background image
background image
background image

Przekład: Anna Dobrzańska
Redakcj a: Elżbieta Derelkowska
Korekta: Karolina Pawlik
 
Proj ekt okładki: P.S. Cover Design
 
Copy right © 2013 RACHEL VAN DYKEN
Copy right for Polish edition and translation © Wy dawnictwo JK, 2015
 
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej  publikacj i nie m oże by ć powielana ani
rozpowszechniana za pom ocą urządzeń elektroniczny ch, m echaniczny ch, kopiuj ący ch,
nagry waj ący ch i inny ch bez uprzedniego wy rażenia zgody  przez właściciela praw.
 
ISBN 978-83-7229-482-1
Wy danie I, Łódź 2015
 
Wy dawnictwo JK,
ul. Krokusowa 1-3 92-101 Łódź
tel. 42 676 49 69
fax 42 646 49 69 w. 44

www.wy dawnictwofeeria.pl

 
Konwersj ę do wersj i elektronicznej  wy konano w sy stem ie Zecer.

background image

Prolog

– Sły szy sz m nie? Kiersten? – Jego głos by ł tak blisko; m oże gdy by m  zam knęła oczy, wy dałby

m i  się  bardziej   rzeczy wisty.  Wy ciągnęłam   rękę,  żeby   go  dotknąć,  ale  napotkałam   j edy nie
powietrze. Nie by ło go tam . Odszedł.

A więc to rzeczy wiście się wy darzy ło.
Zam rugałam  kilka razy  i spróbowałam  skupić się na ty m , co m iałam  przed oczam i. Wy glądało

j ak on, ale stało zby t daleko. Dlaczego leżałam  na ziem i?

– Wróć do m nie. – Poruszał ustam i, przem awiaj ąc do m nie łagodnie. – Nie tak, Kiersten. Nie

tak,  kochanie.  –  Dostrzegłam   bły sk  w  j ego  j asnoniebieskich  oczach.  –  Wszy stko  będzie  dobrze.
Obiecuj ę.

Ale nie by ło dobrze. Wiedziałam  o ty m . On też to wiedział.
Odszedł, a j a m iałam  halucy nacj e.
Utraciłam   m iłość  swoj ego  ży cia,  m oj ego  naj lepszego  przy j aciela.  Jak  wiele  razy   człowiek

doświadcza straty, zanim  sam  um rze? Zanim  strawi go sm utek? Wspom nienia zalały  m ój  um y sł;
wspom nienia rodziców, wspom nienia o nim , kiedy  grał w futbol i kiedy  dawał m i liściki.

Nasz pierwszy  pocałunek.
Czas, kiedy  w końcu by liśm y  razem .
A później  szpital.
Nie  dostaliśm y   wy starczaj ąco  dużo  czasu  i  nienawidziłam   Boga  za  to,  że  odebrał  m i

wszy stkich. Nie m ogłam  znieść m y śli, że j uż zawsze będę opłakiwać w sam otności ty ch, który ch
tak bardzo kochałam .

Po  raz  ostatni  spróbowałam   dotknąć  j ego  twarzy.  Ty m   razem   poczułam   pod  palcam i  ciepłą

skórę.  Śniłam .  Cóż,  j eśli  to  by ł  sen,  zam ierzałam   cieszy ć  się  ty m ,  j ak  j ego  uśm iech  rozj aśniał
m rok  pokoj u.  Jego  usta  m usnęły   m oj e  czoło.  Zam knęłam   oczy   i  m odliłam   się  do  Boga,  żeby
zabrał m nie do siebie.

Wiedziałam   bowiem ,  że  gdy   się  obudzę,  znowu  będę  m usiała  się  pożegnać,  a  nie  by łam

pewna, czy  po czy m ś takim  kiedy kolwiek doj dę do siebie. Żegnaj – ktokolwiek wy m y ślił to słowo,
powinien sm aży ć się w piekle.

background image

Rozdział 1

Słabość to tylko ból, który opuszcza nasze

ciało.

Trzy  m iesiące wcześniej

Kiersten

Powtarzałam   to  w  kółko  niczy m   m antrę,  aż  pom y ślałam ,  że  tracę  rozum .  To  nie  działo  się

naprawdę. Nie śniłam  znów tego sam ego koszm aru. To nie działo się naprawdę.

Kiedy  człowieka budzi j ego własny  krzy k, to nie wróży  nic dobrego. Usły szałam  kroki. Chwilę

później   drzwi  się  otworzy ły   i  stanęła  w  nich  m oj a  współlokatorka,  dziewczy na,  którą  poznałam
ledwie kilka godzin tem u.

–  Wszy stko  w  porządku?  –  Niepewnie  weszła  do  pokoj u  i  skrzy żowała  ram iona.  –  Sły szałam

krzy k.

No to pięknie. By łam  dziwadłem . Chciałam  zacząć wszy stko od nowa i co dostałam  w zam ian?

Medal za przestraszenie swoj ej  współlokatorki; j edy nej  przy j aznej  osoby, j aką spotkałam , odkąd
przy j echałam  na Uniwersy tet Waszy ngtoński.

– No… tak. – Udało m i się powstrzy m ać drżenie głosu. – Wiem , że to dziwne, ale wciąż m am

koszm ary. – Widząc niedowierzanie na j ej  twarzy, dodałam  pospiesznie: – Ale ty lko kiedy  j estem
naprawdę  zestresowana.  –  No  i  kiedy   biorę  prochy,  dodałam   w  m y ślach,  ale  nie  powiedziałam
tego na głos.

– Och. – Oblizała wargi i spoj rzała w głąb kory tarza. – Chcesz, żeby m  spała na podłodze albo

co? Zrobię to, j eśli się boisz.

Bogu niech będą dzięki za j ej  południową gościnność.
– Nie. – Uśm iechnęłam  się. – Nic m i nie będzie. Mam  nadziej ę, że cię nie przestraszy łam .
– No cóż… – Lisa zby ła m nie m achnięciem  ręki. – I tak nie lubiłam  tam tej  lam py.
– Mój  krzy k strzaskał ci lam pę? – Aż się wzdry gnęłam .
– Nie. – Pokręciła głową. – Stłukłam  j ą, j ak spadałam . Wy gląda na to, że wy skakiwanie z łóżka

piętrowego o pierwszej  w nocy  to sport kontaktowy. Ty m  razem  trafiło na lam pę. Nie przej m uj
się – westchnęła. – Nie cierpiała. Pękła w kontakcie z podłogą. I roztrzaskała się, gdy  poślizgnęłam
się na m isiu, który  razem  ze m ną spadł na podłogę. Na szczęście, bo zam orty zował m ój  upadek,
dzięki czem u się nie poobij ałam .

Ukry łam  twarz w dłoniach.
– Jasna cholera! Tak m i przy kro!
–  Nic  się  nie  stało.  Jestem   chodzącą  katastrofą.  –  Roześm iała  się.  –  Ale  j eśli  zam ierzasz

krzy czeć całą noc, będę spała na podłodze. Skończy łam  j uż z rozbij aniem  lam p.

background image

Uśm iechnęłam  się i kiwnęłam  głową.
– Jasne. Ja ty lko… nie chcę, żeby ś…
–  Przestań  przepraszać.  –  Uśm iech  Lisy   by ł  ciepły   i  opiekuńczy.  –  A  tak  przy   okazj i,

lunaty kuj ę, więc j eśli się obudzisz i zobaczy sz, że stoj ę nad tobą, nie wal m nie pięścią w twarz.

– No to nieźle się dobrały śm y.
Ściągnęła koc z m oj ego łóżka i rzuciła go na podłogę.
– Zauważy łaś rubry kę „Kom entarze”, kiedy  wy pełniałaś form ularz?
– Tak. Co z nią?
– Założę się, że j est po to, żeby  wszy scy  dziwacy  wy lądowali razem  na kupie.
Ziewnęłam .
–  Potrzebuj ę  poduszki  –  oświadczy ła  Lisa.  –  Zaraz  wrócę.  Koniec  z  krzy czeniem .  Zam knij

oczy, a rano pój dziem y  zapolować na facetów. Śnij  o ty m .

– Facetów?
– Aha… – Lisa odsunęła za ucho kosm y k brązowy ch włosów. – Chy ba że wolisz dziewczy ny.

Nie m am  nic przeciwko, chciałam  ty lko powiedzieć…

– Nie, nie, nie – roześm iałam  się cicho. Czy żby m  wy glądała na taką, co woli dziewczy ny ? –

 Nie, nic w ty m  sty lu. Po prostu nigdy  nie m iałam  chłopaka.

– Biedactwo! – Nie wiedziałam , czy  m ówi poważnie. – Więc j ak dawałaś sobie radę?
–  Jakoś  dawałam .  Dzięki  Netflixowi,  Johnny ’em u  Deppowi  i  książkom .  –  Wzruszy łam

ram ionam i. – Wierz m i, gdy by ś dorastała tam , gdzie j a, też nie chodziłaby ś na randki.

– No coś ty ! Dlaczego? – Podniosła rękę, daj ąc m i znać, żeby m  nie odpowiadała, i wy biegła

z  pokoj u.  Chwilę  później   wróciła  z  poduszką.  Rzuciwszy   j ą  na  podłogę,  usiadła  po  turecku
i ziewnęła. – W porządku, m ożesz m ówić.

–  Chłopaki…  –  Położy łam   się  na  boku,  żeby   j ą  widzieć.  –  Nie  um awiałam   się  z  nim i,  bo

m ieścina,  w  której   m ieszkałam ,  by ła  tak  m ała,  że  nie  zdąży łam   kichnąć,  a  m oj a  m am a  j uż
m ówiła „na zdrowie”. Kiedy  raz na świadectwie dostałam  złą ocenę, napisali o ty m  w gazecie.

– Poważnie? Co to za przeklęte m iej sce?
– Takie, które dokum entuj e, ilu gości odwiedziło j e w sezonie.
– W sezonie? – spy tała Lisa.
–  W  sezonie  tury sty czny m .  Kiedy   ludzie  zj eżdżaj ą  na  degustacj ę  win.  W  ubiegły m   roku

m ieliśm y  pięciuset gości, czy li więcej  niż cała populacj a m iasteczka.

– To przy gnębiaj ące – oznaj m iła Lisa. – Nie by ło tam  żadny ch faj ny ch chłopaków?
– Sy n burm istrza by ł słodki.
– Super! – zakpiła.
– Rozgry waj ący  w druży nie futbolowej  by ł tego sam ego zdania.
– O ty m  też pisali w gazecie? – Wzdry gnęła się.
Skrzy wiłam  się i pokiwałam  głową.
– Tak. W ty m  sam y m  num erze, w który m  pisali o m oich stopniach.
– Wolałaby m  zły  stopień.
–  Ja  też  –  odparłam   ze  śm iechem .  Dobrze  by ło  wiedzieć,  że  ktoś  rozum ie,  j ak  to  kiepsko  j est

znaleźć się nagle w centrum  uwagi. Czułam , j ak schodzi ze m nie napięcie.

–  Cóż,  m usim y   j ak  naj szy bciej   nadrobić  te  zaległości.  –  Oblizała  usta.  –  Znam   m nóstwo

facetów. Na sam y m  kursie wprowadzaj ący m  dziś rano poznałam  chy ba z dziesięciu. Jeden z nich

background image

m iał tatuaże – westchnęła tęsknie. – Uwielbiam  tatuaże.

– Przecież zakry waj ą skórę – zauważy łam . – No i taki tatuaż j est na zawsze. Nie sądzisz, że to

trochę tandetne?

– Kim  ty  j esteś? – Mówiąc to, zm ruży ła oczy. – Ta twoj a m ieścina to chy ba naprawdę niezła

dziura.

– No… – roześm iałam  się. – Przecież ci m ówiłam .
–  Wierz  m i,  m ówisz,  że  nie  lubisz  tatuaży,  bo  nie  widziałaś,  j ak  wy glądaj ą  na  naprawdę

faj ny m  ciele. Zm ienisz zdanie, j ak zobaczy sz takie cacko na um ięśniony m  sześciopaku. Ostatnim
razem , gdy  zobaczy łam  wy dziaranego faceta bez koszulki, zapy tałam , czy  m ogę go polizać.

– I co on na to?
– Zgodził się! – Lisa westchnęła i wzruszy ła ram ionam i. – Spoty kaliśm y  się przez ty dzień, po

czy m  zostawiłam  go dla innego faceta.

– Z większy m  tatuażem ?
– Skąd wiedziałaś? – Odchy liła głowę i się roześm iała. – W szkole m iałam  opinię niezłej  zdziry,

ale lepsze to niż by cie nikim .

Nie wiedziałam , co o ty m  m y śleć, ale wolałam  się nie odzy wać, zwłaszcza że sam a nigdy  nie

całowałam   się  z  chłopakiem .  Zakłopotana  swoim   brakiem   doświadczenia,  wzruszy łam   ty lko
ram ionam i.

– Po to właśnie j est college. Żeby  zacząć wszy stko od nowa.
–  Właśnie.  –  Na  krótką  chwilę  uciekła  wzrokiem .  Uśm iech  zgasł  na  j ej   twarzy.  –  W  każdy m

razie powinny śm y  się wy spać, skoro j utro wy bieram y  się na polowanie.

– Tak – ziewnęłam . – I dziękuj ę, że do m nie zaj rzałaś.
– By łaby m  kiepską współlokatorką, gdy by m  nie przy biegła z odsieczą.
– Może, ale nie stłukłaby ś lam py  i nie m iałaby ś siniaków.
– Chrzanić lam pę – m ruknęła. – Dobranoc, Kiersten.
– Dobranoc.

background image

Rozdział 2

Jeśli ktoś wygląda jak kanalia, cuchnie jak

kanalia i gada jak kanalia, to

prawdopodobnie jest cholerną kanalią.

Kiersten

–  Im ię?  –  Chłopak  prowadzący   rej estracj ę  nawet  nie  podniósł  wzroku,  a  j ego  palce  zawisły

nad ekranem  iPada. Obudziłam  się o siódm ej , a o ósm ej  postanowiłam  się zarej estrować. Rzędy
stolików przed centrum  obsługi studenta przy wodziły  na m y śl więzienie. W pobliżu kręciło się co
naj m niej  dwudziestu studentów ostatnich dwóch lat, którzy  wy glądali na szczerze znudzony ch.

– Kiersten – odparłam .
Westchnął poiry towany.
– W kam pusie j est ponad trzy dzieści pięć ty sięcy  studentów, a ty  chcesz, żeby m  wy szukał cię

na podstawie im ienia, Kiersten?

– Przepraszam . Rowe, Kiersten Rowe.
Wpisał dane.
–  Cóż,  Rowe,  Kiersten  Rowe,  wy gląda  na  to,  że  zapisałaś  się  na  dziewiętnaście  przedm iotów

i m usisz wy brać przedm iot kierunkowy.

Kim  on by ł? Psy chologiem  kry m inalny m ?
–  Tak  –  przy znałam .  Odchy liłam   się  do  ty łu  i  odchrząknęłam .  Chłopak  nadal  nie  podniósł

wzroku.

– Hm m … – Jego palce zatańczy ły  na ekranie iPada. – Dobra, wy sy łam  rozkład zaj ęć na twój

szkolny  e-m ail. – Odłoży ł iPada i sięgnął po kartonową teczkę. – Mapa kam pusu, num er skrzy nki
pocztowej , adres studenckiego m aila, wszy stko, czego potrzebuj esz, znaj dziesz w tej  teczce. Jeśli
m asz j akieś py tania, porozm awiaj  ze swoim  OR-em .

Miałam  nadziej ę, że chodziło m u o opiekuna roku, bo j eśli nie, to nie m iałam  poj ęcia, o czy m

m ówił.

– Dobrze. – Wzięłam  teczkę, którą podstawił m i pod nos. – A co z legity m acj ą studencką?
– Następny ! – Podniósł głowę i rzucił m i kolej ne poiry towane spoj rzenie.
– Przepraszam . – Nie dawałam  za wy graną. – Gdzie m ogę odebrać legity m acj ę studencką?
Przy garbił się.
– Posłuchaj , Kiersten, m am  tu w kolej ce kilkuset studentów. Powiedziałem , że wszy stko, czego

potrzebuj esz, znaj dziesz w tej  teczce, więc bądź tak m iła i zaj rzy j  do niej . W razie j akichkolwiek
py tań, skontaktuj  się z OR-em . My … – m ówiąc to, wskazał siebie i m nie – … j uż skończy liśm y.

O co, do diabła, m u chodziło?
Nie  wiedziałam ,  czy   j estem   zakłopotana,  czy   poiry towana.  Zaklęłam   pod  nosem ,

przy cisnęłam  teczkę do piersi i ostentacy j nie odeszłam . Odwróciłam  się j eszcze, żeby  rzucić m u

background image

ostatnie, wściekłe spoj rzenie, i wpadłam  na drzewo.

A przy naj m niej  m y ślałam , że to drzewo.
Ty le że drzewa nie są ciepłe.
I  nie  m aj ą  j edno-,  dwu-,  trój -,  cztero-,  sześcio-,  dobry   Boże,  ośm io-?  Ośm iopaków?  Czy   j a

naprawdę doty kałam  czy j egoś ośm iopaka? I, słodki Jezu, liczy łam . Dotknęłam  każdego m ięśnia.
A m oj a ręka zatrzy m ała się na brzuchu obcego faceta.

Cofnęłam  j ą i zam knęłam  oczy.
– Przepraszam , czy  ty  właśnie liczy łaś m ięśnie m oj ego brzucha? – Wy dawał się rozbawiony.

Miał głos j ak gwiazdor film owy. Na dźwięk takiego głosu człowiek m a ochotę wskoczy ć w ekran.
By ł  głęboki  i  silny,  z  delikatny m   akcentem ,  którego  nie  potrafiłam   rozpoznać.  Angielskim ?
Szkockim ?

Przy gry złam   dolną  wargę,  zastanawiaj ąc  się,  co  powiedzieć.  Nie  m ogłam   się  wy winąć.

Pokiwałam  głową.

– Przepraszam , j a ty lko… – Nie powinnam  by ła podnosić głowy. Gdy by m  m ogła cofnąć czas,

nie  zrobiłaby m   tego.  Nie  m iałam   poj ęcia,  że  to  j edno  spoj rzenie  doszczętnie  m nie  zniszczy.  Od
tam tej  pory  m inęły  ty godnie, a j a wciąż żałuj ę tam tego spoj rzenia z wy łącznie j ednego powodu.

Jego oczy  by ły  m oj ą zgubą, m oim  zatraceniem .
– Weston. – Mówiąc to, wy ciągnął rękę. – A ty ?
Jasna cholera.
–  Kiersten.  –  Jeszcze  m ocniej   przy cisnęłam   teczkę  do  piersi.  Mrużąc  oczy,  spoj rzał  na  m oj e

dłonie, a zaraz potem  na swoj e.

– Boisz się zarazków?
– Że co? Nie.
– Choruj esz na coś? – Jego ręka wciąż wisiała w powietrzu m iędzy  nam i, a sy tuacj a z sekundy

na sekundę robiła się coraz bardziej  niezręczna. No, cofnij  j ą w końcu, pom y ślałam .

– Eee… nie.
–  To  dobrze.  –  Jego  ręka  poruszy ła  się  i  zanim   zdąży łam   się  zorientować,  doty kał  m nie,  to

znaczy  m oj ej  teczki, ale m ogłaby m  przy siąc, że czułam  j ego ciepło, kiedy  powoli wy ciągnął j ą
z m oich dłoni. – A więc – znowu wy ciągnął rękę – na czy m  skończy liśm y ?

Co, do diabła, by ło ze m ną nie tak? Nie chodziło o to, że nie chciałam  podać m u ręki. By łam  po

prostu zawsty dzona, chciałam  odej ść i nie wiedziałam , czy  j est m iły  dla sam ego by cia m iły m ,
czy … Chy ba potrzebuj ę terapii.

Odchrząknęłam  i uścisnęłam  m u dłoń. Widząc uśm ieszek na j ego twarzy, poczułam , że ogarnia

m nie  panika.  Chłopak  spoj rzał  na  nasze  ręce  i  m ruknął  coś  pod  nosem .  Kiedy   w  końcu  puścił
m oj ą dłoń, naty chm iast pożałowałam .

– Widzisz? – Oddał m i teczkę. – Wcale nie by ło tak strasznie, prawda?
– Prawda. – Odetchnęłam  i spoj rzałam  na zatłoczony  trawnik. Ten chłopak by ł tak cudowny, że

nie m ogłam  patrzeć m u w oczy. Nigdy  w ży ciu nie widziałam  tak przy stoj nego faceta. To znaczy,
widy wałam   takich  j ak  on  w  film ach  i  czasopism ach,  ale  on…  Wprost  em anował  seksem .
A  zważy wszy,  że  nie  m iałam   w  tej   m aterii  żadnego  doświadczenia,  robiłam   wszy stko,  żeby   nie
zapom nieć o oddy chaniu.

Miał  j asnoniebieskie  oczy   i  złociste  włosy,  nieco  za  długie  i  lekko  kręcone  przy   uszach.  I  ten

uśm iech. By ł to uśm iech, który  prawdopodobnie m ógłby  m nie prześladować do końca ży cia. To

background image

j eszcze nie by łoby  problem em , ale dołeczki w policzkach pogarszały  sprawę. No i zapach. Woń
cy nam onu  zm ieszana  z  czy m ś,  czego  nie  potrafiłam   określić.  Denerwowało  m nie  to,  z  j aką
łatwością się uśm iechał, j akby  cały  świat m iał się dobrze, ty lko dlatego, że on się tak czuł. Chciał
uścisnąć m oj ą rękę i poznać m oj e im ię, a j a chciałam  stam tąd uciec, zaszy ć się w pokoj u, usiąść
w kącie, koły sać się w przód i w ty ł, i czekać, aż anty depresanty  zaczną działać.

– No proszę – zachichotał. – Przeszliśm y  od doty kania m oj ego brzucha przez niepodawanie m i

ręki do m y ślenia o niebieskich m igdałach. Mam  racj ę?

–  Boże.  –  Zam knęłam   oczy.  –  Przepraszam .  To  m ój   pierwszy   dzień  i  j estem   trochę…

zdenerwowana. – Tak, to zabrzm iało rozsądnie, nie j ak paplanina kogoś, kto by ł o krok od odlotu.

– Pom óc ci?
– Ale j a nawet cię nie znam  – wy paliłam .
– Ależ znasz. – Obszedł m nie i przesunął się tak, że j ego ręka spoczy wała na m oim  ram ieniu,

i  zaczęliśm y   iść  w  kierunku  akadem ika.  Jasna  cholera.  Oto  w  j aki  sposób  wy korzy stuj e  się
dziewczy ny. Spanikowana szukałam  wzrokiem  Lisy, ale nigdzie j ej  nie widziałam .

–  Nie.  –  Stanęłam   j ak  wry ta.  –  Ja…  Muszę  znaleźć  swoj ą  współlokatorkę  i  odebrać

legity m acj ę  studencką.  Muszę  odebrać  legity m acj ę!  Ale  naj pierw  m uszę  znaleźć  opiekuna
roku… – Zachowy wałam  się j ak dziecko, które zgubiło się w parku. Zabawne, bo zwy kle czułam
się  zagubiona,  j ak  zawieruszony   kawałek  układanki,  który   zapom niał,  gdzie  j est  j ego  m iej sce.
Wy rzutek, sam otniczka…

– Chy ba – zaczął z ty m  swoim  uśm ieszkiem  – powiedziałem , że ci pom ogę.
– Nie potrzebuj ę pom ocy  – szepnęłam .
–  Słucham ?  –  Zatrzy m ał  się  i  wy buchnął  śm iechem .  –  Jasna  cholera,  chy ba  m ógłby m   się

w tobie zakochać.

Żołądek podszedł m i do gardła.
On ty m czasem  nie przestawał się śm iać i przy ciągnął m nie do siebie. Przy naj m niej  wuj ek nie

będzie  m usiał  opłacać  m oich  studiów.  Jeszcze  dziesięć  m inut  i  zostanę  uprowadzona.  Jak  w  ty m
film ie Uprowadzona, ty le że nie m iałam  oj ca, który  ruszy łby  m i na ratunek. Coś ścisnęło m nie za
serce.

–  Nie  wy korzy stam   cię  –  uspokoił  m nie  Weston.  –  Bez  obrazy,  ale  wy glądasz  zby t  niewinnie

j ak na m ój  gust. Udowodniłaś to, kiedy  błędnie założy łaś, że chcę ci pom óc, żeby  zaciągnąć cię
do łóżka.

Czułam , że robię się czerwona j ak burak.
– Poza ty m  – dodał, nie zatrzy m uj ąc się – należy sz do pierwszoroczniaków. A j a nie sy piam  ze

studentkam i  pierwszego  roku  ani  się  z  nim i  nie  um awiam .  Do  diabła,  zwy kle  nawet  im   nie
pom agam , ale prawie m nie przewróciłaś i bez względu na to, j ak bardzo będziesz się przed ty m
broniła, liczy łaś m i m ięśnie brzucha…

– Wcale nie…
– Właśnie, że tak – westchnął tęsknie. – Patrzy łem  na twoj e usta i widziałem , j ak liczy łaś: raz,

dwa, trzy. A tak przy  okazj i, to ośm iopak. Dużo ćwiczę.

– Świetnie – odparłam  przez zaciśnięte zęby.
– No j uż, Owieczko, nie wsty dź się. – Zatrzy m ał się i zdj ął rękę z m oj ego ram ienia.
– Owieczko?
– Jesteś taka niewinna. – Uśm iechnął się. – I zagubiona. – Wzruszy ł ram ionam i i wskazał m ój

background image

akadem ik. – Jak m ała owieczka.

–  Cóż,  dzięki  za  odprowadzenie  m nie  do  akadem ika.  –  Minęłam   go,  ale  chwy cił  m nie  za

nadgarstek.

– Nie chcesz porozm awiać z opiekunem  roku o legity m acj i studenckiej ?
– Tak, właśnie się do niej  wy bieram . – Szarpnięciem  uwolniłam  rękę. – Jeszcze raz, dzięki za…

wszy stko. – Musiałam  przedefiniować znaczenie wy rażenia „społecznie niedostosowana”.

Znowu się uśm iechnął.
– W porządku, w takim  razie idź, porozm awiaj  z nią.
–  Tak.  –  Zrobiłam   niepewny   krok  w  ty ł,  niem al  poty kaj ąc  się  o  własne  stopy,  i  ruszy łam   po

schodach do akadem ika.

Nawet za drzwiam i czułam  na sobie j ego spoj rzenie.
Odwróciłam  się.
Stał tam  i się uśm iechał.
Pom achałam  m u.
Odpowiedział ty m  sam y m .
Nie wierzy łam  własny m  oczom . Czy żby  prowadził ze m ną j akąś grę?
Klnąc  pod  nosem ,  przeglądałam   plan  budy nku,  szukaj ąc  gabinetu  opiekunki  roku.  W  końcu  go

znalazłam . Na szósty m  piętrze. No tak. Powoli zaczęłam  wchodzić po schodach.

Kiedy  w końcu dotarłam  na szóste piętro, m iałam  ochotę zam ienić legity m acj ę studencką na

krótką  drzem kę.  By ł  to  j eden  ze  skutków  uboczny ch  lekarstw.  Czasam i  sprawiały,  że  robiłam   się
senna. Inny m  razem  m iałam  wy raźne, barwne sny, j akby m  grała główną rolę w Alicji w krainie
czarów
.

Kom pletnie  wy kończona  powlokłam   się  na  koniec  kory tarza.  Pokój   666.  To  m usiał  by ć  j akiś

żart. Zapukałam  dwa razy.

Drzwi uchy liły  się i zobaczy łam  m oj e drzewo…
– Weston?
– Witaj , Owieczko. – Otworzy ł szerzej  drzwi. – W czy m  m ogę ci pom óc?

background image

Rozdział 3

Powinnam była wyjść.

Kiersten

Cofnęłam  się, żeby  zobaczy ć num er na drzwiach pokoj u.
– Ja, no… Nie zastałam  opiekunki roku? Włam ałeś się do j ej  gabinetu?
–  Po  pierwsze…  –  Mówiąc  to,  podniósł  palec.  –  Czuj ę  się  urażony,  że  pom y ślałaś,  iż  m uszę

włam y wać się do pokoi dziewczy n. Wierz m i. Ja pukam , one otwieraj ą i wchodzę do środka. To
proste.

Mogłam  się dom y ślać, że tak właśnie by ło.
–  Po  drugie…  –  Podniósł  drugi  palec.  –  Szukasz  opiekunki  roku.  Może  więc  wej dziesz,  a  j a

wy tłum aczę ci, j ak wy gląda sprawa z legity m acj am i studenckim i.

Zacisnęłam  usta, skinęłam  głową i nie m ówiąc ani słowa, weszłam  do pokoj u. Panował w nim

porządek, który  przeczy ł tem u, co czy tałam  na tem at facetów i higieny.

– No tak… – Weston podszedł do łóżka i usiadł na nim . – Pozwól, że zobaczę twój  rozkład zaj ęć

i odpowiem  na wszy stkie twoj e py tania.

W m y ślach wciąż przetwarzałam  fakt, że to właśnie on j est m oim  opiekunem  roku.
– Nie rozum iem  – powiedziałam . – Mogłaby m  przy siąc, że opiekunem  studentów pierwszego

roku j est kobieta.

– Zm iana płci – odparł z powagą. – Jako dziecko czułem  się zagubiony.
– Zabawne. – Wzniosłam  oczy  do nieba. – Poważnie? Prosiłam  o pokój  w żeńskim  akadem iku,

a wy lądowałam  w koedukacy j ny m , a m oim  opiekunem  roku j est… – Zam ierzałam  powiedzieć
„niezłe ciacho”, ale w porę ugry złam  się w j ęzy k.

– Bóg  seksu  –  dokończy ł  za  m nie.  –  Tak,  wiem ,  niektórzy   m aj ą  szczęście.  –  Z  westchnieniem

wy ciągnął  z  teczki  plik  papierów  i  gwizdnął.  –  Wy gląda  na  to,  że  m asz  dość  napięty   grafik.
Dziewiętnaście  przedm iotów?  Nie  wy brałaś  przedm iotu  kierunkowego?  Nie  wy glądasz  na  kogoś
niezdecy dowanego.

Chciałam  m u powiedzieć, że nic o m nie nie wie. Właściwie m iałam  ochotę coś m u odburknąć.

Co  on  wiedział  o  m oim   ży ciu?  O  m oj ej   przeszłości?  Powodach,  dla  który ch  wolałam   unikać
zobowiązań?  W  tej   sam ej   chwili,  zupełnie  j akby   wy czuwał  m oj e  podenerwowanie,  zadzwonił
m ój  telefon. Zerknęłam  na wy świetlacz. Wuj ek JoBob. Mówiłam  na niego Jo. To on opiekował się
m ną przez ostatnie dwa lata. Po ty m … Po ty m , j ak to wszy stko się wy darzy ło.

Odrzuciłam  połączenie. Wuj ek Jo wkurzy łby  się, gdy by  usły szał w tle m ęski głos, a Weston nie

wy glądał na kogoś, kto potrafi siedzieć cicho. Nie, by ł ty pem  krzy kacza, który  lubił się popisy wać.
Cholera,  nawet  teraz  wy glądał,  j akby   pręży ł  m ięśnie,  choć  tego  nie  by łam   pewna.  Miał  białą
koszulkę z długim  rękawem  i wy strzępione dżinsy.

– A więc… – Sięgnął po długopis i zapisał coś na kartce. – Naj ważniej sza j est m apa kam pusu.

background image

Nie zgub się i nie chodź sam a po zm roku, dobrze?

– My ślę, że dam  sobie radę. – Wy rwałam  m u kartkę. – A co z legity m acj ą studencką?
–  No  tak.  –  Wstał  i  wcisnął  ręce  w  kieszenie  spodni.  –  Zaznaczy łem   na  m apie  budy nek.

Uśm iechnij  się ładnie do zdj ęcia, Owieczko.

– Już zawsze będziesz m nie tak nazy wał? – Skrzy wiłam  się.
– Wolisz, żeby m  nazy wał cię inaczej ? – szepnął, zbliżaj ąc usta do m oich ust.
– Nie, dziękuj ę – odparłam  drżący m  głosem .
– Jesteś pewna? – spy tał, nie odry waj ąc wzroku od m oich warg. Cofnęłam  się, a on zrobił krok

do przodu.

–  My ślałam ,  że  nie  interesuj ą  cię  studentki  pierwszego  roku.  –  Dosłownie  przy parł  m nie  do

m uru. Poczułam  za plecam i twardą ścianę.

–  Może  właśnie  zm ieniam   zdanie  –  oznaj m ił.  Uj ął  m nie  pod  brodę  i  zm usił,  żeby m   na  niego

spoj rzała. – Zawsze m iałem  słabość do rudzielców.

– Ten kolor to rudy  blond – odparłam , m rużąc oczy.
– Rudy.
– Jasny  rudy.
Westchnął.
– Nie chcę cię rozczarować, ale twoj e włosy  są rude. A ty  j esteś rudzielcem , nie żadną rudą

blondy nką. Pogódź się z ty m , przy zwy czaj  się do tego i polub taki stan rzeczy. Bo j esteś cholernie
piękna.

To  by ło  dość  szczere  i  bezpośrednie.  Oblizałam   spierzchnięte  wargi,  bąknęłam   „dziękuj ę”

i ruszy łam  w stronę drzwi.

– Nie zapom niałaś o czy m ś? – usły szałam  za plecam i j ego głos.
– Nie? – Zam arłam .
Położy ł m i ręce na ram ionach. Powoli odwrócił m nie ku sobie i wręczy ł m i m apę i teczkę.
– Proszę bardzo. I pam iętaj , co ci m ówiłem , żadnego wy chodzenia sam ej  po zm roku.
– Postaram  się.
–  Nie  staraj   się.  –  Zacisnął  palce  na  teczce.  –  Bądź  m ądra.  Chodź  zawsze  z  kim ś.  Ty   i  twoj a

współlokatorka, pilnuj cie się nawzaj em . I nie pij  niczego, co m a dziwny  zapach…

– I nie wchodź sam a do pokoj u kolesia, nawet j eśli ten koleś j est opiekunem  twoj ego roku.
– Oczy wiście! – odparł z powagą.
Wy szarpnęłam  m u z rąk teczkę i wy szłam .
– Skorzy staj  z windy ! – zawołał za m ną.
A  więc  tak  to  zrobił.  Drań.  Podniosłam   wzrok  i,  tak  j ak  się  tego  spodziewałam ,  zobaczy łam

tabliczkę  inform acy j ną  ze  znakiem   windy.  Wcisnęłam   przy cisk  i  czekałam ,  nie  oglądaj ąc  się  za
siebie, choć wiedziałam , że stoi w drzwiach i patrzy  na m nie.

background image

Rozdział 4

Zbłaźnić się przed najprzystojniejszym

facetem na świecie? Zrobione.

Kiersten

–  Gdzie  by łaś?  –  Lisa  wy dawała  się  oburzona  m oj ą  nieobecnością.  –  Wszędzie  cię  szukam !

Gabe też nie m ógł cię znaleźć!

– Gabe? – Weszłam  do pokoj u.
– To j est Gabe. – Lisa wskazała na kanapę.
–  Tak,  to  j a.  –  Chłopak  z  ciem ny m i  włosam i,  które  sięgały   m u  do  brody,  pom achał  m i  na

powitanie. Miał kolczy k w nosie i ty le tatuaży  na rękach, że patrząc na nie, m y ślałam , że dostanę
oczopląsu.

– Cześć. – Ja również m u pom achałam . – Miło m i cię poznać. Nie rozum iem  ty lko, j ak Gabe

m ógł m nie szukać, skoro nawet nie wie, j ak wy glądam .

–  Facebook.  –  Lisa  wzruszy ła  ram ionam i.  –  Znalazłam   twój   profil,  kliknęłam   na  zdj ęcie,

podstawiłam  m u j e pod nos i…

–  Wrzasnęła  –  dokończy ł  Gabe.  –  Zaczęła  krzy czeć.  Twoj a  współlokatorka  lubi  chy ba

przesadzać. Ubzdurała sobie, że zostałaś porwana.

– Niewiele brakowało – m ruknęłam .
– Co takiego? – pisnęła Lisa.
– Brałaś coś? – Nachy liłam  się, żeby  spoj rzeć j ej  w oczy.
– Piła kawę – wy j aśnił Gabe. – W ilościach, które norm alnego człowieka zwaliły by  z nóg.
– Kto chciał cię porwać? – Lisa chwy ciła m nie za ram iona.
– Ja – usły szałam  od strony  drzwi. Jasna cholera, czy  ten facet m iał urządzenie szpieguj ące?
Lisa otworzy ła usta. Wy glądała, j akby  lada m om ent m iała zem dleć. Nawet Gabe wy glądał na

zaskoczonego. No dobra, Weston by ł przy stoj ny, ale nie aż tak, żeby  onieśm ielać przedstawicieli
obu płci.

Odwróciłam  się.
– Czego chcesz?
–  Drażliwa.  Lubię  takie.  –  Uśm iechnął  się  szelm owsko.  –  Zostawiłaś  torebkę.  –  Mówiąc  to,

wręczy ł m i czarną torebkę Dooney  and Burke. – Od razu m ówię, że nie zaglądałem  do środka.

Do  głowy   m i  to  nie  przy szło.  W  torebce  by ły   tabletki.  Gdy by   j e  znalazł,  pom y ślałby,  że

j estem  zdrowo stuknięta. No bo kto potrzebował prochów, żeby  poradzić sobie z rzeczy wistością?
Ja. Wolałaby m  ich nie brać.

– Dzięki. – Próbowałam  go zby ć. Zam iast tego rozej rzał się po pokoj u. Jego oczy  skupiały  się

na każdy m  szczególe, począwszy  od koloru ścian, a skończy wszy  na dy wanie. Dopiero po chwili
wy szedł na kory tarz.

background image

– Ach! – Podniósł rękę. – By łby m  zapom niał.
Wy ciągnął  z  kieszeni  flam aster  i  złapał  m nie  za  rękę,  zanim   zdąży łam   j ą  cofnąć.  Pły nny m

ruchem  zapisał m i na dłoni swój  num er telefonu i dm uchał na niego, dopóki tusz nie wy sechł.

Jego oddech  by ł  niczy m   wiatr,  który   owionął  m nie  od  stóp  do  głów.  Miałam   wrażenie,  że  się

zachwiałam , ale nie by łam  pewna, bo chy ba na kilka sekund straciłam  przy tom ność.

–  Już.  –  Podniósł  głowę  i  spoj rzał  m i  w  oczy.  –  Na  wy padek,  gdy by   owieczka  nie  m ogła

znaleźć drogi do dom u.

– Jakie to słodkie – skwitowałam .
– Dziękuj ę. – Puścił do m nie oko i wy szedł.
W  pokoj u  zapadła  cisza.  Wzruszy łam   ram ionam i  i  odwróciłam   się  w  stronę  Lisy.  Stała

z otwarty m i ustam i, z który ch doby wał się cichy  j ęk. Czy żby  m iała udar?

Gabe poderwał się z kanapy  i zatrzasnął drzwi.
–  Cholera!  –  Klasnął  w  dłonie  i  znowu  zaklął.  –  Poza  boiskiem   i  zaj ęciam i  w  ogóle  go  nie

widuj ę. Facet zwy kle nie rozm awia z ludźm i. Nigdzie się nie rusza bez swoj ej  świty !

–  Świty ?  –  Moj a  sty czność  z  ty m   słowem   ograniczała  się  do  oglądania  gwiazd  m uzy ki  pop

i towarzy szący ch im  osób na ekranie kom putera. Czy  to znaczy ło, że przez cały  czas m iał wokół
siebie  m nóstwo  ludzi?  Dziwne,  bo  kiedy   z  nim   by łam ,  nikogo  nie  widziałam .  –  To  nasz  opiekun
roku.

–  ZAMKNIJ  SIĘ!  –  Lisa  by ła  blada  j ak  płótno.  –  Muszę  usiąść,  m uszę  naty chm iast  usiąść.

Gabe, przy nieś wiatrak, bo chy ba zaraz zem dlej ę.

Gabe przewrócił oczam i.
– Dobrze wiedzieć, j ak wy padam  w porównaniu z bogiem .
– Nawet nie j esteś w tej  sam ej  galakty ce co Weston Michels.
Michels? Dlaczego nazwisko wy dało m i się znaj om e?
– Dzięki, kuzy nko.
– Do usług.
– Kuzy nko?
– No tak, Gabe j est m oim  kuzy nem . – Mówiąc to, m achnęła ręką i próbowała uspokoić oddech.
Przy naj m niej   nie  zaczęła  sprowadzać  do  pokoj u  obcy ch  facetów.  Gabe  rozciągnął  usta

w uśm iechu i usiadł obok niej .

–  Dobra,  co  m i  um knęło?  –  Przy cupnęłam   na  kanapie  i  pochy liłam   się  do  przodu.  –  Czy   ten

cały  Weston naprawdę j est taki ważny ?

Rozbawiony  m oim  py taniem  Gabe roześm iał się i klepnął w kolano.
– Jaj a sobie robisz? Gdzie ty  m ieszkałaś?
– W Bickelton.
– Gdzie? – Nachy lił się w m oj ą stronę, j akby  chciał przy j rzeć m i się z bliska. Chy ba rozum iał

po angielsku?

– To taka m ała m ieścina – wy j aśniła pospiesznie Lisa i spoj rzała na m nie. – Nie wierzę, że nie

wiesz, kim  j est Weston. Mówisz poważnie? Mówiłaś, że oglądasz telewizj ę.

–  Bo  oglądam   –  próbowałam   się  bronić.  –  To  znaczy,  oglądam   Netflix,  czy tam   czasopism a

i różne inne, no wiesz, to co akurat j est dostępne w m iej scowy m  sklepie.

– Jasna cholera, to j ak ży cie w latach pięćdziesiąty ch – parsknął Gabe.
Zm ierzy łam  go wściekły m  spoj rzeniem .

background image

– Weston Michels. – Lisa wpisała nazwisko w telefonie i podała m i go.
Powinnam  by ła wiedzieć.

Miał  stronę  na  IMDb   

1

,  co  nie  wróży ło  niczego  dobrego.  Zalaty wało  branżą  rozry wkową.

Przewinęłam  w dół ekranu.

No i znalazłam .
Arty kuł,  który   ukazał  się  w  „Forbesie”  dwa  lata  tem u,  czy li  m niej   więcej   w  ty m   sam y m

czasie,  kiedy   wy darzy ł  się  wy padek.  Nie  by łam   wtedy   zby t  towarzy ska.  Pam iętam   nawet,  że
wuj ek Jo zagroził, że wy rzuci m nie z dom u, j eśli nie zacznę wy chodzić z pokoj u.

Stuknęłam  w ekran i powiększy łam  zdj ęcie. Miał teraz dłuższe włosy. Na zdj ęciu wy dawał się

bardziej  radosny  i odprężony. Z trudem  oblizałam  wargi, bo gardło m iałam  wy schnięte na wiór,
i  zaczęłam   czy tać.  Kolej ne  zdj ęcie  przedstawiało  Westona  Michelsa  i  j ego  oj ca,  Randy ’ego
Michelsa, j ednego z naj bogatszy ch ludzi świata. Przeprowadzili się do Stanów, kiedy  Weston m iał
osiem  lat, co tłum aczy ło j ego dziwny  akcent. Wiedziałam , że j est Anglikiem !

– Facet j est j ak hy bry da – skwitował Gabe, wy ciągaj ąc m i telefon z dłoni. – W każdy m  razie

Weston Michels odziedziczy  wartą m iliardy  dolarów fortunę.

– W takim  razie dlaczego j est opiekunem  roku? – zastanawiałam  się na głos.
–  To  kara  za  j ego  liczne  grzechy.  –  Gabe  ze  świstem   wy puścił  powietrze.  –  Kiedy   się  j est

sy nem   Randy ’ego  Michelsa,  człowiek  nie  grzeszy   po  cichu.  Cały   cholerny   świat  ocenia  cię  na
podstawie twoich czy nów.

– Twoich czy nów? – powtórzy łam . – A co on takiego zrobił?
– Zgwałcił dziewczy nę – wy j aśnił Gabe. – Przy naj m niej  j eśli wierzy ć plotkom . Jego rodzina

zapłaciła j ej  za m ilczenie. By li wtedy  parą. Dziewczy na go rzuciła, a on się j ej  narzucał czy  coś
w ty m  sty lu. Nikt nie wie, j ak by ło naprawdę. – Gabe ziewnął. – Plotka głosi, że zam ierzał rzucić
szkołę, ale oj ciec kazał m u się do wszy stkiego przy znać.

–  Czy li…  –  Splotłam   dłonie,  próbuj ąc  zrozum ieć.  –  Nasz  opiekun  roku  j est  podej rzewany

o gwałt? Władzom  uniwersy tetu to nie przeszkadza?

– O czy m  ty  m ówisz? – odezwała się w końcu Lisa. – Ten facet to bóg. Założę się, że zdzira go

wrobiła. Facet m a za dużo do stracenia, żeby  zrobić coś takiego.

– Ale bogaci kolesie lubią kontrolować sy tuacj ę – odparłam . Na wspom nienie rozm owy, którą

j a i Weston odby liśm y  w j ego pokoj u, rozbolał m nie brzuch. Jasna cholera, czy żby  chciał m nie
wy korzy stać? Szczelniej  otuliłam  się swetrem .

–  Tak  to  j uż  j est,  że  za  pieniądze  kupisz  wszy stko.  –  Gabe  przeciągnął  się  na  kanapie.  –  Koleś

j est  naszy m   opiekunem   roku,  nie  wy leciał  z  druży ny   futbolowej   i  j eśli  wierzy ć  plotkom ,  przez
cały  weekend im prezował w Malibu. My ślę więc, że wszy stko z nim  w porządku.

– A co z dziewczy ną? – spy tałam .
– Ach, Lorelei. Nic j ej  nie j est. Dzień po incy dencie widziano j ą, j ak obściskiwała się z j akim ś

ty pkiem , więc ta historia z gwałtem  to chy ba j akiś żart. Baj eczka wy ssana z palca, ale na twoim
m iej scu i tak by m  nosił przy  sobie gwizdek.

– Gwizdek? – powtórzy łam . – Na wy padek gwałtu?
–  Nie.  –  Gabe  pokręcił  głową.  –  Taki,  j akiego  uży wa  się  na  m eczu  futbolowy m .  Py tasz

poważnie?

– Tak?

background image

Przy j rzał m i się z uwagą.
– Obawiam  się o bezpieczeństwo twoj ej  współlokatorki, Liso.
– Nic j ej  nie będzie.
– Dobra. – Gabe zam knął oczy  i roześm iał się ponuro. – A co zrobi, j eśli duży, zły  wilk, znany

również j ako Weston Michels, postanowi się z nią zabawić? Ukry j e się? Popatrz ty lko na nią.

Wskazał  na  m nie  palcem .  Cofnęłam   się  o  krok.  Lisa  przechy liła  głowę,  spoj rzała  na  m oj e

ubrania,  a  chwilę  później   na  włosy.  Czuj ąc  na  sobie  j ej   spoj rzenie,  poczułam   się  skrępowana.
Założy łam  włosy  za ucho.

–  Mogliby śm y   j ą  oszpecić.  –  Zm ruży ła  oczy   i  szarpnęła  m nie  za  koszulkę.  Trzepnęłam   j ą

w rękę i skrzy żowałam  ram iona.

– Musim y  ogolić j ej  głowę. – To by ł pom y sł Gabe’a.
Lisa pokiwała głową.
– I założy ć j ej  na twarz m askę.
– To się da zrobić – zgodził się Gabe.
–  Nie.  –  Cofnęłam   się.  –  Nic  z  tego.  I  przestańcie  się  o  m nie  m artwić.  Nic  m i  nie  będzie.  –

  Przy naj m niej   tak  długo,  j ak  m iałam   swoj e  proszki  i  przesy piałam   w  nocy   co  naj m niej   osiem
godzin. Zacisnęłam  pięści i poczułam , j ak paznokcie wbij aj ą się w skórę dłoni. Skoro czułam  ból,
wiedziałam ,  że  przy naj m niej   j estem   w  stanie  coś  poczuć.  Czasam i  potrzebowałam   czegoś
takiego, żeby  wiedzieć, że nie j estem  chodzący m  zom bie.

– Jak sobie chcesz. – Gabe dźwignął się z kanapy. Naj wy raźniej  uważał tem at za zam knięty. –

 Wpadnę po was tak koło dwudziestej  pierwszej .

– Dwudziestej  pierwszej ? – spy tałam .
– Do zobaczenia! – Kiedy  wy chodził, Lisa poklepała go po plecach. By ł słodki, tak j ak słodcy

by waj ą m uzy cy  rockowi, i m usiałam  przy znać, że Lisa m iała racj ę. Tatuaże nie by ły  wcale takie
złe. Przy naj m niej  te, które m iał Gabe.

– Przestań się gapić na m oj ego kuzy na – rzuciła, staj ąc za m oim i plecam i. – To nie j est facet

dla  ciebie.  Prześpi  się  z  tobą,  a  rano  pocałuj e  cię  w  policzek  i  wy stawi  za  drzwi,  zanim   zdąży sz
zaprotestować.

– Pięknie – westchnęłam .
–  No  j uż.  –  Złapała  m nie  za  rękę.  –  Mam y   m asę  roboty,  j eśli  chcem y   przy gotować  się  na

im prezę. A j a wciąż nie m am  legity m acj i.

– Pom ogę ci – m ruknęłam , przy pom inaj ąc sobie słowa Westona i j ego zatroskane spoj rzenie,

kiedy   radził  m i,  żeby m   uważała  i  nie  chodziła  nigdzie  sam a.  Odkąd  gwałciciele  tak  bardzo
przej m owali się bezpieczeństwem  inny ch? Nie zrobił tego. Mógł m nie wy korzy stać, ale tego nie
zrobił. Zam iast tego pom ógł m i. Mim o to j edna m y śl nie dawała m i spokoj u… A j eśli?
 

1. 

The Internet Movie Database – naj większa na świecie internetowa baza dany ch
o film ach i ludziach z branży  film owej . 

[wróć]

background image

Rozdział 5

Trudno jest żyć – łatwiej jest umrzeć.

Zamykasz oczy i więcej ich nie otwierasz.

Co w tym trudnego? Nic – tyle tylko, że

cholernie trudno zostawić tych, których się

kocha.

Weston

Powinienem   odpuścić.  Lekarz  powiedziałby,  że  ekspery m entuj ę  z  rzeczam i,  o  który ch

powinienem  zapom nieć. Powiedziałby : ile czasu w końcu ci zostało? Miałem  dość słuchania ty ch
bzdur. To chore. Nawet m ój  ociec m iał dość lekarzy. Ja m iałem  ich dość, odkąd poinform owali
m nie – ośm iolatka – że m oj a m am a nie przeży j e operacj i.

Gdy  w ubiegły m  roku m ój  brat nie obudził się po ty m , co się stało. Niektórzy  twierdzą, że nad

naszą  rodziną  ciąży   j akaś  klątwa.  W  końcu  nie  m ożna  by ć  tak  bogaty m   i  wpły wowy m ,  nie
ponosząc tego konsekwencj i. Kiedy  by łem  m ały, nauczy ciel w szkółce niedzielnej  powiedział, że
czasam i nieszczęścia doty kaj ą nas po to, żeby śm y  zaufali Panu Bogu.

Jak  wielkiego  zaufania  oczekuj e  ode  m nie  Bóg?  Straciłem   wszy stko.  Mało  brakowało,

a  w  ubiegły m   roku  straciłby m   reputacj ę  i  m iej sce  w  druży nie,  ty lko  dlatego,  że  powiedziałem
„nie”. Zabawne, że nikt nie m ówi o wy korzy sty waniu facetów.

Ścisnąłem   w  dłoniach  telefon.  Miałem   j ej   num er.  Zrobiłem   coś  okropnego.  Poważnie.

Włam ałem   się  do  szkolnego  sy stem u  i  wy kradłem   num er  j ej   telefonu.  Biedna  dziewczy na,
pewnie  m y ślała,  że  j ą  prześladuj ę.  Raczej   nie  poprawiłby m   swoich  notowań,  gdy by m   teraz
zadzwonił  i  powiedział  „Cześć”.  Fraj er.  By łem   kom pletny m   fraj erem .  Nigdy   nie  m iałem
problem ów z podry waniem  dziewczy n, ale po ty m , co wy darzy ło się w zeszły m  roku, zrobiłem
się przesadnie ostrożny.

Pom agała m i m oj a świta.
Nazy wałem   ich  tak  dlatego,  że  podobało  m i  się  brzm ienie  tego  słowa.  Ktoś  zapukał  do  drzwi.

Chciałem  wstać, ale drzwi się otworzy ły, zanim  zdąży łem  zareagować. Do pokoj u wszedł David,
sto trzy dzieści sześć kilogram ów ży wej  wagi – i rzucił na stół m oj ą receptę.

– Jak leci? – spy tał.
–  Świetnie  –  skłam ałem   i  pospiesznie  ukry łem   skrawek  papieru,  na  który m   zapisałem   num er

Kiersten.

–  Dobrze  się  czuj esz?  –  Pochy lił  się  w  m oj ą  stronę  i  zaświecił  m i  w  oczy   latarką  j ak  j akiś

uczony. Odepchnąłem  j ego rękę.

–  W  porządku.  –  Odchrząknąłem   i  poderwałem   się  z  krzesła.  Przez  m om ent  zakręciło  m i  się

w głowie; m iałem  tak, kiedy  zby t gwałtownie wstawałem . – Gdzie Jam es?

–  Wy szedł  –  David  westchnął,  j akby   dość  m iał  m oich  ciągły ch  py tań.  –  Wróci,  żeby

background image

odprowadzić cię na zaj ęcia. Dasz radę pój ść, prawda?

Miałem  dość.
– Jasne, że dam  radę pój ść. Nie j estem  przecież pij any.
– Za szy bko wstałeś – m ruknął pod nosem , wy ciągnął notatnik i zaczął notować. – Masz ostatnio

zawroty  głowy ? Problem y  z oddy chaniem ?

Hm m , czy  fakt, że na widok Kiersten zabrakło m i tchu, też się liczy ł? A to, że od zapachu j ej

perfum  zakręciło m i się w głowie? Co powiedziałby  na to David?

–  Mój   oj ciec  płaci  ci,  żeby ś  dbał  o  m oj e  zdrowie  psy chiczne,  nie  żeby ś  m nie  niańczy ł  –

 warknąłem .

– Wy glądasz blado. – David zm ruży ł oczy.
–  Do  diabła.  –  Potarłem   twarz  rękam i.  –  Mogę  prosić  o  chociaż  chwilę  norm alności?  Jedną

chwilę,  kiedy   przestaniesz  bazgrać  w  swoim   przeklęty m   notatniku  i  kiedy   przestaniem y
rozm awiać o pieniądzach m oj ego oj ca, m oj ej  przy szłości i…

David podniósł rękę, j akby  chciał się obronić przed natłokiem  słów.
– Zrozum iałem . Przepraszam , Wes.
Czułem   się  źle,  a  zarazem   by łem   poiry towany.  Od  m iesięcy   chodziłem   podenerwowany

i wiedziałem , że m oj e zachowanie względem  Davida by ło kolej ną rzeczą, o której  poinform uj e
m oj ego oj ca w raporcie.

– Masz ładny  pokój  – stwierdził.
– Bez gadek-szm atek – roześm iałem  się. – Mój  pokój  wy gląda dokładnie tak, j ak powinien. Jest

czy sty  i dostępny. Jestem  przecież opiekunem  roku.

– Tak, a j a j estem  królową – rzucił oschle David.
–  Prawie  by m   zapom niał.  –  Mówiąc  to,  sięgnąłem   po  klucze  i  telefon.  –  Idziem y   dziś  na

im prezę.

– My ? – Uniósł brwi.
– Tak, m y. Ty, Jam es i j a. Muszę poznać resztę studentów z m oj ego akadem ika, a to się nie uda,

j eśli  będę  siedział  w  pokoj u  j ak  j akiś  chory …  –  Słowa  uwięzły   m i  w  gardle.  Zagry złem   wargę
i zaczekałem , aż m iną zawroty  głowy. – Idę na trening.

– My ślisz, że to dobry  pom y sł?…
–  To  wszy stko,  co  m i  zostało  –  sarknąłem   znów.  –  Nie  zrezy gnuj ę  z  futbolu,  David.  Zapisz  to

w  swoim   m ały m   notatniczku  i  przekaż  m oj em u  oj cu.  To  m oj a  kariera.  Nie  zam ierzam   z  niej
rezy gnować.  Zostałem   tu  po  to,  żeby   wszy scy   by li  szczęśliwi,  ale  teraz,  kiedy …  –  Nie
dokończy łem . Nie chciałem  m ówić tego na głos, j edy nie pokręciłem  głową.

Miałem   wrażenie,  że  zrozum iał.  Kiwaj ąc  głową,  razem   ze  m ną  wy szedł  z  pokoj u  i  skierował

się  w  stronę  windy.  Musiałem   wy pocić  stres,  ale  przede  wszy stkim   chciałem   przestać  m y śleć
o dziewczy nie o piękny ch oczach i j eszcze piękniej szy ch włosach. By ły  długie, sięgały  niem al do
pasa, i tak niewiary godnie grube, że nie m ogłem  nie m arzy ć o ty m , j ak by  to by ło zatopić w nich
palce.

By ła pierwszą dziewczy ną od czasu Lorelei, której  pozwoliłem  się dotknąć. Może „dotknąć” to

za  dużo  powiedziane,  bardziej   wpaść  na  siebie.  Ale  nie  wzdry gnąłem   się,  czuj ąc  na  sobie  j ej
doty k. Wręcz przeciwnie, chciałem  więcej .

Nie by ło co do tego żadny ch wątpliwości, zwłaszcza że śledziłem  j ą przez ostatnie kilka godzin.

Co pewnie by ło z m oj ej  strony  kom pletną głupotą.

background image

Drzwi  windy   otworzy ły   się  z  cichy m   brzęknięciem .  David  i  j a  wy siedliśm y   i  poczułem ,  że

ludzie  się  na  m nie  gapią,  naprawdę  gapią.  Ktoś  m ógłby   pom y śleć,  że  zdąży łem   się  do  tego
przy zwy czaić,  ale  tak  nie  by ło.  Nienawidziłem   tego.  Ludzie  zawsze  czegoś  ode  m nie  chcieli.
Zabawne, bo dałby m  sobie uciąć lewą rękę, żeby  by ć j edny m  z nich. Chętnie zam ieniłby m  się
z  gościem ,  który   stał  przy   wej ściu  i  dłubał  w  nosie,  albo  nawet  z  dziewczy ną  w  okularach
i z wy staj ący m i zębam i. Mógłby m  nawet m ieć pry szcze. Nie dlatego, że nienawidziłem  swoj ego
ży cia. Wręcz odwrotnie. Kochałem  ży cie.

Drzwi do akadem ika się otworzy ły.
Kilka  dziewczy n  sięgnęło  po  kom órki,  prawdopodobnie  po  to,  żeby   zrobić  m i  zdj ęcie.

Westchnąłem . Pierwszoroczniaczki.

Pom achałem  im  i szedłem  dalej . Chwilę później  po m oj ej  lewej  ręce poj awił się Jam es.
Dziewczy ny   chichotały,  kiedy   j e  m ij ałem .  Jedna  wy glądała,  j akby   lada  chwila  m iała

zem dleć.

Takie właśnie by ło m oj e ży cie.

background image

Rozdział 6

Prosto w ogień, a z ognia może prosto do…

chwileczkę, jak to było? Do piekła?

Kiersten

– Gotowa? – Lisa starła z ust nadm iar bły szczy ka i przej rzała się w lustrze. – Bo j a tak.
Roześm iałam  się.
– Właśnie widzę. – Założy ła m inispódniczkę, szpilki i kusą koszulkę. Ja w ży ciu by m  się tak nie

ubrała.  Wuj ek  Jo  by   m nie  zabił.  Um arłaby m   ze  wsty du.  Oto  j ak  dziewczy ny   pakuj ą  się
w kłopoty.

– No dobra. – Odwróciła się nachm urzona. – Nie m ożesz tak wy j ść.
– Co? – Spoj rzałam  na j eansy -rurki i botki. Założy łam  do tego białą bluzeczkę i spięłam  włosy

w koński ogon.

– Idziem y  na im prezę – przy pom niała m i.
– Wiem . – Wzruszy łam  ram ionam i. – Przecież się ubrałam .
– Właśnie widzę. – Ton Lisy  nie napawał opty m izm em . – Ale nie j esteś m niszką, a w tej  chwili

wy glądasz j ak ktoś, kto uczy  się w dom u i nie m usi z niego wy chodzić.

Uczy  się w dom u? Znałam  dzieciaki, które uczy ły  się w dom u, i wszy stkie by ły  norm alne. Po

ty m   wszy stkim   błagałam   nawet  wuj ka,  żeby   pozwolił  m i  się  uczy ć  w  dom u.  Jeszcze  raz
spoj rzałam  na swoj e ubranie i wzruszy łam  ram ionam i.

Ktoś załom otał do drzwi i do pokoj u wszedł Gabe.
– A niech m nie, kuzy neczko, zam ierzasz dać się przelecieć?
Lisa się uśm iechnęła.
Gabe patrzy ł teraz na m nie.
– A ty  ubrałaś się j ak przedszkolanka. Dlaczego?
– Bardzo śm ieszne.
– Ale j a nie żartuj ę. – Udawał, że się krztusi, i znacząco uniósł brwi.
Westchnęłam  i odwróciłam  się w stronę Lisy.
– Taki m am  sty l. Nie noszę kusy ch spódniczek, bluzek odsłaniaj ący ch brzuch i…
–  Widzisz,  j uż  sam   fakt,  że  nazwałaś  to  –  m ówiąc  „to”,  wskazała  na  swoj ą  bluzkę  –  bluzką

odsłaniaj ącą brzuch, wiele o tobie m ówi.

– Na przy kład co?
– Że potrzebuj esz pom ocy.
Gabe potwierdził skinieniem  głowy.
– Słuchaj cie, nie j estem  Kopciuszkiem .
Gabe uśm iechnął się znacząco i m ruknął: – Zgub ty lko pantofelek.
– No proszę, chce znaleźć twój  pantofelek – zażartowała Lisa.

background image

– To botek – sprostowałam , unosząc stopę i odsłaniaj ąc but z czarnej  lśniącej  skóry.
– Czy  to ważne? – Gabe wzruszy ł ram ionam i. – W ubraniu czy  bez, i tak wy glądasz seksownie.

Gdy by m  by ł tobą i gdy by  uganiał się za m ną ktoś taki j ak cholerny  Weston Michels, m usiałby  się
nieźle postarać, żeby  zdoby ć m oj e serce.

–  Ja,  no…  –  Bawiąc  się  włosam i,  spoj rzałam   w  lustro.  Oboj e  m ieli  racj ę.  Wy glądałam   j ak

córka am isza.  Kiedy ś interesowałam   się m odą,  ale ostatnio  wszy stko wy dawało  się  pozbawione
sensu.  No  ale  przy naj m niej   j adłam   i  się  m y łam .  Lisa  i  Gabe  nie  m usieli  o  ty m   wiedzieć,  ale
dbanie o siebie by ło dla m nie nie lada wy czy nem .

– W porządku – powiedziałam  zrezy gnowana. – Założę inną koszulkę, ale na ty m  koniec.
– Um owa stoi! – Lisa uśm iechnęła się i klasnęła w dłonie.
Dziesięć m inut później  zaczęłam  poważnie wątpić w to, czy  j estem  norm alna. Koszulka, którą

m i dała, nie zachodziła na spodnie i odsłaniała dobre pięć centy m etrów brzucha. Próbowałam  się
garbić, ale Gabe nazwał m nie Quasim odo, więc porzuciłam  ten pom y sł.

Im preza odby wała się w główny m  holu budy nku. Sy tuacj a nie m ogła więc wy m knąć się spod

kontroli, prawda? Wszy stko działo się przecież za zgodą władz uczelni. A to znaczy ło, że nie będzie
narkoty ków, alkoholu i inny ch uży wek.

Wuj ek  Jo  ostrzegał  m nie,  żeby m   nie  m ieszała  lekarstw  z  alkoholem .  Naj wy raźniej   człowiek

upij ał się wtedy  dwa razy  szy bciej . W prakty ce oznaczało to, że po j edny m  drinku będę tańczy ła
z abażurem  na głowie. Cóż, przy naj m niej  zapom nę, że m am  na sobie tę kusą bluzeczkę.

Kiedy  weszliśm y  do holu, ludzie zaczęli się na nas gapić. Nie tak, j ak gapią się na ciebie, kiedy

m asz  j edzenie  m iędzy   zębam i.  To  by ły   ciekawskie  spoj rzenia.  Może  to  przez  Gabe’a?  Stanęłam
bliżej  niego, a on otoczy ł nas ram ionam i.

– Gabe j uż tak m a  – wy j aśniła ze śm iechem   Lisa i dla żartu uderzy ła  go pięścią w biceps.  –

 Ludzie nie potrafią zdecy dować, czy  j est przy stoj ny, czy  obłąkany.

– Dzięki, Liso. – Gabe zm ruży ł oczy  i szepnął m i do ucha: – Tak m iędzy  nam i, po prostu j estem

seksowny.

– Oczy wiście – odparłam  protekcj onalnie.
Odchy lił głowę i wy buchnął śm iechem . Nie przy puszczałam , że m ógłby  m i się spodobać, ale

by ło w nim  coś, co sprawiało, że czułam  się swobodnie. Miałam  wrażenie, że gdy by m  w środku
nocy  poprosiła go, żeby  zawiózł m nie do oddalonego o cztery  godziny  drogi Bickelton, zgodziłby
się i j eszcze kupił m i kawę. Nigdy  dotąd nie m iałam  takiego przy j aciela. By ło to m iłe uczucie.

– A więc… – Lisa rozej rzała się po twarzach zgrom adzony ch. – Gdzie on j est?
–  Nieznaj om y,  z  który m   spędzisz  dzisiej szy   wieczór?  –  spy tał  Gabe,  który   przy niósł  nam

kubeczki z ponczem .

–  Nie.  –  Lisa  nadal  rozglądała  się  po  pom ieszczeniu.  –  Weston.  Gdzie  on  się  podziewa?  Jest

opiekunem  roku, więc m usi tu…

–  Czy żby ?  –  odezwał  się  łagodny   głos  za  naszy m i  plecam i.  –  Pom y ślałem ,  że  wy starczy   m i

się pokazać. Nie sądziłem , że ktokolwiek będzie m nie szukał.

Gdy by   nie  m uzy ka,  w  holu  by łoby   cicho  j ak  m akiem   zasiał.  Widziałam ,  że  ludzie  próbowali

usły szeć, co m ówił, i nadstawiali uszu.

Weston zignorował Lisę i Gabe’a, całą uwagę skupiaj ąc wy łącznie na m nie.
– Przy szłaś – odezwał się.
– Zm usili m nie.

background image

– Przekonali – westchnęła znacząco Lisa.
Gabe’a wy raźnie rozbawiła ta wy m iana zdań.
Weston nawet na chwilę nie odry wał ode m nie wzroku.
Gabe  naj wy raźniej   dość  m iał  tej   niezręcznej   sy tuacj i,  bo  odsunął  m nie  i  wy ciągnął  rękę  do

Westona.

– Podej rzewam y, że uczy ła się w dom u, dlatego j est taka m ałom ówna. – Mówiąc to, wskazał

na  m nie.  Policzki  m i  płonęły   i  czułam ,  że  się  czerwienię.  –  Ale  j est  słodka  j ak  diabli,  dlatego
wzięliśm y  j ą ze sobą. Ta tutaj  to m oj a kuzy nka – przedstawił Lisę. – Jeśli dobrze pam iętam , ty  i j a
chodziliśm y  razem  na zaj ęcia.

Weston przeniósł wzrok ze m nie na Gabe’a. Pokiwał głową i uścisnął m u dłoń.
– Tak – przy znał. – To by ło chy ba łucznictwo.
– Naj lepsze zaj ęcia, w j akich m iałem  okazj ę uczestniczy ć – dodał z rozrzewnieniem  Gabe.
– Tak, teraz pam iętam  – roześm iał się Weston. – To ty  wpakowałeś strzałę w ty łek nauczy cielki.
– Odrzuciła m oj e zaloty. – Gabe wzruszy ł ram ionam i.
– Ja by m  to nazwała m olestowaniem  seksualny m  – rzuciła Lisa i chrząknęła wy m ownie.
Gabe zby ł tę uwagę m achnięciem  ręki i spy tał:
– Jak tam  treningi?
– Ma na m y śli futbol – szepnęła Lisa. – Ćśśś, to j ak patrzenie na m ałego żółwika, który  próbuj e

dostać  się  do  wody.  Albo  zostanie  pożarty,  bo  nie  m a  poj ęcia  o  sporcie,  albo  dotrze  do  oceanu
i odkry j e, że j est prawdziwy m  m ężczy zną.

–  W  porządku.  –  Weston  nas  zignorował.  –  Brutalne,  j ak  zawsze,  ale  szy kuj e  się  naprawdę

dobry  sezon.

– My ślisz, że zdobędziecie puchar? – Gabe wy dawał się szczerze zainteresowany.
– Dobry  Boże, żółwikowi się udało! – szepnęła m i do ucha Lisa.
–  Tak.  –  Weston  zerknął  na  m nie  i  pokiwał  głową.  –  Trener  m a  nadziej ę,  że  zdobędziem y

m istrzostwo.  Po  ty m ,  j ak  w  zeszły m   roku  przegraliśm y   z  Oregon  Ducks,  chcem y   się
zrehabilitować.

– Wiem  coś o ty m  – westchnął Gabe. – Nienawidzę Kaczek  

1

.

– Zielono-żółci, zielono-żółci – zanuciła za j ego plecam i Lisa.
– Zaśpiewaj  to j eszcze raz, a oberwiesz – zagroził j ej  Gabe.
Lisa się uśm iechnęła.
– Na m nie j uż czas – oświadczy ła. – Właśnie zobaczy łam  j ednego z gości, który ch poznałam

podczas zapisów. Wszedł i nasze oczy  się spotkały. Teraz spotkam  się z nim  na środku parkietu.

– Lubi opowiadać o swoim  ży ciu – skwitował Gabe, kiedy  odeszła.
– Nieźle – odparłam  ze śm iechem . – Potrzebuj e ty lko ścieżki dźwiękowej .
–  Nie  m ów  j ej   tego.  –  Gabe  pokręcił  głową.  –  Nie  zdziwiłby m   się,  gdy by   zam iast  m ówić,

zaczęła nagle śpiewać. Już od sam ego przeby wania w j ej  towarzy stwie tracę punkty  IQ.

Zapadła  niezręczna  cisza.  Weston  nie  przestawał  się  we  m nie  wpatry wać.  Uśm iech

Gabe’a  z  m inuty   na  m inutę  robił  się  coraz  szerszy.  W  końcu  bąknął  coś  o  zaprawieniu  ponczu
i zostawił nas sam y ch. To znaczy ło, że Weston by ł naj gorszy m  opiekunem  roku w historii uczelni.
Zwłaszcza  że  wzm ianka  o  zaprawianiu  ponczu  alkoholem   nie  zrobiła  na  nim   naj m niej szego
wrażenia.

background image

– Przej dźm y  się – zaproponował.
Przez chwilę gapiłam  się na j ego wy ciągniętą rękę, w końcu j ednak spoj rzałam  m u w oczy.
– Nie wiem , czy  powinnam .
–  Nie  zrobiłem   tego.  –  Przełknął  z  trudem   ślinę  i  na  krótką  chwilę  zam knął  oczy.  –  Mówię

o gwałcie. Pewnie j uż o ty m  sły szałaś. Zaufaj  m i. Jak chcesz, dam  ci nawet swój  gwizdek gwałtu.

– Nosisz go przy  sobie? – Spoj rzałam  na niego zdum iona.
–  Faceci  też  padaj ą  ofiarą  gwałtu.  –  Jego  uśm iech  zgasł.  Sięgnął  do  kieszeni  i  wręczy ł  m i

gwizdek. – Nie zapom nij  o naj ważniej szy m .

– To znaczy ? – Wzięłam  do rąk czerwony  gwizdek i przy j rzałam  m u się z uwagą.
– O dm uchaniu. – Poczułam  na twarzy  j ego oddech.
– Słucham ? – Wy dawało m i się, że zaraz zem dlej ę. Niem al sty kaliśm y  się ustam i.
–  Musisz  dm uchnąć…  –  Rozciągnął  usta  w  uśm iechu.  –  W  gwizdek.  No  wiesz,  żeby   wezwać

pom oc.

– Ach – rzuciłam  bez tchu. – No tak.
Wy prowadził  m nie  z  holu.  Miałam   szczęście,  że  idąc,  nie  poty kałam   się  o  własne  nogi.  Nie

wiedziałam , dlaczego zwrócił uwagę właśnie na m nie, ale coś m i m ówiło, że nie wy niknie z tego
nic  dobrego.  Nie  m ogłam   by ć  wy łącznie  j ego  przy j aciółką,  a  by cie  kim ś  więcej   przerażało
m nie.
 

1. 

Popularna nazwa Oregon Ducks. 

[wróć]

background image

Rozdział 7

Zapamiętaj, jeśli uśmiech dziewczyny

sprawia, że zapominasz, jak masz na

imię… Wdepnąłeś w niezłe gówno.

Weston

– Tędy. – Złapałem  j ą za rękę i poprowadziłem  wzdłuż ulicy. – Opowiedz m i o sobie, Kiersten.

–  Kiepski  początek.  Pierwsze  py tanie  by ło  tak  m ało  ory ginalne,  że  m iałem   ochotę  walnąć  się
w twarz. Oto j ak zachowy wał się człowiek, gdy  um awiał się z pierwszoroczniaczkam i.

– Mam  osiem naście lat.
– Nie, nie chciałem … – Spoj rzałem  na nią i znalazłem  się we władaniu j ej  zielony ch oczu. –

  To  znaczy,  cieszę  się,  że  m asz  osiem naście  lat.  Nie  chciałby m   m ieć  kłopotów  przez  to,  że
trzy m am  cię za rękę.

– Prawdę m ówiąc, nie wy glądasz na faceta, który  ogranicza się do trzy m ania za rękę.
–  Masz  racj ę  –  westchnął.  –  Ale  lubię  dłonie,  Owieczko,  choć  m oże  ty lko  twoj e  tak  na  m nie

działaj ą.  –  Mówiłem   prawdę.  Podobały   m i  się  j ej   ręce.  Wszy stko  w  niej   wy dawało  się  takie
niewinne. Prawie by łem  na siebie zły  za to, że j ej  doty kam , że j ej  pragnę. Prawie.

– Wciąż to przezwisko…
–  Tak  –  zgodziłem   się  i  ścisnąłem   j ą  za  rękę.  Przecięliśm y   trawnik  i  szliśm y   w  m ilczeniu

chodnikiem .  Mij aliśm y   kolej ne  sam ochody,  a  cisza  m iędzy   nam i  zdawała  się  nie  m ieć  końca.
W końcu zatrzy m ała się pod j edną z uliczny ch latarni i wy sunęła rękę z m oj ej  dłoni.

– Posłuchaj … – Przestąpiła nerwowo z nogi na nogę. Jej  niewinne oczy  patrzy ły  to na ziem ię,

to na m oj ą twarz. – Nie wiem , do czego zm ierzasz. Doceniam  twoj ą pom oc i w ogóle, ale…

– Ale? – spy tałem  rozbawiony, unosząc brwi.
– Nie j estem  taka – szepnęła.
– Jaka?
– Taka. – Policzki m iała zaróżowione. – Nie sy piam  z chłopakam i.
– A, o to chodzi. – Uśm iechnąłem  się, widząc, j ak bardzo j est zakłopotana. – Ja też.
– Słucham ?
– Ja też nie sy piam  z chłopakam i. Nie j estem  taki. A więc teraz, kiedy  m am y  za sobą tę dość

szczególną rozm owę, m ożem y  zostać przy j aciółm i. – Znowu wziąłem  j ą za rękę.

– Ja… – Nie dokończy ła, bo pech chciał, że kum pel z druży ny  przej eżdżał akurat obok.
–  Michels!  –  krzy knął,  wy chy laj ąc  się  przez  okno.  –  Dziś  w  Kappa  j est  im preza!  –  Zatrąbił

i odj echał z piskiem  opon.

– To twój  przy j aciel? – spy tała.
– Gorzej  – zachichotałem . – Kum pel z druży ny. – Zatrzy m ałem  się i delikatnie dotknąłem  j ej

ram ienia. – Chcesz iść na inną im prezę?

background image

– Chy ba powinnam  wrócić…
– No  chodź.  –  Przy ciągnąłem   j ą  do  siebie.  –  Na  chwilę.  Przedstawię  cię  znaj om y m ,  dam   ci

m leka i przed północą położę cię do łóżka.

Zm ruży ła oczy.
– Sam ą. Beze m nie – dodałem .
Kiersten spoj rzała na ulicę.
– Zgoda. Pół godziny  i nie m y śl sobie, że nie uży j ę gwizdka.
– Proszę bardzo – szepnąłem . – Kiedy  m i go oddasz, będę wiedział, j ak sm akuj ą twoj e usta.
Wzdry gnęła się.
– Nie m ożesz m ówić m i takich rzeczy.
– Dlaczego? – Uj ąłem  j ą pod brodę i zm usiłem , żeby  na m nie spoj rzała. – Czuj esz się przez to

niezręcznie?

– Tak – szepnęła.
–  W  porządku  –  westchnąłem .  –  W  takim   razie  zachowam   j e  dla  siebie  i  od  czasu  do  czasu

będę patrzy ł na ciebie tęskny m  wzrokiem . Co ty  na to?

– Jeśli to poprawi ci hum or – odparła ze śm iechem .
–  Hum or  poprawiaj ą  m i  gwizdki.  I  rudowłose  dziewczy ny.  –  Znowu  wziąłem   j ą  za  rękę.  –

 I dziewice. – Dziwne, ale zarum ieniła się j eszcze bardziej  i m ocniej  ścisnęła m oj ą rękę. Znałem
się na ludziach i założy łby m  się o każdą sum ę, że nigdy  się nie całowała. To dlatego czuła się taka
skrępowana. – Owieczko… – westchnąłem . – Mógłby m  złoży ć cię w ofierze na ołtarzu.

– Wolałaby m  nie.
– Skąd wiesz? – Uśm iechnąłem  się zadziornie. – Może by  ci się spodobało.
– Skąd wiesz ? – spy tała rozm arzony m  głosem . – Może to j a pchnęłaby m  cię nożem ?
– Widzę, że uczciwie stawiasz sprawę – roześm iałem  się. – A teraz chodźm y. Musim y  spotkać

się z ludźm i, napić się m leka i zgorszy ć pewną studentkę pierwszego roku.

background image

Rozdział 8

Rzeczy nigdy nie są takie, jakimi się

wydają – nigdy.

Kiersten

Nigdy   nie  by łam   w  siedzibie  bractwa.  Widziałam   j e  j edy nie  na  film ach.  Mnóstwo

im prezuj ący ch facetów, pij any ch ludzi i plastikowe kubki zaściełaj ące trawnik.

Czegoś takiego się j ednak nie spodziewałam .
Muzy ka by ła głośna, ale zaskoczy ł m nie rozm iar im prezy.
Alkohol  by ł  wszędzie,  podobnie  j ak  j edzenie.  Gdziekolwiek  spoj rzałam ,  widziałam   ludzi

ubrany ch j ak gwiazdy  film owe, a każdy  chłopak wy glądał j ak z okładki m agazy nu.

–  Chłopaki.  –  Weston  położy ł  m i  ręce  na  ram ionach  i  delikatnie  pchnął  m nie  do  przodu.  –  To

j est Kiersten.

Kilku z nich bąknęło „cześć” i uśm iechnęło się do m nie. Nie wy glądali j ak ty powe m ięśniaki.

Większość  piła  drinki  i  rozm awiała  o  futbolu,  a  towarzy szące  im   dziewczy ny   radośnie
dy skutowały  o ubraniach.

–  Och…  –  Weston  szarpnął  m nie  za  rękę.  –  Ci  kolesie,  którzy   właśnie  weszli…  –  Mówiąc  to,

wskazał dwóch m ężczy zn. Jeden nosił okulary  w ciem ny ch oprawkach i kozią bródkę, a drugi m iał
ponad  dwa  m etry   wzrostu  i  by ł  chudy   j ak  szczapa.  Na  oko  obaj   wy glądali  na  około  trzy dzieści
pięć  lat.  –  Pracuj ą  dla  m nie.  Albo  raczej   dla  m oj ego  taty.  Zależy,  j ak  na  to  spoj rzeć.  Gdy by ś
m iała j akieś problem y, gdy by  ktoś ci się naprzy krzał… Uży j  gwizdka i biegnij  prosto do nich.

– Tak, ale dlaczego ktoś m iałby  m i się naprzy krzać?
– O, świeży  towar. – Za m oim i plecam i ktoś zachichotał.
– Muszę dodawać coś j eszcze? – Weston j ęknął. – Poznaj  Drake’a.
– Cześć, Drake – wy m am rotałam  z trudem , próbuj ąc uniknąć j ego drapieżnego wzroku. Miał

ciem nobrązowe oczy  i rudawozłote włosy.

– Siem ka. – Skinął głową.
To by ł koniec naszej  rozm owy.
Weston  kolej no  przedstawiał  m nie  znaj om y m ,  który ch  kom pletnie  nie  interesowało  to,  kim

j estem . By li m ili, ale nic więcej . W końcu zaprowadził m nie do kuchni.

– Zrobim y  ci drinka – oświadczy ł.
– Nigdy  wcześniej  nie piłam  – uprzedziłam , unosząc ręce.
– Wiem  – zaśm iał się. – I dlatego ty  i j a m am y  pewną m isj ę. Pierwsza im preza w siedzibie

bractwa, pierwszy  drink, pierwszy  wieczór w towarzy stwie starszego…

– Wy starczy. – Pokręciłam  głową, kiedy  wy ciągnął w m oj ą stronę plastikowy  kubek.
–  Jeszcze  nie.  Jeśli  wy pij esz  chociaż  ły k,  um rę  j ako  szczęśliwy   człowiek.  –  Jego  usta  się

uśm iechały, ale oczy  nie, gdy  stał tak z kubkiem  w dłoni.

background image

–  Presj a  rówieśników.  Wiesz,  że  j esteś  naj gorszy m   opiekunem   roku,  j akiego  m iałam   okazj ę

poznać?

Wzruszy ł ram ionam i.
Alkohol zachlupotał w kubku. By ł ciem ny  i cuchnął j ak zgniłe banany.
– Co to? – spy tałam .
– Piwo. Jeden ły k. No j uż.
Zatkałam  nos. Roześm iał się, ale nie dbałam  o to. Napój  sm akował j ak gorzkie banany  i pleśń,

i po j edny m  ły ku m iałam  dość. Zaczęłam  kasłać i oddałam  m u kubek.

– Widzisz? – Miał zaraźliwy  uśm iech. – By ło aż tak źle?
– By ło paskudne! – Pacnęłam  go w ram ię.
– Co ci m ówiłem ? Nie będziesz m usiała uży wać gwizdka. Widzisz, potrafię dotrzy m ać słowa. –

 Roześm iał się i zatoczy ł. Zaklął pod nosem  i chwy cił się blatu.

– Wszy stko w porządku? – Podbiegłam  do niego.
Odsunął się i zam rugał kilka razy.
–  Tak,  nic  m i  nie  j est.  Ja  ty lko…  m uszę  wziąć  coś  od  Jam esa.  Zaraz  wrócę,  dobrze?  Nie  idź

z nikim  na górę i nie pij  niczego, nawet wody.

–  Tak  j est.  –  Zasalutowałam ,  chcąc  go  rozśm ieszy ć.  On  j ednak  wy glądał,  j akby   m iał

zwy m iotować, i powoli wy szedł z kuchni, zostawiaj ąc m nie sam ą.

Kilka chwil później  usły szałam  kobiecy  głos.
– Ciekawe. Jesteś j ego nowy m  celem ?
– Celem ? – Odwróciłam  się.
Dziewczy na  by ła  piękna.  Jej   nogi  zdawały   się  nie  m ieć  końca,  m iała  obcisłą  białą  sukienkę

i czarne włosy, które opadały  j ej  falam i na piersi.

–  Nie  inaczej .  –  Sięgnęła  po  kubek  z  piwem   i  się  napiła.  –  Co  roku  wy biera  sobie  nową

świeży nkę.

– Naprawdę? – Strach ścisnął m nie za żołądek.
– Cóż m ogę powiedzieć? Łatwo się nudzi. Uwierz m i, do Bożego Narodzenia zapom ni o tobie

i  znaj dzie  sobie  inną.  Niech  no  zgadnę,  pochodzisz  z  m ałego  m iasteczka?  Jesteś  niewinna?  Czy li
wszy stko, co kręci takiego wpły wowego gościa j ak Wes, ale nic, czy m  m ógłby  się zainteresować
na dłużej , j eśli wiesz, co m am  na m y śli. Rozkochuj e w sobie panienki, a później  i tak im prezuj e
z  ty m i,  którzy   nie  m aj ą  gdzieś  j ego  i  j ego  ży cia.  Tak  więc  ciesz  się  nim ,  póki  m ożesz.  Ja  tak
zrobiłam . – Pociągnęła z kubka i wy buchła śm iechem , akurat gdy  do kuchni wszedł Weston.

Mogłaby m  przy siąc, że się skrzy wił, zobaczy wszy  j ą.
– Co ty  tu robisz, Lorelei?
–  Zostałam   zaproszona  –  odparła  aksam itny m   głosem .  –  Powinieneś  się  cieszy ć,  że  m nie

widzisz. To oznacza dobrą prasę. Ty  i j a, zupełnie j akby  nic się nie stało.

– Ale się stało. – Weston zacisnął dłonie w pięści.
– Kto tak twierdzi? – Odchy liła głowę i się roześm iała. – Właśnie rozm awiałam  z twoj ą m ałą

przy j aciółeczką.

– A m y  właśnie wy chodzim y. – Weston wziął m nie za rękę i przy ciągnął do siebie.
–  Pam iętaj ,  co  ci  m ówiłam .  –  Lorelei  po  raz  ostatni  obrzuciła  m nie  spoj rzeniem

i  ostentacy j nie  wy szła  z  kuchni.  Odetchnęłam   i  pozwoliłam ,  by   Weston  wy prowadził  m nie
z budy nku. Dwaj  m ężczy źni, który ch pokazał m i wcześniej , szli kilkanaście m etrów za nam i, kiedy

background image

wracaliśm y  tą sam ą uliczką, którą przy szliśm y  do siedziby  bractwa.

–  Wiem ,  że  m nie  nie  znasz.  –  Mówił,  j akby   ktoś  wy ssał  z  niego  całą  radość.  –  Ale  nie  wierz

w  nic,  co  powie  ci  ta  dziewczy na.  To  intry gantka.  Uj m ij m y   to  tak.  Nie  powinna  zbliżać  się  do
m nie na odległość piętnastu kilom etrów, a co dopiero pięciu m etrów.

– Studiuj e tu?
– Nie – roześm iał się bez hum oru. – Rok tem u skończy ła studia. Nasi rodzice się przy j aźnili.
– Przy j aźnili?
–  Tak.  –  Pochy lił  głowę,  zaklął  pod  nosem   i  zagry zł  wargi.  –  Aż  do  ubiegłego  roku.  Nadal

uważaj ą,  że  to  zrobiłem .  Fakt,  że  Lorelei  j est  początkuj ącą  aktorką,  nie  ułatwia  sprawy.  Przeszła
sam ą siebie, kiedy  próbowała wpakować m nie do więzienia za coś, czego nie zrobiłem .

– Przy kro m i. – Serce m i się ścisnęło.
Weston westchnął.
– Niepotrzebnie. Co się stało, to się nie odstanie, prawda?
– Prawda – bąknęłam .
– Nie czuj ę się naj lepiej . – Mówiąc to, potknął się. – Chy ba coś m nie bierze, więc odprowadzę

cię grzecznie do pokoj u i będę uciekał.

– Zaplanowałeś to wszy stko, co? – drażniłam  się z nim .
Roześm iał  się.  Kiedy   by ł  szczęśliwy,  j ego  twarz  się  rozświetlała.  Wiedziałam ,  że  to

niedorzeczne, ale chciałam  zrobić coś, żeby  śm iał się j ak naj częściej . Prawie go nie znałam , a to,
czego  zdąży łam   się  dowiedzieć,  podpowiadało  m i,  że  by łoby   lepiej ,  gdy by m   trzy m ała  się  od
niego z daleka.

– Kiersten?
– Tak? – Kiedy  weszliśm y  do budy nku, im preza trwała w naj lepsze.
– Dziękuj ę.
–  Za  co?  –  Mój   oddech  przy spieszy ł,  kiedy   na  krótką  chwilę  j ego  oczy   zatrzy m ały   się  na

m oich ustach. Zaraz j ednak odwrócił wzrok i spoj rzał na drzwi windy.

– Za to, że m i uwierzy łaś.
Wzięłam  go za rękę.
Co j a wy prawiam ?
Zam knęłam  j ego palce w swoich.
– Będę ci wierzy ć tak długo, j ak długo nie zawiedziesz m oj ego zaufania. Tak postępuj ą ludzie.
– Ufaj ą ślepo nieznaj om y m ? – Wy dawał się nieobecny. Oczy  m iał szkliste i by ł przeraźliwie

blady.

– Nie. – Wy szliśm y  na kory tarz i ruszy liśm y  w stronę m oj ego pokoj u. – Znaj duj ą przy j aciół

i wierzą im , kiedy  ci m ówią prawdę.

–  Kiersten…  –  odparł  schry pnięty m   głosem ,  opieraj ąc  się  o  drzwi.  –  Nie  chcę  by ć  twoim

przy j acielem .

–  Och.  –  Żołądek  podszedł  m i  do  gardła,  j akby   właśnie  oznaj m ił,  że  nienawidzi  świąt  Bożego

Narodzenia i chce usunąć wszy stkie rom anse z m oj ego kindle’a.

– Chcę czegoś więcej  – szepnął i ty m  razem  poczułam  na uchu ciepło j ego warg. – My ślę, że

przy   tobie  będę  zawsze  chciał  czegoś  więcej .  Ale…  –  westchnął  i  wy ciągnął  rękę.  –  Chętnie
zostanę twoim  przy j acielem , j eśli oferta nadal j est aktualna.

Drżącą  ręką  uścisnęłam   j ego  dłoń.  Jego  uśm iech  zdawał  się  rozj aśniać  wszy stko  dookoła.

background image

Odegnał  wspom nienia  o  ty m ,  kim   by łam   kiedy ś,  i  sprawił,  że  ogarnęło  m nie  znaj om e,  upiorne
przeczucie.  Jakby   kończy ł  m i  się  czas  albo  j akby   nadciągała  ciem ność.  Próbowałam   uwolnić
rękę, ale trzy m ał j ą m ocno.

Nienawidziłam  tego uczucia, że tracę nad wszy stkim  kontrolę. Zwy kle pom agały  m i lekarstwa,

ale w  tam tej   chwili  m iałam   wrażenie,  że  j ego  oczy   proszą  m nie,  żeby m   skoczy ła  razem   z  nim
w ciem ność, a j a nie by łam  pewna, czy  j estem  na to gotowa.

–  Wszy stko  będzie  dobrze  –  szepnął.  Wy ciągnął  kosm y k  m oich  włosów  i  przy j rzał  m u  się

z uwagą.

– Co m asz na m y śli?
– Pierwszy  dzień zaj ęć. – Uśm iechnął się ze sm utkiem . – O czy m  inny m  m ógłby m  m ówić.
– No wiesz… O ży ciu – zażartowałam , próbuj ąc zm usić go do tam tego uśm iechu.
– No tak. – Spoważniał i przełknął ślinę. – Słodkich snów, Kiersten. Śnij  o m nie.
– I o twoim  ośm iopaku? – rzuciłam .
Odchy lił głowę i się roześm iał.
– Tego właśnie by ło m i trzeba. Dzięki, Przy j aciółko.
– Do usług… – Miałam  ochotę go dotknąć. – Przy j acielu.
– Coś  m i  m ówi,  że  będziesz  naj lepszą  przy j aciółką,  j aką  m iałem .  –  Nie  ruszał  się.  Patrzy ł  na

m nie, a j ego oczy  rej estrowały  każdy  szczegół, j akby  obawiał się, że zniknę.

– To chy ba dobrze, prawda?
–  Chciałby m   to  wiedzieć.  –  Wskazał  ręką  sufit.  –  Mój   pokój   wzy wa,  podobnie  j ak  trening

o piątej  rano. Dobranoc.

background image

Rozdział 9

Dar? Przekleństwo? Kto to wiedział…

Najgorsze, że miałem coraz mniej czasu.

Weston

Jęczałem   pochy lony   nad  toaletą,  wy rzucaj ąc  z  siebie  śniadanie,  lunch,  kolacj ę  i  wy pity

niedawno  koktaj l  proteinowy.  Krztusiłem   się.  Nienawidziłem   wy m iotować.  Przez  to  czułem   się
j ak dzieciak. Ale wtedy, gdy  chorowałem , by ła przy  m nie m am a.

Teraz został m i ty lko tata.
Wy słał ludzi, żeby  odwalili za niego brudną robotę. Nie chodzi o to, że m nie nie kochał; m iał na

głowie ważniej sze rzeczy  niż zaj m owanie się rzy gaj ący m  sy nem .

Dobrze,  że  wy m iotowałem   przez  całą  noc.  Znaczy ło  to,  że  na  trening  przy j dę  zupełnie

„czy sty ”. Nawet w naj gorsze dni by łem  lepszy  niż połowa kolesi, którzy  biegali po boisku.

Nie powinienem  tak się forsować, zwłaszcza teraz, gdy  zacząłem  przy j m ować zupełnie nowe

leki,  ale  chciałem   pom óc  Kiersten.  Jej   niewinność  intry gowała  m nie,  podobnie  j ak  czaj ący   się
w niej  m rok. Niem al widziałem  czarne chm ury, kłębiące się nad j ej  głową. Wiem  coś o ty m , bo
sam   wiele  przeszedłem .  Czasam i  j ej   uśm iech  by ł  nieszczery,  inny m   razem   tak  bardzo
przej m owała  się  ty m ,  co  m y ślą  na  j ej   tem at  inni,  że  m iałem   ochotę  nią  potrząsnąć.  Może  na
zewnątrz wy glądało to inaczej , ale j ej  oczy … to, j ak skupiały  się na wszy stkim , j akby  bała się, że
patrząc na coś, zwróci na siebie uwagę inny ch. Dziwnie by ło patrzeć, j ak dziewczy na, której  ciało
zdawało się krzy czeć „Patrzcie na m nie!”, kuli się w sobie.

Przy j aciele?  Nie.  To  by ł  fatalny   pom y sł,  a  j a  by łby m   prawdopodobnie  naj gorszy m

przy j acielem  we wszechświecie. Niezależnie od wszy stkiego i tak zostawiłby m  j ą ze złam any m
sercem ,  więc  m ogłem   oszczędzić  j ej   cierpienia.  Ponieważ  naj wy raźniej   m iałem   kłopoty
z  sam okontrolą,  postanowiłem ,  że  będę  naj lepszy m   przy j acielem ,  j akiego  m ogła  sobie
wy m arzy ć. Nie m ogę się ty lko zaangażować. Nie zrobiłby m  j ej  tego. W końcu m iała przed sobą
cztery  fantasty czne lata na uniwersy tecie, podczas gdy  m nie zostało ledwie kilka m iesięcy.

Założy łem   koszulkę  i  chwy ciłem   kluczy ki.  Nie  cierpiałem   chodzić  pieszo  na  treningi.  Rano

zawsze by ło m okro; uniwersy tet znaj dował się tuż nad Oceanem  Spokoj ny m , więc poranki by ły
tu zim ne.

Westchnąwszy, zatrzy m ałem  się przed drzwiam i do pokoj u Kiersten i wsunąłem  pod nie liścik.
–  Tak  oto  zaczy na  się  przy j aźń  –  wy szeptałem .  Może  pom ogę  j ej   wy j ść  z  tego  przeklętego

kokonu. Może to wy starczy, by m  odszedł z uśm iechem  na ustach.

background image

Rozdział 10

Może wbrew temu, czego tak bardzo się

obawiałam, wcale nie spowijała mnie

ciemność. Może sama ją zaprosiłam,

nawet o tym nie wiedząc?

Kiersten

Obudził m nie dźwięk budzika. Od razu uświadom iłam  sobie, że koszm ary  nie by ły  tak straszne,

j ak ubiegłej  nocy. Nie obudziłam  się z krzy kiem . Miałam  ochotę skakać do góry  i dziękować Bogu.
Lekarstwa sprawiały, że od m iesięcy  śniłam  koszm ary, ale za to pom agały  m i przetrwać w ciągu
dnia.

Wy łączy łam   budzik  i  powlokłam   się  w  stronę  drzwi.  Dziękowałam   Bogu,  że  m ieszkam   z  Lisą.

Dzieliły śm y   kuchnię  i  pokój   gościnny   z  dwiem a  inny m i  dziewczy nam i,  które  przy gotowy wały
się  do  studiów  m edy czny ch.  By ło  więc  tak,  j akby śm y   m ieszkały   sam e.  Tam te  dziewczy ny   nie
oglądały  telewizj i i naj wy raźniej  nie j adały, a kiedy  zapy tałam , czy  m aj ą profile na Facebooku,
spoj rzały  na m nie z politowaniem .

Ziewnęłam  i poszłam  do kuchni zaparzy ć kawę. Chwilę później  Lisa wy szła ze swoj ego pokoj u,

klnąc pod nosem .

– Jest za wcześnie! – m ruknęła.
– Już siódm a.
–  Dopiero  siódm a.  –  Przeczesała  palcam i  j asne  włosy   i  usiadła  przy   stole.  –  Gdzie  by łaś

wczoraj  wieczorem ? Kiedy  wróciłam , j uż spałaś.

–  Ja…  –  Wsy pałam   do  filtra  m ieloną  kawę.  –  By łam   z  Westonem .  Zabrał  m nie  na  inną

im prezę i…

– No proszę! – krzy knęła schry pnięty m  głosem . – Na inną im prezę? Gdzie?
– W Kappie – odparłam .
–  Bez  j aj !  –  pisnęła.  –  Robią  tam   naj lepsze  im prezy !  Pierwszoroczniaki  nie  m aj ą  na  nie

wstępu! Poznałaś kogoś faj nego? By li m ili? Mieli j akieś prochy ? Sły szałam , że m aj ą tam  prochy.
Jasna cholera, pój dziesz tam  j eszcze? Pój dziesz? Potrzebuj em y  Gabe’a.

– Skończy łaś?
– Tak, chy ba tak. – Zrobiła dwa głębokie wdechy, zanim  pokiwała głową.
–  To  dobrze.  –  Kawa  zaczęła  się  parzy ć.  –  Wszy stko  wy glądało  norm alnie.  By ło  tam   kilka

naprawdę faj ny ch osób, które j adły, piły  i… – Nie wspom niałam  o Lorelei.

–  I?  –  Lisa  pochy liła  się  nad  stołem .  –  I  co?  Pocałował  cię?  Urodzisz  m u  dziecko?  Chce  się

z tobą ożenić i zam ieszkać nad waszy m  garażem ?

– Nie – roześm iałam  się. – Odpowiedź na wszy stkie twoj e py tania brzm i „nie”. Chce, żeby śm y

by li przy j aciółm i.

background image

– Przy j aciółm i? – Przy tknęła palec do ust, j akby  się nad czy m ś zastanawiała. – Z naj większy m

ciachem  w kam pusie? Dlaczego m nie to wkurza?

– Bo chciałaby ś wskoczy ć m u do łóżka.
–  Skarbie  –  parsknęła  Lisa  –  j a  m ogłaby m   zostać  j ego  łóżkiem .  Tak  bardzo  j estem

zdesperowana. Ale przy j aciele? Dlaczego ty lko ty le?

Wzruszy łam  ram ionam i.
– Nie interesuj ą go studentki pierwszego roku.
–  Jasne.  –  Lisa  pokiwała  głową.  –  Ale  on  j est  facetem ,  a  ty   j esteś  śliczna.  To  oznacza  ty lko

j edno.

– Mieszkasz nad j ego garażem ?
– Chciałaby m . – Wy dęła usta i zerknęła w kierunku drzwi. – Co to?
– Drzwi? – Bez żartów. Czy  ona się wczoraj  upiła?
– Dzięki. – Lisa pochy liła się. – Nie o ty m  m ówię. – Wskazała na drzwi. – Ale o ty m .
Na podłodze leżała złożona kartka papieru z zapisany m  na niej  m oim  im ieniem . A niech m nie!

Moim  im ieniem , napisany m  staranny m  charakterem  pism a.

– To chy ba nie wąglik. – Lisa schy liła się i podniosła liścik. – Przeczy taj . – Podstawiła m i go

pod nos. – No dalej ! Jestem  ciekawa.

Ekspres  do  kawy   piknął.  Wzięłam   kartkę  i  nalałam   nam   kawy.  W  końcu  usiadłam   przy   stole

i zaczęłam  czy tać.

Ludzie nie piszą już listów… A szkoda, nie sądzisz? Dzień 1. Twoja misja, jeśli się jej podejmiesz:

Poznaj  dwie  nowe  osoby,  kogoś  innego  niż  twoja  współlokatorka  i  jej  kuzyn.  Ja  też  się  nie  liczę.
Uśmiechaj się i chociaż raz zgłoś się na zajęciach. Zobaczymy się w porze lunchu.

Twój przyjaciel – Wes.
Uśm iechnęłam  się radośnie. Przeczy tałam  liścik po raz drugi i trzeci. Za każdy m  razem  serce

biło m i coraz m ocniej . By ł to pierwszy  ranek od przeszło dwóch lat, kiedy  nie m y ślałam  o swoj ej
przeszłości. Gdy  nawet przez chwilę nie pom y ślałam  o wy padku, w który m  zginęli m oi rodzice.
By łam   zby t  szczęśliwa,  zby t  podekscy towana,  żeby   m y śleć  o  czy m kolwiek  inny m ,  niż
o chłopaku, który  napisał do m nie liścik.

– No i? – spy tała Lisa. – Co pisze?
– Wy chodzę za m ąż!
– ŻE CO? – krzy knęła.
– Żartowałam  – odparłam  ze śm iechem . – Masz. – Wręczy łam  j ej  liścik. – To od Wesa.
– A więc teraz to j uż Wes? – Uniosła brwi.
– No… – Odwróciłam  wzrok. – To znaczy  od Westona.
– Jasne – m ruknęła i zaczęła czy tać. Z każdą chwilą uśm iechała się coraz szerzej , zupełnie j ak

j a, a kiedy  skończy ła, j ej  oczy  szkliły  się od łez. – Napisał ci liścik m iłosny !

–  Ja  by m   powiedziała,  że  to  instrukcj a.  –  Zby łam   j ej   uwagę  m achnięciem   ręki.  –

 Naj wy raźniej  chce, żeby m  się trochę otworzy ła.

–  Fakt,  przy pom inasz  pustelnika.  No  i  dorastałaś  w…  –  urwała.  –  Jak  się  nazy wa  ta  zapadła

dziura? Ta z j edny m  sklepem ?

– Bickelton – westchnęłam .
–  No  właśnie.  W  Bickelton.  –  Pokręciła  głową.  –  Musisz  zacząć  korzy stać  z  ży cia.  Takie  j est

m oj e zdanie i naj wy raźniej  Weston j e popiera…

background image

– Ale… – Nie chciałam , żeby  zabrzm iało to kiepsko. Niepewność wzięła j ednak górę i głos m i

drżał. – Dlaczego j a?

–  A  dlaczego  nie?  –  Rzuciła  kartkę  na  stół.  –  Jesteś  piękna  i  wzbudziłaś  j ego  zainteresowanie.

Czy  m usi by ć j akiś powód?

–  Zawsze  j est  j akiś  powód  –  wy j aśniłam .  –  Tacy   faceci  zwy kle  nie  zwracaj ą  uwagi  na

dziewczy ny  takie j ak j a.

–  Dzięki  dziewczy nom   takim   j ak  ty   istniej ą  tacy   faceci.  –  Uśm iechnęła  się  ciepło.  –  Nie

widzisz  siebie  tak,  j ak  widzą  cię  inni.  Może  on  widzi  więcej   niż  ty,  kiedy   patrzy sz  w  lustro?
Cokolwiek to j est, nie odtrącaj  go. Facet się stara i na twoim  m iej scu dziękowałaby m  Bogu.

– Może tak zrobię – odparłam  z uśm iechem .
– Świetnie. – Wstała od stołu i się przeciągnęła. Coś bły snęło pod m ateriałem  koszulki. Kolczy k

w pępku? – A teraz przy gotuj m y  się na pierwsze zaj ęcia! – Odtańczy ła taniec radości i pobiegła
do pokoj u, zostawiaj ąc m nie z kawą i liścikiem .

background image

Rozdział 11

Prochy są do niczego. Zderzenie

z ważącym sto trzydzieści kilogramów

graczem pierwszej linii? Tak, to dużo

bardziej do niczego.

Weston

– Michels! – to trener Jackson. – Gdzie ty  m asz głowę? Skup się!
Racj a.  Muszę  się  skupić.  Muszę  przestać  m y śleć  o  rudy ch  włosach  i  prom ienny ch

uśm iechach,  i  o  ty m ,  j ak  by   to  by ło,  gdy by   j eden  z  nich  adresowany   by ł  do  m nie,  i  znowu
o rudy ch włosach przesm y kuj ący ch się przez m oj e palce, i…

– Michels! – W ostatniej  chwili zdąży łem  złapać piłkę i zakończy ć m ecz. My ślenie o niej  m nie

rozpraszało; naprawdę m usiałem  coś z ty m  zrobić. Co się, do diabła, ze m ną dziej e?

Przed  końcem   treningu  by łem   posiniaczony   j ak  nigdy,  co  w  przy padku  rozgry waj ącego  nie

wróży  niczego dobrego.

– Co się z tobą dziej e? – spy tał Brad, zdej m uj ąc ubranie i wchodząc pod pry sznic.
– By łem  rozkoj arzony  – m ruknąłem , też się rozbieraj ąc.
– Właśnie widzę – rzucił. – Lepiej  się skup, j eśli chcesz, żeby śm y  w ty m  roku zdoby li puchar.
Nienawidziłem  rozm ów o przy szłości. By ły  bez sensu. Pokiwałem  głową i burknąłem : – Masz

racj ę.

Po pry sznicu poszedłem  do j ednej  z kawiarni i kupiłem  koktaj l proteinowy. Jeszcze dwa zaj ęcia

i  będę  m ógł  zobaczy ć  się  z  Kiersten.  Do  tej   pory   przeczy tała  j uż  m ój   liścik,  więc  albo  będzie
wkurzona,  albo  zadowolona  i  uśm iechnięta.  Miałem   nadziej ę  na  to  drugie.  Prawdę  m ówiąc,
liczy łem , że kiedy  się obudzi i przeczy ta liścik, zapom ni, co znaczy  się dąsać.
 

* * *

 

– Lunch. – Podsunąłem  j ej  pod nos stertę j edzenia i patrzy łem  przez chwilę, j ak spogląda na

nie z niechęcią. – Musisz j eść.

– Nie j estem  głodna. – Odsunęła tacę i skrzy żowała ram iona.
– Pierwsze zaj ęcia nie poszły  naj lepiej ?
Rzuciła m i gniewne spoj rzenie.
– Chcesz o ty m  pogadać? – Podniosłem  ręce.
–  Nie  m ogę.  –  Zarum ieniła  się  i  rozej rzała  po  stołówce.  Większość  ludzi  gapiła  się  na  nas,

j akby śm y  właśnie ogłosili, że zam ierzam y  adoptować j edno z dwadzieściorga dzieci Brada Pitta.

–  Ja  się  ty m   zaj m ę.  –  Westchnąłem   i  wy słałem   Jam esowi  krótką  wiadom ość.  Nienawidził

m nie  kry ć,  ale  ty lko  tak  m ogliśm y   odwrócić  uwagę  ludzi.  Obserwowałem   go  z  drugiego  końca

background image

stołówki. Zerknął na telefon, skrzy wił się i rzucił gazetę na stół. Chwilę później  zaczął iść w naszą
stronę i po dwóch, trzech krokach runął na podłogę.

Rozległy  się stłum ione okrzy ki.
–  Widzisz,  j uż  się  nie  gapią.  –  Pokiwałem   głową.  –  A  teraz  m ów,  co  wy darzy ło  się  na

zaj ęciach?

Wskazała na Jam esa:
– Nic m u nie j est?
– Niski poziom  cukru we krwi. – Na chwilę odwróciłem  wzrok i odchrząknąłem . – A więc j ak

tam  na zaj ęciach?

–  Może  powinniśm y   wezwać  lekarza?  –  Sięgnęła  po  kom órkę.  Chwy ciłem   j ą  za  nadgarstek

i pokręciłem  głową.

– Za dziesięć m inut będzie j ak nowo narodzony  – zapewniłem  j ą.
– Aha. – Patrzy ła na Jam esa, ale przy naj m niej  zaczęła m ówić. – Zgłosiłam  się na zaj ęciach,

ale profesor zganił m nie, że go poprawiam .

Skrzy wiłem  się.
– I poznałam  dwie nowe osoby.
Ty m  razem  się uśm iechnąłem .
Ona j ednak pozostała poważna.
– Powiedzm y, że są odrobinę bardziej  przy j aźni od ciebie.
Miałem  ochotę udusić ich goły m i rękam i.
– Co to za j edni? Doty kali cię? Zrobili ci krzy wdę? Zabij ę ich, przy sięgam . Ja… – Zerwałem

się z krzesła i rozej rzałem  się po stołówce w poszukiwaniu pierwszoroczniaka, który  patrzy ł na nią
z ukosa.

– Usiądź. – Szarpnęła m nie za rękaw i pokręciła głową. – Powiedziałam  im , że m am  chłopaka.

Koniec, kropka.

– Powierzaj ąc ci to zadanie, m iałem  na m y śli dziewczy ny. – Krew huczała m i w uszach. – Nie

facetów.

– No i? – Rozłoży ła ręce poiry towana. – Ty lko oni do m nie podeszli.
– Jakoś m nie to nie dziwi – m ruknąłem .
– Wes?
Powiedziała do m nie „Wes”.
Mogłem  spokoj nie um rzeć.
Większość  ludzi  m ówi  do  m nie  „Wes”.  Nie  wspom niałem   o  ty m .  To  by ło  naturalne.  Tak

właśnie podpisałem  liścik.

Zaczy nałem  się zachowy wać j ak baba.
Uśm iechnąłem  się, na co ona zm ruży ła oczy.
– O co chodzi? – spy tała.
– O nic. – Złapałem  j ą za rękę i pocałowałem  j ą. – Po prostu j estem  szczęśliwy.
– Że nie wy konałam  wszy stkich zadań?
– To bez znaczenia. – Pokręciłem  głową. – Starałaś się, ty lko to się liczy. Musisz w końcu wy j ść

z cienia.

Rozszerzy ła nozdrza, złapała torbę i wstała.
– Muszę j uż iść.

background image

– Usiądź.
– Nie.
– Usiądź. – Szarpnięciem  zm usiłem  j ą, żeby  usiadła, i wziąłem  j ą za rękę. Czułem  pod palcam i

j ej  przy spieszone tętno. – Wcale nie j est m i przy kro.

– Nie wiem , o czy m  m ówisz.
– Przy pom inasz m i m oj ego brata.
– Słucham ?
– By ł w śpiączce. Zm arł – wy j aśniłem . – Przedawkował.
– Piękne dzięki – wy cedziła przez zaciśnięte zęby.
Odsunąłem  od siebie m y śli o śm ierci brata.
–  Cierpiał  na  depresj ę.  By ł  utalentowany m ,  wspaniały m   człowiekiem ,  naj lepszy m ,  j akiego

znałem … Taki  właśnie  by ł.  A  ty …  ty   m i  go  przy pom inasz.  Nie  wiem   dlaczego,  ale  tak  właśnie
j est.  Więc  tak,  wiem ,  że  naciskam ,  ale  m y ślę,  że  dasz  sobie  radę.  Powiedz,  że  j esteś
wy starczaj ąco silna, żeby  to znieść.

– Nie znasz m nie – odparła chłodno. W j ej  głosie pobrzm iewała nuta, którą rzadko sły szałem

u dziewczy n.

– Znam .
– Nie. Nic o m nie nie wiesz.
Puściłem  j ej  rękę.
– Znam  cię lepiej , niż ci się wy daj e. Posłuchaj , nie lubię upiększać i nie m am  czasu na by cie

facetem ,  który   będzie  czekał  ty godniam i,  aż  się  w  końcu  otworzy sz.  Jestem   inny.  Może  zby t
em ocj onalny.  Wiem ,  m oj e  m etody   są  dość  szalone.  Ale  coś  m nie  do  ciebie  ciągnie,  a  ty
naprawdę m nie potrzebuj esz.

–  Nikogo  nie  potrzebuj ę  –  wy szeptała,  j akby   sam a  w  to  nie  wierzy ła,  nie  m ówiąc  o  ty m ,  by

przekonała kogokolwiek, że j est tak, j ak m ówi.

– Potrzebuj esz – odparłem . – I zaczekam , aż powiesz m i to prosto w twarz, j eśli m usisz m ieć

trochę czasu, żeby  to zrozum ieć.

Po  ty ch  słowach  wstałem   od  stolika  i  odszedłem .  Nadal  będę  pisał  liściki  i  nadal  będę  j ą

m oty wował.

Może, j eśli zdołam  j ą uratować – z trudem  nabrałem  powietrza – m oże ratuj ąc j ą, ocalę j ego.

Wtedy  nie m ogłem , ale m ogę teraz.

background image

Rozdział 12

Ludzie powinni pilnować własnego nosa.

Mam rację? Nie rozumiem, dlaczego tak

się mną przejmuje.

Kiersten

– Za kogo on się m a, do cholery ? – wrzasnęłam  do telefonu.
Po drugiej  stronie słuchawki wuj ek Jo westchnął głęboko.
– Wy daj e się by ć m iły m  m łody m  człowiekiem , no i m a racj ę.
Miałam   ochotę  rzucić  czy m ś  o  ścianę.  Wy j ęłam   kolej ną  pigułkę  i  rozgry złam   j ą  w  zębach.

By ła  gorzka,  ale  wcale  m nie  to  nie  obchodziło.  Musiałam   się  poczuć  lepiej .  To  znaczy
teorety cznie  wiedziałam ,  że  anty depresanty   to  nie  tabletki,  które  m ożna  brać  ot  tak  sobie,  ale
wy starczał m i efekt placebo. Przy naj m niej  na razie.

– Moim  zdaniem  zachowuj e się j ak dobry  przy j aciel, Kiersten. Dobrze wiesz, że kry j esz się ze

swoim i em ocj am i.

– Ale znam  go ledwie dzień! No i co? Tak po prostu chce m i pom óc? Ratować m nie? Pogarsza

ty lko sprawę!

–  Jak  to?  –  zapy tał  ze  spokoj em   wuj ek  Jo.  –  Wy gląda  na  to,  że  próbuj e  zerwać  plaster,  pod

który m   ukry łaś  swoj e  uczucia.  Nie  j estem   specj alistą,  ale  wy daj e  m i  się,  że  potrafisz
funkcj onować wy łącznie na poziom ie, na który m  funkcj onuj esz od dawna. Pozwoliłem  ci pój ść
do szkoły  oddalonej  cztery  godziny  j azdy  od dom u, żeby ś poczuła się wolna. Pam iętaj  o naszej
um owie.

– Tak, tak. – Usiadłam  na łóżku i j ęknęłam . – Albo weźm iesz się do roboty, albo do widzenia.
Jego chichot m nie uspokoił.
–  Właśnie.  Nie  radzisz  sobie  z  bólem   tak,  j ak  trzeba.  Powinnaś  przestać  brać  anty depresanty,

nie m ożesz by ć taka skry ta. Na litość boską, Kiersten, m asz osiem naście lat!

– Jestem  stara.
– Jesteś dzieckiem . – Wy obrażałam  sobie, j ak krąży  po kuchni. – Korzy staj  z ży cia. Wy j dź na

piwo, ale ty lko j edno. Oszukaj  śm ierć, bo oni tego nie zrobili. Przebiegnij  się nago po akadem iku.
Zrób coś. Wszy stko j est lepsze od gapienia się w cholerną ścianę, j ak to robiłaś przez ostatnie dwa
lata.

– Oglądałeś „Doktora Phila”  

1

?

– Może – roześm iał się. – Chodzi o to, że m usisz zacząć ży ć.
Po  raz  pierwszy   ktoś  m i  na  to  pozwolił.  Odkąd  pam iętam ,  czułam ,  że  m uszę  cierpieć,  bo  oni

cierpieli. Głupie, prawda? Ale konstrukcj a ludzka j est głupia. Zadręczam y  się po to, żeby  poczuć
się lepiej  – to właśnie robiłam . Zadręczałam  się, bo to by ło niesprawiedliwe.

– Przestań – sarknął wuj ek Jo.

background image

– Co m am  przestać?
– My śleć.
– Ja nie…
– Właśnie, że tak – westchnął i ciągnął cichy m , spokoj ny m  głosem : – Kochanie, twoi rodzice

chcieliby,  żeby ś  robiła  różne  szalone  rzeczy.  Oni  ry zy kowali.  Ty   się  zadręczasz,  ale  m usisz
wiedzieć, że nadm ierna ostrożność nie ochroni cię przed złem .

tu dochodzimy do sedna rzeczy.
By łam  przerażona. Czułam , że m uszę wszy stko kontrolować. Jeśli będę m iała kontrolę nad ty m ,

co j em , co na siebie zakładam , j ak się zachowuj ę i z kim  rozm awiam , nie podzielę ich losu.

– Kochali cię – podkreślił.
Słowa utknęły  m i w gardle.
– Chcieliby, żeby ś ży ła.
Starałam  się panować nad em ocj am i.
–  A  j eśli  nie  będę  ży ć?  Jeśli  um rę?  –  Czułam   nadciągaj ący   m rok.  Usiadłam   na  łóżku

i włoży łam  głowę m iędzy  kolana. Lekarz zawsze m i powtarzał, że niepokój  to form a depresj i. Nie
wierzy łam   m u,  ale  w  ciągu  ostatnich  dwóch  lat  niepokój   i  depresj a  by ły   m oim i  j edy ny m i
przy j aciółm i. Może dlatego Wes próbował m nie zm oty wować.

–  Ży j   –  wy chry piał  wuj ek  Jo.  –  Schrzań  coś.  Zostań  aresztowana.  Niech  cię  przy łapią,  j ak

bierzesz narkoty ki.

Sły sząc to, roześm iałam  się.
– Chcę ty lko wiedzieć, że nic ci nie j est.
– Nic m i nie j est, wuj ku Jo, naprawdę. Wiesz, że j esteś naj gorszy m  rodzicem  na świecie?
Westchnął i zachichotał.
– Albo naj lepszy m . Zależy, j ak na to spoj rzeć.
– Właśnie kazałeś m i sięgnąć po narkoty ki.
Na chwilę w słuchawce zapadła cisza.
– Ty lko nie m ów cioci – odparł w końcu.
– Bez obaw.
–  Dobra,  dzieciaku  –  rzucił  na  zakończenie.  Nasze  rozm owy   nigdy   nie  by ły   długie.  Wuj ek  Jo

nie by ł zby t rozm owny, więc by łam  zaskoczona ty m , co m i dziś powiedział. – Zrób coś głupiego.

– Dzięki za rozm owę, wuj ku Jo.
– Po to tu j estem .
Rozłączy łam  się i spoj rzałam  na drzwi. Zrobić coś głupiego? W porządku. Zam ierzałam  zrobić

coś szalonego. Zanim  zdąży łam  zm ienić zdanie, wy biegłam  na kory tarz, pognałam  po schodach
i stanęłam  przed drzwiam i do pokoj u Wesa.

Bałam  się, że serce wy skoczy  m i z piersi, kiedy  zapukałam  raz, drugi i trzeci.
– Chwileczkę – usły szałam  j ego głos.
Drzwi się otworzy ły  i zobaczy łam  Wesa, który  uśm iechał się od ucha do ucha.
– Mam  gdzieś listę.
– Wiem , j uż to m ówiłaś.
– Zrobiłam  swoj ą. – Mówiąc to, zadziornie zadarłam  brodę.
– Tak? – Splótł ram iona i chichocząc, oparł się o futry nę. – I co na niej  j est?
– Nie m ogę ci powiedzieć.

background image

Ściągnął brwi.
– Muszę ci pokazać.
–  Rozum iem   –  odparł  powoli.  Przy m knął  oczy   i  rozciągnął  usta  w  seksowny m   uśm iechu.  –

 W takim  razie pokaż m i.

Cholera. Spociłam  się. Nie m ogłam  stchórzy ć. Wuj ek Jo chciał, żeby m  zrobiła coś szalonego?

Proszę bardzo. Stanęłam  na palcach i m usnęłam  wargam i usta Wesa. By łam  tak zdenerwowana,
że czułam , j ak drżę, i niem al naty chm iast chciałam  się cofnąć.

Jednak Wes uj ął m nie pod brodę i spoj rzał m i w oczy.
– Ja też m am  swoj ą listę, wiesz? – oświadczy ł.
– Naprawdę? – Czuj ąc go tak blisko siebie, nie m ogłam  wprost oddy chać.
– Tak. – Ty m  razem  to on m nie pocałował. Wodził j ęzy kiem  po m oich wargach, j akby  chciał,

żeby m   j e  rozchy liła,  wiedziałam   j ednak,  że  z  chwilą,  gdy   to  zrobię,  nie  będę  w  stanie  go
odepchnąć i ta świadom ość m nie przerażała.

– Otwórz się. – Delikatnie chwy cił zębam i m oj ą wargę. – Nie skrzy wdzę cię.
A j ednak to robił. Każda chwila spędzona w j ego towarzy stwie by ła dla m nie j ak kubeł zim nej

wody.  Nie  wiedziałam ,  w  co  wierzy ć  i  czy   m ogę  m u  zaufać.  Czy   m ożna  zaufać  kom uś  tak
pięknem u? Tak utalentowanem u? Tak idealnem u?

Jego ręce ześlizgnęły  się po m oich ram ionach, przy prawiaj ąc m nie o dreszcze.
Poczułam   na  twarzy   j ego  oddech.  Z  trudem   łapałam   powietrze.  I  nagle  wszy stko  przepadło.

Przy warł ustam i do m oich ust, nasze j ęzy ki doty kały  się i sm akowały. Jęknęłam , a on coś m ruknął
i obj ął m nie m ocniej .

Z tego, co by ło potem , pam iętam  ty lko to, że znaleźliśm y  się w j ego pokoj u, drzwi zatrzasnęły

się za nam i, a dłonie Wesa spoczy wały  na m oich biodrach. Zachwiałam  się i nachy liłam  w j ego
stronę. Nie do końca wiedziałam , czego właściwie chcę, ale pragnęłam  by ć blisko niego.

Wes się odsunął; oddy chał ciężko. Przełknął ślinę, odwrócił się i zaklął.
– Przepraszam .
Przepraszał?  Za  to,  że  m nie  pocałował?  Podeszłam   do  drzwi,  otworzy łam   j e,  ale  on

szarpnięciem   zatrzasnął  j e  z  powrotem .  Odwróciłam   głowę,  poczułam   na  szy i  j ego  gorący
oddech,  a  chwilę  później   usta.  Zam knęłam   oczy.  Jego  doty k  sprawiał  m i  rozkosz.  By ło  m i  tak
dobrze, że m iałam  ochotę krzy czeć. Nigdy  dotąd nie zbliży łam  się aż tak bardzo do drugiej  osoby.
Nigdy  nie czułam  takiego przy pły wu adrenaliny  j ak wtedy, gdy  nasze j ęzy ki się spotkały, a j ego
palce pieściły  m oj e biodro.

– Zostań – szepnął schry pnięty m  głosem . – Zostań ze m ną.
– W twoim  pokoj u?
– Nie. Na dachu – roześm iał się cicho. – Tak, w m oim  pokoj u. Jeśli obiecam , że cię nie dotknę?
– Czy  nie to m ówią faceci, zanim  uwiodą dziewczy nę? Przy naj m niej  w film ach.
–  To  nie  j est  film .  –  Jego  palce  zatańczy ły   na  m oim   oboj czy ku,  powoli  ześlizgnęły   się  w  dół

i zatrzy m ały  na m oim  sercu. – Chcę poczuć bicie twoj ego serca. Nic więcej .

Próbował by ć rom anty czny, czy  m ówił poważnie? Poczułam , j ak j ego ciało ociera się o m nie,

gdy  przy ciągnął m nie do siebie.

– Proszę?
– Jeśli wy rzucą m nie z uczelni…
– Nie wy rzucą cię – zapewnił m nie. – Jestem  opiekunem  roku. Powiem y, że pokłóciłaś się ze

background image

swoj ą współlokatorką, a j a bronię twoj ego honoru i takie tam .

– Ty le że m oj a współlokatorka j est świetna, a ty  próbuj esz pozbawić m nie honoru, no i j esteś

play boy em .

– Play boy em ? – Odsunął rękę. – Może i tak, ale nie w ty m  przy padku.
–  Jasne,  czy li  j estem   wy j ątkowa?  Ile  razy   powtarzałeś  to  dziewczy nom   w  ciągu  ostatnich

dwudziestu lat?

– Zacząłem , kiedy  m iałem  osiem  lat… – odparł.
Roześm iałam  się. Nie m ogłam  się powstrzy m ać.
–  Poważnie.  –  Odwrócił  m nie  tak,  że  patrzy łam   na  niego.  –  Nie  zam ierzam   cię  okłam y wać.

Pragnę cię. Pragnę cię tak bardzo, że j estem  pewien, że gdy  pój dę do nieba, zostanę ogłoszony
święty m .

Zm ruży łam  oczy.
– Wszy stko j est… – Zaklął i przeczesał palcam i swoj e ciem noblond włosy. – Wszy stko wy daj e

się lepsze, kiedy  j esteś obok. Bardziej  kom pletne. Rozum iesz, o co m i chodzi?

– Chy ba tak. – Nie by łam  gotowa przy znać, że chy ba się w nim  zakochuj ę. W końcu j ak długo

się znaliśm y ? Dwa dni?

– Poza ty m … – westchnął. – To ty  przy szłaś do m oj ego pokoj u, pam iętasz?
– Wuj ek kazał m i zrobić coś szalonego.
Podniósł ręce.
– Będę tu na wy padek, gdy by  naszła cię ochota na szaleństwa. Zresztą, j eśli chcesz, m ogę co

pięć m inut przy pom inać ci o tej  rozm owie.

– Dzięki. – Przełknęłam  ślinę i włoży łam  ręce do kieszeni.
– W takim  razie m usim y  pój ść do łóżka.
–  Co?  Miałam   raczej   na  m y śli  m alowanie  sobie  nawzaj em   paznokci  i  robienie  m aseczek  –

 zażartowałam .

Odchy lił głowę i się roześm iał.
– Dzięki tem u na pewno zapom niałby m  o ty m , że m am  ochotę rzucić cię na łóżko i pozbawić

resztek niewinności. Może pom y sł z m alowaniem  paznokci wcale nie j est taki zły ; przy naj m niej
nie będę sobie wy obrażał, że stoisz przede m ną z nabrzm iały m i ustam i i potargany m i włosam i.
Chry ste, uwielbiam  twoj e włosy. – Dotknął kosm y ka i westchnął.

– To chy ba nie naj lepszy  pom y sł. – Cofnęłam  się.
Wes złapał m nie za rękę.
– To dobrze. Lubię złe pom y sły. Dzięki nim  czuj ę, że ży j ę.
– A potrzebuj esz j eszcze bardziej  czuć, że ży j esz?
Spoważniał. Wbił wzrok w podłogę i szepnął:
– Nawet nie wiesz j ak bardzo.

 

1. 

Phil  McGraw  –  psy cholog,  autor  poradników  i  prowadzący   program   Dr.  Phil.

[wróć]

background image

Rozdział 13

Gdyby tylko wiedziała… pewnie

zamordowałaby mnie we śnie. Wolałbym

zginąć z jej ręki niż… Cóż, nieważne.

Weston

– A więc j ak, robim y  to, czy  nie? – zm ieniłem  tem at.
Spoj rzała  na  drzwi,  na  m nie  i  znowu  na  drzwi.  Podj ąłem   decy zj ę  za  nią,  zam knąłem   drzwi

i wy ciągnąłem  z szafki świeże bokserki i koszulkę.

– Wprawdzie nie m am y  tu szlafroków, ale m ożesz spać w ty m . A teraz się rozbieraj .
– Coo?
– Żartowałem ! – roześm iałem  się, choć w głębi duszy  m iałem  nadziej ę, że to zrobi. – Tam  j est

łazienka. Przebierz się. Kiedy  wrócisz, będę tu czekał. Ubrany.

–  Dobrze.  –  Ręce  j ej   drżały.  Zanotowałem   w  pam ięci,  żeby   wy słać  wuj kowi  Jo  szy nkę  na

święta Bożego Narodzenia i podziękować m u za j ego cenną radę. Z j ednej  strony  cieszy łem  się,
że  przy wiodła  j ą  do  m nie,  a  z  drugiej ,  gdy by   Kiersten  postanowiła  pój ść  do  j akiegoś  innego
kolesia,  prawdopodobnie  wy lądowałby m   w  więzieniu.  Więc  m oże  nie  szy nkę…  Kartkę
świąteczną? Tak, kartka to dobre rozwiązanie.

Szy bko ściągnąłem  koszulkę, włoży łem  spodenki do ćwiczeń i położy łem  się na łóżku. Dostałem

wiadom ość  od  oj ca,  w  której   prosił,  żeby m   by ł  m iły   dla  Jam esa  i  Davida.  Py tał  też,  j ak  tam
nowe tabletki. Tem at lekarstw tak bardzo działał m i na nerwy, że m iałem  ochotę rzucić telefonem
o  ścianę.  Miałem   ty lko  nadziej ę,  że  Kiersten  nie  lubi  m y szkować  po  szafkach,  bo  trzy m ałem
m oj ą  kolekcj ę  prochów  w  szafce  pod  um y walką.  Zresztą  nawet  gdy by   j e  znalazła,  i  tak  nie
wiedziałaby,  co  to  za  tabletki  i  j ak  działaj ą.  A  gdy by   wy guglowała  ich  nazwy,  zdziwiłaby   się,
widząc, że większość z nich to leki ekspery m entalne.

– Gotowa – zawołała z łazienki. Otworzy ła drzwi i zgasiła światło. Prakty cznie tonęła w m oich

ubraniach.  Nie  m ogłem   się  nie  uśm iechnąć.  W  m oich  bokserkach  wy glądała  tak  cholernie
seksownie, że m iałem  ochotę podbiec i zerwać j e z niej .

Musiałem  się j ednak kontrolować.
Odchrząknąłem  i poklepałem  łóżko.
– Nie bój  się, nie gry zę – zapewniłem .
– Ale liżesz.
– Zawsze. – Z cały ch sił starałem  się trzy m ać ręce przy  sobie, choć j edy ne, czego chciałem ,

to przy ciągnąć j ą do siebie. – Teraz nie będę cię lizał, Owieczko.

–  Powiedział  wilk  –  odparła  śpiewny m   głosem ,  idąc  powoli  w  stronę  łóżka  i  siadaj ąc  obok

m nie.  –  Nie  robię  takich  rzeczy.  Co  więcej ,  robię  to  ty lko  po  to,  żeby   udowodnić  coś  sobie
i m oj em u wuj kowi.

background image

– A cóż takiego chcesz udowodnić?
– Że potrafię ży ć – wy szeptała. – Że nie um arłam  razem  z nim i.
– Z nim i? – Przy tuliłem  j ą.
– Nie lubię o ty m  m ówić. Chy ba że j esteś lekarzem  i bierzesz dwieście dolarów za godzinę za

robienie  notatek  i  przepisy wanie  tabletek.  –  Napręży ła  się  niczy m   struna.  –  Nie  chodzi  o  to,  że
j estem  na prochach. Po prostu…

– Kiersten?
– Tak? – Sprawiała wrażenie, j akby  lada chwila m iała się rozpłakać.
– Dobrze j est dostać pom oc.
Po chwili m ilczenia, kiedy  tuląc j ą do siebie, czułem  bicie j ej  serca, pokiwała głową.
– Dzięki – powiedziała.
– Proszę bardzo. A teraz zróbm y  coś szalonego i połóżm y  się spać.
– Jak staruszkowie – roześm iała się.
–  Właśnie  tak.  Jak  staruszkowie.  –  Gdy by   dalej   przy tulała  się  do  m nie,  zwariowałby m .  –

 Dobranoc, Owieczko.

–  Dobranoc,  Zły   Wilku.  –  Ziewnęła  i  odwróciła  się  do  m nie.  –  Powinnam   cię  ostrzec,  że

czasam i m iewam  koszm ary.

– W porządku. Ja za to chrapię.
– Kłam iesz?
– Tak.
Westchnęła i zagry zła wargi. Marzy łem  o ty m , by  j e pochwy cić zębam i, tak j ak ona to robiła.
– Raz posikałem  się do łóżka.
Spoj rzała na m nie zdum iona.
– Miałem  cztery  lata.
– Takie rzeczy  potrafią odm ienić ży cie.
– Żeby ś wiedziała. – Pokiwałem  głową. – Mój  m iś tego nie przeży ł.
– To straszne.
Pokręciłem  głową.
– Zastanawiam  się, czy  m ogłem  zrobić coś, żeby  go uratować.
Jej   śm iech  sprawił,  że  serce  zabiło  m i  m ocniej ,  a  m oże  raczej   zasty gło  m i  w  piersi,  zanim

znowu zaczęło bić.

– Dziękuj ę.
– Za co? – Odgarnąłem  z j ej  twarzy  kosm y k włosów.
– Za to, że dzięki tobie czuj ę się lepiej .
– Cóż, j estem  twoim  opiekunem  roku…
– To chy ba nie należy  do twoich obowiązków – roześm iała się. – Przy naj m niej  w broszurze nie

by ło nic na ten tem at.

Wzruszy łem  ram ionam i.
– Teraz to m ój  obowiązek. Ale widzę, że zakres m oich obowiązków bardzo cię śm ieszy, i m am

nadziej ę, że przepędzi koszm ary.

– Chciałaby m .
–  Śpij .  –  Pocałowałem   j ą  w  czoło.  –  A  j eśli  w  przy szłości  będziesz  zam ierzała  zrobić  coś

głupiego, m ożesz uwzględnić m nie w swoich planach?

background image

– Jasne, a dlaczego? – Przy m knęła powieki.
No wiesz, bo zamordowałbym każdego, kto cię dotknie.
– Bez powodu. Po prostu wolałby m , żeby ś nie robiła szalony ch rzeczy  bez swoj ego wspólnika.
– W porządku.
– Dobranoc.
– Dobranoc – wy szeptała.

background image

Rozdział 14

Może nic mi się nie śniło dlatego, że choć

raz w życiu moje życie przypominało

piękny sen.

Kiersten

– Dzień dobry, Słońce – szepnął m i do ucha schry pnięty, m ęski głos.
Zerwałam  się i niem al zderzy liśm y  się głowam i. Mało brakowało. Wes cofnął się i roześm iał.

Splótł ręce pod głową i spoj rzał w sufit.

– A więc nie m iałaś koszm arów.
–  Nie  m iałam .  –  Nawet  nie  wiedział,  j ak  cudownie  by ło  przespać  całą  noc  i  nie  budzić  się

z krzy kiem . Może nie by ł to efekt uboczny  tabletek. Może problem  tkwił we m nie. Może to ze m ną
by ło coś nie tak.

– Zaj ęcia? – Znowu ziewnął.
Zerknęłam  na zegarek stoj ący  przy  łóżku.
– Za dwie godziny. Powinnam  j uż iść.
– Potrzebuj esz dwóch godzin, żeby  się przy gotować? My ślałem , że wy starczy  ci dwadzieścia

m inut.

Pacnęłam  go w brzuch.
–  Jeśli  m usisz  wiedzieć,  wy starcza  m i  pół  godziny,  ale  wolę  wrócić,  zanim   Lisa  zarządzi

poszukiwania.

– Powiesz j ej , gdzie spędziłaś noc? – spy tał po chwili.
– Może.
– Ja zatrzy m am  to w taj em nicy  – odparł. – Przy j aciele m aj ą przecież taj em nice, prawda?
–  Prawda  –  przy taknęłam ,  wstaj ąc.  Nie  spałam   tak  dobrze  od  dwóch  lat.  Część  m nie  chciała

wrócić  do  łóżka,  do  j ego  ciepła.  Zam iast  tego  weszłam   do  łazienki,  przebrałam   się  w  ubrania,
które m iałam  na sobie poprzedniego dnia, i wzięłam  telefon i klucze.

– Widzim y  się wieczorem  o tej  sam ej  porze? – Puścił do m nie oko. By ł piękny, kiedy  tak leżał.

Jak to m ożliwe, że zasnęłam , m aj ąc przy  sobie takie ciało? Musiałam  by ć wy kończona. Albo nie
interesowali m nie faceci.

– Mam  pracę dom ową.
– Drugiego dnia zaj ęć? – Uniósł brwi i spoważniał. – Rozum iem , teraz zaczniesz m nie unikać.

Dobra, będę z tobą szczery. Nie spaliśm y  ze sobą, więc nie m usisz się wsty dzić, że wracasz nad
ranem  w ty ch sam y ch ubraniach. Sy tuacj a nie j est niezręczna, więc j eśli będziesz unikała m nie
j ak ognia, zacznę cię prześladować.

– Nie boj ę się ciebie.
Wzruszy ł ram ionam i.

background image

Widząc to, uśm iechnęłam  się. Chwilę później  uchy liłam  drzwi i wy m knęłam  się z pokoj u.
Niezauważona  dotarłam   do  schodów.  Zeszłam   na  dół,  staraj ąc  się  nie  robić  hałasu,  i  w  holu

wpadłam  na Gabe’a, który  szedł w przeciwny m  kierunku. Na m ój  widok uśm iechnął się od ucha
do ucha.

– Niegrzeczna dziewczy nko, gdzie się podziewałaś całą noc?
– Ja… – Odwróciłam  wzrok i zatknęłam  włosy  za uszy. – Zasnęłam  w bibliotece.
–  Raz  próbowałem   tej   wy m ówki.  Naj wy raźniej   zam y kaj ą  o  trzeciej   rano  i  co  noc  robią

obchód budy nku z psam i.

– Cholera.
–  No  proszę,  ty   przeklinasz.  –  Otoczy ł  m nie  ram ieniem   i  odprowadził  do  pokoj u.  –  Ktoś

postanowił zaszaleć?

Skwitowałam  to cichy m  westchnieniem .
Gabe  zatrzy m ał  się,  zdj ął  rękę  z  m oj ego  ram ienia  i  zanim   się  zorientowałam ,  zaczął

obwąchiwać m oj e włosy  i szy j ę.

By łam  zby t zaskoczona, żeby  zdoby ć się na j akąkolwiek reakcj ę.
Chwilę później  się odsunął. Na j ego przy stoj nej  twarzy  m alowało się zadowolenie.
– Seks. Pachniesz seksem .
Czułam ,  że  m am   na  twarzy   wy pisane  poczucie  winy.  Próbowałam   j e  ukry ć,  ale  Gabe  by ł

szy bszy. Pokiwał głową i w zam y śleniu postukał palcem  w usta.

– Stawiam  na Michelsa.
Oblałam  się rum ieńcem .
– W j ego pokoj u?
Zaczęłam  m anipulować kluczam i, żeby  otworzy ć drzwi, ale Gabe chwy cił m nie za rękę.
– Muszę cię ostrzec. – W j ego oczach nie by ło j uż wesołości. – To ty p faceta, z który m  lepiej

nie przeży wać swoj ego pierwszego…

Ty m  razem  to on się zaczerwienił.
– Pierwszego? – Wy prostowałam  się, udaj ąc, że nie wiem , o czy m  m ówi.
– Po prostu pierwszego. – Zaklął i włoży ł klucz do zam ka. – Jest bogaty. Kobiety  lecą na niego.

Do diabła, m oj a babcia leci na niego. Po prostu… uważaj  na siebie. Faceci tacy  j ak on nie lubią
zobowiązań. Wolą przy gody  na j edną noc.

– Zabawne – parsknęłam . – To sam o m ówiła o tobie Lisa.
– Hej ! – Przekręcił klucz i otworzy ł m i drzwi, puszczaj ąc m nie przodem . – Ja przy naj m niej  nie

udaj ę  niewiniątka.  Sy piam   z  dziewczy nam i,  m ówim y   sobie  „dziękuj ę”  i  „do  widzenia”,  i  każde
z nas idzie swoj ą drogą. Wszy scy  są szczęśliwi, koniec historii. Nie kry j ę się z ty m , kim  j estem
i j aki j estem …

– A on?
– Jest skry ty. – Gabe zaklął. – Wiem , że nie zgwałcił tam tej  dziewczy ny, ale po prostu radzę ci,

żeby ś by ła ostrożna.

–  Ostrożna?  –  Zza  drzwi  sy pialni  dobiegł  zaspany   głos  Lisy,  która  chwilę  później   stanęła

w drzwiach, ubrana w kusą bluzeczkę i równie kuse, białe spodenki. – Kto m a by ć ostrożny ?

Posłałam  Gabe’owi błagalne spoj rzenie.
–  Ja.  –  Uśm iechnął  się  zawsty dzony.  –  Upiłem   się  i  niem al  wskoczy łem   do  łóżka  twoj ej

współlokatorce.

background image

Lisa krzy knęła.
– Przy naj m niej  się obudziłaś – stwierdził Gabe z uśm iechem .
– Nie strasz m nie! – Stuknęła go w ram ię. – Jest dla ciebie zby t idealna.
– My ślisz, że o ty m  nie wiem ? – m ruknął i puścił do m nie oczko.
Podziękowałam  m u bezgłośnie.
–  Śniadanie.  –  Uderzy łam   się  dłonią  w  czoło  i  przeczesałam   palcam i  włosy.  –  Co  wy   na  to,

żeby m  zrobiła nam  śniadanie?

– Świetnie. – Lisa ziewnęła i się przeciągnęła. – Ja ty m czasem  wezm ę szy bki pry sznic.
Kiedy  zniknęła za drzwiam i pokoj u, Gabe przekrzy wił głowę i spoj rzał na m nie.
– Czy  to będzie śniadanie, czy  próba pozby cia się poczucia winy ?
– Bardzo śm ieszne.
Wy szczerzy ł  zęby   w  uśm iechu  i  podniósł  ręce.  W  postrzępionej   białej   koszulce,  obcisły ch

dżinsach i z tatuażam i wy glądał j ak sobowtór Adam a Levine’a.

– Co? – spy tał, m rużąc oczy.
– Nic. – Czułam , że się rum ienię. Właśnie wy szłam  na puszczalską. – Ładnie wy glądasz.
– Ładnie? – powtórzy ł.
Pokiwałam  głową.
–  Ładnie?  –  Oparł  się  o  blat  i  skrzy żował  ram iona.  –  Nikt  nigdy   nie  powiedział  m i,  że

wy glądam  ładnie. Jesteś pewna, że Michels nie wy prał ci m ózgu po szalonej  nocy  pełnej …

– … rozm ów i snu – dokończy łam .
Gabe parsknął.
– Poważnie? Nie robiliście nic innego? Hm m , nie wiedziałem , że j est gej em .
– Bo nie j est. – Uśm iechnęłam  się znacząco i zrozum iałam , że dałam  się podej ść.
– Poważnie? – Gabe trącił m nie łokciem . – Skąd wiesz?
– No bo… wszy scy  to wiedzą.
Oboj e zam ilkliśm y. Ja m ieszałam  ciasto na naleśniki i włączy łam  kuchenkę.
– Dobrze całuj e? – spy tał Gabe.
Patelnia wy padła m i z rąk i z brzękiem  uderzy ła o kuchenkę. Sły sząc chichot Gabe’a, m iałam

ochotę dźgnąć go widelcem .

– Tak ty lko py tam . – Uniósł ręce, udaj ąc niewiniątko.
– Tak. – Oblizałam  wargi. – Dobrze. Ale to by ło raczej  wy zwanie dla m nie. Nie on to zaczął,

ty lko j a.

– Faj nie. – Gabe wy j ął m i z rąk garnek i zaczął m ieszać ciasto; j a ty m czasem  wy ciągnęłam

z lodówki sok pom arańczowy. – Chcesz powiedzieć, że pod m aską oziębłości kry j e się prawdziwy
dem on seksu?

Nie  odpowiedziałam   na  to  py tanie.  Zam iast  tego  zaj ęłam   się  nalewaniem   soku  do  szklanek

i sprawdziłam , czy  patelnia się j uż rozgrzała.

– Chcesz zrobić naleśniki o śm ieszny ch kształtach i wkurzy ć Lisę? – spy tał Gabe. Naj wy raźniej

skończy ł rozm owę na m ój  tem at, za co by łam  m u bardzo wdzięczna.

– Boi się naleśników?
–  W  kształcie  My szki  Miki.  –  Jego  oczy   bły snęły   figlarnie.  –  Ma  fatalne  wspom nienia

z Disney landu.

– Chwileczkę – roześm iałam  się. – Lisa boi się My szki Miki?

background image

–  Kichnęła  j ej   w  twarz.  Korona  księżniczki  spadła  j ej   z  głowy.  Lisa  się  rozpłakała.  By ła  cała

afera. – Machnął ręką.

– Aha. – Chwy ciłam  ły żkę. – Często robiłam  takie dla… – nie dokończy łam .
– Dla? – spy tał.
– Dla m oj ej  rodziny.
– Faj nie. – Zaczął wy ciągać talerze, podczas gdy  j a rzuciłam  m asło na rozgrzaną patelnię.
Lisa skończy ła brać pry sznic, gdy  dosm ażałam  ostatniego naleśnika. Gabe zachichotał i zatarł

ręce.

– Właśnie takie drobnostki dodaj ą ży ciu pikanterii.
– Dobrze wiedzieć. – Wy łoży łam  naleśnik na talerz Lisy  i wręczy łam  go Gabe’owi.
– Kuzy nko? – zawołał. – Przy gotowaliśm y  dla ciebie coś wy j ątkowego.
–  Mm m .  –  Lisa  m ruknęła  z  uznaniem .  –  Pachnie  j ak  naleśniki.  –  Postawiła  talerz  na  stole

i  wy sunęła  krzesło.  Dopiero  wtedy   spoj rzała  na  talerz.  Piszcząc,  odskoczy ła  w  ty ł,  potknęła  się
o krzesło i z głuchy m  plaśnięciem  runęła na podłogę.

– Standard. – Gabe podniósł pięść w trium falny m  geście.
– Przeklęta m y sz – warknęła Lisa, wciąż nie podnosząc się z podłogi.
Gabe pom ógł j ej  wstać, ona j ednak odepchnęła j ego rękę.
– Nie rozczulaj  się nad sobą, Liso.
– Nie rozczulam  się nad sobą. – Splotła ram iona. – Ja ty lko… ogłaszam  naleśnikowy  straj k.
Westchnął i uklęknął przy  niej .
– Mam  go pokroić, żeby  nie wy glądał j uż j ak m y sz?
– Nie obchodzi m nie, co zrobisz – warknęła.
Gabe sięgnął po talerz, pokroił naleśnika i podał go Lisie.
– Widzisz? Już lepiej .
Lisa pocałowała go w policzek.
– Dzięki, Gabe.
– To by ła m y sz. – Wciąż przetwarzałam  fakt, że spanikowała na widok naleśnika.
–  Nawet  m i  o  ty m   nie  przy pom inaj !  –  Lisa  pom achała  m i  palcem   przed  nosem .  –  Ty   m asz

koszm ary   i  napędzasz  stracha  swoj ej   współlokatorce.  Ja  nienawidzę  My szki  Miki.  Wszy scy   się
czegoś boim y. – Miała racj ę.

– Koszm ary ? – Gabe przekrzy wił głowę i spoj rzał na m nie. – My ślałem , że ty lko dzieci m aj ą

koszm ary.

–  I  j a.  –  Klapnęłam   na  krzesło.  –  Na  to  wy gląda.  –  Chociaż  ubiegła  noc  by ła  spokoj na.  Nie

wspom niałam  j ednak o ty m . Takie noce należały  do rzadkości.

Po śniadaniu wy słałam  wuj kowi Jo SMS-a:
Pocałowałam chłopaka, a rano zjadłam za dużo naleśników. Czy to wystarczająco szalone?
Chwilę później  dostałam  odpowiedź.
Oto moja dziewczynka.

background image

Rozdział 15

Ktokolwiek wynalazł leki

eksperymentalne, powinien być

rozstrzelany. A może to mnie powinno się

rozstrzelać. Tak, zapomnijcie o nim,

zastrzelcie mnie.

Weston

–  Kiedy   zaczęły   się  nudności?  –  David  dotknął  m oj ego  czoła  i  się  skrzy wił.  –  Kilka  godzin

tem u? Kilka dni tem u?

Odepchnąłem  j ego rękę i zakląłem .
–  Łatwiej   by łoby   zapy tać,  kiedy   nie  m iałem   m dłości.  Poważnie,  j uż  m i  lepiej ,  widzisz?  –

  Zm usiłem   się  do  uśm iechu  i  wstałem .  Musiałam   przy trzy m ać  się  biurka  i  odczekać  chwilę,
zanim  poczułem  się wy starczaj ąco silny, żeby  m óc iść prosto.

David również podniósł się z krzesła.
– Musim y  odnotowy wać takie rzeczy, Wes. Wiesz o ty m .
– Tak, wiem  – j ęknąłem  i ruszy łem  w stronę drzwi. – Przez ostatnie pół roku nic się nie zm ieniło

i przy kro m i, że m uszę to powiedzieć, ale wcale nie czuj ę się lepiej .

– To niewłaściwe podej ście i dobrze o ty m  wiesz. Lekarz powiedział…
– Pieprzy ć lekarzy ! – Walnąłem  pięścią w drzwi. Głos m i drżał.
Usły szałem   westchnienie  Davida.  By łem   do  tego  przy zwy czaj ony.  Ubiegły   rok  pełen  by ł

takich  westchnień.  Naj pierw  wzdy chał  tata,  gdy   dowiedział  się,  że  lekarstwa  są  naszą  j edy ną
nadziej ą, później  trener, gdy  powiedziałem  m u, że by ć m oże nie dam  rady  dograć do końca roku,
a wreszcie lekarz, kiedy  inform ował m nie, że m oj e szanse wy noszą pięćdziesiąt procent.

–  Posłuchaj .  –  Wargi  m iałem   spierzchnięte:  efekt  uboczny   leków.  Oblizałem   j e  i  sam

westchnąłem .  –  Przepraszam ,  to  by ł  ciężki  dzień.  Spisz  tę  notatkę.  Mam   nudności,  tracę  ostrość
widzenia, a dziś rano wy m iotowałem .

Cisza, a zaraz potem  odgłosy  pisania.
– Coś j eszcze? – spy tał David.
– Tak. – Chwy ciłem  kluczy ki, które leżały  na biurku. – Wy chodzę, nie czekaj …
– Ale…
– Proszę – rzuciłem  błagalnie. – Potrzebuj ę norm alności.
– W porządku. – David zaklął pod nosem . – Ty lko m iej  włączoną kom órkę i gdy by ś poczuł się

dziwnie, wracaj  od razu do akadem ika. Rozum iem y  się?

– Tak. – Wy szedłem  z pokoj u, nie oglądaj ąc się za siebie.
Naprawdę  by łem   kiepskim   opiekunem   roku.  W  ciągu  pierwszy ch  dwóch  dni  zaj ęć  spędziłem

w  swoim   gabinecie  zaledwie  pół  godziny.  Mim o  to  zależało  m i  na  tej   pracy.  Co  więcej ,

background image

potrzebowałem   j ej .  Tak  j ak  potrzebowałem   m inuty   norm alności.  Dziekan  o  m ało  nie  dostał
zawału, kiedy  m ój  oj ciec wszedł do gabinetu, gotowy  do ataku. Nigdy  nie by łem  z niego bardziej
dum ny.

Większość  ludzi  zakładała  pewnie,  że  zostałem   zdegradowany   do  roli  opiekuna  roku  z  powodu

tego, co się wy darzy ło.

Tak naprawdę błagałem  o tę robotę.
Trener  by ł  wściekły,  ale  przy naj m niej   oj ciec  m nie  rozum iał.  Powiedziałem   m u,  że  chcę

pom agać dzieciakom , pokazy wać im  co i j ak, ale tak naprawdę chodziło o m oj ego brata. Zm arł
na pierwszy m  roku studiów i nie chciałem  dopuścić, żeby  podobna historia przy darzy ła się kom uś
innem u.

Dlatego właśnie zatrzy m ałem  się na piętrze, na który m  m ieszkała Kiersten.
Nie wiedziałem , czy  wróciła j uż z zaj ęć, ale warto by ło spróbować. Zapukałem  dwa razy  do

drzwi i czekałem .

Usły szałem  podniesione głosy, szuranie nogam i i chwilę później  drzwi się otworzy ły.
Stanął w nich Gabe, kuzy n współlokatorki Kiersten i, by ć m oże, m oj a konkurencj a. Nie by łem

pewien. Gapił się na m nie przez dobrą m inutę, aż w końcu się uśm iechnął.

– Dobrze spałeś w nocy ? – spy tał.
– Lepiej  niż ty  – odparłem  z uśm iechem .
– Nie wątpię. – Mówiąc to, skinął głową.
– Jest Kiersten?
– Odrabia pracę dom ową.
– W drugi dzień zaj ęć? – Minąłem  go i wszedłem  do środka.
Gabe podniósł ręce.
– Powiedziała ty lko, że m usi odrobić pracę dom ową i zam knęła się w pokoj u. Miała dziś ty lko

dwa zaj ęcia, oba rano.

– Dobrze wiedzieć, że nie j a j eden j ą prześladuj ę – m ruknąłem .
Widząc uśm ieszek na j ego twarzy, zacisnąłem  pięści i podszedłem  do drzwi.
– Kiersten? – Zapukałem .
Ktoś pociągnął nosem , a zaraz potem  coś spadło na podłogę. Co j est? Wszedłem , nie czekaj ąc

na pozwolenie.

Chy ba j ednak powinienem  by ł zaczekać, aż m i otworzy.
By ła naga.
No, m oże niezupełnie naga, ale tak przy naj m niej  wy glądała. Miała na sobie spodenki do j ogi

i sportowy  biustonosz. Znieruchom iałem  i chy ba m usiałem  wy glądać j ak wariat.

– Hej ! – krzy knął z kory tarza Gabe. Zatrzasnąłem  m u drzwi przed nosem  i przekręciłem  klucz.
– Tak, teraz czuj ę się bezpieczna – bąknęła Kiersten, wstaj ąc z m aty  do ćwiczeń. – Poważnie,

Wes, nie m ożesz tak po prostu wparowy wać do cudzy ch pokoi.

– Nawet nie wiesz, j ak się cieszę, że to zrobiłem . – Usiadłem  na łóżku i oparłem  się o ścianę. –

 Nie przeszkadzaj  sobie.

– Nie – parsknęła śm iechem . – Nie kiedy  się na m nie patrzy sz. Ćwiczy łam , ty  zboczeńcu.
–  Wy dawało  m i  się,  że  sły szę,  j ak  wołasz  m oj e  im ię.  Przesły szałem   się.  –  Wzruszy łem

ram ionam i.

– Sły szałeś m nie na szósty m  piętrze?

background image

– Cóż m ogę powiedzieć? To dar.
– Twój  słuch absolutny  i fakt, że śledzisz ludzi, czy nią z ciebie psy chopatę.
Uśm iechnąłem  się j eszcze szerzej .
Kiersten oparła rękę na biodrze.
– Nie będę ćwiczy ła, kiedy  się na m nie patrzy sz.
– Więc zróbm y  to razem .
Spoj rzała na m nie przerażona.
Jeśli się nie m y liłem , m oj e notowania właśnie wzrosły.
– Ale nie tak. Chodźm y  pobiegać.
– Biegasz?
Pokręciłem  głową.
– Jestem  rozgry waj ący m  – wy j aśniłem . – Oczy wiście, że biegam .
Zaczerwieniła się i zakry ła twarz rękam i.
– Chodziło m i o to, czy  biegasz poza treningam i.
– Nigdy  nie uprawiałaś sportu, prawda?
Pokręciła głową.
– Ćwiczy m y  nie ty lko na treningach. Oprócz nich ćwiczę j eszcze dwie godziny  dziennie. Dzięki

tem u j estem  w form ie. Wiesz, j akoś trzeba utrzy m ać ten ośm iopak.

– Czy  kiedy kolwiek m i to zapom nisz? – Usiadła na podłodze i westchnęła.
– Owieczko… – drażniłem  się z nią. – Nigdy.
– W porządku… Chodźm y  pobiegać.
– Świetnie…
– Pod j edny m  warunkiem .
– Buu. – Opuściłem  kciuki w dół.
– Hej ! – Zerwała się z podłogi. – Nawet m nie nie wy słuchałeś!
– W porządku. Masz pięć sekund.
– Nie j esteś zby t cierpliwy, co?
– Jeden…
– Dobrze j uż, dobrze! – Kiersten chwy ciła leżący  na biurku skrawek papieru i wy ciągnęła go

w m oim  kierunku.

Miałem   powiedzieć  „dwa”,  kiedy   kartka  wy lądowała  na  m oich  kolanach.  Westchnąłem ,

podniosłem  j ą i zacząłem  czy tać.

Rzeczy, które muszę zrobić – przeczy tałem .
Serce podeszło m i do gardła. Czy żby  wiedziała o m nie?
1. Pocałować przystojniaka.
2. Popływać nago.
3. Wypić drinka owocowego z parasolką.
4. Przeczytać „Dumę i uprzedzenie” od początku do końca.
5. Nauczyć się pływać.
Przerwałem  czy tanie.
– Nie um iesz pły wać? – spy tałem .
Spuściła wzrok, więc wróciłem  do lektury.
6. Zawrzeć dwie prawdziwe przyjaźnie.

background image

7. Przestać brać antydepresanty.
A więc się nie m y liłem . Miała depresj ę. Ty lko dlaczego? Jak ktoś tak idealny  j ak Kiersten m ógł

cierpieć na depresj ę?

8. Skoczyć na bungee.
9. Zjeść sos żurawinowy w Święto Dziękczynienia i spróbować zjeść buraka.
10. Zakochać się.
11. Przeżyć zawód miłosny.
12. I tak się zakochać.
Nie  m ogłem   j ej   pom óc!  Nie  ze  wszy stkim .  Nie  m ogła  się  we  m nie  zakochać.  Nie

pozwoliłby m   j ej   na  to.  To  by łoby   nie  w  porządku  wobec  nas  oboj ga,  a  ona  m iała  dopiero
osiem naście lat. Westchnąłem  i złoży łem  kartkę na pół.

– I? – Owinęła wokół palca pukiel swy ch cudowny ch rudy ch włosów. – Co m y ślisz?
– Zróbm y  to.
Jej   twarz  poj aśniała  j ak  bożonarodzeniowa  choinka.  Zanim   się  zorientowałem ,  podbiegła  do

m nie i zarzuciła m i ręce na szy j ę. Jeśli tak m iała m i dziękować za pom oc w odhaczaniu kolej ny ch
rzeczy   z  j ej   głupiej   listy,  kupię  j ej   pry watną  wy spę,  zanim …  My śl,  j ak  na  ironię,  um arła
w m oj ej  głowie.

– Mówisz poważnie? Nie uważasz, że to dziwne? Nie sądzisz, że j estem  dziwna?
Pocałowałem  j ą w policzek.
– Ani trochę. Zresztą m ówiłem  ci, że chcę brać udział we wszy stkich twoich szaleństwach.
Kiwnęła głową. Kosm y k rudy ch włosów spadł na j ej  zaróżowiony  policzek.
– Dobra. – Jeszcze raz pocałowałem  j ą w policzek. Głównie dlatego, że m ogłem . – My ślę, że

większość z ty ch rzeczy  uda nam  się zrobić przed Świętem  Dziękczy nienia.

– Naprawdę?
– Jak naj bardziej . – Pom ogłem  j ej  wstać. – No wiesz… oprócz podpunktu o zakochaniu się.
Kiersten się roześm iała. Boże, uwielbiałem  to.
– Pom y ślałam  sobie: raz kozie śm ierć.
–  Moj a  dziewczy nka.  –  Puściłem   do  niej   oko  i  odłoży łem   kartkę  na  biurko.  –  A  teraz  załóż

koszulkę, żeby  faceci nie oglądali się za tobą. Ponieważ, m oj a droga, idziem y  pobiegać.

background image

Rozdział 16

Przynajmniej biegnąc obok niego, nie

sprawiałam wrażenia, jakbym przed nim

uciekała. To już był jakiś postęp, prawda?

Kiersten

Kiedy  Wes powiedział, że powinniśm y  pobiegać, m y ślałam , że chodzi m u o j ogging. Powolne

truchtanie, nie szaleńczą gonitwę.

Biegnąc, wcale się nie odzy wał.
Ale za to się pocił.
My ślę więc, że by ła to uczciwa wy m iana, zwłaszcza że uparł się, że będzie biegał bez koszulki.

Ja ty m czasem  m usiałam  wy glądać wy j ątkowo nieatrakcy j nie, gdy  próbowałam  dotrzy m ać m u
kroku, dy sząc ciężko.

–  Właśnie  skreślam y   coś  z  twoj ej   listy   –  oświadczy ł  głosem ,  w  który m   próżno  by ło  szukać

oznak zm ęczenia.

– Ach tak? Co takiego? – spy tałam , czuj ąc, że łapie m nie kolka.
– Chcesz przestać brać anty depresanty.
– A więc… – Zaczęłam  kasłać. – Próbuj esz… – Jasna cholera, j eszcze chwila i zem dlej ę – …

m nie zabić?

–  Nie  –  zachichotał  (naprawdę…  nie  wiem …  j ak  on…  oddy chał…)  –  Badania  wy kazuj ą,  że

ciężkie  ćwiczenia,  które  wy wołuj ą  ból  fizy czny,  sprawiaj ą,  że  nasz  m ózg  produkuj e  horm ony
szczęścia. Horm ony  te pom agaj ą w walce z depresj ą i łagodzą ból. Są j ak narkoty k. Bieganie j est
naj szy bszy m   i  naj skuteczniej szy m   sposobem ,  żeby   nasz  m ózg  zaczął  j e  produkować.  Zacznij
biegać,  a  gwarantuj ę,  że  poczuj esz  się  lepiej .  Może  nawet  na  ty le  dobrze,  że  będziesz  m ogła
odstawić lekarstwa. – Zatrzy m ał się. Dzięki Bogu.

Zgięłam  się wpół i podniosłam  rękę.
– Potrzebuj ę chwili.
Poklepał m nie po spocony ch plecach i się zaśm iał.
– Sęk w ty m , Kiersten, że lekarstwa nie są złe. Są po to, żeby  ci pom óc.
– Przez nie m am  koszm ary.
– W takim  razie śpij  ze m ną.
– Sprawiaj ą, że czuj ę się słaba. – Z trudem  łapałam  oddech.
– Ty lko dlatego, że patrzy sz na to nie tak, j ak trzeba.
Czekałam  na kolej ną porcj ę m ądrości. Czy  on w poprzednim  ży ciu by ł psy choanality kiem ?
–  To,  że  potrzebuj esz  pom ocy,  żeby   poradzić  sobie  z  problem am i,  nie  czy ni  cię  słabszą.

Naprawdę  słabi  są  ci,  którzy   nie  potrafią  przy znać,  że  potrzebuj ą  pom ocy.  Ludzie,  którzy   nie
potrafią przy znać, że nie poradzą sobie sam i. To oni są słabi. Prosząc o pom oc i przy j m uj ąc j ą,

background image

przy znałaś  się  do  swoj ej   słabości,  a  przez  to  pokazałaś,  j ak  j esteś  silna.  Ludzie  słabi  m y ślą,  że
pozj adali wszy stkie rozum y, i afiszuj ą się ze swoj ą m ądrością.

Zawahałam  się i podniosłam  wzrok. Uśm iechał się.
– Od kiedy  to j esteś taki m ądry ?
Wes wzruszy ł ram ionam i, a po j ego policzku spły wała kropla potu.
–  Brałem   udział  w  liczny ch  terapiach.  Uwierz  m i.  Człowiek  nie  m oże  całe  ży cie  chodzić  na

terapię i nie dowiedzieć się choćby  j ednej  m ądrej  rzeczy.

– Wy gląda na to, że m uszę zm ienić terapeutę – bąknęłam .
– Świetnie, bo zaczy nam  przy j m ować zapisy  i m ożna m i płacić w randkach.
– Przy j aciele nie um awiaj ą się na randki.
– Ależ tak. – Zm ruży ł oczy  i się roześm iał.
Przy gry złam  wargę i kazałam  swoj em u sercu przestać fikać koziołki.
– Tego nie by ło na m oj ej  liście.
– Ale randka by ła.
– Naprawdę? – Uśm iechnęłam  się. Nie m ogłam  się powstrzy m ać. By ł cholerny m  specj alistą

w kruszeniu m urów, który m i się otoczy łam .

– W ten weekend. W piątek. Ty  i j a. Randka.
Odwróciłam  wzrok, udaj ąc, że nie m am  ochoty  rzucić się na niego i krzy knąć m u w twarz: tak!

To  oczy wiste,  że  inne  dziewczy ny   tak  właśnie  reagowały.  Idąc  z  Wesem ,  czułam   na  sobie  ich
dziwne, zdum ione spoj rzenia.

– Dobrze – odparłam  cicho. – Ale ty lko j ako przy j aciele. – Mówiąc to, wy ciągnęłam  rękę.
Uścisnął j ą i pokiwał głową.
– Przy naj m niej  podaj esz m i rękę. Kilka dni tem u m y ślałem , że będę porozum iewał się z tobą

j ak John Sm ith z Pocahontas.

– Bardzo śm ieszne.
– Prawda? – roześm iał się i przy ciągnął m nie do siebie.
– Jestem  spocona.
– Wiem .
– I… śm ierdzę. – Niezły  sposób, żeby  go odstraszy ć.
Nachy lił się do m nie i powąchał bok m oj ej  głowy.
– Wąchasz m oj ą skórę?
Wzruszy ł ram ionam i.
– Powiedziałaś, że śm ierdzisz. Chciałem  udowodnić, że się m y lisz.
– Więc nie śm ierdzę?
– Nie… – Wciąż nachy lał się nade m ną. Mój  oddech przy spieszy ł, kiedy  poczułam  na szy i, j ak

wciąga do płuc powietrze. – Pachniesz potem , a tak się składa, że lubię zapach potu.

– Czaruś. – Mój  głos wy dawał się ulotny  i dziwnie obcy.
Chwilę  później   wilgotny   j ęzy k  dotknął  m oj ej   skóry,  tuż  poniżej   ucha,  a  potem   j ego  usta

przy warły  do m oj ego policzka.

– Bez dwóch zdań – skwitował.
Zanim  zdąży łam  go uderzy ć, odepchnąć, czy  choćby  odwrócić się, rozległ się dzwonek. Wes

cofnął się i wy ciągnął z kieszeni nowiuteńkiego iPhone’a.

– Co? – spy tał.

background image

Czekałam , patrząc, j ak przestaj e się uśm iechać.
– Nie, w porządku. Żaden problem . Tak, zaraz… zaraz tam  będę. – Schował telefon do kieszeni

i chwilę później  znów by ł radosny.

– Wszy stko w porządku?
– Tak, czem u py tasz? – Ruszy ł ścieżką w stronę uczelni.
– Telefon, sm utna m ina. No wiesz, napięcie w głosie. Takie tam .
– A, o to chodzi. – Pokonuj ąc ostatni odcinek drogi do kam pusu, w ogóle nie patrzy ł m i w oczy.

–  To  nic  takiego,  dram at  z  oj cem ,  wiesz,  j acy   potrafią  by ć  staruszkowie.  Czasam i  wkurzaj ą  cię
ty lko dlatego, że m ogą.

Zam arłam .
– Kiersten? – Wes dotknął m oj ego ram ienia. – O co chodzi?
Otworzy łam  usta, ale doby ł się z nich j edy nie zduszony  szloch i znowu zaczęłam  biec.
Ponieważ  gdy   ostatni  raz  rozm awiałam   z  rodzicam i,  strasznie  się  pokłóciliśm y,  bo  będąc

w drugiej  klasie liceum , uparłam  się, żeby  pój ść na pierwszą w ży ciu im prezę.

–  Kiersten!  –  zawołał  za  m ną,  ale  j a  biegłam   dalej ,  skupiaj ąc  się  na  m iarowy m   m laskaniu

butów o cem ent. Lewa, prawa, lewa, prawa. Musiałam  uciec.

Biegłam   aż  do  m asy wny ch,  betonowy ch  schodów,  które  prowadziły   do  akadem ików.  Tam

przewróciłam  się i skaleczy łam  w kolano.

– Cholera! – Strużka krwi spły nęła m i po nodze i wlała się do buta. Łzy  paliły  m nie w gardle,

kiedy  próbowałam  uspokoić oddech.

–  Kiersten!  –  Wes  by ł  j uż  przy   m nie;  naj wy raźniej   cały   czas  biegł  za  m ną.  Oderwał  pasek

m ateriału z m oj ej  koszulki i przetarł ranę, dm uchaj ąc na nią i próbuj ąc zatam ować krwawienie. –
 Co to m iało by ć? Wy straszy łaś m nie j ak cholera. Zresztą teraz też m nie przerażasz. O co chodzi?

Próbowałam  się wy rwać, ale by ł zby t silny. Nie chciałam  spoj rzeć m u w oczy.
–  Porozm awiaj   ze  m ną.  –  Głos  m iał  łagodny,  zachęcaj ący.  –  Wiem ,  że  chodzi  o  coś,  co

powiedziałem .

Pokiwałam  głową.
– O rodziców?
Znowu przy taknęłam .
– Co się stało?
– Nie ży j ą.

background image

Rozdział 17

A Panem Nietaktownym zostaje… Weston

Michels. Jestem dupkiem.

Weston

Co m iałem  powiedzieć? Co m ogłem  powiedzieć w tej  sy tuacj i?
–  To  by ł  wy padek.  Rzadko  kiedy   m ożem y   przy gotować  się  na  śm ierć,  wiesz?  –  Pokręciła

głową.

Nie  wiedziała  nawet,  j ak  bardzo  się  m y li.  Człowiek  mógł  przy gotować  się  na  śm ierć

i z doświadczenia wiedziałem , że nie ułatwia to sprawy. Jednak nie m ogłem  j ej  tego powiedzieć.
Jeszcze nie teraz.

– Ty  i twoi rodzice by liście sobie bliscy ?
– Jak to w liceum .
– Co się stało?
Dom y ślałem  się, że zginęli nagłą śm iercią w j akim ś wy padku.
– Utonęli.
– Co? – Usiadłem  obok niej  na betonowy ch schodach. – W j aki sposób?
– Podczas nurkowania j askiniowego – westchnęła. – W przeciwieństwie do m nie lubili ry zy ko.

Ja aż do ubiegłego roku bałam  się własnego cienia.

Zaśm iałem  się i otoczy łem  j ą ram ieniem .
–  Poj echali  na  Flory dę,  na  kolej ną  ze  swoich  wy praw.  Nie  wiem ,  co  się  dokładnie  stało,  ale

pam iętam ,  że  zawsze  by li  ostrożni.  Nigdy   nie  m y ślałam   o  ty m ,  co  m oże  się  stać,  bo  zawsze
bardzo  uważali.  –  Głos  m iała  cichy.  –  Pokłóciłam   się  z  nim i  przez  telefon.  Chciałam   pój ść  na
im prezę, a oni się nie zgodzili. Powiedziałam , że ich nie cierpię i że nie chcę ich więcej  widzieć.

Cholera.
–  Zm arli  trzy   godziny   później .  Ich  ciała  znaleziono  w  j askini,  którą  badali.  Liny

zabezpieczaj ące by ły  poszarpane, j akby  coś przecięło j e na pół. Policj a przy puszczała, że m oże
fale  przy boj u  sprawiły,  że  liny   ocierały   się  o  ostre  skały.  –  Kiersten  otarła  łzy   z  twarzy.  –  Nie
potrafię  sobie  tego  wy obrazić.  Dobij a  m nie  m y śl,  że  spędzili  ostatnie  chwile  ży cia  w  j akiej ś
ciem nej , wy pełnionej  wodą dziurze. Bez m ożliwości wy pły nięcia na powierzchnię. To straszne,
a j a nie m ogłam  zrobić nic, żeby  ich powstrzy m ać.

Ry zy kuj ąc, że dostanę w twarz, oblizałem  wargi i powiedziałem :
– Kiersten, m y ślę, że patrzy sz na to w niewłaściwy  sposób. – Czułem , j ak tężej ą j ej  m ięśnie.

Zupełnie,  j akby m   oświadczy ł,  że  lada  chwila  zacznę  na  nią  polować  i  kazał  j ej   biec;  j ej   ciało
napręży ło się, gotowe w każdej  chwili wy strzelić do przodu. – Wy słuchaj  m nie – wy szeptałem . –
Uwielbiali nurkowanie j askiniowe, tak?

–  Tak.  –  Mówiła  cicho,  ale  przy naj m niej   nadal  siedziała  obok;  nie  uderzy ła  m nie  ani  nie

background image

uciekła.

– Wiedzieli, j akie ry zy ko się z ty m  wiąże?
– Oczy wiście.
– Zam knij  oczy.
– Co? Nie. – Próbowała się odsunąć, ale j ą przy trzy m ałem .
– Po prostu zam knij  oczy, Kiersten.
Zadrżała i fuknęła, ale zrobiła to, o co j ą prosiłem .
– Posłuchaj  m oj ego głosu – szepnąłem  j ej  do ucha. – Wy obraź sobie coś takiego. Twoi rodzice

kończą  rozm awiać  z  tobą  przez  telefon.  Są  trochę  wkurzeni.  Miałaś  przecież  ile?  Niecałe
szesnaście lat? Wszy stkie nastolatki przechodzą okres buntu.

– Skąd m ożesz wiedzieć?
– Jestem  nastolatką uwiezioną w ty m  ciele – zaśm iałem  się. – Poza ty m  wiem , bo pracowałem

w centrum  dla m łodzieży. Wierz m i, wszy stkie nastoletnie dziewczy ny  są koszm arne.

Przy garbiła ram iona.
– A  więc  kończą  rozm owę,  kręcą  głowam i,  wzdy chaj ą  i  trzy m aj ąc  się  za  ręce,  idą  po  plaży.

Zakładaj ą sprzęt, raz i drugi sprawdzaj ą butle z tlenem  i liny, i schodzą pod wodę. I wówczas coś
się  wy darza.  Może  j askinia  by ła  tak  piękna,  że  wpły wali  coraz  głębiej ,  nieświadom i,  że  nie
wy starczy  im  powietrza. A m oże nie wiedzieli, że liny, które zam ocowali przy  wej ściu, zerwały
się.

Jej   oddech  stawał  się  coraz  bardziej   ury wany,  w  m iarę  j ak  konty nuowałem   swoj ą  opowieść

i głaskałem  j ą po plecach.

– Może zauważy li, że kończy  im  się tlen, a nie wiedzieli dokąd iść, więc wy brali j edną drogę.

Może złapali się za ręce i wpły nęli w m rok, wiedząc, że za kilka m inut prawdopodobnie zasną. Ale
przy naj m niej  zasnęli, trzy m aj ąc się za ręce. Ostatnią rzeczą, o której  pom y śleli, by łaś ty  i wasza
rodzina, i przy naj m niej  odeszli razem . Pewnie nie patrzę na to tak j ak ty. Dla ciebie ich śm ierć
by ła torturą. Ja dostrzegam  w niej  spokój . Może j estem  szalony, ale nie wy obrażam  sobie, żeby
twoi rodzice, doświadczeni nurkowie, panikowali i cierpieli. – Wzruszy łem  ram ionam i. – Widzę,
j ak w ciem nościach trzy m aj ą się za ręce i się uśm iechaj ą.

Kiersten m ilczała przez chwilę.
Odchy liłem  się, żeby  spoj rzeć j ej  w oczy, ale zakry ła twarz rękam i. Kiedy  j e odsunęła, palce

m iała m okre od łez.

Nie  m iałem   czasu  przy gotować  się  na  ten  j ej   uścisk.  Przewróciła  m nie  na  beton  i  zdąży łem

ty lko wy ciągnąć ręce i wziąć j ą w ram iona.

Po raz pierwszy  od śm ierci brata ktoś naprawdę m nie przy tulił. Nie powiedziałem  j ej  tego, ale

tulenie  j ej   i  pocieszanie  w  tam tej   chwili…  Śm ierć  nie  wy dawała  m i  się  j uż  taka  straszna.
Przy szłość nie ry sowała się j uż w tak ciem ny ch barwach. Bo kiedy  Kiersten się odsunęła… kiedy
nasze spoj rzenia się spotkały, zobaczy łem  w j ej  oczach nadziej ę.

background image

Rozdział 18

A więc przytulam zupełnie obce osoby

i płaczę w ich ramionach? Powiedzcie mi

coś, o czym nie wiem!

Kiersten

Pewnie  m y ślał,  że  j estem   szalona,  ale  nie  m ogłam   się  powstrzy m ać.  Mój   m ózg  logicznie

podpowiadał m i, że oszalałam , skoro otwieram  się przed człowiekiem , którego ledwie znam . Ale
em ocj onalnie? Wes wziął em ocj onalny  bagaż, z który m  przy j echałam  do college’u, otworzy ł go,
wy ciągnął całą zawartość i wy rzucił przez okno.

Część m nie gotowała się ze złości. A druga część? Ta, która trzy m ała się Wesa, j akby  by ł m oj ą

liną ratowniczą, poczuła się wolna. W ciągu zaledwie pięciu m inut dokonał tego, czego nie zrobiły
dwa lata terapii i niezliczona ilość anty depresantów. Pom ógł m i sobie wy baczy ć. Wiedziałam , że
to nie m oże by ć takie proste. Czy  rzeczy wiście wy starczy ło spoj rzeć na to z innej  perspekty wy ?
Naj dziwniej sze by ło to, że wszy stko, co powiedział o m oich rodzicach, by ło prawdą. Sprawił, że
uwierzy łam  w tę historię, bo wiedziałam , że tacy  właśnie by li.

–  Kiersten?  –  szepnął  tuż  przy   m oim   m okry m   policzku.  Jego  chłodny   oddech  sprawił,  że

zadrżałam  od stóp do głów. – Dobrze się czuj esz?

Westchnęłam  ciężko.
– My ślisz, że oszalałam ? – spy tałam .
Roześm iał się.
– Wszy scy  j esteśm y  trochę szaleni, dzięki tem u j esteśm y  ludźm i.
Przy lgnęłam  do j ego piersi.
– Wes? – usły szałam  za plecam i m ęski głos. Odwróciłam  się i zobaczy łam  faceta ze stołówki.
– O, David. – Wes podniósł się z ziem i i pom ógł m i wstać. – Wszy stko w porządku?
–  Jasne.  –  David  odchrząknął  i  wy brał  num er  na  swoim   telefonie.  –  Nic  m u  nie  j est,  proszę

pana.  Wy szedł  ty lko  pobiegać…  Z  dziewczy ną.  –  David  przestał  się  uśm iechać.  –  Tak,
oczy wiście, przy pom nę m u. Tak. Dziękuj ę…. Przepraszam  pana.

Wes puścił m oj ą rękę i splótł ram iona.
– Co każe generał?
David schował telefon do kieszeni.
–  Kazał  ci  przy pom nieć,  j akie  są  twoj e  priory tety.  Zdrowie,  futbol  i  szkoła.  Dopiero  później

przy j aciele.

Auć! Czy li by łam  na sam y m  końcu.
– Jasne. – Wes pokiwał głową. – Dzięki, Davidzie. Odezwę się, j eśli będę cię potrzebował.
Jednak David ani m y ślał odchodzić.
Wes sarknął:

background image

– O co chodzi? Będziesz m nie śledził?
– Rozkazy  – westchnął m ężczy zna i wzruszy ł ram ionam i. – Przy kro m i, Wes. Tu chodzi o m oj ą

pracę. Wiesz, j ak j est.

–  Wiem .  –  Wes  zaklął  pod  nosem   i  odwrócił  się  w  m oj ą  stronę.  –  Przepraszam ,  Kiersten.

Muszę iść. Wy gląda na to, że oj ciec m artwi się o m oj e priory tety. – Zm usił się do uśm iechu. –
 Widzim y  się wieczorem ? Mam y  do zrobienia wiele rzeczy.

– Nie wiem . – Zobaczy łam  pełne dezaprobaty  spoj rzenie Davida i wbiłam  wzrok w ziem ię. –

 Chy ba będę zaj ęta.

Wes ściągnął brwi.
– Chodź, Wes. – David dotknął j ego ram ienia.
– Nie. – Wes ani drgnął. – Dopóki Kiersten się nie zgodzi.
– Daj  spokój , Wes. Rodzice są ważni. Jeśli twój  oj ciec chce…
– Pragnienie m oj ego oj ca to dwóch zdrowy ch sy nów – rzucił lodowato Wes. – A zostałem  m u

tylko j a. Musi się zadowolić ty m , co m a. Będę o dziewiętnastej  w twoim  akadem iku.

– Nie dziś – odparłam . – Ale j utro j est piątek. Wy skoczy m y  gdzieś, dobrze?
–  Dobrze.  –  Odpręży ł  się,  a  j ego  twarz  odzy skała  zdrowy   kolor.  Dlaczego  nagle  wy dawał  się

taki słaby ? – W takim  razie do zobaczenia.

Patrzy łam ,  j ak  odchodzi,  i  z  każdą  chwilą  by łam   coraz  bardziej   zaintry gowana.  Dlaczego

rozgry waj ący   w  druży nie  futbolowej   przez  cały   czas  by ł  taki  blady ?  Dlaczego,  kiedy   weszli
w  cień,  wsparł  się  na  ty m   facecie,  Davidzie,  j akby   m iał  się  przewrócić?  I  j eśli  źle  się  czuł,
dlaczego, do diabła, zaproponował wspólne bieganie?

My śli kłębiły  się w m oj ej  głowie, kiedy  wracałam  do akadem ika. Ostatnią rzeczą, j akiej  by ło

m i  trzeba,  to  zakochać  się  w  kim ś,  kto  zniknie  z  m oj ego  ży cia  ty lko  dlatego,  że  j ego  oj ciec  nie
um ieścił m nie na liście priory tetów.

Świetnie.
Otworzy łam  drzwi do pokoj u i weszłam , pozornie spokoj na.
–  Siem ka.  –  Gabe  pom achał  m i  na  powitanie  i  wrócił  do  przeskakiwania  m iędzy   kanałam i.  –

 Później  m ożesz podziękować.

– Podziękować?
–  Za  shake’a  proteinowego  i  banana,  które  czekaj ą  na  ciebie  na  kuchenny m   blacie.

Podglądałem  ptaki i widziałem , j ak wracasz do akadem ika.

– Podglądałeś ptaki? – Zachły snęłam  się. – I j akież to ptaki obserwowałeś?
– Szare – odparł Gabe z powagą.
– Gołębie?
– Gołębie nie są szare.
–  Jesteś  daltonistą?  –  roześm iałam   się  i  pokręciłam   głową.  –  W  porządku,  obserwowałeś

gołębie. Py tanie ty lko: po co?

Gabe  rzucił  pilota  na  kanapę,  wstał  i  podniósł  ręce  nad  głowę,  odsłaniaj ąc  kolej ne  tatuaże  na

biodrach i brzuchu.

– Martwiłem  się – wy j aśnił.
– O ptasią populacj ę?
– O ciebie – m ruknął. – Wiem , że go lubisz. Po prostu… – Zagry zł wargę. – Jest w nim  coś, co

nie daj e m i spokoj u, a ty  j esteś dopiero na pierwszy m  roku.

background image

–  Dzięki  za  troskę.  Następny m   razem ,  gdy   j akaś  dziewczy na  wskoczy   ci  do  łóżka,  nie

om ieszkam  j ej  ostrzec. Wiesz, w ram ach podziękowania za twoj ą opiekuńczość.

Gabe wzruszy ł ram ionam i i poszedł do kuchni.
– I tak wszy stkie m uszą podpisać zgodę na publikacj ę zdj ęć.
– Jesteś obrzy dliwy.
Roześm iał się.
– A więc, gdzie ten m ój  shake?

– Tutaj . – Odwrócił się i zatrząsł pośladkam i  

1

.

Parsknęłam   śm iechem .  On  ty m czasem   odwrócił  się,  uniósł  palec,  wy ciągnął  telefon  i  wziął

m nie za ręce.

Usły szałam  Rocketship Shane’a Harpera. Kręciliśm y  się w kółko i obij aliśm y  się biodram i.
Gabe  puścił  m nie  i  taneczny m   krokiem   podszedł  do  wiszący ch  nad  zlewem   kubków,  ściągnął

j eden i nie przestaj ąc tańczy ć, zm ieszał banana z koktaj lem  proteinowy m .

Włoży ł palec do kubka, polizał go, zanurzy ł go j eszcze raz i wy ciągnął w m oj ą stronę.
Pokręciłam  głową
– Ty lko spróbuj  – szepnął, nachy laj ąc się w m oj ą stronę.
– Powiedział student starszego roku do świeży nki.
– Ten j eden raz cię nie zabij e.
–  Jesteś  ty m   kolesiem ,  przed  który m   ostrzegaj ą  nastolatków  policj anci  z  wy działu

anty narkoty kowego? Ty m , który  m ówi, że j ak raz weźm iesz, to się nie uzależnisz?

Gabe uśm iechnął się z wy ższością.
– A co, Kiersten? Boisz się, że się ode m nie uzależnisz?
– Dobra. – Zlizałam  z j ego palca słodką substancj ę.
– Bardzo go lubisz.
– Co? – Cofnęłam  się i próbowałam  zabrać m u kubek, ale obj ął m nie w pasie i zakręcił m ną.
– Znam  dziewczy ny. – Pokręcił głową i skrzy wił się. – Wierz m i, dobrze j e znam  i wiem , że nie

m a  we  m nie  nic,  co  by   cię  pociągało.  Kom pletnie  nic.  Założę  się,  że  nawet  gdy by m   cię
pocałował, m y ślałaby ś o nim . Cholera, Kiersten, to j uż czwarty  dzień! Jeśli się w nim  zakochasz,
twoj e m ałe serduszko rozpadnie się na kawałki i to j a będę m usiał j e pozbierać. Pewnie prześpisz
się  ze  m ną,  żeby   poczuć  się  lepiej ,  obudzisz  się,  czuj ąc  odrazę  do  sam ej   siebie,  i  zaczniesz
zaliczać  kolej ny ch  facetów,  który m i  będziesz  chciała  zapełnić  pustkę,  j aką  on  zostawi  w  twoim
ży ciu.

– No, no.
– Chodzi o to – odparł, chwy taj ąc m nie za nadgarstek – że m ożna tego uniknąć. Nie dawaj  m u

wszy stkiego. Przy naj m niej  do czasu, aż będziesz pewna, że odwdzięczy  się ty m  sam y m .

Wy rwałam  rękę i pociągnęłam  ły k koktaj lu.
– Dlaczego m i to m ówisz? Prawie m nie nie znasz.
– Właśnie o to chodzi – odparł. – Nie znam  cię. On też cię nie zna. Jedy ną osobą, która będzie

o  ciebie  walczy ć,  j esteś  ty   sam a.  Nie  strać  swoj ego  naj większego  sprzy m ierzeńca.  Nie  daj   się
zaślepić słodkim  uśm ieszkom  i gorący m  ciałom . Nawet m oj em u.

Jego pewność siebie by ła zdum iewaj ąca.
– Nie zrozum  m nie źle. – Gabe podniósł ręce. – Jesteś seksowna j ak cholera, ale z reguły  nie

background image

sram  tam , gdzie j em .

– Że co?
– To kom plem ent – zarżał Gabe. – Nie sy pia się z kuzy nkam i, przy j aciółkam i, współlokatorkam i

i  dziewczy nam i,  które  j eszcze  nie  znaj ą  sam y ch  siebie.  To  nie  w  porządku.  To  j ak  proszenie  się
o zawód m iłosny.

–  Mówisz,  j akby ś  wiedział  coś  na  ten  tem at.  –  Przechy liłam   głowę,  żeby   lepiej   widzieć  j ego

przenikliwe oczy.

Gabe zaklął i odwrócił wzrok.
–  Bo  wiem .  To  wszy stko,  co  m usisz  wiedzieć.  Ona  m nie  zniszczy ła,  Kiersten.  I  niech  m nie,

poświęciłby m  cały  m ój  świat, gdy by m  dzięki tem u m ógł należeć do j ej  wszechświata.

Pchnęłam  go w stronę pokoj u i kazałam  m u usiąść na kanapie.
– Co się stało? – spy tałam .
–  Naj wy raźniej   j estem   ty pem   faceta,  z  który m   um awia  się,  żeby   wkurzy ć  rodziców.

Kolesiem , z który m  się spoty ka, dopóki nie trafi się lepsza partia, taka z transakcj am i handlowy m i
warty m i m iliony  dolarów.

– Tak m i przy kro, Gabe. – Wzięłam  go za rękę.
– Niepotrzebnie. To by ło dawno tem u – odparł, wzruszaj ąc ram ionam i. – Stary  j uż j estem . –

 Znowu ziewnął, klepnął się w kolano, wstał i podszedł do drzwi. – Nie zapom nij  o naszej  m ałej
pogawędce. – Zerknął przez ram ię i zm arszczy ł nos. – I weź pry sznic, bo cuchniesz j ak diabli.

– Dzięki. – Pokazałam  m u j ęzy k.
Zatrzy m ał się przy  drzwiach.
–  Mógłby m   się  przy łączy ć,  gdy by ś  poczuła  się  sam otna  i  potrzebowała  kogoś,  kto  um y j e  ci

plecy.

– Do widzenia, Gabe. – Wskazałam  m u wy j ście.
Roześm iał się i wy szedł.
By łam  wściekła, bo wiedziałam , że m a racj ę. Widziałam  siebie, j ak robię dokładnie to, o czy m

m ówił – chwy tam  się Wesa, j akby  od niego zależało m oj e ży cie, i um ieram , gdy  okazuj e się, że
nie j est taki, j ak się tego spodziewałam .

Nie m ogłam  się w nim  zatracić. Nie chciałem  tego.
Dopiłam  koktaj l proteinowy  i poszłam  do łazienki.

 

1. 

Shake (ang.) – koktaj l, trząść. 

[wróć]

background image

Rozdział 19

Nie świruję – jeszcze nie. Dlaczego jeszcze

nie oddzwoniła?

Weston

Wiedziałem ,  że  zachowuj ę  się  j ak  krety n,  gdy   w  czasie  zaj ęć  co  chwilę  zerkałem   na  telefon

i sprawdzałem , czy  nie m am  żadny ch nieodebrany ch połączeń ani wiadom ości.

Kiersten  się  nie  odezwała.  Wściekałem   się,  bo  m ój   um y sł  by ł  w  rozsy pce  i  co  chwilę

wy m y ślałem  kolej ne powody, dla który ch na pewno nie chciała ze m ną rozm awiać.

Czy  to przez m oj ego oj ca?
A m oże za bardzo podkręciłem  tem po?
Cholera.
Telefon zawibrował m i w dłoni. W końcu!
Spoj rzałem  na wiadom ość.
Dzisiejszy wieczór nadal aktualny?
Nie  potrafiłem   ukry ć  radości.  Miałem   taką  m inę,  że  pani  profesor  ani  chy bi  pom y ślała,  że

j estem  na haj u albo oglądam  świerszczy ki.

– Czy  j est coś, czy m  chciałby  się pan podzielić z resztą grupy, panie Michels?
Cholera, a więc zauważy ła.
Odchrząknąłem  i pokiwałem  głową.
– Mam  randkę – wy j aśniłem .
Ludzie dookoła m nie zaczęli szeptać.
Koledzy  z druży ny, siedzący  z ty łu, poklepali m nie po plecach. Pani profesor nie wy dawała się

j ednak  rozbawiona.  Pokręciła  głową  i  podj ęła  przerwany   wy kład.  Ja  j ednak  nie  m ogłem   się
skupić. Zam iast tego odpisałem  Kiersten.

Odliczam minuty.
W  j ednej   chwili  przepadło  wszy stko,  nad  czy m   tak  długo  i  m ozolnie  pracowałem .  Nie

chciałem   zgry wać  spokoj nego,  powściągliwego  kolesia,  faceta,  który   m a  m nóstwo  czasu,  bo
wiedziałem ,  że  tak  nie  j est.  Chciałem   cieszy ć  się  każdą  przeklętą  chwilą,  aż  do  m om entu,  gdy
będzie za późno.

Ręce m i się trzęsły.
Po raz kolej ny  sprawdziłem  telefon.
Przed  wieczorny m   spotkaniem   m usiałem   połknąć  kolej ną  porcj ę  leków.  Gdy by m   odpuścił

sobie  kolej ne  zaj ęcia,  wziął  lekarstwa  godzinę  wcześniej   i  się  położy ł,  czułby m   się  w  m iarę
norm alnie. Przy naj m niej  na ty le, żeby  nie obrzy gać j ej  ślicznej  twarzy.

Dziesięć m inut później  wy szedłem  z sali wy kładowej  i ruszy łem  prosto do akadem ika.

background image

Rozdział 20

Dlaczego właściwie nigdy dotychczas nie

byłam na randce? W co mam się ubrać?

Będziemy coś jeść? Jasna cholera! Chyba

zaraz zwymiotuję…

Kiersten

– Dobrze wy glądam ? Naprawdę? – zapy tałam  po raz dwudziesty.
Gabe uderzy ł dłonią w czoło i zaklął.
– Wy luzuj ! Chry ste, m am  ochotę polać ci alkoholu. Siadaj . Prawie gotowe.
Uśm iechnęłam  się znacząco.
Gabe posłał m i śm iertelnie poważne spoj rzenie i przej echał żelazkiem  po białej  bluzeczce.
– Zabiorę j e ze sobą do grobu.
– Co? Białą bluzeczkę i żelazko? – spy tałam  niewinnie.
– Nie. – Przewrócił oczam i i wy ciągnął wty czkę z gniazdka. – Moj e liczne talenty.
–  Potrafi  też  szy ć  –  oznaj m iła  Lisa,  wchodząc  do  pokoj u  i  m achaj ąc  m i  przed  nosem

wisiorkiem   na  szy j ę.  –  Prawdę  m ówiąc,  j estem   pewna,  że  gdy by ś  poprosiła,  żeby   zrobił  ci
sweter na drutach, dostałaby ś go j eszcze przed Boży m  Narodzeniem .

– Dzięki, kuzy neczko. – Gabe odsunął j ą i rzucił m i bluzkę.
–  Hej !  –  Złapałam   j ą  w  powietrzu.  –  Chy ba  nie  chcem y,  żeby   twoj a  ciężka  praca  poszła  na

m arne.

– Potrzebuj ę więcej  kum pli – m ruknął Gabe, sadowiąc się na kanapie. Ukry ł twarz w dłoniach

i westchnął.

– Obraziłam  się! – rzuciła Lisa. – Wiesz, że j estem  twoj ą ulubienicą.
Gabe zm ruży ł oczy.
– Wiesz, że laska, która przy j aźni się z własny m  kuzy nem , to ofiara losu.
– Och, Gabe. – Lisa teatralny m  gestem  położy ła rękę na piersi. – To naj m ilsza rzecz, j aką od

ciebie usły szałam .

– Dobra. – Splótł ram iona i j ęcząc, odchy lił się na kanapie. – Muszę zapalić.
– Przecież rzuciłeś – przy pom niała śpiewnie Lisa.
– W porządku, w takim  razie m uszę się napić.
– Podobno nie pij esz.
Roześm iałam  się, kiedy  Gabe spoj rzał na m nie zrezy gnowany. Poderwał się z kanapy  i poszedł

do kuchni. Chwilę później  usły szałam  szum  wody  i przekleństwo.

– Nie przej m uj  się nim . – Lisa m achnęła ręką w stronę kuchni. – Wcale nie j est tak wkurzony,

j ak się wy daj e. Naprawdę.

– Kłam czucha! – krzy knął z kuchni Gabe.

background image

– A teraz… – Lisa wskazała na m oj ą koszulkę. – Rozbieraj  się. Napracował się przy  niej  i chcę

m ieć pewność, że będzie dobrze wy glądała ze spódniczką.

– Eee… – Pokręciłam  głową. – Gabe j est w kuchni. Przebiorę się w swoim  pokoj u.
– On j est j ak gej . Na pewno niczego nie zauważy. – Lisa stanowczo pokręciła głową. W kuchni

rozległo się kolej ne przekleństwo. Biedny  Gabe.

–  Dobra.  –  Szy bko  zdj ęłam   koszulkę  i  sięgnęłam   po  bluzkę.  Powoli  zapięłam   guziki

i  wy prostowałam   się,  żeby   m ogła  m i  się  przy j rzeć.  Miałam   słodką  m inispódniczkę
w j asnobrązowe i białe paski, która podkreślała m oj e kształty, i długą do bioder, zapinaną na guziki,
białą  bluzkę.  My ślałam ,  że  będę  wy glądać  koszm arnie,  ale  sądząc  po  szerokim   uśm iechu  Lisy,
by łam  w błędzie.

– A niech m nie – usły szałam  za plecam i głos Gabe’a.
Odwróciłam  się.
–  A  tak  przy   okazj i:  nie  j estem   gej em   i  wszy stko  widziałem .  –  Mówiąc  „widziałem ”,  kłapnął

zębam i, aż się cofnęłam .

–  Gabe,  przestań  j ą  straszy ć  –  zbeształa  go  Lisa.  –  Teraz,  Kiersten,  załóż  wisiorek  i  szpilki

i będziesz gotowa do wy j ścia.

Zrobiłam , co m i kazała, po czy m  stanęłam  przed nim i i obróciłam  się dookoła.
Gabe nachy lił się do przodu i oparł ręce na kolanach.
– Nie. Przebierz się.
– Co? Dlaczego? – Posm utniałam . – Nie wy glądam  dobrze?
–  Liso,  chcesz,  żeby   ktoś  j ą  wy korzy stał?  –  Pokręcił  głową  i  zaczął  krąży ć  wokół  m nie,  j ak

ty gry s osaczaj ący  ofiarę.

– Ta bluzka nie j est nawet krótka! Na litość boską, przecież zapięła j ą pod sam ą szy j ę – kłóciła

się Lisa.

– Właśnie – m ruknął Gabe.
Zanim   się  zorientowałam ,  wy ciągnął  rękę  i  położy ł  dwa  palce  na  m oj ej   piersi,  na  ostatnim

guziku koszuli.

–  Przez  cały   wieczór  będzie  się  zastanawiał,  ile  czasu  zaj m ie  m u  rozpięcie  ty ch  przeklęty ch

guzików.

– Ale spódniczka j est w porządku – upierała się Lisa.
–  Jasne.  –  Mówiąc  to,  pociągnął  m ateriał  spódnicy.  –  Jest  tak  obcisła,  że  wy gląda  j ak  druga

skóra. A wiesz, co m y ślą faceci.

Lisa przewróciła oczam i. Ja ty m czasem  stałam  j ak wry ta.
– Będzie chciał dotknąć j ej  nóg. Będzie chciał…
– Gabe! – Lisa zerwała się na równe nogi i podeszła do nas. – Mówim y  o nim ? Czy  o tobie?
– Nie chcę j ej  przelecieć! – krzy knął Gabe.
– Przy pom inam , że tu j estem  – zauważy łam  ze spokoj em .
Gabe przez chwilę krąży ł po pokoj u.
– Chodzi o niego – oświadczy ł. – A co, j eśli zacznie j ej  doty kać? Jeśli nie będzie m ogła znaleźć

gwizdka i…

–  Będziesz  cudowny m   oj cem   –  stwierdziła  Lisa.  –  A  teraz  czas  przeciąć  pępowinę.  Powiedz

j ej , że wy gląda oszałam iaj ąco i odpuść sobie.

Gabe skrzy żował ram iona i się nadąsał.

background image

Obie czekały śm y.
W końcu zaklął i spoj rzał m i w oczy.
– Wy glądasz naprawdę ładnie.
– Dziękuj ę! – Podeszłam  do niego i pocałowałam  go w policzek. – To wiele dla m nie znaczy.
– Liso – zaczął Gabe schry pnięty m  głosem  – daj  nam  m inutę.
– Ale…
– Powiedziałem , daj  nam  m inutę.
– Dobrze j uż, dobrze. – Lisa weszła do swoj ego pokoj u, zostawiaj ąc nas sam y ch.
– Wiesz, j ak uderzy ć faceta? – spy tał Gabe, chwy taj ąc m nie za ręce. – Jeśli przy ciągnę cię do

siebie, będziesz wiedziała, j ak i gdzie m nie kopnąć?

Uniosłam  kolano tak szy bko, że zatoczy ł się do ty łu i uśm iechnął.
– Dobra robota – skwitował.
– Co j eszcze, tato? – roześm iałam  się.
Chrząknął i znowu przy ciągnął m nie do siebie.
–  Jeśli  spróbuj e  cię  dotknąć,  j eśli  zrobi  coś,  czego  nie  będziesz  chciała,  uży j   tego  cholernego

gwizdka, a potem  zadzwoń do m nie. Mam  gdzieś, która będzie godzina, rozum iesz?

Westchnęłam  i pokiwałam  głową.
Gabe m nie puścił.
– Dlaczego tak się o m nie troszczy sz? Nawet m nie nie znasz. – Usiadłam  na kanapie, czekaj ąc,

aż przy j dzie po m nie Wes.

– Nie m am  bladego poj ęcia. – Gabe usiadł obok m nie i położy ł rękę na oparciu. – Po prostu nie

m ogę znieść m y śli, że coś m ogłoby  ci się stać. I choć powtarzam  to do znudzenia, to nie dlatego,
że j estem  zazdrosny. Po prostu… Po prostu m am  co do niego złe przeczucie.

– Trzeba pozwolić pisklętom  wy frunąć z gniazda, Gabe. – Mówiąc to, klepnęłam  go w kolano. –

  Poza  ty m   m usisz  zaufać  m oj em u  osądowi.  Wes  zachowuj e  się  wobec  m nie  j ak  prawdziwy
dżentelm en.

– Wiem . – Gabe potarł grzbiet nosa. – Ale nie sądzisz, że to dziwne? Ci wszy scy  ludzie, którzy

kręcą  się  wokół  niego.  Fakt,  że  j est  opiekunem   roku.  Niby   dlaczego?  Podpy tałem   nawet  ludzi
z  drugiego  i  trzeciego  roku.  To  nie  on  m iał  nim   zostać,  a  j ednak  nikt  nie  chce  o  ty m   gadać.  No
i  cały   ten  futbol.  Kum pel,  który   gra  w  druży nie,  opowiadał  m i,  że  zem dlał  na  treningu.  A  j eśli
facet bierze prochy  albo coś w ty m  sty lu?

–  Szczerze  w  to  wątpię.  –  Pokręciłam   głową.  Nie  chciałam   w  to  wierzy ć.  –  My ślę,  że

naj zwy czaj niej  w świecie j est przy tłoczony. Ty  by ś nie by ł?

– Pewnie tak – odparł Gabe po chwili zastanowienia. – Po prostu uważaj  na siebie.
– I po raz dwudziesty  – zanuciłam  – obiecuj ę.
Na  dźwięk  pukania  do  drzwi,  m oj e  serce  zaczęło  walić  j ak  szalone,  j akby   chciało  wy skoczy ć

z piersi i upaść na podłogę.

Lisa wy biegła z pokoj u, niem al potknęła się o stolik i zatrzy m ała się przed drzwiam i. Poprawiła

włosy  i otworzy ła drzwi.

background image

Rozdział 21

Pierwszy raz od roku chciało mi się żyć –

 bo każdego cholernego dnia chciałem

patrzeć, jak otwiera oczy na świat. Do

diabła, chciałem być pierwszą rzeczą, jaką

zobaczy po przebudzeniu. Rzeczywistość

bywa okrutna.

Weston

Nie  wiem ,  w  czy m   spodziewałem   się  j ą  zobaczy ć,  ale  na  pewno  nie  w  ty m .  Miała  na  sobie

króciutką  spódniczkę,  zwiewną  bluzkę  i  szpilki,  na  widok  który ch  faceci  m ieli  ochotę  doty kać  j ej
stóp. A przecież stopy  nigdy  nie by ły  m oim  fety szem .

– Wy glądasz… – przełknąłem  z trudem  ślinę – pięknie.
Stoj ący   za  j ej   plecam i  Gabe  chrząknął  znacząco.  A  więc  nadal  za  m ną  nie  przepadał.

Zanotowałem   w  pam ięci,  żeby   postarać  się  zy skać  j ego  sy m patię,  zam iast  słuchać  j ego
chrząknięć  i  stęknięć  za  każdy m   razem ,  gdy   powiem   kom plem ent  dziewczy nie,  która  m i  się
podoba.

Cholera.  Zakochiwałem   się.  A  naprawdę  nie  m iałem   czasu  na  takie  luksusy.  Jeszcze  raz

spoj rzałem  na j ej  spódnicę, nogi i pełne, krągłe biodra. A niech to.

– Gotowa? – wy chry piałem  j ak nastolatek przechodzący  m utacj ę.
–  Pewnie.  –  Uśm iechnęła  się  ciepło  i  sięgnęła  po  zrobioną  z  pasków  rzecz,  która  m ogła  by ć

torebką albo bronią. Wy ciągnąłem  rękę i podprowadziłem  j ą do drzwi.

– Masz swój  gwizdek? – spy tałem .
– Tak.
– Kom órkę?
– Tak.
– Listę?
Zatrzy m ała się i spoj rzała m i w oczy.
– Naprawdę, nie m usisz m i pom agać. Jestem  pewna, że potrafię…
–  Przestań.  –  Przy łoży łem   palec  do  j ej   ust.  –  Zaj m iem y   się  listą,  ale  pam iętaj ,  że  m ogę  ci

pom óc  ty lko  w  kilku  punktach.  Zakochanie  się  będziesz  m usiała  zarezerwować  dla  kogoś,  kto
będzie wart twoj ego serca.

Roześm iała się.
– Skąd wiesz, że m am  dobre serce?
Przy stanąłem   i  położy łem   j ej   rękę  na  piersi;  cudownie  by ło  czuć  j ej   zdrowe,  silne  serce.

Miałem  wrażenie, że bij e dla m oj ego, sprawiaj ąc, że staj e się silniej sze. Zauważy łem , że oblała
się rum ieńcem  i pospiesznie cofnąłem  rękę.

background image

– To dobre serce. Bij e równo i m ocno, choć m am  wrażenie, że zam arło na chwilę, kiedy  cię

dotknąłem .

– Bardzo śm ieszne. – Odwróciła wzrok.
–  Wiem ,  że  m asz  dobre  serce…  –  westchnąłem ,  otwieraj ąc  drzwi  wej ściowe  –  bo  z  chwilą,

gdy  cię poznałem , zapragnąłem  o nie walczy ć.

Kiersten m ilczała.
– Dzięki tem u człowiek wie, że ktoś m a dobre serce.
– Kiedy  chcesz rozpocząć woj nę? – roześm iała się, próbuj ąc rozładować napięcie.
– To nie tak – westchnąłem . – Kiedy  ty  zechcesz by ć tą, która sprawi, że zacznie bić.
Musiałem  przestać tak się j ej  narzucać. Jeszcze chwila i z krzy kiem  rzuci się do ucieczki, a nie

chciałem  przecież, żeby  skręciła sobie nogę w ty ch nieboty czny ch szpilkach.

–  To  m ój   sam ochód.  –  Wskazałem   czarne  porsche  cay enne  i  otworzy łem   j ej   drzwi.  By ł  to

m ój  j edy ny  sam ochód nie na ty le egzoty czny, że na j ego widok ludzie m ieli ochotę wy drapać m i
oczy. Na  szesnaste urodziny   chciałem  ciężarówkę.  Oj ciec kupił  m i m ercedesa  z  kuloodporny m i
szy bam i, takiego, j akim i j eździli polity cy. Cay enne kupiłem  sam , pierwszego dnia, gdy  m ogłem
podj ąć pieniądze z funduszu powierniczego.

Kiersten się nie odzy wała.
Szy bko podszedłem  do drzwi od strony  kierowcy  i usiadłem  za kierownicą SUV-a.
Dotknęła skórzany ch foteli, a j ej  oczy  chłonęły  każdy  szczegół wnętrza sam ochodu. Zabawne,

kiedy ś  nigdy   by m   tego  nie  zrobił,  ale  teraz?  Teraz  rozum iałem .  Człowiek  nigdy   nie  wie,  która
chwila  będzie  j ego  ostatnią.  Dlaczego  więc  nie  chłonąć  każdego  wspom nienia?  Tak  j ak  teraz,
słońce  powoli  staczało  się  za  hory zont,  co  oznaczało,  że  j ego  blask  wlewał  się  do  sam ochodu
i rozświetlał j ej  rude loki, które zdawały  się płonąć.

Westchnąłem .
– Co robisz? – Odwróciła się i spoj rzała na m nie.
– Gapię się – odparłem  zgodnie z prawdą. – Chy ba j esteś m i to winna, zwłaszcza po ty m , j ak

obm acałaś m nie przy  naszy m  pierwszy m  spotkaniu.

Ukry ła twarz w dłoniach.
– Nieprawda! – odparła stłum iony m  głosem .
– Właśnie, że tak. – Uruchom iłem  silnik. – Nie przej m uj  się, to taj em nica, którą zabiorę ze sobą

do grobu. – Cholera, m ogłem  odpuścić sobie te kom entarze.

Zerknąłem   na  zegarek  z  nadziej ą,  że  chodzi  punktualnie.  Naprawdę  nie  chciałem   niczego

schrzanić.

– A więc? – spy tała, bawiąc się pasem  bezpieczeństwa. – Dokąd j edziem y ?
– Skoczy ć na bungee – odparłem  z kam ienną twarzą. – Masz to na liście, prawda?
Przerażona spoj rzała na swoj ą spódnicę, a zaraz potem  na m nie.
– Nie będę patrzy ł. Obiecuj ę.
Dała m i kuksańca w bok.
– Dobrze j uż, dobrze – rzuciłem  ze śm iechem . – Ty lko m nie nie bij . Jedziem y  na randkę.
– To wiem .
– A później … – Skręciłem  w pierwszy  zj azd. – To wszy stko, co m usisz wiedzieć, prawda?
Minęło  trochę  czasu,  odkąd  ostatnim   razem   zabrałem   dziewczy nę  na  randkę.  Przez  treningi

i  przez  to,  że  Lorelei  chciała  się  pokazy wać  publicznie  wy łącznie  na  im prezach,  na  który ch

background image

by wali celebry ci.

–  Jesteśm y   j uż  prawie  na  m iej scu.  –  Skręciłem   w  lewo  i  wj echałem   na  pry watną  drogę.

Wiedziałem ,  że  prawdopodobnie  nie  m a  poj ęcia,  gdzie  j esteśm y,  i  by łem   j eszcze  bardziej
podekscy towany. Nie chciałem  j ednak, żeby  zaczęła panikować.

– Nadal m asz swój  gwizdek?
– Dlaczego py tasz? – Spoj rzała na m nie. – My ślisz, że będzie m i potrzebny ?
– Nie. – Roześm iałem  się. – Chciałem  się upewnić.
– Zawieziesz m nie do lasu i zam orduj esz?
– Nie.
Odetchnęła z ulgą.
– Gdy by m  chciał cię zabić, prawdopodobnie nie rozgłaszałby m  wszem  i wobec, że idziem y  na

randkę.  Jestem   pewien,  że  Gabe  wy skoczy łby   zza  rogu,  gotowy   do  ataku,  gdy by ś  zapom niała
wy słać SMS-a, że nic ci nie j est.

Kiersten się roześm iała.
– Chy ba m asz racj ę.
Uwielbiałem   j ej   śm iech.  Zm ieniałem   się  w  szaleńca  –  w  pragnącą,  łaknącą,  uzależnioną  j ak

od narkoty ków, szaloną osobę. Wj echałem  na parking i wy łączy łem  silnik.

– Co będziem y …
– Wy siądź z sam ochodu – zwróciłem  się do niej  uprzej m ie. – Pokażę ci.
By liśm y  nad j eziorem  Washington, w pry watny m , ustronny m  m iej scu należący m  do m oj ej

rodziny.  Tu  nikt  nie  będzie  nam   przeszkadzał  i  nic  nas  nie  zaskoczy.  By liśm y   tu  ty lko  m y.  Dzięki
Bogu.  Powiedziałem   nawet  Jam esowi  i  Davidowi,  że  j eśli  przy j adą  tu  za  m ną,  dopilnuj ę,  żeby
zostali zwolnieni.

By li wkurzeni, ale uspokoili się, gdy  powiedziałem , że będą m ogli obserwować każdy  m ój  ruch

dzięki  rozm aity m   cholerny m   urządzeniom ,  które  dostaliśm y   od  tak  zwany ch  ekspertów  m oj ego
oj ca.

–  I  co  teraz?  –  Kiersten  splotła  ram iona  i  spoj rzała  na  j ezioro.  Wy glądała  na  zdenerwowaną.

Przenosiła wzrok z wody  na skalisty  brzeg, j akby  nie by ła pewna, na co patrzeć. Naj wy raźniej  na
wszy stko oprócz m nie.

– Jeden – stwierdziłem .
– Słucham ? – Podniosła głowę.
–  Jeden.  –  Uj ąłem   j ą  za  ręce  i  przy ciągnąłem   do  siebie.  –  Możem y   skreślić  num er  j eden

z twoj ej  listy.

Ściągnęła brwi, a gdy  zrozum iała, o czy m  m ówię, spoj rzała na m nie zdum iona.
– Nie! To znaczy, j uż się całowaliśm y, zrobiliśm y  to. Ja…
–  Ćśśś.  –  Przy gry złem   wargę,  powtarzaj ąc  sobie  w  duchu,  że  nie  m uszę  się  spieszy ć.  Nie

chodziło o to, żeby  udowodnić j ej , że m am  racj ę. Chciałem  pokazać j ej , co to naprawdę znaczy
z kim ś się całować. – Jeśli dobrze pam iętam , napisałaś „pocałować przy stoj niaka”.

– Tak, ale…
–  Zm ieniam   to.  Widzisz,  wszy scy   faceci  chcą  by ć  całowani  przez  dziewczy nę.  Ale  ty ?  Ty

zasługuj esz  na  to,  żeby   to  ciebie  całowano.  Uważam   więc,  że  j estem   przy stoj niakiem ,
i zam ierzam  cię pocałować. Pocałuj ę cię tak, że zapom nisz o wszy stkim , z wy j ątkiem  m oich ust.
– Odgarnąłem  j ej  z twarzy  kosm y k gęsty ch, rudy ch włosów, dotknąłem  j ej  policzka i delikatnie

background image

przy ciągnąłem  j ą ku sobie. – Będę sm akował cię tak, j ak na to zasługuj esz.

Jej  wargi drżały.
–  Sprawię,  że  nie  będziesz  w  stanie  zapom nieć  o  pierwszy m   pocałunku  i  nie  będziesz  chciała

całować  nikogo  innego.  Jeśli  chłopak,  w  który m   się  zakochasz,  będzie  całował  gorzej   ode  m nie,
oznacza to, że nie j est ty m  właściwy m . Ponieważ odwalę kawał dobrej  roboty  i chcę, żeby  facet,
który  na ciebie zasłuży, który  skradnie ci serce i zam knie j e w swoj ej  dłoni… Chcę, żeby  ten ktoś
by ł w stanie sprawić, że poczuj esz to, co za chwilę dam  ci j a. Rozum iesz, Kiersten?

Głos m iałem  zachry pnięty. Nie zam ierzałem  m ówić tego wszy stkiego. Nie chciałem , żeby  by ł

to  nasz  pożegnalny   pocałunek.  Ale  tak  to  wy glądało,  bo  w  tam tej   chwili  dotarło  do  m nie,  że
prawdopodobnie  nie  j a  będę  ty m   facetem .  Ja  będę  leżał  zim ny   i  m artwy   pod  ziem ią,  a  ona
będzie ciepła i ży wa. Przełknąłem  i m usnąłem  j ej  usta opuszkam i palców.

– Chcę, żeby  ziem ia zadrżała.
Dotknąłem   j ej   szy i,  przez  chwilę  pieściłem   gładką,  m iękką  skórę,  i  przy ciągnąłem   j ą  j eszcze

bliżej , tak że prawie doty kaliśm y  się ustam i.

–  Oto  j a…  –  Pocałowałem   j ą,  delikatnie  m uskaj ąc  wargam i  j ej   wargi;  nie  naciskałem ,

czekałem ,  aż  odwzaj em ni  pocałunek  i  przy pieczętuj e  go.  –  Przy stoj niak…  –  uśm iechnąłem   się,
nawet  na  chwilę  nie  przestaj ąc  j ej   całować  –  który   próbuj e  pocałować  bardzo  piękną
dziewczy nę. – Położy łem  dłoń na j ej  piersi, nie po to, żeby  j ej  dotknąć, ale żeby  poczuć to, czego
tak bardzo pragnąłem . Jej  serce biło j ak szalone. – To j a, skreślam  pierwszą rzecz z twoj ej  listy.
A teraz przestanę j uż gadać…

Oddy chała  szy bko,  kiedy   j ej   usta  otarły   się  o  m oj e  z  taką  lekkością,  j akby   wcale  się  nie

dotknęły, a j ednak całowaliśm y  się. Miała wilgotne wargi. Rozchy liłem  j e j ęzy kiem  i poczułem ,
j ak sm akuj ą. Cudownie by ło czuć, j ak j ej  ciało tężej e.

Kiersten  j ęknęła  i  obj ęła  m nie  za  szy j ę.  Pom ogłem   j ej   i  przy ciągnąłem   j ą  do  siebie.

Przy tuliłem  j ą i poczułem , j ak przy wiera do m nie cały m  ciałem . Nigdy  nie czułem  się bardziej
ży wy  niż w chwilach, gdy  ta dziewczy na, ta cudownie nieznaj om a dziewczy na, którą poznałem
zaledwie  kilka  dni  tem u,  by ła  obok  m nie.  Kiedy   nasze  j ęzy ki  poruszały   się  niczy m   w  tańcu,
prawie  wierzy łem ,  że  j ej   serce  bij e  w  ry tm ie  z  m oim   własny m .  Uj ąłem   j ej   twarz  w  dłonie.
Całowałem   szy j ę  i  wodziłem   ustam i  za  j ej   uchem .  Na  przem ian  rozgrzewałem   j ej   skórę
gorący m i pocałunkam i i chłodziłem  oddechem . Do diabła, m iałem  ochotę j ą ugry źć. Chciałem
sm akować j ą bez końca, aż do reszty  opadnę z sił. By ł ty lko j eden problem . Jak zawsze m iałem
ograniczony  czas i j ak zawsze czekałem , aż m i go zabraknie.

Powoli, dy sząc, odsunęliśm y  się od siebie.
Kiersten otworzy ła usta, żeby  coś powiedzieć, ale położy łem  na nich palec.
– Gotowa na kolej ną część randki? – Nie chciałem , żeby  rozwodziła się nad pocałunkiem , j ak

robiła  to  większość  dziewczy n,  i  nie  chciałem ,  żeby   czuła  się  niezręcznie.  Dlatego  po  prostu
zm ieniłem  tem at. Po to, żeby  się nie wsty dziła, i dlatego, że by łem  podniecony, a nie chciałem
zwracać na siebie uwagi. Miałem  sam okontrolę na poziom ie trzy nastolatka. Robiłem , co m ogłem ,
żeby   nad  sobą  zapanować,  żeby   nie  zaciągnąć  j ej   do  sam ochodu,  nie  zadrzeć  tej   króciutkiej
spódniczki, aż m oj e ręce…

Właśnie.
Pokręciłem   głową.  Naj wy raźniej   pocałunek  nam ieszał  m i  w  głowie.  Chciałem ,  żeby   by ł

rom anty czny. Powiedziałem  j ej , że chcę, żeby  zatrzęsła się ziem ia. Nie sądziłem , że sam  odczuj ę

background image

te wstrząsy.

– Kolej ną część randki? – Uśm iechnęła się. Policzki m iała zarum ienione. – Chcesz powiedzieć,

że nie przy wiozłeś m nie tu ty lko po to, żeby  się poobściskiwać?

–  Tak.  –  Potrząsnąłem   głową.  –  Nie.  –  Klnąc  pod  nosem ,  przeczesałem   włosy   palcam i.  –

 W porządku, j estem  winny. Jeśli m am  by ć szczery, chciałby m  całować cię przez całą noc, ale
całowanie zawsze prowadzi do…

– Przy tulania? – Mówiąc to, puściła do m nie oko.
– Właśnie – roześm iałem  się i odwróciłem  wzrok. – Całego m nóstwa przy tulania.
– Więc… – Spoj rzała na sam ochód. – Wsiadam y  czy  nie?
– Nie. – Sięgnąłem  do kieszeni i wy ciągnąłem  przepaskę na oczy. – Teraz będziesz m usiała m i

zaufać.

– Powinnam  by ła wiedzieć, że nie zabij esz m nie, dopóki m nie nie pocałuj esz.
– Wszy scy  sery j ni m ordercy  naj pierw uwodzą, a dopiero później  zabij aj ą – westchnąłem . –

 A teraz daj  m i dwie m inuty, żeby  wszy stko przy gotować, i będziem y  m ogli j echać.

– Dobrze.
Pom achałem  j ej  ręką przed oczam i, żeby  upewnić się, że naprawdę nic nie widzi, i pobiegłem

do sam ochodu.

background image

Rozdział 22

Miał rację. Mój świat zadrżał w posadach.

Na chwilę znalazłam się w jego kręgu.
Zastanawiam się, czy zrobił to celowo.

Kiersten

Dlaczego ludzie zawsze to robią? Machaj ą ci ręką przed oczam i, żeby  m ieć pewność, że nic nie

widzisz.  Widziałam ,  j ak  to  zrobił.  To  by ło  słodkie.  I  –  szczerze  –  potrzebowałam   chwili.  Po  ty m
pocałunku…  Westchnęłam   i  zakoły sałam   się.  Jego  pocałunki  nie  dawały   –  one  odbierały.
Niszczy ły. Nie m iałam  poj ęcia, j ak w porównaniu z nim i wy padną inne. Wiedziałam  j edno. Nie
chciałam   ekspery m entować.  Nie  chciałam   wiedzieć.  Czułam   się  tak,  j akby   ze  m nie  kpił,  bo
w  takich  chwilach  powtarzał  zawsze:  „chłopak,  który   skradnie  ci  serce”  albo:  „koleś,  którego
poślubisz…”.  Dlaczego,  do  diabła,  nie  brał  pod  uwagę,  że  to  on  m oże  by ć  ty m   kolesiem ?
My ślałam , że m oże nie j estem  w j ego ty pie albo j estem  za m łoda. On by ł bogiem  futbolu, a j a
pierwszoroczniaczką,  która  nie  potrafiła  nawet  wy brać  przedm iotu  kierunkowego.  Jeśli  m iałam
podj ąć decy zj ę, m usiałam  zej ść na ziem ię.

– Gotowa? – usły szałam  przed sobą j ego głos.
–  Chy ba  tak.  –  Próbowałam   ukry ć  zdenerwowanie.  Gdy by   teraz  m nie  pocałował,

zem dlałaby m  i wpadła do j eziora. Miałam  nadziej ę, że um ie pły wać, bo inaczej  poszłaby m  na
dno j ak kam ień.

– Wy staw ręce.
–  Proszę,  nie  bądź  j edny m   z  ty ch,  którzy   kładą  dziewczy nom   na  rękach  paj ąki  i  słuchaj ą  ich

wrzasków.

Ciepła ręka dotknęła m oj ego policzka i warg.
– Nie będę kłam ał, Kiersten. Chciałby m  usły szeć, j ak krzy czy sz, ale nie tak. Na pewno nie tak.
Czy  j a dobrze usły szałam ? Poczułam , że oblewam  się rum ieńcem .
– Ufasz m i? – spy tał Wes.
– Tak.
– Więc wy ciągnij  ręce.
Zrobiłam , co kazał.
Włoży ł m i do rąk coś ciężkiego. By ło zapakowane, więc nie m iałam  poj ęcia, co to j est. Może

książka?

Zdj ął  m i  opaskę  z  oczu.  Spoj rzałam   w  dół  na  swoj e  ręce.  To  by ła  książka.  Przy naj m niej   tak

m y ślałam .

– Otwórz – ponaglił m nie.
Kiedy   zdzierałam   kolej ne  warstwy   niebieskiego  papieru,  Wes  stanął  za  m oim i  plecam i

i szepnął m i do ucha:

background image

–  „Przy kra,  ogrom nie  przy kra  by ła  świadom ość,  iż  zaciągnęli  długi  wdzięczności  wobec

człowieka, którem u nigdy  nie będą m ogli ich spłacić  

1

Papier opadł na ziem ię. Trzy m ałam  w dłoniach lim itowane wy danie Dumy i uprzedzenia.
– Podarowałeś m i…
– Pana Darcy ’ego – szepnął m i do ucha. – Jak widzisz, zapam iętałem  też fragm ent, licząc, że

zem dlej esz z wrażenia.

–  Jeśli  chcesz,  m ożesz  zacy tować  go  j eszcze  raz,  a  j a  osunę  się  w  twoj e  ram iona  –

 stwierdziłam , nie odry waj ąc wzroku od uroczej  okładki.

– To pobudzi m oj ą dum ę. – Skubnął zębam i płatek m oj ego ucha, dotknął szy i i zaczął m asować

m i ram iona. – Ale przecież nie bez powodu książka nosi ty tuł Duma i uprzedzenie.

– Dziękuj ę. – Odwróciłam  się i obj ęłam  go.
– Naj lepszy  prezent, j aki dostałaś na pierwszej  randce? – spy tał i uwolnił się z m oich obj ęć.
– To j edy ny  prezent, j aki dostałam  na pierwszej  randce – odparłam , chichocząc.
– A niech to. – Uj ął m nie pod brodę i spoj rzał m i w oczy. – Muszę się bardziej  postarać.
– Naucz się na pam ięć całej  książki i wtedy  porozm awiam y.
–  Poważnie?  –  Posłał  m i  szelm owski  uśm iech.  –  Wiesz,  że  by łem   cudowny m   dzieckiem ?

Grałem   na  pianinie.  Interesowałem   się  m uzy ką.  Mało  brakowało,  a  zam iast  grać  w  futbol,
zostałby m   m uzy kiem .  Mam   pam ięć  fotograficzną.  Więc  nie  prowokuj   m nie,  bo  z  nudów  m ogę
się nauczy ć na pam ięć całej  książki.

Roześm iałam   się  i  przy tuliłam   się  do  niego.  Uwielbiałam   j ego  zapach,  to,  j ak  pozostawał  na

m oj ej  skórze. Nie chciałam  m y śleć o ty m , co będzie, kiedy  ukończy  studia. Na sam ą m y śl robiło
m i się niedobrze.

– A co do dalszej  części randki… – Chwy cił m nie za rękę i pociągnął w stronę sam ochodu. –

 Jesteś gotowa?

–  Pewnie.  –  Położy łam   książkę  na  kolanach,  uważaj ąc,  by   nie  spadła,  i  rozczarowana

patrzy łam , j ak wracam y  w stronę kam pusu.

Miałam   ochotę  rzucić  się  pod  sam ochód,  kiedy   zaparkował  przed  m oim   akadem ikiem

i odprowadził m nie do drzwi. Czy żby  zm ienił zdanie? Zawsty dzona, powtarzałam  sobie w duchu,
że  nie  powinnam   czuć  się  odrzucona,  zwłaszcza  po  ty m ,  co  dziś  zrobił.  To  by ło  idioty czne!
Zupełnie, j akby śm y  nie by li na randce!

–  A  więc…  –  Położy ł  m i  ręce  na  ram ionach.  –  Postawiłaś  sobie  za  cel  zawarcie  dwóch

prawdziwy ch przy j aźni. Prawdę m ówiąc, m y ślę, że m asz j uż trój kę przy j aciół i nawet o ty m  nie
wiesz. Cholera – rzucił, kręcąc głową. – Naprawdę dobrze m i idzie z tą twoj ą listą.

Roześm iałam   się,  kiedy   drzwi  się  otworzy ły   i  zobaczy łam   Gabe’a  i  Lisę.  Lisa  zachichotała

i wy ciągnęła ręce.

– Witam y  w dalszej  części randki.
– Wiedzieliście? – Przy cisnęłam  książkę do piersi i uśm iechnęłam  się.
–  Oczy wiście!  –  Lisa  złapała  m nie  za  rękę  i  wciągnęła  do  pokoj u.  –  Wtaj em niczy łam

Gabe’a dopiero po ty m , j ak wy szliście, dlatego tak kiepsko wy gląda.

Gabe westchnął wy m ownie, widząc m ój  współczuj ący  uśm iech. Wciąż m iał na sobie dżinsy

i białą koszulkę, podczas gdy  Lisa przebrała się w zabój czą sukienkę.

– Dobra, j uż czas! – Klasnęła w dłonie i zniknęła w kuchni.

background image

– To j akaś podwój na randka? – Szturchnęłam  Wesa, który  roześm iał się i rozbawiony  spoj rzał

na Gabe’a.

– Proszę bardzo, nabij aj cie się ze m nie – rzucił wściekle Gabe. – Niby  dlaczego m am  iść na

randkę z własną kuzy nką, a ty  z nią? – Mówił do Wesa, ale m achnął ręką w m oj ą stronę.

– Chy ba po prostu m am  szczęście – odparł Wes.
–  Chy ba  tak  –  przy taknął  Gabe  i  puścił  do  m nie  oko.  –  Dobrze  chociaż,  że  nie  m uszę  cię

zabij ać. – Znowu zwrócił się do Wesa. – Wy gląda na to, że nic j ej  nie zrobiłeś.

– Ty lko m nie pocałował – odparłam  na ty le poważnie, na ile by ło to m ożliwe.
Gabe uniósł brwi i spoj rzał naj pierw na m nie, a zaraz potem  na Wesa.
–  Dzięki.  –  Wes  skinął  głową  w  m oj ą  stronę.  –  Wepchnęłaś  m nie  pod  autobus  za  to,  że

wy świadczy łem  ci przy sługę.

Uśm iechnęłam  się znacząco.
– Pocałunek by ł na liście – wy j aśnił Wes. – Próbowałem  j ej  pom óc.
– By łeś na j ej  liście?
–  Ach…  –  Stanęłam   m iędzy   nim i  i  ostrożnie  odłoży łam   książkę  na  stół.  –  Napisałam   coś

w sty lu „pocałować przy stoj niaka”.

– Ha! – Wes wy ciągnął rękę. – Przy stoj niaka. Gdzie tu więc m iej sce dla ciebie?
Gabe pokręcił głową i wy buchnął śm iechem .
– Może nie j estem  przy stoj niakiem , ale wczoraj  powiedziała m i, że j estem  m iły.
– Auć. – Wes się skrzy wił.
– Wiem . To j ak wy kastrować psa bez narkozy. Nawet m nie nie ostrzegła, ty lko walnęła: „hej ,

j esteś m iły ”.

– Nadal dochodzisz do siebie? – spy tał Wes.
– Może pod koniec ty godnia zacznę puszczać się na prawo i lewo, żeby  udowodnić j ej , że się

m y li. – Gabe wzruszy ł ram ionam i. – Zobaczy m y.

– Faceci to zwierzęta – stwierdziła Lisa, wracaj ąc do pokoj u. – Dobra, m am  czekoladę, koktaj le

owocowe i film . Coś j eszcze?

– To chy ba wy starczy. – Wes obj ął m nie ram ieniem  i przy ciągnął do siebie. Zauważy łam , że

Gabe  się  nam   przy gląda,  ale  w  j ego  spoj rzeniu  nie  by ło  zazdrości.  By ła  w  nim   troska,  która
sprawiła, że sam a zaczęłam  się niepokoić.

Wes zatoczy ł się nagle, prowadząc m nie w kierunku kanapy.
– Hej . – Podtrzy m ałam  go. – Wszy stko w porządku?
– Tak. – Znowu by ł blady. – Ja ty lko… Mogę skorzy stać z łazienki?
–  Jasne  –  odparła  Lisa.  –  Nieważne  przez  który   pokój   przej dziesz.  Mam y   wspólną  łazienkę,

więc to bez znaczenia.

– Super. Dzięki. – Chwiej ny m  krokiem  poszedł do m oj ego pokoj u.
– Nic m u nie j est? – spy tała Lisa.
–  Pewnie  j est  zm ęczony   –  odparłam .  Sam a  by łam   ciekawa,  dlaczego  zdrowy,  wy soki  na

prawie dwa m etry  rozgry waj ący  wy glądał nagle j ak po całonocnej  libacj i.

– Zaraz wrócę. – Gabe poderwał się z fotela i poszedł za Wesem .
– Oho – m ruknęła Lisa. – To nie wróży  nic dobrego.

 

background image

1. 

Jane Austen, Duma  i  uprzedzenie,  przekład  Anny   Przepełskiej -Trzeciakowskiej ,
Oxford Educational. 

[wróć]

background image

Rozdział 23

Czas uciekał w zawrotnym tempie. Czułem

to od mrowienia w palcach, przez

nierówne bicie mego serca – dlaczego

nagle tak trudno było pogodzić się

z faktem, że koniec jest bliski? Może

dlatego, że przy niej czułem się jak nowo

narodzony, jakbym mógł zacząć wszystko

od nowa.

Weston

Chwy ciłem  się um y walki i powiedziałem  sobie, że nie m ogę zwy m iotować.
Zadzwoniła m oj a kom órka.
David.
Odrzuciłem   połączenie  i  spróbowałem   uspokoić  oddech.  Panika  m i  nie  służy ła.  Wdech

i wy dech, wdech i wy dech. Wstrzy m ałem  oddech i zerknąłem  w lustro.

Znowu zadzwonił telefon. Ty m  razem  na wy świetlaczu poj awił się num er Jam esa.
Czas na kolej ną porcj ę leków.
Jasne, j akby m  potrzebował kolej ny ch tabletek, które sprawią, że będę się czuł j eszcze bardziej

do niczego i które prawdopodobnie zepsuj ą m i randkę.

Nic mi nie jest – napisałem  i wsunąłem  telefon do kieszeni.
Napiąłem   m ięśnie  ram ion,  oparłem   się  o  blat  i  zacząłem   oddy chać  przez  nos.  Nudności

przy chodziły  i m ij ały. Nie m ogłem  dłużej  tak ży ć. Ostatni zestaw leków przed świętam i Bożego
Narodzenia m iał by ć wy j ątkowo silny. Taki lekarski hat-trick, obawiałem  się ty lko, że bardziej  m i
zaszkodzi, niż pom oże. Zaży waj ąc j e, nie będę w stanie grać w futbol. Nie będę w stanie biegać.
Ani ży ć. Będę leżał chory  w łóżku, przestanę rozróżniać kolej ne dni, aż pewnego ranka po prostu
się nie obudzę.

– Hej . – Gabe wszedł do łazienki i zam knął za sobą drzwi. – Co ty, u diabła, wy prawiasz?
– To nie j est dobry  m om ent na takie rozm owy, Gabe.
– Właśnie widzę! – Chwy cił m nie za koszulę. By ło to niezby t m ądre z j ego strony, zwłaszcza że

by łem  od niego wy ższy  o dobre dziesięć centy m etrów, ale co tam . – Co ty  bierzesz, do cholery ?
Oksy kodon? Metam fetam inę?

Roześm iałem   się.  Nie  dlatego,  że  by ło  to  zabawne,  ale  dlatego,  że  przez  krótką  chwilę

żałowałem , że nie chodzi o prochy. Cholera, to dopiero by ło żałosne.

– Nie. – Zagry złem  wargi. Nudności m ij ały, powoli odzy skiwałem  czucie w kończy nach. – Nic

z ty ch rzeczy.

– Lepiej  nie baw się j ej  kosztem . – Gabe puścił m nie i uderzy ł pięścią w drzwi. – Przy sięgam ,

background image

że cię zabij ę, j eśli j ą skrzy wdzisz.

–  Ja  chcę  ty lko  by ć  j ej   przy j acielem .  Naprawdę  –  skłam ałem .  W  rzeczy wistości  chciałem

czegoś więcej . Sęk w ty m , że ludzie nie zawsze dostaj ą to, czego chcą.

Nudności wróciły  ze zdwoj oną siłą. Ból by ł tak wielki, że zgiąłem  się wpół; m iałem  wrażenie,

że ktoś dźga m nie w brzuch nożem .

– Zaczekaj , daj  m i chwilę – wy dy szałem .
– Stary … – Gabe położy ł m i rękę na plecach. – Co ci j est? Masz gry pę, czy  co?
–  Raczej   to  drugie  –  wy cedziłem   przez  zaciśnięte  zęby.  –  Nic  m i  nie  j est,  po  prostu  m am

takie… napady.

– To coś j ak napady  szału? – spy tał Gabe.
– Tak, coś w ty m  sty lu.
– Przy kro m i – bąknął, a zaraz potem  zaklął. – Ja po prostu… Ta dziewczy na j est ważna, okay ?

Nie  py taj   m nie  skąd  ani  w  j aki  sposób  to  wiem ,  po  prostu  wiem .  Coś  w  niej   j est.  Jest  delikatna
i nie chcę, żeby ś zabawiał się j ej  kosztem  ty lko dlatego, że niezła z niej  dupa.

–  Przy sięgam …  –  ból  by ł  nie  do  zniesienia,  ale  spróbowałem   się  wy prostować  –  …  że  nie

zabawiam  się j ej  kosztem . Chcę pom óc i chcę by ć j ej  przy j acielem .

– Przy j aciele się nie całuj ą.
– Mówisz j ak ona. – Zm usiłem  się do uśm iechu.
Gabe pozostał poważny. Świetnie, znowu go wkurzy łem .
–  Posłuchaj .  –  Splotłem   ram iona,  próbuj ąc  skupić  się  na  czy m kolwiek  oprócz  bólu,  który

rozry wał  m i  klatkę  piersiową  i  brzuch.  –  Lubię  tę  dziewczy nę.  Nie  skrzy wdzę  j ej .  Do  diabła,
nawet  j ej   więcej   nie  dotknę.  Nie  skradnę  j ej   cnoty.  Nie  będę  składał  j ej   obietnic,  który ch  nie
będę w stanie dotrzy m ać.

– Niby  dlaczego m iałby m  ci wierzy ć?
– Wiesz co? – Obj ąłem  go ram ieniem  i otworzy łem  drzwi. – Może po prostu m i zaufaj , a j eśli

zrobię coś, co cię wkurzy, będziesz m ógł spuścić m i łom ot. Um owa stoi?

Gabe nie odpowiedział od razu, ale w końcu wy ciągnął rękę.
– Z przy j em nością skopię ci ty łek.
– Szkoda, że nie będziesz m iał okazj i. – Uścisnąłem  j ego rękę w chwili, gdy  w drzwiach stanęła

Lisa.

– Wszy stko w porządku?
– Idealny m . – Gabe ścisnął m oj e palce. – Właśnie rozm awialiśm y  o sporcie.
Lisa parsknęła.
– Dobra. Możem y  włączy ć film ?
– Pewnie. – Puściłem  rękę Gabe’a, który  dy skretnie skinął głową.
Kiedy  wróciliśm y  do pokoj u, Lisa siedziała w j edny m  końcu kanapy, a Gabe rozsiadł się obok

niej ,  nie  pozostawiaj ąc  dla  m nie  i  Kiersten  zby t  wiele  m iej sca.  Przy naj m niej   wieczór  nie
skończy  się katastrofą.

Lisa wcisnęła „play ”.
–  Zaczekaj !  –  krzy knąłem   i  podniosłem   rękę.  Sięgnąłem   po  drinki,  które  przy gotowała,

i  wy ciągnąłem   z  kieszeni  m ałą,  papierową  parasolkę.  Z  uśm iechem   przy czepiłem   j ą  do  brzegu
szklanki Kiersten. – Owocowy  drink z parasolką.

– Masz ich więcej ? – spy tała Lisa.

background image

Roześm iałem  się. Teraz, kiedy  Kiersten znała m ój  plan, czułem  się spokoj niej szy.
– Jasne. – Wy ciągnąłem  z kieszeni pięć kolorowy ch parasolek i położy łem  j e na stoliku. – Teraz

m ożem y  zacząć oglądać film .

–  Dziękuj ę.  –  Kiersten  skubnęła  wargam i  płatek  m oj ego  ucha,  sprawiaj ąc,  że  j uż  przy

czołówce  film u  by łem   napalony   j ak  diabli.  –  Za  naj lepszą  pierwszą  randkę,  za  parasolkę,
pocałunek  i  książkę.  Sądząc  po  tem pie,  w  j akim   odhaczasz  kolej ne  punkty   z  listy,  za  ty dzień  nie
będziem y  m ieli co robić.

Coś ścisnęło m nie w żołądku.
Do diabła, nie.
Co j a sobie m y ślałem ?
Musiałem  zwolnić.
Wzruszy łem  ram ionam i i wy szeptałem :
– Pozostałe zadania są dużo trudniej sze. Ich spełnienie m oże trochę potrwać.
– Nie m am  nic przeciwko tem u. – Wzięła m nie za rękę i nie puściła.
Podniosłem  wzrok.
Gabe  przy glądał  się  nam   z  uwagą  i  m rużąc  oczy,  patrzy ł  to  na  m nie,  to  na  j ej   rękę.  By łem

w  kropce.  Chciałem   się  z  nią  um awiać.  W  norm alny ch  okolicznościach  pokazałby m   m u
środkowy  palec i bez zastanowienia zaprowadziłby m  Kiersten do swoj ej  sy pialni.

Ale teraz?
Chciałem   zachować  wspom nienie  j ej   doty ku,  bo  by łem   pewien,  że  w  ciągu  nadchodzący ch

m iesięcy … nie będę m ógł pozwolić sobie na taki luksus.

background image

Rozdział 24

Nie podoba mi się to, jak bardzo go lubię.

Nie podoba mi się to prawie tak bardzo jak

fakt, że nie mogę być z nim przez cały

czas. Zakochuję się, i to zbyt szybko i zbyt

mocno. Niech ktoś mnie złapie, zatrzyma,

nazwie szaloną, spoliczkuje – cokolwiek,

tylko niech nie pozwoli, żebym narobiła

sobie nadziei.

Kiersten

Minęły  dwa m iesiące, odkąd poznałam  Wesa. Od czasu naszej  pierwszej  randki widy wałam  go

niem al  codziennie  na  lunchu,  a  przy naj m niej   dwa  razy   w  ty godniu  spoty kaliśm y   się  u  nas  na
wieczorkach film owy ch.

By ł wszędzie. Stał się nieodłączną częścią m oj ego ży cia. Do tego stopnia, że ludzie przestali się

na nas gapić i nawet spodziewali się, że zobaczą nas razem .

Niepokoił m nie ty lko fakt, że Wes tracił na wadze. To znaczy  wciąż by ł nieziem sko przy stoj ny,

ale  koszulki  zaczy nały   na  nim   wisieć,  a  j ego  szczęka  zdawała  się  j eszcze  bardziej   zary sowana.
Kiedy  o ty m  wspom niałam , wy śm iał m oj e obawy  i stwierdził, że to wszy stko wina m orderczy ch
treningów.

– A więc, przy  który m  rozdziale j esteśm y ? – Wes postawił tacę z lunchem  na „naszy m ” stoliku

i pociągnął ły k wody.

– Ostatnim  – odparłam  z uśm iechem .
–  Bez  j aj !  –  Obj ął  m nie  i  przy tulił.  –  Kawał  dobrej   roboty ;  przeczy tanie  książki  zaj ęło  nam

ty lko pięćdziesiąt dni.

– Wiesz, co to znaczy ? – Zagry złam  wargę i szuraj ąc krzesłem  po podłodze, przy sunęłam  się

do niego.

–  Co?  –  Nachy lił  się  i  zaczął  bawić  się  kosm y kiem   m oich  włosów.  Dobry   Boże,  facet  m iał

obsesj ę na punkcie włosów albo m oże po prostu lubił rude. Nie wiedziałam , co j est prawdą, ale
zawsze doty kał ich tak, j akby  się bał, że pewnego dnia wy padną albo znikną.

Odepchnęłam  j ego rękę.
–  To  znaczy,  że  kiedy   skończy m y,  będziem y   potrzebować  kolej nej   książki.  My ślałam

o  Mansfield  Park  albo…  –  Nie  dokończy łam .  Wes  zbladł  i  nie  patrząc  na  m nie,  zaczął
rozgrzeby wać j edzenie.

– Albo co? – Oblizał wargi i rozrzucił sałatkę po talerzu, j akby  nie wiedział, czy  chce j ą zj eść,

czy  ty lko torturować.

– Nie m usim y  j uż czy tać. Wiem , że m asz inny ch przy j aciół, a m y  spoty kam y  się na każdy m

background image

lunchu i…

–  Przestań.  –  Pokręcił  gową  i  posłał  m i  ten  swój   uwodzicielski  uśm iech,  do  którego  tak

przy wy kłam . – Zdenerwował m nie ten Mansfield Park. Nie lubię tej  książki. Może wy bierzesz coś
innego i zaczniem y  czy tać po Święcie Dziękczy nienia?

–  Dobrze.  –  Uśm iechnęłam   się,  kiedy   na  m nie  spoj rzał,  ale  j ego  spoj rzenie  by ło  puste.

Czułam , że tak naprawdę wcale na m nie nie patrzy. – Wszy stko w porządku?

–  Jasne  –  odparł  odrobinę  zby t  szy bko  i  posłał  m i  wy m uszony   uśm iech.  –  Po  prostu  m am

m nóstwo roboty.

– Och. – Starałam  się ukry ć rozczarowanie. – No tak, sam a m am  trochę do zrobienia.
– A do tego treningi… – Spochm urniał. – Sam  nie wiem . Wiesz, j ak to j est, kiedy  człowiek m a

kiepski dzień?

– Tak. – Dotknęłam  j ego ram ienia. – Wszy scy  m iewam y  kiepskie dni. Dobrze wiedzieć, że nie

j esteś idealny.

– Daleko m i do ideału. – Pocałował m nie w rękę. – Ale chciałby m  cię o coś prosić.
–  Tak?  –  Wzdry gnęłam   się  w  obawie,  że  stwierdzi,  iż  nie  m ożem y   się  więcej   spoty kać,  albo

wpadnie  na  szalony   pom y sł,  żeby m   zaczęła  chodzić  na  randki,  co  zresztą  niej ednokrotnie
sugerował. Miesiąc tem u, niby  w żartach, zachęcał m nie, żeby m  poszła na randkę. Zatrzasnęłam
m u  drzwi  przed  nosem   i  przez  resztę  popołudnia  m nie  przepraszał.  No  dobrze,  przesadziłam
z reakcj ą, ale to zraniło m oj e uczucia. Faceci nie są przecież aż tak tępi, prawda? Czy  nie widział,
że go lubię? Że lubię go dużo bardziej , niż on m nie?

Położy łam  ręce na kolanach, zacisnęłam  pięści i czekałam  na nieuniknione.
– Spędzisz Święto Dziękczy nienia ze m ną i z m oim  tatą?
Nie tego się spodziewałam .
– Słucham ?
–  Nic,  nieważne.  –  Sięgnął  po  tacę  i  zam ierzał  wstać  od  stolika,  ale  chwy ciłam   go  za

nadgarstek.

– Wes, nie m ówię nie. Po prostu się tego nie spodziewałam .
–  Tak?  –  Ręce  m u  drżały.  Albo  by ł  tak  zdenerwowany,  albo  brało  go  j akieś  przeziębienie.  –

 A czego się spodziewałaś?

–  No  wiesz…  że  będziesz  próbował  zorganizować  m i  kolej ną  randkę  i  znów  zranisz  m oj e

uczucia.

Roześm iał się na głos, przy ciągaj ąc uwagę ludzi, którzy  siedzieli przy  sąsiednich stolikach.
– No tak. My ślę, że ostatnim  razem  dostałem  niezłą nauczkę.
Wzruszy łam  ram ionam i.
– Cholera – westchnął. – Wiesz, że cię lubię. Ja ty lko…
– Nie um awiam  się z pierwszoroczniaczkam i. – Odchrząknęłam  nerwowo.
– Poza ty m  nie chcę, żeby  Gabe skopał m i ty łek.
– Błagam  cię! – Wzniosłam  oczy  do nieba. – Mówisz, j akby  to by ło m ożliwe.
Spoj rzał na m nie zam glony m  spoj rzeniem  i posłał m i kolej ny  czaruj ący  uśm iech.
– Wiesz co? – Nachy lił się w m oj ą stronę. – Będziem y  parą.
– Co?
–  Przez  weekend  Święta  Dziękczy nienia,  a  potem   dwa  ty godnie  przerwy   świątecznej .  –

 Mówiąc to, podniósł dwa palce. – Przez dwa ty godnie będziesz m oj a. Będziem y  parą, będziem y

background image

trzy m ać się za ręce… częściej  niż teraz. – Pogłaskał m nie po ręce i spoj rzał m i w oczy. – Potem
przekonasz się, że nie j estem  wcale taki faj ny, i postanowisz coś zm ienić.

– Jest tu j akiś haczy k? – spy tałam , m rużąc oczy.
–  Oczy wiście.  –  Roześm iał  się  i  j eszcze  m ocniej   ścisnął  m nie  za  rękę.  –  Pierwszy   ty dzień

spędzisz  u  m nie.  To  przerwa  na  Święto  Dziękczy nienia,  a  potem …  –  Wstał,  odsunął  krzesło
i uklęknął przede m ną. – A potem  m usisz obiecać, że pój dziesz ze m ną na bal absolwentów.

Otworzy łam  usta ze zdum ienia.
Czy żby  Weston Michels – bóg futbolu, obiekt pożądania i m egaciacho – upadł przede m ną na

kolana i prosił, żeby m  poznała j ego tatę i poszła z nim  na bal absolwentów?

– Trochę tu niewy godnie.
Roześm iałam  się, pom ogłam  m u wstać i zarzuciłam  m u ręce na szy j ę.
– Tak! Tak! Tak!
–  Czy   to  znaczy,  że  się  zgadzasz?  –  Uradowany   chwy cił  m nie  w  ram iona  i  zrobił  coś  tak

niety powego, że aż zakręciło m i się w głowie.

Pocałował m nie, j akby śm y  naprawdę by li parą.
Nie doty kał m nie od czasu pierwszej  randki.
Jego usta naj pierw m usnęły  m oj e wargi, a wpiły  się w nie, kiedy  postawił m nie na podłodze

i obj ął w pasie. Z łatwością posadził m nie na stoliku i uj ął w dłonie m oj ą twarz.

– Dziękuj ę.
– Za co? – spy tałam  bez tchu.
– Za to, że się zgodziłaś. – Spoważniał i się nachm urzy ł.
Dotknęłam  j ego gładkiego policzka.
– Naprawdę m asz kiepski dzień, co?
Zacisnął zęby  i pokiwał głową.
Niewiele m y śląc, zarzuciłam  m u ręce na szy j ę i przy tuliłam  go tak m ocno, j ak ty lko m ogłam .
– My ślę, że nawet naj lepszy  rozgry waj ący  m a prawo do kiepskich dni, pod warunkiem , że… –

 nie dokończy łam .

–  Pod  warunkiem   że  co?  –  spy tał,  chwy taj ąc  przy nętę,  i  odchy lił  głowę,  tak  że  prawie

doty kaliśm y  się ustam i.

–  Pod  warunkiem ,  że  będzie  j e  dzielił  z  durną  pierwszoroczniaczką,  w  której   towarzy stwie  tak

bardzo lubi przeby wać.

– Wcale nie durną. – Pocałował m nie w usta. – Piękną. – Znowu m nie pocałował. – Seksowną.

– Kolej ny  pocałunek. – O cudowny ch włosach…

– Co ty  m asz z ty m i włosam i? – roześm iałam  się i splotłam  swoj e palce z j ego.
– Są przepiękne. – Wzruszy ł ram ionam i i pom ógł m i zej ść ze stolika. – To wszy stko.
– Włosy  i serca – m ruknęłam . – Dziwne obsesj e, ale to twoj a sprawa. Taki przy stoj niak j ak ty

m oże m ieć swoj e dziwactwa.

–  Bardzo  pani  łaskawa  –  zaśm iał  się  i  pocałował  m nie  w  rękę.  –  A  teraz  zj edzm y   coś,  zanim

pój dziesz na zaj ęcia. I lepiej  zacznij m y  się pakować. Wracam  do dom u ze świeży nką.

Jeśli dalej  tak będzie, prawdopodobnie nigdy  nie przestanę się uśm iechać. Nigdy.

background image

Rozdział 25

Tak, Gabe zamorduje mnie we śnie.

Weston

Sprawdziłem  telefon. Minęła godzina. Spodziewałem  się, że Gabe wpadnie do m oj ego pokoj u,

żeby  nawrzeszczeć na m nie, rzucić czy m ś albo walnąć m nie pięścią w twarz.

Że w naj lepszy m  wy padku wy śle m i SMS-a o niedotrzy m aniu obietnicy.
Ktoś  zapukał  do  drzwi.  Otworzy łem   z  uśm iechem ,  spodziewaj ąc  się  powitalnego  ciosu

w szczękę. Zam iast tego zobaczy łem  Davida i Jam esa.

Cóż, wolałby m  zarobić w twarz.
– Jak m ij a dzień? – spy tał Jam es. Jego słowa zabrzm iały  m echanicznie i niedorzecznie.
– Cudownie. Mam  z kim  iść na bal absolwentów. – Usiadłem  na łóżku i przy glądałem  się im  ze

złością.

– A zwy kle m asz problem y  z um awianiem  się na randki? – spy tał ze śm iechem  David.
– Nie. – Ściągnąłem  brwi. – Ale ta dziewczy na j est wy j ątkowa.
Jam es przestąpił z nogi na nogę.
– Nie chcę poruszać drażliwego tem atu…
– Więc go nie poruszaj  – warknąłem .
–  …ale  –  ciągnął  Jam es  –  m y ślisz,  że  to  dobry   pom y sł  angażować  się  w  związek?  W  twoj ej

sy tuacj i?  Uparłeś  się,  żeby   nie  robić  żadny ch  badań  aż  do  dnia  operacj i.  Nie  m asz  poj ęcia,  co
dziej e się w twoim  organizm ie, i chcesz m ieszać w to wszy stko tę niewinną dziewczy nę?

– Posłuchaj … – Zacisnąłem  pięści. – To nie twoj a sprawa, więc się nie wtrącaj .
–  To  j est  m oj a  sprawa.  –  Jam es  przechy lił  głowę.  –  Jestem   twoim   psy choanality kiem .  Twój

oj ciec zatrudnił m nie, żeby m  dbał o twoj e dobre sam opoczucie.

–  Mój   oj ciec  zatrudnił  cię,  bo  nie  chce,  żeby m   ześwirował  i  popełnił  sam obój stwo  j ak  m ój

brat. Nie j esteś m oim  chirurgiem , a j uż na pewno nie j esteś m oim  przy j acielem . Zrobię, co będę
chciał, za twoim  pozwoleniem  czy  bez niego.

– Wes… – westchnął głęboko David.
– Coś j eszcze? – przerwałem  m u.
Klnąc pod nosem , David wy ciągnął swój  notatnik.
–  Chciałem   ty lko  zapisać,  j ak  się  dziś  czuj esz.  Znasz  procedury.  Przy j m uj esz  lekarstwa,  które

kosztuj ą  m aj ątek  i  które  nie  by ły   testowane  przez  Federalny   Urząd  Ży wności  i  Leków,  dlatego
m usim y   sporządzać  notatki.  Nie  robię  tego  po  to,  żeby   cię  torturować.  Nie  j estem   twoim
lekarzem ,  ale  j estem   twoim   przy j acielem   i  by łem   twoim   ochroniarzem ,  odkąd  pierwszy   raz
rzuciłeś piłkę, więc, na litość boską, powiedz m i, j ak się czuj esz.

Czułem   się  winny   j ak  diabli.  David  m iał  racj ę.  By ł  ze  m ną  przez  cały   ten  czas.  Ty lko  dzięki

niem u by łem  w stanie znieść obecność Jam esa. David by ł dla m nie j ak rodzina, a j a traktowałem

background image

go j ak gówno.

–  Przepraszam   –  bąknąłem .  Głos  m iałem   schry pnięty   od  nadm iaru  em ocj i.  Westchnąłem

i  zacząłem   opisy wać  obj awy.  –  Tracę  czucie  w  prawej   nodze.  Nie  wiem ,  czy   to  dlatego,  że
blokuj ą  m nie  na  treningach,  czy   przez  lekarstwa.  Prawie  codziennie  rano  wy m iotuj ę,  ale  klatka
piersiowa  nie  boli  m nie  tak  j ak  kiedy ś  i  przestałem   m ieć  koszm ary.  Nie  j estem   przy gnębiony,
ty lko niespokoj ny, j akby m  czekał, aż Bóg wciśnie „stop” na swoim  ogrom ny m  stoperze.

– Bardzo dobrze. – Jam es odchrząknął i wy łączy ł dy ktafon. Nie wiedziałem , że nagry wa, ale

co tam .

David wy ciągnął rękę i dotknął m oj ego ram ienia.
– Dziękuj ę, Wes. Pój dziem y  j uż, żeby ś m ógł skończy ć się pakować. Jesteś pewien, że chcesz

prowadzić?

–  Tak  –  odparłem   z  uśm iechem ,  przy pom inaj ąc  sobie  Kiersten  i  j ej   radość.  –  Przy j adę

z dziewczy ną.

Jam es westchnął, ale David by ł wy raźnie zadowolony.
– To dobrze.
– Dzięki.
Wy szli i poczułem , że j estem  em ocj onalnie gotów stawić czoła każdej  sy tuacj i.
– Hej , te m atoły  nie daj ą ci spokoj u? – Gabe wszedł do pokoj u tuż po ty m , j ak David i Jam es

zam knęli za sobą drzwi.

– Jak zawsze – j ęknąłem . – Więc, proszę, walnij  m nie i m iej m y  to j uż za sobą.
Gabe spoj rzał na m nie skruszony.
Nie, ty lko nie to.
– Jesteś chory ? – spy tał szeptem .
– Ile sły szałeś? – Nawet na niego nie spoj rzałem . Nie m ogłem . Gdy by m  to zrobił, rozkleiłby m

się i m iałby m  ochotę sam  sobie dać porządnego kopa za to, że płaczę j ak dziecko.

–  Wiem ,  że  j eden  j est  psy choanality kiem ,  a  drugi  m ówi,  że  bierzesz  j akieś  lekarstwa,  po

który ch źle się czuj esz. No i sły szałem  coś o operacj i.

Mij ały  kolej ne sekundy. Do diabła, nikom u o ty m  nie m ówiłem . Nie chciałem , żeby  wiedzieli,

chciałem  czuć się norm alnie, j eśli to m iała by ć m oj a ostatnia j esień na ty m  świecie.

– Tak, stary. – Zagry złem  wargi, nadal nie patrząc m u w oczy. – Jestem  chory.
–  Jak  bardzo  chory ?  –  Gabe  usiadł  na  krześle  przy   biurku.  Postukiwał  butem   o  biurko,  ale  nie

wiedziałem ,  czy   to  z  nerwów,  czy   dlatego,  że  czuł  się  niezręcznie,  bo  wciąż  zachowy wałem   się
j ak m ięczak i gapiłem  się w podłogę.

– Bardzo – głos m i się załam ał. Niech to szlag.
– Wy zdrowiej esz?
Uśm iechnąłem  się sm utno i w końcu spoj rzałem  m u w oczy.
– Nie m am  poj ęcia. Dowiem  się za cztery  ty godnie.
– A co wy darzy  się za cztery  ty godnie?
– Wścibski z ciebie drań, co?
Uśm iechnął się i niedbale wzruszy ł ram ionam i.
Westchnąłem  i pokręciłem  głową.
– Będę m iał operacj ę. Jeśli się nie uda albo j eśli um rę w trakcie, cóż… tak czy  siak będzie po

wszy stkim .

background image

– To znaczy, że będzie dobrze? Wy dobrzej esz?
–  Zdefiniuj   słowo  „wy dobrzej esz”  –  roześm iałem   się,  j ednak  w  cichy m   pokoj u  m ój   śm iech

zabrzm iał dziwnie. – Jeśli śm ierć oznacza, że wy dobrzej ę, to tak, z całą pewnością wy dobrzej ę.
Jeśli znaczy  to, że zy skam  kilka dodatkowy ch m iesięcy  ży cia, to tak, wy dobrzej ę. Wy dobrzej ę j ak
cholera. – Przetarłem  twarz rękam i i j ęknąłem .

– Ona nie wie, prawda? – spy tał Gabe.
– Oczy wiście, że nie.
– Nie m ów j ej .
– Co? – Podniosłem  głowę. – Ty  też uważasz, że to nie j est dobry  pom y sł?
–  Ty lko  j ą  niepotrzebnie  wy straszy sz.  Bo  przecież  wy dobrzej esz,  prawda?  –  Mówiąc  to,

uśm iechnął się. – Dasz radę.

By ł pierwszą osobą, która m i to powiedziała.
Wszy scy  inni się m artwili. David m artwił się obj awam i, a oj ciec depresj ą. Nikt – nawet m ój

lekarz – nie powiedział, że j estem  wy starczaj ąco silny, żeby  dać sobie radę.

Energicznie pokiwałem  głową, próbuj ąc się nie rozpłakać.
– Masz racj ę – powiedziałem . – Pokonam  chorobę.
–  Albo  j a  ci  solidnie  dokopię  –  rzucił  ze  śm iechem   Gabe.  –  Nie  ty lko  za  to,  że  złam ałeś  j ej

serce,  ale  za  to,  że  um arłeś  po  balu  absolwentów.  Poważnie.  Musisz  przy znać,  że  strasznie  to
wszy stko popieprzone.

– No cóż, fakty cznie. – Zrzuciłem  buty  i położy łem  się na łóżku. – Lubię j ą. Chcę spędzać z nią

czas, a akurat czasu brakuj e m i naj bardziej . To prawdziwy  luksus. Ludzie nie zdaj ą sobie sprawy,
j ak wiele m aj ą szczęścia. Wiesz, j ak m nie to wkurza, kiedy  sły szę, j ak narzekaj ą na różne bzdury :
że lunch by ł niedobry  albo kawa za słaba? Piłby m  lurowatą kawę i j adł zepsute j edzenie do końca
ży cia, gdy by m  ty lko m iał ży cie. Rozum iesz?

– Tak – odparł Gabe. – Nie powiem , że wiem , przez co przechodzisz, ale wy obrażam  sobie, że

kiepsko  by łoby   wiedzieć,  że  nie  będziesz  w  stanie  cieszy ć  się  zwy kły m i  rzeczam i,  które  oferuj e
ży cie, chociaż przy naj m niej  by łby ś tu, przy naj m niej  by ś…

– Ży ł – dokończy łem . – Przy naj m niej  by m  ży ł.
–  Więc  korzy staj   z  ży cia  –  zachęcił  m nie  Gabe.  –  Idź  i  pocałuj   tę  dziewczy nę,  do  której

podobno nie ży wisz żadny ch uczuć.

– Mam  taki zam iar. – Uśm iechnąłem  się tak szeroko, że aż m nie zabolało.
–  Dobrze  powiedziane  –  przy znał  ze  śm iechem   Gabe.  –  Nie  m usisz  m nie  odprowadzać  do

wy j ścia.

– Gabe? – odezwałem  się, kiedy  by ł j uż przy  drzwiach.
Odwrócił się i czekał.
– Dzięki, że m nie wy słuchałeś.
Zasalutował m i.
– No cóż, i tak skopię ci ty łek, j eśli złam iesz j ej  serce.
– Bez obaw. Podej rzewam , że to ona ze m ną zerwie.
– Skąd ta pewność? – Splótł ram iona i oparł się o futry nę.
– Bo doj dzie do tego, że nie będę m iał nic, co m ógłby m  j ej  zaoferować.
–  Wy świadcz  sobie  przy sługę.  –  Mówiąc  to,  Gabe  odepchnął  się  od  drzwi.  –  Pozwól,  żeby   to

ona podj ęła decy zj ę. Nie ty.

background image

Pokiwałem   głową.  Tak,  ty le  m ogłem   m u  obiecać.  By łem   j ej   to  winny   i  prędzej   um rę,  niż

zm ienię zdanie. Dwuznaczność tej  m y śli rozbawiła m nie.

Gabe  m achnął  ręką  na  pożegnanie  i  wy szedł.  Kto  by   pom y ślał,  że  ten  facet  m a  serce?  I  to

takie dobre? Oto kolej ny  przy kład na to, co nam  um y ka, kiedy  nie patrzy m y  uważnie.

Szukaj cie, a znaj dziecie.
Zachowuj  się j ak dupek, a zobaczy sz w lustrze wy łącznie swoj e własne odbicie.

background image

Rozdział 26

Jasna cholera. Miałam zjeść indyka

w towarzystwie Randy’ego Michelsa.

Wujek JoBob zwariuje!

Kiersten

– Uklęknął przed tobą? – piszczała Lisa, biegaj ąc w kółko po m oim  pokoj u. – I co zrobiłaś?
–  Oczy wiście  się  zgodziłam   –  roześm iałam   się  i  wrzuciłam   do  walizki  kolej ną  porcj ę  ubrań.

Nie  by łam   pewna,  w  co  się  ubrać  i  co  ze  sobą  zabrać.  Wuj ek  Jo  prawie  stracił  głos,  kiedy   m u
o wszy stkim  powiedziałam . By ł tak szczęśliwy, że w m oim  ży ciu coś się dziej e, że popłakał się do
telefonu.  Kiedy   o  ty m   wspom niałam ,  powiedział,  że  j akaś  m uszka  wpadła  m u  do  oka.  Jasne,
m uszka w listopadzie.

By ł ty m  bardziej  szczęśliwy, że od lat uwielbiał Randy ’ego Michelsa. Kazał m i niezależnie od

wszy stkiego poślubić Wesa. Zaproponował nawet, że zawiezie nas do Vegas. Mogłam  więc śm iało
powiedzieć,  że  m am   naj faj niej szego  wuj ka  na  świecie.  Nikt  nie  m ógł  tem u  zaprzeczy ć.  On
i m oj a ciocia planowali wielką im prezę dla całej  rodziny. Obiecali, że w Święto Dziękczy nienia
połączą się ze m ną przez Sky pe’a, żeby m  m ogła się przy witać ze wszy stkim i.

– Chy ba by m  spanikowała – Lisa westchnęła i padła na m oj e łóżko. – Już panikuj ę, a przecież

to nawet się m i nie przy darzy ło!

– Właśnie. – Wy szarpnęłam  spod niej  koszulkę i spakowałam  j ą do walizki.
– Spoty kasz się z Westonem  Michelsem . – Zachichotała i zerwała się z łóżka. – O, Boże! Czy  ty

z nim …

–  Nawet  o  ty m   nie  m y śl.  –  Pogroziłam   j ej   palcem .  –  Całowaliśm y   się  raz  albo  dwa.  Nic

więcej .

– Jak to dwa? – Jej  pisk by ł w stanie wy budzić z zim owego snu niedźwiedzie na Alasce. – I nic

m i nie powiedziałaś?

– Ja wiedziałem . – Do pokoj u wszedł Gabe, puścił do m nie oko, a przechodząc, poklepał m nie

po ram ieniu.

– Dzięki, Gabe, bardzo m i pom ogłeś. – Rzuciłam  m u wściekłe spoj rzenie.
Lisa skrzy żowała ram iona i wy dęła usta.
– Widzę, że wiedzieli wszy scy  oprócz m nie – rzuciła nadąsana.
–  Nie.  Gabe  widział,  j ak  wracałam   nad  ranem   do  pokoj u,  i  wy ciągnął  pochopne  wnioski.

Musiałam  powiedzieć m u prawdę, w przeciwny m  razie pom y ślałby, że doszło do czegoś więcej .
Przecież go znasz.

– Fakt – przy znała Lisa.
– Resztę wiesz.
Naj wy raźniej  Lisie ta odpowiedź wy starczy ła, bo chwilę później  rozciągnęła usta w uśm iechu

background image

i spy tała:

– Dobrze całuj e?
– Musicie rozm awiać o ty m  właśnie teraz? – j ęknął Gabe. – Zaczekaj cie, aż wy j dę.
– Więc wy j dź. – Lisa wzruszy ła ram ionam i.
– Nie m ogę. – Kazał j ej  się przesunąć, a sam  usiadł na łóżku. – Muszę wy prawić m oj ą m ałą

dziewczy nkę. Uświadom ić j ą, o czy m  m y ślą faceci i dlaczego nigdy, pod żadny m  pozorem , nie
powinna po dwudziestej  trzeciej  oglądać film u w towarzy stwie przedstawiciela płci przeciwnej .

– Że co? – Przestałam  się pakować. – Dlaczego?
–  Seks.  –  Gabe  rzucił  m i  gniewne  spoj rzenie.  –  Badania  wy kazuj ą,  że  podczas  oglądania

horrorów  poziom   testosteronu  gwałtownie  wzrasta.  Dodaj   do  tego  późną  porę  i  kontakt  fizy czny,
a otrzy m asz gotową receptę na grzechotkę dla dziecka i spieprzoną przy szłość.

Lisa patrzy ła na niego z otwarty m i ustam i.
– Wow, gdzie ty  by łeś, kiedy  m iałam  w szkole edukacj ę seksualną?
– Dobrzy  gracze wiedzą, o czy m  m ówią, co? – drażniłam  się z nim .
– Ty lko ci naj lepsi. – Przesłał m i pocałunek i podniósł rękę.
Lisa przy biła z nim  piątkę.
Widząc to, westchnęłam  teatralnie.
–  O  co  ci  chodzi?  –  Wzruszy ła  ram ionam i.  –  On  naprawdę  m a  w  tej   kwestii  spore

doświadczenie.

– A ty  skąd o ty m  wiesz? Jesteście przecież kuzy nam i. Pam iętasz?
– My  w rodzinie nie m am y  przed sobą żadny ch taj em nic. – Lisa pokiwała głową. – No i to coś

znaczy, j eśli trzy  dziewczy ny  ze stowarzy szenia oceniaj ą faceta w skali od j ednego do dziesięciu.
Zgadniesz, na ile oceniły  Gabe’a?

– Na pięć? – Uniosłam  brwi.
Gabe spiorunował m nie wzrokiem .
– Jedenaście – odparła z dum ą Lisa. – Specj alnie dla niego poszerzy ły  skalę.
– Pewnego dnia zostanę pewnie prezy dentem  – oświadczy ł z uśm iechem  Gabe i wy piął pierś.
– Nie wiem  dlaczego, ale czuj ę potrzebę, żeby  ci pogratulować twoj ego skakania z kwiatka na

kwiatek. Dlaczego m am  wrażenie, że coś tu j est nie tak? – Postukałam  palcem  w brodę. – Bo coś
tu j est nie tak. Zobaczy sz, kiedy ś odbij e ci się to czkawką.

– Nigdy. – Gabe pokręcił głową. – Dobry  zawodnik gra zgodnie z zasadam i, potrafi czy tać grę,

zna  każdą  m ożliwą  strategię  i  technikę.  Gdy by m   został  przy łapany,  to  tak  j akby   Chuck  Norris
zginął, wy konuj ąc num er kaskaderski. To się nie wy darzy. Wiesz dlaczego? Bo to kawał drania.

– Czy  właśnie porównałeś swoj ą sprawność seksualną do um iej ętności karate Chucka Norrisa?
– Coś w ty m  sty lu. – Gabe wzruszy ł ram ionam i.
Kręcąc głową, spoj rzałam  na zegarek na szafce nocnej .
– Cholera! Zaraz tu będzie! Szy bciej ! Muszę to wreszcie spakować!
– Wszy stko? – Gabe rozej rzał się po pokoj u. – Zam ierzasz się wy prowadzić?
Lisa pacnęła go w głowę. Gabe zerwał się na równe nogi i zaczął wrzucać do walizki kolej ne

rzeczy. Próbował nawet upchnąć w niej  budzik.

– Gotowe! – Lisa usiadła na walizce, a Gabe pom ógł m i j ą zapiąć.
– Kocham  was – wy paliłam  i wy ciągnęłam  ręce, żeby  ich przy tulić.
Gabe  poklepał  m nie  po  głowie,  j akby m   m iała  dwanaście  lat,  a  Lisa  wy glądała,  j akby   lada

background image

chwila m iała się rozpłakać. Można by  pom y śleć, że nigdy  wcześniej  nie j echałam  w odwiedziny
do chłopaka. Chwileczkę. Przecież właśnie tak by ło.

Ktoś zapukał do drzwi.
Lisa  wy biegła  z  pokoj u,  po  drodze  uderzaj ąc  kolanem   w  sofę.  W  końcu  j ednak  otworzy ła

drzwi.

–  Cześć,  Liso.  –  Wes  z  uśm iechem   wręczy ł  j ej   papierowego  indy ka.  –  Sam   go  zrobiłem .  –

 Spoj rzał ponad j ej  ram ieniem . – Moj a dziewczy na j est j uż gotowa?

Lisa  dotknęła  czoła  wierzchem   dłoni,  udaj ąc,  że  j est  bliska  om dlenia.  Jak  tak  dalej   pój dzie,

Gabe będzie m usiał j ej  zrobić sztuczne oddy chanie.

–  Spokoj nie,  m oj e  serduszko!  –  rzuciła  z  południowy m   akcentem .  –  Skarbie,  twój   chłopak

przy szedł i wy gląda baj ecznie, baj ecznie, baj ecznie.

–  Wy bacz,  stary.  –  Gabe  chwy cił  Lisę  za  ram iona  i  odprowadził  sprzed  drzwi.  –  Zapom niała

wziąć leków.

– Nie szkodzi – zaśm iał się Wes. Podniósł wzrok i spoj rzeliśm y  sobie w oczy.
Czas stanął w m iej scu.
No  dobrze,  m oże  to  za  dużo  powiedziane,  ale  kiedy   szedł  w  m oj ą  stronę,  z  j akiegoś  powodu

m oj e serce zaczęło łom otać j ak szalone.

Naj pierw położy ł m i ręce na biodrach.
Chwilę później  m nie pocałował.
Pom y ślałam , że zaraz zem dlej ę.
Gabe i Lisa gwizdnęli z uznaniem , ale nie zwracałam  na nich uwagi. Obj ęłam  Wesa za szy j ę

i  przy tuliłam .  By ł  m ój .  Przez  naj bliższy   weekend  by ł  m ój ,  cokolwiek  to  znaczy ło.  By ł  m oim
chłopakiem .

– Czy  m ój  m ężczy zna j est gotowy ? – spy tałam .
Pocałował m nie w czubek nosa.
– A m oj a pierwszoroczniaczka?
– To by ł cios poniżej  pasa – odparłam  urażona.
– Musiałem  to powiedzieć – westchnął i m usnął wargam i m oj e czoło. – Wezm ę twoj ą walizkę.
Lisa  j ęknęła,  na  co  Gabe  szturchnął  j ą  w  ram ię.  Chwilę  później   Wes  wrócił  do  pokoj u

gościnnego z m oj ą ogrom ną walizką.

– Nie m ówiłaś, że przeprowadzasz się do m nie – zażartował.
–  Dziewczy na  m usi  by ć  przy gotowana  na  każdą  ewentualność!  –  Lisa  stanęła  w  m oj ej

obronie. – Zresztą, kto wie, j aka pogoda będzie w Seattle!

Wes podniósł ręce w geście poddania i skinął głową w stronę drzwi.
– Chodźm y. Mój  szalony  oj ciec nie m oże się nas doczekać.
– W drogę. – Podniosłam  ręce w geście radości i pożegnałam  się z Gabe’em  i Lisą. Jechałam

na spotkanie z naj bogatszy m  człowiekiem  świata. Co m ogło pój ść nie tak?

background image

Rozdział 27

Jasna cholera. Wracałem do domu

z dziewczyną. Niech ktoś rozpali ogień

w piekle, bo właśnie zamarzło.

Weston

–  Denerwuj esz  się?  –  spy tałem ,  kiedy   wj echaliśm y   w  Fauntleroy   Way   w  centrum   Seattle.

Stoj ący ch  przy   niej   dwanaście  dom ów  tworzy ło  m ałą  społeczność,  dzięki  czem u  m ieliśm y   tu
ciszę i spokój . Przy sięgam , że m ój  oj ciec wszędzie zainstalował kam ery, nawet na końcu ulicy, na
wy padek,  gdy by   kom uś  zachciało  się  oglądać  nas  w  basenie.  Nie  żeby   by ło  to  m ożliwe;
architektura  zieleni  czy niła  nasz  dom   pry watny m   kurortem ,  nie  m ówiąc  o  ty m ,  że  by liśm y
właścicielam i  przeszło  pół  m ili  pry watnej   plaży.  Jeśli  skaliste  wy brzeże  m ożna  w  ogóle  nazwać
plażą. Każdego lata przy wożono nam  piasek z tropików. Wszy stko po to, żeby  plaża wy glądała, j ak
należy.

– Trochę – Kiersten westchnęła i wy j rzała przez okno. – Który  dom  j est twój ?
– Wszy stko, co widzisz po tej  stronie ulicy, aż do wody. To wszy stko j est nasze.
– Co?
– Główny  budy nek, dwie chatki, kilka kortów tenisowy ch, staw i tam ten dom … – kiedy  bram a

się otworzy ła, wskazałem  drugi koniec posiadłości – w który m  m ieszka Om a, kiedy  nas odwiedza.

– Om a?
– Babcia – poprawiłem  się. – Przepraszam , m oj a m am a by ła stuprocentową Holenderką, więc

j ako dziecko m ówiłem  do babci Om a.

Kiersten uśm iechnęła się i wstrzy m ała oddech, gdy  druga bram a stanęła przed nam i otworem .

Przej echałem   przez  nią  i  próbowałem   wy obrazić  sobie,  co  by m   m y ślał,  gdy by m   by ł  na  j ej
m iej scu.

Ponad  pięćset  sześćdziesiąt  m etrów  kwadratowy ch.  Może  nie  by ła  to  naj większa  posesj a  na

świecie,  ale  pełno  w  niej   by ło  okien,  dzięki  który m   wnętrze  tonęło  w  słońcu.  Ceglany   budy nek
z 1927 roku został przeproj ektowany  i stał się architektoniczny m  raj em .

Do  m asy wny ch,  dębowy ch  drzwi  wchodziło  się  po  siedem nastu  stopniach.  Kiedy

zaparkowałem  na podj eździe, kam erdy ner podszedł do sam ochodu i otworzy ł Kiersten drzwi.

– Spodziewaliśm y  się panienki.
– Witaj , Ronaldzie. – Skinąłem  m u głową.
Uśm iechnął  się  do  m nie.  W  wieku  osiem dziesięciu  dwóch  lat  by ł  człowiekiem ,  z  który m

należało się liczy ć. Tak naprawdę nie by ł j uż naszy m  kam erdy nerem , odkąd dwadzieścia lat tem u
przeszedł  na  em ery turę,  ale  oj ciec  nie  m iał  serca  tak  po  prostu  się  go  pozby ć,  więc  teraz  witał
gości, m ieszkał i warzy ł piwo w chatce na terenie posiadłości, a od śm ierci m am y  zaj m ował się
dom em .

background image

– Pan Weston! – Obj ął m nie i poklepał po ram ieniu. – Długo pana nie by ło. Jak się pan czuj e?
Wiedział,  że  j estem   chory,  ale  nigdy   nie  traktował  m nie  wy j ątkowo.  Nie  chciał  o  ty m

rozm awiać  –  i  doskonale  go  rozum iałem   –  ale  został  prakty cznie  sam .  On  i  m ój   brat  by li  sobie
bardzo bliscy. Kiepsko zniósł śm ierć Ty e’a i wiedziałem , że j eśli odej dę, j ego serce m oże tego nie
wy trzy m ać.

– Dobrze, czuj ę się świetnie – skłam ałem  i odwzaj em niłem  uścisk. – Tata j est w dom u?
–  Czeka  w  gabinecie.  –  Ronald  uśm iechnął  się  i  klasnął  w  dłonie.  Ze  schodów  zbiegło  dwóch

służący ch, którzy  zaj ęli się naszy m i bagażam i.

– Gotowa poznać m oj ego tatę? – Wy ciągnąłem  rękę do Kiersten.
– A niech m nie. – Wy tarła dłonie w dżinsy  i dopiero wzięła m nie za rękę. – Czuj ę się, j akby m

szła na spotkanie z prezy dentem .

Parsknąłem  śm iechem .
–  Zaufaj   m i,  nie  m asz  się  czego  bać.  Oj ciec  nie  j est  aż  tak  przerażaj ący.  Naprawdę.  –

 Widziałem , że m i nie uwierzy ła. Wręcz przeciwnie, by ła coraz bardziej  zdenerwowana. Z holu
weszliśm y  na łącznik, który  przy pom inał m ost i prowadził prosto do głównego pokoj u. Ogrom ne
okno wy kuszowe wpuszczało do środka m nóstwo światła. Skręciliśm y  w prawo i skierowaliśm y  się
do gabinetu.

– Tato? – zawołałem .
– Tutaj .
Pocałowałem   Kiersten  w  skroń,  ścisnąłem   j ej   rękę  i  weszliśm y   do  pokoj u.  Urządzono  go

w sty lu europej skim . Charakteru nadawały  m u m ahoniowa boazeria i wielkie regały.

Tata siedział za ogrom ny m  biurkiem , sącząc brandy.
– Nie za wcześnie, żeby  sięgać po butelkę? – zażartowałem .
Zm ruży ł oczy  i się roześm iał.
– No tak! Cóż, właśnie zwolniłem  Alfreda, więc chy ba m ogę się napić.
– Co takiego? – Alfred od lat by ł j edny m  z zaufany ch doradców oj ca. – Za co?
– Defraudacj a.
Odchrząknąłem  i wskazałem  głową Kiersten.
Oj ciec zby ł to m achnięciem  ręki.
–  Pewnie  trąbią  j uż  o  ty m   na  kanale  CNN.  –  Postukał  palcam i  w  blat  biurka  i  na  zachodniej

ścianie  pokoj u  poj awił  się  płaski  ekran.  Tak  j ak  m ożna  by ło  się  tego  spodziewać,
w wiadom ościach m ówiono o skandalu.

– A więc – oj ciec wy łączy ł telewizor – kim  j est ta urocza istota?
– Kiersten. – Kiersten wy ciągnęła rękę. – Miło m i pana poznać.
– Pana? – Oj ciec ściągnął brwi. – Czy  wy glądam , j akby m  m iał osiem dziesiąt lat?
– No… nie! – Uśm iechnęła się niepewnie.
– Randy. – Oczy  m u bły snęły. – Możesz m ówić do m nie Randy, ty lko nie nazy waj  m nie tatą,

bo  dostanę  zawału.  Jakoś  nie  wy obrażam   sobie,  żeby   ten  m łodzieniec  m ógł  się  ustatkować.  –
  Wskazał  na  m nie  i  potrząsnął  głową.  –  Biedny   dzieciak,  z  ledwością  potrafi  zrobić  pranie
i zawiązać sznurówki.

– Bardzo śm ieszne. – Uśm iechnąłem  się krzy wo.
–  Potrafisz  gotować,  prawda?  –  Randy   splótł  ram iona.  –  Bo  przecież  po  to  j ą  przy wiozłeś,

prawda, sy nu? Żeby  przy gotowała świąteczny  obiad?

background image

Wiedziałem , że żartuj e.
Ale Kiersten nie m iała o ty m  poj ęcia.
Zdum iona  i  blada,  patrzy ła  na  niego,  to  otwieraj ąc,  to  zam y kaj ąc  usta.  Spoj rzała  na  m nie

przerażony m  wzrokiem .

Podobnie j ak m ój  oj ciec starałem  się zachować powagę.
–  Ja,  no…  –  Kiersten  puściła  m oj ą  rękę  i  założy ła  kosm y k  za  ucho;  robiła  tak,  gdy   by ła

zdenerwowana.  Zaczy nała  panikować.  –  Potrafię  gotować.  Nie  obiecuj ę,  że  będzie  wam
sm akowało, ale m ogę spróbować.

Boże, j aka ona by ła słodka.
– Gdzie znalazłeś taką dziewczy nę? – spy tał tata, kom pletnie ignoruj ąc j ej  słowa.
– W college’u.
– Jest m ądra.
– Wiem . – Otoczy łem  j ą ram ieniem .
– I słodka – dodał, wy chodząc zza biurka. – I, śm iem  twierdzić, piękna.
– Mam  tego świadom ość. I właśnie dlatego postanowiłem  j ą wy kraść.
–  Mądrala!  –  Oj ciec  zachichotał  i  puścił  oko  do  Kiersten.  –  Żartowałem ,  m oj a  droga,  nie

m usisz  gotować.  Ty lko  ty le  m i  zostało,  odkąd  Wes  wy j echał  z  dom u,  a  j ego  brat…  –  Zbladł.  –
  A  j ego  brata  nie  m a  wśród  nas,  ale  pewnie  j uż  o  ty m   wiesz.  Czuj ę  się  więc  sam otny.
Przepraszam , j eśli sprawiłem , że poczułaś się nieswoj o.

– Nic się nie stało. – Uśm iechnęła się ciepło i pogładziła go po ręce.
Oj ciec uniósł brwi i podał j ej  ram ię.
Kiersten wzięła go pod rękę i obdarzy ła prom ienny m  uśm iechem .
–  A  teraz…  –  tata  odchrząknął,  odzy skuj ąc  dobry   hum or.  –  Może  pokażem y   ci  twój   pokój

i  pozwolim y   Wesowi  przy gotować  coś  zim nego  do  picia.  Wiesz,  że  m ożesz  spędzić  u  nas  całą
świąteczną przerwę? Uwielbiam y  gości i gdy by ś czegoś potrzebowała, dopilnuj ę, żeby  Melda…
– Odwrócił się i krzy knął: – Melda!

– Tu j estem , proszę pana.
Melda  wy szła  zza  rogu,  cicha  j ak  zawsze.  By ła  żoną  Ronalda  –  równie  wiekową  j ak  on  –

 i naj lepszą kucharką na świecie.

–  Melda  przy gotuj e,  co  ty lko  zechcesz.  –  Tata  m achnął  ręką  i  ponownie  skupił  uwagę  na

Kiersten. – Gorącą czekoladę? Kawę?

– Kawę. – Kiersten skinęła głową. – Nie pij ę gorącej  czekolady.
– Sy nu – zwrócił się do m nie – znaj dź m i taką dziewczy nę, ty lko dwadzieścia pięć lat starszą,

i wtedy  porozm awiam y.

– Taką? – Kiersten ściągnęła brwi.
– Taką piękną j ak ty. – Uniósł j ej  dłoń do ust, pocałował i spoj rzał na m nie. – Chy ba zwrócę cię

m oj em u sy nowi, niech oprowadzi cię po dom u.

– Dziękuj ę. – Kiersten uśm iechnęła się ciepło.
Oj ciec odpowiedział ty m  sam y m  i wy szedł z gabinetu.
– Uwielbiam  go – szepnęła Kiersten, kiedy  by ł j uż zby t daleko, żeby  nas usły szeć.
– Jak wszy stko inne – zachichotałem .
–  Nie…  –  Położy ła  m i  rękę  na  ram ieniu.  –  Jest  niesam owity.  Szczęściarz  z  ciebie,  że  m asz

takiego  oj ca.  Naprawdę.  Ja  zrobiłaby m   wszy stko,  żeby …  sam   zresztą  wiesz.  Po  prostu  m asz

background image

szczęście.

Niezupełnie. To znaczy  tak, by łem  szczęściarzem , że m iałem  tak fantasty cznego oj ca. Miałem

szczęście, że by ł na ty le dziany, żeby  kupować m i naj droższe leki, ale czy  by łem  szczęśliwy ? Nie
czułem   się  szczęśliwy.  Nawet  wtedy,  gdy   pierwszy   i  pewnie  ostatni  raz  oprowadzałem   Kiersten
po  dom u.  Wiedziałem ,  j ak  działaj ą  um y sły   dziewczy n:  m aleńkie  try biki  w  j ej   głowie  obracały
się, prezentuj ąc kolej ne Wigilie, urodziny  i inne święta. Do diabła, nawet sy lwestra.

Nikom u  się  do  tego  nie  przy znałem ,  ale  kiedy   m y ślałem   o  2014  roku…  Kiedy   chodziło

o następny  rok, nie by łem  w stanie wy obrazić sobie siebie w ty m  m iej scu. Zupełnie j akby m  by ł
nieistniej ący m  cieniem , który  patrzy  na wszy stko z daleka.

Naj sm utniej sze by ło to, że patrząc na Kiersten i m oj ego oj ca, wy obrażałem  j ą sobie za kilka

lat, wciąż tak sam o czaruj ącą, j ak poznaj e swoich przy szły ch teściów, i to m nie dobij ało. Z tego
powodu  wy dawało  m i  się,  że  m am   kolej ny   atak  nudności  wy wołany   lekarstwam i,  choć  tak
naprawdę spowodowała go świadom ość tego, co m i um knie w ży ciu. I nie chodziło tu o bzdury
ty pu gra w futbol czy  zdoby cie pucharu.

Chodziło o nią.
To sprawiało, że m iałem  ochotę walczy ć. Tak j ak powiedział Gabe. Wierzy łem , że dam  radę.

Że  pokonam   chorobę.  A  przy naj m niej   spróbuj ę.  W  przeszłości  walka  o  grę  w  druży nie  czy
o szkołę nie by ły  dla m nie wy starczaj ącą m oty wacj ą.

Ale walka z chorobą dla niej ?
Tak.  Dla  niej   by łem   gotowy   walczy ć  z  dem onam i.  Stawić  czoła  trawiącej   m nie  ciem ności

i  chorobie.  Zwalczę  tego  przeklętego  guza.  I  będę  ży ł.  Ponieważ  chciałem   powitać  rok  2014,
trzy m aj ąc j ą w ram ionach.

background image

Rozdział 28

Naprawdę nie wiem, co powiedzieć.

Wiedziałam, że jest milionerem, ale…

Wszystko wydaje się takie normalne

i cudowne. Dlaczego mam wrażenie, że

coś w końcu pójdzie nie tak? Dlaczego

wciąż tak się czuję?

Kiersten

Słowo „przy tłoczona” nie oddaj e tego, j ak się czułam . Miałam  własną łazienkę z deszczownicą,

podgrzewaną  podłogą,  podgrzewany m   wieszakiem   na  ręczniki  i  płaskim   telewizorem .  Uży łam
nawet funkcj i Face Tim e, żeby  wuj ek Jo m ógł wszy stko zobaczy ć.

Tak, j ak się tego spodziewałam , zachły snął się z wrażenia. Chwilę później  wuj ek Jo, ciocia i ich

dwa  psy   gapili  się  na  ekran  iPhone’a,  kiedy   pokazy wałam   im   panoram iczne  uj ęcia  łazienki.  To
straszne, ale obfotografowałam  czy j ąś łazienkę j ak j akiś podglądacz

–  Mogę  się  tam   wprowadzić?  –  zapy tał  wuj ek  Jo.  Ciocia  San  trzepnęła  go  w  pierś,  na  co

zachichotał  i  j eszcze  raz  powtórzy ł  py tanie.  Psy   szczekały.  Tęskniłam   za  nim i.  Zanim   się
zorientowałam ,  zaczęłam   się  rozklej ać.  Co  j a  sobie  m y ślałam   przez  te  ostatnie  dwa  lata?
Siedziałam   zam knięta  w  swoim   pokoj u,  gdy   rodzina,  którą  m iałam   przez  cały   czas,  czekała  na
zewnątrz.

–  Wszy stko  w  porządku?  –  spy tał  wuj ek  Jo,  kiedy   wy łączy łam   Face  Tim e  i  przy łoży łam

telefon do ucha.

– Tak – westchnęłam . – Po prostu j estem  wam  bardzo wdzięczna. Kocham  was.
–  My   ciebie  też,  dzieciaku.  A  teraz  kończ  tę  rozm owę  i  zrób  m nóstwo  zdj ęć,  żeby m   m iał  co

przeży wać.

–  Um owa  stoi  –  roześm iałam   się,  zakończy łam   rozm owę  i  zaczęłam   krąży ć  po  ogrom nej

sy pialni.  Miała  taras  z  widokiem   na  zatokę  Puget  Sound.  By ła  większa  niż  pięć  pokoi  w  m oim
rodzinny m   dom u.  Stało  w  niej   wielkie,  wy ściełane  łóżko.  Jestem   prawie  pewna,  że  gdy by m
pstry knęła palcam i, uruchom iłaby m  iPoda.

Ktoś zapukał do drzwi i nie czekaj ąc na m oj ą odpowiedź, wszedł do pokoj u.
– Dobrze, że się nie przebierałam  – zażartowałam , widząc, że to Wes.
– A niech to. – Rozciągnął usta w uśm iechu. – Miałem  nadziej ę, że cię zaskoczę.
– Nieźle to sobie wy m y śliłeś.
– Też tak m y ślałem .
Podszedł do okna.
Spoj rzałam  na wodę. Widok by ł uroczy  i j ak na Święto Dziękczy nienia wcale nie by ło zim no.
Wes usiadł na j edny m  z leżaków i poklepał się w kolano. Pokręciłam  głową.

background image

Uśm iechnął  się.  To  wy starczy ło.  Jeden  uśm iech  i  by łam   gotowa  zrobić  wszy stko,  o  co  m nie

poprosił.  Nie  potrafiłam   się  oprzeć  j ego  chłopięcej   m agii.  Z  ciężkim   westchnieniem   –  wiecie,
żeby   pokazać,  j ak  bardzo  j estem   niezadowolona  z  tego,  że  m ną  m anipuluj e  –  usiadłam   m u  na
kolanach i oparłam  o j ego pierś.

– Dziękuj ę – szepnął m i do ucha, po kilku m inutach, które spędziliśm y  w absolutnej  ciszy. – Za

to, że ze m ną przy j echałaś.

– To raczej  j a powinnam  podziękować tobie. – Splotłam  palce z j ego palcam i. – I dziękuj ę za

to, że przez ten weekend i potem  przez dwa ty godnie będziesz m oim  chłopakiem .

Czułam , j ak się napręży ł.
–  O  co  chodzi?  Powiedziałeś:  potem   dwa  ty godnie,  prawda?  –  Dźgnęłam   go  łokciem .  –  To

m iała by ć taka nagroda pocieszenia, tak?

–  Nie.  –  Odwrócił  m nie  ku  sobie.  –  Żadna  nagroda  pocieszenia  ani  udawane  randki.  Pragnę

cię…  –  Jego  dłoń  delikatnie  pieściła  m oj ą  twarz,  palce  skubały   m oj ą  skórę  i  cofały   się,  j akby
kontakt z nią by ł dla nich nie do wy trzy m ania. – Bardzo cię lubię.

– W takim  razie… m ożem y  negocj ować te dwa ty godnie? – zażartowałam .
Spoj rzał m i w oczy, j akby  czegoś w nich szukał.
– Powiem  ci coś… – głos m u się łam ał. – Dam  ci ty le czasu, ile m i zostało.
–  Ty le,  ile  ci  zostało?  –  Przy j rzałam   m u  się,  próbuj ąc  zrozum ieć,  dlaczego  powiedział  coś

takiego. – Mówisz, j akby  nie zostało ci go zby t wiele.

Jego wzrok przeniknął przeze m nie, j akby m  by ła duchem , twarz m u pobladła, a oczy  zaszkliły

się od łez.

– Jasne – rzuciłam  pospiesznie. – Ty le czasu, ile ci zostało.
– Naprawdę? – Odwrócił głowę i spoj rzał na ocean. – Obiecuj esz?
– Obiecuj ę.
– To dobrze. – Znowu się uśm iechnął i pocałował m nie w policzek. – W takim  razie chodźm y

na kolacj ę. Założę się, że oj ciec j est głodny, a ty  m asz za sobą długi dzień. Wieczorem  m ożem y
obej rzeć j akiś film .

–  Brzm i  nieźle.  –  Zeskoczy łam   m u  z  kolan,  ale  nie  puściłam   j ego  ręki;  z  j akiegoś  powodu

wy dało  m i  się  to  ważne.  Czułam ,  że  m uszę  doty kać  go  tak  często,  j ak  ty lko  to  m ożliwe.  Brzm i
niedorzecznie?  Miałam   wrażenie,  że  powinnam   by ć  przy   nim ,  j akby   lada  chwila  m iał  się
rozpły nąć  w  powietrzu.  Odegnałam   od  siebie  tę  m y śl  i  przy sięgłam   sobie,  że  nie  będę  do  niej
wracać.  Lubiłam   go,  a  on  lubił  m nie,  i  –  oficj alnie  –  m ieliśm y   dla  siebie  cały   ten  weekend,
a potem  dwa świąteczne ty godnie. Wiedziałam , że wszy stko toczy  się w zawrotny m  tem pie, ale
naprawdę  go  lubiłam   i  wiedziałam ,  że  i  tak  to  zdecy dowanie  za  m ało  czasu.  Właściwie  by łam
pewna,  że  nie  wy starczy łby   nam   rok.  Latem   popadłaby m   w  obłęd,  gdy by m   choć  raz  go  nie
zobaczy ła.  Kto  wie?  Może  zapiszę  się  na  wakacy j ne  zaj ęcia,  żeby   by ć  bliżej   niego,  j eśli  do  tej
pory  się m ną nie znudzi.
 

* * *

 

Kolacj a przebiegła pom y ślnie, pom ij aj ąc fakt, że nie m ogłam  zdecy dować, który m  widelcem

zj eść  sałatkę,  a  który m   łososia.  W  pewny m   m om encie  pan  Michels,  albo  raczej   Randy,  zaczął
pokazy wać  m i,  który ch  sztućców  uży wać,  podnosząc  j e  do  góry   i  zanurzaj ąc  w  j edzeniu.  By ł

background image

uroczy. Miał radosną osobowość Wesa, ale by ł człowiekiem , który  m ocno stąpał po ziem i.

Zanim  kolacj a dobiegła końca, by łam  przej edzona.
– A teraz… – Randy  odsunął krzesło. – Pozwolicie, że was pożegnam . Jutro zj em y  indy ka, a j a

będę oglądał m ecz.

– Am en – skwitował Wes.
– Wes, m ogę prosić cię na słowo?
– Jasne. – Wes wstał od stołu i wy szedł za oj cem  na kory tarz.
Nie sły szałam , o czy m  rozm awiali, ale w pewnej  chwili wy dawało m i się, że Randy  m ierzy ł

Wesowi tętno. Dziwne. Miałam  też wrażenie, że się pokłócili. W końcu Randy  potarł grzbiet nosa
i odszedł. Wes się przy garbił i walnął pięścią w ścianę, niezby t m ocno, ale widać by ło, że j est zły.

– Wszy stko w porządku? – spy tałam  szeptem , staj ąc za j ego plecam i.
Rozej rzał się po dom u, j akby  chciał zapam iętać każdy  szczegół.
–  Tak.  Zwy kła  sprzeczka  oj ca  z  sy nem .  Poszło  o  futbol.  –  Wzruszy ł  ram ionam i.  –  Nic

wielkiego. Hej … – Posłał m i kolej ny  zabój czy  uśm iech. – Obej rzy j m y  film .

– Super.
Kiedy  m ówił o oglądaniu film u, m y ślałam , że m a na m y śli kanapę w salonie.
Nie salę kinową.
Z popcornem  i fotelam i z regulowany m  oparciem .
Teraz, kiedy  m y ślę o niebie, widzę ten obraz. Widzę siebie i Wesa, j ak trzy m aj ąc się za ręce,

siedzim y  w pry watny m  kinie w j ego dom u.

–  Jakikolwiek  film ,  by le  by ł  o  świętach  Bożego  Narodzenia.  –  Włączy ł  Apple  TV.  –  Ty

wy bierasz.

– Dlaczego o świętach?
–  Uwielbiam   Boże  Narodzenie.  –  Wzruszy ł  ram ionam i.  –  I  całkiem   m ożliwe,  że  w  ty m   roku

nie spędzę go w ty m  dom u, więc faj nie by łoby  obej rzeć tu coś w ty m  klim acie.

– A gdzie spędzisz święta?
– Mam y  w okolicy  kilka inny ch dom ów; to, gdzie spędzim y  święta, zależy  od hum oru oj ca.
– Biedactwo – zakpiłam .
– To m ój  krzy ż i brzem ię. A teraz wy bieraj . – Rzucił m i pilota i założy ł ręce za głowę.
– Wy bieram … – Przej rzałam  listę film ów. – Ten.
Mrużąc oczy, spoj rzał na ekran.
– Żartuj esz.
– Powiedziałeś „j akikolwiek film  o świętach”. Chcesz wy przeć się własny ch słów?
–  Naprawdę  j esteś  m oj ą  m ałą  Owieczką,  prawda?  Tak  niewinną,  że  chce  obej rzeć  Boże

Narodzenie Myszki Miki.  –  Mówiąc  to,  dotknął  m oj ego  policzka.  –  Powiedz  m i,  że  złem   by łoby
pozbawić cię tej  niewinności… tu i teraz.

–  Złem   by łoby   pozbawianie  m nie  niewinności  –  potwierdziłam ,  ignoruj ąc  m ętlik  w  głowie,

kiedy  j ego palce m uskały  m oj ą skórę.

Westchnął i cofnął rękę.
– Skoro Owieczka tak m ówi, Zły  Wilk m usi słuchać.
– I tak powinno by ć. – Nachy liłam  się w j ego stronę i podniosłam  podłokietnik, żeby  położy ć

się na j ego kolanach.

– Owieczka kusi Wilka – m ruknął.

background image

– Ale Wilk opiera się pokusie – odparłam  cicho.
– Wilk lubi, j ak się go kusi.
– Wilk m a oglądać film .
– Owieczka m usi przestać gadać, inaczej  Wilk uciszy  j ą swoim i kłam i.
– Przestań! – parsknęłam  śm iechem  i odsunęłam  się od niego.
– Rzadko sły szę to słowo. Co ono właściwie znaczy ?
– Znaczy  „nie”. – Jego ręka zatrzy m ała się na m oim  biodrze, uniosła koszulkę i dotknęła skóry.
– Hm m m , a co znaczy  słowo „nie”?
– To znaczy … – nie dokończy łam , bo w tej  sam ej  chwili rozpoczął się film .
Wes pochy lił się nade m ną i szepnął m i do ucha:
– Ocalona przez m y sz.

background image

Rozdział 29

Powinienem był odejść. Zamiast tego

zagrodziłem sobie drogę ucieczki i zanim

się obejrzałem, za późno było, żeby się

wycofać. Za późno, za wcześnie, nie miało

to już znaczenia; czas nie był moim

sojusznikiem i ona również przestanie nim

być, kiedy powiem jej prawdę.

Weston

Zasnęła  w  m oich  ram ionach  w  ciągu  pierwszy ch  piętnastu  m inut.  Zam knąłem   oczy,  nie

dlatego, że by łem  zm ęczony, ale dlatego, że by ło m i dobrze. Niem al potrafiłem  sobie wy obrazić,
że wszy stko j est norm alne. Przy wiozłem  swoj ą dziewczy nę do dom u na święta, nudziło się nam ,
obej rzeliśm y  film , a ona zasnęła.

Ty le że nic nie by ło norm alne.
Zerknąłem  na zegarek.
Musiałem   wziąć  lekarstwa  i  choć  nie  chciałem   rozstawać  się  z  tą  cudowną  dziewczy ną,

m usiałem  położy ć się spać. Sięgnąłem  po kosm y k j ej  włosów i przy j rzałem  m u się, obracaj ąc go
w palcach. Nie m iałem  obsesj i na punkcie włosów; m iałem  obsesj ę na punkcie wszy stkiego, co
czy niło  j ą  wy j ątkową.  Rudy ch  loków,  uśm iechu,  tego,  j ak  odpy chała  od  siebie  ludzi,  i  tego,  j ak
wpuściła m nie do swoj ego świata.

Do diabła. By łem  porąbany, naprawdę porąbany.
Niedługo  się  dowie.  Będę  m usiał  j ej   powiedzieć.  Miałem   do  rozegrania  j eden  m ecz,  po

który m   trener  zdej m ie  m nie  z  boiska.  Powiedział,  że  nie  j estem   ty m   sam y m   zawodnikiem   co
kiedy ś. Nie m ogłem  się z nim  kłócić. Nie po ty m , j ak rzy gałem  na każdy m  treningu. Wiedziałem ,
że zawiodłem  chłopaków z druży ny, ale lepiej  by ło się wy cofać niż przy czy nić do porażki albo –
 co gorsza – skrzy wdzić któregoś z nich ty lko dlatego, że nie panowałem  nad em ocj am i.

Nie  wiedziałem   ty lko,  że  trener  zadzwoni  do  m oj ego  oj ca  ani  że  oj ciec  poinform uj e  go,  że

j estem  chory.

– Chory ? – spy tał trener. – Wy j dzie z tego?
Tata nie odpowiedział, bo tak naprawdę nie znał odpowiedzi, podobnie j ak nie znałem  j ej  ani j a,

ani lekarze.

Znowu  się  o  to  pokłóciliśm y.  Chciał,  żeby m   przy naj m niej   dał  się  przebadać,  aby   zobaczy ć,

czy   guz  się  zm niej szy ł.  Ja  j ednak  nie  chciałem   wiedzieć.  Kto  by   chciał?  Miałem   pieprzonego
guza niebezpiecznie blisko serca, a oni chcieli wiedzieć, czy  ten guz się powiększa.

Po m oim  trupie.
Wolałem   ży ć  w  niewiedzy   niż  zobaczy ć  obraz  potwora,  który   tkwił  w  m oj ej   piersi.  Jeśli

background image

lekarstwa  nie  zdołały   go  pom niej szy ć,  m ogłem   albo  um rzeć  w  trakcie  operacj i,  albo  przeży ć
i przestać cierpieć.

Tata nie wiedział, ale chciałem  zapy tać o to lekarzy.
Po  co  m iałby m   przeży ć  operacj ę?  Ty lko  po  to,  żeby   kilka  m iesięcy   później   um rzeć

w m ęczarniach?

Może by łem  tchórzem . Od dawna czułem  się j ak tchórz. Zwłaszcza teraz, gdy  term in operacj i

zbliżał się wielkim i krokam i. Zostały  m i trzy  ty godnie. Trzy  ty godnie, żeby  powiedzieć Kiersten
prawdę.

Co  m nie  napadło,  żeby   dawać  j ej   ty le  czasu,  ile  m i  zostało?  Widziałem   bły sk  w  j ej   oczach.

Wiedziałem ,  że  potraktowała  to  j ak  wielką  obietnicę,  ale  to  by ło  wszy stko,  co  m iałam   j ej   do
zaoferowania.

Czas by ł dla m nie naj cenniej szą rzeczą na świecie, a j a oddałem  go j ej . Ponieważ zakochałem

się  w  tej   dziewczy nie.  Bo  zależało  m i  na  niej .  Chciałem   ofiarować  j ej   coś,  dzięki  czem u  m nie
zapam ięta; nawet j eśli z czasem  te wspom nienia zbledną. Czas… cóż za przerażaj ące słowo.

background image

Rozdział 30

Chciałabym zapomnieć sny… Chciałabym

spędzać z nim każdą noc. A już myślałam,

że koszmary opuściły mnie na zawsze.

Kiersten

Obudziłam  się  z  krzy kiem .  I  z  powodów,  o  który ch  nie  chcę  m ówić  ani  analizować  tą  częścią

m oj ego m ózgu, która zwy kle podej m uj e dobre decy zj e, poszłam  do pokoj u Wesa.

Podniosłam  rękę, żeby  zapukać, kiedy  drzwi się otworzy ły.
I uj rzałam  przed sobą ten niesam owity  ośm iopak. Czy  m i się zdawało, czy  j ęknęłam ? Tak. Czy

ugry złam  się w policzek, żeby  opanować ten idioty czny  uśm iech? Jak naj bardziej . Patrzy łam  na
niego, zapom inaj ąc o koszm arze.

– Lepiej  się czuj esz? – Wziął m nie pod brodę, tak by  widzieć m oj ą twarz.
– Skąd wiedziałeś, że źle się czuj ę? – spy tałam  senny m  głosem .
Westchnął i otworzy ł szerzej  drzwi, żeby m  m ogła wej ść do pokoj u.
– Usły szałem  twój  krzy k.
– Och.
Spoj rzałam   na  j ego  zaciśnięte  pięści  i  ogarnęło  m nie  poczucie  winy.  Poczułam   się

zawsty dzona  i  zrobiłam   krok  w  ty ł.  On  j ednak  obj ął  m nie  w  pasie  i  poderwał  z  ziem i.  Chwilę
później  leżałam  w j ego łóżku.

–  Nie,  j uż  w  porządku.  Przepraszam .  Nie  chciałam   cię  obudzić.  Koszm ar  m inął  i…  –

 Próbowałam  podnieść się z łóżka, ale Wes nie wy puszczał m nie z obj ęć.

Pocałował m nie w czoło.
– Nie pozwoliłaś m i skończy ć. – Uśm iechnął się. – Szedłem  do twoj ego pokoj u, żeby  rozprawić

się z potworam i, które czaj ą się pod łóżkiem .

– A więc zostałeś pogrom cą sm oków?
– Tego właśnie chcesz? – Przy ciągnął m nie do siebie. – Sm oków?
–  Chciałaby m .  –  Mówiąc  to,  zadrżałam .  –  Często  śnię  o  śm ierci,  o  śm ierci  m oich  rodziców.

Widzę, j ak toną, i nie m ogę im  pom óc. Zawsze przy by wam  za późno.

Wes  j eszcze  m ocniej   obj ął  m nie  w  talii.  Oddy chał  szy bko.  Oblizał  wargi  i  pocałował  m nie

w czoło.

– Czas to prawdziwy  łaj dak.
– Tak – roześm iałam  się.
– Gdy by m  ty lko to zrobił, powinienem  by ł to zrobić, m ogłem  to zrobić… – Zaklął pod nosem .

– Ży cie pełne j est ty ch trzech.

– Trzech?
–  Gdy by m ,  powinienem   i  m ogłem .  –  Czubkiem   palca  przeciągnął  wokół  m oj ej   twarzy.  –

background image

  Ludzie  wierzą,  że  m aj ą  wpły w  na  to,  co  się  im   przy trafia,  gdy   tak  naprawdę…  ży cie  biegnie
własny m   torem   i  czasam i  j est  za  późno.  A  czasam i  za  wcześnie.  By wa,  że  dokonuj em y   zły ch
wy borów, ale by wa i tak, że nasze wy bory  okazuj ą się dobre. Mówim y  tak, gdy  coś idzie nie po
naszej   m y śli.  Nie  kwestionuj em y   naszy ch  decy zj i,  j eśli  wszy stko  układa  się,  j ak  trzeba.
Zaczy nam y  j e kwestionować, gdy  wszy stko się wali.

Nie m y ślałam  o ty m .
–  Możesz  przeży ć  tak  całe  ży cie,  wierząc,  że  kontroluj esz  to,  nad  czy m   nie  m asz  absolutnie

żadnej  kontroli. Zam iast skupiać się na ty m , co m ogłaś zrobić w przeszłości, skup się na ty m , co
m ożesz zrobić teraz.

– Czy li? – spy tałam  z zaparty m  tchem .
–  Pocałować  swoj ego  superseksownego,  m ądrego  chłopaka…  –  Pocałował  m nie  w  czubek

nosa. – Pozwolić m u rozprawić się ze sm okam i. – Musnął wargam i m ój  policzek. – I wiedzieć, że
w tej  chwili… nie m a żadnego „gdy by m ”, „powinienem ” i „m ogłem ”, a ty  j esteś dokładnie tam ,
gdzie chce tego wszechświat.

– W twoim  łóżku?
– Nie. – Pocałował m nie. – W m oich ram ionach.
Przy warł ustam i do m oich ust, na chwilę pozbawiaj ąc m nie tchu. Wszy stko w nim  by ło takie

ciepłe i ży we. Przy cisnęłam  dłonie do j ego piersi, rozkoszuj ąc się doty kiem  j ego skóry.

Odsunął się, zam knął oczy  i zaklął. Chwy cił m oj e dłonie, j akby  by ły  liną, która łączy ła go ze

światem  ży wy ch, j akby  m ój  doty k potrafił odm ienić rzeczy wistość.

–  Czuj ę  cię  –  szepnął.  –  Uwielbiam ,  gdy   doty kasz  m oj ej   piersi.  –  Otworzy ł  oczy,  ale  nie

wy glądał j ak Wes. Wy glądał j ak duch Wesa, j akby  nie by ł tu ze m ną, ale błądził m y ślam i gdzieś
daleko. – Dla ciebie chciałby m  by ć cały.

–  Cały ?  –  Oparłam   ręce  na  j ego  ram ionach  i  przy ciągnęłam   go  do  siebie.  –  Chcesz  m i

powiedzieć, że j esteś w połowie człowiekiem ?

Zawahał się i wzruszy ł ram ionam i.
– Nie, po prostu chciałby m  by ć cały  twój , ty lko twój . Tak wiele chciałby m  zm ienić.
– Zm ienić? – Odsunęłam  się i położy łam  na łóżku. – Czy  to nie ty  przed chwilą plotłeś głupoty

o „gdy by m ”, „powinienem ” i „m ogłem ”?

– No tak – roześm iał się. – Dzięki, m ądralo.
Zanim  zdąży łam  zareagować, na m oj ej  twarzy  wy lądowała poduszka. Zrzuciłam  j ą, usiadłam

i odwdzięczy łam  się ty m  sam y m .

–  Mówię  ty lko…  –  westchnął,  j akby   ciężar  całego  świata  spoczy wał  na  j ego  barkach  –  że

chciałby m  przeży ć z tobą swój  pierwszy  i ostatni raz.

– No to pięknie – westchnęłam . – Nie by łam  pierwszą pierwszoroczniaczką, którą całowałeś?
– Właściwie… – Uśm iechnął się w zam y śleniu. – By łaś.
–  Misj a  ukończona.  I  lepiej ,  żeby m   by ła  ostatnią  pierwszoroczniaczką,  którą  całuj esz.  –

 Dźgnęłam  go palcem  w pierś, na co skrzy wił się i rzucił we m nie poduszką.

– Pierwszą, ostatnią, j edy ną. – Przy gry zł wargę. – Ulubioną.
– No, no, chy ba naprawdę chcesz, żeby m  m iała dziś piękne sny, skoro tak przesadzasz.
– Po prostu dbam  o wszy stko.
– Czy żby ?
– A co? – Mówiąc to, wskazał na siebie. – Nie zasługuj ę na to, żeby  o m nie śnić?

background image

Podniosłam  palec.
– Punkt dla Wesa.
Uśm iechnął się, odchy lił i skoczy ł na m nie, przy gniataj ąc m nie do poduszek.
– A j eśli m ój  sen zam ieni się w koszm ar?
– Jak to? – spoważniał.
– Jeśli będę śniła, że nie m ogę cię uratować?
– Zam knij  oczy.
– Co?
– Po prostu zrób to, o co cię proszę.
– Dobrze.
Zam knęłam  oczy  i czekałam . Jego wargi łaskotały  m nie w ucho, kiedy  zaczął szeptać.
– Za każdy m  razem , gdy  zam kniesz oczy, bez względu na to, gdzie będę j a i gdzie będziesz ty,

chcę,  żeby ś  przy pom niała  sobie  to.  –  Wziął  m nie  za  rękę  i  przy łoży ł  do  m oj ej   piersi.  –
  Gdziekolwiek  będę,  cokolwiek  będę  robił,  ży wy   czy   m artwy,  m łody   czy   stary,  m oj e  serce
zawsze będzie przy  tobie. Każde uderzenie, które poczuj esz pod palcam i – j ego palec raz i drugi
postukał w m oj ą pierś – będzie j ak m ój  głos, który  cię przy zy wa. To ty, odpowiadaj ąca na m oj e
wezwanie.  To  m y :  rozm awiaj ący,  kom unikuj ący   się,  tworzący   więź  i  dzielący   się.  Ży j ący,
Kiersten; to m y, pełni ży cia. Może nadej ść taki czas, że twoj e serce będzie m usiało bić za m nie…
A j eśli m nie zabraknie, ty  będziesz m usiała ży ć dalej . Może zdarzy ć się tak, że to j a będę m usiał
zrobić to sam o dla ciebie. Tak czy  inaczej , j edno z nas będzie m usiało o ty m  pam iętać. – Znowu
postukał palcem  w m oj ą pierś. – Nie m usim y  się więc bać, że braknie nam  czasu, bo m am y  nasz
czas w sobie.

Po  ty m ,  co  powiedział,  bałam   się  odezwać.  Wes  m nie  uspokoił  i  nauczy ł  j ednej   rzeczy :

kontroluj  to, co m ożesz kontrolować, kochaj  to, co m ożesz kochać, a reszta… cóż, reszta to ty lko
reszta.  Nie  m ogłam   uratować  rodziców?  Zabębniłam   palcam i  w  j ego  pierś.  Poczułam   go
i wiedziałam , że m a racj ę. Mieliśm y  swój  własny  czas i tworzy liśm y  nasze własne ży cie.

– Śpij  – zam ruczał. – Zm ęczy łem  cię tą swoj ą paplaniną.
– Wcale nie! – ziewnęłam .
Wes roześm iał się i pocałował m nie w usta.
– Właśnie, że tak. A teraz chcę, żeby ś zam knęła oczy  i zasnęła, a j a będę cię bronił.
– Bronił?
– Przed wstrętny m i sm okam i! – drażnił się ze m ną. – Nie m artw się, nie pozwolę, żeby  skradły

ci cnotę.

– Właśnie – roześm iałam  się. – Ponieważ są z tego znane.
– Nigdy  nie ufaj  j aszczurkom .
– Form alnie rzecz biorąc, sm oki to nie j aszczurki.
–  Oczy wiście,  że  tak.  –  Odwrócił  m nie  i  przy tulił  się  do  m oich  pleców.  –  Tak  j ak  dinozaury.

Zaufaj  m i, j estem  starszy  i m ądrzej szy.

– Nie j esteś znowu aż tak stary. – Znowu ziewnęłam .
– Śpij  j uż. – Skubnął zębam i m oj e ucho, przy prawiaj ąc m nie o gęsią skórkę.
Jasne,  j akby m   m ogła  zasnąć,  kiedy   doty kał  m nie  w  ten  sposób.  Powieki  zaczęły   m i  ciąży ć,

kiedy  obsy py wał m oj ą szy j ę pocałunkam i, aż w końcu dałam  się porwać ciężkiej , wy sokiej  fali
snu. W obj ęciach Wesa.

background image

Rozdział 31

Wszystko wskazuje na to, że jestem

nudziarzem… Pięknie.

Weston

Nie  bardzo  wiem ,  co  by ło  bardziej   niepokoj ące  –  to,  że  w  ciągu  kilku  godzin  Kiersten

dwukrotnie zasnęła w m oj ej  obecności, czy  fakt, że kiedy  ostatni raz to zrobiła, całowałem  j ą.

Naj wy raźniej  nie sy piała zby t dobrze.
Poprosiła,  żeby m   pilnował  czasu  –  naszego  czasu.  Chy ba  spodobało  j ej   się  to,  co

powiedziałem .  No  i  j eśli  m am   by ć  szczery   –  m nie  też  się  to  spodobało.  Dzięki  tem u  wszy stko
wy dawało się trwalsze, nawet j eśli wcale takie nie by ło.

Odsunąłem   się  od  niej   i  spoj rzałem   w  sufit.  Ten  sam   sufit,  na  który   gapiłem   się  przez  całe

swoj e ży cie.

Kiersten westchnęła  przez  sen,  przez  chwilę  wierciła  się  na  łóżku  i  zarzuciła  m i  rękę  na  pierś,

chwilowo pozbawiaj ąc m nie tchu. A niech to, ta dziewczy na wiedziała, j ak wy prowadzić cios.

–  Wes…  –  m ruknęła,  rzucaj ąc  głową  na  boki.  Naty chm iast  j ą  przy tuliłem .  Nie  wiedziałem ,

czy   zżera  m nie  poczucie  winy,  czy   choroba;  w  ty m   m om encie  by ło  to  j ak  rzut  m onetą.
Dopuściłem   do  tego,  że  się  we  m nie  zakochała,  a  przecież  by łem   sobą.  Nie  kłam ałem ,  nie
próbowałem  zaciągnąć j ej  do łóżka, pierwszy  raz w ży ciu by łem  prawdziwy.

Tak, wiem , faj nie, że dopiero teraz.
– Wes. – Jej  usta odnalazły  m oj e nagie ram ię. Równie dobrze m ogłaby  m nie dźgnąć nożem .

Ten pocałunek, te wargi, wilgotny  j ęzy k, by ły  j ak zastrzy k heroiny. Nigdy  nie brałem  narkoty ków,
ale wy obrażałem  sobie, j ak to j est.

Wsunęła nogę m iędzy  m oj e uda.
Cholera.
Nie  uwolnię  się.  Będę  cierpiał  całą  noc,  tuląc  do  siebie  dziewczy nę  i  wiedząc,  że  do  niczego

m iędzy   nam i  nie  doj dzie.  Cóż,  chy ba  j ednak  wiedziałem ,  j ak  się  czuj e  ktoś  uzależniony   od
heroiny.  Chciałem   wziąć  działkę,  chciałem   j ą  wchłonąć,  ale  wiedziałem ,  że  j eśli  zdecy duj ę  za
nią,  znienawidzi  m nie.  Nie  dbam   o  to,  co  m ówią  dziewczy ny ;  żadna  niewinna  panienka  nie
decy duj e się pój ść z facetem  do łóżka, m y śląc, że to przy goda na j edną noc. No, chy ba że j est
puszczalska. Wszy stkie m aj ą nadziej ę na długi i udany  związek.

Jedy ną rzecz, której  nie m ogłem  j ej  dać.
– Śpij . – Pocałowałem  j ą w czoło i przy tuliłem  tak m ocno, j ak ty lko m ogłem .

 

* * *

 

– Obudź się, Słońce, czas na indy ka – szepnąłem , wtulaj ąc twarz w j ej  włosy. Wy glądała j ak

background image

seksowna  wersj a  Kuzy na  Coś  z  rodziny   Adam sów.  Jej   rude  włosy   leżały   rozsy pane  na  m oj ej
poduszce, na ram ieniu, na naszy ch twarzach… By ły  j ak istota, która ży j e własny m  ży ciem  i nie
m a poszanowania dla przestrzeni osobistej . Uwielbiałem  j e. Odgarnąłem  j e i zobaczy łem  oko.

– Tu j esteś.
Oko się zm ruży ło.
– Nadal nie lubim y  wcześnie wstawać? – spy tałem .
Nie  sądziłem ,  że  to  m ożliwe,  ale  oko  zm ruży ło  się  j eszcze  bardziej ,  niem al  się  zam knęło.

Jeszcze szerzej  rozsunąłem  kurty nę włosów. Dwoj e oczu. Bingo! A więc nie by ła ślepa.

– Dlaczego gapisz się na m nie, j akby ś właśnie odkry ł, że istniej e coś takiego j ak grawitacj a?
– Odkry łem  coś znacznie lepszego. – Uśm iechnąłem  się znacząco.
– Oby ś się nie m y lił.
– Ciebie.
– Że co?
Westchnąłem .
–  Za  wcześnie  na  podteksty   i  sprawdzone  sposoby   podry wu?  –  Uderzy łem   j ą  poduszką.  –

 Wstawaj , Owieczko. Wilk j est głodny  i od pięciu godzin chce m u się sikać.

– Więc dlaczego nie poszedłeś?
–  Bo  j akiś  ninj a  przebrany   za  m oj ą  dziewczy nę  przez  całą  noc  przetrzy m y wał  m nie  j ako

zakładnika  w  m oim   własny m   łóżku.  –  Mówiąc  to,  spoj rzałem   na  nasze  splecione  nogi.  –  Nie
m ówiąc o ty m , że ten żelazny  uchwy t by ł tak słodki, że nie m iałem  sum ienia się ruszy ć.

– Wes. – Zerwała się do pozy cj i siedzącej . – Przepraszam ! Zwy kle nie j estem  aż taką…
– Przy lepą? – dokończy łem .
Znowu  zm ruży ła  oczy.  Zastanawiałem   się,  czy   przez  swoj e  poranne  zachowanie  traciłem

właśnie punkty. Nie wziąłem  j eszcze żadny ch leków, głównie dlatego, że nie by łem  w stanie się
ruszy ć; poza ty m  chciałem  nacieszy ć się szczęściem  i wolałem  porozm awiać z ży wą osobą niż
z porcelanowy m  uchem .

–  Nie  waż  się  nazy wać  m nie  przy lepą.  –  j ęknęła  i  zakry ła  twarz  rękam i.  –  Przepraszam ,  że

przy gniotłam  cię do łóżka.

Uśm iechnąłem  się i oblizałem  wargi.
– Cóż, m ogło by ć gorzej .
Na  przy kład  twoj a  operacj a  m ogła  skończy ć  się  j ak  w  grze,  w  której ,  gdy   lekarz  dotknie

brzegów rany  – wy krwawiasz się, a twoj e serce przestaj e bić.

–  Dobrze  się  czuj esz?  –  Kiersten  dotknęła  m oj ego  ram ienia.  Nie  m iałem   poj ęcia,  że

odpły nąłem .  Naj wy raźniej   to,  że  by łem   krok  od  wy lotu  z  druży ny,  i  świadom ość,  że  zbliża  się
term in operacj i, nie pozostawały  bez echa. Poza ty m  naj zwy czaj niej  w świecie chciałem  ży ć.

Powód, dla którego wciąż twardo stąpałem  po ziem i, by ł tuż obok, ży ł i oddy chał.
– Wspaniale – zaśpiewałem . – Ale i tak m uszę iść do łazienki, więc gdy by ś m ogła wziąć swoj e

cudownie  długie  nogi,  by łby m   wdzięczny.  Naprawdę  by łby m   wdzięczny,  gdy by ś  pozwoliła  m i
pój ść do…

Kiersten westchnęła poiry towana.
– Toalety  – dokończy łem . – O nic więcej  nie proszę.
–  Dobrze  –  roześm iała  się  i  odsunęła,  a  j a  nie  wiedzieć  czem u  poczułem   się  sam otny

i  kom pletnie  zagubiony.  Iry towała  m nie  m y śl,  że  j edna  osoba  m a  taki  wpły w  na  m oj e

background image

sam opoczucie.

–  Może  doprowadzisz  się  do  porządku  w  drugiej   łazience  i  spotkam y   się  na  dole,  przy

śniadaniu?

– Pewnie. – Powłócząc nogam i, przeszła po dy wanie, zakry waj ący m  drewnianą podłogę.
– Wes? – Odwróciła się.
Zatrzy m ałem  się z ręką na klam ce.
– Tak?
– Dziękuj ę. – Oblała się rum ieńcem . – Za ostatnią noc. Za to, że odpędziłeś dem ony …
– Do usług. Moim  zadaniem  j est cię chronić.
– Zabrzm iało, j akby  to by ł przy kry  obowiązek.
–  Nie  –  obruszy łem   się.  –  Mówiąc,  że  to  m oj e  zadanie,  m iałem   na  m y śli  coś  w  rodzaj u

tożsam ości.  Ludzie  m ówią:  „Cześć,  j estem   Rick.  Jestem   dozorcą”.  –  Uśm iechnąłem   się.  –  Ja
m ogę  powiedzieć:  „Cześć,  j estem   Weston  i  zabij am   potwory   dla  m oj ej   bardzo  seksownej
dziewczy ny, żeby  m ogła spokoj nie spać”.

–  Kiepskie  to.  –  Jej   śm iech  niczy m   prom ień  słońca  dosięgnął  m oj ej   skóry   i  sprawił,  że

perspekty wa  pój ścia  do  łazienki  przestała  by ć  taka  atrakcy j na.  Wolałby m   wrócić  do  łóżka  i  dać
się unieruchom ić.

– Nie – zaprotestowałem . – Heroiczne. A teraz szy kuj  się, żeby śm y  m ogli zj eść cy nam onowe

bułeczki.

To  wy starczy ło.  Spoj rzała  na  m nie  i  chwilę  później   biegła  kory tarzem   do  swoj ego  pokoj u.

Dobrze  wiedzieć,  że  lubiła  śniadania.  By ł  to  kluczowy   argum ent,  który   m ogłem   wy korzy stać
w przy szłości. Nie cierpiałem , gdy  dziewczy ny  nie j adły  naj ważniej szego posiłku w ciągu dnia.
Jakby   nie  wiedziały,  j ak  bardzo  j est  potrzebny.  Ja  wiedziałem ,  głównie  dlatego,  że  j eśli  nie
zj adłem  śniadania, tabletki rozsadzały  m i wnętrzności.

Zam knąłem  na klucz drzwi do łazienki i otworzy łem  szafkę pod um y walką. Stało tam  piętnaście

buteleczek;  na  każdej   widniało  m oj e  nazwisko.  Niem al  żałowałem ,  że  nie  j estem   ćpunem .
Jedny m  z ty ch kolesi, którzy  kradną oksy kodon i m orfinę, żeby  zafundować sobie niezłą j azdę.

Ja nigdy  nie sięgałem  po środki przeciwbólowe. Przy tępiały  m oj e zm y sły  do tego stopnia, że

nie  warto  by ło  ich  brać.  Lekarz  przepisał  m i  j e,  bo,  j ak  twierdził,  m iały   złagodzić  uczucie
niepokoj u.

Chy ba  nie  sły szał  o  wy siłku  fizy czny m .  Po  oksy kodonie  wy glądałem   j ak  szty wni  z  serialu

Walking Dead, ty le że by łem  j eszcze bardziej  wy m izerowany  i przerażaj ący.

Otworzy łem  pierwszą  buteleczkę, wy trząsnąłem   tabletkę na  dłoń i  pokręciłem  głową.  To  by ła

wy j ątkowo  silna,  m ała  suka.  Nazwałem   j ą  suką  dlatego,  że  by ła  tak  m ała,  że  aż  trudno  by ło
uwierzy ć,  j ak  wielkie  siała  spustoszenie.  Kiedy   wziąłem   j ą  po  raz  pierwszy,  rzy gałem   j ak  kot
przez okrągły  ty dzień. W efekcie odwodniłem  się i trafiłem  do szpitala. Teraz wiem , j ak się z nią
obchodzić. Ły kam  j ą razem  z tabletką przeciw m dłościom , która sprawdza się w sześćdziesięciu
procentach, a następnie biorę wielką białą pigułkę, stworzoną specj alnie z m y ślą o m nie.

Miałem   do  połknięcia  kolej ne  pięć  tabletek,  ale  naj pierw  m usiałem   coś  zj eść.  W  ciągu

piętnastu m inut wziąłem  pry sznic, um y łem  zęby  i ubrałem  się.

Zerknąłem  na zegarek. Kiersten pewnie wciąż się szy kowała. Nie chciałem , żeby  widziała, j ak

ły kam   tabletki  –  nie  chciałem   j ej   okłam y wać,  gdy by   spy tała,  dlaczego  chowam   w  szafce  pod
um y walką  cały   arsenał  kolorowy ch  prochów,  dlatego  schowałem   j e  do  kieszeni  i  zanotowałem

background image

w pam ięci, żeby  wziąć j e po śniadaniu.

Gdy by m  zapom niał… cóż, przerwę świąteczną m iałby m  z głowy, nie m ówiąc o ty m , że przez

j eden  dzień  m ój   organizm   by łby   pozbawiony   ochrony,  a  przeklęty   guz  m ógłby   śm iało  rosnąć.
Wolałem  sobie nie wy obrażać, j ak j ego m acki zaciskaj ą się na m oim  sercu.

background image

Rozdział 32

Nigdy nie zapomnę tego obrazu – Wes był

przystojny, miał boskie ciało, do którego

kleiłam się przez całą noc. Boże,

prawdopodobnie nawet się śliniłam. Mam

nadzieję, że nadal chce być moim

chłopakiem po tym, jak lepiłam się do

niego, jak dwunastoletnia fanka Justina

Biebera.

Kiersten

W drodze do kuchni zgubiłam  się dwa razy. Pierwszy  raz zam iast w prawo skręciłam  w lewo,

za  drugim   razem   zatrzy m ałam   się  w  połowie  schodów,  pod  ścianą,  na  której   wisiały   rodzinne
zdj ęcia. Jedno z nich przedstawiało Wesa i j ego brata. Wy glądali prawie j ak bliźniacy. Serce m i
się ścisnęło, gdy  pom y ślałam , j akie to straszne, gdy  twój  brat popełnia sam obój stwo. Człowiek do
końca ży cia żałuj e każdej  rozm owy, każdej  chwili, kiedy  m ógł powiedzieć coś innego, co m ogło
odm ienić bieg wy darzeń. Zadrżałam  i zeszłam  po niewłaściwej  stronie schodów, tej  prowadzącej
do głównej  sy pialni.

A niech to. W końcu zawróciłam  i zeszłam  z drugiej  strony  schodów, gdzie poczułam  z kuchni

zapach  cy nam onu.  Tak,  m ogłaby m   się  przy zwy czaić  do  takiego  ży cia.  Budzić  się  w  pałacu,
wśród  zapachu  świeży ch  bułeczek.  Ży cie  by wało  podłe;  Wes  nie  m iał  poj ęcia,  j akim   by ł
szczęśliwcem .

Usły szałam  śm iech.
Czuj ąc się j ak intruz, odchrząknęłam  i weszłam  do kuchni. Wes stał w kącie z Meldą. Lukrowali

bułeczki i świetnie się przy  ty m  bawili.

Kuchnia pełna by ła j edzenia. Na granitowy ch blatach leżały  pudełka, talerze, srebra stołowe,

fry tki  i  m iseczki  z  dipam i.  Do  licha,  czy żby śm y   organizowali  wielkie  przy j ęcie  z  okazj i  Święta
Dziękczy nienia?

– Kiersten! – Wes przy wołał m nie skinieniem  palca. – Podej dź.
Uśm iechnęłam  się i podeszłam  do niego. Zbliży ł do m oich ust pokry ty  lukrem  palec i szepnął:
– Spróbuj .
Cóż,  nie  potrafiłam   m u  odm ówić.  By łam   tak  głodna,  że  burczało  m i  w  brzuchu.  Otworzy łam

usta, a on rozsm arował lukier na m oich wargach; zlizałam  go i oblizałam  j ego palec.

Oczy   Wesa  pociem niały,  wy sunął  palec  z  m oich  ust  i  pocałował  m nie.  Sły szałam ,  j ak  ktoś

chrząka znacząco, ale w tam ty m  m om encie liczy ła się ty lko ta odrobina czułości. Sm akował kawą
i cukrem  i wiele by m  dała, żeby  każdego ranka czuć na ustach ten sm ak.

– Ekhem  – chrząknęła Melda.

background image

Odsunęliśm y   się  od  siebie  i  poczułam ,  że  się  rum ienię.  Wes  przy gry zł  wargę  i  z  m iną

niewiniątka oświadczy ł:

– Przepraszam , ale Kiersten bałagani przy  j edzeniu. Chciałem  j ej  pom óc.
– A więc tak to się teraz nazy wa. – Melda uniosła brwi, rozm ieszała resztkę lukru i ozdobiła nim

bułeczki. – W Święto Dziękczy nienia obowiązuj e was ty lko j edna zasada.

– Jaka? – spy tałam , sięgaj ąc po bułeczkę.
–  Macie  trzy m ać  się  z  dala  od  kuchni.  –  Jej   figlarny   uśm iech  uwy datnił  głębokie  zm arszczki

wokół oczu. – Jako dziecko Wes chował się w szafkach i m nie straszy ł. W ubiegły m  roku zrobił to
sam o i skończy ło się na ty m , że indy k wy lądował na podłodze.

– Spotkał go tragiczny  koniec. – Wes pokręcił głową i wziął Meldę w ram iona. – Obiecuj ę, że

będziem y  grzeczni.

–  Ty !  –  Staruszka  dźgnęła  go  palcem ,  naj wy raźniej   puszczaj ąc  wszy stko  w  niepam ięć.  –

  Trzy m aj   się  z  daleka  od  tego  pom ieszczenia.  Jeśli  będziesz  m i  potrzebny,  zawołam   cię,  ale  do
tego czasu zaj m ij  się czy m ś.

– Hm m , m y ślę, że znaj dę sobie j akieś zaj ęcie. – Mówiąc to, Wes spoj rzał na m nie.
Wy glądało  więc  na  to,  że  to  j a  m iałam   by ć  ty m   zaj ęciem .  Nie  żeby   m i  to  przeszkadzało.

Wy ciągnął rękę, a j a chwy ciłam  się j ej  j ak liny  ratunkowej .

– Trzy m aj . – Melda pokręciła głową i wręczy ła Wesowi wielki talerz pełen świeży ch bułeczek.

–  A  teraz  idźcie  do  pokoj u  śniadaniowego,  zj edzcie  trochę  białka  i  napij cie  się  soku.
Przy gotowałam  wszy stko, żeby ście nie m usieli tu wracać.

– Naprawdę pom y ślała o wszy stkim  – rzuciłam  ze śm iechem .
–  Święto  Dziękczy nienia  to  j ej   ulubione.  Nie  chce,  żeby m   zepsuł.  –  Wes  wziął  m nie  za  rękę

i  zaprowadził  do  kolej nego  wielkiego  pokoj u,  innego  niż  ten,  w  który m   j edliśm y   ubiegłego
wieczoru. – A oto i pokój  śniadaniowy.

Wschodnią  ścianę  pom ieszczenia  stanowiły   okna.  Słońce  by ło  j uż  wy soko,  ale  rozum iałam ,

dlaczego dom ownicy  j edzą tu śniadania. Pokój  by ł piękny  i ciepły, pełen słońca.

– Soku? – spy tał Wes.
– Chętnie. – Podeszłam  do stołu i usiadłam  przodem  do okien.
– A więc – Wes zatarł dłonie – j esteś gotowa skreślić kolej ne rzeczy  ze swoj ej  listy ?
Upiłam   ły k  soku  i  om al  nie  krzy knęłam   z  zachwy tu.  By ła  to  idealna  m ieszanka  słody czy

i m iąższu.

– Będziem y  skakać na bungee w Święto Dziękczy nienia?
– Nie. – Włoży ł do ust kawałek bułeczki. – Będziem y  pły wać nago.
Niem al się zakrztusiłam .
– Oczy wiście nie zrobim y  tego w biały  dzień. Co powiedziałaby  Melda? Naj pierw więc lekcj a

pły wania, a dopiero później  nagość.

–  Aż  boj ę  się  pom y śleć,  co  będzie  następne.  –  Wolałam   na  niego  nie  patrzeć  w  obawie,  że

przestanę się kontrolować.

–  Kiersten  –  zam ruczał  m i  do  ucha.  –  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  wiesz,  co  zwy kle  dziej e  się

potem ?

A  niech  m nie.  Niech  ktoś  otworzy   okno.  Jego  dłoń  otarła  się  o  m oj ą  rękę  i  usły szałam ,  j ak

cicho  się  śm iej e.  Moj e  ciało  by ł  napięte  niczy m   struna.  Dotknął  m oj ego  ram ienia,  zatrzy m ał
rękę na karku i przy ciągnął m nie do siebie, tak że prawie się sty kaliśm y.

background image

– Sos żurawinowy.
– Co?! – Pokręciłam  głową. – To kolej na rzecz po nagości?
Jego oczy  bły snęły  figlarnie.
–  Jeśli  się  nie  m y lę,  to  kolej na  rzecz  na  twoj ej   liście.  Chy ba  że  coś  pom inąłem .  –  Przy łoży ł

palec  do  ust,  j akby   się  nad  czy m ś  zastanawiał.  –  Może  coś  pom ieszałem ,  ale  j estem   prawie
pewien, że j eszcze tego nie robiłaś.

Skinęłam  głową, wciąż boj ąc się cokolwiek powiedzieć.
– W takim  razie postanowione.
– Postanowione – przy taknęłam  schry pnięty m  głosem . – Pły wanie. Nagość. Sos żurawinowy.
– PNS.
– Brzm i j ak j akiś kod.
– No właśnie. – Wes odsunął się i włoży ł do ust kolej ny  kawałek bułeczki. Sięgnął do kieszeni,

zm arszczy ł brwi, wy ciągnął coś i przez chwilę trzy m ał w garści.

Patrzy łam  na j ego zaciśniętą pięść.
Dziwne.
Odwróciłam  głowę i spoj rzałam  na zatokę Puget Sound.
–  Co  ty   na  to  –  Wes  oparł  się  rękam i  o  oparcie  krzesła  i  zaraz  potem   zaczął  m asować  m oj e

ram iona – żeby śm y  zj edli śniadanie i poszli popły wać?

– Woda będzie zim na? – spy tałam  j ak pięciolatka, która nie m a ochoty  na naukę pły wania.
– Mam y  basen z podgrzewaną wodą – odparł Wes. – A poza ty m  j a chętnie cię rozgrzej ę.
– Raczej  nie by łoby  zby t rosądne, skoro oboj e będziem y  nadzy.
– Jesteś pewna? – Jego ręce znieruchom iały  na m oich ram ionach. Do diabła, co to j a m iałem

powiedzieć?

– To j edna z zasad przetrwania w dziczy : trzeba ocierać się nagim i ciałam i, żeby  wy tworzy ć

ciepło. Tarcie…

–  Na  szczęście  nie  j esteśm y   w  dziczy   –  roześm iałam   się,  chcąc  rozładować  napięcie

seksualne, które sprawiało, że zapragnęłam  odwrócić się i rzucić na niego.

– Ja tam  żałuj ę. – Zdj ął ręce z m oich ram ion. Miałam  ochotę pochy lić się nad talerzem , ale

siedziałam   wy prostowana.  –  Potrzebuj esz  kostium u  kąpielowego?  Mogę  coś  wy kom binować.
Oj ciec często organizuj e przy j ęcia, ludzie zostawiaj ą kostium y. Wszy stkie są czy ste. Słowo.

– Tak. – Z trudem  przełknęłam  ślinę. – Przy dałby  m i się kostium .
Wrócił  pięć  m inut  później   z  biały m   bikini.  Patrząc  na  nie,  zastanawiałam   się,  czy   to  j edy ny

kostium  zostawiony  przez gości.

Zm ruży łam  oczy.
– Na co czekasz? – Uśm iechnął się. – Weź go.
– Jesteś pewien, że zakry j e wszy stko?
–  Na  pewno  zakry j e  to,  co  naj ważniej sze.  –  Wy ciągnął  kostium   w  m oj ą  stronę.  –  No  j uż,

zaszalej  trochę.

Wy rwałam  m u ten kostium  z ręki.
– Jeśli um rę z wy chłodzenia…
– To niem ożliwe. – Wzruszy ł ram ionam i. – Chy ba że zechcesz popły wać o północy  w zatoce,

choć szczerze odradzam , bo to m iej sce, które upodobała sobie giganty czna kałam arnica.

–  Rozum iem .  –  Czy   wspom inałam   j uż,  że  nienawidzę  ry b  i  że  nigdy   nie  nurkowałam

background image

z rodzicam i, bo panicznie boj ę się wody ? Może dlatego tak bardzo przerażały  m nie te koszm ary.
Nie wy obrażałam  sobie śm ierci w wodzie. Bałam  się j ej . Odkąd w wieku trzech lat wpadłam  do
basenu, na widok wody  robiło m i się słabo.

Cóż, wkrótce Wes i tak dowie się, dlaczego wpisałam  to na swoj ą listę, więc m oże lepiej  będzie,

j eśli  powiem   m u  o  wszy stkim ,  zanim   wskoczę  do  basenu  i  zrobię  z  siebie  idiotkę.  Poszłam   do
łazienki,  zdj ęłam   ubranie  i  drżący m i  rękam i  założy łam   białe  bikini.  Małe  trój kąty   z  ledwością
zakry wały   m oj e  piersi,  a  m aj tki  okazały   się  wąskim   sznurkiem   z  odrobiną  m ateriału  przy szy tą
z  przodu  i  z  ty łu.  Pięknie,  wy glądałam   j ak  prosty tutka.  To  znaczy   kostium   by ł  ładny,  ale
zdecy dowanie bardziej  nadawał się dla striptizerki.

Oparłam   się  o  um y walkę  i  wzięłam   kilka  głębokich  oddechów.  Mogłam   to  zrobić.  Zrobię  to.

By łam  w połowie listy.

–  Weź  się  w  garść,  Kiersten.  –  Spoj rzałam   na  swoj e  odbicie  w  lustrze.  Gęste,  rude  włosy

ciężkim i  falam i  opadały   m i  do  połowy   pleców.  Zielone  oczy   patrzy ły   przerażony m   wzrokiem ,
j akby  błagały, żeby m  tego nie robiła.

– Potrafię to zrobić – powtórzy łam , zaciskaj ąc palce na um y walce. Odwróciłam  się od lustra

i wy szłam  z łazienki. Idąc kory tarzem , trzęsłam  się j ak galareta. Kiedy  stanęłam  przed drzwiam i
na taras, ręce drżały  m i tak bardzo, że wy glądałam  j ak ćpun na głodzie.

– Dasz radę – szepnęłam  i otworzy łam  drzwi.
Uderzy ło  m nie  chłodne  powietrze.  Kto  wpadł  na  genialny   pom y sł,  żeby   wy j ść  popły wać

w  listopadzie?  Ach  tak,  j a.  Szczękaj ąc  zębam i,  podeszłam   na  skraj   basenu  i  m ało  nie  dostałam
zawału, gdy  ręka Wesa dotknęła m oj ego ram ienia.

– Gotowa? – spy tał.
Nie, odparłam  w duchu. Przełknęłam  z trudem  ślinę i skinęłam  głową.
Uśm iechnął  się  ze  zrozum ieniem   i  wziął  m nie  w  ram iona.  Jego  ciało  parzy ło  m oj ą  skórę.

Staliśm y  oddzieleni od siebie kawałkam i m ateriału, wolałaby m  j ednak, żeby  nic nas nie dzieliło,
tak  by łam   przerażona.  Pragnęłam   tulić  się  do  niego  i  ty lko  do  niego.  Czułam ,  że  dzięki  tem u
zapom inałaby m  o basenie i paraliżuj ący m  m nie strachu.

– Nie bój  się – szepnął, zanurzaj ąc twarz w m oich włosach. – Trzy m am  cię.
– Słowo?
– Słowo. Nie pozwolę, żeby ś wskoczy ła tam  sam a. Nie pozwolę ci utonąć. Nie puszczę twoj ej

ręki, dopóki nie będziesz gotowa, i nie spuszczę cię z oka, aż wy j dziesz na brzeg.

– Dobrze.
– Naprawdę? – Wy puścił m nie z obj ęć.
– Tak, ty lko zróbm y  to szy bko.
– W uszach m ężczy zny  brzm i to j ak m uzy ka. – Wy buchnął śm iechem  i pom ógł m i wej ść do

basenu.

background image

Rozdział 33

Nie ma pojęcia, co ze mną wyprawia…

Jest moim lekarstwem i nadzieją. Jest dla

mnie wszystkim. Gdyby w ten sposób

można było uleczyć serce…

Weston

–  Bardzo  dobrze.  –  Pom ogłem   j ej   pokonać  pierwszy   stopień.  By ł  to  j eden  z  ty ch  basenów,

które  na  pierwszy   rzut  oka  wy glądaj ą,  j akby   łączy ły   się  z  zatoką  Puget  Sound,  a  ty m czasem
kończą się uroczy m  m ały m  klifem , za który m  znaj duj e się okrągły  zbiornik z gorącą wodą.

–  Jest  ciepła.  –  Kiersten  rozchlapała  stopą  wodę  i  obdarzy ła  m nie  radosny m ,  pory waj ący m

uśm iechem .  Wy rażał  nadziej ę  i  wiarę  we  m nie.  W  nas.  Już  wtedy   powinienem   by ł  j ej
powiedzieć. Wy j aśnić, że nie j estem  bohaterem , którego we m nie widzi. Nie. Skry wałem  przed
nią potworny  sekret, który  czy nił ze m nie czarny  charakter tej  opowieści. Sęk w ty m , że chciałem
by ć bohaterem . Nagle przy pom niałem  sobie słowa Gabe’a.

Nie mów jej. Jego przeklęty  głos rozbrzm iewał w m oj ej  głowie, przy pom inaj ąc, że m usiałem

pozwolić, by  sam a podej m owała decy zj e, tak by  następny  ruch należał do niej , nie do m nie.

Wyświadcz sobie przysługę. Pozwól, żeby to ona podjęła decyzję, nie ty.
Kiersten  nie  by ła  taka  j ak  inne  dziewczy ny   i  prawdopodobnie  nie  ucieknie,  kiedy   pozna

prawdę.  Zostanie  przy   m nie.  Sprawi,  że  będę  j eszcze  bardziej   rozczarowany,  m y śląc
o  przy szłości,  a  w  końcu  znienawidzi  m nie  za  to,  że  odebrałem   j ej   prawo  wy boru.  Nie
chciałem …

– Wes? – Dotknęła m oj ego policzka. – O czy m  m y ślisz?
–  Przepraszam .  Właściwie  o  niczy m .  –  Uśm iechnąłem   się  i  zszedłem   na  drugi  schodek.  –

 Dobrze, nie zatrzy m uj  się.

Jej  dłoń stężała, ale chwilę później  zrobiła kolej ny  krok.
–  Widzisz?  –  Zanurzy łem   rękę  w  wodzie.  –  To  nic  trudnego.  Bułka  z  m asłem .  Woda  j est

przy j em na.

–  Tak  –  przy znała,  szczękaj ąc  zębam i.  –  Jest  przy j em na.  –  Zeszła  na  ostatni  stopień.  Woda

sięgała j ej  do pasa. Wy glądała cudownie w ty m  bikini. Może j ednak przeszłość wróciła, by  m nie
prześladować? Zachowy wałem   się j ak  sam olubny  dupek,  ale od  ty godni wy obrażałem   j ą  sobie
w  kostium ie  kąpielowy m .  Chciałem   zobaczy ć  każdy   skrawek  tej   zaróżowionej   skóry.  Chciałem
podziwiać prom ienie słońca tańczące w j ej  włosach.

Czy   człowiek,  który   um iera,  nie  m oże  m ieć  ostatniego  ży czenia?  Nawet  więźniom   w  celach

śm ierci przy sługiwał ostatni posiłek – ona by ła m oim .

–  Chodź.  –  Zanurzy łem   się  w  wodzie  i  popły nąłem   kawałek.  Woda  m iała  przy j em ną

tem peraturę trzy dziestu dwóch stopni, j ak w giganty cznej  wannie.

background image

Klnąc pod nosem , Kiersten ruszy ła w m oj ą stronę. Woda sięgała j ej  do piersi. Wiedziałem , że

zachowuj ę  się  j ak  palant,  ale  nie  m ogłem   oderwać  od  niej   wzroku  i  zazdrościłem   wodzie,  że
doty kała j ą tam , gdzie j a nie m ogłem . W końcu się odwróciłem .

–  Wes?  –  Wy ciągnęła  rękę  i  złapała  m nie  za  ram ię.  –  Boj ę  się  i  tak  j ak  m ówiłam ,  chcę  j ak

naj szy bciej  m ieć to za sobą.

– Przestań to powtarzać, ranisz m oj e ego.
– Dobrze – odparła, szczękaj ąc zębam i. – Nie m ogę się doczekać, aż zaczniem y, więc pły ńm y

j uż, dobrze?… – Wy glądała, j akby  szła na ścięcie.

– Jasne. – Wy szczerzy łem  się radośnie. – Lekcj a num er j eden…
– Słucham ?
– Unoszenie się na wodzie.
– Nie potrafię.
– Każdy  to potrafi.
– Nie wiem , j ak to się robi.
Westchnąłem  i spoj rzałem  j ej  w oczy.
– Ufasz m i? – spy tałem .
Powoli skinęła głową.
– Dobrze, więc odchy l się do ty łu. Czuj esz m oj ą rękę? Nie pozwolę ci utonąć, zresztą woda nie

j est na ty le głęboka. Połóż się na plecach, odpręż się i pom y śl o czy m ś przy j em ny m .

– Jestem  zby t przerażona, żeby  m y śleć. – Gdy  położy ła się na wodzie, ciało m iała szty wne j ak

deska.

–  Pom y śl  o  całowaniu.  –  Wsunąłem   ręce  pod  j ej   pośladki,  utrzy m uj ąc  j ą  w  tej   pozy cj i.  –

 Wy obraź sobie, że m oj e dłonie błądzą po twoim  ciele, a ty  m y ślisz wy łącznie o ty m , j aki będzie
m ój  kolej ny  ruch.

–  Jaki  będzie  twój   kolej ny   ruch?  –  Oddy chała  z  trudem ,  ale  głos  m iała  spokoj niej szy,  gdy

unosiła się na wodzie, pełna zaufania do m nie.

–  Pożrę  cię  wzrokiem .  Zapam iętam   każdy   skrawek  twoj ego  ciała  i  schowam   te  obrazy

w  pam ięci,  w  m ały m   pudełeczku  z  napisem   „Naj piękniej sza  dziewczy na  na  świecie”.  Będę  cię
trzy m ał, aż powiesz, że j esteś gotowa. Wtedy, gdy  będziesz unosiła się na powierzchni, będę na
ciebie patrzy ł i będę cię pragnął, aż w końcu wskoczę do zatoki.

Jej  ciało się odpręży ło.
Delikatnie wy sunąłem  ręce.
Nie odczuła tego i spokoj nie leżała na wodzie.
– Ty lko powiedz, kiedy  m nie puścisz.
– Dobrze – rzuciłem  ze śm iechem . – Zaraz cię puszczę, dobrze?
Napięła się niczy m  struna, złoży ła się wpół i zaczęła się zanurzać. Chwy ciłem  j ą, zanim  poszła

na dno.

– Pierwsza lekcj a za tobą.
– Jak to? – Przy cisnęła ręce do m oj ej  piersi.
–  Zanim   powiedziałem ,  że  cię  puszczę,  unosiłaś  się  na  wodzie  przez  piętnaście  sekund.

W chwili, kiedy  to powiedziałem , zaczęłaś się zanurzać. Twój  um y sł zwiódł, dlatego zawiodło też
twoj e ciało.

Kiersten skrzy wiła się i odwróciła wzrok.

background image

– Jedny m  słowem  dopuściłam  się sabotażu na sam ej  sobie.
– Można tak powiedzieć – przy znałem  z uśm iechem . Uwielbiałem  patrzeć, j ak przy gry za dolną

wargę. – Nie m ożna czegoś robić, nastawiaj ąc się na porażkę. Sam  strach wcale nie j est taki zły.

– Chy ba m asz racj ę. – Zam knęła oczy. – Rozum iem , co m asz na m y śli, ale nie wiem , j ak nad

ty m   zapanować.  Za  każdy m   razem ,  gdy   widzę  otwartą  wodę  albo  basen,  zaczy nam   się  trząść.
Panikuj ę, m y śląc, że przy darzy  m i się to sam o, co przy trafiło się m oim  rodzicom . Tak, wiem , to
nielogiczne, ale wciąż się boj ę.

–  Lęk…  –  Uj ąłem   j ą  za  ręce  i  splotłem   j ej   palce  ze  swoim i.  –  To  dzięki  niem u  czuj em y,  że

ży j em y. Sprawia, że naczy nia krwionośne kurczą się, a ciało m igdałowate, m aleńka część m ózgu
w  kształcie  m igdałów,  wy sy ła  sy gnały   do  układu  nerwowego.  Sy gnały   te  m ówią:  uciekaj   albo
walcz.

– Moj e m ówi „uciekaj ”. – Uśm iechnęła się krzy wo.
– Właśnie. – Przy ciągnąłem  j ą do siebie. – Dzięki tem u uważam y  na dzikie zwierzęta. To nasze

ciało  decy duj e  o  ty m ,  czy   będziem y   walczy ć,  czy   weźm iem y   nogi  za  pas.  Wy obrażasz  sobie
ży cie bez lęku?

– Wszy scy  by śm y  zginęli.
–  No  właśnie!  –  zachichotałem .  –  Ludzie  skakaliby   z  budy nków,  m y śląc,  że  potrafią  latać.

Dlatego strach wcale nie j est taki zły.

–  Zaczekaj .  –  Próbowała  uwolnić  się  z  m oich  obj ęć,  kiedy   pociągnąłem   j ą  w  głębszy   koniec

basenu. – Co robisz? Nie um iem  pły wać, pam iętasz?

– Wiem . Ale j a um iem .
– Ale…
Zignorowałem  j ą.
– Strach m oże by ć twoim  sprzy m ierzeńcem . Możesz zrobić coś, czego się boisz.
– Coś, czego się boj ę?
–  Tak.  –  Pły nąłem ,  trzy m aj ąc  j ą  w  ram ionach,  aż  rozbolały   m nie  nogi.  –  Ja,  na  przy kład,

m ogę się bać ciebie pocałować; m ogę się bać, że cię stracę. Mogę się obawiać, że kiedy  zam knę
oczy, znikniesz, ale nie znaczy  to, że będę się ciebie trzy m ał ze wszy stkich sił. Jestem  dowodem  na
to, że ży cie w strachu j est m ożliwe. Nie daj esz za wy graną, walczy sz z dem onam i, posuwasz się
do przodu. Strach próbuj e cię paraliżować, ale kiedy  robisz rzeczy, który ch się boisz, osiągasz cele
ze  świadom ością,  że  wspinasz  się  na  swój   ży ciowy   Mount  Everest.  Tak  um arli  twoi  rodzice.  –
  Wzdry gnąłem   się.  Nie  chciałem ,  by   zabrzm iało  to  tak  dosadnie.  –  Ty   też  m ożesz  tak  um rzeć  –
 dodałem .

Próbowała m i się wy rwać. Wzięła tak gwałtowny  wdech, że niem al się zakrztusiła.
– Możesz zginąć, przechodząc przez ulicę.
Wciąż nie przestawała się ze m ną szarpać.
– Możesz udławić się indy kiem , którego przy gotowuj e Melda.
Łzy  napły nęły  j ej  do oczu.
–  Nie  pozwól,  żeby   lęki  przej ęły   kontrolę  nad  twoim   ży ciem .  Musisz  nauczy ć  się  nad  nim i

panować. Nigdy, nawet przez sekundę, nie m y śl, że nie m asz wy boru.

Szarpnęła się w m oich obj ęciach; j ej  palce by ły  j ak gwoździe, które ktoś wbij ał w m oj e ciało.
– A ty ? – spy tała strwożona. – Czego ty  się boisz? Co cię przeraża?
Powinienem  by ł odwrócić wzrok.

background image

Powinienem  by ł skłam ać.
Powinienem  by ł zrobić m nóstwo inny ch rzeczy  zam iast tej  j ednej .
– Boj ę się, że um rę, zanim  zasm akuj ę ży cia. Że opuszczę ten świat, wiedząc, że dziewczy na,

która sprawia, że j ak nigdy  chce m i się ży ć, będzie m usiała poradzić sobie beze m nie.

Spoj rzała na m nie zdum iony m  wzrokiem .
– To dość poważny  lęk.
– Hej , m ogło by ć gorzej . Mogłem  bać się wody.
– Dupek – roześm iała się i powoli rozluźniła uścisk na m oim  ram ieniu.
–  Poruszaj   nogam i  –  zachęciłem   j ą.  –  Pły wanie  j est  insty nktowne.  Po  prostu  ruszaj   nim i

i  pozwól  rękom ,  by   utrzy m ały   twoj ą  głowę  na  powierzchni.  –  Pokazałem   j ej ,  j ak  pły wać
w m iej scu, i wy puściłem  j ą z obj ęć.

– Ja nie tonę! – krzy knęła, rozchlapuj ąc wodę. – Nie tonę! – Przy warła do m nie cały m  ciałem .
–  To  dobrze  –  odparłem   ze  ściśnięty m   gardłem ,  gdy   zarzuciła  m i  ręce  na  szy j ę.  –  Za  to  j a

zaraz utonę.

– Och. – Odsunęła się i oparła łokcie na brzegu basenu. – To by ł…
– …gwałtowny  przy pły w uczuć. Cholera, czuj ę się, j akby śm y  by li na haj u. – Spoj rzałem  na

nią rozgorączkowany m  wzrokiem .

–  Dziękuj ę  ci,  Wes.  –  Chy ba  nigdy   nie  znudzę  się  widokiem   j ej   ust,  kiedy   wy powiada  m oj e

im ię. – Dziękuj ę za to, że nie uważasz m nie za wariatkę.

– Wszy scy  j esteśm y  trochę szaleni, nie sądzisz?
– Tak – westchnęła. – Zwłaszcza m y.
– Zaraz cię pocałuj ę – ostrzegłem  i przy warłem  ustam i do j ej  ust. Nasze j ęzy ki się m usnęły.

Wciągnąłem  j ą do wody, pozwoliłem , by  obj ęła m nie nogam i, i oboj e odpły nęliśm y  od brzegu.
Moj e  ciało  obudziło  się  do  ży cia,  gdy   poczułem   j ej   piersi  na  swoich.  Jęknąłem   poiry towany
i  sięgnąłem   do  wiązania  j ej   biustonosza,  powtarzaj ąc  sobie,  że  m ogę  znów  by ć  facetem ,  j akim
by łem  kiedy ś; facetem , który  bez wahania zaciągnąłby  j ą do łóżka.

Zawahałem   się  j ednak.  Moj a  ręka  zawisła  w  powietrzu,  j akby   palce  zapom niały,  j ak  j edną

ręką rozwiązać biustonosz.

– Wes? – usły szałem  głos oj ca. – Jesteście tam ?
Zakląłem  i delikatnie odepchnąłem  Kiersten, cały  czas trzy m aj ąc j ą za rękę.
– W basenie!
Wy szedł zza rogu i uśm iechnął się ze zrozum ieniem .
– Mam  nadziej ę, że w niczy m  nie przeszkodziłem .
– Gdzie tam  – odparłem  trochę zby t szy bko.
– Jasne – zachichotał. – Muszę z tobą o czy m ś porozm awiać. Dzwonili ze szkoły  i… – Spoj rzał

ponad  m oim   ram ieniem   na  Kiersten.  –  Możem y   porozm awiać  później .  Może  wy j dziecie
i  napij ecie  się  gorącej   kawy ?  Nagrałem   paradę  z  okazj i  Święta  Dziękczy nienia  na  wy padek,
gdy by ście chcieli j ą obej rzeć.

– Tak! – pisnęła za m oim i plecam i Kiersten. – Od lat nie widziałam  parady !
– Świetnie. – Tata się uśm iechnął i posłał m i znaczące spoj rzenie, które m ówiło „lepiej  tego nie

spieprz”.  Uśm iechnąłem   się  do  niego  j ak  sy n,  który   chce  przy pom nieć  oj cu,  że  nie  j est  j uż
dzieciakiem , ale dorosły m  facetem .

– Chodźm y. – Pocałowałem  Kiersten w rękę. – Później  popły wam y  nago.

background image

Rozdział 34

Czyżbym straciła rozum? Wes uczy mnie

pływać, a ja rzucam się na niego

w basenie. Boże, wyobraźcie sobie, co się

będzie działo, gdy pójdziemy skakać na

bungee. Pewnie spadając, będę próbowała

zedrzeć z niego ubranie.

Kiersten

Przebrałam   się  i  zeszłam   na  dół  spotkać  się  z  Wesem ,  ale  j eszcze  go  nie  by ło.  Dochodziła

trzy nasta.  Melda  przy gotowała  wszy stko  na  obiad,  zaplanowany   na  szesnastą,  co  znaczy ło,  że
m am y  dla siebie kilka godzin. Nie żartowałam , m ówiąc, że od lat nie oglądałam  parady. Zawsze
oglądałam   j ą  z  rodzicam i,  a  kiedy   um arli,  nie  widziałam   w  ty m   sensu.  Zresztą  wtedy   wszy stko
wy dawało się bezsensowne. Dziwne, że m usiałam  wy j ść ze swoj ego m rocznego, sam olubnego,
m ałego światka, żeby  uświadom ić sobie, j ak niedorzeczne by ło m oj e zachowanie.

Dąsanie się nie przy wróciło ich do ży cia.
Płacz nie sprawił, że poczułam  się lepiej .
Ukry wanie się w pokoj u nie złagodziło bólu, który  czułam  po ich odej ściu.
Ale  ży cie  –  ono  by ło  m oim   zbawieniem ,  podobnie  j ak  Wes.  By ł  j ak  m ój   osobisty   trener.

Niepokoiło m nie ty lko to, że nasz związek rozwij ał się w tak bły skawiczny m  tem pie. Odepchnęłam
od  siebie  czarne  m y śli  –  lubiliśm y   się,  ty lko  to  się  liczy ło.  Jeśli  będę  spoglądać  zby t  daleko
w  przy szłość,  zacznę  wszy stko  analizować.  A  przecież  m am   dopiero  osiem naście  lat.  Nie
zam ierzałam  wy chodzić za m ąż.

Jasna cholera! Czy  naprawdę pom y ślałam  o ślubie?
Widzicie?  Oto  dlaczego  dziewczy ny   potrzebuj ą  przy j aciółek  –  żeby   postawiły   j e  do  pionu.

Przem knęło  m i  przez  m y śl,  żeby   zadzwonić  do  Lisy,  ale  ona  z  pewnością  nie  by ła  głosem
rozsądku. Pewnie zawiozłaby  m nie do Vegas, gdy by m  j ą o to poprosiła.

Mój   palec  zawisł  nad  telefonem .  Zbierałam   się  na  odwagę,  by   zadzwonić  do  Gabe’a,  kiedy

ekran oży ł.

Na wy świetlaczu poj awił się num er Gabe’a. Odebrałam .
– Cześć. Właśnie m iałam  do ciebie dzwonić.
Siedząc na kanapie w pokoj u gościnny m , czekałam  na Wesa i owij ałam  wokół palca kosm y ki

włosów.

–  Jasne  –  odparł  ze  śm iechem .  –  Dzwonię,  żeby   upewnić  się,  że  ży j esz.  Sły szałem ,  że  by łaś

popły wać.

– Skąd wiesz? – j ęknęłam . – To by ło ledwie czterdzieści m inut tem u.
– Czy j ś chłopak zadzwonił do m nie, żeby  przekazać garść naj świeższy ch inform acj i na tem at

background image

przy gód  niej akiej   Kiersten.  –  Wy obrażałam   sobie  j ego  uśm ieszek,  gdy   ze  m ną  rozm awiał.  –
 Chciał, żeby m  j ako pierwszy  przy bił z tobą piątkę za to, że j esteś taka odważna.

– Pły wanie nie wy m aga odwagi – j ęknęłam . – Czuj ę się j ak pięciolatka.
– Ja pły wałem  w rękawkach do czternastego roku ży cia – rzucił oschle. – To, co zrobiłaś, by ło

odważne.

– Czternastego? – powtórzy łam .
– Bałem  się rekinów.
– W basenie?
– Nie rozm awiam y  o m nie – Gabe zm ienił tem at. – Jak tam  baj ka, Kopciuszku?
–  Dobrze  –  westchnęłam   rozm arzona.  –  Jest  idealny,  to  znaczy …  j est  idealnie.  Czuj ę  się

dobrze. Aż za dobrze, j akby  m iało się wy darzy ć coś złego.

Gabe zam ilkł.
– Gabe?
– Tak, j estem . – Zaklął pod nosem . – Zam y śliłem  się. Posłuchaj , m uszę lecieć, ale wy świadcz

sobie przy sługę. Nie analizuj  wszy stkiego za bardzo. Ciesz się, że naj bogatszy  chłopak na świecie
j est na każde twoj e zawołanie, pocałuj  go na dobranoc i rozkoszuj  się wspólny m i chwilam i.

– Co?
– No wiesz… – Gabe odchrząknął. – Zanim  na nowo zaczną się zaj ęcia.
–  No  tak,  przy szły   ty dzień,  szkoła.  Prawie  zapom niałam .  Dzięki  za  odrobinę  niespodziewanej

radości.

– Kiedy ś by łem  pom ocnikiem  Świętego Mikołaj a.
– Masz j akieś zdj ęcia?
–  Niestety,  wszy stkie  spłonęły   w  tragiczny m   pożarze,  który   strawił  akurat  tę  część  m oj ego

pokoj u.  Dziwne.  Naprawdę  –  roześm iał  się.  –  A  teraz  zm y kaj   i  baw  się  dobrze.  Widzim y   się
w poniedziałek?

– Jasne!
– A, nie zapom nij , że razem  z Lisą idziecie kupować sukienkę na bal absolwentów. Oszalałaby,

gdy by ś zapom niała.

– Jasne.
Wes wszedł do pokoj u. Rozłączy łam  się, nie zdaj ąc sprawy, że nawet się nie pożegnałam , ale

by ło j uż za późno.

– Skarży py ta. – Zm ruży łam  oczy, na co Wes podniósł ręce w geście poddania.
–  Pom y ślałem ,  że  przy da  ci  się  j eszcze  j eden  cheerleader.  –  Twarz  m iał  zapadniętą.  Pod

oczam i ry sowały  się cienie.

– Dobrze się czuj esz? – spy tałam , doty kaj ąc j ego czoła.
– Pewnie. – Uśm iechnął się kwaśno.
– Py tam  poważnie, Wes.
Westchnął.
– Dobrze j uż, dobrze. Może nie czuj ę się świetnie, ale dobra wiadom ość j est taka, że j eśli przez

resztę  popołudnia  będziem y   oglądać  film y   i  zaj adać  się  sm akoły kam i,  no  i  j eśli  j est  szansa,  że
zobaczę cię nagą, j akoś przeży j ę.

– Chcesz powiedzieć, że ży j esz wy łącznie dla j edzenia i seksu?
– Coś w ty m  j est, chociaż prawdę m ówiąc, ży j ę ty lko dla j edzenia… Ży cie dla seksu j est…

background image

– Bardziej  w sty lu Gabe’a? – dokończy łam .
–  Właśnie.  –  Uśm iechnął  się,  schował  ręce  w  kieszeniach  spodni  i  wbił  wzrok  w  podłogę.  –

  Chcę,  żeby ś  wiedziała,  że  nie  j estem   j uż  taki.  Do  diabła.  –  Zwilży ł  wargi  j ęzy kiem   i  posłał  m i
swój  naj bardziej  czaruj ący  uśm iech. – Żałuj ę, że nim  nie j estem . Może wtedy  nie chodziłby m
po dom u i nie m y ślał wy łącznie o seksie.

Poczułam ,  że  się  rum ienię.  Z  westchnieniem   uj ął  m nie  pod  brodę,  zm usił,  żeby m   na  niego

spoj rzała, i pocałował w usta.

– Bardzo cię lubię. Wiesz o ty m , prawda?
Pokiwałam   głową.  Bałam   się  odezwać,  bo  chciałam   j edy nie  wiedzieć,  dlaczego  nie  by ł  j uż

dawny m  Wesem . Czy  to j a by łam  j akaś wy brakowana? Dlaczego nie chciał zrobić tego ze m ną?
To  znaczy,  sam a  nie  by łam   pewna,  czy   j estem   gotowa.  Po  prostu  chciałam   wiedzieć,  czy
w ogóle m nie pragnie.

– Nie patrz tak na m nie – westchnął. – Bo z ledwością się kontroluj ę. By ć m oże będę zm uszony

zam knąć  cię  na  noc  w  twoim   pokoj u  i  wy rzucić  klucz.  I  nie  dlatego,  że  cię  nie  pragnę.  –  Uj ął
m oj e ręce i pocałował wewnętrzną stronę nadgarstków. – Pragnę cię aż za bardzo. Zależy  m i na
tobie, więc pogódź się z faktem , że by łby  to kiepski znak, gdy by m  nagle przy parł cię do ściany,
rzucił na ziem ię albo na stół. Fantazj uj ę o ty m  od kilku dni. O tobie i o indy ku. – Puścił do m nie
oko i otoczy ł m nie ram ieniem . – Pragnę cię, ale chcę, żeby  wszy stko by ło, j ak należy. A na razie
wszy stko j est dla m nie zby t nowe. Rozum iesz?

–  Jasne  –  skłam ałam ,  bo  wciąż  nie  doszłam   do  siebie  po  ty m ,  j ak  wy obraziłam   sobie  j ego

i m nie na stole obok indy ka. Czy  on oszalał? Kręcąc głową, roześm iałam  się i poszłam  za nim  do
sali kinowej .

– Parada. – Rzucił we m nie poduszką.
–  Wnieście  indy ka.  –  Wy ciągnęłam   rękę,  licząc,  że  przy bij e  ze  m ną  piątkę,  ale  zam iast

odwzaj em nić m ój  gest, przy ciągnął m nie do siebie i pocałował.

– Całowanie się – westchnął – j est lepsze niż przy bij anie piątki.
– Choć raz… Owieczka zgadza się z Wilkiem  – drażniłam  się z nim  trochę.
–  Wilk  cieszy   się,  że  Owieczka  docenia  j ego  ży ciowe  m ądrości.  A  teraz  usiądź,  zanim   się  na

ciebie rzucę.

– Już siadam .
– Jaka skrom na. Chy ba lubię ci rozkazy wać.
– Rozkazuj  m i dalej , a zobaczy m y, co powiesz, j ak m ała potulna Owieczka da ci klapsa.
– Dobra, czas włączy ć odtwarzanie – m ruknął.

background image

Rozdział 35

Musiał przyjść i wszystko zepsuć – musiał

wspomnieć o Tye’u – nie mógł sobie

darować… Choć raz chciałbym przeżyć

normalne święta i zapomnieć o śmierci,

która tak długo dobija się do drzwi tego

domu.

Weston

–  Powiedziałem ,  że  nie  chcę  o  ty m   rozm awiać  –  sarknąłem ,  próbuj ąc  przecisnąć  się  obok

oj ca. Dlaczego znowu zaczy nał ten tem at? Obiad by ł niesam owity ; Melda by ła szczęśliwa, że nie
pokłóciliśm y  się przy  stole, i zbieraj ąc naczy nia, popłakała się.

By ło  to  piękne  Święto  Dziękczy nienia,  bez  kłótni  i  wspom inania  o  tragedii.  O  ty m ,  że  Ty e

popełnił sam obój stwo w świąteczny  weekend.

Jutro m inie okrągły  rok.
Powiedział, że m a coś do załatwienia w kam pusie i że m usi tam  j echać.

Następnego dnia m ieliśm y  iść na zakupy  z Meldą. By ła fanaty czką Czarnego Piątku  

1

.

Ty e’a  znaleziono  w  j ego  pokoj u.  Z  buteleczką  pigułek  w  ręku.  Autopsj a  wy kazała  w  j ego

organizm ie  duże  ilości  Xanaxu  i  alkoholu.  Po  prostu  przestał  oddy chać.  Przepona  nie  by ła
w stanie unieść j ego płuc na ty le, by  m ógł zaczerpnąć powietrza.

Kiedy  przy j echało pogotowie, lekarze m ieli nadziej ę, że zdołaj ą go uratować.
Um arł tej  sam ej  nocy  w szpitalu.
Nienawidziłem  szpitali.
– Patrz na m nie, kiedy  do ciebie m ówię. – Oj ciec walnął pięścią w biurko; w oczach m iał łzy. –

 Nie m ogę stracić także ciebie!

– Chcę zostać.
–  Do  diabła,  Wes!  –  Dotknął  grzbietu  nosa.  –  Kolej ny   m ecz  m oże  cię  zabić!  Wiesz  o  ty m ,

prawda?

– Dałem  j ej  słowo.
–  To  dziewczy na!  –  ry knął  oj ciec.  –  Pogodzi  się  z  ty m !  Skąd  w  ogóle  wiesz,  że  j ej   na  tobie

zależy ? Może obchodzi j ą wy łącznie to, że j esteś przy stoj ny  i bogaty ? To oczy wiste, że teraz cię
lubi.  Dałeś  j ej   wszy stko,  o  czy m   m arzą  dziewczy ny.  A  co,  j eśli  dowie  się,  że  j esteś  chory ?  Co
zrobi,  kiedy   odkry j e,  że  nie  grasz  j uż  w  druży nie?  Jak  m y ślisz,  co  się  wówczas  stanie?  Będzie
trwała  przy   tobie  i  trzy m ała  cię  za  rękę?  A  m oże  zacznie  się  zabawiać  z  twoim   przy j acielem
z druży ny ?

Po prostu m iałem  ochotę m u przy walić.
– Nie m ów tak o niej  – sarknąłem . – Nie znasz j ej  tak j ak j a.

background image

–  Młodzieńcza  m iłość.  –  Oj ciec  pokręcił  głową.  –  Nie  rozum iesz,  Wes?  Tu  nie  chodzi  o  nią.

Martwię się o ciebie. Martwię się, że złam ie ci serce. Wciąż się zam artwiam . Nie m ogę stracić
obu  sy nów  –  głos  m u  się  łam ał.  –  Straciłem   wszy stko.  Nie  m ogę  stracić  ciebie,  to  m nie  zabij e.
Musisz skupić się na ty m , żeby  wy zdrowieć, nie na ty m , żeby  nie stracić tej  dziewczy ny. Czy  ty
w ogóle brałeś dziś lekarstwa?

Miałem  wrażenie, że tabletka, którą nosiłem  w kieszeni, wy pali w niej  dziurę wielkości Teksasu.

Pokiwałem  głową i wzruszy łem  ram ionam i.

– W weekend połknę ostatnią pigułkę i od poniedziałku zacznę ostatni zestaw.
Oj ciec westchnął.
–  Ty lko  nie  pozwól,  żeby   ona  by ła  przeszkodą  w  leczeniu.  Musisz  ży ć.  Nie  m ogę…  –  nie

dokończy ł.

– Tato, m usisz pogodzić się z m y ślą, że m ogę nie przeży ć – odparłem  schry pnięty m  głosem .
– Nawet tak nie m ów. Nie dopuszczam  do siebie takiej  m y śli. Lekarze m ówią…
– Lekarze m ówią, że j est szansa, że wy zdrowiej ę. Ale nigdy  dotąd nie m ieli do czy nienia z tak

złośliwy m  guzem . Może się okazać, że j est j uż za późno. Rozum iesz? Po prostu… nie każ m i ży ć,
kiedy   rzeczy wistość  m oże  się  okazać  zupełnie  inna.  Nie  zrozum   m nie  źle.  Walczę  z  cały ch  sił,
żeby   pozostać  przy   ży ciu,  ale  j eśli  to  ci  nie  wy starcza,  nie  obarczaj   m nie  dodatkowy m
poczuciem  winy.

Pokój  pogrąży ł się w pełnej  napięcia, krępuj ącej  ciszy. I wtedy  m ój  oj ciec zrobił coś, czego

nie  robił  od  śm ierci  Ty e’a.  Opadł  na  fotel  i  wy buchnął  płaczem .  Ram iona  m u  drżały,  a  szloch,
który   doby wał  się  z  j ego  ust,  rozdzierał  m i  serce.  Żołądek  podszedł  m i  do  gardła,  kiedy
podszedłem  do niego i położy łem  m u ręce na ram ionach.

Chwy cił j e, nawet na chwilę nie przestaj ąc szlochać.
– To niesprawiedliwe.
– Rak rzadko by wa sprawiedliwy  – szepnąłem . – A przecież nikt nie obiecy wał, że ży cie będzie

sprawiedliwe.

– A powinno.
– Tato  –  wy chry piałem .  –  Ży cie  nie  j est  sprawiedliwe,  ale  to,  j ak  j e  przeży j em y,  to  właśnie

j est  cudowne.  To  dar.  A  każdy   dar  j est  inny,  każda  ścieżka  j est  inna.  Ta  z  j akiegoś  powodu  j est
nasza i im  szy bciej  się z ty m  pogodzim y, ty m  szy bciej  przestaniem y  płakać i zaczniem y  ży ć.

– Odkąd to j esteś taki m ądry ? – roześm iał się przez łzy.
– Od kiedy  zacząłeś m nie wy sy łać na terapię. Czasam i, tato, trzeba przej ść przez piekło, żeby

dosięgnąć nieba. – Spoj rzałem  na drzwi.

– Jest aż tak źle?
– Słucham ?
– Aż tak bardzo j ą lubisz?
– Nie, tato. – Przełknąłem  ślinę. – Ja j ą kocham .

 

1. 

Piątek tuż po Dniu Dziękczy nienia w USA; dzień wielkich wy przedaży. 

[wróć]

background image

Rozdział 36

Stopniowo zaczęłam żyć dla jego

uśmiechów, dotyku, wszystkiego, co miało

związek z Wesem. Wystarczyło, że skinął

ręką, a moje serce fikało koziołki.

Kiersten

– Nie wierzę, że to robim y  – j ęknęłam , zrzucaj ąc dół kostium u kąpielowego i zam y kaj ąc oczy.

Odważna. Musiałam  by ć odważna.

– Nie skradnę ci cnoty, więc nie m usisz się obawiać – Wes zachichotał i zaczął rozchlapy wać

wodę.  –  Poza  ty m   odwrócę  się,  kiedy   będziesz  wchodziła  do  basenu.  Chociaż  nie  będę  kłam ał,
m am  bardzo bogatą wy obraźnię, więc kiedy  będziesz j uż w wodzie, zacznę fantazj ować.

– Jakoś m nie to nie przeraża – zażartowałam .
– Wiem . To j est piękne, po prostu piękne.
– Słucham ?
– Przepraszam , j uż się rozm arzy łem  – zawołał. – A teraz pospiesz się!
– Cholera!
– Proszę, proszę, Owieczka zaczęła przeklinać – droczy ł się ze m ną. – Kiedy  wy kraczasz poza

strefę kom fortu, wy chodzi z ciebie niegrzeczna dziewczy nka.

– Dobra, wchodzę.
–  Odwracam   się.  –  Usły szałam   plusk  wody.  Chwilę  później   podeszłam   do  brzegu  basenu

i  zrzuciłam   ręcznik.  W  blasku  księży ca  ciało  Wesa  by ło  widoczne  j ak  na  dłoni.  O  j ego  idealnie
rzeźbiony m  ciele m ożna pisać piosenki m iłosne, o takim  ciele m arzy liby  odtwórcy  główny ch ról.
By ł  piękny,  gdy   tak  stał  po  pas  w  wodzie.  Spoj rzałam   niżej .  Fantasty cznie.  Gdy by m   stała
centralnie  pod  księży cem ,  woda  nie  pozostawiłaby   wiele  m iej sca  dla  wy obraźni.  Dla
bezpieczeństwa  szłam   wzdłuż  brzegu  basenu,  do  m iej sca,  w  który m   ocalała  odrobina  cienia.
Wolałam   nie  ry zy kować,  że  m nie  zobaczy   –  nie  dlatego,  że  wsty dziłam   się  swoj ego  ciała.  Po
prostu  nie  czułam   się  kom fortowo,  stoj ąc  nago  w  basenie  w  towarzy stwie  drugiej   osoby.
Czułaby m  się tak sam o, nawet gdy by  zam iast Wesa by ła tu ze m ną Lisa.

Ciepła woda przy j em nie om y wała m oj e ciało. By łam  bardziej  zdenerwowana niż poprzednio;

wszy stko wy dawało m i się j akieś ży wsze i delikatne. Powoli podeszłam  do Wesa i skuliłam  się tak,
by  woda sięgała m i do ram ion. Nie ty lko drugi raz tego dnia przezwy ciężałam  lęk przed wodą, ale
by łam  kom pletnie naga.

– Jak się czuj esz w stroj u adam owy m ? – spy tał, nadal na m nie nie patrząc.
– Dziwnie.
– Przy zwy czaisz się. – Wzruszy ł ram ionam i i odwrócił się. Wstrzy m ałam  oddech.
– Dlaczego przestałaś oddy chać?

background image

Wy puściłam  powietrze.
– Nadal się boisz? – spy tał zatroskany.
– Wody ? – Rozej rzałam  się dookoła. – Trochę. Ciebie? Bardzo.
–  Chcesz,  żeby m   dla  rozładowania  napięcia  opowiedział  kilka  żenuj ący ch  historii  z  m oj ego

ży cia? Zrobię to, j eśli będę m usiał. Nie chcę, ale…

Roześm iałam  się i czekałam .
–  Dobrze.  Kiedy   m iałem   dziesięć  lat,  skoczy łem   z  dachu  i  próbowałem   latać.  Wy lądowałem

w  basenie,  więc  nic  się  nie  stało,  ale  oj ciec  widział  całe  zaj ście.  Mój   brat  rzucił  m i  takie
wy zwanie. Nam ówił m nie też, żeby m  zj adł m uchę.

– I zrobiłeś to?
– Co?
– Zj adłeś m uchę?
– Nawet dwie. Powiedział, że pierwsza nie by ła wy starczaj ąco duża, więc wy brał kolej ną.
–  No,  no.  –  Wciąż  odrobinę  zdenerwowana,  wzięłam   go  za  rękę.  –  Wy gląda  na  to,  że  by łeś

szy kanowany  za by cie starszy m  bratem .

–  Nawet  bardzo.  By łem   szy kanowany,  ale  przeży łby m   to  wszy stko  j eszcze  raz,  gdy by m

ty lko… – głos m u się załam ał. – Gdy by m  dostał j eszcze j edną szansę, żeby  powiedzieć m u, że go
kocham .

Puściłam   j ego  rękę  i  nie  wiedząc,  co  powiedzieć,  zaczęłam   m asować  m u  plecy,  licząc,  że

w ten sposób pom ogę m u się odpręży ć.

– Dlatego chciałem , żeby ś tu przy j echała… przy naj m niej  na początku. Dzięki tobie czuj ę się

silny …  Brzm i  głupio,  co?  Odebrał  sobie  ży cie  w  Czarny   Piątek,  dzień,  który   m a  dla  m nie
podwój ne  znaczenie.  Czasam i  zastanawiam   się,  czy   zrobił  to  celowo.  Czy   wy brał  ten  dzień,  bo
m a w nazwie słowo „czarny ”, czy  dlatego, że tego dnia urodziła się m oj a m am a. Chy ba nigdy  się
nie dowiem .

– Och – westchnęłam . – Rzeczy wiście, m asz powody, żeby  nie lubić Czarnego Piątku.
Roześm iał się.
– No właśnie! Pewnie, rocznica j ego śm ierci nie zawsze wy padnie w Czarny  Piątek, ale zabił

się właśnie w Czarny  Piątek, więc bez względu na daty  – nienawidzę właśnie tego dnia.

–  Dziękuj ę,  że  m i  o  ty m   opowiedziałeś.  –  Bez  zastanowienia  przy ciągnęłam   go  do  siebie

i  przy tuliłam .  Nasze  ciała  j akby   ty lko  na  to  czekały.  By liśm y   j ak  pasuj ące  do  siebie  elem enty
układanki.  Spoj rzałam   m u  w  oczy   i  wiedziałam ,  że  patrzę  na  człowieka,  przy   który m   chcę
zasy piać i się budzić. By ł m oj ą wiecznością.

–  Dziękuj ę,  że  zgodziłaś  się  przy j echać,  i  za  to,  że  j esteś  m oj ą  dziewczy ną.  Czuj ę,  że  nie

zasługuj ę na ciebie… ani na to. – Nasze palce splotły  się, kiedy  m nie przy tulił. – Do diabła, wiem ,
że na to nie zasługuj ę.

– W ży ciu nie chodzi o to, na co zasługuj em y. – Zam knęłam  oczy  i westchnęłam . – Czy  to nie

ty  zwy kle wy głaszasz m ądrości?

Rozciągnął usta w uśm iechu.
– Gdy by śm y  m ieli czekać, aż na coś zasłuży m y, czekaliby śm y  całą wieczność. – Wzruszy łam

ram ionam i. – Wolę ży ć w przekonaniu, że nigdy  na nic nie zasłużę. To nie znaczy, że j estem  złą
osobą. Dzięki tem u bardziej  doceniam  to, co m am .

–  W  takim   razie  –  wy szeptał  –  j estem   wdzięczny,  że  m am   ciebie.  Dziękuj ę  za  ciebie  Bogu.

background image

Może j ednak zwraca na m nie uwagę. – Zadarł głowę ku niebu. – W takich chwilach wierzę, że m u
na m nie zależy.

– Dlaczego?
– Bo zesłał m i ciebie. – Opuścił wzrok.
Oddech  uwiązł  m i  w  gardle,  gdy   j ego  wargi  m usnęły   m ój   policzek,  brodę,  nos,  oczy,  a  na

końcu usta.

– To naj lepsze Święto Dziękczy nienia w m oim  ży ciu.
– Będziem y  m usieli to powtórzy ć w przy szły m  roku – wy szeptałam .
Jego dłonie zacisnęły  się na m oich ram ionach i przy parły  m nie do brzegu basenu.
– Obiecaj  m i.
– Mam  ci obiecać, że w przy szły m  roku będzie j eszcze lepiej ?
– Obiecaj , że bez względu na to, co się wy darzy, przy szłoroczne Święto Dziękczy nienia będzie

lepsze  od  tegorocznego.  –  Jego  oczy   bły szczały   w  świetle  księży ca.  Nie  wiedziałam ,  co
spowodowało tę nagłą zm ianę nastroj u.

Powoli skinęłam  głową.
– Obiecuj ę.
Jego uścisk zelżał.
– Przepraszam , nie chciałem  cię wy straszy ć.
– Przepraszam , nie chciałam  cię zm oczy ć.
– Co? Przecież nie…
Pchnęłam  go na wodę i idąc przy  brzegu, robiłam , co m ogłam , żeby  uciec do pły tszej  części

basenu. Wciąż  by łam  zby t  kiepską pły waczką,  żeby  próbować  tam  dopły nąć.  By łam   naprawdę
blisko celu, gdy  chwy cił m nie w pasie. Jego palce przy padkiem  ścisnęły  m oj e piersi.

Zam arłam .
Miałam   wrażenie,  że  przestał  oddy chać,  kiedy   powoli  odwrócił  m nie  ku  sobie.  Głodny m

wzrokiem   pożerał  każdy   skrawek  m oj ego  ciała.  Woda  sięgała  m i  do  talii.  A  niech  to,  co  niby
m iałam  zrobić?

– Gdy by m   tak  bardzo  nie  chciał  trafić  do  nieba…  –  Uśm iechnął  się  sm utno  i  wy puścił  m nie

z obj ęć. – Chodź, obej rzy m y  j akiś film .

– Koniec z pły waniem  nago?
–  Jeśli  nie  przestaniem y,  nie  ręczę  za  siebie.  –  Zm ełł  w  ustach  przekleństwo,  odwrócił  wzrok

i popły nął w drugi koniec basenu.

– Czy żby ? – Oparłam  ręce na biodrach, udaj ąc, że nie wiem , o co m u chodzi.
– Tak. Jeśli w ciągu pięciu sekund nie wy j dziesz z basenu, rzucę się na ciebie. A nie chciałby m ,

żeby  twój  pierwszy  raz trwał tak krótko.

Zarum ieniłam  się i czy m  prędzej  wy szłam  na brzeg, zawsty dzona i podekscy towana.
– Dobry  wy bór! – zawołał za m ną, kiedy  podniosłam  ręcznik, gotowa się ubrać.

 

* * *

 

Uznałam , że to głupota spędzać noc w ram ionach Wesa, ty lko po to, żeby  nie m ieć koszm arów,

dlatego przy gotowałam  się do snu i obiecałam  sobie, że ty m  razem  postaram  się przespać całą
noc i nie będę dzieciakiem .

background image

Układałam  j aśki w rogu łóżka, gdy  ktoś zapukał do drzwi. Odłoży łam  poduszkę, którą trzy m ałam

w ręce, i poszłam  otworzy ć. Uchy liłam  drzwi i zobaczy łam  Wesa. By ł bez koszulki i m iał na sobie
j edy nie dół od piżam y.

– Owieczko? – Przekrzy wił głowę i spoj rzał na m nie j ak drapieżnik.
– Wilku – odparłam  beznam iętnie.
–  Pom y ślałem ,  że  m oże  się  boisz.  –  Odchrząknął  i  zakoły sał  się  na  piętach.  –  Więc

przy szedłem  zaoferować ci swoj e usługi j ako przy tulanki.

– Naprawdę? – Splotłam  ram iona i się roześm iałam . – Jakie to szlachetne.
– Też tak uważam . – Wbił wzrok w podłogę i oparł się o futry nę. – A tak naprawdę, chciałem

spędzić z tobą noc… Dochodzi północ i naprawdę nie chcę obudzić się sam . Nie w Czarny  Piątek.

Otworzy łam  drzwi i wpuściłam  go do pokoj u.
–  Zgoda,  ale  m usisz  przy stać  na  pewne  reguły …  –  Odchrząknęłam .  –  Będziem y   spali  na

„ły żeczkę”.

–  Wy puśćcie  m nie!  Wy puśćcie!  –  zaśm iał  się  i  cofnął  w  stronę  drzwi,  ale  zatrzy m ałam   go

i oparłam  rękę na j ego piersi.

– Obiecaj . – Wodziłam  dłonią po j ego brzuchu, niebezpiecznie blisko spodni.
Pochy lił się w m oj ą stronę.
– Obiecam  ci wszy stko, j eśli dalej  będziesz robiła, to co robisz.
– Taki słaby. – Pokręciłam  głową.
– Taki zafascy nowany. – Uj ął m nie za brodę. – Tak trudno powiedzieć „nie”.
– Więc powiedz „tak”. – Mrugnęłam  do niego i wskoczy łam  do łóżka.
– Powiedz m i, od kiedy  stałaś się taką kusicielką?
– To przez te rude włosy  – westchnęłam  i położy łam  się na boku.
–  Tak  –  przy znał.  Dotknął  m oich  włosów  i  owinął  pukiel  wokół  palca.  –  Będzie  m i  ich

brakowało.

– Czy żby m  zam ierzała j e ściąć? – spy tałam .
– Nie. Dlatego, że będzie m i brakowało tego, j ak duszą m nie o poranku. Nie m asz poj ęcia, j ak

cudownie j est budzić się, czuj ąc na sobie twój  zapach.

Nie wiedziałam , co powiedzieć.
–  Przeze  m nie  czuj esz  się  nieswoj o  –  stwierdził  zm ieszany.  –  Przepraszam .  Wiesz,  że  m am

problem  z autocenzurą.

– Nie szkodzi. – Splotłam  ręce za głową.
Pokój   pogrąży ł  się  w  ciszy.  Wes  leżał  na  plecach,  gapiąc  się  w  sufit.  Oddech  m iał  równy

i świszczący. Znowu zauważy łam  ciem ne cienie pod j ego oczam i i przy j rzałam  m u się uważniej .
Jego skóra nie m iała norm alnego złocistego odcienia; by ła blada, zupełnie j akby  by ł wam pirem
i potrzebował świeżej  krwi.

– Wes… – Oblizałam  suche wargi. – Czy  by łby ś w stanie m nie okłam ać?
– Słucham ? – Odwrócił się tak gwałtownie, że prawie zderzy liśm y  się głowam i.
– Po prostu odpowiedz.
– Nie. – Odwrócił wzrok.
– Dobrze się czuj esz?
Jego nozdrza się rozszerzy ły, spoj rzał w dół i przy garbił się, j akby  dźwigał na ram ionach ciężar

całego świata.

background image

– Zapy taj  m nie po balu absolwentów.
– Dlaczego akurat wtedy ?
Wzruszy ł ram ionam i.
– Nie m ogę cię okłam ać, więc zapy taj  m nie po balu absolwentów. Wtedy  ci powiem .
– Powiesz m i, dlaczego czasam i wy daj esz się okazem  zdrowia, a czasem  ledwo trzy m asz się

na nogach?

– Odpowiem  na wszy stkie twoj e py tania. – Głos m iał zachry pnięty. – Obiecuj ę.
–  Dobrze.  –  Jego  odpowiedź  by naj m niej   m nie  nie  uspokoiła.  Może  m iał  cukrzy cę  albo  coś

podobnego? Do diabła, wiedziałam , j ak m ężczy źni podchodzą do chorób, zwłaszcza ci, którzy  by li
podobni do m oj ego wuj ka. Może j est zby t dum ny  i wsty dzi się powiedzieć m i prawdę.

Otoczy ł m nie ram ieniem  i przy tulił.
– Czas na ły żeczkę, Owieczko.
– Nigdy  dotąd z nikim  tak nie spałam .
–  To  dobrze  –  szepnął  m i  do  ucha.  –  Chcę,  żeby ś  wszy stkie  swoj e  pierwsze  razy   przeży ła  ze

m ną… Dzięki tem u utrę nosa każdem u, kto będzie drugi.

– Nie chcę nikogo drugiego.
– Ja też. – Położy ł lewą rękę na m oim  biodrze.
– Dobranoc, Wes.
– Dobranoc, m oj a m ała Owieczko.

background image

Rozdział 37

Czas płynie tak szybko – moje ciało to

czuje, moja dusza tego nienawidzi, a serce

pęka każdego dnia.

Weston

Weekend  spędzony   z  Kiersten  by ł  naj lepszy m   w  m oim   ży ciu.  W  piątek  m iałem   j edy nie

ochotę snuć się z kąta w kąt. Przez cały  dzień oglądaliśm y  film y  i zaj adaliśm y  się popcornem .

W sobotę spędziliśm y  trochę czasu w basenie, a w niedzielę pom ogłem  j ej  przy gotować plan

na wiosenny  sem estr. Powinna wreszcie wy brać przedm iot wiodący  i m ieć to za sobą. Uważała
j ednak, że powinien on by ć wy brany  z rozwagą, tak by  w przy szłości m ogła zrobić z niego uży tek.
Nie m ogłem  j ej  za to winić, więc m ilczałem  i pom ogłem  j ej  wy brać przedm ioty  podstawowe,
które i tak będą j ej  potrzebne.

Przed  końcem   weekendu  wiedziałem ,  że  czas  nie  działa  na  m oj ą  korzy ść.  W  poniedziałek

zacząłem   kolej ną  porcj ę  leków  i  m uszę  przy znać,  że  od  początku  terapii  nie  m iałem   takich
m dłości.  David  i  Jam es  m artwili  się,  zwłaszcza  że  czekał  m nie  j eszcze  j eden  m ecz,  zanim
oficj alnie pożegnam  się z druży ną.

Kiersten nigdy  nie widziała m nie na boisku.
Odkąd  pam iętam ,  zawsze  grałem   dla  druży ny,  dla  fanów,  dla  oj ca,  Ty e’a,  nawet  dla  siebie.

Nigdy   w  ży ciu  nie  grałem   dla  dziewczy ny.  To  by ła  wy j ątkowa  okazj a  i  chciałem   pokazać  się
z j ak naj lepszej  strony, a to znaczy ło, że m usiałem  stawiać się na treningach, choć tak naprawdę
m iałem  ochotę spać i rzy gać. Od ubiegłego m iesiąca m ój  stan się pogorszy ł. Kiersten nie m iała
o  niczy m   poj ęcia,  ale  za  każdy m   razem ,  gdy   j adła,  próbowałem   przy pom nieć  sobie  sm ak
potraw, który ch nie m iałem  w ustach, odkąd zachorowałem ..

Skupianie się na ty ch rzeczach sprawiało, że czułem  się słaby. W końcu to żałosne, że m ierzący

m etr  dziewięćdziesiąt  pięć  i  ważący   sto  kilogram ów  facet  użala  się  nad  sobą,  bo  nie  m oże  j eść
wszy stkiego.

Otarłem  pot z czoła i po raz kolej ny  podniosłem  sztangę. Tony  przy glądał m i się cały  czas. Za

naszy m i plecam i stanął trener.

– Daj esz radę? – spy tał, patrząc, j ak wy ciskam .
– Tak. – Zacisnąłem  zęby  i opuściłem  ciężar. – Jakoś daj ę.
–  To  dobrze.  –  Trener  odwrócił  wzrok  i  otarł  oczy.  –  Jeśli  j est  coś,  co  m ógłby m   dla  ciebie

zrobić…

– Jeszcze nie um arłem , trenerze – warknąłem .
– Wiem . – Oczy  m u łzawiły.
Cholera.  Oparłem   ręce  na  biodrach,  westchnąłem   i  uciekłem   wzrokiem   przed  człowiekiem ,

dzięki którem u dostałem  sty pendium  i który  obserwował m nie, j ak gram  w ostatniej  klasie liceum

background image

w Bellevue. Wiele razem  przeszliśm y  i j estem  pewien, że patrząc na m nie, czuł się, j akby  tracił
kogoś z rodziny. Wiedziałem , bo czułem  to sam o.

Druży na by ła m oj ą rodziną.
By li dla m nie j ak bracia.
Martwiłem   się  o  nich,  walczy łem   u  ich  boku  i  j adłem   z  nim i  przy   j edny m   stole.  By liśm y

druży ną i nie m ogłem  się pogodzić z m y ślą, że będą m usieli grać beze m nie. Wściekałem  się, że
nie będzie m nie przy  nich, gdy  ukończą szkołę, pój dą do pierwszej  w ży ciu pracy, m oże zdobędą
puchar, który  w ubiegły m  roku sprzątnęli nam  sprzed nosa Oregon Ducks.

–  Jestem   woj ownikiem   –  odparłem   w  końcu,  patrząc  m u  prosto  w  oczy.  –  I  zam ierzam

zwy cięży ć.

–  Pewnie,  że  tak.  –  Podszedł  do  m nie.  Staliśm y   teraz  twarzą  w  twarz.  –  Jestem   pewien,  że

pokonasz to cholerstwo i dasz m i powód do dum y. Sły szałeś?

– Każde słowo – powiedziałem  przez ściśnięte gardło.
– To dobrze. – Poklepał m nie po plecach. – Miło by ło pogadać. A teraz zm y kaj  pod pry sznic.
Wracaj ąc do gabinetu, otarł twarz. Chwilę później  usły szałem  trzask zam y kany ch drzwi.
–  Czy   m i  się  zdaj e,  czy   ostatnio  trener  łatwo  się  wzrusza?  –  usły szałem   za  plecam i  głos

Tony ’ego. Zastanawiałem  się, j ak wiele sły szał.

–  Po  prostu  denerwuj e  się  przed  m eczem .  –  Klepnąłem   go  w  plecy.  –  Sły szeliście,  co

powiedział  trener.  Pod  pry sznic!  –  krzy knąłem   do  chłopaków,  prawdopodobnie  ostatni  raz.  Mecz
m iał się odby ć j utro, we wtorek. Dla m nie by ł to ostatni m ecz, przy naj m niej  na j akiś czas.

background image

Rozdział 38

Pragnę go tak jak niczego na świecie…

Czy można wybrać Westona Michelsa jako

przedmiot wiodący? Bo interesuje mnie

dużo bardziej niż kinezjologia!

Kiersten

– Po prostu włóż tę cholerną koszulkę! – Gabe po raz kolej ny  cisnął m i j ą w twarz i westchnął.

– Spóźnim y  się.

Poczułam , że rum ienię się ze wsty du, kiedy  weszłam  do pokoj u, żeby  się przebrać. Widoczny

z przodu czerwony  nadruk głosił: Drużyna Wesa. Jakby  tego by ło m ało, otoczono go wianuszkiem
serc. Dlaczego Gabe m i to zrobił? Nadal nie rozum iałam , po co m am  j ą założy ć. Ale Gabe się
uparł, tłum acząc, że to trady cj a i że Wes będzie dum ny, kiedy  zobaczy  m nie w koszulce ze swoim
im ieniem .  Powiedział,  że  widok  ten  doda  m u  odwagi.  Ja  by łam   zdania,  że  ktoś  taki  j ak  Wes  nie
potrzebuj e, żeby  dodawać m u odwagi, ale przezornie zachowałam  to dla siebie. Poza ty m  Gabe
by ł j uż wy starczaj ąco poiry towany, choć nie m iałam  poj ęcia, o co m u chodzi.

–  Lepiej ?  –  Wy szłam   z  pokoj u  i  obróciłam   się  w  koło.  Miałam   na  sobie  adidasy   Nike,

postrzępione dżinsy  i koszulkę. Włosy  związałam  w koński ogon, a m oj ą twarz ozdabiał fioletowo-
złoty  num er 32 – num er, z który m  grał Wes.

– Cudownie. – Gabe uniósł pięść w geście zwy cięstwa. – Widzisz? To takie trudne?
– Słuchanie ciebie? – spy tałam  zaczepnie. – Zawsze j est trudne.
–  Ja  też  cię  kocham .  A  teraz  zbieraj   się.  Wy chodzim y.  –  Klepnął  m nie  w  pupę  i  spoj rzał  na

drzwi do pokoj u Lisy. – Wy łaźże wreszcie! – ry knął. – Albo Bóg m i świadkiem , że…

–  Już  idę!  –  Lisa  wy szła  z  pokoj u.  Ponieważ  Gabe  postanowił  zrobić  sobie  przerwę  od

wszy stkich  głupiutkich  panienek,  zgodził  się  zabrać  Lisę  na  m ecz  pod  warunkiem ,  że  będzie  się
porządnie  zachowy wać  i  nie  wróci  do  dom u  z  j akim ś  psy chopatą.  Musiała  m ieć  naprawdę
burzliwą przeszłość, bo Gabe zawsze m artwił się o j ej  związki z facetam i.

Sprawdziłam   telefon.  Wes  pewnie  wciąż  by ł  na  rozgrzewce,  ale  i  tak  wy słałam   m u

wiadom ość.

Dajesz, Trzydzieści Dwa!
– Chodźm y ! – Podbiegłam  do drzwi, pij ana ze szczęścia. Jeszcze nigdy  nie by łam  na m eczu!

Wiedziałam ,  że  Wes  j est  popularny   –  wy starczy ło  na  niego  spoj rzeć.  Ale  oprócz  tego  by ł
naj lepszy m   rozgry waj ący m   na  Uniwersy tecie  Waszy ngtońskim !  Tak,  to  by ło  istne  szaleństwo.
Gabe  m ówił,  że  stacj a  ESPN  będzie  transm itowała  m ecz,  ponieważ  chłopcy   grali  przeciwko
Houston Cougars, swoim  naj większy m  ry walom . Naj wy raźniej  wciąż nie pogodzili się z porażką
na stadionie Rose Bowl wiele lat tem u. Tak przy naj m niej  twierdził Gabe.

Ruszy liśm y   za  tłum em   w  kierunku  stadionu.  W  powietrzu  wy czuwało  się  napięcie.

background image

Gdziekolwiek spoj rzałam , widziałam  kam ery  i ludzi, światła m nie oślepiały. Nie spodziewałam  się
czegoś takiego i nie czułam  się z ty m  dobrze. Nagle, nie wiedzieć czem u, zaczęłam  się m artwić
o  Wesa.  Czy   tak  wy glądał  każdy   m ecz?  Jak  to  m ożliwe,  że  do  tej   pory   nie  m iał  załam ania
nerwowego?

Gabe chwy cił m nie za rękę i poprowadził w stronę try bun. Wes zarezerwował dla nas m iej sca

tuż przy  boisku, żeby śm y  widzieli wszy stko j ak na dłoni. Nadal by liśm y  w sektorze dla studentów,
ale lepsze to niż nic.

–  Widzę  go!  –  pisnęła  Lisa  i  wskazała  Wesa,  który   wy m ieniał  podania  z  kolegą  z  druży ny.  –

 Dobry  Boże, ty  to m asz szczęście. – Lisa pokręciła głową i gwizdnęła. – Facet j est boski. Powiedz
m i, j ak całuj e, proszę, Kiersten! Błagam  cię! – Szarpnęła m nie za koszulkę.

– Chy ba lepiej  usiądę m iędzy  wam i. – Gabe zaj ął m iej sce pośrodku, na co Lisa pokazała m i

j ęzy k.

– Wy bacz m oj ej  kuzy nce – westchnął Gabe. – Ale zby t długo by ła singielką.
– Ciekawe, czy j a to wina – odparowała Lisa.
– Dbam  o twoj ą reputacj ę – odszczeknął.
– Dzięki, że kazałeś założy ć m i tę koszulkę. – Roześm iałam  się i poklepałam  go po ram ieniu.
Pokiwał głową i wskazał na Wesa.
– Zobacz, patrzy  na nas. Wstań, żeby  m ógł cię zobaczy ć.
Zerwałam  się z krzesła i pochwaliłam  się koszulką z serduszkam i i num erem .
Wes  naj wy raźniej   nie  uprzedził  swoj ego  kolegi,  że  chwilowo  nie  zwraca  na  niego  uwagi,  bo

zarobił piłką w pierś.

–  Pięknie  –  rzucił  ze  śm iechem   Gabe.  –  Wy świadcz  sobie  przy sługę,  Kiersten,  i  nie  wstawaj

przez cały  m ecz. Lepiej , żeby  nie doznał wstrząśnienia m ózgu.

Zagry złam   wargi,  żeby   się  nie  roześm iać  –  nie  pom ogło.  By ło  po  m nie,  przepadłam ,

należałam  do niego. I chciałam , żeby  wszy scy  o ty m  wiedzieli.

W głośnikach zabrzm iał głos prezentera, a zawodnicy  zaczęli ustawiać się w szeregu.
Kiedy  orkiestra grała hy m n narodowy, by łam  j uż kłębkiem  nerwów. Zdarłam  z paznokci cały

lakier  i  przy m ierzałam   się  do  obgry zania,  kiedy   Gabe  chwy cił  m nie  za  prawą  rękę  i  wsunął  j ą
sobie pod pośladek.

–  Przez  ciebie  zaczy nam   się  denerwować,  a  dziś  wieczorem   m uszę  by ć  trzeźwy,  więc,  na

m iłość boską, przestań się wiercić! – Rzucił m i wściekłe spoj rzenie.

– Dobrze. – Wzięłam  kilka głębokich wdechów i skupiłam  się na zawodnikach, którzy  rozbiegli

się  po  boisku.  Znałam   się  na  futbolu.  Może  nie  by łam   ekspertem ,  ale  wiedziałam ,  o  co  w  nim
chodzi. Druży na wy bij ała piłkę, wracała, a kiedy  przy chodził czas do ataku, Wes biegł, zdoby wał
punkty  i wy gry wał m ecz. Koniec historii.

Piłka  poszy bowała  w  powietrze,  a  wraz  z  nią  poszy bowało  m oj e  serce.  Nie  m iałam   poj ęcia,

j ak przeży j ę ten m ecz, nie m ówiąc j uż o kolej ny ch. Nerwowo poruszałam  palcam i ręki, na której
usiadł Gabe.

Sły szałam , j ak zaklął. Chwilę później  sięgnął do kieszeni i podstawił m i pod nos listek gum y  do

żucia.

– Żuj . Obiecuj ę, że to pom oże.
Włoży łam  gum ę do ust i zaczęłam  żuć, j akby  zależało od tego m oj e ży cie.
– Właśnie tak. – Gabe wziął ode m nie papierek. – Ty lko nie odgry ź sobie j ęzy ka. Wes by  m i nie

background image

darował, gdy by ś nie by ła w stanie się z nim  całować.

Szturchnęłam   go  łokciem ,  nawet  na  chwilę  nie  odry waj ąc  wzroku  od  gry.  Zawodnicy   ruszy li

do ataku. Wes zawrócił szy bko i pom achał w m oj ą stronę.

Nic m u nie by ło. Wy glądał dobrze. Wszy stko będzie dobrze.

background image

Rozdział 39

Zorientowałem się, że coś jest nie tak,

kiedy obraz w moim prawym oku zaczął

się rozmazywać. Próbowałem o tym nie

myśleć i grałem dalej. Musiałem wygrać.

Z jakiegoś powodu traktowałem ten mecz

jak walkę z rakiem. Wiedziałem, że jeśli

przegram, przegram wszystko. Musiałem

wygrać. Musiałem.

Weston

Znowu  pokręciłem   głową  i  odzy skałem   ostrość  widzenia.  Lekarstwo  powodowało  więcej

efektów  uboczny ch,  niż  się  spodziewałem .  Zebraliśm y   się  na  naradę  i  przekazałem   chłopakom
wskazówki.  By ła  to  podstępna  rozgry wka,  ale  zam ierzaliśm y   zaskoczy ć  przeciwnika.  Do  diabła,
nienawidziłem  tej  druży ny, j ak m y  wszy scy. Nawet ich barwy  działały  m i na nerwy.

–  Gotowi?  Zaj m ij cie  pozy cj e!  –  Wy biegłem   na  środek  boiska  i  zawołałem :  –  Czerwony,

dwadzieścia dziewięć, lewa, czerwony, dwadzieścia dziewięć, lewa, hut, hut  

1

!

Piłka  wy lądowała  w  m oich  rękach.  Odchy liłem   się  i  zam achnąłem   w  prawo,  j akby m

zam ierzał  j ą  wy rzucić,  a  zam iast  tego  pobiegłem   w  lewo.  Tony   blokował,  pięć  j ardów…
dziesięć… piętnaście. Gracz pierwszej  linii próbował chwy cić m nie za kostkę, ale przeskoczy łem
nad nim  i biegłem  dalej , do linii na dwudziesty m  j ardzie.

–  Świetny   bieg!  –  Tony   poklepał  m nie  po  plecach.  Znów  straciłem   ostrość  widzenia,  j ednak

ty m   razem   nie  pom ogły   żadne  zabiegi.  Niech  to  szlag.  Próbowałem   pokręcić  głową,  ale  obraz
wciąż  pozostał  rozm azany.  Widziałem   sy lwetki,  ale  by ły   one  niewy raźne.  Wszy stko  by ło
rozm azane, ale nadal widziałem  piłkę i oddy chałem  norm alnie. Zdecy dowałem , że pozostanę na
boisku. Musiałem .

Łatwo zdoby liśm y  punkty  i tak rozpoczął się naj trudniej szy  m ecz w cały m  m oim  ży ciu.
Za  każdy m   razem ,  gdy   kręciłem   głową,  obraz  stawał  się  coraz  bardziej   niewy raźny.

W  czwartej   kwarcie  czułem   się,  j akby m   wy pił  butelkę  tequili.  Miałem   problem y   ze  wzrokiem
i z trudem  trzy m ałem  się na nogach.

Mieliśm y   taką  przewagę,  że  trener  zdj ął  m nie  z  boiska  i  postanowił  dać  szansę  drugiem u

rozgry waj ącem u. Chy ba widział, że nie czuj ę się naj lepiej . Usiadłem  na ławce i udawałem , że
obserwuj ę  grę,  co  by ło  trudne,  zważy wszy   na  dziwne  plam y,  które  tańczy ły   m i  przed  oczam i.
Nie  by ło  dobrze.  Czułem   się  j ak  przed  atakiem   m igreny,  ale  nie  by łem   pewien,  czy   to  j est
przy czy ną.  Może  się  przeforsowałem .  Dobra  wiadom ość  by ła  taka,  że  wy nik  m eczu  by ł  j uż
przesądzony, więc i tak nie m iało to znaczenia.

Marzy łem   o  ty m ,  żeby   położy ć  się  z  zim ny m   okładem   na  głowie.  Chciałem   też  przy tulić

background image

Kiersten, ale wiedziałem , że gdy  zobaczy  m nie w takim  stanie, od razu się dom y śli, że coś j est nie
tak.  A  przecież  wieczorem   m ieliśm y   iść  na  bal  absolwentów  –  nie  by łem   j ednak  pewien,  czy
dam  radę.

Napiłem  się wody  i zam knąłem  oczy  z nadziej ą, że odpoczy nek dobrze m i zrobi.
Kilka m inut później  podszedł do m nie trener i poklepał m nie po ram ieniu.
– Chcesz pobiec j eszcze raz? – spy tał.
Wiedziałem , co m a na m y śli.
Py tał,  czy   chcę  j eszcze  raz  wy j ść  na  boisko,  zanim   dopadnie  m nie  m oj a  ponura  przy szłość.

Nie  wiedział,  tak  sam o  j ak  j a,  czy   przeży j ę,  by   kiedy kolwiek  zobaczy ć  j eszcze  j akiś  m ecz.
Z zaburzony m  widzeniem  czy  nie, m usiałem  to zrobić.

Wstałem   na  drżący ch  nogach  i  wśród  ry ku  tłum u  wróciłem   na  boisko.  Do  diabła,  będzie  m i

tego brakowało. Będę tęsknił za wy bieganiem  na boisko i za tą atm osferą.

Westchnąwszy,  odwróciłem   się  i  zobaczy łem   Kiersten,  która  poderwała  się  z  krzesełka  i  coś

krzy czała.  Zam rugałem   i  ostrość  widzenia  wróciła  na  ty le,  by m   zobaczy ł,  że  m acha  do  m nie
wściekle.  Włoży ła  na  ten  m ecz  koszulkę  z  serduszkiem .  Nie  m iała  poj ęcia,  j ak  bardzo  m nie  to
m oty wowało, ale Gabe dobrze o ty m  wiedział. Przesłałem  j ej  pocałunek, a j em u podziękowałem
skinieniem  głowy.

Mógłby m  przy siąc, że krzy czał: Daj im popalić!
Śm iej ąc się, dołączy łem  do reszty  druży ny. Mecz należał do nas, tak więc m ogliśm y  pokazać

publiczności,  co  potrafim y.  Poprowadziłem   rozgry wkę  tak,  że  nasi  przeciwnicy   znaleźli  się  na
spalony m , i postanowiłem  zrobić dokładnie to, co Boise State kilka lat tem u na rozgry wkach Fiesta
Bowl.

Tak, j ak się tego spodziewałem , zawodnicy  Houston Cougars dali się nabrać, a m y  zdoby liśm y

kolej ne pięć j ardów. Serce waliło m i w piersi. Czułem  ciężar, j akby  ktoś położy ł m i na ram ionach
stukilową sztangę Wziąłem  kilka głębokich oddechów i dałem  znak do rozpoczęcia rozgry wki.

–  Niebieski,  niebieski,  BSU,  hut!  –  zawołałem .  Chwilę  później   potknąłem   się  albo  zahaczy łem

o  coś  stopą  i  upadłem .  Nie  by łem   pewien,  co  się  stało,  ale  m iałem   wy starczaj ąco  dużo  czasu,
żeby   zobaczy ć  biegnącego  wprost  na  m nie  gracza  pierwszej   linii.  Spóźniłem   się.  Straciłem
ostrość  widzenia,  a  zaraz  potem   ogarnęła  m nie  ciem ność,  gdy   z  całej   siły   uderzy łem   plecam i
o ziem ię.

Ostatnią m oj ą m y ślą by ło to, że nigdy  nie powiedziałem  j ej , że j ą kocham , i czułem  się z ty m

fatalnie, bo zasługiwała na to, żeby  wiedzieć. Czułem , że um ieram , a j ednak ostatnia m y śl, która
tłukła m i się w głowie, i ostatnie słowo, które doby ło się z m oich ust, brzm iało: Kiersten.
 

1. 

Kom enda w futbolu am ery kańskim . Jedno „hut” oznacza rozpoczęcie rozgry wki,
na drugie „hut” center oddaj e piłkę rozgry waj ącem u. 

[wróć]

background image

Rozdział 40

Czy to możliwe, żeby serce pękło w piersi?

Bo moje właśnie to zrobiło…

Kiersten

– Coś j est nie tak. – Gabe ścisnął m nie za rękę, kiedy  Wes, zataczaj ąc się, wy szedł na boisko.

Biegł, j akby  by ł pij any ; m oże popisy wał się i chciał by ć zabawny.

Wzruszy łam  ram ionam i.
– Nie wy szedłby, gdy by  coś by ło nie tak – stwierdziłam .
Gabe parsknął.
– W takim  razie nie m asz poj ęcia, j ak działaj ą faceci. – Pom achał ręką nad głową, próbuj ąc

zwrócić  na  siebie  uwagę  trenera.  –  Cholera!  –  Pchnął  m nie  na  krzesełko,  a  sam   wy biegł  na
boisko. Wciąż próbowałam  zrozum ieć, co się właściwie dziej e, gdy  nagle zobaczy łam .

Piłka wy padła z rąk Wesa, który  zachwiał się i upadł na boisko.
Mogłam   przy siąc,  że  cały   stadion  zam ilkł  i  wszy scy   usły szeli  m ój   krzy k.  Lisa  tuliła  m nie

i przerażony m  wzrokiem  patrzy ła na Gabe’a, który  klnąc, krzy czał coś do trenera.

Trener wbiegł na boisko; zawodnicy  patrzy li na siebie zdezorientowani. A j a wiedziałam  j uż, że

Wes m nie okłam ał.

To nie by ła cukrzy ca.
To nie m ogła by ć cukrzy ca.
Coś by ło nie tak, a on to przede m ną zataił. Nikt tak po prostu nie m dlał na boisku. By ł przecież

silny, prawda? By ł zdrowy.

Wstrzy m ałam   oddech,  kiedy   lekarze  wy biegli  na  m urawę.  Modliłam   się.  Modliłam   się

z  cały ch  sił,  żeby   Wes  się  poruszy ł,  żeby   zabębnił  palcam i  w  ziem ię,  zerwał  się  na  równe  nogi
i  wy buchnął  śm iechem ,  zadowolony,  że  nabrał  nas  wszy stkich.  Nie  m iałam   poj ęcia,  że  płaczę,
dopóki Lisa nie podała m i chusteczki.

–  Nic  m u  nie  j est,  prawda?  –  spy tałam   schry pnięty m   głosem .  –  Prawda?  Po  prostu  j est

zm ęczony. Albo odwodniony.

– Jasne. – Lisa chwy ciła m nie za rękę.
Sy gnał karetki pogotowia m ało m nie nie zabił.
Nie  m ogłam   tak  po  prostu  stać  i  czekać.  Zaczęłam   biec.  Biegłam   naj szy bciej ,  j ak  m ogłam ,

przeskoczy łam   przez  barierkę  i  stanęłam   na  boisku  obok  Gabe’a.  Zatrzy m ał  m nie,  kiedy
próbowałam  podbiec do Wesa. Zaraz potem  ktoś m nie przy tulił.

Płakałam   wtulona  w  Randy ’ego  Michelsa,  j akby   by ł  m oim   oj cem ,  m oj ą  liną  ratowniczą.

Przy warłam  do niego cały m  ciałem . Zabawne. On trzy m ał się m nie równie m ocno.

–  Nic  m u  nie  będzie  –  wy szeptał.  –  To  woj ownik.  Jest  woj ownikiem ,  pam iętaj   o  ty m !  –

 Pokiwał głową, ale poczułam , j ak przeły ka łzy. – Nie j est taki, j ak j ego brat, świeć Panie nad j ego

background image

duszą. Wes j est silny. Jest j ak j ego m atka – Randy  westchnął. – Chodź, zabiorę cię do szpitala.

Jedną ręką chwy ciłam  dłoń Randy ’ego, a drugą Gabe’a. Dookoła nas rozbły sły  flesze.
Chciałam   krzy czeć,  ale  spuściłam   głowę  i  we  trój kę  opuściliśm y   boisko,  ścigani  przez

dziennikarzy   i  okrzy ki  fanów.  Ludzie  chcieli  wiedzieć,  co  się  właściwie  stało.  Chcieli  wiedzieć
wszy stko to, co j a. Ty le że j a nie znałam  odpowiedzi.

W drodze do szpitala m oj e ciało doznało szoku i nie m ogłam  przestać się trząść. By łam  zła, bo

m iałam   wrażenie,  że  Gabe  wiedział,  co  się  dziej e,  a  j a  nie.  Nawet  Randy   zachowy wał  się  tak,
j akby   się  spodziewał,  że  Wes  zem dlej e.  Który   oj ciec  oczekuj e,  że  j ego  dziecko  straci
przy tom ność na boisku?

– Chodź. – Gabe wziął m nie za rękę i poprowadził do pry watnego skrzy dła University  Hospital.
– Czy  j ego stan j est stabilny ? – spy tał Randy, gdy  ty lko weszliśm y  do pokoj u, do którego nas

skierowano. Pielęgniarka zatrzy m ała się i opuściła podkładkę do pisania.

Zerknęła na m nie, a zaraz potem  na Randy ’ego.
– Rodzina – wy j aśnił. – To rodzina.
–  Rozum iem .  –  Zanim   odpowiedziała,  przebiegła  wzrokiem   po  naszy ch  twarzach.  –  Jego  stan

j est stabilny, ale ostatnie lekarstwa wy wołały  bardzo niebezpieczną reakcj ę. Jak pan wie, kuracj a
ta j est dopiero testowana, więc nie m ogliśm y  przewidzieć tego ty pu reakcj i. Na szczęście Weston
znaj dował  się  w  m iej scu  publiczny m ,  więc  niem al  naty chm iast  udzielono  m u  pom ocy.  Gdy by
by ł w swoim  pokoj u albo nawet…

– Wy starczy. – Randy  uciszy ł j ą m achnięciem  ręki. – Chcieliby śm y  go zobaczy ć.
– Ale…
– Naty chm iast – dodał tonem  nieznoszący m  sprzeciwu. – Potrzebuj e rodziny.
–  Oczy wiście,  proszę  pana.  –  Kobieta  zeszła  nam   z  drogi  i  szy bkim   krokiem   ruszy ła  w  głąb

kory tarza.

Nie  m ogłam   pogodzić  się  z  m y ślą,  że  na  drzwiach  pokoj u  widniej e  j ego  nazwisko.  Nie

docierało do m nie, że Wes j est w szpitalu. Zatrzy m ałam  się w drzwiach.

– O czy m  nie wiem ? – spy tałam  szeptem .
Randy  przełknął ślinę i spoj rzał na Gabe’a.
Dlaczego, do diabła, patrzy ł właśnie na niego?
Gabe zaklął pod nosem , zwilży ł wargi j ęzy kiem  i m achnął głową w kierunku pokoj u.
– Niech on ci powie. Wolę nie by ć facetem , który  przekazuj e takie wiadom ości.
Takie  wiadom ości.  Jego  słowa  tłukły   m i  się  w  głowie.  Co  w  ogóle  m iał  na  m y śli?  Serce

podeszło m i do gardła. Żołądek ścisnął się w supeł, ale szy bko weszłam  do pokoj u.

Wes  by ł  przy pięty   do  kroplówki  i  kardiom onitora,  ale  poza  ty m   wy glądał  norm alnie,  wręcz

wy dawał się zdrowy.

Otworzy ł oczy.
– Wy graliśm y ? – j ęknął.
– I to j ak – odparł ze śm iechem  Gabe. – Choć m ogłeś darować sobie te popisy.
–  Popisy ?  –  wy bełkotał.  –  Jasna  cholera!  Kiersten!  Gdzie  ona  j est?  Muszę  j ej   powiedzieć.

Muszę…  –  urwał,  gdy   wy szłam   zza  Gabe’a.  Łzy   pły nęły   m i  po  twarzy,  prawdopodobnie
rozm azuj ąc farbę. Zobaczy wszy  m nie, spoważniał. – Daj cie nam  chwilę – wy szeptał.

Jego oj ciec skinął głową, pocałował Wesa w czoło i razem  z Gabe’em  opuścili szpitalny  pokój .

Zostaliśm y  w pełnej  napięcia, szalonej  ciszy.

background image

– Cóż – zaczęłam  drżący m  głosem . – Wy gląda na to, że j est j uż po balu absolwentów.
Wes nie odpowiedział.
Nie  dbałam   o  to.  Cieszy łam   się,  że  oddy cha.  Usiadłam   na  skraj u  łóżka  i  oparłam   ręce  na

kolanach.

– Obiecałeś, że powiesz m i wszy stko. Żadny ch kłam stw, żadny ch niedom ówień.
Zadrżałam  i spoj rzałam  m u w oczy, które zaszkliły  się od łez. Zam rugał gwałtownie i zam knął

powieki.

– Jestem  chory.
– Tego się dom y śliłam . – Zagry złam  wargę. – Jak bardzo?
– Ludzie zawsze zadaj ą to py tanie, wiesz? – Uśm iechnął się z trudem . – Jak bardzo j esteś chory

w skali od j ednego do dziesięciu? Czy  um rzesz? Masz nudności? Jak często? – Znowu się roześm iał.
– Owieczko… Wilk j est naprawdę chory.

– Jakby  go postrzelono, ale rana j est powierzchowna? – spy tałam  z nadziej ą.
– To klasy ka. Monty  Py thon – skwitował ze śm iechem . – A odpowiadaj ąc na twoj e py tanie, to

chy ba coś więcej  niż rana powierzchowna.

–  Och.  –  Zacisnęłam   wargi,  żeby   nie  krzy knąć,  ale  nie  by łam   w  stanie  powstrzy m ać  łez.

Czy żby  nie wiedział? Ja należałam  do niego. A on do m nie. Jak Bóg m ógł m i to zrobić? Jak m ógł
odebrać m i j edy ną rzecz, na którą m ogłam  liczy ć? Tarłam  dłonie j ak oszalała. Pewnie zdarłaby m
skórę do ży wego m ięsa, gdy by  Wes nie chwy cił m nie za ręce i nie przy tulił. Opuszkam i palców
gładził m oj ą twarz.

– Mam  raka.
Ziem ia usunęła m i się spod nóg.
Czułam , że tonę.
Tonęłam ,  tak  j ak  się  tego  obawiałam ,  ty le  że  ty m   razem   nie  w  wodzie,  a  w  powietrzu.  Nie

m ogłam  oddy chać. Nie m ogłam  zebrać m y śli. To j edno słowo: rak. Słowo, którego bał się każdy
człowiek. Słowo, które by ło w stanie zniszczy ć człowieka, ale nigdy  nie robiło tego szy bko. Śm ierć
by ła powolna. Bolesna. Czułam  się, j akby  serce przestało m i bić. Próbowałam  nabrać powietrza.
Na próżno.

– Hej , hej . – Wes przy łoży ł m oj ą rękę do swoj ej  piersi i westchnął. – Nic ci nie j est. Wszy stko

w porządku. To ty lko szok. Nic ci nie j est, po prostu oddy chaj .

Naj wy raźniej   m oj e  ciało  potrzebowało  j ego  pozwolenia,  żeby   zrobić  coś  tak  prostego  –

  oddy chać.  Wzięłam   kilka  uspokaj aj ący ch  oddechów  i  zadałam   py tanie,  które  wcześniej   czy
później  m usiało paść.

– Wy zdrowiej esz?
– Chciałby m  – odparł, kry j ąc twarz w m oich włosach.
Jęknęłam .  Nagle  wszy stko  stało  się  j asne.  Jego  obsesj a  na  punkcie  m oich  włosów,  zagadkowe

stwierdzenia o ty m , że m oże go zabraknąć, że daj e m i ty le czasu, ile m u zostało.

Zaczęłam  szlochać. Nie potrafiłam  się opanować.
–  Nie,  nie,  nie.  –  Uderzy łam   pięścią  w  m aterac,  nie  bacząc  na  to,  że  Wes  próbuj e  m nie

uspokoić. – Masz więcej  czasu, niż ci się wy daj e, Wes. A niech to! Masz więcej  czasu! Obiecaj
m i! Obiecaj  m i, że to nie j est pożegnanie! Przy sięgnij , Wes. Przy sięgnij !

Otoczy ły  m nie czy j eś ram iona. Nie należały  do Wesa. Osunęłam  się na podłogę.
Dopiero po chwili zauważy łam  tatuaże: Gabe. To by ł Gabe.

background image

– Trzy m aj  się – szepnął m i do ucha. – I pozwól m u m ówić. Zaczekam  i odwiozę cię do dom u,

dobrze?

Pokiwałam   głową.  Nie  zam ierzałam   nigdzie  wracać.  Nie  zam ierzałam   go  zostawić.  Ale  i  tak

przy taknęłam .

Gabe puścił m nie i wy szedł z pokoj u.
– Nie m ożesz um rzeć – odezwałam  się drżący m  głosem .
– Ja też tego nie chcę. – Wes się uśm iechnął.
– Dlaczego zem dlałeś?
Poklepał m aterac i posłusznie wróciłam  na łóżko. Ty m  razem  starałam  się nie histery zować.
– Mój  oj ciec j est bogaty, cóż m ogę powiedzieć? Biorę ekspery m entalny  lek i za ty dzień będę

m iał operacj ę.

– Operacj ę? – Podniosłam  głowę.
– Tak. Lekarze będą próbowali usunąć guza.
– Gdzie on j est? – To by ła dobra wiadom ość. Jeśli operacj a się powiedzie, Wes będzie zdrowy.
– Owinięty  wokół m oj ego serca.
–  Boże.  –  Zam knęłam   oczy.  Łzy   toczy ły   m i  się  po  policzkach.  –  Czy   oni…  –  Pociągnęłam

nosem . – Czy  oni usuną go całego?

Wes pochy lił się do przodu i kciukam i otarł m oj ą twarz.
– Nie płacz, Owieczko. – Ścisnął m nie za rękę. Jak m ógł m ieć raka, kiedy  wy glądał tak dobrze?

–  Mam   pięćdziesiąt  procent  szans.  Lekarze  nie  wiedzą,  czy   dadzą  radę  usunąć  wszy stko,  bo  guz
j est bardzo blisko serca. Jeśli za bardzo się zbliżą, m ogą m nie zabić. Jeśli nie usuną wszy stkiego –
 i tak um rę.

Boj ąc się odezwać, patrzy łam  w j ego niebieskie oczy  i m odliłam  się, żeby  ten koszm ar się j uż

skończy ł.

– Czy  ty … – Wes oblizał wargi i przez chwilę bawił się m oim i dłońm i. – Zostaniesz ze m ną?
– Koszm ary ? – Próbowałam  zażartować, ale policzki wciąż m iałam  m okre od łez.
– Tak – odparł zduszony m  głosem . – Koszm ary. Potrzebuj ę ry cerza w lśniącej  zbroi, który  by

j e odegnał.

–  Rozprawię  się  z  nim i  –  wy szeptałam .  –  Ochronię  cię,  zabij ę  sm oka  i  zaczekam   na  ciebie

w zam ku.

– Obiecuj esz? – Uśm iechnął się. W oczach bły snęły  m u łzy.
– Cały m  sercem .
– Kocham  twoj e serce – westchnął, tuląc twarz do m oj ego policzka.
– Serca i włosy, co? – Położy łam  m u dłoń na piersi.
– Serca i włosy  – powtórzy ł. – Ty lko wy świadcz m i przy sługę.
– O cokolwiek poprosisz.
– Bez względu na to, co się stanie w ciągu naj bliższy ch ty godni, obiecaj  m i, że dokończy sz listę.
– Wes…
– Obiecaj  – powtórzy ł stanowczo.
Zam knęłam  oczy  i poczułam  na policzkach palące łzy.
– Obiecuj ę.
– To dobrze – odetchnął. – To dobrze.

background image

Rozdział 41

Tuliłem ją do siebie przez całą noc. Kiedy

Gabe wrócił do pokoju, powiedziałem, że

chcę, żeby została. Uśmiechnął się

znacząco i powiedział, że wróci z czystymi

ubraniami. Rok temu nie zwróciłbym na

niego uwagi – teraz miałem wrażenie, że

jest moim najlepszym przyjacielem.

A wszystko to zawdzięczam dziewczynie,

która śpi w moich ramionach.

Weston

Nie m iałem  koszm arów i o piątej  rano, kiedy  pielęgniarka zaj rzała do pokoj u, czułem  się zdrów

j ak ry ba.

Z tą różnicą, że przesunięto term in operacj i. Miała się odby ć za niespełna pięć dni. Oznaczało

to,  że  nasz  wspólny   czas  został  drasty cznie  ograniczony.  Za  sześć  dni  m ogłem   by ć  m artwy,
a  nawet  j eśli  nie  um rę,  będę  w  śpiączce  albo  zostanę  odesłany   do  dom u,  żeby   tam   um rzeć.
Powiedziałem  Gabe’owi, że będę walczy ł, i zam ierzałem  dotrzy m ać słowa, ale w takiej  sy tuacj i
cholernie trudno by ć opty m istą.

Bez przerwy  m odliłem  się do Boga, żeby  m nie oszczędził, nie dlatego, że tak bardzo zależało m i

na własny m  ży ciu, ale dlatego, że zależało m i na niej .

Nie m ogłem  zasnąć, więc gdy  Gabe wszedł do pokoj u z płócienny m  workiem  pełny m  ubrań,

by łem  rozbudzony  i m iałem  ochotę na kawę. Prawdę m ówiąc, m iałem  ochotę na wszy stko, ty lko
nie na te przeklęte pigułki, które kazali m i ły kać.

– Nadal śpi? – spy tał szeptem  Gabe.
– Jak zabita.
– To nie j est śm ieszne, stary  – rzucił. Usiadł na krześle i ukry ł twarz w dłoniach. – To w ogóle

nie j est śm ieszne.

– Za wcześnie? – roześm iałem  się.
– Nie m ogę… – Gabe oblizał wargi i spoj rzał na m nie. – Są ludzie, którzy  bardziej  zasługuj ą na

to,  żeby   m ieć  raka.  To  naj bardziej   m nie  wkurza.  Dlaczego  Bóg  pozwala,  żeby   ludzie  tacy   j ak
ty …? Ludzie, którzy  m aj ą przed sobą piękną przy szłość… Dlaczego ktoś taki j ak ty  dowiaduj e się,
że m a raka, podczas gdy  sery j ni m ordercy  ży j ą sobie w więzieniach i za darm o oglądaj ą HBO?
Nie rozum iem .

–  Nie  wiem ,  stary   –  westchnąłem .  –  Nie  potrafię  tego  wy tłum aczy ć.  Takie  rzeczy   chy ba  po

prostu się zdarzaj ą. Nikt nikom u niczego nie obiecuj e. Właśnie dlatego ży cie j est takie cenne.

– To j a powinienem  zachorować – szepnął tak cicho, że z ledwością go usły szałem .

background image

– Gabe?
–  Co?  –  pry chnął.  –  Masz  poj ęcie,  j akie  prowadziłem   ży cie?  Narkoty ki?  Seks?  Dziewczy ny ?

Kradłem , żeby  zdoby ć pieniądze na towar. Cholera, człowieku, to j a powinienem  tu leżeć. Ja… –
 Słowa uwięzły  m u w gardle i pospiesznie odwrócił wzrok. – Zam ieniłby m  się z tobą. Chcę, żeby ś
to  wiedział.  Gdy by   Bóg  powiedział  m i,  że  to  pokuta  za  m oj e  gówniane  ży cie,  zam ieniłby m   się
z tobą. Ubiegłej  nocy  prosiłem  Go, błagałem , i wiesz co? Nic. Cisza.

– Więc zm ień swoj e ży cie – odparłem . – Postaraj  się. Bądź lepszy m  człowiekiem . Niech m oj e

ży cie nie idzie na m arne. Jeśli m uszę się poświęcić, żeby ś to zrozum iał, to niech tak będzie. Ty lko
nie pozwól, żeby  cię to zniszczy ło; niech cię odm ieni.

Gabe pociągnął nosem . Widziałem , że j eszcze chwila i się załam ie. Czułem  się tak sam o przez

całą noc. Z ledwością powstrzy m y wałem  łzy  i udawałem  twardziela, gdy  m iłość m oj ego ży cia
spała tuż obok, płacząc przez sen.

– Jak tam  m ój  ulubiony  pacj ent? – Do pokoj u weszła pielęgniarka i sięgnęła po kartę pacj enta.

– Gotowy  na rezonans m agnety czny ?

Nie. Nie, do j asnej  cholery. Nie chciałem  znać prawdy. Prosiłem  więc, żeby  m i nie m ówili.

Jeśli m iałem  um rzeć, nie chciałem  o ty m  wiedzieć. Nie chciałem  poddać się operacj i, wiedząc,
że czeka m nie porażka.

– Jasne, ty lko obudzę Śpiącą Królewnę.
Gabe zerwał się na równe nogi.
– Zaczekam  na zewnątrz. Jestem  pewien, że będzie głodna.
– Gabe – zawołałem  za nim .
– Tak? – Odwrócił się.
– Mogę cię o coś prosić?
– Jasne.
– Chcę,  żeby ś  coś  dla  niej   zrobił.  –  Uśm iechnąłem   się  i  oblizałem   wargi.  –  Będzie  wkurzona,

ale obiecaj , że to zrobisz.

Roześm iał się.
– Nie wiem , o co chodzi, ale j uż m i się podoba.
– Później  wy ślę ci SMS-a ze szczegółam i. Przy gotowałem  wszy stko na j utro.
– Brzm i nieźle – rzucił i odchodząc, pom achał m i na pożegnanie.
Pochy liłem  się nad Kiersten i pocałowałem  j ą w usta.
– Mm m  – m ruknęła.
Znowu j ą pocałowałem . Otworzy ła oczy.
– Proszę, Wes, powiedz, że to by ł ty lko zły  sen.
–  Niestety,  to  nie  by ł  sen.  –  Zam knąłem   oczy,  odgarniaj ąc  j ej   włosy   z  twarzy   i  czuj ąc,  j ak

prześlizguj ą m i się m iędzy  palcam i. – A teraz, choć naj chętniej  nie wy puszczałby m  cię z obj ęć,
tam ta pani – m ówiąc to, wskazałem  pielęgniarkę – m usi zabrać m nie na rezonans m agnety czny.

– Och. – Kiersten zerwała się na równe nogi, zachwiała się i wbiła ręce w kieszenie spodni. –

 Pewnie i tak wy glądam  j ak siedem  nieszczęść. Powinnam  wziąć pry sznic.

– Gabe przy niósł ci ubrania. – Wskazałem  głową drzwi. – Oj ciec m a apartam ent w pry watnej

części szpitala. Ty  i Gabe m ożecie tam  spać i korzy stać z łazienki. Rozum iem , że chcesz tu zostać
i …

– Nie zostawię cię – obiecała.

background image

Właśnie tego się obawiałem . Tego, że j a odej dę, a ona… ona zostanie.
– Dobrze. – Ziewnąłem  i puściłem  do niej  oko. – Niedługo wrócę i porozm awiam y  o ty m , j ak

koszm arny m  j estem  facetem , bo nie zabiorę cię na bal absolwentów.

Roześm iała się nerwowo i wy szła z pokoj u.
– Piękna dziewczy na.
Spoj rzałem   na  pielęgniarkę,  nie  dbaj ąc  o  to,  że  pewnie  pom y śli,  iż  j estem   szalony,

i powiedziałem :

– Gdy by m  m ógł, ożeniłby m  się z nią.
Sły sząc to, uśm iechnęła się i poklepała m nie po ram ieniu.
– Nie poddawaj  się j eszcze. Czasam i m am y  wrażenie, że Bóg postawił na nas krzy ży k, gdy  tak

naprawdę daj e nam  drugą szansę.
 

* * *

 

Rezonanse  m agnety czne  m nie  przerażały.  Nienawidziłem   ich,  ale  w  tej   sy tuacj i  nie  m iałem

wy boru.  Zam iast  skupiać  się  na  ty m ,  żeby   się  nie  ruszać,  m y ślałem   o  Kiersten.  Wy obrażałem
sobie, j ak będzie wy glądała w wieku trzy dziestu lat. Czy  j ej  uśm iech wciąż będzie taki sam ? Czy
będzie  nosiła  w  sobie  dziecko?  Chciałem ,  żeby   to  by ło  m oj e  dziecko.  Przy gry złem   wargę.
Musiałem  leżeć nieruchom o, ty m czasem  pięści sam e m i się zaciskały. Miałem  ochotę krzy czeć.
Widziałem   j ą  j ako  staruszkę,  która  siedzi  na  werandzie  i  trzy m a  za  rękę  swoj ego  m ęża.  Nie
m iałem  poj ęcia, dlaczego tak się zadręczam . Do diabła, znałem  j ą ledwie od trzech m iesięcy, ale
nie by ło  to głupie,  m łodzieńcze zauroczenie,  które przeży wałem   j ako nastolatek.  Wiedziałem ,  że
ty m  razem  chodzi o prawdziwe uczucie. Może by ł to ostatni prezent od Boga – prawdziwa m iłość.

Zanim  się zorientowałem , rezonans dobiegł końca, a m oj a twarz by ła m okra od łez. Gdy  ty lko

m ogłem   się  poruszy ć,  ukradkiem   otarłem   oczy.  Ostatni  raz  płakałem ,  kiedy   odszedł  Ty e.
Zabawne,  co  wy zwala  w  ludziach  śm ierć.  Trzy   m iesiące  tem u  by łem   gotowy.  Trzy   m iesiące
tem u  by łem   pogodzony   z  własny m   losem .  Ale  teraz?  Teraz  pragnąłem   by ć  częścią  historii
Kiersten;  nie  j edny m   rozdziałem ,  ale  całą  cholerną  książką.  Nie  by łem   ty lko  pewien,  j aki  j est
plan.  Wiedziałem   natom iast,  że  nie  m am   na  nic  wpły wu.  Może  właśnie  to  przerażało  m nie
naj bardziej . W ży ciu zawsze sprawuj em y  j akąś kontrolę, choćby  nad em ocj am i czy  wy boram i,
który ch dokonuj em y. Ale w przy padku raka? Jedy ne, co m ożem y  kontrolować, to nasza reakcj a.

– Jak się czuj esz? – spy tała ta sam a pielęgniarka. Miała j asne włosy, prawie półprzezroczy ste,

i bladą skórę, ale nie wy glądała na zm ęczoną. By ła naprawdę ładna, choć nie potrafiłem  określić,
ile m a lat. Trzy dzieści? Może czterdzieści? Musiała zauważy ć m oj e zm ieszanie, bo przy łoży ła m i
rękę do czoła.

– Źle się czuj esz?
–  Nie.  Przepraszam   –  roześm iałem   się.  –  Wiem ,  że  zabrzm i  to  dziwnie,  ale  nie  potrafię

zgadnąć, ile m a pani lat.

Jej  twarz poj aśniała.
– Mam y  ty le lat, na ile się czuj em y, prawda?
–  Prawda.  –  Ja  czułem   się  bardzo  stary.  Zwłaszcza  po  porannej   dawce  leków.  Przy naj m niej

nie  m usiałem   j uż  ły kać  żadny ch  tabletek.  Zam iast  tego  będą  podawać  m i  doży lnie  różne
śm ieszne specy fiki. Ja to m am  szczęście.

background image

– Westonie – powiedziała energicznie. – Wszy stko będzie dobrze. – Poklepała m nie po ręce.
Zerknąłem   na  j ej   identy fikator.  Angela.  Pasowało  do  niej   to  im ię.  Bardziej   przy pom inała

anioła  

1

 niż pielęgniarkę.

– Dziękuj ę, Angelo.
Spoj rzała na m nie zdum iona.
Wskazałem  plakietkę z im ieniem .
Roześm iała się.
– By strzaki z college’u.
–  Cóż  m ogę  powiedzieć?  –  Rozciągnąłem   usta  w  uśm iechu  i  pozwoliłem   odprowadzić  się  do

pokoj u.

Czterdzieści  j eden  albo  czterdzieści  pięć.  Postanowiłem   trzy m ać  się  tej   wersj i.

Prawdopodobnie  m iała  ty le  lat,  ile  m iałaby   m oj a  m am a,  gdy by   ży ła.  Tak  j ak  ona  m iała  j asne
włosy.  Pewnie  dlatego  zachowy wałem   się  j ak  wariat.  Zastanawiałem   się,  czy   to  przez  tabletki
stałem  się bardziej  uczuciowy.

–  A  teraz  idź  spać  –  poinstruowała  m nie,  gdy   wróciliśm y   do  pokoj u.  –  Obudzę  cię,  kiedy

przy j dzie twoj a przy szła żona. – Puściła do m nie oko.

Bałem   się  cokolwiek  powiedzieć;  zupełnie  j akby m   nie  ufał  własny m   słowom .  Choć

doceniałem  j ej  opty m izm , te słowa trafiły  w próżnię. Czułem  chłód, który  sączy ł się do m oj ego
ciała – j ak gdy by  śm ierć j uż szła ku m nie i j edy ne, co m ogłem  zrobić, to czekać, aż się poj awi.

– Boże… – słowa utknęły  m i w gardle. – Wiem , że w ciągu ostatnich lat rzadko rozm awialiśm y.

Gorzej ,  bo  kiedy   Ty e  odebrał  sobie  ży cie,  powiedziałem ,  że  cię  nienawidzę.  –  Znowu  zakląłem
i pom asowałem  grzbiet nosa. – Nie chodzi o m nie; obiecaj  m i, że j ej  nic się nie stanie. Jeśli nie
przeży j ę… Jeśli zabierzesz m nie do siebie, zadbaj  o to, żeby  nic j ej  się nie stało. Nie pozwól j ej
iść tą drogą – nie dbam  o to, czy  chcesz m nie ukarać. Jeśli będzie cierpiała, wolę cierpieć za nią.
Jeśli  będzie  m iała  złam ane  serce,  złam   m oj e.  Proszę,  Boże…  proszę.  –  Lekarstwa,  które  podała
m i  Angela,  zaczęły   działać.  Spałem   spokoj nie  i  bez  snów,  bez  końca  powtarzaj ąc  w  m y ślach
swoj ą m odlitwę.
 

1. 

Angel (ang.) – anioł. 

[wróć]

background image

Rozdział 42

Trzy miesiące temu nie byłabym na tyle

silna, żeby przez to przechodzić. Ale teraz?

Teraz czuję się jak Hulk. Wiem, że będę

trzymała go za rękę, przejdziemy przez to

razem, razem stoczymy tę bitwę

i wyjdziemy z niej zwycięsko, nadal

trzymając się za ręce.

Kiersten

– Powinienem  zacząć się m artwić, że odkąd wsiedliśm y  do sam ochodu, nie odezwałaś się ani

słowem ? – spy tał Gabe.

– Zam y śliłam  się – odparłam , kręcąc głową.
– Jasne, kobiety  i m y ślenie. To nigdy  nie oznacza problem ów.
– Bardzo śm ieszne. – Odwróciłam  się do niego i chwy ciłam  go za rękę. – Gabe?
– Tak. – Uścisnął m oj ą rękę.
– Dziękuj ę.
– Wy pełniam  swoj e przy j acielskie obowiązki. Potraktuj  to j ako pokutę za m oj e liczne grzechy.

–  Roześm iał  się.  Miałam   wrażenie,  że  celowo  lekceważy   to,  co  robi.  Nie  wiedziałam ,  dlaczego
bez przerwy  się upokarza. Ale tak właśnie by ło.

–  Robisz  więcej   niż  zwy kły   przy j aciel.  –  Puściłam   j ego  rękę.  –  A  tak  przy   okazj i,  m ożesz

powiedzieć, dokąd właściwie j edziem y ? Chciałaby m  by ć przy  Wesie, gdy  się obudzi.

Gabe się uśm iechnął.
–  Nie  m artw  się.  Wes  wszy stko  zaplanował.  Ja  i  Lisa  m ieliśm y   j echać  z  wam i.  Ale  tak  j est

lepiej . Wes prosił m nie j ednak, żeby m  cię nagrał.

– Nagrał? Mnie? – powtórzy łam , czuj ąc, że ogarnia m nie przerażenie. – A dokładnie co?
Gabe nie odpowiedział, ty lko dalej  się uśm iechał.
Mniej  więcej  pół godziny  później  zatrzy m aliśm y  się na stary m  m oście.
–  Czas  pokazać,  na  co  cię  stać!  –  Gabe  klasnął  w  dłonie  i  pokiwał  głową.  –  To  będzie

niesam owita chwila.

– Mam  złe przeczucia.
– Żadnego kręcenia nosem . Zrobisz to dla Wesa. – Wskazał na m nie i wy szedł na m ost, gdzie

kilkoro ludzi ustawiało j akieś ustroj stwo.

O, nie. O, nie, nie, nie.
–  Kiersten  –  zaczął  Gabe  –  poznaj   ekipę  z  Seattle  Bungee.  To  oni  zadbaj ą  o  twoj e

bezpieczeństwo i dopilnuj ą, żeby ś się nie zabiła.

– Bardzo to pocieszaj ące – m ruknęłam .

background image

– Bez obaw! – Chłopak, który  na oko by ł m łodszy  ode m nie, roześm iał się i poklepał m nie po

plecach. – Dla nas to chleb powszedni. Nasza praca. Jeszcze nigdy  nikt się nie zabił, chociaż j edna
laska zdrowo się porzy gała. Wszy stko będzie dobrze, pod warunkiem  że będziesz patrzy ła w dół.

Pokiwałam  głową. Dłonie m iałam  spocone.
Rozdano  nam   uprzęże,  kaski  i  karabinki.  Boże!  Wes,  czy   j a  naprawdę  zam ierzam   to  zrobić?

Dy gotałam , patrząc, j ak zapinaj ą m oj ą uprząż i łączą m nie z Gabe’em . Trzęsłam  się tak bardzo,
że nie m ogłam  opanować szczękania zębów. Nienawidziłam  wy sokości. Bałam  się j ej  prawie tak
sam o  j ak  wody.  Po  co  w  ogóle  wpisałam   to  na  tę  głupią  listę?  Zam knęłam   oczy,  boj ąc  się
wy j rzeć za krawędź m ostu.

– Spój rz na m nie – rozkazał Gabe.
Otworzy łam  oczy, a on obj ął m nie ram ieniem .
–  Wes  chciał,  żeby m   ci  coś  powiedział.  –  Łzy   napły nęły   m u  do  oczu.  –  Powiedział,  że

niezależnie od tego, j akie napotkasz przeszkody … – głos m u drżał. – Bez względu na to, j ak bardzo
będziesz  się  bać,  nadal  m ożesz  walczy ć.  Możesz  zdecy dować,  że  wej dziesz  w  płom ienie
i pokonasz lęki.

Pokiwałam  głową. Bałam  się cokolwiek powiedzieć, bo gardło m iałam  ściśnięte i nie m ogłam

złapać oddechu.

– Powiedział, że się nie podda i ty  też nie powinnaś.
– Nie poddam  się – obiecałam  – Nie poddam  się.
– Grzeczna dziewczy nka. – Gabe pocałował m nie w policzek. Zabawne, że j eden koleś okazał

się m oj ą drugą połówką, a drugi naj lepszy m  przy j acielem .

– Raz… – szepnął Gabe. – Dwa…
Przy tuliłam  się do niego tak m ocno, że nie m ogłam  oddy chać.
– Trzy.
Rzuciliśm y   się  z  m ostu  w  nieważkość.  Kom pletnie  nic  nie  waży liśm y.  Nie  wiem   nawet,  czy

krzy czałam .  Usta  m iałam   otwarte.  Lina  napięła  się  i  skoczy ła  do  góry.  Zaraz  potem   znowu
zaczęliśm y  spadać.

I nagle wy darzy ła się dziwna rzecz.
Zaczęłam  się śm iać.
I płakać.
I znowu śm iać.
Zrobiłam   to.  Pokonałam   własny   strach,  a  wszy stko  dlatego,  że  Wes  wierzy ł  we  m nie  na  ty le

m ocno, żeby m  i j a w siebie uwierzy ła – tak j ak j a zam ierzałam  spowodować, żeby  on uwierzy ł
w  siebie.  Nie  chciał,  żeby m   znowu  trafiła  do  tego  m rocznego  m iej sca,  w  który m   spędziłam
ostatnich kilka lat. Ja również nie zam ierzałam  m u na to pozwolić.

– Dziękuj ę – wy szeptałam  Gabe’owi do ucha, kiedy  ekipa wciągała nas na górę.
Gabe uj ął w dłonie m oj ą twarz.
– To, co j est m iędzy  wam i, zdarza się raz w ży ciu, dlatego walcz o niego, kochanie. Walcz aż

do utraty  tchu. I niczego nie żałuj , dobrze?

– Dobrze.

 

* * *

 

background image

Uśm iechnęłam   się,  kiedy   Gabe  wręczy ł  Wesowi  swój   telefon.  A  więc  j ednak  krzy czałam .

Brzm iało  to  przerażaj ąco  i  rozbawiło  m nie.  Biedny   Gabe,  pewnie  do  tej   pory   dzwoniło  m u
w uszach.

– Klasy ka. – Wes roześm iał się, a zaraz potem  zaczął kasłać. Kiedy  dotknęłam  j ego ram ienia,

uśm iechnął się krzy wo. – Przez te lekarstwa czuj ę się j ak kupa gówna, ale bez obaw, nic m i nie
będzie.

– Gabe, m ógłby ś…
–  I  tak  m iałem   wy j ść.  Dostałem   właśnie  SMS-a  od  Lisy.  Zgubiła  się  w  szpitalu.  Jeśli  j ej   nie

znaj dę,  zacznie  dobij ać  się  do  pokoj u  lekarzy,  a  to  się  m oże  różnie  skończy ć.  –  Zasalutował
i wy szedł z pokoj u.

– Zrobiłam  to – oznaj m iłam  z uśm iechem .
Wes  przy tulił  m nie  do  piersi.  Położy łam   się  obok  niego  na  łóżku  i  dotknęłam   głową  m iej sca,

gdzie  biło  j ego  serce.  Zabawne:  sły szałam   j e.  Wy dawało  się  zdrowe  i  silne.  Położy łam   na  nim
rękę i zaczęłam  bębnić palcam i.

– Co robisz?
Podniosłam  głowę i posłałam  m u słaby  uśm iech.
– Zatrzy m uj ę czas.
Pocałował m nie, a j a przerzuciłam  nogę nad j ego ciałem . Moj a kurtka spadła na podłogę. Wes

obj ął m nie za szy j ę i przy ciągnął do siebie. Leki go osłabiły, ale wszy stko w nim  by ło takie ży we
i ciepłe.

– Pokonasz go – szepnęłam , m uskaj ąc wargam i j ego usta.
Westchnął i odwzaj em nił pocałunek.
– Cały  czas walczę.
–  Posłuchaj .  –  Odsunęłam   się  i  uj ęłam   j ego  twarz  w  dłonie.  –  Nie  zam ierzam   z  ciebie

rezy gnować, więc ty  też się nie poddawaj . Dobrze? To nie j est koniec.

Wes zaklął.
– Chcę, żeby ś by ła gotowa na wy padek, gdy by …
–  Nie  –  przerwałam   m u  i  pocałowałam   w  policzek.  –  Nawet  nie  chcę  o  ty m   m y śleć.  Wiesz

dlaczego?

– Dlaczego?
–  Ktoś  m ądry   powiedział  m i  kiedy ś,  że  j eśli  wm awiasz  sobie,  że  nie  potrafisz  czegoś  zrobić,

j eśli  nawet  nie  rozważasz  takiej   m ożliwości,  twoj e  ciało  zaczy na  godzić  się  z  porażką.  Opadasz
z sił. Um y sł podpowiada ci, że m ożesz nie dać rady, więc zaczy nasz tonąć…

– Hm m , brzm i znaj om o.
–  Ja  zaczęłam   tonąć  –  wy j aśniłam ,  głaszcząc  kciukam i  j ego  policzki.  –  Poszłam   na  dno,  bo

wm ówiłam  sobie, że tonę.

– Ja nie tonę.
– I nie idziesz na dno. – Pocałowałam  go. – Unosisz się na wodzie, tak j ak j a. Musisz utrzy m ać

się na powierzchni trochę dłużej  niż większość ludzi, ale daj ę słowo, że warto.

– Czy  to znaczy, że po wszy stkim  popły wam y  nago?
Roześm iałam  się wreszcie. Dobrze by ło znów żartować.
– Kiedy  ty lko będziesz chciał.
– Uwielbiam  pły wać nago. – Czułam  na szy i j ego gorące usta. Pozwoliłam , by  zasy pał m nie

background image

pocałunkam i.

Chwilę  później   pochy liłam   się  nad  nim   i  pocałowałam   go  tak  m ocno,  j ak  ty lko  m ogłam .

Zasnęliśm y,  całuj ąc  się  i  rozm awiaj ąc.  Za  każdy m   razem ,  gdy   się  budziłam ,  całowałam   go,
a gdy  zasy piałam , on całował m oj e włosy  i szy j ę i opowiadał m i rozm aite historie.

Kiedy  Lisa i Gabe weszli do pokoj u, uznaliśm y, że m usim y  się czy m ś zaj ąć, żeby  nie m y śleć

o  przy szłości.  Naj pierw  graliśm y   w  rem ika,  potem   obej rzeliśm y   kilka  świąteczny ch  film ów
i zaj adaliśm y  się popcornem . Pierwsza zasnęła Lisa, później  Gabe, a na końcu j a. Zapam iętałam
j eszcze, że pielęgniarka, która weszła do pokoj u, m iała z nas niezły  ubaw. Gabe leżał wy ciągnięty
na krześle, Lisa kuliła się na m ały m  łóżku, a j a spałam  na Wesie.

Zasnęłam   z  uśm iechem   na  twarzy.  Przy j aciele.  Naj lepsi  przy j aciele.  Miałam   ich  i  m iałam

Wesa. Palcam i wy stukiwałam  ry tm , w który m  biło j ego serce, pozwalaj ąc, by  ukoły sał m nie do
snu.

background image

Rozdział 43

Większość ludzi odchodzi z tego świata, nie

doświadczywszy połowy tego, co ja

w ciągu ostatnich kilku miesięcy. To

niesamowite. Moje życie jest niesamowite.

Obudziłem się z uczuciem wdzięczności.

Mimo tego, że mam raka. Obudziłem się

z wdzięczny.

Weston

Roześm iałem  się, kiedy  Kiersten j ęknęła w m oich obj ęciach. Przy szedł czas na ostatnią dawkę

leku. Mieli m i j ą podać przed operacj ą, która czekała m nie następnego dnia.

– Jak się czuj esz? – spy tała Angela, wstrzy kuj ąc przezroczy sty  pły n do kroplówki.
– Jak gwiazda rocka – skłam ałem . Miałem  m dłości i kręciło m i się w głowie.
–  Wy glądasz  na  zdrowego,  silnego  faceta  –  rzuciła  ze  śm iechem .  Wy ciągnęła  stetoskop

i przy łoży ła go do m oj ej  piersi. – Puls w norm ie.

Z j akiegoś powodu j ej  słowa tchnęły  we m nie nową nadziej ę. Ściągnęła brwi, zdj ęła słuchawki

i położy ła m i dłonie na piersi. Zam knęła oczy  i m ógłby m  przy siąc, że się rozpłakała.

Cudownie, czy li teraz zaczy nałem  m ieć halucy nacj e.
Miałem   wrażenie,  że  j ęzy k  puchnie  m i  w  ustach.  Wskazałem   na  gardło.  Angela  naty chm iast

cofnęła ręce i wrzuciła coś do kroplówki. Chwilę później  paskudne uczucie zniknęło.

– Wstrząs anafilakty czny. – Wzruszy ła ram ionam i. – To reakcj a na lekarstwa, ale teraz, kiedy

m asz w organizm ie epinefry nę, będziesz m ógł j e brać.

– Epi- co?
– Śm ieszna nazwa dla leków anty alergiczny ch. – Mrugnęła do m nie. – I przepraszam  za tam to.

To  j akieś  szaleństwo.  Twoj e  serce…  bij e  m ocniej   niż  wczoraj ,  dlatego  przy łoży łam   ci  rękę  do
piersi. To naprawdę dziwne. – Po raz kolej ny  wzruszy ła ram ionam i. – W każdy m  razie gratuluj ę,
Westonie. To twoj a ostatnia dawka leków.

– Nie lubię słowa ostatni.
Angela uśm iechnęła się ciepło.
– Pam iętaj , co ci m ówiłam . Czasam i koniec by wa początkiem .
– Dzięki, Angelo.
W m ilczeniu skinęła głową i wy szła z pokoj u.
Patrzy łem  na włosy  Kiersten; na to, j ak owij aj ą się wokół m oich palców. Tu i ówdzie lśniły  na

nich  drobinki  złota.  Zam knąłem   oczy   i  podniosłem   rudy   pukiel  do  ust,  rozkoszuj ąc  się  j ego
j edwabisty m  doty kiem .

– Znowu wąchasz m oj e włosy  – odezwała się rozespana. – To przerażaj ące.

background image

– Wcale nie przerażaj ące – oburzy łem  się.
– Jeszcze j ak – rzucił Gabe. – Obserwowałem  cię i j estem  naprawdę przerażony.
– To rom anty czne, do cholery ! – krzy knęła Lisa.
–  Czy li  co?  Wszy scy   obudziliście  się,  kiedy   pielęgniarka  podawała  m i  lekarstwa,  i  ty lko

udawaliście, że śpicie?

– Pielęgniarka? – Gabe rozej rzał się po pokoj u. – Gdzie?
– By ła tu chwilę tem u. – Wskazałem  kroplówkę. Pły n wciąż sączy ł się do m oj ego ciała i krąży ł

w ży łach, powoduj ąc uczucie pieczenia.

– Dziwne. – Lisa podrapała się w głowę. – Nikogo nie widziałam , a poza ty m …
– A poza ty m  – przerwał j ej  Gabe – dwa razy  zasnęłaś na Avengersach. Nie m ożna ci zatem

ufać, j eśli twierdzisz, że coś widziałaś, albo upierasz się, że coś właśnie się wy darzy ło.

– Dzięki, kuzy nie. – Lisa rzuciła w niego kurtką. – Więc… – Odwróciła się do m nie i Kiersten. –

 Co będziem y  dziś robić?

– Nie wiem , Mózgu  

1

, a co chcesz robić?

– Pinky *! Dziś zawoj uj em y  świat! – krzy knęła Kiersten.
Gabe dostał napadu śm iechu i przez chwilę m y ślałem , że spadnie z fotela.
Ja  również  zacząłem   się  śm iać,  podczas  gdy   Lisa  patrzy ła  na  nas,  j akby śm y   by li  bandą

idiotów.

–  Nie  znasz  Pinky ’ego  i  Mózga?  –  Gabe  szturchnął  j ą  w  ram ię.  –  Boże,  gdzieś  ty   się

wy chowy wała?

– W dom u, w który m  nie oglądało się kreskówek. – Lisa wzruszy ła ram ionam i.
–  W  takim   razie  postanowione.  –  Zatarłem   ręce.  –  Robim y   sobie  m araton  z  Pinky m

i Mózgiem !

– Niby  skąd ich wy trzaśniem y ? – Kiersten usiadła.
–  Z  YouTube.  –  Wzruszy łem   ram ionam i.  –  Gdy by ś  zapom niała,  m oim   oj cem   j est  Randy

Michels. Wy starczy  kilka telefonów i załatwi nam  wszy stko.

Kiersten odparła:
– W porządku, ale zanim  ruszy m y  na podbój  świata, m uszę wziąć pry sznic.
– Ja też. – Lisa zerwała się na równe nogi.
– Ja też? – spy tałem .
Kiersten dała m i kuksańca.
– Ty  będziesz m ógł się rozbierać dopiero po operacj i.
–  A  j uż  m y ślałem ,  że  będziesz  chciała  m nie  uszczęśliwić  –  rzuciłem   z  udawany m   sm utkiem ,

na co Gabe podniósł oba kciuki.

– Ach, ci faceci… – Lisa wzniosła oczy  ku niebu.
–  Do  zobaczenia  za  chwilę,  chłopcy.  –  Kiersten  złapała  j ą  za  rękę  i  wy szły   z  pokoj u,

zostawiaj ąc m nie i Gabe’a sam y ch.

– Jak to się stało, że wcześniej  nie zostaliśm y  przy j aciółm i? – spy tałem  po chwili m ilczenia.
Gabe się roześm iał.
–  Po  pierwsze,  nie  lubię  sportu,  a  ty   nigdzie  nie  ruszałeś  się  bez  ty ch  dwóch  kolesi,  co,  j ak

sądzę, by ło spowodowane ty m , że m asz raka.

–  Fakty cznie.  –  Splotłem   ram iona.  –  Jeden  z  ty ch  kolesi  to  m ój   psy choanality k,  a  drugi  j est

background image

m oim   ochroniarzem ,  odkąd  by łem   dzieciakiem .  Obaj   m artwili  się,  że  j eśli  zostawią  m nie
sam em u sobie, zapom nę wziąć tabletki albo skończę z sobą j ak m ój  brat.

– Dlaczego zostałeś opiekunem  roku? – spy tał Gabe.
–  On  zm arł.  –  Oblizałem   usta.  –  Jego  przeklęty   opiekun  roku  powiedział,  że  od  j akiegoś  czasu

niepokoił się o Ty e’a. Twierdził, że m ój  brat nie uczestniczy ł w ży ciu studenckim  i często siedział
zam knięty   w  pokoj u.  Ale  nikom u  o  ty m   nie  powiedział.  Uważał,  że  nie  powinien  się  wtrącać.
Pom y ślałem , że  gdy by m  został  opiekunem  roku,  m oże m ógłby m   kom uś pom óc  –  roześm iałem
się. – Nie przy puszczałem , że się zakocham .

Gabe również się roześm iał.
– Miłość zawsze przy chodzi nieoczekiwanie.
– A co z tobą?
– To poważna rozm owa? – Gabe podrapał się w ty ł głowy  i wy j rzał przez okno.
– Chy ba tak.
– Nie m am  zam iaru się zakochiwać… Ani pakować się w żadne związki.
– Przy kre doświadczenia?
–  Można  tak  powiedzieć.  –  Zaklął  pod  nosem   i  ze  świstem   wy puścił  powietrze.  –  Ale  to  nie

znaczy, że nie potrafię rozpoznać prawdziwej  m iłości. Ona cię kocha.

–  Mam   nadziej ę.  –  Poczułem   się  niepewnie  i  pospiesznie  odwróciłem   wzrok.  –  Bo  j a  j ą

kocham . My ślisz, że to dziwne?

– Nie bardziej  niż to, że dziś rano gadałeś do siebie.
Nie  m ówiłem   do  siebie.  Nie  m oj a  wina,  że  by li  zby t  zaspani,  żeby   zauważy ć  pielęgniarkę,

która weszła do pokoj u. Nie m iałem  nudności po lekarstwach, co by ło chy ba dobry m  znakiem .

– Chy ba skoczę po coś do j edzenia. Może j ednak weź pry sznic, żeby  twoj a dziewczy na chciała

się przy  tobie położy ć. – Mówiąc to, uniósł brwi. – A j a ty m czasem  przy niosę kawę.

– Dobra – rzuciłem  ze śm iechem .
Gabe wy szedł. Zam ierzałem  wcisnąć przy cisk przy wołania pielęgniarki, gdy  do pokoj u weszła

Angela.

– Potrzebuj esz pom ocy ?
–  Przy dałaby   się.  –  Uśm iechnąłem   się.  –  Muszę  wziąć  pry sznic  i  zastanawiałem   się…  czy

m ógłby m  włoży ć coś innego niż szpitalne ciuchy ? Teraz, kiedy  podano m i lekarstwa, pozostaj e m i
ty lko czekać na operacj ę, prawda?

– Pewnie. – Uśm iechnęła się. – My ślę, że dżinsy  i biała koszulka będą j ak znalazł.
– Dzięki – odetchnąłem  z ulgą.
– Nie m a problem u. A teraz przy gotuj m y  cię na powrót przy szłej  żony.
– Nigdy  ci tego nie zapom nę.
–  Lubię,  kiedy   ludzie  m ówią  o  swoich  planach.  Jeśli  chcesz,  żeby   by ła  twoj ą  żoną,  tak  się

stanie. Wiem , że zabrzm i to głupio, ale podziwiam  twoj ą wiarę. Nie ty lko w siebie, ale w inny ch.
To  godne  pochwały   i  m usisz  wiedzieć,  że  wiara  nie  przechodzi  niezauważona.  Tak  j ak
bezinteresowność:  zawsze  zostanie  dostrzeżona  i  nagrodzona,  ale  nie  należy   j ej   traktować  j ako
oczy wistości.

Uśm iechnąłem   się,  choć  by łem   trochę  zm ieszany.  Dziwna  by ła  ta  pielęgniarka.  Spędziłem

w  szpitalach  naprawdę  sporo  czasu  i  nigdy   nie  spotkałem   kogoś  takiego.  Dzięki  niej   czułem   się
dobrze.  Miałem   wrażenie,  że  podążam   właściwą  ścieżką.  Nie  patrzy ła  na  m nie  ze  sm utkiem

background image

w  oczach,  j ak  lekarze,  którzy   wiedzą,  że  patrzą  na  ciebie  po  raz  ostatni.  Może  dlatego  tak  j ą
lubiłem .  Miała  w  oczach  nadziej ę  i  radość,  j akby   znała  taj em nicę,  którą  niedługo  się  ze  m ną
podzieli.
 

* * *

 

Spędziliśm y  w łóżku cały  cudowny  dzień. Pozwolono m i założy ć dżinsy  i koszulkę, dzięki czem u

m ogłem  swobodnie przy tulać Kiersten, bez obaw, że będę świecił goły m  ty łkiem . Siedziała więc
m iędzy   m oim i  nogam i,  opieraj ąc  się  o  m oj ą  pierś.  Od  czasu  do  czasu  poklepy wała  m nie  po
nodze,  j akby   chciała  m i  przy pom nieć,  żeby śm y   cieszy li  się  każdą  chwilą.  Ten  czas  należał  do
nas.

W  połowie  ostatniego  odcinka  Pinky’ego  i  Mózga,  który   znaleźliśm y   na  YouTube,  do  pokoj u

wszedł m ój  ociec w towarzy stwie kilku osób.

Co on wy czy niał?
–  Pom y ślałem ,  że  zgłodniej ecie  –  powiedział  zadowolony   i  odsunął  się,  robiąc  m iej sce  dla

ludzi, którzy  zaczęli ustawiać coś, co na pierwszy  rzut oka wy glądało j ak królewska uczta.

– Czy  to… – Gabe wskazał na ogrom ny  filet z łososia.
– Catering od Anthony ’ego. – Oj ciec z dum ą pokiwał głową. – Do waszy ch usług.
–  Naj lepsze  j edzenie  na  świecie!  –  Gabe  rozdziawił  usta  i  głodny m   wzrokiem   zlustrował

potrawy.

Pachniały  bosko. A niech to! By łem  winien staruszkowi wielkie podziękowania.
Rozdano nam  m ałe plastikowe kubeczki i oj ciec otworzy ł butelkę schłodzonego szam pana.
– Jestem  przeciwnikiem  picia alkoholu przez niepełnoletnich. – I rzeczy wiście tak by ło. Jedy ny

raz,  kiedy   przy łapał  m nie  na  im prezowaniu,  dostałem   szlaban  na  dwa  m iesiące.  –  Ale
pom y ślałem , że wzniesiem y  toast za m oj ego sy na, Wesa.

Kiersten ścisnęła m nie za nogę.
Rozlano  szam pana.  Wiedziałem ,  że  m ogę  j eść  i  pić  j eszcze  przez  kolej ną  godzinę,  więc

wy głodniały m  wzrokiem  patrzy łem  na j edzenie.

–  Oby ś  śnił  o  przy j em ny ch  rzeczach  i  obudził  się  wy poczęty   i  gotowy   na  operacj ę.  Za

m oj ego sy na, m oj ego woj ownika i bohatera. – Mówiąc to, podniósł kubek.

–  Na  zdrowie  –  odezwali  się  wszy scy   j ednocześnie.  Ja  j ednak  nie  by łem   w  stanie  wy doby ć

z siebie głosu. Siedziałem  na łóżku ze wzrokiem  wbity m  w oj ca. To on by ł dzielny, nie j a. Przeży ł
śm ierć  swoj ej   żony   i  sy na,  a  teraz  j ego  drugi  sy n,  krew  z  j ego  krwi,  m iał  zostać  poddany
poważnej   operacj i.  Ja?  Odważny ?  Nie.  Odważni  są  ci,  którzy   zostaj ą  i  walczą  u  twego  boku.
Łatwo j est poddać się operacj i. Człowiek wj eżdża na salę i zasy pia. Moj a walka powoli dobiegała
końca.  Mogłem   j edy nie  wierzy ć,  że  m oj e  ciało  nie  da  za  wy graną,  i  pozwolić,  by   lekarze
wy konali swoj ą robotę.

Ale ich walka? Rozej rzałem  się po twarzach m oich przy j aciół i rodziny. Ich walka dopiero się

zaczy nała.

– Dzięki, tato. – Podniosłem  kubek i wy piłem  ły k. – Za wszy stko.
– Jestem  z ciebie taki dum ny, sy nu.
Nigdy  wcześniej  m i tego nie m ówił, zwłaszcza w pokoj u pełny m  ludzi. Jeszcze raz skinął głową

i wy szedł z pokoj u.

background image

Gabe  zerwał  się  na  równe  nogi  i  wy biegł  z  pokoj u.  Wiedziałem ,  że  walczy   z  własny m i

dem onam i i nie winiłem  go za to. Prawdopodobnie chciał przez chwilę zostać sam .

Lisa przerwała ciszę:
– Możem y  zacząć j eść?
– Um ieram  z głodu. – Wstałem  z łóżka i zacząłem  nakładać j edzenie na talerz. Chwilę później

wrócił Gabe, bez słowa wy j aśnienia.

Jedzenie by ło wy śm ienite. Zj adłem  go ty le, że nie m ogłem  się ruszy ć.
Dochodziła  dziewiętnasta.  Przestałem   się  opy chać  i  napiłem   się  wody.  Wróciłem   do  łóżka

i przy tuliłem  Kiersten.

– Dobra, Liso. – Gabe złapał j ą za rękę. – To chy ba znak dla nas, że powinniśm y  się zm y wać. –

 Do j utra, staruszku. – Uścisnął m i rękę i razem  z Lisą wy szli z pokoj u.

– Boisz się? – spy tała Kiersten.
– A ty ?
– Ja pierwsza zadałam  py tanie.
– Po prostu stawię czoła własny m  lękom . – Uśm iechnąłem  się i założy łem  j ej  za ucho kosm y k

włosów.
 

1. 

Pinky and the Brain (Pinky i Mózg) – am ery kański serial anim owany. 

[wróć]

background image

Rozdział 44

Z jakiegoś powodu się nie bałam…

Dziwne. Ogarnął mnie niezwykły spokój,

którego nie byłam w stanie wytłumaczyć.

Kiersten

– Przepraszam . – Wes pocałował m nie w czoło.
– Za co? – Odwróciłam  się, żeby  na niego spoj rzeć.
–  Obiecałem ,  że  pom ogę  ci  z  listą  –  zaśm iał  się  i  pokręcił  głową.  –  Rzeczy,  które  m uszę

zrobić… Do diabła, j uż wtedy  m y ślałem , że znasz m ój  sekret.

Wzruszy łam  ram ionam i.
–  Wcześniej   czy   później   wszy scy   doświadczam y   śm ierci,  prawda?  Wszy scy   zm agam y   się

z ciem nością… Po prostu m oj a by ła inna niż twoj a.

– Ale równie poważna. – Wes dotknął m oj ego policzka. – W każdy m  razie przepraszam , że nie

dotrzy m ałem  obietnicy.

Wy sunęłam  się z j ego obj ęć.
– Mówisz o sosie żurawinowy m ? Bo przecież j edliśm y  go w Święto Dziękczy nienia.
– Nie. – Zagry zł wargi. – O inny ch rzeczach.
–  Hm m …  –  Odkąd  trafił  do  szpitala,  trzy m ałam   listę  w  kieszeni  spodni.  Kartka  by ła  pom ięta

i pam iętała lepsze czasy. Rozłoży łam  j ą ostrożnie i pokazałam  Wesowi. – Zrobiliśm y  wszy stko, co
by ło na liście.

Wszy stkie podpunkty  by ły  wy kreślone, poza ty m i, o który ch m ówił Wes.
– Masz długopis?
Spoj rzał  na  m nie  zdezorientowany,  ale  sięgnął  po  tacę,  na  której   grał  z  Gabe’em   w  kółko

i krzy ży k, i podał m i długopis.

Em ocj e  ścisnęły   m nie  za  gardło,  gdy   skreśliłam   podpunkty   Zakochać  się  i  Przeżyć  zawód

miłosny. Wes wziął głęboki oddech, gdy  m oj a ręka zawisła nad ostatnim  podpunktem  – I  tak  się
zakochać.
 Zam iast go skreślić, wzięłam  go w kółko.

Po m oim  policzku potoczy ła się łza i rozpry snęła się na papierze.
Wes wziął w dłonie m oj ą twarz i zm usił m nie, by m  na niego spoj rzała.
– Kocham  cię, Kiersten.
– Ja też cię kocham  – wy krztusiłam . – Tak bardzo, że to aż boli. Naprawdę.
Zam knął oczy  i dotknął czołem  m oj ego czoła.
– Pewnego dnia zostaniesz m oj ą żoną.
– Czy żby ? – odparłam  przez łzy.
– Tak. – Uśm iechnął się. – Uklęknę przed tobą na j edno kolano i poproszę, żeby ś została m oj ą

żoną.  Cierpliwość  nie  j est  m oj ą  m ocną  stroną,  więc  pozwolę  ci  postudiować  przez  dwa  lata

background image

i dopiero poproszę cię o rękę. Dwa lata, nie dłużej .

– A j eśli nie potrzebuj ę ty ch dwóch lat?
Spoj rzał na m nie zdum iony.
– Jeśli j estem  gotowa j uż teraz.
Wes uśm iechnął się.
– Chcesz, żeby  twój  wuj ek JoBob dobrał m i się do skóry ? Wolałby m  nie…
– No dobrze, rok. – Mówiąc to, zm ruży łam  oczy.
– Od dziś za równy  rok… – wy szeptał Wes.
Pokiwałam  głową.
– A ty  powiesz „tak”.
– Będziem y  m ieli dla siebie całą wieczność. – Zam knęłam  oczy  i uj ęłam  w dłonie j ego twarz.

– I trój kę dzieci.

– Czwórkę – obruszy ł się. – Zawsze wy bieraj  liczbę parzy stą.
– I zam ieszkam y …
– Gdzie ty lko będziem y  chcieli.
– Ale naj pierw skończę szkołę. – Westchnęłam  i pocałowałam  go w policzek. – Wiem , że j esteś

bogaty, ale m uszę skończy ć szkołę. Wy brałam  nawet przedm iot kierunkowy.

– Poważnie? – Usiadł na łóżku. – Dlaczego m i nie powiedziałaś?
– To m iała by ć niespodzianka. – Uśm iechnęłam  się przez łzy. – Chcesz wiedzieć j aki?
– Pedagogikę? – zgady wał.
– Nie.
– Taniec egzoty czny ?
Roześm iałam  się.
– A j est w ogóle taki kierunek?
– Powinien by ć.
–  Pielęgniarstwo  –  wy szeptałam .  –  Chcę  by ć  pielęgniarką.  Chcę  pracować  na  oddziałach

onkologiczny ch.  Chcę…  Chcę  pom agać  ludziom ,  tak  j ak  ty   pom ogłeś  m nie.  Chcę  wspierać  ich
w walce z dem onam i i m rokiem . Chcę ich ocalać, tak j ak ty  ocaliłeś m nie. – Łzy  pły nęły  m i po
twarzy.  –  Uratowałeś  m nie  i  sprawiłeś,  że  się  zatraciłam .  –  Zagry złam   wargi.  –  Zatraciłam   się
w tobie i wiem , że j uż nic nie będzie takie sam o. To naj większy  dar, j aki dostałam  od ży cia.

– Zatraciłaś się? – spy tał, ocieraj ąc m oj e łzy.
– Tak, zatraciłam , bo pom agaj ąc m i walczy ć z dem onam i, stworzy łeś m nie od nowa. To dług,

którego nigdy  nie będę w stanie spłacić.

– I właśnie dlatego będziem y  m ieli nie trój kę, a czwórkę dzieci – szepnął.
– Kocham  cię – roześm iałam  się i obj ęłam  go za szy j ę.
– Ja ciebie też… By cie z tobą to naj piękniej szy  prezent, j aki dostałem  od losu. I pom y śleć, że

wszy stko przez to, że napadłaś na m nie pierwszego dnia zaj ęć.

– Wcale nie…
–  Ćśśś,  Owieczko.  –  Przy warł  do  m nie  ustam i.  Sm akował  szam panem .  Odwzaj em niłam

pocałunek, oddaj ąc m u całą siebie. Pocałunek nie by ł końcem . By ł początkiem  wspólnego ży cia.

Całowaliśm y  się tak długo, aż rozbolały  m nie wargi. Sm akował każdego skrawka m oj ego ciała,

a  j ednak  nie  chciał  wziąć  tego,  co  tak  bardzo  chciałam   m u  dać  –  m nie.  Powiedział,  że  pragnie
czegoś, na co będzie czekał, gdy  się obudzi. Ty lko Wes m ógł potraktować seks j ako powód do tego,

background image

by   nie  um rzeć.  Rozbawiło  m nie  to  tłum aczenie.  Chwilę  później   śm iech  przerodził  się  w  serię
westchnień  i  szeptów,  kiedy   j ego  ręce  błądziły   po  m oim   ciele,  a  usta  całowały   piersi,  ram iona
i  palce.  Całował  nawet  m oj e  ły dki  i  zgięcie  pod  kolanam i,  j akby   kolana  by ły   wy j ątkowy m
m iej scem , które zasługuj e na szczególną uwagę.

Jęknęłam ,  gdy   przy warł  wargam i  do  m oich  ust,  i  zanurzy łam   palce  w  j ego  włosach.  Nasze

j ęzy ki  tańczy ły,  usta  napierały   na  siebie,  a  ciała  splatały   się  na  ty le,  na  ile  pozwalały   ubrania.
Zasnął  z  rękam i  na  m oich  biodrach.  Kiedy   się  obudziłam ,  zaczęłam   odliczać  dni  do  ślubu
z m ężczy zną m oj ego ży cia. Dokładnie za rok m iałam  zostać j ego żoną. Za rok, piątego grudnia,
m iałam  zostać panią Kiersten Michels.

background image

Rozdział 45

Śniłem o mamie. Jej długich jasnych

włosach i radosnych, niebieskich oczach.

Była taka piękna. Zapytała, czy się boję.
Odpowiedziałem, że nie. Siedzieliśmy na

czerwonej huśtawce, którą dostałem od

ojca na szóste urodziny. Podniosła moje

dłonie do ust i jeden po drugim całowała

moje palce. Potem powiedziała, że

wszystko będzie dobrze. Z jakiegoś powodu

uwierzyłem jej. Zanim zniknęła, dotknęła

dłońmi mojej piersi i zamknęła oczy.

Weston

– Wes – szepnęła Angela. – Czas wstawać, skarbie. Musim y  cię przy gotować.
Ziewnąłem , skinąłem  głową i delikatnie szturchnąłem  Kiersten. Tuliła się do m nie przez kolej ne

kilka  m inut,  aż  w  końcu  wy szła  z  pokoj u.  Wiedziałem ,  że  zobaczę  j ą  tuż  przed  operacj ą.  Maj ąc
w perspekty wie co naj m niej  dziesięć godzin czekania, chciała wziąć pry sznic i się przebrać.

– Jak się czuj esz?– spy tała j ak zawsze Angela.
– Dobrze. – Zm ruży łem  oczy. – Dziwne. Śniła m i się m am a. Jesteś do niej  bardzo podobna.
–  Naprawdę?  –  Przechy liła  głowę.  –  Dom y ślam   się,  że  by ła  piękna,  więc  potraktuj ę  to  j ako

kom plem ent.

– O tak, by ła piękna. – roześm iałem  się i włoży łem  szpitalną koszulę.
Angela  podłączy ła  kroplówkę  i  podała  m i  leki  przeciwwy m iotne.  Chwilę  później   nudności

ustąpiły.  Do  pokoj u  wszedł  oj ciec,  żeby   m nie  uścisnąć.  Tuż  po  nim   przy szła  Lisa  z  balonem
i m isiem -przy tulanką.

Wziąłem  prezenty  i obj ąłem  j ą.
Chłopaki z druży ny  nie wiedzieli, że czeka m nie operacj a, podobnie j ak wy kładowcy. Wiedział

ty lko m ój  trener. Kiedy  więc wszedł do pokoj u, cały  we łzach, wcale m nie to nie zdziwiło. Wiele
razem   przeszliśm y.  Wciąż  j ednak  nie  m ogłem   poj ąć,  j ak  to  m ożliwe,  że  ważący   sto  trzy dzieści
sześć kilogram ów m ężczy zna, który  ponad dwadzieścia lat tem u grał na pierwszej  linii w druży nie
futbolowej  Uniwersy tetu Flory da, płakał j ak bóbr. Pokręcił głową i wziął m nie za rękę.

– Pokonaj  to cholerstwo, a pozwolę ci zagrać w pucharach.
Śm iej ąc się, ścisnąłem  go za rękę.
– Mam  nadziej ę. W końcu j estem  naj lepszy m  rozgry waj ący m .
– Fakt – chrząknął i poklepał m nie po ram ieniu. – Do zobaczenia, kiedy  się obudzisz.
– Kiedy  się obudzę – powtórzy łem , gdy  j uż wy szedł z pokoj u.
Wkrótce potem  poj awił się Gabe.

background image

Usiadł bez słowa.
– Wszy stko w porządku, stary ? – spy tałem .
– Czy  to nie j a powinienem  zadać to py tanie? – spy tał, unikaj ąc m oj ego wzroku.
– Gabe…
–  Prosiłem   Boga,  żeby m   to  j a  m iał  raka.  Żałuj ę,  że  m nie  nie  wy słuchał.  Ty   j esteś  za  dobry.

Nie…  Ja…  –  Wy rzucił  z  siebie  litanię  przekleństw,  która  zaskoczy ła  nawet  m nie.  –  Wciąż  nie
m ogę tego poj ąć.

–  To  przestań  próbować  –  westchnąłem .  –  I  pam iętaj ,  co  ci  powiedziałem .  Wy korzy staj   to,

żeby  się zm ienić.

– Jestem  czy sty  od trzech lat. – Gabe zakoły sał się na krześle. – I po raz pierwszy  m am  ochotę

rzucić  to  wszy stko.  Ten  ból  j est  ponad  m oj e  siły   i  czuj ę  się  j ak  egoista,  który   m y śli  wy łącznie
o sobie. Nie j estem  taki silny  j ak ty.

– Jesteś – upierałem  się. – Wiem , że j esteś.
– Dzięki. – Wstał i podszedł do m nie. – Dzięki za to, że j esteś m oim  przy j acielem .
– Podziękuj  Lisie, zapłaciła m i… – zażartowałem .
–  Dobrze  wiedzieć,  że  wciąż  m asz  poczucie  hum oru,  dupku.  –  Poklepał  m nie  po  ram ieniu

i przy tulił tak m ocno, że przez chwilę nie m ogłem  złapać tchu. – Daj  popalić tem u choróbsku albo
j a dam  popalić tobie, rozum iesz?

– Rozum iem .
– Gabe? – zawołałem , kiedy  podszedł do drzwi.
– Tak?
– Będziesz m oim  drużbą?
– Drużbą?
– Tak, za trzy sta sześćdziesiąt sześć dni ożenię się z Kiersten. Będziesz m oim  drużbą?
– A więc klam ka zapadła – zachichotał. – Czy  Kiersten o ty m  wie?
– Oczy wiście. Ona m nie kocha, wiesz?
– Pewnie, że wiem  – odparł, śm iej ąc się. – Do zobaczenia, staruszku.
Dziesięć m inut później  do pokoj u weszła Kiersten.
Miała na sobie białą sukienkę.
– Przepraszam . To wszy stko, co udało m i się znaleźć w tak krótkim  czasie.
– Masz na sobie…
–  Sukienkę  ślubną  –  roześm iała  się.  –  Pom y ślałam ,  że  to  cię  zainspiruj e.  Teraz  będziesz  m ógł

śnić o m nie w białej  sukience i wy obrażać sobie, j ak m ówię „tak”, kiedy  prosisz m nie o rękę…

– Podej dź tu. – Uniosłem  ręce. Chwilę później  wślizgnęła się w m oj e obj ęcia i przy tuliła głowę

do m oj ej  piersi. – Kocham  cię, m oj a m ała Owieczko.

– Ja ciebie też, Wilku. – Rozpłakała się. – Jesteś m oim  ulubiony m .
– Ulubiony m ?
Odsunęła się i spoj rzała na m nie z nadziej ą.
–  Tak,  ulubiony m .  Ze  wszy stkich  rzeczy,  które  dostałam   od  losu,  ty   j esteś  m oj ą  ulubioną.

Wy grałeś. Nie m asz sobie równy ch.

– No proszę, to dopiero pochwała. – Uśm iechnąłem  się i zanurzy łem  palce w j ej  włosach.
– Co kochasz bardziej ? – Drażniła się ze m ną. – Moj e włosy  czy  serce?
– Dlaczego daj esz m i do wy boru ty lko dwie rzeczy ? A co z twoim i nogam i, uśm iechem , ty m ,

background image

j ak  przy gry zasz  wargę,  kiedy   się  nad  czy m ś  zastanawiasz,  twoim   oddechem   na  m oj ej   twarzy,
głosem   o  poranku,  ty m   j ak  sm akuj esz,  trzem a  piegam i  na  nosie,  wachlarzem   rzęs,  troską
i  duchem   walki?  Dlaczego  więc  m ieliby śm y   ograniczać  się  do  włosów  i  serca?  Niby   j ak  m am
dokonać wy boru? Skoro to, co naj bardziej  w tobie kocham , to ty ?

Widziałem , że próbuj e się nie rozpłakać. Policzki m iała zarum ienione, oczy  szkliste od łez.
– Kocham  cię. – Spoj rzałem  na nią. – To nie koniec.
–  Wiem   –  przy znała.  –  Czuj ę  to  tu.  –  Przy łoży ła  m i  dłoń  do  piersi.  –  I  tu.  –  Dotknęła  m oj ą

dłonią swoj ej  piersi. – Odpocznij , Wes, i pam iętaj , że gdy  się obudzisz, będę na ciebie czekała.

Pokiwałem  głową.
–  Już  czas.  –  Do  pokoj u  weszła  pielęgniarka,  którą  pierwszy   raz  widziałem   na  oczy.  –  Posłała

Kiersten sm utny  uśm iech i wy prowadziła j ą. W tej  sam ej  chwili wróciła Angela.

–  Dobra,  skarbie.  –  Dotknęła  m oj ego  policzka.  –  Czas  iść  spać.  A  kiedy   się  obudzisz,  po  raku

zostanie ledwie wspom nienie.

Gapiłem   się  na  nią  zm ieszany ;  naprawdę  gapiłem   się  na  tę  kobietę.  Mógłby m   przy siąc,  że

patrzę na m am ę. Zam rugałem  kilka razy  i pokręciłem  głową.

– Dziękuj ę – odezwałem  się w końcu. – Jesteś fantasty czną pielęgniarką.
– Pam iętaj  o j edny m . – Pchnęła łóżko w kierunku drzwi.
– Tak?
–  Możesz  nie  dostrzegać  każdego  fragm entu  układanki,  która  tworzy   twoj e  ży cie,  m ożesz  nie

zauważać  każdego  ruchu  wielkich  szachistów,  ale  pam iętaj ,  że  to  On  przez  cały   czas  kontroluj e
grę.  Czasam i  niektóre  elem enty   zostaj ą  przestawione  lub  usunięte,  żeby   zrobić  m iej sce  dla
nowy ch.  Czasam i  świat,  w  który m   ży j em y,  sprawia,  że  wokół  nas  dziej ą  się  różne  rzeczy.  Ale
w końcu wszy stko układa się tak, j ak powinno. To przy j em na perspekty wa, prawda? Świadom ość,
że  nic  nie  dziej e  się  bez  powodu.  Dlaczego  m asz  raka?  Może  dzięki  tem u  ocaliłeś  ży cie  troj ga
swoich  przy j aciół?  Gdy by ś  nie  zachorował,  nie  poznałby ś  ich?  Gdy by ś  nie  by ł  chory,  nie
spotkałby ś  m iłości  swoj ego  ży cia?  Może  nie  perfekcj a  ży cia,  a  j ego  chaos  sprawia,  że  rzeczy
nabieraj ą znaczenia?

Wy prostowała się i wy j echała łóżkiem  na kory tarz. Jej  słowa przez całą drogę nie dawały  m i

spokoj u.  Na  sali  operacy j nej   wy ciągnąłem   do  niej   rękę,  a  ona  j ą  uścisnęła.  Kiedy   podano  m i
środek nasenny, spoj rzałem  w prawo na j ej  lewą rękę… Na serdeczny m  palcu m iała pierścionek.
Dokładnie taki, j aki m ój  oj ciec podarował m am ie; ten, który  nosiła aż do śm ierci… Otworzy łem
usta, żeby  j ej  o ty m  powiedzieć, ale ogarnęła m nie senność i z uśm iechem  na twarzy  zapadłem
w głęboki sen.

background image

Rozdział 46

Dziesięć godzin? Niby co miałam robić

przez dziesięć godzin? Modlić się?

Modliłam się. Starałam się nie płakać,

a Gabe próbował mnie rozśmieszać,

opowiadając żenujące historyjki

z dzieciństwa Lisy. Nie pomogło, ale

przynajmniej się starał.

Kiersten

Po  pięciu  godzinach  zaczęłam   odchodzić  od  zm y słów.  Uprzedzano  nas,  że  operacj a  m oże

potrwać  od  dziesięciu  do  dwunastu  godzin.  Randy   m ówił,  że  j eśli  lekarze  wy j dą  w  ciągu
pierwszej   godziny,  będzie  to  znaczy ło,  że  guza  nie  da  się  usunąć.  Tak  więc  gdy   dwie  godziny
później  nikt do nas nie wy szedł, odrobinę się odpręży łam .

Znowu spoj rzałam  na zegar. Dochodziło południe. Jeśli wszy stko się uda, o siedem nastej  będę

trzy m ała  Wesa  w  ram ionach,  obolałego,  ale  ży wego.  Zam knęłam   oczy   i  przy pom niałam   sobie
j ego pocałunki.

Gabe  szturchnął  m nie  w  ram ię.  Podniosłam   wzrok.  W  naszą  stronę  szedł  j eden  z  lekarzy.

Głowę  m iał  spuszczoną.  Jest  za  wcześnie!  Nie!  Nie!  Wiedziałam,  że  jest  za  wcześnie,  żeby
informować  nas  o  przebiegu  operacji
.  Serce  podeszło  m i  do  gardła.  Złapałam   Gabe’a  za  rękę
i czekałam  na wieści.

Gdy   Randy   wstał,  lekarz  się  uśm iechnął.  Uśm iech  to  dobry   znak,  prawda?  Wzięłam   głęboki

oddech. Czułaby m , gdy by  serce Wesa przestało bić; w głębi duszy  wiedziałaby m , gdy by  tak się
stało. Wciąż by ł z nam i, m usiał by ć.

– Stało się coś bardzo dziwnego… – Lekarz pokręcił głową. – Operacj a dobiegła końca.
– Dlaczego to takie dziwne? – spy tał Randy.
–  Jego  guz.  –  Mężczy zna  chy ba  nie  bardzo  wiedział,  j ak  ubrać  w  słowa  to,  co  m iał  nam   do

przekazania. – Kiedy  oglądaliśm y  go kilka dni tem u, by ł wielkości wnętrza m oj ej  dłoni. – Mówiąc
to, podniósł rękę. – Nie wiem y, j ak to m ożliwe, ale w ciągu ty ch kilku dni skurczy ł się do rozm iaru
m ałej  śliwki.

– Chy ba nie bardzo rozum iem . – Randy  zam rugał kilkukrotnie. Mogłaby m  przy siąc, że próbuj e

opanować łzy.

–  Nowotwór  został  usunięty   –  wy j aśnił  powoli  lekarz.  –  By ł  ty lko  w  ty m   j edny m   m iej scu,

bardzo blisko serca, ale udało nam  się go zoperować. Usunęliśm y  guza bez żadny ch kom plikacj i.
Pański  sy n…  –  głos  m u  zadrżał  i  lekarz  zaczerpnął  powietrza.  –  Pański  sy n  doży j e  sędziwej
starości, j eśli Bóg pozwoli.

Gabe głaskał m nie po głowie, kiedy  przy tuliłam  się do niego, łkaj ąc.

background image

– Kiedy  będziem y  m ogli go zobaczy ć? – spy tał Randy  schry pnięty m  głosem .
– Wciąż j eszcze śpi. – Doktor się uśm iechnął. – Nie wiem , czy  to działanie leków, czy  m am y

do czy nienia z cudem . Od piętnastu lat przeprowadzam  na oddziale onkologiczny m  operacj e klatki
piersiowej   i  w  ży ciu  nie  widziałem   czegoś  takiego.  Będziem y   badać  wszy stkie  leki,  które
przy j m ował pański sy n, żeby  zobaczy ć, czy  któreś z nich powoduj ą kurczenie się guzów.

– Dobrze. – Randy  podał lekarzowi rękę, którą ten uścisnął. – Dziękuj ę. Dziękuj ę za wszy stko.
– Cieszę się, że m ogłem  pom óc. – Lekarz pożegnał nas skinieniem  głowy  i odszedł.
Łzy  przesłaniały  m i widok.
Poczułam , że Gabe się trzęsie. My ślałam , że płacze, i podniosłam  wzrok. On j ednak się śm iał.

Zanosił się śm iechem  do tego stopnia, że m y ślałam , iż zaraz zem dlej e.

– Co ci j est? – Odepchnęłam  go od siebie.
– Ten drań kazał m i obiecać, że będę j ego drużbą. – Znowu wy buchnął śm iechem . – Przeży ł…

– otarł oczy  wierzchem  dłoni – ty lko po to, żeby  zobaczy ć m nie w sm okingu!

Teraz  i  j a  zaczęłam   się  śm iać.  Lisa  zerwała  się  z  krzesła  i  chwy ciła  m nie  za  rękę.  Ulga.  To

wszy stko,  co  czułam .  Czułam   ulgę,  bo  wiedziałam ,  że  nic  m u  nie  będzie  i  że  będziem y   razem .
Miałam  ochotę wbiec na salę operacy j ną i rzucić się na niego.

Ży ł.
Miłość m oj ego ży cia czekała na m nie.
Jasna cholera. Za rok weźm iem y  ślub.
Teraz to j a wy buchłam  śm iechem .

background image

Rozdział 47

Śniłem o Kiersten w sukni ślubnej. Stałem

na końcu nawy głównej, a ona szła ku

mnie. Chwilę później zobaczyłem nas, jak

trzymając się za ręce, przyglądamy się

naszym dzieciom, bawiącym się

w ogrodzie. Zaraz potem ujrzałem nasze

splecione, pomarszczone dłonie, kiedy

byliśmy świadkami narodzin naszego
kolejnego wnuka. Moje życie – moja

przyszłość. Należały do niej.

Weston

Pierwszą osobą, którą zobaczy łem  po przebudzeniu, by ł m ój  oj ciec. Pochy lał się nad łóżkiem

i  patrzy ł  na  m nie  z  podziwem .  W  chwili,  gdy   zobaczy łem   na  palcu  Angeli  pierścionek  m am y,
wiedziałem , że wszy stko będzie dobrze. By łem  pewien, że lada chwila utnę sobie drzem kę, a gdy
się obudzę, zacznę nowe ży cie.

Twarz oj ca poj awiała się i znikała, tak sam o j ak twarz Kiersten. Nie m iałem  poj ęcia, j ak długo

spałem .  W  który m ś  m om encie  po  prostu  otworzy łem   oczy.  Próbowałem   skupić  się  na
czy m kolwiek.  W  końcu  dostrzegłem   inną  twarz.  Uśm iech  oj ca  sprawił,  że  rozbolała  m nie  klatka
piersiowa,  choć  m oże  bolała  m nie  po  operacj i;  nie  wiedziałem   i  wcale  m nie  to  nie  obchodziło.
Czułem  ból – a to znaczy ło, że ży j ę.

– Jak się czuj esz? – spy tał tata.
–  Jak  rozgry waj ący.  –  Gardło  m iałem   obolałe  od  rurki  intubacy j nej ,  ale  nie  m iało  to

znaczenia.  Chciałem   m ówić.  Mówienie  znaczy ło,  że  to  wszy stko  działo  się  naprawdę.  Każdy
oddech  bolał  j ak  diabli,  ale  nie  przestawałem   oddy chać.  Powtarzałem   sobie,  że  będę
zaszczy cony, m ogąc oddy chać w bólu do końca ży cia i wiedząc, że każdy  oddech to prawdziwy
dar.

Tata się roześm iał.
– To dobrze. My ślisz, że trener pozwoli ci zagrać w m eczu o m istrzostwo?
– Jeśli w ogóle zagram y  o m istrzostwo – poprawiłem  go. Odchrząknąłem , chcąc, by  m ój  głos

brzm iał bardziej  naturalnie. – Obiecał, że pozwoli m i zagrać. – Mrugnąłem . – Gdzie są wszy scy ?

–  Potrzebowałem   chwili…  –  odchrząknął  –  żeby   porozm awiać  z  m oim   sy nem .  Sam .  Żeby

m ieć  pewność,  że  to  wszy stko  dziej e  się  naprawdę.  Że  naprawdę  tu  j esteś,  nie  w  sali
operacy j nej . Lekarze m ówili ci, co się stało?

Pokiwałem  głową.
– Guz się skurczy ł.
– Sy nu, w ciągu zaledwie czterech dni guz skurczy ł się o trzy  czwarte.

background image

Nie  wiedziałem ,  co  powiedzieć.  Któraś  pielęgniarka  powiedziała,  że  to  cud,  podczas  gdy

lekarze by li zdania, że to dzięki lekom . Przy puszczałem , że nigdy  nie poznam  prawdy  i by ć m oże
nie m iało to znaczenia. Liczy ło się ty lko to, że zostałem  ocalony.

– To niesam owite, prawda? – spy tałem .
– To cud. – Oj ciec poklepał m nie po ręce. – Kocham  cię, Wes.
– Ja ciebie też, tato.
Wstał i wy chodząc, zatrzy m ał się w drzwiach.
– Naprawdę żenisz się w przy szły m  roku?
–  Tak.  –  Nie  m ogłem   powstrzy m ać  uśm iechu  i  m ógłby m   przy siąc,  że  m oj e  serce  zabiło

m ocniej .

Pokręcił głową i się roześm iał.
– Dobrze więc, naj wy ższy  czas poznać rodzinę tej  dziewczy ny.
Chwilę później   do pokoj u  wpadła Kiersten.  By ła niczy m   sm uga czerwieni,  która  wy lądowała

obok  m nie  na  łóżku,  uważaj ąc,  by   nie  doty kać  m oj ej   klatki  piersiowej .  W  końcu  przeszedłem
poważną operacj ę. Pocałowała m nie i m inęło kilka chwil, zanim  oderwała usta od m oich warg.

– To dopiero by ła walka.
–  Niektóre  rzeczy …  –  zatknąłem   j ej   za  ucho  kosm y k  rudy ch  włosów  –  …  są  warte  tego,  by

o nie walczy ć.

Do pokoj u weszła pielęgniarka i spoj rzała na kartę pacj enta.
– Gdzie j est Angela? – spy tałem .
Posłała m i zdum ione spoj rzenie.
– Angela?
– Tak, ta druga pielęgniarka, która m i pom agała. Miała j asne włosy  i ładną twarz…
–  Hm m …  –  Kobieta  odłoży ła  podkładkę  do  pisania  i  się  uśm iechnęła.  –  Z  tego,  co  m i

wiadom o,  na  ty m   oddziale  nie  m a  żadnej   pielęgniarki  o  im ieniu  Angela.  Sądząc  po  ty m ,  co  tu
napisano,  brałeś  bardzo  m ocne  lekarstwa.  Nic  dziwnego,  że  m iałeś  halucy nacj e.  Poinform uj ę
lekarza o skutkach uboczny ch, żeby  zwrócił na nie uwagę. – Posłała m i ciepły  uśm iech i wy szła
z pokoj u.

– Angela? Co to za Angela? – spy tała Kiersten.
–  Nie  wy daj e  m i  się,  żeby m   m iał  halucy nacj e.  To  znaczy,  chy ba  m ówiłem   ci,  że  chcę  się

z tobą ożenić?

Pokiwała głową.
– A ty  obiecałaś, że włoży sz ślubną sukienkę?
Przy taknęła.
– I nagość. Mógłby m  przy siąc, że rozm awialiśm y  o nagości.
Kiersten uśm iechnęła się.
– O cały m  m nóstwie nagości.
– Ale ty  też nie pam iętasz Angeli? – spy tałem .
– Ani trochę. – Wzruszy ła ram ionam i. – Może to by ła twoj a wy obraźnia, a m oże zobaczy łeś

swoj ego anioła stróża?

Zaczęliśm y  się całować, gdy  ktoś zapukał do drzwi. Pielęgniarz przy niósł tacę z j edzeniem . Za

j ego plecam i dostrzegłem  znaj om y  uśm iech i j asne włosy.

– To ona? – spy tała Kiersten.

background image

Angela  pom achała  do  nas,  wy szła  z  pokoj u  i  wsiadła  do  windy.  Zanim   drzwi  zam knęły   się

z cichy m  m laśnięciem , puściła do m nie oko.

– A niech m nie.
Kiersten klepnęła m nie w ram ię.
– Kto to by ł?
Westchnąłem  i w duchu podziękowałem  Bogu za wszelkie cuda, duże i m ałe.
– Pozwól – zacząłem  – że opowiem  ci o m oj ej  m am ie.

background image

Rozdział 48

Dwa m iesiące później .

 
 

Cholera,  denerwowałem   się  j ak  diabli.  Lekarz  powiedział,  że  m ogę  wy j ść  na  boisko,  ale  nie

sądził,  że  dam   radę  rozegrać  cały   m ecz.  W  końcu,  kto  wy chodzi  na  m urawę  po  operacj i  klatki
piersiowej ?  Ty m czasem   czułem   się  zdrowy   j ak  koń.  Dwa  ty godnie  po  operacj i  wznowiłem
treningi  i  powoli  wracałam   do  form y   i  do  zdrowia.  Koniec  z  m dłościam i.  Ży łem ,  i  Bóg  m i
świadkiem , by łem  m u wdzięczny  j ak nigdy  dotąd.

Pom achałem  do  Kiersten. Siedziała  na try bunach  z wuj ostwem .  Oj ciec i  JoBob  zaprzy j aźnili

się w ciągu ostatnich m iesięcy. Miałam  wrażenie, że śm ierć, która dotknęła nasze rodziny, zbliży ła
ich. JoBob potrzebował ty godnia, żeby  przekonać się, że m ój  oj ciec nie j est żadną gwiazdą. Dwa
ty godnie  później   płatał  m u  figle,  które  rozśm ieszały   nas  do  łez.  Dobrze  by ło  się  znowu  śm iać.
A j eszcze lepiej  by ło widzieć m oj ego tatę szczęśliwego.

On  również  m i  pom achał  i  wskazał  na  Gabe’a,  który   razem   z  Lisą  siedział  pod  wielkim

bannerem  z napisem  Dajesz, Wes! Czerwone litery  otaczało ogrom ne serce.

Wieści  o  m oj ej   operacj i  i  walce  z  rakiem   rozeszły   się,  j ak  się  tego  spodziewaliśm y.  Przez

liczne  wy wiady   udzielane  przez  Sky pe’a  dla  Good  Morning  America  i  Anderson  Cooper  360o,
prawie nie m iałem  czasu, żeby  m y śleć o zbliżaj ący m  się m eczu i ty m , co wy darzy  się w trakcie
przerwy.

Graliśm y  przeciwko Kaczkom  z Oregonu. Znowu. Historia lubi się powtarzać. By li dobrzy, ale

m y   by liśm y   lepsi.  Rzuciłem   piłkę  i  podniosłem   ręce  nad  głowę.  Graliśm y   w  finale  BCS

Cham pionship  

1

. Powinienem  m y śleć o grze, o ty m , żeby  nie zostać uderzony m , o zwy cięstwie

– a m y ślałem  wy łącznie o niej.

– Gotowy ? – spy tał Tony, po raz ostatni rzucaj ąc piłką.
– Jasne – odparłem  ze śm iechem . – A ty ?
– Dziś na obiad będą kaczki. – Udaj ąc, że trzy m a w dłoni pistolet, wy m ierzy ł do m nie palcam i,

odchy lił głowę i zawy ł przeciągle. Ludzie na try bunach zagrzewali Kaczki do gry. Wiedziałem , że
Gabe będzie wkurzony. Biedaczy sko, nie znałem  nikogo, kto nienawidził Oregon Ducks bardziej  niż
on, choć nie chciał powiedzieć, skąd wzięła się ta straszna niechęć.

W  głośnikach  rozległ  się  głos  spikera.  Zabawne,  kiedy   ostatni  raz  wy biegłem   na  boisko,

m y ślałem , że m oj e ży cie dobiega końca.

A ono dopiero się zaczy nało.
Dwie  pierwsze  kwarty   m inęły   w  zawrotny m   tem pie,  j ednak  wy nik  m eczu  pozostał

nierozstrzy gnięty. Trener kilkakrotnie próbował zdj ąć m nie z boiska, ale m u na to nie pozwoliłem .
Odwaliłem   kawał  dobrej   roboty   i  chciałem   poprowadzić  druży nę  do  zwy cięstwa.  Nie  m ogłem
ich zawieść. Nie teraz.

–  Jesteś  pewien,  że  tego  właśnie  chcesz?  –  spy tał  oj ciec,  gdy   brzęk  dzwonka  ogłosił  koniec

przerwy.

background image

– Tak. – Oblizałem  usta. – Czekałem  na to całe ży cie.
Sięgnął do kieszeni i podał m i pudełeczko.
– W takim  razie idź i skop im  ty łki.
–  Uprzej m ie  proszę,  żeby   wszy scy   zaj ęli  m iej sca  –  oznaj m ił  spiker.  –  Mam   ważne

oświadczenie.

Wy szedłem   na  środek  boiska  przy   wtórze  grom kich  okrzy ków.  Nawet  fani  Kaczek  wstali

z m iej sc.

Dopiero  gdy   się  odwróciłem ,  zrozum iałem   dlaczego.  Wszy scy   towarzy szący   m i  ludzie  m ieli

koszulki z napisem  I ♥ Wes Michels. By łem  zby t zaskoczony, żeby  cokolwiek powiedzieć. Hałas na
try bunach  się  wzm agał.  Ukłoniłem   się  i  ściągnąłem   kask.  Zdenerwowany   odchrząknąłem
i podniosłem  m ikrofon do ust.

– Dziękuj ę. – Głos m iałem  schry pnięty. – Nie m acie poj ęcia, j ak wiele wasze wsparcie znaczy

dla  m nie,  m oj ej   rodziny   i  druży ny.  –  Znowu  odchrząknąłem .  –  Kocham   was.  Kocham   was
wszy stkich, ale j est ktoś… ktoś wy j ątkowy, z kim  chciałby m  teraz porozm awiać. Kiersten? – Na
try bunach zapadła cisza. – Kiersten, m ożesz tu zej ść?

Moj a dziewczy na weszła na m urawę boiska pośród wrzawy  i pokrzy kiwań.
– A niech m nie – rzuciłem  do m ikrofonu. – Jesteś tak piękna, j ak w dniu, kiedy  zobaczy łem  cię

po raz pierwszy.

Kiedy  stanęła obok m nie, j ej  policzki by ły  równie czerwone j ak włosy.
–  Owieczko  –  zacząłem .  Przewróciła  oczam i,  ale  widziałem ,  że  j est  szczęśliwa.  Ja  sam

próbowałem  opanować nerwy  i radość, którą czułem  na m y śl, że w końcu ogłoszę światu, że j est
m oj a  i  ty lko  m oj a.  –  Kiedy   cię  poznałem ,  m oj e  serce  by ło  w  rozsy pce,  dosłownie.  –  Tłum
zam arł. – Powoli zatruwało m nie coś, czego nie by łem  w stanie kontrolować. Zdaniem  niektóry ch
to po prostu cud, że j estem  tu dziś, inni uważaj ą, że to zasługa leków. – Wziąłem  j ą za rękę. – Ale
j a znam  prawdę.

Kiersten uniosła brwi.
–  Nie  wiem ,  j ak  to  m ożliwe,  ale  kiedy   cię  poznałem ,  uleczy łaś  m nie.  Całego.  Wspólnie

stawialiśm y   czoła  naszy m   lękom ,  uczy liśm y   się,  śm ialiśm y   i  kochaliśm y.  Przy sięgam ,  że
w  ciągu  ty ch  kilku  m iesięcy   z  tobą  m oj e  serce  radowało  się  częściej   niż  w  ciągu  całego  ży cia.
Moj e  serce  j est  zdrowe,  bo  oddałaś  m i  swoj e  serce,  i  dlatego  nie  klękam   przed  tobą  na  j edno,
a na dwa kolana… – Uklęknąłem  przed nią i wziąłem  j ą za rękę. – I dziękuj ę ci. Dziękuj ę za to, że
ocaliłaś m i ży cie, za to, że kochasz m nie wy starczaj ąco m ocno, by  cenić swoj e własne, i za to, że
by łaś  m oj ą  siłą,  kiedy   straciłem   nadziej ę.  Chciałby m   wierzy ć,  że  nasze  serca  są  ze  sobą
złączone, splecione na zawsze, ale ponieważ z technicznego punktu widzenia nie j est to m ożliwe,
chciałem  ci zadać py tanie.

Ludzie na try bunach wstrzy m ali oddech.
–  Czy   zostaniesz  m oj ą  żoną  i  uczy nisz  m nie  naj szczęśliwszy m   człowiekiem   na  świecie?  –

  Otworzy łem   pudełeczko  z  pierścionkiem ,  który   należał  kiedy ś  do  m oj ej   m am y.  Ty m   sam y m ,
który   widziałem ,  kiedy   zam knąłem   oczy   przed  operacj ą.  By ł  to  pierścionek  z  poj edy nczy m
trzy karatowy m  bry lantem  i wy grawerowany m  na spodzie napisem  Moje serce dla Twojego.  Tata
opowiadał,  że  kiedy   oddał  go  do  grawerowania,  m y ślał  wy łącznie  o  m iłości  do  m am y.  Nie
podej rzewał, że dedy kacj a ta będzie m iała tak wielkie znaczenie dla nas wszy stkich.

Może  fakty cznie  nic  nie  dziej e  się  bez  powodu.  Może  nie  m a  takich  rzeczy   j ak  przy padki.

background image

Z trudem  przełknąłem  ślinę i czekałem  na odpowiedź Kiersten.

Z piskiem  zarzuciła m i ręce na szy j ę i przewróciła na plecy. Jej  usta odnalazły  m oj e.
– Czy  to znaczy, że się zgadzasz? – spy tałem , nie przestaj ąc j ej  całować.
–  To  znaczy   „dlaczego  tak  długo  z  ty m   zwlekałeś”?  –  Stuknęła  m nie  w  klatkę  piersiową

i  odwróciła  wzrok,  j akby   chciała  ukry ć  łzy,  które  toczy ły   się  po  j ej   policzkach.  –  Kocham   cię,
Wesie Michelsie.

– Ach tak?
Uśm iechnęła się i wskazała na swoj ą koszulkę.
– Podoba ci się? – spy tała.
– Czy  m i się podoba? Jest cudowna.
– Kocham  Wesa Michelsa – wy szeptała i pocałowała m nie. – Oddałaby m  ci swoj e…
– Swoj e co?– spy tałem  zm ieszany, wciąż nie wy puszczaj ąc j ej  z obj ęć.
–  Swoj e  serce…  –  Wargi  j ej   drżały.  –  Oddałaby m   j e,  żeby   cię  uratować.  Zrobiłaby m

wszy stko.

– W takim  razie biorę j e.
– Co?
– Twoj e serce – szepnąłem . – Wezm ę j e, j eśli propozy cj a nadal j est aktualna. Chcę każdy  j ego

fragm ent, każdy  złam any  kawałek. Chcę j e całe. Chcę ciebie. Całą.

– W takim  razie j estem  twoj a. – Jeszcze m ocniej  obj ęła m nie za szy j ę i oplotła m nie nogam i.
Ekipy  telewizy j ne oszalały, próbuj ąc uchwy cić nasze ciała pod każdy m  kątem . Chwilę później ,

tak j ak zaplanowałem , niebo roziskrzy ły  faj erwerki, a z głośników popły nęły  dźwięki Beneath  Your
Beautiful
.

– Jej ku. – Wstrzy m ała oddech i zadarła głowę. – Ty  to potrafisz zadbać o odpowiednią oprawę.
– W końcu nazy wam  się Michels. – Mrugnąłem  do niej . – A teraz wy graj m y  ten m ecz.
Mogliśm y   przegrać,  a  i  tak  by łby m   szczęśliwy.  Na  szczęście  tak  się  nie  stało.  Zielono-żółci

zostali  pokonani.  Gabe  wy glądał,  j akby   m iał  się  rozpłakać  ze  szczęścia.  Zam iast  tego  zaczął
obrażać Kaczki, więc odciągnęliśm y  go na bok.

Pocałowałem  Kiersten w rękę.
Marzy łem  ty lko o ty m , żeby  wrócić z nią do dom u.
Ty tuł  Naj bardziej   Wartościowego  Gracza?  By ł  dla  m nie  bez  znaczenia.  Fakt,  że  zostałem

zauważony   przez  NFL   

2

?  Nie  obchodził  m nie.  Ale  Kiersten?  Tak.  By ła  dla  m nie  wszy stkim .

Szy bko  zszedłem   z  m urawy.  Pożegnałem   się  z  kam eram i,  reflektoram i  i  sławą.  Chciałem   ty lko
j ej .  W  ciem ny m   tunelu,  kiedy   opuszczaliśm y   stadion,  czuj ąc  na  j ej   palcu  pierścionek,  który
należał w przeszłości do m oj ej  m am y, wiedziałem , że zaczy na się dla m nie zupełnie nowe ży cie.
 

1. 

Rozgry wany  co roku m ecz naj wy ższej  klasy  rozgry wkowej  w college  football,
w który m  wy łaniany  j est akadem icki m istrz kraj u. 

[wróć]

2. 

National Football League – naj większa zawodowa liga futbolu am ery kańskiego.

[wróć]

background image

Dedykacja

Wuj ku JoBobie, kiedy  m y ślę o Tobie i kiedy  sły szę Twoj e im ię, j edy ne słowo, które przy chodzi

m i do głowy  to: odważny. Kolej ne słowo to: bohater. A następne to: spokój . Jesteś oazą spokoj u,
woj ownikiem   i  uosobieniem   tego,  kim   chciałaby m   stać  się  w  przy szłości.  Nie  wiesz,  j ak  bardzo
podziwiam  Twoj ą odwagę. Nie pozwalasz, by  rak odebrał Ci radość ży cia; zam iast się poddawać,
Ty  podtrzy m uj esz na duchu inny ch. Nie j estem  w stanie wy razić słowam i wpły wu, j aki m iałeś
na m oj e ży cie.

Moj ej   drogiej   teściowej ,  która  pokonała  raka  piersi,  spoj rzała  śm ierci  w  twarz  i  nie  dała  za

wy graną – kocham  Cię.

Dla Moniki – j esteś wielka, dziewczy no! Dasz radę. A kiedy  będzie j uż po wszy stkim , usiądziesz

z kieliszkiem  wina i poczy tasz książkę.

Dla  wszy stkich,  który m   rak  odebrał  kogoś  bliskiego.  Dla  ty ch,  którzy   toczą  walkę  z  tą  straszną

chorobą – dla lekarzy, rodzin i ludzi, którzy  stracili swoj e bratnie dusze.

Moje serce jest z Wami.

Ta książka

jest dla Was.

background image

Podziękowania

Przede  wszy stkim   pragnę  podziękować  Bogu.  Ta  historia  nie  powstałaby,  gdy by   nie  Jego

błogosławieństwo. To dzięki Niem u m ogę robić to, co robię.

Jak wielu z Was wie, m ój  wuj ek JoBob j est nieuleczalnie chory  na raka. Ta książka dedy kowana

j est j em u i wszy stkim  ty m , który ch ży cie zostało dotknięte tą straszną chorobą. Mam  nadziej ę, że
j eśli  przechodzicie  przez  to  z  pom ocą  rodziny   i  przy j aciół,  ta  książka  pom oże  Wam   uporać  się
z bólem  i sprawi, że poczuj ecie się choć odrobinę lepiej .

Dziękuj ę Grand Central Publishing nie ty lko za to, że pozwolili, by m  napisała tę książkę m iędzy

inny m i  proj ektam i,  ale  przede  wszy stkim   za  ich  wsparcie.  Lauren  Plude,  j esteś  niesam owitą
redaktorką.  Już  to  m ówiłam ,  ale  powtórzę  raz  j eszcze:  to  zaszczy t  pracować  z  Tobą  i  całą  ekipą
z GCP.

Dziękuj ę  Laurze  Heritage  za  to,  że  będąc  w  ciąży,  redagowała  tę  książkę  i  pom agała  w  j ej

tworzeniu. Jesteś wielka. To zaszczy t nazy wać Cię swoj ą przy j aciółką.

Ludziom ,  którzy   prom owali  tę  książkę  i  m oim   betareaderom !  Jesteście  kochani!  Jako  pierwsi

m ieliście  okazj ę  sięgnąć  po  tę  książkę.  Nie  wiem ,  co  by m   zrobiła  bez  Waszego  wsparcia  i  słów
zachęty  na Facebooku! Jesteście dla m nie j ak druga rodzina.

Jak zawsze, bez względu na to, czy  spodobała Wam  się ta książka, czy  też nie, proszę, napiszcie

o  niej   kilka  słów.  Każda  opinia  j est  dla  m nie  bezcenna.  Pieniądze  zarobione  w  ciągu  dwóch
pierwszy ch ty godni sprzedaży  zostaną wy korzy stane na pokry cie kosztów leczenia m oj ego wuj ka.
Kolej ne wpły wy  przekażę na fundacj ę Make A Wish. Jeśli ta książka Wam  się spodoba, proszę,
powiedzcie o niej  swoim  rodzinom  i znaj om y m ; m ówcie też o niej , j eśli Wam  się nie spodoba,
ale będziecie uważać, że m oże ona kom uś pom óc.

Dziękuj ę za to, że j ą przeczy taliście!

Jak zawsze m ożecie śledzić m nie na 

Twitterze @RachVD

Na Facebooku: Rachel Van Dyken Author

A także na m oj ej  stronie internetowej

www.rachelvandy kenauthor.com

background image

O autorce

Rachel Van Dyken to autorka rom ansów z list bestsellerów „New York Tim esa” i „USA Today ”.

W  przerwach  m iędzy   pisaniem   lubi  przesiady wać  w  Starbucksie  i  oglądaj ąc  Kawalera,  planuj e
kolej ne książki.

Mieszka  w  Idaho  razem   z  m ężem   i  ich  chrapiący m   bokserem ,  Sir  Winstonem   Churchillem .

Uwielbia 

dostawać 

wiadom ości 

od 

czy telników. 

Jej  

strona 

internetowa 

to

www.rachelvandyken.com


Document Outline