background image

Judith Merkle Riley 
 
Wodny diabeł 
 
Przełożyła z angielskiego Maria Grabska-Ryńska 
 
Wydawnictwo "Książnica" 
Wydanie pierwsze  
Katowice 2008 
 
 
Dla Stephanie W podzięce za długoletnią przyjaźń 
 
 
PODZIĘKOWANIA 
 
Jak zawsze dziękuję za pomoc mojej córce Elizabeth, która 
czytała rękopis, oraz za życzliwe i błyskotliwe wsparcie 
mojej agentce, Jean Naggar. Ale Małgorzata z Ashbury żyje 
przede wszystkim dzięki wspaniałym fanom jej opowieści. 
Wszystkim Wam stokrotnie dziękuję. 
 
 
PROLOG 
 
Było to niebawem po Gromnicznej roku Pana Naszego 1362. 
Zapisywałam właśnie koszt marynowanej ryby oraz mąki, 
szczerze oburzona ich wygórowaną ceną, kiedy posłyszałam 
nadprzyrodzony Głos, który rzekł: 
- Zamiast być Mi wdzięczną, że urządziłem świat tak, byś 
mogła się nauczyć pisać, ty marnujesz mój dar na domowe 
rachunki. Znacznie lepiej spożytkowałabyś go, spisując Me 
wspaniałe dzieła. 
- Ale, Panie - odparłam - sam nakazałeś żonom, aby były 
służebnicami mężów swoich, a mój pan małżonek nie cierpi 
rachunków. 
- Skądżeś taka pewna, że nie przysłużyłabyś mu się 
lepiej, najmując klerka do prowadzenia ksiąg? 
- Na stałe? Panie, wyobrażasz sobie, ile to będzie 
kosztować? A jeśli pisarczyk wszystko poplącze? 
- Niech rządca go przyuczy. Możesz sprawdzać księgi raz w 
miesiącu tak, jak to czyni mistrz Wengrave z przeciwka ku 
swojemu wielkiemu zadowoleniu. 
- Wiesz przecież, Panie, co się przydarzyło, gdy ostatnim 
razem najęłam kancelistę. 

background image

- A może byś mi tak pozwoliła od czasu do czasu czynić 
Moją wolę? 
Kimże jestem ja, grzeszna śmiertelniczka, abym 
sprzeciwiała się naszemu Panu, który góruje nad wszelkim 
stworzeniem, nawet mężami? Zakorkowałam więc kałamarz, 
odłożyłam pióro i spojrzałam w okno świetlicy, którego 
szklane gomółki siekł zimowy deszcz, zacierając kontury 
wysokich, malowanych w żywe barwy domów kupców i winiarzy 
po drugiej stronie ulicy. Dobrze jest być bogatą i 
patrzeć na świat przez szkło - pomyślałam, przyglądając 
się dwom grubo okutanym mężczyznom wciągającym wózek 
pełen drewna opałowego na podwórze kupca korzennego, pana 
Bartona. Kiedyś i ja kuliłam się w lodowatym deszczu, 
starając się zarobić na życie. Dziś jednak żarzący się w 
żeleźniaku węgiel odpędzał ode mnie chłód, a kolorowe 
opony na ścianach kpiły z szarej słoty. Z wielkiej izby 
na dole dochodził łoskot - rozstawiano stoły do 
wieczerzy. Przez szpary w drzwiach, ukradkiem jak 
polujący kot, do świetlicy wkradł się zapach kiszonej 
kapusty i gotującej się solonej ryby. Nagle posłyszałam 
pukanie do drzwi, nie głośne, lecz naglące. Towarzyszył 
mu spłoszony okrzyk: 
- Mamo, mamo, chodź szybko! Pan ojciec się wściekł, mówi, 
że ucieknie do klasztoru, gdzie przynajmniej będzie mógł 
w spokoju pokutować za grzechy. 
- Alicjo! - podbiegłam do drzwi. - Coście znowu spsociły? 
Wiecie przecież, że pan ojciec ciężko pracuje. W 
przyszłym miesiącu jedzie do Kenilworthu i musi do tego 
czasu skończyć egzemplarz kroniki. 
- To nie my, mateczko. - W ramie drzwi pojawiła się 
anielsko niewinna twarzyczka mojej młodszej córki. - To 
Cezar zjadł mu piórnik. 
- Mówiłam przecież, żebyście nie wpuszczały psa do 
pracowni ojca! - sarknęłam, wymijając ją i spiesząc w dół 
po wąskich schodach. 
- Małgorzato! - oznajmił mój ślubny małżonek, stojąc w 
rozterce pomiędzy trójką dzieci i pląsającym niezgrabnie 
na długich łapach młodym chartem. - To jest doprawdy nie 
do zniesienia! Zrób coś! 
W izbie panował nieopisany bałagan. Pokrywające podłogę 
sitowie było przemieszane, jakby ktoś w nim kopał, okuta 
żelazem 
skrzynia otwarta; widać w niej było rozsypane arkusze 
pokryte gęstym pismem, a także księgi, w których ważne 
miejsca mój pan mąż pozakładał źdźbłami owsa. Na drugiej, 

background image

niższej skrzyni, całej żelaznej i zamykanej na dwa 
solidne zamki (mieściła bowiem dochody z dzierżaw oraz 
pozostałości osiemdziesięciu sztuk złota, które mój pan 
mąż przywiózł był z Burgundii) stały kałamarze i 
przekrzywiony stosik czystych kart. Gilbert de Vilers 
miał na sobie poplamioną inkaustem starą jeździecką 
tunikę, czapka zaś, której długim ogonem wobec panującego 
chłodu omotał sobie głowę niczym Turek, przekrzywiona 
zjechała mu nad ciemną brew. 
- Ani chwili spokoju! Nie mogę tu pracować! - rzekł z 
miną, która czarodziejskim sposobem była równocześnie 
zrozpaczona i poirytowana. Przy tym czułam jednak, że w 
głębi ducha cieszy go to całe zamieszanie. Dom wypełniony 
dziećmi, tętniący życiem, radościami i troskami, bardzo 
się różnił od zimnego ponurego zamku, w którym się 
wychował, stanowił też miłą odmianę od krwi i śmierci, 
których tak niedawno napatrzył się w obcych krajach. Na 
mój widok w jego ciemnych oczach zapalił się ognik, a po 
twarzy przemknął ledwie zauważalny uśmiech. Spojrzał na 
mnie z wyżyn swego wzrostu. (Mój pan mąż jest bardzo 
wysoki i przystojny, ma długi normański nos i ciemne 
kędzierzawe włosy, a nasze serca przemawiają do siebie 
nawet wtedy, gdy usta milczą. Teraz właśnie jego serce 
mówiło: "Małgorzato, smutno i nudno było mi tu przy pracy 
w deszczowy dzień, potrzebowałem trochę zamieszania i 
twojej obecności, żeby się rozchmurzyć".) 
- Umiłowany panie - powiedziałam. - Masz za wiele 
obowiązków i trosk. Czemu nie najmiesz skryby, żeby 
pomógł ci w pracy? 
- Ależ droga Małgorzato, serce moje, wiesz, ile to będzie 
kosztować? 
Widziałam, że już obraca w myślach ten wspaniały pomysł. 
Chętny do pracy chłopak, który będzie nosił za nim księgi 
do iluminatora, zręczną ręką przepisywał na czysto 
notatki, biegał po inkaust i ostrzył pióra... Rozwiązanie 
wydawało się kuszące. 
- Jeśli będzie prowadził również domowe rachunki, 
zapracuje na swoje utrzymanie - dodałam chytrze. 
W ten oto sposób przy naszym stole zasiadł Mikołaj 
Pisarczyk, wyrzucony z uniwersytetu za burdy po 
karczmach, i w tenże sposób wola Boża została spełniona, 
ja zaś porzuciłam rejestr wydatków, przeznaczając te 
arkusze na spisanie tajemnic ukrytych w stworzeniu oraz 
tego, jak wyrokiem losu dane mi było przeżyć 
najdziwniejszą przygodę. 

background image

 
4 kapturki dziecięce z najlepszej wełny - każdy po 3 
pensy; 1 beczka marynowanego jesiotra -funtów 3; 3 buszle 
pszennej mąki po 18 pensów od Piotra Młynarza, który znów 
oszukał na wadze. 
 
W roku Pańskim 1360 ja, Małgorzata de Vilers, wbrew 
szacownym zasadom zamężna po raz trzeci, powróciłam z 
pełnej przygód podróży w obce kraje (przywiózłszy z niej 
kilka pięknych plakiet pielgrzymich i mojego pana 
małżonka) pewna, iż resztę życia spędzę już spokojnie w 
domowych pieleszach. Świat cały był wówczas ogarnięty 
wojną, jako że nasz król udał się do Reims, by wyciągnąć 
zbrojne ramię po ampułkę Najświętszego Krzyżma, które 
przyniosła na ziemię gołębica, aby namaszczano nim królów 
Francji - i przy okazji ukoronować się jako władca tegoż 
królestwa. 
Francuzi mieli co prawda własnego króla, który mieszkał 
tymczasem w londyńskiej Tower, nie zdoławszy zgromadzić 
tak wielkiego okupu, jakim w jego pojęciu winien się 
opłacić szanujący się władca. Chwila wydawała się więc 
dogodna, jak sami rozumiecie. Nasz król ruszył do 
Francji, gdzie zaś rusza król, tam i diuk, gdzie zaś 
diuk, tam i jego kronikarz, mój zacny małżonek, sir 
Gilbert de Vilers, najmłodszy i najbardziej ekscentryczny 
potomek godnego, choć zubożałego starego rodu, do którego 
weszłam po bardzo krótkim zaiste wdowieństwie. Mój 
poprzedni mąż, pan Roger Kendall, bogaty acz posunięty w 
leciech przełożony gildii londyńskich kupców, zwykł był 
mawiać: "Wojnie 
towarzyszą zwykle wielkie słowa, lecz pamiętaj, 
Małgorzatko, że w istocie toczy się je o pieniądze. One 
są przyczyną większości sporów". 
Myślę więc, że i tym razem poszło o pieniądze, choć 
większość ludzi sądzi, że królowi chodziło o ampułkę 
maścidła w zamorskim kościele. I tu właśnie zaczyna się 
moja opowieść - od chwili kiedy to wszyscy wojenni 
mężowie Anglii udali się do Francji w pogoni za fortuną. 
Opowieść ta ma również wykazać, że choćbyś się schronił 
przed przygodą za piecem, ona i tam cię znajdzie, jeśli 
taka jest wola Boża. 
 
 
ROZDZIAŁ  PIERWSZY 
 

background image

Krzyki rozbawionych dzieci biegających po galerii dla 
muzykantów odbijały się echem od ścian wielkiej sali 
zamku Leicester, głównej siedziby księcia Lancastera - 
niezwyciężonego wodza, silnej prawicy i mądrego doradcy 
króla Anglii Edwarda, trzeciego o tym imieniu. Chłodny 
powiew nawilgły wiosenną mgłą wpadał przez wysokie 
niezaszklone okna, ślizgał się po szarych płytach 
posadzki i coś sobie szeptał wspinając się na nagie 
kamienne ściany, na których jego oddech zostawiał 
wilgotne smużki. Ciężkie francuskie tkaniny, które 
wieszano na ścianach w dniach świątecznych, zostały 
zdjęte, komnata zaś oddana do codziennego użytku, odkąd 
bowiem król wraz z licznym wojskiem odpłynął do Francji, 
zamkiem Leicester zawładnęły niewiasty, dzieci i księża. 
Minęło pół roku, odkąd każdy ujeżdżony koń, każdy zdrowy 
mężczyzna i każdy nie wydany jeszcze miedziak zostały 
przekazane w ręce króla Edwarda na jego największe 
przedsięwzięcie, ostateczną kampanię przeciwko 
zniszczonej Francji, której finałem miała być koronacja w 
Reims. Dotychczasowy pomazaniec, rozkochany w luksusie 
Jan zwany przez Francuzów Dobrym (przez Anglików zaś 
głupim), wzięty do niewoli pod Poitiers, tkwił w 
Londynie, natomiast słaby delfin miał w ręku Paryż 
rozprzężony nieszczęściem i odcięty od reszty królestwa, 
plądrowanej przez bandy wyrzutków. Była to odpowiednia 
pora, aby 
Edward wysunął swe rodowe pretensje do tronu Francji. 
Tylko książę Lancaster był temu przeciwny. Twierdził, że 
ryzyko jest zbyt wielkie, a wynik niepewny. "Ryzyka nie 
ma, odparł król, dysponujemy przeważającymi siłami". 
"Pomazany król Francji wciąż żyje, upierał się książę, 
podobnie jak jego prawowity następca, a dopóki żyją, nie 
wolno lekceważyć przyrodzonej Francuzom nienawiści do 
obcych władców". "To ja jestem prawowitym następcą", 
wytknął mu król. "Niemniej, argumentował książę, Francja 
to obcy kraj, zaopatrzenie trzeba ściągać z daleka, idzie 
zima i w końcu będziemy musieli plądrować wioski". 
Edward odparł na to, że wszystkie potrzebne rzeczy wezmą 
ze sobą. Będąc oświeconym nowoczesnym monarchą, 
przestudiował mapy i starannie zaplanował trasę. Tabor 
będzie liczył sześć tysięcy wozów. Powiezie żywność i 
namioty, kuźnie i sprzęt zbrojmistrzowski, żarna i 
piecyki do wypieku chleba, a także składane łodzie, żeby 
łowić ryby w rzekach w czasie postu. Towarzyszyć mu będą 
setki kancelistów i rzemieślników wszelakich 

background image

specjalności, sześćdziesiąt psów gończych i trzydziestu 
sokolników królewskich do łowów, a także ulubieni 
muzykanci. Każdy kto był w stanie dosiąść konia, od 
wielkich marszałków po drobnych szlachetków, miał 
towarzyszyć władcy i jego czterem synom. Wątpliwości 
księcia utonęły w rejwachu przygotowań, on sam zaś jako 
wierny lennik ogołocił swe ziemie z koni, rycerzy, 
giermków, łuczników i klerków. Zabrał nawet kronikarza, 
uczonego rycerza biegłego w łacińskim piśmie, który miał 
uwiecznić dla potomności jego przewagi wojenne. Teraz w 
hrabstwie Lancaster, jak w całej Anglii, kobiety czekały 
na powrót mężów, a wielka sala w zamku była pusta i 
głucha. 
Pod galeryjką, wokół dymiącego ogieńka z surowego drewna 
palącego się w przepaścistym kominie, rozłożyły się 
szwaczki księżnej Izabeli. Odziane w ciężkie wełniane 
suknie, przywalone jardami białego płótna pilnie 
obrębiały niekończące się brzegi prześcieradeł. 
Najstarsza z kobiet, prawie już ślepa prządka, siadła 
obok z wrzecionem, recytując melodyjnie balladę o sir 
Aldingarze, fałszywym rządcy. Przy stole na krzyżakach 
rozstawionym w środku sali dobrze ubrana dama dzierżąca 
wielkie nożyce rozmawiała z drugą, uzbrojoną w zawęźlony 
sznurek. Na stole leżał zwój cienkiego lnu, białego i 
gładkiego jak skóra niemowlęcia, przygotowany do 
krojenia. 

Wielmożna pani Izabela powiada, żeby kroić o trzy 

cale 
dłużej niż poprzednie, bo panienka bardzo szybko rośnie - 
powiedziała dama z nożycami. 
"Nasz król miał sługę przewrotnego, Sir Aldingar go 
zwano, Pragnął on w łożu lec z królową I zhańbić naszą 
panią. Ale królowa nasza dobra Ciągłym "nie" go 
odgania..." 
- nuciła ślepa prządka, a pół tuzina igieł śmigało w górę 
i w dół, zostawiając po sobie drobne dokładne szwy. 
- Nie da się z tego skroić giezła bez szwu, jak życzyła 
sobie księżna. Jesteś pewna długości? 
- Ten kawałek przyniosła dziś od pani szatnej lady 
Petronillla de Vilers. - Z ust szwaczki uleciał kłębek 
pary, stały bowiem z dala od ognia. 
"Więc Aldingar miał zadrę w duchu, Zagniewał się okropnie 
I teraz myślał tylko o tym, Jakim jej ogniem dopiec..." 

Może się pomyliła. Jest za krótki. Musimy się 

upewnić, 

background image

zanim zaczniemy ciąć. 
Jeszcze raz uniosły długą dziewczęcą koszulę, która 
służyła za wzór, i odmierzyły długość pozadzierzgiwanym w 
węzły sznurkiem. 

Jeśli lady Petronilla się pomyliła, nie chciałabym 

być tą, 
która jej zwróci uwagę - mruknęła szwaczka. 
- Najlepiej sama pójdę do pani Katarzyny. - Dama odłożyła 
nożyce i wyszła zostawiając szwaczkę głowiącą się, jak 
zesztukować materiał, żeby nie było widać szwu. 
- Co to ma znaczyć, że płótno jest za krótkie? - przez 
otwarte drzwi dobiegł ostry głos. - Oskarżacie mnie o 
kradzież? Ach tak, pomyłka? Ja się nie mylę. 
Igły śmigające przy kominie zamarły. Szwaczki spojrzały 
po sobie. 

Petronillla... - bąknęła jedna z nich. - Dlaczego 

nasza 
dobra księżna właśnie ją dała do pomocy szatnej? 
Szybkie kroki zatrzymały się obok zbitych w gromadkę 
kobiet. Towarzyszył im jakby zimny powiew, który był nie 
tyle powiewem, co dziwnie mrożącym uczuciem. Zerkając 
spod oka, zobaczyły wyprostowane plecy damy, która 
maszerowała w stronę stołu, ciągnąc za sobą po kamiennej 
posadzce długi tren zimowej czarnej sukni. 
- Podobno książę pan wysłał lady Izabeli listę żon 
rycerzy, które winna przyjąć na swoim dworze - zaszeptała 
inna szwaczka. 
- To mąż lady de Vilers nie żyje? - Kobiety zerkały 
ukradkiem na czarno odzianą postać. 
- Żyje. Podobno straciła syna. 
- Jest za młoda, żeby stracić syna we Francji. 
- Przy porodzie. Jej mąż był zrozpaczony. Chcąc ulżyć jej 
w bólu, pozwolił jej wyjechać na pewien czas i użył 
swoich wpływów, żeby umieścić ją tutaj. 
- Taka ciężka żałoba z powodu noworodka? Chyba trochę 
przesadza. 
- No cóż, pewnie prawdziwe damy różnią się od nas. 
- I od niej - syknęła jadowicie jedna z kobiet. 
"W kadzi przed stosem już królowa, 

¦>¦  ¦ 

W największej jest już biedzie..." 
Kobieta w czerni obrzuciła pogardliwym spojrzeniem 
rozpostarte na stole płótno. 
- Będziecie musiały je zesztukować albo posłać po nowe do 
Londynu. Więcej nie ma. 
- Ale... ale księżna chciała giezło bez szwu i gotowe na 

background image

Wielkanoc. 
- To zróbcie tak, żeby było gotowe. - Lady Petronilla 
odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. Była nieco 
ponad średniego wzrostu, o zimnych niebieskich oczach i 
wąskiej gładkiej twarzy, którą szpecił tylko lekko 
spłaszczony i przekrzywiony nos. Miała na sobie ciepłą 
czarną wełnianą suknię, na niej zaś podbity futrem surkot 
z włoskiego aksamitu, haftowany ciemnozielonymi 
jedwabnymi nićmi. Gęste włosy barwy miodu splecione w 
warkocze były ciasno zwinięte pod welonem z cieniutkiego 
białego płócienka. 
"A to ciekawe"... - pomyślała szwaczka, zerkając na zwój 
cieniutkiego białego płótna przeznaczonego na nowe giezło 
dla panienki Blanche. 

Nie zawracajcie mi głowy swoją nieudolnością - 

dobiegł 
ją zimny głos. - Odwracacie moje myśli od Boga. 
Na piersi Petronilli wisiał ciężki złoty krucyfiks z 
przybitą udręczoną postacią Chrystusa, wykładany czerwoną 
emalią i rubinami. U pasa, obok sakiewki i powierzonych 
jej kluczy - różaniec o czarnych paciorkach, zakończony 
równie masywnym i bogato zdobionym krzyżem, choć 
srebrnym. Złożywszy ręce na piersi, z dziwnym błyskiem w 
oku obróciła się i sztywno wyprostowana wyszła z komnaty. 
"Bardzo pobożna niewiasta - pomyślała krojczyni, wracając 
do stołu. Spędza tyle godzin na modlitwie. Przywiozła 
nawet własnego spowiednika". 
Przez moment jej wzrok przykuł zwiewny ruch welonu 
uniesionego przeciągiem z korytarza. "To niepodobna, 
skarciła się w duchu. Zresztą jakże odróżnić jedno białe 
płótno od drugiego? Przebacz mi, Boże, bo grzeszę 
zawiścią. To ja chciałam zostać pomocnicą pani szatnej i 
gdyby mój mąż dorównywał rangą de Vilersom, piastowałabym 
dziś to zaszczytne stanowisko". 
 
 
ROZDZIAŁ DRUGI 
 
- Cecylio, na Boga, coś ty zrobiła z włosami? Toż to 
jeden 
wielki kołtun! Połamię na nim grzebień! Matko Saro, czy 
Peregryn jest już ubrany? 
W tejże chwili Peregryn rozkwilił się do wtóru starszym 
siostrom, ja zaś poczułam, że ktoś mnie ciągnie za rękaw. 
Słońce dopiero co wyjrzało ponad horyzont i na podłodze 

background image

zalegał gruby kobierzec chłodu. Z dołu dobiegał szczęk 
garnków, pospieszny tupot i gorzki zapach dymu z 
kuchennego paleniska. 
- Ja jestem uczesana, mateczko - powiedziała przymilnie 
Alicja, moja młodsza córka, wciąż pulchna jak dziecko, 
choć szło jej na ósmą wiosnę. Na dowód podetknęła mi pod 
nos długie połyskliwe pasmo swoich rudozłotych włosów. 
- Bardzo ładnie, kochanie, ale... 
- To dlatego, że twoje są proste! A mnie Pan Bóg dał 
kędzierzawe, bo takie są ładniejsze! - fuknęła wykręcając 
się z mego uchwytu Cecylia, zarumieniona z oburzenia tak, 
że prawie nie było widać piegów. Niespełna 
dziesięcioletnia, chuda jak szczapa, zdolniejsza w 
wymyślaniu psot niż całe stado chochlików, była 
najstarszą z moich pociech i nieraz przyprawiała mnie o 
rozpacz. 
- Stójże spokojnie - warknęłam, atakując jej zmierzwione 
włosy kościanym grzebieniem. - A to co? Gałązka? Cecylio, 
znów wspinałaś się na drzewo! Jak chcesz być damą, skoro 
... 
- Ale ja nie chcę być damą. Chcę być... 
- Nawet mi nie mów, że chcesz być chłopcem, bo nie możesz 
nim być i już. 
- Wobec tego chcę być smokiem! 
- He, he! Mamo, ona chce być cała zielona i pokryta 
łuską, 
fuj! 

Dziewczynki, dosyć tego. Alicjo, czy dobrze widzę, że 

na 
brzuchu masz tłustą plamę? Nie możesz tak iść do 
kościoła. Włóż niebieską sukienkę, tylko prędziutko, bo 
się spóźnimy. 

Ale ona jest brzydka! - Bolesny okrzyk Alicji 

dołączył 
do chóru rozpaczliwych protestów wydawanych przez jej 
siostrę 
i braciszka. 
Dlaczego zawsze tak trudno jest zdążyć w porę na mszę? 
Zwłaszcza w dniu świątecznym, jak majowa uroczystość 
świętego Augustyna, kiedy wszyscy mierzą bliźnich 
wężowymi oczami, żeby potem oplotkować niestarannie 
odzianych? Można by oczekiwać, że Pan Bóg wymości 
człowiekowi drogę do kościoła płatkami róż, zamiast 
piętrzyć na niej ciernie i pułapki. Jeśli pomyślał to 
jako próbę hartu ducha - coś jak kuszenie świętego na 

background image

pustyni - sceneria powinna być majestatyczna, zdobna w 
ziejące przepaści i huczące płomienie, a dziewczęce jęki 
i wieść, że matka Sara zgubiła lewy but Peregryna, 
bynajmniej jej majestatu nie przydają. Zamierzam poważnie 
porozmawiać na ten temat z Panem Bogiem - kiedyś, gdy nie 
będę zajęta ubieraniem dzieci. 

Włóżcie patynki, na ulicy jest błoto. Nie, ani słowa! 

Co 
z tego, że w nocy przestało padać? Skoro mówię, że jest 
błoto, to 
znaczy, że jest. 
Dawniej, kiedy żył jeszcze pan Kendall i dobrze nam się 
powodziło, najął on wdowę po pewnym zubożałym rycerzu, 
żeby uczyła dziewczynki języka francuskiego i dobrych 
manier. Madame Agata była niewiastą dbałą o formy i tak 
dumną, że z wielkim trudem przyszło jej zniżenie się do 
obcowania z dziećmi kupca, choćby bardzo majętnego i 
poważanego. Kiedy zaś po jego śmierci wyszłam ponownie za 
mąż, uznała to za czyn tak oburzający, iż w te pędy 
opuściła nasz dom. 
Nabyta przez dziewczynki w ciągu krótkiego flirtu z 
madame znajomość francuszczyzny okazała się trwała, 
zwłaszcza że językiem tym posługuje się rodzina mojego 
obecnego męża. Nie mogę wszakże tego samego powiedzieć o 
manierach, które zdarły się szybciej niż nogawiczki 
Peregryna. Cóż, skoro nie potrafią zachowywać się jak 
damy, niech przynajmniej wyglądają jak damy - pomyślałam 
- zwłaszcza w dniu świątecznym. 
Perkyn otworzył ciężkie frontowe drzwi. Badawczym 
wzrokiem zlustrowałam wychodzące potomstwo. Łzy otarte, 
wzrok skromnie spuszczony. Krok stateczny. Odzież czysta, 
ręce splecione na podołku. Dobrze. Matka Sara wzięła na 
ręce Peregryna; Perkyn z powagą zamknął drzwi i ruszył za 
nami. Wszystko w porządku. Przy odrobinie szczęścia nikt 
się nie domyśli, że wychowałam dwie rudowłose diablice. 
Różowe blaski świtu odbijały się w rynsztoku biegnącym 
środkiem Thames Street. Drewniane patynki ślizgały się na 
ubłoconym wyboistym bruku przed domami. W rześkim 
powietrzu wibrował przenikliwy dźwięk dzwonów od Świętego 
Botolfa, wzywających parafian na mszę. Ciepło opatulone 
postacie spieszyły w kierunku kościoła. Na szczęście nie 
będziemy ostatni. W połowie drogi obróciłam się, żeby 
jeszcze raz zlustrować rodzinę. 
- Cecylio, naciągnij kapturek. Alicjo, nie depcz po 
kałużach, robisz to specjalnie. Na miłość boską, gdzie 

background image

mały?! 
- Jest, jest, moja pani, Perkyn go niesie. Strasznie dziś 
ślisko, dlatego idzie wolniej. O, widzi pani? Już idzie. 
Zza zakrętu zaułka Świętego Botolfa wyłoniło się moje 
najmłodsze kochanie, ledwie dwuletni, jedyny jak dotąd 
dziedzic rodu de Vilers. Z zarumienioną od chłodu buzią i 
ciemnymi loczkami wymykającymi się spod ogoniastej 
czerwonej czapeczki szczebiotał jak sroczka do starego 
Perkyna, który niósł go w ramionach. 
Cienisty przedsionek zapchany był ludźmi przesuwającymi 
się do wnętrza nawy. Zapach mokrej wełny i miejskiego 
błocka 
mieszał się z ciężką wonią ludzkich ciał. Wśród klekotu 
patynek i gwaru pozdrowień wyłowiłam jadowity syk: 
- Patrzcie, kto idzie. Lady Małgorzata de Vilers. 
Pamiętam czasy, kiedy stary pan Kendalł był dla niej o 
wiele za dobry. Dziewucha znikąd, bez żadnej rodziny. 
Wziął ją po prostu z ulicy. 
- Żeby chociaż się dobrze prowadziła! 
- Patrzcie, jak się pyszni w tych futrach, w otoczeniu 
służby... Za kogo ona się uważa? 
Próbowałam przyspieszyć, ale drogę zablokował mi zwalisty 
sługa kupca korzennego. Za moimi plecami tłoczyli się 
domownicy. 

Słyszałam, że uciekła z kopistą swego męża, nie 

czekając 
nawet, aż biedak ostygnie. 
Obejrzałam się, żeby zobaczyć, kto to powiedział. W 
ciżbie widać było tylko stadko kiwających się białych 
czepców. 
- Bezwstyd, powiadam wam! 
- Miała sprawę z wygnanym z zakonu mnichem imieniem 
Grzegorz, próżniakiem utrzymującym się z żebraniny i 
pisania listów po szynkach. - Kobieta odwróciła głowę i 
zobaczyłam czerwoną ze złości twarz żony powroźnika. Nic 
dziwnego, że jest spragniona plotek, skoro tak rzadko 
widuje się ją w kościele. 
- Coś takiego! A przecież wyszła w końcu za sir Gilberta 
de Vilers. Nie wiedział o tym Grzegorzu? 
- A, to cała historia, złociutka! Ów Grzegorz to właśnie 
on! Za jej pieniądze wyposażył sobie poczet i odrzucił 
zakonne imię szybciej, niż wąż zrzuca skórę. Jeden wielki 
wstyd! 
- Bo pochodzi ze szlachty. Pani Godfrydowa mówiła mi, że 
jest młodszym synem, którego ród się wyrzekł jako 

background image

rozrzutnika. Oczywiście kiedy zdobył pieniądze, przyjęli 
go z powrotem. 
- Ja słyszałam, że książę Lancaster obsypuje go 
zaszczytami, choć zabijcie mnie, nie wiem za co. 
- Ciszej! Patrzy w tę stronę. Jak myślicie, słyszała? 
- A zaśby tam, moja droga! Za daleko! 
Moim zdaniem cały problem z kościelnymi świętami polega 
na tym, że ściągają do kościoła tych, którzy zaniedbując 
coniedzielne nabożeństwa, chcą się wynieść w oczach Pana, 
mówiąc źle o bliźnich. Poza tym muszą nadrobić wszystkie 
przespane plotki. Nie odmówiłam sobie pewnej drobnej 
zemsty i mijając rozgdakane babska, zmierzyłam je 
złośliwie wyniosłym spojrzeniem. 
Udało nam się dopchać do naszej stalli przy bocznym 
ołtarzu ufundowanym jeszcze przez pana Kendalla w 
intencji zbawienia jego duszy. Niskie promienie 
wschodzącego słońca wpadały przez rozetę i malowały wzory 
na posadzce u naszych stóp. Pod kamiennymi kolumnami nawy 
zawierano umowy handlowe i wymieniano uwagi na temat 
przycinania drzew owocowych, łatania butów oraz 
naprawiania uprzęży. Wysilony głos księdza tonął w tych 
rozmowach niczym bzyczenie trzmiela w ogrodzie letnią 
porą. Spóźnialscy pospiesznie przeciskali się obok 
marmurowej chrzcielnicy, żegnając się niedbale i 
wsiąkając w ciżbę, jakby stali tu od dawna. Skierowałam 
myśli ku Bogu i natychmiast przestałam słyszeć gwar. 
Dawniej myślałam, że można się modlić tylko tak, jak to 
czynią księża, ale na szczęście Bóg wyprowadził mnie z 
błędu. 
Panie wszechmogący - pomyślałam - Ty, który jesteś samą 
Miłością, oddaj mi męża. Zakończ wreszcie tę wojnę we 
Francji i pozwól mu wrócić do domu. 
"Małgorzato, nie kieruję sprawami królestw pod dyktando 
jednej niewiasty". 
Ależ, Panie, z pewnością jest nas o wiele więcej. 
"Na każdą osobę, która modli się o pokój i miłość, 
przypada pół tuzina takich, które proszą mnie o chwałę 
wojenną. Co ty na to?" 
Czy najważniejsza jest liczba? Nie jesteś przecież 
rachmistrzem. 
"Doprawdy, Małgorzato, czasem sam się zastanawiam, 
dlaczego rozmawiam z tak irytującą osobą". 
Bo wiesz, jak potrafię kochać. Tylko Ty wiesz, jak bardzo 
pragnę usłyszeć jego kroki w sieni i jego głos wołający 
moje imię. 

background image

Chcę podziwiać jego wyniosłą postać, jakże wdzięczną 
nawet w tej starej zielonej szacie, i śmiać się razem z 
nim, gdy odkryje, że przez roztargnienie paraduje z 
piórem zatkniętym za ucho. Wyznam Ci w tajemnicy, że nocą 
szukam tego ciepłego miejsca w łożu, gdzie on być 
powinien. Chciałabym znów piec więcej chleba i warzyć 
więcej piwa, i krzywić się słysząc jego beznadziejne 
dowcipy, i czuć jak całuje mnie w kark i... 

Mamo, znów to robisz. 

Panie Boże, miej w opiece moje dzieci, moje osierocone 
przez ojca dziewczynki, którym tak potrzeba Twego 
błogosławieństwa, i tego chłopaczka, syna mojej 
miłości... 
"Małgorzato, wielokrotnie i bardzo szczegółowo dawałaś 
już wyraz swym życzeniom. Jako najwyższy sędzia 
wszelkiego stworzenia zapewniam cię, że znajdujesz się w 
gronie pół tuzina najgadatliwszych moich dzieci. Może byś 
się tak zajęła swoimi niewieścimi sprawami, a Bogu dała 
choć chwilę spokoju, aby mógł się zająć dziełami 
boskimi?" 
Ale, Panie, nie skończyłam jeszcze się modlić za 
krewnych, sąsiadów i starą Katarzynę, która sprzedaje 
jajka, a tymczasem wyzdychały jej kury i... 
"Małgorzato, czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że 
krótka modlitwa pierwsza dociera do Mych uszu?" 
Myślałam, Panie, że to wymysł duchownych, skoro będąc 
wszechmocny słyszysz wszystko... 
Odpowiedziało mi przepastne westchnienie brzmiące tak, 
jakby wiatr targnął koronami wszystkich drzew na świecie 
i poniósł ich szmer ku niebiosom. 

Mamo! - zaszeptała z niepokojem Cecylia, szarpiąc 

mnie za rękaw. - Przestań, bo ludzie zobaczą! 
Otworzyłam oczy. W kościele zdawał się unosić 
różowopomarańczowy opar, a to znaczyło, że patrzę nań 
przez warstwę blasku, który mnie otacza. Niech to! 
Zaczęłam szybko myśleć o smutnym losie sierot, żeglarzach 
ginących na morzu i potępieniu biednych pogan, którzy nie 
znają Ewangelii, i po chwili blask Przygasł. Nigdy dość 
ostrożności, jeśli cierpi się na taką przypadłość. Ma się 
rozumieć, gdyby świat był lepszy, nikogo by to nie 
gorszyło, zwłaszcza w kościele. Ostatecznie można chyba 
rozmawiać z Bogiem w jego własnym domu? Podejrzewam 
jednak, że księża widzą to inaczej. Chcą mieć wyłączność 
na porozumiewanie się z Najwyższym. 
A to wszystko przez Boga. Dawno temu, w czasie wielkiej 

background image

biedy i grozy, ukazał mi się w świetlanej wizji, krzepiąc 
mi serce, rękom zaś pozostawiając dar uzdrawiania. 
Oczywiście Boskie poczucie humoru różni się nieco od 
ludzkiego, toteż pozostawił mi widzialny i niezmiernie 
kłopotliwy znak swojej łaski, który wpędził mnie w wiele 
trudnych sytuacji. Gdyby pan Kendall nie przygarnął mnie 
istotnie wprost z ulicy, żebym wyleczyła go z podagry, z 
pewnością dawno już nie byłoby mnie na tym świecie. 
Ludzie ginęli na stosach za mniejsze winy niż wydzielanie 
z siebie światła, które w pewnych kręgach budzi żywą 
zawiść. Na szczęście nikt nie patrzył w moją stronę. 
Akurat trwało podniesienie i oczy wszystkich skupione 
były na hostii. 
Kiedy wyszłyśmy po mszy na zalaną słońcem uliczkę przy 
kościele, jakiś mężczyzna w ostrogach, o pospolitej 
tęgiej twarzy pod bobrową czapką, potrącił mnie, a potem 
skłonił się przesadnie. Skinęłam mu zimno głową i 
wyminęłam go pospiesznie. Skąd w czasie wojny biorą się 
takie hieny, z góry przekonane, iż żona żołnierza musi 
szukać okazji do nocnych igraszek? Posłyszałam, jak jego 
kompan mówi: 
- Nie udało się, co? 
- Te, co udają cnotliwe, w łożu są najgorętsze. 
- Ja tam bym wolał którąś z córek. To spadkobierczynie 
Kendalla, warte niezłą sumkę... - Głos utonął w tłumie. 
Łajdacy. Nie cofnęliby się przed tym, żeby porwać 
dzieweczkę dla wiana. Będę musiała wieczorem sama 
sprawdzić, czy wszystkie okiennice są mocno zaryglowane. 
Sara nie zawsze o tym pamięta. Czas najwyższy, żeby 
Cecylia i Alicja miały odpowiedzialną towarzyszkę, a nie 
tylko słabą starzejącą się nianię. Kogoś, kto dopilnuje, 
żeby nie realizowały każdej psoty, która zaświta im w 
głowach. Gdybym mogła, umieściłabym je na dworze księcia, 
ale niestety pan Kendall nie był szlachcicem. Nie byłyby 
tam dobrze traktowane. 
- Słyszałam, co on mówił - moje rozmyślania przerwał 
ostry głosik Cecylii. 
- Ja też - zawtórowała jej Alicja. - Mówił o pieniądzach, 
a nawet nie wspomniał, że jestem ładna. 
- I próżna - syknęła Cecylia. 
- Nie pozwolę was wydać za mąż wbrew waszej woli - 
stwierdziłam z mocą. 
- Ja tam w ogóle nie chcę wychodzić za mąż - oznajmiła 
Cecylia. 
- Nie grozi ci to, skoro zostaniesz smokiem - odparowała 

background image

młodsza. - Za to ja wyjdę za Damiana, kiedy wróci z wojny 
sławny i bogaty. 
- Nigdy w życiu! - Cecylia wbiła jej sójkę w bok ostrym 
łokciem. 
- Dziewczynki, proszę was o spokój. Nie, Alicjo, nie 
możesz szczypać siostry. Wszyscy na was patrzą. 
Z pewnym wysiłkiem udało się ponownie wprawić w ruch 
naszą gromadkę. Matka Sara rozdzieliła nadąsane 
dziewczynki, a Peregryn usadowiony na ramionach Perkyna 
pulchnym paluszkiem wskazywał mijane wierzchowce i 
przechodniów. 
- Pać, Pelkyn, konik w klopki. Ciem takiego. Jednego w 
niebieskie klopki, a dlugiego w zielone. 
- Nie ma niebieskich i zielonych koni - odpowiedział z 
powagą stary sługa. 
- Ale ja ciem takie. Cesi i Alisi też kupię koniki, ale 
moje będą latały. 
- Ano, to będzie na co popatrzeć - przyznał Perkyn. 
Na rogu Thames Street wpadliśmy na liczną grupę 
domowników kupca winnego Roberta Haverella, schodzącą z 
St. Mary Hill. Ludzie wyszli z kościołów i roili się 
teraz na każdej ulicy. Świątecznie ubrani kupcy 
przechadzali się w barwnych tunikach swoich gildii; ich 
żony obwieszone złotymi łańcuchami, w zawiciach z 
cienkiego lnu, kroczyły godnie w otoczeniu służby i 
dzieci. Tragarze i gońcy w kubrakach z porządnej 
brunatnej wełny mieszali się z rybaczkami z Billingsgate, 
które w tym dniu okryły zgrzebne suknie farbowanymi i 
wyszywanymi surkotami. A swoją drogą wielka jest potęga 
mody! Te wdzięczne wierzchnie szaty bez rękawów, za to z 
obszernymi wycięciami na ręce sięgającymi aż do bioder 
(przez co księża nazywają je wrotami piekieł, wycięcie to 
odsłania bowiem spiętą paskiem damską kibić) nosiły chyba 
wszystkie niewiasty w Londynie niezależnie od stanu i 
wieku. Tu i ówdzie mignął rycerz w ostrogach i herbowej 
tunice - kaleki albo za stary, żeby wziąć udział we 
francuskiej kampanii. Dzwony biły na wieżach kościelnych 
w całym City, od Świętego Marcina Większego do Maryi 
Panny, od Świętej Małgorzaty do Świętego Jakuba u Murów i 
Świętego Dunstana. Nad ich wrzawą górował głęboki 
wibrujący głos wielkiego dzwonu katedry Świętego Pawła. 
Pan Robert przystanął, by złożyć mi oficjalny ukłon, ale 
jego żona skorzystała z okazji do pogawędki. 

Witam, dzień dobry, lady Małgorzato. Czy miałaś, 

pani, 

background image

wieści od sir Gilberta? Modlimy się, by Bóg czuwał nad 
nim 
w tych obcych krajach. Czyny wojenne armii księcia 
Lancastera 
przynoszą chwałę naszej parafii. 
Tak, tak - pomyślałam - i ożywienie w handlu winem. Boże, 
który masz w opiece kupców, dzięki ci za fałszywych 
przyjaciół. Zawszeć lepsi tacy niż żadni. 
- Tata wlóci niedugo - oznajmił Peregryn. 
- Ależ to dzieciąteczko wyrosło! A wydaje się, że ledwie 
wczoraj przywiozła go pani z Francji. Jesteś już dużym 
chłopcem, prawda? 
- Jestem duzi - odparł poważnie Peregryn. - I dostanę 
konika. Od dziadka. 
- Własnego konika! No cóż, pewnego dnia będziesz wielkim 
panem! 
Czułam, jak z tyłu za mną Cecylia i Alicja duszą się ze 
śmiechu. 

Droga lady Małgorzato, jeśli znów zechcesz wydać 

ucztę 
taką jak wówczas, proszę o nas pamiętać. Mój małżonek 
dostarczy najlepsze wino, tylko musi wiedzieć odpowiednio 
wcześniej! Ach, cóż to była za biesiada! Ludzie wciąż 
opowiadają o niej cuda. Tylu wytwornych gości! I poezja 
do posiłku! Jakież to oryginalne! Twój szlachetny teść 
zapewne niebawem znów zaszczyci Londyn swoją obecnością? 
- Bez wątpienia - odparłam z goryczą. Niezapowiedziane 
wizyty są w jego guście, chciałam dodać, lecz ugryzłam 
się w język- Ten okropny starzec uważa mój dom za swoją 
miejską rezydencję. Wywraca wszystko do góry nogami, 
pustoszy spiżarnię gorzej niż plaga szczurów i obściskuje 
służebne. Jedyną zaletą wojny we Francji jest to, że 
wyjechał z kraju wraz ze starszym bratem mojego małżonka, 
tym durniem Hugonem. Mogliby zdobyć jakiś zamek we 
Francji i zostać tam na zawsze! Nie ma takich zaszczytów, 
jakich bym dla nich nie pragnęła: kasztelania Calais, 
zamek i obszerne lenno w Akwitanii - byle daleko stąd, 
dobry Boże! I niech zabiorą z sobą tę zarozumiałą wiedźmę 
Petronillę! Dobrze chociaż, że do ich powrotu tkwi w 
zamku Leicester! 
- Żono - odezwał się pan Robert, kiwając mi głową 
życzliwie, acz nie poufale - musimy iść. Obowiązki, 
czcigodna lady Małgorzato! Ich brzemię nie pozwala mi się 
do woli cieszyć miłym towarzystwem. Proszę jednak 
wspomnieć sir Gilbertowi, że modlimy się za niego i 

background image

innych bohaterów tej chwalebnej wyprawy. - Zagarnąwszy 
żonę i czeredę domowników, ruszył w stronę przytykającego 
do nabrzeża wielkiego domu zbudowanego, podobnie jak nasz 
wiejski dwór, z pruskiego muru. Pomyślałam: to domiszcze 
za każdym razem wydaje mi się większe. Wojna czy pokój, 
kupcy winni zawsze się bogacą. 
Nazajutrz miejski posłaniec przyniósł nam wyświechtany, 
brudny i pokryty wieloma pieczęciami list. 

Na co tak patrzysz, mamo? - spytała Cecylia. Alicja 

skakała wokół mnie, domagając się natychmiastowego 
otwarcia listu, 
a Peregryn jeździł po podłodze na starej pokrywce, 
wyobrażając 
sobie, że to koń. 
- Na pieczęcie. Są pod spodem wytopione, jakby ktoś je 
zdjął i nałożył z powrotem. 
- Liść od taty - oznajmił Peregryn, nie przerywając 
zabawy. 
- No cóż, możliwe, że ktoś kontroluje listy z zagranicy - 
stwierdziłam, czytając adres: Pismo to należy bez zwłoki 
doręczyć mej wiernej i umiłowanej małżonce, Małgorzacie 
de Vilers, zamieszkałej przy Thames Street w mieście 
Londynie. 
- Co pisze? Czytaj, mamo, czytaj! - skandowała Alicja. 
- Hm... właściwie trudno powiedzieć. Zaczyna się 
zwyczajnie, ale dalej niewiele z tego rozumiem. "Droga 
sercu memu przyjaciółko, polecam się twym modlitwom, 
tusząc, że list mój zastanie ciebie i dzieci w 
zdrowiu"... Potem pisze o posiadłości w Whithill... 
rzeczy, o których dobrze mi wiadomo. Z racji licznych 
zwycięstw naszego króla pozostanie zajęty we Francji 
jeszcze przez czas długi. Nieopodal Paryża miał szczęście 
poznać... nie pisze nawet gdzie, czyżby to coś 
znaczyło...? Miał szczęście poznać bardzo uczonego 
człowieka, który wyjawił mu recepturę farbowania zwykłego 
konopnego płótna tak, iż wygląda jak złotogłów. Metoda ta 
z pewnością zaciekawi jego światłego mentora i 
przyjaciela z lat młodzieńczych, brata Malachiasza. Mam 
ją zanieść nie mieszkając temu świątobliwemu mężowi i nie 
troskać się w duchu, mój pan mąż bowiem bezgraniczną 
ufność pokłada w Bożym miłosierdziu. I teraz jest 
fragment, którego nie rozumiem. Łacina przemieszana z 
alchemicznymi symbolami. Świątobliwemu mężowi... czy to 
możliwe, aby miał na myśli Malachiasza?! Po tylu latach 
bliskiej znajomości? Pisze o nim bez mała jak o obcym 

background image

człowieku, pobożnym pustelniku lub zgoła świętym! Albo 
chodzi o całkiem innego Malachiasza, albo... Ależ tak! 
Pewnie wiedział, że list będzie czytany. 
Zawołałam matkę Sarę, żeby przypilnowała Peregryna. 
- Ja też chcę iść!! Zabierz mnie, ZABIERZ! - 
rozwrzeszczała się Alicja. 
- Mateczko, błagam, pozwól mi iść z tobą. Muszę zapytać 
brata Malachiasza o coś bardzo ważnego - powiedziała 
Cecylia. 
Zdumiała mnie jej poważna mina. Dziewczęta zwykle tęsknią 
za matką Hildą, która mieszka z Malachiaszem i nazywa 
siebie jego gospodynią, albowiem matka Hilda piecze 
najlepsze miodowniki w Londynie i zna więcej bajek niż 
jakakolwiek niewiasta. Ale o czym, na Boga, miałaby 
rozmawiać moja córka z alchemikiem? 
- Dobrze, pod warunkiem że się prędko i porządnie 
odziejesz. Tak, Alicjo, ty też pójdziesz, ale masz się 
zachowywać przyzwoicie. 
- A widzisz? A widzisz? Ja też idę do matki Hildy. Wcale 
nie jesteś ode mnie lepsza! - powtarzała radośnie Alicja, 
wybiegając tanecznym krokiem na ulicę. 
 
  
ROZDZIAŁ TRZECI 
 
Królewska armia już od wielu dni tkwiła pod murami 
Paryża. Biskup Reims zamknął ampułkę Świętego Krzyżma na 
cztery spusty i podobnie nakazał zamknąć bramy miasta. 
Objazd przez Burgundie kosztował Edwarda dwieście tysięcy 
sztuk złota, a zdobycie i złupienie Paryża, które 
wszystkim poprawiłoby humory, wydawało się coraz mniej 
prawdopodobne. Po pierwsze, od poprzedniej wizyty 
Anglików gospodarzom udało się dokończyć przebudowę 
murów, które otaczały teraz całe miasto - wysokie, szare 
i niedostępne. Po drugie, delfin, ten nieznośny 
szczeniak, z uporem czepiał się tronu, który przydałby 
wiele blasku imieniu króla Edwarda. 
"Jedyny pożytek z tego oblężenia - pomyślał Gilbert de 
Vilers, jest taki, że nic się nie dzieje i mogę spokojnie 
uzupełnić zapiski". Przez podniesioną burtę małego 
płóciennego namiotu widział nad murami przysadzistą 
sylwetkę Bastylii zapamiętaną z czasów, gdy pobierał 
nauki w paryskiej wszechnicy, obok zaś płaskie, otoczone 
blankami wieże Tournelles. Nieco dalej sterczały 
spiczaste, kryte łupkiem dachy Luwru i pałacu Saint-Pol, 

background image

a nad nimi wszystkimi górowały kwadratowe wieże i potężna 
nawa katedry Najświętszej Marii Panny. Czuł się co 
najmniej dziwnie tu, pod murami, wyposażony w "sir" przed 
imieniem i zbroję wiszącą obok na kołku w zagraconym 
namiocie. Poprzednim razem włóczył się po mieście i 
królował w tawernach na lewym brzegu rzeki, wszczynał 
burdy i śpiewał sprośne piosenki 
w wesołej kompanii. Podobno mieszkańcy jedli już koty i 
szczury. Gilbert był jednak pewien, że nie poddadzą 
miasta. Westchnął. Wszyscy pytali go o radę, a nikt z 
niej nie korzystał. Pozytywnym aspektem wyprawy była 
wszakże sowita prowizja, jaką zgarnął za pomoc w 
rokowaniach z Burgundczykami. Przez czysty przypadek w 
jednej z dawnych podróży poznał był opata od Świętego 
Michała Archanioła... 
Światło już mierzchło. Napisał szybko: 
"Wtedy to wielce szlachetny i możny diuk Lancasteru 
poprzedzany przez heroldów zbliżył się do murów i wyzwał 
delfina na pojedynczą walkę. Ten wszakże, słabym będąc na 
ciele, nie uczynił zadość wymogom honoru..." 
"Prawdę mówiąc, powiedział sobie Gilbert, na jego miejscu 
też nie stanąłbym do walki. Straciwszy zarówno króla, jak 
i delfina Francuzi nie mieliby żadnych szans. A jeśli 
pozostał im choć jeden szpieg, wiedzą już, że wcale nie 
powodzi się nam tu o wiele lepiej, niż im tam. Spaliliśmy 
wszystko w promieniu dwudziestu mil... to znaczy to, 
czego nie spalili oni, zanim wycofali się za mury. Nie ma 
żywności, nie ma paszy, konie zdychają, a ludzie szemrzą. 
Nie utrzymamy się". 

Pst! Gilbercie! 

W wejściu do namiotu pojawiła się ciemna postać, ledwie 
widoczna w gęstniejącym zmierzchu. 

Gilbercie, tępy gryzipiórku, chodźżeż tu! 

No tak. Ojciec. Gilbert zatknął pióro za ucho, uniósł 
jedną brew i bez słowa zmierzył ciemną postać ironicznym 
spojrzeniem. 
- Ładnie to tak patrzeć na rodzica, ty jadowity gadzie? - 
spytała postać. 
- Wybacz mi, wielce czcigodny ojcze. - Gilbert wstał i 
skłonił się staremu z wystudiowaną uprzejmością. 
- Gilbercie, chodź rzucić okiem na konie. Straciliśmy 
kolejne dwa... 
- Juczne? 
- Nie, psiakrew, wierzchowe. Moje wychuchane 
pieszczoszki! Z tą przeklętą francuską paszą jest coś nie 

background image

tak. Kręcisz się całymi dniami wokół księcia, skorzystaj 
choć raz z tej pozycji i powiedz mu o moich koniach. 
Jeśli zostaniemy tu dłużej, padnie rozpłodowiec. Zostały 
mi trzy ogiery, Gilbercie, wliczając tego, na którym 
jeździsz. Bóg jeden wie, czy uda mi się je dowieźć żywe 
do domu. 
Tak zrozpaczony Hubert de Vilers nie był od początku 
kampanii, nawet gdy w jednej bitwie stracił ośmiu 
łuczników i zaczął powątpiewać, czy starczy mu ludzi do 
orki. Gilbert szybko zarzucił podbity futrem płaszcz na 
wełnianą tunikę i wytartą skórzaną pikowanicę. W 
prowizorycznej zagrodzie za namiotem stały jego własne 
konie. Ojciec przystanął, wyjął z rąk pachołka worek z 
obrokiem, obwąchał go i zaczerpnął trochę, przesiewiając 
ziarno przez palce. 
- Ten jest w porządku. - Przyjrzał się wielkiemu karemu 
ogierowi. - Ależ biedak wychudł! Na szczęście jeszcze nie 
stracił ducha. 
Sługa parsknął pod nosem. Słowo "duch" w odniesieniu do 
kaprysów i wariactw Urgana było doprawdy pochlebstwem. 
Był to bez wątpienia najpiękniejszy, a zarazem 
najzłośliwszy i najgorzej ujeżdżony koń w majątku. 
(Dlatego zresztą sir Hubert na czas kampanii wypożyczył 
go synowi.) 
Ruszyli dalej, klucząc pośród ognisk, na których pieczono 
króliki, jeże i rozmaite inne nieostrożne zwierzątka. 
Wokół grzali się piechurzy pijąc rozwodnione francuskie 
wino. Za namiotami panów na Brokesfordzie leżał martwy 
ostatni zarodowy ogier. Nad wzdętym zewłokiem stali trzej 
mężczyźni w miękkich butach po kolana, owinięci podbitymi 
futrem opończami. Czwarty, stajenny z majątku, klęczał 
obok głowy zwierzęcia. 
- Mój panie! - zawołał sir Hubert i zerwawszy z głowy 
wyściełany czepiec noszony pod hełmem, ukląkł przed 
księciem. 
- Powstań, powstańże, sir Hubercie - rzekł Henryk z 
Grosmontu, książę Lancaster, hrabia Derby, Lincolnu i 
Leicesteru, wielki stolnik królewski, pan na Bergeracu i 
Beaufort, potęgą i rozległością swej dziedziny ustępujący 
jedynie monarsze. 
- Oto i twój rumak padł. Chętnie wysłucham twego zdania. 
- Panie mój, mamy za mało obroku, a to co zostało, gnije 
- Sir Hubert urwał. Słowo "odwrót" nie mieściło się w 
jego słowniku. - Jeśli zostaniemy tu jeszcze przez 
tydzień, stracimy resztę koni. 

background image

- Też tak myślę, rzekłbym tylko, że nie tydzień, a dwa 
dni 
- rzekł książę. Był to bystrooki, trzeźwo myślący 
mężczyzna lat 
pięćdziesięciu, nauczony długim doświadczeniem, kiedy 
można podjąć ryzyko, a kiedy jest ono tylko próżną 
brawurą. W zadumie obszedł dookoła pięknego jabłkowitego 
ogiera, którego zamierzał ongiś nabyć dla siebie, 
najwyraźniej ważąc coś w duchu. 
- Jestem tego samego zdania - odezwał się hrabia Warwick, 
jeden z wojewodów towarzyszących księciu. 
- Ktoś musi powiedzieć królowi, że ryzykuje utratę w 
jeden dzień tego, co zdobył przez dwadzieścia lat - rzekł 
cicho Grosmont. I dodał w myśli: "A tym kimś będę ja. 
Niech się dzieje wola Boża". 
 
Nazajutrz paryscy łucznicy ujrzeli z murów połać 
zdeptanego błocka usianego wszelkim śmieciem oraz tu i 
ówdzie rozkładającymi się trupami koni. Kolumna pieszych, 
jeźdźców i wozów wiozących resztki prowiantu kierowała 
się przez faliste, zniszczone i poczerniałe pola w 
kierunku Chartres. Jej tyły chronił przed ewentualną 
wycieczką z miasta oddział rycerzy i łuczników. Proporce 
łopotały w upiornym lodowatym wichrze. Niósł on dźwięk 
dzwonów z Notre Dame, zwołujących paryżan na mszę 
dziękczynną, którą miano niebawem odprawić w strzelistym 
wnętrzu katedry. 
"Dziwny ten wiatr - pomyślał Gilbert, patrząc na 
piętrzące się czarne chmury. - Mam nadzieję, że nie 
będzie bardzo lało". 
Na głowie pod stożkowym hełmem miał pikowany kaptur, 
wysoki kołnierz wełnianej tuniki chronił mu szyję przed 
dotknięciem zwisającej z hełmu kolczej zasłony, a gruba, 
pokryta skórą 
przeszywanica dzieliła jeszcze kolczugę od wełnianej 
tuniki, ale mimo to było mu zimno. Pierwsze krople 
deszczu zmoczyły haftowaną herbową tunikę, która 
przylgnęła do znajdującego się pod nią stalowego 
napierśnika. "Psiakość, znów trzeba go będzie czyścić" - 
sarknął w duchu. Wspaniała zbroja, którą miał na sobie, 
została zakupiona u najdroższego płatnerza w Londynie i 
jeszcze nie w całości spłacona. "Czemu nie urodziłem się 
Lombardczykiem - przemknęło mu przez myśl. - Ci bankierzy 
zarabiają krocie niezależnie od tego, kto zwycięża w 
bitwach". 

background image

"Lichwa nie jest zbyt honorowym zajęciem - myślał dalej, 
kiwając się na końskim grzbiecie. - Ale w tej chwili 
oddałbym sporo swego honoru, żeby siedzieć w ciepłym domu 
z Małgorzatą. Jakoś nikt nigdy nie widział bankiera 
tłukącego się w strugach deszczu na wściekłym koniu w 
ariergardzie wycofującej się armii". 
Po jednej stronie wijącej się drogi sterczały z ziemi 
pieńki po wyciętym sadzie. Po drugiej widać było w dali 
ruiny spalonej wioski. Jak okiem sięgnąć, pozostało tylko 
kilka starych drzew, tak grubych, że oparły się toporom. 
Gdy jednak Gilbert przyglądał się niknącej w dali 
kolumnie, z czarnego nieba dobiegł odległy pomruk grzmotu 
i spłynęła zeń lśniąca wstążka błyskawicy. Potem biały 
blask rozdarł niebo i znów huknął grom, tym razem 
znacznie bliżej i głośniej. Urgan gwałtownie zastrzygł 
uszami i stanął jak wryty, drżąc na całym ciele. Już miał 
go dźgnąć ostrogami, kiedy posłyszał jakby syk i owionął 
go lodowaty oddech burzy gradowej. Pole pokryło się 
bielą, kawałki lodu wielkości gołębich jaj zagrzechotały 
mu na hełmie, sypały się z nieba, wbijając w rozmiękły 
grunt, konie i ludzi. Błyskawice wężowymi skrętami sunęły 
w dół, szukając górujących nad innymi jeźdźców w mokrych 
zbrojach. Piechurzy, powaleni na kolana natarciem burzy, 
osłaniali się tarczami. Rozległ się ogłuszający suchy 
trzask i prawie tuż przed nim rycerz trafiony piorunem 
runął martwy wraz z koniem. Urgan wydał z siebie upiorny 
kwik i nie bacząc na ściągane kurczowo wodze, popędził na 
oślep ku najbliższemu drzewu. Dopiero pod osłoną 
rozłożystej korony udało się Gilbertowi osadzić konia w 
miejscu. Nieomal równocześnie posłyszał huk i zniknął na 
czas pewien z tego świata. 
 
- Cóż, bracie Grzegorzu, zawsze chciałeś zobaczyć Boga; 
teraz masz okazję. 
Głos należał do Godryka z Witham, opata, który wyrzucił 
go z klasztoru za to, że śmiał z nim dyskutować o idei 
zbawienia w ujęciu świętego Pawła. Miał do niego jeszcze 
kilka zastrzeżeń, ale te Gilbert z punktu uznał za błahe. 
Ów ograniczony starzec nigdy nie potrafił się przyznać do 
błędu. Był jeszcze gorszy od ojca. 
- Nie wiedziałem, że umarłeś - bąknął Gilbert de Vilers, 
czując się dziwnie bezcielesny. 
- Już dawno. Zaszkodziła mi nieświeża ryba na dwie 
niedziele przed Wielkanocą, będzie już trzy lata temu. 
Ale spójrz tylko na siebie! 

background image

Były brat Grzegorz spojrzał z wysokości i zobaczył 
poczerniałe, rozszczepione uderzeniem pioruna drzewo. Pod 
nim w ulewnym deszczu leżało kilku martwych łuczników i 
Urgan, którego chude nogi sterczały niczym komplet 
okopconych pogrzebaczy. Po chwili zauważył zaplątanego w 
uprząż, rozciągniętego na ziemi wysokiego mężczyznę w 
pełnej zbroi, o ciemnych włosach wymykających się 
zmierzwionymi pasmami spod hełmu, twarzy ozdobionej 
kilkudniowym zarostem, w mokrej ubłoconej tunice z herbem 
rodu Vilers... 

Czekaj no - powiedział brat Grzegorz. - Przecież to 

ja. 
Otwarte oczy mężczyzny wpatrywały się w niebo. 

Ależ zbójecka gęba, sam przyznaj - rzekł opat. - 

Wyliczę ci jego grzechy: wolnomyślicielstwo, arogancja, 
snobizm, 
Pycha, obżarstwo... 
Ale brat Grzegorz nie słuchał go zbyt uważnie. Godryk 
zawsze był zarozumiały, a jego znajomość pism Tomasza z 
Akwinu można było co najwyżej nazwać powierzchowną. Już 
on sam byłby lepszym opatem. 
- Lubiłem to ciało - powiedział. 

Teraz wszakże spójrz w górę, Grzegorzu. Spójrz, choć 

by 
najmniej nie jesteś tego godny. 
Gilbert podniósł wzrok. Zobaczył chóry anielskie 
przyodziane w aksamit i złotogłów. Aniołowie poruszali 
fosforyzującymi skrzydłami delikatnie jak odpoczywające 
motyle. Środkiem biegły schody uczynione z blasku; pojął, 
że ma na nie wstąpić w takt kuszącej muzyki dobiegającej 
z góry. Postawił nogę na pierwszym stopniu i obejrzał się 
na swe leżące w błocie ciało. Wokół topniały z wolna 
wielkie białe gradziny. Jakaż nędzna śmierć: w brudzie, 
wyzuta z bohaterstwa, bez spowiedzi... Zawsze wyobrażał 
sobie, że stać go na coś wznioślejszego. Ale muzyka 
nagliła, zapraszała. Brat Grzegorz spojrzał w górę na 
jaśniejące niebieskie zastępy. Myślał intensywnie, z 
wysiłkiem próbując sobie coś przypomnieć. 

Nie mogę teraz odejść - rzekł w końcu. - Małgorzata 

na 
mnie czeka. Posłałem pachołka z listem, że już wracam. 
Były opat Godryk spojrzał nań z niesmakiem. 
- Tu ziemskie obietnice i zobowiązania tracą moc - 
oświadczył. - Smaruj do góry. 
- Ale chodzi o coś więcej niż tylko obietnicę. Małgorzata 

background image

nie da sobie beze mnie rady. Mamy dzieci, jakże sama je 
wychowa? Na pewno już została bez pieniędzy... - Gilbert 
podniósł wzrok na hufce niebieskie i powiedział: - 
Naprawdę nie zamierzałem być niewdzięczny. Zawsze tego 
pragnąłem. Wiecie przecież, że modliłem się o to przez 
całe życie. Ale choć u was na górze jest lepiej i choć 
serce wyrywa mi się do was... no, sami rozumiecie... 
Zszedł ze stopnia i spojrzał z wahaniem na zimną mokrą 
ziemię pod strzaskanym drzewem. Czy skok z tej wysokości 
będzie bardzo bolesny? 
Nagle otoczyła go oślepiająco biała światłość i poczuł, 
że przenika go dziwne ciepło. 

No i po co to robisz, Panie? - doleciało go z dali 

zrzędzenie Godryka. - Widziałeś, jak się zachował? 
Odwrócił się 
tyłem do Twojego nieba. Sam widzisz, że nie jest go 
godzien, jak 
zresztą zawsze Ci powtarzałem. 
- Przeciwnie, właśnie dlatego jest godzien - odparł 
przepastny wibrujący Głos. - Biedny oschły Godryku, który 
widzisz tylko formę, stoisz u Moich stóp i nadal nie 
rozumiesz, że 
istnieję pospołu w przeszłości, teraźniejszości i 
przyszłości. Brat 
Grzegorz jest godzien Królestwa Niebieskiego, bo tak 
powiedziano wprzódy, a gdy to co dziś jest przyszłością, 
stanie się teraźniejszością, dopełni się jego los. Czy 
potrafiłbyś dokonać takiego wyboru, święty mężu? Gdy 
wreszcie się nauczysz, że wiele dróg 
prowadzi do Moich schodów, to i ciebie zaproszę, abyś na 
nie 
wstąpił. 
Godryk zadarł głowę i zobaczył tłum ludzi wchodzących na 
schody. Byli wśród nich księża i mniszki, kupcy i 
rycerze, stajenni i cieśle, rybaczki, praczki i... 
- O... o tam! - Omal się nie zatchnął. - Wszak to brat 
Piotr, który nie dorównywał mi w postach, a tam, o, ten 
karczmarz, który podawał mocne piwo w niedziele... 
- Ech, Godryku, Godryku! Byłeś najcnotliwszym z 
cnotliwych. Jednego ci tylko brakło: miłości - westchnął 
Głos. 
Przed martwymi oczyma Gilberta de Vilers zamajaczyła 
przerażona twarz jednego z jego kuszników. Zamrugał. 
- Mrugnął! - wrzasnął żołnierz. - To cud! Żyje! 
- Zdejmijcie mi hełm - wyszeptał Gilbert. - Strasznie 

background image

boli mnie głowa. 
Zobaczył, że wyplątali już mu stopę ze strzemienia, 
zdjęli tunikę i odpięli napierśnik. Pewnie myśleli, że 
obdzierają trupa. Noga też go bolała. Miał nadzieję, że 
nie jest złamana. Obok leżał Urgan w ubłoconej uprzęży. 

O, Boże! -jęknął. - Ojcowski koń. Jestem skończony. 

Nigdy mu się nie wypłacę. 
Ktoś podłożył mu coś pod głowę - końską derkę, sądząc po 
zapachu. Słyszał wysilone stękanie mężczyzn starających 
się zdjąć wojenne siodło z martwego zwierzęcia. Jak 
dziwnie było znów czuć zapachy. Derka, brudne błoto, 
przypalone drewno, wszystko to roztaczało woń w 
krystalicznie zimnym powietrzu. 
Wtem posłyszał parsknięcie. Otworzył oczy. Urgan 
zadygotał jak zarzynana świnia, parokroć wierzgnął i w 
panice zerwał się na nogi, zrzucając z siebie siodło i 
resztę uprzęży. Pachołkowie zabiegli mu drogę, usiłując 
schwycić zwisające wodze i zarazem nie dostać się pod 
ciężkie kopyta. 

No i kto by pomyślał - rzekł giermek Gilberta, 

Emeryk. - Żwawiutki jak dawniej i tak samo wredny. Ale 
patrz, 
panie: wszędzie, gdzie jego ciała dotykał metal, ma 
wypaloną 
sierść. 
"Dwa cuda w jeden dzień, dzięki Ci, Boże - myślał 
Gilbert, patrząc w posępne szare niebo z wozu, na którym 
go ułożono wraz z innymi rannymi. - To może oznaczać, że 
jednak dane mi będzie jeszcze ujrzeć Małgorzatę". 
Król Edward z doradcami objechał kolumnę, aby oszacować 
poniesione straty. Wzdłuż drogi leżały martwe zwierzęta. 
Zatrzymali się, by popatrzeć, jak woźnice uwalniają z 
jarzma martwego wołu. W toku kampanii armia straciła tyle 
koni pociągowych, że w ogóle przestała być mobilna. Padło 
też tysiąc dwieście wierzchowców. Co gorsza, gradobicie 
przyniosło dotkliwe straty w ludziach. Żołnierze i 
koniuchy, kowale i kołodzieje, większość tych, którzy nie 
mieli pancerzy ani hełmów, leżała teraz bez ducha. 
Towarzysze znosili ich teraz z pola, układając osobno 
żywych i umarłych. Podjechali heroldowie, recytując 
pierwsze imiona zabitych nobili. 

Tak wielu, tak wielu! - Król załamał ręce. Zimny 

wiatr 
szamotał jego płaszczem i rozwiewał mu długą brodę. 
Doradcy 

background image

spostrzegli w niej pierwsze nitki siwizny. - To znak woli 
Bożej 
- rzekł. - Spełnię wolę papieża i poproszę go o mediację. 
W pierwszym dniu maja nieopodal Chartres świeccy i 
duchowni delegaci obu stron spotkali się, aby zawrzeć 
traktat pokojowy. Następnie powieźli uzgodniony dokument 
do Paryża, gdzie miał go podpisać delfin. Bramy miasta 
otwarto, dzwoniły wszystkie dzwony, ulice obwieszone były 
wstęgami i girlandami- 
Ale król Edward nie oglądał tych uroczystości. Straciwszy 
bezpowrotnie szansę objęcia tronu Francji, pogalopował 
wraz z synami do najbliższego portu nad Kanałem, 
pozostawiając księciu Lancasterowi zadanie doprowadzenia 
wojsk do ojczyzny. 
 
 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
 
Okienko na piętrze małego domku w ciasnym zaułku, zwanym 
uliczką Świętej Katarzyny, było otwarte. Wychylała się z 
niego matka Hilda, podlewając nagietki w skrzynce na 
parapecie. Była jeszcze okrąglejsza i weselsza niż wtedy, 
gdy ostatni raz ją widziałam. Nic dziwnego, wiosną bowiem 
rodzi się więcej dzieci i jest to pora żniw dla matki 
Hildy, najlepszej akuszerki w Londynie, a kto wie czy i 
nie w całym królestwie. Z zakasanymi rękawami polewała 
zielone listki i ziemię wokół korzeni. Słychać było, że 
nuci lub mówi coś pod nosem, i choć nie sposób było 
rozróżnić słów, wiedziałam, że przemawia do nagietków. 
Miała również zwyczaj rozmawiać z kapustą, która 
odwdzięcza jej się gigantycznym wzrostem; podobnie fasola 
i róże, wielkie i dumne jak żony rajców. 
- Ależ to Małgorzata! - wykrzyknęła, kiedy ją zawołałam. 
- I dziewczynki! Wchodźcie, wchodźcie, drzwi są otwarte. 
Tylko cichutko, bo Malachiasz jest u siebie. Już od kilku 
dni ślęczy nad nową reakcją. 
Całkiem jak dawniej - pomyślałam. Brat Malachiasz zawsze 
był święcie przekonany, że już za parę dni, miesiąc, a 
najdalej za rok posiądzie tajemnicę kamienia 
filozoficznego. Był taki czas, gdy ja, biedne dziewczę ze 
wsi, mieszkałam u nich, ucząc się zawodu akuszerki u boku 
matki Hildy. Oczywiście teraz, kiedy obracam się w 
szacowniej szych kręgach, na ogół o tym nie wspominam. 
Mistrz Kendall, wdzięczny za wyleczenie go z podagry, 
pojął mnie za żonę i otoczył dostatkiem (uczynił to także 

background image

po to, żeby zagrać na nosie swojej chciwej rodzinie, 
która czekała tylko, by objąć spadek po nim). Co się zaś 
tyczy brata Malachiasza, doprawdy nie mam pewności, czy 
kiedykolwiek był zakonnikiem, poznałam go bowiem i dotąd 
znam jako słynnego alchemika, genialny umysł i 
najzręczniejszego oszusta na terenie pięciu królestw. 
- Matko Hildo - bąknęłam, gdy zeszła z pięterka do 
jaskrawo pomalowanej izdebki pełniącej u nich rolę 
paradnej komnaty - czyżby Malachiasz się jeszcze nie 
zniechęcił? Wygląda na to, że bardzo trudno znaleźć 
skuteczny przepis na kamień filozoficzny. 
- Zniechęcił? Skądże znowu, jest jeszcze bardziej 
zapalony niż dawniej. Powiada, że wynalazł nowy sposób, 
aby czarny kruk sfrunął z Sol i Luny do retorty. Nie myśl 
sobie, że stara Hilda nic z tego nie pojmuje! Ale 
Malachiasz to mędrzec nad mędrce! Jestem doprawdy 
szczęśliwa, mogąc go słuchać. Mówi tak uczenie i używa 
takich długich cudzoziemskich słów... Alutko, widzę, że 
się rozglądasz. Czy przypadkiem nie myślisz o miodowych 
kołaczach, które mogłam upiec i odłożyć na wypadek, 
gdybyście mnie dzisiaj odwiedziły? 
Alicja rozpromieniła się wyczekująco, a Cecylia wbiła 
wzrok w podłogę. 

Weźcie sobie po jednym, a ja tymczasem poproszę waszą 

matkę, żeby zrobiła coś z tą paskudną bułą na mojej lewej 
ręce. 

Matko Hildo, powinnaś była wcześniej po mnie przysłać 

- zganiłam ją, obmacując zreumatyzowany opuchnięty staw. 

Zamknijcie okiennice, dziewczynki, dobrze? - zawołała 

Hilda za moimi żarłocznymi córami. W ciemnej izbie blask 
widać tym wyraźniej, a nie było powodu ekscytować 
sąsiadów. 
Skupiłam umysł na przepastnej Nicości i po chwili na jej 
obrzeżach zaczęło coś połyskiwać. Czułam iskierki 
potężnego blasku 
krążące mi w kręgosłupie i rękach. Ujęłam starą 
powykręcaną dłoń matki Hildy, przelewając w nią ciepło. 
Opuchlizna wokół 
stawu zaczęła maleć, a w końcu całkiem znikła. Izbę 
wypełniło pomarańczoworóżowe światło, rumieniąc 
twarzyczki dzieci i złocąc zwykłe gliniane garnki. 
Ożywiło barwne znaki zodiaku wyglądające spomiędzy 
malowanych na czerwono i zielono belek stropu dziwacznej 
chatki alchemika. Wlewało się jak balsam we wszystkie 
szpary, wygładzając je i gojąc. Po chwili dłoń Hildy 

background image

zmiękła, a bijące z niej ciepło stało się równomierne. 
Odczekałam jeszcze chwilę, a potem patrzyłam z żalem, jak 
światło gaśnie, a paradna komnata staje się na powrót 
zwykłą zagraconą izbą. Kręciło mi się w głowie, jak 
zawsze po leczeniu. Ale tym razem zadanie nie było trudne 
i wiedziałam, że słabość wkrótce minie. Ciężki przypadek 
mógł mnie rozłożyć na kilka dni. Kiedy zaś jestem przy 
nadziei, światło zamyka się we mnie, żeby pomóc dziecku, 
i wtedy w ogóle nie potrafię uzdrawiać. Rozumiecie teraz, 
co mam na myśli, kiedy mówię, że Bóg jest kapryśny. 
- No, jak tam ręka? - spytałam. - Poruszaj palcami. 
- Jak nowa, Małgorzatko! - Hilda radośnie przebierała 
palcami starej sękatej dłoni. - Sprowadzę nią na świat 
jeszcze wiele ślicznych dzieci. - Przekrzywiła głowę i 
spojrzała na mnie bystro. - Jesteś zmęczona. Masz za dużo 
zmartwień. Siadaj, oprzyj nogi na stołku i spróbuj tego. 
Nie, dziewczęta, to nie dla was. Ten napój to właściwie 
wino porzeczkowe, lecz dodałam jeszcze szczyptę tego i 
owego. Kiedy już będziecie dorosłymi damami, wówczas... 
Dziewczynki spochmurniały. 
- No, co tak po sobie patrzycie? O co chodzi? 
- Chyba trudno mi będzie zrobić z nich damy. Myślą, że 
chciałaś przez to powiedzieć: "nigdy". 
- Brednie. Już wkrótce staniecie się damami. Dwanaście, 
trzynaście lat wystarczy, by was zaręczyć i wydać za 
jakichś szlachetnych panów. Macie to szczęście, że wasz 
zacny ojciec zostawił wam piękne wiano, ojczym zaś ma 
rozległe stosunki w najlepszych sferach. Bycie damą wcale 
nie jest takie złe, kiedy się już człowiek do tego 
przyzwyczai. I zapewniam was, znacznie lepsze niż 
wszelkie inne możliwości. 
Napój Hildy miał dziwny smak, lecz rozgrzewał i sprawiał, 
że krew płynęła żwawiej. 
- Matko Hildo, dlaczego mnie nie wezwałaś? Wiesz 
przecież, że przyszłabym natychmiast, w dzień czy w nocy. 
- Och, czasy się zmieniły... 
- Cóż takiego się zmieniło? Och, mój Boże, czy ty 
myślisz, 
że... 

Po powrocie z Francji zyskałaś przecież wielu możnych 

przyjaciół... 
- Matko Hildo! To są przyjaciele na dobrą pogodę, nie 
prawdziwi jak wy! Już nie wspomnę o tym, że część tylko 
udaje życzliwość. Do diabła z tym rycerstwem, same przez 
nie kłopoty! Kto by pomyślał, że tak wszystko 

background image

skomplikuje! 
- Zatem wciąż jesteś naszą Małgorzatką? 
- Zawsze tą samą, matko Hildo - zapewniłam, biorąc ją w 
ramiona. 
- Matko Hildo - wtrąciła się Cecylia, niwecząc 
sentymentalny nastrój - kiedy Malachiasz stamtąd wyjdzie? 
Muszę go zapytać o coś bardzo ważnego. 
Hilda podeszła do drzwi pracowni i przyłożyła oko do 
szpary w drzwiach tylnej izdebki służącej Malachiaszowi 
za pracownię. 

Skoro mamy gości, na pewno wkrótce się pokaże, 

niezależnie od przebiegu reakcji. Zobaczmy... Cecylio, 
podaj mi ręcznik, uchylę pokrywkę na kociołku z polewką; 
zapach powinien 
go zwabić. Ani on, ani Sim nic nie jedli od wczorajszej 
północy, 
kiedy to pożarli cały bochenek chleba, zagryzając go 
dwoma solonymi śledziami... 
W chwili jednak gdy pokrywka się uniosła, zza ściany 
dobiegł głośny krzyk i rozległo się potężne "bum!". Obie 
z matką Hildą podskoczyłyśmy ze strachu. Staruszka 
pospiesznie przykryła kociołek, jakby to jego odsłonięcie 
spowodowało wybuch. Drzwi pracowni otwarły się gwałtownie 
i wpadł przez nie kłąb gęstego cuchnącego dymu, a w ślad 
za nim niska korpulentna postać o różowej, acz pokrytej 
kopciem twarzy. Złorzecząc głośno, alchemik strzepywał z 
siebie iskry tlące się na odzieży. Za 
nim wyłoniła się druga, jeszcze niższa postać, równie 
okopcona. Wielkogłowy kulawy młodzik w brunatnej sukni 
zdjął czapkę i jął nią rozpędzać dym. 

Przestań! Przestań! Bełtasz tylko smród - zakrzyknął 

brat Malachiasz. - O, Małgorzata! Wróciłaś w samą porę, 
aby 
być świadkiem dziejowego dokonania. Udało mi się... 
Matka Hilda jak łania rzuciła się do okna i świeżo 
uleczonymi dłońmi zręcznie pchnęła okiennicę. Wiatr i dym 
zmagały się przez chwilę nad parapetem; zimny powiew 
rozpalił mocniej ogień pod kociołkiem z zupą. 
- Malachiaszu, serce moje, czy dziejowe dokonania zawsze 
muszą tak śmierdzieć? - spytała Hilda, kaszląc i 
odganiając rękoma gryzący dym sprzed twarzy. Ale 
Malachiasz, choć łzy ciekły mu ciurkiem, nieomal pląsał z 
podniecenia. 
- Czarny kruk nadleciał! Nadleciał! Osiągnąłem to dzięki 
nowej metodzie! Stąd już tylko krok do Białego Kamienia! 

background image

Kiedy dym się rozejdzie, a tygiel ostygnie, powinniśmy go 
tam ujrzeć. Powiadam wam, receptura Arnolda z Villanovy 
jest najświetlistszą i najbardziej klarowną, z jaką 
kiedykolwiek miałem do czynienia... 
Chyba dopiero dotarło do niego, że przyszłyśmy w 
odwiedziny. Jak w dawnych czasach pobiegłam otworzyć 
drzwi, żeby przeciąg rozproszył dym. Cecylia z zakrytym 
nosem i ustami była coraz czerwieńsza, usiłowała bowiem 
nie oddychać w ogóle. Alicja, zatkawszy dwoma palcami 
nos, skorzystała z zamieszania, by zwędzić następny 
kołacz. 
- Przestań! - Porzuciłam drzwi i złapałam ją za kark. 
- Co ja tu widzę? - rozpromienił się Malachiasz. - Uczta? 
Małgorzato, wieki całe cię nie widziałem. Oho, widzę, że 
raczycie się kordiałem. - Podniósł glinianą butlę i 
zajrzał do środka. - Iw kociołku coś bulgocze... - 
Nachylił się nad paleniskiem i uniósł pokrywkę. - 
Polewka! Gdyby moje zdolności olfaktoryczne nie zostały 
całkiem zagłuszone wonią eksperymentu, tuszę, że uczułbym 
niebiański zapach. Jedzenie! Całkiem o nim zapomniałem! 
Muszę odświeżyć umysł. Podejrzewam, że Sim też 
chętnie przekąsi co nieco, żeby odświeżyć choćby ciało. 
Mmmmniam, wyborna! Hildo, mój skarbie, jak to możliwe, że 
udało mi się dożyć lat męskich bez ciebie? 
Kiedy dym nieco się przerzedził, matka Hilda, ocierając 
łzawiące oczy, nalała polewki do dwu sporych drewnianych 
mis, ustawiła je na stole i zajęła się krojeniem grubych 
pajd z wielkiego bochna razowego chleba. Malachiasz nalał 
wody do misy, umył ręce i twarz, pozostawiając nieco 
sadzy w uszach i czarny pierścień pod licznymi 
podbródkami. Sim, jego czeladnik, zadowolił się wyłącznie 
umyciem rąk. Alchemik zasiadł za stołem, wykrzykując co 
chwila: "Wyborne, wyborne!" Jadło znikało w imponującym 
tempie. 

Ta zupa to arcydzieło - oznajmił Malachiasz ze swego 

siedziska na ławie, gdy kolejna dolewka znikła w jego 
pojemnym brzuchu. - Hildo, przeszłaś samą siebie. To 
chyba kwestia 
czosnku. Nikt prócz ciebie nie rozumie prawdziwej istoty 
czosnku. Do tego pieprzna kiełbaska... zaiste 
znakomite!... Tak, o co 
chodzi, Cesiu? 
Cecylia, uznawszy mądrze, iż najedzony alchemik będzie 
przystępniejszy, wierciła się teraz z zażenowaniem, 
usiłując coś wydukać. Cichutko, żebym jej nie 

background image

podsłuchała, zapytała: 
- Bracie Malachiaszu, potrafisz zmieniać jedne rzeczy w 
inne, prawda? 
- Oczywiście - odparł Malachiasz. - Tym właśnie zajmują 
się alchemicy. 
- Mateczka mi mówiła, że kamień filozoficzny zmienia 
zwykłe przedmioty w szlachetniejsze, jak na przykład ołów 
w złoto. 
- Owszem. Ale muszę ci się przyznać, Cecylio, że choć 
jestem bliski jego zdobycia, jeszcze mi się to nie udało. 
Twarzyczka Cecylii wydłużyła się z rozczarowania. 

A zatem Biały Kamień nie jest tym kamieniem? 

- Nie, dziecino. Biały Kamień to tylko pewien etap 
procesu. 
Ma, rzecz jasna, wiele cudownych właściwości, ale nie 
jest on kamieniem Przemiany. 
Matka Hilda, zachowując skupione milczenie, rzuciła okiem 
w moją stronę. Udając, że jesteśmy zajęte czym innym, 
obie nadstawiłyśmy uszu. 
- Kiedy zatem uzyskasz prawdziwy Kamień? Chcę, żebyś coś 
przemienił. 
- A co takiego? 
- Bracie Malachiaszu, kiedy już będziesz miał kamień 
filozoficzny, czy mógłbyś zmienić mnie w chłopca? 
Malachiasz zakrztusił się i odłożył łyżkę. 
- A na cóż ci to? Zawsze miałem cię za nader udaną 
panienkę - rzekł taktownie. 
- Chłopcy mają wszystko - odparła poważnie Cecylia. - 
Jeżdżą na śmigłych rumakach i podróżują, gdzie zechcą, i 
noszą miecz, aby nim gromić wrogów. I... i nie muszą 
godzinami szyć, nikt nie zabrania im się odzywać i mogą 
mieć różne pomysły, a na ulicy nie muszą patrzeć pod nogi 
zamiast na różne ciekawe rzeczy, które się dzieją, i... i 
nie muszą być damami. Nie chcę być damą; wolę być 
chłopcem, bo to jest o wiele ciekawsze. 
Okrągłe i różowe oblicze Malachiasza zasępiło się. 

Hm - zamruczał - przyznać trzeba, że w zasadzie na 

ogół lepiej być chłopcem - wymruczał - ale z drugiej 
strony nie 
wszyscy chłopcy cieszą się przywilejami, o których 
wspomniałaś. No cóż... w istocie traktaty nie odnoszą się 
w żaden sposób 
do tej kwestii... Doprawdy osobliwe, że właśnie ty ją 
podniosłaś! 
Jeśli płeć męska jest wyższą, jak nas zapewnia Pismo 

background image

Święte, 
i jeśli kamień filozoficzny zamienia wszelkie byty w ich 
doskonalsze formy, to wszystkie niewiasty mogłyby zmienić 
się 
w mężów i byłby to niewątpliwie koniec rodzaju ludzkiego. 
Skoro 
zaś sam Bóg nakazał nam być płodnymi i mnożyć się, by 
zaludniać ziemię... To samo zresztą dotyczy innych 
gatunków: gdyby 
wszystkie samice zmieniły się w samców, wówczas podważona 
zostałaby wola Boża. Hmm... Czyżby więc Bóg uważał obie 
płcie 
za równie wartościowe, choć, powiedzmy to, różne...? 
Dziwne- 
Pomyślmy o tym w ten sposób: nigdy nigdzie nie czytałem, 
by 
kamień filozoficzny mógł zmienić niewiastę w męża. Jeśli 
jednak został on stworzony przez Boga, by zmieniać niższe 
twory w 
wyższe, oznacza to, że... O Boże. Z drugiej strony, 
lepiej przecież być mężczyzną... 
- Chcesz powiedzieć, że nie zdołasz mnie zmienić w 
chłopca, nawet mając kamień? 
Oblicze Malachiasza pojaśniało. 
- Ha!   Cecylio,  przeprowadzimy  eksperyment.   Kiedy 
będę miał kamień i jeżeli wciąż będziesz chciała być 
chłopcem, wówczas spróbujemy. Jeśli się uda, spełnisz 
swoje życzenie, a jeśli nie... 
- To będzie oznaczać, że chłopcy i dziewczęta są równie 
wartościowi w oczach Boga i cały świat się myli. Tylko że 
ja dalej będę musiała wyszywać - wpadła mu w słowo 
Cecylia. 
- Cecylio, jesteś mądrą dzieweczką. Mężczyzna, który 
pojmie cię za żonę, osiwieje ze zgrozy - orzekł brat 
Malachiasz. 
- Pospiesz się z tym kamieniem - westchnęła. - Bo to 
udawanie damy mnie wykończy. 
- Cóż - brat Malachiasz odłożył łyżkę. - Chodźmy zatem 
zobaczyć, czy zdobyliśmy Biały Kamień. Tygiel powinien 
był już przestygnąć. Zdaje się, że straciłem następne 
jajo filozofa, ale uzyskany osad powinien być tym, o co 
chodzi, jeśli przemądry Arnoldus się nie myli. 
Wciągnął w płuca powietrze, zanurkował do pracowni i 
pospiesznie otworzył okno wychodzące na ogródek. Potem 
nałożył grube rękawice. Sim wbiegł za nim, żeby podać mu 

background image

różdżkę i kamień probierczy. Mimo smrodu, który wszakże 
szybko się ulatniał, stłoczyliśmy się dookoła. Malachiasz 
sięgnął w głąb atanora. Tam na wysypanym piaskiem dnie 
leżała poczerniała, pęknięta szklana kolba w kształcie 
ogromnego jaja. 
- Tak jak myślałem - westchnął alchemik. - Zniszczona. 
Małgorzato, nie masz pojęcia, ile mnie to wszystko 
kosztuje. 
Na dodatek w całym królestwie jest tylko jeden szklarz, 
który 
Potrafi je odpowiednio wydmuchać. Ten człowiek zbije na 
mnie 
fortunę. Zobaczmy. Cóż, w każdym razie coś tu połyskuje. 
- szturchnął pręcikiem poczerniałe metaliczne resztki we 
wnętrzu 
pękniętej kolby, strącając z nich popiół i jakieś ciemne 
grudki. Cecylia miała wypieki z podniecenia, a nawet 
matka Hilda i ja, acz uodpornione wieloma wcześniejszymi 
próbami Malachiasza, wstrzymałyśmy oddech. 
- Zwykły kopeć, podobny do patyny na srebrze - odezwała 
się ze smutkiem Cecylia. 
- Dziecię, czy musisz walić wszystko prosto z mostu? - 
Malachiasz zmarszczył brwi i otrząsnął różdżkę. - Rtęć 
nie zniknęła w sposób przewidziany w recepturze; weszła w 
jakiś związek. Czarniawo-srebrzysty... związek. 
Zastanawiam się, jakie ma właściwości? Pomyślmy: gdybym 
odwrócił reakcję przed trójgłowym smokiem i uwapnił... 
- Bełno du dymu jak w wędzarni. Co to za kości na 
sznurgu? Baranie? - Moja kapryśna młodsza córka ściskała 
nos palcami, przez co jej głos brzmiał tak, jak gdyby 
miała silny katar. 
- A tak, baranie. To... 
- Malachiaszu, proszę! - przerwałam mu. - One są takie 
niewinne! 
- To relikwie - oznajmił Sim ze złośliwą uciechą. - Kości 
świętych. Teraz kiedy się podwędziły, wyglądają w sam raz 
staro. 
Sim był niziutki i głowę miał za dużą w stosunku do 
reszty ciała. Nikt nie wiedział, ile ma lat, nawet on 
sam. Więcej niż dwanaście, mniej niż dwadzieścia, choć 
cynizmem mógłby obdzielić trzech sędziwych starców. 
- Małgorzato, musisz dostrzec różnicę między niewinnością 
a naiwnością - zagrzmiał Malachiasz. - Otóż, moje 
panienki, to jest towar, którym będę handlował w lecie... 
- Relikwie - wyjaśnił Sim. - Kręgi świętej Urszuli. 

background image

Będzie z nich ładny grosz, kiedy ruszymy na wędrówkę. - 
Głos chłopca miał skrzekliwą barwę. Czyżby zaczął się 
zmieniać? W takim razie skończył już dwanaście lat. 
Miałby zatem osiem, gdy Malachiasz znalazł go na ulicy. 
Ale równie dobrze mógł mieć dziesięć, jeśli więc dodać... 
- To wygląda raczej jak świńskie kręgi, nie baranie - 
powiedziała swoim przenikliwym głosikiem Cecylia, 
przyglądając 
sie nawleczonym na sznurek kręgom. - Zawiniesz je w 
złotogłów jak relikwie w kościele? 
- Towar ów to w istocie wiara i nadzieja, bez których 
rodzaj ludzki nie mógłby przetrwać, zaś te... hm, 
artefakty... pomagają je osiągnąć poprzez kontemplację - 
perorował z rozpędu Malachiasz. 
- Będą ci potrzebne pieniądze na nowe szklane jajo - 
stwierdziła Cecylia. - Dobrze, że możesz zrobić pod 
dostatkiem relikwii, kiedy tylko zechcesz. 
- Dziecię, coraz wyraźniej dostrzegam w tobie nieodrodną 
córę swego ojca. Ach, stary pan Kendall, to był wielki 
umysł. 
- Ty też masz dobry pomysł na zarabianie pieniędzy. Mama 
musiała sprzedać swoją pasiastą suknię, tę śliczną ze 
złotym haftem, którą lubiłam mierzyć. A i tak szkatuła 
jest prawie pusta - oznajmiła Alicja. 
- Alicjo, natychmiast zamilcz! - wykrzyknęłam, brutalnie 
wyrwana z rozmyślań nad wiekiem Sima. 
- Małgorzato, jeśli ci zależy na zachowaniu domowych 
spraw w sekrecie, powinnaś zamknąć te dzieci w skrzyni. 
- Stary pan Vilers już raz tak zrobił - pochwaliła się 
Alicja. 
- Nie dziwi mnie to w najmniejszym stopniu - rzekł 
Malachiasz. - Co prawda o tej porze roku cierpię na brak 
żywej gotówki, ale... 
- Nie przyszłam po pożyczkę, bracie Malachiaszu. Mam do 
ciebie inną sprawę - powiedziałam, sięgając za gors 
sukni, spod której wydobyłam wymięte, opieczętowane i 
poplamione w długiej drodze pismo. - To list od 
Grzegorza. Pisze w nim, żebym go pokazała tobie. 
Alchemik usiadł na wysokim stołku obok atanora, rozłożył 
Pergamin i zaczął go uważnie czytać. 

Chcesz zobaczyć czaszki Francuzów? - zagadnął Sim 

Cecylię. 

Ja też chcę zobaczyć! - wtrąciła się Alicja. - Czy 

francuskie czaszki są podobne do angielskich? Niania Sara 
mówi, że 

background image

mają rogi. 
Dzieci otoczyły skrzynię stojącą w kącie pracowni. 
Usłyszałam, jak moja starsza córka pyta: 
- Sim, czy ty masz matkę? 
- Nigdy nie miałem - padła odpowiedź. - Sam przyszedłem 
na świat. 
- Tobie to dobrze. Nasza chce z nas zrobić damy... - 
Więcej już nie usłyszałam, albowiem wszystkie trzy 
dziecięce głowy zniknęły w skrzyni. 
Malachiasz z namysłem zmrużył oczy, obrócił list do góry 
nogami, potem bokiem, potem westchnął i podrapał się po 
głowie. 

To niepodobna - mruknął. - Gilbert musiał do reszty 

stracić rozum. 
Zapowiadało się na dłuższy namysł. Usiadłam z matką Hildą 
w oknie, przez które wpadało czyste świeże powietrze. Po 
ogrodzie krzątały się ptaki, gniazdujące z pewnością na 
rajskiej jabłoni będącej zawsze ulubionym miejscem ich 
zgromadzeń. 
- Wciąż nazywasz go Grzegorzem? - spytała Hilda. - Ja 
też, chyba że w porę się opamiętam. Malachiasz zna go 
jeszcze z uniwersytetu, gdzie używał imienia Gilbert. 
- No cóż, poznałam go jako Grzegorza. Staram się 
pamiętać, żeby tak nie mówić, kiedy jesteśmy w 
towarzystwie. Zależy mu na tym, by ludzie zapomnieli, iż 
kiedykolwiek był mnichem. Sama wiesz, do dziś krążą 
plotki, a teraz, kiedy dzięki swym utworom zdobył łaski 
księcia... 
- Tak to jest w wyższych sferach. Za każdym razem, kiedy 
lord nabędzie nowe ziemie, zyskuje wraz z nimi nowe 
nazwisko. 
- To akurat nam nie grozi, matko Hildo. 
Malachiasz zerwał się nagle z wyrazem uniesienia na 
pucołowatej twarzy i z okrzykiem: "Eureka!" 

To po grecku - wyjaśniła mi matka Hilda, pękając z 

dumy. - Znaczy, że jest uszczęśliwiony. Malachiasz to 
doprawdy geniusz. Potrafi nawet cieszyć się w obcych 
językach. 
- Małgorzato - oznajmił alchemik, okrążając duży ceglany 
atanor i podchodząc do okna. - Ten cały przepis to 
zmyłka. List jest szyfrem. Gilbert zaszyfrował go w 
obawie przed cenzurą. 
- Też o tym pomyślałam, ale co z nim? Jest zdrów? Kiedy 
Wraca do domu? 
- Właśnie do tego zmierzam. Klucz jest alchemiczny; 

background image

ponadto pewne specyficzne przeinaczenia i skróty myśllowe 
ukute w ciągu naszej długiej znajomości sprawiają, że 
tylko ja mogę go właściwie odczytać. - Malachiasz 
podetknął mi list i wskazał recepturę. - Widzisz? Złoto 
oznacza króla, a przemiana zgrzebnego płótna zawojowanie 
Francji. Teraz patrz tu: złoto wytrąca się z roztworu, to 
znaczy, że król przegrał wojnę i wraca do domu. 
Zobaczmy... księżyc w pełni w znaku Byka... jakieś 
nieszczęście, całkiem niedawno... 
- Na Boga, jest zdrów?! Kiedy wraca? Co pisze? 
- Czyżby... a to łotrzyk! Wie, że zawsze je nazywam 
Bliźniętami! Hm, tak, zastosowanie rtęci to potwierdza... 
Przy pewnej dozie szczęścia wróci do domu w końcu maja 
lub na początku czerwca. Ale jest i inna ciekawa 
wiadomość. Gilbert daje do zrozumienia, że choć armii nie 
powiodło się za dobrze, on sam zdołał zarobić nieco 
brzęczącej monety. Ciekawe, jakim sposobem? Cóż, zawsze 
miał łeb nie od parady, ożenek z tobą najlepiej o tym 
świadczy. Sądzę, że nie musisz się już martwić o 
szkatułę, co najwyżej znaleźć dla niej nową kryjówkę, 
której nie odkryją dzieci. 
Jednakże wśród radości poczułam ukłucie niepokoju. 

Wraca sam czy w towarzystwie ojca i brata? Módlmy 

się, 
żeby dotarł do Anglii przed nimi, inaczej będę musiała 
ukryć nie 
tylko szkatułę. Boże mój, Boże, przytrzymaj tych ludzi w 
Brokesfordzie przynajmniej do czasu, gdy trochę się 
nacieszę odzyskanym mężem! 
 
 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
 
- Gdzież, u licha, podział się stary Piotr? Przecież 
ledwie wczoraj widziano tu całe stado! 
Pan na Brokesfordzie niecierpliwie strzepnął okruch 
gołębiego pasztetu, który spadł na wytłuszczony przód 
jego skórzanej myśliwskiej kurty. Resztę wciąż trzymał w 
dłoni; zapobiegł dalszym stratom pakując ją na raz do 
ust. Powróciwszy świeżo z Francji do swego majątku bez 
złych przygód i - za co dzięki niech będą Bogu - mając 
wciąż wszystkie członki i dwóch żywych synów, czuł się 
wybrańcem Opatrzności. Bóg z pewnością umyślił nagrodzić 
go za męstwo; sir Hubert napawał się więc błogą 
satysfakcją człowieka docenionego. 

background image

Świt oblał ziemię różowym blaskiem. Szykował się 
przepiękny angielski poranek, zupełnie inny od tych 
mokrych i posępnych cudzoziemskich świtań, których aż 
nazbyt wiele naoglądał się w drodze do Calais. Obłoki na 
niebie poprzedniego wieczoru, zachowanie ptaków, gwiazdy 
- wszystko zapowiadało piękną pogodę. Angielskie słońce, 
angielska trawa i angielska kuchnia - jakżeby się mogły z 
nimi równać ich francuskie odpowiedniki. Sir Hubert 
zlustrował swój mały wszechświat okiem człowieka, który 
wie, że ma wszystko, co się liczy. 
Wilgotną od rosy trawę nad wijącym się potokiem nakryto 
obrusami, na których wystawiono obfite śniadanie dla 
myśliwych, a więc sir Huberta, jego rodziny, sąsiadów i 
gości. Pachołkowie trzymali w pogotowiu osiodłane konie i 
niecierpliwiące się psy. Wszyscy czekali na powrót 
starego Piotra, który wziąwszy obdarzonego najczulszym 
węchem gończego, tropił jelenie od ostatniego żerowiska, 
na którym się właśnie znajdowali. Piramidka z gałązek 
znaczyła miejsce, gdzie pomiędzy łaniami i cielakami pasł 
się wczoraj przewodnik stada. Jego wieniec miał być 
trofeum dzisiejszych łowów. 

Co za powietrze! Nie ma lepszej przyprawy do posiłku! 

-  
 

zachwycił się sir William Beaufoy, stary towarzysz 

broni sir 
Huberta i jego gość honorowy. Ostatni raz bawił w 
Brokesfordzie na długo przed kampanią francuską; układali 
wówczas razem plan wykupienia młodszego (i mniej udanego) 
potomka Vilersów z niewoli na kontynencie. 

Dobrze ci, panie, odetchnąć na czas pewien od duchoty 

dworu. - Sir Geoffrey, najbliższy sąsiad starego lorda, 
sięgnął 
po gruby plaster wędzonej szynki. - Ja tam czuję się jak 
nowo 
narodzony, ilekroć mam okazję wyrwać się tej sekutnicy, z 
którą 
muszę mieszkać. 
Hugo, pierworodny syn Huberta i dziedzic Brokesfordu, 
zerknął ukradkiem na swoją połowicę. Lady Petronilla, 
zmuszona do powrotu z zamku Leicester, jasno dała wyraz 
swym poglądom. Teraz udawała, że go nie widzi, chłodnym 
wzrokiem wpatrując się w dal. 
Znoszone miękkie szaty, w których dla wygody wystąpiło 
starsze pokolenie, uwłaczałyby godności Hugona de Vilers. 
Miał na sobie bobrową czapkę spiętą drogocennym klejnotem 

background image

oraz strój jeździecki z rdzawego aksamitu, skrojony wedle 
najświeższej francuskiej mody. Jego żona również zmieniła 
czarną suknię na nową, zieloną jak mech i dostosowaną do 
konnej jazdy, przy Pasie zaś obok myśliwskiego rogu miała 
sztylet. Będąc świetną uczniczką, uwielbiała polowania, w 
siodle zaś trzymała się dość dobrze, by zawsze zdążyć na 
finałową scenę Mort, śmierci ściganej zwierzyny. "Niech 
się rozerwie - pomyślał jej małżonek. 
Wystarczy trochę nocnych igraszek i wkrótce znów będzie 
brzemienna". 
Hugo nie był myślicielem, ostatnio wszakże nie dawała mu 
spokoju świadomość poniesionej straty. Dlaczego całe jego 
dziedzictwo miałoby przypaść synowi młodszego brata 
dlatego tylko, że ten zniósł się z jakąś plebejuszką, 
która rodzi jak królica? Było to nad miarę irytujące. 
Petronilla musi spełnić swój obowiązek, i to szybko. Na 
szczęście już wiadomo, że nie jest bezpłodna. 
- Jak każda niewiasta ma z pewnością jakieś zalety - 
bąknął taktownie sir William. - Umie gotować? 
- Co z tego, skoro wieczną gadaniną zatruwa każdy 
posiłek! - prychnął sir Geoffrey. - Wykłóca się z rządcą, 
wtrąca do prowadzenia stajen i jeśliby jej wierzyć, 
lepiej ode mnie zna się na moich własnych sprawach. 
Prowadzi niekończące się wojny z moją żoną. Powiadam wam, 
dwie panie pod jednym dachem to gotowe nieszczęście. A 
wedle testamentu brata nie mogę się jej pozbyć z zamku. 
- Ach. pojmuję! Mówisz, panie, o wdowie po twoim starszym 
bracie? 
- Otóż to. Ma prawo do własnej komnaty, utrzymania, dwu 
sukien rocznie, fury świec, własnej służby i wtrącania 
się do czego tylko zechce! Na Boga, najchętniej 
zamurowałbym ją w tej komnacie, ale wtedy ten upiorny 
jurysta, za którego wydała swoją siostrzenicę, rzuciłby 
się na mnie jak wilk na jagniątko! Z radością 
skorzystałby z okazji, żeby wyzuć mnie z mojej ziemi. 
- Juryści to zakała tego świata! - ryknął sir Hubert. - 
Plaga, powiadam wam, plaga gorsza od szarańczy, która 
zżera nasze domy i majętności!!! Tylko patrzą, jak by 
dorwać w swoje chciwe łapy... 
- Widziałem tam tropy wydr - wpadł mu w słowo sir 
William, wskazując zimną kurzą nóżką porośnięty sitowiem 
brzeg. Jeszcze chwila i Vilers wsiądzie na swego 
ulubionego konika. Stary druh świetnie wiedział, iż 
należy rozpędzić zbierające się chmury, nim rozpęta się 
nawałnica, zieleniejące pączki zwarzy mroźny podmuch, zaś 

background image

wszelkie stworzenie rozpierzchnie się w panice. W 
napadzie furii sir Hubert mógłby nawet machnąć ręką na 
rogacza i poprowadzić najazd na najbliższą kancelarię. 
Już teraz chrobot polnych myszy i nornic nagle ucichł. 
Zasady grzeczności trzeba było odłożyć na bok w imię 
wyższego 
dobra. 
- Wydra to nie zwierzyna dla szlachcica - oznajmił z 
wyższością sir Hugo. - We Francji lordowie zostawiają je 
chłopom, 
którzy łapią je w sidła. 
Stary lord de Vilers nachmurzył się, słysząc napuszony 
ton syna i zmierzył go ostrym spojrzeniem. To zaś 
sprawiło mu wyraźną przykrość, ujrzał bowiem przed sobą w 
całej krasie idiotyczny francuski strój myśliwski, w 
jakim lubił się ostatnio pokazywać pierworodny. To z 
kolei przypomniało mu jego irytujący zwyczaj wygłaszania 
francuskich strof do każdej róży i każdej dziewki w 
promieniu dziesięciu mil. Z punktu widzenia Huberta z 
Brokesfordu francuska kampania była jedną wielką 
katastrofą. Stracili w niej najlepszego rozpłodowca, 
zyskując w zamian pół tuzina mocno poszczerbionych zbroic 
i zepsucie dobrego angielskiego morale podejrzanymi 
cudzoziemskimi fantazjami. Co gorsza, nie osłodził tego 
nawet żaden wart wzmianki okup. 
- Nie cierpię wydr - warknął. - Tego roku w poście 
dobrały się do mojego stawu i tuż przed świętym 
Benedyktem zjadły mi węgorza, tego wielkiego, którego 
oszczędzałem na Wigilię. 
- Jeśliby mnie kto pytał - wtrącił sir Roger, tęgi 
różowolicy mężczyzna tytułowany przez pozostałych "sir" 
tylko z grzeczności, był bowiem miejscowym proboszczem - 
ta wydra miała dziesięć palców u rąk i chodziła na dwu 
nogach. 
Lady Petronilla zmierzyła go lodowatym spojrzeniem spod 
zmrużonych powiek. Nie umknęło to bystremu oku sir 
Williama. "Ach, tak - pomyślał. Poczciwy klecha trafił w 
sedno. Kazała ugotować węgorza pod nieobecność pana domu 
i zrzuciła winę na wydry. Ano kiedy kota nie ma, myszy 
harcują. Lepiej chyba znów zmienić temat". 
- Piękne lasy. - Wskazał fragment pejzażu ogryzioną 
kością - Całe należą do Brokesfordu czy też dzielisz je z 
twym dobrym sąsiadem? 
- Lepiej o tym nie mówmy, to drażliwa sprawa - syknął 
Geoffrey. - Tam za wzniesieniem rośnie piękny stary gaj 

background image

dębowy, do którego rości sobie prawa pewien jurysta z 
Hertfordu. Jakoby ostatnimi czasy nabył tytuł własności 
do tego kawałka ziemi. 
- Tytuł? Jak można nabyć własność, gdy ta nie jest na 
sprzedaż i nigdy nie była! Te dęby należą do nas, odkąd 
Brokesford zapisano po wsze czasy w księdze nadań króla 
Wilhelma!!! Powiadam ci, panie, żaden de Vilers ich nie 
sprzeda. Mój własny dziad wyciął sześć na dach katedry i 
do końca życia tego żałował. A ja miałbym je oddać 
jakiemuś nędznemu kupczykowi, żeby miał z czego postawić 
sobie skład? Gdyby ten mnich przechera nie podał w 
wątpliwość moich praw, jurysta nigdy by się nie 
poważył... 
- Patrzcie, panowie, czy to nie stary Piotr? - Sir 
Wilhelm uspokajająco położył dłoń na ramieniu 
przyjaciela. 
Istotnie postać zbiegająca z pagórka porośniętego gęsto 
młodymi dąbczakami i leszczyną okazała się starym 
Piotrem, który w gruncie rzeczy nie był wcale stary, a po 
prostu starszy od swego syna, młodego Piotra, który 
czekał na polanie, trzymając na postronkach sześć rosłych 
psów. 
- Na Boga, znaleźli go! Sami obaczycie, panowie, piękne 
zwierzę! Oszczędzałem je dla was. Ech, gdyby tak zdybać w 
lesie 
tego przeklętego jurystę... dopieroż by było polowanie! 
Podeszli stado pod wiatr, ale dosłyszawszy szczekanie, 
jelenie rozpierzchły się w las. Spuszczone ze smyczy 
gończe oddzieliły rogacza od reszty. Pognał przez 
porośnięte krzakami ugory i faliste, świeżo zorane i 
obsiane pola małej wioski Hamsby leżącej na samej granicy 
domeny Brokesford. Na widok jelenia mali chłopcy 
pilnujący zasiewów przed ptakami czmychnęli w popłochu. 
Umykając ogarom, które sięgały już prawie jego nóg, jeleń 
rwał poprzez skiby, za nim psy, a za nimi konie, 
wyrzucając spod kopyt wielkie grudy ziemi. Po chwili 
przecwałowali jeszcze spóźnialscy, wzywani z przodu przez 
głos rogu, i kawalkada zniknęła, pozostawiwszy za sobą 
szeroki zryty pas ziemi. Stado gawronów natychmiast 
zleciało się na inspekcję. Chłopcy, przypomniawszy 
sobie o swych obowiązkach, wrócili na pole i jęli 
obrzucać ptaki kamieniami. 
W gęstym zagajniku na skraju pól rogacz rzucił się w bok, 
wpadł w chaszcze klucząc, by zgubić prześladowców. 
Pędzący na czele gonu lord de Vilers i William Beaufoy z 

background image

chrzęstem przedarli się przez poszycie. Znaleźli się w 
starej parkowej dąbrowie, gdzie od wieków gajowi wycinali 
samosiejki i niebo drapały tylko tęgie, poskręcane konary 
sędziwych drzew, które dopiero zaczynały się zielenić. 
Jeleń zniknął, psy bezradnie kręciły się w kółko. Trzeba 
było zaczekać, aż dogoni ich stary Piotr z tropiącym 
Brunonem. Ruszyli powoli naprzód. Konie miały tu pewny 
grunt pod kopytami, wysprzątany do czysta z wszelkich 
drobnych gałązek i konarów zrzuconych przez wieśniaków, 
którym wolno było zbierać chrust na opał, choć samych 
drzew zakazano im tykać pod karą śmierci. Bruno 
wyprowadził ich na polanę przeciętą na dwoje strugą, 
która tu była ledwie nikłym potoczkiem, a potem znów 
zgubił ślad. Podjechali w górę strumienia, zagłębiając 
się coraz dalej w las. 
- Co to za miejsce? - spytał sir William. 
Dotarli do źródła potoku - głębokiej, otoczonej skałami 
sadzawki, w której środku bijąca woda burzyła się i 
bulgotała jak ukrop. Nad brzegiem leżał olbrzymi kamień 
kilkakrotnie owinięty sznurem. Zwisały zeń strzępki 
tkanin, niektóre zupełnie zbielałe ze starości. Ale co 
najdziwniejsze, tuż za nim otwierał się szpaler 
prawiekowych cisów zasadzonych równym podwójnym rzędem 
niczym kolumny podtrzymujące strop wielkiej katedry. Nie 
sposób było nawet zgadywać, od jak dawna tu rosną. 
Splątane, wiecznie zielone gałęzie tworzyły zadaszenie, 
grube i solidne jak strzecha. Ta osobliwa drzewna budowla 
rzucała gęsty czarny cień, który robił zgoła upiorne 
wrażenie pośród pstrokatych cieni, jakie dawały luźne 
korony otaczających dębów. Z niewiadomych przyczyn 
William Beaufoy poczuł się jak na cmentarzu. Ciarki 
przebiegły mu po plecach. 
- Ponoć w stawie mieszka duch - rzekł sir Hubert, unosząc 
rog, żeby zwołać resztę łowców. - Jakaś stara wiedźma 
imieniem Hreta, która spełnia życzenia. I zapewnia nam 
dobre piwo 

zaśmiał się. 

Z lasu odpowiedziały inne rogi, poszczekiwanie ogarów i 
jeźdźcy zaczęli ściągać na dziwną polankę. 
- Gdzie stary Piotr? 
- Straciliśmy ślad. 
- Paradne, że ze wszystkich miejsc rogacz właśnie to 
wybrał na kryjówkę - rzekł lord Brokesford. 
- Ciągle nowe gałganki mimo moich kazań! - sarknął ksiądz 
Roger, objeżdżając na gniadym wałachu wielki kamień. 

background image

- Co to oznacza? - zaciekawił się sir Wilhelm. 
- Kiedy święta Edburga osiadła w tym gaju, z miejsca 
gdzie skłoniła głowę, trysnęło źródło. Widzisz tam, 
panie, pozostałości jej pustelni? Przyjrzyj się bliżej 
kamieniom, jest na nich wycięta scena jej świętego 
męczeństwa. 
Sir William dostrzegł za osobliwą cisową halą stertę 
zwalonych kamiennych bloków. Z najbliższego patrzył nań 
na poły już zatarty wizerunek ludzkiej czaszki. "To nie 
pustelnia świątobliwej niewiasty - pomyślał, wciągając 
powietrze w płuca. Tu czają się znacznie starsze, 
pogańskie moce". Zadrżał i przeżegnał się pospiesznie. 

To ustronie zostało poświęcone błogosławionej głowie 

świętej Edburgi - tłumaczył mu z ożywieniem ksiądz Roger 

ale jak widzisz, panie, popadło w ruinę. 

- Tak, istotnie. Szkoda - bąknął sir William. 
- Tłumaczę tym ciemnym chłopom, że modlitwa do Boga 
wszechmogącego i świętej Edburgi może zostać wysłuchana 
tylko w domu Pańskim, ale oni uparcie składają tu ofiary 
jakiemuś pogańskiemu wodnemu diabłu, zamiast postawić 
świętej świeczkę w kościele. Ciemnota i zabobon! Nic 
dobrego im z tego nie przyjdzie! - Ksiądz prychnął z 
oburzeniem. Psy zajęły się obwąchiwaniem ziemi wokół 
źródła, jeźdźcy kręcili się, czekając na sygnał. 
- I po co to robią? - spytał gość. 
Lady Petronilla szturchnęła piętami siwą klacz i zbliżyła 
się do rozmawiających. Niewiele wiedziała o miejscowej 
tradycji, bowiem ziemie jej ojca leżały na południu, ona 
zaś od dnia ślubu korzystała z każdego dostępnego 
pretekstu, żeby wyrwać się z Brokesfordu. 
- Kamień, jak mawiają, jest żywy. W źródle zaś mieszka 
zły 
duch, który ma rzekomo spełniać ich życzenia. Próżne, 
grzeszne zachcianki! Przychodzą tutaj zwłaszcza bezpłodne 
niewiasty, mimo iż zagroziłem im ekskomuniką. Obchodzą 
trzy razy źródło zgodnie z biegiem słońca i zostawiają 
ofiarę. 
Petronilla nachyliła się z konia, żeby zajrzeć w zieloną 
bulgoczącą głębię, mocno zaciskając upierścienioną dłoń 
na grzywie klaczy. Oddychała głośno, jej błękitne oczy 
lśniły jak bryłki lodu. 
- Żywy kamień? Co to znaczy? - spytał sir William. 
- Och, ponoć w noc letniego przesilenia wchodzi do wody, 
żeby się napić. Oczywiście nikt nigdy tego nie widział. 
Poza tym płacze. A jeśli go skaleczyć, krwawi. Tego 

background image

zresztą nie próbują, bo ktokolwiek to uczyni, ściągnie 
jakoby na siebie klątwę. Te gałganki to ofiary. 
- A zatem nie jest to nic innego jak studnia życzeń - 
uspokoił się sir William. - Zastanawiam się, czy jej nie 
wypróbować. Ostatecznie szczęścia nigdy za wiele. 
Patrzaj, Hubercie. - Obrócił się do gospodarza i z 
sakiewki przy pasie wydobył miedziaka. - To za 
znalezienie tropu. Mam dziś apetyt na dziczyznę - rzekł i 
wrzucił monetę do wody. 
Z dali dobiegł głos rogu starego Piotra. Leżące w trawie 
psy zerwały się i okrążywszy powalone kamienie, wpadły w 
las. Za nimi pierwsza ruszyła Petronilla, która dźgnąwszy 
klacz ostrogą, szarpnęła ją wstecz od źródła, jak gdyby 
parzyło. Sir Hubert zatrzymał się tylko jeszcze, by 
powtórzyć sygnał własnym rogiem, a Potem pognał za szybko 
znikającą w lesie kawalkadą. 
Nim minęła godzina, rogacz padł, krztusząc się krwią po 
morderczym pchnięciu. Przy chylącym się słońcu odtrąbiono 
mort. 
Jeden długi dźwięk, trzy krótkie, znów jeden długi i trzy 
krótkie. W czasie gdy pachołkowie poszli wyciąć drąg, na 
którym sprawioną tuszę mieli zanieść do zamku, uzbrojeni 
w noże pomocnicy łowczego zabrali się do jelenia zgodnie 
z niezmienioną od wieków tradycją. Najpierw wycięto jądra 
i język zwierzęcia, potem oddzielono łopatki, następnie 
wyjęto wątrobę i jelita. Psy łapczywie łykały rzucane im 
ochłapy. Nowy pomocnik został "skrwawiony" - 
ceremonialnie naznaczony posoką zwierzęcia. Lady 
Petronilla patrzyła na to wszystko pałającym wzrokiem, 
mimowolnie zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu. Krew 
zbierała się w kałuże, barwiła dłonie i ramiona mężczyzn. 
W końcu pachołkowie dźwignęli drąg z mięsiwem i ponieśli 
go do zamkowej kuchni. 
Daleko od splamionej ziemi zielone źródełko bulgotało 
bezmyślnie, samotne pod kopułą prastarych cisów, których 
milczenia nie ważyły się zmącić nawet leśne ptaki. 
 
 
ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 
W zielonym maju ptaszki śpiewają, jak mówi piosenka. 
Śpiewają też przekupnie i żebracy na ulicach. Kunsztowna 
fraza: "PA-sztety, PA-sztety, gorące PA-sztety!" miesza 
się z zawodzeniem kiwającej się pod kościołem ślepej 
nędzarki: "Na ra-NY CHRY-stuuusa, wspo-móżcie mnie, 

background image

luuuudzie!" Szczurołap z kolei krąży tam i z powrotem po 
tylnych zaułkach, gdzie usłyszeć go mogą niewiasty 
wieszające pranie. Wywija pęczkiem martwych gryzoni 
powiązanych za ogony i tokuje dziarsko: "SZCZU-ry łA-pię! 
SZCZU-ry ŁA-pię!!" Akompaniuje mu pobekiwanie kóz i 
szczęk konwi koźlarki, która prowadzi swoje stadko, 
anonsując się równie gromko i zbierając zamówienia, a 
także zaśpiew kobiety niosącej w koszu na głowie kacze 
jaja (sporo ich sprzedaje się w naszej dzielnicy). 
Powiadam wam, w tym całym harmidrze ledwie słychać ptaki! 
Piękna pogoda wywabiła na dwór wszystkich, nawet 
pochrząkujące świnie, i cała ta kakofonia wpada przez 
otwarte okiennice do kuchni, wzbogacona o gdakanie 
dobiegające z naszego małego kurnika oraz ryk starego 
muła mistrza Wengrave'a. 
Piekłyśmy właśnie chleb. Kiedy odkryłyśmy zaczyn, w 
kuchni uniósł się kwaskowy zapach drożdży. Dziewczynki 
miały na 
sobie olbrzymie fartuchy zawinięte u góry i zawiązane tuż 
pod Pachami. Ich włosy - gładkie Ali i kędzierzawe Cesi - 
zostały 
bezlitośnie splecione w ścisły warkocz, spięte i okryte 
chustkami, 
żebyśmy nie znajdowali ich potem w pieczywie. Podwinąwszy 
rękawy, moje córki stanęły w pogotowiu nad wielkimi 
drewnianymi dzieżami, czekając, aż kucharka wrzuci do 
nich ciasto. 
- Alicjo, nie jedz zaczynu. Urośnie ci w środku i 
pękniesz. 
- Znasz kogoś, kto tak pękł? - zainteresowała się Alicja, 
która, moim zdaniem, przejawia nadmierne zamiłowanie do 
okropności. 
- Od jedzenia surowego ciasta? Z pewnością spotkało to 
wiele nieposłusznych dziewcząt. Przypatrz się, jak ciasto 
rośnie na desce. Tak samo będzie ci rosło w brzuchu. 
- A zatem sama nigdy tego nie widziałaś? - podchwyciła 
Cecylia, na mój gust stanowczo za trzeźwo myśląca. 
- Mamy rodzynki? Upieczmy kołacz! - dopominała się 
Alicja. 
- Nie mamy rodzynek. Dopóki ojciec nie wróci, nie będzie 
też cynamonu ani pieprzu. Są za drogie. 
Z drzewa za oknem dobiegł ostry skrzek sroki, a chwilę 
później łudząco przypominający ludzki głos okrzyk 
brzmiący prawie jak "Papu! Papu!" 

Toż to moja sroka, ta, co uciekła z klatki! - 

background image

wykrzyknęła 
kucharka. - Dawniej umiała tak pięknie mówić, a teraz 
łajdaczka nauczyła się skrzeczeć od tych dzikich 
ptaszydeł. Głowę dam, 
że zamieszkała na tym drzewie specjalnie, żeby się ze 
mnie naigrawać! - Wystawiła głowę przez okno, wołając: - 
Chodź do 
mamci! Mam dla ciebie papu! Papu! Papu! 
Pośród wysypanych na parapet okruszków błysnął cienki 
plasterek boczku. Z łopotem czarno-białych piór ptak 
sfrunął na parapet i przestąpił z nogi na nogę, 
przyglądając się jednym czarnym okiem zgromadzonym w 
kuchni osobom. Znieruchomieliśmy wszyscy, żeby nie 
pomyślał, iż chcemy go schwytać. Sroka przekrzywiła 
łepek, zerknęła na smakołyk i połknęła go w okamgnieniu, 
po czym zawołała: "Papu! Papu!", wzbiła się i zniknęła w 
koronie drzewa. 

Rozumiemy się bez słów - oznajmiła kucharka. - Ona 

nie wchodzi do kuchni, a ja nie próbuję jej złapać. Ale 
muszę 
powiedzieć, że zeszła na złą drogę. Urządziła sobie na 
tym drzewie zbójecką siedzibę, lata i kradnie co 
popadnie, bezwstydnica jedna. 
- Porwała mi wstążkę, kiedy byłam w ogrodzie - poskarżyła 
się Alicja. - Tyle co ją położyłam na ławce i frr! Już 
jej nie było. 
- A, to nareszcie się dowiaduję, gdzie przepadła! - 
wtrąciłam - Zdaje się, że zabroniłam ci rozplatać włosy? 
- Same się rozplotły, kiedy grałam w piłkę z Piotrusiem 
Wengrave'em. 
 

 Widziałam to - potwierdziła Cecylia. - Sroka 

poniosła 
wstążkę prosto do gniazda. 
- To nie gniazdo, tylko śmietnik! - sarknęła kucharka. 
- Nie każcie go zrzucać - przeraziła się Cecylia. - Może 
ma tam pisklęta? 
- Jedno czego nam jeszcze brakuje, to stado bezczelnych 
srok tuż nad głową. Zaiste świat schodzi na psy. Dzień 
przyjścia Pana jest już bliski - zrzędziła kucharka, 
miesząc ostatnią porcję ciasta muskularną ręką. Przez 
okno wpadła nowa piosenka wyśpiewywana pijackimi głosami: 
"Król wezwał swych rycerzy kwiat, bo marzył mu się 
Francji tron"... Reszta ucichła za zakrętem. Wieści z 
Francji przybierały zawsze śpiewaną formę. A te o porażce 
dotarły do Londynu bardzo prędko. 

background image

- Ha! Stójcie, głupcy, i zróbcie rachunek sumienia! 
Płochą pieśnią kalać miejsce nabożnych rozważań, grzech 
to zaiste i marność nad marnościami! 
Wiosna wywabiła zatem na dwór nawet Willa kaznodzieję. 
Mógł być tylko jeden powód, dla którego zapędził się aż 
na naszą ulicę. Za chwilę zapuka, prosząc o wsparcie. O, 
już słychać kroki Pod oknem. 
Sroka przysiadła na gałęzi nad głową Willa, oglądając 
badawczo jego stary wyrudziały czarny habit i zjedzoną 
przez mole czapkę wywiniętą nad uszami. 
- Ejże, ptaku, nosisz czerń i biel niczym dominikanin. I 
jak 
Oni pIerwszy jesteś po jałmużnę. Znam ja takich jak ty, 
pospolity 
trefnisiu! Ach, zły to świat, w którym szlachta i 
mieszczanie wyżej cenią sobie błaznów niż ludzi 
uczonych... 
Willa i jego tasiemcową kronikę grzechu i zepsucia tego 
świata odziedziczyłam w spadku po panu Kendallu, który 
nieraz wspomagał nieboraka groszem, powiadając, iż 
wiedza, jak cię widzą inni, skutecznie chroni przed 
popadnięciem w pychę. Wystawiłam głowę przez okno. 
- Jak idzie pisanie, mistrzu Wilhelmie? 
- Nieźle, całkiem nieźle. Musiałem wszakże dokonać 
pewnych korekt. Zbyt pobłażliwie przedstawiłem jurystów, 
pochlebców, plotkarzy i łapowników. Tymczasem jednak 
zabrakło mi paru pensów na inkaust. 
- Wejdź do środka, mistrzu. Co prawda wyzbyliśmy się 
ostatnio brzemienia podłej mamony, ale jeśli masz ze sobą 
rożek, możesz odlać sobie trochę inkaustu z kałamarza 
mego pana małżonka. 
- Szlachetny pan Gilbert jeszcze nie wrócił? Słyszałem, 
że nasi żołnierze musieli się chronić w norach i jeść 
szczury. Nie znalazłby się plasterek... Nic? Nawet 
baraniny? Czcigodna pani Małgorzato, twój dom zaczyna 
przypominać mój, choć oczywiście jest większy. Grzeszny 
to świat, w którym kupcy się bogacą, zaś szlachetni 
rycerze żyją jak zwierzęta... Wyśmienity ser! 
Ponieważ Will niesie swe napomnienia do wszystkich 
zakątków miasta, zawsze można od niego usłyszeć 
najświeższe plotki. Pałaszując to, co akurat było w 
kuchni, opowiedział nam, że pierwsze oddziały dotarły już 
do Londynu pod wodzą samego księcia, który przybył, aby 
eskortować króla Jana z Tower przez Kanał do Calais, 
zgodnie z zawartym układem. Potem wysłuchałyśmy listy 

background image

najczęstszych w okolicy grzechów, Will bowiem prowadzi 
ich szczegółowy rejestr. Następnie uraczył nas dalece 
ciekawszymi przykładami, jak to nisko urodzeni się 
wywyższają a wysoko urodzeni żyją w poniżeniu. 
- Całkiem niedawno w Cheapside pewna dama zemdlała 
z głodu. Gdzież się podziały, pytam, niegdysiejsze cnoty, 
skoro 
nie zazna szacunku wdowa po rycerzu, który własną piersią 
bronił Anglii. Zresztą pani dobrodziejka ją zna; to lady 
Agata, która mieszka w domu swego szwagra na Fenchurch 
Street. Człek ten nie jest Jej życzliwy i sadza ją na 
szarym końcu stołu. Ona zaś woli nie jeść, niż być tak 
upokarzana. Oto prawdziwa błękitna krew! Rzekłem ja do 
niej: "Zwróć się, pani, do zacnej damy Małgorzaty, która 
przyjmie cię z chętnym sercem i otwartymi rękoma". Ona 
jednak odparła: "O, nie. Jeśli szlachcianka raz dała 
słowo, klamka zapadła na wieki". Duma jednakże często 
przywodzi do grzechu, jak nas uczy Pismo... 
Biedna madame - pomyślałam. Nie wiodło jej się najlepiej, 
odkąd przestała uczyć francuskiego moje córki. 
Dziewczęta, ciche jak trusie, udawały, że są zajęte 
mieszeniem ciasta. 
- A co do inkaustu... 
- Zaraz go dostaniesz, mistrzu Wilhelmie - powiedziałam, 
wycierając dłonie w fartuch. 
Ledwie tyczkowata obdarta postać kaznodziei znikła za 
progiem, dziewczęta natychmiast odzyskały mowę. 
- Mamo, proooszę, nie sprowadzaj tu madame - jęknęła 
Cecylia. 
- Ona jest okropna! - zawtórowała jej Alicja. 
- Nauczyła was francuskiego i wcale nie jest okropna, 
tylko stanowcza - ucięłam. 
- Ciągle nam wszystkiego zakazuje. Bycie damą jest 
nuuudne - oznajmiła Alicja. 
- I mówi, że jeśli gramy z chłopcami, musimy im pozwolić 
wygrać - dodała Cecylia. 
- I że chłopcy mogą więcej jeść - ciągnęła rozżalona 
Alicja. 
- I że mamy im ustępować, bo są mądrzejsi i wyrosną na 
mężczyzn i będą rządzić światem. Tymczasem Piotruś 
Wengrave Jest taki tępy, że jeszcze nie umie czytać; 
nauczyciel go bije, a on brzeszczy. A ja już od dawna 
umiem czytać i pisać - oświadczyła Cecylia. 
- I jeszcze te nieszczęsne palce!    
- Jakie palce? - zapytałam. 

background image

- Te, którymi się bierze jadło. Jedno pierwszym i 
trzecim, inne pierwszym i drugim, małym niczego się nie 
dotyka i nie wolno wkładać palców do sosu poza pierwszy 
paliczek. Jest całe mnóstwo takich głupich reguł. Nie 
rozumiem dlaczego dama musi bez przerwy uważać na palce i 
jeszcze dają jej najmniejsze porcje. O wiele wygodniej je 
się całymi rękoma. 
- Alisiu, nie możesz iść przez życie, porywając 
największe porcje ze stołu i taplając się w sosie po 
łokcie. Obie macie stanowczo za mało ogłady. 

Litości, tylko nie madame! -jęknęły unisono. 

Westchnęłam. Właśnie madame byłaby dla nich odpowiednia. 
Ja chyba po prostu nie byłam dość stanowcza. 
- Bez obaw - sarknęłam. - Madame nie zechce się do nas 
zniżyć. 
- To nie musimy zostać damami? 
- Owszem, musicie. 
- Mogłybyśmy zająć się piractwem - podsunęła Alicja. 
- Ty się nadajesz. Masz praktykę w rabowaniu ciastek - 
syknęła starsza siostra. 
- Tak, i zostanę królową piratów, a ty będziesz tylko 
prostym marynarzem, bo nawet nie wiesz, co jest dobre i 
co należy rabować. Nic tylko całymi dniami przesiadujesz 
na gruszy i marzysz. 
- Nieprawda! 
- Dziewczynki, wracajcie do pracy. Nie umiesiłyście 
ciasta dostatecznie. Widzicie? Jeśli je nacisnąć, nie 
rozpręża się. Po tym wiadomo, kiedy już jest gotowe. - 
Szturchnęłam ciasto, żeby im pokazać, że leży jak martwa 
klucha. Potem zrobiłam to samo ze swoim, żeby im pokazać, 
jakie powinno być sprężyste. 
- Fuj! Wygląda jak wielki robak! 
- Nie dźgaj go tak, Alicjo. Musisz dobrze traktować 
chleb. jeśli chcesz, żeby ładnie wyrósł. A ty, Cesiu, nie 
dąsaj się. Od kwaśnych min kwaśnieje i chleb, i piwo. 
- Tak, a małe dziewczynki pękają, gdy jedzą zaczyn. 
- Cecylio, nie pozwalaj sobie na złośliwości! 
- Pani, prędko, przed domem są żołnierze! - Rządca Perkyn 
wpadł do kuchni z twarzą ożywioną nowinami. Zapomniawszy 
o cieście, pobiegłyśmy do frontowych drzwi. Wszyscy 
mieszkańcy Thames Street wisieli w oknach. Słychać było 
radosne okrzyki; powiewano wstęgami, kilimami, obrusami i 
wszelkimi możliwymi namiastkami proporców. Ulicą ciągnął 
dość osobliwy pochód. Ze trzy dziesiątki odzianych w 
skórzane brygantyny zbrojnych z parafii Billingsgate szło 

background image

w jakim takim szyku z tobołkami na plecach. Za nimi 
chybotała się kolebka niesiona przez dwa muły. Za nią 
chłopak z majątku mego teścia prowadził starego Burasa, 
najgorszą wywałaszoną chabetę w stajniach Brokesfordu, 
obładowanego skrzynkami i tobołkami. Na kolebce zatknięto 
herbowe proporce de Vilersów, przekrzywione jak po 
wesołej pijatyce. W środku zaś rozparty niczym król, z 
nogą w łubkach, jechał nie kto inny, a mój Grzegorz, 
machając na powitanie do wiwatujących mieszczan. 
Niezależnie od wyniku wojny skłamałby ten, kto by rzekł, 
że nasza parafia nie potrafi uczcić swych bohaterów. 
Umączona, w fartuchu, wybiegłam na ulicę. Za mną runęły 
dzieci, słudzy i sąsiedzi. 
- Tak bardzo za tobą tęskniłam! - wykrzyknęłam, rzucając 
mu się na szyję. 
- Ja też. - Grzegorz ucałował mnie czule, po czym 
rozejrzał się wokół. Oczy błyszczały mu z uciechy. - 
Popatrz tylko, Małgorzato. Zeszłego lata wyjeżdżałem jako 
nieudacznik, a dziś wracam w glorii bohaterskiej sławy. 
Oto jak wicher wojny zmienia ludzkie opinie. - Ludzie 
chwytali go za ręce, wykrzykiwali coś bezładnie, chcąc 
wraz z nim przeżyć tę radosną chwilę. 
- Co się stało? - spytałam, wskazując usztywnioną nogę i 
leżący obok kostur. 
- Nic poważnego. Trochę mnie poturbowało, akurat na tyle, 
bym nie musiał towarzyszyć księciu, gdy będzie wracał do 
Calais z królem Janem. Za to jestem teraz u niego w 
wielkich łaskach, w sumie mogę powiedzieć, że miałem 
szczęście.        
Słysząc o książętach i królach, gapie porozdziawiali 
usta. Gilbert zwrócił się do przewodnika mułów: 

Wprowadź zwierzęta do stajni razem z Burasem. 

Małgorzato, obiecałem, że przetrzymam muły do jutra, nim 
je odprowadzą do książęcych stajen. 
Peregryn wdrapał mu się na kolana i uśmiechnął się 
radośnie, kiedy ojciec go objął. Posłyszałam szept 
jakiejś kobiety: "Widzicie herb? Ten malec jest jedynym 
spadkobiercą dóbr Brokesford..." Sądząc po jej nabożnym 
tonie, można by pomyśleć, że ten zrujnowany wiejski dwór 
dorównuje zamkowi Leicester. Dobrze, że nie widziała 
żadnego z nich - pomyślałam rozbawiona. 
- Nie... eee... nie mamy obroku - zająknęłam się. - 
Odesłałam konie na wieś. 
- Tata, tata wlócił! - ćwierkał równocześnie Peregryn. 
Dziwne, Gilbert wcale się nie wstydził go tulić, głaskać 

background image

i gruchać do niego z zachwytem. Jakież to niepodobne do 
mojego Grzegorza, zawsze tak sztywnego i oficjalnego w 
stosunku do dzieci. 
- Oszczędności, co? Nie szkodzi. Zaraz poślę po obrok, I 
niech Perkyn pchnie kogoś do piekarza i weźmie od 
rzeźnika parę połci mięsiwa i może jeszcze jagnię. 
Zaprosiłem tych oto mych dzielnych druhów na wieczerzę. 
Każ rozstawiać stoły w wielkiej izbie, Małgorzato, 
wróciłem do domu! 
- Tylko że... 
- Nic się nie martw. Burgundia płaci za ucztę. Prawda, 
chłopcy? 
- Tak jest! - ryknęli żołnierze. 
- Sprowadźcie swoje matki i ukochane. Dziś wszyscy 
rozejdziemy się do domów pijani. 
- Ty, panie, nie musisz nigdzie iść. Już jesteś w domu. 
- A zatem mam święty obowiązek upić się najbardziej z 
was! - oznajmił uroczyście Gilbert, unosząc ramię 
wielkopańskim gestem. 
- Tak jest! - zawrzasnęli w odpowiedzi. 
- Małgorzato, weź Peregryna i pomóż mi zsiąść. - Gilbert 
wsparł się na moim ramieniu i sięgając po kostur, 
wykrzyknął: - 
Są i moje diablęta! Ile służek wypłoszyłyście od mojego 
wyjazdu, hę? Wypiękniałyście i urosły, pewnie niedługo 
będą z was damy. 
Moje córki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. 
- Ha! Widzę, że nic się nie zmieniło. Byłbym wielce 
rozczarowany, gdybym po powrocie zastał tu dwie łagodne 
trusie! 
- Co się z tobą stało? - szepnęłam, kiedy oparł się na 
mnie, 
przekraczając próg. - Jesteś taki... zmieniony. 
Wokół tłoczyli się ludzie, wiwatując i domagając się 
opowieści o wojnie, o księciu, o królu, o bitwach i 
oblężeniach, o królewskich łaskach i zaszczytach. 
- Stało? Ach, nic, trafił mnie piorun. 
- Żartujesz - powiedziałam. 
- Ależ nie, i na dodatek miałem przedziwny sen. 
- Bohater, a jaki skromny! - wykrzyknął ktoś. - Ranion w 
wielkiej bitwie ze zdradzieckim Francuzem i nawet się tym 
nie chwali! - Szepty i okrzyki poniosły się wśród gapiów; 
czułam, jak zazdroszczą zaproszonym do środka, kiedy 
Perkyn zdołał wreszcie zamknąć za nami drzwi. Zanim mój 
pan małżonek zasiadł wreszcie wygodnie w paradnej 

background image

komnacie, otrzymaliśmy zaproszenia od wszystkich 
znaczniejszych rodzin w dzielnicy. Z nogą opartą na 
stołku, synem na kolanach, pasierbicami domagającymi się 
jego uwagi i towarzyszami broni przetrząsającymi dom w 
poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, minę miał bardziej 
ukontentowaną niż jakikolwiek tronujący władca. Ale ja 
byłam najszczęśliwsza ze wszystkich. 
- Małgorzato, znów to robisz. 
- Co takiego, serce moje? 
- Lśnisz. Otacza cię różowe światło. Jakie to dziwne. Czy 
wiesz, że minęło sporo czasu, nim to spostrzegłem? 
Skądinąd niewieście twego stanu coś takiego nie przystoi. 
- We własnym domu, mój panie mężu, będę jaśnieć, ile 
tylko zechcę - oznajmiłam i znów złączyliśmy usta w 
pocałunku. 

Co się stało z inkaustem? Myślałem, że jest go 

więcej. Dokładnie pamiętam, że uszczelniłem korek 
woskiem, żeby nie wysechł. - Gilbert szperał w swoich 
rzeczach, upewniając się, czy wszystko jest na swoim 
miejscu. - O proszę, znalazł się "Garen z Lotaryngii", 
nie w skrzyni, tylko... No nie! Między kartami pełno 
okruszków! Dziewczynki ją czytały, tak? Małe dzikuski. 
Ktoś powinien nauczyć je manier. Nie wolno tak się 
obchodzić z księgami. - Wytrząsnął okruchy. - Co się 
stało z tą utytułowaną sekutnicą, którą najął pan 
Kendall, żeby uczyła je francuskiego? Ona umiała je 
utrzymać w ryzach. 
- A ja nie? 
- Małgorzato, dowód masz przed oczyma. Okruchy w księdze, 
cała flasza inkaustu osuszona, pewnie na jakieś figle. Aż 
boję się przeliczać arkusze papieru... Te dwie diablice, 
jeśli tylko nie są obłożnie chore, przewracają dom do 
góry nogami. Muszą się nauczyć prosić o pozwolenie, nim 
coś wezmą!  
- To dobre dzieci... 
- Nie mówię, że są złe, tylko rozpuszczone. Przyznaj, że 
mimo swoich usiłowań zupełnie nad nimi nie panujesz. 
- Kazałam im umyć ręce przed czytaniem. 
- A one zastosowały się do litery nakazu, nie zaś jego 
ducha. Umyły ręce, po czym jadły nad książką. 
- Inkaustu brakło przeze mnie. Dałam go Willowi 
kaznodziei, a co do papieru... 
- Małgorzato, sprawa jest prosta. Najlepiej byłoby je 
wysłać na dwór kogoś znacznego, żeby nabrały ogłady, bo 
na razie nie mają jej za grosz i to widać. Niedługo 

background image

trzeba im będzie zacząć szukać mężów, a doprawdy nie 
widziałem panien mających mniejsze szanse na dobre 
zamążpójście. Teraz, kiedy cieszę się łaskami księcia, 
chyba będę mógł załatwić im jakieś miejsce. 
- Tylko nie to! Mielibyśmy wysłać je gdzieś daleko? A 
jeśli zachorują? Jeśli będą źle traktowane? Tu w mieście 
mają dobrą pozycję, stoimy za nimi my i ich rodzice 
chrzestni. Ich nazwisko jest znane i cieszy się 
szacunkiem. Ale w domu jakiegoś wielkiego lorda... Nie, 
nie mogę się na to zgodzić. 
Gilbert zamyślił się na chwilę. 

 

- Chyba rozumiem twoje obawy - rzekł. - Mimo to nie 
jest stosowne, aby dalej siedziały w domu. Może jeszcze 
przez pewien czas, ale... Małgorzato, musisz zrozumieć, 
że miłość nie polega tylko na pobłażaniu. Trzeba je 
dobrze wychować. Skoro zdołały przepłoszyć nawet takiego 
smoka jak madame... 
- To nie one ją wypłoszyły, Gilbercie, tylko ty. 
- Ja? - Spojrzał na mnie osłupiały. 
- Powiedziała, że dostatecznym dla niej upokorzeniem było 
nauczanie francuskiego w domu kupca, lecz gdy skalałam 
uczciwe wdowieństwo, wychodząc ponownie za jakiegoś 
łobuza kopistę, który podał się za mnicha, żeby zyskać 
wstęp do tego domu, okryłaby się hańbą pozostając w nim 
choć chwilę dłużej. 
Mój mąż nie obraził się, jak się spodziewałam; 
przeciwnie, odrzucił głowę w tył, wybuchając głośnym 
śmiechem. 

Wspaniała - powiedział. - Czyż ona nie jest 

wspaniała? Właśnie takie zasady trzeba wpoić dziewczętom. 
Nie dziw 
się, Małgorzato, to konieczne także dla ich 
bezpieczeństwa. 
W świecie rządzą inne zasady niż w tym domu, kochana. Nie 
okrzesanych niewiast nikt nie będzie szanował. Ale dama, 
która 
zawsze zachowuje się jak dama i rozumuje jak dama, może 
liczyć 
na ochronę i opiekę. 
Wytrzeszczyłam na niego oczy. 
- Umówmy się tak: pozwolę im zostać w domu, przynajmniej 
na razie, jeśli uda ci się nakłonić tę madame, by się 
nimi zajęła i zrobiła z nich damy najczystszej próby. 
Tego im właśnie trzeba. 
- Ale... to niemożliwe. Mistrz Will spotkał ją na ulicy i 

background image

pytał, czy nie rozważyłaby przyjęcia miejsca w domu... 
no... na przykład takim jak nasz, ale odpowiedziała, że 
umarłaby ze wstydu. 

A cóż ona robiła na ulicy? 

- Mdlała z głodu. 

Mój szacunek do niej rośnie z każdą chwilą. Dobrze 

znam 
ten typ - zachichotał. - No cóż, z przyjemnością podejmę 
wyzwanie. Wybiorę dwóch najlepiej się prezentujących 
spośród moich żołnierzy i poślę ich do niej w pełnym 
rynsztunku z wiadomością, że sir Gilbert de Vilers, 
towarzysz broni samego księcia Lancastera i znany wszem 
bohater kampanii francuskiej prosi ją o rozmowę. Nie 
obracasz się w tych kręgach dość długo, Małgosiu, by 
docenić magię tytułu, nawet jeśli został on kupiony. 
Wyprostował się w krześle i założył ręce za ciemną 
kędzierzawą głowę. W oczach błyskały mu psotne iskierki. 
Zawsze ten sam, mój Grzegorz, zbyt bystry i lotny, aby 
pasował gdziekolwiek - do uniwersytetu, pola bitwy, 
zakonu lub dworu. Pewnie nadal włóczyłby się po mieście, 
irytując zacnych ludzi swoimi pamfletami, gdyby 
przebiegły książę Lancaster nie zwrócił uwagi na jego 
talent i nie złowił go w swoją sieć. Mógł oto zostać 
unieśmiertelnionym przez zdolnego poetę - był to więc 
układ korzystny dla nich obu. 
Gilbert przeciągnął się jak kot i poruszał palcami w 
długich podszytych skórą nogawicach. Wciąż miał wyraźne 
zgrubienie na źle zestawionej kości goleniowej, chociaż 
sporo udało mi się już poprawić. Ostatnimi czasy chadzał 
po domu w poplamionym skórzanym watowanym kubraku, który 
w czasie wojny nosił pod kolczugą. Było to jego nowe 
przebranie. Pozował na dzielnego rycerza, który świeżo 
powrócił z bitwy, robiąc tym potężne wrażenie na 
sąsiadach. Kiedy kłaniali mu się w pas na ulicy czy w 
kościele, oczy skrzyły mu się ze złośliwej uciechy. 
- Małgorzato - oznajmił - podbiję tę starą damę. Tuszę, 
że będzie to znacznie łatwiejsze od zdobycia korony 
Francji. 
 
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
 
Padało przez ubiegłą noc i cały ranek, a teraz, gdy dzień 
zaczął się już chylić ku zachodowi, między dębami 
podniosła się wilgotna mgła. Wśród zieleni nad 

background image

bulgoczącym źródłem krakały wrony. Wysoki kamień zdobiły 
przylepione wilgotne gałganki. Hugh świniopas, świadom, 
że przy takiej pogodzie żaden śmiertelnik się tu nie 
zapędzi, wybrał tę porę, żeby obejść sidła. Prawo 
zabraniało kłusownictwa, lecz pokusa była wielka, a 
ryzyko, że on, stary wyjadacz, zostanie schwytany - 
nikłe. Pod skórzaną opończą, którą osłonił się przed 
deszczem, niósł worek z dwoma królikami będącymi w 
istocie własnością lorda Brokesford. Z pochyloną głową, 
myśląc już o wieczerzy, brnął boso po błocie, nie 
zwracając uwagi na szmer zielonej strugi. I dopiero gdy 
był tuż nad sadzawką, zobaczył demona w niewieściej 
postaci, całego w czerni, z osłoniętą twarzą, który 
okrążał źródło w kierunku, w jakim słońce przesuwa się po 
niebie. 
- Stój! - odezwała się diablica głosem cichym, lecz 
mocnym jak stal. - Zobaczyłeś mnie. Nie możesz już 
odejść. 
Hugh padł na kolana. 
- Miej litość nade mną grzesznym! - wykrzyknął, żegnając 
się znakiem krzyża. - Puść mnie, a oddam ci króliki. 
- Króliki? - powtórzyła. - A na cóż mi króliki? Oddasz 
coś znacznie cenniejszego. 
- D-d... duszę? - wyjąkał zrozpaczony młodzieniec. 

Nie, nie duszę. - Dotknęła go ręką, zimną jak woda 

w źródle. Dygocząc ze strachu, poczuł również inny, 
gorętszy 
dreszcz. - Tęgi z ciebie chłop - powiedziała diablica. - 
Od. 
dasz mi swe nasienie. 
Lodowate dłonie zaczęły go pieścić i po chwili nie 
wiedział już, czy jest w piekle czy w niebie. Sukub 
delikatnie pchnął go na mokrą ziemię i dosiadł. Hugh omal 
nie oszalał z pożądania, Czarna postać kołysała się nad 
nim, a jej nieziemskie moce wysysały zeń całą męską siłę. 
Słyszał, jak jego własny krzyk miesza się z jękiem 
sukuba. Targnął nim dreszcz rozkoszy. Nie widział 
opadającego ostrza sztyletu... 
Nagi od pasa w dół, umazany krwią i błotem Hugh 
wsłuchiwał się w bulgotanie strumienia. Zapadł zmrok, na 
niebo wypełzł wielki biały księżyc w pełni. Do domu. Musi 
wrócić do domu. Króliki leżały w worku tam, gdzie upadły. 
Nawet umierający, Hugh był sknerą; odżałował jednego i z 
wysiłkiem popchnął go do czarnozielonej wody na skraju 
sadzawki. Wysrebrzony światłem księżyca trupek unosił się 

background image

na powierzchni dopóki coś, jakby niewidzialna ręka, nie 
wciągnęło go w głąb. 
Hugh nie pamiętał, jak dotarł do domu ani kto opatrzył mu 
rany, ale kiedy nawiedził go proboszcz, przyznał się do 
wszystkiego oprócz kłusownictwa. 
- Nadnaturalna pokusa i rozkosz? Cała w czerni, 
powiadasz, i bez twarzy? Przed takimi ostrzegają nas 
święci ojcowie. To bez wątpienia sukub. Niewielu udało 
się ujść cało z podobnej przygody, synu. Ocalił cię 
niechybnie krzyżyk, jaki nosisz na szyi. Zabrała ci 
nasienie, żeby rodzić diabły, co do tego nie ma 
wątpliwości. 
- Och, Panie Jezu, odpuść mi! Nie chciałem przecie 
przymnażać szatańskiego pomiotu. 
- Czy odczuwałeś chuć? 
- To było coś więcej niż chuć. Całkiem wbrew mej woli 
spętała mnie diablica potężnym zaklęciem, tak że nie 
mogłem się poruszyć. Rozumiesz to chyba, ojcze? A 
jednak... jednak rozkosz była tak wielka, że nie do 
opisania. 
- Rozkosz? Tym cięższą muszę zadać ci pokutę. Lepiej 
byłoby dla ciebie, gdybyś odczuwał ból. Złóż Bogu dzięki, 
że cię 
szczędził i zdołasz jeszcze oczyścić swoją duszę. Owej 
nocy bliżej byłeś bram piekielnych, niż ci się wydaje, 
synu. 
po wieczerzy ksiądz Roger usiadł w swej sypialnej izbie i 
zamyślił się głęboko. Im dłużej zaś rozmyślał, tym 
bardziej się złościł. Sprawy wymykały się spod kontroli. 
Pogłoski o diabolicznych rozkoszach, zjawach nie z tego 
świata, sukubach nagrzanych jak suki - To coś ze źródła 
zwiedzie na złą drogę całą parafię, jeśli czegoś nie 
zrobi, i to prędko. 
 

Madame, w uznaniu twej rangi siadywać będziesz przy 

wysokim stole, niżej tylko od lady de Vilers i mnie. 
Z oczu sir Gilberta de Vilers wyjrzał na moment krnąbrny 
braciszek Grzegorz. Chyba nieźle mu idzie. Nie płaszczy 
się i nie błaga; przeciwnie, przyjął ją jak wielki lord 
udzielający posłuchania. W istocie dla dodatkowego efektu 
kazał powiesić na ścianie obok krzyża swoją tarczę 
herbową i trochę broni, żeby miała je przed oczyma w 
trakcie negocjacji. Na ścianie zawisły też proporce 
bojowe, kilka wilczych skór i wypchanych głów zwierzęcych 
(prywatnie Gilbert uważał, że w domu człowieka 

background image

cywilizowanego nie powinno być miejsca na takie 
rekwizyty). 
- Będzie musiała zrozumieć, że sytuacja się zmieniła - 
rzekł był wczoraj do widma starego pana Kendalla, cofając 
się, 
aby ocenić kakafoniczny zgrzyt, jaki nowe dekoracje 
stworzyły 
w zestawieniu z eleganckimi włoskimi gobelinami starego 
kupca. - Sam wiesz dlaczego. Małgorzata zawsze miewała 
ekscentryczne zachcianki, nieprawdaż? 
W istocie duch mistrza Kendalla był już bardzo daleko, 
ale 
Gilbert zawsze czuł się w obowiązku konsultować z nim 
wszelkie zmiany dokonywane w jego domu. Jak dotąd 
najdłuższych 
Przeprosin wymagał kantor. Było to teraz spokojne, ciche 
miejsce zadumy uczonego. Zniknęli biegający tu i tam 
czeladnicy, 
zaaferowani gońcy, kupcy Hanzy targujący się o cenę na 
włoski 
aksamit lub damasceńskie klingi, szyprowie przychodzący 
po udział w zyskach i piętrzące się pod ścianami skrzynie 
pełne luksusowych dóbr. Teraz mieściły się w nich księgi 
i czyste arkusze a na pięknym ośmiokątnym biurku z 
pulpitem do czytania leżała nieporządna sterta zapisanych 
kart. Stary chytrus miał nosa do okazyjnych nabytków. 
Najpierw znalazł na ulicy piękną prostą Małgorzatę, która 
uzdrawiała chorych, i uczynił ją swoją własnością. Potem, 
gdy jego życie zbliżało się już do końca, w pewnym sensie 
wyszukał również Gilberta, aby ten ocalił umiłowany skarb 
starego kupca z chciwych rąk. 
Czekając na starszą damę, zostawił uchylone drzwi do 
sieni, żeby widzieć, jak wchodzi. Nie doznał zawodu. 
Kiedy rządca z szacunkiem wprowadził ją do komnaty, jej 
wzrok zatrzymał się przez chwilę na rozwieszonych 
proporcach, lecz bez słowa ruszyła dalej, jakby nie 
dostrzegła nic nadzwyczajnego. Doskonale - powiedział do 
siebie Gilbert. Z zadowoleniem odnotował jej opanowany 
sposób bycia, wysoką i godnie wyprostowaną postać, 
nieskazitelnie wyczyszczoną czarną wdowią suknię. Chytrze 
zerknął na brzegi rękawów i łokcie, gdzie wełna 
wycierając się, traci kolor. Ha! - zaśmiał się w duchu, 
rad z własnej przenikliwości, kiedy zauważył, że wytarte 
miejsca zostały zręcznie podbarwione inkaustem. Pod 
świeżo wykrochmalonym czepcem szpakowate włosy widoczne 

background image

były tylko nad uszami. Blada dumna twarz o cerze tak 
białej, jak obejmująca podbródek podwika, nie zdradzała 
żadnych emocji. Pani de Hauvill powitała go uprzejmie i z 
godnością. "Jest wspaniała - pomyślał Gilbert. Okazuje mi 
szacunek bez krzty uniżoności. Ma bezbłędne wyczucie. 
Dobrze byłoby, gdyby zdołała wpoić je dziewczynkom". 
Negocjacje szły gładko. Trzykrotnie uprzejmie mu 
odmówiła: za każdym razem dokładał kolejny wabik. Teraz 
sięgnął po coś, do czego - wiedział to od Małgorzaty - 
przykładała wielką wagę, miejsca przy stole. Twarz 
starszej damy pozostała bez wyrazu. Na wargach omal nie 
zaigrał uśmieszek, lecz zniknął, nim umysł zdążył 
dokończyć rozkaz dany ustom. 
- To zadanie jest prawie niewykonalne - powiedziała. 
- Nikt bardziej ode mnie nie jest tego świadom. Panienki 
całkiem nieokrzesane. Powinno się je było w wieku siedmiu 
lat odesłać na jakiś dwór, jak ongiś mnie, lecz o ile 
sobie przypominasz, pani, był to tragiczny i trudny okres 
dla tego domu. Najlepsza sposobność do właściwego 
uformowania ich charakterów została zaniedbana. 
- Na czyim dworze służyłeś, panie de Vilers? 
- Księcia Lancastera, czcigodna pani, najpierw jako paź, 
potem zaś giermek. Ale jak zapewne sama miałaś okazję 
zaobserwować, żywot młodszego syna nie jest usłany 
różami. 
Czas udowodnić jej, że się myliła - pomyślał. 

Jesteś, panie, młodszym synem rycerza? - Madame de 

Hauvill uniosła jedną brew. 
"Świetnie, uznał Gilbert. Złapała przynętę. Niedługo się 
zdecyduje". 

Nazwisko de Vilers, o czym bez wątpienia świetnie 

wiesz, 
pani, wywodzi się od lenna nadanego naszemu przodkowi 
przez 
Wilhelma Zdobywcę, a sam ród znany był i szanowany na 
długo 
przedtem. Nasza gałąź jest nieco młodsza. Mamy ziemie w 
hrabstwie Hertford. 
"Resztkę ziem po ostatniej kampanii zadłużoną tak bardzo, 
że Hugo będzie miał szczęście, jeśli zobaczy choć 
połowę", dodał w myśli. 
- Dobra mojego męża leżały w hrabstwie Lincoln - 
powiedziała wdowa, nie dodając, jak maleńki był to 
mająteczek ani że po śmierci męża przeszedł na krewnego 
po mieczu, który natychmiast wyrzucił ją z dawnego domu. 

background image

- To piękna kraina. Mamy tam krewnych. 
- Ach, tak? 
Ostrożnie jak dwaj dyplomaci pragnący zapobiec wojnie 
licytowali się coraz dalszymi krewniakami, aż w końcu 
ustalili, 
że są spowinowaceni przez ojca chrzestnego pewnego   
kuzyna 
w czwartym pokoleniu. Będąc uczonym, Gilbert wiedział z 
góry, 
że tak będzie, albowiem liczba rodów dobrej krwi na tej 
niewielkiej wyspie była dostatecznie mała, by każdy był w 
jakimś stopniu powiązany z każdym, zwłaszcza gdy do grona 
krewnych zaliczało się również rodziców chrzestnych, jak 
czynił to Kościół. Był to ostateczny haczyk, na który 
zamierzał schwytać madame i nareszcie przywrócić spokój w 
domu. 
- Gdybym była wiedziała... - Pani de Hauvill położyła 
dłoń na gorsie i odetchnęła głęboko. 
- Z pewnością rozumiesz, pani, mój niepokój - wyznał 
Gilbert rzewnym tonem, balansując na cienkiej linie 
między szczerością a hipokryzją. 
- Tak. Ciąży na tobie, panie, wielkie brzemię. Nie wolno 
pozwolić, by okryły cię hańbą. 
- Byłoby zaiste błogosławieństwem dla mnie, gdybyś 
łaskawie zgodziła się, pani, wspomóc mnie w tym trudzie. 
- Sir Gilbercie, będzie to dla mnie zaszczyt. - Madame, 
wyprostowana na drugim co do rangi krześle, lekko 
skłoniła głowę. 
 
 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
 
Sir Hubert de Vilers cierpiał. Wrzeszczenie na majordoma, 
pachołków i tego sfrancuziałego głupca Hugona nie 
przyniosło 
mu ulgi. 
- Gdzie to wino na zęby, które zostawiła Małgorzata? - 
warknął, własnoręcznie przeszukując stojącą w świetlicy 
skrzynkę z medykamentami. - Trzymacie tu jakieś gusła, a 
skutecznych rzeczy nie można znaleźć. Na dodatek sypie 
się jakiś cuchnący proszek. Chyba go nie było, kiedy 
wyjeżdżałem? 
- To lek mojej pani na ból głowy - odpowiedziała stara 
niania Petronilli, patrząc z niepokojem, jak sir Hubert 
przetrząsa zawartość skrzyni. Sama Petronilla też kręciła 

background image

się po komnacie, zaskoczona nieoczekiwanym wtargnięciem 
pana domu. 
- To było wino od bólu zębów? - bąknęła. Wypiła je w 
przekonaniu, iż jest to kordiał na kobiece dolegliwości. 
- Najlepsze, jakie może być. Z werbeną i mnóstwem innych 
paskudnych ziół, których nazw nie pamiętam. Zawsze 
pomagało. Co robią w skrzyni te wszystkie igły? 
Wystarczy, że wyjadę, a natychmiast robicie bałagan w 
całym domu! Wszystko ma mi wrócić do poprzedniego 
porządku! 
- Panie, ja mogę ci uwarzyć lekarstwo na ból zęba - 
powiedziała staruszka. 
- Ty? Od ciebie nie wziąłbym leku nawet dla psa! 
Wystarczy, że przędziesz i znosisz mojej synowej plotki. 
I tego się trzymaj! Will! Will!!! Wołajcie mi Annę, tę 
starą akuszerkę, ona zna się na chorobach i coś zaradzi. 
No czego się na mnie gapicie? Żadnego z was pożytku, 
baby. Precz! 

Anna przeniosła się na tamten świat w zeszłym roku, 

kiedy cię tu nie było. - Petronilla wychodząc, zmierzyła 
go zimnym wzrokiem. 
"Nie podoba mi się to jej spojrzenie - pomyślał sir 
Hubert, odprowadzając ją oczyma do drzwi świetlicy. Ból 
po utracie dziecka często łamie niewiasty i są wtedy 
bardziej ludzkie". petronilla zdawała się mieć jeszcze 
mniej ludzkich cech niż dawniej. 
- O, jesteś, Williamie. Cóż to się stało z matką Anną? 
Ona znała się na zębach, choć sama nie miała już ani 
jednego. Zawsze myślałem, że będzie żyć dłużej niż 
Matuzalem. 
- Przytrafiło się jej nieszczęście, panie. Nogi ją 
zawiodły; potknęła się i spadła ze schodów. 
- Gdzie, na Boga? W całej wiosce nie ma schodów wartych 
tego miana! 
- U nas. To było owej nocy, gdy pani Petronilla poroniła 
twego wnuka, panie. Anna przyszła pomóc przy porodzie. 
Wychodząc pośliznęła się i spadła po schodach z wieży. 
- Nie spodziewałem się z jej strony takiej podłości. 
Powinna była wiedzieć, że będzie mi potrzebna. Co mam 
zrobić z tym zębem? 
- Duży Wat mógłby go wyrwać. 
- Wat cieśla? Oszalałeś? Kiedy wyrywał ząb młynarzowej, 
złamał jej szczękę! O, nie! Poślę po Jana z Duxbury. 
Tylko mi nie mów, że on też spadł ze schodów. 
- Nie, podobno dobrze mu się powodzi. Ożenił się z córką 

background image

nadzorcy pastwisk z Małego Hatfordu i zaprzestał podróży. 
Ma dość klientów tam, gdzie mieszka, a żona nie lubi go 
spuszczać z oka. 
Szkoda - pomyślał stary lord. Jan bardzo sprawnie rwał 
zęby, a gdy jeszcze prowadził swą wędrowną praktykę, raz 
na kwartał bywał w Brokesfordzie i puszczał sir Hubertowi 
krew, co mu bardzo dobrze robiło. 
- Nie mam ochoty czekać - burknął. - Zanim tam dojedziesz 
i sprowadzisz go do Brokesfordu, minie dwakroć tyle 
czasu. Każ siodłać dwa konie. Hugo! HUGO, tępaku!!! 
Pojedziesz ze 
mną do Hertfordu. Muszę dać sobie wyrwać ten przeklęty 
ząb. 
Przypomniał sobie, że tuż obok hertfordzkiego kościoła 
mieszka dawna praczka z Brokesfordu, niejaka Bet, którą 
na odchodnym hojnie wyposażył. Warzyła teraz piwo. Nawet 
całkiem dobre, zuch dziewczyna. Przy okazji zadba i o 
inne potrzeby. 

Pospiesz się, Hugonie! Zostaniemy w mieście na noc. 

przynieś mój miecz! 
Bet urodziła parkę silnych hałaśliwych dzieci o 
kwadratowych podbródkach, do złudzenia przypominających 
lorda de Vilers. Szkoda, że Petronilla tego nie potrafi. 
Na szczęście jest płodna. Właśnie przemyśliwał, jakim by 
sposobem unieważnić małżeństwo syna, kiedy do Francji 
dotarła wieść o jej poronieniu. Hugonowi zrobiło się jej 
żal, więc wystarał się dla niej o miejsce na dworze, żeby 
biedaczka miała towarzystwo. Szkoda fatygi. Zimna 
wyrachowana jędza. Zła krew, oto do czego prowadzi wsobny 
chów. W jej rodzinie od pokoleń żenią się między sobą. 
Kazirodcy! 

Hugo! No, nareszcie jesteś. Coś robił tak długo? Znów 

smarował włosy i skrapiał się pachnidłem? Anglik powinien 
wonieć jak mężczyzna!!! Jeszcze trochę i zaczniesz mi się 
kąpać! 
 
Ciepły wiosenny wietrzyk muskał kwiaty gruszy 
zwieszającej gałęzie nad ławką w ogrodzie. Wysoki ceglany 
mur tłumił odgłosy miasta. Setki pszczół uwijały się w 
kwieciu i pachnący baldachim brzęczał, jakby był żywy. 
Ale uroki wiosny i drzewa tętniące życiem nie miały 
wpływu na Agatę de Hauvill, wdowę po rycerzu obarczoną 
zadaniem uczynienia dam z córek kupca Kendalla - czy im 
się to podobało czy nie. Siedziała na twardej kamiennej 
ławce sztywna niczym pogrzebacz, ustawiwszy obok Siebie 

background image

koszyk z szyciem. W jej dłoni błyskała igła, łącząc 
równym 
szwem części lnianej koszuli, którą miała rozpostartą na 
kolanach. Na gruszy przysiadł z łopotem czarno-biały 
ptak. 
- Patrzcie, sroka złodziejka! - wykrzyknęła Alicja, 
wskazując ją pulchną łapką. Ukończywszy siedem i pół roku 
wciąż przypominała pączek, wzrostu jednak była powyżej 
średniego i już zaczęła doganiać starszą siostrę. 
Jedwabiste rudozłote włosy, splecione w dwa schludne 
warkocze związane na końcach różowymi wstążkami, sięgały 
jej prawie do pasa, czy raczej do miejsca gdzie inne 
dziewczynki miały wcięcie w pasie. Błękitna lniana 
sukienka muskała czubki skórzanych ciżemek. Otaczający ją 
kobierzec połamanych i wymiętych stokrotek z nieudanego 
wianka świadczył o ambicji, która przerosła możliwości 
małych tłuściutkich paluszków. 
- Pas en Anglais - upomniała ją madame, nie podnosząc 
głowy znad szycia. Wśród kłębków nici w koszyku leżał 
lśniący srebrny guzik, na dnie zaś starannie owinięte 
bryłki cukru, najkosztowniejszy i najskuteczniejszy 
środek w arsenale nauczycielskich technik madame. Alicja 
tęsknym wzrokiem zapatrzyła się w koszyk. 
- Jak jest "sroka" po francusku? - spytała siostrę. 
- Tak samo jak po angielsku, głuptasie - odparła z 
wyższością starsza o dwa lata i o tyleż bardziej uczona 
Cecylia, górująca nad siostrą znajomością języka, a także 
zręcznie splecionym wiankiem zdobiącym krnąbrne 
płomiennorude kędziory. Usilne czesanie ani ciasny splot 
nie były w stanie poskromić tych włosów, równie 
samowolnych jak ich właścicielka. Wstążki pochwycone rano 
w ataku dąsów gryzły się barwą z resztą ubioru. Zielona 
wełniana sukienka, dwukrotnie już przydłużana, i tak nie 
zakrywała kostek długich chudych nóg. Moją starszą 
pociechę spalały namiętności. Zgubiona wstążka, dziurka 
wygryziona przez mole, smutna piosenka, zbyt lakoniczna 
odpowiedź, nowy szczeniak lub uśmiech przechodnia na 
ulicy potrafiły ją wynieść na szczyty uniesienia lub 
wtrącić w otchłań rozpaczy. Trudno się więc dziwić, że 
wszyscy domownicy rwali włosy z głowy, zgrzytając zębami. 
To jest wszyscy oprócz madame. 
- Mademoiselles nie rozmawiają ze sobą w ten sposób - 
odezwała się teraz w wytwornym dźwięcznym języku 
dokumentów, traktatów i dworskich kręgów. - Panna Alison 
zapyta: "Droga siostro, jak nazywa się sroka we 

background image

francuskiej mowie?", a panna Cecile odpowie wdzięcznie: 
"Umiłowana siostro, tak samo jak w naszej, lecz wymawia 
się to na sposób francuski". 
Cecylia poczerwieniała tak, że zniknęły jej piegi. 
Zacięła usta i zaczęła dziurawić paznokciem łodygi 
stokrotek, które trzymała na kolanach. Na ten widok w 
oczach Ali pojawił się diabelski ognik. 
- Najdroższa siostro - ozwała się mdląco słodkim 
głosikiem - jakże zwie się w języku Francuzów ptak, 
którego my nazywamy sroką? 
- Umiłowana siostro, nazwa ptaka jest jednaka w obu tych 
językach, o czym z najwyższą rozkoszą spieszę cię 
uwiadomić - odpowiedziała Cecylia kpiąco przypochlebnym 
tonem. 
- Panienki najwyraźniej pragną zostać skarcone uderzeniem 
naparstka w obie twarde główki. Powtórzcie to jeszcze raz 
w miły i uprzejmy sposób, jak przystoi młodym damom. 
Wymiana zdań została powtórzona, tym razem ku satysfakcji 
nauczycielki. Madame strzepnęła naprawianą koszulę, 
złożyła ją i wydobyła z kosza dziecięce nogawice wytarte 
na kolanach. Alicja zerknęła na nie i porozumiała się 
wzrokiem z siostrą, krzywiąc nos, jakby chciała 
powiedzieć: "Mali chłopcy, którzy niszczą odzież szorując 
po podłodze na czworakach, są doprawdy okropni!" Błękitne 
oczy Cecylii odebrały wiadomość, zasygnalizowały: "W 
pełni się z tobą zgadzam" i dziewczynki równocześnie 
skinęły głowami, jak gdyby połączył je wspólny sekret. 
Igła madame śmignęła przez brunatną wełnę, ona zaś sama 
odezwała się: 

A teraz, moje panny, omówimy tematy odpowiednie do 

konwersacji. Nigdy nie rozmawiamy o pieniądzach, broni 
ani 
o wadach osoby nieobecnej w towarzystwie. O szlachetnie 
urodzonych panach mówimy, że są rycerscy, o damach - że 
są piękne i wdzięczne. O ludziach z gminu - zacni. W 
przyzwoitym towarzystwie, w którym są zarówno panowie, 
jak i damy, najlepiej rozmawiać o rzeczach zbożnych, 
dbając jednak, by nie doszło do różnicy zdań. 
Pamiętajcie, iż wodę święconą w kościele może wam podać 
tylko bliski krewny... 
Rozległ się furkot i piękny czarno-biały ptak wylądował 
na ławce obok kosza. Dziewczynki zamarły, wstrzymując 
oddech. Sroka przekrzywiła główkę, przypatrując się 
ludziom bystrymi czarnymi oczkami. 

...Panno Cecylio, gdy wychodzisz z domu, nie możesz 

background image

rozglądać się wokół tak śmiało. Pamiętaj, patrz na czubki 
butów. 
Dziewczę z dobrej rodziny winno mieć skromną minę i 
spuszczony wzrok. 
Ptak zajrzał do koszyka i znów przekrzywił łepek. Cudne 
nici. Lśniący guz. Ta duża osoba miała pięknie wyposażone 
gniazdo. Dwie mniejsze zamarły, patrzyły na siebie bez 
słowa. Ptak czuł, że wymieniają między sobą myśli. 
Zachęcające myśli. 

...Do rozrywek stosownych w towarzystwie zaliczają 

się 
szachy lub tryktrak, ale nigdy kości. I przenigdy nie 
wolno grać 
na pieniądze. Miłym zajęciem jest także wspólny śpiew lub 
słuchanie tradycyjnych opowieści o bohaterskich czynach 
lub o życiu świętych, ale nie współczesnych romansów o 
miłości dwornej oraz nieprzystojnych stosunkach między 
płciami. Jeśli zostanie poruszony taki temat, powinnyście 
grzecznie przeprosić 
i wyjść. Niewiasty nie spierają się z mężczyznami, lecz 
pokornie 
przyjmują ich doskonalszy osąd. Nigdy nie chwalcie się 
umiejętnością czytania. Kobieta piśmienna jest łatwym 
celem nieprzystojnych zalotów i nie może być wierną 
żoną... oh, Dieu! A to co? 
Nagłym wyrzutem dzioba skrzydlaty rozbójnik porwał 
srebrzysty guzik i odleciał na gruszę. 

Mój guz, mój piękny guz, ta wstrętna sroka go 

skradła! 
- Madame zerwała się z miejsca; szycie wraz z cenną igłą 
spadło w trawę. - Tam są grabie, łap go, łap, Cecylio! 
Dziw nad dziwy! Z delikatnych ust madame płynęła jędrna 
potoczna angielszczyzna, jakiej nigdy wcześniej z nich 
nie słyszano. Cecylia wytrzeszczyła oczy. Złośliwa radość 
na widok ntasiego czynu ustąpiła nagle miejsca 
zaskoczeniu. Czyżby madame była normalnym człowiekiem, 
który potrafi się smucić tak jak wszyscy? Dziewczynka 
ujrzała nagle snobistyczne gesty madame, jej widoczne 
ubóstwo i skromniutkie luksusy w zupełnie innym świetle. 
Madame stała pod gruszą i krzyczała na srokę: 

Oddaj to, paskudo! Na co ci mój guzik? 

Kiedy Cecylia przybiegła z grabiami, ptak uniósł się z 
gruszy i triumfalnie przeniósł się na stary wysoki wiąz, 
którego gałęzie zwieszały się nad ogrodowym murem. 

Tam ma gniazdo! Zaniosła go do gniazda! - zawołała 

background image

Alicja, wskazując sporą i bardzo nieporządną kolekcję 
patyków 
utkniętą w koronie wiązu. 
Ale Cecylia już podkasała sukienkę i wykorzystawszy 
ozdobną misę z wodą, zwinnie wspięła się na mur. Tam 
przystanęła tylko, żeby zrzucić ciżemki, które spadły 
jedna po drugiej na obsadzoną macierzanką ścieżkę. 

Co ty robisz, Cecylio! Zejdź! - Przerażona madame 

znów przeszła na francuski. - To nie wypada! Twoja pani 
matka 
będzie się gniewać! Ja już się gniewam! Zejdź! 
Cecylia była już w połowie korony wiązu. 

Zaraz go przyniosę! - odkrzyknęła po angielsku. - Bez 

obawy! Potrafię się wspinać! 
Cienkie gałęzie zatrzeszczały pod jej ciężarem. Sroka 
ukryła w gnieździe zrabowany skarb i sfrunęła niżej, 
gotowa go bronić. Dziewczynka uniosła rękę, żeby osłonić 
głowę, kurczowo ściskając pień nogami. 
- Cesiu, zejdź, proszę! - wołała madame. - Zostaw guzik, 
nie jest tego wart! Poprosimy ogrodnika, żeby sięgnął z 
drabiny. 
Nie wchodź wyżej! Gałąź się pod tobą złamie! 
W zaułku za murem zebrała się grupka przywabionych 
krzykami czeladników. 

Hej, ja ją znam! To Cecylia Kendall wisi na drzewie! 


wykrzyknął radośnie do rosnącego tłumu jeden z 
czeladników 
mistrza Wengrave'a, którego ten odziedziczył po 
nieodżałowanej pamięci panu Kendallu. 
- Zejdź, powiadam! Zejdź zaraz! - dobiegł zza muru 
wypowiedziany po francusku rozkaz. 
- Kiedy... nie dam rady - pisnęła żałośnie chuda 
płomiennowłosa figurka w koronie drzewa. Kołysząc się 
ryzykownie na cienkiej gałęzi pod sroczym gniazdem, 
Cecylia spojrzała na niesamowicie odległą ziemię. Hen 
tam, w dole, był mur, a za nim rosnący tłumek 
czeladników, którzy nawoływali: "Patrzcie, sroka! Jaka 
duża!", "Nie, to nie sroka, to kot!", "Kici, kici! Zejdź 
na dół!". Po drugiej stronie muru madame biegała wokół 
drzewa, gorączkowo wymachując rękami, a na ławce Alicja 
spokojnie przetrząsała porzucony koszyk w poszukiwaniu 
cukru. Ziemia robiła wrażenie bardzo twardej, a na 
dodatek przesuwała się i jakby chwiała. Im bardziej zaś 
się chwiała, tym bardziej kurczowo Cecylia przywierała do 

background image

drzewa. Wspinaczka była łatwa, dlaczego jednak nie 
pomyślała, że trudniej będzie zejść z powrotem? Jakoś w 
ogóle nie przyszło jej to do głowy. Teraz była w 
rozpaczy. Wyobraziła sobie, że zapada zmrok, a ona wciąż 
siedzi na drzewie. Może będzie musiała zostać tu na 
zawsze? Czy zdołają jej podać na drągu coś do jedzenia? 
Czy ludzie w ogóle schodzą z drzew? A może po pewnym 
czasie spadają, łamiąc wszystkie kości? Zobaczyła dwóch 
czeladników wynoszących wielką drabinę z piwnicy mistrza 
Wengrave'a. A tam, u wylotu Thames Street... tak, to 
matka z wielkim koszem na ramieniu, prowadząca za rączkę 
Peregryna. Za nimi kucharka objuczona zakupami z targu. 
- Maaaaamaaaa! - przeraźliwie wyraźny pisk dwuipółlatka 
poniósł się nad rozgwarem. - Cesia siedzi na dzewie! Ja 
tez chciem na dzewo! Podsadź mnie! 
- Cecylio, złaź w tej chwili - rozległ się stanowczy i 
rzeczowy głos matki. - Skoro zdołałaś wejść, to i 
zejdziesz. Stawiaj nogi w te same miejsca, gdzie 
poprzednio. 
- Nie mogę! - Cecylia jeszcze mocniej zacisnęła dłonie. 
Coraz więcej obcych ludzi otaczało matkę kołem. Nawet 
pani Wengrave wybiegła z domu, wycierając mokre ręce w 
fartuch. 
Małgorzata de Vilers odesłała do domu wyjącego synka i 
przejęła komendę nad chłopcami z drabiną. 
- Nie stawiajcie jej tu, tu jest krzywo. Lepiej będzie z 
tej 
strony, o tak, oPrzyJcie dobrze o gałąź. Potrzebni będą 
dwaj silni mężczyźni, żeby ją przytrzymać. Ale kto po nią 
wejdzie? Musi być sprawny, a zarazem na tyle lekki, żeby 
drabina utrzymała ciężar dwojga. - Rozejrzała się po 
tłumie, szukając kandydatów do tego zadania. Wyraz jej 
oczu, przywodzący na myśl polującego sokoła albo wodza 
wojennego na polu bitwy, nie dopuszczał nawet myśli, by 
ktokolwiek śmiał jej odmówić. Potężnie zbudowany 
powroźnik z sąsiedztwa już wystąpił naprzód i złapał za 
drabinę. 
Dwaj zakurzeni z podróży jeźdźcy przystanęli na skraju 
zbiegowiska, przywabieni nawoływaniami i widokiem 
chyboczącej się figurki w koronie drzewa. 
- Na Boga, patrz, Denis, tam jest dziewczynka! - zdumiał 
się starszy. 
- Głowę dam, że ta mała kocica upatrzyła sobie srocze 
gniazdo - orzekł młodszy. - A teraz nie potrafi zejść. 
- To mi kogoś przypomina... - mruknął starszy. 

background image

- O nie, ojcze! Ja zawsze potrafię zejść. Po prostu 
stawiam nogi tam, gdzie stawiałem je wchodząc. 
- Na dachu tamtej wieży też? 
- Wieża to co innego. Tak wyszło... 
Starszy mężczyzna przyjrzał się wydającej polecenia 
kobiecie. Energiczna. Pewnie matka. Bardzo dobrze ubrana 
jak na dzień powszedni. Obszyty wiewiórczym futrem 
surkot, pięknie wyszywany. Podwika... wygląda na jedwab. 
A wysuwający się z wycięcia sukni krzyż cudzoziemskiej 
roboty z całą pewnością był z litego złota. Ulica też 
wyglądała na porządną, stały tu wysokie, barwnie malowane 
domy bogatych kupców i właścicieli winnic. Szybki osąd 
pozycji, stanu i majętności napotykanych ludzi przydawał 
się w jego fachu i sędzia doszedł w nim do mistrzostwa. 
Oko kobiety wyłowiło ich z tłumu. 

Hej ty, młodzieńcze - zagadnęła. - Potrafisz się 

wspinać? 
Sterczący nad ciżbą jeźdźcy natychmiast przykuli jej 
wzrok. Dobre płaszcze. Miecze. Może rycerze? Powinni więc 
mieć wprawę we włażeniu na drabiny. Starszy jest za tęgi 
i w ogóle za stary - w brodzie widać siwe pasma. Młodszy, 
ten z czarnymi brwiami, Piętnaście, szesnaście lat, 
raczej żylasty, inteligentna twarz. Wbiła w niego 
stanowczy rozkazujący wzrok. 
- Mogę, ojcze? - Młodszy jeździec obejrzał się prosząco. 
- Jesteś, pani, matką? - Starszy przyjrzał się kobiecie, 
jakby coś w duchu kalkulując. 
- A i owszem. To dziwo na drzewie to moja córka Cecylia. 
Siedzi tam z sobie tylko znanych powodów. 
- Synu, nigdy nie odmawiaj pomocy damie znajdującej się w 
opałach - rzekł z namaszczeniem starszy mężczyzna. 
Uzyskawszy ojcowskie błogosławieństwo, chłopak zeskoczył 
z drobnego kosmatego wierzchowca, odpasał krótki kord i 
podał go ojcu wraz z czapką i płaszczem. Jeden z 
czeladników podbiegł, by przytrzymać konia. 
- Widzi mi się, że znasz to dziewczę? - zagadnął go 
dyskretnie urzędnik. 
- Kto jej nie zna? To Cecylia Kendall. Nie ma jeszcze 
dziesięciu lat, a nie uwierzyłbyś, panie, co już 
nabroiła! 
- W takim razie zwiędnie w staropanieństwie. Żaden 
mężczyzna jej nie zechce - zawyrokował sędzia. 
- Dzieweczki z takim posagiem nie więdną w 
staropanieństwie, panie. Tak mawia moja pani majstrowa, a 
ona wie wszystko. 

background image

Siwobrody mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Cecylia 
Kendall, powtórzył w duchu, jakby chciał zapamiętać to 
nazwisko. Czyżby jakaś krewna Rogera Kendalla, tego 
bogacza, który ufundował w katedrze Świętego Pawła 
kaplicę w intencji kupców zaginionych na morzu? Warto by 
to sprawdzić. Tymczasem nadarza się świetna okazja do 
zadzierzgnięcia znajomości... 
W tejże chwili jednak oczy wszystkich skupione były na 
długiej drabinie, która niestety nie sięgała aż do 
gniazda. Smukła, 
żylasta postać bez wysiłku śmignęła z drabiny na konar. 
"Te wyższe gałęzie są za cienkie, żeby utrzymać dwoje" - 
pomyślała ze zgrozą Małgorzata i już chciała krzyknąć: 
"Nie wchodź wyżej!", ale bała się rozproszyć skupionego 
młodzieńca. Wstrzymała oddech. Przystanął i oparł się o 
pień poniżej trzeszczącej grzędy Cecylii- "Co on robi? 
Rany boskie, a jeśli spadną oboje"? W tłumie było cicho 
jak makiem siał. Nawet wyrwany z rozmyślań ojciec chłopca 
pobladł, utkwiwszy wzrok w sylwetkach kołyszących się 
na gałęzi. 

Hej ty, dzieweczko, oprzyj stopę na moim ramieniu! 

Cecylia posłyszała głos dochodzący spośród liści, ale nie 
widziała jego źródła. 
- Na chrzcie dali mi Cecylia. 
- A mnie Denis. Wysuń lewą nogę trochę do tyłu i namacaj 
nią moje ramię. Nie spadniesz, jeśli będziesz mocno 
trzymać się rękami. 
Po chwili poczuł, jak koścista bosa stopka ostrożnie 
muska jego bark. 
- Oprzyj ją mocno. Dobrze, teraz druga. Świetnie. Teraz 
bardzo ostrożnie przesuwaj dłonie w dół, aż będziesz 
mogła usiąść mi na barana. - Głos młodego mężczyzny 
brzmiał spokojnie; widać dobrze wiedział, co należy 
zrobić. - Nie bój się. Jestem od ciebie znacznie większy 
i stoję pewnie. Jeśli się mnie złapiesz, nic ci nie 
grozi. Nie, nie za szyję, bo mnie udusisz. Teraz się nie 
ruszaj. Muszę zejść na niższy konar. 
- Nie jesteś na drabinie? - wyszeptała ze zgrozą, 
wpijając mu dłonie w ramiona i tuląc twarz do jego 
czarnych włosów. 
- Prawie - odpowiedział. - Nie wierć się. 
Czuł, jak bije jej serce. Jej strach zaczął mu się 
udzielać. Ostrożnie wysunął nogę, szukając oparcia. Z 
dołu niczym powiew wiatru doleciał go zbiorowy zduszony 
jęk. Jeszcze nigdy nie łaził po drzewach z kimś na 

background image

plecach. Zełgał. Wcale jej tak znacznie nie przewyższał 
posturą, a smarkula była ciężka. Trzymając się gałęzi, 
wymacał stopą następne rozwidlenie, przesunął 
nogę i dopiero potem rękę. "Ostrożnie, powtarzał sobie, 
ostrożnie, nie odchylaj się od drzewa. Pochyl się 
bardziej w przód. Następny krok. Nie spiesz się. Teraz 
następny krok". Wreszcie znalazł się na drabinie. "Bez 
brawury, upomniał się w duchu. Stąpaj ostrożnie. Od ziemi 
dzieli cię jeszcze kawał drogi". Gniotły go kościste nogi 
dziewczynki, zaczynał się dusić w jej kurczowym uścisku. 
Powoli, szczebel po szczeblu, sunął w dół. Kiedy jedną 
stopą dotknął ziemi, liczne ręce uwolniły go od 
brzemienia. Ludzie klepali go po plecach i wiwatowali. 
- To bohater! - wołano.  
W tłumie ktoś sarknął:  
- Powinno się tej pannie zdrowo wygarbować skórę! 
A obok niego przenikliwy głosik stwierdził: 
- Wcale nie jesteś tak dużo ode mnie większy. Skłamałeś. 
Popatrzył na stojącą obok potarganą bosą dziewuszkę i 
odparł: 

Oczywiście. W przeciwnym razie nie zgodziłabyś się 

zejść. A zresztą okazałem się dostatecznie duży, żeby 
ściągnąć 
cię na dół, prawda? 
Ale dziwaczna rudowłosa istotka wybuchnęła płaczem. 
- Cecylio - odezwała się surowo matka - wypada 
podziękować paniczowi Denisowi za ratunek. 
- Dzię... dziękuję - wyszlochała Cecylia. 
- Na co ci były srocze jajka? - spytał ciekawie chłopak. 
- N... nie jajka. Sroka porwała srebrny guzik starszej 
pani i uciekła z nim, a ona tak się zmartwiła... 
- Twojej pani matki? 
- Nnie, pani Agaty, która uczy mnie, jak być damą. 
Denis wybawca nie wytrzymał. Odrzucił głowę w tył i 
parsknął śmiechem. Śmiech okazał się zaraźliwy. 
Zarechotał tłum gapiów; śmiali się czeladnicy i podróżni, 
śmiała się pani Wengrave i nawet Małgorzata de Vilers, 
choć bardzo starała się opanować. 

Damą, cha, cha, cha! - chichotał ojciec chłopca. 

Piegowata twarzyczka Cecylii przybrała buraczkowy odcień. 
Tupnęła bosą stopą i wrzasnęła: 
- Już jestem prawie damą! A kiedyś będę wielką damą! 
Barrrdzo wielką! 
Wszyscy ryknęli jeszcze głośniej. Kwiczeli, ocierając z 
oczu łzy, Ale Denis wybawca, syn londyńskiego rajcy, 

background image

nagle przestał się śmiać. 
 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
 
Niedługo przed letnim przesileniem, w rocznicę niepewnej 
daty męczeństwa świętej Edburgi, ksiądz Roger poprowadził 
mieszkańców wioski w procesji do źródła nazwanego jej 
imieniem, aby raz na zawsze położyć kres mniemaniu, iż to 
Hreta czy jakiekolwiek inne pogańskie bóstwo daje mu 
wodę. Przed nim szedł chłopiec w białej komży, niosąc 
srebrny krzyż z ołtarza. Obok tylko nieco pijany kapelan 
sir Huberta wymachiwał kadzielnicą. Z tyłu łopotały 
pięknie wyszywane proporce świętego Jerzego i świętego 
Marka, a za nimi na drewnianej palecie zastawionej 
palącymi się świecami niesiono jaskrawo malowaną 
drewnianą figurę Maryi Orędowniczki Strapionych, która 
ponoć rokrocznie płakała w Wielki Piątek, co mógł ujrzeć 
każdy, byleby był bez grzechu. Za sześcioma chłopami 
niosącymi figurę jechali mieszkańcy dworu, ubrani jak na 
niedzielę. Co za głupota, myślał sir Hubert, który nie 
lubił zamieszania. Ale w tej sprawie, ponieważ dotyczyła 
ona wiary, przez niego samego mianowany ksiądz wziął nad 
nim górę. O różnicach poglądów w kwestiach religijnych 
prędko dowiadywała się inkwizycja. "Klecha ma fiu-bździu 
na punkcie tego źródła - pomyślał sir Hubert. Po co się z 
nim spierać, niech postawi kapliczkę, skoro mu tak 
zależy. Nikomu to nie zaszkodzi. Edburga czy wróżki, co 
za różnica? Bóg to co innego". Bóg, podobnie jak sir 
Hubert, tolerował wiele dla świętego spokoju. 
Za szlachetnie urodzonymi cieśle prowadzili wóz 
mieszczący wszystko, co było potrzebne do wzniesienia 
kapliczki świętej Edburdze. Pieczołowicie wyrzeźbiony i 
pomalowany domek mieszczący płaską i raczej szpetną 
podobiznę niewiasty w zakonnym habicie stał na wozie 
otoczony budulcem potrzebnym na fundament. Za wozem 
tłoczyli się na wąskiej dróżce wieśniacy z naręczami 
kwiatów. Kiedy czoło procesji weszło między drzewa, 
ksiądz zaintonował hymn Dominus regnavit. Kroczyli z 
powagą coraz głębiej w wonny, wysłany miękkim mchem letni 
las, aż wreszcie dotarli do budzącego trwogę drzewnego 
uroczyska. Tu pod kopułą listowia bulgotało źródełko, 
dając wodę i życie całym rozległym włościom. Tu stał 
olbrzymi kamień skąpany w pstrokatym świetle i pokryty 
łopoczącymi, widmowo białymi strzępami tkanin. Kapłan 

background image

wyjął kropidło i skropił wodą święconą najpierw sadzawkę, 
potem kamień, i wreszcie nasłonecznione miejsce na brzegu 
obok źródła, gdzie miała stanąć kapliczka. 
Wieśniacy i lordowie pospołu zdjęli czapki i skłonili 
nabożnie głowy, słuchając, jak dwóch księży intonuje 
łacińskie modlitwy. Te trwały dostatecznie długo, aby 
parobkowie wkopali fundament, a cieśla dopilnował 
ustawienia na nim drewnianej kapliczki. Huk młotków niósł 
się po lesie, ale ludzie, co dziwne, zachowywali ciszę. 
Ksiądz Roger powiódł wzrokiem po jeźdźcach mnących w 
dłoniach nakrycia głowy, damach w milczeniu siedzących w 
siodłach oraz wieśniakach przestępujących niepewnie z 
nogi na nogę. 
- Głoście chwałę świętej Edburgi! - zawołał. Anemiczny 
szmer wiernych zirytował go jeszcze bardziej. - Głośniej! 
Co się z wami dzieje? 
Stanął w miejscu, gdzie okrągły, usiany plamkami słońca 
stawek dawał początek rzeczce, która nawadniała majątek, 
wypełniała fosę, poiła ludzi i bydlęta. Wieśniacy 
spozierali gdzieś za Jego plecy. Cóż takiego przyciągało 
ich uwagę? Odwrócił się raptownie z kiełkującym w sercu 
podejrzeniem. Za sobą miał wielki 
kamień obwieszony festonami zetlałych szmatek. 

Ten kamień należy do świętej Edburgi! - huknął z mocą 

- Gardzi ona pogańskimi ofiarami! 
Obrócił się i sięgnął po najbliższy sznurek. Wieśniacy 
cofnęli się ze zgrozą; konie boczyły się i rzucały łbami. 
- Precz z tym! - zawołał ksiądz. - Przeklęte gusła, 
Precz! 
Cisnął zerwany sznur na środek stawu. Szmatki zawirowały 
i zniknęły jakby wciągnięte w głąb. Jednakże nad głową 
księdza łopotały bezczelnie dalsze, za wysoko, by mógł 
ich dosięgnąć z ziemi. Po stronie stawu zwisał koniec 
girlandy biegnącej od szczytu kamienia. Sir Roger bez 
wahania wspiął się na blok skalny. Czepiając się 
występów, dotarł na sam wierzchołek. Sznur wydawał się 
mocno do czegoś przywiązany - jakiegoś bolca lub 
gwoździa. Szarpnął mocno, chcąc go zerwać. Mimo iż 
spłowiały i zetlały, sznur nie puścił. Ksiądz pociągnął 
mocniej, zapierając się o skałę. Nagle, bez ostrzeżenia, 
bolec wyszedł wraz ze sznurem, kapłan stracił równowagę i 
odchylił się w tył. 
Z okrzykiem, wciąż ściskając w dłoni opleciony gałgankami 
powróz, runął z wysokości. Kobiety pisnęły cienko. 
Rozległ się głośny plusk, tłum zobaczył, jak ksiądz miota 

background image

się nieopodal brzegu, starając się znaleźć oparcie dla 
stóp na śliskich, obrośniętych mułem kamieniach. Mokre 
szmatki wiły się w wodzie jak żywe. Niewidzialny wir 
zdawał się wciągać go w głąb. 

Ludzie, bierzcie drągi, róbcie coś! - krzyknął lord 

Brokesford, lecz wieśniacy zbici w kupkę stali jak 
zaczarowani, 
wytrzeszczając oczy. Sir Hubert dźgnął ostrogą wielką 
gniadą 
klacz, z której musiał korzystać wobec braku ogierów, 
wjechał do 
stawu i nachylił się, chcąc schwycić księdza za ramię. W 
chwili 
gdy wisiał wychylony, z wyciągniętą ręką, spokojna zwykle 
klacz 
wierzgnęła i odskoczyła, zrzucając go do wody. Wypłynął 
kaszląc i prychając, z mokrymi włosami oblepiającymi 
twarz, i wtedy 
poczuł, że coś ciągnie go na środek stawu. Sięgając na 
oślep, kurczowo uczepił się strzemienia. Przerażona klacz 
wywindowała 
go na brzeg. Dopiero gdy ledwie żywy, zielony od glonów, 
leżał 
krztusząc się na trawie, ludzie podbiegli, by go 
podnieść. Otrząsając się z zielska i próbując wyżąć 
czapkę, spojrzał na sadzawkę. Unosiło się na niej już 
tylko parę szmatek połączonych zetlałym sznurkiem. Potem 
dało się słyszeć bulgnięcie i zniknęły pod wodą. Po 
księdzu nie było nawet śladu. 
Hubert de Vilers zawsze sprawdzał się najlepiej w 
sytuacjach kryzysowych. 

Biegnijcie po drągi i haki - rozkazał. - Weźcie kopie 

z zamku. Trzeba przeszukać staw. Wydobędziemy go, 
choćbyśmy 
mieli szukać do rana. 
Mężczyźni pobiegli, chyłkiem się oglądając. Kobiety i 
dzieci drżąc, przylgnęły do siebie w bezpiecznej 
odległości od brzegu. Przez całe popołudnie przeczesywano 
staw pod smutnym spojrzeniem malowanej Dziewicy Maryi, 
która stała opuszczona w lektyce przed kapliczką. W końcu 
ktoś przyniósł długą linę, żeby zbadać głębokość źródła. 
Obciążono ją kamieniem i zanurzono w wodzie, lecz sonda 
nie sięgnęła dna, a na domiar coś ciągnęło ją tak mocno, 
że w końcu trzeba ją było puścić. Zniknęła z dziwnym 
ssącym dźwiękiem. Wtedy to zgromadzeni pojęli, że nie 

background image

wydobędą już proboszcza. Zabrali wózek i konie, figurę i 
proporce i świątecznie odziani ruszyli żałobną procesją z 
powrotem do wioski w czerwieniejącym zmierzchu. 
Około północy, gdy na niebie skrzyły się gwiazdy, a 
cienki srebrny księżyc wspiął się wysoko, by oświetlać 
drogi, sir Hubert, który dotąd nie mógł zasnąć, wstał i 
zszedł ze swojej sypialnej komnaty do podobnej 
znajdującej się piętro niżej. Przestępując uśpionych 
giermków, psy i sługi, dotarł do wielkiego, wyścielonego 
siennikami łoża, w którym z błogim uśmiechem na twarzy 
spał Hugo, przekonany, iż tego wieczoru udało mu się 
nareszcie spłodzić dziedzica. Obok, obrócona do niego 
plecami, chrapała Petronilla. 
- Hugo, wstawaj! - szepnął stary lord, odsuwając 
wystrzyżoną przez mole wełnianą zasłonę. 
- Co się stało? - wymamrotał jego następca niezadowolony, 
że przerwano mu piękny sen. 
Mam coś do zrobienia. Wstań, pojedziesz ze mną. 
Hugo sięgnął po ubranie wiszące na drągu, na którym 
przycupnął również jego ulubiony sokół. Wciągnął koszulę 
i nogawice. Szukając ciżem, słyszał, jak ojciec ostrożnie 
schodzi do świetlicy, w której także spali domownicy i 
psy gończe, stamtąd zaś spiralnymi kamiennymi schodami do 
wielkiej sali. Tu zdjąj z półki dwie nie zapalone 
latarnie i klucząc na palcach, dotarł do zajmującego 
środek paleniska, gdzie rozdmuchał tlący się jeszcze żar. 
Nad jego głową, w ciemności pod dachem wędziły się połcie 
szynki. Nawet kury spały, umościwszy się w różnych 
wygodnych miejscach poza zasięgiem psów. 
Naciągając na grzbiet ciepły kubrak, zdumiony Hugo 
poczłapał za ojcem do stajen, gdzie zręcznie przekroczyli 
zagrzebanych w słomie pachołków i osiodłali dwa konie. 
Cicho, cichutko wyprowadzili je przez bramę dworu. 
- Dokąd jedziemy? 
- Gdybyś miał choć trochę rozumu, Hugonie, tobyś 
wiedział. 
Dwa maleńkie światełka kołyszących się latarń ruszyły 
przez pusty łęg w stronę lasów. Nie było tam nikogo, kto 
by posłyszał głuchy tętent kopyt. Ogniki przemieszczały 
się dość prędko pod cienkim sierpem księżyca, aż w końcu 
zniknęły między drzewami. Pod kopułą listowia jeźdźcy 
zwolnili, mając się na baczności. Nocą zwierz wychodził 
na łów i nie zawsze był to łagodny zwierz gotów 
zrezygnować z krwawej pastwy. W końcu dotarli do 
najciemniejszego matecznika, a następnie polany. O tej 

background image

porze woda w stawie była czarna jak smoła, lecz w nocnej 
ciszy bulgot słychać było z daleka. 

Potrzymaj mego konia - rzekł półgłosem sir Hubert. 

Zeskoczył z siodła i z czapką w jednej ręce, a migoczącą 
latarnią w drugiej, zszedł na brzeg stawu, usiany śladami 
nieudanej akcji ratunkowej - odciskami stóp i kopyt w 
błocie, świeżo 
wyciętymi i porzuconymi długimi gałęziami nie odartymi 
nawet 
z liści. Przez leśne sklepienie przedarł się biały 
promień księżycowego światła, odszukał sam środek 
bulgocącego wiru i położył się na nim białą plamą. 
- Słuchaj no ty tam, kimkolwiek jesteś - odezwał się 
stary 
lord. - Właśnie połknęłaś jedynego znanego mi księdza, 
który nie protestował przeciwko łowom w niedzielę. Wiesz, 
ile mam trosk na głowie? Straciłem rozpłodowca; jedyny 
ogier, jakiego zdołałem uratować z tej przeklętej 
Francji, to Urgan, a nawet on wygląda na chorego. Wszyscy 
są mi winni pieniądze, a nikt nie ma zamiaru płacić. 
Pszenica nie wzeszła, żyto jest zarażone śniecią, owoce 
karłowate i robaczywe. Na drugim końcu hrabstwa już pada 
bydło; jeśli mór dojdzie do nas, będę skończony. A jakby 
tego wszystkiego było mało, czarna śmierć ponownie 
nawiedziła Bristol, jak słyszę. Chyba rozumiesz, że kiedy 
my stąd odejdziemy, to ty też? Tylko nasz ród chroni cię 
przed kupcami. Ten bezczelny jurysta już ma na oku twoje 
dęby, a ja nie mam nawet złamanego szeląga, żeby opłacić 
koszty sądowe, nie mówiąc już o łapówkach. Wy, leśne 
duchy, nie wiecie nic o prawnikach, a to oni będą 
przyczyną waszej zguby. Wytną dęby i cisy, choćby tylko 
po to, żeby móc przypiąć sobie pawie pióra do czapek. 
Postąpiłaś niegodnie, zabierając mi księdza, ale skoro to 
już się nie odstanie, należy mi się coś w zamian. 
Pomyślność, dobre zbiory i dobre konie, które będę mógł 
sprzedać za brzęczącą monetę i wynająć sobie własnego 
jurystę. Słyszysz, połykaczko księży? Wyciągnij mnie z 
kłopotów, a przysięgam, że moi spadkobiercy aż do 
ostatniego z rodu będą strzec twoich drzew. Ja cię 
potrzebuję, ale pozwól sobie powiedzieć, że w 
dzisiejszych podłych czasach ty także potrzebujesz mnie. 
Bądźmy szczerzy: inni będą dbać o ciebie tyle, co o 
szczurzą bździnę. 
- Ojcze, nie możesz zawrzeć umowy z... tym czymś. - Hugo 
zsiadł z konia i prowadząc za sobą oba wierzchowce, 

background image

podszedł bliżej, żeby się przysłuchać, o czym mowa. 
- Słyszałeś mnie, Hugonie. Kiedy ja przeminę, ty masz 
obowiązek uchronić te drzewa. 
Hugo zastanowił się. Drzewa są... no, jak to drzewa, 
stoją Tylkobezczynnie, a gotówka zawsze się przydaje.  
- Złóż ślubowanie, synu. Przysięgnij na Boga. 
Hugo miał spłoszoną minę. Dopiero co musiał odbyć bardzo 
długą i bardzo nieprzyjemną pielgrzymkę tylko po to, żeby 
się uwolnić od skutków niebacznie złożonej przysięgi. 

Ty niewdzięczny robaku!! - Głos ojca poniósł się po 

ciemnym lesie, budząc uśpione w gniazdach ptaki. - Jeśli 
w tej 
chwili nie złożysz przysięgi, wydziedziczę cię!!! 
Dziedzic Brokesfordu poczuł, jak dłoń seniora rodu 
popycha go na kolana. Wyrecytował przysięgę. 
- I twoi spadkobiercy! - upomniał go sir Hubert. 
- I moi spadkobiercy, dopóki istnieć będzie ród - dodał 
znękany Hugo. 
- Dobrze - rzekł łaskawie ojciec. - To jest uczciwe 
postawienie sprawy. To coś w wodzie i ja doszliśmy do 
porozumienia. Z moich francuskich doświadczeń wynika, że 
zwykle można zawrzeć rozejm, o ile tylko masz coś do 
zaoferowania. 
- Ale, ojcze, ty zaoferowałeś mnie! 
- Ostatecznie jesteś moim pierworodnym i dziedzicem 
majątku. Chyba nawet staw potrafi to docenić, na miłość 
boską. Poza tym, Hugonie, czas najwyższy, żebyś się 
nauczył dotrzymywać obietnic. To dobre dla duszy. Wietrzy 
ją i wzmacnia pamięć, która jest ci niezbędna, jeśli 
chcesz zrealizować swoje życiowe plany. 
 
Powiem jedno: jeśli znudzi cię miłe spokojne życie, 
zabierz się do bielenia ścian. Czeka cię wówczas mnóstwo 
dodatkowych atrakcji, jakie Pan Bóg wymyślił tego samego 
dnia, w którym stworzył świerzb. Bałagan zawsze lubi się 
mnożyć gwałtowniej niż pchły na psie i wkrótce gotów 
jesteś kląć się na wszystko, że to ostatnie bielenie w 
twoim życiu - niechże nieszczęścia trafiają się kolejno 
zamiast wszystkie naraz! 
Mój pan mąż, obaczywszy służących wymiatających stare 
sitowie z sieni, rzekł: 
- Będą bielić? Tak szybko? 
- Sam kazałeś wczoraj pościągać opony, jelenie rogi i 
całą tę starą broń. 
 -Ale nie sądziłem, że to będzie dzisiaj. Właśnie sobie 

background image

przypomniałem, że muszę udać się do iluminatora, który 
zdobi księgę dla księcia; sprawdzić, jak mu idzie. - 
Zatknął ręce za pas i zniknął za drzwiami. 
Niedługo później na podwórzu pojawił się mistrz Adam z 
dwoma krzepkimi pomocnikami i wózkiem pełnym wapna. 
Równocześnie przywieziono świeże sitowie i wszyscy 
sąsiedzi mogli wysłuchać awantury o to, kto ma pierwszy 
wejść do domu. 
- Sala jest goła! - oznajmił Peregryn, przydreptawszy w 
ślad za nianią Sarą i Lwem, który na ogół spędza 
większość czasu uśpiony pod łóżkiem. Pies obwąchał nagą 
kamienną posadzkę, szukając kości, którą ukrył w sitowiu, 
a potem zmierzył mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem. 
- Mamusiu - mój synek błagalnie pociągnął mnie za rękaw. 
- Tam się kłócą. Chciem patrzeć. 
- Wykluczone - ucięłam, omijając parawan zasłaniający 
przejście do kuchni. Pod tylnymi drzwiami stało pół 
tuzina osłów tak objuczonych wiązkami sitowia, że widać 
im było tylko nogi. Nieco dalej ujrzałam kilku 
rzemieślników obrzucających się nawzajem wyzwiskami i już 
skorych do użycia pięści. 
- Głupcze, przyszedłeś o dzień za wcześnie! Nie możesz 
rozkładać sitowia, dopóki nie pobielę ścian. 
- Cały Londyn zna twoje spóźnialstwo, mistrzu Adamie! To 
ty za późno wziąłeś się do roboty, a teraz przez ciebie 
stoję tutaj z towarem, zamiast już wozić następny! 
Odwagi, Małgorzato - pomyślałam. Układałaś się z diabłem 
wcielonym, na pewno uda ci się uśmierzyć także tę 
kłótnię. Gdy jednak wkroczyłam pomiędzy nich, spotkał 
mnie los wszystkich mediatorów: dawni przeciwnicy 
sprzymierzyli się przeciwko mnie i to na mnie zrzucili 
całą winę. Uznali, że - jak to niewiasta - podałam im 
błędne daty. Kosztowało mnie bardzo wiele trudu, by 
przekonać dostawcę sitowia, żeby zładował wiązki na 
środku komnaty, gdzie nie będą przeszkadzać malarzom, 
malarzy zaś - żeby wpuścili go najpierw, skoro i tak 
zaraz sobie pójdzie. 

Kiepskie te ściany - oznajmił z drabiny mistrz Adam. 

- Kto tu gipsował? Wszystko odłazi aż do gołego kamienia 
Wzięłaś sobie, pani, partacza! 
- To było robione, zanim tu zamieszkałam - odparłam 
stając przy drewnianej boazerii obiegającej komnatę i 
zadzierając głowę w stronę sufitu. 
- A to i wszystko jasne. Za bardzoście to zapuścili. Oj, 
będzie tu huk roboty, więcej niż tylko bielenie. 

background image

Stanęłam na palcach i poskrobałam pokrytą gipsem kamienną 
ścianę tak wysoko, jak zdołałam sięgnąć. Oczywiście duży 
biały płat wilgotnego tynku spadł na podłogę. 

Wilgoć! - wrzasnął z drabiny mistrz Adam. - Pewnie 

dach przecieka. Będziecie musieli posłać po dekarza, 
inaczej 
nowy tynk też diabli wezmą. Nie ma mowy o bieleniu, zanim 
nie 
poprawię ściany. 
Czekał nas zatem nie dzień, ale całe tygodnie bałaganu, 
nie mówiąc już o kosztach. 
Z góry zeszła madame z dziewczynkami. Ponaglone jej 
gestem, obie złożyły przede mną głęboki ukłon i powitały 
we mnie "czcigodną panią matkę". Maniery. Cały kłopot 
polega na tym, że gdy inni je mają, ty też musisz się 
bardziej starać. Udzieliłam im matczynego 
błogosławieństwa i zagadnęłam madame o ich postępy. 
Obrzuciła bystrym spojrzeniem panujący wokół chaos i 
podeszła do mnie z dużym koszem w objęciach, zgrabnie 
przestępując leżące na podłodze wiązki sitowia. 

Dziś będziemy się uczyć w ogrodzie - powiedziała. 

Nauczymy się ściegu atłasowego i powtórzymy, jak 

należy się 
zachowywać przy stole. A czego już dziś się nauczyłyśmy, 
panno 
Alicjo? 
- Że osoba dobrze wychowana nie wyciera rąk w obrus ani 
nie wydmuchuje nosa w tę samą dłoń, którą bierze mięso. 
- Wspaniale - powiedziałam. - Madame Agato, w ciągu paru 
tygodni zdziałałaś, pani, cuda! 
Madame z wdziękiem skłoniła głowę. 
- Teraz wy, dzieweczki, podziękujcie dwornie pani matce 
Za zainteresowanie waszymi postępami. 
Moje córki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym 
obie skłoniły głowy pod dokładnie tym samym kątem. 
- Dziękujemy, nasza dobra pani matko - wyrecytowały 
chórem z sarkastyczną uprzejmością. 
Madame wykonała półobrót z wyprostowanymi plecami i 
popłynęła do wyjścia. Ta kobieta nie stawia normalnych 
kroków: sunie naprzód jak na dobrze naoliwionych kółkach. 
Dziewczynki popłynęły za nią wyprostowane jak struny, z 
uniesionymi głowami, bezbłędnie ją naśladując. Dopiero 
gdy zniknęła za parawanem, obejrzały się, żeby sprawdzić, 
jakie zrobiły wrażenie. W oczach skrzyły im się 
diabelskie ogniki. 

background image

Rzadko się widzi tak dobrze ułożone panny - doleciał 

z góry głos jednego z malarzy. - Młodziutkie, a już 
prawdziwe 
damy. 
Gdybyście tylko wiedzieli! - pomyślałam. Dzięki Bogu i 
Burgundczykom, że stać nas na to wszystko. Przez otwarte 
okno z ulicy wpadło jaskrawe światło słoneczne, tańcząc z 
unoszącymi się w powietrzu drobinami kurzu, a w ślad za 
nim dźwięk dzwonów od Świętego Pawła. Jeszcze trochę i 
siądziemy do stołu. 

Lady Małgorzato, gdzie podać jadło? 

Zaaferowana nie zauważyłam Perkyna, który cicho stanął 
obok mnie. Z kuchni już dobiegał łomot stołów 
rozstawianych dla służby. 
- Dla rodziny? W świetlicy. 
- Strasznie się kurzy - zauważył staruszek. - Bielić trza 
wczesną wiosną, wtedy nie ma kurzu. 
Wiosną nie mieliśmy złamanego grosza, nie mówiąc już o 
sumie, jaką niechybnie pochłonie remont - pomyślałam 
kwaśno. Mając jednak na względzie długą służbę Perkyna, 
ugryzłam się wjęzyk. 

Oj, potrwa to, potrwa - zamruczał, wędrując wśród 

wiąZek sitowia i przyglądając się mularzom na drabinach. 
- A dla 
teJ tam... madame nakryć w kuchni czy na górze? 
- Z nami w świetlicy. Boże miłosierny!!! - wykrzyknęłam, 
bo drzwi otwarły się nagle z głośnym hukiem. Następnie 
rozległ się brzęk, chrzęst i metaliczny klang, i stanęła 
w nich uzbrojona po zęby postać w długich butach z 
ostrogami, z rozwianym siwym włosem i takąż zmierzwioną 
brodą oraz krzaczastymi brwiami przypominającymi kępy 
chwastów, cała zakurzona po podróży. 
- Gdzie rządca? Powiedz memu synowi, żem przybył!! 
Chłopcze, odprowadź konie do stajni. Co to za 
nieporządek? Małgorzato, to na pewno twoja sprawka! 
Robotnicy zamarli wlepiając wzrok w wojowniczą postać na 
progu. Poczułam, że ogarnia mnie rozpacz. Jakby 
wszystkiego było mało, jeszcze to: kolejna nie 
zapowiedziana wizyta mego teścia. 
- Małgorzato, mów zaraz, gdzie mój syn! - wrzasnął, jak 
gdybym to ja go schowała. Gilbert twierdzi, że jego 
rodzic wrzeszczy dlatego, że ogłuchł, zebrawszy zbyt 
wiele ciosów w hełm. Ja uważam, że robi to, by siać wokół 
terror i przepłaszać ludzi ze swej bezpośredniej 
bliskości. 

background image

- Mój pan mąż wyszedł do iluminatora - odparłam, patrząc 
mu spokojnie prosto w oczy. Znów przywlókł ze sobą pół 
tuzina swoich ulubionych psów, wielkich moręgowatych 
gończych o ciężkich łbach i uślinionych pyskach. Wpadły 
tuż za nim i jęły węszyć po kątach. Mularze pozostali 
przezornie na drabinach. 
- Do... gdzie??? I na cóż mu to fiu-bździu? Ma 
dwadzieścia osiem lat, na Boga, to wiek średni, chyba 
pora, by wreszcie stał się mężczyzną?! Był trzy razy we 
Francji, nie licząc tego, gdy zdrajca uciekł z domu, by 
marnować życie, ucząc się na jakiegoś przeklętego klerka, 
i ani razu nie został ranny w pierś! Wstyd!!! A co było 
ostatnio? Trafił go piorun! Na pewno już wydobrzał! 
Powinien być we Francji z księciem, a nie zabawiać się z 
iluminatorami, trefnisiami i tym podobnym robactwem!!! 
Hugo, brat Gilberta, stał oparty o futrynę, przysłuchując 
się 
tym złorzeczeniom z niekłamaną uciechą. W jego stroju 
zaszły daleko idące zmiany. Czubki spiczastych ciżem 
znacznie się  
wydłużyły, wycinana zaś modnie w zęby szata - skróciła, 
ukazując pośladki. Miał na sobie pokraczną czapkę z 
farbowanego bobrowego futra, z malutkim rondkiem i 
olbrzymim pękiem pawich piór przypiętych złotą broszą, a 
także różnobarwne nogawice, jedną czerwoną, a drugą 
niebieską. Znałam zdanie starego lorda na temat takich 
nogawic. Mawiał, że nadają się w sam raz dla trefnisiów, 
żonglerów i tym podobnego robactwa. 
- Książę napisał rozprawę teologiczną. Gilbert 
przygotowuje ozdobny rękopis na jego powrót - oznajmiłam 
z mściwą satysfakcją. Może nie powinnam była, ale miałam 
ciężki dzień i chciałam się na kimś odkuć. 
- Teo... co? - Stary lord omal się nie zadławił. - On też 
pisze księgi o Bogu? Powiadam ci, to przez Gilberta. Na 
wszystkich ma zły wpływ. 
- Wyznania czy modlitwy? - zainteresował się nagle Hugo, 
nieomylnie zwęszywszy nową modę. 
- Wyznania. Tudzież lamentację nad mnogością grzechów 
uszeregowanych podług części ciała. 
- Ha! Na milę czuć Gilbertem! Słowo daję, ten chłopak 
jest niebezpieczny! - Sir Hubert ze zgrozą potrząsnął 
głową. 
- Ojcze, teologia jest ostatnio bardzo modna w 
najwyższych sferach. Sam zamierzam spisać pobożne 
wyznania, tylko najpierw każę uwiecznić me poezje. 

background image

Można było przewidzieć, że Hugo znajdzie 
najskuteczniejszy sposób, by dopiec ojcu. Za wiele czasu 
spędzają razem. Biedny Hugo, trzydziestka na karku i 
wciąż w całkowitej zależności od rodziciela. Taki to los 
najstarszego syna, dopóki nie odziedziczy majątku. 
- Ty!! Wyznania głupka w pstrych rajtuzach! Przecież nie 
umiesz czytać ani pisać, durniu! - Deklaracja Hugona 
skutecznie wyrwała sir Huberta z zadumy nad marnością 
tego świata. 
- Podobnie jak ty i książę. Dlatego pisze za niego 
Gilbert. - Hugo zadarł nosa. Czułam, że jego rodzic 
nadyma się do następnego ataku furii. 
Od wejścia dobiegł głos Alicji. 

To pan de Vilers, ojciec naszego ojczyma. - 

Dziewczynka wprowadzała madame w rodzinne parantele. - 
Lepiej się go 
strzeż, pani! 
Widok obcych koni wprowadzanych do stajni ściągnął 
zaciekawioną trójkę z ogrodu. Cecylia natychmiast 
skorzystała z okazji, by dać upust swemu upodobaniu do 
makabry. 
- Odrąbał głowę naszemu przyrodniemu bratu. O, tutaj. 
Głowa turlała się po posadzce i tryskała z niej krew! 
- Krew nie tryska z głów, tylko z szyi - poprawiła ją 
najspokojniej madame swoją nieskazitelną francuszczyzną. 
- Powtórz to, proszę, po francusku i z większą ogładą. 
Damy nie rozprawiają o rycerskich czynach, używając 
rzeźnickiego języka. 
- Co lub kto to jest?! - wykrzyknął sir Hubert na widok 
nieznajomej niewiasty w czerni. 
- To madame de Hauvill. Pozwól, że cię jej przedstawię. 
- Mnie? Chcesz mnie przedstawiać słudze? - Zmierzył 
starszą damę pogardliwym spojrzeniem. 
Madame, blada i wyprostowana, podeszła do niego i 
spojrzała mu prosto w oczy. Dziewczęta wstrzymały oddech. 
Oto w ich obecności rozpoczynał się pojedynek na śmierć i 
życie. Kto zwycięży? Okropna madame czy przybrany dziad, 
jeszcze od niej gorszy? Nawet Hugo wydawał się 
zaciekawiony. 
Madame dumnie uniosła głowę, źrenice jej się zwęziły. 
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w starego lorda 
niezmrużonym spojrzeniem. Ten, zaskoczony, mrugnął 
kilkakrotnie, po czym wpadł w gniew. 

Za kogo się uważasz, niewiasto? - ryknął groźnie. 

Wielu ludzi na ten widok wpadłoby w popłoch. Pięścią 

background image

w zbrojnej rękawicy sir Hubert potrafił powalić silnego 
mężczyznę, co częstokroć czynił w swoich włościach. 
Drobnokoścista i blada madame wyglądała tak, jakby lada 
muśnięcie mogło ją skruszyć na proch. 

Jestem lady Agata, wdowa po sir Rajmundzie de 

Hauvill, spokrewniona z sir Gilbertem de Vilers przez 
jego kuzynkę 
Izabelę Payton - odparła. 
- A w jakim stopniu to rzekome pokrewieństwo? - prychnął 
butnie lord Brokesford. 
 -W stopniu, który nie uprawnia cię, panie, do tak 
grubiańskiego zachowania. - Ze słów madame wionęło 
mrozem. 
Dziewczynki zafascynowane przysłuchiwały się pojedynkowi 
na stryjów i pociotków w różnych pokoleniach. Madame 
mówiła dobitnie, ale cicho. W osłupieniu stwierdziliśmy, 
że sir Hubert spuścił z tonu. Przestał krzyczeć; zniżył 
głos do ochrypłego szeptu o natężeniu zbliżonym do tego, 
w jakim wypowiadała krągłe dźwięczne zdania jego 
przeciwniczka. Mularze już nawet nie udawali, że pracują. 
Zastygli na drabinach słuchali jak zaczarowani. Hałasy w 
kuchni ucichły; zza parawanu wyzierały zaciekawione 
twarze. Służba nosząca nakrycia do świetlicy stłoczyła 
się na schodach, skąd miała dobry widok na rozgrywającą 
się poniżej scenę. Kto podda się pierwszy? 

No cóż, teraz już nie trzeba nas przedstawiać. Wiem, 

kim 
jesteś, madame, to wystarczy. - Sir Hubert odwrócił się i 
klasnął w ręce. - Jadła! Nie tłukłem się taki kawał 
drogi, żeby teraz 
przymierać głodem!!! 
Służba pospiesznie rozbiegła się do przerwanych zajęć. Z 
kuchni ponownie doszły nas brzęki i zapachy. Dziewczynki 
wpatrywały się w starego lorda z otwartymi ustami. Po raz 
pierwszy się zdarzyło, by ustąpił komuś pola. Chcąc sobie 
powetować publiczną utratę twarzy, burknął do mnie: 
- Ciekawe, gdzie zamierzasz nas posadzić, skoro 
zniszczyłaś tę komnatę? 
- W świetlicy na piętrze, mój panie teściu. 
- A ta kobieta...? 
- Madame zawsze jada z nami. 
- Cóż cię opętało, żeby sprowadzić do domu to dziwo? 
- Drogi panie teściu, madame Agata kształci moje córki, 
by nie przynosiły ujmy domowi rycerza. Tak postanowił 
Gilbert. 

background image

- Gilbert! Czułem, że to jego pomysł! A! Jesteś, 
Gilbercie, 
właśnie o tobie mówimy. Co ty sobie wyobrażasz? Marnujesz 
czas wśród gryzipiórków, zamiast być tu, gdzie cię 
potrzeba? Co 
to w ogóle za dom, którego pan jest zbyt zajęty, by 
powitać jak należy własnego rodzica!!! Wiedziałem, że 
prędzej sprowadzi cię tu głód niż obowiązek! 
Przez otwarte drzwi doleciał głos dzwonu od Świętego 
Pawła. Bił na jedenastą. Minęła zaledwie godzina. Taka 
godzina nieraz decyduje o ludzkich losach. 
 
 
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
 
Późno w nocy posłyszałam głosy dochodzące z komnaty 
znajdującej się pod naszą. Pomacałam pościel, ale 
Gilberta w niej nie było. Odsunęłam zasłonę łoża, 
szukając na podłodze domowych ciżemek. Drzwi komnaty były 
uchylone, wpadał przez nie z dołu mdły poblask. Malkyn 
chrapała na swoim sienniku, ale stary Lew, który w 
maleńkiej piersi mieści prawdziwie lwie serce, obudził 
się ze zduszonym warknięciem i przydreptał do mnie, kiedy 
ściągałam z drążka obok łóżka obszerną robe de chambre. 
Cicho podkradłam się do drzwi, błogosławiąc fakt, że 
podłoga naszej sypialni wyłożona jest chodnikiem, a nie 
szeleszczącym głośno sitowiem. Idąc w stronę schodów 
natknęłam się na swoje córki. Siedziały golutkie na kocu 
ze swojego łóżka. 

Pst, mamo - szepnęła Cecylia. - Słuchaj. Właśnie się 

rozkręcają. 
Przysiadłam obok nich na stopniu. Lew ułożył się obok 
mnie i świsnąwszy przez nos zasnął z powrotem. 
- Nie, ojcze, już dość wyciągnąłeś z Whithill. Mam syna i 
chcę mu coś zostawić. 
- A dzięki komu zyskałeś ten majątek? Kto usunął 
konkurentów? Kto przekupił sędziów? Kto wywęszył, że ta 
niewiasta Jest sporo warta i podał ci ją na tacy, zanim 
inni zdążyli zagarnąć 
fortunę starego kutwy? Jesteś mi coś winien! 
- To co byłem ci winien, spłaciłem już, ojcze, tuzin 
razy. 
Wyżyłowałeś z nas wszystkie dochody. Nie mam już gotówki, 
a za wszystko, co Małgorzata zrobiła dla mnie i dla 
ciebie, należy jej się przynajmniej dach nad głową. Dach, 

background image

zauważ, który zapewnił jej stary Kendall. 
- Chodzi tylko o zastaw, bracie - wtrącił Hugo. - Nje 
pierwsza to pożyczka, a popatrz na mnie, wcale się nią 
nie martwię. 
- Bo nie zamierzasz jej spłacić. Co się stanie z 
Małgorzatą i dziećmi, gdybym, Boże uchowaj, zakończył 
życie? 
- Ja się nimi zajmę. To mój obowiązek jako głowy rodziny. 
- I właśnie tego się obawiam. 
- Posłuchaj, bracie, skoro nie chcesz zastawić domu ani 
ziemi, to mógłbyś chociaż uszczknąć trochę z ich wyprawy. 
Żadna z tych dzierlatek nie zasługuje na tak sute wiano. 
Dziewczęta zadygotały, jakby owionął je zimny przeciąg, 
przylgnęły do siebie i owinęły się mocniej kocem. 
- Hugonie, dałem słowo honoru, że zastąpię im ojca. Bądź 
więc łaskaw uszanować moje słowo, skoro własne masz za 
nic. Po co ci była całoroczna pielgrzymka? Skamlałeś na 
każdym kroku, no chyba że zabawiałeś wszeteczne dziewki 
opowieściami o religijnych uniesieniach przeżywanych w 
karczmach i zamtuzach Awinionu. Odwiedziłeś chociaż jedną 
relikwię? 
- To, że kardynał udzielił mi odpustu za pieniądze, nie 
oznacza jeszcze, że jestem mniej pobożny od tych 
plebejuszy, którzy jęcząc wniebogłosy, pełzną rzędem na 
kolanach przed nagimi kośćmi jakiegoś świętego. Jesteś 
hipokrytą, który poucza innych, co jest dobre, a żałuje 
garści srebra, by pomóc własnej rodzinie, ot co! 
- Powiedz to mistrzowi Wengrave'owi, który jest ich ojcem 
chrzestnym. Zwrócisz przeciwko nam całe londyńskie 
mieszczaństwo. Wengrave gotów się odwołać do króla, jeśli 
spróbujecie uszczuplić ich wiano. 
- To zawrzyj z kimś umowę małżeńską. Masz do tego prawo, 
a zresztą już najwyższy czas. Niejeden zapłaci ci ładny 
grosz za którąkolwiek z tych majętnych dzierlatek. 
- Mamo!-Doleciał mnie przerażony szept. 
- Pst! - odszepnęłam. - Nigdy nie pozwolę, żeby wydano 
was za mąż wbrew woli. Słuchajcie. Im więcej będziemy 
wiedzieć, tym lepiej będziemy mogły się bronić. 
- Obiecałem Małgorzacie, że nigdy nie wydam ich za mąż 
wbrew ich woli - posłyszałam kipiący tłumionym gniewem 
głos Gilberta. 
- Ich wola, też coś! Dwie smarkate dzikuski! Dlaczegóż 
by ich wola miała się liczyć wyżej niż drzewa twego 
rodzonego 
ojca? 

background image

- Chcesz powiedzieć: twoje drzewa, bracie, bo ty je w 
końcu odziedziczysz. Powtarzam: owszem, ich wola się 
liczy, bo tak mówi Małgorzata, a ja zawsze dotrzymuję 
słowa. 
- Gadasz bzdury, Gilbercie. W końcu pewnie i tak 
odziedziczy je Peregryn. Żona twojego brata jest jałowa 
jak uschły pniak. To twój syn zostanie panem Brokesfordu. 
- Panem ruiny z cieknącym dachem i bez jednego porządnego 
komina, cuchnącej fosy, w której lęgną się roje komarów 
wielkości drozdów, koni, których obrok kosztuje więcej, 
niż są warte, sadu opanowanego przez robactwo i bandy 
rozpróżniaczonych wieśniaków, którzy nie są w stanie 
zebrać z pól tyle, żeby starczyło im do przednówka! 
- To są przejściowe kłopoty, Gilbercie. Las zaś... 
Drzewa, łąki, jelenie żerujące o świcie, śpiew skowronków 
w gaju, szmer strumienia, szeleszczące sitowie i 
najlepsze źródło czystej wody w promieniu wielu mil. 
- Drzewa wkrótce przejdą na własność jurysty, źródło zaś 
wieśniacy mają za studnię życzeń i wrzucają do niej co 
popadnie. To bezużyteczne i ponure miejsce, ojcze. Pogódź 
się z tym, że je utracisz. 
- Mam się poddać? O, nie! De Vilers nigdy nie godzi się z 
Porażką. Nie oddam wrogowi ani piędzi ziemi, powiadam! 
Ani Piędzi! 
- Gilbercie, nie denerwuj ojca. Sprawa jest prosta. 
Lombardczycy nie przyjmą dąbrowy w zastaw, bo jurysta 
podważył tytuł własności. Złożył przeciwko nam pozew, 
który będzie rozpatrywany na najbliższej sesji sądu, my 
zaś złożyliśmy pozew przeciw niemu. Ten, kto wygra, 
będzie miał dąbrowę. Potrzebne nam złoto na przepłacenie 
sędziego. Musimy mieć pewność, że mimo starań jurysty 
dąbrowa zostanie przy nas. Wszystko, co miało jakąkolwiek 
wartość, zastawiliśmy przed wyprawą do Francji. Jeśli 
więc ty zastawisz dom, będziemy mogli przekupić sędziego. 
Przysądzi nam ziemię i sprawa załatwiona. 
- Tylko że zostanie dług, którego nie zdołacie spłacić, w 
związku z czym spadnie on na mnie, a ja też nie mam tylu 
pieniędzy. Nie. Nie muszę tego robić, przysiągłem, że nie 
zrobię i nie zrobię. Nic z tego. 
- Czy ten samolubny potwór to naprawdę mój syn? Ten sam, 
którego wykupiłem od Francuzów? 
- Jakież to dziwne! O ile sobie przypominam, to 
Małgorzata mnie wykupiła! 
- Ale ja też byłem na to gotowy. Musisz przyznać, że 
miałem świetny plan. 

background image

- Teraz będzie ci potrzebny znacznie lepszy plan. W 
każdym razie lepszy niż zastawianie spornej ziemi, żeby 
dostać pożyczkę i przekupić sędziego. A co, jeśli sędzia 
okaże się uczciwy? 
- Uczciwy? Żartujesz chyba? Widziałeś kiedy uczciwego 
sędziego? Poza tym jurysta dał mu już dwadzieścia złotych 
florenów, żeby rozstrzygnął sprawę na jego korzyść. Muszę 
dać więcej, inaczej przegram z kretesem. 
Posłyszałyśmy gwizdnięcie. 
- Fiu, fiu! Dwadzieścia florenów to spora sumka! Czy ten 
las w ogóle jest tyle wart? 
- Więcej. Drewno budulcowe jest teraz w cenie. A do tego 
dochodzą cisy. Wytną wszystkie, ile ich tam jest. 
- One też? - posłyszałyśmy głos Gilberta. - Są piękne, 
choć ponure. Zawsze bardzo je lubiłem, tworzą taki mile 
melancholijny nastrój. - Nastała dość długa chwila ciszy. 
- Nie. wycięcie tych cisów to już przesada. Zdajecie 
sobie sprawę, że ktoś je tam zasadził, inaczej nie 
rosłyby w tak równych rzędach? Jeszcze przed Zdobywcą, 
zanim przyszło chrześcijaństwo, 
a może nawet jeszcze przed Rzymianami. Ten prawnik to 
świnia. 
- To co, zastawisz dom? 
- Mamo! - pisnęły dziewczynki. 
- Albo chociaż sprzedaj komuś te smarkule. - Wysoki 
nosowy głos Hugona nigdy chyba bardziej mnie nie drażnił. 
- Cicho - szepnęłam prędko. - Słuchajcie, co powie 
ojczym. 
- Nie, nie zrobię tego. Ale coś wymyślę. Potrzebny wam 
plan, mistrzowski plan. 
- Ty? Urodziłeś się nieudacznikiem! Nie zaufałbym twoim 
wymysłom, choćbym miał nóż na gardle. Głowę masz pełną 
ksiąg, za to rozumu w niej ani krzty. Przeklinam dzień, w 
którym zezwoliłem ci na studia za granicą. 
- Nie zezwoliłeś mi na nie, ojcze. Zapewne pamiętasz, że 
uciekłem z domu. 
- Nieudacznik i niewdzięcznik. Chcesz ocalić mój las, 
recytując sędziemu wiersze? 
- Jutro o tym pomówimy. Prześpij się, a sam dojdziesz do 
wniosku, że mam rację. 
Zanim zdążyłam zapędzić dzieci do łóżka, długie nogi 
Gilberta zaniosły go do naszej kryjówki za zakrętem 
schodów, gdzie potknął się o psa i omal nie upuścił 
świecy prosto w wyschnięte wiązki sitowia zaścielające 
posadzkę sali piętro niżej. 

background image

O Boże - szepnął - wszystko słyszałyście, a na 

dodatek omal nie podpaliłem domu. Małgorzato, mamy 
kłopot. Ojciec 
potrzebuje dużej sumy pieniędzy. 
W świetle świecy błyszczały szeroko rozwarte oczy moich 
córek. Chyba po raz pierwszy w życiu uświadomiły sobie, 
jak dalece całe ich życie zależy od woli mężczyzn. Nie 
było przed nią Ucieczki. Czułam ich panikę, jak gdyby 
była obcą osobą przykutą obok nas w ciemności. 

Jak zwykle - powiedziałam kwaśno, lekceważąc fakt, że 

dziewczęta chłoną każde słowo. 
- Powiedziałem mu, że coś wymyślę. Małgorzato, dopóki 
żyję, nie złamię złożonej ci obietnicy. Ale skąd mam 
wziąć taką sumę, jeśli nie pod zastaw majątku? 
- Na twoim miejscu, mój panie mężu, poradziłabym Się 
brata Malachiasza. Nie ma takiej rzeczy, której by nie 
wiedział o pieniądzach. To naprawdę najtęższy mózg w 
Londynie. Z każdych tarapatów potrafi znaleźć jakieś 
wyjście. Sam miałeś tego przykład, gdy wpadł na pomysł, 
jak cię wyrwać z rąk hrabiego d'Aigremont. 
- Oczywiście. - W głosie Gilberta zabrzmiała ulga. - 
Malachiasz, ten stary oszust. Na wszystko ma odpowiedź. 
Łatwiej zasnę wiedząc, że się z nim jutro spotkam. 
 
- Wejdź, Gilbercie, wejdź. Poznaję twoje kroki. Co tym 
razem ci doskwiera? Nieudolność iluminatorów? Cena 
pozłoty, Łaska pańska jeżdżąca na pstrym koniu? Widziałem 
cię onegdaj w obszytej aksamitem szacie i niezmiernie 
wytwornej czapce ozdobionej na dodatek piórem. Spodziewam 
się, że zamówiłeś większą, żeby pomieściła twoją 
stroskaną głowę. 
Gilbert musiał się schylić wchodząc przez niskie drzwi do 
pracowni Malachiasza. Po ostatnim wypadku ściany wciąż 
pokrywał kopeć, ale poza tym wyglądało tu jak zwykle. 
Malachiasz nawet nie podniósł wzroku, zajęty nalewaniem 
roztopionego ołowiu do małych foremek. Znałam to 
rzemiosło jeszcze z dawnych czasów, kiedy sama mieszkałam 
pod tym dachem. Nieraz zdarzało mi się robić odlewy, 
zanim Malachiasz zyskał pilnego czeladnika w osobie Sima. 
A chodziło po prostu o wyrób pieczęci. Malachiasz nosi ze 
sobą bryłkę miękkiego wosku, w której jeśli zdarzy się 
okazja, odbija ponętną dla niego pieczęć, po czym spieszy 
do domu, żeby zrobić gipsowy odlew, a następnie duplikat. 
Pieczęcie są mu potrzebne do odpustów, którymi handluje w 
ciepłej porze i dzięki którym odnawia zapasy kolb i 

background image

retort popękanych w trakcie poszukiwań kamienia 
filozoficznego. 

Witaj, bracie Malachiaszu - powiedziałam, widząc, że 

odstawia tygielek. 
- Małgorzatka! - zdziwił się. - Ciebie w ogóle nie 
słyszałem. Czemu się tak skradasz? No proszę, proszę! 
Zbiorowe odwiedziny arystokracji z Thames Street to 
wydarzenie o randze, rzec można, politycznej. Czymże 
zasłużyliśmy sobie na ten niebywały zaszczyt? 
- Malachiaszu, wiesz dobrze, że ojciec zmusił mnie, bym 
kupił tytuł. Zresztą nie było wyjścia. Chcąc, by 
Małgorzata mogła zachować dom i posiadłość ziemską, 
musiałem znaleźć możnego protektora, a jedynym sposobem, 
by wejść w łaski księcia, było wykorzystanie Whithill do 
nabycia tytułu i wstąpienie do niego na służbę. Wpadłem w 
pułapkę. - Westchnął. - Było mi znacznie łatwiej, gdy nie 
posiadałem nic poza tobołkiem na grzbiecie. Czułem się 
wtedy szczęśliwszy. 

Domyślam się po waszych minach, że znów macie 

kłopoty. Jak sięgnę pamięcią, zawsze je mieliście. 
Siadaj, o tam, Gilbercie i zacznij przepisywać ten tekst. 
Potrzebne mi pięćdziesiąt 
egzemplarzy, a ty masz taki ładny księżowski charakter 
pisma. 
Równocześnie możesz mi opowiedzieć, co cię gryzie. Nie ma 
na 
świecie sprawy tak trudnej, by nie zdołał jej rozwiązać 
prawdziwie potężny umysł. 
Gilbert usiadł przy stole, pod półką z niezwykłym 
alchemicznym księgozbiorem Malachiasza, liczącym 
piętnaście rzadkich, a nieraz i zakazanych woluminów. Na 
stole leżał odpust zupełny, a obok stosik czystych 
arkuszy, butla inkaustu, pióra, nożyk do ich przycinania 
i garnuszek z piaskiem. Na widok tekstu, który miał 
skopiować, po szczupłej zmęczonej twarzy Gilberta 
przemknął uśmiech. 

Wciąż fałszujesz odpusty? Czuję się jak za młodu! - 

Wybrał sobie pióro, odkorkował kałamarz i zaczął pisać. 
Nigdy nie 
mogłam się nadziwić, jak spod takiej dużej, silnej 
męskiej ręki 
mogą wychodzić równiutkie rządki drobnego delikatnego 
pisma. 
To pewnie kwestia praktyki - pomyślałam. Jego matka od 
początku chciała, żeby został księdzem. 

background image

- Twoje szczęście, że to potrafię. Właśnie odwiedziłem 
katedrę w Lincolnie, gdzie wprawiłem kanonika w zachwyt 
moją 
bullą papieską. Szkoda, że nie widziałeś, jak pięknie 
była opje czętowana. Wpuścił mnie do archiwum, wyraziłem 
bowiem za interesowanie dawnymi dziejami katedry, a gdy 
przeglądałem kroniki, nie mógł się powstrzymać, aby się 
przede mną nie pochwalić kilkoma prawdziwymi skarbami. 
Owinąłem odciski w wilgotny mech i dalejże do domu, zanim 
upał je rozpuścił. 
- Spadł na nas prawdziwy dopust - rzekł Gilbert, nie 
podnosząc głowy znad pisania. - Dzięki ojcu, jak zwykle. 
Chce, bym zastawił dom i wziął pożyczkę od lichwiarzy, on 
zaś wręczy ją sędziemu, który będzie rozstrzygał jego 
sprawę. 
- Nie może zastawić własnej ziemi? 
- Otóż nie, bo jedynym jeszcze nie zastawionym kawałkiem 
jest ten, o który toczy się proces. Lombardczycy zdają 
się uważać, że w związku z powyższym nie jest ona 
najlepszym zabezpieczeniem. 
- Teść zamierza więc zdobyć pieniądze, sprzedając 
małżeństwa moich córek - dorzuciłam z goryczą. 
- Małgorzato, spokojnie, nie pozwolimy sprzedać twych 
dziewczątek. Główka już pracuje. - Malachiasz odstawił 
odlewy na ławę pod ścianą, żeby wystygły. - Gdzie ten 
łajdak Sim? Uważasz, Hilda od dwóch dni męczy się z 
bardzo ciężkim porodem hen przy Bramie Biskupiej, a ja tu 
konam z głodu. Wysłałem chłopca do pasztetnika, a ten 
zniknął. Pewnie gra w kości w jakimś zaułku. 
- Zobaczę, co da się zrobić - powiedziałam, a znalazłszy 
przy piecu tylko pół bochenka mocno już czerstwego 
chleba, wyszłam do ogrodu. Tam się przekonałam, że 
genialny alchemik nie wpadł na to, żeby zebrać jajka spod 
kwoczących się kur. Na grządkach znalazłam cebulę i 
pietruszkę. Wkrótce na blasze rumienił się chleb, obok 
smażył wonny omlet, a ja wsadzałam nos do kolejnych 
dzbanków, szukając odrobiny wina, żeby nim zaprawić 
cebulową polewkę. 
W pracowni Gilbert snuł swe skargi, pilnie kopiując 
odpusty, Malachiasz zaś rozparł wygodnie pulchne ciało na 
ławie-zaprzęgnąwszy do pracy mózg. Oznaki trudu 
umysłowego 
Malachiasza są bardzo czytelne. Najpierw jego radosne 
różowe 
oblicze zasnuwa się powagą. Potem, jeśli problem jest 

background image

trudny, 
miedzy brwiami pojawia się zmarszczka, z ust zaś dobywają 
się 
pomruki: "Ha!", "Hm!" i tym podobne. Potem lekko puka się 
palcami w skroń, aby się przekonać, czy mózg nie ściął mu 
się 
z wysiłku. Krzątając się przy kuchni, słyszałam z 
pracowni liczne 
"ha!" i "Hm!", zrozumiałam więc, że wszystko będzie 
dobrze. 

Mmmm, Małgorzato, ładnie pachnie! Odłóż na razie tę 

robotę, Gilbercie. Mózg mi omdlewa. Trzeba go pożywić. 
Dokarmiwszy mózg Malachiasza, a także własne, poczuliśmy 
się znacznie lepiej. 

Na czym więc ów jurysta opiera swe roszczenia? - 

spytał 
Malachiasz, ocierając usta. 
- Na dokumencie odnalezionym niedawno przez augustianów z 
Wymondley. 
- Wymondley, hm? A gdzie leży ich opactwo w stosunku do 
Brokesfordu? 
- Graniczy z ziemią, o którą ubiega się prawnik. 
Oczywiście przypadkiem. - W głosie Gilberta zabrzmiał 
cynizm. 
- Fałszerstwo, to jasne jak słońce - zawyrokował 
Malachiasz. - Założyłbym się o spory trzosik, że prawnik 
zawarł układ z pobożnymi mnichami. Najpewniej zgarną 
sporą część fortunki, którą weźmie za drzewa, pod byle 
pretekstem: wieczyste modły, donacja, cokolwiek. I w ten 
sposób wszyscy będą mogli iść do nieba. Pozornie 
autentyczny dokument pozwoli sędziemu wydać wyrok z 
czystym sumieniem lub przynajmniej udawać, że ma je 
czyste. Te dwadzieścia florenów tylko przyspieszy to, co 
i tak nieuniknione. 
- Myślałam, że może sfabrykowałbyś coś, co moglibyśmy dać 
w zastaw - wtrąciłam. - Jak te szmaragdy albo złote 
pierścienie, które zabrałeś do Francji. 
- Małgorzato, po wielu latach ciężkich doświadczeń, kiedy 
to między innymi musiałem salwować się ucieczką z paru 
największych miast Europy, nauczyłem się, mówiąc 
wulgarnie, nie robić pod siebie. Nigdy nie korzystam ze 
swych umiejętności tu 
w Londynie. Wytwory mych potężnych mocy przeznaczone są 
wyłącznie dla łatwowiernych dusz z prowincji lub nawet 
zagra nicy, zależnie od przypadku. Nie możemy ryzykować, 

background image

że szmaragdy wrócą do pierwotnego stanu, spoczywając w 
skrzyni lom bardzkiego bankiera. 
- O! - bąknęłam wielce zawiedziona. 
- Nie smuć się, dzieweczko. Widzę już lepszą drogę 
wyjścia z tej kabały. - Malachiasz sięgnął po ostatnią 
kromkę przypieczonego z ziołami chleba i popił ją 
potężnym haustem piwa Następnie popukał się w skroń, by 
rozluźnić mózg i zaprząc go znów do pracy. - Tak, 
Małgorzatko. Dzięki twej pomysłowej wieczerzy mój umysł 
znów może się poszczycić najwyższą mocą. Kiedy 
przyjdziesz tu z ojcem, Gilbercie... tylko pod żadnym 
pozorem nie bierzcie ze sobą tego matołka, twego brata! 
On przyda nam się później. Kiedy więc przyjdziesz, 
koniecznie musisz przynieść trochę tego pysznego ciemnego 
piwa, które warzy twoja żona. Tego, które trzymacie pod 
łóżkiem w sypialni. Będzie mi potrzebne doskonałe paliwo 
dla umysłu, jeśli mam wyjaśnić dzieło geniuszu niezbyt 
rozgarniętemu rębajle. Plan będzie wymagać subtelności i 
precyzji! Nie możemy pozwolić, by twój rodzic go 
zaprzepaścił. 
 
 
ROZDZIAŁ JEDENASTY 
 
Lord de Vilers, pan na Brokesfordzie, rozejrzał się wokół 
z głębokim niesmakiem. Żadna honorowa sprawa na świecie 
nie sprowadziłaby go do tego zakazanego zakątka Cornhill, 
nie mówiąc już o norze jakiegoś szalonego alchemika. Co 
gorsza, szedł pieszo, co było ciężkim i niezrozumiałym 
ciosem dla jego godności. On, który na swych ziemiach nie 
przeszedłby pięciu kroków (zawsze czekał na niego 
osiodłany wierzchowiec), musiał owinąć się w jakiś 
łachman wręczony mu przez zdziwaczałego młodszego syna i 
udać się do podejrzanego zaułka Świętej Katarzyny, gdzie 
świnie tarzały się po ulicy, nad głową łopotało 
rozwieszone pranie, a zbiegli wieśniacy cieszyli się 
niezasłużoną wolnością, zamiast zginać kark przy uczciwej 
pracy. Wszystko to niepomiernie go drażniło. Najbardziej 
wściekły był jednak o to, że musiał usłuchać poleceń 
Gilberta, zanim wyszli z domu. 
- Nie przypasuj miecza, ojcze, bo to nas zdradzi. 
- Mam iść bez miecza? Za kogo mnie uważasz? 
- Tu nie chodzi o to, za kogo ja cię uważam, lecz za kogo 
wezmą cię tamtejsi mieszkańcy. Konno i zbrojnie będziesz 
rzucał się w oczy, a zależy nam, żeby nikt nie zwrócił na 

background image

nas uwagi. 
- Lubię rzucać się w oczy; taki mam charakter! Dwóch 
pachołków, parę psów i Hugo, to przecież jeszcze nie 
orszak! 
- W tamtej dzielnicy to już ostentacja. Żadnych 
pachołków, żadnych psów i broń Boże Hugona. Malachiasz 
wyraźnie to zastrzegł. 
- Wobec tego po co bierzemy Małgorzatę? Ja mówię: żadnych 
bab. 
- Małgorzata musi iść, bo jest nam potrzebna. Ona też 
bierze w tym udział. 
Hubert de Vilers zawahał się przez chwilę. Rozważył 
pokrótce myśl, by przeforsować swoje zdanie, jednakże 
przypomniał sobie, że idzie o jego drzewa. Potem stanęła 
mu przed oczami blada, zwodniczo łagodna, lecz jakże 
wyrazista twarz Małgorzaty, w której oczach - gdy coś 
sobie postanowiła - błyskało twarde złoto, jak u sokoła. 
Wyobraził sobie scenę, w której Małgorzata stawiając na 
szali swoje życie, gra o Gilberta fałszywymi kośćmi z 
francuskim lordem. Minstrele, którzy w zeszłym roku 
zahaczyli o Brokesford, śpiewali o niej balladę. Cała ta 
eskapada przeszła do legendy. Co skądinąd należy uznać za 
skandal, uczciwa niewiasta bowiem ma siedzieć w domu, a 
nie przetrząsać zamorskie lochy. 
"Zacna dama Małgorzata wzięła swoją skrzynię złotą, Z 
niej wyjęła kości trzy i rzecze tak: 
Niechaj nigdy snu nie zaznam w moim miękkim białym łożu, 
Zanim z Francji wolny nie wróci mój pan"... 
"Też mi dama, która oszukuje przy grze w kości i o której 
śpiewają po gościńcach" - pomyślał. "Ani to zacne, ani 
przyzwoite. Ale co tu gadać, Małgorzata nie była 
zwyczajną niewiastą. Może rzeczywiście się do czegoś 
przyda". 
Gdy jednak już przestępował próg wysokiego domu przy 
Thames Street, jego cierpliwość została wystawiona na 
kolejną próbę. 
- Ostrogi, ojcze. Zapomniałeś je zdjąć. 
- Co takiego?! Rycerz zawsze nosi ostrogi, chyba że 
kładzie się do łoża. Daje w ten sposób poznać, że posiada 
konia, a zatem jest osobą, z którą trzeba się liczyć. 
- Gdy zostaniesz w ostrogach, całe przebranie na nic - 
odparł jego syn z tą swoją przeklętą logiką, którą zawsze 
posługiwał się niby nożem. 
- Drzewa - powiedział do siebie stary lord. Wyobraził 
sobie wiatr szeleszczący w koronach prastarych dębów. - 

background image

Najważniejsze są w tej chwili drzewa. Zobaczymy, co powie 
ten diabelski alchemik. 
Zdjął ostrogi i włożył je do sakwy u pasa na wypadek, 
gdyby w drodze powrotnej musiał komuś udowodnić, że jest 
osobą, z którą należy się liczyć. 
Minęli nędzne, acz względnie przyzwoite uliczki, by 
znaleźć się w najpodlejszej z możliwych dziur. Przed sir 
Hubertem szedł wielkimi krokami jego syn, pełniąc rolę 
przewodnika. Obok, milcząca i blada, jego żona 
przyodziana niezwykle skromnie, w kapturze osłaniającym 
twarz. Samotna gęś stojąca na kupie gnoju w rynsztoku 
zmierzyła lorda twardym spojrzeniem małych czarnych 
oczek. Spojrzał na nią nie mniej twardo. Gęś, obrażona, 
mrugnęła i odeszła. Piętra starych drewnianych domków 
wystawały nad ulicę. Zadarł głowę: chyliły się ku sobie 
jak pijane. "I tak nie przejechałbym tędy konno, 
pomyślał. Ten zaułek jest zamknięty od góry. Jakimże, na 
Boga, sposobem Gilbert zawarł znajomość z ludźmi 
mieszkającymi w takim miejscu? 
- Jak, mówiłeś, nazywa się ta uliczka? - spytał, uważnie 
omijając kupkę ekskrementów. 
- Wszyscy mówią o niej "Złodziejski Zaułek". Widziałeś te 
czapki i kaptury wystawione na sprzedaż? Kradzione. - 
Gilbert miał na sobie wyświechtany bezkształtny habit z 
szarego samodziału z naciągniętym na głowę kapturem. 
- Zdaje się, że kazałem ci spalić tę szmatę? - burknął 
stary lord. 
- Kazałeś. Ale sam przyznasz, że się przydała - odpalił 
wyrodny syn. 
"Choćbyś nie wiem jak się starał, dzieci i tak przy 
pierwszej sPosobności staną ci okoniem. To krew matki - 
pomyślał. Ona też miała pomieszane w głowie". Ale jak to 
możliwe, że złożył los swojej ziemi w ręce szaleńców, 
choćby nawet jednym z nich był jego rodzony syn? 
- Jesteśmy na miejscu. - Gilbert uniósł mosiężną kołatkę 
w kształcie małpiej głowy. 
Bacznie, bystrym okiem wytrawnego łowcy, sir Hubert 
zmierzył drobną kobiecinę w czystej szarej sukni, białej 
podwice i czepcu, która im otworzyła, oraz niewielką izbę 
widoczną za drzwiami. Niewiasta zgięła się w ukłonie, 
niezbyt zresztą głębokim; kątem oka ujrzał, że Małgorzata 
ściska ją wylewnie. Na widok wnętrza ciarki przebiegły mu 
po plecach. Prócz zapachu ziół i dymu unosił się w nim 
cierpki metaliczny odór. Pomiędzy jaskrawoczerwonymi 
dźwigarami stropu ktoś wymalował znaki zodiaku, zamorskie 

background image

bestie i potwory oraz nagich ludzi z gwiazdami w różnych 
punktach ciała. Stary lord, który nie bał się wejść do 
podkopu pod murami obleganego zamku ani stawić sam jeden 
czoła dwudziestu zbrojnym, poczuł, że włos jeży mu się na 
karku. Dziwny chłód spętał mu ręce i nogi. Był to inny 
rodzaj strachu; taki, który wkrada się boczną furtą, gdy 
człek zabarykadował główną bramę. Strach przed nieznanym, 
przed otchłannym światem magii, alchemii i złych duchów, 
których nie ima się miecz. 
- Gilbercie, co wiesz o tym człowieku? - zapytał 
półgłosem. 
- Tylko to, że śmiało powierzyłbym mu swoje życie. 
Zresztą raz już mi je uratował. Mówiłem ci, znam go od 
lat. Ty też go poznałeś, choć może nie pamiętasz. 
Alchemik, bynajmniej nie speszony, powitał gości, 
splatając ręce na wydatnym brzuchu. 

Witajcie, Małgorzato, Gilbercie... a to zapewne jest 

Pan 
Dąbrowy. Witajcie. Wejdźcie, proszę, do pracowni i 
siadajcie. 
Mamy sporo pracy. 
Na wspomnienie dąbrowy twarz starego lorda obwisła, 
pobruździły ją głębokie zmarszczki. Nagle poczuł się 
zmęczony. Usiadł. Ten śmieszny grubas w wytartym habicie 
nie był przeciwnikiem dla chytrego jurysty i potężnego 
sędziego. Niepotrzebnie się łudził. 
- Bierzmy się zatem do dzieła - rzekł Malachiasz. - Ówże 
jurysta posiada akt własności ziemi, której połać 
obejmuje również wasz las? 
- Tak właśnie - rzekł głucho sir Hubert. 
- A co wy macie? 
- Ziemie de Vilersów spisane są w księdze nadań Zdobywcy, 
Na nieszczęście ich opis nie jest jednoznaczny, a od 
czasów 
podboju prawie wszystkie znaki znikły już z powierzchni 
ziemi. 
Drzewa, duże kamienie, bieg wód... wiele się zmieniło. Ja 
mam 
źródło, on też mówi, że ma źródło. Tymczasem wedle 
miejscowej 
tradycji źródło należy do mnie. 
- Nie masz, panie, żadnych zapisów, testamentów? 
- Wszystko świeże. Jego dokument pochodzi z czasów 
Henryka Drugiego. Opisuje ziemie, które niedawno nabył, a 
które z jednej strony przylegają do moich włości, z 

background image

drugiej zaś graniczą z ziemiami opactwa. Ponadto, i to 
już jest bezecne kłamstwo, ma do nich należeć mój las 
wraz ze źródłem. Ten łajdak wiedział, że pociągnąłem na 
wojnę u boku mego króla, i knując chytry plan zrabowania 
mi ziemi, liczył chyba na to, że nie wrócę. Zły to świat, 
w którym rycerzy się niszczy, a prawnicy się bogacą. - 
Pokręcił głową ze smutkiem, zbyt przygnębiony, by się 
złościć. - Sir Roger, nasz proboszcz, zaczął zbierać 
świadectwa najstarszych wieśniaków, zanim został... no 
cóż, hm... połknięty. Spisał je wszystkie i mógłbym je 
przedstawić w sądzie, ale pewien wytrawny prawnik tu w 
mieście powiada, że to za słaby dowód naprzeciw 
opieczętowanego dokumentu. 
Przyjechał do Londynu pełen nadziei, uzbrojony w szkatułę 
pełną świadectw i starych pism z zamkowego archiwum, 
podniecony perspektywą sowitej pożyczki, która pomoże mu 
obrócić sprawę na swoją korzyść. Teraz miał przed sobą 
perspektywę powrotu do swej dziedziny bez pieniędzy i bez 
szans na zwycięstwo. Został Pokonany. Jak widać, nie 
wszystkie źródła spełniają życzenia. 

Szlachetny panie Hubercie - rzekł Malachiasz - wiele 

myślałem nad tą sprawą. Jestem pewien, że tytuł 
własności, jakim dysponuje twój przeciwnik, został 
sfałszowany. 
- Sfałszowany? Ten pies kradnie mi ziemię fałszywym 
dokumentem? Zaraz złożę na niego skargę! Chwała niech 
będzie Panu! Jesteśmy górą! 
- Nie, nie jesteście. Musielibyście to wpierw udowodnić, 
A z tego, co mi wiadomo o augustianach, mogę być pewien, 
że jest to fałszerstwo najwyższej próby. Trudno będzie je 
podważyć, zwłaszcza jeśli bracia zgodnie przysięgną, że 
znaleźli dokument w klasztornych archiwach. Druga rzecz, 
jakiej jestem pewien, to ta, że gdy jurysta wykona już 
brudną robotę, znajdą sposób, by wyrwać mu łup. Mnisi 
wiele budują, a w dzisiejszych czasach ciężko znaleźć 
kawał porządnego lasu. Już tam braciszkowie dobrze 
wiedzą, co chcą osiągnąć. Przechytrzą i ciebie, i 
jurystę. Prawnika z pewnością dosięgnie sprawiedliwość, 
lecz ty, panie, nic na tym nie zyskasz. 
Hubertowi de Vilers nigdy nie brakowało zdrowego rozsądku 
i przenikliwości. Ten beczułkowaty alchemik nie był 
głupi. Przyjrzał mu się uważniej. Szeroko rozstawione 
oczy - nieomylny znak krzepkiego mózgu u koni i psów, a 
przeważnie i ludzi. Twarz brata Malachiasza, okrągła i 
różowa, tchnęła inteligencją, na czubku tonsury lśniły 

background image

kropelki potu. Nie wiedzieć dlaczego, sir Hubert poczuł 
otuchę. Może właściciel tego rodzaju twarzy zdoła jednak 
coś wymyślić. 
- Jakie mam szanse? - spytał. 
- Takie same jak on. Szlachetny panie, jest tylko jeden 
sposób na fałszywy dokument: trzeba przedstawić inny 
fałszywy dokument, tylko starszy. Najlepiej znacznie 
starszy. Dobrze się złożyło, że akurat posiadasz, panie, 
takie właśnie pismo. 
- Ależ ja go nie mam i oni dobrze o tym wiedzą. 
- Ach, bo dopiero zostanie odkryte. Przeszukując stare 
księgi kościelne, natkniesz się, panie, na list swego 
przodka, Gautiera de Vilers, napisany jeszcze przed wojną 
z królem Stefanem. 
- Miałem takiego przodka, ale nie zostawił żadnych 
listów. 
- Zostawił, zostawił. W liście tym będzie wzmianka, iż 
zakopał kilka cennych dokumentów na wypadek, gdyby wasz 
zamek został zdobyty. Jak rozumiem, na terenie twych 
włości są jakieś ruiny? 
- Nic wielkiego, resztki kamiennej pustelni nieopodal 
źródła.  
- Uzbrojony w wiedzę zawartą w liście, udasz się tam, 
panie, w obecności wielu świadków, także twego 
nieoświeconego i hałaśliwego syna Hugona, a gdy 
zaczniecie kopać w ruinach, odnajdziecie bardzo starą 
skrzynię. Otworzycie ją i ku swemu wielkiemu zdumieniu 
dobędziecie z niej bardzo sędziwy dokument. Najstarszy, 
jaki być może. Spisany pod dyktando Ingulfa Sasa, który 
zrzeka się na rzecz twego przodka Wilhelma de Vilers i 
jego potomków po wiek wieków cudownego źródła świętej... 
jakże jej było? Edburgi, przez okolicznych wieśniaków 
zwanego źródłem Hrety, wraz z otaczającym ją gajem et 
cetera, w podzięce za ocalenie mu życia lub temu 
podobnego czynu. Czy jesteś, panie, pewien, że ów Wilhelm 
nie poślubił saskiej kobiety, gdy przybył do Anglii wraz 
ze Zdobywcą i osiadł na tych ziemiach? 
- Wedle podania tak właśnie uczynił. 
- Czy znane jest jej imię? 
- Nie. Do niewieścich imion w owych czasach nie 
przywiązywano zbyt wielkiej wagi. 
- A zatem przekaże gaj swej córce Elfrydzie wydanej za 
Wilhelma. Na szczęście dla nas akt ten zostanie 
potwierdzony nadaniem samego Zdobywcy, który przyznał 
ziemie dawnego wroga Ingulfa swemu wiernemu słudze 

background image

Wilhelmowi de Vilers... 
- Jak to możliwe? - wykrztusił sir Hubert. 
- Ten dokument także znajdzie się w skrzyni. Macie 
szczęście, że niedawno zdobyłem piękną pieczęć Zdobywcy i 
że twój utalentowany, acz niedoceniany syn Gilbert 
potrafi skopiować każde pismo. Pozostaw więc, panie, 
zawartość skrzyni naszej artystycznej wyobraźni, a reszta 
pójdzie jak z płatka. Młodzi pojadą z tobą do 
Brokesfordu. To liczne grono, a Małgorzata zawsze bierze 
za dużo pakunków. Ukryta w tym nadmiernym bagażu będzie i 
skrzynia, którą wraz z Gilbertem zakopiecie ukradkiem 
którejś nocy w odpowiednim dla niej miejscu. 
- A ty? 
- Ja zostanę w Londynie, by nie rzucać nawet najlżejszego 
podejrzenia na całą operację. Bądź co bądź w pewnych 
kręgach jestem sławny. - Brat Malachiasz skromnie spuścił 
oczy. 
Twarz sir Huberta odzyskała normalną barwę. Smętnie 
zwisające włosy nabrały sprężystości, znów wiły się wokół 
głowy niczym burzowa chmura. Wstał i uderzył pięścią 
jednej ręki w dłoń drugiej. 
- To może się udać! Może, na Boga! Bracie Malachiaszu, 
jesteś geniuszem! - Po chwili jednak krzaczaste brwi 
starego lorda zjechały się na powrót. - To za proste - 
mruknął.  
- A jaki ty masz w tym interes? 
- Rozliczne - odparł nonszalancko alchemik, machając 
ręką, jakby odganiał muchę. - Po pierwsze, chodzi tu o 
Małgorzatę, którą oboje z Hildą kochamy jak córkę. A tak, 
nie rób, panie, takiej zadziwionej miny. Co z tego, że 
nie jesteśmy spokrewnieni? Ta mała jest nam bardzo 
bliska, a jeśli cię nie zadowolę, obrabujesz ją z tej 
odrobiny bezpieczeństwa i spokoju, jakie w dobroci serca 
zapewnił jej pan Kendall. Gilbert i ja przyjaźnimy się od 
lat i wiem, że do życia w zupełności wystarczy mu jakiś 
stary łach, pióro i jego swada. Z Małgorzatą jest 
inaczej, bo ona ma dzieci. Jeśli myślisz, panie, że 
przestraszysz mnie tym marsem, to się mylisz. Ceną mej 
pomocy będzie między innymi powiedzenie ci, kim jesteś. A 
jesteś rozbójnikiem, który nie zawaha się okraść 
najbliższych krewnych dla spełnienia swoich zachcianek. 
- Jak śmiesz!!! - sir Hubert zerwał się z ławy. 
- Gdy pożegnasz się ze mną, pożegnasz się zarazem nie 
tylko ze swym lasem, lecz także z synem i wnukiem, bo 
Gilbert w tej sprawie opowie się za żoną, ja zaś z 

background image

rozkoszą zaprzęgnę do pracy swój wybitny umysł, żeby ich 
skutecznie przed tobą ochronić. Jeśli więc chcesz wyjść, 
idź. Tylko załóż wpierw ostrogi, które chowasz w sakwie. 
Będziesz mógł dumnie przemaszerować przez ulicę, która 
tak cię odstręcza, wprost w objęcia katastrofy. Dobrze ci 
to zrobi. Będziesz miał nauczkę za wywyższanie  się nad 
uczonych, co niewątpliwie czynisz przez całe swoje życie. 
Sir Hubert stężał. Twarz mu pociemniała niczym gradowa 
hmura. Gdyby miał miecz, rozsiekałby tego franta, ale 
Gilbert wprowadził go tu bezbronnego jak niemowlę. Wydał 
więc z siebie tylko przeciągłe warknięcie i ruszył w 
stronę drzwi. Był tak wściekły, że zapomniał się schylić, 
toteż z rozmachem wyrżnął cZołem o niskie odrzwia. 
Zatoczył się w tył, przyciskając dłonie do czoła, i opadł 
na ławę. 
- Oooch... Nawet twój dom spiskuje przeciw mnie. 
- Przyjmij to, panie, jako ostrzeżenie - oznajmił twardo 
Malachiasz. 
Sir Hubert pomyślał o tym dziwnym domu pełnym 
tajemniczych słoi i koszyków, przesyconym zapachem tak 
niesamowitym, że dreszcz pełzał po plecach. W obolałej 
głowie zakołatała straszna myśl: jest aż nazbyt 
prawdopodobne, iż ów rzekomy mnich dysponuje ciemnymi 
mocami, a on nieszczęśliwie zwrócił przeciw sobie potęgę 
jeszcze większą niż przeklęty staw, który połknął sir 
Rogera, zanim ten zdążył skompletować dokumenty dla sądu. 
- Małgorzato - usłyszał głos Gilberta - czy mogłabyś 
pomóc ojcu? 
- Nie mogę - odszepnęła. - Wróciłeś po tak długiej 
nieobecności i... no wiesz... 
- Masz na myśli...? 
- A cóż by innego? Chciałam się wprzód upewnić, zanim ci 
powiem. 
Gilbert przysunął się do żony i opiekuńczo objął ją 
ramieniem. Stary lord zdążył już w przeszłości poznać 
rozmaite dziwactwa Małgorzaty i wiedział, co ma na myśli. 
Oznaczało to, że głowa nadal będzie go boleć, ale 
Brokesford zyska następnego dziedzica. Ten przeklęty 
alchemik ma rację. Kto by pomyślał, że Gilbert okaże się 
takim sentymentalnym głupcem? Rodzenie dzieci to babska 
sprawa, chyba że przyjdzie na świat dziedzic płci 
męskiej, wtedy staje się to męską sprawą. Sir Hubert 
pojął, że 
jeszcze chwila, a oprócz bólu głowy będzie musiał się 
borykać z bólem serca po utracie syna - bo straci go tu i 

background image

teraz, choć tak się natrudził, żeby go odzyskać, okrzesać 
i uczynić godnym szacunku. Pomyślał o wszystkim, co było 
dla niego święte: o ziemi, o rodzie, o zwycięstwie... 
- A poza tym jaki masz w tym interes? - spytał 
Malachiasza. 
- Nienawidzę prawników. 
- Na Boga, ja też! - odparł sir Hubert, choć bez zwykłego 
ognia, podniesienie głosu bowiem niechybnie rozpołowiłoby 
ranny obolały czerep. - Nie cierpię ich jak trucizny. 
- A zatem umowa zawarta? 
- Tak, działajmy w imię Boże i schwytajmy ich w sieć ich 
własnych kłamstw. A... - De Vilers zamilkł na dłuższą 
chwilę, po czym westchnął. - Wiedz, bracie, żem szlachcic 
i potrafię przyznać się do błędu. Istotnie drzewa były 
dla mnie ważniejsze niż szczęście tych dziatek. Jakoś nie 
przyszło mi na myśl, że to też się liczy. 
- Dla mnie tak - odparł Malachiasz. - I to bardzo. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUNASTY 
 

Wy dwoje znów na mszę? Dewocja pleniąca się w tej 

rodzinie staje się nie do zniesienia. 
Hugo leżał na ławie w naszej paradnej komnacie; w jednej 
ręce trzymał kawał gołębiego pasztetu, drugą zwiesił 
niedbale, drapiąc za uchem jednego z wielkich brzydkich 
psów gończych, które przywieźli ze sobą. 
- Nic tak dobrze nie robi na kłopoty z żołądkiem, mmm... 
- mlasnął -jak drobna przekąska. Głowę dam, że ten 
wędzony szczupak, którego jadłem wczoraj, był zepsuty. 
- Nie trzeba było się szwendać po zamtuzach - wytknęłam 
mu bezlitośnie. 
- Doszedłem do wniosku, że zdążę się zabawić, nim wy 
dwoje wyżebracie gdzieś pożyczkę. To na ogół zajmuje 
trochę czasu. - Hugo rzucił tłustą resztkę pasztetu na 
podłogę, gdzie natychmiast zaczęły o nią walczyć psy. 
Poczułam, że sztywnieję. Nowiutkie sitowie. Świeżo 
wybielone ściany. I ci barbarzyńcy, których zresztą nikt 
tu nie zapraszał, Mają mi je brudzić! 
Hugo usiadł i założył nogę w niebieskiej nogawicy na 
drugą, obleczoną w czerwień. 

Powiedz mi, bracie, skoro jesteś rodzinnym ekspertem 

od 
teologii, gdybym dał spisać swe wyznania, to czy lepiej, 
żebym 

background image

chadzał na mszę, nim je ogłoszę, czy też powinno to być 
niespodziewane nawrócenie, coś jak grom z jasnego nieba? 
Wyraźnie posłyszałam, jak Gilbert zgrzytnął zębami. Kiedy 
się odezwał, mówił cicho, ostrożnie i jakby z trudem. 
Miałam wrażenie, że wszystkimi siłami powstrzymuje się od 
walnięcia Hugona w głowę ławą, co wszakże opóźniłoby 
nasze wyjśCie z domu. 
- Uczestnictwo we mszy to doskonała strategia, drogi 
Hugonie - rzekł - ale tylko wówczas, gdy powstrzymasz się 
od podszczypywania niewiast w trakcie podniesienia. 
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. Dobrze zbudowana kobieta 
to dar od Boga. Korzystanie z tego daru jest swego 
rodzaju przeżyciem religijnym. 
Ujrzałam, że kark Gilberta przybiera purpurowy odcień. 
Prędko pociągnęłam go za rękaw. 
- Ja widzę to tak - ciągnął Hugo - że skoro w niebiosach 
nie istnieją stosunki cielesne, a Bóg wyraźnie 
przysposobił nas do tychże stosunków, jest naszym 
obowiązkiem spełniać ich możliwie najwięcej, dopóki 
pozostajemy na tym padole. 
- To, Hugonie, nazywa się grzechem rozwiązłości. 
- Grzechem, powiadasz? Dobry Boże, kto by pomyślał. To 
wiele zmienia... Chyba powinienem dać sobie na razie 
spokój z teologią i wstrzymać się z nawróceniem, dopóki 
nie znajdę się na łożu śmierci. Tak będzie najlepiej: 
wyznam wówczas wszystkie grzechy, srodze za nie żałując, 
przywdzieję mnisią szatę i wszyscy będą płakać. Poza tym 
zyskam dzięki temu znacznie większą świętość. 
- Jak to rozumiesz? 
- No cóż, do owego czasu będę miał znacznie więcej 
grzechów na sumieniu, gdy więc Bóg okaże mi swą łaskę, 
będzie ona większa niż ta, co spływa na innych ludzi. 
Gwałtowne fale furii emanowały z Gilberta jak rozgrzane 
powietrze nad polem zboża w skwarne lato. Widząc, że 
kątem oka zerka w stronę ławy, złapałam go za łokieć. 
Spojrzał na mnie przeciągle, potem znów na Hugona. W 
końcu zmęł w ustach przekleństwo, obrócił się na pięcie i 
ruszył do wyjścia. 
- Wiesz, co myślę? Że ten piorun trafił niewłaściwą osobę 
- oznajmił, gdy znaleźliśmy się na ulicy. 
- Dziwne. Właśnie myślałam dokładnie o tym samym - 
odparłam, zatrzaskując za sobą drzwi. 
Przy wtórze pofukiwań i złorzeczeń mego męża doszliśmy na 
Cornhill i zdążyliśmy minąć oberżę pod Kardynalskim 
Kapeluszem. Unosząc szaty, by nie zbrukać ich w 

background image

rynsztoku, skręciliśmy w Złodziejski Zaułek i tam odór 
nieświeżych ryb, dolatujący z Leadenhall, na chwilę 
zamknął Gilbertowi usta. Matce Hildzie wystarczył rzut 
oka na nasze miny: zostaliśmy pospiesznie wprowadzeni do 
środka i pojeni piwem dotąd, aż Gilbert przestał 
psioczyć. 
- Taki upał, na pewno jesteście spragnieni - trajkotała z 
szerokim uśmiechem matka Hilda, dolewając piwa do kubków, 
gdy tymczasem Gilbert i Malachiasz układali treść listu, 
który miał przypadkowo ujawnić miejsce ukrycia skrzyni z 
dokumentami. 
- Piwo jest wyśmienite - potwierdził Malachiasz. - Ale 
skoro warzyła je Małgorzata, lepszego nie znajdzie się w 
całym mieście. 
- Jestem tego świadom, stary złodzieju, bo to ja 
przysłałem ci tę beczułkę - zaśmiał się Gilbert. 
- Nic równie dobrze nie namaszcza mózgu. A sądząc po 
twojej minie, Gilbercie, twój zdałoby się namaścić. 
Wyglądasz jak chmura gradowa. Co ci się przydarzyło? 

Dysputa teologiczna z Hugonem. 

Malachiasz wybuchnął śmiechem. 

Beznadziejne, beznadziejne przedsięwzięcie, 

powinieneś 
o tym wiedzieć! Nie myśl już teraz o tym. Do dzieła. 
Pokażę 
Wam, jaki skarb znalazłem. Wstań, Małgorzatko. 
Podniosłam się z długiej wąskiej skrzyni służącej zarazem 
jako ława i stanęłam obok, gdy Malachiasz zaczął 
przerzucać jej zawartość. 

Jedną chwilkę... zaraz, był gdzieś na dnie... - 

mamrotał 
odrzucając na bok dominikański habit, z którego wysypały 
się 
zasuszone łodygi poleju i lawendy. - O, jest! - Zanurzył 
ręCe 
głębiej i wydobył staroświecki róg do picia. - Patrzcie 
tylko! Ceremonialny róg Ingulfa Sasa. Nie uważacie, że 
uwiarygodni 
zawartość skrzyni? 
Byk, z którego głowy zdjęto ten róg, musiał zaiste być 
potworem. Wylot okuty został srebrną, miejscami złoconą 
obejmą zdobioną przeplatającymi się falistymi liniami i 
wysadzaną tu i ówdzie półszlachetnymi kamieniami. Czubek 
ujęty był w trzewik w kształcie zmyślnie rzeźbionego 
smoka, którego szpony tworzyły uszko, najpewniej na 

background image

łańcuszek lub rzemień, którego już nie było. Róg wyglądał 
na bardzo stary, oblepiony był kurzem, a srebro 
poczerniało od patyny. 
- Ty go postarzyłeś, Malachiaszu? - spytałam. - Nigdy nie 
widziałam lepszej roboty. 
- Nie, już taki był. Jeden mój znajomy alchemik chciał go 
przetopić na metal. Ale pomyślałem, że może się pewnego 
dnia przydać, więc odkupiłem od niego to cacko. 
Gilbert ujął róg i obrócił go w rękach. Na wargach 
zaigrał mu błogi uśmieszek. 
- Malachiaszu, jesteś artystą - orzekł. 
- Oczywiście, że jest - potwierdziła matka Hilda z dumą w 
roziskrzonych oczach. 
- Nie dotykaj okucia, Gilbercie! Musi być jednolicie 
spatynowane ze wszystkich stron. 
- Zastanawiam się... Czy to pismo? - Gilbert wskazał 
geometryczny ornament wyzierający spomiędzy miękkich 
linii zdobień. 
- Jeśli nawet, nie umiem go odczytać. A skoro my, uczeni-
tego nie potrafimy, to nikt inny też nie zdoła. Po prostu 
tak właśnie zdobili swoje rzeczy Sasi czy też może 
Danowie. Spójrz na tego gada. Ma wyłupiaste ślepia i jest 
prawie całkiem pozbawiony nosa. Tak nie wygląda żaden 
uczciwy smok. 
- Niezwykle barbarzyński. Nawet ojciec będzie zdumiony, 
kiedy znajdzie to w skrzyni. 
- Element zaskoczenia jest niezbędny. Zrodzi on 
autentyczną reakcję. A ponieważ zaskoczenie tą cząstką 
spektaklu będzie 
szczere, świadkowie uwierzą i w resztę mistyfikacji. 
Bardzo ważne będzie zachowanie twoich krewnych, 
Gilbercie, zwłaszcza Hugona. Doprawdy do dziś nie 
pojmuję, jakimże cudem przyszedłeś na świat w takiej 
rodzinie. Musisz być wybrykiem natury niczym ten koń 
Cezara, który zamiast kopyt miał palce. - Malachiasz 
wstał i biorąc ze sobą piwo dla odżywienia mózgu, 
skierował się do pracowni. 
- Zawsze byłem innego zdania, Malachiaszu: że ja jestem 
normalny, a oni to odmieńcy. - Gilbert wziął swój kubek i 
udał się w ślad za nim, schylając się w niskich drzwiach. 
- Mylisz się, Gilbercie. Reprezentują oni najzupełniej 
przeciętny zestaw cech właściwych ludzkości. 
Drzwi zamknęły się za nimi. 

Chodź ze mną do ogrodu - powiedziała matka Hilda. - 

Obejdziemy od frontu. Muszę zebrać fasolę, a mam ci 

background image

mnóstwo 
rzeczy do opowiedzenia. 
Ruszyłam za nią, biorąc stojący w kącie koszyk. 
- Małgorzato, nie możesz nosić za mną pakunków. Jesteś 
teraz wielką panią, to nie uchodzi. 
- Matko Hildo - powiedziałam, gdy wyszłyśmy na uliczkę, 
skąd przez furtkę dostałyśmy się do ogrodu - nadal jestem 
tą samą Małgorzatą. Reszta to tylko... ubiór, jeśli 
rozumiesz, co mam na myśli. Tak naprawdę żadna z nas się 
nie zmieniła i wciąż jesteś moją nauczycielką. 
- Istotnie, dziś czuję się tak samo jak dawniej. 
Pamiętasz, że Malachiasz nie pozwalał nam chodzić do 
ogrodu przez pracownię ze strachu, że nasze kobiece 
esencje zakłócą mu eksperyment? - zachichotała. 
- Albo że stąpamy zbyt ciężko i zamącimy mu w kolbach - 
zaśmiałam się w odpowiedzi. - Jak gdyby sam stąpał lekko! 
Ogród matki Hildy lśnił złotawo w letnim słońcu, na 
gałęziach wisiały rozgrzane owoce. W jednym kącie stały 
słomiane ule, w drugim szopka, w której matka Hilda 
trzyma dojną oślicę. 
Ośle i kozie mleko są najlepsze dla dzieci, gdy matka nie 
ma pokarmu, a nie da się szybko zdobyć mamki. Oślica 
jednak ma nad kozą tę przewagę, że nosi tobołki i zakupy 
z targu, a także samą Hildę, ilekroć bolą ją nogi. 
W powietrzu unosił się zapach róż oplatających szopkę. 
Może Malachiasz był geniuszem metalurgii, ale Hilda to 
geniusz ogrodnictwa. W nasłonecznionym kącie obok uli 
uprawiała dziwne rosochate zioła wyhodowane z nasion, 
które przywiozła z pielgrzymki za morze - tej samej, w 
której i ja wzięłam udział, razem zaś wyratowaliśmy 
Gilberta z francuskiej niewoli. Z ogrodzonego wybiegu 
przy kurniku, wśród błogiego gdakania, rozległ się 
wściekły skrzek. 
- Właśnie chciałam cię zapytać, matko Hildo, skąd masz 
tego pawia? 
- Dostałam w podarunku, Małgorzatko, ale jest taki 
piękny, że doprawdy nie mogłabym go zjeść. A mój kogut 
jest strasznie o niego zazdrosny. Powiadam ci, w tym 
kurniku szaleją namiętności! Czekaj, przyniosę ci parę 
piór dla dzieci. 
W czasie gdy ja zrywałam fasolę pnącą się po wysokich 
tyczkach, matka Hilda weszła do zagródki i po chwili 
wyniosła pęczek pawich piór. 

Nie wiem, czy sam je gubi czy kogut go podskubuje, 

ale 

background image

ma ich jeszcze całą masę. 
Wzięłam od niej pióra i przyłożyłam je do zawicia. 
- Teraz na mnie popatrz, matko Hildo, jaka jestem 
wytworna i wielkopańska! - zawołałam, zadzierając nos 
niczym dworski fircyk. 
- Dla mnie zawsze jesteś śliczna, Małgorzatko. Ależ 
piękny kolor mają te pióra. Szkoda, że nie da się tak 
ufarbować sukni, byłaby niezwykła. Stroiłabym się w nią 
co dnia. - Hilda zaczęła napełniać drugi koszyk świeżo 
dojrzałymi cebulami, rajskimi jabłuszkami i rzepą. 
- Widzę, że znów spodziewasz się dziecka - powiedziała. 
- Jakim cudem się domyśliłaś, skoro ja sama wiem o tym 
dopiero od paru dni? 
- Hm, przede wszystkim twarz ci jaśnieje i widać po 
tobie, że jesteś szczęśliwa, a po drugie, Malachiasz mi 
powiedział. 
- Och, matko Hildo, a ja myślałam, że ty po prostu wiesz 
wszystko. 
- Nigdy dość, Małgorzato. Człowiek uczy się do końca 
życia. Czy wiesz, że dałam się nabrać na urojoną ciążę? 
Słyszałam 
o tym, ale nigdy dotąd się z taką nie spotkałam. 
- Urojona ciąża? Jak to możliwe? 
- A możliwe, możliwe. W ogóle nie było płodu. Brzuch 
wzdęty gazami. Dopiero w dziesiątym miesiącu dostała 
bólów i wtedy po mnie posłali. Krzyczała, pociła się, 
wyglądało to jak prawdziwy poród! Dopiero kiedy 
posadziłam ją na stołku i wsadziłam jej rękę pod giezło, 
okazało się, że łono jest zamknięte. "Nie ma tu dziecka", 
powiedziałam, a ta jak nie zacznie wrzeszczeć, że je 
ukradłam. Na szczęście w izbie było z tuzin niewiast. 
Mówię do jej matki: "Tu nie ma dziecka, nic nie ma, sama 
zobacz". Ona na to: "Ale w zeszłym tygodniu sama czułam, 
jak się rusza". To wiatry, mówię. Kazałam jej przyłożyć 
głowę do brzucha córki. Normalnie słychać bicie serca 
płodu. Nasłuchiwała, po niej inne, a położnica dalejże w 
krzyk i wszystkie nas oskarżać. Całkiem postradała rozum, 
mówię ci, Małgorzato, oczy miała jak sam diabeł. 
Oczywiście bóle ustały, ale gdy wychodziłam, dalej 
krzyczała jak obłąkana. Słyszę teraz, że nie odzyskała 
zmysłów; wciąż jest wzdęta jak baniak i dalej twierdzi, 
że jest brzemienna. Dwunasty miesiąc, wyobrażasz to 
sobie! Niemożliwe! Mówi, że ciąża trwa tak długo, bo to 
będzie cudowne dziecko zesłane z niebios. Broń mnie, 
Boże, przed wariatkami! Mało brakowało, a okrzyknięto by 

background image

mnie czarownicą. 
- To najdziwniejsza opowieść, jaką w życiu słyszałam. 
Skąd się biorą takie urojenia? 
- Od Boga. Albo od diabła. Albo z niespełnionych 
pragnień, ta kobieta była bezpłodna, a jej mąż 
niezadowolony. Może zadała sobie jakiś czar albo urok. 
Z szopki dobiegł nas melodyjny pomruk mieszający się z 
jęczeniem pszczół i trelami ptaków. 
- Piotr siedzi w szopce? - spytałam. Matka Hilda była 
ongiś zamężna, ale zaraza zabrała jej męża i wszystkie 
dzieci z wyjątkiem Piotra, który nie ma rozumu. Jest 
niski, krępy jak troll i bardzo silny, lecz łagodny. Dużo 
papla i śpiewa, patrząc na świat tymi swoimi dziwnymi 
oczami. Pozostałe dzieci Hildy były wysokie, ładne i 
mądre, trudno się wszakże spierać z wyrokami boskimi. 
- Mamy tam kocięta, śpiewa im całymi dniami. Aż mi serce 
rośnie, gdy widzę, jaki jest szczęśliwy - odparła Hilda, 
rzucając okiem w stronę szopki okrytej kwitnącymi pędami 
róż. - Matka tej obłąkanej pytała mnie, co robić. 
Powiedziałam jej, że dziewczyna winna się nauczyć koić 
swoją żałość dobrymi uczynkami. Bóg z czasem zsyła 
pociechę. 
Dokończywszy zbiór warzyw, wzięłyśmy ciepłe wonne kosze i 
jak za dawnych czasów ręka w rękę wróciłyśmy do domu. 
 
Jedyną chyba rzeczą trudniejszą od podejmowania 
niespodziewanych gości jest organizacja rodzinnej wyprawy 
na wieś. Po pierwsze, nikt tak naprawdę nie chce jechać, 
a jeśli nawet chce, to nie odpowiada mu termin. Po wtóre, 
jedni członkowie rodziny w ogóle nie mają ochoty się 
pakować, inni z kolei najchętniej spakowaliby wszystko. 
Trzeba nająć muły i poganiaczy, co nie jest zadaniem ani 
miłym, ani łatwym. Na szczęście nie musieliśmy najmować 
również koni - jak wiadomo, cudzy koń pod siodłem to 
gotowy kłopot - ponieważ dzięki hojnym Burgundczykom, 
którzy napełnili złotem naszą pustą szkatułę, stać nas 
było na sprowadzenie z Whithill naszych wierzchowców i 
zatrzymanie ich w mieście. Chwała Bogu, albowiem ojciec 
Gilberta twierdzi, że dosiadanie wynajętych koni to już 
dno; słuchalibyśmy gromkich biadań nad naszym upadkiem 
przez całą drogę do Brokesfordu. 
Najbardziej zwlekał Hugo, użalając się, że jeszcze nie 
zakosztował wszystkich bardziej wyrafinowanych form 
miłości do stworzeń Bożych. W pobliskim zamtuzie mieli 
nową kokotę 

background image

- prawdziwą olbrzymkę; chciał się przekonać, czy wszędzie 
jest równie wielka i czy zmiażdży go w miłosnym uścisku. 
- To odrażające - powiedziałam. - Twoje zachcianki z dnia 
na dzień coraz bardziej kłócą się z naturą. 
- Doprawdy chyba nie sądzisz, że wrócę do swojej nudnej 
kapryśnej małżonki, kiedy tu czeka mnie jeszcze tyle 
rozrywek - odparł. 
Na szczęście sir Hubert rozstrzygnął tę dyskusję, 
ciskając Hugonem o przeciwległą ścianę ku ogromnemu 
zadowoleniu Gilberta. 
Następnie zaczęły marudzić dziewczynki. 
- Nie chcemy jechać do Brokesfordu, mamo. Tam jest 
brzydko, brudno i strasznie. 
- Tym razem będzie lepiej. Zresztą zanim się obejrzycie, 
wrócimy do domu. 
- To po co w ogóle jedziemy? - spytała Cecylia. 
- A lady Petronilla jest zła i nas nienawidzi! - dodała 
Alicja. 
- Za to stryj Hugo was polubił, a sir Hubert każe 
Petronilli, żeby była dla was miła. Poza tym będą tam 
Robert i Damian. 
- Damian?! Nasz Damian! Kiedy wreszcie się nam oświadczy? 
Przecież już jesteśmy duże! 
Obie zakochały się od pierwszego wejrzenia w giermku 
starego lorda tak namiętnie, jak to tylko potrafią małe 
dziewczynki. Zdobył ich serca swym promiennym uśmiechem 
oraz tym, że był "duży, a nie stary". Decydującą 
przyczyną było pewnie to, że Damian miał w domu tyle 
młodszego rodzeństwa, iż po prostu umiał z nimi 
rozmawiać. Na nieszczęście gorący afekt moich córek 
przybrał dość dokuczliwe formy: ciskały w niego różnymi 
rzeczami z okien na piętrze, szczypały go albo czepiały 
się jego nóg. Widząc to, po raz pierwszy zdałam sobie 
sprawę, że koniecznie trzeba wpoić im nieco ogłady. 

Żaden mężczyzna was nie pokocha, jeśli będziecie go 

szczypać albo bić - tłumaczyłam. Bardzo się przejęły i 
przySiągłszy nie sprawiać ukochanemu więcej bólu, poszły 
nalać mu 
wody do butów na znak uwielbienia. 
Magiczne imię dokonało cudu. Moje pociechy rzuciły się do 
pakowania sukienek, wstążek i innych drobiazgów mających 
podbić serce Damiana. 

Jak sądzę, nie będę potrzebna na tej wycieczce? - 

zapytała madame. 
Choćby zależało od tego moje życie, nie umiałabym 

background image

zgadnąć, czy miało to oznaczać, że chce jechać czy że nie 
chce. Jedynym kluczem do jej myśli jest kolor jej cery. 
Była bledsza niż zwykle, pomyślałam więc, że może się 
obawiać, czy wyprawa nie posłuży jako pretekst, by się 
jej pozbyć. 
- Przeciwnie, jeszcze bardziej niż dotąd, lady Agato - 
odparłam. - W majątku sir Huberta dziewczęta będą wymagać 
znacznie więcej pouczeń niż tu, w ich własnym środowisku. 
- Styl życia na dworach wysoko urodzonych wymaga 
głębokiego zrozumienia kodeksu rycerskiego. Trudno 
oczekiwać, by zdołały w pełni pojąć jego wszystkie 
subtelności w tak młodym wieku. - Madame wykonała 
wdzięczny obrót i poszła się pakować. 
Cała ona - pomyślałam. Dlaczego mnie nigdy nie przychodzą 
do głowy takie mądre zdania? 
Następnie matka Sara oznajmiła, że jest za stara na 
podróże, a Perkyn - że dom się zawali, jeśli wyjadę przed 
ukończeniem remontu, i czy oczekuję, że on w jego wieku 
da sobie radę ze wszystkim. 
Gilbert był w ciągłym ruchu. Znikał na długie godziny, a 
po powrocie zdawał mi relację z przygotowań. Czasem 
gwizdał pod nosem balladę pod tytułem "Rycerz krwią 
okryty" oraz inne pieśni - niektóre religijne, niektóre 
jak przypuszczam, bardzo sprośne, poznane w karczmach na 
lewym brzegu Sekwany podczas jego szalonych lat w Paryżu. 
- Po co ci te łuby? - zapytałam. 
- Na łopaty. Malachiasz pomyślał o wszystkim. Jeśli z 
dworu lub wioski zniknie łopata, ktoś na pewno to 
zauważy. Wiesz, jak ludzie plotkują. Weźmiemy własne, 
tylko tak, żeby ich nikt nie widział. 
- Nie pamiętam cię tak kontentego od czasu, gdy 
siedzieliśmy w tej  
upiornej gospodzie w Awinionie. 
- I wraz z Malachiaszem fałszowaliśmy alchemiczne 
receptury, żeby zarobić na powrót do domu? Małgorzato, 
rozczulasz 
się z przedziwnych przyczyn. Ale muszę przyznać, że 
zrobienie 
durnia z kogoś, kto na to zasługuje, podnosi człeka na 
duchu. - 
Westchnął. - Już tak dawno nie byłem w tarapatach, że 
chyba 
zaczynałem się nudzić. 
- Chcesz powiedzieć, że tęsknisz za pisaniem sprośnych 
wierszy, przybijaniem pamfletów na drzwiach kościołów i 

background image

ukrywaniem się przed inkwizycją oraz żądnymi zemsty 
ludźmi? 
- Tu idzie o pościg, kochana, o ruch. Niektórych podnieca 
polowanie. Mnie bardziej niż odzieranie ze skóry zwierząt 
podoba się odzieranie bufonów z dobrego mniemania o 
sobie. 
- Nie każde polowanie jest bezpieczne, Grzegorzu. 
- Oj, Małgosiu, Małgosiu, czy już zawsze będziesz mnie 
nazywać Grzegorzem? To staje się kłopotliwe, zwłaszcza 
gdy dzięki staraniom ojca wzniosłem się na hojnie 
opłacone wyżyny stanu rycerskiego. - W jego oczach 
zalśniła kpina. - Spróbuj spojrzeć na to moimi oczyma: im 
grubsza zwierzyna, tym wdzięczniejsza rozrywka. Po raz 
pierwszy od dawna krew znów mi żywiej krąży. Prawnik, 
przekupny sędzia i całe opactwo pełne knujących mnichów! 
Toż to będą trofea! Jeśli wygramy sprawę, ojciec będzie 
musiał uznać, że uczeni przewyższają zwykłych ludzi. Ha! 
To go zaboli! Jeśli zaś przegramy, nie stracimy wiele; te 
ponurą ruinę nad strumieniem i dąbrowę, którą równie 
dobrze sam mógłby pewnego dnia wyciąć. Tak czy owak 
zachowamy dach nad głową. 
To rzekłszy, pogwizdując skierował się do drzwi i poszedł 
do Malachiasza po okutą saską skrzynię, która starzała 
się przez cały zeszły tydzień w oparach dobywających się 
z retort alchemika. 
Ze wszystkich domowników na wyjazd cieszył się tylko 
Peregryn. 

W fosie są żaby! Żaby, żaby! - ćwierkał z zachwytem 

- I kijanki! A dziadzio da mi plawdziwego konika! - 
Plątał się 
nam pod nogami, galopując na kijaszku i piskliwym 
głosikiem wykrzykując groźne rozkazy za przykładem lorda 
Brokesford. Samego lorda słychać było o wiele wyraźniej: 
- Przeprowadźcież te muły na tylny dziedziniec! Bramą, a 
którędy? To nazywasz jukiem?! Przecież to zwierzę kuleje, 
ma nam zdechnąć w drodze? Zabierz je, powiedziałem! 
Gilbercie, na diabła ci te łuby? Ach, rozumiem. Czyje to 
bagaże? Madame? O, nie!! W żadnym wypadku! Ta kobieta nie 
jedzie! Nie cierpię jej! 
- Drogi panie teściu, jeśli ona nie pojedzie, to i 
dziewczynki nie będą mogły jechać, a jeśli one zostaną, 
to ja też - oznajmiłam. 
- No dobrze - mruknął. - Istotnie, potrafi nieco opanować 
te diablice. 
- Chyba nie chcesz, żeby ganiały po twoim domu bez 

background image

nadzoru, prawda? - przypomniałam mu. 
- Prawda, prawda. Ale trzymaj tę starą wiedźmę z dala ode 
mnie. Doprowadza mnie do wściekłości. Babie się wydaje, 
że wszystkie rozumy zjadła. Jeśli będzie mi się plątać 
przed oczami, nie ręczę za siebie. 
Madame również zalazła nam za skórę. Uparła się osobiście 
sprawdzić wszystkie popręgi, a potem uczyła Cecylię i 
Alicję, jaką pozycję winna przybrać dama podsadzana na 
siodło. Kazała im kilkakrotnie powtarzać tę czynność, 
podczas gdy wszyscy się niecierpliwili. W końcu wreszcie 
z Thames Street wyruszył liczny orszak, a za sprawą 
Hugona także hałaśliwy. Najnowsza francuska moda 
nakazywała zdobić uprząż dzwoneczkami, w związku z czym 
Hugo obwiesił nimi wszystko: uzdę, siodło, nawet 
podogonie jabłkowitego ogiera. Za każdym chóralnym 
brzękiem z uszu sir Huberta dobywały się kłęby wrzącej 
pary. Wściekły nie dawał jednak nic po sobie poznać i 
dumnie wyprostowany jechał, jak przystoi głowie rodu na 
czele kawalkady w otoczeniu swoich psów, zaś jego starszy 
syn i dziedzic - za nim. 
Następny w kolejności Gilbert, wysoki i zgrabny na 
wielkim gniadym koniu, którego przywiózł ongiś z Francji, 
trzymał 
przed sobą małego Peregryna w spiczastej czerwonej 
czapeczce. Malec wczepiony w czarną końską grzywę 
radosnym okrzykiem komentował każdy nowy widok. Obok ja 
na siwej klaczce, istny symbol niewieściej frywolności z 
pokojowym pieskiem w wielkim juku za siodłem. Ukryta w 
słomie pod poduszką Lwa tkwiła długa płaska saska 
szkatuła wypełniona pyłem wieków sprokurowanym z 
mieszaniny popiołu z kominka oraz zawartości dorodnej 
starej purchawki. (Malachiasz nalegał na "artystyczną 
precyzję".) Lew to staruszek, ale bardzo lubi swoją 
poduszkę, mogliśmy więc być pewni, że nikt się do niej 
nie zbliży niezauważenie. Za nami jechały dziewczynki 
siedzące razem na dużym płowym wałachu oraz madame, godna 
i wytworna na drobnej karej klaczy. Dalej postępował rząd 
jucznych mułów wraz z poganiaczami. Ze wszystkich stron 
otaczała nas asysta zbrojnych pachołków z zamku, bez 
której żaden liczący się człowiek nie może mieć nadziei 
na bezpieczną podróż w tym pełnym ułomności świecie. 
Kiedy mijaliśmy wysokie, barwnie malowane domy i 
strzeliste kościoły mojego ukochanego miasta, a potem 
przez Bramę 
Biskupią wydostaliśmy się na drogę prowadzącą przez 

background image

faliste 
wonne pola za murami, myślałam tylko o jednym: im prędzej 
się 
z tym uwiniemy i wrócimy, tym lepiej. Miałam dość 
powodów, 
by nie lubić Brokesfordu. Jeśli coś się tam zmieniło, to 
z pewnością na gorsze. 
 
 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY 
 
Zamek brokesfordzki był wciąż taki sam, jakim jawił mi 
się w złych wspomnieniach. Stercząca na wzgórku posępna 
ruina okolona wyszczerbionym murem i zabagnioną, 
śmierdzącą odchodami fosą. Podejmowane przez sir Huberta 
próby wyhodowania wzorcowego angielskiego konia 
wierzchowego nie przysłużyły się jego domostwu, 
przeciwnie: odarły dach z łupku, a ściany dworu ze 
wszystkich ozdób prócz broni i szczątków dawno zabitych 
zwierząt. Zubożyły także wioskę. Co gorsza, rozrzutności 
tej szła w sukurs wojna. Nader często kosztowne delikatne 
wierzchowce wymagające dbałej opieki koniuszych, 
starannego ujeżdżenia, odpowiedniej paszy i opancerzenia 
wywożono za granicę na rzeź. Skąpe łupy nigdy nie 
równoważyły strat. Teoretycznie król wypłacał 
odszkodowanie, lecz nie zawsze, a jeśli, to z dużym 
opóźnieniem. Tak więc ziemie Brokesfordu rodziły głównie 
chwałę wojenną swego pana, zamiast żywić trzodę dającą 
mleko, skóry czy też wełnę. Skromny zysk z owoców i 
nadwyżek zboża wędrował do kies kowali i płatnerzy, a 
stajnie sir Huberta były lepiej utrzymane niż jego dom. 
Przejechaliśmy przez wioskę, biedną i zaniedbaną jak 
zawsze. Kilka kobiet z dziećmi na rękach stanęło w 
drzwiach krytych sitowiem lepianek, żeby pokłonić się 
panu. Wszyscy zdatni do pracy mężczyźni i niewiasty 
zajęci byli sianokosami; widzieliśmy ich w oddali. 
Sierpniowy upał bezlitośnie prażył ziemię; czułam, 
jak strużki potu ściekają mi spod zawicia. Psy i mali 
chłopcy biegli za orszakiem. Gdy mijaliśmy kościół, kilku 
starców, którzy wygrzewali się na cmentarzu, podeszło z 
uniżonym pytaniem, czy lord przywiózł im nowego księdza. 

Wkrótce, już wkrótce - odparł, wręczając im kilka 

miedziaków. - W wigilię świętego Augustyna mam rozmawiać 
z biskupem, a do tego czasu mój spowiednik nawiedzi was w 
każdą niedzielę. Nie pozostaniecie bez pociechy duchowej. 

background image

Kiedy wjechaliśmy na ostatnią prostą pylistej drogi 
wiodącej do zamku, dodał, zwracając się do Gilberta: 

Ha, jakby dotąd zależało im na duchowym 

przewodnictwie! Ale po śmierci biednego Rogera połowa 
jego owieczek 
ma wyrzuty sumienia. Jakoby zgrzeszyli niedostatkiem 
chrześcijańskiej gorliwości, rozumiesz. Marzą im się 
posty, biczowania, 
nocne czuwania, te wszystkie brednie, którymi ty 
doprowadzałeś 
mnie do rozpaczy. 
Gilbert zacisnął usta. Zawsze uważał, że stosunek jego 
ojca do religii jest zbyt niefrasobliwy. 
- Połowa? A co z resztą? 
- Czynią gusła nad stawem. Jak zawsze. 
- Gdzie moja luba małżonka? Chyba wyjdzie mi na 
przywitanie?! - zawołał Hugo, wchodząc do wielkiej sali. 
Pakunki zdjęto już z mułów i zwierzęta wraz z 
poganiaczami ruszyły w powrotną drogę. Hugo przystanął na 
środku komnaty, zerkając z oczekiwaniem na schody 
prowadzące do świetlicy. W lecie w wielkiej sali nie 
trzyma się kur, ale zawsze jest tu pod dostatkiem psów 
tarzających się w brudnym sitowiu. Najchętniej nosiłabym 
tu patynki, ale zostałoby to poczytane jako obraza, toteż 
zabrałam ze sobą stare ciżmy, których używam w ogrodzie. 
W tym domu dobre rzeczy zaraz się niszczą. Nauczyłam się 
podPinać niedzielną suknię, tę z trenem, żeby nie 
dotykała podłogi, opuszczam ją dopiero w kaplicy, która 
zwykle stoi pusta i nawet Psy nie załatwiają tam swoich 
potrzeb. 
Pośród belek stropu nad paleniskiem, które dymi się we 
dnie i w nocy, miesiącami wiszą szynki i jelenie udźce. 
Ponoć się wędzą. Tutejsi mieszkańcy żywią osobliwe 
upodobanie do ceremonialnego spożywania ściągniętych spod 
pułapu członków jakiegoś martwego od dawna zwierzęcia, 
wyschniętych na kamień lub przeciwnie - zielonych i 
oślizłych. Ja osobiście nie jadam trupów, przez co mają 
mnie za dziwaczkę. Wiem, że oczy tych nieszczęsnych 
zwierząt prześladowałyby mnie we śnie; wolę nie mieć ich 
na sumieniu. Przy swej ostatniej bytności w Brokesfordzie 
sprowokowałam zawziętą dyskusję na temat natury ostryg - 
dyskusję czysto akademicką, albowiem ostryg się tu nie 
podaje. Oznajmiłam wszakoż, że i tak bym ich nie jadła - 
skoro umieją otwierać i zamykać skorupki, skąd wiadomo, 
czy nie mają gdzieś schowanych oczu? Sir Hubert uznał, iż 

background image

Gilbert powinien batem wyleczyć mnie z tych dziwactw, na 
co Gilbert stanął mu okoniem i skutkiem tej różnicy zdań 
w powietrzu zaczęły latać ławy. W przyzwoitych dworach po 
wieczerzy gra się w szachy albo słucha muzyki, ale w 
Brokesfordzie panują inne obyczaje. 
Tym razem wielkie palenisko na środku sali było zimne; z 
powodu upałów przeniesiono gotowanie na dziedziniec. 
Doleciał mnie stamtąd przeraźliwy kwik świni zarzynanej 
dla uczczenia powrotu pana zamku. Żołądek podjechał mi do 
gardła. Ciekawe - pomyślałam - czy będę dziś pościć, czy 
też nie zdążyli zjeść wszystkich świeżych jajek. 
Nie widząc Petronilli, Hugo podszedł do schodów i zawołał 
ją głośno. Spiralna klatka schodowa wpuszczona w gruby 
mur doskonale przenosi głos, jeśli drzwi na dole i na 
górze są otwarte. Oświetlają ją wąskie ukośne strzelnice, 
przez które razi się bełtami lub oblewa wrzącym olejem 
nieproszonych gości. Ciężkie, dębowe, okute żelazem drzwi 
u dołu i podobne na górze noszą ślady prób ich 
sforsowania za pomocą wojennych toporów. osobiście wolę 
domostwa wygodne, przytulne i jasne, ze szklanymi 
gomółkami w oknach, ciepłymi drewnianymi boazeriami i 
schludnie wybielonymi ścianami. Mówiąc krótko, podoba mi 
się to, co mam, i przenigdy nie oddałabym tego w zastaw, 
by ratować jakieś posępne zimne zamczysko. 
Kiedy czujnie nadzorowałam przenoszenie juków (zwłaszcza 
faszerowanego saską skrzynią bagażu mojego psa), Peregryn 
zaś, który jest jeszcze malutki i nie rozróżnia rzeczy 
czystych od brudnych, wyciągał stare kości spomiędzy 
sitowia, ze schodów zeszła stara niańka lady Petronilli. 

Moja pani śle najgorętsze przeprosiny - powiedziała, 

kłoniąc się nisko przed sir Hugonem. - Jest w odmiennym 
stanie; za słaba, żeby wstać z łoża. 
Usłyszałam pogardliwe fuknięcie stojącej za mną madame. 
Wiedziałam, jak by to skomentowała: pani domu, choćby i 
umierająca, ma obowiązek wyjść na powitanie gości, 
następnie zaś własnymi białymi rękoma obmyć stopy mężowi, 
a najlepiej wszystkim towarzyszącym mu rycerzom, którzy 
zjechali z wizytą. Jeśli przyjęła już ostatnie 
namaszczenie, może odkomenderować do tego swoje dworki. 
Ale oczywiście w Brokesfordzie nie było dworek. Jakaż 
rodzina wysłałaby córkę dla nabrania ogłady w miejsce, 
gdzie niczego dobrego nie można się nauczyć? Z tego 
samego powodu w Brokesfordzie nie było również paziów. 
Niestety Petronilla twardo egzekwuje swoje przywileje, 
ale nie dorasta do obowiązków. I tak jestem dla niej zbyt 

background image

wyrozumiała, zważywszy na jej usilne starania, by 
pozbawić mnie życia, kiedy byłam tu poprzednim razem. 
- Odmiennym? - spytał Hugo z nadzieją w oczach. 
- Odmiennym - potwierdziła babka Wilmot. Włoski na jej 
brodzie najeżyły się, jakby sygnalizując ukryty w słowach 
sens. 
- Lepiej nie dziel zawczasu skóry na niedźwiedziu - 
mruknął stary lord, ale Hugo, będąc człowiekiem 
łatwowiernym, popędził w górę po schodach. 
- A gdzie Damian? - spytała Cecylia, rozglądając się 
wokół wyczekująco. 
Odpowiedział jej Robert, giermek starego sir Huberta, 
który właśnie wrócił z łęgu pod zamkiem, gdzie ćwiczył 
szarżę z koPią. 
- Sir Damian, ten zdrajca, pojechał w zaloty. - 
Uśmiechnął się złośliwie. - Będziecie się musiały 
zadowolić mną. 
- Sir Damian? - zapytałam, czując, że zaraz rozpęta się 
dramat. 
- A tak, czcigodna pani, i to żeby zasłużenie! Król 
wezwał ochotników do szturmu na bramę Montrouge, co 
między namj mówiąc, równało się pewnej śmierci, w zamian 
oferując pas rycerski. Młody Kolart d'Ambreticourt 
dziwnym trafem nie mógł znaleźć hełmu, więc ominął go ten 
zaszczyt. Ja niestety miałem uszkodzony napierśnik. Ale 
Damian, nadgorliwy jak to on, rzucił się na tę szansę. 
Wyrokiem Fortuny ze wszystkich, którzy poszli, tylko on 
wrócił żywy. Teraz jest bohaterem, w łaskach u samego 
króla, otrzymał pas rycerski i jeszcze na dodatek niczego 
sobie zameczek wyposażony w parę wiosek. Wstyd doprawdy, 
że te wszystkie zaszczyty nie mają pokrycia w jego 
wrodzonych cnotach. 
- Został rycerzem i nie przyjechał do mnie na białym 
koniu? - wykrztusiła z goryczą Cecylia. 
- To po mnie miał przyjechać - sprostowała Alicja, w 
zamian za co Cecylia z całej siły nadepnęła jej na nogę. 
- Kto jest jego wybranką? 
- Panna Róża, młodsza córka sir Tomasza de Montagu. 
- Nienawidzę jej - oświadczyła Alicja. 
- Zdradzona! - wykrzyknęła Cecylia. - Nigdy już nie 
pokocham innego! Jego niewierność śmiertelnie zraniła me 
serce! 
- Jestem znacznie ładniejsza - stwierdziła Alicja. 
- Miał zaczekać, aż dorosnę! - biadała Cecylia. 
- A ja, jak dorosnę, to dopiero go urządzę - po namyśle 

background image

zadecydowała Alicja. 
Uznałam za stosowne wkroczyć. 

Nic takiego nie zrobisz. Przeciwnie, obie będziecie 

się zachowywać przyzwoicie. 
Ale obie rozszlochały się wniebogłosy. 
Madame położyła chłodną białą dłoń na ramieniu Alicji. 

Przyjęte jest - oznajmiła - aby w takim wypadku dama 

zdradzona przez ukochanego wstąpiła do klasztoru. 
- Do klasztoru? - przeraziła się moja młodsza córka - mam 
za ładne włosy, żeby je ścinać! 

Mnie nie pozostało nic innego - załkała Cecylia. - 

Poświęcę się modlitwie i kontemplacji. 
Na wargach madame zaigrał dziwnie ironiczny uśmieszek. 
- Niechże więc tak będzie - powiedziała. - Musisz zacząć 
ćwiczyć się w pokorze. Myślę, że schludne ułożenie swoich 
rzeczy będzie dobre na początek. 
- Myślałam raczej o rozdawaniu jałmużny ubogim. 
- U ciebie, Cecylio, byłby to przejaw pychy - odparła 
madame z kamienną twarzą. - Lecz istotnie możesz pomóc 
tutejszemu jałmużnikowi. 
Zderzenie wyidealizowanych poglądów madame z przaśną 
rzeczywistością Brokesfordu miało niewątpliwie pewien 
urok. Wynikające stąd zabawne sytuacje mogły nam osłodzić 
uciążliwy pobyt w tym ponurym domu. 
- Sir Hubert nie ma jałmużnika - wtrąciłam. 
- A zatem kapelanowi, kiedy po wieczerzy zbierze resztki 
dla ubogich. 
- Kapelan to pijak i nierób. A resztki zjadają psy. 
- To bardzo niestosowne - oświadczyła madame. 
- Róża, Róża - burczała pod nosem Alicja. - Nienawidzę 
jej. 
Nagle się przeraziłam, że tu na wsi, gdzie o tyleż więcej 
było okazji i do psot, i do buntu, narzucone im przez 
madame wędzidło dobrych manier może się zerwać. Boże 
miłosierny, pomodliłam się w duchu, pozwól nam stąd 
wyjechać, zanim te dwie diablice zrobią coś strasznego. 
Lady Petronilla zeszła dopiero na wieczerzę. Towarzyszył 
jej spowiednik, którego przywiozła z domu swego ojca, 
oraz nie odstępująca jej na krok niania. Choć trwało 
upalne lato, ona zaś była mężatką, a nie wdową, miała na 
sobie ciężki, podbity futrem czarny surkot, pod spodem 
zaś suknię z zielonej wełny, tak ciemną, że wydawała się 
prawie czarna. Włosy o barwie miodu splecione były w dwa 
warkocze zwinięte nad uszami i ujęte w srebrną siateczkę. 
Bardzo się zmieniła; chociaż młodsza ode mnie, wyglądała 

background image

na starą zniszczoną kobietę. Twarz jej obrzmiała, 
przybrała żółtawy odcień, pojawiły się na niej dziwne 
brunatne plamy niczym rozrośnięte piegi. Spojrzenie 
błyszczących jak w gorączce oczu biegało to tu, to tam, 
upatrując sobie coraz to inną postać. W końcu skupiło się 
na mnie. 
- Witam, lady Małgorzato. A gdzież to twój syn? - 
zagadnęła z szerokim upiornym uśmiechem. Emanowało z niej 
coś... ni to woń, ni to wiew, który sprawiał, że włosy 
zjeżyły mi się na głowie. 
- Dzieci jedzą osobno - odparłam. Jak to możliwe, że 
obecni w komnacie mężczyźni niczego nie dostrzegli? W 
moim sercu bił głośno dzwon na trwogę. 
- Słusznie, słusznie - wtrącił Hugo i dodał wyjaśniająco: 
- Moja pani małżonka jest nerwowa, co nie dziwi w jej 
stanie. 
- A ty co? Przyjechałaś chełpić się przede mną, że znów 
jesteś brzemienna? O, ja widzę wszystko, widzę ludzkie 
tajemnice... 
Mówiła prawdę. Czytałam to w jej oczach - jakąś 
nienormalnie wyostrzoną spostrzegawczość. Istotnie 
widziała to, na co ludzie zwykle są ślepi albo nie 
zwracają uwagi. Po grzbiecie przepełzła mi nieprzyjemna 
ciarka. 
- Przebiegła z ciebie kobietka! Posłużyłaś się swoim 
synem, żeby zdobyć łaski. Ale teraz ja także urodzę syna. 
Urodzę dziedzica. I to on będzie tu władał. - Uśmiechnęła 
się pod nosem. 
- Tym razem będziemy ostrożniejsi. Będziesz miała 
wszystko - oznajmił wielkodusznie Hugo. 
Jak można być tak ślepym? - pomyślałam. Tylko madame 
Agata, nieruchoma i lekko pobladła, przypatrywała się z 
uwagą pani domu. Ona także wyczuła to co ja. 
Wędrujący wzrok Petronilli zatrzymał się na niej. 

Potępiasz mnie, prawda? Kimże jesteś, kobieto w 

czerni, 
że nie odstępujesz Małgorzaty jak cień?  

Petronillo, pozwól, że ci przedstawię lady Agatę de 

Hauvill, która zaszczyca nas swoim towarzystwem. 
- Tu nie będzie jadła przy wysokim stole. 
- Lady Agata jest córką rycerza i naszą krewniaczką, choć 
daleką. 
- Nie będzie mnie tu prześladować czarna zmora! Chce mi 
ukraść dziecko z łona, wiem o tym! Takie jak ona 
zabierają dzieci jednym i dają drugim! A to jest moje, 

background image

moje! Nie zabierzesz mi go jak tamtego! - Wskazała na mój 
brzuch, jeszcze zupełnie płaski. 
- Trzymaj się ode mnie z daleka! - oznajmiłam twardo, 
prostując się na całą swoją mierną wysokość. Chyba się 
opamiętała, bo zamiast na mnie napadła na madame, bladą i 
kruchą, której pozycja jako osoby zależnej, na dodatek w 
cudzym domu, była znacznie słabsza. 
- Wyrzućcie ją stąd, wyrzućcie! - zaskrzeczała, rzucając 
się na starszą damę z pazurami, jakby chciała wydrapać 
jej oczy. Gilbert i ja chwyciliśmy ją za ręce. Kiedy 
Gilbert jej dotknął, nagle jakby zmiękła, podniosła na 
niego dziwnie pokorny wzrok i ucichła. 
- No już, już, słodziutka, uspokój się - zamruczała, 
podbiegając do niej, babka Wilmot. 
- Ha! - zakrzyknął triumfalnie Hugo, który nadal niczego 
nie rozumiał. - Oto dowód, że moja pani jest w odmiennym 
stanie. Niewiasty zawsze są wtedy nieco rozstrojone. 
Czego byś chciała? Może łakoci albo południowych owoców? 
- Jest jeden owoc, na który mam ochotę - odparła, 
spoglądając z ukosa na Gilberta. W jej oczach płonął 
niezdrowy blask. - Ale sama go sobie zerwę. 
- Moja gołąbeczka źle się czuje od powrotu z Leicester - 
wyjaśniła niania. 
- Lepiej, jeśli odpoczniesz w swej komnacie, pani, i 
każesz Sobie tam przynieść wieczerzę - szepnął 
spowiednik, brat PaWeł, żylasty, choć zgięty od ciągłych 
ukłonów augustianin na stałe związany z rodziną 
Petronilli. 

Tak będzie najlepiej. - Sir Hubert grzmiącym basem 

rozstrzygnął sprawę. - Musisz, pani, dbać o siebie przez 
wzgląd na 
dziedzica. 
Czy to możliwe? Wydało mi się, że widzę wypukłość pod jej 
ciężką tuniką. 
- O, tak - odpowiedziała potulnie. - To prawda. Teraz 
muszę dbać nie tylko o siebie. 
Błyszczącymi oczyma omiótłszy komnatę, pozwoliła się 
wyprowadzić do alkowy na wieży, którą dzieliła z Hugonem, 
jego sługami, sokołami i psami. 
 
- Nadgryzłaś ten chleb, Alicjo! To nieładnie. Nie można 
go teraz dać ludziom. - Cecylia wrzuciła chleb do koszyka 
z żarciem dla psów, Alicja zaś wyciągnęła go z powrotem, 
żeby mu się przyjrzeć. 
- To nie ja - oznajmiła, obróciwszy kilkakroć w rękach 

background image

ułomek chleba. 
- Owszem, ty. Widać ślady twoich zębów. Wszyscy inni 
zostawiają większe. 
- To twoje! - oburzyła się Alicja. - Sama ugryzłaś i na 
mnie zwalasz. 
- Nieprawda. Moje życie stało się zbyt tragiczne, abym 
zniżała się do nadgryzania chleba. Zakonnice nigdy się 
tak nie zapominają. Zamierzam przyjąć imię zakonne Marii, 
od naszej Pani Boleściwej. Odtąd czeka mnie smutek, wiele 
smutku aż do grobowej deski. 
W oczach madame de Hauvill skrzyła się wesołość, ja z 
coraz większym trudem opanowywałam się, by nie parsknąć 
śmiechem. 
- Panno Cecylio - powiedziała madame - robisz już ładne 
równe ściegi i myślę, że możesz usiąść ze mną do 
haftowania obrusu na ołtarz w kaplicy. 
- Ja też chcę! Haftuję tak samo ładnie jak ona! 
- A nieprawda! Poza tym masz wiecznie brudne łapy! 
- Ty, panno Alicjo, będziesz mogła wyszyć łatwiejsze 
fragmenty, ale pod warunkiem, że będziesz grzeczna. 
Było słoneczne południe, tuż po obiedzie. Madame 
nadzorowała sortowanie pozostałości jadła na dwie części 
-jedna miała zostać zaniesiona do psiarni, druga rozdana 
biednym. Parę dni temu odbyła się w związku z tym dzika 
awantura. Utkwiwszy stanowcze spojrzenie w sir Hubercie, 
madame zaofiarowała się z pomocą w dokarmianiu ubogich, 
do czego jak stwierdziła, skłania ją chrześcijańska 
pokora. 
Oblicze mego teścia przybrało gromowy wyraz. 
- Kwestionujesz, pani, moją hojność?! - ryknął. 
- Ach! - Madame po mistrzowsku udała zmieszanie. - Tego 
się tu nie robi? Cóż, zapewne w każdym hrabstwie panują 
inne obyczaje. Nie znam tych stron. Stokrotnie 
przepraszam za tak wielce niestosowny pomysł. 
Sir Hubert dałby się ugłaskać przeprosinami, ale z tym 
"wielce niestosownym" pomysłem madame posunęła się za 
daleko. Jej wypowiedź na milę trąciła ironią, gorzej - 
złośliwą kpiną w rodzaju tych, o które zawsze podejrzewał 
mego męża, a swego kłopotliwego potomka Gilberta. 
Ponieważ z tym ostatnim musiał pozostawać w przyjaznych 
stosunkach przynajmniej do czasu, gdy trafi się okazja, 
żeby zakopać skrzynkę, wyładował się na madame. 
- Rozdaję jałmużnę w dni świąteczne! A w Zielone Święta 
każdy nowochrzczeniec dostaje porządną szatę! Pan Bóg nie 
każe nam wyzbyć się wszystkiego, abyśmy zostali goli i 

background image

bosi! 
- Ach, pojmuję. Zapewne macie tu wielu dorosłych 
nowoochrzczeńców w każde Zielone Święta. 
(Wedle mej wiedzy przytrafił się tylko jeden, biedny 
słabowity przygłupek, którego rodzice nie trudzili się 
nawet, by ochrzcić go w niemowlęctwie. Było to całkiem 
głośne wydarzenie. Cóż, Sir Hubert nigdy nie wahał się 
przedstawiać odosobnionych przypadków jako normy, ilekroć 
sytuacja tego wymagała.) 

Czemuż miałbym nagradzać próżniaków?! - wrzasnął. 

- A biedne wdowy i sieroty? 
- Tu nie ma biednych wdów i sierot! Są pod opieką! 
- Czyją? 
- Rodzin,jak przystoi! 
- Ale pochwalasz, panie, pomoc wdowom i sierotom, prawda? 

Czy podajesz, pani, w wątpliwość moje cnoty 

rycerskie? 
Zapędziwszy go w kozi róg, madame spytała grzecznie, czy 

gdyby przez czysty przypadek napotkała jakąś biedną 

wdowę 
lub sierotę albo kalekiego żebraka - może mu dać resztki 
jadła. 

Tylko nie kalekim żebrakom, na Boga! Zbiegną się tu 

z całego hrabstwa! 
Można to było uznać za rodzaj przyzwolenia, które madame 
skrzętnie wykorzystała, aby dać przyszłym mniszkom lekcję 
dobroczynności. Byłam uradowana, albowiem dzięki temu 
prawie nie widywały się z Petronillą. 
Otrzymałyśmy dowód, że Pan Bóg nagradza dobre uczynki 

choć nieplanowane, okazały się bardzo użyteczne także 

dla 
nas. W ferworze biegania z koszami, liczenia i mierzenia 
mniej 
lub bardziej zniszczonych obrusów i kap, nasza obecność w 
kościele przestała zwracać uwagę. To rozwiązało problem, 
który 
gnębił mego męża - mianowicie jak podrzucić list, w 
którym 
będzie wiadomość o zakopanej skrzyni z dokumentami. Gdyby 
znaleziono go w zamku, wyglądałoby to podejrzanie, ale 
gdyby 
Gilbert udał się do kościoła w wiosce i zaczął grzebać w 
archiwach, naszą wiarygodność można byłoby od razu spisać 
na straty, 
ludzie bowiem natychmiast dowiadują się o wszystkim. 

background image

Malachiasz rzekł tylko: "Gilbercie, masz głowę nie od 
parady. Wymyślisz coś na miejscu". 
Gdy więc pewnego słonecznego ranka przyrządziłyśmy 
garniec gorącego mleka z korzeniami i dodatkiem mocnego 
piwa, by pokrzepić nim biednych acz cnotliwych starców, 
chorych i sieroty, Gilbert po prostu wetknął mi list do 
ręki i powiedział: 
- Wybieracie się do kościoła? Będąc tam, przy okazji 
policz, proszę, świeczniki. Ksiądz Roger trzymał je za 
ołtarzem, 
w skrzyni z rejestrami. Zamierzam ufundować ładny srebrny 
świecznik w podzięce za bezpieczny powrót do domu. Ale 
jeśli świeczników jest pod dostatkiem, może lepsza byłaby 
patena. 
Pojąwszy w lot jego intencje, wsunęłam list w zanadrze. 
Mimo więc, że w kościele było pełno ludzi - w jednym 
kącie ojciec Cedrik wysłuchiwał spowiedzi, w drugim 
dziewczęta rozdawały resztki białego pieczywa bezzębnym 
starcom, którzy zwykle drzemią w słonku pod cmentarnym 
murem - nikt nie zauważył, że zniknęłam za ołtarzem i 
zeszłam do wąskiej sklepionej krypty, żeby policzyć 
świeczniki. Otworzyłam wielką skrzynię, w której 
pleśniały sobie spokojnie księgi parafialne, wydobyłam 
stosownie zbutwiały list i wsunęłam go do księgi, która 
wyglądała na najstarszą. Słysząc czyjeś kroki na 
schodach, opuściłam wieko. 
- Aż trzy świeczniki! Chyba lepiej będzie, jeśli ufunduje 
patenę - powiedziałam na głos. - A, to pani, Agato. W 
czym mogę pomóc? 
- Panienki rozdały już chleb. Gdzie jest garniec z 
mlekiem? 
- Na górze, obok tych dziecięcych koszulek, które uszyły 
pod pani nadzorem. 
Byłam z siebie dumna. Sprawiłam się chytrze niczym lis, 
który porywa najtłustszą kurę i tyle go widzieli. 

Lady Małgorzato - odezwała się madame, gdy ruszyłyśmy 

drogą biegnącą przez wioskę - należą ci się moje 
przeprosiny. Od pewnego czasu ciąży mi to na sumieniu. 
Za domami szemrał potok, mieniąc się w promieniach 
letniego słońca. 
- Ależ, lady Agato! Za cóż miałabyś mnie przepraszać? 
- Sposób, w jaki opuściłam wówczas twój dom, pani, był 
obelżywy. Myślałam, iż to grzeszny afekt związał cię z 
kancelistą świętej pamięci męża. Ale tu dowiedziałam się 
od kapelana, że zostałaś zmuszona do tego małżeństwa. 

background image

- Stary lord Hubert postanowił zawładnąć pieniędzmi 
mistrza Kendalla. 
- Jednakowoż twój mąż jest człowiekiem honoru. Źle 
osądziłam i jego, i ciebie. Tymczasem ty w swej dobroci 
zapewniłaś mi miejsce przy wysokim stole. Jesteś, pani, 
prawdziwą chrześcijanką. Z głębi serca proszę cię o 
wybaczenie. 
- Lady Agato, troszczysz się o moje córki i wielce się 
już przyczyniłaś do poprawy ich manier. Jestem ci za to 
niezmiernie wdzięczna. Jeśli w ogóle trzeba tu coś 
wybaczyć, czynię to ze szczerego serca. 
Na twarzy madame odmalowała się ulga. Spojrzała na idące 
przed nami dziewczynki, które obejrzawszy się ukradkiem, 
zrzuciły ciżmy i ignorując ułożone w poprzek strugi 
kamienie, z rozmachem wskoczyły do wody. 

Co do owej poprawy, na razie jest dość powierzchowna 

zauważyła - ale trzeba kuć żelazo, póki gorące. 

Do dziewczynek przyłączyła się gromadka półnagich dziatek 
ubogiego wieśniaka, którym przyniosłyśmy odzież. Razem 
zaczęły uganiać się w potoku, pokrzykując i chlapiąc. 
- Miałaś, pani, własne dzieci? 
- Tak - odparła, przyglądając się hasającej czeredzie. 

Urodziłam siedmioro, trzech chłopców i cztery 

dziewczynki. 
Dwoje zmarło w niemowlęctwie. Do dziś żyje tylko jedna 
córka. 
Jest w klasztorze; ojciec poskąpił jej wiana. - Odwróciła 
głowę. 
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nagle pojęłam, jak bardzo 
było jej ciężko. Jej niezłomna wierność formom, różne 
drobne dziwactwa, nawet małostkowość, wszystko stało się 
w tym świetle całkiem zrozumiałe. 
- Kiedy patrzę na ciebie, pani - podjęła - i na to, co 
cię łączy z małżonkiem, widzę, iż udało wam się wyhodować 
miłość z poczucia obowiązku i że jest to możliwe. Bardzo 
cię za to szanuję. 
- Hm, cóż, na tym padole trzeba robić, co się da - 
bąknęłam speszona. 
Zamilkłyśmy, ostrożnie przechodząc po kamieniach na drugi 
brzeg pluszczącego potoku. 
Po dłuższej chwili madame zagadnęła nieśmiało: 
- Czy to prawda, że zagrałaś, pani, o wolność swego męża 
w kości, stawiając w zastaw swoją cnotę, i że kości były 
obciążone - Jej policzki zaróżowiły się z niezwykłego u 
niej podniecenia; widać było, że już dawno miała ochotę 

background image

mnie o to spytać. 
- To prawda - odparłam. 
- Och, pani Małgorzato! - wykrzyknęła. - Skąd wzięłaś 
takie kości? 
Wybuchnęłyśmy śmiechem i chichotałyśmy przez całą drogę 
do chaty chorej, którą szłyśmy odwiedzić. Niewiasta owa 
była córką starej Anny, znachorki. Nie miała własnej 
ziemi i po śmierci matki została bez środków do życia. 
Utrzymywała się z tego, co dostała za siedzenie przy 
chorych albo mycie zwłok, sprzedawała też napary z ziół - 
mało skuteczne, niewiele bowiem zdążyła się nauczyć od 
matki za jej życia. Jej choroba na szczęście nie była 
śmiertelna ani też zakaźna. Miała jednak potwornie 
opuchnięte nogi, leżała wyzuta z sił i pewna, że 
przyjdzie jej umrzeć. 

Dzięki, dzięki, niech was Pan Bóg nagrodzi, 

szlachetne 
damy - powtarzała. - Och, czemuż Brokesford nie ma takiej 
pani zamiast tej wilczycy, która rządzi w zamku. 
Wytrząsnęłyśmy siennik i ułożyłyśmy ją wygodnie. Napojona 
mlekiem z korzeniami ożywiła się nieco i zaczęła mówić, a 
sądząc, że zbliża się jej ostatnia godzina, poprosiła, 
abyśmy sprowadziły księdza, i zdradziła nam sekret, który 
dotąd taiła. Stwierdziła mianowicie, że jej matka nie 
pośliznęła się na schodach w zamkowej wieży, lecz została 
z nich zepchnięta. 
- Nogi miała zdrowe! Zeszłam przed nią, niosąc jej 
rzeczy. I przysięgam, że kiedy krzyknęła: "Jezu, ratuj!", 
usłyszałam jeszcze czyjeś kroki oddalające się pod górę. 
- Straszne - powiedziałam. - Ale kto mógłby chcieć jej 
śmierci? 
- Tam się stało coś złego, czego nie chcą wyjawić. Kiedy 
matkę wezwano do lady Petronilli, kazała mi czekać pod 
drzwiami komnaty, ale usłyszałam, jak mówi: "To nie 
dziecko". Powiadam wam, szlachetne panie, owego wieczoru 
w zamku zrodził się potwór. Diabeł rogaty, którego 
zadusili w tajemnicy. Potem 
pani nałożyła czerń, że niby jest w żałobie, a tymczasem 
próbuje sprowadzić następnego diabła na ten świat. 
Obiecałyśmy przysłać jej kapelana i wyszłyśmy przez 
niskie drzwi chatynki na zewnątrz, gdzie bawiły się 
dzieci. Cecylia i Alicja brodziły w potoku, próbując 
łapać ważki gołymi rękami. 
- Gdyby urodziła diabła, wszyscy by o tym wiedzieli. 
Musieliby się przecież pozbyć ciała, prawda? - odezwała 

background image

się, jak zwykle rzeczowo, madame. 
- Ta kobieta usłyszała tylko "To nie dziecko", resztę 
sama sobie dośpiewała. Pani Agato, tak sobie myślę... 
jestem prawie pewna, że ciąża Petronilli nie była 
prawdziwa, tylko urojona. 
 
 
ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
 
Tuż za dworską piwowarnią był maleńki ogródek, w którym 
rosło trochę ziół, warzyw i róże. Podczas mojej pierwszej 
wizyty w Brokesfordzie zastałam go w opłakanym stanie i 
tchnęłam weń trochę życia. Dziś, w piękny letni poranek 
udałam się tam, by zacząć wszystko jeszcze raz od nowa. 
Wzięłam ze sobą dzieci, chcąc im przekazać trochę 
zielarskich mądrości matki Hildy. Wiatr gnał po niebie 
spiętrzone białe chmury; ilekroć zasłaniały słońce, przez 
ogród przetaczał się cień, lecz po chwili chmura 
odpływała dalej i znów lał się na nas skwar. 

Ta rozrośnięta kępa to szałwia - tłumaczyłam. - Leczy 

się nią melancholię i poty. 
Peregryn w przykrótkiej koszulce i starych nogawicach z 
odciętymi stopami w skupieniu rył ziemię obok kępy 
żywokostu, który sam się nasiał i wybujał nad podziw. 
Malec z zainteresowaniem oglądał a to wykopany kamyk, a 
to dżdżownicę, a to żuka, który uciekł przed nim w 
popłochu, przebierając licznymi nogami. 

A to jest koper, mamusiu. - Alicja zerwała łodyżkę 

i wsadziła ją do ust. Była boso, w samym gieźle, 
rozpuszczone na 
Plecach rudozłote włosy lśniły w słońcu. Wyrośnie z niej 
piękna 
dziewczyna, pomyślałam. 
- Mi daj! - Peregryn wyciągnął łapkę. Alicja zerwała mu 
drugą łodyżkę kopru. 
- Dobrze tu rośnie, bo słońce opiera się na murze i 
ogrzewa ten kącik - powiedziałam. 
- Matka Hilda rozmawia z roślinami - odezwała się 
Cecylia. - Czy dlatego udają jej się lepiej niż innym? 
- Nie wiem. Myślę, że każdy może mówić do roślin, ale nie 
każdego zechcą słuchać. I tym właśnie matka Hilda różni 
się od innych ludzi. Może mówić do czegokolwiek i to coś 
ją rozumie. - Zaczęłam podwiązywać pnącze, które zsunęło 
się z drabinki i kłębiło na ziemi. 
- Patrzcie na chmury. - Alicja wskazała niebo. - Jakie 

background image

mają różne kształty, widzicie? O, na przykład ta 
przypomina ul, tamta pieczoną kaczkę, a ta dużą misę z 
ciastkami owsianymi. 
- Ja w tej dużej widzę lwa i konia - powiedziała Cecylia. 
- A ja zieloną panią - odezwał się nagle Peregryn. 
- Chmury nie są zielone. 
- Pani jest zielona - rzekł z powagą chłopczyk. - Ma 
moklą sukienkę. Niania musi ją przeblać. 
- Jedzie na koniu? A może na lwie? 
- Nie. Idzie w butkach. Butki też ma mokle. Pływają w 
nich lybki. 
- Jeśli ma buty na sobie, to nie widać, co w nich jest - 
wytknęła Cecylia. 
- Widać - oznajmił stanowczo Peregryn i z powrotem złapał 
grackę. 
Znów padł na nas cień. Podniosłam głowę, ale tym razem to 
nie była chmura, tylko sir Hubert, który patrzył na wnuka 
z uwagą, w milczeniu. Podszedł cicho jak kot; nie wiem, 
od jak dawna się nam przyglądał. 

Pani Małgorzato, zabierz dziecku gracę. 

Podeszłam do Peregryna, który natychmiast zaczął wyć. 
- Peregrynie - rzekł stary lord spokojnie, choć już było 
widać, że czoło mu się chmurzy. - Rycerze nie grzebią się 
w ziemi. Rycerze jeżdżą konno. Od uprawiania ziemi są 
chłopi. 
- Pelyn kopie i znajduje takie lózne. Gdzie mój ziuk? 
Mama. daj ziuka. Pokazie dziadziowi. 
- Żuk uciekł, kochanie. Odłóż grackę, jak każe dziadek. 
- Jak podrośniesz, zabiorę cię na borsuki, skoro tak 
lubisz kopać - zaśmiał się sir Hubert. - To znacznie 
okazalsza zwierzyna niż żuk. 
Nigdy w życiu nie widziałam go w tak dobrotliwym 
nastroju. Burza, której nadejścia się obawiałam, rozwiała 
się bez śladu. 

Chodź ze mną do stajen, chłopcze. Mam dla ciebie 

niespodziankę. 
Patrzyłam zdumiona, jak sadza sobie wnuka na barana. Za 
plecami czułam poruszenie dziewczynek. Odprowadziłyśmy 
ich wzrokiem, a potem jak zaczarowane ruszyłyśmy w ślad 
za nimi. 
Hugo i Gilbert stali oparci o ogrodzenie przy wybiegu dla 
koni. Obserwowali roczniaka prowadzanego na lince. 
- Nie podoba mi się jego chód - mówił Gilbert. - Widzisz, 
gdzie trafia tylna noga? 
- To i tak najlepsze z zeszłorocznych źrebiąt. 

background image

- Może kiedy się go podkuje... 
Obaj rozdziawili usta na widok rodziciela mijającego ich 
z kędzierzawym malcem usadowionym na ramionach. 
- Czy ciebie kiedyś tak nosił? - zapytał zdumiony 
Gilbert. 
- Nie, a w każdym razie ja sobie tego nie przypominam - 
odparł Hugo. - Ale kiedyś zrzucił mnie ze schodów. 
- To nie to samo - zauważył młodszy brat i obaj porzucili 
posterunek przy płocie, kierując się w stronę stajen. 
Z majdanu doleciał ryk: 
- Janie, wyprowadź niespodziankę!!! 
- Dziadziu, to konik! - ucieszył się Peregryn na widok 
małego górskiego kucyka, którego pachołek wyprowadził ze 
stajni. Zwierzę było czarne jak smoła i okrągłe jak 
baryłka, o czterech krótkich nogach, z których jedna 
miała białą skarpetkę. Drobny Psotny pysk kucyka 
przecinała biegnąca między oczyma biała strzałka. Ale 
najbardziej zdumiewający był nie kucyk (choć sir Hubert 
zawsze się zarzekał, że nie będzie trzymał zwierząt 
niżSzych niż dwa łokcie) a to, co miał na sobie. A była 
to pomniejSzona kopia bojowej uprzęży samego sir Huberta. 
Oprócz siodła 
z wysokim tylnym łękiem miała też nabijany mosiężnymi 
płytkami napierśnik i osłonę zadu. Szczęka mi opadła. W 
życiu nie słyszałam o tak hojnym podarunku dla zwykłego 
ludzkiego dziecka. Zerknęłam na Gilberta i Hugona: też 
zaniemówili z otwartymi ustami. Stary lord posadził 
szczebioczącego malca w siodle, podczas gdy dwaj 
pachołkowie trzymali kuca za uzdę. Potem cofnął się o dwa 
kroki i splótłszy ręce na piersi, podziwiał swoje dzieło. 

Koniec z tym. Jeden klerk, a drugi fircyk. Mój wnuk 

będzie rycerzem - warknął, spoglądając wilkiem na obu 
synów, a potem uśmiechnął się z posępnym triumfem. - 
Janie, 
oprowadź go. Chcę zobaczyć, jak sobie radzi. Siedź 
prosto, Peregrynie, prosto, o tak! Widzicie? Nie ma 
jeszcze trzech lat, a trzyma się w siodle jak król! 
Udaliśmy się za kucykiem na wybieg. Posłyszałam 
westchnienie Cecylii. Niemal w tejże samej chwili 
westchnął również Gilbert. Spojrzał z wyżyn swego wzrostu 
na rudą głowinę z rozczochranym warkoczem. W jego 
ciemnych oczach malowało się zrozumienie. 
- To niesprawiedliwe - powiedziała cichutko, wbijając 
wzrok w bose stopy i szurając nimi w kurzu. Przypomniałam 
sobie jej prośbę do brata Malachiasza. 

background image

- Cesiu - Gilbert westchnął ponownie - świat nie jest tak 
do końca sprawiedliwy. 
- Też chciałabym jeździć konno. 
- Poproszę ojca, żeby pozwolił wam brać Burasa. Tak 
będzie najlepiej: on nie będzie się bać o konia, a my o 
was, i będziecie mogły jeździć gdzie dusza zapragnie. 
- Znakomicie! - ucieszyła się Alicja. 
- Ojcze - odezwała się z powagą Cecylia. - Spędziłam 
wiele godzin wyszywając ten obrus, modliłam się 
codziennie rano i wieczorem, nosiłam koszyki do kościoła 
i byłam dla wszystkich miła i uprzejma. Byłam grzeczna. 
Nie wspinałam się na drzewa ani nic takiego. 
- Doskonale cię rozumiem, moja droga - odparł z powagą. - 
Ja też na ogół byłem grzeczny... i cóż stąd? 
Dwaj pachołkowie prowadzali kucyka w kółko, a sir Hubert 
stał w środku, wykrzykując komendy. 

Obciągnij pięty, chłopcze! Tak dobrze, trzymaj się! 

Peregryn nie posiadał się ze szczęścia. Próżnujący 
wieśniacy, 
którzy zawsze pojawiają się jak spod ziemi, ilekroć 
dzieje się coś ciekawego, klaskali w dłonie, wykrzykując: 

Niech żyje mały lord! 

Nad wybiegiem wznosi się wieża zamkowa, okrągła, o 
płaskim dachu. W jednym z wąskich okien mignęło mi coś 
białego. Zaraz znikło, lecz po chwili znów ją ujrzałam. 
Była to pobladła z nienawiści twarz kobieca. 
Lady Petronilla wściekle przemaszerowała przez 
dziedziniec. Praczki pokiwały głowami, po czym jedna się 
schyliła, by dołożyć do ognia, druga zaś z westchnieniem 
przemieszała ciężkie płótna bulgoczące w kotle. Pani 
Małgorzata wysłała służebną z koszem po obrusy stołowe i 
właśnie wychodziła z budynku. Jej piesek, śmieszne małe 
zwierzątko wyglądające jak kłąb postrzępionego sznurka, 
także wracał, nie odstępując jej spódnic. 

Stołowe też? - odezwała się z powątpiewaniem praczka. 

- Wszystkie. Słowo daję, nie prałyście ich od mojej 
ostatniej tu wizyty! A tej gdzie tak spieszno? 
- Zawsze tak goni, jak się czymś zezłości. W końcu 
zajeździ tę swoją biedną klacz. No cóż, powiadam, szkoda 
konia, ale lepsze to, niżby miała się wyżywać na mnie. 
Kiedy jest w takim humorze, siecze batem każdego, kto jej 
wejdzie w drogę. 
- I dokąd jeździ? - Przystanęły, patrząc za znikającą w 
stajni Petronillą. 
- A gdzie ją oczy poniosą. Zaiste nie widziano chyba 

background image

białogłowy, która by się tak dobrze trzymała w siodle. 
Pachołkowie nie mogą za nią nadążyć. O, jest i 
spowiednik. Pewnie ruszy za nią, bo przecież nie uchodzi, 
żeby jeździła sama. 
Brat Paweł spieszył za swoją panią wyciągniętym lekkim 
krokiem. A to odmiana - pomyślała Małgorzata - zwykle 
jest tak zgarbiony od ciągłych ukłonów, że wygląda jak 
kaleka. Ledwie 
głośny tętent kopyt ucichł za bramą, ze stajni wyjechał 
drugi jeździec. 

O, są i obrusy. - Widok dziewki schodzącej z koszem 

na dziedziniec przywrócił uwagę Małgorzaty do bieżących 
zajęć. 
- Ląduj je z tamtymi do kotła, brudniejsze już nie będą. 
W tym momencie mieszająca w kotle praczka zastanowiła się 
co lepsze. Lady Petronilla była gwałtowna, ale leniwa, i 
nie widziała nic, czego w danej chwili nie chciała 
dostrzec. Z kolei lady Małgorzata miała zrównoważone 
usposobienie, lecz stanowczo za dobry wzrok. Zaglądała w 
każdy kąt i wiecznie kazała sprzątać. Można by pomyśleć, 
że ona jest tu panią, gdy się tak szarogęsi, a stary lord 
jej na to wszystko pozwala. Ale co tam! Wkrótce odjedzie 
i znów nie trzeba będzie prać przez rok albo i dwa. 
 
Lady Petronilla przeszła w pełny galop. Siedziała po 
męsku; szeroka spódnica odsłaniała łydki obciągnięte w 
długie myśliwskie buty z miękkiej skóry. Welon, mocno 
przypięty do splecionych włosów, łopotał za nią niczym 
bitewny proporzec. Zanim przecięła pola i leżącą dalej 
łąkę, gniadą sierść klaczy splamiły już płaty piany. Na 
przeciwległym skraju łąki środkiem potoku dreptał 
statecznie stary Buras, niosąc na oklep na swym szerokim 
wklęśniętym grzbiecie dwie bose rude dziewczynki. Nieco 
dalej na piaszczystym brzegu czekał na swe podopieczne 
chłopak stajenny na kucu. 

Patrz, tam jedzie lady Petronilla - odezwała się 

Alicja. 
Cecylia zawróciła konia, przerywając mu przyjemne 
moczenie nóg w potoku. Kiedy wspiął się na brzeg, 
syknęła: 
- Ala, przestań mnie szczypać. Będę cała sina. 
- Z tyłu koń jest grubszy, chcesz, żebym spadła? Tu nie 
ma gdzie się wspiąć, Jan będzie musiał mnie podsadzić i 
znów będzie zrzędzić. 
- Janie, dokąd ona tak pędzi? 

background image

- Nie wiem, ale widzicie? Goni za nią spowiednik. Nie 
uchodzi, żeby dama jeździła bez towarzystwa. Jej niańka 
iten mnich cackają się z nią jak z dzieckiem. Gdybyście 
wiedziały to co ja... 
- Wiemy. Ona jest zła i ma nie po kolei w głowie. Jedźmy 
za nią. 
Na skraju lasu Petronilla zwolniła i brat Paweł wreszcie 
ją dogonił- Rozmawiali przez chwilę, a potem o dziwo, 
rozstali się: brat Paweł skręcił w kierunku Wymondley, a 
Petronilla pojechała dalej sama. 
Ruszyli za śladami odbitymi wyraźnie w miękkiej 
próchniczej ziemi. 
- Patrzcie tylko, ona jedzie do źródła - powiedziała 
Cecylia. 
- Wiecie o źródle? - zdziwił się pachołek. 
- Jasne, że tak. Kiedy byłyśmy tu ostatnim razem, matka 
brała z niego wodę do warzenia piwa. Wozili ją w 
beczkach. Mówiła, że tam jest czystsza i piwo ma lepszy 
smak. 
Słońce przesiane przez gęste korony dębów malowało na 
ściółce świetliste łatki. Kopyta Burasa wydawały miękki 
stłumiony odgłos, a z wonią jego potu mieszał się zapach 
butwiejących liści. 
- Teraz woda w źródle już nie jest taka czysta - rzekł 
znacząco pachołek. 
- Och, woda nigdy nie jest całkiem czysta - prychnęła 
Cecylia, nie chcąc się okazać głupszą niż stajenny. 
- Bo żyją w niej ryby - dodała Alicja. - I wiesz, co 
robią? Siusiają do wody. Tak więc pijecie wszyscy rybie 
siki. Chyba że zrobi się z nich piwo. 
Ku jej rozczarowaniu na Janie nie zrobiło to żadnego 
wrażenia. 

Teraz jest tam jeszcze coś oprócz ryb - oznajmił z 

chytrym uśmiechem. - Trup. Przeczesali cały staw hakami, 
ale 
nie dali rady go wyciągnąć. 
Jeśli zamierzał przerazić swe słuchaczki, tym razem on 
się zawiódł. Wytrawne amatorki makabrycznych opowieści 
zafascynowane chłonęły jego słowa. 

Naprawdę? A czyj to trup? - spytała nonszalancko 

Cecylia. 
- Proboszcza. Zaczął zrywać szmatki z kamienia i źródło 
wessało go z zemsty. 
- Ach, więc to tak? - rozpromieniła się Alicja. - Nikt 
nie chciał nam powiedzieć, co się z nim stało. 

background image

- Krzyczał i bulgotał? - zainteresowała się Cecylia. 
- O tak, i modlił się, ale wszystko na darmo, bo w tym 
źródle jest diabeł. 
- Prawdziwy diabeł? Czarny i rogaty? Widziałeś go? 
- Nikt go nie widział. Ale są tacy, co oddają mu cześć. 
Ja tam wierzę w Pana Jezu Krysta i trzymam się z dala od 
tego stawu, chociaż oczywiście wodę muszę pić, bo innej 
nie ma. Kiedy przyjedzie nowy ksiądz, poprosimy go, żeby 
poświęcił źródło i znów będzie czyste. 
- Pst! Słyszycie? Jest tutaj. 
Zatrzymali się za szarą, porośniętą pnączem ruiną obok 
świątyni z cisów. Dziewczynki bezgłośnie zsunęły się z 
końskiego grzbietu i podały wodze pachołkowi. Potem 
cichojak koty podkradły się po liściastej ściółce nad 
staw i schowały za wielkim głazem stojącym u jego brzegu. 
Był teraz nagi, odarty z ofiarnych gałganków. Jasnoszary 
kamień mienił się tu i ówdzie drobnymi iskierkami miki, 
gdy padło nań światło. Miał kształt wielkiego jaja 
stojącego pionowo na grubszym końcu, lecz na pewno nie 
natura go tak ustawiła. W środku zielonej sadzawki 
bulgotało źródło, głośno, jak war wrzący w kotle. Nad 
brzegiem stała Petronilla, nucąc coś niezrozumiale. Oczy 
miała rozszerzone, twarz bledszą niż zwykle, z 
niezdrowymi plamami. Luźne kosmyki włosów spadały jej na 
twarz, chociaż welon przypięty długimi szpilkami do 
warkoczy wciąż trzymał się na głowie. Słowa pieśni 
wydawały się angielskie, lecz były przemieszane, 
pozbawione kontekstu i wyśpiewywane bezbarwnym jękiem, 
który czynił z nich bełkot. 
Petronilla zaczęła obchodzić staw w kierunku zgodnym z 
ruchem słońca na niebie. Dziewczynki cofnęły się głębiej 
w zarośla, żeby ich nie spostrzegła. Z kobiety w czerni 
emanowało coś, jakby nieuchwytny zapach, który je 
przeraził. Uklękła po przeciwnej stronie źródła. Piła 
wodę - nie, całowała ją, ochlapując nią piersi i łono. 
Dziewczynki nie mogły oderwać od niej oczu. Ukryty w 
ruinach pachołek też ją zobaczył, wzdrygnął się cały i 
szybko przeżegnał. 
Po chwili Petronilla wstała, ociekając wodą. Z sakiewki u 
pasa wyjęła jakiś przedmiot i gwałtownym ruchem rzuciła 
go do wody. Odpłynął od brzegu niczym mała łódeczka i 
zaczął wirować na środku sadzawki. 
- Weź go! Weź! 
- Patrz, Cesiu, ciżemka Peregryna - wyszeptała Alicja. - 
Ta, którą mama uszyła. Oj, ale będzie zła. 

background image

- Czego chcesz? Pieniędzy? Krwi? O, tak, będziesz miała 
jedno i drugie! - Lady Petronilla zaniosła się dzikim 
śmiechem. Sięgnęła po mieszek, wytrząsnęła zeń miedziaki 
i wrzuciła je do wody. Plusnęły i opadły na dno. Nagle 
kobieta drgnęła i okręciła się wkoło. - Zdrajcy! - 
krzyknęła i pobiegła do przywiązanej nieopodal klaczy. 
- Trzeba ją wyciągnąć - oznajmiła Cecylia, wchodząc do 
płytkiej wody obok stojącego kamienia. Miękka sarnia 
skórka pociemniała; bucik Peregryna nasiąkał wodą, 
wirując kusząco tuż poza zasięgiem ręki. 
- Cesiu, tam jest głęboko - bąknęła ze strachem Alicja. - 
W środku jest wielka dziura. 
- Tu gdzie stoję, jest płytko. Podaj mi tamtą gałąź i 
złap mnie za sukienkę. - Cecylia ostrożnie wysunęła przed 
siebie nogę. Miękki muł przecisnął jej się między 
palcami. Jeszcze jeden krok. Wciąż czuła dno. Dziecięca 
ciżemka była już całkiem przemoknięta, ale wciąż 
utrzymywała się na wodzie, jakby ktoś podtrzymywał ją od 
spodu, wabiąc dziewczynkę, żeby weszła jeszcze głębiej. 
Zrobiła kolejny krok. Przyglądający się temu pachołek 
nagle się ocknął, zeskoczył z konia i ciskając wodze w 
trawę, ruszył pędem nad brzeg stawu. 
- Wracaj, wciągnie cię! - krzyczał. 
- Mam! - Cecylia zręcznie zahaczyła gałęzią ciżemkę już 
niknącą pod wodą. 
- Bogu niech będą dzięki! - Jan westchnął z ulgą, widząc, 
że dziewczynka cofa się od bulgoczącej głębi. 
- Patrzcie, ile tu pieniążków i różnych rzeczy - 
powiedziała Alicja, brodząc przy brzegu i wpatrując się w 
wodę tak zieloną, że ledwie widziała swoje stopy. 
- Nie ruszaj ich! Należą do źródła! - przestrzegł ją z 
brzegu wystraszony chłopak. On sam za żadne skarby 
chrześcijańskiego świata nie zanurzyłby nawet palca w tym 
stawie o zwodniczo spokojnej powierzchni i wiecznie 
wrzącej głębi. Staw wessał już księdza, a teraz pozbawił 
zmysłów lady Petronillę, czego sam był świadkiem. 
- Ale źródło ich nie wzięło. - Alicja zebrała rozrzucone 
w przybrzeżnym mule ofiary i ze śmiechem cisnęła je na 
środek stawu. - Masz! Weź je, to twoje! - Rozłożyła 
ramiona i zaczęła pląsać po kostki w wodzie, nucąc pod 
nosem. 
- Tu jest bardzo miło! - Cecylia przywiązała sobie bucik 
do przegubu, żeby go nie zgubić. - Janie, chodź się 
ochłodzić! 
Już po chwili dziewczynkom udało się przemoczyć na wylot 

background image

cienkie lniane sukienki. Słońce, wpadając tu pomiędzy 
liśćmi, kładło się na ich rozwichrzonych czuprynach, 
krzesząc z nich złociste blaski. Z ciemnej cisowej 
świątyni nawoływały ptaki. Wychodząc z założenia, że już 
nic im nie zaszkodzi, panny Kendall wymyśliły nową 
zabawę: nagarniały wodę rękami i chlustały na siebie, 
śmiejąc się i piszcząc. 

Przestańcie! Przestańcie! - Jan w dzieciństwie 

nasłuchał 
się opowieści, które snuła przy ogniu jego babka. Znał 
tajemnicę 
źródła ożywiającego swoją mocą wszystko, co wokół rosło. 
Od 
prawieków nikt nie zanurzył w nim stopy, nikt oprócz... 
Bulgot źródła nagle ucichł. Chłopak padł na kolana i 
przeżegnał się, zbielałymi wargami szepcząc modlitwę. 

Patrz, Cesiu, przestało się burzyć. - Alicja wskazała 

środek sadzawki, gdzie powierzchnia całkiem 
znieruchomiała. Dogasające fale opływały łagodnie kolana 
dziewcząt. W wodzie coś 
się poruszyło: długi, ciemny i gładki wijący się kształt. 
- A więc to prawda - wyszeptał pachołek. - To wszystko 
prawda. 
- Ojejku, Ala, to największy węgorz, jakiego w życiu 
widziałam - zdziwiła się Cecylia. 
- Nie ruszaj się, on płynie do nas. Widzę jego oczy. Aj, 
otarł mi się o nogi. Łaskocze! 
- Ciekawe, czy gryzie. 
- Mnie nie ugryzł - oznajmiła Alicja. 
Jan stracił zdolność poruszania się. Oddech zamarł mu w 
piersi. Patrzył, jak zjawa okrąża staw tuż pod 
powierzchnią wody, a potem znika. Na środku pokazało się 
kilka bąbli odbijających pomniejszone jak w soczewce 
ciemne sylwetki cisów. Po chwili wypłynęła kolejna porcja 
bąbli, a potem jeszcze kilka. Rozległo się coś jakby 
mlaśnięcie i woda w środku stawu zaczęła kipieć jak 
poprzednio. 
- Znów bulgocze. 
- Ten węgorz musi mieszkać na samym dnie. Już go nie 
widać. 
- Słońce prawie zachodzi. Chodź, bo spóźnimy się na 
wieczerzę. Rano widziałam, że siekają wieprzowinę i 
migdały na leche lombard. 
Obejrzawszy się, dziewczęta zobaczyły pasące się 
swobodnie konie i pachołka, który na kolanach odmawiał 

background image

koronkę, ledwie poruszając zbielałymi ustami. 

Janie, konie uciekły. Zapomniałeś je przywiązać? 

Stajenny drgnął i uniósł głowę. Spojrzał na dwie mokre 
bosonogie nimfy ze słońcem we włosach. 

Nie mówcie o tym nikomu - rzekł. 

Dziewczęta przekonane, iż ma na myśli ucieczkę koni, 
obiecały mu to solennie. Zresztą zaraz je złapał, a nie 
chciały przecież, aby lord w napadzie złości zabronił im 
korzystać ze starego Burasa. 
 
Co dzień o świcie, gdy na niebie bladły gwiazdy, lord 
BroKesford wstawał z łoża, odsuwał zasłony i krzyczał na 
pachołków śpiących u jego stóp, by natychmiast ruszyli te 
swoje leniwe zadki. Po obu stronach wezgłowia sterczały 
drążki; jeden z nich zajmowały ulubione sokoły sir 
Huberta, drugi odzież (co dzień wkładał tę samą, chyba że 
był to dzień świąteczny). W przeciwległą ścianę wbito dwa 
kołki, na których zawieszano rozpostartą kolczugę. 
Poniżej na niskiej długiej skrzyni leżał hełm i miecz - 
na wypadek, gdyby zamek został napadnięty i trzeba się 
było zabarykadować w wieży. W tym samym miejscu trzymał 
broń ojciec obecnego lorda, a przed nim jego ojciec i 
dziad. Sir Hubert nie widział powodu, by to zmieniać, 
nawet jeśli groźba najazdu była teraz mniejsza. 
Podczas gdy jeden sługa zdejmował z drąga i czyścił 
szczotką szaty, drugi podnosił okiennicę i kładł na 
zasłanej sitowiem podłodze płócienny chodnik sięgający od 
łoża aż do okna. Stary lord, nagi jak go Pan Bóg stworzył 
(jeśli nie liczyć czepka), podchodził do otworu okiennego 
i wdychał pełną piersią rześkie ranne powietrze, 
niezależnie od pory roku. Miał zresztą zwyczaj mawiać, iż 
to ono wzmacnia ciało i ducha. Następnie stwierdzał: 
"Czeka nas dziś piękny nowy dzień!" i wietrząc jeszcze 
przez chwilę płuca, układał bieżące plany, rodzinne 
intrygi i podejmował ważkie decyzje dotyczące jego małego 
królestwa. 
Na ogół w tejże chwili lub nieco później, gdy pochyleni 
słudzy wiązali mu nogawice albo ciżmy, do komnaty 
wchodzili jego nic niewarci synowie obudzeni pianiem 
koguta i kolejno wedle starszeństwa przyklękali przed 
nim, żeby ucałować go w rękę. 
- Znów zaspaliście, darmozjady - burknął, gdy Hugo na 
wpół ubrany zgiął przed nim kolano. Gilbert jak zwykle 
przystanął w wejściu, schylając się pod niskim kamiennym 
łukiem. Tego jednak poranka powietrze nie pachniało tak 

background image

słodko i nie ożywiało jak zwykle; zatruwała je myśl o 
drzewach, o zdradzieckich mnichach z Wymondley i perfidii 
prawników, którzy nie staną przed tobą uczciwie twarzą w 
twarz, z mieczem w dłoni, lecz zachodzą cię od tyłu, 
uderzając z zasadzki niczym jadowite węże. 
Teraz skłonił się przed nim Gilbert. Dlaczego ten chłopak 
zawsze tak go drażni? Chyba przez ten długi nos, który ma 
Po 
matce, podobnie jak arogancką kpiącą minę, którą ona 
także wciąż nosiła na twarzy. Odziedziczył ją po niej tak 
samo jak faliste ciemne włosy. Z nich dwóch Hugo bardziej 
wyglądał na mężczyznę - a ściślej mówiąc, przypominał 
mężczyznę, jakim był sir Hubert, zanim posiwiał: 
jasnowłosy, mocno zbudowany, jurny i nie zaprzątający 
sobie głowy byle czym. W każdym razie tak było dawniej, 
bo teraz jego pierworodny ubierał się jak błazen, a 
zachowywał jak minstrel. Ohyda. Stary lord wzdrygnął się 
z obrzydzeniem. 
Gilbert podniósł się z kolan. Oczywiście dostrzegł 
rozdrażnienie ojca, widać to było w jego oczach. "Nie 
szkodzi - pomyślał stary. Nie mam zamiaru ich 
rozpieszczać". 
Hugo przeciągnął się raźnie i oznajmił: 
- Wybieram się dziś na przejażdżkę. Może chcesz mi 
towarzyszyć, braciszku? 
- Dokąd? 
- Podobno nad stawem pokazuje się sukub. Mam zamiar go 
przydybać. 
- O czym ty bredzisz? - sarknął sir Hubert, wystawiając 
głowę z rozcięcia koszuli. 
- Zbieram doświadczenia ziemskich rozkoszy, żebym miał 
się z czego spowiadać na łożu śmierci. A nikt, absolutnie 
nikt nie daje mężczyźnie większej rozkoszy niż sukub. 
Wziąłem na spytki tego świniopasa. Niewysłowiona 
przyjemność, powiada. Ta diablica wyciąga człowiekowi z 
lędźwi dosłownie wszystko, przynajmniej w danej chwili. 
- Ta diablica próbowała go zabić. 
- Ha! To zwykły wieśniak. Ja będę przygotowany. Ale 
właśnie dlatego pomyślałem, Gilbercie, że mógłbyś mnie 
ubezpieczać. Trzymać miecz w pogotowiu na wypadek, gdyby 
próbowała pozbawić mnie życia swymi pieszczotami. Ho, ho, 
ho! To byłaby Piękna śmierć! Ale oczywiście wówczas nie 
mógłbym wdziać habitu i odpokutować grzechów. 
- Hugonie, jeśli widzisz mnie w tej roli, to się mylisz. 
Nie marn najmniejszego zamiaru stręczyć ci sukuba. 

background image

- Ty to wszystko przeinaczasz. Od czego ma się braci? 
- A co, jeśli w ogóle cokolwiek, zamierzasz zrobić z 
resztą dnia, o ile nie uda ci się zdybać tej istoty? - 
spytał stary lord, gdy pachołek obciągnął na nim tunikę i 
podał mu wierzchnią szatę. 
- Chyba przejadę się do szynku starej Bet. Mężczyzna ma 
swoje potrzeby, jak obaj pewnie wiecie, a moja pani 
małżonka odkąd zaszła w ten swój "odmienny stan", do 
niczego się nie nadaje. - To rzekłszy, zbiegł z wieży, 
pogwizdując głośno. Przez chwilę słyszeli zwielokrotnione 
echo odbijające się w studni schodów. 
- Nie będzie go przez cały dzień... - Sir Hubert spojrzał 
na syna. 
- Też o tym pomyślałem. 
- Wat, każ Janowi osiodłać dla nas konie. I my udamy się 
na przejażdżkę. 
- Trzeba wreszcie przycisnąć biskupa o nowego księdza - 
dodał Gilbert dla pewności, choć bynajmniej nie było to 
konieczne. 
 
 
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 
 
Lew ledwie uniósł głowę, kiedy Gilbert sięgnął między 
tobołki i wydobył z nich dwa porządnie owinięte pakunki, 
obszyte jeszcze gęstym płótnem, żeby się nie rozwinęły 
podczas przekładania. 
- Ten pies jest za stary na stróża - orzekł sir Hubert. - 
Powinieneś się go pozbyć. 
- Ale Małgorzata bardzo go kocha. 
- Małgorzata to, Małgorzata tamto. Pozwalasz tej kobiecie 
na zbyt wiele. Jest rozpuszczona. 
- Rozpuszczona? Nie domaga się miejsca na dworze diuka 
tylko po to, by zaraz się obrazić i wrócić, nie zamawia 
sukien, na które jej nie stać, a gdy chodzi o rodzinę, 
jest waleczna jak lwica. - Gilbert zarzucił na ramię 
płaski prostokątny pakunek. 
Jego ojciec wziął drugi, podłużny. Były w nim dwie łopaty 
owinięte wraz z deską, żeby zamaskować ich kształt. 
- Nie ma posłuchu u służby - warknął kwaśno. - Ta, jak ją 
nazywacie, madame, jest nie do zniesienia. 
- Madame nie jest sługą. A nawet ty musisz przyznać, że 
doskonale układa dziewczynki. - Gilbert czuł dziwną 
błogość. Ojciec wydawał się pełen dobrej woli. Nareszcie 
robili coś razem, dla wspólnego pożytku, zamiast warczeć 

background image

na siebie i skakać sobie do gardeł jak dwa rozżarte psy. 

Cecylia Kendall, ta mała bestia, wyszywa obrus na 

ołtarz! 
Ha! - Sir Hubert odrzucił głowę i wydał z siebie 
warkliwy, urywany śmiech. 
Wyraz pociągłej inteligentnej twarzy Gilberta się nie 
zmienił, ale jego serce zalała fala tkliwego ciepła. 
Wyobraził sobie ojca tronującego za wysokim stołem w 
otoczeniu przycupniętych na drążkach sokołów i skulonych 
u stóp psów, jak z dumą mówi do gości: "Mój młodszy syn 
jest uczonym. Trzeba wam wiedzieć, że to bardzo 
pożyteczne zajęcie". 
Wyjechali gościńcem w kierunku Hertfordu, a następnie 
zawrócili przez chaszcze i nieużytki, i wjechali do lasu 
sobie tylko znaną ścieżką. Zaskoczona łania czmychnęła 
niemal spod końskich kopyt i rzuciła się w bok, chcąc ich 
odciągnąć od skrytych w zaroślach młodych. Niepotrzebnie 
się lękała; nie byli dziś na łowach. W koronie 
pobliskiego drzewa rajcowały gawrony. Ależ się kłócą - 
pomyślał Gilbert - iście jak w londyńskim parlamencie. 
Zerknął na ojca, który dumnie wyprostowany jechał obok, i 
wyczytał w jego oczach, że stary lord myśli w tej chwili 
dokładnie o tym samym. 
- Książę wróci do kraju jesienią lub zimą, nim zaczną się 
obrady - powiedział. 
- O ile Francuzi wpłacą resztę okupu za króla Jana. Jeśli 
nie, będzie uwiązany w Calais. 
- Miękka to uwięź - burknął stary. Twarz miał 
pobrużdżoną, brodę i włosy już niemal całkiem białe, ale 
nadal obracał długim mieczem jak piórkiem, potrafił 
spędzić cały dzień na koniu i w zbroi lub czuwać przez 
całą noc nie zmrużywszy oka. Jego spłowiałe błękitne oczy 
często widziały śmierć, także tę, którą sam zadawał bez 
najmniejszych skrupułów. Chłopi drżeli na widok jego 
cienia. Mocny, o sercu z lodu, aż do teraz wydawał się 
nie mieć słabych stron. 
"Jakie to dziwne - pomyślał Gilbert - że właśnie przez tę 
dąbrowę biegnie droga do jego serca. Przez nią i przez 
Peregryna". 
Wjechali właśnie pomiędzy stare dęby. Nie było 
przypadkiem, że rosły tu tylko one. Od setek lat, dłużej 
niż sięgała pamięć, las pieczołowicie czyszczono. Pod 
utkaną z liści kopułą śpiewały ptaki, słońce malowało na 
ziemi wzorzysty kobierzec. W oddali dobiegał plusk 
strumienia. Zatrzymali się obok świątyni z cisów i tam 

background image

przywiązali konie. Gilbert podkradł się do stawu, by 
zobaczyć, czy nikogo nad nim nie ma. 
- Szkoda fatygi - rzekł ojciec. - Odkąd zjadło mi 
księdza, ludzie tu nie chodzą, chyba że o pełni księżyca, 
a do tej zostało jeszcze półtorej niedzieli. 
- Małgorzata też stroni od źródła, choć dawniej brała 
stąd wodę na piwo. Przeraża ją myśl, że piłaby księdza. 
- Ot, głupia baba! A jak zaczerpnie wodę pół staja dalej, 
to coś zmieni? Wszyscy go piją. Podobnie jak myją się w 
nim i piorą. 
Zdjęli pakunki z koni i rozwinęli je z płócien. 

Ludzie mówią, że przeciągnęło go do innego świata - 

podjął sir Hubert, gdy znaleźli wśród ruin odpowiednie 
miejsce 
i zaczęli kopać. - Z dwojga złego to już chyba lepsze niż 
bajdy o duchach albo opowieści o oczach martwych 
zwierząt, które 
opowiada ta twoja dziwaczna żona. Żeby nie jeść nawet 
ostryg! 
Ale ja sądzę inaczej. W tym stawie mieszkają największe 
węgorze, jakie świat widział. Zżerają wszystko, co wir 
wessie w głąb. 
Wszystkie te kurczaki, gomółki sera czy co tam jeszcze 
chłopi 
składają im w ofierze. Sam wyciągnąłem stąd w zeszłym 
roku olbrzymiego węgorza i wpuściłem do swego stawu, ale 
dopadły go 
wydry. A teraz zeżarły mi księdza. Od tamtej pory nie mam 
jakoś 
ochoty na węgorze. Woda wodą, ale już zjadanie 
duchownego... 
oczywiście pośrednio, lecz biednemu Rogerowi należy się 
jednak 
trochę więcej szacunku. - Stary lord urwał zdumiony, że 
tak 
szczerze podzielił się z kimś swymi przemyśleniami. 
Gilbert także milczał zdumiony, że jego ojciec w ogóle ma 
przemyślenia, 
i to nie pozbawione ani rozumu, ani serca. 
Kiedy opuszczali skrzynię do wykopanego dołu, od strony 
stawu dobiegł jakiś chrzęst. Gilbert cicho położył ojcu 
rękę na 
ramieniu i gestem wskazał kierunek. Posłyszeli trzask 
łamanej gałązki i kroki czworonoga stąpającego po 
kobiercu dębowych liści. Dźwięk oddalał się. 

background image

Pewnie jeleń przyszedł do wodopoju - zawyrokował sir 

Hubert. Zastanawiające: tu gdzie byli sami, wydawał się 
dysponować doskonałym słuchem. Między ludźmi natomiast 
robił nieraz wrażenie głuchego jak pień; zwłaszcza gdy 
nie w smak mu było to, o czym mówiono. 
Zasypali dół, udeptali go porządnie i przywalili paroma 
ciężkimi kamieniami. Następnie wyjechali z lasu tą samą 
drogą i dotarli do zamku od przeciwnej strony, bardzo z 
siebie zadowoleni. 
 
No, nareszcie zabrali skrzynię - pomyślałam. Zakopią ją w 
lesie, wrócimy do Londynu i tam będziemy czekać na to, co 
z niej wykiełkuje. To będzie nasza najkrótsza wizyta w 
Brokesfordzie i mam nadzieję ostatnia. Przynajmniej tym 
razem wszyscy będą zadowoleni. Stary zachowa źródło, a ja 
dom i życie znów potoczy się normalnym trybem. 
Madame zabrała Cecylię do kaplicy, gdzie miały wspólnie 
polerować ołtarzowe srebra; matka Sara wzięła kądziel i 
poszła z Peregrynem do sadu, gdzie mógł do woli polować 
na robaki w dziadkowych jabłkach, a ja zagoniłam Alicję 
do porządkowania. Skoro wkrótce mieliśmy się pakować, 
trzeba było odnaleźć wszystkie zagubione rzeczy. 
- Ale ja bym się chciała przejechać na Burasie - 
zaprotestowała. 
- To nie byłoby ładnie, gdybyś ty się bawiła w czasie, 
gdy twoja siostra pracuje. 
- Ale za to sprawiedliwie, bo kiedy jestem z nią, zawsze 
każe mi jechać z tyłu, gdzie ciągle się zsuwam, ale muszę 
jej słuchać, bo jest starsza. Chciałabym raz usiąść sobie 
wygodnie. 
- Powinnyście się zmieniać. 
- Cesia mówi, że nie ma powodu. Ona jest starsza, ona 
decyduje, kiedy się zmieniamy, i dlatego ja wciąż jeżdżę 
z tyłu. Mamusiu, dlaczego urodziłaś mnie po niej? 
Wolałabym być pierwsza. Gdybym była pierwsza, na pewno 
byłabym dla niej lepsza niż ona dla mnie. 
- To nie ja tak to urządziłam, kochanie, tylko Bóg. Ale 
kocham was jednakowo, niezależnie od starszeństwa. 
Krzątałyśmy się po świetlicy. Znalazłam giezło Cecylii 
wepchnięte za wąską pryczę, na której obie spały, i jeden 
but Peregryna. 
- Ale przecież urodziłam się o cały miesiąc wcześniej! 
Powinnam ją w końcu dopędzić! Jeśli będę grzeczna i 
bardzo się postaram... kiedy to będzie? 
- Zachowanie nie ma wpływu na bieg czasu, córeńko. 

background image

Chociaż urodziłaś się we wcześniejszym miesiącu, to mimo 
upływu lat różnica między wami pozostaje taka sama. Nie 
zdołasz dogonić Cesi. 
- Nigdy? 
- Nigdy.  
Alicja westchnęła głęboko. 
- Gdzie jest drugi bucik Peregryna? - spytałam. 
- Cesia włożyła go do kuferka pod waszym łóżkiem. 

Po co, na Boga? - schyliłam się, żeby wydobyć 

skrzynkę spod wielkiego zapadniętego łoża, które 
dzieliliśmy z Gilbertem. 
W świetlicy oprócz naszej rodziny sypiał jeszcze giermek 
Robert i część zamkowej czeladzi, ale - w uznaniu pozycji 
Gilberta jako syna rodu - nasze łoże wyposażone było w 
zasłony. Określenie "świetlica" niezbyt pasowało do tego 
zimnego kamiennego wnętrza, wąskie okna wpuszczały bowiem 
bardzo niewiele światła. Podłużna komnata zajmowała całą 
powierzchnię piętra nad wielką salą. Kamienne ściany były 
dostatecznie grube, by dało się w nich wyciąć po dwa 
naprzeciwległe wygodne siedziska pod oknami. Wieża 
mieściła dwie nieco mniejsze okrągłe komnaty, Jedną nad 
drugą. Górną zajmował sir Hubert, jego słudzy, psy i 
sokoły (a także wniesione przez nie pchły i wszelkie 
robactwo, któremu chciało się wspinać tak wysoko). 
Niższą, znajdującą się na tym samym poziomie co 
świetlica, użytkował sir Hugo z Petronillą oraz ich 
słudzy, psy, ptaki i pchły. Parter wieży zajmowała 
kaplica, lecz nie można się było do niej dostać z górnych 
komnat, długie drewniane schody wychodziły bowiem 
zewnętrzną stroną muru na dziedziniec. Pod kaplicą był 
loszek, w którym sir Hubert mógł w tajemnicy przed 
wszystkimi przetrzymywać więźniów, stare wino lub łupy 
wojenne. W zamku brakowało zarówno wygód, jak i choćby 
jednego spokojnego kąta. Dach przeciekał, w sitowiu, 
którym wysłano posadzki, hasały szczury, wyszukując 
pozostawione przez psy odpadki. W lecie odór pełnej 
ekskrementów fosy nie dawał się opisać. Gdyby to był mój 
dom, zaczęłabym od wykopania jamy pod mieszczącym wygódkę 
wykuszem w ścianie świetlicy, żeby wszystko nie leciało 
wprost do fosy. Jamę tę kazałabym co jakiś czas czyścić, 
jak robią w dobrych domach w Londynie, dzięki czemu nie 
żyją w wiecznym smrodzie. Potem zmieniłabym sitowie i 
wybieliła - tak, wybieliła! - wszystkie ściany, żeby było 
czysto i przyzwoicie, cokolwiek kto inny powie na ten 
temat. A potem sprzedałabym połowę koni i kupiła trochę 

background image

przyzwoitych zasłon. Sir Hubert umarłby na apopleksję. 
Oderwałam się od myśli o odnowieniu zamku, które zawsze 
mnie nachodzą, ilekroć jestem tutaj. Otworzyłam skrzynię, 
żeby znaleźć drugi bucik i związać je razem. 

Alicjo, co wyście znów zmalowały? Ciżma była jak 

nowa, 
a teraz jest cała sztywna, musiała się zamoczyć! 
Na buzi Alicji pojawiła się ta sama niewinna minka, którą 
miewa, gdy się ją przyłapie na wykradaniu słodyczy. 

Właściwie miałyśmy się nie przyznawać, żebyście nam 

nie zabronili brać Burasa - bąknęła. - Lady Petronilla 
zabrała ciżemkę nad staw w lesie, śpiewała i pląsała 
niczym żongler, 
a potem wrzuciła ciżmę do wody i poszła sobie. 
Śledziłyśmy Ją, 
ale nas nie widziała. W ogóle była jak ślepa. My z Cesią 
uważamy, że ciągle tam jeździ. Wypowiada życzenia. Ona ma 
już całkiem pomieszane w głowie. Więc Cesia wyłowiła but 
patykiem i przyniosłyśmy go z powrotem. 
Serce nagle przestało mi bić i utkwiło w gardle. 
- Przecież... przecież jeździ zawsze z pachołkiem lub 
spowiednikiem. Nie pozwoliłby jej odprawiać pogańskich 
guseł. 
- Ten brat Paweł, co wszędzie się skrada? On jeździ do 
opactwa, a ją puszcza samą. 
- Do opactwa...? 
Ależ oczywiście! Jeździ do augustianów, swoich braci w 
zakonie! Naraz ujrzałam jego ugrzecznioną pozę i 
rozbiegane oczka w zupełnie nowym świetle. Ciekawe, od 
ilu już lat ukrywa szaleństwo Petronilli, by utrzymać się 
w domu, który jego zakon zamierzał pozbawić zarówno 
drewna, jak wody? Boże drogi, przecież ona dziś znów 
wyjechała... i to właśnie wtedy, gdy Gilbert z ojcem 
zabrali skrzynię! Wszystko może wyjść na jaw! 
 
 
ROZDZIAŁ SZESNASTY 
 
Do przyjazdu gości pozostały jeszcze tylko dwa dni i cały 
dwór był zajęty przygotowaniami do biesiady, jaką sir 
Hubert zamierzał uczcić inwestyturę nowego proboszcza. 
Wykonano już głęboko wkopane w ziemię i obłożone 
kamieniami palenisko z potężnym rożnem, na którym miał 
się nazajutrz piec cały wół. Przez wielką zamkową bramę 
przewijał się sznur chłopów pędzących świnie, owce i 

background image

znoszących kurczaki. Zaaferowana i spocona Małgorzata 
biegała od piekarni do warzelni, doglądając na zmianę to 
pieczenia ze świeżo zmielonej białej mąki swoich słynnych 
pięknie wyrośniętych chlebów i puszystych kołaczy, to 
znów smakowitego piwa, z którym nie mogło się równać 
nawet to warzone specjalnie dla biskupa. W ślad za nią 
biegała Alicja, która nigdy nie pomijała okazji, by 
czegoś skosztować. Tymczasem Cecylia, którą rejwach 
szeroko zakrojonych przygotowań utwierdził w decyzji o 
wstąpieniu do klasztoru, poszła wraz z madame ponaciągać 
do suszenia kościelne obrusy bielące się na słońcu. 
Huczna wieczerza była oczywiście tylko ziemskim dodatkiem 
do uczty duchowej. Wysłannik biskupa miał wprowadzić na 
urząd nowego duszpasterza, a później poświęcić piękną 
srebrną patenę ufundowaną przez młodszego syna lorda 
Brokesforda w podzięce za bezpieczny powrót z wojny. Jest 
zatem nie tylko zamożny, lecz i hojny, szeptały sobie 
pobożne parafianki. A jego pasierbice, ponoć dziedziczki 
wielkiej kupieckiej fortuny, własnymi rękami wyhaftowały 
obrus. Co prawda biskup nie mógł przybyć, lecz 
wydelegował w zastępstwie kanonika z samej archikatedry, 
człeka tak świętego, że ongiś przegnał plagę pasikoników, 
zwracając się do nich słowem Bożym. Uroczystości 
zapowiadały się więc nader podniośle. 
- Biskup powinien był przybyć osobiście. W końcu jest 
naszym krewniakiem - zrzędził sir Hubert, omijając konno 
wielki wykop na dziedzińcu. Towarzyszyli mu obaj synowie 
i sześciu uzbrojonych pachołków. Z tyłu toczył się 
zaprzężony w woły wóz, którego obsadę stanowili dwaj 
wieśniacy z synami. Jechali do Hertfordu po wino, co 
wobec nieobecności biskupa wydawało się sir Hubertowi 
najzupełniej zbytecznym wydatkiem. 
- Lepiej, że go nie będzie. W przeciwnym wypadku 
musiałbyś zamówić dwakroć więcej wina, ojcze - odezwał 
się Hugo. 
Starzec fuknął, który to dźwięk można było odczytać jako: 
"Mimo tych wszystkich błyskotek, jakimi się obwieszasz, 
czasem zdarza ci się powiedzieć coś z sensem". 
- Nie można ufać handlarzom win - powiedział. - Jeśli nie 
skosztujesz każdziutkiej beczki, wcisną ci ocet. Jak nikt 
potrafią przekupywać rządców wielkich zamków, żeby 
przymykali oko na niedobory. Tylko prawnicy są od nich 
gorsi. 
- A księża niewiele lepsi. Kogo nam sprowadziłeś, ojcze? 
Chyba nie jakiegoś kłopotliwego szty wniaka, mam 

background image

nadzieję? 
- Też coś! Krewniaka oczywiście, choć nigdy w życiu nie 
widziałem go na oczy. To jeden z bastardów sir Filipa, 
wychowany na księdza przez jego wuja opata. Biskup 
zapewnił mnie, że jest młody, ubogi i pełen 
chrześcijańskiej pokory, a opat dał mi niezłą sumkę za 
osadzenie go w naszej parafii. Dzięki temu mamy na wino. 
W Brokesfordzie nie ma miejsca na złych księży i złe 
wino. 

To zależy, co rozumiesz przez "zły". Lekkie pokuty i 

żyłka łowiecka nie stanowią jeszcze o wartości 
duszpasterza. Skąd 
wiesz, jak zadba o twoich wieśniaków? 
Oczy starego lorda zmrużyły się ze złością. Ten irytujący 
smarkacz znów zadziera nosa. "Myśli, że może mną rządzić, 
bo 
załatwił u swego szemranego druha ten przeklęty 
podrobiony dokument. Szczeniak". 
- Da sobie radę. Sam jest tylko czymś odrobinę lepszym od 
wieśniaka. Nie zechce się wywyższać. Będzie orał jak 
reszta. Zresztą wyposażyłem go w muła. 
- Muła. Tak, to przesądza sprawę. 
"Trzeba by go ciut utemperować - pomyślał stary. Ale nie 
mogę go sprać tak, jak na to zasługuje, dopóki to 
wszystko się nie skończy". 
Kiedy przejeżdżali przez bramę, z okna na wieży wyjrzała 
ukradkiem żółtawa twarz. Lady Petronilla "słabująca" w 
swej komnacie szybko oceniła sytuację. Panowie zamku 
wyjechali. Teraz władza w majątku należała do niej. 
- Duszę się tu, muszę zażyć powietrza - powiedziała do 
swojej starej niańki. - Pomóż mi nałożyć zieloną suknię, 
a potem idź do stajni i każ pachołkom osiodłać tę małą 
burgundzką klacz, którą przywiozła pani Małgorzata. Chcę 
ją wypróbować. 
- Ale, duszko... 
- Żadnych "ale". Ja tu teraz rządzę. Małgorzata musi mi 
użyczyć swojej klaczy, czy jej się to podoba czy nie. 
- Chciałam powiedzieć, jaśnie pani, że nie ma brata 
Pawła. Kto ci będzie towarzyszył? - Staruszka wyjęła ze 
skrzyni suknię, w której Petroniłla jeździła na łowy, 
pomogła jej zdjąć haftowany srebrem surkot i narzuciła 
zieloną szatę na czarną suknię spodnią. 
- A któż w tej okolicy ośmieliłby się mnie tknąć? Podaj 
mi pas ze sztyletem, prędko. 
Oczy młodej kobiety uciekały w głąb czaszki, ukazując 

background image

białka. Twarz miała obrzmiałą, brunatne przebarwienia 
upiornie odcinały się od bladej cery. 
- Ależ, słodkie jagniątko, co ludzie pomyślą... - Babka 
Wilmot uklękła u stóp Petronilli, żeby przymocować jej do 
butów lekkie, ale spiczaste ostrogi. 
- Nie jestem twoim ani czyimkolwiek jagnięciem. Potrafię 
o siebie zadbać. - Petroniłla pochwyciła z otwartej 
dębowej 
skrzyni pejcz oraz zawiniątko w lnianej sakwie i 
zamaszystym krokiem wyszła z komnaty. W powietrzu zostało 
po niej coś dziwnego, jakby opar, choć pozbawiony woni. 
Stara kobieta zadrżała na całym ciele. 
- Znowu ją naszło - zamruczała wystraszona - a tu 
spowiednika nie ma i znikąd pomocy. Boże mój, Boże, to 
się źle skończy. Powinnam była zasłonić się starością i 
pozostać w domu brata, zamiast jechać z nią aż tutaj. Ale 
co ta biedaczka by beze mnie poczęła? A co będzie, kiedy 
odkryją prawdę? Panie Boże, ulituj się nade mną. Stoję 
już jedną nogą w grobie, zaś to, co zrobiłam, zrobiłam z 
miłości do tego słodkiego dziecka, którym kiedyś była. 
Utyskując, podeszła do okna i wyjrzała z wieży. Roztaczał 
się z niej widok na dziedziniec i pola ścielące się po 
drugiej stronie fosy. Za bramą zobaczyła małą ciemną 
postać na siwej klaczce, cwałującą wąską ścieżką w stronę 
lasów. 

Słodki Jezu - szepnęła niańka - daj jej syna, którego 

tak pragnie, zanim do reszty oszaleje. 
 
Małgorzata stanęła w niskich drzwiach krytej strzechą 
piwowarni, otoczona niczym mgiełką zapachem 
fermentującego słodu. Zobaczyła przed sobą grupkę 
speszonych wieśniaków przestępujących nerwowo z nogi na 
nogę. Na przedzie stała Alicja - boso, w błękitnej 
sukience, z rozpuszczonymi włosami, które spływały jej po 
plecach jak płynne złoto. Otaczało ją kilka wioskowych 
matron w samodziałowych sukniach i zgrzebnych chustach, 
także na bosaka. Patrzyły na siebie nawzajem, jakby miały 
coś ważnego do powiedzenia i nie wiedziały, jak zacząć. 
Przez tłumek przecisnęła się Cecylia, a tuż za nią 
madame. 

Wszystko zrobione, mateczko! - zawołała dziewczynka. 

- Każda sztuka czysta, wybielona, gładziutka, bez jednej 
plamki! Piękniejszych obrusów nie mają nawet w katedrze! 
Madame uśmiechnęła się lekko i wzruszyła ramionami, jakby 
chciała powiedzieć: "Oczywiście przesadza, ale trzeba jej 

background image

to wybaczyć". Wieśniacy nieomal pożerali wzrokiem smukłą 
panienkę z rozwichrzonym warkoczem ozdobionym przywiędłą 
różą. W normalnych warunkach Małgorzata zwróciłaby na to 
uwagę, ale była zaaferowana pracą i zmęczona początkowym 
okresem ciąży, a przez to mniej czujna, niżby należało. 
- Mamo, możemy teraz iść się bawić? Pojechałybyśmy konno. 
- Sir Hubert wziął dziś rano Burasa - odpowiedziała 
Małgorzata.  
Chłopi jęli się wiercić i spoglądać po sobie. W końcu bez 
słów zapadła jakaś decyzja, bo wypchnęli naprzód córkę 
znachorki, która przemówiła w imieniu wszystkich: 
- Dobra pani Małgorzato - rzekła - my je weźmiemy na 
przejażdżkę. Mogą spędzić we wsi całe popołudnie. Umiemy 
godnie zabawić te małe damy. 
- Dobrze, ale odprowadźcie je na godzinę przed zachodem 
słońca - odparła Małgorzata. 
- Będą tak samo bezpieczne jak w kościele - oznajmiła z 
powagą córka znachorki, a wieśniacy kiwali głowami i 
bąkali potwierdzająco. Dojrzawszy w grupie osoby, z 
którymi się już zetknęła i nabrała do nich zaufania, one 
zaś miały powody być jej wdzięczne za okazaną pomoc, 
Małgorzata poczuła coś na kształt ulgi, że dziewczęta 
czymś się zajmą, zamiast plątać się jej pod nogami. Wśród 
wieśniaków również dała się wyczuć ulga, a potem 
wesołość. Obstąpili dziewczynki kołem i ruszyli do bramy. 
Jedna ze starszych kobiet zaczęła śpiewać. Kolejno do 
chóru dołączali się inni, na koniec także Cecylia i 
Alicja. Pewnie nauczyły się tej pieśni podczas którejś ze 
swoich wypraw do wsi. "A jednak dobrze się tu czują" - 
pomyślała Małgorzata, wracając do pracy. 
Pani de Hauvill, która nie była osobą nadmiernie ufną, 
zauważyła natomiast coś dziwnego. Słowa pieśni nie 
przypominały znanej jej angielszczyzny, ani tej, którą 
mówiono na południu, ani tej z północy. Miały dziwne 
archaiczne brzmienie. Oczy madame zabłysły, rozdęły się 
nozdrza. Przypomniała sobie obietnicę złożoną Gilbertowi 
de Vilers. Bezszelestnie jak cień ruszyła w pewnym 
oddaleniu za procesją chłopów, tak by nikt jej nie 
zauważył. 
Dotarłszy do wsi, przystanęła schowana za plecionym 
płotem czyjegoś ogródka. Doleciały ją radosne okrzyki. 
Najwyraźniej dziewczynki były w swoim żywiole. Prężyły 
się dumnie, kiedy stare wieśniaczki nakładały im na głowy 
wieńce z letnich kwiatów. Dał się słyszeć ryk krowy i 
spomiędzy chat mężczyźni wyprowadzili na drogę 

background image

śnieżnobiałą jałówkę ustrojoną kwiatami. Dziwna wieś, 
dziwne zwyczaje. Bóg jeden wie, co tu się będzie działo, 
a ona jest sama i bez pomocy. Madame Agata wiedziała o 
dzikich pogańskich obrzędach, których nie zdołał wyplenić 
ani Kościół, ani anglonormandzcy lordowie. Jako dziecko 
karmiona była do snu legendami o tajnych ofiarach i 
dzielnych biskupach tępiących zabobon ogniem i mieczem. 
Zmartwiała widząc, że procesja kieruje się w stronę lasu. 
Wiedziała, jaki los spotkał księdza Rogera i nagle stało 
się dla niej jasne, że dziewczynki prowadzone są do tego 
potwornego źródła, by zostać tam złożone w ofierze, a ona 
nie ma kogo posłać po pomoc. 
Gotowa na wszystko, pospieszyła w ślad za wieśniakami. 
Kamyk wpadł jej do buta i już po chwili zaczęła kuleć. 
"Och, te przeklęte nowomodne ciżmy, na dodatek za ciasne 
na długi spacer" - pomyślała, przysiadając na kamieniu 
granicznym, żeby wytrząsnąć z obuwia kamyk i piach. 

Panią też zostawili? - usłyszała obok cichy głosik i 

ujrzała małego wiejskiego chłopca o szpotawych stopach, 
który kuśtykał drogą, podpierając się kulami. 
Pot spływał po bladej twarzy madame, szpakowate włosy 
wymykały się spod zawicia, z którego wypadła jedna 
szpilka, skutkiem czego całe się przekrzywiło. Na ogół 
tak skrupulatna w kwestii ubioru, tym razem w ogóle tego 
nie spostrzegła. 
- Jestem za stara, nie nadążam - wysapała, mając 
nadzieję, że chłopiec odejdzie. 
- Idą okrężną drogą - poinformował ją - a przez to, że 
śPiewają, nie mogą się za bardzo spieszyć. Znam krótszą 
drogę, na przełaj. Dzięki temu nie spóźnimy się na 
najważniejszą chwilę. 
- A co będzie w najważniejszej chwili? - spytała z 
rozpaczą madame przygotowana na to, że chłopiec pokaże 
jej w uśmiechu ostre zęby ludożercy. 
- Będziemy zanosić prośby do ducha źródła i składać mu 
ofiary. 
Agata de Hauvill najwyższym wysiłkiem zdołała zapanować 
nad twarzą. 
- Jakie ofiary? 
- O, każda rodzina przygotowała dar, kukiełkę z ciasta 
wypieczoną w piecu, malowaną i pięknie odzianą. Oprócz 
tego wrzucimy do stawu kurę. 
- A po co panienki Cecylia i Alicja jadą tam na jałówce? 
- One są najważniejsze. Od śmierci starej Anny nie było 
nikogo, kto miałby moc wezwać świętego węgorza... aż do 

background image

ich przyjazdu. Bez kapłanki źródła czekała nas ruina. 
- Święty... węgorz? 
- O, tak. To przez niego źródło do nas mówi i daje znać, 
czy spełni nasze prośby. Och, pani, gdybyś tylko 
wiedziała, jakie mamy zmartwienia. Jabłka prawie 
wszystkie zgniły, zaraza padła na żyto, a teraz w 
sąsiednim hrabstwie pada bydło i gotowiśmy stracić całą 
trzodę. Jak będziemy orać, gdy nie będzie zwierząt? 
Pomrzemy z głodu. 
W umyśle madame zrodziło się bardzo poważne podejrzenie, 
że jej podopieczne wdały się w aferę, która znacznie 
przerosła ich wyobrażenia. Teraz wszystko było jasne: ich 
częste wycieczki na starym Burasie, to, że stajenni 
prześcigali się, by im towarzyszyć jako ochrona, wałeczki 
tłuszczu na brzuchu Alicji napychanej miodowymi ciastkami 
przez stare chłopki, ilekroć zawitała do wsi, i ta para 
prześlicznych ciżemek z farbowanej na zielono miękkiej 
skórki, nakłuwanych i wyszywanych w dziwne wzory, którą 
Cecylia dostała od nich w podarunku. "A to diablęta - 
pomyślała madame. Bezwstydne i podstępne czorty! 
Wyłudzały podarki od tych biednych, zrozpaczonych 
ciemnych ludzi, a w chwilę potem z niewinnymi minkami 
wyszywały obrus do kościoła!" Przypływ furii dodał madame 
sił. 
- Pokaż mi zaraz ten skrót - rozkazała, podnosząc się z 
kamienia. 
Zanim zobaczyli przed sobą cisową "świątynię", droga na 
przełaj zdążyła dać jej się we znaki. Cienkie obuwie 
miała w strzępach, obolałe stopy zaczynały krwawić, z 
sukni sterczały powyciągane nitki, a w bardziej 
przetartych miejscach widniały dziury. Gałęzie 
kilkakrotnie zerwały jej nakrycie głowy. Zrezygnowała z 
jego ponownego upinania, wbiła szpilki w gors sukni, żeby 
ich nie pogubić, odgarnęła spadające na twarz włosy i 
związała mocno białe płótno pod brodą, jak to czynią 
chłopki. Agata de Hauvill była skłonna do wszelkich 
ofiar, gdy chodziło o zasady. A tym razem chodziło o 
najświętsze zasady, była bowiem pewna, że szykuje się tu 
spektakl przekraczający wszelkie normy przyzwoitości. 
Gdy zbliżyli się do szarych kamiennych ruin dawnej 
pustelni, dostrzegła siwą klacz włóczącą się po lesie. 
Przywieziona z Londynu drobna klacz Małgorzaty miała 
sierść pociemniałą od potu, a boki splamione świeżą 
krwią. Dziwne - pomyślała madame, która nie widziała 
wyjazdu Petronilli; Małgorzata przecież nigdy nie używa 

background image

ostróg. Złapała konia za uzdę i wprowadziła go do 
kryjówki w ruinach, gdzie przywiązała wodze do rosochatej 
gałęzi zwisającej ze starego dębu. 
- Widzisz, pani? - szepnął chłopiec z nabożnym lękiem, 
jak gdyby był w kościele. - Mówiłem, że będziemy tu 
pierwsi. 
Szpaler cisów prowadził nad brzeg stawu. Madame Agata 
natychmiast się domyśliła, że jest to miejsce pogańskiego 
kultu. Jednakże czuła się bardziej wyczerpana niż 
zgorszona. Dziwne drzewne uroczysko z bijącym spod tafli 
wody źródłem wywarło na niej znacznie większe wrażenie, 
niż mogła przypuszczać. 
"A więc to są te drzewa, których tak zawzięcie broni pan 
de Vilers - pomyślała najpierw. Są ponure, brzydkie, 
powinno się Je wyciąć i zbudować tu coś bardziej 
chrześcijańskiego". 
Ale w miarę jak szelest listowia i szmer płynącej wody 
koił Jej zmysły, nasycony zapach lasu obudził w niej coś, 
do czego 
przenigdy by się nie przyznała. Promień słońca padł jej 
do stóp i zobaczyła zerkające na nią spomiędzy traw 
drobne twarzyczki niezapominajek. W oddali rozśpiewał się 
ptak; z jego gardziołka płynęły długie namiętne trele. 
Słuchając ich, poczuła ukłucie w sercu. "Tak długo żyłam 
bez miłości - pomyślała. Obowiązek jest oziębłym 
kochankiem". 
- Kryj się, pani! - szepnął nagle chłopiec, szarpiąc ją 
za rękaw. Razem dali nurka z powrotem w ruiny. 
- Co się stało? - odszepnęła. Wyglądając zza wielkiego 
jajowatego kamienia, dostrzegła ruch na polanie po 
przeciwnej stronie zielonej sadzawki. 
- Sukub wrócił! Wszystkich pozabija! 
Postać na przeciwległym brzegu ruszyła w tan. Twarz miała 
osłoniętą czarnym welonem, czarny płaszcz i czarną 
suknię. Spod rąbka spódnic błyskały nagie białe stopy. 
Szczupłe białe ramiona wznosiły się ku niebu. Potem 
postać skłoniła się nad lustrem wody. Posłyszeli 
niemelodyjny obłąkańczy zaśpiew. Chłopiec przeżegnał się 
ze strachem, lecz na wargach pani de Hauvill wykwitł 
uśmieszek, który w tych okolicznościach mógł się wydać co 
najmniej dziwny. Kiedy bowiem niesamowita postać pląsała 
nad stawem, welon na krótką chwilę odsłonił jej twarz. 

I co ten sukub robi? - spytała, wprawiając chłopca 

w nabożny podziw dla jej męstwa. 
- Daje mężczyznom rozkosz tak długo, aż umrą. 

background image

- Nie da rady wszystkim chłopom z wioski naraz - odparła 
lodowatym tonem madame. 
- Ale, pani, to jest stwór nieczysty, z samych 
najgłębszych piekieł. To ona zatruła staw i nasze pola. 
Ksiądz nam powiedział, zanim... no... zanim zniknął. 
- Hm... - zadumała się madame. To wyjaśnia ostrogi. Co za 
perfidia, skorzystała z nieobecności mężczyzn, żeby 
zabrać cudzego konia! Ta kobieta zazdrości wszystkim 
wszystkiego, a Małgorzacie najbardziej, to zrozumiałe. 
Małgorzata ma pieniądze, miłość, piękne dzieci i szacunek 
u ludzi. "Czasami sama jej trochę zazdroszczę. Czym sobie 
na to wszystko zasłużyła? 
Widać, że zaczynała życie w nędzy, nie pochodzi z dobrej 
rodziny jak choćby ja"... 
Madame ocknęła się gwałtownie. "Zazdrości, ty potworze, 
odejdź ode mnie! - krzyknęła w duchu. Anieli niebiescy, 
umocnijcie mnie i prowadźcie właściwą ścieżką"... 
Spuściła wzrok i zobaczyła niemal u swych stóp ukryte pod 
kamieniem zawiniątko. Zaciekawiona pociągnęła wystający 
róg. Była to wypchana czymś lniana torba. "Anieli mnie 
wysłuchali" - pomyślała. 
Z lasu dobiegł przytłumiony przez odległość śpiew i 
szelest licznych kroków. Czarna postać u źródła zdawała 
się niebaczna na te odgłosy. Chłopiec skulił się ze 
strachu, lecz madame wystawiła głowę nad stertę kamieni, 
ciekawa przebiegu nieuniknionej konfrontacji. 
Najpierw rozległ się krzyk: "Sukub!" i kilku starszych 
młodzieńców wypadło spomiędzy drzew z dobytymi nożami. 
Postać w czerni wzdrygnęła się i odwróciła. Ktoś 
wyskoczył przed innych i cisnął w nią kamieniem, który 
trafił ją w środek czoła. Postać cofnęła się z okrzykiem 
bólu. 
- To człek, nie mara, zabijcie ją! - wrzasnęła jakaś 
kobieta. 
- Śmierć tej, która sprowadziła zarazę na pola! 
- Zabić! Śmierć! Śmierć! - Krzyki były coraz 
zacieklejsze. 
- Brońcie przed nią nasze panny! 
Chyżonodzy chłopcy próbowali osaczyć zjawę, ta jednak 
zdołała umknąć, osłaniając głowę przed szybującymi w 
powietrzu kamieniami. Dojrzeli jeszcze purpurową smugę na 
białej dłoni. 

Upuściliśmy jej krwi! - radowali się chłopi. 

Tymczasem 
wioskowe matrony podprowadziły białą jałówkę na brzeg 

background image

stawu. 
"Ta kobieta potrafi się ruszać, jeśli chce - pomyślała 
madame. 
Tyle że pobiegła w złym kierunku. Wątpliwe, czy odważy 
się 
Wrócić po konia i sakwę, dopóki cała wieś tkwi nad 
stawem". Rozejrzawszy się, stwierdziła, że towarzyszący 
jej dotąd chłopiec Przyłączył się do gromady. 
Cecylia i Alicja zsunęły się z krowiego grzbietu 
niezadowolone z zakłócenia wspaniałej uroczystości, w 
której grały główną rolę. Chłopcy zawrócili z lasu; jeden 
z nich niósł znaleziony nóż, który podał starszemu 
mężczyźnie, ten zaś z głębokim pokłonem wręczył go 
dziewczynkom. 
- Dzięki wam, panny! Wypłoszyłyście wiedźmę. Zgubiła nóż, 
cały czerwony od krwi niewinnych ofiar. Teraz będzie 
można odczynić zło, które na nas sprowadziła. 
Cecylia przyjęła dar i zatknęła go za pasek z tak 
zarozumiałą miną, że ukryta na drugim brzegu madame omal 
nie pękła ze złości. Niestety nie miała na podorędziu 
żadnego dzielnego rycerza, a tłum wieśniaków raczej nie 
byłby zachwycony, gdyby ich smarkate boginie zostały 
zaciągnięte do domu za uszy. 
Gniew madame burzył się i bulgotał prawie tak samo 
gwałtownie jak źródło w środku stawu. Dziewczynki weszły 
do wody, niosąc kwietny wieniec. Śpiewały pieśń, której 
sama ich nauczyła - starą chanson de toile, na wskroś 
świecką balladę o miłości, którą umilały sobie czas przy 
kądzieli niewiasty w wielkich zamkach. Zagryzła wściekle 
wargi. Te bezbożne psotnice doskonale wiedziały, że 
wieśniacy nie zrozumieją francuszczyzny, zwłaszcza tak 
starodawnej, i wezmą ją za potężne zaklęcie w nieznanym 
języku. 
Nic dziwnego, że przestały narzekać na nudę. "Sir Gilbert 
mnie ostrzegał, ale nawet jemu nie wpadłoby do głowy, że 
mogą się wdać w coś takiego! A ja byłam ślepa! 
Bezwstydnie oszukiwały i mnie, i własną matkę! Doprawdy 
słowo tego nie wyrazi!" 
Dziewczęta wrzuciły wieniec do sadzawki. Podryfował na 
środek, gdzie wokół bulgoczącego źródła tworzył się 
zielonkawy wir. Młodociane "kapłanki" weszły po kolana w 
wodę i biorąc z rąk wieśniaków przygotowane ofiary, 
ciskały je najdalej, jak umiały. Tłum tymczasem wołał: 
"Ocal nasze stada!", "Daj nam dobre zbiory!" 
"Głuptasy, denerwowała się madame, przecież jeśli wejdą 

background image

głębiej, wir może je wesssać". I właśnie w chwili, gdy o 
tym myślała, stało się coś, co ścięło jej krew w żyłach. 
Źródło czknęło głośno i wykrzutusiło nieco mułu, który 
splamił przejrzystą wodę na środku stawu, a potem w ogóle 
przestało ją tłoczyć. Wielki ciemny kształt zaczął sunąć 
w stronę brzegu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, 
pani Agata zaczęła raz po raz odmawiać "Ojcze nasz". Cień 
zatoczył wokół dziewcząt krąg, potem drugi. Ze swojej 
kryjówki nie widziała go dokładnie, ale okrzyki tłumu 
świadczyły, że musi to być ów czarodziejski węgorz. "To z 
pewnością największy węgorz na całym świecie - pomyślała. 
Ileż może mieć lat? Od jak dawna żyje w tej sadzawce? I 
czym tu się, na Boga, żywi? Ależ oczywiście, przecież to 
jasne. Kurczakami, chlebowymi kukiełkami... i od czasu do 
czasu księdzem". Poczuła, że ze zgrozy dostaje gęsiej 
skórki. Te małe ryzykowały życie! Przypomniała sobie 
odważną eskapadę Cecylii do sroczego gniazda. Są za 
młode, żeby wiedzieć, czego należy się bać. Nawet 
wieśniacy nie ośmielają się wejść tu do wody. 
Ale ciemny kształt, skończywszy ostatnie okrążenie, 
odpłynął na środek stawu. 
- Zostaliśmy wysłuchani! - zawołała jakaś staruszka. 
- Ocaleni! - zakrzyknęli wieśniacy. 
Cecylia i Alicja wyszły z wody mokre prawie do pasa. 
Wtedy o dziwo, staw czknął ponownie, lecz jak gdyby 
weselej, i wieniec, martwy kurczak oraz wszystkie inne 
wrzucone rzeczy spłynęły na środek i nagle zniknęły. W 
powietrze trysnęła strużka wody i źródło podjęło swoją 
zwykłą bulgotliwą działalność. 
Zobaczywszy dosyć i upewniwszy się, że dziewczętom nie 
grozi już niebezpieczeństwo, madame zabrała sakwę i 
utykając boleśnie, poszła po klacz. "Jestem starsza od 
tej jędzy, stwierdziła w duchu, a zresztą dobrze jej 
zrobi powrót do zamku na bosaka". Nim wspięła się na 
siodło, zajrzała do sakwy i znalazła w niej dokładnie to, 
czego się spodziewała: dwie ostrogi, parę długich 
miękkich butów i pięknie wyszywaną zieloną suknię 
jeździecką. "Ciekawe, jak wytłumaczy swój strój, gdy 
dotrze do domu. Wstrętne jasełka! Nie do wiary, że tak 
długo uchodziło jej to płazem! Wodziła za nos dorosłych, 
zdrowych na umyśle mężczyzn!" Rozmyślając, co teraz 
wypada jej uczynić, madame Agata ruszyła 
w drogę powrotną. Równy, spokojny kłus siwej klaczy 
wyniósł ją z lasu na rozgrzane popołudniowym słońcem 
pola. Minęło wiele lat, odkąd miała pod siodłem dobrego 

background image

kłusaka, toteż przejażdżka sprawiła jej niekłamaną 
przyjemność. 
 
Długie cienie kończącego się dnia leżały już na 
zewnętrznym dziedzińcu, gdy słaniając się na nogach lady 
Petronilla pojawiła się w bramie. Pani de Hauvill wróciła 
znacznie wcześniej, zdała raport z tego, co widziała, a 
klacz została umieszczona w stajni. Na nieszczęście 
pierwszą osobą, którą Petronilla spotkała na dziedzińcu, 
była Małgorzata owinięta obszernym fartuchem i dzierżąca 
wielką drewnianą łyżkę. Towarzyszył jej rządca będący 
bastardem szlacheckiego rodu, a także kilkoro czeladzi. 
Petronilla zdołała jakoś upiąć czarny welon na 
rozczochranych włosach, ale nie mogła ukryć tego, że jest 
boso i krwawi z rany na ramieniu oraz drugiej na czole. 
Spojrzenie miała dzikie, oddychała szybko, nierówno, z 
wysiłkiem. 

Twój opętany koń mnie zrzucił! - warknęła do 

Małgorzaty. - Rozkazuję natychmiast poderżnąć mu gardło. 
Słyszysz? 
Natychmiast! 
Małgorzata zmierzyła ją zimnym, pogardliwym spojrzeniem. 
- Nie tylko cię zrzucił, ale również skradł ci buty i 
przebrał cię z myśliwskiej sukni w tę czarną szmatę. 
Bardzo zmyślnie jak na konia. Ja zatem nakazuję, aby nikt 
nie śmiał tknąć mojej klaczy, dopóki pan zamku nie 
usłyszy o całej sprawie. 
- Ja rządzę na tym zamku! Zabijcie to wściekłe zwierzę! 
- A ja powiadam, że żadne żywe stworzenie nie zostanie 
skazane bez sprawiedliwego wyroku. Sir Hubert rozpatrzy 
sprawę mojej klaczy na najbliższym sądzie dworskim. 
- Pokażę mu swoje rany! W moim stanie... 
- Wybacz, droga bratowo, ale twój "stan" mocno ci się 
obsunął. Jeszcze rano miałaś go tuż pod piersiami, a 
teraz wisi, jakbyś zaraz miała rodzić. Nie byłabym 
zdziwiona, gdyby ta rzekoma ciąża okazała się poduszką! 
Lady Petronilla wydała nieludzki wrzask i rzuciła się na 
Małgorzatę. Musiano ją odciągnąć ku zgorszeniu tłumu, 
jaki zaczął się zbierać przy bramie. 
- Co tu się dzieje? - pytano. 
- Koń damy Małgorzaty zrzucił lady Petronillę. 
- Zrzucił? Co będzie, jeśli straci dziecko? 
- No właśnie pani Małgorzata powiedziała, że to nie żadne 
dziecko, tylko poduszka pod suknią. Za to lady Petronilla 
się na nią rzuciła. 

background image

W trakcie szamotaniny Petronilla zgubiła swój czarny 
welon. Zgołą głową wyglądała jeszcze bardziej 
niestosownie. Zgorszona i przerażona Małgorzata odsunęła 
się od niej na bezpieczną odległość. Obłąkana niewiasta 
skuliła się na ziemi, błyskając białkami oczu. 
- Zabijcie tę klacz, zabijcie klacz... - bełkotała. 
- Moja dziecina, moja biedaczka, przecież ona jest chora! 
- Niańka Wilmot, ujrzawszy z wieży tłum przy bramie, 
zbiegła na pomoc swej podopiecznej. Napotkała jednak 
nieprzebytą przeszkodę w postaci madame Agaty, która 
zatrzymała ją na skraju zbiegowiska. 
- Powiadam ci - oznajmiła z godnością Małgorzata - że 
moja klaczka będzie miała proces! W trakcie tego procesu 
przedstawię dowody, że zabrałaś ją bez mojego pozwolenia. 
Wykorzystałaś to łagodne uległe zwierzę, by wyjechać bez 
eskorty i oddawać się szatańskim praktykom, jakich 
przyzwoita kobieta nie byłaby sobie nawet w stanie 
wyobrazić! Do tego czasu klacz pozostanie w stajni. 
Ponadto... 
- Diabeł ją opętał! Ta kobieta, która ukradła mi syna, 
nosi w sobie diabła! 
- ...Ponadto mam w swym posiadaniu nóż, który zgubiłaś 
Podczas odprawiania pogańskich guseł. 
Słysząc to, wylękła niańka cofnęła się o krok. Pilnująca 
jej Madame zmierzyła ją lodowatym spojrzeniem. 

Chłopi nie mogą świadczyć przeciwko mnie! - zawołała 

tryumfalnie Petronilla. - Każę ich wydać na męki! 
- Zaczekaj, a sama zobaczysz, kto będzie przeciw tobie 
świadczył. - Małgorzata miała nadzieję, że jej spokój 
udzieli sie obłąkanej i tchnie nieco porządku w 
pomieszany umysł. 
- Kto tu jest panią? Ja! Ja tu rządzę, ja, ja! - Oczy 
Petronilli pałały żywym ogniem w chorobliwie żółtej 
twarzy usianej plamami niczym brzuch ryby. Wyprostowała 
się dumnie, patrząc na krąg potępiających twarzy. - Nie 
os'mielicie się mnie tknąć Nikt się nie os'mieli. - 
Zróbcie mi przejście. 
Odwróciła się, by odejść. W tejże chwili Małgorzata 
spostrzegła wystający jej spod sukni wąski pas płótna i 
nadepnęła go stopą. Petronilla zatoczyła się jak pijana, 
"brzuch" zjechał do wysokości kolan. Wszystkie oczy 
wlepione były w ciągnący się po ziemi bandaż. Z 
przeraźliwym okrzykiem zgięta w pół kobieta przycisnęła 
do siebie "brzuch", wyszarpnęła się gwałtownie i 
pierzchnęła do zamku. Tłum rozstępował się przed nią w 

background image

milczeniu. 
- Poduszka - odezwała się zimno pani de Hauvill, patrząc 
na Małgorzatę. Ta w milczeniu potwierdziła skinieniem 
głowy. Stara niańka pobiegła za Petronillą, mamrocząc: 
"Moje kurczątko, moje biedactwo!" 
- Przywiązała sobie poduszkę - powtórzył osłupiały 
rządca. - Patrzcie, wciąż ją podtrzymuje. 
- Żałosne. Po prostu żałosne - odezwała się jakaś 
kobieta. 
- Zamknijcie ją w komnacie na wieży - rozkazała 
Małgorzata. - Niech tam pozostanie do powrotu sir 
Huberta. I postawcie straż przy mojej klaczy. Nie chcę, 
żeby w stajni doszło do jakiegoś wypadku. 
Tej nocy wszyscy mieszkańcy zamku słyszeli z wieży 
przeraźliwe krzyki i gorączkowe bębnienie w drzwi. 
 
 
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 
 

Małgorzato, co się stało twojej klaczy? - zapytał mój 

pan 
mąż, kiedy wrócili z winem. - Ma poranione boki, stajenny 
pilnuje jej ponoć w dzień i w nocy. Kiedyśmy go 
zagadnęli, odesłał 
nas do ciebie. 
Pachołkowie rozładowywali beczki z wozu i wtaczali je do 
wielkiej sali, skąd miały trafić do loszku. Gilbert 
wkroczył w ślad za nimi, s'wieży i zadowolony z siebie... 
i jeszcze przystojniejszy niż zwykle. Ja dla odmiany z 
oczyma podkrążonymi ze zmartwienia musiałam wyglądać jak 
zmora. 

Gdzie twój ojciec? - spytałam. - Musimy z nim 

pomówić. Hugonowa postradała rozum. Siedzi teraz 
zamknięta w pokoju na wieży. Ubzdurała sobie, że przez 
moją klacz poroniła. 
Tymczasem zamiast rzekomego syna straciła poduszkę, którą 
nosiła przywiązaną pod suknią. 
W moim głosie chyba słychać było wyczerpanie. Gilbert 
spojrzał na mnie z uwagą, potem pokręcił głową, jakby nic 
z tego wszystkiego nie rozumiał. 
- Nosiła... poduszkę... w charakterze brzucha? 
- Otóż to - westchnęłam. 
Gilbert wziął mnie za rękę i pieszczotliwie pogłaskał 
moją dłoń. 
- Ech, Małgosiu, Małgosiu! Wystarczy, że na chwilę cię 

background image

zostawię, a natychmiast zaczynają się tu dziać 
niestworzone 
rzeczy.   
- Zawsze - odparłam ponuro. - To aura tego domu. Zresztą 
wiesz, jak bardzo nie lubię tu bywać. 
- Nie bardziej ode mnie. A przecież ja się tu urodziłem. 
- Co gorsza - podjęłam - twoja bratowa tańcowała u źródła 
przebrana za sukuba. Widziała ją cała wioska. Ale, mój 
panie mężu, mamy jeszcze jedno strapienie. Dziewczynki 
siedzą w świetlicy. 

To dobrze. Szyją następny obrus do kościoła? 

Westchnęłam. 
- Nie. To znaczy, że mają tam siedzieć i nie wychodzić, 
dopóki nie postanowimy, co robić. 
- Co tym razem przeskrobały? Znowu nakładły komuś' żab do 
łóżka? 
- Nic. Uczyniły się kapłankami pogańskiego kultu. 
Wyłudzały od wieśniaków podarki i tyle słodyczy, że omal 
się nie pochorowały. 
Gilbert przyłożył dłoń do czoła i ciężko usiadł na ławie 
biegnącej wzdłuż ściany obwieszonej wieńcami jeleni 
uśmierconych przez Vilersów. 
- Dobry Boże! Inkwizycja! - jęknął i potrząsnął głową. - 
Daj mi pomyśleć. W głowie mi się kręci. 
- Mnie się kręci od chwili, gdy wyjechałeś. 
- Czy którykolwiek z księży o tym wie? - spytał szeptem. 
- Nie. Spowiednik twego ojca jest pijany, a spowiednik 
Petronilli pojechał do Wymondley, gdzie knuje z 
augustianami na szkodę sir Huberta. We wsi nie ma 
proboszcza, bo ten przybędzie dopiero jutro. I w tym 
właśnie szkopuł. Nie wróciliby do starej wiary, gdyby 
mieli dobrego pobożnego duszpasterza. Ale oni na pewno 
nie zdradzą moich córek. Gilbercie, masz pojęcie, co one 
robiły? Woziły się na białej jałówce, udając, że 
starofrancuska pieśń to pradawne zaklęcie! Porozumiewały 
się ze świętym węgorzem! Ci chłopi całkiem zwiedli je z 
dobrej drogi. Musimy je stąd zabrać najszybciej jak to 
możliwe. Co gorsza, ukarać Je będzie można dopiero, gdy 
będziemy już daleko, inaczej we wsi wybuchnie rewolta. 

Rewolta? Wątpię. Co najwyżej spalą parę stogów. 

- Gilbercie, ci ludzie stracili plony, a niebawem mogą 
stracić bydło, bo pomór zbliża się do tego hrabstwa. 
Niewiele im pozostało. Ubrdali sobie, że duch źródła może 
ich ocalić, a właśnie dziewczynki niejako pośredniczyły w 
tej transakcji. Nie możecie ich wszystkich pozabijać. 

background image

Choćby dlatego, że twemu ojcu potrzebni są żywi chłopi, 
inaczej znów będziesz musiał go wspomagać gotówką - 
dorzuciłam kąśliwie. 
- W końcu mam zobowiązania wobec własnej rodziny. 
Słysząc to, opadłam bezwładnie na ławę i złapałam się za 
głowę. 
- Nie cierpię tych ludzi! Dlaczego, och, dlaczego 
zgodziłam się tu przyjechać? 
- Dla domu, Małgorzato, pamiętasz? Dziś przybywa kanonik, 
jutro odbędzie się ceremonia. Wytrzymamy do chwili, gdy 
zainstaluje nowego proboszcza, potem wyjedziemy, a sprawy 
niech się dalej toczą same. Też się zastanawiam, jak to 
jest, że ojciec zawsze umie skomplikować mi życie. Żyję 
sobie spokojnie, miło i przyjemnie do chwili, kiedy on 
się pojawia. Za każdym razem, Małgosiu, za każdym 
razem... 
- A, tu jesteś, bezwstydnico! Właśnie byłem w psiarni! 
Jak myślisz, co tam zastałem? No, jak myślisz? Słowo 
daję, przerobię tego twojego psa na czapkę!!! 
Do sali wpadł z impetem sir Hubert okryty jeszcze kurzem 
po podróży. Tuż za nim zjawił się Hugo i kilku wyraźnie 
ubawionych pachołków. 
- Moja ulubiona suka! - ryknął lord Brokesford. - Jak 
śmiałaś?!!! 
- Ojcze, Małgorzata nie zrobiła tego osobiście - bąknął z 
tyłu Hugo. 
- Nie wtrącaj się! Dobrze wiesz, o czym mówię!! 
- Wiesz, o czym mówię? - rzekł cicho Gilbert, odwracając 
Się do mnie ze zbolałą miną. 
- Doskonale rozumiem, o czym mówisz. Gdybym to ja była 
Jego synem, też uciekłabym z domu. 
- Wstań, kiedy ojciec mówi, wyrodny synu! Moja ulubiona 
suka! Co za wstyd! Wszystkie je potopię! 
- Jeśli dobrze rozumiem, powiła szczenięta? - spytał 
Gilbert grzecznie, podnosząc się z ławy. 
- Szczenięta? Szczenięta?! Jakieś koszmarne bezkształtne 
kaleki całe pokryte ohydnymi białymi loczkami!!! To twój 
pies jest temu winny, pani! To coś, co przez cały czas 
śpi! 
- Nie waż się tknąć moich szczeniąt - syknęłam czując, że 
ogarnia mnie wściekłość. 
- No właśnie o tym mówię. To twoja sprawka! 
- Nic na to nie poradzę, że uparcie włóczysz ze sobą te 
wielkie brudne psiska. Obsikały mi nowe czyściutkie 
sitowie i natychmiast wszędzie zaroiło się od pcheł! 

background image

- Szczyny i pchły są naturalne, moja pani, i powinnaś się 
do tego przyzwyczaić - oznajmił sir Hubert, ująwszy się 
pod boki. 
- To, że psy się chędożą, jest tym bardziej naturalne, 
więc lepiej sam się przyzwyczaj! - odszczeknęłam, mimo 
woli się rumieniąc. 
- Dwa miesiące. Co do dnia, Hugonie - parsknął 
rozweselony Gilbert. 
- Wyobraź sobie tę różnicę wzrostu - odparł Hugo z 
rozmarzeniem. - Jeśli ktoś ryzykuje przerobienie na 
czapkę, to chyba przyjemność była tego warta... 
Słuchałam ich, a furia we mnie rosła. Nadmiar pracy, 
zmartwień i w ogóle nadmiar Brokesfordu naruszył we mnie 
hamulce. Nic dziwnego, że Petronilla, od początku nie 
mając ich za wiele, kompletnie postradała zmysły. 
- Nie waż się ich tknąć - powtórzyłam złowieszczo. - 
Jestem zmęczona oglądaniem twoich krwawych jatek! 
- Moja pani, te potworki w psiarni to bezużyteczne 
darmozjady. Nie nadają się ani do polowania, ani do 
trzymania na kolanach. 
- Lew nie jest trzymany na kolanach. 
- Nie, bo wyleguje się na poduszce. Nie będę przysparzać 
światu kalek. - Odwrócił się, żeby wydać rozkazy 
psiarczykowi. 
Na ten widok przypomniało mi się wszystko, co 
wycierpiałam przez tego strasznego starca. Fala goryczy 
podeszła mi do gardła. 

Jeśli każesz zabić te szczeniaki, to... to ujawnię 

wszystkie twoje sprawki. Będę o nich krzyczeć z dachu. 
Powiem temu 
podłemu bratu Pawłowi, który właśnie cię sprzedaje 
augustianom! 
Oczy starego wyszły z orbit i nim ktokolwiek zdążył go 
powstrzymać, złapał mnie za ramiona i potrząsnął tak 
mocno, że omal nie straciłam zębów. 
- Co to znaczy "sprzedaje"?! 
- To, że choćby w tej chwili bawi w Wymondley. A co 
myślałeś? W tym czasie wariatka, z którą ożenił się twój 
pierworodny, pląsa nad źródłem jako sukub i cała okolica 
o tym wie! Wszyscy o tym wiedzą oprócz niego! 
- Moja żona... sukubem? A niech to diabli! -jęknął Hugo. 
- Trzeba było iść do niej nad staw, lubieżniku! Może 
wówczas miałaby prawdziwy brzuch, zamiast nosić pod 
suknią poduszkę! 
- Moja żona? Gilbercie, jak ona mogła...? Przecież dałem 

background image

jej wszystko... 
- Ojcze, jeśli ośmielisz się tknąć Małgorzatę... 
- To co, podniesiesz na mnie rękę, ty nędzna namiastko 
syna? Zabiję cię!!! 
Trudno mi opisać burzę, jaka się rozpętała, zwłaszcza że 
Gilbert i jego ojciec wydzierali mnie sobie z rąk, przy 
czym jeden Powtarzał: "Nie tykaj jej!", a drugi: "Będę 
tykał, kogo zechcę, ja tu jestem panem!" Oczywiście 
hałasy było słychać przez okna i podobno cała służba 
przerwała pracę i zebrała się na dziedzińcu- Słychać je 
było także w świetlicy, skutkiem czego, zanim zdążyłam 
się obejrzeć, biedny stary Lew wpił się w piętę Hugona, w 
tle słychać było bek którejś z moich córek, cienkie 
okrzyki Peregryna: "Puscaj moją mamę!", a ktoś, chyba 
Cecylia, okładał na chybił trafił splątane ciała 
kądzielą. 
Nagle ponad wrzawą rozległ się chłodny czysty głos 
niewieści: 

Panowie! A gdzie cnoty rycerskie? 

Bijatyka urwała się jak ucięta nożem. Gilbert z 
ociąganiem opuścił ręce zaciśnięte na szyi ojca. 

Kanonik i duchowni wjeżdżają już na dziedziniec - 

dodała pani de Hauvill. 
Sir Hubert także zdjął ręce z szyi Gilberta. Wyplątałam 
się spomiędzy nich, poprawiając przekrzywiony welon i 
podwikę. 

Wstyd! - zbeształa nas wszystkich madame, blada i 

wyprostowana w swej lichutkiej czarnej sukni, teraz już 
tak wystrzępionej i podartej, że mimo wszelkich jej 
starań nie dało się tego naprawić. 
Hugo spojrzał wrogo na Lwa, który wciąż trzymał go za 
piętę. 
- To był bardzo drogi but - rzekł z urazą. 
- Nie waż się tknąć mego psa! - powiedziałam groźnie. 
- Nie lubię cię, dziadku, jesteś niedobly! - odezwał się 
cienki głosik z kąta. Sir Hubert obejrzał się i ujrzał 
Peregryna przewróconego podczas szamotaniny. 
- Jestem głową rodu - zadudnił, ściągając siwe krzaczaste 
brwi niczym gradowe chmury. 
- Ale to on jest szlachetniejszym rycerzem, chociaż nie 
ma jeszcze trzech lat - stwierdziła madame. - A to 
dlatego, że gotów był oddać życie w obronie swej pani 
matki, gdy ty, panie, chciałeś ją udusić z powodu miotu 
szczeniąt. 
Spokój i trafność jej osądu zawstydziły wszystkich. 

background image

- To ja rządzę w tym domu. - Lord Brokesford rzucił na 
szalę ostatni argument dla podtrzymania swoich racji. 
- Bóg rządzi w każdym domu - odparowała, patrząc na niego 
chłodnymi niebieskimi oczyma. 
- Bóg ma bardzo wygodny dom we wsi i powinno mu to 
wystarczyć - warknął stary lord, poddając się. 
Madame się uśmiechnęła. Był to ulotny, ledwie 
dostrzegalny blady uśmieszek, który chyba tylko ja 
zauważyłam. 
- Lecz Jego przedstawiciele zaraz będą tutaj, żeby się 
posilić w drodze do Wymondley, gdzie pozostaną na noc. 
- Dobry Boże, oni wszyscy są w spisku! - wymamrotał Hugo 
w osłupieniu. 
- Ojcze, lepiej dwa razy się zastanów, zanim podniesiesz 
rękę na Małgorzatę. Będzie ci jeszcze potrzebna - 
przypomniał ojcu Gilbert. 
- Pani de Hauvill, wyglądasz jak uliczna żebraczka. 
Chcesz w tym stroju witać książąt Kościoła? 
- Nie wstydzę się witać w nim choćby i samego Stwórcy, w 
którego oczach zdobić mnie będzie płaszcz sprawiedliwości 
- oznajmiła madame. - Szkody na przyodziewku, jakie tu 
widzicie, poniosłam spiesząc na pomoc dwom powierzonym 
mej pieczy panienkom, które omal nie zostały zabite nad 
stawem przez tę obłąkaną niewiastę. 
Poczułam dla niej podziw. Było to bardzo bliskie prawdy, 
a z pewnością zamknęło usta sir Hubertowi. 

Jeśli tak - rzekł po chwili - oddałaś, pani, wielką 

przysługę temu domowi. Nie będziesz się musiała wstydzić 
przed naszymi dostojnymi gośćmi. Małgorzato, idź do mej 
komnaty na 
wieży. Stoi tam długa, okuta żelazem skrzynia. Weź z niej 
co potrzeba, by przyodziać lady Agatę od stóp do głów. 
Taka jest moja 
wola. Wola pana tego domu. 
Gilbert i Hugo spojrzeli na siebie, rozdziawiając usta. 
Cecylia i Alicja wytrzeszczyły oczy. Tak samo zareagowali 
obecni w komnacie słudzy, a gdy wieść rozniosła się na 
zewnątrz, czeladź i wieśniacy też wytrzeszczali oczy. W 
całym majątku, ba! - bez mała w całym hrabstwie - słynna 
już była zapiekła nienawiść starego lorda do madame. 
Zaiste, powiadano odtąd, rycerski to pan i pełen 
chrześcijańskich cnót, skoro obdarował tę damę Po 
królewsku mimo swej dla niej niechęci! 
Sir Hubert doskonale się orientował, jakie zrobił na 
wszystkich wrażenie - na rodzinie, wiosce, a nawet na 

background image

samym sobie. 
Jego przebiegła mina świadczyła dowodnie, iż czuje się 
wyniesiony ponad ten mały światek w takim samym stopniu, 
w jakim Bóg góruje nad całym wielkim światem. Jego łaska 
spływała na godnych i niegodnych - podobnie jak łaska 
Boga, który zsyła deszcz nawet poganom. Równie dobrze 
mógłby zakrzyknąć: "Ha! Łyso wam teraz, co? Kto więcej 
wie o rycerskich cnotach, ty złośliwa stara miotło?" 
Założył ręce na piersi, przybierając wyraz twarzy, w 
którym mieszały się pycha i zadowolenie. Poprowadziłam 
madame do komnaty na wieży, gdzie w skrzyniach sir Hubert 
trzymał francuskie łupy oraz złożone suknie swojej dawno 
zmarłej i skąpo opłakanej małżonki. 
Wychodząc, posłyszałam, jak Gilbert mówi: 
- Ojcze, wiele tu zaszło, odkąd wyjechaliśmy... 
- Co zaszło, to zaszło. Oczekuję, że obaj pomożecie mi 
utrzymać to pod korcem do zakończenia uroczystości. 
Najważniejsze od tej chwili aż do wyjazdu ostatniego 
gościa jest to, aby dwór w Brokesfordzie nie okrył się 
hańbą. Nie zamierzam zostać bohaterem skandalu, który ma 
szansę przejść do legendy. Czyja dobrze słyszałem, co 
twoja żona mówiła o poduszce...? 
 
 
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 
 
Jaskrawe przedpołudniowe słońce późnego lata błyszczało 
na wyszywanych złotem proporcach de Vilersów, na lśniącej 
uprzęży najlepszych koni z brokesfordzkich stajen, na 
wykwintnych, dyskretnie pocerowanych jedwabnych szatach 
członków rodu, których majestatyczna grupa zatrzymała się 
w oczekiwaniu na granicy parafii. Za nimi piekli się w 
upale na pokrytej kurzem drodze chłopi w swych 
najlepszych niedzielnych ubraniach. Zebrali się wszyscy, 
by powitać delegowanego przez biskupa kanonika i nowego 
proboszcza oraz całą resztę księży, mnichów i diakonów, 
którzy mieli nadjechać z Wymondley. Nigdy chyba sir 
Hubert i jego dwaj synowie nie prezentowali się tak 
okazale jak dziś, gdy w herbowych barwach wyglądali 
pojawienia się świątobliwych gości. Wnikliwszy obserwator 
może zdołałby zauważyć nowy rys goryczy na twarzy Hugona 
oraz maskowany niepokój jego młodszego brata. Nikt nie 
poważył się komentować nieobecności pani zamku w grupie 
niewiast zamykających orszak, wszyscy natomiast 
zachwycali się małym Peregrynem, który z bardzo poważną 

background image

miną, stosowną do okazji, jechał obok dziadka na kucyku 
prowadzonym przez dwóch pachołków. 
- Jedyny spadkobierca - szeptano. - Patrzcie, jak się 
prosto trzyma, choć to jeszcze malec. 
- Widzisz uprząż na kucyku? Tom rymarz na polecenie sir 
Huberta zrobił dokładną kopię jego bojowego siodła. 
- A co na to Hugo? 
- On już nic nie zdziała, chyba że odeśle... no wiecie, 
kogo. 
- Grzeje tylko miejsce dla bratanka, biedaczysko. 
- I dobrze. Ponoć straszny z niego rozrzutnik. 
- Dlaczego chłopcu nie dano na chrzcie rodowego imienia? 
- Urodził się za granicą. Podobno to właśnie znaczy 
Peregryn. Nikt się nie spodziewał, że będzie jedynym 
synem rodu de Vilers. 
Rozmowy te toczyły się za daleko, by mogli je usłyszeć 
zainteresowani rycerze, ale część dotarła do bystrych 
uszu młodych panien jadących na końcu kawalkady. I mimo 
że z tej okazji każda z nich dosiadła osobnego 
wierzchowca, a starego Burasa pozostawiono w stajni, uszy 
im płonęły. "Lepiej niech Malachiasz pospieszy się z tym 
kamieniem filozoficznym, myślała Cecylia. Mam już dość 
ciągnięcia się w ogonie każdej procesji". 
Alicja wierciła się niecierpliwie i drapała po głowie, 
przekrzywiając wianek. Było gorąco, nudno, a czekały je 
jeszcze długie modły, zanim wreszcie będą mogły zasiąść 
do jedzenia. Dziewczynkę już korciło, żeby coś spsocić. 
Na szczęście dla wszystkich pokusa ta nie doczekała się 
spełnienia, w dali bowiem ukazał się nareszcie biskupi 
wysłannik. Ów także spełnił wszelkie oczekiwania co do 
majestatu. Nawet z tej odległości słychać było dźwięk 
srebrnych dzwoneczków zdobiących uprząż jego białego muła 
i dostrzec elegancki szkarłat bramowanej gronostajem 
szaty. Obok jechali dwaj księża w skromniejszej odzieży, 
z tyłu zaś postępowało pieszo trzech diakonów. Jeszcze 
dalej - dziw nad dziwy - jechał na kasztanowym wałachu 
sam opat otoczony gromadą mnichów niosących sztandar 
opactwa i śpiewających głośno po łacinie. Tyle świętości 
na raz wybiło wieśniakom z głowy myśli o źródłach, 
węgorzach i gusłach, wprawiając ich w nastrój bliski 
ekstazie. 
Kiedy dwa orszaki się spotkały i kapelan sir Huberta 
wręczył dostojnemu gościowi klucze do kościoła, aby ten 
mógł formalnie wprowadzić doń nowego księdza, miała 
miejsce drobna tylko gafa, która nie zdołała zepsuć 

background image

podniosłego nastroju. Wymieniając 
uprzejmości z gospodarzami, kanonik mianowicie 
pogratulował sir Hugonowi pięknego i dorodnego syna. Nowy 
proboszcz aż się skulił, po tysiąckroć dziękując Bogu, że 
to nie on poczynił te uwagę, gdy usłyszał lodowatą 
odpowiedź dziedzica rodu, że chłopiec jest jego 
bratankiem. Ale kanonik, obdarzony przez Stwórcę grubą 
skórą i niewyparzonym językiem, zagrzmiał, że to nie 
szkodzi, jego pani małżonka z pewnością wkrótce obdarzy 
go następcą. Znał osobiście jej stryjecznego dziada i 
może zapewnić, że rodzina jest płodna. Mnożą się jak 
króliki, niewiasty rodzą czasem dwoje dzieci na raz! 
Widząc, iż kark Hugona powleka się purpurą, jego 
zazwyczaj równie nietaktowny ojciec powstrzymał 
zbliżający się wybuch, machając pospiesznie ręką w stronę 
dworu. 
- Moja synowa właśnie jest brzemienna. Słabuje, 
biedaczka. 
- A nie mówiłem? Jak królice, ot co! Odwiedzę ją po mszy. 
Mówiłeś, zdaje się, panie, że będzie na uczcie? 
- Jeśli zdoła - odparł spokojnie sir Hubert, prowadząc 
swoją anarchiczną rodzinę na jej miejsce za szeregami 
duchownych, kanonik zaś dał mułowi ostrogę i wysunął się 
do przodu. 
Wszyscy byli zgodni, że tak pięknej procesji nie widziano 
w parafii od pogrzebu małżonki starego lorda, który miał 
miejsce przed dwudziestoma laty, a i wówczas chór nie był 
aż tak liczny. Starcy wspominali, jak to trumna dobrej 
pani pachniała różami na znak jej świętości 
przejawiającej się za życia w dobrych uczynkach oraz 
długich modlitwach, które zanosiła sama w lodowatej 
zamkowej kaplicy, przez co w końcu zaziębiła się i 
umarła. Potem wszyscy nagle zamilkli, albowiem kontrast z 
obecną panią de Vilers zamkniętą w wieży wydawał się zbyt 
brutalny, aby go podkreślać. 
- Pan Gilbert, o, ten ci jest kropka w kropkę podobny do 
naSzeJ błogosławionej pani - stwierdził jeden z 
najstarszych wioskowych nestorów. 
- Przeznaczyła go do stanu duchownego. 
- Całe szczęście, że w nim nie pozostał. Inaczej włość 
przeszłaby w obce ręce. 
- Albo na rzecz klasztoru - stwierdził jego rozmówca, 
ruchem głowy wskazując opata, rosłego mężczyznę o kilku 
podbródkach i oku, w którym jak się wszyscy zgadzali, 
płonęła chciwość. Nikt nie zazdrościł chłopom z Wymondley 

background image

ich doli, albowiem wiadomo było, że mnisi skrupulatniej 
pilnują danin i odrobków niż wyrozumiali, szczodrzy i 
często nieobecni panowie na Brokesfordzie. 
Ciasny kościół zdawał się szczelnie wypełniony klerem, 
modły zaś - zarówno przed, jak i po uroczystym wręczeniu 
kluczy nowemu proboszczowi - ciągnęły się wystarczająco 
długo, by nikt nie narzekał na niedosyt. Niewiasty 
dokładnie obejrzały sobie przyszłego duszpasterza i po 
mszy wymieniały uwagi na temat jego prostej uczciwej 
twarzy, młodego wieku, dużych stóp oraz jakości wełny, z 
której miał uszytą suknię. Zachwycano się stułą, którą 
jak było wiadome, haftowała własnoręcznie jego stara 
matka. I na dodatek lord sprezentował mu jeszcze muła, 
szeptano. Jakaś dzieweczka przy pewnej dozie szczęścia 
będzie dostatnio żyła na posadzie "gospodyni", choć siłą 
rzeczy ominie ją nieoceniony pożytek płynący z zawarcia 
świętego sakramentu małżeństwa. Nowy ksiądz śpiewał mszę 
po łacinie tak niewyraźnie, że nic nie dało się 
zrozumieć, a więc z całą pewnością był bardzo pobożny. 
Sam kanonik podał mu hostię na pięknej nowej srebrnej 
patenie. Ludzie napatrzyli się tyle cudów, że będą mieli 
o czym gadać do świętego Michała. A przecież czekała ich 
jeszcze uczta! Szykowały się na nią smaczne dania i 
równie smakowity skandal... 
Stoły nie zmieściły się w wielkiej sali, część więc 
ustawiono na dziedzińcu. Skrzyknięci na tę okazję chłopcy 
uwijali się jak w ukropie, donosząc piwo i zbierając 
opróżnione tace i misy. Przy wysokim stole sami synowie 
lorda posługiwali kanonikowi i opatowi, popisując się 
mistrzostwem w krajaniu mięs. Panie, usadzone osobno w 
bezpiecznej odległości od osób duchownych, miały możność 
naplotkować się za wszystkie czasy. 
Podejmowani na dziedzińcu wieśniacy jedli, pili i 
śpiewali, wznosząc co rusz okrzyki na cześć lorda i jego 
synów, proboszcza, a nawet kanonika. W sali zamkowej 
chwalono doskonałe wino nalewane przy wysokim stole, a 
pieczony w chrupkiej polewie łabędź, podany na warstwie 
pasztetu ukształtowanej niby fale, okrzyknięty został 
prawdziwym dziełem sztuki. Pieczywo Małgorzaty zachwycało 
lekkością, skorupka na zapiekanych w cieście skowronkach 
wprost rozpływała się w ustach, zaś występujący między 
kolejnymi daniami wynajęci minstrele inteligentnie i 
dowcipnie zabawiali gości. 
"Może jednak uda się wyjść z tego obronną ręką - myślał 
lord Brokesford. - Najważniejsze, żeby wyjechali stąd 

background image

przekonani, że jesteśmy bogaci, potężni i szczęśliwi. 
Zwłaszcza opat. Nie podoba mi się to jego rozbiegane 
spojrzenie; zupełnie jakby liczył srebrne misy na stole. 
Do diabła, szkoda, że nie mam ich dwakroć więcej!" 
Goście podziwiali piękne sokoły przycupnięte na drążkach, 
starożytną broń na ścianach, wielkość i siłę 
niezliczonych psów chrupiących pod stołami kości świń i 
owiec, których całe stada oddały życie, by wykarmić mniej 
i bardziej dostojnych biesiadników. 
"Dobrze, że nikt nie zajrzał do wieży - dumał z przekąsem 
stary lord - ani do psiarni. Rozpacz i zgorszenie, oto 
jak wygląda moje życie i głowę bym dał, że to wina 
Gilberta". 
Głośno zażądał, by dolano wina. "Im bardziej będą pijani, 
tym mniej zauważą", powiedział sobie. On sam także 
wychylał jeden kielich za drugim. 
Gdy przy głośnych fanfarach wniesiono trzecie danie, 
pawia pieczonego na złoto, sir Hubert podniósł głowę znad 
misy i zobaczył widok, który ściął mu krew w żyłach. 
Twarz Hugona zbielała, Gilbert zacisnął usta w wąską 
kreskę, a świergot przy niewieścim stole zamilkł jak 
ucięty nożem. Ten alarmujący sygnał przerwał szumne 
rozmowy, tylko duchowni w błogiej nieświadomości dalej 
toczyli zajmującą pogawędkę. U stóp schodów wiodących na 
wyższe piętro pojawiła się kobieta w czerni. 
Twarz lady Petronilli była trupio blada, obrzmiała nie do 
poznania, pod oczami leżały sine cienie. Skołtunione 
warkocze spadały jej na ramiona, mokre od potu kosmyki 
lepiły się do czoła. Najwyraźniej znudził jej się czarny 
woal sukuba, uczyniła bowiem wysiłek, aby upiąć zawicie z 
pięknego białego lnu przywiezionego z zamku Leicester. 
Cienka chusta przyczepiona wpiętą na chybił trafił 
szpilką zwisała smętnie na plecach. Pani domu miała na 
sobie wyszywany srebrną nicią surkot, ale zmięty, jakby 
od dawna w nim sypiała, i poznaczony zaskorupiałymi 
żółtymi plamami. Jej wzrok biegał to tu, to tam; usta 
miały nienaturalną czerwonobrązową barwę i zdawały się 
zniekształcone, zdatne raczej do wilczego wycia niż 
dwornych rozmów. 

Gdzie moje miejsce przy wysokim stole? - spytała. - 

Kto zajął moje zaszczytne miejsce? 
W sali zapanowała kompletna cisza. 
- Hugo, to twoja żona - rozległ się ochrypły szept 
starego lorda. - Wyprowadź ją stąd. I dowiedz się, kto 
otworzył komnatę. Wypruję mu flaki. 

background image

- Ale... ale nie mogę, spójrz tylko, ona jest opętana. 
Będzie straszny skandal. 
- Już jest straszny skandal. 
Upiorna postać zbliżyła się do podwyższenia i utkwiła 
wzrok w opacie z Wymondley. 
- To moje miejsce - powiedziała. - Usuń się i siądź 
niżej. 
- Hugo! - syknął przez zęby sir Hubert. 
Na słowo "opętana" kanonik wyraźnie się ożywił. Opętania 
były jego specjalnością i uwielbiał popisywać się swoją 
wiedzą. 
- Masz strasznie wielki brzuch - powiedziała Petronilla 
do opata, podchodząc bliżej i czepiając się oburącz 
wysokiego oparcia jego krzesła. - Też jesteś brzemienny? 
- Opętana - zawyrokował kanonik. - Diabeł przez nią 
przemawia. 
- Ach, nie, pomyliłam się! - ciągnęła jakby nigdy nic 
Petronilla. - To nie dziecko masz w brzuchu, a gęsi, 
które znoszą ci biedacy. I bażanty z lasów, które nie są 
twoje. 
Opat odsunął się z oburzeniem. 

Oczywiście, że opętana! - wykrzyknął. - Tylko szatan 

mógłby mówić takie rzeczy! 
Dobry Panie Jezu - myślała w panice Małgorzata, kuląc się 
za stołem i starając zniknąć pośród innych pań - nie 
dozwól, żeby mnie tu wypatrzyła. 
Dwaj silni słudzy zawezwani z kuchni podkradli się cicho 
i chwycili panią domu za ramiona, ale pogryzła ich do 
krwi i wymknęła im się z rąk jak żywe srebro. Oblizała ze 
smakiem splamione krwią wargi i lekko jak wiatr 
przebiegła w drugi koniec sali. Już po chwili ścigało ją 
pół tuzina ludzi uzbrojonych w powróz i rybacką sieć. 
- Tylko jej nie zaduście! Złapcie, zwiążcie i zamknijcie 
z powrotem w wieży - komenderował nimi lord Brokesford. 
Ale Petronillę nie tak łatwo było złapać. W jednej chwili 
znalazła się po wolnej stronie stołu dla pań, dokładnie 
na wprost Małgorzaty. 
- To wszystko twoja sprawka, dziewko! - wysyczała. - To 
ty skradłaś mi dziecko z łona i urodziłaś jako własne. A 
teraz znów zabrałaś mi następne. Wydrę ci je z brzucha! - 
Porwała nóż leżący na półmisku z kapłonami i gwałtownie 
przechyliła się przez stół, godząc w siedzącą naprzeciw 
niewiastę. 
Małgorzacie udało się uniknąć ciosu, lecz ława przytykała 
do ściany i nie miała się gdzie cofnąć. Petronilla wlazła 

background image

na stół, a Małgorzata zanurkowała pod stół, roztrącając 
psy. Gilbert zeskoczył z podestu, pędząc jej na pomoc, 
gdy tymczasem pani Hugonowa de Vilers tocząc wokół 
błędnym wzrokiem i wymachując nożem, potykała się o 
półmiski w pogoni za swą ofiarą, słudzy zaś starali sieją 
dosięgnąć z podłogi. W tej właśnie chwili, gdy wokół 
panowało kompletne zamieszanie, madame de Hauvill -jak 
zawsze wytworna w każdym calu - najspokojniej w świecie 
ujęła leżący na wielkim srebrnym półmisku rożen z 
nabitymi Przepiórkami, nie umoczywszy nawet w sosie 
dozwolonej części Palców, i precyzyjnie wbiła ostry 
szpikulec w odsłoniętą kostkę lady Petronilli. Ta 
odskoczyła z krzykiem i spadła ze stołu prosto w sieć 
przygotowaną przez pachołków. 
Wyjąca i szamocząca się kobieta, którą pachołkowie 
usiłowali w miarę dyskretnie wynieść, unikając przy tym 
zębów, pazurów i kopniaków, skupiła na sobie wszystkie 
spojrzenia - prócz jednego. 
Lord Brokesford, któremu nie umknął najdrobniejszy 
szczegół tego nieprzyjemnego incydentu, zafascynowany 
patrzył, jak madame de Hauvill z niewzruszoną, życzliwie 
uśmiechniętą miną dokładnie wyciera serwetką czubek rożna 
i odkłada przepiórki z powrotem na miejsce, następnie zaś 
szybkim gestem poprawia zwinięty obrus i kiwa na sługę, 
żeby wymienił tace, do których wdepnęła lady Petronilla. 
Zdawała się w ogóle nie zwracać uwagi na panujący dokoła 
chaos. Można by pomyśleć, że prezyduje na uczcie u króla. 
Ta niewiasta wie, jak utrzymać porządek - pomyślał sir 
Hubert. I choć szczerze jej nienawidził, poczuł dla niej 
podziw. Oto prawdziwa dama aż do szpiku kości! 
W tym samym czasie kanonik wykładał swym sąsiadom 
podstawy demonologii. 
- Obserwując tę nieszczęsną, nabieram przekonania, iż 
niejeden diabeł obrał sobie w niej siedzibę. Z pewnością 
jest taki, który przez nią przemawia, i zapewne kilka, 
które poruszają jej członkami. To gryzienie na 
przykład... Sir Hugonie, czy rzekłbyś, iż twa małżonka 
mówi swoim normalnym głosem? 
- Och, nie, przeciwnie: grubszym i całkiem obcym! - 
zaprzeczył skwapliwie Hugo. - Jej prawdziwy głos jest 
wyższy, delikatniejszy i bardzo elegancki. 
Mając za żonę wariatkę, cierpiałby poniżenie i kpiny. Ale 
związek małżeński z kobietą opętaną nie przez jednego, a 
prawdopodobnie przez cały legion diabłów gwarantował 
wysoką pozycję towarzyską. Ostatecznie taka niewiasta 

background image

musi być szczególnie atrakcyjna, skoro chciały ją 
posiąść, a trudno wymagać od mężczyzny, żeby konkurował o 
swą lubą z przeważającymi siłami piekieł. Teraz nikt nie 
mógłby mu wytknąć, że dał z siebie zrobić durnia. Czuł, 
że z chwili na chwilę cierpienie go wywyższa i 
uszlachetnia. 
- Powiedz mi, czcigodny ojcze, czy jest jakaś nadzieja? - 
wykrzyknął z emfazą. 
- Istniałaby zapewne szansa zwycięstwa nad jednym - 
wyraził swoje zdanie opat. - Lecz któż z nas ma taką moc, 
by się potykać z legionem diabłów? - Teoria opętania 
także jemu była na rękę. Kalumnie, jakie tu na niego 
rzucano, były wszak wierutnym kłamstwem, objawem 
szaleństwa. 
Przez salę prędko poniosła się wieść o opętaniu, podawana 
z ust do ust ściszonymi głosami. To wiele tłumaczyło, 
ponadto zapowiadało wspaniałe religijne przedstawienie, i 
to już niebawem. O ileż to ciekawsze od zwykłej wiejskiej 
nudy, która zapadłaby tu wkrótce po zakończeniu i 
gruntownym oplotkowaniu uroczystości oraz biesiady. 
Kanonik pokręcił głową z powagą. 

Nigdy nie egzorcyzmowałem więcej niż pięciu diabłów 

na 
raz. To ryzyko, wielkie ryzyko dla tego, kto podejmie się 
wygnania z tej nieszczęsnej demonów. 
Hugo w nabożnej ekstazie rzucił mu się do stóp jak długi. 

Ach, ocal ją, ocal, najświętszy mężu! - wykrzyknął, 

rozkosznie świadom, że wszystkie oczy skupione są na nim. 
Zwłaszcza damy z pewnością podziwiają jego nowe wcielenie 
za tak skorą do poświęceń miłość. Obsypując pocałunkami 
szorstki but 
kanonika, przymierzał się już do tragicznej pozy wdowca-
nie- 
wdowca. Któraż niewiasta nie zechce go pocieszyć? - 
Próbowałem już wszystkiego! - zakwilił. - Nie mogę 
przecie porzucić 
małżonki zaślubionej przed Bogiem! Będę twym pokornym 
sługą...! Na cały świat rozsławię twoją dobroć...! 
"Muszę się pozbyć tych dzwoneczków z uprzęży" - pomyślał. 
Kanonik był głęboko usatysfakcjonowany. Zahartowany w 
bojach mężny rycerz czołga się u jego stóp, żebrząc o 
ratunek. "Zostanę tu na kilka tygodni, postanowił, i 
przeprowadzę to powoli etapami. Będą o mnie mówić w całej 
Europie". 
Niewidoczny dla zgromadzonych wielki różowy obłok 

background image

wzajemnej adoracji ogarnął kanonika i Hugona. Dostrzegła 
go tylko jedna osoba. 

Gilbercie, spójrz tylko na kanonika i Hugona! 

Wpatrują 
się w siebie jak zakochani. 
Gilbert, który tulił żonę w ramionach, upewniając się, 
czy nic jej się nie stało, ironicznym spojrzeniem 
zmierzył starszego brata. 
- Istotnie, obawiam się, że masz rację. Czuję, że w życiu 
naszego Hugona nastąpi kolejny przełom. Pamiętasz, jak 
zaczął się zgrywać na trubadura? Omal nie wpędził mnie do 
grobu swymi rymami. Zastanawiam się, jak przeżyję tę nową 
pozę. Chyba będę musiał ją potraktować jako pokutę za 
liczne grzechy. 
- Cokolwiek zamierza, możemy być pewni, że nie pozostanie 
w celibacie. - Małgorzata wygładziła przód sukni lekko 
opinającej się na brzuchu. 
- Muszę cię stąd wywieźć, kochana. Nie mam ochoty czekać 
tu do końca egzorcyzmów. Ani patrzeć na pielgrzymów, 
którzy zaczną się zjeżdżać z całej Anglii, gdy tylko 
wieść się rozniesie. Powiadam ci, gotowi rozebrać zamek 
kamień po kamieniu, żeby wywieźć stąd pamiątkę. 
 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 
 
- Księża, księża, wszędzie księża! Człek niemal po nich 
depcze! Nie możesz mnie teraz zostawić, Gilbercie. 
Potrzebny mi ktoś, kto jest w stanie ich zrozumieć. Bóg 
jeden wie, do czego byliby zdolni pozostawieni bez 
dozoru. 
- Ależ właśnie dlatego powinienem wyjechać, ojcze. Ci 
ludzie patrzą wilkiem na każdego, kto potrafi czytać, a 
cóż dopiero czytać po łacinie. Lepiej dasz sobie radę 
beze mnie. 
Czułam, że Gilbertowi zaczyna brakować argumentów, i duch 
we mnie upadł. 
- Poza tym - podjął - Małgorzata musi wrócić do domu i 
odpocząć. Próbowano ją zarżnąć rzeźnickim nożem, należy 
jej się trochę spokoju. 
- Odpocząć? W tym cuchnącym mieście? Tutaj niech 
odpoczywa. Ma tu wszystko, czego trzeba niewieście przy 
nadziei: lasy, łąki, świeży balsamiczny wietrzyk... Ten 
dureń Hugo zapomniał zamknąć drzwi, gdy zabierał skrzynię 
i swoje ptaki z wieży, i przez niego wariatka wydostała 

background image

się z zamknięcia. To się już nie powtórzy. A zatem 
wszystko ustalone. Teraz, Gilbercie, poradź mi: jedni 
chcą, żeby egzorcyzmy odbyły się w naszej kaplicy, inni 
wolą w kościele. Co mam im powiedzieć? 
- Niech to zrobią w kościele. Inaczej będziesz miał w 
kaPlicy tłum gapiów oczekujących, że ich ugościmy. 
Powiedz im, że kościół jest świętszy i godzisz się na tę 
ujmę i niewygodę, bo 
zdajesz sobie sprawę, że zadanie będzie trudne, a jesteś 
gotów na wszelkie poświęcenia, aby tylko wygnano demony z 
pani na Brokesfordzie. 

Pani na... Pani... Tfu! Co za hańba, Gilbercie, co za 

hańba! 
Stary człowiek przeszedł tam i z powrotem przez świetlicę 
potrząsając zwieszoną głową. Madame i ja pochylone nad 
szyciem udawałyśmy, że nie słuchamy, ale dziewczęta 
jawnie gapiły się na niego z otwartymi buziami, chłonąc 
każde słowo. 
- Wyobrażasz to sobie, Gilbercie? Pieczołowicie wybrałem 
kandydatkę. Przyjrzałem się ojcu, braciom. Chłopy niczym 
dęby. Tylko matka dziewczyny nigdy do nas nie wychodziła; 
jakoby niezdrowa. Na uczcie zaręczynowej wyglądała 
nieźle, była tylko blada i miała zapuchnięte oczy. Nic 
wielkiego, powiedzieli; płacze, bo jej brat zginął we 
Francji. Ale dziś to widzę: wyglądała tak samo jak 
Petronilla podczas uczty. Niech to diabli! Dlaczego się 
nie domyśliłem, że w tej rodzinie jest skaza? Dopiero 
teraz dochodzę do wniosku, że musieli za często żenić się 
między sobą. Powinienem był się zorientować: ród o takim 
majątku i takich koneksjach ni z tego, ni z owego wiąże 
się z dziedzicem bardzo skromnej włości w odległej części 
kraju... Wepchnęli mi wadliwy, ba! śmierdzący towar! 
Opętanie, też coś! Zła krew i tyle. 
- Nie mów tego na głos, ojcze. Pozostańmy przy opętaniu. 
Wszyscy są nim zachwyceni, a ty oszczędzisz sobie 
upokorzenia. 
- A zatem niechże to będzie sprawka diabła. Setek małych 
diabełków. Tragedia, a nie głupota. Rarytas. Rzecz 
niespotykana, a nawet fascynująca w pewien upiorny 
sposób. Teraz zwalą się tu wścibscy pielgrzymi, księża 
nie mający nic do roboty, stare wiedźmy spragnione widoku 
cudzych nieszczęść. Już ich widzę, są w wiosce, pytają o 
drogę. Gospoda przy opactwie pęka w szwach, a dziś rano 
przepędziłem kilka osób spod naszej bramy. Dlaczego, u 
ciężkiego licha, diabły musiały sobie upodobać właśnie 

background image

mój dom?!! 
- Gdyby był tu brat Malachiasz, zapewne doradziłby ci, 
żebyś brał opłatę za wstęp. 
- Malachiasz! To przez niego wplątałem się w tę 
nieszczęsną sprawę! Kłopoty, wiecznie kłopoty! A jakby 
ich było mało, jeszcze diabły! Słowo daję, będę brał za 
wstęp! Ostatecznie coś mi się za to wszystko należy!!! 
 
- Doprawdy nie rozumiem, dlaczego mam być przy tym 
obecna, Gilbercie. 
Po krótkiej nieobecności kanonik i nowy proboszcz oraz 
stado mnichów i rój diakonów ponownie przekroczyli bramę 
brokesfordzkiego zamku. Właśnie w tej chwili poważna 
procesja wyposażona w wielki krzyż, a nawet relikwiarz z 
włosem z brody świętego Jana Chrzciciela, podążała do 
wieży, gdzie zamknięta na cztery spusty siedziała lady 
Petronilla. 

Kanonik stwierdził, że demony właśnie do ciebie 

pałają 
szczególną nienawiścią i mogą być rozmowniejsze w twojej 
obecności. Nie bój się, nie opuszczę cię ani na chwilę, a 
poza tym 
będzie ci towarzyszyć pani de Hauvill, która potrafi 
zachować 
zimną krew w trudnych sytuacjach. 
Przysłuchująca mu się madame skinęła lekko głową. Znikła 
gdzieś jej dawna sztywność; w kosztownej ciemnej sukni i 
kamizeli dobytych ze skrzyni sir Huberta promieniowała 
wdziękiem i dyskretną elegancją. Rąbek trzeba było 
podłożyć, a także zacerować kilka drobnych dziurek 
wygryzionych przez mole, ale opływająca kształtnymi 
majestatycznymi fałdami dumną postać madame szata 
wyglądała jak specjalnie dla niej szyta. Zaiste jeśli 
ktokolwiek mógł pokazać diabłom, gdzie ich miejsce, to 
właśnie ona. 
Przed komnatą stało dwóch uzbrojonych strażników. Mocne 
żelazne obejmy podtrzymywały solidny drąg, którym drzwi 
zaparte były od zewnątrz. Sir Hugo osobiście podniósł 
rygiel i kanonik, ściskając oprawny w cielęcą skórę tom 
Manuale Exorcistarum, otworzył drzwi. Powitał nas 
nieznośny smród. 

Aha! - Oczy kanonika zajaśniały. - Foetor diabolicum. 

Rezyduje tu z pewnością więcej niż jeden czart. 
Świątobliwy mąż dobrze się przygotował do trudnego 
zadania. Towarzyszyli mu dwaj diakoni z palącymi się 

background image

świecami na długich uchwytach, trzeci z krucyfiksem, 
czwarty z wodą święconą i kropidłem, a piąty z 
kadzielnicą wydzielającą gęsty słodkawy dym. Zakryłam 
szczelnie nos i usta rękawem; podobnie uczynili inni 
wchodzący do komnaty. Petronilli nigdzie nie było widać, 
ale pochodzenie smrodu wyjaśniło się bardzo prędko: 
ściany i meble wysmarowane były odchodami. Na podłodze 
zasychały kałuże wymiocin. Dym kadzidła mieszał się z 
makabrycznym odorem, czyniąc go jeszcze cięższym do 
zniesienia. 
- Mocą daną mi w imię Jezusa Chrystusa wzywam cię, ukaż 
się! - zagrzmiał kanonik, unosząc prawą dłoń. 
Posłyszeliśmy ciche mamrotanie i jakiś chrobot; znad 
wezgłowia łóżka wyjrzała para błyszczących oczu. Trudno 
było rozpoznać pierwszą damę Brokesfordu: włosy miała 
splątane i pełne nieczystości, opuchniętą twarz znaczyły 
dziwne plamy, smugi i jakby dzioby. Miała na sobie tylko 
oblepioną brudem czarną spodnią suknię, rozsznurowaną i 
zsuniętą z ramion. Wyzierało spod niej podarte na 
strzępy, chyba przez nią samą, brudne giezło. 
- Każ, panie, swym ludziom ją pochwycić - rzekł kanonik. 
Sir Hubert posłusznie skinął urękawicznioną dłonią. 
Wyjącą wniebogłosy panią domu wyciągnięto za nogi spod 
łóżka. Natychmiast zaczęła rzucać się w konwulsjach, 
toczyć pianę z ust i trzeba było wezwać więcej ludzi do 
pomocy, bo kąsała każdego, kto jej dotknął. Zdawała się 
mieć siłę dziesięciu mężczyzn, toteż minęło sporo czasu, 
nim krzepcy pachołkowie w końcu przykrępowali ją do 
deski, by tak przetransportować do kościoła. Wykrzykując 
plugawe wyzwiska, wołając o sprawiedliwość, sycząc i 
plując została wyniesiona w światło dnia na dziedziniec, 
gdzie zebrał się już liczny tłum gapiów. 
Gdy stajenny podprowadził mi klacz do schodków, mimo woli 
porównałam w myśli tę procesję do uroczystości sprzed 
tygodnia-Tym razem nie było sztandarów ani dzieci 
sypiących kwiaty-a główną atrakcję stanowiła wariatka na 
desce. Zauważyłam wielu obcych przybyszów. Łapczywie 
chłonęli gorszący widok, żegnając się znakiem krzyża lub 
odmawiając różaniec. Najwyraźniej egzorcyzmy miały rangę 
ubogacającego przeżycia religijnego, niemal równie 
wzniosłego jak palenie heretyków. Jadący przede mną sir 
Hubert nachylił się do towarzyszącego mu na swym mule 
księdza Tomasza i usłyszałam jego donośny szept: 

Nie zapomnij, ojcze, co ci mówiłem. Będzie z tego dla 

ciebie nowy dach, a może i piękne malowidło w kościele. 

background image

Proboszcz skinął głową i znacznie ciszej odparł: 

Tak jak mówiłeś, panie, całkowicie dobrowolna 

ofiara... 
a za miejsce w nawie podwójnie... - resztę jego słów 
uniósł 
wiatr. 
Egzorcyści nie zdjęli Petronilli więzów z obawy, aby znów 
im nie uciekła. Wyczerpana szamotaniną legła dysząc i 
jęcząc przed ołtarzem, gdy tymczasem księża intonując 
modlitwę, dokładnie ją okadzili. Kanonik prędko wyczuł, 
że w zafascynowanym tłumie zaczyna się rodzić skądinąd 
zrozumiałe współczucie dla opętanej. Kazał sobie podać 
wodę święconą i kropidło. 

Pali, pali! - zakrzyczała dziko Petronilla, kiedy 

spadły 
na nią pierwsze krople. - Wypuśćcie mnie! 
Przerażony tak jawnym dowodem diabelstwa tłum jęknął 
jednym głosem i cofnął się o krok. 
- Ach tak. Tużeś mi, szatanie. - Kanonik otworzył księgę 
i kazał diakonowi pochylić krucyfiks nad leżącą kobietą. 
- Demonie, czy też demony, wzywam was mocą Pana naszego 
Jezusa Chrystusa, abyście wyjawiły mi swe imiona! 
- Przecież mnie znasz! - krzyknęła obłąkana. - Znasz moje 
imię! 
- Ach! To diablica imieniem Xanit, która włada nią w 
postaci sukuba. 
- Skąd to wiesz, panie? - zainteresował się Hugo. 
- Ponieważ przemówiła damskim głosem - odparł kanonik. 
Lady Petronilla wodziła od jednego do drugiego 
rozgorączkowanym wzrokiem. Zamilkła; nieomal widać było, 
jak usilnie myśli. Zależało jej na tym, żeby ją 
rozwiązali. 
- Poznałeś mnie - pisnęła zalotnie. - Jestem Xanit. 
Pragnę twego ciała, księże. Zwiodę cię do grzechu. 
- Exi ab ea! Opuść to ciało, duchu nieczysty! Módlcie się 
dobrzy ludzie; mówcie "Ojcze nasz"! 
W czasie gdy tłum odmawiał modlitwę, kanonik uczynił znak 
krzyża na czole Petronilli, ona zaś krzyczała i wiła się, 
próbując zerwać więzy. Potem wyciągnął ku niej hostię, na 
co zaczęła toczyć pianę z ust. Rozległ się przeraźliwy 
rozdzierający krzyk i z ust Petronilli chlusnęła struga 
wymiotów, zielonkawej śluzowatej treści pustego żołądka. 
- Oto pierwszy z diabłów opuścił ciało pod postacią 
wymiotów - obwieścił tłumowi kapłan. - Ale jest ich tam 
więcej. Kiedy będzie zdolna przyjąć najświętszy 

background image

sakrament, poznamy, że ją opuściły. 
- Nigdy nie odejdziemy - oznajmiła szalona głębokim 
basem. - Jest nas wielu i mamy potężną moc. 
- Znam ja was. - Egzorcysta zaczął wertować księgę. 
Odwracając się do księdza Tomasza, który wpatrywał się 
weń z nabożną czcią, wyjaśnił krótko: - Diablica została 
wypędzona, lecz rozpoznaję w niej jeszcze czterech 
diabłów. Są nimi Lewiatan, Baalam, Izakron i Behemot. 
Behemot zsyła złe myśli, Lewiatan potrafi skłócić duszę z 
samą sobą, a Izakron skłania do bezbożnego zachowania w 
czasie mszy świętej. 
- A Baalam? - spytał Hugo. 
- Baalam poduszcza do nieprzystojnego śmiechu. Czy 
zauważyłeś, panie, kiedy twa małżonka się śmieje? 
- Ilekroć kazanie jest o powinności i pokorze - odparł 
Hugo. - Poza tym niewiele ją śmieszy. Raz, kiedyś, widok 
egzekucji z ćwiartowaniem. 
- No właśnie. Ta księga jest nieomylna. Musicie jednak 
zdać sobie sprawę z zagrożenia. Wraz z usunięciem każdego 
kolejnego diabła pozostałe nabierają sił i przewrotności. 
To może potrwać wiele dni, nawet tygodni. Powiedzmy na 
przykład, że uwolnimy ją od Baalama i Lewiatana. Jej 
skażona dusza nie będzie już wówczas skłócona z sobą 
samą, lecz całkowicie oddana Behemotowi, 
czyli złu, o którego działaniu nie będzie nas już 
ostrzegał bezbożny śmiech. To właśnie fazy przejściowe 
niosą ze sobą największe niebezpieczeństwo. 
- Najczcigodniejszy panie, jakże ci jestem wdzięczny za 
twą mądrość! - rzekł z uwielbieniem sir Hugo, wznosząc 
oczy ku niebu. - Nie potrafię wyrazić, jak cierpi serce 
oddanego męża. Wszakże ślubowałem jej wierność przed 
Bogiem. 
- Co, co? - dopytywał się sir Hubert Gilberta siedzącego 
po mojej drugiej stronie. - Kilka tygodni? Powiadam ci, 
będzie witraż. Nareszcie jakiś pożytek z tej zimnej 
jędzy. 
Ja jednak patrzyłam na lady Petronillę. Słysząc pobożne 
westchnienia swego męża, wytrzeszczyła oczy tak, że omal 
nie wylazły jej z orbit. 
- Łajdaki! Obłudnicy! Kłamcy! O, wiem ja, mój mężu, co z 
ciebie za ziółko! Wiem o was wszystko! Zabraliście mi 
miejsce przy wysokim stole, a ja wam na to mówię: wasz 
ród wyginie! Nie wyda dziedzica, a jego ziemie i tytuły 
dostaną się obcym! Po zamku brokesfordzkim nie ostanie 
się kamień na kamieniu; podwórce i sady okryje lawa 

background image

czarna, po której będą hasać ziejące ogniem demony! 
- Teraz mówi przez nią Lewiatan obdarzony mocą proroczą - 
oznajmił kanonik, wertując księgę, by znaleźć w niej 
odpowiednie miejsce. 
- A już miałem stracha - wyznał szeptem sir Hubert. - 
Uspokoiła mnie dopiero tą lawą i ziejącymi demonami. 
- Pst! - odszepnął ostrzegawczo Gilbert. 
- Nakazuję ci, wężu nieczysty, wyrokiem tego, który sądzi 
żywych i umarłych, stworzyciela świata, który władny jest 
zsyłać dusze w otchłań piekielną, abyś opuścił ciało tej 
niewiasty. Odejdź, zgiń i przepadnij, podstępny 
Lewiatanie, nakazuję ci to w imię Pana naszego Jezusa 
Chrystusa, który przyjdzie sądzić żywych i umarłych i 
chrzcić ich będzie ogniem... - W oczach kanonika płonął 
niezdrowy blask. Nachylił się nad opętaną. 
Petronilla plunęła mu prosto w twarz. Odskoczył z 
krzykiem: 

Parzy! Chryste, jak parzy! To nasienie demona! Szatan 

się 
uwolnił! Dusi mnie! - Cofnął się, złapał za serce i 
diakoni musieli go podtrzymać. - Widzę go teraz! Jest 
olbrzymi, potworny, 
dyszy tysiącem ogni! Płonie tu, przed wami! 
Tłum cofnął się z okrzykiem przerażenia, żegnając się co 
rusz znakiem krzyża. 

Teraz... och, co za okropny widok! Wślizguje się z 

powrotem do ciała tej niewiasty przez ucho! 
Ludziska pospiesznie zatykali sobie uszy. Obłąkana 
zaniosła się całkiem nieprzystojnym śmiechem. Posłyszałam 
za sobą szepty: "To Baalam!" 
Baalam, akurat! Ta kobieta wodzi ich wszystkich za nos. 
Może ciągnąć tę grę, jak długo zechce. Kanonik jest jej 
wspólnikiem w oszustwie, a wszystkim tak się podoba 
przedstawienie, że z rozkoszą biorą w nim udział. 
Petronilla jest dwa razy bystrzejsza niż jakikolwiek 
diabeł, o którym słyszałam, i znacznie bardziej 
podstępna. Niech mnie Bóg przed nią broni! Dobry Boże, 
pozwól nam bezpiecznie wrócić stąd do domu! Niebieski 
Ojcze... 

Patrzcie na nią, patrzcie na tę, która nazywa siebie 

Małgorzatą! - dał się słyszeć głos szalonej. - Widzicie 
światło płynące z jej twarzy? To złudny i zły odblask 
piekielnych ogni! Aleja zmienię jej dni w popiół i proch! 
Widzowie obracali się, żeby na mnie spojrzeć, ale ze 
strachu zaraz przestałam jaśnieć i nic nie zobaczyli. Na 

background image

szczęście zwykli ludzie nie są równie spostrzegawczy jak 
obłąkańcy. 
- A to znów Behemot - zaszeptał tłum, całkiem jakby 
rozpoznawał tarcze na turnieju. 
- Bardzo niewiele brakowało do całkowitego przegnania 
Lewiatana - oznajmił kanonik. - Będziemy go egzorcyzmować 
do zachodu słońca, a jeśli pozostałe okażą się równie 
uparte, podejmiemy zbożne dzieło jutro. 
- Doskonale. - Na twarzy sir Huberta malowało się 
zadowolenie. - Tak potężne istoty z piekła rodem zapewne 
wyczerpały nawet twoje siły, świątobliwy ojcze. Jakże 
jestem wdzięczny 
Bogu, że w naszym królestwie jest tak wytrawny pogromca 
demonów. 
Egzorcyzmy trwały do wieczora z przerwami na posiłki i 
zostały nagrodzone sukcesem: Lewiatan opuścił Petronillę 
w postaci czarnego śmierdzącego kału. Wszyscy byli 
zafascynowani. Potem kanonik oznajmił, że musi na 
osobności zbadać ciało opętanej, czy nie ma na nim 
szatańskich znaków. Diabły, wyjaśnił, często wychodzą z 
ciała przez otwór poniżej sutka. Brudna, rozchełstana, 
leżąca z zadartą do pasa spódnicą Petronilla wyszczerzyła 
w uśmiechu wszystkie zęby. 
Pięknie - pomyślałam. Niech mnie ktoś stąd zabierze! 
Kiedy wracaliśmy do kościoła w trzecim i jak się później 
okazało przedostatnim dniu publicznych egzorcyzmów, 
przywitał nas w drzwiach podniecony ksiądz Tomasz. 
- Sir Hubercie, sir Hubercie, znalazłem bardzo ważny list 
w księgach kościelnych! - wołał, machając brudnym, 
wymiętym arkusikiem z pracowni Malachiasza. Tego dnia 
otoczeni byliśmy rzeszą świadków: wieści o 
umiejętnościach kanonika rozniosły się szeroko, toteż 
podejmowaliśmy dwóch sąsiednich lordów oraz opata w 
asyście trzech augustianów, nie mówiąc już o tłumie 
chłopów i pielgrzymów. 
- Nie machaj mi tym przed nosem, ojcze, to i tak nic nie 
da. Powiedz mi lepiej, o czym mowa w piśmie, i poproś tu 
obecnego dobrego kanonika, żeby mi je odczytał. 
Kanonik z dumą zadarł nosa. W ciągu minionych dwóch dni 
awansował na bohatera. Wszędzie ciągnął za nim orszak 
dzieci i starych babek błagających o uświęcające 
dotknięcie, o mądre słowo, o przegnanie szczurów, 
robactwa i innej zarazy. Zgromadził też wiele datków, 
modląc się nad zamożnymi pielgrzymami, którzy przybyli 
oglądać czynione przezeń cuda. Kroiło się, że kościół 

background image

będzie jednak miał witraż, a w najgorszym wypadku 
wspaniały fresk na całą ścianę. Słowem, wszyscy byli 
bardzo zadowoleni oprócz mnie, bo ja chciałam stamtąd 
uciec, i lady Petronilli, która nigdy z niczego nie była 
zadowolona. 
- To bardzo, bardzo stary list datujący się na czasy 
wojny z królem Stefanem, a podpisany przez niejakiego 
Gaultiera de Vilers. 
- A! To mój przodek. Warto zaiste mieć w rodzinnym 
archiwum taką ciekawostkę. 
Na obliczu opata odmalował się niepokój. Widać było, że 
wprost kona z ochoty, by dostać list w ręce. 

...obawiając się tedy, że kasztel do cna spalon 

będzie 
z rąk wroga, któren wprędce zewsząd nas otoczy, dla 
bezpieczności skarby naszego rodu ukrylim w ziemi... 
Dalej, mój panie, są 
wskazówki, jak trafić w to miejsce. Ma się ono znajdować 
przy 
północno-wschodnim narożu pustelni świętej Edburgi. Jak 
rozumiem, znajduje się ona na twoich ziemiach? 
Oczy opata zwęziły się w szparki. Bila z nich furia. 
- Pustelnia to nie... ale są jakieś ruiny. - Sir Hubert w 
zadumie gładził brodę. 
- Ależ tak, ruina nad źródłem! - zakrzyknął Hugo. - 
Ojcze, musimy tam natychmiast jechać! 
Opat przyjrzał mu się spod zmrużonych powiek. Można było 
wyraźnie odczytać jego myśli: Hugo to dureń, nie potrafi 
udawać. Cokolwiek więc to jest, Hugo nic o tym nie wie. 

Hugonie, dostojny kanonik ma tu do spełnienia 

najświętszą 
powinność. Te jakoby prastare skarby są niczym w 
porównaniu ze 
skarbem duszy. - Sir Hubert rzucił okiem na mnichów, 
którym 
nagle zaczęło się spieszyć do odjazdu, i dodał: - Ale 
oczywiście 
zaraz poślę tam rządcę. Niech rozstawi ludzi i strzeże 
tego miejsca, 
dopóki nie zdarzy się sposobna pora, by je przeszukać. 
Chłopi, którzy wiedzieli o kłopotach pana zamku, 
podnieśli wrzawę. "Do pustelni! Do źródła! Po skarby!" - 
krzyczeli. Stary lord uciszył ich podniesieniem ręki. 
Petronilla wściekła, że przestała być ośrodkiem 
zainteresowania, zaczęła się wić i syczeć na swojej 

background image

desce. 

Jestem pełna szatanów - powiedziała. - Duchy piekieł 

tańcują w moim ciele. Dano mi moc proroctwa. Ów skarb 
ukryty 
w ruinach to fałsz! Złuda! 
- Hm... - bąknął Gilbert. - Diabeł się odezwał. Ciekawe, 
jaki może mieć cel w tym, żeby powstrzymać nas od 
przeszukania ruin? 
- Istotnie! - poparł go kanonik. - Szatan jest nader 
złośliwy. Powinniśmy postąpić wbrew jego radom. 
Opat wprost dygotał z irytacji. 
- Nie możemy przecież opóźniać uleczenia lady de Vilers - 
na uduchowionej twarzy Gilberta odmalowało się oburzenie. 
- Chodźcie do mnie, mówcie do mnie! Sprawdźcie, czy nie 
mam diabelskich znamion! - nawoływała opętana. - Spójrz 
jeszcze raz na moje białe ciało, księże! 
- Egzorcyzmy będą trwały nadal - orzekł kanonik, który 
miał w tej sprawie decydujący głos. Spojrzał na opata i 
mylnie interpretując jego zniecierpliwienie, dodał: - Ale 
jutro. Szatan jest natrętny i trzeba go ostudzić. - 
Skinął na diakonów. - Zanurzcie ją tu obok w stawie i 
przytrzymajcie do czasu, aż demony spokornieją. Potem 
niech ją odniosą z powrotem. 
Przy wtórze potępieńczych wrzasków Petronilli wyniesiono 
ją z kościoła. Kanonik pokręcił głową. 

Demony okrzepły. Są dziś znacznie silniejsze. Niechże 

się 
zmęczą próżnym złorzeczeniem, zanim podejmę dzieło. 
Opat łypnął na niego wrogo, wsiadając na swego wałacha. 
Drogą w stronę lasu biegła już czereda chłopów 
uzbrojonych w łopaty. 
Pełen wątpliwości, czy to się aby godzi, sir Hubert 
został niemal siłą wywleczony z kościoła i wsadzony na 
konia. Stojąca obok mnie madame Agata zerknęła na niego, 
a później na mnie. Jej twarz była nieodgadniona, podobnie 
jak - mam nadzieję - moja. Potem obejrzała się na kościół 
i zapatrzyła w dal, jakby coś sobie układała w myślach. 
Spłoszyłam się nieco. Czyżby widziała, że chowam list do 
skrzyni? Nie, na pewno nie, uznałam w duchu, kiedy 
stajenny podsadzał mnie na siodło. 

Sporo rzeczy dzieje się nad tym leśnym źródłem - 

zauważyła madame. 
- Zaiste - przyznałam, myśląc o skandalicznym wybryku 
dziewcząt. Byłam jej wdzięczna, że pomogła mi go ukryć 
przed tą rzeszą duchownych, a w dalszej perspektywie 

background image

także inkwizycją. - Nadal liczę na twoją dyskrecję, pani. 
- Milczenie jest złotem - odparła z powagą i ruszyłyśmy w 
drogę. 
 
 
ROZDZIAŁ  DWUDZIESTY 
 
Pierwsi nad staw dotarli jeźdźcy - pstrokata zbieranina 
konnej szlachty, ciekawskich duchownych na mułach oraz 
chłopów dźgających piętami uparte osły. Na twarzy opata 
malowała się zabarwiona podejrzliwością furia - dziwny 
wyraz twarzy u kogoś, kto rzekomo nie był osobiście 
zaangażowany w spór o brokesfordzką ziemię. Na miejscu 
byli już jednak obcy; stali za wielkim kamieniem zwróceni 
do nas plecami, oglądając niesamowite cisowe sanktuarium. 
Kiedy spomiędzy drzew dobiegł tętent kawalkady, 
zaskoczeni zaczęli się oglądać. Nie znałam ich z twarzy. 
Jeden, z dufną miną, miał na sobie długą szatę, jaką 
noszą juryści; pozostali, skromniej odziani, patrzyli na 
nas twardymi bystrymi oczyma rzemieślników albo handlarzy 
drewnem. Upewniłam się, że odgadłam trafnie, gdy mój teść 
rzekł tonem, który w jego mniemaniu był przyciszony: 
- A oto i wróg. Ach, Boże, gdyby to była Francja, 
potrafiłbym zrobić właściwy użytek z miecza! 
- Spokojnie, ojcze - mruknął mój małżonek dając koniowi 
ostrogę, by wyprzedzić starego i w ten sposób uniknąć 
ryzyka, iż ten zechce orężnie natrzeć na intruzów. Wraz z 
Hugonem pocwałowali szerokim brzegiem wokół stawu i 
osadzili konie pomiędzy obcymi a zwaloną ruiną. 
- Witam szlachetnych panów de Vilers. Co was sprowadza na 
moje ziemie? - odezwał się mężczyzna w długiej szacie. 
Stał 
w pozie pełnej szacunku, za to jego głos wprost ociekał 
sarkazmem. 
- Nasze ziemie, chciałeś zapewne rzec. - Hugo położył 
dłoń na rękojeści miecza. 
- W archiwum kościelnym odkryto pewien dokument - 
oznajmił sir Hubert. - Ojcze, odczytaj list. Wy tam, z 
łopatami kopcie według jego wskazań. 
Prawnik rzucił okiem na swego sojusznika, opat jednak 
milczał, twarz miał jak wykutą z kamienia. Zbyt wielu 
było wokół ludzi i zbyt wielu spośród nich zbrojnych. 
Jurysta nie mógł stawić czoła wszystkim. Zagryzł wargi. 
Oblekłam twarz w maskę powagi, która byłaby stosowna 
nawet na pogrzebie, ale serce tańczyło mi z radości. Cóż 

background image

za cudowny kaprys Boży kazał właśnie rywalom posłużyć za 
świadków odkopania skrzyni! I jak to mądrze ze strony 
Malachiasza, że zakazał nam wtajemniczać Hugona! Hugo 
ganiał tam i nazad jak szczeniak, wydając liczne a 
sprzeczne polecenia; słowem, zrobił takie przedstawienie, 
że nikt, kto go znał, nie mógłby go podejrzewać o 
dwulicowość. 
- Nic! Nic tu nie ma! - wykrzykiwał z rozpaczą. - Sir 
Gaultier wystrychnął nas na dudka! - Szturchnął konia 
ostrogą, podjeżdżając do ściany i rozpędzając kopaczy. - 
Tu kopcie! Tu! - wołał pokazując wprost pod kopyta 
wierzchowca. Jego brewerie zdołały wytrącić z równowagi 
nawet opata. 
- Tak też uczynią, sir Hugonie, jeśli tylko się usuniesz! 
- burknął zniecierpliwiony. 
- Ach tak, oczywiście. Oczywiście. Jak myślicie, co to 
będzie? Złoto? Oj, to by się nam przydało! 
Posłyszałam, jak opat cicho syczy przez zęby: 

Nie potrzeba mi wieszczej mocy Behemota, żeby się 

domyślić, że będzie to tytuł własności ziemi. 
W końcu któraś z łopat brzęknęła o metal. Tłum przysunął 
się bliżej i zamarł w nabożnej ciszy, gdy z wykopu wyjęto 
starodawną skrzynię. Wszystkie oczy zwróciły się na sir 
Huberta, który tkwił w siodle nieruchomo jak posąg. Po 
wargach błąkał mu się 
dziwny ukradkowy uśmieszek. Nachmurzone zwykle czoło tym 
razem było spokojne. 

Otwórzcie to - rozkazał. - Tylko ostrożnie! 

Opat i jurysta, obydwaj wprawni w odczytywaniu ludzkich 
twarzy, nie odrywali od niego wzroku. Byłam trochę 
niespokojna. Sir Hubert nie potrafi za dobrze udawać. 
Jeśli ten podstępny brat Paweł coś zwęszył, przeciwnicy 
już wiedzą, że cała ta sprawa jest mistyfikacją, i nie 
omieszkają tego rozgłosić. 
Ale tu właśnie brat Malachiasz po raz kolejny dowiódł 
swej mądrości. W skrzyni bowiem było coś, czego lord 
Brokesford nigdy w życiu nie widział. 
Stare okucia puściły z żałosnym jękiem. Po zdjęciu wieka 
wszyscy obecni mogli zobaczyć, że w skrzynce są 
pergaminy, zapewne dokumenty - i coś jeszcze. 

Co to? - sir Hubert zaciekawiony zsiadł z konia. - 

Dajcie no to. Na wszystkich świętych, róg?! Ależ takiego 
byka nie 
było chyba od początku świata! Ten, kto go powalił, 
musiał zaiste 

background image

być siłaczem! - Stary lord nie rzucał już chytrych 
spojrzeń spod 
półprzymkniętych powiek. Źrenice miał szeroko rozwarte ze 
zdumienia i szczerego podziwu. Nie sposób go było 
podejrzewać 
o fałsz. Opat zmieszany zamrugał oczyma. 
Sir Hubert przywołał kanonika. 
- Co to za znaki, panie? O te, na obejmie. - Potarł 
palcem warstwę patyny. Wypukłe części wzoru zalśniły 
srebrzyście na czarnym tle. Kanonik zmrużył oczy i potarł 
mocniej. 
- To chyba starodawne pismo, ale nie potrafię go 
przeczytać. Nie żyje już nikt, kto by to potrafił. 
Widziałem takie znaki na broszy, którą wyorał z ziemi 
pewien chłop z Salisbury. 
Wszyscy duchowni zebrali się wokół rogu, prześcigając się 
w domysłach co do znaczenia dziwnych liter. 
- Ale pergamin, ojcze, pergamin, każ, by go odczytano! 
Może jest w nim mowa i o rogu - wtrącił się Hugo, 
ściskając dokumenty wyjęte ze skrzyni. 
- Ostrożnie z tym, chłopcze! Nie zniszcz ich, zanim nie 
poznamy ich treści. 
Kanonik rozwinął opatrzony pieczęciami akt wielkiego 
księcia Wilhelma, zdobywcy Anglii. Twarz opata zastygła w 
posępną maskę. 
- Mój panie, dokument ten nadaje całość ziem niejakiego 
Ingulfa Sasa Wilhelmowi z Vilers, wiernemu słudze 
Wilhelma z Normandii, króla Anglii. Potwierdza mu 
własność dziedziny otrzymanej przez małżeństwo z córką 
Ingulfa Elfrydą i dodaje jeszcze połać będącą uprzednio 
własnością syna Ingulfa, który zakończył był życie. 
- A zatem nie ma tu nic, o czym byśmy nie wiedzieli - 
burknął jurysta, marszcząc brwi. 
- Właśnie że tak - sprzeciwił się Hugo. - Ja tam nigdy 
nie słyszałem o tym jakimś Ingulfie, ale pewne jest, że 
żył na długo przed Henrykiem Drugim. Przygotuj się na 
porażkę, człowiecze. Spotkamy się w sądzie. 
- Ale dokument nie mówi nic nowego o granicach - odparł 
prawnik, który zdążył już przepchnąć się przez tłum i 
zerknąć na pergamin ponad ramieniem kanonika. 
- A róg? Czy jest tam mowa o rogu? - dopytywał się sir 
Hubert. - Czytaj dalej, bardzo cię proszę, wielebny 
panie. Może w tym drugim piśmie? 
- To drugie napisane jest pod dyktando Ingulfa Sasa przez 
jakiegoś ówczesnego duchownego. Tenże Ingulf darowuje 

background image

swej córce Elfrydzie i poleca pieczy jej i jej potomków 
po wsze czasy cudowne źródło świętej Edburgi wraz ze 
świętymi cisami i świętą dąbrową, której granicę znaczą 
kamienie w Dolnym Beechfordzie i Hamsby. 
- To przesądza sprawę. Majętność nie może być 
dziedziczona w linii żeńskiej. 
- Lecz właśnie majętność Elfrydy po podboju normańskirn 
została nadana Vilersom, mistrzu jurysto. Tak, bez 
wątpienia stoimy w opisanym miejscu. Mowa tu o wielkim 
głazie oraz kamiennej pustelni znajdującej sie w prostej 
linii za nim. A, jest i coś, co cię zaciekawi, mój panie 
Hubercie. Ingulf rzecze, iż w podzięce za ocalenie życia 
darowuje szlachetnemu Wilhelmowi Vilers własny 
ceremonialny róg, przekazywany z ojca na syna od bardzo 
wielu pokoleń. Prosi, by ten zawiesił go na honorowym 
miejscu w swojej halli i raz w roku pił z niego na 
pamiątkę jego, to jest Ingulfa. 
Gilbert znów dał się ponieść poetyckiej wenie - 
pomyślałam. Zerknęłam na niego. Stał na uboczu z rękami 
założonymi na piersi, obojętnie śledząc toczące się przed 
nami przedstawienie. 

RÓG INGULFA SASA!!! - ryknął sir Hubert, podnosząc ów 

antyk, aby każdy mógł mu się przyjrzeć. - Sam mężny 
Ingulf dał nam we władanie święte źródło! - Przytulił róg 
do twarzy i pogłaskał go z rozrzewnioną miną. 
Wieśniacy zaczęli wiwatować, lecz na twarzy Gilberta 
odmalowała się zgroza. Pewnie sobie wyrzucał, że za jego 
przyczyną rodzicowi do reszty pomieszało się w głowie. 
- Co roku! - wykrzykiwał sir Hubert piastując róg w 
objęciach. - Ach, ileż lat minęło! Ileż zaniedbaliśmy 
toastów ku twojej czci, szacowny przodku! A winniśmy 
przecież uczcić w tobie olbrzyma! Któż inny mógłby wypić 
bez przestanku tyle piwa? - Obrócił się do starszego syna 
i zakrzyknął: - Hugonie! Co roku w tym dniu będę pił za 
pamięć Ingulfa Sasa! Ty zaś podtrzymasz ten zwyczaj, gdy 
mnie nie stanie! 
- Ojcze, ten róg jest brudny i prawdopodobnie pełno w nim 
robactwa. 
- Wyrodku!!! Zaiste niewiele krwi Ingulfa zostało w 
twoich żyłach! - W oczach starego lorda rozgorzał 
płomień, uniósł karzące ramię z ogromnym saskim rogiem. 
- Ojcze, ojcze, nie bij go rogiem, bo go połamiesz! - 
Gilbert zrezygnował z wyniosłej pozy i rzucił się 
pomiędzy nich. 
O, mądry, mądry Malachiasz! Dokładnie się na nich poznał. 

background image

Nie zdołaliby przy świadkach zachować się tak naturalnie, 
gdyby nie podrzucił im tej niespodzianki. Ale mnie 
osobiście największą niespodziankę sprawił sir Hubert. 
Nigdy nie widziałam go w takim nastroju. Włos zjeżył mu 
się triumfalnie; stanął nad wykopaną skrzynią, jak gdyby 
gotów był jej bronić własnym ciałem. 
- Czuję, że duch mego przodka stoi tu obok mnie! - 
oznajmił gromko. - Skrwawiony od ciosu, który go pokonał, 
lecz wciąż bohaterski! Jego życie i ziemie ocalone 
zostały przez wielkiego praojca i założyciela rodu de 
Vilersów. Zaś szlachetna Elfryda przekazała nam krew 
bohaterów!!! - Sir Hubert spojrzał w powietrze u swego 
boku. (Nigdy bym nie przypuszczała, że w tej przyziemnej 
skorupie kryje się mistyk.) - Widzę go, widzę! - 
zakrzyknął i cały świat uwierzył, że naprawdę go widzi. 

Na głowie ma hełm z okrutną żelazną maską, której 

widok przeraża wrogów! W dłoniach dzierży potężny wojenny 
topór! I głosem 
gromowym rzecze: "Moje dęby będą stały po wieki wieków!" 
Za nami rozległ się gwałtowniejszy nieco bulgot wody 
bijącej ze źródła. Słowo daję, że brzmiało to prawie jak 
śmiech. 
Była to wielka chwila. Wszyscy świadkowie na resztę 
swoich dni zostali przekonani, iż pretensje de Vilersów 
do leśnego źródła zostały potwierdzone przez prawo, przez 
zwyczaj, a nawet przez duchy przodków zawezwane za 
pośrednictwem rogu Ingulfa Sasa. Chłopi nie posiadali się 
z radości, pielgrzymi kiwali głowami i trajkotali jak 
najęci, sąsiedzi z satysfakcją splatali ręce na piersi. 
Tylko jurysta wyglądał jak ciemna gradowa chmura. Opat 
zaś - cóż, z twarzy opata niewiele dało się wyczytać. 
 
Nazajutrz rano lady Petronilla rozejrzała się po kościele 
i to, co zobaczyła, wielce ją rozgniewało. Tłum znacznie 
się przerzedził, zniknął opat wraz z klasztornym chórem. 
Wszyscy wyśpiewywali peany na cześć Ingulfa Sasa i 
dyskutowali o zawartości cudownie odnalezionej skrzyni 
oraz o tym, kto uda się do sądu, by zaświadczyć, że na 
własne oczy widział, jak ją odkopywano 

a także o tym, jaką wściekłą minę miał jurysta, i o 

całej reszcie. Zamieszkujące Petronillę demony spuściły z 
tonu, albowiem 
pławienie w zimnej wodzie przyprawiło je o potężny katar. 
To 
zaś, czy pozostało ich jeszcze dwa, sześć czy sto, nie 

background image

interesowało 
już prawie nikogo prócz kanonika, który twardo postanowił 
dokończyć podjęte dzieło. 

A...psik! Słuchajcie! Słuchajcie potężnego głosu 

piekieł! 
 

doleciał sprzed ołtarza mizerny raczej głos, który 

egzorcysta 
bez trudu zagłuszył srebrnym dzwoneczkiem. 
- Odejdź, duchu nieczysty! 
- Nie ciekawi cię nawet... psik! ...kim jestem? 
Kanonik otworzył księgę, by odczytać formułę 
egzorcyzmującą demona Behemota. 
- In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti! Hel, 
Heloym, Sother, Emmanuel, Sabaoth! 
- A psik, a psik, a psik! - Dym kadzidła nieznośnie 
drażnił nozdrza opętanej. 
- Oto demon Behemot opuszcza ciało przez nos w postaci 
śluzowej wydzieliny! - oznajmił kanonik. -Agia, 
Thetragrammaton, Agyos! 
Odpowiedział mu przeraźliwy wrzask: 
- Dlaczego nikt nie patrzy?! Jak śmiecie plotkować, gdy 
mnie egzorcyzmują! Każę wam powyrywać języki, wszystkim! 
Mam w żyłach książęcą krew i zasługuję na więcej niż 
nędznego kanonika i ciemnego klechę w drewniakach! Gdzie 
jest chór? Uprzedzam cię, nic więcej nie zdziałasz, 
dopóki nie wrócą tu mnisi! 
- Aha! - rzekł kanonik. - Oto Baalam w postaci niepo-
bożnej mowy. - Dokładnie okadził deskę z przywiązaną 
Petronillą, powodując następny atak kichania. Następnie 
skinął na proboszcza, który podał mu kropidło, i hojnie 
skropił ją święconą wodą. 
- Przestań mnie polewać, tępy wole! - wrzasnęła opętana. 
- Zapisz, co następuje - polecił kanonik jednemu z 
diakonów, który siedział obok z przyborami do pisania. - 
W wigilię świętego Bartłomieja, który to dzień był parny 
i nadzwyczaj gorący, ostatni z czterech diabłów w owej 
arcytrudnej sprawie wyżęty został z ciała opętanej... 
- Ty podły, wstrętny, nadęty kretynie... 

...Przed ołtarzem Pańskim uniosła się chmura 

siarkowego 
dymu, szatan zaś wykrzykiwał najnieprzystojniejsze 
zniewagi. 
Koniecznie zapisz o zniewagach. Nieustraszony kanonik, 
ryzykując własne życie... 
- Obmacywałeś mnie do woli, plugawa świnio, i żeby za to 

background image

nie odśpiewać mi nawet paru psalmów? 
Moim zdaniem lady Petronilla szybko odzyskiwała dawną 
formę. 

Czekajcie! - Egzorcysta uniósł rękę. - Baalam nie 

został 
jeszcze przepędzony. Słyszycie go, jak toczy nieczystości 
z ust tej 
opętanej? Agyos, Otheos, Ischiros. Exorciso te immunde 
spiritus! 
Petronilla zaśmiała się gorzko. 
- A oto i on! - wykrzyknął egzorcysta. - Przeczuwałem, że 
jeszcze tam jesteś, Baalamie. I oto cię obnażyłem w całej 
twej szpetocie. 
- Obnażyłeś zaiste calusieńką - potwierdziła lady 
Petronilla. - I na co się to zdało? Jesteś wałachem, 
świątobliwy mężu. Tyleż z ciebie pożytku, co z mojego 
małżonka. Powiadam ci, więcej rozkoszy miałabym spółkując 
z psem. 
- Nie notuj tego! - zbeształ diakona kanonik. - Precz, 
duchu plugawej mowy! Szatanie potępiony, oto nadchodzi 
twa zagłada! Otoś odkryty został w podłości swojej, 
zsyłam cię przeto na powrót w piekielne otchłanie! 
Z zapałem jął kropić wokół święconą wodą. Petronilla 
zamrugała oczyma i kichnęła. 
- Demon wyszedł nareszcie w postaci śluzu z nosa - podjął 
kanonik. - Podaj mi hostię. Teraz pisz: Mamiony przez 
szatańskie fantazmaty, wycieńczony nieustannym postem i 
modlitwą, egzorcysta drżącą dłonią uniósł Ciało 
Chrystusowe... 
- Ty szarlatanie. Zawsze wychodzi na twoje, prawda? 
- Ależ oczywiście. Jak dotąd jestem niepokonany. 
Odniosłem zwycięstwo nad... zerknij no, ile było tych 
diabłów? 
- Osiemset trzydzieści osiem, wliczając ostatnie, wasza 
świątobliwość. 
- Zwyciężyłem osiemset trzydzieści osiem diabłów, 
wliczając twoje. Przyjmij teraz hostię świętą, aby 
dowieść, że nie zamieszkują cię już siły piekielne. 
Petronilla, pokonana, otworzyła usta. Ale myliłby się 
ten, kto by sądził, że to już koniec. Czekały nas jeszcze 
liczne modły, litanie, dziękczynienia i cała msza. Gdy my 
wyśpiewywaliśmy odpowiedzi, Petronilla wierciła się coraz 
niecierpliwiej. Jej oczy ciskały gniewne błyski. 
Zdecydowanie doszła już do siebie - pomyślałam. Jeśli 
zamieszkują ją jeszcze jakieś demony, to już tylko jej 

background image

własne. 
Rozwiązana, usiadła na desce i znów zaczęła kichać. Po 
twarzy przemknął jej złośliwy grymas. Podniosła rękę do 
ust i miałam wrażenie, że coś wypluła. Wstała, ocierając 
dłoń o strzępy sukni. 
- Niewiasto, jesteś oczyszczona. Uklęknij teraz i wraz ze 
mną złóż dzięki Bogu. 
- Ledwie wstałam, znów mi każesz klękać? Potrzebna mi 
nowa suknia. Poślij po moje służebne. 
- Jasnym jest dla mnie, że choć uwolniłem twą duszę od 
wysłańców piekieł, nie jest ona wolną od grzesznych 
przywar twojej płci. Nic dziwnego, że diabły znalazły w 
niej tak gościnne mieszkanie. A teraz klękaj i módl się. 
Po zakończonych egzorcyzmach trzeba było odprowadzić 
Petronillę do zamku. Hugona nie było; pojechał do 
bławatnika obstalować nową szatę "w stylu saskim" oraz do 
płatnerza, który miał mu wyryć budzącą strach u wrogów 
maskę na zasłonie hełmu - oczywiście w takim stopniu, w 
jakim było to możliwe. Sir Hubert oddalił się wraz z 
rządcą, biorąc ze sobą uzupełniony o najświeższe nabytki 
zestaw dokumentów. Miał się naradzić z prawnikami i 
złożyć nowy pozew. Padło więc na mnie i Gilberta. 
- Pożałujesz - syknęła Petronilla, gdy eskortowałam ją z 
kościoła. - Nie muszę cię nawet dotykać, żeby się 
zemścić. 
- Bardzo dobrze, nie dotykaj - odparłam. 
Gilbert czekał na nas z końmi. Na ich widok Petronilla 
wydała wściekły okrzyk: 

Jak śmiesz!!! 

Zobaczyłam, że jej siodło i uzdę ma na sobie stary Buras. 
- Wszystkie inne wierzchowce są zajęte - rzekł obojętnie 
Gilbert. 
- A moja klacz? 
- Zgubiła podkowę. Uznałem, że nie zechcesz jechać na 
mule. 
- Nie wsiadłabym na muła, durniu! 
- No właśnie. - Gilbert wzruszył ramionami. - Więc siadaj 
na Burasa. 
- Pojadę na siwej. 
- To klacz Małgorzaty. Zresztą nie pozwolę ci używać 
żadnego z koni, które przywieźliśmy tu z Londynu. Starczy 
mi wiedzieć, jak potraktowałaś tę małą klaczkę. 
- Ty świnio! - wrzasnęła Petronilla. 
- Czcigodny panie - Gilbert zwrócił się do kanonika, 
który stojąc obok nakładał właśnie rękawice - czy jesteś 

background image

pewien, że wypędziłeś z niej wszystkie diabły? 
- Całkowicie - odparł kanonik tonem wytrawnego mistrza w 
swoim fachu. - Wszystkie są spisane od numeru 834 do 838. 
Wygnane z ciała bezpłodnej damy w średnim wieku, z 
dobrego rodu, o mocnej konstytucji i silnej wrodzonej 
złośliwości. Trudna, bardzo trudna praca. Były takie 
chwile, kiedy bałem się o całość własnej duszy. 
- W średnim wieku?! Ledwie minęło mi dwadzieścia wiosen! 
Wciąż mam piękne ciało! Ty wężu, ty płazie, ty... 
- Jesteśmy twymi dłużnikami, panie - rzekł Gilbert z 
nabożną i pełną uszanowania miną, choć w oczach skrzyła 
mu się hamowana kpina. 
Och, Panie! - westchnęłam w duchu. - Jedną ręką uwolniłeś 
od diabłów Petronillę, a drugą pchnąłeś mego męża w 
objęcia jego własnych szatańskich doradców. List, róg i 
to wszystko nadęło go ponad miarę. Boże, strzeż go, żeby 
nie pękł. Błagam: żadnych satyrycznych wierszy, żadnych 
kłopotliwych teologicznych dysput i żadnych więcej 
spisków. Pozwól nam żyć w spokoju, dobry Boże. I jak 
najprędzej wyjechać stąd do domu. 
Ale oczywiście Bóg zawsze robi po swojemu. 
 
 
ROZDZIAŁ  DWUDZIESTY PIERWSZY 
 

Cóż to jest, na miłość boską? - Gilbert rozdziawił 

usta. 
Dzieci bawiły się ze szczeniętami w kącie wielkiej sali, 
ale 
jazgot, który przebudził pochrapującą na ławie matkę 
Sarę, dobiegł skądinąd. Madame prędko pochyliła głowę nad 
szyciem, tłumiąc śmiech. 
- Nie widziałeś jeszcze nowych pupilków Petroniłli? - 
zdziwiłam się. - Jak to możliwe? 
Procesja, która chwilę wcześniej przedefilowała przez 
salę, składała się bowiem z kroczącej z wysoko zadartym 
nosem małżonki Hugona oraz ni mniej, ni więcej tylko 
trzech maleńkich łaciatych spanieli o zwisłych uszach i 
wyłupiastych, niezbyt mądrych oczkach. 
- Nie chodzi mi o psy, Małgorzato, tylko o tę suknię. 
Porażający widok. 
- Obawiam się, że kanonik pominął Lilit, demonicę złego 
smaku w ubiorze - westchnęłam z nieszczerym ubolewaniem, 
spuszczając wzrok. 
- Małgorzato, znów zmyślasz! - ofuknął mnie Gilbert z 

background image

udawaną przyganą. 
- Myślałam, że podobają ci się suknie w prążki. 
- Prążki prążkom nierówne. Połączenie sraczkowatej żółci 
z tą wymiotną zielenią wygląda... no, wygląda, jakby znów 
czyszczono ją z obu stron. 
- To teraz bardzo modne, Gilbercie. Bławatnik z St. 
Albans, który sprzedał jej tę materię, powiedział, że 
jest "subtelna". Spieszę cię upewnić, że każda niewiasta 
w promieniu dziesięciu mil już wie, jak dalece gust lady 
Petronilli przewyższa jej prowincjonalne, wręcz 
prostackie upodobania. 
- Subtelna, też coś! Pasy szerokości męskiej dłoni nie 
mogą być subtelne. Wygląda jak sługa w liberii. 
Z tyłu doleciał mnie zdławiony chichot madame. 
- Ale cóż cię sprowadza, mój panie mężu, ze szranków, w 
których miałeś toczyć honorowy bój ze swoim bratem? 
- Właściwie byłem o krok od zwycięstwa, kiedy przynieśli 
wieści, i chciałem się nimi z wami podzielić. Hugo też z 
chęcią przerwał walkę. Teraz utrzymuje, że to on był o 
krok od zwycięstwa, lecz pozwolił mi odejść, żeby 
zaoszczędzić mi wstydu. Tak czy owak nowiny są wspaniałe. 
Jurysta tak się wystraszył, że pojechał wprost do 
Wymondley i ubłagał opata, by ten wystąpił jako mediator 
i poparł przed królem jego prośbę, by rzecz załatwić 
polubownie. Król zatem przyśle tu z Westminsteru swego 
delegata, aby przejrzał dokumenty. Wygraną mamy w garści, 
niech no tylko zobaczy, czym dysponujemy. Ojciec nie 
posiada się ze szczęścia. Wziąwszy razem antyczne 
dokumenty, w których wyraźnie wymienione jest źródło, 
zebrane świadectwa najstarszych mieszkańców oraz poparcie 
księcia Lancastera, musimy wygrać. Wiesz, co powiedział 
ojciec? Rzekł: "Może w każdej rodzinie powinien być 
uczony. Oczywiście nie więcej niż jeden. Ale jak się 
okazuje, bywa z nich czasem pożytek". 
Właśnie miałam kąśliwie skomentować zachłanność i 
interesowność mego teścia, kiedy dostrzegłam uniesienie 
Gilberta i ugryzłam się w język. Młodszy syn nieczęsto 
bywa chwalony, nawet z musu - tym zaś rzadziej, jeśli 
owym synem jest Gilbert. Nie chciałam psuć mu radosnej 
chwili. 

Gilbercie, gdzie jest moja srebrna klamra do pasa? Ta 

z ametystem, którą przywiozłem z Francji! - wołał Hugo, 
zbiegając po schodach ze świetlicy. Ten oczywiście nigdy 
się nie krępował zepsuć komuś dobrego nastroju. - W tym 
domu wciąż 

background image

coś ginie. Przeszukałem wszystkie skrzynie i nigdzie jej 
nie ma. 
- A skądże miałbym wiedzieć, gdzie dałeś swoją klamrę? 
Zawsze trzymałeś ją wraz z paradnym pasem w tej dużej 
skrzyni w waszej komnacie na wieży. Poza tym na co ci ona 
teraz? 
- Powiedziała, że na pewno ty ją wziąłeś. 
- Kto powiedział? Twoja żona? Bracie, nigdy w życiu nie 
tknąłbym twojej własności. 
Spojrzałam na Hugona pałającego błędnie nakierowanym 
świętym oburzeniem i uznałam, że wypada mu uświadomić 
parę faktów. 
- Zastanów się przez chwilę, Hugonie - powiedziałam. - 
Skąd wzięła się nowa pasiasta suknia, safianowe ciżemki, 
aksamitny płaszcz z jedwabną podszewką i srebrną spinką 
wielkości biskupiego pektorału? 
- O czym ty mówisz? - Hugo stanął jak wryty. 
- Małgorzato, powinnaś mieć dla niego odrobinę litości - 
zganił mnie Gilbert, choć widać było, że dotknęło go 
pomówienie i wcale mu nie żal tak brutalnie oświeconego 
brata. 
- Zbyt wiele ostatnio wycierpiałam przez Lilit, demonicę 
wulgarnego ubioru. 
- Małgorzato, wytłumacz się natychmiast! - Hugo po 
namyśle postanowił stanąć nade mną z groźną miną. 
Stój sobie, stój - pomyślałam. Gilbert jest tu przy mnie 
i choć widzę, że miałbyś ochotę mnie potarmosić, nie 
odważysz się mnie tknąć nawet czubkiem palca. Podniosłam 
wzrok znad szycia z taką miną, jakbym dosłyszała 
brzęczenie gza. 
- Mówię, że zamiast bić pachołków, straszyć służebne 
kobiety obcięciem rąk i awanturować się z rodzonym 
bratem, powinieneś zadać sobie pytanie, skąd ktoś, kto 
nie ma żadnych pieniędzy, zdobył fundusze na trzy 
francuskie pieski sprowadzone z Calais oraz całą nową 
garderobę. 
- Ale Petronilla powiedziała mi... powiedziała... 
- Że psy dostała od ojca, a gotówkę od starej cioteczki? 
- Skąd wiesz? 
- Baalam, demon nieprzystojnego śmiechu, złożył ostatnimi 
czasy kilka wizyt w tym dworze. 
- Ta... ta kłamliwa... podła oszustka...! Lubiłem tego 
sługę, któremu kazałem iść precz! - Hugo zawrócił i 
pognał schodami na wieżę. 
- I tak oto nasz brat Hugon udał się z krucjatą przeciwko 

background image

Asmodeuszowi, demonowi rozrzutności - zanuciłam pod 
nosem. 
- Małgorzato, zdumiewasz mnie. Czyżbyś zaczęła studiować 
demonologię? 
- Nie, to też zmyśliłam - odparłam. 
- Nie należało jej wypuszczać z zamknięcia. Jest wszędzie 
naraz. Śmiga tak szybko, że trudno ją dogonić. 
- Skoro o tym mówimy, mój panie mężu, wyjrzyj przez okno. 
Nie, nie tak! Kątem oka, żeby cię nie spostrzegła. 
- No sama widzisz. Żywe srebro. Jak ona się tam znalazła? 
- Poszła do swojej komnaty i stamtąd zewnętrznymi 
schodami na dziedziniec. 
- Ale dlaczego? Przecież nie wiedziała, że Hugo jej 
szuka. 
- Bo szykuje kolejne wielkie wejście, żeby zrobić na 
tobie wrażenie. Widziałam, jak przygotowywała się do 
pierwszego. Czyżbyś nie zauważył, że stara się zwrócić 
twoją uwagę? 
- Ależ doskonale jej się to udało! Trudno, bym nie 
zwrócił uwagi na tę koszmarną suknię albo hałaśliwe psy. 
Faktycznie miałaś rację. Znów tu idzie. 
Przenikliwy jazgot przybrał na sile. 
- Moja malusia słodziusia Doucette chce, żeby mamusia 
wzięła na rączki? - zaszczebiotała Petronilla, przystając 
tuż za 
Gilbertem. 
Dziwne, lecz w tym stanie względnej równowagi umysłowej 
Petronilla była znacznie bardziej irytująca niż jako 
siedlisko wszystkich diabłów. Źrenice Gilberta 
rozszerzyły się ze zgrozy-Ja spuściłam wzrok na szycie i 
uśmiechnęłam się. 

Piesia płacze! Coś ostrego zraniło piesi łapkę? 

Z oczu Gilberta wiele można było wyczytać. Prócz całych 
strof na tematy moralne i estetyczne mówiły między 
innymi: "Co mam zrobić, żeby pozbyć się tej strasznej 
baby?" Nieznacznie skinęłam podbródkiem, sygnalizując: 
"Odwróć się" i bezgłośnie ruchem warg przekazałam mu: 
"Musisz z nią porozmawiać. Inaczej nie odejdzie". 
Petronilla stała za jego plecami jak wmurowana, Gilbert 
więc rad nierad przyznał mi rację i odwrócił się z 
wyrazem ostrego niesmaku na twarzy. 

Och, sir Gilbercie, moja malutka pieseczka tak 

strasznie 
cierpi! Czy mógłbyś swoją silną męską ręką wyjąć jej ten 
okropny cierń z łapeczki? 

background image

Łzy pociekły mi z oczu, tak mężnie walczyłam, żeby nie 
roześmiać się w głos. Zerknęłam na madame. Twarz miała 
odwróconą do ściany, ramiona podrygiwały jej gwałtownie. 
Gilbert spąsowiał. Wśród bardzo krępującej ciszy znalazł 
cierń tkwiący w psiej łapie i wyjął go. 
- Ach, jakiż ty jesteś mądry, panie! Uwielbiam takich 
mądrych mężczyzn! - Petronilla zalotnie zerknęła na niego 
spod rzęs. Gilbert poszarzał na twarzy. Trzymając 
szczeniaka pod pachą, jego bratowa obróciła się, zręcznie 
celując tak, by na niego wpaść i oprzeć się na nim, 
rzekomo dla utrzymania równowagi. Na wypadek gdyby 
wszakże okazał się niedomyślny, powiodła lekko palcem po 
jego przedramieniu. Potem cofnęła rękę i oddaliła się, 
rzucając mu spod półprzymkniętych powiek namiętne 
spojrzenie. 
- Dobry Boże. Muszę się umyć - wykrztusił. 
- Nie rób tego w tym domu. Rzuci się na ciebie w kąpieli. 
- Co się z nią dzieje? 
- To proste. Nie zaspokaja swoich potrzeb nad stawem. 
Wybór padł na ciebie. 
- Ależ, Małgorzato! To... to obrzydliwe. Co ja mam robić? 
- Kiedy nie jesteś ze mną, najlepiej trzymaj się Hugona. 
Petronilla wyraźnie stara się go unikać. 
- Wymyśliłaś lekarstwo niewiele lepsze od choroby - 
burknął. 
- Mój panie mężu, wiem jedno: ta kobieta nie cofnie się 
przed niczym. Sama wbiła cierń psu w łapę; widziałam, jak 
to zrobiła, zanim weszła. Wypuszczona z zamknięcia i 
uwolniona od tych wszystkich diabłów jest nieporównanie 
groźniejsza. Strzeż się. Jej umysł skrzy się niczym 
płomień na wietrze; jest szybka i lotna jak sam diabeł. 
- Zauważyłem, jak szybko się przemieszcza. 
- A myśli jeszcze szybciej. Nie ma żadnych hamulców. 
Musimy co prędzej stąd wyjechać, Gilbercie. 
- Zdaje się, że słyszałem tu te ohydne francuskie pieski 
- rzekł Hugo, wchodząc drzwiami od dziedzińca. - Szukałem 
jej wszędzie. Przechodziła może tędy? 
- Poszła na górę do świetlicy. 
Z kąta, gdzie bawiły się dzieci, dobiegły cienkie kpiące 
głosiki: 

Och, ach! Dzielny panie rycerzu, mój tyciu-misiu-py-

siu-tyciusieńki pieseczek zrobił, ach! okropnie wielką 
kupę. Czy 
mógłbyś ją zgarnąć twą silną męską dłonią? 
Hugo przewrócił oczyma i wypadł z komnaty w pościgu za 

background image

swą obłąkaną małżonką. 
Gilbert przeciwnie, na moment wrósł w ziemię. 
Poczerwieniał, oczy mu zabłysły, a potem nagle ożył i w 
paru wielkich krokach znalazł się w kącie. 
- Gilbercie, nie waż się! - zawołałam za nim. - One też 
mają dostateczny powód, żeby jej nie lubić. 
- Panie Gilbercie, sprawiedliwość winna być łagodzona 
miłosierdziem. - Wąska biała dłoń madame pociągnęła go za 
rękaw. Tym razem jednak oblicze starszej pani było 
zaróżowione; sama widziałam, jak ociera rękawem łzy 
śmiechu. 
- Droga pani, muszą się nauczyć, że nie wolno im szydzić 
z lepszych od siebie. 
- Ta, z której szydziły, nie jest od nich lepsza - 
powiedziała cichutko madame. 
- Ojcze, przepraszamy, wybacz nam! - Alison zawsze dba o 
własną skórę. 

Ojcze, ona jest z gruntu fałszywa - powiedziała 

Cecylia. 
- Nie będziesz chyba nosił jej barw na turnieju? 
Gilbert zbladł. 
- Skąd ci przyszło na myśl coś tak potwornego? 
- Madame opowiadała nam o zwyczajach rycerskich, ale mnie 
się wydaje, że to nie w porządku. 
- Też tak uważam, moja panno. Powinnaś wiedzieć, że nigdy 
nie będę nosił szarfy żadnej innej damy prócz waszej pani 
matki. Bóg nie po to pozwolił mi cało wrócić z Francji, 
abym był jej niewierny. 
- Cieszę się, ojcze - oznajmiła Cecylia. - Trzymaj się z 
dala od lady Petronilli. Jest podstępna i zła. 
- Tak też będę czynił, nawet jeśli będzie to oznaczać 
widywanie Hugona częściej, niżbym chciał. 
- Piesek patsy - rozległ się głos Peregryna. - I chodzi. 
Tata, ja tes miałem zamknięte oczka? 
- Po urodzeniu? Nie, od razu szeroko je otwarłeś. Byłem 
przy tym. Ludzie nie są bardzo podobni do psów, wiesz? 
- Szkoda - zasępił się malec. 
Odłożyłam szycie i spojrzałam na szczenięta przytulone do 
ulubionej gończej suki sir Huberta. Wszystkie cztery 
oddano dzieciom z przykazaniem, by zabrały je z dworu 
"najprędzej jak to możliwe, jeśli nie prędzej". 
- Nie są takie brzydkie, o ile człowiek zapomni, że to 
mają być psy. - Gilbert przekrzywił głowę, przyglądając 
im się spod oka. 
- Są śliczne! - zaprotestowałam. - Będą takie jak Lew, 

background image

tylko większe. 
- No właśnie. Mimo najszczerszych chęci nie widzę 
zastosowania dla psa, który wygląda tak samo z obu 
końców. 
- Już tam staruszek Lew dobrze wiedział, który koniec do 
Czego mu służy - odcięłam się, podnosząc jedno ze 
szczeniąt. 
- Małgorzato! Przy dzieciach? 
Widząc jego zgorszenie musiałam się uśmiechnąć. Choć 
minęło tyle lat, mój Grzegorz nie całkiem przestał być 
mnichem. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI 
 
Ściany wieży, najstarszej części brokesfordzkiego zamku, 
miały dwanaście stóp grubości. Dlatego też kaplica była 
ciemna i zimna; oświetlały ją tylko wąziutkie otwory 
okienne w kształcie krzyży, pomyślane tak, by do wnętrza 
nie wpadła zbłąkana strzała. Jeśli kiedykolwiek były tu 
jakieś malowidła, zmyła je cieknąca po ścianach wilgoć. 
Po przebudowie wielkiej sali zamkowej przejście do 
sąsiadującej z nią kaplicy przybrało kształt ciasnego 
korytarzyka, który prawie całkiem odciął kaplicę od 
codziennej krzątaniny. 
Wysokie okrągłe pomieszczenie o stropie poczerniałym od 
dymu świec i posadzce zimnej jak tafla lodu nie mieściło 
wielu sprzętów prócz kamiennego ołtarza nakrytego 
poszarzałym ze starości obrusem oraz dwóch lichych 
żelaznych świeczników. Z biegiem czasu trafiło tu nieco 
starych gratów i zepsutej uprzęży, w skrzynce pod 
ołtarzem zaś przechowywano materiały piśmienne. Mieszkał 
tu ongiś pewien płaczliwy duch, ale długo nie wytrzymał. 
Kapelanami w Brokesfordzie bywali na ogół pogodni i 
dobrotliwi pijaczkowie, którzy nie wtrącali się do spraw 
lorda i zadawali mu lekkie pokuty. Skutkiem tego wszakże 
rotacja była spora: a to któryś zabił się spadając ze 
stromych schodów lub utopił po ciemku w stawie rybnym, a 
to wątrobę zalewały mu złe humory, przez co żółkł i 
stawał się niezdolny do kapłańskiej posługi. Ogólnym 
efektem częstych zmian na stanowisku zamkowego 
duszpasterza było postępujące zaniedbanie kaplicy, która 
stawała się coraz bardziej ponura. 
Madame de Hauvill, z pasją wspomagająca Kościół 
przynajmniej w zakresie wyszywania obrusów, ujrzała tu 

background image

godne wyzwanie dla swych talentów. Dom Boży w wiosce był 
jednak znacznie weselszy, a z szyciem przyjemniej jest 
usiąść na słońcu, toteż i ona rzadko zaglądała do 
kaplicy. Małgorzata przy pierwszej przelotnej wizycie 
przypomniała sobie wszystkie złe chwile przeżyte ongiś w 
Brokesfordzie i postanowiła na co dzień czcić Boga w 
Naturze, w niedziele zaś chodzić do wsi, między ludzi. 
Najczęściej - choć bynajmniej nie często - wpadał Gilbert 
po papier, inkaust albo piasek. Gilbert bowiem tworzył. 
Kiedyś w środku nocy przyszedł mu do głowy pomysł na 
lamentację chrześcijańskiego rycerza pojmanego w niewolę 
przez Saracenów. W tę staroświecką formę zamierzał tchnąć 
zupełnie nowe myśli, jakich on, mistrz satyrycznego 
wiersza i teologicznych polemik, jeszcze dotąd nie 
podejmował. Wplótł pomiędzy nie misternie splątany wątek 
żałobny, który nie wiedzieć czemu naszedł go w ojcowskim 
domu, nie będącym wszak odpowiednią kolebką rodzącej się 
Idei ani Słowa. Małgorzata spoglądała nań z uśmiechem, 
rada, że znalazł sobie umysłowe zajęcie, natchnienie 
bowiem bardzo dobrze na niego wpływało. Krzesało blask w 
jego oku i rumieniec na twarzy. Nieznajomi myśleli, że 
jest zakochany. 
W tejże jednak chwili Gilbert niemal ze łzami w oczach 
myślał o pojmanym krzyżowcu, kaligrafując wers: Smutek 
jedynym mym tu towarzyszem prócz Ciebie, Jezu Chryste - 
kiedy pióro wyschło, a wetknięte do kałamarza ujawniło, 
iż jest pusty. Niech to licho! Desperacko starając się 
zapamiętać dalszy ciąg natchnionej, tragicznej kwestii, 
zeskoczył z siedziska pod oknem świetlicy i pospieszył na 
dół, przeskakując po dwa stopnie na raz. Pędem wpadł do 
kaplicy, gdzie w skrzyni pod ołtarzem, pośród starych 
ornatów, spodziewał się znaleźć inkaust. Już miał w ręku 
butlę, gdy posłyszał nad sobą głos: 
- Spójrz, śmiały kochanku, co ci ofiarowuję. 
Obok skrzyni pojawiły się dwie bose stopy. Podniósł nieco 
wzrok i zobaczył dwie gołe łydki, a nad nimi kolana. 
Patrzył dalej, toteż siłą rzeczy ujrzał całą lady 
Petronillę, zupełnie nagą i pokrytą gęsią skórką, w 
kaplicy bowiem było zimno. To jest pardon, nie całkiem 
nagą - miała na sobie welon i kolczyki. Zauważył przy 
okazji, że przedramiona i łydki porasta jej brzydka 
szczecina i że owłosienie sięga niemal do pępka. Blada 
ziemista cera w półmroku przypominała skórę ropuchy. Był 
to z pewnością najmniej podniecający widok, jakiego dane 
mu było w życiu doświadczyć. Wściekły, że musiał się 

background image

oderwać od pracy, powtórzył półgłosem ostatni wers, żeby 
go nie zapomnieć. 
- Widzę, że się rumienisz. Płonie w tobie gorąca krew 
wojownika - wyszeptała kusząco jego bratowa. 
- Nie widzisz, że jestem zajęty? - warknął schylony w 
przyklęku nad otwartą skrzynią. 
- Odstaw tę butlę i zajmij ręce czymś znacznie 
przyjemniejszym. - Przeczesała palcami jego ciemne 
kędzierzawe włosy. 
- Zabieraj te szpony, lafiryndo! - Gilbert zerwał się 
gwałtownie, tuląc do siebie butlę inkaustu. 
- Któż lepiej niż brat zastąpi brata? Razem spłodzimy 
prawdziwego dziedzica Brokesfordu! 
- Masz pomieszane w głowie. Idę stąd. - Obrócił się na 
pięcie. 
- Idź, skoro chcesz, ale wtedy cię zniszczę. Znam twoją 
najgłębszą tajemnicę. A, jednak na mnie patrzysz? 
Zgnijesz w lochu, ty i twój ojciec, kiedy wyjawię 
wszystko, co wiem! 
- Cóż takiego mogłabyś wiedzieć? 
- Wiem, kto zakopał skrzynię w starej pustelni nad 
źródłem. Widziałam was. Ale dochowałam tajemnicy, abyś 
mnie tym goręcej miłował. 
- Nie mam najmniejszej ochoty cię miłować - burknął 
Gilbert. 
- Musisz! Nasienie Hugona jest do niczego. Potrzebuję 
mężczyzny, rozumiesz? Muszę odzyskać poczesne miejsce w 
tym domu. 
W oczach Petronilli tlił się obłęd. Z tymi 
wytrzeszczonymi ślepiami wygląda całkiem jak żaba - 
pomyślał Gilbert. Muszę ją jakoś uspokoić, zagadać. 

Nasieniu Hugona nic nie brakuje - rzekł. - Napłodził 

dość bękartów w Anglii i za morzem, żeby trzeba było 
lepszego dowodu. Trzymaj się swojego męża i nie zawracaj 
mi głowy. 
Wariatka była jednak głucha na głos logiki. 

Och, przecież wiem, że potajemnie mnie miłujesz. 

Pożądasz mego białego ciała. Widzę tego oznaki, oczy ci 
się świecą ze 
skrywanej żądzy... - objęła go. 
Gilbert odskoczył przerażony. 
- Precz ode mnie! - krzyknął, ale w tejże chwili potknął 
się o stopień ołtarza i runął na wznak, boleśnie obijając 
sobie plecy i ich okolice. Co gorsza, Petronilla wzięła 
to za zaproszenie i legła na nim. Oczywiście wiersz 

background image

natychmiast wyleciał mu z pamięci. Dość niedelikatnie 
zepchnął z siebie kobietę i dźwignął się na nogi. 
- Zniszczę cię! Powiem wszystko! - krzyknęła. 
- Mów, co chcesz, i niech cię diabli. Nikt nie uwierzy 
obłąkanej - rzucił przez ramię, spiesząc do wyjścia. Tu 
wszakże natknął się na panią de Hauvill. Stała dzierżąc w 
obu rękach ciężkie kute świeczniki i potępiającym 
spojrzeniem mierzyła Petronillę gołą jak oskubany 
kurczak. 
"Pięknie - pomyślał Gilbert. Teraz powie Małgorzacie, że 
ją zdradzam". 
- Madame Agata... - wybąkał. - Od... hm, od dawna tu 
stoisz, pani? 
- Dostatecznie długo, by wiedzieć, że nie jesteś, panie, 
cudzołożnikiem. - Wzrok madame powędrował w stronę butli 
z inkaustem, którą Gilbert kurczowo do siebie przyciskał. 
Uśmiechnęła się lekko. - Widzę, że butla pękła? 
Spojrzał po sobie i zobaczył cieknącą czarną strużkę.  
- No tak. Zniszczyłem kubrak. Co powie Małgorzata? - 
westchnął, czując się jak głupiec. 
- Powie, że niewiasta, która obnaża się i napastuje 
własnego szwagra przed świętym ołtarzem rodowej kaplicy, 
powinna być trzymana w zamknięciu. 
- Nigdy!!! - wrzasnęła wściekle Petronilla. - Byłam 
opętana przez demony, lecz zostałam cudownie uleczona. 
Nikt wam nie uwierzy! 
Madame skinęła na Gilberta, żeby szedł pierwszy, i 
ruszyła za nim niczym zbrojna eskorta. Po drodze 
przelewał inkaust do swego rożka, a że ręce mu się 
trzęsły, poprosił madame, aby przytrzymała mu korek. 

Goła czy odziana, ta kobieta jest równie nieznośna - 

rzekł z goryczą i zadumał się głęboko. Natchnienie 
wróciło, przypomniał sobie poprzedni wiersz i zastanawiał 
się teraz, jak dopasować go do dźwięków lutni. - A, 
korek. Dzięki, lady Agato. 
Rad jestem, że wszystko, pani, słyszałaś. Inaczej 
rzeczywiście, 
kto by mi uwierzył? 
W dobrych już nastrojach przemaszerowali pod wiszącymi u 
pułapu wielkiej sali szynkami i udźcami. Gilbert był tak 
ukontentowany, że nie przyszło mu do głowy pytanie, co 
jeszcze usłyszała madame, skoro była świadkiem całego 
zajścia w kaplicy. 
- Tu jesteś, Gilbercie! Znów cały umazany inkaustem, a 
już zaczynałem mieć nadzieję, że jednak wyjdziesz na 

background image

ludzi. Witam, madame Agato. Czy masz, pani, pojęcie, ile 
dobrych szat zniszczył ten szczeniak, nim czmychnął z 
domu? I pomyśleć, że głupek chciał wstąpić do kartuzów, 
którzy ubierają się na biało! Cha! Cha! 
Uszy Gilberta spąsowiały. Przygryzł wargi. Tymczasem sir 
Hubert korzystał z okazji, by cisnąć garść gromów na 
niewdzięcznego potomka. 

Jesteś niepoprawny, Gilbercie! Niepoprawny! 

Należałoby 
ci dobrze wygarbować skórę! - Zastąpił synowi drogę, aby 
ten 
mu nie umknął. - Przestań bujać w obłokach i słuchaj! 
Muszę 
się z tobą naradzić w cztery oczy. 
"Ani chwili spokoju - pomyślał Gilbert. - Dlaczego cały 
świat sprzysiągł się przeciwko mojemu natchnieniu?" 
- Kaplicę odradzam - rzekł kwaśno. - Hasa w niej całkiem 
goła Petronilla. 
- Znowu? Za cóż, u licha, zapłaciłem egzorcyście? Miał z 
niej wypędzić te wszystkie diabły! Ech! Mniejsza z tym, 
chodź na dwór... 
Mocarną dłonią złapał syna za ramię i pociągnął go na 
porośniętą dzikim kwieciem łąkę, gdzie mogły ich słyszeć 
tylko brokesfordzkie klacze i ich źrebięta. 
- Posłuchaj - rzekł, gdy się tam znaleźli. - Chciałbym 
poznać twoje zdanie, skoro obaj siedzimy w tym po uszy. 
Jurysta wycofał pozew. 
- To dobra wiadomość, nieprawdaż? - bąknął Gilbert w 
nadziei, że załatwią to szybko i wróci do lamentacji, nim 
ta rozpłynie się z powrotem w boskim eterze, z którego 
nań spłynęła. 
- Dobra, ale jest i gorsza. Opat z Wymondley odkupił jego 
roszczenia. 
- To oznacza, że ma nadzieję wygrać sprawę, na której 
potknął się prawnik. Prawdopodobnie stać go na większą 
łapówkę. 
- Tak myślisz? Ach, w takim razie zdjąłeś mi kamień z 
serca. Bałem się, że może coś wie... czegoś się domyśla. 
Gdyby zdołał dowieść, że nasz dokument jest fałszywy, 
wówczas sędzia królewski, który przyjedzie tu z 
Westminsteru, żeby pośredniczyć w sporze, mógłby równie 
dobrze powlec nas do lochu. Wyobrażasz to sobie, 
Gilbercie? Opat na granicy, a my w łańcuchach, niezdolni 
bronić włości... 
- Może sobie zgadywać, ile dusza zapragnie, ale nie zdoła 

background image

niczego dowieść. Malachiasz jest najlepszy w tym fachu. 
- Malachiasz! Malachiasz! To przez ciebie, rozmarzony 
głupku, złożyłem swój los i ziemie w ręce jakiegoś 
szalonego alchemika! Co, na Boga, pchnęło mnie do takiej 
lekkomyślności? 
- Tak czy owak jesteś w lepszej sytuacji niż przedtem, bo 
Przedtem nie miałeś żadnych szans na wygranie sprawy. 
- Lepszej? Teraz mamy znacznie więcej do stracenia! A 
potrzebowałem tylko złota dla sędziego! Lecz mój syn jest 
za wielkim samolubem, żeby zastawić dom, który mu 
podarowałem razem z tą ciepłą wdówką! 
- Małgorzata nie jest żadną "ciepłą wdówką", tylko moją 
żoną i przysiągłem przed Bogiem, że będę się o nią 
troszczył! A domu nie zastawię, bo nie zdołałbym go 
spłacić! 
- No właśnie! Samolub do szpiku kości! Na co ci dom w 
Londynie? Możesz mieszkać tutaj! 
- Nie wyobrażam sobie gorszego losu! Zamknięty pod jednym 
dachem z opętaną wariatką i bandą gburów nie 
odróżniających Tomasza z Akwinu od kołka w płocie! Ledwie 
uda mi się nieco uporządkować swoje sprawy, zawsze 
ściągacie mnie do tego czyśćca na ziemi! 
- Ach tak? Gardzisz domem, w którym się urodziłeś i 
wychowałeś? Widzę cię na wylot, Gilbercie, i nie jest to 
ładny widok! Na pewno zamierzasz mnie wydać przed 
królewskim sędzią! Tak mi się odpłacasz za ojcowską 
miłość? Zaiste powinienem ci urwać łeb!!! - Sir Hubert 
rzucił się na potomka z oczywistym zamiarem uduszenia go. 
Gilbert zdążył się cofnąć i atak chybił szyi, lecz mimo 
to zbił go z nóg. 

Ojcze! - stęknął, nie mogąc złapać tchu pod jego 

ciężarem. - Zejdź ze mnie, bo, na Boga, rzeczywiście cię 
wydam! 
Wówczas jednak ojciec złapał go za szyję i zaczął tłuc 
jego głową o ziemię. "Nie dokończyłem lamentacji" - 
przemknęło Gilbertowi przez myśl. W górze widział 
błękitne wirujące niebo, słyszał rytmiczne głuche "łup!" 
za każdym razem, gdy jego potylica stykała się z 
podłożem, i nie mógł oddychać. "A mnie nie wolno podnieść 
na niego ręki" - pomyślał cierpko. ""Świat jest 
niesprawiedliwy. Ale to już koniec moich cierpień". 
- Jak śmiesz choćby tak mówić, wyrodku! 
- Zabij mnie... a sam będziesz... się bronił... 
- No wiesz! Co też ci chodzi po tym złośliwym 
przerośniętym umyśle?! - obruszył się sir Hubert, 

background image

zabierając wielkie jak 
bochny dłonie z grdyki potomka. Zdziwił się nieco, widząc 
gorycz na twarzy syna. Wstał. Gilbert też wstał, otrzepał 
się z kurzu i roztarł szyję. 
- Petronilla twierdzi, że widziała, jak zakopywaliśmy 
skrzynię. 
- Nawet jeśli tak, nic nie szkodzi. Jest niespełna 
rozumu. W owym czasie posiadła ją horda diabłów; 
puszczała się nad stawem udając sukuba. Wystarczy, gdy 
powiemy, że to nieprawda. Czyje słowo będzie się bardziej 
liczyć, mężczyzn z dobrego rodu czy obłąkanej? 
- Gdybyś mnie zabił, ojcze, powiedziano by, że chciałeś 
się pozbyć jedynego świadka, który mógłby świadczyć 
przeciwko tobie. 
- Kto mówi o zabijaniu? Zwyczajna rodzinna sprzeczka. 
Lekkie przetrzepanie skóry zawsze wychodziło ci na dobre. 
- Nigdy nie wychodziło mi na dobre, a jeśli jeszcze raz 
mnie dotkniesz, nie zobaczysz już mnie ani mojej rodziny. 
Uprzedzam: nie wpuszczę cię za próg, ojcze. Nigdy. 
- Rodziny? A ja to niby do niej nie należę? 
- Należy do niej Małgorzata, Peregryn i te dziewczątka, 
które zostały po świętej pamięci Kendallu. 
- Bzdura! Wygadujesz brednie, chłopcze! Razem stawimy 
czoła przeciwnościom. - Sir Hubert objął Gilberta 
ramieniem. Ten się odsunął. 
- Prosiłem, żebyś mnie nie dotykał, ojcze. Trzeba było 
mnie obejmować dawno temu. Teraz już za późno. 
- Jesteś bez wątpienia najbardziej nieznośną, krnąbrną, 
zarozumiałą i samolubną namiastką istoty ludzkiej, z jaką 
kiedykolwiek miałem do czynienia! Za dużo myślisz, ot co. 
To nienormalne! Zaiste mniej byś się męczył z dwoma 
nosami niż z nadmiarem mózgu. Jesteś dokładnie taki sam 
jak twoja matka! 
- Nie będziemy tego roztrząsać. Po prostu nie życzę 
sobie, żebyś mnie dotykał. 
- Ona też sobie tego nie życzyła - warknął stary lord i 
obaj zawrócili w stronę stajen. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI 
 

Pac, mama, pomagam! 

Spojrzałam w dół. Mój synek ściskał w łapce zgniecione 
różane płatki. Rozprostował dłoń i większość posypała się 
na ziemię. 

background image

To bardzo ładnie z twojej strony - pochwaliłam go. - 

Włóż je, proszę, do koszyka. 
Wzdłuż południowego odcinka zrujnowanego muru obronnego 
rozrosły się dzikie róże, okrywając rumosz i wystawiając 
do słońca swe płaskie, wonne twarzyczki. Dziewczynki 
napełniały kosze pachnącymi płatkami na wodę różaną, zaś 
madame i ja ścinałyśmy nożykami dojrzałe już owocki, z 
których robię przepyszną galaretkę. Można ją przechowywać 
w garnkach niczym okruch lata dla osłody krótkich, 
ciemnych zimowych dni. Było gorąco, duże słomkowe 
kapelusze dawały niewiele cienia. 
- Dam Cesi. Będzie miała więcej - zawyrokował Peregryn. 
- Ja w każdym razie nie chcę tych gnieciuchów - 
zastrzegła się Alicja. 

Zaśpiewaj, Cesiu - poprosił malec. 

Cecylia zanuciła więc swoim cienkim głosikiem: 
"Gabryjel, poseł Pana Niebieskiego, Przybył do Panny 
słodkiej; Przyniósł jej Boże błogosławieństwo I pięknie 
ją pozdrowił". 
Głos Alicji jest dźwięczniejszy i milszy dla ucha. Zaraz 
też wspomogła siostrę, co słysząc Peregryn również 
włączył się do chóru, rozkosznie fałszując i przekręcając 
nieznane słowa. 
"Ach, zdrowa bądź i łaski pełna! Syn Boży, światło z 
Niebios, Zstąpi, by świat odkupić grzeszny, A ciało 
weźmie z ciebie". 
Madame zsunęła z czoła kapelusz i otarła rękawem pot 
perlący się pod zawiciem. 
- Kocham wieś - powiedziała. Jej rysy zmiękły, gdy 
patrzyła na dzieci. 
- Żałuję, że nie mogę rzec tego samego - westchnęłam - 
ale odkąd mój pan mąż nie rozmawia ze swym ojcem, czuję 
się tu jak w oblężonej warowni. 
- Pan Gilbert ma najszlachetniejsze w świecie serce - 
stwierdziła madame. - A honor bielszy od lilii. To sir 
Hubert jest w błędzie. Powinien być dumny z takiego syna. 
Tyle tylko że za długo folgował swym kaprysom, o, jak te 
tu róże. Jego też zdałoby się trochę przystrzyc. 
Nie zdołałam pohamować chichotu, wyobraziłam sobie bowiem 
nagle panią de Hauvill uzbrojoną w wielkie nożyce, która 
ujarzmia starego łotra, każąc mu się golić, czesać i myć 
porządnie za uszami. Zaiste trochę dyscypliny wyszłoby mu 
tylko na dobre. 
Słysząc stukot kopyt na drewnianym moście nad fosą, 
podnieśliśmy wszyscy głowy. Zobaczyliśmy dwóch 

background image

augustianów na mułach, niknących w bramie dworu. 
- Patrz, mamo, goście. - Cecylia wskazała mnichów. - 
Ciekawe, czego chcą? 
- Też się zastanawiam. Skończmy z tymi różami i chodźmy 
do środka. Wtedy się dowiemy. 
Zebranie wszystkich koszyków i wszystkich dzieci zajęło 
nieco czasu, toteż spóźniliśmy się na początek 
przedstawienia. Jednakże scena, która objawiła się naszym 
oczom na dziedzińcu, zapowiadała interesujący finał. Sir 
Hubert stał w drzwiach wielkiej sali z pejczem w ręku i 
rogiem myśliwskim u pasa, wyraźnie zirytowany, że go 
zatrzymano. Niżej, u stóp schodów, pachołkowie trzymający 
konie i psy gończe zastawili drogę zakonnikom, którzy 
musieli przeto wykrzykiwać swe posłanie zadzierając 
głowy. Za plecami starego lorda stał Hugo. Gilberta 
oczywiście nigdzie nie było widać. 

Powiedzcie tej starej babie, którą zwiecie opatem, że 

może 
wziąć tę ugodę i wytrzeć nią sobie zad!!! - ryknął sir 
Hubert. 
Spojrzałyśmy po sobie z madame. Jeden z mnichów próbował 
coś tłumaczyć, ale nie słyszałyśmy go w panującym 
rozgwarze. Najwyraźniej nie słyszał także sir Hubert, bo 
mnich przyłożył dłonie do ust i wrzasnął: 
- Wielebny opat nie chce okryć hańbą starego rodu, a tak 
się stanie, gdy ojciec i synowie trafią do lochu za 
fałszerstwo... 
- Ten złośliwy osioł występuje z ugodą, bo wie, że 
przegra!!! Ha! Naszym patronem jest potężny książę 
Lancaster!!! Powtórz mu to! 
- Szkoda tylko, że książę jest w Calais i nikt nie wie, 
kiedy wróci. Sprawa z pewnością zostanie rozstrzygnięta 
wcześniej! 
- Baju, baju! Wy jadowite ropuchy! Powiedzcie tej żmii, 
tej kalekiej namiastce zakonnika, że to my pozwiemy go 
przed sąd biskupi za kradzież, kłamstwo, fałszerstwo i 
pomówienia! Zgnije w lochu! 
- Zostałeś, panie, ostrzeżony! Opat wezwał z Londynu 
znawców, którzy w obecności królewskiego sędziego zbadają 
pieczęcie na waszym rzekomym dokumencie! 
- Zbadają? Niech badają do woli! Wyzywam go, żeby je 
zbadał! To prawdziwe pieczęcie samego Zdobywcy, który 
oddał tę ziemię mojemu przodkowi, a nie bandzie 
jazgoczących wywałaszonych mnichów! A teraz won!!! Precz 
z mojego dworu i z mojej ziemi! Wracajcie do swojej 

background image

psiarni!!! - Stary rycerz począł zstępować ze schodów, 
dzierżąc w ręku bicz. Mnisi oddali pole i rzucili się 
biegiem do czekających nieopodal mułów. 
- O Boże - jęknęłam. Madame tylko westchnęła w 
odpowiedzi. Co ty możesz o tym wiedzieć - pomyślałam - i 
nagle pochwyciłam jej spojrzenie. Wiedziała. Wiedziała o 
wszystkim. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY 
 

Małgorzato, spytaj ojca, co to za jeźdźcy przy 

bramie! 
- wrzasnął Gilbert. 
Stałam na środku wielkiej sali, przyglądając się, jak 
pachołek ściąga spod pułapu wędzoną ćwierć dziczyzny za 
pomocą haka na bardzo długim kiju. Zaiste wielu wisielców 
na szubienicach wygląda znacznie apetyczniej od tego 
jadła. Może ciągłe odżywianie się gnijącym mięsem 
sprawia, że członkowie tej rodziny są tacy wybuchowi. 
Gilbert i jego ojciec od dwóch tygodni nie odzywali się 
do siebie i wszyscy domownicy zaczynali mieć tego dosyć. 
W tej chwili obaj stali dość daleko ode mnie, przy 
poobijanym drewnianym parawanie chroniącym wnętrze przed 
przeciągiem z otwartych drzwi. Dzielił ich może krok, ale 
oczywiście zwróceni byli do siebie plecami. Teść obejrzał 
się na mnie i zawołał: 
- Pani Małgorzato, powiedz temu cielęciu, które masz za 
męża, że przyjechali oni w odpowiedzi na moje wyzwanie. 
- Małgorzato! - krzyknął znowu Gilbert, nawet nie 
odwracając głowy - powiedz ojcu, że jest za stary na 
turnieje. Lepiej mu będzie pod pierzyną. 
- Małgorzato! - wrzasnął sir Hubert. - Powiedz memu 
upośledzonemu na rozumie synowi, że gdyby wiedział, co 
się na świecie dzieje, pamiętałby, że to dziś właśnie 
zetrę w proch tę zapchloną namiastkę opata, i to w 
obecności świadków. Wyzwałem 
go, by przywiózł ze sobą własnych znawców, jeśli takich 
posiada. Dziś odejdzie stąd z podkulonym ogonem, okryty 
wieczną hańbą. 

Co zrobiłeś? Ojcze, ty otępiały ze starości głupcze, 

przywiezie fałszywych świadków i będziesz skończony! 
Boże, cóżem 
uczynił, żeś mnie pokarał takim rodzicielem?! 
Mój teść, rad, iż sprowokował Gilberta do bezpośredniego 

background image

odezwania, spojrzał z wyższością na swego potomka. 
- Sam często zadaję sobie to pytanie w odniesieniu do 
ciebie. Ale skoroś ciekaw, wiedz, że zawczasu pomyślałem 
o tym, by powiadomić sędziego, i poprosiłem, aby przysłał 
tu klerka z archiwów na wypadek różnicy zdań. Omówiliśmy 
wszystko spotkawszy się w St. Albans. Mówię ci to z 
litości nad twoją głupotą, choć bynajmniej na to nie 
zasługujesz. 
- Jakim sposobem udało ci się omotać królewskiego 
sędziego? 
- A to już moja sprawa. Dość ci wiedzieć, że znawcy będą 
zeznawać pod przysięgą. I jeśli opat przyśle tu kłamcę, 
to on będzie skończony. 
- Ach, to dlatego kazałeś rozstawić stoły jak do uczty? 
Dobry Boże, w głowie mi się kręci. - Gilbert potarł 
czoło. 
- Idź, idź, zasłoń się chorobą, i tak nie ma z ciebie 
żadnego pożytku! Trzy razy we Francji i ani jednej rany w 
pierś! 
- Ostatnim razem trafił mnie piorun. - Kark Gilberta 
poczerwieniał z wściekłości. 
- No właśnie! - prychnął sir Hubert. - Co zrobisz 
następnym razem? Potkniesz się o robaka? 
Tego już Gilbert nie wytrzymał. Z furią odwrócił się do 
ojca, a ja się rzuciłam, żeby ich rozdzielić. 
Równocześnie wszedł rządca z wieścią, że pierwsi goście 
już zsiedli z wierzchowców, a w bramę zamku wjeżdża 
właśnie delegacja z opactwa. 
I tu czekała mnie niespodzianka. Twarze archiwistów były 
mi całkiem obce, opata znałam z widzenia; okazało się 
wszakże, iż przybyłego z Westminsteru królewskiego 
sędziego znam osobiście, i to całkiem dobrze. Był to pan 
Ralf FitzWilliam, ojciec Denisa Drzewołaza, przez moje 
córki zwanego jednak Wybawcą. 
Odziany był dziś znacznie wytworniej, w długą aksamitną 
szatę bramowaną gronostajem, pierś zdobił mu gruby złoty 
łańcuch. Ale jego inteligentna twarz, zarazem szlachetna 
i wyrachowana nie zmieniła się ani na jotę i poznałam ją 
od razu. 

Witam, szlachetna pani Małgorzato, rad jestem, że 

znów 
się spotykamy - rzekł po dokonaniu prezentacji. - Jakże 
się 
miewa twa urocza córa, panna Cecylia? Słyszałem, że 
poczyniła 

background image

znaczące postępy i niebawem rzeczywiście będzie wielką 
damą. 
Sam wstąpiłem po drodze do kościoła w wiosce, by obejrzeć 
ów 
słynny ołtarzowy obrus. 
Zaniemówiłam i chyba musiałam rozdziawić usta, co niezbyt 
dobrze świadczyło o moich manierach. Gdzie on się tego 
wszystkiego dowiedział? W mym umyśle zaczęło kiełkować 
straszliwe podejrzenie. 

Poślę po nią później, kiedy już załatwimy tę sprawę - 

wtrącił sir Hubert. - Będzie dość czasu na przyjemną 
pogawędkę. Mam w loszku beczułkę starego wina, które 
powinno zadowolić wybredne podniebienie. 
Jego mina, ton głosu wzmogły jeszcze targający mną 
niepokój. Ale oto słudzy znieśli z górnej komnaty 
zamkniętą skrzynię; opat i jego klerkowie sprawdzili 
zamki, pomocnicy sędziego zaś wyjęli arkusz, na którym 
wyrysowane były wszystkie znane pieczęcie Wilhelma 
Zdobywcy i jego namiestników. W drzwiach zrobił się 
zator; weszli ostatni z towarzyszącej opatowi czeredy 
mnichów, prowadząc niziutkiego, łysego jak jajo starca w 
czarnym benedyktyńskim habicie. W jego zwiędłej 
pomarszczonej twarzy jaśniały bladobłękitne oczy, które 
wydawały się ślepe. 
Sala została podzielona między poszczególne frakcje. 
Prawnicy i kanceliści skupili się na podwyższeniu, gdzie 
niejako gościnnie dołączyli do nich opat i sir Hubert. 
Benedyktyni i augustianie niczym rój pszczół krążyli 
wokół ślepego starca usadowionego na ławie przed 
parawanem. Oparci o ścianę Gilbert i Hugo w herbowych 
tunikach wyglądali jak zbrojna straż. Madame i ja 
siadłyśmy sobie cichutko w kąciku; madame miała czujną 
minę kota lustrującego nowe, niezupełnie bezpieczne 
miejsce. Lady Petronilla, odziana w swą koszmarną 
pasiastą suknię, kazała sobie ustawić krzesło z dala od 
ławy dla dam. Ale to jej nie zadowoliło: zerwała się i 
zaczęła chodzić tam i z powrotem w próżnej nadziei 
zwrócenia na siebie uwagi. Tymczasem najbardziej złowroga 
postać, jej spowiednik, brat Paweł, biegał między opatem 
i zakonnikami z przymilnym uśmiechem i zgiętym uniżenie 
grzbietem, szepcząc to tu, to tam jakieś słówko. Niestety 
w naszym kącie nie było słychać, co mówi. 
W końcu otwarto potrójny zamek skrzyni i wydobyto z niej 
dokumenty. Legły na wysokim stole przed sędzią i 
kancelistami. Serce zaczęło mi walić. Och, Malachiaszu - 

background image

pomyślałam - oby nie znaleźli najmniejszej skazy na 
twojej pieczęci! Potem pomyślałam o bullach papieskich, 
edyktach królewskich i tysiącach odpustów, które 
Malachiasz podrabiał tak doskonale, że nie sposób je było 
odróżnić od oryginałów. Jakież łatwe nam się to kiedyś 
wydawało! Oni mają fałszywy dokument? Sfałszujmy lepszy! 
Lecz akt własności, którym posługiwał się wcześniej 
jurysta, nie był poddawany tak dokładnym oględzinom. A 
jeśli znawcy zostali przekupieni? Miałam uczucie, że pod 
mymi nogami otwiera się przepaść. Klerkowie kiwali 
głowami, wskazywali na dokument, a moje serce przystawało 
co chwila, jakby nie miało odwagi dalej bić. 

Hm, tak... - mruczeli. - Tak, nie ma wątpliwości... 

Wstrzymałam oddech. 
- Pieczęć jest z całą pewnością prawdziwa - usłyszałam i 
z ulgą wciągnęłam powietrze w płuca. - Musimy zatem 
uznać, że niniejsze nadanie jest starsze niż zakupiony 
przez ciebie dokument, wasza przewielebność. 
- Obawiam się - rzekł sędzia, spoglądając na opata z 
nieszczerym współczuciem - że jakiś łajdak podrzucił wam 
nieważny dokument. Cóż, w czasach Henryka Drugiego także 
chodzili po świecie oszuści. 
Zakonni kanceliści wiercili się skonfundowani i bezradni, 
opat zaś mało nie pękł ze złości. Sędzia nachylił się ku 
niemu i zniżając głos, rzekł dobrotliwie: 
- W takich wypadkach doradzam zwykle, aby strony zgodziły 
się na ciche polubowne rozstrzygnięcie sprawy, które 
oferuję tu w imieniu króla, oszczędzając w ten sposób 
czasu i kosztów przewodu sądowego. Oraz, rzecz jasna, 
upokorzenia i hańby. - We współczującym głosie 
zadźwięczała twarda stal. Ten człowiek nie miał 
bynajmniej zamiaru pójść opatowi na rękę. "Strzeż się, bo 
to ty poniesiesz wszelkie koszty i szkody", mówił jego 
ton. 
- Jedną chwilę - zaprotestował opat. - Posiadam więcej 
dowodów na to, że mamy do czynienia z oszustwem. W 
skrzynce znajdowało się nie tylko nadanie. Nikt zresztą 
nie podważa faktu, iż ród z Vilers otrzymał swe ziemie z 
ręki króla Wilhelma. Przedmiotem dysputy jest natomiast 
zasięg rzeczonych ziem. O tym opieczętowany dokument 
milczy. - Opat urwał dla zaczerpnięcia tchu i wskazał 
drugi leżący na stole pergamin. - Tu zasię mamy pismo po 
łacinie, sporządzone rzekomo na zlecenie niejakiego 
Ingulfa Sasa, i jest to jedyny istniejący opis spornej 
włości. Ale nie nosi on żadnych pieczęci. Jakże zatem 

background image

można przyznać mu moc prawną? Został podrzucony między 
autentyczne dokumenty i mam moc to udowodnić. 
Odwrócił się do swoich braci skupionych w końcu sali. 

Przyprowadźcie brata Halvarda! 

Sędziwy mnich podtrzymywany przez dwóch augustianów 
dreptał powolutku w stronę podwyższenia. Zerknęłam na 
Gilberta. Twarz miał bladą jak płótno. Spojrzałam jeszcze 
raz na starca o wyblakłych, dotkniętych zaćmą oczach, i 
nagle zrozumiałam: oto słabe ogniwo. Mnisi znaleźli 
człowieka, który umiał odczytać starożytny napis lub co 
gorsza, kłamcę będącego w stanie wmówić wszystkim, że to 
potrafi. 
Petronilla krążąca jak najęta w tę i nazad przystanęła u 
stóp schodów, a na jej wargi wypełzł nieprzyjemny wilczy 
uśmiech. 

Szczęśliwym trafem - podjął opat - gościliśmy 

ostatnio grupę świątobliwych braci świętego Benedykta z 
dalekich 
północnych krain. Bardzo łaskawie zgodzili się przerwać 
pielgrzymkę do grobu świętego męczennika Tomasza z 
Canterbury, 
aby dopomóc nam w wyjaśnieniu tej tajemnicy. Ów czcigodny 
starzec, Halvard Ślepy zwany również Mądrym, odcyfrował 
wiele starożytnych inskrypcji będących w naszym 
posiadaniu. Może on rzucić światło na osobę właściciela 
ostatniego przedmiotu znalezionego w skrzyni. 
Prowadzony pod ręce ślepiec został usadzony przy stole 
tuż przed podwyższeniem. Obok zajął miejsce klerk z 
przyborami do pisania. Jeśli jednak opat się spodziewał, 
że taki obrót spraw wstrząśnie jego przeciwnikiem, to - 
ku swej niejakiej konsternacji - sromotnie się zawiódł. 
- Róg mego bohaterskiego przodka także zaświadczy przeciw 
wam!!! - ryknął gromko sir Hubert. - Oto jak za dawnych 
czasów i dziś wisi na poczesnym miejscu w mojej halli! 
Ingulfie, który patrzysz na nas z zaświatów, przybądź i 
ocal święte źródło będące wianem twej szlachetnej córy! 
Obecni spoglądali po sobie z niepokojem, jakby zadawali 
sobie pytanie, czy kolejna osoba w zamku Brokesford nie 
doznała pomieszania zmysłów. Jednakże wszyscy zdawali 
sobie sprawę, że sir Hubert, jakkolwiek przebiegły, nie 
jest zdolny do symulacji na tak wielką skalę. I mieli 
rację. Stary lord nie potrafił udawać. Cóż, gdy jakimś 
cudem wmówił sobie, że to wszystko prawda - odkrycie, 
skrzynia, staroświecki róg - uwierzył w mitycznego 
Ingulfa Sasa stworzonego przez Malachiasza w przypływie 

background image

artystycznej weny. Zachciało mi się płakać. Ech, 
Malachiaszu, odkąd cię znam, zawsze miałeś słabość do 
ozdóbek. Dlaczego, och, dlaczego tym razem się nie 
powstrzymałeś? Oczyma wyobraźni ujrzałam izbę tortur i 
mojego pana męża jęczącego w łańcuchach w wieży Newgate. 
Choćbym codziennie donosiła mu pożywienie, jak długo 
wytrzyma? A wszystko dlatego, że Malachiasz kupił 
okazyjnie stary róg i nie mógł się oprzeć twórczej 
namiętności! Teraz wszystko stracone. Spojrzałam 
ukradkiem na Gilberta. Czoło miał zmarszczone, wargi - 
bladosine. Wiedziałam, co sobie myśli. Więzienie to betka 
w porównaniu z gniewem ojca, gdy do niego dotrze, że 
Ingulf jest tylko płodem rozbuchanej fantazji alchemika. 
Sir Hubert zawezwał już pachołków z drabiną i kazał im 
zdjąć róg spomiędzy wyszczerbionych tarcz zdobnych 
różnymi wersjami rodowego herbu Vilersów. Lekki przeciąg 
poruszył wystrzępione bitewne proporce flankujące tę 
wystawę. 

Ostrożnie tam! - wrzasnął sir Hubert. - To bardzo 

stary 
róg! Jeśli go uszkodzicie, łby wam porozbijam! 
W końcu olbrzymi róg legł na stole. 
- Jaki wielki! - szeptano. - Dziś nie ma już, dzięki 
Bogu, takich zwierząt. 
- Panie, spójrz w oczy tego starca. - Gilbert zwrócił się 
do sędziego. - Jest prawie ślepy! Jak chcecie kazać mu 
czytać? 
- Słyszę młody głos, który mi wypomina, że sędziwy wiek 
odebrał mi moc widzenia - odezwał się Harvard Mądry 
wysokim, łamiącym się głosem. - Ale to wam rzeknę: w 
miarę jak zaćmiewały się oczy, wyostrzał się wzrok moich 
palców. Połóżcie moją dłoń na inskrypcji. 
Gilbert ze zgrozą potrząsnął głową. 

Róg do picia. - Ślepy Harvard stwierdził na głos to, 

co 
wszyscyśmy wiedzieli. 
Dobry Boże - pomyślałam - on zupełnie nic nie widzi. 
Starzec kilkakrotnie powiódł palcami po wykutym 
ornamencie. 

To zepsute runy - oznajmił. - Trudno je odczytać. 

Ślepiec, a do tego oszust - pomyślałam z goryczą. 
- Sfałszowane, chcesz powiedzieć, bracie? - poddał 
skwapliwie opat. - Pozbawione znaczenia? 
- Nie - zaprzeczył starzec. - Mają znaczenie. Ale jest to 
prymitywne pismo Sasów, nie prawdziwe mocne runy, jakie 

background image

ryto w Norwegii. O, tu na przykład: kowal starał się je 
powiązać i zrobił to w niewłaściwy sposób. Sasi byli 
dzikim ludem pogrążonym w ciemnocie. 
- Jak śmiesz w ten sposób mówić o moim wielkim przodku!? 
- huknął sir Hubert. - Zaiste gdyby nie to, że ten dziad 
ze starości wysechł już na skwarek, posiekałbym go na 
kawałki i rzucił psom!!! - Zacisnął pięści, włos mu się 
zjeżył, a twarz powlekł szkarłat. 
Ale staruszek nie zwracał na niego uwagi, obmacując róg i 
mamrocząc coś w niezrozumiałym języku. Po chwili 
oznajmił: 
- Święte runy przemówiły. 
- Najpierw zepsute, teraz święte? - sarknął Gilbert, 
który opadł zgarbiony na ławę i ścisnął głowę rękami. - 
Skończmy tę komedię! 
- Na początek mówią one: Thorwald... 
- Słyszycie? - wpadł mu w słowo opat - Thorwald, nie 
Ingulf. Róg jest fałszywy. Zatem i pismo jest fałszywe. 
- Kim, u licha, jest ten Thorwald?! - zagrzmiał sir 
Hubert. - A co z Ingulfem? 
Sędzia uciszył ich gniewnym wzrokiem. 
- Thorwald mnie zrobił - powiedział stary mnich, wodząc 
palcem po rzeźbieniach. Znów przez chwilę mamrotał, po 
czym rzekł: - Thorwald zrobił mnie dla Ingulfa. Boże, 
ześlij śmierć i wieczne potępienie na tego, kto odbierze 
mnie Ingulfowi, jeśli on sam nie odda mnie z dobrawoli. 
Tak mówią runy. Często kuto podobne napisy na rogach, 
zwłaszcza cenniejszych, a tu czuję i drogie kamienie, i 
kunsztowną rzeźbę. Piękny smok! Tak... to rzadki i cenny 
przedmiot, tak wtedy, jak i dzisiaj. A teraz dajcie mi 
odpocząć. Zmęczyłem się. Jestem już za stary na podróże. 
- Połóżcie tego czcigodnego starca w moim własnym łożu! - 
zakrzyknął sir Hubert. - Mędrcze! Dzięki tobie mogłem 
wysłuchać słów przodka, jakby tu przy mnie stał! Czymże 
ci się odwdzięczę za to dobrodziejstwo? Mów, czego 
pragniesz! 
- Chętnie bym się zdrzemnął. I wypił kubeczek 
jabłecznika. Robicie tu wino z jabłek? 
Sir Hubert obejrzał się na mnie. Kiwnęłam potwierdzająco 
głową, pospieszył więc zapewnić starca, że dostanie cały 
dzban, ba! - całą beczkę jabłecznika. 
- Ech, poczytałbym sobie jeszcze run! - westchnął 
staruszek. 
- Będą i runy - przyobiecał mu sir Hubert. - W tej chwili 
co prawda nie mam więcej na podorędziu, ale przeszukamy 

background image

całe hrabstwo i jeśli jest w nim choć jedna runa, zdobędę 
ją dla 
ciebie, świątobliwy Halvardzie, choćbym miał ją wykopać 
spod ziemi! 
Petronilla gorączkowo szeptała coś do ucha swego 
spowiednika, wpijając mu palce w ramię i wskazując na 
Gilberta. Kiedy słudzy poprowadzili sędziwego tłumacza w 
stronę schodów, zawołała piskliwie: 
- On łże! Sami zakopali tę skrzynię, widziałam na własne 
oczy! A teraz sprowadzili tego starego oszusta, żeby łgał 
razem z nimi! 
- Zapewniam cię, pani, że nikt z tu obecnych poza samymi 
braćmi od świętego Augustyna nie miał pojęcia, że udało 
się znaleźć uczonego w piśmie runicznym - uciął sędzia. - 
Usłyszeliśmy już dosyć. Panie Hubercie, co dolega tej 
niewieście? 
Sir Hubert znacząco popukał się w czoło. 
- Moja biedna synowa oszalała po utracie dziecka. Ledwie 
miesiąc temu pewien świątobliwy kanonik wyegzorcyzmował z 
niej cztery czy pięć diabłów. Sprawa była głośna w całej 
okolicy, potwierdzi ci to każdy, kogo spytasz. 
- Ty szatanie! Sam jesteś diabłem wcielonym! - rozdarła 
się Petronilla. 
- Sam słyszysz, panie. Ma omamy. Trudno jej wierzyć. 
Onegdaj głosiła, że nasze ziemie wkrótce pokryje czarna 
lawa zdobna w białe pasy, po której będą się uganiać 
ziejące dymem demony. - Sir Hubert złożył dłonie na 
piersi i popatrzył twardo w oczy obłąkanej. 
Ale ona podbiegła do naszej ławy i wskazała panią Agatę 
de Hauvill, która wyprostowana jak zwykle siedziała obok 
mnie. 

Ona wie! - wykrzyknęła. - Ta bladolica wiedźma była 

w kaplicy i wszystko słyszała! Wie o wszystkim! 
Spojrzałam na Gilberta. Znów zbielał na twarzy. A zatem 
zdawał sobie sprawę, że madame wie o mistyfikacji. 
Madame Agata spojrzała na Petronillę, unosząc jedną brew, 
jakby nigdy w życiu nie była świadkiem równie gorszącej 
sceny i nie zamierzała nawet zniżyć się do komentarza. 
- Powiedz im, powiedz! - skrzeczała Petronilla. - Ten 
człowiek miał czelność mnie odtrącić!!! Przysięgam, że go 
zniszczę! 
- Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz, pani - 
odparła chłodno madame. - Pohamuj się; te krzyki obrażają 
twego pana małżonka, hańbią ciebie i cały dom. 
- I ty także! - Petronilla wybuchła histerycznym śmiechem 

background image

i zniknęła na schodach. 
- To był Baalam, demon nieprzyzwoitego śmiechu - wyjaśnił 
konfidencjonalnie Hugo, nachylając się do sędziego. - 
Świątobliwemu kanonikowi nie udało się jednak całkiem go 
przegnać. 
Gilbert usiadł ciężko na ławie w końcu sali. Oddychał z 
wysiłkiem i ocierał pot z czoła wierzchem dłoni. Wszyscy 
pozostali ściskali sobie ręce, wymieniając przyjazne 
ożywione uwagi - to jest wszyscy z wyjątkiem opata i jego 
mnichów. Posłyszałam, jak mówi: 
- Możecie być pewni, że złożę powtórną petycję do króla. 
- Odradzam - rzekł mu na to sędzia, a sir Hubert ryknął: 
- Jeśli się ośmielisz pokazać choćby czubek nosa w 
sądzie, ściągnę znawców, by sprawdzili twoje pieczęcie!!! 
Henryk Drugi, też mi król! Jeśli w ogóle pochodzą z 
czasów Henryka, a nie naszego dobrego Edwarda! 
- Książę niedługo wraca; z nim nie wygrasz, więc lepiej 
zmykaj, świątobliwy, zanim to my wytoczymy ci proces - 
mówił równocześnie Hugo. 
Tylko Gilbert, który zwykle ma zdanie na każdy temat, 
milczał. Podeszłam do niego i pogładziłam go po dłoni. 
- Mój dobry panie mężu, jesteśmy uratowani. 
- Nic z tego nie rozumiem, Małgorzato - szepnął, 
potrząsając głową. - Przecież Malachiasz nie mógł 
wiedzieć... Może człowiek, który sprzedał mu ten róg, 
napomknął o jakimś Ingulfie? Ingulf, kto by pomyślał...? 
Byłem pewien, że to wszystko bajka. - Głos miał matowy i 
słaby. 

Zaczynam podejrzewać, że wygralibyśmy i tak, 

niezależnie od pieczęci i run - powiedziałam gorzko. 
- Strasznie zbladłaś, Małgorzato, wyglądasz na chorą. Co 
ci jest? 
- Serce mi pęka. Jestem pewna, że twój ojciec... 
- Oczywiście, oczywiście! - wykrzykiwał jowialnie sir 
Hubert. - Janie, idź do świetlicy i przyprowadź tu 
panienkę. Panie Ralfie, sam się przekonasz, że znacznie 
wysubtelniała, nie tracąc bynajmniej lotności umysłu. 
- Jestem pewna, że twój ojciec za naszymi plecami 
rozporządził ręką Cecylii. 
- Co?!!! Przecież to... Potwór! Nie miał prawa! Jak 
śmiał? 
- Och, z pewnością odda ci zapłatę, ale sobie 
zabezpieczył wygraną w sądzie; dziś, jutro, za rok, 
kiedykolwiek zechce. Nie zerwiesz umowy, bo wówczas 
ściągnąłbyś na jego głowę gniew sędziego, który już 

background image

poczuł się bogatszy o wiano Cecylii! Cały dzisiejszy 
triumf w mgnieniu oka zamieniłby się w porażkę. 
Sprzeciwisz się, wiedząc, iż oznaczałoby to uwięzienie 
twego ojca w królewskim lochu... albo jeszcze coś 
gorszego? Czyż ja mogę odmówić swojej zgody wiedząc, że 
to samo mogłoby spotkać ciebie? Twój ojciec ma nas w 
garści, Gilbercie. Przechytrzył nas i sprzedał moją 
dziewczynkę za ten skrawek ciemnego paskudnego lasu... - 
Nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. 
- ...łzy radości, łzy radości, panie Ralfie. To dla niej 
niespodzianka. Wiadomo, jakie są niewiasty. 
- O, tak. Bardzo uczuciowe. Ciężko im wypuścić dziecko 
spod swoich skrzydeł. 
- ...za długo trzyma się matczynej spódnicy. Czas 
najwyższy... 
- ...moi klerkowie wszystko dokładnie sprawdzili. Oprócz 
wymienionych przez ciebie aktywów dzieweczka ma jeszcze 
połowę udziału w statku "Stella Maris". Zaiste słyszałem 
o zawyżaniu wartości narzeczonej, ale nie spotkałem się z 
negocjatorem tak szlachetnym, by przedstawiał wiano 
niższym, niźli jest. 
- Sprzymierzasz się z rodem de Vilersów, panie. 
Najstarszym w Anglii. 
- To także wiem. Wielki to zaiste dla mnie honor. Rad 
jestem, sir Hubercie, że dane nam było zawrzeć tak owocną 
znajomość. 
- Czasy się zmieniają, panie Ralfie. Nawet taki 
staroświecki zrzęda jak ja umie dostrzec korzyści 
przymierza własności ziemskiej z prawem. Twój syn dobrze 
się uczy? 
- Jest bardzo zdolny. Bez wątpienia obejmie po mnie 
stanowisko. Ale czemuż to szlachetna dama Małgorzata 
rozpłakała się jeszcze głośniej? Rozchmurzże się, pani! 
- Cecylia... Cecylia musi wyrazić zgodę - wyszlochałam. - 
Jest jeszcze za młoda na... małżeństwo. 
- Wedle moich obliczeń wkrótce skończy dziesięć lat - 
odparł ten obrzydliwy staruch, mój teść. - Wiele panien 
zostaje zaręczonych w młodszym wieku. Cóż dopiero 
dziedziczka majątku i statku! Stanowczo za długo z tym 
zwlekałaś, moja pani. Powinnaś też pomyśleć o przyszłości 
Alicji. O! Już są! Uczyniłeś dobry wybór, panie Ralfie. 
Ta młodsza jest gruba; zresztą musiałbyś pan dłużej na 
nią czekać. 
Krew zastygła mi w żyłach ze zgrozy. Oto tu u stóp 
schodów, mając między sobą sługę, stały moje urocze 

background image

dziewczątka, śliczne jak poranek, a ci dwaj obleśni 
starcy taksowali je niczym owce na targu! 
Cecylia miała na sobie zieloną sukienkę (niedługo z niej 
wyrośnie, pomyślałam odruchowo) i jedwabny surkot 
miodowej barwy wyszywany niebieskimi nićmi, a na głowie 
wianek z margerytek. Niania rozczesała jej wiecznie 
zwichrzony warkocz; jaskraworude włosy spływały falami 
poniżej pasa. Ze szczupłej twarzyczki patrzyły wielkie 
poważne oczy. Myślałam, że pęknie mi serce. Wyglądała jak 
ofiara prowadzona na rzeź. 
- Nie płacz, mateczko - powiedziała. - Rozmawiałam z 
rodzicem naszego ojczyma. 
- Oczywiście, oczywiście. To bardzo rozumna młoda panna - 
zadudnił sir Hubert. - Powiedziała, że wyrazi zgodę 
choćby dziś. 

Chcesz, panie, rzec, że nasza umowa zależy od zgody 

dziecka? - syknął Ralf FitzWilliam, nachylając się do 
niego. 
- Toż to oburzające. 
Przebiegły stary łajdak zniżył głos, lecz i tak go 
usłyszałam. 
- Pst! To na użytek matki. Potrzebna jest jej zgoda. 
Gilbert to uparty wół i jeśli wbije sobie do głowy, że 
jego żona czegoś sobie nie życzy, będziemy z nim mieli 
bardzo trudną przeprawę. 
- Nie możesz jej pan nakazać posłuszeństwa? - zdziwił się 
sędzia. 
- Jak znam Małgorzatę, to nie byłby dobry pomysł. Nie 
będę się teraz wdawał w długie wyjaśnienia, ale tylko 
dzieweczka może ją do tego przekonać. - Obrócił się do 
Cecylii, która wciąż stała w tym samym miejscu, i huknął: 
- Powiedz swojej pani matce, że zrękowiny są po twojej 
myśli i wyrażasz na nie zgodę. 
Cecylia wysunęła brodę w przód jak zawsze, gdy podjęła 
jakieś mocne postanowienie. Widziałam, że jest blada ze 
zdenerwowania; jej głos brzmiał inaczej, był niższy, 
dojrzalszy. 

Spisałam warunki - powiedziała. - Jeśli zostaną 

przyjęte, daję zgodę. 
To rzekłszy, wydłubała z zanadrza pognieciony świstek, 
który wręczyła sędziemu. Ten zdumiony wytrzeszczył oczy. 
Zaiste jak świat światem, czegoś takiego jeszcze nie 
widział. 
Sir Hubert nie wytrzymał. 

Warunki?! - ryknął. - Ty nędzna mała kocico, już ja 

background image

ci 
dam warunki!!! Kto u licha ciężkiego tak ci namieszał w 
głowie? 
Skoczyłam w przód, osłaniając ukochane dziecko przed jego 
uniesioną ręką. Równocześnie Gilbert złapał ojca wpół, 
obracając go ku sobie. Chwyciłam Cecylię i porwałam ją z 
zasięgu tych przeklętych mężczyzn. 

Zaczekaj pan, panie Hubercie - rzekł sędzia, który 

tymczasem rozwinął karteluszek i przebiegł go oczyma. - 
Warunki 
są całkiem rozsądne i do tego bardzo zgrabnie wypisane. 
Panno Cecylio, gdybyś była chłopcem, wyrosłabyś na 
doskonałego 
jurystę. Tak zaś miejmy nadzieję, że z czasem zostaniesz 
matką 
mądrych i sławnych sędziów. Kto cię nauczył tak pisać? 
- Stawiania liter nauczyła mnie pani matka, a brat 
Malachiasz doradził mi, co napisać - odpowiedziała 
dziewczynka. 
- Malachiasz! Ten przeklęty wścibski szarlatan!!! 
- Cecylio - wtrąciłam się. - Skąd wiedział, że będzie o 
tym mowa? 
- Sama go poprosiłam. Wtedy, gdy mówiliśmy o kamieniu 
filozoficznym. Pamiętasz, mateczko, wyraziłam życzenie, 
którego nie był jeszcze w stanie spełnić. Zapytałam, co 
mam robić, jeśli mnie zaręczą, zanim kamień będzie 
gotowy. Brat Malachiasz pouczył mnie, że wedle prawa do 
małżeństwa potrzebna jest zgoda obojga małżonków. Jeśli 
się uprę, mogę ogniem i mieczem bronić swej dziewiczej 
korony. 
- Jakbym go słyszała - westchnęłam. 
- Jeśli natomiast nie chcę się bronić ogniem i mieczem, 
powinnam postawić warunki. Nauczył mnie, jak się je 
formułuje. Pomyślałam, że najlepiej, jeśli przedstawię je 
na piśmie. 
- No to koniec. - Sir Hubert ciężko opadł na ławę i ujął 
głowę w dłonie. - Teraz żeś pan ją poznał. Jest dzika i 
samowolna. Wątpię, czy jest w Anglii choć jeden klasztor, 
w którym zechcą ją przyjąć. 
- Zapominasz, panie, że miałem już okazję poznać tę młodą 
damę, a siedziała wówczas na czubku drzewa - uśmiechnął 
się jurysta. 
Cecylia przycupnęła obok mnie na ławie. Dopiero teraz 
zauważyłam, że ma na sobie te barbarzyńskie zielone 
ciżmy, które podarowali jej wieśniacy. 

background image

- Cecylio, coś ty tam napisała? - spytałam. 
- Za pani pozwoleniem przeczytam to głośno, lady 
Małgorzato - rzekł pan Ralf. - I z góry zapewniam, że 
jestem gotów przystać na każdy z tych warunków, o ile ty 
i sir Gilbert wyrazicie zgodę. 
Kiwnęłam głową, nie mogąc wydobyć słowa. 

Warunek pierwszy: Cecylia Kendall będzie mogła zostać 

poślubiona dopiero po ukończeniu szesnastu lat życia. 
Warunek 
drugi: jeśli do tego czasu Cecylia Kendall zmieni się 
cieleśnie, 
stając się niezdatną do małżeństwa z mężczyzną, umowa 
narzeczeńska zostanie unieważniona. 
Pohamowałam rwące mi się z piersi westchnienie. 

Warunek trzeci: Cecylia Kendall poślubi tylko tego, 

kto 
będzie ją miłował ponad wszystko - dokończył czytanie 
prawnik. - Sama przyznasz, pani, że to bardzo rozsądne 
warunki. 
Malachiaszu, ty nędzniku! - pomyślałam. Musiałeś jej 
naplątać w głowie? Znam swoją córkę. Zdaje jej się, że 
szesnaście lat to starość, od której dzielą ją całe 
wieki. Jest pewna, że do tego czasu zmieni się w chłopca 
i w ten sposób wykręci od poślubienia Denisa. Dlatego tak 
łatwo dała się przekabacić staremu Hubertowi. 
- Naprawdę tak myślisz? - zapytałam ją. 
- Nie przepadam za wyszywaniem ornatów i obrusów, matko. 
Toteż nie ciągnie mnie wcale do klasztoru. A jeśli nie 
zmienię się do szesnastego roku, potem i tak będzie już 
za późno, żebym w pełni to wykorzystała, więc równie 
dobrze mogę wyjść za mąż. Denis jest znacznie milszy niż 
Walter albo Piotr Wengrave. 
- Ja też chcę się zaręczyć! - chlipnęła Alicja. 
- Cicho bądź! - warknęłam - bo spełnię twoje życzenie, 
a... 
Przerwał mi nieludzki krzyk, jaki dobiegł ze świetlicy. 
Nim ktokolwiek zdążył wbiec na schody, do komnaty wpadła 
blada jak trup niania Sara. 

La...lady Petronilla - wyszlochała - porwała dziecko! 

 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY 
 
Petronilla czuła nasilające się ożywienie, ten cudowny 
stan, gdy umysł rodzi tysiąc myśli naraz - o ileż lepszy 

background image

od okresów martwoty, kiedy miała wrażenie, że pływa w 
gęstym syropie, albo zwinięta w kłębek pragnęła tylko 
śmierci. Teraz skrzyły się w niej światła, idee, w jej 
ciele tętniła moc. Ach! Słyszy tamtych z dołu, 
przerzucają się argumentami; ktoś płacze. Słyszy dźwięki 
z zewnątrz, ludzi, konie. Słyszy ptaki w sadzie. Ach! 
Jest jednym z nich, dziobie nadgniły owoc szukając 
robaka, a potem sama staje się robakiem patrzącym z 
dziury na olbrzymie czarne oko i wielki ostry dziób. I w 
jednej chwili wraca do własnego ciała. Co tak szemrze? 
Źródło. Zawsze ono. Kobieta zielona od wodnej rzęsy, 
białka oczu błyskają w głębokich oczodołach, otchłanne 
usta szepczą zakazane sekrety. To ona śpiewa. Wzywa ją. 
Starucha śpi. A obok on, ten mały książę, bawi się 
drewnianym konikiem, nucąc pod nosem. - Chciałbyś ze mną 
odwiedzić zieloną damę, chłopcze?  
"Tę w moklych butkach?" - pyta. 
Stary pies chce ją ugryźć, lecz odtrąca go kopniakiem. 
Jej ruchy nabierają tempa. Zanim ujadanie zbudzi starą 
niańkę, zarzuca czarny płaszcz na bachora i owija go 
szczelnie. Ktoś w dali krzyczy, ale teraz już wszystko 
dzieje się błyskawicznie, głosy splatają się w jeden 
wielobarwny wir. Petronilla czuje ekscytujący przypływ 
sił; przerzuciwszy przez ramię szamoczący się tobołek, 
biegnie po schodach z wieży. Przed wrotami stajni stoją 
w pogotowiu osiodłane konie przyjezdnych dygnitarzy. "To 
na ciebie czekają", śpiewają głosy. Tak miało być. 
Przerzuca tobołek przez pierwsze z brzegu siodło, chwyta 
wodze. Och, cudownie, jak cudownie znów poczuć wiatr na 
twarzy i krew tętniącą w żyłach niczym płynne światło. 
Świat migocze i iskrzy, a zielona dama wzywa ją słodką 
szemrzącą pieśnią. 
 
- Gdzie ona jest, dokąd poszła?! - Małgorzata potrząsała 
niańkę za ramiona. Sir Hubert i słudzy pobiegli na górę. 
- Wybacz mi, pani, nie wiem! - szlochała staruszka. - 
Biegła tak szybko! W jednej chwili zniknęła mi z oczu! 
Straszna myśl błysnęła w głowie Małgorzaty. Petronilla 
nie przeszła przez wielką salę. Mogła uciec tylko 
zewnętrznymi schodami. Jeśli nie zabiła Peregryna, 
zrzucając go z wieży, to mogła się udać tylko w jedno 
miejsce... 

Źródło! - zawołała, zrywając się do biegu. 

Tuż za nią wypadł na dziedziniec Gilbert. Inni, którzy 
jeszcze się nie domyślili prawdy, przetrząsali świetlicę 

background image

i pokoje na wieży. Przy poidle stały osiodłane kuce 
kancelistów sędziego; dosiedli ich prędko i chwilę 
później już byli za bramą, pędzili przez pola w stronę 
dąbrowy. Zdało im się, że widzą postać w powłóczystej 
sukni na wysokim wałachu Ralfa FitzWilliama. Znikła w 
lesie. Popędzili spocone, zgrzane kuce, ale te nie mogły 
konkurować z wielkim gniadoszem; zaczęły zwalniać, dysząc 
ciężko. Tymczasem we dworze pospiesznie siodłano konie i 
reszta domowników także ruszyła w pościg. 
 
Nim ktokolwiek zdążył jej dosięgnąć, wrzuciła zawiniątko 
w sam środek stawu, a potem zacięła konia tak mocno, że 
ten jednym susem wyskoczył z wody, zadrobił na błotnistym 
brzegu i pognał w las. Gilbert wparł w wodę swojego 
wierzchowca, lecz owinięty czarnym płaszczem kształt już 
zniknął. 
Tymczasem dogonili ich inni. Widok zmroził im krew w 
żyłach: Gilbert okrążał bulgoczący środek stawu, 
wpatrując się z przerażeniem w głębię; Małgorzata biegła 
ciągnąc za sobą długą gałąź. 

Wrzuciła go na sam środek - powiedział Gilbert 

głucho. 
- Nie widzę go. Utonął. 
Lord Brokesford krzyknął przeraźliwie, tak głośno, że 
ptaki na drzewach umilkły, a same drzewa zadrżały. Potem 
bez słowa zawrócił konia i zniknął w lesie; posłyszeli 
tylko chrzęst miażdżonej kopytami ściółki. 

Patrzcie. Patrzcie! - Jeden ze sług, blady jak 

ściana, 
wskazywał głaz. 
Spojrzeli wszyscy w ślad za jego wyciągniętą ręką i 
zobaczyli, że po kamieniu spływają strużki krwi. 
Ludzie na brzegu zeskoczyli z koni; zaczęli się miotać w 
poszukiwaniu drągów, haków, czegokolwiek, jakby nie mogli 
ścierpieć myśli, że w obliczu tragedii będą stać 
bezczynnie. Małgorzata z długim kijem była już po pas w 
wodzie. Poruszała się jak ślepa. 
- Małgoś, stój! - wrzasnął w popłochu Gilbert. - Na 
miłość boską, bo i ciebie stracę! 
Tego, co zobaczyli później, nikt z obecnych nie zdołał 
wymazać z pamięci. Chłopi szeptali o tym wieczorami przy 
ogniu jeszcze przez wiele lat, nie śmiejąc podnieść 
głosu. Woda zabulgotała raz jeszcze i ni stąd, ni zowąd 
przestała się piętrzyć. W głuchej niesamowitej ciszy 
Małgorzata krzyknęła: 

background image

W imię Najświętszej Matki Chrystusowej zaklinam cię, 

oddaj mi dziecko! 
Jej głos odbił się echem w lesie. Odpowiedział mu dziwny 
szelest, jakby wiatr poruszył nagle koronami cisów. W 
nieruchomej 
zielonej głębi zamajaczył ciemny rozwijający się kształt. 
Nikt ze zgromadzonych na brzegu nie odważył się drgnąć. 
Koń Gilberta zesztywniał, stał w wodzie jak wryty. Coś 
przesuwało się głęboko pod taflą stawu. Skrawek czerwieni 
- dziecięcy kaftanik, za głęboko, by go dosięgnąć. 
Potem... czyżby twarzyczka? Trupio blada, milcząca, z 
zamkniętymi oczyma unosiła się spokojnie w zielonej toni, 
a potem obróciła powoli, jakby znów miała wrócić w 
głębiny. 
Ale Małgorzata rzuciła się za nią jak lwica. Samymi 
końcami palców udało jej się chwycić skraj czerwonego 
kubraczka. Straciła grunt pod nogami, woda zalała jej 
twarz, lecz Gilbert był już obok; głęboko wychylony z 
siodła złapał ją za splecione pod zawiciem włosy i 
pociągnął do brzegu. Kiedy wydostali się na płyciznę, 
ujął ją za ramiona, żeby pomóc jej wstać, ale szorstkim 
obcym głosem powiedziała: "Nie dotykaj mnie". Przycisnęła 
do siebie synka i nie patrząc na niego ani na nikogo, 
wyszła z wody ociekając rzęsą. Zerwany welon łagodnie 
kołysał się na powierzchni stawu. 
Małgorzata podniosła Peregryna za nogi i z ust malca 
chlusnęła woda. Zaczęła ugniatać mu brzuch. Wypłynęło 
więcej. Milczeli wszyscy, aby jej nie przeszkadzać. 
Powietrze zdawało się lekko iskrzyć; ruchomy odbity od 
wody poblask oświetlił jej twarz i ręce. Położyła dziecko 
na ziemi i nachyliła się nad nim. Co robiła? Nikt nie 
widział; nikt nie ważył się odezwać. Potem gwałtownie, 
jak w agonii, wciągnęła powietrze i padła na ciało synka. 
Gilbert złapał ją za ramię, odwrócił. Twarz miała 
zastygłą i białą jak płótno. 

Małgorzato! Małgosiu! - krzyknął. - Boże, ona umarła 

z żalu! Po coś więc mnie oszczędził? 

Nie, nie, panie! - Ktoś szarpał go za ramię. - 

Spójrz! 
Gilbert podniósł załzawione oczy i osłupiał, choć wiele 
już 
w życiu widział. Na nieruchomą białą twarzyczkę dziecka 
wpeł-zał blady rumieniec. Gilbert przyłożył dłoń do małej 
piersi. Poruszała się. Dotknął Małgorzaty. Ona też 
oddychała. 

background image

Żyje? - spytał klęczący obok niego sędzia. Rysy jego 

twarzy wyostrzyły się z niepokoju. 

Coś... - wymamrotał Gilbert - ona coś zrobiła... 

Posłyszeli cichy, ledwie dosłyszalny jęk. 
- Matko Hildo... - szepnęła Małgorzata. - Gdzie ona jest? 
- Nie ma jej tu - odpowiedział Gilbert. - Ja jestem przy 
tobie. 
- Wołaj moje niewiasty. Tracę dziecko, które nosiłam pod 
sercem - powiedziała i łzy pociekły jej po twarzy, 
żłobiąc białe ścieżki w obsychającej warstwie wodnej 
rzęsy. 
Gilbert czule otarł jej policzki. 
- Nie płacz. Proszę cię, nie płacz. Peregryn oddycha. 
- Tak myślałam - odparła ledwie dosłyszalnym szeptem. - 
Dwukrotnie dałam mu życie. Boże, miej go w swej opiece, 
bo chyba po raz trzeci już mi się to nie uda. 
 
Lord Brokesford gnał "na słuch", kierując się stłumionym 
odgłosem kopyt i chrzęstem poszycia - tak samo, jak 
wielokrotnie ścigał w lesie jelenie. Po pewnym czasie 
dojrzał w dali Petronillę. Mknęła pełnym galopem przez 
porośnięty krzakami ugór na skraju lasu. Sir Hubert 
zacisnął usta i ponury jak śmierć popędził konia na 
skróty przez wijący się potok, żeby przeciąć jej drogę. 
Zawsze była wyśmienitą amazonką; teraz, gdy obłęd 
wyostrzył jej refleks i pozbawił uczucia strachu, leciała 
jakby na skrzydłach. Lecz mściwa determinacja wywarła 
podobny wpływ na starego lorda: zawczasu przewidywał 
następny ruch ściganej przez siebie zwierzyny. Wypadła na 
łąkę. Trzymał się jej jak przywiązany, stopniowo 
zmniejszając dystans. Widząc, że ją dogania, skręciła w 
zagajnik, a stamtąd z powrotem w las, mając nadzieję, że 
tam go zgubi. Ale rycerz, który polował w tym lesie od 
dzieciństwa, znał tu każdy kamień, każdą najmniejszą 
nawet ścieżkę. Pomimo usiłowań nie była w stanie mu 
umknąć. Gałęzie zdarły jej z głowy zawicie, warkocze 
spadły na plecy. Gniadosz zaczął zwalniać, coraz ciężej 
robił spienionymi bokami. Petronilla wjechała między 
dziwacznie ukształtowane skałki sterczące z dna lasu i 
sir Hubert zrozumiał, że już ją ma. Skręcił w bok. 
Przekonana, iż wreszcie go zgubiła, kobieta zwolniła do 
stępa na wydeptanej przez jelenie ścieżce, która choć 
całkiem jej nieznana, zdawała się biec w stronę opactwa. 
Tam nikt nie ośmieli się jej tknąć. Będzie bezpieczna, 
bezpieczna, śpiewały jej głosy. 

background image

Ścieżka sprowadziła ją do wilgotnego, zamkniętego z 
trzech stron zapadliska. Niecierpliwie zawróciła konia. 
Jednakże drogę, którą tu zjechała, blokował sir Hubert na 
swym wielkim rumaku. Oczy miał zimne i twarde niczym kat. 
- Przepuść mnie - warknęła. 
- Nie wyjedziesz stąd żywa - odparł. 
- Musisz mnie puścić wolno. Teraz ja noszę twojego 
jedynego spadkobiercę. Urodzę syna. Źródło mi to 
powiedziało. Przyjęło ofiarę. Ono mnie miłuje. 
- Trzeba cię uśmiercić - rzekł stary rycerz - jak 
wściekłego psa. Albo konia, który złamał nogę. 
- Nie jestem psem ani koniem. Jestem damą. 
- Nie. Nie jesteś nawet uczciwą ladacznicą. Ale jak każde 
Boże stworzenie masz duszę, więc dam ci czas na modlitwę. 
- A cóż ja takiego zrobiłam? Gdybyś miał serce, 
zrozumiałbyś, jak bardzo cierpiałam. Spójrz na to 
wszystko moimi oczyma. 
- Nie mam serca. I nie mam oczu. Wydarłaś mi je. 
- Ale jesteś chrześcijaninem. Musisz mi wybaczyć. Puść 
mnie, a przysięgam, że wstąpię do klasztoru i będę 
pokutować, modlić się co dnia, co godzinę... 
- Módl się teraz. Bóg potrafi wybaczać, ale on jest 
większy ode mnie. Zabiłbym cię dwa, trzy, sto razy, choć 
twoja śmierć i tak nie odkupi mi tego chłopca. 
Wspomnienie Peregryna przygniotło go niczym brzemię. 
Spuścił wzrok. Wyostrzona przez obłęd aż poza granice 
ludzkich możliwości czujność poddała Petronilli szansę 
ucieczki. Dźgnęła konia ostrogą. Ale stary także miał się 
na baczności niczym kot, który nieruchomieje tylko po to, 
by lepiej się odbić do skoku. Złapał ją za warkocz, 
zrzucił z siodła, drugą zaś ręką cisnął wodze, jednym 
szybkim ruchem wyszarpnął z pochwy u pasa długi nóż i 
wbił jej w pierś. Przyciągnięta za długi jasny warkocz 
zatoczyła się i oparła bezwładnie o bark jego konia. 

Potwór - rzekł głucho. 

Strużka krwi wypłynęła z ust kobiety, pociekła po szyi. W 
wychylonej ku górze twarzy otwarły się oczy i spojrzały 
na niego. 

Nie bardziej niż ty - szepnęła. 

Polowanie dobiegło końca. Nie było tylko rogu, żeby 
odegrać mort. 
Sir Hubert wrócił na polanę u źródła, prowadząc za sobą 
wysokiego wałacha z przewieszonym przez siodło trupem 
synowej. Krew plamiła jej suknię, ściekała po siodle i po 
końskim boku; plamiła także przód jego kaftana, rękawy, 

background image

nawet buty. Ludzie na polanie zajęci byli wiązaniem noszy 
ze świeżo ściętych gałęzi. W pierwszej chwili przemknęło 
mu przez głowę: "jednak przeczuli, co ze sobą przywiozę". 
Potem uświadomił sobie, że nikt na niego nie patrzy, a 
noszy nie przygotowali dla Petronilli. Kładą na nich 
białą jak śnieg Małgorzatę z przytulonym do piersi 
nieruchomym dzieckiem. Na ten widok pomyślał, że tam w 
lesie mówił prawdę: nawet i stukrotna śmierć morderczyni 
nie odkupi mu tego, co utracił. Jak mógł być tak ślepy, 
nie widzieć, nie doceniać tego, co miał? Smukłe plecy 
Gilberta zgarbiły się pod brzemieniem bólu. Milczał. "Już 
nigdy więcej się do mnie nie odezwie - pomyślał stary 
lord. - Czy to wszystko moja wina?" 
Jego uszu dobiegł jakiś paskudny dźwięk i naraz 
uzmysłowił sobie, że to on sam płacze. Tuż obok ozwał się 
zmieniony głos sędziego: 

Panie Hubercie! Panie Hubercie! - powtarzał. - Oni 

jeszcze żyją. Oboje oddychają. Mów, co tam zaszło? 
Sir Hubert zaczerpnął głęboko tchu. Nie wierzył temu 
człowiekowi, ale jeszcze w lesie przećwiczył sobie, co 
powie: 

Lady Petronilla odebrała sobie życie. Z żalu za 

popełnione 
grzechy. 
Sędzia prędkim spojrzeniem obrzucił lepką od krwi odzież 
starego rycerza i jego pas. Nóż tkwił w pochwie i był 
czysty. Za to zmarła miała przy pasie nóż zbroczony 
czerwienią, która zresztą wciąż się sączyła na jego 
paradne siodło. "Ujdzie, zawyrokował w myśli. Trzeba ją 
zdjąć z konia, póki uprząż da się jeszcze domyć". 
Sir Hubert patrzył przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. 
Potrząsnął głową. 
- Rzekłeś waść, że oni żyją? 
- Ona... Matka... weszła do stawu i wyciągnęła chłopca 

odparł sędzia. Dopiero teraz sir Hubert zauważył jego 

niezwyczajną bladość. Rozejrzał się. Słudzy stali jak 
otumanieni, inni 
klęczeli i modlili się głośno, unosząc twarze ku niebu. 
"Ona coś zrobiła - pomyślał. Małgorzata znowu zrobiła coś 
dziwnego". 
- Mówiłem, że dobrze ją mieć po swojej stronie - rzekł. 
- Teraz pojmuję, co miałeś na myśli - przyznał sędzia. 

Córki też są takie? 

Ja w każdym razie niczego takiego nie zauważyłem - 

odparł kwaśno stary rycerz. 

background image

Posłyszeli wesoły gulgot i ze źródła trysnęła woda. Sir 
Hubert spojrzał na głaz. Był suchy, tylko tu i ówdzie 
połyskiwały w nim drobiny miki. 
- Chyba masz pan rację - sapnął. - Żyją. Na kamieniu nie 
ma krwi. 
- Wiedziałeś o tym, panie? 
- Nigdy wcześniej tego nie widziałem. Myślałem, że to 
bajka. 
- I źródło znów bije. - Sędzia wciąż był bardzo blady. 
- Chcesz powiedzieć, że ona je zatrzymała? 
- Tak - szepnął drżącym głosem pan FitzWilliam. - Kazała 
mu wypluć chłopca... i wypluło. 
- Zawsze byłem przekonany, że te bajdy o źródle są 
wyssane z palca. Żałuję, że tego nie widziałem. 
- Ja tam żałuję, że widziałem - wzdrygnął się prawnik. - 
Bardziej mi się podobał mój dawniejszy świat. Porządny, 
logiczny i bez cudów. 
- Ech, wy, juryści! Świat nie wygląda tak, jak piszą w 
księgach! A zwłaszcza w prawniczych księgach! 
- A powinien - mruknął pan Ralf. 
- Wówczas nie odzyskałbym wnuka - rzekł poważnie sir 
Hubert. Gdy jednak przyjrzał się milczącemu pochodowi 
zmierzającemu do zamku, nie odczuł zadowolenia, że miał 
ostatnie słowo. Gryzło go jakieś przykre uczucie, którego 
nigdy wcześniej nie zakosztował. Gorzki żal kruszył jego 
wyniosłe kamienne serce. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIeSTY SZÓSTY 
 
Zanim pochód dotarł do bramy dworu, towarzyszył mu już 
proboszcz i tłum wieśniaków. Ktoś rozkołysał dzwonek na 
cmentarnej dzwonnicy. Poniosła się wieść, że "mała wdowa 
z Londynu" - ta miastowa, w śmiesznych butach, która 
wyszła za młodszego syna lorda - utonęła. Krzyk i płacz 
wieśniaczek wzbił się pod niebiosa, bo zaznały od niej 
wiele dobrego. Dopiero po pewnym czasie zrozumiano, że 
małżonka Gilberta żyje, choć jest nieprzytomna; to 
Hugonowa odebrała sobie życie i grabarze już kopią dół 
poza murem cmentarza. Chłopi drżeli ze zgrozy. To 
ostateczna i najstraszniejsza kara, gdy komuś odmówią 
pochówku w poświęconej ziemi. 
Nim fioletowy zmierzch stopniowo ściemniał w noc, na 
zamkowym dziedzińcu zgromadziła się chyba cała okoliczna 
ludność. Kilka pochodni wyłuskiwało z mroku 

background image

przestępujących nerwowo wieśniaków. 
- Co oni tam robią? - spytał zduszonym głosem pan na 
Brokesfordzie, który od paru godzin siedział nieruchomo 
pod oknem świetlicy, kryjąc twarz w dłoniach. We wnęce 
było ciemno, z dworu wpadało tylko zimne światło kilku 
gwiazd. W drugim końcu komnaty rozstawiono wszystek tuzin 
posiadanych świeczników. To tam leżała w wielkim łożu 
Małgorzata i jej synek. W nogach łoża, obity i 
pokrwawiony, warował jej stary pies-a obok klęczał 
Gilbert zatopiony w modlitwie. 
- Modlą się do Najświętszej Panny - odpowiedział 
pachołek, wyglądając przez okno. - Są tu niechybnie 
wszyscy twoi poddani, panie. 
- Wszystko... wszystko w gruzach... Moje plany... Jak 
zdołam żyć dalej? Po co w ogóle człowiek żyje? Sława, 
honor rodu, a teraz... Patrz na nich! Czy to moja wina? 
Przez chwilę był bardzo bliski dostrzeżenia pasma 
pozornie niezwiązanych zdarzeń, które mogły do tego 
doprowadzić. Czyżby... czyżby zaczynały one bieg w jego 
własnym zimnym sercu niezdolnym do miłości? Gdy jednak 
próbował pochwycić i prześledzić to pasmo, wymknęło mu 
się i uleciało na zawsze. Próbował pocieszyć się myślą, 
że lady Petronilla była z gruntu zła, a on tylko żelazną 
ręką wymierzył jej sprawiedliwość, ale to też niewiele 
pomogło. Coś ciężkiego ugniatało mu pierś, sprawiało ból. 
A potem zaczęło falami przebiegać jego ciało, 
rozdzierając go na strzępy. Oddał swe twarde stare serce 
małemu skrzatowi, który konał oto w łożu obok matki. 
Oddał je - i stracił; teraz było złamane. 
Zza okna doleciały głosy: 
- Słodka Pani, racz usłyszeć Nasze korne błaganie, Zmiłuj 
się nad nami... 
"Wszystko na darmo - myślał lord Brokesford. Ileż to razy 
najdostojniejsi księża w całym królestwie błagali Jezusa 
i jego Najświętszą Matkę o błogosławieństwo dla kampanii 
francuskiej i na co sie to zdało"? 
- Gwiazdo zaranna, Jutrzenko, Ty, co dajesz światłość 
światu. Dzień od nocy oddzielasz... 
"Kiedyż wreszcie zaprzestaną tych bezowocnych pień - 
pomyślał. Wszystko stracone, tylko oni jeszcze tego nie 
widzą". 
"Światłość! Dlaczego więc ja, płacząc, kołaczę się w 
mroku? Kto 
stracił tyle co ja?" 
- Piękna Matko Jezusowa, Racz się zlitować... 

background image

Litość... - myślał, wyglądając przez okno w noc. Jemu nie 
została dana. Na niebo wspiął się cienki ostry sierp 
księżyca. Niewiele dawał światła, rozorał jednak duszę 
sir Huberta i pozostawił w ranie drobny, formujący się 
dopiero skrawek myśli. Niebieska Pani także miała syna, 
uświadomił sobie. Zaryzykowała 
wszystko. I straciła Go. Z pewnością wie, jak to boli, 
kiedy serce 
kona w piersi z żalu...  
- Zabierz nas do swego domu, Przed mściwością piekieł 
osłoń, Ochroń nas... 
"Boże, Boże, czy tak właśnie wygląda piekło? Czy 
potępienie to wiekuisty smutek, nieskończony żal po tym, 
czego nie da się już naprawić? Nie przypuszczałem, że 
spotka mnie coś takiego. Zawsze gardziłem bólem, bólem 
ciała. Ale to cierpienie zakradło się jak złodziej i 
wypaliło mi całe wnętrze. Zlituj się nade mną, słodka 
Pani, Królowo Niebios. Zlituj się nad Twoim sługą. Kornie 
cię błagam..." 
Skoro pan zamku wydawał się niezdolny do jakiegokolwiek 
czynu, rządy przejęła inna, w pełni kompetentna ręka. 
Zapewniwszy wygodę Małgorzacie i dziecku, pani de Hauvill 
ściągnęła z wioski dwie młode bystre dziewczyny do opieki 
i pomocy przy przedwczesnym porodzie. Wezwała też córkę 
znachorki, by umyła i przygotowała do pochówku ciało 
samobójczyni. Wydała stosowne polecenia grabarzom. 
Stanowczo wyperswadowała sir Hugonowi upicie się do 
nieprzytomności, sugerując w zamian spędzenie nocy na 
modlitwie. Rozmówiwszy się z rządcą, kazała całej służbie 
lady Petronilli pakować manatki i jeszcze przed świtem 
wyprawiła ich z zamku. (Osobiście sprawdzała każdy 
tobołek, by się upewnić, że wynoszą tylko swoje rzeczy.) 
Ze świecą w dłoni krążyła nieznużenie w górę i w dół po 
schodach przygniecionego nieszczęściem domostwa, 
troszcząc się równocześnie o położnicę, pogrzeb oraz 
pozostałych w zamku gości, którymi także należało się 
przecież zająć. Znajdował się wśród nich sędzia i jego 
kanceliści - ich wierzchowce były tak zgonione, że nie 
można ich było używać w najbliższym czasie - oraz 
rozparty w łożu pana domu sędziwy czarny mnich, który co 
chwila domagał się jabłkowego wina. 
Trzeba więc było zadbać o pościel i wieczerzę, kazać 
pachołkom oprowadzać zgonione konie, póki nie wyschną, 
nagotować polewki i naparzyć ziół, zagrzać koce, zanim 
rozpali się 

background image

w kominach. Madame dowodziła służbą, wieśniakami i obiema 
córkami Małgorzaty, które nagle dojrzały ponad swój wiek. 
Noc 
ciągnęła się bez końca, słudzy potykali się ze zmęczenia, 
tylko 
pani Agata, jakby Bóg dał jej niespożyte siły, wciąż 
trzymała 
się prosto, chodząc tam i z powrotem, w górę i w dół; 
pilnując, 
żeby wszystko zostało wykonane jak należy i niczego nie 
zaniedbano. Ilekroć przechodziła przez świetlicę, sir 
Hubert podnosił 
głowę i spoglądał na nią. Tej nocy dojrzał coś, czego 
dotąd nie 
widział, a raczej postrzegał w niewłaściwym świetle. 
Szelest poruszanych miarowymi krokami spódnic, 
wyprostowane plecy, 
czujne na wszystko oczy zdały mu się samą istotą ładu, 
który 
stoi na straży prawości i cnoty, nawet jeśli na dom 
spadnie nieszczęście. Patrząc na nią zapuchniętymi od łez 
oczyma, dojrzał 
też co innego: profil, jaki malarze nadają świętym i 
aniołom, 
cerę jasną i gładką w świetle świecy. Te zmarszczki, 
jakie pozostały widoczne w migotliwym blasku, zdawały się 
rysami charakteru, znamionami doświadczenia, zewnętrznym 
przejawem 
wewnętrznej równowagi. Zręczne ręce madame nosiły wodę, 
zimne okłady i gorące wywary. Pojął, że ta niewiasta 
nigdy się 
nie poddaje, a była to cecha, którą umiał docenić, 
przypisywał 
ją bowiem również sobie. 
Na godzinę przed świtem Małgorzata zaczęła strasznie 
krzyczeć. I choć służebne zaciągnęły zasłony wokół łoża, 
stary lord, który wciąż czuwał w drugim końcu świetlicy, 
widział, jak wynoszą miskę z tym, co zostało z jego 
drugiego wnuczątka. Gdy po długiej chwili stanęła przed 
nim madame ze świecą w dłoni, odczuł niemal ulgę. 
- Panie, twoja synowa żyje i wyzdrowieje. 
- A Peregryn? - spytał zdławionym głosem. 
- Oddycha. Śpi spokojnie. 
- Czy odzyskał przytomność? Przemówił? 
- Jeszcze nie. Odezwał się raz, z zamkniętymi oczami, 

background image

chyba więc po prostu coś mu się przyśniło. 
- Co powiedział? 
- "W domu zielonej pani jest bardzo mokro." 
Sir Hubert dumał nad tym przez chwilę. Potem spytał z 
niepokojem: 
- Czy wróci do siebie? Nie doznał szkody na umyśle? 
- O tym postanowi Bóg - odparła cicho pani de Hauvill. 
Zauważył łzy błyszczące w jej oczach i nagle zrozumiał, 
jakim kosztem okupuje tę niewyczerpaną siłę podtrzymującą 
ją owej nocy. Płaci za nią cenę nieprzelanych łez, 
hamowanego żalu, bezlitośnie kiełznanych emocji. Było to 
poświęcenie, które umiał docenić. 
- Pani Agato, zaznaliśmy od ciebie wiele dobra - rzekł 
ochryple. 
- To mój obowiązek - odparła, raptownie odwracając twarz.  
Rano sir Hubert zasiadł do śniadania w towarzystwie 
sędziego i obaj patrzyli, jak madame nadal dwoi się i 
troi. Rozesłała posiłki do komnat na górze, rozmówiła się 
z ludźmi, którzy mieli nieść ciało na cmentarz, i wydała 
dyspozycje odnośnie do stypy - dość skromnej, właśnie 
takiej, jaką się godzi wydać po wstydliwym pochówku. 
- Świetnie sobie radzi, nieprawdaż? - zauważył sir 
Hubert. 
- Po tym zawsze można poznać dobrą krew - odparł sędzia. 
Słysząc to, sir Hubert zamyślił się głęboko. Niewiele 
później z bramy zamku ruszył cichy kondukt. Hugo nachylił 
się do ojca i rzekł półgłosem: 

Jakaż to ulga, że w domu została pani de Hauvill i 

kiedy 
wrócimy, wszystko będzie jak należy. Z Petronillą 
człowiek niczego nie był pewien. Czy wiesz, że pocięła na 
strzępy moją nową 
szatę, tę w stylu saskim? A tyle mnie ona kosztowała! - 
westchnął. 
Sir Hubert, którego trochę gryzły wyrzuty sumienia, nagle 
poczuł, że robi mu się lżej na sercu. Uwolniony od 
nieprzyjemnego brzemienia kiełkujący koncept, nad którym 
się od niedawna zastanawiał, rozrósł się i przybrał formę 
błyskotliwej idei. 
Po południu, gdy nieboszczka spoczęła już w ziemi 
zaopatrzona w dodatkowe modły mające na celu 
powstrzymanie jej duszy od włóczenia się po hrabstwie 
Hertford, sir Hubert udał się po radę do młodszego syna - 
jedynego członka rodziny dysponującego doświadczeniem, 
które dałoby się wykorzystać w tym konkretnym przypadku. 

background image

Znalazł go w świetlicy; siedział na brzegu łoża, 
trzymając żonę za rękę. Podparta licznymi poduszkami 
Małgorzata wyglądała już nieco lepiej - straciła tę 
śmiertelną bladość. Malca w łóżku nie było; na widok 
pustego miejsca stary lord zachwiał się na nogach. 
- Dobre wieści, ojcze! - uspokoił go Gilbert. - Pod twoją 
nieobecność Peregryn się obudził zdrów jak ryba! Tak 
strasznie hałasował, że posłałem go z nową niańką na dół, 
żeby zatkała mu buzię łakociami. O, popatrz, udało mi się 
rozśmieszyć moją panią małżonkę. 
- To nie był śmiech - sprostowała Małgorzata. - To był 
grymas. Opowiadasz najgorsze dowcipy pod słońcem. 

To też jest sztuka - odparł Gilbert z niezmąconym 

błogim spokojem. 
"Mimo tego co wycierpieli, dobrze im ze sobą - pomyślał 
sir Hubert. A więc to tak powinno wyglądać małżeństwo?" 
- Gilbercie, mam pomysł - oznajmił. 
- O, nie - wyszeptał Gilbert, blednąc. 
- Znowu? - bąknęła pod nosem Małgorzata. Sir Hubert 
zauważył na jej czole drobne zmarszczki, których 
wcześniej tam nie było. 
- To bardzo dobry pomysł i właśnie przyszedłem prosić cię 
o radę, jak go przeprowadzić. Nie mogę sobie pozwolić na 
popełnienie błędu. Niektórzy ludzie bywają bardzo 
drażliwi, sam wiesz. 
- Jacy ludzie? Masz na myśli Hugona? 
- Och, nie, chodzi mi o tę, no cóż, madame. To jest, 
madame Agatę, no wiesz przecież, którą... 
- A konkretnie o co ci chodzi? 

Hm, no cóż, sam widzisz, jaki tu bałagan... 

Małgorzata spojrzała na niego wrogo. Speszył się 
odrobinę. 
- A ostatnio... - podjął z wysiłkiem - hm, ostatnio 
zauważyłem, że ta... hm... madame Agata jest bardzo 
pozbieraną niewiastą. To znaczy... no wiem, że jest 
uboga, ale równoważą to zalety charakteru... jest dobrej 
krwi i z pewnością nie zhańbi... 
- Ojcze - przerwał mu Gilbert, różowiejąc z uciechy - 
chcesz powiedzieć, że zamierzasz się oświadczyć pani de 
Hauvill? 
- To... no, miałoby sporo sensu, prawda? Owszem, na pozór 
lepsza mogłaby się wydawać niewiasta młodsza i 
majętniejsza, ale taka z kolei mogłaby nie posiadać 
dostatecznej siły charakteru, to jest... 
- Dostatecznej, żeby z tobą wytrzymać, to chciałeś rzec? 

background image

- po twarzy Gilberta przemknął kpiarski uśmieszek. - 
Ojcze, masz moje błogosławieństwo! 
Wyraźnie zaniepokojona Małgorzata wpatrywała się w nich 
szeroko otwartymi oczami. Ten starzec miał obsesję na 
punkcie 
kojarzenia małżeństw! Najpierw jej Cesia, teraz madame. 
Doprawdy trzeba ostrzec panią de Hauvill przed potwornym 
spiskiem, jaki tu się knuje! 

A, więc też uważasz, że to dobry pomysł? Wiedziałem!! 

wykrzyknął triumfalnie stary rycerz. 

Tylko ostrożnie. Miałem już z nią do czynienia. 

Musisz 
zważać na każde słowo. 
Ale ojca już nie było. Wybiegł ze świetlicy jak młodzik. 
Sir Hubert zastał madame na schodach do piwniczki, skąd 
komenderowała kilkoma uzbrojonymi w miotły dziewczynami 
krzątającymi się wokół skrzyń i beczek. W powietrzu 
unosiły się tumany kurzu, a towarzyszył im nasilony 
chrobot i piski czmychających stworzeń, które Pan Bóg 
stworzył specjalnie do piwniczek, spichlerzy i loszków. 
Przerażona mysz śmignęła mu między nogami niczym krągły 
kosmaty pocisk. 
- Posłałam po parę kotów - poinformowała go madame. 
- Koty? - skrzywił się. - Nie cierpię kotów. 
- Wolisz, panie, szczury? Nie będziesz rad, gdy gryzonie, 
których tu pełno, obrócą cały twój dobytek w kupę trocin. 
- Pani de Hauvill nachyliła się i zawołała w dół: - 
Tłuczcie je, tłuczcie! Szukajcie zwłaszcza gniazd! 
- Hm, no cóż, może to i racja. Zapewne i koty mają we 
dworze swoje miejsce - bąknął sir Hubert. 
- Wszystko ma swoje miejsce - powiedziała madame. 

Ale pewne rzeczy nie powinny mieć miejsca w 

przyzwoitym 
domu. 
Sir Hubert przestąpił z nogi na nogę. Toczył duchową 
walkę. Jak poruszyć sprawę, z którą przyszedł? Nagle 
wydała mu się ona znacznie bardziej delikatna, niż mu się 
dotąd wydawało. 
- Niektórzy ludzie - rzekł powoli - nie zajmują 
odpowiednich dla nich miejsc. 
- Co mają znaczyć te słowa? 

Hm, no cóż, na przykład ty, pani, doskonale sobie 

tutaj 
radzisz... 
Lady Agata zerknęła na niego podejrzliwie. 

background image

Myślę... to znaczy, pomyślałem... 

Spojrzała ponownie. W jej oczach pojawiło się skupienie, 
jakby chciała się upewnić, czy dobrze słyszy. "Do licha - 
pomyślał sir Hubert - tak chyba nie da rady. Zacznę od 
nowa". 
Odchrząknął. 

Pani, jesteś niewiastą najwyższych zasad. Widzę i 

doceniam w tobie te cnoty. Proponuję ci honorowy pakt. 
Skupienie lady Agaty ustąpiło miejsca osłupieniu. 

To znaczy, chcę powiedzieć - zastrzegł się - że nie 

mam, 
broń Boże, na myśli ochmistrzowania. Proszę mnie źle nie 
zrozumieć. Proponuję ci, pani, honorowe małżeństwo. 
Jesteś 
właśnie taką osobą, jakiej trzeba, by w tym domu 
zapanował 
ład. 
Madame lekko przybladła. Patrzyła na niego, milcząc, 
jeszcze przez długą chwilę. 
- Będę musiała to przemyśleć - stwierdziła w końcu. 
 
- Gilbercie!!! Gilbercie, na litość boską, co ja mam 
zrobić? Dała mi kosza! - Sir Hubert wpadł do świetlicy z 
rozwianym włosem i rozpaczą w oku. 
Gilbert siedział na ławie z księgą domową, w której 
oprócz rozlicznych przepisów i porad spisane były również 
historie z przeszłości rodu, i czytał żonie na głos. 
Cecylia z Alicją, przycupnięte w nogach łoża, też się 
przysłuchiwały. Czując, że zapowiada się ciekawa 
dyskusja, błyskawicznie zsunęły się na podłogę, starając 
się nie rzucać w oczy, żeby nie wyproszono ich za drzwi. 

A co ci konkretnie powiedziała? - spytał spokojnie 

Gilbert. 
Zza łoża błysnęły dwie pary ciekawskich oczu i czujnie 
nastawionych uszu. 

Jak ona mogła? Jak śmiała? Może posądziła mnie o 

niecne 
zamiary? Powiedziała, że musi się zastanowić. 
Małgorzata całą swoją mocą stłumiła chichot i z wysiłku 
dostała czkawki. Sir Hubert szybko zerknął w jej stronę, 
lecz zobaczył tylko poważne współczujące oblicze. Zwrócił 
się więc znów do syna: 

Jak myślisz, dlaczego mnie odrzuciła? Mam wszystko: 

tytuł, piękny dwór, potężnego patrona i najlepszą 
genealogię 

background image

w Anglii. Ona nie ma nic. Powinna być mi wdzięczna, że w 
ogóle 
zwróciłem na nią uwagę. 
W ciemnych oczach Gilberta na ułamek sekundy błysnęło 
rozbawienie. Spojrzał na ojca z namysłem i pokręcił 
głową. 
- Jeśli moje własne doświadczenia z lady Agatą mogą tu 
być miarodajne, musisz się przygotować na to, że będziesz 
trzykrotnie ponawiał oświadczyny. 
- Trzy... trzykrotnie?! - zakrztusił się ojciec. - To 
niewiasta w tym wieku może wciąż być kokietką? Sądziłem, 
że rzuci się na moją propozycję. 
- Gdyby należała do tego rodzaju niewiast, które rzucają 
się na okazje, zapewne w ogóle nie chciałbyś się z nią 
ożenić, prawda? 
Stary rycerz pokiwał głową. Musiał przyznać synowi rację. 
Skąd ten szczeniak tyle wie o białogłowach? W sprawach 
tyczących się słabszej płci wypowiadał się tak mądrze, że 
było to aż nieprzyzwoite. 
- Myślę - rzekł w zadumie Gilbert - że powinieneś ją 
czymś zachęcić. Bądź co bądź chcesz z nią zawrzeć traktat 
pokojowy. 

To znacznie trudniejsze niż negocjacje z Francuzami! 

Dziewczęta zerknęły na siebie; Cecylia znacząco pokiwała 
głową. 
- Gilbercie... - w głosie starego rycerza dała się 
słyszeć rozpacz - Ale... czym konkretnie? 
- Zaoferuj jej coś, co spodoba się damie, nie coś, na co 
ty sam miałbyś ochotę. 
- Myślałem właśnie o pięknym sokole i kapie pod siodło. 
- No właśnie. Jedno i drugie odpada. Musisz lepiej się 
namyślić, ojcze. 
- Damy! A czego one mogą chcieć? Kiecek, świecideł, 
pieniędzy na podarki dla księży, minstreli i tańców i 
tych wszystkich rzeczy, na które szkoda czasu i gotówki! 
- Jeśli zamierzasz jej to przedstawić w ten sposób, 
oszczędź sobie fatygi. Będziesz mógł się oświadczać do 
sądnego dnia. 
- No to co ja mam jej powiedzieć? 
- Musisz to ująć własnymi słowami, ojcze. Tylko najpierw 
rozważ porządnie każde z tych słów, inaczej będziesz 
stracony. 
W ciągu następnych kilku dni sir Hubert miał mnóstwo 
czasu na rozważania. Spędzał go głównie w siodle, jeżdżąc 
do St. Albans, gdzie składał zeznania w związku z 

background image

"samobójczą" śmiercią Petronilli. "Czego może chcieć 
niewiasta, dumał. I jak to wysłowić, żeby się nie 
obraziła? Dobry Boże, nie jest przecież żadnym dworskim 
bawidamkiem o wężowym języku. Dlaczego ona tego nie 
docenia?" 
Dochodzenie było bardzo powierzchowne. Sir Hugo 
zaświadczył, że jego żona często napomykała o 
samobójstwie, mówiąc, że śmierć będzie dla niej lepsza 
niż życie u jego boku. Później zaś, po egzorcyzmach, 
których efekt okazał się niedoskonały, bywała 
przygnębiona i groziła, że rzuci się z wieży. Sir Hubert 
opowiedział, jak dopędził ją w lesie i oskarżył o mord na 
dziecku, ona zaś oznajmiła, że nie stanie przed sądem, i 
wbiła sobie nóż w piersi. Pan Ralf FitzWilliam, który po 
sporządzeniu, podpisaniu i solennym opieczętowaniu umowy 
zaręczynowej opuścił Brokesford, specjalnie przyjechał do 
St. Albans zaświadczyć, iż na własne oczy widział 
zakrwawiony nóż lady Petronilli. Któż miał wątpić w 
zeznania tak dostojnych ludzi? "Będę musiał zdybać 
jakiegoś wędrownego franciszkanina - myślał sir Hubert - 
najlepiej takiego, który nie mówi po angielsku. Nie 
byłoby dobrze, gdyby tajemnica spowiedzi rozniosła się po 
całym hrabstwie". 
Obrócił się do Hugona, który jechał obok niego w świeżo 
nabytej czapce z modnym małym rondkiem oraz w eleganckim 
aksamitnym kubraku uszytym z jednej z czarnych sukien 
nieboszczki Petronilli. (St. Albans nie było co prawda 
Londynem, lecz mieszkało tam sporo wartych grzechu 
niewiast.) 

Hugonie, powiedz mi, czego pragną kobiety? - spytał. 

Do Brokesfordu mieli jeszcze kawał drogi. Liście na 
drzewach 
zaczynały stopniowo żółknąć, a rankami w powietrzu czuć 
było chłód. Upalne szczodre lato miało się ku końcowi. 
Stary rycerz czuł już w kościach zbliżającą się zimę i 
zżymał się na samą myśl o długich nudnych wieczorach w 
ponurym zamku. Będzie mu brakować szczebiotania wnuczka, 
krzątaniny wścibskiej i wszędobylskiej Małgorzaty, a 
nawet Gilberta, który w końcu jednak chyba wyszedł na 
ludzi, choć zajęło mu to bardzo dużo czasu. 
- Kobiety? Pragną mężczyzny, który zaspokoi je 
pięciokrotnie w ciągu nocy, jak ja - odparł Hugo. - Są 
wprost nienasycone. Jeśli nie sprosta się ich żądzy, 
żywotne fluidy uderzają im do głowy, odbierając rozum. 
Sporo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że 

background image

zaspokojenie niewiasty w związku małżeńskim jest 
niemożliwe, afekty męskie bowiem często zmieniają obiekt, 
podczas gdy żona musi być wierna małżonkowi. Dlatego też 
mężczyzna nie powinien się żenić, chyba że miałby kilka 
żon dla ożywczej rozmaitości, jak to jest u Turków. 
- Hugonie, te jak je zwiesz, fluidy, z pewnością uderzyły 
do głowy tobie. Chrześcijanin winien kontentować się 
jedną żoną. A w każdym razie jedną na raz. 
- To prawda. Dlatego chcę na jakiś czas odpocząć od 
sakramentalnych związków. Skądinąd w czerni jest mi 
bardzo do twarzy. Zauważyłeś, ile niewiast proponuje mi 
ostatnio wspólne modły? Nie mogę się uskarżać na brak 
pocieszycielek. 
- Wychowałem bestię! - zdumiał się stary lord. - Jak to 
możliwe? 
- No cóż, ojcze, zawsze starałem się wzorować na tobie! - 
odparł wesoło Hugo. 
"Ech, ci starzy! - prychnął w duchu. Zrzędzą i zrzędzą. 
Ojciec też wkrótce zacznie się podpierać kosturem, 
narzekać na reumatyzm i wygrzewać się w słońcu jak 
jaszczurka. Życie jest niepojęte". 
Hugo pocieszył się myślą, że on sam się nie zestarzeje, a 
już 
na pewno nie tak żałośnie. 
- A co się tyczy niewiast, Hugonie... 
- Rządzą nimi namiętności - oznajmił pierworodny. - Ich 
maleńkie móżdżki nie są w stanie pomieścić poważniejszych 
myśli. 
Gdy przybyli do zamku, sir Hubert zajrzał do stajen, a 
potem udał się do komnaty na wieży i kazał sobie podać 
małe brązowe lusterko, w którym uważnie obejrzał swoją 
twarz. Nieźle, całkiem nieźle - uznał. Następnie polecił 
słudze, by ten przyniósł nożyce i przystrzygł mu 
krzaczastą brodę oraz kępki włosów wystające z uszu jak 
siwy dym. Ponownie zajrzał do zwierciadła. "Istnieje 
zasadnicza różnica - pomyślał - między ogładzeniem się na 
tyle, by nieco bardziej podobać się niewiastom, a 
całkowitym pozbawieniem się wszelkich cech charakteru". 
Zadowolił się więc tylko przycięciem długich włosków 
sterczących z chmurnie nawisłych brwi (nie będzie ich 
przylizywać niczym dworak!). Następnie napomadował włosy 
gęsim sadłem i rozczesał je równo pośrodku. 
"Tfu! Wyglądam jak jakiś zniewieściały tancmistrz" - 
burknął w duchu. 
 

background image

Zapewniam cię, że będziesz mogła sama sobie dobrać 

szlachetnie urodzoną towarzyszkę, abyś nie była 
pozbawiona miłego towarzystwa własnej płci... 
Nadal patrzyła w ziemię, lecz odetchnęła odrobinę 
głośniej, co uznał za dobry znak. 

W tym domu... - zająknął się i podjął: - Ten dom był 

pusty, nie było w nim dworek ani paziów, bo nie było w 
nim 
prawdziwej pani. Jeśli tylko zechcesz, wypełni się 
młodością 
i śmiechem, tak by radowało się twoje serce. 
Zerknęła na niego. Jej wzrok zatrzymał się na świeżo 
przystrzyżonej brodzie i włosach błyszczących od gęsiego 
smalcu. To działa - pomyślał. Ale jeszcze nie powiedziała 
"tak", brnął więc dalej: 

Zawsze będziesz miała do swojej dyspozycji pięknego 

wierzchowca... 
Opuściła głowę. 

...I dwie nowe suknie w roku... rzecz jasna, nie 

licząc tej na 
Boże Narodzenie - dodał pospiesznie. 
Madame podniosła wzrok. Była blada jak ściana. 
- I co roku zabiorę cię, pani, w podróż do stolicy... 
nie, dwa 
razy w roku. 
Zobaczył wyraźnie, że się uśmiecha. Był to bardzo lekki, 
bledziutki uśmieszek, ale sir Hubert poczuł, że krew 
zaczyna mu mocno tętnić w żyłach. Pani de Hauvill 
spojrzała mu prosto w oczy. 

Będziesz oczywiście musiał, panie, zwrócić się do 

mego 
szwagra, który jest głową rodziny - odpowiedziała 
spokojnie. 
- Wątpię, by chciał stawiać jakiekolwiek warunki. Kuzyn 
męża 
pozbawił mnie ziem otrzymanych w posagu, a szwagier nigdy 
nie 
palił się zbytnio, by łożyć na moje utrzymanie. 
Sir Hubert spojrzał na nią z osłupieniem. Brwi mu się 
zjechały, twarz nabiegła czerwienią. 
- Co za głupiec! - ryknął. - Jesteś, pani, skarbem! 
Utalentowana! Wytworna! Niech no tylko piśnie, a wyzwę go 
na pojedynek! 
Wtedy stała się rzecz bez precedensu: Agata de Hauvill 
uśmiechnęła się szeroko i oblała rumieńcem aż po korzonki 

background image

włosów. W spojrzeniu, którym obdarzyła zalotnika, malował 
się szczery podziw. (Sir Hubert z rozrzewnieniem 
wspominał tę chwilę aż do grobowej deski.) Serce mu 
urosło; czuł, że nie ma w całej Anglii - ba, w całym 
chrześcijańskim świecie - szczęśliwszego odeń człowieka. 
- Panie - madame wdzięcznie skłoniła głowę - zaiste 
jesteś moim prawdziwym rycerzem. 
 
- Myliłeś się, Gilbercie - rzekł z satysfakcją sir 
Hubert, rozmawiając z synem po owym Wielkim Wydarzeniu. - 
Wystarczyło mi oświadczyć się dwa razy. 
Gilbert natychmiast zaniósł tę wieść Małgorzacie, która 
bawiła się w łożu z synkiem, oparta na poduszkach. 
- O Boże - westchnęła. - To znaczy, że będziemy tu 
musieli zostać do wesela. Ileż to? Zapowiedzi co najmniej 
dwa tygodnie... - zaczęła liczyć na palcach. - A! 
Gilbercie, nie zdziw się, jeśli ojciec poprosi cię o 
pożyczkę na suknię ślubną. 
- Suknię? - zdziwił się Gilbert. 
- Oczywiście. Madame nie ma nic odpowiedniego, a tym 
razem nie wystarczy znaleźć jakąś w skrzyni. Sir Huberta 
na pewno to nie zadowoli. Zechce zadać szyku, sam wiesz. 
- No cóż, Małgorzato, wypada zatem, aby Burgundczycy 
zapłacili za wesele. Jeśli diukowi spodoba się kronika, 
może nam to później wyrówna. 
- Zdaje mi się, Gilbercie, że już wzięliśmy nadpłatę. 
Bądźmy wdzięczni Bogu, który z wysokości rządzi każdym 
stworzeniem. 
- Jestem Mu wdzięczny, Małgorzato. Dziękuję Mu co dnia za 
to, co mi dał - rzekł Gilbert i bardzo czule ucałował 
najpierw swoją żonę, a potem synka, który natychmiast 
złapał go za nos i zażądał, żeby ponosić go na barana. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY 
 
Nigdy się nie dowiem, co się działo od mojego wejścia do 
wody do chwili, gdy ocknęłam się w ponurej świetlicy mego 
teścia z psami niuchającymi wokół łoża i myszami 
chroboczącymi po kątach. Moja dłoń spoczywała w dużych 
dłoniach Gilberta, a mój mały syneczek, którego po wielu 
przygodach przywiozłam z Francji w koszyku, leżał obok 
mnie blady jak prześcieradło. Ciemne włoski miał 
zmierzwione i mokre od potu. 

Przysuń go do mnie - powiedziałam. - Muszę słyszeć, 

background image

że oddycha. 
Twarda okrągła główka zaciążyła mi na piersi. W nogach 
łoża spostrzegłam starego Lwa, który świstał i chrapał 
przez sen. Sierść miał zlepioną zakrzepłą krwią. 
- Co się stało psu? - spytałam. 
- Najpierw kopnęła go Petronilla, a potem niania Sara, bo 
ją ugryzł, próbując ją dobudzić. Wyliże się - dodał 
szybko Gilbert. - Sam go kuruję. Przy okazji zmieniłem 
zdanie na jego temat. Muszę przyznać, że jak na takie 
śmieszne zwierzę jest bardzo waleczny. 
Słysząc pochwałę, Lew otworzył jedno oko i niemrawo 
zamerdał ogonem na pierzynie. 

Nie wpuszczaj tu Petronilli! - Z przerażenia omal nie 

zerwałam się na równe nogi. - Przysięgnij, że jej tu nie 
wpuścisz. 
Nienawidzi mnie; kto wie, co jeszcze zechce zrobić. 

Petronilla nikogo już nie skrzywdzi, chyba że w 

piekle. 
Popełniła samobóstwo. 
- Samobójstwo? Ona? Niemożliwe. 
- Ojciec zaprzysiągł to przed sądem. 
- A więc to on ją zabił. Przyszło mu to pewnie równie 
łatwo, jak topienie szczeniaków! 
- Cicho, Małgorzato. Skoro tak powiedział, niech tak 
będzie. Wiem jedno: nigdy nie widziałem, żeby tak się 
czymś gryzł. Wygląda jak upiór. Chyba wreszcie go dopadły 
wyrzuty sumienia. 
- Dam głowę, że wygląda aż nazbyt kwitnąco. To przez 
niego straciliśmy maleństwo, choć na pewno się do tego 
nie poczuwa. 
- To nie jego wina, Małgorzato, tylko moja. Powinienem 
był cię posłuchać i zabrać cię stąd natychmiast, gdy o to 
poprosiłaś. 
- Jak to jest, że zawsze ty spijasz piwo, którego nawarzy 
twój ojciec? Teraz bierzesz na siebie jego winę. Nie waż 
się nawet tak mówić. To przez niego, jego spory o ziemie, 
pieniądze i saskie rogi. Ten łajdak dla własnej korzyści 
sprzedał jakiemuś prawnikowi moją córeczkę i jeszcze tak 
zamącił jej w głowie, że się na to zgodziła. Jest taka 
dziecinna! Myśli, że Malachiasz zmieni ją w chłopca, 
zanim przyjdzie do pokładzin. Wszystkie te kłopoty 
ściągnął na nas twój ojciec. Gdziekolwiek się obróci, 
komplikuje ludziom życie. 
- Nic na to nie poradzi... 
- A mógłby. Gdyby był dobrym gospodarzem, a nie 

background image

rozrzutnikiem, nie doszłoby do tego. 
- Ależ Małgorzato, czymże tu gospodarzyć? Spójrzmy 
prawdzie w oczy: ta ziemia nie przynosi mu ani szylinga. 
- Mając choć trochę oleju w głowie, czerpałby z niej 
zyski. Madame powiada, że gdyby hodował owce zamiast 
koni, przynosiłyby mu brzęczącą monetę, miast ją 
przejadać. 
- Owce? To śmieszne. Rycerz miałby hodować owce? 
- A dlaczegóż by nie? Skoro rycerze mogą handlować rybami 
i sprowadzać zamorskie wina, czemu nie mieliby hodować 
owiec? To chyba pewniejsze źródło utrzymania niż łupienie 
Francuzów? I nareszcie przestałby nagabywać cię o 
pożyczki. 
- Och, Małgorzato, Małgorzato! Nie będę ciągnął tej 
sprzeczki, choć dzięki niej wreszcie nabrałaś rumieńców. 
Ojciec prędzej dałby sobie wlepić dodatkowe sto lat 
czyśćca, niż zrobił cokolwiek praktycznego. Choć 
teoretycznie masz rację... 
- Teoria to za mało, mój drogi Grzegorzu. Jak teraz 
odkręcimy zaręczyny Cecylii? Nie życzę sobie w rodzinie 
tego przebiegłego chciwego urzędnika! Jego synalek to 
nieodpowiedzialny, pozbawiony zasad szczeniak, przy tym 
równie ambitny jak rodzic. Cecylii potrzebny jest ktoś 
rozsądniejszy, kto ją będzie szanował, ktoś z miłej 
rodziny, na przykład Walter Wengrave. 
- No cóż, musimy być cierpliwi. Siedem lat to szmat 
czasu, a chłopak jest od niej starszy. Może odda serce 
innej i sam zerwie umowę. Tymczasem jednak proszę, żebyś 
była uprzejma dla sędziego, bo obiecał zabrać z ojcowego 
łóżka tego starego mnicha i po drodze odwieźć go do 
Wymondley. Staruszek na dobre zagnieździł się w komnacie, 
spija cały jabłecznik i śpiewa w jakimś języku, którego 
nikt nie rozumie... 
- Madame się myli. Twój ojciec nie powinien hodować 
owiec. Powinien tu urządzić przytułek dla obłąkanych. 
Zrobił już dobry początek. 
- Małgorzato! To nie było grzeczne! 
- Pod tym względem jeszcze długo nie dorównam teściowi. 
Trzeba coś z nim zrobić! 
- Da sobie radę, Małgosiu. My też. - Gilbert pogłaskał 
mnie po dłoni, a potem pomacał mi czoło, jakbym majaczyła 
w gorączce i nie można mnie było winić za to, co mówię. 
W nocy rzeczywiście dostałam gorączki. Przewracałam się 
spocona w dusznym, wilgotnym łóżku. Miałam przedziwny 
sen. Znów byłam nad stawem; szukałam pomiędzy starymi 

background image

cisami czegoś, co zgubiłam, lecz nie mogłam sobie 
przypomnieć, co to było. Naparstek? Srebrna sprzączka od 
mojego najlepszego paska? To coś było dla mnie bardzo 
ważne, zatroskana uklękłam na ziemi, macając wokół siebie 
rękami, i tak pochylona zobaczyłam 
nagle tuż przed sobą dwie półprzejrzyste zielonkawe 
stopy. Podniosłam głowę i zaskoczona przysiadłam na 
piętach. Stała przede mną kobieta w mokrej sukni 
oblepionej wodną rzęsą. Włosy miała długie i połyskliwe 
jak wodorosty oglądane w głębinie. Jej oczy były 
głębokimi jamami, w których połyskiwało coś jak małe 
rybki, jej postać chybotała się lekko, jakby poruszały 
nią fale. Obok, uczepiona rąbka sukni, stała mała 
dziewuszka o wysokim białym czole i ciemnych 
kędzierzawych włoskach. Miała podobny do mojego spiczasty 
podbródek i smutne mądre oczy Gilberta. 

Już nie szukaj - powiedziała wodna dama. - Ja ją 

zatrzymałam. 
Nagle zrozumiałam, że nie chodzi mi o zagubioną 
błyskotkę, sznurówkę czy naparstek, lecz o moje kochanie, 
którego nigdy nie uścisnę w ramionach. 

Umierała tak szybko... tak szybko - podjęła zielona 

dama. - Nie dotrwałaby do przyjścia na twój świat, a 
ja... byłam 
samotna. Samotna od tylu wieków... 
Popatrzyłam tęsknie na moją małą córeczkę, chciwymi 
oczyma ucząc się na pamięć jej rysów. Spostrzegłam, jak 
bardzo jest delikatna; oplatały ją wodorosty i marzenia, 
i tylko one oraz czary zielonej damy utrzymywały ją przy 
życiu. 
- Dbaj o nią - powiedziałam. - Ona wszystko rozumie. 
Będzie jej smutno bez mamy. Musisz ją pocieszyć. 
- Och, w moim zielonym domu mam mnóstwo pięknych zabawek 
- zaśmiała się wodnica. - A przede wszystkim pokocham ją 
jak własną córkę. Będę jej opowiadać śmieszne bajki, 
nauczę ścigać rybki w stawie pod cisami i tkać cudne 
wzory z wodorostów. Nie wiń się za to, że twoje małe 
światełko nie miało dość mocy dla dwojga. 
- Myślałam, że zdołam je do tego zmusić siłą woli - 
odparłam. - Byłam zachłanna i zostałam straszliwie 
ukarana. Ale jak, będąc matką, miałam dokonać wyboru? A 
teraz światło we mnie zgasło i będę musiała udawać, że 
się nie zmieniłam. 
- Dlaczego miałabyś udawać? - spytała opiekunka źródła; w 
jej przepastnych oczach błysnęło zaciekawienie. 

background image

Bo chciałabym już sama wzlecieć do nieba, a tymczasem 

muszę odchować dzieci, zadbać o męża i wyrwać Cecylię z 
łap 
tego lisa Ralfa FitzWilliama. 
Kobieta wybuchnęła perlistym śmiechem, który przywodził 
na myśl złociste zmarszczki na powierzchni stawu. 

I to wszystko? - spytała, jakby to było nic. Usiadła 

obok 
mnie, posadziła sobie moją córeczkę na kolanach i objęła 
mnie 
miękkim zielonym ramieniem. Co dziwne, było ciepłe i 
pachniało 
słodko jak wiosenne listowie, opływało mnie, jakbym sama 
unosiła się w wodzie. - Nie martw się o córki - 
powiedziała. - Są 
bardzo zaradne! Alicja nieźle się utuczyła na moich 
kołaczach, 
a Cecylia zaręczyła się obuta w moje zielone ciżmy. 
Obiecuję ci, 
jeśli jej przyszły mąż złamie choć jeden warunek, 
pochłonie go 
każda rzeka w Anglii. 
- Jesteś we wszystkich rzekach? - zaciekawiłam się. 
- Och, nie, nigdy nie ruszam się z domu. Ale wszystkie 
wody się ze sobą łączą. Takimi nas uczynił Stwórca. - 
Znów zaśmiała się srebrzyście. - A ty powinnaś się znów 
radować. Twoje wyśnione dziecko będzie śpiewać wraz ze 
mną śliczne piosenki... znacznie bardziej melodyjne od 
Kyrie Eleison! Zresztą spójrz: twoje światełko było po 
prostu wyczerpane, musiało odpocząć, a teraz wraca. 
Widzisz? 
Spojrzałam w dół. Wydawało mi się, że jestem zanurzona w 
wodzie. Moje szaty unosiły się lekko wokół mnie w 
widmowej toni. Lecz spod skóry przebijał ciepły kolor 
żywej krwi, ciepłoróżowy poblask migoczący jak świeca, 
której omal nie zgasił zimny podmuch. 
- O, widzisz? Już jest, nieduże, ale dobre i ciepłe. 
Dzięki niemu cię poznałam; przychodziłaś do mnie po wodę 
na piwo. 
- To było bardzo dobre piwo - kiwnęłam głową. 
- Aha, powiedziałam sobie. Umiem robić kijanki i małe 
rybki o lśniących łuskach, ale nigdy dotąd nie robiłam 
piwa. W każdym razie dobrego piwa. Chciałam się z tobą 
zaznajomić, ale zniknęłaś. 
- Na ogół tu nie mieszkam. 

background image

- Wiem. Powiedziała mi o tym moja krewniaczka Tamiza. 
Spytała mnie: "Na co ci taka osóbka?" Odparłam: Miałam 
kiedyś mężczyznę. Jaśniał chłodnym niebieskim światłem, 
bardzo silnym, ale nigdy mnie nie słuchał, chociaż przez 
czterdzieści lat mieszkał tuż obok mnie, w pustelni. 
Myślał, że jestem głosem Grzechu. A ty mnie słuchasz, 
choćby przy okazji piwa albo prania. I tak to jest. My 
niewiasty zawsze możemy się dogadać. Jesteś mi potrzebna, 
pani Małgorzato. Chcę, żebyś przemówiła w moim imieniu do 
świetlistych bytów w górze. Do Stwórcy, który wie 
wszystko. Wiem, że potrafisz. Słyszałam cię nieraz. 
Chodzisz do tego domu z kamienia; słyszę stamtąd twój 
głos i widzę, jak twoje światło nabiera mocy niczym 
wspinający się na niebo różowy świt. 
(Sami widzicie, że mój sen nie miał wiele sensu, ale 
zarazem miał bardzo głęboki sens, zwłaszcza że widziałam, 
co wyniesiono w misce - garść krwawych strzępów, które 
wcale nie przypominały dziecka. Zrozumiałam, że tylko je 
sobie wyśniłam; nie rozwinęło się dostatecznie, by móc 
przyjąć duszę zesłaną przez Boga. Lecz w moim sercu było 
równie prawdziwe jak wodna dama przemawiająca do mnie 
pośród nocy, zarazem rzeczywista i nierzeczywista. Teraz 
moje dzieciątko należało do niej, tak samo pozbawione 
duszy i bezczasowe jak duch źródła.) 
Zapytałam wodnicę, w czym mam jej pomóc, skoro każe mi 
się otrząsnąć ze zgryzoty, ona zaś odparła, że bardzo się 
martwi o swój piękny zielony dom ze śpiewającym źródłem, 
o pełne westchnień cisy i dęby będące schronieniem kruków 
i wiewiórek. Wszystko to jest w istocie nią samą i jeśli 
zostanie zniszczone, ona także umrze, bo nie ma duszy, 
tylko to żywe zielone ciało. Stwierdziła, iż zadbanie o 
jej dobro nie byłoby wcale godnym potępienia pogańskim 
gusłem, a raczej czymś w rodzaju opieki nad chorym, co 
każdy dobry chrześcijanin obowiązany jest czynić. Nie 
byłam tego taka pewna, mając w pamięci stosunek 
inkwizycji do uzdrawiania bez odpowiednich pełnomocnictw. 
Gdybym się go nie wyrzekła, zapewne spłonęłabym na 
stosie. Wyjaśniłam jej, jakie to ryzykowne. 
- Musisz przeciągnąć ich na swoją stronę - powiedziałam. 
- Może powinnaś zmienić imię na bardziej chrześcijańskie. 
- Zmienić imię? Czyżbyś chciała mnie obrazić? Ja nie mam 
imienia! Jestem stara jak świat, stworzono mnie tuż po 
rozdzieleniu światła i mroku. Tylko bardzo cię proszę, 
nie proponuj mi "Edburgi". To najbrzydsze imię, jakie w 
życiu słyszałam. Zresztą widziałaś może tę rzekomą 

background image

świętą? Złośliwa stara jędza strasząca ludzi obrazami 
piekła. Zupełnie nie w moim guście. 
- A może... może nazwałabyś się "Strugą Maryi"? - 
poddałam jej najpokorniej, jak umiałam. Nie należy 
zadzierać z żywiołami, obojętne, czy są to wichry, burze 
czy wody. 
- "Struga" może być, bo tym w zasadzie jestem. A co to za 
Maryja? 
- Królowa niebios. Wyżej już trudno się odwołać. 
- Strrruga Marrryi, trrru, trrru, strruga! - zaśpiewał 
duch źródła, wypróbowując imię, które zabrzmiało jak 
dźwięczny plusk wody po kamykach. - Całkiem ładnie. Może 
twoja Maryja pomoże mi w sprawie drzew i ptactwa, moich 
pięknych węgorzy i małych lśniących rybek. 
Kiedy obudziłam się rano, słońce zaglądało przez wysokie 
wąskie okna świetlicy. Wszyscy już dawno wstali, z 
dziedzińca dobiegał odgłos kucia koni. Odgarnęłam 
przylepione do czoła włosy i w panice zaczęłam macać 
mokrą na wylot pościel, szukając Peregryna. Nagle 
posłyszałam cienkie "Hau! Hau!" Wyjrzałam z łoża i 
zobaczyłam synka, który na czworakach uganiał się za 
szczeniętami. 

Mama! - rozpromienił się. - Ucę je scekać! 

Obok niego na ławie siedziała młoda wieśniaczka w 
fartuchu i drewniakach. Przędła z uśmiechem na czujnej 
inteligentnej twarzy. 
- O! - powiedziała. - Jak to dobrze, że wreszcie się 
ocknęłaś, pani. Miałaś w nocy okropną gorączkę i 
wszyscyśmy się bardzo niepokoili. 
- Miałam... miałam przedziwny sen. To źródło w lesie 
trzeba koniecznie nazwać Strugą Maryi. 
- Struga Maryi - powtórzyła. - Piękna nazwa. Z pewnością 
na nas wszystkich spłynie łaska niebios, kiedy te 
pogańskie wody przyjmą imię Najświętszej Panny. A wtedy 
znów będziemy żyć w spokoju i dostatku. 
 
 
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY 
 
W tym miejscu muszę wyznać, że myliłam się co do jednej 
rzeczy: ojciec Gilberta nie pożyczył od nas pieniędzy na 
suknię dla swej oblubienicy. Pożyczył na wino, na 
przyprawy, na delikatesy mające uświetnić ucztę - ale na 
suknię nie. (Gilbert stwierdził, że nawet dwukrotnie 
wyższa suma byłaby niską ceną za zbawienną przemianę, 

background image

jaka zaszła w lordzie Brokesford pod wpływem pani Agaty.) 
W skrzyni z francuskimi łupami znalazł się zwój jedwabiu 
haftowanego w cudne wzory, godnego okrywać cesarzową, 
choć przypuszczam, że miała z niego powstać dalmatyka dla 
jakiegoś francuskiego biskupa. Objęłam dowództwo nad 
szwaczkami, lecz krojenia jedwabiu doglądała sama 
narzeczona. Trzeba przyznać, że ma oko do strojów, 
zwłaszcza jak na kogoś, kto przez szmat życia nosił 
skromną wdowią czerń. 
- Lady Małgorzato, nie będziesz miała do mnie pretensji, 
że wywyższam się, przyjmując rękę sir Huberta? - spytała, 
gdy ślęczałyśmy nad szyciem. 
- Droga pani Agato, jeśli zdołasz okiełznać tego starego 
niedźwiedzia, wyświadczysz nam wszystkim bezcenną 
przysługę. Ja w każdym razie z radością nazwę cię matką i 
zawsze będę się modlić o twą pomyślność. 
Na twarzy madame odmalowała się ulga, jakby od pewnego 
czasu nie dawało jej to spokoju. 

Mam parę pomysłów na ulepszenie tutejszej gospodarki 

- bąknęła. - Trudno się przecież spodziewać, aby mężny 
rycerz, jakim jest sir Hubert, osobiście troskał się o 
napełnienie spichrzy. Niechaj jego umysł skupi się na 
sprawach wielkiego świata. - Zaróżowiła się odrobinę i 
jej poważną twarz ożywił przelotny uśmiech. 
Dobry Boże - pomyślałam - kto by przypuścił! Ona naprawdę 
ma słabość do tego starego gbura! 
- Mam nadzieję, że będziesz z nim, pani, szczęśliwa - 
powiedziałam. 
- Jakżeby inaczej? Przecież to bohater spod Poitiers, 
potomek starego i wysoko skoligaconego rodu, hardy wobec 
wrogów, sprawiedliwy w osądach, niezrównany w cnotach 
rycerskich. Tego się zresztą spodziewałam po ojcu twego 
szlachetnego małżonka. Są tak bardzo do siebie podobni. 
Ta sama krew. 
Z osłupienia upuściłam naparstek. Gdybym dostrzegła w 
nich choćby najlżejsze podobieństwo, przypuszczalnie 
dawno już poszłabym w ślady nieboszczki Hugonowej. Czyżby 
kodeks rycerski zaślepił panią de Hauvill do tego 
stopnia, iż w ogóle nie dostrzega potwornych wad tego 
człowieka? No cóż, pewnie właśnie dlatego ja nigdy nie 
będę prawdziwą damą, westchnęłam w duchu. Zapewne 
pierwszym wymogiem do tej roli jest umiejętność 
wybiórczego patrzenia na świat. 
Cecylia, która wraz ze szwaczkami pracowała nad bielizną, 
podskoczyła, by wydobyć mój naparstek ze szpary w 

background image

podłodze. Wymieniłyśmy porozumiewawcze, nieco zdumione 
spojrzenia. 

Po namyśle doszłam do wniosku, że podobają mi się te 

ciżemki - powiedziałam, dojrzawszy błysk zieleni 
skrzętnie 
skrywany przez moją córkę pod najdłuższą sukienką. - 
Pewnie 
nosiłaś je codziennie, kiedy leżałam w łożu i nie mogłam 
ci tego 
zabronić? 
Uśmiechnęła się pod nosem. 
- Bardzo je lubię - bąknęła. 
- Pięknie już szyjesz - zawyrokowała madame, rzuciwszy 
okiem na jej pracę. - Drobne równiutkie ściegi. Godne 
najwyższej pochwały. 
- Merci, przyszła babko - odparła Cecylia, rumieniąc się 
pod piegami. 
- Pani Małgorzato, jesteś bardzo blada. Nie wolno ci się 
przepracowywać z mojego powodu. Błagam, idź teraz 
odpocząć. Straciłaś sporo krwi. Dopiero gdy ją 
odtworzysz, twoje światełko znów mocniej zajaśnieje. 
Spojrzałam na nią zaskoczona, a ona uśmiechnęła się tym 
swoim spokojnym, wyrozumiałym uśmiechem. 

Moja przyszła córko - powiedziała. - Nie byłabym 

kobietą, gdybym nie rozumiała, ile cię kosztowała walka z 
tym diabłem u źródła. Cała okolica jest ci niewysłowienie 
wdzięczna, że zdołałaś z nim zawrzeć honorowy rozejm. 
Lady Agata jest prawdziwą damą - pomyślałam. Ona już nie 
widzi duchów i chochlików; widzi diabła. Tylko ludzie 
ciemni, nieuczeni, dzicy oglądają zieloną panią w jej 
własnej postaci. Zapewne pewnego dnia moje dzieci także 
przestaną ją dostrzegać. Muszę zaiste być bardzo 
niedoskonała, skoro ucięłam sobie pogawędkę z mokrą 
śliską wodnicą - choćby tylko we śnie. Panie, Panie, 
dlaczego i mnie nie stworzyłeś damą w każdym calu? Wtedy 
widziałabym rzeczy takimi, jakimi należy je postrzegać. 
W razie gdybyś chciał mnie nieco przerobić, Boże - 
dodałam szybciutko - daj mi jeszcze złote włosy, są 
znacznie wytworniejsze. 
Ale Bóg, zwykle bardzo enigmatyczny, tym razem w ogóle 
nie podjął rozmowy. 
Po ogłoszeniu zapowiedzi rozpoczął się taki rejwach i 
krzątanina, jakich chyba nie było jeszcze w całym 
hrabstwie. Do zamku zaczęły ściągać wozy wypełnione 
wszelkim dobrem (na koszt Burgundczyków). W ślad za nimi 

background image

zjawiły się hordy powsinogów świadomych, że zaślubinom 
towarzyszy zwykle hojny gest - a więc wszelkiej maści 
minstrele, żonglerzy, żebracy podający się za towarzyszy 
broni oblubieńca, a także znachorzy, wędrowni 
kaznodzieje, handlarze odpustów oraz cała reszta. 
Rozłożyli się obozem za bramą i bez przerwy plątali się 
po dziedzińcu. Oczywiście rozesłano gońców z zaproszeniem 
do wysoko urodzonych krewnych i sąsiadów. Zamieszkali w 
dalszych okolicach przybyli pierwsi z licznymi orszakami, 
skutkiem czego wkrótce już nie tylko w zamku, ale i w 
okolicznych chatach nie dało się wcisnąć szpilki. Gilbert 
i Hugo chodzili za ojcem krok w krok; ilekroć ścisk i 
niewygoda zaczynały go wyprowadzać z równowagi i kroiło 
się na to, że w powietrzu zaczną latać ławy, poili go 
mocnym piwem, chwaląc jego prawdziwie wielkopańską 
gościnność, dopóki nie zapomniał, o co i na kogo się 
złościł. 
Niebawem jednak trafiła się okazja, gdy jego gwałtowny 
charakter mógł zajaśnieć pełnym blaskiem: przybył oto 
spłoszony giermek kuzyna świętej pamięci męża pani Agaty, 
by przekazać najlepsze życzenia potężnemu panu na 
Brokesfordzie, towarzyszowi broni wielmożnego księcia 
Lancastera. 
Sir Hubert wytknął mu, iż prawdziwy szlachcic dodałby do 
pozdrowień skromny podarunek w postaci posagowych ziem 
jego oblubienicy. Co więcej, prezencik taki osłoniłby 
chciwego krewniaka przed gniewem wielu wysoko 
postawionych osób. 
- W tym także Ralfa FitzWilliama, pierwszego sędziego 
królewskiego!!! - ryknął, zrzucając giermka ze schodów. - 
Mówię to na wypadek, gdybyście nie wiedzieli!!! 
- Ojcze, opanuj się. Chcesz mieć następny proces? - 
rzucił Gilbert, biegnąc przeprosić posłańca i otrzepać go 
z kurzu. 
- A co! - krzyknął za nim ze schodów sir Hubert. - Może 
ostatnim razem źle nam poszło? Nie ważyli się nawet 
pozwać nas do sądu! 
- Hugo, co zrobiłeś z dzbankiem? - Gilbert nagle pobielał 
dookoła ust. 
- Osuszyłem, braciszku. O, Małgorzato, dobrze, że jesteś. 
Skąd wiedziałaś, że przyda nam się świeży trunek? Daj 
Gilbertowi, on bardziej go potrzebuje. 
Po tym wydarzeniu wszelkie niewygody nagle przestały 
doskwierać memu teściowi. Chodził z wzrokiem utkwionym 
gdzieś w bezkresnej dali, nucąc sobie pod nosem, jak to 

background image

miał we zwyczaju, ilekroć planował jakieś nowe łajdactwo. 
- Nie podoba mi się to - orzekł Gilbert, gdy wieczorem 
położyliśmy się w świetlicy zatłoczonej dwoma 
dziesiątkami chrapiących gości. - Kiedy ostatnim razem 
widziałem go w takim nastroju, rano sam jeden natarł na 
pozycje Francuzów. 
- Mój panie mężu, tym razem wysłuchaj dobrej rady: gdy 
tylko ksiądz zwiąże ich węzłem małżeńskim, pierzchajmy 
stąd w mgnieniu oka. 
- Zgoda. Spakujemy się dzień wcześniej. 
- Nie porzucamy go przecież na łaskę losu. Zadba o niego 
pani Agata, choć nie wiem, czy nawet ona sprosta temu 
zadaniu. 
- Na pewno sprosta. Od razu poznałem się na jej zaletach. 
A jak myślisz, dlaczego tak się o nią starałem? 
- Grzegorzu!!! Czyja dobrze słyszę? Od początku 
planowałeś ich wyswatać? 
- No nie, z ojcem trudno cokolwiek zaplanować. Raczej 
przemknęła mi tylko taka myśl. Wiadomo było, że prędzej 
czy później ojciec zwali się do nas z wizytą i jeśli 
dobrze to zaaranżuję... no wiesz. Uznałem, że może mu to 
wyjść na dobre. Sama przyznasz, że madame jest idealną 
kandydatką na lady Brokesford. 
- Wymarzoną - przyznałam. - To było genialne posunięcie. 
Po tej rozmowie z kolei Gilbert chodził przez kilka dni 
nucąc pod nosem, dumny ze swego sprytu. 
Kiedy w końcu wszyscy goście, wieśniacy i gapie 
zgromadzili się przed drzwiami kościoła, by zobaczyć, jak 
sir Hubert wsuwa pierścień na palec swej oblubienicy, 
czekała ich jeszcze jedna niespodzianka. Pan na 
Brokesfordzie oświadczył głośno i stanowczo, że w 
prezencie ślubnym darowuje swej pani w dożywocie wioskę 
Hamsby wraz z wszystkimi otaczającymi ją ziemiami oraz 
wszelkimi korzyściami z danin i odrobków. W powstałym 
rozgwarze Hugo szturchnął Gilberta: 
- Jak to, Hamsby? A z czego ja, u licha, będę żył? Z 
reszty? 
- Słyszałem, że ma zamiar sprowadzić z południa jakieś 
szczególnie włochate owce, które wpadły w oko lady Agacie 

odezwał się sir John. - Wyobraźcie to sobie. Owce! To 
dobre dla gminu; szlachta hoduje konie. 
- No nie wiem - bąknął sir William przybyły na 
uroczystość w towarzystwie małżonki oraz syna Filipa, 
który ongiś służył Gilbertowi jako giermek. - Prządki 

background image

mojej tu obecnej pani Joanny produkują najlepszą wełnę w 
hrabstwie Derby i dzięki owcom zamek ma nową bramę, a mój 
młodszy syn rycerski poczet. Nie można ich tylko 
wpuszczać na najlepsze pastwiska, bo wystrzygą trawę do 
korzeni. 
- Powiadam wam, kiedy ocknie się z miłosnego stuporu i 
zobaczy, że owce pienią się na jego ziemi, nie wiadomo, 
co gotów zrobić! - prorokował sir John. - Wejdźmy do 
środka. No, no, spójrzcie tylko państwo: witraż! Skąd on 
na to wziął? 
Zaproszeni rycerze wytrzeszczyli oczy. Spojrzałam na 
Gilberta, Gilbert na mnie i obojgu nam odjęło mowę. 
Pierwszą moją myślą było, że witraż jest skandaliczny, 
zważywszy, co tu zaszło. Gilbert ujął to w słowa 
"kwintesencja złego smaku", choć nie zdołał ich 
wykrztusić. Chrystus przepędzający demony! Dlaczego nie 
tronujący w chwale? Czemu nie piękna Maryja Dziewica lub 
choćby archanioł Michał? Nie. Zamówiony z tej radosnej 
okazji przez pana na Brokesfordzie witraż przedstawiał 
roje diabłów wyłażących z ust opętanej kobiety i 
ulatujących na nietoperzych skrzydłach. Mój teść orzekł, 
że to bardzo stosowne. 
- Patrzcie! Chrystus przepędza demony! - posłyszałam za 
sobą szept. 
- Bo to ten cudowny kościół. Chyba postawię tu świeczkę w 
intencji pozbycia się myszy ze spichrza - odpowiedział mu 
drugi. 
Nagle wszystko zrozumiałam. 

Gilbercie - szepnęłam mu do ucha, wspinając się na 

palce. - On to zrobił dla pieniędzy. 
Gilbert ruchem głowy wskazał umieszczoną pod ołtarzem 
skarbonkę. 

Od czasu kiedy... wiesz od kiedy... wciąż jest pełna. 

Nasz 
kościół stał się sławny. 
Byłam tu po raz pierwszy od powrotu do zdrowia i 
dostrzegłam wiele zmian. Wnętrze tchnęło przepychem i 
dostatkiem. Wszystkie figury były świeżo odmalowane, 
pojawiły się zgrabne balaski, a nawet małe organy. (Jakiś 
spocony malec dął w miechy, a stary mnich wygrywał na 
nich zgrzytliwe melodie.) Wypełniony świątecznie 
wystrojonymi ludźmi kościół wyglądał wręcz 
majestatycznie. Zaślubinowa msza odprawiona została z 
wielką pompą, przy mnóstwie świec z najlepszego 
pszczelego wosku i dużej ilości kadzidła, które miało 

background image

rzekomo pochodzić z Ziemi Świętej, a prawdopodobnie 
zostało po prostu zakupione w mieście Lynn. 
- Małgorzato, pomyśl o czymś przykrym, szybko! Choćby o 
tym, ile wydaliśmy na wino. 
- Po co? Teraz, w czasie podniesienia? 
- Znów świecisz. 
Istotnie zdałam sobie sprawę, że wnętrze kościoła 
przenika ciepły różowy blask, Alicja szarpie mnie za 
rękaw, a Cecylia z zażenowaną miną wlepia wzrok w sufit. 
Spojrzałam na swoje dłonie. Światło wróciło. Doleciał 
mnie dziwny dźwięk, coś jakby szmer nagrzanego w słońcu 
strumyka. Siedząc w zatłoczonej nawie pod skandalicznym 
witrażem i grubymi łukowatymi więzarami osnutymi dymem 
świec i kadzidła, dałabym głowę, że słyszę cichutki 
śmiech wodnej panny. 
 
 
JudithMerkleRiley 
Jest profesorem nauk politycznych w Oaremont McKen na w 
Kalifornii. Od dawna fascynuje ją historia, zwłaszcza 
zaś epoka średniowiecza. Owocem tej pasji stała się 
pierwsza jej książka. "Księga Małgorzaty" (A Yision of 
Light, 1989). 
dzieje Małgorzaty o nieprzeciętnym  
umyśle przerastającym jej czasy. Książka przypadła do 
gustu miłośnikom powieści nie tylko historycznych, ale 
i obyczajowych, podobnie stało się z następną, 
opublikowaną rok później i będącą kontynuacją losów 
Małgorzaty - "W poszukiwaniu Szmaragdowego lwa". Obydwie 
zdobyły w plebiscycie czytelniczym tytuł książki 
miesiąca. "Czara wyroczni" (1994) cieszyła się nie 
mniejszym powodzeniem, podobnie jak "Ogród węża" (The 
Serpent Garden, 1996) i" Wodny diabeł", 1996. 
Autorka przeprowadza obszerne studia nad epoką. Spod jej 
pióra wychodzi barwny realistyczny obraz minionych 
dziejów. 
Jej bohaterowie to 
postaci zarówno historyczne, jak i fikcyjne, zawsze z 
temperamentem, pełnokrwiste, a wartKa narracja przykuwa 
uwagę od pierwszych stron.