background image

 

 

 

KAT THORPE 

 

Tropikalna gorączka 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

W  zapadającym  mroku  widać  było  krwawe  potoki  lawy  spływające 
żlebami  odległego  o  ponad  trzydzieści,  kilometrów  wulkanu  Pacaya, 
jednego  z  ośmiu  czynnych  wulkanów  Gwatemali.  Karen  zastanawiała 
się, jak w ogóle można żyć w nieustannym zagrożeniu. Na szczęście. jej 
pobyt tutaj miał być krótki. 

– Tam, dokąd jedziemy, wulkanów nie  ma –  jakby odgadując jej myśli 
powiedział  jasnowłosy  mężczyzna,  siedzący  obok  niej  na  tylnym 
siedzeniu  taksówki.  –  Peten  to  nizinna  dżungla  –  dodał.  –  I  wilgotny 
żar. Dasz sobie radę? 

Karen spojrzała na niego z rozbawieniem w oczach, w których odbijały 
się światła jadących z przeciwka samochodów. 

– Trochę  za  późno  na  takie  wątpliwości.  –  Ja  ich  nie  mam.  A  ty?  – 
Uśmiechnął się: 

– Bez obaw! Właśnie o czymś takim marzyłam, przyjmując ofertę pracy 
u ciebie. 

background image

 

 

– Ja  tylko  pytałem!  –  odparł.  –  I  wiedziałem,  że  tak  odpowiesz.  Nie 
byłoby  cię  tutaj,  gdybym  w  to  wątpił.  –  Przyjrzał  się  przez  chwilę 
regularnemu owalowi  jej twarzy pod koroną falistych jasnych włosów. 
– Pracujesz z niewłaściwej strony kamery. Z twoją urodą... 

– I  z  talentem  za  ćwierć  grosza!  –  dodała  bez  najmniejszego  żalu  w 
głosie.  –  Bardzo  mi  odpowiada  to,  co  robię.  I  to,  że  w  tym  zawodzie 
uroda się nie liczy. Więc profesor Rothman jest tu już od kilku dni? 

– Tak. Już się zadomowił. Jakiś jego przyjaciel, 

chwilowo  nieobecny  w  kraju,  oddał  mu  do  dyspozycji  willę.  Tam 
będzie  nasza  baza.  Czeka  też  na  nas  przewodnik,  który  w  ubiegłym 
roku był z Rothmanem w terenie. Swoją drogą, to wspaniały pomysł z 
zabraniem telewidzów na spacer po dżungli. Będą kapitalne zdjęcia! 

– I,  jak  zwykle,  Jake  Rothman  zbierze  laury!  –  powiedziała  kwaśno 
Karen.  –  Czy  ludzie  nigdy  nie  zrozumieją,  że  najważniejszy  jest 
producent? Że bez kamer i producenta szanowny pan profesor byłby po 
prostu jednym z wielu archeologów? 

– Rothman  jest  chyba  czymś  więcej.  Nie  ma  drugiego  równie 
wszechstronnego  naukowca.  I  nie  zapominaj,  że  to  jego  nazwisko 
nadaje wartość końcowemu produktowi. Mnie pozostaje satysfakcja, że 
moje  nazwisko  coś  znaczy  dla  tych,  którzy  dysponują  funduszami.  Z 
Rothmanem  doskonale  się  pracuje,  to  stuprocentowy  profesjonalista.  I 
pomyśl:  ma  zaledwie  trzydzieści  kilka  lat.  W  tej  dyscyplinie  to 
fenomen. 

– Słyszałam, że nie jest żonaty? 

– Nie.  Czeka  na  kogoś  odpowiedniego.  –  Karen  zauważyła  u  swego 
rozmówcy  ironiczny  uśmieszek.  Znała  małżeńskie  problemy  swego 
pracodawcy. 

Miał  trzydzieści  dwa  lata  i  był  jednym  z  czołowych  reżyserów-
producentów  filmów  dokumentalnych,  co  bynajmniej  nie  sprzyja 
spokojnemu trybowi życia.  W ciągu ostatnich kilku miesięcy, od kiedy 

background image

 

 

pracowała.  jako  jego  asystentka,  ona  również  nie  przebywała  wiele  w 
domu.  

 

Ubiegając  się  o  tę  pracę,  nie  miała  wielkich  nadziei  na  powodzenie. 
Zatrudniona w małej prowincjonalnej stacji telewizyjnej, zdawała sobie 
sprawę,  że  brak  jej  doświadczenia  wielkomiejskich  tuzów.  Poza  tym, 
miała  dopiero dwadzieścia  cztery  lata.  Szansa,  jaką dał  jej  Roger, była 
jej największym sukcesem zawodowym. 

I  oto  teraz  towarzyszyła  mu  w  tej  najwspanialszej,  jaką  można  sobie 
wyobrazić, wyprawie. 

– Wciąż  nie  mogę  uwierzyć,  że  tu  jestem  ~  powiedziała.  –  Mam 
nadzieję, że nikogo nie zawiodę. 

– Na pewno nie – odparł Roger. – Nigdy nie miałem lepszej asystentki! 

– Dziękuję  ci.  –  Te  słowa  podniosły  ją  na  duchu.  Obejrzała  się.  –  Nie 
widzę drugiej taksówki! 

– Howard  zna  adres  –  oznajmił  spokojnie  Roger.  –  Po  prostu  pilnuje 
kierowcy, żeby nie szalał. Chodzi mu o kamery. Niedługo będziemy na 
miejscu. 

Jakby  na  potwierdzenie  tych  słów  skręcili  w  boczną  uliczkę,  z  niej  w 
jeszcze  węższą,  potem  w  następną,  by  wreszcie  zatrzymać  się  przed 
dwuskrzydłową drewnianą bramą w wysokim murze z kamieni. 

– Jesteśmy!  –  obwieścił  Roger.  –  Idź  dzwonić,  a  ja  zapłacę  i  wyjmę 
bagaż. 

Karen  wysiadła z taksówki  i  przeciągnęła  się dla  rozprostowania  kości 
po  wielogodzinnym  locie.  Poprawiła  zmiętą  spódnicę  i  podeszła  do 
bramy, przy której  na  lince  wisiała  rączka  do wewnętrznego dzwonka. 
Gdy  pociągnęła,  rozległ  się  jazgot  mogący  obudzić  umarłego. 
Taksówka już odjechała. Nikt nie otwierał. 

background image

 

 

– Spróbuj jeszcze raz – poradził Roger. – Ktoś tam przecież musi być. 

Drugie  pociągnięcie  rączki  wywołało  niemal  natychmiastową  reakcję: 
pojawił  się  mężczyzna  i,  mrucząc  z  niezadowoleniem  coś  po 
hiszpańsku  pod  nosem,  wpuścił  ich  do  środka,  po  czym  zamknął 
starannie bramę ignorując uwagę Karen, że zaraz przyjadą następni. 

Ogród  przed  domem  mienił  się  wieloma  barwami  pnącej  się  wszędzie 
passiflory.  Dom  był  w  stylu  hiszpańskim,  z  ozdobnymi  kratami  na 
oknach  i  z  tarasem  w  koronce  kutych  balustrad,  biegnącym  wokół 
budynku na wysokości parteru. 

Do  wejścia  prowadziły  kamienne  schodki.  Z  otwartych  oszklonych 
drzwi  wyszedł  mężczyzna,  którego  wyraz  twarzy  uległ  nagłej zmianie, 
gdy przenikliwe spojrzenie jego niebieskich oczu spoczęło na Karen. 

– Nie było mowy o zabieraniu kobiet! -powiedział.  

–  Czy  widzi  pan  jakiś  problem,  profesora?  –  odparowała  Karen, 
dotknięta niemiłym powitaniem. 

– Nie  chcę  mieć  z  tym  nic  wspólnego.  Kim  pani  jest?  –  Inteligentna 
twarz nadal była przedziwnie spięta. 

– Karen  Lewis,  moja  asystentka  –  uprzedził  jej  odpowiedź  Roger.  – 
Miło cię widzieć, Jake! 

– Ciebie też – odparł Rothman. – Czego nie  mogę powiedzieć o twojej 
asystentce. 

– Jestem tutaj dlatego, że dobrze znam swój fach – odezwała się Karen, 
hamując wzrastający gniew. – Miałam wrażenie, że tylko to się liczy w 
naszych czasach. 

– Może  w  niektórych  dziedzinach.  Tam,  dokąd  się  udajemy,  nie  ma 
miejsca dla bojowniczek równouprawnienia. Nie wytrzyma pani! 

Jake  Rothman  był  wysoki,  szczupły,  o  męskiej  budowie.  Dziwnie  nie 
pasowały  do  tej  sylwetki  gęste  czarne  włosy,  mające  skłonność  do 

background image

 

 

skręcania się na końcu, mimo bezlitosnej ręki  fryzjera. Karen widziała 
go  dwukrotnie  w  jego  wcześniejszych  programach  telewizyjnych,  ale 
bezpośrednie spotkanie to zupełnie co innego. Teraz należało zachować 
respekt i ostrożność. 

– Może spróbujemy? – rzuciła wyzwanie. W oczach Rothmana pojawił 
się błysk ironii. 

– Zmuszony jestem odrzucić propozycję – odparował. – Ale nic nie stoi 
na przeszkodzie, aby pozostała pani aż do naszego wyjazdu do Petenu. 
Miło będzie popatrzeć na ładną buzię. 

– Widzę,  że  kobiety  potrzebne  są  panu  tylko  w  jednym  celu!  – 
wybuchnęła. – Spotkałam już takich!  

–  I  z  łatwością  dała  sobie  pani  z  nimi  radę  –  dodał  z  rozbawieniem  i 
lekkim  sarkazmem.  –  Proszę  wejść,  panno  Lewis!  Chodź,  Roger!  Po 
długiej drodze zasłużyliście na drinka. 

– Modliłem  się  o  to!  –  Roger  nie  miał  zamiaru  kontynuować  teraz 
rozmowy  na  temat  udziału  asystentki  w  wyprawie,  ale  uspokajająco 
mrugnął do Karen. 

Weszła  pierwsza  do  obszernego  pokoju,  pełnego  ciemnych  dębowych 
mebli  oraz  jaskrawych  narzut  i  zasłon  –  kompromis  na  rzecz  wygody 
między  starym  i  nowym  łacińskim  stylem.  Z  każdego  kąta  i  miejsca 
pięły  się  ku światłu  tropikalne  rośliny.  Całość  tworzyła uroczy  nastrój, 
którego Karen nie potrafiła w pełni docenić po lodowatym powitaniu. 

– Manuel pokaże pani pokój, a tymczasem... czego pani się napije? 

Karen zamierzała powiedzieć coś złośliwego, lecz ugryzła się w język. 
Nie trzeba zadrażniać sytuacji. – Proszę wódkę z lodem! 

Rothman uniósł brwi. 

– Co pani chce udowodnić? 

background image

 

 

– Tylko to, że lubię wódkę! – Usiadła  na kanapce  i już chciała założyć 
nogę  na  nogę,  kiedy  zdała  sobie  sprawę,  że  siedzący  naprzeciwko 
Roger miałby zbyt ładny widok. Trzeba było włożyć na drogę spodnie! 
Krótkie spódniczki są modne, ale często stwarzają nieprawdziwy obraz 
osoby.  Profesor  Rothman  potraktowałby  ją  z  pewnością  poważniej, 
gdyby była w spodniach i bez makijażu. 

Płonne  nadzieje,  pomyślała  niemal  natychmiast.  Tacy  mężczyźni  jak 
Jake Rothman tkwią zbyt mocno 

w  kokonie  swoich  uprzedzeń,  aby  dali  się  zwieść  strojowi.  Jake 
Rothman  widział  po  prostu  w  kobietach  słabszą  płeć.  Karen  musi  go 
przekonać,  że  się  myli.  Oczywiście  ostatnie  słowo  w  sprawie  jej 
uczestnictwa w wyprawie będzie miał Roger. Jako producent ma chyba 
do tego prawo? 

Szklanka  podana  przez  Rothmana  była  pełna  płynu  bliższego 
spirytusowi  niż  wódce  –  sądząc  po  paleniu,  jakie  poczuła  przy 
pierwszym  łyku. Potrafiła  jednak opanować krztuszenie się i poważnie 
skinęła  głową  w  jego  kierunku.  Rothman  przyglądał  się  jej  z 
rozbawieniem. 

– Dziękuję, akurat! – powiedziała rozsadzana wściekłością. 

– Czyżby  gardło  wyłożone  azbestem?  –  spytał  sucho.  –  Widziałem 
takich, którzy układali się pod stołem po jednym drinku. 

– Wniosek z tego prosty: łączę męską odporność z kobiecą łagodnością. 

– Ooo, i szybka w odpowiedziach! Nie  na wiele  się to przyda – dodał, 
jednakie na krótką chwilę w jego niebieskich oczach pojawiło się coś na 
kształt podziwu. 

– Może porozmawiamy o wszystkim później -wtrącił Roger. – Zaraz się 
zjawi reszta ekipy. 

Jakby  na  ten  sygnał  zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi.  Jake  odstawił 
szklankę  i  poszedł  otworzyć  bramę.  Karen  była  miło  zaskoczona: 

background image

 

 

profesor  gotów  jest  do  posług,  gdy  sługa  jest  zajęty!  Gdyby  tylko  nie 
był taki arogancki w stosunku do kobiet! Antypatia wróciła. 

– Bardzo  mi  przykro.  Ale  nie  martw  się.  Wyjaśnimy  sprawę  – 
powiedział Roger po odejściu Rothmana. 

 – Kiedy? 

– Jak  tylko  znajdę  się  z  nim  sam  na  sam.  Ulegnie,  gdy  zrozumie,  że 
potrafisz dotrzymać kroku mężczyznom. 

– A jeśli nie? 

– Najważniejsze jest to, że jesteś mi potrzebna. Musi to zaakceptować. 

Karen wolałaby konfrontację od razu, już teraz. Jeśli jednak Roger woli 
inaczej...  Jake  Rothman  ostudził  jej  entuzjazm.  Nawet  jeśli  wszystko 
dobrze się ułoży, będzie stale świadoma jego wrogości. 

– Czy on ma coś przeciwko kobietom w ogóle? – spytała po chwili. 

– Chyba nie. Nie słyszałem, by gardził kobiecym towarzystwem. 

– Ale nie jest z nikim poważnie związany? 

– Nic mi o tym nie wiadomo. Chyba nie. – Roger uniósł brwi i spojrzał 
dziwnie na Karen. – Jesteś tym osobiście zainteresowana? 

– Ależ  skąd!  Można  by  tylko  sądzić,  że  przy  jego  inteligencji  będzie 
miał umysł bardziej otwarty. 

– Niektórzy  mężczyźni  nigdy  nie  traktują  kobiet  jak  istot  równych 
sobie.  –  Roger  wzruszył  ramionami.  –  Przynajmniej  ty  do  nich  nie 
należysz.  I  bardzo  cię  za  to  cenię.  Twoja  żona  nawet  nie  wie,  jaki  los 
wygrała. 

– Moja żona – powiedział sucho – wykorzystuje to. – Chwilę się wahał, 
nim dodał: – Jedyne rozwiązanie to rozwód. Wszystko inne zawiodło. 

– Wie o twoim zamiarze? 

background image

 

10 

 

– Nie  rozmawialiśmy  otwarcie  na  ten  temat,  ale  między  wierszami 
wspominałem już o tym nieraz. Problemem jest uzyskanie dowodów. A 
ona jest mistrzynią w zacieraniu śladów. 

– Jesteś pewien, że ma kochanka? 

– Kolejnego  z  całego  szeregu!  –  Roześmiał  się  sztucznie.  –  Nasze 
małżeństwo już dawno by się rozpadło, gdyby nie James. 

– Ma zaledwie pięć lat! 

– Kiedy  się urodził,  myślałem, że  jest  szansa. Ale to nie trwało długo. 
Teraz powstrzymuje mnie tylko 

lęk przed jego utratą. – Spojrzał na Karen. – Powinienem był ożenić się 
z kimś takim jak ty. 

Nie zdążyła mu odpowiedzieć, ponieważ z zewnątrz doszły ich odgłosy 
kroków  i  rozmowy.  Zresztą  i  tak  nie  miała  mu  wiele  do  powiedzenia. 
Jego  ostatniej  uwagi  nie  potraktowała  poważnie.  Nic  ich  przecież  nie 
łączyło. 

Trzej przybysze byli obładowani  bagażem. Rothman zaproponował, by 
chwilowo  zostawili  sprzęt  na  tarasie,  a  następnie  wprowadził przybyłą 
trójkę do pokoju, proponując drinka. 

– Za  mniej  więcej  godzinę  zjemy  kolację  –  powiedział,  gdy  się 
rozgościli.  –  Zdążycie  spokojnie  wypić  drinki  i  odświeżyć  się  po 
podróży.  Mamy  tylko  trzy  sypialnie,  a  więc  niestety  musicie 
rozlokować się po dwóch! – Spojrzeniem odszukał Karen. 

 – Panna Lewis pozostanie oczywiście sama. 

– Żadnych przywilejów dla mnie! – zaprotestowała Karen. – Mogę spać 
gdziekolwiek. 

– Może  zechce  pani  zatem  dzielić  sypialnię  ze  mną?  –  Podniesieniu 
brwi  towarzyszył  ironiczny  ton.  –  Nie?  Może  i  słusznie,  bo  sypiam  w 

background image

 

11 

 

śpiworze, a poza tym chodzi przecież tylko o dwie noce. Panna Lewis 
nie jedzie z nami do Petonu – poinformował przybyłych. 

Mike  Preston,  dźwiękowiec,  otworzył  usta,  jakby  chciał  coś 
powiedzieć, ale, otrzymawszy sygnał od Rogera, zamknął je szybko. W 
zamian  za  słowa  poparcia  obdarzył  Karen  przyjaznym  mrugnięciem. 
Mike,  o  cztery  lata  starszy  od  Karen,  wielokrotnie  już  dawał  do 
zrozumienia,  że  trudno  mu  się  jej  oprzeć.  Karen  odpowiadała,  że  ona 
niema  podobnego  problemu.  Jego  nieco  zniewieściała  sylwetka  i 
nadmierna  troska  o  własny  wygląd  z  pewnością  nie  wywoływały 
przyspieszonego  bicia  kobiecego  serca.  Miała  teraz  nadzieję,  że  Mike 
Preston  będzie  milczał,  gdyż  jakakolwiek  interwencja  z  jego  strony 
zostałaby 

uznana 

przez 

Rothmana 

za 

dowód 

uczuciowego 

zaangażowania i przyniosłaby odwrotny skutek. 

Inny  problem  przedstawiał  kamerzysta  Howard  Baxter,  mężczyzna  lat 
około czterdziestu pięciu, cichy, z rzedniejącymi włosami i ogorzałą od 
pracy  w  plenerze  twarzą.  Wielokrotnie  pracował  z  Rogerem  w  ciągu 
trzech minionych lat i obaj doskonale się rozumieli. Siedząc koło niego 
w  samolocie  Karen  stwierdziła,  że  trudno  go  rozgryźć.  Widząc  teraz 
skierowane  na  nią  spojrzenie  Baxtera,  zastanawiała  się,  czy 
przypadkiem i on nie ma też zastrzeżeń do jej obecności. Nie wpłynie to 
oczywiście  na  decyzję  Rogera,  ale  lepiej  byłoby  nie  mieć  przeciwko 
sobie dwóch członków wyprawy. 

Nigel  Morris;  asystent  operatora,  właściwie  się  nie  liczył.  Ten 
dwudziestosześcioletni  brązowooki  brunecik  o  chłopięcym  wyglądzie 
interesował  się  wyłącznie  swoją  pracą,  a  obecnie  pilnie  studiował 
zawartość szklanki udając, że sprawa go nie dotyczy. 

Przez następne piętnaście minut omawiano plan pracy. Karen w tym nie 
uczestniczyła  nie  chcąc,  by  jakaś  jej  propozycja  zmusiła  Rogera  do 
zajęcia stanowiska w obecności innych. Wbrew samej sobie, raz po raz 
zerkała na Jake'a Rothmana. Twarz miał ściemniałą od pracy na słońcu, 

background image

 

12 

 

w  słocie  i  wietrze  –  choć  nie  tak  ogorzałą  jak  twarz  Howarda  –  kości 
policzkowe wyraziste, a silna szczęka domagała się już ogolenia. 

Natrafiwszy  raz  na  jego  spojrzenie,  opanowała  się  z  trudem,  by  zbyt 
szybko  nie  odwrócić  oczu.  Zrobiło  się  jej  gorąco.  Emanował  z  niego 
męski magnetyzm. Gdyby nie ten jego paskudny charakter... 

Jake przerwał dyskusję, spoglądając na zegarek. 

– Czas pomyśleć o kolacji! – powiedział. – Roger, zajmiesz sypialnię z 
Howardem! Mike i Nigel drugą. Pozostaje nam panna Lewis. 

– Dość tej zabawy! – powiedziała znudzonym głosem Karen. – Ja mam 
na  imię  Karen,  ty  Jake!  –  Zauważyła  ze  zdziwieniem,  że  usta  drgnęły 
mu w uśmiechu. 

– Dobrze, Karen, chodź, pokażę ci twój pokój. 

– Chcesz  powiedzieć  twój  pokój?  –  Wstała  i  popatrzyła  mu  prosto  w 
oczy, wytrzymując tym razem jego spojrzenie. – Prowadź więc! 

Sypialnie  znajdowały  się  na  tyłach  domu.  Dwie  po  obu  stronach 
wspólnej  łazienki,  a  trzecia  w  bocznym  korytarzyku.  Karen  ujrzała 
typowo  męskie  pomieszczenie  z  tapczanem,  o  niebiesko-żółtym 
wystroju. 

– Przy  sypialni  jest  prysznic  i  na  tym  kończą  się  luksusy.  Właściciel 
willi,  podobnie  jak  ja,  nie  chce  zaśmiecać  sobie  życia  zbędnymi 
sprzętami  –  powiedział  Jake.  Stojąc  oparty  o  framugę  drzwi,  prawie 
sięgał głową górnej futryny. 

Był  bardzo  wysoki,  sporo  ponad  sto  osiemdziesiąt  centymetrów. 
Szczupły  i  muskularny, ale  inaczej  niż Mike, pomyślała.  Miał szerokie 
bary, a cała sylwetka sprawiała. wrażenie,  iż czai się w tym człowieku 
wielka siła. Coś w niej drgnęło. 

– Ja też – odparła i zaskoczyła ją barwa własnego głosu. 

background image

 

13 

 

– Czy  mam  rozumieć,  że  nie  jesteś  z  niczym  i...  z  nikim  związana?  – 
Podniósł jedną brew. 

– Należy  przez  to  rozumieć  tylko  tyle,  że  także  nie  lubię  zaśmiecać 
sobie życia – wyjaśniła. – Przynajmniej tyle mamy wspólnego. 

Wygiął usta w sardonicznym uśmiechu i potrząsnął głową. 

– Nie  jestem  pewien,  czy  mówimy  o  tym  samym  –  powiedział 
zaczepnie. – Kolacja za pół godziny. 

– Jadę  z  wami!  –  oświadczyła  zimno,  gdy  odwrócił  się,  by  odejść.  – 
Potrafię  nie  tylko  to,  czego  wymaga  moja  praca,  ale  i  wiele  innych 
rzeczy.  Między  innymi  radzę  sobie  dobrze  w  trudnych  sytuacjach,  jak 
też  z  trudniejszymi  ludźmi.  Nie  po  to  przejechałam  osiem  tysięcy 
kilometrów,  aby  mnie  zdyskwalifikowała  jednostkowa  opinia.  Roger 
uważa, że się nadaję, i to jest najważniejsze. 

– A czy to również  nie  jest jednostkowa opinia?  – spytał i odszedł, nie 
czekając  na  odpowiedź.  Chwilowa  porażka,  pomyślała  zagryzając 
wargi.  Odprężyła  się  pod  prysznicem,  po  czym  spośród  dżinsów  i 
bawełnianych koszulek wyciągnęła beżowe jedwabne spodnie i bluzkę, 
zabrane 

na 

wszelki 

wypadek, 

gdyby 

potrzebowała 

czegoś 

strojniejszego. 

Ubrała  się  i  wyszła  z  sypialni  umocniona  w  przekonaniu,  że  da  sobie 
radę  z  profesorem  Rothmanem,  podobnie  jak  poradziła  sobie  w 
przeszłości z innymi przeciwnościami. 

W  salonie  zastała  Jake'a,  który  obrzucił  ją  pozornie  obojętnym 
spojrzeniem. Był w tych samych spodniach i koszuli co poprzednio. 

– Po  raz  pierwszy  widzę  kobietę,  która  nie  tylko  się  nie  spóźnia,  ale 
zjawia się wcześniej. 

– Wiele rzeczy widzi się po raz pierwszy. Każdy nowy dzień – odparła 
z  wesołością,  której  wcale  nie  odczuwała.  –  Nie  musiałam  z  nikim 
dzielić łazienki. To również pomogło. 

background image

 

14 

 

– Zapomniałem  zabrać  z  pokoju  potrzebne  mi  rzeczy.  –  Przeciągnął 
dłonią po policzkach. – Maszynkę do golenia pożyczyłem od Rogera. 

– I  po  co  to  krygowanie  się?  Gdybyś  zawołał,  rzuciłabym  ci  przez 
szparę w drzwiach jakieś spodnie i koszulę. 

– Gdybym  je  chciał,  to  sam  bym  po  nie  przyszedł.  I  pozwolisz,  że 
zrobię drobną uwagę:  niepotrzebnie się wystroiłaś. Myślałaś, że tak się 
chadza po dżungli? 

– Byłam  przekonana,  że  Guatanala  City  jako  stolica  jest  miejscem 
cywilizowanym, gdzie i ludzie są cywilizowani – odparowała. – I tylko 
na tę okazję wzięłam to, co teraz mam na sobie. 

– Jaka  szkoda,  że  nie  będą  ci  potrzebne  –  pozornej  łagodności 
wypowiedzi  zaprzeczała  ostra  nuta  w  głosie.  –  Jeśli  nie  uda  się  nam 
załatwić  rezerwacji  na  piątek, to  możesz  tu  pomieszkać  do następnego 
lotu. 

– Dziękuję  za  gościnę,  ale  nie  będzie  mi  potrzebna.  Jadę  z  wami  i  ty 
mnie nie powstrzymasz! 

– Tak  sądzisz?  –  powiedział  cicho,  ale  niemiło.  –  A  jakże  to  masz 
zamiar mnie przekonać? 

– Nie potrzebuję cię przekonywać. O składzie ekipy decyduje Roger. 

– Ale nie o składzie całej wyprawy. Byłabyś ciężarem. 

– Jako kobieta? – Była zbyt zdenerwowana, aby pamiętać o danej sobie 
obietnicy,  że  pozwoli  załatwić  sprawę  Rogerowi.  –  Warto,  żeby  pan 
zrozumiał kilka faktów, profesorze Rothman! Różnimy się budową, ale 
niewiele jest rzeczy, których kobieta nie potrafi. Po pierwsze, uprawiam 
sporty. Wiele dni spędziłam, wędrując po górach. Robiłam dziennie do 
czterdziestu  kilometrów.  Jestem  równie  sprawna  fizycznie  jak  ty,  a 
może  sprawniejsza,  bo  mam  co  najmniej  dziesięć  lat  mniej.  I 
dotrzymam ci kroku w każdym terenie. 

background image

 

15 

 

Przerwała dla nabrania oddechu. Była zadyszana jak po szybkim biegu. 
Jake  przez  długą  chwilę  spoglądał  na  jej  falujące  piersi,  a  potem 
podniósł  głowę  i  napotkał  jej  wzrok.  Karen  poczuła,  że  oblewa  ją 
gorąco. 

– Jest  jeszcze  inny  problem.  Nie  pomyślałaś  o  tym?  –  spytał  dziwnie 
jedwabistym głosem. – Ona jedna i ich pięciu? 

– No to co? – rzuciła wyzwanie. 

– Chyba  nie  muszę ci  wyjaśniać.  Będziemy w głuszy przez długi czas. 
W  takich  okolicznościach  obecność  jakiejkolwiek  kobiety  stwarza 
problem.  A  jeśli  na  dodatek  kobieta  wygląda  tak  jak  ty,  problem  jest 
jeszcze większy. 

– Być  może  szanowny  pan  profesor  nie  potrafi  wytrzymać  kilku 
tygodni  bez  kobiety,  nie  należy  jednak  oceniać  wszystkich  według 
siebie. To miała być wyprawa naukowa, a nie wakacyjna wycieczka. – 
To szyderstwo miało go zranić. 

Wydął wargi. Znów ten uśmieszek! 

– W takim wypadku  ja  byłbym zagrożeniem dla  kobiety. I dość z tymi 
profesorami, mam na imię Jake, zapomniałaś? 

Wejście Rogera przerwało  dialog.  Mówili  zbyt cicho, aby  Roger  mógł 
cokolwiek usłyszeć, mimo to wyczuł napiętą atmosferę. 

Jake pierwszy przerwał milczenie. 

– Drinka przed kolacją, Karen? – spytał. 

– Byle  nie  wódki.  To  było  trochę  za  mocne.  –  Z  trudem  opanowała 
drżenie łydek. 

Jake nie zareagował nawet skinięciem głowy. Spytawszy Rogera, czego 
się  napije,  poszedł  do  barku  w  odległym  kącie  pokoju,  pozostawiając 
producenta i jego asystentkę na kanapce. 

– O co poszło? – spytał Roger półszeptem. 

background image

 

16 

 

– Wyjaśniłam  mu  parę  prawd  –  powiedziała  Karen.  -A  przede 
wszystkim  tę,  że  gdybym  była  niepotrzebna,  to  byś  mnie  tu  nie 
ściągnął. 

– To prawda – odparł i w jego oczach pojawił się dziwny błysk. 

– Więc kiedy mu to powiesz? 

– Kiedy  będzie okazja  –  rzucił  szorstko.  –  Na  razie daj  spokój. To nie 
czas i miejsce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

17 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Jadalnia była nieduża. Na elektrycznie podgrzewanym pomocniku stały 
przykryte  półmiski.  Jake  wyjaśnił,  że  gospodarz  nie  ma  służby  do 
podawania  do  stołu.  Z  tonu,  jakim  to  powiedział,  można  było  się 
domyślić,  że  jest przeciwnikiem  tego rodzaju usług.  Wystarczy  już,  że 
ktoś inny gotuje. Karen w pełni się z nim zgadzała. 

Rozmowa  podczas  kolacji  dotyczyła  głównie  zdjęć  w  mieście.  Karen 
nie zabierała głosu,  niezbyt pewna swojej pozycji. Parokrotnie poczuła 
na sobie wzrok Jake'a, sama jednak unikała patrzenia w jego stronę. Co 
będzie, jeśli Roger nie przekona upartego profesora? 

Na kawę i koniak zebrali się na werandzie. Karen z kieliszkiem w ręku 
odeszła  kilka  kroków  pod  pretekstem  podziwiania  bajecznie 
kolorowych,  bujnych  pnączy  obrastających  cały  mur  posesji.  Nad 
głową  miała  niebo usiane  gwiazdami  –  tymi samymi, które  spoglądały 
na  ruiny  Majów  w  głębi  dżungli  Petenu.  Niektóre  z  nich  odkryto, 
nieliczne  odkopano,  większość  zginęła  na  zawsze,  porośnięta 
tropikalnym  gąszczem.  Ruiny,  do  których  Jake  Rothman  miał 
zaprowadzić  ekipę,  zostały  odkryte  przed  kilkoma  miesiącami  przez 
zaprzyjaźnionego  z  profesorem  przewodnika  Indianina,  mającego  za 
sobą  już  kilka  wspólnych  wypraw  z  archeologiem.  Przypadkowe 
odkrycie  ruin  nie  oznacza  że  Indianin  trafi  tam  ponownie.  W 
tropikalnym  klimacie  wszystkie  ślady  przejścia  człowieka  przez 
dżunglę giną po kilku dniach. 

Zaskoczył ją głos Rogera za plecami. Nie słyszała kroków. 

– Nie bądź taka przygnębiona. Jutro wszystko się ułoży. 

– Dlaczego nie dziś? Skoro ma się ułożyć, to czy  nie lepiej układać od 
razu? 

background image

 

18 

 

– Nie.  Niech  Jake  ma  czas  na  oswojenie  się  z  myślą  o  twoim  udziale. 
Niech  zobaczy,  że  jesteś  integralną  cząstką  ekipy.  A  do  tego  czasu 
postępuj bardziej dyplomatycznie, nie zrażaj go do siebie! 

– Innymi słowy, chcesz  mi  powiedzieć, że  mój udział w wyprawie  nie 
zależy od ciebie? – W odpowiedzi otrzymała wzruszenie ramion. 

– Nie byłoby wskazane okazywanie przeze mnie... hm... przywódczych 
zapędów,  gdy  to  on  jest  centralną  postacią  całego  przedsięwzięcia  – 
powiedział  po  chwili  milczenia.  –  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  nie  mam 
żadnych wątpliwości co do twojej osoby, Karen. Wiesz o tym. Ale on 
cię nie zna. 

– Ty  też  znasz  mnie  zaledwie  od  kilku  miesięcy. Skąd twoja  pewność, 
że nie zawiodę w takich warunkach, w dżungli, w tropiku? 

– Znam  twój  charakter.  Niedostatek  doświadczenia  wyrównywałaś 
zawsze  silną  wolą.  A  górskie  włóczęgi  zapewniły  ci  fizyczną 
sprawność. Nie sądzę,  aby  trudne  warunki życia  w dżungli  sprawiły ci 
kłopot. 

– Jestem  tego  samego  zdania  –  odparła  Karen.  –  Pozostaje  problem 
przekonania o tym naszego pana i władcy. – Głową wskazała na Jake'a, 
zdobywając  się  na  krótki  uśmiech.  –  On  się  boi  o  zasady  etyczne  i 
moralność! 

– Chyba o swoje własne – dodał Roger dość ostro. – Posiedzisz z nami, 
czy  wolisz  iść  spać?  Według  naszego  czasu  jest  teraz  wpół  do  piątej 
rano. 

To  gwałtowna  zmiana  czasu  była  najprawdopodobniej  przyczyną 
pogorszenia się jej samopoczucia. 

– Położę się – powiedziała. – Jutro czeka nas ciężki dzień. 

Gdy  szli  po  tarasie,  Jake  pilnie  im  się  przyglądał,  przenosząc  wzrok  z 
jednego  na  drugie.  Sama  twarz  nic  nie  wyrażała,  jedynie  w  jego 
niebieskich  oczach  zamigotało  coś,  co  dało  Karen  wiele  do  myślenia. 

background image

 

19 

 

Czyżby  sądził, że  łączą  ją z Rogerem  jakieś więzy, i to stanowi  istotną 
przyczynę oporu przed włączeniem jej do wyprawy? 

Karen oświadczyła wszystkim, że idzie spać. 

– Słodkich snów! – powiedział Mike z nadto poufałym uśmieszkiem. 

– Zaczynamy  rano  o  rozsądnej  porze,  nie  później  niż  o  dziewiątej  – 
zapowiedział  Roger.  –  Ujęcia  miejskie  powinniśmy  zakończyć 
wczesnym  popołudniem,  zostawiając  sobie  czas  od  piątej  do  szóstej 
trzydzieści na muzeum. 

A  pojutrze,  żeby  nie  wiem  co,  będę  w  samolocie  lecącym  do  Petenu, 
pomyślała Karen, idąc do sypialni. 

Po  dwudziestu  minutach  już  miała  zanurzyć  się  w  świeżą pościel,  gdy 
usłyszała  delikatne  pukanie.  Włożyła  lekki  szlafroczek  i  otworzywszy 
drzwi  doznała  dziwnego  uczucia,  jakby  skurczu  mięśni,  widząc  na 
progu Jake'a Rothmana. 

– Przepraszam – powiedział – ale potrzebuję kilku rzeczy na rano. 

– Ależ proszę, jesteś przecież u siebie! – Cofnęła się od drzwi. 

– W  pożyczonym  domu  –  poprawił  i  szybkimi  krokami  podszedł  do 
szafy  zajmującej  całą  ścianę.  Spośród  niewielu  rzeczy  wybrał  parę 
spodni i koszulę. 

Ze zdumieniem usłyszała swój własny zduszony głos: – Źle ci się zdaje, 
jeśli myślisz, że coś mnie łączy z Rogerem. 

Obrócił się z parą wieszaków w ręku. 

– Po  prostu  para  dobrych  przyjaciół,  tak?  –  Widać  było  ironię  w 
spojrzeniu. 

– Pracuję u niego, i to wszystko! 

– A dlaczego miałoby to mnie  interesować? Czuła, że czerwieni  się  na 
twarzy. 

background image

 

20 

 

– Nie chcę, żebyś pomyślał, że moja obecność tutaj ma pozazawodowe 
przyczyny.  Roger  po  prostu  widzi  we  mnie  dobrą  asystentkę,  i  nic 
więcej. 

– Nie jestem tego pewien. Nie do tego jesteś stworzona – zdobył się na 
kolejną porcję ironii. 

– Dziękuję za komplement – odparła lodowatym tonem: 

– To nie był komplement, a stwierdzenie faktu. Być może jesteś świetna 
w swoim zawodzie, ale nie łudź się, że uzyskanie tej pracy nie miało nic 
wspólnego z twoją urodą. Widziałem, jak Halsey patrzy na ciebie. Jakoś 
szybko pobiegł za tobą, kiedy odeszłaś. 

– Chciał  podzielić  się  swoim  niepokojem  wywołanym  twoją  reakcją. 
Jake,  słuchaj:  potrzebna  mi  ta  praca,  nie  chcę  jej  stracić.  Nie  mam  do 
czego  wracać.  Daj  mi  szansę  dowieść  ci,  że  dla  nikogo  nie  będę 
ciężarem! 

Niebieskie oczy złagodniały. 

– Jak miałabyś mnie o tym przekonać? 

– Daj mi tydzień! Jeśli po tygodniu twoje obawy się sprawdzą, odeślesz 
mnie. 

– Jak? 

O tym nie pomyślała. – Znajdziesz sposób. 

– Sposobu  nie  ma,  wiesz  o  tym  dobrze.  Moja  decyzja  pozostanie  w 
mocy.  Idź  lepiej  spać.  –  W  uśmiechu,  którym  ją  obdarzył,  nie  było 
rozbawienia. 

– Moją  ostatnią  szansą  jest  wobec  tego  Roger.  Jestem  mu  naprawdę 
potrzebna.  Zatrzyma  mnie.  –  Straciła  cierpliwość  wobec  jego 
nieprzejednanej postawy. 

– Tak, on ciebie potrzebuje, raczej tak powiedz. – Znów ta ironia! 

background image

 

21 

 

– Nie ma w tym źdźbła prawdy! – odparła. Była. zbyt roztrzęsiona, aby 
zastosować się do rady Rogera i zachować dyplomatyczne milczenie. – 
Jeśli  czyjkolwiek  profesjonalizm  budzi  tu  wątpliwości,  to  twój, 
ponieważ  przesądom  pozwalasz  brać  górę  nad  trzeźwym  myśleniem. 
Najwidoczniej  wszystkie  kobiety  w  twoim  życiu  były  dobre  tylko  do 
jednego. Ja do tej kategorii nie należę! 

W  spojrzeniu  mężczyzny  rozbłysł  ognik.  Rzucił  na  ziemię  wieszaki  z 
ubraniem i ruszył ku Karen. Nie uczyniła nic, gdy wziął ją w ramiona i 
przywarł do niej ustami w palącym pocałunku. 

Nie potrafiła opanować fali gorąca i przyśpieszonego bicia serca,, które 
tłukło  się  w  piersiach  jak  oszalałe.  Zdała  sobie  tylko  sprawę,  że 
bezwiednie tuli się do niego, że jej piersi przywarły do męskiego ciała. 
Dopiero  w  tym  momencie  chciała  stawić  opór,  próbowała  nawet,  ale 
bez skutku. 

Dygotała  u  złości  na  siebie,  z  oborania  na  niego  i  jeszcze  z  jakiegoś 
powodu,  którego  wolała  bliżej  nie  analizować.  Wreszcie  ją  puścił,  a 
sardoniczny  uśmiech  na  jego  ustach  pomógł  Karen  błyskawicznie 
ochłonąć. 

– Obrona  przyszła  zbyt  późno,  aby  mnie  przekonać  –  powiedział.  – 
Brak ci praktyki, Karen. Do zobaczenia rano...! 

Wyszedł,  ona  zaś  została  w  miejscu  przygryzając  wargi.  Sama  rzuciła 
mu  wyzwanie,  to  prawda.  I  po  co  jej  to  było?  Wszelka  szansa  na 
przekonanie  go  przepadła.  Pozostał  jedynie  Roger.  Wcale  nie  była  go 
pewna po ostatniej rozmowie. 

Położyła  się  roztrzęsiona,  ale  zmęczenie  wzięło  górę  i  po  pięciu 
minutach zasnęła. 

Obudziły  ją  promienie  słońca.  Przez  chwilę  nie  wiedziała,  gdzie  się 
znajduje. Spojrzała na ogarek: szósta trzydzieści lokalnego czasu. 

background image

 

22 

 

Wiedziała,  że  już  nie  zaśnie,  wzięła  więc  prysznic,  włożyła  dżinsy  i 
bawełnianą  koszulkę,  przeczesała  włosy  i  zaledwie  musnąwszy  usta 
szminką wyszła na .dwór. 

Powietrze  było  chłodne  i  czyste,  niebo  intensywnie  niebieskie,  zaś 
jedyne  chmury  przyczaiły  się  w  oddali  między  Szczytami  górskimi. 
Stolica,  Guatemala  City,  położona  na  wysokości  tysiąca  pięciuset 
metrów  nad  poziomem  morza,  miała  przez  okrągły  rok  klimat 
wiosenny. 

Oparłszy  się  o  balustradę  tarasu,  Karen  wdychała  bogactwo  zapachów 
pnącego  się  wokół  kwiecia.  A  jak  piękna  musi  być  dżungla?  Wiele 
czytała o jej roślinności i przecudownych kwiatach. Jej myśli powróciły 
do sprawy wyjazdu.  Jakże pragnęła. uczestniczyć w wyprawie, choćby 
tylko dla piękna przyrody. Dlaczego ten Jake Rothman jest taki uparty? 

– Dobrze  spałaś?  –  spytał  Mike,  który  najwidoczniej  też  wcześnie  się 
obudził i właśnie wyszedł z domu. – Bo ja fatalnie. Zupełnie nie wiem, 
dlaczego.  –  Nie  otrzymawszy  żadnej  odpowiedzi,  spojrzał  z  ukosa.  – 
Szkoda, że Rothman jest taki trudny. 

– Można  to  i  tak  nazwać.  –  Karen  uśmiechnęła  się  wzruszając 
ramionami. 

– I co zrobisz? 

– Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle mogę coś zrobić. – Roger może. 

– W  ostatecznym  rozrachunku  profesor  jest  ważniejszy  ode  mnie. 
Roger nie będzie za mnie czy dla mnie nadstawiał głowy. 

– Dla mnie ty jesteś ważniejsza od profesora. 

– Śniadanie! Czuję kawę! – To była jej jedyna odpowiedź. Odeszła. 

Zdziwiła  się,  że  już  wszyscy  są  w  jadalni.  Na  jej  widok  Jake  skinął 
głową, nie przerywając mówienia: – ... samochody zamówiłem na ósmą 
trzydzieści. 

background image

 

23 

 

W jednym sprzęt, dwaj operatorzy i dźwiękowiec, w drugim reszta... 

– W samym mieście  niewiele kręcimy – wtrącił Roger, jakby uznał, że 
nadszedł czas na podkreślenie faktu, że to on jest szefem ekipy. – Chcę 
mieć kontrasty między nowym i starym, chociaż, ściśle mówiąc, bardzo 
starej architektury tu nie ma, bo miasto powstało zaledwie przed dwustu 
laty.  Niemniej  to  dobre  wejście.  Natomiast  w  muzeum  jest  sporo 
wykopalisk  Majów.  Załatwiłem  także,  że  samolot,  którym  polecimy 
jutro  do  Petenu,  najpierw  okrąży  miasto,  żebym  mógł  zrobić  kilka 
ujęć... ot, pożegnanie cywilizacji na kilka tygodni. 

– Masz  nadal w planach  Tikal?  –  spytała  Karen,  chcąc podkreślić  swą 
przynależność do zespołu. 

– To  jest  miejsce  zbyt  już  znane  –  włączył  się Jake,  nim Roger zdążył 
odpowiedzieć. – Prawie wszystkie ekipy filmowały już Tikal. Chal Luz 
jest mniejsze i w ogóle jeszcze nie filmowane. 

– Nie wiedziałem, że to miejsce ma już nazwę. – powiedział Roger. 

– Oficjalnie jeszcze nie ma – odparł Jake uśmiechając się. – Nazwałem 
tak  te  ruiny  na  cześć  człowieka,  który  je  odkrył.  To  nasz  przewodnik, 
Luz Salvador. Z tego, co mi opowiadał, dżungla nie pokryła całkowicie 
ruin i nie powinno być trudności z filmowaniem. Problem w tym, żeby 
się tam dostać. 

O ósmej trzydzieści przyjechały dwa samochody terenowe prowadzone 
przez  przyjaznych  i  sympatycznych  kierowców.  Jake  zajął  miejsce  z 
przodu, pozostawiając Rogerowi i Karen tylną ławeczkę. 

Patrząc na głowę Jake'a, Karen nagle zapragnęła zanurzyć palce w jego 
gęstych,  czarnych  włosach.  Nie  uległa  jednak  odruchowi.  Pocałunek 
ubiegłego wieczoru pozostawił niezatarty ślad w jej pamięci. Chwilami 
miała wrażenie, że również na ustach. 

Zdawała sobie jednak sprawę, że to miała być jedynie nauczka. 

background image

 

24 

 

Liczne trzęsienia ziemi zniszczyły większość starych budynków miasta. 
Te,  które  ocalały,  stały  ściśnięte  między  nowoczesnymi  wieżowcami. 
Szerokie  aleje  zapchane  były  samochodami.  Stalowa  wieżyca, 
zbudowana  na  wzór  wieży  Eiffla,  stała  okrakiem  ponad  jedną  z 
głównych arterii. 

– Dla  uczczenia  Justo  Rufino  Barriosa  –  poinformował  Jake.  –  To 
tutejszy bohater narodowy. 

– Bez  powodzenia  usiłował  zjednoczyć  centralną  Amerykę  – 
dopowiedziała Karen przypominając sobie, że coś o tym czytała. 

– Widzę, że odrobiłaś lekcje – skomentował Jake. Był zaskoczony. 

– Zawsze przygotowuję się do tematu – odparła. – I odrobiłam również 
lekcję z cywilizacji Majów. 

– Każda wiedza  się przydaje – przyznał  sucho. – Nawet jeśli nie  może 
być  od  razu  wykorzystana.  Roger  zachowywał  dyplomatyczne 
milczenie. Milczała i Karen. Nie zrezygnuję, postanowiła. 

Na  pierwsze  ujęcie  wybrano  katedrę  stojącą  pośrodku  wielkiego  jak 
park skweru. Jake wygłosił przed kamerą krótkie wprowadzenie. Pełen 
komentarz  miał  nagrać  dopiero  po  powrocie  i  po  zmontowaniu 
materiału. Obecnie chodziło tylko o krótki wtręt, by ożywić scenę. 

Kolejno  zatrzymywali  się  we  wszystkich  godnych  uwagi  miejscach  i 
robili więcej ujęć, niż to było konieczne. Jeśli produkt końcowy ma być 
dobry,  montażysta  musi  mieć  z  czego  wybierać.  Całość  powinna  być 
spójna i logiczna. W tych sprawach Roger był mistrzem. 

Cała szóstka zjadła lunch w małej kafeterii, w bocznej uliczce. Miejsce 
polecił Jake. Karen wybrała kurę gotowaną w ziołach i winie, pozostali 
zaś woleli 

tortille  –  typowe  dla  tego  regionu  świata  placki  z  kukurydzianej  mąki 
wypełnione  fasolą  w  gęstym,  ostrym  sosie,  skrawkami  mięsa  czy  też 

background image

 

25 

 

kury albo czymkolwiek innym, co dyktuje lokalny obyczaj – zawsze na 
ostro. 

– Na  wieczór jesteśmy  zaproszeni  –  poinformował  Jake przy  kawie po 
posiłku.  –  Kolacja  z  grilla,  w  ogrodzie.  Pozwoliłem  sobie  przyjąć 
zaproszenie  w  waszym  imieniu.  Ostatnia  okazja  do  spędzenia  miłego 
wieczoru w cywilizowanym towarzystwie. 

– Wobec tego szkoda, że nie zabrałem smokingu – zażartował Mike. – 
Bardzo  się  cieszę  na  ten  wieczór,  a  jeśli  będą  tańce,  to  zamawiam 
pierwszy – zwrócił się do Karen. 

– Nie wiem, czy jestem zaproszona – odparła. 

– Jakżeby mogło być inaczej?! – powiedział Jake z właściwą mu ironią. 

– Ponieważ  nie  zostałam  zaliczona  do  członków  wyprawy  –  rzuciła 
wyzwanie. 

– To inna sprawa. – Dla mnie ta sama. 

– Zrobisz, jak zechcesz – odparł Jake z beznamiętnym wyrazem twarzy. 
– Masz rezerwację  na sobotę via Panama City. –  Zauważył  jej szybkie 
spojrzenie w kierunku Rogera i dodał: – Już z nim to omówiłem. 

– Przykro  mi,  Karen.  Ale  Jake  ma  rację.  Nie  martw  się,  wszystko 
będzie  dobrze.  Nie  zostawię  cię  na  lodzie.  –  Roger  był  wyraźnie 
zakłopotany. 

– Dziękuję  –  wycedziła,  nie  mając  pomysłu  na  nic  innego.  Wiedziała, 
że  ma  obecnie  prosty  wybór:  samotnie  realizować  szaleńczy  plan 
podążenia za wyprawą albo wrócić do Anglii. 

Nie  spodziewała  się,  że  stanie  przed  takim  wyborem.  Teraz  dopiero 
dostrzegła  gigantyczne  trudności,  jakie  ją  czekały,  jeśli  wybierze 
pierwszy  wariant.  Dotarcie  lądem  do  wioski,  w  której  czekał  na  nich 
przewodnik, trwałoby zbyt długo. Wszyscy  byliby  już w głębi dżungli. 
Raczej  niemożliwe  byłoby  też  znalezienie  drugiego  przewodnika,  by 
pójść  za  nimi.  Musiałaby  więc  pogodzić  się  z  porażką  i  wrócić.  Ale 

background image

 

26 

 

przynajmniej  nie  miałaby  do  siebie  pretensji  o  poniechanie  starań  i 
łatwą rezygnację. 

Jake nie okazał najmniejszego zdziwienia brakiem protestu z jej strony. 
W  oczach  Nigela,  siedzącego  po  drugiej  stronie  stołu,  dostrzegła  żal  i 
sympatię. Sam, będąc asystentem, współczuł jej bardziej od innych. Żal 
Mike'a  miał  charakter  osobisty,  a  jeśli  idzie  o  Howarda,  to  nic  go 
właściwie nie obchodziło. Natomiast Roger... 

To  nie  jego  wina.  Zachował  się  racjonalnie.  Bez  względu  na  jego 
reżyserskie  talenty,  publiczność  była  zainteresowana  głównie 
Rothmanem.  On  przyciągał  uwagę,  a  to  mu  dawało  prawo  do 
decydowania w wielu sprawach. 

Do  muzeum  przybyli  już  po  jego  zamknięciu  dla  publiczności. 
Oczekiwał  ich  jeden  z  kustoszy.  Gdy  rozstawiono  sprzęt,  Karen  miała 
chwilę  czasu,  by  rozejrzeć  się  po  zbiorach  działu  poświęconego 
kulturze Majów. Zachwyciła ją ceramika, biżuteria i wizerunki bogów. 

– Yum  Kaax, bóg kukurydzy  – usłyszała  zza ramienia głos Jake'a, gdy 
przyglądała się jednej z figurek. – Przystojny młodzieniec. 

– Bardzo  –  odparła,  szybko,  maskując  zaskoczenie.  –  Czy  Majowie 
składali ofiary z ludzi? 

– Bardzo rzadko. Celowali w tym Toltekowie i Aztekowie. 

– No i ty. 

– Jak mam to rozumieć? 

– Złożyłeś mnie w ofierze swoim uprzedzeniom. 

– Jako kobieta bez wątpienia inteligentna, powinnaś 

zrozumieć  zasadność  moich  zastrzeżeń  co  do  twojego  udziału  w 
wyprawie. 

– Źle trafiłeś, jeśli ode  mnie żądasz podziwu dla twoich racji. Tylko ty 
jeden we mnie wątpisz. 

background image

 

27 

 

– Nie  wyobrażasz  sobie  warunków  życia  w  dżungli.  –  Westchnął 
zniecierpliwiony.  –  Podróż  przez  dżunglę  to  nie  piknik.  Kogo  nie 
zmoże przedzieranie się  w  nieznośnym upale przez gąszcz, ten ulegnie 
insektom.  Oprócz  moskitów  i  termitów  są  tam  przyjemniutkie  owady, 
które wkręcają się pod skórę... 

– Larwy  czerwonych  pajęczaków  i  kleszcze  –  przerwała  mu  Karen.  – 
Wszystko to doskonale wiem  i  wcale  mnie to nie zniechęca. I przyjmę 
każdy  zakład,  że  zniosłabym  wyprawę  lepiej  niż  niektórzy  jej 
uczestnicy. 

Jake obrzucił ją trudnym do odgadnięcia spojrzeniem. 

– Kusi  mnie,  żeby...  –  zaczął,  ale  przerwał  usłyszawszy,  że  ktoś  ją 
wzywa. – Zapomnijmy o tym. Chyba woła cię reżyser. 

Odeszła z żalem. Czuła, że gdyby miała jeszcze kilka minut, potrafiłaby 
przekonać  Jake'a.  Nadzieję  jej  wzbudzał  fakt,  że  przez  chwilę  się 
zawahał. Teraz nie wolno rezygnować. Pozostał jeszcze wieczór, by go 
ostatecznie zjednać. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

28 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Marimba – instrument trochę podobny do cymbałów i brzmiący jak one 
–  jest  tak  długa,  że  musi  na  niej  grać  pięciu  ludzi,  aby  wydobyć 
wszystkie tony. Karen podobała się ta nieco monotonna muzyka. 

– Nie  jest  to  nadzwyczajne,  ale  tańczyć  można  –  uznał  Mike.  – 
Idziemy? – zaproponował mało romantycznie. 

Na  zaimprowizowanym  parkiecie  z  desek  położonych  na  owalnym 
basenie  tańczyło  już  kilka  par.  Wielki  ogród  wokół  luksusowej  willi, 
bajkowo  oświetlony  reflektorami  ukrytymi  wśród  drzew,  pełen  był 
gości  z  różnych  stron  świata.  Po  zapowiedzi  Rothmana  Karen 
spodziewała się gromadki ludzi wokół przenośnego rusztu na tarasie. W 
spodniach i bluzce czuła się  nie  najlepiej ubrana obok tych wszystkich 
eleganckich kobiet w barwnych sukniach. 

background image

 

29 

 

Z niechęcią poszła.  na  parkiet  z  Mikiem.  W  tańcu przytulił  ją  mocno  i 
niemal natychmiast zaczął opuszczać dłoń w dół po plecach. 

– Uspokój  się,  Mike!  –  powiedziała  zimno  i  zdecydowanie.  –  Albo 
schodzę... 

Roześmiał się wcale nie zniechęcony. 

– Trudno się oprzeć. Masz tak rozkoszny tyłeczek. – A jednak spróbuj 
to  dla  mnie  zrobić.  Nie  wywołuj  skandalu,  który  by  mi  zniszczył 
ostatnią szansę wyjazdu z wami. 

– Myślałem,  że  to  już  zdecydowane.  Byłem  przeciwko  takiej  decyzji. 
Przydałabyś  się  bardzo.  -To  ostatnie  zabrzmiało  dwuznacznie.  --–
 Nudno  będzie  przez  tyle  dni  bez  towarzystwa  kobiety  w  dzień  i  w 
nocy... 

– Może uda mi się go przekonać... – powiedziała jakby do siebie. 

– Nie  wiem  jak  –  odparł.  –  Chyba  że  go  uwiedziesz...  –  Wątpię,  żeby 
dał  się  w  ten  sposób  przekonać.  –  Roześmiała.  się.  –  Oczywiście, 
gdybym  była  gotowa  zastosować  tę  metodę.  Ciebie  natomiast 
przekonałabym bez trudu. 

– Masz rację, ze mną nie miałabyś problemu! – przyznał. 

Jake  właśnie  tańczył  z  panią  domu.  Była  to  czarnowłosa  piękność  o 
typowo hiszpańskiej urodzie, chociaż imię i nazwisko, Elaine Sleeman, 
brzmiały  po  angielsku.  Na  trzecim  palcu  lewej  ręki  nosiła  obrączkę. 
Wdowa  czy  rozwódka?  Najwidoczniej  podobała  się  Jake'owi,  gdyż 
patrzył w jej oczy z wyrozumiałym, ciepłym uśmiechem. 

Przydałaby  się  taka  wyrozumiałość  wobec  Karen!  No  tak,  ale  Elaine 
zachowywała  się,  jak  przystoi  rasowej  kobiecie:  nie  usiłowała 
zdobywać  męskich  bastionów.  Ot,  luksusowa  kotka,  pociąwszy  od 
włosów  o  lustrzanym  połysku  aż  po  pantofelki  firmy  Gucci.  Suknia 
była z bawełny, ale nie ze  sklepowego wieszaka, lecz od wykwintnego 
krawca. 

background image

 

30 

 

– Ładne  stworzenie!  –  skomentował  Mike.  –  I  bogate.  Mąż  umarł  w 
zeszłym roku, zaledwie po osiemnastu miesiącach małżeństwa. 

– A skąd ty to wiesz? 

– Już  mi  ktoś  zdążył  powiedzieć.  Ludzie  lubią  plotkować,  zwłaszcza 
gdy  chodzi  o  kobietę,  której  starszy  o  pięćdziesiąt  lat  mąż  pozostawił 
fortunę.  –  Roześmiał  się  ordynarnie.  -– Ciekaw  jestem,  czy  mu  się  to 
opłaciło? 

– Może  go  nawet  kochała.  Czy  to  takie  niemożliwe?  –  Takie  jak  ona. 
kochają  tylko  siebie.  Chociaż  ze  sposobu,  w  jaki  patrzy  na  Rothmana, 
można  wnioskować,  że  on  jest  na  drugim  miejscu.  Podobno  go  znała, 
nim wyszła za Sleemana. Dopisz sobie resztę.  

– Zbyt wiele insynuujesz. 

– Takie rzeczy się zdarzają. Młoda dziewczyna opętuje bogatego starca 
i  szybko  wysyła  go  na  tamten  świat,  żeby  odziedziczyć  pieniądze, 
którymi będzie się cieszyć z kochankiem. 

– Bzdura!  –  powiedziała  Karen  z  gwałtownością,  jaka  ją  samą 
zaskoczyła. – Nawet, gdyby Jake znał ją wcześniej. On też jest bogaty... 
–  W  oczach  Mike'a  zobaczyła  rozbawienie.  –  Ale  masz  poczucie 
humoru! 

– Troszkę  może  ubarwiłem.  A  skąd  ty  wiesz  tyle  o  finansach  pana 
Rothmana? 

– Tak przypuszczam. Biedny chyba nie jest. 

– I chyba masz rację. Słyszałem, że potrafi nieźle inwestować. 

– Mało mnie to obchodzi – zbyła go krótko. – Usiądźmy! 

– Z chęcią, muzyka jest do niczego. 

Karen  jednak  nie  usiadła,  lecz  podeszła  do  zastawionego  stołu, 
dołączając do Rogera. 

– Dobrze się bawisz? – spytał Roger. 

background image

 

31 

 

– Chyba żartujesz! W dniu, w którym straciłam pracę? 

– Pracę  masz  dalej  i  będziesz  miała  co  robić  do  mojego  powrotu.  Nie 
zamierzam cię stracić, Karen! – odparł. 

Sposób,  w  jaki  wypowiedział  ostanie  zdanie,  bardzo  ją  zaniepokoił. 
Lubiła Rogera, lecz nie na tyle, by się z nim wiązać. Może mi się tylko 
zdawało, że w tych słowach był podtekst, pomyślała. 

– Może  byś  jednak  jeszcze  raz  spróbował  przekonać  Jake'a?  Kto  mnie 
zastąpi? – spytała. 

– Chyba Nigel. Jeszcze o tym  nie  myślałem. A Jake zdania nie zmieni. 
Jasno to powiedział dziś rano. Dał mi do wyboru: ty albo on. 

– I mógłby zerwać umowę? Co ty opowiadasz? Nawet by nie próbował! 

– Z Rothmanem nigdy nic nie wiadomo. On ustanawia prawa. Poza tym 
ma rację: nie powinienem był cię zabierać. 

– I  ty  też?  Przedtem  byłeś  odmiennego  zdania.  –  Nie  pomyślałem  o 
innych aspektach sprawy... 

– Aha! Chodzi ci o to, że pięciu mężczyzn i jedna kobieta? 

– Coś w tym rodzaju. – Spojrzał na nią z ukosa. – Roger, proszę po raz 
ostatni, spróbuj jeszcze z nim porozmawiać! 

– Za późno. Masz już rezerwację. – Można odwołać. 

– Dalsze rozmowy są bezcelowe. 

– Ale nie masz nic przeciwko temu, żebym ja z nim porozmawiała? 

– Proszę  cię  bardzo,  choć  to  strata  czasu.  –  Obdarzył  ją  wymuszonym 
uśmiechem. – Z następnym filmem na wyspach nie będzie już żadnych 
problemów. 

W  tej  chwili  Karen  wcale  to  nie  interesowało.  Napełniła  talerz  i 
przeszła do stolików ustawionych  na trawie. Usiadła przy pierwszym z 
brzegu,  gdzie  był  już  Howard,  do  którego  właśnie  dosiadł  się  Jake. 

background image

 

32 

 

Uznała,  że  pójście  do  następnego  pustego  stolika  byłoby  zbyt 
wieloznaczne. 

Jake  nie  miał  talerza,  a  Karen  nagle  straciła  apetyt  i  bezwiednie 
obracała  w  palcach  kurze  udko.  Czuła  bliskość  siedzącego  obok 
mężczyzny, który bawił  się kieliszkiem wina. Patrzyła. na muskularne, 
opalone  ramię  spoczywające  na  białym  obrusie,  a  potem  podniosła 
wzrok  na  profil  jakby  wykuty  z  kamienia.  Surowość  rysów  twarzy 
łagodził wykrój ust. Zadygotała, wspominając  ich dotyk. Jake  był  bez 
wątpienia postacią niezwykłą i należało to przyznać bez względu na to, 
czy się go lubiło, czy nie. 

Jake, zapewne, równie silnie oddziaływał na Elaine Sleeman. Ciekawe, 
czy  w  hipotezie  Mike'a  jest  źdźbło  prawdy?  Odrzuciła  tę  myśl.  To 
niemożliwe. To pomysł  jak  z  kiepskiego  filmu  lub kiepskiej powieści. 
A jeśli teraz ich coś łączy? No cóż, są dorośli, wolni... 

– Nie jesteś głodna? – spytał Jake. Zaskoczył ją, gdyż była przekonana, 
że zatopiony  jest w rozmowie z Howardem. – Wygimnastykowałaś to 
kurze udo, może je teraz zjesz? 

– Może,  a  z  kości  zrobię  sobie  ozdobę  do  nosa.  Podobno  Indianie  je 
noszą. 

– Do  tego  trzeba  mieć  wielki  nos,  zdecydowanie  mniej  piękny  od 
twojego  –  odparł  i  palcem  delikatnie  przeciągnął  po prostym grzbiecie 
jej nosa. Skrzywił ironicznie usta, gdy odruchowo szarpnęła się do tyłu. 
–  Skoro  nie  masz  zamiaru  jeść,  to  może  dasz  się  namówić  na  jeden 
taniec ze mną? 

Chciała  odmówić,  ale  uświadomiła  sobie,  że  oto  zjawia  się 
niespodziewana  szansa.  Unikając  wzroku  Rogera,  który  pojawił  się 
przy stoliku, obdarzyła Jake'a krótkim uśmiechem. 

– No to zatańczmy, może odzyskam apetyt. 

Na parkiecie znajdowały się tylko dwie pary. Karen, choć zaliczała się 
do  kobiet  wysokich,  sięgała  zaledwie  brody  Jake'a,  mając  oczy  na 

background image

 

33 

 

poziomie  grdyki  partnera.  Ujmował  ją  lekko,  lecz  ona  wyczuwała  na 
plecach poduszeczkę każdego palca. 

Przerwała  milczenie  słowami,  których  absolutnie  nie  miała  zamiaru 
wypowiedzieć: 

– Pani Elaine Sleemaa to piękna kobieta. 

– O,  już  o  niej  słyszałaś?!  Ma  na  imię  Elene,  musiałaś  źle  usłyszeć. 
Znam  jej  rodzinę od  wielu  już  lat.  Studiowałem z jej  starszym  bratem. 
W  czasie  pierwszego  pobytu  w  Gwatemali  mieszkałem  u  rodziny 
Domingos. 

– Jej męża też znałeś? 

– Niezbyt  dobru.  Był  wielkim  samotnikiem.  -Jake  zmienił  ton  i  zaczął 
mówić  ostro.  –  Nasłuchałaś  się  plotek,  więc  muszę  wyjaśnić  ći  jedno: 
Elena  wyszła  za  Sleemana,  by  uratować  własnego  ojca  przed 
bankructwem. I za swoje poświęcenie zasługuje na to, co ma. 

– Tak, chyba masz rację. – Karen była zła za przedwczesne i pochopne 
osądzenie tej kobiety. 

– Elena zna  wszystkie  plotki  o  sobie  i  je  lekceważy.  Możemy zmienić 
temat? – zapytał ostro. 

– Chętnie. Co zamierzałeś powiedzieć mi dziś po południu, nim wezwał 
mnie Roger? 

– To była jedynie chwilowa słabość. Zdania nie zmieniłem. Nie ma dla 
ciebie miejsca w ekipie. 

– Wielki  wódz  przemówił!  Uciekłeś  się  nawet  do  szantażu,  żeby 
postawić na swoim? 

Dłoń na jej plecach zesztywniała i przyciągnęła ją bliżej. 

– Jakiego szantażu? 

background image

 

34 

 

– Jak to jakiego? Powiedziałeś przecież Rogerowi, że albo ty, albo ja? – 
Była  świadoma,  że  jego  ramiona  zdolne  są  ją  zgnieść.  –  Sądziłam,  że 
całe przedsięwzięcie ma dla ciebie większe znaczenie. 

– Przedsięwzięcie jest zbyt ważne, aby ryzykować, dodając doń element 
seksu – tłumaczył z uporem. – Gdybyś była brzydka i miała pięćdziesiąt 
lat, wtedy bym nie oponował. 

– Dopiero  wtedy  powinieneś„  gdyż  w  tym  wieku  sprawność  fizyczna 
pozostawia wiele do życzenia. Poza tym, wystarczą dwa dni w dżungli 
w warunkach, które mi opisałeś, a nikt nie będzie myślał o seksie. 

– Oczywiście, że będzie – odparł ironicznie. – Po raz ostatni mówię, że 
nie. Bądź grzeczną dziewczynką i przyjmij to jak należy. 

Jeszcze  pokażę  ci,  co  potrafię,  pomyślała  z  wściekłością.  Pojadę  na  tę 
wyprawę, żebym nawet miała paść trupem w drodze! Wioska, w której 
ekipa miała spotkać się z przewodnikiem Indianinem, znajdowała się o 
dwie godziny jazdy dość przyzwoitą drogą z San  Samoza, dokąd mieli 
przylecieć  samolotem.  Z  bedekera,  który  przywiozła  z  Anglii, 
dowiedziała się, że codziennie około południa kursuje z Guatemala City 
do  Flores  autobus  i  zatrzymuje  się  między  innymi  w  San  Samoza. 
Karen  dojedzie  tam  dopiero  około  północy,  ale  zdąży  dogonić  ekipę 
jeszcze w wiosce lub w dżungli. Może to szaleństwo, ale czasami trzeba 
tak postępować, jeśli bardzo się czegoś pragnie. 

– Wygrałeś!  –  przyznała  obłudnie.  –  Nie  powiem  już  słowa  na  ten 
temat. 

– Doskonale!  –  Dłoń  na  jej  plecach  zwolniła  uścisk.  Przez  chwilę 
tańczyli w milczeniu. Nagle Jake spytał: – Co cię skłoniło do przyjęcia 
tej pracy? Powiedz coś o sobie! 

– Jeszcze w szkole postanowiłam być producentem telewizyjnym. 

– I od razu w to weszłaś? 

– Studiowałam historię i miałam jej uczyć...  

background image

 

35 

 

– Rodzice nalegali? 

Spojrzała w mądre niebieskie oczy i poczuła szybsze bicie serca. 

– W pewnym sensie tak. Nie widzieli dla mnie przyszłości w telewizji. 

– A  jaką  ty  właściwie  widzisz  dla  siebie  przyszłość?  –  Chciałabym 
osiągnąć  to,  co osiągnął  Roger.  Nie  zaszłabym  daleko, gdyby  wszyscy 
mieli taki stosunek do kobiet jak ty. 

– Myślałem, że na ten temat definitywnie skończyliśmy. – Głos mu się 
zaostrzył. – Jesteś jak pies, którego nie można oderwać od kości. 

Karen pomyślała, że nie warto rujnować sobie 

reszty  wieczoru.  Za  dwadzieścia  cztery  godziny  będzie  bliska 
zrealizowania swego celu. Jake będzie musiał docenić jej determinację i 
samozaparcie. A ona do Anglii nie wróci na pewna! 

– Przepraszam! To było ostatnie westchnienie – dała za wygraną. 

Taniec przerwał im służący, który podszedł i zaczął coś szeptać do ucha 
Jake'owi. 

– Muszę  cię  przeprosić  –  powiedział  do  Karen  i  odprowadził  ją  do 
stolika,  przy  którym  siedzieli  Roger  i  Howard,  a  następnie  szybko 
odszedł za służącym. Karen zastanawiała się, czy to Elena go wzywa, a 
jeśli  tak,  to  dlaczego?  Czyżby  poczuła  zazdrość,  widząc  go  w  tańcu  z 
inną kobietą? 

– Zawieszenie  broni  z  Rothmanem7  –  spytał  Roger.  –  Z  daleka 
wyglądało  to  nawet  na  zawarcie  pokoju.  –  Widoki  z  daleka  mogą 
wprowadzać  w  błąd  – odpowiedziała  Karen  niemal,  wesoło,  myśląc  o 
reakcji  Jake'a,  gdy  ją  zobaczy  w  wiosce  lub  na  szlaku.  Będzie  to 
również szok dla Rogera, nie może go jednak uprzedzić, gdyż gotów jej 
surowo zakazać przedsięwzięcia. 

background image

 

36 

 

Przyjęcie  nadal  trwało,  gdy  je  opuszczali  całą  grupą  o  północy.  Elena 
wyszła,  by  ich  pożegnać.  Przez  cały  czas  trzymała  Jake'owi  dłoń  na 
ramieniu tak, jakby chciała zaznaczyć swe prawa do jego osoby. 

Jake  zjawił  się  zresztą  dopiero  w  ostatniej  chwili.  Zarówno  on,  jak  i 
Elena  byli  niewidoczni  od  chwili  wezwania  go  przez  służącego  dwie 
godziny  przedtem.  Karen  widziała  wiele  mówiący  blask  w  oczach 
Eleny i wyraz zadowolenia na twarzy. Natomiast z twarzy Jake'a trudno 
było cokolwiek odczytać. 

– Wszyscy  musicie  mnie  odwiedzić  po  powrocie  z  Petenu!  – 
powiedziała  Elena  po  angielsku  z  hiszpańskim  akcentem.  Na  chwilę 
musnęła wzrokiem Karen i dodała: – Jaka szkoda, że niepotrzebnie pani 
przejechała  taki  kawał  świata!  Są  jednak  miejsca,  gdzie  kobieta  nie 
powinna się zapuszczać. 

– Ma pani świętą rację! Są takie obszary – odparła Karen dwuznacznie. 
– Dziękuję za gościnność! 

– Było  mi  bardzo  miło  –  usłyszała  w  odpowiedzi,  której  towarzyszyło 
lekkie skinienie głową. 

W  taksówce  Karen  siedziała  obok  Rogera.  Zamknęła  oczy  udając,  że 
śpi. Roger i siedzący obok kierowcy Jake także milczeli, zatopieni we 
własnych  myślach.  Z  pewnością  nie  dotyczyły  one  Karen.  Dopiero 
najwcześniej za dwadzieścia cztery godziny ona stanie się przedmiotem 
ich rozważań. 

Po powrocie  do domu  wszyscy  ruszyli  do  swoich sypialni.  Wyjazd  na 
lotnisko przewidziany  był  na ósmą. Gdy  Nigel przed odejściem  życzył 
jej szczęśliwego powrotu do Anglii, powiedziała: 

– O świcie będę na nogach, żeby was wszystkich pożegnać i wyprawić. 
Nie mam zamiaru długo spać, nie chcę tracić dnia. 

– Jeśli  masz  zamiar  udać  się  na  zakupy,  uważaj  na  kieszonkowców  – 
ostrzegł  ją  Jake.  –  Zwłaszcza  w  okolicach  placu  targowego.  Polują  na 

background image

 

37 

 

turystów.  –  Chwilę  przyglądał  się  jej  z  lekko  sardonicznym 
uśmieszkiem. – Do zobaczenia! 

W sypialni zabrała się do przepakowywania bagażu. Nie po raz ostatni. 
To  nastąpi  dopiero  w  Fuentes  Santos,  gdzie  zgromadzono  już  część 
zaopatrzenia dla wyprawy i skąd pierwszy etap prowadził drogą wodną. 
Na  tym  etapie  wszystko  powinno  być  jeszcze  proste  i  stosunkowo 
łatwe. Dopiero w dżungli każdy kilogram będzie odgrywał wielką rolę. 
Na pewno wynajęto jakichś tragarzy, mimo to Karen nie miała zamiaru 
uchylać się od przynależnej każdemu części ekwipunku. 

W  czasie  jej  nieobecności  w  pokoju  musiał  być  Jake,  ponieważ  jego 
plecak na aluminiowym stelażu 

stał zapakowany w rogu, świadcząc swym wyglądem o profesjonalnym 
podejściu właściciela. Jake był przecież doświadczonym podróżnikiem. 
Karen zachwycała się opisami jego wojaży, publikowanymi w jednym z 
geograficznych  czasopism.  Między  innymi  to  właśnie  wpłynęło  na  jej 
szaleńczą  decyzję  uczestniczenia  w  wyprawie  po  krainie  jakże 
odmiennej od szkockich pustkowi i jakże nęcącej. 

Podniecenie  nie  pozwalało  jej  zasnąć,  wstała  więc,  by  znaleźć  coś  do 
picia. 

Kuchnia  znajdowała  się  za  pokojem  jadalnym  –  nowoczesna  i  bardzo 
funkcjonalna,  obudowana  licznymi  szafkami  i  z  dużą  lodówką. 
Znalazłszy  szklankę,  nalała  sobie  saku  pomarańczowego,  już 
przygotowanego na śniadanie, i wyszła z nim na taras. 

Noc  była  chłodna  i  pachnąca  –  zbyt  chłodna,  by  długo  zabawić  na 
otwartym powietrzu w  bawełnianej  piżamie.  Ale  pięć  minut nie mogło 
zaszkodzić. Zdawała sobie sprawę, że tropikalny klimat Petenu w dzień 
i  w  nocy  będzie  nie  do  zniesienia  –  lepki żar przez dwadzieścia cztery 
godziny  na dobę.  Warto  jednak  wiele  zapłacić  za takie doświadczenie. 
Przyjechała w pełni przygotowana na wszelkie trudy! 

background image

 

38 

 

– Powinnaś  mieć  coś  na  nogach  –  usłyszała  głos  Jake'a  od  drzwi.  – 
Nigdy nie wiadomo, na co nadepniesz. 

– Masz  przedziwny  sposób  zaskakiwania  ludzi!  –  Wzdrygnęła  się, 
słysząc  go  niespodziewanie  tuż  obok,  ale  odpowiedziała  spokojnie,  z 
opanowaniem. 

– Nikt  nie  ma  monopolu  na  bezsenność  –  odparł,  podchodząc  bliżej  i 
stając obok. – Ani wyłączności na świeże powietrze. 

Był  jedynie  w  szortach.  Na  odsłoniętym  torsie  wiły  się  gęsto  włosy. 
Poczuła podniecenie. 

– Szorty  są  ustępstwem  na  rzecz  dobrych  obyczajów  – powiedział, 
widząc jej spojrzenie. – Normalnie sypiam nago. 

– Możesz  dużo  oszczędzić  na  praniu.  Zawsze  jesteś  podniecony  przed 
nową wyprawą? 

– Oprócz  wyprawy  mogą  być  inne  przyczyny.  –  Był  wyraźnie 
rozbawiony. – Na przykład frustracja. 

– No, dziś nie  możesz  narzekać  na  frustrację! – wyrwało jej się, zanim 
zdołała ugryźć się w język. Obrócił się ku niej podnosząc brew. 

– I co mi jeszcze powiesz? 

– Chciałam  powiedzieć,  że  jeśli  ktoś  jest  tu  sfrustrowany,  to  ja  – 
poprawiła zażenowana. 

– Wcale  nie  to  miałaś  na  myśli!  –  Mówił  tonem  zwykłej  rozmowy.  – 
Myślałaś o Elenie. Pominąwszy  już ten oczywisty fakt, że to nie twoja 
ani niczyja sprawa, ciekaw jestem, skąd taka supozycja? 

– Kobiety wyczuwają takie rzeczy. –  Wzruszyła ramionami z udawaną 
obojętnością. 

– Z  własnego  doświadczenia  wiem,  że  kobiety  potrafią  dostrzec  tylko 
to, co chcą. A poza tym skąd to zainteresowanie? 

– Mylisz się. Absolutnie mnie nie interesują twoje sprawy. 

background image

 

39 

 

– Odniosłem  dziś  inne  wrażenie  i  załóżmy,  że  jest  ono  prawdziwe. 
Masz szansę teraz wypytać mnie, o co tylko chcesz! 

– Jesteś  ostatnią  osobą  na  tym  świecie,  o  której  chciałabym  więcej 
wiedzieć, niż wiem – odparła przez zaciśnięte zęby. 

– Jesteś  wspaniała,  kiedy  się  złościsz!  –  Mówił  kpiącym  głosem.  – 
Prawdziwa zielonooka megiera. Odważny człowiek z tego Rogera... 

– Już mówiłam, że nic mnie z nim nie łączy! – Chciałem dokończyć: że 
cię zatrudnia. 

– Wcale nie to miałeś na myśli. – Zamilkła. Uśmiech 

na twarzy Jake'a doprowadzał ją do szału. – Sądziłam, że jesteś ponad... 
że takie podłe zemsty... 

– Jeśli uważasz to za podłość, to może wolisz co innego... 

Jeśli  pocałunek  poprzedniego  wieczoru  miał  być  przede  wszystkim 
nauczką,  to ten był  zupełnie  inny.  Czując  usta  mężczyzny wpijającego 
się  w  jej  wargi,  utraciła  całkowicie  wolę  walki.  .  Gorące  dłonie  na 
plecach osuwały się w dół, poza skraj bluzki od piżamy. A potem palce 
zaczęły  wędrować  po  jej  nagiej  skórze,  odnajdując  jej  piersi.  Wydała 
stłumiony  jęk.  Drżała  wewnątrz  jak  liść  osiki.  Chciała  chwycić  jego 
dłoń  i  przyciągnąć  do  siebie,  aby  mocniej  objął  rozedrgane  ciało. 
Oddawała mu pocałunek namiętnie, myśląc jedynie o trwającej chwili. 

– Chodźmy do domu – szepnął, oderwawszy się od jej ust. 

Pozwoliła się objąć ramieniem, obrócić  i poprowadzić. Słyszała głośne 
bicie jego serca i czuła, że jej własne wali jak młotem. W zakamarkach 
świadomości  kołatała  myśl,  że  będzie  tego  żałowała,  ale  ciało  nie 
reagowało na ostrzeżenie. W skroniach pulsowała krew. 

Dopiero  widok  łóżka  w  jej  sypialni  trochę  ją  otrzeźwił.  Jeśli  pozwoli 
Jake'owi na zbliżenie jedynie z powodu fizycznego pożądania, to straci 
do  siebie  cały  szacunek.  Mimo  iż  w  tej  chwili  bardzo  go  pragnęła, 

background image

 

40 

 

wiedziała,  że  musi  zmobilizować  siły  i  myśli,  by  zdecydowanie 
powiedzieć nie. 

– Zbyt  późno  na  próżne  gesty  obronne  –  odezwał  się  Jake  łagodnym 
głosem,  gdy  usiłowała  wyzwolić  się  z  jego  objęcia.  –  To  gra  nie  w 
moim stylu. 

– Popełniłam błąd! – odparła z desperacją w głosie, gdy zaczął rozpinać 
guziki piżamy. Chwyciła jego dłonie, by przestał. – Jake, ja nie chcę! 

– Kłamiesz!  -powiedział,  wykrzywiając  usta  w  złym  grymasie.  – 
Nędzne  kłamstwo!  Jak  dalej  brzmi  tekst:  „Zgodzę  się,  jeśli  zabierzesz 
mnie na wyprawę"? 

Szalony  gniew  zgasił  ostatnie  resztki  podniecenia.  W  jej  oczach 
pojawiła  się  wściekłość.  Otwartą  dłonią  z  całej  siły  uderzyła  go  w 
opalony policzek. Na chwilę  zamarł.  Widziała ślady  swoich palców na 
jego  twarzy.  Zacisnąwszy  szczęki,  wpatrywał  się  w  nią  zimnym 
spojrzeniem urażonego mężczyzny. 

– Twoja  reakcja  jest  nie  tylko  spóźniona,  ale  wymaga  także  riposty  – 
wycedził: –  Daję  ci  wybór!  Zawładnęła  nią  kolejna  fala gniewu,  który 
już  zaczynał  ustępować,  gdyż  pożałowała  swego  wybuchu.  –  Proszę, 
uderz mnie! – Nastawiła policzek. 

– Gdybym  cię  chciał  bić,  to  wybrałbym  inną  część  ciała  –  odparł  z 
uśmiechem,  który  nie  miał  nic  wspólnego  z  dobrym  humorem.  – 
Zmieniłem zamiar. Otrzymasz zapłatę w naturze! 

I  znów  ją  pochwycił,  i  zaczął  całować,  ale  nie  był  to  pocałunek 
kochanka, lecz brutalna napaść szaleńca. Dźwignął ją i zaniósł na łóżko. 
Karen próbowała się wyrwać, ale był zbyt zwinny, zdołał ją pochwycić 
i przygnieść ciężarem swego ciała. Odnalazł jej usta i przywarł do nich 
tym razem w namiętnym pocałunku. Była świadoma jego podniecenia i 
swojego. Mimo wszystko pragnęła tego mężczyzny. 

background image

 

41 

 

I  wydawało  się,  że  nie  ma  już  wyboru,  jej  ciało  zaczęło  wyraźnie 
poddawać  się  pieszczotom.  Nagle  Jake  się  odsunął.  Leżała  z  rozpiętą 
piżamą, a on, wsparty na łokciu, przyglądał się jej. 

– Bardzo  to  jest  ładne  –  powiedział  z  uznaniem.  –  Zapowiada  wielką 
przyjemność.  Jednakże  odmówię  jej  sobie!  –  Podniósł  się  i  usiadł  na 
skraju tapczanu. – Zasłoń się, nim złapiesz katar! 

Zmartwiałymi  palcami  zapinała  guziki  piżamy.  Dopiero  teraz  zaczęła, 
doceniać  jego  poprzednią  groźbę  zapłaty.  Czy  „doceniać"  było 
właściwym słowem? 

– Taka  silna  wola,  co?  –  spytała  zdławionym  głosem.  –  Prawda?  – 
Uśmiechnął się ironicznie. – Jedno 

z  najtrudniejszych  w  moim  życiu  wyrzeczeń,  ale  warte,  by  cię  czegoś 
nauczyć. 

– A czegóż to miałabym się nauczyć? 

– W  konkretnym  wypadku  uczucia  frustracji.  Doświadczyłabyś  jej 
wiele, gdybyś uczestniczyła w tej wyprawie. W każdym razie z powodu 
co  najmniej  dwóch  jej  uczestników.  Zgada,  może  nic  cię  w  tej  chwili 
nie  łączy  z  Rogerem  ani  z  Mikiem,  ale  obaj  obliczają  swoje  szanse. 
Sposób,  w  jaki  reagowałaś  na  moje,  powiedzmy,  zaloty,  świadczy,  że 
nie potrafiłabyś się obronić przed tamtymi. 

– To  było  jedynie...  –  zaczęła,  ale  przygryzła wargę, świadoma,  że  nie 
powinna tego powiedzieć. 

– To  było  jedynie  co?  –  nalegał  Jake.  –  Pożądanie  seksualne?  Jestem 
świadomy, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni pragną seksu dla seksu, 
ale  ja  nie  mam  najmniejszego  zamiaru  wprowadzać  tego  elementu  do 
mojej ekspedycji. 

– I to jest jedyny powód wyeliminowania mniej – ~PY~~ 

background image

 

42 

 

– Może  nie  jedyny,  ale  główny.  Już  to  raz  mówiłem:  gdybyś  była 
starsza  i  brzydsza...  –  Wstał  z  wymuszonym  uśmiechem.  –  Potrzebny 
mi zimny prysznic. Zwycięstwo kobiety, ha! 

Jake  coś  w  niej  rozbudził.  Coś,  z  czego  istnienia  nie  zdawała  sobie 
sprawy! Nie powie mu o tym. Niech myśli, co chce! 

I to, co się wydarzyło, nie zmieni  jej decyzji. Może  jeszcze  bardziej  ją 
umocni. Warto będzie zobaczyć jego twarz, gdy ujrzy Karen na szlaku. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

43 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

San  Samoza  nie  różniła  się  niczym  od  innych  mieścin,  mijanych 
podczas  nie  kończącej  się  podróży  autobusem.  Karen  wysiadła  na 
zapylonej,  ciemnej  uliczce.  Autobus  odjechał.  Dopiero  w  tym 
momencie zrozumiała, że spaliła za sobą mosty. Teraz należało znaleźć 
jakiś środek transportu do Fuentas Santos. 

Łatwo  powiedzieć,  ale  przy  znajomości  zaledwie  paru  słów  po 
hiszpańsku...  Świat  jednak  należy  do  odważnych!  Skoro  po  szosie 
jeżdżą  samochody,  to  znaczy,  że  gdzieś  jest  jakiś  warsztat.  Jeśli  nie 
mają w nim samochodu, to w każdym razie kogoś polecą. Nawet jej nie 
przyszło do głowy, że o tej porze warsztat może  już być zamknięty.  A 
gdy  to  sobie  uprzytomniła,  pomyślała,  że  nie  warto  martwić  się 
zawczasu. 

Ekipa  już  przed  wieloma  godzinami  dotarła  do  Fuentas.  Noc  mieli 
spędzić w jedynym hotelu mieściny, a następnego dnia wyruszyć w dół 
rzeki z  przewodnikiem.  Banda  mężczyzn!  Czeka  ich  nie  lada  szok.  Co 
powie  Jake?  Sądząc  z  jego  zachowania,  uwierzył,  że  Karen  teraz  już 
wie,  gdzie  jest  jej  miejsce.  Nadal  robiło  się  jej  gorąco,  gdy 
uświadamiała sobie, że widział ją obnażoną, że dotykał jej piersi. Miała 
ochotę rozdrapać paznokciami arogancką twarz i zmyć z niej ironiczny 
uśmieszek. W pewnym sensie dokona tego za kilka godzin. 

Bardzo  niedobrze,  że  oszukuje  Rogera.  .Rano  była  już  niemal  gotowa 
wyjawić  mu swe plany. Oficjalnie  musiałby  je potępić, ale może dałby 

background image

 

44 

 

jakoś do zrozumienia, że ją w istocie popiera. Przecież potrzebuje jej w 
pracy, a to w ostatecznym rozrachunku liczy się najbardziej. 

Zdobyła się w końcu na odwagę i bardzo łamanym hiszpańskim spytała 
jakiegoś przechodnia o garaż. Zrozumiał i zaczął coś tłumaczyć, ale tak 
szybko, że nic nie pojęła. Na szczęście pojawił się drugi przechodzień – 
przywołany przez pierwszego – który znał trochę angielski. 

Wyjaśnił,  że warsztat  już  jest  zamknięty,  ale on ma samochód  i gotów 
jest odwieźć ją do Fuentas za odpowiednią zapłatą. 

Zgodziła  się  na  wymienioną  sumę  bez  targowania.  Jakiś  wewnętrzny 
głos ostrzegł  ją przed  jazdą  samochodem z  nieznajomym, ale udała, że 
go nie słyszy. Niech się dzieje, co chce, musi dojechać do Fuentas! 

Pojazd znajdował się o parę uliczek dalej, a gdy go ujrzała, była pewna, 
że  nie  ujedzie  nawet  kilometra.  Pudło  było  przerdzewiałe,  maska 
przywiązana sznurkiem, a opony całkowicie łyse. 

Wnętrze  nie  przedstawiało  się  lepiej:  pióra  i  pierze  wskazywały,  że 
wehikuł służy do przewożenia drobiu na targ. Gdy opadła na wystające 
z siedzenia sprężyny, w powietrze wzbił się tuman kurzu. 

Kierowca,  który,  jak  się  okazało,  miał  na  imię Pedro, był  zachwycony 
swoim  samochodem  i  z  miłością  wsłuchiwał  się  w  stukot  i  jazgot 
towarzyszący  zapuszczaniu  silnika.  Karen  pomyślała,  że  najbliższa 
godzina będzie egzaminem przed czekającymi ją trudami podróżowania 
w  dżungli.  Benzyna  i  kurze  odchody  tworzyły  zapachowy  bukiet 
przyprawiający o mdłości. 

Przewidywana  godzina  jazdy  bardzo  się  przedłużyła  i  do  miasteczka 
wjechali  dopiero  około  wpół  do  dwunastej  w  nocy.  Na  uliczkach  nie 
było  żywej  duszy.  Hotelik  znaleźli  nad  rzeką.  Okazał  się  niewiele 
lepszy  od  samochodu,  ale  za  nie  zasłoniętymi  oknami  widać  było 
światełka i ludzkie cienie. 

Była  wdzięczna  kierowcy,  że  nie  pytał,  co  zamierza  robić  w  tej 
zapomnianej przez Boga i świat okolicy, toteż oprócz umówionej sumy 

background image

 

45 

 

dała mu jeszcze dobry napiwek. Gdy samochód odjechał, pomyślała ze 
strachem,  że  tym  razem  nie  ma  już  odwrotu.  Nadeszła  chwila,  która 
zadecyduje o jej dalszym losie. 

Weszła  na  szeroką,  zrujnowaną  werandę  przed  hotelem,  zaczerpnęła 
głęboko powietrza i pchnęła polówkę wahadłowych drzwi. Znalazła, się 

pomieszczeniu 

recepcyjno-barowym 

kilkoma 

niedbale 

poustawianymi  stołami.  Tylko  jeden  był  zajęty.  Roger,  siedzący  na 
wprost drzwi, zobaczył ją pierwszy i skamieniał. Rozmowa przy stoliku 
zamarła, gdy pozostali obrócili głowy za jego spojrzeniem. 

Jake  siedział  tyłem  do  Karen.  Obrócił  się  wolno.  Jego  twarz  nie 
wyrażała zaskoczenia – zupełnie jakby się jej spodziewał. 

Parodiując styl znanej telewizyjnej postaci, odezwała się: 

– Niespodzianka, niespodzianka! Czy ktoś mi zaoferuje drinka? 

– Jak tyś to zrobiła? – spytał Mike z szerokim uśmiechem wyrażającym 
głęboką aprobatę. 

– Autobus,  taksówka  –  powiedziała  niedbale.  Potrząsnęła  przecząco 
głową, gdy Jake uniósł się z krzesła. – Już odjechała,. 

– Będą  inne  –  oznajmił  z  niezmienną  zawziętością.  –  Raniutko 
powrócisz do San Samoza. 

– Nie  zgadzam  się,  Jake!  –  Roger  wystąpił  z  niespodziewaną 
stanowczością.  –  W  mieście  mogliśmy  ją  zostawić,  ale  nie  tutaj!  Nie 
mamy  teraz  wyboru.  Musi  jechać  z  nami,  czy  nam  się  to  podoba,  czy 
nie. – Wstał i przysunął od sąsiedniego stolika krzesło. Patrzył na Karen 
z lekkim wyrzutem. – Siadaj! Na pewno jesteś zmordowana. Miguel! – 
Dał znak ręką mężczyźnie za barową ladą. – Drinka dla pani! – Obrócił 
głowę ku Karen: – Obawiam się, że nie mają tu wódki. 

– Może być piwo... Widzę, że też je pijecie – powiedziała z rozmysłem, 
by podkreślić, że  w zachowaniu  niczym się od nich nie różni. I dodała 

background image

 

46 

 

wyjaśnienie  dotyczące  jej  nagłego  zjawienia  się:  –  Ja  się  łatwo  nie 
poddaję. 

– To  już  wiem  –  stwierdził  Jake  obojętnym  tonem.  Jego  twarz  nie 
wyrażała  żadnych  emocji.  –  I  wiem  też,  kiedy  przegrałem.  Poznaj 
naszego  przewodnika.  Luz,  to  jest  Karen  Lewis,  asystentka  Rogera. 
Wynika z tego, że jedzie z nami. 

Tym  samym  co  poprzednio  tonem  Jake  obwieścił,  że  Karen  będzie 
niosła swój plecak. 

– A  jakże  inaczej?  –  odparła,  jeszcze  w  pełni  nie  wierząc  swemu 
szczęściu.  –  Możesz  się  nie  obawiać,  w  razie  potrzeby  udźwignę  i 
ciebie. 

– Ooo!  Nie  wiedziałem,  że  lubisz  nosić  mężczyzn  na  rękach.  Już  się 
zgłaszam!  –  odezwał  się  Mike.  Karen  gotowa  była  kopnąć  go  pod 
stołem.  Brakowało  tylko  takiego  gadania,  żeby  wszystko  popsuć.  Na 
ratunek pośpieszył Howard: 

– Przestań silić się na te dowcipy, Mike! 

– Już dobrze, dobrze! – żachnął się nie zrażony dźwiękowiec. – A co ja 
takiego powiedziałem? Krępy mężczyzna, łączący najprawdopodobniej 

funkcję  właściciela  hotelu  i  barmana,  postawił  przed  Karen  szklanicę 
brunatnego płynu bez śladu piany. Nie pijała piwa i nie potrafiła ocenić 
jego  jakości.  Ostrożnie  upiła  łyczek  cierpkiego  i  gorzkiego  napoju,  z 
trudem opanowując grymas niesmaku. 

– Głodna? – spytał Roger. 

– Niespecjalnie – skłamała, zdając sobie sprawę z późnej pory i z tego, 
że w takim miejscu nie ma nic gotowego. Raz jeszcze pociągnęła łyk ze 
szklanki. Nie smakowało lepiej. – O której wyruszamy? – spytała. 

– O  wschodzie!  –  odparł  Jake.  –  Będziemy  chodzić  spać  wcześnie  i 
wstawać wcześnie, a to – wskazał na szklanki – jest ostatni alkohol, aż 
do czasu naszego powrotu. Korzystajcie więc! 

background image

 

47 

 

Karen  czuła  wielkie  podniecenie.  Brała  udział  w  ekspedycji.  Musi  się 
starać, aby  nie dać powodu do uwag Jake'owi, który właśnie ponownie 
zabrał głos: 

– Od  dziś  śpimy  w  moskitierach.  Już  zdążyliście  się  przekonać,  że  są 
całe  masy  różnorakich  insektów.  Luz,  znajdziesz  jakąś  moskitierę  dla 
panny Lewis? 

– Mam na imię Karen – zwróciła się do Gwatemalczyka. – Przepraszam 
za sprawienie kłopotu. 

– Żaden  kłopot  –  odpowiedział  doskonałą  angielszczyzną.  –  Od 
początku kazano mi przygotować sprzęt i ekwipunek dla sześciu osób. – 
Po  chwili  dodał:  –  Wszystko  będzie  bardzo  prymitywne...  jesteś 
przyzwyczajona do takich warunków? 

– Ani mniej, ani bardziej niż pozostali. Znam życie bez łazienki! 

– Hmm...  –  Luz  spoglądał  na  nią  bacznie.  –  Nie  wyglądasz  na  osobę 
obeznaną z bardzo prymitywnymi warunkami. 

– Pierwsze wrażenia  bywają  złudne  –  odparła. – Zabieram  tylko  tubkę 
kremu, a o resztę zatroszczy się natura. 

– Ha, powrót do natury! – Ni w pięć, ni w dziewięć odezwał się Mike. 

Karen  go  zignorowała.  Jake  wydął  usta  z  powątpiewaniem,  jakby  nie 
wierzył,  że  kobieta  jest  zdolna  zrezygnować  z  zawartości  swojej 
kosmetyczki.  Ale  ona  udowodni  mu  to  rano,  pojawiając  się  bez  śladu 
tuszu i szminki. 

Luz  poszedł  po  ekwipunek  dla  Karen.  Jake,  pozostawiwszy  nie  dopite 
piwo,  wstał  i  z  pozorną  obojętnością  poinformował  Karen,  że 
mężczyźni  śpią  na  werandzie,  a  ona  może  zająć  hotelowy  pokój  albo 
dołączyć do pozostałych. 

Pomyślała  sobie,  że  Jake  spodziewa  się,  iż  skorzysta  z  pokoju.  Jego 
niedoczekanie!  Cóż  jej  może  grozić  ze  strony  insektów,  gdy  będzie  w 

background image

 

48 

 

moskitierze? Zresztą weranda będzie luksusem w porównaniu z tym, co 
ich czeka. 

– Oczywiście  śpię  na  werandzie!  –  oświadczyła.  –  Potem  sypiamy  w 
namiotach, prawda? 

– Namioty  nie  chronią  przed  mieszkańcami  dżungli.  I  przed  gorącem. 
Nadal nie rezygnujesz z wyprawy? – Miałabym zrezygnować z powodu 
braku namiotu? – udała oburzenie. 

– Toaleta jest tu, na zapleczu. Może pójdziesz pierwsza, a potem męska 
załoga? 

– Doskonale! –  Za  nic  w świecie  nie  pozwoli  mu, by wprowadził  ją  w 
zakłopotanie, pomyślała. On to robi specjalnie! – Może mi ją pokażesz? 

– Ależ  oczywiście!  A  to  zostaw!  –  powiedział,  gdy  chciała  podnieść 
swoją  torbę,  którą  postawiła  obok  krzesła.  –  Przepakujesz  się,  kiedy 
Luz  przyniesie  twój  ekwipunek  i  plecak.  Weźniesz  tylko  tyle,  ile 
potrafisz udźwignąć  i  będziesz w stanie  nieść,  łącznie z zaopatrzeniem 
ogólnym i rzeczami osobistymi. 

Poszła  wskazanym  przez  Jake'a  ciemnym,  wąskim  korytarzykiem  na 
zaplecze baru-recepcji. Szedł krok za nią. Nie zdziwiła się, gdy poczuła 
jego  dłoń  na  swym  ramieniu,  kiedy  znaleźli  się  sami.  Zaproponowała 
mu,  by  jej  wskazał  drogę  do  toalety  właśnie  w  celu  odbycia  jak 
najszybciej nieuchronnej rozmowy. 

Zatrzymał ją i oparł plecami o ścianę. 

– Nie  potrafisz  zrozumieć,  kiedy  ci  mówię  nie?  –  spytał  z  wyraźną 
złością. 

– Nie  wtedy,  kiedy  to  mówisz  ty  –  odcięła  się.  –  Przyjmując  Pracę, 
akceptowałam warunek, że pojadę wszędzie, gdzie potrzeba. Nie wolno 
mi zrywać umowy przy pierwszych trudnościach. 

– Ale Roger zgodził się z moimi argumentami. 

background image

 

49 

 

– Bo mu przystawiłeś pistolet do głowy. – Nie dbała o dobór słów czy 
ostrożność  przy  dobieraniu  argumentów.  Przede  wszystkim  chciała 
dotknąć  Jake'a.  –  Chociaż  wcale  w  to  nie  wierzę,  że  byłbyś  gotów  się 
wycofać,  gdyby  Roger  dalej  nalegał  na  moją  obecność.  Bez 
telewizyjnej ekspozycji byłbyś nikim. 

– Myśl  sobie, co  chcesz.  Powiem  ci  jedno!  – Zacisnął  mocno palce  na 
jej  ramieniu,  aż  zabolało.  –  Twoje  prawdziwe  imię  brzmi  Kłopoty. 
Wielkie  kłopoty,  bez  których  świetnie  moglibyśmy  się  obejść.  Daję  ci 
jedną radę: uważaj na każdy swój krok! 

– Jestem dziwnie przekonana – odparła – że jakiekolwiek kłopoty, jeśli 
takowe będą, nie wynikną z mojej przyczyny, może raczej z twojej... 

– Ty  jesteś  przyczyną  samą  w  sobie,  głupia  dziewczyno!  Nawet  Nigel 
oblizuje się na twój widok. 

– Masz skłonności do przesadzania! 

– Czyżby?  – Drugą  ręką  ujął  ją  pod  brodę  zmuszając,  by spojrzała  mu 
w  oczy.  –  Wiem,  jakie  wzbudzasz  pokusy.  Wzbudzasz  je  u  Mike'a. 
Wzbudzasz u Rogera. Czy ty zdajesz sobie sprawę, co stanie się po paru 
dniach  życia  w  izolacji  od  świata?  Wszyscy  oni  rzucą  się  sobie  do 
gardła. 

Jego uchwyt  był  bolesny,  ale  postanowiła  nie  okazywać tego. Raniące 
były również jego słowa. Nie ulegnie im jednak! 

– Już  ci  mówiłam,  że  są  mężczyźni  i  mężczyźni.  Skąd  wniosek,  że  ty 
jeden potrafisz pasować nad swoimi namiętnościami? 

– Jeśli  masz  na  myśli  ubiegłą  noc,  to  szczerze  powiem,  że  nie  było  to 
łatwe. – Jego słowom towarzyszył martwy uśmiech. 

– Może  więc  przez  cały  czas  martwisz  się  jedynie  o  siebie?  – 
odparowała,  zdnmiona,  że  ma  odwagę  tak  drażnić  mężczyznę,  ale 
uradowana  satysfakcją;  jaką  jej  to  dawało.  Podniosła  dłoń  i  palcem 

background image

 

50 

 

delikatnie  obrysowała  skraj  jego  ust, świadoma  własnego  podniecenia. 
– Profesor Rothman, sławny naukowi, ulega ludzkim słabostkom? 

Jake  zesztywniał.  Jeszcze  mocniej  ścisnął  ramię  Karen.  Gdy  się 
odezwał, mówił cicho, lecz z pewnością nie łagodnie: 

– Poczekaj, ja ci  pokażę, gdzie twoje  miejsce!  Z wielką przyjemnością 
dam ci nauczkę! 

Otworzyła  szeroko  oczy,  patrząc  prowokacyjnie.  Czuła  się  względnie 
bezpieczna wiedząc, że niedaleko znajdują się koledzy. 

– Do  takich  nauczek  potrzeba  dwojga,  profesorze!  A  wątpię,  czy 
gwałcenie kobiet poprawia reputację naukowców. 

– Kto  tu  mówi  o  gwałceniu!  –  niemal  wykrzyknął.  –  Wczoraj 
wydawałaś  się  dosyć  chętna.  Zaczerwieniła  się  po  korzonki  włosów  i 
była wdzięczna mrokowi, że skrył to przed jego wzrokiem. 

– Zbyt dużo wina, a za mało snu. To był powód. I możesz być pewien, 
że to się nie powtórzy. 

– Tak twierdzisz? – Spojrzał  na  jej usta. Uśmiechnął się. – Może masz 
rację,  ale  nie  czas  na  sprawdzanie.  Za  drugimi  drzwiami  jest 
pomieszczenie, którego szukasz. Mam  nadzieję, że zdołasz przeżyć ten 
szok.  –  Puścił  ją  i  cofnął  się  nieco.  –  Potem  wróć  do  nas.  Ekwipunek 
będzie już na pewno czekał. 

Spięta  i  rozdygotana  zmusiła  się,  by  pójść  we  wskazanym  kierunku. 
Gdy weszła do  malutkiego  pomieszczenia,  zdusiła  mimowolny  okrzyk 
obrzydzenia.  W  brudnej  komórce  znajdowała  się  jedynie  dziura  w 
cementowej  podłodze.  Już  lepsza  byłaby  dżungla!  I  to  nazywa  się 
hotel? 

Kiedy  wróciła  do  baru,  Jake  spojrzał  na  nią  ze  złośliwym  uśmiechem. 
Nic  nie  dała  po  sobie  poznać.  Luz  czekał  z  ekwipunkiem.  Otrzymała 
plecak,  lekki  śpiwór,  muślinową  moskitierę  i  pakunek  aluminiowych 
rurek,  których  przeznaczenia  nie  mogła  odgadnąć  –  nie  zabierali 

background image

 

51 

 

przecież namiotów! – póki Jake nie objaśnił, że po złożeniu konstrukcja 
służy do rozpięcia moskitiery. 

– Pamiętaj,  że  moskitiera  nigdy  całkowicie  nie  zabezpiecza  przed 
insektami,  ale  jest  nieodzowna.  Jeśli  masz  jeszcze  siły,  to  zapakuj  się 
teraz, bo rano nie będzie na to czasu. 

Nie  było  możliwości  odseparowania  się,  więc  pakowała  się  przy 
wszystkich. Mimo iż zabrała  bardzo mało rzeczy, postanowiła niektóre 
zostawić do powrotu. Na szczęście udawali się na teren obfity w wodę. 
Co upierze wieczorem, powinno wyschnąć do rana. 

Wkrótce  skończyła,  zapięła  plecak  i  podniosła  się  z  podłogi.  Jake 
wysączył resztkę piwa i też wstał. 

– Pokażę ci, jak składa się stelaż i zakłada moskitierę. Od jutra będziesz 
robiła to sama-powiedział. – Myślę, że dam radę – odparła żartobliwie, 
ale zaczepnie. 

Boczna  weranda,  w  odróżnieniu  od  frontowej,  była  nieco  solidniejsza. 
Obserwując  Jake'a,  który  składał  stelaż,  podziwiała  ekonomię  jego 
ruchów. Widać było, że  jest to dla  niego czynność powszednia. Musiał 
spędzać  wiele  czasu  w  takich  właśnie  warunkach.  Nic  dziwnego,  że 
nigdy się nie ożenił. Jakaż kobieta pogodziłaby się z podobnym życiem 
i wielomiesięcznymi ucieczkami męża na łono natury? 

W każdym razie nie Elena Sleeman, chyba że Karen źle ją oceniła. Ale 
chyba  nie.  Taka  wyrafinowana  osóbka  wymaga  nieustannej  atencji.  I 
większość mężczyzn gotowa jest to jej  zapewnić. Jake  mógł zajmować 
się  nią  od  czasu  do  czasu,  ale  bez  wątpienia  na  pierwszym  miejscu 
stawiał swój zawód. 

– Pytałem, czy zrozumiałaś?  –  oderwał  ją  od tych  myśli  głos Jake'a. – 
Czy ty w ogóle uważałaś? 

– Zrozumiałam – odparła. 

background image

 

52 

 

– To doskonale – powiedział,  rozbierając  szybko stelaż. – Wobec tego 
możesz teraz złożyć sama. Znajdujący się w pobliżu. Roger składał już 
swój 

zgodnie ze wskazówkami Jake'a. Karen uklękła, dość sprawnie ustawiła 
szkielet i spojrzała na Jake'a niewinnymi oczami. 

– Dobrze? 

– Ale  harcerka!  A  czy  pomyślałaś,  w  czym  będziesz  spała?  Bo  my  w 
kusej bieliźnie. Jeśli o ciebie  chodzi, to wolałbym, byś była odziana w 
coś mniej skąpego. Pozostało nam niewiele godzin snu. 

– Nie  obawiaj  się  –  oświadczyła.  –  Nie  będę  pokusą  dla  nikogo!  – 
podkreśliła ostatnie słowo. 

– Skoro wszystko już wiesz, zajmę się własnym ekwipunkiem. 

Zatrzymał  się  jeszcze  chwilkę  przy  Rogerze  i  pochwalił  go  za  dobre 
rozłożenie  moskitiery.  Gdy  odszedł,  Karen  spojrzała  na  Rogera  i 
bezradnie, jakby przepraszała, rozłożyła ręce. 

– W każdym razie jestem ci wdzięczna, że mnie poparłeś – powiedziała. 

– Nie mogłem zrobić nic innego widząc, jak daleko gotowa jesteś pójść, 
by  zrealizować  swoje  pragnienie.  –  Obowiązek,  nie tylko  pragnienie – 
odparła. 

– Gdzie  mój  szef,  tam  i  ja  –  powiedziała  ze  śmiechem.  –  Otrzymasz 
podwyżkę,  gdy  wrócimy  –  obiecał.  –  I  nie  mam  zamiaru  pozwolić  ci 
odejść! 

Wolała nie zastanawiać się nad dwuznacznością tego oświadczenia. Na 
razie miała dość kłopotów. 

 

 

 

background image

 

53 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Lekki  śpiwór  z  gąbką  od  strony  ziemi  okazał  się  całkiem  wygodny. 
Karen  zdecydowała  się  na  bawełnianą  piżamę;  aby  nikogo  nie 
denerwować  i  nie  narażać  na  wzrost  ciśnienia.  Jake  czy  nie  Jake,  nie 
miała jednak zamiaru nosić w dżungli stanika. Byłaby to dla niej tortura 
w tropikalnym, wilgotnym klimacie. Dość luźne koszule powinny skryć 
to, co powinny. 

Roger zasnął szybko. Słyszała jego delikatne chrapanie. Jake ułożył się 
na  końcu  werandy  koło  Luza.  Karen  zastanawiała  się,  czy  Jake  też 
będzie chrapał. 

Trzeba  się  do  tego  przyzwyczaić,  pomyślała.  Będą  w  drodze  przez  co 
najmniej dwa tygodnie. 

background image

 

54 

 

Sama  nie  wiedziała,  kiedy  zasnęła,  ale  wydawało  się  jej,  że  w  jednej 
sekundzie  straciła  świadomość,  a  już  w  następnej obudziła  się,  słysząc 
głos Rogera i widząc szary poranek. 

– Łazienka  jest chwilowo  wolna  –  mówił  odsłaniając  moskitierę. –  Na 
twoim  miejscu  skorzystałbym  z  tego,  bo  później  będziesz  musiała 
wybierać między rzeką a jeziorem. 

Łazienka,  która  wyglądem  nie  ustępowała  ubikacji,  miała  dwie 
miednice i stary prysznic. Może rzeka byłaby lepsza, pomyślała. 

Już  poprzedniego  wieczoru  ułożyła  na  plecaku  koszulę  i  spodnie  oraz 
parę  solidnych  butów,  których  zaletą  było  to,  że  nie  sztywniały  po 
zamoczeniu,  co  'w  dżungli,  gdzie  padały  tropikalne  deszcze,  miało 
ogromne  znaczenie.  Były  wygodne  i  powinny  zabezpieczać  przed 
pęcherzami,  tak  groźnymi  w  tym  miejscu  i  klimacie,  gdzie  każde 
pęknięcie naskórka groziło infekcją. 

Łazienka  się  nie  zamykała.  Karen  zrezygnowała  z  prysznica  na  rzecz 
miednicy, nad którą po zdjęciu góry od piżamy dobrze się namydliła, a 
następnie obmyła się za pomocą gąbki. Chwilowo czuła się świeżo, ale 
wiedziała dobrze, że w ciągu dnia lepki pot da się wszystkim dobrze we 
znaki. 

W  poodbijanym  lustrze  jej  twarz  wyglądała  na  zmęczoną.  A  może 
sprawiał  to  jedynie  mrok  nie  doświetlonego  przez  malutkie  okienko 
pomieszczenia?  Zawiązując  włosy  aa  karku  pomyślała,  że  być  może 
ochronią  ją  przed  żarem.  Z  drugiej  strony,  krótkie  włosy  są  teraz 
modne. Właściwie powinna była je ściąć. 

Gdy już się wycierała, otworzyły się drzwi i do środka wszedł Jake. Nie 
wycofał  się,  kiedy  ją  zobaczył.  Miał  na  sobie  te  same  bawełniane 
spodnie khaki, co poprzedniego wieczoru i ręcznik przewieszony przez 
ramię. 

– Pozostali  już  czekają  –  powiedział.  –  Twoje  pięć  minut  dawno 
minęło. 

background image

 

55 

 

– Robisz to celowo! – skomentowała  jego słowa Karen, zasłaniając  się 
ręcznikiem. 

– Chciałaś  tu  być,  więc  jesteś,  ale  nie  oczekuj  żadnych  przywilejów  – 
odparł,  wzruszając  ramionami.  –  I  skąd  ta  nagła  skromność?  Już 
widziałem to, co zakrywasz. 

– Był to epizod, który się  nie powtórzy!  Jeśli pozostały  w tobie resztki 
przyzwoitości,  to  pozwól  mi  się  ubrać!  –  Gniewny  błysk  w  jej oczach 
osłabł  jednak  pod  wpływem  przedziwnego  uczucia,  które  ją  nagle 
ogarnęło. 

Widząc jego spojrzenie pomyślała, że być może posunęła się za daleko, 
ale Jake tylko skinął głową i wyszedł, rzuciwszy na koniec: 

– Masz minutę. 

Odczekała chwilę, aż zamknął drzwi, i sięgnęła po koszulę, a potem po 
spodnie.  Po  trzydziestu  sekundach  była  ubrana,  włosy  miała 
przeczesane palcami. Była gotowa, ponieważ zrezygnowała ze szminki. 

Gdy wyszła, zobaczyła Mike'a czekającego obok Jake'a. 

– Warto  było  czekać,  aby  cię  zobaczyć  –  powiedział.  –  Nawet  bez 
makijażu. 

Nie  zareagowała,  Jake  także  milczał.  Obaj  weszli  do  łazienki.  Karem 
wróciła na werandę, gdzie Roger skończył właśnie pakowanie śpiwora i 
teraz  paskami  przytraczał  go  do  plecaka.  Miał  na  sobie  spodnie 
podobne  do  spodni  Jake'a  w  kolorze  khaki  z  naciągniętymi  na  ich 
nogawki skarpetami oraz sportową koszulę. 

– A gdzież jest tropikalny hełm? – zażartowała Karem. – Myślałam, że 
stanowi obowiązkowe wyposażenie reżyserów na planie w dżungli? 

– To tylko w filmach nosi się coś takiego – odparł. – Od słońca ochroni 
nas  dżungla.  –  Widząc  jaskrawożółty  szalik,  który  Karem  wyjęła  z 
plecaka, wykrzyknął: – Bardzo ładny! 

background image

 

56 

 

– Po prostu utrzyma włosy – wyjaśniła. – Czy już wyruszeniem? 

– A co  myślisz! Miguel czy  ktoś  inny przygotował nam wczoraj wcale 
niezłą  kolację.  Nie  jestem  tylko  pewien,  co  tutaj  podaje  na  śniadanie. 
Pewno tortille. 

Karem nie obchodziło, co to będzie, byle tylko dostała coś do jedzenia. 
Zjadłaby konia z kopytami, taka była głodna. 

Nigel  i  Howard  wstali  na  końcu.  Luza  nie  było.  Roger  wyjaśnił,  że 
przewodnik raz jeszcze  sprawdza wszystkie zabierane w drogę zapasy. 
Mieli  płynąć  rzeką  dwiema  łodziami.  W  odległości  mniej  więcej  dwu 
dni  znajdowało  się  jezioro,  od  którego  rozpoczną  wędrówkę  dżunglą, 
pozostawiając łodzie ukryte. Wrócą nimi później do Fuentas. 

Śniadanie  było  smaczne  i  doskonale  zaspokoiło  głód.  Składało  się 
oczywiście  z  kukurydzianych  placków  wypełnionych  fasolą  w 
brunatnym  ostrym  sosie  i  smażonych  jajek.  Jedli  przy  stole 
wystawionym na werandę. 

Patrząc na leniwie płynącą rzekę, Karen czuła podniecenie przed wielką 
przygodą.  Pierwszą  z  wielu,  jakie  ją  oczekiwały!  Nim  rok  dobiegnie 
końca, odwiedzi z ekipą Rogera krańce świata. A kiedyś, w przyszłości, 
sama  będzie  prowadziła  własną  ekipę.  W  ciągu  trzech  lat  zamierzała 
osiągnąć swój cel. Będzie wtedy miała dwadzieścia siedem lat! 

Zastali Luza  na pomoście,  przy  którym  stały  dwie krypy z  motorkami. 
Załadunek  odbywał  się  dalej  bez  oznak  szczególnego  pośpiechu.  Dla 
mieszkańców  tej  krainy,  gdzie  nic  się  nie  działo,  a  wszystkie  dni  były 
do siebie podobne, czas niewiele znaczył. Natomiast gromadka gapiów 
wskazywała,, że odpłynięcie  dwu  zwykłych  łodzi  jest  wydarzeniem  na 
tyle  niecodziennym,  iż  warto  się  temu  przyjrzeć.  W  każdym  razie  z 
wczesnego odpłynięcia nici! 

Jake zareagował złośliwym uśmieszkiem na widok żółtego szalika. 

background image

 

57 

 

– Ale  owady  będą  miały  uciechę  –  powiedział.  –  Żółty  kolor  je  wabi. 
Szyi  nie  zasłaniaj,  bo  zanadto  będziesz  się  pocić,  natomiast  włosy 
podwiąż sznurowadłem. 

– Kiedy  nie  mam  zapasowych  –  wyznała  Karen  i  zobaczyła 
zmarszczoną brew. 

– Twierdziłaś, że jesteś doświadczonym górskim włóczęgą! Dodatkowe 
sznurowadła  to  rzecz  podstawowa.  A  może  polegasz  zawsze  na 
towarzyszącym ci kawalerze, który uzupełnia braki wyposażenia? 

– Myślę,  że  każdy  z  nas,  z  wyjątkiem  jednej  doskonałej  istoty  w 
naszym gronie, popełnia od czasu do czasu jakiś błąd. Ty jeszcze nigdy 
niczego nie zapomniałeś? 

– Nigdy – odrzekł. – Mogę ci dać sznurowadło, jeśli nie przeszkadza ci 
czarny kolor. 

– Kolor  jest  mi  obojętny,  byle  spełniało  swe  zadanie  –  powiedziała 
Karen zgodnie. 

– W takim  razie  nie  trzeba  było  zabierać  szalika, który  do niczego nie 
służy – dobijał ją Jake. 

Zjawili  się  dwaj  operatorzy  i  dźwiękowiec  z  aluminiowymi  nosidłami 
na plecach, z pudłami na taśmy, kamery i pozostały sprzęt. 

Obie  łodzie  miały  płynąć  razem.  W  czasie  drogi  przewidziane  było 
filmowanie.  Przyszli  widzowie  będą  oczywiście  oglądali  tylko  jedną 
łódź,  a  w  niej  Jake'a,  Luza  i  dwóch  tragarzy.  I  w  ogóle  mało  kto 
pomyśli, że aby powstało to, co było widać  na ekranie, musiała płynąć 
druga łódź z reżyserem i ekipą. Ona, Karen, stanowiła cząstkę tej ściśle 
współpracującej ekipy tworzącej dzieło! 

Słońce  grzało  już  dobrze,  gdy  wszystko  było  wreszcie  gotowe  i  mogli 
wsiadać  do  łodzi.  Pierwszy  uczynił  to  Jake  i  natychmiast  podszedł  do 
swego plecaka, z którego w ciągu paru sekund wyjął parę sznurowadeł. 
Do  najmniejszego  drobiazgu  wie  dokładnie,  gdzie  co  zapakował, 

background image

 

58 

 

pomyślała  Karen  raczej  kwaśno  niż  z  podziwem,  przyjmując 
sznurowadła.  Była  poza  tym  pewna,  że  cała  sprawa  z  szalikiem  nie 
miała  nic wspólnego  z  wabiącą  owady  barwą.  Jake'owi  chodziło o  ten 
drobny  akcent  kobiecości,  który,  jego  zdaniem,  może  przeszkadzać  w 
dżungli.  Jake  po  prostu  dalej  nie  mógł  się  pogodzić  z  jej  obecnością. 
Niech się nie godzi. Nic już nie może na to poradzić. 

W  parę  sekund  wymieniła  szalik  na  sznurowadło.  Szalik  zawiązała  na 
nabrzeżnym słupku. Niech go sobie ktoś weźmie, jeśli chce. 

– Odpływamy! – obwieścił Roger. -Jesteśmy bardzo spóźnieni) 

Krypa była spora i jako płaskodenka bardzo stabilna. Karen usiadła pod 
brezentowym  daszkiem  osłaniającym  połowę  łodzi.  Podziwiała  hart 
ducha i ciała pasażerów pierwszej krypy, która nie miała brezentowego 
daszka ani żadnej innej osłony przed palącym słońcem. 

Jake  siedział  z  przodu,  w  ostrym  słońcu  jego  ciemne  włosy  lśniły, 
podwinięte rękawy koszuli odsłaniały muskularne ramiona. Tuż za nimi 
siedział Luz – również okaz fizycznej tężyzny. Widać było, że obu tych 
mężczyzn  łączą  silne  więzy  przyjaźni.  Dwaj  ludzie  różnych  ras 
posiadający  tyle  wspólnych  cech!  Obaj  samowystarczalni,  obaj 
uciekający  od  zobowiązań  mogących  zakłócić  ich  styl  życia,  obaj 
zatopieni  w  świecie  własnych  wyobrażeń!  Jest  w  tym  coś 
przygnębiającego, pomyślała. 

Gdy  znaleźli  się  pośrodku  rzeki  i  popłynęli  szybciej,  stworzyli  jakby 
własną  bryzę,  która  przyjemnie  chłodziła.  Dżungla  dotykała  brzegów 
rzeki.  Karen nie zauważyła śladów człowieka, choć wiedziała,, że żyją 
tu szczepy wypalające skrawki lasu dla uprawy kukurydzy. 

Nie  brakowało  i  innych  mieszkańców  dżungli.  Jaskrawobiałe  czaple 
łowiły  ryby  na  przybrzeżnych  płyciznach,  zielone  pasiaste  żółwie 
pływały  tuż  pod  powierzchnią  wody,  małpie  zastępy  powrzaskiwały  i 
piszczały w gęstej zieleni, wychylając się z niej od czasu do czasu. 

background image

 

59 

 

Na pochylonych nad wodą gałęziach wygrzewały się w słońcu iguany o 
płazich  głowach  i  pokrytych  łuskami  tułowiach,  kojarzących  się  z 
zamieszkującymi  ziemię  potworami  sprzed  milionów  lat.  Niektóre  z 
nich  miały  dwa  metry  długości  i  budziły  w  Karen  lęk,  mimo  iż 
wiedziała, że nie są to zwierzęta mięsożerne. 

Z  kamerą  wspartą  na  ramieniu  Howard  był  w  swoim  żywiole.  Mike  z 
zapałem  łowił  dźwięki.  Jaka  szkoda,  iż  nie  można  nagrać  zapachów, 
pomyślała  Karen,  tego  wspaniałego  bukietu  woni  trudnych  do 
określenia. 

Jake  robił  notatki  do  przyszłego  komentarza.  Zarówno  on,  jak  i  Luz 
zachowywali się normalnie,  nawet nie próbowali  „grać do kamery", co 
zawsze czynią amatorzy. 

Karen  natomiast  zapisywała  to,  co  dyktował  jej  Roger  oraz  notowała 
wszystkie.  ujęcia,  numerując  je  i  oznaczając  datą  oraz  wzmianką  o 
ilości  metrów  taśmy.  Będzie  to  nieoceniona  dokumentacja  przy 
montażu. Pewne pomysły, które teraz rzucał jej Roger, później mogłyby 
ulecieć z pamięci. 

Komary 

były 

wszechobecne. 

Na 

szczęście 

zabrała 

płyn 

przeciwmoskitowy,  którym  posmarowała,  odsłonięte  części  ciała 
łącznie z twarzą. Najbardziej ze wszystkich był pogryziony Nigel. Nim 
dobili do brzegu na lunch, cały spuchł. 

– Spróbuj mojego płynu – zaproponowała Karen. – Mnie uratował! 

– Rano  się  smarowałem.  Co  prawda  innym.  Spróbuję  twojego  – 
powiedział. 

Zjedli szybko skromny posiłek składający  się z zabranych ze śniadania 
tortilli,  sera  i  owoców.  Jeden  z  tragarzy,  imieniem  Santino;  zagotował 
wodę  w  podróżnej  kuchence.  Mieli  więc  kawę.  W  dniach  następnych 
podstawą wyżywienia będzie to, co znajdą w dżungli, obwieścił im  już 
dawno  Jake,  natomiast  suchy  prowiant  musi  stanowić  rezerwę.  To  nie 
miejsce dla smakoszy, dodał z półuśmiechem. 

background image

 

60 

 

Mógł się nie trudzić, jeśli adresatem tej uwagi miała być ona, pomyślała 
Karen. Gotowa jest jeść to, co będzie. Próbowała już kiedyś pieczonego 
węża  i  mięso  krokodyla,  i  nawet  jej  to  smakowało.  Nie  wolno  mieć 
żadnych uprzedzeń! 

Popłynęli dalej. Rzeka wiła się jak wąż. Czasami oba brzegi tak bardzo 
zbliżały  się  do  siebie,  że  mieli  nad  głowami  zielony  gąszcz  pełen 
kolorowego  ptactwa  i  kwiecia,  czasami  rozchodziły  się  na  kilkaset 
metrów.  Dżungla  była  tak  gęsta,  że  jedynie  w  nielicznych  miejscach 
udałoby  się  wysiąść  na  ląd  bez  wycinania  gałęzi  maczetami,  w  które 
wyposażeni byli tragarze. 

Późnym  popołudniem  dotarli  do  miejsca,  które  Luz,  pamiętając  swą 
poprzednią  wędrówkę,  wyznaczył  na  obozowisko.  'Tragarze  Santino  i 
Juan  przystąpili  natychmiast  do  wycinania  młodych  pędów  palm  i 
wznoszenia z nich osłon. Pod nimi rozłożą śpiwory. 

– To na wypadek deszczu – wyjaśnił Roger. – Gęstwina. liści zatrzyma 
nawet  ulewę!  –  Z  sympatią  spojrzał  na  Karen:  rozluźniła  kołnierzyk 
koszuli, pod  którą  perlił  się  pot.  –  Diabelski klimat – stwierdził.  –  Ale 
trzymasz się wcale dobrze. 

– Czuję się jak nie wyżęta ścierka – przyznała. –  Pocieszam się, że nie 
tylko  ja.  –  Rozejrzała  się  dokoła  i  zobaczyła  Jake'a  konferującego  z 
Luzem. – No, może z wyjątkiem tych dwóch panów! – dodała. 

– To  pewnie  rezultat  wewnętrznej  dyscypliny.  Zwycięstwo  myśli  nad 
słabym  ciałem!  Chciałbym  mieć  ich  odporność  –  powiedział  Roger. 
Przez chwilę przyglądał się Karen. – Nie żałujesz? 

– W  żadnym  wypadku!  'Trochę  wilgotnego  żaru  miałoby  mnie 
zniechęcić?  Gdybym  szukała  spokojnej  pracy  w  klimatyzowanym 
studio,  to  z  pewnością  znalazłabym  coś  takiego  i  nie  zgłaszała  się  do 
ciebie.  Wiedziałam,  co  mnie  czeka.  Przecież  nazywają  cię 
Livingstonem telewizji. 

Skrzywił się w uśmiechu. 

background image

 

61 

 

– Moja żona nazwała mnie Niespokojnym Duchem, nigdy nie ma mnie 
tam,  gdzie  powinienem  być.  Jej  pretensje  nie  są  bez  racji.  Znikam  z 
domu na całe tygodnie. 

– Wielu  mężów  tak  robi  w  pogoni  za  sukcesem.  Musiała  sobie  z  tego 
zdawać sprawę, kiedy za ciebie wychodziła. 

– Wtedy  jeszcze  nie  bawiłem  się  w  produkowanie  filmów 
dokumentalnych.  Problem  polega  na  czym  innym:  jej  nie  interesuje 
moja praca.. Nie wychodź za  mąż,  Karen, tylko kierując się uczuciem! 
Dla 

harmonijnego 

współżycia 

nieodzowna 

jest 

wspólnota 

zainteresowań.  Będę  brał  to  pod  uwagę,  żeniąc  się  ewentualnie  po  raz 
drugi. 

– Już się zdecydowałeś na rozwód? 

– Tak. Zaraz po powrocie. Do rozwiązania jest tylko sprawa Jamesa... – 
Milczał  przez  chwilę,  a  potem,  zmieniając  nieco  ton,  zapytał:  – 
Zamierzasz mieć kiedyś dzieci, Karen? 

– Nigdy  jeszcze o tym poważnie  nie  myślałam – odparła ze śmiechem. 
–  Jeśli  nawet,  to  przedtem  muszę  znaleźć  męża.  I  jest  drugie  „jeśli": 
jeśli uda się pogodzić macierzyństwo z pracą. 

– Na razie jeszcze nie masz na oku kandydata? 

– W  ciągu ostatnich  miesięcy  nie  miałam  ani  czasu,  ani okazji spotkać 
kogoś  takiego  –  wyznała,  lekceważąc  ostrzegawczy  sygnał,  który 
pojawił się w jej świadomości. 

– I nikt na ciebie nie czeka w rodzinnym mieście?  

– Nie. 

– Ale przecież  spotkałaś  już  mężczyzn,  do  których  czułaś sympatię? – 
nalegał uparcie. – Z taką urodą nie dożywa się dwudziestu paru lat bez 
pozostawienia na drodze paru złamanych serc. 

Karen roześmiała się szeroko, nie chcąc traktować tematu poważnie. 

background image

 

62 

 

– Nie jestem wampem, miałam oczywiście paru kawalerów, ale jeszcze 
nie spotkałam nikogo, z kim chciałabym dzielić resztę życia. 

– Resztę? To znaczy, że nie uznajesz rozwodów? 

– Tego  nie  powiedziałam.  –  Zdawała  sobie  sprawę,  że  cała  rozmowa 
wchodzi  na  dość  niebezpieczne  tory.  –  To  przecież  zależy  od 
okoliczności.  Nie  mając  doświadczenia,  nie  mogę  ustanawiać 
sztywnych  zasad.  Jeśli  wyjdę  za  mąż,  to  chciałabym  być  pewna,  że 
związek jest trwały. Ale kto to może wiedzieć na sto procent? 

– Grunt to mieć nadzieję --~ odparł. – Najważniejsze, by mąż podzielał 
twoje  zainteresowania,  pamiętaj!  Przyjęła  z  ulgą  zakończenie  przez 
niego rozmowy. 

Być  może  błędnie  odczytywała  różne  drobne  sygnały,  ale  jednak 
stawała  się  coraz bardziej  pewna, że  zainteresowanie  Rogera  jej  osobą 
wykracza  poza  ramy  zawodowej  współpracy.  Bardzo  się  to  jej  nie 
podobało.  Był  bez wątpienia  przystojnym  mężczyzną,  ale nie  budził  w 
niej  najmniejszych  emocji.  W  odróżnieniu  od  Jake'a,  przyznała 
niechętnie. 

Nie  znosiła  tego  człowieka,  a  mimo  to  jedno  jego  spojrzenie 
powodowało  przyśpieszone  bicie  serca.  Gdyby  tamtego  wieczoru  nie 
zmobilizowała  wszystkich  sił  przeciwko  własnym  pragnieniom,  to  z 
całą  pewnością  by  ją  posiadł.  Myśl  o  tym  wywołała  gorący  dreszcz. 
Oczywiście  dla  niego  byłaby  to  chwilowa  przyjemność,  natomiast  dla 
niej  znacznie  głębsze  przeżycie.  Dlatego  właśnie  należało  trzymać  się 
od tego pana z daleka, pomyślała. 

Była  przekonana,  że  jego  groźby  poprzedniej  nocy  były  jedynie  próbą 
drażnienia  jej.  Nie  miał  zamiaru  ich  spełnić.  Niemniej  teraz  będzie 
obserwował  uważnie,  czy  przypadkiem  nie  prowokuje  swoim 
zachowaniem  któregokolwiek  z  pozostałych  mężczyzn.  Poprzysięgła 
sobie, że nie dopuści  do  sytuacji,  w  której  mogłaby się  stać  przyczyną 
konfliktu. 

background image

 

63 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Obozowali  na  małej  polance  otoczonej  gęstą  dżunglą.  Pozostały  tu 
ślady  niedawnego  pobytu  ludzi:  kupka  popiołu.  Juan  rozpalił  ogień  w 
tym  samym  miejscu,  a  po  parunastu  minutach  Santino  przyniósł 
złowione  ryby.  Nadziane  na  patyki,  piekły  się  wkrótce  nad 
rozżarzonymi węglami. 

Rozmawiali przy ogniu właściwie o niczym Karen wtrącała, się jedynie 
wtedy,  gdy  miała  coś  istotnego  do  powiedzenia.  W  świetle  ognia 
wszystkie męskie twarze były jednej barwy, różniły się tylko kształtem. 
Przyglądając się im, czyniła różne obserwacje. Na przykład Mike – jeśli 
o  siebie  nie  zadba,  będzie  miał  za  kilka  lat  nalaną  twarz. Początki  już 
było  widać.  Ciekawa  jest  twarz  Howarda  –  jakby  miała  dwa  życia: 
zawodowe i prywatne. Nigdy nie mówił nic o swojej rodzinie. Podobno 
miał  bardzo  wyrozumiałą  i  tolerancyjną  żonę.  Uśmiechnęła  się, 
pochwyciwszy spojrzenie Nigela. On  i Howard byli zupełnie różni, ale 
dobrze  im  się  razem  pracowało.  Chwilami  Karen  miała  dla  Nigela 
macierzyńskie uczucia, ot, taki młody, niedowarzony szczeniak. Miły. 

background image

 

64 

 

Zdała  sobie  nagle  sprawę,  że  Jake  bacznie  się  jej  przygląda  z  drugiej 
strony  ogniska.  Czerwone  ogniki  tańczyły  mu  po  twarzy  i  oświetlały 
cyniczne  wykrzywienie  ust.  I  jak  zwykle  serce  podskoczyło  jej  do 
gardła.  Niech  go  diabli  wezmą,  pomyślała  ze  złością.  Psuje  miły 
wieczór! 

Czy  rzeczywiście  pragnęła,  by  go  wzięli  diabli?  Czy  naprawdę 
wolałaby,  żeby  go  tu  nie  było?  A  może  to  był  jedynie  słaby  głos 
:instynktu samozachowawczego? 

Ryby  były  wspaniałe  i  na  pewno  ich  nie  zabraknie  w  dalszej  drodze, 
gdyż w dżungli będą  się posuwali wzdłuż strumienia. Poza tym będzie 
zwierzyna!  Luz  miał  dubeltówkę.  Wyłącznie  w  tym  celu,  uspokoił 
Karen,  gdy  go  o  nią  spytała.  W  celu  zdobywania  pożywienia.  Jaguary 
podobno  uciekają  przed  ludźmi.  Chociaż  nigdy  nie  wiadomo,  jak 
zachowa się dzika bestia! ° 

Po  długim  dniu  chętnie  kładła  się  spać.  Przypadkiem  czy  w  rezultacie 
zamysłu śpiwór Jake'a znalazł się obok jej śpiwora. 

Odziana  w  piżamę,  zazdrościła  mężczyznom  skąpego  ubioru. 
Wilgotność  i  upał  wcale  nie  zmalały  z  nadejściem  nocy.  W  takiej 
sytuacji nawet deszcz byłby mile widziany. 

– To dopiero początek. Będzie gorzej – odezwał się Jake. – Chciałaś, to 
masz! 

– A kto narzeka? Czuję się doskonale! – odparła, mimo że ten dzień w 
gorącym tropiku bardzo ją zmęczył. 

– O  tak,  czujesz  się  doskonale!  –  powiedział  z  przekąsem.  –  Wolisz 
udławić  się kłamstwem,  niż  przyznać, że  popełniłaś  błąd. Cóż,  nie  ma 
już powrotu! 

– Dobranoc! – zakończyła  rozmowę,  choć  miała  jeszcze  ochotę dodać, 
że nie wróciłaby nawet, gdyby mogła. 

background image

 

65 

 

W nocy parokrotnie budziły ją nieznane dźwięki. Raz uniosła głowę, by 
patrzeć, jak Luz podsyca gasnący ogień. Jake tuż obok spał cicho. Nie 
chrapał! Gdy wreszcie zasnęła na dobre, śniły się jej świątynie i ofiarne 
ołtarze Majów, wokół których chodzili  mężczyźni o okrutnych oczach, 
odziani  w  lamparcie  skóry  i  ustrojeni  w  pióra, a wszyscy  mieli twarze 
Jake'a Rothmana. 

 

Chóralne piskliwe krzyki małp o świcie wybiły wszystkich ze snu. 

Karen  wodą  z  rzeki  napełniła  blaszane  naczynie  i  znalazłszy  ustronny 
kąt, umyła się przed włożeniem czystej koszuli. 

Wyprane wczoraj rzeczy, powieszone  na palmowych pędach, wyschły. 
Jeśli będzie tak robić co wieczór, zawsze będzie miała coś czystego do 
włożenia. 

Wszyscy  mężczyźni  –  z  wyjątkiem  Mike'a,  który  oświadczył,  że 
zapuszcza  brodę,  oraz  Indian,  którzy  nie  mieli  zarostu  –  ogolili  się 
starannie. 

Mike znosił podróż najgorzej. 

– Prawie  nie  spałem!  –  narzekał.  –  Komary  cięły  mnie  bezlitośnie. 
Żaden  płyn  nie  pomógł.  –  Pokazał  opuchlizny  i  wyraźne  cięcia  na 
ramionach. – Jestem bliski śmierci! 

Karen także była lekko pocięta. Nasze zapach jej skóry w kombinacji z 
płynem przeciw insektom niezbyt podobał się komarom. W pierwszym 
odruchu  znów  chciała  zaproponować  Mike'owi  swój  płyn,  wyraźnie 
lepszy  od  jego,  ale  pomyślała,  że  może  ją  to  drogo  kosztować,  gdy 
mikstura  się  wyczerpie.  Wiedziała  poza  tym,  że  Mike'owi  nic  się  nie 
stanie,  gdyż,  tak  jak  wszyscy,  otrzymał  wymagane  szczepienia  i 
zażywał tabletki przeciw malarii. 

Nigel  miał  inny problem. Oprócz moskitów natarły  nań kleszcze, które 
Luz pomógł mu wyciągnąć spod skóry. Zostały jednak bolesne rany. To 

background image

 

66 

 

już wyglądało poważniej. W tym wypadku dobry uczynek wydawał się 
konieczny, skoro Nigel  nie  miał  niczego,  co  mogłoby  mu pomóc. Ona 
miała  przecież  dwie  buteleczki.  Powinny  wystarczyć.  Wyczekała 
chwili, gdy nikt na nich nie patrzył, i dała mu jedną. 

– Jesteś  pewna,  że  ci  wystarczy?  –  nie  ukrywał  zdziwienia  jej 
odruchem. – Fajny z ciebie kumpel! Dziękuję! 

Pomyślała  sobie,  że  dla  kobiety  określenie  „kumpel"  nie  jest  takim 
znowu komplementem. Niemniej wdzięczność Nigela była szczera. 

– Jeśli  skończyliście  gruchanie,  to  ruszamy  w  drogę!  –  odezwał  się 
surowo  Jake,  a  Karen  aż  podskoczyła.  Nie  słyszała,  kiedy  podszedł. 
Jake  bacznie  obrzucił  spojrzeniem  Nigela  i  dziewczynę.  I  wcale  nie 
łagodniej  powiedział:  –  Nie  spakowałaś  jeszcze  śpiwora!  A  może 
czekasz, żeby to zrobił ktoś za ciebie! 

– Już  to  robię  –  odparła  Karen  nie  zrażona.  –  Pomogę  ci  – 
zaproponował Nigel. 

– O,  nie!  –  powiedział  Jake  zdecydowanym  głosem.  –  W  czasie  tej 
podróży  każdy  zajmuje  się  swoimi  rzeczami.  Masz  trzy  minuty  – 
zwrócił  się  do  Karen.  -A  czego  nie  zdążysz  zebrać„  zostawiamy  i 
odpływamy. Jasne? 

– Tak jest, proszę wadze! Miałam wrażenie, że wszystkim kieruje Luz. 

– Luz jest przewodnikiem. Tu nie ma wodzów i kierowników. 

– Czyżby? – zapytała ironicznie i odeszła, a serce waliło jej jak młotem. 
Widziała,  jak  Jake  mocno  zacisnął  szczęki.  Pomyślała,  że  kiedyś 
doprowadzi go do takiego stanu, że bez względu na. świadków posunie 
się do rękoczynu. Mimo to rzuciła  jeszcze na koniec: – Zapamiętam to 
sobie! 

Gdy  z  rzeczami  znalazła  się  nad  wodą,  byli  już  tam  wszyscy.  Roger 
wzruszył tylko ramionami, kiedy przeprosiła za spóźnienie. 

background image

 

67 

 

– Kilka minut! Żadna różnica – powiedział. – I tak dość czasu spędzimy 
na tej, krypie. 

– Aż  nadto rozprostuje  pan  nogi,  gdy  zejdziemy  na  ląd  po dotarciu  do 
jeziora – poinformował go Luz. – Nim znajdziemy to, czego szukamy, 
czeka nas bardzo długa wędrówka przez dżunglę! 

– Jeśli w ogóle znajdziemy! – wtrącił Mike bardzo zdegustowany. – Nie 
zdawałem sobie sprawy, że dżungla jest taka gęsta. 

– Po to my trzej, ja, Juan i Santino, mamy maczety – powiedział Luz. – 
Będziemy  wyrąbywali  ścieżkę.  A  jeśli  idzie  o  znalezienie  tego 
miejsca.... Mam zapisane kierunki kompasu. 

Karen  głęboko  wątpiła,  czy  posuwanie  się  w  dżungli  będzie  takie 
proste,  jak  to  usiłował  przedstawić  Luz.  Ale  dopóki  sama  nie  musi 
wyrąbywać drogi, da sobie radę. Zresztą nie ma wyboru. 

Po  południu  wpłynęli  na  rzekę  prowadzącą  do  jeziora.  Był  to  dopływ 
tej,  którą  już  zdążyli  poznać.  Teraz  posuwali  się  pod  prąd,  i  to  dość 
wartki, ale motory ich łodzi spisywały się doskonale. 

Z  ulgą  powitała  jezioro,  które  było  zapowiedzią  odpoczynku  przed 
pieszą  wędrówką  następnego  dnia.  Jezioro  w  kształcie  sierpa  miało 
około  dwustu  pięćdziesięciu  metrów  w  najszerszym  miejscu,  a  jego 
powierzchnia była gładka jak lustro. 

Luz  skierował  łódź  w  takie  miejsce,  gdzie  brzeg,  nie  porośnięty 
dżunglą,  opadał  łagodnie  ku  wodzie.  W  głębi  wykarczowanej  polanki 
widniały  jeszcze  na  drągach  resztki  daszku  z  liści,  co  świadczyło,  że 
stosunkowo niedawno gościli tu ludzie. Luz wyjaśnił, że pozostawili to 
drwale wyrąbujący drzewa mahoniowe. 

Ponownie zbudowano spory dach z palmowych pędów, nazywany przez 
Indian  „champas".  Juan,  Mike  i  Nigel  wypłynęli  na  jezioro  w 
poszukiwaniu  ryb  na  kolację,  zaś  Luz  i  Santino  zniknęli  w  dżungli  z 
zamiarem upolowania jakiejś zwierzyny. 

background image

 

68 

 

Karen usiadła na mahoniowym klocu i przyglądała się stadu białych jak 
śnieg czapli, które obsiadły uschnięte drzewo na przeciwległym brzegu. 
Ptaki  głośno  skrzecząc,  rozbawione  niby  dzieci,  oblepiły  wszystkie 
martwe  gałęzie  i  drzewo  wyglądało  teraz  jakby  w  pełnym  rozkwicie 
białych  kwiatów.  Niebo  z  różowego  zrobiło  się  czerwone,  potem 
ciemnopurpurowe. 

Howard  bez  przerwy  kręcił.  Karen  żałowała,  że  nie  zabrała  własnej 
kamery.  Po  raz  pierwszy  zaczynała  rozumieć  tak  silne  umiłowanie 
natury przez Jake'a. Takiej natury! Jak bardzo się to różniło od życia w 
mieście i pracy biurowej. 

Poczuła przyspieszenie pulsu, gdy ktoś stanął za nią. Nie potrzebowała 
nawet odwracać głowy,  by  wiedzieć, kto to był.  Wszystkimi zmysłami 
wyczuwała jego obecność. 

– Czy  coś  powinnam  robić,  zamiast  siedzieć  tu  i  gapić  się  na  piękny 
świat? – spytała. 

– Nie widzę nic do roboty – odparł Jake  i zrobiwszy krok przez kłodę, 
usiadł koło niej. Wsparł  łokieć  na kolanie  i patrzył  na jezioro. – Co za 
widok! Wynagradza wszystkie trudy podróży – powiedział. 

– Czy  nie  każda  chwila  w  podróży  jest  tego  warta?  –  spytała  Karen 
sztywniejąc, gdy poczuła na sobie jego wzrok. 

– Są chwile piękne i bardzo trudne – odrzekł. 

– Już  to zauważyłam.  Czy  będzie  jeszcze  gorzej? – To zależy od  tego, 
co  masz  na  myśli,  mówiąc  „gorzej".  Weźmy  jeden  przykład:  jeśli 
będziesz dalej gruchała z Nigelem tak jak dziś rano, to może być gorzej. 

– Przecież 

to 

dzieciak! 

– 

wykrzyknęła 

zaskoczona. 

– 

Dwudziestosześcioletni!  Zresztą  w  takich  sprawach  lata  mają  małe 
znaczenie. 

– Ach, co za głęboka myśl! – zakpiła. 

background image

 

69 

 

– Upierasz  się, żeby  mi.  wsadzać  szpileczki.  Dobrze ci to nawet  idzie, 
jestem już cały pokłuty. Wracając do sprawy: ślepy zauważy, że młody 
Morris  patrzy  na  ciebie  nieprzytomnym  wzrokiem.  Niedobrze  robisz, 
rozbudzając jego nadziej. 

– Ofiarowałam  mu  tylko  buteleczkę  płynu  przeciwko  moskitom,  a  nie 
własne ciało. Jeśli to jest według ciebie rozbudzaniem nadziei, to masz 
nieprzyzwoite  myśli.  A  w  ogóle  nie  jest  mi  nic  wiadomo  o  jego 
nadziejach,  w  odróżnieniu  od  nadziei  innych,  o  których  mogłabym  co 
nieco powiedzieć... 

– Kobieta zawsze wie, gdy ktoś ma na nią ochotę – rzucił bezbarwnym 
głosem. 

– Właśnie!  –  Starała  się  zachować  spokój.  –  Ale  jedynie  ludzie 
prymitywni  wyrażają  owe  uczucia  w  ordynarny  sposób.  Sądziłam,  że 
znasz lepsze słownictwo. 

– Znam,  znam!  –  powiedział.  –  Jednakże  słowa,  jakich  użyłem, 
doskonale  oddają  to,  co  spojrzeniem  i  wyrazem  twarzy  komunikuje 
mężczyzna  kobiecie,  z  którą  chce  się  przespać.  Natomiast  w  chwili 
obecnej  mam  większą  ochotę  na  dokonanie  fizycznej  napaści,  niż  na 
okazywanie  miłosnego  zapału.  Trzymaj  język  za  zębami,  jeśli  chcesz 
wrócić żywa! 

– Zawrzyjmy  umowę  –  zaproponowała  Karen. –  Ty  mnie  zostawisz  w 
spokoju i ja ciebie zostawię w spokoju. 

– Ale  czy  innych  też  zostawisz  w  spokoju?  –  Potrząsnął  głową  i 
ironicznym wykrzywieniem ust odpowiedział na rozsadzający ją gniew. 
– Jesteś typowa dla twojego gatunku, Karen! Podpalasz lont, odsuwasz 
się o parę kroków i czekasz na wybuch. 

– Twoja gorycz i sarkazm są rezultatem jakiejś wielkiej porażki. I rany 
zadanej  ci  przez  kobietę  –  oznajmiła  z  ironią,  którą  sobie  założyła, 
przygotowując replikę. 

background image

 

70 

 

– To nie gorycz, ale realizm. To nie sarkazm, a tarcza. – Roześmiał się 
krótko.  –  Nie  zaprzeczam,  że  mnie  pociągasz.  Od  pierwszej  chwili, 
kiedy pojawiłaś się przed domem i spojrzałaś tymi zielonymi oczami. 

I  jednocześnie  pomyślałem,  że  oto  jest  kobieta,  która  wymaga 
osadzenia. Może powinienem raczej powiedzieć: oszlifowania. 

Karen tak  mocno zacisnęła  dłonie, że  paznokcie  wbiły się  jej w  skórę. 
Dygotała na całym ciele. 

– Stwierdzam,  że  jesteś  zdeprawowany!  –  parsknęła.  –  Lepsze  byłoby 
słowo  „zdesperowany".  Chcesz  prawdy,  to  a  powiem:  chętnie  dałbym 
sobie  kopniaka,  że  odmówiłem  tego,  co  ofiarowywałaś  mi  tamtego 
wieczoru. 

– To  jedynie  moja  chwilowa  słabość  –  wyjaśniła.  –  Już  ci 
powiedziałam, że to się nie powtórzy. 

– Stanowi to dla mnie wyzwanie – odrzekł. – Pamiętasz, co mówiłaś o 
ludzkiej słabości? 

Zerwał się i spojrzał na n:ią ponuro z góry. 

– Przed nami długa droga. Wiele się jeszcze może wydarzyć! 

Na pewno jednak nie to, co on ma teraz na myśli! Obiecała sobie, że nie 
da mu najmniejszej okazji do spełnienia gróźb! 

Po  kolacji  Roger  odciągnął  ją  na  bok  w  celu,  jak  oświadczył, 
omówienia  planu  pracy,  chociaż  szybko  się  zorientowała,  że  myślami 
błądzi zupełnie gdzie indziej. 

– O  czym  z  takim  zapałem  rozmawiałaś  z  Jakiem?  –  zapytał  niby  to 
niewinnie. – Kiedy odchodził, byłaś gotowa rzucić się na niego. 

– Powtarzał  swoje  stare  racje.  Już  mnie  to  nudzi  –  odparła  obojętnym 
tonem. 

background image

 

71 

 

– Wygląda na to, że nie ma zamiaru wybaczyć ci twojej obecności i że 
jesteś  jedynie  tolerowana.  To  znaczy  przez  niego,  bo  jeśli  o  mnie 
chodzi, to bardzo się cieszę. Nie żałujesz jeszcze? 

– Niczego  nie  żałuję!  –  Potrząsnęła  przecząco  głową. – A  jeśli  idzie o 
komfort,  to  różnie  miewałam  w  życiu.  –  Nawet  taki  żar  i  chmary 
insektów? 

– No, może tu jest trochę gorzej! – Roześmiała się. – Najważniejsze, że 
to znoszę. I zniosę wszystko, co w naszej pracy będzie konieczne. Chcę 
tylko, aby traktowano mnie na równi z innymi. 

– To  znów  nie  jest  takie  łatwe!  –  Roger  tym  razem  się  roześmiał.  – 
Pewne racje Jake  miał.  Zabieranie  kobiety  na podobną  wyprawę  łączy 
się z ryzykiem komplikacji. Powinienem był o tym wcześniej pomyśleć. 

– To  znaczy,  że  wolałbyś,  abym  się  nie  pojawiała  nad  rzeką?  – 
Spojrzała. bacznie na Rogera. 

– Z  jednej  strony  tak,  z  drugiej  nie.  –  Chwilę  się  zawahał.  –  Chyba 
wiesz, co  do ciebie  czuję,  Karen?  Myślę, że  łączy  nas  nie  tylko  praca. 
Jeśli  o mnie  chodzi,  to  na  pewno  nie  tylko  to. Czasami  mi się wydaje, 
że i ty... 

Zastygła. Jeszcze tego brakowało? Oczywiście, cały czas podejrzewała 
Rogera, że interesuje  się  nią  jako  kobietą.  Udawała,  że niczego się  nie 
domyśla.  Ale  stojąc  w  obliczu  nowej  sytuacji,  nie  wiedziała,  co 
odpowiedzieć. 

– Roger... -zaczęła, powstrzymał ją jednak gestem ręki. 

– Słuchaj, ja wiem, że teraz nie czas na takie rozmowy. Zostawmy to na 
potem. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, co czuję. – Dotknął jej dłoni. – 
Dobrze? 

Właściwie to był czas, żeby sobie raz na zawsze wszystko powiedzieli, 
ale nie chciała teraz urazić Rogera. Skąd mu przyszło do głowy, że była 
nim  kiedykolwiek  zainteresowana?  Musiał  coś  kiedyś  opacznie 

background image

 

72 

 

zrozumieć.  Wyjaśnianie,  że  się  myli,  pogorszyłoby  jedynie  zaistniałą 
sytuację. Niech ta sprawa poczeka. 

Uśmiechnęła się blado i odparła, że dobrze. 

Jake  rozmawiał  z  Luzem;  Roger  podszedł  do  nich,  zostawiając  Karen 
pogrążoną  w  myślach  na  temat  bezpośredniej  i  dalszej  przyszłości, 
która już nie wydawała się taka zabawna jak przed paroma minutami. 

Trudno  jej  będzie  kontynuować  pracę  u  Rogera  po  wyprawie.  Łatwo 
powiedzieć,  ale  gdzie  znajdzie  podobne  zajęcie?  Z  wielką  niechęcią 
zaczęta  przyznawać  rację  Jake'owi,  który  przecież  mówił,  że  Roger, 
przyjmując ją do pracy, kierował się nie tylko jej fachowością. 

Przyczyną  głośnego  szelestu  liści  mógł  być  wiatr,  gdyby  nie  to,  że 
gorące powietrze stało w bezruchu. Może to małpy harcują? Starała się 
wierzyć, że to nie dzikie zwierzęta. Jak to jednak dobrze, że jest w dość 
licznym gronie. 

Przed dziesiątą wszyscy  już  byli  w  śpiworach. Karen po jednej  stronie 
miała Howarda, po drugiej Luza. Jake gdzieś się zapodział, z rozmysłu 
czy  przypadkiem.  Nie  była  tego  pewna.  Była  pewna  natomiast,  że 
jeszcze go nie rozgryzła. 

Obudziła  się  w  zupełnych  ciemnościach.  Żarzyły  się  tylko  węgle. 
Spojrzawszy  na  fosforyzowane  wskazówki  zegarka stwierdziła,  że  jest 
dopiero wpół do trzeciej nad ranem. Mimo niespełna pięciu godzin snu 
nie czuła się zmęczona. Dokoła  wszyscy spali. Było jej gorąco, a poza 
tym coś ją drążyło, ba! – rozsadzało. Zapragnęła nagle ruchu. 

Nie mogąc dłużej wytrzymać, wysunęła się ze śpiwora. Zeszła na brzeg 
jeziora, gdzie stały łodzie. Trafiła bez trudu. Od strony obozowiska nikt 
jej  nie  mógł  teraz  zobaczyć.  Zdjęła  obie  części  piżamy  i  powiesiła  na 
jakiejś  gałęzi.  Chwilę  stała  rozkoszując  się  leciutką  bryzą,  a  potem 
zrobiła  krok  ku  wodzie.  Tylko  jedno  zanurzenie.  Nie  miała  zamiaru 
pływać. 

background image

 

73 

 

Jakieś  nagie  ramię  chwyciło  ją  od  tyłu,  przyprawiając  o  śmiertelne 
przerażenie.  Przez  ułamek  sekundy  myślała,  że  to  boa  dusiciel.  Jej 
strach zmalał dopiero wtedy, gdy wyczuła plecami męskie ciało. 

– Czyś ty zwariowała? – usłyszała przy uchu szept Jake'a. 

– Puść mnie! – Szarpnęła  się  mocno, wbijając paznokcie w rękę, która 
ją trzymała. Nie zważała, że może go pokaleczyć. 

Nie puścił jej, natomiast obrócił ku sobie, trzymając tak mocno i blisko, 
że głowę miała wtuloną w jego ramię. 

– Ty  idiotko!  –  wysyczał.  –  Czy  ty  sobie  zdajesz  sprawę,  co  cię 
czekało? 

– Nie  miałam  zamiaru  odpływać  daleko  ani  pozostawać  w  wodzie 
długo. Co by mi się mogło stać? 

– Piranie! Potrafią w ciągu paru minut obrać do kości konia! A na twoje 
miękkie  ciało  wystarczyłoby  kilkanaście  sekund.  –  Spojrzał  na  jej 
obnażone piersi. – Ale by miały ucztę – powiedział już innym tonem. 

– Jestem  pewna,  że  gdyby  wejście  do  wody  było  rzeczywiście  tak 
niebezpieczne,  to  byś  już  wcześniej  ostrzegł  wszystkich  –  odparła, 
patrząc mu prosto w oczy. 

– Myślałem,  że  masz  więcej  zdrowego  rozsądku.  Ale  się  myliłem.  W 
ogóle  nie  słuchasz  niczyich  rad!  –  zaatakował.  –  To,  że  ci  się  jeszcze 
nic  nie  stało,  nie  oznacza,  że  niebezpieczeństwa  nie  ma.  Kryje  się  na 
każdym  kroku.  A  gdy  będziemy  szli  przez  dżunglę,  będzie  jeszcze 
większe. Węże na odgłos kroków w zasadzie umykają, ale one stanowią 
wyjątek. I tez nie wszystkie. Za to żmije, jeśli uznają, że ich obszar jest 
zagrożony, atakują natychmiast. 

Chociaż  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  obecnej  sytuacji  byłby  to  i  tak 
pusty gest, przez cały czas miała ochotę zasłonić piersi ręką. 

– Dobrze, już  dobrze!  Powiedziałeś,  co  miałeś do  powiedzenia, a  teraz 
mnie puść! 

background image

 

74 

 

– To nie wszystko, ca miałem i mam ci do powiedzenia – dodał. – Poza 
tym wydaje mi się, że  nie dotarło do ciebie ani jedno słowo. Czy tobie 
w ogóle można coś wytłumaczyć? 

– Można,  i  wytłumaczyłeś.  Już  nie  będę  więcej  ryzykowała,  obiecuję, 
chociaż  nadal  nie  wierzę,  by  świat  dżungli  był  taki  groźny  dla 
człowieka! 

– Nigdy  nie  potrafisz  ustąpić!  –  Prawie  czarne  oczy  z  dwoma 
świetlistymi,  niby  gwiazdy  na  pustym  niebie,  punkcikami  wpatrywały 
się w nią intensywnie. – A może kompleks agresji 

Poruszyła  ją  nagle  myśl,  że  jest  źdźbło  prawdy  w  tym,  co  powiedział. 
Zapragnęła,  by  wziął  odwet,  by  znów  ją  zaczął  całować,  nie 
pozostawiając  tym  razem żadnego  wyboru  oprócz wyrażenia zgody  na 
wszystko,  czego  by  pragnął.  I  nie  miało  z  tym  nic  wspólnego,  czy  go 
lubiła, czy nie znosiła. 

– To śmieszne, co mówisz – odparła gniewnie. 

– Czyżby? – spytał ochrypłym głosem. – A może sprawdzimy? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

75 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Gdy  Jake  zaczął  ją  tulić  i  całować,  stawiała  opór  jedynie  pozorny.  W 
pełni  zdawała  sobie  z  tego  sprawę.  On  także.  Jego  pocałunki  były 
namiętnie  pożądliwe,  ale  nie  brutalne.  Domagały  się  odpowiedzi  i 
otrzymywały  ją.  Wszystkie  wewnętrzne  głosy  sprzeciwu  zamarły. 
Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  delektując  się  wspaniałym  uczuciem 
bliskości jego ciała. Jęknęła z rozkoszy, gdy rozwarł jej usta, napierając 
językiem delikatnie, choć uparcie. 

Od  pierwszej  chwili  wiedziała,  że  tak  właśnie  będzie,  chociaż  żadne 
doświadczenie  w  przeszłości  nie  przygotowało  jej  do  przeżywania  tak 
intensywnego pożądania. Gdyby nawet chciała teraz przestać i oderwać 
się od niego, nie było  mocy, które skłoniłyby do tego jej ciało. Zresztą 
nie chciała przestać! 

Czuła  cudowny  dotyk  jego  dłoni  na  piersiach,  i  jeszcze  cudowniejszy 
dotyk  jego warg. Muśnięcia  językiem  porażały  ją  jak prąd. Wiła  się w 
jego  ramionach.  Wraz  ze  zniknięciem  wszystkich  hamulców  zniknęła 
świadomość miejsca i faktu, że tuż obok są ludzie. Nie istniało nic poza 
tą chwilą. 

Chętnie  osunęła  się  na  ziemię,  z  radością  przyjmując  na  siebie  ciężar 
jego ciała.  Jeszcze  nigdy  nie  doznała  podobnego uczucia. Jakby  jakieś 
wielkie wyzwolenie! Jake! Silny, pełen radości życia i taki męski Jake! 

Dygotała, gdy się połączyli  i gdy wprowadzał ją na niebotyczny szczyt 
rozkoszy... 

– To było dla ciebie! – szepnął jej do ucha. -A teraz dla nas... 

Zamknęła oczy, gdy ponownie poczuła na sobie jego ciężar. Nagle pod 
powiekami ujrzała nieprawdopodobny  blask  i połączyli  się raz jeszcze. 
Poczuła  jego  dłoń  na  ustach,  gdy  tłumił  jej  bezwiedne  okrzyki  przez 
cały czas wspinaczki na upragniony przez nią szczyt. 

background image

 

76 

 

Nie  potrafiłaby  powiedzieć,  jak  długo  tak  leżeli  spleceni  w  uścisku. 
Powrót  da  świadomości  i  uzmysłowienie  sobie  tego,  co  zaszło,  był 
przykry. 

W  ostatnich  sekundach  najwyższego  uniesienia  przestała  w  ogóle 
myśleć,  a  patem  wszystko  się  zatarło,  zgasło  i  jakby  pozostała  sama, 
zawieszona w przeogromnej przestrzeni. 

Teraz  nastąpiła  reakcja  w  postaci  jakiejś  wewnętrznej  paniki.  Nic  już 
nie  będzie  takie,  jak  było.  Znalazła  się  w  nowej  sytuacji,  którą  sama 
sprowokowała. Nowej, ale  nie  lepszej. Nie ośmielała się odpowiedzieć 
sobie  na  pytanie,  co  też  Jake  teraz  a  niej  myśli.  I  w  ogóle,  co  czuje. 
Pewno męskie zadowolenie i jednocześnie Pogardę? 

– Skłamałbym  mówiąc,  że  czegokolwiek  żałuję  -szepnął.  -To  musiało 
się stać, wcześniej czy później. – Uniósł się na łokciu i spoglądał na jej 
twarz w mroku. – A ty nie byłaś temu tak bardzo niechętna. 

– Nie  musisz  tego  podkreślać  –  powiedziała  stłumionym  głosem.  – 
Jestem i tak już całkowicie pogrążona. 

– Pogrążona? –  zdziwił  się.  -– Nie  zaspokojona?  Karen poczuła,  jak  ją 
oblewa  gorąca  fala.  Wiedziała,  że  się  czerwieni  i  była  zadowolona  z 
panujących ciemności. 

– Nie chcę o tym  mówić! – Przez zaciśnięte zęby dodała: – Puść  mnie, 
Jake! 

– Innymi słowy, dajesz  mi  do  zrozumienia, że  chciałabyś  o wszystkim 
zapomnieć.  –  Zaczął  nagle  mówić  groźnie:  –  Nic  z  tego!  Już  ci  raz 
powiedziałem,  że  ja  się  tak  nie  bawię.  Raz  cię  miałem  i  będę  chciał 
mieć znów. Takie jest życie. Nie da się nagle zapomnieć i pożegnać. 

– Przecież...  przecież  nie  możemy  tego  kontynuować  –  powiedziała 
zdesperowana. – A jeśli... pozostali się dowiedzą? 

background image

 

77 

 

– Oczywiście masz na myśli Rogera? – Przyglądał się pilnie jej twarzy, 
czekając  na  reakcję.  –  Skoro  o  tym  mówimy,  jakie  masz  wobec  niego 
plany? 

– Wyłącznie profesjonalne. Już ci to mówiłam. 

– On  inaczej  wyobraża  sobie  przyszłość.  Z  twojego  powodu  rozpadło 
się jego małżeństwo. 

– To kłamstwo! –  Rozdrażniło  ją  niesłuszne  oskarżenie. – To się  stało 
znacznie wcześniej, niż ja się pojawiłam. 

– Niech będzie. Wpakowałaś ostatni gwóźdź do trumny. 

– Też nieprawda! Nigdy świadomie nie zachęcałam go do niczego. 

– Świadomie  czy  nieświadomie,  dostarczyłaś  mu  jakiegoś  argumentu, 
który  potraktował  jako  sygnał.  Dał  to  do  zrozumienia,  ostrzegając 
mnie... 

– Ostrzegając  ciebie?  Przed  czym?  –  Karen  zdrętwiała.  –  I  to  było 
powodem...  że  się  stało...?  Wyrażające  siłę  usta  wykrzywiły  się  w 
niemal 

zwyczajowym  cynicznym  uśmiechu.  Obrzucił  wzrokiem  ciało  Karen, 
mimo ciemności znacznie jaśniejsze od ziemi, na której leżała. 

– Powodów  tego,  co,  jak  powiadasz,  się  stało,  szukaj  w  sobie.  Święty 
nie  oparłby  się  pokusie,  a  ja  nie  pretenduję  do  aureoli.  Jeśli 
powiedziałaś  mi  prawdę,  to  wyjaśnisz  Rogerowi  jego  pomyłkę.  Jeśli 
sama tego nie zrobisz, uczynię to ja. 

Karen,  patrząc  na  wykutą  niczym  z  granitu  twarz,  dziwiła  się,  jak  do 
tego człowieka można żywić inne uczucia oprócz nienawiści. 

– Powiesz mu o tym? O tym, co zaszło między nami? 

– Jeśli  to  będzie  wskazane.  Jest  może  zbyt  późno  na  ocalenie  jego 
małżeństwa, ale jeszcze czas na ostrzeżenie. Roger nie zastruguje na to, 
by  go  wykorzystywać  do  robienia  kariery  w  zawodzie.  Jeśli  jesteś 

background image

 

78 

 

zdolna, to powinnaś dać sobie radę i bez takiego oparcia. – Odwrócił się 
i usiadł, by sięgnąć po rzucone na ziemię szorty. – Wracajmy, nim ktoś 
się obudzi i zauważy, że nas nie ma. Nie :należy prowokować niesnasek 
i napięć. 

– Ja cię nienawidzę! -~ wykrzyknęła. – Nie znoszę! Jesteś wstrętny! 

– Nieprawda, wcale tak nie myślisz. Myślisz o mnie to samo i tak samo 
jak  ja  a  tobie.  Jeszcze  nie  wyrzuciliśmy  z  siebie  tego  wszystkiego,  co 
się tam zebrało. Czy  nam  się uda ;przed powrotem do Guatemala City, 
pokaże przyszłość – powiedział to jako rzecz oczywistą. 

Karen też usiadła  i  nagle zorientowała się, że będzie  musiała wstać, by 
z drzewa zdjąć piżamę. 

– To  się  już  nie  powtórzy!  – rzuciła  ostro  ze  świeżo  odzyskaną 
pewnością siebie. 

– Obiecuję ci to! 

– Już to raz obiecywałaś – przypomniał jej Jake. – Nie ma wątpliwości, 
że nim się pożegnamy, powtórzysz to jeszcze wielokrotnie. Kobiety są 
zawsze  dziwnie  przekonane,  iż  łatwiej  od  mężczyzn  kontrolują 
seksualne  impulsy  i  apetyt  .  Historia  stwierdza,  że  to  nieprawda.  Oho, 
chyba  masz  problemy!  Odwrócę  się,  możesz  wstać  i  iść  po  piżamę. 
Jestem najdalszy od tego, by wprawiać w zakłopotanie damę. 

Jego ironia trafiła w sedno. Jakież to ma teraz znaczenie, że ją zobaczy 
w  seraju  Ewy?  A poza  tym  było  jeszcze  zupełnie  ciemna. Gdy wstała, 
zachwiała,  się  na  nogach,  były  jak  z  gumy.  Otrzepała  plecy  przed 
włożeniem piżamy. 

– Idź  pierwsza  –  powiedział.  –  Ja  poczekam.  Mniejsze  ryzyko 
obudzenia kogokolwiek. 

Karen  miała  duże  wątpliwości,  czy  by  go  to  obeszło,  gdyby  nawet 
wszyscy zobaczyli wracającą  parę.  Bez  względu na  to, co Jake mówił, 
mężczyzna jest zupełnie inny. Przeżycie z Jakiem było cudowne. Teraz 

background image

 

79 

 

jednak wydawało się  jej, że  jest napiętnowana, zbrukana. Sama  myśl o 
spotkaniu  z  towarzyszami  podróży,  którzy  by  wiedzieli  o  tym,  c6  się 
stało, napawała ją przerażeniem. 

Kto  nie  znosi  gorąca,  nie  powinien  zbliżać  się  do  ognia,  pomyślała  ze 
złością,  gdy,  obróciwszy  się  na  pięcie,  odeszła  bez  słowa  do 
obozowiska.  Nie  była  stworzona  do  tego  typu  przeżyć.  Jaku  z 
niesłychaną łatwością pogwałcił wszystkie zasady drogie jej sercu. I nie 
miała  wątpliwości,  że  jeśliby  nadarzyła  się  sposobność,  zrobiłby  to 
powtórnie.  A  więc  nie  wolno  mu  dać  takiej  szansy.  Nawet  wówczas, 
gdy wszystko w niej wyrywało się ku niemu. 

Ogień  przygasał.  Podeszła  i  dołożyła  kilka  przygotowanych  polan,  po 
czym  wślizgnęła  się  cichutko  do  śpiwora.  Po  prawej  stronie  Howard 
oddychał miarowo. Wydawało się, że pozostali także śpią. 

Dopiero gdy się obróciła, zobaczyła otwarte oczy Luza. Odbijały się w 
nich płomyki z ogniska. Była pewna, że Luz o wszystkim wie, chociaż 
nie  wyrażał  tego  spojrzeniem.  W  pierwszej  chwili  chciała  coś 
powiedzieć, wyjaśnić, ale, po pierwsze, to nie jego sprawa, a po drugie, 
cóż właściwie miałaby wyjaśniać i jakie miałoby to znaczenie? 

Po  paru  minutach  usłyszała  kroki  Jake'a.  Była  wybita  ze  snu  i  nie 
liczyła  na  to,  że  zaśnie  przed  świtem.  Jeśli  szelest  obudzi  sąsiadów 
Jake'a, to najwyżej pomyślą, że na chwilę wstał, by spełnić potrzebę. 

W pewnym sensie spełniał potrzebę, pomyślała z wątpliwym humorem. 
Leżąc  teraz  samotnie,  bardzo  go  pragnęła.  Mówi  się,  że  miłość  i 
nienawiść  są  uczuciami  pokrewnymi,  ale  Karen  nigdy  w  to  nie 
wierzyła. I nawet teraz nie chciała w to uwierzyć. 

Gdy  nadszedł poranek,  była zmęczona  i duchowo, i fizycznie. Bała  się 
zetknięcia  twarzą  w  twarz  z  Jakiem,  aby  nie  ujrzeć  czegoś  nie 
chcianego  w  jego oczach.  Nabrała  do  miski  wody z rzeki, umyła  się,  i 
to  poprawiło  nieco  jej  stosunek  do  świata.  W  czystych  spodniach  i 
koszuli była, niemal gotowa stawić czoło przeciwnościom dnia. 

background image

 

80 

 

Łodzie  pozostawili  na  brzegu  solidnie  zakotwiczone  i  przywiązane. 
Powinny  stać  bezpiecznie  do  ich  powrotu,  chyba  że  nadeszłyby 
tropikalne ulewy. Było to jednak mało prawdopodobne o tej porze roku. 
Myśl  o  przedzieraniu  się  przez  dżunglę  wywoływała  niepokój.  W 
jeziorze 

były 

piranie, 

dżungla 

zaś 

roiła 

się 

od 

węży. 

Prawdopodobieństwo ukąszenia nie było wcale małe. 

Luz  odszukał  ślady  jakiegoś  szlaku  i  Santino  przystąpił  do  wycinania 
maczetą  przejścia.  Patrząc  na  niego  miało  się  wrażenie,  że  wycinanie 
lian  i  palmowych  pędów  jest  dziecinną  zabawą...  Przygnieciona 
ciężarem plecaka i opływająca potem Karen była jednak szczęśliwa, że 
nie musi tego robić. 

Howard  szalał  z  kamerą  filmując,  co  się  dało,  a  przede  wszystkim 
czołówkę  eksploratorów  idących  za  dwoma  Indianami,  którzy 
maczetami  otwierali  szlak.  Roger  wydawał  dyspozycje  operatorowi, 
Mike  rejestrował  na  taśmę  dźwiękową  doraźne  komentarze  Jake'a.  Od 
czasu  do  czasu  zatrzymywano  się  na  ujęcia  statyczne,  życie  dżungli 
jednak trzeba było łapać na gorąco, natychmiast. 

Usłyszeli  szum  rzeki,  nim  do  niej  dotarli.  Ujrzawszy  ją,  Karen 
stwierdziła,  że  jest  zbyt  wąska  i  zbyt  płytka  do  nawigacji.  Jedynie 
indiańskie kanu mogłoby nią przemknąć. 

– Jak  myślisz?  –  spytała  Rogera,  gdy  zatrzymali  się  na  krótki 
odpoczynek – ile czasu potrwa wędrówka do ruin? 

– Nie wiadomo – odparł. – Luz co prawda twierdzi, że dwa dni, ale to 
zależy od tego, czy trafi na własne ślady. Mamy posuwać się wzdłuż tej 
rzeczki,  czyli  przedzieranie  się  nie  będzie  takie  trudne.  Podobno 
wypływa  z  jeziorka  blisko  ruin.  W  dżungli  pełno  jest  tych  jezior  – 
dodał. – Może dlatego Majowie  budowali  swoje miasta w Petenie. Nie 
mieli problemu z wodą. – Rzucił na nią spojrzenie z ukosa. – Myślałaś 
trochę o tym, co mówiłem wczoraj? 

– Mieliśmy o tym zapomnieć do powrotu – odpowiedziała. 

background image

 

81 

 

– Taki  miałem  zamiar,  ale...  czekanie  jest  niemożliwe.  Chciałbym 
uzyskać  odpowiedź  teraz.  A  w  każdym  razie...  wstępną  deklarację.  A 
więc? 

W pobliżu stał Jake, pogrążony w rozmowie z Luzem. 

– Bardzo  cię  szanuję,  bardzo  cię  podziwiam,  Roger!  I  to  wszystko. 
Ogromnie mi przykro, jeśli odniosłeś . wrażenie, że jest jeszcze coś. 

– Rozumiem.  –  Twarz  mu  spochmurniała.  –  Wyciągałem  fałszywe 
wnioski. 

– Chyba  tak.  –  Rozłożyła  ręce  bezradnym  gestem.  –  Nie  miałam 
pojęcia, że sądzisz... Gdybym o tym wiedziała... 

– To  co?  –  zapytał.  –  Zrezygnowałabyś  z  pracy?  –  Sama  nie  wiem. 
Teraz to już nieważne. – Przygryzła wargi. 

– A to z kolei znaczy, że...? 

– Jest chyba jasne, że po powrocie będę musiała sobie poszukać czegoś 
innego. 

– Tylko  z  tego  powodu?  Pracuj  dalej,  jeśli  chcesz.  Mnie  to  nie 
przeszkadza: 

– To by zostało między nami – odparła. 

– Mój  problem,  nie  twój.  W  tym  wypadku  sprawy  osobiste  trzeba 
odłożyć  na  bok.  Niełatwo  byłoby  mi  znaleźć równie dobrą  asystentkę. 
Bo  okazałaś  się  doskonałą  współpracownicą!  Gotową  na  wszystko  i 
wszystkie warunki, czego dowodem twoja obecność tutaj. – Powiedział 
to wszystko lekkim tonem. 

– Czy  nadal  masz  zamiar  żądać  rozwodu  po  powrocie?  –  spytała  z 
wahaniem. 

– Chyba tak. – Wzruszył ramionami. – Muszę się wyzwolić od Sylwii. 

– A James? 

background image

 

82 

 

– Sąd zabezpieczy mi prawa. Poza tym, i tak mało go widuję. 

Wszyscy  już  czekali.  Spojrzenie,  które  im  rzucił  Jake,  było 
jednoznaczne. 

– Jesteście już gotowi? – spytał. 

– Gotowi  na wszystko!  – odparł  wesoło  Roger. Podniósł się z pniaka  i 
pomógł wstać Karen, patrząc jej z uśmiechem w oczy. – Najważniejsza 
jest nasza robota! – zakończył rozmowę. 

Karen  wiedziała,  że  Roger  stawia  pracę  na  pierwszym  miejscu.  Z 
pewnością  wiedziała  o  tym  i  Sylwia,  trudno  się  więc  było  dziwić,  że 
szukała pocieszenia w ramionach innych mężczyzn. 

Poszli  dalej. Dzień  był  parny  i  gorący,  ale  jakże  podniecający  nowymi 
widokami, z których część została utrwalona na taśmie. 

Zatrzęsienie ptactwa  i  motyli!  Karen  zachwycił  wielki  motyl,  który  na 
skrzydłach  pięciocentymetrowej  szerokości  miał  znamiona  w  kształcie 
ludzkiego oka. 

– To sowi motyl! – poinformował Jake. 

Poszycie  było  najgęstsze  tam,  gdzie  mogły  dotrzeć  promienie  słońca, 
natomiast  w  nieprzeniknionym  cieniu  pod  drzewami  rosło  niewiele.  I 
znów  Jake  wyjaśnił,  że  nie  jest  to  typowa  dżungla  Tarzana.  Dość 
cienkie liany mogły służyć najwyżej jako huśtawki dla małp. 

Rozbili  obozowisko  na  naturalnej  polance  w  pewnej  odległości  od 
rzeki,  wzdłuż  której  się  posuwali.  Karen,  zwabiona  głośnym  szumem 
wody,  odkryła  mały  wodospad  z  niecką  pod  spodem,  pozwalającą 
nawet popływać. Lecz myśl o piraniach powstrzymywała ją od kąpieli. 

Jake  zastał  ją  na  brzegu  rzeki.  Ujrzawszy  go,  lekko  zesztywniała.  Na 
szczęście tym razem była całkowicie ubrana. 

– Możesz się nie obawiać – powiedziała. – Nie mam zamiaru rzucić się 
na pożarcie piraniom. 

background image

 

83 

 

– Właśnie  przyszedłem  ci  powiedzieć,  że  tutaj  nie  ma  piranii.  Luz 
gwarantuje. Proponuję, żebyś  wykąpała  się  od razu, pierwsza, a potem 
my się zjawimy całą gromadą. 

– Mam  się  kąpać,  a  ty  będziesz  tu  stał,  rzekomo  mnie  pilnując? 
Dziękuję,  nie. Poczekam  na  swoją kolej. – Nie rzekomo, ale naprawdę 
pilnując. W dżungli wszystko się może zdarzyć. Poza tym nie należę do 
gatunku podglądaczy  nagich kobiet. Włożył ręcz do kieszeni i dodał: – 
Nie mam zamiaru przepraszać za minioną noc. Zasłużyłaś na to. 

– Czyżbyś traktował to jako zemstę? 

– Być może z początku. – Był zapatrzony w wodę, na ustach błąkał mu 
się lekki uśmieszek. – Potem tylko wielkie pożądanie i czysta potrzeba. 
Wyjaśniłaś sytuację Rogerowi? 

– Mówiłam, że nie ma co wyjaśniać. 

– Uważam, że jest. Widzę, że ja to będę musiał zrobić. 

– To nie twoja sprawa – zaoponowała ostro. – Jake... 

-  Masz  pół  godziny  na  kąpiel  –  przerwał  jej.  –  Łącznie  z  czasem  na 
przyniesienie  z  plecaka  wszystkiego,  co  ci  potrzebne.  Może  wolisz  tu 
zostać pod opieką Mike'a czy Nigela? 

– Wolałabym się kąpać bez anioła stróża. Jeden wart drugiego. 

– Jesteś pewna? 

Dalsza  rozmowa  nie  miała  sensu.  Karen  straciła  nadzieję  na 
porozumienie się z tym człowiekiem. Poszła do obozowiska. Jake  miał 
rację. Już lepiej, żeby on czuwał nad jej bezpieczeństwem. 

Z mieszanymi uczuciami przyjęła określenie wypadków minionej  nocy 
jako  „czysta  potrzeba".  Oczywiście,  w  pewnym  sensie  miał  rację, 
jednakże  w  jej  wypadku  dochodził  jeszcze  element  emocjonalny. 
Myślała  o  Jake'u.  Pod  pancerzem,  jakim  się  okrył,  tkwił  człowiek, 
którego  chciałaby  lepiej  poznać.  Rzadko  zrzucał  ten  pancerz.  Kiedy 

background image

 

84 

 

mówił  o  swojej  pracy.  Albo  kiedy  opaloną  dłonią  muskał  z  czułą 
wrażliwością  jakąś  roślinę.  Pojedynek  na  słowa  nie  prowadził  do 
niczego.  Jeśli  chciała,  by  zmienił  do  niej  stosunek,  ona  musi  zmienić 
także swój. 

Nie była też zupełnie przekonana, w jakim kierunku powinny zmierzać 
ich wzajemne stosunki. Po wczorajszej nocy była pewna tylko jednego: 
nigdy go nie zapomni. 

Zabrała  swoje  rzeczy,  nie  zwracając  niczyjej  uwagi.  Każdy  był  czymś 
zajęty. Do wodospadu miała około dwustu metrów dość łatwej drogi nie 
porośniętym  terenem.  Szła.  ostrożnie,  patrząc,  gdzie  stawia  stopy,  by 
nie nadepnąć  na  jakąś  żmiję. Luz pokazywał  jej  w ciągu dnia zwinięte 
żmije, podobne do kupki zeschłych liści. Mieli z sobą serum, ale po co 
kusić licho. 

Jake  siedział  na  kamiennym  bloku,  którego  poprzednio  nie  zauważyła. 
Widząc odrzucone na bok liany i pędy roślin, zrozumiała dlaczego: Jake 
odkrył  go  w  czasie  jej  nieobecności.  Wstał  z  kamienia  i  skinął,  by 
podeszła. Kamienny blok był rzeźbiony nie znanymi jej symbolami. 

– Stela  Majów  –  wyjaśnił.  –  Bóg  wie,  skąd  i  po  co  się  tutaj  znalazła. 
Jedyna w całej okolicy. 

Karen  wodziła  palcami  po  nacięciach  w  kamieniu,  myśląc  o  ludziach, 
którzy przed setkami lat to stworzyli. Ruiny, do których prowadził Luz, 
leżały jeszcze o dwa dni drogi stąd, więc stela nie jest prawdopodobnie 
ich częścią. 

– Może  to  stela  grobowa  kogoś,  kto  tu  właśnie  zginął?  –  wysunęła  z 
wahaniem  hipotezę,  pewna,  że  Jake  ją  zaraz  wyśmieje.  –  Takie 
nagrobki stawiano wodzom Majów. Stawiano też stele wotywne. 

– Masz rację – powiedział Jake, a w jego oczach nie było śladu kpiny. – 
Już  raz  stwierdziłem,  że  dobrze  odrobiłaś  domową  lekcję.  To,  co 
powiedziałaś, jest możliwe, niemniej rzadkie. 

background image

 

85 

 

– Historia  Majów  jest  fascynująca  –  ton  Jake'a  zachęcił  ją  do 
kontynuowania  tematu.  –  I  właściwie  nikt  nie  wie,  dlaczego  ich 
cywilizacja tak nagle zginęła. Co ty sądzisz? 

– Tak  samo  nie  wiem.  Różne  mogły  być  przyczyny.  Epidemia,  głód, 
susza.  Może  nawet  rewolucja  społeczna,  kiedy  lud  miał  już  dość 
spełniania podwójnej roli niewolnika i baranka ofiarnego. I dla mnie to 
ostatnie wydaje się najbardziej prawdopodobne. 

Ta  rzeczowa  rozmowa  wyzwoliła  w  Karen  zupełnie  nowe  uczucie. 
Zapragnęła, aby zawsze tak mogli rozmawiać. Ze smutkiem pomyślała, 
że nie dorównuje mu wiedzą. Wiele musiałaby się nauczyć i przeczytać, 
a  także  doświadczyć,  by  prowadzić  dyskusję  jak  równy  z  równym. 
Nigdy tego nie osiągnie! 

Patrzył  na  nią  spod  ściągniętych  brwi,  jakby  się  nad  czymś  poważnie 
zastanawiał. Gdy wreszcie  sil odezwał, w  jego głosie zabrzmiała nutka 
skruchy i smutku zarazem. 

– Budzisz we mnie przedziwne niepokoje, Karen.  

– Nie leży to w moich zamiarach – odparła stłumionym głosem. 

– Leży  czy  nie  leży,  niemniej  stałaś  się  dla  mnie  problemem,  którego 
wolałbym  nie  mieć.  Stale  widzę  przed  oczami  twój  obraz  z  minionej 
nocy... gdy leżałem na tobie... 

– Przestań!  Minionej  nocy,  Jake,  ja...  ja  wcale  nie chciałam, aby  to  się 
stało... 

– Może i  ja również nie, w każdym razie nie świadomie. – Zaśmiał się 
krótko,  jakby  ze  wstydem.  –  I  kto  wie,  czy  nie  wyrządziłem  sobie 
krzywdy. Obawiam się, że będziesz powodem kilku moich bezsennych 
nocy. 

Była  pewna, że  ją  to  samo  czeka,  i  to  nie  tylko przez kilka  nocy.  Gdy 
teraz  patrzyła  na  niego,  walczyły  w  niej  sprzeczne  uczucia.  Czy 

background image

 

86 

 

znalazłaby  na  świecie  innego  człowieka,  który  by  ją  tak  do  głębi 
poruszył? 

Nieodgadniony był wyraz wpatrzonych w nią niebieskich oczu. 

– Weźże tę kąpiel, nim wszyscy nadejdą. 

Karen  przygryzając  wargi  obróciła  się  ku  leżącej  w  trawie  steli.  Przez 
ułamek  sekundy  była  gotowa  sobie  samej  wyznać  coś,  z  czym 
dotychczas  kryła  się  we  własnych  myślach:  Skoro  jednak  Jake  czuł 
wyłącznie  fizyczne  pożądanie  i  nie  miał  innych  uczuć,  nie  było  sensu 
rozpalać ich w sobie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

87 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 

ÓSMY

 

Kąpiel  była  cudowna,  woda  wspaniała.  Zanurzona  po  szyję,  Karen 
spędziła  kilka  minut  w  absolutnym  błogostanie.  Dopiero  potem 
rozpoczęła  właściwe  ablucje,  używając  specjalnego  mydła,  które  mało 
się pieniło, a doskonale zmywało brud i tłuszcz. 

Gdy  wyszła.  z  wody,  Jake  był  zatopiony  w  odczytywaniu  tekstu  na 
steli. 

Wytarła  się  i  ubrała,  po  czym  podeszła  do  niego oświadczając  wesoło, 
że skończyła i może iść do obozowiska po pozostałych. 

Jake schował notatnik do kieszeni i powiedział, że też wraca, gdyż musi 
zabrać z plecaka świeżą koszulę i bieliznę. 

background image

 

88 

 

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.  Pozostawała  najwyżej  godzina  dnia. 
Temperatura powietrza była już znośniejsza: Ta właśnie pora i wczesne 
poranki najbardziej Karen odpowiadały. Zwłaszcza po kąpieli czuła się 
wspaniale. 

Wracali  gęsiego.  Jake  szedł  pierwszy.  Blisko  obozu  dał  jej  znak,  by 
stanęła,  ujął  ją  za  ramię  i  wskazał  na  drzewo.  Początkowo  nic  nie 
widziała  w  gęstym  listowiu,  dopiero  po  chwili  rozróżniła  sylwetkę 
dużego zwierzęcia, które bez ruchu zwisało z gałęzi głową w dół. 

– Leniwiec! Bardzo rzadko można go spotkać. – To jest nocne zwierzę, 
prawda? 

– Tak. Co jeszcze o nim wiesz? – Uważnie się jej przyjrzał. 

– Że  prawie  nigdy  nie  schodzi  na  ziemię,  bo  właściwie  umie  się  tylko 
czołgać. I że jeśli go zaatakować, to może pokiereszować pazurami. I to 
chyba wszystko! 

– W  każdym  razie  wiesz  więcej,  niż  wie  się  przeciętnie  –  powiedział 
prawie z podziwem. 

Nie  puszczał  jej  ramienia.  Choć  trzymał  lekko,  dotyk  jego  palców 
parzył. Obrócił  ją ku sobie  i poczuła  na swej  piersi muśnięcie grzbietu 
dłoni, co ją zelektryzowało. Chciała zaczerpnąć głęboko powietrza, ale 
zamknął jej usta pocałunkiem. 

Ogarnęła  ją  nagła  chęć,  by  zarzucić  mu  ręce  na  szyję  i  przyciągnąć 
głowę mężczyzny jeszcze bliżej. 

– Jest w tobie coś, czego nie podejrzewałem – powiedział oderwawszy 
się  od  jej  ust.  –  Nie  znam  kobiety,  która  przecierpiawszy  tyle,  ile  ty 
przecierpiałaś  w  minionych  dniach,  potrafiłaby  jeszcze  zdobyć  się  na 
uśmiech, zachowała taką pogodę ducha. – Palcem delikatnie głaskał jej 
policzki i podbródek. – Nie ma takiej drugiej! – dodał miękko. 

background image

 

89 

 

Jej  serce  waliło,  puls  się  rozszalał.  Patrzyła  na  niego  ze  zdziwieniem. 
Bez  sardonicznego  uśmiechu  i  bez  ironii  w  głosie  był  człowiekiem, 
któremu trudno było się oprzeć. 

Poprzednio  też  trudno  było  się  oprzeć,  pomyślała  kwaśno.  Ale  to 
wszystko nie ma sensu! Wyprawa się skończy i każde pójdzie w swoją 
stronę.  Nie  to  jest  teraz  ważne.  Ważne  jest,  by  się  nie  domyślił  jej 
prawdziwych uczuć, i to coraz poważniejszych. 

– Nie  ma takiej drugiej!  Każda kobieta to zawsze słyszy – powiedziała 
to z pełną świadomością. Zesztywniał,  lecz zaraz się roześmiał i puścił 
ją. 

– Masz  absolutną  rację.  Na  przyszłość  muszę  dobierać  oryginalniejsze 
komplementy. 

Ich  wspólny  powrót  do  obozowiska  nie  uszedł  uwagi  pozostałych.  Z 
twarzy  Mike'a  łatwo  było  wyczytać,  co  myśli. Najgorsze,  że wcale  się 
nie mylił. 

– Znalazłam  wspaniałe  miejsce  do  kąpieli  –  poinformowała  Karen, 
chociaż  i  tak  wszyscy  mogli  zauważyć  jej  mokre  włosy.  –  Już  jest  do 
waszej dyspozycji! 

– Koło tego kąpieliska leży stela w trawie – Jake zwrócił się do Rogera. 
– Warto sfilmować, póki mamy światło. A kąpiel potem. 

Gdy  skończyli  pracę,  słońce  już  zachodziło.  Karen  wróciła  do 
obozowiska,  mężczyźni  zaś  zostali,  by  się  wykąpać.  Z  daleka  słyszała 
płynący  przez  dżunglę  rubaszny  męski  śmiech.  Na  pewno  opowiadają 
sobie  pikantne  dowcipy.  Są  w  swoim  gronie.  Nagle  poczuła  się 
osamotniona. 

Piekące się nad ogniem dzikie indyczki, ustrzelone przez Luza, zaczęły 
wydzielać  wspaniałe  aromaty,  od  których  aż  ciekła  ślinka.  Mieli  tego 
wieczoru urozmaicone menu: oprócz ryb i mięsa, papaje i banany! 

background image

 

90 

 

Karen  rozmyślała  nad  najbliższą  przyszłością:  jeśli  nic  nie  stanie  na 
przeszkodzie,  to  za  dwa  dni  trafią  do  ruin.  Dwa  dni  filmowania  na 
miejscu, potem powrót. Jeszcze nie zdecydowano, czy przed powrotem 
do  Guatemala  City  Roger  uda  się  do  Tikalu.  Być  może  dojdzie  do 
wniosku, że ma dostateczną ilość materiału. 

Szanse  na  ponowne  spotkanie  z  Jakiem  w  Anglii  były  nikłe,  chyba  że 
on  sam  wykazałby  inicjatywę.  To  jednak  wątpliwe.  Jeśli  idzie  o  pana 
profesora Jake'a Rothmana, nic nie było pewne. Nie widząc jej, szybko 
o niej zapomni. 

Podczas kolacji zajadali indyczkę palcami. Zapachy nie kłamały: mięso 
było  świetne.  Gdy  po  kolacji  Karen  popijała  kawę  z  plastykowego 
kubka, czuła zadowolenie, którego nie potrafiły zakłócić nawet chmary 
komarów.  Jak  obce  po  tej  przygodzie  będzie  się  wydawało  życie  w 
mieście. Nie odczuwała najmniejszej chęci powrotu do Londynu. 

Jake i Roger pogrążeni byli w rozmowie i nie 

zwracali uwagi na nic i na nikogo. Mogła więc spokojnie przyglądać się 
Jake'owi.  Zadygotała  przypominając  sobie  dotyk  jego  ust  na  swoich 
wargach.  Powiedział, że  posiadłszy  raz,  będzie chciał znów ją  posiąść. 
Miała to samo pragnienie, z tą różnicą, że jej chodziło o coś więcej niż 
o zaspokojenie fizycznej potrzeby. Wbrew własnym instynktom, wbrew 
rozsądkowi  zakochała  się  w  tym  człowieku!  Nie  było  sensu  dalej 
ukrywać tego przed sobą! Ale przyznanie się też nie przyniosło ulgi. 

Siedzący nie opodal Mike obserwował Karen. 

– Nic z tego nie wyjdzie! – powiedział. – Nie oszukuj się. 

Karen  wzdrygnęła  się  zaskoczona,  gdyż  nie  zdawała  sobie  sprawy  z 
jego obecności. 

– On po prostu wykorzystuje okazję – ciągnął  Mike. – Każdy z nas by 
to zrobił na jego miejscu. 

background image

 

91 

 

– Nareszcie wiem, jaki jesteś naprawdę. Nie oceniaj wszystkich według 
siebie – odparła opanowanym głosem. 

– Wszyscy  jesteśmy  mężczyznami,  kochanie!  –  roześmiał  się 
ordynarnie. – A czego się spodziewasz? I nie rób takich min, bo też nie 
jesteś święta. Wiem dobrze, co jest między wami. Widziałem was oboje 
wczoraj w nocy nad rzeką... 

– Tyś...  tam  był?  –  Spojrzała  na  niego  z  obrzydzeniem,  które  nie 
pozwalało jej mówić. 

– Zobaczyłem,  że  poszedł  za  tobą,  więc  poczekałem  parę  minut  i  też 
poszedłem.  Tak  byliście  zajęci  sobą,  że  nic  nie  słyszeliście,  ale  co 
widziałem,  to  widziałem.  –  Uśmiechnął  się  obleśnie.  –  Jak  cię 
rozruszać, to jesteś dobra, nie ma co! 

– Ty...  wstrętny  podpatrywaczu!  –  Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  brzmi 
śmiesznie,  ale  nie  potrafiła  nic  innego  wymyślić.  Rozsądek 
podpowiadał,  że  Mike  mało  mógł  widzieć  w  ciemnościach,  mimo  to 
było jej po prostu głupio. – Jesteś świnia, a nie mężczyzna! – dodała. 

– Jeszcze  ci  pokażę,  czy  nie  jestem  mężczyzną!  Jeszcze  zdążę  przed 
powrotem.  Co  to,  Rothman  ma  wyłączność?  Z  bliźnimi  trzeba  się 
dzielić! – W świetle ogniska lśniły mu oczy. 

– Nie  dopuściłabym  cię  na  odległość  kija!  –  parsknęła  Karen,  chociaż 
wiedziała, że powinna była zignorować prostaka. 

Wstała i odeszła, by rozciągnąć nad śpiworem moskitierę. Nie powinno 
nikogo  dziwić,  że  robi  to  teraz,  zbliżała.  się  bowiem  godzina  nocnego 
odpoczynku.  Położyła  się  i  znów  pogrążyła  w  myślach.  Słysząc 
ożywione rozmowy  mężczyzn, poczuła się  jak piąte koło u wozu. Jake 
miał  rację.  Nie  powinna  była  tu  przyjeżdżać.  Nawet  Mike'a  trudno 
ostatecznie  winić,  że  traktuje  ją  jako  łatwą  zdobycz.  Chociaż  jego 
zachowanie  jest  niewybaczalne.  Od  tej  chwili  powinna  trzymać  się  z 
daleka od Jake'a. Skoncentruje się na pracy..Tak jak Roger. 

background image

 

92 

 

Trzeciego  dnia  około  południa  dotarli  do  celu.  Jeziorko,  nad  którym 
zatrzymali się, było nieco mniejsze niż poprzednie i częściowo pokryte 
porostem  podobnym  do  rukwi.  Zielona  ściana  dżungli,  na  którą  Luz 
natarł  z  maczetą,  wydawała  się  nie  do  przedarcia,  ale  po  usunięciu 
pierwszej  warstwy  zbitego  poszycia  okazało  się,  że  można  przejść  bez 
większego trudu. 

Ruiny  znajdowały  się  blisko  jeziorka.  Patrząc  na  wielkie  obrobione 
głazy, Karen doznawała uczuć właściwych odkrywcy. A jakże musiał to 
przeżywać  Luz, gdy  trafił  tu  po  raz  pierwszy!  Jake wspomniał  kiedyś, 
że Luz żyje dla samego odkrywania, że nic go poza tym nie interesuje. 
Czasami  tylko  wynajmuje  się  jako  przewodnik,  by  zarobić  na 
utrzymanie. 

Santino  i  Juan  zabrali  się  do  wycinania  polanki  na  obozowisko. 
Maczety  były  jakby  przedłużeniem  ich  rąk,  cięli  równo  przy  ziemi  i 
miarowo. 

Karen  usiadła  na  jakimś  głazie.  Gdy  podszedł  Jake,  serce  zaczęło  bić 
jak oszalałe. 

– Unikasz mnie – stwierdził krótko. – Masz konkretny powód? 

– Myślałam, że powody są oczywiste – odparła. 

– Raczej  nagła  zmiana  stanowiska!  –  Zwężonymi  do  szparek  oczami 
przyglądał się jej profilowi. 

– Nic w tym nie ma nagłego. – Postanowiła nie ustępować. – Po prostu 
to, co się stało, nie powinno było się stać. 

– Masz  absolutną  rację  –  zgodził  się.  –  Ale  stało  się  i  nie  możemy 
zaprzeczyć  faktowi,  że  oboje  tego  pragnęliśmy.  Czy  i  temu  chcesz 
zaprzeczyć? 

– Zostaw mnie w spokoju! 

– Nie potrafię! – Nim  to  powiedział,  milczał przez długą chwilę.  –  Od 
początku  wiedziałem,  że  nie  potrafię.  I  to  było  powodem,  że  nie 

background image

 

93 

 

chciałem, byś brała udział w wyprawie. Problem z tobą polega na tym, 
że nie pasujesz do przyjętego stereotypu. 

– Stereotypu, jaki stworzyli sobie mężczyźni – roześmiała się fałszywie. 
– Pełno jest kobiet gotowych na wszystko, by osiągnąć upragniony cel. 
Możesz być tego pewien. Pod tym względem niczym nie różnią się ode 
mnie. 

– Ja  nie  mówię  o  ambicjach  upartych  i  zaciętych  kobiet.  Takich 
widziałem na pęczki. Ty masz w sobie coś specjalnego. 

Mimo  iż  stał  o  krok  od  niej  i  jej  nie  dotykał,  poczuła  na  skórze  falę 
gorąca,  będącą  jakby  rezultatem  bezpośredniego  zetknięcia  z  żarem 
ciała mężczyzny. 

– I co... z tego wynika? – wyszeptała zduszonym głosem. 

– To, że nie chciałbym cię zgubić po powrocie z wyprawy. 

Karen  zmusiła  się,  by  spojrzeć  w  niebieskie  oczy.  Bez  powodzenia 
usiłowała odczytać, co się w nich kryje. – W jakim celu? – spytała. 

– To się dopiero okaże – powiedział wzruszając lekko ramionami. 

– Miałam  wrażenie  –  mówiła  wolno  –  że  jesteś  związany  z  Eleną 
Sleeman? 

– A skąd ci to przyszło do głowy? 

– Z patrzenia na  nią. Na przyjęciu  było dla  mnie oczywiste, że ona cię 
uważa za swoją własność. 

– Elena  jest  przyzwyczajona  do  tego,  że  mężczyźni  leżą  u  jej  stóp.  – 
Uśmiechnął  się  blado.  –  Wszystkich  mężczyzn  uważa  za  swoją 
własność. 

– I twierdzisz, że nic między wami nie maj 

– Nic,  co  by  teraz  dotyczyło  nas.  Powiedziałem  ci  już,  że  nie  jestem 
świętym.  Nie  jestem  też  zakonnikiem  żyjącym  w  celibacie.  Mam 
trzydzieści cztery lata  i  jestem  normalnym  mężczyzną, jak zdołałaś już 

background image

 

94 

 

stwierdzić.  To  wszystko  nie  oznacza,  że  nieprzytomnie  latam  za 
wszystkimi kobietami. – Cichym głosem dodał: – Pragnę ciebie, Karen! 
Oszaleję, jeśli będę musiał zbyt długo czekać. 

,Przemknęło  jej  przez  głowę,  że  cała  ta  rozmowa  miała  na  celu 
doprowadzenie  do  konkluzji  wypowiedzianej  na  końcu.  Odrzuciła  tę 
myśl dlatego, że nie chciała w nią uwierzyć. Jeśli go kocha, to musi mu 
też  ufać.  A  poza  tym,  także  pragnęła  wziąć  go  w  ramiona,  i  to  jak 
najszybciej. 

Odpowiedź wyczytał z jej oczu, a na twarzy rozlał mu się uśmiech. 

– Jest  jeszcze  tylko  jedno  –  powiedział.  –  Wyjaśnienie  sprawy  z 
Rogerem. 

– Już to zrobiłam – odparła. – Przed dwoma dniami. – Świetnie! Jak to 
przyjął? 

– Tak jak przyjmuje wszystko. Z pełnym zrozumieniem. Naprawdę nie 
zdawałam  sobie  sprawy  z  jego  uczuć  do  mnie.  Wierz  mi,  Jake!  I  nie 
miałam nic wspólnego z katastrofą jego małżeństwa. Mam nadzieję, że 
jakoś ułoży sobie życie. 

– Masz zamiar dalej u niego pracować? – Tak. 

– Zaproponował ci to? – Spojrzał uważnie. 

– Tak. Jest zdania, że obie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego. 

– Opowiada  głupstwa!  –  padła  krótka  odpowiedź.  –  Po  powrocie 
zacznij szukać czegoś innego. 

– Pomyślę  o tym  –  obiecała.  W  tym  momencie  gotowa  była  wszystko 
obiecać. Postanowiła  myśleć  tylko  o tym,  co  jest teraz. Chłonąć  każdy 
dzień. Wystarczało, że Jake myśli o niej i coś do niej czuje. 

Pozostałe godziny dnia spędzono na filmowaniu. Jake wywijał maczetą 
obok  Luzy  i  obu  Indian,  zdradzając  duże  doświadczenie.  Od  czasu  do 

background image

 

95 

 

czasu prostował się  i do podstawianego  mu  mikrofonu nagrywał krótki 
komentarz dla przyszłych telewidzów. 

Mała  przestrzeń,  którą  odsłaniali,  zawierała  dobrze  zachowane  resztki 
piramidy  o  stromych  stopniach  wykutych  w  gładkim  licu  pochyłej 
ściany.  Tę  właśnie  piramidę  odkrył  Luz  w  czasie  poprzedniej 
wędrówki.  Omszała  i  obrośnięta  wspinającymi  się  na  sam  szczyt 
pnączami  o  grubych  łodygach,  stała  na  końcu  jakby  szerokiej  alei  ze 
stelami po obu stronach. 

Przy  kolacji  Jake  stwierdził,  że  jeszcze  jeden  dzień  powinien  im 
wystarczyć, by zebrali dość materiału do programu. 

– Mam  nadzieję, że oprócz młotka znalezionego przez Luza trafimy na 
inne przedmioty – dodał. – Telewidzowie oczekują wielu odkryć. 

– Trzeba było przywieźć kilka  figurek, zakopać je  i pod okiem kamery 
odkryć – odezwał się Mike. – Byłoby to samo. 

Jake nawet na niego nie spojrzał. 

– Nie  dla  mnie!  –  odrzekł.  –  Powinniśmy  rozpocząć  pracę  o  świcie,  a 
potem odpocząć, kiedy będzie najgoręcej. Nie można przesadzać. 

– Myślałem  jeszcze-o  Tikalu!  –  wtrącił  niespodziewanie  Roger.  – 
Pamiętam, jak mówiłeś, że wszyscy to już tyle razy widzieli w różnych 
filmach  podróżniczych,  ale  ujęcia  z  Tikalu  byłyby  potrzebne,  by 
pokazać  ludziom,  jak  to  miejsce,  gdzie  teraz  jesteśmy,  wyglądało  w 
okresie  swojej  świetności.  I  z  Tikalu  moglibyśmy  polecieć  prosto  do 
Guatemala City. 

– Ty  decydujesz!  –  powiedział  Jake.  –  Moje  zastrzeżenia  dotyczyły 
czasu,  jaki  nam  to  zajmie.  –  Przeciągnął  się  i  ziewnął.  –  Róbcie,  co 
chcecie, ale ja idę spać. Jutro czeka nas długi i ciężki dzień. 

A  dzisiejszy  wieczór  wyda  się  jeszcze  dłuższy,  pomyślała  Karen. 
Gdyby  tylko  mogli  znaleźć  odosobnione  miejsce!  Piękne  słowa  o 
spotkaniu po powrocie, ale to jest odległe o milion lat! 

background image

 

96 

 

Wraz  z  zachodem  słońca  umilkł  małpi  jazgot. Z dżungli dobiegł  nagle 
przeraźliwy, niemal ludzki ryk bólu i małpy znów się rozwrzeszczały. 

– Jaguar dopadł swej ofiary – powiedział Luz. 

– Do nas nie podejdzie? – spytał lekko drżącym głosem Nigel. 

– Ludzkie  mięso  mu  nie  smakuje.  Woli  małpy  albo  jelenie.  Możecie 
spać spokojnie – odparł z powagą Luz. 

Bynajmniej  to  nie  drapieżniki  dżungli  były  powodem  bezsenności 
Karen.  Wpatrzona  w  muślin  moskitiery,  przemyśliwała  każde  słowo 
Jake'a. Czy mówił to poważnie, czy ot tak, aby tylko powiedzieć? Czy 
jej uczucia to miłość, czy zwykłe zadurzenie się? 

Tej nocy leżał tuż obok niej. Dostrzegła jakiś ruch i zobaczyła, że Jake 
unosi moskitierę. 

– Idę nad jeziorko – szepnął. – Odczekaj pięć minut i. przyjdź. 

Przez  całe  pięć  minut  zastanawiała  się,  czy  posłuchać  rozkazu.  Nie 
rozstrzygnąwszy  problemu,  wyśliznęła  się  ze  śpiwora.  Pragnęła  Jake'a. 
Jakie to proste! Bezszelestnie wyszukała w plecaku latarkę, by oświetlić 
sobie drogę po odejściu od ogniska. Wszyscy spali. Mike chyba także. 

Jake stał nad jeziorkiem i palił cygaretkę, aby odpędzić komary. 

– Myślałem,  że  już  nie  przyjdziesz  –  powiedział.  Wpadła  mu  w 
ramiona.  Bezbłędnie,  jak  gołąb  wracający  do  swego  gołębnika, 
pomyślała,  dziwiąc  się  sama  takiemu  porównaniu.  Nie  było  na  co 
czekać, skoro już postanowiła tu przyjść. 

– Byłem bliski szaleństwa w ciągu tych paru dni – wyznał – ilekroć mi 
się przypominało rozkoszne uczucie, jakiego doznałem trzymając cię w 
ramionach – ostatnie słowa wyszeptał już w jej włosy. Czuła rozkoszny 
dotyk błądzących po jej ciele dłoni. 

– Co ty ze mną robisz? – szepnął. 

background image

 

97 

 

– To  samo,  co  ty  ze  mną  –  odparła  ze  śmiechem.  –  Pomyśleć,  że  z 
mojej winy  mogłoby cię  'tu nie  być... – Chciał  jeszcze coś powiedzieć, 
ale tylko jęknął z rozkoszy, gdy Karen do niego przylgnęła. 

– Ale już nie żałujesz? – spytała. 

– Kto  wie?  –  Odsunął  ją  trochę  od  siebie  i  wpatrzył  się  w  ledwo 
widoczną w mroku twarz kobiety. – Rzuciłaś na mnie jakiś urok! 

– Wcale  nie  zamierzałam.  Byłam  zresztą  przekonana,  że  mnie 
nienawidzisz.  –  Stawała  się  coraz  bardziej  ośmielona  jego  nowym 
sposobem zachowania i mówienia, a nawet wyrazem twarzy. 

– To była. samoobrona. Myślałem, że jesteś związana z Rogerem. 

– Myślałeś tak nawet wtedy, gdy kategorycznie zaprzeczyłam? 

– Nie raz mnie okłamano. – I znów to cyniczne wydęcie ust. 

– Mam  wrażenie,  że  obracałeś  się  wśród  niewłaściwych  ludzi  – 
powiedziała. 

– Z pewnością  masz  rację.  –  I  zaraz  niemal  groźnie oświadczył:  –  Ale 
uprzedzam  cię,  że  raz  wszedłszy  w  posiadanie,  niełatwo oddaję  swoją 
własność! 

– Ja także – zapewniła pośpiesznie,  słysząc w  jego słowach zapowiedź 
wspólnej przyszłości. 

Miała  ochotę  powiedzieć  mu  w  tym  momencie,  że  go  kocha,  ale 
pomyślała, że to zbyt wczesne, zbyt emocjonalne, a także zbyt wiążące 
wyznanie.  Objęła  jego  ciemną  głowę  i  skłoniła  ją ku sobie. Obdarzyła 
Jake'a  najgorętszym  z  pocałunków.  Zawierał  wszystkie  obietnice  oraz 
namiętności nabrzmiałe w ciągu minionych paru dni. Odpowiedział na, 
to,  wsuwając  dłonie  pod  trykotową  koszulkę  i  delikatnie  pieszcząc  jej 
plecy. Rozdygotana, oszołomiona zdążyła jeszcze pomyśleć, że nigdy w 
życiu niczego tak bardzo nie pragnęła, jak teraz tego mężczyzny. 

background image

 

98 

 

W  ciągu  paru  sekund  byli  rozebrani,  Karen  wtopiła  twarz  w  jego 
zarośniętą  pierś,  wdychała  jego  zapach.  To  jest  jej  mężczyzna! 
Powtarzając sobie tę przecudowną prawdę, spoczęła  na ziemi pod  jego 
ciężarem. 

Jake  całował  jej  usta,  każdy  kącik  zamkniętych  oczu,  muszle  uszu. 
Potem jego usta pieściły szyję, piersi, zagościły na sutkach, które jakby 
rozkwitły  pod  dotykiem  języka  mężczyzny,  zsunęły  się  jeszcze  niżej  i 
niżej, by zadośćuczynić jej pragnieniom. 

Ostateczne spełnienie  miało  przyjść  dopiero  za chwilę. Jakże  cudowne 
było łączenie się dwojga ludzi. 

Tuląc się do niego, czując go w sobie, Karen wiedziała, że nigdy nikogo 
innego nie będzie tak pragnęła. I że nigdy nikogo tak już nie pokocha. 

Chciała wydobyć z siebie jakieś słowa, ale coś, co tkwiło w niej gdzieś 
głęboko, zakazywało głośnego ich wypowiedzenia. A potem już było za 
późno,  gdyż  cały  świat  zawirował,  wyrzucając  ją  w  ugwieżdżony 
kosmos. 

Przed  powrotem  wykąpali  się  razem.  W  obozowisku  zastali  Luza 
dorzucającego  drewno  do  ogniska.  Karen  chciała  zatrzymać  się  w 
ciemnościach,  ale  Jake  pociągnął  ją  za  sobą.  Luz  spojrzał  na  nich  z 
aprobatą. 

– Idź  spać, kochanie!  –  powiedział  Jake  czule do Karen. – Ja posiedzę 
trochę  z  Luzem.  Pa,  do  rana!  Najmniejszego  ruchu  z  żadnego  ze 
śpiworów. Karen 

miała nadzieję, że wszyscy rzeczywiście śpią. Długo leżała z otwartymi 
oczami, wpatrując  się  w  obu  mężczyzn  przy  ogniu  i  zgadując, o  czym 
rozmawiają.  Jedno  było  pewne:  nie  o  piej.  Jake  nie  należał  do  tego 
rodzaju  mężczyzn.  Jake  jest  jej!  I  ona  go  kocha!  I  tak  będzie  zawsze. 
Nic już tego nie zmieni. 

 

background image

 

99 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Berło w kształcie uzbrojonej w pazury łapy jaguara było w doskonałym 
stanie. Karen oglądała  je z podziwem,  myśląc prozaicznie, że zaginęła, 

background image

 

100 

 

nawet pamięć o człowieku, który przed kilkuset laty ostatni trzymał ten 
przedmiot w ręku. 

Pod stosem kamieni, prawdopodobnie będących niegdyś jedną ze ścian 
tajemnej  kryjówki,  Jake  odnalazł  masę  przedmiotów  o  bezcennej  dla 
archeologów  wartości:  liczne  naczynia  do  kadzideł,  gliniane  figurki,  a 
także  obrzędowy  rzeźbiony  pastorał  z  twardego  grabowego  drewna, 
które potrafi przetrwać stulecia. 

Figurki były w większości potłuczone, ale z pewnością kilka z nich uda 
się posklejać. Berło zapakowano starannie, aby zabrać z sobą, natomiast 
pozostałe przedmioty pozostawiono dla przyszłych archeologów. Teraz 
nie mieli ani czasu, ani sprzętu do prac wykopaliskowych. 

– Sądzisz,  że  Gwatemalczycy  przyślą  tu  ekipę?  –  spytała  Karen.  –  To 
by dopiero było wspaniałe, uczestniczyć w pracach archeologicznych! 

– Kto  to  wie,  czy  przyślą.  To  bardzo  drogie  przedsięwzięcie  –  odparł 
Jake, otrzepując ręce o spodnie. Patrzył  na  Karen z  miłym uśmiechem. 
–  No,  co?  Już  pewno  z  niecierpliwością  czekasz  na  powrót  do 
cywilizowanego świata? 

– Tak  naprawdę,  to  mi  go  wcale  nie  brakowało  –  wyznała,  także  się 
uśmiechając.  –  Były  rekompensaty...  –  Sama  świadomość  jego 
obecności tui obok wywoływała. przyśpieszone bicie serca. 

– Staramy się dogodzić naszym gościom – zażartował. 

Mike  przyglądał  się  im  z  odpychającym  wyrazem  twarzy.  Karen 
spostrzegła  go  w  pewnym  momencie  i  drgnęła.  Jake  to  zauważył, 
ściągnął brwi i odwrócił głowę. 

– Pójdę  teraz  spakować  rzeczy  –  powiedziała  szybko,  by  odwrócić 
uwagę Jake'a i znaleźć się poza zasięgiem wzroku Mike'a, który zaczął 
ją po prostu irytować. 

Na kolację raz jeszcze jedli dzikie indyki, a także suszone jarzyny. 

background image

 

101 

 

Ze  swojego  miejsca  przy  ognisku  Karen  widziała  szczyt  piramidy, 
oblany przygodnym promieniem księżyca. Rozmyślała o czasach, kiedy 
pod tą piramidą składano ofiary z ludzi i samookaleczano się, gdyż było 
to miłe bogom i zyskiwało ich przychylność. Wzdrygnęła się. 

– Zobaczyłaś ducha? – spytał Howard. 

– Tak,  duchy  odległej  przeszłości.  –  Spojrzała  na  Howarda  nieco 
zdziwiona,  gdyż  po  raz  pierwszy  od  wyjazdu  zwrócił  się  do  niej.  – 
Myślałam sobie, że jednak lepiej jest żyć teraz niż w tamtych czasach. – 
Wskazała głową na piramidę. 

– To prawda. Kapłani mieli boskie życie, ale wierni podłe – zgodził się. 
–  Nie  wątpię,  że  złożyliby  z  ciebie  ofiarę,  Karen!  Zawsze  wybierali 
najpiękniejsze dziewczęta. 

– Co za komplement! A skąd ty wiesz o ich obyczajach? 

– Moja żona jest kopalnią informacji. Kiedy się dowiedziała, że tu jadę, 
obłożyła  się  książkami  o  Majach.  Mówiła  mi,  że  oni  nie  byli  tacy 
krwiożerczy jak Toltekowie i Aztekowie. 

– Tak, Jake też o tym mówił. – Zdała sobie sprawę, że Howard spojrzał 
na nią bacznie, gdy wymówiła to imię. Udała jednak, że tego nie widzi. 
Czyżby  się  zdradziła  tym  jednym  słowem,  sposobem  jego 
wypowiedzenia? – Czy żona nie narzeka na twoje zbyt częste wyjazdy? 
Przepraszam, może to zbyt osobiste pytanie? 

– Jakoś  się  układa  –  obojętnie  wzruszył  ramionami.  –  Ty  też  będziesz 
spędzała sporo czasu w podróżach, jeśli zostaniesz u Rogera. 

– To prawda, ale nie mam własnej rodziny. 

– Jeszcze nie – odpowiedział i przez chwilę milczał. – Przyjmij radę od 
kogoś,  kto  mógłby  być  twoim  ojcem.  Trzymaj  się  z  dala  od  Mike'a  i 
uważaj na niego. On nie znosi dostawania po nosie. 

Usiłowała zbagatelizować sprawę śmiechem. 

background image

 

102 

 

– Wiesz  dobrze,  o  czym  mówię.  Zgadzam  się,  że  Rothman  to  lepsza 
partia, tylko że... 

– Wcale  nie  jest  tak,  jak  sądzisz!  –  wyrwało  się  jej,  nim  zdała  sobie  z 
tego sprawę. Rozejrzała  się  nie= spokojnie dokoła. Wszyscy wydawali 
się być zajęci własnymi sprawami. – Ja nie jestem taka! – powiedziała. 

– Tak  też  myślę  –  odparł  spokojnie.  –  Jedne  kobiety  bardzo 
wykorzystują  swoje  powaby,  inne  jakby  je  ignorują.  Ale  zarówno  w 
jednym, jak i w drugim wypadku kobieta udająca się na taką wyprawę 
jak  ta,  nie  może  się  spodziewać,  że  będzie  traktowana  jak  kumpel. 
Nigel jest z twojego powodu tak rozkojarzony, żd zapomina, jaki mamy 
dzień.  –  Powstrzymał  ją,  gdy  chciała  coś  wtrącić.  –  Nigel  jest 
niegroźny,  nie zrobi  ci  krzywdy.  Natomiast  Mike  to  inna  sprawa. Jego 
popędy są prymitywne. W jego opinii kobiety istnieją tylko po to, żeby 
zaspokajać męskie potrzeby. W normalnych warunkach nie brakuje mu 
kandydatek. – Widać, że dobrze go znasz. 

– Pracujemy  razem  już  od  dłuższego  czasu.  Dobry  fachowiec, 
koleżeński, uczynny, ale pod warunkiem, że ma wszystko, czego chce. 
Przez ostatnie dwa dni 

chodzi  jak  wściekły  wilczur.  Zazdrość,  frustracja?  Nazywaj  to,  jak 
chcesz. Ważne, byś się pilnowała! 

Byłoby  niesłuszne  twierdzić,  że  Mike  nie  może  mieć  powodów  do 
zazdrości,  zwłaszcza  że  Howard  domyślał  się,  iż  coś  łączy  Karen  i 
Jake'a. Pozostali też już pewno się domyślali, a Luz wiedział od samego 
początku.  Na  przyszłość  trzeba  zachowywać  większą  ostrożność.  Nie 
wolno  im  wymykać  się  nocą  na  potajemne  spotkania.  Za  kilka  dni 
wrócą  do  San Samoza,  potem  jeszcze  tylko  "I'ikal  i  powrót  do Anglii. 
Jeśli  Jake  myślał  poważnie  a  kontynuacji  tego,  co  tu  zaczęli,  to 
zrozumie jej argumenty. 

Zresztą  jej  też  nie  będzie  łatwo.  Nawet  teraz,  patrząc  na  Jake'a 
siedzącego  po  drugiej  stronie  ogniska,  zapragnęła  nagle  znaleźć  się  w 
jego ramionach. 

background image

 

103 

 

Jakby  wyczuł  jej  spojrzenie  i  podniósł  na  nią  oczy.  Przy  Howardzie, 
który  wszystko  obserwował,  nie  potrafiła  zachować  się  naturalnie. 
Rozjaśniła twarz w nienaturalnym uśmiechu i ni stąd, ni zowąd zaczęła 
coś paplać o ujęciach, które tego dnia kręcili. 

Jeśli  nawet  Howard  zdał  sobie  sprawę  z  przyczyny  jej  nagłego 
zainteresowania  kątami  ujęć  i  zbliżeniami,  to  nie  dał  tego  po  sobie 
poznać.  Poza tym zawsze,  w  każdej  chwili  był  gotów mówić  o swojej 
pracy.  Karen  starała  się  skupić  na  tym,  co  Howard  jej  opowiadał  i 
zapomnieć  o  wszystkich  nurtujących  ją  problemach.  Przy  najbliższej 
okazji porozmawia o wszystkim z Jakiem i postara się, żeby zrozumiał. 

O dziesiątej wieczorem zaczęło padać  i padało przez całą godzinę. Nie 
po raz pierwszy błogosławili palmowe pędy,  z których co noc układali 
daszki nad śpiworami: nie przenikała przez nie nawet kropla wody. 

Wcześnie  rano  zwinęli  obozowisko.  Przed  odejściem  Howard  zdążył 
jeszcze  sfilmować  piramidę  Majów  skąpaną  w  porannej  mgle.  Karen 
wracała z ulgą, ale jednocześnie z żalem, że nie udało się lepiej zgłębić 
tajemnicy wygasłej cywilizacji. Gdy po raz ostatni spojrzała na ruiny, w 
pełni zrozumiała tęsknoty Jake'a, skłaniające go do ciągłych podróży w 
nieznane. 

Karen  chciała  go  spytać,  jakie  wyprawy  planuje  na  najbliższą 
przyszłość,  lecz  bliskość  pozostałych  członków  ekipy  bardzo  ją 
krępowała.  Na  pewno  zwykłym  pytaniom,  wynikającym  z  prostej 
ciekawości,  przypisaliby  inną  treść.  Obietnica  kontynuowania 
znajomości  w  Anglii  mogła  nic  nie  znaczyć,  jeśli  sam  Jake  nie  miał 
zamiaru , długo w niej pozostawać. 

Wmawiała też sobie, że z pewnością się myli sądząc, iż Jake zachowuje 
się  wobec  niej  dość  chłodno  od  samego  rana.  Może  chciał  wygasić 
jakiekolwiek  podejrzenia  osób  trzecich?  Na  szczęście  nie  wspomniała 
mu  o  nocnym  podglądaniu  przez  Mike'a  i  nie  miała  zamiaru  tego 
uczynić. 

background image

 

104 

 

Zachowanie  Mike'a  było  jednoznaczne.  Jeśli  się  do  niej  odzywał,  to  z 
tak wyraźną pogardą, że zwracał  uwagę  innych, chociaż Karen  starała, 
się to ignorować. Wieczorem Roger odciągnął ją na bok pod pretekstem 
omówienia jakichś szczegółów scenariusza i zapytał wprost: 

– Czy masz jakieś kłopoty z Mikiem?  

– W jakim sensie? 

– W tym jednym. Sądząc z jego zachowania, w ciągu ostatnich paru dni 
cierpi  z  powodu  urażonej  dumy.  Gdybym  miał  zgadywać,  to  bym 
powiedział, że czegoś od ciebie chciał, a ty mu odmówiłaś. 

– Nawet  mnie  nie  dotknął.  –  Nie  skłamała.  –  Jeśli  na  coś  cierpi,  to  z 
pewnością na straszny żar, tak jak my wszyscy. 

– Jedni  więcej,  inni  mniej.  Ty  zawsze  wyglądasz  świeżo!  –  Podniósł 
rękę w przepraszającym geście, gdy wyraz jej twarzy uległ gwałtownej 
zmianie. – To 

była tylko chłodna obserwacja. Złożyłem  broń, gdy się zorientowałem, 
co czujesz do Jake'a. 

– Czy to jest takie oczywiste? – spytała Karen. 

– Może  nie  dla wszystkich.  Ja  jestem  uczulony. –  Chwilę się wahał.  – 
Nie przyjmuj tego jako próby zepsucia ci humoru, ale wydaje mi się, że 
Jake już do kogoś należy. 

– Do Eleny Sleeman? – nadała pytaniu ton zwykłej ciekawości. 

– Właściwie,  no,  tak.  –  Był  nieco  zmieszany  i  zarazem  zdziwiony.  – 
Skąd wiesz? Jake ci to powiedział czy odgadłaś? 

– To  po  prostu  nieprawda.  –  Nie  mogła  się  oprzeć,  by  mu  tego  nie 
powiedzieć. – Ich nic poważnego nie łączy. 

– Elena ma inne zdanie. Zwierzyła mi się, że się wkrótce pobierają. 

– Nie  wierzę  w  to!  –  odrzekła  Karen  z  gwałtownością,  która  miała 
zagłuszyć nagły krzyk serca. -Jake  by tego nie... -przerwała czując,  jak 

background image

 

105 

 

ją oblewa gorąco na widok spojrzenia Rogera. – Jake by nie skłamał! – 
dokończyła z trudem. 

– Chcesz powiedzieć, że zaprzeczył? 

– Niezupełnie tymi słowami. – Karen starała się sobie przypomnieć, co 
dokładnie  powiedział  jej  Jake  na  temat  znajomości  z  piękną  Eleną. 
Chyba użył sformułowania „nic, co by teraz dotyczyło nas". Zrozumiała 
to  jako  zapewnienie,  że  jeśli  nawet  coś  było  między  nimi,  to  już  się 
skończyło. Skoro jednak Elena mówi, że mają się pobrać...? 

– Widzę, że cierpisz z tego powodu. Bardzo mi przykro. Nigdy bym nie 
posądził  Rothmana o podobną podłość. Od początku widziałem, że  mu 
się  podobasz.  On  się  tego  wyraźnie  bał  i  dlatego  tak  oponował 
przeciwko twojemu uczestnictwu. Tak czy inaczej nie powinien był... – 
Roger  się  zająknął.  –  Nie  mam  prawa  dawać  ci  żadnych  nauk  i  rad. 
Niemniej chciałem, żebyś sobie zdawała sprawę z sytuacji. Nie chcę, by 
ktokolwiek cię skrzywdził, Karen! 

Próżne  życzenie,  pomyślała.  Świat  wokół  niej  runął.  Jake  po  prostu 
zapełniał sobie wolny czas. Nie żywił do niej żadnych głębszych uczuć. 
Czeka  go jednak niemiła  niespodzianka.  Będzie  musiała zmobilizować 
wszystkie swoje zdolności aktorskie, aby mu pokazać, że i ona nie żywi 
do niego żadnych uczuć. 

Jeszcze  tego  samego  wieczoru  podczas  kolacji  pojawiła  się  okazja 
zemsty.  Na  ofiarę  wybrała  Nigela  Morrisa.  Coś  w  niej  protestowało 
przeciwko  wykorzystywaniu  chłopaka  w  podobnie  niecnym  celu,  ale 
potrzeba  upokorzenia  Jake'a  była  silniejsza  niż  jakiekolwiek  wyrzuty 
sumienia. 

Siedząc  koło  Nigela  zaczęła  go  wypytywać  o  jego  życie  i  pracę.  Z 
udawanym  podziwem  słuchała  jego  odpowiedzi,  cały  czas  obserwując 
zachowanie Jake'a.  Spojrzał  kilka  razy  w  jej  kierunku, wyraźnie  czuła, 
to  spojrzenie,  ale  nie  reagowała.  Miała  przedziwne  wrażenie,  że  od 
Jake'a płynie ku niej troskliwa serdeczność, a może nawet coś więcej. 

background image

 

106 

 

W  nocy  nie  padało,  ale  wilgotność  powietrza  była  nie  do  zniesienia. 
Obudziwszy się o brzasku w rozkrzyczanej już i rozćwierkanej dżungli, 
Karen  postanowiła  czym  prędzej  pozbyć  się  oblepiającej  ciało, 
niemalże  nadającej  się  do  wyżęcia,  piżamy.  Musiała  więc  zejść  nad 
niezbyt  głęboką  w  tym  miejscu  rzekę,  zanurzyć  się  i  obmyć.  Jeśli  się 
pośpieszy, to zdąży, nim obudzą się pozostali, pomyślała. 

W  coraz  jaśniejszym  świetle  budzącego  się  dnia  nie  miała 
najmniejszych  trudności  z  trafieniem  do  brzegu.  Zdjęła  bawełnianą 
piżamę i po kolana weszła do 

wolno  płynącego  strumienia,  rozkoszując  się  miłym  chłodem  wody. 
Ukucnęła  i  zaczęła  się  pluskać.  Dobrego  humoru  nie  zepsuł  jej  nawet 
widok  płynącego  węża.  Stała  nieruchomo,  aż  wąż  ją  minął  i  zniknął, 
dobijając do przeciwległego brzegu. 

Dopiero  wówczas,  gdy  lekko  przeniosła  wzrok  w  prawo,  zobaczyła 
łanię,  która  z  łbem  pochylonym  nad  wodą  nagle  zastygła  w  bezruchu 
najprawdopodobniej  wietrząc niebezpieczeństwo. Zastygła też  i  Karen, 
gdyż usłyszała groźny pomruk. Z zarośli niby z procy wyskoczył jaguar 
i zwalił z nóg bezbronne zwierzę. 

Wsparty  łapami o zdobycz, z położonymi uszami i sztywnym ogonem, 
drapieżnik  spoglądał  przenikliwymi  oczami  na  miejsce,  gdzie  stała 
Karen. Zdawała sobie sprawę, że zwierzę może ją dopaść w ciągu paru 
sekund. Wszystkie instynkty nakazywały brać nogi za pas i uciekać. 

– Stój  tam,  gdzie  stoisz!  Nie  ruszaj  się!  –  usłyszała  za  sobą  cichy, 
spokojny głos Jake'a. – Niech się upewni, że nie masz zamiaru odbierać 
mu zdobyczy. 

Karen niemalże się roześmiała, gdyż nie wyobrażała sobie czegoś mniej 
groźnego  niż  naga  kobieta.  Gdy  jaguar  wreszcie  odciągnął  łanię  od 
brzegu  i  zniknął  z  nią  w  głębi  dżungli,  Karen  poczuła,  że  już  nie  stoi 
zesztywniała  ze  strachu,  tylko  trzęsie  się  cała  na  galaretowatych 
nogach. 

background image

 

107 

 

– Teraz już możesz wyjść na brzeg – powiedział Jake. – Szybko! 

Karen odwróciła się i ruszyła ku Jake'owi, który czekał na nią z ponurą 
twarzą. Zarzucił jej na ramiona ręcznik, którym się owinęła. 

– Bałam się – wyszeptała. 

– Gdybyś  się poruszyła  albo  krzyknęła,  mógł  skoczyć.  Tyle dobrego  z 
całej historii, że jesteś osobą jedyną być może, która widziała w dżungli 
jaguara zabijającego ofiarę. Bo ja zjawiłem się o parę sekund za późno. 

Karen  wiedziała,  że  Jake  mówi  to  tylko  po  to,  aby  jej  dać  czas  na 
ochłonięcie  po  straszliwej  przygodzie,  natomiast  w  rzeczywistości  jest 
wściekły. Niebieskie oczy słały lodowate spojrzenie. 

Trochę już oprzytomniała. Pokiwała głową z rezygnacją. 

– Trudno,  no  powiedz,  co  masz  do  powiedzenia.  Że  nie  powinnam  tu 
sama przychodzić, że nie powinnam wchodzić do wody. 

– Że nie powinno tu ciebie w ogóle  być!  Kropka, koniec! Od początku 
miałem rację, przynajmniej w tej sprawie. 

Podniosła  dumnie  głowę,  gdyż  przypomniała  sobie  rewelacje  Rogera 
dotyczące człowieka, w którego miłość zaczęła już wierzyć. 

– W innych sprawach nie miałeś? 

– Tak  wygląda.  Wszystko  jest  dla  ciebie  zabawą?  Muszę  przyznać,  że 
nieźle grasz. 

– O czym ty mówisz? – spytała zimno. 

– Nie  udawaj,  wiesz  dobrze.  Od  miesięcy  już  masz  Mike'a  na  długiej 
smyczy... 

– On ci to powiedział?  

– Zaprzeczysz? 

Słysząc taki ton, podniosła dumnie głowę. 

background image

 

108 

 

– Oczywiście, zaprzeczam. Co Mike sobie myśli, to jego sprawa. 

– Jeśli  stosowałaś  wobec  niego  terapię,  którą  wczoraj  aplikowałaś 
Nigelowi,  to  nic  dziwnego,  że  uznał  to  za  podrywanie.  Kto  teraz 
następny na liście? Może Luz? Chociaż z nim nie pójdzie ci tak łatwo. 

Jej twarz oblała się pąsem. 

– Nie  masz  prawa  do  takich  sugestii,  nie  masz  prawa  mówić  takich 
rzeczy! – krzyknęła. 

– A dlaczegóż by nie? Stwierdzam po prostu, że jesteś sprawiedliwa, że 
wszystkich  obdzielasz  równo.  Mogę  się  zgodzić  z  jednym,  a 
mianowicie, że na mnie złamałaś sobie ząbek i chcesz się teraz zemścić, 
mizdrząc się na moich oczach do Nigela. Żebym nie był nadto zadufany 
w  sobie.  Ale  nie  wolno  ci  krzywdzić  Bogu  ducha  winnego  chłopaka, 
którego  zwodzisz  fałszywymi  nadziejami.  I  nie  próbuj  temu 
wszystkiemu zaprzeczać! – powstrzymał ją, gdy otworzyła usta, by coś 
wtrącić.  –  Znam  już  twoje  gorące  zapewnienia,  i  po  raz  drugi  się  nie 
nabiorę. 

– Dlaczego  miałabym  się  na  tobie  mścić,  za  co?  –  z  trudem  dobyła  z 
siebie te kilka słów, zdrętwiała i przerażona. 

– To  część  twoich  zagrywek.  Ale  tym  razem  przeliczyłaś  się.  Nie  ma 
mnie, przestaję się bawić! 

A  więc  to  koniec!  Tak  należało  rozumieć  jego  słowa.  Miała  ochotę 
rzucić  mu  w  twarz  własne  oskarżenie,  powiedzieć wszystko, czego  się 
dowiedziała  od  Rogera,  ale  wówczas  dałaby  mu  poznać,  że  bardzo  ją 
zranił. Za wszelką cenę musi dalej prowadzić grę obojętności. 

– Wobec  tego  cześć,  do  widzenia,  było  miło!  –  Gdyby  wiedział,  ile  ją 
kosztowało wypowiedzenie tych słów! 

Przez opaloną twarz  mężczyzny  przemknęło  coś, jakby  boleść  czy  żal, 
potem powróciła zimna zawziętość. 

background image

 

109 

 

– Tak prosto się nie kończy! – powiedział. – Na  pożegnanie należy się 
nam coś więcej. – Przyciągnął ją brutalnie i wpił się ustami w jej usta. 

Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  choć  wiedziała,  że  ręcznik,  którym  jest 
owinięta,  opadnie  natychmiast,  gdy  Jake  ją  odepchnie.  Tak 
zareagowała,  niemal  odruchowo,  chociaż  miał  to  być  pocałunek 
obraźliwy  i  poniżający,  ponieważ  nadal  był  tym  mężczyzną,  którego 
kochała.  Natychmiast  jednak  zaczęła  się  wyrywać,  chcąc  odzyskać 
panowanie nad sytuacją. 

Usłyszeli  bliskie  chrząknięcie.  Jake  dość  delikatnie  i  powoli  ją  puścił, 
tak że  miała czas złapać  osuwający  się  ręcznik, a następnie  obrócił  się 
ku przybyszowi. 

– Mamy  problem  –  powiedział  Luz,  nie  dając  nic  po  sobie  poznać.  – 
Zachorował Nigel. 

Jake  nie  tracił  czasu  na  dalsze  pytania  wiedząc,  że  sprawa  musi  być 
poważna, skoro Luz aż tu po niego przyszedł. 

– Ubierz się  i wraca  j  do obozu! – rzucił krótko do Karen  i poszedł  za 
Luzem, nawet się nie obejrzawszy. Tylko Mike zauważył jej powrót do 
obozu,  pozostali  otaczali  kręgiem  spoconego  i  głośno  jęczącego 
chłopaka. Nigel miał ściągniętą i śmiertelnie bladą twarz i rozpaczliwie 
trzymał się za brzuch. 

Jake,  który  klęczał  obok,  wydawał  się  po  raz  pierwszy  całkowicie 
zagubiony. 

– To stało się tak nagle, że można podejrzewać wyrostek robaczkowy – 
oznajmił bez większego przekonania. 

– Przy  wyrostku  nie  ma  takich  bólów  –  powiedziała  Karen,  nim  się  w 
ogóle  zorientowała,  że  wypowiada  jakąś  opinię.  –  Myślę,  że  to  po 
prostu nieżyt żołądka. Coś zjadł. 

– Masz  przygotowanie  medyczne?  –  zapytał  z  ironią,  unosząc  brwi  i 
patrząc zimno niebieskimi oczami. 

background image

 

110 

 

– Inaczej  bym  się  nie  odzywała.  Mam  prawo  udzielać  pierwszej 
pomocy.  Pokazać  zaświadczenie?  –  Postanowiła  stawić  czoło  jego 
ironii  i  sarkazmowi.  Miała  już  tego  dość!  Uklękła  przy  Nigelu  po 
drugiej  stronie  i  uśmiechając  się  spokojnie  zaczęła  delikatnie 
obmacywać prawą dolną stronę brzucha. – Tu coś czujesz? – spytała. 

W gromadce za plecami ktoś parsknął śmiechem. Karen była pewna, że 
to  Mike.  Tylko  on  jeden  był  zdolny  w  takiej  sytuacji  dostrzec  w  jej 
słowach coś dwuznacznego. 

– Wyżej  –  jęknął  Nigel.  –  Jakby  skurcz!  –  Zwinął  się,  podciągając 
kolana pod klatkę piersiową, jakby chciał zdusić atak bólu. 

Usiłował  też  wymiotować,  ale  bez  powodzenia.  Karen  zauważyła 
jednak,  że  sporo  wymiotował  wcześniej.  Wskazywało  to,  z  jednej 
strony,  na  zatrucie  pokarmowe,  z  drugiej,  że  już  właściwie  wszystko 
wydalił.  Przypomniała,  sobie  natychmiast,  że  infekcja  wirusowa 
również  powoduje  wymioty.  Na  chwilę  przymknęła  oczy,  aby'4  się 
zastanowić,  co  ~w  tym  wypadku  należało  zrobić.  Gdy  je  otworzyła, 
spotkała ostre spojrzenie zwężonych oczu Jake'a. 

– No i? – nalegał. 

– Teraz  niewiele  możemy  zrobić.  Trzeba  czekać,  aż  podrażnienie  jelit 
ustąpi  –  powiedziała  z  pewnością  siebie,  chociaż  jej  nie  miała.  –  Do 
tego czasu nie można go ruszać. 

– Jak długo? – spytał Jake cierpko. 

– Nie  jestem  lekarzem!  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Sądzę,  że  jakieś 
dwadzieścia  cztery godziny.  W apteczce  jest  mleczko magnezjowe. To 
mu powinno pomóc. 

Poszła go poszukać, wróciła  z  buteleczką  i ponownie klęknąwszy przy 
Nigelu,  uniosła  mu  głowę.  Napełniła  zawiesistym  płynem  plastykową 
łyżeczkę i kazała. wypić. 

– To wszystko, co teraz mogę zrobić – powiedziała do chorego. 

background image

 

111 

 

Najwidoczniej ból był w tej chwili mniejszy, gdyż Nigel spojrzał na nią 
oczami pełnymi uwielbienia i podziękował. 

Jake wstał, ale nie wyciągnął ręki, by pomóc jej podnieść się z ziemi. 

– Zostawmy go teraz. 

Gdy  odeszli  parę  kroków,  spytał  Karen:  –  Jesteś  pewna  swojej 
diagnozy? 

– Nie  na  sto  procent  –  odparła.  –  Już  raz  powiedziałam,  że  nie  jestem 
lekarzem.  Jestem  natomiast  względnie  pewna,  że  to  nie  wyrostek 
robaczkowy. 

– Chylę głowę przed twą większą od mojej wiedzą – odparł jak zwykle 
z sarkazmem. – Skoro  jednak  ma  to  być  coś, co  zjadł, to powiedz  mi, 
dlaczego my wszyscy nie mamy podobnych objawów? 

– Dlatego,  że  nie  każdy  jest  w  równym  stopniu  uczulony  na  te  same 
produkty. W tym wypadku mogły to być grzyby, które znalazł Santino. 
A nawet nagłe uczulenie na mięso indyka:.. 

– Ona  ma rację  – powiedział  stojący  obok  Luz. –  Widziałem  już  takie 
wypadki. Dwadzieścia  cztery  godziny  bez  jedzenia, tylko na  wodzie,  i 
powinien  czuć  się  znacznie  lepiej.  Zobaczę,  jak  z  naszymi  zapasami 
destylowanej wody. Tylko taką może pić. 

– Posiedzę  przy  Nigelu  –  zaproponowała  Karen  po  odejściu  Luza..  – 
Przynajmniej  będę  odpędzała,  od  niego  muchy.  –  Spojrzała  prosto  w 
oczy Jake'a. – Zapewniam cię, że innej motywacji nie mam! 

Twarz  mu  nie  złagodniała,  nadal  patrzył  zimno.  –  To  już  nie  ma 
żadnego  znaczenia,  prawda?  Karen  odwróciła  się  przygryzając  wargi. 
Wmawiać sobie, że jej na nim nie zależy, jest łatwo, ale czuć to samo – 
niemożliwe. 

 

 

background image

 

112 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Roger postanowił  skorzystać z niespodziewanego postoju, by przejrzeć 
materiały i notatki. 

– Jesteś  mi  teraz potrzebna!  –  powiedział,  gdy  Karen  broniła  się  przed 
opuszczeniem chorego. – Zrobiłaś dla niego wszystko, co było można.. 
On już czuje się lepiej. 

– Naprawdę,  czuję  się  lepiej  –  zapewnił  ją  Nigel  jeszcze  słabym 
głosem.  –  Nie  jest  mi  już  mdło  i  nie  mam  bolesnych  skurczów.  Może 
będę już mógł iść po południu... 

– Po południu nie warto wyruszać. Żaby  znów rozbijać obozowisko po 
paru godzinach? Poleżysz sobie do rana – powiedziała Karen. – Wtedy 
już  na  pewno  będziesz  mógł  iść.  –  Zwróciła  się  do  Rogera:  – To  nam 
zbytnio nie skomplikuje harmonogramu, prawda? Jeden dzień? 

– Damy sobie radę – odparł. – Co za szczęście, że to było tylko  lekkie 
zatrucie pokarmowe! – Gdy odszedł parę kroków z Karen, powiedział: 
– Ty też niezbyt dobru wyglądasz. Mam nadzieję, że to nie to samo? 

background image

 

113 

 

Karen  przecząco  potrząsnęła  głową,  zastanawiając  się,  czy  Roger  w 
istocie  zmartwił  się  jej  wyglądem,  czy  też  obawia  się  dalszego 
opóźnienia. 

– Może  to  upał.  Wszystkim  nam  dał  się  we  znaki  –  mruknął  Roger.  – 
Nawet Jake wygląda na zmęczonego, a przecież jest przyzwyczajony do 
tropiku.  –  Spojrzał  z  ukosa,  a  nie  widząc  jej  reakcji,  dodał  z  pewnym 
ociąganiem: – Słuchaj... wracając do 

tego, co ci wczoraj powiedziałem... Ja mogłem się mylić... 

– Nie sądzę – ucięła krótko. – Nie mówmy o tym. – Mam wielką ochotę 
powiedzieć mu w oczy, co o nim myślę! – wybuchnął. 

– Prosiłam cię, żebyś o tym nie mówił. To nieważne. Natomiast ważna 
jest teraz nasza  praca  –  starała  się  mówić  przekonująco. – Ile potrzeba 
czasu na Tikal? 

Roger bez najmniejszego protestu zaakceptował zmianę tematu. 

– To  zależy,  ile  go  będziemy  w  ogóle  mieli.  Nie  wiem  przecież,  ile 
czasu zajmie nam teraz powrót do San Samozy. Wiesz, że musimy być 
w  Anglii  przed  końcem  miesiąca.  W  zasadzie,  jeśli  wszystko  pójdzie 
dobrze, to zostaną nam jeszcze ze dwa dni na odpoczynek w Guatemala 
City.  Będziemy  w  tej  samej  willi.  Jake...  Przepraszam  bardzo,  nie 
miałem zamiaru do niego powracać. 

Karen  milczała,  nie  wiedziała  bowiem,  co  powiedzieć.  Był  dopiero 
dwudziesty  pierwszy.  Często  więc  jeszcze  będzie  widywała  pana. 
Rothmana.  Postanowiła,  że  jeśli  uda  się  jej  dostać  wcześniejszą 
rezerwację, to zrezygnuje z owego odpoczynku w mieście. 

Wieczorem  Nigel  czuł  się  na  tyle  dobru, że  na chwilę  wstał  i  napił  się 
mleka  z  orzecha  podobnego  kształtem  do  kokosa.  Był  jednak  bardzo 
osłabiony.  Karen  miała  pewne  wątpliwości,  czy  będzie  zdolny  do 
marszu  następnego dnia, ale zachowała tę opinię dla  siebie. Mając tyle 
bagaży, ile mieli, nie zdołaliby  nieść  jeszcze  noszy z Nigelem.  A poza 
tym, nosa trzeba by dopiero zrobić. 

background image

 

114 

 

Następnego  poranka  Nigel,  choć  twarz  miał  bladą  i  ściągniętą, 
oświadczył  zdecydowanie,  że  jest  gotów  do  drogi.  Powiedział  też,  że 
spał jak niemowlę. Za to ja prawie nie spałam, pomyślała Karen. 

Luz  zostawił  Nigelowi  tylko  mały  plecaczek,  rozdzielając  ekwipunek 
chłopaka między pozostałych. 

Wyruszyli  szlakiem  poprzednio  przetartym,  dzięki  czemu  pokonali 
szybko  dużą  część  drogi.  Gdy  późnym  popołudniem  rozbijali  obóz, 
Nigel odzyskał na tyle siły, że pomagał w ogólnych pracach. Skorzystał 
też z pierwszej okazji,  by  wylewnie podziękować Karen za jej troskę  i 
pomoc. Gdy protestowała  mówiąc, że przecież nic takiego nie zrobiła., 
powiedział: 

– Najważniejsze  było  to,  że  koło  mnie  siedziałaś!  –  Spojrzał  na  nią 
wzrokiem, od którego Karen zamarło serce. – Karen, kiedy wrócimy... 

– Kiedy wrócimy, będę szukała innej pracy – przerwała mu. 

Przez chwilę patrzył nic nie rozumiejąc, a potem się zaczerwienił. 

– Ale chyba nie z mojego powodu? Nie ukrywałem, co do ciebie czuję, 
ty jednak przecież... 

Jak  to może być, że  wszyscy  dokoła  wyciągają  fałszywe wnioski  z  jej 
zachowania? Czy  naprawdę  nie  można okazywać  mężczyźnie  sympatii 
i  koleżeństwa,  by  wszyscy  nie  zaczynali  podejrzewać  romansu? 
Owszem,  od  samego  początku  wiedziała,  że  przed  Mikiem  trzeba  się 
pilnować.  Ale  reakcja  Rogera  była  już  dla  niej  zaskoczeniem.  Teraz 
znów Nigel! Jeszcze trzeba, żeby zaczął się do niej umizgiwać Howard, 
a sama zacznie  myśleć, że Jake  miał absolutną rację oceniając ją w ten 
sposób.  Nie  tylko  on,  ale  nawet  po  części  i  Howard,  co  ujawnił  w 
rozmowie przed dwoma dniami. To prawda, że w stosunkach z  ludźmi 
nie  brała  pod  uwagę  swego  powabu,  z  tej  prostej  przyczyny,  że  nie 
zdawała sobie sprawy, iż go tyle posiada! 

– To nie ma nic wspólnego z tobą – odparła. – Po prostu praca przestała 
mi odpowiadać. 

background image

 

115 

 

– Przecież ta wyprawa była wyjątkowa – zaprotestował. – Następna nie 
będzie taka trudna. Chyba nie mówisz poważnie? 

– Mówię bardzo poważnie. – Czy Roger o tym wie? 

– Jeszcze nie. I wolę, żeby nie wiedział, póki nie wrócimy. 

– Będzie  bardzo  zmartwiony.  Słyszałem,  jak  mówił  do  Howarda,  że 
jesteś nieoceniona. Zastanów się, Karen, należysz do zespołu! 

– Do  powrotu  do  Anglii.  –  Zmusiła  się  do  uśmiechu.  –  A  ty  szybko 
wracaj do zdrowia i chwilowo zapomnij o naszej rozmowie, bardzo cię 
proszę! 

– Obiecuję, jeśli ci na tym zależy. 

Jake nie zbliżył się do niej przez cały dzień. Zaskoczył ją dopiero przy 
pakowaniu  plecaka.  Spojrzawszy  w  jego  chmurną  twarz,  straciła  tę 
odrobinę nadziei, że przyszedł z dobrymi intencjami. ,Cóż znowu złego 
zrobiła? 

Frontalny atak nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości: 

– Zdaję  sobie  sprawę,  że  zawsze  ci  jest  potrzebny  ktoś,  kogo  możesz 
prowadzić na. smyczy. Myślałem jednak, że uzgodniliśmy, iż zostawisz 
Nigela w spokoju? 

Było  na to wiele odpowiedzi,  ale ta, którą Karen wybrała, nie  należała 
do najmądrzejszych: 

– Nic  nie  uzgadnialiśmy!  Tyś  wydał  rozkaz,  a  ja  nie  mam  zamiaru 
twoich rozkazów słuchać! 

– Wobec  tego  powiem  inaczej:  jeśli  nie  przestaniesz  zawracać  głowy 
temu biedakowi, który myśli, że się nim poważnie interesujesz, to ja mu 
opowiem o nas! 

Karen  opadła  na  pięty,  by  spojrzeć  prosto  w  oczy  Jake'owi,  który  ze 
skrzyżowanymi  nogami  usiadł  naprzeciwko  na  ziemi.  Z  daleka  można 

background image

 

116 

 

było  sądzić,  że  są  zatopieni  w  przyjaznej  rozmowie.  Bliskość  Jake'a 
wywoływała w Karen fizyczny ból. 

– O nas opowiesz? A co takiego? – spytała cedząc słowa. Zobaczyła, że 
Jake zacisnął szczęki. 

– Wszystko,  co  należy,  by  przestał  mieć  wobec  ciebie  jakiekolwiek 
zamiary i nadzieje. 

Mogłaby  mu właściwie  teraz  powiedzieć, że  już  to uczyniła,  ale  co by 
to zmieniło? 

– Cóż  za  nagła  troska  o  Nigela?  Twój  brat  czy  swat?  –  powiedziała 
zamiast tego. 

– Powinowactwo  losu.  Bratnia  dusza  –  odparł.  –  Wiem,  jak  łatwo 
potrafisz zbałamucić niewinną minką. 

– Można by to zastosować do innych. Przejrzyj się w lustrze i zastanów 
nad swoją moralnością, zanim zaczniesz krytykować bliźnich. 

– A to co ma znowu znaczyć? – Patrzył zmienionymi oczami. 

Karen  opanowała  się.  Wypominanie  mu  Eleny  mogło  sugerować 
głębsze  zaangażowanie  jej  samej,  a  nie  chciała,  by  o  tym  wiedział. 
Niech  raczej  myśli,  że  potraktowała  to  jedynie  jako  przygodę,  niż 
miałby  domyślać  się  prawdy.  Wzruszyła  więc  ramionami,  aby 
uwiarygodnić swą odpowiedź: 

– Mato  znaczyć,  że  na  pewno  nie  jesteś  kandydatem  na  świętego.  Ani 
nie  byłam  twoją  pierwszą  partnerką,  ani  nie  zostanę  ostatnią.  Takie 
zachowanie  zupełnie  nie  przystoi  człowiekowi,  który  rzuca  podobne 
oskarżenia  pod moim  adresem.  Usprawiedliwia cię oczywiście  fakt,  że 
jesteś mężczyzną, a mężczyzna, zgodnie z obwieszczanym przez siebie 
kodeksem,  nie  ma  żadnego  obowiązku  hamować  swoich  chuci, 
nieprawdaż? 

– W  każdym  razie  nie  wtedy,  kiedy  nie  można  się  oprzeć  pokusie  – 
odparł  z  ironią  w  głosie.  –  A  ty  byłaś  pokusą  nie  do  odparcia. 

background image

 

117 

 

Przepraszam za opuszczenie paru  miłosnych sesji! Trzeba przyznać, że 
kochanie się z tobą pozostawia niezapomniane wrażenia. 

– Nie szargaj tego, co dotyczy miłości i kochania! – odparowała. 

– Wolałabyś  ordynarniejsze  słowa?  Jeśli  nie,  to się  ich tak gwałtownie 
nie  dopraszaj!  Myśmy  się  kochali,  szanowna  pani.  To  było  namiętne 
kochanie. Amour! 

– Przestań! – rzuciła drżącym głosem. – Nie chcę o tym mówić! 

– Mówić może nie chcesz, ale mnie chciałabyś! Tak samo jak ja ciebie! 
Oboje  mamy  tego  pecha!  –  Wstał  z  ziemi  jednym  szybkim  -ruchem  i 
spojrzał  na  Karen  z  góry.  -Mówiłem  poważnie.  Jeśli  już  koniecznie 
potrzebna ci zabawka, powróć do Mike'a. Jego nie zranisz na pewno. 

I  tak  się  skończyło,  pomyślała  z  goryczą.  Nie  było  dla  niej  żadnym 
pocieszeniem,  że  nadal  jej  pragnął.  Zwykły  fizyczny  pociąg,  i  nic 
więcej.  Jakaż  była  głupia  zadurzając  się  w  nim  po  uszy!  I  jeszcze 
głupsza nie potrafiąc teraz się od tego uczucia uwolnić! 

Ponieważ  Nigel  czuł  się  już  zupełnie  dobru,  nie  musiała  się  o  niego 
więcej  troszczyć.  Tłumaczyła  sobie,  że  unika  z  nim  bezpośrednich 
kontaktów dla dobra chłopaka, a nie z powodu pogróżek Jake'a, który i 
tak sobie przypisu zasługę. 

Może  i z  tego  powodu  nie  zniechęciła  z  miejsca  Mike'a, gdy podszedł 
do niej na szlaku. 

– Romansik zakończony? – spytał. – A to pech! 

– Ty  się  do  tego  przyczyniłeś  –  odparła,  odsuwając  z  czoła  wilgotny 
kosmyk włosów i poprawiając plecak. 

 – Ja? A cóż ja miałem z tym wspólnego? – zapytał niewinnym głosem. 

– Zachowując się publicznie tak, jakbym do ciebie należała. I na pewno 
coś takiego powiedziałeś Jake'owi! – oskarżyła go. 

background image

 

118 

 

– Powiedziałem  mu  tylko  prawdę.  Że  mnie  obskakiwałaś,  nim 
postanowiłaś dobrać się do Rogera. 

– To  wszystko  kłamstwa,  i  wiesz  o  tym  doskonale!  –  rzuciła  się  na 
niego. – Nigdy nie powiedziałam słowa ani nie zrobiłam niczego, co by 
dawało ci prawo podobnie mówić. 

– Może  nic  nie  powiedziałaś  i  nic  nie  zrobiłaś.  Ale  patrzyłaś!  Twoje 
ciałko i oczęta bardzo wiele mówią! 

– Ludziom z chorą wyobraźnią. 

– Aa!  Jesteś kusicielką,  Karen!  Obiecujesz  to,  czego potem  nie chcesz 
dać.  –  Chwilę  milczał.  –  Niektórym,  bo  Rothman  dostał.  Jego  nie 
oszukałaś. 

Nie  było  sensu  dalej  prowadzić  tej  rozmowy. Niech  sobie Mike  myśli, 
co  chce.  Nic  jej  to  nie  obchodziło.  Może  miał  i  trochę  racji,  może  jej 
sposób  bycia  jest  w  oczach  mężczyzn  jakimś  zaproszeniem?  Nie 
potrafiła na to odpowiedzieć. 

– Przykro mi, że tak myślisz – oświadczyła. – Nic na to nie poradzę. 

– Tego  bym  nie  powiedział.  Ja  potrafię  wybaczać.  Teraz,  kiedy 
Rothman odpadł, będziesz kogoś potrzebowała... 

– Wiesz co, jesteś zwykła gnida! – rzuciła z niesmakiem. 

– W  miłości  wszystko  się  wybacza!  –  odparł  nie  zbity  z  tropu.  –  Ja  za 
tobą  szaleję,  Karen!  Działasz  na  mnie  jak  nikt!  Błagam  cię  o  jedną 
szansę! 

Czterech  mężczyzn  chce  tego  samego,  każdy  stosuje  inną  metodę.  I 
żaden nie użył słowa „kocham", pomyślała z goryczą. 

– Nie  masz  nic do zaofiarowania, co by  mnie  interesowało! – odrzekła 
zimno. – Proszę cię, idź do diabła i zostaw mnie samą! 

background image

 

119 

 

Luz  obwieścił  krótki  odpoczynek.  Unikając  patrzenia  w  kierunku 
Jake'a,  Karen  podeszła  do  Howarda,  który  coś  majstrował  przy 
kamerze. 

– Jakiś problem? – spytała. 

– Da  się  łatwo  naprawić  –  odparł.  –  Źle  wyglądasz.  Czy  cię 
przypadkiem nie bierze to samo co Nigela7 

– Nie! Żadne z nas nie wygląda kwitnąco, jeśli już o tym mowa. Osiem 
dni w dżungli dało się każdemu we znaki. 

– Zwłaszcza  kobiecie  otoczonej  sprośnymi  samcami!  –  padła  na  wpół 
kpiarska odpowiedź. – Znowu kłopoty z Mikiem? 

– Dam sobie z nim radę! 

– Nie  bądź  taka  pewna  siebie.  Osiem  dni  bez  kobiety  to  jego  rekord. 
Dobry Bóg tylko wie, jak dożył swoich lat bez jakiegoś choróbska. Tak, 
z pewnością cierpi  bardziej od pozostałych  i  kiedy trafi  mu się okazja, 
nie będzie myślał o konsekwencjach. 

– Nie myślisz chyba, że on... – zamilkła. 

– Ucieknie  się  do  gwałtu?  –  dokończył  za  Karen.  -  Oczywiście,  jeśli 
wszystko  inne  zawiedzie.  A  potem  będzie  jego  słowo  przeciwko 
twojemu... 

– Chciałeś powiedzieć, że nikt nie uwierzy takiej dziwce jak ja? 

– Tak  bym  cię  nie  określił,  Karen.  Ale  o  to  mniej  więcej  chodzi. 
Niektórzy  mężczyźni  święcie  wierzą,  że  kobieta  myśli  „tak",  kiedy 
mówi „nie". No, w najgorszym wypadku myśli „może". 

– Ty uważasz inaczej? 

– Jeśli nawet kiedyś tak myślałem, to żona wybiła mi to z głowy. Hilary 
mogłaby  cię  niejednego  nauczyć  w  dziedzinie  tresowania  mężczyzn.  I 
w ogóle, jak dawać sobie z nimi radę. 

background image

 

120 

 

– Bardzo  bym  chciała  kiedyś  ją  poznać  –  odparła  z  uśmiechem 
odwzajemniającym jego uśmiech. 

– Da  się  zrobić!  –  powiedział  i  obrócił  głowę  ku  Rogerowi,  który 
właśnie podszedł. – Co się stało? 

– Luz  znalazł  na  brzegu  rzeki  ślady  jaguara.  Jake  chce  tu  zostać  i 
sfilmować  jaguara.  Chyba  warto,  bo  to  coraz  rzadsza  zwierzyna. 
Możemy mieć sensacyjne ujęcia! 

Na  propozycję  Jake'a  zbudowano  niewielką  platformę  na  jednym  z 
wyższych  drzew  na  brzegu  rzeki.  Powstałe  w  ten  sposób  stanowisko 
kamery starannie zamaskowano gałęziami. 

– Powinno  się  udać,  jeśli  wiatr  nie  zmieni  kierunku  –  oświadczył  Jake 
po powrocie do rozbitego już obozowiska. – Pod warunkiem, że jaguar 
nadal przebywa w okolicy – dodał. – Musimy być na stanowisku przed 
zachodem słońca,  może tuż przed wyjściem  na polowanie przyjdzie do 
wodopoju w tym samym miejscu. 

– A  jeśli  się  nie  pojawi,  ta  mamy  całą  noc  siedzieć  na  drzewie?  – 
zapytał Roger. 

– Trzeba  wrócić  tam  przed  świtem,  ponieważ  drugą  szansę  będziemy 
mieli o wschodzie słońca. – Chwilę się zastanawiał. – Miejsca na górze 
starczy  tylko  .dla  dwóch  osób.  Dźwięk  dogramy,  chyba  że  mikrofon 
chwyci. 

– Nie  ma  problemu  –  zapewnił  go  Mike.  –  Mam  wybór  czułych 
mikrofonów. 

Gdy  była  mowa  o  sprawach  zawodowych,  Mike  stawał  się  zupełnie 
innym człowiekiem.  Szkoda, że  tylko  wtedy. Karen  jednak  w dalszym 
ciągu nie mogła uwierzyć, by Mike mógł posunąć się tak daleko, jak to 
sugerował Howard. 

Zaczęła  zmieniać  zdanie,  gdy  nieco  później,  wychodząc  z  gęstego 
poszycia,  które  zapewniało  chwilowe  odosobnienie,  znalazła  Mike'a 

background image

 

121 

 

zaczajonego  pod  krzakiem.  Zupełnie  mu  nie  przeszkadzało,  że  w 
pobliżu, choć niewidoczni, byli pozostali. 

Pierwsze słowa Mike'a całkowicie ją zaskoczyły. 

– Chciałbym  cię  przeprosić,  oczywiście  w  ostatnich  dniach 
zachowywałem się paskudnie. Więc przepraszam, i daj buzi. 

Zrobiła głęboki wydech, bliska parsknięcia śmiechem. Zmiana taktyki! 
I jaka prostacka! 

– Przeproszenie przyjmuję, ale bez buzi. 

– Mogłabyś zrobić gest! – odezwał się nieco ochrypłym głosem. – A ja 
umiem  całować  wcale  nie  gorzej  od  Rothmana.  Może  jeszcze  lepiej 
pieszczę. Na pewno do tego tęsknisz... 

– Do niczego nie tęsknię i raz na zawsze wbij sobie do głowy, że mnie 
nie interesujesz! Zejdź mi teraz z drogi. 

– Nie odejdę, zanim mi nie dasz tego, po co przyszedłem! 

– Zostaw  ją  w  spokoju!  –  usłyszeli  oboje  i  obrócili  głowy  w  stronę 
drzew, spod których wysunęła się ciemna sylwetka. 

Był  to  Nigel,  ale  jakże  inny  od  spokojnego  chłopca,  którego  znała 
Karen.  Księżyc  błysnął  w  jego  oczach  i  oświetlił  ściągniętą  gniewem 
twarz. 

– Wszystko w porządku, nic się nie stało – uspokoiła go Karen. 

– Nie jest w porządku! -warknął Mike i zaciskając pięści zrobił krok w 
kierunku Nigela. – Co cię to, do cholery, obchodzi?! 

– Zawsze  mnie  obchodzi,  kiedy  trzeba  usadzić  gnojka!  –  padła 
pogardliwa odpowiedź. – A ty właśnie jesteś gnojek... . 

Nie  dokończył,  gdyż  Mike  rzucił  się  na  niego  i  przewrócił  na  ziemię. 
Karen  głośno  krzyknęła,  co  wywołało  nagły  jazgot  małp,  które  już 
ułożyły  się do snu  w  zakamarkach  drzew.  Dwaj  tarzający  się po  ziemi 

background image

 

122 

 

mężczyźni byli na wszystko głusi. Nigel walczył dzielnie, chociaż było 
widać, że jest słabszy. 

Pierwszy  przybiegł  Luz,  a  tuż  za  nim  Juan  i  Santino.  Luz  dał  znak 
głową i obaj Indianie pochwycili Mike'a, podczas gdy Nigelem zajął się 
przewodnik. Po chwili zjawił się Roger. 

– Co  się  tu,  u  diabła,  dzieje?!  –  zapytał  usiłując  przekrzyczeć 
skrzeczące naokoło małpy. 

– Ją  zapytaj!  –  warknął  Mike  wskazując  na  Karen.  –  Ona  jest 
wszystkiemu winna! 

– To kłamstwo! – zaprzeczył Nigel. – Pchałeś się do niej jak naparzony 
kocur! 

– Zamknijcie  się  obaj!  –  krzyknęła  Karen,  która  była  już  u  kresu 
wytrzymałości.  Dygocząc  i  jednocześnie  usiłując  opanować  głos„ 
zwróciła się do Rogera: – Nieważne, kto co zaczął. Skrawa zamknięta. 
Może na tym skończymy? 

Pojawienie  się  Jake'a  i  Howarda  zwolniło  Rogera  z  obowiązku 
odpowiedzi  na  apel  Karen.  Jake  w  jednej  chwili  zorientował  się  w 
sytuacji i wyciągnął odpowiednie wnioski. 

– Mogliśmy  się  tego  spodziewać.  –  Zwrócił  się  do  Karen:  –  Jesteś 
zadowolona?  Masz,  czego  chciałaś!  –  Słowa  te  wzburzyły  Karen  i 
dotknęły do głębi. 

– To  nie  była  wina  Karen  –  zaprotestował  Nigel.  –  Nie  jej  wina,  że  to 
bydlę  ją  napastowało!  Zobaczyła  rzucone  na  nią  spojrzenie 
zwężonychoczu Jake'a i wiedziała, że znów źle odczytał sytuację. 

Małpy  powoli  cichły,  dżungla  odzyskiwała  harmonię  nocnych 
dźwięków.  W  Karen  wszystko  się  gotowało.  Nienawidziła  ludzi, 
nienawidziła świata. 

– Skończcie,  przestańcie  wreszcie!  –  powiedziała  ostro.  –  Mam  was 
dość! Jesteście obrzydliwi! 

background image

 

123 

 

– Na  nieszczęście  jesteś  związana  z  nami,  tak  jak  i  my  z  tobą  – 
powiedział Jake. 

– Wcale  tak  być  nie  musi!  –  odparła  dumnie  i  odeszła  z  wysoko 
podniesioną głową, ignorując nieśmiałą próbę Rogera, by ją zatrzymać. 
Palące  się  w  odległości  pięćdziesięciu  metrów  ognisko  było  dla  niej 
drogowskazem.  Poszła  prosto  do  swego  śpiwora  i  zaczęła  pakować 
rzeczy. 

Raczej  wyczuła,  niż  usłyszała  za  sobą  czyjeś  kroki,  ale  się  nie 
odwróciła. 

– Co  przez  to  chciałaś  powiedzieć?  –  spytał  Jake  dość  obojętnym 
głosem. 

– Myślałam,  że  wyrażam  się  jasno!  –  rzuciła  przez  ramię.  –  Bez 
waszego towarzystwa wrócę szybciej! 

– Nie bądź śmieszna! – odparł. – Nigdzie sama nie pójdziesz! 

– Spróbuj mnie zatrzymać! 

– Po co ja? Zdrowy rozsądek powinien cię zatrzymać. Zakładając, że go 
kiedykolwiek miałaś. – Gdy nie zareagowała, schylił się i chwycił ją za 
ramię, podciągając do góry i obracając ku sobie. Jego palce ściskały jak 
stalowe pierścienie, a oczy ciskały błyskawice gniewu. – Skończ z tymi 
głupotami! 

Z wyjątkiem Nigela, który patrzył w ich kierunku, wszyscy udawali, że 
są bardzo zajęci. 

– Puść mnie! – syknęła przez  zaciśnięte zęby. – Wyraziłeś  jasno swoją 
opinię o mnie. Co ciebie obchodzi, co ja zrobię? 

– Musi mnie obchodzić. Myślisz, że daleko byś zaszła, idiotko?! 

Miał rację, ale nie zamierzała mu jej przyznać. 

– Wolę  nadepnąć  na  największą  żmiję,  niż  mieć  dłużej  do  czynienia  z 
którymkolwiek z was! – prychnęła. 

background image

 

124 

 

– Miałem wrażenie, że opiekuje się tobą Nigel. 

– Nie  prosiłam  go  o  to.  Nikogo  o  nic  nie  prosiłam,  wbrew  temu,  co 
twierdzisz. 

Ciągle zaciskał palce na jej ramieniu i spoglądał na nią surowo. 

– Dowody świadczą przeciwko tobie. 

– Raczej  mów  o  własnej  interpretacji  faktów!  Jakie  dowody?  Słowa 
Mike'a? Niewiele więcej warte od twojego! 

– A kiedyż to cię okłamałem? – zapytał ściągając brwi. 

Zbyt  późno  się  wycofać!  A  poza  tym  najwyższy  czas,  żeby  się 
dowiedział, za kogo go uważa! 

– Nie  konkretnymi  słowami,  to  przyznam.  Jesteś  na  to  za  sprytny. 
Ciekawa jestem, czy Elena zdaje sobie sprawę, jakiego to będzie miała 
drugiego męża,. O wierności nie ma co mówić! 

– A skądże ten pomysł małżeństwa z nią? = spytał z wyrazem twarzy, z 
którego nic nie dało się wyczytać. 

– Z pierwszego źródła, choć w tym wypadku wątpię, czy jest to źródło 
krystalicznej czystości. 

– Ona ci to powiedziała? 

– Powiedziała Rogerowi. Podczas przyjęcia.  

– Mógł ją źle zrozumieć. 

– I  po  co  te  wykręty?  –  Potrząsnęła  głową.  –  Nie  rozumiem,  dlaczego 
nie  chcesz  się  przyznać?  Chyba  że  się  wstydzisz  tego,  co  powiedzą 
ludzie. 

– A  dlaczegóż  miałbym  się  czegokolwiek  wstydzić?  –  Nie  dał  się 
sprowokować. 

– Żeby nie potwierdzać krążących plotek. 

background image

 

125 

 

 – Jakich znowu plotek? 

Zdawała sobie sprawę, że poszła za daleko, ale mimo to nie zamierzała 
przestać. 

– Ludzie  mówią,  że  już  przed  jej  pierwszym  małżeństwem  zawarliście 
umowę. No i małżeństwo przyniosło jej majątek, prawda? 

Głośny śmiech Jake'a zwrócił uwagę siedzących przy ognisku. 

– I podejrzewasz, że mogłem zorganizować... zgładzenie starego? 

Odpowiedź  miała  na  końcu  języka,  ale  w  porę się powstrzymała. Jake 
miał  okropne  wady,  ale  mordercą  nie  był  na  pewno!  Spoglądając  nań 
czuła, że odpływa od niej nienawiść pozostawiając pustkę. 

Jego życie, jego przyszłość! Ona była tylko chwilową zabawką. 

– Zresztą to wszystko jest nieważne – powiedziała martwym głosem. – 
Nic mnie to nie obchodzi. Wydawało się przez chwilę, że Jake zamierza 
podać  w  wątpliwość  jej  zapewnienie,  ale  wzruszył  tylko  ramionami  i 
zwolnił uścisk palców. 

– Wiemy,  na  czym  każde  z  nas  stoi  –  oznajmił.  –  Dość  jednak  tych 
bzdur  z samotną wędrówką. Karen  od  początku zdawała  sobie sprawę, 
że  z  jej  strony  jest  to  jedynie  pusty  gest  i  że  musi  znosić  obecne 
towarzystwo  jeszcze  przez  parę  dni.  Wiedziała  też,  że  Jake  nie 
pozwoliłby jej wędrować samotnie przez dżunglę. Patrzyła za nim, gdy 
szedł do ogniska, by dołączyć do pozostałych. 

Upewniła się co do jednego: Jake nie zaprzeczył, że zamierza poślubić 
Elenę, gdyż byłoby to nieprawdą. Albo też obciążyłby kłamstwem samą 
Elenę. Pozostawało jedno pytanie: kiedy? 

 

 

 

 

background image

 

126 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

127 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Tuż przed świtem obaj „myśliwi" powrócili na platformę obserwacyjną. 
Karen  spędziła  bezsenną  noc  i  była  szczęśliwa,  że  wreszcie  nadszedł 
dzień. 

Ubrała  się  i  przyglądała  Indianinowi  Santino,  który  na  roznieconym 
ogniu przygotowywał kawę. Podszedł do niej Roger. 

– Przepraszam  za  ubiegły  wieczór  –  zaczął.  –  Wszyscy  byliśmy 
wytrąceni z równowagi. Miałem rozmowę z Mikiem. 

– Z jakim wynikiem? – spytała. 

– Twierdzi, że go nachodziłaś. – Wzruszył ramionami. 

– Uwierzyłeś mu? 

– Oczywiście, że nie. – Zawahał  się  i obrzucił ją bystrym spojrzeniem. 
– Wiem, że nie zrobiłaś nic świadomie. Okoliczności uniemożliwiają ci 
wtopienie się w zespół. Wystajesz jak palec z dziury. Jedna kobieta. Nie 
powinienem był cię zabierać. Mój błąd. 

– Wiem,  że  zmieniłeś  zdanie.  W  gruncie  rzeczy  zmusiłam  cię,  żebyś 
mnie zabrał. Biorąc to pod uwagę, mogę o tyle zgodzić się z Mikiem, że 
sama się tego dopraszałam. 

– On  zarzuca  ci  więcej,  ale  ja  wiem,  że  nie  jesteś  taka.  –  Dziękuję  za 
świadectwo moralne – odparła. Po chwili wahania zapytała: – Powiedz 
mi  szczerze, Roger, czy  ja  naprawdę sprawiałam  wrażenie, że widzę w 
tobie coś więcej niż szefa? 

– Prawdopodobnie takie było moje pobożne życzenie. – Skrzywił twarz 
w  kwaśnym  uśmiechu.  –  Jest  coś  takiego  w  twoim  zachowaniu,  że 
człowiek  myśli,  że  go  jakoś  specjalnie  traktujesz,  jakoś  inaczej  niż 
innych. I każdy, kto ma z tobą kontakt, takie odnosi wrażenie. 

– Chcesz powiedzieć, że flirtuję z każdym? 

background image

 

128 

 

– To nie to. Powiedziałbym inaczej: koncentrujesz się na osobie, z którą 
rozmawiasz. Słuchasz  nie  przerywając.  To  bardzo  rzadkie u kobiet.  W 
rozmowie  ze  mną  stwarzasz,  na  przykład,  wrażenie,  że  moja  opinia 
znaczy dla ciebie więcej niż opinie innych... 

– W  sprawach  zawodowych  tak  jest!  Chcę  się  nauczyć  wszystkiego, 
poznać wszystkie tajniki tej pracy. Natomiast w sprawach osobistych... 
Bardzo  przepraszam,  jeśli  tak  było.  Na  przyszłość  nie  będę  tak 
intensywnie chłonęła twoich wypowiedzi. 

– Sytuację  poza tym  komplikuje  twoja  uroda, twój wdzięk... Kiedy  cię 
pierwszy  raz  zobaczyłem,  to...  –  umilkł  potrząsając  głową.  –  To  już 
nieważne.  Wybór  zrobiłem  dobry,  okazałaś  się  świetną  pracownicą.  I 
raz jeszcze powtarzam, że nie chciałbym cię utracić. 

– Chyba będziesz musiał. Poprawią się wtedy stosunki w zespole. 

Nie  odpowiedział,  co  zrozumiała  jako  potwierdzenie,  że  podziela  jej 
opinię. 

– W każdym razie, rozpytam się dokoła, czy nie ma czegoś dla ciebie. 

– Dziękuję  –  odparła,  wiedząc,  że  nie  skorzysta  z  tej  propozycji,  ale 
teraz  wolała  tego  nie  mówić.  Pomyślała,  że  być  może  na  pewien  czas 
powróci  do  domu,  aby  w  spokoju  przemyśleć  własną  przyszłość. 
Chwilowo trzeba zrezygnować z wielkich ambicji. 

Jake i Howard wrócili upojeni  sukcesem. Jaguar nie tylko powrócił  do 
wodopoju, ale przyprowadził dwoje  szczeniąt. Howard puścił im  przez 
wizjer  całą  nakręconą  sekwencję.  Karen  żałowała,  że  nie  widziała  tej 
sceny na własne oczy. 

Tego ranka Mike ostentacyjnie ją ignorował. Było oczywiste, że uważa 
się  za  pokrzywdzonego.  Karen  była  oburzona  na  takie zachowanie.  Po 
prostu nie poczuwała się do najmniejszej winy. 

Najgorsze,  że  nie  potrafiła  przestać  myśleć  o  Jake'u.  Usiłowała  go 
unikać, było to jednak trudne w tak małym zespole. Kiedy spostrzegła, 

background image

 

129 

 

że idzie za nią na szlaku, pomyślała, iż ją pilnuje, by nie oderwała się 
grupy, 

– Nie  mam  zamiaru  robić  nic  głupiego  –  odezwała  się  wreszcie, 
wyprowadzona  z  równowagi  jego  milczeniem.  –  Już  mi  to 
wyperswadowałeś. Wolałabym, żebyś mi nie dyszał nad karkiem. 

– Musimy porozmawiać – powiedział opanowanym głosem. 

– O  czymże  jeszcze  moglibyśmy  mówić?  –  zapytała  z  szyderczym 
śmiechem. 

– O wielu sprawach! 

– Wydawało mi się, że wczoraj powiedzieliśmy sobie już wszystko, co 
było do powiedzenia. A może szukasz tylko pretekstu? 

– Pretekstu do czego? 

– Do wznowienia uciech. Pozostało przed nami tyle dni. Dlaczegóż  by 
się  nie  zabawić?  –  podkpiwała.  –  Taki  miałaś  stosunek  do  tego,  co 
było? – zapytał cecho. 

– Po  prostu  naszkicowałam  ci  scenariusz,  jaki  mógł powstać  w  głowie 
takiego  jak  ty  człowieka  –  pośpieszyła  z  wyjaśnieniem  w  obawie,  że 
wziął  poważnie  jej  słowa.  –  Nie  pozwoliłabym  się  dotknąć  za  milion 
dolarów! 

– Pieniędzy  ci  nie  ofiaruję,  ale  nie  zaprzeczam,  że  nadal  bardzo  cię 
pragnę!  I  ty  również  mnie  pragniesz.  Tego  jednego  jestem  pewien.  – 
Położył dłoń na jej ramieniu. – Karen... 

Szli na  samym końcu, rząd postaci przed  nimi powoli ginął im z oczu. 
Wyrwała  mu  się, potknęła  o  korzeń  i  upadła  ciężko  na kolano.  Z  bólu 
zaćmiło się jej w oczach, trysnęło kilka łez. Otarła je szybko grzbietem 
dłoni. Wstała z trudem, ignorując wyciągniętą dłoń Jake'a. 

– Zostaw  mnie! Dam  sobie  radę!  –  powiedziała  przez zaciśnięte  .zęby, 
walcząc z bólem. 

background image

 

130 

 

– Mam  wątpliwości.  –  Pochwycił  ją,  gdy  chciała  odejść.  –  Poczekaj 
parę minut... 

– To  tylko  otarcie.  Jeśli  nie  będę  szła,  to  spuchnie.  Chodźmy, 
straciliśmy już za dużo czasu. 

– To najmniej ważne. Dobrze, wiem, że to jedynie otarcie. Gdyby było 
coś  poważniejszego,  nie  mogłabyś  ustać  na  nogach.  Mimo  to  musisz 
przyjąć moją pomoc. – Ujął ją wpół. 

– Pomoc przyjmę, byle nie twoją! – rzuciła mu w twarz. 

– Jeśli wolisz Mike'a, możemy go zawołać. Wiedziała, że gotów jest to 
zrobić.  Rezygnowanie  z  pomocy  z  powodu  osobistych  nieporozumień 
było głupie, pomyślała. Nie odpowiedziała więc i poczuła, że Jake ujął 
ją jeszcze mocniej. 

– Oprzyj  się  na  mnie  całym  ciężarem!  –  polecił.  Usłuchała.  Ból  w 
kolanie  był  nadal  silny.  Można  było  spodziewać  się  opuchlizny  i 
usztywnienia stawu. 

– Korzystając  z  chwilowego  odosobnienia  powinniśmy  sobie  parę 
rzeczy  wyjaśnić  –  odezwał  się  Jake  po  dłuższym  milczeniu.  –  Po 
pierwsze,  i  jest  to  chyba  rzecz  najważniejsza,  nie  mam  zamiaru 
zostawać  drugim  mężem  Eleny.  Jeśli  rzeczywiście  tak  powiedziała 
Rogerowi, to po powrocie będę musiał z nią porozmawiać. 

Karen  zupełnie  nie  wiedziała,  co  myśleć  o  tym  dość  zaskakującym 
oświadczeniu.  Chciałaby  w  to  uwierzyć,  jednakże  nie  umiała  tak  od 
razu  pozbyć  się  swoich  wątpliwości.  Czyżby  Elena  mogła  Rogerowi 
powiedzieć coś takiego nie mając ku temu podstaw? 

– Mogłeś to wczoraj ,powiedzieć... 

– Nie byłem w nastroju do wyjaśniania  czegokolwiek. Dopiero siedząc 
w nocy na platformie i czekając na pojawienie się jaguara miałem czas 
na  przemyślenie  wielu  spraw.  Doszedłem  do  wniosku, że być  może w 

background image

 

131 

 

przeszłości zbyt pochopnie  formułowałem pewne opinie. Największym 
moim błędem było to, że brałem pod uwagę wypowiedzi Mike'a. 

– Przestałeś więc uważać, że go kusiłam, że go rozpalałam? 

– Przestałem  wierzyć,  że  w  wypadku  Mike'a  czy  Rogera  działałaś  z 
rozmysłem,  świadomie.  Twój  problem  polega  na  tym,  że  nie  potrafisz 
zachowywać  się  inaczej,  kiedy  jesteś  zainteresowana  mężczyzną,  a 
inaczej  ze  zwykłej  uprzejości.  W  pierwszym  wypadku  jesteś  zbyt 
powściągliwa,  w  drugim  zbyt  wylewna.  Oczywiście  to  nie 
usprawiedliwia  zachowania  Mike'a,  a  skoro  już  o  tym  mówimy,  to  i 
mojego.  I  na  zakończenie:  mam  nadzieję,  że  potraktujesz  mnie  z 
większą wyrozumiałością, niż ja traktowałem ciebie... 

Karen usiłowała przemyśleć szybko to, co powiedział Jake: jeśli mówił 
prawdę, to znaczy że Elena kłamała. Po co? Jaki miała w tym cel? I w 
dodatku opowiadać to człowiekowi, którego praktycznie nie znała? 

– A czy nie jest możliwe – spytała po chwili – że mimowolnie dałeś jej 
do  zrozumienia,  że  może  się  spodziewać...?  Podobno  ja  bezwiednie 
rozbudzam w ludziach nadzieje. Ty też mogłeś to zrobić. Zwłaszcza, że 
byliście... – umilkła. 

– Kochankami – uzupełnił. – Nie zaprzeczam. I żałuję, to był błąd. Mój 
błąd.  Jeśli  na  tej  podstawie  snuła  fantazje,  to  nie  moja  wina.  Nie  było 
nigdy najmniejszej sugestii... 

– Czy podczas tego przyjęcia, na którym byliśmy, wy się... kochaliście? 

– Nie. Tamto już dawno minęło. – Ale to ona cię wzywała? 

– Chciała  ze  mną  pomówić  o  swoim  bracie.  Tym,  z  którym 
studiowałem. Wpadł w tarapaty. Okazało się, że to jakaś bzdura. – Jake 
chwilę  się  zastanawiał.  –  Kiedy  teraz  o  tym  myślę,  to  zaczynam 
podejrzewać,  że  jej  rzeczywiście  zależało  na  odciągnięciu  mnie  od 
ciebie... 

background image

 

132 

 

– Skoro  między  wami  wszystko  było  skończone,  to  po  co  miałaby  to 
robić? 

– Bo wiedziała, że mnie interesujesz. 

– Musiała  być  bardzo  zadowolona,  kiedy  usłyszała,  że  nie  jadę  na 
wyprawę? 

– Powiedziałem  jej  o  tym.  Nie  miałem  wówczas  pojęcia,  jaka  jesteś 
uparta, no i... wytrwała.  Chociaż,  kto  wie,  może podskórnie  zdawałem 
sobie z tego sprawę. Ale wiesz co? Już wtedy obmyślałem, jak by się z 
tobą spotkać po powrocie! 

Na  szlaku  zobaczyli  Luza,  który  szedł  w  ich  kierunku.  Widząc  ich 
oboje, uśmiechnął się. 

– Przed paroma minutami zauważyliśmy, że was nie ma. Już myślałem, 
że coś się stało. 

– Potknęłam się – poinformowała go Karen. – Nic poważnego. Kolano 
trochę potłuczone, i to wszystko.  

– To wystarczy, żeby powstał poważny problem, jeśli spuchnie. Trzeba 
koniecznie  chodzić!  Może  uda  mi  się  gdzieś  po  drodze  znaleźć 
specjalne  ziele,  które  może  bardzo  pomóc.  Powinno  go  tu  być  pełno. 
Zajmij  się  nią –  powiedział  do  Jake'a  –  a  ja  pójdę poszukać.  Pozostali 
będą czekać. Zatrzymałem ich. 

– Jakoś idziemy, wolno, ale zawsze. Chyba wyprzedzili nas najwyżej o 
pięć minut? 

– Dziesięć – odparł Luz i zniknął między drzewami. 

– Możesz iść czy wolisz odpocząć? – spytał Jake. 

 – Mogę iść dalej. I właściwie mogę iść sama. Myślę, że dam radę. 

– No to spróbuj! – Puścił ją. W chwilę potem na jego ustach pojawił się 
ów  charakterystyczny  ironiczny  uśmieszek,  gdy  zobaczył,  że  Karen  aż 

background image

 

133 

 

syknęła  z  bólu,  stanąwszy  na  stłuczonej  nodze.  –  Może  jednak 
chwilowo zrezygnujesz z samodzielności? – zapytał. 

– Nie – odparła krótko, nie mając zamiaru tłumaczyć, że jego bliskość i 
dotyk  poważnie  jej  utrudniają  racjonalne  myślenie.  Ostatnie  dni  były 
dla  niej  emocjonalną  huśtawką,  przechodziła  z  jednej  skrajności  w 
drugą. Nie była teraz pewna swoich uczuć. Chciała je przeanalizować i 
wszystko przemyśleć. 

Jake pozwolił  jej  iść  samej,  ale  szedł  tuż  obok, w  każdej  chwili gotów 
do pomocy. 

– Upór może zaprowadzić w ślepą uliczkę – stwierdził. – Więc przestań 
być taka uparta. Ja już powiedziałem bardzo dużo. I nie powiem więcej, 
nim nie otrzymam sygnału od ciebie. 

– Jakiego sygnału? 

– Że  możemy  się  spotkać  w  połowie  drogi.  Wszystko  układało  się 
doskonale, zanim nie nastąpiły te nieporozumienia. 

Miała  już  na końcu  języka  odpowiedź, że  układało się dobrze tylko w 
jednym:  w  zbliżeniu  fizycznym.  Powiedziała  jednak  zupełnie  inne 
słowa: 

– Oboje  popełniliśmy  błędy  w  rozumowaniu,  zgoda.  Ale  co  z  tego 
wynika? 

– Zaraz  zobaczysz!  –  Chwycił  ją  za  rękę  i  zatrzymał.  Stanął  tuż  przed 
nią,  a  jego  niebieskie  oczy  wyrażały  uczucia  trudne  do  określenia: 
zadowolenie,  triumf  i  jeszcze  coś  znacznie  głębszego.  –  To  ostatnie 
sekundy naszej wspólnej samotności w czasie tej wędrówki. Nie traćmy 
ich! 

Złożył  na  jej  ustach  gorący  pocałunek.  Karen  zapomniała  o  bólu, 
zapomniała  o  całym  świecie.  Oplatające  ją  ramiona  i  ten  pocałunek! 
Wieki minęły od chwili, kiedy po raz ostatni była w jego objęciach. 

background image

 

134 

 

– Chyba  musimy  iść  –  powiedział  z  wielką  niechęcią,  gdy  oderwała 
usta dla nabrania oddechu. – Luz gotów jest przysłać po nas ekspedycję 
ratunkową. Wszystko między nami wyjaśnione? 

– Wszystko! – odparła, porzucając resztki wątpliwości. 

– To  dobrze.  Wobec  tego  nie  będziesz  miała  nic  przeciwko  temu, 
żebym cię podpierał, a właściwie, żebyś ty oparła się na mnie? – ujął ją 
wpół i ruszyli. 

Wszyscy czekali na nich na polance. Luz i Santino jeszcze nie wrócili z 
poszukiwań  cudownego  ziela,  jak  ich  poinformował  Roger.  Ponieważ 
zbliżało się południe, postanowili zjeść lekki posiłek. 

– Przepraszam,  że  musieliście  na  mnie  czekać!  –  przeprosiła  Karen.  – 
Potknęłam się. 

– Każdemu z nas mogło się to przytrafić, i dziwne, że się nie przytrafiło 
– pocieszył ją  Roger. – Na szczęście  był koło ciebie Jake. Dopóki Luz 
nie zaczął nas liczyć, nie miałem pojęcia, że cię nie ma. 

– Dziwne  jest  też  to,  że  nie  słyszeliśmy  twojego  wołania,  by  się 
zatrzymać – powiedział z sarkazmem Mike. 

– Prawda;  jakie  dziwne?  –  zgodził  się  z  kamiennym  spokojem  Jake.  – 
W każdym razie nic się z tego powodu nie stało. 

– Będziesz mogła teraz iść? – spytał Roger widząc, jak Karen z dużym 
trudem wyciąga przed siebie nogę. – Boli? 

– Wszystko będzie dobrze – zapewniła, niezbyt w to wierząc. 

Z coraz większym trudem poruszała puchnącą nogą. Mogło być jeszcze 
gorzej.  Przydałaby  się  laska.  Na  pewno  znajdzie  się  tu  jakaś  gałąź,  z 
której uda się coś wystrugać. 

Luz  i  Santino  wrócili  niosąc  naręcze  wielkich  zielonych  liści, 
podobnych do zwykłego szczawiu. Po wyciśnięciu z nich gęstego soku 

background image

 

135 

 

obłożyli  nimi  kolano.  Może  to  tylko  pobożne  życzenie,  ,  niemniej 
Karen była przekonana, że ból natychmiast się zmniejszył. 

Kiedy  po  posiłku  wyruszyli  w  drogę,  mogła  iść  bez  większych 
trudności, podpierając się laską wystruganą przez Luza. 

– Co za cudowne  lekarstwo!  –  wykrzyknęła. – Noga już prawie  wcale 
nie boli. 

– Te  liście  mają  podwójne  działanie  –  powiedział  Luz.  – 
Przeciwdziałają  opuchliźnie  i  jednocześnie  znieczulają.  Mają  wiele 
zastosowań.  W  dżungli  znaleźć  można  lekarstwa  na  liczne  choroby. 
Niestety,  w  tej  części  kraju  nie  ma  ziela,  które  przydałoby  się 
Nigelowi... 

– Nie  masz  już  dość  życia  w  dżungli?  –  spytała  go.  –  Kiedy  mi  się 
znudzi, ta wychodzę z dżungli i jadę do miasta. – Wzruszył ramionami. 
– Ale w dżungli jest wszystko, czego mi potrzeba! 

– Słyszałam,  że  od  dawna  znasz  Jake'a?  –  zmieniła  temat,  chociaż 
wiedziała,  że  nie  otrzyma  wyczerpującej  odpowiedzi  na  to,  co  ją 
naprawdę interesuje. 

– Od  pierwszej  jego  wyprawy  do  Gwatemali.  To  bardzo  dobry 
człowiek. Można mu zaufać. 

– A twoja żona, co ona myśli? 

– Nie mam żony. – Luz przyjrzał jej się chwilę w milczeniu: – Jeśli mu 
nie ufasz, to po co z nim zaczynasz? – spytał wprost. 

– Po  prostu  nie  mogę  się  powstrzymać.  Coś  mnie  do  niego  ciągnie  – 
wyznała z wielką szczerością. 

– I teraz chcesz się upewnić, czy dobrze robisz? Ja ci tego nie powiem, 
bo nie wiem. Nie znam jego 

prywatnego  życia,  a  tylko  fragmenty  zawodowego.  Sama  musisz 
wyrobić sobie zdanie, kim jest i jaki jest. 

background image

 

136 

 

Nie  opodal  Jake  z  ożywieniem  rozmawiał  z  Rogerem  i  Howardem. 
Karen,  wpatrzona  w  jego  profil,  zastanawiała  się,  czy  w  tej  sytuacji 
wolno jej kierować się instynktem. 

Jak  zwykle,  około  wpół  do  piątej  pa  południu  rozbili  obozowisko  w 
pobliżu rzeki.  Korzystając z okazji,  Karen przeprała parę drobiazgów i 
rozwiesiła  je  na  pobliskiej  gałęzi.  Jake  pojawił  się  na  brzegu  w  tym 
samym celu. 

– W  dżungli  najbardziej  mi  brakuje  dobrze  uprasowanych  koszul  – 
powiedział wesoło. – Jak tam kolano? 

– Doskonale! Prawie go nie czuję. To jakieś czarodziejskie liście. 

– Jeszcze przez  kilka  dni  musisz  zmieniać  kompresy z  liści. Luz przed 
chwilą poszedł ich szukać. Skuteczne są tylko świeże. 

– Wdzięczna mu jestem za tę troskę – odparła Karen. – Chociaż chodzi 
mu pewnie również i o to, żebym nie opóźniała powrotu. Czy do Anglii 
wracasz  z  nami?  –  ostatnie  słowa  wypowiedziała  sztucznie  lekkim 
tonem, jakby tylko mimochodem. 

– Tak. Mam do dogrania komentarz. 

– To będzie dopiero po ukończeniu montażu? 

– W którym chcę uczestniczyć. Oprócz tego mam inne zobowiązania. – 
Jake  rozwiesił  swoje  pranie  na  sąsiedniej  gałęzi.  –  Trzeba  to  będzie 
zabrać,  jak  tylko  odcieknie  woda.  Może  być  deszcz.  Dotychczas 
mieliśmy szczęście, że padało jedynie w nocy. 

Gdy  spojrzał  na  nią  badawczo,  poczuła  nagłe  drżenie,  ale  nie  spuściła 
oczu. 

Coś  mu  się  chyba  nie  podobało  w  jej  zachowaniu,  gdyż  spytał 
ostrzejszym tonem: 

background image

 

137 

 

– Myślałem, że już wszystko wyjaśnione. A teraz widzę jakieś dręczące 
cię  wątpliwości.  Co  mam  jeszcze  zrobić  albo  powiedzieć,  byś 
uwierzyła, że jestem śmiertelnie poważny? 

Przez  głowę  Karen  przemknęła  myśl,  że  jest  coś,  co  jeszcze  mógłby 
zadeklarować. Takiego jednak zobowiązania raczej się nie spodziewała. 
Owszem, być może zamierzał kontynuować znajomość i romans nawet 
po  powrocie  do  Anglii,  ale  jaką  to  miało  przyszłość?  Czy  nie  lepiej 
zerwać teraz, od razu, nie ryzykując znacznie głębszego rozczarowania, 
a może i późniejszego dramatu? 

– Nic – odparła. – To nic istotnego. Ściągnął brwi. Był zamyślony. 

– Dziś rano... – zaczął. 

– Dziś  rano  to  było  dziś  rano.  Od  tego  czasu  wiele  myślałam.  Nie 
ukrywam, że mnie bardzo pociągasz, Jake. Powiem ci więcej: nie mogę 
się  tobie  oprzeć.  –  Roześmiała  się  krótko  i  nieszczerze.  –  Cóż  jeszcze 
mogę powiedzieć? To wszystko, jeśli o mnie idzie.. 

– Rozumiem.  –  Nic  nie  potrafiła  odczytać  z  wyrazu  jego  twarzy.  – 
Myślałem,  że  nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  byśmy  kontynuowali  nasz 
romans  i  zaspokajali  nasze  wzajemne  potrzeby  –  powiedział  dość 
brutalnie. 

– A ja tak nie sądzę – odparła ledwo opanowując drżenie głosu. – To się 
skończyło. I pozostańmy przy tym... 

– Jak  chcesz.  Żadne  z  nas  nie  ma  więcej  złudzeń.  –  Wzruszył 
ramionami, jakby zrzucał z siebie przeszłość. 

Gdy  odchodził,  Karen  pomyślała,  że  jeśli  o  nią  idzie,  to  złudzeń  nie 
miała  nigdy, nawet w  marzeniach. Teraz  natomiast czuła, że coś dławi 
ją w gardle i zaraz wybuchnie płacom. 

 

 

background image

 

138 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Obie  łodzie  znaleźli  w  dobrym  stanie.  Trzeba  było tylko  wylać  trochę 
wody,  która  zebrała  się  na  dnie.  Było  południe  i  Karen  chętnie  . 
wyruszyłaby  od  razu  w  drogę,  przeważyła  jednak  ogólna  opinia;  by 
poczekać do rana. 

Była  bardzo  z tego  niezadowolona,  gdyż  mieli teraz  płynąć częściowo 
pod  prąd  i  droga  powrotna  mogła  trwać  nawet  i  trzy  dni.  No  i  potem 
jeszcze wyprawa do Tikalu! 

Kiedy jednak Roger w pewnej chwili powiedział, że właściwie mógłby 
wykorzystać  archiwalne  nagrania  Tikalu,  przyjęła  to  z  mieszanymi 
uczuciami. Z jednej strony, skróciłoby to czas spędzony w towarzystwie 
Jake'a, z drugiej, prawdopodobnie raz na zawsze pozbawiłoby ją okazji 
odwiedzenia sławnego zabytku. 

background image

 

139 

 

W  ciągu  minionych  dwóch  dni  Karen  i  Jake  nie  rozmawiali  na  żadne 
tematy  osobiste.  Jake  nie  unikał  jej  wprawdzie,  ale  zachowywał  się 
chłodno  i  rzeczowo.  Chwilami  żałowała,  że  zajęła  takie  stanowisko. 
Jakże  wielką  cenę  przyszło  jej  teraz  płacić  za  przyszły  spokój!  Było 
zbyt  późno,  by  cokolwiek  zmienić.  Czuła,  że  nieprędko  dojdzie  do 
siebie  po  tym  wstrząsie.  Jeśli  w  ogóle  dojdzie!  Była  pewna  jednego: 
musiałaby spotkać na swej drodze człowieka zupełnie  niezwykłego, by 
potrafił zastąpić Jake'a. 

Po dwu tygodniach spędzonych w dżungli prawie nikt z zespołu nie był 
w  dobrej  formie.  Nawet  Luz  miał  wymizerowaną  twarz.  Jezioro 
stanowiło wielką pokusę dla wszystkich. W wyniku nalegań Luza 

kąpiel  została  jednak  całkowicie  zakazana.  Piranii  wprawdzie  nie 
widać, ale wiadomo, że czatują, zapewniał Luz. 

– Nie wiem, co wy na to – odezwał się Jake – ale chyba dobrze byłoby 
zjeść  na  kolację smażoną  rybkę?  Może  wypłyniemy  jedną  łodzią  i  coś 
złowimy? 

– To  paskudztwo?  –  spytał  Nigel  wskazując  na  miejsce,  gdzie  przed 
chwilą obserwował kłębiące się piranie. – Ja dziękuję! 

– Piranie  są  bardzo  dobre  – zapewnił  Jake.  –  Chociaż  ja  myślałem  o 
innych. Jest taki sprawny z wędką mikrofonową w ręku, Nigel, to może 
połowisz ze mną karpie? 

– Chętnie – odparł Nigel. 

Luz także wyraził ochotę. Popłynęli na środek jeziora używając wioseł, 
by nie spłoszyć ryb.  Karen trochę żałowała, że zostaje, ale n:że  była w 
odpowiednim nastroju. 

Usiadła na jakimś pniaku i patrzyła na jezioro, jednym uchem słuchając 
bardzo  fachowej rozmowy  Rogera,  Howarda  i Mike'a. Jak ten Mike  ją 
denerwował! Gdyby nie on, to pewnie też włączyłaby się do rozmowy. 

background image

 

140 

 

Wypadek nastąpił nagle. Jeszcze przed chwilą Nigel wciągał na pokład 
łodzi wielką rybę, a teraz krzyknąwszy rozpaczliwie, już bił bezradnie 
rękami po wodzie. Jake poderwał się i bez namysłu skoczył do jeziora, 
niebezpiecznie rozkołysawszy łódź. Po chwili wynurzył się koło Nigela 
i zaczął go holować w stronę burty. Luz wyciągnął rękę, złapał Nigela 
najpierw  za  włosy,  a  potem  pod  pachę  i  z  wysiłkiem  wciągnął  go  do 
łodzi. Zdążył jeszcze pomóc wdrapującemu się Jake'owi. 

Z  miejsca,  w  którym  stała  przerażona,  zasłaniając  usta  dłonią,  by  nie 
krzyczeć,  Karen  widziała  srebrzyste  pasemka  odpadające  od  ciała 
Jake'a, gdy rozpaczliwie się otrząsał. 

Pozostali  na  brzegu  trzej  mężczyźni,  zaalarmowani  krzykiem, 
obserwowali  wypadek,  a  Howard  zdążył  przyłożyć wizjer do oka  i  już 
nagrywał  całą  scenę.  Luz  zapuścił  motor  i  skierował  łódź  do  brzegu. 
Karen nagle ożyła. 

– Niech  ktoś  otworzy  apteczkę  i  wyjmie  środki  antyseptyczne.  Będą 
nam potrzebne. A potem opatrunki. 

Wszyscy  trzej  byli  pokąsani.  Luz  ucierpiał  najmniej,  miał  poranione 
jedynie  grzbiety  dłoni.  Ko-`  szala  Jake'a  wisiała  w  strzępach,  a  z 
parunastu miejsc na piersiach i na plecach sączyła się krew. Nigel był w 
najgorszym  stanie:  miał  pokąsane  całe  ciało,  ale  żadne  z  ukąszeń  nie 
wydawało się groźne,  jedynie dużo krwawił. Problem mógłby powstać 
wówczas, gdyby utracił ponad pół  litra krwi. Czym prędzej zabrała  się 
do  dezynfekowania  i  opatrywania  ran.  Byleby  nie  doszło  do  reakcji 
pourazowej  w  postaci  szoku:  mimo  upału  Nigel  cały  się  trząsł  i  twarz 
miał białą jak kreda. 

– To  moja  wina!  –  wyjąkał,  szczękając  zębami.  –  Zanadto  się 
wychyliłem. 

– Nic  się  nie  martw,  chłopie  –  pocieszał  go  Luz.  –  Wszystko  będzie 
dobrze.  To  drobne  nakłucia,  żaden  mięsień  poważniej  nie  tknięty.  Idę 
teraz  do  lasu po  te  same  liście,  którymi  Karen  miała obłożone kolano. 
Pomogą w szybkim gojeniu się ran. 

background image

 

141 

 

Karen, gdy skończyła z Nigelem, zajęła się Jakiem. Krwawienie prawie 
ustało,  ale  wszystkie  ranki  trzeba  było  zdezynfekować  i  opatrzyć. 
Watką  zanurzoną  w  środku  antyseptycznym  delikatnie  dotykała 
ukąszonych  miejsc  na  opalonych  plecach,  usiłując  opanować  drżenie 
palców. 

Roger  i  Mike  pomogli  Nigelowi  ułożyć  się  na  posłaniu  i  na  polecenie 
Karen podłożyli  mu  coś  pod  nogi,  aby  stopy  znajdowały się wyżej  niż 
głowa. Wrócił Luz z dużą ilością szczawiopodobnych liści i w naczyniu 
zgniótł  je  w  oleistą  masę,  by  następnie  posmarować  nią  wszystkie 
ukąszone miejsca na ciele Nigela. 

– Tobie  też  się  to  przyda  –  powiedziała  Karen  do  Jake'a,  zamykając 
flakon z płynem. – Bardzo boli? 

 – Bywało gorzej – odparł. – Mieliśmy szczęście! 

– To  nie  było  szczęście.  Nigel  nie  miałby  żadnej  szansy,  gdybyś 
natychmiast  nie  skoczył  do  wody.  –  Jake  nadal  siedział  obrócony  do 
niej  plecami,  z  głową  oblaną  słońcem.  Z  trudem  opanowała.  chęć 
wyciągnięcia  dłoni  i  pogładzenia  karku  mężczyzny.  Zdradziłaby  się 
wówczas całkowicie. – To była ogromna odwaga z twojej strony! 

Obrócił  ku  niej  głowę  z  nikłym  uśmiechem  na  ustach.  –  Nie  rób  ze 
mnie  bohatera,  działałem  po  prostu  instynktownie.  Gdybym  miał  czas 
pomyśleć, to pewnie bym nie skoczył. 

– Wiem,  że  byś  skoczył.  Ocaliłeś  mu  życie  –  starała  się  mówić 
zwykłym tonem. 

– Sam  by  się  wykaraskał.  Piranie  reagują  na  mięso  gotowane  albo  na 
krew.  Jeśli ktoś nie  ma  żadnego  skaleczenia,  to jest raczej  bezpieczny. 
Poza  tym  zabicie  czegoś  większego  od  małpka  wymaga  trochę  więcej 
czasu. 

– Inaczej  mi  mówiłeś,  kiedy...  –  urwała,  zawstydzona  tym,  co  miała 
powiedzieć. 

background image

 

142 

 

– Wiem, wtedy-troszkę :przesadziłem. –  W  jego głosie nie było żadnej 
skruchy.  –  Ryzyko  tak  czy  inaczej  istniało.  Czy  wolałabyś  kąpiel  w 
towarzystwie piranii niż to, co się wtedy stało? 

A jednak nie przepuścił okazji, którą mu stworzyłam, pomyślała Karen. 

– Nie chcę o tym więcej mówić, Jake! Skończyło się! 

– A czy naprawdę musi się skończyć? – Jeśli o mnie chodzi, tak. 

– Chcesz powiedzieć, że straciłaś zainteresowanie moją osobą? 

– Tak ci w to trudno uwierzyć? 

– Biorąc pod uwagę to, co między nami było, trudno. 

– Przyjmij więc moje zapewnienie, że tak  jest. Karen  znajdowała  się u 
kresu wytrzymałości. Pokusa, by przyjąć wyzwanie losu i pozwolić, by 
pokierował jej przyszłością, była tak wielka, że miała dużą ochotę ulec. 
Hamowała  ją  jedynie  myśl,  że  to  naprawdę  nie  ma  sensu,  gdyż  Jake'a 
po paru tygodniach znów poniesie w świat. 

– Pójdę  zobaczyć, jak czuje  się Nigel – oświadczyła i niezbyt pewnym 
krokiem skierowała  się w  jego stronę. Stwierdziła z satysfakcją; że nie 
jest już taki blady. 

Udało mu się otrząsnąć z szoku. Powitał ją słabym uśmiechem. 

– Jestem  wybrańcem  bogów  –  zażartował.  –  Najpierw zatrucie, a  teraz 
piranie. Aby zabezpieczyć się przed ciągiem dalszym, chyba zrezygnuję 
z pracy plenerowej. – Skrzywił twarz w uśmiechu, gdy ujęła jego rękę, 
by  zmierzyć  mu  puls.  –  Poproś  któregoś  z  chłopaków,  żeby  to  zrobił, 
jeśli chcesz mieć prawdziwy odczyt – powiedział. 

Karen  miała  już zupełnie  dosyć  tego typu  męskich żartów  i gdyby  nie 
to, że Nigel był chory, z pewnością odpowiedziałaby ostro. Na każdym 
kroku sprawdzały się przepowiednie Jake'a co do konsekwencji udziału 
kobiety  w  podobnej  wyprawie.  Przysięgła  sobie,  że  na  przyszłość 
będzie ostrożniejsza z wyborem pracy. 

background image

 

143 

 

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.  Wkrótce  potem  zapadł  mrok. 
Wieczorem Nigel poczuł się o tyle lepiej, że spałaszował obfitą kolację. 
Poszli spać wcześniej, by wyruszyć z pierwszym brzaskiem dnia. 

Luz oświadczył, że przy odrobinie szczęścia powinni dotrzeć do Fuetas 
drugiego dnia wieczorem. Karen bardzo się z tego ucieszyła. 

Następnego  dnia  rano  jak  zwykle  obudziła  się  przed  świtem  i  jak 
zwykle  nie  było  mowy  o  ponownym  zaśnięciu.  Zrezygnowała  więc  z 
dalszego  wyczekiwania  .  na  sen  i  cichutko  wyślizgnęła się ze  śpiwora. 
Wszyscy  jeszcze  spali.  Było  gorąco,  czuła  pot  na  całym  ciele. 
Postanowiła obmyć się trochę w jeziorze. 

Wysrebrzone  księżycem  jezioro  było  równie  zachęcające  jak 
poprzedniej  pamiętnej  nocy.  Tym  razem  nie  zamierzała  się  jednak 
kąpać. Zdjąwszy przepoconą górę piżamy, uklękła i nabierając wodę w 
dłonie  oblewała  nią  ciało.  Miły  chłód  sprawiał  ulgę.  Wiedziała,  że  po 
kilku  minutach  znowu  będzie  opływała  potem.  Teraz  jednak  było 
wspaniale! 

Bardzo  wyczulona  po  ostatnim  doświadczeniu  na  wszystkie  odgłosy 
dżungli,  zastygła  na  moment  słysząc  odgłos  łamanej  gałązki,  a  potem 
błyskawicznie  się  obróciła,.  Na  tle  słabiutkiej  łuny  znad  dogasającego 
ogniska dojrzała sylwetkę Jake'a. 

– Pomyślałem  sobie  –  powiedział  –  że  teraz  z  kolei  zbyt  poważnie 
potraktujesz  to,  co  powiedziałem  o  reagowaniu  piranii  tylko  na  krew. 
Nie warto ryzykować! 

– Nie  miałam  zamiaru  się  kąpać  –  odparła  Karen.  –  O  to  możesz  być 
spokojny.  Chciałam  się  tylko  ochłodzić.  –  Wciągnęła  głęboko 
powietrze,  świadoma  przyspieszonego  bicia  własnego  serca  i  drżenia 
całego ciała. – Za chwilę wracam! – dodała. 

– Poczekam tu na ciebie – odrzekł spokojnie. 

– Nie!  –  Wstała  z  kolan,  gdy  zaczął  się  zbliżać,  i  dłońmi  zasłoniła 
piersi. – Nie chcę, żebyś tu zostawał!  

background image

 

144 

 

–  Dżungla  jest  dla  każdego  –  powiedział  stając  tuż  przed  nią.  -Mogę 
chodzić, gdzie chcę, i robić, co chcę. 

 – Nie ze mną! 

– Ty także będziesz robiła ze  mną, co zechcesz. Oboje  będziemy robili 
to, czego pragniemy – roześmiał się ochrypłym głosem. 

Zesztywniała, gdy ją do siebie przyciągnął. 

Przez  następne  długie  chwile  nie  padło  między  nimi  ani  jedno  słowo. 
Wielki  gniew,  który  wszystko  rozpętał,  przeobraził  się  teraz  w  dziką 
namiętność. Gdy ją posiadł, oplotła go z całej siły nogami, rozkoszując 
się jego władzą nad jej ciałem. I tak w absolutnej harmonii rytmicznych 
ruchów dotrwali do kataklizmu zespolenia. 

Powolnemu  powrotowi  na  ziemię  towarzyszyła  przykra  myśl,  że  tym 
razem  jej  pełne  oddanie  nie  pozostawiło  w  świadomości  Jake'a 
najmniejszych  wątpliwości  co  do  uczuć,  jakimi  go  obdarza. 
Zdemaskowała  się.  Pierwsze  słowa,  jakie  do  niej  skierował,  gdy  się 
podniósł i odstąpił o parę kroków, wywołały w niej szok: 

– Teraz jesteśmy kwita. Rachunki wyrównane.  

Nie  dla  mnie,  mój  drogi,  pomyślała  z  bólem  serca.  Dla  mnie  jeszcze 
długo nie będą wyrównane. 

Po  dwu  tygodniach  spędzonych  wyłącznie  w  dżungli  i  na  wodzie, 
Guatemala  City  wydawała  się  miejscem  z  innej  planety.  Patrząc  przez 
okienko  samolotu  na  rozciągnięte  przedmieścia  stolicy,  Karen 
pomyślała, że chętnie poleciałaby od razu dalej do Anglii. Roger jednak 
postanowił,  że odpoczną  parę  dni  w  Gwatemali.  Poza tym  niemożliwe 
byłoby otrzymanie miejsc na lot tego samego dnia. 

Trzeba  przyznać,  że  odpoczynek  i  regeneracja  sił  były  im  potrzebne. 
Zwłaszcza Nigelowi. Mimo wszelkich zabiegów parę ranek nie chciało 
się  goić  i  konieczna  była  pomoc  ambulatoryjna.  Karen  już 
zapowiedziała, że zaraz po wylądowaniu zawiezie Nigela do szpitala, a 

background image

 

145 

 

potem  oboje  dołączą  do  pozostałych,  którzy  pojadą  tymczasem  do 
znanej im już willi na gorącą kąpiel i po świeżą bieliznę. 

Ostatnie  dni  były  chyba  najgorsze  ze  wszystkich.  Jake  jakby  jej  nie 
znał.  Siedział  teraz  po  drugiej  stronie  kabiny  samolotu,  wsparty  o 
podgłówek,  z  zamkniętymi  oczami.  Wyglądał  tak,  jakby  to,  co  się 
zdarzyło, nie pozostawiło ~v nim żadnego wrażenia, był nieprzystępny. 
Zresztą  nie  miała  zamiaru  do  niego  się  zbliżać.  Nie  było  sensu. 
Otrzymał od niej już wszystko, czego chciał. 

– Wydaje mi się, że jedynie na Jake'u i Luzie wyprawa nie pozostawiła 
najmniejszych  śladów,  są  tacy  sami  –  odezwał  się  siedzący  obok  niej 
Nigel, zupełnie jakby czytał w myślach Karen. 

– Jak  to?  Jednego  i  drugiego  lekko  pokąsały  piranie.  –  Nie  o  tym 
myślałem – odparł Nigel. – Ja się czuję tak, jakbym był kimś innym. – 
Spojrzał  na  Karen  ze  smętnym  uśmiechem.  –  Wtedy  się 
zagalopowałem, prawda? 

– Już sobie nawet nie przypominam. – Karen wzruszyła ramionami. 

– Jesteś  bardzo  miła.  –  Po  chwili  dodał:  –  Można  by  to  nazwać 
tropikalną  gorączką,  prawda?  W  dżungli  wszystko  ma  inny  wymiar; 
każde przeżycie i każda myśl są takie intensywne! 

Karen  pomyślała  z  goryczą,  że  jeśli  rzeczywiście  była  to  tropikalna 
gorączka, która ich wszystkich ogarnęła, to w jej wypadku temperatura 
utrzymywała  się  nadal.  I  nie  widać,  by  miała  zamiar  się  obniżyć.  Nie 
pomoże  tej  sytuacji  fakt,  że  przez  następne  parę  dni  będzie  mieszkać 
pod jednym dachem z Jakiem. 

Samolot obniżył lot i zbliżał się do lądowiska. Karen chwyciła się oparć 
fotela. 

Z mieszanym uczuciem przyjęła decyzję Jake'a, iż z obojgiem pojedzie 
do  szpitala.  Jego  argument,  że  ani  Karen,  ani  Nigel  nie  znają 
hiszpańskiego,  był  w  zasadzie  słuszny,  ale  przecież  w  szpitalu  jest 
personel mówiący po angielsku. 

background image

 

146 

 

– Być może – powiedział Jake, gdy przedstawiła mu ten argument. – A 
może  nie  ma?  Nie  będziemy  ryzykowali.  Chodzi  o  to,  żebyś 
niepotrzebnie nie traciła czasu. 

Obecność  Jake'a  bez  wątpienia  pomogła.  Nigela  zabrano  do 
ambulatorium  prawie  natychmiast.  Widząc  rezerwę  i  powściągliwość 
Jake'a Karen pragnęła, by nie musieli zbyt długo czekać na Nigela. Sam 
na sam z Jakiem było jej teraz potrzebne jak dziura w moście. 

Po  dłuższym  milczeniu,  pragnąc  za  wszelką  cenę  przerwać  tę  ponurą 
ciszę, zapytała: 

– Chyba go nie zatrzymają w szpitalu? 

– Musiałby  być  umierający  –  padła  odpowiedź.  –  Szpital  pęka  w 
szwach. Mają za mało łóżek. – Rzucił jej krótkie spojrzenie: – Martwisz 
się o niego? 

– Tyle samo, ile martwiłabym się o każdego w podobnym położeniu. 

– Nawet  o  mnie?  –  wykrzywił  usta  w  tym  przeklętym  sarkastycznym 
uśmiechu. 

– Gdybyś miał infekcję, naturalnie! Ale wyszedłeś cało. 

– Najwidoczniej jestem odporny  na większość życiowych przypadków. 
– Sarkazm i ironia! – Jakie masz teraz plany? – spytał. 

– Chcę jak wszyscy odpocząć parę dni, a potem wrócić do domu. 

– No  właśnie,  co  potem?  Pytałem  o  te  dalsze  plany.  –  Jeszcze  nie 
zdecydowałam. – Może zajmę się zupełnie czym innym. 

– Co chcesz robić? 

– O  tym  również  jeszcze  nie  zdecydowałam.  –  Starała  się  mówić 
lekkim  tonem.,  ale  przychodziło  jej  to  z  wielkim  trudem.  –  A  ty?  Co 
teraz planujesz? 

– Po  Bożym  Narodzeniu  mam  dwumiesięczny  objazd  Stanów  z 
odczytami.  --Wzruszył  ramionami.  –  A  później  mam  stypendium 

background image

 

147 

 

fundacji  Lorriston  na.  cały  rok  i  będę  grzebał  w  ziemi  na  półwyspie 
Jukatan. 

A  więc  program,  który  ponastawiał  mało  czasu  na  sprawy  osobiste, 
pomyślała  Karen.  Tego  się  właśnie  obawiała.  Słusznie  więc  uczyniła, 
zdecydowanie  mówiąc  „nie".  Za  kilka  tygodni  żegnałaby  go  z  jeszcze 
cięższym  sercem.  Ale  jednocześnie  wyjaśniało  to  również  sprawę 
małżeństwa  z  Eleną.  Jasne  przecież  było,  że  owa  piękna  dama  nie 
wytrzymałaby nawet tygodnia w jukatańskiej dżungli, nie mówiąc już o 
roku. 

Wszystkie  te  rozważania  :nie;  przyniosły  Karen  żadnej  ulgi.  No  cóż, 
musi to wszystko przeżyć  i przecierpieć!  Wrócił Nigel, bardzo się nad. 
sobą litując. Powiedział, 

że  zabieg  był  nieprzyjemny  i  bolesny,  i  że  zostaną  blizny  w  paru 
miejscach. Karen była przekonana, że Nigel będzie dumnie obnosił swe 
blizny,  pokazując  je  wszystkim  dokoła.  Co  nie powinno chyba  dziwić, 
bo niewielu ludzi wpadło między piranie i wyszło z tego cało. 

Wszyscy  troje  wrócili  do  willi,  gdzie  reszta  zespołu  odpoczywała  na 
tarasie.  Karen  czym  prędzej  poszła  wziąć  prysznic,  o  którym  już  tak 
długo  marzyła.  Miała  przedziwne  uczucie,  że  strumień  gorącej  wody 
jakby ją odmładza, a czyste włosy przynoszą fizyczną ulgę. 

Usłyszała pukanie do drzwi. Gdy szła otworzyć, wiedziała, że to Jake. I 
rzeczywiście.  Stał  w  progu  w  kąpielowym  płaszczu.  Obrzucił  ją 
szybkim spojrzeniem. . 

– Chciałbym wziąć parę rzeczy z sypialni – powiedział. 

Karen bez słowa odstąpiła ad drzwi, by mógł wejść. Poprawiła ręcznik, 
który zaczął się jej osuwać. Świadoma była, że Jake dostrzegł ten ruch. 
Pewnie  pomyślał;  że  wyreżyserowała  to  niby  obluźnienie  ręcznika. 
Niech sobie myśli. 

Została  przy  otwartych  drzwiach,  trzymając  dłoń  na klamce.  Gdyby  je 
zamknęła,  pomyślałby,  że  zrobiła  to  w  określonym  celu.  Kiedy  zabrał 

background image

 

148 

 

już  wszystko,  czego  potrzebował  i  obrócił  się  do  niej,  jej  twarz 
przybrała obojętny wyraz. Nie przyszło jej to łatwo.  

– Czego się boisz? – spytał. 

– Niczego  się  nie  boję!  –  odparła  spokojnie.  –  Po  prostu  chcę  się 
wreszcie ubrać. 

– Masz  jeszcze  godzinę  do  kolacji  –  powiedział,  wpatrując  się  w  nią 
niebieskimi oczami. 

– To  co  z  tego?  –  tym  razem  jej  głos  lekko  zadrżał.  –  Akurat  żeby 
wypić drinka przed kolacją. 

– Czas na wiele innych rzeczy – stwierdził. 

Jej  serce  zatrzepotało  w  rodzącym  się  pragnieniu,  ale  postanowiła  je 
opanować.  Wzięła  głęboki  oddech.  –  Myślałam,  że  powiedzieliśmy 
sobie już dość. Rachunki były rzekomo wyrównane! . 

- I ja tak myślałem. – Blado się uśmiechał. – To wcale nie takie  łatwe. 
W  odróżnieniu  od  ciebie  nie  potrafię  powiedzieć  sobie  „pstryk"  i 
wyłączyć kontakt. 

Gdyby  on  wiedział!  Patrzyła  na  niego  zamglonymi  oczami.  Zdawała 
sobie sprawę, że robi niemądrze, ale nie potrafiła się oprzeć. 

W  jej  oczach  odczytał  odpowiedź,  wzięte  z  szafy  ubrania  rzucił  na 
krzesło  i  podszedł  do  drzwi.  Zsunął  z  klamki  jej  bezwolne  palce, 
zamknął  drzwi  i  przekręcił  klucz.  Karen  drżała,  gdy  tulił  ją  do  siebie. 
Wiedziała, że nie potrafi dalej ukrywać swoich uczuć, ale to naprawdę 
nie  miało  już  najmniejszego  znaczenia.  Kochała  tego  człowieka  do 
szaleństwa! I tylko to wydawało się w tej chwili istotne. 

Kąpielowy ręcznik opadł  na  podłogę.  Jake  obsypywał pocałunkami  jej 
twarz  i  pieścił  dłońmi  ciało;  rozpoznawał  znane  miejsca  z  czułością  i 
zmysłowością,  która  rozpalała  ją  aż  do  fizycznego  bólu.  Niech  bierze 
wszystko,  pomyślała,  to  wszystko  do  niego  należy,  nie  ma  przed  nim 
nic do ukrycia! Wyszeptała cicho jego imię, a on pojął jej myśli. 

background image

 

149 

 

Wziął ją w ramiona i zaniósł na łóżko. Delikatnie położył się koło niej. 
Ujął  jej  twarz  w  obie  ręce  i  długo  i  namiętnie  ją  całował.  Oddawała 
pocałunki  nic  już  nie  ukrywając,  odsłoniwszy  się  całkowicie,  bez 
reszty,  we  wspaniałym,  upajającym  poddaniu.  Gdyby  miała  więcej  do 
oddania,  dostałby!  Gdyby  było  więcej  do  wzięcia,  wzięłaby!  Ustami  i 
dłońmi  delikatnie  muskała  i  poznawała  to  wspaniałe  męskie  ciało, 
czując  jego  napięcie  i  wiedząc,  że  tym  razem  ona  nad  nim  panuje,  że 
dotyk  jej  palców  wywołuje  naprężenie  męskich  mięśni,  daje  im  siłę, 
potencję,  bezgraniczną  żywotność.  Oddała  mu  swe  ciało  i  czyniąc  to 
otworzyła  swe  serce  i  okazała  mu  swą  miłość.  Jake  Rothman, 
najwspanialszy mężczyzna! 

– Nie  pozwolę  ci  odejść  –  powiedział  potem,  spoczywając  całym 
ciężarem swego ciała na Karen i całując jej piersi. – Chcę, żebyś ze mną 
została! 

– Do  Nowego  Roku?  –  spytała  cicho  ochrypłym  głosem.  –  Nie  widzę 
większego sensu. 

– To pojedź ze mną do Stanów. 

– Na Jukatan także? – zaśmiała się nerwowo. 

– Żądasz  ode  mnie,  żebym  zrezygnował  ze  stypendium?  –  Podniósł 
głowę i patrzył oczami, w których widać było niepewność. 

– Nie  ośmieliłabym  się  o  to  prosić!  –  odparła  czując,  że  ma  sucho  w 
gardle. 

– No to pojedź ze mną na Jukatan! Jest tam zupełnie dobre mieszkanie, 
pewien  komfort  nawet,  żadnych  problemów  jak  te,  jakie  mieliśmy  w 
ciągu ostatnich dwu tygodni. 

– A co bym tam robiła? To znaczy oprócz...? 

– Moglibyśmy pracować razem! Wykazałaś tak wielkie zainteresowanie 
naszym  odkryciem  w  Chal  Luz!  –  Nie  mam  żadnych  kwalifikacji. 
Byłabym w efekcie kulą u nogi. 

background image

 

150 

 

– Nie  trzeba  nadzwyczajnych  kwalifikacji  do  prac  wykopaliskowych. 
Wystarczy  zaangażowanie,  no  i  inteligencja.  Tej  ci  nie  brak. 
Zaangażowania  także.  –  Palcem  delikatnie  przeciągnął  po  jej  ustach  i 
rozbłysły  mu  oczy,  gdy  bezwiednie  zadrżała.  –  Oczywiście  to  nie 
byłaby kariera, o której marzyłaś... 

– Zupełnie  nie  o  to  chodzi  –  odparła.  Badania  archeologiczne  również 
mogą  być  wspaniałą  okazją.  Stanowią  kuszącą  perspektywę,  otwierają 
różne  możliwości  dla  kogoś,  kogo  to  pasjonuje.  Ją  właśnie 
pasjonowało.  Tylko  jak  długo  by  to  trwało?  I  później  znów  miałaby 
problem z pozbieraniem się... 

– Więc o co? – nalegał. – Wiem, że wiele żądam, ale... 

– To  by  nam  nie  wyszło,  Jake  –  wydusiła  z  siebie  z  trudem.  –  Nie 
potrafiłabym tak żyć. 

– Nie sądziłem, że takie znaczenie mają dla ciebie warunki. – Wzruszył 
ramionami. 

– Nie  mówię  o  komforcie.  Powiem  ci,  o  czym  myślałam:  o  braku 
wyraźnych  perspektyw  na  przyszłość.  Wiem,  że  jest  obecnie  rzeczą 
przyjętą,  iż  dwoje  ludzi  mieszka  razem,  nie  myśląc  o  tym,  co  będzie 
dalej. Mnie to nie odpowiada i nie wystarcza. Potrzebuję czegoś więcej. 

– Na  przykład  miłości?  –  spytał  martwym  głosem.  –  Ja  sobie  zdaję 
sprawę,  że  chwilowo  miłość  jest  jednostronna,  ale  tak  nie  musi 
pozostać. Daj jej szansę. 

– Nie  mogę  –  ledwo  wydobyła  te  słowa  przez  ściśnięte  gardło.  –  Nie 
mogę czekać na coś, co może nigdy nie przyjść. 

– Rozumiem – odparł; poderwawszy się, usiadł na skraju łóżka i sięgnął 
po szlafrok. – Wobec tego nie ma o czym więcej mówić, tak? 

Nie  ma,  pomyślała  zdając  sobie  sprawę,  że  jej  uczucia  dla  niego  są 
wielokrotnie silniejsze niż to, co on mógł czuć wobec niej. Bez względu 

background image

 

151 

 

na  to,  jak  intensywnie  mógł  jej  pożądać  fizycznie,  było  to 
niewystarczające. 

Gdy  po  pewnym  czasie  wyszła  przed  dom,  zastała  na  tarasie  Mike'a. 
Chciała  się natychmiast  cofnąć,  ale  on  podniósł rękę  w niemym apelu, 
by została. 

– Chcę  cię  przeprosić.  Zachowywałem  się  rzeczywiście  jak  zwierzę  – 
powiedział  bez  wstępów..  Był  wyraźnie  przybity.  –  Bo  wiesz,  wzięła 
mnie  taka  zazdrość,  że  straciłem  nad  sobą  panowanie.  Bardzo  cię 
przepraszam! 

Obojętne  jej  były  te  przeprosiny,  gdyż  Mike  nic  dla  niej  nie  znaczył. 
No, ale przynajmniej oprzytomniał! 

– Zapomnijmy o tym! – odparła wzruszając lekko ramionami. 

– Dziękuję! Napijesz się czegoś? – wskazał na tacę z drinkami. 

– Proszę o wódkę z sokiem pomarańczowym. – Usiadła w wiklinowym 
fotelu. – W porównaniu z Petenem jest tu prawie chłodno! 

Podając drinka wpatrywał się w jej dekolt z nadmiernym, jak zauważyła 
Karen,  zainteresowaniem.  Kocur  nie  zmieni  swojej  natury,  pomyślała. 
Mimo przeprosin pozostał tym samym Mikiem. 

– Założyć ci coś na ramiona? – zaproponował. 

– Nie, dziękuję – odparła potrząsając głową. – Aż tak chłodno nie jest. 
Powiedziałam  to  tylko  dla  porównania.  –  Upiła  łyczek  z  podanej 
szklanki. – Ciekawa jestem, gdzie się wszyscy podziali? 

– Jeśli  masz  na  myśli  Rothmana,  to  wyszedł  –  odparł  cierpko  Mike, 
zajmując  sąsiedni  fotel.  –  Widziałem,  jak  wychodził  jakieś  piętnaście 
minut temu. Juan powiedział, że wróci dopiero po kolacji. 

Poszedł do Eleny, pomyślała. Być może nie ma zamiaru się z nią żenić, 
niemniej  do  niej  poszedł.  Czyja  to  wina?  Gdyby  przyjęła  jego 
propozycję, to pozostałby w willi. 

background image

 

152 

 

Od  tej  chwili  wieczór  stał  się  ponury  i  trwał  w  nieskończoność.  Z 
trudem  doczekała  chwili,  kiedy  mogła  wreszcie  wstać  od  stołu  i 
obwieścić,  że  idzie  spać.  W  czasie  kolacji  nikt  nie  komentował 
nieobecności Jake'a, miał przecież prawo robić, co chce. 

Następnego  dnia  Jake  miał  przekazać  władzom  wykopaliska  z  Chal 
Luz.  Roger  chciał  to  zarejestrować  na  taśmie,  dlatego  na  uroczystość 
udawał  się  cały  zespół.  Po  tym  wydarzeniu  wszyscy  mieli  mieć  dwa 
wolne dni.  Karen  jeszcze  nie  wiedziała,  co  będzie w tym  czasie  robić. 
Chyba chodzić z kąta w kąt, użalając się na własny los. 

Jak  zwykle  obudziła  się  przed  świtem  bez  najmniejszej  ochoty  na 
dalszy  sen.  W  jej  głowie  kłębiły  się  myśli,  których  noc  nie  potrafiła 
uśpić. Wstała, by znaleźć coś do czytania, co pomogłoby jej przetrwać 
do  świtu.  Wpadające  przez  okna  światło  księżyca  pozwoliło  bez  trudu 
znaleźć  główny  salonik,  gdzie  musiała  jednak  zapalić  światło,  by 
odczytać tytuły książek stojących na półce w głębi. 

Zobaczyła sporo książek angielskich, zarówno powieści, jak i literatury 
faktu.  Wybrała  szpiegowską  powieść  Le  Carrego.  Niemal  upuściła 
książkę,  gdy  obróciwszy  się  zobaczyła  Jake'a,  który  stał  w  drzwiach 
prowadzących z tarasu. Miał na sobie ten sam płaszcz kąpielowy, co po 
południu, a na stopach sandały. Wyglądał na bardzo zmęczonego. 

Masz jakieś problemy? – spytał. 

– Jeden.  Nie  mogę  zasnąć.  –  Wydawało  się  jej,  że powiedziała to  zbyt 
poważnie  i  pryncypialnie,  więc  uśmiechnęła  się  sztucznie:–
 Pomyślałam sobie, że pomoże mi w tym książka. 

– Wszystko  zależy  od  treści  ~– zauważył.  –  Istnieje  możliwość,  że 
jeszcze bardziej cię rozbudzi. 

– Jakie  więc  proponujesz  rozwiązanie?  –  zapytała  i  natychmiast  tego 
pożałowała,  widząc  jego  ironiczny  uśmieszek.  Szybko  więc  dodała:  – 
Stop! Nie odpowiadaj na moje pytanie! 

background image

 

153 

 

– Nie miałem zamiaru udzielać ci rad – odparł. – Przyszedłem tu, żeby 
przyrządzić sobie filiżankę kawy. Przyłączysz się do mnie? 

Rozsądek  nakazywał  szybkie  pożegnanie  się  i  umknięcie  do  sypialni. 
Jednakże  rozsądek  rzadko  panuje  nad  odruchami.  Pa  chwili  szła  już  z 
nim do kuchni, dalej trzymając książkę pod pachą. 

Ostatecznie filiżanka kawy ani  niczego nie pogorszy, ani nie polepszy. 
Najwyżej  odłoży  chwilę  rozstania.  Jake  fachowo  zaparzył  kawę  w 
mniejszej z maszynek. 

Siedząc  na  barowym  stołku  i  małymi  łyczkami  popijając  aromatyczny 
napój,  Karen  szukała  w  myślach  jakiegoś  neutralnego  tematu  do 
rozmowy,  ale  kiedy  się  wreszcie  odezwała,  nieoczekiwanie  zadała 
pytanie, które jej nawet przez myśl nie przeszło: 

– Byłeś dziś wieczorem u Eleny? 

– Owszem, byłem – odparł słodząc kawę. Pomyślała sobie, że skarn już 
dotknęła  tematu,  to  równie  dobrze  może  go  kontynuować  do 
wyczerpania.  I jaka konkluzja tej wizyty? 

– A jakiej ty byś chciała? 

– To chyba zależy od ciebie? 

– Z  twoich  słów  wynika,  że  właściwie  nie  uwierzyłaś  w  to,  co  ci 
mówiłem:  że  nic  mnie  już  z  Eleną  nie  łączy.  A  skoro  o  tym  mowa: 
Elena  kategorycznie  zaprzecza,  jakoby  powiedziała  Rogerowi,  że  za 
mnie wychodzi. Twierdzi, że coś mu się pokręciło. 

Karen przez długą chwilę wpatrywała się w Jake'a. 

– Sądzisz, że to możliwe? 

– Jeśli  nawet  powiedziała  coś,  co  Roger  źle  zrozumiał  –  wzruszył 
ramionami – to żadnego nieporozumienia już nie ma. Wszystko zostało 
jasno powiedziane. – Co to znaczy? – spytała z podejrzliwością. 

– To, co powiedziałem. Elena wie wszystko o nas... – Wszystko? 

background image

 

154 

 

– Nie  w  szczegółach,  ale  to,  co  istotne.  I  nie  wspominałem  również  o 
jednostronności uczuć.  –  Wykrzywił  usta  w  sardonicznym uśmiechu.  -
Moja  duma  nie  pozwoliła  mi  się  przyznać,  że  zakochałem  się  w 
kobiecie, która nie chce mi się odwzajemnić tym samym uczuciem. 

W  pierwszej  chwili  Karen  była  pewna,  że  źle  usłyszała,  i  patrzyła  na 
niego tępo. To niemożliwe, by powiedział coś takiego. Jakby z wielkiej 
odległości usłyszała swój głos: 

– Czy  byłbyś  łaskaw  powtórzyć  to  ostatnie  zdanie?  –  Po  co?  –  odparł 
cynicznie. – Przecież postawiłaś sprawę jasno. Powiedziałaś, że widzisz 
znikome  prawdopodobieństwo,  byś  mogła  mnie  pokochać.  Musiałem 
się z tym pogodzić. 

W  dalszym  ciągu  Karen  nie  wierzyła  własnym  uszom.  Jakże  on  mógł 
być  tak  ślepy?  Odpowiedziała  sobie  sama:  przecież  i  ona  nie  zdawała 
sobie sprawy z jego prawdziwych uczuć. Oboje mieli opaski na oczach 
i byli śmiesznie pewni swoich własnych wniosków. Jeszcze w tej chwili 
trudno  jej  było zdobyć  się  na  powiedzenie  tego, co on przecież  musiał 
widzieć w jej spojrzeniu, jeśli dobrze patrzył. 

Patrzył, ale dalej nie rozpoznawał. Nagle odezwał się, uderzając pięścią 
w blat: 

– A właśnie że nie, do diabła! Nie pogodzę się z tym! Nie pozwolę, aby 
poszło  na  marne  to,  co  nas  połączyło  w  ciągu  tych  paru  tygodni.  Nie 
odwrócisz się plecami i nie odejdziesz! Nie pozwolę ci, Karen! 

Wyjął  jej  z  dłoni  filiżankę  i  odstawił  na  bok,  koło  swojej,  potem 
ściągnął Karen ze stołka w swoje ramiona. 

– Z  amerykańskich  odczytów  już  się  nie  wykręcę,  ale  mogę 
zrezygnować  ze  stypendium.  Znajdą  wielu  innych  na  moje  miejsce. 
Pojedź  ze  mną  do  Ameryki!  Daj  mi  szansę  pokazać  ci,  jakie  będzie 
nasze wspólne życie! 

Wszystkie  wątpliwości,  jakie  jeszcze  mogły  kołatać  się  jej  po  głowie, 
zgasił  pocałunek  Jake'a.  Namiętny  i  czuły  zarazem.  Oddawała  go 

background image

 

155 

 

chętnie,  żarliwie,  przepełniona  uczuciem.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję, 
objęła  mocno,  tuląc  twarz  do  jego  twarzy  z  sercem  przepełnionym 
miłością. 

– Widzisz? – powiedział miękko. – To wcale nie będzie takie trudne! 

– Kocham  cię!  –  Nagle  słowa  te  przyszły  jej  bardzo  łatwo.  –  Kocham 
cię od wieków, Jake! 

Zastygł. – Przecież  mnie  od  wieków  nie  znasz? – patrzył przedziwnie, 
jakimś niesłychanie intensywnym spojrzeniem. 

Zaśmiała  się  cicho  i  pocałowała  go  mocno  w  szyję.  –  Więc  od 
pierwszego  dnia,  pierwszej  godziny,  od  pierwszej  minuty  i  sekundy, 
kiedy cię ujrzałam! 

– Ze mną było to samo! – Trzymał ją tak, jakby nigdy nie zamierzał jej 
wypuścić.  –  To  dlaczego,  do  diabła,  nie  pisnęłaś  nawet  stówka? 
Dlaczego kazałaś mi myśleć, że tylko ja...? 

– Dlatego,  że  myślałam,  że  to  tylko  ja...  A  tobie  zależy  wyłącznie  na 
moim... 

– Na twoim ciele? Na nim też! I na twojej twarzy... – Głaskał delikatnie 
jej  policzki. –  I na  tym  wspaniałym  temperamencie... na odwadze  i  na 
wytrwałości!  Moje  życie  nabrało  nagle  sensu  w  dniu,  w  którym 
pojawiłaś  się  tutaj  z  Rogerem,  chociaż  w  pierwszych  chwilach  nie 
zdawałem sobie z tego sprawy. Głównym powodem mojego sprzeciwu 
wobec twojego udziału w wyprawie był lęk, że zbliżysz się za bardzo z 
Rogerem. Chciałem cię mieć dla siebie! Wyłącznie dla siebie! 

– Ja naprawdę nie  miałam pojęcia o uczuciach Rogera – powiedziała – 
a  także  nigdy  świadomie  nie  zachęcałam  Mike'a  do  zalotów.  Jestem 
zupełnie ślepa, gdy chodzi o odczytywanie ludzkich intencji. 

– Wyłącznie  dlatego,  że  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z  własnego 
oddziaływania  na  ludzi.  Spojrzysz  tymi  niebieskimi oczami  i  człowiek 
gotów jest wszystko  zrobić!  Muszę  wymyślić  jakiś tajny sygnał,  który 

background image

 

156 

 

ci  będę  dawał,  kiedy  zobaczę,  że  to  robisz  –  roześmiał  się  cicho.  –  W 
przeciwnym  wypadku  cała  ekipa  na  Jukatanie  przestanie  pracować  i 
będzie tylko wzdychała do ciebie. – Zdał sobie nagle sprawę z tego, co 
powiedział,  i  cmoknął  niezadowolony.  –  Przepraszam.  Wycofuję  się! 
Mówiłem  poważnie,  że  zrezygnuję  ze  stypendium.  Wymyślimy  coś 
innego,  gdzie  będziemy  mogli  połączyć  nasze  umiejętności.  Coś 
takiego, jak obecna wyprawa. 

– To  może  być  jedynie  przerywnikiem,  od  czasu  do  czasu  –  orzekła 
Karen. – A poza tym, te moje umiejętności bardzo ci się mogą przydać 
na Jukatanie. Przecież potrzebny ci jest ktoś do prowadzenia dziennika, 
robienia zestawów. Ja jestem dobrym organizatorem. Myślę, że będę ci 
mogła pomóc. Przecież już mówiłam, że archeologia mnie fascynuje. 

– Jesteś pewna? – Spojrzał na nią niepewnie. – Może tylko tak mówisz? 

Potrząsnęła  głową.  Bardzo  go  kochała  również  za  tę  gotowość  do 
kompromisów. 

– Mówię  zupełnie  poważnie.  Wcale  nie  mam  zamiaru  budować 
wspólnego  życia  na  zasadzie  jednostronnych  poświęceń...  –  zawahała 
się  szukając  w  jego  twarzy  odpowiedzi  na  nowe  wątpliwości.  – 
Zakładając,  oczywiście,  że  w  tym  wypadku  chodzi  o  budowanie 
wspólnego życia? 

– Całego  życia,  jeśli  mam  coś  do  powiedzenia – odparł natychmiast.  – 
Czy sądzisz, że twoi rodzice  będą  bardzo rozczarowani,  jeśli  ich córka 
poślubi mnie jak najszybciej, bez wielkich przygotowań i uroczystości? 
–  Tym  razem  on  się  zawahał.  –  Zakładając,  oczywiście,  że  ma  ochotę 
wyjść za  mnie. A takie są  moje warunki! – powiedział z uśmiechem. – 
Chcę  cię  mieć  na  wyłączną  własność,  potwierdzoną  kontraktem, 
żadnych tam czasowych dzierżaw! 

– Ja  też  nie  chcę  dzierżaw  –  odparła.  –  Jeśli  mam  jechać  z  tobą  do 
Stanów,  to  musimy  pobrać  się  szybko.  Ponieważ  pięć  tygodni,  jakie 
pozostają  do  tego  czasu,  nigdy  by  mojej  mamie  nie  wystarczyły  na 

background image

 

157 

 

przygotowanie przyzwoitego, jej zdaniem, ślubu, to chyba będzie lepiej, 
jeśli postawimy wszystkich wobec faktu dokonanego. 

– Miałem  nadzieję,  że  to  powiesz!  –  Przytulił  ją  mocno,  zanurzając 
twarz  w  jej  włosach.  –  Rano  powiemy  o tym reszcie, a teraz chodźmy 
do  łóżka  –  wyszeptał  namiętnie.  –  Mam  ci  jeszcze  wiele  rzeczy  do 
opowiedzenia... 

Ona chciała równie dużo opowiedzieć jemu. Słowami bądź inaczej:  

_ Ten drugi sposób wyrażał to samo.