background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image

- Serią z działek pokładowych pal! - wydałem rozkaz Michaiłowi.

Odwrócił się i popatrzył na mnie uważnie.

-  Za   dużo  świeżego   powietrza   może  nieco  oszołomić  -  powiedział   tonem   lekarza 

stawiającego diagnozę w zakładzie psychiatrycznym. - A jednak szlak! - zawołał, wskazując 

mi rdzawą plamę na lewo od linii.

Popatrzyłem  przez   lornetkę.  W  stepie  stała   kompletnie   przeżarta  rdzą  ciężarówka. 

Lakier   odpadł,   koła   dawno   utraciły   swój   kształt.   Stała   na   kapciach...   Lecieliśmy   dalej. 

Niebawem zauważyłem pierwszy słupek ułożony z kamieni.

- Szlak! - krzyknąłem i zacząłem badać przez lornetkę umykającą pod nami ziemię. Z 

następnego słupka pozostał tylko stosik kamieni rozsypanych w trawie. Przelecieliśmy nad 

pasmem wzgórz. Za pagórkami trakt stał się nieco wyraźniejszy,  chyba wybrukowano go 

kiedyś kamieniami. Wreszcie za kolejnym pasmem pagórków zauważyliśmy rozsypujące się 

gliniane mury.

- Karczma, zajazd albo coś, co u Arabów nazywa się karawanserajem! - krzyknął 

Michaił. - I zobacz, szlaki się tu rozchodzą. Stąd będziemy prowadzili dalsze badania.

Wyjął z kieszeni namiernik GPS i zapisał współrzędne karczmy.

- Późno już, zawracamy? - pokazał mi zegarek.

Lataliśmy już półtorej godziny. Kiwnąłem głową. W drodze powrotnej mój towarzysz 

usiłował   wypróbować   samolot.   Pędziliśmy   z   dużą   prędkością,   wznosiliśmy   się   w   górę, 

robiliśmy pętle. Na szczęście nie przyszło mu do głowy próbować bardziej skomplikowanych 

akrobacji powietrznych. Pod nami umykał step. Widać było gdzieniegdzie jasne jurty i pasące 

się stada zwierząt. Michaił prowadził jednak maszynę tak, aby ich nie spłoszyć. Zagonienie 

rozproszonych stad z powrotem na wyznaczone pastwiska mogłoby zająć pasterzom nawet 

wiele dni. Godzinę później osiedliśmy koło obozowiska.

- No i jesteśmy z powrotem - powiedział Michaił. - Żywi, cali i zdrowi. Lataliśmy 

nisko i powoli - mrugnął okiem.

- I co ciekawego znaleźliście?

- Zrobiliśmy mniej więcej sto kilometrów - wyjaśnił nasz przyjaciel. - Sądzę, że trzeba 

będzie przenieść obozowisko...

- A co z końmi? - zaciekawił się szef.

- Odeślę właścicielowi. Na razie trzeba przejrzeć jeszcze film z lotu.

Wymontował   z   kokpitu   kamerę   video.   Koło   jurty   położyliśmy   dwa   panele   ogniw 

słonecznych, identycznych jak te używane przez Vandersyftów. Połączyliśmy z nimi maleńki 

turystyczny telewizor i magnetowid. Raz jeszcze w zwolnionym tempie wyświetliliśmy całą 

background image

trasę. Szef oglądał film uważnie.

- Trzy słupki - powiedział. - Ale żaden ani trochę niepodobny do naszej piramidki... 

Ale trzeba będzie raz jeszcze przepatrzeć ten odcinek szlaku, gdy jutro będziemy przenosić 

obozowisko...

Michaił raz jeszcze przejrzał cały film. Po zachodzie słońca baterie stały się jednak 

bezużyteczne, więc nie zdążył obejrzeć taśmy do końca. Poszliśmy spać dość późno.

Obudziłem się w środku nocy. Włożyłem na uszy słuchawki wshipera i wsłuchiwałem 

się   w   ciszę.   Wiatr   szumiał   w   łanach   traw.   Ortalion   jurty   trochę   łopotał.   Stary   szkielet 

skrzypiał przy każdym podmuchu. A jednak usłyszałem to. Delikatny stukot kopyt na szosie. 

Wyczołgałem się ze śpiwora i pośpiesznie naciągnąłem spodnie. Wyciągnąłem ze skrzynki 

gogle noktowizyjne Michaiła i ruszyłem przez krzaki. Chłopiec na koniu, zapewne ten sam, 

który śledził nas poprzedniej nocy, wjechał na szczyt pagórka. Dłuższą chwilę buszował po 

krzakach, widocznie szukając zgubionego mikrofonu, wreszcie zrezygnowany podkradł się do 

samolotu. Obszedł go dookoła i zajrzał do kabiny. Ponownie zastukały końskie kopyta. Drogą 

nadjechał drugi. Przez chwilę rozmawiali przyciszonymi  głosami. Wreszcie obaj zniknęli. 

Poczekałem   do   rana   i   starannie   obejrzałem   nasz   samolot,   ale   wbrew   moim   obawom   nie 

podczepili do niego bomby. Czego więc szukali?

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

NOWE OBOZOWISKO • RUINY KARAWANSERAJU • KOLEJNY LOT 

• WZGÓREK KULTOWY • POCZTA W CZASACH CZYNGIZ-CHANA

Rankiem Michaił zadzwonił gdzieś z telefonu komórkowego, a potem zabraliśmy się 

do przeniesienia obozowiska. Jako pierwszego przerzucił pana Tomasza i część tobołków. Po 

dwóch godzinach wrócił i zabrał beczki z benzyną. Wreszcie przyszła kolej na mnie i resztę 

ekwipunku. Zastanawiałem się, jak wylądujemy, ale okazało się, że koło dawnego zajazdu 

jest spory brukowany placyk. Samolot osiadł na ziemi. Wyskoczyłem.  Pan Samochodzik, 

wykorzystując widocznie swoje umiejętności nabyte w harcerstwie, naciągnął ortalion na mur 

zajazdu. Zastąpił nim nie istniejący od dawna dach, tworząc w ten sposób tymczasowe, ale 

dość sympatyczne schronienie. Dźwigając ostatnie skrzynki wszedłem do sporej salki. Na 

palenisku gotowała się już woda w czajniku, a powietrze wypełniał silny aromat kawy.

- Nasza tymczasowa baza - szef z dumą zatoczył dłonią okrąg. - Wedle obserwacji 

lotniczej, z tego miejsca rozchodzą się trzy szlaki. Będziecie latali samolotem wzdłuż nich, a 

ja będę analizował wykonane filmy.

- Nareszcie nasza operacja zaczęła nabierać rozmachu - uśmiechnąłem się. - Teraz 

pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nie znaleźliśmy się za daleko.

- Jak to? - zdziwił się szef.

- Przyjmijmy, że Ossendowski wyruszył w drogę z karawaną wiozącą złoto. Ruszyli z 

klasztoru.   Jesteśmy   jakieś   sto   siedemdziesiąt   kilometrów   stamtąd.   Taki   odcinek   mogli 

przebyć w cztery dni... Czy ryzykowaliby tak daleką trasę?

- Oddalali się od ośrodków zamieszkanych - zauważył Michaił stając w drzwiach. - Tu 

nikt by już nie szukał. Pozostaje pytanie, który szlak wybrał Ossendowski. Z tego miejsca 

rozchodzą się trzy...

- Na północ w stronę gór Eren-Daba i dalej do Władywostoku, na wschód w stronę 

Mandżurii zajętej przez Chińczyków, a może na południe do Dzuunbajan... - wyliczał szef.

- Skoro zdjęcie wołów ciągnących podarowany mu przez barona samochód wykonano 

na pustyni Gobi, to należy przypuszczać, że skierowali się na południe - mruknął Michaił.

- Niekoniecznie - odparowałem błyskawicznie. - Mogli ukryć skarby, a potem dopiero 

zawrócić i pojechać ku południowi...

background image

- Polatamy i poszukamy - mruknął. - Na początek na wschód.

- Daleko? - zaciekawił się szef.

- Najbliższe miasto to Baruun Urt, jakieś 220-230 kilometrów stąd... - mruknął nasz 

przyjaciel. - Oczywiście bliżej na stepie są osady ludzkie i pojedyncze jurty...

- Przeniesienie się tutaj ma swoje dobre strony - zauważył pan Tomasz.

Brwi Michaiła uniosły się do góry w niemym pytaniu.

- Przestaną nas śledzić ci chłopcy na koniach - wyjaśnił.

- Nie przestali - powiedziałem ponuro.

Streściłem, co widziałem w nocy.

- To można bardzo łatwo wyjaśnić... - mruknął Michaił.

- Wrodzona ciekawość mongolskich dzieciaków - uśmiechnął się Pan Samochodzik.

- Och nie. Zaproszono nas tutaj i dano pełną swobodę poruszania się. Jednak władze z 

pewnością nie puściły nas tu tak zupełnie luzem. Dlatego też poinformowano miejscowych 

pasterzy, że kręcić się tu będą jacyś cudzoziemcy i warto by się dyskretnie przyjrzeć temu, co 

robią...  A   gdyby  kombinowali   coś  podejrzanego  -  zadzwonić  i  powiedzieć.   To  wyjaśnia, 

dlaczego tamten miał mikrofon kierunkowy. Nie wyklepał go przecież młotkiem ze starych 

puszek znalezionych na stepie...

- Czyli na dobrą sprawę nic nam nie grozi? - odprężył się szef.

- Na wszelki wypadek - Michaił postawił w kącie coś w rodzaju małej gaśnicy. - Gaz 

pieprzowy   pod   wysokim   ciśnieniem.   Wystarcza   na   kilkadziesiąt   “strzałów”   na   odległość 

kilkunastu metrów. Ale nie sądzę, żeby miał się przydać.

Zjedliśmy   obiad,   po   czym   siadłem   do   samolotu   i   polecieliśmy   na   pierwszy 

rekonesans. Od czasu, gdy szlak został porzucony, minęło wiele lat. Chwilami w ogóle nie 

mogliśmy natrafić na jego ślad.

- Jeśli chciał ukryć złoto tutaj, to było to idealne miejsce! - krzyknął Michaił - Zupełne 

odludzie!

- To prawda! - zawołałem. - Tylko nigdzie nie widać naszej piramidki.

Nie   było   też   słupków   ułożonych   z   kamieni.   Chwilami   nie   wiedziałem   już,   czy 

faktycznie kiedyś wiodła tędy droga, czy może ulegamy złudzeniu. Jednak za każdym razem, 

gdy   zaczynałem   wątpić,   pojawiały   się   jakieś   ślady   starożytnego   traktu.   Kilka   razy 

przelatywaliśmy nad studniami starannie wymurowanymi z kamienia.

- Ja bym na jego miejscu wsypał złoto do studni i zawalił! - krzyknął.

- Szkoda studni, poza tym nie zapominaj o warstwie wodonośnej.

- Co z tego? Złoto nie rdzewieje...

background image

-   Ale   jeśli   tu   jest   mokry   piasek,   tak   zwana   kurzawka,   to   już   by   tego   nigdy   nie 

odzyskali - wyjaśniłem.  - W takim piachu potrafią tonąć nawet kręgi studni. Dziadek mi 

opowiadał, jak przed wojną wykopali studnię we wsi. W ciągu trzech dni ruch kurzawki był 

tak silny, że kręgi betonowe wygięły się jak rura od odkurzacza, a po dalszych kilku dniach 

odpłynęły gdzieś na bok i studnia przestała istnieć. Sztaby złota wsiąkłyby bez śladu. A grunt 

mamy tu chyba głównie lessowy...

W ciągu dwóch godzin dolecieliśmy prawie do miasta. Wykonaliśmy łagodny zwrot i 

znowu   badaliśmy   szlak.   Tym   razem   udało   nam   się   natrafić   na   rozsypaną   kupę   kamieni. 

Michaiła znalezisko podnieciło do tego stopnia, że zdecydował się lądować. Osadził maszynę 

na kawałku traktu akurat wolnym od traw. Dłuższą chwilę szukaliśmy widzianego z góry 

usypiska. Wreszcie trafiliśmy w wysokich trawach na rozsypane głazy. Z bliska było jednak 

widać, że nie tworzyły nigdy kształtu zbliżonego do tego z fotografii. Michaił wygrzebał 

spomiędzy nich kilka zetlałych zupełnie kawałków materiału.

- Obo - zawyrokował wreszcie.

- Taki totem, jak opowiadałeś?

- Bo ja wiem, jak to po polsku nazwać? Wzgórek kultowy? Tu był taki zwyczaj, że 

czasem   w   niebezpiecznych   miejscach   układano   kilkanaście   kamieni   jeden   na   drugim,   a 

pomiędzy   nie   wtykano   gałąź.   Tak   powstawało   coś   w   rodzaju   przydrożnej   kapliczki. 

Przechodzący dla zapewnienia sobie szczęścia musiał zostawić strzępek materiału i dołożyć 

do stosu jeszcze jeden kamień... Jako prawosławny fundamentalista...

- To są prawosławni fundamentaliści? - zdumiałem się.

- Skoro są islamscy... Dobra, żartowałem z tym fundamentalizmem, ale tak czy siak 

szmatek nie będę zostawiał. Natomiast, skoro już tu jesteśmy, może przywrócimy wygląd 

pierwotny?

- Dobry pomysł - przyznałem.

Poukładaliśmy   kamienie   jeden   na   drugim   tworząc   dość   stabilną,   choć   niewysoką 

konstrukcję.   Znaleźliśmy   też   nowy   kij   i   przywiązawszy   doń   wstążki   i   szmatki,   których 

większość rozłaziła się w palcach na skutek zbutwienia, ale te nylonowe trzymały się całkiem 

dobrze, wetknęliśmy go pomiędzy głazy.

- Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek - mruknąłem, przypominając sobie przysłowie 

związane ponoć z osobą Władysława Jagiełły.

- Wolę to rozpatrywać w kategoriach ratowania dziedzictwa kulturowego Mongolii - 

zaprotestował z godnością mój towarzysz. - Słońce jest już nisko. Lecimy!

Polecieliśmy.   Szef   siedział   na   szczycie   muru   i   w   zadumie   palił   papierosa. 

background image

Przelecieliśmy nad nim i wylądowaliśmy na naszym lotnisku.

- I jak znaleziska? - zaciekawił się.

Opowiedzieliśmy o naszych dokonaniach. Pokiwał w zadumie głową.

- Stare szlaki - powiedział. - Pomyśleć, że jesteśmy o dwanaście dni drogi od naszego 

kraju.

- Pociągiem tylko jakieś jedenaście dni - zaprotestował Michaił.

- Dziewięć dni z Ułan-Bator do Moskwy i jeszcze jeden, żeby dojechać do Warszawy.

- Miałem na myśli przebycie tego dystansu konno - wyjaśnił szef.

- Niemożliwe - uśmiechnąłem się. - Koń nie zrobi dziennie więcej niż 40 kilometrów.

- Jeden koń nie - Pan Samochodzik popatrzył w zadumie na step.

- Jednak w czasach, gdy imperium mongolskie rozciągało się od Chin do Podola, 

posłańcy przebywali tę trasę w ciągu mniej więcej dwóch tygodni.

- Słyszałem o tym - powiedział Michaił. - Może wie pan coś bliżej na ten temat?

Szef uśmiechnął się.

- Oczywiście, opowiem wam. A więc posłańcy przebywali trasę około pięciu tysięcy 

kilometrów.  Odcinek podzielony był  na kawałki nie dłuższe niż dwadzieścia kilometrów. 

Kurier   otrzymywał   albo   dokumenty,   albo   instrukcje   ustne.   Krępowano   go   bandażami 

wykonanymi z jedwabiu i sadzano na ogiera. Pędził co koń wyskoczy, z szybkością około 

dwudziestu kilometrów na godzinę. Na postojach specjalna ekipa przesadzała go z konia na 

konia. Jechał tak po jakieś osiemnaście godzin dziennie, robiąc w tym czasie około 250-300 

kilometrów.  Nocą nie mógł  jechać, nie było  widać szlaku, mógł  więc na stacji etapowej 

przespać się kilka godzin, po czym znowu krępowano go jedwabiem i w drogę. Gdy docierał 

do celu, miał prawo odpocząć kilka dni, po czym z nowymi rozkazami lub odpowiedzią na 

list wracał.

- Fascynujące - mruknąłem. - A gdyby go tak opadły wilki?

-   Ponieważ   bezpieczeństwo   kuriera   było   absolutnym   priorytetem,   mieszkańcy 

poszczególnych osad w razie czego mieli obowiązek przydzielić mu eskortę. Gdyby kurier 

zginął po drodze z ich winy, wycięto by w pień całą wieś, albo i całe plemię. Przypuszczalnie 

gdyby nie był w stanie wyruszyć w dalszą drogę, ktoś musiał go zastąpić...

- To mi przypomina sztafety biegaczy u Inków - powiedziałem w zadumie - tylko że 

tam   wiadomości   przenosili   szybkobiegacze   zmieniający   się   co   kilka   lub   kilkanaście 

kilometrów... Dziennie mogli przebyć też około dwustu kilometrów...

-   Nic   nowego   pod   słońcem   -   powiedział   Pan   Samochodzik.   -   Starożytni   Grecy   i 

Rzymianie też mieli tego typu system przenoszenia informacji, tylko że szło im to znacznie 

background image

gorzej.   Konni   kurierzy   robili   maksymalnie   sto   kilometrów   dziennie...   Były   też   sztafety 

biegaczy,   ale  szybko  z   nich  zrezygnowano.   O   ostatnich   wspomina   się  w   republikańskim 

Rzymie.

- W Chinach było  coś podobnego - powiedział Michaił. - Ale też sztafeta  konna. 

Przenoszono różne towary. Jedna z cesarzowych uwielbiała owoce liczi, ale w okresie ich 

dojrzewania, przebywała  z reguły na północy.  Dowożono je konno, a gdy po drodze się 

zepsuły, posłaniec był niestety likwidowany...

- Brr - wzdrygnął się szef.

- Ciekaw jestem swoją drogą, ile czasu szedłby obecnie list z Mongolii do Polski? - 

zamyśliłem się.

- Około dziesięciu dni - wyjaśnił Michaił. - Może jedenaście...

- Czyli od ośmiuset lat nic się nie zmieniło? - zdziwił się szef.

- Jeśli zależy wam na szybkości - nasz przyjaciel wyjął z kieszeni komórkę - to można 

podłączyć   telefon   do   laptopa   i   wysłać   list   pocztą   elektroniczną.   W   Polsce   będzie   za 

dwadzieścia minut...

- Akurat - uśmiechnął się szef. - Twój telefon komórkowy tu nie łapie pola.

Michaił uruchomił telefon i popatrzył na wyświetlacz.

- Faktycznie - mruknął. - Jesteśmy za daleko od stacji przekaźnikowych...

- Czyli witamy w krainie rozwiniętych technologii - uśmiechnął się Pan Samochodzik. 

- Technika techniką, a człowiek zawsze będzie się liczył jako najważniejszy element...

- Przynajmniej do skonstruowania sztucznej inteligencji, co zdaje się ma nastąpić już 

około 2035 roku - uśmiechnąłem się.

-   Widzisz,   Pawle,   w   latach   sześćdziesiątych  XX  wieku,   gdy   futurologia   święciła 

triumfy,   sądzono,   że   da   się   przewidzieć   postęp   technologiczny.   Zdaje   się   od   1985   roku 

mieliśmy kontrolować pogodę... Od dziesięciu lat powinny istnieć stałe bazy na Księżycu... 

Nikt natomiast nie przewidział komputerów czy Internetu... Jedna z prognoz zakładała, że 

około   1990   roku   ludzkości   w   pracy   pomagać   będą   myślące   roboty...   Zresztą   pożyjemy, 

zobaczymy... Co planujecie na jutro? - szef zmienił temat.

- Przelecimy się szlakiem na południe - wyjaśnił Michaił. - Czuję, że to właściwy. 

Wiedzie z grubsza w stronę pustyni Gobi...

- A ja posiedzę przed telewizorem i przejrzę film z dzisiejszego lotu - zaofiarował się 

pan Tomasz. - Tylko jak znajdziecie piramidkę, to nie zapomnijcie po mnie przylecieć!

- Oczywiście - Michaił poważnie skłonił głowę.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

PONOWNE SPOTKANIE Z VANDERSYFTAMI • LOT NA POŁUDNIE • 

PRZYMUSOWE   LĄDOWANIE   •   NAPRAWIAMY   SAMOLOT   • 

DWIEŚCIE KILOMETRÓW NA PIECHOTĘ!?

Rano obudził mnie dźwięk pracującego silnika samochodowego. W pierwszej chwili 

sądziłem, że to Michaił uruchamia samolot, ale gdy wyszedłem przed zajazd, zobaczyłem 

obłok kurzu na szlaku, który biegł z zachodu.

- Mamy gości - powiedziałem.

Michaił otworzył jedno oko i zerknął na budzik. Była ósma rano.

- Co za brak wychowania, tak o świcie wpadać z wizytą - mruknął. - Ilu ich jest?

- Jeden samochód. Zbliża się i to dość prędko. Wygląda na niedużego jeepa.

- Dubeltówka stoi w kącie, zastrzel ich i zakop - wymamrotał i zapadł w sen.

Wyszedłem ponownie przed dom. Stary radziecki UAZ ciągnący za sobą przyczepkę 

zatrzymał się z piskiem hamulców. Z wnętrza wygramolił się wysoki mężczyzna. Poznałem 

Paula Vandersyfta. Z tylnego siedzenia wyskoczył jego bratanek.

- Co za spotkanie - uśmiechnął się nasz rywal. - Jaki ten świat jest mały...

Michaił wygrzebał się z zajazdu. A więc jednak zdołał się obudzić.

- O, goście - powiedział. - A ja nieuczesany. Cóż was tu sprowadza?

- Nie mieliśmy szczęścia w klasztorze - wyjaśnił Holender. - Przeczesaliśmy ruiny i 

jedyne, co znaleźliśmy, to skrzynka posążków liturgicznych ukrytych tam widocznie przed 

komunistami.   Nie   powiem,   znalezisko   cenne   i   ciekawe,   ale   niezupełnie   to,   czego 

szukaliśmy...

Michaił uśmiechnął się lekko.

- A jak pozostali konkurenci?

- Rauber został wydalony z Mongolii, ale Awenir buszuje nadal.

- Za co został wydalony?

- Dopatrzyli  się jego przynależności do KGB - wyjaśnił. - Nie to, żeby mieli coś 

przeciwko,  ale doszli do wniosku, że obcych  wywiadów  lepiej  nie angażować na swoim 

podwórku...

- A Ungernowie?

background image

- Poszło im nie najgorzej. We wskazanym miejscu znaleźli kilka skrzyń amunicji. 

Ponieważ   były   to   głównie   naboje   do   mosina,   wydedukowali,   że   to   skrzynka   z   czasów 

barona...   Teraz   kopią   w   innym   miejscu.   Tym   razem   wykorzystując   dokumenty,   które 

przywieźli ze sobą.

Gwizdnąłem cicho przez zęby.

- Mamy tu mały problem z podziałem przestrzeni życiowej - powiedział Michaił. - 

Interesuje nas zwłaszcza, jak tu trafiliście i co chcecie dalej robić.

-   Postanowiliśmy   pojechać   starym   szlakiem   karawanowym   na   południe.   Tam 

znaleźliśmy odnogę prowadzącą na wschód. Ponieważ w czasach walk Azjatyckiej Dywizji 

Konnej były to tereny dość pustynne, pomyśleliśmy, że może gdzieś tu kryje się rozwiązanie 

zagadki. Na zdjęciach satelitarnych wypatrzyliśmy ten klasztor...

- To raczej karawanseraj - wyjaśniłem.

- Przychylę się do pańskiej teorii - skłonił się w moją stronę. - Pomyśleliśmy, że może 

warto zbadać to miejsce. Niestety, chyba spóźniliśmy się.

-   Ujmę   to   tak:   dotąd   nie   interesowaliśmy   się   budynkiem,   który   udzielił   nam 

tymczasowego schronienia - powiedział Michaił. - Zajmujemy się głównie poszukiwaniem z 

powietrza interesujących obiektów. Zajazd jest duży. Zajmijcie sobie część...

- I mamy tu siedzieć i odpoczywać? - uśmiechnął się Vandersyft.

-   Nie.   Zawrzemy   spółkę.   Przeczeszecie   swoją   maszyną   budynki   i   okolicę,   a 

ewentualnym łupem podzielimy się. My tymczasem będziemy sobie latali prowadząc nasze 

badania...

- Oczywiście, jak wy coś znajdziecie, to my dwaj nic...

- Takie są prawa dżungli - wyjaśnił Michaił z krzywym uśmiechem. - Ładnie wyraził 

to Ossendowski, dając swoim wspomnieniom z więzienia tytuł “W ludzkiej kniei”...

Paul roześmiał się. Tymczasem wstał pan Tomasz. Na widok gości nieco się zdziwił. 

Zasiedliśmy do wspólnego śniadania.

-   Powinniśmy   wam   jeszcze   o   czymś   powiedzieć   -   odezwał   się   milczący   dotąd 

chłopiec.

Pan Samochodzik uniósł pytająco brwi.

- Byliśmy śledzeni - wyjaśnił jego wuj. - Zdaje się, że nawet podsłuchiwano nas za 

pomocą mikrofonu kierunkowego.

- Nas też - mruknął Michaił. - Dwa dni temu prawie przychwyciliśmy chłopaczka na 

koniu... Zdobyliśmy taki drobny łup - z torby wyciągnął znaleziony w krzakach mikrofon.

-   Ciekawe   -   mruknął   Vandersyft.   -   Kto   może   nas   śledzić?   Damao   ze   swoim 

background image

dziadkiem? Czy też może Awenir z Rauberem, o przepraszam, obecnie bez Raubera.

- Podejrzewamy miejscowe służby specjalne - podsunąłem.

- Nie sądzę, zbyt  prymitywna robota... Chociaż z drugiej strony, jakie mogą mieć 

służby   specjalne?   Wychowani   na   stepie   agenci,   którzy   o   szpiegowaniu   uczą   się 

hollywodzkich filmów...

- A nie zostało trochę fachowców z miejscowego KGB? - zdziwiłem się.

- Trudno powiedzieć. Nie wiemy nawet, czy tu mieli własne KGB, czy w całości 

rosyjskie. W takim wypadku po prostu wróciliby do domu w 1991 roku... - zauważył Michaił.

- Może powinniśmy ostrzec Ungernów - mruknął Pan Samochodzik. - Jeśli to ich 

dzieło,   to   będą   wiedzieli,   że   mamy   się   na   baczności.   Jeśli   sami   są   śledzeni,   to   mogą 

spróbować złapać tych szpiegów...

- To niegłupia myśl - mruknął Vandersyft... - Ale wyobrażacie sobie, co by się stało, 

gdyby teoria o służbach specjalnych okazała się prawdziwa?

- Niestety, mój telefon nie działa - Michaił wzruszył ramionami. - Tu nie ma pola...

- Mamy satelitarny - bratanek Holendra przydźwigał z samochodu sporą walizkę.

Otworzył. Błysnął wewnątrz ekran, klawiatura i kilkanaście świecących diod.

- Czy macie ich numer? - zwrócił się do nas. Popatrzyliśmy na siebie bezradnie, a 

potem nieoczekiwanie wybuchnęliśmy śmiechem.

- Tak, jak mówiłem - westchnął szef - technika techniką, a człowiek człowiekiem...

- Wobec tego zabieramy się powoli do roboty, a wy też róbcie swoje - uśmiechnął się 

nasz gość.

- Racja - Michaił poderwał się raźno z ziemi. - Słońce już wysoko, a my mamy do 

przelecenia może nawet kilkaset kilometrów.

Wsiedliśmy do samolotu i wystartowaliśmy. Mój towarzysz uruchomił kamerę. Trakt 

był dobrze widoczny. Co jakiś czas przelatywaliśmy nad kamiennymi słupkami. Upłynęła 

godzina.

- Mamy kłopoty z paliwem - odezwał się nieoczekiwanie Michaił.

- Co się stało? - zaniepokoiłem się.

- Kończy się. Dziwne, wieczorem tankowałem.

-   Mamy   jeszcze   kanister   -   zauważyłem.   -   A   przy   starcie   nie   zauważyłeś   tego   na 

kontrolce?

- Ano nie... Dobra, trzymaj się, próbuję siadać. Po chwili samolot znieruchomiał na 

pylistej powierzchni traktu. Wysiedliśmy. Ja żeby rozprostować kości, Michaił po to, żeby 

dolać paliwa z kanistrów.

background image

- Damy radę na tym wrócić? - zaniepokoiłem się.

- Spokojna głowa. To zapas na dwieście kilometrów, a my zrobiliśmy dopiero sto 

dwadzieścia. Zresztą będziemy lecieć z wiatrem, więc zużycie będzie mniejsze.

Wgramoliliśmy się do samolotu i wystartowaliśmy z powrotem.

- Jak to się mogło stać? - zastanawiał się Michaił. - Trzeba będzie lecieć jeszcze raz.

W tym momencie silnik zakaszlał i śmigło nieoczekiwanie zatrzymało się.

- Co, do diabła.... - zaklął i nasz wehikuł runął w dół. Michaił zręcznie przerzucił ster i 

przestawił korbką łopatki lotek. Weszliśmy w dość spokojny ślizg.

- Może spróbujesz zapalić motor jeszcze raz? - zaproponowałem.

- Nic z tego, chyba silnik się zatarł... Uwaga, próbuję lądować...

To   był   bardzo   kiepski   kawałek   drogi,   ale   nie   mieliśmy   innego   wyjścia.   Samolot 

uderzył ciężko w ziemię, jedno koło musiało się niemal natychmiast scentrować, bo zarzuciło 

nas w bok. Zaczepiliśmy skrzydłem o nieduże drzewko. Ucierpiało zarówno drzewko, jak i 

skrzydło. Do moich uszu dobiegł paskudny dźwięk rozdzieranego brezentu, a potem przód 

samolotu uderzył w słupek ułożony z kamieni. Pojazd stanął.

- To zabawne, ale zawsze na filmach w tym momencie samoloty wybuchają - mój 

przyjaciel popisał się wisielczym humorem i zaraz na wszelki wypadek odpukał w sklejkę.

Wysiedliśmy. Pochyliłem się nad kamieniami.

- Niestety, pagórek zupełnie niepodobny do piramidki - zameldowałem. - W dodatku 

niewiele z niego zostało...

- To byłaby niezła ironia losu - westchnął - gdybyśmy w ten sposób znaleźli skarby 

Ungerna...   Ano   zobaczmy.   Skrzydło   mocno   się   zdefasonowało,   widocznie   uderzenie   o 

drzewo pogięło aluminiowe kratownice wewnątrz. Pewnie każą mi za to zapłacić...

Brezent też był podarty. Śmigło od uderzenia złamało się... Michaił kopnął pogięte 

koło.

- No to jesteśmy uziemieni - mruknął. - Teraz pytanie, co dalej?

- A co ma być? - zdziwiłem się. - Jak do wieczora nie wrócimy, Vandersyft wskoczy 

w samochód i pojedzie nas szukać. W dwie godziny dojedzie tutaj. Na wszelki wypadek 

rozpalimy ognisko sygnałowe...

- O ile to nie on nas urządził, choć nie sądzę...

- Ale dlaczego silnik się zatarł?

- Ktoś nam dosypał cukru... Jasne. Komuś zależało, żebyśmy się rozbili na stepie. W 

nocy ktoś spuścił część paliwa z baku, a do kanistra dodał cukru. Paliwo wyczerpało się i 

dopełniliśmy tym zaprawionym... Czyli jednak nie mongolskie służby specjalne. Pewnie jakaś 

background image

lokalna mafia chce nam uniemożliwić poszukiwania... Znasz się na silnikach?

-   Oczywiście   -   odpowiedziałem   z   dumą.   -   Co   i   raz   naprawiam   trabanta   panu 

Tomaszowi.

- Dobra. Będziesz umiał rozkręcić i wyczyścić?

- Cukier w paliwie - mruknąłem. - Gruba warstwa węgielków na ściankach cylindra, 

zanieczyszczona głowica, zablokowane zaworki. Ciężka sprawa... Mamy narzędzia?

- Całą skrzynię.

Wymontowanie silnika okazało się bardzo trudne, ale jakoś się udało. Zabrałem się za 

jego rozkręcanie. Wewnątrz wyglądał tragicznie.

- Spróbuję wypłukać to benzyną - powiedziałem bez przekonania. - Tylko nie wiem, 

czy wystarczy, żeby usunąć ten zapieczony nalot.

- A może nożykiem poskrobać? - zaproponował. - Albo papierem ściernym?

-   Lepiej   nie,   to   wbrew   pozorom   bardzo   precyzyjna   konstrukcja.   Wszystko 

dopasowane do dziesiątych części milimetra.

- Rób jak uważasz - powiedział.

Z piłką na ramieniu ruszył w stronę powalonego drzewka. Wypiłował z pnia kilka 

długich prętów i zabrał się do naprawy skrzydła.

Dłubałem przy silniku ponad dwie godziny.  Przedmuchałem zawory,  wyczyściłem 

tłoki i cylindry, przetarłem głowice.

Tymczasem mój przyjaciel wzmocnił skrzydło, pozszywał brezent i wystrugał piękne 

drewniane śmigło.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł - zauważyłem. - Wytrzyma?

- Weźmiemy jeszcze jedno, zapasowe. Ostatecznie “Kitty Hawk” braci Wright też 

miała drewniane śmigło.

- I przeleciała sto dwadzieścia metrów - mruknąłem.

Wmontowaliśmy silnik. Umocowaliśmy drewniane śmigło. Wsiedliśmy.

Popatrzyłem zaniepokojony na skrzydło wzmocnione drewnem.

- W Sudanie było gorzej - mruknąłem sam do siebie.

Michaił przekręcił kluczyk.

- Zatrzymaj! - krzyknąłem.

Wyłączył.

- Co się stało?

- Jeden tłok nie pracuje. Chyba głowica uległa uszkodzeniu i nie spala benzyny...

- Czym to grozi?

background image

- Benzyna wtryskiwana jest do komór w cylindrach i jej wybuch wypycha tłoki, które 

napędzają wał. Teraz, gdy w jednym cylindrze nie spala się paliwo, nie dość, że gubimy jedną 

czwartą, to jeszcze ten tłok wysuwa się siłą pozostałych, ciągnięty przez wał. Tym samym to 

upośledza pracę silnika...

- Rozumiem. Jest na to jakaś rada?

- Wykręcę go.

Pracowałem przez kolejną godzinę z wydatną pomocą Michaiła. Tymczasem zaczęło 

się ściemniać. Wreszcie zdołałem wyjąć tłok i zablokować wtrysk paliwa.

- Do domu, tam już się pewnie niepokoją - zakomenderowałem.

Siedliśmy znowu do samolotu. Michaił uruchomił silnik. Tym razem wszystko szło 

dobrze. Śmigło obracało się coraz szybciej, aż nieoczekiwanie rozległ się upiorny wizg i dwa 

kawałki drewna poleciały ze świstem w step.

- Dziwne - mruknął mój przyjaciel. - Przecież w klubie paralotniowym widziałem 

drewniane śmigła.

-   Zapewne   wykonane   ze   specjalnej,   kilkunastowarstwowej   sklejki   wzmacnianej 

poprzez   zastosowanie   kleju   rodem   z   programu   gwiezdnego   NASA   i   prasowanej   pod 

gigantycznym ciśnieniem - wydedukowałem. - Może wytniemy nowe śmigło z ogona?

- Za cienka blacha...

- To może ze wspornika koła? Albo wykręcimy z kabiny stalowy płaskownik...

Mój towarzysz walnął się w głowę aż zadudniło.

- Nawet gdybyśmy mieli nowe śmigło i tak daleko nie polecimy...

- Dlaczego?

- Przecież nie wymieniliśmy benzyny! Ciągle mamy tę zapaskudzoną... Nie ma rady, 

Pawle, trzeba zasuwać na piechotę. Z tego samolotu na razie nie ma żadnego pożytku.

- Protestuję - powiedziałem z godnością. - Wyczyściłem silnik. Mamy też trzy koła. 

Zbudujemy samochód! Taki mały trójkołowy pojaździk...

- Benzyna... - przypomniał.

- To może rower?

- Idziemy na piechotę - powiedział z naciskiem. - Samolot się zamknie i ściągnie z 

drogi. Wrócimy jutro z nowym śmigłem.

- Do jutra nie zajdziemy do obozowiska - zauważyłem trzeźwo.

- Wcale nie mam zamiaru iść taki kawał. Gdy lecieliśmy, od czasu do czasu widać 

było jurty.

- Faktycznie.

background image

-   Na   szlaku   widać   odciski   racic   jakichś   zwierząt,   prawdopodobnie   krów.   Stada 

widzieliśmy z góry. Musimy więc odnaleźć jurtę pasterzy i kupić lub pożyczyć od nich dwa 

konie. Rano będziemy w następnym  koczowisku, gdzie  wymienimy  je na wypoczęte.  Za 

dziesięć godzin będziemy w zajeździe...

- Dobry plan - mruknąłem. - Tylko że w nocy nie uda nam się wymienić koni...

- Będziemy się martwili później. W drogę.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

STARZEC   W   JURCIE   •   TRZY   ŚWIĘTE   KAMIENIE   •   PAUL 

WYRUSZYŁ   NAM   NAPRZECIW   •   SPLĄDROWANA   BAZA   • 

ZNIKNIĘCIE PANA SAMOCHODZIKA • CZERWONI MŚCICIELE

Ruszyliśmy szlakiem. Wędrowaliśmy spokojnym krokiem. Właściwie nie było gdzie 

się spieszyć.

Szliśmy wolno. Było już prawie ciemno, ale w dali przed nami coś bielało. Oględziny 

dokonane   przez   lornetkę   potwierdziły   nasze   przypuszczenia.   Biała   jurta   z   wojłoku 

podświetlona od wewnątrz kilkoma żarówkami.

- Ciekawe, skąd mają prąd elektryczny? - zadumał się Michaił.

- Może z generatora - podsunąłem.

- Oto i przejaw cywilizacji - powiedział Michaił z zadowoleniem. - Zajdziemy, jeśli 

nam się poszczęści - wynajmiemy człowieka z samochodem, jeśli poszczęści nam się mniej - 

wynajmiemy konie...

- No, to do dzieła - skręciłem ze szlaku.

Jurta   miała   ładne   drewniane   drzwi.   Były   szeroko   otwarte.   Michaił   zapukał   w   nie 

delikatnie. Z wnętrza rozległ się głos o wyraźnie zachęcającej intonacji.

- Nie stań przypadkiem na próg - syknął do mnie. - To tutaj bardzo źle widziane.

Weszliśmy do wnętrza wojłokowego domostwa. Michaił delikatnie pchnął mnie na 

lewo. Przeszedłem parę kroków i usiadłem na macie. Oczy powoli przyzwyczajały się do 

gryzącego   dymu   i   półmroku.   Pośrodku   jurty   w   niewielkim   kociołku   z   brązowej   blachy 

płonęły wysuszone końskie odchody. Po drugiej stronie siedział bardzo stary Mongoł.

- Sajn banju - Michaił wypowiedział słowa powitania.

Gospodarz obrzucił nas ciekawym spojrzeniem.

- Orojnmend - odpowiedział poważnie.

- Życzy nam miłego wieczoru - poinformował mnie Michaił.

Gospodarz wyciągnął z ognia baranią łopatkę i oskrobał ją nożem z żaru. Wpatrzył się 

w osmoloną po wierzchnie...

- Przybyliście z daleka - powiedział po rosyjsku.

Miał bardzo dziwny akcent i niemiłosiernie kaleczył język Puszkina, ale byliśmy w 

background image

stanie go zrozumieć.

- Potrzebujemy samochodu lub telefonu - powiedział Michaił.

Starzec wpatrzył się w baranią kość. Coś przy tym mruczał sam do siebie. Wreszcie 

odezwał się.

- Samochodu musicie poszukać sami. On szuka was. Niedługo spotkanie...

Obrócił kość na drugą stronę i ponownie poskrobał ją nożem.

- Rozdzielicie się - powiedział. - A potem spotkacie. Szukacie w złym miejscu.

Odłożył łopatkę za siebie.

- W dawnych czasach gościa podejmowano u nas w ten sposób, że gospodarz jurty 

zabijał barana, a jego głowę gotował. Potem każdy z nich zjadał jedno oko. Jedno gospodarz, 

drugie najważniejszy z gości. Dla was, Europejczyków, zjedzenie oka wielkiego jak mała 

piłeczka jest trudne. Dlatego też, choć czułem, że przyjdziecie, zdecydowałem się nie stawiać 

was w tak ciężkiej sytuacji.

- Jesteśmy wdzięczni - odpowiedziałem skłaniając głowę.

- Mieliśmy jeszcze jedną potrawę dla znamienitych gości - odezwał się starzec. - Z 

piersi barana wycinało się tłuszcz rosnący na mostku i razem z sierścią piekło w ogniu. Tylko 

że wam od takiej tłustości wątroby wysiadają... Za słabi jesteście, by żyć między nami...

Zapatrzył się w ogień, jakby szukając potwierdzenia swoich słów, a potem sięgnął do 

torby  wiszącej   na  słupie  wspierającym   strop.  Wyjął   z  niej  płaską   miedzianą   czarkę   oraz 

butelkę czegoś potwornie mętnego.

Nalał płyn do miseczki, po czym ostrożnie upił kilka łyków i podał ją Michaiłowi. 

Podał dziwnie, trzymając na jednej ręce, gdy drugą dotykał jednocześnie łokcia. Wyglądało to 

na gest rytualny.

Michaił przyjął poczęstunek prawą ręką i także upił kilka łyków. Zauważyłem, jak 

ledwo dostrzegalnie zwęziły się jego źrenice. Coś z tym płynem było nie tak. Podał mi tak 

samo, prawą dłonią, wspierając łokieć lewą ręką. Przyjąłem nieoczekiwany poczęstunek i 

ostrożnie upiłem trzy łyki. W pierwszej chwili sądziłem, że to kumys, ciecz miała bowiem 

wyraźny zapach przywodzący na myśl  dawno nie sprzątaną mleczarnię. Po chwili jednak 

poczułem palenie w przełyku i ciepło w żołądku.

- Bimber z kobylego mleka - wyjaśnił półgłosem Michaił.

Oddałem   miseczkę   gospodarzowi,   naśladując   jak   mogłem   najlepiej   dziwny   gest. 

Gospodarz   zadowolony   wyciągnął   z   sakwy   nieduży   biały   przedmiot.   Odkręcił   czerwony 

korek i metal ową łyżeczką nabrał ze środka trochę ciemnego proszku. Posypał nim palec i 

umieścił po odrobinie w każdej z dziurek nosa.

background image

- Tabaka - szepnął Michaił.

Gospodarz podał mu tabakierkę. Mój towarzysz  powtórzył  rytuał i oddał starcowi 

naczynie. Ten podał je mnie.

Nie wiem, czym był proszek w pudełku, z pewnością nie był to jednak sproszkowany 

tytoń. Oddałem tabakierkę gospodarzowi, na polecenie Michaiła nie dokręcając jednak korka. 

Po chwili potężne kichnięcia o mało nie pourywały nam nosów.

- Nie jestem znawcą tabaki, ale moc ma straszliwą - powiedziałem po rosyjsku, gdy 

opanowałem gwałtowne ataki kichania.

Starzec uśmiechnął się szeroko.

- Jest mocna - powiedział.

Popatrzył na Michaiła.

- Ty wiesz - odezwał się cicho. - Opowiesz mu, jak wyjdziecie...

- Co ma mi opowiedzieć?

- Jak robimy tabakę - uśmiechnął się gospodarz. - Słyszałem, że Ungern wrócił do 

Mongolii? Wy coś o tym wiecie. Czuję to przez skórę...

- Przyjechał do Ułan-Bator Ałmaz Ungern von Sternberg - powiedział Michaił. - Syn 

barona Romana...

- Pamiętam - odezwał się starzec. - Dawno nie mieliśmy wodza. Chan Roman umiał 

przemawiać, pociągnął za sobą wielu... Otrzymał pierścień Czyngiz-chana... Oddał go komuś, 

zanim   umarł...   Ten   ktoś   wędruje   przez   stepy   albo   po   drogach   innych   krajów.   Kiedyś 

przybędzie do nas. I pójdą za nim Mongołowie. I poniosą imię Czyngiz-chana w świat...

Zapadła cisza. Starzec patrzył w ogień.

- Może kiedyś zostanie znaleziony czarny kamień - powiedział w zadumie. - A gdy to 

nastąpi,   odrodzi   się   Mongolia.   Znowu   będziemy   potęgą.   Zegną   się   karki   Rosjan   i 

Chińczyków. Zgroza ogarnie Europę...

- Czarny kamień? - zapytał Michaił.

- Trzy są kamienie święte - powiedział w zadumie starzec. - Jeden wmurowany w 

grobie waszego proroka Aarona daleko stąd, w Libanie. Drugi zdobi Kaabę, święte miejsce 

muzułmanów.   Trzeci   należał   do   władców   Karakorum...   W   połowie   XIX   stulecia   biały 

człowiek ukradł go. I opuściło nas szczęście. Byliśmy dumnym narodem, a gniew bogów był 

straszny. Staliśmy się niewolnikami... Nasi wysłannicy szukają czarnego kamienia po świecie. 

A gdy go odnajdą, powrócą dawne, dobre czasy. Znowu będziemy panami Azji...

Czułem, jak coraz bardziej ogarnia mnie groza. Starzec wpadł w uniesienie prorockie. 

Miałem wrażenie, że nie snuje rozważań o przyszłości,  tylko  patrzy w nią i głosi to, co 

background image

nastąpi.

-   Ja   już   tego   nie   doczekam.   Ale   wasze   dzieci   może...   Teraz   wam   pora   ruszać. 

Rozgrzaliście się, a niedaleko znajdziecie samochód, który po was jedzie... W drogę.

Podziękowaliśmy za poczęstunek i opuściliśmy jurtę. Zapadł już zmrok, ale szlak na 

szczęście był dobrze widoczny.

- Miałeś mi powiedzieć o tej tabace - przypomniałem Michaiłowi.

- Wybacz, Pawle, nie chcesz o tym usłyszeć...

- Nie drocz się, mów. Zapewniam cię, że jestem twardym człowiekiem. Co to było? 

Sproszkowany jałowiec?

- Roślina zwana jurguj... rośnie na stepach. Pasie się nią kozy, ale wyłącznie te o 

idealnie białej sierści.

- Ale trochę zostaje do robienia tabaki?

- Nie. Widzisz, odchody tych kóz suszy się odpowiednio, miesza z odrobiną mleka, 

znowu suszy i proszkuje. Tak powstaje najlepsza miejscowa tabaka...

- A niech to... - zakląłem i energicznie zacząłem przedmuchiwać obie dziurki.

- On miał rację - uśmiechnął się Michaił. - Nie powinniśmy żyć między nimi. Ich 

obyczaje kształtowały się przez tysiące lat w zupełnie innych warunkach niż nasze...

- O co chodzi z tym kamieniem? - zagadnąłem.

-   Prawdopodobnie   to   meteoryt,   taki   jak   ten   wmurowany   w   Kaabę   w   Mekce. 

Widocznie jakiś parszywy typ ukradł go, żeby sprzedać w Europie.

- Sądzisz, że zdołają go odnaleźć?

- Trudno ocenić. Mają pewne szansę. Mógł wzbogacić jakąś kolekcję. Może wystawia 

go   któreś   z   muzeów.   Meteoryty   są   dość   rzadkim   znaleziskiem.   Jeśli   był   odpowiednio 

okazały... W każdym razie trzymajmy za nich kciuki.

- Czekaj, co on powiedział o grobie Aarona?

- Tam także jest taki kamień, w Dżebel Harun, w Jordanii. Ludziska czczą dziwne 

rzeczy...

- Głaz wmurowany w Kaabę jest meteorytem - mruknąłem. - A ten w grobie Aarona?

- Nie wiem. Nigdy go nie widziałem. Jest na terenach arabskich. Nad grotą, gdzie 

spoczywa   ciało   proroka,   nadbudowano   meczet.   Tam   nie   wpuszcza   się   niewiernych   - 

uśmiechnął się lekko. - Czasem może nie warto zastanawiać się, co jest czym i skąd się 

wzięło... Mongołowie wierzą, że gdy odzyskają swoją relikwię, powróci do nich utracone 

szczęście... Dlatego życzmy im, aby ją odzyskali.

Kiwnąłem głową, choć w zapadającym zmierzchu nie mógł mnie chyba widzieć.

background image

W tej chwili na horyzoncie zabłysły dwa światełka. Zbliżały się szybko i niebawem 

Paul Vandersyft zatrzymał samochód koło nas.

-   Witajcie,   lotnicy   -   uśmiechnął   się.   -   Gdzie   to   zgubiliście   swoją   dwupłatową 

maszynę?

- Stoi kilka kilometrów stąd - wyjaśniłem. - Trochę przetrącona; trzeba będzie zdobyć 

nowe śmigło i poprawić lewe skrzydło...

- Wsiadajcie, podrzucę was - zażartował.

Usadowiliśmy się we wnętrzu jeepa i pomknęliśmy w stronę zajazdu.

- Dziękujemy, że pan po nas przyjechał - powiedziałem.

- Drobiazg. Na moim miejscu postąpilibyście tak samo.

- Jak posuwają się badania w zajeździe? - zainteresowałem się.

- No cóż, wygląda na to, że szukamy znowu w niewłaściwym miejscu - westchnął. 

-Wewnątrz budynku znaleźliśmy skrzynkę obitą blachą, niestety była pusta, kawał łańcucha, 

pewnie do przypinania zwierząt, bo miał karabińczyk na końcu. A, i felgę od ciężarówki.

- To faktycznie niewiele - zadumałem się. - A co u was?

- Chwilowo nic - powiedziałem. - Ale nie tracimy nadziei. Do pustyni Gobi jeszcze 

spory kawałek...

- Sądzę, że wszyscy szukamy źle. Nie odwieźliby złota taki kawał od klasztoru.

- Dlaczego nie? - zdziwiłem się.

-   Teren   naprawdę   kontrolowany   przez   barona   Ungerna   był   dość   szczupły. 

Wywiezienie skarbów poza zasięg posterunków wojskowych groziło, że wpadną one w ręce 

lokalnych watażków...

- Odważyliby się wystąpić przeciw baronowi? - zdumiałem się. - Nazwisko Ungern 

musiało budzić grozę...

- Być może, ale baron daleko, a złoto blisko. Po prostu spróbowałem postawić się w 

ich sytuacji i wygląda mi to bardzo mętnie. Sądzę, że skarby ukryto blisko. Może zakopano je 

w   miejscu,   gdzie   dziś   stoją   przedmieścia   Ułan-Bator?   A   może   w   stepie,   gdzieś   o   rzut 

kamieniem od klasztoru? Któż to może wiedzieć...

- Może syn barona? - zamyśliłem się.

- Nie sądzę, żeby miał coś więcej niż ogólne wskazówki. Zwróćcie uwagę, że zaczęli 

kopać w jakimś  wskazanym  im miejscu, potem dopiero przenieśli się gdzieś dalej. Może 

gdybyśmy siedli wszyscy razem i podzielili się posiadanymi informacjami, coś by się udało z 

tego złożyć?

- Na razie my mamy pewien trop, a pan z bratankiem szukacie na ślepo - zauważył 

background image

Michaił.

- My  za to mamy radar geologiczny mogący sięgnąć nawet pięćdziesiąt metrów w 

głąb ziemi - zauważył pogodnie Paul. - Wy dacie wiedzę, a my technikę.

-   Jeśli   skrytka   znajduje   się   w   miejscu,   w   którym   podejrzewamy   jej   istnienie,   to 

wyrafinowana   technika   nie   będzie   potrzebna   -   powiedział   Michaił.   -   Ale   rozważymy 

propozycję.

Pędziliśmy przez ciemny step.

- Pożyczyłby mi pan jutro samochodu? - zagadnął Michaił.

- Żaden problem - uśmiechnął się Holender. - A dokąd chce pan jechać?

-   Do   Ułan-Bator.   Potrzebuję   nowego   śmigła.   I   trochę   aluminiowych   rurek   na 

wzmocnienie skrzydła...

- Przywiezie mi pan też kilka gazet?

- Oczywiście.

- A ja bym chciał paczkę zielonej herbaty - przypomniałem sobie.

- Zrobię zakupy dla wszystkich.

Wyjechaliśmy na wzgórze koło rozstajów. Przed nami w ciemności widać było już 

zabudowania zajazdu.

- Dziwne, że nie zapalili światła - mruknął Paul.

- Może śpią? - zagadnął Michaił.

Poczułem nagły niepokój. Holender zaparkował samochód koło bramy. Wyskoczyłem 

na klepisko i coś zachrzęściło mi pod nogami. Schyliłem się i poświeciłem małą latarką.

Wszędzie na ziemi walały się łuski od kałasznikowa.

- Wot czort - zaklął Michaił i chciał puścić się pędem do środka, ale Paul stalowym 

chwytem unieruchomił jego ramię.

- Mogą się tam czaić - powiedział. - Pan był, zdaje się, komandosem - zwrócił się do 

mnie.

- Byłem - potwierdziłem.

- Mam nóż i rewolwer...

- Nóż.

Złapałem ciężką stalową klingę i podrzuciłem w dłoni. Była idealnie wyważona.

- Zajdę od tyłu - zaproponowałem.

Kiwnął głową. Obiegłem zajazd dookoła. Wskoczyłem przez jedno z okien i z nożem 

w dłoni zacząłem przeglądać po kolei wszystkie pomieszczenia. Było pusto i cicho.

- Pusto - odezwał się Paul w jednym z sąsiednich pomieszczeń.

background image

Zapaliliśmy   latarki.   Napastnicy   rozwalili   drzwi   seriami   z   karabinów.   Drewno   w 

postaci drzazg poniewierało się wokoło. Ślady serii z karabinu maszynowego znaczyły też 

ortalionowy   dach.   Ściany   również   połupane   były   zdrowo...   Pan   Samochodzik   i   Mark 

Vandersyft zniknęli. Do środka wszedł Michaił.

- Sprawdźcie, co zabrano - polecił Paul.

- Nie ma laptopa, za to zostawili telewizor i magnetowid - zameldował nasz przyjaciel.

-   Nie   ruszyli   też   mojego   radaru   geologicznego   wartego   pół   miliona   dolarów,   ale 

zniknęły wszystkie notatki, fotografie lotnicze i zdjęcia - mruknął Vandersyft. - Śladów krwi 

na szczęście nie widać.

- Ostrzelali drzwi. Potem wdarli się do środka i strzelali po ścianach, najwidoczniej po 

to, żeby wywołać panikę - mruknąłem. - Wreszcie uprowadzili naszych i zabrali wszystko, co 

ich zdaniem mogło się wiązać z poszukiwaniami...

- Ale zostawili mój radar, a to znaczy, że albo nie wiedzieli, jak się go używa, albo nie 

mieli pojęcia, co to jest...

-   Czyli   to   nie   oni   śledzili   pana   w   klasztorze?   -   mruknąłem.   -   W   przeciwnym 

przypadku widzieliby go przy pracy.

Wyszliśmy   przed   zajazd   i   dokładnie   obejrzeliśmy   przy   świetle   latarek   drogę   i 

podwórze.

-  Cztery motocykle,  w  tym  dwa  z  przyczepkami  -  mruknął   Michaił.   - Sądząc  po 

szerokości opon harleye albo kawasaki... A może te największe hondy? Cztery motocykle 

warte po kilkanaście tysięcy dolarów w kraju, gdzie średnia płaca oscyluje około dwudziestu 

dolarów...

Vandersyft wyciągnął z kąta porzuconą walizkę z telefonem satelitarnym. Uruchomił 

urządzenie i włożył w odpowiednie miejsce kartę kodową, aby odblokować zabezpieczenia. 

Wystukał numer.

- Poproszę z prezydentem - powiedział po rosyjsku.

Wyszliśmy, aby zapewnić mu konstytucyjne prawa do poufności rozmowy. Po chwili 

wyszedł do nas.

-   Prezydent   poderwał   na   równe   nogi   swoje   służby   specjalne.   Podałem   mu,   gdzie 

jesteśmy.

- Ale dlaczego? - zamyśliłem się.

-  Jest  kilka  możliwości...  Albo  komuś  nie   podobają   się  nasze  badania  i   chce   nas 

zmusić  do rezygnacji,  albo komuś  nasze  badania  podobają  się tak  bardzo, że  postanowił 

zostać naszym wspólnikiem.

background image

-   To   może   być   zwykły   napad   i   porwanie   w   celu   wymuszenia   okupu   -   zauważył 

Michaił.

-   Nie   sądzę   -   zaprotestował   Paul.   -   W   takim   przypadku   zabraliby   radar...   I 

magnetowid. Zresztą w tej części świata nie ma chyba tradycji porwań dla okupu...

Godzinę później  na niebie pojawiły się dwa światełka.  Niebawem silne reflektory 

omiotły   zajazd.   Helikoptery.   Pobiegliśmy   na   nasze   lotnisko   i   ustawiwszy   się   w   trójkąt 

zapaliliśmy   latarki.   Po   chwili   maszyny   wylądowały.   Wysypało   się   z   nich   kilkunastu 

komandosów oraz milicjantów. Jeden podbiegł do nas.

- Azis - przedstawił się - Jestem zastępcą koordynatora służb specjalnych. Prowadzę 

śledztwo w sprawie zaginięcia Damao Ungern von Sternberg...

- To ona też zaginęła? - zdumiałem się.

- Nie tylko ona. Od dwu dni nie możemy odnaleźć Awenira Owsianowa...

Ekipa sprawnie zabezpieczała ślady, a my tymczasem opowiadaliśmy o wszystkim, co 

wydawało   nam   się   podejrzane.   Notował   pilnie,   starając   się   z   naszych   chaotycznych 

wypowiedzi poskładać w miarę logiczny obraz sytuacji.

- Robimy co w naszej mocy - powiedział wreszcie. - Ale sami panowie rozumieją, 

ogromny kraj, prawie nie zaludniony... To tak jak szukać igły w stogu siana...

Kiwnąłem ponuro głową. Ekipa niebawem zakończyła  badanie śladów i odleciała. 

Zostaliśmy sami.

- Nie dość, że nie znajdziemy skarbów, to jeszcze na razie zgubiliśmy twego szefa... - 

powiedział Michaił.

- Sądzę, że trzeba go odnaleźć - mruknąłem. - I to im szybciej, tym lepiej...

Wszedłem do sali i zacząłem pakować nasze graty. Nieoczekiwanie zauważyłem coś 

dziwnego. Pośrodku pomieszczenia leżała kupka węgli drzewnych po ognisku. A przecież 

paliliśmy je na zewnątrz. Zawołałem Michaiła i Paula.

- Zwróćcie uwagę - powiedziałem - gdyby płonął tu ogień, przepaliłby ortalion.

- Ktoś przyniósł tu kilka garści węgli drzewnych i upozorował wygaszone palenisko - 

mruknął Pauł - Rozgarnijmy to, tylko ostrożnie.

Na polepie pojawiły się zatarte napisy, wyryte pospiesznie nożem. Wykonano je po 

mongolsku. Widocznie naskrobał to bratanek Holendra. Michaił poszedł po słownik. Dłuższą 

chwilę kartkował go.

- Czerwoni Mściciele - przetłumaczył napis. - Co to za jedni?

- Mam wrażenie, że niebawem się dowiemy - mruknąłem.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

BADANIA   ZAJAZDU   -   RETROSPEKCJA   •   PAUL   WYRUSZA   NA 

POSZUKIWANI A • NOCNY NAPAD • SZTURM KARAWANSERAJU • 

UCIECZKA W STEP • AMATORZY CZY ZAWODOWCY?

Paul z westchnieniem wyłączył radar geologiczny. Popatrzył na kontrolkę przy panelu 

baterii słonecznej.

- Słońce już nisko - powiedział. - Zaczyna brakować energii. Ta maszynka sporo jej 

jednak potrzebuje.

Pan Samochodzik wstał z rozkładanego krzesełka.

- No trudno - powiedział. - Jutro dokończymy?

-   Chyba   tak   -   powiedział   Holender.   -   Choć,   szczerze   mówiąc,   nie   ma   tu   chyba 

niczego. Ten zajazd nie był nawet podpiwniczony.

- To dziwne - mruknął Mark. - Sądziłem, że muszą mieć piwnicę na wino...

- Wiązka radarowa pozwoliłaby wykryć te partie gleby, które uległy jakimś zmianom - 

wyjaśnił jego wuj. - Tymczasem aż do głębokości skalnego podłoża, czyli ponad dziesięć 

metrów pod nami, nie natrafiłem na żadne ślady zmian struktury gleby... Wino mogli trzymać 

w którymś z tych małych pomieszczeń za kuchnią. Nie wiem zresztą, czy mieli wino.

- Dlaczego nie? - zdziwił się Mark.

- Tu nie rosną winogrona - uśmiechnął się Pan Samochodzik. - Najbliższe, jeśli się nie 

mylę, znajdziemy w Indiach.

- To nie tak daleko - mruknął Vandersyft. - Mogli importować...

- Owszem - przyznał pan Tomasz - ale przez Himalaje i Tybet. Miejscami kupcy 

musieli pokonywać przełęcze na wysokości siedmiu tysięcy merów... Sądzę, że wino, jak już 

tu dojechało, było potwornie drogie.

- A Chińczycy nie robili wina? - zdziwił się Mark.

- Z tego co wiem, nie mieli winogron aż do XIX wieku - wyjaśnił pan Tomasz. - 

Oczywiście   znali   potęgę   fermentacji.   Robili   coś   w   rodzaju   wina   z   ryżu.   Napój   miał 

kilkanaście procent mocy. Nasi chłopi powiedzieliby pewnie, że niezły zacier na bimber... 

Fermentowali też soki niektórych owoców. Ale tu w Mongolii popularny był głównie kumys, 

którego nie da się długo przechowywać.

background image

- Tutejsze ludy chętnie oszałamiały się haszyszem i opium - dodał Paul. - Haszysz 

przywozili z Indii, opium z Chin...

- A w północnych  regionach  kraju szamani  zapewne znali  właściwości wywaru  z 

muchomorów - dodał szef. - Coś nie widać chłopaków - popatrzył na zegarek.

- Ja też  się niepokoję - dodał  Paul. - Mieli  benzyny  na jakieś  sześć godzin  lotu, 

powiedzmy dwie i pół, żeby polecieć, a trzy, żeby wrócić....

- Michaił załadował jeszcze pełen kanister - dodał Mark. - Więc może polecieli dalej?

- Nie sadzę - mruknął Pan Samochodzik. - To miał być rekonesans.

-   Mogli   wylądować,   aby   coś   zbadać   -   zauważył   Paul.   -   Nie   pochwaliliście   się 

wprawdzie, czego szukacie z powietrza...

- Powiedzmy, że inicjałów Ossendowskiego wysokich na kilka metrów ułożonych z 

głazów - szef uśmiechnął się chytrze.

-   Słyszałem   o   tym   waszym   szalonym   globtroterze   -   Paul   z   zainteresowaniem 

przekrzywił głowę. - Ale czy naprawdę mógł mieć coś wspólnego z ukryciem łupu Ungerna?

- Jego serdecznym przyjacielem był Kamil Giżycki, prawa ręka barona - wyjaśnił. - 

Obaj   byli   ludźmi   honoru,   co   raczej   trudno   powiedzieć   o   zgrai   międzynarodowych 

najemników otaczającej barona. Przypuszczamy, że im mógł powierzyć ukrywanie skarbów. 

Poza tym testament wyznacza ich jako świadków i wykonawców woli barona...

-  A   skąd  wiadomo,  że   to  Ossendowski,  a  nie  na  przykład  sam  Giżycki?  -  spytał 

Vandersyft.   -   Baron   mógł   mu   ufać   bardziej,   ostatecznie   wojowali   razem   już   jakiś   czas. 

Tymczasem   Ossensowski   znał   się   z   baronem   bardzo   krótko.   Jeśli   wierzyć   jego   relacji, 

zaledwie kilka, może kilkanaście dni...

- Może faktycznie warto by prześledzić szlak podróży Giżyckiego - mruknął szef. - 

Tylko jak to zrobić? Na razie znamy tylko daty ich wyjazdu z Urgi.

- To może być ciekawe - zauważył Mark.

- Z dżary wynikało, że Ossendowski wyruszył pięć dni przed Giżyckim - powiedział 

pan Tomasz.

- Może miał wyszukać miejsce na skrytkę - zastanawiał się Paul.

- A może miał go potem dogonić?

-   Trudno   ocenić   -   westchnął   pan   Tomasz.   -   Gdybyśmy   wiedzieli   na   przykład,   że 

Ossendowski wyruszył karawaną wozów ciągniętych przez woły, a Giżycki wyruszył pięć dni 

później   konno,   to   moglibyśmy   zakładać,   że   miał   go   dogonić.   Gdyby   to   Giżycki   brał 

karawanę, moglibyśmy podejrzewać, że Ossendowski pojechał przodem i szukał szlaku albo 

ewentualnych miejsc ukrycia... Mamy tylko dwie daty i nic z nich nie wynika.

background image

- A może to Giżycki ukrywał złoto, a potem tylko miał powiadomić Ossendowskiego? 

- zadumał się Pauł.

- Też nie da się wykluczyć, ostatecznie fotografię Ossendowski mógł dostać od niego 

- zamyślił się Pan Samochodzik.

- Fotografię? - podchwycił Vandersyft.

Pan Tomasz niechętnie kiwnął głową.

-   Faktycznie,   mamy   fotografię   być   może   pokazującą   miejsce   ukrycia   skarbu   - 

powiedział - ale pokazać jej nie mogę...

- Rozumiem, jesteśmy konkurentami - przypomniał sobie Holender.

- Och, nie o to chodzi - Pan Samochodzik puścił do niego oko. - Nauczyłem się jej na 

pamięć, a potem ją zjadłem.

Przez   chwilę   obaj   poszukiwacze   wpatrywali   się   w   niego   zdumieni,   a   potem 

zrozumieli, że żartuje, i wybuchnęli śmiechem.

Zapadała noc. Pan Samochodzik coraz bardziej zaniepokojony wdrapał się na wzgórze 

koło   lotniska   wypatrywać   samolotu,   zaś   obaj   poszukiwacze   pozostali   przy   zajeździe. 

Rozpalili na podwórzu małe ognisko i zaczęli gotować wodę na zupę i herbatę.

- Jak sądzisz, wujku, co może być na tym zdjęciu, o którym wspomniał pan Thomas?

- Chyba wiem, skąd mógł je wziąć - uśmiechnął się jego wuj.

Poszedł   do   sali,   gdzie   zostawili   bagaże.   Po   chwili   wrócił   z   przedwojennym 

holenderskim   wydaniem   książki   “Przez   kraj   ludzi,   zwierząt   i   bogów”.   Przekartkował   ją 

szybko.

-   Zobacz   -   powiedział.   -   Są   tu   fotografie   przywiezione   przez   Ossendowskiego   z 

Mongolii. To zapewne jedna z nich...

- Trochę to nie w porządku - mruknął Mark.

- No cóż, informacje wydarliśmy niejako podstępem - uśmiechnął się jego wuj. - Jeśli 

znajdziemy,   weźmiemy   grupę   Tomatowa   jako   wspólników...   Chyba   że   oni   znajdą   to 

wcześniej. Zwróć uwagę, że buszują po Mongolii  już kilka dni i cały czas  dysponują  tą 

informacją...

Kartkował książkę.

- Zobacz to. Główna ulica mongolskiego Uljasutaj.

Pochylili   się   nad   fotografią   przedstawiającą   dwa   rzędy   koszmarnych   baraków 

skleconych z desek.

- Jeśli to główna ulica, to w tej chwili, jak przypuszczam, została zupełnie inaczej 

zabudowana   -   westchnął   Mark.   -   Postawili   tam   dobrze   podfundamentowane   budynki 

background image

mieszkalne, ze sklepami na parterze. Tych drewnianych bud nie znajdziemy, bo oczywiście 

rozebrano je dziesięciolecia temu...

- Ossendowski mógł  się liczyć  z tym,  że skarby pozostaną w ziemi dość długo - 

mruknął Paul. - Faktycznie, to jednak nie jest to miejsce...

Kartkował tomik.

- A co powiesz o tym?

- Miasto mongolskie Kobdo, główna ulica - odczytał Mark.

Na fotografii było widać podwójny szpaler drzew, a za nimi koszmarne baraki.

- To już wygląda bardziej zachęcająco - mruknął. - Mógł pomyśleć, że drzewa ocaleją.

- Tylko że w dziupli drzewa nie można chyba upchnąć więcej niż tonę złota... Chyba 

że zagrzebano pod drzewami... trzeba będzie przemyśleć... Następna ilustracja przedstawia 

chińską świątynię konfucjańską w Kobdo.

- Sądzę, że możemy od razu ją skreślić - odezwał się od drzwi Pan Samochodzik, 

który już dłuższą chwilę musiał podsłuchiwać, i choć zapewne nie znał języka flamandzkiego, 

to   dzięki   dobrej   znajomości   francuskiego   i   niemieckiego   musiał   wyłapać   ogólny   sens.   - 

Ungern był buddystą i Chińczykom zdrowo dał popalić. Zwróćcie uwagę, przed budynkiem 

stoją   dwa   maszty.   Gdyby   był   używany   przez   wiernych,   coś   chyba   powinno   na   nich 

powiewać.

-   Może   ungernowcy   wygnali   Chińczyków,   a   opuszczoną   świątynię   użyli   jako 

magazyn? - zamyślił się Mark.

- Kobdo jest bardzo daleko od Urgi. Co mamy dalej? Posunęli się, robiąc mu miejsce 

koło ogniska.

- Forteca chińska w mieście Kobdo w 1912 roku, zburzona przez księcia... - odczytał 

Mark.

- Takie  obiekty raczej  należy wykluczyć...  - przerwał mu  Paul. - Są jeszcze  dwa 

zdjęcia: Na koczowisku Mongołów z plemienia Czacharów i to słynne przedstawiające woły 

ciągnące przez piaski Gobi samochód, który Ungern podarował Ossendowskiemu.

- To z pustynią Gobi można od razu skreślić - odezwał się Mark. - Dwie wydmy i 

samochód to zbyt mało, by zidentyfikować to miejsce. Choć z drugiej strony fotografia jest 

dziwna. Wąska i długa, jakby ktoś odciął górną lub dolną część. Być może na negatywie 

widać jakieś szczegóły topograficzne, pasmo górskie, może jakąś charakterystyczną skałę...? - 

popatrzył zaciekawiony.

Pan Samochodzik przyłożył dłoń do serca.

- Nie dysponuję negatywem ani lepszą odbitką - powiedział szczerze.

background image

- Zastanawia mnie to koczowisko - mruknął Paul. - Teoretycznie widać na nim tylko 

grupę ludzi i jurtę, ale to może być dobry trop. Koczowisko nie było zapewne duże, kilka 

hektarów do przebadania... Jeśli plemię było nieliczne, to koczowisk mogli mieć kilka. Przy 

odrobinie uporu można zbadać wszystkie.

- Podziwiam precyzję myślenia panów - Pan Samochodzik wykonał nieco szyderczy 

ukłon - ale w takim razie po co moi współpracownicy uganiają się samolotem ponad stepem? 

Zapadła cisza. Wreszcie odezwał się Mark.

- Szukają śladów koczowiska. Wytypowali pewien obszar, który może wchodzić w 

rachubę, a teraz z powietrza usiłują odnaleźć polepy podłóg jurt.

Pan Samochodzik przypomniał sobie o nieobecnych. Popatrzył na zegarek.

- Nie ma ich już tyle godzin - mruknął.

-   Mogli   gdzieś   awaryjnie   lądować   i   teraz   nocują   gdzieś   w   jurtach   u   pasterzy...- 

podsunął Paul.

- Lecieli nad szlakiem - wyjaśnił Pan Samochodzik.

- Wobec tego wezmę samochód i pojadę im naprzeciw - zaproponował Paul. - Jeśli 

awaria zdarzyła się niedaleko, to mogą próbować wrócić na piechotę.

- Będę wdzięczny... Szczerze powiedziawszy, jak przypomnę sobie tę latającą trumnę, 

do której wsiedli... - odpukał w kawałek polana.

- Proszę się nie martwić. Dwupłatowce to najbezpieczniejsza konstrukcja lotnicza z 

możliwych - powiedział Paul. - Mogą wy lądować prawie wszędzie, nawet jeśli w powietrzu 

zepsuł im się silnik, to spokojnie zeszli na ziemię lotem ślizgowym...

Po kilku minutach wsiadł jednak do samochodu i pojechał w kierunku, w którym 

zniknęli zdobywcy przestworzy. Pan Tomasz i Mark siedli w bramie zajazdu. Mrok ogarnął 

już step.

- Lecą - zauważył nieoczekiwanie Mark. - Tylko z jakiegoś dziwnego kierunku...

Faktycznie,   ponad   pofałdowaną   równiną   pojawiło   się   nieduże   światełko   wyraźnie 

przemieszczające się po wygwieżdżonym niebie.

- Od wschodu? - mruknął Pan Samochodzik. - Pewnie zgubili drogę po ciemku...

- Nie, to nie oni - pokręcił głową chłopiec. - Ten samolot nie miał świateł.

- Jesteś pewien?

-   Absolutnie.   Zwróciłem   na   to   uwagę,   jak   się   dowiedziałem   od   Michaiła,   że   jest 

zrobiony z volskwagena. Wyobraziłem sobie wtedy piękne reflektory jak oczy ważki...

Tajemnicze światełko nieoczekiwanie opadło ku ziemi.

- To helikopter - wyjaśnił Mark. - Tylko on mógł tak pionowo wylądować.

background image

-   Czyli   tam   gdzieś   jest   cywilizacja   -   uśmiechnął   się   pan   Tomasz.   -   Może   stacja 

benzynowa, a może inne miejsce wyposażone w telefon.

- Dlaczego w telefon? - nie zrozumiał Mark.

- Podobno zdałeś maturę w wieku czternastu lat. Sam wymyśl - zauważył pogodnie 

pan Tomasz.

- Rozumiem. Kraj jest wielki, więc aby zapewnić ochronę zdrowia ludności robi się 

tak, że chorego dowozi się do miejsca, gdzie znajduje się linia telefoniczna, i tam wzywa do 

niego helikopter sanitarny? To miał pan na myśli?

- Coś takiego podejrzewam. Chyba że to maszyna wojskowa albo policyjna. Szczerze 

mówiąc nie widziałem tu policjantów. A to co?

Na   szczycie   wzgórza   pojawiły   się   na   chwilę   reflektory   czterech   pojazdów.   Zaraz 

ukryły się w dolince.

- Motocykle - powiedział Mark w zadumie. - Cztery. Jadą starą drogą prosto w naszą 

stronę... Ciekawe.

- Pewnie po prostu jadą starym szlakiem do Ułan-Bator.

- No nie wiem. U nas w Holandii jest sporo problemów z gangami motocyklowymi.

- To jest Mongolia - uspokoił go Pan Samochodzik. - Skąd tutaj wziąłby się gang 

motocyklowy?

- Faktycznie, idiotyzm - uśmiechnął się Mark. - Do Ameryki daleko, a tutejsze szosy 

nie sprzyjają chyba rozwojowi transportu. Ale na wszelki wypadek może zgaśmy światło? 

Mamy tu sprzęt wartości pół miliona dolarów.

-   Sadzę,   że   wręcz   przeciwnie,   powinniśmy   zapalić   coś   dodatkowego.   Żeby,   jeśli 

zechcą się tu zatrzymać, zobaczyli, że kwatera jest już zajęta. Zresztą tam po drugiej stronie 

podwórza są jeszcze jakieś pomieszczenia, tak że w razie czego pomieścimy się...

Cofnęli się jednak na dziedziniec i zatarasowali zdezelowaną bramę deską. Motocykle 

nadjechały drogą i zatrzymały się na placyku. Przez szparę między deskami spostrzegli, że 

zsiadło z nich sześciu mężczyzn.

- Co oni mają na sobie? - zdumiał się Mark. - To nie są ani skórzane kurtki, ani 

mundury.

- Kombinezony z drelichu - mruknął Pan Samochodzik. - Mundur o podobne...

W   tej   chwili   pierwszy   z   przybyszów   załomotał   pięścią   w   spróchniałe   wrota   i 

wykrzyczał dłuższą tyradę po mongolsku.

- Co on powiedział? - zaciekawił się pan Tomasz.

- Powiedział z grubsza, żebyśmy wychodzili z rękami podniesionymi w górę i nie 

background image

próbowali   żadnych   sztuczek,   bo   i   tak   wie,   ilu   nas   jest   w   środku...   Podał   też   nazwę 

organizacji...

Mark   wziął   swoją   finkę   i   pośpiesznie   wyrył   kilka   słów   na   polepie   pokrywającej 

podłogę. Następnie nagarnął na to miejsce węgli drzewnych, starając się, aby stosik wyglądał 

na wygaszone ognisko. Wycofali się cichutko do budynku i zamknęli drzwi. Te szczęśliwie 

były solidne. Podparli je belką i kilkoma kamieniami.

- Wuj mógłby już wrócić - mruknął Mark.

Na zewnątrz rozległa się głucha eksplozja.

- Wysadzili bramę - Pan Samochodzik wyjrzał ostrożnie oknem. - Poszła w drzazgi 

razem z kawałem muru...

- Wystrzelają nas jak kaczki.

- Gdyby bardzo chcieli, to już by to zrobili...

Dwaj   napastnicy   wycelowali   w   drzwi   automaty   i   wypuścili   długie   serie.   Drzazgi 

zawirowały w powietrzu.

- Twój radar geologiczny nie jest tego wart - pan Tomasz wydał szeptem rozkaz. - 

Zostawiamy to i uciekamy.

-   Nie   mogę   zostawić   sprzętu   -   jęknął   Mark.   -   Nie   jesteśmy   bogaci,   rok 

oszczędzaliśmy, żeby go kupić.

Pan   Samochodzik   miał   na   końcu   języka   ciętą   replikę   na   temat   ludzi,   którzy   rok 

oszczędzają na sprzęt wart pół miliona dolarów, ale powstrzymał się. Zamiast tego złapał 

chłopca za ramię i wykorzystując chwilę, gdy strzelający wymieniali magazynki, pobiegł z 

nim   na   tyły   budowli.   Okno,   dawno   pozbawione   ramy,   o   szybach   nie   wspominając, 

wychodziło na step.

- Skacz. Po ciemku nie znajdą nas - popchnął młodzieńca.

Ten wyskoczył w ciemność. Pan Tomasz nie namyślając się długo poszedł w jego 

ślady. Trzask i łomot dobiegające z wnętrza zajazdu oznaczały, ze napastnicy wdarli się do 

środka przez nadwątlone pociskami drzwi. Uciekinierzy oddalili się cicho. Mrok i wysokie 

trawy ukrywały ich przed wzrokiem wrogów.

- Swoją drogą to wyjątkowo amatorski napad - powiedział Pan Samochodzik. - Zwróć 

uwagę, młody przyjacielu, że nasi niespodziewani goście zastosowali najgłupszą taktykę ze 

wszystkich możliwych. Podjechali oświetlonymi pojazdami i przystąpili do szturmu, zamiast 

podkraść się po cichutku i wyłapać nas, gdy będziemy wychodzili do toalety... Nie martw się 

radarem. Nawet jeśli wiedzą, co to jest, to chyba nie będą potrafili go użyć?

- Aby uruchomić radar, trzeba umieścić w czytniku kartę mikrochipową i wystukać 

background image

dwa kody - wyjaśnił Mark. - Nie ma mowy, by obejść zabezpieczenia. A jeśli spróbują to 

sprzedać... Zresztą urządzenie jest zabezpieczone pluskwą, którą można wyśledzić z satelity...

- To po co tyle czasu zmarnowaliśmy? - obruszył się Pan Samochodzik.

- Bo zapomniałem o tym. Ale pułapka faktycznie zrobiona po amatorsku. W dodatku 

nie zabezpieczyli terenu i mogliśmy łatwo się wymknąć.

Trzask repetowanej broni zabrzmiał prawie tak głośno jak wystrzał. W słabym świetle 

księżyca spostrzegli przed sobą dwóch mężczyzn z automatami Kałasznikowa w dłoniach. 

Mężczyźni ubrani byli w drelichowe kombinezony, a na głowach mieli gogle noktowizyjne.

- Wymknęliśmy się... - zdążył mruknąć Pan Samochodzik, nim dosięgnął go strumień 

gazu usypiającego.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

JAK TO Z HERBATĄ BYŁO • PONOWNIE STOLICA • ODWIEDZAM 

SKLEP   Z   MOTOCYKLAMI   •   PAŁA   ZBÓJA   MADEJA   • 

PRZEBUDZENIE W TRUMNIE! • BIJATYKA NA STEPIE

Nad stepem wstał świt. Michaił ciężko dźwignął się od ogniska.

- Panowie - powiedział w zadumie. - Nasze położenie wymaga choćby prowizorycznej 

narady.

Paul Vandersyft popatrzył na niego spokojnie.

- Podsumujmy fakty - powiedział spokojnym mocnym głosem. - Porywacze mają w 

swoim   ręku   w   tej   chwili   pannę   Damao,   mojego   bratanka,   Pana   Samochodzika   i 

prawdopodobnie Awenira Owsianowa... Jeśli moje przypuszczenia są słuszne...

- Gdybyśmy mogli poprosić o ich zreferowanie... - wtrąciłem nieśmiało.

-   Istnieje   kilka   możliwości,   kilka   przesłanek   porwania...   Po   pierwsze,   okup.   To 

wysoce prawdopodobne. Po drugie, mogła to być próba zniechęcenia nas do poszukiwań. Ale 

znając mentalność ludzi postradzieckich, homo sovieticus raczej strzela między oczy niż pisze 

listy z pogróżkami.

-   Jesteśmy   w   Mongolii   -   zauważył   Michaił.   -   Może   tu   porywają,   by   odesłać 

okaleczone zwłoki. Przepraszam, tak mi się pomyślało... - spuścił głowę.

- A ja sądzę, że nie - zaprotestował Vandersyft. - Gdyby chodziło o zastraszenie, 

egzekucji dokonaliby tutaj. Z jakiegoś  powodu nasi przyjaciele  i krewni są im potrzebni 

żywi... A to może oznaczać, że potrzebują ich wiedzy lub ich mózgów...

- Czyli że Pan Samochodzik ma dalej szukać skarbów krwawego barona, tylko że nie 

dla nas, a dla jakichś Czerwonych Mścicieli?

Paul skinął głową.

- Tak sądzę. Prawdopodobnie Damao zostanie użyta jako karta przetargowa wobec 

Ungerna. Zmuszą go szantażem, aby zdradził, co wie na temat skrytek. Mój bratanek z kolei 

może służyć do szantażowania waszego szefa. To człowiek o gołębim sercu i jeśli zagrożą, że 

chłopcu może stać się krzywda, zgodzi się na współpracę.

- Tak czy siak wygląda to nieciekawie - powiedziałem. - Czerwoni Mściciele. Brzmi 

to jak nazwa jakiejś komunistycznej organizacji terrorystycznej....

background image

- Niewykluczone - powiedział Michaił. - Sprawdzę to przez moje kontakty.

- Proponuję wracać do Ułan-Bator - odezwał się Vandersyft. - Po pierwsze, trzeba 

zameldować   służbom   specjalnym   o   tym   znalezisku   -   wskazał   napis.   -   Po   drugie,   dalsze 

poszukiwania chyba chwilowo należy przerwać. Po trzecie wreszcie, pan - zwrócił się do 

Michaiła - potrzebuje nowego śmigła, żeby uruchomić samolot.

- Nie da się ukryć....- uśmiechnął się mój przyjaciel.

- Wreszcie w Ułan-Bator spotkamy barona Ałmaza Ungerna... I może dowiemy się, 

gdzie wcięło Awenira...

- Oto głos rozsądku - uśmiechnął się Michaił.

Zapakowaliśmy wszystkie nasze obozowe graty do samochodu i pojechaliśmy. Podróż 

ciągnęła się jak guma do żucia.

- Trakt biegnący przez step - powiedział w zadumie Holender. - Ledwie widoczny, 

pozarastany trawą. Nie wiem, dlaczego drogi puszczono nie dawnymi szlakami, tylko nową 

trasą...

- Może nowe szosy biegną na skróty? - zaryzykowałem przypuszczenie. - Trakt może 

biec od osady do osady. Gdy przekracza rzekę, musi być tam bród. Wreszcie na stepie ważne 

są źródła wody... Szosę można wyznaczyć linijką na mapie...

- Być może ma pan rację - mruknął Paul. - Jednak szkoda. Pomyślcie tylko: tędy gdzie 

jedziemy, przed laty biegł szlak herbaciany.

- O jedwabnym słyszałem...

- Szlak herbaciany prowadził z grubsza z Pekinu, przez pustynię Gobi, do Urgi. Z Urgi 

wiódł  na północny zachód  do Irkucka  i dalej, w  stronę Europy.  Wiele  jest ludów, które 

przypisują   sobie   sprowadzenie   herbaty   na   nasz   kontynent.   Portugalczycy   podkreślają   tu 

zasługi swoich handlowców, którzy docierali do Indii. Anglicy lubią przypominać, że to oni 

podporządkowali sobie Chiny. Także Szwedzi lubią pokazywać siedemnastowieczne paczki z 

herbatą przywiezione przez szwedzką kompanię wschodnioindyjską...

- Widziałem takie w muzeum w Sztokholmie - przypominał sobie Michaił.

- W Rosji herbata pokazała się po raz pierwszy w 1638 roku. Przywiózł ją carowi 

Michałowi   Romanowowi   wracający   z   Mongolii   poseł   Wasyl   Starkow.   O   ile   w   Europie 

upowszechniła się dopiero w końcu XVIII wieku, o tyle w Rosji bardzo szybko zyskała sobie 

powszechne uznanie. Wtedy też powstał szlak herbaciany. W XIX wieku przywożono herbatę 

prasowaną w kostki wielkości mniej więcej cegieł. Wiecie, dlaczego ten sposób transportu był 

bardzo popularny? Pleśniała tylko po wierzchu - szepnął konspiracyjnie. Uśmiechnęliśmy się.

- Oczywiście w Europie herbata nie od razu się przyjęła - ciągnął nasz towarzysz. - 

background image

Początkowo wiele autorytetów  lekarskich ostrzegało przed jej używaniem.  Potem zaczęto 

stosować ją jako napar o właściwościach leczniczych. Nie zapominajmy, że początkowo była 

dość   droga,  choć   oczywiście   cukier   z   trzciny   cukrowej,   którym   ją   słodzono,   był   jeszcze 

droższy. Blokada kontynentalna podczas wojen napoleońskich wymusiła produkcję taniego 

cukru z buraków i dopiero w XIX wieku zaczęły pić herbatę szerokie warstwy społeczeństwa.

- A  jak było  z nią  w Chinach?  - zainteresowałem  się. - Najstarsze  ślady uprawy 

herbaty pochodzą z około 3000 roku przed naszą erą. Przypuszczalnie jakieś napary z tej 

rośliny przygotowywano już dwa tysiące lat wcześniej... Oczywiście z czasem rozwinął się 

cały ceremoniał picia naparu, odpowiednie technologie suszenia liści, fermentowania, stąd 

trzy główne rodzaje: zielona, czerwona i czarna. W ramach każdego z rodzajów są oczywiście 

różne klasy.

- Jakościowe? - zainteresowałem się. - Herbata czysta, z dodatkiem trawy...

Uśmiechnął się.

-   Nie,   w   zależności   od   tego,   kiedy   prowadzony   jest   zbiór.   Najlepsze   gatunki   są 

produkowane z liści i kwiatostanów zbieranych w ściśle określonym momencie. Gorsze - z 

liści zbieranych podczas normalnych herbacianych żniw. To, co trafia na rynki europejskie, to 

najgorszy szmelc. Liście zbierane mechanicznie, z gałązkami, wszystko przemielone... Są też 

oczywiście różnice w cenie. Najwyższa klasa może kosztować nawet czterdzieści razy drożej 

niż   gatunki   bardziej   poślednie...   Są   do   tego   jeszcze   dla   prawdziwych   snobów   gatunki 

specjalne, zbierane tylko  określonego dnia, przy pełni księżyca,  specjalnie  preparowane... 

Wtedy   cena   paczki   może   być   po   prostu   niedostępna   dla   zwykłego   śmiertelnika...   To 

oczywiście   przynosi   zyski   mniejsze   niż   produkcja   normalnych   herbat.   Nie   można 

luksusowych odmian robić w dużych ilościach, bo przestaną być luksusowe...

-   Znałem   prawdziwą   japońską   arystokratkę   -   powiedział   Michał   w   zadumie.   - 

Pamiętam, że zaprosiła mnie kiedyś z przyjaciółmi na herbatę i zaserwowała kompletne... - 

zawiesił   głos,   ale   wiedziałem,   co   chciał   powiedzieć.   -   W   każdym   razie   było   to   barwy 

słomkowej i trudno było się doszukać jakiegokolwiek smaku...

- Czyli w Rosji herbata przyjęła się od razu, a w Europie były z tym problemy... - 

mruknąłem.

- Podobnie było z kawą - wyjaśnił Paul. - Początkowo napiętnowano ją jako niemal 

truciznę powodującą niepokój i zawały serca. Potem uznano za lekarstwo. Nie wiem, jak 

przyjęła   się   w   Rosji,   ale   jeśli   chcecie,   służę   jeszcze   jedną   wesołą   anegdotką   o   pewnym 

zielsku, które weszło do powszechnego użytku.

Popatrzyliśmy zaciekawieni.

background image

- Tytoń, panowie. W Europie uznano go od początku za lek. Palenie tytoniu miało 

rozjaśniać umysł, poprawiać krążenie, dobrze wpływać na płuca i układ oddechowy... Palenie 

szybko stało się niezwykle modne. Tymczasem w Rosji car Piotr I za palenie tytoniu kazał 

wieszać.

- Ostry gość - mruknąłem z uznaniem. - Współczesne ruchy walczące z paleniem 

papierosów powinny wziąć go sobie za patrona...

Przed nami wyrosły jurty i wydeptane w błocie ścieżki: Ułan-Bator. Rozstaliśmy się 

przed hotelem. Vandersyft pojechał pogadać z ludźmi ze służb specjalnych, Michaił wybierał 

się po śmigło, a ja postanowiłem coś sprawdzić na własną rękę. Umówiliśmy się na spotkanie 

za dwie godziny.

Ruszyłem   w   stronę   dzielnic   handlowych.   Ułan-Bator,   mimo   że   sporą   jego   część 

zabudowano   blokami   o   różnej   estetyce   wykonania,   przypominało   nie   miasto,   lecz   raczej 

gigantyczne   koczowisko.   Ulicami   pędzono   bydło,   wielbłądy,   owce...   Tu   i   ówdzie 

nieoczekiwanie   pomiędzy   budynkami   murowanymi   wyrastały   całe   wioski   zabudowane 

wojłokowymi jurtami. Minął mnie chłopiec na oko pięcioletni, jadący na wielkim, spasionym 

wielbłądzie. Chwilę potem mało nie zginąłem pod żelaznymi kołami traktora. Poznałem ten 

model   po   obrotowym   reflektorze   osadzonym   na   błotniku.   Produkowano   je   w   latach 

czterdziestych i pięćdziesiątych. Ten ciągle był jeszcze na chodzie, choć sądząc z terkotu, jaki 

wydawał   jego   silnik,   znajdował   się   już   u   kresu   żywota.   Opodal   ktoś,   leżąc   pod   równie 

antyczną   ciężarówką   “zaparkowaną”   na   środku   ulicy,   beztrosko   dłubał   w   silniku.   Stroje 

mieszkańców   zdumiewały   swoją   różnorodnością.   Widać   było   tradycyjne   płaszcze   z 

wielbłądziej wełny, europejskie lub chińskie dżinsy, mignął mi nawet osobnik ubrany w dres 

adidasa.

Przez   chwilę   zastanawiałem   się,   czy   nie   skręcić   na   duży   bazar   wabiący   swoją 

wschodnią egzotyką, ale po namyśle ominąłem go. Potrzebowałem bardziej solidnych firm. 

Rozpytawszy o drogę trafiłem wreszcie tam, gdzie chciałem. Przed sklepem na chodniku stał 

potężny motocykl,  japońska honda. Podziwiałem go przez dłuższą chwilę i w ten sposób 

wywabiłem ze sklepu sprzedawcę. Zaczął mówić po angielsku, ale tak potwornie kulawo, że 

po chwili przeszliśmy na rosyjski.

- Widzę, że podobają się panu motocykle - zagaił z przymilnym uśmieszkiem.

W moim mózgu zapaliła się ostrzegawcza lampka. Uśmiech tego typa nie podobał mi 

się. Był zbyt przymilny, nachalnie lizusowski. Jednocześnie w jego oczach widać było coś 

dziwnego, co czasem widywałem u młodego Batury.

- Tak, pasjonują mnie zwłaszcza duże maszyny, o mocnej konstrukcji - powiedziałem. 

background image

- Chciałem trochę pozwiedzać Mongolię i pomyślałem, że może niegłupio będzie oglądać 

stepy z wysokości siodełka motoru.

Widocznie musiałem użyć jakiegoś idiomu, który skojarzył mu się z jazdą konną, bo 

zaśmiał się trochę idiotycznie. Jego śmiech też był dziwny. Śmiały się tylko jego usta i dolna 

część   twarzy,   za   to   w   oczach   zapaliły   się   nowe   ogniki.   Wyglądało,   jakby   przeliczał 

przypuszczalne zyski, więc zdecydowałem się ostro potargować, choć motor oczywiście nie 

był mi do niczego potrzebny. Liczyłem, że wyciągnę trochę informacji.

- Moja firma może zarówno wypożyczyć, jak i sprzedać panu odpowiednią maszynę - 

powiedział. - Polecam hondę. Ciężki motocykl,  niestraszne mu bezdroża, do tego nie ma 

problemu z częściami. Z Japonii przemycane - znowu się uśmiechnął.

Tym razem chyba szczerze.

- A coś trochę lżejszego?

- Mamy też lekkie hondy - powiedział. - Takie bardziej wyścigowe.

- Myślałem, szczerze mówiąc, o harleyu davidsonie - powiedziałem. - Rozkręcałem 

wielokrotnie takie maszyny, więc w razie awarii jestem w stanie sobie od biedy poradzić. Ma 

pan harleye?

- O, to w naszym kraju rzadkość... - mruknął.

- A jednak widziałem na stepie harleye z bocznymi koszami - naciskałem.

- Tak, ale to rzadkość.

Pokiwał głową ze smutkiem. Też chyba szczerze.

- Załatwię panu harleya, ale to nie będzie tania impreza - zastrzegł.

- Jestem z dziewczyną! mamy trochę bagażu. Boczny kosz też by nam się przydał - 

zełgałem. - Ktoś je tu robi, bo chyba nie są zamawiane w USA?

- Robimy je sami z miejscowych surowców - aż się wyprężył z dumy.

Popatrzyłem uważnie.

- A jak jest z ich wytrzymałością? - zainteresowałem się.

-   Są   bardzo   dobre.   Sam   je   robię   z   pomocnikiem.   Z   solidnych   stalowych   rurek. 

Spawane, wytrzymują bardzo długo, nawet na naszych drogach.

- A jak z łożyskowaniem bocznego koła? Nie wyciera się z czasem?

- Trzy łożyska. Japońskie.

- Jak mogę znaleźć tutejszych harleyowców? - zapytałem. - Pojechałbym do nich w 

odwiedziny, jak już kupię motor.

- No cóż - powiedział sprzedawca. - Mam na mapie zaznaczone, w jakich wsiach 

chłopcy mają takie motory. Chodźmy na zaplecze. Zobaczy pan też, jak robią kosze...

background image

Przeszedłem przez sklep zastawiony motocyklami; był nawet polski, produkcji PZL 

Świdnik.   Właściciel   sklepu   wykonał   zachęcający   gest   w   stronę   niepozornych   drzwi 

prowadzących gdzieś w głąb. Złapałem za klamkę i w tej chwili otrzymałem silne uderzenie 

prądem.   Musiała   być   podłączona   bezpośrednio   do   sieci.   Elektryczność   płynęła   mi   przez 

ramię, paraliżując całe ciało. Nie mogłem puścić klamki, bo palce odruchowo zacisnęły się na 

niej jak szpony. Próbowałem, jak mnie nauczono w komandosach, wykonać skręt ciałem, by 

stracić równowagę, upaść i oderwać się od źródła prądu, ale zdołałem tylko przekręcić głowę. 

Spostrzegłem sklepikarza, który z przepraszającym uśmiechem uniósł straszliwą dębową lagę, 

zapewne odziedziczoną po swoim przodku, rozbójniku Madeju, a potem zobaczyłem jasny 

rozbłysk i straciłem przytomność.

Przebudzenie było nawet przyjemne. Leżałem w ciepłym i suchym miejscu. Ktoś był 

tak miły, że podłożył pode mnie kilka skór baranich i nakrył mnie pledem. Zapewne ten sam 

miły człowiek założył mi na oczy opaskę, aby słońce nie przeszkadzało mi spać, zakleił usta 

plastrem, aby nie wpadały w nie owady i związał ręce oraz nogi. Chyba po to, żeby nie 

majtały się niepotrzebnie. Jedna dłoń bolała mnie i nie mogłem poruszać palcami. Zapewne 

był to skutek porażenia, ale w ciągu kilku dni powinienem odzyskać w niej pełną sprawność. 

Bolał mnie też solidny guz nabity na potylicy. Swoją drogą było to miłe ze strony sklepikarza. 

Zamiast poczekać, aż załatwi mnie prąd, przyspieszył moją podróż w ramiona Morfeusza. Ale 

maczugę miał kiepską. Gdyby był fachowcem, przygotowałby j ą sobie w kilka lat. Czytałem, 

jak   w   dawnych   czasach   “hodowano”   maczugi.   Rosnące   drzewo,   najlepiej   dąb,   nacinano 

odpowiednio, by zakłócić krążenie soku w jednej z gałęzi. W niektóre nacięcia wkładano 

kawałki krzemienia. Drzewo rosnąc, w miejscach uszkodzonych przyrastało grubiej, z czasem 

dokładnie obudowując krzemienie nową tkanką, tak że wystawały tylko ich czubki. Po ośmiu 

lub dziesięciu latach maczugę odcinano i dodatkowo formowano...

Zamknąłem oczy i zacząłem analizować sytuację. Byłem uwięziony w skrzyni mającej 

z   grubsza   kształt   i   wymiary   trumny   (tyle   mogłem   stwierdzić   macając   związanymi 

nadgarstkami). A może naprawdę więzili mnie w trumnie? Miałem nadzieję, że dali mi nową, 

a nie wykopali używaną z jakiegoś cmentarza... W skrzyni nawiercono otwory, abym się w 

niej nie udusił, co mogło świadczyć, że już wcześniej kogoś tak transportowali. Niejako z 

podświadomości  wypłynęła   mi   scena  z komiksu  o  Tytusie,  Romku  i  A'Tomku,  w  której 

bohaterowie   uwalniają   ze   skrzyni   uwięzioną   tam   blondyneczkę   wiezioną   do   haremu   dla 

sułtana.   Ponieważ   zdecydowanie  nie  zaliczałem   się  do płci  pięknej,  ten  wariant   odpadał. 

Natomiast pomysł z uwolnieniem nie był taki głupi. Pomacałem dłonie. Na porażonej lewej 

miałem   zegarek   otrzymany   kiedyś   od   brata.   Metalowe   zapięcie   bransoletki   pomysłowy 

background image

braciszek nieznacznie przerobił. Naostrzył  zwykłym  ślusarskim pilniczkiem brzeg blaszki, 

toteż po otwarciu można było uzyskać nożyk kilkucentymetrowej długości. Operacja była 

dość   skomplikowana,   ale   po   kilku   minutach   udało   mi   się   przeciąć   krępujący   nadgarstki 

rzemień. Teraz powolutku przyciągnąłem nogi w stronę brody. Niestety skrzynia była zbyt 

niska,   abym   mógł   ich   dosięgnąć.   Udało   mi   się   natomiast   zzuć   prawy   but.   Rozmaitymi 

skurczami   zacząłem   przesuwać   go   do   góry,   aż   wreszcie   zdołałem   dosięgnąć   go   ręką.   Z 

podeszwy wyciągnąłem żydowski włos - cieniutką piłkę ze specjalnie hartowanej stali.

W   tej   chwili   usłyszałem   tupot   kroków   po   drewnianej   podłodze.   Nadchodziło   co 

najmniej dwóch ludzi. Przygotowałem się duchowo do walki natychmiast po tym, jak otworzą 

wieko skrzyni, oni jednak dźwignęli ją i gdzieś ponieśli. Wreszcie załomotała rzucona na 

najwyraźniej blaszaną płaszczyznę, a po chwili zaterkotał motor ciężarówki i zaczęło trząść, z 

czego wydedukowałem, że dokądś jestem wieziony. Niestety, w chwili, gdy rzucali skrzynię 

na pakę samochodu, z palców wypadła mi piłka. Czasami zdarza się, że zgubimy coś bardzo 

ważnego.  Na  przykład   śrubkę od  zegarka  lub  od  okularów. Spada  na  podłogę.  Widzimy 

miejsce, w które uderzyła i zaczynamy jej szukać. Tymczasem ona znika bez śladu. Zakopuje 

się w dywanie, zlewa z otoczeniem i tak czeka, złośliwa i triumfująca. Ściągnąłem z głowy 

opaskę  i   odkleiłem   kneblujący  mnie   plaster.   Jednak  odzyskanie   wzroku  nic  mi   nie  dało. 

Wnętrze skrzyni pozostawało ciemne. Macałem dookoła siebie; ostatecznie piłka miała ponad 

dziesięć centymetrów długości, a przestrzeń do przeszukania nie była duża. Jednak w jednej 

ręce jeszcze nie do końca odzyskałem czucie, co bardzo utrudniało obmacywanie posłania i 

skór, którymi byłem pierwotnie przykryty. Wreszcie wpadłem na kolejny genialny pomysł. 

Zapalniczka.

Obmacałem wszystkie kieszenie, ale jak się okazało, zrewidowano mnie starannie. Nie 

miałem przy sobie paszportu, prawa jazdy, kluczyków od Rosynanta (ale te od mieszkania w 

Warszawie mi zostawili), brakowało mi też chustki do nosa oraz cesarskiej pięciokopiejówki 

noszonej na szczęście. Zapalniczkę też sobie oczywiście przywłaszczyli. Wreszcie po kolejnej 

godzinie poszukiwań wpadłem na pomysł godny zaiste geniusza. Zegarek miał podświetlany 

cyferblat. Wcisnąłem guzik oświetlenia i w bladym światełku zegarka rozejrzałem się. Piłkę 

dostrzegłem prawie od razu. Jej koniec ciągle wystawał z buta. Widocznie nie wyjąłem jej 

całkowicie. Tymczasem ciężarówka pędziła naprzód podskakując na wertepach. Delikatnie 

zacząłem przekręcać piłkę na wylot przez sufit. Byłem ciekaw, czy na ciężarówce oprócz 

skrzyni znajdują się jacyś ludzie, ale przez ostatnie dwie godziny żaden hałas nie wskazał na 

ich   obecność.   Wreszcie   przebiłem   się.   Dalej   poszło   jak   z   płatka.   W   ciągu   kilku   minut 

wypiłowałem   ogromną   dziurę   i   wypchnąłem   deskę.   Żydowski   włos   przeznaczony   do 

background image

piłowania krat sklepowych  przeciął drewno jak masło.  Wypełzłem z trumny i uwolniłem 

nogi. Kabina ciężarówki nie miała okienka pozwalającego zajrzeć na pakę; mogłem obawiać 

się tylko zauważenia w bocznym lusterku. Jak się po chwili zorientowałem, samochód miał 

tylko jedno lusterko, po lewej stronie... Wobec tego przerzuciłem się przez burtę po stronie 

prawej i w odpowiedniej chwili gruchnąłem na ziemię. Uderzyłem całą powierzchnią pleców 

i znieruchomiałem na dłuższą chwilę. Samochód oddalał się szybko. Kierowca najwidoczniej 

nie usłyszał mojego upadku. Stoczyłem się nie tracąc czasu do zagłębienia obok drogi i tam 

przyczaiłem się. Pojazd zniknął niebawem za wzgórzami. Wstałem i otrzepałem się z kurzu. 

Byłem wolny i jednocześnie zagubiony.

Wokoło mnie rozciągały się wzgórza wyższe niż te, przez które przejeżdżaliśmy z 

Michaiłem. Popatrzyłem na zegarek. Od chwili, gdy skrzynia stanęła na pace, minęły trzy 

godziny.   Mogłem   więc   przejechać   w   tym   czasie   od   stu   pięćdziesięciu   do   dwustu 

pięćdziesięciu kilometrów. Popatrzyłem na słońce i na zegarek. Ustaliłem z grubsza strony 

świata. A więc ci, którzy mnie porwali, jechali na wschód. Usiłowałem sobie przypomnieć 

mapę kraju, ale niewiele z tego wyszło. Zamyśliłem się na chwilę, a potem zdecydowanym 

krokiem ruszyłem na zachód. Wprawdzie porywacze ograbili mnie z portfela z pieniędzmi, 

ale sądziłem, że może uda mi się znaleźć jakiś ciężarówkowy autostop do Ułan-Bator, a w 

najgorszym   razie  spróbuję  namówić  kogoś  z  samochodem   na  podwiezienie   w  zamian   za 

zegarek.   Okolica   była   dość   sympatyczna,   step   lekko   sfalowany.   Drzew   prawie   się   nie 

widziało. Po obu stronach drogi rosły wysokie jedwabiste trawy. Nigdzie jak okiem sięgnąć 

nie było widać siedzib ludzkich, ale miałem nadzieję, że najdalej po kilku godzinach marszu 

spostrzegę jakąś jurtę lub nawet osadę. Po mojej lewej stronie pojawił się kopczyk z kamieni. 

Podszedłem do niego i przypatrzyłem mu się uważnie. Zupełnie nie przypominał piramidki z 

fotografii. Ruszyłem dalej. Grunt stał się bardziej kamienisty, aż wreszcie step przeszedł w 

rozległe pola usiane kamiennymi odłamkami. Szedłem nie zrażając się naprzód, spokojnym 

wyciągniętym  krokiem. Słoneczko przygrzewało, ale było raczej chłodno. Jesień... Powoli 

narastało uczucie łaknienia.

- Coś by się zjadło - mruknąłem sam do siebie. - I chyba wypiło...

Gardło wyschło mi na wiór.

- W sumie przejść nawet dwieście kilometrów to nie jest duży wysiłek - mruknąłem. - 

Ostatecznie biegało się w komandosach podwójny maraton, z przerwą na dwu-, trzygodzinny 

wypoczynek. W Australii są zawody o tytuł żelaznego człowieka, gdzie są trzy maratony, 

przepływanie wpław zatoki, coś z dziesięć kilometrów, wspinaczka na skały i inne atrakcje. 

Tylko na tysiąc uczestników do mety dociera siedmiu...

background image

Czułem   się   coraz   bardziej   zmęczony.   Słońce   powoli   chyliło   się   ku   zachodowi. 

Popatrzyłem znowu na wierny zegarek. Od opuszczenia ciężarówki minęło pięć godzin. W 

tym czasie mogłem przejść od dwudziestu czterech do trzydziestu kilometrów. Łydki trochę 

mnie już bolały.

- Oj, nie dbało się ostatnio o kondycję - mruknąłem sam do siebie.

Nieoczekiwanie na szlaku spostrzegłem grupkę mężczyzn na koniach.

Pędzili na zachód.

- No, wreszcie cywilizacja - mruknąłem ł zacząłem układać w myślach powitalne 

przemówienie.

Jeźdźcy podjechali bliżej.

- Sajn bajnu - powiedziałem podnosząc rękę.

Wpatrywali  się we mnie  zaciekawieni,  po czym  zeskoczyli  z koni. Jeden wyjął  z 

cholewy buta gazetę i rozłożył jaw skupieniu. Wygładził ją dłonią i pokazał mi.

Na pierwszej stronie widać było mnie i Pana Samochodzika na lotnisku w stolicy. 

Widocznie jakiś miejscowy paparazzi nas sfotografował.

- Tak, to ja - dumnie wypiąłem pierś. - Jestem kumplem waszego prezydenta. Możecie 

mnie podrzucić do Ułan-Bator? - zapytałem po rosyjsku.

- Obawiam się, że musimy podrzucić cię gdzie indziej - odezwał się nieoczekiwanie 

jeden z jeźdźców wyglądający na dowódcę.

Dwie  minuty  później  leżałem  na   trakcie  przywalony   czterema  Mongołami,  którzy 

krępowali   mi   ręce   i   nogi   rzemiennymi   pętlami.   Rozejrzałem   się   i   z   pewną   satysfakcją 

zauważyłem czterech poszkodowanych. Jeden badał, czy mój lewy sierpowy bardzo naruszył 

mu  zęby,  drugi macał  obite żebra, trzeci rozmasowywał  kolano, a czwarty leżał  i jęcząc 

trzymał się za żołądek. Ci czterej leżący dotąd na mnie wstali i ocenili swoje dzieło. Cóż, 

mumia egipska mogłaby mi pozazdrościć... Byłem związany niezwykle starannie.

- Coś mi się zdaje, że mnie tu nie lubią - mruknąłem sam do siebie.

Niebawem przerzucony przez łęk siodła jechałem na wschód. Podróż była  bardzo 

nieprzyjemna. Kulbaka wbijała mi się w żołądek, a na skutek tego, że głowa zwisała mi w 

dół, dość szybko poczułem mrowienie w skroniach. Po mniej więcej półgodzinie galopady 

spostrzegłem   zbliżający   się   obłoczek   kurzu.   Poznałem   obleśnie   zielony   kolor   karoserii 

odnowionej olejną farbą. Wracała “moja” ciężarówka. Zaraz też wrzucono mnie na pakę, 

gdzie leżała trumna z wypiłowaną dziurą. Jeden z jeźdźców oddał cugle przyjacielowi i usiadł 

na trumnie. Wycelował we mnie przedpotopową dubeltówkę i pojazd ruszył. Mijały godziny, 

samochód pędził przez step podskakując na wybojach.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

NARADA W HOTELU • JAK WYLĄDOWAŁEM W KOMUNIZMIE • 

DAVID   • SPOTKANIE  W  BARAKU  • ZAKŁADNICY   • PLANUJEMY 

UCIECZKĘ • ZNAMIĘ UNGERNÓW

Michaił, trzymając pod pachą śmigło, wszedł do hotelu rządowego w Ułan-Bator.

- Czy pan Daniec nadal się nie pojawił? - zapytał recepcjonistę.

Ten w milczeniu przecząco pokręcił głowa. Z piętra zszedł Paul Vandersyft.

- Nadal nic? - zapytał.

- Niestety. Minęło już tyle godzin... Obawiam się, że Paweł też został porwany.

- Wykończą nas po kolei - westchnął Holender. - Lepiej nie chodzić nigdzie samemu.

- Pan Samochodzik nie był sam i nic mu to nie dało...

W tej chwili zza zakrętu korytarza wytoczył  się wózek inwalidzki. Ałmaz Ungern 

obrzucił ich uważnym spojrzeniem.

-   Panowie   -   odezwał   się   -   z   waszych   min   wnioskuję,   że   niestety   Paweł   się   nie 

odnalazł?

Pokręcili przecząco głowami.

- Zapraszam do mnie. Musimy się naradzić...

Przeszli do jego pokoju. Baron wstał z wózka i przesiadł się na krzesło.

-   Sytuacja   ogólnie   rzecz   biorąc   wygląda   nieciekawie   -   powiedział.   -   Trzeba   się 

zastanowić, czy istnieje ryzyko kolejnych porwań...

- Zasięgnąłem informacji o tej organizacji - powiedział Vandersyft.

- Czerwoni Mściciele to kilkudziesięcioosobowa grupka rebeliantów. Ukrywają się na 

południowym wschodzie kraju w pobliżu granicy z Chinami. Według faceta z kontrwywiadu, 

z którym rozmawiałem, mają na koncie sporo napadów z bronią w ręku. Łupami dzielą się z 

miejscową ludnością. Usiłują budować jakąś sieć konfidentów w całym kraju... Uchodzą za 

raczej   niegroźną   grupę,   jeśli   pominie   się   ich   “zarobkową”   działalność.   W   każdym   razie 

starają się nie mieć żadnych ofiar na sumieniu...

- Drużyna Robin Hooda - mruknął Michaił. - Rabują bogatych, rozdają ubogim, czyli 

sobie...

-   Typowe   komunistyczne   myślenie   -   mruknął   Ungern.   -   Rabować.   Socjaliści   nie 

background image

umieją budować, umieją tylko niszczyć...

-   No,   polemizowałbym   -   odezwał   się   Vandersyft.   -   Magnitogorsk,   Kujbyszew, 

Norylsk... - wymieniał wielkie budowle komunizmu.

- Kosztem życia setek tysięcy więźniów - westchnął Ałmaz. - Tak czy inaczej ci tam 

stosują   dawną   zasadę.   Rabować   bogaczy,   likwidować   kapitalistów...   Tylko   nie   myślą   o 

jednym. Gdy wytępią kapitalistów, kto im będzie dawał zjeść i zarobić...

- Facet z kontrwywiadu powiedział mi jeszcze jedną ciekawostkę. Na ich czele stoi 

niejaki   David,   były   student   z   USA.   Założył   jeszcze   na   uniwersytecie   komunistyczną 

organizację   na   wzór   dawnych   komun   hippisowskich.   Organizacja   utrzymywała   się   z 

rabowania bogatych. Powtórzył tu po prostu schemat organizacyjny z lat poprzedzających 

rewolucję.   Potem   wzorem   Lenina   zaczęli   produkować   banknoty   wyglądające   prawie 

dokładnie tak jak te emitowane przez bank centralny... No i organizacja została rozbita. Nie 

wiadomo dokładnie, jak jej przywódca przeniknął do Mongolii, ale jest tu i szaleje...

- Czyli trzeba go dopaść i wyeliminować - powiedział spokojnie staruszek. - Łatwe to 

nie będzie... A teraz moja propozycja. Wszyscy, nazwijmy to, eksperci od poszukiwań zostali 

już   capnięci.   Wpadł   Pan   Samochodzik,   prawdopodobnie   Awenir   i   Paweł.   Zostaliście   wy 

dwaj. Jeśli faktycznie ten David chce odszukać skarby mojego ojca, to przypuszczam, że 

zechce mieć komplet. Dlatego musimy się liczyć, że wy dwaj zostaniecie niebawem porwani.

- Miła perspektywa - westchnął Michaił.

-   Dlatego   proponuję   rozwiązanie   naszego   problemu   -   wyjął   z   szuflady   stalową 

kasetkę. Leżało w niej kilka metalowych przedmiotów wielkości mniej więcej fasoli.

- Cóż to takiego? - zdziwił się Holender.

- To mikroprocesory, takie jak dla piesków...

-   Owszem,   oznaczamy   nasze   zwierzęta   domowe   mikroprocesorami   na   wypadek 

zagubienia lub kradzieży, ale nasze są malutkie.

-   Żeby   odczytać   wasze,   trzeba   przesunąć   po   psiaku   czytnikiem,   a   te   można 

zlokalizować z satelity z dokładnością do trzech metrów. To najnowocześniejsza technologia. 

Za kilka lat będą pewnie o połowę mniejsze. Jeśli zgodzicie się na ich zainstalowanie, to 

mogę wezwać za pół godziny lekarza.

- Wobec tego proponuję, żeby wystawić mnie na przynętę - powiedział Michaił. - 

Niech mnie porywają. Po elektronicznych śladach dotrzecie do kryjówki terrorystów...

- Duże ryzyko - mruknął Vandersyft.

- Może i duże - powiedział Michaił - ale to chyba jedyna droga. Jedyny sposób, aby 

uwolnić naszych przyjaciół.

background image

- Masz charakter, chłopcze - uśmiechnął się Ungern. - Po przodkach zapewne?

- Możliwe - uśmiechnął się. - Tomatowowie przelewali krew za carów na wszystkich 

polach bitew...

- Nie da się wykluczyć, że znowu będzie okazja... - baron pochylił głowę.

- Dobrze. Wobec tego niech pan wzywa tego swojego felczera - uśmiechnął się Paul.

Ungern ujął w dłoń słuchawkę telefonu.

Gdy   się   ocknąłem,   już   dniało.   Ciężarówka   stała   w   głębokim   wąwozie   pomiędzy 

górami.   Rzemienie,   którymi   mnie   skrępowano,   nawilgły   i   ściskały   mi   dłonie.   Facet   z 

dubeltówką, który mnie pilnował, gdzieś sobie poszedł.

- Trzeba wiać - mruknąłem.

Ci, którzy związali mi ręce, może umieli pętać kozy i owce, może nawet wielbłądy, 

ale   na   krępowaniu   ludzi   na   szczęście   kiepsko   się   znali.   W   ciągu   półgodziny   zdołałem 

poluzować   pęta   na   tyle,   żeby   uwolnić   jedną   rękę.   W   ciągu   dalszych   piętnastu   minut 

uwolniłem drugą dłoń. Teraz zabrałem się za luzowanie rzemieni na nogach. Na tym zajęciu 

zastał mnie wysoki chłopak w wieku mniej więcej Michaiła.

- Szkoda zachodu - powiedział spokojnie po angielsku. - Stąd nie ma ucieczki.

- A gdzie ja właściwie jestem? - zapytałem.

- W komunizmie. Myślałem, że się przesłyszałem.

- Gdzie jestem? - zapytałem ponownie.

- W komunizmie - powtórzył.

Przypatrzyłem  mu się uważnie. Nie wyglądało na to, że żartuje, ale za to w jego 

oczach było coś, co wskazywało, że nie jest zupełnie normalny.

- Komunizm nie istnieje - mruknąłem. - Bo nie może istnieć. To ustrój całkowicie 

niemożliwy z ekonomicznego punktu widzenia.

-   My   nie   narzekamy   -   uśmiechnął   się.   -   Budujemy   tu   bezstanowe   i   bezklasowe 

społeczeństwo, gdzie każdemu będzie wedle jego potrzeb.

- Aha - zgodziłem się. - Ktoś od was ma potrzebę odżywiać się ludzkim mięsem i 

dlatego ja się tu znalazłem?

-   Niezupełnie   -   usiadł   na   pace   ciężarówki.   -   Potrzebujemy   funduszy   na   naszą 

działalność.

- Jestem biedny jak mysz kościelna - powiedziałem. - I nie mam rodziny, aby mogła 

mnie wykupić...

Wyjął z kieszeni jakiś papier.

background image

- To jest wasza koncesja na poszukiwania - powiedział spokojnie. - Gwarantuje wam 

znaleźne...

- Tak - przyznałem. - Ale nic nie znaleźliśmy.

- Nie szkodzi. Po prostu naniesiemy pewne zmiany w tej umowie. Dostaniecie swoje 

znaleźne, ale zmienia się drugi podmiot. Resztę złota przejmujemy my, a nie rząd Mongolii.

- Wy? - zapytałem.

- Wszechazjatycka Komunistyczna Organizacja Terrorystyczna “Czerwoni Mściciele” 

- wyjaśnił z dumą.

Zamknąłem oczy, policzyłem do dziesięciu, a potem je otworzyłem. Widziadło jednak 

nie zniknęło.

- Rany, chłopie, może powinieneś wybrać się do psychiatry? - zaproponowałem.

- Ech, nie. Byłem już u psychiatry, orzekł że wszystko ze mną w porządku. To jak, 

chcesz dla nas pracować?

- W żadnym wypadku. Jeśli tak kochacie komunizm, to nie dalej jak tysiąc kilometrów 

stąd jest Północna Korea. Tam macie ten ustrój w apogeum rozkwitu...

- Nie - powiedział z mocą. - To wszystko wypaczone, złachmanione. Jest tylko jeden 

prawdziwy komunizm. Ten, który budujemy tutaj, w górach Całgan Togoi!

- Jak się nazywają te góry!? - zdumiałem się.

- Całgan Togoi - powtórzył.

A   więc   to,   co   wzięliśmy   za   pseudonim   Giżyckiego   było   w   rzeczywistości   nazwą 

łańcucha górskiego... Pochylił się i jednym cięciem uwolnił mi nogi.

- Przespaceruj się - powiedział. - Poznasz innych jeńców.

Odszedł   oglądając   się,   czy   czegoś   nie   knuję.   Zeskoczyłem   na   ziemię.   Wokoło 

ciągnęły się góry pobielone na szczytach śniegiem. Było chłodno. Ruszyłem we wskazanym 

kierunku. Na dnie wąwozu stał niewielki baraczek zbity z sosnowych desek. Wszedłem do 

środka. W baraku było osiem pryczy zbitych z desek oraz biurko. Ktoś stał porządkując jakieś 

papierzyska. Gdy się odwrócił, poznałem Awenira.

- Paweł Daniec? - zdziwił się na mój widok. - Coś podobnego...

- Awenir. Czyli jednak ciebie też porwano?

Wzruszył ramionami.

-   No   cóż   -   powiedział   -   Niezupełnie   porwano.   Gdy   rozwiązano   moją   koncesję   i 

deportowano doktora Raubera, postanowiłem odnaleźć was i przyłączyć się do waszej grupy. 

Siedziałem w hotelu i dumałem, kiedy zapukali tacy dwaj i zaproponowali mi odnowienie 

koncesji, tylko na nowych zasadach.

background image

- Niech zgadnę. Poszedłeś z nimi?

- Tak. Gdy wsiadłem z nimi do samochodu i jechaliśmy do prezydenta, poczęstowali 

mnie sałatką. Gdy doszedłem do siebie, jechałem w jakiejś skrzyni po bezdrożach.

- No to ci zazdroszczę - mruknąłem.

- Dlaczego? - nie zrozumiał.

- Ciebie kulturalnie sałatką, a mnie prądem i dębową lagą po głowie. Widziałeś może 

Pana Samochodzika?

- Tak. Powinien być tu za jakieś pół godziny. Nic mu nie jest.

- To dobrze... Ciężarówka, którą mnie przywieźli, stoi niedaleko. Zabieram szefa i 

spływamy...

- Nie chcę cię martwić, Pawle, ale to nie takie proste.

- Dlaczego?

- Paliwo trzymają pod kluczem. Wydzielają tyko tym, którzy na motorach patrolują 

okolicę, a i to bardzo oszczędnie. Poza tym ucieczka stąd jest dość trudna....

- Gdzie jesteśmy?

-   W   tych   górach   -   pokazał   mi   pasmo   górskie   na   mapie.   -   Do   najbliższych   osad 

ludzkich mamy około stu pięćdziesięciu kilometrów.

- Dwa dni marszu...

- Tak. Po stosunkowo płaskim terenie z pogonią na karku. Nie chcę cię martwić, ale 

oni mają tu nawet helikopter. W dodatku cała okolica z nimi współpracuje. Zrabowali trzy 

tiry elektroniki jadące z Chin do Rosji i rozdali okolicznym mieszkańcom...

- Komunistyczne Janosiki budują sobie zaplecze społeczne - mruknąłem.

- Kto to są Janosiki? - zainteresował się.

Wyjaśniłem mu.

- Coś w tym guście - mruknął. - Ale jest jeszcze jeden problem. Gdybyśmy próbowali 

ucieczki, zlikwidują zakładników.

- Zakładników?

- Tak. Trzymają pod kluczem pannę Damao i Marka Vandersyfta. Gdybyśmy zwiali, 

obetną im to i owo. Po kawałku za każdą godzinę nieobecności...

- Milutko - mruknąłem.

W tej chwili otworzyły się drzwi baraku. Stał w nich Pan Samochodzik. Patrzył na 

mnie przez chwilę, potem z uśmiechem wzruszył ramionami.

- Myślałem, Pawle, że zobaczę cię dopiero, gdy przybędziesz nas stąd wyciągnąć...

- Sądzę, że to da się zrobić - odpowiedziałem poważnie. - Tylko będę was wyciągał 

background image

niejako od środka...

Siedliśmy na koślawych zydlach.

- A więc na czym stoimy? - zapytałem szefa.

Uśmiechnął się odrobinę krzywo.

-   Masyw   gór   Całgan   Togoi   ma   około   12   kilometrów   długości   i   5   kilometrów 

szerokości. Mamy tu jeden szczyt dający nazwę całemu pasmu oraz kilka mniejszych. Poza 

tym   wąwozy,   turnie,   nieprzebyte   zarośla   czegoś   w   rodzaju  jodły,   usypiska   skalne   i  inne 

atrakcje. Wspaniałe miejsce, żeby sobie przyjechać na wypoczynek, zwłaszcza jeśli lubi się 

wędrować po górach. Pilnuje nas dwudziestu komunistów...

- Gdzie trzymają Damao i Marka?

-   Nad   wąwozem   jest   stara   stanica   kozacka,   jak   przypuszczam   jeszcze   z   lat 

dwudziestych ubiegłego stulecia. Mają tam helikopter, zapasy paliwa, motocykle.

- Da się ugryźć? - zapytałem. - Nie możemy wiać bez uwolnienia zakładników...

- Nie da rady - odezwał się Awenir. - Pilnuje jej bez przerwy co najmniej czterech 

ludzi. Mają karabiny lub pistolety maszynowe. Poza tym, jak już mówiłem, ciężko byłoby się 

stąd wydostać. Stepy na zachodzie są dość gęsto zaludnione. A ludność miejscowa uważa 

naszych prześladowców za przyjaciół...

- A na wschód? W stronę granicy z Chinami? - zapytałem.

- Dwadzieścia  kilometrów... Chińscy pogranicznicy wpadają od czasu do czasu w 

odwiedziny do naszych porywaczy. Przy wożą im broń, amunicję, materiały wybuchowe... 

Nie   mamy   też   czego   szukać   na   południu.   A   na   północy   w   odległości   około   dwustu 

kilometrów jest nitka kolei Ułan-Bator-Hałajar.

Kolację przyniósł ponury strażnik z karabinem. Zaraz też przyszła Damao.

- O - powiedziała na mój widok. - Nie spodziewałam się pana...

- Tak wyszło - uśmiechnąłem się przepraszająco. - Jak miewa się Mark?

-   Dzielnie   się  trzyma,   choć   nerwy  trochę   mu   puszczają   -   wyjaśniła.   -   jak   panów 

poszukiwania? - zapytała Pana Samochodzika.

- Na razie nic sensownego nie zdołaliśmy wydedukować - powiedział. - Co więcej, nie 

wiemy nawet, czy mamy to znaleźć... gdyby pojawiała się taka możliwość.

Kiwnęła   w   zadumie   głową.   Wyciągnąłem   z   buta   żydowski   włos   i   podałem   jej. 

Rozpoznała przedmiot.

- Nie zakuwają nas na noc w kajdany - wyjaśniła. - Drzwi zamykają wprawdzie na 

klucz, ale na korytarzu zawsze stoi uzbrojony strażnik.

background image

Zamyśliłem się.

- Chyba mam pewien pomysł - powiedziałem. - Trzeba zmniejszyć liczbę pilnujących.

- Tylko jak ich wystraszyć? - mruknął Pan Samochodzik.

Poskrobałem się w zadumie po głowie. Nic nie przychodziło mi na myśl.

- Coś wymyślę - obiecałem. - Nie mamy tu na przykład radia? Może dałoby się je 

przerobić na nadajnik...

- Mam telefon komórkowy - wyjaśnił Awenir. - Ale obawiam się, że tu nie łapie 

pola...

- Pomyślę o tym - mruknąłem.

- Gdyby dało się jakoś zawiadomić dziadka, gdzie nas trzymają, to prawdopodobnie 

on by nas szybko odbił - wtrąciła Damao. - Tak, nadajnik to dobry pomysł.

Uśmiechnąłem się w duchu, wyobrażając sobie, jak staruszek na wózku inwalidzkim 

uwalnia nas z rąk dwudziestu uzbrojonych terrorystów.

- Chyba jesteśmy skazani na własne siły - westchnąłem. - Poza tym jest jeszcze jedna 

kwestia. Jak wydostaniemy się z tych gór. Proponowałbym ukraść helikopter.

- A umie pan go prowadzić? - zainteresowała się.

- Mogę spróbować. Choć, szczerze mówiąc, zawsze tylko patrzyłem, jak się to robi.

- Jak widzę, nie tracicie animuszu - powiedział szef. - To bardzo dobrze. Najgorzej się 

poddać.

-   My,   Ungernowie,   nie   poddajemy   się   nigdy   -   powiedziała   Damao.   -   Może   się 

zdarzyć, że zginiemy w walce albo dostaniemy się do niewoli i tak zakończymy swoje życie, 

ale idea wojny..

Popatrzyłem   na   nią   z   zainteresowaniem.   Dwudziestoletnia   dziewczyna   mówiąca   o 

wojnie...

-   Słabo   znam   historię   wojskowości   -   mruknął   pan   Tomasz.   -   Ale   nazwisko   pani 

kilkakrotnie obiło mi się o uszy...

- Ród Ungernów wywodzi się od jednego z wodzów Attyli i niemieckiej księżniczki. 

To oczywiście kit, który wciskamy znajomym snobom. Pierwszych ludzi noszących nazwisko 

Ungern odnotowano dopiero w XI wieku...

Przymknąłem oczy. Tysiąc lat. Przez tysiąc lat z ojca na syna przechodziło nazwisko... 

I miłość do walki.

- Roman Ungern chwalił się Ossendowskiemu, że jego przodkowie brali udział w 

wyprawach krzyżowych.

-   Tak,   to   prawda.   W   pierwszej,  trzeciej   i   czwartej.   No   i   oczywiście   w   krucjacie 

background image

dziecięcej... Kilku zginęło w wojnach z Litwą, dwóch poległo pod Grunwaldem... Od czasów 

Zakonu   Kawalerów   Mieczowych   jedna   z   gałęzi   rodu   związała   swoje   życie   z   terenami 

Kurlandii.   Jeden z  moich   przodków   pływał  z  Jakubem  Kettlerem  na  Karaiby...   A  potem 

Wilhelm   Ungern   von   Sternberg   wzniósł   piracką   twierdzę   na   wyspie   Dago   i   łupił   statki 

kupieckie na Bałtyku. Na swoim zamku urządził przytulisko dla alchemików, czarowników i 

heretyków z całej Europy. Jemu to potomni nadali zaszczytne - uśmiechnęła się na znak, by 

nie brać jej słów poważnie - miano Brata Diabła. Wszyscy jego potomkowie mają znamię na 

piersi, podczas gdy inni członkowie rodu nie... Jego syn popłynął na Ocean Indyjski i wpadł 

w ręce Anglików. Ci sprzedali go Rosjanom. Wyrwano mu nozdrza i zesłano na zawsze na 

Zabajkale.

- Znamię na piersi - mruknąłem. - Naprawdę wygląda jak ślad czarciej łapy?

Uśmiechnęła się i zawinęła bluzkę. Nieco poniżej lewej piersi widać było rozległą 

plamę idealnie czarnej skóry. Plama faktycznie układała się w zarys dłoni, o wąskich, długich 

palcach. Pochyliliśmy się z zainteresowaniem.

- Słabo znam się na medycynie - powiedział szef - ale to mi wygląda na zwiększenie 

liczby pigmentu w skórze. Ma to pani od urodzenia?

- Tak. Moja kuzynka ma plamę nieco innego kształtu... Niemniej jednak mamy ją 

wszyscy. Dziadek Ałmaz też. Baron Roman parokrotnie pokazał to znamię publicznie, by 

wzbudzić strach wśród swoich podwładnych.

- To może być kłopotliwe - zauważyłem domyślnie.

- I tak nie mogę zostać modelką. Nie wypada... Gdy na plaży noszę jednoczęściowy 

kostium, znamienia nie widać...

-   Nie   sądzę,   żeby   miało   to   jakiś   aspekt   religijny   -   odezwał   się   Awenir.   -   Każdy 

człowiek   posiada   duszę   i   wolną   wolę,   więc   jakieś   tam   klątwy   i   zaprzedawanie   rodu 

szatanowi...

- Także nie sadzę, aby był to znak szatana - uśmiechnęła się. - Po prostu znamię, 

drobny błąd zapisu genetycznego, który powoduje, że skóra jest czarna, a nie różowa...

- To mi przypomina zabawną legendę o mistrzu Twardowskim - powiedziałem. - Jego 

ojciec wracając do domu został napadnięty przez zbójców... Uratował go diabeł, a kupiec, jak 

to w bajkach, oddał mu coś, co miało być w jego domu, a o czym nie wiedział...

- Ówcześni kupcy musieli często i długo wędrować - uśmiechnęła się Damao. - Takie 

wątki zawarte są w dziesiątkach legend europejskich...

- I co było dalej? - zaciekawił się Awenir.

- Oczywiście w domu czekał na niego nowo narodzony syn, późniejszy mistrz Jacek 

background image

Twardowski... Kupiec bardzo się zmartwił, ale postanowił przygotować potomka do walki o 

sprzedaną   już   duszę.   Wysłał   go   na   studia...   Młody   Twardowski   dorósł.   Dowiedział   się 

strasznej tajemnicy, po czym wziął cyrograf w rękę i poszedł do piekła. Tam sprawę wyłożył 

jasno. Jest zapis, że ma pójść do piekła. No to przyszedł. A jest zapisanie, że ma tu pozostać? 

Ano nie ma. No to do widzenia...

Wszyscy   roześmieli   się.   Zaraz   jednak   przypomnieliśmy   sobie   naszą   sytuację   i 

spoważnieliśmy.

-   Tak   więc   zadania   na   najbliższy   czas   to   budowa   nadajnika   radiowego   oraz 

wystraszenie strażników - podsumował wyniki narady Pan Samochodzik. -Wy - zwrócił się 

do  dziewczyny  -  siedzicie   zamknięci   jako  zakładnicy,  a  my   musimy  szukać   skarbu  pani 

przodka... Zastosujemy wariant Twardowskiego. Kazali nam szukać, to będziemy szukać. 

Ponieważ nie kazali nam znaleźć...

Znowu parsknęliśmy śmiechem.

-   Widzę   tu   tylko   jeden   mały   problem   -   odezwał   się   Awenir,   gdy   trochę   się 

uspokoiliśmy. - A właściwie dwa. Po pierwsze, jak znam komunistów, to ci nasi strażnicy 

szybko znudzą się pilnowaniem nas i zaczną domagać się efektów poszukiwań... A nawet 

gdybyśmy się nie spóźnili, to za dwa tygodnie powinienem być w domu. Będą mistrzostwa 

dzielnicy w szachach i nie chciałbym stracić szansy na puchar...

- Nadajnik trzeba umieścić odpowiednio wysoko na zboczu góry... - rozważałem dalej.

- Właśnie - mruknął pan Tomasz. - Jak chcesz nadawać?

- No cóż, to dość skomplikowane.... Trzeba będzie ustawić prosty automat wysyłający 

sekwencje sygnałów. Ustawić go na takim paśmie, aby zakłócał jakieś lokalne radiostacje. A 

potem mieć  nadzieję,  że odpowiednie  służby pilnujące porządku w eterze  z wrócą na to 

uwagę...

Wszedł jeden ze strażników i skinął na Damao.

- Koniec widzenia - powiedział po rosyjsku.

Poszła posłusznie za nim. Zapadł już zmrok. Ułożyłem się możliwie wygodnie na 

skrzypiącej pryczy i nakryłem grubym kocem z wielbłądziej wełny. Koc miał już swoje lata, 

nie był też szczególnie czysty, ale nieźle chronił przed nocnym chłodem.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

NOCNE PODCHODY • WŁAMANIE DO ŚMIGŁOWCA • NA FALACH 

ETERU   •   MAM   PLAN   •   KOLEJNE   WŁAMANIE   •   MICHAIŁ   CHCE 

ZOSTAĆ PORWANY

- I co nowego słychać w szerokim świecie? - zapytał Mark.

Damao rozczesując włosy streściła mu rozmowę z pozostałymi więźniami.

- Paweł kazał ci przekazać to - podała mu brzeszczot.

Młody Vandersyft obejrzał go uważnie.

- Brzeszczot do laubzegi? - zdziwił się.

- Specjalnie hartowana stal - wyjaśniła. - Tym wycinano kiedyś kraty w oknach.

Podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Stara stanica kozacka stała na krawędzi urwiska, 

w wąwozie poniżej widać było dach baraku, w którym uwięziono Pana Samochodzika i jego 

przyjaciół. W okno wmontowano solidną kratę. Wokoło ciągnęły się dzikie skały.

- Nasze piętro obiega cienki gzyms - powiedział w zadumie. - Sądzę, że dałoby się po 

nim obejść budynek dookoła.

Dziewczyna uważnie przyjrzała się wąziutkiej drewnianej listwie.

- Nie wiadomo, czy utrzyma nasz ciężar. - powiedziała z powątpiewaniem. - Przez 

ostatnie sześćdziesiąt lat albo i dłużej ta budowla niszczała na deszczu i mrozie. Gzyms może 

być całkiem spróchniały.

- Piłka do cięcia krat sklepowych - uśmiechnął się.

Przyłożył ją do stalowej sztaby i po kilku minutach w zdumieniu wpatrywał się, jak 

żelazo ustępuje bliskowschodniej stali.

- Coś podobnego - powiedział.

Szybko przeciął wszystkie pręty.

- Nawet się nie stępiła - musnął palcem ząbki. - Przecież to niemożliwe.

- To stal samohartująca - wyjaśniła. - Są w niej cząsteczki węgla, złożone z atomów 

tworzących miniaturowe ostrosłupy. To jakby maleńkie diamenciki. Gdy coś piłujesz, stal 

oczywiście się ściera, ale one nie. Są niewielkie, więc wbijają się w powierzchnię metalu, aż 

wreszcie tniesz piłą, która na zębach pokryta jest prawie wyłącznie diamencikami. To daje 

wrażenie, jakby w miarę pracy narzędzie twardniało coraz bardziej.

background image

- To rewelacja - zapalił się. - Ma tysiące zastosowań... Coś się z tego robi?

- Oczywiście. Na przykład pręty do więziennych krat - uśmiechnęła się.

- Widzę tu tylko jeden problem - mruknął. - Jak to draństwo przeciąć?

- Tarczą karborundową, laserem, strumieniem wody pod odpowiednim ciśnieniem... 

Ale jest też prostsza metoda - uśmiechnęła się. - Diamenty w temperaturze powyżej  120 

stopni Celsjusza zamieniają się w dwutlenek węgla...

- Czyli wystarczy podgrzać...

Wypiłował ostatni pręt i po cichu odłożył go na podłogę.

- Co zamierzasz zrobić? - zapytała Damao.

- Ulatniamy się stąd.

- Przecież jesteśmy zakładnikami.

-   No   właśnie,   zastosujemy   wariant   Twardowskiego.   Poszukiwaczom   zagrozili,   że 

poobcinają nam to i owo, ale nam nie mówili nic na temat co im zrobią, jeśli uciekniemy.

- Mogą coś wymyślić - zastrzegła.

- No cóż, jeśli dobrze pójdzie, to za kilka godzin będziemy tu z odsieczą...

Opuścił się na wąski gzyms i przywarł płasko do drewnianej ściany.

- I jak? - zapytała z okna.

- Da się iść, choć trochę trzeszczy pod nogami. Ściana na tyle się rozlazła, że można 

się dobrze zaczepić.

Powolutku powędrował po gzymsie. Damao odczekała chwilę, po czym ruszyła w 

jego ślady. Na samym rogu budowli gzyms był silnie spróchniały, ale na szczęście solidne 

kołki, na których go niegdyś umocowano, ciągle jeszcze tkwiły w ścianie i dały wystarczające 

oparcie dla stóp. Druga ściana była łatwiejsza do pokonania, zresztą w połowie jej długości 

można już było zeskoczyć i iść po skale. Helikopter stał na niedużej polance. Przemknęli do 

niego niezauważeni.

- I co dalej? - zapytała dziewczyna.

- Sądzę, że teraz trzeba dostać się do środka i wystartować - powiedział poważnie.

- Pilotowałeś coś takiego?

- Jeszcze nie, ale mój wujek Paul ma własną maszynę i parokrotnie latałem z nim.

- Tego samego typu?

-   Właściwie   to   jego   śmigłowiec   jest   zupełnie   inny...   Ten   jest   chyba   chińskiej 

produkcji, a tamten był amerykański, ale zasady lotu powinny być dość zbliżone...

Pociągnął drzwi, ale nie chciały się otworzyć.

- I co dalej? - zagadnęła odrobinę złośliwie.

background image

- Zaraz się dostaniemy - uspokoił ją. Wyjął żydowski włos i wgryzł się w klamkę. Po 

kilku minutach piłowania odciął ją płasko przy podstawie odsłaniając wnętrze zamka.

- No to popatrzmy... - mruknął. - Zapadki jak w yale. Będę potrzebował kilku spinek 

do włosów...

Podała mu bez słowa. Porozginał je i ukształtował w haczyki. Powkładał do dziurki i 

majstrował nimi dłuższą chwilę. Wreszcie coś chrupnęło i wsad dał się przekręcić. Drzwi 

cicho odskoczyły.

- Brawo - powiedziała z uznaniem.

Usiedli w kabinie.

- Stacyjka wygląda dość podobnie jak samochodowa - mruknął. - Tylko problem w 

tym,  że pod spodem powinny być  druty,  które spinają złodzieje, kiedy kradną wóz, a tu 

tymczasem mamy gładką stalową ścianę...

Wyjął   z   kieszeni   scyzoryk   i   zaczął   odkręcać   śrubki   mocujące   położony   obok 

wysokościomierz.   Po   chwili   odsłoniła   się   dziura   wypełniona   kolorowymi   kabelkami. 

Popatrzył na nie bezradnie, a potem naciął izolacje na dwóch z nich i zetknął je ze sobą. 

Wskaźnik   paliwa  rozbłysnął,  wskazówka wychyliła  się  do oporu,  a  potem  jakoś   dziwnie 

oklapła.

- Chyba zepsułeś - zauważyła.

- Bez jednego wskaźnika też polecimy - mruknął nacinając kolejny kabel. - Właśnie 

doszedłem do wniosku, że jak uruchomimy maszynę, to polecimy na dół wąwozu po resztę 

ekipy - powiedział. Zetknął dwa kolejne kable. Helikopter rozbłysnął jak choinka na Boże 

Narodzenie.

- Jasny gwint - syknęła Damao. - Rozłącz to! Zaraz nas zauważą...

Mark rozdzielił druciki, ale oświetlenie wcale się nie wyłączyło.

- To niemożliwe - jęknął. - To po prostu niemożliwe... Przecież prąd musi iść po 

drutach...

- Może coś się przebiegunowało? - podsunęła.

- Co to znaczy przebiegunowało? - zdziwił się.

-   Nie   wiem,   studiowałam   orientalistykę,   a   nie   budowę   układów   elektrycznych. 

Wygląda na to, że nikt na razie nas nie zauważył, więc nacinaj dalej.

Połączył jeszcze dwa kable i tablica rozdzielcza rozbłysła.

- No to jesteśmy w domu - powiedział. - Włącza się chyba gdzieś koło sterów...

- Przypomnij sobie, jak to robił twój wujek.

- Miał tu taką dźwignię - wskazał miejsce w podłodze, gdzie jako żywo nic nie było 

background image

widać. - A potem przesuwał taki przełącznik koło steru - obmacał pospiesznie wolant, ale nic 

nie znalazł.

- Cholerne Chińczyki  - mruknęła. - Rozejrzyj  się, czy nie ma tu gdzieś instrukcji 

obsługi....

Instrukcji nie było.

- Nie wiem, jak uruchomić silnik - powiedział wreszcie z rozpaczą.

- Uruchom radiostację - poleciła. - Wezwiemy pomoc. Założył na uszy słuchawki i 

zaczął szukać sygnału. Wreszcie na jednym z pasm CB-radio złapał odzew.

- Mówi Mark Vandersyft - powiedział powoli po mongolsku. - Grupę cudzoziemców, 

koncesjonowanych poszukiwaczy skarbów barona Ungerna, uwięziono w stanicy kozackiej w 

masywie Całgan Togoi. Proszę o powiadomienie służby bezpieczeństwa republiki. Odbiór?

- Fuck! - ryknęły słuchawki po angielsku.

Drzwi stanicy otworzyły się i wypadł z nich David z pistoletem maszynowym w ręce. 

Na uszach miał słuchawki, a wyszarpnięty z gniazdka kabel powiewał za nim.

- Gdzieś ty się dodzwonił? - jęknęła Damao.

- Skąd mogłem wiedzieć, że on też bawi się radiostacją? - jęknął.

Porywacz otworzył z rozmachem drzwi.

- To było bardzo sprytne - powiedział ze złością. - Marsz do celi.

Podreptali posłusznie korytarzem. Zatrzasnął drzwi.

- No to klops - powiedziała Damnao.

-   Niekoniecznie.   Ktoś   mógł   nas   podsłuchać   -   powiedział.   -   Zresztą   mam   zamiar 

spróbować raz jeszcze.

- Jak to? – zdziwiła się.

- Nie spodziewa się, że powtórzę ten numer jeszcze raz tej samej nocy. A w oknie nie 

wstawili nowej kraty.

- Sprytnie - oceniła.

W tej chwili z zewnątrz rozległ się łomot i trzask pękającego drewna. Skoczyli do 

okna.   Dwaj   strażnicy   wychyleni   z   okien   po   obu  stronach   odrywali   metalowymi   drągami 

gzymsik.

- Żeby wam nic do głowy nie przyszło - powiedział jeden z nich i pogroził więźniom 

pięścią. Cofnęli się w głąb celi.

- Druga w nocy - powiedziała Damao patrząc na zegarek. - Chyba pora iść spać.

Kiwnął głową. Wyciągnęli się na pryczach.

- Nie przejmuj się - powiedziała. - Nasi przyjaciele na pewno coś wymyślą.

background image

Nie odpowiedział. Już spał.

Obudziłem   się   w   środku   nocy.   Popatrzyłem   na   zegarek.   Trzecia   nad   ranem.   Pan 

Samochodzik   i   Awenir   spali   jak   zabici.   Leżałem   i   zastanawiałem   się,   jak   zbudować 

najprostszy   z   możliwych   nadajnik   radiowy.   Kawał   miedzianego   drutu,   źródło   zasilania, 

wzbudzenie fali elektromagnetycznej; tylko jak ustawić pasmo i jak nadawać. Przewróciłem 

się   na   drugi   bok   i   nagle   doznałem   olśnienia.   Radiostacja!   Nasi   strażnicy   muszą   mieć 

radiostację! A zatem wystarczy włamać się po cichu do stanicy i szybko nadać komunikat... 

Całkowicie rozbudzony wygrzebałem się spod koca. Ubrałem się pospiesznie i zrobiłem kilka 

pompek dla rozruszania mięśni. Zabrałem nożyk i kilka kawałków drutu na wytrychy. Drzwi 

baraku były wprawdzie na noc zamknięte, ale bez problemu otworzyłem zabite gwoździami 

okno i wyskoczyłem w ciemność. Właściwie mogłem uciekać, ale perspektywa wędrówki 

przez step z pogonią depczącą po piętach i helikopterem nad głową nie pociągała mnie. Przy 

wejściu do wąwozu stał samotny strażnik z karabinem. Mógłbym podkraść się i stuknąć go 

kamieniem po głowie, potem zabrać karabin i poszaleć, ale takie rzeczy udają się tylko na 

filmach.   Najczęściej   stuknięty   kamieniem   ma   na   głowie   hełm,   a   poza   tym   przewaga 

dwadzieścia   do   jednego   jest   zdecydowanie   zbyt   duża.   Kryjąc   się   w   cieniu,   obszedłem 

ciężarówkę i zauważyłem początek ścieżki prowadzącej w górę wąwozu. Ułamek sekundy 

później zauważyłem w połowie wysokości czerwony punkcik. Któryś ze strażników siedział 

tam paląc papierosa. Zakląłem w myślach, a potem przyjrzałem się skalnej ścianie. Nie była 

pionowa, liczne pęknięcia i krzaki powinny dać dobre oparcie dla rąk i nóg. Strażnik mógł 

mieć   noktowizor,   ale   w   takim   razie   już   by   mnie   zauważył   i   wszczął   alarm.   Odszedłem 

kilkanaście   metrów   w   lewo   i   ruszyłem   do   ataku   na   skarpę.   Była   stroma,   ale   tak   jak 

przewidywałem do pokonania. Przynajmniej w dzień.

Drapałem się pod górę prawie po omacku, słaby blask księżyca lizał delikatnie głazy, 

ale   w   zagłębieniach   panował   nieprzenikniony   mrok.   Po   dwóch   godzinach   znalazłem   się 

wreszcie na rozległym plateau. Położyłem się w zagłębieniu terenu i rozejrzałem po okolicy. 

Stok góry wznosił się łagodnie, by dalej przejść nieoczekiwanie w stromiznę. Porastał go dość 

gęsty las. Tu na terrasie stała stanica, rozległy budynek wzniesiony z grubych drewnianych 

belek. Pierwotnie otaczała go zapewne palisada, ale obecnie nie było widać żadnego jej śladu. 

Na kawałku starannie wyrównanej łączki stał helikopter. Na dachu budynku wznosiła się dość 

wysoka   antena.   Popatrzyłem   na   zachód.   Plateau   kończyło   się   urwiskiem.   Przed   sobą 

widziałem rozległy ciemny step. Żadna góra nie mogła zakłócać sygnałów radiowych...

- Bingo - mruknąłem.

background image

A potem zamyśliłem się. Włamanie do budynku mogło być trudne. Wprawdzie nie 

wystawili   przed   nim   warty,   ufając   widocznie   niedostępności   siedziby,   ale   kto   mi   mógł 

zaręczyć,   że   w   środku   nie   czuwa   jakiś   strażnik?   Poskrobałem   się   po   głowie.   A   potem 

doznałem olśnienia. Przecież radiostacja powinna być w helikopterze! Przemknąłem się do 

maszyny. Jak się na miejscu okazało, jedne drzwiczki miały rozbebeszony zamek. Usiadłem 

wygodnie w kokpicie i poświeciłem sobie zapałką. Pęk kolorowych kabli wystawał z otworu 

po   wykręconym   wysokościomierzu.   Niektóre   były   nawet   ponacinane.   Połączyłem   dwa   i 

tablica rozdzielcza ożyła.

-   Dobra   nasza   -   mruknąłem   zakładając   na   uszy   słuchawki.   Przytknięciem 

uruchomiłem   radiostację.   Pokręciłem   gałkę,   szukając   jakiegoś   zajętego   pasma.   Wreszcie 

dostroiłem się do czyjejś rozmowy. Dwaj ludzie rozmawiali po rosyjsku.

- Przepraszam, że przeszkadzam - powiedziałem w tym samym języku - ale zmuszony 

jestem prosić was o pomoc.

- A kto ty jesteś? - zainteresował się bliższy głos.

-   Nazywam   się   Paweł   Daniec,   jestem   właścicielem   koncesji   poszukiwawczej, 

zostałem uwięziony wraz z grupą cudzoziemców w masywie Całgan Togoi. Czy możecie 

powiadomić służbę bezpieczeństwa republiki?

W tej chwili trzasnęły drzwi stanicy. Zobaczyłem, że w moją stronę biegł David.

- Co to jest? - tu rzucił straszliwą wiąchę przekleństw amerykańskich, rosyjskich i 

miejscowych. - Lezą zakładnicy do helikoptera jak muchy do miodu!

Z budynku wybiegli także inni strażnicy. Mieli karabiny. David wyciągnął mnie za 

kołnierz z maszyny.

- Radiostacji wam się zachciało? - zawył. - Trzeba z tym skończyć raz na zawsze! - 

przyłożył lufę do radia i pociągnął za spust. Zamilkło.

- Marsz na dół i spać. Jutro czeka was ciężki dzień! - huknął.

Jeden ze strażników odprowadził mnie do wąwozu. Mogłem mieć tylko nadzieję, że 

naszą   rozmowę   podsłuchał   jakiś   radioamator.   Pół   godziny   później   ponownie   leżałem   na 

twardych dechach i spałem.

Nad Ułan-Bator wstawał świt. Michaił wpatrywał się w czerwoną tarczę słoneczną 

wspinającą się na niebo... Paul Vandersyft podszedł do niego cicho.

- Co robimy? - zapytał.

- Chyba wynajmę samochód i pojadę naprawić samolot - powiedział Michaił. - Ale 

najpierw trzeba dać szansę porywaczom.

background image

- To znaczy?

- Paweł Daniec miał jakiś pomysł. Poszedł do miasta coś sprawdzić i wyparował... 

Przepadł jak kamień rzucony w wodę...

- A ponieważ wcześniej spotkało to kilka innych osób, należy podejrzewać, że także 

został porwany - mruknął Paul. - Myślisz, że mogli go dopaść po prostu na ulicy?

- Tego nie da się wykluczyć. Ale sądzę raczej, że trafił na jakiś trop. Może wszedł do 

budynku i wtedy go dorwali. Pewnie trzymają go gdzieś w mieście... Gdzie porwano Damao?

- Zdaje się, z miejsca, gdzie kopali, jakieś sześćdziesiąt kilometrów stąd...

- Czyli  jest ich dużo i mają spore możliwości - mruknął Michaił. - Pokręcę się po 

mieście. Co godzinę będę się meldował - poklepał telefon komórkowy. - Jeśli się nie odezwę, 

to będzie znaczyło, że wpadłem...

Paul poważnie skinął głową.

- Naraża się pan na spore niebezpieczeństwo - powiedział.

Michaił wędrował powoli uliczkami miasta. Miał nadzieję, że ktoś zacznie go śledzić 

już pod hotelem, ale jak zauważył, nikt za nim nie szedł. Ułan-Bator powoli budziło się ze 

snu.

Skręcił na plac targowy. Otwierały się żaluzje, rozkładano kramy. Starcy siedzieli na 

stołkach przed swoimi straganikami. Siedzieli w milczeniu paląc fajki albo wolno żując tytoń.

- Co mogłoby zainteresować Pawła? Jest historykiem  sztuki, więc zapewne chciał 

chociaż rzucić okiem na zabytki...

Jeden z kramów wyglądał jak skrzyżowanie śmietnika z antykwariatem. Piętrzyły się 

na nim liczne drobiazgi pamiętające wiek XIX. Michaił rozglądał się uważnie po wystawie... 

Starzec z czarną opaską na jednym oku zadał jakieś pytanie po mongolsku, ale widząc, że 

potencjalny klient nie rozumie, przeszedł na rosyjski

- Czego szukasz, młody człowieku?

- Głównie rzeczy z czasów wojny domowej - odpowiedział Michaił. - Na przykład 

pamiątek po Azjatyckiej Dywizji Konnej... Może ma pan jakieś odznaczenia?

-  Nie   mam  -  sprzedawca  bezradnie   rozłożył   ręce.   -  Zresztą   nie  wiem   nawet,  czy 

ungernowcy mieli jakieś własne. Chyba używali rosyjskich, jeszcze z czasów caratu...

Michaił pokiwał ze smutkiem głową i pożegnawszy się ruszył szukać ciekawszych 

tropów. Zaglądnął do świątyni buddyjskiej, potem do kilku sklepów spożywczych oraz na 

mały bazarek, gdzie handlowano owcami. W kilku miejscach pokazywał fotografię Pawła 

Dańca,   ale   nikt   nie   przypominał   sobie   nikogo   takiego.   Wreszcie   zniechęcony   wrócił   do 

hotelu. Ałamaz Ungern siedział w holu koło recepcji i coś sprawdzał za pomocą laptopa.

background image

- I jak? - zagadnął.

- Niestety, nikt nie chciał mnie porwać...

-   Zobacz,   co   mam   -   staruszek   odchylił   ekran   w   jego   stronę.   Było   widać   na   nim 

imponujący katalog jakichś plików.

- Co to jest?

- Archiwum KGB dotyczące sprawy skarbów mojego ojca i ich poszukiwań.

-   Skąd   pan   to   wytrzasnął?   -   oczy   Michaiła   stały   się   podobne   do   piłeczek 

pingpongowych.

- No cóż, jak zapewne wiesz, Awenir zniknął z hotelu...

- Nie wiedziałem. Jak to się odbyło?

- Rano koło dziesiątej pokojówka weszła do pokoju, żeby sprzątnąć i wtedy zobaczyła 

otwarte okno... Sprzątając, w kuble na śmieci znalazła tę płytkę. Myślała, że to muzyka i 

próbowała posłuchać na odtwarzaczu, ale słychać było tylko jakieś piski. No to postanowiła 

wywalić i spotkałem ją właśnie, jak wrzucała to do kubła na korytarzu... Paul poszedł kupić 

kabel do łączenia komputerów, chce sobie skopiować. Też jesteś zainteresowany?

- Mógłbym?

-   Oczywiście.   Zawsze   wyznawałem   zasadę,   że   walczyć   należy   możliwie   czysto... 

Zaproponuję wam spółkę. Ponieważ już i tak razem szukamy naszych przyjaciół, to może 

wspólnie poszukamy depozytu.

- Musiałbym to skonsultować z moimi wspólnikami...

- A oni są chwilowo nieobecni. No nic, będzie jeszcze czas, aby się naradzić...

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

PENETRUJEMY   WĄWÓZ   •   JASKINIA   •   SKRYTKA   •   WYSYŁAM 

BALON   •   STARA   PODKOWA   •   BUDUJEMY   NADAJNIK   •   BŁĘDNA 

INTERPRETACJA   KONWENCJI   GENEWSKIEJ   •   ODEBRANY 

SYGNAŁ

Obudziłem się o świcie. Szef już wstał, wyglądał w zadumie przez okno.

- Narozrabiałeś w nocy? - zapytał.

Streściłem mu swoje przygody. Kiwnął w zadumie głową.

- Sądzisz, że ktoś to usłyszał? Jakiś radioamator?

- Nie sądzę, żeby tu istnieli radioamatorzy... Ale może policja lub wojsko prowadzą 

nasłuch.

Obudził się też Awenir. Wstał i przeciągnął się.

- No to co robimy dzisiaj? - zapytał.

- Właściwie nie było wczoraj czasu, żeby wprowadzić cię w nasze poszukiwania - szef 

zwrócił   się   do   mnie.   -   Widzisz,   masyw   ten   jest   zbudowany   z   łupków   piaskowcowych, 

sfałdowanych   stosunkowo   niedawno   z   geologicznego   punktu   widzenia.   W   łupkach 

teoretycznie nie zachodzą zjawiska krasowe, ale wody podziemne mogą tworzyć jaskinie. 

Sądzimy, że do którejś z nich Giżycki, zakładając oczywiście, że to on ukrywał depozyty, 

wtoczył wozy ze złotem, a potem odstrzelił wejście.

Szef sięgnął do kieszeni na piersi, wyjął kserograficzną odbitkę planu znalezionego w 

archiwum i podał ją Owsianowowi.

- Pod literami - odcyfrował Awenir.

- Właśnie - mruknąłem. - Na rysunku mamy szyb prowadzący w dół i zaznaczoną 

jaskinię za czymś, co opisano jako “stal. drz”.

- Stalowe drzwi na przykład - uśmiechnął się szef.

Awenir obrócił kartkę. Pochyłe pismo Ossendowskiego nieco wyblakło.

- Od Całgan Togoi - odcyfrował.

-   Właśnie   -   mruknął   szef.   -   Od   Całgana...   To   pseudonim   Kamila   Giżyckiego. 

Sądziłem, że tak wołali na niego w Mongolii. Całgan Togoi - to znaczy “biała głowa”, a on 

był blondynem. Dopiero tu okazało się, że istnieją góry noszące taką nazwę...

background image

- A więc w jaskini koło napisu - mruknął nasz przyjaciel.

Kiwnąłem poważnie głową.

-   Mamy   szukać   miejsca,   które   jest   dostępne   od   strony   szlaku   i   jest   zaznaczone 

napisem?

- Przy szlaku? - zmyślił się Pan Samochodzik. - I tak, i nie... Mogli rozładować wozy i 

nosić złoto na plecach do jaskini leżącej nawet dość wysoko... Ale chyba nie bardzo daleko.

- A ilu ludzi miał ze sobą Giżycki? - zapytałem.

- Tego nie wiadomo.

- I co się z nimi potem stało?

- Tego też nie wiadomo - powiedział Awenir. - Przykro mi to mówić, ale możliwe, że 

zostali wymordowani...

- Przez Giżyckiego? - zdziwiłem się.

- Nie da się wykluczyć - powiedział poważnie szef. - Niewiele o nim wiemy... Ale 

robił dla barona gazy bojowe... Więc nie mógł być dobrym człowiekiem...

- Ale pisał książki - zauważyłem. - Mądre książki dla dzieci...

- Jedno drugiego nie wyklucza - zauważył Owsianow. - U nas w Rosji był taki pisarz 

Arkady Gajdar... Nie wiem, czy słyszeliście?

- A jakże - uśmiechnąłem się. - Byłem chyba ostatnim rocznikiem, który omawiał jako 

lekturę książkę “Timur i jego drużyna”.

- No właśnie. Napisał sporo ładnych książek dla młodzieży. Ideologię komunistyczną 

przemycał w nich niezwykle delikatnie, z wyczuciem... Był cenionym pedagogiem... Tyle że 

w   czasie   wojny  domowej   popełnił   szereg   odrażających   zbrodni   na  ludności   cywilnej.   W 

tambowskiej guberni do tej pory opowiadają o nim straszne rzeczy. Nawet za sto lat pewnie 

będzie żył w ludowych opowieściach jako wampir... Tak więc pisanie książek o niczym nie 

świadczy.

- Lenin też napisał sześćdziesiąt tomów - uśmiechnął się pan Tomasz. - Ale wróćmy 

do tematu.

Pochyliliśmy się nad mapą.

-   Od   szlaku   można   wjechać   w   kilka   dolin   wgryzających   się   w   masyw.   Na   dnie 

jednego z takich wąwozów znajdujemy się w tej chwili - powiedziałem.

- Dziś zbadamy sąsiedni - wyjaśnił Owsianow.

Dwaj ponurzy strażnicy znieśli nam z góry śniadanie, trzy baranie kiełbasy na gorąco 

z sucharami. Kończyliśmy już jeść, gdy pojawił się David.

- Ten numer w nocy bardzo mnie zdenerwował - powiedział. - Nie próbujcie więcej 

background image

dobierać się do mojego helikoptera. Jak poszukiwania?

Szef wyjął plan tej części pasma górskiego.

- Dziś zbadamy ten wąwóz...

- Grzebiecie się strasznie - warknął. - Dostaniecie do pomocy tę arystokratkę... Mam 

nadzieję, że traficie wreszcie na jakiś ślad. A waszego młodego koleżkę na razie każę przykuć 

łańcuchem. I pamiętajcie: żadnych numerów...

Wyglądało na to, że nie żartuje. Chyba pił w nocy, bo miał zaczerwienione oczy i był 

skacowany.

Ruszyliśmy w drogę. Wyszliśmy z naszego wąwozu i poszliśmy strasznie starą, od 

dawna nie konserwowaną drogą. Popatrzyłem na nią z powątpiewaniem. Wyglądała z grubsza 

jak szlaki, które oglądaliśmy z samolotu z Michaiłem.

Po   lewej   stronie   za   skalnym   cyplem   otworzył   się   kolejny   jar.   Był   szeroki   na 

kilkanaście metrów. Dnem płynął strumyk, wesoło pluszcząc po kamieniach. Na jego widok 

już się schylałem, aby zaczerpnąć wody, ale w porę przypomniałem sobie o amebach. Po 

kilku minutach u wylotu wąwozu zatrzymał się motocykl. Strażnik wysadził z kosza Damao. 

Zaparkował maszynę, a sam ruszył za nami, choć, co należy zapisać mu na plus, zachowywał 

pewien dystans.

Rozglądaliśmy   się   po   ścianach   w   poszukiwaniu   podejrzanych   miejsc.   Tymczasem 

dziewczyna opowiadała nam, co w nocy wyprawiali z radiostacją. Potem ja opowiedziałem 

nasze przygody.

- Czyli nic nie wyszło - westchnęła. - Szkoda.

- Helikoptera, obawiam się, będą teraz lepiej pilnowali - zauważył pan Tomasz. - Czy 

masz, Pawle, jakiś alternatywny plan?

- Trzeba będzie zabrać się do budowy nadajnika radiowego - powiedziałem. - Nie 

wiem   jeszcze,   jak   to   zrobię,   nie   mając   transformatora,   źródeł   napięcia   i   jeszcze 

kilkudziesięciu innych detali.

-   Nie   uczyli   was   w   komandosach   niczego   na   temat   budowy   nadajników?   - 

zainteresował się Awenir.

- Nie. Korzystaliśmy z gotowych, a szkolenie obejmowało różne typy tych urządzeń, 

różne   sposoby   nadawania,   kody   i   ewentualnie   drobne   naprawy.   Ale   coś   spróbuję 

zmajstrować.

Wyszliśmy na niewielki kocioł skalny. Wokoło nas pięły się prawie pionowe ściany. 

Pośrodku było niewielkie bajorko z wodą. Damao zdjęła buty i moczyła  sobie nogi, a ja 

uważnie rozejrzałem się po okolicy. Skalne ściany wyglądały całkiem zwyczajnie. Nigdzie 

background image

nie było żadnych znaków świadczących o istnieniu jaskiń lub innych potencjalnych kryjówek.

- Jak woda? - zapytałem dziewczynę.

- Nawet dość ciepła, biorąc pod uwagę porę roku i miejsce. Włożyłem do niej rękę.

-   Ma   jakieś   trzydzieści   stopni   -   zauważyłem   -   To   widocznie   źródło   wybijające   z 

bardzo głęboka, podgrzewane geotermalnie.

- Dno kamieniste i to dość płytko - mruknął Awenir. - Raczej nie mogli tu niczego 

zatopić. Idziemy dalej?

Ruszyliśmy. Wąwóz piął się pod górę. Dno zaścielały odłamki kamieni.

- Wątpię, żeby po takich rumowiskach mogli jeździć konno - zauważył pan Tomasz.

- Proszę nie zapominać, że minęło prawie osiemdziesiąt lat - powiedziałem. - Pamięta 

pan stoki Śnieżki? Śląska Droga, zawalona kamieniami, które kiedyś były starannie ubite, a 

obecnie utrudniają wędrówkę.

- Poza tym tu mogły schodzić nieduże lawiny lub woda naniosła - dodał Awenir. - Pan 

Daniec ma rację. Kiedyś to mogło wyglądać inaczej.

- Jaskinia - zauważyła Damao.

Faktycznie, w skalnej ścianie widniał ciemny otwór groty.

- Wysoko nad dnem - mruknąłem. - Będzie z piętnaście metrów.

- Na miejscu Giżyckiego wybierałbym miejsca trudno dostępne - powiedział poważnie 

Awenir. - Sądzę, że warto by się było wdrapać i trochę rozejrzeć.

Strażnik zaciekawiony podszedł bliżej.

- Jaskinia - powiedział po rosyjsku. - Chcecie ją zbadać?

- Potrzebuję haków, raków i liny - wyjaśniłem.

Popatrzył na mnie, wyraźnie usiłując zrozumieć, o co mi chodzi. Narysowałem mu na 

kartce. Pokiwał głową i zniknął. Dalekie echo przyniosło dźwięk zapalanego silnika motoru.

- Wróci za jakieś dwadzieścia minut - powiedział szef. - Właściwie możemy uciec w 

górę tego jaru i zaszyć się w lesie.

- Ba, tylko że oni ciągle będą mieli Marka jako zakładnika - zaprotestowała nasza 

przyjaciółka. - Wymyślcie coś innego.

Ruszyłem w górę wąwozu z Panem Samochodzikiem. Nieoczekiwanie w krzakach 

zauważyłem coś srebrnego. Wdrapałem się na dość stromą skarpę i po chwili pokazałem 

szefowi plastykową kulę.

- Co to jest? - zdziwił się.

- To balon meteorologiczny - powiedziałem. - W tej kuli ma zestaw przyrządów do 

background image

pomiaru ciśnienia i temperatury - wyjaśniłem.

- A to srebrne to powłoka. Musiała się przebić albo gaz uciekł i opadł właśnie tu...

-   Zostaw   to   -   powiedział   łagodnie   szef.   -   Wracajmy,   bo   chyba   słyszę   tego 

motocyklistę.

Faktycznie,  strażnik przyjechał motorem prawie do miejsca, z którego było  widać 

jaskinię. Razem z nim przyjechał David.

- I co jest? - zapytał. - Macie coś?

- Jaskinia - wskazałem mu palcem. - Dość wysoko, ale sądzę, że to może być ciekawy 

trop.

- No to właź na górę - polecił mi.

Założyłem   na   buty   raki   i   ruszyłem   do   ataku   na   skalną   ścianę.   Kąt   nachylenia 

zazwyczaj   przekraczał   sześćdziesiąt   stopni,   ale   radziłem   sobie   nieźle.   Po   dwudziestu 

minutach usiadłem w progu jaskini i wbiłem w skalną szczelinę solidny hak zaopatrzony w 

kółko. Przewlokłem przezeń linkę alpinistyczną i zrzuciłem ją na dół. Nikt jakoś nie kwapił 

się, by pójść w moje ślady, tylko David klnąc pod nosem wspiął się na górę.

- I co dalej? - zapytał szef terrorystów, gdy znalazł się koło mnie.

- Nie mam latarki - wyjaśniłem. Podał mi.

- Przodem - polecił  dźgając mnie w plecy lufą pistoletu. - Jeden fałszywy ruch i 

strzelam bez ostrzeżenia.

Jaskinię wyżłobiły wody podziemne. Jej dno było nierówne, na ścianach było widać 

wyraźne ślady wypłukiwania.

Rozglądałem się wokół, szukając jakichś śladów ludzkich rąk. Potem popatrzyłem do 

góry i  oświetliłem  sufit.  Ktoś  kiedyś  musiał  tu być.  Na stropie  widniała  cienka  smolista 

smuga - kopeć lamp oliwnych lub pochodni sprzed nie wiedzieć ilu lat. Ruszyłem za tym 

tropem.   Jaskinia   nie   wyglądała   na   miejsce   kryjówki   człowieka   pierwotnego.   Była   chyba 

mimo wszystko zbyt nowa. Grota rozszerzyła się tworząc niewielką salkę.

- Wygląda na to, że dalej nie ma przejścia - zauważyłem.

David uśmiechnął się wyjątkowo wrednie.

- To popatrz na sufit.

Spojrzałem. Nitka sadzy dochodziła do jednej ze ścian.

-   Nie   próbuj   więcej   sabotować   badań   -   warknął.   -   Bo   mogę   się   naprawdę 

zdenerwować.

Odczepiłem   od   paska   saperkę   i   wgryzłem   się   w   zalegające   pod   ścianą   gliniane 

namulisko. Po kilku minutach kopania natrafiłem na przegniłe deski zasłaniające wejście do 

background image

głębokiej studni. W jej ścianę wbito metalowe klamry. Stanąłem na brzegu niezdecydowany. 

Jaskinia wyglądała zupełnie inaczej niż na planie z archiwum. Terrorysta trzymający mnie 

cały czas na muszce chyba nie chciał ryzykować, że zepchnę mu na głowę jakiś kamień. 

Milczenie przeciągało się.

- Na co czekasz, złaź - polecił wreszcie.

Niechętnie opuściłem się do studni. Wypróbowywałem po kolei klamry. Trzymały się 

wprawdzie   mocno,   ale   obawiałem   się,   że   korozja   mogła   stoczyć   je   na   wylot.   Wreszcie 

stanąłem na dnie studni. Byłem mniej więcej na poziomie wąwozu. Rozejrzałem się. W bok 

odchodził wąski korytarz. Prawdopodobnie był pochodzenia naturalnego, choć nosił też ślady 

obróbki przez człowieka.

- I co tam? - zapytał z góry David. - Jest coś?

- Tunel w bok - wyjaśniłem.

- Zaczekaj, schodzę.

Odsunąłem się na bok i po kilku chwilach stanął obok mnie.

- Właź - wskazał mi latarką loch.

Zagłębiłem się w wilgotną ciemność. Na podłodze korytarza stała woda. Miejscami 

było   jej   niewiele,   niekiedy   jednak   wpadałem   w   kałuże   po   kolana.   Nieoczekiwanie   tunel 

zakończył się dość rozległą grotą. Pośrodku ze sporego jeziora wystawały liche drewniane 

skrzynki. Pachniało gnijącym drewnem oraz jakby zepsutymi jajkami. Widocznie gdzieś tu 

biło źródełko o wodzie przesyconej siarkowodorem. Opary były bardzo nieprzyjemne i do 

tego trochę trujące. Szef terrory stów też musiał to zrozumieć, bo nagle zaczął się śpieszyć.

- Zobacz te skrzynki.

- Nie ma po co - odburknąłem. - Stąd widzę, co to jest.

- Co? - nie zrozumiał.

-   To   skrzynki   na   amunicję,   opisane   po   japońsku.   To   rezerwowy   skład   naboi   lub 

materiałów wybuchowych z czasów drugiej wojny światowej.

Nadal trzymając mnie na muszce podszedł do skrzyń. Woda sięgnęła mu prawie po 

pas.   Oderwał   nadgniłe   wieko   jednej   z   nich.   Jak   się   okazało,   Japończycy   wcale   ich   nie 

zabezpieczyli. David wyciągnął garść naboi i przesypał je obojętnie z powrotem do pudła.

- Bezużyteczne - powiedział.

Wyszliśmy z jaskini i opuściliśmy się na dno wąwozu. Terrorysta odszedł, zapewne 

zmienić spodnie na suche, a my w towarzystwie strażnika ruszyliśmy dalej. Wreszcie wąwóz 

skończył się, zablokowany potężnym głazem.

- Ciekawe - mruknął pan Tomasz. - Kamień nieźle się tu wklinował. Tylko pytanie, 

background image

kiedy?

- Sądzi pan, że gdy przybył  tu Giżycki, ten wąwóz mógł być jeszcze dostępny na 

odcinku za głazem? - zaciekawił się Awenir.

- Sądzę, że po ukryciu  skarbów  mogli  zablokować  dostęp, zwalając ten kamień  - 

uśmiechnął się szef.

- Kilkaset kilogramów dynamitu i usunę głaz - zaofiarowałem się.

- To niegłupia myśl - mruknął szef. - Ile dni zajmie ci rozwalenie go?

- A ile trzeba? - uśmiechnąłem się. - Bo ja mogę go wysadzać choćby tydzień...

-   No   dobra,   wracamy   na   obiad   -   powiedział   Pan   Samochodzik.   -  A   po   obiedzie 

pogadamy z Davidem.

Wracając   skręciłem   w   krzaki   i   wykorzystując   chwilę,   gdy   strażnik   zniknął   za 

zakrętem jaru, obejrzałem jeszcze raz balon meteorologiczny.

- Po co ci to? - zainteresował się szef, gdy go dogoniłem. - Przecież nie uciekniemy 

stąd   drogą   powietrzną...   Metr   sześcienny   wodoru   ma   udźwig   około   700   gramów,   więc 

musiałbyś mieć co najmniej sto metrów sześciennych, żeby pofrunąć.

- Zobaczy pan wieczorem - uśmiechnąłem się.

Na   obiad   dostaliśmy   chińską   zupę   i   po   kawałku   kiełbasy   na   gorąco.   Po   obiedzie 

wdrapałem   się   do   stanicy   i   zażądałem   rozmowy   z   Davidem.   Wpuszczono   mnie   do   jego 

pokoju. Stanąłem w drzwiach i rozejrzałem się ciekawie wokoło. Na ścianie wisiał piękny 

sztandar   z   wyhaftowaną   głową   Lenina   i   różnymi   napisami   po   mongolsku.   Sztandar   był 

czerwony, hafty złote. Obszyto go srebrnymi frędzlami. Meble zbite z surowych dech tylko 

podkreślały jego piękno.

- To sztandar naszej tutejszej partii - wyjaśnił terrorysta. - Tam wisi mojej...

Odwróciłem   się.   Nad   drzwiami   wisiał   drugi   sztandar,   równie   piękny,   tylko   że   z 

angielskim napisem: “Komunistyczna Partia USA”.

- O co chodzi? - zapytał terrorysta sprowadzając mnie na ziemię.

- Trafiliśmy na głaz blokujący drogę w głąb wąwozu - powiedziałem. - Potrzebuję 

dziesięciu kilogramów trotylu, aby wysadzić go w powietrze.

- Dziesięć kilogramów - mruknął. - Nie za dużo?

- Może być mniej - zgodziłem się ochoczo. - Zrobię ładunek kumulacyjny.

- Dobra. Ale dostaniecie plastyk, a nie trotyl - zdecydował. - Najpierw chyba trzeba 

wykuć odpowiednią dziurę?

- Młot pneumatyczny i generator prądotwórczy będą nie od rzeczy.

- Dobra. Ile czasu wam to zajmie?

background image

- Chyba do wieczora - zasugerowałem.

- Młot mam. Jedenastokilowy.

- Powinien wystarczyć - uśmiechnąłem się.

Zawołał strażników i zaczął wydawać rozkazy po mongolsku. Ja zaś powędrowałem 

do naszego baraczku. Pogrzebawszy w rupieciach wykombinowałem sobie plastykową rurkę 

długości około metra i dwa kawałki węgla kamiennego.

- Co kombinujesz?- zapytał Awenir.

- Będę kuł ten głaz - wyjaśniłem. - Mogę liczyć na pańską pomoc?

- Jasne. Ostatecznie jestem inżynierem.

Nawinąłem na ramię kilka metrów izolowanego kabla. Po południu stanęliśmy obaj w 

wąwozie. Strażnicy przywlekli już agregat prądotwórczy i młot. Wyciągnąłem z krzaków 

powłokę balonu.

- A cóż to jest takiego? - zdumiał się mój towarzysz.

- Nazwijmy to formą powiadomienia świata, gdzie jesteśmy - uśmiechnąłem się.

Otworzyłem plastykową kulę i wyjąłem z niej aparaturę pomiarową. Na jej miejsce 

wsadziłem  kilka  kartek  z zapisaną  w  różnych  językach  informacją o naszym  położeniu  i 

prośbą o ratunek.

- To tak jak w tej waszej książce - uśmiechnął się Awenir.

- W jakiej książce? - zainteresowałem się.

- “W pustyni  i w puszczy”. Tylko balon zamiast latawca... Czym  chcesz napełnić 

powłokę?

- Wodorem - wyjaśniłem ochoczo.

Dwie bryły węgla oplatałem drutami. Kable podłączyłem do agregatu i uruchomiwszy 

go zanurzyłem bryły w bajorku. Na powierzchni węgla zaczęły pojawiać się banieczki gazu.

Zapaliłem zapałkę. W chwili, gdy bańka przebiła powierzchnię wody, płomyk buchnął 

niespodziewanie.

- Tu mamy tlen, a na tej drugiej elektrodzie wydziela się wodór - mruknął Owsianow. 

Potem osadził jeden koniec rurki w powłoce balonu, a drugi zanurzył ostrożnie w wodzie.

Ja   natomiast   zabrałem   się   do   kucia   dziury   w   głazie.   Piaskowiec   okazał   się 

nadspodziewanie twardy. Ale ostatecznie nie było się gdzie śpieszyć. Po dwóch godzinach 

wyłączyłem młot i popatrzyłem ciekawie, jak radzi sobie Awenir. Balon zrobił się okrągły i 

wyraźnie rwał w górę.

- To chyba wszystko, co da się osiągnąć - powiedział Rosjanin. - Ciśnienie wewnątrz 

jest już na tyle duże, że wypycha wodór z powrotem.

background image

- No dobrze - powiedziałem. - Trzeba zaryzykować.

Zawiązaliśmy mocno wlot do powłoki i sprawdziwszy, jak trzyma się kula, puściliśmy 

balon. Wzbił się w górę, a potem zakręcił na zachód.

- Ciekawe, co z tego wyniknie? - mruknąłem.

- Nie mam zielonego pojęcia, na ile te balony są trwałe - powiedział. - Może przeleci 

kilkadziesiąt kilometrów. A może kilkaset.

Po   kwadransie   nadszedł   David.   Przydźwigał   puszkę   plastyku,   zapalnik,   lont   i 

zapalarkę.

- Będę potrzebował jeszcze kawałka blachy, żeby skręcić z niej stożek - powiedział 

Owsianow.

- Po co? - nie zrozumiał David.

- Uderzę głaz ładunkiem kumulacyjnym. Poskrobał się po głowie i poszedł.

- Coś mi się tu nie zgadza - powiedziałem do Awenira.

- Dlaczego? Może nie wie, co to są ładunki kumulacyjne i jak zbudować najprostsze z 

nich.

-   Ale   ten   facet   jest   terrorystą.   W  dowolnej   książce   z   instrukcjami   wydanej   przez 

bliskowschodnich ekstremistów można znaleźć schematy takich rzeczy.

- Widocznie mongolscy komuniści amerykańskiego pochodzenia nie potrafią czytać 

po arabsku - powiedział z uśmiechem.

Wrócił David z blachą i nożycami. Wyciąłem trójkąt cęgami i wygiąłem, by nadać mu 

kształt   ostrosłupa.   Wsadziłem   go   głęboko   do   wybitego   otworu   i   okleiłem   materiałem 

wybuchowym. Połączyłem zapalnik z kablem i wcisnąłem w masę wybuchową. Cofnęliśmy 

się spory kawałek. Przymotałem drut do bieguna zapalarki i puściłem prąd. Odgłos eksplozji 

był   bardzo   głuchy.   Pobiegliśmy   sprawdzić   efekty.   Ładunek   rozsadził   głaz   na   kilkanaście 

kawałków. Przeszliśmy przez rumowisko i ruszyliśmy dalej wąwozem.

Wąwóz stawał się coraz  węższy,  aż wreszcie  nie  dało się nim iść nawet bokiem. 

Zamienił się w wąską szczelinę wspinającą się do góry.

- No i koniec - powiedział Owsianow. - Zmarnowaliśmy kilka kilogramów plastyku i 

nic...

- No i dobrze, że zmarnowaliśmy - powiedziałem. - Terroryści będą mieli mniej.

Zawróciliśmy do obozowiska.

- No i co tam słychać w ponurych skalnych wąwozach? - zapytał pan Tomasz.

Zrelacjonowałem mu nasze dokonania. Pokiwał w zadumie głową.

-  Jutro  zbadamy  kolejny -  zadecydował.   - A  na  razie   trzeba  pomyśleć,  jak  by tu 

background image

zbudować nadajnik radiowy.

- To żaden problem - uśmiechnąłem się wyciągając spod pryczy garść elektronicznych 

śmieci.

- Skąd to masz? - zdumiał się szef.

-   Och,   wymontowałem   z   tej   kuli   podczepionej   do   balonu   meteorologicznego   - 

wyjaśniłem. - Czy mogę popsuć trochę radio?

Awenir przydźwigał stojący w kącie zdezelowany odbiornik radiowy, rodem chyba z 

lat pięćdziesiątych. Odkręciłem tylną pokrywę. Do deski przymocowałem dwie lampy. Ich 

dolne bieguny okręciłem drutem spinając podwójnie katodę z katodą, anodę z anodą i siatkę z 

siatką,   co   znacząco   zwiększało   ich   moc.   Wyłamałem   długi   kawałek   anteny   ferrytowej   i 

okręciłem   miedzianym   drutem   tworząc   dwie   cewki.   Połączyłem   je   z   transformatorem 

wymontowanym z balonu. Szef przyciągnął kabel z gniazdka.

- I jak to będzie działać? - zagadnął.

-   Transformator   wytwarza   wysoką   częstotliwość,   przechodzi   ona   na   lampy,   gdzie 

zostaje   wzmocniona.   Następnie   zostaje   przekazana   do   cewki.   Fale   moduluje   obwód 

mikrofonowy - wyjaśniłem.

- A mikrofon? - zainteresował się zafrasowany Owsianow.

- Zrobimy z głośnika - wyjaśniłem. - Ostatecznie nie będzie nam potrzebny przekaz 

słowny. Nadamy sekwencję krótkich i długich impulsów... Alfabet Morse'a.

Awenir zamyślił się.

-   Brakuje   obwodów,   które   skoncentrowałyby   sygnał   -   powiedział.   -   Tak   będziesz 

nadawał jednocześnie na kilkuset zakresach..

- No i o to chodzi - uśmiechnąłem się. - Większa szansa, że ktoś usłyszy. Sądzę, że 

damy wiązkę fal na setkach zakresów od 20 herców gdzieś do tysiąca. Walnie też w paśmie 

fal ultrakrótkich... Nawet telewizory będą śnieżyć...

-   To   zakłóci   kilkadziesiąt   kanałów   radiowych...   -   mruknął   Awenir.   -   Po   prostu 

piractwo radiowe...

- Za to będzie nas słychać w promieniu kilkuset kilometrów...

Połączyłem obwody i lampy rozjarzyły się czerwono. Napięcie było trochę nie takie 

jak trzeba, ale liczyłem, że zanim układ się przepali, zdążę kilka razy powtórzyć komunikat.

- Nadamy go co minutę - powiedziałem. - Powiedzmy przez pół godziny. A rano 

jeszcze powtórzymy.

- Lampy - mruknął pan Tomasz. - Trochę to obecnie przestarzałe...

- Nadal dobre - uspokoiłem go. - Polskie Radio, mam na myśli program pierwszy, 

background image

nadawało przez ponad trzydzieści lat programy używając lamp próżniowych zmajstrowanych 

ze słoików typu Wek, przez jakiegoś technika-złotą rączkę.

Usiadłem nad urządzeniem i zacząłem postukiwać dwoma rozizolowanymi drutami. 

W eter pobiegło nasze przesłanie. Nie wątpiłem, że zakłócę wiele audycji radiowych, mogłem 

tylko   mieć   nadzieję,   iż   ktoś   odpowiednio   zdenerwowany   zapisze   sekwencje   sygnałów   i 

rozszyfrowawszy je powiadomi kogo trzeba.

- Jeszcze jeden dzień upłynął i ciągle nic - powiedział w zadumie Paul Vandersyft. 

Wraz   z   nim   siedzieli   w   jego   pokoju   hotelowym   Michaił   i   Ałmaz.   Staruszek   parsknął   z 

irytacją.

- To mnie zawsze wkurza - powiedział. - Cały ten światowy terroryzm, gangi, mafie, 

to wszystko banda tchórzy. Podkładają bomby, wynajmują snajperów, porywają dzieci, żeby 

dostać   okup.   Nigdy   nie   stają   do   otwartej,   uczciwej   walki...   Pamiętam,   w   Etiopii,   gdy 

walczyliśmy  z siłami rządowymi,  też tak robili. Porwali grupę kobiet i dzieci z wioski i 

zażądali, żeby partyzanci złożyli broń.

- Ale przecież nie złożyliście?

- Nie. Nie spodziewali się naszego ataku. Odbiliśmy zakładników, a ich powiesiliśmy. 

Bardzo byli tym zdziwieni, bo do tej pory raczej braliśmy jeńców, żeby ich wymieniać na 

naszych...

Michaił poczuł, że mu niedobrze.

-   Dlaczego   ich   powiesiliście?   -   zapytał   z   oburzeniem   w   głosie.   -   Może   to   i   byli 

komuniści, ale... Zresztą Konwencja Genewska...

Ałmaz spochmurniał.

-   Powiesiliśmy   ich   na   mocy   wyroku   sądu   polowego   właśnie   opierając   się   na 

Konwencji Genewskiej - powiedział. - Branie zakładników jest uznane za zbrodnię wojenną. 

Wieszano za to hitlerowców skazanych po wojnie.

- No właśnie, po wojnie - zareplikował Paul. - Trzeba było poczekać na zwycięstwo, a 

dopiero potem osądzić i skazywać... Ale odbiegliśmy od tematu.

-   Słusznie   -   mruknął   staruszek.   -   Trzeba   się   zastanowić,   gdzie   też   mogą   ich 

przetrzymywać. Sądzę, że porwali fachowców, bo sami mają chrapkę na skarby mojego ojca.

- To dlaczego zniknął mój bratanek? - zapytał Paul.

- Dlatego tylko, że był w towarzystwie Pana Samochodzika. - wyjaśnił Michaił. - Co 

nie zmienia faktu, że też jest poniekąd fachowcem. Skoro razem z panem badał tę winnicę we 

Francji...

background image

- Skąd pan o tym wie? - zdumiał się Holender.

-   Towarzystwo   “Rossija”   ma   dobry   wywiad   -   uśmiechnął   się.   -   Nie   jesteśmy 

fachowcami - westchnął Paul. - Wszystkie nasze sukcesy zapewniła nam, że tak się wyrażę, 

przewaga   technologiczna.   Mam   bardzo   dobry   sprzęt   poszukiwawczy   i   tylko   dzięki   temu 

mogliśmy odnaleźć kilka ciekawych rzeczy... Poza tym jesteśmy amatorami. Nie umiemy 

szperać po archiwach, a w każdym razie daleko nam do fachowości panów - skłonił głowę.

- Damao też nie posiada większego doświadczenia w poszukiwaniach - dodał Ungern. 

- Tym bardziej niezrozumiałe jest jej porwanie...

Nieoczekiwanie zadzwonił telefon. Michaił podniósł słuchawkę.

- Halo? - zagadnął.

- Pan Tomatow? - rozległ się głos recepcjonistki. - Przyszedł do pana jakiś człowiek... 

Przyjmie go pan?

- Tak, proszę go wpuścić.

- Spodziewasz się kogoś? - zapytał Paul.

- Raczej nie. Nie znam tu prawie nikogo...

- To może być wysłannik porywaczy - zauważył Ałmaz.

- Co w tej sytuacji zrobimy? - zadumał się Michaił.

- Proponuję torturować, dopóki wszystkiego  nie wyśpiewa  - podsunął staruszek. - 

Wprawdzie nie mamy tu specjalnie dużo możliwości - ogarnął spojrzeniem wnętrze pokoju - 

ale dysponujemy wrzątkiem - wskazał gestem czajnik elektryczny - jak również prądem...

- Nie jesteśmy na wojnie - Vandersyft usiłował przemówić mu do rozsądku. - Zresztą 

nawet gdybyśmy byli, to uważam, że stosowanie jakichś średniowiecznych metod nie przystoi 

przedstawicielom cywilizacji europejskiej...

-   Egzemplarz   Konwencji   Genewskiej   zostawiłem   tym   razem   w   domu   -   warknął 

Ałmaz.

Rozległo się pukanie do drzwi. Ungern sięgnął pod koc leżący mu na kolanach. W 

powietrzu głucho zabrzmiał trzask odbezpieczanego pistoletu.

- Proszę - odezwał się Michaił.

Do   pokoju   wszedł   starszy   mężczyzna   w   okularach.   Lekko   skośne   oczy   zdradzały 

domieszkę   krwi   mongolskiej,   ale   wyglądał   bardziej   na   Europejczyka.   Przywitał   się   po 

rosyjsku. Akcent miał raczej fatalny.

- Czym możemy służyć? - zapytał Michaił.

Gestem zaprosił nieznajomego, aby usiadł w fotelu.

- Reprezentuję miejscowe towarzystwo zajmujące się upowszechnianiem CB-radio... - 

background image

wyjaśnił gość. - Dzisiejszej nocy ktoś pogwałcił zasady honorowe stosowane przez nas przy 

rozmowach...

- Żaden z nas nie dysponuje nadajnikiem - Michaił uśmiechnął się niepewnie.

-   Ktoś   nadał   niezwykle   silny   sygnał,   w   dodatku   na   kilkunastu   częstotliwościach 

jednocześnie.   Zagłuszył   ponad   trzydzieści   prowadzonych   rozmów...   Ponownie   zaczął 

nadawać rano. Tym razem narozrabiał jeszcze więcej. Nie wiem, czy panowie się orientują, 

ale   drogą   radiową   prowadzone   jest   u   nas   w   kraju   nauczanie   początkowe.   Zwłaszcza   w 

niewielkich   wsiach   odległych   od   skupisk   miejskich   to   jedyna   możliwość   zapewnienia 

dzieciom wykształcenia... Tymczasem wasz przyjaciel radośnie zakłócał lekcje... Proszę - 

położył na biurku wydruk. - Nadawał alfabetem Morse'a, szumy, długie i krótkie...

Ungern ciekawie zbliżył kartkę do oczu.

-   D-a-n-i-e-c-i-i-n-n-i-C-a-ł-g-a-n-T-o-g-o-i-p-o-w-i-a-d-o-m-c-i-e-T-o-m-a-t-o-w-a-

U-ł-a-n-B-a-t-o-r

- Nie wiem, kim jest ten cały Daniec - przybyły nieco podniósł głos - ale powiedzcie 

mu, że tak się nie postępuje...

- To dla nas bardzo ważna wiadomość - odezwał się Ałmaz. - Chciałbym niniejszym 

przekazać czek na tysiąc dolarów na rzecz pańskiego towarzystwa.

Gość zbladł nieoczekiwanie, a jego brwi uniosły się w niemym zdumieniu.

- Ja też coś dorzucę - odezwał się Paul wyjmując z kieszeni książeczkę czekową. - 

Idee rozpowszechniania CB-radio w Mongolii są wyjątkowo bliskie mojemu sercu...

- Jako główny adresat wiadomości skłonny jestem przelicytować moich przyjaciół - 

Michaił wyciągnął z kieszeni plik banknotów. - Poprosimy jedynie o pokwitowanie.

- Ależ... - gość machinalnie podpisał. - Kupimy za to setkę nowych urządzeń...

- I bardzo dobrze - powiedział Ungern. - Tutejsze dzieci powinny się uczyć, zwłaszcza 

historii tego kraju - uśmiechnął się do swoich myśli.

Przedstawiciel popatrzył w zdumieniu na podpis na czeku.

- Czy pan...? - zwrócił się do Ałmaza.

- Tak - odpowiedział Ałmaz. - Jestem synem waszego chana, Romana Ungerna von 

Sternberga.

Gość wahał się tylko chwilę, po czym padł na kolana przed starcem.

- Wstań i idź kupować sprzęt radiowy - powiedział Ałmaz. - A pamiętaj, ukradniesz 

choć jednego dolara... - znacząco zmrużył oczy.

- Wasza wysokość - wychrypiał klęczący - nigdy bym...

- Dziękujemy za przekazane informacje - odezwał się Michaił.

background image

Gość rozpływając się w podziękowaniach wyszedł.

- No to do dzieła - Paul poderwał się z fotela. - Powiadomimy miejscowe służby 

specjalne, a sami chyba polecimy na miejsce samolotem.

- Jakim samolotem? - zdziwił się Ałmaz.

- Mam samolot - uśmiechnął się Michaił. - Tylko trzeba go trochę wyremontować...

- Najpierw służby - zdecydował Paul. - Poza tym kupmy jakąś broń...

- Może taki minigun jak w filmie “Predator”? - zaproponował Michaił. - Rozwali 

wszystko, co się rusza...

- Do dzieła - krzyknął Ałmaz.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

INTUICJA TERRORYSTY • KTO NAS WIĘZI • INICJAŁY WYRYTE 

NA SKALE • SKRYTKA GIŻYCKIEGO • UCIECZKA

Następnego ranka przy śniadaniu zaszedł do nas David. Siedzieliśmy właśnie przy 

stole. Na blacie nakrytym świeżą gazetą leżały suchary i stała otwarta puszka mielonki. Jej 

zawartość podzieliliśmy na plasterki i teraz każdy sięgał sobie nożem i nałożywszy płat mięsa 

na suchar, ze smakiem konsumował taką kanapkę. Na małym ognisku z połamanych desek, 

rozpalonym w kącie, gotowała się woda na herbatę. Dym uchodził przez dziurę w dachu. 

Terrorysta wszedł bez pukania.

- Zaszedł nasz kierownik - udałem radość na jego widok.

Chyba mi nie uwierzył. Był ponury jak diabli.

- Jak posuwają się poszukiwania? - zapytał.

Szef wzruszył ramionami.

- Robimy, co możemy - powiedział. - Ale sam najlepiej wiesz, że te góry są spore. W 

dodatku jest tu masa wąwozów, jaskiń i innych potencjalnych kryjówek. Zresztą ni gdzie nie 

jest powiedziane, że skarby znajdują się właśnie tutaj...

- Intuicja podpowiada mi, że tu je ukryto - mruknął.

- Intuicja to bardzo przydatna rzecz - powiedział Pan Samochodzik. - A teraz właśnie 

podpowiada   mi,   że   za   dziesięć   dni   powinienem   być   z   powrotem   w   ministerstwie   w 

Warszawie. Ponieważ podróż koleją transsyberyjską trwa osiem dni, byłbym zainteresowany 

jak najszybszym odwiezieniem nas do Ułan-Bator.

Mina Davida stała się jeszcze bardziej ponura.

-   Umowa   nadal   obowiązuje   -   powiedział.   -   Znajdziecie   skarb   i   jesteście   wolni. 

Dostaniecie do pomocy tę Damao. Chyba że wolicie tego młodego głupka?

- Nie obrazimy się, jeśli przydzielisz nam oboje - powiedział szef.

David wzruszył ramionami.

- Stąd i tak nie ma ucieczki - powiedział.

Pół   godziny   później,   pilnowani   przez   dwóch   strażników,   szliśmy   badać   kolejny 

wąwóz.

-   Dobra   -   powiedziałem.   -   A   teraz   powiedzmy   sobie   co   nieco   na   temat   naszych 

background image

drogich - tu udałem, że spluwam - gospodarzy.  Skoro wreszcie jesteśmy razem, to może 

spróbujemy pomyśleć o wywianiu?

- Ale przecież okoliczne wioski z nimi współpracują - zaprotestował Mark.

- Podobno zdałeś maturę w wieku czternastu lat - uśmiechnął się Pan Samochodzik.

- Do czego dążycie? - zdumiał się Awenir.

- Co wiemy o tych ludziach? - spytał pan Tomasz. - Tyle co  nam powiedzieli. A 

powiedzieli nam to, co chcieli.

- To znaczy, że... - zaczął Mark.

- To mała grupka awanturników - wyjaśniłem - która siedzi tu dobrze ukryta przed 

oczyma pasterzy z otaczających góry osad. Owszem, mają kumpli rozsianych po Mongolii, 

ale żadnych w pobliżu...

- Skąd wiesz? - zdziwiła się Damao.

- To bardzo proste - wyjaśniłem. - Czym się tu żywimy? Zarówno my, jak i ci, którzy 

nas pilnują?

- Puszkami - rzucił odkrywczo Mark.

- Właśnie,  puszkami.  A  gdzie  są owcze  sery,  pieczona  baranina,  warzywa,  chleb, 

mleko? Zwróćcie uwagę, że ciągle mamy suchary i chińskie zupy z torebki... A to oznacza, że 

przyczaili się tak dobrze, że nawet boją się wyskoczyć po zakupy!

- To brzmi logicznie - zauważyła dziewczyna. - Jaki więc jest plan?

- Na początek trzeba pozbyć się tych dwóch - wskazałem strażników wędrujących 

naszym   śladem.   -   Ale   co   potem?   Mamy   do   wyboru   ciężarówkę   albo   helikopter.   Z 

helikopterem jest ten problem, że chyba żadne z nas nie umie go pilotować - rozejrzałem się.

Pokręcili przecząco głowami.

-   Natomiast   problem   z   ciężarówką   jest   taki,   że   dogonią   ją   na   motorach   albo 

helikopterem.

Pan Samochodzik zamyślił się głęboko.

- Chyba jest na to metoda - powiedział.

- Jaka?

- Motory i helikopter trzeba unieruchomić. Najlepiej za pomocą cukru. Tak się składa, 

że mam cały słoik. Sypniemy po garści do baków...

- Obawiam się, że za dobrze ich pilnują - powiedział  Mark. - W dodatku  będzie 

problem z paliwem. Ciężarówka wymaga benzyny, a tę także trzymają pod kluczem.

- W dodatku pilnuje nas zbyt wielu złych facetów - dodał Awenir. - Trzeba pomyśleć, 

jak zmniejszyć ich liczbę...

background image

- Otruć - podsunął Mark.

Zamyśliłem się głęboko.

- Otruć... - powiedziałem w zadumie. - Tylko czym?

- Najlepiej fenoloftaleiną - podsunął. - Wywołuje wymioty i rozwolnienie, ale nie jest 

bardzo szkodliwa... To znaczy powinni przeżyć...

- Widzę tu pewien problem - mruknąłem. - Skąd weźmiemy ten odczynnik.

- Można dość łatwo wyprodukować - zauważył Mark. - Z chemii byłem niezły...

- A masz tu może laboratorium? - zagadnąłem złośliwie.

W tej chwili szef złapał mnie za ramię.

- Zobacz - syknął.

Wąwóz, którym szliśmy, zakręcał prawie pod kątem prostym. Na ścianie przed nami 

ktoś pracowicie wykuł inicjały: “K.T.”.

-   K.T.   -   mruknąłem   -   Co   też   to   może   znaczyć   i   czy   wiąże   się   jakoś   z   naszymi 

poszukiwaniami?

- K.G. - odezwał się Owsianow. - Kamil Giżycki.

- Racja, to pewnie cyrylica - powiedział Pan Samochodzik. - Pod napisem?

Obejrzeliśmy litery.

-  Wykuto   je  dłutem   - powiedział  pan  Tomasz.  -  Ten,  który  kuł, nie   spieszył   się, 

zwróćcie uwagę na wykończenie.

- Czy mógł je zostawić Giżycki? - zapytał Mark.

-   Na   skutek   wpływów   atmosferycznych   krawędzie   nie   są   już   specjalnie   ostre   - 

mruknął szef. - Tak, sądzę, że to możliwe. Muszą mieć co najmniej kilkadziesiąt lat.

Ruszyliśmy dalej wąwozem, rozglądając się uważnie. Nigdzie jednak nie było widać 

żadnych śladów ludzkiej działalności. Jar kończył się pionową skalną ścianą. Zawróciliśmy 

znowu do liter.

- Trzeba się zastanowić - powiedziałem. - Czy Giżycki wyrył je po to, żeby zaznaczyć 

miejsce skrytki dla siebie, czy też po to, żeby ewentualni poszukiwacze mogli tu trafić. Słowa 

“pod napisem” można dość dowolnie interpretować...

- Nigdy nie ukrywa się skarbów w miejscu, gdzie zostawia się wskazówkę - mruknął 

szef. - Określenie “pod napisem” nie może chyba oznaczać dokładnie tego miejsca....

Awenir z uśmiechem odczepił saperkę od plecaka.

- A  skąd Giżycki  wychowany  w głębi  Rosji mógł  wiedzieć,  jak ukrywają  skarby 

przedstawiciele cywilizacji łacińskiej? - zapytał z uśmiechem, a potem wbił łopatkę pomiędzy 

kamienie wyściełające dno wąwozu.

background image

- Faktycznie - powiedziałem. - Mógł o tym nie wiedzieć - zacząłem kopać tuż obok.

- A niech was - zaklął Pan Samochodzik. - Giżycki na pewno czytał różne rzeczy, w 

tym niewykluczone, że także powieści zeszytowe. A tam mogli opisać ukrywanie skarbów!

Damao usiadła sobie na kamieniu i zaczęła się opalać. Wybraliśmy luźne kamienie i 

glinę, docierając do skalnego podłoża. Ział w nim nadal zasypany żwirem prostokątny otwór, 

prowadzący ukosem w głąb.

- Znaczy, nie czytał - powiedziałem.

Szybik był bardzo wąski, miał nie więcej niż 70 centymetrów przekroju. Wygarniałem 

z niego gruz skalny, a Awenir odsuwał to na bok.

- Właściwie to popełniamy w tej chwili gruby błąd - odezwał się szef. - Przecież 

wszystko, co znajdziemy, wpadnie w łapy...

Po dnie wąwozu zatupotały buty.

Obejrzałem  się. David przybiegł  w towarzystwie  wszystkich  swoich ludzi.  Stanęli 

półkolem nad odgruzowywanym szybem. Awenir oddał jednemu z Mongołów łopatkę i teraz 

ten   zabrał   się   za   wygarnianie   mojego   urobku.   Nieoczekiwanie   spod   rumoszu   zaczęły 

wyłaniać  się   deski.  Pracując   jak  wariat  w  kilkanaście   minut   odsłoniłem   stare,  drewniane 

drzwi.   Nie   dawały   się   otworzyć,   więc   wyłamałem   je.   Ktoś   podał   mi   latarkę.   Korytarz 

biegnący w głąb był bardzo wąski, musiałem iść bokiem. Nieoczekiwanie rozszerzył się w 

niewielką   jaskinię.   Przed   wielu   laty   ktoś   wmurował   w   jedną   ze   ścian   stalowe   drzwi   do 

sporego   sejfu.   Obok   wzniesiono   fachowo   betonową   ścianę.   Konstrukcja   wyglądała   na 

wyjątkowo mocną. Plan nie kłamał. To była skrytka Giżyckiego.

- Faktycznie, nie spieszyło mu się... - mruknąłem.

Podszedłem   do   drzwi.   Były   potwornie   zardzewiałe   i   zamknięte   na   głucho. 

Poświeciłem latarką i spostrzegłem butelkę typu aptekarskiego, stojącą na ziemi. Coś w niej 

bielało. List... Odkleiłem wosk, którym zabezpieczono szyjkę, i wydobyłem ze środka papier. 

Przeleciałem szybko wzrokiem równe rządki liter. Krótka i treściwa informacja sprawiła, że 

odetchnąłem   z   ulgą.   Ktoś   przepychał   się   przez   korytarz.   David.   Pośpiesznie   schowałem 

papier do kieszeni.

- Brawo, to jest sejf - mruknął, patrząc na stalowe wrota. - Gratuluję. Opróżnimy 

skrytkę, a potem poszukamy jeszcze nad jeziorem...

Walnął pięścią w stalowe drzwi.

- Poradzimy sobie - powiedział. - Mamy dynamit...

Wyminąłem go i wyszedłem na słoneczko.

- I co? - zapytał jeden z terrorystów.

background image

- Skarby za żelaznymi drzwiami - wyjaśniłem po rosyjsku.

Cała banda, wyjąc z radości, zaczęła się wpychać do środka.

- Na nas czas - dotknąłem ramienia Damao.

Wymknęliśmy się całą piątką. Maszerowaliśmy szybko i niebawem znaleźliśmy się 

koło baraczku. Ciężarówka stała ciągle na miejscu.

- Gdzie trzymają paliwo? - zapytałem Marka.

- Zaprowadzę.

Wdrapaliśmy się ścieżką do stanicy. Za budynkiem leżało kilka beczek z paliwem 

oraz kilkanaście kanistrów. Stały tu także motocykle. Sześć sztuk.

- Będziecie robaczki gonić nas na piechotę - powiedziałem mściwie.

Odkręciłem korki od baków i dosypałem do paliwa hojną garść piasku. Następnie 

wykręciłem świece i porozbijałem kamieniami.

- Spieszmy się - syknął chłopiec.

- Chwileczkę...

Wbiegłem do budynku. Byłem przygotowany, że ktoś został na straży, ale widocznie 

wszyscy pobiegli do skrytki.

Z   pokoju   Davida   zabrałem   oba   sztandary,   a   potem   wywaliłem   barkiem   drzwi 

sąsiedniego. Na łóżku leżał piękny karabin snajperski z celownikiem optycznym, a koło drzwi 

wisiał automat Kałasznikowa. Wyrwałem szufladę z biurka. Wewnątrz była paczka naboi do 

karabinu snajperskiego i dwa magazynki do kałasznikowa. Zabrałem je również. Wybiegłem 

z budynku.

- Pospieszmy się - syknął Mark.

- Biegnij do wąwozu z dwoma kanistrami... Dasz radę?

- Dam, ważą po jakieś piętnaście kilogramów.

- W razie czego znoś po jednym. Ja za chwilę będę.

Pobiegłem do helikoptera. Roztrzaskałem kolbą wszystkie zegary w kabinie, a potem 

wyciągnąłem spod płyty rozdzielczej wiązkę kabli i przeciąłem je bagnetem.

- Będziecie nas gonić na piechotę - warknąłem ponownie.

Złapałem pozostałe kanistry i zbiegłem po stromej ścieżce na dół.

- Zabieramy radio? - zapytał pan Tomasz, który właśnie wrzucał na pakę ciężarówki 

koce.

- Zabieramy - zdecydowałem.

Awenir lał z kanistra benzynę do baku.

- Gotowe - powiedział.

background image

Siadłem za kierownicą i szybko spiąłem druty. Silnik zagrał.

- Wszyscy na miejsca - powiedziałem.

Wskoczyli na platformę. Awenir usiadł koło mnie w szoferce.

- Pojechali - powiedziałem po rosyjsku i dałem gaz do dechy.

Wyjechaliśmy na trakt, a dziesięć minut później zakręciliśmy na rozjeździe na zachód. 

W   stronę   Ułan-Bator.   Nikt   nie   zauważył   naszego   zniknięcia.   Głuche   odgłosy   z   wąwozu 

świadczyły, że terroryści usiłują się dobrać do złota.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

POŚCIG • DZIEJE SIEMIONOWA • ODROBINA FIZYKI • POTYCZKA 

NA STEPIE • ODSIECZ • OSTATNI REKONESANS

Ciężarówka   podskakiwała   lekko   na   wybojach,   ale   pruła   dzielnie   naprzód.   Pasmo 

górskie zostawało powoli za nami. Minęło czterdzieści minut od chwili, gdy opuściliśmy 

miejsce uwięzienia. Zatrzymaliśmy się na chwilę i zamieniłem się miejscami z szefem. Teraz 

on siadł za kierownicą. Ten odcinek szlaku był w nienajgorszym stanie. Załadowałem karabin 

i z niepokojem patrzyłem w tył.

- I jak tam? - zapytał z szoferki pan Tomasz.

-   Na   razie   nie   widać   pościgu...   -   wyjaśniłem.   -   Ale   zanim   się   zorientują,   minie 

kilkadziesiąt   minut.   Następną   godzinę   poświęcą   na   uruchomienie   choćby   jednego 

motocykla...

- Przydałaby się lornetka - mruknął Awenir.

-   Jest   luneta   przy   karabinie   snajperskim   -   wyjaśniłem.   -   Ale   może   lepiej   jej   nie 

odczepiać...

- Jeśli szybko uda nam się znaleźć jakiś telefon, to możemy zadzwonić na policję - 

powiedział szef. - Może uda się ich dorwać, zanim wy wiozą skarby.

- Nie wywiozą niczego - stwierdziłem stanowczo.

Wszyscy   zamilkli   i   popatrzyli   na   mnie   ciekawie.   Wyjąłem   papier   z   kieszeni   i 

odczytałem z namaszczeniem.

- Ja, Grigorij Siemionow, hetman kozacki i głównodowodzący Białej Armii czynię 

wiadomym   wszem   i   wobec,   że   złożone   za   tą   ścianą   złoto,   będące   częścią   depozytów 

Azjatyckiej Dywizji Konnej, zdecydowałem się podjąć w lutym 1941 roku. Po przewiezieniu 

do cesarstwa Mandżukuo zostanie ono spieniężone.  Za uzyskane  w ten sposób pieniądze 

zamierzamy zakupić broń dla naszych partyzantów walczących z czerwoną zarazą.

- Ambitny plan - mruknął szef. - Choć nie wiem, czy się powiódł...

- Powiódł się - potwierdziłem. - W przededniu wybuchu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 

Rosjanie uderzyli na japońskie pozycje nad jeziorem Chałcyn Goł. Armia została odrzucona 

nagłym uderzeniem dziesiątki kilometrów w tył, w głąb Mandżurii. Nieoczekiwanie Rosjanie 

wstrzymali  ofensywę  i zaproponowali pokój. Japończycy  chętnie  na to przystali,  nie byli 

background image

jeszcze   wystarczająco   silni,   by   walczyć   z   tak   potężnym   wrogiem.   Parę   tygodni   później 

hitlerowcy uderzyli na Związek Radziecki. Ale Japończycy bali się wszczynać kolejną wojnę. 

Dobrze   zapamiętali   baty,   które   zebrali.   Natomiast   z   przyjemnością   wspierali   oddziałek 

Siemionowa, który buszował na terytorium zajętym przez Rosjan.

- Ostatni człowiek barona Ungerna - uśmiechnęła się Damao. - Nie poddał się nigdy...

-   To   prawda.   Dobrali   się   jak   w   korcu   maku,   dwaj   niezłomni   bohaterowie   wojny 

domowej   -   powiedziałem   w   zadumie.   -   Ungern   poległ,   ale   Siemionow   walczył   nadal. 

Dwadzieścia lat w partyzantce, dwadzieścia lat ukrywania się po lasach, nagłych ataków na 

radzieckie   posterunki...   Istotnie   twardy   gość,   choć   z   drugiej   strony   wieszanie   chłopów 

zagonionych przez komunistów do kołchozów nie przysparza mu chluby...

- Co się z nim ostatecznie stało?

-   W   1945   roku,   gdy   Armia   Czerwona   uderzyła   na   Mandżukuo,   udało   im   się 

pochwycić  ostatniego  cesarza Chin - Pu Yi. Niemal  jednocześnie w ręce komunistycznej 

armii chińskiej wpadł hetman Siemionow. Cesarz został przekazany Chińczykom, Siemionow 

Rosjanom. Po pokazowym procesie został rozstrzelany.

- A co się stało z cesarzem? - zainteresował się Owsianow.

- Cóż, przewodniczący Mao wydał decyzję, aby byłego cesarza zresocjalizować. Po 

dziesięciu latach tortur i poniżeń nawrócił się na komunizm i do końca życia pracował jako 

ogrodnik w Pekinie... Wybaczcie, że muszę przerwać, ale chyba zaczyna się coś dziać...

Daleko za nami, na szlaku, pojawiły się obłoczki kurzu.

- Sądzisz, że to oni? - zapytał Awenir.

- Ani chybi. Szybko im poszło z tą skrytką... - mruknąłem. - Niedobrze, sądziłem, że 

zejdzie im trochę dłużej...

- Musieli mieć zapasowe świece - powiedział ponuro Mark. - Choć dziwne, że nie 

zatrzymał ich piasek w paliwie.

- Może i zatrzymał - mruknąłem. - Ale godzinka roboty i można go usunąć...

-   Trzeba   było   spalić   motocykle   albo   poprzecinać   opony   -   podsunęła   nasza 

towarzyszka.

- Oto głos rozsądku - westchnąłem. - Nie przyszło mi to do głowy.

- Nie przejmuj się - powiedział pan Tomasz. - Działałeś w stresie...

Przetarłem lunetę karabinu i popatrzyłem przez nią. Zbliżali się, wypatrzyłem cztery 

motocykle.   Widocznie   dwóch   nie   zdołali   uruchomić.   Dalmierz   pokazał   odległość   tysiąca 

siedmiuset metrów. Trochę dużo, ale postanowiłem spróbować.

- Potem będą mówić, że pierwszy zacząłem - uśmiechnąłem się, po czym starannie 

background image

wycelowałem i posłałem pierwszą kulę.

Trafiłem idealnie w oponę. Motor stanął dęba, a pasażerowie polecieli na wszystkie 

strony,   zupełnie   jak   na   filmie.   Miałem   nadzieję,   że   żaden   nie   skręcił   sobie   karku. 

Wycelowałem w kolejną maszynę i strzeliłem. Ponownie celowałem w oponę, ale ciężarówka 

akurat lekko podskoczyła na wyboju i pocisk trafił w bak z paliwem. Motor zatrzymał się 

natychmiast,   a  motocykliści   zeskoczyli   i   odbiegli.   Nie   dziwiłem   się   im,   bo  po   przebiciu 

zbiornika musieli być cali upaćkani benzyną. Jeźdźcy na dwóch pozostałych motocyklach 

otworzyli ogień. Kule z kałasznikowa gwizdnęły mi nad głową.

- Padnij! - krzyknąłem, ciasno przywierając do blachy.

Szef   i   Awenir   skulili   się   w   szoferce,   ale   starali   się   nadal   utrzymać   rozpędzony 

samochód na szlaku. Damao przeładowała karabin.

- Osłonię pana. Proszę się wychylić i strzelać - poleciła.

Wypruła w niebo krótką serię.

Wychyliłem   się   i   wystrzeliłem   dwa   razy,   ale   obie   kule   nie   dosięgły   celu. 

Przeładowałem karabin. Teraz oni strzelali; kilka pocisków załomotało po blasze skrzyni, ale 

na szczęście miały zbyt małą energię, by przebić metal. Powstały za to paskudne wgniecenia.

- Jeszcze raz - poleciła.

Wychyliłem się ponownie i wystrzeliłem. Jeszcze jeden motor zaczął broczyć benzyną 

z przebitego baku, a kierujący maszyną Mongoł zatkał dziurkę palcem. W tym celu musiał 

puścić kierownicę. Wystarczył  moment nieuwagi i motocykl  wywalił się prosto pod koła 

następnego.   Obserwowałem   przez   lunetę,   jak   jeźdźcy   usiłują   rozplatać   kupę   połamanego 

żelastwa, w którą zamieniły się ich piękne pojazdy.  Znowu zaczęli strzelać i jedna z kul 

przebiła nam oponę w tylnym kole.

- A niech to... - zaklął szef. - Mają nas...

- Nie mają - powiedziałem. - Wszystkie motory uziemione. Zanim dogonią nas na 

piechotę, zdążymy załatać dziurę.

- Ba, ale nie mamy czym - westchnął Awenir. - Zapasowego koła też nie...

Przebicie   było   stosunkowo   nieznaczne,   ale   powietrze   szybko   zeszło   i   musieliśmy 

zatrzymać ciężarówkę.

Wysiedliśmy. Przed wzrokiem prześladowców zasłaniały nas pagórki.

- A może odkręcić koło i pojechać na trzech? - zaproponowała Damao.

- Nie da rady - łagodnie wyjaśnił pan Tomasz. - Nie utrzyma równowagi.

- A gdyby tak dociążyć przeciwległy róg samochodu? - zaproponowałem. - Mamy 

dziurawe   lewe   tylne   koło.   Więc   po   prawej   stronie   szoferki   ułożymy   przeciwwagę...   Na 

background image

przykład kilka głazów - wskazałem stos kamieni.

Cała trójka popatrzyła na mnie ze zdumieniem.

- To chyba niemożliwe - powiedział Pan Samochodzik.

- Ciężarówka jest dość lekka. Musimy zrównoważyć mniej więcej połowę jej masy, 

czyli jak przypuszczam w szoferce trzeba ułożyć półtorej, może dwie tony kamienia. W tej 

chwili   róg,   pod   którym   jest   zniszczone   koło,   opada   po   osi   przecinającej   samochód   w 

płaszczyźnie...

- Nigdy nie lubiłem matematyki - westchnął szef.

- A ja jestem inżynierem, ale coś tak szalonego nie przyszłoby mi do głowy - mruknął 

Awenir. - Nie będziemy wiedzieli, póki nie spróbujemy.

Wyrwaliśmy siedzenie obok kierowcy i zaczęliśmy ładować do środka kamienie. W 

tym   czasie   Damao   odkręciła   uszkodzone   koło   i  obojętnie   kopnęła   na   pobocze.   Wreszcie 

kamienna piramida w szoferce urosła do odpowiednio imponujących rozmiarów. Obszedłem 

samochód dookoła. Stał, a oś, od której odkręciliśmy koło, wisiała metr nad ziemią.

- No, to w drogę!

Usadowiliśmy   się   po   prawej   stronie   skrzyni,   aby   swoim   ciężarem   dodatkowo 

zwiększyć równowagę, po czym szef zapalił silnik. Ruszyliśmy powoli. Piramida kamieni 

spełniała swoją rolę.

- To niemożliwe - powiedział Awenir. - To przeczy prawom...

- Fizyki? - zagadnąłem złośliwie. - Zapewniam pana, że nie...

Zamyślił   się.   Wjechaliśmy   na   pagórek.   Niestety,   w   trakcie   jazdy   w   dół   piramida 

rozwaliła się i większa część kamieni poleciała na ziemię, zabierając ze sobą przednią szybę i 

boczne drzwi. Ciężarówka mocno się zdeformowała.

- Czy masz jeszcze jakiś dobry pomysł? - zapytał Pan Samochodzik.

- Obawiam się, że nie...

- Gonią nas na piechotę - odezwała się milcząca dotąd Damao.

Faktycznie, ze szczytu wzgórza dostrzegliśmy naszych prześladowców. Szli gęsiego. 

Jeden z nich obserwował nas przez lornetkę.

- Wiedzą już, że nie mamy transportu - zauważyłem markotnie.

- W drogę - polecił szef. - Za kilka godzin będzie ciemno, zgubimy ich.

- Może to i dobry pomysł - popatrzyłem z powątpiewaniem na rozciągające się wokół 

nas wzgórza. - W drogę.

Miałem,   szczerze   powiedziawszy,   poważne   wątpliwości,   czy   ten   prosty   plan   się 

powiedzie. Pan Tomasz i Awenir byli wiekowi. Damao nie wyglądała na szczególnie twardą 

background image

dziewczynę, z pewnością więcej jeździła samochodem, niż chodziła po górach. Tymczasem 

po piętach deptało nam sześciu wysportowanych tubylców. Musieli nas niebawem dogonić... 

Ruszyliśmy   równym,   dziarskim   krokiem.   Wspięliśmy   się   na   szczyt   kolejnego   wzgórza. 

Obejrzałem   się   i   zobaczyłem   obrazek,   od   którego   zrobiło   mi   się   zimno.   Od   strony   gór 

nadlatywał helikopter Davida. Nasi prześladowcy też go musieli zauważyć, wyraźnie bowiem 

ożywili się.

- Nie ma rady - powiedziałem. - Trzeba się przygotować do odparcia oblężenia.

- Co robimy? - zapytał Owsianow.

- Ty, Damao, uciekaj w step. Odbiegnij jak najdalej i połóż się płasko w trawie. My 

postaramy się ich zatrzymać. Ty, Mark, to samo, tylko w innym kierunku. Może nie uda im 

się was wypatrzyć. Wtedy po zapadnięciu zmroku ruszajcie dalej.

- Mowy nie ma - powiedział młodzieniec z godnością. - Jestem mężczyzną.

- A ja też umiem strzelać - powiedziała Damao. - Płynie we mnie krew pięćdziesięciu 

pokoleń nieustraszonych wojowników.

Tego właśnie się obawiałem...

- Trzeba szybko zbudować jakiś wał, który choć częściowo zasłoni nas przed kulami - 

poleciłem.

Śmigłowiec wylądował koło grupki byłych motocyklistów. Dźwigaliśmy pospiesznie 

kawałki   skały   i   układaliśmy   je   w   okrąg.   Szef   z   saperką   w   ręce   kopał   płytkie   doły   za 

kamieniami. Nim maszyna wroga znowu wzbiła się w powietrze, prowizoryczny punkt oporu 

był gotowy.

- Wiesz co, Pawle - odezwał się szef w zadumie - ty chyba przynosisz mi niefart.

- Dlaczego? - zdumiałem się.

- Przez wiele lat byłem detektywem i jakoś do mnie nie strzelano. No, może z jednym 

czy dwoma wyjątkami. A od kiedy poznałem ciebie, nieustannie tropią nas bandy facetów z 

karabinami. Możesz mi to wyjaśnić?

- To chyba takie parszywe czasy - powiedziałem. - Jak sądzisz, w co trafić helikopter, 

żeby go unieszkodliwić, a jednocześnie nie pozabijać załogi? - zwróciłem się do Marka.

-  Boczny zbiornik paliwa - powiedział. - Jak benzyna dobrze tryśnie, to się zdrowo 

przestraszą.

- A nie wybuchnie? - zaniepokoił się Awenir.

- Nie powinien - uśmiechnął się chłopiec.

Wycelowałem   i   wystrzeliłem.   Śmigłowiec   odpowiedział   ogniem.   Przeczekaliśmy 

chwilę wtuleni w ziemię. A potem wychyliłem się i trafiłem w tylne śmigiełko stanowiące 

background image

stabilizator. Maszyna zaczęła kręcić się w powietrzu jak bąk, po czym opadła na ziemię i 

wylądowała   przechylona  na  jeden bok.  Z  drzwi  wysypali  się  terroryści.  Było  ich  ośmiu. 

Sześciu motocyklistów właśnie nadchodziło drogą.

- Ma pan jakiś pomysł taktyczny? - zapytał Awrenir.

- Ile mamy naboi? - inżynier zwrócił się do mnie.

- Trzydzieści. To znaczy trzydzieści do snajperskiego...

- I jeszcze dwa magazynki do kałasznikowa - wyjaśniła Damao. - Tyle tylko, że one 

mają inny kaliber i nie da się przełożyć...

- Czyli osiem można poświęcić, żeby ich odstraszyć, na przykład dziurawiąc im nogi, 

a potem niestety trzeba będzie strzelać tak, żeby zabić - podsumował rzeczowo Awenir.

- Nie zabiłem dotąd nikogo i nie zamierzam - powiedziałem ostro.

- Rany boskie - jęknął szef i teatralnym  gestem złapał się za głową. - Komandos 

pacyfista? I to ma być najlepszy trzon naszej armii, ludzie, którzy będą operowali na dalekim 

zapleczu frontu...

- Nie jesteśmy na wojnie - powiedziałem łagodnie.

- A co to jest? - zapytała Damao.

Nasi przeciwnicy przyczaili się na szczycie  pagórka oddalonego o jakieś dwieście 

metrów   od   nas   i   zaczęli   podobnie   jak   my   stawiać   sobie   prowizoryczną   barykadę.   Nie 

chciałem marnować amunicji, zwłaszcza że kryli się za kamieniami, ale zdołałem postrzelić 

jednego z nich w łydkę.

- Aby do nocy - powiedziałem spokojnie. - Wtedy się wymkniemy.

- Wracając do naszej rozmowy - odezwał się szef. - Bandy facetów z karabinami...

Terroryści ostrzelali nasze pozycje. Na szczęście kule niegroźnie gwizdnęły nam nad 

głowami.

- Nie utrzymamy się - powiedziała Damao pół godziny później.

Terroryści otaczali nas ze wszystkich stron. Podeszli kryjąc się za głazami i stokami 

wzgórz.

- To co, wywiesimy białą flagę? - zaproponował szef.

- Sądzi pan, że oni tu słyszeli o Konwencji Genewskiej? - zadałem retoryczne pytanie.

Znowu   kule   zagwizdały   nam   nad   głowami.   Tylko   dwie   uderzyły   w   kamienie 

stanowiące  szaniec.  Wykorzystując  chwilę, gdy leżeliśmy  nakrywając  głowy rękami,  nasi 

prześladowcy podeszli   jeszcze   bliżej.  Popatrzyłem   z niepokojem  na  słońce.  Stało  jeszcze 

wysoko, lecz... Lecz na zachodzie na niebie pojawił się szybko zbliżający się ciemny kształt. 

W pierwszej chwili sądziłem, że się mylę, ale niebawem rozpoznałem sylwetkę. Dwupłatowe 

background image

skrzydła pokryte brezentem...

- Nasi! - krzyknąłem.

Damao   wygarnęła   w   niebo   krótką   serię   z   kałasza.   Latający   wehikuł   zakręcił. 

Wyjrzałem   ostrożnie   zza   kamieni.   Nasi   wrogowie   widocznie   też   zauważyli   nadciągającą 

odsiecz,   bo   zaczęli   wygrażać   bronią.   Samolot   wykonał   łagodny   zwrotna   skrzydło.   Coś 

oślepiająco   jasnego   pomknęło   z   gwizdem   nad   stepem   i   uderzyło   w   helikopter,   który 

natychmiast  zamienił  się w słup ognia. Kolejny tajemniczy pocisk uderzył  w stanowisko 

naszych wrogów. Kilku wyjąc nieludzko wybiegło z okopu i tarzając się usiłowało zdusić 

płomienie. Koledzy pomagali im posypując piaskiem. Wreszcie ugasili.

- Co to takiego? Pociski rakietowe? - zdumiał się szef.

- Nie mam pojęcia - powiedziałem również zaskoczony. - Dotąd nie zetknąłem się z 

czymś takim.

- Myślałem, że w komandosach przerabiacie wszystkie rodzaje broni?

-   Oczywiście,   ale   już   dobrych   parę   lat   pomagam   panu,   a   w   tym   czasie   postęp 

techniczny idzie do przodu...

Samolot zatoczył koło. Kolejny pocisk wpadł pomiędzy skały kawałek od nas. Znowu 

strzelił słup ognia wysoki na kilkanaście merów, a poparzeni terroryści wybiegli na otwarte 

pole.   Byli   przerażeni.   Miejsce,   w   którym   przed   chwilą   się   kryli,   gorzało   teraz   jak   piec 

hutniczy. Z wysoka zagadał megafon. Człowiek siedzący w samolocie wydał jakiś rozkaz. 

Terroryści   zbili   się   w   przerażoną   gromadę.   Z   niebios   padł   kolejny   rozkaz.   Zrozumieli. 

Wszyscy natychmiast rzucili broń i zamarli z rękoma podniesionymi do góry.

- Co on mówi? - zapytałem Marka.

- Grozi, że spali ich wszystkich - wyjaśnił.

Poderwałem   się   i   ruszyłem   pozbierać   porzuconą   broń.   Samolot   zahamował 

gwałtownie   na   pylistej   drodze.   Zeskoczyły   z   niego   trzy   postaci.   Przodem   szedł   Paul 

Vandersyft.   W   dłoniach   dzierżył   jakąś   straszliwą   rurę.   Za   nim   kuśtykał   o   lasce   Ałmaz 

Ungern.   Michaił   Derekowicz   zamykał   pochód.   On   także   trzymał   podobną   broń   w   ręce. 

Przyglądałem się jej uważnie, ale nie mogłem zidentyfikować.

- Który tu szef? - zapytał Ałmaz po rosyjsku, a potem wyciągnął z grupki Davida. - 

Prawdziwy amerykański komunista - powiedział. - Czy ty chociaż wiesz, z kim ośmieliłeś się 

zadrzeć?

A   potem   wsparł   się   jedną   ręką   na   lasce,   a   drugą...   Jak   żyję,   nie   widziałem   tak 

pięknego sierpowego. Szef bandy gruchnął na plecy wzbijając tuman kurzu.

- A teraz patrzcie - staruszek rozpiął koszulę i obojętnie rzucił ją na ziemię. - Wiecie, 

background image

co to oznacza?

Na widok jego znamienia wszyscy jak na komendę padli na kolana. Kilku zaczęło 

łamanym rosyjskim jęczeć jakieś prośby.

- Chcą, żeby ich po prostu zastrzelił - powiedział cicho Mark. - Mówią, że wiedzą, iż 

zasłużyli na pal, ale apelują do jego humanitaryzmu.

Zamroczony David poruszył głową i wypluł kilka zębów. Usiłował wstać, ale ręce się 

pod nim ugięły i znowu opadł w pył. Michaił podszedł do mnie z naręczem jednorazowych 

plastykowych kajdanek.

- Skuj ich - polecił.

Ungern stał ciągle, miażdżąc wzrokiem swoich jeńców. Bladzi jak śmierć czekali na 

wykonanie wyroku. Spokojnie pozakładałem im kajdanki. Nie bronili się.

- A teraz słuchajcie - odezwał się. - Dziś są urodziny mojej wnuczki - wskazał gestem 

Damao. - Więc zrobię wyjątek i daruję wam życie.

Popatrzyłem na ich twarze. Malowało się na nich więcej zdumienia niż radości.

- Za parę minut przylecą tu rządowe helikoptery, odwiozą was, robaczki, do więzienia. 

A jeśli któremuś kiedyś przyjdzie jeszcze do głowy szukać skarbów mojego ojca, to wykopię 

go jak glizdę spod ziemi!

Pomyślałem   sobie,   że   trzeba   mu   będzie   potem   powiedzieć,   że   pod   ziemią   żyją 

dżdżownice, a nie glizdy.

Zostawił ich skutych kajdankami i klęczących w pyle i podszedł do nas.

- Jak tam? - zapytał. - Nie zrobili wam krzywdy? Jak was traktowali?

- Nie najgorzej - powiedział pan Tomasz.

- Znośnie, dziadku - powiedziała Damao.

- Wasze szczęście - warknął w stronę jeńców, którzy wtulili głowy w ramiona.

- Nie ma to jak zła sława - powiedziałem w zadumie.

- Czasem się przydaje - uśmiechnął się Ałmaz.

- Gdybym wiedział wcześniej... - westchnąłem.

Popatrzył na mnie zaciekawiony.

- To co byś zrobił?

- Pańska wnuczka ma identyczne znamię. Wystarczyłoby, że zadarłaby lekko bluzkę, 

a ci tam - machnąłem dłonią - sami odwieźliby nas do Ułan-Bator.

- Faktycznie, dobry pomysł - przyznała z uśmiechem. - Szkoda, że nie wpadliśmy na 

to wcześniej...

- Jak nas pan odnalazł? - zainteresowałem się.

background image

-   Odebraliśmy   wasz   komunikat   nadany   przez   radio   -   wyjaśnił.   -   Ci   ze   służb 

specjalnych   nie   chcieli   nam   specjalnie   wierzyć,   więc   uruchomiliśmy   samolot   Michaiła   i 

ruszyliśmy wam z odsieczą.

- Co to za zdumiewająca broń? - zapytałem Michaiła, który akurat przechodził obok 

nas.

- Miotacz ognia - wyjaśnił ochoczo.

- To chyba nie jest miotacz ognia - zaprotestowałem.

- To broń najnowszej generacji, rosyjska - powiedział z odrobiną narodowej dumy. - 

Odpala kapsułę wypełnioną napalmem i sprężonym powietrzem. Po trafieniu w cel napalm 

pryska na wszystkie strony i zapala się w zetknięciu z powietrzem.

- Genialne - mruknąłem. - W ten sposób można połączyć  zalety miotacza ognia i 

moździerza... Podpalać na odległość. Muszę o tym opowiedzieć naszym chłopakom ze służb 

specjalnych...

- Znaleźliście coś? - zaciekawił się staruszek.

Był już zmęczony, więc przysiadł na kamieniu.

- Trafiliśmy na niedużą skrytkę przygotowaną przez Kamila Giżyckiego - wyjaśniłem. 

- Niestety, została opróżniona - podałem mu list wydobyty z butelki.

Przebiegł go szybko wzrokiem.

- Nie da się wykluczyć, że hetman po prostu zużył wszystkie skarby... - mruknął. - 

Skoro wiedział, gdzie są ukryte...

- Może nie o wszystkich wiedział? - zauważyłem. - Może pod tą kamienną piramidką 

faktycznie są ukryte najważniejsze części depozytu?

- Pod piramidką? - zdziwił się.

Opowiedziałem mu o fotografii z “Puszcz polskich”. Pokiwał głową.

- To brzmi zupełnie prawdopodobnie - westchnął. - Nie udało wam się jej odnaleźć?

Pokręciłem przecząco głową. Ałmaz zamyślił się.

- Sądzę, że trzeba jej poszukać - powiedział. - Wasz samolot jest naprawiony, Michaił 

z przyjemnością jeszcze polata. Gdybyście znaleźli, dajcie znać... Ja wracam do domu... Mam 

już dosyć...

Uśmiechnąłem się szeroko.

- Z pewnością powiadomimy - powiedziałem.

Na niebie pojawiło się kilka ciemnych punktów. Nadlatywały wojskowe helikoptery, a 

w nich milicjanci, by aresztować schwytanych przez Ałmaza terrorystów. David potrząsając 

głową zdołał wstać na czworaka. Zauważyłem, że wielu jeńców odetchnęło z ulgą. Dopiero 

background image

teraz uwierzyli, że unikną wbijania na pal.

Nad rozległym stepem wstawało słońce. Nad łanami traw snuły się opary. Wyszedłem 

przed karawanseraj i głęboko wciągnąłem w płuca powietrze.

- Chłodno - zauważył Michaił, który opatulony w koc obserwował wschód słońca. - 

Tu chyba niedługo będzie zima...

- A na nas powoli czas, by zbierać się do kraju - powiedziałem w zadumie.

- Znajdziemy tylko piramidkę i możemy wracać - uśmiechnął się szeroko. - Zresztą 

znaleźliście z panem Tomaszem jedną ze skrytek...

- Owszem, ale nie zapominaj, że zawieźli nas niemal na miejsce i prawie siłą zagonili 

do odpowiedniego wąwozu... Taki sukces nie cieszy. Zresztą tam już nie było depozytu...

- Czyżbyś cierpiał na gorączkę złota? - uśmiechnął się.

- Nie, Michaił. Wyleczyłem się.

- I słusznie, w tej robocie trzeba zachować odpowiedni dystans.

Patrzyliśmy w zadumie, jak tarcza słoneczna wspina się coraz wyżej i wyżej.

- To będzie ładny dzień - powiedział. - Polecimy na południe i sprawdzimy ostatni 

odcinek szlaku.

- Tak  właśnie zrobimy - uśmiechnąłem  się.  - Przecież  ta przeklęta  kupka głazów 

gdzieś tam musi być.

Wróciłem   do   zajazdu   i   nastawiłem   wodę   na   kawę   i   herbatę.   Silny   zapach   kawy 

obudził Pana Samochodzika. Otworzył leniwie oczy.

- Wcześnie dziś wstaliście - zauważył. - Jakie plany?

- Zaraz wytoczymy samolot z hangaru...

- Przecież on stoi po prostu na łące - uśmiechnął się.

- Owszem, ale to ładnie brzmi: “wytoczymy z hangaru”. Wsiądziemy i polecimy na 

południe wypatrując piramidy. Jakoś po południu ją znajdziemy i przylecimy po pana, żeby 

nie wydobywać skarbów bez czujnej kontroli kierownika...

-  Tym   kierownikiem   jest  chyba  Michaił   - uśmiechnął  się  Pan Samochodzik.  -  W 

każdym razie to jego wyprawa...

Zjedliśmy śniadanie. Czułem się wolny i gotów do wielkich czynów. Wsiedliśmy z 

Michaiłem do jego koszmarnego latającego wehikułu i wystartowaliśmy.  Owiał nas wiatr 

pachnący jesienią, ale jednocześnie było ciepło i przyjemnie.

- W Polsce nazywamy taką ciepłą jesień babim latem - powiedziałem.

- A w Kanadzie nazywa się ją indiańskim latem - odpowiedział. - Często nie sposób 

background image

dojść, dlaczego różne rzeczy nazywają się tak, a nie inaczej...

Wysoko nad nami przemknął boeing lecący pewnie z Moskwy do Pekinu. Pod nami 

stada zwierząt skubały trawę. Było spokojnie. Po napięciu ostatnich dni odpoczywałem...

- Aż mnie kusi, żeby tu zostać - westchnął Michaił. - Tylko pomyśl, Pawle, facet 

chałupniczo buduje tu samoloty. My z twoimi umiejętnościami wejdziemy z nim w spółkę i 

będziemy wyposażać je w nadajniki radiowe...

-   Albo   będziemy   latali   nad   krajem   przewożąc   owce   samolotem   -   przypomniałem 

sobie, jak leciałem z panem Tomaszem do Chartumu.

- Można i owce - uśmiechnął się.

- Obawiam się, że to radosne bezhołowie szybko się skończy - westchnąłem. - Zaraz 

pojawią się żądni pieniędzy biurokraci, którzy zażądają licencji pilotów, badań technicznych 

samolotu...

- Ma niezłe parametry aerodynamiczne - powiedział Michaił. - Myślę, że niektóre 

testy byłby w stanie przejść.

- Tak,  ale  lotki  ustawiasz  korbką. Poza  tym  nie  wiem,  czy w  krajach,  że się tak 

wyrażę, cywilizowanych nie ma przypadkiem zakazu lotu dwupłatowcami.

- Chyba nie. Ja w każdym razie nie słyszałem.

- To dlaczego, skoro to lepsza konstrukcja niż jednopłatowce, już się takich nie robi?

- Tego nie wiem - zasępił się. - Sądzisz, że szybko ten kraj się ucywilizuje?

- Obawiam się, że błyskawicznie - westchnąłem. - Rak biurokracji to ma do siebie, że 

jak   się   w   jednym   miejscu   zaszczepi,   to   niczym   nie   można   go   usunąć.   Tu   po   prostu 

znajdujemy  się w  krótkim  momencie  dziejów,  gdy stara  kadra  komunistyczna   odeszła  w 

niebyt, a nowa nie jest w stanie kontrolować wszystkiego.

-   To   może   reaktywujemy   herbaciany   szlak.   Kupimy   sobie   juczne   wielbłądy   i 

będziemy wozić herbatę z Pekinu do Moskwy... Albo chociaż do Irkucka.

- Obawiam się, że cywilizacja za szybko zacznie nam deptać po piętach. Ale można ją 

wykorzystać. Ty wiesz, jaki to gigantyczny rynek na panele baterii słonecznych i telefony 

satelitarne?

- To wielki kraj - westchnął. - Nie podbijemy go...

-   To   miejsce,   gdzie   mieliśmy   przymusowe   lądowanie   -   Michaił   pokazał   kawałek 

szlaku pod nami. - Teraz wkraczamy w nieznane...

Kilka kilometrów dalej przelecieliśmy nad sporym miasteczkiem.

- Trzeba było iść wtedy w drugą stronę - powiedział. - Trafilibyśmy prosto na stację 

benzynową i zapewne telefon...

background image

- Mądry Polak po szkodzie - mruknąłem.

Roześmiał się.

Do miasteczka od zachodu dochodziła asfaltowana szosa, a na południe znowu biegł 

dalszy odcinek szlaku. Polecieliśmy w tamtą stronę. Ruch na tym odcinku był dość spory. 

Jeździły ciężarówki, wozy zaprzężone w konie, pędzono stada zwierząt. Okolica stawała się 

jednak coraz bardziej pustynna. Przelecieliśmy nad jeszcze jedną osadą. W morzu piasków 

wyglądała   niemal   jak   oaza.   Kawałek   dalej   zgubiliśmy   dawny   szlak.   Łudziliśmy   się,   że 

zdołamy go niebawem odnaleźć, ale jak się okazało były to próżne nadzieje. Zbyt wiele lat 

minęło, zbyt wiele burz piaskowych przeszło nad starą drogą.

- To już koniec - powiedział Michaił rozczarowany. - Pora wracać.

- Jeszcze kawałek - poprosiłem.

Pomknęliśmy nad pustynią w stronę bliskiej już granicy. - Założenia były chyba dobre 

- mruknąłem.

- Oczywiście. Można powiedzieć, że Pan Samochodzik rozwikłał zagadkę. Ale kraj 

jest   zbyt   wielki,   żeby   odnaleźć   właściwy   szlak   i   tajemniczy   kamienny   ostrosłup... 

Wybraliśmy dobrze, lataliśmy nad najbardziej prawdopodobną trasą. Tyle tylko, że minęło 

wiele lat. Być może piramidkę pochłonęły wędrujące piaski, które potem porosły stepową 

trawą. Może rozwalono ją, by kamieni użyć do obudowy paleniska w jurcie albo umocnienia 

drogi. Zabytki mają to do siebie, że nie są wieczne... Różnie mogło się zdarzyć...

- Pamiętasz, co mówiłem ci wtedy w Tobolsku? - zapytał Michaił.

- Gdy płynęliśmy przez rzekę?

- Nie, wcześniej, na murze więzienia. Trzeba cieszyć się chwilą. Podziwiać piękno 

przyrody.   Pomyśl,   że   teraz   nie   musimy   obserwować   ziemi.   Możemy   wznieść   dumne 

spojrzenie naprzód. Jak tamtej nocy, gdy Ungern i Ossendowski pojechali samochodem w 

step i w ciemności wypatrywali ślepi wilków... - nadal jednak nie odrywał spojrzenia od 

stepu.

Wypatrzył ją pierwszy i obniżył lot. Kamienna piramidka niemal identyczna jak w 

Międzybrodziu stała na niewysokim pagórku. Osadził samolot na szosie. Wyjąłem z kieszeni 

fotografię.

- Jesteśmy u celu - powiedziałem poważnie.

W trzy godziny później Michaił przywiózł pana Tomasza i Awenira. Ja tymczasem 

obszedłem piramidkę dookoła. Nigdzie nie było śladu wejścia.

- Sądzę, że trzeba podkopać rogi budowli - zauważyłem - albo odmierzyć  siedem 

kroków i tam zacząć kopać.

background image

- Nie zgrywaj się - poprosił Pan Samochodzik. - To poważna sprawa.

Podał   mi   torbę   z   wykrywaczem.   Zmontowałem   go   pospiesznie   i   uruchomiłem. 

Ruszyłem wzdłuż ściany. Od zachodu, w połowie jej długości, urządzenie cichutko zapikalo. 

Coś małego, głęboko. Ująłem saperkę w dłoń i wgryzłem się w piaszczystą stepową ziemię. 

Pół metra poniżej powierzchni gruntu natrafiłem na niewielkie metalowe pudełko.

- To wszystko? - zdziwił się Awenir.

- Nie zawsze znajduje się od razu cały pociąg - uśmiechnął się Pan Samochodzik.

background image

ZAKOŃCZENIE

Mała  willa   na przedmieściach  Helsinek  drzemała  pod  śniegiem.  Gęsty  biały puch 

pokrywał krzewy w ogrodzie i dach. Z rynien zwisały długie sople. Było kilkanaście stopni 

mrozu. Michaił mimo grubej kurtki podbitej futrem renifera szczękał zębami.

- To tutaj - sprawdziłem raz jeszcze adres.

-   Tutaj   -   potwierdził   wskazując   herb   przykręcony   do   stalowej   furtki.   Nacisnąłem 

dzwonek. Gdzieś zza ciężkich dębowych drzwi rozległo się melodyjne dzwonienie. Jak ci 

Skandynawowie to robili, że ich dzwonki nie zamarzały nawet podczas najtęższych mrozów?

Drzwi otworzyły się rzucając słup światła. Ku furtce, wydeptując ślady w wysokim 

śniegu,   szła   jakaś   postać   zakutana   w   futro.   Dopiero   gdy  była   bardzo   blisko,   poznaliśmy 

Damao.

- Paweł Daniec i Michaił Derekowicz? - zdziwiła się. - Wejdźcie, proszę.

Po   chwili   znaleźliśmy   się   w   ładnym   holu   wyłożonym   kasztanową   boazerią.   Na 

ścianach wisiały rosyjskie szable oficerskie skrzyżowane z karabinami, a pod sufitem dwa 

sztandary z czasów pierwszej wojny światowej. Zdjęliśmy buty i kurtki. Damao znalazła dla 

nas wygodne kapcie.

- Obiad będzie dopiero o siedemnastej - powiedziała. - Ale może napijecie się herbaty 

i coś przekąsicie...

- Jedliśmy w samolocie - uspokoiłem ją. - Chcielibyśmy, jeśli można, zobaczyć się z 

pani dziadkiem.

- Oczywiście, jest w salonie. Czy coś się stało?

Uśmiechnęliśmy się tajemniczo. Salon wyglądał jak przedłużenie holu, tylko broni 

było   tu   więcej.   Na   ścianach   wisiała   kolekcja   maczet,   a   pod   sufitem   kolejne   sztandary. 

Popatrzyłem na nie zdumiony. Na pierwszym z nich widniała głowa Lenina i hiszpański napis 

“Patria   o   Muerte”   -   “Ojczyzna   albo   śmierć”,   na   kolejnym   sierp   i   młot   oraz   krzaczki 

amharskiego alfabetu. Jeszcze jeden hiszpański, tym razem z gwiazdą... Kolejny zapisany 

łacińskim alfabetem, ale w jakimś zupełnie niezrozumiałym języku.

- Trofea wojenne? - zapytał Michaił.

-   Tak.   Dziadek   ma   jedenaście   sztandarów.   Dowodzone   przez   niego   jednostki 

wielokrotnie rozbijały oddziały wrogów. Nazbierało się. Wojna domowa w Hiszpanii, wojna 

zimowa w Karelii, Etiopia, Korea, Wietnam, Angola, Chile... Tam w gablotce są jego medale 

i ordery.

background image

Pochyliliśmy   się   nad   gablotą   zawieszoną   koło   kominka.   Odznaczeń   było   ponad 

trzydzieści. Większości nawet nie próbowałem identyfikować. Na samym dole wisiała złota 

gwiazdka ozdobiona platynową głową.

- Order Lenina? - zdumiał się Michaił.

- Zdobyczny - wyjaśnił gospodarz wjeżdżając na wózku do salonu. - Trafił mi się w 

Afganistanie.

Zasiedliśmy w fotelach.

- Cóż panów sprowadza? - zapytał staruszek.

Damao przyniosła herbatę.

- Znaleźliśmy to miejsce - położyłem na stole kolorowe zdjęcie piramidki.

Popatrzył na mnie zdumiony.

- Udało wam się? Niesamowite. I jak? Duże łupy?

-   Obeszliśmy   ją   z   wykrywaczem   metali   i   na   zachód   od   niej   znaleźliśmy   stalową 

skrzynię.

Staruszek zacisnął dłonie, aż mu zbielały kostki.

- Co było w środku?

-   Spora   ilość   dokumentów   -   powiedziałem.   -   Głównie   papiery   rządu   admirała 

Aleksandra   Kołczaka   i   związane   z   działalnością   Azjatyckiej   Dywizji   Konnej.   Niestety, 

zachowały się w tragicznym stanie. Zeskanowaliśmy co się dało, a z oryginałami męczą się 

nasi specjaliści od konserwacji papieru. Ale niewiele da się uratować.

Michaił położył na brzegu stolika płytę CD-Rom.

- Tu są skany - wyjaśnił.

- W skrzynce było jeszcze coś - dodałem. - Mały jedwabny woreczek z rubinami i 

diamentami

Podałem gospodarzowi. Wysypał je na blat i przeorał palcami... Zalśniły.

- I jeszcze ten drobiazg.

Z   kieszeni   wyjąłem   mały   pakunek   i   rozwinąwszy   go   podałem   mu   pudełko   po 

cygarach.

- Jest zalutowane - powiedział Michaił. - Nie otwieraliśmy go.

- Dlaczego mi to wszystko przywieźliście? - zainteresował się.

- Tam był jeszcze list... - podałem mu zetlały częściowo papier.

- Proszę, aby ktokolwiek odnajdzie ten depozyt, dostarczył zawartość tego pudełka 

księżniczce Miao Asin Gioro lub jej synowi Ałmazowi - przeczytał wzruszony Ungern.

- Tak więc, mimo siedemdziesięcioletniego opóźnienia, przesyłka została dostarczona 

background image

- powiedziałem uroczyście. - Rozwiązaliśmy tajemnicę Ossendowskiego. Nie wiemy, co jest 

w środku...

Kiwnął głową.

- Sądzę, że po prostu Ossendowski nie był w stanie dotrzeć do okupowanych przez 

Japonię Chin - mruknął. - Aż jakiegoś powodu nie wypełnił misji od razu. Może nie zdołał 

odnaleźć mojej matki, a może nie dopuścili go do niej... Teraz to nieistotne. Czy któryś w was 

ma może pilnik?

Wyciągnąłem   z   podeszwy   buta   żydowski   włos.   Baron   zręcznie   odpiłował   jedną 

ściankę zalutowanego pudełka i wytrząsnął na blat stołu dwa przedmioty zawinięte w zetlałe 

papierowe  serwetki.  Odwinął ostrożnie  pierwszy z nich. Na stole zabłysł  Order świętego 

Jerzego. Biała emalia na ramionach krzyża lśniła jak gwiazda.

- Pośrodku powinien być rysunek świętego Jerzego przebijającego włócznią smoka - 

zauważyłem. - A tymczasem jest dwugłowy czarny orzeł...

- To odmiana orderu, którą przyznawano innowiercom - wyjaśnił staruszek. - Ojciec 

był buddystą. Mnie wychowano w duchu religii shin-to, ale gdy podrosłem, przeszedłem na 

prawosławie. Ostatecznie moi przodkowie od tysiąca lat bronili Krzyża...

- Zobaczmy jeszcze ten drugi pakunek - zaproponował Michaił.

Gospodarz spokojnie rozwinął drugą serwetkę. Spoczywał w niej niewielki sygnet z 

ciemnego   złota.   W   pierścień   wprawiono   czerwony   kamień,   zapewne   rubin.   Gospodarz 

podniósł go, a wtedy zobaczyliśmy, że w kamieniu wycięto głęboko znak swastyki.

- Pamiątkowy sygnet Adolfa Hitlera - zażartowałem.

- Prawie zgadłeś - uśmiechnął się Ungern. - To pierścień Czyngiz-chana, który mój 

ojciec otrzymał od mongolskiej starszyzny. Pierścień, który poddawał jego władzy wszystkie 

plemiona zamieszkujące historyczne granice Mongolii... Wysłał go dla mnie... Czyżby chciał, 

aby potomek dumnego rodu niemieckich kondotierów i domu cesarskiego Chin objął kiedyś 

władzę nad całą tą częścią świata?

- Rany... - wykrztusiłem.

- Teraz sami widzicie, dlaczego nie lubię komunistów - uśmiechnął się. - Pozbawili 

mnie mojego dziedzictwa...

- Swastyka - mruknął Michaił obracając sygnet w palcach. - Wiele ludów używało 

tego znaku. Nawet Słowianie ryli go w dnach garnków jako znak ognia...

- Faktycznie, coś w tym jest, że ten znak towarzyszy od dawna ludom sycącym się 

wojną... - powiedział w zadumie baron. - Pasowałby do nas. My, Ungernowie, od tysiąca lat 

jesteśmy   rodem   wojowników,   zdobywców,   łupieżców,   szaleńców   Bożych   walczących   do 

background image

końca   o   przegrane   sprawy...   Tylko   że   przez   najbliższe   kilkaset   lat   umieszczenie   czegoś 

takiego na herbie wywołać mogłoby bardzo niedobre skojarzenia...

- Zawsze będą ludzie, którzy lubią zabijać - mruknął Michaił.

- Owszem - kiwnął poważnie głową nasz gospodarz. - Jedni z sadyzmu, inni z żądzy 

zysku, a jeszcze inni z potrzeby serca i poczucia sprawiedliwości.

Wiedzieliśmy, że ma na myśli siebie.

-   Epoka   wojen   już   się   skończyła   -   powiedziałem.   -   Obecnie   tego   typu   konflikty 

załatwia się za pomocą nacisków ekonomicznych...

Staruszek podjechał na wózku do regału i wyjął z niego starą książkę oprawioną w 

skórę. Otworzył ją i przez chwilę kartkował.

-   Proszę   -   mruknął.   -   Stopień   powiązań   ekonomicznych   pomiędzy   wszystkimi 

państwami   w   praktyce   wyklucza   obecnie   wojnę,   jako   militarny   sposób   rozwiązywania 

sporów.   Zniszczenia   wojenne   są   na   tyle   poważnym   zagrożeniem,   że   kapitał   prywatny   i 

korporacyjny nigdy nie  zgodzi  się na jej  prowadzenie...  - zatrzasnął  książkę.  - Te słowa 

zapisano sto dwadzieścia lat temu... Ale ponieważ panowie nie są wojownikami, życzę, aby 

ominęły was pożogi wojenne. A co do tego - przesunął połowę połyskującego stosiku na 

naszą stronę stolika. - Podzielcie między siebie, a to - zsypał drugi stosik do woreczka - niech 

będzie dla Pana Samochodzika. Za kilka lat przechodzi na emeryturę, a te są w waszym kraju 

niskie... Zresztą niech zrobi z tym, co zechce. Znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie 

zmarnuje.

Podziękowaliśmy za podarunek i zaczęliśmy się zbierać.

-   Co   zrobisz   ze   swoją   częścią?   -   zapytał   Michaił,   gdy   staliśmy   na   zaśnieżonym 

przystanku czekając na autobus.

-   Kamienie   sprzedam,   a   pieniądze   przeznaczę   na   zakup   nowoczesnego   sprzętu 

poszukiwawczego dla naszej komórki. Trochę dam na ratowanie zabytków i zakup książek 

dla Biblioteki Narodowej... - wyjaśniłem.

-  A  ja chyba  przeznaczę  część  tych   funduszy  na  zorganizowanie   nowej   wyprawy 

poszukiwawczej.

- Wyprawy? - zaciekawiłem się.

- Cóż, może już wkrótce znajdziecie na biurku kolejną książkę... Na razie nie będę nic 

mówił,  żeby nie zapeszyć... Muszę też dofinansować pewne badania archeologiczne.  Tak 

więc obaj mamy w perspektywie wydatki... A co zrobisz z resztą pieniędzy?

- Jeśli zostanie jakaś reszta, to ją roztrwonię - puściłem do niego oko.