą  na  kolację.  Wolałby 
pójść  do  klubu  prasowego.  Lubił  bezceremonialną  atmosferę  tego 
lokalu,  wielkie  steki,  które  tam  serwowano,  oraz  towarzystwo 
kolegów po fachu, ale już dwa tygodnie temu zrezygnował ze swego 
upodobania.  Kłopoty  zaczęły  się  wtedy,  gdy  zatańczył  z  Fran  Unger 
na  Balu  Fotografów.  Najwyraźniej  w  jego  staroświeckim  fokstrocie 

background image

Kot, który jadał wełnę 

15 

kryła się jakaś magia, która rozpaliła szefową działu kobiecego. Bo od 
tamtej pory nie dawała mu spokoju. 

– Nie umiem spławić tego babsztyla! – rzekł Qwilleran do Koko, 

krojąc wątrobianą. – Jest ładna, ale nie w moim typie. Mam już dość 
szefowych. Poza tym skórę z zebry najbardziej lubię na zebrze. 

Odkroił  parę  plasterków  kiełbasy  jako  zakąskę  dla  Koko,  ale  ten 

zajęty był rwaniem pajęczyny rozpiętej między nogami krzesła. 

Dopiero gdy chwilę później zadzwonił telefon, kot zaczął zwracać 

uwagę  na  to,  co  dzieje  się  dokoła.  Ostatnio  przejawiał  wyraźną 
zazdrość  o  aparat.  Ilekroć  Qwilleran  mówił  do  słuchawki,  Koko 
rozwiązywał mu sznurówki albo gryzł przewód telefoniczny. Czasem 
wskakiwał na biurko i próbował wytrącić mu słuchawkę z ręki. 

– Słucham? Tak? 
Kot  natychmiast  dał  susa  na  biurko  i  zaczął  broić.  Qwilleran 

odepchnął go na bok. 

– To świetnie! – rzekł. – Kiedy możemy fotografować? 
Koko  przechadzał  się  po  biurku,  szukając  okazji  do  kolejnych 

psot. Zaplątał się łapą w przewód i zapiszczał z oburzenia. 

– Przepraszam, nie słyszę – powiedział Qwilleran do słuchawki. – 

Mój kot rozrabia... Nie, nie biję go. Proszę chwilę zaczekać. 

Wyplątał Koko i spędził go z biurka, następnie zapisał adres, który 

podał mu David Lyke. 

–  A  więc  do  zobaczenia  w  poniedziałek  rano  w  Muggy  Swamp. 

Dziękuję panu. Bardzo mi pan pomógł. 

Tego  wieczoru  telefon  zadzwonił  ponownie.  Tym  razem  w 

słuchawce rozbrzmiał głos Fran Unger. 

– Cześć, Qwill, a jednak jesteś w domu! 
– Owszem – odparł, obserwując uważnie Koko, który natychmiast 

wskoczył na biurko. 

– A podobno byłeś umówiony na mieście. 
– Wróciłem wcześniej, niż się zanosiło. 
–  Jestem  w  klubie  prasowym  –  wyszeptała  Fran  zmysłowym 

głosem. – Może wpadniesz? Wszyscy tu jesteśmy. Szykuje się niezła 
popijawa. 

– Spadaj! – warknął Qwilleran do Koko, próbującego kręcić tarczą 

za pomocą nosa. 

– Coś ty powiedział? 
–  To  nie  do  ciebie,  tylko  do  kota  –  wyjaśnił  Qwilleran  i  pchnął 

background image

Lillian Jackson Braun 

16 

Koko,  ale  ten  zmrużył  groźnie  ślepia,  stawiając  opór  i  knując 
następne niecne posunięcie. 

–  No  właśnie  –  ciągnęła  pieszczotliwie  Fran  Unger  –a  kiedy 

zaprosisz mnie do siebie, żebym poznała tego twojego Koko? 

– Miau! – zapiszczał kot w prawe ucho Qwillerana. 
– Zamknij się! 
– Co? 
–  Jasna  cholera!  –  krzyknął  rozeźlony  dziennikarz,  bo  Koko 

strącił na podłogę popielniczkę wypełnioną popiołem z fajki. 

–  No  cóż  –  rzekła  Fran  Unger  lodowatym  tonem.  –  Muszę 

powiedzieć, że twoja gościnność jest porażająca! 

– Posłuchaj, Fran. W tej chwili nie za bardzo mogę gadać, bo kot 

strasznie broi. – Już miał wyjaśnić, co się stało, ale usłyszał trzask na 
linii. – Halo? Halo? 

Odpowiedzią była martwa cisza, a potem ciągły sygnał. Połączenie 

zostało przerwane. Koko mocno dociskał łapą widełki. 

 
 
 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

T

T

R

R

Z

Z

E

E

C

C

I

I

 

 

 
Gdy  w  poniedziałek  rano  Qwilleran  poszedł  do  działu  fotografii, 

żeby  zabrać  któregoś  z  pracowników  na  sesję  zdjęciową  do  Muggy 
Swamp,  zobaczył  Odda  Bunsena,  który  wkładał  sprzęt  do  kufra, 
głośno  wyrażając swój sprzeciw.  Bunsen był  specjalistą od  katastrof 
kolejowych  i  wielkich  pożarów.  Właśnie  się  dowiedział,  że 
oddelegowano go na stałe do „Stylowych Wnętrz”. 

–  To  robota  dla  starych  pierdzieli  –  narzekał.  –  Ja  chcę  się 

wdrapywać na maszty. 

Ostatnio zasłynął tym, że wspiął się na maszt na szczycie drapacza 

chmur, żeby z tej wysokości sfotografować pokaz ogni sztucznych w 
Święto  Niepodległości.  Składał  się  z  mnóstwa  wad  i  zalet,  które 
fascynowały  Qwillerana.  Był  najodważniejszym  ze  wszystkich 
fotografów,  o  najdonośniejszym  głosie,  a  także  palił  najdłuższe  i 
najwstrętniejsze  cygara.  W  klubie  prasowym  był  najbardziej 
wygłodniałym  i  spragnionym  klientem.  Miał  największą  rodzinę  do 
wykarmienia, a jego portfel wydawał się zawsze najcieńszy. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

17 

–  Gdybym  nie  był  spłukany,  rzuciłbym  tę  robotę  –  rzekł  do 

Qwillerana  w  drodze  na  parking.  –  Tak  między  nami,  to  mam 
nadzieję,  że  to  czasopismo  okaże  się  kompletną  klapą.  –  Klnąc 
łagodnie,  wpakował  z  trudem  kufer,  statywy  i  lampy  do  swojego 
małego dwuosobowego auta. 

Wciskając się w resztkę wolnej przestrzeni, Qwilleran postanowił 

poprawić mu nastrój. 

–  Kiedy  zamienisz  tę  puszkę  po  sardynkach  na  prawdziwy 

samochód? – spytał. 

– To jedyne auto jeżdżące na paliwo do zapalniczek. Przejeżdżam 

dwanaście kilometrów na pojedynczym wtrysku. 

–  Wy,  fotografowie,  zarabiacie  za  mało,  żeby  stać  was  było  na 

benzynę? 

– Kiedy ma się sześcioro dzieci, hipotekę do spłacenia i rachunki 

za ortodontę... 

–  To  może  zaoszczędziłbyś  na  tych  drogich  cygarach?  – 

zasugerował Qwilleran. – Pewnie kosztują krocie. 

Skręcili w Downriver Road. 
–  Kto  ci  załatwił  tę  sesję  w  Muggy  Swamp?  –  spytał  Bunsen.  – 

Fran Unger? 

Qwilleranowi znów zjeżyły się wąsy. 
– Sam sobie załatwiam takie rzeczy – odpowiedział. 
–  Fran  tak  gadała  w  klubie,  że  wyglądało  na  to,  że  to  ona  gra 

pierwsze skrzypce. 

Qwilleran stęknął. 
–  Język  jej  się  rozwiązuje  po  paru  kieliszkach  martini  –  ciągnął 

fotograf. – W sobotę wieczorem robiła aluzje, że ty niby nie gustujesz 
w paniach. Chyba nadepnąłeś jej na odcisk. 

–  To  przez  mojego  kota!  Zadzwoniła  do  mnie  do  domu,  a  Koko 

przerwał połączenie. 

– Przez tego kota napytasz sobie biedy – przestrzegł Bunsen. 
Wtoczyli się na autostradę i dalej jechali szybko w milczeniu, póki 

nie dotarli do zjazdu na Muggy Swamp. 

–  To  dziwne,  że  nigdy  nie  przemianowali  tej  okolicy  –  zauważył 

Bunsen. – Parne Błota. 

–  Nie  rozumiesz  psychologii  ludzi  z  wyższych  sfer  –  rzekł 

Qwilleran.  –  Sam  pewnie  mieszkasz  na  jakimś  nowoczesnym 
osiedlu? 

background image

Lillian Jackson Braun 

18 

–  Mieszkam  w  Happy  View  Woods.  Cztery  sypialnie  i  wielka 

hipoteka. 

– Właśnie o to mi chodzi. G. Verning Tait za żadne skarby świata 

nie chciałby sczeznąć w miejscu nazywanym Happy View. 

Z  krętej  drogi  widać  było  francuskie  pałacyki  i  angielskie 

rezydencje,  stojące  osobno  w  otoczeniu  starych  drzew.  Siedziba 
Taitów  okazała  się  wytwornym  domem  w  hiszpańskim  stylu, 
ozdobionym  stiukami,  do  którego  prowadziła  duża  brama, 
dziedziniec  i  masywne  drzwi  nabijane  gwoździami,  strzeżone  z  obu 
stron przez żelazne latarnie. 

W  progu  powitał  ich  David  Lyke.  Wprowadził  dziennikarzy  do 

holu, którego podłoga wyłożona była szachownicą białych i czarnych 
marmurowych  kafli,  a  wnętrze  rozświetlał  migot  kryształów.  Na 
marmurowej  płycie  podpieranej  przez  sfinksa  z  brązu  stał 
siedmioramienny kandelabr. 

– Obłęd! – mruknął Bunsen. 
–  Zapewne  potrzebujecie  pomocy  przy  rozstawieniu  sprzętu  – 

rzekł Lyke i skinął na ciemnookiego boya, który posłał mu spojrzenie 
pełne  uwielbienia.  –  Paolo,  pomóż  tym  panom  z  gazety,  to  może 
zrobią ci zdjęcie i będziesz mógł je wysłać rodzinie do Meksyku. 

Chłopak  ochoczo  przydźwigał  razem  z  Bunsenem  ciężki  kufer, 

lampy i statywy. 

– Czy poznamy gospodarzy? – spytał Qwilleran. 
–  Stary  gdzieś  się  zaszył  –  odparł  ściszonym  głosem  Lyke.  – 

Pielęgnuje swój kręgosłup. Wyjdzie dopiero wtedy, gdy padnie słowo 
„żad”. To dziwak. 

– A jego małżonka? 
– Ona rzadko się pokazuje. Na szczęście. 
– Trudno było uzyskać ich zgodę? 
–  Nie,  o  dziwo  on  w  ogóle  nie  robił  problemów.  Gotowi  na 

zwiedzanie? 

Lyke  stanowczym  ruchem  otworzył  dwuskrzydłowe  drzwi  i 

wprowadził  obu  mężczyzn  do  salonu.  Ściany  miały  kolor  soczystej 
zieleni, a dokoła stały kanapy obite białym jedwabiem, białe fotele i 
hebanowe  biurko  z  pozłacanymi  elementami.  Do  tego  staroświecki 
telefon na postumencie. 

Przy  przeciwległej  ścianie  piętrzyła  się  wielka  szafa  z  pięknie 

usłojonego drewna. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

19 

– Ten biedermeier – rzekł Lyke, wskazując szafę – był od dawna 

w posiadaniu rodziny, więc musieliśmy go zostawić.  Ściany i dywan 
to  zieleń  naciowa.  Odcień  foteli  właściwie  można  nazwać 
pieczarkowym. Sam dom jest hiszpański, z około 1925 roku. Trzeba 
było  zlikwidować  łuki,  zerwać  terakotę  z  podłóg  i  od  nowa  go 
otynkować. 

Przechadzał się po pomieszczeniu, przesuwając odrobinę lampy i 

wygładzając  fałdy  starannie  upiętych  draperii.  Qwilleran  patrzył  na 
imponujący wystrój i wydawało mu się, że na wszystkim widzi metki 
z cenami. 

– Po co to wszystko, skoro Taitowie trzymają się z dala od ludzi? – 

spytał. 

Lyke zamrugał oczami. 
–  Ja  jestem  dobrym biznesmenem  –  odparł.  –  Stary  chciał  mieć 

wystrój,  który  będzie  godny  jego  słynnej  kolekcji  żadów.  Wybulił 
siedemset  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów.  Ale  oczywiście  to  nie  jest 
informacja do publicznej wiadomości. 

Najdziwniejszym elementem salonu był rząd oszklonych gablot w 

niszach  ścian,  obramowanych  klasycznymi  stiukami.  Wewnątrz,  na 
półkach,  leżały  starannie  ułożone  rzeźbione  przedmioty  w  kolorze 
czerni i mlecznej bieli. 

–  To  te  zbiory?  –  wyszeptał  Bunsen.  –  Wyglądają  jak  kostki 

mydła, jeśli ktoś by mnie spytał. 

– Myślałem, że żady są zielone – rzekł Qwilleran. 
–  Zielone  są  w  jadalni  –  odparł  Lyke.  Fotograf  zaczął  ustawiać 

statywy i lampy. 

–  Gdy  będzie  pan  opisywał  ten  dom  –  zwrócił  się  dekorator  do 

Qwillerana – proszę tę szafę w stylu biedermeieru nazwać armoire. A 
fotele też lepiej określić z francuska, czyli fauteuih. 

– Gdy nasi w redakcji to przeczytają, do końca życia nie dadzą mi 

spokoju – jęczał Qwilleran. 

Bunsen  pracował  w  wielkim  skupieniu,  wykonując  barwne  i 

czarno–białe zdjęcia. Przestawiał oświetlenie, fotografował z różnych 
stron, przesuwał meble o parę centymetrów w jedną lub inną stronę i 
chował  głowę  pod  zasłonkę.  Boy  pomagał  mu  z  wielką  gorliwością. 
Na tyle wielką, że właściwie przeszkadzał. 

Wreszcie Bunsen osunął się na obity jedwabiem fotel. 
–  Muszę  zrobić  sobie  krótką  przerwę  –  oznajmił.  –  Zapalę.  –  Z 

background image

Lillian Jackson Braun 

20 

kieszeni na piersi wyciągnął długie cygaro. 

David Lyke skrzywił się, zerkając z obawą przez ramię. 
–  Życzy  pan  nam  wszystkim  śmierci?  –  syknął.  –  Pani  Tait 

nienawidzi dymu tytoniowego. Potrafi go wyczuć na kilometr. 

–  No  to  mój  pomysł  wziął  w  łeb  –  mruknął  rozeźlony  Bunsen  i 

zabrał się z powrotem do pracy. 

– Zrób parę zbliżeń tych żadów – polecił Qwilleran. 
– Przez szkło nie da rady. 
– Szkło można zdjąć – oznajmił Lyke. – Paolo, powiedz swojemu 

panu, że potrzebujemy kluczyka do gablotek. 

W  tej  samej  chwili  pojawił  się  rozpromieniony  gospodarz  – 

mężczyzna około pięćdziesiątki. 

– Słyszę, panowie, że chcecie zobaczyć moje zbiory! – zawołał. – 

Którą gablotkę mam otworzyć? Zdjęcia, rozumiem, będą kolorowe? 

Tait  miał  połyskliwą  różową  twarz,  jak  gdyby  wyszorował  ją 

szczotką,  a  kąciki  jego  ust  wykrzywiał  powściągliwy  uśmiech. 
Qwilleran  uznał,  że  wygląda  jak  człowiek  o  ogromnych  wpływach, 
który  przeżył  serię  niepowodzeń.  Jedwabna  sportowa  koszula 
odsłaniała bujne owłosienie na rękach, głowę za to  miał kompletnie 
łysą. 

Szkło  zamontowano  w  taki  sposób,  że  nie  było  widać  żadnych 

metalowych  elementów.  Tait  włożył  rękawiczki,  by  nie  zostawić  na 
nim plam, po czym zaczął otwierać gabloty. 

Tymczasem Lyke wygłosił afektowane przemówienie: 
–  Panowie,  nasz  gospodarz,  pan  Tait,  zgodził  się  zaprezentować 

swoją  kolekcję  waszym  czytelnikom.  Uważa,  że  prywatny 
kolekcjoner,  gromadzący  dzieła  sztuki,  które  w  przeciwnym  razie 
dostępne  byłyby  w  muzeach,  ma  powinność  wobec  społeczeństwa. 
Wyraził  zatem  gotowość,  by  jego  eksponaty  zostały  sfotografowane 
dla przyjemności i pogłębienia wiedzy opinii publicznej. 

–  Czy  mogę  zacytować  te  słowa  jako  pańskie?  –  zwrócił  się 

Qwilleran do Taita. 

Kolekcjoner  milczał,  zbyt  był  bowiem  zaabsorbowany  swymi 

zbiorami. Z największym pietyzmem zdjął ze szklanej półki imbryk z 
żadu. Naczynie było śnieżnobiałe i cienkie jak papier. 

–  To  mój  najwspanialszy  okaz  –  oznajmił  drżącym  głosem.  – 

Czysta  biel  zdarza  się  bardzo  rzadko.  Nie  powinienem  tego 
pokazywać na samym początku, prawda? Trzeba było to zachować na 

background image

Kot, który jadał wełnę 

21 

wielki  finał,  ale  ten  imbryk  tak  mnie  ekscytuje!  To  najczystsza  biel, 
jaką kiedykolwiek widziałem. Do tego kamień cienki jak płatek róży. 
Może  pan  tak  napisać  w  swoim  artykule.  Cienki  jak  płatek  róży.  – 
Odstawił  imbryk  i  zaczął  zdejmować  kolejne  przedmioty.  –  To 
chiński  dzwoneczek,  który  ma  prawie  trzy  tysiące  lat.  A  to 
meksykański bożek, który podobno leczy pewne choroby. Szkoda, że 
nie bóle kręgosłupa. – Znów wykrzywił kąciki ust, jak gdyby rozbawił 
go własny nieśmieszny żart. 

–  Te  eksponaty  mają  mnóstwo  drobnych  detali  –  zauważył 

Qwilleran. 

–  Artysta  nierzadko przez  całe  życie  wykonywał jeden  przedmiot 

–  odparł  Tait.  –  Ale  nie  każdy  żad  to  dzieło  sztuki.  –  Podszedł  do 
biurka  i  otworzył  szufladę.  –  To  są  prymitywne  narzędzia.  Ostrza 
siekier, dłuta, harpuny. – Wyłożył po kolei przedmioty na blat. 

–  Nie  musi  pan  wyjmować  wszystkiego  –  rzekł  Qwilleran.  – 

Sfotografujemy tylko te najładniejsze. 

Kolekcjoner  jednak  uparcie  opróżniał  szuflady,  z  czcią  biorąc  do 

ręki kolejne przedmioty. 

–  Widzieliście  kiedykolwiek  nieobrobiony  żad?  Oto  kawałek 

nefrytu. 

–  No  dobra,  bierzmy  się  do  pracy  –  powiedział  Bunsen.  – 

Sfotografujmy te łupy. 

Tait podał Qwilleranowi rzeźbiony medalion. 
– Niech pan to weźmie w palce – powiedział. 
– Zimne. 
–  Ale  zarazem  zmysłowe.  Jak  ciało.  Gdy  biorę  do  ręki  żad,  czuję 

dreszcze. Czy pan coś czuje? 

– Dużo jest książek o żadach? Chętnie bym coś poczytał. 
–  Proszę  więc  do  mojej  biblioteki  –  rzekł  gospodarz.  –  Mam 

wszystko, co kiedykolwiek napisano na ten temat. 

Przeszli  do  sąsiedniego  pokoju.  Tait  zaczął  zdejmować  z  półek 

różne książki: rozprawy naukowe, pamiętniki, powieści przygodowe. 
Wszystkie opowiadały o zimnym, zmysłowym kamieniu. 

– Chciałby pan coś pożyczyć? – spytał kolekcjoner. – Nie musi się 

pan  spieszyć  ze  zwrotem.  –  Następnie  sięgnął  do  szuflady,  wyjął 
mały przedmiot w kształcie guzika i wsunął go Qwilleranowi w dłoń. 
– To dla pana! Na szczęście! 

–  Och,  nie  mogę  przyjąć  tak  cennej  rzeczy  –  odpowiedział 

background image

Lillian Jackson Braun 

22 

dziennikarz,  przesuwając  palcem  po  gładkiej  powierzchni  zielonego 
kamienia. 

–  Może  pan,  może  –  upierał  się  Tait.  –  Nalegam.  Nie  ma  dużej 

wartości rynkowej. To pewnie pionek z jakiejś japońskiej gry. Proszę 
go  nosić  w  kieszeni.  Pomoże  panu  napisać  dobry  artykuł  o  moich 
zbiorach.  –  Znów  wykrzywił  kąciki  ust.  –  I  kto  wie,  może  pana 
natchnie?  Może  sam  pan  zacznie  kolekcjonować  żady?  A  to 
najlepsze, co może się przytrafić człowiekowi! 

Tait wypowiedział te słowa z iście religijnym zapałem. W tej samej 

chwili  Qwilleran,  pocierający  kamień  palcem,  faktycznie  poczuł 
dreszcze. 

Bunsen  fotografował  eksponaty,  gospodarz  zaś  kręcił  się  obok 

niego  w  nerwowym  podekscytowaniu.  Potem  Odd  zaczął  składać 
sprzęt. 

–  Chwileczkę!  –  zakrzyknął  Lyke.  –  Powinniście  panowie 

zobaczyć  jeszcze  jeden  pokój.  Jeśli  pan  Tait  zezwoli,  oczywiście. 
Buduar jest wprost wspaniały. – Odwrócił się do swego klienta. – Co 
pan na to? 

Qwilleran  dostrzegł  szybką  wymianę  spojrzeń  między  dwoma 

mężczyznami. 

–  Moja  żona  niedobrze  się  czuje  –  rzekł  gospodarz.  –  Zobaczę 

jednak, co da się zrobić... 

Wyszedł.  Gdy  wrócił  po  paru  minutach,  miał  nadzwyczaj 

zarumienioną twarz. Właściwie całą głowę. 

– Moja małżonka wyraziła zgodę – oznajmił. – Ale proszę szybko 

się uwinąć. 

Ruszyli  za  kolekcjonerem,  Bunsen  niosąc  aparat  na  statywie,  a 

Paolo dźwigając lampy. Zagłębili się w wyłożony dywanem korytarz, 
który prowadził do ustronnego skrzydła rezydencji. 

Buduar  okazał  się  połączeniem  salonu  i  sypialni.  Wszędzie 

dominowały  okazałe  ozdoby,  wszystko  wydawało  się  miękkie  i 
mechate.  Nad  łóżkiem  wisiał  podobny  do  namiotu  baldachim  z 
niebieskiego jedwabiu. Szezlong, uginający się pod stosem poduszek, 
obity  był  błękitnym  aksamitem.  Jedyny  element,  który  nie  pasował 
do otoczenia, stanowił wózek inwalidzki przy wykuszu. 

Siedziała na nim chuda kobieta o niezdrowo bladej cerze i ostrych 

rysach  twarzy,  wykrzywionej  z  bólu  lub  rozdrażnienia.  Wysłuchała 
krótkiej  prezentacji  gości,  przez  cały  czas  próbując  uspokoić 

background image

Kot, który jadał wełnę 

23 

syjamskiego  kota,  który  siedział  na  jej  kolanach,  przygniatając 
poduszkę.  Zwierzak  miał  duże,  lekko  zezowate  ślepia  w  kolorze 
lawendy. 

–  Patrzcie,  co  tu  mamy!  –  rzekł  Bunsen,  siląc  się  na 

bezceremonialność. – Kociak. Zezowaty kocur. Hau, hau! 

– Proszę przestać! – rzekła ostrym tonem pani Tait. – Przestraszy 

ją pan. 

– Nasza kotka wabi się Yu – rzekł jej mąż, ściszając głos, jakby był 

w szpitalu. – To starochińskie słowo oznaczające żad. 

– Wcale nie wabi się Yu – odparła żona, posyłając mu mordercze 

spojrzenie. – Wabi się Freja. – Pogłaskała kotkę, która natychmiast 
skuliła się na poduszce. 

Bunsen  odwrócił  się  plecami  do  pani  Tait  i  pogwizdując  cicho, 

zaczął regulować obiektyw aparatu. 

–  Strasznie  długo  zajmuje  panu  zrobienie  paru  zdjęć  – 

powiedziała kobieta chrapliwym głosem. 

–  Droga  pani,  jakby  tutaj  przyszli  ludzie  z  jakiegoś  czasopisma, 

dwa dni straciliby na to, z czym ja uporam się w jeden ranek. 

– Jeśli chce pan sfotografować mój pokój, domagam się, by kotka 

była na zdjęciu. 

Zapadła napięta cisza. Wszyscy spojrzeli na fotografa. 
–  Przykro mi,  ale  to  niemożliwe  – odrzekł  Bunsen.  –  Pani  kotka 

nie usiedzi bez ruchu tak długo, jak wymaga tego czas ekspozycji. 

–  Odnoszę  wrażenie,  że  inni  nie  mają  problemu  z 

fotografowaniem zwierząt – stwierdziła lodowatym tonem pani Tait. 

Bunsen błysnął groźnie oczami. 
–  Proszę  pani,  to  będzie  długi  czas  ekspozycji  –  tłumaczył, 

starając  się  zachować  cierpliwość.  –  Musi  tak  być,  żeby  zdjęcie 
wyszło ostre. 

– Nie interesują mnie pańskie problemy techniczne. Freja ma być 

na zdjęciu! 

Fotograf westchnął przeciągle. 
–  Używam  obiektywu  szerokokątnego.  Kotka  wyjdzie  jako  mała 

plama,  chyba,  że  postawimy  ją  tuż  przed  obiektywem.  A  wtedy  ona 
się poruszy i wszystko zepsuje. 

–  Jeśli  nie  potrafi  pan  zrobić  takiego  zdjęcia,  jak  ja  chcę  – 

zapiszczała gospodyni – to nie zrobi pan żadnego! 

Zbliżył się jej mąż. 

background image

Lillian Jackson Braun 

24 

–  Signe,  uspokój  się  –  rzekł  i  machnięciem  ręki  wyprosił 

pozostałych z pokoju. 

Gdy odjeżdżali we dwóch z Muggy Swamp, Bunsen rzekł: 
–  Nie  zapomnij  wymienić  mojego  nazwiska  w  artykule.  Ta  sesja 

była  jedną  wielką  katorgą!  Uświadamiasz  sobie, że  przepracowałem 
trzy godziny bez cygara? A to babsko na wózku to już przesada! Poza 
tym nie lubię fotografować kotów. 

– Ten zwierzak był wyjątkowo nerwowy – zauważył Qwilleran. 
– Paolo za to bardzo mi pomógł. Dałem mu parę dolców. 
– Tak, miły z niego chłopak. 
–  Tęskni  za  domem.  Ciuła  forsę,  bo  chce  wrócić  do  Meksyku. 

Założę się, że Tait płaci mu marne grosze. 

–  Lyke  powiedział  mi,  że  żady  warte  są  siedemset  pięćdziesiąt 

tysięcy dolarów. 

– Wkurza mnie to – mruknął Bunsen. – Taki facet jak Tait lekką 

ręką wydaje miliony na imbryki, a mnie ledwo stać na mleko. 

– Wy, żonkosie, myślicie, że tylko wy borykacie się z problemami. 

Przynajmniej  masz  gdzie  mieszkać!  Popatrz  lepiej  na  mnie. 
Mieszkam w wynajmowanej kawalerce, wśród cudzych mebli, jadam 
w knajpach i od miesięcy nie trafiła mi się porządna randka. 

– Zawsze masz Fran Unger w odwodzie – rzekł Bunsen. 
– Nie kpij sobie. 
– Facet w twoim wieku nie może już być wybredny. 
–  Phi!  –  Qwilleran  znów  wciągnął  brzuch  i  nastroszył  wąsy.  – 

Uważam się nadal za dobrą partię, tylko, że kobiet jest coraz mniej. 

– Znalazłeś sobie nowe mieszkanie? 
– Nie miałem czasu poszukać. 
– To może zapędź do roboty tego swojego inteligentnego kota? – 

zasugerował Bunsen. – Daj mu ogłoszenia i niech dzwoni. 

Qwilleran zacisnął zęby. 
 
 

 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

C

C

Z

Z

W

W

A

A

R

R

T

T

Y

Y

 

 

 
Pierwszy  numer  „Stylowych  Wnętrz”  poszedł  do  druku  bez 

żadnych  problemów.  Arch  Riker  uznał  to  za  zły  znak.  Nikt  nie 

background image

Kot, który jadał wełnę 

25 

wycofał reklam, skład wypadł idealnie, korekta była tak czysta, że aż 
strach. 

Czasopismo trafiło na rynek w sobotni wieczór, wciśnięte między 

niedzielne  gazety.  Na  okładce  widniało  zdjęcie  salonu  w 
ekskluzywnej  rezydencji  w  Muggy  Swamp  –  wnętrze  utrzymane  w 
odcieniu  naciowej  zieleni  i  pieczarkowej  bieli.  Na  stronach 
redakcyjnych roiło się od reklam materacy i pralek automatycznych. 
Na  drugiej  stronie  zamieszczono  fotografię  redaktora  naczelnego: 
mężczyzny  o  obwisłych  wąsach  i  oczach  pozbawionych  wyrazu  – 
wyglądało to jak fotka z archiwów policyjnych. 

W niedzielę rano do Qwillerana zatelefonował David Lyke. 
–  Napisał  pan  świetny  tekst  –  rzekł  swym  tubalnym  głosem.  – 

Dziękuję, że wymienił mnie pan z nazwiska. Ale skąd oni wytrzasnęli 
to pańskie zdjęcie? Wygląda pan jak poszukiwany przestępca. 

Dla  Qwillerana  był  to  dzień  pełen  satysfakcji  –  znajomi  dzwonili 

bez przerwy z gratulacjami. Później rozpadał się deszcz, ale mimo to 
dziennikarz  wyszedł  z  domu  i  zafundował  sobie  wystawny  obiad  w 
restauracji  oferującej  owoce  morza,  wieczorem  zaś  pokonał  Koko  w 
grze  słownej  wynikiem  dwadzieścia  do  czterech.  Kot  wybierał  łatwe 
słowa w rodzaju „sztywny” i „szubienica” albo „policja” i „policzek”. 

Jakby miał przeczucie... 
Bo w poniedziałek rano „Stylowe Wnętrza” były już zamieszane w 

aferę kryminalną. 

O  wczesnej  porze  Qwillerana  wyrwał  ze  snu  terkot  telefonu. 

Dziennikarz wyciągnął rękę po zegarek leżący na stoliku przy łóżku. 
Zamrugawszy kilkakrotnie oczami, zobaczył, że wskazówki pokazują 
wpół do siódmej. Zaspany i sztywny, powlókł się do aparatu. 

– Słucham – odezwał się oschle. 
– Cześć, mówi Harold! 
W  głosie  redaktora  naczelnego  pobrzmiewała  tak  wielka 

desperacja, że Qwilleranowi na moment odebrało mowę. 

– Ej, Qwill, to ty? Odezwij się. 
– Ja, ja. 
– Słyszałeś już? Dzwonili do ciebie? – pytał Percy  zrozpaczonym 

tonem. 

– Nie. Co się dzieje? – Qwilleran całkowicie już oprzytomniał. 
– Właśnie telefonowali do mnie z policji. Było włamanie do domu 

Taitów. No wiesz, do tego domu z okładki naszego pisma. 

background image

Lillian Jackson Braun 

26 

– Że jak?!... Co zginęło? 
–  Żady!  Lekko  licząc  o  wartości  pół  miliona  dolarów.  Ale  to 

jeszcze nie wszystko. Pani Tait nie żyje... Qwill! Jesteś tam? Słyszysz 
mnie? 

– Słyszę – odparł Qwilleran bezdźwięcznym głosem, osuwając się 

na krzesło. – Nie mogę w to uwierzyć. 

– To wielka tragedia sama w sobie, a nasza rola jeszcze pogarsza 

całą sprawę. 

– Czy to było zabójstwo? 
– Dzięki Bogu nie. Aż tak źle nie jest. Podobno miała zawał serca. 
– Była chora. Pewnie usłyszała włamywaczy i... 
–  Policja  chce  bezzwłocznie  rozmawiać  z tobą  i  Bunsenem.  Chcą 

wam zdjąć odciski palców. 

– Odciski palców? A więc zamierzają nas przesłuchiwać? 
–  To  rutynowa  procedura.  Powiedzieli,  że  w  ten  sposób  będą 

mogli  pogrupować  wszystkie  odciski,  które  znajdą  w  domu.  Kiedy 
robiliście tam zdjęcia? 

–  W  poniedziałek.  Tydzień  temu.  –  Następnie  Qwilleran 

powiedział  to,  o  czym  obaj  myśleli.  –  Ta  sprawa  nie  przysłuży  się 
dobrze naszemu czasopismu. 

– Może nas rozłożyć na łopatki! Co masz na następną niedzielę? 
–  Starą  stajnię  zamienioną  w  dom  mieszkalny.  Należy  do 

sprzedawcy  używanych  samochodów,  który  lubi  czytać  o  sobie  w 
gazetach.  Znalazłem  sporo  fajnych  domów,  ale  właściciele  nie  chcą, 
żebyśmy ujawniali ich nazwiska i adresy. Z różnych powodów. 

– A teraz będą mieć kolejny – westchnął redaktor naczelny. – I to 

cholernie dobry. 

Po chwili Qwilleran odłożył słuchawkę i zapatrzył się przed siebie, 

rozmyślając  o  tym,  co  właśnie  usłyszał.  Tym  razem  Koko  nie 
przeszkadzał  w  rozmowie  telefonicznej  –  leżał  skulony  pod 
kredensem  i  patrzył  uporczywie  na  Qwillerana,  jak  gdyby  wyczuwał 
powagę sytuacji. 

Następnie  dziennikarz  zadzwonił  do  Bunsena.  W  ciągu  dwóch 

godzin obaj stawili się na komendzie policji, żeby złożyć zeznania. 

–  Co  wy  wyprawiacie  w  tym  waszym  piśmie?  –  spytał  jeden  z 

oficerów śledczych. – Publikujecie wskazówki dla włamywaczy? 

Qwilleran  opowiedział  o  tym,  jak  fotografowali  pokoje  w  Muggy 

Swamp  i  jak  Tait  otwierał  kluczykiem  gabloty  ze  zbiorami  oraz 

background image

Kot, który jadał wełnę 

27 

pokazywał najcenniejsze eksponaty. 

– Kto jeszcze był obecny w trakcie tej sesji? 
– David Lyke, czyli dekorator... no i boy. Służący Paolo. Przelotnie 

widziałem też gospodynię w kuchni – wyliczał Qwilleran. 

– Czy mieliście kontakt z tym boyem? 
– No pewnie – odparł Bunsen. – Pomagał mi przez trzy godziny. 

Rozstawiał lampy, przesuwał meble. Dobry chłopak! Dałem mu parę 
dolców. 

Po  krótkim  przesłuchaniu  Qwilleran  zadał  policjantom  kilka 

sondujących  pytań,  lecz  został  zignorowany.  Wiedzieli,  że  to  Lodge 
Kendall  jest  dziennikarzem,  który  w  „Daily  Fluxion”  para  się 
tematyką przestępczą. 

W drodze do wyjścia Bunsen rzekł: 
–  Dobrze,  że  to  się  już  skończyło.  Przez  chwilę  myślałem,  że  nas 

podejrzewają. 

–  Nasz  zawód  jest  poza  wszelkimi  podejrzeniami  –  odparł 

Qwilleran.  –  Słyszałeś  kiedyś,  żeby  dziennikarz  popełnił  zbrodnię? 
Lekarze  tłuką  na  śmierć  swoje  żony,  adwokaci  strzelają  do  swoich 
wspólników,  bankierzy  czmychają  z  oszczędnościami  klientów.  A 
dziennikarze chodzą do klubu prasowego, gdzie topią w alkoholu swe 
przestępcze skłonności. 

Po dotarciu do redakcji od razu zatelefonował do firmy Lyke and 

Starkweather.  W  słuchawce  rozbrzmiał  dudniący  głos  tego 
pierwszego. 

– Słyszał już pan? – spytał dziennikarz posępnym tonem. 
–  Tak,  dowiedziałem  się  z  radia,  gdy  jechałem  do  pracy.  Ale  się 

wpakowaliście. 

– A co z Taitem? On chyba teraz odchodzi od zmysłów! Przecież 

ma obsesję na punkcie tych swoich żadów. 

–  Na  pewno  są  nieźle  ubezpieczone.  Poza  tym  może  teraz  ze 

zdwojoną energią zabrać się od nowa do kolekcjonowania. 

Qwilleran  milczał.  Zdziwił  go  całkowity  brak  współczucia  u 

Davida Lyke'a. 

– No tak, ale stracił też żonę – mruknął. 
– To i tak było nieuchronne. Mogła umrzeć w każdej chwili z byle 

powodu.  Z  powodu  spadku  cen  akcji  na  giełdzie  albo  strzelaniny 
pokazywanej  w  telewizji.  W  dodatku  była  umęczoną  kobietą.  Od 
wielu lat jeździła na wózku i przez cały ten czas jej mąż i wszyscy inni 

background image

Lillian Jackson Braun 

28 

musieli  chodzić  wokół  niej  na  palcach...  Nie  warto  wylewać  łez  nad 
losem pani Tait. Ma pan na głowie dość swoich zmartwień. Jak pan 
myśli, jak to wpłynie na wasze czasopismo? 

– Przeczuwam, że ludzie będą się bali pokazywać swoje domy. 
–  Niech  pan  się  tym  nie  kłopocze.  Już  ja  zadbam  o  to,  by  nie 

narzekał  pan  na  brak  materiałów.  Ta  branża  potrzebuje  takiego 
pisma  jak  pańskie.  Może  wpadnie  pan  dzisiaj  do  mnie  wieczorem? 
Urządzam koktajl. Będzie paru dekoratorów, którzy mogą się na coś 
przydać. 

– Świetny pomysł! Gdzie pan mieszka? 
– W Villa Verandah. To nowy apartamentowiec, który wygląda jak 

wygięty wafel. 

W  chwili  gdy  Qwilleran  odłożył  słuchawkę,  posłaniec  podsunął 

mu  gazetę  na  biurko.  Było  to  wydanie  „Morning  Rampage”. 
Konkurent „Fluxion” na pierwszej stronie trąbił o włamaniu w domu 
Taitów.  W  tekście  pojawiały  się  wielokrotnie  aluzje  do 
„szczegółowego  opisu  kolekcji  żadów,  który  pojawił  się  w  pewnym 
czasopiśmie w przededniu kradzieży”. Qwilleran z wigorem wygładził 
wąsy  kłykciami  i  ruszył  do  działu  miejskiego,  żeby  zobaczyć  się  z 
Percym,  ale  ten  akurat  miał  zebranie  z  wydawcą  i  dyrektorem 
finansowym. 

Usiadł  więc  osowiały  przy  swoim  biurku  i  zapatrzył  się  na 

maszynę  do  pisania.  Powinien  popracować.  Powinien  się  uwijać, 
żeby zdążyć z następnym numerem „Stylowych Wnętrz”, ale coś nie 
dawało mu spokoju. 

Czas, w którym dokonano włamania. 
Nowy  magazyn  został  rozkolportowany  w  sobotę  wieczorem. 

Dopiero  potem  –  w  niedzielę  lub  poniedziałek  rano  –  skradziono 
kolekcję żadów. A więc zaledwie w ciągu dwudziestu czterech godzin 
–  rozumował  Qwilleran  –  ktoś  a)  przeczytał  artykuł  o  cennych 
zbiorach, b) wpadł na pomysł, by dokonać kradzieży, c) przygotował i 
przeprowadził  skomplikowaną  akcję.  Należało  opracować  plan 
wejścia  do  rezydencji  bez  zwrócenia  uwagi  domowników  i  służby, 
znaleźć  sposób,  by  otworzyć  po  cichu  chytrze  zaprojektowane 
gabloty,  następnie  bezpiecznie  zapakować  łup  i  wywieźć  go,  a 
wszystko tak, żeby nie zaalarmować firmy ochroniarskiej. Bo osiedle 
w  Muggy  Swamp  na  pewno  pilnowane  było  przez  prywatnych 
ochroniarzy. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

29 

Dwadzieścia cztery  godziny,  dumał dalej  Qwilleran.  Bardzo  mało 

czasu  na  przygotowanie  tego  wszystkiego.  Musiała  to  zrobić  jakaś 
świetnie zorganizowana grupa przestępcza... chyba, że złodzieje mieli 
powiązania  z  domem  Taitów  albo  wcześniej  wiedzieli  o  zadach.  A 
jeśli  tak,  to  czy  celowo  zharmonizowali  swoją  akcję  z  wydaniem 
pierwszego  numeru „Stylowych Wnętrz”, by postawić czasopismo w 
złym świetle? 

Gdy Qwilleran rozważał różne możliwości, poniedziałkowy numer 

„Fluxion” zszedł z prasy. Posłaniec przemknął przez dział kulturalny, 
rzucając na każde biurko po jednym egzemplarzu. 

Sprawę Taitów dyskretnie upchnięto na czwartej stronie. Artykuł 

nosił  zadziwiający  tytuł.  Qwilleran  jednym  tchem  przeczytał  sześć 
akapitów. Komentarz napisał Lodge Kendall – z reguły zajmujący się 
przestępczością.  Nie  było  wzmianki  o  „Stylowych  Wnętrzach”. 
Pominięto  szacunkową  wartość  skradzionej  kolekcji.  Zamiast  tego 
zamieszczono  zdumiewającą  wypowiedź  przedstawiciela  policji. 
Marszcząc  czoło,  Qwilleran  złożył  gazetę,  chwycił  płaszcz  i  popędził 
do klubu prasowego. 

Klub znajdował się w pokrytej sadzą fortecy z wapienia, w której 

dawniej  mieściło  się  więzienie  okręgowe.  Okna  były  wąskie  i 
zakratowane,  a  na  poczerniałych  wieżyczkach  strażniczych 
wysiadywały 

parszywe 

gołębie. 

wyłożonych 

boazerią 

pomieszczeniach 

utrzymywała 

się 

uporczywa 

woń 

dziewiętnastowiecznego  zakładu  karnego,  ale  najgorszy  był  hałas. 
Głosy  dudniły  pod  sklepionym  dachem,  ścierając  się  ze  sobą 
nawzajem,  odbijając  echem,  zwielokrotniając  w  ogłuszający  ryk. 
Qwilleran czuł się tutaj jak w niebie. 

Tego  dnia  bar  na  parterze  rozbrzmiewał  dyskusją  i  spekulacjami 

na  temat  wydarzeń  w  Muggy  Swamp.  Kradzieże  kosztowności  to 
przestępstwa,  którymi  cywilizowani  dziennikarze  mogą  się 
delektować z czystym sumieniem. Przemawiają do inteligencji, poza 
tym na ogół obywają się bez rozlewu krwi. 

Na  końcu  baru,  gdzie  tradycyjnie  zasiadali  redaktorzy  „Fluxion”, 

Qwilleran  znalazł  Odda  Bunsena.  Przysiadł  się  i  zamówił  podwójny 
sok pomidorowy z lodem. 

– Czytałeś? – spytał. 
– Owszem – odparł fotograf. – Powariowali. 
Zaczęli  rozmawiać  przyciszonymi  głosami.  Na  drugim  końcu 

background image

Lillian Jackson Braun 

30 

mahoniowego  baru  rozbrzmiewały  radosne  głosy  redaktorów  z 
„Morning  Rampage”.  Qwilleran  spojrzał  krzywo  na  dziennikarzy  z 
konkurencyjnej gazety. 

– Kim jest ten facet w jasnym garniturze? Ten, co tak rechocze? 
–  Pracuje  u  nich  w  kolportażu  –  odparł  Bunsen.  –  Latem  grał 

przeciw nam w bejsbol i wierz mi, to wredny typ. 

– Wkurza mnie. Kobieta nie żyje, a on pieje z radości. 
– Oho, idzie Kendall – rzekł fotograf. – Zobaczmy, co myśli o tej 

hipotezie policji. 

Dziennikarz śledczy – młody, gorliwy, zadowolony z pracy – miał 

znudzoną minę wytrawnego zawodowca. 

Qwilleran przywołał go do baru skinięciem ręki i spytał: 
– Wierzysz w to, co napisałeś w dzisiejszym numerze? 
–  Policja  uważa,  że  to  sprawa  prosta  jak  drut  –  odpowiedział 

Kendall.  –  Nie  ma  nic  wspólnego  z  waszym  artykułem.  To  z 
pewnością była robota kogoś z wewnątrz. Kogoś, kto znał ten dom. 

–  Wiem  –  rzekł  Qwilleran.  –  Sam  to  wykombinowałem.  Ale  nie 

podoba mi się wybór podejrzanego. Nie wierzę, że boy to zrobił. 

–  To  jak  wytłumaczysz  jego  zniknięcie?  Jeśli  Paolo  nie  ukradł 

żadów i nie czmychnął do Meksyku, to gdzie jest? 

–  On  do  tego.  nie  pasuje  –  wtrącił  Bunsen.  –  To  miły  chłopak, 

cichy, nieśmiały. Palił się do pomocy. To nie ten typ. 

–  Wy,  fotografowie,  macie  się  za  największych  znawców  ludzkiej 

natury – zripostował Kendall. – Akurat w tej sprawie się mylisz. Tait 
mówi, że chłopak był leniem, że ciągle coś knuł i oszukiwał. Parę razy 
groził,  że  go  zwolni,  ale  pani  Tait  zawsze  się  za  nim  wstawiała.  A 
ponieważ była bardzo chora, mąż nie chciał się jej sprzeciwiać. 

Bunsen  i  Qwilleran  wymienili  spojrzenia  pełne  niedowierzania. 

Kendall  oddalił  się,  by  porozmawiać  z  gromadką  dziennikarzy 
telewizyjnych. 

Przez  chwilę  Qwilleran  obracał  w  palcach  żad,  który  podarował 

mu Tait. Nosił go w kieszeni razem z drobnymi. 

– Zadzwoniłem rano do Davida Lyke'a – odezwał się wreszcie. 
– Jak on to wszystko przyjął? 
–  Nie  wyglądało,  że  jest  szczególnie  poruszony.  Powiedział,  że 

kolekcja  była  ubezpieczona,  a  nieszczęsna  pani  Tait  zrobiła  mężowi 
piekło z życia. 

– W to akurat wierzę. To była jędza czystej wody. A co on myśli o 

background image

Kot, który jadał wełnę 

31 

tej hipotezie, że to Paolo ukradł zbiory? 

– Nie było o tym wiadomo, gdy rozmawialiśmy. 
W pobliżu zaczął krążyć barman Bruno, czekając na sygnał. 
– Już dosyć – zwrócił się do niego Qwilleran. – Muszę coś zjeść i 

wracać do pracy. 

–  Widziałem  wczoraj  twoje  czasopismo.  Dało  mi  do  myślenia. 

Mojej  żonie  też.  Mamy  mnóstwo  pomysłów,  jak  urządzić  dom. 
Czekamy na następny numer. 

–  Po  tym,  co  się  stało  w  Muggy  Swamp,  możecie  się  go  nie 

doczekać  –  odpowiedział  Qwilleran.  –  Nikt  nie  będzie  chciał 
pokazywać swojego domu. 

Bruno posłał mu protekcjonalny uśmiech. 
–  Może  mógłbym  ci  pomóc?  Jak  brakuje  ci  tematów,  możesz 

sfotografować mój dom. Sami go urządziliśmy. 

–  A  jak  ty  mieszkasz?  –  spytał  Qwilleran.  Czekał  w  napięciu  na 

odpowiedź, bo Bruno znany był jako człowiek renesansu w wersji dla 
ubogich  –  uzdolniony  pod  wieloma  względami,  ale  w  niewielkim 
stopniu. 

–  U  nas  jest  tak  zwany  wystrój  monochromatyczny.  W  odcieniu 

kartuzjańskim. 

Kartuzjański 

dywan, 

kartuzjańskie 

ściany, 

kartuzjańskie zasłonki i kartuzjańska kanapa. 

– To w sam raz dla człowieka twojej profesji – odparł Qwilleran. – 

Ale  pozwól,  że  w  jednym  cię  poprawię.  Nigdy  nie  nazywaj  draperii 
„zasłonkami”. 

 
 

 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Przed pójściem na przyjęcie do Davida Lyke'a Qwilleran wrócił do 

domu, żeby się przebrać i nakarmić kora peklowaną wołowiną, którą 
kupił w delikatesach. 

Koko powitał go dzikim tańcem będącym kocim wyrazem radości 

–  hop  na  krzesła  i pod  stoły,  pląsy dokoła  lamp, skok  na  najwyższą 
półkę, potem zeskok na podłogę z głuchym odgłosem i stęknięciem. Z 
zawrotną  prędkością  wykonywał  w  powietrzu  gwałtowne  ewolucje. 
Lampy się chwiały, potrącone popielniczki wirowały, wiotkie zasłony 

background image

Lillian Jackson Braun 

32 

falowały od podmuchów powietrza. Następnie wskoczył na słownik i 
z  całą  siłą  wbił  w  niego  pazury  –  wypinając  zadek,  prężąc  ogon  ku 
sufitowi,  przypominając  zjeżdżający  ze  stoku  tobogan  przystrojony 
proporcem.  Z  wigorem  podrapał  kartki,  spojrzał  na  Qwillerana,  i 
znów zaczął drapać. 

– Nie mam czasu na zabawy – rzekł dziennikarz. – Wychodzę na 

przyjęcie koktajlowe. Może przyniosę ci oliwkę. 

Włożył odebrane z pralni spodnie, rozpakował niedawno kupioną 

koszulę i zaczął szukać swego nowego krawata. Dziura! Dokładnie na 
środku.  Qwilleran  jęknął.  To  oznaczało,  że  w  dobrym  stanie 
pozostawał  już  tylko  jeden  kraciasty  krawat.  Zerwał  go  z  klamki  u 
drzwi  i  zawiązał  na  szyi,  złorzecząc  pod  nosem. Koko  nadal  siedział 
na słowniku, mając nadzieję na grę. 

–  Dziś  nic  z  tego  –  powiedział  dziennikarz.  –  Zjedz  wołowinę  i 

utnij sobie miłą drzemkę. 

Następnie wyruszył na przyjęcie, z nadzieją w sercu. Po pierwsze, 

liczył,  że  nawiąże  pożyteczne  znajomości.  Po  drugie,  pragnął 
zobaczyć ten modny i drogi apartamentowiec zwany Villa Verandah. 
Po  trzecie,  chciał  znów  spotkać  się  z  Davidem  Lyke'em.  Lubił 
bezpośredniość tego człowieka. Qwilleran zupełnie inaczej wyobrażał 
sobie  dekoratorów.  Lyke  nie  był  nadętym  snobem,  a  do  swojej 
niewątpliwej urody podchodził ze zdrowym dystansem. 

Villa  Verandah,  nowy  element  w  krajobrazie  miejskim,  była 

osiemnastopiętrowym  wieżowcem  ciągnącym  się  półkolem  dokoła 
wypielęgnowanego parku. Każdy apartament miał balkon. 

Qwilleran  wszedł  do  mieszkania,  które  wypełniał  gwar  żywych 

rozmów, brzęk kieliszków i muzyka płynąca z ukrytych głośników. 

– To pana pierwsza wizyta w Villa Verandah? – spytał uprzejmie 

Lyke  dudniącym  głosem.  –  Nazywamy  ten  budynek  Zemstą 
Architektów. Balkony zaprojektowano tak, że w zależności od pogody 
pali  je  słońce,  hula  po  nich  wiatr  albo  zalewa  deszcz.  Ale  to  dobra 
lokalizacja.  W  tym  budynku  mieszka  sporo  ważnych  osobistości. 
Część jest ślepa na jedno oko. 

Otworzył szklane przesuwne drzwi i pokazał Qwilleranowi balkon, 

na  którym  w  wodzie  po  kostki,  marszczonej  podmuchami  wiatru, 
stały metalowe meble. 

–  Po  każdym  deszczu  balkon  przez  trzy  dni  może  służyć  za 

brodzik – ciągnął dekorator. – A gdy mocno wieje, balustrada drży, 

background image

Kot, który jadał wełnę 

33 

wygrywająca  Ave  Maria.  No  i  proszę  zauważyć  ten  niecodzienny 
widok: panorama dziewięćdziesięciu dwóch innych balkonów. 

W środku panowała ciepła, żywa atmosfera. Wszędzie były świece, 

książki  oprawione  w  skórę,  egzotyczne  rośliny,  obrazy  w  okazałych 
ramach i stosy poduszek. W jednym kącie stała pluskająca fontanna. 
Ściany  pokrywała  najbardziej  luksusowa  tapeta,  jaką  Qwilleran 
kiedykolwiek widział: rzędy pawi na srebrnej słomie. 

Dominowała  nuta  orientalna.  Dziennikarz  zauważył  orientalny 

parawan,  parę  czarnych  stolików  na  wygiętych  nóżkach  i  chiński 
dywanik w jadalni. Na podłożu w postaci garści kamyków stały duże 
dalekowschodnie rzeźby oświetlone przez niewidoczne lampki. 

– Powinniśmy tu zrobić sesję – rzekł Qwilleran. 
– Chcę panu zaproponować coś innego, ale też w tym budynku – 

odparł  Lyke.  –  Urządziłem  apartament  Harry'ego  Noytona.  Och,  to 
jego  pied–à–terre,  używa  go  tylko  do  zabawiania  ludzi,  z  którymi 
robi interesy, ale urządzony został ze smakiem za duże pieniądze. No 
i kolory są inteligentnie dobrane, w dość upiorny sposób. Bakłażan, 
szpinak i przejrzały melon. Rozumie pan? 

– Kim jest Harry Noyton? – spytał Qwilleran. – Nazwisko chyba 

obiło mi się o uszy. 

– Na pewno pan o nim słyszał. To najgłośniejszy „cichy wspólnik” 

w mieście. Jest właścicielem stadionu, paru hoteli i prawdopodobnie 
ratusza. 

– Chętnie go poznam. 
–  Pozna  pan.  Ma  dzisiaj  wpaść.  Najlepiej  byłoby,  gdyby 

opublikował  pan  artykuł  o  jego  wiejskiej  rezydencji  w  Lost  Lake 
Hills.  To  pretensjonalny  popis  wyrafinowanego  smaku,  ale  w  jego 
rodzinie  jest  w  tej  chwili  dość  niewesoła  sytuacja,  więc  może  to  nie 
najlepszy  pomysł...  No  dobrze,  chodźmy,  przedstawię  pana  kilku 
moim  gościom.  Starkweather  też  przyszedł,  razem  ze  swoją  śliczną 
żoną, która zaczęła nieźle popijać, ale wcale się jej nie dziwię. 

Wspólnik  Lyke'a  siedział  cicho  w  kącie  kanapy,  natomiast  jego 

żona  brylowała  w  towarzystwie.  Jej  podstarzała  twarz  wyrażała 
frenetyczną  wesołość,  a  kostium  był  w  rozpaczliwie  różowym 
kolorze.  Przylgnęła  do  Lyke'a  namiętnie,  gdy  przedstawiał  jej 
Qwillerana. 

– Jestem zakochana w Davidzie – oznajmiła, wymachując szeroko 

ręką,  w  której  trzymała  kieliszek.  –  Czy  on  nie  jest  zabójczo 

background image

Lillian Jackson Braun 

34 

przystojny? Ach, te oczy! I ten seksowny głos! 

–  Spokojnie,  złotko  –  rzekł  Lyke.  –  Chyba  nie  chcesz,  żeby  twój 

mąż mnie zastrzelił? – Odwrócił się do Qwillerana. – Na tym właśnie 
między innymi polega ryzyko naszego zawodu. Jesteśmy uwielbiani. 

Gdy  wyplątał  się  z  objęć  pani  Starkweather,  ta  uczepiła  się 

Qwillerana. 

–  Dekoratorzy  wydają  cudowne  przyjęcia!  –  trajkotała.  –  Jest 

zawsze mnóstwo mężczyzn! I takie dobre jedzenie. David robi wielką 
karierę. Drinki są jednak za mocne. – Zachichotała. – Zna pan wielu 
dekoratorów  wnętrz?  Są  tacy  zabawni!  Świetnie  się  ubierają  i 
świetnie  tańczą.  Mój  mąż  tak  naprawdę  nie  jest  dekoratorem. 
Wcześniej miał hurtownię dywanów. W firmie zajmuje się finansami. 
To David ma talent. Uwielbiam go! 

Qwilleran przekonał się, że większość gości stanowią dekoratorzy. 

Mężczyźni  byli  przystojni  i  na  ogół  młodzi.  Kobiety  były  brzydsze  i 
starsze,  ale  nadrabiały  energią  i  imponującymi  strojami.  Wszyscy 
zachowywali  się  bezpretensjonalnie.  Chwalili  nowe  czasopismo 
Qwillerana, jego sumiaste wąsy i aromat tytoniu fajkowego. 

W rozmowach przeskakiwano z tematu na temat: podróże, moda, 

rzadkie  gatunki  wina,  balet  i  wątpliwe  umiejętności  innych 
dekoratorów.  Wielokrotnie  padało  nazwisko  niejakiego  Jacques'a 
Boulangera, które wypowiadano z lekceważeniem i dezaprobatą. 

Nikt,  zorientował  się  Qwilleran,  nie  miał  ochoty  dyskutować  o 

listopadowych  wyborach,  rozgrywkach  ligi  bejsbolowej  ani  sytuacji 
politycznej w Azji. I najwyraźniej nikt nie przejął się włamaniem do 
rezydencji  Taitów.  Wszyscy  byli  raczej  ubawieni,  że  coś  takiego 
przytrafiło się jednemu z klientów Davida Lyke'a. 

W pewnym  momencie  do  Qwillerana  podszedł młody  mężczyzna 

o wypielęgnowanym wyglądzie. Przedstawił się jako Bob Orax. Miał 
owalną arystokratyczną twarz z wysoko osadzonymi brwiami. 

– Na ogół nie śledzę wiadomości kryminalnych – oświadczył – ale 

moja  rodzina  znała  Taitów,  więc  dzisiejszy  artykuł  mnie 
zainteresował. Nie miałem zielonego pojęcia, że Georgie zgromadził 
taką  kolekcję  żadów.  On  i  Siggy  od  lat  nie  pokazywali  się  w 
towarzystwie!  Moja  matka  chodziła  z  Siggy  do  szkoły  w  Szwajcarii, 
wie pan? 

– Nie, nie wiedziałem. 
– Matka mówi, że rodzina Siggy miała zawsze więcej intelektu niż 

background image

Kot, który jadał wełnę 

35 

pieniędzy. Wszyscy byli naukowcami i architektami. A więc wybuchł 
mały  skandal,  gdy  Siggy  wyszła  za  bogatego  Amerykanina.  Matka 
mówi, że w tamtych czasach Georgie miał jeszcze włosy. 

– A jak Taitowie dorobili się majątku? – spytał Qwilleran. 
– W dość dziwny i zarazem uroczy sposób. Dziadek Georgiego zbił 

fortunę  na  wytwarzaniu  batów  dla  dorożkarzy.  Ale  matka  mówi,  że 
Georgie  nie  ma  żyłki  do  interesów.  Coś  tam  kombinował,  jednak 
nigdy na tyle poważnego, żeby można było odłożyć coś w banku. 

– On jest bardzo przywiązany do swoich zbiorów. Szkoda mi go. 
–  Tak  to  bywa,  gdy  człowiek  najmuje  tanią  służbę  domową  – 

odparł Orax wyniosłym tonem. – Gdy mój ojciec jeszcze żył, zawsze 
chciał  mieć  angielskich  lokajów  i  irlandzkie  pokojówki.  Dawniej 
moja rodzina miała majątek. Teraz radzimy sobie dzięki koneksjom. 
A ja prowadzę małe studio przy River Street, dzięki czemu głód nam 
w oczy nie zagląda. 

–  Chętnie  bym  kiedyś  pana  odwiedził  –  rzekł  Qwilleran.  – 

Szukam materiałów do naszego pisma. 

– Szczerze powiedziawszy, to wątpię, czy pańscy czytelnicy gotowi 

są  na  kogoś  mojego  pokroju.  Specjalizuję  się  w  Zaplanowanej 
Szpetocie.  To  dość  awangardowa  idea  jak  na  gust  przeciętnego 
odbiorcy. Ale proszę przyjść! Może się panu spodoba. 

– A przy okazji, kim jest ten Jacques Boulanger, o którym wszyscy 

mówią? 

–  Boulanger?  –  Brwi  uniosły  się  jeszcze  wyżej.  –  On  pracuje  dla 

Duxburych, Pennimanów i innych rodzin z Muggy Swamp. 

– No to musi być dobry. 
–  W  naszej  branży  sukces  nie  zawsze  jest  oznaką  wysokiego 

poziomu... – odparł Orax. – A niech to! Pan nie ma drinka! Zaraz coś 
panu przyniosę z baru. 

Qwillerana  interesował  jednak  nie  bar,  lecz  bufet.  Zaserwowano 

kawior,  krewetki,  grzanki  serowe  w  bemarze,  grzyby  marynowane, 
nadziewane  karczochy  i  smakowite  klopsiki  w  koperkowym  sosie. 
Napełniając  swój  talerz  po  raz  trzeci,  zerknął  do  kuchni  i  zobaczył 
duży  profesjonalny  podgrzewacz  kulinarny  z  nierdzewnej  stali. 
Uśmiechnięty kucharz o azjatyckich rysach dostrzegł jego spojrzenie 
i  kiwnął  zachęcająco  głową.  Qwilleran  gestami  pochwalił  jakość 
przygotowanych przez niego potraw. 

W tej samej chwili do bufetu podszedł duży niezgrabny mężczyzna 

background image

Lillian Jackson Braun 

36 

o  pooranej  twarzy,  który  zaczął  wrzucać  sobie  kęsy  jedzenia  do  ust, 
popijając z wysokiej szklanki. 

–  Lubię  tych  chłopaków...  dekoratorów,  znaczy  się  –  rzekł  do 

Qwillerana.  –  Często  mnie  zapraszają  na  swoje  juble.  Ale  jak 
zarabiają na życie, tego już nie rozumiem. Żyją w świecie snów. Sam 
jestem  biznesmenem,  angażuję  się  w  kilkanaście  przedsięwzięć  w 
roku i każda moja inwestycja przynosi zysk. Ale nie tyram dla frajdy, 
tak jak oni. Rozumie pan? Pan jest dziennikarzem, prawda? 

– Tak. Jim Qwilleran z „Daily Fluxion”. 
– Wy, żurnaliści, jesteście w porządku. Twardo stąpacie po ziemi. 

Znam wielu dziennikarzy. Znam naczelnych obu gazet, szefa waszego 
działu  sportowego  i  działu  gospodarczego.  Byli  w  moim  domku 
myśliwskim. Poluje pan albo wędkuje? 

– Nie za bardzo – przyznał Qwilleran. 
– Tak po prawdzie, to ja wtedy tylko siedzę z butelczyną i zbijam 

bąki.  Może  wpadnie  pan  kiedyś  i  się  przyłączy?  Aha,  nazywam  się 
Harry Noyton. 

Uścisnęli sobie dłonie. 
–  David  powiedział  mi,  że  ma  pan  dom,  który  moglibyśmy 

pokazać w naszym czasopiśmie wnętrzarskim – rzekł Qwilleran. 

Noyton patrzył długo na swoje buty, po czym odparł: 
– Chodźmy za ścianę, tam będzie spokojniej. 
Przeszli  do  pokoju  śniadaniowego  i  usiedli  na  stole  przykrytym 

marmurowym  blatem  –  przedsiębiorca  ze  szklanką,  Qwilleran  z 
talerzem krewetek i grzybów. 

–  Nie  wiem,  co  pan  słyszał  o  moim  domu  w  Hills  –  powiedział 

Noyton  –  ale  to  na  pewno  święta  prawda.  Ten  dom  jest  wspaniały! 
Wszystko  dzięki  Davidowi,  muszę  to  otwarcie  przyznać.  Dzięki 
Davidowi  i  mojej  żonie.  Ona  ma  talent.  Ja  nie  mam  żadnego. 
Zaliczyłem tylko kilka lat politechniki. – Urwał i zerknął przez okno. 
– Moja Natalie ma artystyczną duszę. Jestem z niej dumny. 

– Chętnie bym zobaczył ten dom. 
–  Hmm...  jest  pewien  problem  –  mruknął  Noyton  i  pociągnął 

długi  łyk  ze  szklanki.  –  Ma  być  sprzedany.  Widzi  pan,  my  się 
rozwodzimy. 

–  Przykro  mi  to  słyszeć  –  rzekł  Qwilleran.  –  Sam  przez  to 

przechodziłem. 

– Musi pan zrozumieć, że między nami dobrze się układa. Ale ona 

background image

Kot, który jadał wełnę 

37 

po  prostu  chce  wolności!  Ubzdurała  sobie,  że  zostanie  artystką  i 
zrobi  karierę.  Wyobraża  pan  sobie?  Ma  wszystko,  czego  dusza 
zapragnie,  ale  chce  być  twórcza,  chce  przymierać  głodem  w  jakiejś 
pracowni na poddaszu, bo niby musi nadać sens swojemu życiu. Tak 
mówi.  I  chce  tego  tak  bardzo,  że  gotowa  jest  zostawić  chłopców.  W 
dzisiejszych  czasach  kobiety  łapią  jakiegoś  dziwnego bakcyla  sztuki. 
Nie rozumiem tego. 

– A więc macie dzieci? 
– Dwóch synów. Świetne chłopaki. Nie kapuję, jak ona może ich 

zostawić z czystym sumieniem. Postawiłem warunki: ja dostaję pełne 
prawa rodzicielskie i rozwód jest na zawsze. Żadnych w tę i we w tę. 
Że  niby  po  paru  miesiącach  się  jej  odwidzi  i  wtedy  do  mnie  wróci. 
Nie  ma  mowy.  Nie  będę  z  siebie  robił  głupca!  Zwłaszcza  z  powodu 
kobiety... Niech pan powie, mam rację? 

Qwilleran  patrzył  na  Noytona  –  agresywnego,  bogatego, 

samotnego człowieka. 

Ten dopił drinka i rzekł: 
– Chłopców poślę oczywiście do szkoły dla kadetów. 
– Czy pańska żona jest malarką? 
–  Nie,  nic  z  tych  rzeczy.  Ma  wielkie  krosna  i  chce  tkać  dywany, 

które sprzedawaliby dekoratorzy. Nie wiem, jak zarobi na chleb. Nie 
weźmie ode mnie pieniędzy, domu też nie chce. Zna pan kogoś, kto 
kupiłby posiadłość za ćwierć miliona? 

– To musi być niezły zakątek. 
– Przyszło mi teraz do głowy, że gdyby pan napisał artykuł o tym 

domu, to może łatwiej bym go sprzedał. Widzi pan, jestem z panem 
szczery. 

– Czy tam teraz ktoś mieszka? 
– Tylko stróż, nikt więcej. Natalie jest w Reno. Ja mieszkam tutaj, 

w Villa Verandah. Niech pan zaczeka, doleję sobie czegoś. 

Noyton  pognał  do  baru.  Podczas  jego  nieobecności  japoński 

kucharz  bez  słowa  odebrał  od  Qwillerana  pusty  talerz  i  podał  mu 
drugi, pełen jedzenia. 

–  No  więc  tak,  jak  mówiłem  –  ciągnął  Noyton  po  powrocie.  – 

Mam  tutaj  apartament,  który  urządził  mi  David.  Ten  chłopak  ma 
gust!  Chciałbym  mieć  taki  gust.  Parkiet  sprowadzony  z  Danii, 
wbudowany barek, puszysty dywan, wszystko, co trzeba! 

– Chętnie bym zerknął. 

background image

Lillian Jackson Braun 

38 

–  No  to  chodźmy.  To  na  tym  samym  piętrze,  w  północnym 

skrzydle. 

Wyszli z przyjęcia, Noyton zabierając szklankę. 
– Muszę pana ostrzec – odezwał się, gdy maszerowali półkolistym 

korytarzem – że kolorystyka jest trochę dziwna. 

Otworzył  kluczem  drzwi  oznaczone  numerem  15–F  i  wcisnął 

włącznik w ścianie. Qwilleran zaniemówił. 

Rozbrzmiała  przyjemna  muzyka.  W  kałużach  światła  jarzyły  się 

soczyste kolory. Wszystko wydawało się miękkie i wygodne, ale nieco 
chropawe. 

–  Robią  na  panu  wrażenie  takie  nowoczesne  wnętrza?  –spytał 

Noyton.  –  Kosztuje  to  cholernie  drogo,  gdy  chce  się  porządnego 
wykonania. 

–  Wspaniałe!  –  rzekł  Qwilleran  z  przejęciem.  –  Naprawdę 

imponujące. 

Parkiet  składał  się  z  małych  kwadratów  ciemnego  drewna 

pociągniętych lakierem o aksamitnym połysku. Przykrywał go dywan 
o  włosie  bujnym  niczym  od  dawna  niestrzyżony  trawnik,  wielkości 
połowy kortu do squasha. 

– Podoba się panu dywan? – spytał gospodarz. – Prawdziwa kozia 

sierść z Grecji. 

Dokoła  stał  komplet  aż  trzech  kanap  obitych  płowym  zamszem, 

obok zaś znajdował się fotel o zachęcających wypukłościach, obszyty 
niewiarygodnie miękką tapicerką. 

– To pokrycie to wigoń – oznajmił Noyton. – Proszę wypróbować 

tamten zielony. To mój ulubiony mebel. 

Gdy  Qwilleran  osunął  się  w  objęcia  fotela  i  oparł  stopy  na  pufie, 

na  jego  twarzy  odmalował  się  wyraz  błogości.  Pogłaskał  rzeźbione, 
okryte wełną podłokietniki. 

– Chciałbym mieć takie mieszkanko – mruknął pod nosem. 
– A to jest barek – rzekł Noyton z nieskrywaną dumą, nalewając 

sobie  alkoholu  do  szklanki.  –  Zestaw  stereo  znajduje  się  w  tym 
hiszpańskim  kredensie.  To  jedyny  antyk  w  całym  apartamencie. 
Kosztował  mnie  fortunę.  –  Usadowił  się  w  fotelu  obszytym  wełną 
wigonia.  –  Czynsz  też  nie  jest  mały,  ale  w  tym  wieżowcu  mieszkają 
zacni  ludzie,  których  warto  znać.  –  Wymienił  nazwiska  dwóch 
sędziów, bankiera, emerytowanego rektora uniwersytetu i wybitnego 
naukowca.  –  Znam  ich  wszystkich.  Znam  mnóstwo  ludzi  w  naszym 

background image

Kot, który jadał wełnę 

39 

mieście. Pański redaktor naczelny to mój dobry przyjaciel. 

Qwilleran  omiótł  spojrzeniem  półki  z  książkami,  duże  biurko  z 

blatem  pokrytym  skórą  w  kolorze  rdzy,  zmysłowy  dywan  i  trzy 
kanapy z miękkimi poduszkami. 

– No, no – rzekł. – Lyke świetnie to urządził. 
–  Pan  mi  wygląda  na  normalnego  faceta  –  powiedział  Noyton 

tonem znawcy. – Jak pan się dogaduje z tymi dekoratorami? 

–  To  sympatyczna  zgraja  –  odparł  Qwilleran,  puszczając  aluzję 

mimo uszu. 

– Nie chodzi mi o to, o czym pan myśli. Poznał pan Boba Oraxa? 

Ten to dopiero ma problem. 

– Przywykłem do spotykania rozmaitych osób – odparł Qwilleran 

ostrzejszym tonem, niż zamierzał. Jako dziennikarz utożsamiał się ze 
swoją  pracą  i  odczuwał  solidarność  z  ludźmi,  których  poznawał  w 
trakcie  wykonywania  swoich  obowiązków,  więc  zirytowały  go 
insynuacje Noytona. 

–  To  właśnie  cenię  w  was,  żurnalistach.  Niczym  się  nie  zrażacie. 

Bierzecie wszystko, jak leci. 

Qwilleran ściągnął nogi z pufu i dźwignął się z fotela. 
– No to co? – rzekł. – Może wróćmy na przyjęcie? 
Wyszli  z  apartamentu,  Noyton  zabierając  dwie  butelki  bourbona 

ze swoich zapasów. Qwilleran podszedł do Lyke'a. 

– Świetnie pan urządził tamto mieszkanie – pochwalił. – Szkoda, 

że  nie  stać  mnie  na  takie  gniazdko.  Ile  w  ogóle  kosztuje  podobny 
wystrój? 

–  Bardzo  dużo  –  odparł  dekorator.  –  Ale  jeśli  pan  będzie  kiedyś 

czegoś  potrzebował,  to  załatwię  panu  po  cenach  producenta.  Plus 
koszty transportu. 

– Wie pan, szukam w tej chwili umeblowanego mieszkania. Dom, 

w którym mieszkam, będzie wyburzony, bo robią miejsce na parking. 
Muszę się wynieść w ciągu dziesięciu dni. 

–  Mógłby  pan  przez  kilka  tygodni  korzystać  z  apartamentu 

Harry'ego  –  zasugerował  Lyke.  –  Skoro  tak  się  panu  podoba...  On 
wyjeżdża do Europy. Na miesiąc albo dłużej. 

Qwilleran zamrugał oczami. 
– Myśli pan, że zgodziłby się go wynająć? Za cenę, na którą mogę 

sobie pozwolić? 

– Zapytajmy go. 

background image

Lillian Jackson Braun 

40 

– Niczego nie będę wynajmował, cholera jasna – odparł Noyton. 

–  Jak  pan  chce,  może  pan  zwyczajnie  korzystać  z  mieszkania  pod 
moją nieobecność. Niech się pan wprowadza. 

– Nie, nie, naprawdę chcę panu płacić – rzekł Qwilleran. 
–  Niech  pan  nie  zgrywa  honorowego!  Gazety  tak  dobrze  o  mnie 

piszą, że w ten sposób będę mógł się trochę zrewanżować. Poza tym 
nie odejmuję sobie od ust, żeby opłacać to mieszkanie, więc dlaczego 
miałbym brać forsę od pana? 

– Jest jedno „ale” – zwrócił się Lyke do Qwillerana. – Będzie pan 

musiał przekazywać korespondencję i odbierać telefony. 

– Jest jeszcze drugie „ale”. Ja mam kota. 
–  Wprowadzaj  się  pan  z  kotem!  –  krzyknął  Noyton.  –  Może 

dostać własny pokój i łazienkę. Pierwsza klasa. 

– Zapewniam, że nie zniszczy panu mebli. 
– Świetnie, to jesteśmy umówieni. Ja wyjeżdżam w środę. Klucze 

zostawię u administratora, razem z kluczykiem do barku. Proszę się 
czuć  jak  u  siebie.  I  niech  się  pan  nie  zdziwi,  gdy  będę  do  pana 
dzwonił  z  Europy  dwa  razy  dziennie.  Mam  hopla  na  punkcie 
telefonu. 

Nieco później Lyke rzekł do Qwillerana: 
–  Dziękuję,  że  mnie  pan  uratował,  bo  Harry  chciał,  żebym  to  ja 

robił w jego domu za sekretarkę. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale gdy 
klienci wynajmują dekoratora, to wydaje im się, że pozyskali mamkę 
do końca życia. 

Wszystko  potoczyło  się tak  błyskawicznie,  że  Qwilleran  z  trudem 

mógł  uwierzyć  w  swoje  szczęście.  Czując  rozpierającą  radość, 
dwukrotnie jeszcze zajrzał do bufetu, po czym wreszcie pożegnał się z 
gospodarzem. 

Gdy wychodził z apartamentu, poczuł, że ktoś ciągnie go za rękaw. 

Zobaczył uśmiechniętego kucharza. 

– Ma piesek w domu? – spytał Japończyk. 
– Nie – odparł Qwilleran – ale... 
–  Piesek  głodny.  Weźmie  dla  piesek.  –  Z  tymi  słowy  wepchnął 

Qwilleranowi do ręki paczkę owiniętą w folię. 

 
 

 

 

background image

Kot, który jadał wełnę 

41 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

Z

Z

Ó

Ó

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
–  Koko,  stary  kumplu,  przeprowadzamy  się!  –  obwieścił 

Qwilleran  radośnie  we  wtorek  rano,  wyjmując  z  lodówki  paczkę  od 
japońskiego 

kucharza, 

żeby 

przygotować 

kotu 

śniadanie. 

Rozmyślając  o  wydarzeniach  z  poprzedniego  wieczoru,  doszedł  do 
wniosku,  że  pisanie  o  branży  wnętrzarskiej  ma  swoje  zalety.  Nigdy 
dotąd  nie  wysłuchał  tak  wielu  komplementów  i  nie  jadł  tak 
smacznych  zakąsek,  a  na  dodatek  fuksem  znalazł  mieszkanie.  I  to 
jakie! 

Koko  leżał  zwinięty  na  niebieskiej poduszce  ułożonej  na  lodówce 

– poduszce, która była jego łóżkiem, tronem i Olimpem. Tylne łapy 
wystawił na boki jak płetwy. Miał niepewną, zaniepokojoną minę. 

–  Spodoba  ci  się  w  Villa  Verandah  –  zapewniał  Qwilleran.  –  Są 

tam  miękkie  dywany  i  zawieszone  wysoko  półki.  Możesz  się 
wygrzewać  w  słońcu  na  balkonie.  Ale  będziesz  musiał  zachowywać 
się wzorowo. Żadnego wariackiego brykania i przewracania lamp! 

Koko  poruszył  się  niepewnie.  Jego  ślepia  przypominały  wielkie 

zatroskane kałuże błękitu. 

–  Weźmiemy  twoją  poduchę  i  położymy  ją  na  lodówce.  Będziesz 

się czuł jak u siebie. 

Godzinę  później,  po  dotarciu  do  redakcji  „Fluxion”,  Qwilleran 

podzielił  się  dobrą  nowiną  z  Oddem  Bunsenem.  Spotkali  się  w 
bufecie  na  filiżankę  porannej  kawy,  siadając  przy  kontuarze  obok 
drukarzy  w  kwadratowych  papierowych  czapkach,  zecerów  w 
brezentowych  fartuchach,  adiustatorów  w  białych  koszulach  z 
wywiniętymi  mankietami,  redaktorów  z  zapiętymi  mankietami  i 
agentów reklamy ze spinkami w mankietach. 

–  Szkoda,  że  nie  widziałeś  łazienek  w  Villa  Verandah  –rzekł 

Qwilleran. – Złote kurki! 

– Jak ci się udało wkręcić w to towarzystwo? 
–  To  był  pomysł  Lyke'a.  Noyton  z  kolei  lubi  mieć  gest.  Lubi  być 

lubiany i fascynują go dziennikarze. Znasz ten typ. 

–  W  niektórych  gazetach  nie  wolno  by  ci  było  przyjąć  takiej 

propozycji,  ale  z  tymi  naszymi  zarobkami  we  „Fluxion”  trzeba  brać 
wszystko,  co  się  nawinie  –  rzekł  fotograf.  –  Były  jakieś  rozmowy  o 
włamaniu? 

–  Nie  za  bardzo.  Ale  zebrałem  trochę  informacji  o  Taitach. 

background image

Lillian Jackson Braun 

42 

Zwróciłeś uwagę, że pani Tait mówiła z odrobinę obcym akcentem? 

– Mówiła tak, jak gdyby połknęła własny język. 
–  Zdaje  się,  że  była  Szwajcarką.  Podobno  wyszła  za  Taita  dla 

pieniędzy,  chociaż  wyobrażam  sobie,  że  zanim  wyłysiał,  był  z  niego 
przystojny brutal. 

– Widziałeś jego ręce? Zarośnięty jak małpiszon! Niektóre kobiety 

lecą na to. 

W tej samej chwili ktoś puknął Bunsena w ramię. Sekundę później 

przysiadł się do nich Lodge Kendall. 

– Wiedziałem, że cię tu znajdę, obiboku – zwrócił się do fotografa. 

– Policja chce zdjęcia, które zrobiłeś w domu Taitów. Najlepiej, jakby 
były powiększenia. Zwłaszcza fotek, na których widać zady. 

–  Na  kiedy  muszę  je  przygotować?  Mam  mnóstwo  roboty  na 

niedzielę. 

– Jak najszybciej. 
– Jakieś postępy w śledztwie? – spytał Qwilleran. 
–  Tait  podobno  stwierdził,  że  zginęły  mu  dwie  torby  podróżne  – 

odparł  Kendall.  –  Po pogrzebie  żony chce  wyjechać,  żeby odpocząć. 
Jest mocno podłamany. Wczoraj wieczorem poszedł do  schowka po 
walizki  i  zobaczył,  że  nie  ma  dwóch  toreb.  Najwyraźniej  Paolo  ich 
potrzebował, żeby wynieść żady. 

– Zastanawiam się, jak zdołał dotrzeć z dwiema wielkimi torbami 

na lotnisko. 

–  Zapewne  miał  wspólnika  z  samochodem.  Zanim  Tait  się 

zorientował, że go okradziono, Paolo poleciał do Meksyku i przepadł 
w  górach.  Wątpię,  czy  policja  wpadnie  na  ślad  tych  zbiorów.  Być 
może kiedyś zaczną się pojawiać pojedynczo na rynku, ale oczywiście 
nikt o niczym nie będzie wiedział. Nie muszę wam mówić, jak to jest. 

– Policja sprawdziła linie lotnicze? 
–  Na  listach  pasażerów odlatujących w  niedzielę  wieczorem  było 

kilka nazwisk brzmiących hiszpańsko albo meksykańsko. Oczywiście 
Paolo na pewno użył fałszywego nazwiska. 

–  Szkoda,  że  nie  zrobiłem  mu  zdjęcia  –  odezwał  się  Bunsen.  – 

Lyke to nawet zasugerował, ale potem wypadło mi z głowy. 

–  Bo  wy,  fotografowie,  zawsze  oszczędzacie  na  tych  waszych 

kliszach  –  rzekł  Kendall.  –  Jakbyście  kupowali  je  za  własne 
pieniądze. 

–  A  kiedy  dokładnie  Tait  się  zorientował,  że  skradziono  mu 

background image

Kot, który jadał wełnę 

43 

kolekcję? – spytał Qwilleran. 

–  O  szóstej  rano.  Podobno  ranny  z  niego  ptaszek.  Przed 

śniadaniem lubi chodzić do swojego warsztatu. Poleruje kamyki czy 
coś.  Zajrzał  po  drodze  do  żony,  żeby  zobaczyć,  czy  czegoś  nie 
potrzebuje,  no  i  zobaczył,  że  nie  żyje.  Zatelefonował  po  lekarza. 
Potem zawołał Paolo, ale na próżno. Boya nie było w pokoju, były za 
to  oznaki  pospiesznego  odjazdu.  Tait  szybko  sprawdził  wszystkie 
pomieszczenia i wtedy właśnie się pokapował, że gabloty opróżniono. 

– Po czym – wtrącił Qwilleran – zadzwonił na policję, a policjanci 

zadzwonili do Percy'ego, Percy zaś zadzwonił do mnie, a było wtedy 
dopiero  wpół  do  siódmej.  To  wszystko  bardzo  szybko  się  rozegrało. 
Czy gdy Tait zatelefonował na policję, to powiedział im o artykule w 
„Stylowych Wnętrzach”? 

– Nie musiał. Policjanci sami zwrócili uwagę na twoje czasopismo 

i  zaczęli  się  zastanawiać,  czy  tak  dokładne  opisywanie  cennych 
zbiorów było rozsądne. 

Qwilleran prychnął w wyrazie pogardy. 
– A gdzie była gospodyni, kiedy to wszystko się działo? – spytał. 
–  Ma  wolne  w  niedzielę.  Przychodzi  dopiero  w  poniedziałek  o 

ósmej rano. 

– A jak tłumaczą zawał pani Tait? 
– Podejrzewają, że obudziła się w nocy, usłyszała jakieś hałasy w 

salonie  i pomyślała,  że to  włamywacze.  Taki strach  wystarczył,  żeby 
wysiadło jej serce, na które i tak podobno chorowała. 

–  To  wyjątkowo  rozległy  dom  –  argumentował  Qwilleran.  – 

Skrzydło,  w  którym  jest  sypialnia,  znajduje  się  pół  kilometra  od 
salonu.  Jakim  cudem  pani  Tait  usłyszała,  że  Paolo  włamuje  się  do 
gablot? Tym bardziej, że jej mąż tego nie usłyszał! 

Kendall wzruszył ramionami. 
– Niektórzy ludzie mają lekki sen – odparł. – Schorowane osoby 

często miewają kłopoty ze spaniem. 

– To dlaczego nie próbowała zaalarmować męża? Na pewno mają 

jakieś brzęczyki albo interkom łączący obie sypialnie. 

– Przestań, mnie tam nie było! – zakrzyknął dziennikarz śledczy. 

– Wiem tylko tyle, ile powiedzieli mi na policji. – Postukał palcem w 
swój zegarek. – Za pięć minut mam robotę. Muszę iść. To na razie... 
Ej, Bunsen, nie zapomnij o tych powiększeniach. 

Gdy Kendall się oddalił, Qwilleran rzekł: 

background image

Lillian Jackson Braun 

44 

–  Ciekawe,  gdzie  Tait  się  wybiera  na  odpoczynek.  Może 

przypadkiem do Meksyku? 

– Ty dedukujesz za trzech – powiedział Bunsen, podnosząc się od 

kontuaru.  –  Muszę  wydrukować  trochę  zdjęć.  Do  zobaczenia  na 
górze. 

Qwilleran  nie  potrafił  stwierdzić,  kiedy  dokładnie  jego 

podejrzenia  przybrały  konkretny  kształt.  Dopił  kawę  i  wytarł 
obcesowo  wąsy  papierową  serwetką.  Być  może  właśnie  w  tej  chwili 
dopasowały  się  fragmenty  układanki  i  obraz  nabrał  wyrazistości  – 
dziennikarz zaczął intensywnie rozmyślać o G. Verningu Taicie. 

Gdy  wszedł  do  działu  kulturalnego,  usłyszał,  że  jego  telefon 

dzwoni natarczywie. Zielony, dobrany pod kolor biurek i maszyn do 
pisania.  Nagle  Qwilleran  ujrzał  kolorystykę  pomieszczenia 
redakcyjnego  zupełnie  innymi  oczami.  To  była  zieleń  groszkowa; 
ściany  miały  odcień  roqueforta,  a  brązowe  linoleum  na  podłodze 
przypominało barwą pumpernikiel. 

– Qwilleran, słucham – powiedział do słuchawki. 
–  Ach,  to  pan?  Czy  to  na  pewno  pan  we  własnej  osobie?  – 

dopytywał  się  kobiecy  głos,  piskliwy  i  podekscytowany.  –  Nie 
myślałam, że pozwolą mi mówić z panem osobiście. 

– W czym mogę pomóc? 
–  Pan  mnie  nie  zna,  ale  ja  czytam  wszystkie  pana  artykuły  i 

uważam,  że  pańskie  nowe  czasopismo  wnętrzarskie  jest  bardzo 
eleganckie. 

– Dziękuję. 
–  Borykam  się  z  pewnym  problemem,  proszę  pana.  Mam  w 

jadalni  dywan  w  kolorze  awokado,  a  na  ścianach  toiles  de  Jouy  w 
tonacji karmelu. Czy więc lamperie powinnam pomalować w kolorze 
kremu karmelowego czy jednak awokado? A co z lambrekinami? 

Kiedy  wreszcie  Qwilleranowi  udało  się  zakończyć  tę  rozmowę, 

podszedł do niego Arch Riker. 

– Szef cię szuka – oznajmił. – To pilne. 
–  Pewnie  chce,  żebym  mu  powiedział,  na  jaki  kolor  ma 

pomalować lamperie – mruknął Qwilleran. 

Gdy  wszedł  do  gabinetu,  zobaczył,  że  redaktor  naczelny  zaciska 

mocno usta. 

–  Są  problemy!  –  oznajmił  Percy.  –  Właśnie  telefonował  ten 

sprzedawca używanych samochodów. W następnym numerze miałeś 

background image

Kot, który jadał wełnę 

45 

pokazać jego oborę, prawda? 

– To przebudowana stajnia – odparł Qwilleran. – Robi wrażenie. 

Będzie  z  tego  dobry  artykuł.  Strony  już  ułożone,  zdjęcia  poszły  do 
grafików. 

–  On  rezygnuje.  Próbowałem  go  przekonać,  żeby  tego  nie  robił, 

ale stanowczo chce się wycofać. 

– Przecież aż się palił do tego! 
–  Osobiście  nie  ma  nic  przeciwko  nam.  Nie  wini  nas  za  aferę  w 

Muggy Swamp, ale jego żona się przestraszyła. Dostała histerii. Facet 
zagroził, że poda nas do sądu, jeśli opublikujemy ten artykuł. 

– Nie wiem w takim razie, co damy w zamian – odparł Qwilleran. 

–  Jedyna  ciekawostka,  którą  mam,  to  pomalowany  w  deseń  drutu 
kolczastego silos przerobiony na domek letniskowy. 

–  To  nie  za  bardzo  pasuje  do  „Stylowych  Wnętrz”  –  ocenił 

redaktor  naczelny.  –  Spytaj  Fran  Unger.  Może  ona  ma  jakieś 
pomysły. 

–  Posłuchaj  mnie,  Haroldzie  –  rzekł  stanowczym  tonem 

Qwilleran. – Uważam, że powinniśmy przystąpić do ofensywy! 

– Co przez to rozumiesz? 
– Że powinniśmy poprowadzić własne dochodzenie! Chodzi mi o 

Muggy  Swamp.  Nie  wierzę  w  hipotezę  policji.  Zwalanie  tego 
przestępstwa  na  boya  to  łatwizna.  Uważam,  że  Paolo  jest  kozłem 
ofiarnym.  Może  leży  teraz  na  dnie  rzeki!  –  Urwał,  żeby  zobaczyć 
reakcję  swojego  szefa.  Percy  wpatrywał  się  w  niego.  –  To  nie  była 
drobna kradzież – ciągnął, podnosząc głos. – I na pewno nie dokonał 
jej  prosty  chłopak  z  biednego  kraju!  Tutaj  chodzi  o  coś  więcej.  Nie 
wiem jeszcze, o co, ale mam przeczucia. – Pogładził kłykciami wąsy. 
–  Haroldzie,  daj  mi  tę  sprawę.  Jestem  pewien,  że  odkryję  coś 
sensacyjnego. 

Zniecierpliwiony Percy machnął ręką. 
– Nie jestem przeciwny dziennikarstwu śledczemu – odparł – ale 

potrzebujemy  cię  przy  naszym  czasopiśmie.  Nie  mam  aż  tylu  ludzi, 
żeby ich marnować na jakieś amatorskie śledztwa. 

– Poradzę sobie z jednym i drugim. Tylko daj mi pełnomocnictwa, 

żebym mógł gadać z policją. Żebym mógł zadać parę pytań tu i tam. 

– Nie, masz już dość obowiązków na głowie, Qwill. Niech policja 

zajmie  się  tym  włamaniem.  My  musimy  się  skupić  na  wydawaniu 
naszego czasopisma. 

background image

Lillian Jackson Braun 

46 

Qwilleran jakby nie dosłyszał. 
–  Czas  dokonania  tej  kradzieży  jest  zastanawiający  –  ciągnął, 

wypowiadając szybko słowa. – Ktoś chciał nas z tym powiązać. Ale to 
nie wszystko! Wczoraj rano to się rozegrało zbyt szybko. Zadzwoniłeś 
do  mnie  o  wpół  do  siódmej.  O  której  zatelefonowali  do  ciebie  z 
policji?  I  o  której  Tait  ich  zawiadomił?  Skoro  pani  Tait  usłyszała 
włamywacza,  to  dlaczego  nie  zaalarmowała  męża?  Nie  chce  mi  się 
wierzyć, że w domu nie ma interkomu. Cały ten komfortowy wystrój i 
żadnego brzęczyka łączącego łóżko inwalidki z sypialnią oddanego jej 
męża? 

Percy spojrzał lodowatym wzrokiem na Qwillerana. 
– Jeśli to była zmowa, policja się zorientuje – rzekł. – Znają się na 

rzeczy. Ty się do tego nie mieszaj. I tak mamy już dosyć kłopotów. 

Qwilleran  pogłaskał  drżące  wąsy.  Dyskutowanie  z  robotem  nie 

miało sensu. 

– Uważasz, że powinienem pójść jutro na pogrzeb? – spytał. 
– To niepotrzebne. Wysyłamy przedstawiciela redakcji. Wracając 

do swojego działu, Qwilleran mruczał pod nosem: 

– Nie wychylać się! Nie zadzierać! Wspierać dział reklamy! Zbijać 

forsę! 

–  A  co,  może  nie?  –  odparł  Arch  Riker.  –  Czy  ty  myślisz,  że 

pracujemy  w  branży  dziennikarskiej  po  to,  żeby  przekazywać 
informacje? 

Usiadłszy  przy  biurku,  Qwilleran  chwycił  za  niewinny  zielony 

telefon,  na  którym  widniało  hasło  z  szablonu:  „Uprzejmość  nic  nie 
kosztuje”. Zadzwonił do działu fotografii. 

–  Kiedy  już  przygotujesz  te  powiększenia  dla  policji  –  rzekł  do 

Bunsena  –  zrób  jeden  komplet  odbitek  dla  mnie,  dobrze?  Mam 
pewien pomysł. 

 
 

 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

I

I

Ó

Ó

D

D

M

M

Y

Y

 

 

 
Qwilleran  wyrzucił  do  kosza  artykuł  o  przebudowanej  stajni  i 

zaczął  szukać  innego  tematu.  Tego  ranka  był  umówiony  z  pewną 
dekoratorką,  wątpił  jednak,  by  w  tak  krótkim  czasie  zgromadził 

background image

Kot, który jadał wełnę 

47 

materiały  na  nowy  artykuł.  Gdy  rozmawiał  z  nią  przez  telefon, 
wydawała się podekscytowana. 

– O mój Boże! – powtarzała. – O mój Boże, o mój Boże! 
Pojechał do jej pracowni bez większych nadziei na sukces. 
Zamaszyste litery na szyldzie zawieszonym nad drzwiami głosiły: 

„Wnętrza  od  pani  Middy”.  Studio  znajdowało  się  w  pobliżu  Happy 
View Woods i wyglądało ze wszech miar uroczo: w oknach skrzynki z 
chryzantemami,  wykusze  z  szybkami  w  kształcie  rombu,  po  obu 
stronach drzwi dzielonych poziomo malownicze lampy dorożkarskie, 
do  tego  połyskująca  kołatka  z  mosiądzu.  Wewnątrz  panowała 
przytulna, duszna atmosfera. 

Wchodząc,  Qwilleran  usłyszał  brzmienie  kurantów,  następnie 

zobaczył  wysoką  kobietę,  która  wyłoniła  się  zza  składanego 
parawanu  w  głębi.  Proste  brązowe  włosy  opadały  na  jej  ramiona 
niczym  koc,  kryjąc  czoło,  brwi,  skronie  i  policzki.  Widać  było  tylko 
parę psotnych zielonych oczu, ładny mały nosek, inteligentne usta i 
delikatny podbródek. 

Qwilleran się rozpromienił. 
–  Jestem  umówiony  o  jedenastej  z  panią  Middy.  To  chyba  nie 

pani? 

–  Nie,  jestem  jej  asystentką  –  odparła  młoda  kobieta.  –  Pani 

Middy  dzisiaj  nieco  się  spóźni,  ale  w  zasadzie  to  ona  zawsze  się 
spóźnia.  Zechce  pan  usiąść  i  poczekać?  –  Zakreśliła  ręką  dokoła.  – 
Mogę  panu  zaproponować  tylko  narożny  fotel  w  stylu  chippendale, 
bujak albo drewnianą ławeczkę. Wszystkie są bardzo niewygodne, ale 
porozmawiam  z  panem,  to  może  zapomni  pan  o  fizycznych 
katuszach. 

– Proszę ze mną porozmawiać tak czy owak – odrzekł Qwilleran, 

wybierając chyboczącą się ławeczkę. Dziewczyna usiadła na krześle, a 
jej spódniczka odsłoniła kolana. Qwilleran z zadowoleniem zobaczył, 
że  są  ładnie  ukształtowane.  –  Jak  się  pani  nazywa?  –  spytał, 
napełniając fajkę. 

–  Alacoque  Wright.  Pan  pewnie  jest  redaktorem  tego  nowego 

dodatku? Nie pamiętam tytułu. 

– „Stylowe Wnętrza”. 
–  Dlaczego  gazety  muszą  mieć  tak  przesłodzone  nazwy  jakby  z 

dziewiętnastego  wieku?  –  spytała,  rzucając  wyzywające  spojrzenie 
swych zielonych oczu. 

background image

Lillian Jackson Braun 

48 

Qwilleranowi przypadło to do gustu. 
– W branży prasowej zawiera się element tradycji – odpowiedział, 

rozglądając się dokoła. – Tak samo jak tutaj. 

– Tak naprawdę wnętrzarstwo to nie jest moja dziedzina – rzekła 

stanowczo. – Ja się zajmuję architekturą, sęk w tym, że w tej profesji 
jest  małe  zapotrzebowanie  na  kobiety.  Byłam  zdesperowana,  więc 
musiałam  przyjąć  pracę  u  pani  Middy,  i  obawiam  się,  że  te 
podrabiane  skrzynie  zżarte  przez  korniki  i  swojskie  ławeczki 
wypaczają  moją  osobowość.  Wolę  wzornictwo,  które  odzwierciedla 
ducha  naszych  czasów.  Precz  z  empire,  portugalskim  stylem 
kolonialnym i barokiem suahili! 

– Ma pani na myśli wzornictwo nowoczesne? 
–  Nie  lubię  tego  określenia,  bo  jest  zbyt  wieloznaczne.  Mamy 

przecież  Motel  Modern,  Miami  Beach  Modern,  Borax  Danish  i 
mnóstwo  straszliwych  mutacji.  Lubię  dwudziestowieczną  klasykę, 
twórczość Saarinena, Miesa van der Rohe, Breuera i im podobnych. 
Pani  Middy  nie  pozwala  mi  obsługiwać  klientów,  gdyż  boi  się,  że 
sabotowałabym  jej  pracę...  I  chyba  ma  rację  –  dodała  kobieta  z 
chytrym uśmiechem. – Mam podstępną naturę. 

– Skoro nie obsługuje pani klientów, to co pani robi? 
–  Prezentacje  projektów,  plany,  propozycje  kolorystyczne. 

Odbieram  telefony  i  trochę  sprzątam.  Ale  proszę  mi  opowiedzieć  o 
sobie. Lubi pan współczesne wzornictwo? 

–  Lubię  wszystko  –  odparł  Qwilleran.  –  Pod  warunkiem,  że  jest 

wygodne i mogę położyć na tym nogi. 

Kobieta przyjrzała mu się śmiało. 
–  W  rzeczywistości  wygląda  pan  lepiej  niż  na  zdjęciu  w 

czasopiśmie – stwierdziła. – Poważny i odpowiedzialny, ale zarazem 
interesujący mężczyzna. Jest pan żonaty? 

– W tej chwili nie. 
– Pewnie wstrząsnęło panem to, co się stało w weekend? 
– Ma pani na myśli włamanie w Muggy Swamp? 
– Tak. Sądzi pan, że Tait zaskarży „Daily Fluxion” do sądu? 
Qwilleran pokręcił głową. 
–  Nic  by  nie  wskórał.  Nie  wydrukowaliśmy  niczego,  co  byłoby 

kłamstwem  albo  oszczerstwem.  Poza  tym  dał  nam  zgodę  na 
opublikowanie artykułu. 

–  Ale  ta  kradzież  nadszarpnie  wizerunek  gazety.  Chyba  pan  to 

background image

Kot, który jadał wełnę 

49 

przyzna? 

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i rozbrzmiał głos: 
– O mój Boże, o mój Boże, czy przychodzę spóźniona? 
–  Oto  pani  Middy  –  powiedziała  Alacoque  Wright,  zerkając 

drwiąco w kierunku wejścia. 

Do  studia  wtarabaniła  się  korpulentna  kobieta.  Kluseczka, 

pomyślał  Qwilleran.  Była  zdyszana  i  miała  przepraszającą  minę. 
Najwyraźniej bardzo się spieszyła, bo spod bezkształtnego kapelusika 
w  mysim  kolorze  sterczały  na  wszystkie  strony  kosmyki  siwawych 
włosów. 

–  Zaparz  nam  kawy,  moja  droga  –  poleciła  asystentce.  –  Jestem 

taka  zdenerwowana.  Właśnie  dostałam  mandat  za  przekroczenie 
prędkości.  Ale  funkcjonariusz  był  życzliwy!  Teraz  mają  w  policji 
bardzo miłych ludzi. 

Dekoratorka klapnęła ociężale na czarno–złoty bujak. 
–  Może  powinien  pan  napisać  artykuł  o  policjantach,  panie... 

panie... 

–  Qwilleran.  Jim  Qwilleran.  Obawiam  się,  że  to  nie  moja 

dziedzina. Ale chętnie napiszę ładny artykuł o pani. 

– O mój Boże, o mój Boże! – zakrzyknęła pani Middy, zdejmując 

kapelusik i przygładzając włosy. 

Alacoque  Wright  podała  kawę  w  filiżankach  o  różanym  wzorze, 

unosząc  brwi  w  wyrazie  dezaprobaty.  Następnie  dekoratorka  i 
dziennikarz  zaczęli  rozmawiać  o  potencjalnych  tematach  na  artykuł 
do „Stylowych Wnętrz”. 

– Zrobiłam ostatnio parę miłych projektów – powiedziała. – Dom 

doktora  Masona  jest  czarujący,  ale  jeszcze  nieskończony.  Czekamy 
na  lampy.  Śliczny  jest  dom  profesora  Dewitta,  ale  draperii  nie 
powiesili. 

– Producent nie robi już tego wzoru – rzucił Qwilleran. 
– Tak! A skąd pan wie?  – Zabujała się gwałtownie w  fotelu. –  O 

mój Boże, o mój Boże, to co poczniemy? 

– Akademik – podpowiedziała szeptem asystentka. 
– A tak, owszem, ostatnio zrobiliśmy parę domów studenckich na 

uniwersytecie  –  rzekła  pani  Middy  –  oraz  siedzibę  stowarzyszenia 
Delta  Thelta  czy  jak  tam  te  studentki  się  nazywają.  Ale  to  poza 
miastem. 

– Proszę nie zapominać o domu pani Allison – odezwała się znów 

background image

Lillian Jackson Braun 

50 

Alacoque Wright. 

– A tak, jej dom jest naprawdę śliczny. Interesowałaby pana bursa 

dla  dziewcząt,  panie  Qwillum?  Pokazałam  tam,  co  można  zrobić  ze 
zwykłym  internatem.  Mieści  się  w  jednym  z  tych  gmachów  z 
przełomu  wieku  przy  Merchant  Street.  Ponuro  to  wyglądało  i 
groteskowo. Ale poradziłam sobie. 

–  Wyglądało  jak  burdel  z  czasów  wiktoriańskich  –  powiedziała 

asystentka. 

–  W  salonie  wykorzystałam  wzory  z  włóczki,  a  do  sypialń 

dziewcząt  wstawiliśmy  łóżka  z  baldachimami.  Jadalnia  wyszła 
bardzo  dobrze.  Zamiast  jednego  długiego  stołu,  który  wyglądał 
okropnie urzędowo, daliśmy małe stoliczki, jak w kawiarni. 

Qwilleran  chciał  się  ograniczać  do  prywatnych  domów,  ale  w 

zaistniałej sytuacji gotów był opublikować artykuł o czymkolwiek, co 
można było szybko sfotografować. 

– Jaka jest kolorystyka? – spytał. 
–  Wszystko  utrzymane  w  kolorze  wiśniowym  –  odparła  pani 

Middy.  –  Z  pewnymi  wariacjami.  Na  piętrze  róż.  Będzie  pan 
zachwycony. Po prostu zachwycony! 

– Czy istnieje możliwość, byśmy dziś po południu zrobili tam sesję 

zdjęciową? 

– O mój Boże, to strasznie szybko! Ludzie lubią sprzątnąć to i owo 

przed przybyciem fotografa. 

– No to może jutro rano? 
– Zaraz zadzwonię do pani Allison. 
Gdy  dekoratorka  podreptała  do  telefonu,  Alacoque  Wright 

zwróciła się do Qwillerana: 

– Mamuśka Middy dokonała cudów w domu pani Allison. Już nie 

wygląda 

jak 

burdel 

wiktoriański. 

Wygląda 

jak 

burdel 

wczesnoamerykański. 

Gdy  pani  Middy  umawiała  się  z  panią  Allison,  Qwilleran  też  się 

umówił – z Alacoque Wright, w środę o szóstej pod zegarem ratusza, 
po czym wyszedł ze studia, z uczuciem drżenia w wąsach. W drodze 
do  redakcji  zatrzymał  się  w  sklepie  dla  smakoszy  i  kupił  puszkę 
wędzonych ostryg dla Koko. 

Tego  wieczoru  spakował  książki  do  trzech  pudeł  kartonowych  ze 

sklepu  spożywczego  i  odkurzył  swoje  dwie  walizki.  Koko  patrzył  z 
zatroskaniem. Nie tknął wędzonych ostryg. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

51 

– Co jest? – spytał go Qwilleran. – Pościsz? 
Kot zaczął krążyć po mieszkaniu, zatrzymując się raz po raz, żeby 

powąchać kartony i miauknąć żałośnie. 

– Martwisz się? Nie chcesz się przeprowadzać? – Qwilleran wziął 

Koko  na  ręce  i  pogłaskał  go  uspokajająco,  po  czym  postawił  go  na 
otwartym słowniku. – Chodź, zagramy sobie, żeby odpędzić smutki. 

Kot bez przekonania wbił pazury w papier. 
–  „Łysy”  i  „łyżeczka”!  To  łatwe.  Dwa  punkty  dla  mnie.  Koko 

spróbował drugi raz. 

–  „Kuluary”  i  „kulukamba”.  –  Qwilleran  znał  znaczenie 

pierwszego  hasła,  ale  drugie  musiał  sprawdzić.  –  „Małpa 
człekokształtna  z  Afryki  Zachodniej  o  niemal  łysej  głowie,  czarnym 
obliczu i łapach” – przeczytał. – Świetne! Wzbogacę swój codzienny 
zasób słów. Bardzo ci dziękuję! 

Po  dziewięciu  rundach  Qwilleran  zwyciężył  czternaście  do 

czterech, bo na ogół Koko wybierał łatwe hasła w rodzaju „oszustwo” 
i „oś” oraz „wręga” i „wrobić”. 

–  Wyszedłeś  z  wprawy  –  uznał  dziennikarz,  a  kot  zareagował 

przeciągłym wrzaskiem wyrażającym oburzenie. 

 
 
 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

Ó

Ó

S

S

M

M

Y

Y

 

 

 
W środę rano Qwilleran i Bunsen pojechali do domu pani Allison 

przy  Merchant  Street.  Dziennikarz  powiedział,  że  ma  nadzieję,  iż 
zastaną tam parę lokatorek. Fotograf stwierdził, że chciałby wykonać 
zdjęcie łóżka z baldachimem – z leżącą na nim jedną z dziewcząt. 

Dom  okazał  się  szkaradztwem  w  stylu  wiktoriańskim  –pieśń 

miłosna  dziewiętnastowiecznego  cieśli  zakochanego  w  swojej 
laubzedze. Został jednak świeżo odmalowany, a w oknach widać było 
dziarskie zasłonki. W drzwiach powitała ich pani Middy, wystrojona 
w swój bezkształtny kapelusik i plisowany kołnierzyk z koronki. 

–  Gdzie  dziewczęta?!  –  zakrzyknął  Bunsen.  –  Proszę  kilka 

przyprowadzić! 

–  Och,  w  ciągu  dnia  ich  nie  ma.  Pracują.  Co  panowie  chcieliby 

zobaczyć? Od czego zaczniemy? 

background image

Lillian Jackson Braun 

52 

– Ja chcę zobaczyć łóżka z baldachimem – rzekł fotograf. 
Weszli do środka. 
Dekoratorka  zaczęła  się  krzątać  dokoła,  poklepując  poduszki  i 

przesuwając popielniczki. W pewnej chwili z głębi domu wyłoniła się 
wymizerowana kobieta. Miała twarz pozbawioną karnacji, a włosy na 
wałkach  przykrywała  siateczka.  Ubrana  była  w  podomkę  w 
przygnębiająco kwietny deseń. 

– Cześć, chłopcy – powiedziała pani Allison przyjaznym tonem. – 

Rozgośćcie się. Otworzyłam kredens, gdybyście chcieli czegoś łyknąć. 

– Za wcześnie na gorzałkę – odparł Bunsen. – Nawet dla mnie. 
–  No  to  może  kawy?  –  spytała.  Odwróciła  się  i  krzyknęła  w  głąb 

domu:  –  Elsie!  Przynieś  kawę!  –  Znów  spojrzała  na  gości.  –  A 
babeczki lubicie? Elsie, przynieś babeczki! 

Z kuchni dobiegła piskliwa, niezrozumiała odpowiedź. 
– To znajdź coś innego! – zawołała pani Allison. 
– Miło tu – rzekł Qwilleran. 
–  Opłaca  się  prowadzić  porządny  dom  noclegowy.  A  pani  Middy 

wie,  jak  urządzić  taki  dom,  żeby  było  wygodnie.  Nie  jest  tania,  ale 
warta wydanych pieniędzy. 

– Dlaczego wybrała pani styl wczesnoamerykański? 
Pani Allison odwróciła się do dekoratorki. 
– Dlaczego wybrałam styl wczesnoamerykański? – spytała. 
– Bo jest swojski i pociągający – odparła pani Middy. – Poza tym 

to część naszego dziedzictwa narodowego. 

–  Może  pan  mnie  tak  zacytować  –  rzekła  pani  Allison  do 

Qwillerana, wykonując zamaszysty gest ręką. Podeszła do kredensu. 
– Na pewno nie chcecie się napić? Ja się pokrzepię. 

Nalała  sobie  żytniej  wódki  i  ze  szklaneczką  w  jednym  ręku,  a 

butelką  w  drugim  ruszyła  za  gośćmi  oprowadzanymi  przez  panią 
Middy.  Qwilleran  notował  informacje  na  temat  wzorów  z  włóczki, 
staroświeckich  miednic  na  szafkach,  które  zastępowały  umywalki, 
oraz  świeczników  w  stylu  królowej  Anny.  Fotograf  zachwycił  się 
figurą dziobową z dawnego statku wiszącą nad kominkiem w salonie 
–  wyrzeźbioną  w  drewnie  syreną  o  obfitym  biuście  i  ułamanym 
nosie, pokrytą łuszczącą się farbą. 

– Przypomina mi dziewczynę, z którą kiedyś chodziłem – rzekł. 
–  Złowiłam  tę  syrenę  i  kazałam  ją  wypchać  –  zażartowała  pani 

Allison. – Szkoda, że nie widzieliście tej, która uciekła. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

53 

– Proszę się przyjrzeć stolikom – odezwała się pani Middy. – Czyż 

nie  są  słodkie?  Mają  lekko  wiktoriański  charakter,  ale  pani  Allison 
nie chciała, żeby wnętrza były nazbyt czyste stylistycznie. 

– Tak, to wszystko jest bardzo eleganckie – powiedział Qwilleran 

do gospodyni. – Pewnie uważnie dobiera pani swoje lokatorki? 

– A żeby pan wiedział! Muszą mieć referencje i przynajmniej dwa 

lata studiów. – Dolała sobie wódki. 

Sypialnie  utrzymane  były  w  soczyście  różowym  kolorze:  różowe 

ściany,  różowe  dywany,  a  nawet  różowe  zasłonki  przy  łóżkach  z 
baldachimem. 

– Uwielbiam ten odcień zieleni! – zakrzyknął Bunsen. 
– Jak dziewczęta reagują na tak dużo różu? – spytał Qwilleran. 
– Uważają, że to ciepły i stymulujący kolor – odparła dekoratorka. 

–  Proszę  zwrócić  uwagę  na  ręcznie  malowane  ramy  luster,  panie 
Qwillum. 

Bunsen  sfotografował  jedną  sypialnię,  salon  i  fragment  jadalni 

oraz  wykonał  zbliżenie  figury  dziobowej.  Do  południa  uwinął  się  z 
pracą. 

–  Proszę  zajrzeć  któregoś  wieczoru,  to  poznacie  panowie  moje 

dziewczęta – powiedziała pani Allison, gdy zaczęli się żegnać. 

– Są jakieś blondynki? – spytał fotograf. 
– Mamy pełny asortyment. 
– No dobra, jak któregoś dnia już pozmywam naczynia i pomogę 

dzieciakom przy lekcjach, to wpadnę do pani na drinka. 

–  Niech  pan  z  tym  nie  zwleka,  bo  nie  ubywa  panu  lat  –

powiedziała wesoło pani Allison. 

Gdy  we  dwóch  zanosili  sprzęt  do  samochodu,  wybiegła  za  nimi 

pani Middy. 

– O mój Boże, o mój Boże! – zakrzyknęła. – Zapomniałam panom 

powiedzieć,  że  pani  Allison  nie  życzy  sobie,  żeby  podawać  jej 
nazwisko i adres. 

– Zawsze podajemy nazwiska – odrzekł Qwilleran. 
– O mój Boże, tego się obawiałam. Ale ona się boi, że dziewczęta 

zaczną  otrzymywać  dziwne  telefony,  jeśli  wydrukujecie  nazwisko  i 
adres. A tego chce uniknąć. 

– Nasza gazeta kieruje się zasadą podawania takich  informacji – 

tłumaczył Qwilleran. – Bez tego artykuł będzie niekompletny. 

– O mój Boże, w takim razie musimy zrezygnować z artykułu. Co 

background image

Lillian Jackson Braun 

54 

za szkoda! 

– Zrezygnować? Nie możemy! Gonią nas terminy. 
–  O  mój  Boże!  No  więc  musicie  opublikować  go  bez  nazwiska  i 

adresu. 

Teraz  pani  Middy  nie  wyglądała  w  oczach  Qwillerana  jak 

kluseczka.  Przypominała  raczej  granitowy  głaz  przystrojony 
kołnierzykiem z koronki. 

–  Nie  masz  wyjścia  –  szepnął  Bunsen.  –  Rób  tak,  jak  chce  ta 

babka. 

– Myślisz, że powinienem? 
– Nie mamy czasu szukać nowego tematu. 
–  Proszę  po  prostu  napisać,  że  to  bursa  dla  dziewcząt  –  poleciła 

pani  Middy.  –  Które  pracują,  to  będzie  dobrze  brzmiało,  nie  sądzi 
pan? No i proszę koniecznie podać, kto zrobił wnętrza w tym domu! 

Gdy odjeżdżali z Merchant Street, Bunsen rzekł: 
– Z nimi wszystkimi nie wygrasz. 
Ta  sentencjonalna  wypowiedź  dodatkowo  przybiła  Qwillerana, 

więc dalej jechali w milczeniu. Wreszcie znów odezwał się fotograf: 

– Dzisiaj rano pochowali panią Tait. 
– Wiem. 
–  Naczelny  wysłał  dwóch  fotografów.  Całkiem  sporo  jak  na 

pogrzeb.  Na  te  międzynarodowe  regaty  w  zeszłym  tygodniu  wysłał 
tylko jednego. 

Bunsen zapalił cygaro, zatem Qwilleran otworzył szeroko okno. 
– Przeprowadziłeś się już do Villa Verandah? Dołączyłeś do elity? 
– Nie, przenoszę się dziś po południu. A wieczorem mam randkę z 

asystentką pani Middy. 

– Oby miała referencje i przynajmniej dwa lata studiów za sobą. 
– Niezła z niej sztuka. W dodatku bystra. 
–  Na  bystre  to  lepiej  uważaj  –  przestrzegł  Bunsen.  –  Z  głupimi 

jest bezpieczniej. 

Po  południu  Qwilleran  wrócił  do  domu,  spakował  dwie  walizki  i 

zadzwonił po taksówkę. Następnie zaczął wpychać Koko do kartonu, 
w  którego  bokach  wybił  dziury.  Można  było  odnieść  wrażenie,  że 
nagle kot ma siedemnaście łap, którymi walczy i stawia opór, a zamęt 
potęgowały jego donośne piskliwe protesty. 

–  Wiem,  wiem!  –  przekrzykiwał  Qwilleran.  –  Ale  nic  na  to  nie 

poradzimy. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

55 

Wreszcie kot o siedemnastu łapach, dziewięciorgu uszach i trzech 

ogonach  znalazł  się  w  kartonie,  karton  zaś  został  zamknięty  i 
obwiązany  sznurkiem.  Koko  szybko  się  uspokoił  w  zacisznym  i 
ciemnym  schronieniu.  Jedyną  oznaką  życia  było  połyskujące  ślepie, 
widoczne w jednym z otworów. 

W  trakcie  jazdy  do  Villa  Verandah  taksówka  w  pewnej  chwili 

odbiła  gwałtownie  w  bok,  żeby  uniknąć  zderzenia  z  autobusem.  Z 
tyłu dobiegł przeraźliwy pisk. 

–  Jezu!  –  wrzasnął  taksówkarz,  nadeptując  z  całej  siły  na  pedał 

gazu. – Co się stało? 

– Nic, to tylko mój kot – rzekł Qwilleran. – Siedzi w pudle. 
–  Rany,  myślałem,  że  przejechałem  przechodnia.  Co  to  za  kot? 

Dziki? 

– Nie, syjamski. One są gadatliwe. 
– A, no tak. Widziałem takie w telewizji. Paskudne skurczybyki. 
Qwillerana  wąsy  zaswędziały  z  oburzenia.  Nigdy  nie  dawał 

hojnych  napiwków,  ale  gdy  tym  razem  płacił  za  kurs,  okazał 
wyjątkowe skąpstwo. 

W windzie Koko miauczał rozdzierająco, ucichł jednak, gdy tylko 

został  wypuszczony  z  kartonu  w  apartamencie  Noytona.  Zastygł  z 
uniesioną  przednią  łapą,  a  całe  mieszkanie  wypełniła  napięta  cisza. 
Następnie poruszył głową w obie strony, przypatrując się otoczeniu. 
Zaczął  stąpać  ostrożnie  po  gładkiej  drewnianej  podłodze.  Powąchał 
skraj  grubego  dywanu  i  wyciągnął  na  próbę  łapę  do  przodu,  lecz 
natychmiast  ją  cofnął.  Potarł  nosem  róg  kanapy,  przyjrzał  się 
rąbkowi draperii i zerknął do kosza na śmieci stojącego obok biurka. 

Qwilleran pokazał kotu, gdzie znajduje się kuweta, i dał mu starą 

zabawkę przypominającą mysz. 

– Poduszka jest na lodówce – oznajmił. – Czuj się jak u siebie. 
Zaterkotał nieznany dzwonek i Koko podskoczył ze strachu. 
–  To  tylko  telefon  –  uspokoił  go  dziennikarz,  podnosząc 

słuchawkę i siadając jak ważniak za biurkiem obitym skórą. 

–  Mam  rozmowę  międzynarodową  dla  pana  Jima  Qwillerana  – 

oznajmił operator staranną angielszczyzną. 

– To ja. Proszę łączyć. 
– Telefon z Kopenhagi. 
W następnej chwili rozbrzmiał głos podekscytowanego Harry'ego 

Noytona. 

background image

Lillian Jackson Braun 

56 

–  Dasz  pan  wiarę?  Jestem  już  w  Kopenhadze!  Jak  tam  sprawy? 

Wprowadził się pan? Urządził? 

– Właśnie wszedłem. Jak lot? 
–  Były  turbulencje  nad  Nową  Fundlandią,  ale  poza  tym  całkiem 

dobrze. Niech pan mi przekazuje korespondencję dopiero wtedy, gdy 
dam  znać.  Będziemy  w  kontakcie.  Za  parę  dni  będę  miał  wielką 
sensację dla pańskiej gazety. 

– Jakaś bomba? 
– Coś fantastycznego! Na razie nie mogę o tym mówić... Dzwonię 

w  innej  sprawie.  Lubi  pan  bejsbol?  W  notesie,  który  leży  w  biurku, 
zostawiłem  dwa  bilety  na  mecz  charytatywny.  Szkoda,  żeby  się 
zmarnowały. Zwłaszcza, że kosztowały trzydzieści dolców sztuka. 

– W sobotę pewnie będę pracował. 
– No to niech pan je da kolegom z redakcji. 
– Jak się panu podoba Kopenhaga? 
– Bardzo tu czysto, schludnie. I mnóstwo rowerów. 
– Kiedy się szykuje ta pańska sensacja? 
–  Najprawdopodobniej  w  ciągu  tygodnia  –  odparł  Noyton.  – 

„Fluxion” będzie miał pierwszeństwo! 

Po  odłożeniu  słuchawki  Qwilleran  zaczął  szukać  notesu;  Znalazł 

go w szufladzie  biurka –  była  to duża,  oprawiona  w  skórę  książka z 
kalendarzem  i  skorowidzem  teleadresowym.  Bilety  wystawiono  na 
26  września  –  miejsca  w  loży  –  i  Qwilleran  zaczął  się  zastanawiać, 
czy  powinien  sam  pójść  na  mecz,  czy  podarować  je  komuś.  Mógłby 
zaprosić  Alacoque  Wright,  wyrwać  się  z  redakcji  w  sobotę  około 
południa... 

– Koko! – warknął. – Odejdź od tego notesu! 
Kot bezgłośnie wdrapał się na biurko i zatopił pazury w skorowidz 

teleadresowy. Chciał rozegrać partię swojej ulubionej gry. Qwillerana 
zaswędziały wąsy. Nie mógł się oprzeć pokusie – otworzył skorowidz 
na stronie, którą wskazał kot. 

Zobaczył  numer  telefonu  niejakiego  doktora  Thomasa  i  dobrze 

znanej  kancelarii  prawniczej  Teahandle,  Burris,  Hansblow,  Maus  i 
Castle. Dwa śmieszne nazwiska: „Mysz” i „Zamek”. 

– Winszuję! – rzekł Qwilleran. – Złapałeś mysz. 
Oprócz  tego  był  numer  maklera  giełdowego  Tappingtona  i 

najdroższej restauracji w mieście o nazwie „Toledo”. A na dole listy 
widniało  nazwisko  „Tait”.  Jednak  nie  „George  Tait”  ani  „Verning 

background image

Kot, który jadał wełnę 

57 

Tait”, ale „Signe Tait”. 

Qwilleran  patrzył  na  zanotowane  w  pośpiechu  nazwisko,  jak 

gdyby  zobaczył  ducha  zmarłej  kobiety.  Dlaczego  Noyton  zapisał 
nazwisko jej, a nie jej męża? Co miał wspólnego wzięty biznesmen z 
nieuleczalnie chorą żoną kolekcjonera zadów? 

Przypomniał  sobie  rozmowę  z  Noytonem  na  przyjęciu  u  Davida 

Lyke'a.  Poruszono  temat  kradzieży  w  domu  Taitów,  ale  biznesmen 
nie wspomniał o swojej znajomości z nieżyjącą panią Tait. A przecież 
ciągle  popisywał  się  znajomościami  z  rozmaitymi  ludźmi,  pani  Tait 
nie była zaś byle kim. 

Qwilleran  zamknął  powoli  notes,  po  czym  otworzył  go  szybko 

ponownie.  Przewertował  kalendarz,  sprawdzając  dzień  po  dniu 
spotkania  Noytona.  Zaczął  od  20  września  i  posuwając  się  wstecz, 
dotarł do 1 stycznia. Nie było żadnych wpisów dotyczących Signe Tait 
ani Muggy Swamp. Ale około 1 września zmienił się kolor atramentu. 
Przez  większą  część  roku  był  niebieski.  Potem  stał  się  czarny.  To 
właśnie  czarnym  atramentem  Noyton  zapisał  numer  telefonu  Signe 
Tait. A to oznaczało, że zrobił to w ciągu ostatnich trzech tygodni. 

 
 

 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

W

W

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Przed  wyjściem  na  spotkanie  z  Alacoque  Wright  Qwilleran 

zatelefonował do Davida Lyke'a, żeby spytać o pogrzeb pani Tait. 

–  Szkoda,  że  pan  nie  przyszedł  –  rzekł  dekorator.  –  Było  tyle 

niebieskiej krwi, że statek mógłby sobie popływać. Stara gwardia. Ci, 
co  znali  jeszcze  tatusia  i  dziadziusia  Taitów.  Nigdy  w  życiu  nie 
widziałem tylu pince–nez i kapelusików w stylu królowej Marii. 

– Jak Tait sobie radził? 
– Chciałbym powiedzieć, że wyglądał blado i mizernie, ale on ma 

taką zdrową czerwoną cerę, że zawsze sprawia wrażenie, jakby przed 
chwilą grał w tenisa. Dlaczego pan nie przyszedł? 

–  Zbierałem  materiały  do  czasopisma.  A  dziś  po  południu 

wprowadziłem się do Noytona. 

– Świetnie, to jesteśmy sąsiadami – rzekł Lyke. – Może wpadnie 

pan  do  mnie  w  sobotę  wieczorem,  to  pozna  pan  Natalie  Noyton? 

background image

Lillian Jackson Braun 

58 

Właśnie przyjechała z Reno. Zaprosiłem parę osób na drinka. 

Qwilleran  przypomniał  sobie  świetnie  zaopatrzony  bufet  Lyke'a, 

toteż  z  ochotą  przyjął  zaproszenie.  Potem  przygotował  pospieszny 
obiad dla Koko – pół puszki czerwonego łososia polanego żółtkiem. 

–  Bądź  grzeczny  –  rzekł.  –  Wrócę  późno,  ale  dam  ci  wtedy  jakiś 

smakołyk. 

Dokładnie  o  szóstej  spotkał  się  pod  zegarem  ratusza  z  Alacoque 

Wright.  Jej  punktualność  przypominała  architektoniczną  precyzję. 
Asystentka pani Middy miała na sobie dziwacznie eklektyczny strój w 
postaci zielonej spódnicy, turkusowej koszulki i niebieskiej pelerynki 
z  plecionki,  przypominającej  Qwilleranowi  siedzenia  krzeseł,  które 
widział gdzieś w zamierzchłej przeszłości. 

–  Sama  ją  zrobiłam  –  pochwaliła  się,  zerkając  na  niego  spod 

kurtyny  połyskliwych  brązowych  włosów,  które  otulały  jej  głowę, 
ramiona i dużą część twarzy. – Z próbek tapicerki. 

Zabrał  ją  na  kolację  do  klubu  prasowego,  choć  był  świadom,  że 

będą  ich  obserwować  stali  bywalcy  przy  barze  i  że  nazajutrz  będzie 
się  tłumaczył  ze  swojej  słabości  do  płci  pięknej.  Musiał  jednak 
wybrać klub prasowy, bo mógł tam zamawiać „na kreskę”, a wypłatę 
miał  dopiero  w  piątek.  Zaprowadził  swoją  wybrankę  –  poprosiła, 
żeby  mówił  jej  Cokey  –  na  piętro,  do  głównej  sali,  gdzie  panowała 
spokojniejsza atmosfera i gdzie podawano bułeczki z makiem. 

–  Może  jakiś  koktajl?  –  spytał.  –  Ja  jestem  abstynentem,  ale 

wezmę sobie wodę sodową z cytryną, żeby dotrzymać ci towarzystwa. 

Cokey spojrzała na niego z zaintrygowaniem. 
– A dlaczego ty nie pijesz? 
– To długa historia, a im mniej o tym mówię, tym lepiej – odparł 

Qwilleran,  wciskając  zapałkę  pod  nogę  stołu.  Wszystkie  stoliki  w 
klubie prasowym obowiązkowo się chybotały. 

– Ja z kolei ćwiczę jogę, więc też nie piję alkoholu. Nie jem mięsa. 

Ale  chętnie  się  napiję  koktajlu  owocowego,  jeśli  zamówisz.  W 
kieliszkach do szampana. 

Gdy  ich  obsłużono,  nalała  odrobinę  koktajlu  do  obu  kieliszków, 

dodała  lemoniady  imbirowej,  a  potem  wyjęła  z  torebki  mały 
drewniany przedmiot. 

–  Noszę  ze  sobą  gałkę  muszkatołową  i  trę  ją  na  świeżo  – 

powiedziała,  zasypując  koktajle  brązową  przyprawą.  –  Gałka 
muszkatołowa stymuluje. Niemcy używają jej do wszystkiego. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

59 

Qwilleran  łyknął  ostrożnie.  Napój  szczypał  w  język.  Przypominał 

samą  Cokey  –  był  chłodnawy  i  łagodny,  z  nieoczekiwanym 
dodatkiem pikantnej nuty. 

– Jak to się stało, że postanowiłaś zostać architektem? 
–  Może  nie  zauważyłeś,  ale  jest  więcej  architektów  o  nazwisku 

Wright niż sędziów o nazwisku Murphy. Najwyraźniej ciągnie nas do 
deski  kreślarskiej.  Ale  samo  nazwisko  o  niczym  nie  przesądza.  – 
Pogłaskała się czule po długich włosach. – Może trzeba przestać się 
użerać i znaleźć sobie męża. 

– To nie powinno być trudne. 
–  Cieszę  się,  że  myślisz  pozytywnie.  –  Zacisnęła  zęby  i  utarła 

więcej  gałki  muszkatołowej  do  swojego  koktajlu.  –  Powiedz  mi,  co 
sądzisz  o  branży  wnętrzarskiej  po  dwóch  tygodniach  życia  w 
aksamitnej dżungli? 

– Ludzie wydają się sympatyczni. 
– To duże dzieci! Żyją w świecie zabawy. – Przez twarz Cokey, a 

raczej  tę  część,  która  była  widoczna,  przemknął  cień.  –  I  tak  jak 
dzieci  potrafią  być  bardzo  okrutni.  –  Popatrzyła  na  drobinki  gałki 
muszkatołowej,  które  przylgnęły  do  jej  pustej  szklanki,  po  czym  jak 
kocica wysunęła różowy język i zaczęła wylizywać szkło do czysta. 

Obok ich stolika przeszedł jakiś mężczyzna. 
– Cześć, Cokey! – rzucił. Gwałtownie podniosła głowę. 
– O, cześć – odparła, wyraźnie speszona. 
– Znasz go? – spytał Qwilleran. 
–  Tak,  poznaliśmy  się  kiedyś.  Zaczynam  być  głodna.  Możemy 

zamówić? 

Przejrzała  menu  i  wybrała  pstrąga  potokowego  udekorowanego 

pietruszką  oraz  małą  sałatkę.  Porównując  jej  szczupłą  figurę  do 
swojej  lekko  brzuchatej  sylwetki,  Qwilleran  zamówił  z  poczuciem 
winy  zupę  fasolową,  duży  stek  i  pieczone  ziemniaki  z  kwaśną 
śmietaną. 

– Jesteś rozwiedziony? – spytała nagle Cokey. 
Skinął głową. 
– To fajnie. Gdzie mieszkasz? 
– Dzisiaj wprowadziłem się do Villa Verandah. – Gdy wybałuszyła 

oczy  ze  zdumienia,  dodał  w  przypływie  szczerości:  –  Apartament 
należy do mojego znajomego, który wyjechał za granicę. 

– Lubisz mieszkać sam? 

background image

Lillian Jackson Braun 

60 

–  Nie  mieszkam  sam  –  odparł  Qwilleran.  –  Mam  kota. 

Syjamskiego. 

– Uwielbiam koty – zapiszczała Cokey. – Jak się wabi? 
Qwilleran  popatrzył  na  nią  rozpromieniony.  Ludzie  lubiący 

zwierzęta zawsze pytają o ich imiona. 

– Oficjalnie ma na imię Kao K'o–Kung, ale na co dzień wołam na 

niego  Koko.  Zanim  go  poznałem,  uważałem  się  za  psiarza.  To 
niebywały  zwierzak.  Pamiętasz  może  to  morderstwo  przy  Blenheim 
Place w zeszłym roku? Koko miał do czynienia z tą sprawą. Gdybym 
ci  opowiedział  o  jego  osiągnięciach  intelektualnych,  tobyś  nie 
uwierzyła. 

– Jeśli chodzi o koty, to uwierzę we wszystko. Są niesamowite. 
– Czasami wydaje mi się, że Koko przewiduje, co ma się wydarzyć. 
– To może być prawda! Ich wąsy to antenki. 
–  Tak  właśnie  słyszałem  –  odparł  Qwilleran,  nieświadomie 

strosząc  swoje  wąsiska.  –  Koko  zawsze  sprawia  wrażenie,  że  wie 
więcej  ode  mnie,  i  potrafi  to  przekazać  w  sposób  inteligentny.  Nie 
znaczy to, że nie zachowuje się jak kot, rozumiesz? A jednak jakimś 
cudem  umie  komunikować  swoje  myśli...  Hm,  nie  potrafię  tego 
dobrze wyjaśnić. 

– Wiem, o co ci chodzi. 
Qwilleran  popatrzył  na  Cokey  z  wdzięcznością.  O  tych  sprawach 

nie mógł rozmawiać z kolegami z redakcji „Fluxion”. Mając za punkt 
odniesienia  swoje  spaniele  i  boksery,  nie  pojmowali  najprostszej 
kwestii dotyczącej kotów. 

W  tej  sferze  swego  życia  Qwilleran  czuł  się  samotnikiem.  Na 

szczęście  Cokey  była  inna.  W  jej  psotnych  zielonych  oczach  pojawił 
się wyraz zrozumienia. 

Ujął jej dłoń – szczupłą i spiczastą – którą bawiła się ziarenkami 

maku z bułeczek. 

–  Słyszałaś,  żeby  kot jadł  pajęczyny?  –  spytał.  – Albo  klej? Koko 

polubił  zlizywanie  kleju  z  kopert.  Jednego  dnia  zjadł  znaczki 
pocztowe za dolara. 

– Ja miałam kiedyś kota, który lubił pić mydliny – odparła Cokey. 

–  Koty  to  indywidualiści.  Czy  Koko  drapie  meble?  To  bardzo 
wspaniałomyślne  ze  strony  tego  znajomego,  że  pozwolił  ci  się 
wprowadzić z kotem. 

–  Koko  drapie  tylko  stary  słownik  –  odpowiedział  Qwilleran  z 

background image

Kot, który jadał wełnę 

61 

dumą w głosie. 

– O, to z niego erudyta! 
– Właściwie ten słownik wcale nie jest stary. To świeże wydanie. 

Facet, który miał Koko przede mną, kupił go sobie, a potem uznał, że 
woli stare wydanie, więc nowy oddał kotu jako drapkę. 

– Podziwiam ludzi, którzy podziwiają koty. 
–  Używamy  tego  słownika  do  gry  –  ciągnął  Qwilleran 

konspiracyjnie  ściszonym  głosem.  –  Koko  ćwiczy  w  ten  sposób 
pazury, a ja poszerzam swoją wiedzę... Ale nie chciałbym, żeby się o 
tym rozniosło po klubie prasowym, rozumiesz? 

Cokey spojrzała na niego rozanielonym wzrokiem. 
–  Uważam,  że  jesteś  cudowny  –  rzekła.  –  Chętnie  zagrałabym 

kiedyś w tę grę. 

Gdy  Qwilleran  wrócił  wieczorem  do  domu,  było  już  późno  i  czuł 

się  zmęczony.  Kobiety  pokroju  Cokey  uświadamiały  mu,  że  nie  jest 
już tak młody jak dawniej. 

Otworzył  drzwi  i  zaczął  po  omacku  szukać  włącznika,  gdy  nagle 

zobaczył dwie czerwone iskierki w zaciemnionym pokoju. Żarzyły się 
nieziemskim światłem. Widział to już wcześniej, ale mimo to zawsze 
odczuwał strach. 

– Koko! – odezwał się. – To ty? 
Zapalił lampę i wtedy tajemnicze iskierki w kocich ślepiach zgasły. 
Kot  zbliżył  się,  wyginając  grzbiet,  ogon  układając  w  znak 

zapytania,  prężąc  wąsy  w  wyrazie  dezaprobaty.  Z  jego  gardła 
dobywały się jednosylabowe skargi. 

– Przepraszam – rzekł Qwilleran. – Myślałeś, że zostawiłem cię na 

zawsze? Nie uwierzysz, ale poszliśmy na spacer. Na długi spacer. To 
właśnie  lubią  robić  architektki  na  randce.  Biorą  mężczyznę  na 
spacer, żeby pooglądać budynki. Jestem skonany! – Opadł na fotel i 
zsunął  buty  bez  rozwiązywania  sznurowadeł.  –  Przez  trzy  godziny 
przyglądaliśmy  się  architekturze:  toporne  zagęszczenie  elementów, 
błędne rozplanowanie, banalny rozkład okien... 

Koko piszczał niecierpliwie obok jego kolan. Qwilleran wziął kota 

na ręce, położył go sobie na ramieniu i pogłaskał po gładkiej sierści. 
Czuł  mięśnie  napięte  pod  skórą.  Koko  wyrwał  się  i  zeskoczył  na 
podłogę. 

– Co się dzieje? – spytał Qwilleran. 
– Miauuu! – zawył kot. 

background image

Lillian Jackson Braun 

62 

Podbiegł  do  hiszpańskiego  kredensu,  w  którym  znajdował  się 

zestaw  stereofoniczny.  Był  to  masywny  rzeźbiony  mebel  stojący  na 
niskich  pękatych  nóżkach.  Koko  zatrzymał  się  przed  kredensem, 
wyciągnął  przednią  łapę  i  usiłował  sięgnąć  nią  pod  spód,  wyginając 
brązowy ogon jak bułat. 

Qwilleran  jęknął  zmęczonym  głosem.  Domyślił  się,  że  kot  zgubił 

swój  gałganek  –  starą  skarpetkę  z  garścią  miętowych  liści, 
przypominającą  mysz.  Zdawał  sobie  również  sprawę,  że  nie  może 
mieć nadziei na sen, dopóki kot nie odzyska zabawki. Rozejrzał się za 
czymś, co  mógłby  wsunąć  pod  kredens.  Szczotka do  zamiatania?  W 
kuchennym  schowku  nie  było  szczotki;  sprzątaczka  najwyraźniej 
przychodziła  z  własnym  sprzętem...  Pogrzebacz  z  kominka?  W  Villa 
Verandah  nie  zamontowano  kominków.  Parasol?  Jeśli  Noyton  ma 
parasol,  to  na  pewno  zabrał  go  ze  sobą  do  Europy...  Wędka?  Kij 
golfowy?  Rakieta  do  tenisa?  Ten  facet  chyba  nie  uprawiał  sportów. 
Szczotka  do  mycia  pleców?  Długa  łyżka  do  butów?  Klarnet? 
Szczudło? 

Z  kotem  przy  nogach,  wydającym  władcze  komendy,  Qwilleran 

rozglądał  się  po  apartamencie.  Z  tęsknotą  myślał  o  różnych długich 
przedmiotach, których mógłby użyć: gałąź, packa na muchy, bat. 

Wreszcie  osunął  się  na  podłogę.  Położył  się  płasko,  sięgnął  pod 

kredens i energicznym ruchem ręki wygarnął monetę, złoty kolczyk, 
pestkę  po  oliwce,  zgnieciony  zwitek  papieru,  parę  kłaków  kurzu  i 
znajomy szary gałganek o nieokreślonym kształcie. 

Koko  dopadł  swojej  myszki,  powąchał  ją  bez  nadmiernego 

zainteresowania i grzmotnął od niechcenia łapą. Uderzona zabawka z 
powrotem  wsunęła  się  pod  kredens.  Kot  oddalił  się  leniwym 
krokiem. Napił się wody i położył spać. 

Qwilleran nie poszedł w jego ślady – popalając fajkę, rozmyślał o 

wielu  sprawach:  o  Cokey  i  koktajlach  z  gałką  muszkatołową,  o 
„Stylowych  Wnętrzach”  i  koronkowym  kołnierzyku  pani  Middy, 
batach i sytuacji w Muggy Swamp. W pewnej chwili wstał, podszedł 
do kosza na śmiecie i wyjął z niego zgnieciony zwitek, który wymiótł 
spod  kredensu.  Widniało  na  nim  pojedyncze  nazwisko:  Arne 
Thorvaldson. Cisnął karteczkę z powrotem do kosza. A złoty kolczyk 
wrzucił  do  szuflady,  w  której  Noyton  przechowywał  spinacze  do 
papieru. 

 

background image

Kot, który jadał wełnę 

63 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

S

S

I

I

Ą

Ą

T

T

Y

Y

 

 

 
Dzień  po  pogrzebie  pani  Tait  Qwilleran  zadzwonił  do  jej  męża  i 

spytał,  czy  może  wpaść,  żeby  oddać  książki  na  temat  zadów. 
Powiedział, że nie lubi długo przetrzymywać pożyczonych rzeczy. 

Tait  wyraził  zgodę  –  głosem,  który  nie  był  ani  oschły,  ani 

przyjazny. Qwilleran wyobraził sobie rozciągnięte w kącikach usta. 

– Skąd pan ma mój numer? – spytał nagle kolekcjoner. Qwilleran 

otarł twarz dłonią. 

–  Chyba...  tak,  tak...  ten  numer  dał  mi  David  Lyke  –  odparł, 

próbując wybrnąć z niezręcznej sytuacji. 

– Zaciekawiło mnie, bo to numer zastrzeżony. 
Odłożył  notes  Noytona  do  biurka,  pogłaskał  Koko  po  głowie  i 

redakcyjnym  samochodem  pojechał  do  Muggy Swamp.  Wiedział,  że 
błądzi  po  omacku,  ale  miał  nadzieję,  że  usłyszy  lub  zobaczy  coś,  co 
potwierdzi  jego  przeczucia  –  jego  mgliste  podejrzenie,  że  kradzież 
kolekcji nie potoczyła się tak, jak wynikało z ustaleń policji. 

Nie  zaplanował  żadnej  konkretnej  strategii  –  postanowił 

zastosować Metodę Qwillerana. W ciągu dwudziestu pięciu lat pracy 
dziennikarskiej  w  całym  kraju  z  powodzeniem  wyciągał  informacje 
od  (określanych  mianem  skrytych)  przestępców,  (nieśmiałych) 
staruszek,  (ostrożnych)  polityków  i  (milkliwych)  kowbojów.  Nie 
zadawał wścibskich pytań. Po prostu kurzył fajkę i raz po raz mruczał 
zachęcające  słówko,  delikatnie  skłaniając  do  wynurzeń,  patrząc  ze 
współczuciem,  które  dodatkowo  uwydatniał  poważny  wyraz  jego 
wąsów. 

Tait,  jak  zwykle  o  zaczerwienionej  twarzy,  w  kolejnej  jedwabnej 

koszuli  sportowej,  wprowadził  go  do  holu.  Qwilleran  zerknął  z 
zaciekawieniem w stronę salonu, ale podwójne drzwi były zamknięte. 

Kolekcjoner zaprosił go do biblioteki. 
–  Podobały  się  panu  książki?  –  spytał.  –  Zaczynają  już  pana 

pociągać żady? Myśli pan, że będzie pan zbierał? 

– Obawiam się, że w obecnej chwili nie stać mnie na tak kosztowe 

hobby  –  odparł  Qwilleran  i  dorzucił  małe  kłamstwo:  –  Wynająłem 
apartament  Harry'ego  Noytona  w  Villa  Verandah.  Dogadzam  sobie, 
ale przez to nie mam ani grosza. 

Tait nie zareagował na wzmiankę o Noytonie. 
–  Może  pan  zacząć  od  skromnej  kolekcji  –  rzekł.  –  Dam  panu 

background image

Lillian Jackson Braun 

64 

kontakt  do  handlarza,  który  lubi  pomagać  początkującym.  Ma  pan 
ten kamyk, który panu dałem? 

–  Noszę  go  przy  sobie  przez  cały  czas!  –  Qwilleran  zabrzęczał 

wymownie zawartością kieszeni. Następnie spytał z poważną miną: – 
Czy pańska żona też się interesowała żadami? 

Taitowi zadrżały kąciki ust. 
–  Niestety,  nigdy  nie  dała  się  porwać  tej  fascynacji,  ale  dla  mnie 

gromadzenie  tych  zbiorów  było  radością  i  pociechą  przez  ponad 
piętnaście lat. Chce pan zobaczyć mój warsztat? 

Gospodarz  poprowadził  gościa  na  tyły  rezydencji  i  dalej  po 

schodach w głąb piwnicy. 

–  To  wielki  dom  –  stwierdził  Qwilleran.  –  Bez  interkomu  chyba 

nie można się obejść? 

–  Przepraszam  za  bałagan  w  warsztacie  –  rzekł  Tait.  –  Powinno 

być czyściej, ale zwolniłem gospodynię. Zamierzam wyjechać. 

–  Pewnie  do  jakiegoś  kraju,  gdzie  są  żady?  –  odparł  Qwilleran  z 

nadzieją w głosie. 

Kolejne pytanie nie doczekało się odpowiedzi. 
–  Widział  pan  kiedyś  lapidarium?  To  dziwne,  ale  kiedy  siedzę  w 

tej kryjówce, kiedy tnę i poleruję kamienie, zapominam o wszystkim. 
Nie  czuję  bólu  pleców  i  jestem  szczęśliwy.  –  Tait  podał 
dziennikarzowi figurkę smoka. – Policja znalazła to przy łóżku Paolo, 
kiedy  przeszukali  jego  pokój.  To  dość  prosty  wzór.  Próbowałem  go 
skopiować. 

– Pewnie jest pan wściekły na tego boya? Tait uciekł spojrzeniem 

w bok. 

– Wściekłością nic się nie zyska – odpowiedział. 
–  Szczerze  mówiąc,  byłem  zszokowany,  gdy  usłyszałem,  że  to  on 

dokonał  kradzieży.  Sprawiał  wrażenie  otwartego,  prostolinijnego 
młodzieńca. 

– Ludzie nie zawsze są tacy, na jakich wyglądają. 
–  A  nie  myślał  pan,  że  Paolo  został  wykorzystany  jako  narzędzie 

przez innych ludzi, którzy to wszystko zaplanowali? 

–  Istnieje  oczywiście  taka  możliwość,  ale  to  mi  nie  zwróci  mojej 

kolekcji. 

– Wie pan – rzekł Qwilleran – mam silne przeczucie, że te zbiory 

się odnajdą. 

–  Chciałbym  podzielać  pański  optymizm  –  mruknął  Tait.  Nagle 

background image

Kot, który jadał wełnę 

65 

dodał z ożywieniem: – A skąd to przeczucie? 

– W naszej redakcji krążą plotki, że policja natrafiła na trop. 
Nie po raz pierwszy Qwilleran świadomie rozsiewał nieprawdziwe 

pogłoski. Na ogół przynosiło to konkretne owoce. 

– To dziwne, bo nic mi o tym nie powiedzieli – rzekł kolekcjoner. 
Ruszyli na górę i dalej do frontowych drzwi. 
–  Może  nie  powinienem  był  o  tym  wspominać...  –  mruknął 

Qwilleran i nagle rzucił zdawkowo: – A ta pańska gospodyni... ? Nie 
przyjęłaby  tymczasowej  pracy,  gdy  pan  wyjedzie?  Mój  kolega 
potrzebuje kogoś do pomocy, bo jego żona jest w szpitalu, a trudno 
znaleźć odpowiedzialną osobę w takim krótkim czasie. 

– Pani Hawkins na pewno szuka zatrudnienia – rzekł Tait. 
– A kiedy będzie pan chciał ją mieć z powrotem? 
– Nie zamierzam jej przyjmować z powrotem. Wprawdzie dobrze 

wykonuje swoje obowiązki, ale ma niełatwy charakter. 

–  Jeśli  więc  pan  pozwoli,  chętnie  przekazałbym mojemu  koledze 

numer jej telefonu. 

Tait wszedł do biblioteki i zapisał numer na skrawku papieru. 
–  Dam  panu  też  namiary  na  tego  handlarza  zadów  w  Chicago  – 

powiedział. – Na wypadek, gdyby się pan namyślił. 

Gdy  mijali  salon,  Qwilleran  zerknął  pożądliwie  na  zamknięte 

drzwi. 

– Czy Paolo uszkodził gabloty przy otwieraniu? – spytał. 
–  Nie,  skądże,  nie  ma  żadnych  uszkodzeń.  Przynajmniej  tyle...  – 

mruknął smętnie Tait. – Chciałbym, aby żady skradł ktoś, kto darzy 
je miłością. 

Qwilleran  odjeżdżał  z  Muggy  Swamp  w  poczuciu,  że  zmarnował 

ranek i dwa galony redakcyjnej benzyny. A mimo to przez całą wizytę 
czuł swędzenie pod wąsami. Jakby wyczuwał fałsz w postawie Taita. 
Kolekcjoner  powinien  być  smutniejszy,  zrozpaczony.  No  i  te 
melodramatyczne słowa na pożegnanie: „Chciałbym, aby żady skradł 
ktoś, kto darzy je miłością”. 

– Kiepski z ciebie aktor, bracie! – zakrzyknął na głos Qwilleran w 

samochodzie. 

Poranne godziny spędzone na dociekaniu prawdy tylko zaostrzyły 

jego  ciekawość.  W  następnej  kolejności  wybrał  się  więc  tam,  gdzie 
miał nadzieję znaleźć odpowiedzi na parę nurtujących go pytań – do 
ZASZP–u przy River Street. 

background image

Lillian Jackson Braun 

66 

Była to nietypowa okolica jak na studio wnętrzarskie. Wyróżniało 

się  ono  schludnością  na  tle  obskurnych  sklepów  z  artykułami 
sanitarnymi i używanymi kasami. 

W  witrynie,  na  kuchennej  ceracie  w  deseń  w  różowe  kotki, 

wystawiono  oferowane  przedmioty:  wazony  ze  strusimi  piórami, 
kawałki  odłupanego  betonu  pomalowane  na  fosforyzujące  kolory 
oraz  misy  z  jajami  ozdobionymi  cekinami.  Do  wszystkiego 
doczepiono małe, wytworne metki z cenami godnymi ekskluzywnego 
butiku: pięć dolarów za jajko, piętnaście za odłamki betonu. 

Qwilleran  wmaszerował  do  studia  (klamka  przy  drzwiach  była 

małą  kopią  Statuy  Wolności),  a  jego  wejście  zapowiedział  dzwonek, 
który odegrał cztery nuty z piosenki Ale mnie suszy. Zza składanego 
parawanu  wykonanego  ze  starych  okładek  „Reader's  Digest” 
natychmiast  wyłonił  się  genialny  właściciel  tego  przybytku  –  Bob 
Orax,  pośród  swoich  tandetnych  artykułów  wyglądający  na  jeszcze 
bardziej  wymuskanego  niż  zwykle.  Dokoła  były  papierowe  kwiaty 
pod  szkłem,  popielniczki  udekorowane  banderolami  po  cygarach  i 
świeczniki  z  rogów  wołu  ustawione  na  serwetkach  zrobionych  na 
szydełku. Całą jedną ścianę wyłożono mozaiką z kapsli po butelkach. 
Inne  upiększono  reklamami  z  supermarketów  i  papierkami  po 
batonikach oprawionymi w złote ramki. 

– A więc to jest pański interes – odezwał się Qwilleran. – Kto to 

kupuje? 

–  Zaplanowana  Szpetota  przemawia  do  tych,  którzy  są  znudzeni 

tradycyjnym  pięknem,  znużeni  tradycyjnym  gustem  i  zmęczeni 
tradycyjną  funkcją  –  odparł  Orax  raźno.  –  Ludzie  nie  wytrzymują 
zbyt dużej dawki piękna. To wbrew naszej naturze. Ten nowy ruch to 
bunt  wyrafinowanego  intelektualisty.  Przeciętny  klient  z  klasy 
średniej oczywiście to odrzuca. 

– Czy pan projektuje wnętrza w tym stylu? 
–  Jak  najbardziej!  Zrobiłem  pokój  poranny  dla  jednego  klienta, 

łącząc  Przesadną  Depresję  z  Nowoczesnością  Na  Zamówienie. 
Bardzo  efektowne.  Jedną  ścianę  wyłożyłem  blachą  falistą  ze  starej 
szopy  na  narzędzia,  zachowując  oryginalną  rdzę.  Kolorystyka  to 
cynamon i pasternak z akcentami kopru. 

Qwilleran  przyjrzał  się  ekspozycji  popielniczek  wykonanych  z 

pułapek na myszy. 

–  To  są  małe  artykuły  butikowe  dla  klientów  kierujących  się 

background image

Kot, który jadał wełnę 

67 

impulsem  –  rzekł  Orax  i  dodał  z  krzywym  uśmiechem:  –  Mam 
nadzieję,  że  pan  rozumie,  iż  ja  nie  jestem  emocjonalnie 
zaangażowany w ten trend. Wymaga on wprawdzie pewnego stopnia 
koneserstwa,  ale  ja  się  tym  zajmuję  głównie  po  to,  żeby  zarobić  na 
życie, jeśli wolno mi zacytować Szekspira. 

Qwilleran rozglądał się przez chwilę, po czym rzekł: 
–  Miło  było  u  Davida  w  poniedziałek.  Słyszałem,  że  urządza 

kolejne przyjęcie w sobotę. Dla pani Noyton. 

– Mnie zabraknie – odparł Orax z żalem w głosie. – Matka wydaje 

kolację,  a  jak  nie  będę  pod  ręką,  żeby  przyrządzać  drinki,  to  goście 
się  zorientują,  jak  paskudnie  gotuje.  Matka  nie  urodziła  się  do 
fartucha...  Na  pewno  spodoba  się  panu  Natalie  Noyton.  Jest 
zachwycająca jak wielki puchar lodowy. 

Qwilleran  bawił  się  różowym  flamingiem  z  plastiku,  w  którym 

zamontowana była żaróweczka. 

– Czy Noytonowie i Taitowie bardzo się przyjaźnili? – spytał. 
Orax zrobił zdziwioną minę. 
–  Wątpię,  żeby  obracali  się  w  tych  samych  kręgach  – 

odpowiedział. 

– Ach tak? – mruknął Qwilleran niewinnie. – Wydawało mi się, że 

słyszałem, że Harry Noyton znał panią Tait. 

–  Naprawdę?  –  Brwi  na  twarzy  Oraxa  przesunęły  się  jeszcze 

wyżej. – Pasują do siebie jak pięść do nosa. Gdyby  to byli Georgie i 
Natalie,  miałoby  to  więcej  sensu.  Matka  mówi,  że  Georgie  był 
dawniej  kobieciarzem.  –  Zobaczył,  że  dziennikarz  przygląda  się 
chromowanym miskom. – To dekle samochodowe z 1959 roku, teraz 
bardzo  poszukiwane  jako  salaterki  i  podstawki  do  aranżacji 
kwiatowych. 

– Od jak dawna pani Tait była przykuta do wózka inwalidzkiego? 
– Matka mówi, że to się wydarzyło po tym skandalu, czyli z jakieś 

szesnaście,  może  osiemnaście  lat  temu.  Ja  wtedy  studiowałem  w 
Princeton,  więc  mnie  tu  nie  było,  ale  o  ile  się  orientuję,  wybuchła 
niezła afera i Siggy natychmiast potem zachorowała. 

Qwilleran pogładził się po wąsach i odchrząknął. 
– Afera? Jaka afera? Dekorator zamrugał oczami. 
– Och, to pan nic nie wie? To była gorsząca sprawa. Powinien pan 

sprawdzić w waszych archiwach. Jestem pewien, że „Fluxion” o tym 
pisał.  –  Wziął  do  ręki  miotełkę  z  piór  i  zaczął  odkurzać  drobne 

background image

Lillian Jackson Braun 

68 

przedmioty  ułożone  na  tacy.  –  Te  medaliki  to  prawdziwe  cacka  z 
pudełek  po  orzeszkach.  Z  około  1930  roku  –  wyjaśnił.  –  Porządna 
blacha.  Cieszą  się  wzięciem.  Klienci,  którzy  znają  się  na  rzeczy, 
kupują to jako inwestycję. 

Qwilleran  pojechał  szybko  do  redakcji  i  poprosił  archiwistkę  o 

materiały na temat rodziny Taitów. 

Poruszając  się  krokiem  lunatyczki,  kobieta  bez  słowa  znikła 

między  rzędami  wysokich  szarych  szaf  kartotekowych.  Po  chwili 
wróciła z pustymi rękoma. 

– Nic nie ma – oznajmiła. 
– Ktoś zabrał te materiały? 
– Nie wiem. 
– Jeśli ktoś je zabrał, to proszę sprawdzić, kto to był – powiedział 

Qwilleran z niecierpliwością w głosie. – Musiał się przecież podpisać. 

Kobieta się oddaliła. Wkrótce wróciła, ziewając. 
– Nikt się nie podpisał. 
– No to gdzie są te materiały?! – wrzasnął Qwilleran. – Na pewno 

coś jest o tak znanej rodzinie. 

Zza rzędu szafek wysunęła się inna archiwistka. Wyciągnęła się na 

palcach i krzyknęła: 

–  Chodzi  panu  o  G.  Verninga  Taita?!  Mamy  dużą  teczkę. 

Funkcjonariusz  policji  ją  tutaj  przeglądał.  Chciał  to  zabrać  do 
komendy, ale powiedziałyśmy mu, że materiałów nie wolno wynosić 
z budynku. 

– No to pewnie ją jednak zwędził – rzekł Qwilleran. – Niektórzy z 

tych gliniarzy to nieźli cwaniacy... Gdzie pani szef? 

– Ma dzisiaj wolne – odparła pierwsza archiwistka. 
–  To  proszę  mu  powiedzieć,  żeby  odebrał  te  materiały  z  policji. 

Zapamięta pani? 

– Co mam zapamiętać? 
– Nieważne, napiszę mu notatkę. 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

J

J

E

E

D

D

E

E

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
W  sobotnie  popołudnie  Qwilleran  zabrał  Alacoque  Wright  na 

background image

Kot, który jadał wełnę 

69 

mecz. Przez całą drogę wysłuchiwał jej opinii na temat bejsbolu. 

–  Oczywiście  podstawowy  wydźwięk  tego  sportu  ma  charakter 

erotyczny  –  mówiła.  –  No  wiesz,  cały  ten  symbolizm  i  zmysłowe 
ruchy. 

Miała na sobie strój uszyty z kapy na łóżko. 
–  Pani  Middy  zamówiła  ją  na  królewskie  łoże  –  wyjaśniła.  – 

Okazała się za mała, więc zrobiłam z niej ubranie. 

Był 

to 

zielony 

sztruks 

nieregularnych 

prążkach 

przypominających maszerujące stonogi. 

–  Bardzo  gustowne  –  stwierdził  Qwilleran.  Cokey  podrzuciła 

kaskadę włosów. 

– Nie taki był mój zamysł – odparła. – Miało być seksowne, a nie 

gustowne. 

Po  obiedzie  w  restauracji  (ona  zamówiła  odnóża  krabowe  i 

duszone śliwki; on dogodził sobie mięsem) dziennikarz rzekł: 

–  Jesteśmy  zaproszeni  dziś  wieczorem  na  przyjęcie.  Zamierzam 

zrobić  coś  głupiego,  a  mianowicie  przedstawię  cię  młodemu 
mężczyźnie,  któremu  podobno  nie  potrafi  się  oprzeć  żadna  kobieta 
bez względu na wiek, wygląd i kształty– 

–  Nie  martw  się  –  odparła,  radośnie  ściskając  go  za  rękę.  –  Ja 

wolę starszych facetów. 

– Nie jestem znowu taki stary... 
– Ale jesteś dojrzały. To ważne dla kogoś takiego jak ja. Do Villa 

Verandah  pojechali  taksówką,  trzymając  się  za  ręce.  Przy  wejściu 
powitał ich entuzjastycznie portier, któremu przewidujący Qwilleran 
dał  wcześniej  napiwek.  Jak  na  standardy  panujące  w  tym 
apartamentowcu nie był to wygórowany datek, jednak  dzięki niemu 
dziennikarz zaskarbił sobie chwilową usłużność mężczyzny ubranego 
jak dziewiętnastowieczny pruski generał. 

Gdy  wmaszerowali  do  eleganckiego  holu  –  wszędzie  biały 

marmur,  tafle  szkła  i  stal  nierdzewna  –  Cokey  pokiwała  głową  z 
aprobatą.  Nagle  stała  się  milkliwa.  Gdy  weszli  do  windy,  Qwilleran 
przytulił czule swoją towarzyszkę. 

Drzwi  do  apartamentu  Davida  Lyke'a  otworzył  ubrany  na  biało 

Azjata.  Na  widok  Qwillerana  w  jego  oczach  zapaliły  się  iskierki 
sympatii.  Czy  ktoś  mógłby  zapomnieć  te  wąsy?  W  następnej  chwili 
zbliżył  się  gospodarz,  od  razu  roztaczając  swój  męski  urok.  Cokey 
wsunęła rękę pod ramię Qwillerana. Poczuł, że uścisnęła go mocniej, 

background image

Lillian Jackson Braun 

70 

gdy  Lyke  odezwał  się  swym  głębokim  głosem,  patrząc  spod 
opadających powiek. 

Apartament roił się od gości – klienci Lyke'a rozmawiali o swych 

psychoanalitykach,  a  koledzy  po  fachu  dyskutowali  o  wystawie 
hiszpańskich  mebli  w  muzeum  i  nowej  restauracji  w  greckiej 
dzielnicy. 

– Pokazują tam wprost cudowne siedemnastowieczne vargueno. 
–  Ta  restauracja  przypomina  tę  małą  knajpkę  w  Atenach 

niedaleko Akropolu. No wiesz. 

Qwilleran zaprowadził Cokey do bufetu. 
–  W  towarzystwie  dekoratorów  czuję  się  jak  w  wymyślonym 

świecie  –  rzekł.  –  Nigdy  nie  rozmawiają  o  niczym  poważnym  ani 
nieprzyjemnym. 

–  Bo  oni  mają  tylko  dwa  zmartwienia  w  życiu:  desenie 

wychodzące  z  produkcji  i  spóźnione  dostawy  –  odparła.  – 
Prawdziwych problemów nie znają. – Wykrzywiła pogardliwie usta. 

– Hm, taka ocena wydaje mi się bardzo osobista. Podejrzewam, że 

rzucił cię kiedyś jakiś dekorator. 

–  Może  nie  jeden.  –  Speszona,  wygładziła  swoje  długie  włosy.  – 

Spróbujmy tych paluszków krabowych. Mają dużo pieprzu. 

Chociaż  niedawno  zjedli  obfity  posiłek,  Qwilleran  chętnie 

skosztował  sałatki  z  homara,  chrupkich  brązowych  kartofelków 
doprawionych  czosnkiem,  pasków  wołowiny  z  imbirem  na 
bambusowych  szpikulcach  i  ciepłego  chleba  kukurydzianego  z 
szynką.  Miał  dobre  samopoczucie.  Spojrzał  z  zadowoleniem  na 
Cokey.  Podobał  mu  się  jej  charakter,  lekko  prowokatorska  twarz 
wyglądająca spod kurtyny włosów i źrebięcy urok jej figury. 

Potem  zerknął  przez  ramię  w  kierunku  salonu  i  nagle  Cokey 

wydała mu się całkiem przeciętną kobietą. 

Bo przybyła Natalie Noyton. 
Żona  Harry'ego  Noytona  była  kobietą  o  pełnych  kształtach,  z 

wyjątkiem  niesłychanie  wąskiej  talii  i  smukłych  łydek.  Miała  ładną 
twarz  –  niczym  brzoskwinka  –  i  bujne  włosy  brzoskwiniowego 
koloru. 

–  Jak  ci  się  podobało  na  Dzikim  Zachodzie,  Natalie?  –  spytał 

jeden z dekoratorów. 

– Niezbyt się rozglądałam – odparła cichym, wysokim głosem. – 

Siedziałam  w  pokoju  w  Reno  i  pracowałam.  Zrobiłam  igłą  jeden  z 

background image

Kot, który jadał wełnę 

71 

tych włochatych duńskich dywanów. Czy ktoś chciałby kupić ręcznie 
wykonany dywan w kolorze kakao i selerowej zieleni? 

– Przybrałaś na wadze, Natalie. 
–  Poważnie?  Przecież  jadłam  tylko  masło  orzechowe.  Uwielbiam 

masło orzechowe, które chrzęści w zębach. 

Miała na sobie kreację dobraną pod kolor włosów – suknię z luźno 

utkanej wełny ze złotymi wstawkami. Do tego narzuconą na ramiona 
etolę z długą pomarszczoną koronką. 

Cokey  zlustrowała  ten  strój  krytycznym  okiem  i  rzekła  do 

Qwillerana: 

–  Ona  chyba  sama  to  wydziergała  w  przerwie  między  jedzeniem 

kolejnych  kanapek  z  masłem  orzechowym.  Ładniejsze  byłoby  bez 
tych metalowych nitek. 

– Jak architekci nazywają ten kolor? – spytał dziennikarz. 
– Ja bym powiedziała, że to żółtawy róż o niskim nasyceniu barwy 

i średnim połysku. 

–  A  dla  wnętrzarza  to  krem  z  marchewki  –  powiedział  –  albo 

suflet ze słodkich ziemniaków. 

Gdy Natalie przywitała się ze wszystkimi znajomymi, odebrawszy 

komplementy,  powinszowania  lub  drobne  przytyki,  David  Lyke 
podprowadził ją do Qwillerana i Cokey. 

–  „Daily  Fluxion”  byłby  zainteresowany  pokazaniem  twojego 

domu w górach – powiedział. – Co myślisz? 

– A ty byś tego chciał, Davidzie? 
– To twój dom, skarbie. Ty decydujesz. 
– Wyprowadzam się stamtąd, gdy tylko znajdę sobie pracownię – 

zwróciła  się  do  Qwillerana.  –  A  wtedy  mój  mąż,  a  właściwie  już 
prawie eks–mąż, sprzeda dom. 

– Słyszałem, że dom jest naprawdę wyjątkowy. 
–  Jest  fantastyczny.  Po  prostu  fantastyczny!  David  ma  ogromny 

talent. – Natalie spojrzała z uwielbieniem na dekoratora. 

–  Poprawiłem  parę  błędów,  które  popełnił  architekt  –  wyjaśnił 

Lyke.  –  I  zmieniłem  okna,  żeby  można  było  powiesić  draperie. 
Natalie sama je utkała. To dzieło sztuki. 

–  Posłuchaj,  słoneczko,  jeśli  to  pomoże,  to  zgódźmy  się  na  ten 

artykuł w gazecie – zaproponowała. 

– Albo pozwólmy panu Qwilleranowi przynajmniej go zobaczyć. 
–  No  właśnie  –  rzekła  Natalie.  –  Może  w  poniedziałek  rano?  Bo 

background image

Lillian Jackson Braun 

72 

po południu jestem umówiona u fryzjera. 

– Ma tam pani swój warsztat tkacki? – spytał Qwilleran. 
–  O  tak!  Dwa  duże  krosna  i  jedno  małe.  Na  punkcie  tkania 

dostałam  hopla.  Davidzie,  słońce  ty  moje,  pokaż  im  ten  sportowy 
płaszcz, który dla ciebie zrobiłam. 

Lyke zawahał się na ułamek sekundy. 
–  Mmm,  skarbie,  akurat  jest  w  pralni  –  odparł.  Później  rzekł 

szeptem do Qwillerana: 

– Powodowany przyjaźnią, biorę czasem coś, co ona zrobi, ale jej 

rzeczy  pozostawiają  wiele  do  życzenia.  Jest  amatorką  pozbawioną 
gustu i talentu, zatem niech pan w swoim artykule nie pisze za dużo 
o tym jej tkaniu. 

Wieczór  wyglądał  tak  jak  zwykle  na  imprezach  u  Lyke'a: 

znakomicie  zaopatrzony  bufet,  nieograniczona  obfitość  trunków, 
muzyka  taneczna  grana  odrobinę  za  głośno  i  dziesięć  toczących  się 
równocześnie  rozmów.  Przyjęcie  było  udane,  jednak  Qwilleran  czuł 
się  zaniepokojony  ostatnimi  słowami  Lyke'a.  Przy  pierwszej 
sposobności poprosił Natalie do tańca i powiedział: 

– Słyszałem, że zamierza pani profesjonalnie zająć się tkactwem. 
– Tak, chcę robić konkretne rzeczy na zamówienia dekoratorów – 

odparła  piskliwym  głosem,  który  brzmiał  bezbronnie  i  żałośnie.  – 
David uwielbia moje dzieła. Mówi, że załatwi mi mnóstwo klientów. 

Miała  pełną  figurę,  a  migocząca  suknia  z  wełny  była  rozkosznie 

miła  w  dotyku  –  z  wyjątkiem  miejsc,  w  których  tkaninę  przeplatały 
złote nitki. 

Natalie  trajkotała  w  tańcu,  Qwilleran  zaś  rozmyślał.  Jeśli  ta 

kobieta buduje swoją karierę na poparciu Lyke'a, to czeka ją niemiła 
niespodzianka.  Powiedziała,  że  szuka  pracowni,  że  jej  kuzyn  jest 
dziennikarzem,  że  uwielbia  wędzone  ostrygi,  a  balkony  w  Villa 
Verandah  są  nazbyt  wystawione  na  wiatr.  Qwilleran  wyznał,  że 
właśnie  wprowadził  się  do  apartamentowca,  nie  zdradził  jednak, 
czyje mieszkanie zajął. Zaczął się zastanawiać, czy uda mu się wziąć z 
bufetu parę smakołyków dla Koko. 

– Och, ma pan kota? – zapiszczała Natalie. – Lubi homary? 
–  Lubi  wszystko,  co  jest  drogie.  Podejrzewam,  że  umie  czytać 

metki z cenami. 

– No to niech pan go tutaj przyniesie. Damy mu trochę homara. 
Qwilleran  wątpił,  czy  hałaśliwy  tłum  przypadnie  Koko  do  gustu, 

background image

Kot, który jadał wełnę 

73 

chciał się jednak pochwalić swoim pięknym kotem, więc poszedł do 
apartamentu  Noytona.  Kot  drzemał  na  lodówce  –  w  pozycji 
wyrażającej  całkowite  rozluźnienie  wylegiwał  się  brzuchem  do  góry 
na swojej ulubionej poduszce, z jedną przednią łapą wystawioną do 
przodu, drugą położoną na uszach. Zerknął na Qwillerana od dołu, z 
obłąkanym  błyskiem  na  wpół  przymkniętych  ślepi,  wystawiając  na 
wierzch koniuszek różowego języka. 

–  Wstawaj  –  rozkazał  dziennikarz  –  bo  wyglądasz  jak  kretyn. 

Idziemy na przyjęcie. 

Kot  zdążył  przybrać  pozę  pełną  godności,  nim  niosący  go  na 

ramieniu  Qwilleran  przestąpił  próg  apartamentu  Davida  Lyke'a.  Na 
jego  widok  hałas  wzmógł  się  do  ogłuszającego  crescendo,  a  potem 
zapadła cisza. Koko rozejrzał się dokoła z iście królewską wyższością, 
niczym  władca  łaskawie  dopuszczający  poddanych  przed  swoje 
oblicze.  Nie  mrugnął  okiem  i  nie  poruszył  choćby  jednym  wąsem. 
Brązowe  uszy  kontrastowały  pięknie  z  jaśniejszym  tułowiem,  sierść 
miała  tak  subtelne  odcienie,  a  szafirowe  ślepia  tak  czystą  elegancję, 
że  przy  nim  goście  Davida  Lyke'a  wyglądali  na  przesadnie 
wystrojonych. 

Wreszcie  ciszę  przerwał  pierwszy  okrzyk  i  wszyscy  rzucili  się,  by 

pogłaskać jedwabistą sierść. 

– Rany, myślałbyś, że to gronostaj! 
– Po powrocie do domu wyrzucam moje norki. 
Koko  cierpliwie  przyjmował  oznaki  uwielbienia,  zachowując 

postawę  pełną  wyższości  –  póki  nie  odezwała  się  do  niego  Natalie. 
Wtedy wyciągnął szyję i powąchał jej wyprostowany palec. 

– Ojej, czy mogę go potrzymać? – spytała. 
Ku zdziwieniu Qwillerana kot z ochotą wsunął się w jej ramiona, 

zagnieżdżając  się  wśród  fałd  wełnianej  etoli,  wąchając  w  wielkim 
skupieniu kobiece ciało i mrucząc głośno. 

Cokey odciągnęła Qwillerana na bok. 
–  Zaraz  się  wścieknę  –  rzekła.  –  Kiedy  pomyślę,  ile  trudu  sobie 

zadaję,  żeby  utrzymać  szczupłą  figurę,  mieć  proste  włosy  i  nauczyć 
się  rozmów  w  towarzystwie!  A  potem  nagle  ona  wchodzi, 
wyfiokowana i piętnaście kilo za gruba, i wszyscy dostają szmergla na 
jej punkcie, nie wyłączając tego kota! 

Biedna Cokey, pomyślał Qwilleran, doznając współczucia. I czegoś 

jeszcze... 

background image

Lillian Jackson Braun 

74 

– Nie powinienem trzymać tutaj Koko zbyt długo, bo jest za dużo 

obcych ludzi – powiedział. – Może dostać od tego rozstroju żołądka. 
Chodźmy z powrotem do 15–F, to zobaczysz mój apartament. 

–  Przyniosłam  tarkę  i  gałkę  muszkatołową  –  oznajmiła.  –  Masz 

krem i lemoniadę imbirową? 

Wyplątał  Koko  z  objęć  wniebowziętej  Natalie.  Poszli  długim 

półkolistym korytarzem. Gdy otworzył drzwi, Cokey zastygła w progu 
z wrażenia, a potem wbiegła do środka, rozkładając szeroko ręce. 

– To wspaniałe! – zakrzyknęła. 
– Harry Noyton nazywa to Skandynowium. 
– Zielony fotel jest duński, tak samo jak parkiet – oceniła Cokey. 

– Tamte krzesła są fińskie. Ale cały apartament wygląda jak Panteon 
Sław  Sztuki  Wzorniczej:  Bertoia,  Wegner,  Aalto,  Mies,  Nakashima! 
To  jest  zbyt  cudowne!  Nie  wytrzymam.  –  Osunęła  się  na 
wymoszczoną  poduszkami  zamszową  kanapę  i  ukryła  twarz  w 
dłoniach. 

Qwilleran  wrócił  z  kieliszkami  do  szampana,  napełnionymi 

kremowym  napojem.  Cokey  z  poważną  miną  starła  gałkę 
muszkatołową na spienioną powierzchnię drinków. 

–  Zdrowie  mojej  ulubionej  dziewczyny  –  powiedział,  podnosząc 

kieliszek.  –  Zdrowie  szczupłej  i  elokwentnej  Cokey  o  prostych 
włosach. 

–  No,  już  czuję  się  lepiej  –  rzekła.  Zsunęła  buty  i  zagłębiła  palce 

stóp we włosie dywanu. 

Qwilleran  zapalił  fajkę  i  pokazał  jej  nowy  numer  „Stylowych 

Wnętrz”  –  ze  zdjęciem  salonu  pani  Allison  na  okładce.  Zaczęli 
rozmawiać  o  wyzywających  różowych  i  czerwonych  odcieniach 
wystroju, o piersiastej figurze dziobowej oraz zaletach i wadach łóżek 
z baldachimem i firankami po bokach. 

Koko  usiadł  na  stoliku,  odwracając  się  wymownie  tyłem, 

ignorując  rozmowę.  Jego  wygięty  ogon,  z  uniesionym  końcem,  był 
wyrazem pogardy, ale nastroszone uszy podsłuchiwały. 

– Ej, Koko – zwróciła się do niego kobieta. – Nie lubisz mnie? 
Ani drgnął. Nie poruszył choćby jednym wąsem. 
– Miałam kiedyś rudawego kota o imieniu Frankie – powiedziała 

Cokey ze smutkiem w głosie. – Ciągłe noszę jego zdjęcie w torebce. – 
Wyjęła plik fotografii i wizytówek, przejrzała wszystkie na kanapie i z 
dumą pokazała zdjęcie puchatego rudawego kocura. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

75 

– Jest nieostre i trochę wyblakło, ale tylko to mi  po nim zostało. 

Dożył piętnastu lat. Rodzice nieznani, choć... 

– Koko! – krzyknął Qwilleran. – Zjeżdżaj stamtąd! 
Kot  wdrapał  się  niepostrzeżenie  na  kanapę  i  zaczął  lizać  małą 

błyszczącą fotografię przedstawiającą jakiegoś mężczyznę. 

– Och! – westchnęła Cokey i chwyciła zdjęcie. Wsunęła je szybko 

do torebki, lecz Qwilleran zdążył dostrzec twarz. Zmarszczył brwi w 
wyrazie  dezaprobaty,  ona  tymczasem  mówiła  dalej  o  kotach,  trąc 
gałkę muszkatołową do kieliszków. 

–  Powiedz  mi  teraz  o  swoich  wąsach  –  poprosiła.  –  Pewnie 

zdajesz sobie sprawę, że są szałowe? 

–  Wyhodowałem  je  w  Wielkiej  Brytanii  podczas  wojny  –  odparł 

Qwilleran. – Jako kamuflaż. 

– Podobają mi się. 
Ucieszył  się,  że  nie  spytała:  „Podczas,  której  wojny?”  –  jak  to 

czasem robiły młode kobiety. 

– Prawdę mówiąc – ciągnął – boję się je zgolić. Mam wrażenie, że 

działają  jak  antena,  że  dzięki  nim  wychwytuję  pewne  niuanse,  na 
przykład ukrytą prawdę albo zbliżające się wydarzenia. 

– To cudowne. Tak jak kocie wąsy. 
–  Na  ogół  nie  mówię  o  tym  nikomu.  Nie  chciałbym,  żeby  o  tym 

gadano. 

– Rozumiem twoje racje. 
– Ostatnio mam pewne przeczucia dotyczące włamania do domu 

Taitów. 

– Nie złapali jeszcze sprawcy? 
–  Chodzi  ci  o  tego  boya,  który  podobno  dokonał  kradzieży?  To 

właśnie mam na myśli. Uważam, że to nie on. 

Cokey wybałuszyła oczy. 
– Masz na to jakieś dowody? Qwilleran zmarszczył czoło. 
–  W  tym  problem  –  mruknął.  –  Nie  mam  niczego  oprócz 

cholernych  przeczuć.  Ale  boy  nie  pasuje  do  tej  roli,  poza  tym  czas 
dokonania kradzieży jest dziwny. Moje podejrzenia budzi G. Verning 
Tait. Czy słyszałaś coś o skandalu w jego rodzinie? 

Pokręciła głową. 
– No tak, jesteś za młoda – rzekł. Cokey zerknęła na zegarek. 
– Robi się późno – stwierdziła. – Muszę wracać do domu. 
– Może jeszcze jeden drink? – zasugerował Qwilleran. 

background image

Lillian Jackson Braun 

76 

Podszedł do świetnie zaopatrzonego barku. Z małej lodówki wyjął 

krem i lemoniadę imbirową. 

Cokey  zaczęła  się  przechadzać  dokoła,  podziwiając  pokój  ze 

wszystkich stron. 

–  Piękne  linie  i  kompozycje  –  powiedziała  z  zachwytem.  –  I 

bardzo mi się podoba gra faktur: to aksamitne, tamto gładkie, tamto 
wełniste, włochate. No i ten dywan. Ubóstwiam go! 

Rzuciła  się  na  miękki  dywan.  Upadła  jak  w  ekstazie,  z 

rozłożonymi  na  bok  rękami,  a  Qwilleran  gwałtownie  czesał  palcami 
wąsy. Leżała nieświadoma, że kot się zbliża. Wyginając ogon do dołu 
jak hak, Koko skradał się na ugiętych łapach, po kosmatym dywanie 
niczym dziki drapieżnik w dżungli. A potem skoczył! 

Cokey wrzasnęła i usiadła prosto. 
– Ugryzł mnie! Ugryzł mnie w głowę! 
Qwilleran rzucił się na pomoc. 
– Zrobił ci krzywdę? Przeciągnęła dłonią po włosach. 
–  Nie,  właściwie  to  mnie  nie  ugryzł.  Po  prostu  próbował  lekko 

uszczypnąć zębami. Ale... jaki się zrobił nieprzyjazny! Qwill, dlaczego 
on się tak zachowuje? 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

W

W

U

U

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
W  niedzielę  Qwilleran  zamierzał  spać  do  południa,  lecz 

przeszkodziła  mu  „syjamska  tortura”.  Gdy  bowiem  Koko  uznał,  że 
pora wstawać, wskoczył lekko i bezgłośnie na łóżko i musnął wąsami 
nos i podbródek śpiącego dziennikarza. Ten otworzył oczy i zobaczył 
przed sobą parę ogromnych niebieskich ślepi, patrzących niewinnie. 

– Spadaj – powiedział. – Chcę spać. 
Kolejny  dotyk  wąsów  –  tym  razem  w  bardziej  czułe  miejsca: 

policzki i czoło. 

Qwilleran skrzywił się, zaciskając zęby i powieki, lecz w następnej 

chwili  poczuł  łachotanie  na  rzęsach.  Usiadł  gwałtownie,  Koko  zaś 
zeskoczył z łóżka i wybiegł z pokoju – misja została wykonana. 

Ubrany  w  kraciasty  szlafrok,  Qwilleran  poczłapał  z  sypialni  i 

zaspanymi oczami rozejrzał się po salonie, szukając bezradnie swojej 

background image

Kot, który jadał wełnę 

77 

fajki.  Na  stoliku  stały  kieliszki  do  szampana,  obok  leżała  niedzielna 
gazeta, a przy niej siedział Koko, myjąc się w wielkim skupieniu. 

–  Wczoraj  paskudnie  się  zachowałeś  –  powiedział  Qwil–leran.  – 

Dlaczego  próbowałeś  ugryźć  tę  miłą  dziewczynę?  Przecież  ona  lubi 
koty. Jesteś źle wychowany. 

Koko  wygiął  grzbiet  i  skoncentrował  się  na  nasadzie  ogona. 

Qwilleran spojrzał na dywan. Pośrodku spłaszczone włosie tworzyło 
zarys  szczupłej  sylwetki  –  odcisk  ciała  Cokey,  która  padła  w  chwili 
odurzenia. Chciał wyrównać włosie stopą, ale się rozmyślił. 

Skończywszy  poranną  toaletę,  Koko  usiadł  prosto  na  stoliku  i 

zamrugał do Qwillerana. Wyglądał jak aniołek. 

–  Ty  diable!  –  rzekł  dziennikarz.  –  Chciałbym  wiedzieć,  co  ci 

chodzi po głowie. To zdjęcie, które lizałeś... 

Zaterkotał telefon, więc Qwilleran poszedł odebrać, spodziewając 

się, że zaraz usłyszy miłe słowa. Przypomniał sobie powinszowania z 
poprzedniej niedzieli. Tego dnia do czytelników trafił kolejny numer 
„Stylowych Wnętrz”. 

– Słucham – powiedział ciepło. 
– Cześć, Qwill, tu Harold – odezwał się redaktor naczelny. Mówił 

napiętym głosem, więc Qwilleran się skrzywił. – Słyszałeś już? 

– O czym? Dopiero wstałem... 
– Chodzi o twój artykuł w dzisiejszym numerze. Konkretnie o ten 

dom noclegowy dla dziewcząt. Nic nie wiesz? 

–  Co  się  stało?  –  Qwilleran  przysłonił  oczy  ręką.  W  wyobraźni 

ujrzał scenę masowego morderstwa: niewinne dziewczęta pozabijane 
w łóżkach z różowymi zasłonkami. 

– Policja zrobiła tam wczoraj nalot! To dom publiczny! 
– Że co?! 
–  Wysłali  agenta,  dostali  nakaz  i  zamknęli  przybytek.  Qwilleran 

usiadł gwałtownie, bo kolana się pod nim ugięły. 

– Ale dekoratorka mówiła mi... 
– Jak to się mogło stać? Skąd miałeś namiary na ten... dom? 
–  Od  dekoratorki,  pani  Middy.  To  miła,  nobliwa  kobieta. 

Specjalizuje  się...  w  urządzaniu  internatów  dla  dziewcząt. 
Akademików  i  burs.  To  podobno  elegancki  dom  noclegowy  dla 
pracujących dziewcząt. 

– Pracujących w określonej branży – odparł z przekąsem Percy. – 

Wyszliśmy  na  bandę  idiotów.  Zobaczysz,  jak  „Morning  Rampage” 

background image

Lillian Jackson Braun 

78 

nam dokopie. 

Qwilleran przełknął ślinę. 
– Nie wiem, co powiedzieć... 
– Nic nie możemy teraz zrobić, ale lepiej skontaktuj się z tą panią 

Biddy... 

– Middy. 
–  Nieważne,  i  powiedz  jej,  co  o  tym  myślimy.  To  wielki  wstyd. 

Sytuacja  sama  w  sobie  jest  trudna,  a  w  dodatku  przed  chwilą  była 
afera w Muggy Swamp. Trochę tego za dużo! 

Percy  się  rozłączył.  Skołowany  Qwilleran  zaczął  się  zastanawiać. 

Kolejna wpadka? Niemożliwe, aby to był przypadek. Musi być jakieś 
wytłumaczenie. Po chwili chwycił za telefon i wykręcił numer. 

– Słucham – odezwał się zaspany głos. 
– Wiesz już, Cokey? – spytał dziennikarz ostrym tonem. 
– O czym? Jeszcze śpię. 
–  No  to  się  obudź  i  posłuchaj!  Pani  Middy  wpakowała  nas  w 

niezłą kabałę. Dlaczego mnie nie uprzedziłaś? 

– O czym? 
– O tym, co naprawdę robi ta Allison. Ziewnęła. 
– A co robi? – spytała. 
– Nie wiesz? 
–  O  czym  ty  mówisz?  Gadasz  jakoś  bez  sensu.  Qwilleran  ściskał 

słuchawkę z całej siły. Wziął głęboki oddech. 

– Właśnie się dowiedziałem, że wczoraj wieczorem policja zrobiła 

nalot na dom pani Allison... To jest zwykły burdel! Nie wiedziałaś? 

– O rany, Qwill, ale numer! – zapiszczała Cokey. 
– Wiedziałaś, co to za miejsce? – dopytywał się szorstkim tonem. 
– Nie, ale uważam, że to strasznie śmieszne. 
–  A  ja  nie  uważam,  że  to  śmieszne.  Mój  naczelny  też  tak  nie 

uważa. Wyszliśmy na kretynów. Jak mogę się skontaktować z panią 
Middy? 

–  Chcesz  z  nią  porozmawiać?  –  spytała  Cokey  przytomniejszym 

głosem. – Sam? Teraz? Nie rób tego! 

– Biedna kobieta. Ona padnie trupem ze zgrozy. 
– A co, nie miała pojęcia, jaki dom urządza? 
– Na pewno nie. To świetna dekoratorka, jeśli chodzi o urządzenie 

czarujących wnętrz, ale poza tym jest raczej... 

– Raczej jaka? 

background image

Kot, który jadał wełnę 

79 

–  Mało  bystra, jeśli  chcesz  wiedzieć.  Zaklinam  cię,  nie  dzwoń  do 

niej – prosiła usilnie Cokey, – Ja sama ją poinformuję, ale delikatnie. 
Nie chcesz chyba zabić tej kobiety, co? 

– Właściwie to chętnie bym kogoś ukatrupił! 
Cokey znów parsknęła śmiechem. 
–  I  to  w  stylu  wczesnoamerykańskim,  co?!  –  zakrzyknęła.  –  Na 

jednym z tych łóżek z zasłonkami? 

Qwilleran trzasnął słuchawką na widełki. 
– I co teraz? – zwrócił się z pytaniem do Koko. 
Przechadzał się przez kilka minut, a potem znów złapał za telefon 

i wykręcił kolejny numer. 

– Halo – odezwał się dziecięcy głos. 
– Chciałbym mówić z Bunsenem. 
– Halo – powtórzył głos. 
– Jest Bunsen? 
– Halo. 
– Kto mówi? Gdzie jest twój ojciec? Daj ojca do telefonu! 
– Halo. 
Qwilleran  prychnął  ze  złości  i  już  miał  odłożyć  słuchawkę,  gdy 

wreszcie usłyszał głos swojego kolegi. 

–  To  był  nasz  najmłodszy  –  wyjaśnił  Bunsen.  –  Nie  za  bardzo 

można z nim jeszcze pogadać. Co cię gnębi o tak wczesnej porze? 

Qwilleran  opowiedział  mu  o  telefonie  od  Percy'ego.  Fotograf 

zarechotał. 

– Chciałem cię tylko uprzedzić, że może spełni się twoje życzenie 

– rzekł dziennikarz z nutą sarkazmu w głosie. – Miałeś nadzieję, że 
czasopismo  okaże  się  klapą!  Dwa  takie  skandale  z  rzędu  mogą  nas 
załatwić na amen. 

– Do mnie nie możesz mieć pretensji – odparł Bunsen. – Ja tylko 

robię zdjęcia. Nawet nie wymieniacie mnie z nazwiska. 

– Dwa numery i dwie wpadki! To nie może być przypadek. Czuję, 

że coś tu śmierdzi. 

– Sugerujesz, że to konkurencja? 
– A któż by inny? 
–  Ci  z  „Rampage”  nie  mają  tyle  ikry,  żeby stosować  tak  brzydkie 

chwyty. 

– Wiem, ale mają faceta, który dla nich pracuje i którego stać na 

takie  zagrywki.  Wiesz,  mówię  o  tym  pyskaczu  z  działu  kolportażu. 

background image

Lillian Jackson Braun 

80 

Gra u nich w bejsbol, sam mi wspominałeś. 

– Chodzi ci o Mike'a Bulmera? To wredny typ. 
– Gdy zobaczyłem go pierwszy raz w klubie prasowym, to od razu 

zdałem sobie sprawę, że gdzieś już widziałem tę gębę, ale nie mogłem 
sobie  przypomnieć.  Wreszcie  skojarzyłem.  Parę  lat  temu  był 
zamieszany  w  wojnę  kolportażową  w  Chicago.  Krew  się  tam  wtedy 
polała.  A  teraz  gość  pracuje  dla  „Rampage”.  Założę  się,  że  to  on 
podsunął policji pomysł zrobienia nalotu na dom tej Allison. I jestem 
pewien,  że  ci  z  obyczajówki  chętnie  z  tego  pomysłu  skorzystali.  W 
ramach  rewanżu.  Wiesz,  co  mówią  o  nas  gliniarze.  Ilekroć 
dziennikarzom  „Fluxion”  kończą  się  pomysły  na  artykuł,  zaczynają 
się czepiać policji. – Qwilleran zmierzwił dłonią wąsy i dodał: – Mam 
niemiłe przeczucie, że Cokey maczała w tym palce. 

– Kto? 
–  Ta  dziewczyna,  z  którą  się  spotykam.  Pracuje  dla  pani  Middy. 

To właśnie Cokey zasugerowała, żebyśmy napisali artykuł o domu tej 
Allison,  a  teraz  okazało  się,  że  zna  Bulmera.  On  się  z  nią  przywitał, 
gdy jedliśmy obiad w klubie prasowym. 

– Tego prawo nie zabrania – mruknął Bunsen. 
–  Chodzi  o  to,  jak  ona  zareagowała.  Była  speszona  i  bardzo 

dziwnie  na  niego  spojrzała!  Jest  coś  jeszcze...  –  ciągnął  Qwilleran  z 
wahaniem.  –  Po  wczorajszym  przyjęciu  u  Davida  Lyke'a  zabrałem 
Cokey do siebie... 

– Ho, ho! Brzmi coraz bardziej interesująco... 
– I Koko ją ugryzł. 
– A co ona mu zrobiła? 
– Nic! Po prostu leż... zachowywała się zupełnie normalnie, a on 

nagle  ją  zaatakował.  Nigdy  wcześniej  nie  robił  czegoś  takiego. 
Zaczynam  wierzyć,  że  chciał  mi  w  ten  sposób  coś  powiedzieć.  –  Na 
drugim końcu linii telefonicznej panowała cisza. – Słuchasz mnie? 

– Słucham. Zapalam cygaro. 
– Wiesz co, Bunsen, ty się zadziwiająco dystansujesz wobec naszej 

pracy, gdy spędzasz niedzielę na łonie rodziny. Myślałem, że bardziej 
się przejmiesz tą aferą. 

–  Jaką  aferą?  Uważam,  że  historia  z  domem  pani  Allison  jest 

zabawna. Wyszedł nam swego rodzaju żart. 

–  Kradzież  zbiorów  za  pół  miliona  też  była  zabawna  według 

ciebie? 

background image

Kot, który jadał wełnę 

81 

–  Hm  –  mruknął  Bunsen.  –  Ale  Bulmer  nie  posunąłby  się  do 

czegoś takiego. 

–  Dlaczego  nie?  Nie  zapominaj,  że  tu  chodzi  o  rynek  reklamowy 

wart  miliony  dolarów.  Może  dostrzegł  szansę,  żeby  zarobić  ładną 
premię. 

–  I  co,  okradł  Bogu ducha  winnego człowieka, bo  chciał  załatwić 

konkurencję? Daj spokój, Qwill, naoglądałeś się starych kryminałów. 

–  Może  Tait  wcale  nie  jest  Bogu  ducha  winny?  Może  razem  to 

ukartowali? 

– Oj, bracie, ponosi cię dzisiaj fantazja. 
– Cześć – rzekł wściekły Qwilleran. – Przepraszam, że zakłóciłem 

ci rodzinny spokój w niedzielę. 

–  Spokój?  Powiedziałeś  „spokój”?  Maluję  piwnicę,  a  Tommy 

właśnie  wtarabanił  się  do  wiadra  z  farbą,  Linda  wrzuciła  lalkę  do 
kibla, a Jimmy spadł z werandy i ma podbite oko. To według ciebie 
jest spokój? 

Qwilleran  odłożył  słuchawkę  i  zaczął  się  w  zamyśleniu 

przechadzać po apartamencie. Zerknął na włochaty dywan w salonie 
i ze złością potarł go stopą, wymazując odcisk ciała Cokey. W kuchni 
zastał  Koko,  siedzącego  na  starym  słowniku.  Zwierzę  zastygło  w 
kociej  postawie  „na  baczność”,  z  lekko  przekrzywioną  głową  i 
zgrabnie zawiniętym ogonem. Qwilleran nie miał ochoty do zabawy, 
lecz Koko patrzył na niego uporczywie, czekając na znak. 

–  No  dobrze  –  westchnął  dziennikarz.  –  Ale  tylko  kilka  rund.  – 

Klepnął dłonią słownik (sygnał oznaczający rozpoczęcie gry), a wtedy 
Koko wbił pazury w kartki. 

Qwilleran  otworzył  tomisko  we  wskazanym  miejscu,  na  stronie 

1102. 

– „Głód” i „głóg” – przeczytał. – Łatwe. Znajdź trudniejsze. 
Kot ponowił próbę. 
–  „Karmić”  i  „karmin”.  Kolejne  dwa  punkty  dla  mnie.  Koko 

przysiadł z podekscytowania i znów zatopił pazury w kartkach. 

–  „Mysz”  i  „myśl”  –  oznajmił  Qwilleran  i  w  tej  samej  chwili 

uświadomił sobie, że ani on, ani Koko nie jedli jeszcze śniadania. 

Gdy posiekał świeżą wołowinę dla kota i podgrzał ją w odrobinie 

bulionu  z  puszki,  przypomniał  sobie  coś  jeszcze:  ostatnio  Koko 
dwukrotnie wybrał tę samą stronę w słowniku. W zeszłym tygodniu. 
Dwa razy wskazał hasła: „kręgosłup” i „krętactwo”. Qwilleran poczuł 

background image

Lillian Jackson Braun 

82 

dziwne swędzenie pod wąsami. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

T

T

R

R

Z

Z

Y

Y

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
W  poniedziałek  rano  Qwilleran  i  Bunsen  pojechali  do  Lost  Lake 

Hills,  żeby  obejrzeć  dom  Harry'ego  Noytona.  Dziennikarz  był 
nadzwyczaj  milczący.  I  niewyspany,  bo  przez  całą  noc  dręczyły  go 
sny, z których budził się raz po raz – śnił o wystrojach wnętrzarskich 
w  kolorze  masła  orzechowego  i  puddingu  ryżowego,  z  akcentami  w 
odcieniu  homara  i  melasy.  A  rankiem  opadły  go  niemiłe  i  niejasne 
myśli. 

Obawiał  się,  że  Cokey  brała  udział  w  „żarcie"  wymierzonym  we 

„Fluxion",  a  z  całego  serca  pragnął,  żeby  było  inaczej.  Potrzebował 
takiej  przyjaciółki  jak  ona.  Ponadto  nie  dawało  mu  spokoju 
podejrzenie, że w zmowę zamieszany jest również Tait, choć przecież 
nie  miał  na  to  żadnych  dowodów  oprócz  łaskotania  pod  wąsami  i 
osobliwych  haseł  ze  słownika  Nadal  nie  wiedział,  co  sądzić  o  roli 
Paolo  w  dokonanej  kradzieży;  czy  Meksykanin  był  niewinnym 
uczestnikiem tych wydarzeń, sprytnym przestępcą, wspólnikiem czy 
bezwolnym  narzędziem?  Czy  zamiłowanie  Taita  do  żadów  jest 
autentyczne,  czy  może  to  świetnie  odgrywane  przedstawienie?  Czy 
był  tak  bardzo  oddany  żonie,  jak  ludzie  sądzą?  Nawet  imię  kota 
Taitów stanowiło zagadkę. Yu czy Freja? 

Potem  Qwilleran  zaczął  rozmyślać  o  swoim  kocie.  Poprzednim 

razem,  gdy  popełniono  morderstwo,  Koko  wywąchał  więcej  tym 
swoim  zimnym  i  mokrym  nosem,  niż  funkcjonariusze  wydziału 
zabójstw  zdołali  ustalić  w  ramach  oficjalnego  śledztwa.  Wyczuwał 
prawdę poza sferą formalnej dedukcji. Można było odnieść wrażenie, 
że  jego  intuicja  omija  szerokim  łukiem  mózg,  po  czym  o 
odpowiedniej  porze  i  w  odpowiednim  miejscu  zapędza  do  działania 
pazury  i  nos.  A  może  rządzi  tym  przypadek?  Czy  to  zbieg 
okoliczności,  że  Koko  wybiera  strony,  na  których  widnieją  hasła 
„głód" i „karmić", gdy Qwilleran zwleka ze śniadaniem? 

W niedzielę po południu dziennikarz kilkakrotnie zainicjował grę, 

mając  nadzieję  na  uzyskanie  kolejnych  wskazówek,  ale  tym  razem 

background image

Kot, który jadał wełnę 

83 

wydawało  się,  że  wybrane  przez  kota  słowa  nie  mają  istotnego 
znaczenia: „optymizm" i „opublikować" oraz „cypel" i „cypripedium". 
Qwilleran z trudem zachowywał optymizm, „cypripedium" natomiast 
okazało  się  nazwą  pewnego  gatunku  storczyków,  popularnie 
określanego  mianem  „obuwik  pospolity",  co  skojarzyło  mu  się 
wyłącznie  ze  stopami  Cokey,  gdy  wsunęła  palce  w  bujne  włosie 
dywanu z koziej sierści. 

A  jednak  wciąż  wierzył,  że  Koko  przekazuje  mu  wskazówki  za 

pomocą słownika. Zadrżały mu wąsy. 

–  Chory  jesteś  czy  co?  –  spytał  nagle  siedzący  za  kierownicą 

Bunsen.  –  Nie  odzywasz  się  w  ogóle,  a  teraz  jeszcze  na  dodatek  się 
trzęsiesz. 

–  Jest  chłodno  –  odparł  dziennikarz.  –  Powinienem  był  wziąć 

palto. – Zaczął gmerać w kieszeni w poszukiwaniu fajki. 

–  Mam  płaszcz  –  rzekł  Bunsen.  –  Wiatr  wieje  z  północnego 

wschodu, więc będziemy mieli burzę. 

Droga do Lost Lake Hills prowadziła najpierw przez przedmieścia, 

a potem przez tereny rolnicze, gdzie żółkły klony. Od czasu do czasu 
fotograf  trąbił  przyjaźnie  albo  machał  ręką  z  cygarem  na  mijanych 
ludzi.  Pozdrowił  kobietę  ścinającą  trawę,  dwóch  chłopców  na 
rowerach i starca przy skrzynce na listy. 

– Masz mnóstwo znajomych na tej wsi – zauważył Qwilleran. 
–  Ja?  Widzę  ich  wszystkich  pierwszy  raz  w  życiu.  Ale  tym 

rolnikom  przyda  się  mała  odmiana.  Teraz  przez cały  dzień  będą  się 
zastanawiać, która ze znanych im osób jeździ zagranicznym autem i 
pali cygaro. 

Skręcili  w  wiejską  drogę,  której  wygląd  zdradzał  rękę  architekta 

krajobrazowego. Qwilleran przeczytał wskazówki z kartki: 

– Jechać wzdłuż jeziora, potem na pierwszym rozjeździe skręcić w 

lewo i odbić na szczycie wzgórza. 

– Kiedy załatwiłeś tę chałturę? – spytał fotograf. 
– W sobotę, na przyjęciu u Lyke'a. 
–  Mam  nadzieję,  że  byli  trzeźwi,  kiedy  się  zgodzili.  Nie  wierzę  w 

obietnice  składane  na  jublach,  a  to  za  daleko,  żebyśmy  jechali  na 
próżno. 

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Natalie chce, żeby David 

zdobył  publiczne  uznanie  za  urządzenie  jej  domu,  a  Harry  Noyton 
ma nadzieję, że nasz artykuł pomoże mu sprzedać posiadłość. Całość 

background image

Lillian Jackson Braun 

84 

warta jest ćwierć miliona dolarów. 

–  Oby  żonka  nie  dostała  z  tego  ani  grosza  –  rzekł  Bun–sen.  – 

Kobieta, która porzuca dzieci, jest zwykłą zdzirą. 

– Dziś rano znowu miałem telefon z Danii – oznajmił Qwilleran. 

– Noyton chce, żebym mu przekazywał korespondencję do Arhus. To 
miasto uniwersyteckie. Ciekawe, co on tam robi. 

– Wygląda mi na przyzwoitego faceta. Jak to możliwe, że zadał się 

z taką babką? 

–  Nie  oceniaj  Natalie,  bo  jej  nie  poznałeś.  Jest  szczera.  Niezbyt 

rozgarnięta,  ale  szczera.  Podejrzewam,  że  ludzie  wykorzystują  tę  jej 
prostolinijność. 

Dom stojący na końcu krętej drogi miał nadzwyczaj urozmaiconą 

sylwetkę:  mury  z  różowej  cegły  pięły  się  pod  osobliwym  kątem,  a 
okapy drewnianego dachu sterczały we wszystkich kierunkach. 

– Ale cudo! – ocenił Bunsen. – Jak znajdziemy wejście? 
– Lyke twierdzi, że to współczesne budownictwo organiczne. Dom 

zintegrowany z terenem, wyposażenie zintegrowane z konstrukcją. 

Zadzwonili do drzwi. Czekając, przyjrzeli się mozaikom ściennym 

po  obu  stronach  wejścia  –  wirującym  abstrakcyjnym  wzorom 
ułożonym  z  kamyków,  kawałków  kolorowego  szkła  i  miedzianych 
gwoździ. 

– Szaleństwo! – mruknął Bunsen. 
Gdy minęła dłuższa chwila, zadzwonili ponownie. 
– Widzisz – rzekł fotograf. – I co ci mówiłem? Nikogo nie ma. 
–  To  wielki  dom  –  odparł  Qwilleran.  –  Pewnie  Natalie  musi 

włożyć wrotki, żeby dostać się szybko od swoich krosien do drzwi. 

Sekundę  później  rozległ  się  szczęk  zamka  i  drzwi  uchyliły  się 

ostrożnie  na  kilka  centymetrów.  Ukazała  się  kobieta  w  stroju 
służącej. Miała niegościnny wyraz twarzy. 

– Jesteśmy z gazety „Daily Fluxion" – poinformował Qwilleran. 
– No i? – odparła czujnie, trzymając straż. 
– Czy zastaliśmy panią Noyton? 
– Pani Noyton nie może dzisiaj nikogo przyjąć. Drzwi zaczęły się 

zamykać. 

– Zaraz, jesteśmy z nią umówieni! 
– Ona dzisiaj nie przyjmuje. Qwilleran zmarszczył czoło. 
– Proszę pani, przejechaliśmy szmat drogi – rzekł. – Powiedziała 

nam,  że  możemy  obejrzeć  dom.  Chyba  nie  będzie  więc  miała  nic 

background image

Kot, który jadał wełnę 

85 

przeciwko  temu,  żebyśmy  się  przez  chwilę  tutaj  rozejrzeli? 
Zamierzamy zrobić zdjęcia do gazety. 

– Pani Noyton nie życzy sobie, by fotografowano dom. Rozmyśliła 

się. 

Bunsen i Qwilleran spojrzeli na siebie. W tym samym momencie 

drzwi zatrzasnęły się gwałtownie. 

W  drodze  powrotnej  do  miasta  Qwilleran  rozmyślał  o  obcesowej 

odprawie sprzed paru minut. 

– To nie w stylu Natalie – stwierdził. – Jak sądzisz, co się stało? 

W sobotę była taka sympatyczna i przyjaźnie nastawiona. 

– Ludzie wydają się inni, gdy piją. 
–  Była  trzeźwa  tak  samo  jak  ja.  Może  zachorowała  i  służąca 

postanowiła nas spławić? 

–  Jeśli  chcesz  znać  moje  zdanie  –  powiedział  Bunsen  –  to 

uważam, że tej twojej Natalie brakuje piątej klepki. 

–  Zatrzymaj  się  przy  najbliższej  budce  telefonicznej.  Chcę 

zadzwonić. 

Z  budki  na  skrzyżowaniu  dróg  Qwilleran  zatelefonował  do  firmy 

Lyke and Starkweather. 

–  Co  się  dzieje?  –  spytał.  –  Pojechaliśmy do Lost  Lake  Hills,  ale 

Natalie nie chciała się z nami w ogóle zobaczyć. Służąca nie wpuściła 
nas nawet przez próg. 

–  Natalie  jest dziwaczką  – odparł  David  Lyke.  –  Przepraszam  za 

nią. Sam pana tam zabiorę w najbliższych dniach. 

–  No  tak,  ale  tymczasem  zostałem  z  pustymi  rękami.  Na  środę 

wszystko musi być gotowe, a ja nie mam nic porządnego na okładkę. 

– Jeśli to coś pomoże, to niech pan sfotografuje mój apartament – 

zasugerował  Lyke.  –  Nie  musi  pan  wymieniać  mojego  nazwiska. 
Proszę po prostu pokazać, jak mieszkają ludzie w Villa Verandah. 

– Dobrze. Możemy dziś po południu? Powiedzmy o drugiej? 
–  Potrzebuję  trochę  czasu,  żeby  kupić  świeże  kwiaty  i  usunąć  z 

widoku  parę  wartościowych  przedmiotów  –  odrzekł  Lyke.  –  Nie 
chcę, by  wiedziano,  że  je  mam.  To  musi pozostać  wyłącznie  między 
nami. Właściwie nawet nie powinienem ich mieć. 

Bunsen i Qwilleran zjedli niespieszny lunch. Gdy wreszcie ruszyli 

do Villa Verandah, dziennikarz rzekł: 

–  Zatrzymaj  się  przy  sklepie  zoologicznym  na  State  Street.  Chcę 

coś kupić. 

background image

Lillian Jackson Braun 

86 

Na śródmiejskich ulicach panował popołudniowy tłok. Na każdym 

czerwonym  świetle  Bunsen  gwizdem  podrywacza  zaczepiał 
atrakcyjne  kobiety,  naciskając  delikatnie  stopą  pedał  gazu,  gdy 
przechodziły przed maską jego samochodu. Dla każdego policjanta z 
drogówki  miał  gotowych  parę  żartobliwych  słów.  Wszyscy  oni  znali 
fotografa  z  „Fluxion",  a  jeden  nawet  wstrzymał  ruch  na  dużym 
skrzyżowaniu,  by  auto  z  etykietą  prasową  na  szybie  mogło  wbrew 
przepisom skręcić w State Street. 

– Co chcesz kupić w sklepie? – spytał Bunsen. 
– Szelki i smycz dla Koko, żebym mógł go przywiązać na balkonie. 
–  To  kup  tylko  szelki.  Mam  parę  metrów  nylonowej  liny,  to 

możesz z niej zrobić smycz. 

– A po co ci taka lina? 
–  Gdy  w  zeszłym  roku  robiłem  fotki  na  meczach  –  wyjaśnił 

Bunsen – spuszczałem rolkę filmu na lince z loży prasowej, a goniec 
pędził  z  nią  prosto  do  laboratorium.  To  były  dobre  czasy!  Teraz 
muszę  się  użerać  ze  zwariowanymi  dekoratorami,  prostackimi 
kobietami  i  znerwicowanymi  kotami.  Haruję  jak  wół,  a  nikt  nawet 
nie podpisze zdjęć moim nazwiskiem. 

W  apartamencie  Lyke'a  spędzili  trzy  godziny,  fotografując 

srebrzysty salon, jadalnię z chińskim dywanem i sypialnię. Łóżkiem 
była niska platforma, ustawiona zaledwie dziesięć centymetrów nad 
podłogą,  okryta  kapą  z  tygrysiej  skóry,  a  sąsiednią  garderobę 
oddzielała zasłona z bursztynowych koralików. 

–  U  mnie  w  domu  te  koraliki  wytrzymałyby  pięć  minut  –  rzekł 

Bunsen. – Byłoby po nich, gdy sześcioro dzieci zaczęłoby się bawić w 
Tarzana! 

Lyke usunął z salonu kilka przedmiotów, a na ich miejsce postawił 

wazony  z  kwiatami  i  połyskliwymi  zielonymi  liśćmi.  Zaaranżował 
wszystko z nonszalancją. 

– Przepraszam za Natalie – powtórzył, wkładając chryzantemę do 

porcelanowego wazonu. – Teraz pan rozumie, z czym musi się przez 
cały czas borykać dekorator. Jeden z moich klientów dał swojej żonie 
do  wyboru:  albo  pójdzie  do  psychoanalityka,  albo  będzie  mogła 
zmienić  wystrój  domu.  Wybrała  zmianę  wystroju  i  wszystkie  swoje 
neurozy  wyłado–wała  na  mnie...  Gotowe!  –  Przyjrzał  się  bukietowi, 
który  uło–żył,  i  zmierzwił  go  nieco.  Wyprostował  parę  abażurów. 
Na–cisnął ukryty włącznik, uruchamiając bulgoczącą fontannę, która 

background image

Kot, który jadał wełnę 

87 

rozpryskiwała  wodę  o  kamyki.  Następnie  zrobił  krok  do  tyłu  i 
zlustrował otoczenie krytycznym okiem. – Wie pan, czego brakuje w 
tym  pomieszczeniu?  –  rzekł.  –  Na  kanapie  powinien  leżeć  kot 
syjamski. 

–  Poważnie  pan  mówi?  –  spytał  Qwilleran.  –  Mam  przynieść 

Koko? 

–  O  nie!  –  sprzeciwił  się  Bunsen.  –  Żadnych  znerwicowanych 

kotów. Będzie długi czas ekspozycji... 

– Koko wcale nie jest znerwicowany – przerwał mu dziennikarz. – 

Jest znacznie spokojniejszy od ciebie. 

– I przystojniejszy – dorzucił Lyke. 
– I mądrzejszy – dodał Qwilleran. 
Patrząc  ponurym  wzrokiem,  Bunsen  wyrzucił  ręce  do  góry  w 

geście kapitulacji. W ciągu paru minut na sesji zdjęciowej zjawił się 
Koko, z sierścią wymuskaną od pospiesznego czesania. 

Qwilleran  usadowił  kota  na  kanapie,  skierował  go  w  stronę 

Bunsena,  zgiął  mu  przednią  łapę  w  wyrazie  wielkopań–skiego 
majestatu  i  ułożył  jedwabisty  brązowy  ogon  w  fotoge–niczną 
krzywiznę. Koko mruczał głośno. 

– Czy on posiedzi chwilę nieruchomo? – spytał fotograf. 
– Jasne. Gdy mu każę. Jest posłuszny. 
Qwilleran po raz ostatni pogłaskał kota, cofnął się i rzekł: 
– Zostań na miejscu! 
Koko  wstał  jak  gdyby  nigdy  nic,  zeskoczył  z  kanapy  i  wy–

maszerował  z  pokoju,  sterczącym  do  góry  ogonem  wyrażając  swoją 
obojętność. 

– No tak, faktycznie posłuszny – skwitował Bunsen. – Najbardziej 

posłuszny kot, jakiego w życiu widziałem. 

Gdy  wykonywał  kolejne  zdjęcia,  Koko  bawił  się  bursztynowymi 

koralikami w wejściu do garderoby i z braterskim zainteresowaniem 
obwąchał  tygrysią  skórę.  Lyke  tymczasem  przygotował  mu 
przekąskę. 

–  To  resztki  kurczaka  –  wyjaśnił.  –  Yushi  przyszedł  wczoraj  i 

zrobił rijstafel. 

– Czy to ten Azjata, który przygotowuje pańskie posiłki? – spytał 

Qwilleran. – Świetny z niego kucharz! 

– Istny artysta – rzekł cicho Lyke. 
Nalał imbirowej lemoniady dla Qwillerana i szkockiej dla siebie. 

background image

Lillian Jackson Braun 

88 

–  Czy  ktoś  chce  dzisiaj  coś  zjeść  w  klubie  prasowym?  –  spytał 

fotograf.  –  Moja  żona  urządza  przyjęcie  dla  gromadki  koleżanek, 
więc nie mam wstępu do domu aż do północy. 

–  Chętnie  bym  się  przyłączył,  ale  umówiłem  się  na  randkę  – 

odrzekł  Lyke.  –  Jednak  przy  najbliższej  okazji  skorzystam  z 
zaproszenia. Chciałbym zobaczyć ten klub. Słyszałem, że wnętrza są 
godne średniowiecznej twierdzy. 

Poszli  do  baru  w  klubie  prasowym.  Bunsen  wziął  podwójne 

martini, a Qwilleran zamówił sok pomidorowy. 

– W końcu wyszło nie najgorzej – rzekł drugi. – Choć zaczęło się 

kiepsko. 

– Nie chwal dnia przed zachodem słońca – przestrzegł fotograf. 
– Ten Lyke to niezły oryginał, co? 
–  A  to  łóżko!  –  zakrzyknął  Bunsen,  wywracając  wymownie 

oczami. 

Qwilleran zmarszczył czoło. 
–  Wiesz,  to  miły  gość,  ale  jedno  mnie  do  niego  zraża:  nieładnie 

mówi o swoich znajomych za ich plecami. Myślałbyś, że się połapią, 
ale nie. Wszyscy uważają, że jest najwspanialszy. 

–  Kiedy  człowiek  ma  urodę  i  pieniądze,  to  nawet  morderstwo 

ujdzie mu na sucho. 

W trakcie następnej kolejki Qwilleran rzekł: 
–  Bunsen,  czy  pamiętasz  może  jakiś  skandal  w  rodzinie  Taitów 

sprzed piętnastu, dwudziestu lat? 

– Dwadzieścia lat temu to ja się ciągle bawiłem klockami. 
–  Chyba  jako  jedyny  chłopiec  z  zarostem  –  mruknął  Qwilleran 

pod  wąsami.  Następnie przywołał  barmana.  –  Ej,  Bruno, pamiętasz 
może jakiś skandal w rodzinie G. Verninga Taita z Muggy Swamp? 

Barman pokręcił głową. 
–  Nie,  niczego  takiego  nie  pamiętam  –  odpowiedział  i  dodał 

autorytatywnie: – Gdyby coś takiego było, to na pewno bym wiedział, 
bo mam pamięć słonia. 

W końcu usiedli we dwóch przy stoliku i zamówili steki wołowe. 
–  Nie  jedz  końcówki  –  powiedział  Qwilleran.  –  Wezmę  ją  dla 

Koko. 

–  Daj  mu  swoją  –  odparł  fotograf.  –  Nie  będę  się  dzielił  z 

utuczonym kocurem. Powodzi mu się lepiej niż mnie. 

–  Smycz  jest  świetna.  Przed  wyjściem  przywiązałem  go  na 

background image

Kot, który jadał wełnę 

89 

balkonie.  Muszę  jednak  ciasno  zapinać  mu  szelki,  bo  się  z  nich 
wyślizguje.  Jeden  szybki  skręt  ciała  i  jest  wolny!  Ten  kot  to  Harry 
Houdini. 

Qwilleran  chętnie  opowiedziałby  jeszcze  o  innych  zdolnościach 

Koko,  ale  zdawał  sobie  sprawę,  że  w  Bunsenie  nie  znajdzie 
zrozumienia. 

Po  stekach  zamówili  szarlotkę,  następnie  Qwilleran  wziął  sobie 

kawę, a Bunsen brandy. 

Zapalając fajkę, dziennikarz rzekł: 
– Martwię się o Natalie. Dlaczego ona nas dzisiaj nie wpuściła? W 

ogóle ci Noytonowie to intrygująca para. Zastanówmy się, co można 
wywnioskować z następujących faktów: Natalie chce rozwodu z mało 
przekonujących  powodów,  mówiąc  oględnie,  choć  znamy  tylko 
wersję jej męża. 

W  apartamencie,  którego  Harry  Noyton  używa  podobno 

wyłącznie do spotkań biznesowych, znajduję kolczyk. Wiem także, że 
znał  panią  Tait.  Ona  umiera,  a  on  w  pośpiechu  wyjeżdża  z  kraju. 
Jednocześnie ktoś kradnie żady Taita, po czym ten także szykuje się 
do wyjazdu... Co o tym myślisz? 

– Myślę, że Jankesi wygrają ligę. 
–  Jesteś  świrnięty!  –  odparł  Qwilleran.  –  Chodź,  pojedziemy  do 

mnie napić się czarnej kawy. Może dzięki temu o północy będziesz na 
tyle trzeźwy, żeby wrócić samochodem do domu. 

Bunsen nie okazał najmniejszej gotowości do wyjścia. 
– Muszę też zabrać kota z balkonu, bo deszcz może się rozpadać – 

tłumaczył  Qwilleran.  –  No,  zbieraj  się!  Pojedziemy  twoim 
samochodem. Ja będę kierował. 

–  Sam  mogę  kierować  –  odparł  Bunsen.  –  Jestem  trzeźwy  jak 

świnia. 

–  To  wyjmij  solniczkę  z  kieszeni  marynarki  i  idziemy.  Qwilleran 

prowadził, a Bunsen śpiewał. Gdy dotarli do 

Villa  Verandah,  fotograf  odkrył,  że  winda  znacznie  poprawia 

brzmienie jego głosu. 

– Boooże, jak ja nie–na–wi–dzę wsta–wać o po–ran–ku... 
– Zamknij się! Przestraszysz kota. 
–  Jego  nie  tak  łatwo  przestraszyć. To  opanowany  kot.  Naprawdę 

opanowany. 

Qwilleran otworzył drzwi apartamentu 15–F i pstryknął włącznik. 

background image

Lillian Jackson Braun 

90 

Wnętrze rozjaśniła powódź światła. 

–  Gdzie  jest  opanowany  kot?  –  dopytywał  się  Bunsen.  –  Chcę 

zobaczyć opanowanego kota. 

–  Wpuszczę  go  –  rzekł  Qwilleran.  –  Wiesz  co,  lepiej  usiądź,  bo 

upadniesz. Może w tym zielonym fotelu. To najwygodniejszy fotel na 
świecie. 

Fotograf klapnął w fotel, a dziennikarz otworzył drzwi balkonowe. 

Wyszedł w mrok. Sekundę później wskoczył z powrotem do środka. 

– Nie ma go! Nie ma Koko! 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

C

C

Z

Z

T

T

E

E

R

R

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Trzyipółmetrowa  lina  przywiązana  była  do  klamki  drzwi 

balkonowych.  Na  drugim  jej  końcu  znajdowały  się  niebieskie 
skórzane  szelki  zapięte  na  ostatnią  dziurkę.  Splątane,  tworzyły 
ósemkę na betonowej podłodze. 

–  Ktoś  ukradł  opanowanego  kota  –  stwierdził  Bunsen 

autorytatywnie z zielonego fotela. 

–  Przestań  się  wygłupiać  –  odwarknął  Qwilleran.  –  Martwię  się. 

Chyba zawołam administratora. 

–  Czekaj  –  rzekł  fotograf,  dźwigając  się  na  nogi.  –  Sprawdźmy 

dokładnie balkon. 

Wyszli  obaj  na  zewnątrz.  Powitał  ich  podmuch  porywistego 

wiatru.  Bunsen stracił  na  moment równowagę. Qwilleran  zajrzał  na 
sąsiednie balkony. 

– Między poręczami jest tylko z półtora metra odległości – ocenił. 

– Koko mógł chyba przeskoczyć. 

Bunsen  widział  to  inaczej.  Spojrzał  na  wypielęgnowany 

dziedziniec, znajdujący się piętnaście pięter niżej. Qwilleran zadrżał. 

– Koty nie spadają z balkonów – powiedział bez przekonania. 
– Może wiatr go strącił? 
– Nie bądź niemądry. 
Patrzyli  tępo  na  półkolistą  ścianę  budynku.  Porywisty  wiatr  grał 

donośnie na balustradach balkonów jak źle nastrojone organy. 

– A może któryś z sąsiadów nienawidzi kotów? – spytał Bunsen. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

91 

–  Wątpię.  To  znaczy  nie  wiem.  To  znaczy  nie  widziałem...  – 

Qwilleran  popatrzył  na  drugą  stronę,  mrużąc  oczy  w  ciemności. 
Fasada południowego skrzydła była szachownicą światła i cienia – w 
wielu apartamentach panował mrok, w innych zaś jarzyły się lampy, 
których  blask  przyćmiewały  zaciągnięte  draperie.  Lecz  jedno 
mieszkanie widać było szczególnie wyraźnie. 

–  Czy  widzisz  to  co  ja?  –  spytał  Qwilleran,  wskazując  palcem.  – 

Popatrz tam. Balkon z rozsuniętymi zasłonkami. 

– To mieszkanie Davida Lyke'a! 
–  No  właśnie.  Ma  włączony  telewizor.  Zobacz,  kto  siedzi  na  tym 

telewizorze, wygrzewając sobie kości. 

Otwarte  drzwiczki  lakierowanego  chińskiego  sekretarzyka 

odsłaniały  ekran  telewizora,  na  którym  migotały  abstrakcyjne 
obrazy. Wyżej, we wdzięcznej pozie, siedział Koko – jego jasna pierś 
odznaczała się od ciemnej powierzchni mebla, głowa  i uszy były zaś 
wyraźnie zarysowane na tle srebrzystej ściany. 

–  Zadzwonię  do  Davida  i  dowiem  się,  o  co  chodzi  –  powiedział 

Qwilleran. 

Wybrał  numer  centrali  i  poprosił  o  połączenie  z  apartamentem 

Lyke'a. Czekał. 

– Nikt nie odbiera – westchnął. – Nie ma go czy co? 
– I co teraz? 
–  Nie  wiem.  Myślisz,  że  kotu  się  sprzykrzyło  i  poszedł  w 

odwiedziny? 

– Pewnie chciał dokładkę tego kurczaka. 
–  Chyba  przeskoczył  po  balkonach  naokoło.  Stuknięty  kot!  Być 

może Lyke go wpuścił, a potem wyszedł. Mówił, że ma randkę. 

– Co zrobisz? – spytał Bunsen. 
– Chyba zostawię go tam do rana. 
– Mogę go przyprowadzić. 
– Że co? Niby jak? Nie usłyszy cię, bo drzwi są zamknięte, a nawet 

gdyby usłyszał, jak sam otworzy drzwi balkonowe? 

–  Chcesz  się  założyć?  –  Fotograf  wskoczył  na  balustradę  i 

uchwycił się narożnego słupka. 

–  Stój!  –  wrzasnął  Qwilleran.  –  Złaź  natychmiast!  –  Bał  się 

wykonać  jakikolwiek  gwałtowny  ruch,  bo  Bunsen  balansował 
niebezpiecznie  na  wąskiej  poręczy.  Wstrzymując  oddech,  zbliżył  się 
powoli do niego. 

background image

Lillian Jackson Braun 

92 

–  Nie  ma  strachu!  –  krzyknął  Bunsen  i  przeskoczył 

półtorametrowy  rozstęp.  Złapał  za  słupek  na  sąsiednim  balkonie.  – 
Jeśli kot umie coś zrobić, to stary Odd potrafi to jeszcze lepiej. 

– Wracaj! Odbiło ci! Nie! Nie! Zostań tam! Nie skacz więcej. 
–  Bunsen  rusza  na  pomoc!  –  ryknął  fotograf.  Wziął  rozbieg, 

szykując się do drugiego skoku. Po drodze wyrwał żółtą chryzantemę 
z doniczki i włożył ją sobie między zęby. 

Qwilleran usiadł i ukrył twarz w dłoniach. 
– Ja–huuu, ja–huuu! – wołał Bunsen. 
W  miarę  jak  pokonywał  kolejne  balkony,  jego  okrzyki  wojenne 

cichły,  zagłuszane  przez  wycie  wiatru.  Tu  i  ówdzie  zaniepokojeni 
lokatorzy wystawiali głowę na zewnątrz, lecz z powodu ciemności nie 
widzieli akrobatycznych popisów fotografa. 

– Ja–huu! – dobiegło znowu z oddali. 
Qwilleran  przypomniał  sobie  o  trzech  podwójnych  kieliszkach 

martini i dwóch... nie, trzech kieliszkach brandy, które wlał w siebie 
Bunsen. Przypomniał też sobie o jego żonie i sześciorgu dzieciach, a 
myśl ta zmroziła mu krew w żyłach. 

Z  drugiej  strony  dziedzińca  doleciał  głośny  triumfalny  okrzyk  – 

Bunsen machał ręką z balkonu Lyke'a. Spróbował otworzyć drzwi – 
ustąpiły.  Obwieścił  głośno  swój  sukces,  następnie  wszedł  do 
srebrzystoszarego salonu. Na jego widok Koko zeskoczył z telewizora 
i umknął. 

Mam  nadzieję,  pomyślał  Qwilleran,  że  temu  gamoniowi  zostało 

jeszcze na tyle rozsądku we łbie, że wróci z kotem korytarzem, a nie 
po balkonach. 

Wszedł  do  mieszkania  i  czekał  na  powrót  pary  błędnych 

wędrowców.  Przygotował  dwa  kubki  kawy  rozpuszczalnej  i  wyłożył 
na talerzyk trochę sera i krakersów. 

Coś  to  za  długo  trwa,  uznał  po  chwili.  Wyszedł  na  klatkę  i 

nadstawiając ucha, spojrzał w głąb korytarza wyłożonego dywanem. 
Żadnych  oznak  życia  –  tylko  mechaniczne  odgłosy  dochodzące  z 
szybu  windowego  i  obłąkańcze  dźwięki  z  odległego  telewizora. 
Wrócił,  wyszedł  znów  na  balkon  i  spojrzał  w  stronę  południowego 
skrzydła. W apartamencie Lyke'a panował bezruch – oprócz obrazów 
wyświetlanych na ekranie telewizora. 

Qwilleran wypił kawę i zaczął się przechadzać nerwowo. Wreszcie 

podszedł  do  telefonu  i  poprosił  o  ponowne  połączenie  z 

background image

Kot, który jadał wełnę 

93 

apartamentem Davida Lyke'a. Linia była zajęta. 

– Co ten pijany dureń wyprawia? 
– Słucham? – spytał operator. 
Wściekły,  Qwilleran  ponownie  wyszedł  na  balkon  i  popatrzył  w 

okna  po  drugiej  stronie.  Nagle  skoczył  do  środka,  bo  zadzwonił 
telefon. 

– To ja, Qwill – odezwał się Bunsen przytomnym głosem. – Mamy 

problem. 

– Coś z Koko? Co się stało? 
– Z kotem wszystko w porządku. Ale twój przyjaciel się przekręcił. 
– Jak to? 
– Wygląda na to, że nie żyje. 
– Nie... Nie! 
–  Leży  bez  ruchu,  zimny  i  blady,  a  na  dywanie  jest  paskudna 

plama.  Zawiadomiłem  już  policję.  I  naszą  gazetę.  Zszedłbyś  do 
mojego samochodu po aparat? 

– Oddałem ci kluczyki. 
–  Włożyłem  je  do  kieszeni  płaszcza,  a  płaszcz  jest  u  ciebie  w 

przedpokoju. Chyba będzie lepiej, jak tu zostanę. 

– Słyszę, że wytrzeźwiałeś – zauważył Qwilleran. 
– Każdy by wytrzeźwiał na widok tego, co zobaczyłem. 
Gdy  Qwilleran  dotarł  z  aparatem  do  mieszkania  Lyke'a,  na 

miejscu  byli  już  funkcjonariusze  z  policyjnego  radiowozu.  Rozejrzał 
się  po  salonie.  Wszystko  wyglądało  tak  samo  jak  podczas 
popołudniowej 

sesji 

zdjęciowej, 

tylko 

telewizor 

trajkotał 

bezsensownie, a na dywanie leżała żółta chryzantema, którą upuścił 
Bunsen. 

–  Gdy  wszedłem  –  rzekł  fotograf  –  Koko  od  razu  zaprowadził 

mnie do sypialni. 

Lyke  leżał  na  podłodze  w  sypialni,  ubrany  w  szary  jedwabny 

szlafrok.  Na  jednym  palcu  miał  duży  sygnet  z  szafirem,  którego 
Qwilleran  dotąd  u  niego  nie  widział.  Twarz  nie  była  już  taka 
przystojna.  Uszła  z  niej  cała  inteligencja  i  atrakcyjność.  Pozostała 
tylko zastygła wyniosła maska. 

Qwilleran rozejrzał się dokoła. Zdjęta z łóżka tygrysia skóra leżała 

na ławeczce. Była starannie złożona. Wszystko inne znajdowało się w 
idealnym porządku. Łóżko było zasłane. 

Bunsen  kręcił  się  dokoła,  szukając  najlepszego  miejsca  do 

background image

Lillian Jackson Braun 

94 

fotografowania. 

– Chcę zrobić tylko jedno zdjęcie – zwrócił się do  policjantów. – 

Niczego  nie  będę  dotykał.  –  Następnie  spojrzał  na  Qwillerana.  – 
Ciężko jest pstryknąć ciekawą fotkę. Dział graficzny nie puści żadnej 
makabry,  bo  dostają  skargi  od  komitetów  rodzicielskich,  staruszek, 
weteranów wojennych... 

– Co zrobiłeś z Koko? – spytał Qwilleran. 
– Gdzieś tu jest. Prawdopodobnie niszczy dowody przestępstwa. 
Qwilleran  znalazł  kota  w  jadalni,  siedzącego  pod  stołem,  jak 

gdyby  nic  się  nie  stało.  Koko  przyjął  pozycję  wyrażającą  całkowitą 
obojętność,  usadowiony  wygodnie  na  złoto–niebieskim  chińskim 
dywanie. Nie okazywał zatroskania, ciekawości ani poczucia winy. 

Chwilę  później  przyjechali  dwaj  policjanci  z  wydziału  zabójstw. 

Qwilleran  ich  rozpoznał,  gdyż  miał  z  nimi  wcześniej  do  czynienia. 
Lubił  tego  przysadzistego,  który  nazywał  się  Hames  –  był  to 
inteligentny  oficer  śledczy  o  bezpretensjonalnej  postawie.  Nie 
przepadał natomiast za Wójcikiem, którego nosowy głos znakomicie 
pasował do jego gderliwego usposobienia. 

Ten drugi spojrzał na Qwillerana i spytał: 
– Jak to możliwe, że prasa zjawiła się tak szybko? 
–  Fotograf  był  na  miejscu,  gdy  przyjechaliśmy  –  odpowiedział 

funkcjonariusz z radiowozu. – Wpuścił nas do środka. To on znalazł 
ciało i nas powiadomił. 

Wójcik odwrócił się do Bunsena. 
– Skąd pan się tu wziął? 
– Wszedłem przez balkon. 
–  Rozumiem.  To  piętnaste  piętro.  I  mimo  to  wszedł  pan  przez 

balkon? 

– No pewnie. Wszędzie dokoła są balkony. Hames rozglądał się po 

luksusowym salonie. 

–  Popatrz  na  tę  tapetę  –  rzekł  do  swojego  kolegi.  –  Gdyby  moja 

żona to zobaczyła... 

Wójcik ruszył do sypialni, a potem wyszedł na balkon. Spojrzał w 

dół, po czym ocenił odległość między barierkami. W następnej chwili 
dopadł Bunsena. 

– Dobra, koniec żartów. Jak pan się tutaj dostał? 
– Mówiłem już... 
– Jedzie od pana jak z gorzelni. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

95 

– Bunsen mówi prawdę – wtrącił się Qwilleran. – Przeskoczył po 

balkonach z mojego mieszkania po przeciwnej stronie. 

– Może to głupie pytanie, ale chciałbym się łaskawie dowiedzieć, 

w jakim celu? 

–  No  więc  to  było  tak  –  zaczął  fotograf.  –  Siedzieliśmy  sobie  po 

drugiej... 

– Przyszedł po mojego kota – przerwał mu Qwilleran. – Kot był w 

tym mieszkaniu. 

–  To  pewnie  ten  słynny  syjamczyk,  który  chce  mnie  wysiudać  z 

roboty – rzekł Hames. – Chętnie go poznam. 

– Siedzi pod stołem w jadalni. 
–  Moja  żona  ma  hopla  na  punkcie  kotów  syjamskich.  Pewnego 

dnia chyba się ugnę i kupię jej jednego. 

Qwilleran ruszył za sympatycznym oficerem do jadalni. 
– Muszę panu o czymś powiedzieć – rzekł półszeptem. – Byliśmy 

tutaj dziś po południu. Urządziliśmy sesję zdjęciową dla „Stylowych 
Wnętrz”. Przedtem David Lyke schował parę cennych przedmiotów. 
Nie wiem, gdzie je poutykał. Są sporo warte, a nigdzie ich nie widać. 

Policjant nie zareagował. Sekundę później ukląkł pod stołem. 
–  O  ile  pamiętam  –  ciągnął  Qwilleran  –  był  japoński  parawan 

złożony  z  pięciu  części,  cały  ze  złota.  I  długi  zwój  z  wizerunkami 
kaczek  i  gęsi.  I  drewniana  rzeźba  przedstawiająca  jelenia,  niemal 
naturalnej  wielkości.  Bardzo  stara, sądząc po  jej  stanie. No  i  wielka 
porcelanowa waza. I złoty Budda wysoki prawie na metr. 

– Jego sierść jest miękka jak futro gronostaja – powiedział Hames 

spod stołu. – Drogie są te koty? 

W  tym  samym  czasie  Wójcik  poszedł  przesłuchać  sąsiadów. 

Apartament 

naprzeciwko 

zajmowała 

niedosłysząca 

kobieta; 

powiedziała,  że  położyła  się  wcześnie  spać  i  nie  zwróciła  uwagi  na 
żadne  odgłosy  ani  nikogo  nie  widziała.  Następny  lokal  po  prawej 
stronie  był  pusty,  natomiast  ten  po  lewej  zamieszkiwało  pewne 
małżeństwo. 

–  Nie  znamy  pana  Lyke'a  –  odparł  mężczyzna  – ale  od  czasu  do 

czasu spotykamy go w windzie. Jego oraz jego przyjaciół. 

– No i słyszymy te głośne przyjęcia – dorzuciła piskliwym głosem 

kobieta. 

–  Ale  dziś  niczego  nie  słyszeliśmy  –  ciągnął  mężczyzna.  –  Tylko 

telewizor.  To  dość  nietypowe,  bo  na  ogół  on  włącza  sprzęt 

background image

Lillian Jackson Braun 

96 

stereofoniczny... Gra muzyka, znaczy się. 

–  Ta  muzyka  nie  gra,  tylko  ryczy  –  poprawiła  kobieta.  –  W 

zeszłym tygodniu poskarżyliśmy się administratorowi. 

–  Gdy  usłyszeliśmy  jego  telewizor  –  dodał  mężczyzna  –  to 

włączyliśmy  też  nasz,  bo  uznaliśmy,  że  jest  dobry  program.  Potem 
już nic nie słyszeliśmy z tamtego mieszkania. 

– Żadnych głosów? – spytał policjant. – Żadnej kłótni? 
–  Prawdę  mówiąc,  zasnąłem.  To  wcale  nie  był  taki  dobry 

program. 

Wójcik spojrzał na kobietę. 
– A pani? 
–  Telewizor  grał,  mąż  chrapał,  więc  nie  usłyszałabym  nawet 

wybuchu bomby. 

Wójcik wrócił do apartamentu i podszedł do Qwillerana. 
– Jak dobrze znał pan zmarłego? – spytał. 
–  Poznałem  go  przed  paroma  tygodniami.  Miałem  zlecenie  z 

redakcji.  Wiem  o  nim  właściwie  tylko  tyle,  że  urządzał  huczne 
przyjęcia i był ogólnie lubiany zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. 

– Był dekoratorem, czy tak? 
– Tak – odparł lapidarnie Qwilleran. – I to cholernie dobrym. 
– Kiedy widział go pan ostatni raz? 
–  Dziś  po  południu,  kiedy  fotografowaliśmy  ten  apartament. 

Zaprosiliśmy  go  z  Bunsenem  na  kolację  do  klubu  prasowego,  ale 
odmówił, bo miał randkę. 

– Wie pan z kim? 
– Nie. Powiedział tylko, że ma randkę. 
– Mieszkał sam? 
– Tak. To znaczy tak zakładam. 
– Jak mam to rozumieć? 
– Na skrzynce na listy jest tylko jedno nazwisko. 
– Miał jakąś pomoc domową? 
–  W  trakcie  przyjęć  zatrudniał  dwoje  ludzi.  Do  gotowania  i 

podawania potraw. Administrator budynku zapewnia sprzątanie. 

– Zna pan jego krewnych albo bliskich przyjaciół? 
–  Znam  tylko  jego  wspólnika  z  firmy  wnętrzarskiej.  Nazywa  się 

Starkweather. 

Gdy na miejsce przestępstwa przybył koroner i fotograf policyjny, 

Wójcik spojrzał na Qwillerana i Bunsena. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

97 

– Zwijajcie się stąd, panowie – powiedział. 
–  Chciałbym  usłyszeć  opinię  koronera  –  rzekł  Qwilleran.  –  Żeby 

mieć pełne informacje do gazety. 

Wójcik zajrzał mu w twarz. 
–  Czy  to  nie  pan  jest  tym  dziennikarzem  z  „Fluxion”,  który  był 

zamieszany w kradzież u Taita? 

– Nie, nie byłem zamieszany – odparł z naciskiem Qwilleran. – Po 

prostu tak się złożyło, że napisałem artykuł o domu państwa Taitów 
na kilka dni przed tym, gdy ich służący uciekł z kolekcją, o ile w ogóle 
można wierzyć w wersję policji. 

– Zauważył pan?! – zawołał Hames z jadalni. – Gdy jest ciemno, 

ślepia tego kota robią się czerwone! 

Trwały oględziny zwłok. 
Po dłuższej chwili Wójcik podszedł do Qwillerana. 
–  Śmierć  spowodowana  raną  postrzałową  w  pierś  –  oznajmił.  – 

Strzał  oddano  z  bliska  około  dziesiątej  wieczorem.  Brak  narzędzia 
zbrodni. Nie wygląda na to, by motywem był rabunek... To wszystko. 
A  teraz  proszę  nam  wyświadczyć  przysługę  i  iść  do  domu. 
Prawdopodobnie wie pan więcej niż my. Pańska gazeta żyje z takich 
afer. 

Qwilleran zmuszony był wślizgnąć się pod stół i siłą oderwać kota, 

który zdawał się przyklejony do dywanu. Hames odprowadził ich do 
drzwi. 

– Ten wasz niedzielny dodatek dobrze się prezentuje – stwierdził. 

–  Te  wszystkie  eleganckie  domy!  Moja  żona  mówi,  że  powinienem 
zgarnąć parę łapówek, byśmy mogli żyć na takim poziomie. 

–  Ja  uważam,  że  to  czasopismo  to  dobry  pomysł  –  odparł 

Qwilleran  –  ale  idzie  nam  jak  po  grudzie.  Najpierw  włamanie  u 
Taitów, potem... 

–  No  dalej,  wynoście  się!  –  krzyknął  zniecierpliwiony  Wójcik.  – 

Mamy tu robotę do wykonania! 

– No tak – rzekł Hames. – Mojej żonie spodobały się też te łóżka z 

baldachimem w domu przy Merchant Street. Wie pan, gdzie można 
kupić coś takiego? 

Qwilleran spochmurniał. 
–  To  był  kolejny  pech!  Chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  wasi  z 

obyczajówki zrobili tam nalot akurat w zeszłym tygodniu. 

– No cóż – odparł Hames – nie mam pojęcia, jak to się dokładnie 

background image

Lillian Jackson Braun 

98 

potoczyło, ale wiem, że Fundusz dla Wdów po Policjantach otrzymał 
ostatnio pokaźną dotację od Fundacji Pennimanów... Mówił pan, że 
brakuje paru rzeczy, tak? Parawan złożony z pięciu części? Metrowy 
złoty  Budda?  Kakemono  z  kaczkami  i  gęśmi?  Zabytkowa  rzeźba 
jelenia?  Misa  porcelanowa?  Jest  pan  pewien,  że  ten  parawan  miał 
pięć  części?  Japońskie  parawany  na  ogół  mają  parzystą  liczbę 
ekranów. 

Zamyśleni, Bunsen i Qwilleran powlekli się do apartamentu 15–F, 

pierwszy niosąc aparat, drugi kota na ramieniu. 

– Fundacja Pennimanów... 
– Wiesz chyba, kim są Pennimanowie? – spytał Bunsen. 
– Owszem, wiem. Mieszkają w Muggy Swamp. I są właścicielami 

„Morning Rampage”. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

P

P

I

I

Ę

Ę

T

T

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Qwilleran przekazał przez telefon szczegóły śmierci Davida Lyke'a 

redaktorowi  dyżurującemu  w  siedzibie  „Fluxion”.  Potem  Bunsen 
zadzwonił do żony. 

 –  Kotku,  czy  przyjęcie  już  się  skończyło?  Powiedz  swoim 

koleżankom,  że  zaraz  przyjadę,  to  dam  im  buziaka  na  dobranoc. 
Nie...  nie,  nie,  nic  się  nie  działo.  Po  prostu  przegadałem  cały 
wieczór... Kotku, przecież wiesz, że nie zrobiłbym ci czegoś takiego! 

Bunsen  odjechał  do  Happy  View  Woods,  a  zaniepokojony 

Qwilleran  zaczął  rozmyślać  o  zadziwiająco  apatycznym  zachowaniu 
Koko. Czy to kocie opanowanie, czy może biedak przeżył wstrząs? Po 
powrocie do apartamentu powinien był obejść kąty, sprawdzić, czy w 
kuchni nie zostały przypadkiem smakowite resztki, a później zwinąć 
się na swojej niebieskiej poduszce wieńczącej lodówkę. Zamiast tego 
skulił  się  na  gołej  podłodze  pod  biurkiem  i  szeroko  otwartymi 
ślepiami  patrzył  tępo przed  siebie. Jego  zachowanie  wskazywało,  że 
jest  mu  zimno.  Qwilleran  przykrył  kota  starym  sztruksowym 
płaszczem,  układając  go  niczym  namiot,  ale  nie  doczekał  się  żadnej 
reakcji, choćby minimalnego poruszenia uchem. 

Qwilleran  też  czuł  się  wyczerpany  po  stresie  wywołanym 

background image

Kot, który jadał wełnę 

99 

zniknięciem  Koko,  popisami  akrobatycznymi  Bunsena  i  wreszcie 
morderstwem. Położył się do łóżka, nie mógł jednak zasnąć. Wiercił 
się, nękany uporczywymi pytaniami. 

Po  pierwsze,  komu  zależało  na  zabiciu  tak  sympatycznego  i 

hojnego  człowieka,  jakim  był  David  Lyke?  Traktował  tak  samo 
przyjaźnie  wszystkich  bez  wyjątku:  kobiety  i  mężczyzn,  starych  i 
młodych,  klientów  i  konkurentów,  służących  w  kuchni  i  gości  w 
salonie. To prawda, za ich plecami wypowiadał się o nich krytycznie, 
ale przecież oczarowywał każdego. 

Po  drugie,  czy  motywem  była  zazdrość?  Lyke  miał  wszystko: 

urodę, talent, ciekawą osobowość, sukces, przyjaciół. Tego wieczoru 
umówił  się  na  randkę.  Być  może  kobietę,  z  którą  miał  się  spotkać 
dekorator,  śledził  zazdrosny  mąż  albo  przyjaciel.  A  może  –  taką 
ewentualność  też  należało  brać  pod  uwagę  –  randka  nie  była 
spotkaniem z kobietą? 

Po trzecie, dlaczego Lyke miał na palcu kosztowny sygnet, a poza 

tym  ubrany  był  tylko  w  szlafrok?  I  dlaczego  zdjęto  i  złożono  kapę  z 
tygrysiej  skóry?  Qwilleran  zmarszczył  czoło  i  prychnął  w  gęstwinę 
swych wąsów. 

Po  czwarte,  dlaczego  sąsiedzi  niczego  nie  słyszeli?  Żadnych 

odgłosów. Być może telewizor nastawiono na cały regulator po to, by 
zagłuszył  huk  wystrzału.  A  sąsiedzi  wszystkie  hałasy  przypisywali 
nadawanemu akurat programowi. Cudowny wynalazek ta telewizja. 

Po piąte,  gdzie był  Koko  podczas  tego zdarzenia?  Co widział?  Co 

robił? Dlaczego teraz wydaje się taki otępiały? 

Qwilleran po raz setny przekręcił się z boku na bok. Gdy wreszcie 

zmorzył  go  sen,  zaczęło  świtać.  Śnił  mu  się  dzwoniący  telefon. 
Czytelnicy zadawali pytania, na które nie było odpowiedzi. Drrrryń! 
„Jakie kolory trzeba zmieszać, żeby wyszedł różowy błękit?” Drrrryń! 
„Gdzie  mogę  kupić  krzesło  zaprojektowane  w  duchu  duńskiego 
wzornictwa,  wykonane  w  Japonii?”  Drrrryń!  „Qwill,  mówi  Harold. 
Chcemy położyć nową wykładzinę w pokoju prasowym. Co myślisz o 
brązie burbońskim?” 

Gdy  wreszcie  telefon  naprawdę  zadzwonił,  Qwilleran  rzekł 

bezmyślnie do słuchawki: 

– Halo. 
–  Starkweather  –  przedstawił  się  lakonicznie  mężczyzna  po 

drugiej stronie. 

background image

Lillian Jackson Braun 

100 

–  Słucham...  –  bąknął  dziennikarz,  szukając  właściwych  słów.  – 

Jak się pan czuje? 

– To straszne, straszne – powiedział były wspólnik Davida Lyke'a. 

– Nie spałem całą noc. 

Umysł  Qwillerana  zaczął  gwałtownie  odtwarzać  wydarzenia  z 

poprzedniego dnia. 

– Tak, co za wstrząs... Nie rozumiem tego. 
– Czy pan... czy mógłby pan... – Po drugiej stronie zapadła cisza. 
– Co mogę dla pana zrobić, panie Starkweather? 
– Pomyślałem... pomyślałem, że gdyby mógł się pan dowiedzieć... 

no, co napiszą w gazecie. 

–  Sam  przekazałem  informację  do  naszej  redakcji  –  odparł 

Qwilleran. – Zadzwoniłem wczoraj. Podałem suche fakty w oparciu o 
opinię koronera i ustalenia policji. Notatka ukaże się dziś rano. Jeśli 
będzie  dalszy  ciąg,  naczelny  prawdopodobnie  zechce  ze  mną 
rozmawiać... Czym pan się martwi? 

– Nie chciałbym, żeby to się... żeby to się odbiło... Pan rozumie... 
– Żeby to się odbiło na pańskich interesach? O to chodzi? 
– Hm, niektórzy klienci naszego studia są bardzo... bardzo... 
–  Obawia  się  pan,  że  gazety  zrobią  z  tego  sensację?  To  pan  chce 

powiedzieć? Trudno mi mówić za „Morning Rampage”, proszę pana. 
Ale  „Fluxion”  nie  musi  się  pan  obawiać.  Poza  tym  nie  wiem,  co 
mogłoby tak naprawdę zepsuć wizerunek pańskiej firmy. 

– Proszę pana... David i te jego przyjęcia... Jego przyjaciele... Miał 

wielu... no wie pan, jacy są młodzi kawalerowie. 

Qwilleran już całkowicie oprzytomniał. 
– Czy podejrzewa pan, jaki był motyw tej zbrodni? – spytał. 
– Nie mam pojęcia. 
– Może zazdrość? 
– Nie wiem. 
–  Myśli  pan,  że  to  miało  coś  wspólnego  z  jego  kolekcją 

przedmiotów orientalnych? 

– Naprawdę nie wiem – odparł Starkweather bezradnym tonem. 
– Czy zna pan jego zbiory na tyle, by mógł pan stwierdzić, czy coś 

zniknęło? – dopytywał się Qwilleran. 

– To samo chciała wczoraj wiedzieć policja. 
– I co, pomógł im pan? 
– Pojechałem od razu do mieszkania Davida. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

101 

– I co się okazało? 
– Część najcenniejszych rzeczy była zamknięta w szafie. Nie wiem 

dlaczego. 

–  Ja  wiem.  Schował  to,  bo  wczoraj  urządziliśmy  u  niego  sesję 

zdjęciową. 

– Aha. 
– Wiedział pan, że będziemy fotografować jego mieszkanie? 
– Tak, wspomniał o tym. Ale potem wypadło mi z głowy. 
– A powiedział, że schowa niektóre rzeczy? 
– Chyba nie... 
–  Mnie  powiedział,  że  nie  chce,  by  opinia  publiczna  się 

dowiedziała, że ma takie przedmioty. Czy one są nadzwyczaj cenne? 

– Niektóre tak... – odparł z wahaniem Starkweather i zamilkł. 
– Trefne? 
– Słucham? 
– Kradzione? 
– Nie, nie, on zawsze płacił bez szemrania. 
–  W  to  nie  wątpię,  chodzi  mi  jednak  o  źródło  pochodzenia  tych 

rzeczy.  Powiedział  mi,  że  niektórych  przedmiotów  w  ogóle  nie 
powinien mieć. Tak się wyraził. Co to znaczy? 

– Hm, one są... można powiedzieć, że to okazy muzealne. 
–  No to co? Wielu  dzianych  kolekcjonerów  posiada  dzieła  godne 

muzeów, prawda? 

–  Ale  część  z  tych,  które  miał  David,  jest...  One  chyba  nigdy  nie 

powinny zostać wywiezione. Z Japonii. 

–  Rozumiem  –  odrzekł  Qwilleran.  Zamyślił  się  na  moment.  – 

Chodzi panu o to, że były prawnie chronione? 

– Coś w tym rodzaju. 
– Skarby dziedzictwa narodowego? 
– Tak to się chyba określa. 
– Hm. Powiedział pan o tym policji? 
– Nie. 
– Dlaczego? 
– Nie pytali. 
Qwilleran  przeżywał  miłą  chwilę:  wyobraził  sobie,  jak  obcesowy 

Wójcik przesłuchuje małomównego Starkweathera. 

–  Czy  nie  przychodzi  panu  na  myśl  nikt,  kto  był  szczególnie 

zainteresowany takimi „dobrami chronionymi”? 

background image

Lillian Jackson Braun 

102 

– Nie, ale zastanawiam się... 
– Nad czym? Nad czym się pan zastanawia? 
Mężczyzna zakaszlał. 
–  Czy  moja  firma  może  być  pociągnięta  do  odpowiedzialności... 

No bo jeśli okaże się, że jest coś nielegalnego, to czy... 

– Wątpię. Niech pan się trochę prześpi. Niech pan weźmie pigułkę 

na sen i odpocznie. 

– Nie, nie! Muszę iść do firmy. Nie wiem, co się dzisiaj wydarzy. 

Co za straszna historia. 

Gdy 

Starkweather 

odłożył 

słuchawkę, 

Qwilleran 

poczuł 

bezradność. Poszedł do kuchni, żeby zaparzyć trochę kawy. Zobaczył, 
że  Koko  leży  na  swojej  poduszce,  z  głową  odrzuconą  do  tyłu  i 
zamkniętymi  oczami.  Odezwał  się  do  niego,  ale  nie  doczekał  się 
żadnej reakcji. Pogłaskał go, a wtedy kot westchnął ciężko przez sen. 
Tylna łapa dygotała. 

– Coś ci się śni? – mruknął dziennikarz. – Ciekawe co. Kurczak? 

Ludzie  z  bronią  robiący  mnóstwo  hałasu?  Chciałbym  wiedzieć,  co 
wczoraj widziałeś. 

Wąsy zadrżały, łapa zakryła oczy. 
Gdy  następnym  razem  zadzwonił  telefon,  Qwilleran  akurat  się 

golił, więc odebrał poirytowany. Golenie uważał za rytuał – po części 
hołd  składany  przodkom,  po  części  potwierdzenie  własnej  płci,  po 
części  wreszcie  wyraz  godności  osobistej  –  który  wymaga 
najwyższego kunsztu i skupienia. 

–  Mówi  Cokey  –  odezwał  się  zaaferowany  głos.  –  Właśnie 

usłyszałam w radiu o śmierci Davida Lyke'a. Nie mogę w to uwierzyć. 

– Owszem, zamordowano go. 
– Wiesz, kto to mógł zrobić? 
– A niby skąd mam wiedzieć? 
–  Złościsz  się  na  mnie?  –  spytała  Cokey.  –  Jesteś  zły,  bo 

zasugerowałam, żebyś pisał artykuł o domu pani Allison? 

–  Nie  jestem  zły  – odparł  Qwilleran  nieco  łagodniejszym  tonem. 

Zaświtało mu, że powinien wypytać Cokey o parę spraw. – Po prostu 
się golę. Mam pianę na twarzy. 

– Przepraszam, że zadzwoniłam tak wcześnie. 
– Dryndnę niedługo, to wybierzemy się razem na kolację. 
– A jak Koko? 
– Świetnie. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

103 

Gdy Qwilleran odkładał słuchawkę, przyszedł mu pewien pomysł 

do  głowy.  Wytarł  pianę  z  twarzy,  obudził  Koko  i  położył  go  na 
słowniku.  Kot  przeciągnął  się,  wyginając  grzbiet  w  drżący  łuk. 
Postawił  wąsy,  potoczył  ślepiami  i  ziewnął  szeroko,  pokazując 
trzydzieści zębów, faliste podniebienie, długi język i pół gardła. 

–  No  dobra,  zagrajmy  –  rzekł  Qwilleran,  samemu  ziewając 

przeciągle. 

Koko  okręcił  się  trzykrotnie,  następnie  osunął  i  ułożył  w  ospałej 

pozie na otwartych stronach. 

–  Ej,  gramy,  gramy!  –  Qwilleran  wepchnął  palce  między  kartki, 

żeby pokazać kotu, co ma na myśli. 

Senny  Koko  przewrócił  się  na  grzbiet  i  zaczął  się  rozkosznie 

kokosić. 

–  Ty  leniu!  Co  się  z  tobą  dzieje?  Zmrużone  ślepia  patrzyły  z 

rozmarzeniem. 

Na  współpracę  kot  zgodził  się  dopiero  wtedy,  gdy  Qwilleran 

zamachał  mu  sardynką  przed  nosem.  Jednak  gra  nie  przyniosła 
oczekiwanych  rezultatów:  padły  hasła  „szczękowy”  i  „szczęściara”, 
„podrównikowy”  i  „podróż”  oraz  „skandować”  i  „skandynawski”. 
Dziennikarz  miał  nadzieję  na  bardziej  wymowne  słowa.  Musiał 
jednak  przyznać,  że  parę  z  nich  układało  się  w  logiczny  sens.  Na 
puszce  z  sardynkami  napisane  było  przecież  „Wyprodukowano  w 
Norwegii”. 

Qwilleran udał się do redakcji i zajął: przygotowywaniem nowego 

numeru  „Stylowych  Wnętrz”,  lecz  myśli  miał  zajęte  czymś  innym. 
Odczekał  na  tyle  długo,  że  zyskał  niemal  pewność,  iż  Starkweather 
pojechał do swej firmy, po czym zatelefonował do jego żony. 

Wybuchła płaczem. 
–  Czy  to  nie  straszne,  proszę  pana?!  –  łkała.  –  Mój  David!  Mój 

najdroższy David! Dlaczego ktoś zrobił coś takiego? 

– No tak, trudno to zrozumieć – rzekł Qwilleran. 
–  Był  taki  młody.  Miał  zaledwie  trzydzieści  dwa  lata,  wie  pan? 

Taki  utalentowany  i  pełen  życia.  Nie  wiem,  jak  Stark  poradzi  sobie 
bez niego. 

– Proszę pani, czy David miał wrogów? 
– Nie wiem. Nie mogę myśleć, jestem taka zrozpaczona. 
–  Może  ktoś  zazdrościł  mu  sukcesów?  Czy  ktoś  może  skorzystać 

na jego śmierci? 

background image

Lillian Jackson Braun 

104 

Płacz przeszedł w głośne pochlipywanie. 
–  Chyba  nie  bardzo.  David  żył  na  wysokiej  stopie  i  wszystko 

rozdawał. Nie zaoszczędził ani grosza. Stark zawsze go przestrzegał. 

–  A  co  się  stanie  z  jego  połową  firmy?  –  spytał  Qwilleran  jak 

najbardziej zdawkowym tonem. 

–  Oczywiście  przypadnie  Starkowi.  Taka  była  umowa.  Stark 

wyłożył  wszystkie  pieniądze  na  ten  interes.  Wkładem  Davida  był 
talent. I to jaki wielki talent... – dodała z jękiem. 

– Czy David miał jakąś rodzinę? 
– Nie. Nikogo. Dlatego chyba tak często urządzał przyjęcia. Chciał 

mieć  ludzi  wokół  siebie  i  uważał,  że  musi  kupować  ich  sympatię.  – 
Pani  Starkweather  westchnęła  głęboko.  –  Ale  to  nieprawda.  Ludzie 
zwyczajnie go lubili. 

Qwilleran zagryzł wargę. „No tak, ale czy nie był dwulicowcem? – 

cisnęło  mu  się  na  usta.  –  Czy  nie  mówił  paskudnych  rzeczy  o 
ludziach, którzy garnęli się do niego? Czy pani wie, że nazwał panią 
podstarzałą pijaczką?” 

– Ciekawe, co się stanie z jego orientalną kolekcją – rzekł na głos. 
– Nie wiem, naprawdę nie wiem. Ale znam ze czterech pasożytów, 

którzy chętnie położyliby na niej swoje łapska – odparła ostrzejszym 
tonem. 

–  Nie  wie  pani  może,  czy  w  testamencie  Davida  są  jakieś  zapisy 

dotyczące tej kolekcji? 

–  Nie  wiem.  –  Zamyśliła  się  na  chwilę.  –  Nie  zdziwiłabym  się, 

gdyby  ją  zapisał  temu  młodemu  Japończykowi,  który  był  jego 
kucharzem. Tak mi przyszło teraz do głowy. 

– A dlaczego pani tak myśli? 
–  Byli  sobie  bliscy.  To  David  ustawił  Yushiego  w  branży 

cateringowej. A Yushi był mu oddany. A my wszyscy byliśmy oddani 
Davidowi.  –  Znów  się  rozpłakała.  –  Dobrze,  że  pan  mnie  nie  widzi. 
Wyglądam  strasznie.  Płaczę  od  wielu  godzin!  Przy  Davidzie  czułam 
się młoda. A teraz nagle poczułam się okropnie staro. 

W następnej kolejności Qwilleran zatelefonował do studia ZASZP. 

Natychmiast rozpoznał słodki głos. 

– Bob, mówi Qwilleran z „Fluxion”. 
–  A,  tak!  Ale  się  dzisiaj  rozdzwoniły  telefony!  Telekomunikacja 

nieźle zarobi. 

– Co słyszałeś o zabójstwie Davida Lyke'a? 

background image

Kot, który jadał wełnę 

105 

– Nic, co warte byłoby powtórzenia. 
– Dzwonię, bo chciałem cię zapytać o Yushiego. Wiesz może, czy 

można  byłoby  go  zatrudnić?  Wydaję  przyjęcie  dla  faceta,  który  się 
żeni. 

– Jestem pewien, że Yushi będzie miał teraz sporo wolnego czasu, 

gdy Davida już nie ma. Można go znaleźć w książce telefonicznej pod 
hasłem Cuisine Internationale. Przyjdziesz na Pośmiertną Popijawę? 

– A co to jest? 
 –  Nie  wiesz?  –  spytał  zdziwiony  Orax.  –  Gdy  David  spisał  swój 

testament, przeznaczył pewną sumkę na ostatnie przyjęcie dla swych 
przyjaciół. W „Toledo”! Żadnych łez! Tylko śmiech, taniec i alkohol, 
aż skończą się pieniądze. A w „Toledo” kończą się szybko. 

–  Niezły  był  z  niego  ekscentryk  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Chciałbym  o  nim  napisać  do  gazety.  Kto  się  zaliczał  do  jego 
najlepszych przyjaciół? Od kogo mógłbym się najwięcej dowiedzieć? 

Orax zastanawiał się chwilę, pomrukując cicho. 
–  Oczywiście  od  Starkweatherów  i  Noytonów.  W  dalszej 

kolejności byłby drogi Yushi. I paru takich bezczelnych sępów jak ja. 

– A wrogowie? 
–  Może  Jacques  Boulanger.  Ale  dziś  takie  czasy,  że  trudno 

odróżnić wroga od przyjaciela. 

– A dziewczyny? 
– A tak, dziewczyny. Była niejaka Lois Avery, ale wyszła za mąż i 

wyjechała  z  miasta.  Aha,  i  jeszcze  taka  istotka  o  długich  prostych 
włosach, która pracuje u pani Middy. Zapomniałem nazwiska. 

– Chyba wiem, o kim mówisz – odparł Qwilleran. 
 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

Z

Z

E

E

S

S

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Qwilleran  pojechał  taksówką  do  Sorbonne  Studio.  Zatelefonował 

wcześniej,  żeby  się  umówić,  a  wtedy  kobieta  mówiąca  z  ujmującym 
francuskim akcentem poprosiła go, by przy jechał tout de suite, jeśli 
życzy sobie rendez–vous z monsieur Boulangerem w atelier. 

W  taksówce  znów  rozmyślał  o  Cokey.  Wreszcie  ją  rozszyfrował! 

Koko od razu wyczuł jej dwulicowość. Próbował go przestrzec, kiedy 

background image

Lillian Jackson Braun 

106 

ugryzł dziewczynę w głowę i lizał zdjęcie wyjęte z torebki. 

Qwilleran  widział  to  zdjęcie  zaledwie  w  przelocie,  ale  rozpoznał 

widniejącego  na  nim  mężczyznę:  artystyczna  poza,  jasne  włosy. 
Wydało  się!  Cokey  –  ta  szczera,  rozbrajająca  Cokey  –  udawała. 
Pozwoliła,  aby  Qwilleran  przedstawił  ją  Lyke'owi,  jak  gdyby 
rzeczywiście go nie znała, a dekorator odegrał scenkę razem z nią – i 
tylko  jego  namiętne  spojrzenie  zdradzało  prawdę.  Czy  zachował  się 
tak pod wpływem chwili, czy też coś razem ukartowali? 

Skoro  oszukała  go  raz,  to  równie  dobrze  mogła  to  zrobić 

dwukrotnie.  Czy  celowo  doprowadziła  do  skandalu  związanego  z 
domem pani Allison? Czy ma jakieś kontakty z „Morning Rampage”? 

–  To  tutaj?  –  spytał  taksówkarz,  wyrywając  Qwillerana  z 

posępnych  rozmyślań.  Auto  zatrzymało  się  przed  pretensjonalnym 
niskim budynkiem, miniaturową wersją pawilonów, które francuscy 
królowie stawiali dla swoich metres. 

Wystrój  Sorbonne  Studio  składał  się  z  imponującego  połączenia 

kremowego marmuru, białych mebli i kryształowych żyrandoli. Biały 
dywan – gruby i o urozmaiconej fakturze – przypominał wielką bezę. 
Qwilleran postawił na nim ostrożnie stopę. 

W  środku  panowała  ociężała  cisza.  Wreszcie  zza  składane  go 

parawanu wyłoniła się ciemnoskóra kobieta o wyjątkowej urodzie. 

– Bonjour, monsieur – odezwała się. – Czym mogę służyć? 
–  Jestem  umówiony  z  panem  Boulangerem  –  rzekł  Qwilleran.  – 

Pracuję w redakcji „Daily Fluxion”. 

–  Qui.  Monsieur  Boulanger  rozmawia  przez  telefon.  Klient,  pan 

rozumie. Zaraz pana zaanonsuję. 

Poruszając się krokiem modelki, znikła za parawanem wyłożonym 

lustrami.  Qwilleran  dojrzał  odbicie  swojej  twarzy,  patrzącej  z 
zafascynowaniem na oddalającą się postać. 

Chwilę  później  z  głębi  wymaszerował  przystojny  Murzyn  z 

hiszpańską bródką. 

–  Witam  –  powiedział  z  uśmiechem,  zachowując  swobodną 

postawę. – Jack Baker. 

–  Jestem  umówiony  z  panem  Boulangerem  –  powtórzył 

Qwilleran. 

–  To  ja.  Jacques  Boulanger  dla  moich  klientów.  Jack  Baker  dla 

przyjaciół i prasy. Proszę do mojego biura. 

Qwilleran ruszył za gospodarzem do jasnoniebieskiego pokoju, w 

background image

Kot, który jadał wełnę 

107 

którym  były  miękkie  dywany,  obite  aksamitem  ściany  i  filigranowe 
fotele.  Zerknął  niepewnie  na  sufit,  po  kryty  w  całości  plisowanym 
niebieskim jedwabiem, upiętym pośrodku w rozetę. 

– Wiem, co sobie myślisz, człowieku – rzekł ze śmiechem Baker. – 

Wymoszczone  jak  w  domu  wariatów?  Mais  malheureusement,  tego 
właśnie  oczekują  klienci.  Czuję  się  jak  osioł,  ale  z  tego  żyję.  –  Na 
widok  wesołości  w  jego  oczach  Qwilleran  nieco  się  rozluźnił.  –  Jak 
się panu podoba sala wystawowa? Właśnie zmieniliśmy jej wystrój. 

– Chyba dobra, jeśli ktoś lubi mnóstwo bieli. 
–  To  nie  jest  biel!  –  Baker  zatrząsł  się  teatralnie.  –  Ten  kolor  to 

vichyssoise. Krem z porów. Ma lekki odcień zieleni. 

– Czy właśnie takie rzeczy robi pan dla swoich klientów? – spytał 

Qwilleran.  –  Chcielibyśmy  sfotografować  jedno  z  pańskich  wnętrz 
dla  naszego  czasopisma.  Podobno  urządzał  pan  wiele  domów  w 
Muggy Swamp. 

– Proszę nie myśleć, że jestem niechętny do współpracy – odparł 

z wahaniem Baker – ale moi klienci nie lubią tego rodzaju rozgłosu. 
A  mówiąc  szczerze,  wystroje,  które  robię  w  Muggy  Swamp,  nie  są, 
quest–ce  qu'on  dit...  warte  nagłośnienia.  Naprawdę.  Moi  klienci  to 
ignoranci.  Chcą  ogranych  szablonów.  Najlepiej  francuskich,  a  te  są 
najgorsze.  Chętnie  pokazałbym  panu  wystrój,  w  którym  jest 
wyobraźnia  i  śmiałość.  Może  mniej  konwencjonalnej  gustowności, 
ale za to więcej ducha. 

–  Szkoda  –  mruknął  Qwilleran.  –  Miałem  nadzieję,  że  zrobimy 

sesję  zdjęciową  u  jakiejś  znanej  rodziny.  U  Duxburych  albo 
Pennimanów. 

–  Żałuję,  naprawdę.  Tym  bardziej,  że  cenię  dziennikarzy.  To 

właśnie  amerykański  dziennikarz  w  Paryżu  poznał  mnie  z  moją 
pierwszą klientką. Panią Duxbury. – Baker roześmiał się radośnie. – 
Chciałby pan o tym usłyszeć? To niesamowita historia! 

– Bardzo chętnie. Mogę zapalić fajkę? 
– Urodziłem się w tym mieście – z wyraźnym upodobaniem zaczął 

opowiadać  Murzyn  –  ale  po  złej stronie  torowiska,  jeśli pan  wie,  co 
mam  na  myśli.  Dzięki  stypendium  udało  mi  się  skończyć  studia  ze 
stopniem magistra sztuki, co dawało mi prawo do pracy w pracowni 
wnętrzarskiej.  Instalowałem  draperie.  Oszczędzałem  każdy  grosz,  a 
potem wyjechałem do Paryża, na Sorbonę. Cest bien ca. – Baker się 
rozmarzył.  –  I  tam  właśnie  odkryli  mnie  Duxbury'owie,  ta  parka 

background image

Lillian Jackson Braun 

108 

pięknych kotów. 

– Czy wiedzieli, że pan jest stąd? 
–  Skądże!  Dla  draki  mówiłem  po  angielsku  z  silnym  francuskim 

akcentem i zapuściłem sobie stylową bródkę. Duxburym spodobał się 
ten  cały  egzotyczny  spektakl  –  niech  ich  Bóg  błogosławi!  –  więc 
wynajęli  mnie,  bym  urządził  ich  dom  w  Muggy  Swamp.  Trzydzieści 
pomieszczeń. Zrobiłem to w odcieniu ostrygi, pistacji i moreli. Potem 
wszystkie ważne rodziny chciały murzyńskiego dekoratora z Paryża. 
Musiałem dalej mówić z francuskim akcentem, pan rozumie. 

– Od jak dawna pan to ukrywa? 
–  Nie  robię  z  tego  szczególnej  tajemnicy,  ale  zbyt  wielu  ludzi 

wyszłoby  na  idiotów,  gdybyśmy  wszyscy  otwarcie  przyznali  się  do 
prawdy.  Zatem  uprawiamy  takie  małe  niegroźne  divertissement.  Ja 
udaję Francuza, a oni udają, że się nabierają. Idealny układ. – Baker 
uśmiechnął się rozkosznie. 

Do  biura  weszła  ponownie  młoda  ciemnoskóra  kobieta  o 

przepięknej  twarzy  i  figurze.  Wniosła  delikatne  filiżanki,  plasterki 
cytryny i złoty imbryk na tacy. 

– To moja siostrzenica Verna – oznajmił dekorator. 
–  Cześć  –  zwróciła  się  bezceremonialnie  do  Qwillerana.  – 

Napijemy  się?  Z  cytryną  i  cukrem?  –  Francuski  akcent  zniknął  bez 
śladu.  Kobieta  wyglądała  młodo  i  amerykańsko.  Z  arystokratyczną 
gracją nalała herbaty z pozłacanego imbryka. 

–  Kto  robił  wnętrza  w  domach  mieszkańców  Muggy  Swamp, 

zanim pan się pojawił w branży? – spytał Qwilleran. 

Baker uśmiechnął się krzywo. 
Eh bien, Lyke i Starkweather – odparł. 
Czekał na reakcję Qwillerana, ale ten potrafił się znakomicie ukryć 

za swymi sumiastymi wąsami. 

– Czy mam rozumieć, że odebrał im pan wszystkich klientów? 
–  C'est  la  vie.  Tacy  klienci  są  niestali.  I  potulni,  zwłaszcza  ci  w 

Muggy Swamp. 

Ponieważ Baker odpowiadał szczerze, Qwilleran postanowił zadać 

obcesowe pytanie: 

– No to jak to się stało, że G. Verning Tait pana nie zatrudnił? 
Dekorator  spojrzał  na  swoją  siostrzenicę,  a  ona  na  niego. 

Następnie uśmiechnął się przymilnie. 

–  W  tej  akurat  rodzinie  był  silny  opór  –  odparł,  cedząc  słowa.  – 

background image

Kot, który jadał wełnę 

109 

Pourtant,  David  Lyke  wykonał  świetną  robotę.  Ja  nigdy  nie 
położyłbym  w  holu  tej  tapety  w  paski,  a  lampy  są  przesadnie  duże, 
ale  się  starał,  naprawdę  się  starał.  –  Na  jego  twarzy  odmalował  się 
smutek,  udawany  lub  autentyczny.  –  A  teraz  straciłem  mojego 
głównego konkurenta. Bez konkurencji nie ma frajdy w tej branży. 

–  Myślę  o  napisaniu  artykułu  o  Lyke'u  –  oznajmił  Qwilleran.  – 

Czy mógłby pan coś o nim powiedzieć jako jego rywal? 

– Coś, co nadaje się do zacytowania? – spytał Baker, rzucając mu 

chytre spojrzenie. 

– Od jak dawna go pan znał? 
–  Od  bardzo  dawna.  Jeszcze  z  czasów,  kiedy  obaj  byliśmy  po 

drugiej stronie torowiska. Gdy jeszcze nazywał się inaczej. 

– A więc Lyke to nie było jego prawdziwe nazwisko? 
– Nie. Prawdziwe nie nadawało się do wymówienia ani zapisania. 

David uznał, że „Lyke” brzmi znacznie sympatyczniej. 

– Lubiliście się? 
– Tiens! Znaliśmy się ze szkoły średniej. Byliśmy dwoma estetami 

wśród  dżungli  pełnej  dwumetrowych  koszykarzy  i  brutali.  W  głębi 
ducha  czułem  się  od  niego  lepszy,  bo  miałem  rodziców,  a  on  był 
sierotą. Po studiach zacząłem dla niego pracować: mierzyłem okna i 
wywiercałem  dziury,  żeby  David  mógł  sprzedawać  draperie  po  pięć 
tysięcy dolarów i wejść do śmietanki towarzyskiej w Muggy Swamp. 
Gdy ja ślęczałem w szkole i zmywałem naczynia, żeby się utrzymać, 
on zbijał kapitał na swojej osobowości i wybielonych włosach. I Bóg 
raczy  wiedzieć,  czym  jeszcze.  Wkurzało  mnie  to,  człowieku,  oj 
wkurzało! 

Qwilleran pyknął z fajki, przybierając współczującą minę. 
–  Dites  donc,  doczekałem  się  zemsty  –  powiedział  Baker  z 

szerokim uśmiechem. – Wróciłem z Paryża i odebrałem mu klientelę 
z  Muggy  Swamp.  I  żeby  posypać  dodatkowo  ranę  solą, 
wprowadziłem się do tego samego budynku, w którym on mieszkał, 
tyle, że wybrałem droższy apartament na wyższym piętrze. 

– Mieszka pan w Villa Verandah? Ja też. 
– Szesnaste piętro, skrzydło południowe. 
– Piętnaste piętro, skrzydło północne. 
–  A  więc  obaj  walczymy  o  wyższy  status  społeczny  –  skwitował 

Baker. 

Qwilleran miał jeszcze jedno pytanie. 

background image

Lillian Jackson Braun 

110 

–  Jako  konkurent  Davida,  jego  były  kolega  i  sąsiad,  czy  ma  pan 

jakieś podejrzenia, dlaczego go zamordowano? 

Dekorator wzruszył ramionami. 
– Kto wie? – odparł. – Był człowiekiem bezwzględnym. Zarówno 

w życiu prywatnym, jak i zawodowym. 

–  Powiedziałabym,  że  nadzwyczaj  bezwzględnym  –  dorzuciła 

Verna. 

– Vraiment, chérie – przyznał Baker. – Piękna powierzchowność, 

ale wbiłby człowiekowi nóż w plecy, jak to się mówi. 

–  Nigdy  nie  spotkałem  nikogo  o  tak  dużej  charyzmie  –  rzekł 

Qwilleran. 

– Eh bien!– Baker zacisnął posępnie usta. 
–  No  dobrze,  pewnie  się  zobaczymy  na  pogrzebie  –  po  wiedział 

dziennikarz, wstając z fotela. 

–  Niech  pan  wpadnie  któregoś  wieczoru  na  szesnaste  piętro  – 

zaproponował dekorator. – Moja żona fantastycznie gotuje. 

Qwilleran  wrócił  do  redakcji,  żeby  sprawdzić  korektę  artykułów. 

Na biurku czekała informacja, by natychmiast sta wił się u Percy'ego. 

Redaktor naczelny nie miał wesołej miny. 
–  Wiesz  co,  Qwill  –  odezwał  się  bez  zbędnych  ceregieli  – 

pamiętam,  że  nie  byłeś  zachwycony  pomysłem  prowadzenia 
„Stylowych  Wnętrz”.  Dochodzę  do  wniosku,  że  po  pełniłem  błąd, 
zmuszając cię do tej roboty. 

– Jak mam to zrozumieć? 
–  Nie  winię  cię  osobiście  za  tę  serię  niepowodzeń,  ale  można 

odnieść  wrażenie,  że  nasze  czasopismo  raz  po  raz  zali  cza  poważne 
potknięcia. 

–  Fakt,  z  początku  ten  pomysł  mi  się  nie  spodobał  –  od  rzekł 

Qwilleran – ale teraz zmieniłem zdanie. To ciekawa fucha. 

–  A  to,  co  się  stało  wczoraj  wieczorem?  –  spytał  Percy,  kręcąc 

głową. – To morderstwo? Dlaczego wszystkie te afery mają związek z 
twoją  robotą?  Czasami  są  psychologiczne  przyczyny  takiego  pecha. 
Chyba  powinniśmy  cię  zwolnić  z  obowiązków.  Pierwszego 
października Anderson odchodzi na emery... 

–  Anderson?!  –  zakrzyknął  Qwilleran  z  niekłamanym 

przerażeniem. – Ten od religii i wyznań? 

–  Uznałem  więc,  że  może  przejmiesz  po  nim  dział  religijny,  a 

„Stylowe  Wnętrza”  oddamy  działowi  kobiecemu,  który  powinien  się 

background image

Kot, który jadał wełnę 

111 

nimi zajmować od samego początku. 

Qwilleran nastroszył wąsy. 
– Posłuchaj, Haroldzie. Pozwól mi zająć się tymi przestępstwami, 

a  zobaczysz,  że  wygrzebię  coś  sensacyjnego.  Istnieje  zmowa 
przeciwko  nam!  Dowiedziałem  się,  na  przykład,  że  Fundusz  dla 
Wdów  po  Policjantach  dostał  pokaźną  dotację  od  właścicieli 
„Morning Rampage” mniej więcej w tym samym czasie, kiedy policja 
zrobiła nalot na dom pani Allison. 

Percy miał znudzoną minę. 
–  Od  nas  ten  fundusz  też  dostaje  wsparcie  –  odparł.  –  We 

wrześniu każdego roku obie gazety dają im pieniądze. 

–  No  dobrze,  może  to  nie  łapówka,  ale  czas  akcji  nie  był 

przypadkowy.  Podejrzewam  też,  że  sprawa  włamania  w  Muggy 
Swamp jest o wiele bardziej skomplikowana, niż się wydaje. 

– Na czym opierasz swoje podejrzenia? Qwilleran wygładził wąsy. 
– W obecnej chwili nie mogę wyjawić mego źródła informacji, ale 

jeśli dasz mi wolną rękę. 

Redaktor naczelny uderzył władczo dłonią w biurko. 
–  Będzie  tak,  jak  powiedziałem,  Qwill.  Dociągniesz  najbliższy 

numer, a potem robotę przejmie Fran Unger. 

– Czekaj! Daj mi jeszcze jeden tydzień. Potem podejmiesz decyzję. 

Obiecuję ci, że będą niespodzianki. 

– Od dwóch tygodni mamy niespodzianki. I to mało przyjemne. 
Qwilleran milczał. Stał uparcie przed biurkiem Percy'ego i patrzył 

mu w oczy, czekając na przychylną reakcję – tej sztuczki nauczył się 
od Koko. 

–  No  dobrze  –  ugiął  się  szef.  –  Daję  ci  jeszcze  jeden  tydzień. 

Miejmy nadzieję, że nikt nie podłoży bomby w naszej redakcji. 

Qwilleran  wrócił  do  działu  kulturalnego;  w  jego  sercu  nadzieja 

walczyła z wątpliwościami. Wykręcił numer Lodge'a Kendalla. 

– Jakieś nowiny w sprawie zabójstwa? – spytał. 
–  Nic  a  nic  –  odrzekł  dziennikarz.  –  Wertują  książkę  adresową 

Lyke'a. Lista jest długa. 

– Znaleźli jakieś ciekawe odciski palców? 
– Nie tylko palców, ale i kocich łap! 
– Daj znać, gdy coś się pojawi – rzekł Qwilleran. – Po wiem ci w 

zaufaniu, że moja robota od tego zależy. 

Gdy  o  szóstej  wychodził  na  kolację,  natknął  się  w  windzie  na 

background image

Lillian Jackson Braun 

112 

Bunsena. 

– Chcesz te zdjęcia z domu Taitów? – spytał fotograf. – Bo pętają 

mi się po szafce już od tygodnia. – Poszedł do działu fotografii, a po 
chwili  wrócił  z  dużą  kopertą.  –  Zrobiłem  dla  ciebie  takie  same 
powiększenia jak dla policji. Po co ci to? 

– Pomyślałem, że dam je Takowi. 
– Tak właśnie podejrzewałem. Są świetne. 
Qwilleran  poszedł  do  klubu  prasowego,  obładował  sobie  talerz 

jedzeniem w bufecie szwedzkim i ruszył na koniec baru, żeby zjeść w 
samotności  i  porozmyślać  w  spokoju  nad  wydarzeniami  dnia. 
Pojawiły się nowe okoliczności: znajomość Cokey i Lyke'a, skromne 
początki  jego  kariery,  szkolna  przyjaźń  przemieniona  w  rywalizację, 
zabytkowe  przedmioty  wywiezione  z  Japonii,  tajemnicza  rola 
Yushiego.  Qwilleran  zadzwonił  wcześniej  do  Cuisine  Internationale, 
ale  automatyczna  sekretarka  poinformowała,  że  kucharz  wyjechał  z 
miasta. 

Popijając kawę, dziennikarz otworzył kopertę od Bunsena. Zdjęcia 

były imponujące: powiększone do rozmiarów 28 na 35 centymetrów. 

Tuż obok kręcił się barman – powodowany ciekawością, wycierał 

na blacie plamę, której nie było. 

–  To  fotografie  domu  Taita  –  wyjaśnił  Qwilleran.  –  Chcę  mu  to 

dać. 

–  Będzie  wdzięczny.  Ludzie  lubią  mieć  zdjęcia  swoich  mieszkań, 

dzieci,  zwierząt,  wszystkiego  –  powiedział  sentencjonalnie  Bruno, 
kiwając głową jak mędrzec. 

– Słyszałeś kiedyś, żeby kot lizał zdjęcia? Mój tak robi. Zjada też 

gumki elastyczne. 

– Niedobrze – stwierdził barman. – Powinieneś coś z tym zrobić. 
– Myślisz, że to mu szkodzi? 
– To nienormalne. Twój kot ma chyba jakieś zaburzenia. 
– Wydaje mi się, że jest zadowolony i zdrowy. 
Bruno z miną znawcy pokręcił głową. 
– Kot potrzebuje pomocy. Powinieneś go wziąć do psykotryka. 
– Pysko... co? 
– No wiesz, psychiatry od kotów. Mogę ci dać namiary. 
–  Dzięki,  zastanowię  się.  Jeśli  uznam,  że  Koko  ma  źle  z  głową, 

dam ci znać. 

Qwilleran  ruszył  do  bufetu,  wziął  kawałek  indyka  i  zawinął  go  w 

background image

Kot, który jadał wełnę 

113 

papierową chusteczkę, po czym wrócił taksówką do Villa Verandah. 

Gdy tylko wysiadł z windy na piętnastym piętrze, zaczął brzęczeć 

kluczami.  To  był  sygnał  dla  Koko.  Kot  biegł  wtedy  do  drzwi  i 
wszczynał  hałas.  W  ramach  rytuału  Qwilleran  udawał,  że  zamek  się 
zacina,  a  im  dłużej  to  trwało,  tym  bar  dziej  jazgotliwe  było  kocie 
powitanie. 

Tym razem jednak panowała cisza. Dziennikarz szyb ko otworzył 

drzwi  i  sprawdził  trzy  ulubione  miejsca  swe  go  pupila:  róg  kanapy, 
przykryty szkłem stolik – chłodna powierzchnia w sam raz na ciepłe 
dni – oraz trzecią półkę z książkami, a konkretnie wolną przestrzeń 
między popiersiem Safony a egzemplarzem Pamiętników Fanny Hill, 
gdzie Koko się krył, gdy w apartamencie było chłodno. W żadnym nie 
dostrzegł śladu kota. 

Poszedł  do  kuchni  i  spojrzał  na  lodówkę,  oczekując,  że  na 

niebieskiej poduszce zobaczy bezkształtną śpiącą masę jasnej sierści 
bez  wyraźnego  zarysu  głowy,  łap  i  ogona. Nic.  Zawołał  więc,  ale  nie 
doczekał się żadnej reakcji. Rozpoczął systematyczne poszukiwania: 
pod  łóżkiem,  za  draperiami,  w  szafach  i  szufladach,  a  nawet  w 
kredensie  z  zestawem  stereofonicznym.  Pootwierał  szafki  w  kuchni. 
W  przypływie  paniki  zajrzał  do  lodówki.  Ani  śladu.  Zerknął  do 
piekarnika. 

Przez cały ten czas Koko obserwował desperackie poszukiwania z 

zielonego  fotela  –  widoczny  i  zarazem  niewidoczny,  jak  to  bywa  z 
kotami,  gdy  zastygną  w  bezruchu.  Qwilleran  aż  stęknął  w  poczuciu 
ulgi i zaskoczenia, gdy wreszcie do strzegł kosmatą sylwetkę. I zaraz 
się zmartwił. Koko siedział zgarbiony, ze sterczącymi łopatkami, a z 
jego ślepi wyzierała udręka. 

– Dobrze się czujesz? – spytał dziennikarz. 
Kot pisnął niczym mysz, nie otwierając pyszczka. 
– Chory jesteś? 
Koko poruszył się niespokojnie i spojrzał na siedzenie fotela. Tuż 

obok leżał kłaczek. W zielonym kolorze. 

–  Co  to  jest?  –  spytał  Qwilleran.  –  Skąd  to  wziąłeś?  –  Zerknął 

nieco wyżej i zobaczył, że na oparciu brakuje kawałka tapicerki, a ze 
środka sterczy wyściółka. – Koko! – wrzasnął. – Ty zjadasz ten fotel? 
Ten duński fotel, który jest wart majątek? 

Kot kaszlnął i wypluł kolejne kłaki przeżutej zielonej wełny. 
Qwilleran jęknął. 

background image

Lillian Jackson Braun 

114 

–  Co  powie  Harry  Noyton?  Dostanie  szału!  –  lamentował.  Nagle 

krzyknął: – Czy to ty od początku zżerasz moje krawaty?! 

Kot spojrzał na niego, mrugając bojowo. 
– Nie waż się stawiać! Ty jesteś świrnięty! Jesz tkaniny? Odbiło ci! 

Boże, jeszcze tylko tego mi brakowało! Problemów z kotem! 

Koko  znów  kaszlnął  chrapliwie,  wypluwając  następny  strzęp 

mokrej wełny. 

Qwilleran chwycił za telefon i wykręcił numer. 
–  Poproszę  z  barmanem  –  powiedział  do  słuchawki.  Po  chwili 

usłyszał  rozgwar  klubu  prasowego,  który  brzmiał  jak  wycie 
huraganu.  –  Bruno!  –  krzyknął.  –  Mówi  Qwilleran!  Gdzie  znajdę 
tego doktora od kotów? 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

S

S

I

I

E

E

D

D

E

E

M

M

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Następnego dnia rano po tym, jak Koko zjadł kawałek tapicerki z 

duńskiego  fotela,  Qwilleran  zatelefonował  do  redakcji  i  powiedział 
Archowi Rikerowi, że się spóźni, bo umówił się na wizytę u lekarza. 

– Jakieś problemy? – spytał Riker. 
– Nic poważnego. Coś z trawieniem. 
– To ci niespodzianka! Myślałem, że masz żołądek kozy. 
– Mam, ale wczoraj wydarzyło się coś niespodziewanego. 
– No to faktycznie lepiej się przebadaj, żeby nie było z tego jakiejś 

choroby – ostrzegł Riker. 

Qwilleran  zatelefonował  pod  numer  otrzymany  od  Bruna  i  po 

chwili  w  słuchawce  odezwał  się  głos  przekrzykujący  miauczenie 
niezliczonych  kotów.  Mówiąca  z  pospolitym  angielskim  akcentem 
kobieta  powiedziała,  że  mogą  się  spotkać  o  jedenastej  tego  samego 
przedpołudnia.  O  dziwo,  stwierdziła,  że  przywiezienie  pacjenta  nie 
jest konieczne. Gdy podała adres przy Merchant Street, Qwilleran się 
skrzywił. 

Przygotował dla Koko smakowite śniadanie – galaretowaty bulion 

i  indyczą  pierś  z  klubu  prasowego  –  mając  nadzieję,  że  tym 
sposobem  odciągnie  jego  uwagę  od  fotela.  Pełen  obaw  o  duński 
mebel, wyszedł i pojechał autobusem na Merchant Street. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

115 

Doktor Highspight mieszkała dwa numery dalej niż pani Allison – 

w takim samym staroświeckim domu, wyglądającym jednak znacznie 
obskurniej.  Trawnik  porastały  chwasty,  a  na  ganku  skrzypiały 
obluzowane deski. 

Nękany  wątpliwościami,  Qwilleran  zadzwonił  do  drzwi.  Nigdy 

dotąd nic słyszał o psychiatrach zajmujących się kotami i zżymał się 
na  myśl,  że  może  zostać  wystrychnięty  na  dudka  przez  jakiegoś 
konowała. Nie chciał również paść ofiarą kolejnego żartu. 

Drzwi otworzyła kobieta, dokoła której tłoczyły się koty. Qwilleran 

naliczył  pięć  sztuk:  jeden  w  tygrysie  pręgi,  drugi  rudawy,  trzeci  w 
kolorze czekolady i dwa smoliste jak czar na pantera. Przesunąwszy 
nieco spojrzenie, zobaczył znoszone kapcie, pofałdowane pończochy, 
obwisły  kraj  podomki  i  wreszcie  rozciągniętą  w  słodkim  uśmiechu 
pulchną twarz kobiety w średnim wieku. 

–  Wchodźże,  kochanieńki  –  powiedziała  –  bo  mi  kociaczki 

pouciekają na ulicę. 

–  Nazywam  się  Qwilleran  –  rzekł.  –  Jestem  umówiony  z  panią 

doktor Highspight. 

Jego nos wyczuł lekką woń ryby i środków antyseptycznych, oczy 

rozejrzały  się  po  przestronnym  holu.  Wszędzie  koty,  koty... 
Gnieździły  się  na  stoliku,  siedziały  przycupnięte  na  schodkach, 
wyglądały zaintrygowane zza drzwi. W kącie mała kotka syjamska o 
ujmującym  plamistym  pyszczku  za  stygła  w  zawadiackiej  pozie 
pośrodku płaskiej kuwety. 

– Ej, kochanieńki, ze mnie żadna pani doktor. Raczej wielbicielka 

kotów,  która  ma  odrobinę  zdrowego  rozsądku.  Chciałbyś  herbatki? 
Idź do tamtego pokoju i rozgość się, a ja nastawię czajnik. 

Salon  okazał  się  wysokim  pomieszczeniem  o  ładnym  wystroju 

architektonicznym,  lecz  stojące  w  nim  meble  najlepsze  czasy  miały 
dawno za sobą. Qwilleran wybrał obite grubą tapicerką krzesło, które 
wzbudzało najmniejsze obawy, że zostanie ukłuty pękniętą sprężyną. 
Koty nie opuszczały go ani na krok i teraz zajęte były sprawdzaniem 
jego  sznurowadeł  lub  obserwowaniem  go  z  bezpiecznej  odległości 
około  dwóch  metrów,  czyli  dystansu  równego  przeciętnemu 
ludzkiemu skokowi. 

–  No  dobrze,  kochanieńki,  w  czym  problem?  –  spytała  pani 

Highspight,  siadając  w  bujaku  i  biorąc  na  kolana  rudawego  kota.  – 
Spodziewałam  się  młodego  mężczyzny.  Byłeś  taki  przejęty,  gdy 

background image

Lillian Jackson Braun 

116 

zadzwoniłeś. 

–  Martwię  się  o  mojego  syjamczyka  –  odparł  Qwilleran.  –  To 

nadzwyczajny  kot.  Ma  niecodzienne  zdolności.  I  jest  bardzo 
przyjazny. Ale ostatnio dziwnie się zachowuje. Ma hopla na punkcie 
podklejanych  kopert,  taśmy  maskującej,  znaczków  pocztowych...  i 
podobnych rzeczy. Liże to wszystko! 

–  Ej,  sama  lubię  lizać  koperty  –  rzekła  kobieta,  bujając  się  z 

wigorem  w  fotelu  i  głaszcząc  rudawego  kota.  –  Aż  dziw  bierze,  ile 
smaków potrafią wymyślić. 

– Najgorsze jest to, że zaczął jeść tkaniny! Nie to, że żuje, ale po 

prostu  połyka!  Myślałem,  że  to  mole  dobierają  się  do  moich  ubrań, 
ale  okazało  się,  że  to  mój  kot.  Zniszczył  mi  trzy  świetne  krawaty,  a 
wczoraj wieczorem zżarł kawałek fotela. 

– A, to już mamy jakiś trop! Czy to zawsze jest wełna? 
–  Chyba  tak...  Fotel  jest  obity  materiałem,  który  wygląda  na 

wełnę. 

– To mu nie zaszkodzi. Jeśli nie będzie mógł strawić, zwróci. 
–  Dobrze  wiedzieć  –  odparł  Qwilleran.  –  Jednak  to  zaczyna  być 

męczące. Wie pani, on uszkodził bardzo drogi fotel, który nawet nie 
jest moją własnością. 

– Czy on to robi, gdy jesteś z nim w domu? 
– Nie, zawsze pod moją nieobecność. 
–  Biedak  jest  samotny.  Syjamczyki  potrzebują  towarzystwa 

innych kotów. Inaczej wariują. Siedzi sam przez cały dzień? 

Qwilleran skinął głową. 
– Od jak dawna go masz? 
– Z pół roku. Należał do właściciela domu, w którym mieszkałem. 

Ten  człowiek  zginął  w  marcu.  Może  przypomina  sobie  pani 
zabójstwo przy Blenheim Place? 

– A jakże! Zawsze czytam doniesienia kryminalne, a to była niezła 

makabra.  Załatwili  go  nożem  kuchennym.  Biedny  kotek...  Bardzo 
kochał tego człowieka? 

– Byli jak bratnie dusze. Nigdy się nie rozstawali. 
–  No  to  masz  odpowiedź  na  swoje  pytanie,  kochanieńki.  Biedny 

kot przeżył wstrząs. A teraz mu się cni. 

–  Ale  on  bardzo  mnie  lubi  –  próbował  się  bronić  Qwilleran.  – 

Świetnie nam się układa. Jest czuły i bawimy się czasem. 

W tej samej chwili do pokoju wszedł duży kocur o stalowej barwie 

background image

Kot, który jadał wełnę 

117 

i zapiszczał głośno. 

–  Woda  się  zagotowała  –oznajmiła  pani  Highspight.  –  Tommy 

zawsze daje mi znać, gdy woda się gotuje w czajniku. Zrobię herbatkę 
i migiem jestem z powrotem. 

Kompania kotów nie spuszczała oczu z Qwillerana, dopóki kobieta 

nie wróciła z filiżankami i pękatym brązowym imbrykiem. 

– Czy ten twój kotek dużo gada? – spytała. 
– Oj, zawsze ma coś do powiedzenia na jakiś temat. 
– To znaczy, że matka go odrzuciła, gdy był mały. Takie zawsze są 

gadadiwe i potrzebują dużo miłości. Czy jest wykastrowany? 

Qwilleran skinął głową. 
– Tak – odparł. – To koci dżentelmen na emeryturze, jak mawiała 

moja babcia. 

–  Jest  tylko  jedna  rada  na  to  wszystko.  Musisz  mu  załatwić 

towarzystwo. 

– Jak to? Mam hodować dwa koty? 
– Z dwoma jest łatwiej niż z jednym. Zajmują się sobą nawzajem i 

myją  sobie  miejsca,  do  których  trudno  dosięgnąć.  Jeśli  twój  kot 
będzie  miał  towarzystwo,  nie  będziesz  musiał  czyścić  mu  uszu 
wacikami i kwasem borowym. 

– W ogóle nie miałem pojęcia, że powinienem to robić. 
– I nie martw się o rachunki za jedzenie. Dwa szczęśliwe koty nie 

jedzą dużo więcej niż jeden samotny. 

Qwilleran  poczuł  muśnięcie  powietrza  na  szyi.  Odwrócił  głowę  i 

zobaczył  małą  syjamską  kotkę,  którą  widział  w  holu  i  która 
przysiadła teraz na oparciu krzesła, obwąchując jego ucho. 

–  Można  nalewać  –  oznajmiła  pani  Highspight.  –  Lubię  mocną 

herbatę. W dzbanuszku jest trochę mleka, jeśli masz ochotę. 

Qwilleran wziął do ręki filiżankę z cienkiej porcelany, wypełnioną 

napojem o barwie mahoniu. Zauważył, że na powierzchni pływa koci 
włos. 

– Sprzedaje pani koty? – spytał. 
– Hoduję rasy egzotyczne i znajduję domy dla bezpańskich sierot. 

Twój 

potrzebuje 

miłej 

syjamskiej 

kotki. 

Wysterylizowanej 

oczywiście.  Nie  żeby  to  robiło  jakąś  wielką  różnicę.  I  tak  będą 
wiedzieć, które jest kim, i mogą się bardzo polubić. Jak ma na imię 
twój kotek? 

– Koko. 

background image

Lillian Jackson Braun 

118 

– Ej, to jak w operetce Mikado Gilberta i Sullivana! – zakrzyknęła, 

po czym zaśpiewała nadzwyczaj donośnym głosem: – Bo on się ożeni 
z Yum Yum, ta–dum! Niech to ci nie wadzi, bo wszyscy są radzi... 

Tommy,  ów  duży  stalowoszary  kocur,  podniósł  głowę  i  zawył. 

Tymczasem syjamska kotka grzebała Qwilleranowi w kieszeni. 

–  Odpędź  ją,  mój  kochanieńki  –  powiedziała  pani  Highspight.  – 

Jest bardzo namolna. Niezła z niej łobuziara. Samiczki zawsze garną 
się do mężczyzn. 

Qwilleran  pogłaskał  kotkę  po  jasnej,  niemal  białej  sierści,  a  ta 

zamruczała cichutko, próbując ugryźć go w palec czterema ząbkami. 

– Jeśli mam sobie sprawić drugiego kota, to może ją? 
–  Tej  nie  mogę  ci  dać.  Jest  wyjątkowa;  Ale  znam  taką  jedną 

sierotkę potrzebującą domu. Słyszałeś o pani Tait,  której się zmarło 
niedawno? Było u niej włamanie. Gazety się o tym rozpisywały. 

– Coś słyszałem – mruknął Qwilleran. 
– Pani Tait miała syjamską kotkę. Raczej wątpię, by jej mąż chciał 

ją zatrzymać. 

– Dlaczego tak pani myśli? 
– Bo on nie lubi kotów. 
– Skąd pani wie? 
–  Ta  kotka  jest  ode  mnie.  Pani  Tait,  wieczne  odpoczywanie  racz 

jej dać Panie, wzywała mnie często na pomoc. Biedna kotka była tak 
znerwicowana,  że  nie  chciała  jeść,  nie  mogła  spać.  Teraz  ta 
nieszczęsna  kobieta  nie  żyje,  więc  nie  wiadomo,  co  się  stanie  z 
kotką... Doleję ci herbatki, kochanieńki. 

W filiżance zawirował ciemnoczerwony napój z kilkoma liśćmi. 
–  A  ten  jej  mąż!  –  ciągnęła  pani  Highspight.  –  Udaje  wielkiego 

pana,  a  ile  musiałam  czekać,  żeby  mi  zapłacił!  A  przecież  mam  tyle 
gąb do wykarmienia! 

Wąsy  wysyłały  Qwilleranowi  pospieszne  sygnały.  Odparł,  że  w 

takiej  sytuacji  rozważy  wzięcie  kotki  pani  Tait.  Następnie  zawiązał 
sznurowadło, które rozsupłały koty, i wstał. 

– Ile jestem winien za poradę? – spytał. 
– Czy trzy dolary nie będzie za dużo, kochanieńki? 
– Stać mnie – odparł. 
– A jeśli chciałbyś się zrewanżować za herbatę, to proszę wrzucić 

grosik do garnka po marmoladzie, który stoi w holu. Te datki idą na 
jedzenie dla kotów. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

119 

Pani  Highspight  i  jej  orszak  machających  ogonów  od  prowadzili 

Qwillerana  do  drzwi.  Syjamska  kotka  ocierała  się  o  jego  nogi, 
miękcząc mu serce. Wrzucił dwie ćwierćdolarówki do garnka. 

– Dzwoń, kochanieńki, jak będziesz potrzebował pomocy – rzekła 

kobieta. 

–  Zapomniałem  wspomnieć  o  jednym  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Któregoś  dnia  odwiedziła  mnie  przyjaciółka  i  Koko  próbował  ją 
ugryźć. Nie był to jakiś gwałtowny atak, ale Cokey się wystraszyła, bo 
chciał ją dziabnąć w głowę! 

– A co ta pani robiła? 
– Nie robiła nic! Siedziała spokojnie, a on nagle skoczył! 
– Jak ona ma na imię? Cokey? 
– Tak wszyscy na nią mówią. 
– To ty będziesz musiał mówić inaczej, kochanieńki. Koko myślał, 

że  mówisz  o  nim.  Koty  są  zazdrosne  o  swoje  imiona.  Bardzo 
zazdrosne. 

Oddalając  się  z  Merchant  Street,  Qwilleran  powiedział  sobie  w 

duchu, że diagnoza pani Highspight wydaje się logiczna – atak Koko 
spowodowany  był  zazdrością.  Zatrzymał  się  przy  pierwszej  budce 
telefonicznej i zadzwonił do studia pani Middy. 

Cokey  brzmiała  zaskakująco  przyjaźnie.  Gdy  zaproponował 

spotkanie,  zaprosiła  go  do  siebie  na  kolację.  Powiedziała,  że  zrobi 
tylko  casserole  i  sałatę,  ale  oprócz  tego  przygotuje  dla  niego 
niespodziankę. 

Qwilleran  wrócił  do  redakcji  i  zabrał  się  do  pracy.  Poszło  mu 

dobrze. Słowa spływały płynnie na papier, palce trafiały we właściwe 
klawisze maszyny do pisania. Odpowiedział także na kilka listów od 
czytelników, którzy szukali porady: 

„Czy można kłaść kapę na berżerce?” 
„Czy wolno postawić niski kredens pod klerestorium?” 
Będąc w dobrym nastroju, Qwilleran odpisywał tak samo: 
„Naturalnie. Oczywiście. A czemu nie?” 
Tuż  przed  wpół  do  szóstej,  gdy  zamierzał  już  iść  do  domu, 

zadzwonił  do  niego  kierownik  archiwum  z  informacją,  że  zwrócono 
materiały  prasowe  na  temat  rodziny  Taitów.  Qwilleran  wziął  je  ze 
sobą, wychodząc z budynku. 

Przed kolacją u Cokey pojechał do Villa Verandah, żeby się ogolić i 

nakarmić  Koko.  Gdy  tylko  wysiadł  z  windy  na  piętnastym  piętrze, 

background image

Lillian Jackson Braun 

120 

usłyszał  kocie  wrzaski  dochodzące  zza  drzwi,  a  gdy  wszedł  do 
apartamentu,  Koko  rozpoczął  dziką  gonitwę  po  pokojach. 
Przeskakiwał  oparcia  foteli  i  z  głuchym  odgłosem  lądował  na 
podłodze.  Hycnąwszy  na  kredens  z  zestawem  stereofonicznym, 
prześlizgnął się po nim niczym rozpędzony łyżwiarz. Jako rozmazana 
smuga zawirował do koła stołu, strącił przedmioty z biurka, wywrócił 
kosz  na  śmieci  –  a  wszystko  to  na  zmianę  wyjąc  falsetem  i  burcząc 
barytonem. 

– To mi się podoba! – zakrzyknął Qwilleran. – Aż miło popatrzeć. 
Może Koko wyczuł, że będzie miał towarzyszkę życia? – pomyślał 

dziennikarz. 

Posiekał dla niego kurzą wątróbkę i polał ją roztopionym masłem, 

następnie  pokruszył  trochę  sera  pleśniowego  na  przystawkę. 
Pospiesznie się umył i ogolił, wreszcie włożył drugi garnitur i krawat 
w  kratkę.  Nastała  wpół  do  siódmej  –  najwyższa  pora,  by  wyjść. 
Zawahał się przez moment, patrząc na materiały o Taitach – kopertę 
wypchaną 

starymi 

artykułami 

prasowymi, 

informacjami 

biznesowymi  i  nekrologami.  Wąsy  czujnie  się  nastroszyły,  ale 
żołądek uznał, że lektura może zaczekać. 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

O

O

S

S

I

I

E

E

M

M

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Cokey  mieszkała  na  najwyższym  piętrze  starej  kamienicy,  więc 

gdy  Qwilleran  stanął  wreszcie  przed  jej  drzwiami,  był  zziajany  po 
wspinaczce  schodami.  Kiedy  otworzyła,  do  końca  stracił  dech  w 
piersiach. 

Jakby  ujrzał  inną  kobietę.  Odsłonięte  kości  policzkowe,  skronie, 

szczęka,  uszy.  Włosy,  które  dotąd  tworzyły  szczelny  hełm  dokoła 
głowy,  stanowiły  teraz  obramowanie  ładnej  twarzy.  Qwilleran  z 
zafascynowaniem popatrzył na długą szyję i zgrabny podbródek. 

– Cudownie wyglądasz! – wysapał. 
Śledził  ją  wzrokiem,  gdy  kręciła  się  dokoła,  wykonując 

niepotrzebne drobne czynności. 

Umeblowane skąpo mieszkanie miało rys dyskretnej artystycznej 

elegancji:  czarne  płócienne  fotele,  zasłony  z  włókna  konopnego  w 

background image

Kot, który jadał wełnę 

121 

naturalnym  kolorze,  pomalowane  deski  na  glinianych  doniczkach 
służące  za  biblioteczkę.  Cokey  nastawiła  muzykę  i  zapaliła  świece, 
tworząc  odświętny  nastrój.  W  butelce  po  occie  stały  dwa  białe 
goździki. 

Skromny  wystrój  ujął  Qwillerana.  W  oczach  mieszkańca  Villa 

Verandah pokój tchnął smutkiem i zarazem odwagą, a to połączenie 
trafiło  w  jego  najczulszy  punkt,  i  przez  ułamek  sekundy  zapragnął 
związać się z tą kobietą na całe życie. Lecz uczucie to szybko prysło. 
Otarł  czoło  chusteczką  i  powiedział  coś  na  temat  muzyki  płynącej  z 
adaptera. 

–  To  Schubert  –  odparła  słodkim  głosem  Cokey.  –  Dałam  sobie 

spokój z Hindemithem. Nie pasuje do mojej nowej fryzury. 

Na kolację zaserwowała rybę i brązowy ryż w sosie przystrojonym 

zieleniną.  Sałata  była  chrupka  i  wymagała  starannego  przeżucia,  co 
utrudniało  rozmowę.  Później  Cokey  podała  lody  z  jogurtu  i  fig, 
posypane nasionami słonecznika. 

Po posiłku nalała herbatki ziołowej (powiedziała, że to jej własna 

mieszanka  lucerny  i  morszczynu  pęcherzykowatego),  następnie 
poprosiła  usilnie  swojego  gościa,  by  wybrał  sobie  najwygodniejszy 
fotel i oparł stopy na podnóżku, który wykonała sama ze skrzynki po 
piwie,  obszywając  ją  kawałkami  włochatych  dywanów.  Gdy 
Qwilleran  zapalił  fajkę,  usadowiła  się  swobodnie  na  kanapie  –  a 
właściwie  na  pasiastym  materacu  na  nóżkach  –  po  czym  wzięła  do 
ręki druty i różową włóczkę. 

–  Co  to?!  –  spytał  zaskoczony  dziennikarz,  omal  nie  połykając 

zapałki, którą zamierzał zdmuchnąć. 

– Sweter. Wszystkie swoje swetry robię na drutach. Podoba ci się 

kolor?  Różowy  będzie  elementem  mojego  nowego  wizerunku,  bo 
stary nie przyniósł mi szczęścia. 

Pykając  fajkę,  Qwilleran  zastanawiał  się  w  duchu  nad 

wszechpotęgą  fryzjerów.  Miliardy  dolarów  idą  na  badania 
neurofizjologiczne  mające  na  celu  kontrolowanie  ludzkiego 
zachowania. Doszedł do wniosku, że inwestycja w salony fryzjerskie i 
pielęgnacyjne byłaby tańsza. 

Przez chwilę przypatrywał się ładnym kanciastym dłoniom Cokey, 

poruszającym drutami, a potem rzekł: 

– Odpowiedz mi szczerze. Wiedziałaś, czym zajmuje się ta Allison, 

gdy podsunęłaś mi pomysł, by napisać o jej domu? 

background image

Lillian Jackson Braun 

122 

– Naprawdę nie wiedziałam. 
– A mówiłaś o tym temu facetowi z „Morning Rampage”? 
– Jakiemu facetowi? 
– Mike'owi Bulmerowi, który się zajmuje kolportażem. Chyba go 

znasz? Przecież zamieniliście słówko w klubie prasowym. 

– Ach, o niego ci chodzi! Tak naprawdę to ja wcale go nie znam. 

Po  prostu  wiosną  kupił  parę  lamp  u  pani  Middy.  Zapłacił  czekiem 
bez pokrycia, dlatego go zapamiętałam. 

Qwilleran poczuł ulgę. 
– Wydawało mi się, że masz przede mną tajemnice – rzekł. 
Cokey znieruchomiała. Po chwili westchnęła. 
–  Jest  coś,  do  czego  lepiej  się  przyznam,  bo  i  tak  się  dowiesz 

prędzej czy później – powiedziała. – Jesteś taki dociekliwy! 

– Choroba zawodowa. 
Przyglądała  się  uważnie,  jak  Qwilleran  ponownie  zapala  fajkę: 

popukał nią w popielniczkę, dmuchnął do środka, zajrzał do główki, 
napełnił tytoniem i skrzesał zapałkę. 

–  Chodzi  o  Davida  Lyke'a  –  rzekła,  gdy  zakończył  swój  rytuał.  – 

Kiedy  zabrałeś  mnie  do  niego  na  przyjęcie,  udawałam,  że  go  nie 
znam. 

– Ale go znałaś, prawda? Nosisz nawet jego zdjęcie w torebce. 
– Skąd wiesz? 
–  Gdy  byłaś  u  mnie  w  sobotę,  wywaliłaś  wszystko  z  torebki  na 

kanapę, nie pamiętasz? Koko zobaczył jego zdjęcie i zaczął je lizać. 

– Ty i ten twój wszechwiedzący kot dobraliście się w korcu maku! 
– A więc mam rację? 
Wzruszyła bezradnie ramionami. 
–  Należałam  do  rzeszy  kobiet,  które  straciły  dla  niego  głowę.  Te 

romantyczne  oczy!  Ten  głos  jak  dudnienie  bębnów...  Oczywiście 
nigdy  do  niczego  nie  doszło.  David  potrafił  zauroczyć  każdego,  ale 
nie kochał nikogo. 

–  Mimo  to  ciągle  nosisz  jego  fotografię.  Zacisnęła  usta  i 

zatrzepotała rzęsami. 

–  Podarłam  ją...  parę  dni  temu  –  odpowiedziała.  Nagle  zerwała 

się,  żeby  pociągnąć  usta  szminką,  nastawić  inną  płytę,  zdmuchnąć 
świece  na  stole,  włożyć  masło  z  powrotem  do  lodówki.  Wreszcie 
przestała się gorączkowo krzątać i usiadła z powrotem do robótki na 
drutach.  –  Porozmawiajmy  o  tobie  –  zaproponowała.  –  Dlaczego 

background image

Kot, który jadał wełnę 

123 

zawsze nosisz krawaty w czerwoną kratę? 

Dotknął czule krawata. 
–  Lubię  takie  wzory  –  odrzekł.  –  Ten  to  tartan  klanu 

Mackintoshów. Miałem też jeden klanu Bruce'ów i MacGregorów, ale 
Koko je zżarł. 

– Zżarł? 
– Myślałem, że to mole, ale okazało się, że to on. Cieszę się, że nie 

dorwał  tego,  bo  to  mój  ulubiony.  Moja  matka  pochodziła  od 
Mackintoshów 

– Nigdy nie słyszałam, żeby kot zjadał krawaty. 
–  Konkretnie  to  on  zjada  wełnę.  Oznaka  nerwicy  –  stwierdził 

Qwilleran  tonem  znawcy.  –  Rodzi  się  jednak  pytanie,  dlaczego  nie 
pogryzł  krawata  w  barwach  Mackintoshów?  Miał  mnóstwo  okazji. 
Zniszczył  pozostałe,  ale  ten  oszczędził.  Dlaczego?  Bo  to  mój 
ulubiony? 

– Może ten kot ma wzgląd na twoje uczucia. Czy zjadł coś jeszcze? 
Qwilleran pokiwał smętnie głową. 
–  Owszem.  Pamiętasz  ten  duński  fotel  w  mieszkaniu  Noytona? 

Wtranżolił kawałek tapicerki. 

–  Hm...  to  wełna  –  mruknęła  Cokey.  –  Włókno  pochodzenia 

zwierzęcego. Może smakuje znerwicowanym kotom. 

–  Przecież  w  całym  mieszkaniu  są  włókna  pochodzenia 

zwierzęcego.  Wełna  z  wigonia,  dywan  z  koziego  włosia,  no  i 
zamszowa  kanapa.  Ale  Koko  wybrał  akurat  ulubiony  fotel  Noytona. 
Ciekawe, ile będę musiał wybulić, żeby naprawić tapicerkę. 

–  Pani  Middy  zrobi  to  po  kosztach  –  powiedziała  Cokey.  –  Ale 

tkaninę trzeba będzie zamówić z Danii. No i nie wiadomo, czy Koko 
znowu się do niego nie dobierze. 

Qwilleran  opowiedział  o  swojej  wizycie  u  pani  Highspight  i 

zamiarze przygarnięcia drugiego kota. 

–  Mówiła  mi,  że  Tait  nie  lubi  kotów  i  zwleka  z  uiszczaniem 

rachunków – oznajmił. 

– Im ktoś jest zamożniejszy, tym trudniej go zmusić do płacenia – 

stwierdziła Cokey. 

–  Pytanie,  czy  Tait  faktycznie  jest  aż  tak  bogaty,  jak  nam  się 

wydaje.  David  też  mi  napomknął,  że  on  nie  zapłacił  za  urządzenie 
wnętrz.  A  gdy  wpadliśmy  na  pomysł  napisania  artykułu, 
zasugerował,  że  ma  pewien  wpływ  na  Taita.  Jak  gdyby  Tait  był  mu 

background image

Lillian Jackson Braun 

124 

coś  winien.  No  i  ten  zgodził  się  bardzo  chętnie.  Dlaczego?  Może 
dlatego,  że  tak  naprawdę  jest  bankrutem  i  musiał  iść  Davidowi  na 
rękę,  bo  był  mu  winien  pieniądze?  A  może  z  jakiegoś  innego, 
nieznanego  nam  powodu?  –  Qwilleran  dotknął  swych  wąsów.  – 
Czasem  wydaje  mi  się,  że  ta  kradzież  i  włamanie  były  ukartowane, 
żeby  wrobić  tego  meksykańskiego  służącego.  Nadal  uważam,  że 
hipoteza policji nie trzyma się kupy. 

– To co się stało z tym człowiekiem? 
–  Albo  uciekł  do  Meksyku,  albo  go  zamordowano.  Jeśli  jest  w 

Meksyku,  to  albo  uciekł  na  własną  rękę,  albo  został  tam  wysłany 
przez rzeczywistych sprawców. A jeśli został tam wysłany, to albo ma 
żady  ze  sobą,  albo  jest  czysty.  Jeśli  ma  żady,  to  stawiam  swoją 
całoroczną pensję, że Tait planuje podróż do Meksyku w najbliższej 
przyszłości.  Mówił,  że  wyjeżdża,  bo  chce  odpocząć.  Jeśli  ruszy  na 
zachód, to najprawdopodobniej wyląduje w Meksyku. 

–  Na  zachód  można  również  dotrzeć,  kierując  się  na  wschód  – 

powiedziała Cokey. 

Qwilleran poklepał jej dłoń. 
– Mądra z ciebie dziewczynka. 
– Myślisz, że ufałby służącemu na tyle, by powierzyć mu żady? 
–  Dobre  pytanie.  Być  może  Paolo  nie  zabrał  kolekcji.  Może  po 

prostu  został  wysłany  do  Meksyku,  żeby  ściągnąć  na  siebie 
podejrzenia. Ale skoro tak, to gdzie są żady? 

W pokoju zapadło ciężkie milczenie. Qwilleran grzechotał fajką w 

zębach,  Cokey  dzwoniła  drutami.  Adapter  zaterkotał,  ładując 
automatycznie kolejną płytę. Tym razem z muzyką Brahmsa. 

–  Pamiętasz,  mówiłem  ci,  że  ja  i  Koko  gramy  razem,  używając 

słownika  –  odezwał  się  wreszcie  dziennikarz.  Zaczął  opowiadać 
niepewnym tonem: – Ostatnio wybiera słowa, które zdają się odnosić 
do  tej  sprawy...  Chyba  nie  powinie  nem  o  tym  mówić,  bo  to 
niewiarygodne. 

– Przecież wiesz, co ja myślę o kotach – odparła Cokey. – Uwierzę 

we wszystko. 

– Po raz pierwszy spostrzegłem to zeszłej niedzieli. Zapomniałem 

zrobić mu śniadanie. Gdy zagraliśmy, wskazał słowo „głód”. 

– To ci mądry kot! – zakrzyknęła Cokey, klaszcząc w dłonie. 
–  Zaraz  potem  wybrał  czasownik  „karmić”.  Ale  skapnąłem  się 

dopiero  wtedy,  gdy  za  trzecim  razem  padło  słowo  „mysz”. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

125 

Najwyraźniej był zdesperowany, bo myszy chyba za bardzo nie lubi. 

– Rany, to jak tabliczka ouija – stwierdziła Cokey. 
–  Ciarki  mnie  od  tego  przechodzą  –  przyznał  Qwilleran.  –  Od 

czasu  włamania  w  Muggy  Swamp  Koko  sypie  słowami,  które 
wskazują na G. Verninga Taita. Na przykład „łysy” i „kręgosłup”. To 
drugie  słowo  wybrał  dwa  razy.  Nie  bywały  zbieg  okoliczności,  bo 
słownik ma trzy tysiące stron. 

– A Tait jest łysy? 
–  Jak  kolano.  Poza  tym  ma  chory  kręgosłup.  Wiesz,  co  to  jest 

kulukamba? 

Cokey pokręciła głową. 
– To taki małpolud, co ma łysą głowę i czarne łapska. To hasło też 

wskazał Koko. 

– Czarne łapska! Bardzo symboliczna wymowa. Było coś jeszcze? 
–  Oczywiście  nie  każde  słowo  odnosi  się  do  tej  sprawy.  Zdarzają 

się  takie  jak  „łyżeczka”  czy  „dielektryk”,  ale  jednego  dnia  trafił  dwa 
naraz. „Różyczka” i „rumiany”. Tait ma bardzo czerwoną cerę. 

– Jejku, Qwill, ten twój kot to naprawdę jasnowidz! Założę się, że 

jest na właściwym tropie. Można to jakoś wykorzystać? 

–  Nie  za  bardzo  –  odparł  dziennikarz.  Miał  ponurą  minę.  –  Nie 

mogę  przecież  pójść  na  policję  i  powiedzieć,  że  mój  kot  podejrzewa 
potomka szacownej rodziny... Jest jednak inna możliwość... 

– Jaka? 
– Być może policja podejrzewa Taita, a hipotezą o służącym chcą 

mu tylko zamydlić oczy. 

 
 
 

 

 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

Z

Z

I

I

E

E

W

W

I

I

Ę

Ę

T

T

N

N

A

A

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Qwilleran wrócił od Cokey wcześniej, niż zamierzał. Wyprosiła go 

z  mieszkania,  mówiąc,  że  nazajutrz  oboje  idą  do  pracy,  poza  tym 
musi zatroszczyć się o swoje włosy i uprasować sobie bluzkę. 

Gdy  wszedł  do  apartamentu,  Koko  powitał  go  tradycyjnymi 

pląsami,  których  finał  rozegrał  się  na  biurku.  Na  aparacie 
telefonicznym świeciła się czerwona lampka. Dzwoniono, zdawał się 
mówić kot, ale nie miał kto odebrać. 

background image

Lillian Jackson Braun 

126 

Qwilleran połączył się z operatorem. 
– O dziewiątej telefonował pan Bunsen – oznajmił mężczyzna. – 

Prosił, żeby pan oddzwonił do niego do domu, jeśli wróci pan przed 
pierwszą w nocy. 

Dziennikarz  spojrzał  na  zegarek.  Dochodziła  dopiero  dwunasta, 

więc zaczął wykręcać numer Bunsena, lecz zaraz się rozmyślił. Uznał, 
że  Cokey  miała  rację,  przywiązując  duże  znaczenie  do  wizerunku. 
Doszedł do wniosku, że nie zaszkodzi, jeśli podtrzyma o sobie opinię 
kawalera,  który  wiedzie  godne  zazdrości  życie  –  spędzając  czas  z 
kobietami prawie do białego rana. 

Opróżnił  kieszenie  marynarki,  samą  marynarkę  powiesił  na 

oparciu  krzesła  i  usiadł  przy  biurku,  żeby  przejrzeć  zbiór  artykułów 
prasowych  na  temat  rodziny  Taitów.  Koko  obserwował  go  uważnie, 
leżąc  obok  w  majestatycznej  pozie  lwa,  zawijając  ogon  dokoła 
szwedzkiego kryształowego przycisku do papieru. 

Pochodzące z wielu lat wycinki znajdowały się w różnym stadium 

zużycia.  Na  każdym  widniał  znaczek  z  dokładną  datą  publikacji, 
jednak wystarczyło spojrzeć na archaiczną czcionkę i pożółkły papier, 
by zorientować się, że niektóre są bardzo stare. 

Z  początku  Qwilleran  pospiesznie  wertował  kartki,  mając 

nadzieję, że od razu wypatrzy wyraźną wskazówkę. Ponieważ niczego 
interesującego 

nie 

znalazł, 

zaczął 

dokładnie 

czytać 

nieuporządkowane chronologicznie informacje o trzech pokoleniach 
Taitów. 

Pięć lat wcześniej Tait wygłosił mowę na zebraniu Stowarzyszenia 

Szlifierzy.  Przed  jedenastoma  laty  zmarł  jego  ojciec.  Qwilleran 
znalazł  obszerny  artykuł  o  fabryce  Taita,  jednym  z  licznych 
przedsiębiorstw należących od dawna do rodziny; utworzona w 1883 
roku,  dawniej  wytwarzała  baty  dla  dorożkarzy,  potem  zaś 
produkowała  anteny  radiowe.  Stare  rubryki  towarzyskie  ukazywały 
rodziców  G.  Verninga  w  operze  i  na  przyjęciach  charytatywnych. 
Przed  trzema  laty  Verning  ogłosił  zamiar  produkowania  anten 
radiowych,  które  wyglądałyby  jak  baty.  Wycinek  z  następnego  roku 
informował, 

że 

fabrykę 

zamknięto 

wszczęto 

procedurę 

upadłościową. 

W następnej kolejności były zapowiedzi ślubu sprzed dwudziestu 

czterech lat. Pan George Verning Tait, syn państwa Taitów z Muggy 
Swamp, wstępował  w  związek  małżeński.  Cała rodzina  pojechała  na 

background image

Kot, który jadał wełnę 

127 

zaślubiny  do  Europy.  Uroczystości  odbyły  się  w  domu  rodziców 
panny młodej... 

Qwilleran wybałuszył oczy. 
... państwa Thorvaldsonów, zamieszkałych w Arhus w Danii. 
Oparł się na krześle i wypuścił głośno powietrze z płuc. 
– Jak myślisz, Koko – odezwał się – co Harry Noyton kombinuje 

w Arhus? 

Kot otworzył pyszczek, żeby odpowiedzieć, ale zabrakło mu tchu, 

więc tak naprawdę reakcją było milczenie. 

Zegarek wskazywał pierwszą w nocy, toteż Qwilleran przyspieszył 

lekturę  i  wreszcie  znalazł  to,  czego  szukał.  Podekscytowany, 
zadzwonił do Bunsena. 

– Mam nadzieję, że nie wyrwałem cię z łóżka – powiedział. 
– Jak tam twoja randka, stary kocurze? – spytał fotograf. 
– Nieźle, nieźle... 
– Co robiłeś dziś przed południem na Merchant Street? 
– A skąd wiesz, że tam byłem? 
–  Ha!  Za  pięć  dwunasta  widziałem  cię  na  przystanku 

autobusowym. 

– Przed tobą nic się nie ukryje, co? – rzekł Qwilleran. –W takim 

razie dlaczego się nie zatrzymałeś, żeby mnie podwieźć? 

–  Jechałem  w  przeciwną  stronę.  Oj,  bracie,  wcześnie  dziś 

zacząłeś! Przed południem? 

– Przestań, miałem wizytę u lekarza. 
– Na Merchant Street? Cha, cha, cha! 
– Po to tylko dzwoniłeś? Zachowujesz się jak wścibskie babsko. 
– Nie. Mam dla ciebie informację. 
– Ja też mam coś dla ciebie – powiedział Qwilleran. – Odkryłem 

wstydliwy sekret rodziny Taitów. 

– Jaki sekret? 
–  Proces.  G.  Verning  Tait  był  zamieszany  w  proces  o  ustalenie 

ojcostwa! 

– Ho, ho! A to stary cap! Kim była szczęśliwa wybranka? 
–  Jedną  ze  służących  u  Taitów.  Dostała  sowitą  odprawę.  Z  tych 

wycinków wynika, że proces był sporą sensacją. 

– Coś takiego to chyba mało przyjemne przeżycie. 
–  Sądziłbym,  że  tak  majętna  i  wpływowa  rodzina  jak  Taitowie 

doprowadziłaby  do  ugody.  Żeby  za  wszelką  cenę  uniknąć  procesu. 

background image

Lillian Jackson Braun 

128 

Parę  lat  temu  relacjonowałem  taki  proces  w  Chicago.  W  trakcie 
zeznań wyszły niezłe brudy... A co ty masz? 

– Niewiele – odparł Bunsen – ale jeżeli chcesz wysłać Taitowi te 

fotografie, to lepiej się pospiesz. Za parę dni wyjeżdżą, z kraju. 

– Skąd wiesz? 
– Wpadłem dziś na Kendalla w klubie prasowym. Powiedział mi, 

że Tait wyjeżdża w sobotę rano. 

– Do Meksyku? – spytał Qwilleran, czując swędzenie pod wąsami. 
–  Nie,  nic  z  tych  rzeczy!  Chciałbyś,  żeby  to  był  Meksyk,  co?  – 

naigrawał się fotograf. 

– No to gdzie się wybiera? 
– Do Danii. 
Nazajutrz  rano  Qwilleran  obudził  się  raźno  po  nocy  pełnej 

głupawych snów, z których z zadowoleniem się otrząsnął. W jednym 
z nich poleciał samolotem do Arhus, żeby być drużbą na ślubie pary 
wysterylizowanych kotów ze śmietanki towarzyskiej. 

Przed  wyjściem  do  redakcji  zatelefonował  do  Taita  i 

zaproponował,  że  nazajutrz  przywiezie  mu  kolekcję  zdjęć.  Zapytał 
również o kotkę i dowiedział się, że Tait wygnał ją z domu, by radziła 
sobie sama. 

–  Może  ją  pan  odnaleźć?  –  spytał  Qwilleran,  pohamowując 

wściekłość. Nie cierpiał ludzi, którzy źle traktują zwierzęta. 

–  Kręci  się  tu  gdzieś  w  okolicy  –  odparł  Tait.  –  Wyła  przez  całą 

noc. Wpuszczę ją do domu... Ile zdjęć ma pan dla mnie? 

Tego  dnia  Qwilleran  pracował  z  wytężeniem  w  redakcji,  a 

dziennikarka  działu  kulturalnego  odbierała  wszystkie  telefony  i 
przyjmowała niezapowiedzianych gości, tłumacząc jego nieobecność 
w  sposób,  który  nie  dopuszczał  żadnych  odwołań,  dyskusji  ani 
wyjątków. 

– Przykro mi, gonią go terminy. 
Tylko raz przerwał pracę – żeby zadzwonić do gospodyni Taitów. 
– Dzień dobry pani – rzekł, cedząc słowa na modłę wyższych sfer. 

–  Mówi  znajomy  pana  Taita  z  Muggy  Swamp.  Żenię  się  niedługo  i 
moja  żona  będzie  potrzebowała  pomocy  domowej.  Pan  Tait  polecił 
panią gorąco... 

–  Polecił?  No  ja  myślę  –  odparła  pewna  siebie  kobieta 

melodyjnym głosem. 

–  Czy  mogłaby  pani  przyjść  dziś  wieczorem  na  rozmowę 

background image

Kot, który jadał wełnę 

129 

kwalifikacyjną do Villa Verandah? 

– A kto tam będzie? Tylko pan? Czy pani też? 
– Niestety moja narzeczona przebywa akurat w Tokio, więc to ja 

przeprowadzę z panią rozmowę. 

– W porządalu, przyjdę. O której? 
Qwilleran  wyznaczył  spotkanie  na  ósmą.  Był  szczęśliwy,  że  tak 

naprawdę  nie  potrzebuje  gospodyni.  Zastanawiał  się,  czy  pani 
Hawkins jest jedną z nietrafnych inwestycji G. Verninga Taita. 

Wieczorem rozpadał się deszcz, więc przyszła z mokrą parasolką i 

w  ociekającym  płaszczu  narzuconym  na  krzykliwą  różowo–zieloną 
sukienkę.  Qwilleran  zauważył,  że  ramiączka  sukienki  zsuwają  się 
przy  najlżejszym  ruchu,  a  z  boku  jest  rozcięcie.  Kobieta  miała 
impertynenckie  spojrzenie  i  poruszała  zalotnie  ramionami.  Lubił 
impertynenckie i zalotne kobiety – pod warunkiem, że były młode i 
atrakcyjne. Pani Hawkins nie spełniała tego warunku. 

Z  przesadną  uprzejmością  zaproponował  jej  kieliszek  sherry  „w 

obronie  przed  pogodą”,  po  czym  wziął  bursztynowy  trunek  ze 
świetnie  zaopatrzonego  barku  Harry'ego  Noytona.  Napełnił  dużą 
szklaneczkę, a gdy rozmowa zeszła w końcu na sprawy zawodowe – 
doświadczenie,  referencje,  wysokość  uposażenia  –  pani  Hawkins 
rozsiadła się wygodnie na zamszowej kanapie, gotowa do spędzenia 
wieczoru na miłej pogawędce. 

–  Pan  jest  jednym  z  tych  dwóch  dziennikarzy,  którzy  przyjechali 

wtedy  do  nas  robić  zdjęcia  –  powiedziała,  patrząc  na  niego 
rozbłysłymi oczami. – Zapamiętałam pańskie wąsy. – Zatoczyła ręką 
dokoła. – Nie wiedziałam, że dziennikarze tak dobrze zarabiają. 

– Doleję pani. 
– A pan nie pije? 
– Wrzody – powiedział, robiąc boleściwą minę. 
– Ach, czego ja się nie nasłuchałam o wrzodach! – zakrzyknęła. – 

Gotowałam  przecież  dla  Taitów,  a  oni  oboje  mieli  tę  przypadłość. 
Czasem,  gdy  jego  nie  było,  ona  kazała  podawać  sobie  duży  talerz 
smażonych krążków cebulowych, a to chyba jest najgorsze jedzenie, 
jak się ma wrzody, ale co tam, nigdy się nie sprzeciwiałam. Nikt nie 
śmiał się jej sprzeciwiać. Wszyscy chodzili dokoła niej na paluszkach, 
a gdy zadzwoniła, biegli w te pędy, żeby zobaczyć, czego potrzebuje. 
Ale mi to nie przeszkadzało, bo wolę gotować dla pary inwalidów niż 
dla  domu  pełnego  głodnych  bachorów.  No  i  miałam  Paolo  do 

background image

Lillian Jackson Braun 

130 

pomocy.  Był  bardzo  uczynny  i  słodki.  Szkoda,  że  okazał  się  takim 
draniem.  Ale  tak  to  jest  z  tymi  cudzoziemcami.  Nie  rozumiem  ich. 
Ona też była cudzoziemką, chociaż mieszkała tutaj już bardzo długo, 
i  dopiero  pod  koniec  zaczęła  na  nas  wszystkich  wrzeszczeć  w  tym 
swoim  języku.  Na  męża  też  wrzeszczała.  Mój  Boże,  on  miał  świętą 
cierpliwość!  Był  szczęśliwy,  że  może  uciekać  do  swojego  warsztatu. 
Świata  nie  widział  poza  tymi  swoimi  kamykami!  Kiedyś  kupił  całą 
górę gdzieś w Ameryce Południowej. Miała być pełna żadów, ale coś 
tam nie wypaliło. Jednego razu chciał mi dać piękną broszę, ale nie 
wzięłam.  Na  takie  rzeczy  nie  pozwolę!  –  Wywróciła  wymownie 
oczami.  –  Strasznie  się  podekscytował,  gdy  przyjechaliście 
sfotografować te jego cacka. Zdziwiłam się, bo wiedziałam, co myśli o 
waszej  gazecie.  –  Urwała  i  napiła  się  sherry.  –  Mmm,  dobre!  Może 
dostanę jeszcze odrobinę? A potem pójdę sobie do domu. 

–  A  co  pan  Tait  myśli  o  „Daily  Fluxion”?  –  spytał  Qwilleran 

ostrożnie, nalewając sherry do szklaneczki. 

– Och, nie cierpi was jak zarazy! Nie pozwalał trzymać „Fluxion” 

w domu. A to wielka szkoda, bo wszyscy wiedzą, że macie najlepsze 
komiksy,  no,  ale  cóż...  taki  był.  Wszyscy  mamy  jakieś  specy... 
specyficzne cechy. Uuu, czuję, że trochę wypiłam... 

Potem  zaczęła  opowiadać  o  swoim  byłym  mężu  oraz  niedawnym 

zabiegu  usuwania  żylaków.  Wówczas  Qwilleran  przerwał  jej  i 
powiedział,  że  wkrótce  się  z  nią  skontaktuje  w  sprawie  pracy,  po 
czym  odprowadził  ją  do  taksówki,  wręczając  pięciodolarowy 
banknot, by zapłaciła za kurs. 

Wrócił  do  apartamentu  w  chwili,  gdy  Koko  wyszedł  z  jakiejś 

sekretnej kryjówki. Kot się skradał, rozglądając dokoła i nasłuchując 
uważnie. 

– Wiem, co czujesz, bo czuję to samo – rzekł do niego Qwilleran. 

– Chodź, zagramy sobie, może podpowiesz mi coś ciekawego. 

Podeszli do słownika. Koko nie dał dziennikarzowi najmniejszych 

szans.  Zaserwował  mu  „ebionityzm”  i  „ebuliometr”,  następnie 
„cytodiagnozę” i „Częstochowę”, „kikutnicę” i „kilak”. 

Qwilleran  już  zamierzał  skapitulować,  gdy  nagle  jego  pech  się 

odmienił.  Koko  wbił  pazury  w  przednie  kartki  słownika,  wskazując 
hasło „rewanż” i „rewelacja”. Przy następnej zagrywce padła „kłódka” 
i „kłótnia”. Qwilleran poczuł drżenie wąsów. 

 

background image

Kot, który jadał wełnę 

131 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

W

W

U

U

D

D

Z

Z

I

I

E

E

S

S

T

T

Y

Y

 

 

 
Nazajutrz  rano  po  wizycie  pani  Hawkins  i  spektakularnym 

wyczynie swego kota Qwilleran wyskoczył z łóżka, zanim za dzwonił 
budzik. Dwa fragmenty układanki zaczęły do siebie pasować. 

Tait  zapewne  chował  urazę  do  „Daily  Fluxion”  z  czasów,  gdy 

gazeta  pisała  o  procesie  w  sprawie  ustalenia  ojcostwa.  Rodzina 
przypuszczalnie usiłowała zatuszować ten skandal, ale dziennikarze z 
pewnością uznali, że opinia publiczna ma prawo poznać prawdę. Nie 
pominięto  żadnych,  nawet  najbardziej  skandalicznych  szczegółów. 
Być może „Morning Rampage” potraktował Taita bardziej ulgowo – 
w  końcu  właścicielami  tego  dziennika  byli  Pennimanowie,  należący 
do socjety z Muggy Swamp. 

Przez  osiemnaście  łat  Tait  żywił  urazę,  która  urosła  do  rangi 

obsesji. Pomimo pozornej łagodności był mężczyzną, którym targały 
namiętności.  Jego  nienawiść  do  „Fluxion”  prawdopodobnie 
dorównywała miłości do żadów. Wrzody były oznaką wewnętrznych 
rozterek.  Gdy  Qwilleran  zaproponował,  że  napisze  artykuł  o  jego 
domu,  Tait  dostrzegł  w  tym  sposobność,  żeby  dokonać  zemsty. 
Sfingował kradzież i ukrył swoją kolekcję, która prawdopodobnie się 
odnajdzie, gdy gazeta zostanie ostatecznie skompromitowana. 

Gdzie  można  zamelinować  imbryk,  który  jest  cienki  jak  płatek 

róży? – dumał Qwilleran, przygotowując śniadanie dla Koko. 

Ale czy Tait zadałby sobie tyle trudu tylko po to, żeby się zemścić 

na gazecie za krzywdy doznane przed wielu laty? Chyba nie. Główny 
motyw musiał być inny. Być może nie jest aż tak bogaty, jak wskazuje 
jego  pozycja  społeczna.  Stracił  przecież  fabrykę.  Zainwestował  w 
Ameryce  Południowej,  co  zakończyło  się  fiaskiem.  Był  winien 
Lyke'owi  sporo  pieniędzy  za  urządzenie  domu.  Czy  ukartował  to 
wszystko, żeby zgarnąć polisę ubezpieczeniową? Czy pokłócił się o to 
z  żoną?  Czy  posprzeczali  się  tej  nocy,  kiedy  doszło  do  rzekomej 
kradzieży? Czy sprzeczka była na tyle gwałtowna, że serce kobiety nie 
wytrzymało? 

Qwilleran  zaserwował  kotu  śniadanie  na  podłodze  w  kuchni,  po 

czym włożył marynarkę i zaczął zapełniać kieszenie. Z różnych miejsc 
wziął  fajkę,  kapciuch  z  tytoniem,  zapałki,  wizytownik,  grzebień, 
trochę  drobnych,  portfelik  i  czystą  chusteczkę,  nie  mógł  jednak 
znaleźć  zielonego  żadu,  który  na  ogół  nosił  razem  z  monetami. 

background image

Lillian Jackson Braun 

132 

Pamiętał, że położył go na biurku. 

– Ej, Koko, czy ukradłeś mój talizman? – spytał. 
–  Graaau!  –  odpowiedział  z  kuchni  kot,  mając  gardło  za  tkane 

cielęciną w kremowym sosie. 

Qwilleran  po  raz  kolejny  otworzył  kopertę  z  fotografia  mi,  które 

zamierzał  oddać  Taitowi.  Rozłożył  wszystkie  na  biurku:  szerokie 
ujęcia  pięknych  pomieszczeń,  półzbliżenia  drogich  mebli  i  zbliżenia 
żadów. Zobaczył idealnie wykonane zdjęcie białego imbryka i drugie, 
na którym widać było ptaka na grzbiecie lwa. Dalej biurko – heban i 
czarny  mar  mur  ozdobione  pozłacanym  brązem  –  stół  wspierany 
przez sfinksa, mało wygodne fotele obszyte białym jedwabiem. 

Koko otarł się o nogi Qwillerana. 
– Co cię gryzie? – spytał dziennikarz. – Dałem ci śniadanie. Idź, 

zjedz do końca. Ledwo coś tam liznąłeś! 

Kot  wygiął  grzbiet  i  ułożył  ogon  w  znak  zapytania,  kręcąc  się 

niespokojnie dokoła. 

–  Ej,  od  dziś  będziesz  miał  koleżankę  –  oznajmił  Qwilleran.  – 

Małą  zezowatą  kotkę.  Może  powinniśmy  razem  po  nią  pojechać? 
Chciałbyś się wybrać na krótką wycieczkę? Mu siałbyś włożyć szelki. 

Koko  kroczył  dumnie  na  wyprostowanych  łapach,  zakreślając 

ósemki. 

– Najpierw muszę zrobić nową dziurkę. 
W  kuchni  Qwilleran  nie  znalazł  ani  jednego  narzędzia,  którym 

mógłby przekłuć pasek skóry: żadnego szydła, szpikulca do kruszenia 
lodu,  gwoździa  ani  nawet  staroświeckiego  otwieracza  do  konserw. 
Wreszcie poradził sobie za pomocą pilniczka do paznokci. 

– Gotowe! – rzekł i zaczął się rozglądać za Koko. – Spróbuj teraz 

wyślizgnąć się z tych szelek! Gdzieś się podział, do cholery? 

Rozległo  się  donośne  mlaskanie.  Qwilleran  odwrócił  się 

gwałtownie. Kot lizał jedną z fotografii leżących na biurku. 

– Ej! – wrzasnął dziennikarz. Koko zeskoczył na podłogę i umknął 

susami jak królik. 

Qwilleran spojrzał na zdjęcia. Jedno z nich było mokre. 
– Niegrzeczny kot! – zakrzyknął. – Papier się pofałdował! 
Koko usiadł skulony pod stolikiem. 
Dziennikarz  zerknął  ponownie  i  zobaczył,  że  kot  wylizał 

chropawym  jęzorem  fotografię  przedstawiającą  szafę  w  stylu 
biedermeier. Mokra powierzchnia wciąż była lepka. Na pierwszy rzut 

background image

Kot, który jadał wełnę 

133 

oka  zdjęcie  wyglądało  na  nietknięte.  Dopiero  w  świetle  padającym 
pod określonym kątem widać było fałdy i smugę. 

Qwilleran  spojrzał  uważniej,  chłonąc  szczegóły  widoczne  na 

fotografii  wykonanej  przez  Bunsena.  Widać  było  wyraź  nie  fakturę 
drewna,  a  fachowe  oświetlenie  zastosowane  przez  Odda  dawało 
wrażenie  trójwymiarowości.  Dziurkę  od  klucza  otaczała  wypukła 
oprawka  z  cyzelowanego  metalu.  W  dolnej  części  szafy  ciągnęła  się 
cienka linia będąca krawędzią szuflady. 

Nagle  Qwilleran  dostrzegł  drugą  ciemną  linię,  widoczną  z  boku, 

której wcześniej nie widział. Przecinała usłojenie drewna. Wyglądała 
dziwnie, bo nie była elementem konstrukcyjnym ani zdobniczym. 

Pospiesznie  pogłaskał  się  po  swędzących  wąsach.  Następ  nie 

chwycił Koko i wciągnął na niego szelki. 

– Idziemy! – oznajmił. – Natchnąłeś mnie tym swoim lizaniem! 
Jazda  taksówką  do  Muggy  Swamp  była  długa  i  droga.  Słuchając 

tykania  taksometru,  Qwilleran  zastanawiał  się,  czy  może  wliczyć 
opłatę  w  koszty  pokrywane  przez  redakcję.  Kot  siedział  obok 
spokojnie,  tuż  przy  jego  udzie,  ale  gdy  tylko  auto  skręciło  w  drogę 
dojazdową przed domem Taita, bardzo się ożywił. Stanął na tylnych 
łapach, przednimi oparł się o szybę i zaczął lustrować okolicę. 

–  Proszę  zaczekać,  to  odwiezie  mnie  pan  z  powrotem  –  rzekł 

Qwilleran do taksówkarza. – Potrwa to z pół godziny. 

–  Mogę  podjechać  na  dworzec  i  kupić  sobie  jakieś  śniadanie?  – 

spytał mężczyzna. – Oczywiście wyłączę taksometr. 

– Jasne. 
Dziennikarz  wziął  kota  pod  pachę,  zwinął  smycz  w  lewej  dłoni  i 

zadzwonił  do  drzwi  hiszpańskiej  rezydencji.  Czekając,  rozejrzał  się 
dokoła.  Zauważył  pierwsze  oznaki  zaniedbania:  bujna  trawa 
wymagająca  przystrzyżenia,  wirujące  po  dziedzińcu  żółte  liście, 
brudne szyby w oknach. 

Gdy drzwi się otworzyły, Qwilleran zobaczył odmienionego Taita. 

Mimo 

zdrowej 

czerwonej 

cery 

kolekcjoner 

wydawał 

się 

zdenerwowany i zmęczony. Stare ubranie i tenisówki, które miał na 
sobie,  wyglądały  niedorzecznie  na  tle  eleganckiego  czarno–białego 
holu. Na posadzce widniały ślady wyschniętego błota. 

–  Proszę  wejść  –  rzekł  gospodarz.  –  Właśnie  uprzątam  część 

rzeczy – dodał, przepraszającym gestem wskazując swój strój. 

–  Dzień  dobry.  Przyjechałem  z  Koko  –  oznajmił  Qwilleran 

background image

Lillian Jackson Braun 

134 

chłodnym tonem. – Uznałem, że może pomóc zwabić kotkę. 

Coś  jest  nie  w  porządku,  pomyślał  dziennikarz,  bo  facet  wygląda 

na  wystraszonego.  Może  policja  go  przesłuchiwała?  Czy  powiązali 
śmierć Lyke'a ze zniknięciem kolekcji żadów? 

– Ona już tu jest – odparł Tait. – Zamknąłem ją w pralni. 
Koko  zaczął  się  wiercić,  więc  Qwilleran  posadził  go  sobie  na 

ramieniu,  skąd  roztaczał  się  lepszy  widok.  Wyczuwał  lekkie  drżenie 
kociego ciała, jak gdyby przepływał przez nie prąd. 

Podał  Taitowi  kopertę  ze  zdjęciami,  następnie,  przyjąwszy 

zdawkowe  zaproszenie,  wszedł  do  salonu.  W  środku  zaszły  duże 
zmiany. Na fotele narzucono białe płachty, draperie były zaciągnięte, 
a obok stały ciemne i puste gabloty. 

Półmrok  rozświetlała  jedna  lampa  –  znajdująca  się  na  biurku, 

przy  którym  Tait  najwyraźniej  pracował.  Na  blacie  leżała  książka,  a 
dokoła  walały  się  użytkowe  przedmioty  wykonane  z  żadu: 
prymitywne skrobaczki, dłuta, ostrza siekier. 

Tait zerwał płachtę z krzesła i skinął na Qwillerana, by usiadł, sam 

zaś  stanął  za  biurkiem  i  otworzył  kopertę.  Dziennikarz  zerknął  na 
leżącą do góry nogami książkę – był to katalog zbiorów, sporządzony 
starannym, pochyłym pismem. 

Tait  wpatrywał  się  w  zdjęcia,  a  Qwilleran  wpatrywał  się  w  jego 

twarz.  To  nie  jest  smutek,  uznał,  to  wyczerpanie.  Ten  człowiek  źle 
sypia. Czy nie powiódł się jego plan? 

Kolekcjoner  oglądał  fotografie,  poruszając  kącikami  ust  i 

oddychając ciężko. 

– Niezłe fotki, prawda? – odezwał się Qwilleran. 
– Tak. 
– Świetne detale. 
– Nie miałem pojęcia, że pański fotograf zrobił tak dużo zdjęć. 
– Zawsze robimy na zapas. 
Qwilleran  zerknął  błyskawicznie  na  biedermeiera.  Nie  było 

ciemnej linii widocznej na zdjęciu – a przynajmniej nie zobaczył jej z 
miejsca, w którym stał. 

– Ładnie sfotografowaliście biurko – ocenił Tait. 
–  Tak,  jest  dużo  kontrastu.  Szkoda,  że  nie  ma  zdjęcia  tej  szafy  – 

rzekł  Qwilleran,  wpatrując  się  w  mężczyznę.  –  Biedermeiera.  Nie 
rozumiem tego. Gotów byłbym przysiąc, że Bunsen ją sfotografował. 

Zadrżały kąciki ust. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

135 

– Tak, to piękny mebel – odparł gospodarz. – Należał do mojego 

dziadka. 

Koko znów się poruszył, piszcząc w wyrazie sprzeciwu. Qwilleran 

wstał, przeszedł się w tę i z powrotem, głaszcząc kota po jedwabistym 
grzbiecie. 

– On po raz pierwszy jest z wizytą w obcym miejscu – oznajmił. – 

Aż dziw bierze, że tak dobrze się zachowu je. 

Podszedł do biedermeiera. Ani śladu ciemnej linii. 
–  Bardzo  panu  dziękuję  za  te  zdjęcia  –  rzekł  Tait.  –  Pójdę  po 

kotkę. 

Gdy kolekcjoner wyszedł z salonu, ciekawość Qwillerana sięgnęła 

zenitu.  Przyjrzał  się  uważnie  bokowi  szafy.  Faktycznie,  w  drewnie 
była  wąziutka,  ledwie  dostrzegalna  szczelina.  Przeciągnął  po  niej 
kciukiem.  Łatwiej  ją  było  wyczuć  pod  palcem  niż  wypatrzyć.  Ale 
czuły  obiektyw  aparatu  Bunsena  wyłowił  z  tła  ten  rozstęp  grubości 
włosa. 

Koko  się  miotał,  więc  Qwilleran  postawił  go  na  podłodze, 

trzymając smycz w ręku. Ponownie przesunął dłonią po deskach. To 
chyba skrytka, pomyślał. Nie może być inaczej! Ale jak to otworzyć? 
Nie było żadnej widocznej rączki ani przycisku. 

Zerknął  w  kierunku  holu,  nadstawiając  ucha,  spodziewając  się 

odgłosu kroków, ale panowała cisza, więc znów skupił się na meblu. 
Czy to będzie jakiś zatrzask uruchamiany do tknięciem palca? Czy w 
dawnych czasach były takie mechanizmy? Przecież ta szafa ma ponad 
sto lat... 

 
 
 
 

R

R

O

O

Z

Z

D

D

Z

Z

I

I

A

A

Ł

Ł

 

 

D

D

W

W

U

U

D

D

Z

Z

I

I

E

E

S

S

T

T

Y

Y

 

 

P

P

I

I

E

E

R

R

W

W

S

S

Z

Z

Y

Y

 

 

 
Pielęgniarka  w  redakcji  „Fluxion”  zabandażowała  Qwilleranowi 

rozciętą dłoń. 

– Do wesela się zagoi – powiedziała. – To tylko lekkie obrażenie. 
– Obficie krwawiło – odparł. – Szpic był ostry jak brzytwa i miał 

ze  trzydzieści  centymetrów  długości.  Właściwie  to  grot  harpuna, 
którym myśliwi zabijali morsy w Arktyce. 

– Hm, całkiem stosowna broń – mruknęła pielęgniarka, zerkając 

background image

Lillian Jackson Braun 

136 

czule na sumiaste wąsy Qwillerana. 

– Szczęście, że nie dostałem w brzuch! 
–  Wygląda  na  to,  że  rana  jest  czysta,  ale  gdyby  były  jakieś 

problemy, proszę iść do lekarza. 

– Pouczenia może sobie pani darować. Znam to na pamięć. 
Pielęgniarka  obwiązała  mu  rękę  grubą  warstwą  bandaży.  Nie 

przeszkadzało  mu  to  w  pisaniu  na  maszynie,  natomiast  stanowiło 
świetny rekwizyt, gdy wieczorem opowiadał o swoich  przeżyciach w 
klubie  prasowym.  O  wpół  do  szóstej  nadzwyczaj  wielu  dziennikarzy 
„Fluxion”  poczuło  suchość  w  gardle,  więc  wokół  Qwillerana 
zgromadził się niezły tłumek. Jego relacja z wydarzeń w domu Taita 
pojawiła  się  wprawdzie  w  popołudniowym  wydaniu  gazety,  ale 
koledzy  po  fachu  zdawali  sobie  sprawę,  że  najsoczystsze  szczegóły 
nigdy nie ukazują się drukiem. 

–  To  Koko  naprowadził  mnie  na  trop  –  oznajmił  Qwilleran,  z 

trudem  pohamowując  przypływ  dumy.  –  Polizał  jedno  ze  zdjęć 
zrobionych przez Bunsena i zwrócił moją uwagę na skrytkę w szafie. 

–  Użyłem  oświetlenia  z  boku  –  wyjaśnił  fotograf.  –  Ustawiłem 

lampę  z  lewej  strony  pod  kątem  dziewięćdziesięciu  stopni,  dzięki 
czemu  wyraźnie  ukazała  się  ta  minimalna  szczelina.  Obiektyw 
aparatu  to  wychwycił,  ludzkie  oko  natomiast  niczego  by  nie 
dostrzegło. 

– Gdy zobaczyłem skrytkę pełną żadów – ciągnął Qwil–leran – to 

tak się przejąłem, że nie usłyszałem kroków. Najpierw wrzasnął kot, 
a  sekundę  później  Tait  zaatakował  mnie  eskimoskim  harpunem. 
Ostrze  było  takie  długie!  –  Qwilleran  rozsunął  przesadnie  ręce  na 
długość metra. – Koko warczał, kocica miotała się w szale, piszcząc. 
Do tego ten maniak z harpunem! Rozpętało się piekło. I nagle huk! 
Tait  runął  prosto  na  pysk!  –  Dziennikarz  pokazał  zabandażowaną 
rękę. – Rzucił chyba tym harpunem, gdy upadał. 

– Opowiedz im, jak twój kot go załatwił – zasugerował Arch Riker. 
Qwilleran  niespiesznie  zapalił  fajkę,  a  słuchacze  czekali  z 

niecierpliwością na dalszy ciąg. 

– Trzymałem Koko na długiej lince. On tak szybko zaczął śmigać 

wkoło,  że  widziałem  tylko  smugę  w  powietrzu.  Owinął  Taitowi  nogi 
tą linką, no i ten rymnął na podłogę. 

–  Szaleństwo!  –  zakrzyknął  Bunsen.  –  Szkoda,  że  mnie  tam  nie 

było z kamerą. 

background image

Kot, który jadał wełnę 

137 

– Chwyciłem harpun – kontynuował Qwilleran – i przytrzymałem 

Taita, po czym z pozłacanego francuskiego telefonu zadzwoniłem po 
policję. 

– Cały ty – mruknął Bunsen. – Jak luksus to luksus. 
W tej samej chwili z komendy policji wrócił Lodge Kendall. 
–  Qwill  miał  rację  od  samego  początku  –  obwieścił  zebranym.  – 

Ten meksykański służący jest niewinny. Tait zeznał, że odesłał go do 
Meksyku,  następnie  przełożył  żady  do  skrytki  w  szafie,  a  jeden 
kamyk podrzucił w pokoju tego chłopaka. Pamiętacie, że brakowało 
toreb podróżnych? Sam mu je dał przed wyjazdem. 

–  Czy  chodziło  mu  o  odszkodowanie  z  towarzystwa 

ubezpieczeniowego? 

–  Przede  wszystkim.  Tait  to  kiepski  biznesmen.  Stracił  rodowy 

majątek,  poza  tym  potrzebował  pieniędzy,  żeby  zainwestować  w 
kolejny  poroniony  pomysł...  Ale  to  nie  wszystko.  On  nienawidzi 
naszej  gazety.  Bo  dawno  temu  „Fluxion”  pisał  o  tym,  że  był 
oskarżony w procesie sądowym w sprawie ustalenia ojcostwa. 

–  Ciekawe,  dlaczego  nie  doprowadził  do  ugody  poza  sądem  – 

rzekł Qwilleran. 

–  Próbował,  ale  twierdzi,  że  padł  ofiarą  brudnej  gry.  Inny  Tait, 

kuzyn  Verninga,  starał  się  wtedy  o  wybór  do  Kongresu,  więc 
umyślnie  rozpętano  tę  aferę,  żeby  utrącić  tego  kandydata.  Ktoś 
wykombinował, że wyborcy nie odróżnią jednego Taita od drugiego, i 
okazało się, że miał rację. Tamten przerżnął wybory. 

– Czy Tait mówił coś policji o planowanym wyjeździe do Danii? – 

spytał Qwilleran. 

– Na komendzie nikt o tym nie wspominał – odparł Kendall. 
–  Idę  do  domu  nakarmić  Koko  stekiem.  W  końcu  uratował  mi 

skórę. 

– Nie oszukuj się – powiedział Bunsen. – Jemu wcale nie chodziło 

o Taita. Biegał za tą kocicą. 

–  A  wiecie,  zostawiłem  ją  u  weterynarza.  Ma  zakażoną  ranę  w 

boku. Tait chyba ją uderzył, przepędzając z domu. 

Przez  całe  popołudnie  Qwilleran  pozostawał  w  stanie  wielkiej 

ekscytacji, ale gdy wrócił do domu, dopadło go zmęczenie. Koko czuł 
się  podobnie.  Leżał  na  boku,  z  wyprężonymi  łapami,  przygniatając 
sobie  ucho głową  –  na pozór  martwy, bo  tylko  w  półprzymkniętych 
oczach  czaiło  się  zamyślone  spojrzenie.  Nie  zwrócił  uwagi  na 

background image

Lillian Jackson Braun 

138 

zaserwowaną kolację. 

Qwilleran wcześnie położył się spać. Miał barwne, porywające sny. 

Śniło  mu  się,  że  Percy  rzekł:  „Qwill,  ty  i  Koko wykonaliście  świetną 
robotę  w  sprawie  Taita,  chcę  więc,  byście  znaleźli  zabójcę  Davida 
Lyke'a”.  „Szefie,  śledztwo  może  nas  zagnać  aż  do  Japonii”  –  odparł 
Qwilleran.  „To  w  takim  razie  jedźcie  do  Japonii  –  odpowiedział 
redaktor naczelny. – Pokryjemy wszystkie wasze wydatki”. Qwilleran 
poruszył we śnie wąsami. Drgnęły także wąsiska Koko. 

W  sobotę  wczesnym  rankiem,  gdy  Qwilleran  pochrapywał 

cichutko,  a  jego  podświadomość  borykała  się  z  zagadką  zabójstwa 
Davida Lyke'a, rozdzwonił się namolnie telefon. Gdy wreszcie wyrwał 
Qwillerana  ze  snu,  ten  wyciągnął  półprzytomny  rękę  w  kierunku 
stolika, odnalazł palcami słuchawkę i usłyszał głos operatora: 

–  Tu  Arhus  w  Danii.  Mam  połączenie  dla  pana  Jamesa 

Qwillerana. 

– Przy telefonie – odparł dziennikarz ochrypłym głosem. 
–  Cześć,  Qwill,  mówi  Harry!  –  rozbrzmiał  okrzyk  po  drugiej 

stronie Atlantyku. – Właśnie się dowiedziałem! 

– Tak? Mówią o tym w Danii? 
– Owszem, podali w radiu. 
– Wielka szkoda. Sympatyczny był z niego facet. 
– Nie znałem go – odparł Noyton. – Znałem tylko ją. On pewnie 

się załamał. 

– Kto? 
– Jak to kto? Śpisz jeszcze czy co? 
– Już nie. Ale o czym ty mówisz? 
– Qwill, to ty? Czy to Qwilleran? 
– Chyba tak. Jestem półprzytomny. Chodzi ci o zabójstwo? 
– Zabójstwo?! – zakrzyknął Noyton. – Jakie zabójstwo? Qwilleran 

się zawahał. 

– Harry, chodzi ci o Davida Lyke'a, tak? 
– Chodzi mi o G. Verninga Taita! A co z Davidem? 
– Nie żyje. Zastrzelono go w poniedziałek. 
– David nie żyje?! Mój Boże! Kto to zrobił? 
– Nie wiadomo. Zabito go w jego mieszkaniu. Wieczorem. 
– Ktoś się włamał? 
– Wygląda na to, że nie. 
– Po co ktoś chciałby zabijać Davida? To był fantastyczny facet! 

background image

Kot, który jadał wełnę 

139 

– To czegoś ty się dowiedział z radia? – spytał Qwilleran. 
–  Że  aresztowali  Taita!  Rodzina  pani  Tait  nie  mogła  uwierzyć, 

kiedy o tym tutaj doniesiono. 

Qwilleran usiadł prosto. 
– Ty znasz jej rodzinę? 
–  Dopiero  ich  poznałem.  Świetni  ludzie.  Współpracuję  z  jej 

bratem  przy  pewnym  tajnym  przedsięwzięciu,  o  którym  ci 
napomknąłem. Pamiętaj, obiecałem, że „Fluxion” pierwszy się o tym 
dowie. 

– A co to za przedsięwzięcie? 
–  Finansuję  nową  technologię,  Qwill.  Będę  najbogatszym 

człowiekiem na świecie! 

– To jakiś nowy wynalazek? 
–  Odkrycie  naukowe  –  wyznał  Noyton.  –  Podczas  gdy  reszta 

świata  zajmuje  się  kosmosem,  Duńczycy  próbują  zrobić  coś 
konkretnego dla ludzkości. 

– Brzmi wspaniale! 
– Tak naprawdę dopiero gdy tu przyjechałem, zorientowałem się, 

o  co  chodzi.  Uwierzyłem  jej  na  słowo,  że  to  wstrząśnie  całym 
światem! 

– Jej? Czyli komu? 
– Pani Tait. 
– Ona dała ci cynk, że jej brat dokonał jakiegoś odkrycia? 
– 

Widzisz, 

doktor 

Thorvaldson 

potrzebował 

wsparcia 

finansowego,  a  ona  wiedziała,  że  jej  mąż  nie  może  go  udzielić. 
Słyszała  o  mnie  i  uznała,  że  się  do  tego  nadaję.  Oczywiście  chciała 
gratyfikacji. Pod stołem, że tak powiem. – Noyton zamilkł. – Mówię 
ci to nieoficjalnie, rozumiemy się. 

–  Tait  chciał  wyjechać  do  Danii  –  powiedział  Qwilleran.  – 

Prawdopodobnie  zamierzał  zainwestować  pieniądze  uzyskane  z 
ubezpieczenia. 

Na linii rozległy się trzaski. 
– Harry, jesteś tam? 
– Posłuchaj, zadzwonię do ciebie jutro – rozległ się słabnący głos 

Noytona.  –  Słyszysz?  Dam  znać,  gdy  wszystko  zostanie  zapięte  na 
ostatni guzik pod względem prawnym... Kiepskie połączenie... Mam 
nadzieję,  że  znajdą  zabójcę  Davida.  Na  razie.  Zadzwonię  w  ciągu 
doby! 

background image

Lillian Jackson Braun 

140 

Wprawdzie  była  sobota,  ale  Qwilleran  pojechał  do  redakcji,  żeby 

popracować  nad  najbliższym  wydaniem  „Stylowych  Wnętrz”.  Za 
żadne skarby świata nie zamierzał pozwolić, by Fran Unger przejęła 
jego czasopismo. Chciał również zobaczyć się z Percym i powiedzieć 
mu  „a  nie  mówiłem?”,  lecz  redaktor  naczelny  brał  udział  w 
konferencji  wydawców  prasowych  w  Nowym  Jorku.  W  trakcie  dnia 
Qwilleran  wykonał  dwa  ważne  telefony  –  jeden  do  kliniki 
weterynaryjnej, aby dowiedzieć się o zdrowie kocicy, drugi do studia 
pani Middy, by umówić się z Cokey na kolację. 

Gdy późnym popołudniem wrócił do domu, żeby nakarmić Koko, 

w  apartamencie  toczył  się  zacięty  mecz  będący  połączeniem  piłki 
nożnej,  hokeja,  koszykówki  i  tenisa  z  elementami  zapasów.  Kot 
miotał  się  w  szale,  bawiąc  swoją  zabawką.  Gnał  szary  gałganek 
wyobrażający  mysz  po  wypolerowanej  podłodze,  spadał  na  niego, 
wyrzucał go w powietrze, serwował nim jak piłką, gonił, wykonywał 
robinsonady,  chwytał  w  przednie  łapy,  przetaczał  się  w  ekstazie,  aż 
mysz wyślizgiwała się z jego pazurów i wtedy pościg rozpoczynał się 
na  nowo.  Mając  publiczność,  Koko  uwielbiał  popisywać  się  swoją 
sprawnością. Na oczach Qwillerana przedryblował z myszą przez całą 
długość pokoju, następnie grzmotnął ją celnie łapą i zaliczył bramkę 
–  gałganek  wpadł  wprost  pod  hiszpański  kredens.  Przydreptał, 
zajrzał  pod  mebel  i  podnosząc  głowę,  wydał  z  siebie  przeciągłe, 
błagalne wycie. 

–  Nie  ma  problemu  –  odparł  Qwilleran.  –  Tym  razem  jestem 

odpowiednio wyposażony. 

Z  szafy  w  przedpokoju  wziął  parasolkę,  którą  na  szczęście 

zapomniała  zabrać  pani  Hawkins.  Pierwsze  zagarnięcie  nie 
zaowocowało  niczym  oprócz  kurzu,  więc  Koko  wzmógł  błagania. 
Qwilleran  ukląkł  na  podłodze  i  wepchnął  rączkę  w  ciemne  kąty.  Po 
chwili  wyciągnął  zielony  żad,  który  zapodział  się  przed  paroma 
dniami. Koko wszczął rejwach. 

Dziennikarz znów sięgnął pod mebel. Pojawiło się coś różowego... 
Właściwie  nie  do  końca  różowego,  uznał  Qwilleran,  ale  prawie, 

prawie... Coś mu to przypominało. I nagle zrozumiał, co to jest. I jak 
się tutaj znalazło. 

– Koko! – odezwał się stanowczym tonem. – Co ty o tym wiesz? 
Zanim kot zdążył zareagować gardłowym bełkotem i zapaśniczym 

atakiem  na  wyimaginowanego  wroga,  Qwilleran  podszedł  do 

background image

Kot, który jadał wełnę 

141 

telefonu i pospiesznie wykręcił numer. 

–  Cześć,  Cokey  –  powiedział.  –  Słuchaj,  trochę  się  spóźnię.  Weź 

może taksówkę do klubu prasowego, to tam się spotkamy, dobrze?... 
Nie, nie, nic się nie stało, po prostu wynikła dość pilna sprawa, którą 
muszę  załatwić...  Świetnie,  do  zobaczenia  wkrótce.  Mam  dla  ciebie 
sensacyjną nowinę! 

Odłożył słuchawkę i odwrócił się do kota. 
– Koko, kiedy zżarłeś ten strzęp? Gdzie go znalazłeś? 
Gdy  dotarł  do  klubu  prasowego,  Cokey  czekała  już  na  niego  w 

holu, siedząc na jednej z wysłużonych skórzanych kanap. 

– Oho, coś się stało – rzekła. – Widzę to po twojej minie. 
– Zaraz ci wszystko wyjaśnię, tylko usiądźmy w spokoju – odparł. 

– Chodźmy do sali koktajlowej, bo czekam na telefon. 

Usiedli  przy  stoliku  przykrytym  połatanym  i  pocerowanym 

obrusem w biało–czerwona kratkę. 

–  Słuchaj,  Cokey,  nieoczekiwanie  pojawiły  się  nowe  okoliczności 

w sprawie śmierci Davida Lyke'a – zaczął Qwilleran. – Oczywiście to 
znowu  Koko  naprowadził  mnie  na  trop.  On  tam  wtedy  był,  gdy 
Davida zastrzelono. Zjadł kawałek wełny. Gdy wziąłem go potem do 
domu, zachowywał się dziwnie. Myślałem, że się boi. Teraz sądzę, że 
raczej  bolał  go  brzuch.  Koty  chyba  też  czasem  mają  kłopoty  z 
żołądkiem. 

– Nie mógł strawić tej wełny? – spytała Cokey. 
–  Z  samą  wełną  być  może  by  sobie  poradził,  ale  w  tkaninie  było 

coś jeszcze. Po powrocie chyba zwymiotował to wszystko i wepchnął 
pod hiszpański kredens. Znalazłem to przed godziną. 

Cokey chwyciła się dłońmi za twarz. 
–  I  co,  rozpoznałeś  tę  wełnę?  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że 

rozpoznałeś? 

–  Tak,  i  myślę,  że  ty  też  byś  rozpoznała.  Żółtoróżowa  wełna  ze 

złotymi metalowymi nićmi. 

– Natalie Noyton! Taką przecież suknię miała na przyjęciu! 
Qwilleran pokiwał głową. 
– Wygląda na to, że Natalie przyszła do Davida w poniedziałkowy 

wieczór.  Być  może  była  na  miejscu,  gdy  został  zastrzelony.  Tak  czy 
owak,  musiałem  o  tym  powiedzieć  policji.  Zawiozłem  ten  strzęp 
wełny na komendę. Dlatego się spóźniłem. 

– I co powiedzieli? 

background image

Lillian Jackson Braun 

142 

–  Gdy  wychodziłem,  wybierali  się  do  Lost  Lake  Hills.  Nasz 

dziennikarz śledczy obiecał, że zadzwoni do mnie, gdy coś się pojawi. 

–  Zastanawiam  się,  dlaczego  Natalie  nie  przyznała  się  policji,  że 

była u Lyke'a. 

–  Mnie  też  to  niepokoi.  Bo  jeśli  ona  coś  wie,  to  możliwe,  że 

zabójca Davida będzie chciał ją uciszyć. 

Wysklepiony  sufit  klubu  prasowego  zwielokrotniał  rozmowy 

sobotnich  gości  do  natężonego  szumu,  który  nagle  zagłuszyło 
obwieszczenie płynące z głośników: 

– Telefon do Jamesa Qwillerana! 
–  To  ten  nasz  człowiek  w  komendzie  –  rzekł  dziennikarz  do 

Cokey. – Zaraz wracam – dodał i pobiegł do aparatu. 

Gdy wrócił, miał ponurą minę. 
– Co się stało, Qwill? – spytała Cokey. – Coś strasznego? 
– Policja przyjechała za późno. 
– Za późno? 
– Natalie nie żyje. 
– Zamordowana? 
–  Nie.  Odebrała  sobie  życie.  Podobno  spora  dawka  alkoholu  i 

proszki nasenne. 

– Ale dlaczego? Dlaczego? – zawodziła Cokey. 
– Wyjaśniła to w swoim pamiętniku. Zakochała się beznadziejnie 

w Lyke'u. On to wykorzystał. 

– Nie wątpię. Wiem coś o tym! 
–  Natalie  sądziła,  że  David  się  z  nią  ożeni,  gdy  tylko  ona  uzyska 

rozwód z Noytonem. Tak bardzo pragnęła z nim być, że przystała na 
wszystkie  warunki  swego  męża:  żadnego  podziału  majątku, 
rezygnacja  z  praw  rodzicielskich  do  dzieci.  Ale  w  tamtym  tygodniu 
uświadomiła  sobie,  że  David  nigdy  się  z  nią  nie  ożeni.  Ani  z  żadną 
inną kobietą. Kiedy pojechałem do niej z Bunsenem w poniedziałek 
rano,  nie  chciała  się  w  ogóle  z  nami  widzieć.  Myślę,  że  szalała  z 
rozpaczy, targana wyrzutami sumienia. 

– Ja bym była ślepa z wściekłości! – zakrzyknęła Cokey. 
–  Ona  też  była  ślepa.  Na  tyle,  że  sądziła,  iż  naprawi  wszystko, 

zabijając Davida. 

– A więc to Natalie... 
–  Tak,  Natalie...  Potem  w  panice  wróciła  do  domu,  zwolniła 

służącą,  po  czym  przeżyła,  dwudziestoczterogodzinne  piekło,  które 

background image

Kot, który jadał wełnę 

143 

zakończyła, popełniając samobójstwo. Nie żyje od wtorku. 

Przy stoliku zapadło długie milczenie. 
Po chwili Qwilleran rzekł: 
–  Policja  znalazła  różową  suknię  w  szafie.  W  etoli  brakuje  sporo 

koronki. 

W następnej chwili podano menu, lecz Cokey powiedziała: 
–  Nie  jestem  głodna.  Chodźmy  na  spacer.  Pogadamy  o  czymś 

innym. 

Ruszyli na przechadzkę. Zaczęli rozmawiać o Koko i kocicy, która 

miała na imię Yu albo Freja. 

– Mam nadzieję, że będą razem szczęśliwi – powiedziała kobieta. 
–  Myślę,  że  wszyscy  razem  będziemy  szczęśliwi  –  odparł 

Qwilleran.  –  Dam  jej  nowe  imię.  Yum  Yum.  Ty  też  będziesz  się 
nazywać inaczej. 

Spojrzała na niego z nadzieją. 
– Bo widzisz – wyjaśnił Qwilleran – Koko nie lubi, gdy mówię do 

ciebie Cokey. To za bardzo przypomina jego imię. 

–  No  to  mów  mi  Al  –  zaproponowała  Alacoque  Wright 

zrezygnowanym głosem, patrząc tęsknie spod uniesionych brew. 

W  poniedziałek  na  pierwszej  stronie  „Daily  Fluxion”  pojawił  się 

artykuł Qwillerana o nowym przedsięwzięciu Harry'ego Noytona. W 
wyniku  błędu  typograficznego  słowo  „różnych”  zmieniło  się  w 
„różowych”, ale takie pomyłki zdarzały się na tyle często, że bez tego 
artykuł stanowiłby swoiste rozczarowanie. 

„Harry  Noyton,  finansista,  inwestor  i  inicjator  różowych 

przedsięwzięć,  nabył  ogólnoświatowe  prawa  do  wynalazku  pewnego 
duńskiego  naukowca.  Wynalazek  ten  przyniesie  korzyść  całej 
ludzkości. Jest to bezkaloryjne piwo z dodatkiem witaminy C”. 

Tego  samego  dnia,  podczas  małej  uroczystości  w  klubie 

prasowym,  Qwilleran  odebrał  honorową  kartę  prasową  dla  swojego 
kota. Widniało na niej zdjęcie Koko: szeroko otwarte ślepia, czujnie 
postawione uszy, nastroszone wąsy. 

–  Pstryknąłem  mu  tę  fotkę  feralnego  wieczoru  w  mieszkaniu 

Davida Lyke'a – pochwalił się Bunsen. 

–  Nie  myślcie  tylko,  że  łatwo  mi  było  nakłonić  szefa  policji  i 

komendanta  straży  pożarnej,  by  podpisali  tę  kartę!  –  dodał  Lodge 
Kendall. 

Wieczorem  Qwilleran  wracał  do  Villa  Verandah  w  stanie 

background image

Lillian Jackson Braun 

144 

podenerwowania.  W  południe  przywiózł  Yum  Yum  z  kliniki 
weterynaryjnej, zatem koty miały kilka godzin na to, by się poznać i 
wybadać. Czy się polubią? 

W  salonie  panowała  niezmącona  cisza.  W  zielonym  fotelu 

siedziała Yum Yum, prezentując swoją śliczną, delikatną postać. Jej 
trójkątna  główka  była  urzekającą  rzeźbą  w  brązowym  kolorze,  a 
lekko  zezowate  ślepia  ogromnymi  kręgami  niebieskawego  fioletu. 
Brązowawe  uszy  przekrzywiła  pod  zalotnym  kątem.  Białą  pierś 
porastały włoski delikatniejsze niż puch. 

Koko siedział na stoliku, wyprężony i władczy, a dokoła szyi miał 

kryzę zmierzwionej sierści. 

– Ty diable! – rzekł Qwilleran. – Wcale nie jesteś znerwicowany. I 

nigdy nie byłeś. Od początku do tego zmierzałeś. 

Stękając,  Koko  zeskoczył  ze  stolika  i  podszedł  do  Yum  Yum.  Po 

chwili oboje siedzieli w identycznych pozach, niczym gliniane figurki 
–  ogony  zakrzywione  w  prawo,  uszy  jak  korony,  ślepia  ignorujące 
Qwillerana  w  wyrazie  jednoznacznego  lekceważenia.  Naraz  Koko 
liznął  dwukrotnie  Yum  Yum  z  czułością,  następnie  pochylił  głowę, 
zgrabnie  wyginając  szyję.  Zmrużył  oczy,  aż  stały  się  szparkami 
wypełnionymi  kocią  ekstazą,  bo  jego  nowa  przyjaciółka  długim 
językiem zaczęła myć mu uszy.