background image

KRYSTYNA    SIESICKA

 

 

 

 

ZAPACH    RUMIANKU

background image

  PIRAMIDA

 

 

- Bonjour, madame! - mówiłyśmy. 

- Bonjour, mes enfants! - odpowiadała pani Jannot. Klara zawsze była lepsza. 

- Tres bien - mówiła pani Jannot. - Tres bien, Claire! - chwaliła ją. A dla mnie miała 

tylko  uśmiech.  Miły,  dobry  uśmiech.  Czasami  jednak  kładła  mi  rękę  na  głowie  i  szeptała 

cicho: 

- Pauvre Susanne... 

Biedna Zuzanna. O ile wtedy miała rację, o tyle pomyliła się na przyszłość. W życiu 

ułożyło mi się lepiej niż Klarze. Wygodniej. Zabawne, ale ani jej, ani mnie na nic nie przydał 

się  francuski,  ta  zmora  mojego  dzieciństwa,  i  scena,  na  której  nie  ja,  tylko  Klara  zbierała 

oklaski. Dawno minęły już czasy pani Jannot, naszych wspólnych lekcji, tajemnic, zwierzeń, 

uniesień.  Tego,  co  teraz  jest  między  Klarą  a  mną,  nie  można  nazwać  przyjaźnią.  To  raczej 

przywiązanie i suma wspomnień nas łączy, ale myślę, że niekiedy jest to więź silniejsza niż 

inne. Dawniej  wiedziałam o Klarze wszystko, dziś wiem niewiele, a jednak zawsze ogarnia 

mnie  tkliwość,  kiedy  spotykam  Klarę,  często  po  latach  niewidzenia.  Zdumiewa  mnie  jej 

codzienny trud. 

- To wszystko sprawa wyboru - twierdzi Klara. 

-  Ale  czy  jesteś  szczęśliwa?  -  pytam  naiwnie,  tak  jak  dawniej  naiwnie  mawiałyśmy: 

"Och, musimy być szczęśliwe!". 

- Tak - odpowiada Klara. - Jestem szczęśliwa, chociaż chwilami bywam wściekła. 

Ze mną odwrotnie. Najczęściej jestem wściekła, a tylko chwilami bywam szczęśliwa. 

Pomimo wszystko uważam, że w życiu ułożyło mi się lepiej niż Klarze. 

Myślę o tym,  siedząc na leżaku przed jej domem.  Lato  w tym  roku jest cudowne, a 

pobyt  u  Klary,  te  kilka  leniwych  dni,  które  mam  poza  sobą,  przyniosły  mi  odprężenie,  o 

którym marzyłam. 

- Słuchaj, czy ty pamiętasz panią Jannot? - pytam. 

- Oczywiście! 

Klara  uśmiecha  się  i  ramieniem  odgarnia  opadające  na  czoło  włosy.  Czyści  cebulki 

tulipanów, spieszy się, twierdzi, że to zaległa robota, którą powinna wykonać już dawno, ale 

nie chce mojej pomocy. 

- Dlaczego przypomniała ci się pani Jannot? 

background image

-  Nie  wiem.  W  każdym  razie  ten  francuski  nie  przydał  się  ani  tobie,  ani  mnie.  Ja 

używam wyłącznie angielskiego, a ty do zwierząt mówisz tylko po polsku. 

- Mylisz się. Czasami mówię do nich po francusku - śmieje się. 

- Wtedy, kiedy klnę. Zwierzęta często mnie złoszczą. 

- Przecież je kochasz. Twoja sąsiadka mówiła mi wczoraj: "Klara to ci dopiero kocha 

zwierzęta! Da pani wiarę? Ona nawet krowy myje szamponem". Dlaczego się śmiejesz? 

- Pani Jannot nie pozwalała ci przedrzeźniać ludzi, pamiętasz? Biedna, nie wiedziała, 

że tępi w tobie coś, co  za kilka lat innych będzie zachwycać, co inni będą oklaskiwać. Już 

wtedy byłaś aktorką, ma pauvre Susanne! A co do krów, to moja sąsiadka miała rację. Myję 

je czasami szamponem, fakt. 

- Oszalałaś? 

-  Nie.  Po  prostu  jest  mi  przyjemnie,  kiedy  przy  dojeniu  czuję  zapach  dobrego 

kosmetyku. 

Przytrzymuję  palcem  zielony  listek,  który  miał  chronić  mój  nos  od  zbyt  mocnej 

opalenizny, i patrzę na Klarę. 

- Dziwisz się? Ty? Taka estetka? Wąchałaś kiedy krowę? - pyta. 

- Nie. 

- To powąchaj. 

Nasze spojrzenia spotykają się. 

- Z tym liściem na nosie nie wyglądasz najlepiej - mówi Klara. 

- Czy rzeczywiście musisz? 

-  Muszę.  W  najbliższym  sezonie  będę  grała  Ofelię.  Nie  mogę  się  opalić,  moja 

charakteryzatorka dostałaby szału. A poza tym... 

- Poza tym...? 

- Tadeusz nie lubi opalenizny. 

-  Tadeusz  nie  lubi  opalenizny  -  powtarza  Klara  i  wrzuca  kolejną  cebulkę  do 

drewnianej skrzynki. 

 

Wiem, że w tym powtórzeniu kryje się ironia. Klara nie znosi Tadeusza. 

-  Wyglądasz  świetnie  -  mówi.  -  Ale  czy  istotnie  Ofelię  musi  grać  aktorka 

czterdziestoletnia? 

- Dam sobie radę. 

Wcale nie wyglądam świetnie, przeciwnie, te zmarszczki koło oczu i bruzdy wzdłuż 

policzków sprawiają, że nikt nie może mi dać mniej lat, niż mam w rzeczywistości. Klara z 

background image

pewnością  wygląda  młodziej  niż  ja.  Tres  bien,  Claire!  Pauvre  Susanne...  Być  może  pod 

niektórymi względami pani Jannot miała rację. 

- Przyniosę ci maślanki - mówi Klara. - Powinnaś więcej jeść. Przyniosę ci maślanki i 

chleba z twarogiem. 

- Dziękuję, ale może trochę później, teraz nie jestem w stanie przełknąć ani kęsa. 

- Proszę cię, Zuza, zjedz teraz. 

- Nie, nie mogę. 

Obrzuca mnie przelotnym  spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki,  w której  trzyma 

cebulki przeznaczone do selekcji. 

- Czy nigdy nikt nie powiedział ci prosto z mostu, że jesteś zbyt chuda? - pyta. 

- Chuda? Szczupła raczej - protestuję. 

- Otóż jesteś chuda! Jeżeli ci nikt tego nie powiedział, ja ci to mówię. Dobrze, mogę 

być niedelikatna czy jak tam chcesz. W każdym razie wiedz, że jesteś chuda. 

Listek na nosie przeszkadza mi. Zdejmuję go i przyglądam się Klarze. 

- Chuda jesteś - powtarza niemiłosiernie. - Tak cię proszę, zjedz coś. Ta prośba Klary 

jest już łagodna w tonacji, nie sposób jej się oprzeć. 

- Ale mało, łyk maślanki i kęs chleba - ulegam. 

Klara podnosi się ze stołka, strzepuje ze spodni łupiny cebulek. Chodzi w spodniach i 

kolorowych  bluzkach,  każdego  dnia  w  innej.  Pięknie  wyglądają  kretonowe  bluzki  Klary, 

kiedy  suszą  się  na  sznurku  rozciągniętym  na  wprost  kuchennego  okna.  Jeszcze  piękniej 

wyglądają na samej Klarze. Proste w kroju, zawsze jakby trochę przyciasne, podkreślają jej 

szczupłą  talię,  ozdabiając  ją  zawadiackim  węzłem  ściągniętym  z  przodu.  Z  przyjemnością 

patrzę na Klarę. Jest taka smukła, długonoga, giętka. 

- Przyniosę ci maślankę, a potem zajrzę do tego cholernego cielęcia - mówi Klara. 

To  cholerne  cielę  urodziło  się  wczoraj.  Izabela  miała  ciężki  poród.  Też  pomysł, 

nazywać krowę Izabelą! Przyjechało aż dwóch weterynarzy. 

-  Zróbcie  coś,  żeby  ona  tak  nie  cierpiała!  -  wołała  Klara,  szarpiąc  za  klamkę 

samochodu, którym Marek ich przywiózł. - Nie mogę słuchać jej płaczu. 

Izabela  mruczała  posępnie  jeszcze  przez  dwie  godziny.  Urodził  się  byczek,  którego 

Klara nazwała Ferdynandem. 

Nachyla się, zbiera rozrzucone cebulki. 

- Jeżeli Marek będzie tędy przechodził, powiedz mu, że jestem... 

background image

Urywa ,w połowie zdania, bo Marek wychodzi właśnie zza rogu domu i zbliża się w 

naszą  stronę.  Szare  oczy  Klary  rozświetlają  się  w  uśmiechu.  Marek  kładzie  rękę  na  jej 

ramieniu, przechyla głowę i mówi cicho, jakby powierzał Klarze jakąś tajemnicę. 

- Byłem w oborze. Ferdynand miewa się wspaniale. 

- A Izabela? 

- Och, chyba jest szczęśliwa! 

Chwilami wydaje mi się, że oni nie są normalni. A chwilami myślę, że to ja nie jestem 

normalna. Odchodzą w stronę ganku. Idą szybko, Marek obejmuje Klarę ramieniem, jest dużo 

wyższy  od  niej,  chociaż  Klara  też  jest  wysoka.  Kiedy  tak  patrzę  na  nich,  na  ich  elastyczne 

kroki,  trzcinkowatą  sylwetkę  Klary  i  młodzieńcze  ruchy  Marka,  moja  gimnastyka  poranna, 

którą zaleciła mi kosmetyczka, te wszystkie przysiady, wdechy i wydechy, skłony i marsze, 

wydają mi się jakimś nieporozumieniem. Ćwiczę już tyle lat i  tak systematycznie, a jednak 

coraz  częściej  czuję  tę  jakąś  ociężałość  stawów,  z  pewnością  nie  poruszam  się  już  tak,  jak 

ruszałam się jeszcze niedawno. 

Jaka piękna jest zieleń świeżo przystrzyżonej trawy. Klara przepędza stąd kury i chyba 

słusznie,  trawnik  dokoła  domu  powinien  być  czysty.  Kiedy  Marek  mówi:  "nasze 

gospodarstwo, moje konie, nasz drób" - wydaje mi się to naturalne. Ale kiedy Klara mówi: "w 

naszej  oborze,  moje  kury,  nasz  chlew",  czuję,  jak  po  plecach  przechodzą  mi  ciarki.  Może 

dlatego,  że  przywykłam  do  innych  słów  i  tylko  tamte  słowa  dawnej  Klary  brzmią  mi 

prawdziwie i naturalnie. 

Ale  Klara  teraz  ich  nie  używa.  Nie  słyszałam,  żeby  mówiła:  impresjonizm,  kubizm, 

Cezanne,  Makowski,  rzeźba,  płótno,  olej.  Kiedy  człowiek  ma  szesnaście  lat,  nie  wie  nic  o 

swoim  przyszłym  losie  i  tylko  zdaje  mu  się,  że  już  wszystko  wie.  Że  jest  jasnowidzem, 

prorokiem, że już wszystko sobie przygotował, podał i że pozostało jedynie żyć. Patrzę przed 

siebie i widzę wybieg dla źrebiąt. 

- Proszę cię, Zuza, weź to ode mnie - mówi Klara, podając mi kubek maślanki. 

Nie  mogę  tego  wziąć,  w  każdym  razie  nie  teraz,  nie  w  tej  chwili.  Patrzę  w  stronę 

wybiegu i ogarnia mnie przerażenie. 

- Słuchaj, Klara, czy ona musi siedzieć na tej żerdzi? Przecież spadnie. 

- Ona nawet jak spada, to zawsze na cztery łapy  - śmieje się Klara. - No, weź to ode 

mnie, Zuza. 

Biorę. Maślanka jest zimna, cudowna. Piję, ale nie spuszczam oka z wybiegu. 

- Zawsze tam siedzi - mówi Klara. - Nie zauważyłaś? Każdego popołudnia. 

- Nie zauważyłam. 

background image

-  Nnno...  -  waha  się  Klara  -  może  rzeczywiście.  Odkąd  przyjechałaś,  kręciła  się 

zawsze przy tobie. Tęskniła, musiała się nacieszyć. Klara uśmiecha się. Milczy przez chwilę, 

a potem mówi spokojnie: 

- Ona czeka na Rafała. 

Zabawna jest Klara z tymi imionami. 

- Wasz źrebak ma na imię Rafał? 

- Nasz źrebak nazywa się Nikodem.  Natomiast  syn naszego weterynarza  ma na imię 

Rafał. Spójrz... 

Rafał. Pali się w słońcu ciemnoruda, może kasztanowa czupryna. Rafał biegnie przez 

wybieg,  na  przełaj,  młody  źrebak  weterynarza.  Biegnie  w  stronę  ogrodzenia,  na  którym 

siedzi, wymachując nogami, moja córka Katarzyna. 

Wczoraj dzień był taki piękny, bezchmurny, a dziś od rana pada deszcz. Musi być już 

bardzo późno, mój zegarek stanął, zabawnie tak żyć jak gdyby ponad czasem, a może raczej 

obok czasu, bo właściwie jest mi zupełnie obojętne, o której wstanę, mogę nawet w ogóle nie 

wstawać. Klara byłaby zachwycona. Miała rację, pokój, w którym mnie umieściła, wspaniale 

nadaje się do wypoczynku. 

-  Będziesz  spała  w  gościnnym  -  powiedziała.  -  To  jedyny  pokój  w  tym  domu,  gdzie 

można  porządnie  odpocząć.  Może  dlatego  -  dorzuciła  po  chwili  -  że  nic  w  nim  nie 

zmieniałam. Wygląda tak, jak wyglądał w dniu mojego przyjazdu. Kuchnię i te dwa pokoje, 

których używamy, starałam się jakoś unowocześnić, rozumiesz? Przystosowałam je do siebie, 

do  moich  nawyków,  przyzwyczajeń.  Są  na  pewno  ładniejsze  i  wygodniejsze,  niż  były.  W 

gruncie rzeczy udało mi się chyba stworzyć zupełnie niezłe, dość stylowe wnętrza, prawda? A 

jednak odpocząć można tylko w gościnnym. Właściwie, nie rozumiem dlaczego. 

I  przyprowadziła  mnie  tutaj.  Bielone  ściany,  surowe  belki  sufitu.  Ciemne  sprzęty: 

duże  meblowe  łóżko,  dwudrzwiowa  szafa,  stolik  o  owalnym  blacie  i  dwa  krzesła  wybijane 

skórą. 

-  Jedyna  rzecz,  której  nie  mogłam  ścierpieć  -  mówiła,  kiedy  zmywałam  z  twarzy 

zmordowany podróżą makijaż - to siatkowa firanka, haftowana w kiście winogron. Uważam, 

że ta jest lepsza. 

Stanęła  przy  oknie,  pociągnęła  sznur  i  rozsunęła  białą  tkaninę,  lekką,  prawie 

przezroczystą,  drukowaną  w  nieduże,  niebieskawe  kwiaty.  W  pierwszej  chwili  ten  pokój 

wydawał  mi  się  zimny,  nieprzytulny,  łóżko,  na  którym  piętrzyły  się  tradycyjne  poduchy, 

wprawiało mnie w zakłopotanie. To przecież był dom Klary! I Klara akceptowała te poduchy, 

tę tłoczoną kapę na łóżku, brzydkie lustro ujęte grubą, złoconą ramą, wiszące nad umywalnią. 

background image

Teraz  jednak  rozumiem,  bo  odpoczywam  w  tym  pokoju.  Dziś  zaraz  po  przebudzeniu 

rozsunęłam  zasłonę  i  otworzyłam  okno.  Teraz  leżę  i  równa  ściana  deszczu,  spływająca  z 

brzegu dachu, odciąga mnie od świata na tyle, na ile jest to możliwe. Usiłuję wyobrazić sobie 

ten dzień, w którym Klara przyjechała po raz pierwszy do swojego nowego domu. Czy była 

zaskoczona? Czy przerażona tym, na co się zdecydowała? Czy może entuzjazm pierwszych 

dni małżeństwa objął i ten dom, który był ostatecznie rodzinnym domem Marka? Nie wiem, 

nie  umiem  wyobrazić  sobie  Klary  wchodzącej  do  ciemnej  sieni,  przesuwającej  dłonią  po 

ścianie  w  poszukiwaniu  nieznajomego  kontaktu.  A  może  to  Marek  zapalił  światło?  Może 

czekała, aż zaparkuje wóz i wprowadzi ją, swoją śliczną, swoją młodziutką, swoją ukochaną 

żonę, do tego domu, opuszczonego i zaniedbanego, w którym od tragicznej śmierci rodziców 

był tylko raz? 

Wczoraj  wieczorem  przyszła  do  mnie.  Usiadła  na  brzegu  łóżka  i  przez  chwilę 

przyglądałyśmy  się  sobie  w  milczeniu.  Jest  jednak  miedzy  nami  tych  wiele  lat,  które 

spędziłyśmy  oddzielnie,  i  to  te  lata  paraliżują  struny  głosowe.  Pomimo  wszystko  ciągle 

kocham Klarę. Zsunęła z nogi sandałek i bosą stopą gładziła baranie futro leżące przy łóżku 

zamiast dywanika. 

- To Cezary - powiedziała, wpatrując się w białe kudły. - Znałaś go. 

-  Nie  -  zaprzeczyłam.  -  Nie  znałam  Cezarego.  Nigdy  go  nie  widziałam.  Wasze 

zwierzęta poznałam dopiero teraz. Zapomniałaś, że jestem u ciebie pierwszy raz? 

- Nie zapomniałam, ale ty jednak znałaś Cezarego. Pamiętasz, spotkałyśmy się kiedyś 

w pociągu? Wracałaś z jakiegoś występu. 

- Ach, tak! - przypomniałam sobie. 

Spotkałyśmy się w pociągu. Wsiadła na niewielkiej stacji, poznałam ją natychmiast, w 

objęciach trzymała otulone różowym kocykiem zawiniątko. 

- Klara, masz dziecko! - zawołałam z radością, wiedząc, że zawsze marzyła o dziecku. 

- Nie - odchyliła rąbek kocyka. - To jagnię. Jego matka była u naszych przyjaciół, ale 

umarła wczoraj wieczorem. Biorę je do siebie. 

To było z dziesięć lat temu. Wczoraj Klara bosą stopą przesuwała po baranim futrze. 

- Lubił, kiedy głaskało go się po bokach - powiedziała żartobliwie, ale w jej uśmiechu 

był żal i rozrzewnienie. 

- Czy to on był pierwszym zwierzakiem, któremu nadałaś ludzkie imię? 

-  O,  nie!  Zaraz  po  przyjeździe  mieliśmy  krowę.  Należała  jeszcze  do  moich  teściów. 

Zanim  Marek  zdecydował  się  na  powrót,  wiesz,  po  tej  ich  śmierci,  Łysula  była  na  wsi,  u 

Marka kuzynów. Oddali nam ją następnego dnia. Zmieniłam jej imię. Mogłam pogodzić się z 

background image

krową,  ale  nie  mogłam  pogodzić  się  z  imieniem.  Nazwałam  ją  Piękną  Heleną.  -  Klara 

roześmiała się. - Już w następnym tygodniu we wsi mówili, że Sopoćków Marek przywiózł 

sobie z Warszawy żonę wariatkę. Początkowo nie miałam tu lekkiego życia. Chciałam uczyć 

w szkole. Robót i rysunków. Myślę, że udałoby się to jakoś załatwić, gdyby nie to, że kiedyś 

całowaliśmy się z Markiem przed oknami gminnej rady narodowej. Odrzucili moje podanie, a 

przewodniczący  powiedział  Markowi...  Eh,  to  było  dwadzieścia  lat  temu.  Możesz  sobie 

wyobrazić, co powiedział. Teraz mogłabym tu uczyć, nawet mi proponowali, ale teraz to ja 

już nie chcę. 

- Dlaczego? 

- Co za pytanie, Zuza! Rozmachaliśmy gospodarstwo, jestem Markowi potrzebna. Kto 

by tego dojrzał? Wtedy, kiedy starałam się o szkołę, nie byłam mu potrzebna. Ale teraz tu jest 

moje miejsce. 

Pomyślałam, że te pierwsze lata małżeństwa Klary kryją chyba w sobie jakiś dramat. 

Miałam nadzieję, że dowiem  się czegoś więcej  na ten temat,  ale ona tylko szybciej zaczęła 

przesuwać nogę po baranicy i powiedziała: 

- W dwa tygodnie po naszym  przyjeździe Marek pojechał  na targ po kury.  Zostałam 

sama i musiałam wydoić Piękną Helenę. Poprzedniego dnia Marek pokazywał mi, jak mam to 

robić,  i  nawet  wydawało  mi  się,  że  potrafię.  Weszłam  do  obory,  Helena  odwróciła  głowę  i 

patrzyła na mnie. To ja też na nią patrzyłam, zastanawiając się jednocześnie, od której by tu 

strony do niej podejść, żeby nie oberwać ogonem. Bo ona tak machała tym ogonem, wiesz, 

jak to krowy: pac, pac, pac. Raz po jednym boku, raz po drugim. "Diabli! - pomyślałam. - Ta 

rzecz  jest  w  ogóle  nie  do  zrobienia".  Wreszcie  udało  mi  się  podsunąć  wiadro  pod  Piękną 

Helenę. Prawdę mówiąc, pchałam je grabiami przez pół  obory, bo bałam się podejść bliżej. 

Wzięłam  stołek  i  usiadłam  tak,  jak  mi  to  Marek  przykazał.  Ale,  oczywiście,  usiadłam  za 

daleko.  Helena  przesunęła  się  i  wtedy  już  w  ogóle  nie  mogłam  jej  dosięgnąć.  Więc  znowu 

grabiami pchnęłam wiadro pod nią, a za sobą pociągnęłam stołek. A Helena dalej swoje dwa 

kroki  w  bok.  Tak  mnie  włóczyła  po  całej  oborze  przez  pół  godziny,  aż  wreszcie  dopięła 

swego. Rozbeczałam się i poszłam do domu z pustym wiaderkiem. 

- A co Marek? - zapytałam. 

-  Śmiał  się.  Śmiał  się  tak  strasznie,  że  sam  długo  nie  mógł  wydoić  tej  nieszczęsnej 

Łysuli. Bo to było tak, że kiedy on wrócił, zastał mnie całą we łzach. Jak tylko zobaczyłam, 

że  Marek  staje  w  drzwiach,  rzuciłam  w  niego  ścierką.  Ścierką,  rozumiesz?  I  zawołałam: 

"Jeżeli  jeszcze  raz  zostawisz  mnie  samą  z  dojeniem  Pięknej  Heleny,  to  umrę,  ty  głupi 

Parysie!". 

background image

Wesoły  był  ten  wieczór,  który  Klara  spędziła  ze  mną  wczoraj.  Śmiałyśmy  się 

obydwie,  potem  przyleciała  do  nas  Kasia.  Dopiero  kiedy  wyszły,  przypomniałam  sobie  to 

zdanie, które Klara zaakcentowała: "Rzuciłam w niego ścierką". 

Właściwie  to  są  pierwsze  od  lat  wakacje,  które  spędzam  razem  z  Kasią.  Ostatnio 

wysyłałam ją zawsze do Rabki.  Samą, do pensjonatu.  Ale kiedy  wczesną wiosną tego  roku 

zjawiła się w Warszawie Klara i tak zupełnie nieoczekiwanie wpadła do nas, żeby po godzinie 

pobytu zaproponować: "Dajcie mi Katarzynę na lato" 

-  uległam.  Kasia  wpatrywała  się  we  mnie  błagalnie,  Klara  zauroczyła  ją  swoim 

wdziękiem. Pamiętam, jak ona wtedy przyszła. Och, wcale nie Sopoćków Marka żona! Była 

taka wytworna, elegancka 

-  Klara  Sopoćko!  W  pierwszej  chwili  pomyślałam  z  ulgą,  że  widocznie  sprzedali 

gospodarstwo i przenieśli się do miasta, ale Klara szybko rozwiała moje złudzenia. "Myszy 

zjadają  nam  cebulki  tulipanów  -  powiedziała.  -  Przyjechałam  szukać  ratunku.  Podobno  w 

sklepie  z  nasionami  można  kupić  jakiś  chwast,  którego  myszy  nie  znoszą.  Chcielibyśmy  to 

wysiać". Podałam herbatę w swoim pokoju, Klara uważnie oglądała moje ściany, moje meble, 

mój  parkiet.  "Ja  mieszkam  inaczej  -  powiedziała  -  mogłabyś  też  przyjechać,  Zuza,  razem  z 

Kasią". I wtedy umówiłyśmy się, że przyjadę na drugi miesiąc wakacji. Więc jestem. Zjadłam 

już śniadanie, które Klara przysłała mi przez Kasię, posłałam łóżko, uczesałam się. Ale ciągle 

jeszcze nie mam ochoty na wyjście z tego pokoju. Powinnam przejrzeć Hamleta, powtórzyć 

rolę  Ofelii,  grałam  ją  ostatnio  z  pięć  lat  temu.  Przejaśnia  się,  za  oknem  widać  na  niebie 

błękitne łatki pośród chmur. Słyszę głos Klary dobiegający tu z sieni, krzyczy na kury, które 

weszły do domu. 

-  Jazda  stąd!  Sio!  No  i  co  się  tak  gapisz,  głupia?  Jakież  te  kury  mają  durne  oczy, 

popatrz tylko, Kasiu. 

Potem jej kroki coraz bliżej moich drzwi, ciche, delikatne stukanie i skrzypnięcie. 

- Wstałaś?   

Wchodzi. 

- Słuchaj - mówi - chciałabym Kasię posłać do miasta. Pozwolisz? 

- A posyłałaś ją, kiedy mnie tu jeszcze nie było? 

- Posyłałam. 

- To dlaczego pytasz? Przecież dałam ci ją na całe lato, ty nią rządzisz. A w ogóle, to 

czy ona ci tu nie przeszkadza? - pytam głupio. 

-  Kaśka?  Skąd!  -  oburza  się  Klara  i  widzę,  że  to  jest  szczere  oburzenie,  a  nie 

uprzejmość. 

background image

Siada na krześle wybitym skórą, wyciąga przed siebie długie nogi. 

-  Kasia  jest  absorbująca  -  mówię.  -  Potrafi  straszliwie  zawracać  głowę.  Mam  z  nią 

dużo  kłopotów,  wiesz?  Jest  bardzo  uparta,  samowolna.  Martwię  się  o  nią.  Ma  niedobry 

charakter, wszystkie wady Tadeusza i moje skoncentrowały się w niej. 

Klara patrzy przed siebie, może na te błękitne łatki pośród chmur. 

-  Literatura  -  mówi  cicho,  ledwo  poruszając  ustami.  -  Wszystko,  co  mówisz,  to 

literatura. Sama wyobraźnia. 

-  Ale  tak  jest.  Obawiam  się,  że  nie  zdążyłaś  jej  poznać  -  upieram  się.  Klara  nie 

podejmuje dyskusji. Opiera głowę o ścianę i patrzy na mnie. 

- Kobiety takie jak ty w ogóle nie powinny mieć dzieci - komunikuje mi wreszcie. 

Może ma rację, ale to twierdzenie rodzi we mnie bunt. 

- Dlaczego? 

- Bo twoim posłannictwem jest sztuka - deklamuje Klara. Potem dodaje innym tonem: 

-  Nie  gniewaj  się,  ale  ty  nie  masz  głowy  na  macierzyństwo.  Ono  ci  przelatuje  obok  nosa. 

Przegapiasz szczęście. 

-  O,  to  już  nieprawda!  -  wołam.  -  Nie  przegapiam.  Nie  masz  pojęcia,  czym  jest  dla 

mnie Katarzyna. Od samego początku, od tej chwili, w której dowiedziałam się, że mam ją 

mieć. Nawet kiedy ją rodziłam, byłam szczęśliwa. Pomimo bólu. A w ogóle... - Waham się, 

ale  widocznie  moje  wahanie  jest  zbyt  krótkie,  bo  jednak  mówię  to,  czego  nie  powinnam 

powiedzieć: - A w ogóle, to ty nie wiesz, czym jest macierzyństwo! 

-  To  raczej  ty  nie  wiesz  -  mówi  Klara  spokojnie  i  przymyka  oczy.  -  Pomiędzy 

Markiem  a  mną  jest  konflikt  serologiczny.  Rodziłam  dwa  razy.  Zawsze  martwe.  To  ty  nie 

wiesz, czym jest macierzyństwo. Ja wiem. 

Milczę.  Przypomina  mi  się  różowy  kocyk,  w  którym  Klara  wiozła  pociągiem  małe 

jagnię,  Cezarego.  Ten  kocyk  zmylił  mnie  wtedy,  dopiero  dziś  wiem,  skąd  Klara  go  wzięła. 

Pewnie z tej szafy, tej o którą opieram się teraz. Przełykam ślinę, chce mi się pić, chcę cofnąć 

całą  tę  rozmowę  albo  objąć  Klarę  ramionami  i  powiedzieć:  przebacz!  Nie  mówię  nic,  bo 

wchodzi Marek. Staje przed nami i powiada głosem nabrzmiałym pretensją: 

- Ten twój pies, Klara, niech go bogowie mają w swojej opiece, wyrwał mi dziurę na 

siedzeniu. 

Odwraca się, patrzymy na jego wystrzępione spodnie, Klara śmieje się histerycznie. 

- Dobrze ci się śmiać. Reperowałem zawias przy drzwiach do lamika, nachyliłem się, 

stukam  młotkiem,  klnę,  bo  gwoździe  mi  się  gną.  A  ten  podchodzi,  małpa,  tak  cicho,  że  go 

nawet  nie  słyszałem,  i  nagle  -  cap!  Wierny  pies,  niech  go  pokręci!  Ale  wczoraj  na  własne 

background image

oczy widziałem, jak się łasił do tego obcego pijanicy, który chciał od nas kupować butelki. 

Daj mi jakieś portki, nie będę tak chodził! 

Klara  wstaje,  idą  w  stronę  drzwi.  Marek  po  drodze  zdejmuje  wysokie  gumowce, 

potyka  się,  mamrocze  niegroźne  przekleństwa,  ich  kroki,  głosy,  śmiechy  oddalają  się  ode 

mnie. Zostaję sama, bo oni odchodzą w ten swój dzień zwyczajny, pracowity, którego, tak się 

zdaje,  nigdy  nie  potrafię  zrozumieć.  I  nagle  słyszę  głos  Katarzyny,  wibrującym  sopranem 

włączony  do  ich  śmiechu.  Ogarnia  mnie  lęk,  że  ona  pokocha  powietrze  tego  domu, 

przepojone zapachem Lima za dnia, maciejki wieczorem i rumianku zawsze. 

U Marków rozpoczęły się żniwa. Ich pole oddziela od domu brzozowy zagajnik. Idę 

wąskim przesiękiem, jest już sucho. Piaszczysta ziemia szybko wysycha po deszczu. Myślę o 

wczorajszym dniu i o tych niedobrych słowach, których nie szczędziłyśmy sobie z Klarą. Nie 

powinnam  mówić  tamtego  o  macierzyństwie,  ale  Klara  też  nie  powinna.  Może  istotnie  nie 

jestem  najlepszą  matką,  może  poświęcam  Kasi  zbyt  mało  czasu,  nie  wiem,  możliwe,  ale 

przecież to  nieprawda, że przegapiam szczęście.  Nawet  jeśli Klara tak myśli, to  jeszcze nie 

powód, żeby mi to mówić. Czasami zbyt wielka szczerość graniczy z brakiem delikatności. 

Jako dziewczynka Klara była bardzo subtelna i delikatna, widać coś ją zmieniło. Ale ja dużo 

wybaczę  Klarze,  bardzo  dużo.  Za  jej  przyjaźń,  która  była  najcudowniejszą  sprawą  mojego 

dzieciństwa,  a  nawet  młodości.  Miałyśmy  chyba  po  dziesięć  lat,  kiedy  złożyłyśmy  sobie 

przysięgę. Pamiętam jej słowa do dziś: "Przysięgamy, że będziemy zawsze razem, na dobre i 

na  złe,  że  będziemy  razem  mieszkać  i  nie  opuścimy  się  aż  do  śmierci.  Tak  nam  dopomóż 

Bóg". Mieszkać z Klarą? Tu na tej wsi? Nigdy.  I Klary też nie wyobrażam  sobie w swoim 

domu.  Jako  dziewczynki  miałyśmy  podobne  usposobienia,  później  zaczęły  rysować  się 

różnice  między  nami,  ale  jeszcze  niezbyt  wyraźne.  Dopiero  kiedy  poznałam  Pawła  i  kiedy 

mój  brat  przedstawił  Klarze  Marka,  dopiero  wtedy  stałyśmy  się  zupełnie  do  siebie 

niepodobne. 

Wychodzę  z  zagajnika  i  patrzę.  Tuż  przede  mną  jest  już  ściernisko,  w  oddali  widzę 

Marka  krzątającego  się  przy  żniwiarce  i  ludzi  ze  wsi,  którzy  przyszli  mu  pomóc.  W 

przyszłym  tygodniu  Marek  będzie  im  pomagał,  takie  jest  prawo  tej  wsi.  A  Klara  stoi 

oddzielnie, ujęła się pod boki jak prawdziwa gospodyni, stoi na lekko rozstawionych nogach, 

bardzo zgrabnie wygląda w tych spodniach, chociaż może zbyt mocno przegięła się do tyłu. 

Patrzy. I nagle, z zupełnego zapomnienia, wraca do mnie jakiś zimowy wieczór w Olsztynie. 

Wracałyśmy z teatru, Klara i ja. Klara obojętna, ja nieprzytomnie podniecona. To był już ten 

czas różnic między nami. 

- Surzyński był zachwycający - powiedziałam. - Był zupełnie cudowny! 

background image

Oglądałyśmy  składany  program  w  jego  wykonaniu,  nazywało  się  to  Od  Cyda  do 

żołnierza polskiego czy jakoś tak. 

- Najbardziej podobał mi się fragment z Wyzwolenia - mówiłam, - ...Chcę, aby w letni 

dzień, słoneczny, letni dzień, zżęto przede mną żytni łan... 

- Po co ci łan? I do tego żytni? - roześmiała się Klara. 

A teraz stoi, ujęta pod boki, żniwa w całej pełni, letni dzień w całej pełni, mam ochotę 

podejść do niej i zapytać: "Klara, po co ci ten łan?". Katarzyna biegnie przez ściernisko. Jej 

jasna  czupryna  jeszcze  bardziej  wypłowiała  na  słońcu,  nawet  orzechowe  oczy  jakby 

przybladły i zżółkły. Staje obok mnie i jeżeli słońce ma zapach, to właśnie ona nim pachnie. 

- O czym ty tak myślisz, mama, zamiast podejść bliżej i śmiać się razem z nami? Nie 

masz pojęcia, jak wuj Marek się wygłupia. 

- Kasiu! 

-  No,  wygłupia  się,  co  ja  na  to  poradzę?  Mam  szukać  innych  słów,  skoro  jest  takie 

dobre pod ręką? Więc o czym tak myślisz, nadobna Ofelio? 

- Myślę o cioci Klarze i o naszej przyjaźni - mówię speszona, bo to, zdaje się, nie są 

sprawy, które zdaniem Katarzyny zasługują na myślenie. Nie mylę się. 

- Eh, ty poetko! - mówi, całując mnie niedbale. Sposób bycia Katarzyny razi mnie. 

- Daj spokój! - Oganiam się od następnego pocałunku. 

- Czy ty też uważasz - pyta nagle - że ciocia Klara była dla ciebie złą przyjaciółką? 

-  O,  nie!  -  przeczę  gwałtownie.  A  potem  błysk  zastanowienia.  -  Co  znaczy:  też?  - 

pytam. 

- Ciocia Klara mówiła mi kiedyś, że była dla ciebie niedobra i że po dziś dzień myśli o 

tym  ze  wstydem.  W  ogóle  mówi,  że  była  podła  jako  dziecko,  a  jako  dziewczyna  jeszcze 

podlejsza.  Nie  mieści  mi  się  to  w  głowie.  Teraz  jest  cudowna  jako  kobieta  i  myślę,  że  w 

końcu to jest najważniejsze. Nie? 

- Nie wiem. 

Jestem zaskoczona wyznaniami  Klary. Kasia opiera się plecami o moje  plecy, czuję 

jej dłoń na swojej głowie. Znowu przymiarka. 

-  Przerosłam  cię  o  jakieś  dziesięć  centymetrów  -  komunikuje  z  zadowoleniem.  - 

Niedługo zaczniesz donaszać po mnie sukienki. 

Wyskakuje zza moich pleców, wyciąga w górę opalone ramiona, przechyla głowę do 

tyłu i patrząc na czubki brzóz ponad nami, woła: 

- Mama, jak ja kocham żyć! 

background image

Uśmiecham  się  wątlutko,  bo  znów  myślę  o  Klarze  i  o  sobie,  i  o  tym,  że  kiedyś 

byłyśmy  obydwie  podobne  do  tej  Katarzyny,  która  stoi  teraz  przede  mną,  byłyśmy  do  niej 

podobne,  kiedy  miałyśmy  po  te  szesnaście  lat.  Teraz  jesteśmy  inne  niż  ona,  od  siebie  też 

różne. Ale co właściwie kształtuje człowieka, przecież nie tylko czas? 

Tego  dnia  obiad  był  spóźniony,  ale  nie  z  powodu  żniw.  Po  prostu  Kasia  pomagała 

Klarze w kuchni i zamiast majeranku wsypała szałwię do grochówki. Jedliśmy zsiadłe mleko 

z  ziemniakami  i  właściwie  wszyscy  byli  zadowoleni  z  tej  zmiany,  tylko  Kasia  płakała  w 

czasie całego obiadu. Płakała jeszcze później, kiedy Klara 

zaparzyła  kawę  i  usiedliśmy  na  chwilę  przed  domem,  żeby  Marek  ochłonął  przed 

dalszą robotą. Siedział na stopniach ganku, w ręku trzymał filiżankę z kawą i przyglądał się 

Katarzynie z wyraźnym współczuciem. 

- Ot i  dramat!  -  powiedział wreszcie.  -  Szałwia zamiast  majeranku. Przerzucił wzrok 

na Klarę, jego niebieskie oczy błysnęły w ciemnej opaleniźnie. 

- No, to co? Zaprzęgamy, pani dziedziczko? - spytał żartobliwie. 

Klara skinęła głową. Zaprzęganie w ich gwarze jest jednoznaczne z wyprowadzeniem 

samochodu z garażu. 

No  i  jedziemy  do  kina.  Marek  został,  więc  Klara  prowadzi  wóz,  patrzy  na  szosę, 

zawsze jeździ bardzo uważnie. 

-  Gniadego  kupiliśmy  za  tulipany  -  mówi  nagle,  chociaż  nie  pytam.  -  To  sprawa 

wieloletnich oszczędności. Nieraz kusiło nas żeby podjąć z książeczki całą forsę i poszaleć. 

Oczywiście.  Ich  konie  nazywają  się  Mercedes,  Olimpia  i  Romeo  ale  swojego 

volkswagena nazwali Gniady! Ciekawe, jak by oni szaleli. 

- Jak wy byście szaleli, Klara? 

- Pojechalibyśmy na wycieczkę do Holandii, Marek ma tan znajomego, który mógłby 

nas zaprosić, ale na nasz własny koszt 

- Uśmiecha się, przymruża oczy i nie spuszczając wzroku z szosy która wije się teraz 

łagodnymi zakrętami, mówi cicho, jakby nieśmiało 

- Chcielibyśmy zobaczyć, jak w Holandii kwitną tulipany. 

Kasia  nie  mówi:  "Eh,  ty  poetko!".  Owszem,  przypatruje  się  Klarze  uważnie,  ale 

milczy. Gniady leniwie ciągnie pod górę, nie przyspieszany przez Klarę. 

-  Co  się  stało  z  tym  waszym  samochodem,  który  mieliście  na  początku?  - 

przypominam sobie. 

- Marek sprzedał go. Musiał przecież jakoś zacząć, a był bez grosza. 

background image

Nie  mówi  jak  zwykle:  "Sprzedaliśmy,  musieliśmy,  byliśmy"  Może  sprzeciwiała  się 

sprzedaży  tamtego  wozu,  który  tak  bardzo  lubiła?  Może  Marek  zrobił  to  wbrew  jej  woli,  a 

ona potem znów rzuciła w niego ścierką? 

-  Któregoś    wieczoru    Marek    powiedział,    że  musi    to    zróbić  -  mówi  Klara.  -  I 

żebym    się zgodziła.    Zgodziłam się, ale noc spędziłam na dworcu. 

-  Sama?  -  upewnia  się  Kasia,  która  jest  jeszcze  na  tyle  młoda,  że  potrzebuje 

dosłowności. 

- Nie. Z walizką. Chciałam wtedy zostawić Marka, Kasiu. 

-  Zostawić Marka...?  -  powtarza Katarzyna, a potem dorzuca z naganą  w głosie:  - O 

głupi samochód, ciociu? 

Ja  wiem,  że  dla  Klary  była  to  kolejna  kropla.  Dla  Katarzyny  to  chyba  tylko  sprawa 

samochodu. 

- To nie był taki zupełnie głupi samochód, kochanie. On gadał z nami, rozumiesz? 

To Kasia rozumie, to się mieści w jej wyobraźni. Gadający samochód. 

- Rozumiem - mówi i milknie. 

I  poważnieje.  Może  widzi  teraz  Klarę  siedzącą  w  nocy  na  ławce  w  opustoszałej   

dworcowej    poczekalni.  Łokieć  oparty  na  stojącej  obok  walizce,  dłoń  podtrzymuje  głowę 

ciężką  od  myśli.  A  może  nawet    ślady    łez    na    pobladłych    policzkach.      Często   

przystają    tu pociągi, każdy był dobry dla Klary, ale żadnym nie odjechała. 

- Przyszedł  po ciebie?  - pyta nagle Kasia.  Klara  nie odpowiada, ale potakująco kiwa 

głową. 

- I powiedział, że nie sprzeda? - upewnia się moja córka. 

-  Tak.  Ale  sprzedał  w  następnym  tygodniu  -  wyjaśnia  Klara.  -  Zdechło  nam 

pięćdziesiąt kur, burza zerwała dach nad stajnią, w ogóle, to właśnie wtedy postanowiliśmy 

zająć się tulipanami. 

-  Płakałaś,  kiedy  wuj  nim  odjeżdżał?  -  głos  Kasi  drży  lekko.  -  Okropne  to  było  dla 

ciebie, ciociu, kiedy ten samochód ginął ci z oczu? 

-  Nie  widziałam.  Leżałam  na  łóżku  w  gościnnym  pokoju  i  głowę  wtulałam  pod 

poduszką. Nie chciałam słyszeć tego, co on mi gadał na do widzenia. 

Szałwia zamiast majeranku, a teraz to. Niedobre popołudnie ma Katarzyna. Opiera się 

o poduszki samochodu, zamyka oczy, ale widzę dwie łzy na rzęsach. Kogo jej żal? Klary czy 

samochodu? nagle coś zamiera we mnie, bo Katarzyna szepcze cicho: 

- Biedny Marek. 

background image

Wychodzimy  z  kina,  jest  już  chłodniej,  chociaż  słońce  grzeje.  Ale  zerwał  się  wiatr, 

którego  nie  było  przez  cały  dzień,  i  to  chłodzi.  Wchodzimy  na  rynek,  Klara  przystaje  i 

wyciąga przed siebie rękę, chce, żebym spojrzała w stronę kościoła. 

- Ładny - przyznaję. - To gotyk? 

- Tak, ale nie o tym myślę. Widzisz cynober tych cegieł? Jak on jest mocny w słońcu, 

a jeszcze mocniejszy przez tę zieleń dokoła. Przez te korony wysokich drzew. 

Cynober. Nareszcie coś z dawnej Klary. 

- Muszę zajść do weterynarza, Izabela ciągle jest bardzo słaba. Chcę z nim pogadać. 

Zajdziesz  ze  mną  czy  może  wolisz  zaczekać  w  ogródku?  Tu  jest  taki  mały  ogródek  koło 

cukierni. Jak wolisz? 

- Zaczekam, tylko pokaż gdzie. 

-  Ale  ja  idę  z  ciocią,  mamo,  dobrze?  -  mówi  Kasia  i  jest  to  prośba,  która  brzmi  jak 

komunikat. Siadam przy stoliku. 

- Idziemy do tego domu, spójrz! To nie potrwa długo. 

- Może potrwać, tu jest bardzo przyjemnie. 

Odchodzą.  Klara  w  sprawie  Izabeli,  Kasia,  jak  sądzę,  w  sprawie  Rafała.  Z  tego 

miejsca  widzę  cały  rynek,  niewielki,  kwadratowy.  Po  jego  bokach  stoją  dwupiętrowe 

kamienice,  których  partery  zajęte  są  przez  sklepy.  Spółdzielnia,  mydlarnia,  obuwie, 

pasmanteria,  kolektura  "totka".  Restauracja  "Arkadiusz",  rzeźnik  fryzjer  męski  i  damski, 

odzież.  Apteka,  piekarnia.  Dalej  już  nie  mogę  rozpoznać,  ale  zapewne  dalej  jest  sklep 

papierniczy  i  księgarnia,  a  może  i  jeszcze  jedna  spółdzielnia  spożywcza.  Dom,  do  którego 

weszły Klara i Kasia, nie wyróżnia się niczym. To ten w którym na dole jest fryzjer męski i 

damski. Być może w mieszkaniu weterynarza pachnie wodą po goleniu i sprayem. Być może 

dolatuje tam zapach bigosu z kuchni pobliskiej restauracji albo  - co gorzej - zapach mięsa z 

rzeźnickiego sklepu. "Wybacz, Paweł - myślę. - Wybacz, Paweł, że ja tego nie wybrałam". Bo 

on pewnie mieszka w podobnym miasteczku, na podobnym rynku jego żona też ma tak blisko 

do  fryzjera  jak  żona  weterynarza,  do  którego  poszła  Klara.  Nocą  nie  dają  jej  spać  krowie 

porody  zadławione  cielęta,  chore  konie,  do  których  Paweł  musi  jeździć  po  kilkanaście 

kilometrów.  Ubiera  się  w  sklepie  odzieżowym  na  rynku  albo  szyje  sukienki  u  pozbawionej 

gustu  krawcowej.  "Wie  pani,  to  bardzo  niedaleko,  zaraz  za  kościołem,  taki  wysoki,  trzy 

piętrowy  dom".  "Wybacz,  Paweł,  że  ja  tego  nie  wybrałam.  Tak  czy  inaczej,  ominęło  cię 

jedno.  Nie  rzucałam  w  ciebie  ścierką  nocą  nie  biegłeś  na  dworzec,  na  którym  ja  nie 

siedziałam z pobladłą twarzą, oparta o walizkę". 

- Proszę pani, bardzo przepraszam... 

background image

Stoi przede mną młodziutka dziewczyna, pewnie w wieku Kasi. 

- Bardzo przepraszam - powtarza, podsuwając mi pod rękę pamiętnik. - Ale ja tak bym 

chciała mieć pani autograf. 

Dwie duże role w filmie i telewizyjny serial wybijają teraz moją twarz spośród twarzy 

innych ludzi. Ciekawe, że film i telewizja przyniosły mi więcej popularności niż piętnaście lat 

pracy  w  teatrze.  Przestałam  być  składnikiem  tłumu.  "Pawle,  może  pamiętasz,  jak 

tłumaczyłam ci kiedyś, może na dzień lub dwa przed naszym ostatecznym rozstaniem, że to 

jest moją ambicją?". 

- Jak masz na imię? - pytam. 

- Irka. 

Uśmiecham się, podpisuję. 

Widocznie  Klara  i  Kasia  załatwiły  już  swoje  sprawy  i  poszły  po  samochód,  który 

zostawiłyśmy  na  małym  parkingu  przed  dworcem,  właśnie  podjeżdżają  Gniadym.  Płacę  za 

swoją kawę i po chwili znikamy. 

- Ach, mama! - mówi Katarzyna. - Nie masz pojęcia, jak ja się uśmiałam. Myślałam, 

że  już  w  ogóle  skonam.  Bo  wiesz,  Rafał  imitował  głosy  zwierząt.  Ale  jak  on  to  robi! 

Bezbłędnie, mówię ci! Patrzę w lusterko zawieszone nad przednią szybą wozu. Spotykam nim   

znaczące  spojrzenie  Klary.    Ja  też  patrzę  znacząco.  Tak  jak  patrzyłyśmy  zawsze  na  siebie, 

kiedy jedna drugiej chciała powiedzieć bez słów: "Cześka zakochała się w Jurku". Zmieniały 

tylko imiona, ale spojrzenie było zawsze to samo. 

- Kasia zakochała się w Rafale - mówi mi wzrok Klary. 

- Tak, Kasia zakochała się w Rafale - potwierdzają w lusterku moje oczy. 

- Ale to chyba niegroźne - uspokaja mnie Klara głośno. 

- Co nie jest groźne? - pyta Katarzyna. 

- A, nic! - śmieje się Klara. 

- Ja też mam nadzieję, że to niegroźne - mówię. 

-  Mama!  Co  wy  macie  za  tajemnice?  Ciociu!  -  denerwuje  się  Kasia.  Milczymy. 

Katarzyna też milknie, trochę obrażona i dotknięta, wytrzymuje jednak długo. 

-  Jutro  poznasz  Rafała,  mamo,  bo  on  przyjedzie  do  nas  i  będziemy  razem  zrywać 

papierówki  z  tych  dwóch  drzew  koło  domu.  Bardzo  jestem  ciekawa,  jak  on  ci  się  będzie 

podobał - trzepie. 

- A tobie się podoba? - pytam. 

- Mnie tak - przyznaje. - On jest taki, wiesz... wiesz, mama... - zacina się - och, no... 

chyba bardzo dobry kolega - kończy bezradnie. 

background image

Bo może i czuje się bezradna wobec tego, co ją ogarnia. 

Zasnęłam wcześnie i przed północą wyrwał mnie ze snu pomruk burzy. Wstaję, żeby 

zamknąć okno, wiatr wydyma lekką firankę. Nie chce mi się spać, zapalam światło i sięgam 

po Hamleta. O, jakże bym chciała zwyciężyć ten zwrot, który jak dotąd zawsze był silniejszy 

ode mnie! Tyle razy grałam już Ofelię, to był mój sukces sprzed pięciu lat. A jednak zawsze, 

każdego wieczoru, ogarniała mnie panika, kiedy rozpoczynał się akt czwarty i zbliżała scena 

piąta. Z lękiem myślę, że w najbliższym sezonie powtórzy się to wszystko. Dwa słowa, tylko 

dwa małe słowa. To wprost śmieszne, wprost nie do wiary, że nie potrafię się z nimi uporać, 

pomimo  takiego  wysiłku!  "Byłbym  był".  Dlaczego  nie  potrafię  tego  powiedzieć  porządnie, 

spokojnie, bez uprzedniej koncentracji, która z pewnością jest słyszalna. "Byłbym był". Tak, 

to jeszcze jakoś wychodzi, ale w całym zdaniu wszystko zaczyna mi się plątać... "I byłby był 

słowa dotrzymał... I bymbył był słowa... I byłbym bym..." Zupełnie jak dzwony w kościele. 

Jeszcze  raz,  tylko  spokojnie:  byłbym  był  słowa  dotrzymał,  lecz  trzeba  ci  bylo...  No,  więc 

mogę! 

- Mama... 

Uchylają się drzwi i zagląda Katarzyna. 

- Co, Kasiu? 

- Czy ty słyszysz, że grzmi? 

- Słyszę. 

- To ty i tak nie śpisz, co? Wejdę pod kołdrę. 

Nie czeka na odpowiedź. Sadowi się wygodnie pod moim bokiem, sięga po Hamleta, 

którego odłożyłam, otwartego na akcie czwartym. Zagląda, czyta i śmieje się. 

- Och, mama, znowu bymbył był? 

- Byłbym był! - poprawiam ją. - Już mi nie plącz, Kasiu, i tak mam to poplątane. 

Kasia kładzie książkę na baranicy. 

- Wiesz, dziś wieczorem wuj mierzył mi czas. Zgadnij, ile miałam. 

- Nie wiem. Dwanaście i pięć na setkę? 

-  Nie.  Trzynaście  i  dwie.  Taki  skandal,  masz  pojęcie?  Mój trener  zemdleje,  kiedy  to 

ujrzy  na  swoim  stoperze.  Biegałam  już  dwanaście  i  osiem.  Trzynaście  i  dwie!  -  Katarzyna 

robi minę cierpiętnicy. 

- No tak, ale to nie na bieżni - pocieszam ją. Ktoś stuka do drzwi. Klara. 

- Dlaczego wy nie śpicie? 

-  Boimy  się  burzy  -  mówi  Kasia,  kryjąc  swój  wstyd  za  liczbą  mnogą.  -  A  dlaczego 

ciocia nie śpi? 

background image

- Marek obudził się i stwierdził, że jest piekielnie głodny. Smażymy kaszankę - mówi 

Klara i patrzy prowokująco. 

- Ummm... - mruczy Kasia. - Czy zjesz kaszanki, luba Ofelio? - pyta mnie. 

A ja wsuwam stopy w swoje klapki i narzucam podomkę. Kasia ciągle jeszcze leży, 

przygląda mi się i śpiewa: 

- Po czym ja cię poznam teraz, o kochanku mój? Płaszcz pielgrzymi, sandały, twójże 

to jest strój? 

- Czy ona oszalała? - pyta Klara. 

- Tak jakby, ciociu. Ale powinnaś zapytać: Niestety, kochane dziewczę, co znaczy ten 

śpiew?  I  wtedy  znalazłabyś  się,  królowo,  w  samym  sednie  czwartego  aktu,  sceny  piątej! 

Obłąkanie Ofelii. 

- Czy ona całego Hamleta umie na pamięć? - pyta mnie Klara. 

- W każdym razie z połowę! - odpowiada Kasia dumnie i wyskakuje z łóżka. Idzie w 

stronę drzwi, zatrzymuje się i kłaniając Klarze nisko, deklamuje poważnie: ...Mówią, że sowa 

była córką piekarza. Ach, panie! Wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, co się nami stanie. 

Niech wam Bóg pomaga przy wieczerzy!... 

Potem wychodzi. Jesteśmy same. Klara uśmiecha się, patrząc 

mnie. 

- Byłby idiotą, gdyby się w niej nie zakochał - mówi. - Słuchaj, czy ona odziedziczyła 

coś po tobie? Myślę o zdolnościach? 

- Sądzę, że tak - odpowiadam krótko. 

W  kuchni  Marek  smaży  kaszankę,  a  Kasia  gryzie  skórkę  od  chleba,  zaglądając  mu 

przez ramię. 

- Długo jeszcze, wuju? - pyta. 

Odwraca się, widząc nas w drzwiach, przełyka szybko ostatni kęs i uśmiechając się do 

Klary, mówi: 

- Dzień dobry, dziś święty Walenty, dopiero co świtać zaczyna... 

- Daj spokój, Kasiu! - przerywam jej. 

Siadam  na  taborecie  pod  oknem.  Nie  ma  mowy  o  świtaniu.  Jest  noc,  szyby  zalane 

deszczem.  Drobne  rozgrzane  ziarenka  kaszy  pryskają  z  patelni,  Klara  wyjmuje  talerzyki  z 

białego kredensu. 

- Podaj widelce, Kasiu - prosi. 

background image

Jej  pies  zlizuje  z  podłogi  okruchy  chleba,  potem  siada  przede  mną.  Nie  proszony 

podaje  mi  łapę  z  wylewną  serdecznością  i  tłucze  ogonem  w  podłogę.  Marek  nakrywa  stół 

żółtym obrusem, uśmiecha się do mnie i mówi: 

- Cieszę się, że zjesz razem z nami. 

Kasia układa widelce. Grzmi. A jednak słoneczna jest kuchnia Klary tej nocy. 

- Zmoknie ci to, co zostało na polu, Marku - mówię ze szczerą troską. 

- Zmoknie. Ale wiesz co? - Stuka palcem w barometr zawieszony przy oknie. - Jutro 

będzie pogoda. Murowane. 

Przyjechał. Jak mi opowiada Klara, przywiózł ze sobą prosiaka. 

- Jak to, przywiózł prosiaka? - pytam. 

- Przyjechał na motorze. Prosiak siedział w przyczepie. Rafał ma fantazję. 

- Ale skąd on wziął tego prosiaka? 

-  A  ja  wiem?  Kupił  albo  wygrał  na  strzelnicy.  Widzę,  że  Klara  uśmiecha  się  z 

zakłopotaniem. 

- Prawdę mówiąc, przywiózł go w prezencie twojej córce - wyjaśnia. 

Robi  mi  się  słabo.  Och,  znam  dobrze  Katarzynę  i  wiem,  że  za  wszelką  cenę  będzie 

chciała zabrać to zwierzę do Warszawy. 

- Ależ Klaro! - wołam z przerażeniem. 

-  Mojej    winy  w  tym    nie  ma  -  odpowiada.  -  Ja  Kasi  nie  dawałam    prosiąt  w 

prezencie.    No  cóż!    Różni  są  chłopcy.  Jedni  przywożą  pannom  kwiatki,  drudzy  cukierki. 

Rafał przywiózł prosiaka. W końcu jest to dość sympatyczne, Zuza, ale jeżeli chcesz, mogę ci 

podać walerianę. 

Dziękuję  za  walerianę,  wystarczy  mi  łyk  zimnej  wody.  Prosiak  na  moim  dywanie, 

prosiak w mojej kuchni, prosiak kąpany w mojej wannie, prosiak, który w końcu wyrasta na 

ogromną świnię. O! Jeden łyk wody to za mało! Wpada Katarzyna. 

- Mama, dostałam prosiaka! - woła. - Słuchaj, jest taki cudowny!   

"Panie  Boże,  skróć  mi  rękę,  bo  inaczej  zdzielę  tę  dziewczynę  po  głowie"  -  myślę 

nabożnie. 

-  Słuchaj,  mama,  nie  poczujesz  się  chyba  dotknięta,  jeżeli  na  twoją  cześć  nazwę  tę 

świnkę Zuzanna? 

- Kasiu! - jęczy Klara. 

- Och,    ciociu - tłumaczy Kasia - ona jest doprawdy    taka słodka. I wuj Marek wróży 

jej karierę artystyczną. 

- Na jakiej podstawie? - pytam. 

background image

- Wuj mówi, że ona ma powłóczyste spojrzenie. I rzeczywiście, przekonasz się sama. I 

taka jest wdzięczna. Jak idzie, to tyłeczkiem jak modelka na pokazie mody. Wuj Marek jest 

oczarowany.    Żebyście  słyszały, jak do niej    przemawiał. Tak jakby mówił do cioci Klary: 

"Zaraz dam ci żreć, kochanie, cierpliwości, skarbie". 

Kasia  naśladuje  głos  Marka,  Klara  cieszy  się  i  śmieje  głośno,  ja  jakoś  nie  mogę. 

Katarzyna uspokaja się wreszcie i mówi: 

- Mama, czy możesz się ogarnąć? Rafał zaraz tu przyjdzie. 

- Przecież jestem ogarnięta - odpowiadam sucho. 

- Tak mi zależy na tym, żebyś porządnie wyglądała. - Kasia 

Przejeżdża mi palcem po brwiach. 

W  tej  samej  chwili  słychać  delikatne  stukanie.  Drzwi  otwierają  i  wchodzi  Rafał. 

Błękitne  dżinsy,  biała  koszula,  kolorowy  szalik  zawiązany  pod  szyją.  Przypomina  mi  się 

Bonanza,  kiedy  niego    patrzę.    Oczy  Rafał  ma  brązowe,  a  jego    kasztanową  czuprynę  już 

kiedyś  widziałam  z  daleka.  A  więc  to  w  nim  zadurzyła  Kasia.  No,  jeżeli  już  musi,  to 

przyznaję, że gust ma niezły. Rafał przy drzwiach, czeka. To mi się podoba, owszem. Podoba 

mi , że nie wpada do pokoju i nie leci w moją stronę z wyciągniętą ręką. 

- Rafał - mówi Kasia - pozwól, to moja mama. No i proszę. Znowu muszę jej zwrócić 

uwagę,  że  to  jego  powinna  przedstawić  mnie,  a  nie  mnie  jemu.  Chyba  Rafał  też  o  tym 

pomyślał,  bo  uśmiechnął  się,  ale  tylko  przelotnie.  Zbliża  się,  nachyla  nisko  nad  moją  ręką, 

którą całuje z szacunkiem. "Bardzo ładnie" - myślę. I wtedy on mówi: 

- Widziałem panią w Zaczekaj Lusiu. Bardzo draczny film. I pani też była wdechowa 

jako Lusia. 

Zatyka  mnie  ta  pozytywna  recenzja.  Do  tej  pory  przejmowałam  się  jedynie 

negatywnymi. 

- Miło mi - odpowiadam z wysiłkiem. 

Kasia patrzy w niego jak w tęczę. A Klara wbiła wzrok w sufit i tylko kąciki ust jej 

drżą, a broda się marszczy. Dobrze jej się śmiać. 

- No, to co, Kasia? - pyta Rafał. - Idziemy zrywać papierówki? 

- Tak! Oczywiście! - woła moja pracowita córka. - Przynieś tylko drabinę, widziałam 

ją koło stajni. Ja się przez ten czas przebiorę. Rafał wychodzi, a Katarzyna podbiega do mnie. 

- No? - pyta. - No, jak? Wzruszam ramionami. 

- Ten słownik... - mówię. Już nie chcę dodawać: I ten prosiak! Kasia smutnieje. Żal mi 

jej. 

background image

- Powinnaś mu powiedzieć, że nie lubisz takiego słownika  - podsuwam jej. - To jest 

doprawdy  nieprzyjemne,  jak  taki  przystojny,  dobrze  ułożony  chłopiec  nie  ma  pojęcia  o 

potocznym języku. A czasami jak dziewczyna coś powie, to... 

-  Oj,  no  dobrze,  mama,  powiem,  powiem!  -  woła  Kasia  niecierpliwie.  -  Ale  poza 

tym...? 

- Owszem. Poza tym owszem - chwalę jej wybór i uszczęśliwiam ją. 

Podwieczorek jemy w ogrodzie. Pod drzewami stoją już dwie 

skrzynki pełne papierówek. 

- Właściwie bardzo lubię zrywać jabłka  - mówi Rafał. - To jest fajowe zajęęę... - To 

"ę"  przedłuża  się  i  przechodzi  w  pomruk.  Rafał  ściąga  brwi.  -  Jest  to  bardzo  przyjemne 

zajęcie. - Patrzy na Katarzynę wyczekująco. 

- Dobrze - mówi Kasia. - Zupełnie dobrze. 

Uśmiecham się. Oni są zabawni. I on chyba nie wie, że ta krytyka wyszła ode mnie. 

Kasia jest dyplomatką, nie posądzałam jej o to. 

- Czy pan już zdał maturę? - pytam. 

- Ja nie jestem żaden pan. Jestem Rafał! Zdałem. Katarzyna kręci się nerwowo. 

- I na co się wybierasz, Rafale? 

Teraz Klara opuszcza głowę i wierci się na plecionym krześle. 

- Na matematykę. 

- O! 

- Dlaczego pani się dziwi? 

-  Pewnie  dlatego,  że  nigdy  nie  lubiłam  matematyki  i  nie  mogę  pojąć,  że  w  ogóle 

można się nią interesować. 

- A muzykę pani lubi? - pyta Rafał. 

- Ogromnie! 

-  Dla  mnie  matematyka  ma  dużo  cech  wspólnych  z  muzyką.  Widząc  moje  pytające 

spojrzenie, Rafał wyjaśnia: 

- No tak. Proszę sobie wyobrazić jakieś bardzo długie, skomplikowane wyliczenie... 

Przyglądam  się  Rafałowi,  słucham  uważnie  jego  słów.  Mówi  wolno,  z 

zastanowieniem. Od czasu do czasu zacina się lekko, porostu myśli, a potem przekazuje mi to 

myślenie nieomal na bieżąco. 

-  ...i  tak  jak  jedna  fraza  muzyczna  przechodzi  w  drugą  frazę,  tutaj  jeden  układ 

przekształca się w drugi... To jest tak, więc to  jest  tak... mmm...  jakby się tworzyło,  to  jest 

cała kompozycja... muzyczna ma swoje tempo, prawda? Matematyka też. Czasami Liczenie 

background image

idzie lekko, bardzo płynnie, szybko, i to jest allegro, czasami dzieje się inaczej i z tego allegro 

trzeba przejść w lento. Pani się nad tym nie zastanawiała? Takie lento może się ciągnąć długo, 

aż  w  pewnej  chwili,  zupełnie  nieoczekiwanie...  mmm...  wszystko  zaczyna  się  upraszczać, 

skracać, wyjaśniać... no... staccato, prawda? I później ten finał, te jakieś akordy porywające... 

W tym miejscu dyrygent kierujący orkiestrą podnosi zazwyczaj pałeczkę i nieruchomieje albo 

przeciwnie, obniża ją, opuszcza... tak czy inaczej instrumenty milkną. Widzi pani, podobnie 

dzieje  się  z  ołówkiem  matematyka.  Ten  końcowy  akord  to  jest  coś  niesłychanego!  Wynik. 

Symbole matematyczne  nieruchomieją, utwór ma już swój taneczny kształt.  Rafał  zamilkł i 

teraz patrzy na mnie pytająco. 

- Tak - odpowiadam. - Rozumiem. 

Katarzyna  nagłym  ruchem  kładzie  rękę  na  policzku  Rafała.  Na  siłę  odwraca  jego 

głowę w bok i mówi: 

- Mama, spójrz, on sobie zapuszcza faworyty! 

Następnego  dnia  popołudnie  upływa  mi  leniwie  i  samotnie.  Przede  mną  leży  na 

stoliku list od Tadeusza, który Kasia przyniosła mi przed wyjściem. List jest do niej, dla mnie 

znalazłam  jedynie  krótki  dopisek  na  marginesie:  "Zuleczko,  dzwonili  z  teatru,  prosili,  żeby 

cię zawiadomić, próby rozpoczynają się pierwszego września. T". Lakoniczny styl depesz, ale 

przywykłam do niego tak dalece, że często, kiedy otrzymuję depesze, to  one wydają mi się 

podobne  do  listów  Tadeusza.  Ten  styl  zresztą  jest  ściśle  związany  z  jego  usposobieniem,  z 

rozwagą,  rzeczowością  i  chłodnym  sposobem  bycia,  może  nawet  zbyt  chłodnym  niekiedy. 

Ale  nie  mam  prawa  narzekać  na  swoje  małżeństwo.  Jest  udane,  chociaż  Klara  nazwała  je 

kiedyś małżeństwem z rozsądku. Owszem, z rozsądku, ale ten rozsądek mi się opłacił. Myślę, 

że  Kasia  nie  jest  podobna  do  żadnego  z  nas.  Trudno  ją  zresztą  oceniać,  bywa  czasami 

zaskakująca.  Wiem,  że  jest  wrażliwa,  że  potrafi  się  skupić,  a  jednak  wczoraj,  kiedy  Rafał 

opowiadał nam o swojej matematyce, ona myślała o jego faworytach, tylko to ją interesowało. 

Rozdrażniła mnie odpowiedź Katarzyny, kiedy Rafał zapytał: 

- A ty na co się wybierasz, Kasia? 

Parę  lat  temu  odpowiadała  szybko:  "Będę  krytykiem  literackim,  tak  jak  tatuś!". 

Ostatnio  zmieniła  plany:  "Będę,  oczywiście,  aktorką,  tak  jak  mama!".  A  wczoraj  długo 

patrzyła  przed  siebie,  jakby  w  ogóle  nie  dotarło  do  niej  pytanie  Rafała.  I  wreszcie  ta 

odpowiedź: 

- Nie wiem. 

Nie  lubię,  kiedy  Kasia  wzrusza  ramionami.  Klara  zostawiła  mi  szklankę  malin  ze 

śmietaną. Jem je przez łakomstwo, bo nie jestem głodna. 

background image

- Przykro mi, że cię zostawiam  samą, ale rozumiesz, muszę. Poszła na zebranie koła 

gospodyń wiejskich, Kasia wybrała się tam razem z nią. 

- Czy jesteś  przewodniczącą tego koła?  - zapytałam, ciekawa czy Klarę  doceniają tu 

na wsi. 

-  Skąd!  -  oburzyła  się.  -  Coś  ty,  Zuza!  Przewodniczącą  jest  Wala  Rucianowska.  To 

najlepsza gospodyni w całej okolicy. 

- Ciocia jest w sekcji opiekuńczej - wtrąciła Kasia. 

- Kim się opiekujesz, Klaro? 

- Dziećmi. Chodź, Kasiu, bo w końcu spóźnimy się, tak jak w zeszłym razem. 

Świetne  są  te  maliny,  może  tylko  zbyt  obficie  posypane  cukrem,  stałam  sama,  bo 

Marek  nie  wrócił  jeszcze  z  pola.  Nagle  spokój  mojego  popołudnia  zakłóca  narastający 

warkot. Odwracam  głowę stronę domu, to Rafał  podjeżdża przed ganek na swoim motorze. 

Zostawia go pod drzewem. 

- Halo, Rafał! - wołam. Patrzy w moim kierunku. 

- Dzień dobry. Nie ma nikogo? 

- Nie. Jestem sama. 

Podchodzi, wita się. Siada na ogrodowym krześle, z którego wygłaszał swoje expose. 

- Dokąd Kasia poszła? 

-  Na  zebranie  koła  gospodyń  wiejskich  -  uśmiecham  się.  Nie  potrafię  rozmawiać  z 

chłopcami  w  jego  wieku.  Drażni  mnie  milczenie,  które  teraz  zapada.  Rafał  rozgląda  się 

dokoła bezradnie, jakby z nadzieją, że temat do rozmowy siedzi gdzieś na krzaku, tylko  go 

wziąć.  Wyobrażam  sobie,  że  jego  męczarnia  jest  jeszcze  większa  niż  moja,  żal  mi  go. 

Jednocześnie  przychodzi  mi  ochota  wrócić  do  naszej  wczorajszej  rozmowy  i  powiedzieć 

Rafałowi, że bardzo mi podobało to, co mówił o matematyce. Chyba powinien się ucieszyć. 

- Chcę ci coś powiedzieć, Rafał... - zaczynam. 

- Nie... - mówi, opuszczając głowę. - Nie, nie trzeba. 

- Dlaczego? Chcę, żebyś wiedział...   

Przerywa mi nagłym gestem dłoni. 

- Nie, proszę pani! Ja przecież wiem. 

"O czym on mówi? - zastanawiam się. - Czy sądzi, że chcę mu morały na temat jego 

znajomości z Kasią? To nieprawdopodobne!" 

- Co ty wiesz, Rafał? - pytam ze zdumieniem. 

- A wszystko. Ojciec mi powiedział. 

Nie rozumiem. Patrzę na Rafała i nic nie rozumiem. 

background image

-  Tak!  -  powtarza.  -  Powiedział  mi.  Byliśmy  razem  na    Zaczekaj,  Lusiu!  Kiedy 

wyszliśmy z kina, ojciec mi powiedział. Mówił, że chyba pani zrobiła bardzo rozsądnie, bo z 

nim... bo u nas, w naszych warunkach, mogłaby pani grać najwyżej w amatorskim teatrze, A 

przecież pani taki teatr na pewno by nie odpowiadał, prawda? 

Jeszcze  tylko  kilka  malin  zostało  na  dnie  szklanki,  rozgniatam  je  łyżeczką.  Może 

powinnam  zachować się teraz inaczej,  ale ja nigdy nie  grałam takiej  roli  i  nie wiem,  jak się 

gra.  Zawsze  odrzucałam  role  banalne.  Łyżeczka  dzwoni  o  szklankę,  to  jest  głos  mojego 

wzruszenia.  Paskudny  scenariusz  podsunęło  mi  życie.  Muszę  coś  powiedzieć.  Odstawiam 

szklankę  i  patrzę  na  Rafała.  Zupełnie  nie  jest  podobny  do  Pawła,  nic  a  nic.  Patrzę  na  jego 

oczy, nos, usta, na włosy, brwi i czoło, błądzę po omacku, szukam, nie odnajduję. Jakby na 

zasadzie kontrastu widzę przed sobą coraz wyraźniej twarz Pawła, taką jaką pamiętam. Biorę 

papierosa, Rafał sięga po zapałki, wstaje, podaje mi ogień i znowu siada na wprost mnie. O co 

mnie pytał? O teatr amatorski? Ależ ja nic nie wiem,  nic nie wiem  o amatorskich teatrach! 

Rafał  przygląda  mi  się  ze  ściągniętymi  brwiami.  Nie  wiem,  o  czym  mam  mówić.  Czy  nie 

lepiej zdobyć się na szczerość? 

- Słuchaj - zaczynam. - Nie wiedziałam. Nie znałam twojego nazwiska. 

Jeszcze mocniej ściąga brwi. 

- No, to ja się wygłupiłem. Myślałem, że pani wie. I myślałem że pani chce ze mną o 

tym mówić. 

Podnosi się z krzesła, wkłada ręce do kieszeni, opiera się o drzewo, stoi kilka kroków 

ode mnie. Znowu patrzę na jego pochmurną twarz i nagle ogarnia mnie czułość. To jest Pawła 

syn 

Katarzyna biegnie. 

- Słuchaj! - woła z daleka.   

Jakie to szczęście, że już wróciły. 

- Ty,    Rafał, słuchaj!    Czy to    prawda, że wybierasz się na koński targ? 

- Prawda. 

- A czy prawdą jest to, co mówiłeś wujowi Markowi? Że chcesz mnie ze sobą wziąć? 

Katarzyna jest już blisko. Staje na wprost Rafała, patrzy mu prosto w oczy. 

- A co dziewczynie po końskim targu? - pyta Rafał. 

- A jeżeli ci powiem, że nic dziewczynie po końskim targu, natomiast coś dziewczynie 

po wyprawie z tobą, to uwierzysz?   

Ależ jest śmieszna! Podciąga spodnie w talii ruchem sześciolatki. 

- Coś ty taka wkurzona? 

background image

- Na ciebie, zakuty łbie! A co dziewczynie po końskim targu? - przedrzeźnia Rafała. - 

Nie widziałam nigdy. I chcę zobaczyć, weźmiesz mnie ze sobą. 

- Trzeba wstać o czwartej rano. 

- To wstałbyś o trzeciej i przyjechał mnie obudzić, gdybym potrzebowała twojej łaski. 

Ale  nie  potrzebuję!  -  mówi  Kasia  gniewnie.  -  Mam  budzik,  nastawię  i  wstanę.  Jeżeli  nie 

chcesz jechać ze mną, jadę sama. W nosie mam twoje towarzystwo. Przekonasz się, że będę 

tam jeszcze przed tobą. 

Wróciła wściekła z tego zebrania gospodyń wiejskich. 

-  Dlaczego  jesteś  taka  wściekła,  Kasiu?  -  pytam.  Odwróciła  się  w  moją  stronę  i 

odpowiada: 

- Też    byłabyś    wściekła,    mama,    gdybyś    widziała to, co ja widziałam! 

- A coś ty takiego widziała? 

- Eeee... - krzywi się. 

- No, co widziałaś? - nalega Rafał. 

-  Widziałam  dzieci.  Małe.  Brata  i  siostrę.  Oboje  z  mongolizmem...  co  ja  wam  będę 

mówiła?  Mam  wam  opisywać  te  dzieci  czy  jak?  ...aa,  Klara  będzie  się  starała  o  zakład  dla 

nich. Nagle opada z Kasi cała złość, buzia jej maleje i brzydnie. 

- Rafał, weź mnie na ten targ - prosi. - No, weź mnie, co ci szkodzi? Tak bym chciała 

pojechać. 

- To pojedziesz, Kasiu. 

Odchodzą. Jeszcze tylko Katarzyna mówi mi, że idą do stajni, tylko Rafał wita się z 

Klarą, która wychodzi właśnie z domu, patrzy w moją stronę. Potem podchodzi. 

-  Usiądę  na  chwilę.  Wypalę  papierosa  i  do  roboty  -  mówi.  Podaję  jej  zapałki.  Jeżeli 

przyszła na tak krótko, nie mam czasu na odwlekanie pytań. 

-  Nie  wiedziałam,  że  Rafał  nazywa  się  Niedzielski.  Znałam  jego  ojca,  wiedziałaś  o 

tym? 

- Nie. 

- Znałam go. Niedużo brakowało, a byłybyśmy sąsiadkami. 

- Co ty mówisz? I kiedy to było? 

-  Pamiętasz  ostatnie  wakacje  przed  swoim  ślubem?  Byłaś  w  Kazimierzu,  a  ja  w 

Jastarni. Tam to się zaczęło, a skończyło niewiele później. 

- Nigdy mi nie mówiłaś. 

- Nigdy. Wtedy wynikła sprawa twojego małżeństwa. Wobec podobnych problemów 

zajęłyśmy, widzisz, różne stanowiska... 

background image

- Nie chwaliłaś się swoimi - mówi Klara sucho. 

- Po prostu nie chciałam mówić. 

- Dlaczego? 

"Och, nie będę się z nią bawić w kotka i myszkę. Minęło już tyle lat". 

- Wiec masz rację, myśląc, jak myślisz. Nie byłam w porządku w stosunku do Pawła, 

nie miałam się czym chwalić. Byłam zresztą bardzo nieszczęśliwa. 

- Biedactwo! - mówi Klara i to brzydko brzmi. 

-  Czy  budzi  się  w  tobie  lojalność  w  stosunku  do  lekarza  twoich  zwierząt?  -  pytam 

ironicznie. 

A ona równie ironicznie odpowiada mi: 

-  Mogę  mieć  bałagan  w  szafie,  ale  w  uczuciach  lubię  porządek.  -  Milczymy  przez 

chwilę, potem Klara mówi krótko: 

- Przepraszam, Zuza. 

Być może przypomniała sobie chwile własnych załamań. Więc teraz proszę ją: 

- Opowiedz mi coś o nim. 

-  Muszę  cię  zmartwić...  -  odpowiada  mi  po  krótkim  namyśle.  Wzdycha,  jak  gdyby 

czas  trwania  jej  westchnienia  mógł  zmień  treść  tego,  co  musi  mi  powiedzieć.  -  Nie  jest 

szczęśliwy. I nigdy nie był. 

- Dlaczego? 

- Nie wiem. Dwa nieudane małżeństwa, ale to nie one odchodzi od niego, tylko on od 

nich, od tych swoich żon. Być może szukał w nich ciebie i nie znajdował. Często się śmieje, 

jest wesoły, ale kryje się za tym wszystkim pewna melancholia. Może zawsze taki był? Och 

.... 

- Co, Klaro? 

- Tak, teraz przypominam sobie ten dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczył Kasię. To 

było  tutaj,  u  nas.  Przyjechał  na  początku  wakacji,  bo  kury  zaczęły  nam  zdychać  i  Marek 

pojechał po niego. Zobaczył Kasię, zapytał, czy mamy gościa na lato. Mówię, że tak, że to 

córka przyjaciółki, pewnie pan zna jej mamę z filmu albo z telewizji. "Tak, mówi, znam". 

- I co dalej? 

- Chciałbym zobaczyć tę dziewczynkę - powiedział. 

Zawołałam Kasię, przyglądał jej się bardzo długo. Podała mu rękę na powitanie i on, 

wiesz, tak jakoś przytrzymał jej rękę. I potem powiedział, że będzie jej mówił ty, bo przecież 

mógłby być jej ojcem. 

Nic więcej Klara nie mówi. I ja też już o nic nie pytam. 

background image

- I ze mną nie byłby szczęśliwy. 

- Możliwe - odpowiada mi Klara. - Ale tego nigdy nie wie się na pewno. 

- Nie byłby! - upieram się. 

Nie mówię tego głośno, ale myślę, że zginęłabym w tym życiu Pawła. Zadusiłby mnie 

zapach  wody  po  goleniu  i  sprayu.  Usiłuję  teraz  stworzyć  sobie  wizję  domu  Pawła,  z  tą 

restauracją  niedaleko  i  fryzjerem  na  dole,  żeby  odgonić  w  ten  sposób  inną  wizję,  wizję 

naszego  szczęścia.  Dzieci  wracają,  może  Klara  domyśla  się,  że  jeszcze  przez  chwilę 

wolałabym nie rozmawiać z nimi, bo prosi: 

-  Idźcie,  Kasiu,  do  kuchni.  Na  stole  stoi  miseczka.  Wlałam  tam  resztki  krupniku  z 

twojego talerza, wrzuciłam jakieś wczorajsze ochłapy i potężny gnat z zupy. Daj to psu, dziś 

jeszcze nie jadł. 

- Dobrze, ciociu! 

Odchodzą  znowu,  ale  Kasia  zawraca,  już  sama.  Rafała  zostawiła  przed  gankiem. 

Nachyla się nade mną i całuje mnie w czoło. 

- Mama! - mówi. 

I  odbiega.  A  więc  powiedział  jej.  Po  co?  Nagle  stwierdzam,  że  mam  już  dość 

odpoczynku i że chciałabym znaleźć się w swoim domu. Katarzyna niech zostanie, jeżeli ma 

ochotę, ale ja wyjadę. Ja wyjadę. Może pojutrze?  I znowu Kasia i  Rafał  idą ku  nam.  Rafał 

śmieje się, a ona ma minę niewyraźną. 

-  Ciocia,  co  ja  mam  zrobić?  Wuj  Marek  zjadł  te  wszystkie  zlewki,  a  teraz  obgryza 

gnat. Pies siedzi naprzeciwko niego i warczy. 

Kasia wraca z końskiego targu o dwunastej. Klara szykuje obiad, ja wszywam rękaw 

do jej kretonowej bluzki. Słuchamy, jak Kasia opowiada o targu, pijąc jednocześnie zsiadłe 

mleko prosto ze słoja po marynowanych ogórkach. 

-  Mówię  wam,  że  to  była  istna  fantazja!  Kiedy  jechaliśmy  w  tamtą  stronę,  nawaliła 

nam kobyła, to znaczy, mama, że popsuł się motor. 

Łyk mleka i Kasia mówi dalej: 

- Przyjeżdżamy, a tam istne końskie szaleństwo. Ofelia robi wysiadkę w porównaniu z 

jedną klaczą, która... - łyk mleka - dostała bzika na środku placu. Nikt jej nie chciał kupić, bo 

same rozumiecie, na co komu  zwariowany koń? Tylko Rafał zachwycił się tą klaczą, ale...  - 

łyk mleka - Rafał nie ma pieniędzy. Więc, masz pojęcie, ciocia, namówił Lipczaka, żeby tę 

klacz  kupił.  I  Lipczak  dał  się  wrobić  w  ten  wątpliwy  interes.  -  Kasia  oblizuje  białe  wąsy 

sponad  górnej  wargi.  -  Z  drugiej  strony,  ja  mam  nadzieję,  że  ta  klacz...  -  łyk  mleka  - 

odwdzięczy  się  Lipczakowi  za  jego  dobre  serce.  Kiedyśmy  wracali,  mówię  do  Rafała: 

background image

"Rafciu, mój skarbie, stawiaj wodę sodową, bo trupem padnę". Najpierw chciał mnie bić za 

tego  Rafcia,  a  potem  rzecze  wielkodusznie:  "Dobra,  ja  ci  tę  wodę  postawię".  I...  -  dwa  łyki 

mleka  -  postawił.  To  ja,  mama,  ty  mnie  znasz,  z  punktu  wypiłam  trzy  szklanki.  To  on 

powiada, że wypije cztery, jedną po drugiej, bez łapania powietrza. Babka przy wózku patrzy 

jak na głupich. W sumie strzeliliśmy jedenaście szklanek, żeby... - łyk mleka - przekonać się 

na koniec, że Rafał nie ma ani grosza przy sobie. Potem wam dokończę, bo teraz muszę iść do 

klo. 

- Ona dziś nie wyjdzie z tego klo do końca wieczora - śmieje się Klara. - Po tej wodzie 

sodowej i po tym mleku! 

Wyglądam przez okno, widzę, jak Kasia wybiega z ganku i leci w stronę szarej budki, 

ale dostrzega mnie, zatrzymuje się i podskakuje raz na jednej nodze, raz na drugiej, woła: 

- Mama, teraz sama widzisz, jakie ja mam cudowne wakacje! 

Ustaliłyśmy z Klarą, że Kasia zostanie u niej do końca sierpnia. Klara nie zdziwiła się, 

kiedy powiedziałam jej, że chcę wyjechać wcześniej, niż początkowo zamierzałam. 

-  Spodziewałam  się  czegoś  takiego.  Trudno,  Zuza!  Są  ludzie,  których  nie  można 

zatrzymać, i ty do nich należysz. 

Przyglądam  się  Klarze,  która  pochylona  nad  stołem  formuje  zgrabne  kotlety  z 

mielonego  mięsa.  Jej  uroda  zawsze  mnie  urzekała.  Uważałam  ją  za  śliczną,  kiedy  byłyśmy 

dziewczynkami,  za  bardzo  ładną,  kiedy  dorosłyśmy,  za  fascynującą  w  tym  czasie,  kiedy 

wychodziła za Marka. A teraz...? Najdokładniej jednak rysuje mi się w pamięci twarz Klary, 

którą zapamiętałam z tego wieczoru na dworcu, kiedy przyszłam po nią, bo wracała właśnie z 

Kazimierza. Może bym jej wtedy opowiedziała o moich przejściach z Pawłem, gdyby nie to, 

że Marek też czekał na nią. Był na dworcu pierwszy, zobaczyłam go, wychodząc na peron. 

Pamiętam, jak mnie speszyła czarna opaska na jego ramieniu. 

- Marek - zapytałam, nie wiedząc, czy dobrze robię, czy źle, dotykając takich spraw - 

straciłeś kogoś? 

- Tak. Rodziców. 

Opowiadał mi potem o ich śmierci. Wieźli jarzyny do miasta, pijany kierowca uderzył 

w  bok  furmanki.  Pamiętam  również  oczy  Marka,  kiedy  wpatrywał  się  w  nadjeżdżający 

pociąg. Wiedziałam już, powiedział mi, że czeka nie tylko na Klarę, ale i na jej decyzję. Był 

na trzecim roku ogrodnictwa, kiedy postanowił rzucić studia i wrócić na wieś, żeby wszystko 

nie marniało, tak mówił. I napisał o tym do Klary do Kazimierza. Była wtedy na drugim roku 

akademii, miała zacząć trzeci. Wysiadła z pociągu. 

- Marek! - zawołała. 

background image

Ten jej głos też pamiętam. Często używałam go później na scenie, ale chyba nigdy nie 

potrafiłam w jednym słowie, w jednym imieniu, wyrazić tyle, ile Klara wtedy. Usłyszałam jej 

głos  i  od  razu  zrozumiałam,  że  wybrałyśmy  dwie  różne  drogi,  droga  Klary  wydała  mi  się 

niepojęta. 

Do  kuchni  wchodzi  Marek.  Wygląda  bardzo  źle,  ma  podsiniałe  oczy  i  zapadnięte 

policzki. Ciemna opalenizna nie ratuje sytuacji. 

- Nie ma tu Antoniowej? - pyta matowym głosem. 

Antoniowa przychodzi pomagać Klarze w ogrodzie i widziałam, że dziś była także. 

- Antoniowa jest w piwnicy - mówi Klara. - Układa jabłka. 

- Potrzebne mi "Holands Glory". Pięćset sztuk. Masz oczyszczone? 

- Mam oczyszczone. Antoniowa wie, gdzie stoją. Pokaże ci. 

-  Chcę,  żeby  Rafał  je  zabrał,  a  on  zaraz  jedzie  do  domu.  Powiedział,  że  chętnie 

podrzuci skrzynkę do Roztockiego. 

- Roztocki porywa się na tulipany? - dziwi się Klara. - A nie chciał w zeszłym roku. 

-  Dał  się  namówić.  To  ja  zejdę,  Klara,  na  dół,  a  ty  powiedz  Rafałowi,  jak  on  tu 

przyjdzie, żeby poczekał. 

Marek wchodzi do sieni, z której jest zejście do piwnicy. 

- Bardzo źle wygląda - mówię do Klary. - Czy ty to widzisz?! 

- I źle się czuje - dodaje Klara. - Nigdy tak źle się nie czuł. 

- Rafał, katafał! - woła Kasia pod oknem. 

Spoglądam tam. Rafał idzie od strony ogrodu. I nagle słyszymy z sieni niepokojący, 

dziwny hałas, który paraliżuje nasze ruchy. Potem wszystko cichnie, żeby wrócić znowu, ale 

jedynie przeraźliwym głosem Antoniowej. 

- Jezus, Maria, Józefie.....! Pani! Pani! Paaani! 

Minęło już pięć godzin od chwili, kiedy żółta karetka pogotowia wyjąc przeraźliwie, 

powiozła  Klarę  i  Marka  do  szpitala.  W  chwilą  później  ruszył  za  nimi  Rafał  na  swoim 

motorze. Rafał wrócił po jakimś czasie, oni zostali. 

- Nic nie wiem, niczego sensownego nie mogłem się dowiedzie Wiem, że pan Marek 

jest na chirurgii. Pani Klary nie widziałem. 

Siedzimy  więc  z  Kasią  pełne  niepokoju,    bezradne.    Wszystko  w  czym  mogliśmy 

pomóc Klarze, zostało już zrobione. Antoniowa wydoiła krowy, Rafał zajął się końmi, Kasia 

drobiem,  ja  kuchnią.  Potem    Rafał  zawiózł  cebulki  tulipanów  do  Roztockiego,  wrócił  i 

znowu  pojechał  do  szpitala.  Mam  nadzieję,  że  zaczeka  tam  na  Klarę  i  że  przywiezie  ją  do 

domu. 

background image

- Mama, mogę to skończyć? - pyta Kasia, pokazując mi garnek na którego dnie widzę 

wiśnie pozostałe z kompotu. 

- Chyba tak. 

- To skończę. 

Siada w sporej odległości od wiadra i pluje pestką przez połowę kuchni. Trafia. Już mi 

się  nie  chce  strzępić  języka,  dziś  jest  mi  wszystko  obojętne,  niech  pluje.  Znowu  trafia.  I 

znowu. 

- Gdzieś ty się tego nauczyła? - pytam wreszcie. 

-  Rafał  mnie  nauczył.  To  łatwe,  wiesz?  Spójrz,  jak  to  się  robi.  Widzisz? Kładzie  się 

pestkę na czubku języka, o tak, no popatrz! I... tfu! Trafiła. Podsuwa mi garnek. 

- Chcesz spróbować? 

- Nie. Przeżyłam tyle bez tej umiejętności, to już chyba i umrę bez niej. 

Jak  głośno  cyka  zegar  kuchenny.  Chętnie  zajęłabym  się  czymś,  ale  wszystko  jest 

zrobione. 

- Kasiu, może jest jeszcze coś do roboty? 

-  Już  myślałam.  Nie  ma.  Możemy  tylko  tak  drętwo  czekać,  nic  więcej  nie  da  się 

zrobić. Jeżeli jest ci źle, pomyśl, że im jest jeszcze gorzej - poucza mnie. I znowu trafia. 

- Chyba odłożysz swój wyjazd, mama? Nie zostawisz tak Klary? 

- Chyba odłożę. 

- Odłóż. Bądź dobrą przyjaciółką! 

Myślę  o  Klarze,  o  jej  opanowaniu,  o  tym,  jak  szybko  zorganizowała  pomoc  dla 

Marka, chociaż ręce jej drżały i głos się łamał. I mówię nagle: 

- Klara jest wspaniałą kobietą. 

- Nie zawsze taka była, mówiłam ci już. Denerwuje mnie to. 

- Co ty możesz o tym wiedzieć, Kasiu? Nie znałaś jej. 

- Ty też jej nie znałaś - odpowiada Kasia, odstawiając pusty garnek. 

- Już na pewno lepiej ja ją znałam niż ty. 

-  Nie  wiem.  Myślę,  że  ja  wiem  o  niej  więcej,  to  znaczy  o  tej  dziewczynce,  którą 

kiedyś była, o tej, z którą tyś się przyjaźniła. Założę się, że ja o niej więcej wiem. 

- Jakim cudem możesz wiedzieć o niej więcej? 

-  Bo  Klara  mi  opowiadała.  Mówiła  mi  rzeczy,  o  których  tobie  nie  powiedziałaby  za 

żadne skarby. To znaczy nie teraz, tylko wtedy, kiedyście się przyjaźniły. Czy ty, na przykład, 

wiesz, że Klara okradła kiedyś Matkę Boską? 

- Nie pleć, Kasiu. Nie mam nastroju do żartów. 

background image

- Ja też. Tfu! 

Widocznie zrobiła sobie zapas tych pestek i trzyma je w ustach. 

- Okradła Matkę Boską. Zrobiła to, jak miała dziesięć lat. Jej dziadek wtedy chorował, 

ciocia bardzo się bała, że on umrze. I zaczęła zbierać pieniądze z przeznaczeniem na mszę za 

zdrowie  dziadka.  Ta  msza  miała  być  odprawiona  przed  ołtarzem  Matki  Boskiej 

Częstochowskiej.  Ale  któregoś  dnia  Klara  zobaczyła  na  wystawie  kolorową  włóczkę  i 

okropnie  jej  się  zachciało  kupić  tę  włóczkę  na  sweterek  dla  lalki.  Wzięła  pieniądze,  które 

należały już do Matki Boskiej,  w każdym  razie ona tak to  wtedy rozumiała, i  kupiła za nie 

włóczkę.  Była  przekonana,  że  okradła  Matkę  Boską,  czuła  się  taka  podła  i  nikczemna.  I 

jeszcze do tego, mama, ten biedny dziadek, za którego zdrowie nie będzie mszy! Widzisz to? 

Bo  ja  widzę.  Potem,  jak  już  przyniosła  tę  włóczkę  do  domu,  zaczęła  bać  się  kary  bożej. 

Pomyślała, że coś takiego na sucho  jej nie ujdzie, że Matka  Boska pójdzie do Pana Boga i 

wszystko  wyklepie. Uważała, że załatwią to  przy  pomocy pioruna.  I  czekała na ten  grom  z 

jasnego  nieba,  który  ją  porazi.  Ty  się  uśmiechasz,  bo  ja  to  tak  opowiadam.  Ale  jak  ciocia 

Klara  mnie  to  opowiadała,  ja  się  nie  śmiałam.  Bo  wiesz,  ona  się  tego  pioruna  do  tej  pory 

spodziewa. Ma dużo takich sprawek na sumieniu.  Różne kłamstwa, donosicielstwo, obłudę. 

Jeszcze ci powiem, że ciocia do tej pory ma ten    sweterek,    który wtedy zrobiła dla lalki.    I 

ja go widziałam. 

Historia, którą opowiedziała mi Kasia, z trudem  mieści  mi się w głowie. Klara była 

prawdomówna, szczera, uczciwa. Była taka jak jest teraz, pod tym względem nie zmieniła się 

ani trochę. Ale po co opowiadała Katarzynie te głupstwa? 

-  Ciocia  mi  powiedziała  -  słyszę  nagle  głos  Kasi  -  "Kasiu,  to  nie  sztuka  patrzeć  na 

siebie, kiedy coś już się stanie. Sztuka - to patrzeć na siebie w trakcie". 

Czuję, że wpływ Klary na moją córkę jest silniejszy niż mój i nie wiem już sama, czy 

mam się martwić tym, czy cieszyć. 

- Wydaje mi się, że coś słyszę... - mówi Kasia. - Ty też co słyszysz? 

- Tak. Chyba tak. 

Podbiegamy do okna. Już zmierzcha na dworze, ale to jeszcze nie wieczór. Patrzymy 

w głąb drogi, po chwili coś się tam pojawia. 

- Motor! To będzie Rafał, zobaczysz, mamo. Tak, to    Rafał. Podjeżdża, za nim siedzi 

Klara.   

Wybiegamy z Kasią przed dom. 

-  Już  lepiej  -  mówi  Klara  z  poszarzałą  twarzą.  -  Ale  nie  dali  mi  przy  nim  zostać.  A 

przecież nikt go tak nie dojrzy, jak ja bym dojrzała - dodaje z rozżaleniem. 

background image

Obejmuję ją i idziemy w stronę ganku. Klara ogląda się i woła przez ramię: 

- Chodź, Rafał! Kasia, powiedz mu, żeby wszedł do domu.  -  I zwraca się do mnie:  - 

Taki był dla mnie dobry, tam w szpitalu. Kiedy czuję się nieszczęśliwa, a ktoś jest dla mnie 

dobry, strasznie się rozklejam... 

Wchodzimy do kuchni. 

- Siadaj teraz i mów - proszę. - Co to było? 

-  Spadł,  bo  kiedy  stanął  na  tych  schodach  do  piwnicy,  zakręciło  mu  się  w  głowie. 

Złamał  rękę  w  dwóch  miejscach.  Już  ją  wsadzili  w  gips.  Ale  dlaczego  zakręciło  mu  się  w 

głowie, to nie wiadomo. Teraz będą robić badania. Nie wiem, może był po prostu zmęczony, 

a może coś mu jest... 

- Na pewno był zmęczony - pocieszam ją. 

-  Tak  myślisz?  Może.  Słuchaj,  Zuza,  kiedy  dostałam  się  wreszcie  do  tej  piwnicy  i 

zobaczyłam  go  tam...  myślałam...  myślałam  najgorsze...  i  wtedy,  wiesz?  Świat  mi  się 

skończył. 

Klara  płacze.  Siedzi  z  głową  opartą  o  ścianę  i  płacze.  Dopiero  teraz.  Kasia  i  Rafał 

zatrzymują się w drzwiach. Łzy Klary niepokoją ich i peszą. Nie potrafią jeszcze uczestniczyć 

w czyimś cierpieniu. A zresztą, któż potrafi? Patrzą na mnie pytająco. 

- Wejdźcie - mówię. 

Wkładam grzałkę do dzbanka, w którym Klara zwykle gotuje wodę na herbatę, jeżeli 

nie  pali  się  ogień.  Powtarzam  jej  codzienne  ruchy,  otwieram  kredens,  wyjmuję  szklanki, 

uzupełniam  pustą  cukiernicę.  Robię  to  wszystko,  czego  Klara  nigdy  dotąd  nie  dawała  mi 

robić, bo byłam gościem, któremu pozwalano jedynie na zabawę w szycie. 

- Rafał, proszę cię, wylej wodę z wiadra, a ty, Kasiu, przynieś mi czystej  - mówię. I 

nagle czuję się swoja w tym domu. 

Rafał chwyta obydwa wiadra. 

- Zostań! - mówi do Kasi. 

- Może ty się położysz, Klaro? - proponuję. 

-  Nie.  Położę  się  dopiero  wtedy,  kiedy  poczuję  się  bardzo  śpiąca  -  mówi  Klara, 

wycierając łzy wierzchem dłoni. 

Kasia podchodzi do niej, nieśmiało gładzi Klarę po włosach. 

- Ciocia, bądź spokojna, jego tam dopilnują...   

Rafał wraca z wiadrami. To z czystą wodą stawia na niskim taborecie, to do brudnej, 

obok na podłodze. 

background image

-  Proszę  pani  -  zwraca  się  do  Klary.  -  Jasiek  wrócił.  Mówi,  że  się  prześpi  w  stajni, 

żeby pani rano nie była  sama z tym  wszystkim.  Zawiezie mleko do  rozlewni,  ma to  pani  z 

głowy. 

Zazwyczaj  Jasiek  nocuje  u  siebie,  we  wsi.  Jest  synem  Antoniowej,  w  lecie  pomaga 

Markowi przy koniach. 

- Dobrzy jesteście - mówi Klara. - Ale ty, Rafał, jedź już do domu. Dziękuję ci. 

- Pojadę. Ale jakby coś trzeba było, to pani wie? 

- Wiem. 

- Wystarczy pchnąć Jaśka po mnie. 

Rafał już nie czeka na herbatę, odjeżdża po chwili. Kasia wraca sprzed domu i staje 

przy oknie. Długo patrzy na szosę. Rafała nie widać już, ale ona jeszcze ciągle patrzy i patrzy. 

Klara  pomału  wprowadza  swój  dom  w  odmienny  rytm.  Mikołaj,  najbliższy  sąsiad 

Marków, uczciwie dzieli swój czas pomiędzy dwa gospodarstwa. Wszystko, z czym Klara nie 

daje  sobie  rady,  pomimo  pomocy  Antoniowej  i  Jaśka,  bierze  na  swoje  barki  ten  ponury, 

nieprzystępny mężczyzna. Boję się Mikołaja i uciekam, kiedy tylko dobiega mnie z podwórza 

jego nosowy, głęboki głos. 

W pokoju Klary Antoniowa myje podłogę. 

- Czy ja tu mogę wejść? - pytam. - Pan Mikołaj stoi przed gankiem, a ja się go boję. 

- Pani  wejdzie  -  odpowiada mi.  -  Tylko  pani  wytrze buciki o tę szmatę, bo zaraz się 

naniesie. Mikołaja nie trza się bać, to dusza człowiek. 

- Wiem, ale on ma taki groźny wygląd. 

- Gdzie on tam groźny! Pani się zapyta Kasi. Kasia pani powie, jaki on groźny. Taki 

on groźny, że go do rany przyłóż. 

Nie mam pojęcia, jakie Katarzyna może mieć dowody na dobroć Mikołaja. Antoniowa 

zaspokaja moją ciekawość. 

- Tę dziewczynę, czarną taką, z którą Kasia po wsi chodzi, to pani widziała? 

- Widziałam. 

- No, to Mikołajów Pola, córka. Tak on mówi. Żadna ona córka dla Mikołaja. 

- A skąd ją wziął? 

- Skąd miał wziąć? Z przytuliska. 

Antoniowa  klęczy  na  podłodze,  ale  na  chwilę  prostuje  plecy.  Patrzy  na  mnie, 

uśmiecha się. 

- Kasia nie mówiła? 

- Nie. 

background image

-  Z  przytuliska.  Trzy  lata  miała,  jak  dom  jej  dał  niby  swojej.  Własnych  dziecisków 

troje się dochował, ale Polę równo z nimi widzi. Taki jest Mikołaj. A żonie, co ją nieraz ręka 

swędzi,  żeby  Polę  przez  kark  zdzielić,  to  on  mówi:  "Skoro  ty,  Malwina,  na  tę  sierotę  rękę 

podniesiesz, od łokcia ci uschnie!" - tak jej grozi. Więc swoje bębny to ona wygrzmoci, ale 

Poli palcem nie tknie. Kasia to wie, Kasia z Polą trzyma. 

Tak, przypominam sobie tę Polę dokładnie. Ładna dziewczyna, czarna jak Cyganka. 

- Teraz to się Pola na położną uczy. I pracę, mówią, że u nas dostanie. Podobnież już 

tam  na  nią  w  izbie  porodowej  czekają.  Doktorka,  co  od  młodej  Grzelakowej  dziecko 

przyjmowała, to tak jej mówiła: "Następne, Urszulko, Pola wam odbierze". 

Antoniowa pochyla się i myje podłogę w milczeniu. 

-  Dziwno  mi...  -  mówi  po  chwili  -  że  one  tak  się  z  Kasią  ku  sobie  mają.  Obydwom 

przecie Rafałek w głowie. I Poli, i Katarzynie. 

Wstaje,  wyżyma  nad  wiadrem  ścierkę  od  podłogi,  potem  gospodarskim  spojrzeniem 

sprawdza czystość jasnych desek. 

- No! - mówi z zadowoleniem. - Teraz wygląda, jak się należy. Zapuściła pani Klara 

podłogę, domyć nie mogłam. 

Wreszcie  wychodzi.  Mam  ochotę  zawołać  Kasię  i  zapytać  ją  wprost  i  o  Polę,  i  o 

Rafała. Początkowo bawiła mnie i wzruszała ta Kasi miłość. Teraz mnie niepokoi. Wyglądam 

przez okno, ale nigdzie nie widzę Katarzyny. Wołam. Nikt mi nie odpowiada. 

Spotykam ją dopiero przy obiedzie. Jemy we dwie, bo Klarę odwołała Antoniowa. 

- Izabeli coś jest - tłumaczy mi Kasia. - Antoniowa mówi, że ona chyba jest chora. Ale 

cioci się nie zdaje. Nie podejmuję tematu Izabeli. 

- Co robiłaś przed obiadem? - pytam. 

-  Przed  obiadem?  Przed    obiadem  robiłam    taką  masę  rzeczy,  mama,  że  samo 

wyliczenie zabrałoby mi czas do kolacji. 

- Więc może w skrócie? 

-  Rano  pomagałam  cioci.  Przed  południem  pomagałam  cioci.  W  samo  południe  też 

pomagałam cioci. 

- Kasiu! 

- Chciałaś w skrócie, mamo! Oj, nie patrz tak na mnie, błagam, Ofelio! 

Doprowadza  mnie  do  szału.  Może  innego  dnia  potrafiłabym  się  śmiać,  ale  nie  dziś. 

Dziś nie mam poczucia humoru. 

- Był Rafał? - pytam. 

- Był - odpowiada Kasia krótko. 

background image

Widzę, że nadąsała się. Mój nastrój jest widać zaraźliwy. 

- A Pola była? 

- Była. 

Wspaniale zapowiada się szczera, przyjacielska rozmowa, którą zaplanowałam. 

- Czy ty wiesz o tym, że Poli bardzo się Rafał podoba? 

- Wiem. 

A więc zauważyła. 

- Zauważyłaś to? - pytam. 

- Nie. Pola mi powiedziała. 

Odpowiedzi Kasi są rozmyślnie lakoniczne. Tak zresztą, jak i moje pytania. Wiem, że 

dalsza rozmowa mija się z celem. Więc milczę. 

- Dlaczego pytasz? - nie wytrzymuje jednak Kasia. - Dlaczego cię to ciekawi, mamo? 

-  Bo  myślę,  że  to  brzydko  odbijać  chłopca  koleżance.  Kasia  patrzy  na  mnie  z 

otwartymi szeroko ustami. Wreszcie zamyka je i mówi: 

- On z nią nigdy nie chodził. Ona dla niego jest jak ładny obrazek w książce, na który 

miło popatrzeć, ale potem odwraca się kartkę i czyta dalej, bo w książce nie obrazki są ważne, 

tylko treść. A życie jest jak książka. 

Wygląda na to, że Kasia cytuje Rafała. 

- To on ci tak powiedział? 

- Nie! - przeczy Kasia. - To Pola. 

Ciśnie mi się na usta pytanie, powstrzymuję je z wysiłkiem, ale Kasia i tak odpowiada 

mi na nie: 

- A ja, mamo, nie jestem dla Rafała obrazkiem. Jestem dla niego treścią. 

Łykowaty był kogut Klary. Z trudem przechodzi mi przez gardło. 

- Czy to również Pola wymyśliła? - pytam. 

- Nie, Rafał. 

Już  chyba  nie  odezwę  się  do  końca  obiadu.  Mogę  tylko  patrzeć,  i  patrzę  na  Kasię 

siedzącą na wprost mnie. Trzyma w garści nogę koguta, który, jeśli mnie pamięć nie myli, na 

imię miał Teofil. Energicznie szarpie zębami ciemne mięso, gryzie je niedbale i łyka. 

-  Twardy  ten  Teodor  -  mówi.  -  Za  życiu  też  miał  niedobry  charakter.  Może  nie 

powinnam tego mówić o nieboszczyku? 

Uczesała się dziś w dwa warkoczyki, ale krzywo, i jeden ma nad uchem, a drugi z tyłu 

głowy. Dopiero teraz widzę, że łuszczy jej się skóra na zbyt mocno opalonym nosie. 

background image

Minęłam  już  brzozowy  zagajnik  i  pole  Marków.  Och,  jak  daleko  zapuściłam  się 

dzisiaj.  I  dobrze,  bo  w  końcu  wyjechałabym  stąd,  nie  rozejrzawszy  się  nawet  w  najbliższej 

okolicy. Pachnie skoszone siano, ale to chyba już nie jest łąka Marka. Łąka Marka kończy się 

tam, przy starej lipie. Tak, to przecież tę lipę pokazywała mi Kasia. "Spójrz - mówiła - tutaj 

tak  wyglądają  słupy  graniczne".  Zdaje  mi  się,  że  zbliżam  się  do  stawu,  o  którym  też  mi 

opowiadała. Oczywiście! Sitowie, a za nim połyskliwa powierzchnia wody. Ładnie tu. Och, 

nie! Co to,  to nie! Nie cierpię żab, nie pójdę dalej. Dziś żaby i  łąka, pojutrze będę stała na 

dywanie w moim pokoju. Zawsze zdumiewa mnie możliwość uzyskiwania takich kontrastów 

w ciągu kilku godzin. Muszę wysłać depeszę do Tadeusza. Poproszę Rafała, żeby mi ją nadał 

jutro rano, bo sama nie wybiorę się na pocztę. 

Najgorsze  są  niepotrzebne  spotkania,  a  przecież  mogłabym  spotkać  Pawła,  mogłoby 

się i tak zdarzyć. Jeżeli nie przyjechał tutaj, to znaczy, że on też tego nie chce. Nawet jednego 

słowa nie przekazał mi przez Rafała, nawet pozdrowień, nic. Zrozumiał, że miałam rację, ale 

tej  swojej  piramidy,  widać,  mi  nie  wybaczył.  Piramida.  O,  jak  ja  to  pamiętam!    Najpierw 

mówił  tak  spokojnie,  a  potem  coraz  głośniej,  a  potem  krzyczał  na  mnie.  Nikt  nigdy  nie 

podniósł na mnie głosu, tylko jeden Paweł, ale też tylko on jeden miał prawo to zrobić. No, 

miał, co ja na to poradzę? Miał. 

- Dlaczego pozwoliłaś, żebym pokochał cię aż tak? Dlaczego nie powiedziałaś mi od 

razu: "Paweł, ty nie buduj na moim uczuciu żadnej piramidy!"? Dopiero teraz, kiedy piramida 

stoi, a ty odchodzisz jak jakaś turystka. Czy ty w ogóle wiesz, że takiej piramidy już się nie da 

rozebrać? Patrzyłaś, jak ją buduję, widziałaś, pomagałaś mi w tym. A teraz mówisz: "Nie!". A 

teraz mówisz: "Jadę dalej, piramidy to nie dla mnie!". Chyba od początku musiałaś wiedzieć, 

co jest dla ciebie, a co nie? 

- Nie byłam pewna. 

Tyle miałam na swoją obronę. Wtedy zaczął krzyczeć. 

- Jeżeli nie byłaś pewna, to nie miałaś prawa dyktować mi, gdzie i co będzie stało w 

naszym  domu!  Przypomnij  sobie!  Ile  rysunków  zrobiłaś?  Tu  będzie  stało  to,  a  tu  tamto!  I 

byłaś pewna, że lubisz dywany! I byłaś pewna, że nie znosisz ciemnych mebli! I byłaś pewna, 

że  wolisz  garnki  polewane  od  aluminiowych!  I  cienkiej  porcelany  też  byłaś  pewna.  Tylko 

jednego  nie  byłaś  pewna:  czy  chcesz  ze  mną  być,  czy  nie!  Taki  drobiazg,  szczegół  bez 

znaczenia. Mniej ważny od tego, jaką zasłonkę powiesisz w kuchni. Kwiatki czy kratka - to 

był twój dylemat! 

Nie,  ja  z  pewnością  sama  nie  pojadę  na  pocztę.  Rafał  to  załatwi,  jeżeli  go  dziś 

poproszę. Co on wie o piramidzie swojego ojca? Co Paweł mu powiedział? A co wie Kasia? 

background image

Wolałabym,  żeby  nic  nie  wiedziała,  ale  Rafał  na  pewno  rozmawiał  z  nią  o  tym.  Trudno, 

niczego już nie da się cofnąć. O czym  ja myślę? Cofnąć? Niczego przecież nie chciałabym 

cofać, właściwie jestem szczęśliwa, czego mogę pragnąć jeszcze? W tej chwili chcę jedynie 

zamienić łąkę na dywan, mam dość wakacji, dość odpoczynku. To chyba Kasia i Rafał tam 

idą.  Tak,  to  oni,  ale  nie  widzą  mnie.  Jeżeli  nie  spojrzą  tu,  zawołam  ich.  Słyszę  już  śmiech 

Kasi. Jak ta dziewczyna potrafi się śmiać, zupełnie jakby ktoś worek grochu wysypywał na 

podłogę. Przystają. On siada teraz, a ona stoi przed nim. Nie słyszę tego, co Kasia mówi, ale 

nie  myli  mnie  chyba  ten  charakterystyczny  układ  rąk,  które  wyciąga  przed  siebie,  te 

rozpostarte palce. Pochyla głowę, ona robi to zupełnie inaczej niż ja. Och, Kasiu, ty nadobna 

Ofelio! Żaby wyskakują ci  spod stóp, sitowie szumi za twoimi plecami, a przecież ta scena 

rozgrywa się w komnacie, na zamku. Ale Kasia nie potrzebuje scenografii, wiem, to jest gra 

dla  jednego  widza,  który  i  tak  nie  dostrzega  niczego  poza  aktorką.  To  jego  zapatrzenie, 

zasłuchanie, oczarowanie. Jestem turystką, Paweł miał rację, przez całe życie byłam turystką. 

Chodzę  pośród  piramid,  ale  żadna  nie  jest  moja,  nigdzie  nie  zbudowałam  własnej.  Kasia  i 

Rafał mijają mnie, nie zawołam ich. Kasia unosi głowę do góry, mówi coś, Rafał pochyla się, 

słucha.  Teraz  wybuchają  śmiechem,  on  chwyta  ją  za  rękę,  biegną,  są  już  przy  lipie,  Kasia 

przystaje, szuka czegoś w trawie, Rafał też. On znajduje pierwszy, widzę, podaje Kasi małe, 

białe kwiatki. To rumianek. 

-  Myślałam,  że  go  zamorduję!  -  mówi  Kasia  ze  złością.  Zmywa  naczynia,  biedne 

talerze aż podskakują w misce. - Niech ciocia powie sama, czy on nie jest małpą? 

Klara  wyrabia  ciasto  drożdżowe  na  placek  dla  Marka.  Zachciało  mu  się  ciasta  z 

kruszonką. Klara wróciła szczęśliwa, bo to pierwsza rzecz, na którą Marek ma apetyt. 

- O kim ty mówisz? Nie uważałam. 

-  Mówię  o  tym  młodym  kretynku,  synu  doktora,  który  leczy  cioci  zwierzęta.  Czy  to 

dość jasno powiedziane? 

- Zupełnie jasno - śmieje się Klara. 

- Otóż, wyobraźcie sobie, że ten młodociany idiota zamknął  mnie dziś wieczorem  w 

chlewie. Mama, ty się nie śmiej, ty raczej posłuchaj do końca! Wiec zamknął mnie w chlewie, 

słowo  wam  daję.  Najpierw  zwabił  mnie  tam  podstępnie.  "Idź,  Kasia,  zobacz,  jak  ta  twoja 

Zuzanna niepokojąco przytyła. Mnie się zdaje, że ona jest w ciąży!" To ja mu mówię: "Nie 

bądź głupi, ona jest małą świnką, o wiele za małą na takie rzeczy". A on mi na to, że kiedyś 

czytał  w  gazecie,  że  gdzieś  tam  jakaś  dziesięcioletnia  dziewczynka  urodziła  dziecko.  W 

Wenezueli chyba.  I że skąd wiem,  czy przypadkiem moja Zuzanna też nie jest taka. "Debil 

kompletny jesteś" 

background image

-  mówię  mu,  ale  idę,  bo  myślę  sobie,  może  ta  Zuzia  jest  chora  albo  co?  Włażę  do 

chlewa, patrzę, świntucha moja słodka wygląda zupełnie normalnie, żadnej ciąży na niej nie 

widzę. Oglądam się, chlew zamknięty. Podchodzę do drzwi, pięścią walę. "Otwórz!" - wołam. 

"Dobrze  -  on mi na to.  -  Ale pod warunkiem!".  Pytam  go, pod jakim  warunkiem.  "Że mnie 

pocałujesz!". Zatkało mnie. Nie dlatego, żebym go w ogóle nie miała ochoty pocałować. To 

byłaby  drobna  przesada.  Ale  pomyślcie  sobie:  chlew,  świnie  mi  się  pod  nogami  plączą, 

prosiaki  kwiczą,  wieprze  chrząkają,  a  ja  mam  mieć  melodię  na  całowanie  jakiegoś  tam 

chłopaka! Dobrze wam się śmiać, mnie tam do śmiechu nie było. 

Kasia przerywa i z pasją wrzuca do miski nową porcję talerzy. 

- Najpierw mówię do niego łagodnie: "Otwórz, baranie! Bardzo cię proszę!". A on mi 

na  to:  "Długo  możesz  prosić,  bo  najbliższy  baran  u  Roztockiego,  trzy  kilometry  szosą. 

Pocałujesz?". "Może bym cię pocałowała - mówię mu - ale metody masz faszystowskie!" "To 

się  namyśl,  ja  poczekam".  "Otwieraj!"  -  wołam.  "Dobrze  -  on  mówi.  -  Chętnie.  A 

pocałujesz?". Nawet usiąść nie było na czym w tym cioci chlewie, chyba że świni na karku. 

Aż tu nagle, Chryste Panie, widzę, że idzie do mnie ten knur! Ciocia, ty wiesz, stary Baltazar! 

I tu  się okazało,  że ja się zupełnie nie nadaję na żadną cichą bohaterkę.  "Rafał!  -  wołam.  - 

Otwórz,  błagam  cię,  Baltazar  mnie  wącha!".  "Pocałujesz?".  "Pocałuję,  przysięgam".  I 

wypuścił mnie. 

- No i co? - pyta Klara. - Co było dalej? 

- Dalej, to ja stanęłam naprzeciwko Rafała i czekam. Przecież na szyję nie będę mu się 

rzucała,  prawda?  Jeszcze  te  resztki  ambicji  we  mnie  tkwią.  A  on  stoi  i  gapi  się  na  mnie. 

"Długo  tak  się  będziesz  patrzył?"  -  pytam  go  wreszcie.  "Długo".  "Ja  tam  nie  mam  czasu  - 

mówię. - Jak mam cię pocałować, to zaczynaj!". 

Kasia płucze ostatni talerz i wylewa wodę z miednicy. 

- I co? - dopytuje się Klara. - Zaczął? 

- Ciocia! 

- No, powiedz! Tyle powiedziałaś, to powiedz do końca. 

- Oj, ciociu, no! 

Nie wiemy, jak się skończyło to wszystko, bo Kasia odwraca się, sięga po ściereczkę i 

w milczeniu wyciera szklanki. Klara energicznie wyrabia ciasto, które ciągle jeszcze klei jej 

się do rąk. Nigdy sama nie robiłam ciasta i z podziwem obserwuję zmagania Klary. 

- Ciociu - odzywa się Kasia. - Wiesz, ja tak sobie stoję i myślę. Głupia historia. 

- Z czym? 

background image

- A z takim pocałunkiem na przykład. Czy to każdy przeżywa się tak samo, czy potem 

człowiekowi obojętnieje? 

- Nie - odpowiada Klara. - Nie obojętnieje. 

Kasia zbliża się, siada na brzegu stołu. Zaczynam się obawiać, że jej opowiadanie nie 

było zwierzeniem, ale prowokacją. Za szczerość będzie wymagała szczerości. I chyba się nie 

mylę. 

- Więc powiedz mi, tylko tak z ręką na sercu, ciociu, czy jak wujek Marek całuje cię 

teraz, to czujesz to samo, co czułaś za pierwszym razem? 

- Podaj mi rodzynki - mówi Klara. 

Bierze z rąk Kasi rodzynki i dosypuje do ciasta. Nie patrzy na Katarzynę ani na mnie. 

A Kasia czeka. 

-  Nie  wiem,  po  co  ci  ta  wiadomość,  Kasiu.  Nie  chciałabym  zbyć  cię  głupią 

odpowiedzią... 

- Więc może nie zbywaj? - proponuje Kasia. 

-  Nie,  nie  czuję  tego  samego.  Ale  to  wcale  nie  jest  zobojętnienie,  przeciwnie. 

Pamiętam  świetnie  ten  pierwszy  raz  i  mogę  ci  o  nim  opowiedzieć.  Marek  pocałował  mnie 

wtedy dzięki pewnej pani, która prosiła mnie o zmaglowanie bielizny. Mieszkałam u niej w 

tym czasie, kiedy studiowałam na akademii. Wynajmowała mi pokoik służbowy przy kuchni, 

płaciłam  jej  bardzo  mało,  ale  od  czasu  do  czasu  pomagałam  w  różnych  czynnościach 

gospodarskich.  Ja  nie  wiem,  Kasiu,  czy  ty  w  ogóle  byłaś  kiedy  w  maglu?  Jeżeli  byłaś,  to 

wiesz, jak tam jest i  co się tam robi. Jeżeli nie, to  i  tak nie potrafisz sobie tego wyobrazić. 

Magiel, do którego musiałam pójść, był dość daleko, no, tak jak od nas do domu Mikołaja. 

Bieliznę  ta  pani  naszykowała  mi  w  koszu.  Tego  dnia  Marek  przyszedł  do  mnie  i 

zaproponował mi kino. Odmówiłam i w zamian zaproponowałam mu magiel. Nie odmówił i 

poszliśmy  z  tym  koszem.  W  maglu  nikogo  nie  było,  mogłam  więc  zabrać  się  od  razu  do 

roboty.  Nawet  mi  to  składnie  szło,  szybko  nawijałam  na  wałek  te  wszystkie  powłoczki, 

poszewki i już nie pamiętam co. Ale w pewnej  chwili, upadł mi na podłogę jakiś drobiazg. 

Nachyliliśmy  się  jednocześnie.  To  była  serwetka,  podniosłam  ją  pierwsza  i  powiedziałam: 

"Widzisz, ja jestem szybsza!". Staliśmy na wprost siebie, wyjął mi z ręki tę serwetkę, rzucił 

na stół. "Możliwe - powiedział. - Ale ja za to mam złotą odznakę strzelecką!". Objął mnie i 

pocałował. Tak to było, Kasiu, zupełnie zwyczajnie. Co wtedy czułam? Radość, że zrobił to, 

o  czym  marzyłam  już  od  kilku  tygodni,  bo  podobał  mi  się,  nawet  myślałam  o  tym,  że 

chciałabym być jego żoną. 

background image

Klara odrywa rękę od ciasta i unosi ją do góry. Jest błyszcząca od tłuszczu i zupełnie 

gładka. 

- A co czuję teraz? - Waha się. - Owszem, powiem ci. Już nie uniesienie, nie zachwyt, 

nie radość. Więcej. 

Kasia  milczy.  I  ja  też  się  nie  odzywam.  Paweł  pocałował  mnie  po  raz  pierwszy  na 

plaży  w  Jastarni.  Była  godzina  czwarta  rano,  spotkaliśmy  się,  żeby  razem  obejrzeć  wschód 

słońca. Kiedy chmury nad morzem zaczęły różowieć i drżąca smuga pojawiła się na wodzie, 

Paweł objął mnie i... 

- Mama poznała tatusia w samolocie - mówi Kasia. -  I tatuś pocałował mamę po raz 

pierwszy w kilka tygodni później, kiedy wracali z imienin wuja Alfreda. Tatuś mi opowiadał, 

że mama była tego dnia prześlicznie ubrana. Tatuś objął ją i pocałował. Bardzo chciał, żeby 

została jego żoną, ale po tym pocałunku zwątpił, czy mu się to uda kiedykolwiek załatwić, bo 

mama powiedziała tylko: "Tadziu, uważaj na mój kapelusz!". 

Klara  smaruje  tłuszczem  foremki,  uśmiecha  się.  Ja  też  się  uśmiecham.  Kasia  objęła 

rękoma kolano i siedząc na brzegu stołu, kołysze się jak papużka na drążku. 

W  nocy  budzi  mnie  jakiś  hałas  przed  oknem.  Leżę  przez  chwilę  i  nasłuchuję,  głos 

Kasi  podrywa  mnie  na  równe  nogi.  Zapalam  światło,  patrzę  na  zegarek.  Jest  trzecia. 

Podbiegam  do  okna  i  widzę,  jak  Katarzyna,  boso,  w  piżamie,  biegnie  do  domu  od  strony 

obory. Zauważa światło w moim oknie. 

- Mama! Czy u ciebie w pokoju jest mój dres? 

- Jest. A co się stało? 

Kasia nie odpowiada, biegnie i już słyszę jej kroki w sieni. Otwieram drzwi. 

- Co się stało? 

Katarzyna z trudem łapie powietrze. 

- Izabela... Izabela zdycha... ja muszę po ojca Rafała... Gdzie dres? 

- Ależ, Kasiu! 

- Na rowerze pojadę. Mama... gdzie ten dres... gdzie go schowałaś? 

- Niech Jasiek pojedzie. 

-  Jasiek  musi  z  ciocią...  Ja  przecież  nie  pomogę...  nic  się  nie  znam...  To  spodnie,  a 

gdzie góra? 

- Nie wiem,  gdzie góra!  - wołam. - Gdzieś tu musi być. Słuchaj, Kasia, ja ciebie nie 

puszczę samej taki kawał! 

- Och, mama, zrozum! Izabela zdycha. 

- Zawołajcie Mikołaja! 

background image

- Mikołaj tam jest. Błagam, już nic nie mów... Gdzie góra? 

Nie mogę jej puścić. Nie puszczę jej po nocy, to wykluczone. Nic mnie nie obchodzi 

żadna Izabela. Trzymam kurczowo górę od dresu, którą właśnie w tej chwili znalazłam. 

- Nie pojedziesz, nie pozwalam ci! 

- Ktoś musi. Ktoś przecież musi! Wyrywa mi z rąk bluzę. 

- Oddaj mi to! - wołam. 

Już ją wkłada na siebie, myli się, zdejmuje i znowu wkłada tyłem na przód. 

- Oddaj mi! - Chwytam wiszący luźno rękaw. 

- Mamo, zrozum! 

- Rozumiem - mówię. - Sama pojadę. Leć do cioci, weź kluczyki od Gniadego i klucze 

od garażu. Powiedz, że ja pojadę. 

- Ty? Tam? 

Katarzyna znowu wyrywa mi dres. 

- Tam to ja ciebie nie puszczę! Żeby nie wiem co. 

- Ależ Kasiu! 

- Nie! Tylko ja mogę, ty nie... Tam? Mama! 

- Uspokój się, oprzytomnij! Pojadę, rozumiesz? W tej chwili jest mi wszystko jedno, 

byleby tylko ona nie jechała po nocy. Ale Katarzyna już wkłada na nogi moje pantofle, jest 

gotowa. 

- Kasiu, ta historia jest dla mnie bez znaczenia, zrozum! - wołam wreszcie. 

Po raz pierwszy dotykam tej sprawy, o której nigdy z nią nie mówiłam. Staje, patrzy 

na mnie. I mówi szybko, jednym tchem: 

- Może dla ciebie jest bez znaczenia. Może, nie wiem. Ale przecież Rafał jemu nic nie 

powiedział. On nie wie, że i ty tu jesteś. Wiec jak to ma być? Pojedziesz, tak? Zadzwonisz do 

drzwi, tak? On ci otworzy. Zobaczy, stoisz. Pomyśli, że to może dalszy ciąg tego, co mu się 

śniło albo coś. A ty na to: "Paweł, Marków krowa zdycha". 

Podbiegam do okna. Widzę, jak ona goni przez podwórze, jak porywa rower oparty o 

ścianę stajni. Powinnam ubrać się i pójść do Klary, ale przecież nic nie pomogę ani jej, ani 

Izabeli. Nie mogę zebrać myśli, nic nie rozumiem, nic. Nie wiem, ile Kasia wie o mnie, ile o 

Pawle,  o  tym  Pawle  dzisiejszym,  którego  ja  już  nie  znam  wcale.  A  może  obydwie 

wyolbrzymiamy rolę, którą odegrałam w jego życiu, może ona w istocie była mniejsza i mniej 

ważna?  Może  od  dawna  zapomniał  o  mnie  i  tylko  my  obydwie,  Kasia  i  ja,  chcemy,  żeby 

pamiętał,  bo  tego  potrzebują  jej  sentymentalizm  i  moja  niedobra  ambicja?  Jest  mi  zimno. 

Wsunę się pod kołdrę i będę czekała. Wpatruję się w niebo jaśniejące już za oknem, słyszę 

background image

świergot  budzących  się  ptaków,  najpierw  cichy,  teraz  coraz  żywszy.  Przez  chwilę  dobiega 

mnie  głos  Mikołaja,  później  skrzypienie  kuchennych  drzwi,  to  pewnie  Antoniową  przygnał 

niepokój. Leżę, zapadam w krótki sen, który także jest czuwaniem. Potem zapalam papierosa, 

już  widno.  Słucham  i  poznaję  motor  Rafała,  podbiegam  do  okna,  zaciągam  zasłonę. Staję  i 

przez  wąską  szparkę  patrzę  na  podwórze.  Wjeżdżają.  Kasia  w  przyczepie,  Rafał,  Paweł. 

Zeskakuje,  ale  jak  szybko  biegnie  w  stronę  obory,  jak  szybko  znika  mi  z  oczu,  już  go  nie 

widzę, krótki metraż tego filmu, na który tak długo czekałam. Kasia i Rafał stoją na środku 

podwórza.  Rafał  pochyla  się  i  zdejmuje  Katarzynie  pantofle.  Kasia  podskakuje  na  jednej 

nodze, teraz kładzie rękę na głowie Rafała, opiera się, stoi spokojnie, a on ogląda jej piętę. 

Zbyt  małe  są  moje  pantofle  dla  Katarzyny.  Wiatr  rozdyma  zasłonę,  muszę  przytrzymać  ją 

ręką.  Patrzę  znowu,  idą  teraz  w  stronę  domu,  Kasia  boso,  bo  Rafał  niesie  moje  pantofle. 

Wolnym ramieniem obejmuje ją i coś mówi, ale cicho, i nie słyszę co. Wchodzą do domu, ich 

kroki  w  sieni  są  lekkie  i  ostrożne.  Czyżby  sądzili,  że  śpię?  Nie,  bo  stają  przed  drzwiami 

mojego pokoju. 

- Wejdź i pokaż mamie te swoje pięty - mówi Rafał. - A ja tam zajrzę, co z Izabelą. 

- Wrócisz i powiesz? 

- Dobrze. 

- Bo ja stąd nie wyjdę. Będę tu, dopóki nie usłyszę, że wyjeżdżacie. 

- Dobra! - mówi Rafał i po chwili dodaje: - To ja dziękuję ci za to, co powiedziałaś, 

Katarynka. 

Mówi  do  niej:  Katarynka.  Ale  za  co  jej  dziękuje,  tego  nie  mogę  pojąć.  Co  mu 

powiedziała?  Dlaczego  tak  chcą  ustrzec  Pawła  przed  spotkaniem  ze  mną?  Co  się  za  tym 

kryje? Siadam na łóżku i czekam, Kasia wchodzi. Bez słowa ściąga z siebie bluzę od dresu. 

Podchodzę, przygładzam jej rozwichrzone włosy. 

- Widzisz? - mówi. - Już jestem. I nic się nie stało. Tylko pięty obtarłam, spójrz. 

Patrzę na te biedne pięty. 

- Coś z tym trzeba zrobić, Kasiu. 

Na  jednej  z  półek  w  mahoniowej  szafie  Klara  trzyma  lekarstwa.  Szukam  wody 

utlenionej, dermatolu, plastra z opatrunkiem. Kasia usiadła na łóżku, oparła się o drewnianą 

poręcz i patrzy na mnie. 

-  Nie  wiem  -  mówi  nagle  -  czy  chciałabym  mieszkać  na  wsi,  tak  jak  ciocia  i  wuj. 

Nawet  nie  wiem,  czy  chciałabym  tak  jak  doktor  i  Rafał  mieszkać  w  niedużym  miasteczku. 

Ale ich życie tutaj jest mocne, to fakt. 

- Co przez to rozumiesz? 

background image

Woda  utleniona  musi  być  w  ciemnej  butelce,  wyjmuję  wszystkie  ciemne  butelki, 

sprawdzam napisy na etykietkach. 

-  Pamiętasz?  -  pyta  Kasia.  -  Jak  ciocia  ci  powiedziała,  że  zachwyca  ją  nie  styl  tego 

kościoła na rynku, tylko barwa cegieł, z których jest zbudowany? Myślałam o tym dziś, kiedy 

wjeżdżałam na rynek, bo cioci "cynober" był fantastyczny w tej zupełnej ciszy, wiesz, w tej 

pustce, w tym całym świecie. I przyszło mi do głowy, że w życiu też nie powinien się liczyć 

styl, tylko barwa. Cynober. 

Znajduję buteleczkę z wodą utlenioną. 

- Pokaż, Kasiu, pięty.   

Siadam obok niej. 

- Chyba nie będzie piekło, mamo? 

- Nie, zrobię ci to bardzo delikatnie. 

Zaczynam od lewej stopy, jest bardziej obtarta. 

- Nie wiem przecież - mówi Kasia  - nie wiem przecież, jak ułoży mi się życie. Och, 

nawet nie bardzo dobrze wiem, jak bym chciała, żeby mi się ułożyło. Tylko jednego jestem 

pewna. Zrobię wszystko, żeby ono było mocne, niech sobie będzie nawet i trudne, ale niech 

to  będzie  ten  cynober,  mamo!  We  wszystkim,  i  w  pracy,  i  w  miłości,  we  wszystkim...  Oj! 

teraz to mnie zabolało... Powiedz, czy nie mam racji? 

- Oczywiście - mówię. 

- Czy dla ciebie tą barwą jest scena? - pyta Kasia nagle, przechyla głowę i zagląda mi 

w oczy. 

- Tak. 

- Czy może wygoda, sława i  pieniądze?  -  pyta znowu. Nachylam się nisko nad piętą 

mojej córki. 

- Nie. Scena! - powtarzam. 

Ale boję się, że ona mnie przejrzała. 

- Kocham cię - mówi nagle. 

I znowu boję się, że rzuciła mi to jak jałmużnę biednemu. Na ciche stukanie do drzwi 

odpowiadamy jednocześnie: 

- Proszę!   

Wchodzi Rafał. 

- Wszystko będzie dobrze z Izabelką - mówi i idzie w naszą stronę. Nachyla się: - Jak 

twoje pięty? Ooou! Wyjściowy garnitur, daję słowo! Boli cię to? 

- Boli - mówi Katarzyna. - Co to za hałas na podwórzu? 

background image

-  Mikołaj  zaprzęga.  Bierzemy  Izabelę.  No,  nie  patrz  tak  na  mnie!  Powiedziałem  ci, 

wszystko będzie dobrze, ale ojciec chce ją mieć u siebie. Spokojna głowa, dostanie separatkę, 

wygodne  łóżko  i  pielęgniarkę  na  noc.  Będzie  się  miała  równie  dobrze,  jak  pan  Marek  w 

swoim szpitalu. Założę się, że za trzy dni będziesz jej mogła przywieźć placek z kruszonką. A 

tobie co przywieźć? Bo ja przyjadę tu po obiedzie. 

- Mnie? - zastanawia się Kasia. - Chyba nic. Albo nie! Przywieź mi takie duże ciacho, 

wiesz, które? Takie różowe, puchate. 

- Dobra. Przywiozę ci. 

Żegna  się  z  nami  pospiesznie.  Właściwie  żegna  się  tylko  ze  mną,  bo  czy  można 

nazwać  pożegnaniem  ten  przelotny  ruch  ręki,  którym  Rafał  wichrzy  i  tak  nastroszoną 

czuprynkę Kasi? Wychodzi. Kasia sięga po poduszkę, podsuwa ją sobie pod głowę. Chowam 

do szafy wodę utlenioną i dermatol. 

- Zdejmij spodnie od dresu, bo uśniesz w nich - mówię. 

- Tak mi się nie chce. Wiesz, kiedy zamykam oczy, to wydaje mi się, że ciągle jeszcze 

jadę na tym rowerze i jadę... 

- Zmęczyłaś się. 

- Może trochę. 

Słychać głos Mikołaja i furmanka rusza. W chwilę później Rafał zapuszcza motor. Nie 

podchodzę  do  okna,  Kasia  również,  może  po  raz  pierwszy  nie  odprowadza  wzrokiem 

odjeżdżającego Rafała. A przecież nie śpi, poznaję to po drżeniu przymkniętych powiek. 

- Chcesz spać u mnie? - pytam. 

- Uhmm... - mruczy sennie. 

- Więc rozbierz się do końca. 

Wstaje, ściąga szybko granatowe spodnie, które włożyła na piżamę i wsuwa się pod 

kołdrę. Ogarnia mnie znużenie. Zdejmuję podomkę i kładę się obok Kasi. 

- Jedziesz jutro? - pyta mnie jeszcze. 

- Tak. 

- To dobrze. 

- Dlaczego? 

Nie  odpowiada  mi,  a  ja  czekam  w  napięciu.  Może  nareszcie  poznam  przyczynę,  dla 

której tak pilnie strzegą Pawła przed spotkaniem ze mną. 

- Dlaczego? - pytam znowu. 

- Bo twoje łóżko jest wygodniejsze, będę sypiała tutaj, kiedy wyjedziesz. 

background image

Słyszę  teraz  jej  równy  oddech,  chyba  usypia.  Ja  nie  mogę,  boli  mnie  głowa,  nie 

powinnam  palić  tak  dużo.  A  jednak  wbrew  zdrowemu  rozsądkowi  znowu  sięgam  po 

papierosa. 

- Ja też nie mogę spać - żali się Kasia z dziecinnym rozgrymaszeniem. - Ciągle jadę na 

rowerze, ciągle nie mogę dojechać, a w ogóle to bolą mnie pięty. I taka mi przyszła ochota na 

to puchate ciastko, które Rafał ma przywieźć, że nie masz pojęcia! 

- Boże! - wzdycham. - Jakie w tobie jest jeszcze to wszystko nie wyważone, Kasiu. 

- Masz rację - mówi. - Chaos i zamęt. Nic więcej. 

Postawiłam  leżak  w  cieniu.  Klara  idzie  do  ogrodu,  zatrzymuje  się  obok  mnie. 

Przygląda mi się. 

-  Tak  chciałam,  żebyś  trochę  przytyła  -  mówi.  -  Gdzie  tam!  Chyba  jeszcze  bardziej 

schudłaś. To przez te moje kłopoty. 

- Wcale nie schudłam, spójrz! 

Pokazuję Klarze suwak przy spódnicy. Nie mogę podciągnąć go do samej góry. 

- Och! Naprawdę? To świetnie! Ale na buzi jesteś mizerna. Może to ta dzisiejsza noc? 

- Może. 

-  Wiesz  co?  -  przypomina  sobie  Klara  nagle.  -  Kiedy  wracałam  rano  do  domu, 

zatrzymaliśmy  się  z  Mikołajem  na  rynku,  on  coś  chciał  kupić  w  spółdzielni.  I  wiesz  kogo 

widziałam? Nigdy byś nie zgadła, Frankę. 

- Co ty mówisz! Frankę? - dziwię się. - I co u niej słychać? 

- Nie wiem. Nie rozmawiałam z nią. 

- No, wiesz, Klara! Nie zauważyła ciebie czy jak? Dlaczego nie zawołałaś? 

- Bo ja wiem. Nigdy jej nie lubiłam. 

-  Już  nie  mów,  że  nie  lubiłaś  Franki.  Pamiętam,  że  byłam  nawet  o  nią  zazdrosna  - 

przypominam sobie.  - Był taki okres, że odrabiałyście razem lekcje.  I mówiłaś, że ją lubisz, 

nawet się bałam, że lubisz ją więcej niż mnie. 

- Mówiłam, że ją lubię? - zastanawia się Klara. - Możliwe. Zawsze byłam fałszywa jak 

nieszczęście. 

Przypominam sobie moje rozmowy z Kasią. 

-  Masz  bardzo  ostre  spojrzenie  na  swoje  dzieciństwo  -  mówię.  -  Chyba  jesteś  nawet 

zbyt surowa. 

-  O  nie!  -  śmieje  się  Klara.  -  To  tylko  ty  mnie  nie  znałaś.  Pokazywałam  ci  się  od 

najlepszej strony. 

Klara wymachuje plecionym koszykiem i przygląda mi się z rozbawieniem. 

background image

- Dlaczego? 

-  Bo  mi  zależało  na  tobie.  Po  pierwsze,  kochałam  się  w  Justynie,  który  był  twoim 

bratem, po drugie, jadłam u was obiady, kiedy moja mama została sama, po trzecie, to ja, a 

nie ty, miałam figurę podobną do figury twojej matki i jej stare sukienki pasowały na mnie 

bez przeróbki. 

- Klara! 

Pleciony koszyk leci w górę i upada tuż koło mojego leżaka, Klara podnosi go. 

-  Tak,  Zuza,  taka  właśnie  byłam.  Och,  długo  by  można  opowiadać.  Bardzo  długo 

nawet.  Ale  zawsze  marzyłam  o  tym,  żeby  być  wspaniałym,  szlachetnym  człowiekiem. 

Tymczasem charakter miałam taki paskudny, że ulepić z niego przyzwoity model człowieka 

było naprawdę bardzo trudno. Pracowałam nad sobą, ale... 

- Ciociu! - woła Kasia, idąc w naszą stronę. 

- Słucham? 

- Czy ciocia już zrywała porzeczki? 

- Nie. Dopiero idę zrywać. 

- To ja cioci pomogę, bo mi się nudzi. 

- Dobrze, zaraz pójdziemy do ogrodu, powiem tylko mamie dwa słowa. 

- Mogę zostać? 

-  Oczywiście.  Znasz  już  tę  historię.  Więc  mówię  ci,  Zuza,  że  tworzywo  było  do 

niczego.  Świetnie  wiedziałam,  jaką  chcę  być.  I  wiedziałam,  że  jeżeli  sama  nie  potrafię 

opanować siebie, to nikt nie zrobi tego za mnie. Och, bardzo byłam biedna! To zresztą łatwo 

sobie  wyobrazić:  niedobra  dziewczynka,  zimna  egoistka,  obłudnica,  wyrachowana.  I  ona 

właśnie zaczyna marzyć o tym, że stanie się zupełnie inna - śmieje się Klara. 

- Ale w końcu udało ci się - mówię. 

- Nie wiem. Trudno mi siebie oceniać. W jakimś sensie pewnie mi się udało, bo chyba 

jednak jestem lepsza, niż byłam. Ale to trwało tak strasznie długo. 

Klara milknie. 

-  Zawsze  myślałam,  że  byłaś  moją  najlepszą  przyjaciółką  -  mówię  z  żalem.  -  Teraz 

widzę, że to była fikcja. 

- Ach, nie mów tak!  -  Klara  rzuca w stronę  Kasi pleciony koszyk i  kuca  przy moim 

leżaku.  -  Zawsze  starałam  się  być  dla  ciebie  przyjaciółką,  ale  chociaż  rzadko  mi  się  to 

udawało,  nie  odrzucaj  tego  starania,  ono  było  takie  mozolne.  I  pomyśl.  Obok  Franki 

przeszłam dziś obojętnie. Obok ciebie, Zuza, nie potrafiłabym tak przejść. Nigdy! 

background image

-  Oj,  przestańcie  się  rozklejać  -  mówi  Kasia.  Teraz  ona  wymachuje  koszykiem. 

Zakłada go sobie na głowę, zdejmuje. Nagle nieruchomieje, patrzy na nas i mówi: 

-  Wszystkiego  można  się  nauczyć,  tylko  kochania  nie.  To  musi  być  spontaniczne, 

inaczej - wysiadka.   

Klara podnosi się. 

- Mylisz się - przeczy gwałtownie. 

- Och, ty, ciociu, chyba nic o tym nie wiesz. Pokochałaś wuja spontanicznie. Jeszcze 

jak! Nie. Tego nie można się nauczyć - powtarza Kasia z uporem. 

-  A  to?  -  Klara  szerokim  ruchem  ramienia  ogarnia  swój  dom,  podwórze,  brzozowy 

zagajnik, za którym ciągnie się pole Marka. - Przecież ja kocham to wszystko. Co ty myślisz, 

Kasiu? Że w życiu tylko miłość do ludzi się liczy? Nie. Każdego dnia starałam się pokochać 

to, co wybrałam, bo wydawało mi się, że dopiero wtedy będę naprawdę szczęśliwa. 

Klara wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów, trzyma ją w ręku, ale nie zapala. Patrzy 

teraz  przed  siebie,  na  swój  mały,  biały  dom  i  na  zielony  trawnik  przed  nim.  Katarzyna 

przerzuca  wzrok  z  twarzy  Klary  na  moją  twarz,  potem  znowu  spogląda  na  Klarę,  potem 

znowu  na  mnie.  Jej  spojrzenie  przypomina  mi  wzrok  detektywa,  który  jest  na  tropie 

rozwikłania sprawy. Ale jaką ona sprawę chce rozwikłać? O czym myśli? 

- Coś ty taka zadumana? - pytam. 

- Zadumana? - powtarza, unosząc brwi. - Nie, mama, nie jestem zadumana. 

Kasia podrzuca w górę koszyk, a Klara go łapie. 

- Idziemy! - mówi. 

Odchodzą.  Widzę  je  po  chwili  przy  rzędzie  zielonych,  rozłożystych  krzewów.  Jutro 

już  mnie  tu  nie  będzie.  Mój  pociąg  odchodzi  przed  wieczorem,  ale  mamy  stąd  wyjechać 

wcześniej, bo chcę jeszcze zajść do Marka i pożegnać się z nim. Więc o tej porze już mnie tu 

nie będzie. Widzę Polę, która biegnie przez wybieg dla źrebiąt, dostrzega widać Klarę i Kasię, 

bo  leci  prosto  w  ich  stronę.  Przez  chwilę  stoi  przy  nich,  coś  mówi,  słyszę  śmiech  Klary, 

śmiech Kasi, śmiech Poli. 

Potem Pola nachyla się i zrywa porzeczki, nie wrzuca ich do kosza, tylko wsypuje do 

ust. Więc jutro o tej porze już mnie tu nie będzie. 

Ze szpitala do dworca trzeba jechać przez rynek, może zresztą jest jakaś inna droga, 

ale  Klara  jedzie  tędy.  Mijamy  kościół,  pochmurno,  więc  jego  barwa  jest  mniej  wyrazista. 

Mijamy  spółdzielnię,  mydlarnię,  sklep  z  obuwiem,  pasmanterię  i  kolekturę  "totka".  Teraz 

restauracja "Arkadiusz", rzeźnik. Wreszcie fryzjer męski i damski. No, tak. 

background image

-  Czy  w  mieszkaniu  Rafała  pachnie  płynem  po  goleniu  i  innymi  fryzjerskimi 

kosmetykami? - pytam. 

-  Nie  -  odpowiada  Kasia.  -  Skąd.  Niczym  takim  tam  nie  pachnie.  Już  jesteśmy  na 

bocznej  ulicy,  którą  jedzie  się  do  dworca.  Klara  wolno  prowadzi  Gniadego  po  nierównej 

nawierzchni. 

- W mieszkaniu Rafała w ogóle niczym nie pachnie - mówi Kasia po chwili. - Tak jak 

i u nas. Myślałam kiedyś o tym. Nasze mieszkanie jest pozbawione zapachu. To tylko u cioci 

Klary  wszystko  pachnie  rumiankiem.  I  to  jest  dobre.  Wydaje  mi  się,  że  każde  mieszkanie 

powinno mieć swój zapach, wtedy dopiero jest naprawdę mieszkaniem. Wolałabym, żeby u 

nas pachniało bodaj naftaliną, ale żeby to był zapach mojego domu. 

- Och, naftaliną. 

Nie znoszę zapachu naftaliny, Kasia wie o tym. 

-  Ja  też  nie  lubię  -  mówi.  -  Ale  wolałabym  naftalinę  niż  nic.  Zajeżdżamy  przed 

dworzec. Podbiega Rafał i otwiera drzwiczki Gniadego. 

- Och, jesteś! - Cieszy mnie jego widok. 

Pomaga nam wysiąść, potem podaje mi spore tekturowe pudełko. 

- Proszę przyjąć - mówi - ode mnie... 

Biorę od niego pudełko, mój niepokój musi być wyraźny, bo Kasia śmieje się i woła: 

- Och, mama boi się, że tam jest prosiak albo jakieś inne zwierzę, na przykład królik z 

małżonką. 

Rafał  uśmiecha  się,  wyjmuje  z  bagażnika  moje  walizki.  Idziemy  w  stronę  budynku 

dworcowego, Klara zostaje w tyle, zamyka drzwiczki Gniadego. 

- Co tam jest, Rafał? Zdradź mi tajemnicę - proszę go. 

- Tak się pani boi, że prosiak? Nie, nie prosiak. 

- Więc co? - Idziemy, ale ja ciągle podejrzliwie oglądam pudełko. 

- Tam się coś rusza! - wołam nagle. - Wyraźnie czuję. 

Ogarnia mnie lęk i  obrzydzenie, strasznie nie lubię takich różnych małych zwierząt, 

które można zmieścić w kartonowym pudełku. A może tam jest szczeniak? Albo kociak? Nie, 

nie mogę tego nawet nieść! Stawiam pudełko na stopniu schodów. 

- Rafał, wybacz! - mówię. - Tam się coś rusza, ja tego nie mogę wziąć! 

- No wiesz, mama! Robisz mu przykrość, on się tak starał, opowiadał mi - woła Kasia 

z rozżaleniem. 

- Muszę wiedzieć, co tam jest! 

background image

Kasia podnosi pudełko, robi palcem małą dziurkę w rogu pokrywki. Podsuwa mi pod 

nos. 

- Powąchaj! 

Wącham, wciągam głęboko powietrze. Wącham jeszcze raz. 

- Białe myszy! - mówię z przerażeniem. 

-  Tort!  -  woła  Katarzyna.  -  On  ci  zrobił  własnoręcznie  wspaniały  tort!  A  ty  -  "białe 

myszy"! To wanilia pachnie. 

Rafał  stoi  obok  nas,  osowiały  i  przygaszony.  Jak  ja  mogłam  powiedzieć:  "białe 

myszy!". Jak mogłam posądzić go o coś takiego! 

- Och, Rafał, dziękuję ci! Wiesz, że doprawdy jestem wzruszona. Że też ci się chciało 

robić specjalnie dla mnie. 

- Mam nadzieję, że będzie pani smakował, uszarpałem się jak diabli z tym kremem, bo 

mi nie chciał zgęstnieć. 

Biorę od  Kasi  pudełko,  idziemy na peron, pociąg podjechał  właśnie, Rafał  wsiada z 

moimi walizkami, trzymam w ręku pudełko z tortem, żegnam się z Kasią, z Klarą. 

- Dziękuję ci, kochana - mówię. - Było mi cudownie! 

- Och,    nie mów tak    nawet!    Nie wyszło    tak, jak chciałam. - Klara uśmiecha się z 

zakłopotaniem. 

Rafał  zajął  mi  miejsce  przy  oknie,  walizki  postawił  na  siatce.  Żegnam  się  z  nim  i 

kiedy pochyla się nad moją ręką, całuję jego głowę. Rafał prostuje się, patrzy na mnie. Widzę, 

że chce mi coś powiedzieć. 

- No, co Rafał? - pytam niezręcznie. 

- Nic,    nic.    Tylko    o Kaśkę to niech pani będzie spokojna... - mówi szorstko. 

- Ależ, tak, oczywiście. 

Klara  woła  go,  pociąg  już  zaraz  ruszy.  Teraz  podchodzę  do  okna,  macham  Kasi  i 

Klarze,  podbiega  Rafał.  Widzę,  że  niedaleko  stoi  kilka  dziewcząt,  przyglądają  się  nam, 

szepczą. Z sąsiednich okien wychylają się obcy ludzie, patrzą w naszą stronę. Kasia zbliża się 

do wagonu, staje na palcach, nachylam się do niej. 

- Poznali cię, mama - mówi cicho, z zadowoleniem. 

Głaszczę  jej  opalony  policzek.  Odchodzi,  staje  obok  Rafała,  patrzy  na  mnie,  na 

roześmiane dziewczęta. Wreszcie na Klarę, która stoi z boku. Zaczynam teraz rozumieć. Te 

jej ciągłe spojrzenia, porównywania, zadumy oznaczają, że dokonuje wyboru. Nie pomiędzy 

nami,  bo  ja  zawsze  będę  jej  bliższa  niż  Klara.  Dokonuje  wyboru  swojej  przyszłej  drogi, 

patrzy na nas i dokonuje wyboru siebie na tej drodze. 

background image

Pociąg rusza, przez chwilę idą wzdłuż peronu. Machają mi. Rafał wyjmuje z kieszeni 

wielką  chustkę,  podaje  ją  Kasi.  Widzę  tę  chustkę  Rafała  ponad  głową  Katarzyny,  widzę 

podniesioną rękę Klary, widzę kasztanową czuprynę. Pociąg jedzie coraz prędzej, zostają w 

tyle,  oddalam  się  od  nich.  Do  widzenia,  Kasiu!  Do  widzenia,  Rafale!  Żegnaj,  Klaro!  Nie 

wiem, kiedy zobaczymy się znowu. Jeszcze chwila i jeszcze chwila. Odwracam się, stawiam 

pudełko  z  tortem  obok  swoich  walizek.  Dwie  starsze  panie,  młody  człowiek,  dziewczyna. 

Patrzę, uśmiechają się. Poznali mnie. A więc wracam do swojego życia, pełnego życzliwych 

spojrzeń  obcych  ludzi,  pełnego  anonimowych  uśmiechów.  Siadam,  czuję  się  uwolniona  od 

minionych  napięć,  swobodna.  A  jednak  znowu  wstaję  i  podchodzę  do  okna.  Nie  widać 

peronu, nie zobaczę więc na nim małych punktów, zaledwie chwila, a jestem już tak daleko, i 

daleka może? Minęliśmy miasteczko, widzę las i drogę, suchą, piaszczystą, biegnącą wzdłuż 

toru.  Czy  Tadeusz  będzie  na  dworcu?  Chyba  tak,  zawsze  jest.  Czy  przygotuje  na  moje 

powitanie uroczystą kolację? Na pewno. 

- Może masz ochotę na kieliszek koniaku, Zuleczko? - zapyta. 

- Tak, Tadziu, mam wielką ochotę na kieliszek koniaku - odpowiem. 

 

 

 

background image

GRAJĄCA SZAFA 

 

Kiedy  już  siedzę  tutaj,  w  środku,  zawsze  patrzę  na  szybę,  na  ten  pokraczny, 

odwrócony  napis  AINREIKUC.  Sam  nie  lubię  tu  przychodzić,  głupio.  Ale  z  kimś,  to  tak, 

nawet  bardzo.  Kasia  mówi,  że  duszno,  że  ją  drapie  w  gardło  dym  od  papierosów,  i  ledwo 

przyjdzie,  zaraz  chce  wychodzić.  Podobno  ten  dym  szczypie  ją  w  migdały.  Mnie  tam  nie 

szczypie,  może  dlatego,  że  mam  wycięte.  Ona  twierdzi,  że  przyczyna  jest  inna,  taka 

mianowicie, że jej gardło jest artystyczne, a moje matematyczne. Tłumaczy mi to z poważną 

miną, zupełnie jakby wierzyła w to, co mówi. Śmieszna jest nieprzeciętnie. Lubię patrzeć, jak 

wbija  w  siebie  te  różowe  ciastka.  U  innych  dziewcząt  drażni  mnie  łakomstwo  i  brak 

opanowania. U niej wcale mnie nie drażni, przeciwnie, nawet mi się podoba, kiedy prosto od 

drzwi Kasia gna do bufetu, żeby sprawdzić, czy aby te ciastka są. Jeżeli są, zjada trzy, cztery, 

a  potem  jęczy.  Kiedyś  zjadła  pięć  i  było  jej  niedobrze.  Myślę!  Mnie  się  zrobiło  słabo  od 

samego patrzenia. Nie może zrozumieć, dlaczego ja zjadam tylko jedno. Widocznie żołądek 

artystyczny różni się od żołądka matematycznego pojemnością, mówię. Ale lubię w niej to, że 

nie  robi  z  siebie  dorosłej,  chociaż,  prawdę  mówiąc,  to  ona  jest  bardziej  dorosła,  niż  na  to 

wygląda.  Nie  jest  może  tak  ładna,  jak  jej  matka.  Albo  jak  Pola.  Pola  była  ładniejsza. 

Kapitalna nieregularność czasownika "być". Obiektywnie: Pola jest ładniejsza. Subiektywnie: 

Pola była ładniejsza. A wszystko to czas teraźniejszy. Tylko strona osobista. Ale figurę Kasia 

ma  lepszą.  Nogi  długie  bez  opamiętania.  No  i  te  ruchy.  Kiedy  pierwszy  raz  zobaczyłem 

Katarzynę, pomyślałem sobie, dlaczego ona tańczy. A ona wtedy zwyczajnie szła. Ale jak ona 

zwyczajnie  idzie,  ruszają  jej  się  biodra,  ramiona  i  głowa,  dopiero  później  to  zauważyłem. 

Najbardziej  mnie  śmieszy,  że  w  szkole  wybrali  ją  do  pocztu  sztandarowego.  Nie  mam 

pojęcia,  jak  ona  chodzi  z  tym  sztandarem,  bardzo  bym  chciał  to  zobaczyć.  W  ogóle,  lubię 

sobie przypominać dzień, kiedy musiałem odwieźć panią Klarę do domu, i odwiozłem, i pani 

Klara  powiedziała,  żebym  został  na  podwieczorku,  to  poznam  osobę,  która  przyjechała  do 

niej na lato. "Spójrz - mówi - ona właśnie idzie", i pokazuje mi Kasię, która tańczy w naszą 

stronę. Zostałem i na podwieczorku, i na kolacji, i jeszcze później też nie mogłem wyjechać, 

bo ona ciągle tańczyła, to na ganku, to w pokoju, to na podwórzu, a ja tylko patrzyłem i oczu 

oderwać nie mogłem. W końcu odjechałem, ale czułem się głupio, tak jakby mi głowa została 

u Sopoćków. Z Polą był spokój, z Kasią spokoju nie ma. Jeżeli nawet siedzi, nic nie mówi, 

nie rusza się, to i tak wiadomo, że coś się w niej kotłuje. Jeszcze nie spotkałem człowieka, w 

którym wszystko kotłowałoby się tak zupełnie bez przerwy. Ona jest jak równanie z tysiącem 

background image

niewiadomych,  cholernie  chciałbym  je  rozwiązać.  No  i  dokąd  poszła?  Już  pół  godziny  tu 

siedzę. 

-  Idź  do  cukierni,  weź  trzy  ciastka  i  zaczekaj.  Zaraz  tam  przyjdę,  tylko  kupię,  co 

trzeba. 

- Pójdę z tobą. 

- Nie. 

- Pójdę! - powiadam. 

-  Proszę  cię!  -  I  patrzy  na  mnie  takim  wzrokiem,  że  nic,  tylko  iść  do  cukierni, 

zamawiać trzy ciastka i czekać. 

Zwróciłem  uwagę  na  jedno.  Jak  ona  mówi:  "proszę  cię!",  to  zawsze  usta  wygina  w 

podkówkę. A głowę przechyla w bok. Bardzo rzadko o coś prosi, ale jak już prosi i ja widzę 

tę podkówkę, to zaraz mówię: "Dobra, masz to z głowy". No, nareszcie. 

- Długo czekałeś? - pyta. 

- Akurat tyle samo, ile ciebie nie było - mówię. 

- E, to raptem pół godziny. 

- A ile miałem czekać? 

- Gdybyś był poetą, toby ci się zdawało, że czekasz wieki całe. 

- Nie jestem poetą i nigdy nie będę. Czekałem pół godziny. 

- Jak uważasz, ale wydaje mi się, że prosta uprzejmość wymaga dołożenia kwadransa. 

Przysuwa do siebie talerzyk z ciastkami. 

- A ile czasu ty tutaj szłaś? - pytam. 

- Trzy kwadranse. 

- Czy to uprzejmość? 

- Nie. Złośliwość przedmiotów martwych. Mój zegarek spieszy się trzydzieści  minut 

na godzinę. 

- Podejrzewam, że nie jest to złośliwość przedmiotów martwych, tylko osób żywych. 

- Nie kłóć się ze mną - proponuje mi Kasia nagle. 

- Dobra, mogę się nie kłócić. Czekałem wieki całe! - zgadzam się poetycznie. 

Podpieram głowę ręką i patrzę, jak ona je. 

-  Twój  trener  będzie  zachwycony,  jak  mu  się  nagle  pojawi  na  bieżni  sto  kilo  żywej 

wagi. Gazela! Może się przerzucisz na podnoszenie ciężarów? 

- Rafał! Czy ty mógłbyś się nie odzywać chociaż przez pięć minut? 

background image

- Mógłbym. W milczeniu będę patrzył, jak pożerasz honor polskiego sprintu. Jeżeli cię 

zapytają: "Ile pani ma na setkę, mademoiselle?", będziesz mogła odpowiedzieć: "Wieki całe". 

Będzie to odpowiedź uprzejma i pełna poezji. 

- Ja to strenuję - mówi Katarzyna, atakując trzecie ciastko. - Zresztą wcale tak bardzo 

nie utyłam. Wczoraj Mikołaj ważył Baltazara, zważyłam się też i okazało się, że... 

- ...ciągle jeszcze ważysz mniej od niego - kończę za nią. 

- Och, wiesz, Rafał! 

- Nie wiem, ale mam nadzieję. 

-  Z  tobą  w  ogóle  nie  można  rozmawiać.  W  ogóle.  Jesteś  złośliwy  i  antypatyczny. 

Okazało się, że przybyło mi tylko pół kilograma. 

- Przez jeden dzień? To rzeczywiście bardzo mało. 

-  Nie  przez  jeden  dzień,  tylko  przez...  ummm...  zaraz,  niech  ja  policzę.  Ostatnim 

razem  ważył  mnie  wuj  Marek,  to  było,  czekaj,  to  było  dziesięć  dni  temu.  Niemożliwe!  Pół 

kilograma przez dziesięć dni? 

- Dokończ to ciastko, dziecino. 

- Rafał, policz dokładnie! 

-  Wiesz,  matematyka  nie  jest  moją  mocną  stroną.  Ostatnio  zajmuję  się  wyłącznie 

poezją. 

Trzecie ciastko je pomału. Korzystam z okazji i  przyglądam  się  Katarzynie, ale tak, 

żeby ona wiedziała, że na nią patrzę. Przyglądam się wtedy i przyglądam się, i przyglądam. A 

ona nie patrzy, przeczesuje palcami grzywkę, odwraca głowę w bok, o żadnym jedzeniu nie 

ma  mowy,  potem  odwraca  głowę  w  drugą  stronę,  później  patrzy  na  swoje  kolano,  jeszcze 

później przesuwa palcem po brzegu stolika, to trwa, rzecz jasna. Ale w końcu pojawia się na 

jej  twarzy  coś  na  kształt  uśmiechu.  Teraz  jest  to  samo,  bezbłędna  historia,  już  mam  ten 

uśmiech.  Jeszcze  chwila,  a  Kasia  podniesie  głowę  i  spojrzy  mi  w  oczy.  Tak,  już  jest  to 

spojrzenie, niby obojętne, a przecież - ha! A ja się przyglądam i przyglądam. Uśmieszek raz 

słabnie,  raz  jest  wyraźniejszy,  tak,  bardzo  dobrze,  Kasiu,  długo  to  ty  tego  nie  wytrzymasz, 

zaraz  zrobią  ci  się  dołeczki  na  policzkach.  Spojrzonko  jest  świetne,  ma  być  wściekłe,  a 

wygląda co najmniej sympatycznie. No? No, no, Kasiu? Ach, tak oczywiście! Są już dołeczki, 

ta gra jest bez pudła, zawsze jeden zero dla mnie. 

- Rafał!... - Sama pretensja w tym głosie. 

-  Tak,  Katarynko,  masz  mi  coś  ważnego  do  powiedzenia?  -  pytam  nieswoim 

barytonem. 

- Jesteś zupełnie beznadziejny! 

background image

Jakby  ktoś  tego  słuchał  z  boku,  mógłby  się  przerazić.  Zupełnie  beznadziejny!  Coś 

podobnego. Beznadziejny. Zupełnie. Kompletnie beznadziejny. 

- Kiedyś mi to już powiedziała moja historyczka, ale ona miała sto osiemdziesiąt lat, a 

ja  pomyliłem  powstanie  listopadowe  z  drugim  powstaniem.  Natomiast  mój  matematyk 

powiedział mi kiedyś: "Rafał, jesteś genialny!". Czy nie mogłabyś zająć jego stanowiska? 

- Nie, nie mogłabym. 

Kończy  swoje  trzecie  ciastko,  patrzę  na  zegarek,  nieźle,  zrobiła  się  siódma,  jak  tak 

dalej pójdzie, to prędzej Kasi matka dojedzie do Warszawy niż my do pani Klary. 

- To co, Kasia? - mówię. - Masz mamę z głowy? 

- Och, nie mów tak! Jest mi przykro. 

- Przykro? Jesteś w porządku. 

- Ale nie w stosunku do niej. 

Katarzyna sięga po swoją siatkę pełną jakichś paczek i paczuszek, i paczuszeczek. 

- Ile ty tego nakupowałaś! 

- Tylko trochę, nie znasz moich możliwości. Kocham wydawać pieniądze. 

- I co sobie kupiłaś? 

-  Sobie?  -  zastanawia  się.  -  A  sobie  to  chyba  nic...  Ach,  nie!  Sobie  też  coś  kupiłam. 

Nigdy byś nie zgadł co. 

Przewraca  wszystkie  paczki,  wreszcie  wyjmuje  jedną,  rozwija.  Pewnie,  że  bym  nie 

zgadł. Mała, fajansowa miseczka w kwiatki. 

- Po co ci to? 

- Nie wiem. Ładna? 

Odsuwa  od  siebie  miseczkę  i  ogląda  ją,  jakby  to  w  ogóle  było  coś.  A  to  jest  nic, 

dosłownie skorupa. 

- Ładna - mówię. - Bardzo ładna. Patrzy na mnie. 

- Widzę przecież, że ci się nie podoba. Dziki jesteś, to śliczna miseczka. 

Zawija ją znowu w ten papier, można powiedzieć, z czułością. 

- Dlaczego? - mówię. - Podoba mi się. 

- Ale u siebie w domu nie chciałbyś takiej mieć? 

- Mógłbym mieć. Dla psa albo coś. - Uuuu, niedobrze, błąd. 

- Dla psa. Też wymyśliłeś! 

- Więc nie dla psa, no! Nie dla psa. 

Odwracam się, bo jeszcze te ciastka nie zapłacone i kawa nie zapłacona, a ja przecież 

muszę  w  końcu  odwieźć  Katarzynę.  Nigdzie  nie  ma  babki,  która  mi  podawała.  A  nie,  jest, 

background image

przyjmuje  od  kogoś  pieniądze,  trzeba  zaczekać.  O!  Nie  zauważyłem,  daję  słowo,  dopiero 

teraz... 

- Cześć, tata! - wołam. 

Śmiesznie wygląda, jak Katarzyna dyga, siedząc na brzegu krzesła. 

- To co, Rafał? - pyta cicho. - Podejdziemy czy jak to się robi? Nie wiem, jak to się 

robi. 

-  Chyba  musimy  podejść  -  mówię.  -  Ale  siadać  nie  będziemy.  Na  ósmą  miałem  cię 

odwieźć. 

Zostawiam  pieniądze na stoliku,  powiem  kelnerce po drodze, że tu  leżą.  Kasi  siatkę 

zabieram i ruszamy w stronę taty. 

-  My  nie  siadamy,  bo  późno  -  mówię  z  punktu.  -  A  ja  jeszcze  muszę  to  dziecko 

odwieźć, wziąłem sobie na głowę ciężki obowiązek. 

Kaśka uśmiecha się, taki lizus, że nie daj Boże. Tata patrzy na nią. 

- Mamę odprowadziłaś? - pyta mój stary gładko. Ale skąd on to wie? No, skąd on to 

wie? 

- Tak... - mówi Kasia. - Właśnie... 

Wychodzimy w końcu przed cukiernię, kładę siatkę Kasi na siedzeniu w przyczepie, 

ona stoi obok i czeka, aż mi motor zapali. Zapalił. 

- Siadaj, Kasia. 

Patrzy na mnie. Jasne, wiem, co myśli. 

- Dlaczego mu powiedziałeś? Po co? 

- Nic mu nie powiedziałem. 

Tylko tyle mówię, ale widzę, że wierzy. 

- Więc skąd on wie? Przecież ani ciocia, ani wuj też mu nie powiedzieli, bo prosiłam. 

Rafał... 

- No? 

-  Jeżeli  on  wie,  to  możliwe,  że  mama  go  widziała,  że  się  jakoś  spotkali.  Może 

przypadkiem, a może mama go szukała. Jak ty myślisz? 

- Nie wiem. Spróbuję się dowiedzieć. 

-  Spróbuj,  błagam.  Bo  tak...  jeżeli  mama  go  widziała,  sam  rozumiesz...  jeżeli  go 

widziała, to te wszystkie moje starania mogły pójść psu na budę. 

- Siadaj, Kasia! 

Siada  za  mną.  Czekam,  ruszę  dopiero,  kiedy  poczuję  jej  ręce  na  swoim  swetrze. 

Diabli, jest mi wszystko jedno, czy ktoś kogoś szukał i czy ktoś kogoś znalazł. Najważniejsze, 

background image

żeby  wiatr  wiał  nam  w  twarz,  bo  ona  wtedy  chowa  się  za  mnie  i  kładzie  głowę  na  moich 

plecach. 

Wracam do domu, chałupa pusta, żywego ducha, znowu tatę po nocy gdzieś powlekli 

czy jak? Późno niby nie jest, ale zawsze. A nie, pardon, siedzi tu po ciemku. Zapalam światło. 

- Nic i co tam słychać? - pyta. 

- Nic. W porządku - mówię. - A u ciebie? Ziewa. Wsuwa rękę pod okulary i przeciera 

oczy. 

- Też... - powiada wreszcie. 

- Zjemy coś? 

- Możemy zjeść. 

- To ja coś zrobię. 

- Zrób. 

Znowu  ziewa,  rany  gościa,  nie  lubię,  kiedy  on  taki.  Idę  do  kuchni.  Takiej  głupiej 

kuchni  jak  nasza  to  ja  w  życiu  swoim  nie  widziałem,  chyba  coś  tu  poprzestawiam  i 

pozmieniam,  pytać  w  ogóle  nie  będę.  Wielka  jak  sala  muzealna,  a  może  to  i  jest  muzeum 

swojego  rodzaju.  Każda  ściana  to  kolejna  epoka,  inny  styl.  Ta  z  oknem  należy  do  mojej 

matki, jest najlepsza, pochlebiam sobie. Bo i ten zegar porcelanowy to pierwszorzędna rzecz, 

pamiętam,  jak  go  kupiła,  i  ta  brązowa,  drewniana  półka  z  haczykami  na  kubeczki  też  jest 

dobra. Z oknem podzielonym na osiem małych szybek wygląda ta ściana trochę jak z teatru. 

Najgorsza jest ściana Meli. To dramat nie ściana, cała Mela jest tu uwieczniona, ale też ona 

najdłużej  chyba  rządziła  w  tej  kuchni.  Eh,  Melania,  Melania,  po  co  ci  był  ten  kredens 

zwalisty, żebym to ja wiedział! Chyba po to, żeby można w nim upychać wszystkie roczniki 

tych pism ilustrowanych, które przez czas trwania kadencji Melanii musiałem porządkować 

jak  kto  głupi  przed  Bożym  Narodzeniem  i  przed  Wielkanocą.  Uff,  ciężka  to  była  kobieta, 

szczęście, że się tacie w końcu wyczerpała bateria od aureoli. Albo ta niebieściuchna szafka 

obok kredensu. Zawsze stała pusta i teraz jest pusta. Mela wieszała nad nią taką białą szmatkę 

z napisem: "Kto rano wstaje, temu Pan  Bóg daje". Ciekawe, Pan Bóg  Meli dawał  szczodrą 

ręką, chociaż nigdy przed dziesiątą nogi z łóżka nie spuściła. Tę makatkę durną tata wyrzucił. 

Makatkę po Meli wyrzucił i z piętnaście par starych pantofli, które zostawiła na dolnej półce. 

Dlaczego nie można by wyrzucić i tej wiszącej półki niebieściuchnej, pięć pustych szufladek 

pod nią, pięć pustych haczyków nad nią, pięć pustych słoiczków na niej? Trzecia ściana to 

epoka  kamienia  łupanego,  czyli  Klimy  rzeźbiarki.  Praktycznie,  to  Klima  nigdy  nie  była 

pełnoprawną  władczynią  tej  kuchni,  niemniej  ślady  jej  kandydatury  na  to  stanowisko  są  tu 

background image

wyraźne,  bo  chociażby  dziura  w  murze,  którą  wywaliła  na  głębokość  pół  metra,  dobitnie  o 

tym świadczy. Wnęka na lodówkę. 

A lodówka stoi obok na podłodze, bo nasza droga Clementine, zabrawszy swój mesel, 

młotek i  błogosławieństwo taty na drogę, wyjechała tam, skąd przybyła, nie kończąc nawet 

mozaiki w naszym kościele, co dopiero mówić o dziurze na taty lodówkę. Pamiętam, że po jej 

wyjeździe  poszliśmy  z  tatą  na  piwo,  pierwszy  raz  mi  wtedy  stawiał  i  chyba  ostatni.  Na 

czwartej ścianie są drzwi, łaska niebios, że piątej ściany tu nie ma, bo... 

- Ile osób będzie na kolacji? 

- My dwaj. 

- I myślisz, że damy radę zjeść tyle chleba? 

Faktycznie,  pokroiło  mi  się  zbyt  pochopnie.  O,  tata,  młodzieżowiec  jaki,  ręce  w 

kieszeniach,  nogę  na  stołku  postawił  i  gwiżdże,  od  kogo  on  się  tego  nauczył,  jak  by 

powiedziała  Mela,  słoneczko  zaszłe  tej  kuchni.  Kasia  kazała  dyplomatycznie.  No,  to 

dyplomatycznie. 

- Tata - mówię - tyś się widział z Kasi matką? 

- Czemu pytasz? 

- Ciekawi mnie. 

Gwiżdże. "Gwizdać to ty możesz w lesie". Eh, Melanio, ja ciebie nigdy nie zapomnę! 

- Nie - mówi. - Córka doktora Gradzika była na dworcu i widziała was. Oczywiście i 

Zuzannę. To ona mi powiedziała. 

No, jasne. Widziałem Magdę Gradzik. Smaruję chleb masłem, tata się przygląda. 

- Żałuję, żeś mi nie powiedział. Chętnie bym się zobaczył... 

A  właśnie.  Katarzyna  miała  rację,  gdyby  wiedział,  toby  ją  odnalazł.  Dla  mnie  to 

niechby ją sobie zobaczył, niechby pogadał, piątej ściany i tak nie ma w naszej kuchni. Ale 

Kaśki było ważniejsze, pewno. A zresztą, czort znajet, może i dla niego lepiej. 

- Co tam, tata! - mówię. - Będziesz wyciągał z lamusa stare wspominki. Warto? 

- Może i warto. 

- Mówiłeś przecież, że to zadra. I że do tej pory boli, jak ruszać. Patrzę. Kiwa głową, 

uśmiecha się, biedaczysko. 

- A ciebie, Rafał, jak ząb boli, to go nie naciskasz? 

- Tata, no, naciskam, pewno. 

Bierze ze stołu kawałek chleba, je, głodny był widać. 

- Żałuję, żeś mi nie powiedział - powtarza znowu. - Długo ona była u Sopoćków? 

- Zaraz. Dwa tygodnie. Chyba. 

background image

- Dwa tygodnie? To przecież ja tam jeździłem? W nocy, pamiętasz, po Izabelę. 

Nic  nie  mówię,  co  ja  mam  mówić.  Nic  nie  powiem.  Herbaty  mogę  mu  nalać,  to 

wszystko. 

- To ona tam wtedy była... - mówi. - No, no. 

Przygląda mi się podejrzliwie. Dobrze Kasi mówić, załatw to dyplomatycznie. 

- Z serem, tata, czy z kiełbasą? 

- Z serem. Słuchaj, Rafał, powiedz mi taką rzecz. Prosiła cię pani Zuzanna, żebyś mi 

nie mówił? Wiedziała chyba, że jesteś moim synem, nie? 

Oj, wiedziała, wiedziała. Dyplomatycznie, tak? 

- Wiedziała, rzecz jasna. Ale o nic nie prosiła. 

-  Nie  bardzo  rozumiem.  Dlaczego  w  takim  razie  sam  nic  mi  nie  powiedziałeś? 

Zwłaszcza wtedy, kiedy jechałem po Izabelę, powinienem wiedzieć. Powinienem! 

No, tak. Teraz będzie żal do mnie i do całego świata. A jak jechał po Izabelę, to kto po 

niego przygnał? Kaśka. I kto Kaśce drzwi otworzył? Ja. I kogo Kaśka prosiła: "Nie mów mu 

tylko,  błagam!  Nie  mów!".  I  ta  podkówka  piekielna.  Mógłbym  powiedzieć  staruszkowi: 

"Tata, dla ciebie to wspominki, sentymenty czy jak, a żebyś ty wiedział, o co ta dziewczyna 

wtedy  grała!". Pewno,  mógłbym  i  tak powiedzieć. Ale po co pchać Kaśkę do tej rozmowy, 

żeby tata jeszcze i do niej miał żal? 

- Przykro mi, tato - mówię, bo w rzeczy samej jest mi przykro.   

Nie odpowiada. Siada na krześle, sięga po szklankę, podsuwam mu cukier, głupio, jej 

bohu. I taty żal. 

- Młody jesteś jeszcze, Rafał. Jak dorośniesz, zrozumiesz. Oooo! Skąd ja to znam? 

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że jak mam wyciągnąć z szafy czyste skarpetki, to 

najpierw ciągnie mi się krawat, potem dwie pary brudnych, potem spodnie od piżamy, potem, 

owszem, czyste, ale dziurawe, a dopiero po długich i ciężkich cierpieniach coś, co się nadaje 

do włożenia na nogi. A w ogóle to najbardziej chce mi się spać rano. Kiedy tata ściąga mnie z 

łóżka, budzą się we mnie instynkty mordercze. Zawsze sobie obiecuję, że jak on wyjdzie, to 

ja  się  gruchnę  spać  z  powrotem,  ale  jak  już  go  nie  ma,  a  ja  jestem  umyty,  ubrany  i  po 

śniadaniu, to cała senność mi przechodzi aż do następnego rana. Wieczorem nigdy nie jestem 

śpiący, kiedy leżę w łóżku, zawsze zbiera mi się na myślenie. Ciemno, wygodnie, nogi sobie 

człowiek  wyciągnie,  okno  otwarte,  cicho,  spokój,  grzech  spać  w  takich  warunkach.  Lubię 

sobie przypominać różne rzeczy, które mi się przytrafiały. Albo coś sobie w głowie układać 

po kolei. O czym dziś będę myślał, nie wiem. Najważniejsze, że skarpetki znalazłem, bo to 

oznacza,  że  mogę  się  położyć,  prania  nie  lubię.  O  Kaśce  mógłbym  myśleć,  ale  coś  mi  się 

background image

zdaje, że do Meli wrócę, bo tak mi się przypominała w tej kuchni, a jeszcze tata z tym , jak 

dorośniesz,  zrozumiesz"  wyjechał.  Może  nawet  nie  o  Meli,  ale  o  tym,  co  w  tacie  po  niej 

zostało.  A  więc  po  pierwsze  skłonność  do  kupowania  makulatury,  bo  trudno  nazwać  prasą 

coś, czego się nie czyta. Czyta może połowę tego, co przynosi, reszty nie. A dalej, to zostały 

te powiedzonka, którymi Mela krasiła mi każdy obiad i kolację, śniadania sam sobie brałem, 

to był spokój. "Czym skorupka za młodu, każdy kij ma dwa końce, jak sobie pościelesz, nosił 

wilk razy kilka, jak dorośniesz, zrozumiesz". Może. Może, jak dorosnę, zrozumiem. Dla taty 

Mela miała osobny zestaw, nie wytrzymał tego. A ja musiałem i wtedy wytrzymywać, i teraz 

muszę. Co jeszcze po Meli? Piękna rzecz: groszowe oszczędności na co dzień. Dopóki był z 

mamą,  sprawa  forsy  nie  istniała,  dopiero  Melania  nauczyła  go  ciułania,  połowę  na  życie, 

połowę w pończochę. "Ty, Rafał, nigdy się nie dorobisz". Dobrze, mogę się nie dorabiać, nie 

zależy  mi  na  tym.  "Jak  dorośniesz,  zrozumiesz".  Fajno,  wtedy  założę  sobie  książeczkę 

oszczędnościową i będę tak jak tata ganiał na pocztę nadziany, a wracał z poczty bez grosza. 

Z  mamy  to  w  nim  zostało  sławne  umiłowanie  turystyki  pieszej.  Długie  niedzielne  spacery 

zamiast  poobiedniej  drzemki,  biedna  Mela  pojąć  nie  mogła,  skąd  to  się  w  nim  wzięło,  a  to 

właśnie  po  mamie  było.  I  jeszcze  po  mamie  -  kult  dla  filmów  psychologicznych  i  dla 

współczesnej literatury amerykańskiej, brawo! Po Klimie tata wiele nie zdążył odziedziczyć, 

ale w każdym razie spodnie z teksasu nosi do tej pory, bo go przekonała, że  jeszcze nie jest 

taki stary. Może to i warte dziury w ścianie. A swoją drogą, dziwna historia, żeby nie wiem 

jak  człowiek  był  twardy,  to  z  każdego  uczucia  coś  w  nim  zostaje,  uczy  się  czegoś,  czego 

dawniej nie umiał, raz to jest dobre, raz złe. I z siebie też coś komuś zostawia w spadku. Pola? 

Nie wiem. Może to, że teraz każdemu dzieciakowi, nawet najbardziej zasmarkanemu, potrafię 

ciepłe  słowo  powiedzieć.  Tak,  Polinka,  tyś  mnie  tego  nauczyła.  Ale  i  kręcenia  tacie  też  ty. 

Mówić, że idę tu, a iść tam.  Iść tam, a mówić, że gdzie indziej idę. Dla zasady. Przed Polą 

tego  nie  robiłem,  dopiero  potem,  przez  to  jej  wieczne  dogadywanie.  "Co  ty  się  tak 

opowiadasz, co to kogo obchodzi, dwa lata masz czy jak?" A teraz...? Teraz to jest zupełnie 

specjalna  sprawa.  Miałem  przykład  na  Brzostowskim,  głupi  idiota!  I  tak  mu  powiedziałem: 

"Głupi  idioto!  Jeszcze  ci  brakowało  kłopotu  z  dziewczyną,  co  ja  ci  teraz  pomogę,  nic  ci 

pomóc  nie  potrafię,  musisz  to  wziąć  na  swoją  głowę,  Artur".  Poszedł.  A  ja  dopiero  wtedy 

pomyślałem  sobie,  że  Artur  Arturem,  idiota  idiotą,  ale  za  tym  wszystkim  jest  przecież 

dziewczyna,  która  beczy  gdzieś  po  kątach.  Zobaczyłem  nagle  Renatę,  wyobrażać  ją  sobie 

zacząłem, i to było Kaśki spojrzenie, to już po niej mam ten wzrok. Ale i Kasia po mnie też 

coś  ma,  też  nauczyłem  ją  patrzeć,  tylko  znowu  na  co  innego,  nie  na  ludzi.  Na  przykład  na 

siano, że przedtem było trawą, po której żaby skakały i bocian łaził. Na słomę, że przedtem 

background image

kłos się na niej trzymał w polu. Po Kasi matce, tacie została tylko ta pewność, że już nigdy 

żadna babka tamtej do pięt nie dorośnie. Nawet mama, a co za pomyłka, bo przecież wiem, że 

mama  o  niebo  więcej  była  warta!  Kasia  jest  inna.  Nie  ma  chyba  na  świecie  drugiej  takiej 

dziewczyny jak Katarzyna. Wolałbym ją może spotkać dopiero za trzy, cztery lata niż teraz. A 

tak?  Zresztą  nie  wiem.  Nie  mam  pojęcia,  może  i  tak  jest  dobrze.  Chciałbym  ją  mieć  na 

zawsze.  Fajne  byłoby  takie  życie  z  Kaśką,  chociaż  może  czasami  trochę  jak  ciuciubabka. 

Babko,  na  czym  stoicie?  Na  beczce.  A  co  w  tej  beczce?  Kwas.  No,  to  łapcie  nas!  Takie 

byłoby życie z Kaśką, połowę pewnie przestałbym na beczce. Nigdy nie zapomnę, jak ona mi 

powiedziała: "Wiesz, Rafał, obtarłam sobie pięty". I ja się nachyliłem, żeby te pięty zobaczyć, 

a ona oparła rękę o moją głowę. "Kiedy opieram się w ten sposób, wydaje mi się, że nawet w 

powietrzu  mogłabym  stać".  I  wtedy  zapytałem:  "Ale  czy  do  tego  jest  ci  potrzebna  moja 

głowa?". A Kaśka odpowiedziała: "Tak, twoja!". 

Idziemy sobie z Katarynką przez wieś, a co za dzień! Istna fantazja. Wolałbym może 

nad stawem sobie posiedzieć, ale na tę dziewczynę mocnych nie ma. 

- Jak się uprzesz, to jak ten baran Roztockiego - mówię. - Nie szkoda ci dnia? 

- Nie szkoda mi, bo widzisz, bardzo chcę zobaczyć, jak tam teraz wygląda. Ciocia mi 

mówiła,  że  już  ją  oszklili  i  że  nawet  parkiet  jest  położony.  Czasami  myślę,  że  może  bym 

chciała prowadzić klubokawiarnię na wsi. Co to trzeba skończyć, żeby móc? 

- Chyba mniej niż wydział aktorski. 

Zabójcze spojrzenie. No, ale co tej Kasi po głowie chodzi? 

- Sieroto! - powiadam. - Zastanów się! Czy ty byś wytrzymała na wsi? 

- Nie wiem właśnie. Może bym i wytrzymała. 

- Oj, Kasia,  czy ty przypadkiem na siłę nie szukasz problemu? Tylko  po to,  żeby na 

złość mamie inaczej go rozwiązać? 

- Psycholog! - mówi pogardliwie. 

No, to ja się już nie odezwę. Ani słowa. Woda w gębę. 

- Żaden psycholog - mówię. - Tylko zdaje mi się, że tak jest. 

- To ci się źle zdaje. Podoba mi się tutaj. Może nie wieś, ale ludzie. 

Ludzie  jej  się  podobają.  Mnie  też,  ale  przecież  ludzie  to  nie  wszystko.  Nic  nie 

powiem. I tak jej nie przekonam, po co mam sobie język strzępić? 

-  Gdybyś  tu  żyła  od  urodzenia,  gdybyś  nie  była  przyzwyczajona  do  czego  innego  - 

mówię  -  to  byłoby  wszystko  w  porządku.  Ale  to  przecież  jest  życie,  o  którym  nie  masz 

zielonego pojęcia. Spójrz na Klarę. 

- Właśnie patrzę. 

background image

Nie, teraz to już koniec. Ani słowa. Kaganiec na twarz. Ładny dom wybudował sobie 

młody Zychowiak. Ten jego mały smyk siedzi na płocie i śpiewa: 

Idzie  kaczor  polną  drogą,  Przytupuje  lewą  nogą,  Nagle  potknął  się  i  zbladł,  Bo  w 

ramiona kaczki wpadł! 

Zobaczył  nas,  to  zaraz  przycichł.  Do  Zychowiaka  podobny,  jakby  kto  skórę  zdarł. 

Mijamy go. Nogami macha, głowę odwrócił. 

- Ładne dziecko ten Zygmuś - mówi Kasia. 

Idziemy środkiem drogi, między koleinami, już niedaleko do klubu-kawiarni, a nawet 

chyba widać szary pawilon za szkołą. Zygmuś znowu śpiewa: 

Idzie  Rafał  polną  drogą.  Przytupuje  lewą  nogą,  Nagle  potknął  się  i  zbladł,  bo  w 

ramiona Kasi wpadł! 

Głupi smarkacz! Słowo daję, chętnie bym mu pupę sprał na kwaśne jabłko. Czego ta 

Kaśka się śmieje, też niemądra. Odwracam się, po Zygmusiu śladu nie ma. 

-  Prysnął  -  cieszy  się  Kasia.  -  Bał  się,  że  zawrócisz.  Ale  przecież  ty  byś  mu  nic  nie 

zrobił, prawda? 

- Tylko bym mu głowę ukręcił, nic poza tym. 

- Ummm... jaki podły! - mruczy Kasia. 

Ale teraz ona zapomina o Zygmusiu, to tylko mnie jeszcze ciągle trzęsie. Zapomina, 

patrzy jak zaklęta. W rzeczy samej, pawilonik jest śliczny, więcej szkła niż muru. 

- Trumienka dla śpiącej królewny - mówię. No, to strzeliłem. 

- Jeżeli nawet, i tak możesz być spokojny. Królewicza nie ma w pobliżu. 

Uuuu! Niedobrze. Zostawia mnie i leci do okna. Staje na palcach, zagląda do środka. 

Oj, przyjdzie chyba przepraszać Katarynkę. To przez tego Zygmusia cholernego, to on mnie 

tak rozzłościł, bo co za głupie śpiewki, nie rozumiem. Niech sobie, o kim chce, śpiewa, ale 

Kasi  niech  mi  nie  rusza!  Nie  wiem,  co  ona  widzi  przez  to  okno,  przecież  tam  jest  jeszcze 

zupełnie pusto w środku. Podejdę chyba i przeproszę, nie mam na co czekać, ona mi tak łatwo 

tej trumienki nie daruje i nie zrozumie, że to Zygmuś mnie wkurzył. Idę. 

- No i jak w środku wygląda? - zagajam obojętnie. A spod oka patrzę. No, tak. Tego 

między nami jeszcze nie było. - Kasia, daj spokój. 

- To ty mi daj spokój. Idź stąd i daj mi spokój! 

- No, Kasia, nie płacz, no! 

Że się obrazi, to przewidywałem, ale łzy? Łyka je i łyka, nosem pociąga. 

- Nie gap się na mnie! - mówi. - Nie gap się, słyszysz? 

- Mogę się nie gapić. 

background image

Opieram się o drzwi do tej przeklętej trumienki i gwiżdżę. Na durnia wychodzę, sam 

to widzę, nikt mi nie musi mówić. A do tego łapię się na tym, że gwiżdżę o kaczorze, który 

się  potknął.  Wiec  przestaję.  Wyjmuję  chustkę  i  podaję  Kasi.  Bierze,  nie  wszystko  między 

nami skończone, jeszcze wspólna chustka została. 

- Nie gniewaj się, Katarynka - mówię. - Strzeliłem nieprzeciętnie głupio. 

- Nieprzeciętnie! - powtarza, ale chowa moją chustkę do swojej kieszeni. 

No, to podejdę do niej. Podchodzę. Unosi głowę i patrzy na mnie, podle mi się robi. 

-  Kaśka...  -  mówię  i  czuję,  że  mi  w  gardle  zasycha,  napiłbym  się  wody.  Już  raz  tak 

było, wtedy, kiedy ją w chlewie zamknąłem. 

- Kaśka... 

Kładę ręce na jej policzkach i to jest tak, jakbym pisklaka w nich trzymał małego. 

- Rafał, proszę cię... - mówi i ja nie wiem, o co ona mnie prosi, i już się chyba nigdy 

nie dowiem, bo całuję tę podkówkę, a drzewo za Katarzyną rośnie mi nagle koroną w dół, a 

korzeniami do góry. 

A po południu zbiera się na burzę, stoimy z Kasią w oknie i patrzymy, jak chmurzyska 

ciągną szare, masywne, nisko, tuż nad ziemią prawie. 

- Podskoczyłbyś do nich? - pyta Kasia. 

- Pewno, że bym podskoczył - mówię. - Wielka filozofia. 

- To idź i podskocz. 

- Nie chce mi się. 

- Aha. 

Pani Klara kroi placek ze śliwkami. 

- Jak wy ze sobą rozmawiacie, to mi się płakać chce - mówi. 

-  Czy  wy  nigdy  nie  macie  ochoty  na  sensowną  rozmowę,  tylko  zawsze  takie 

banialuki? 

-  Ja  czasami  mam  -  powiada  Kasia.  -  Ale  widzi  ciocia,  partner  wysiada  pod  tym 

względem. 

- Ja też czasami mam - odgryzam się. - Ale widzi pani, z dziećmi to z sensem nie ma o 

czym. W chowanego się pobawić, w klasy, owszem. A rozmowa to już ciężej idzie. 

Patrzę  teraz,  jak  pani  Klara  układa  placek  na  talerzyku.  Ładnie  wygląda,  pewnie 

jeszcze ciepły. 

- No, to siadajcie. No, to siadamy. 

background image

- Bierzcie, ja nie będę jadła. Papieros marzy mi się już od godziny - mówi pani Klara i 

zapala  giewonta.  -  Powiedzcie  mi  teraz  taką  rzecz.  Już  chyba  możecie?  Dlaczego  tak  wam 

zależało na tym, żeby Kasi mama nie zobaczyła się z doktorem? 

Kaśka nie odpowiada, kręci głową, miny robi takie żadne. 

-  Bo  ja  wiem...  -  mówi  wreszcie.  -  Tak  jakoś...  Po  co?  Tyle  lat  minęło,  niech  sobie 

dalej mijają. Mamie mogłoby być głupio, doktorowi głupio. 

Oj, mętnie się Kasia spowiada, ja bym rozgrzeszenia nie dał za takie stękanie. 

-  E,  przesada!  -  mówi  pani  Klara.  Papierosem  przegarnia  popiół  w  popielniczce  i 

zużyte zapałki. 

Katarynka  swój  placek  ogląda  na  wszystkie  strony,  jakby  pierwszy  raz  w  życiu  coś 

takiego widziała. Oj, Kasiu, Kasiu! 

- To się je bez chrzanu i musztardy, możesz śmiało zaczynać - mówię. 

- Zginęłabym bez ciebie, mój dobry człowieku - odpowiada mi Kasia. Patrzy żwawiej, 

pewnie ma nadzieję, żeśmy zeszli z tematu. I ma rację. 

-  Jak  się  woda  zagotuje,  to  weźcie  sobie  herbatę.  Ja  zajrzę  do  kurnika,  jajka 

powybieram. 

Pani Klara wychodzi. Biorę sobie drugi kawałek placka, fajny jest. 

- Czemu jej nie powiedziałaś? - pytam. - Ostatecznie, nic w tym złego nie było. 

- Na pewno nic złego nie było. Ale widzisz, ciocia nie lubi mojego taty. Nigdy go nie 

lubiła. Słyszałam, jak kiedyś rozmawiała o nim z wujem Markiem. Nie wiedzieli, że ja słyszę. 

"Taki  drętwy!  -  mówiła.  -  Sztywny.  Bardzo  do  Zuzy  nie  pasuje".  Wiec  teraz  sam  powiedz: 

czy ciocia w ogóle by mnie zrozumiała? Chyba nie. 

- Myślę, że może by zrozumiała. Łatwa jest do rozumienia, a filozofii wielkiej w tym 

nie ma. To, że twój tata sztywny, to jedna sprawa, a to, że tobie o niego idzie, to druga. 

- Ciocia myśli,    że ja tak o mamę - uśmiecha się Kaśka. 

-  A  o  mamę  to  ja  jestem  zupełnie  spokojna.  Mamie  bilans  zawsze  się  zgodzi,  nawet 

kiedy ma w nim czortowski bałagan, już taka jest. Uwielbiam ją niezależnie od tego. Ale tata! 

- Co tata? 

-  Tata  ma  wszystko  poukładane  w  sobie  jak  w  szufladkach.  Jedna  szufladka  z  tym, 

druga z owym, trzecia jeszcze z czymś innym. Ale niech tylko w jednej z nich ktoś zrobi mu 

bałagan, to zaraz i w reszcie nie może się połapać. Gdyby tak mama wyskoczyła nagle tacie z 

tej szufladki, w której ją tata trzyma, to jemu wszystko by runęło. Cały jego system. Bo tata 

ma  system,  według  tego  systemu  żyje.  Może  to  dla  kogoś  śmieszne,  drętwe,  sztywne,  ale 

przecież nie dla niego. 

background image

Kasia sięga po następny kawałek placka, młóci szybko, muszę się pospieszyć, bo ona 

ma, rzeczywiście, tempo sprinterskie. 

- A jeżeli dla niego jest ważne, to tylko to się liczy, nie? 

Taki pewien nie jestem, czy Kasia ma rację. Te wszystkie rzeczy, które dla Meli były 

ważne, na przykład, to obiektywnie patrząc, reprezentowały sobą dobrze wyrośniętą chałę. 

- Ej, nie zawsze się to liczy, co dla kogoś ważne. Czasami ludziom wydają się ważne 

sprawy zgoła chałowate. 

- O chałowate nie walczę. 

Zrezygnuję  chyba  z  następnego  placka,  niech  już  ona  sobie  zje  wszystko  do  końca, 

jeszcze by mi śliwka w gardle stanęła. 

- A czy ty w ogóle wiesz, co chałowate, a co nie? 

- Nie  wiem  -  odpowiada Kasia z punktu.  -  I to jest  najgorsze. Wybieram to,  o czym 

wiem, że bez pudła jest ważne. Będziesz jadł? 

- Nie. 

- To ja zjem. Obiektywne wartości znam. Wyliczyć ci? 

- Nie, dziękuję. Ja je też znam. 

- A co się liczy dla mnie osobiście, to ja, Rafał, nie wiem. Ty wiesz? No, ty to wiesz, 

że na pewno matematyka. Już tego mogę ci zazdrościć. Bo ja, na przykład, nie wiem, czy dla 

mnie z całą pewnością liczy się teatr. Czasami myślę, że tak, czasami wcale nie jestem taka 

pewna. 

Trzyma  w  ręku  nadgryziony  kawałek  placka  i  patrzy  na  mnie,  jakbym  to  ja  mógł 

powiedzieć, co się dla niej liczy, a co nie. 

-  Prawie  wszystkim  dziewczętom  w  moim  wieku  marzy  się  scena.  Myślisz,  że  nie 

wiem? Może ja jestem tylko taka typowa? 

-  Typowa,  Katarynka,  to  ty  nie  jesteś  -  mówię  i  patrzę,  jak  ona  się  zabiera  do 

ostatniego kawałka. 

Typowa  to  ona  nie  jest,  sam  widziałem,  jak  się  przeistacza  z  Kaśki  w  różne  inne 

babki.  Nieprzeciętne  to  są  widowiska,  jak  raz  taką  jedną  staruchę  mi  grała,  to  aż  mnie 

przerażenie ogarnęło, że może ona taka naprawdę jest, a na Kaśkę tylko się zgrywa. Ja tam ją 

widzę wyłącznie na scenie. 

- Kasia - mówię - ty byś chyba zrobiła starszliwe głupstwo, jakbyś się rozmyśliła. 

- A gdybym tak została nauczycielką...? Już wiem, co jej po głowie chodzi. 

- Na wsi? - pytam, żeby się upewnić. 

- Na wsi. 

background image

Już nic nie mówię, o nic więcej nie pytam, bo znam tę historyjkę o ludziach, którzy 

zafascynowali nieszczęsną Katarzynę. Kto wie, czy bez mojego pytania Kasia mi tu zaraz z tą 

fascynacją nie wystąpi, to jej ukochany monolog. Ale jakoś nie. Cisza. Pewnie ją ten placek 

zamurował. A może usłyszała, że pani Klara nadchodzi. 

-  Słuchaj,  Rafał,  zabieraj  się  do  domu,  żebyś  zdążył  przed  burzą.  Ciągnie,  spójrzcie, 

jakie chmurzyska. 

Nie chce mi się jechać, ale chyba muszę, to fakt. 

- Czy pani jutro jedzie do pana Marka? - pytam. 

- Jadę. 

- To może by się pani zgodziła Kaśkę na rynku wyrzucić? 

- Mogę ją wyrzucić, a co macie w planie? 

- Grającą szafę - mówi Katarzyna. - Do cukierni wstawili, ciociu, ma ciocia pojęcie? 

- Mam pojęcie. 

Pani Klara kiwa głową. Dobra jest, jutro gramy! 

Tak, ale jak długo można? Kaśka już dziesiątą dwuzłotówkę pakuje do tej nienażartej 

paszczy,  grozi  mi  bankructwo  ostateczne,  nie  wypominając  nikomu  dwóch  różowych, 

puszystych z kremem. Jest dopiero piętnasty, a ja już się skończyłem finansowo. Trzeba się 

będzie  rozejrzeć  za  jakimś  zajęciem  czy  jak?  Mógłbym  u  Roztockiego  robotę  znaleźć,  on 

ludzi  szuka,  ale  nawóz  po  polu  rozrzucać  tylko  po  to,  żeby  Kasia  mogła  grającą  szafę 

dwuzłotówkami karmić, to przy największym uczuciu jakoś mi się nie chce. Po co ja ją tam 

brałem, sam dziewczynę rzuciłem w szpony namiętności. A wyrwać nie sposób. 

- Rafałku, skarbie, masz jeszcze dwa złote?   

Rafałku, skarbie, niech to drzwi ścisną, mam dwa złote, mam, ale przecież... 

- Co ty masz taką minę? - dziwi się Kaśka. - Co...? Może ja za dużo...? 

- Nie, skąd - powiadam. - Graj sobie, Katarynka!   

"Graj  sobie!"  Tylko  że  katarynkę  to  się  korbką  kręci  i  melodyjka  zasuwa.  Wraca 

Kaśka od tej szafy, siada i słucha. 

- Wiesz? - mówi. - Ja to chciałabym być taką grającą szafą. 

- Pewno - zgadzam się. - Zarobek łatwy. Jakbyś sobie przełyk wytrenowała, to łykanie 

dwuzłotówek żaden problem. 

- No wiesz! Niemądry jesteś. Ja z zupełnie innych powodów. 

- Z jakich? 

Nie mówi od razu, brodę ręką podparła i patrzy na szafę. 

background image

-  Taką  radość  ludziom  sprawia.  Głupia  szafa,  nawet  tego  nie  rozumie.  A  ja  bym 

rozumiała. 

Widzę nagle, że Kasia wzrok od szafy odrywa i patrzy uważnie na coś, co się dzieje za 

moimi  plecami.  Odwracam  głowę  i  też  patrzę.  Ale  nic  się  tu  nie  dzieje,  po  prostu  jakaś 

dziewczyna stoi, nie wiem, skąd ją znam, bo nie ze szkoły i nie zethapu. 

- Czy mogłabym usiąść z wami na chwilę? - pyta.   

Kaśka mówi, że tak, dziewczyna siada, ciągle nie wiem, już mi głupio, ale ciągle nie 

wiem, skąd ją znam. 

- Nie poznajesz mnie? 

- Wiesz co? - mówię. - Nie! 

- Renata - ona powiada i już mi świta. 

- Ach, Renata! Oczywiście, bardzo cię przepraszam, ale tak jakoś... 

- Nie dziwię się, widziałeś mnie raz. 

Teraz Renata patrzy na Kasię, uśmiecha się, nie powiem, mile. 

- Ja wam przeszkodziłam? 

- Ależ skąd! - mówi Kasia. - Szafa gra. 

Teraz Renata na mnie spogląda. I tak patrzy, jakby się wahała. 

-  Słuchaj...  -  mówi  wreszcie.  -  Chciałam  cię  tylko  o  coś  zapytać,  Rafał,  czy  ty...  no, 

czy ty przypadkiem nie widziałeś Artura? 

- Widziałem. 

- Kiedy? 

- Kilka dni temu. Dlaczego pytasz? 

- Szukam go. 

Rozumiem, że Renata szuka Artura, ale nie rozumiem, dlaczego nie może go znaleźć. 

- Byłam  u niego w domu, wiesz, do tego się posunęłam, bo przecież nikogo tam nie 

znam. Jego mama powiedziała mi, że Artur wyjechał i wróci dopiero pod koniec września, na 

kilka dni, bo potem jedzie na studia. 

Uuuu, bracie Arturze... 

- Możliwe - mówię. 

-  Nie!  -  powiada  Renata  twardo.  -  Niemożliwe.  I  słuchaj,  Rafał...  -  Renata  wyciąga 

papierosy, zapałki, rozgniata w palcach twardego giewonta. - Ja cię bardzo proszę. Znajdź mi 

Artura! Znajdziesz? 

Patrzy na mnie, czeka na to, co powiem. A ja nie wiem, co mam powiedzieć. Wiem, 

po co jej ten Artur tak pilnie potrzebny. 

background image

Na  Kasię  teraz  patrzę.  Przygląda  się  Renacie,  już  nieomal  widzę,  jak  się  w  niej 

wszystkie strunki napinają, ma Kasia intuicję. 

- Znajdź jej tego Artura - mówi. - Postaraj się! 

Renata uśmiecha się do Kaśki, najpierw żywo, a potem coś jej się w oczach zaczyna 

błyszczeć. Oj, mają te dziewczyny ślepia w mokrym miejscu, aż złość bierze. 

- Jak ja ci go znajdę? - zastanawiam się. 

- Pójdź do niego do domu - prosi Renata. - On na pewno jest, jego mama tak tylko mi 

mówi. 

- Nie! Przecież wie, że możesz go w każdej chwili spotkać.   

Renata przechyla się w moją stronę. 

- Zrozum! To jest niemożliwe, żeby on wyjechał.   

Już  mi  się  nie  chce  tłumaczyć  biednej  Renacie,  że  na  tym  świecie  nie  ma  rzeczy 

niemożliwych. 

- Masz dwa złote? - pyta się to moje szczęście niestrudzone. - Jak masz, to idź i wrzuć 

na to samo. 

Idę,  nawet  chętnie,  bo  muszę  myśli  do  kupy  zebrać.  Wrzucam  dwa  złote,  oglądam 

szafę  z  jednej,  z  drugiej  strony,  żeby  trochę  na  czasie  zyskać,  ale  co  mi  po  czasie,  jak  nic 

mądrego do głowy mi nie przychodzi. No, dobra, pójdę do Artura do domu, ale z góry wiem, 

że  to  niewypał.  Może  chociaż  jego  adres  zdobędę.  Renata  ważniejsza  mi  się  wydaje  niż 

Artura spokój. Odwracam się, idę do stolika. Widzę dwie głowy nachylone do siebie. Renata 

coś mówi, Kaśka przytakuje. No, mogłem przewidzieć, że mnie Kasia grzecznie spławia. Ale 

po co ta dziewczyna jej to mówi, po co? Na mój widok Renata wstaje. 

- Idę, nie będę wam przeszkadzać. Więc jak, Rafał? 

- Pójdę do niego. Mieszkasz tam, gdzie dawniej? 

- Tak, na Pustelnej. 

- Wpadnę do ciebie jutro i powiem, co się udało załatwić. 

Mówię to wszystko spokojnie, ale mnie diabli biorą na Renatę. No, bo po co ona tej 

Kasi mówiła? Co jej Kasia pomoże? Odchodzi. Siadam, patrzę na Kasię, sam czuję, że spode 

łba. 

- Rafał...? - pyta Katarzyna przeciągle. - Ty wiesz, dlaczego ona szuka tego Artura? 

- Wiem - mówię. - Możesz sobie darować. 

- Skąd wiesz? 

- Od niego. 

- To on tu gdzieś był? 

background image

- On tu gdzieś był, ale teraz to już nie mam pojęcia, gdzie się podziewa. Spłynął. 

-  To  podłe...  -  mówi  Kasia  cicho.  -  Jakie  to  podłe...  Och,  Rafał...  -  Przymruża  oczy, 

buzię wykrzywia, jakby z bliska patrzyła na jakieś ohydztwo. 

- W końcu Artur się zjawi - pocieszam ją. 

- No i co z tego? Zjawi się, jak już będzie za późno - mówi Kaśka zapalczywie. - A z 

jakiej racji Renata ma się o to wszystko sama martwić? "W końcu się zjawi!  - przedrzeźnia 

mnie. - W końcu się zjawi!" Dobry jesteś! 

- Na małżeństwo nigdy nie jest za późno - mówię drętwo. 

-  Na  małżeństwo?  -  Kaśka  patrzy  na  mnie  i  mruga  oczyma,  jakby  jej  jakiś  paproch 

wpadł. 

- A coś ty myślała? Przecież teraz on musi się z Renatą ożenić, nie? 

- Zwariowałeś? On się z nią nie ożeni i Renata dobrze o tym wie. Chyba nie łudziła się 

nawet przez pięć minut. 

Nie  zwariowałem,  po  prostu  logicznie  myślę.  Dziwna  ta  Kasia.  Patrzymy  na  siebie, 

jakbyśmy się dopiero w tej chwili poznali. Dziwna Kaśka, daję słowo. Logicznie myślę, nic 

więcej. A jeżeli nie, to w takim razie dlaczego one mi każą szukać Artura? Za kogo one mnie 

mają, bardzo przepraszam! 

- Musi się z nią ożenić, przecież innego wyjścia  nie ma  -  mówię i  sam  słyszę, że za 

głośno. Kaśka pochyla głowę. 

-  Jest  inne  wyjście...  -  powiada  cichutko.  Potem  znowu  podnosi  głowę,  patrzy  na 

mnie, uśmiecha się jakoś tak dziwnie. - A ty, Rafał, skoczyłeś mi wysoko... ponad głowę. 

Podjeżdżam  pod  dom  Sopoćków,  Kasia  nie  wybiega  przed  ganek,  tylko  pani  Klara 

macha mi ręką z okna. 

- Kasia wzięła hamak i poszła do zagajnika - woła. - Idź tam! 

Każą, to idę. Gdzie ona tam hamak powiesiła? Brzózki młode, giętkie, a Kasia, było 

nie  było,  swoje  waży.  Z  brzegu  nie  widzę,  wchodzę  głębiej.  Też  nie  ma.  A  może  przy 

ściernisku, z drugiej strony? No, tak, jest Katarynka, śpi czy nie śpi? Nie śpi. 

- Można cię trochę od pszczół pooganiać? 

-  Pszczół  tu  nie  ma,  ale  pooganiać  możesz.  Staję  przy  drzewie,  rzeczywiście,  dość 

masywne znalazła, i poruszam hamakiem, nie za bardzo, ale silniej, niż to Kasia robiła. 

- Daj spokój, bo zwymiotuję! 

- A proszę cię bardzo, zwymiotuj sobie - mówię uprzejmie, ale Kaśka się złości. 

-  Jejku,  ja  poważnie!  Nie  mogę  tak  się  huśtać  wysoko,  bo  mi  się  wtedy  coś  robi  z 

błędnikiem. 

background image

- Jak mi tak uczenie tłumaczysz, to zaraz rozumiem. Siadam sobie teraz naprzeciwko 

Kaśki i patrzę na nią. 

- Co u ciebie słychać? - pytam. 

- Nic. Co ma być słychać, głowa mnie boli i tyle. Od taty fajny list dostałam, wiesz? - 

ożywia się nagle. 

Wyjmuje z kieszeni spodni zmiętoszony arkusik, rozprostowuje go. 

- Masz! Obejrzyj sobie. 

- Obejrzyj czy przeczytaj? 

- Możesz przeczytać, ale najpierw obejrzyj. 

Oglądam,  fajny list.  Cały  w rysuneczki.  Pod każdym  rysuneczkiem podpis. Czytam: 

"Tadzio kupuje kwiatki dla mamy! Tadzio leci na dworzec! Tadzio podaje mamie herbatę!". 

Najbardziej mi się podoba ten ostatni Tadzio, obwiązany fartuszkiem w groszki. Ale i ten z 

donicą też jest klawy. Oddaję Kasi list. 

- Wdechowy - mówię. - Nie wygląda na to, żeby go drętwy facet pisał. 

- Dlatego ci pokazałam. Taki on drętwy, jak ten list - smutnieje Kasia. - Żal mi taty - 

mówi. - Ma taką jedną szufladkę pełną ciepła i co mu po niej? Mama nigdy jej nie otwiera, 

może nie potrafi, może nie chce, kto to wie? A jeżeli tata sam ją otworzy, to ona wcale tego 

nie  zauważa,  wiesz?  Napisała  do  mnie  krótko:  "Dojechałam  szczęśliwie,  bez  przygód,  dom 

zastałam w idealnym porządku, tatuś kupił piękny dywan przed mój tapczan..." 

Uśmiecha się smutno Katarynka, po chwili mówi dalej: 

- Dojechała bez przygód. A dla mnie takie powitanie: kwiaty, kolacja, dywanik to już 

byłaby przygoda! Mama jest nieprzytomna na punkcie dywanów, byle jaki jej nie zachwyci. 

Więc ile on się musiał nabiegać, żeby w końcu znaleźć coś, co się mamie będzie podobało. 

Dojechała  bez  przygód.  A  ja  stanęłabym  boso  na  takim  dywanie  i  byłabym  nieludzko 

szczęśliwa, i napisałabym do Niny, bo moja córka będzie miała na imię Nina, napisałabym do 

niej: "Spotkała mnie cudowna przygoda dywanikowa..." 

Patrzę na Kaśkę i myślę, że mnie chyba też spotkała jakaś przygoda. 

-  Gdyby  mama  wyszła  za  twojego  tatę  -  mówi  Kasia  dalej  -  to  może  miałaby 

dywanikowe  przygody  i  każdy  powrót  do  domu  byłby  dla  niej  rewelacją.  Nie  wyszła, 

rozumiem, wybrała sobie coś innego. Ale nie rozumiem, dlaczego to w takim razie o moim 

ojcu mówi: drętwy? 

Kasia  wstaje  z  hamaka,  szkoda.  Szarpie  sznur.  Wstaję  i  ja,  żeby  jej  pomóc.  Zwijam 

hamak, biorę go pod jedno ramię, pod drugie Kasia wsuwa mi rękę. Idziemy przez zagajnik, 

gadać się jakoś nie chce. Pani Klara myje okna w pokoju, widzimy z daleka. 

background image

-  Muszę  jej  pomoc  -  mówi  Kasia.  -  Wuj  Marek  jutro  wraca.  A  Izabelę  dziś  rano 

przywiózł pan Mikołaj, wiesz? Ciocia będzie miała wreszcie całą rodzinę w domu. Hej, ciociu 

Klaro! - woła Kasia z daleka. - Zamawiam sobie mycie następnego okna. 

Okazuje się, że następne jest już umyte. 

- To w czym my możemy pomóc? 

- Idźcie do ogrodu po kwiaty. Ale rwij, Kasiu, tak, żeby do każdego wazonu coś było. 

I żeby kolory się zgadzały. I żeby to nie były wiechy. 

Kładę hamak na ganku i gnamy do ogrodu. Tu jest fajnie, o, tu jest fajnie! 

- Zaczniemy od tych żółtych, co? - pytani Kasi. 

-  Nie.  Zaczniemy  od  czegoś  innego.  Od  tego  mianowicie,  czy  zastałeś  Artura  w 

domu? - Kasia stoi miedzy grządkami, sama jak słonecznik. 

A myślałem, że zapomniała. Myślałem, że jej to z głowy wyleciało. 

- Zastałeś czy nie? 

- Nie. 

- I co? 

-  Wyjechał.  Jego  matka  prawdę  powiedziała  Renacie.  Od  razu  wiedziałem,  że  to 

prawda.  Adresu  nie  podała  żadnego.  Obóz  wędrowny.  Zapytałem  o  trasę,  bo  można  by 

napisać do jakiegoś schroniska po drodze. Ona trasy, mówi,  nie zna. W Beskid  poszedł.  W 

który? Ona nie wie, w który. Dobrze ją Artur ustawił. 

- Byłeś u Renaty? 

- Byłem. 

- I...? 

- Co ja jej poradzę? 

Kasia nachyla się, zrywa żółte kwiaty. 

- No i czemu nie rwiesz? - pyta. - Pospiesz się. 

- Czasu jest dosyć - mówię. 

- Może dla ciebie, ale nie dla Renaty! - odpowiada mi Kasia ostro. - Ona mieszka na 

Pustelnej. Pod którym? 

- Pod ósmym. Nie mieszaj się w to, Kasia. Przecież ty w niczym jej nie pomożesz. 

- Ja nie. Ale Pola. 

- A co jej Pola poradzi? Oszalałaś? 

-  Przestań  wymachiwać  tymi  kwiatami,  Rafał,  bo  im  głowy  poodpadają.  Pola  w 

wojewódzkim szpitalu na pewno kogoś zna, miała tam praktykę i szkołę też tam ma. Wiesz, 

szpital odpada, tu wszyscy Renatę znają. 

background image

- Kaśka! - mówię i czuję, że mi diabeł pod gardło podjeżdża. - Trzeba ściągnąć Artura, 

rozumiesz? To jedno trzeba zrobić. 

I  trzeba  Arturowi  powiedzieć,  jak  się  ma  zachować.  A  jeżeli  cokolwiek  zaczniesz 

załatwiać z Polą, to ja... to ja... - Nie kończę, bo mi nic do głowy nie przychodzi. Nie wiem, 

co ja, tylko wiem, że najchętniej sprałbym teraz Kaśkę tak, że tylko by jej nogi w powietrzu 

latały. 

- Co ty? - pyta Kaśka. 

- Wygrzmocę cię, jak Boga kocham! 

- Dobrze - mówi Kaśka. - A teraz pójdziesz ze mną do Poli! 

Zrywamy kwiaty, aż im korzenie piszczą. Pójdę z nią do Poli, pewnie, że pójdę. Może 

mi  się  uda  przetłumaczyć  tym  zwariowanym  dziewczynom,  co  trzeba  robić,  a  czego  nie 

trzeba. 

U Mikołaja w domu nikogo nie ma, tylko Pola siedzi na strychu i szykuje polne bratki 

do suszenia. Sprzedaje to później w skupie ziół. Siadam na jakiejś beczce i słucham, jak Kasia 

wyłuszcza  sprawę  Renaty.  Pięknie,  nawet  i  moje  stanowisko  uwzględnia  w  tej  relacji.  Ale 

dokładniej  swoje  i  Renaty.  Pola  słucha,  kiwa  głową,  że  też  te  dziewczyny  zawsze  tylko 

przytakują. Renata pewnie też tak głową kiwała, wtedy to problemu nie było. Rozpacz mnie 

ogarnia, jak tej Kasi słucham, rozpacz. I nagle słyszę, jak Pola mówi: 

- Znam Renatę, całą tę rodzinę znam. Stać ich na to, żeby dziecko utrzymać. 

Oddycham z ulgą, może ta nareszcie Kasi kubeł zimnej wody na głowę wyleje. 

-  Ale  nie  stać  ich  na  to,  żeby  Renata  mogła  je  mieć.  Moralność  im  nie  pozwala. 

Renacie też. Znam tę śpiewkę, nasłuchałam się przez ten czas, kiedy byłam na praktyce. "Nie 

mogę, siostro, chociażbym chciała. Co by ksiądz proboszcz na to powiedział?" Ale przedtem 

to  o  księdzu  proboszczu  nikt  nie  myśli.  Ty,  Rafał,  mówisz,  że  Artur  powinien  się  z  Renią 

ożenić?  A  powinien,  masz  rację.  Tylko  pomyśl  sobie,  jak  by  on  to  swoje  prawo  skończył, 

gdyby je zaczynał z żoną i niemowlakiem pod pachą? Dziwisz się, że mu to nie w smak? Ja 

się tak bardzo nie dziwię. 

Teraz  Polę  mam  ochotę  udusić.  Każdego  mogą  zrozumieć.  Renatę  mogą,  Artura 

mogą,  tylko  mnie  nie  mogą!  Przyznają  mi  rację,  ale  uważają,  że  to  jest  racja  idioty.  Racja 

kretyna, racja durnia. A przecież to jest zwykła ludzka racja, nic więcej. 

- Pięknie! Wiec uważacie, że on jest w porządku. Nogi za pas i w Beskid! 

-  Wcale  nie  uważamy,  że  on  jest  w  porządku. Powinien  Renacie  pomóc,  powinien z 

nią być. 

Pola mówi jeszcze coś, ale nie mogę słuchać, we łbie mi się to wszystko nie mieści. 

background image

-  Wiec  wy  na  miejscu  Renaty  zrobiłybyście  to  samo?  -  pytam  wreszcie,  bo  mnie  to 

nurtuje już od wczoraj, bo w końcu nie wiem, jak by Kaśka postąpiła, na przykład. 

-  Ja  tak  -  mówi  Pola.  -  Ale  nie  ze  względu  na  księdza  proboszcza.  Ze  względu  na 

swoją przyszłość. 

-  W  takim  razie  jesteś  nieodpowiedzialna  za  swoje  czyny.  Kompletnie 

nieodpowiedzialna! 

-  Być  może...  -  przyznaje  Pola.  -  Być  może,  że  to  tak  wygląda.  A  Kasia  ani  słowa. 

Patrzę na nią, czekam. Milczy. 

- No, Katarynka? 

Cicho  się  zrobiło  na  Mikołajowym  stryszku,  Kaśka  włosy  odgarnęła  do  góry, 

przysiadła na jakiejś belce jak kura na grzędzie. To ja wzruszam ramionami i podchodzę do 

sieci, w którą Mikołaj ryby łowi w stawie. Oczka poprzerywane, sprawdzam, czy tylko w tym 

miejscu,  czy  wszędzie.  Wszędzie,  sieć  jest  do  niczego.  Powiem  o  tym  pani  Klarze,  bo  się 

wczoraj  martwiła,  jak  się  ma  Mikołajowi  odwdzięczyć,  żeby  go  przypadkiem  nie  urazić. 

Niech mu sieć kupi. Odwracam się na pięcie. 

- No, więc jak, Katarynka? - Chyba jej dosyć czasu dałem na myślenie. 

Spojrzenie  ma  jakieś  takie,  widzę,  że  coś  chce  mi  nim  powiedzieć,  ale  ja  się  na 

subtelnościach nie znam. Niech powie normalnie, takie tam czytanie w oczach to dobre dla 

humanistów, a ja matematyk jestem i proszę mi prawdę wygarnąć, jak trzeba, a nie gapić się 

na mnie jak koza na malowane wrota. 

-  Ja  wam  coś  powiem  -  mówi  Pola.  -  Idźcie  wy  do  domu.  Ja  mam  robotę,  muszę 

jeszcze  do  ojca  iść  na  pole,  bo  mi  kazał  przylecieć  pod  wieczór,  a  może  się  jeszcze  i  do 

miasteczka wybiorę. Zobaczę, jak będzie. Jedno wam obiecuję, zajmę się Renatą sama. Niech 

to dla ciebie, Kasiu, będzie rozdział z podpisem: koniec! 

Mądra  jest  Polinka  z  jednej  strony,  chociaż  z  drugiej  nie  bardzo.  Widzę,  że  Kasia 

waha się, ale w końcu mówi: 

-  Dobrze,  Pola.  Jeżeli  ty  się  tym  zajmiesz,  to...  -  Podchodzi,  całuje  Polę  i  idzie  do 

wyjścia. Ja jeszcze zostaję, ale też wyciągam łapę do Polinki. 

- Czekaj, Rafał... - mówi Pola. - Dla ciebie to żaden koniec. W tym wojewódzkim oni 

robią takie rzeczy, owszem,  ale ktoś  z rodziny  musi krew dać, rozumiesz? Ja nie  mogę, bo 

jestem rejestrowanym dawcą i pobierali ode mnie w zeszłym tygodniu, więc teraz nie wezmą, 

nawet gdybym chciała. Artura nie ma, tak? No, a jej rodzina odpada. Dasz? 

Baranieję. Jeszcze mam własną krew dorzucać do tego interesu? Czy ta Pola oszalała? 

- Honorowo, Rafał! - nalega. 

background image

- Komu ty mówisz o honorze, Pola? Tobie się klepki poprzestawiały. 

- Więc znajdź Artura! - syczy Pola cicho. Widzę, że jest wściekła. - Niech przyjedzie 

tylko po to jedno: dać krew! Znajdziesz go? 

- Gdzie ja ci go będę szukał, gdzie? - pytam się Poli, jakby ona mogła wiedzieć. 

- Nie wiem gdzie. Musisz go wytrzasnąć, choćby spod ziemi. Bez krwi nie da się nic 

zrobić. 

- Rafał! - woła Kasia z dołu. 

- Idź do niej - mówi Pola już spokojnie. - Idź do niej, ona jest taka fajna. 

Wracamy do Sopoćków, ale nie szosą, Kasia wybrała drogę przez łąkę.  Idzie, głowę 

ma spuszczoną, ani słowa jeszcze nie powiedziała. Nie zgadza mi się to równanie, nie mogę 

zrozumieć, skąd w tej Kaśce tyle cynizmu. Bo to jest cynizm, nic więcej. Idę za Kasią ze dwa 

kroki z tyłu, ale nagle ona przystaje, dochodzę do niej, bierze mnie pod rękę dziwnym jakimś 

gestem,  jakby  ratunku  szukała  czy  coś.  Zaraz  mi  złość  przechodzi,  tylko  smutek  zostaje. 

Cholernie mi smutno, cholernie. Jeszcze się mocniej do mnie przygarnia, głowę unosi w moją 

stronę. 

- Rafał... - mówi. - Ty sobie nie myśl o mnie źle. 

- A jak ja mam myśleć, Kasia? 

- Może tylko, że mnie nie rozumiesz? 

-  A  nie  mógłbym  ciebie  zrozumieć?  Bardzo  bym  chciał,  wiesz  chyba.  Znowu  głowę 

opuściła, trzyma się mojego ramienia kurczowo, palce zaciska na rękawie swetra. 

-  Wiec  ci  powiem,  chociaż  nikomu  nie  mówiłam.  Nie  mówiłam,  bo  wiesz,  przez 

gardło mi przejść nie mogło... Ale jeżeli zacznę ryczeć, to się nie złość. 

- Nie będę się złościł - obiecuję i Kaśce, i sobie. 

-  Widzisz,  w  naszym  domu  mieszkała  taka  Lucyna.  Zwyczajna,  żadne  cudo.  Starsza 

ode  mnie  o  jakieś  trzy  lata,  ale  spotykałyśmy  się  często  na  schodach,  gadałyśmy,  potem 

zaczęła przychodzić do nas i ja do niej czasami wpadałam. - Kasia głowy nie podnosi, jakby 

nie  do  mnie  mówiła,  tylko  do  tej  zielonej  trawy,  po  której  idziemy.  -  I  ta  Lucyna,  tak  jak 

Renata,  rozumiesz?  I  też  chłopak  jej  przepadł  jak  kamień  w  wodę.  Tylko  że  Lucyna  to 

dziecko  urodziła.  Najpierw  uważała  się  za  bohaterkę  i  mówiła,  że  dla  niej  to  pestka  mieć 

dziecko bez ślubu. Zastąpię mu ojca, mówiła, ile się po świecie takich dzieci chowa i dobrze 

im.  Ten  chłopczyk  był  śliczny,  nie  masz  pojęcia!  Chodziłam  do  Lucyny,  dawała  mi  go 

przewijać, brałam go na ręce, taki to był dzidziuś słodki, że... 

background image

Idziemy,  Kasia  przerwała  swoje  o  tej  Lucynie,  a  ja  jej  nie  popędzam,  bo  się 

domyślam,  że  siły  zbiera  do  powiedzenia  mi  tego,  co  jej  nie  może  przez  gardło  przejść. 

Powietrza w płuca nabiera, wydycha je i znowu to samo, nabiera i wydycha. 

- I jednego dnia - mówi wreszcie, ale bardzo cicho - Lucyna oddała tego Piotrusia do 

domu dziecka. 

Znowu Kasia milczy, tylko idzie szybciej. No, więc oddała, źle zrobiła czy dobrze, nie 

wiem, ale żaden dramat. 

-  W  zeszłym  roku  poszłam  z  Lucyną,  żeby  go  zobaczyć.  Ona  chodzi  do  niego  tak 

mniej więcej raz na pół roku. I widziałam go. 

- Źle mu tam było? - próbuję się domyślić. 

- Może nie źle, ale... Lucyny, widzisz, nie poznał. 

"Pani!  Pani!"  -  To  wszystko,  co  mówił,  kiedy  go  brała  na  ręce.  "Ja  jestem  mama"  - 

tłumaczyła mu Lucyna, prosiła go, żeby powtórzył. Ale on nie, za nic. "Pani! Pani!" 

Biedna Kasia, już głos jej się łamie, ale nie płacze, wytrzymuje jakoś. 

-  A  potem  Lucyna  została  z  nim,  a  ja  poszłam  na  salę,  opiekunka  mnie  wzięła,  bo 

prosiłam. Wiec tak, Rafał. Te dzieci mają gdzie spać, mają co jeść, zabawki też mają, ale... 

nie umiem ci powiedzieć. Od początku bałam się, że nie potrafię, a kiedy już zaczęłam, to tak 

strasznie chcę, żebyś mnie zrozumiał. 

- Ja już troszkę rozumiem - powiadam. 

-  Troszkę,  to  mnie  nie  urządza.  Więc  słuchaj...  Słuchaj  i  zrozum.  Ja  tam  widziałam 

maleńką  dziewczynkę,  która  siedziała  w  kąciku,  niczym  się  nie  bawiła,  tylko  tak  się  jakoś 

dziwnie kiwała. Zapytałam tej opiekunki, dlaczego. I wiesz, dlaczego? 

- Nie. 

-  Dlatego  że  tam  dzieci  często  tak  się  kiwają.  To  jest  głód,  Rafał,  taki  głód  uczucia. 

Nikt ich nie przytula do siebie, nikt im nie mówi najpotrzebniejszych słów: mój skarbie, moja 

dziecinko, moje kochanie, czy ja wiem, jakich jeszcze? Tych zwyczajnych, które każde inne 

dziecko słyszy. Kiedy matka przytula dziecko, to tak się kołysze razem z nim. Siedzi i tak się 

kołysze, prawda? A tam, Rafał, dzieci kołyszą się same. 

Och moja Kasiu, Katarynko! Och, moja Szafo Grająca! Tak by mi się chciało wziąć 

teraz Kaśkę na ręce i zanieść ją gdzieś, w taki fajny świat, w którym nie ma żadnej Lucyny, 

żadnego  Artura  ani  dzieci  kołyszących  się  samotnie.  Ale  gdzie  ja  ci  go  znajdę,  u  licha? 

Jesteśmy  już  prawie  na  podwórzu  Sopoćków.  Kasia  zatrzymuje  się,  staje  przede  mną.  W 

końcu mi pewnie ukręci ten guzik od koszuli. 

background image

- Zapytałam się Renaty, czy nie mogłaby urodzić swojego dziecka. Byłeś wtedy przy 

szafie.  To  była  pierwsza  rzecz,  o  którą  zapytałam.  Pewno,  powiedziała,  mogłabym  gdzieś 

wyjechać, urodzić i oddać. I teraz mnie zrozum, Rafał. Teraz ty mnie zrozum. Myślę, że ona 

naprawdę tego dziecka nie powinna mieć. Jest na to za głupia. Dzieci mogą się rodzić tylko 

ludziom i zwierzętom. Ale nigdy potworom. Potworom nigdy, Rafał. 

Skończyła  Kaśka.  I  co  ja  mam  jej  powiedzieć?  Bo  nie  ma  racji,  dziecko  to  jest 

dziecko, cześć, kropka. Chce Katarynka, żebym ją zrozumiał, trudno mi, bo dla mnie życie to 

sprawa poza dyskusją. Najważniejsze. Nawet jeżeli gdzieś po drodze przyjdzie się pokołysać 

samemu. Ale troszkę to ja Kasię pojmuję, na tyle, żeby nie mieć do niej żalu. Poli nie mogę. 

Na każde dziecko chucha i dmucha, każde wydaje się jej nie wiem jak cudowne. A tu - bach! 

Ty nie jesteś konsekwentna, Polinka. Coś musze tej Kasi powiedzieć, stoi i czeka. 

- Czy ciągle jeszcze tak źle o mnie myślisz? - dopytuje się w końcu. 

- Nie! - mówię. - Teraz to inaczej wygląda. 

Pani  Klara  stoi  na  ganku,  widzi  nas,  woła.  Idziemy.  Ja  nawet  chętnie  idę.  Z  Polą 

zawsze  szukałem  samotności,  zawsze  myślałem,  jak  by  się  tu  gdzieś  z  nią  urwać,  z  Kasią 

inaczej. Z Kasią wolałbym nie zostawać samemu. 

-  Ciebie  to  złości,  że  ja  się  tak  ciągle  do  czegoś  dopasowuję  -  powiada  nagle.  -  Ale 

muszę się przecież na coś zdecydować. Więc tak sobie myślę, Rafał, może ja bym poszła na 

psychologię,  co?  Mogłabym  wtedy  pracować  w  jakiejś  poradni.  Na  przykład  w  poradni 

świadomego macierzyństwa. Głupi jesteś, wiesz? 

Nie jestem głupi, tylko piekielnie rozśmieszony i dlatego zwija mnie w korkociąg. Bo 

jak tu się nie śmiać, kiedy sobie człowiek wyobrazi Kaśkę w takiej poradni, no jak? Pędzelki 

nad uszami, portki na niej opięte, bo chyba Kasia Baltazara w wadze przeskoczy, jak tak dalej 

pójdzie.  Tańczy  sobie  przez  to  podwórze,  "proszę  cię,  Rafał",  i  podkówka.  Poradnia 

świadomego macierzyństwa pasuje do niej akurat jak pięść do nosa. 

- Z czego ty się tak śmiejesz? - pyta mnie pani Klara. 

-  Jemu  dużo  do  śmiechu  nie  potrzeba  -  mówi  Kasia  za  mnie.  -  Wystarczy  palcem 

kiwnąć, a on zaraz rechocze, ciociu, jakby było z czego. Lepiej byś sobie guzik przyszył! 

Podaje mi guzik, ukręciła, wiedziałem, że tak będzie. 

Idziemy  sobie  przez  rynek,  popołudnie  upalne  jak  diabli.  Zrobiliśmy  już  chyba  ze 

dwadzieścia kilometrów, może przesada, dziesięć. 

- Odwiozę cię - mówię. 

Ale ona - nie. Na zegarek patrzy. 

- Jeszcze trochę - mówi. - Za godzinę. 

background image

Ja mogę, ale widzę, że Kaśka ma dosyć, ledwo nogami powłóczy. Tak to czas nigdy 

nam się nie dłuży, ale jak trzeba coś z nim zrobić, to zaraz nie wiadomo co. Już całe swoje 

dzieciństwo  Kasi  opowiedziałem,  z  mamą  w  roli  głównej,  i  całą  młodość  górną  i  chmurną 

zreferowałem, jak trzeba. O czym by tu jeszcze? 

- Chodź, Kasia, zajdziemy do kościoła, pokażę ci Klimy mozaikę. 

- Tę nie dokończoną? 

- I tę dokończoną. Dwie tam są. 

Wchodzimy,  pusto,  tylko  babcia  Rucianowskiego  różaniec  odmawia  i  jakieś  dwie 

babki z księdzem coś szepczą przy samym wejściu. Fajny jest ksiądz Balicki, najbardziej to 

mi  się  w  nim  podoba,  że  gra  z  chłopakami  w  piłkę  nożną  na  boisku  szkolnym.  Kiedyś 

widziałem na własne oczy, jak gola strzelił Heńkowi Makule, a z Heńka najlepszy przecież 

bramkarz w naszym ełkaesie. Tak czy owak, księdza Balickiego to bardzo szanuję. Kasi oczy 

błyszczą.  Ładna  ta  Klimy  mozaika,  pewno.  Druga  byłaby  jeszcze  ładniejsza,  ale  co  zrobić. 

Chłodno tu, przyjemnie, mógłbym jeszcze postać, ale Kasię już gna. 

- Chodź - mówi - Idziemy. 

Idziemy, trudno. Znowu  Kasia na zegarek patrzy, ale dopiero dziesięć minut  minęło, 

myślę, że ona trochę przesadza, a może i nie. Może rzeczywiście Sopoćkowie wolą się witać 

w domu bez świadków? Kasia by wolała. Ja też bym wolał. Więc niby dlaczego komuś mam 

psuć? 

To i chodzimy bez celu, a takie chodzenie - rzecz beznadziejna. Szafę i ciastka Kasia 

zaliczyła na samym wstępie, potem nam się nudno zrobiło. Uuuuu...., gorąco nieprzeciętnie. 

- Kiedy patrzyłam na te mozaiki, zaraz sobie waszą Klimę wyobrażałam, wiesz? 

- Nasza nigdy ona nie była. Odstawała od nas na trzy kilometry, mówiłem ci. Wściec 

się było można. 

Przechodzimy obok piekarni, świeży chleb pachnie, jeść mi się zachciało. 

- Chodź - mówię - kupimy sobie pół bochenka. 

Jeszcze  ciepły,  skórka  miękka,  pod  palcami  się  ugina,  ale  w  zębach  trzeszczy. 

Siadamy z Kasią na ławce pod kinem. Kasia zamówiła sobie piętkę, a ja resztę zjem. 

- Mama mi nie pozwala jeść takiego chleba - mówi Kasia. 

- Mnie też nie pozwalała, a potem Mela. A to najlepszy chleb. Teraz mi się pić chce, a 

tobie? 

- Też. 

To idziemy na wodę sodową. A stamtąd Kasia rusza wreszcie w stronę domu. Motor 

mam przed bramą. 

background image

- No, to jak? Pojedziemy pomalutku? - pytam. 

- Chyba tak - mówi Kasia. - Coś mi się zdaje, że nudno dziś było. - I przygląda mi się 

podejrzliwie. - Ale mnie czasami dobrze, chociaż nudno. A tobie? 

- Bardzo dobrze. 

Kasia ma racje. Nudno było, ale z nią nawet i to jest ciekawe. Innej dziewczynie to już 

bym się urwał z piętnaście razy. Objeżdżam rynek, za rogiem mieszka Artur, nie chce mi się 

patrzeć w stronę jego domu,  bo zaraz cała złość  mi wraca, dziś  znowu tam byłem i  znowu 

spudłowałem.  Nie  ma  co,  nie  znajdę  Artura,  chociaż  złaziłem  wszystkich  po  kolei.  U 

Adamczewskiego byłem, u Renka Gradzika byłem, u Smoleńca byłem, u Kuby Rydzewicza 

byłem,  więcej  przyjaciół  on  tu  nie  ma,  ten  cały  Artur.  Mogę  jeszcze  jutro  wpaść  do 

Staniszewskiego,  ale  z  Witkiem  to  Artur  ostatnio  koty  darł,  więc  Witek  też  nic  nie  będzie 

wiedział, tamci nie wiedzą, to Witek tym bardziej. Nikomu pary z gęby nie puścił. Przepadł, 

misterna rzecz. 

- Wolniej! - krzyczy Kasia za moimi plecami. 

Ale  mnie  się  spieszy  na  szosę.  Bardzo  lubię  jeździć  szosą.  Przez  mostek  będziemy 

zaraz przejeżdżać. O, w tym miejscu z Renatą stałem dziś rano, tu się z nią umówiłem. Żal mi 

dziewczyny, ręce oparła o poręcz, przechyliła się, łzy jej do wody kapały, smutne to było. Kto 

by  pomyślał,  rzeczka  płynie  sobie  grzecznie,  spokojnie,  a  tam  Renacine  łzy  w  tej  wodzie 

gdzieś aż do samego morza wędrują. 

- Wolniej, Rafał! 

Dobra,  wolniej,  już  teraz  mogę,  bo  na  szosie  jesteśmy,  a  to  szczególnie  lubię.  Te 

wierzby po obydwóch stronach drogi tak mi się podobają. Spękana kora, chropawa od narośli 

i  odcisków,  zawsze  mnie  to  bierze,  lubię  ręką  przesuwać  po  takiej  korze,  może  i  dlatego 

twarze  starych  ludzi  godzinami  mogę  oglądać,  bo  do  wierzbowej  kory  są  podobne.  Wolę 

drzewa niż kwiaty, ale głupio byłoby do cioci na imieniny z dębem w garści wędrować. Po 

szczeniacku  ten  Artur  wychodzi.  Pola  z  Renatą pojutrze  mają  jechać,  co  tu  robić,  jej  bohu, 

pojęcia zielonego nie mam. Renata o nic mnie nie prosiła, ani słowa nie pisnęła, tylko do tej 

rzeki płakała i płakała. Dusi mnie ta cała sprawa, w życiu mnie tak nic nie dusiło, ale coś mi 

się  widzi,  że  przyjdzie  rękaw  od  koszuli  podciągnąć  i  niech  biorą,  ile  trzeba,  dobrą  mam, 

zerową. Ta jednak pociecha, że może się przydać komuś, kto bardzo będzie krwi potrzebował, 

i o tym muszę myśleć, a nie o tym, dlaczego to robię. A może na przekór wszystkiemu dla 

jakiegoś  dziecka  okaże  się  ratunkiem,  życie  mu  ocali  albo  co?  Chyba  już  nawet  do 

Staniszewskiego nie będę chodził. Wracając, zajadę do Poli, zapytam: "To kiedy ja mam się 

zgłosić, Polinka?". "Dobry z ciebie kolega - powie - na poziomie jesteś, Rafał". A ze mnie zły 

background image

kolega,  najchętniej  zdrowo  bym  dołożył  Arturowi,  taki  ten  mój  poziom,  żaden  inny. 

Zatrzymuję motor, do tyłu się oglądam, Kasia na mnie patrzy. 

- Co się stało? - pyta. - Dlaczego nie jedziesz? 

- Więc dobrze, Katarynka - mówię. - Dam jej krwi, ile trzeba. Tylko nie pytaj mnie, 

dlaczego  to  zrobię,  bo  nie  wiem,  słowo  honoru,  że  nie  wiem.  Dam  i  cześć.  Ale  żadnego 

gadania na ten temat nie chcę. Ani słowa! 

Już mogę dalej jechać, ale Kaśka kładzie mi rękę na ramieniu, woła, więc się znowu 

oglądam. 

-  Słuchaj,  Rafał  -  mówi,  a  te  ślepia  cętkowane  mało  jej  z  powiek  nie  wylecą.  - 

Słuchaj... 

- Słucham, no? 

- Muszę ci coś powiedzieć. 

- Mów, czekam przecież. 

- Kiedy muszę się zebrać... chwileczkę. 

Czekam, a ona się zbiera za moimi plecami. Wreszcie, kładzie mi ręce na policzkach i 

trzyma moją głowę tak mocno, że ruszać nią nie mogę i tylko przed siebie patrzę, bo za siebie 

Kasia mi nie daje. 

- Więc tak... - mówi. - Może są chłopcy równiejsi od ciebie, ale ja żadnego takiego nie 

znam. I jak ja jestem z tobą, Rafał, to... 

- To co? 

- Kiedy nie wiem. Jedź. 

- To mnie puść. 

- Puszczę, jak ruszysz. 

Ruszam.  Kasia  znowu  ręce  mi  na  ramionach  kładzie,  a  jej  głowę  czuję  na  plecach, 

chociaż nie ma dziś wiatru. Oj, Katarynka, jak ty jesteś ze mną, to ja też nic nie wiem. Jadę 

wolno, dobrze mi, żal wjeżdżać w końcu na to podwórko Sopoćków. Gniady przed gankiem, 

nawet  go pani  Klara do garażu nie wprowadziła. Pan Marek w drzwiach staje, rękę do góry 

podnosi. 

- Coście tak bałamucili? Kaczka w ryżu stygnie. 

Kaśka zeskakuje i leci do niego, potem ja za nią. A w kuchni pachnie fenomenalnie, 

pani Klara kaczkę wyjmuje z piecyka, śpiewa sobie, szczęśliwa, aż patrzeć miło. 

- Myjcie ręce i do stołu! - woła. - Kasiu, a do ciebie jest list. Położyłam go w pokoju, 

książka chyba albo jakieś pisma. 

background image

To ja pierwszy myję ręce, a Kasia leci szukać swojego listu. Długo jakoś nie wraca, 

pan Marek już przy stole siedzi, a jej ciągle nie ma. 

-  Gdzie  ta  Kasia  przepadła?  Idź,  Rafał,  zobacz,  co  się  tam  stało,  zawołaj  ją  -  prosi 

mnie pani Klara. 

Zaglądam do pokoju, wchodzę. Kasia stoi, patrzy na mnie, w garści papierzyska jakieś 

trzyma. 

- Wiesz, Rafał? - mówi, ale minę ma speszoną. - Wiesz, że ja dostałam rolę w Teatrze 

Młodego Widza? 

- W telewizji? 

- Tak. Dostałam rolę, rozumiesz? Główną rolę!   

Wygląda, że dopiero w tej chwili do Kasi  dotarło to,  o czym  mi mówi. Wymachuje 

swoimi papierzyskami, śmieje się, oczy jej błyszczą. 

- Jeszcze przed wakacjami mnie oglądali, musiałam wyklepać jakiś dialog, kilka min 

zrobić do kamery, myślałam, że nie wyszło. A tymczasem wyszło. Dostałam tę rolę, Rafał! 

Spójrz, mama przysłała mi scenariusz, żebym mogła się zacząć uczyć, bo próby rozpoczną się 

we wrześniu. Och, Rafał! 

No,  fajno,  ale  dlaczego  ja  tym  scenariuszem  obrywam  po  głowie,  to  nie  bardzo 

rozumiem.  Wyrywam  go  Kaśce  i  patrzę  na  pierwszą  stronę.  Adaptacja  Ani  z  Zielonego 

Wzgórza. 

- Chodź - mówi Kasia i ciągnie mnie za rękaw. - Chodź, muszę im powiedzieć. 

Pani Klara kroi kaczkę. 

- Umyj ręce, Kasiu - mówi. - Pospiesz się! A Kaśka staje przed nią, dyga nieśmiało. 

- Może by pani zechciała nazywać mnie Kordelią?... 

- Kordelią? - krzywi się pani Klara. - Czyś ty oszalała, Kasiu? 

- Kiedy bylam młodsza, wolałam imię Geraldyna, ale teraz jestem zdania, że Kordelią 

jest najładniejsze... 

No,  myślę  sobie,  to  my  teraz  będziemy  mieli  kino.  Kaśka  tańczy  dookoła  stołu, 

wreszcie obejmuje Marka Sopoćko i woła: 

- Będę grała Anię w Teatrze Młodego Widza! Będę grała Anię! 

Teraz Katarynka robi się ważniejsza niż ta kaczka w ryżu. Sopoćkowie rzucają się na 

adaptację, ja się nie rzucam, staję z boku, patrzę na Kaśkę i śmiać mi się chce. Bo teraz to ona 

już  nie  myśli  o  poradni  świadomego  macierzyństwa  ani  o  studium  nauczycielskim,  ani  o 

klubie żadnym. Tylko to wie, że będzie grała, wszystko inne liczyć się przestało. A co się ze 

mną stanie, tego nie wiem. Tata mi się przypomina i już mi cała ochota na śmiech mija. Na 

background image

kaczkę też mam mniejszy  apetyt.  Najchętniej  bym  się zabrał  stąd i  do chałupy  wracał.  Ten 

dzień ciągnie się jak kisiel, dosyć już mam, zmęczyło mnie to wszystko. Mówię, że jadę, bo 

ojciec  sam  siedzi.  Zatrzymują  mnie,  owszem,  ale  oni  wszyscy  też  jacyś  nieprzytomni, 

rozumiem.  Za  dużo  wrażeń  jak  na  jedno  popołudnie.  Zabieram  się.  Pan  Marek  przed  dom 

mnie odprowadza, Kaśka tylko "do zobaczenia" woła i nos w scenariusz wtyka. Jeszcze raz 

się oglądam, kiedy z podwórza na drogę wyjeżdżam. Nie ma Kaśki w oknie ani na ganku nie 

stoi. No, dobra, kismet, będzie, co będzie. 

Poli nie zastaję, więc tylko u Mikołaja karteczkę zostawiam i ruszam do domu. Ojciec 

jest. Siedzi przy telewizorze i boks ogląda. 

- Dopiero się zaczęło - mówi. - Zdążyłeś. 

Myśli, że ja na boks wróciłem. Nie, tata, ja nie na boks, żebyś ty wiedział, staruszku, 

jak się dziś podle czuję, tobyś mnie chyba przez nokaut techniczny poddał. Daj sobie spokój, 

powiedziałbyś, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Może i świętą rację miała Melania, tylko że 

ona  tak  mówiła,  kiedy  kapci  zapomniałem  zmienić  i  na  podłogę,  jak  ojciec,  w  brudnych 

butach lazłem. A ty, tata, myślałbyś sobie o swojej Zuzannie i o mojej Kaśce. Kładę się na 

tapczanie, oczy zamykam, nic mnie ten boks nie obchodzi, słucham tylko, jak tata stęka przy 

każdym  silniejszym  ciosie,  zupełnie  jakby  to  on  sam  obrywał.  Może  szkoda,  że  nie 

pojechałem na obóz z drużyną, kiedy Radziwonowicz proponował. "Jedź - mówił - co z tego, 

że teraz nie należysz, ale stary, wypróbowany druh jesteś". Może szkoda, że nie pojechałem, a 

może i nie szkoda, bo coś ładnego zaliczyłem. Usnąłbym chętnie, ale nie dlatego, że mi się 

spać chce. To myśli takie mam niewygodne jak cudze półbuty. Ja wiem, że Kaśka świetnie się 

do  aktorskiej  roboty  nadaje,  sam  jej  to  tłumaczyłem.  Ale  pomachać  mogła,  taki  drobiazg, 

jedna  chwilka,  jedno  machnięcie.  Poderwała  tę  rudą  sensatkę,  proszę  bardzo,  rozumiem,  że 

się cieszy, dlaczego nie, ale pomachać mogła, przecież wie, że z tego machania obrządek się 

zrobił. "Prawie wszystko mam w sobie po ojcu - powiedziała - po mamie bardzo mało". Tylko 

że widzisz, Kasia, to nie ilość się liczy, tylko waga, bardzo mało po mamie - dziś przechyliło 

szalkę. Jutro nie pojadę do Spoćków. Ani pojutrze. W ogóle mogę tam nie jechać, jak tak się 

sprawy mają, jak Kasia wagi nie pilnuje. Usnę. Zacznę liczyć, to może usnę. Raz, dwa, trzy, 

cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście... E, tam! 

Dobre  są  takie  mgiełki  poranne,  co  to  niebo  niebieskie  widać,  słońce  widać,  a  nad 

samą  ziemią  snuje  się  przejrzysty,  białawy  obłok,  jakby  dym  jakiś  po  trawie  łaził.  A  tu 

jałowce w rosie całe, pomyślałbyś, że pająk je pajęczyną oplótł. Pójdę stąd chyba, bo w końcu 

krasnoludków  zacznę  szukać  na  tej  polanie.  Coś  mnie  rozmazuje  zanadto  cały  ten  plener  i 

taka się ze mnie Ania z Zielonego Wzgórza robi. Wrócę do domu i kilka równań rozwiążę dla 

background image

uzyskania  równowagi,  bo  jeszcze  trochę,  a  w  poślizg  wpadnę  i  ze  łbem  wlecę  do  Jeziora 

Lśniących  Wód.  Ależ  miała  minę  Sylwia,  kiedy  od  niej  tę  Anię  pożyczyłem!  I  tata,  jak  o 

trzeciej rano przyszedł, żeby mi światło na siłę zgasić. Dobra to jest dla Kasi rola, nic ująć, 

nic dodać, jak sobie na świeżo czytałem, cały czas mi Kaśka przed oczyma stała. Już ona im 

pokaże, jak się tę Anię powinno grać, już ja to widzę. Z Polą na ósmą się umówiłem, godzina 

czasu,  gdzie  mnie  tu  przyniosło,  daję  słowo,  po  co  ja  tu  przylazłem,  trzeba  było  w  domu 

siedzieć, kilka równań ułożyć albo pospać dłużej. Ale mnie już od wczoraj tak nosi. 

- Panie Rafał! 

O, Klimacki. Ładnie ten jego konik utrzymany. 

- Dzień dobry - mówię. - A skąd pan tak rano wraca? 

- Ja to nie dziwota, matce karmę dla kur woziłem. Siadaj pan, podrzucę, na rynek jadę. 

Ja to nie dziwota, ale pan skąd?   

Siadam sobie obok Klimackiego. 

- A ja ze spaceru. 

Pogwizduje Klimacki, głową kręci. 

- Nie udał się spacer, co? Panna oddzielnie, kawaler oddzielnie. 

- Panny w ogóle nie było - mówię. - Sam sobie łaziłem. 

- Już mnie pan nie oszukasz! - śmieje się chytrze. - Za stary jestem. 

- Wcale pana nie oszukuję, panie Klimacki, coś pan! 

- Hę, hę! A ja pannę mijałem przy rozstajach, no? I jak pan raz wyglądasz? Starego w 

pole  nie  wyprowadzisz,  hę,  hę!  Śmieje  się,  oczy  mruży,  nos  krzywi,  tylko  mu  te  zębiska 

wielkie u konia widać. 

-  E,  nie  ma  się  czego  wypierać.  Krew  nie  woda,  co  to  ja  nie  wiem?  Wiem,  wiem. 

Panna przy rozstajach na autobus czekała, nie widziałem ino, w którą stronę chce jechać, do 

Sopoćków pewno, kogo chciała zobaczyć, to w lesie zobaczyła. 

- Pan się myli, panie Klimacki. Ja tej panny na oczy dziś nie widziałem. 

- No, to może ona do miasta. 

Na  rynek  wjeżdżamy  równo  z  autobusem.  Zostawiam  Klimackiego  i  na  przystanek 

lecę, ale udaję, że tak sobie idę. Zwalniam, staję przed wystawą, w bok patrzę, pół godziny 

czasu,  zawsze  DŚ.  W  sukience  przyjechała.  Uczesana  jaka.  Pantofle  białe,  na  obcasie,  uuu, 

aktorka. Patrzę teraz na wystawę, niech sobie Kasia przypadkiem nie wyobraża, że ja na nią 

czekam. Łapie mnie za rękaw. 

- Rafał...! Wytrzeszczam oczy. 

- O, Katarynka! Skąd ty tutaj? Autobusem przyjechałaś? 

background image

- Tak. 

- Po zakupy? 

- Nie. 

Przygląda mi się, spokój ma w spojrzeniu absolutny, coś mi się widzi, że to ja mam 

się tłumaczyć, ale ja nie będę, moja pani, to się po mnie nie pokaże. 

- Do ciebie, Rafał, przyjechałam. Nie było cię wczoraj i... - utyka.   

Słowem jej nie podeprę, niech utyka, kiedy taka jest. 

- Nie wiedziałam, co się stało. Dlaczego nie byłeś? 

- A dlaczego miałem być? Nie umawialiśmy się przecież - mówię. 

- Nie wiedziałam, że musimy się umawiać - powiada Kasia. Widzę, że się nastroszyła. 

- Na teraz też nie umawiałam się z tobą, a jednak przyjechałam. Zdaje się, że niepotrzebnie? 

Już  mnie  nie  trzyma  za  łokieć.  Otwiera  torebkę,  grzebie  w  niej,  o  proszę,  z  torebką 

przyjechała, Sophia Loren. 

- Dlaczego zaraz niepotrzebnie? Może potrzebnie? - mówię. 

- Więc zdecyduj się. Potrzebnie czy niepotrzebnie? Nie znalazła w torebce tego, czego 

szukała, pewno niczego nie szukała. Ooo, ale patrzy ostro. Humory, tak? Liz Taylor. 

- Coś ty się tak ubrała? - pytam. - Na festiwal do Cannes jedziesz czy jak? 

- Więc niepotrzebnie, tak? 

Kieckę ma niebrzydką, kretonik jakiś, ale uszyta fajnie. Biorę to w dwa palce. 

- Ho! - mówię. - Paryski model. Dior to czy Chanel? 

- Moja ciotka emerytka. 

- Też ładnie. 

- Dlaczego się wygłupiasz? Zidiociałeś czy jak? - pyta to wytworne dziewczę. - O co 

ci chodzi? Dlaczego jesteś taki wściekły? Co cię ugryzło? 

-  Za  dużo  pytań  naraz.  Nie  wygłupiam  się,  nie  zidiociałem,  o  nic  mi  nie  chodzi,  nie 

jestem wściekły, nic mnie nie ugryzło. Muszę już iść, bo się z Polą umówiłem na ósmą. 

- Jedziecie? 

- Ano właśnie. 

- To ja cię odprowadzę, Rafał. 

Idziemy na mostek, na mostku z Polą mam się spotkać. 

- Nawet nie wiesz, dlaczego przyjechałam. 

- Nie wiem. 

- Pewno się nawet nie domyślasz? 

- Nie. 

background image

-  A  ja  przyjechałam,  bo...  wiesz...  nie  pomachałam  ci  wtedy.  Wszystko  przez  ten 

scenariusz. Ale ty, zdaje mi się, nie zauważyłeś tego...? 

Nie,  ja  nie  zauważyłem,  skąd,  co  to  mnie  obchodzi,  pomachała  czy  nie  pomachała, 

pestka  dla  mnie,  mogła  machać,  mogła  nie  machać,  ja  tam  na  takie  rzeczy  uwagi  nie 

zwracam. 

- Zauważyłem, że nie pomachałaś - mówię. - Oglądałem się przecież. 

Patrzy Kasia na mnie, uśmiecha się jak jakaś dziewczynka mała i  ręką  w powietrzu 

macha. 

- To ja teraz. Za tamto... 

No, dobra, no. No, dobra, oj, no! 

- Dlatego nie przyjechałeś? 

- Dlatego. 

- Aha... 

Więcej nic nie mówi, tylko uśmiecha się, idzie sobie obok mnie. 

- Kasia... - mówię. - Ja tam cię wolę w spodniach i z poczochraną głową. 

- Ja siebie też wolę w spodniach. Ale muszę się znowu do sukienek przyzwyczajać, bo 

potem będę się na planie ruszała jak chłopak. 

Jak  chłopak?    Z  tym    tańczeniem?  Już  do  chłopaka  to    ona  niepodobna.  No,  ale 

może  racja.  Wsuwa  mi  Kasia  rękę  pod  ramię,  równo  nam  się  idzie,  chociaż  ona  na  tych 

obcasach. Wiesz...? - mówi. - Wymyśliłam sobie coś. Coś ty wymyśliła, Katarynka? 

- A z tą grającą szafą, pamiętasz? Mówiłam ci, że chciałabym jak ona... 

- Pamiętam. 

-  Więc  chyba  będę.  Pomyśl,  Rafał,  tylko  pomyśl!  Z  taką  Anią  chociażby.  U 

Zychowiaków  ile  dziewczynek!  U  Wali  Rucianowskiej,  Mikołaja,  u  was  w  miasteczku,  we 

wsi, wszędzie. Otworzą sobie telewizor w którąś tam niedzielę, żeby Anię obejrzeć, prawda? 

- Na pewno. 

-  Więc  muszę  się  straszliwie  starać,  żeby  im  to  trafiło.  Przekręcą  gałką,  ekran  się 

rozjaśni, dziewczyny patrzą, Ania stoi na stacji i czeka na Mateusza. To będę ja, Rafał, szafa 

gra. 

Dobra jest ta łapka pod moim ramieniem, kładę na niej rękę. 

- Uporządkowało mi się w głowie, wiesz? Już jakoś widzę swoje życie trochę dalej niż 

do jutra. Nie myśl, że chcę być sławna i nic więcej. Popularna i nic więcej. Szafą chcę być. I 

dlatego jeszcze przyjechałam, Rafał, żeby ci o tym powiedzieć. 

background image

Przyjechała, żeby mi powiedzieć. Bardzo dobra jest ta łapka, bardzo. Gładka, chłodna. 

I te oczy cętkowane, i cała Kaśka w ogóle. Swoją dolę do życia tutaj chce dołożyć, to się dla 

niej  zrobiło  pierwsze.  Grać  będzie  Rucianowskim,  Zychowiakom.  Urszulce  Grzelakowej, 

Sopoćkom, może i Klimackiemu. Już ja to wiem z całą pewnością, że Kaśka wróci tu kiedyś, 

do klubu-kawiarni i do naszego miasteczka, choćby na krótko, tyle żeby na swoim postawić 

konkretnie,  żeby  tych  właśnie  ludzi  przed  sobą  zobaczyć,  a  nie  innych,  żeby  nie  przed 

ekranem ich sobie wyobrażać, ale żywych mieć przed oczyma i widzieć, jak na nią patrzą, jak 

jej słuchają. 

-  Ja  się  nie  dam,  tak  jak  mama,  postawić  na  jednej  scenie,  wiesz?  -  powiada  nagle, 

jakby w moich myślach siedziała. 

-  Wiem  -  mówię.  -  Już  cię  widzę,  jak  w  klubie-kawiarni  deklamujesz  Sonety 

krymskie. 

- Może - mówi Kasia. 

Polinka na mostku stoi, ręką nam macha. 

- Przyjedziesz po obiedzie? 

- Przyjadę, Katarynka. 

-  Przyjedź,  Rosamunda  okociła  się  dziś  w  nocy,  kociaki  ma  tłuste  jak  kluski, 

zobaczysz. 

- Dobra. 

Pola już leci w naszą stronę, stuka ręką w zegarek. Późno widać, autobus nie będzie 

czekał, a my autobusem jedziemy. Pola nie chciała, żebym brał motor. Nie, Pola, nic mi nie 

będzie,  nawet  nie  poczuję,  że  mi  krwi  trochę  wyciągną,  ale  niech  tam,  mogę  autobusem 

jechać. 

- To na razie, Kasia. 

Już odchodzę, ale jeszcze się odwracam, przystaję, patrzę na Kaśkę i czuję, że mi się 

oczy robią durne, jak u tego psa Sopoćków, kiedy na panią Klarę spogląda. 

- Och, ty - mówi Kasia. - Leć! 

Siedzimy  z  Kaśką  w  kuchni  i  parzymy  kawę,  to  znaczy  bardziej  Kasia  parzy,  bo  ja 

tylko patrzę. Tata zabrał się ze mną. Mam wolne popołudnie, powiada, chyba pojadę z tobą 

do Sopoćków pogadać z Markiem o starych Polakach. No i dobra. Siedzą teraz i wspominają, 

a duchy przodków snują się po kątach, aż podłoga skrzypi. Kasia kazała sobie dziurę po igle 

pokazać,  pokazałem,  długo  na  nią  patrzyła,  ani  słowem  się  nie  odezwała.  Potem  mi  tylko 

szybko  rękaw  zsunęła,  mruknęła  coś  pod  nosem,  ale  nie  zrozumiałem  co,  a  powtórzyć  nie 

chciała. Kuchnię u pani Klary to ja bardzo lubię. Kasia ma rację, że w tym domu wszystko 

background image

pachnie rumiankiem, ale najmocniej pachnie w kredensie kuchennym, pojęcia nie mam, skąd 

się  bierze  ten  zapach,  bo  nigdzie  tu  nie  ma  suszonego  rumianku,  sprawdzaliśmy  z  Kasią  po 

kątach, nigdzie go nie ma, a pachnie. Ładny barometr przywiozła Kasia Sopoćkom. Stukam 

palcem, wskazówka leci na pogodę. 

- Dobry miałaś pomysł z barometrem, Katarynka! 

- To nie ja. 

- A kto? 

Kasia wyjmuje szklanki, ustawia na stole, uśmiecha się, jakby trochę pogardliwie. 

- Z barometrem była cała historia. Kiedy tu jechałam, mama postanowiła kupić coś dla 

cioci i dla wuja. Przy obiedzie mówi do taty, że trzeba dla cioci materiał na sukienkę, a dla 

wuja modną koszulę. A tata w krzyk. 

- Dlaczego? 

- Nie podobało mu się. Że to wyrzucone w błoto pieniądze, bo koszula się podrze w 

rok,  a  sukienka  jeszcze  prędzej.  "Według  ciebie,  Tadziu  -  mama  powiada  -  powinno  się 

kupować prezenty z żelaza. Więc może im traktor kupimy albo snopowiązałkę?" Tacie aż nos 

poczerwieniał, sama widziałam. Mama poszła, kupiła materiał i koszulę. 

- A skąd barometr? 

- Tata odprowadzał mnie na dworzec. Już siedziałam w przedziale, jak wyjął z teczki 

pakę. Położył mi ją na kolanach. "Tu jest barometr, Kasiu - mówi do mnie. - Pożyje dłużej niż 

tamte  rzeczy  i  może  kiedyś  bardzo  stary  wuj  Marek  i  bardzo  stara  ciocia  Klara  spojrzą  na 

niego i któreś powie: «Pamiętasz? To Kasia nam go przywiozła!» I to jest właśnie żelazo, z 

którego lubię kupować prezenty". 

- Ładne - mówię. 

-  Bardzo  ładne.  Materiał  i  koszulę  ciocia  schowała  do  szafy.  A  wuj  przez  całe 

popołudnie chodził z barometrem po mieszkaniu, szukał dla niego miejsca, wreszcie znalazł. I 

często widzę, jak tu podchodzi i stuka palcem w szybkę. Z mojego taty jest kawał romantyka, 

to ci powiem. A mamę uwielbia. Nawet gdybym znał wszystkie języki świata, nie znalazłbym 

odpowiednich słów na określenie swojego uczucia do niej. Domyślasz się, że to cytat? 

- Domyślam się. 

- Czekaliśmy na mamę po premierze Nory Ibsena. I wtedy mi to powiedział. Staliśmy 

przed  teatrem,  padał  deszcz,  tata  nie  chciał  czekać  w  samochodzie,  bo  mama  nie  miała 

parasolki i tata bał się, że ona zmoknie, przechodząc te parę kroków do parkingu. Wreszcie 

pokazała się w drzwiach, podbiegł do niej z tym swoim czarnym, ogromnym parasolem, pod 

którym chciał ją ukryć. O, Rafał, ja tego nigdy nie zapomnę... 

background image

Stoi Kasia pośrodku kuchni, w ręku trzyma garnuszek z kawą, ale ja wiem, że ona ani 

tej kawy nie widzi, ani tego garnuszka, ani mnie, chociaż siedzę naprzeciwko niej. Teraz, to 

ona  musi  patrzeć  na  coś,  co  dawno  minęło,  ale  tak  jej  w  pamięci  zostało,  jak  zdjęcie  w 

albumie. 

- Nie wiem, skąd się wziął fotoreporter. Wystrzelił jakby spod ziemi. Leci do mamy z 

aparatem przy oczach, z tym fleszem. I mama odsunęła ręką tatę i parasol: "Odejdź, Tadziu!". 

Pół nocy przepłakałam, tak mi go żal było. 

Kaśka  nalewa  kawę  do  szklanek,  trzy  zanosi  do  pokoju,  dwie  zostawia  w  kuchni. 

Wraca, zagląda pod stół, bo tam w wiklinowym koszyku gnieździ się Rosamunda ze swoimi 

kociętami. 

- Chodź, zobacz! - mówi. - One są nieprzytomnie śmieszne. 

Nie  lubię  kotów,  wszystkie  one  dla  mnie  są  jednakowo  paskudne  i  wcale  nie 

śmieszne, tylko dość obrzydliwe. Ale już ja dla tej Kasi to nawet do kociego koszyka mogę 

wejść i Rosamundę mogę drapać za uchem, i tymi jej smarkaczami zachwycać się, jakby było 

czym. 

-  Ale  nie  sądź  -  powiada  Kasia  nagle  -  że  ja  mamy  nie  kocham.  Bardzo  ją  kocham. 

Jeden człowiek jest taki, drugi inny. 

To, że jeden człowiek taki, a drugi inny, odkrywcze nie jest, moja Katarynko, ale ja 

wiem, co masz na myśli. Chętnie bym już spod tego stołu wylazł, bo mi tu niewygodnie, kark 

drętwieje i kolana bolą. 

- Ty sobie tu możesz zostać, Kasia, ale ja mam ochotę na kawę. 

Wyłażę, Kasia też. Siadamy  przy stole, patrzę za okno, Jasiek Olimpię  czyści  przed 

stajnią, zgrzebłem jej ogon przeczesuje. Kasia słodzi kawę swoją i moją. 

- Dziękuję - mówię. 

Unosi głowę, uśmiecha się. A ja znowu jej spojrzenie swoim przetrzymuję. I znów tak 

na  nią  patrzę,  że  Kasi  buzia  poważnieje,  oczy  spuszcza.  Pod  stół,  do  Rosamundy  zagląda. 

Potem  łyżeczką  cukier  w  cukiernicy  przegarnia,  a  ja  patrzę.  Teraz  Kaśka  nogą  macha  i  na 

czubek pantofla spogląda, ale coś już się tam koło ust pojawia, uśmieszek malutki taki, że go 

ledwie widać. Ja patrzę twardo, bo wiem, że jeszcze chwilka, jeszcze minutka, może dwie, a 

Kasia  zacznie  się  złościć  po  swojemu.  Już  bohatersko  głowę  podnosi,  pomalutku,  wyżej, 

wyżej, świetnie! No, tak. 

- Och, Rafał, jaki ty jesteś! 

- No, jaki jestem, jaki? 

- Podły. 

background image

Podły. Też pięknie, mogę być podły, dlaczego nie. 

-  Jak  to  było,  Kasia?  -  pytam.  -  Nawet  gdybym  znal  wszystkie  języki  świata,  nie 

umiałbym znaleźć słów... Tak? 

- Podobnie. 

-  ...nie  umiałbym  znaleźć  słów  na  opisanie  mojej  miłości...  Cicho  w  kuchni 

Sopoćków, słychać, jak mucha brzęczy. 

- Czy ty też powiesz mi: "Odejdź, Rafał"? 

Odsuwam krzesło, unoszę się, proszę bardzo, mogę odejść w każdej chwili, ale teraz 

jeszcze patrzę w te jej oczy, z których nagle uśmiech ucieka. 

- Nie - mówi Kaśka cicho. 

Długo patrzy Kasia na tę dziurę w ścianie, którą nam Klima wykuła. Potem otrząsa się 

nagle jak psiak, który przed chwilą z wody wyskoczył. 

- Dziwne to... - mówi. 

Nie wiem, co ona tam w tej dziurze dziwnego widzi, dziura jak dziura. 

- Dziwne - powtarza. - Aż mi się wierzyć nie chce, żeby taki twardy człowiek jak twój 

tata nie mógł się przez całe życie uwolnić od jednej babki. Żeby w każdej szukał jej odbicia. 

A może on w siebie wmawia? 

-  Może  i  wmawia,  kto  to  może  wiedzieć,  Katarynko.  Myślę,  że  mój  tata  już  pewno 

sam nie wie, co jest prawdziwe w tym wszystkim, a co nie. A może dlatego tak mu to uczucie 

urosło, że nigdy tak naprawdę nie był z twoją mamą? 

- Jak to? 

- Zwyczajnie - mówię - nigdy z nią tak naprawdę nie był. 

Idziemy z Kaśką do pokoju, patrzę, jak ona rozsiada się w moim fotelu, i myślę sobie, 

że chyba z jedną trzecią życia oddałbym za to, żeby móc ją na tym fotelu oglądać co dzień. 

-  Nigdy  z  nią  nie  był?  -  powtarza  Kaśka.  -  Co  ty  właściwie  przez  to  rozumiesz? 

Przecież się znali. 

- Ale nie mieli wspólnego domu, wspólnych kłopotów i tego wszystkiego, wiesz, tego 

całego bigosu na głowie. Żadne wspólne dziecko im nie chorowało, żadna wspólna herbata na 

ich wspólny dywan się im nie wylała, żadnych rachunków wspólnie nie płacili. Z niczego się 

w stosunku do siebie nie musieli rozliczać. Mnie się zdaje, że w takiej sytuacji to mogą się 

bez pudła kochać aż do samej śmierci. Bo nie mają okazji, żeby sprawdzić siebie nawzajem, 

jasne chyba, nie? 

- Nie wiem, Rafał - mówi Kaśka i skrobie paznokciem obicie fotela. 

background image

-  Nie  skrob!  Jak  słyszę  takie  skrobanie,  to  aż  mi  włosy  dęba  stają.  Mam  ochotę 

natychmiast wyprysnąć. No, nie skrob, proszę cię, Katarynka! 

Przestaje. Przygląda mi się, ale widzę, że to jest takie spojrzonko, które niczego nie 

zauważa.  Nawet  gdyby  mi  teraz  naprawdę  włosy  dęba  stanęły,  to  też  by  to  Kaśki  nie 

poruszyło.  Rękę  trzyma  na  oparciu  fotela,  mógłbym  przechylić  się  i  pocałować  każdy  jej 

palec, każdy różowy paznokieć. 

-  O  czym  myślisz,  Katarynka?  -  pytam,  ale  mam  znakomitą  świadomość,  że  to 

najgłupsze  pytanie,  jakie  człowiek  może  zadać  człowiekowi,  bo  właściwie  co  to  kogo 

obchodzi, o czym ktoś drugi myśli, jedyna rzecz naprawdę w życiu prywatna to myślenie. "O 

czym ty tak myślisz, Rafał?" - pytała mnie zawsze kochana, niezapomniana Melania i zaraz 

sama  sobie  odpowiadała,  że  na  pewno  o  zielonych  migdałach.  Nie  mówiła  nigdy  o 

niebieskich, tylko o zielonych. 

- A o tym sprawdzaniu myślę - przytomnieje Kaśka. - O tym, że ja chyba tak jak Ania 

z Zielonego Wzgórza nie cierpię ludzi i miejsc bez wad. 

Uśmiecha się, może to o moich wadach myślała? Nie pytam. Potem rozgląda się po 

pokoju, jakby pierwszy raz u nas była. 

- Wiesz, że tu jest ładnie - mówi. 

A  właśnie,  że  nie  wiem.  Dla  mnie  to  tu  jest  okropnie.  Te  stare  graty,  ta  podłoga 

nierówna, ten kredens zawalidroga, zbrzydło mi. 

- Mnie się nie podoba, ja swoje mieszkanie urządzę inaczej - mówię. 

- Jak? 

- Gratów o wiele mniej. 

Kasia odwraca się szybko, bierze z biurka kolorowy flamaster. 

- Daj kawałek papieru - prosi - to ci narysuję, jak będzie w moim domu. Tyle razy o 

tym myślałam i wszystko już sobie wymyśliłam. 

Daję  kawałek  papieru,  siadam  sobie  na  szerokiej  poręczy  fotela  i  patrzę,  jak  moja 

Kaśka rysuje. Włosy ma mięciutkie, pachnące. 

- No! - mruczy gniewnie i opędza się ode mnie jak od jakiejś muchy. - Spójrz... 

Tu będzie Katarynki kuchnia. Ładnie rysuje, widzę tę kuchnię, jakbym w niej siedział. 

- A ten placek to co? - pytam. 

- Talerz na ścianie. 

- Nie lubię! 

Przechyla  Kaśka  głowę,  spogląda  na  swój  talerz,  potem  na  mnie,  potem  znowu  na 

talerz. I wreszcie rany gorzkie! Zmazuje ze ściany całą tę ceramikę. 

background image

- A co lubisz? 

- Zegary. 

Rysuje  Katarynka  zegar  zamiast  talerza  i  wiem  teraz,  że  to,  o  czym  myślałem, 

sprawdza  się  nagle  na  tym  świstku.  Zegar  zamiast  talerza!  To  znaczy,  że  ten  drugi  taboret, 

który  stoi  obok  stołu,  jest  dla  mnie.  Potem  Kasia  rysuje  pokój.  Kwadratowy.  Dobra,  niech 

będzie, chociaż zawsze myślałem o prostokącie. 

- Dywan, prawda? - upewnia się Kaśka. 

- Jasne, że dywan. 

Więc pojawia się puszysty dywan, wielki, prawie na cały pokój. 

- Wiesz, ja bardzo lubię palmy. Chciałabym mieć palmę. Tu bym ją postawiła, w tym 

kącie pokoju. 

- W porządku - mówię - lubimy palmy. 

Nie wiem, czy Kasia to czuje, ale ja czuję, że nagle zawisło nad nami jakieś napięcie, 

coś jakby mgła, taka gęsta, że człowiek przestaje widzieć drugiego człowieka, tylko błądzi po 

omacku,  a  właściwie,  to  może  i  nie  mgła,  raczej  wrażenie  podobne  do  tego,  które  zawsze 

mnie  ogarnia,  kiedy  patrzę,  jak  na  maszt  wciągają  flagę  państwową,  hymn  grają,  a  na 

najwyższym podium stoi jakaś nasza dziewczyna albo chłopak ze złotym medalem na piersi. 

Coraz ładniejsza robi się palma, liście ma długie, prawie do ziemi sięgają. 

- Zasłony lubisz pstrokate? - pyta Kasia. 

- Nie. W jednym kolorze. 

- Całe szczęście! - oddycha z ulgą. 

I właśnie w tej chwili, kiedy ona zaciąga okno naszą zasłoną, słyszę, że tata otwiera 

drzwi, potem jego kroki słyszę. Zagląda. 

- O! - mówi. - Dzień dobry. 

Kasia  podnosi  się  szybko,  chce  się  przywitać,  kuchnia  i  pokój  wylatują  jej  z  rąk  i 

spadają  na  podłogę,  wolno,  jakby  to  był  kawałek  papieru,  a  nie  mieszkanie.  Tata  podnosi, 

patrzy. 

- Co to jest? - dziwi się. 

-  Mieszkanie  -  mówi  Kasia  spokojnie,  no,  bo  pewno,  każdemu  wolno  mieszkanie 

rysować, ostatecznie. 

- Czyje? - pyta tata i jakoś tak dziwnie na Katarynkę patrzy, jakby ona na tym świstku 

Bóg  wie  co  narysowała.  Kasia  przechyla  głowę,  nic  nie  mówi  przez  chwilę,  wreszcie 

odpowiada niepewnie: 

- Tak sobie. Niczyje. 

background image

-  Aha!  -  mówi  tata,  oddaje  Kaśce  kartkę,  ale  przecież  widzę,  że  on  wyraźnie  nie 

wierzy  w  to  niczyje  mieszkanie,  zbyt  dobrze  zna  się  na  rzeczy,  żeby  w  takie  "niczyje" 

wierzyć. A potem długo patrzy na mnie, brwi ma ściągnięte, ponury jest, jak zawsze, kiedy 

się jakaś heca szykuje. To ja też patrzę mu prosto w oczy. "Nie, tata  - myślę - ja sobie tego 

mieszkania nie dam odebrać". I on wie, że ja tak myślę i że ja naprawdę tego mieszkania nie 

dam sobie odebrać za nic w świecie, za żadne skarby, bo nagle robi unik, to znaczy odwraca 

się i palcem przygniata ziemię w doniczce, która na oknie stoi. 

- Kwiaty nie były podlewane - mówi - chyba od tygodnia...