background image

W okopach wojny walutowej 
Nasz Dziennik, 2011-03-17 

Podczas wszystkich spotkań przywódców 
amerykańskich i chińskich rewaluacja juana staje 
się jednym z najważniejszych tematów rozmów. 
Amerykanie naciskają, by Chiny umocniły kurs 
juana i w ten sposób obniżyły konkurencyjność 
swojego eksportu, który przyczynia się do deficytu 
handlowego USA z Chinami (w tym roku może 
wynieść 270 mld USD). Chińczycy z kolei obstają 
przy swoim. Nie chcą zwiększyć wartości swojej 

waluty, twierdząc, iż nie zmniejszy to amerykańskiego deficytu, a jedynie uderzy w ich 
eksporterów. Czy konflikt ten może przerodzić się w wojnę, a jeśli tak, jak będzie ona 
wyglądać i jakie będą jej skutki?
 
 
Dwa największe mocarstwa współczesnego świata mają w tym wypadku ewidentnie 
sprzeczne interesy. Publicyści i dziennikarze biją na alarm, mówiąc o światowej wojnie 
walutowej. 
Taktyka amerykańska została już nazwana finansową dyplomacją, istnieje bowiem silna 
korelacja między ilością i szczeblem spotkań polityków obu krajów a wzrostem kursu juana. 
Przy okazji tych spotkań Pekin często idzie na drobne symboliczne ustępstwa, z których 
Waszyngton jest jednak niezadowolony. Niezrażeni tym przywódcy chińscy zapewniają, iż 
nie będą ulegać naciskom i rewaluację przeprowadzą w takim tempie, w jakim sami uznają to 
za stosowne. 
 
Pochwała manipulacji 
W 1996 r. Richard Rosecrance w artykule "Powstanie państwa wirtualnego: terytorium nie 
ma już znaczenia" ("The Rise of the Virtual State: Territory Becomes Passé") twierdził, iż po 
II wojnie światowej najbardziej rozwinięte narody (a zwłaszcza Niemcy i Japonia, które 
wojnę przegrały), porzuciły koncepcję wojny o terytorium i skoncentrowały się na walce o 
udział w globalnym handlu. Trudno tu nawet mówić o wojnie, bardziej jest to rywalizacja. 
Liczą się technologie, wiedza, kapitał ludzki, a uczestnicy zdobywają nie jak dawniej nowe 
terytoria, ale nowe rynki. 
W 2007 roku zamieszkały w Waszyngtonie chiński analityk i ekonomista Song Hongbing 
wydał książkę pod tytułem "Wojny walutowe" ("Huobi zhanzheng"). Napisana w stylu teorii 
spiskowych i z pozycji nacjonalistycznych od razu stała się w Chinach bestsellerem. 
Song poszedł w swoich sensacyjnych rozważaniach znacznie dalej niż Rosecrane. Twierdził, 
iż bogactwo narodów nie bierze się ani z ciężkiej pracy, ani z wykształcenia, lecz z 
manipulacji kursem waluty. Decyduje on bowiem o cenach importu i eksportu, i to właśnie 
odpowiednie nim manipulowanie jednym nabija kieszenie, a innych puszcza z torbami. 
Dlatego zdaniem Songa, Chiny w żadnym wypadku nie powinny ulegać presji i 
rewaloryzować juana, ponieważ to właśnie zachowanie kontroli nad własną walutą zdecyduje 
o tym, czy kraj ten stanie się w XXI wieku supermocarstwem. Jeśli będzie przyjmować 
niekorzystny dla siebie kurs, nie pomoże ani ciężka praca, ani awans cywilizacyjny 
społeczeństwa. Miliard Chińczyków pracować będzie na zyski finansjery z Wall Street, z 
którą - zdaniem Songa - rządy zachodnie toczyły od wieków walkę o władzę i ostatecznie ją 
przegrały, stając się jej marionetkami. 
Praca Songa Hongbinga wywołała (co zrozumiałe) mieszane uczucia na Zachodzie, ale także 
wśród chińskich elit władzy, i to z dwóch powodów. Rządzący Chinami zostali poddani presji 

background image

własnej - nastawionej nacjonalistycznie - opinii publicznej, a także przestraszyli się, iż tak 
konfrontacyjna publikacja jest sprzeczna z oficjalnym kursem tzw. pokojowego rozwoju. 
Chiny oficjalnie zapewniają, iż akceptują wszystkie reguły ustanowione przez 
dotychczasowych hegemonów i obawiają się oskarżeń Zachodu o możliwość ich złamania w 
momencie osiągnięcia koniecznego ku temu potencjału (co skądinąd jest bardzo 
prawdopodobne). Być może dlatego "Wojny walutowe" do dziś nie zostały przetłumaczone 
na żaden język obcy. 
Świat "wojen walutowych" to zdaniem Songa świat, w którym władze finansowe i media 
stały się ważniejsze od armii. Antyczny chiński generał Sun Zi, który swego czasu mówił, że 
los państwa i przetrwanie jego mieszkańców zależy od talentów wojskowych ich generała, 
dziś musiałby zmienić zdanie i twierdzić, iż poziom dobrobytu społeczeństw zależy od 
decyzji finansowych rządów i stopnia asertywności ich władz finansowych. Walki bowiem 
nie toczą się w okopach na linii frontu, ale w gabinetach dyrektorów banków i ministrów 
finansów. 
 
Prymat interesów 
Po takim spektakularnym wstępie można by oczekiwać, iż opis dwóch wielkich mocarstw 
współczesnego świata walczących o swe interesy powinien być równie widowiskowy. Po 
części tak jest, jako iż głównymi instrumentami są presja polityczna i medialny zgiełk, który 
żywi się sensacją i emocją, te bowiem dobrze się sprzedają i mocniej utrwalają pożądane 
poglądy i postawy. W amerykańskiej prasie Chiny oskarża się o nieuczciwą konkurencję, 
dotowanie swojego eksportu poprzez sztuczne zaniżanie kursu i tym samym likwidację 
kilkudziesięciu milionów miejsc pracy w Ameryce. 
Jesienią 2010 roku, a więc w okresie kampanii wyborczej do Kongresu, ukazały się 
nieoficjalne wersje raportu Departamentu Skarbu, w których Chiny nazywano walutowym 
manipulatorem. Po ujawnieniu przecieków raport został wstrzymany, a w opublikowanej 
później wersji ostre sformułowania ostatecznie się nie znalazły. Władze amerykańskie 
straszyły również możliwością wprowadzenia cła na produkty chińskie, ale skończyło się to 
tylko pogróżkami. 
Okazało się, że Chiny także mogą postraszyć. Ostatnio dają do zrozumienia, że wcale nie 
muszą kupować amerykańskich obligacji, lecz mogą zdywersyfikować swoje nadwyżki, 
kupując złoto, czy - jak ostatnio - obligacje krajów peryferii euro, a nawet udziały w takich 
firmach jak np. Volvo. (W Polsce sprzedano Chińczykom część cywilną Huty Stalowa Wola, 
często wspomina się także o FSO.) 
Mimo iż w przypadku kursu juana interesy obydwu krajów są sprzeczne, a w mediach trwa w 
najlepsze nieustający ostrzał propagandowy. Teza, iż mamy do czynienia z frontalną wojną, a 
obie strony okopały się i bronią swoich pozycji jak na linii Maginota, jest jednak fałszywa. 
Przede wszystkim dlatego, iż oba kraje łączą... wspólne interesy. Dla Chin rynek amerykański 
to największy odbiorca ich towarów. Kryzys w Ameryce oznacza, iż taśmy produkcyjne w 
chińskich fabrykach stają, a dziesiątki milionów chińskich robotników, którzy porzucili pracę 
na roli, nie mają dla kogo produkować i mogą wracać na wieś. Dla Ameryki z kolei Chiny to - 
jak nazwała je w czasie kampanii wyborczej z 2008 roku Hillary Clinton - bankier udzielający 
im kredytów i pożyczek. Klasyczne staropolskie "złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb 
trzyma".  
Konflikt naruszyłby tę kruchą równowagę, a w interesie obu krajów jest stabilność. Różnice 
zdań w kwestii rewaluacji juana nie są wystarczającym powodem, by wojna ta przestała być 
wyłącznie wojną medialną. 
Wbrew emocjonalnym wypowiedziom obu stron kurs chińskiego juana wcale nie ma 
fundamentalnego znaczenia w stosunkach USA - Chiny. Publikowany w brytyjskim "The 
Economist" Indeks Big Maca (podejmuje on próbę przeliczenia na dolary ceny hamburgera 

background image

Big Mac w sieci McDonald´s sprzedawanego w 120 krajach świata) pokazuje, że chiński juan 
jest faktycznie niedoszacowany około 40 procent. Ale różnica w kosztach produkcji jest tak 
duża, że Chiny, mimo iż w latach 2005-2008 zwiększyły jego wartość o kilkanaście procent, i 
tak zanotowały wzrost eksportu do USA o kilkadziesiąt procent! 
 
Rewaluacja to nie remedium 
Gdyby Chiński Bank Centralny zdecydował się na samobójcze dla własnego eksportu 
rozwiązanie i natychmiast jednego dnia uwolnił kurs juana, mogłoby to mieć istotne 
znaczenie dla stosunków handlowych USA - Chiny. Stopniowa rewaluacja (np. o 0,1 proc.), a 
tylko taka jest możliwa z punktu widzenia Chin (i naprawdę realna, gdyż Ameryka nie ma 
żadnych instrumentów efektywnego nacisku), nie ma większego wpływu na relacje sino-
amerykańskie. 
Co ciekawe, deficyt USA w handlu z Państwem Środka istniał od wielu lat. Głośno o 
rewaluacji zaczęło być dopiero wówczas, gdy władze w Pekinie zaczęły coraz śmielej 
próbować dywersyfikować swoje nadwyżki budżetowe i zamiast inwestycji w amerykańskie 
obligacje i dolara, zwiększyły zakup euro, złota, środków trwałych. Gdy okazało się, iż 
nadwyżki osiągnięte w handlu ze Stanami nie będą wracać do Ameryki w formie pożyczek i 
kredytów, kurs juana stał się dyżurnym tematem rozmów amerykańsko-chińskich. I 
poważnym problemem politycznym. 
Po drugie, rewaluacja juana z pewnością uderzyłaby w chińskich eksporterów, ale czy 
pomogłaby amerykańskim producentom? Czy przy istniejących kosztach pracy byliby oni w 
stanie konkurować w segmencie najtańszych produktów z Wietnamem, Bangladeszem czy 
innymi krajami, do których już teraz powoli przenosi się produkcja z Chin? Raczej nie. 
Za tezą, iż gwałtowne działania na linii Waszyngton - Pekin są mało prawdopodobne, 
przemawia fakt, iż Chiny większość rezerw ulokowały w amerykańskich papierach 
wartościowych. Nie mogą nagle się z nich wycofać, pozbywając się bowiem amerykańskich 
aktywów, doprowadziłyby do radykalnego spadku ich wartości i to jeszcze zanim zdążyłyby 
się w całości ich pozbyć. Rozpoczynając paniczną wyprzedaż, mogłyby doprowadzić Stany 
do bankructwa, ale poszłyby na dno razem z nimi.  
Po czwarte, presja, by Chiny wzmocniły juana, jest niepotrzebna. Nie będą one bronić 
obecnego kursu w nieskończoność, gdyż w dłuższej perspektywie nie leży to w ich interesie. 
A to dlatego, iż modernizacja i sukcesy, które ten kraj osiągnął w ostatnim trzydziestoleciu, to 
kopia modelu rozwoju gospodarki proeksportowej, wcześniej stosowana przez inne azjatyckie 
tygrysy: Japonię, Koreę, Tajwan. W schemacie tym podstawą jest utrzymywanie sztucznie 
zaniżonego kursu własnej waluty, który gwarantuje konkurencyjność eksportu.  
Jednak w miarę bogacenia się społeczeństwa, co obserwowano w tych krajach, eksport 
przestawał być opłacalny, a coraz bardziej zwiększał się import. Wówczas rządy "uwalniały" 
walutę, a bogaci już obywatele zwiększali swoją siłę nabywczą poza granicami kraju i za 
swoją pracę byli w stanie kupić więcej importowanych produktów. 
Również obecnie obserwujemy w Chinach podobny proces, czyli stopniowe przechodzenie z 
gospodarki proeksportowej do gospodarki opartej na rynku wewnętrznym. Rewaluacja juana 
jest zatem kwestią czasu. Jedyną niewiadomą jest jej tempo. 
Kontrola waluty w Chinach - podobnie jak wcześniej w innych azjatyckich tygrysach - jest 
łatwiejsza z powodu autorytarnego systemu politycznego. Rządzący nie konsultują swoich 
decyzji ze społeczeństwem, ale - co trzeba zapisać na plus - działają też w dłuższej 
perspektywie, nieograniczonej czteroletnimi kadencjami.  
Na obecnym etapie rozwoju rząd chroni swoją gospodarkę np. przed atakami spekulacyjnymi, 
wprowadzając wiele obostrzeń w obrocie chińskimi papierami wartościowymi. Stwarza to 
barierę w przyciąganiu kapitału, ale Chiny dziś go nie potrzebują, gdyż same dysponują 
olbrzymimi rezerwami. 

background image

 
Polski wątek 
Wydawać by się mogło, że w to starcie gigantów XXI wieku to nie nasza sprawa. W dodatku 
doświadczenia chińskie nie mogą być w Polsce zastosowane - Chiny to kraj autorytarny, kraj 
innej cywilizacji i grający w innej lidze. Trzeba jednak pamiętać, że od stosunków 
amerykańsko-chińskich zależy w XXI wieku cały świat, a w dobie globalizacji zmiany i 
ruchy tektoniczne, jakie wystąpią między USA i Chinami, będą miały także wpływ na Polskę. 
Jeśli Chiny zdecydują się zdywersyfikować swoje rezerwy walutowe i rozpoczną globalne 
inwestowanie, wtedy niewykluczone, że spora część tego kapitału może trafić do Polski. 
Wiele - jak choćby promocja polskiego stoiska na EXPO przez chińskie władze i 
umieszczenie go w centralnym punkcie strefy europejskiej między pawilonami Niemiec i 
Hiszpanii - wskazuje na to, że Chińczycy widzą w nas potencjał dużo większy niż my sami. 
Choćby z tego względu warto uważnie przyglądać się rozwojowi stosunków amerykańsko-
chińskich zdominowanych w ostatnich latach przez kwestię rewaluacji juana, nazywaną 
"wojną walutową". 
  

Radosław Pyffel