background image

Richard A Knaak 
 
Smocze królewstwo tom 06 Dzieci smoka 
 
Przełożyła Maria Gębicka-Frąc 
Tytuł oryginału Children of the Drake 
Wersja angielska 1993 
Wersja polska 2002 
 

 
- I co myślisz? - zapytał Rayke, trącając stopą opierzone, niemal skamieniałe 
zwłoki. 
Ciało należało do przedstawiciela Sheeka, władców tej krainy. Sheeka 
przypominali  
ludzi, chodzili na dwóch nogach i umieli posługiwać się rękami, ale mieli też 
skrzydła i od  
czubka głów do szponiastych stóp porastały ich pióra. Ich oczy rozstawione były 
szeroko po  
obu stronach drapieżnego dzioba, dlatego gdy chcieli się czemuś przyjrzeć, 
musieli po  
ptasiemu przekrzywiać głowy. Nie brakowało im przebiegłości i cecha ta, w 
połączeniu z  
naturalną bronią w postaci dziobów i szponów, pozwoliła im panować na tym 
kontynencie od  
kilku tysięcy lat. 
Rayke miał zawiedzioną minę, jakby ktoś pozbawił go perwersyjnej przyjemności. 
Dwa elfy stojące nad rozpostartą na ziemi postacią wyglądały na braci. Byli  
podobnego wzrostu i obaj nosili takie same stroje o barwie leśnej zieleni, 
składające się z  
koszuli, spodni, butów z długimi cholewami i płaszcza z kapturem. Obaj mieli 
jasnobrązowe  
włosy i oczy szmaragdowe jak wiosenne liście. 
Na tym jednak kończyło się podobieństwo. Faunon był młodszy od Rayke'a o sto 
lat,  
choć obaj wyglądali tak, jakby przeżyli nie więcej niż trzydzieści wiosen. 
Młodszy elf często  
myślał, że jego towarzysz jest o wiele bardziej żądny krwi niż najstarsi, którzy 
tak kurczowo  
trzymali się sztywnych, napuszonych zasad, że najdrobniejsze uchybienie kończyło 
się  
wyzwaniem na pojedynek. Całe szczęście, że to on, a nie Rayke został wyznaczony 
na  
dowódcę ekspedycji na ziemie skrzydlatych... a raczej na ich byłe ziemie. Jak na 
razie  
znaleźli tylko martwych Sheeka, którzy padli ofiarą własnego czaru rzuconego w 
celu  
pozbycia się rywali, starej rasy podobnych do pancerników Queli. 
Wyglądało na to, że czar okazał się bardziej zgubny dla jego twórców niż dla  
zamierzonych ofiar. Quele zamieszkiwały południowo-zachodnią część kontynentu, 
więc na  
razie nie było wiadomo, jakie poniosły straty. W tamtą stronę został wyprawiony 
inny oddział  
elfów. Jeśli powróci, uzupełni nformacje zebrane przez tę grupę. 
- Myślę... - odezwał się Faunon, wreszcie przypominając sobie o pytaniu 
towarzysza -  
że spowodowali okropną jatkę, próbując odwrócić czar, jakikolwiek on był. Nie ra 
takim  
wyniku im zależało - dodał, bo Rayke czasami miał kłopoty z wyciąganiem 
wniosków. 
Faunon odwrócił się i spojrzał na wysokie szczyty na północy. Gdzieś tam leżało  

background image

gniazdo, tyle wiedzieli. Nadal było zamieszkałe; widzieli Sheeka latających nad 
górami,  
jediakże w niewielkim stadzie, a nie w ogromnej chmarze, która gnieździła się 
tam zaledwie  
dziesięć lat wcześniej. W ciągu minionej dekady na skrzydlatych mieszkańców gór 
spadło  
niejedno nieszczęście. Pewne dowody wskazywały na istnienie trzeciej rasy, która 
pojawiła  
się i znikła jak wiatr... jak się wydawało, robiąc po sobie porządek, bo zostało 
niewiele  
śladów. Zwiadowcy odkrył tylko tyle, że przybysze walczyli samotnie z wielkim 
stadem  
Sheeka, a potem przenieśli się gdzieś indziej. 
Ale gdzie? 
- Wracajmy do pozostałych - mruknął Rayke. Przełożył cięciwę łuku przez głowę i  
lewe ramię. Nie interesował się trzecią rasą. Rada rozkazała im ocenić rozmiar 
znisz:zeń na  
terenie imperium Sheeka, co samo w sobie było zadanxm niełatwym, ponieważ ptaki 
nie  
tworzyły imperium w elfim pojęciu tego słowa. Żyły w wielkich wspólnotach, które  
panowały nad ogromnymi połaciami kontynentu. Zdaniem Rayke'a i wielu innych 
elfów  
ekspedycja spełniła swoje zadanie. 
Na tym polega problem elfów, pomyślał Fa jnon, odsuwając się od twardego jak  
kamień trupa. Albo absolutnie nic ich nie obchodzi, albo chcą wiedzieć o 
wszystkim, co się  
dzieje pod słońcem. Żadnego umiaru. Tylko on i paru innych wyzwoliło się z 
popadania w  
skrajności. 
- Jeszcze chwilę, Rayke - odparł z lekkim naciskiem, żeby przypomnieć mu, kto tu  
dowodzi. 
Rayke nie odpowiedział, ale mocno zaciśnięte usta mówiły same za siebie. Miał 
ostre  
rysy, które przywodziły na myśl osobę konającą z głodu, a jego skwaszona mina 
tylko  
pogłębiała ogólne wrażenie. Trójkątne twarze wśród elfów występowały dość 
pospolicie, lecz  
oblicze Rayke'a było surowsze od innych. Faunon miał twarz bardziej zaokrągloną, 
bardziej  
sympatyczną, o czym zresztą często przypominały mu kobiety z jego plemienia. Ich 
śpiewne  
głosy szybko działały mu na nerwy i zwykle wymyślał jakiś pretekst, żeby uwolnić 
się od ich  
towarzystwa. Był inny problem z jego ludźmi: kiedy coś - lub ktoś - wpadało im w 
oko,  
stawali się bardzo, ale to bardzo uparci. Czasami zastanawiał się, czy 
rzeczywiście w jego  
żyłach płynie elfia krew. 
- I co? 
Faunon drgnął, uświadamiając sobie, że stracił kontakt z rzeczywistością. Taka  
wpadka o obecności Rayke'a była podwójnie irytująca. Udał, że wcale nie bujał w 
obłokach,  
tylko zbierał myśli. 
- - Zauważyłeś, że coś jest z nimi nie w porządku? 
- - Z czym? 
- Z ciałami i tą ziemią. 
- Tylko to, że mnóstwo tych pierwszych jest rozrzuconych po tym drugim. - Rayke  
uśmiechnął się, zadowolony z dowcipnej odpowiedzi. 
Faunon zachował obojętny wyraz twarzy, próbując zapanować nad złością. 
- A ziemia wydaje się względnie nietknięta, prawda? 

background image

Obaj rozejrzeli się po okolicy, choć robili to już parę razy. Wybrzuszenia 
rozciągały  
się tam, gdzie wcześniej chyba nie było żadnych wzniesień, bo drzewa i krzewy 
chyliły się  
pod kątami, pod jakimi nie rośnie żadna roślina. Niemal jakby coś rozorało 
ziemię, a potem  
bez większego zapału próbowało naprawić wyrządzone szkody. Parę drzew wyglądało 
na  
obumarłe i skamieniałe wzorem martwego skrzydlatego, ale przeważająca część 
zalesionego  
regionu wydawała się zupełnie normalna. Mimo wszystko Faunon dziwił się, że 
tylko on  
zwrócił uwagę na szczególny wygląd krajobrazu. 
Drugi elf przestał się uśmiechać. 
- - Rzeczywiście. Przechodziliśmy przez tereny, gdzie ziemia została wywrócona 
na  
nice, ale nawet tam nie brakowało roślin i drobnej zwierzyny. 
- - Jak gdyby zostały ominięte, podlegały ochronie... albo może zostały uleczone 
-  
dodał, nagle przeświadczony, że ten domysł jest najbliższy prawdy. 
- - Chronione przez co? Z pewnością nie przez Sheeka. Myślę, że ci przede  
wszystkim zadbaliby o własne bezpieczeństwo. 
- - Może przez kogoś, kto walczył z ptasim ludem, a potem zniknął - zasugerował  
Faunon. Zapewne nigdy się tego nie dowiedzą. 
Jak mówiły legendy, elfy uciekły przed koszmarami innego świata niezliczone  
tysiąclecia temu. Ta ziemia nie była ich ojczyzną i wbrew staraniom nie zdołali 
poznać jej  
tajemnic. Faunon wiedział, że przed Sheeka i Quelami panowało tutaj kilka innych 
ras. Ten  
świat był bardzo stary, choć nie utracił dawnej żywotności. 
Rayke westchnął. 
- - Znowu zaczynasz, Faunonie? 
- - Jeśli będzie trzeba. Nie wystarczy wiedzieć, że Sheeka spotkała katastrofa, 
która  
może oznaczać koniec ich panowania. Musimy się dowiedzieć, co to była za 
katastrofa i czy  
już się nie powtórzy. Jeśli... 
Gałęzie zatrzeszczały głośno, jakby coś z wielką prędkością spadło w las prosto 
z  
nieba. Faunon obrócił się na pięcie i zobaczył, jak coś wielkiego i czarnego 
porusza się za  
drzewami. Wreszcie zrozumiał, że to koń, ale jaki koń! Ogier, bez dwóch zdań, 
wyższy od  
wszystkich znanych im rumaków i tak rączy, że wiatr nie mógłby iść z nim w 
zawody. Jeśli  
on był sprawcą wcześniejszego hałasu, to szybko zmienił sposób bycia, bo teraz 
sunął cicho  
jak cień, który przypominał. 
- Co to takiego? - szepnął pobladły Rayke. 
Faunon wiedział, że kolor jego twarzy musi być bardzo zbliżony do barwy twarzy  
Rayke'a. 
- - Za nim! 
- - Za nim? Nie widzisz, jak pędzi? Nigdy go nie złapiemy! - zawołał niemal z 
ulgą  
jego towarzysz. 
- - Nie zamierzam go łapać! Chcę tylko zobaczyć, co to takiego. Za mną! 
Faunon popędził za czarnym stworzeniem z typową dla swej rasy chyżością, zwinnie  
omijając i przeskakując przeszkody. Nie słyszał kolegi, ale wiedział, że Rayke 
jest zbyt  
dumny, by zostać z tyłu - co wcale nie znaczy, że miałby mu za złe, gdyby 
zaniechał pościgu.  

background image

On postawił sobie za cel ponowne zobaczenie śmigłej zjawy i zdawał sobie sprawę, 
że będzie  
to wymagało nie lada zachodu. Dorównywał prędkością wielu innym stworzeniom, z 
tym  
jednak nie mógł się mierzyć. Wiedział to od samego początku. Wiedział też, że 
potężny  
rumak pocwałował w stronę otwartej przestrzeni. Tam znów będzie widoczny, choć z 
daleka.  
Tym zbytnio się nie przejmował, bo, jak wszystkie elfy, miał doskonały wzrok. 
Poza tym  
Faunon też nie miał ochoty zbliżać się do tak potężnego i ogromnego stworzenia. 
Chciał tylko  
potwierdzić jego istnienie i sprawdzić, w którą zdąża stronę. Nawet przez myśl 
mu nie  
przeszło, że mógłby zrobić coś więcej. 
Koń jednak miał inne plany. 
Faunon niemalże wpadł na niego. Błysnęła mu myśl, jak mógł go nie zauważyć.  
Rumak zawrócił i zbliżył się bezszelestnie, a teraz piętrzył się nad nim niczym 
czarna skała.  
Faunonowi przytrafiło się coś bardzo nieelfiego, mianowicie potknął się i osunął 
na ziemię o  
wyciągnięcie ręki od demonicznego ogiera. 
- Wróciłem, ale to nie to miejsce! - ryknęła do niego groźna postać. Miała 
długie,  
wąskie oczy o barwie zamarzniętego błękitu, oczy bez źrenic. 
Faunon chciał powiedzieć coś, co zadowoliłoby hebanowego potwora, ale z jego ust  
wyrwało się tylko powietrze. Nie mógł wydać bodaj najcichszego dźwięku. 
- To jest miejsce, ale nie to miejsce! - Kopyto wyryło w ziemi głęboką bruzdę. 
Elf aż  
nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, co stałoby się z jego głową, gdyby rumak 
postanowił się  
go pozbyć. 
Przerażające zwierzę patrzyło na niego przez krótką chwilę. Faunon wstrzymywał  
oddech przez czas inspekcji, zastanawiając się, co je tak zaciekawiło. Potem 
poczuł magiczną  
sondę. Była zaskakująco delikatna, niemal jakby ogromny hebanowy ogier wstydził 
się  
swoich poczynań. 
Po chwili poderwał głowę. Rozejrzał się dokoła z nowym zainteresowaniem. 
- Więc to tak! Zdumiewające! Tyle nowych rzeczy do poznania! 
Mroczny rumak cofnął się, odwrócił i popędził we wcześniej obranym kierunku, a  
zrobił to tak niespodziewanie, że elf otwarł ze zdumienia usta. Jego wyostrzone 
zmysły nie  
zarejestrowały żadnego śladu na fizycznej płaszczyźnie. Jakby przemknął tędy 
duch, choć  
takie wyjaśnienie nie miało sensu, zważywszy, że i on, i Rayke najpierw 
usłyszeli demona, a  
potem go zobaczyli. 
- - Jesteś cały? - zapytał Rayke za jego plecami. 
- - Tak, nic mi nie jest. - I w gruncie rzeczy to go dziwiło. W czasie krótkiego  
spotkania był całkowicie zdany na łaskę cienistego stworzenia. Nie musiał 
zbytnio wytężać  
wyobraźni, żeby oczyma duszy zobaczyć, jak na tuziny sposobów koń pozbawia go 
życia.  
Wbrew własnej woli myślał o tym w ciągu swojej przygody. Czyżby w trakcie 
sondowania  
demoniczny ogier odkrył jego obawy? 
Rayke złapał go pod ramiona i pomógł stanąć na nogi. Głos nadal mu drżał. 
- - Co to było? Nie koń! Tym bardziej nie jeden z naszych! Czy był to  
zmiennokształtny? 

background image

- - Tak, nie, może. Byłem zbyt zbity z tropu, by się nad tym zastanawiać. Ale 
wątpię,  
czy to ktoś' z naszych. Czary potrzebne do takiej przemiany zabiłyby prawie 
każdego z  
naszego ludu! Nie, w nim było coś obcego, jakby pochodził nie z tego świata, 
tylko z miejsca,  
które różni się od wszystkich nam znanych. 
Obaj stali i patrzyli tam, gdzie jeszcze niedawno stał upiorny koń. Wreszcie 
Rayke  
zapytał: 
- Czego chciał, Faunonie? Mówił tak, jakby czegoś szukał. Wiesz, czego? 
Rayke wiedział o sondzie, może nawet sam został poddany badaniu. Faunon pokręcił  
głową. 
- Nie wiem, ale znalazł w mojej głowie coś, co go zadowoliło. I był bardzo 
ostrożny,  
Rayke! Mógł spustoszyć mój umysł... czułem, że może zrobić to bez trudu, ale 
tego nie zrobił. 
Rayke nie był wzruszony niedoszłym losem towarzysza. Patrzył w kierunku, w  
którym oddalił się intruz. 
- Jak myślisz, dokąd poszedł? 
- - Na wschód. Pędził prosto jak strzała. Rayke skrzywił się. 
- - Tam nic nie ma. 
- - Może chce dostać się nad morze... albo za morze. 
- Możliwe. - Rayke szeroko otworzył oczy. - Myślisz, że miał coś wspólnego ze  
śmiercią Sheeka? 
Ten pomysł nie przyszedł mu do głowy i musiał przyznać, że tym razem Rayke 
okazał  
się lepszy. 
- - Nie wiem. Być może nigdy się nie dowiemy. 
- - I dobrze. Wracajmy do pozostałych, Faunonie. Chodźmy stąd, zanim ten stwór  
uzna, że ma jakiś powód, aby tu powrócić! 
Był to argument nie do zbicia. Nie mieli tu już czego szukać - chyba że zjawi 
się  
kolejny niespodziewany gość - a poza tym dzień zbliżał się ku końcowi. Faunon w 
zasadzie  
nie bał się ciemności, ale po tym spotkaniu pragnął jak najszybciej znaleźć się 
wśród swoich.  
W liczniejszym gronie poczuje się znacznie bezpieczniej. 
Gdy spieszyli przez las, poruszając się tak bezgłośnie, jak cienisty rumak, w 
głowie  
Faunona kołatała się natarczywa myśl. Należał do młodszego pokolenia bardziej  
praktycznych elfów i nie doszukiwał się we wszystkim znaków i omenów, ale nie 
mógł  
otrząsnąć się z wrażenia, że stworzenie, z którym się spotkał, zapowiada 
nadejście czegoś  
ważnego, jakąś zmianę w świecie znanym jego ludowi. Jeśli istotnie zbliżał się 
kres  
panowania Sheeka, jak przed nimi Queii, to w ich miejsce pojawi się ktoś nowy. 
Ten cykl  
powtarzał się od prawieków, a choć plemię elfów nigdy w nim nie uczestniczyło, 
miało  
możliwość obserwowania przemian. 
Faunon pochylił głowę, żeby przemknąć pod niskim konarem. Był coraz bardziej  
strapiony. Elfy dobrze znały Sheeka, a nawet Queli, i wiedziały, gdzie jest ich 
miejsce. Czy  
nastanie kolejnej rasy odmieni ich los? I kto wie, kim będą nowi panowie? Nie 
było tu innych  
ras, które mogłyby ubiegać się o władzę. 
Był pełen obaw, choć nic ich nie usprawiedliwiało. Gdy zbliżyli się do miejsca  
spotkania z innymi, doszedł do wniosku, że chyba po raz pierwszy w życiu zależy 
mu na  

background image

przetrwaniu aroganckich skrzydlatych. Jego lud umiał z nimi koegzystować. Nowi 
panowie  
mogą uznać, że istnienie jego rasy niczemu nie służy. 
Już kiedyś groziła im zagłada, ale na szczęście, jak mówiła legenda, odkryli 
ścieżkę,  
którą uciekli od koszmarów wynaturzonego świata Nimth i jego zwyrodniałych 
panów,  
czarnoksiężników zwanych Vraadami. Faunon zadecydował, że przynajmniej z ich 
strony nie  
mają się czego obawiać, a myśl ta przyniosła mu odrobinę pociechy. 
Jeśli przyszłość szykowała im jakieś przykre niespodzianki, to przecież nawet  
najgorsze nie mogły się równać z okrucieństwami Vraadow. 
II 
Kolonia istniała już od piętnastu lat. Ten świat nie naginał się do ich woli jak  
poprzedni i, co ważniejsze, brakowało im sił na realizację wydumanych 
zachcianek. Często  
zmuszeni byli własnymi rękami wykonywać prace, do których nigdy wcześniej się 
nie zniżali.  
Mieli za sobą długi, bolesny upadek z wyżyn boskości, do jakiej przywykli w 
swoim  
umierającym świecie, Nimth. Uciekli stamtąd, zabierając tyle dobytku, ile 
zdołały udźwignąć  
ich wierzchowce, i w nowym świecie stwierdzili, że muszą zaczynać od zera. Ich 
magia  
sprawowała się inaczej niż w świecie, który z jej pomocą skazali na zagładę. 
Czary wymagały  
straszliwego wysiłku i częstokroć dawały wynik zupełnie inny od zamierzonego. 
Mimo wszystko Vraadowie osiągnęli niemało w ciągu piętnastu długich lat, choć 
nie  
brakowało takich, którzy nadal nie mogli pogodzić się z faktem, że dni dawnej 
boskości  
przeminęły bezpowrotnie. Niegdyś przenosili góry - dosłownie! - i niektórzy 
upierali się, że  
znów będą to robić, niezależnie od kosztów. Dlatego ci, którzy odnosili mniejsze 
bądź  
większe sukcesy we władaniu czarami, zupełnie nie zwracali uwagi na skutki 
uboczne i  
następstwa swoich poczynań. 
Należał do nich wielmożny Barakas, patriarcha Tezerenee, klanu smoka. Przybył do  
tego świata, zamierzając nim rządzić, a nie podporządkować się jego woli. Nawet 
w tej  
chwili, gdy wraz z dwoma synami kontemplował roztaczający się przed nimi widok, 
marzenia  
o świetlanej przyszłości wzbierały w jego głowie do punktu przelania. 
Stał na najwyższym wzgórzu w okolicy i spoglądał na zachód, omiatając wzrokiem  
nie tylko ziemie, ale i leżące za nimi morze. Smoki wierzchowe, wielkie zielone 
stworzenia  
podobne do masywnych, niezgrabnych jaszczurek, zaczęły robić się narowiste. 
Synowie  
patriarchy, dziedzic Reegan i dotąd posłuszny Lochivan, też stawali się 
krnąbrni. Lochivan z  
tej trójki odznaczał się najlżejszą budową, co pod żadnym względem nie znaczyło, 
że był  
niski czy wątły. Po prostu Reegan i Barakas byli wielcy niczym niedźwiedzie; 
dwaj brodaci  
olbrzymi wyglądali tak, jakby mogli odgryźć głowę każdemu, kto ośmieli się bodaj 
kichnąć w  
ich stronę. Wszyscy trzej jeźdźcy mieli podobne, jakby grubo ciosane rysy, 
pospolicie  
występujące w całym klanie, ale twarz Lochivana łagodziły cechy przekazane mu 
przez  

background image

matkę, wielmożną Alcie. Lochivan wyróżniał się także brązowo-szarą czupryną; 
Barakas i  
jego następca mieli ciemniejsze włosy, przy czym na głowie patriarchy od paru 
lat jaśniała  
smuga srebra. Co do Reegana, stanowił wierną kopię smoczego władcy, lecz 
podobieństwo  
kończyło się na wyglądzie. Dziedzic nie dorównywał ojcu inteligencją i 
wyobraźnią. 
Cała trójka pławiła się w cieple słońca płonącego wprost nad ich głowami. 
Lochivan  
wiercił się w siodle, próbując zatrzymać chłód w kaftanie pod ciemnozieloną 
zbroją ze  
smoczej łuski, której ostatnimi czasy - podobnie jak inni członkowie klanu - 
prawie wcale nie  
zdejmował. Dawno temu, kiedy Vraadowie byli władcami Nimth, bez cienia wysiłku  
wyczarowałby sobie chłodny i nieważki pancerz. Tutaj, na ziemiach, które w 
najlepszym  
wypadku uważał za przeklęte, podobna próba oznaczałaby niewiele więcej niż 
stratę energii.  
Magia tego świata nadal odmawiała mu posłuszeństwa. Tylko nieliczni posiadali 
prawdziwą  
moc, ajeszcze mniej pod względem magicznych umiejętności dorównywało Vraadom z  
dawnego świata. 
Z tej trójki nikt nie władał pełnią mocy, choć patriarcha był temu bliski. 
Bliski, ale  
daleki od tego, czego pragnął. 
Właśnie dlatego ani Reegan, ani Lochivan nie ośmielili się przeszkodzić ojcu w  
rozmyślaniach. Tylko takie okresy zadumy powstrzymywały go od wyładowania złości 
na  
przypadkowych ofiarach. 
- Jak daleko według was? - zapytał nagle. Głos miał bezdźwięczny, niemal wyprany 
z  
emocji, lecz to nie znaczyło, że nie jest groźny. Ostatnio stał się zmienny, w 
mgnieniu oka z  
obojętności wpadał w złość. Wielu Tezerenee nosiło na skórze pamiątki jego 
gniewu. 
To Lochivan odpowiedział na pytanie, jak zawsze. Reegan mógł być następcą, ale  
brakowało mu lotności umysłu niezbędnej w takich przypadkach. Poza tym Lochivan 
znał  
odpowiedź; była taka sama od trzech tygodni. 
- Nie dość daleko, by na zawsze pozostawać poza naszym zasięgiem. Nie aż tak  
daleko. 
¦-Prawda. - Oczy władcy Tezerenee nie skupiały się na bogatych ziemiach u stóp  
wzniesienia, ale na migotliwym morzu na horyzoncie. Marzył o podboju kontynentu 
leżącego  
za bezkresną przestrzenią wody. Nawet nadał mu nazwę, której inni używali 
również na  
określenie kolonizowanych ziem. On sam ten ląd nazywał w myślach "tym drugim". 
Jego  
Smocze Królestwo, jego przeznaczenie, leżało za morzami. 
- Ojcze - rzekł cicho Reegan. Musiał mieć jakiś ważny powód, bo inaczej nie  
ośmieliłby się odezwać do władcy Tezerenee. 
Barakas poparzył na najstarszego syna, który ruchem głowy dał znać, że powinni  
spojrzeć w lewo. Smoczy pan odwrócił się, żeby sprawdzić, co przyciągnęło uwagę 
Reegana.  
Zgrzytnął zębami. 
Był to jeden z Beztwarzych, parodia człowieka nie posiadająca twarzy, włosów i 
uszu.  
Był średniego wzrostu, miał na sobie prostą szatę z kapturem. Patrzył - jeśli 
można użyć  
takiego określenia w odniesieniu do kogoś, kto nie ma oczu - w stronę Tezerenee.  

background image

Obserwował ich nie istniejącymi oczami i ani trochę nie wzruszał go fakt, że sam 
jest  
obserwowany. 
- - Pozwól mi go ściąć, ojcze! - Reegan udawał beztroskę, ale ledwo zauważalne  
drżenie głosu zdradzało strach, który wzbudziła w nim ta istota. Lochivan też 
czuł się  
nieswojo w towarzystwie pozornie nieszkodliwego intruza. 
- - Nie wolno - przypomniał Barakas głosem ostrym jak stal. Sam też chciałby  
zmiażdżyć przybysza pod pazurzastą łapą wierzchowca albo posiekać go mieczem na  
kawałki. Cokolwiek, byle zetrzeć go z powierzchni tego świata. 
- - Ale... 
- - Zakazał tego Smok z Głębin! - warknął patriarcha. Mówił o istocie, którą w 
ciągu  
minionych lat zaczął uważać za ucieleśnienie totemu klanu. Kiedy na tamtym 
drugim lądzie  
Tezerenee groziła śmierć z rąk - szponów - ptasich stworzeń, bóg wyłonił się z 
głębi ziemi,  
bóg z kamieni i stopionej skały. Wystarczyło, że odezwał się do Sheeka - przez 
Vraadow  
zwanych Poszukiwaczami - a ci z miejsca popadli w rozsypkę. Następnie zabrał 
niedobitki  
klanu i używając ledwie cząstki swojej mocy, przeniósł ich na ten kontynent, 
gdzie dołączyli  
do reszty Vraadow. 
Barakas wziął sobie do serca słowa istoty, którą nazwał Smokiem z Głębin.  
Zapowiedziała ona, że kiedyś Tezerenee wrócą triumfalnie do Smoczego Królestwa, 
i  
wielmożny Barakas z utęsknieniem wyglądał tego dnia. Drugie przykazanie nie było  
przyjemne. Bóg oświadczył, że pod żadnym pozorem nie wolno zaczepiać 
Beztwarzych,  
którzy mogą robić wszystko, na co mają ochotę. 
Dla Tezerenee było to niemal nie do pomyślenia. Dzielili z tymi przeklętymi 
istotami  
nie tylko ziemię; łączyło ich wspólne pochodzenie, przynajmniej w fizycznym 
sensie. Z tego  
powodu czuli się niezbyt swobodnie nawet wśród swoich, choć z czasem większość 
animozji  
popadła w zapomnienie. 
Barakas chwycił wodze swojego wierzchowca. 
- Zabierajmy się stąd! To miejsce już nie niesie ukojenia. 
Reegan i Lochivan przytaknęli mu skwapliwie. 
Zawrócili wierzchowce i popędzili w kierunku miasta. Z początku mieli pewne  
trudności, bo jaszczury nie zostały złamane jak należy. "Łamanie" w Nimth 
oznaczało  
złamanie woli i rozbicie jej w pyl; powstałą w ten sposób pustkę właściciel mógł 
zapełnić  
tym, co uważał za wskazane. W efekcie uzyskiwano doskonale ułożone wierzchowce. 
Na  
nieszczęście w nowym świecie łamanie nie zawsze kończyło się sukcesem, a 
Tezerenee nie  
mogli sobie pozwolić na utratę wielu smoków. W przeciwieństwie do zachodniego  
kontynentu, gdzie zamierzali się udać, tutaj smoki występowały stosunkowo 
rzadko. 
Zdaniem Barakasa była to kolejna wada tego kontynentu. 
Wreszcie wierzchowce poddały się woli jeźdźców i, nabierając pędu, pognały przez  
pagórkowaty teren. Szkarłatne płaszcze Barakasa i Reegana, wyróżniające ich jako 
władcę  
klanu i jego nominalnego następcę, łopotały niczym krwawoczerwone smocze 
skrzydła.  
Miasto uchodźców leżało w dolinie i większa część drogi prowadziła w dół, choć 
wzgórza  

background image

zmuszały ich do podążania krętą trasą. Koniom nie brakowało zalet, ale w takim 
terenie  
jaszczury miały niezaprzeczalną przewagę. Ich pazury wczepiały się w ziemię, co  
zapobiegało przekoziołkowaniu przez głowę i zmiażdżeniu jeźdźców. Poza tym 
ujeżdżony  
smok był czymś więcej niż wierzchowcem przenoszącym Tezerenee z miejsca na 
miejsce.  
Był machiną stworzoną do zabijania. Niewiele stworzeń mogło stawić czoło 
smokowi, nawet  
tak prymitywnemu jak wierzchowy jaszczur. Szpony mogły pociąć człowieka na 
plastry,  
szczęki bez wysiłku przeciąć ofiarę na dwoje. 
Co ważniejsze, smoki były symbolem Tezerenee. 
Niedługo później przed jeźdźcami wzniosło się miasto, z daleka przypominające  
masywną ścianę. Nowi mieszkańcy najpierw odbudowali otaczający je mur, 
podwajając jego  
wysokość. Zrobili to ze strachu, bo pozbawieni dawnej mocy wszystkiego się bali. 
Kiedy tu  
przybyli, miasto było jedną wielką ruiną, pradawnym reliktem starożytnych, 
którzy powołali  
ich do istnienia. Jak się okazało, starożytni dali początek wielu różnym rasom. 
Mieli na swe  
usługi moc, o jakiej Vraadowie mogli tylko marzyć, więc z łatwością nadali swoim  
potomkom różnorodne formy. Szukali najbardziej odpowiednich następców swojej  
zmęczonej, wymierającej rasy. Jak na ironię, nadzieję rokowali tylko ci, których 
wcześniej  
spisano na straty - Vraadowie. Ci porzucili stworzony przez starożytnych świat, 
gdzie, jak  
przewidywano, mieli doprowadzić do samozagłady. Zamiast wybić się wzajemnie, 
przetrwali  
prawie wszystkie inne rasy. Oprócz nich istnieli jeszcze Poszukiwacze, ale, jak 
powiedział  
Smok z Głębin, ich czas dobiegał końca. 
Wielmożny Barakas uważał odbudowę miasta za stratę czasu i sił, lecz nie wyraził  
sprzeciwu. Miał własne plany i uzbroiwszy się w cierpliwość, czekał stosownej 
chwili, by  
zacząć je realizować. 
- Smocza krew! - zaklął Lochivan, wskazując przed siebie. - Następny! 
Blisko bram miasta stała postać taka sama jak ta, którą parę minut wcześniej 
zostawili  
za sobą. Zdaniem Barakasa mogła być to ta sama istota. Beztwarzy popisywali się 
swoją  
mocą; mieli jej pod dostatkiem. Byli wszak uosobieniem starożytnych twórców tego 
miasta, a  
raczej tego, co pozostało z ich umysłów. Nadal próbowali we własny zagadkowy 
sposób  
kierować przyszłością swojego świata - czyli Vraadami. Władca Tezerenee zacisnął 
wargi:  
dzięki niemu zyskali fizyczną postać, która umożliwiała im jeszcze większą 
ingerencję. 
Brama otworzyła się sama przed powracającymi Vraadami. Beztwarzy, jak jego  
poprzednik, nawet nie drgnął, gdy się zbliżyli. 
Barakas nie mógł powstrzymać się od dotknięcia własnej twarzy, gdy mijali  
nieruchomą figurę. Skóra w dotyku sprawiała wrażenie normalnej, ale pochodziła z 
tego  
samego źródła co ciało, które przyoblekły te duchy. Cielesne powłoki wszystkich 
Tezerenee -  
z wyjątkiem jednego - powstały dzięki połączonej magicznej mocy klanu. Nawet 
parę osób  
spoza klanu, które patriarcha postanowił wynagrodzić za wierność, zyskało nowe 
ciała.  

background image

Wobec braku fizycznej drogi z Nimth do Smoczego Królestwa takie rozwiązanie 
wydawało  
się idealne. Z pomocą niejakiego Dru Zeree, jedynego czarnoksiężnika spoza 
klanu, którego  
Barakas darzył szacunkiem, Vraadowie odkryli sekret ka, czyli duchowej podróży. 
Ka danej  
osoby, kierowane przez innych, mogło przebyć barierę nieprzekraczalną dla ciała. 
Istniała  
tylko jedna główna przeszkoda: dusze wyzwolone z ciała musiały gdzieś 
zamieszkać. 
Sam Barakas zaproponował rozwiązanie. Choć fizyczne przejście okazało się  
niemożliwe, Vraadowie mogli za pomocą magicznych środków wywierać wpływ na swój  
przyszły świat. Praca nad najdrobniejszym czarem wymagała współdziałania tuzina 
czy  
więcej osób, co okazało się nieosiągalne dla aroganckich Vraadow. Tezerenee, 
przeciwnie,  
przyzwyczajeni byli do współpracy i pod mistrzowskim przewodem patriarchy 
stworzyli  
armię golemów, bezdusznych łupin, które miały czekać na napływ vraadzkich ka. Do 
ich  
tworzenia wykorzystano większych, bardziej majestatycznych kuzynów wierzchowców,  
których dosiadał Barakas i jego synowie. Po stworzeniu zaledwie kilkuset golemów 
misterny  
plan zaczął się walić. Najpierw przepadli bez śladu Tezerenee odpowiedzialni za  
nadzorowanie tworzenia golemów - Barakas podejrzewał, że starożytni maczali w 
tym palce -  
a potem te przeklęte zjawy ukradły większość ciał dla siebie. 
Istota zniknęła z pola widzenia, gdy jeźdźcy wjechali za mury. Patriarcha wcale 
nie  
poczuł się lepiej. Z doświadczenia wiedział, że co najmniej pół tuzina tych 
straszydeł  
obserwuje ich z mniej rzucających się w oczy miejsc. Takie miały zwyczaje. 
Kiedyś Dru Zeree wyjaśnił mu, że ostatni ze starożytnych połączyli swoje dusze z 
tym  
światem, obdarzając go swego rodzaju umysłem. Golemy stworzone przez Tezerenee 
dały  
założycielom okazję do nadrobienia przeoczenia, z którego zdali sobie sprawę 
poniewczasie:  
wyposażenia umysłu w ręce umożliwiające dalszą pracę. Barakas nie wiedział, w 
jakim  
stopniu wierzyć w to wyjaśnienie, ale w gruncie rzeczy to nie miało znaczenia. 
Liczyła się  
wyłącznie armia duchów, która pozbawiła go nie tylko golemów, ale także 
wymarzonego  
cesarstwa. Był tak blisko celu... Wystarczyłoby, żeby w zamian za obietnicę 
wstępu do  
nowego świata Vraadowie przysięgli mu wierność. Co gorsza, widok ożywionych 
golemów  
przypominał mu, że jego ciało leży i gnije w dogorywającym Nimth, chyba że już 
pożarły je  
jakieś ścierwojady. 
Skrzydła bramy zamknęły się za nimi: magia Dru Zeree znów dała o sobie znać.  
Barakas starał się ze wszystkich sił, lecz nie potrafił dorównać 
czarnoksiężnikowi. Nawet  
córka Zeree, Sharissa, odznaczała się o wiele większym talentem. Niemożność 
dorównania  
innym była kolejną gorzką pigułką, którą Barakas połykał codziennie jak rok 
długi. 
Paru Vraadow kręciło się w pobliżu. Wyglądali zdecydowanie bardziej niechlujnie 
niż  

background image

w Nimth. Pozbawieni niemal nieograniczonej mocy, która pozwalała im spełniać 
wszelkie  
zachcianki, musieli dbać o siebie w sposób bardziej przyziemny. Niektórzy nie 
umieli do tego  
przywyknąć. Ci tutaj mieli na sobie długie szaty albo kaftany i spodnie, proste 
w kroju w  
porównaniu z ekstrawaganckimi, wyszukanymi strojami z czasów Nimth. Kilku 
wyrzucało  
gruz z na wpół zrujnowanej budowli. Odkładali na bok równe kawałki, żeby później  
wykorzystać je do wzniesienia jakiejś innej nikomu niepotrzebnej wieży. W oczach 
Barakasa  
mozolący się Vraadowie wyglądali wręcz żałośnie. 
,3ogowie upadli - pomyślał. - Ja upadłem". 
A jednak dzięki ich wysiłkom miasto odzyskało trochę dawnego splendoru. Być może  
pewnego dnia stanie się tak wspaniałe jak w okresie swej świetności. Vraadowie 
mieli więcej  
dzieci niż w Nimth, ale stwierdzenie to jeszcze o niczym nie świadczyło, bo w 
dawnych  
czasach bywało ich nie więcej niż parę tuzinów. Niemal nieśmiertelnych 
czarnoksiężników  
nie pociągały więzi rodzinne i daleko im było do wzorowych rodziców. Ci 
nieliczni, którzy  
decydowali się na dzieci, po jakimś czasie przystępowali do walki z własnym 
potomstwem.  
Barakas podczas tworzenia swojego klanu skierował tę destrukcyjną energię na 
zewnątrz.  
Liczba Tezerenee, stanowiących jedyną prawdziwą rodzinę w społeczeństwie 
Vraadów, znów  
przekroczyła setkę - nie licząc ludzi spoza klanu, którzy przysięgli mu wierność 
w czasie  
ostatnich piętnastu lat. W zajętej przez klan części miasta nie brakowało 
dzieci. 
Paru Vraadow ostentacyjnie odwróciło się plecami do trzech Tezerenee. Patriarcha 
nie  
poświęcił im nawet jednego spojrzenia. Nie przejmował się wrogością, a poza tym 
uważał, że  
ich złość kieruje się w niewłaściwą stronę. To prawda, że po utracie większości 
golemów  
przeprawił do nowego świata wyłącznie swoich ludzi, a dawnych sprzymierzeńców 
porzucił  
na łaskę losu. Teraz dowodził, że jeśli czuli się oszukani i szukali winnych, to 
powinni  
zwrócić się przeciwko Beztwarzym. On postąpił tak, jak postąpiłby każdy z nich. 
Klan miał  
pierwszeństwo. 
Z czasem Vraadowie przestali domagać się śmierci wszystkich Tezerenee. 
Ostatecznie  
to oni, przyzwyczajeni do korzystania z siły własnych rąk, nauczyli ich, jak 
radzić sobie bez  
magii. Barakas nie bez racji uważał, że dni kolonii byłyby policzone, gdyby nie 
jego poddani.  
Nawet Dru Zeree i Silesti, trzeci członek triumwiratu, nie mogli temu 
zaprzeczyć.  
Czarnoksiężnicy władający magią byli zbyt nieliczni, by sprostać wyzwaniom 
nowego świata. 
Patriarcha wyrwał się z zadumy na widok wysokiej, zgrabnej kobiety ze 
srebrzysto- 
błękitnymi włosami spływającymi niemal do talii. Ubrana w dopasowaną suknię,  
podkreślającą idealną figurę, szła z pewnością siebie, której nie miała przed 
przybyciem do  

background image

tego świata. Zaliczała się do najbardziej wprawnych czarodziejek, choć według 
vraadzkich  
kryteriów była ledwie dzieckiem - miała tylko trzydzieści parę lat. 
Była to Sharissa, córka Dru Zeree. 
Barakas ściągnął wodze. Wstrzymywał wierzchowca powoli, żeby nie okazać zbytniej  
skwapliwości. Zerknął na Reegana, który wybałuszył oczy i śledził każdy ruch 
młodej  
kobiety. Patriarcha od jakiegoś' czasu zachęcał pierworodnego do zainteresowania 
się  
jedynaczką swojego rywala, a Reeganowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. 
Ale  
podczas gdy Barakas cenił Sharissę za pozycję i czarodziejskie umiejętności, 
jego syn  
postrzegał ją bardziej przyziemnie... co nie znaczy, że patriarcha nie 
dostrzegał jej urody.  
Sharissa zmieniła się trochę od czasu przybycia do tego świata. Twarz jej się 
zaokrągliła,  
choć kości policzkowe pozostały wyraźnie zaznaczone. Jak inni Vraadowie, miała  
krystalicznie czyste oczy, błękitne jak akwamaryna i jasne, gdy szeroko 
rozchylała powieki.  
Wygięte brwi nadawały jej twarzy dociekliwy wyraz. Mina czarodziejki zwykle 
wyrażała  
lekkie rozbawienie, ale Barakas wiedział, że jest to zasługą naturalnie 
wygiętych w górę  
kącików ust. 
- Wielmożna Sharisso - zawołał, kiwając głową. 
Jej wąskie, ale ładnie wykrojone wargi rozchyliły się w wymuszonym uśmiechu.  
Sharissa nie lubiła zadawać się z Tezerenee - wyjąwszy Gerroda, który sam skazał 
się na  
wygnanie. Barakas szybko przepędził nieproszone myśli dotyczące syna. Gerrod 
postanowił  
pójść własną drogą, a to oznaczało życie w izolacji przeczącej wszystkim 
zasadom, które  
wpoił swoim ludziom. Gerrod sam wykluczył się z klanu i na tym kończyły się ich 
relacje. 
- - Wielmożny Barakasie. Lochivanie. - Sharissa uśmiechnęła się do nich, skinęła  
głową i dodała: - O, Reegan. Jak się dzisiaj miewasz? 
- - Doskonale, jak zawsze, gdy cię widzę - odparł Reegan. 
Barakas był prawie tak jak Sharissa zaskoczony słowami najstarszego syna. Panna  
Zeree zarumieniła się lekko; nie spodziewała się takiego komplementu ze strony 
tego  
niezdarnego gbura. Patriarcha powściągnął uśmiech. Czarodziejka nie będzie miała  
wątpliwości, że to nie on podsunął odpowiedź. Było aż nazbyt jasne, że banalne 
słowa  
zrodziły się w głowie Reegana. Po raz pierwszy jego syn przejął inicjatywę. 
Jeśli istniało coś,  
co mogło rozbroić Sharissę, to tylko szczerość. 
- - A jak miewa się twój ojciec? - zapytał Barakas, przerywając przedłużające 
się  
milczenie. 
- - Dobrze - odrzekła Sharissa z widoczną ulgą. Mimo swoich zdolności i wiedzy, 
w  
kwestii kontaktów międzyludzkich była naiwna jak dziecko. Pierwsze dwadzieścia 
lat życia  
spędziła w odosobnieniu, gdyż ojciec postanowił chronić ją przed zgubnym wpływem 
innych  
Vraadow, a teraz miała niewiele więcej. To mało, jak na długowieczną rasę 
Vraadow. 
- - A jego małżonka? 
- - Matka też ma się dobrze. 
Barakas zwrócił uwagę na sformułowanie. Wielmożna Ariela Zeree nie była matką  

background image

Sharissy; nawet nie należała do rasy Vraadow, tylko do elfów z tego świata. 
Córka Dru, która  
tak naprawdę nie znała rodzonej matki, ogromnie polubiła elfkę i w konsekwencji 
zaczęła  
zwać ją matką. Barakas starannie skrył niesmak. Elfka, choć spowinowacona z 
Zeree, była  
poślednią istotą. Nie należała do Vraadow. 
Zdał sobie sprawę, że Sharissa czeka na dalsze słowa. Jego myśli coraz częściej  
chadzały własnymi ścieżkami. To go niepokoiło. Czyżby miało to coś wspólnego z 
niedawno  
odkrytą siwizną we włosach albo ze zmarszczkami w kącikach oczu? 
- Wielmożna Sharisso, istoty te nie są ci zupełnie obce, prawda? - zapytał nagle  
Lochivan. Nie musiał wyjaśniać, o kogo mu chodzi. Wszyscy wiedzieli, że ma na 
myśli  
Beztwarzych. 
Władca Tezerenee łypnął gniewnie na młodszego syna, ale powstrzymał się od  
komentarza. 
- - Wiem o nich co nieco. - Sharissa była ostrożna. Jak większość Vraadow, bała 
się  
dominacji Tezerenee. Barakas chciałby ją zapewnić, że nie ma powodu do obaw; dla 
niej  
zawsze znajdzie się miejsce w klanie. Taka żywotność i moc nie mogły pójść na 
marne. 
- - W jaki sposób okazują, że na czymś im zależy? Czy ich poczynania w ogóle coś  
znaczą? Czy umieją tylko się gapić... jeśli można tak powiedzieć, bo przecież 
nie mają oczu!  
Myślę, że oni coś wiedzą. Piętnaście lat gapienia się musi mieć jakiś cel. A w 
tym roku  
przechodzą samych siebie. 
Sharissa okazała zainteresowanie. Ciekawiło ją wszystko, co wiązało się z nowym  
światem. 
- Zwróciłeś na to uwagę? Ostatnio są bardziej aktywni, też to zauważyłam. Ale 
nie  
sądzę, by to oznaczało coś złego. Zależy im na naszym powodzeniu. 
"Jesteś pewna?" - chciał spytać Barakas. I po raz kolejny ugryzł się w język. 
- A co sądzi twój ojciec? Pracuje z nimi w ich zamku. Z pewnością wie coś 
więcej. 
Sharissa pokręciła głową tak energicznie, że jej wspaniałe włosy zafalowały 
niczym  
kaskada. Reegan pożerał ją wzrokiem, choć starał się skrywać nachalność. Zawsze 
miał z tym  
kłopoty. 
- - Ojciec zawsze mówi, że praca z nimi przypomina zabawę układanką, w której  
brakuje ponad połowy elementów. Jakimś sposobem uczą go różnych rzeczy, lecz  
uświadamia sobie to dopiero po zakończeniu lekcji. - Uśmiechnęła się do 
Lochivana, jakby na  
chwilę zapomniała, że jest Tezerenee. - To niepomiernie go irytuje. 
- - Nie dziwię się. 
Rozmawiali ze swobodą, która zaniepokoiła Barakasa. Patriarcha niemal dosłownie  
był ojcem swoich poddanych, bo w ciągu stuleci spłodził nie mniej niż piętnastu 
synów i  
kilka córek... nie wspominając o tych, których zdążył zapomnieć. Niestety, dwóch 
najbardziej  
inteligentnych potomków sprawiło mu gorzki zawód. Rendel zdradził klan, pragnąc 
na własną  
rękę zbadać tajemnice Smoczego Królestwa, i zginął przez własną głupotę. Jego 
cień,  
młodszy brat Gerrod, był niewiele lepszy. Barakas miał nadzieję, że Lochivan 
wypełni lukę,  
jaka powstała po odejściu tamtych dwóch. Zawsze uważał go za posłusznego, nigdy 
za  

background image

mądrego, a jednak... 
Sharissa spoglądała w jego stronę. Patriarcha zastanowił się, od jak dawna mu 
się  
przypatruje. Znów była uprzedzająco i nienaturalnie uprzejma. A on zapomniał się 
jak ostatni  
gamoń i odsłonił swoje myśli... Takiego niedbalstwa nigdy nie puściłby płazem 
żadnemu ze  
swoich ludzi. 
- - Jeśli wybaczysz, muszę przygotować się do wyprawy. Znaleziono jedno z  
wcześniejszych osiedli założycieli. 
- - Co takiego? - Lochivan pochylił się w siodle. - Gdzie? 
- Na północnym wschodzie. Muszę już iść. Życzę wszystkim dobrego dnia. - Skinęła  
im głową i odeszła. Jej chód zdradzał, że pragnie szybko znaleźć się jak 
najdalej. 
Zbolała mina Reegana skojarzyła się Barakasowi z pyskiem chorego smoka. Gdy  
Sharissa oddaliła się spory kawałek, Lochivan odwrócił się do ojca i obaj 
wymienili  
spojrzenia. Na północnym wschodzie mieszkał Gerrod. To mogło, ale nie musiało 
być  
zbiegiem okoliczności. 
- Otrząśnij się z tego osłupienia, Reegan - warknął władca Tezerenee. - 
Lochivan,  
możesz odejść. Wiem, że musisz zająć się pewnymi sprawami. Mam rację? 
Lochivan, który w tej chwili nie miał żadnych obowiązków, w lot zrozumiał 
intencje  
ojca. 
- Tak, ojcze. Dziękuję. 
Młodszy Tezerenee ściągnął wodze i odjechał, zostawiając ojca i brata. Barakas 
po raz  
ostatni odwrócił się do pierworodnego, swojego następcy. 
- Smocza krew! Idioto, ocknij się wreszcie! Chcesz siedzieć tu bezmyślnie przez 
cały  
dzień? - Źle ocenił jego uczucia do Sharissy. Ostatnim, czego mu brakowało, był 
zadurzony  
gamoń. Kiedy rządzi żądza, rozum schodzi na psy - a w przypadku pierworodnego 
efekt był  
tragiczny. 
Reegan wyrwał się z transu i ruszył za ojcem. Barakas skrył niesmak pod maską  
obojętności. Powinien się domyślić, że nie wyrachowanie, tylko prawdziwe uczucie  
podsunęło pierworodnemu słowa wyrzeczone do Sharissy. 
W jego głowie kłębiły się myśli dotyczące przyszłości klanu i możliwości, jakie  
wiązały się z osobą Sharissy Zeree, nie można go więc winić, że nie zauważył 
trzeciej ze  
znienawidzonych istot. Beztwarzy przez chwilę obserwował, jak postacie dwóch 
Tezerenee  
stopniowo maleją w oddali. Najwidoczniej przestali go interesować, bo odwrócił 
się w  
kierunku, w którym odeszła Sharissa - a za nią Lochivan. 
 
III 
 
Sharissa nie lubiła spotkań z Tezerenee, zwłaszcza z Barakasem i Reeganem, ale  
wiedziała, że kontakty z członkami klanu są nieuniknione. W ciągu pięciu 
zeszłych lat  
obecność Tezerenee wyjątkowo mocno zaznaczała się w tej części miasta. Gniew, 
jakim  
pałali do nich Vraadowie, przygasł z biegiem czasu, a posiadana przez nich 
wiedza już na  
samym początku istnienia kolonii okazała się bezcenna i nadal jej potrzebowano. 
Klan  

background image

uzyskał wpływy o wiele większe niż w Nimth, ale Sharissa wątpiła, czy patriarchę 
zadowala  
taki stan rzeczy. Choć zawsze kładł nacisk na rozwój sprawności fizycznej, 
prawie zupełna  
niemożność posługiwania się czarami oznaczała, że w przypadku konfrontacji 
Tezerenee  
byliby skazani na przegraną. Po prostu byli zbyt nieliczni. Mimo wszystko wiele 
osób spoza  
klanu uważało Barakasa za przywódcę. Tezerenee znów przechadzali się śmiało 
wśród  
Vraadow, niemal zachęcając rywali do wykonania jakiegoś ruchu. 
Jak na razie nic nie zakłócało równowagi. Silesti nadal trzymał w ryzach swoich 
ludzi,  
a ojciec Sharissy nakłaniał obie strony do współpracy, nie zwracając uwagi na 
docinki i kosę  
spój rżenia Vraadow. W znacznej mierze to dzięki niemu triumwirat spełniał swoje 
zadanie.  
Pozostawieni samym sobie, Silesti i Barakas przystąpiliby do wojny w dniu, w 
którym zjawili  
się w nowym świecie. 
Barakas miał nadzieję, że przechyli szalę na swoją stronę, a czynnikiem 
działającym  
na jego korzyść mogłoby być małżeństwo Sharissy z Reeganem. 
- Nigdy w życiu - mruknęła czarodziejka. W gruncie rzeczy nie darzyła Reegana 
jakąś  
wyjątkową nienawiścią, a jego pochlebne słowa trąciły romantyczną strunę w jej 
sercu, lecz  
nie o takim mężu marzyła. Nie miała pewności, jaki powinien być jej ideał, lecz 
stanowczo  
odbiegał od młodszej, bardziej prostackiej wersji samego patriarchy. Reegan 
ogromnie  
przypominał ojca. Był silny i zwinny, ale zdecydowanie niemądry. W sprawach  
delikatniejszej natury zdawał się na Lochivana. 
Lochivan. Sharissa zastanowiła się, czy władca Tezerenee wie, że jego młodszy 
syn  
jest jednym z jej najbliższych przyjaciół. Nie kochankiem - bardziej bratem, 
którego nigdy nie  
miała. 
W trakcie wędrówki jej oczy mimo woli rejestrowały zmiany, jakie ostatnio 
dokonały  
się w mieście, będącym raczej rozległą warownią. Zachodnie i wschodnie dzielnice 
zostały  
niemal całkowicie przebudowane. Wyburzono większość starych budowli, nie 
nadających się  
do zamieszkania. Dzięki mocy tych nielicznych, którzy w nowych warunkach radzili 
sobie z  
czarami, oraz dzięki fizycznej pracy tych, którzy inaczej poradzić sobie nie 
mogli, wzniesiono  
kilka wież i budowli o płaskich dachach. Jak na jej gust były zbyt praktyczne, 
ale miała  
nadzieję, że wkrótce styl budownictwa stanie się bardziej wyrafinowany. 
Większość  
gmachów świeciła pustkami, co było wyrazem optymizmu Vraadow i nadziei na  
powiększenie populacji. Poza tym prace budowlane zapewniały mieszkańcom zajęcie. 
W tej  
jednej kwestii członkowie triumwiratu od początku byli jednomyślni. 
Sharissa dostrzegała niewiele przejawów dawnego wykwintnego smaku Vraadow.  
Ledwie parę portali wyróżniało się bardziej wymyślnym kształtem, a na niektórych 
widniały  
wizerunki fantastycznych stworzeń. Przystanęła na widok wilczej głowy nad 
drzwiami, gdyż  

background image

opadły ją wspomnienia z Nimth. Ta rzeźba jednak była tylko symbolem wskazującym, 
że  
tutaj mieszkają zwolennicy Silestiego. Nieświadomie naśladując swego wroga, 
trzeci członek  
triumwiratu obrał sobie zwierzęce godło, które stało się symbolem jego wpływów. 
Coś wysunęło się z cieni. Sharissa drgnęła. Stłumiła sapnięcie, starając się nie 
okazać  
zaskoczenia. 
Zwracało się ku niej gładkie, puste oblicze. Podobnie jak Barakas, ona też 
nazywała  
ich Beztwarzymi, ale większość Vraadow zwała ich po prostu nie-ludźmi. Zapewne  
powodowała nimi niechęć do pogodzenia się z faktem, że są z nimi spokrewnieni. 
Pod  
pewnymi względami istoty te rzeczywiście przypominały członków jej rasy. 
Beztwarzy "patrzył" na nią przez krótką chwilę. Nagle wyminął ją jakby z  
niecierpliwością i ruszył w swoją stronę. Sharissa patrzyła w ślad za nim, 
dopóki nie zniknął  
jej z oczu, i dopiero wtedy odetchnęła. Mimo woli wstrzymywała oddech od chwili 
spotkania. 
Naszły ją oderwane, trochę niepokojące myśli - czyżby Beztwarzy był  
zdenerwowany? Zasadniczo istoty nie zbliżały się do napotkanych Vraadow: albo 
zmieniały  
kierunek, albo okrążały ofiarę spokojnym, niemal nonszalanckim krokiem. Nie 
przemykały  
tak jak ten. Beztwarzy wyglądał, jak gdyby nurtował go jakiś poważny problem. 
Co mogło zaprzątać jego myśli do tego stopnia, że stracił opanowanie, z którego 
jego  
rodzaj słynął przez długie lata? 
Potem Sharissa poczuła pierwszą oznakę innej obecności - tak potężnej i 
odmiennej,  
że być może wywieranie osobliwego wrażenie było umyślną zapowiedzią jej 
przybycia. Nie  
umiała osądzić, czy ma rację. Wiedziała tylko, że nie zbliża się nikt z 
Vraadow... być może z  
wyjątkiem Gerroda, który zdolny był do wielu niezwykłych przemian. 
W okolicy zapadła głucha cisza, jakby wszyscy wyczuli to samo, co ona. Sharissa  
sięgnęła do sił tego świata. Spośród nielicznych Vraadow, którzy zdołali 
przystosować się do  
nowych warunków, paru twierdziło, że w czasie sięgania do mocy świata widzą 
tęczę barw.  
Inni utrzymywali, że dostrzegają siatkę krzyżujących się linii sił, 
rozciągających się w  
nieskończoność. Sharissa wiedziała, że obie grupy miały rację, bo sama była 
chyba jedyną  
osobą, która widziała jedno bądź drugie w zależności od kaprysów podświadomości. 
To  
dwoiste postrzeganie sił było najbardziej prawdopodobną przyczyną jej 
nieoczekiwanej  
biegłości w korzystaniu z czarów. Nawet jej ojciec, który uczył się od swojej 
żony i od  
Beztwarzych, nie mógł się z nią równać. Ariela, urodzona i wychowana na drugim  
kontynencie, również nie mogła mierzyć się z przybraną córką. Twierdziła, że 
nikt z jej ludu  
nie posługiwał się mocami z taką łatwością. 
Niekiedy Sharissa była dumna ze swoich wyjątkowych umiejętności, lecz częściej  
uważała ten dar za ciężkie i niebezpieczne brzemię. Ludzie pokroju Barakasa 
widzieli w niej  
narzędzie lub po prostu zazdrościli jej talentu. Każdy próbował nią manipulować, 
ale z  
większością jakoś sobie radziła. W ostatnich dniach pobytu w Nimth jedna z 
byłych kochanek  

background image

ojca, czarodziejka Melenea, bez skrupułów wykorzystała jej naiwność. Machinacje 
Melenei  
niemal skończyły się śmiercią Sharissy, jej ojca i Gerroda Tezerenee. W 
zmaganiach zginął  
wierny famulus ojca, będący jej przyjacielem z czasów dzieciństwa. Sirvak oddał 
życie w  
obronie swego pana i pani przed straszliwym sługą Melenei, Cabalem. To tragiczne  
wydarzenie zahartowało Sharissę i utwierdziło ją w postanowieniu, że nigdy nie 
pozwoli  
nikomu się wykorzystać, gdyby miało zagrozić to bezpieczeństwu tych, których 
kochała. 
Obecność dawała o sobie znać coraz mocniej, jakby istota pędem zbliżała się do  
miasta... od zachodu, jak teraz zauważyła Sharissa. Z każdą chwilą jej moc 
stawała się coraz  
bardziej zdumiewająca. Z pewnością nie była ludzka. Żaden Vraad nie był taki 
potężny, taki  
inny. 
- Ojciec! - zawołała, drżąc. - Muszę powiedzieć ojcu! Być może już wiedział, 
lecz nie  
mogła być pewna. Sięgnęła umysłem, próbując nawiązać z nim łączność. Komunikacja  
mentalna zawodziła częściej niż niegdyś i niewielu mogło utrzymywać więź przez 
dłuższy  
czas. W przypadku Sharissy i jej ojca sprawę utrudniał fakt, że Dru Zeree 
przebywał nie  
całkiem w tym świecie, tylko jakby w jego "kieszeni", gdzie mieściła się 
ostatnia siedziba  
założycieli sprzed połączenia ich dusz z ziemią. Ci, którzy przebywali w tamtym 
świecie,  
mogli obserwować osoby na zewnątrz i nawiązywać z nimi kontakt, ale przedarcie 
się przez  
barierę od drugiej strony nie nastręczało trudności tylko beztwarzym wcieleniom 
założycieli.  
Dotychczas nie było wiadomo, jak Beztwarzy porozumiewają się między sobą. 
- Ojcze? - Czarodziejka na chwilę wstrzymała oddech, czekając na odpowiedź. 
Kiedy  
znajomy kontakt z umysłem ojca nie nastąpił, ponowiła próbę. Przez cały czas 
czuła  
zbliżającą się obcą istotę. Zastanowiła się, jak Tezerenet magli jej nie 
zauważyć. Barakas  
wprawdzie utracił znaczną część dawnej mocy, ale nadal był potężny. Czy to 
możliwe, że nie  
wykrył zbliżającego się intruza? 
Nawiązanie łączności z ojcem okazało się niewykonalne. Gdyby odebrał jej  
wezwanie, już by odpowiedział. Brak kontaktu oznaczał, że będzie musiała do 
niego pójść.  
Sharissa zrezygnowała z wyprawy na zachód i ruszyła w kierunku placu, gdzie na 
rozkaz Dru  
nie prowadzono żadnych prac. Tam znajdzie maleńkie, ukryte rozdarcie w tkaninie  
rzeczywistości. Było to wejście do niewielkiego świata założycieli, gdzie jej 
rodzice obecnie  
spędzali większość czasu. Miała nadzieję, że będzie otwarte. Niejeden raz, gdy 
chciała z nim  
porozmawiać, musiała czekać, aż ojciec opuści swój prywatny mały świat. 
Paru Vraadow, spieszących gdzieś w swoich sprawach, uskoczyło jej z drogi. Nawet  
na nich nie spojrzała. Nie wiedziała, czy także coś wyczuwają, ale nie zawracała 
sobie tym  
głowy. Jeśli kogoś zaniepokoił tajemniczy przybysz, to podąży za nią albo 
postanowi zbadać  
sprawę na własną rękę. 
Jeden człowiek nie ustąpił jej z drogi. Zderzyłaby się z nim, gdyby para silnych 
rąk  

background image

nie złapała jej i nie zatrzymała. 
- Co się dzieje? Coś ważnego, skoro biegniesz na oślep i wpadasz na ludzi! 
- Lochivan! Nie mogę teraz rozmawiać! Muszę znaleźć ojca! Tezerenee puścił ją. 
- W takim razie pójdę z tobą. Może mi powiesz, co cię tak poruszyło, że zamiast 
się  
teleportować tracisz czas na chodzenie piechotą. 
Sharissa zarumieniła się. Minęła Lochivana i pospieszyła dalej. Tezerenee ruszył 
za  
nią, bez trudu dotrzymując jej kroku. Przyzwyczaił się do szybkich marszów. 
- Uznałam, że lepiej nie korzystać z czarów - odparła. Nigdy nikomu nie 
powiedziała,  
nawet Dru, dlaczego tak rzadko korzysta z czarów oszczędzających czas. W 
ostatnich dniach  
pobytu w starym świecie teleportacja stała się niebezpieczna i jej ojciec niemal 
przypłacił  
życiem próbę magicznej podróży. Sharissa zdawała sobie sprawę z absurdalności 
swojego  
zachowania, ale nie potrafiła wyzbyć się lęku, że pewnego dnia zaklęcie 
teleportacji  
przeniesie ją w miejsce, z którego nie będzie powrotu. Nie umiała wyjaśnić 
swoich odczuć  
komuś, kto stracił umiejętność posługiwania się magią. Mało prawdopodobne, by 
spotkała się  
ze współczuciem. 
- Dlaczego? O co chodzi? - zapytał Lochivan, marszcząc czoło. Coś go trapiło, 
może  
niejedno. 
Sharissa zastanowiła się, czy on wyczuwa obecność nieznajomego. 
- - Coś... ktoś... z innego... Nie umiem ci tego wyjaśnić. Powiedz mi, nie 
wyczuwasz  
obecności zbliżającej się od zachodu? 
- - Co takiego? - Zerknął w kierunku bramy, przez którą wcześniej wjechał wraz z  
ojcem i bratem. - Gdyby coś było tak blisko... powinniśmy zobaczyć to w czasie 
przejażdżki... 
- - Też tak pomyślałam. - W Sharissie zbudziło się podejrzenie. - Widziałeś coś,  
Lochivanie? Jesteś jedną z dwóch osób z twojego klanu, po których mogę 
spodziewać się  
szczerej odpowiedzi. Widziałeś coś? Czułeś coś? 
- - Nic! - odparł z porywczością znamionującą narastający niepokój. - Na 
zachodzie  
widzieliśmy tylko las i równiny... i, oczywiście, morze. Smocza krew! 
Poszukiwacze? 
Doszedł do tego samego wniosku. Istniała jeszcze druga możliwość: mogli to być  
magiczni opiekunowie miasta, słudzy starożytnych założycieli. Ale opiekunowie, 
choć nie  
posiadali formy - chyba że przyoblekali się w ziemię i skały jak ten, którego 
Tezerenee  
nazwali Smokiem z Głębin - dawali się rozpoznać. Ich aura przesycona była 
zapachem tego  
świata, tego pradawnego miejsca. Z przybyszem było inaczej. Sharissa wykryła 
tylko leciutki  
posmak tego świata, jakby bawił tu przez krótki czas, ale przybywał skądinąd. 
Skoro Nimth  
zostało odcięte, pozostawał tylko drugi kontynent i jego panowie. Czyżby 
Poszukiwacze? Ale  
przecież oni byli częścią tego świata, więc... 
Lochivan zatrzymał się i zdjął rękawicę. 
- Na tarcze i miecze! Akurat w tej chwili! 
Choć czas naglił, Sharissa też przystanęła. Towarzystwo Lochivana dodawało jej  
otuchy i pozwalało zachować jasność myśli. Uznała, że warto zaczekać, pod 
warunkiem, że  

background image

nie dłużej niż parę sekund. Poza tym zaciekawiła ją przyczyna jego 
rozdrażnienia. 
- Co się stało? 
Wsunął rękę między smoczy hełm a naszyjnik pancerza i zaczął drapać się  
zapamiętale po szyi. Sharissa obawiała się, że lada chwila spłynie krwią. 
- Przeklęta wysypka! Nic groźnego, ale doskwiera całemu klanowi. Skóra wysusza 
się  
i nie można temu zapobiec. Czasami swędzi tak okropnie, że muszę przerwać to, co 
robię, i  
drapać się, aż... aż znów idzie wytrzymać. - Lochivan wyjął rękę i naciągnął 
rękawicę.  
Westchnął. - Nareszcie, chwała smokowi. Po wszystkim. Ruszajmy! 
Sharissa była trochę zdziwiona, że wojownik miary Lochivana w krytycznej chwili  
przejmuje się wysypką, lecz nic mu nie powiedziała i zadbała, żeby nie zdradzić 
swoich  
myśli. W stosownej chwili wspomni ojcu o tej pladze. Być może dziś była to tylko 
niegroźna  
wysypka, ale czy ktoś mógł przewidzieć, w co przerodzi się w przyszłości? 
Przeszli nie więcej niż tuzin kroków, gdy czarodziejka przystanęła. 
Coś było na placu, do którego się zbliżali. Ta sama obecność, którą nie tak 
dawno  
wykryła za miastem, teraz była w mieście. Wyprzedziła ich, choć jeszcze parę 
minut temu... 
- Serkadion Manee! - szepnęła oszołomiona. Jej ojciec w chwilach zdumienia 
często  
wymawiał imię starożytnego uczonego, a ona z biegiem czasu przyswoiła sobie ten 
nawyk. 
Lochivan nie musiał pytać, co się stało. Gdy odwróciła się i spojrzała na niego,  
poznała, że Tezerenee czuje to samo, co ona... Czy ktoś mógłby tego nie poczuć? 
Sharissa  
powiodła wzrokiem po znajdujących się w pobliżu Vraadach. Wszyscy przystanęli i  
wyciągając szyje, patrzyli w kierunku placu. Wszyscy w zasięgu wzroku milczeli. 
Niektórzy  
zwrócili uwagę na parę zmierzającą w stronę źródła zakłóceń. Sharissa uznała, że 
wyglądają  
na przestraszonych. Vraadowie, w większości pozbawieni dawnych fenomenalnych  
zdolności, w głębi duszy bali się, że staną się łatwym łupem jakiegoś 
zewnętrznego wroga. 
Czarodziejka uświadomiła sobie, że mogą mieć rację. 
- - Muszę się teleportować - oznajmiła nie tyle, by uprzedzić Lochivana, ile 
chcąc  
utwierdzić się w zamiarze. 
- - Idę z tobą. 
- - Złap mnie za rękę. 
Chwycił ją z pewnością mocniej niż zamierzał. Klan smoka, a ściślej mówiąc sam  
patriarcha, nieprzychylnym okiem patrzyi na wszelkie objawy strachu, niezależnie 
od  
okoliczności. Czasami Sharissie było żal Gerroda i Lochivana z powodu życia, 
jakie wiedli  
pod twardą ręką ojca. 
Krzywiąc usta, Sharissa przeniosła ich na plac. 
Początkowo pomyślała, że zapadła noc, choć do zachodu słońca było jeszcze parę  
godzin. Potem z konsternacją zdała sobie sprawę, że ma szczelnie zaciśnięte 
powieki. 
- Bogowie! Spójrz na niego, Sharisso! Widziałaś kiedyś coś równie wspaniałego i  
groźnego zarazem? 
Ostrożnie otworzyła oczy. Wokół tłoczyli się ludzie, wszyscy bez wyjątku  
zahipnotyzowani widokiem wielkiego zwierzęcia. 
- Koń! - szepnęła. Przepyszny hebanowy rumak! Sharissa kochała konie, zwłaszcza  
piękne wierzchowce, które ojciec hodował bez pomocy magii, traktując to niemal 
jak  

background image

wyzwanie. A jednak żaden nie mógł się równać z tym stworzeniem... 
To jego obecność wykryły jej zmysły. To z niego emanowała niewiarygodna moc,  
która zaniepokoiła niemal wszystkich Vraadów, niezależnie od poziomu 
czarnoksięskich  
umiejętności. 
- Gdzie on jest? Muszę go znaleźć i nikt mi w tym nie przeszkodzi! Nie dam się  
wrzucić z powrotem do tej przeklętej nicości, którą musiałem znosić przez jakże 
długi czas!  
Gdzie jest mój przyjaciel, Dru Zeree? 
Sharissa wiedziała, z kim - lub z czym - ma do czynienia. Niespodziewany gość 
sam  
nazwał się Czarnym Koniem; przez pewien czas pomagał jej ojcu. Pewnego razu Dru 
Zeree  
zapuścił się na widmowe ziemie, gdzie Nimth i Smocze Królestwo splatały się 
niczym para  
przeklętych kochanków, będących razem, ale niezdolnych się dotknąć. Przez 
przypadek trafił  
do Pustki i tam poznał mrocznego rumaka, z którym później wędrował. Opiekunowie,  
posłuszni rozkazom pradawnych panów, uznali Czarnego Konia za intruza, któremu 
nie  
wolno przebywać w tym świecie. 
Z szacunku dla Dru nie unicestwili go, tylko wypędzili... na zawsze, jak się 
wówczas  
wydawało. 
Nie doceniali stworzenia. 
Ludzie przerwali zajęcia i rozmowy. Kręcili się nerwowo po placu, nie wiedząc, 
jakie  
są zamiary hebanowego przybysza. Choć większość nie słyszała o Czarnym Koniu, od 
razu  
jednak rozpoznała moc pod pewnymi względami potężniejszą od ich dawnej magii. 
- - Wyglądacie jak Dru Zeree! - zawołał z wyrzutem kary rumak. Po chwili namysłu  
zapytał: - Jesteście Vraadami? - Niebieskie jak lód oczy przesuwały się z jednej 
twarzy na  
drugą, wreszcie zatrzymały się na jedynej osobie, która nie ulękła się zimnego 
spojrzenia: na  
Sharissie. - Gdzie jest mój przyjaciel? 
- - Sharisso! - syknął Lochivan, łapiąc ją za rękę. 
Czarodziejka zamrugała. Uprzytomniła sobie, że mimo woli ruszyła przed siebie i  
niemal upadła. Ciekawe, co spowodowało taką reakcję... Miała wrażenie, że 
jeszcze chwila, a  
wpadnie prosto w Czarnego Konia. Co za absurd! A jednak wrażenie było silne, 
niemal  
nieodparte, i nie wiadomo, co by się stało, gdyby Lochivan jej nie zatrzymał. 
Demoniczny ogier potrząsnął głową w sposób tak typowy dla zwyczajnego konia, że  
Sharissa nabrała większej pewności siebie. Odetchnęła głęboko i śmiało postąpiła 
w jego  
stronę. 
- - Jestem Sharissa Zeree, córka Dru. Ja... 
- - Aha! Mała Sharissa! - ryknął z zadowoleniem Czarny Koń. Zmienił postawę tak  
nagle, że Sharissa zastygła w pół kroku z szeroko otwartymi ustami. 
Czarny Koń przyklusował do niej. 
- - Przyjaciel Dru mówił o tobie w czasie naszych podróży! Jakże miło cię 
widzieć!  
Spędziłem wieczność na poszukiwaniu tego miejsca! 
- - Uważaj, Sharisso! - szepnął Lochivan. Trzymał dłoń na rękojeści miecza. 
Sharissa nie miała pojęcia, co sobie wyobrażał. Z tego, co wiedziała i co 
widziała,  
jasno wynikało, że dla powstrzymania tego stworzenia trzeba by czegoś więcej niż 
miecza. 
- - Uważaj, też mi coś! - parsknął Czarny Koń. Miał wyjątkowy siuch. - Nie  
skrzywdziłbym odrośli mojego przyjaciela Dru! 

background image

- - Odrośli? - Sharissa nie była pewna, czy się nie przesłyszała. 
- - Pędu? Byłaś jego częścią, teraz zaś jesteście rozdzieleni, tak? Jak mówi o 
tym  
twoje plemię? 
- - Latorośl. Potomek. Dziecko. Ale nie byłam jego częścią, tylko... - Urwała,  
zastanawiając się, ile czasu zajęłoby jej wyjaśnienie, na czym polega cud 
narodzin. Ta istota  
nie miała pojęcia o zbyt wielu sprawach. 
Paru Vraadow spojrzało na nią ze zdziwieniem - nie dlatego, że nie umiała czegoś  
wyjaśnić Czarnemu Koniowi, ale ponieważ rozmawiała z nim jak równy z równym. Na 
ich  
twarzach malowała się ulga. Wielka czarodziejka po raz kolejny upora się z 
problemem, co  
tylko powiększy jej prestiż. I dobrze, bo już zakładano, że gdyby jej ojcu 
przytrafiło się coś  
złego, to ona zajmie jego miejsce w triumwiracie. 
Czarny Koń rozejrzał się po okolicy. 
- Zmieniliście kształt tego miejsca, jednak nie tu, gdzie stoję. Lękałem się, że 
trafiłem  
w niewłaściwe miejsce, po chwili wszak przypomniałem sobie o tym obszarze i 
otworzyłem  
szybszą ścieżkę. Przeszukałem tyle światów, tyle wszechświatów! 
Ani jednym słowem nie wspomniał o czarach ochronnych, którymi Vraadowie osłonili  
swoje miasto. Czary te zatrzymałyby każdego, on jednak, jak się wydawało, nawet 
ich nie  
zauważył. 
Przybysz westchnął. Był to bardzo ludzki odgłos, którego musiał nauczyć się od  
swego dawnego towarzysza. Sharissa wykryła w nim tęsknotę i zmęczenie. 
- Piętnaście lat to szmat czasu, wyobrażam sobie - powiedziała, próbując go 
uspokoić.  
- Może wydawać się wiecznością. 
Obrzucił ją dziwnym spojrzeniem. 
- Dzięki twojemu ojcu zyskałem pewne pojęcie o latach, mała Shari! Wiedz, że 
kiedy  
mówię, iż spędziłem wieczność na szukaniu tego miejsca, to ani nie żartuję, ani 
nie  
przesadzam. W ciągu twoich piętnastu lat ja przebyłem tysiąc tysięcy krain i 
tyle samo  
światów! Odkryłem, że czas nie wszędzie płynie jednakowo, a w tym przeklętym 
miejscu,  
które przyjaciel Dru tak trafnie nazwał Pustką, nie płynie wcale! - Czarny Koń 
przekręcił  
głowę i spojrzał w bezchmurne niebo. - Przestworza niebieskie wydają się 
zapełnione w  
porównaniu z Pustką, która pozostałaby pusta nawet gdyby wpadło w nią całe to 
miejsce. Jak  
mogłem znosić taką egzystencję przed przybyciem Dru? 
Nie spodziewał się odpowiedzi na to pytanie. Sharissa zaczekała, aż wielkie  
stworzenie trochę ochłonie, i dopiero wtedy powiedziała: 
- - Mój ojciec będzie uszczęśliwiony twoim widokiem. Jeśli chcesz, zabiorę cię 
do  
niego. 
- - Maleńka, dokładnie na tym mi zależy! Wiem tylko, że przyjaciel Dru był w  
niebezpieczeństwie, a ja zostałem rzucony w miejsce, którego nie miałem nadziei 
już nigdy  
zobaczyć... a może miałem nadzieję już nigdy nie zobaczyć, nie jestem pewien. 
Pomyślałem,  
że może przebywa w komnacie światów w zamku dawnych, ale nie mogłem znaleźć 
wejścia  
do tego małego wszechświata. Bałem się, że uwięziły go istoty, które strzegły 
go, gdy byłem  

background image

tam ostatnio, lecz nie zostało po nich śladu... Jestem pewien, bo dobrze 
zapamiętałem zapach  
tych przeklętych dziwadeł! 
Lochivan podszedł do Sharissy i nachylił się do jej ucha. 
- Nie powinnaś czegoś zrobić z tymi wszystkimi ludźmi? Wyglądają jak dzieci  
poproszone o rozwiązanie skomplikowanego magicznego zadania, które przerasta  
największych mistrzów! Powiedz im, że nie ma powodu do obaw. 
Lochivan miał rację. Sharissa podniosła ręce i zawołała: 
- Nie musicie się martwić! Nie ma niebezpieczeństwa, nie ma zagrożenia! To  
przyjaciel mojego ojca i ręczę za jego zachowanie! 
Przemowa wypadła dość żałośnie, bo przecież nie zawierała ani jednej odpowiedzi 
na  
pytania, które musiały kłębić się w głowach zgromadzonych Vraadow. Sharissa więc 
dodała: 
- Dowiecie się więcej od mojego ojca, gdy tylko znajdzie czas, by porozmawiać z  
naszym gościem. Obiecuję. 
Nadal nie była zadowolona, ale Vraadowie uznali, że muszą poprzestać na tym, co  
usłyszeli. Być może rozumieli, że w tym wypadku niewiedza może okazać się 
zbawienna.  
Pozostali dwaj członkowie triumwiratu nie daliby się zbyć tak łatwo. Sharissa 
Zeree zerknęła  
na Lochivana; Barakas niedługo będzie wiedział o wszystkim, co się tutaj stało. 
Ten  
Tezerenee przyjaźnił się z nią, ale był lojalny wobec ojca. 
- Ty też lepiej stąd odejdź. Nie sądzę, by coś mi groziło. Z opowieści ojca 
wynika, że  
to łagodne stworzenie. 
- Nie powiedziałbym! - ryknął mroczny rumak. Lochivan z bardzo nietęgą miną  
skłonił się obojgu i do Sharissy powiedział: 
- Będzie lepiej, jak sam powiem o tym ojcu. Naprawdę mi przykro, Sharisso, ale  
Barakas powinien wiedzieć. - Umilkł. Jego słowa brzmiały dla niej równie 
nieprzekonująco,  
jak jej wcześniejsza przemowa do tłumu. - Musisz być gotowa na wszystko. Czarny 
Koń  
zakłóci równowagę, jeśli tu zostanie. Oboje o tym wiemy. 
Tezerenee odwrócił się i dołączył do Vraadow, którzy powoli odchodzili z placu.  
Sharissa rozmyślała nad jego przestrogą, uśmiechając się do cienistego rumaka. 
Jeśli zostanie  
tu choćby na chwilę, zakłóci równowagę. Ci dotychczas niezdecydowani tłumnie 
poprą jej  
ojca. Czarny Koń był potężnym sprzymierzeńcem. Jeśli członkowie triumwiratu 
wystąpią  
jeden przeciwko drugiemu, demoniczny ogier może okazać się czynnikiem 
decydującym. Dru  
Zeree nie miał innych ambicji poza scaleniem rasy Vraadow, ale tego samego nie 
można było  
powiedzieć o Barakasie i Silestim. Ten ostatni miał zresztą niejeden uzasadniony 
powód do  
gardzenia patriarchą Tezerenee. Lata wspólnej pracy nie zmniejszyły istniejącego 
między  
nimi napięcia. 
Czarny Koń rozgrzebywał zasłaną gruzem ziemię z niecierpliwością kogoś, kto po  
nieskończenie długich poszukiwaniach znalazł się o krok od celu, lecz nie może 
znaleźć  
frontowego wejścia. Sharissa zbliżyła się do niego. 
- - Tędy. Beztwarzy przesunęli wejście. 
- - Beztwarzy? 
- - Nie-ludzie - dodała, zastanawiając się, czy zna ich pod tą nazwą. 
- - Nie znam tych drugich. Też są Vraadami? 
- - Nie, to... - Urwała. Lepiej pokazać niż próbować opisać wcielenia 
założycieli.  

background image

Rozejrzała się po placu, wypatrując obserwujących ich postaci. Zmrużyła oczy. 
Czarny Koń  
czekał w milczeniu, wodząc dokoła lodowatym wzrokiem. 
W okolicy nie było beztwarzych istot. Sharissa nie mogła sobie przypomnieć, czy  
widziała choć jedną od czasu spotkania w zaułku. Tamta odeszła jakby 
zaniepokojona. W  
tłumie, który zebrał się na wieść o przybyciu Czarnego Konia, nie było żadnej. 
Zaczęła się  
denerwować. Czyżby Beztwarzy, których ciekawiło wszystko, co dotyczyło Vraadow, 
unikali  
mieszkańca Pustki? Jeśli tak, to dlaczego? Czyżby bali się Czarnego Konia? Może 
lękali się  
zemsty? Zdecydowanie nie! Opiekunowie przepłoszyli hebanowego ogiera z taką 
łatwością,  
jakby był maleńkim owadem. A ich panowie, choć mieli do dyspozycji ledwie cień 
dawnej  
potęgi, nie utracili swych umiejętności. 
- - I co? Co chcesz mi pokazać? Chodź! Chcę znów zobaczyć małego Dru! 
- - Pokażę ci drogę. - Sharissa, wciąż zaintrygowana nieobecnością nie-ludzi,  
poprowadziła cienistego rumaka. Paru Vraadow odprowadzało ją wzrokiem. W 
rozdarcie  
mogli wejść tylko ci, którym jej ojciec wydał pozwolenie. Sharissa nie miała 
pojęcia, czy  
Czarny Koń wejdzie bez przeszkód, czy też najpierw będzie musiała odszukać ojca.  
Przekonają się już za chwilę. 
Najpierw zobaczyła falowanie powietrza. Gdy zbliżyła się wraz z Czarnym Koniem,  
rozdarcie rozszerzyło się, a w nim ukazała się okolona drzewami rozległa łąka. 
Kwiaty  
wyglądały jak strażnicy na morzu wysokiej trawy. 
Sharissa wsunęła nogę w rozdarcie w tkaninie rzeczywistości i przeszła na drugą  
stronę. Plac i miasto zniknęły. Obejrzała się. Rozdarcie wypełniała wielka, 
czarna jak smoła  
postać. 
- Nareszcie! - Czarny Koń bez przeszkód przebył magiczne wejście. - Nareszcie tu  
jestem! 
Nie mogła powstrzymać uśmiechu. 
- Jeszcze nie, ale wkrótce. Musimy kawałek przejść. Czarny Koń powiódł wzrokiem  
po otoczeniu i roześmiał się. 
- - Tylko tyle? Po podróży, którą odbyłem, to ledwie maleńki kroczek! 
- - W takim razie zróbmy go. - Sharissa nie mogła się doczekać, by ujrzeć minę 
ojca  
na widok niespodziewanego gościa. 
Z obrzeża placu Lochivan obserwował Sharissę odchodzącą z demonem. Miał  
nadzieję, że Czarny Koń nie przejdzie do drugiego świata, ale nadzieja prysła w 
sekundę po  
tym, jak córka Dru Zeree znikła mu z oczu. Ta informacja też zainteresuje 
patriarchę. 
Tezerenee ruszył do swojego wierzchowca, zastanawiając się, jakie znaczenie ma  
przybycie demona. Choć nie należał do ludzi obdarzonych darem przewidywania, 
wiedział,  
że nadchodzi przełomowa chwila w życiu Vraadow. Stworzenie zwane Czarnym Koniem  
odmieni ich przyszłość, a władca Tezerenee zrobi wszystko, by zmiana ta była po 
jego myśli. 
Lochivan chciałby, żeby ktoś inny przekazał nowiny jego ojcu. Niestety, nikogo  
takiego nie było, a poza tym wiązała go synowska powinność. Zawsze będzie służyć 
klanowi,  
nawet gdyby pewnego dnia miało to oznaczać przyczynienie się do śmierci ojca 
Sharissy. 
Ostatnia myśl zaniepokoiła go najbardziej, ale, jak już robił w przeszłości, 
pogrzebał  

background image

ją w sekretnym zakamarku umysłu i pospieszył spełnić obowiązek, jak na dobrego 
syna  
przystało. 
IV 
We wschodniej dzielnicy miasta, za murem oddzielającym poddanych smoczego  
władcy od pozostałych Tezerenee, wielmożny Barakas udzielał audiencji. Ze ścian 
sali  
tronowej zwieszały się długie, wąskie proporce z wizerunkiem czerwonego smoka. W  
migotliwym świetle pochodni zgromadzeni wyglądali jak legion duchów. Na grzędzie 
przy  
podwyższeniu pod ścianą komnaty siedział miody zakapturzony wężosmok. Ma się 
rozumieć,  
obecna siedziba była cieniem wspaniałej i niebosiężnej cytadeli, którą Tezerenee 
zajmowali  
przed migracją, ale wszelkie tego typu braki wynagradzali poddani. Wszyscy 
klęczeli z  
szacunku dla patriarchy. Obcy, czyli ci, którzy nie urodzili się w klanie, 
przeważali nad  
zakutymi w pancerze Tezerenee. Ta przewaga przyprawiła Barakasa o uśmiech. 
Marzył o  
takiej władzy, choć teraz wiedział, że jego królestwo nie będzie mogło 
konkurować z ludnym  
państwem Poszukiwaczy. A jednak odniósł sukces. Rosnąca liczba poddanych 
zwiększała  
jego prestiż, a to z kolei powodowało napływ nowych zwolenników. Pewnego dnia - 
już  
niedługo - zostanie niekwestionowanym panem wszystkich Vraadow. 
Potem przypomniał sobie o siwiźnie we włosach i zmarszczkach na twarzy. Uśmiech  
zgasł. Przecież nie mógł się starzeć, to niemożliwe! Vraadowie nie starzeli się, 
chyba że sami  
tego chcieli. 
W szeregu pod ścianami stali strażnicy obojga płci w ciemnozielonych zbrojach ze  
smoczej łuski i w smoczych hełmach klanu. W większości rekrutowali się spośród 
jego  
krewnych - siostrzeńców, bratanków, kuzynów i potomków. Wszyscy wprawnie władali  
orężem. Obecnie byli podwójnie groźni; w niemal przegranym starciu z 
Poszukiwaczami  
poznali smak prawdziwej bitwy. W oczach pozostałych Vraadow, którzy tylko bawili 
się  
bronią, wyglądali złowieszczo i niebezpiecznie. 
Barakas usłyszał gardłowy głos, szepczący mu do ucha. 
- Coś nie w porządku, umiłowany? 
Czyżby ona też się starzała? Barakas odwrócił się do małżonki, wielmożnej Alcii.  
Nadal była wojowniczą boginią, która nawet podczas zażywania zasłużonego 
odpoczynku na  
królewskim tronie gotowa była wymierzać ciosy i wydawać rozkazy. Podobnie jak 
małżonek,  
miała na sobie zbroję, ale lżejszą, bardziej dopasowaną. Patriarcha przez chwilę 
podziwiał jej  
gibką figurę. Zbroja zapewniała osłonę, lecz także podkreślała kształty, a 
patriarchę zawsze  
radował widok kobiecego ciała. Oczywiście, to wcale nie znaczyło, że nie 
doceniał mądrości  
swojej żony. Pod jego nieobecność władczyni Tezerenee rządziła klanem i 
podejmowała  
decyzje. Była, przyznawał z zadowoleniem, naprawdę jego drugą połową. 
- Barakasie? 
Patriarcha drgnął, świadom, że jego myśli znowu wędrują własnymi ścieżkami. U  
każdego innego taki stan nie budziłby zaniepokojenia, bo większość ludzi miała 
skłonności do  

background image

pogrążania się w marzeniach. On jednak nigdy nie miał czasu na sny na jawie. 
Jego uwagę  
stale zaprzątało jak nie tworzenie, to rozwijanie potęgi klanu. 
- Nic mi nie jest - mruknął cicho, żeby tylko ona go usłyszała. - Po prostu  
rozmyślałem. 
Uśmiechnęła się, a uśmiech złagodził surowość jej arystokratycznych rysów.  
Wielmożna Alcia była niezwykle piękna. 
Barakas wyprostował się na tronie i powiódł wzrokiem po swoich poddanych. 
- Możecie wstać! 
Podnieśli się jak marionetki jednocześnie pociągnięte za sznurki. Nawet obcy, 
którzy  
nie zostali wychowani w narzuconej przez Barakasa wojskowej tradycji i tym samym 
nie  
mogli reagować na jego komendę z precyzją rodowitych Tezerenee, zerwali się w 
karnym  
porządku. Uczyli się. Niedługo wszyscy się nauczą. 
Reegan, który stał po prawej stronie matki, wysunął się do przodu. 
- Czy ktoś ma prośbę do władcy klanu? 
Dwoje obcych, wyuczonych swojej roli i przygotowanych przez innych na tę chwilę,  
wystąpiło na wolną przestrzeń między podwyższeniem z tronami a główną częścią 
sali, gdzie  
tłoczyli się poddani. Mężczyzna swego czasu musiał być otyły, ale stracił na 
wadze, gdyż  
chcąc utrzymać się przy życiu, musiał pracować fizycznie. Kobieta o dość 
pospolitej twarzy,  
ubrana w suknię pamiętającą lepsze czasy, ze wszystkich sił starała się zachować 
urodę, którą  
zapewne chlubiła się w Nimth; niestety, makijaż nie mógł zastąpić dawnej magii. 
Oboje byli  
zdenerwowani i czujni. 
- Nazwiska - rzekł następca beznamiętnie. 
Mężczyzna otworzył usta, lecz patriarcha ruchem ręki nakazał mu milczenie. Jego  
uwagę przyciągnęła postać w głębi komnaty. Esad, jeden z jego synów - jego i 
Alcii - dawał  
do zrozumienia, że przybył ze sprawą nie cierpiącą zwłoki. Jak większość 
Tezerenee,  
doskonale wiedział, że nie należy przerywać audiencji z powodu jakiegoś 
drobiazgu. Jego  
determinacja rozbudziła ciekawość smoczego władcy. Odwrócił się do małżonki. 
- - Zechcesz sprawować za mnie posłuchanie, Alcio? 
- - Jak sobie życzysz, mój mężu. - Wielmożna Alcia nie była zaskoczona prośbą,  
ponieważ w ciągu stuleci co jakiś czas zastępowała małżonka. Od jej decyzji nie 
było  
odwołania. Jeśli któryś z poddanych uważał, że został potraktowany 
niesprawiedliwie, rzadko  
szedł na skargę do patriarchy. Niewiele mógłby zyskać, a stracić dużo, łącznie z 
głową. 
- - Na kolana! Władca Tezerenee opuszcza salę! - zawołał Reegan tym samym  
obojętnym tonem. 
Tłum posłuchał bez chwili zwłoki, choć paru nowych okazało wyraźne zaciekawienie  
niespodziewaną zmianą ceremoniału. Barakas zignorował ich; wpatrywał się w 
Esada.  
Zobaczył, że jest z nim Lochivan. Tym lepiej. Lochivan miał się nie pokazywać, 
dopóki nie  
zdobędzie jakichś ważnych informacji. 
Dwaj młodsi Tezerenee wyszli z sali razem z ojcem. Obaj przyklękli, podobnie jak  
wartownicy pełniący służbę w korytarzu. 
- - Wstać, wszyscy! Esadzie, wezwałeś mnie z powodu Lochivana czy masz jakąś  
inną sprawę? 
- - Z powodu Lochivana, ojcze - odparł Esad drżącym głosem. Już nie był taki, 
jak  

background image

dawniej. Rozgromienie Tezerenee przez Poszukiwaczy spotęgowało zniszczenia, 
jakie zaszły  
w jego głowie w wyniku przeprawy z Nimth do nowego świata. Coś w nim pękło. 
Patriarcha  
nie widział powodów, żeby się nim chlubić. 
- - Możesz odejść. 
Esad skłonił się i odszedł bez słowa. Barakas objął Lochivana za ramiona i  
poprowadził go w drugą stronę. 
- - Co cię sprowadza? Coś w związku z małą Zeree? 
- - W pewnym sensie, ojcze. Czy pamiętasz, co takiego Dru Zeree mówił o wielkim,  
czarnym jak smoła ogierze zwanym Czarnym Koniem? 
- To wcale nie jest koń, tylko stworzenie z zaświatów. Może jeden z naszych  
legendarnych demonów. Mistrz Zeree jest bardzo małomówny, gdy chodzi o jego 
pierwszą  
wizytę w tym świecie. - Przystanął i spojrzał synowi w oczy. - Dlaczego pytasz? 
Lochivan miał taką minę, jakby nie był pewien, czy ojciec uwierzy w jego słowa. 
- - On... jest tutaj. Dzisiaj, parę minut po naszym rozstaniu, pojawił się w 
mieście...  
na placu. Musiałeś odczuć jego moc! 
- - Poczułem coś, gdy zsiadałem ze smoka. Poleciłem Loganowi i Dagosowi  
sprawdzić, co to takiego. 
- - W takim razie możesz ich odwołać. Nie zobaczą więcej ode mnie, a sam dobrze  
przyjrzałem się temu potworowi. Bez szwanku pokonał wszystkie nasze bariery i 
wszedł do  
miasta, jak gdyby nigdy nic, materializując się bezczelnie w środku tłumu. 
- - Bez wątpienia szukał rozdarcia wiodącego do prywatnego świata Zeree, do 
Sirvak  
Dragoth, jak go nazywa. - Ton władcy Tezerenee dobitnie świadczył o zazdrości. 
Mieć  
własne królestwo... i marnować je zaledwie dla dwóch czy trzech Vraadow oraz 
setki  
przeklętych nie-ludzi. Pozycja Dru Zeree była kością niezgody między członkami  
triumwiratu. Dru Zeree podzielił się z nimi tylko tym, co uznał za konieczne. 
Resztę sekretów  
zachował dla siebie i swojej rodziny. 
- - Sharissa z nim rozmawiała... 
- - Wysłuchał jej? 
- - Jak wypróbowanego przyjaciela! Jest córką jego towarzysza... i mentora, jak  
sądzę. Mimo buńczucznego zachowania... - Lochivan zająkną! się, nieskory do 
wyrażania  
opinii na temat tak nieprzewidywalnej istoty -...i potęgi, ten Czarny Koń 
sprawia wrażenie  
dziecka, nie pradawnego demona. 
Barakas zastanawiał się przez chwilę. 
- - Jak to się skończyło? 
- - Sharissa wprowadziła go przez rozdarcie do królestwa jej ojca. 
- Wszedł bez przeszkód? 
Tezerenee niejeden raz na rozkaz swojego władcy ukradkowo próbowali wniknąć do  
maleńkiego świata Dru Zeree. W większości przypadków nawet nie udało im się 
znaleźć  
wejścia, a nieliczne próby przejścia na drugą stronę skończyły się fiaskiem. 
Nawet nie  
napotykali oporu; przechodzili przez rozdarcie jakby było tylko powietrzem, nie 
bramą do  
innego świata. 
- - Wszedł z łatwością. 
- - Interesujące. - Barakas ruszył dalej, deliberując nad każdym słowem syna. 
Lochivan nie został odprawiony, więc szedł u jego boku. Jak się spodziewał, 
ojciec  
był głęboko poruszony jego rewelacjami. 
Wartownicy prężyli się w postawie na baczność, gdy wielmożny Barakas kroczył  

background image

korytarzem, nieświadom ich obecności. Lochivan, który szedł krok za nim, kiwał 
głową i  
poddawał ich inspekcji, szukając różnych niedociągnięć. Więzy krwi nie miały 
znaczenia;  
gdyby przeoczył jakieś zaniedbanie albo nie ukarał winnego, sam poniósłby karę. 
Ostatecznie  
Barakas nie cierpiał na brak potomstwa; jeden syn mniej czy więcej nie czynił 
różnicy. 
- - Będzie musiał opuścić niedostępny świat Zeree w tym samym miejscu -  
oświadczył Barakas. 
- - Tak, panie. 
- - Posiada ogromną moc. Rzecz jasna, nie tak wielką jak Smok z Głębin, ale 
trzeba  
się z nim liczyć. 
- - Na to wygląda. - Na twarzy Lochivana, ledwo widocznej pod hełmem,  
odmalowało się zaniepokojenie. 
- - Nam jednak zostało trochę mocy, zwłaszcza gdy łączymy siły. 
"Niezbyt dużo!" - dodał w myślach Barakas. Nawet w grupie osiągnięcie celu 
stawało  
się coraz trudniejsze, niemal jakby ten świat pragnął zetrzeć ze swojej 
powierzchni resztki  
magii Vraadow, którzy nie tyle z nim współpracowali, ile żądali i brali. 
Lochivan milczał, próbując odgadnąć, do czego zmierza ojciec. 
Władca Tezerenee skręcił w boczny korytarz. Jego wzrok przesunął się na chwilę 
na  
okno, które wychodziło na zaniedbany dziedziniec domostwa jakiegoś starożytnego  
wielmoży. Nie wiadomo, do kogo należała ta siedziba, bo czas zatarł ślady, ale 
Barakas lubił  
wyobrażać sobie, że właścicielem domu był arystokrata. Lubił też nazywać zasłany 
gruzem  
dziedziniec prywatnym placem ćwiczebnym. Tezerenee codziennie walczyli na 
zdradliwej  
powierzchni, doskonaląc swoje umiejętności w walce między sobą lub z obcymi, 
którzy  
chcieli się czegoś' od nich nauczyć. Umyślnie nie uprzątnięto gruzu, bo żadna 
prawdziwa  
bitwa nie rozgrywa się na czystej, płaskiej powierzchni. Każdy upadek 
przypominał, co może  
przydarzyć się w bitwie, jeśli będzie się walczyć bezmyślnie. 
Barakas oderwał spojrzenie od okna i podjął decyzję. Uśmiechnął się, narzucając  
szybsze tempo. 
- - Lochivanie... 
- - Słucham, ojcze? - Lochivan przyspieszył, z trudem dotrzymując mu kroku.  
Władca chodził tak szybko, że większość młodszych Tezerenee nie nadążała za nim 
mimo  
najwyższych wysiłków. 
- - Możesz odejść. 
- - Tak, panie. - Na korzyść Lochivana świadczyło to, że nie zapytał o przyczynę  
nagłej odprawy. Z biegiem lat nauczył się poznawać, kiedy ojciec pracuje nad 
jakimś planem  
i potrzebuje samotności. Bez słowa zawrócił na pięcie i odszedł w przeciwną 
stronę. Barakas  
nawet nie zauważył jego odejścia. Interesowały go tylko własne myśli. 
Nadciągający patrol szybko zrobił mu przejście. Składał się z trzech wojowników,  
kobiety i dwóch smoków wielkości rosłych psów. Wojownicy, z twarzami 
przysłoniętymi  
przez hełmy, zesztywnieli jak nieboszczycy. Barakas już ich mijał, gdy syknął na 
niego jeden  
ze smoków. Wysunął długi, rozwidlony język, który zdawał się żyć własnym życiem. 
Barakas pochylił się i poklepał bestię po głowie. Gad zmrużył ślepia i bił 
ogonem na  

background image

boki, uderzając w nogi ludzkiego opiekuna. Vraad szarpnął smycz, odrobinę 
zacieśniając  
obrożę. Patriarcha uśmiechnął się, patrząc na bestię i jej opiekuna. 
Sharissa miała wrażenie, że jej ojciec ponownie stał się małym chłopcem. 
Przywitał  
Czarnego Konia wybuchem entuzjazmu, który ustępował tylko radosnym uczuciom  
okazywanym rodzinie. Rozumiała jego wzruszenie. Przyjaźń była zjawiskiem rzadkim 
wśród  
członków jej rasy. Tylko okoliczności ucieczki z Nimth zmusiły Vraadow do 
traktowania się  
we względnie uprzejmy sposób. Wielu do tej pory nie wyzbyło się podejrzliwości 
wobec  
sąsiadów, choć jawna wrogość zmalała po pierwszym burzliwym roku. 
Patrząc na ojca, który stał wśród fantazyjnie przyciętych krzewów na dziedzicu i  
rozmawiał z ożywieniem z wielkim, czarnym jak sadza Czarnym Koniem, Sharissa 
zdała  
sobie sprawę, jak bardzo zmienił się w ciągu paru ostatnich lat. Zawsze 
zdumiewały ją  
przeobrażenia, jakich dokonał w tym małym świecie i tym na zewnątrz, ale nigdy 
nie  
zwracała uwagi na zmiany, jakie zaszły w nim samym. Kasztanowe włosy zrobiły się  
szpakowate, pomijając imponujące srebrne pasmo na środku głowy. Nadal był smukły 
i  
wysoki na prawie siedem stóp - choć w porównaniu z cienistym rumakiem wydawał 
się niski  
- ale plecy miał lekko zgarbione. Zmarszczki poorały jego jastrzębie oblicze, a 
przystrzyżona  
broda znacznie się przerzedziła. 
Piętnaście lat zmieniło go, lecz na krótki czas znów stał się majestatycznym 
mistrzem  
czarnoksiężnikiem, którego zawsze kochała i podziwiała. 
- Nigdy nie tracił nadziei, że mieszkaniec Pustki znajdzie powrotną drogę - 
zabrzmiał  
silny, a zarazem melodyjny głos u jej boku. 
Ariela nie dorównywała wzrostem Sharissie, co też znaczyło, że była dużo niższa 
od  
swojego męża. Włosy miała bardzo jasne i bardzo długie, jak przybrana córka, ale 
splecione  
w warkocz. Wygięte w łuk brwi i szpiczaste uszy zdradzały jej elfie pochodzenie, 
podobnie  
jak szmaragdowe oczy w kształcie migdałów. Jej suknia, podobna do granatowej 
szaty męża,  
podkreślała krągłości figury. Ariela była zgrabna, muskularna i obeznana z 
wieloma  
rodzajami broni, przede wszystkim z nożem. Od początków istnienia kolonii uczyła  
uciekinierów z Nimth, jak utrzymać się przy życiu w nowym świecie. Jej pomoc 
okazała się  
równie bezcenna jak wkład Tezerenee. 
- - Nie dziwię się. Czarny Koń jest wprost niewiarygodny! Kim on jest? Nadal 
tego  
nie rozumiem. 
- - Dru nazywa go żyjącą dziurą, a ja jestem skłonna w to uwierzyć. 
- - Przecież ma ciało. - Przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądało jak ciało.  
Sharissa nawet go dotknęła. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że poczuła szarpnięcie, 
jakby  
hebanowe stworzenie miało ją wchłonąć... połknąć jej ciało i duszę. 
Ariela zaśmiala się dźwięcznie. 
- Nie proś mnie o dalsze wyjaśnienia! Nawet twój ojciec przyznaje, że zgaduje na  
chybił trafił. 
Sharissa pokiwała głową, rozglądając się dokoła. W czasie wcześniejszych wizyt 
po  

background image

Sirvak Dragoth zawsze kręcili się Beztwarzy. Teraz, jak wcześniej na placu, nie 
pokazał się  
ani jeden. 
- Dlaczego ich nie ma? Ełfka ściągnęła brwi. 
- Nie mam pojęcia, a Dru jest zbyt podekscytowany, by to zauważyć. Byli tutaj na  
chwilę przed twoim przyjściem. - Spojrzała w oczy przybranej córce i szepnęła: - 
Stało się  
coś złego? 
Sharissa podobnym tonem odparła: 
- - Wiesz, że zdają się być wszędzie. Zanim Czarny Koń pojawił się w mieście,  
natknęłam się na jednego, o którym mogę powiedzieć tylko tyle, że był wzburzony. 
Odszedł  
w pośpiechu i szybko straciłam go z oczu. Potem, gdy dotarłam na plac, 
zobaczyłam setki  
Vraadow, lecz ani jednego z nie-Iudzi! 
- - To nie jest normalne... jeśli w odniesieniu do nich mogę użyć tego słowa. 
Nie-ludzie pojawiali się wszędzie i obserwowali wszystko niemal z obsesyjnym  
zainteresowaniem. Najbardziej błahy incydent przyciągał ich niepożądaną uwagę.  
Wydarzenie takiej miary jak powrót Czarnego Konia powinno zwabić co najmniej 
dwudziestu  
obserwatorów. Choć byli tylko żyjącym wspomnieniem po rasie założycieli, 
bezbłędnie  
wykonywali swoje pradawne zadania. Fakt, że nagle przestali to robić, był nie do 
pojęcia. 
- Postanowiłeś tu wrócić? Niesamowite! - ryknął przerażający rumak. 
Kobiety odwróciły się w jego stronę i zaczęły przysłuchiwać się rozmowie. 
- - Ciekawość przezwyciężyła strach - odparł Dru. Wskazał wysoką budowlę,  
główny gmach zamku. - Nasi przodkowie posiadali ogromną wiedzę. Znaczna jej 
cześć  
przepadła, kiedy odeszli. 
- - Niezbyt daleko, jak na mój gust. Ha! Marzę o ponownym spotkaniu z ich  
sługami. Nie mieli prawa! 
Dru nie musiał nic mówić. Sharissa słyszała, jak niejeden raz powtarzał te same 
słowa.  
Bał się, że jego nieziemski towarzysz na zawsze będzie błąkać się w Pustce albo 
w jakimś  
innym, jeszcze gorszym miejscu... jeśli coś mogło być gorsze od absolutnej 
nicości. 
Zaczął zapadać zmierzch i czarnoksiężnika spowiły cienie. Ani Dru, ani jego 
córce nie  
udało się znaleźć rozsądnego wyjaśnienia różnicy czasu między światami 
stworzonymi przez  
założycieli. Jakim cudem w każdym z nich istniały różne słońca i księżyce? Dru 
kiedyś  
powiedział, że starożytnym udało się oddzielić "plastry" rzeczywistości od 
prawdziwego  
świata. Wszystkie powstałe w ten sposób małe światy były odbiciem pierwotnego, 
ale sami  
założyciele i upływ czasu spowodowały w nich drastyczne zmiany. Czary potrzebne 
do  
zrealizowania tego ogromnego przedsięwzięcia popadły w zapomnienie. 
Trudno było zrozumieć, że także Nimth, rodzinny świat Vraadów, był zaledwie  
jednym z wielu takich "plasterków". 
- - Rozumiem twoje odczucia, Czarny Koniu - mówił Dru - ale Ariela i ja  
troszczymy się o Sirvak Dragoth jak o własny dom. 
- - Sirvak Dragoth? Czy tak nazywa się to miejsce? 
- - Ja tak je nazwałem. - Dru zerknął na córkę. Oczy jej zwilgotniały, gdy 
wyjaśniał  
pochodzenie nazwy. - Miałem famulusa, złocisto-czarne stworzenie, które sam 
stworzyłem,  
poświęcając szczególną uwagę jego osobowości. Sirvak był moim wiernym sługą i  

background image

najlepszym towarzyszem. Pomógł mi wychować Sharissę po śmierci jej matki. 
Zginął, ratując  
jej życie, zanim opuściliśmy Nimth. Uznałem, że oddam mu hołd, nadając jego imię 
temu  
zamkowi. - Umilkł i chrząknął. - Chciałbym mieć go z powrotem... ale nowy 
famulus nigdy  
nie zastąpiłby mi Sirvaka. 
Czarny Koń z wyraźnym zakłopotaniem potrząsnął grzywą. 
- - Rozumiem przyjaźń, mały Dru, lecz miłość mnie przerasta. Wiem, że dobrze go  
wspominasz, i tylko to trafia mi do przekonania. - A potem zaśmiał się tak 
gromko, że jego  
towarzysze aż podskoczyli. Mrugnął do Sharissy. - Ale skończmy z tymi smutkami!  
Porozmawiajmy o czymś' weselszym. Czarny Koń wreszcie znalazł swojego 
przyjaciela! To  
jest dobra rzecz! Brakowało mi twojego przewodnictwa, przyjacielu Dru, twojej 
znajomości  
niezliczonych rzeczy stłoczonych w tym wieloświecie. 
- - I ja rad jestem, że mam okazję z tobą porozmawiać, ale inne sprawy domagają 
się  
mojej uwagi. Ode mnie zależy los mojej rasy, Czarny Koniu. Piętnaście lat to za 
mało, by  
zagwarantować przyszłość Vraadow, zwłaszcza gdy staliśmy się słabi. 
- - Może w takim razie twoja latorośl... to interesujące słowo. Czy ona naprawdę 
z  
ciebie wyrosła? 
Sharissa zachichotała, a jej rodzice uśmiechnęli się szeroko. Czarny Koń często 
miał  
kłopoty ze zrozumieniem ich języka i jego potknięcia były jedną z wielu rzeczy, 
które  
Sharissa zapamiętała z opowieści ojca. Rzeczywiście, ten olbrzym pod wieloma 
względami  
był łatwowierny jak dziecko. Ogromnie różnił się od ludzi i elfów. Był mądry i 
potężny, lecz  
zarazem naiwny i często bezbronny. 
- - Z przyjemnością spędzę czas w twoim towarzystwie, Czarny Koniu, ale musisz  
zrozumieć, że ja także mam obowiązki - powiedziała Sharissa. 
- - Obowiązki! Zadania! Brzmi to tak doniosłe, że musisz być nimi zachwycona! 
Nikt nie próbował wyprowadzić go z błędu. Sharissa uświadomiła sobie, że praca  
rzeczywiście sprawia jej przyjemność. Ich nowy dom nadal skrywał wiele tajemnic. 
Jeszcze  
nie został zbadany podziemny labirynt tuneli i komór pod miastem. Odkrycia 
Gerroda,  
zupełnie zapomniane w całym tym zamieszaniu, teraz dopominały się o uwagę. 
Sharissa z  
radością witała każde nowe wyzwanie; jej głód wiedzy wynikał z faktu, że 
pierwsze  
dwadzieścia lat życia spędziła w zamku ojca, odizolowana od świata. 
- - Zatem postanowione. - Dru stłumił ziewnięcie. Oboje z Ariela zaliczali się 
do  
rannych ptaszków i często już przed świtem byli na nogach. Zawsze przerywali 
zajęcia, by  
popatrzeć, jak słońce wynurza się zza horyzontu. Sharissa towarzyszyła im od 
czasu do czasu,  
ale zwykle trzymała się z boku. Jej rodzice zamykali się we własnym maleńkim 
świecie, gdy  
razem witali nowy dzień. 
- - Jesteś zmęczony - stwierdził Czarny Koń, zawsze gotów do mówienia tego, co  
oczywiste. - Pamiętam, że gdy tak się dzieje, wchodzisz w nicość, którą nazywasz 
snem.  
Chcesz to zrobić? 

background image

- - Tak, ale nie od razu - odpowiedział Dru Zeree i wstał. - Wiem, że ty nie 
sypiasz,  
Czarny Koniu, a odpoczywasz tylko od przypadku do przypadku, więc czy mógłbym  
zaproponować ci jakąś rozrywkę? 
Hebanowy rumak zerknął na Sharissę. 
- - Czy ty również wejdziesz w sen? 
- - Jeszcze nie. 
- - Czy wobec tego mogę towarzyszyć ci przez jakiś czas, jeśli nie masz nic  
przeciwko? 
Sharissa przeniosła spojrzenie z Czarnego Konia na rodziców. 
- - Zamierzałam wrócić do miasta. Czy on może pójść ze mną? 
- - Vraadowie będą patrzeć na niego krzywym okiem, ale jeśli będziecie trzymać 
się  
razem, nie powinno być problemu. - Dru uśmiechnął się do dawnego towarzysza. - 
Staraj się  
nie wystraszyć zbyt wielu ludzi... i ogranicz samotne włóczęgi do minimum, 
dopóki nie  
porozmawiam ze swoimi kolegami z triumwiratu. 
- - Będę wzorem dyskrecji i skromności! Nikt mnie nie zauważy! 
- - Śmiem wątpić - zaśmiał się mistrz magii. - Ale gdy się zastanowić, wstrząs  
wywołany twoim widokiem może wyjść paru osobom na dobre. 
- Nie podpowiadaj mu, Dru - przestrzegła Ariela, choć ona też roześmiała się na 
myśl  
o minach zarozumiałych Tezerenee, którzy w bezksiężycową noc wpadną na mrocznego  
rumaka. 
Sharissa pocałowała ojca i przybraną matkę. Do ucha Dru szepnęła: 
- - Jak idzie? 
- - Uczę się tego i owego. Zwiększyłem wymiary mojej małej wyśnionej krainy... i  
myślę, że zmiany wreszcie zaczynają nabierać sensu. Rozmawiałaś z Gerrodem? 
- - Nie chce opuścić swojej siedziby i staje się coraz większym odludkiem. 
Trudno  
nawiązać z nim kontakt. - Sharissa umilkła na chwilę. - Gerrod z uporem 
utrzymuje, że ten  
świat próbuje nas przemienić, że staniemy się potworami jak Poszukiwacze lub ci 
kopacze  
ziemi, o których wspominałeś, te Quele. 
Radosny uśmiech Dru zabarwiła gorycz. 
- - Byliśmy potworami, zanim tu przybyliśmy. Nosiliśmy tylko ładniejsze maski. 
- - Ludzie się zmieniają... to znaczy, nie tak, jak mówi Gerrod, ale stają 
się... 
- - Będziecie poszeptywać przez cały wieczór? Jeśli tak, to może ja wybiorę się 
z  
Czarnym Koniem do miasta. - Ariela skrzyżowała ręce na piersiach i udała 
rozdrażnienie. 
- - Już idę - powiedziała czarodziejka już normalnym tonem. Odwróciła się do  
Czarnego Konia i zagadnęła: - Idziemy? 
- - Może wolisz pojechać? 
- - Pojechać? - O tym nie pomyślała. Przeszli całą drogę od rozdarcia na 
dziedziniec,  
bo uważała Czarnego Konia za istotę własnego pokroju, nie za wierzchowca. Czy 
można  
jeździć na rozumnym stworzeniu, które jej ojciec nazywał żyjącą dziurą? 
- - Nie musisz się obawiać. Mały Dru jeździł na mnie dosyć często. Jestem 
silniejszy  
i szybszy od najściglejszego rumaka! Nie męczę się i dla mnie nie ma złych dróg! 
Jego przechwałki poprawiły jej humor. 
- Jakże mogłabym odrzucić zaproszenie tak niezrównanego wierzchowca? 
- - Mówię szczerą prawdę! - Demonicznemu koniowi udało się sprawić, że w jego  
głosie zabrzmiała zraniona duma. 
- - Wierzę ci. - Podeszła do jego boku i, gdy przykląkł, wspięła się na niego. 
Nie  

background image

było siodła, ale grzbiet fantastycznego stworzenia dostosował się do jej ciała, 
przybierając  
bardziej wygodną formę. Gdyby tak wszystkie konie mogły same robić siodła! 
- - Złap mnie za grzywę. 
Zrobiła to i poczuła w dłoniach włosie, chociaż wiedziała, że nie jest 
prawdziwe. 
- - Uważajcie na siebie - powiedział Dru, machając ręką. 
- - Przecież nie wybieramy się w daleką podróż, ojcze! 
- - Mimo wszystko uważajcie. 
Czarny Koń wybuchnął śmiechem, choć Sharissa nie rozumiała powodu, i poderwał  
kopyta. 
W okamgnieniu wypadli przez zamkową bramę i przemknęli przez trawiastą łąkę pod  
murami. 
Być może Czarny Koń wyczuł konsternację Sharissy, bo zawołał: 
- Mówiłem ci, żebyś się nie bała! Nie zgubię cię! Czarodziejka nie posiadała się 
ze  
zdumienia. Kiedy Czarny Koń wspomniał, że jest rączy, przyrównała go w myślach 
do  
zwyczajnego wierzchowca; zapomniała, że w kilka minut przebył drogę z 
zachodniego  
wybrzeża do miasta. A teraz szybowała... dosłownie szybowała jak na skrzydłach. 
Kopyta  
hebanowego ogiera nie dotykały ziemi, była tego pewna. Włosy powiewały jej za 
plecami,  
które niczym srebrzysto-błękitny proporzec odbijały poświatę księżyca nie 
będącego jednym  
z tych istniejących na zewnątrz tego świata. 
Pokonali rozdarcie i znaleźli się na placu, zanim Sharissa zdążyła zapytać, czy 
Czarny  
Koń wie, gdzie jest wyjście. Teraz rozumiała, dlaczego zawsze czuła niedosyt, 
gdy ojciec  
opowiadał o jeździe na czarnym wierzchowcu. Po prostu trzeba było przeżyć to 
samemu. 
Sharissa zadecydowała, że te parę dni przejażdżki naprawdę będą interesujące. 
W zamku, który był i nie był ich własnością, czarnoksiężnik i jego elfia 
małżonka szli  
ramię przy ramieniu do swoich komnat. Nie czekali na odjazd Sharissy i jej 
nieziemskiego  
towarzysza, bo Dru doskonale znal niesamowitą prędkość mieszkańca Pustki. 
Dlatego żadne z  
nich nie widziało, że gdy tylko Czarny Koń i Sharissa ruszyli z powrotem do 
prawdziwego  
świata, wokół zaroiło się od Beztwarzych. Wszyscy nie-ludzie, którzy postanowili 
przyoblec  
się w ciała, stali w obrębie murów zamku i nie istniejącymi oczami patrzyli w 
ślad za  
znikającą parą. Gdyby Sharissa mogła ich teraz zobaczyć, doszukałaby się w ich 
postawie  
emocji innych niż zaniepokojenie, które zauważyła u Beztwarzego w mieście. 
Minęły trzy dni. Jeden dzień mógłby zrozumieć, ale nie trzy. Sharissa Zeree nie  
rzucała słów na wiatr. Powiedziała, że przyjdzie, a on się przygotował - trzy 
dni temu. Teraz  
wreszcie wyczuwał, że się zbliża, ale nie sama. Towarzyszył jej ktoś, kogo nie 
umiał  
zidentyfikować. Nigdy dotąd nie spotkał kogoś takiego. Wiedział tylko, że za 
parę minut  
pojawią się przed jego chatą. 
Zdecydowanie za mało czasu, żeby się przygotować. Magiczne oblicze stworzone 
trzy  
dni temu już nie spełniało swojej roli. 

background image

"Co tu się dzieje?" - zastanawiał się Gerrod Tezerenee, naciągając kaptur na 
głowę,  
żeby twarz skryła się w cieniu. Miał mało czasu, mógł więc popełnić błąd i 
rzucić zaklęcie o  
niewystarczającej sile. Lepiej, żeby Sharissa nie zobaczyła, co się z nim 
dzieje... choć w  
końcu taki sam los czekał wszystkich Vraadow. Jakaż to ironia, że on był jednym 
z  
pierwszych. 
Spoglądając przez okno na południowy zachód - w stronę miasta, którego tak 
uparcie  
unikał - spróbował się skoncentrować. Musiał skończyć przed przybyciem Sharissy, 
żeby nie  
przyłapała go na odprawianiu czarów i nie zaczęła się zastanawiać. Córka Dru 
Zeree była o  
wiele mądrzejsza niż wtedy, gdy się poznali. 
Wówczas wyglądała jak kobieta, ale miała umysł dziecka. Obecnie Vraadowie starsi  
od niej o tysiące lat składali jej hołdy. Była czarodziejką w pełnym tego słowa 
znaczeniu. 
Na horyzoncie ukazała się maleńka postać na końskim grzbiecie. Gerrod zmarszczył  
czoło i wybił się z koncentracji. Jeden jeździec. Sharissa. Ale nie jechała na 
zwyczajnym  
rumaku. Nawet z tej odległości widać było, że wierzchowiec wyższy jest od 
najroślejszych  
koni. Czarodziej podejrzewał, że siłą przewyższa smoka. 
Wtedy zrozumiał, że wcześniej wyczuł obecność hebanowego wierzchowca. To on  
był źródłem tej potężnej mocy. 
Stworzenie szybko zmniejszało odległość dzielącą je od chaty, którą Gerrod zwał  
swoim domem. Czarodziej zaklął w duchu i zmusił się do skupienia na masce. 
Pracował w  
pośpiechu i efekty mogły być mierne, ale musiały wystarczyć. 
Lekki podmuch połaskotał go po twarzy. Gerrod pozwolił sobie na westchnienie 
ulgi,  
bo nie był to prawdziwy wiatr, tylko znak, że czary się powiodły. Znów miał na 
twarzy  
maskę. 
- Gerrod? - Sharissa była jeszcze daleko, ale wiedziała, że Tezerenee z 
łatwością  
usłyszy jej głos. 
Nie miał czasu na szukanie zwierciadła i sprawdzanie, czy wszystko jest jak 
należy.  
Pozostała mu tylko nadzieja, że nie zdradzi go jakieś okropne zniekształcenie. 
To doprawdy  
byłaby złośliwość losu. 
Zbliżał się wieczór i słońce opuszczało się mniej więcej za plecami przybyłych.  
Gerrod wiedział, że będzie musiał tak się ustawić, aby świeciło Sharissie i 
jej... czemu? - w  
oczy. Nie chciał, by oświetlało jego twarz. 
- Gerrod? - Smukła czarodziejka pochyliła się i szepnęła coś do wielkiego 
ogiera,  
który zaśmiał się głośno i radośnie. Sharissa pokręciła głową i dodała jeszcze 
parę słów. 
Czas na wielkie wejście... a raczej wyjście, skoro był w chacie. 
Odziany w ponurą szarość i granat, w narzuconym na ramiona sutym czarnym  
płaszczu, Gerrod wyszedł na słońce. Pochylał głowę, żeby cienie kaptura 
przysłaniały mu  
twarz. Tupot ciężkich butów na kamienistej ziemi uprzedził Sharissę o jego 
obecności. 
- Gerrod! 
Widząc jej uśmiech, prawdziwy uśmiech, nie ten utworzony przez wygięte w górę  

background image

kąciki ust, poczuł ukłucie w sercu. Wmówił sobie, że to nic takiego, i 
zbagatelizował własną  
reakcję. 
- - Spóźniłaś się, pani Zeree. - Chciał powiedzieć to tak, jakby jej spóźnienie 
nie  
miało większego znaczenia, ale w jego głosie zabrzmiała gorzka wymówka. Gerrod 
cieszył  
się, że Sharissa nie widzi jego twarzy, bo z pewnością oblał się rumieńcem. 
- - Przepraszam. - Lekko zeskoczyła na ziemię. - Przyprowadziłam ci gościa. 
Myślę,  
że to będzie interesujące spotkanie. 
Gerrod przyjrzał się stojącemu przed nim zwierzęciu i stwierdził, że jest 
zbudowane  
zbyt nieproporcjonalnie, by mogło być zwyczajnym koniem. A potem niemal stracił  
równowagę, gdyż im dłużej się przyglądał, tym bardziej narastało wrażenie, że 
coś go ku  
niemu przyciąga. Chcąc otrząsnąć się z tego wrażenia, spojrzał w oczy 
przybysza... co  
okazało się poważnym błędem. Pozbawione źrenic, błękitne jak lód oczy pochwyciły 
go  
niczym arkan, pociągnęły na skraj... niewiadomego, którego nie miał zamiaru 
poznawać. 
Gerrod zamrugał i szczelniej otulił się płaszczem. W jego fałdach zawsze czuł 
się  
bezpiecznie. Płaszcz niejeden raz odgradzał go od gniewu ojca, gdy mieszkał ze 
swoim  
klanem. Teraz też go ochroni. 
- - Co to jest? - zapytał. 
- - To? Nie jestem żadne to! Jestem Czarny Koń, to chyba oczywiste! - Ogier  
uderzył kopytem w ziemię, żłobiąc głębokie bruzdy w twardym, skalistym podłożu. 
- Mów do  
mnie, a nie o mnie! 
- - Cicho! - poprosiła go Sharissa. - Gerrod nie chciał cię obrazić, Czarny 
Koniu!  
Powinieneś to wiedzieć. Nie można go winić za to, że nie rozumie, kim jesteś, 
prawda? 
- - Chyba nie. - Udobruchane stworzenie przestało ryć ziemię kopytem. Podeszło 
do  
czarodzieja, który powstrzymał się od zrobienia kroku w tył, choć rozpaczliwie 
pragnął to  
uczynić. Czym było to dziwo? 
- - Tylko spokojnie - powiedziała czarodziejka. 
- - Chciałem go sobie obejrzeć, to wszystko! - Czarny Koń poddał Gerroda tak  
wnikliwej inspekcji, że Tezerenee wiedział, iż jego wzrok przeniknął pod maskę. 
- Dlaczego  
skrywasz się w cieniu? 
- - Czarny Koniu! 
- - Taki kaprys, nic więcej - odparł Gerrod bardziej ostro niż zamierzał. 
Sytuacja  
rozwijała się nie po jego myśli, wymykała mu się z rąk. Zaskoczony 
niespodziewaną wizytą,  
reagował o wiele za wolno. 
- - Czarny Koniu! - Smukła czarodziejka wsunęła się między nich i odprowadziła  
swojego niesamowitego towarzysza na bardziej przyzwoitą odległość. - To, co robi 
Gerrod,  
jest jego sprawą. Uprzedzałam cię, jacy są Vraadowie. Jesteśmy wielkimi 
indywidualistami.  
Myślałam, że przez te trzy dni widziałeś dość przykładów, żeby to zrozumieć. 
"To przez niego się spóźniła" - pomyślał Gerrod. Nietrudno było zgadnąć, ale z 
reguły  

background image

lubił uzyskiwać potwierdzenie swoich domysłów. Spóźnienie stało się łatwiejsze 
do  
wybaczenia. Kim w końcu był w porównaniu z potężnym Czarnym Koniem? 
Gdy o tym rozmyślał, wróciły do niego wspomnienia dotyczące tej niepokojącej  
istoty. Mistrz Zeree mówił o swoim niezwykłym towarzyszu, którego spotkał po  
nieumyślnym opuszczeniu Nimth, gdy na krótko trafił do nowego świata. Gerrod 
traktował  
jego słowa z przymrużeniem oka, bo w owym czasie istnienie bytu w rodzaju 
Czarnego Konia  
przerastało jego wyobrażenia. 
Szybko zmienił zdanie. Wiedział, że jeśli można było zarzucić coś historii Dru, 
to  
tylko tyle, że zbyt powierzchownie opisywała naturę hebanowego rumaka. Nic 
dziwnego.  
Wątpił, czy słowa mogą oddać sprawiedliwość stojącej przed nim istocie. 
- Przeprosisz Gerroda - mówiła Sharissa do Czarnego Konia. Czarodziej uznał, że 
to  
zabawne; traktowała tego olbrzyma niczym małe dziecko. A jednak Czarny Koń miał 
jakby  
skruszoną minę. 
To stworzenie jest... dzieckiem? Gerrod nie mógł uwierzyć we własne 
przypuszczenia. 
- - Przepraszam, ty, który zwiesz się Gerrodem! 
- - Nie ma za co. - Na szczęście kaptur i maska przysłaniały jego twarz; uśmiech 
z  
pewnością rozgniewałby oboje gości. Dziecko! - Zastanawiałem się, co się z tobą 
dzieje,  
Sharisso - podjął czarodziej. Gdy tylko zorientował się, z kim ma do czynienia, 
natychmiast  
przejął kontrolę nad rozmową. Według Dru Zeree Czarny Koń był wieczystym bytem, 
ale  
wyglądało na to, że mało doświadczonym. Gerrod wiedział, jak postępować z kimś 
takim. -  
Teraz rozumiem, dlaczego zapomniałaś o spotkaniu. 
Czarodziejka zarumieniła się, co sprawiło mu przyjemność. Widok był ujmujący... 
co  
wcale nie znaczyło, że Gerrod przywiązywał wagę do takich drobnostek. Nie, 
liczyła się  
wyłącznie jego praca. 
- Przykro mi, Gerrodzie. Musiałam zadbać, by ludzie jak najszybciej przywykli do  
widoku Czarnego Konia, bo zamierza zostać z nami przez jakiś czas. Uznałam, że 
będzie  
najlepiej, gdy będzie mi towarzyszyć w spacerach po mieście. Ilekroć z kimś 
rozmawiałam,  
zawsze go przedstawiałam. 
,Przepraszam, znasz już Czarnego Konia?" - Gerrod wyobraził sobie taką scenkę i  
mało brakowało, a wybuchnąłby śmiechem. 
- I jak poszło? 
Sharissa zrobiła niezadowoloną minę. 
- Są nieufni. Myślą, że ojciec użyje go jako narzędzia do zaburzenia równowagi 
sił w  
triumwiracie. 
Jej słowa przygnębiły Tezerenee. 
- - Domyślam się, że mój ojciec podsyca te obawy. 
- - Prawdę mówiąc, jeszcze nie widział Czarnego Konia. Natomiast Silesti miał  
okazję go poznać. 
Akurat to go nie obchodziło. Był zainteresowany wyłącznie reakcją Barakasa.  
"Trzymasz się w tle, ojcze? - myślał. - Ciekawe, do czego zmierzasz". Patriarcha 
nie należał  
do ludzi, którzy chowają głowy w piasek w obliczu potencjalnego 
niebezpieczeństwa. 

background image

- - To ciekawe - rzekł. - Czy ktoś z mojego klanu nawiązał znajomość z twoim  
przyjacielem? 
- - Tylko Lochivan. Reszta Tezerenee nie wydawała się zainteresowana. 
"O czym wie Lochivan, o tym wie ojciec" - chciał powiedzieć Gerrod. Widział, że  
Sharissa lubi towarzystwo jego brata, ale zdawał sobie sprawę, że Lochivan jest 
lojalny  
wobec wielmożnego Barakasa. Nawet nie próbował przekonać Sharissy, żeby zaczęła  
uważać. Była przekonana, że Lochivan jest podobny do niego - Tezerenee z 
urodzenia, ale  
poza tym niezależny. Różny od Reegana, Logana, Esada i innych, za których 
myślała głowa  
rodu. 
- Jeśli reszta klanu nie okazuje zainteresowania, to znaczy, że mój drogi ojciec 
jest  
bardzo zainteresowany. - Gerrod okrążył swoich gości, zmuszając ich do 
ustawienia się pod  
słońce. Coraz lepiej. Teraz słońce świeciło mu prawie za plecami. Gerrod 
rozluźnił się  
odrobinę. - Nie należy ufać drzemiącemu smokowi. 
Znaczenie jego słów było jasne, ale Sharissa nie wzięła ich sobie do serca. 
- Wielmoży Barakas może spiskować do woli. Co mógłby zrobić Czarnemu Koniowi? 
"Wiele rzeczy" - chciał powiedzieć Gerrod, ale hebanowy rumak nie pozwolił mu  
dojść do słowa. 
- - Kim jest ten wielmożny Barakas? Dlaczego miałby życzyć mi kłopotów? 
- - Wielmożny Barakas Tezerenee jest moim ojcem - wyjaśnił czarodziej, oczyma  
duszy widząc obrazy z przeszłości. - Jest okrutny, ambitny i groźny jak potwór, 
który zdobi  
sztandar jego klanu. 
- - To twój ojciec? - Czarny Koń potrząsnął głową, aż grzywa mu się rozwiała.  
Wyglądała na prawdziwe końskie włosie... - Mówisz o nim z odrazą, a może nawet z  
nienawiścią. Nie pojmuję! 
- - Gerrod poróżnił się z ojcem - wyjaśniła dyplomatycznie Sharissa. - Wielmożny  
Barakas jest ambitny, Czarny Koniu. Radziłabym zachować ostrożność, kiedy go 
spotkasz,  
choć wątpię, czy mógłby sprawić prawdziwe kłopoty. Ani on, ani nikt z jego 
poddanych nie  
dorównuje ci umiejętnościami, a wszyscy są daleko w tyle pod względem mocy. 
- - Jestem niezrównany, prawda? 
- - Jeśli nie macie nic przeciwko, wolałbym już nie rozprawiać o moim ojcu. - 
Ten  
temat poruszał Gerroda do głębi. Poczuł w ustach smak żółci. Do Sharissy 
powiedział: -  
Zakładam, że przybyłaś, by porozmawiać o moim odkryciu. Nie jest tak znaczące, 
jak  
początkowo myślałem, ale parę drobiazgów możesz uznać za interesujące. Już 
późno, żeby  
zaczynać, ale możemy... Urwał, widząc jej pełne winy spojrzenie. 
- Przepraszam, Gerrodzie. Prawdę mówiąc, przyjechałam tylko po to, żeby ci  
wyjaśnić, dlaczego nie pokazałam się wcześniej. 
Złość i nagłe, niepojęte uczucie, że został zdradzony, zbudziło w nim niskie 
instynkty.  
Zakapturzony Tezerenee był o krok od sięgnięcia umysłem do źródła mocy, nad 
którą, o  
czym nie wiedziała, uzyskał kontrolę. Ta moc dałaby mu siłę wystarczającą, by 
uderzyć na  
chybił trafił i w ten sposób dać upust rozgoryczeniu. 
- - Wydarzyło się tyle rzeczy - mówiła Sharissa, nieświadoma jego 
niebezpiecznych  
myśli. - Jeśli Czarny Koń ma zostać z nami, wszyscy muszą oswoić się z jego 
widokiem.  

background image

Zwolennicy Silestiego mówią, że mój ojciec wykorzysta go do zerwania 
triumwiratu. Myślą,  
że planuje władać z Sirvak Dragoth niby jakiś despota! Dasz temu wiarę? 
- - Twój ojciec? - Złość zgasła. Jakim cudem ktoś, kto znał mistrza Zeree, mógł  
uwierzyć, że czarnoksiężnik pragnie rządzić Vraadami? Dru Zeree był niemal takim 
samym  
odludkiem jak on. Zgodził się na triumwirat wyłącznie dlatego, żeby powstrzymać 
Silestiego  
i Barakasa od skoczenia sobie do gardeł, co zapoczątkowałoby bratobójczą wojnę. 
- - Byłoby aż tak źle? - zapytał gromko demoniczny rumak. - Przyjaciel Dru jest  
nadzwyczajnym stworzeniem! Pragnie czynić wyłącznie dobro dla swojego plemienia. 
- - Już samo nakłonienie Vraadow do współpracy przypominało katorgę, co tu więc  
mówić o podporządkowaniu ich rozkazom innego Vraada. Wielu podziwia mistrza 
Zeree, ale  
w oczach naszego ludu triumwirat jest gwarancją, że żaden Vraad nie narzuci 
nikomu swej  
woli. Jesteśmy rasą bardzo podejrzliwych indywidualistów. 
Czarny Koń znów potrząsnął głową. Gerrod uświadomił sobie, że ten odruch  
sygnalizuje zakłopotanie. 
- - Wyjaśnię ci to później - powiedziała ¦Sharissa. Obdarzyła czarodzieja  
przepraszającym uśmiechem. - Wrócę... ty zresztą też mógłbyś choć raz przyjść do 
mnie. 
- - Może zajrzę. - To było wszystko, co miał do powiedzenia. Oboje wiedzieli, że  
nigdy dobrowolnie nie wróci do miasta. To oznaczałoby kontakt z klanem, a co 
gorsza, z  
ojcem. 
Sharissa z westchnieniem podeszła do swego nieziemskiego towarzysza. Czarny Koń  
zgiął nogi, żeby mogła go dosiąść, a zrobił to w sposób, który okulawiłby 
prawdziwego  
rumaka. Gerrod zobaczył, że grzbiet stworzenia pofałdował się dla jej wygody. 
- To nie potrwa długo - dodała czarodziejka, próbując załagodzić przykre 
wrażenie. -  
Ojciec potrzebuje mojej pomocy. 
Gerrod nic nie powiedział. Wiedział, że wszelkie słowa tylko osłabiłyby ich 
przyjaźń.  
Mogłyby sprawić, że Sharissa już nigdy by go nie odwiedziła. Wtedy zostałby 
zupełnie sam,  
odcięty od swojej rasy. 
- - Do zobaczenia, Gerrodzie. - Jej uśmiech był nikły, zapewne dlatego, że nie 
mogła  
odczytać wyrazu jego ocienionej twarzy. Nie wiedziała, czy się na nią złości, 
czy czuje się  
zraniony. Zdawała sobie sprawę, że Gerrod tęskni za jej wizytami, a on zawsze 
uważał, że z  
nią jest podobnie. W tej chwili już nie był tego pewien. 
- - Uważaj na siebie - powiedział. - Pamiętaj, nigdy nie ufaj drzemiącemu 
smokowi. 
- - Niestraszne jej wszystko, gdy ja jestem blisko! - ryknął Czarny Koń i 
roześmiał  
się z niezamierzonego rymu. 
- - Skoro tak mówisz. 
Hebanowy ogier odwrócił się w kierunku miasta, stanął na zadnich nogach i  
pogalopował, nim Gerrod zdążył pomachać na pożegnanie. Sharissa podniosła rękę, 
ale jej  
wierzchowiec mknął w takim tempie, że szybko musiała złapać go za grzywę. Po 
chwili oboje  
przemienili się w kropkę malejącą w dali. Gerrod zastanawiał się, dlaczego 
Sharissa  
przejechała taki kawał drogi tylko po to, żeby mu powiedzieć, iż nie może 
zostać. Teraz  

background image

zrozumiał, że dla Czarnego Konia wyprawa z miasta do jego pustelni jest krótką 
wycieczką.  
W tę stronę umyślnie przybiegł dużo wolniej, żeby go nie wystraszyć. Sharissa 
nie chciała,  
żeby poczuł się zagrożony. - Tyle rzeczy rozumie, a w tylu innych jest taka 
naiwna. - Miał  
nadzieję, że nie myliła się co do jego ojca. Barakas zdecydowanie nie byt 
człowiekiem, który  
z założonymi rękami będzie się przyglądać, jak wśród Vraadow włóczy się hebanowy 
rumak  
stanowiący potencjalne zagrożenie. 
Wiedząc, że teraz jest bezpieczny, Gerrod zdjął kaptur i usunął upiększenia z 
twarzy.  
Dobrze, że do pewnego stopnia łatwo było przewidzieć posunięcia Sharissy. Miała  
odpowiednie zdolności i moc, by teleportować się z miasta do jego chaty, ale nie 
chciała  
korzystać z magii. Dzięki jej uprzedzeniu do korzystania z czarów jego sekrety 
pozostaną  
bezpieczne. Jeśli tylko Sharissa nadal będzie nieświadomie zapewniać mu czas na  
przygotowania, zdoła zachować w tajemnicy to, czym się stawał i co odkrył. 
Byłaby wstrząśnięta, gdyby zobaczyła jego twarz bez maski. Możliwe, że nawet 
jego  
rodziców ogarnęłoby współczucie, zwłaszcza że czekał ich podobny los... jak 
zresztą  
wszystkich Vraadow. Włosy mu posiwiały, głębokie zmarszczki pobruździły skórę. 
Wiek  
upomniał się o swoje prawa. Inni nigdy nie myśleli o tym, że to czary 
przedłużają im życie.  
Jemu prawda objawiła się w brutalny sposób. Starzał się, a z powodu 
eksperymentów, które  
dodatkowo nadwątliły jego siły, wyglądał dużo starzej niż Dru Zeree czy 
patriarcha.  
"Mógłbym być własnym dziadkiem" - pomyślał z gorzkim humorem. 
Wiedział, że Sharissa będzie próbowała mu pomóc, ale on nie chciał jej czarów. 
Nie  
podda się temu światu, nie stanie się jednym z jego stworzeń. Gerrod był pewien, 
że Vraadow  
czeka albo śmierć ze starości, albo, jeśli poddadzą się zupełnie swojemu nowemu 
światu, los  
jeszcze gorszy. Dru powiedział, że Poszukiwacze i inne rasy mieli tych samych 
przodków, co  
Vraadowie. W wyniku eksperymentu założycieli zmienili się, stali się potworami. 
Gerrod nie  
miał zamiaru patrzeć bezwolnie ani na postępujący rozkład własnego ciała, ani na 
przemianę  
w jakieś straszydło. Wymyśli coś, żeby się uratować. 
"Niezależnie jakim lub czyim kosztem" - przypomniał sobie, patrząc na pusty  
horyzont, za którym zniknęła Sharissa na Czarnym Koniu. 
- Możesz powiedzieć, w jakim celu? - chciał wiedzieć Rayke. Opadło go zmęczenie, 
a  
zmęczony Rayke stawał się niezmiernie drażliwy. 
Pozostali milczeli, wiedząc, że to sprawa między nim a Faunonem. Rayke  
przypuszczał kolejny atak na autorytet dowódcy, ostatnio trochę nadwątlony, 
podobnie jak  
jego upór związany z badaniem każdej, nawet najmniejszej dziury w ziemi. 
Faunon nie miałby nic przeciwko, gdyby któryś elf wtrącił się do rozmowy i 
poparł  
jego stanowisko. Rayke działał mu na nerwy. Czyż nie zalecono im sumienności? 
Ptasi ludzie  
popadli w rozsypkę, czyż więc nie nadarzała się doskonała okazja do zbadania 
jaskiń w  

background image

południowych skrajach górskiego łańcucha? Niewątpliwe oznaki świadczyły, że 
grota, przed  
którą stali, była regularnie używana albo przez skrzydlatych, albo przez kogoś 
innego. 
- - Postaraj się nie wrzeszczeć - szepnął do Rayke'a. - A może tak się palisz do  
walki, że robisz to specjalnie, by usłyszeli cię Sheeka na całym świecie? 
- - Walka miałaby więcej sensu, niż wściubianie nosa do każdej napotkanej dziury 
-  
burknął Rayke ze złością, ale dużo ciszej. 
- - To nie potrwa długo. Jeśli ta jama nie ciągnie się daleko w głąb góry,  
przyjmiemy, że inne są takie same. Jeśli wnika głęboko, rada będzie chciała o 
tym wiedzieć,  
po prostu na wypadek, gdyby zadecydowano, że pora zająć podziemne gniazda. 
Rayke skrzywił się. 
- Rada nigdy nie przystanie na coś, co wymaga wysiłku większego niż bieg na 
przełaj.  
Możesz zapomnieć o próbie zajęcia gniazda, nawet porzuconego. 
Choć raz znaleźli płaszczyznę porozumienia. 
- Byliby głupi, gdyby nie skorzystali z okazji. Pomyśl, jakie skarby musiały 
schować  
tam ptaki. Popatrz, ile znaleźliśmy, i to bez większego trudu, bo wszystko 
rozrzucone było po  
okolicy! 
Jeden z elfów potrząsnął nabitym workiem wielkości mniej więcej własnej głowy.  
Worek zawierał najcenniejsze zdobycze oddziału: czarodziejskie medaliony, które 
skrzydlaci  
nosili na szyjach. Ich precyzja i potęga otoczona była wśród elfów legendą, lecz 
dotąd nie  
mogli zbadać ich dokładnie. Ptasi ludzie zazdrośnie strzegli swoich skarbów i 
większość  
ulegała samozniszczeniu w chwili śmierci właściciela. Te ocalały. Jeśli Faunon 
miał rację, po  
prostu zostały porzucone. Ale nie miał pojęcia, dlaczego. Rada to rozstrzygnie; 
starsi  
uwielbiali teoretyzować, zwłaszcza gdy z powodu nie kończących się debat mogli 
odłożyć na  
bok znacznie pilniejsze sprawy. 
"A niech się tym bawią - pomyślał Faunon. - Inni podejmą prawdziwe wyzwanie.  
Potraktujemy ten świat inaczej niż tylko jako miejsce zamieszkania. Sami 
wykujemy swoją  
przyszłość!" W głębi duszy wiedział, że to czysta fantazja. Rasa elfów nigdy nie 
zorganizuje  
się na tyle, by zmienić coś w świecie, do którego trafiła. Zbyt wielu wierzyło, 
że  
współistnienie ze zwierzętami i roślinami w zupełności im wystarczy. Takie 
podejście było  
łatwe i bezpieczne. 
- - No i co? Wchodzimy? - Rayke, gdy już ustąpił Faunonowi, chciał jak 
najszybciej  
rozpocząć i zakończyć nowe przedsięwzięcie. 
- - Nie wszyscy. Dwóch lub trzech wystarczy. 
- - W takim razie my dwaj. 
Jak zawsze, Faunon i Rayke. Faunon dlatego, że jako dowódca poczuwał się do  
odpowiedzialności za podwładnych. Jeśli narażał oddział na niebezpieczeństwo, 
zawsze szedł  
w szpicy. Rayke, rzecz jasna, wolał robić cokolwiek, byle nie siedzieć z 
założonymi rękami.  
Nie cierpiał czekać. Inni, mniej rwący się do czynu, chyba że dostawali wyraźny 
rozkaz, z  
przyjemnością zrzucali obowiązki na barki tej pary. Nie mieli nic przeciwko 
wędrówce i  

background image

badaniom, ale w tej chwili już marzyli o powrocie do domu. 
- My dwaj - zgodził się Faunon. Choć stale się sprzeczali, obaj wiedzieli, że 
razem są  
bezpieczni. Mogli na sobie polegać, gdyby doszło do starcia. Inni walczyliby 
według elfich  
zasad, nie jak zgrany zespół, tylko zbierania indywidualistów. - Dajcie nam 
godzinę. Jeśli nie  
wrócimy przez upływem tego czasu... 
"To będzie znaczyło, że zginęliśmy albo, co gorsza, wpadliśmy w niewolę" -  
dokończył w myślach. Nie musiał mówić na głos tego, o czym wszyscy wiedzieli. 
Rayke wyłuskał z sakiewki u pasa mały świecący kryształ, który był dużo lepszy 
od  
pochodni. Podobne mieli wszyscy w oddziale. Faunon też wyjął swój kamyk i obaj 
dobyli  
miecze. Razem ruszyli do jaskini. 
Nie została wydrążona przez siły natury. Ściany były zbyt gładkie, podłoże zbyt  
płaskie. Te cechy budziły w Faunonie nadzieję i niepokój. Prawdopodobnie system 
tuneli  
prowadził tam, gdzie myślał, ale mogli wpaść w tarapaty, jeśli jaskinia nadal 
była  
zamieszkana. 
Dostrzegli różne ślady, w większości tropy zwierząt. Były stare, więc nie bali 
się, że  
napotkają niedźwiedzia czy młodego smoka. Z drugiej strony obecność zwierząt  
świadczyłaby, że jaskinia została opuszczona przez właścicieli. Skrzydlaci nie 
pozwoliliby,  
by dzikie zwierzę zagnieździło się w używanym przez nich korytarzu. 
- Idziemy na wschód - powiedział Rayke, gdy wylot jaskini jaśniał już daleko za 
nimi. 
Faunon przytaknął, wyciągając przed siebie świecący kryształ. Kierowali się w 
głąb  
ziemi. Okazało się, że nie miał racji. Ptaki ryły tunele w górę, w kierunku 
ukochanego nieba,  
nie w dół. "Dlaczego...?" Roześmiał się z własnej głupoty. 
- - Ta jaskinia może nie być dziełem ptaków. 
- - Quele? - Rayke wpadł na to w tej samej chwili. 
- - Kiedyś panowały na tych terenach. 
- - W takim razie to tunel Queli. 
Odprężyli się. Jeśli rzeczywiście wędrowali tunelem Queli, nie musieli obawiać 
się  
budowniczych. Niedobitki Queli żyły tylko w rejonie półwyspu na południowym 
zachodzie...  
jeśli nie podzieliły losu ptaków. Faunon wiedział, że rasa Queli wreszcie poszła 
w ślady  
wcześniejszych panów tego świata. 
Znów zastanowił się, kim będą nowi panowie. Czy nie mogłyby zostać nimi elfy?  
Dlaczego jego rasa stale usuwała się w cień i pozwalała, by rządzili inni? 
Musiał powiedzieć coś na głos, bo Rayke odwrócił się i zapytał: 
- - Co? 
- - Nic. 
- - Jeśli nadal będziemy szli w dół i w lewo, za chwilę stracimy wejście z oczu. 
Faunon stwierdził, że Rayke miał rację. Korciło go, żeby zawrócić, ale 
zadecydował,  
że równie dobrze mogą przejść jeszcze kawałek. Coś nie dawało mu spokoju, coś 
muskało  
skraje jego świadomości. Kiedy spróbował się skupić, zdawało się, że przyczyna 
niepokoju  
uciekła i przyczaiła się tuż poza zasięgiem. 
"To przez ten tunel - osądził, choć nie był zadowolony z takiego wyjaśnienia. - 
To  

background image

przez tę skałę wokół nas". Tunele były dobre dla gnomów - zakładając, że gnomy 
jeszcze  
istniały - nie dla elfów. Elfy lubiły blask słońca, drzewa i... 
- Woda! - burknięcie Rayke'a zabrzmiało jak przekleństwo. Nic dziwnego, pomyślał  
Faunon, gdy zobaczył, co zagradza im drogę. 
Korytarz opadał i ginął w rozległej sadzawce, czarnej jak bezksiężycowa,  
bezgwiezdna noc. Wyglądało to tak, jakby ktoś umyślnie zalał przejście. 
- - To koniec, Faunonie. - Drugi elf zaczął się odwracać. 
- - Czekaj. - Faunon, choć rwał się do odejścia, chciał z bliska przyjrzeć się  
sadzawce. Wysunął kryształ przed siebie, podszedł na brzeg i przykląkł. Ujrzał 
swoje odbicie,  
upiorną parodię własnej twarzy. Nawet z tak bliska nie widział dna. Kusiło go, 
żeby rzucić  
kryształ i patrzeć, jak opada, ale powstrzymał go irracjonalny strach, że 
zaniepokoi coś, czego  
lepiej nie niepokoić. 
- - Nic tam nie zobaczysz! Dlaczego nie... 
Śliskie, skórzaste łapy wynurzyły się z wody i zacisnęły na gardle Faunona. 
- Uciekaj! - Rayke skoczył mu na pomoc z wyciągniętym mieczem. 
Faunon wypuścił z ręki kryształ, który wpadł do sadzawki i rozświetlił podwodny  
świat. W jego blasku przez chwilę widział napastnika, ziemno-wodnego stwora o 
szerokiej  
paszczy, na którą nakładało się odbicie jego twarzy. Miał okrągłe, żabie ślepia 
i błonę między  
palcami. Faunon bez namysłu zamachnął się mieczem. Z pewną satysfakcją zobaczył, 
że ciął  
mieszkańca sadzawki po łapie. 
Drugi miecz błysnął z prawej strony i sztych trafił w szyję. Potwór zacharczał i  
zadygotał. Kryształ był już bardzo głęboko. Napastnik ruszył w ślad za nim w 
czarną głębinę.  
Od czasu do czasu miotające się kończyny przysłaniały gasnącą plamkę światła. 
Wreszcie powierzchnia sadzawki znieruchomiała. Co dziwne, ciało napastnika nie  
wypłynęło. Świecący kryształ zniknął z zasięgu wzroku, nie sięgając dna. Szyb 
musiał być  
niewiarygodnie głęboki. 
- Tunel Queli, bez dwóch zdań - rzekł Faunon, pocierając szyję i myśląc o 
pazurach,  
które niemal rozdarły mu gardło. - Ale to był draka, a draki służą ptakom. 
Rayke wytarł ostrze miecza. 
- Dziwne. Zwykle nie są drapieżne, tylko tchórzliwe. Ten chciał rozedrzeć cię na  
strzępy. 
Faunona znów opadło wrażenie, że coś kryje się w pobliżu. Chcąc to 
zidentyfikować,  
musiałby się skupić. Wolał tego nie robić. Lepiej odejść, zanim to coś zbytnio 
się nimi  
zainteresuje. Jego towarzysz nie wyczuwał nic podejrzanego, więc Faunon miał 
nadzieję, że  
może zwodzi go zmęczenie lub przeczulona wyobraźnia. 
- Możemy iść? 
Faunon pokiwał głową i wstał. Szybko przetarł miecz; wyczyści go dokładnie, gdy  
będą daleko stąd. 
- - Co dalej? - zapytał Rayke, gdy wyszli z zalanego korytarza. 
- - Na południe. 
- - Na południe? - Rayke zrobił wielkie oczy. 
- - Przecież tam chcesz iść, prawda? 
- - Tak, na południe, ale myślałem, że ty... 
Przed zakrętem Faunon po raz ostatni rzucił okiem na sadzawkę. Zdawało mu się, 
że  
dostrzegł bąble na powierzchni, ale nie miał najmniejszej ochoty wracać i 
sprawdzać. 
- Zmieniłem zdanie. Chyba chcę wrócić do domu. 

background image

Rayke nie drążył tematu, a Faunonowi to odpowiadało. Nie musiał tłumaczyć się ze  
swoich narastających obaw, których źródłem było jedynie niepokojące, natrętne 
wrażenie  
kołaczące się gdzieś w zakamarkach świadomości... wrażenie, które, podobnie jak  
przerażający ogier, było zapowiedzią przyszłych wydarzeń. 
 
VI 
 
Sharissie nie podobała się myśl o rozstaniu z Czarnym Koniem, ale w końcu 
musiała  
wrócić do swoich obowiązków. Podjęła decyzję po powrocie z mało przyjemnej 
wizyty u  
Gerroda, kiedy to zastała w swoim domu czekających na nią petentów. Przyszli z 
błahymi  
sprawami, ale nie mogła odprawić ich z kwitkiem. Sama wystąpiła z propozycją, że 
zdejmie z  
barków ojca pomniejsze obowiązki, żeby on mógł zająć się ważniejszymi 
problemami. Miała  
nadzieję, że za jakiś czas zdoła go przekonać, iż warto postarać się o 
pomocników. W  
przeciwieństwie do pozostałych członków triumwiratu, Dru zależało na utrzymaniu  
równowagi sił. Obawiał się, że gdy zaprzestanie pracy, wszystko może ulec 
dramatycznej  
zmianie na gorsze. Sharissa z trudem zmusiła go do podzielenia się obowiązkami, 
mimo że  
sama nie narzekała na nadmiar wolnego czasu. 
,Jaki ojciec, taka córka?" - pomyślała z ironią. 
Kolejno załatwiła petentów, a zaraz potem przypomniała sobie o innych  
powinnościach. Jeden z pracujących z nią Vraadow poruszył temat podziemi 
istniejących pod  
miastem. W niektórych miejscach czas nadwątlił stropy tuneli i jedna osoba już 
zginęła, gdy  
ziemia zapadła się pod jej nogami. Jakiś czas temu Sharissa zorganizowała zespół 
szukający  
miejsc zagrożonych zarwaniem, których zadaniem było nanoszenie ich na plany 
miasta.  
Okazało się, że pod jej nieobecność uczestnicy kampanii kartograficznej nie 
mieli pojęcia, co  
robić. Nie dawali sobie rady bez jej wskazówek. Sharissa zachodziła w głowę, 
jakim cudem  
jej rasa przeżyła przeprawę. Czasami dziwiła się, że Vraadowie nie poumierali z 
głodu.  
Czarny Koń zniknął. Następnego dnia stwierdziła, że wrócił do Sirvak Dragoth, 
ale wcześniej  
udało mu się wystraszyć paru mieszkańców, gdyż w środku nocy przebiegł po całym 
mieście. 
- Nie wolno tak postępować - skarciła go, przemierzając komnatę, w której 
prowadziła  
swoje badania. Gabinet znajdował się w owalnym budynku, w którym niegdyś 
mieściła się  
biblioteka, o czym świadczyły niezliczone półki. Wprawdzie wszystkie książki 
rozpadły się z  
czasem, ale Sharissa zaczynała zapełniać półki własnymi notatkami. Miała 
nadzieję, że z  
pomocą innych pewnego dnia zgromadzi kolekcję dorównującą księgozbiorowi 
założycieli.  
Jeszcze niedawno bała się, że Czarny Koń nie zmieści się w wąskich, krętych 
korytarzach  
biblioteki; zapomniała jednak, że jej osobliwy przyjaciel tylko przypomina 
konia.  

background image

Obserwowanie, jak płynnie zmienia kształt, dopasowując się do ciasnych 
przestrzeni, było  
nowym, trochę niepokojącym doświadczeniem. - Chcesz zniszczyć to, co 
osiągnęliśmy? Jeśli  
bez końca będziesz straszyć ludzi, nigdy nie przestaną się ciebie obawiać! 
Zdajesz sobie  
sprawę, jak wyglądasz? 
Ogromny, czarny jak smoła ogier ryknął śmiechem. Z błyskiem w lodowatych oczach  
oświadczył: 
- Przerażająco, doprawdy! Jakiś człowiek padł na kolana i przysiągł dozgonną  
wierność przyjacielowi Dru, a przecież tylko do niego mrugnąłem, nic więcej! 
- - Chcesz, żeby bali się mojego ojca? Spoważniał. 
- - To nie Dru się obawiają, tylko mnie! 
- - A ty go reprezentujesz. 
- - Ja... 
Czarodziejka zapomniała o złości, gdy zobaczyła, jak w oczach jej groźnego  
towarzysza rodzi się zrozumienie. Ale nie na długo. 
- Znasz już awanturniczy i podejrzliwy charakter Vraaddw, Czarny Koniu. 
Rumak nie spieszył się z odpowiedzią, ale to, co wreszcie powiedział, zaskoczyło 
ją.  
Dopiero później uświadomiła sobie, że spodziewała się czegoś takiego. 
- Nie dbam o Vraadow ani o ich charakter. Nie są podobni do Dru i ciebie. 
Złorzeczą  
za moimi plecami w przeświadczeniu, że mam słuch tak słaby i zawodny jak oni, i 
nazywają  
mnie potworem! Nawet nie starają się mnie zrozumieć, podczas gdy ja chciałbym 
zrozumieć  
wszystko, co mnie otacza! Moje przyjazne zachowanie nie umniejsza ich lęku i 
nieufności.  
Staram się, oni jednak nie są dla mnie ani trochę milsi! 
Potem Czarny Koń zrobił coś, czego Sharissa jeszcze nie widziała. Odwrócił głowę 
i  
zmrużył oczy. Widok ten jednak był niczym w porównaniu z tym, co nastąpiło po 
chwili:  
przed hebanowym rumakiem rozbłysła plamka jaskrawego światła, która szybko się  
powiększała. 
"Portal!" 
Czarny Koń ani razu nie otwierał portali od czasu swego niespodziewanego 
przybycia,  
więc dopiero po chwili Sharissa zrozumiała, co robi. Zachowywał się jak 
naburmuszone  
dziecko - czarodziejka wspomniała, jaka sama była w dzieciństwie - i nie dał jej 
czasu na  
odpowiedź. Bez słowa skoczył w magiczną bramę i zniknął. Zdążyła wykrzyknąć jego 
imię,  
gdy portal skurczył się i rozpłynął w powietrzu. Sharissa została sama na środku 
komnaty, nie  
mając bladego pojęcia, dokąd udał się Czarny Koń ani co zamierzał. 
- Serkadion Manee! - Miała ochotę rzucić czymś o ścianę, ale zwalczyła 
nieroztropną  
zachciankę i zmusiła się do zachowania spokoju. Dlaczego wszystko szło tak 
opornie?  
Dlaczego wszyscy się jej sprzeciwiali, niezależnie od wagi danej sprawy? 
Sharissa odczekała parę minut, ale mroczny rumak nie wrócił. Wiedziała, że nie 
ma  
sensu dłużej siedzieć i zamartwiać się z jego powodu. Pod pewnymi względami 
łatwo było  
przewidzieć zachowanie Czarnego Konia. Wróci na plac, a potem do Sirvak Dragoth, 
albo  
przez parę godzin będzie galopować jak szalony po polach i lasach. Raz już tak 
zrobił.  

background image

Sharissie pozostała tylko nadzieja, że nikogo nie wystraszy. Jednego była pewna: 
mroczny  
rumak nie opuści miasta, nie wtedy, gdy przebywał w nim jego dawny towarzysz. 
Nie miał  
nikogo innego i, jeśli dobrze pojmowała jego naturę - pomyłka była 
niewykluczona, lecz mało  
prawdopodobna - rozpaczliwie pragnął przyjaźni. Niemal jakby skosztował od dawna  
zakazanego mu owocu. Czyż nie przetrząsał jednego świata po drugim, szukając jej 
ojca, gdy  
opiekunowie miasta wypędzili go z powrotem do Pustki? 
Sharissa uznała, że Czarny Koń powróci wtedy, gdy sam tego zapragnie, i zabrała 
się  
do pracy. Zawsze miała tyle na głowie. Była nieodrodnym dzieckiem swego ojca. 
Wiedziała,  
że przy pracy dzień minie jak z bicza trzasnął. Miała nadzieję, że wraz z nim 
przeminie złość  
mrocznego rumaka. 
Najpierw zajęła się nadrabianiem zaległości związanych z planami miasta. To  
skierowało jej myśli na zmiany zalecane przez jednego z vraadzkich asystentów. 
Pamiętała,  
że jego propozycja miała coś wspólnego ze zwiększeniem produkcji żywności 
poprzez  
uprawę i hodowlę... 
- Wielmożna Sharissa? 
Podniosła głowę i zamrugała parę razy. Zapadał zmierzch, w komnacie było prawie  
ciemno. W półmroku majaczyła niewyraźna postać, która ruszyła od drzwi w jej 
stronę.  
Sharissa zmarszczyła brwi. Przybysz niósł kaganek, który nie tyle rozświetlał 
pomieszczenie,  
ile nadawał upiorny wyraz jego rysom. Udało mu się dotrzeć do jej pracowni, co 
znaczyło, że  
przekupił jednego z jej asystentów. Będzie musiała porozmawiać z nimi jutro z 
samego rana. 
- Bethken, prawda? 
Vraad skłonił się, utrzymując lampkę na tej samej wysokości. 
- Tak, pani. Wiem, że jest późno, ale czy mógłbym... Sharissa przywołała go 
ruchem  
dłoni, starając się ukryć odrazę. 
Bethken niegdyś był tęgim mężczyzną - z wyboru - ale piętnaście chudych lat  
odcisnęło na nim piętno. Stracił na wadze, jednak skóra wcale nie miała ochoty 
dostosować  
się do nowej sylwetki i zwisała luźnymi fałdami. Bethken fizycznie przypominał 
stary,  
opróżniony bukłak, a moralnie chorągiewkę na dachu. Jak wielu Vraadow, 
teoretycznie  
popierał jej ojca, ale głównie dlatego, że pozostali członkowie triumwiratu nie 
mieli do  
zaoferowania niczego dostatecznie cennego, by przeciągnąć go na swoją stronę. 
Bez  
wątpienia miał nadzieję na wyłudzenie czegoś wartościowego od niej. 
- - Czego chcesz? 
- - Najpierw ja chciałbym ci coś ofiarować. Pozwól, pani, służyć ci światłem. -  
Vraad postawił kaganek na notatkach Sharissy, przy okazji plamiąc je oliwą. 
Czarodziejka już miała go zrugać, gdy zobaczyła, że ten formularz przeznaczony 
jest  
do wyrzucenia. Według vraadzkich norm zachowanie Bethkena nie mogło być bardziej  
uprzejme. Według Sharissy gość przypominał węża, który stara się oczarować 
smakowitą  
polną mysz. 
Chcąc uniknąć poplamienia lub co gorsza spalenia notatek, zabrała lampkę i 
postawiła  

background image

ją na półce. 
- Dziękuję, Bethkenie, ale mam własne światło. 
Vraad odskoczył, gdy komnatę zalał blask sączący się z rozjarzonej kuli pod 
sufitem. 
- - Bogowie! - Poderwał głowę, z zazdrosną miną podziwiając jej dzieło. - Gdybym  
tylko mógł... 
- - Przyszedłeś do mnie z jakiegoś powodu? 
Sharissa nie dbała o pożądliwość płonącą w jego oczach. Wiedziała, że w jasnym  
świetle gość dużo lepiej widzi jej ponętną postać, ale bardziej od niej pragnął 
czegoś innego.  
Bethken był jednym z tych, dla których utrata mocy równała się niemożności 
zaspokojenia  
głodu. Łaknął mocy i cudów, jakie ta moc mogłaby mu zapewnić. W niej, w 
Sharissie,  
widział uosobienie tego, czego pożądał. 
- - Widok takiego talentu w dzisiejszych mrocznych czasach napawa mnie rozkoszą.  
- Ten człowiek dosłownie się do niej łasił, ale pochlebstwa nie mogły 
zrównoważyć wstrętu,  
jaki budziła falująca, obwisła skóra. - Gdybyśmy tak mogli wrócić do dni dawnej 
chwały... 
- - Wątpię, czy chciałbyś wrócić do Nimth. 
- - W żadnym wypadku! - Wyglądał na wstrząśniętego, jakby sama wzmianka o  
powrocie do Nimth świadczyła o zachwianiu jej władz umysłowych. 
- - To dobrze. - Sharissa pokiwała głową. - A teraz powiedz mi, po co tu 
przyszedłeś.  
Mam nawał pracy. 
- - Ten demon... nie ma go tu? 
- - Czarny Koń nie jest demonem, Bethkenie, a co do twojego pytania... Czy 
widzisz  
go gdzieś tutaj? 
Jego śmiech był wymuszony. 
- Wybacz mi, wielmożna Sharisso. Nie chciałem, by moje słowa zabrzmiały  
obraźliwie. Po prostu lepiej, żeby go nie było. Mógłby zirytować się tym, co 
pragnę ci  
zakomunikować. 
,Jeśli wreszcie spróbujesz to zrobić" - pomyślała z przekąsem czarodziejka. 
- Mów śmiało, proszę. 
Bethken znów się skłonił, aż zatrzęsły się fałdy skóry. 
- - Wiesz, że frakcja Silestiego nie kryje obaw związanych z tym dem... z twoim  
towarzyszem? 
- - Oczywiście. 
- - Doszły mnie słuchy, że Silesti nie zamierza poprzestać na słowach, gdy mówi, 
że  
pragnie pozbyć się tego stworzenia. 
Wyraźnie liczył na jakąś dramatyczną reakcję, ale Sharissa nie miała zamiaru  
sprawiać mu satysfakcji. Już wcześniej słyszała podobne pogłoski i wiedziała, że 
są wyssane  
z palca. Silesti przyznał się, że taki pomysł wpadł mu do głowy, ale 
zadecydował, że jego  
realizacja zawiodłaby zaufanie, jakie pokładał w nim Dru. Posępny, odziany w 
czerń Vraad  
szanował ojca Sharissy i, choć żaden z nich nie chciał tego przyznać, nawet go 
lubił. Dru  
odwdzięczał mu się podobnym poważaniem. 
- Twoje rewelacje nie są dla mnie nowiną. 
Mężczyzna wyglądał na zbitego z tropu. Interesujące, jak wielu ludzi 
przychodziło do  
niej z informacjami, które uważali za niezwykle ważne. Oczywiście, jak 
Bethkenowi, zależało  
im na nagrodzie. Uważali, że wyświadczenie przysługi członkowi triumwiratu lub 
bliskiej mu  

background image

osobie jest zręcznym i opłacalnym posunięciem. 
- - Silesti chce zwołać spotkanie triumwiratu, na którym... 
- - Uderzy. Zabije mojego ojca i władcę Tezerenee, a Czarnego Konia zakuje w  
łańcuchy. -,Jakby łańcuchy mogły być jakąś przeszkodą dla potężnego mrocznego 
rumaka!" 
- - Myślałem... 
- - Dziękuję ci za dobre chęci, Bethkenie. Przykro mi, że niepotrzebnie zadałeś 
sobie  
tyle trudu. Mam nadzieję, że nie mieszkasz daleko. 
Niezbyt subtelna sugestia, że przekroczył granice gościnności i powinien już 
iść,  
ogromnie ubodła pomarszczonego Vraada. Chrząkał i pokasływał przez chwilę, 
wreszcie  
znów się ukłonił. 
- Może innym razem, wielmożna Sharisso. Wizyta u ciebie warta była zachodu  
choćby dlatego, że wyniosę z niej wspomnienie twego piękna. To wystarczająca 
nagroda.  
Dobrej nocy! 
Bethken, wciąż w ukłonie, wycofał się z komnaty. Dopiero gdy zniknął za 
drzwiami,  
Sharissa przypomniała sobie o jego kaganku. Chciała za nim zawołać, gdy 
uświadomiła sobie,  
że w tej chwili już musiał wiedzieć, iż zapomniał zabrać lampkę. Wędrówka 
ciemnym  
korytarzem powinna przypomnieć mu o gapiostwie. Jeśli wróci po lampkę, odda mu 
ją i znów  
go wyprawi. Jeśli nie wróci, każe komuś odnieść ją rankiem. 
Zabrała się do pracy i niebawem spowił ją kokon zapomnienia. Niejeden raz szła w  
ślady ojca i często, gdy podnosiła głowę znad dokumentów, za oknem już świeciło 
poranne  
słońce. Za każdym razem obiecywała sobie, że to się więcej nie powtórzy. 
Skończyła pisać uwagi dotyczące badań wpływu nowego świata na mieszkańców  
miasta. Ostatnimi czasy wielu Vraadow wyglądało coraz gorzej. Nawet w duchu nie 
nazywała  
ich starymi, bo wówczas nie opędziłaby się od myśli o nieuchronnej śmierci ojca. 
Jednakże  
wyglądało na to, że w wyniku opuszczenia Nimth Vraadowie stracili to, co czyniło 
ich niemal  
nieśmiertelnymi. Magii tego świata brakowało czegoś, co istniało w Nimth - a być 
może sam  
świat płatał im okrutną sztuczkę. 
Sharissa podniosła głowę i pomyślała: "Czy może być prawdą to, co kiedyś  
powiedział Gerrod? Czy to możliwe, że ten świat zmienia nas, dopasowuje do 
własnych  
wymogów, do pragnień założycieli? Czy właśnie to robią wśród nas Beztwarzy?" 
Zdawało się, że jej myśli przybrały widzialną postać, bo coś poruszyło się w 
wejściu.  
Sharissa zmrużyła oczy, ale intruz - jeżeli w ogóle tam był - zniknął. Myśląc, 
że może  
Bethken wrócił po omacku po lampę, ostrożnie ruszyła do drzwi. Na jej rozkaz 
kula światła  
spłynęła spod sufitu i pierwsza wyleciała na korytarz. Sharissa rozejrzała się. 
Korytarz był  
pusty. 
Nie miała pojęcia, która jest godzina, ale wiedziała, że musi być bardzo późno.  
Wróciła do biurka, gotowa uporządkować notatki i zająć się nimi nazajutrz, po 
porządnym  
śnie. Ledwie sięgnęła po dokumenty, jej uwagę przyciągnęło migotanie. 
Lampka oliwna. Czarodziejka uśmiechnęła się. Jeszcze trochę, a zacznie bać się  
własnego cienia. Wyciągnęła rękę i zgasiła płomyk. 
Musiała wesprzeć się na rękach, żeby nie upaść na podłogę. Mało brakowało. 

background image

Gdyby ktoś poprosił ją o opisanie wrażenia, jakiego właśnie doświadczyła,  
powiedziałaby, że zasłona spadła jej z oczu. Noc nie zmieniła się, ale teraz 
była częścią jej  
istnienia, nie tylko tłem. 
- -...sa! 
- - Czarny Koń? - Potrząsnęła głową, żeby jeszcze bardziej oczyścić myśli. Czy  
rzeczywiście usłyszała głos hebanowego ogiera? Czekała w nadziei, że usłyszy coś 
więcej. W  
pewnym stopniu Vraadowie umieli prowadzić mentalne rozmowy, ale ten głos na 
pewno nie  
należał do Vraada. Sharissa nawet nie miała pewności, że rzeczywiście coś 
słyszała. Może to  
tylko jakaś zbłąkana myśl przepracowanego umysłu, ale, jeśli tak, czego 
dotyczyła? "Sa" było  
ostatnią sylabą jej imienia, a głos brzmiał jakby nagląco. 
Z najbliższego okna roztaczał się widok na centrum miasta. Sharissa podeszła i  
wyjrzała. Po niebie płynął jeden z dwóch księżyców - Hestia, jeśli dobrze 
pamiętała - ale nic  
niezwyczajnego nie ukazało się w nikłej poświacie, jaką roztaczała surowa pani 
nocy. 
- Jestem przemęczona - mruknęła, uśmiechając się do własnej głupoty. Gdyby wolał 
ją  
Czarny Koń, z pewnością po niepowodzeniu ponowiłby próbę. Wieczysty był nad 
wyraz  
uparty. Co więcej, prawdopodobnie zmaterializowałby się w jej gabinecie zamiast 
uciekać się  
do zawodnej metody porozumiewania się w myślach. Dla tak potężnej istoty było to 
bardzo  
łatwe. Dla osłabionego Vraada - ogromnie trudne. Nie. Czarny Koń jej nie wzywał; 
nigdzie  
nie wyczuwała jego obecności... 
..Nigdzie?" Wreszcie przejaśniało jej w głowie. 
Rzeczywiście, nigdzie nie wyczuwała Czarnego Konia. Nie było go ani w mieście, 
ani  
w okolicy. Kiedy po raz pierwszy zjawił się na zachodnim brzegu tego kontynentu,  
natychmiast wykryła jego obecność, zresztą jako jedyna, jeżeli było jej wiadomo. 
Skoro ona  
nie mogła go znaleźć, to pewne, że nikt inny też tego nie dokona. 
"Sirvak Dragoth! Tam musi być!" Choć nie miała powodu przypuszczać, że mu coś  
grozi, opadły ją złe przeczucia. Wiedziała, że nie ma go w Sirvak Dragoth. Nawet 
gdy tam  
przebywał, wykrywała ślad magicznych emanacji, będących najwyraźniej produktem  
mglistego "ciała" ogiera. 
Ani śladu. Jak gdyby Czarny Koń opuścił ten kontynent. Było to możliwe, ale nie  
wyobrażała sobie, że mógłby odejść tak nagle. Mimo rozdrażnienia, chciałby z nią 
pomówić,  
pożegnać się. W wielu przypadkach łatwo było przewidzieć jego zachowanie. 
Sharissa  
poznała go dobrze, choć zjawił się zaledwie przed paroma dniami. Miał głęboko 
zakorzenione  
nawyki i można było w nim czytać jak w otwartej księdze. 
Sharissa odłożyła pracę na bok i zastanawiała się, co zrobić. Jeśli jej obawy 
były  
bezpodstawne, wtedy niepotrzebnie straci czas na daremne poszukiwania. Jeśli 
miała rację, to  
co się stało ze starym kompanem jej ojca... i czy ojciec o tym wiedział? 
Zmęczenie narastało, organizm dopominał się o sen, ale na razie robił to z siłą  
dziecka. Sharissa wiedziała, że im dłużej będzie zwlekać, tym żądanie stanie się 
bardziej  
natarczywe. Musi jak najszybciej podjąć decyzję; miała niewiele czasu, bo już 
poprzedniej  

background image

nocy wystawiła siły na próbę. 
"Szkoda, że nie mam psa - pomyślała - który mógłby podjąć jego trop - pod  
warunkiem, że Czarny Koń zostawia tropy". Poruszał się jak wiatr i jedynie na 
podstawie  
skarg przerażonych i rozzłoszczonych kolonistów oraz własnych zmysłów mogła 
określić  
jego miejsce pobytu. Zgromadzenie informacji zabierze dużo czasu, a poszukiwanie 
mentalne  
nie na wiele się zdało. 
Znów naszła ją dziwna myśl o psie, ale dopiero po chwili zrozumiała przesłanie  
podświadomości. Jaki pożytek z psa, gdy nie ma tropu, i co to ma wspólnego z 
bezużyteczną  
w tej chwili umiejętnością wykrywania Czarnego Konia? 
Pies podąża tropem pozostawionym przez zwierzynę, lecz w tym przypadku tropu nie  
było... Czyżby? 
- Nie ma fizycznego, ale może jest magiczny! - syknęła, zła, że nie wpadła na to  
wcześniej. Czarny Koń był jedyny w swoim rodzaju, był czystą mocą obdarzoną 
zmysłami. A  
przecież czary Vraadow i magia tego świata zostawiały swego rodzaju osad. 
Czy Czarny Koń także zostawiał taki ślad? 
Otworzyła umysł. Najpierw ujrzała spektralny widok świata, potem linie siły, 
które  
wszystko przecinały. Zawsze niepokoił ją fakt, że inni, którzy zachowali część 
dawnej mocy i  
próbowali się nią posłużyć, widzieli tylko albo jedno, albo drugie. W ciągu 
piętnastu lat nie  
udało jej się wyszkolić nikogo, kto postrzegałby siłę życiową tego świata tak, 
jak ona. 
Ku jej zaskoczeniu szlak rysował się wyraźnie. Obca magia Czarnego Konia 
odcinała  
się wyraźnie na tle barwnego i uporządkowanego krajobrazu. Choć od jego ucieczki 
minęło  
wiele godzin, wspomnienie nadal było silne. 
"Dlaczego wcześniej tego nie dostrzegłam?" Patrząc wstecz, to nie powinno 
dziwić.  
Czy codziennie przyglądała się swojemu cieniowi? Albo odciskom stóp, gdy 
chodziła po  
polach za miastem? Przejażdżki na Czarnym Koniu były przeżyciem tak 
ekscytującym, że w  
porównaniu z nimi bladł cały świat. 
- Sharissa? 
Głos przestraszył ją po wielu godzinach spędzonych w samotności. Czarodziejka  
odwróciła się, już wiedząc, kto wszedł do jej komnaty. 
- Lochivan? Co tu robisz o tej porze? 
Tezerenee zaśmiał się i wszedł w krąg światła. Trzymał hełm pod pachą, 
pozwalając  
jej zobaczyć twarz, którą często ukrywał. Odziedziczył grubo ciosane, 
niedźwiedzie rysy ojca  
i raczej nie mógł uchodzić za przystojnego. On i Gerrod różnili się jak niebo i 
ziemia, choć  
byli braćmi. 
- Pełniłem wartę do późna. Patriarcha nikogo nie faworyzuje, zwłaszcza wśród 
swoich  
dzieci. Po służbie nie mogłem zasnąć. Uznałem, że pomoże mi przechadzka po 
mieście. -  
Lochivan wzruszył ramionami. - Wiem o twoim nawyku późnego udawania się na 
spoczynek.  
Sharisso. Pomyślałem, że być może jeszcze nie śpisz, chociaż powinnaś. 
Zobaczyłem światło  
w twoim oknie, a w pewnej chwili zarys twojej sylwetki. Stąd wiedziałem, że mam 
rację. 

background image

Była zirytowana jego wizytą; wprawdzie odwiedzał ją już wcześniej, ale tym razem  
nie mógł wybrać gorszej chwili. Ponadto jego obecność przypominała jej, kto 
odniósłby  
największe korzyści ze zniknięcia Czarnego Konia, choć trudno było uwierzyć, by 
klan mógł  
zagrozić hebanowemu ogierowi, nawet gdyby wszyscy Tezerenee zjednoczyli siły. 
- - Stało się coś złego? - Lochivan założył, że jej milczenie jest wyrazem zgody 
na  
jego obecność. Zaraz po przestąpieniu progu rozejrzał się po przestronnym 
pomieszczeniu i  
jego oczy zatrzymały się na lampce Bethkena. Z lekkim uśmiechem położył hełm na 
stole i  
obejrzał kaganek. 
- - Prezent od kogoś, kto próbował wkraść się w moje łaski - wyjaśniła Sharissa.  
Uświadomiła sobie, że nie odpowiedziała na jego pierwsze pytanie, więc dodała: - 
Nic. Nic  
złego. Właśnie miałam udać się na spoczynek. 
- - Zostało ci niewiele czasu. - Lochivan odstawił lampkę. - Zapewne nie  
powinienem ci przeszkadzać. Przyjdę za dnia. 
Sharissa wbrew sobie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ta rozmowa nie jest 
szczera.  
Wiedziała, co sama przemilczała, ale czy Lochivan też coś przed nią ukrywał? 
- Lochivanie, co wiesz o Czarnym Koniu? 
Z jego oczu wyczytała, że trafnie odgadła powód wizyty. Fakt, zajrzał do niej 
nie po  
raz pierwszy, ale dzisiejsze odwiedziny dziwnie zbiegły się ze zniknięciem 
mrocznego  
rumaka. 
Lochivan nie odpowiedział. Na końcu jego palca wskazującego rozbłysnął maleńki  
płomyk, świadczący o drobnym użyciu mocy. Kaganek zamigotał, budząc się do 
życia... 
Sharissa ponownie przeczytała notatki dotyczące sporządzenia planu podziemi.  
"Powinni sami załatwiać takie drobiazgi - pomyślała. - Niech trzymają się moich 
wskazówek  
i pozwolą mi zająć się ważniejszymi sprawami!" 
Gdy podniosła głowę, opadło ją dziwne wrażenie, że coś jej umknęło, jakieś  
zdarzenie, które powinna pamiętać. Biorąc pod uwagę nawał obowiązków przejętych 
od  
przepracowanego ojca, nie wspominając o własnych badaniach, nie byłaby 
zdziwiona, gdyby  
o czymś zapomniała. Jej oczy bezwiednie błądziły po pokoju, gdy próbowała zebrać 
myśli. 
Zatrzymała spojrzenie na lampce oliwnej, która nadal płonęła jasno, choć minęło  
wiele godzin. Przyjrzała się uważniej i coś ją zaniepokoiło, lecz nie umiała 
tego sprecyzować.  
Coś było nie w porządku... 
Czy powinna ją zgasić? Marnowanie oleju było bezsensowne, jednak gaszenie lampki  
wydawało się głupim pomysłem, niewartym wstawania zza biurka. Zawsze można to 
zrobić  
po skończeniu pracy, przecież to już niedługo... 
Jednakże kiedy Sharissa wróciła do pracy, nie mogła oderwać myśli od lampki. 
Jakby  
ten zwyczajny przedmiot stał się najważniejszy w życiu. 
"Zgaszę i schowam tę lampkę". Musiało być bardzo późno, skoro taki drobiazg 
działał  
jej na nerwy. Już zaczęła podnosić się z krzesła, gdy jej uwagę przyciągnęła 
stronica  
poświęcona tej fazie zmian, która wiązała się z przyszłą produkcją żywności. 
Usiadła  
wygodnie i pogrążyła się w lekturze. Plan miał sens, ale czy już nie czytała 
czegoś  

background image

podobnego? Im dłużej przeglądała notatki, tym bardziej była zdumiona znajomym  
brzmieniem wskazówek. 
Pergamin wypadł jej z ręki. Pod zaleceniami widniała analiza planu - napisana 
jej ręką  
i opatrzona datą z tego wieczoru! 
- Serkadion Manee! - zaklęła. Nic dziwnego, że plan wydawał się znajomy! Teraz  
przypomniała sobie, że już go czytała i na końcu zamieściła swoje sugestie. Jak 
mogła o tym  
zapomnieć? Czyżby ta noc wyczerpała ją aż tak mocno? 
Cień na stole poruszył się jak żywa istota. Sharissa odwróciła się i spojrzała 
na  
lampkę, której, jak wiedziała, zamierzała się pozbyć. 
Zerwała się zza biurka z taką furią, że jasna kula oświetlająca komnatę 
rozbłysła  
niczym miniaturowe słońce, a krzesło przewróciło się z hukiem, jakby chcąc od 
niej uciec.  
Sharissa oparła się impulsowi, który nakazywał jej powrót do pracy i podjęcie 
zarzuconych  
badań. 
Im bardziej zbliżała się do lampy, tym mocniej rozpalał się płomień. Młoda  
czarodziejka stopniowo zwalniała kroku. Gdy tylko zdała sobie sprawę, co się z 
nią dzieje,  
natychmiast zdwoiła wysiłki. Wiedziała, że jeśli będzie zwalniać w takim tempie, 
nigdy nie  
zbliży się na długość ręki do celu. 
Zamknęła oczy, sięgając do płomienia, który nie dość, że płonął jasno, jak jej  
magiczne światło, to jeszcze hipnotyzował ją swoim tańcem. 
- Już raz mnie okpiłeś! I na tym koniec! - warknęła do niewinnie wyglądającego  
kaganka. 
Płomień strzelił wysoko. Sharissa niemal cofnęła palce, bojąc się poparzenia.  
Opamiętała się i wyciągnęła rękę, żeby zakończyć bitwę z przebiegłą pułapką. 
- Nie jesteś' dość dobry! 
Jęzory głodnych płomieni liznęły jej rękę, próbując osmalić i zwęglić smukłe 
palce  
przed ostatecznym przemienieniem ich w popiół. Niewątpliwie tak by się stało, 
gdyby  
zamiast niej był tu ktoś inny. Sharissa odruchowo cofnęła rękę, ale zaraz potem 
przypomniała  
sobie, że przecież jest jedną z najpotężniejszych czarodziejek wśród swojego 
ludu. Ten  
żałosny przedmiocik był sprytną, ale niezbyt potężną zabawką, której siła 
polegała na  
anonimowości. Gdy Sharissa poznała rodzaj broni nieprzyjaciela, rozprawienie się 
z nią nie  
stanowiło trudności. Tylko hipnotyczny blask lampki tak długo powstrzymywał ją 
od  
działania. 
Opuściła rękę i zadusiła płomyk. Cofnęła się dopiero wtedy, gdy zyskała pewność, 
że  
już nic jej nie zagraża. Wysłała prostą sondę mentalną i przekonała się, że 
lampka znów jest  
zwyczajną lampką. Dopóki nie zostanie zapalona, nie zaatakuje jej umysłu. 
Właśnie w ten  
sposób uniknęła podstępu poprzednim razem, lecz padła jego ofiarą ponownie, 
gdy... 
- Lochivan! 
Wiedziała, że złość i narastające zmęczenie rozpraszają ją w czasie, gdy powinna 
być  
jak najbardziej skupiona, ale nie mogła przestać myśleć o zdradzie. Lochivan 
zawsze był jej  

background image

przyjacielem, niemal jak Gerrod... który przestrzegał ją, że przyjaźń przestanie 
się liczyć, gdy  
patriarcha wyda taki rozkaz. 
- Niech cię licho, Lochivanie! 
Tezerenee pojmali Czarnego Konia. Teraz wszystko sobie przypomniała, łącznie z  
krótkim mentalnym kontaktem z hebanowym rumakiem. Wprawdzie nie wyczuwała już 
jego  
tropu, ale wiedziała, że doprowadziłby ją do smoków i ich panów. 
- Lochivanie, módl się razem z Barakasem do swojego Smoka z Głębin, żeby Czarny  
Koń uwolnił się i dopadł was przede mną! 
Musiała się teleportować. Ostatnimi czasy używała czaru teleportacji tylko parę 
razy.  
Irracjonalny lęk, że ugrzęźnie w jakiejś otchłani podobnej do Pustki, 
powstrzymywał ją przed  
regularnym korzystaniem z tej metody przemieszczania się z miejsca na miejsce. 
Jednakże  
Czarny Koń potrzebował jej pomocy. Nie miała pojęcia, czy jej ojciec wyczuł  
niebezpieczeństwo grożące dawnemu towarzyszowi, lecz nie miała czasu go szukać. 
Była  
zbyt rozkojarzona. Każda kolejna minuta - a minęło ich już zbyt wiele, gdy 
wahała się przed  
podjęciem decyzji - zmniejszała szansę na uratowanie Czarnego Konia. 
Podniosła ręce i odetchnęła głęboko. Jeszcze tylko chwila na zebranie myśli i 
ruszy w  
drogę. 
Niepokojące wrażenie musnęło skraj jej świadomości. Coś błysnęło wokół jej szyi,  
uniemożliwiając oddychanie. 
Za jej plecami Lochivan rzekł spokojnie do drugiego niewidzialnego intruza: 
- W samą porę. Mówiłem ci, że możesz na mnie polegać. Świat Sharissy przemieni!  
się w rozmytą, brzęczącą plamę... a potem spowił ją całun ciemności i ciszy. 
 
VII 
 
- Gerrod. 
Czarodziej popatrzył na gościa. Przepastny kaptur pozwolił mu skryć zdziwienie  
wywołane nie zapowiedzianą wizytą. 
- Mistrz Dru. 
W świetle, które wpadało do chaty, Dru Zeree wyglądał okropnie. Gerrod zmrużył  
oczy. Czarnoksiężnik posiwiał, jego oblicze bruździły głębokie zmarszczki. Coś 
go martwiło,  
tak, ale Gerrod dostrzegł też coś innego - na co ci, którzy widywali mistrza 
Zeree codziennie,  
nie zwracali większej uwagi, bo zapewne sami podlegali podobnemu procesowi. 
Czarnoksiężnik starzał się. Nie w takim tempie jak on, ale bezsprzecznie. Gerrod  
zadrżał. Wygląd Dru Zeree potwierdzał jego obawy związane z wpływem tego świata. 
"A  
jednak - pomyślał z zazdrością - mistrz Zeree przez parę tysięcy lat cieszył się 
życiem w  
zdrowiu i pełni sił. Ma bezmiar wspomnień na otarcie łez. Dlaczego mnie nie 
będzie to  
dane?" 
- Potrzebuję twojej pomocy, Tezerenee. Znasz go lepiej niż ja i myślę, że masz 
talent,  
który pozwoli ci podążyć za nim tam, dokąd ją zabrał. 
Gerrod przestąpił z nogi na nogę, w pełni świadom, że bardziej przypomina stertę  
ubrań niż żywą osobę. Nie dbał o to. Płaszcz i kaptur odgradzały go od świata. 
Nieliczni  
goście żywili przekonanie, że ubiera się tak umyślnie, by wzbudzać 
zaniepokojenie. 
- Powiesz mi, jak mam to rozumieć? 
Dru westchnął, siląc się na zachowanie spokoju. 

background image

- Barakas uprowadził Sharissę. Jestem tego pewien. 
Wbrew usilnym staraniom Gerrod nie zdołał zapanować nad emocjami. 
- Co to ma znaczyć?! - zawołał. - Czy myśli, że zdoła zatrzymać ją w swoim  
prywatnym małym królestwie? Mój ojciec zawsze był szalony, ale nie głupi! Co się 
dzieje?  
Czyżby w końcu wybuchła wojna domowa? 
Gość uciszył go ruchem dłoni. 
- - Pozwól... pozwól mi wyjaśnić. - Dru z trudem zebrał myśli. - Trzy dni temu,  
dokładnie nie wiem, o jakiej porze, Sharissa i Czarny Koń zniknęli... - 
Potrząsnął głową. - Nie  
znasz Czarnego Konia, prawda? Powiem ci, że... 
- - Znam go. Mów dalej. 
Dru zrobił zdumioną minę, ale powstrzymał się od pytań. 
- - Zniknęli. Nikt o niczym nie wiedział do następnego dnia - podjął. - 
Powinienem  
coś zauważyć, ale Sharissa często przez całą noc ślęczała nad różnymi 
projektami. Co do  
Czarnego Konia, "kieszonkowy" świat Sirvak Dragoth przytępił mi zmysły 
pozwalające  
wykrywać jego obecność. Dopiero gdy opuściłem zamek i przybyłem do tego świata,  
zwróciłem uwagę na brak emanacji Wieczystego. Niedługo później ludzie zaczęli 
dopytywać  
o Sharissę. Dowiedziałem się, że wyjechała z miasta w tym kierunku... 
- - Była u mnie. Stąd wiem o Czarnym Koniu. - Gerrod starannie wymawiał słowa,  
bo nie chciał, żeby ojciec Sharissy odgadł jego wzburzenie. Mógłby zacząć się 
zastanawiać,  
dlaczego tak bardzo poruszyło go zniknięcie córki. Oczywiście, wiedział, że są  
zaprzyjaźnieni, ale mimo to... 
- - Wróciła od ciebie, jak się później okazało. Wziąłem na spytki parę bardziej  
wiarygodnych osób i dowiedziałem się, że ostatnio widziano ją przy pracy w 
komnacie. Ktoś  
powiedział, że powinienem poszukać niejakiego Bethkena, który z jakiegoś powodu 
pytał o  
Sharissę, ale nie udało mi się go znaleźć. Jego kwatera była pusta. Znikło 
wszystko, co mógł z  
sobą zabrać. 
- - Myślisz, że uciekł pod skrzydła mojego ojca. 
Dru odetchnął głęboko. Gerrod wiedział, że jeszcze nie usłyszał najgorszego.  
Podziwiał starszego czarnoksiężnika za zachowanie jasności umysłu w sytuacji, 
która musiała  
być dla niego niezwykle trudna. 
- Wybrałem się do wschodniej części miasta. Nie mogłem uwierzyć, że patriarcha  
poważyłby się na taki nierozsądny krok, ale plotki, niebezpodstawne, mówiły 
zgolą coś  
innego. - Czarnoksiężnik potrząsnął głową. - Nie będę ci powtarzać, czego 
dowiedziałem się  
o Czarnym Koniu. Powiem tylko, że moim zdaniem on również wpadł w ręce twojego 
klanu.  
Jego zniknięcie... zupełne zniknięcie... 
Dotknął skroni, dając do zrozumienia, że Czarny Koń znajduje się poza zasięgiem  
jego wyższych zmysłów. Gerrod już się tego domyślił. On też zwrócił uwagę na 
brak śladów  
obecności istoty, gdy zbudził się tego ranka. Nie wiedząc nic więcej, po prostu 
założył, że  
Czarny Koń uda! się na jakąś wyprawę z Sharissą. Nie byłoby to niczym dziwnym. 
Sharissą  
nie cierpiała teleportacji, a dzięki widmowemu rumakowi mogła przemierzać 
znaczne  
odległości w niezwykle krótkim czasie. 
Gerrod podniósł głowę i zobaczył, że Dru niespokojnie czeka na komentarz. 

background image

- - I co na to wszystko mój ojciec? Domyślam się, że kazat ci wysłuchać 
cesarskiej  
przemowy. 
- - Jego dzielnica jest pusta. Wszyscy odeszli. 
- - Co takiego? - Wstrząśnięty czarodziej potrącił stos notatek, które rozsypały 
się po  
kamiennej posadzce. Nawet nie spojrzał na arkusze. - Co mówisz? Odeszli? To 
absurd! - A  
jednak doskonale pamiętał przeszłość i wiedział, że klan potrafi błyskawicznie 
przenosić się z  
miejsca na miejsce. Sprawne przeprowadzanie tego manewru było jednym z wielu 
elementów  
gier wojennych patriarchy - wykonanie niespodziewanego ruchu zapewniało przewagę 
nad  
nieprzyjacielem. 
Ale przerzucenie ponad tysiąca osób w środku nocy? Patriarcha nie zostawiłby w  
mieście swoich popleczników, jeśli planował utworzyć nowe cesarstwo. 
- Dokąd poszli? Domyślam się, że na wschód. To najbardziej prawdopodobne. 
- Nie jestem pewien. Przypuszczam, że szczelna magiczna tarcza osłania Czarnego  
Konia, dlatego nie potrafię go wykryć. - Dru Zeree był zmęczony, bardzo 
zmęczony. 
Gerrod niemal mu współczuł, gdyż sam ledwie trzymał się na nogach. Nawet jego  
wielkie odkrycie nie poprawiało mu samopoczucia. W takim samym stopniu 
obiecywało  
życie, co śmierć. Gdyby ktoś dowiedział się o jego badaniach oraz o nadziei i 
strachu, jakie  
się z nimi wiązały, mógłby spróbować go zgładzić... albo wynieść na piedestał i 
sławić jak  
bohatera. Gerrod nie pragnął ani jednego, ani drugiego. 
- Musieli zostawić jakiś trop! - Czegoś tu brakowało. Mistrz magii jeszcze nie  
wszystko wyjawił. 
Dru niemal natychmiast udzielił odpowiedzi: 
- - Jest trop, słaby i najpewniej fałszywy, ale brak mi zdolności, by 
prześledzić go do  
samego końca. Mówiłem ci o swoim pobycie w Pustce i jak wreszcie stamtąd 
uciekłem,  
prawda? 
- - Chyba nie sugerujesz... 
- - Czarny Koń umie otworzyć... ścieżki... do innych światów. Niegdyś uczynił to 
dla  
mnie. - Twarz Dru złagodniała na chwilę, gdy pogrążył się we wspomnieniach. 
Otrząsnął się  
z zadumy na myśl o losie córki i podjął: - Być może zwariowałem, ale to by 
wyjaśniało,  
dlaczego nie mogłem znaleźć żadnego śladu. Sięgnąłem na wschód najdalej jak 
śmiałem, lecz  
od początku wiedziałem, że nie skierowali się w tamtą stronę. Nie, myślę, że 
Barakas porwał  
Sharissę, żeby zmusić Czarnego Konia do otworzenia ścieżki, którą odeszli 
Tezerenee. I  
wydaje mi się, że ścieżka ta wiedzie nie w jakieś inne miejsce na tym 
kontynencie, ale na ląd,  
o którym patriarcha nie zapomniał mimo upływu piętnastu lat. 
- - Smocze Królestwo - Gerrod podał nazwę, której nie chciał wypowiedzieć jego  
gość. Jego głos brzmiał zimno; takim tonem mógłby powitać ojca, pana klanu. 
Trudne do  
uwierzenia, ale możliwe było to, że władca Tezerenee obmyślił taki przebiegły 
plan i  
wprowadził go w życie. Wykorzystać ścieżki w zaświatach, wiodące do Smoczego  
Królestwa! Przed ojcem, który strawił lata na gorzkich rozmyślaniach o ziemiach 
odebranych  

background image

mu przez założycieli, wreszcie otworzyła się możliwość stworzenia wielkiego 
imperium.  
Magiczna istota zwana Czarnym Koniem z łatwością mogła osiągnąć to, co nawet dla  
Vraadow u szczytu potęgi byłoby niezmiernie trudnym przedsięwzięciem. Sharissa 
została  
uprowadzona. 
- - Pomożesz mi? - zapytał Dru z nadzieją. 
- - Co miałbym dla ciebie zrobić? 
- - Wskazać mi drogę, którą można za nimi podążyć. Wiem, że masz jakąś teorię.  
Razem z Silestim zbiorę ochotników, a będzie ich więcej niż potrzeba. Tym razem 
smok i  
jego dzieci drogo zapłacą za swoją butę! - Moc trzasnęła wokół rąk 
czarnoksiężnika. 
Gerrod zdumiał się i zarazem wzdrygnął na widok magicznego blasku. Za każdym  
razem, gdy Sharissa przybywała do niego w odwiedziny, nie mógł powstrzymać 
refleksji, że  
ta sama moc pod kontrolą założycieli przemieniła ludzi podobnych do Vraadow w 
takie  
stworzenia, jak Poszukiwacze. 
- W tej kwestii jesteś chyba dużo lepszy ode mnie - zauważył. - Jeśli ktokolwiek  
posiada odpowiednie umiejętności, to tylko ty. 
Żar spłowiał tak nagle, że Gerrod zamrugał. Dru schował twarz w dłoniach. 
- - Nie mogę! Moja wiedza nie wystarcza! 
- - Twoi sprzymierzeńczy o pustych obliczach... 
- - Spacerują, jak gdyby nie wydarzyło się nic złego! Gdybym miał mniej wiary,  
mógłbym przyjąć, że są po części odpowiedzialni za to, iż dowiedziałem się o 
wszystkim  
poniewczasie. Tysiąc osób, nieprzebrane stada smoków i innych zwierząt... 
wszyscy zniknęli  
w ciągu jednej nocy! 
Czarodziej pamiętał, jak nie-ludzie odnosili się do przybysza z Pustki i jak 
skazali go  
na wieczne wygnanie. Nie wątpił, że od samego początku uważali Czarnego Konia za  
przypadkowy czynnik zakłócający ich starannie opracowany eksperyment. Bez trudu 
mógł  
wyobrazić sobie ich zadowolenie z nagłego odejścia cienistego rumaka. Fakt, że 
zniknęła  
również Sharissa, był po prostu niefortunnym skutkiem ubocznym. 
Gerrod zdawał sobie sprawę, że jego przekonanie wyrasta z uprzedzenia do  
beztwarzych istot, lecz ani trochę o to nie dbał. W jego oczach nie-ludzie byli 
wrogami.  
Opinia ta była jedną z nielicznych, które podzielał ze swoim byłym klanem. 
Przez pewien czas patrzył na jedynego Vraada poza Sharissą, którego szczerze  
podziwiał. Dru przegarnął ręką siwiejące włosy, jakimś sposobem nie burząc 
srebrnego  
pasma. Gerrod domyślał się, że najpewniej nie zmrużył oka od chwili, gdy 
dowiedział się, że  
zniknięcie Sharissy zbiegło się z odejściem Tezerenee. Martwił się również o 
stwora, którego  
zwał swoim przyjacielem. Gerrod był umiarkowanie zainteresowany losem hebanowego  
ogiera. Dla niego liczyła się tylko Sharissą. 
Czarodziej podjął decyzję. Nie był nią zachwycony, ale musiał przyznać, że nie 
ma  
innego wyjścia. 
- - Może uda mi się coś zrobić. Potrzebuję pięć dni. 
- - Pięć dni - powtórzył bezbarwnym głosem mistrz magii. Bez wątpienia wyobrażał  
sobie, co może się wydarzyć w ciągu tego czasu. Jego córkę mogła spotkać śmierć 
lub, czego  
Gerrod skrycie się obawiał, los znacznie gorszy. Wejście do klanu Tezerenee 
przez  
małżeństwo z którymś potomkiem patriarchy, najpewniej Reeganem. 

background image

Nie było tajemnicą, że patriarcha zazdrościł jej zdolności. Zapewne żywił  
przekonanie, że przekaże swój dar własnym dzieciom - co zresztą nie było 
wykluczone. Dru  
widział Sharissę tylko jako zakładniczkę, dzięki której Tezerenee zmuszają 
Czarnego Konia  
do współpracy. Gdy przemyśli wszystko na spokojnie, dostrzeże drugą możliwość. 
Gerrod  
miał nadzieję, że zanim do tego dojdzie, okoliczności ulegną zmianie. 
- - Pięć dni, tak. Chcę, żebyś zrobił coś dla mnie w tym czasie. 
- - Co? 
Gerrod pochylił się i szeptem, jakby byli podsłuchiwani - nikt nie mógł  
zagwarantować, że jest inaczej - powiedział: 
- - Miej baczenie na nie-ludzi. Patrz, co robią i czego nie robią. Obserwuj to, 
co  
obserwują. 
- - Czego się spodziewasz? Co miałbym odkryć? 
Mając wytyczony cel, Dru Zeree wyrwał się z odrętwienia. Miłość do córki była  
słabością, ale Gerrod wiedział, że może stanowić również źródło siły. Sam nie 
miał nic  
przeciwko temu uczuciu, wiedział jednak, że gdy jest głębokie, potrafi 
zaślepiać. Uważał się  
za szczęśliwca, że nigdy nie poznał takiej skrajności. Ci, którym zbyt mocno na 
kimś  
zależało, na krewnym lub kochance, dawali się wciągać w niebezpieczne sytuacje. 
- - Za wcześnie, by o tym mówić - rzekł, wreszcie odpowiadając na pytanie. Rad 
był,  
że Dru nie może dokładnie zobaczyć jego twarzy. Lepiej, żeby w tej chwili nie 
widział jego  
miny. - Uwierz mi, to konieczne. 
- - W porządku. 
- - Zatem wszystko uzgodnione. Życzę dobrego dnia, mistrzu Zeree. - Gerrod  
odwrócił się i udał, że porządkuje notatki. Słyszał, jak Dru przestępuje z nogi 
na nogę, jakby  
niepewny, jak zareagować na oschłą odprawę. Gerrod dalej przekładał papiery. 
Wreszcie  
zapadła cisza. Mniej więcej po minucie odwrócił się niby przypadkiem. Dru Zeree 
opuścił  
jego chatę. Czarodziej potrząsnął głową. Mimo wszystkich swoich zdolności Dru 
Zeree był  
bezradny bez jego pomocy. W innych okolicznościach taki stan rzeczy mógłby nawet  
wydawać się komiczny. 
Gerrod podniósł się i zaczął szukać wśród swego skromnego dobytku szkatułki, 
którą  
bez wiedzy Sharissy i Dru zabrał z ich siedziby w Nimth. Wprawdzie wątpił, że 
mistrz Zeree  
zorientuje się, iż pięć dni to przesadnie długi termin, ale wolał nie zwlekać. 
Istniało ryzyko, że  
Dru zajrzy do niego przed wyznaczonym dniem. W takim wypadku stwierdziłby, że 
czas  
potrzebny na przygotowania jest znacznie krótszy. Gerrod potrzebował nie pięciu 
dni, ale  
raczej pięciu minut. Pięć minut albo wcale... jeśli tylko uda mu się znaleźć 
szkatułkę. 
Gerrod rozchylił wystrzępioną szmatę, która niegdyś była workiem, i popatrzył na  
swoje znalezisko. Ostrożnie wydobył szkatułkę, postawił na podłodze i otworzył. 
W trakcie przeglądania zawartości wypowiedział parę bezsensownych sylab, a  
dźwięki podziałały jako sygnał, który zaczął powoli budzić drzemiącą w nim moc. 
Wyjął ze  
szkatułki jeden idealnie ukształtowany kryształ, łup z utraconej kolekcji Dru. 
"Powinien  

background image

zadziałać jako węzeł sił" - pomyślał. Zastanowił się, co zrobiliby inni 
Vraadowie, gdyby  
wiedzieli, że odzyskał część tego, co oni stracili podczas przeprawy. Co 
zaoferowaliby mu w  
zamian za bodaj cień dni dawnej chwały, dni boskości? 
Co zaproponowaliby mu za szansę przyzwania vraadzkiej magii bez nadwątlania  
własnej siły życiowej? 
Nie chciał niczego. 
Zaswędział go nos. Gerrod wciągnął powietrze. Gdyby zamknął oczy, mógłby  
wyobrazić sobie, że wrócił do Nimth. Wszystko przesycała słodka woń rozkładu. 
Działo się  
tak zawsze, gdy ważył się budzić więź, którą stworzył. Pozornie niepokonana 
bariera, którą  
czarodziejscy słudzy założycieli odgrodzili Nimth, w końcu poddała się jego 
zaciekłym  
atakom, choć drogo zapłacił za zwycięstwo. Mógł teraz czerpać moc z ojczystego 
świata i  
wykorzystywać ją w tym, zamiast wypalać własną siłę życiową, jak robili jego 
pobratymcy.  
Istniały jednak pewne ograniczenia. Wprawdzie uczynił wyłom w barierze, lecz nie 
mógł go  
poszerzyć. Próbował niejeden raz, narażając nowy świat i siebie na skażenie 
vraadzkimi  
czarami. Być może podświadomie wzbraniał się przed poszerzeniem wyłomu; nie 
umiał  
powiedzieć. 
Jednakże taka więź nie wystarczała. Przypuszczał, że z czasem mógłby przedłużyć  
sobie życie, ale nie osiągnąłby upragnionej nieśmiertelności. Musiał być inny 
sposób. 
"A gdyby związać magię tych dwóch światów...?" Gerrod mimo woli zaczął rozważać  
ten pomysł, lecz po chwili zbeształ się w duchu. Miał uratować Sharissę i 
Czarnego Konia, i  
na tym koniec. Inne cele, inne marzenia, muszą zaczekać, aż znajdzie bardziej 
bezpieczne  
rozwiązanie. Czerpanie siły życiowej z tego świata byłoby równoznaczne z 
poddaniem mu się  
tak, jak jeden po drugim robili to inni. Czekałby go los gorszy od śmierci - 
stałby się  
potworem, jak Poszukiwacze. 
Tezerenee zdawał sobie sprawę, że gra na zwłokę, że w głębi duszy boi się zrobić  
ostatni krok. 
- Sharissa. 
Jego rodzina wzięła ją w niewolę. Wielmożny smok i jego dzieci. Jego ojciec. 
Jego  
ociec uwięził Sharissę. 
Gerrod trzasnął kryształem w podłogę. Wiedział, że go nie zniszczy - rozbicie  
kamienia wymagałoby znacznie więcej zachodu. Strach go nie opuścił, ale już nie 
będzie  
zwlekać. Pospieszy na ratunek, nie tylko dla dobra Sharissy, ale by pokrzyżować 
plany swoim  
dawnym współplemieńcom... by utrzeć nosa znienawidzonemu ojcu. 
Uśmiechnął się na tę myśl. 
- - Nie było tego tutaj, gdy szliśmy tą drogą - zauważył Rayke. 
- - Tak, myślę, że też bym to zauważył - odparł Faunon. Zganił się za tę drwiącą  
odpowiedź. Zdawał sobie sprawę, że Rayke odczuwa niepokój, a może nawet strach. 
Nie  
mógł winić ani jego, ani nikogo z pozostałych; sam też się bał i dlatego 
zareagował tak  
obcesowo. 
- - Skąd to się wzięło? - zapytał jeden z elfów. 

background image

Faunon był pewien, że każdy członek oddziału zadał to samo pytanie w ciągu 
ostatniej  
godziny. 
"No właśnie, skąd to się wzięło?" - spytał się w duchu. 
Zerkali spomiędzy drzew na ogromną kamienną warownię. Budowla zachwycała  
kunsztem budowlanym, lecz wywierała przytłaczające wrażenie. Wyglądała dość 
potężnie, by  
pomieścić parę tysięcy osób. Zdawało się, że główna wieża przewyższa niższe z 
górskich  
szczytów. Faunon wiedział, że to tylko złudzenie, ale mimo to... 
- - Żaden elf nigdy nie zbudował czegoś takiego! Poszukiwacz też nie! - Rayke  
zacisnął dłoń na rękojeści miecza. 
- - A już na pewno nie w parę dni. 
- - Spójrzcie! - szepnął jakiś młodszy elf. 
W przestworza wzbił się smok. Elfy z założenia unikały stworzeń, które miały  
skłonności do atakowania wszystkiego, co się rusza. Poza tym smocze mięso było 
niezbyt  
smaczne. Teraz jednakże ich uwagę przyciągnęła nie sama bestia, lecz jej 
pasażer. 
- Ktoś go dosiada! - zawołał Rayke. Oczy mu zogromniały. 
Faunon ze zdumieniem przyjrzał się jeźdźcowi. Był mniej więcej wzrostu elfa, 
lecz  
znacznie potężniejszej budowy. Ciemnozielona zbroja zlewała się ze skórą smoka, 
dlatego  
wydawało się, że jeździec i skrzydlaty wierzchowiec stanowią jedną całość. Twarz 
jeźdźca  
kryła się pod hełmem w kształcie zębatej smoczej paszczy. Faunon wątpił, czy 
jeździec  
należy do rasy spokrewnionej z elfami. Budową przypominał jego współplemieńców, 
ale to  
samo można było powiedzieć o skrzydlatych czy Quelach. 
- - Jest drugi - szepnął inny elf. 
- - I następni - zauważył Faunon. Za drugą parą pojawiła się trzecia i czwarta. 
- To  
patrol. 
- - Powinniśmy stąd odejść, Faunonie! 
- - Mogą wypatrzeć nas w każdej chwili... 
- - Cicho! - syknął Rayke. - Przez to gadanie prędzej nas znajdą! - Odwrócił się 
do  
Faunona. - Co powiesz? Odchodzimy czy ryzykujemy? Starszyznę niewątpliwie 
zainteresują  
zebrane przez nas informacje. 
- - Ale nie za cenę naszego życia. Wycofamy się i skręcimy na zachód, pod osłonę  
bardziej gęstych lasów. Stamtąd będzie znacznie lepszy widok. 
Szybko podjęta decyzja wszystkim dodała otuchy. Faunon miał nadzieję, że  
podkomendni czują się lepiej niż on. Kiedy zadał sobie pytanie, kto w 
przyszłości będzie  
władać tymi ziemiami, nie spodziewał się tak szybkiej odpowiedzi. Nie ulegało 
wątpliwości,  
że przybysze zjawili się tutaj z zamiarem podboju. Prędzej czy później ich 
ścieżki skrzyżują  
się z elfimi. Jego oddział powinien zebrać jak najwięcej informacji o 
potencjalnych  
przeciwnikach. 
Zwiadowcy cichcem - a trzeba przyznać, że sztukę bezszelestnego poruszania się 
po  
lesie opanowali w stopniu nieosiągalnym dla innych elfów - opuścili punkt 
obserwacyjny.  
"Całe szczęście" - pomyślał Faunon. Powietrzny patrol kierował się w ich stronę 
i już  

background image

niedługo miał się znaleźć nad tą okolicą. Gdyby zostali na swoich miejscach, 
jeźdźcy  
wypatrzyliby ich z wysoka. 
Faunon wiedział, że w starciu z podniebnymi wojownikami jego ludzie nie mieliby  
cienia szansy. Przeszycie skóry smoka graniczyło z niemożliwością, a jeźdźcy 
kierowali  
bestiami z taką wprawą, że celny strzał w oko lub pysk niemal nie wchodził w 
rachubę. Nosili  
zbroje nie od parady; widać było, że są wojownikami z prawdziwego zdarzenia. 
Czas mijał dużo szybciej, niż elfi dowódca mógłby sobie życzyć. Zerknął przez 
ramię  
i zobaczył, że smoki jeszcze nie dotarty nad ich niedawną pozycję. Uznał, że to 
trochę  
dziwne. Powinny już krążyć nad lasem. Lepiej się pospieszyć. 
Rayke zrównał się z Faunonem. Próbował odgadnąć przyczynę jego niepokoju. 
- - O co chodzi? Dostrzegli nas? 
- - Sam nie wiem... 
Usłyszeli ciche trzaski w lesie od wschodu. W uszach Faunona hałas brzmiał jak  
podzwonne... po nich wszystkich. 
- Gotować się! - szepnął. - Idą na nas! 
Ponad tuzin zębatych straszydeł niosących zbrojnych jeźdźców wypadło spomiędzy  
drzew w parę oddechów po jego ostrzeżeniu, ale elfi zwiadowcy zdążyli się 
przygotować.  
Strzały posypały się na napastników. Były celne, trafiały w jeźdźców, lecz na 
nieszczęście  
pancerze okazały się zbyt mocne. Groty, choć wzmocnione elfią magią, odbijały 
się od nich,  
nie czyniąc szkody; tylko jeden strzelec trafił w szczelinę na oczy. Jeździec 
zginął na miejscu.  
Ciało odchyliło się w siodle, ale strzemiona nie pozwoliły mu spaść na ziemię i 
podskakiwało  
niczym makabryczna kukła, podczas gdy wierzchowiec dotrzymywał kroku pozostałym. 
- Łucznicy! Strzelać w jaszczury! - Faunon wiedział, że smoki wierzchowe nie są 
zbyt  
zwrotne. Na razie drzewa i krzaki zapewniały przewagę elfom, ale wkrótce smoki 
miały  
znaleźć się dość blisko, by zrobić użytek ze szponów i zębów. Chciał wybić je, 
zanim do tego  
dojdzie. 
Równocześnie z walką fizyczną rozgrywała się druga bitwa, choć jeszcze nikt nie  
widział ani nie czuł jej skutków. Elfia magia ścierała się z ohydnymi, 
niszczycielskimi  
czarami. Faunon zachodził w głowę, z kim mają do czynienia. Miał nadzieję, że 
jego ludzie  
uzyskają przewagę. Myli! się. W tej chwili panował impas, lecz nikt nie umiał 
przewidzieć,  
jak długo się utrzyma. Faunon obawiał się, że sytuacja nie obróci się na korzyść 
elfów. Już  
czuł zmęczenie umysłu, choć tylko się osłaniał, nie atakował, gdyż dysponował 
mniejszymi  
niż inni czarodziejskimi zdolnościami. 
Jeźdźcy złamali szyk, wymijając drzewa. Strzała wniknęła w oko jednego 
jaszczura,  
który przystanął i łapą próbował usunąć przyczynę bólu. Jeździec walczył o 
odzyskanie  
panowania nad bestią. 
"Mamy szansę!" - pomyślał Faunon, gotując się do odparcia pierwszego napastnika. 
Usłyszał szum skrzydeł nad głową i od razu wiedział, że to nie Sheeka. 
"Powietrzny patrol od początku znał naszą pozycję". 
- - Przechytrzyli nas! - Faunon ze strachem w sercu patrzył, jak smoki obniżają 
lot.  

background image

Te na dole kontynuowały szarżę. Z dwunastu bestii zostało dziesięć. Zginęło też 
trzech  
wojowników, a czterech zeskoczyło na ziemię ze zranionych wierzchowców. Może, 
gdyby  
zwiadowcy przedarli się w gąszcz, mogliby przegrupować się i zająć lepsze 
pozycje. 
- - Faunon! Z tyłu! - zawołał Rayke. 
Faunon rzucił się w bok i usłyszał szum, gdy latający smok poderwał się w górę,  
zaciskając puste pazury. 
Inny elf miał mniej szczęścia. Skupiony na zbrojnych przemykających między  
drzewami nie zauważył pikującego potwora i został uniesiony w powietrze. Zdążył 
wrzasnąć,  
nim smok jednym kłapnięciem potężnych szczęk odgryzł mu głowę. 
Faunonowi zrobiło się niedobrze. Chciał zwymiotować, ale zapanował nad  
mdłościami. Wiedział, że inni mogą ucierpieć, gdy on będzie roztkliwiać się nad 
sobą. Lepiej  
przemienić strach w energię. 
Patrząc w niebo, czy nic mu nie grozi, skoczył w las po prawej stronie. Trzej  
napastnicy już walczyli wręcz z elfami. Jeźdźcy na smokach miotali się we 
wszystkie strony,  
ścigając swoje wymykające się ofiary. Podwładni Faunona równie dobrze jak on 
znali swoją  
przyszłość, lecz nie przyjmowali tej wiedzy do wiadomości. 
Czekała ich śmierć. Przeciwnik wziął ich w kleszcze, poza tym miał przewagę  
liczebną... Zostaną wybici do nogi, ale zabiorą z sobą jak najwięcej 
nieprzyjaciół. Taki był  
również plan ich dowódcy. 
Jeźdźcy na skrzydlatych smokach zapomnieli o nim w panującym chaosie; ten, który  
go zaatakował, być może myślał, że jego wierzchowiec zabił go w locie. 
Niezależnie od  
powodów, Faunon zamierzał jak najlepiej wykorzystać sytuację. Gdyby zdołał 
przedostać na  
tyły wroga, mógłby eliminować przeciwników jednego po drugim, dopóki w końcu 
ktoś go  
nie zauważy. Nie był to najbardziej chwalebny sposób walki, ale Faunon zawsze 
hołdował  
pragmatyzmowi. 
Zatrzeszczały krzaki, zajęczała ziemia. Smok pędził w stronę jego kryjówki. Był 
bez  
jeźdźca. Elf trzymał miecz w pogotowiu, mając nadzieję, że nie będzie musiał 
tracić sił na  
starcie z potworem. Może wyszedłby z życiem, ale hałas z pewnością zaalarmowałby  
nieprzyjaciela. Na szczeście wiatr mu sprzyjał, a sam jaszczur wydawał się 
bardziej  
zainteresowany ucieczką niż walką. Faunon zobaczył, dlaczego: jedno ślepie miał 
zamknięte i  
zalane krwią, i broczył obficie z rany na karku. Kawałek elfiego miecza nadal 
tkwił w ranie,  
która za parę minut miała spowodować śmierć bestii. Właściciel oręża najpewniej 
rozstał się z  
życiem. Faunon miał nadzieję, że przynajmniej zabił jeźdźca. 
Szedł w trop za rannym smokiem, aż oddalił się od pola bitwy na bezpieczną  
odległość. Chciał skręcić, żeby okrążyć wroga, ale jeszcze raz spojrzał w ślad 
za jaszczurem. 
Między drzewami mignęły trzy postacie odziane podobnie do napastników. Ich  
postawa zdradzała dowódców. Jeden, potężny jak niedźwiedź, miał szkarłatny 
płaszcz na  
ramionach. Wraz z pozostałymi z umiarkowanym zainteresowaniem obserwował 
przebieg  
bitwy. 
Faunon zmienił zamiar. 

background image

Gdy ruszył w stronę trzech jeźdźców, zgiełk bitewny zaczął przycichać. To 
znaczyło,  
że jego towarzysze albo zostali wybici, albo wpadli w niewolę. Było mu wstyd, że 
ich  
opuścił, choc przyświecał mu szczytny cel. Niewiele mógł zrobić, gdy latające 
smoki  
dołączyły do bitwy. Teraz nadarzała się doskonała okazja wyeliminowania 
dowódców. Być  
może ci trzej jeźdźcy nie stali wysoko w hierarchii swojego ludu, ale udany atak 
mógł  
sprawić, że nieprzyjaciel zastanowi się dwa razy przed uderzeniem na elfów. 
- Ruszaj! - warknął ktoś w pobliżu. 
Faunon zamarł, pewien, że został odkryty. Sekundę później w polu widzenia 
pojawił  
się pieszy wojownik, gnający przed sobą rannego smoka. Wojownik i jego bestia 
zmierzali  
mniej więcej w tym samym kierunku, co on. Elf wstrzymał oddech i czekał. Ani 
smok, ani  
jego pan nie grzeszyli nadmierną czujnością, i w tym leżała jego jedyna 
nadzieja. Niestety,  
szansę na powodzenie planu znacznie zmalały. W pobliżu mogli być inni wojownicy. 
Faunon  
zastanawiał się, czy w tych okolicznościach zdoła powalić przynajmniej jednego z  
dowódców. 
Raptem jaszczur zatrzymał się i zaczął węszyć. Zbrojny dźgnął go sztychem w zad. 
- Ruszaj, bo zgnijesz tutaj! Smocza krew! Ty głupie bydlę! Chłód przebiegł po  
plecach Faunona, gdy smok zwrócił pysk w jego stronę. 
Wiatr się zmienił. 
Nie bacząc na przeklinającego dozorcę, ranne zwierzę skręciło, znęcone zapachem.  
Elf podniósł miecz, a po namyśle spróbował przygotować zaklęcie. Wyższe zmysły 
miał  
wyostrzone, lecz dysponował mniejszymi umiejętnościami praktycznymi niż 
większość jego  
pobratymców. Dlatego w bitwie mógł tylko osłaniać się czarami. Niektórzy, jak 
Rayke,  
potrafili w tym samym czasie walczyć na obu płaszczyznach, magicznej i 
fizycznej. 
Smok zwolnił i znów zaczął obwąchiwać. Zatrzymał się parę kroków od kryjówki  
elfa. Zbrojny podszedł i przyłożył mu płazem miecza. 
- Zawracaj! 
Smok zachwiał się, bo rany pozbawiły go siły, ale nie chciał zawrócić. Syknął na  
drzewa osłaniające Faunona przed wzrokiem wojownika. 
- Czy tam... - Wojownik umilkł, potem zlustrował teren, który tak bardzo 
interesował  
jaszczura. Faunon wiedział, że jego szczęście się kończy. 
- - Wielmożny Reeganie! Tam jest jeden z nich... - Okrzyk urwał się, gdy elf 
wypadł  
z kryjówki i skoczył na wojownika. Wojownik poderwał broń, żeby się osłonić, ale 
nie  
docenił prędkości elfa. Faunon przekręcił miecz i ciął w miejsce, gdzie hełm 
spotyka się z  
napierśnikiem. Niestety, nie dorównał Rayke'owi, który tak zwinnie rozprawił się 
z draką.  
Nie dosięgnął sztychem gardła przeciwnika. Ostrze wyrysowało szkarłatną pręgę z 
boku szyi. 
- - Zabij! - wrzasnął wojownik, oddychając nierówno. Cofnął się, zaciskając ręce 
na  
ranie. Pchnięty dłonią hełm zasłonił mu oczy. 
Faunon nie miał czasu go dobić, ponieważ smok, choć zdychał, nadal był 
śmiertelnie  

background image

groźny. Kłapnął zębami, omijając dozorcę, żeby nie zrobić mu krzywdy. Elf 
uskoczył,  
starając się trzymać blisko rannego wojownika, który ku jego zdziwieniu osunął 
się na kolana. 
Wiedział, że zbliżają się trzej jeźdźcy, ale nie śmiał oderwać wzroku od  
bezpośredniego zagrożenia. Smok machnął pazurami. Był osłabiony i źle wymierzył  
odległość. Faunon przypadł do niego, chcąc wyłupić mu zdrowe oko, ale bestia, 
być może  
pamiętając o utracie pierwszego ślepia, zwinnie wymknęła się poza zasięg miecza. 
Elf już nie musiał się obawiać, że zdradzi swoją pozycję. Rzucił drugie 
zaklęcie.  
Pierwsze zatraciło się w którymś momencie starcia. To było przypadkowe, ale 
mogło  
zapewnić mu kilka cennych sekund. 
Głos dochodzący z niewidzialnego źródła za smokiem rozkazał: 
- Cofnij się! Odsuń się od niego! Natychmiast! 
Gad przystanął i zaczął węszyć. Był zaskoczony i zdezorientowany. 
- Cofnij się, mówię! - Głos należał do wojownika zranionego przez Faunona.  
Wojownik leżał bez ruchu, zalany krwią. Smok nie wiedział, co począć. Syknął, 
ale pozostał  
na swoim miejscu. Jego ograniczony umysł nie potrafił zrozumieć, że stojące 
przed nim  
maleńkie stworzenie próbuje wywieść go w pole. Faunon rzucił czar naśladowczy, 
jedyny,  
jakiego w przeszłości używał z powodzeniem. Ostrożnie podniósł miecz, gotów 
zadać ostatni  
cios, gdyby jaszczur nie posłuchał rozkazu i rzucił się na niego. 
Dysząc ciężko, ranna bestia zaczęła się odwracać. Faunon cofnął się między 
drzewa.  
Miał nadzieję, że zdąży uciec, zanim pojawią się inni. 
Wrzasnął, gdy odrętwiający ból przeszył mu nogę. Zobaczył strzałę wystającą z 
uda. 
- - I co? - Gburowaty głos zdradzał rozczarowanie. - Dlaczego go nie dobijesz? 
- - Smoka czy elfa? - odparł radośnie drugi głos. Faunon miał wrażenie, że ten  
rozmówca z równym zadowoleniem zabiłby go lub poczęstował kielichem. 
- - Po co nam elf? 
- - Ojciec kazał wziąć jeńca. 
Faunon czuł tętnienie krwi w całym ciele. Usłyszał tupot smoczych łap i 
popatrzył na  
jeźdźców. Oczywiście, byli to ci trzej, których próbował podejść, zanim ranna 
bestia go nie  
wywęszyła. Potężnie zbudowany wojownik w szkarłatnej pelerynie patrzył na 
szczuplejszego  
wojownika z łukiem. Za nimi jechał trzeci. Najwyraźniej zajmował niższą pozycję; 
jego  
postawa sugerowała, że jest zaledwie tolerowany. Wszyscy trzej mieli hełmy, 
które  
przysłaniały twarze. Faunon nadal nie wiedział, jak wyglądają jego wrogowie. 
- - Mamy drugiego - mruknął ten o posturze niedźwiedzia. 
- - Nie pociągnie zbyt długo, Reeganie. Tego zraniłem tylko tak, żeby nie mógł  
uciec. Ojciec powinien być zadowolony. 
Jeździec zwany Reeganem odwrócił się do trzeciego i wskazał mu bezwładną postać  
leżącą przy zmęczonym smoku. 
- Zajmij się nim. 
Faunon zaczynał czuć się zaniedbany. Czyżby zapomnieli, że jest uzbrojony? 
Trzymał  
miecz przed sobą, zachęcając trzeciego wojownika, żeby podszedł bliżej. 
Wyniosły jeździec pokręcił głową. 
- Odłóż to. Nic nie zyskasz. 
- - Chodź i przekonaj się! 

background image

- - Myślę... niech to licho! - Jeździec ściągnął smoczy helm. Faunon zobaczy! 
bladą  
twarz. Gdyby ujrzał ją w marnie oświetlonej komnacie i wysilił wyobraźnię, 
mógłby ją  
nazwać przystojną. Przyjrzał się uszom. W przeciwieństwie do elfich były 
zaokrąglone. 
Największy niepokój wzbudzały oczy. Nigdy nawet o takich nie słyszał. 
Krystaliczne.  
Piękne, ale zimne. I okrągłe. Elfie oczy miały kształt migdałów. 
"Czyżby to byli..." 
- Znów ci dokucza, Lochivanie? - zapytał niedźwiedź. Faunon dopiero teraz 
zwrócił  
uwagę, że jego hełm jest ukształtowany w taki sposób, by nie krępować bujnej 
brody. 
Lochivan zapamiętale drapał się po karku. 
- Muszę być na coś uczulony! Od kiedy tu jesteśmy, swędzi mnie dużo gorzej. 
Trzeci jeździec, który miał zająć się wojownikiem rozpostartym na ziemi, 
zawołał: 
- - Nie żyje! Miecz przeciął mu tętnicę na szyi. 
- - Dobry cios - pochwalił Reegan. - Pokaż mi swoją broń. 
- - Nie myślisz chyba... - Siła, która niemal wykręciła palce, wyszarpnęła 
długi,  
smukły miecz z dłoni elfa. 
Miecz poszybował spiralnie w powietrzu i wylądował pewnie w lewej ręce potężnego  
wojownika. Reegan odwrócił się do swego towarzysza i pokiwał głową, jakby był 
dumny ze  
swego wyczynu. 
- - Mówiłem ci. Odzyskaliśmy naszą moc. Nie wiem, jak ani dlaczego, ale  
powróciła. - Lochivan przestał się drapać. Na jego szyi widniała wyraźna 
czerwona pręga.  
Uśmiechnął się lekko do rannego elfa, który ledwo trzymał się na nogach z 
wyczerpania, bólu  
i poczucia niemocy. - Reegan jest wielkim miłośnikiem broni - wyjaśnił niemal  
przyjacielskim tonem. - Wyróżnia się nawet wśród Tezerenee. 
- - Jesteście więc... Tezerenee? - Ta nazwa nic mu nie mówiła, i właśnie dlatego  
Faunon odetchnął z ulgą. Dumna, arogancka postawa wojowników przywodziła mu na 
myśl  
straszliwe demony z baśni opowiadanych przez matkę. 
- Jesteśmy urodzonymi Tezerenee z klanu smoka - dodał Lochivan. Założył hełm.  
Chcąc nie chcąc. Faunon spojrzał w smocze ślepia. Były takie same jak oczy 
człowieka, który  
nosił hełm. Lochivan wskazał na Reegana. - Mój brat i ja. Inni są przybranymi 
Tezerenee,  
dlatego walczą mniej wprawnie. Wszyscy jednakże znani jesteśmy jako Vraadowie. -  
Wojownik poderwał głowę w ruchu, który mógł wyrażać zaciekawienie. - Jesteś 
elfem, więc  
myślę, że o nas słyszałeś. 
Nogi ugięły się pod Faunonem. Przycisnął się do drzewa, które nadal go  
podtrzymywało, przynajmniej w teorii. Wlepił spojrzenie w dwóch jeźdźców. 
- Myślę, że możemy uznać to za potwierdzenie - rzekł Lochivan. Zerknął na  
wojownika stojącego nad zwłokami towarzysza. - Zwiąż jeńca i zawlecz do zamku. 
 
VIII 
 
- Widzisz, demonie? Dotrzymuję słowa. Zrobiłeś, o co prosiłem, a ja ją 
zbudziłem.  
Wiesz, że nie musiałem. 
Duch Sharissy unosił się na morzu pustki. Głosy były tutaj wszystkim, na czym 
mogła  
się oprzeć, lecz do tej chwili zdawały się napływać z ogromnej odległości. Teraz 
płynęła ku  

background image

nim bez wysiłku. 
- Widzę, że jesteś chętny dawać to, co nie jest twoje, co tak naprawdę należy do  
obdarowanego! Ja tak to widzę! 
Głosy brzmiały znajomo i choć wcale jej nie obchodziły, obiecywały światło, 
podczas  
gdy ona miała w pamięci tylko ciemność. 
Jeden z rozmówców wrzasnął w niewysłowionych męczarniach. Sharissa zwolniła lot  
ku jasności, pragnąc w jakiś sposób przynieść ulgę cierpiącemu. Nie mogła nic 
zrobić.  
Wiedziała, że najpierw musi wrócić do światła. 
Wrzask ucichł. Już się bała, że znów zatraci się w ciemnościach, gdy przemówił  
pierwszy głos. Brzmiał szyderczo, choć słowa wyrażały współczucie: 
- - Zmuszasz mnie do robienia rzeczy, których wolałbym nie robić, demonie. Sam  
jesteś sprawcą swojego cierpienia. 
- - Czarny Koń? - Sharissa jeszcze nie widziała, nie czuła nawet własnego ciała, 
ale  
w końcu wracała jej pamięć. W tej chwili wspomnienia wydawały się najcenniejszym  
skarbem. 
- - To powinno wystarczyć. A teraz wracaj tam, skąd cię wezwałem. 
- - Bodaj Pustka cię pochłonęła, wielmożny Bara... 
- - Czarny Koń? - Sharissa z trudem otworzyła oczy. Wróciły do niej wspomnienia  
napaści. Była głupia. Zaklęta lampa ostrzegła Tezerenee, że po raz drugi 
uwolniła się spod  
czaru. Był to prosty czar, w zakresie ograniczonych możliwości wielu Vraadow, 
dlatego o  
nim nie pomyślała. 
Ale dlaczego posłużyli się lampą? Dlaczego zawracali sobie głowę przytępianiem 
jej  
zmysłów, skoro zamierzali ją porwać? 
- Źle się czujesz? - zapytał z ciemności wielmożny Barakas. 
Smużka nikłego światła torowała sobie drogę przez czerń bezkresnej nicości. Gdy  
czarodziejka walczyła, smuga rozszerzyła się w pasmo niewyraźnych kształtów i 
ruchu. 
- - Czarny Koniu, gdzie... 
- - Sza! Powoli, wielmożna Sharisso. Spałaś ponad trzy dni. Taki głęboki sen  
odrętwia ciało. Trzeba czasu, by krew nabrała pędu. 
- - Barakas. - Wypowiedziała imię tak, że zabrzmiało jak przekleństwo. - Co 
zrobiłeś  
Czarnemu Koniowi? Co mi zrobiłeś? - Sharissa powoli zaczynała czuć swoje ciało.  
Spróbowała poruszyć rękami, ale nie była pewna, czy jej się udało. 
- - Niebawem wszystkiego się dowiesz, moja pani. Niebawem odegrasz ważną rolę  
w spełnianiu naszego przeznaczenia. 
- - Uważaj, bo Beztwarzy słyszą twoje słowa! - zawołała, wkładając w okrzyk całą  
odzyskaną siłę. Ten wybuch gniewu niemal znów pogrążył ją w ciemności. 
- - Uprzedzałem, powoli. Ta tyrada niewątpliwie przyprawi cię o okropny ból 
głowy. 
Sharissa spróbowała zaczerpnąć siłę życiową świata, lecz nagle natrafiła na  
wewnętrzny mur, który nie chciał przepuścić nawet najbłahszego zaklęcia. Była to 
blokada  
mentalna, rozpraszająca ją za każdym razem, gdy próbowała się skoncentrować. Coś  
zaciskało się na jej szyi... 
- Co mi zrobiłeś, Barakasie? 
Jego postać - bo to mógł być tylko on - urosła, niemal całkowicie wypełniając 
jej  
ograniczone pole widzenia. Barakas stał nie dalej niż o dwa kroki, ale nadal 
widziała go jak  
przez mgłę. 
- - Założyłem ci coś, co zapobiega pochopnemu zachowaniu. Ale nierozważne  
pomysły wywietrzeją ci z głowy, gdy tylko zobaczysz, co osiągnęliśmy i co 
zamierzamy. 

background image

- - Mój ojciec nie będzie przyglądać się temu bezczynnie, Barakasie! Silesti też 
nie!  
Zbiorą wojsko, które zmiażdży twoją żałośnie małą armię. 
Niemal odzyskała władzę nad ciałem, choć drogo okupiła zwycięstwo. Mięśnie  
dygotały jej z bólu, ale nic dziwnego, skoro od trzech dni leżała bez ruchu. Z 
wysiłkiem  
podniosła rękę do szyi. 
- - Nie zdejmiesz, dopóki na to nie pozwolę. 
- - Spodziewasz się, że będę ci posłuszna, jak będziesz mnie tak traktować? Co  
zrobiłeś Czarnemu Koniowi? Słyszałam... 
- - Wydobrzeje. Nie pozostawił mi wyboru. Gdy ujrzysz plon naszych zabiegów, być  
może sama otworzysz mu oczy i wykażesz, że postępuje nierozsądnie. 
Wielka postać w zbroi ze smoczych łusek powoli nabierała szczegółów. Sharissa z  
trudem podniosła się i wsparła na łokciach. W ten sposób mogła spojrzeć w 
krystaliczne oczy  
patriarchy. 
- Wyrażasz się poetycko, władco Tezerenee, ale twoje śliczne słówka i poufała 
mowa  
przekonują mnie tylko o tym, że nie zasługujesz na zaufanie. - Zagryzła zęby, bo 
wiedziała,  
że następne słowa dotkną go do żywego. - Patriarcho, nie znasz pojęcia honoru. 
Prędzej  
uwierzę, że uśmiech smoka nie ma nic wspólnego z głodem, niż dam wiarę twoim  
obietnicom. 
Grzbietem dłoni uderzył ją w policzek. Sharissa opadła na posłanie. Dyszała 
ciężko i  
krew ciekła jej ze skaleczenia, ale reakcja Barakasa sprawiła jej satysfakcję. 
Na szczęście nie  
miał założonej rękawicy. 
Odwróciła twarz w stronę swego,.gospodarza", pokazując oznaki jego gniewu. 
- Jak mówiłam, brak poczucia honoru. 
Barakas popatrzy! na własną rękę w taki sposób, jakby go zdradziła. Podniósł 
głowę,  
przyjrzał się opuchniętej twarzy i ściągnął brwi. 
- - Wybacz, wielmożna Zeree. Nie zmrużyłem oka, od kiedy bawisz u nas w  
gościnie. Każę komuś opatrzyć draśnięcie i przynieść ci coś do jedzenia. Jutro, 
gdy oboje  
wypoczniemy, pokażę ci swój świat. - Bez słowa pożegnania patriarcha odwrócił 
się szybko  
do drzwi, które osłabiona czarodziejka ledwo widziała. 
- - Barakasie! Jeśli myślisz, że będę tu czekać... - Sharissa podniosła się 
chwiejnie i  
postąpiła krok za smoczym władcą, który już wyszedł na korytarz. 
Barakas przystanął za progiem, ostatni raz spojrzał na nią... i zatrzasnął grube  
drewniane drzwi. Sharissa usłyszała chrzęst klucza przekręcanego w zamku i 
zaklęła pod  
nosem. 
- Barakasie! 
Popchnęła drzwi na próbę. Nie ustąpiły. Wiedziała, że nie ustąpią, ale musiała  
spróbować. 
- Niech cię licho, Barakasie! - Kolana jej zadrżały. Zbierając resztki sił, 
dobrnęła do  
drewnianej pryczy, która, jak teraz zobaczyła, poza stojącym w kącie krzesłem 
była tutaj  
jedynym sprzętem. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa, gdy dobrnęła do posłania. 
Sharissa opadła na plecy i rozejrzała się po izdebce. Przez wąską szczelinę pod  
sufitem sączyła się odrobina dziennego światła. W uchwycie na ścianie płonęła 
pochodnia. W  
zasadzie nie była potrzebna, bo w szarym, surowo urządzonym wnętrzu niewiele 
było do  
oglądania. 

background image

"Trzy dni!" Gdzie był jej ojciec? Gdzie był Silesti? Barakas w końcu naruszył 
pokój,  
który panował od czasu powstania triumwiratu. Czy armia już otoczyła wschodnią 
część  
miasta Vraadow? Jeśli tak, dlaczego nic nie słyszała? 
Wróciło do niej wspomnienie żarliwego głosu mrocznego rumaka. Barakas Tezerenee  
zmusił go do służenia sprawie klanu. 
W jaki sposób? Jej serce bilo szybko. Czy Czarny Koń zdradził? Czy jej ojciec 
zginął?  
Czy Barakas przejął władzę? 
Pytania i myśli zaczęły rozpadać się na bezsensowne fragmenty, gdy echo bicia 
serca  
załomotało jej pod czaszką. Sharissa podniosła rękę do skroni w daremnej próbie 
uciszenia  
narastającego łoskotu. Nic nie pomagało. Nie miała siły, by uśmierzyc zwyczajny 
ból głowy.  
Za to też przeklęła wielmożnego Barakasa Tezerenee. 
Kiedy wreszcie sen znów się o nią upomniał, powitała go z otwartymi ramionami. 
- Sharisso? 
Kobiecy głos wyrwał ją z błogiej, niewymuszonej drzemki. Początkowo pomyślała, 
że  
to ktoś inny. 
- - Mamo? 
- - Nie, Sharisso. Alcia Tezerenee. 
Otworzyła oczy. Obok niej siedziała uderzająco piękna królowa-wojowniczka z 
miską  
jedzenia w dłoni. Za nią stały dwie kobiety Tezerenee w pełnym bojowym 
rynsztunku.  
Sharissa nie wiedziała, czy są córkami władczyni czy tylko klanowymi siostrami. 
Nie dbała o  
to. Tylko jedna kobieta naprawdę liczyła się w klanie smoka - małżonka 
patriarchy. 
- Czyżby bał się powtórnie stawić mi czoło? 
Alcia uśmiechnęła się. Jej wyniosłe rysy zaskakująco złagodniały. 
- Śpi. Uznałam, że będzie lepiej, jeśli ja pierwsza spędzę z tobą trochę czasu i 
spróbuję  
odpowiedzieć na twoje pytania. 
- To dobrze. Gdzie jest mój ojciec? Gdzie jestem? Co... Alcia podniosła rękę w  
ostrzegawczym geście. 
- Jeszcze nie. Odpowiem, ale najpierw musisz się posilić. I nie próbuj zasypywać 
mnie  
pytaniami w czasie jedzenia. Nie odpowiem, póki nie opróżnisz miski. Rozumiesz? 
Wzmianka o jedzeniu i aromat płynący z potrawy nakłoniły Sharissę do 
kapitulacji. Z  
wdzięcznością przyjęła miskę i łyżkę z rąk władczyni Tezerenee. Był to jakiś 
gulasz, pełen  
kawałków mięsa i warzyw, doskonale doprawiony. 
Wielmożna Alcia patrzyła na nią niemal jak troskliwa matka. 
- Rada jestem, że ci smakuje. Sama przyrządzam jedzenie, ale rzadko mam okazję  
usłyszeć opinię kogoś spoza klanu. Tezerenee są mało wybredni. Gotowi jeść mech 
choćby  
po to, by udowodnić, że w razie konieczności wystarczy im taka strawa. 
Sharissa uśmiechnęła się lekko. Często zapominała, że władczyni pochodziła spoza  
klanu i że w żyłach wielu Tezerenee płynęła jej krew. 
- - Bardzo smaczne. Dziękuję. 
- - Nie ma za co. Jedz, proszę. Jadło przyda ci sił. 
Miała rację. Wprawdzie Sharissa nie zaspokoiła głodu, ale poczuła się na tyle 
dobrze,  
by usiąść na posłaniu. Ból głowy również zelżał, choć nadal nie pozwalał o sobie 
zapomnieć. 

background image

- - Jak długo spałam tym razem? - ośmieliła się spytać po przełknięciu łyżki 
gulaszu. 
- - Parę godzin. Słońce ledwie wstało, gdy zbudzono cię po raz pierwszy. Teraz  
świeci prosto nad głową. Nie zadawaj pytań, póki nie skończysz. Mówię zupełnie 
poważnie. 
Sharissa błyskawicznie rozprawiła się z resztą gulaszu. Choć jadła głównie po 
to, by  
móc wreszcie zadać pytania, które paliły ją żywym ogniem, nie mogła powstrzymać 
uczucia  
zawodu. Zjadłaby dużo więcej, przynajmniej jeszcze jedną porcję. 
- To wszystko. - Alcia zabrała naczynia, odłożyła je na bok. - Trzeba zaspokajać 
głód  
stopniowo, bo inaczej się rozchorujesz. Za jakiś czas, gdy żołądek odpocznie, 
znów  
dostaniesz coś do zjedzenia. 
Sharissa wspomniała wybuch patriarchy i głos Czarnego Konia. Głos przepełniony  
bólem. Ponownie zapłonęła gniewem. 
- - Gdzie jest Czarny Koń? 
- - Chwilowo przebywa w zamknięciu. 
Ton wielmożnej Alcii przypominał Sharissie przyjazną mowę Lochivana. Młoda  
czarodziejka nagle uświadomiła sobie, że choć kobieta ta urodziła się poza 
klanem,  
niezliczone stulecia spędziła jako małżonka smoczego władcy i matka jego 
zarozumiałych  
dzieci. Nie mogła ufać jej bardziej niż Lochivanowi. 
- Co to znaczy? 
Władczyni Tezerenee ujęła Sharissę pod rękę i pomogła jej wstać. Wypoczynek i  
jedzenie już czyniły cuda. Czarodziejka przekonała się, że chodzenie nie wymaga 
prawie  
żadnego wysiłku. Osądziła, że w skład potrawy musiało wchodzić nie tyiko mięso i 
warzywa. 
Nie zapomniała o postawionym pytaniu. Powtórzyła je w chwili, gdy zyskała  
pewność, że nogi nie sprawią jej zawodu. 
Władczyni westchnęła. 
- - Tę sprawę lepiej mógłby wyjaśnić Barakas lub Lochivan... 
- - Lochivan! - Sharissa splunęła na podłogę. - Nie chcę go widzieć! Jeśli się  
pojawi... 
- - Żyje, by służyć swemu ojcu - rzekła Alcia, masując podopiecznej ramiona i 
plecy.  
- Czy ty postąpiłabyś inaczej? 
- - Mój ojciec jest dobrym człowiekiem! 
- - W twoich oczach. Tezerenee mają inną miarę, podobnie jak większość Vraadow.  
Myślę, że wystarczy ci sił na przechadzkę. 
Wielmożna Alcia pstryknęła palcami. Jedna ze służebnych otworzyła drzwi, druga  
stanęła za swoją panią i jej podopieczną. Sharissie przyszły na myśl gibkie 
wężosmoki, gdy  
obserwowała ich ruchy. Te kobiety urodziły się w klanie, nie zostały przybrane 
jak wiele  
innych Tezerenee. Przez ostatnie piętnastolecie Barakas pozwalał obcym zasilać 
szeregi  
klanu, ale najbardziej odpowiedzialne stanowiska rezerwował dla swojej krwi. 
Ochranianie  
jego małżonki było zadaniem, które należało powierzyć osobom najwierniejszym i  
najbardziej utalentowanym. 
- - A moje pytania? Obiecałaś odpowiedzieć. 
- - Sama poznasz niektóre odpowiedzi, gdy tylko wyjdziemy na zewnątrz.  
Przynajmniej osiągnięcia mojego małżonka obędą się bez wyjaśnień. Poza tym 
powinnaś  
trochę pochodzić. Plecy ci zesztywniały i spacer dobrze ci zrobi. Chodźmy. 
Sharissa, prowadzona pod rękę przez wielmożną Alcie, wyszła na korytarz. Każdy  
kolejny krok zdawał się łatwiejszy od poprzedniego. 

background image

- Wydaje się, pani, że masz magiczną rękę, gdy chodzi o gotowanie. 
Jej dostojna towarzyszka uśmiechnęła się uprzejmie. 
- Aż dziw, co można zrobić, gdy ma się odpowiednie składniki i odrobinę talentu. 
Przez jakiś czas szły w milczeniu. Sharissa wiedziała, że nie uzyska odpowiedzi,  
zadowoliła się więc oglądaniem siedziby klanu. Nie kończące się szare korytarze 
i  
pozbawione okien komnaty budziły niepokój, przywodząc na myśl odpychająco 
brzydką  
cytadelę Tezerenee w Nimth. Ale przecież znajdowała się na jakimś' głębszym 
poziomie we  
wschodniej części miasta, bo gdzież indziej mógł sprowadzić ją Barakas? Czyżby 
spędził  
piętnaście lat na upodobnianiu swojej nowej siedziby do utraconej cytadeli? 
Nawet jak na  
niego byłoby to przedsięwzięcie zbyt ambitne i pozbawione sensu. 
Mimo to Sharissa coraz bardziej czuła się tak, jakby wróciła do Nimth. Na 
ścianach  
pyszniły się smocze proporce. Przy każdych drzwiach stały zbrojne straże, 
złożone z  
mężczyzn i kobiet. Smoczy patrol, wojownicy z dwiema bestiami prężącymi smycze, 
minął je  
tuż przed schodami wiodącymi... w dół. Sharissa momentalnie zapomniała o 
zębatych  
drapieżnikach. Zakładała, że znajduje się na jakimś dolnym poziomie warowni, 
najpewniej  
pod powierzchnią ziemi, ale spirala schodów zdawała się opadać bez końca. 
- - Musimy pokonać pięć kondygnacji, by dostać się na dół. Dasz radę? Słabo ci? 
-  
Alcia macierzyńskim gestem położyła rękę na jej ramieniu, ale Sharissa nie dała 
się zwieść  
pozorom. Gdyby władczyni Tezerenee uznała, że służy to interesom jej ludu, z 
równą ochotą  
zepchnęłaby ją ze schodów. 
- - Poradzę sobie. - Młoda czarodziejka nie próbowała ukryć rozdrażnienia. Niech  
Tezerenee pamiętają, że nie uważa się za gościa, choć chcieli, aby tak myślała. 
- - Nie pozwól, by przekora zaćmiła ci rozsądek. Nie obmyślisz planu ucieczki, 
jeśli  
spadniesz ze schodów i skręcisz kark, prawda? 
Sharissa popatrzyła na panią klanu. Nie zdołała odczytać jej miny, ale niestety  
wiedziała, że słowa zawierają dużo prawdy. Jedzenie przydało jej sił, lecz 
jeszcze nie  
odzyskała pełnej swobody ruchów. Kto mógł zaręczyć, że nie potknie się na 
stopniu? 
- - Może będzie lepiej, gdy weźmiesz mnie pod rękę. 
- - Oczywiście. 
Idąc w dół na lekko drżących nogach, czarodziejka przypomniała sobie o obroży.  
"Dziwne, że o niej zapomniałam" - pomyślała. Jakaś wyrafinowana magia? Jeśli 
przyzwyczai  
się do obroży, może niedługo później zacznie słuchać Barakasa. Sharissa 
wiedziała, że  
bardziej niż kiedykolwiek musi wytężać uwagę, skupiać się na swoim położeniu. 
Nie może  
pozwolić, by rozproszyło ją coś, co nie ma bezpośredniego związku z sytuacją. 
Wartownicy Tezerenee salutowali elegancko na widok swej pani. Po jakimś czasie  
Sharissie przyszło na myśl, że oddają honory również jej, jakby była dygnitarzem  
sprawującym poselstwo, a nie więźniem. 
- - Te honory nie są konieczne. - Nie próbowała ukryć sarkazmu. 
- - Jesteś córką Dru Zeree i utalentowaną czarodziejką. Zajmujesz wysoką pozycję 
w  
hierarchii naszego ludu. Być może już niedługo zajmiesz jeszcze wyższą. 

background image

- - Jeśli myślisz, że poślubię Reegana i zasilę twój klan swoją mocą, to się 
grubo... 
- - Jesteśmy - Alcia weszła jej w słowo, jakby nie usłyszała ciętej odpowiedzi.  
Dotarły do stóp schodów. 
W obie strony rozchodziły się szerokie korytarze, tak długie, że ich końce 
ginęły z  
oczu. Sharissa okręciła się dokoła i zobaczyła jeszcze jeden korytarz, szerszy i 
wyższy od  
tamtych. 
Wiedzie do sali tronowej, osądziła. Niedługo się okaże, czy miała rację; Barakas  
uwielbiał udzielać audiencji. Patrząc na strzeliste marmurowe kolumny i 
polerowane  
kamienne posadzki, zgadywała, że wielka sala będzie okazalsza od dawnych komnat  
reprezentacyjnych Tezerenee. 
"Gdzie my jesteśmy?" We wschodniej dzielnicy nie było takiej budowli. Istniały  
wprawdzie gmachy większe, ale zachowały dawny styl założycieli, swoich twórców. 
W tej  
siedzibie przeważała surowość klanu smoka. 
- Sharisso? - Wielmożna Alcia wskazywała ręką wielkie żelazne podwoje z wyrytymi  
symbolami klanu. Strzegło ich tylko dwóch strażników, ale byli tak potężni, że 
poza  
patriarchą i jego następcą chyba nikt nie dorównywał im wzrostem. Jeśli nie 
urodziła ich  
Alcia, to musieli być owocem przypadkowego związku wielmożnego Barakasa z jakąś  
kobietą z zewnątrz. Barakas kochał swoją małżonkę, ale obowiązki wobec Tezerenee  
pojmował również jako powiększanie liczebności klanu - w każdy możliwy sposób. 
Myśląc o różnicach między Gerrodem a Reeganem, Sharissa Zeree zastanowiła się,  
czy przypadkiem wielmożna Alcia też nie miała paru potajemnych romansów. Wszak  
wszyscy Tezerenee byli Vraadami, a Vraadowie, jak wiadomo... 
Sharissa dołączyła do swej przewodniczki. Gdy wraz z przybocznymi zbliżyły się 
do  
drzwi, wartownicy rozstąpili się i pchnęli podwoje, z widocznym wysiłkiem 
otwierając je na  
oścież. 
Słońce zalało korytarz. Sharissa, oślepiona niespodziewanym blaskiem, syknęła i  
zakryła oczy rękami. Jej towarzyszka podtrzymała ją. 
- - Tak mi przykro! Powinnam wiedzieć, że twoje oczy będą przewrażliwione po  
trzech dniach spędzonych w ciemności i przyćmionym świetle. Nie raził cię blask 
pochodni  
na korytarzach i schodach, więc założyłam... 
- - Nic mi nie jest. - Czarodziejka odsunęła się od opiekunki. - Już widzę na 
tyle, by  
iść dalej. - Zamrugała szybko parę razy. Roje kolorowych plamek uniemożliwiały 
jej  
skupienie wzroku, ale rozróżniała zarysy otoczenia. Nie musiała się bać, że 
wpadnie na jakąś  
przeszkodę. - Prowadź. 
- - Dobrze. 
Chłodny podmuch, stanowiący miłą odmianę po zaduchu celi, musnął pieszczotliwie  
jej policzki. Powietrze pachniało przyrodą bez śladu ludzkiej ingerencji. 
Pachniało... inaczej. 
Jeszcze zanim przejaśniało jej w oczach, wiedziała, że nie przebywa w mieście. 
Wielmożna Alcia wyprowadziła ją pod gołe niebo. Jak ociemniały, który  
niespodzianie odzyskał dar widzenia, czarodziejka próbowała wszystko 
jednocześnie ogarnąć  
wzrokiem. Wysoką, groźną wieżę z zabudowaniami po obu stronach, będącymi, jak  
wiedziała, stajniami wierzchowych jaszczurów. Masywny mur obronny, który otaczał 
całą  
warownię. Uzbrojone po zęby straże na murach. Skrzydlate smoki w powietrzu. 
Patrząc w  

background image

ślad za jednym z patroli, ujrzała łańcuch dalekich gór. Widziała je pierwszy raz 
w życiu, a  
jednak czuła, że powinna je znać. 
W ciągu trzech dni Tezerenee zbudowali warownię. Była brzydka jak dawna 
cytadela,  
z zębatymi blankami na wieżach i surowymi konturami. Kalała piękno błękitnego 
nieba,  
lekkich podmuchów wiatru i dalekiego śpiewu ptaków. Nic nie mogło zachować urody 
w  
obecności Tezerenee. 
Sharissa odwróciła się do pani klanu. Strażniczki sięgnęły do mieczy, ale 
władczyni  
powstrzymała je ruchem dłoni. 
- - Jak to zrobiliście? Skąd wzięliście taką moc? Stworzenie tego wszystkiego... 
- - Przerastało nasze możliwości, zgadza się. Nawet teraz, choć mamy moc większą  
niż w minionych latach, osiągnięcie celu wymagałoby miesięcy mozołu. Na 
szczęście  
wyręczył nas ktoś obdarzony wystarczającą siłą. 
Oczy Sharissy Zeree zwęziły się niebezpiecznie. 
- - Zmusiliście Czarnego Konia! Kazaliście mu to zrobić, grożąc, że za  
nieposłuszeństwo ja zapłacę życiem! 
- - Nigdy nie nastawaliśmy na twoje życie. - Wielmożna Alcia podrapała się po 
szyi.  
Jak Lochivan, skórę miała zaczerwienioną i suchą. 
Sharissa wspomniała wzmianki o jakiejś wysypce czy chorobie szerzącej się wśród  
Tezerenee. Zastanowiła się, czy i ją na domiar złego dotknie ta przypadłość. 
- Wobec tego, dlaczego nie traktujecie mnie jak gościa? - Czarodziejka szarpnęła 
za  
obrożę, która natychmiast zacieśniła się i zaczęła ją dusić. 
Monarchini oderwała jej ręce od gardła. Obroża znów się rozluźniła. 
-Może powinnyśmy wrócić do środka. 
Sharissa odsunęła jej ręce. Strażniczki znów się nastroszyły. 
- Dlaczego nie... Co to takiego? 
Dwaj Tezerenee wlekli między sobą bezwładną postać. Jeniec był dużo szczuplejszy  
od nich, a jego ubranie przypominało stroje jej przybranej maiki. 
- Naprawdę będzie lepiej, jeśli... Sharisso! Stój! 
Za późno. Sharissa wyminęła strażniczkę Alcii i popędziła w kierunku wojowników 
i  
jeńca. 
- Hej, wy! Stać! Natychmiast! 
Nie puszczając jeńca, Tezerenee odwrócili się, żeby zobaczyć, kto woła. 
Spojrzeli na  
niezdarnie biegnącą postać w bieli, a potem na siebie. Jeden sięgnął do miecza, 
lecz drugi  
pokręcił głową i powiedział coś, czego Sharissa nie dosłyszała. 
Przyboczne wielmożnej Alcii niewątpliwie deptały jej po piętach, ale nawet się 
nie  
obejrzała. Musiała zobaczyć, kim jest ten biedak i czy jeszcze żyje. A przede 
wszystkim  
musiała sprawdzić, czy jej domysły są słuszne. 
Wojownicy spojrzeli nad jej ramieniem i pokiwali głowami. Gdy Sharissa sięgnęła 
do  
głowy jeńca, chcąc zobaczyć jego twarz, nikt jej nie przeszkodził. Ciężkie kroki 
za jej  
plecami brzmiały coraz głośniej. 
Miała rację, podobieństwo było uderzające. Oczywiście, nie brakowało różnic, ale  
identyfikacja nie nastręczała trudności. Jeniec był elfem. 
Sądząc z krwi i siniaków, stawiał opór podczas przesłuchania. Sharissa 
popatrzyła na  
wojowników, lecz nawet nie drgnęli pod jej palącym spojrzeniem. 
Elf zaczął kaszleć. Otworzył oczy w kształcie łez lub migdałów. Po chwili skupił  

background image

wzrok i na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie. 
- Na... Nawet wśród żywych trupów... trafia się piękno. Trudno... uwierzyć, że 
masz  
serce z kamienia. 
Wziął ją za jedną z nich. 
- - Nie jestem... 
- - Musisz wrócić z nami, wielmożna Sharisso - rzekł zimny kobiecy głos.  
Strażniczki wielmożnej Alcii stały po obu jej stronach. Elf znów zakaszlał i 
podniósł głowę,  
choć było widać, że każdy ruch sprawia mu ból. Z zainteresowaniem spojrzał na 
strażniczki,  
potem zwrócił oczy na Sharissę. 
- Pani - przynagliła strażniczka - to nie twoja sprawa. Jakby na dany znak 
wojownicy  
odwrócili się i odeszli, wlokąc swojego jeńca. Sharissa chciała pójść za nimi, 
lecz przyboczne  
zastąpiły jej drogę. 
- - Należał do oddziału elfów, który próbował przypuścić podstępny atak na  
warownię. Z pomocą demona wykryliśmy ich w porę i wzięliśmy przez zaskoczenie. 
- - Zmusiliście Czarnego Konia, żeby pomógł ich wybić? - Czarodziejka wątpiła w  
słowa władczyni Tezerenee. Bardziej prawdopodobne, że grupa elfich zwiadowców  
podkradła się do warowni, chcąc zobaczyć, co to takiego. Ale co robili na 
wschodnim  
kontynencie? Przecież... 
- - Widzę po twoich oczach, że wreszcie zrozumiałaś. Od jakiegoś czasu  
zastanawiałam się, czy czasem nie szwankujesz na umyśle. - Wielmożna Alcia 
pokiwała  
głową. Jej uśmiech przypominał grymas, w jakim patriarcha krzywił usta, gdy był  
zadowolony z wyniku swoich zabiegów. - Tak, to naprawdę Smocze Królestwo, 
Sharisso. 
- - Jak... Znów Czarny Koń! Wszystko osiągnęliście dzięki niemu! A ty jeszcze 
mnie  
do niego nie zaprowadziłaś'! Może nie żyje? Może jest ranny? 
Na znak monarchini strażniczki grzecznie, ale zdecydowanie poprowadziły  
szamoczącą się Sharissę w stronę drzwi. Wielmożna Alcia szła przed nimi. Nadal  
zachowywała się tak, jakby ona i Sharissa były serdecznymi przyjaciółkami. 
- - Jak zabić coś, co według znanych nam reguł nie posiada życia? Pokazano mu,  
gdzie jego miejsce, ale nie został ukarany surowiej niż nieposłuszny poddany. 
Kiedy sprawuje  
się dobrze, spotyka go nagroda. 
- - Nagroda? 
Tezerenee nie mieli nic, co mroczny rumak mógłby cenić wyżej od wolności. 
- - Chcemy, by wraz z tobą wziął udział w spełnianiu przeznaczenia klanu. 
- - Chcecie, żeby obronił was przed Poszukiwaczami! Czarny Koń ich nie  
powstrzyma! Będzie śmiał się i patrzył, jak ptasi ludzie rozdzierają na strzępy 
was i wasze  
cesarstwo! 
- - Skrzydlaci już nie stanowią zagrożenia... a przynajmniej nie takie, z jakim 
sami  
nie moglibyśmy się uporać. 
Sharissa przyspieszyła, chcąc zrównać się z władczynią Tezerenee. 
- - Co chcesz przez to powiedzieć? Alcia po chwili namysłu odparła: 
- - Może będzie lepiej, gdy sama zobaczysz. 
- - Co mi pokażesz? 
- Przynieśliśmy paru z nich, żeby przeprowadzić badania. Jeszcze nie odkryliśmy, 
co  
ich spotkało. - Alcia zmieniła kierunek. 
Strażniczki poprowadziły Sharissę w ślad za nią. Nie wyrywała się, po raz 
pierwszy  
szła z własnej woli. Jeśli wielmożna Alcia powiedziała prawdę, już nikt nie stał 
na  

background image

przeszkodzie Tezerenee, zwłaszcza że z Czarnego Konia uczynili bezwolne 
narzędzie. 
- - Wiesz... - pani Tezerenee przystanęła i odwróciła się do Sharissy - to 
doskonała  
okazja, by unaocznić ci ogrom naszej potęgi. 
- - Co chcesz... - zaczęła Sharissa, ale wielmożna Alcia tylko pstryknęła 
palcami... 
...i znalazły się w nieznanym czarodziejce mrocznym wnętrzu rozjaśnionym 
blaskiem  
pochodni. Jakiś Tezerenee, który pochylał się nad stołem, podniósł głowę i 
spojrzał na gości.  
Sharissa, wstrząśnięta po niespodziewanej teleportacji, nie od razu poznała jego 
zacienione  
oblicze. 
- - Zrobiłaś to prawie od niechcenia! Przeniosłaś całą czwórkę! Myślałam, że 
nie... 
- - Odzyskujemy dawną magię, jakbyśmy znów byli w Nimth. 
 
- - Uśmiech - uśmiech Tezerenee - okrasił władczą twarz Alcii. 
- - Daleko nam do niemal boskiej mocy przeszłości, ale znów mamy siłę, z którą  
należy się liczyć. 
- Jakby sami założyciele powierzyli nam władzę nad naszym przeznaczeniem - dodał  
Tezerenee stojący przy stole. - Nadszedł dzień przyobiecany nam przez Smoka z 
Głębin. 
Sharissa zaczęła wyrywać się przybocznym. 
- - Lochivan! 
- - Mam nadzieję, że znajdziesz w swoim sercu wybaczenie. Sharisso. - Lochivan 
nie  
miał hełmu; sprawiał wrażenie zasmuconego, ale raz zdradzona czarodziejka ani 
trochę mu  
nie dowierzała. - Chyba będzie najlepiej, jeśli... 
- - To wszystko, mój synu. 
- - Wybaczyć ci, Lochivanie? Nie wyba... 
Zniknął, a ona zamiast skończyć zdanie krzyknęła w bezsilnej złości. 
- Porozmawiacie, kiedy będziesz w lepszym nastroju - rzekła chłodno władczyni  
Tezerenee. - Póki co, powinnaś zająć się tym. Oto, co chciałaś zobaczyć. 
Sharissa zamrugała i spojrzała obojętnie na przedmiot leżący na stole. Była to 
rzeźba,  
podobizna Poszukiwacza. Kogo obchodzi... 
- Ona nie rozumie. Podprowadźcie ją bliżej. 
Milczące strażniczki posłusznie podprowadziły Sharissę do stołu na długość  
wyciągniętej ręki. 
Sharissa spojrzała drugi raz... i nie mogła oderwać wzroku od zdeformowanej 
postaci.  
Ptasie oczy bez śladu życia, dziób otwarty w bezgłośnym krzyku, powykręcane 
kończyny. 
Zdawało się, że jest z marmuru, ale Sharissa wiedziała, że gdyby dotknęła 
długiego,  
smukłego skrzydła lub muskularnego torsu, poczułaby nie kamień, ale pierze i 
ciało. 
- Smocze Królestwo należy do nas, i obyło się bez walki - rzekła wielmożna Alcia 
z  
satysfakcją. 
Sharissa podniosła głowę. Nie przychodziło jej na myśl nic do powiedzenia.  
Władczyni dodała: 
- Mój małżonek jest zawiedziony. Marzyła mu się porządna bitwa... z wygraną po  
naszej stronie, oczywiście. 
Mówiąc ostatnie słowa, bezwiednie drapała się po zaczerwienionej szyi. 
 
IX 
 

background image

Z wieży, w której mieściły się jego prywatne komnaty. Barakas Tezerenee widział, 
jak  
małżonka znikła wraz ze swoją świtą. Dzięki staraniom Alcii Sharissa uświadomi 
sobie miarę  
osiągnięć Tezerenee, co wywrze na niej stosowne wrażenie. Na pozór przypadkowe 
spotkanie  
z wziętym w niewolę elfem zostało idealnie zaaranżowane, zgodnie z jego 
oczekiwaniami.  
Mogło okazać się brzemienne w skutki; jeśli trafnie ocenił charakter Sharissy, 
czarodziejka  
zrobi, co tylko możliwe, żeby porozmawiać z jeńcem w cztery oczy - tylko że 
wbrew  
pozorom wcale nie będą gawędzić w tajemnicy. 
"Wszystko zaczyna się układać" - pomyślał z satysfakcją patriarcha. Poklepał  
skrzynkę z herbem Tezerenee wyrytym na wieku. 
- Ojcze? 
Barakas odwrócił się i zobaczył Lochivana, który, jak przystało, zmaterializował 
się w  
uniżonej postawie: w przyklęku, z nisko pochyloną głową. 
- - Czy wszystko idzie po naszej myśli, mój synu? 
- - Tak, panie. Sharissa w tej chwili przebywa w komnacie. Z pewnością już wie,  
czyje to zwłoki. 
- - Może powie nam, co się stało. Byłaby to dodatkowa korzyść. 
- - Czy ma to takie znaczenie? 
- - Musimy dołożyć wszelkich starań, żeby umocnić naszą pozycję. Jeśli spuścizna  
skrzydlatych będzie nam mogła dopomóc, tym lepiej. - Patriarcha popatrzył na 
syna. -  
Zjawiłeś się parę minut przed czasem. 
Lochivan nie podniósł głowy. 
- - Uznałem, że będzie lepiej, gdy opuszczę komnatę. Sharissa nie czuje się  
swobodnie w mojej obecności. 
- - Będzie musiała się przyzwyczaić, skoro ma poślubić twojego brata. 
Tym razem młodszy Tezerenee popatrzył na ojca. Barakas nie musiał widzieć 
skrytej  
pod hełmem twarzy, by odgadnąć jego myśli. 
- Czy to konieczne, ojcze? 
Barakas zaczął drapać się po ręce, a!e szybko zapanował nad odruchem. 
- Wysłuchałem cię. Pozwoliłem ci posłużyć się tym pochlebcą, byś mógł wykonać  
swoją małą sztuczkę. Dobrze uzasadniłeś swój pomysł. Nie musimy się trapić, że 
Dru Zeree  
podąży za nami... przynajmniej nie przez pewien czas. 
Klęczący Tezerenee nie odezwał się. Wiedział, że ojciec jeszcze nie skończył. 
- Twoja zabawka zawiodła. Dziewczyna zwalczyła jej magię, czym dowiodła, że  
godna jest Tezerenee. Przeprawa jeszcze się nie rozpoczęła, a ingerencja 
Sharissy mogła  
sprowadzić nam na kark resztę Vraadow, czego zdecydowanie sobie nie życzyłem. - 
Barakas  
dostrzegł coś kątem oka. Odwrócił się, ale zobaczył tylko skrzynkę stojącą na 
stole. Prosty  
magiczny sprawdzian wykazał, że bariery są nienaruszone. Wiedział, że nie próba 
ucieczki  
przyciągnęła jego uwagę. 
Lochivan popełnił błąd, podnosząc głowę. Barakas skierował wzrok na syna. 
- - Przyznaję, że rad jestem ze sprowadzenia jej na ten kontynent. Było to 
słuszne  
posunięcie. Reegan potrzebuje silnej ręki. Ona nim pokieruje, gdy tylko 
odpowiednio ją  
urobię. - Skrzyżował ręce na piersi. - Czy masz jeszcze jakieś pytania? 
- - Nie, panie. 
Było to kłamstwo i obaj o tym wiedzieli, ale władca Tezerenee doskonale 
rozumiał, że  

background image

na Lochivanie może polegać. Ten syn zawsze będzie mu posłuszny. 
- - Dobrze. Możesz odejść... Zaczekaj. 
- - Panie? 
- - Przygotuj na jutro oddział gotów do ruszenia w góry, siły naziemne i 
powietrzne. 
- - Tak, ojcze. 
- - Odejdź. 
Lochivan zniknął, nawet nie wstając z klęczek. Akt ten potwierdził odradzanie 
się  
mocy Tezerenee. Jeszcze nie byli wszechwładni, jak niegdyś w Nimth, ale 
patriarcha wierzył,  
że dzień triumfu zbliża się wielkimi krokami. 
Już odwracał się od okna, gdy po raz wtóry coś przyciągnęło jego oko. Znikło, 
nim  
zdążył dobrze się przyjrzeć. Władca Tezerenee zamarł, bo w trudno uchwytnym, 
lecz  
najpewniej ludzkim kształcie było coś znajomego. 
Po chwili spiesznie podszedł do skrzynki i dotknął pieczęci. Były nietknięte, 
nadal  
chroniły szkatułę przed atakiem od wewnątrz i od zewnątrz. Czuł, jak uwięziona w 
środku  
istota zaczyna walczyć z odnowioną furią. 
- Możesz szamotać się do woli, demonie - szepnął do więźnia. - Ugniesz się mojej  
woli, bo inaczej nigdy cię nie wypuszczę i wrzucę na dno najgłębszej jaskini. 
Hałasy przycichły. Strach zyskał przewagę. Barakas ulokował groźnego towarzysza  
Dru Zeree w miejscu znacznie gorszym od Pustki. Nietrudno było odkryć główną 
słabość  
mrocznego rumaka. Demon panicznie bal się samotności. 
W skrzynce Czarny Koń z nikim ani z niczym nie dzielił swego losu. Był tam tylko  
on, skazany wyłącznie na własne towarzystwo. 
- Tak jest lepiej. Jeśli będziesz dobrze się sprawować, pozwolę ci zobaczyć się 
z  
wielmożną Sharissą. 
To spotkanie będzie srogą lekcją dla nich obojga. Czarny Koń zobaczy, że 
Sharissą  
jest bezsilna, choć ma swobodę ruchów, a ona przekona się, że nawet jego potęga 
stanowi  
niewielką przeszkodę dla Tezerenee. 
Będzie to kolejny krok w drodze do złamania ich woli. 
Barakas zdjął rękę ze skrzyni będącej więzieniem Czarnego Konia i podrapał się 
po  
gardle. Nie przestawał myśleć o tym, co mignęło mu przed oczami. Czyżby wzrok go  
zawodził - wzrok, który ostatnimi czasy spisywał się coraz gorzej? Czy 
wyobraźnia płatała  
mu figle? Jeśli tak, dlaczego wybrała sobie akurat tę postać? 
Dlaczego podsunęła mu niepokojący wizerunek Gerroda, jego wiarołomnego syna? 
Wszystko szło inaczej niż myślał. Nie wiedział, co zrobić, nie wiedział, gdzie 
jest ani  
jak tutaj trafił. Pamiętał, że znalazł się o krok od celu i że zobaczył tam 
swego ojca. Była to  
ostatnia rzecz, jaką sobie przypominał. 
- Przestań! - wrzasnął na cały głos. Nie przejmował się ani trochę, że w tej 
chwili musi  
wyglądać jak szaleniec. Zakrył uszy rękami, jakby w ten sposób mógł uciszyć swój  
wewnętrzny głos. Obłąkańcze myśli kołatały mu się po głowie jeszcze przez parę 
oddechów,  
nim wreszcie zdołał się opanować. 
W przekorny sposób słowa ojca przydały mu siły. 
.Jesteśmy Tezerenee. Imię Tezerenee oznacza potęgę. Nic nie może być silniejsze 
od  
naszej woli". 

background image

Do tej chwili chełpliwe słowa zawsze uderzały go jako sprzeczne i banalne. Wbrew  
licznym deklaracjom ojca w klanie smoka liczyła się wola tylko jednej osoby - 
patriarchy,  
oczywiście. Teraz jednak słowa te przypomniały mu, że ojciec nie pozwoliłby 
owładnąć się  
szaleństwu. Władca Tezerenee walczyłby z nim równie zażarcie jak z fizycznym 
wrogiem.  
Wszystko zależało od siły woli. 
Gerrod wiedział, że nie może ponieść klęski tam, gdzie jego ojciec odniósłby  
zwycięstwo. 
W czasie tej chwili medytacji uporządkował myśli i stłumił strach, choć nie 
pozbył się  
go zupełnie. Wtedy przyszło mu na myśl, że utracił kontrolę nad swoim życiem i 
nie ma  
szans, by ją odzyskać. 
Z ciemności własnego umysłu został rzucony w światło... nicości? 
Z braku lepszego określenia gotów był nazwać swoje otoczenie bielą, choć biel 
coś  
implikowała, choćby tylko światło i kolor, a przecież tutaj nie było ani 
jednego, ani drugiego.  
Tylko bezkresna nicość. 
- Smocza krew - Tezerenee wysyczał ulubione przekleństwo. Unosił się bezradnie w  
czymś, co mogło być tylko Pustką, którą Dru Zeree wielokrotnie próbował mu 
opisać.  
Zawsze brakowało mu słów, i Gerrod teraz zrozumiał, dlaczego. Żadne słowa nie 
mogły  
oddać prawdy. Żaden opis nie mógł oddać charakteru Pustki. 
Spokój. Musiał zachować spokój. Mistrz Zeree uciekł z tego miejsca, więc on też 
tego  
dokona. 
Co się stało? Gerrod wspomniał swój krótki pobyt w prawdziwym świecie i mgliste  
wrażenie, że trafił nie tam, gdzie trzeba. Jakby teleportacja przestała być 
wiarygodna. U celu  
zastał swojego ojca - liczył się z tym ryzykiem i chętnie stawiłby mu czoło - 
ale nie znalazł  
mieszkańca Pustki. Dlaczego? Zaklęcie powinno doprowadzić go do Czarnego Konia, 
chyba  
że jakaś' niewidzialna bariera... 
Skrzynka. Przypomniał sobie skrzynkę. Było w niej coś, co go przyciągało, coś... 
- - Ty nie jesteś drugim ja. 
- - Co? - Gerrod rozejrzał się, próbując znaleźć źródło głosu. 
- - Drugi ja zrobił się nudny. Może ty będziesz bardziej zabawny. 
- Kto do mnie mówi? Gdzie jesteś? - zawołał czarodziej. Spróbował się odwrócić, 
ale  
w Pustce niepodobna było osądzić, czy mu się to udało. W polu widzenia miał 
wyłącznie...  
nic. Nicość ta wprawdzie mogła być inna niż przed chwilą, ale skąd mógł to 
wiedzieć? 
- Jestem tutaj. 
Przed unoszącym się Vraadem otworzyła się ogromna dziura. Gerrodowi skurczył się  
żołądek. To aż nazbyt dobrze pasowało do opisu Dru Zeree. Gerrod zawsze się 
zastanawiał,  
jak dziura może istnieć w środku nicości. Z tą cechą Pustki nie pogodził się 
nawet po wielu  
latach rozmyślań na temat historii czarnoksiężnika. Tutaj nie obowiązywały prawa 
naturalne,  
do których był przyzwyczajony. Skoro dziura mogła istnieć w środku czegoś, co w 
zasadzie  
było tylko większą dziurą, po prostu musiał przyjąć ten fakt do wiadomości. 
- - Jesteś prawdziwy! - Uwaga była zgoła niepotrzebna, ale widok tego bytu, 
nawet  

background image

po zaznajomieniu się z Czarnym Koniem, przeczył zdrowemu rozsądkowi. Gerrod z 
trudem  
wierzył własnym oczom. 
- - Masz zabawny wewnętrzny głos. Słyszę różnorakie śmieszne hałasy. 
A więc byt odczytywał jego myśli, przynajmniej te powierzchowne. Dru Zeree  
wspominał, że Czarny Koń też tak robił... 
- Czarny Koń? Co to jest Czarny Koń? - Czarna, bezdenna dziura urosła, jej 
granice  
zastygły niemal na wyciągnięcie ręki od zaniepokojonego Tezerenee. 
Czarodziej wziął myśli w karby. Jedna sugestia, że jest bezbronny, a nie 
wiadomo,  
czym to się skończy. Nie było powiedziane, że ta istota jest równie przyjazna 
jak Czarny Koń. 
- - Czarny Koń jest taki jak ty. 
- - Nic nie jest takie jak ja. - Ten fakt napawał dziurę dumą, to było 
oczywiste. - Był  
drugi ja, ale drugi ja zniknął. 
- - Czarny Koń jest "drugim ja". Ma nowe imię. 
- - Imię? 
Ta istota potrafi czytać w myślach na tyle, by nauczyć się języka, ale nie 
rozumie  
podstawowych pojęć... "Jak to możliwe?" - zastanawiał się Gerrod. Mistrz Zeree 
powiedział,  
że z Czarnym Koniem było podobnie, ale nie wspomniał, że taki stan rzeczy może 
być  
ogromnie irytujący. Gerrod w tej chwili nie narzekał na brak emocji i doskonale 
obyłby się  
bez tej dodatkowej. 
- Co... to... jest... imię? - Z każdym słowem dziura robiła się coraz większa. 
Gerrod poważnie zaczął się martwić, że zostanie pochłonięty, połknięty czy 
cokolwiek  
innego, jeśli byt nadal będzie się powiększać. 
- - Imię to słowo, jakim coś nazywasz. Ja jestem Gerrod. Jeśli będziesz ze mną  
rozmawiać, możesz podać moje imię, żebym wiedział, że mówisz do mnie. 
- - Gerrod, jesteś zabawny, Gerrod. Gerrod, co jeszcze wiesz, Gerrod? Gerrod,  
zabawiaj mnie, Gerrod! 
- - Niezupełnie o to mi chodziło. - Czarodziej zastanawiał się, czy osłanianie 
twarzy  
kapturem ma w tym przypadku jakieś znaczenie. Czy ten niestworzony dziwoląg 
umiałby  
rozpoznać złość i strach? 
Dziura akurat w tej chwili postanowiła się rozdąć. Gerrod gwałtownie pomachał  
rękami, próbując się odsunąć. 
- Dlaczego to robisz? Dlaczego tak wywijasz swoimi odrostkami? 
- Możesz... Twoje ciało może mnie pochłonąć! Jeśli zbliżysz się jeszcze 
bardziej,  
umrę... - Osądził, że dziura raczej nie zrozumie tego słowa. Pospiesznie znalazł 
inne. -  
Przestanę tu być. Już nie będę mógł cię zabawiać! 
Dziura przestała się przysuwać, ale jej słowa wcale nie dodały otuchy młodemu  
Tezerenee. 
- - Ty... boisz się... mnie. Nie mógł zaprzeczyć. 
- - Tak. 
- Podoba mi się ten smak. - Mieszkaniec Pustki wreszcie znieruchomiał i umilkł 
na  
parę oddechów, jakby się zastanawiał. 
- Jesteś zabawniejszy od innych rzeczy, które napotkałem! 
- - Innych rzeczy? 
- - Wchłonąłem je! Wtedy było zabawnie, ale teraz jest zabawniej! Myślę, że  
pobawię się z tobą! 
- - Pobawisz się? - Mimo usilnych starań Gerrod nie potrafił zapanować nad  

background image

drżeniem głosu. Czyżby czar, nie mogąc doprowadzić go do wyznaczonego celu, 
znalazł  
drugi, bardzo podobny? Bo jak inaczej wyjaśnić spotkanie z tym bliźniakiem 
Czarnego Konia  
w chwilę po napotkaniu przeszkody? 
Ale czy rzeczywiście minęła tylko chwila? Czy Dru Zeree nie powiedział, że w 
Pustce  
czas traci znaczenie? Jak długo naprawdę tu przebywał? 
"Nie mogę poddać się panice! - pomyślał, zacisnąwszy zęby. 
- Muszę oddalić się stąd jak najdalej, zanim to coś straci zainteresowanie mną i  
zdecyduje..." Czarodziej nie potrafił dokończyć tej myśli. 
- Zrób dla mnie coś innego! - zażądała dziura. 
Gerrod gorączkowo przypominał sobie informacje dotyczące Czarnego Konia. Czy  
wiedział coś, co pomoże mu odwrócić uwagę tej istoty od własnej osoby? 
- Mógłbyś się zmniejszyć? - Rękami pokazał, o co mu chodzi. - Czy możesz, na  
przykład, stać się tej wielkości? 
Plama błyskawicznie skurczyła się do wskazanego rozmiaru. Gerrod zamrugał,  
zdumiony prędkością, z jaką to uczyniła. Wiedział, że mroczny rumak szybko 
reaguje na  
różne rzeczy; Dru Zeree jasno dał to do zrozumienia, ale nie wyjaśnił, jak 
szybkie są te  
reakcje. Gerrod zakonotował sobie w pamięci, żeby uważać na swoje poczynania. 
Nie wolno  
dopuścić, by ta istota zorientowała się, do czego zmierzał. 
- Co teraz? - ryknęła plama chrapliwym głosem, który ranił uszy człowieka. 
"Co teraz?" Doprawdy! Czy kazać, by stała się koniem jak jej brat? Nie, zapewne 
nie  
wiedziała, jak wygląda koń i chciałaby przetrząsnąć jego myśli. Gerrod nie miał 
zamiaru  
pozwalać jej na grzebanie w swoim umyśle. To mogłoby nieodwracalnie go zmienić. 
Przeniknął go ból. Narósł tak gwałtownie, że nie miał czasu się przygotować. 
Gerrod  
najpierw wrzasnął na całe gardło, a potem nie mógł wykrztusić słowa. 
- Zabaw mnie, powiedziałem! 
Słysząc ten zimny ton, Gerrod nie miał najmniejszych wątpliwości, kto jest 
sprawcą  
cierpienia. 
- - Ty... 
- - Inne podobne do ciebie małe rzeczy przez pewien czas były zabawne! Robiły  
interesujące rzeczy, kiedy dotykałem je w taki sposób! Dużo się od nich 
dowiedziałem! Dużo  
dowiedziałem się od ciebie! Mam teraz nawet imię! - Dziura zachichotała 
obłąkańczo. -  
Okpiłem cię! Przednia zabawa, prawda? Dowiedziałem się, co to jest imię, i że 
miałem imię  
od samego początku! 
"Szaleństwo... nieludzkie, całkowite szaleństwo! Bełkocze jak idiota, ale z 
łatwością  
w dowolnej chwili może położyć kres mojemu istnieniu" - myślał Tezerenee. Wbrew 
sobie  
ulegał panice. Jak zająć uwagę tego obłąkanego stworzenia na czas dość długi, by 
znaleźć  
wyjście z nicości? Odpowiedź musi zawierać się w tym, co Dru Zeree mówił mu o 
Czarnym  
Koniu! 
- Okazałeś się bardzo mądry - powiedział dziurze. - Wyprowadziłeś mnie w pole.  
Byłeś niemal tak mądry jak Czarny... jak drugie ja, o którym wspominałeś. On 
jest bardzo,  
bardzo mądry. 
Plama drgnęła i znów się powiększyła. Gerrod zastanawiał się, czy nie posunął 
się za  

background image

daleko. Krystalizował mu się pewien pomysł, ale nie był przekonany co do jego 
wartości.  
Powodzenie planu w znacznej mierze zależało od ignorancji tego aroganckiego, ale 
zarazem  
naiwnego mieszkańca Pustki. 
- Ja stworzyłem drugie ja! Czy drugie ja, to stworzenie. Czarny Koń, może być  
mądrzejsze ode mnie? 
Czarodziejowi tętniło w uszach. Zasłonił je rękami i wrzasnął: 
- Można być mądrym na wiele sposobów! Niektóre są bardziej zdumiewające od  
innych! Pozwól, opowiem ci pewną historię! 
Jakby rozumiejąc cierpienie swojej zabawki, dziura ściszyła głos i złagodziła 
jego  
brzmienie. Gerrod coraz bardziej szanował Czarnego Konia za to, jaki się stał. 
Ten dziwoląg  
przechodził sam siebie... 
- Co to jest "historia"? Gerrod zawahał się. 
- - Czy znów się ze mną bawisz? Jeśli tak, nie powiem ci, co to jest historia! 
- - Nie bawię się z tobą! Co to jest historia? Czy to zabawne? Chcę zabawne!  
Rozumiem zabawne! 
- - Może być bardzo zabawne. - Gerrod chętnie przedyskutowałby jego rozumienie  
pojęcia zabawy, ale doskonale wiedział, że Vraadowie za czasów Nimth często 
"bawili się" w  
sposób równie okrutny i szalony. - Historia to... Powiedzmy, że opowiem ci o 
mądrej sztuczce  
drugiego ja i jak go poznałem. To będzie swego rodzaju historia. - To będzie 
również  
pretekst, jakiego potrzebował. Opowieść mistrza Zeree rzeczywiście zawierała 
coś, co miało  
mu pomóc... a on prawie to przegapił. 
- - Twój drugi głos się chowa! Dlaczego? 
Czarodziej zesztywniał. Istota niemal przechwyciła jego myśli, jego "drugi 
głos". 
- Musi być ukryty, żebym mógł opowiedzieć ci historię. To... Taki już jestem! 
Plama znów się skurczyła, najwyraźniej usatysfakcjonowana wyjaśnieniem. Gerrod  
miał wrażenie, że balansuje na przysłowiowym skraju przepaści; istota była  
nieprzewidywalna pod względem zajmowanej przestrzeni. Jeden ruch, jedno 
niewłaściwe  
słowo, a jego życie dobiegnie końca. 
- - Chcesz posłuchać mojej historii? 
- - To może okazać się zabawne! Lubię się bawić, wiesz! Jak zaczyna się 
historia? 
Gerrod odetchnął z ulgą. 
- Czasami od słów "Kiedyś żył..." albo "Dawno, dawno temu..." Ta zaczyna się  
następująco: "Żył sobie człowiek zwany Dru Zeree..." 
Snuł opowieść, w miarę możliwości unikając wszelkich wzmianek o tym, jak Dru  
Zeree znalazł się tutaj i jak wraz ze swoim nowo poznanym towarzyszem opuścił to 
miejsce.  
W trakcie opowiadania starał się obmyślić własny sposób ucieczki. Zeree nie mógł 
posłużyć  
się czarami; vraadzka magia tutaj nie działała. Może - Gerrod wzbraniał się 
nawet przed  
wzięciem pod rozwagę takiej możliwości - może zadziała tutaj magia świata 
założycieli?  
Wiedział, że dalby sobie radę, ale czerpanie z niej oznaczałoby, że jej ulega... 
Jego irytujący towarzysz słuchał w milczeniu. Zakapturzony Vraad odsunął na bok  
inne zmartwienia i skoncentrował się, bo opowieść dobiegała końca. Byt był 
rozbawiony, nie  
ulegało wątpliwości. Czy postąpi zgodnie z jego sugestiami? A może przejrzał 
jego zamiary i  
tylko się z nim bawił? 

background image

- -...i drugi ja wyłonił się jako nowa istota, jako zdumiewające, ogromne 
stworzenie,  
które nazwało się Czarnym Koniem! - Co pomyślałby o nim ojciec, gdyby wiedział, 
że unosi  
się w nicości i bawi kapryśny byt opowiadaniem historyjek, by w ten sposób kupić 
sobie  
życie? 
- - Ja też mam imię! Chcesz wiedzieć, jakie? - Ton plamy ogromnie przypominał  
głos podekscytowanego dziecka. Mimo powagi sytuacji Gerrod z trudem zapanował 
nad  
śmiechem. 
- - Jakie? 
- - Jestem Jedziwy! - Dziura spuchła z dumy. 
Gerrod machał rękami i nogami, lecz mimo to miał wrażenie, że jest wsysany w  
rozdziawioną paszczę, która była jego niechcianym towarzyszem. 
- Je... Jedziwy! Przestań! Proszę! 
Jedziwy skurczy! się w kropkę niewiele większą od dłoni czarodzieja. I ryknął  
śmiechem. 
- Przestraszyłem cię! Dobrze! Ten smak pobudza mnie jak żaden inny! 
..Obrał zupełnie inną ścieżkę rozwoju niż istota znana Dru Zeree - pomyślał 
Gerrod. -  
Na moje nieszczęście". Postanowił nie komentować imienia bytu... Jedziwego. 
Jeśli  
mieszkaniec Pustki był zadowolony z wyboru, to tym lepiej. Może dzięki temu 
osiągnięcie  
celu będzie łatwiejsze. 
- - Czy rozbawiła cię ta opowieść? 
- - Ogromnie! Też mogę zrobić taką historię? 
- - Jeśli tylko chcesz. Ale możesz rozerwać się znacznie lepiej... i wykazać, że 
jesteś  
zdolniejszy od Czarnego Konia. 
Chociaż odgadnięcie nastroju dziury graniczyło z cudem, Gerrod był pewien, że  
Jedziwy jest zaintrygowany. 
- - W jaki sposób? - zapytał wreszcie. 
- - Zmień się jak on. 
Po chwili wahania Jedziwy odparł: 
- - Nigdy dotąd tego nie robiłem. 
- - Czarny Koń też nie. 
- Nie mam tego "konia", żeby się przemienić. Tezerenee pozwolił sobie na 
przelotny  
uśmiech satysfakcji. 
Miał nadzieję, że odczytanie wyrazu twarzy przerasta możliwości mieszkańca 
Pustki. 
- W ten sposób udowodnisz, że jesteś równie mądry jak on. Jeśli chcesz wykazać, 
że  
jesteś lepszy, przybierz nową, inną formę. 
Jedziwy niemal zaszlochał. 
- Nie mam innej formy do skopiowania! Tutaj jesteś tylko ty i ja! 
Gerrod udał, że się zastanawia. 
- - Ha, w takim razie mógłbyś upodobnić się do mnie. Tego Czarny Koń nigdy nie  
zrobi! Udowodnisz, że jesteś zdolniejszy! 
- - Cudownie! 
- - Chociaż zastanów się, może to dla ciebie za trudne... 
- - Wcale nie! Patrz! 
Nie zmieniając wielkości, Jedziwy zaczął obracać się wokół osi. Wirował coraz  
szybciej, ani trochę nie tracąc dotychczasowej natury. Czarodziej pomyślał o 
przemianie  
opisanej przez Dru Zeree. Dostrzegał podobieństwa i różnice w tym, co robił 
Jedziwy, ale  
interesowały go tylko rezultaty. 

background image

Zmiana w wyglądzie mieszkańca Pustki stała się bardziej zauważalna. Teraz 
zamiast  
dziury zaczął przypominać twardą muszlę. Gerrod nie miał zamiaru go dotykać, 
żeby  
przekonać się o prawdziwości swoich obserwacji. Czarny Koń, choć przybrał 
bardziej  
materialną postać, niejeden raz w czasie swoich podróży wchłaniał przeciwników 
takich jak  
Poszukiwacze. 
Skorupa stwardniała. Nadszedł czas na sprawdzenie teorii. Zakapturzony 
czarodziej  
pochylił się i zapytał: 
- - Jak ci idzie? Jedziwy nie odpowiedział. 
- - Możesz odpowiedzieć? Słyszysz mnie? Cisza. 
Według mistrza Zeree przemiana Czarnego Konia przypominała proces  
przepoczwarzania się owada. W stanie "poczwarki" mroczny rumak przeobraził swoją  
niematerialną istotę w formę zapewniającą mu większą wygodę w realnym świecie. 
Gerrod  
pamiętał, że według Dru przemiana ta trwała ponad dobę. Nie miał pojęcia, ile 
czasu zajmie  
Jedziwemu, zwłaszcza że czas w Pustce nie miał racji bytu. Żywił nadzieję, że 
zdąży zrobić  
to, co zamierzał. 
Gerrod odetchnął. W tej chwili zwycięstwo wydawało się łatwe, ale dużo go  
kosztowało. Jedziwy był nieprzewidywalny; ostateczny triumf mógł jeszcze rozwiać 
się jak  
mrzonka, jeśli przedwcześnie uwolni się ze swojego kokonu. 
- Moje czary doprowadziły mnie do tego miejsca. Magia Vraadów musi tutaj 
działać!  
- Dru Zeree twierdził, że jest inaczej, albo że w najlepszym wypadku efekty 
niewarte są  
zachodu. Mimo tych pesymistycznych myśli Gerrod był zdecydowany najpierw 
posłużyć się  
vraadzkimi czarami. 
Spróbował określić swoje położenie. Podobnie jak tuż przed wypadkiem, wyczuwał  
obecność Czarnego Konia, który znajdował się gdzieś poza nicością Pustki. Szkoda 
tylko, że  
sygnały były zbyt słabe, by stanowić pewną wskazówkę. Co gorsza, przeobrażający 
się  
opodal Jedziwy rozpraszał go do tego stopnia, że w końcu musiał zrezygnować z 
próby. Być  
może magia Vraadow spełniłaby pokładane w niej nadzieje - w co głęboko wierzył, 
biorąc  
pod uwagę nawiązaną więź - ale bliskość tej istoty stawiała wynik pod znakiem 
zapytania. 
Nie mógł wrócić do domu. Jako taką łączność mial tylko z miejscem pobytu 
Czarnego  
Konia. Świat założycieli znajdował się poza jego zasięgiem... chyba że wypróbuje 
sposób  
Sharissy. 
- Jesteś głupcem. Gerrodzie! - Z każdym kolejnym oddechem rosło ryzyko, że nadal 
tu  
będzie, gdy z kulistej skorupy wykluje się przemieniony Jedziwy. Podjął decyzję. 
Posłuży się  
magią tego świata, ale tylko ten jeden raz. 
Jak opisała to Sharissa? Odpręż się i otwórz umysł? Powinien wówczas zobaczyć  
spektrum lub linie siły. 
Nie zobaczył niczego takiego, ale poczuł dziwne mrowienie, jakby jakaś żywa siła  
przeniknęła jego ciało. Wezbrała w nim nowa fala paniki, lecz udało mu sieją 
zdusić. Magia  
zaświatów nie zdoła go sobie podporządkować! To on tutaj rządzi! 

background image

Coś zamigotało mu przed oczami. Nie spektrum. Nie siatka krzyżujących się,  
niezliczonych linii. Twór bardziej przypominał ścieżkę unoszącą się w nicości. 
"Ścieżka?" Dru Zeree wspominał o ścieżkach, z jakich korzystał Czarny Koń 
podczas  
ich wspólnej ucieczki z tego piekielnego miejsca. Gerrod instynktownie spróbował 
ją  
pochwycić, jakby była królikiem na obiad. Wymknęła się. Gdy powtórne 
odnalezienie ścieżki  
okazało się niemożliwe, zastanowił się nad tym, co robi. Metody Vraadow 
pozwalały radzić  
sobie z czarami świata założycieli, lecz nie obywało się bez wielkiego wysiłku, 
a rezultaty  
często bywały przypadkowe. 
- W porządku, niech cię licho! Weź mnie! Tylko ten jeden raz! Rozluźnił ciało, 
jeśli  
nie umysł, i pozwolił mocy na swobodny przepływ. Tym razem poczuł coś więcej niż  
mrowienie; swędziało, ale od środka. 
"Ścieżki - myślał czarodziej. - Tam są ścieżki. Muszę tylko otworzyć na nie 
swoją  
świadomość". 
Wreszcie pojawiła się kręta ścieżka biegnąca przez nicość ku dalekiemu blaskowi.  
Gerrod uśmiechnął się. Nadal odprężony, zmusił się do dryfowania w stronę 
zapraszającego  
szlaku. Prawdopodobnie istniał lepszy sposób na osiągnięcie celu, ale zastanowi 
się nad tym  
w bardziej odpowiedniej chwili, podobnie zresztą jak nad wieloma innymi 
rzeczami. Teraz  
interesowało go wyłącznie dotarcie do ścieżki, która miała doprowadzić go do 
Smoczego  
Królestwa. Druga błyszcząca ścieżka przecięła pierwszą. Czarodziej zmrużył oczy. 
Za drugą  
pojawiła się trzecia i czwarta, nie związana z poprzednimi. Gerrod zaklął pod 
nosem, a potem  
na cały głos, gdy przed jego oczami ukazała się plątanina niezliczonych szlaków. 
Pustka wcale nie była pusta. W rzeczywistości zapełniał ją bezlik tworów tak  
niematerialnych, że nawet Jedziwy nigdy ich nie zauważył. 
"Która ścieżka jest właściwa?" 
Ostrożnie sięgnął umysłem, starając się w miarę możliwości jak najlepiej  
współpracować z nowo nabytą mocą. Będąc vraadzkim czarnoksiężnikiem, umiał 
wykrywać  
różnice między ścieżkami. Miał nadzieję, że tutaj będzie tak samo. 
Pierwsza ścieżka zniknęła w okamgnieniu. Wiedział, że to nie jej potrzebował.  
Zachęcony powodzeniem, sięgnął ku innym i patrzył, jak bledną, gdy jego umysł 
kolejno je  
eliminował. Większość po prostu sprawiała niewłaściwe wrażenie, jakby wiedział, 
choć  
przecież nie mógł tego wiedzieć, że wiodą w miejsca, odwiedzenie których go nie  
interesowało. Kilka wzbudziło w nim wielki niepokój, a jedna była tak zimna i 
złowieszcza,  
że odrzucił ją niemal z paniką. To jednak go nie zniechęciło; wytarł spocone 
czoło i zdwoił  
wysiłki. Z nieskończonej plątaniny zostało tylko parę tuzinów ścieżek. Liczne 
znikły jakby  
samoistnie; możliwe, że podświadomość wspomagała jego świadome starania. 
Jeszcze kilka ścieżek wiło się, ginąc w nicości, gdy Gerrod przypomniał sobie o  
swoim towarzyszu. Nagle opadła go chęć spojrżenia w jego stronę. Było to coś 
więcej niż  
przelotna zachcianka; miał absolutną pewność, że musi się odwrócić, żeby 
potwierdzić swoje  
przeczucia. 
Odwrócił się. 

background image

Kokon pulsował. 
Jedziwy wkrótce się wyłoni... i co wtedy? 
Gerrod zmienił pozycję i powiódł wzrokiem po pozostałych ścieżkach. Nadal było 
ich  
zbyt wiele, aby mieć pewność, która jest właściwa. 
- Jesteś głupcem! - mruknął. 
Wszystkie poza jedną zniknęły, gdy dokonał wyboru. Wiedział, że ta wybrana  
zaprowadzi go do Smoczego Królestwa, ale nic więcej. W tej chwili tylko to miało 
znaczenie. 
Jakby ośmielone ostateczną decyzją jego ciało nagle stanęło na wybranym szlaku.  
Gerrod zrobił jeden niepewny krok. Ścieżka wydawała się wiotka, ale utrzymała 
jego ciężar.  
Była węższa niż z początku mu się wydawało, dlatego starał się nie myśleć, co 
się stanie,  
gdyby przypadkiem z niej spadł. 
Ten sam wewnętrzny alarm, który kazał mu się obejrzeć, teraz znacznie silniej  
wstrząsnął jego ciałem. 
Tezerenee nie potrzebował kolejnej zachęty. Co sił w nogach popędził 
rozmigotaną,  
eteryczną ścieżką i bez chwili wahania skoczył w blask, który wybuchnął 
oślepiająco i  
pochłonął go. 
Powitał go widok błękitnego nieba i skalistych wzgórz. Zaskoczony tą miłą 
odmianą  
scenerii, z rozpędu przebiegł jeszcze parę kroków, aż wreszcie potknął się i 
upadł. 
Przypomniały mu się wszystkie przekleństwa, jakich nauczył się pod kuratelą 
ojca,  
gdy runął na twardą ziemię i turlał się w dói zbocza. Niestety, najwyraźniej 
życie roślinne nie  
było tutaj znane i jego brak dotkliwie dawał się we znaki koziołkującemu 
czarodziejowi.  
Zatrzymał się dopiero na skale zbyt dużej, by się nad nią przetoczyć. 
Gerrod nie miał pojęcia, jak długo leżał bez ruchu. Gdy na chwilę rozchylił 
powieki,  
zobaczył tyłko rozmyte plamy. Czuł w ustach smak krwi i dziwił się, że się w 
niej nie utopił.  
Był obolały i cały posiniaczony. Nawet nie był ciekaw, czy czegoś nie złamał, 
więc tylko  
leżał i czekał. Miał nadzieję, że albo ból zmaleje, albo on straci przytomność. 
Ktoś trącił go ciężkim, tępym przedmiotem. Gerrod wiedział, że drzemał, ale nie 
miał  
pojęcia, jak długo. Ból zelżał, choć pod żadnym względem nie przeminął. Znów 
poczuł  
szturchanie, tym razem w bardziej wrażliwe miejsca. Wrzasnął i odsunął się 
kawałek.  
Otworzył oczy. Z początku widział jak przez mgłę, ale stopniowo zaczął 
rozpoznawać  
szczegóły otoczenia. 
Widok ani trochę nie poprawił mu samopoczucia. 
Stworzenie przewyższało go wzrostem, było też dwa razy szersze i sądząc z 
wyglądu,  
twarde niczym kamień. Pancerz miało brunatny, gdzieniegdzie pomarańczowy i 
miejscami  
błyszczący, jakby obsypany diamentami. Stwór trącał go czubkiem masywnego 
topora. 
Naliczył przynajmniej pięć takich bestii. Naraz wszystkie zaczęły pohukiwać, 
jakby  
naradzały się, co z nim zrobić. Opadło go nieodparte wrażenie, że został pojmany 
przez jakieś  

background image

przerośnięte, niebezpieczne pancerniki, które nauczyły się chodzić na zadnich 
nogach  
wyłącznie dlatego, że tak im się podobało. 
Były to Quele. 
 

 
Minęły tygodnie napięcia i melancholii. Sharissa nie wymyśliła sposobu na 
zdjęcie  
obroży; ukradkiem podjęła dwie próby i dwa razy tylko sekundy dzieliły ją od 
uduszenia.  
Barakas Tezerenee, który w tym okresie spotkał się z nią tylko trzy razy, 
obiecał, że pozwoli  
jej porozmawiać z Czarnym Koniem. Obietnica okazała się bez pokrycia. Większość 
czasu  
Sharissa spędzała z wielmożną Alcią lub z innymi kobietami z klanu. Stwierdziła, 
że córki  
patriarchy są podobne jak krople wody. Nie mogła spamiętać ich imion i właściwie 
nigdy nie  
wiedziała, z którą z nich ma do czynienia. Dobrze, że przynajmniej niektórych 
synów można  
było odróżnić. 
Wyglądało na to, że spośród potomków patriarchy obecnie liczy się tylko Reegan i  
Lochivan. Esad wprawdzie zawsze był pod ręką, ale celem jego życia stało się 
dostarczanie  
informacji ojcu i natychmiastowe znikanie sprzed jego oczu. Pozostali bracia 
upodobnili się  
do siebie, tak zresztą jak ich kuzyni i nawet ci obcy, którzy od dłuższego czasu 
żyli wśród  
Tezerenee. 
"Kształtuje ich wszystkich na własne podobieństwo - osądziła Sharissa, z krzywym  
uśmiechem przyglądając się, jak władca Tezerenee wydaje rozkazy zbrojnej 
ekspedycji w  
góry. - A jego najwierniejszym odbiciem jest Reegan". 
Trzy razy padła ofiarą zalotów Reegana. Pod pewnymi względami jego zachowanie  
było wzruszające: naprawdę ją adorował, a wrodzona nieśmiałość czyniła go 
nieszkodliwym.  
Zdarzyło się jednak, że w czasie drugiego spotkania do głosu doszły żądze i 
trzymanie jej za  
rękę przestało mu wystarczać. 
Lochivan, którego Sharissa nie chciała widzieć już nigdy w życiu, położył kres 
jego  
zabiegom. Jakby stał w cieniu i czekał właśnie na taką okazję. Podszedł do nich 
wraz z  
przyboczną strażą i powiadomił brata, że wzywa go patriarcha. Zostawił 
strażników, żeby ją  
odprowadzili, i odszedł wraz z Reeganem. Dopiero wtedy Sharissa przypomniała 
sobie, jaki  
zawód sprawił jej ten przyjazny, ale zdradliwy Tezerenee. 
Obecnie siedziała w swojej komnatce, urządzonej z dużo większym zbytkiem niż  
poprzednia izdebka. Jej nowe kwatery mieściły się na najwyższej kondygnacji 
zamku.  
Roztaczał się z nich widok na dziedziniec, okolice zamku i dalekie góry - gdyby 
nie ludzie  
smoka, widok zapierałby dech w piersiach. 
Na zewnątrz coś się działo, bo wśród Tezerenee zapanowało poruszenie. 
Sharissa wychyliła się z okna. Przez otwartą na oścież bramę wjeżdżali jeźdźcy.  
Wojownicy dosiadający latających smoków przelatywali nad murami i dołączali do 
swoich  
braci na dziedzińcu. Czarodziejka z rozczarowaniem stwierdziła, że zwiadowcy nie 
ponieśli  

background image

strat; miała nadzieję, że zostaną zdziesiątkowani przez jakieś dotąd nie wykryte 
siły  
Poszukiwaczy. 
Zaczęła błądzić wzrokiem po dziedzińcu... i zatrzymała spojrzenie na postaci, 
której  
dotychczas na próżno wypatrywała. Elfowi jak zwykle towarzyszyli strażnicy - 
wlekli go do  
małego, niczym nie odznaczającego się budynku na lewo od jej okna. Po raz 
pierwszy  
wyprowadzili go z lochów, gdzie przebywał od czasu pojmania. Czyżby to znaczyło, 
że w  
końcu powiedział Tezerenee, co chcieli wiedzieć, czy też po prostu już się nim 
znudzili? 
Czarodziejka nagle zapragnęła wyjść z pokoju. Nic nie stało na przeszkodzie,  
przynajmniej w tej kwestii. Ruszyła do drzwi. Nie były zamknięte na klucz, ale 
nie miała  
zamiaru sama ich otwierać. Nauczyła się postępować zgodnie z panującymi tutaj 
obyczajami. 
- Straż! 
Minęła chwila, długa jak wieczność, nim ktoś otworzył drzwi. Weszła jedna z jej  
bezimiennych strażniczek, z bronią w pogotowiu. Ich też nie próbowała 
zapamiętać; były  
podobne i często się zmieniały. 
- - Życzysz sobie czegoś, wielmożna Sharisso? 
- - Życzę sobie wyjść na zewnątrz i zażyć świeżego powietrza. 
- - Nie potrzebujesz mojego przyzwolenia. Jestem tutaj dla twojego 
bezpieczeństwa i  
zaspokajania twoich potrzeb. 
Wysoka, smukła czarodziejka wsparła się pod boki, tylko w ten sposób okazując, 
że  
ani trochę nie wierzy w słowa dozorczyni. 
- Wiem, że wolno mi wychodzić na dziedziniec, ale wiem też, że będziesz mnie  
obserwować... dla mojego własnego dobra. Po prostu uznałam, że warto cię 
uprzedzić. 
Strażniczka umilkła, jakby nie była pewna, czy dobrze zrozumiała tę obcą. 
Właśnie o  
to chodziło Sharissie. Odrobina arogancji ze szczyptą zakłopotania. Chęć 
współpracy i  
stanowczy opór. Stwierdziła, że z nielicznymi wyjątkami członkowie klanu mają 
nie lada  
kłopot z rozgryzieniem jej zachowania. 
Prawdziwe zagrożenie stanowił Lochivan, wielmożna Alcia i oczywiście, sam  
Barakas. 
Na dziedzińcu Tezerenee tłoczyli się wokół oddziału, który powrócił z wyprawy.  
Sharissa spacerowała po obrzeżach ciżby, zauważając powszechne zadowolenie. 
Wojownicy  
przynieśli pomyślne wieści. To mogło oznaczać, że nie napotkali oporu i że 
gniazda  
Poszukiwaczy albo zostały opuszczone, albo byty tak słabo bronione, iż klan mógł 
zająć je  
bez problemów. 
W tłumie mignął jej Lochivan. Miał dowodzić ekspedycją, ale w ostatniej chwili  
wielmożny Barakas zmienił zdanie. Zaszczyt ten przypadł młodszemu bratu 
Lochivana,  
Dagosowi, którego Sharissa słabo znała, a nie chciała o niego wypytywać, żeby 
nie wzbudzić  
podejrzeń. Dagos byl bezmyślną marionetką w rękach swego pana i ojca, posłusznie  
wykonującą rozkazy; nie miał własnej osobowości. Czarodziejka zachodziła w 
głowę,  
dlaczego został mianowany dowódcą wyprawy, ale odgadnięcie pobudek patriarchy  
przerastało jej możliwości. 

background image

Wodziła wzrokiem po zgromadzonych, uważając też na swoją strażniczkę. Widać  
było, że kobieta jest rozdarta między poczuciem obowiązku a ciekawością. I o to 
chodziło.  
Sharissa zbliżyła się do tłumu, stale odsuwając się od swego cienia. Strażniczka 
też podeszła  
bliżej, co tylko podsyciło jej zaciekawienie. Zatrzymała wzrok na Lochivanie i 
Dagosie,  
którzy rozmawiali o czymś z ożywieniem. 
Sharissa, korzystając z chwilowego braku nadzoru, przemknęła pod więzienie 
elfiego  
jeńca. 
Przechytrzenie strażniczki nie wzbudziło w niej dumy. Było to tymczasowe  
zwycięstwo i kobieta wkrótce ją znajdzie. Ale zależało jej wyłącznie na chwili 
prywatnej  
rozmowy, żeby mogła wyrobić sobie zdanie o kimś, kto podobnie jak ona był 
więźniem  
Tezerenee. Jeśli nie złamali jego woli, istniała szansa, że dopomoże jej w 
ucieczce. W  
przeciwnym wypadku może chociaż opowie o okolicznych terenach i wskaże, dokąd 
mogłaby  
się udać. 
Sharissa miała jeszcze jeden powód, żeby odwiedzić jeńca, ale nie przyznawała 
tego  
nawet przed sobą. Jak jej ojca i Gerroda Tezerenee, niezmiernie ciekawiły ją 
nowe rzeczy... i  
nowe istoty. 
Weszła do budynku. Strażników nie było. Dołączyli do tłumu na dziedzińcu, co  
świadczyło o wielkim znaczeniu ekspedycji. Sharissa pokonała krótki korytarz i 
zajrzała do  
pierwszej celi. Elf był tutaj jedynym więźniem, nie była więc zaskoczona, że 
znalazła go przy  
pierwszej próbie. 
Wątpliwe, czy elf potrzebował straży; przesłuchania, skąpy wikt i niedostatek 
wody  
sprawiły, że bardziej przypominał pustą skorupę niż żywą istotę. Miał skute ręce 
i nogi, a  
łańcuchy przypominały jej obrożę, co tłumaczyło, dlaczego nie próbował ratować 
się z  
pomocą magii. Siedział ze zwieszoną głową, jakby spał, lecz spojrzał na nią w 
chwili, gdy  
zacisnęła rękę na kracie celi. 
Ogień nadal płonął w jego oczach. Skatowali mu ciało, ale nie złamali woli. 
- - Pamiętam cię. - Głos brzmiał chrapliwe, ale elf mówił płynnie i poprawnie. - 
W  
porównaniu z innymi wyglądasz jak wcielenie niewinności. To chyba powinno 
świadczyć na  
twoją korzyść. 
- - Nie jestem jedną z nich. 
- - Wyglądasz jak jedna z nich, choć ubierasz się inaczej, bardziej jak duch 
leśny niż  
wcielenie śmierci. I masz swobodę ruchów. 
Pochyliła się, przyglądając mu się pod innym kątem. 
- - Wyglądasz na pobitego, ale przemawiasz ze swadą. Jego śmiech zakończył się  
chrapliwym skrzeczeniem. 
- - Wierz mi, panienko, zostałem bardzo starannie pobity! 
 
- - Sądzę, że udajesz słabego i naprawdę całkiem nieźle się trzymasz. 
- - Myślisz, że chcę, by bili mnie w nieskończoność? Myślisz, że ból sprawia mi  
przyjemność? 
Usta miał spękane i było widać, że cierpi z odwodnienia. Sharissa rozejrzała 
się, lecz  

background image

nie znalazła wody. Nie było też klucza do celi. Będzie musiała rozmawiać z nim 
przez kraty. 
- - Posłuchaj! Nie jestem jedną z nich! Należymy do tego samego ludu... 
- - Co znaczy, że jesteś Vraadem. - Elf wcale nie starał się ukryć pogardy. 
- - Nie jesteśmy tacy sami! Popatrz na to! - Poderwała ręce do obroży, ale  
powstrzymała się w ostatniej chwili. Miała nadzieję, że elf zrozumie jej 
położenie bez  
bolesnej demonstracji. 
Spojrzał na jej szyję, lecz nic nie powiedział. Sharissa czekała, bojąc się, że 
w każdej  
chwili ktoś może wejść do budynku i pozbawić ją szansy na prywatną rozmowę. Po 
chwili elf  
zamknął oczy. Czarodziejka spróbowała przygotować się psychicznie do pokazu 
działania  
obroży. Miała nadzieję, że zdoła go przekonać, zanim to ją zabije. 
- - Może jesteś oszustką - oznajmił, nie otwierając oczu. - Może nosisz obrożę 
tylko  
na pokaz, żeby mnie zwieść. 
- - Mogę ci udowodnić, że tak nie jest. - Sharissa zadrżała. To wcale nie będzie  
łatwe. Nie brakowało jej odwagi, ale nikomu nie podoba się myśl o śmierci przez 
uduszenie. 
Elf otworzył migdałowe oczy, przeszył ją spojrzeniem. 
- To nie będzie konieczne. Myślę... Myślę, że mogę ci zaufać. Sharissa 
odetchnęła z  
ulgą. 
- - Dziękuję. Dowiodłabym, że mówię prawdę, lecz nie byłoby to przyjemne. 
- - Znam to uczucie. - Elf zagrzechotał łańcuchami i wskazał na własną obrożę. -  
Nazywam się Faunon, pani. 
- A ja jestem Sharissa Zeree. Przebywam tutaj w niewoli, jak ty- 
- Widziałem, pani, jak cię traktują. Szkoda, że w ten sposób nie odnoszą się do  
wszystkich więźniów! 
Zaczerwieniła się. 
- Nie lekceważę twojej niedoli! Rozpieszczają mnie, prawda, ale tylko dlatego, 
że  
chcą, bym stała się jedną z nich. 
Jego uśmiech trochę ją zirytował. 
- Cóż za okropny pomysł! Jak przemiana uroczego kwiatka w paskudne zielsko! 
Czas uciekał. 
- - Posłuchaj, przyszłam tutaj, aby się przekonać, czy nadal masz wolę niezbędną 
do  
ucieczki. Ja znam tę okolicę tylko z opowieści i potrzebna mi twoja pomoc. 
- - No to mam szczęście. 
- - Pomogłabym ci niezależnie od tego, czy byłbyś mi potrzebny! - Rozmowy z  
Ariela nigdy nie były takie trudne! Ale mimo wszystko nie mogła winić elfa za 
okazywany  
cynizm. - Jesteś zainteresowany? 
Zaśmiał się oschle. 
- - Myślisz, że wolę tu zostać? 
- - Nie wiem, kiedy znów do ciebie zajrzę. 
- -Jest... Jest jeszcze ktoś, kto pójdzie z nami, ale wpierw muszę się 
dowiedzieć,  
gdzie go ukryli. 
Elf popatrzył na nią z zaciekawieniem, lecz nie miała czasu mówić mu o Czarnym  
Koniu. 
- - Mniejsza z tym. Obiecuję, że niebawem wrócę. 
- - Mój los zależy od ciebie. Dziękuję ci. Dzięki tobie będę miał o czym 
rozmyślać. 
Słysząc ostatnie zdania i widząc minę elfa. Sharissa nie wiadomo dlaczego oblała 
się  
rumieńcem. Popędziła do drzwi i przystanęła, słuchając, czy nikt nie kręci się w 
pobliżu. Już  

background image

jakiś czas temu przyszło jej na myśl, że dopisuje jej wyjątkowe szczęście. Czy 
to możliwe, że  
Tezerenee chcieli, aby spotkała się z Faunonem? Barakas uwielbiał takie chytre 
intrygi. 
Jeśli tak, tym lepiej. Jeśli rzeczywiście sami dali jej okazję, wymyśli coś, że 
gorzko  
tego pożałują. 
W polu widzenia stało paru Tezerenee, ale żaden nie patrzył w jej stronę. 
Sharissa  
wymknęła się z budynku i ruszyła żwawym krokiem, pragnąc jak najszybciej oddalić 
się od  
więzienia elfa. Jeśli okaże się, że nie miała racji i że nikt nie wiedział o 
tych odwiedzinach,  
zbytek ostrożności nie pójdzie na marne. 
Sharissa nagle zapragnęła powrotu do czasów dzieciństwa, kiedy wszystko było  
zacznie prostsze i łatwiejsze. 
Wielmożny Barakas wezwał ją tego samego dnia. Była to formalna audiencja, co  
znaczyło, że powinna stać, słuchać i odzywać się tylko wtedy, gdy zostanie 
zapytana.  
Strażniczka poinformowała ją o tym dopiero w drodze do sali tronowej. Sharissa 
puściła  
uwagę mimo uszu. Nie zmieni swojej postawy. Patriarcha spodziewał się po niej 
zadziornego  
zachowania i nie miała zamiaru sprawiać mu zawodu. 
Były niemal na miejscu, gdy z bocznego korytarza wysunął się wysoki wojownik w  
smoczym hełmie. Zastąpił im drogę. 
- - Ja zajmę się wielmożną Sharissą. Jesteś wolna. 
- - Tak jest, wielmożny Lochivanie. 
Stali w milczeniu, dopóki kobieta nie odeszła. Nim czarodziejka zdążyła 
przemienić  
narosłą w niej gorycz w pełne wyrzutu słowa, Lochivan zdjął hełm i powiedział: 
- - Wybacz, że cię tutaj sprowadziłem. Robiłem, co w swojej mocy, żebyś' 
trzymała  
się z daleka, ale ty byłaś zbyt dociekliwa. 
- - Chcesz powiedzieć, że przejrzałam twoje zdradzieckie plany! 
- - Za późno, jeśli dobrze pamiętasz. Poza tym nie była to zdrada. Wiesz, że na  
pierwszym miejscu stawiam lojalność wobec klanu. Udało mi się przekonać ojca, że 
jeśli  
zostawimy cię w spokoju, mistrz Zeree nie będzie miał powodu, żeby nas tropić. 
Gdy ty  
znikniesz, Vraadowie podniosą krzyk, dowodziłem. Po zniknięciu Czarnego Konia 
odczują  
ulgę. Tylko ty i twój ojciec stanowiliście zagrożenie dla naszego planu. 
Zachowywał się przyjaźnie, jak zwykle, ale Sharissą przestała wierzyć pozorom. 
- Być może naprawdę chciałeś mi pomóc, ale to nie usprawiedliwia faktu, że  
przyczyniłeś się do zniewolenia Czarnego Konia! Gdzie on jest? Stale pytam o to 
patriarchę.  
Obiecał, że pozwoli mi się z nim zobaczyć, a potem cofnął dane słowo! 
Lochivan podrapał się po szyi. Sharissą widziała, że wysypka się rozszerza; 
skóra  
Tezerenee była zaczerwieniona i sucha, wyglądała niemal jak łuska. Miała ochotę 
sięgnąć  
ręką do własnej szyi, ale wiedziała, że doskwiera jej nie wysypka, tylko obroża. 
- - Wynikły nowe sprawy. - Wojownik nie wyjaśnił, jakie, tylko mówił dalej: - 
Dziś  
wieczorem wszystko się rozstrzygnie. A Czarnego Konia zobaczysz na audiencji. 
- - Czy będę mogła z nim porozmawiać? 
- - Tego nie wiem. - Lochivan założył hełm i wyciągnął rękę. Ujęła ją z wielką  
niechęcią i tylko dlatego, że w tej chwili zależało jej na audiencji. Tezerenee 
uśmiechnął się  

background image

do niej spod hełmu, lecz odwróciła głowę. Wolała patrzeć przed siebie. Jej 
towarzysz  
chrząknął i poprowadził ją ku reprezentacyjnej sali władcy Tezerenee. 
Oboje drgnęli, gdy w korytarzu pojawił się ktoś trzeci. Lochivan naprężył 
mięśnie, a  
Sharissa odruchowo mocniej chwyciła go za rękę. Tezerenee idący w ich stronę 
zataczał się  
jak ranny lub pijany. Nie było widać krwi na jego napierśniku ani na zbroi ze 
smoczej łuski,  
ale też nie wyglądał na podchmielonego. 
Lochivan wpadł w złość. Puścił rękę Sharissy i zastąpił mu drogę. 
- - Co się z tobą dzieje? 
- - Boliii... - wycharczał Tezerenee. Nawet nie podniósł głowy. Jedną ręką 
trzymał  
się na brzuchu, drugą wspierał o ścianę. 
Lęk Sharissy przemienił się we współczucie. Gdy wojownik znalazł się bliżej,  
zobaczyła, że krzywi się z bólu. Był Tezerenee, lecz to przestało się liczyć. 
Ten człowiek  
potrzebował pomocy. Zatroskana czarodziejka wyciągnęła ręce, ale Lochivan ją 
zatrzymał. 
- Zostaw go w spokoju. - Zgiętemu wojownikowi rozkazał: - Baczność! Pamiętaj, że  
jesteś Tezerenee! Ból nie jest żadną wymówką. 
Sharissa popatrzyła na swojego towarzysza. Lochivan w trakcie krótkiej przemowy  
wyglądał prawie jak ojciec. 
- Tak jessst... tak jest, panie! - Cierpiący wojownik wyprostował się, ale cały 
drżał.  
Nie patrzył na Lochivana i Sharissę. 
Lochivan zrezygnował z dalszego musztrowania. 
- - Dużo lepiej. Niech ktoś cię obejrzy. Możesz odejść! - Odwrócił się z 
wyniosłym  
wyrazem twarzy, jakby wojownik przestał dla niego istnieć. 
- - Jak każesz, panie - wychrypiał chory. Odmaszerował, potykając się co parę  
kroków. 
Sharissa patrzyła za nim, póki nie zniknął za zakrętem korytarza. Odwróciła się 
do  
Lochivana. 
- - Przecież ten człowiek umiera! Gdybyś go nie zatrzymał, już znalazłby kogoś, 
kto  
udzieliłby mu pomocy. 
- - Zatrzymałem go tylko na chwilę. Jest Tezerenee, wyszkolonym do życia w bólu. 
-  
Ujął ją za rękę. - Chodźmy już! Wielmożny Barakas Tezerenee czeka. 
Pozwoliła mu się poprowadzić, ale jasno dała do zrozumienia, że jego towarzystwo  
nie sprawia jej przyjemności. Od czasu zdrady widziała go w nowym świetle. Jego 
maniery  
wydawały się teraz wymuszone, jakby kryło się w nim zwierzę, które tylko udawało  
człowieka. Równie dobrze mógłby być smokiem. 
Po chwili ujrzeli żelazne podwoje sali tronowej, z wyrytymi smokami, symbolami  
klanu Tezerenee. Gdy się zbliżyli, strażnicy otworzyli drzwi i ustąpili im z 
drogi. Odźwierny  
oznajmił ich przybycie. 
- Wielmożna Sharissa Zeree! Wielmożny Lochivan! Sharissa zaczęła się 
zastanawiać,  
czy tytuiy te przysługują wszystkim Tezerenee, czy tylko dzieciom patriarchy - i 
jej.  
Zapomniała o wszystkim na widok ogromu sali. 
Komnata z łatwością pomieściłaby cały klan oraz wszystkich obcych wiernych  
patriarsze. Gdyby wysokie sklepienie pomalowane było na niebiesko, skłonna 
byłaby  
uwierzyć, że stoją pod gołym niebem. Wszędzie wisiały proporce, niemal tak 
liczne jak  

background image

Tezerenee. Uzbrojeni po zęby strażnicy stali pod ścianami od wejścia po 
marmurowe  
podwyższenie po drugiej stronie. Czujni dozorcy trzymali na smyczach młode 
smoki. Na  
ramionach paru osób siedziały myśliwskie wężosmoki. 
- Chodźmy dalej - szepnął Lochivan, gdyż Sharissa, przejęta zgromadzonym tłumem 
i  
ogromem sali, przystanęła w progu. 
Przed nimi na wysokich tronach na najwyższym poziomie podestu siedziała para  
władców Tezerenee. Wielmożna Alcia roztaczała wokół siebie monarszy splendor, 
chłodno  
patrząc na dwoje przybyłych. Wielmożny Barakas, wsparty na łokciu, trwał 
pogrążony w  
zadumie. Jego mina świadczyła, że ledwie zauważył przybycie Sharissy i syna. 
ICrok za tronami stał Reegan. Ręce splótł za plecami i wyglądał tak, jakby 
dokonywał  
przeglądu swoich wojsk... co w pewnym sensie nie odbiegało od prawdy. Po raz 
pierwszy  
Sharissa ujrzała go jako władcę, którym miał zostać po śmierci Barakasa. Trzeba 
było tylko  
przytrzeć mu rogi i patriarcha chciał, by ona miała w tym swój udział. 
"Prędzej poślubię smoka!" 
Lochivan prowadził ją po długim kobiercu kończącym się przed tronami pana klanu 
i  
jego małżonki. Kiedy byli w połowie drogi, Barakas podniósł głowę. Nim dotarli 
do celu,  
otwartej przestrzeni u stóp podwyższenia, przeszył ją wzrokiem. 
- Wielmożna Sharissa - oznajmił Lochivan, z szacunku dla rodziców opadając na  
kolano. 
Sharissa ani myślała pójść w jego ślady; nie była Tezerenee i klękanie zostałoby  
odebrane jako oznaka kapitulacji. Lekko skinęła głową swoim gospodarzom, 
poczynając od  
wielmożnej Alcii. 
Barakas obdarzył ją cierpliwym uśmiechem. 
- Moja wielmożna Sharissa Zeree. Witamy. Milczała. Lochivan podniósł się z 
klęczek. 
- - Twoja niechęć jest zrozumiała, a siła woli godna podziwu. Byłaś bardzo  
cierpliwa... 
- - Nie miałam wyboru! - czarodziejka weszła mu w słowo. 
- -...i mam nadzieję, że niebawem rozstaniesz się z tą niewygodą obrożą. - 
Patriarcha  
mówił tak, jakby wcale się nie odezwała. Wyprostował plecy i zwrócił się do 
zgromadzonych:  
- Lojalność nade wszystko. Posłuszeństwo jest nagradzane, a nieposłusznych 
spotyka kara. 
Na dany znak jeden z Tezerenee przydźwigał pokaźną szkatułkę. Była bogato  
rzeźbiona i obłożona czarami - Sharissa wyczuła to, choć wyższe zmysły miała 
przytępione.  
Wojownik ukląkł przed Barakasem i podał mu skrzynkę. Patriarcha przyjął ją i 
odprawił  
sługę. Zwrócił się do Sharissy i jej towarzysza. 
- Raczcie cofnąć się o krok. 
Lochivan ujął czarodziejkę pod rękę i delikatnie, ale stanowczo pociągnął ją do  
pierwszego rzędu zgromadzonych. Szepnął: 
- Nic nie mów. Najpierw zobacz. 
Sharissa, która już miała się odezwać, zamknęła usta. Chciała zapytać, gdzie 
jest  
Czarny Koń i kiedy będzie mogła go zobaczyć. Zamierzała nawet wspomnieć, że 
patriarcha  
złamał dane słowo. Choć Barakas był władcą absolutnym klanu, pozostawał 
niewolnikiem  

background image

własnej dumy. 
- Znów jesteśmy u siebie! - oznajmił pan Tezerenee. Pogładzi! ręką bok szkatuły,  
jakby ją pieścił. Sharissa uświadomiła sobie, że w trakcie mówienia pracuje nad 
jakimś  
czarem. - Nasze moce nadal dalekie są od doskonałości, ale wzrosły znacznie, 
niemal  
jakbyśmy znów powiązani byli z Nimth! 
Sharissa ściągnęła brwi. Czuła, że powinna o czymś wiedzieć, ale nie umiała tego  
sprecyzować. W tej chwili bardziej interesowała ją skrzynka i jej rola. 
- Teraz pokażę naszemu gościowi potęgę naszej mocy! Barakas otworzył skrzynię. 
- Wooolnyyy! Na przeklętą Pustkę! Wooolnyyy! - W głosie pobrzmiewała ulga i  
odrobina szaleństwa. Sharissa poczuła drżenie podłogi, gdy więzień wyrwał się ze 
skrzynki,  
nie przestając ryczeć z radości. 
Gęsta czarna substancja wylała się ze skrzynki i spłynęła do stóp podwyższenia. 
W  
drodze zmieniała się, przybierając wyraźną formę. Sharissie nikt nie musiał 
mówić, kto to  
taki; głos był wystarczającą wizytówką. 
- Próżnia! Zupełnie sam! Przeklinam cię, Barakasie Tezerenee! Tylko ty mogłeś  
stworzyć miejsce gorsze od Pustki! 
Czarny Koń stanął przed patriarchą i jego małżonką. Błękitne jak lód oczy bez 
źrenic  
płonęły gniewem, kopyta darły kamienną posadzkę, żłobiąc bruzdę po bruździe. 
Czarodziejka nie mogła się powstrzymać. Wyrwała się Lochivanowi, nieco  
zaskoczonemu efektownym wejściem mrocznego rumaka. 
- - Czarny Koń! 
- - Kto mnie woła? - Hebanowy rumak odwrócił się i spojrzał w jej stronę. Nie od  
razu ją poznał, ale kiedy to się stało, wybuchnął radosnym śmiechem. Większość 
obecnych w  
sali zakryła uszy rękami. Barakas siedział bez ruchu. - Sharissa Zeree! 
Nareszcie! 
Ruszył w jej stronę. Gdy znaleźli się o krok od siebie, Sharissa poczuła 
znajome,  
przerażające szarpniecie obroży. Nie mogła oddychać. Czarny Koń zatrzymał się w 
tej samej  
chwili, wcale nie z uwagi na jej kłopoty. Trząsł się, jakby on też doznawał 
cierpienia. 
Sharissa osunęła się na kolana. Nie wiedziała, co począć. Obroża dusiła ją, choć 
nawet  
nie próbowała jej dotknąć. Nagle silne ręce złapały ją pod ramiona. Gdy walczyła 
o złapanie  
tchu, ktoś odciągnął ją od przyjaciela. 
Obroża natychmiast się poluzowała. 
- - Ty... ty mnie zwiesz demonem, władco Tezerenee? Jesteś potworem! - Czarny  
Koń odsunął się od smukłej czarodziejki. - Ja przeżyłbym, ale ją by to zabiło! 
- - Nic jej nie będzie - odparł obojętnie patriarcha. Zachował spokój, jakby ten  
wypadek go nie interesował. 
Wspierając się na ramieniu Lochivana, bo to on ją odciągnął, Sharissa zdała 
sobie  
sprawę, że Barakas po raz kolejny mistrzowsko rozegrał tę partię. W okrutny 
sposób pokazał  
obojgu więźniom, co im grozi - a przynajmniej jej - gdy znajdą się zbyt blisko 
siebie.  
Najprawdopodobniej to ona poniosłaby karę, mimo że patriarsze udało się odkryć 
słabe  
punkty Czarnego Konia. 
- Możesz stać o własnych siłach? - zapytał Lochivan cicho. Jego ton wyrażał 
irytację i  
zawstydzenie. - Nie miałem pojęcia, co on knuje. Gdybym wiedział, uprzedziłbym 
cię o  

background image

niebezpieczeństwie związanym ze zbliżaniem się do przyjaciela. 
Sharissa nie odpowiedziała. Uwolniła się z jego rąk i stanęła o własnych siłach. 
Kiedy  
nogi przestały jej dygotać, spojrzała najpierw na Czarnego Konia, który chyba 
nadal cierpiał,  
a potem na patriarchę. 
- - Winien ci jestem przeprosiny, wielmożna Sharisso, ale nauczka ta była 
konieczna.  
Demon jest dla nas niezmiernie cenny, gdyż sam robi to, czego my nie możemy - na 
razie -  
osiągnąć wspólnymi siłami. 
- - Zawsze... - Zakaszlała, gdyż płucom brakowało jeszcze powietrza. - Zawsze  
myślałam, że nie lubisz polegać na czarach. Czy to nie ty głosiłeś, że prawdziwa 
siła kryje się  
w ciele? 
- - Dobry wojownik sięga po broń najlepszą w danej sytuacji. Dzięki twemu  
demonicznemu przyjacielowi uzyskaliśmy wstęp do prawowicie przynależnego nam  
cesarstwa. Podczas gdy my eksperymentowaliśmy z odrodzonymi mocami, on 
samodzielnie  
wzniósł tę cytadelę. Jego wysiłki zapewniły nam bezpieczne miejsce, w którym 
będziemy  
rosnąć w silę. 
- - I oto, jak nagradzasz go za starania! - Wskazała szkatułę. - Cóż to za 
straszna  
pułapka? 
- - To? Zwyczajna skrzynka. - Podniósł ją, żeby mogła zobaczyć. Czarny Koń 
skulił  
się jak wysmagany biczem skazaniec na widok narzędzia tortur. - Dołożyłem parę  
drobiazgów. Czary przepuszczają tylko mój głos i więzień może rozmawiać 
wyłącznie ze  
mną. Jest odporna na jego moce magiczne i jedynie ja mogę ją otworzyć, ale 
przecież to tylko  
skrzynka. Nie zadaje mu bólu. 
- - Tylko niewysłowione katusze! - ryknął Czarny Koń. - Nie mogę się ruszyć! Nie  
mogę mówić! Słyszę tylko jego! Jestem taki samotny! 
Pilnując się, żeby nie znaleźć się zbyt blisko Czarnego Konia, Sharissa podeszła 
do  
tronu patriarchy. Strażnicy natychmiast zajęli miejsca przed swoim panem i 
wyciągnęli broń  
w stronę czarodziejki. 
- Precz! - Barakas podniósł się i wolną ręką odepchnął przybocznych. Wziął 
skrzynkę  
pod pachę i popatrzył na śmiało sobie poczynającą pannę Zeree. - Chcesz coś 
powiedzieć? 
Czy mogła wyrazić coś, co nie byłoby czczym rozgoryczeniem? Barakas zachował  
przewagę. Udzielił jej audiencji, żeby ją upokorzyć i pokazać, jak beznadziejne 
jest jej  
położenie. 
- - Czy moje słowa mogłyby cokolwiek zmienić, smoczy władco? 
- - Bardzo wiele, prawdę powiedziawszy - odparł Barakas po powrocie na tron. 
Choć  
miał skruszoną minę, jakby żałował wcześniejszych poczynań, Sharissa nie dała 
się zwieść. -  
Noszenie tej obroży przynosi ci ujmę. Powinnaś zająć miejsce u naszego boku. 
Na te słowa Reegan, który dotąd obojętnie przysłuchiwał się rozmowie, nagle 
zaczął  
zdradzać zainteresowanie. Sharissa poczuła na sobie jego spojrzenie i zmusiła 
się do  
skupienia uwagi na osobie patriarchy. Chciała pokazać, że następca - jej 
przyszły mąż według  
planów patriarchy - jest jej najzupełniej obojętny. 

background image

- Nie mam na to najmniejszej ochoty, władco Tezerenee. Nigdy tego nie zrobię. 
Zgromadzeni zaszemrali trwożliwie. Każdy inny zapłaciłby gardłem za łagodniejsze  
słowa rzucone w twarz Barakasowi Tezerenee. A jednak patriarcha nie wyglądał na  
urażonego. Pogładził wieko skrzynki i zamknął je delikatnie. Czarny Koń lękliwie 
cofnął się  
o parę kroków. Magiczna energia trzasnęła w powietrzu i zastraszony ogier stanął 
jak rażony  
gromem. Jakaś potężna więi łączyła go ze skrzynką. 
- Zdjąć obrożę. 
Nad głowami klanu znów przetoczyły się szepty. Lochivan podszedł do Sharissy,  
która zastygła w zupełnym bezruchu. Co tym razem planował patriarcha? Czy myśli, 
że  
będzie stała bezczynnie, gdy znów odzyska swoje zdolności? Mogłaby... 
Gdy Lochivan sięgnął do jej szyi i dotknął obroży, Sharissa uświadomiła sobie, 
że nic  
nie może zrobić. Walczyć? Nawet gdyby była najpotężniejsza wśród Vraadow, nie 
zdołałaby  
pokonać ich wszystkich, nie miałaby szans, żeby dobrać się do pilnie chronionego 
Barakasa.  
Uciec? Dokąd? Co stałoby się z Czarnym Koniem... 
I z Faunonem, z którym zawarła przymierze? Nie mogła uciec bez nich, zwłaszcza  
gdy obaj byli tak bezradni. Kto wie, co by ich spotkało, zwłaszcza Czarnego 
Konia. 
Lochivan zsunął magiczną obrożę z jej szyi, ale Sharissa wcale nie poczuła się 
lepiej.  
Druga, niewidzialna obroża groziła jej uduszeniem. Była to obroża wykuta ze 
strachu o  
innych, głównie o Czarnego Konia. Zrozumiała teraz, dlaczego Barakas nie wziął 
obrazy do  
serca; wiedział, że będzie mu posłuszna, choćby tylko dlatego, że nie mogłaby 
zostawić  
przyjaciela na łasce losu. Możliwe, że nie miał pojęcia o jej wizycie u Faunona, 
ale z  
pewnością wiedział, ile znaczył dla niej hebanowy rumak. 
- Sharisso... - mruknął Czarny Koń. Jego ton wskazywał, że wie, dlaczego nic nie 
robi  
po odzyskaniu mocy. 
Lochivan wycofał się, zabierając straszliwe narzędzie tortur, i Sharissa znów 
stała  
samotnie przed panem klanu. Sięgnęła do szyi i bezwiednie potarła skórę. Ten 
ruch  
niespodziewanie przypomniał jej o stałym drapaniu się wielu Tezerenee. Opuściła 
rękę. 
- Dobrze - rzekł Barakas, kiwając głową. - Widzisz? Twoje zdrowie wiele dla nas  
znaczy, Sharisso Zeree. Chcę, żebyś z nami pracowała. 
Miałaby współpracować? Pomagać Tezerenee? Czyżby ta audiencja miała inny cel  
poza jej poniżeniem? Czyżby patriarcha potrzebował jej talentu? 
Barakas pochylił się w jej stronę, jakby rozmawiał ze współspiskowcem. Mówił  
jednakie dość głośno, by wszyscy go słyszeli. 
- Z samego rana wyruszy druga ekspedycja, większa, do górskiego gniazda  
porzuconego przez ptasich ludzi. Sam będę nią dowodził. - Rzucił okiem na 
Czarnego Konia.  
Choć mroczny rumak poruszył głową i odpowiedział mu wściekłym spojrzeniem, było 
jasne,  
że nie może zrobić nic więcej. Niezależnie od rodzaju czaru wiążącego go ze 
skrzynką, jego  
zdolność ruchu zależała od woli patriarchy. Równie dobrze mógłby być marionetką. 
Barakas udał, że zapomniał o nim. Popatrzył na czarodziejkę, która okazała  
zaciekawienie, i podjął: 
- Twoja wiedza i umiejętności byłyby dla nas bezcenne, wielmożna Sharisso. 
Chcemy,  

background image

żebyś do nas dołączyła. 
"Inaczej Czarny Koń ucierpi?" - pomyślała. Czy patriarcha przekazał jej 
milczącą,  
zawoalowaną pogróżkę, czy tak namącił jej w głowie, że doszukiwała się podstępu 
w każdym  
jego ruchu, w każdym jego oddechu? 
- Co warn po mnie? Nawet teraz, choć nie mam twojej zabawki na szyi i w pełni  
władam mocami, niewiele mogę zrobić. Nie więcej, niż sam możesz osiągnąć... - 
spojrzała na  
Czarnego Konia - prawymi czy niecnymi środkami. 
Wśród zgromadzonych znów zapanowało poruszenie. Bez wątpienia zwyczajna  
audiencja sprowadzała się do przemowy Barakasa i milczącego kiwania głowami 
poddanych.  
Śmiałe słowa Sharissy drażniły Tezerenee i zaprzysiężonych im Vraadow, choć poza 
tym nie  
odnosiły większego skutku. 
Barakas rozparł się na tronie. Nadszedł czas na zadanie ostatniego ciosu. 
Sharissa  
przygotowała się wewnętrznie. Była ciekawa, co powie, by nakłonić ją do 
współpracy z  
Tezerenee. 
- Czyż nie interesują cię założyciele? 
Nie odpowiedziała, bojąc się ciągu dalszego. Odczytał jej minę i pokiwał głową. 
- - Skrzydlaci są ostatnimi z długiego łańcucha osadników. Pierwszymi i  
prawdziwymi panami, jeśli przyniesione informacje nie kłamią, byli założyciele - 
nasi  
przeklęci, bogom podobni przodkowie! 
- - Założyciele... - szepnęła. Siły zaczęły ją opuszczać, gdy uświadomiła sobie, 
że  
Barakas doskonale wie, jak zagrać na jej pragnieniach. 
- - Te jaskinie były siedliskiem ich mocy. 
Sharissa nie mogła, nie chciała spojrzeć w oczy Czarnemu Koniowi. Pochyliła 
głowę i  
cichym, zrezygnowanym głosem odparła: 
- Pójdę z wami. 
Wielmożny Barakas Tezerenee władczo pokiwał głową i, patrząc na swoich ludzi,  
oznajmił: 
- Audiencja skończona. 
Legion milczących widzów zaczął opuszczać salę. Na ramię panny Zeree opadła  
miękko czyjaś ręka. Sharissa popatrzyła na Lochivana, ale tak naprawdę wcale go 
nie  
widziała. Wróciła myślami do okresu sprzed piętnastu lat, kiedy co rusz padała 
ofiarą czyichś  
manipulacji głównie z powodu braku doświadczenia w kontaktach z ludźmi. Teraz 
miała  
wrażenie, że tych piętnastu lat wcale nie było. Znów kierowano ją w tę czy w 
tamtą stronę jak  
małe dziecko. Poczucie niemocy i gniew tliły się w niej jak nigdy dotąd. 
Wyraz jej twarzy musiał ulec zmianie, bo Lochivan szybko cofnął rękę. 
"Nie dam sobą manipulować!" Ostatnim razem coś takiego skończyło się śmiercią  
przyjaciela. 
Czarodziejka odwróciła się na pięcie i wyszła za innymi z sali, nawet nie 
kłaniając się  
władcom Tezerenee. Lochivan po chwili ruszył za nią. Niech będzie, uda się z 
Tezerenee do  
jaskini. Zrobi, co w jej mocy, żeby rozwikłać tajemnice spuścizny założycieli i 
ich następców.  
Znajdzie sposób na uwolnienie Czarnego Konia... i Faunona. 
A przede wszystkim zadba, żeby Tezerenee, a zwłaszcza ich pan, nigdy nie 
skorzystali  
z tego dziedzictwa. 

background image

 
XI 
 
Dwa dni spędzone wśród Queli nie przyniosły żadnych odpowiedzi. Gerrod nadal nie  
miał pojęcia, jak długo unosił się w Pustce. Miał wrażenie, że minęło zaledwie 
parę godzin,  
ale z rozmów z Dru wynikało, że w krainie nicości czas płata dziwne figle. 
Godziny mogły  
okazać się miesiącami. Być może jego pobratymcy już nie żyli albo, co gorsza, 
Sharissa  
została ważnym członkiem klanu, małżonką następcy i matką jego dzieci. 
Mocno uderzony w plecy runął na ziemię. Otaczające go Quele zaczęły pohukiwać.  
Na podstawie wcześniejszych obserwacji Gerrod doszedł do wniosku, że odgłosy te 
są  
odpowiednikiem ludzkiego śmiechu. 
Podnosząc się z godnością, na jaką było go stać w takiej sytuacji, raz jeszcze 
rozejrzał  
się po otoczeniu. Wędrowali na południowy zachód. Nie miał pewności, ale 
przypuszczał, że  
znajdują się daleko od miejsca, do którego chciał trafić. W dali migotała 
rozległa przestrzeń  
wód, zapewne wielkie morze, ale nie mógł skupić na niej wzroku. Przez cały dzień 
osłaniał  
oczy i nie mógł patrzeć nawet na swoich nieludzkich towarzyszy. 
Problem polegał na tym, że wszystko wokół skrzyło się jak idealny kryształ, 
łącznie z  
Quelami. Gdy podchodziły blisko, czasami go oślepiały. Spuszczanie głowy trochę 
pomagało,  
ale nawet skaliste podłoże pod nogami raziło w oczy. 
Znał przyczynę. W okolicy było pełno kryształów wszelkich rozmiarów i kształtów  
rozrzuconych po powierzchni jakby w wyniku potężnego wybuchu, być może w czasie  
formowania się tej części świata. 
Lśnienie Queli było kamuflażem. Ich pancerze składały się z szeregu fałd, które 
zaraz  
po urodzeniu musiały być bardziej rozchylone. W każdej fałdzie tkwiły liczne 
klejnoty,  
częściowo, nie całkowicie zarośnięte przez pancerz. Każdy Poszukiwacz 
przelatujący nad tym  
rozmigotanym terenem był na wpół ślepy, a Quele dzięki kryształom w pancerzach 
stapiały  
się z otoczeniem. 
Ciekawe, jak taki kamuflaż sprawdzał się poza tym regionem. Kryształy miały 
jeszcze  
jedno zastosowanie, bez wątpienia wymyślone przez użytkowników. Przyprawiały o 
zawroty  
głowy każdego, kto nie był do nich przyzwyczajony. Nie wiadomo na jakiej 
podstawie Quele  
uznały go za czarodzieja; możliwe, że widziały jego przybycie do Smoczego 
Królestwa. Po  
zadecydowaniu, że darują mu życie - było to przedmiotem niezrozumiałej dyskusji, 
która  
trwała ponad kwadrans - jedno z pancernych stworzeń przyciągnęło go do siebie i 
podsunęło  
mu przed oczy wyjątkowo jasny kryształ. Ślepota spowodowana przez światło słońca 
odbite  
od ścianek kryształu szybko przeminęła, ale towarzyszyło jej coś, co w owej 
chwili Gerrod  
wziął za porażenie gorącem. Rozbolała go głowa. Uważał to za drobne utrapienie, 
dopóki nie  
spróbował się skoncentrować. Bez skutku. Próba ucieczki z wykorzystaniem 
magicznych  

background image

zdolności odniosłaby mniej więcej taki sam skutek, jak rzucenie się na dozorców 
z gołymi  
rękami. 
Ból głowy przeminął, ale zastąpiły go zawroty. 
Minęła następna godzina. Słońce opadało ku linii horyzontu i świeciło w oczy  
wędrowcom. "Czyżby była mi pisana ślepota?" - myślał Gerrod. Jego strażnikom 
blask nie  
przeszkadzał; mieli wiele powiek, przy czym wszystkie poza zewnętrznymi były w 
pewnym  
stopniu przezroczyste. Im robiło się jaśniej, tym ciemniejsze stawały się oczy 
przysłaniane  
kolejnymi powiekami. Gerrod zastanawiał się, czy jest to cecha naturalna, czy 
też Quele same  
dokonały pewnych zmian, tak jak kiedyś Vraadowie. 
Ciężka ręka, a właściwie łapa opadła mu na ramię i zatrzymała go w miejscu. 
- O co chodzi? - warknął przestraszony i zły Tezerenee. Chciał pokazać tym  
przerośniętym pancernikom, gdzie jest ich miejsce, ale miał pecha. One już je 
znały. W ich  
oczach to on był zwierzęciem. 
Ten, który go zatrzymał, podniósł bojowy topór i wskazał jedno z mniejszych 
wzgórz  
na prawo od gromady. Gerrod większą uwagę poświęcił broni niż kolejnemu, niczym 
się nie  
wyróżniającemu elementowi krajobrazu. Poznał ciężar topora na własnej skórze - 
niejeden raz  
oberwał płaską stroną żeleźca - i wiedział, że żaden człowiek nie zdołałby 
podnieść go z  
ziemi, co tu dopiero mówić o wywijaniu nim w powietrzu. 
Quel zahukał i znów wskazał na wzgórze. Vraad ruszył w stronę wzniesienia, ale  
zosta! szarpnięty do tyłu jakby waży! tyle, co nic. Quel znów zahukał. 
Gerrod potrząsnął głową, mając nadzieję, że zrozumieją ten gest. W ciągu dwóch 
dni  
nakręcił się głową więcej niż w całym życiu. 
Ogromne stworzenie tupnęło nogą i zmusiło jeńca do spojrzenia w dół. 
Coś przedzierało się spod ziemi ku górze. 
Gerrod chciał się cofnąć, ale Quel go przytrzymał. Tajemniczy przybysz był coraz  
bliżej powierzchni. Gerrod chciał ułożyć zaklęcie, lecz nadal miał mętlik w 
głowie. Te  
stworzenia przyprowadziły go tutaj, żeby złożyć w ofierze jakiemuś potworowi. Na 
to  
wyglądało. Musi się ratować, musi rzucić zaklęcie... obojętnie jakie! 
Uderzenie w potylicę położyło kres tym rozmyślaniom. Gerrodowi zadzwoniło w  
uszach i zahuczało pod czaszką, co znacznie pogłębiło dotychczasowe uporczywe 
zawroty  
głowy. 
Spod ziemi wyskoczył stwór z gotowymi do zadania ciosu pazurami... i okazało 
się, że  
to po prostu kolejny Quel, tylko większy od innych. 
Czarodziej rozciągnął się jak długi przed nowo przybyłym, pchnięty przez 
stworzenie,  
które trzymało go za ramię. 
Zawisł nad nim wydłużony pysk, na którym wyraźnie malowała się pogarda. Sięgnęła  
ku niemu ogromna łapa z wysuniętymi pazurami i Gerrod był pewien, że za chwilę 
wyda  
ostatnie tchnienie. Zamiast zmiażdżyć mu czaszkę, co wymagałoby niewiele 
wysiłku, Quel  
złapał go za kołnierz i przyciągnął bliżej siebie. 
- Smocza krew! - wycharczał Tezerenee. Naprężone kołnierze koszuli i płaszcza  
niemal pozbawiły go tchu. 
Wielki Quel zahukał parę razy do tego drugiego, który z kolej zwrócił się do  
pozostałych. Wszyscy odwrócili się i odeszli. 

background image

"Co teraz?" - chciał wiedzieć sponiewierany Vraad. Tylko jedna odpowiedź  
przychodziła mu do głowy, ale przecież ten opancerzony potwór nie... 
Nie puszczając jeńca, Quel zaczął kopać jamę w ziemi. 
- Nie! Nie mogę! Stój! - Czarodziej zaczął się szamotać, lecz Quel nie zważał na 
jego  
usiłowania. Wizja pogrzebania żywcem wstrząsnęła Gerrodem do żywego. Już 
zanurzał się w  
ziemi, jakby tonął w lotnych piaskach. Quela prawie nie było widać; na 
powierzchnię  
wystawała tylko łapa, którą go trzymał. 
Tezerenee nabrał powietrza w płuca i gdy tylko zamknął usta, jego twarz spotkała 
się  
z ziemią. Zacisnął powieki i modlił się o szybką śmierć. 
Sypka ziemia zapchała mu nozdrza. Nie mógł ruszyć rękami, więc musiał  
wydmuchnąć powietrze, żeby przeczyścić nos. Zaczęło brakować mu tchu. 
W ślad za Quelem przebił się do wielkiego tunelu. 
Rozejrzał się w nikłym blasku, który sączył się z kryształów osadzonych w 
ścianie  
tunelu. Najbliższe kamienie świeciły najjaśniej. Gerrod odetchnął - nie miał 
innego wyboru - i  
stwierdził, że powietrze jest suche, ale zdatne do oddychania. 
Uświadomił sobie, że jego strażnik nie korzystał z tego tunelu. Korytarz biegł w  
pewnej odległości od miejsca, z którego wyłonił się Quel. Dlaczego zadał sobie 
trud kopania  
własnego chodnika, zamiast skorzystać z gotowego? Gerrod wątpił, czy uzyskałby 
odpowiedź  
na to pytanie, nawet gdyby mogli się porozumieć. Podobnie jak Poszukiwacze 
opisani przez  
Dru Zeree, mieszkańcy podziemi znacznie różnili się od Vraadow. Może ten 
korytarz był  
zarezerwowany dla transportu stworzeń powierzchniowych takich jak on. 
Quel, wyraźnie zadowolony, że jeniec jest w znośnym stanie, poderwał go na nogi.  
Nie wiadomo skąd w jego łapie pojawiła się smukła włócznia, z kształtu podobna 
do igły.  
Gerrod nie pamiętał, czy widział ją wcześniej. Jak dotąd nie miał czasu na 
dokonywanie  
takich drobnych obserwacji. 
Quel pchnął go do przodu i opuścił włócznię. Gerrod zrozumiał i spiesznie 
wypełnił  
polecenie. 
Po przejściu paru kroków wyczuł wokół siebie silną aurę czarów. Wydawało się, że  
niektóre elementy otoczenia czerpią moc z naturalnych sił ziemi. Gerrod 
znajdował się w  
pobliżu siedliska mocy, swoistego źródła magii. Nie chodziło tylko o kryształy w 
ścianach;  
ich jedynym celem było oświetlanie tej części tunelu, którą przechodzili 
użytkownicy. Gerrod  
dość dobrze znał się na magii kryształów i domyślał się, że Quele mają inne 
kamienie, które  
gromadzą czystą moc tego świata w celu późniejszego wykorzystania. Magia 
kryształów  
pozwalała zrealizować cele nieosiągalne za pomocą zwyczajnych vraadzkich czarów 
- a  
możliwe, że nawet czarów Smoczego Królestwa. 
"Gdyby udało mi się znaleźć takie kryształy... Może jeszcze nie wszystko 
stracone" -  
pomyślał Gerrod. 
Uświadomił sobie, że od kiedy znalazł się w tunelu, zawroty głowy przestały mu  
dokuczać. 
Odwrócił się do Quela, który natychmiast przystanął, poderwał włócznię i cisnął 
w  

background image

niego prymitywnym, ale zabójczym pociskiem ognia. 
Opancerzone straszydło zahukało szyderczo. Gerrod otwarł usta, desperacko 
szukając  
wyjścia z impasu. Wyczuwał otaczającą go moc, dlaczego więc nie mógł rzucić 
nawet  
najprostszego zaklęcia? 
Rozbawiony Quel przestał pohukiwać i dźgnął go szpicem włóczni. Najwyraźniej  
chciał, żeby to małe, nieporadne stworzenie przestało błaznować i ruszyło dalej. 
Gerrod  
posłuchał bez słowa, jego opór zmalał do zera. Coś, co gromadziło moc, wchłonęło 
energię,  
którą próbował wezwać, zanim zdążył zrobić z niej pożytek. Jeszcze nigdy w życiu 
nie był  
taki bezsilny. Jedyną pociechę stanowił fakt, że już nie cierpiał z powodu 
zawrotów głowy. 
To jednak nie przynosiło ulgi jego znużonemu umysłowi. Quel prowadził go przez  
kolejne tunele. Gerrod szybko zrezygnował z próby zapamiętania drogi; podziemny 
system  
składał się z niezliczonych, krętych, krzyżujących się korytarzy. Co najmniej 
dwa razy był  
niemal pewien, że wracają po własnych śladach. Strażnik szedł jednak pewnym 
krokiem,  
zmierzając do sobie tylko znanego celu. 
Zmęczony czarodziej zaczynał walczyć z klaustrofobią. Szli w dół - przynajmniej 
tyle  
wiedział, choć niewiele to dawało. Tunele zwężały się. Gerrod wyobrażał sobie 
wiele ton  
ziemi nad głową i jakie byłyby następstwa podziemnego wstrząsu. Z ogromną ulgą 
powitał  
blask widoczny w drugim końcu ostatniego chodnika. Był tak pewny, że jakimś 
cudem dotarli  
na powierzchnię ziemi, że chciał biegiem rzucić się w stronę światła. 
Powstrzymało go  
ostrzegawcze pohukiwanie Quela. Przez resztę drogi Gerrod starał się nie 
prowokować  
strażnika. Z włócznią w plecach - najpewniej przeszywającą go na wylot - nie 
cieszyłby się  
długo widokiem zewnętrznego świata. 
Dopiero parę kroków od wylotu tunelu zrozumiał, że to nie słońce płonie tak 
jasno. 
Gerrod znalazł się w ostatnim siedlisku Queli. 
Nazwanie go miastem mogło wydawać się nietrafne. Nie było tutaj ulic i budynków,  
jakie znali Vraadowie, a Quele nie zajmowały się zwyczajnymi, codziennymi 
sprawami, jakie  
składają się na życie miasta. Gerrod spędził parę dni w kolonii Vraadow w czasie 
pierwszych  
lat jej istnienia, głównie na prośbę Dru Zeree lub Sharissy, kiedy potrzebowali 
jego pomocy  
w czasie realizacji jakiegoś projektu. Pamiętał, czym zajmowali się Vraadowie, 
żeby przeżyć  
jeszcze jeden dzień. Stworzenia w ogromnej grocie, niektóre tak odległe, że 
wyglądały jak  
mrówki, poruszały się z niezwykłą determinacją. Nieważne, co robiły - wspinały 
się po  
ścianach, przekopywały z jednego tunelu do drugiego czy tylko chodziły po 
gładkim podłożu  
- wkładały w to całą duszę. 
Czarodziej spojrzał w górę i zobaczył to, co wziął za słońce. Strop pieczary 
usiany był  
tysiącami kryształów, które w przeciwieństwie do tych w tunelach nie były 
źródłem światła.  

background image

Światło pochodziło skądinąd, może nawet z powierzchni, i te kamienie tylko je 
odbijały. Był  
to przykład mistrzowskiego wykorzystania naturalnych cech kryształów i nie 
wymagał  
czarów, które zresztą w tym miejscu nie mogłyby zadziałać. 
Quel, który go pilnował, stanął u jego boku i też rozglądał się po mieście, choć 
z  
odmiennego powodu. Wypatrzył innego przedstawiciela swojej rasy, który zdaniem 
Gerroda  
ani trochę nie różnił się od pozostałych, i skinął na niego. Drugi potwór 
zahukał w  
odpowiedzi i ruszył po ścianie w ich stronę. 
Czarodziej ze zdumieniem patrzył, jak wielka, z pozoru niezdarna bestia zwinnie  
wspina się po ścianie i przeskakuje z jednej wąskiej półki na drugą. Miał 
nadzieję, że nie każą  
mu naśladować swoich wyczynów; w jego wypadku wspinaczka byłaby krótka, a upadek  
fatalny. 
- Sharisso Zeree - szepnął - w co ty mnie wpakowałaś? 
Wkrótce po raz kolejny został przekazany innemu strażnikowi. Nowy dokładnie  
obejrzał bezradnego jeńca, błyskawicznie wyciągnął łapę i zamknął go w 
niedźwiedzim  
uścisku. Podczas gdy Gerrod jak tylko mógł bronił się przed zmiażdżeniem żeber, 
wielkie,  
pancerne stworzenie znalazło uchwyt na ścianie i wyciągnęło go z tunelu. 
Przytrzymując się  
jedną łapą, przesunęło się kawałek po ścianie pieczary i zanurkowało do 
następnego tunelu.  
Gdy tylko stanęło na nogach, puściło jeńca. Czarodziej niezdarnie osunął się na 
ziemię. 
Ruszyli w drogę, przemierzając kolejne korytarze. Gerrod dochodził do 
przekonania,  
że w ten sposób przyjdzie mu spędzić resztę życia. Wyobrażał sobie, jak 
przechodzi z tunelu  
do tunelu 
- - od czasu do czasu pokonując pionowe ściany w ramionach Queli 
- - dopóki nie wyłoni się po drugiej stronie świata. "Czy byłby to drugi 
kontynent?" -  
zastanawiał się. Chyba nie. Znając swoje szczęście, trafiłby na dno morza. 
W pewnej chwili pokusił się o wypróbowanie następnego zaklęcia, którego efekty,  
gdyby się powiodło, tylko on mógłby zobaczyć. Niestety, dziwna moc, nad którą 
panowała  
rasa Queli, nadal miała przewagę. Tutaj nie mógł liczyć na czary; będzie musiał 
polegać na  
własnej przemyślności i sile fizycznej. 
Kiedy dotarli do kolejnej oświetlonej groty, czarodziej początkowo omiótł ją  
pobieżnym spojrzeniem. Było tutaj tylko kilka Queli, które przemykały 
gdzieniegdzie albo  
stały na środku groty i pohukiwały między sobą. Po bokach otwierało się parę 
tuneli. 
Ta przerwa w podróży ciągnęła się o wiele za długo. Gerrod odwrócił się do 
swojego  
dozorcy i choć wiedział, że stworzenie rozumie go mniej więcej tak, jak on 
rozumiał smoka,  
zapytał: 
- I co teraz? W którą stronę? 
Niemal stracił zimną krew, gdy dozorca popatrzył na niego, jakby słuchał, a 
potem  
machnął łapą w kierunku grupy na środku pieczary. Czysty zbieg okoliczności, 
powiedział  
sobie Tezerenee. Quele go nie rozumieją, to już zostało dowiedzione... prawda? 
Gardłowe chrząknięcie ostrzegło, że ma bardzo mało czasu na podporządkowanie się  

background image

rozkazom przewodnika. Ruch ostrej jak igła włóczni podkreślił to dobitnie. 
Gdy Gerrod wszedł do jaskini, Quele przerwały swoje zajęcia, jakie by one nie 
były, i  
spojrzały na niego. W odróżnieniu od tych spotkanych dotychczas, te przyglądały 
mu się nie  
tyle z pogardą i z nienawiścią, ile z zaciekawieniem. Gerrod napotkał badawcze 
spojrzenie  
jednego z nich i wyczytał w jego oczach inteligencję, jaką nie mógł poszczycić 
się  
dotychczasowy przewodnik. 
Quele rozmawiały jeszcze przez parę sekund, przy czym w odgłosach wydawanych  
przez strażnika pobrzmiewał szacunek. Kiedy ucichły, do przodu wysunął się ten, 
z którym  
Gerrod skrzyżował spojrzenie. Machnął łapą na czarodzieja, który przybliżył się 
nieufnie,  
stale zerkając na dozorcę. Nagle zapragnął opuścić tę grotę i wrócić do 
monotonii tuneli albo  
nawet do mrożącego krew w żyłach łażenia po ścianach jaskiń. Wiedział już, że w 
końcu  
dotarł do celu podróży. 
Zdawało mu się, że budzi w Quelach lekkie rozbawienie. Nie miał pewności, bo  
niewiele wiedział na ich temat. Informacje przekazane mu przez Dru Zeree były 
skąpe;  
większość Queli, z jakimi miał do czynienia, zginęła w walce z oddziałem 
Poszukiwaczy. 
"Chętnie zamieniłbym się z tobą miejscami, mistrzu Zeree" - pomyślał Gerrod z  
goryczą. 
Usłyszał, że strażnik odchodzi. 
Gromada Queli okrążyła go, zanim zdążył pokonać połowę drogi do tego, który go  
wezwał. Zakapturzony Tezerenee otulił się fałdami płaszcza i przeklął swoją 
niezdolność do  
magicznej obrony. Nawet miecz czy topór byłby mile widziany. Przynajmniej dałby 
mu jakąś  
pociechę w ostatnich chwilach. 
Krążyły wokół niego, wymachując łapami i pohukując jeden do drugiego jak sowi  
parlament. Kilka zwracało się do niego, a wydawane przez nie odgłosy często 
kończyły się  
pytającą nutą. 
Jeden przekrzyczał pozostałych; prawdopodobnie był to ten sam, który go wezwał.  
Wskazał, że powinien iść za nim. Rad, że wyrwie się z kręgu trajkoczących 
postaci, Gerrod  
posłuchał bez słowa. 
Na środku komory wznosiło się podwyższenie, niezbyt wysokie, dlatego nie 
dostrzegł  
go za zwalistymi Quelami, gdy wszedł do jaskini. Leżały tam kryształy. Niektóre 
tworzyły  
regularne wzory, inne były bezładnie rozrzucone. Wiele pojedynczych kamieni 
przycięto,  
nadając im nowy kształt. Wódz Queli - Gerrod skłonny był przyjąć, że to 
stworzenie dowodzi  
pozostałymi - wziął jeden kamień i wysunął go w jego stronę. 
Ciekawość wzięła górę nad ostrożnością. Gerrod wyjął kryształ z wyciągniętej 
łapy. 
- Zrozumienie - współpraca - pytanie? 
Zaskoczony gwałtowną powodzią obrazów i wrażeń, upuścił klejnot. Chaos panujący  
w jego głowie wyparował jak poranna rosa. 
- Na szaleństwo Manee! - zaklął, patrząc na kryształ jak na żywe stworzenie. - 
To  
znaczy, że ty... czy ty... 
Quel wskazał kryształ. Otoczony licznymi przerażającymi postaciami Gerrod nie 
miał  

background image

innego wyjścia, jak tylko wypełnić milczące polecenie, ale poruszał się powoli, 
z największą  
ostrożnością. Domyślił się, do czego służy kryształ, ale przeraził go natłok 
odczuć, które go  
opadły. 
Chwycił klejnot... i nieprzyjemne wrażenie powróciło. 
- - Słaby... elf... pytanie? Quel... wróg... pytanie? 
- - Nie tak szybko! - Obrazy zaczęły się mieszać. Gerrod zobaczył jakby 
rozciągnięte  
wersje siebie i Queli. Widział również istotę, która musiała być elfem. 
Kryształ umożliwiał porozumiewanie się, ale jego możliwości były ograniczone, 
gdy  
chodziło o przedstawicieli tak bardzo różnych ras. Quele myślały w zupełnie inny 
sposób niż  
Vraadowie. Mimo wszystko to było lepsze niż nic. Gerrod musiał tylko odgadywać 
sens  
obrazów. 
Zaczął się zastanawiać, dlaczego stworzenia obywały się bez podobnych kamieni, 
ale  
wtedy przypomniał sobie o niezliczonych kryształach tkwiących w ich pancerzach. 
Dlaczego  
nie miałyby zawrzeć wśród nich kryształu-tłumacza? W ten sposób zawsze mogły 
zrozumieć  
przedstawiciela innej rasy. Strażnicy go rozumieli; to tylko on nie mógł pojąć 
ich słów i  
myśli. 
- Elf... pytanie? 
Czy myślą, że on jest elfem? 
- - Nie, nie jestem elfem. Jestem Vraadem. Vraad. 
- - Vraad... pytanie?... Gniazdo... pytanie? Czy chodzi im o... 
- - Chcesz wiedzieć, skąd pochodzę? 
Odebrał coś w rodzaju przytaknięcia. Quele, od dawna używające tej metody  
komunikacji, rozumiały go o niebo lepiej. 
Choć mówienie na głos nie było konieczne, Gerrod czuł się lepiej, gdy to robił. 
- - Pochodzę z... - Czy powinien mówić im o Nimth? O kolonii? - Pochodzę zza  
morza na wschodzie. 
- - Brak innego lądu... stwierdzenie!... przybycie tutaj... pytanie? 
Nie wierzyli w istnienie drugiego kontynentu. Czy wpojenie im takiego 
przekonania  
mogło być dziełem opiekunów, magicznych sług założycieli? 
- - Przybyłem zza morza. Nie chciałem tu trafić. To był wypadek. 
- - Ziemia umiera... stwierdzenie!... Sheeka... Poszukiwacze... tak samo... 
pytanie?...  
grasuje wcielenie śmierci... koszmar... stwierdzenie!... zguba... 
stwierdzenie!... triumf  
skrzydlatych... stwierdzenie! 
- - Czekaj! Proszę, nie tak szybko! - Zbyt wiele naraz. - Ziemia umiera? Jaka 
ziemia? 
Zobaczył tereny, którymi wędrował przez dwa zeszłe dni. Po raz pierwszy poczuł  
rozpacz rasy wielkich pancerników. Dlaczego od razu nie zwrócił uwagi na 
jałowość  
krajobrazu? Tu i ówdzie rosło parę roślin, ale karłowatych i ledwo żywych. 
- Ta ziemia? Ta ziemia umiera? 
Poszukiwacze - rozmówca przyswoił sobie vraadzka nazwę skrzydlatych - rozpętali  
jakieś koszmarne czary, żeby zniszczyć swoich wrogów. Gerrod poczuł chłód, kiedy 
Quel  
wspominał, co się stało. Straszliwa broń skrzydlatych wyssała życie z tej części 
świata. 
- Rozumiem... chyba. 
Po chwili zobaczył następne obrazy. 
Po wstępie dotyczącym nieszczęścia, które ich spotkało, Quel pokazał mu martwe,  

background image

skamieniałe ciała, zimne w dotyku. Gerrod patrzył, jak falangi Poszukiwaczy 
spadają z nieba,  
by dokończyć dzieła. Domyślił się, że w rzeczywistości wyglądało to inaczej, ale 
w taki  
sposób Quele wyobrażały sobie rzeź dokonaną przez ptasich wrogów. Nie spotkali  
nieprzyjaciela od czasu ostatniego desperackiego, ryzykownego przedsięwzięcia, 
które  
uratowało część ich rasy. Przeważało wśród nich przekonanie, że Poszukiwacze 
niebawem  
ruszą w trop za niedobitkami. 
Śmiertelni wrogowie Queli wedrą się do podziemnej siedziby, ale nie zastaną w 
niej  
tych, którzy przeżyli. Mieszkańcy wnętrza ziemi przygotowali się na tę 
ewentualność. 
- Miasta porzucone... stwierdzenie!... martwi pozostaną, sztuczka spłatana 
ptakom...  
stwierdzenie!... żywi zebrani w tej jaskini, miejscu nieznanym Poszukiwaczom... 
stwierdzenie! 
Zrozumienie Quela stawało się coraz łatwiejsze. Za każdym razem, gdy coś mówił,  
kryształ wskazywał, czy jest to pytanie, czy stwierdzenie. Gerrod podziwiał 
kunszt, z jakim  
wykonany został kamień. Zastanawiał się też, jak to możliwe, że jest czynny tak 
blisko  
niewiadomego czynnika, który uniemożliwiał działanie czarom. 
Przyszło mu na myśl, że w ciągu paru ostatnich minut nie próbował skorzystać ze  
swoich mocy. Może znów nad nimi panuje. Ciekawe, czy... 
Znów uderzyły go te same obrazy i wrażenia, ale z większą siłą. Tym razem 
poświęcił  
im więcej uwagi; rozumiał, że przekazują mu to wszystko nie bez powodu. Ogromna 
grota,  
którą w czasie wędrówki wziął za miasto, wcale nie była miastem, przynajmniej 
nie w  
porównaniu z tym, co zobaczył teraz. To siedlisko, choć znajdowało się głęboko 
pod ziemią,  
bardziej przypominało znane mu osiedla, z budynkami i drogami. Tamta pieczara 
została  
pomyślana jako schronienie, do którego Quele powinny uciec w przypadku 
zagrożenia miast. 
Właśnie do tego doszło. 
Zasypały go kolejne informacje i w końcu miał tego dość. Podniósł rękę, by  
powstrzymać ten nie kończący się potok - miał nadzieję, że Quele zrozumieją 
znaczenie gestu  
- i powiedział: 
- - Chcecie czegoś ode mnie. Czego? 
- - Ty elf/nie elf... stwierdzenie/pytanie? Powoli pokręcił głową. 
- Nie, nie jestem elfem, ale istnieją między nami pewne podobieństwa. - Czy 
dobrze  
ich zrozumiał? Czy powinien im powiedzieć, że Vraadowie, elfy i Quele mają 
wspólnych  
przodków? Czy powinien wspomnieć, że również Poszukiwacze są z nimi 
spokrewnieni?  
Gerrod ukradkiem przyjrzał się swoim towarzyszom. Zadecydował, że prezentowanie 
takich  
radykalnych koncepcji stworzeniom, które bez wysiłku mogą rozerwać go na 
strzępy, nie  
byłoby mądre. - Wysłaliście patrole na poszukiwanie elfów, prawda? Jeden z nich  
przypadkiem natknął się na mnie. 
Parę Queli pogrążyło się w niemej rozmowie. Czarodziej wiedział, że trafnie się  
domyślił; szukali elfów i patrol, nie zaznajomiony z rasą Vraadow, wziął go za 
mieszkańca  

background image

lasów. W ich oczach fizyczne różnice między elfem i Vraadem praktycznie nie 
istniały. 
- Krótka podróż... stwierdzenie! 
Przywódca Queli złapał Gerroda pod rękę, zaskakująco delikatnie. Odwrócił ostre  
pazury, żeby go nie skaleczyć. Gerroda dziwiła różnica między tą grupą a 
strażnikami, którzy  
wlekli go przez połowę podziemnego świata. Tutaj był traktowany z pełnym rezerwy  
szacunkiem, jakby te Quele uważały, że choć jest inny od nich, to wcale nie 
gorszy. 
Czy stworzenia te mogłyby pomóc mu w wypełnieniu jego misji? Jeśli on pójdzie im  
na rękę, może będą skłonne odwdzięczyć się tym samym. Zaśmiał się na myśl o 
legionach  
stworów wypadających spod ziemi u stóp wielmożnego Barakasa. Tezerenee, 
skupiający  
uwagę na niebie i powierzchni, nie spodziewaliby się inwazji spod ziemi. 
Patriarcha wiedział  
o Quelach, ale dla niego były to tylko stworzenia z historii opowiedzianej mu 
przez  
szacownego rywala, Dru Zeree. Klan obawiał się starcia z Poszukiwaczami - to oni 
stanowili  
prawdziwe zagrożenie. 
Gerrod zaśmiał się cicho. Przywódca Queli zerknął na niego, być może próbując  
odgadnąć znaczenie tych dziwnych odgłosów. Kryształy mogły przetłumaczyć sens  
rozbawienia, ale Gerrod nie znał zakresu ich możliwości. W czasie osobliwej 
rozmowy z  
Quelem od czasu do czasu wyłapywał emocje, lecz zawsze były one powiązane z 
wrażeniami  
przekazywanymi bezpośrednio jemu. Nie odebrał niczego, co nie wiązałoby się z 
tematem.  
Miał nadzieję, że wie dostatecznie dużo o magicznych kryształach, żeby zapobiec 
wysłaniu  
własnych przypadkowych myśli. Zadecydował, że dopóki nie nabierze większej 
wprawy,  
będzie mówić głośno, żeby nie rozpraszać myśli. 
"Większej wprawy?" Zastanowił się po raz pierwszy, jak długo będzie tu 
przebywać?  
Mimo swej uprzejmości, niezdarne stworzenia ani razu nie dały do zrozumienia, że 
puszczą  
go wolno, nawet jeśli zrobi to, do czego był im potrzebny. Podobnie jak wielu 
Vraadów,  
Quele były chyba zdolne do uśmiechania się - na swój własny sposób - podczas 
zatapiania  
włóczni czy toporów w plecach ofiary. 
Gerrod nagle zaczął dusić się w tunelu, którym go powadzono. Korytarz kojarzył 
mu  
się z zejściem do podziemnego grobowca. Być może jego grobowca. 
Zrobiło się zimno, po raz pierwszy od zejścia pod ziemię Gerroda ogarnął chłód.  
Zdawało się, że nawet Quele to czują, bo zwolniły kroku i popatrywały na boki 
jakby z  
narastającym niepokojem zabarwionym strachem. Tylko przywódca pozostał 
niewzruszony;  
bez przerwy mrugał, ale szedł spokojnym krokiem. Jego zachowanie wcale nie 
podniosło  
Gerroda na duchu. W swoim życiu spotkał wielu szaleńców i głupców. Na dobrą 
sprawę  
najgorszy z nich wlókł go za ramię w kierunku ucieleśnienia chaosu. 
Stanęli przed wejściem do następnej jaskini, w której zalegała ciemność głęboka 
jak  
czerń ciała mrocznego rumaka. Gerrod nic nie zobaczył, nawet gdy oczy 
przystosowały się do  

background image

mroku. Odwrócił się do przewodnika i stwierdził, że pozostałe Qucle cofnęły się 
o parę  
kroków. 
Oczy prowodyra zmierzyły go. Czy był oceniany? Czy Quel zastanawiał się nad jego  
zdolnością do przeżycia w tajemniczej grocie? 
- - Co tam jest? - zapytał. 
- - Ty/my... ty sam/my sami... stwierdzenie/pytanie? 
Co to może znaczyć? Czarodziej powtórzył pytanie, ale otrzymał tę samą 
odpowiedź.  
Nie miała sensu, niezależnie od tego, jak ją sobie tłumaczył. Wrażenia były 
splątane, niejasne.  
Gerrod doszedł do wniosku, że Quel nie umiał mu tego wyjaśnić, może nawet sam 
nie  
wiedział. Może dlatego potrzebowali kogoś z zewnątrz, jak elf. Być może 
przerastało ich  
zrozumienie tego, co czyhało w ciemności. Gerrod po raz kolejny przypomniał 
sobie, Le ich  
umysły różnią się od umysłów Vraadow. Być może niepotrzebnie się przejmował. 
Nie wierzył w to ani przez chwilę. 
Jak się okazało, decyzja została podjęta za niego. Przywódca Queli złapał go za 
rękę  
tak mocno, że Gerrod sapnął z bólu, i powlókł go do jaskini. Inni zostali na 
swoich miejscach. 
Quel tak manewrował, zęby znaleźć się za Gerrodem, choć ten mógł to osądzić 
tylko  
na podstawie dotyku. Łapa stworzenia była jedynym punktem odniesienia; oczy nie  
dostrzegały niczego w nieprzeniknionej ciemności, a wszystkie dźwięki ucichły w 
chwili, gdy  
znaleźli się w grocie. 
Quel puścił go i rozpłynął się w ciemności. 
- Czekaj! Gdzie jesteś? - Czarodziej okręcił się na pięcie, ale nie mógł znaleźć 
drogi  
powrotnej, choć wylot jaskini powinien być widoczny. - Smocza krew. Nie 
zostawiajcie mnie  
tutaj Nic nie widzę! - Bał się ruszyć, niepewny, czy następny krok nie 
przeniesie go przez  
niewidzialny skraj przepale! albo w wyciągnięte ramiona... czego? 
Kiedy jednak stało się jasne, że nikt po niego nie przyjdzie, Gerrod ośmieli! 
się zrobić  
ostrożny krok przed siebie. 
Grotę wypełniła jasność oślepiająca jak tysiąc słońc. Vraad przysłonił oczy ręką 
i  
ściągnął na twarz kaptur płaszcza. Po nieprzeniknionej ciemności taki blask był 
w dwójnasób  
rażący. Stałby bez ruchu, szczelnie otulony płaszczem, gdyby nie szepty. Nie 
rozumiał słów,  
ale głosy brzmiały znajomo, niemal jakby wszystkie były tym samym głosem, choć  
mówiącym różne rzeczy. Żaden ani trochę nie zważał na inne. 
"Rzucili mnie na pastwę legionu szaleńców lub demonów! - osądził. - Obłąkanych  
potworów, do których niebawem dołączę w szaleństwie!" 
Dlaczego te głosy brzmiały znajomo? Istniały różnice, nie ulega wątpliwości, ale 
ton i  
modulacja były takie same. Znał te głosy, wiedział, że są tylko jednym 
głosem.,Jeden głos..." 
- Na przeklęte Nimth - szepnął Tezerenee. - Co to za przewrotna sztuczka? 
Zsunął trochę kaptur. Światło odrobinę złagodniało. Poczuł się zawiedziony. Miał  
nadzieję, że oślepiający blask będzie wygodnym pretekstem, żeby nie patrzeć. 
Teraz  
powstrzymywało go tylko tchórzostwo. 
Szyderczy śmiech ojca zranił mu uszy, ale Gerrod wiedział, że spośród wszystkich  

background image

słyszanych odgłosów tylko ten jest wytworem jego wyobraźni. Pozostałe były 
prawdziwe. 
Podniósł głowę i zobaczył... twarze w krysztale. Były wszędzie, bo ta grota w  
przeciwieństwie do innych cała była z kryształów. Na podłodze, na stropie, na 
ścianach - od  
maleńkich, niewyraźnych plamek po ogromne, przerażające demony - wszędzie 
widniały  
twarze. Paplały jedna przez drugą, jakby ich życie zależało od tego, czy je 
zrozumie. Gerrod  
starał się ze wszystkich sił, lecz nie mógł zrozumieć ani jednego słowa. Wytężył 
słuch, żeby  
usłyszeć szeptanie sędziwego, łysego starca i chrapliwe mamrotanie 
zakapturzonego złego  
ducha, którego twarz rozmywała mu się przed oczami. Inna, młoda, sympatyczna 
postać z  
pasmem srebrnych włosów w kasztanowej czuprynie mówiła do niego tak, jakby byli  
serdecznymi przyjaciółmi. Mimo to czarodziej nie wiedział, co próbuje mu 
powiedzieć, choć  
rozpaczliwie pragnął zrozumieć każdego z demonów uwięzionych w kryształach. Znał 
ich  
wszystkich, znał ich równie dobrze jak siebie. 
Oto, kim byli. Niezależnie od zmian - a w niektórych przypadkach zmiany były  
ogromne - wszyscy byli nim, Gerrodem. 
 
XII 
 
Sharissa nie cierpiała wierzchowych smoków. Nie cierpiała ich wyglądu, ich  
charakteru, ich zapachu. Miedzy nimi a końmi nie mogło być porównania. Mimo tej 
awersji  
spędziła dwa dni na grzbiecie jednego z nich. Bestia była głupia i narowista. 
Raz próbowała  
capnąć ją zębami bez widocznego powodu. 
Patriarcha wysłuchał jej skarg z miną człowieka, który musi znosić obecność  
rozkapryszonego dziecka. Jej kłopoty z wierzchowcem nie miały znaczenia; 
Tezerenee  
jeździli na smokach, zwłaszcza gdy istniało ryzyko bezpośredniego starcia z 
nieprzyjacielem. 
Oddział, który wyprawił się w góry, poruszał się ostrożnie. Teleportacja nadal  
przerastała możliwości większości Tezerenee, musieli więc podróżować w bardziej  
konwencjonalny sposób. Poza tym patriarcha z podejrzliwością odnosił się do 
nieobecności  
Poszukiwaczy. Twierdził wprawdzie, że gniazda zostały opuszczone, ale 
najwyraźniej  
uważał, że co nagle, to po diable. Na wszelki wypadek zabrał na wyprawę swoją 
nową broń,  
spokorniałego Czarnego Konia. Wieczysty odwracał głowę w drugą stronę za każdym 
razem,  
gdy Sharissa próbowała z nim porozmawiać. Wstydził się swojego zachowania, choć 
robił to  
przede wszystkim dla jej dobra. Czarodziejka nie miała do niego żalu, ale próby 
powiedzenia  
mu tego spełzały na niczym. 
Wreszcie zapadł wieczór. Barakas zezwolił, by Reegan nakazał popas. Następca był 
w  
ponurym nastroju; nadal zżymał się na ojca, który na czas swojej nieobecności 
przekazał  
władzę nad rozrastającym się imperium jego matce. Reegan pożądał władzy i 
założył, że  
zostanie w warowni jako namiestnik mogący wykazać się talentem do jej 
sprawowania.  

background image

Nawet pokłócił się o to z Barakasem, lecz koniec sporu był łatwy do 
przewidzenia.  
Reeganowi pozostało tylko jedno - trząść się ze złości, co robił z godną podziwu  
determinacją. 
Sbarissa zsiadała z narowistego jaszczura, gdy za jej plecami rozbrzmiał 
znajomy,  
niemile słyszany głos. 
- - Mogę ci pomóc, Sharisso? 
- - Obejdę się bez twojej pomocy i twojej przyjaźni, Lochivanie! - odparła,  
zeskakując na ziemię. 
Mimo wszystko pomógł jej. 
- Rozumiem twoją gorycz i wiem, że nijak nie mogę wpłynąć na zmianę twego zdania  
o mojej osobie, ale przez jakiś czas będziemy skazani na swoje towarzystwo... 
ściśle mówiąc,  
do końca życia. 
- Myślałam, źe patriarcha pragnie, bym poślubiła Reegana, nie ciebie. 
Lochivan zaśmiał się. 
- Przyznaję, myślałem trochę na ten temat. Lubię wyobrażać sobie, że jestem w 
twoich  
oczach bodaj trochę zabawniejszy od mojego nieokrzesanego brata. Jednakże nie w 
tym  
rzecz. Chodziło mi o to, że niedługo zostaniesz... że już należysz do klanu i 
zostaniesz w nim  
na zawsze. Nie ma odwrotu. 
Chciała ściągnąć sakwy z grzbietu smoka, ale Lochivan ją wyręczył. 
- Tylko morze oddziela mnie od mojego ojca i innych Vraadów. Albo oni po mnie  
przybędą, albo ja udam się do nich. 
Lochivan skinął na wojownika, który przyskoczył spiesznie i zajął się 
wierzchowcem.  
Załatwiwszy ten drobiazg, ruszył z sakwami Sharissy w stronę obozowiska. Smukła  
czarodziejka podążyła za nim. Wiedziała, że Tezerenee nie będzie na nią czekać. 
Dopóki miał  
jej sakwy, musiała ścierpieć jego towarzystwo i wysłuchać, co ma do powiedzenia. 
- - Przeprawa jest zabójcza. Elfka, którą twój ojciec pojął za żonę, z pewnością 
ci o  
tym mówiła. 
- - Ale przeżyła, prawda? 
- - Inni zginęli. Poza tym, czy naprawdę myślisz, że mogłabyś samotnie 
pożeglować  
na drugą stronę morza? 
- - Mam własne magiczne zdolności. Poradzę sobie bez ciebie i twojego klanu,  
Tezerenee. 
Lochivan przystanął przed oczyszczonym, płaskim miejscem blisko środka  
obozowiska. Zbiegiem okoliczności w pobliżu krążył liczny patrol. 
- Jak zrozumiałem, elfom także nie brakuje mocy. Można być potężnym, ale zawsze  
należy traktować z respektem siły natury. 
Wyrwała mu sakwę w rąk. 
- - Od kiedy to Vraadowie szanują siły natury? Tak szybko zapomniałeś o Nimth? 
- - Nie. Nauczyłem się więcej niż myślisz, Sharisso. Szanuję ten świat. To 
jednak nie  
powstrzyma mnie od spełniania obowiązków wobec klanu. Musimy zapanować nad  
Smoczym Królestwem, położyć kres przemijaniu jednej rasy po drugiej. Wydaje się, 
że ten  
świat już upomniał się o Poszukiwaczy. My, jeśli pamiętasz, jesteśmy ostatnią 
nadzieją  
założycieli. Musimy zostać ich następcami. Nie możemy sprawić zawodu ich 
pamięci. 
Podczas gdy rozmawiali, Sharissa przyklękła i otworzyła sakwę. Miała w niej  
jedzenie. Mogłaby wyczarować strawę, ale Barakas nakazał ograniczyć do minimum  
używanie czarów. W przeciwieństwie do Nimth, które przez tysiąclecia bez 
protestów ulegało  

background image

kaprysom czarnoksiężników, ten świat był bardziej oporny. Tezerenee wprawdzie 
mogli  
posługiwać się magią starego świata, ale to nadszarpywało ich siły. Nawet 
Sharissa nie była  
wolna od fizycznych ograniczeń. Barakas twierdził, że chce, by wszyscy byli w 
szczytowej  
formie, gdyby nastąpił atak. Poza tym było możliwe, że Poszukiwacze jeszcze nie 
wiedzieli o  
ekspedycji. Używanie magii mogło ostrzec nieprzyjaciela i zniweczyć przewagę 
wynikającą z  
zaskoczenia. 
Sharissa wątpiła, czy te powody były najważniejsze. Podejrzewała, że patriarsze  
zależy na zdobyciu gniazda bez pomocy czarów; to podniosłoby morale i umocniło 
wiarę, że  
opanowanie tego kontynentu jest ich prawdziwym przeznaczeniem. 
- - Posłuchaj - syknął Lochivan, przyklękając obok Sharissy. Mówił bardzo cicho 
i  
niespokojnie. - Jestem twoim przyjacielem, czy wierzysz w to czy nie. Myślę o 
tobie! 
- - Dopóki to nie kłóci się z twoimi szlachetnymi myślami dotyczącymi klanu.  
Jestem zmęczona, Lochivanie. Idź, utnij sobie pogawędkę z którymś ze swoich 
braci, sióstr,  
kuzynów czy z kimkolwiek innym, ale przestań mówić do mnie. 
Lochivan podniósł się, mroczny cień obramowany ostatnimi promieniami  
zachodzącego słońca. 
- - Ty i ten elf... jesteście siebie warci! 
- - Co z elfem? - Sharissa na próżno starała się nie okazać nadmiernego  
zainteresowania. 
Lochivan uznał jej ciekawość za zaproszenie do rozmowy. 
- Spędziłem kolejny wieczór na bezowocnym przekonywaniu go, że dalsze stawianie  
oporu nie ma sensu. Jego towarzysze zginęli, jego lud jest daleko stąd, więc 
powinien być  
bardziej rozsądny. On w odpowiedzi wyszczerzył zęby i wlepił oczy w przestrzeń. 
Sharissa prawie nie zwracała uwagi na jego słowa. 
- Co zrobiłeś mu tym razem? 
Jej rozdrażnienie nie uszło uwagi Lochivana. 
- Tylko to, co było trzeba. Hamowaliśmy się, bo gdybyśmy poturbowali go zbyt  
mocno, nie byłoby z niego żadnego pożytku. Zna te ziemie lepiej od nas. Musi 
uzupełniać  
naszą wiedzę. 
Czy mogłaby...? Pomysł był tak zuchwały, że mało brakowało, a z miejsca by go  
zarzuciła. Podniosła głowę, patrząc na ciemną sylwetkę Lochivana. 
- - Mogłabym z nim porozmawiać, gdybyś mi tylko pozwolił. 
- - Dlaczego chcesz to zrobić? 
Spodziewała się nieufności. Dlaczego miałaby z własnej woli pomagać Tezerenee?  
Miała nadzieję, że jej odpowiedz uśpi podejrzenia. 
- Chcę mu oszczędzić dalszych przejawów gościnności Barakasa - jemu i Czarnemu  
Koniowi. Pozwól mi, a sprawdzę, co można osiągnąć. Jeśli mi się uda, spodziewam 
się, że  
będzie mi wolno spędzić trochę czasu również z Czarnym Koniem. 
- Spodziewasz się... Podniosła rękę. 
- Czyż patriarcha nie powiedział, że ci, którzy służą, powinni być nagradzani? 
Czy  
proszę o zbyt wiele? 
Lochivan zamilkł na długą chwilę. Sharissa bała się, że odrzucił propozycję i 
tylko jej  
czelność odjęła mu mowę. Tezerenee roześmiał się. 
- - Zapytam o pozwolenie. Może twoja propozycja rozbawi go tak bardzo jak mnie. 
-  
Odwrócił się do odejścia, ale przystanął i cicho dodał: - Być może to nie będzie 
dla ciebie  

background image

żadną niespodzianką, ale wiedz, że jesteś pod baczną obserwacją. 
- - Mało prawdopodobne, by wielmożny Barakas nie zabezpieczył się przed moimi  
dobrymi intencjami. Chyba wiem, co mogłoby mnie spotkać, gdybym pokusiła się o  
wypróbowanie swoich możliwości. 
Jej oświadczenie wywołało kolejną salwę pobłażliwego śmiechu. 
- Szkoda cię dla Reegana, Sharisso. 
Zajęła się rozkładaniem koca i nie odpowiedziała. 
- Widzę, że mogę odejść. Jeśli uzyskam zgodę na twoją rozmowę z elfem, dam ci  
znać. Tymczasem życzę dobrej nocy. - Jego ciężkie buty miażdżyły gałązki i 
liście, gdy  
odchodził. 
Sharissa zaczekała, aż chrzęst ucichnie, i dopiero wtedy popatrzyła w ślad za 
nim. 
- - Wolałabym poślubić Reegana - szepnęła. - Jest na wskroś zły, ale 
przynajmniej  
wiadomo, czego się po nim spodziewać. 
- - Wielmożna Sharisso? 
Czarodziejka zamrugała, przepędzając sen. Noc nadal zalegała nad światem, ale 
ten  
fakt nic jej nie mówił. 
- - Zbliża się ranek? 
- - Nie, pani. - Wojowniczka pochyliła się nad nią, trzymając hełm w ręce. 
Ubrana w  
strój bardziej finezyjny zapewne byłaby atrakcyjna. Tezerenee zasadniczo nie 
poddawali  
twarzy i postaci magicznym przemianom; woleli żyć z tym, co wybrała dla nich 
natura. W  
przypadku wielu z nich oznaczało to mało pociągające rysy. Wśród licznego 
potomstwa  
patriarchy tylko paru, w tym Gerrod i jego nieżyjący już brat Rendel, miało dość 
szczęścia, by  
odziedziczyć urodę po matce. 
- - Która godzina? 
- - Niedawno minęła północ, wielmożna Sharisso. 
Kobieta drapała się po policzku. W blasku półksiężyców czarodziejka widziała  
brzydkie łaty suchej skóry, szpecące wielu Tezerenee. 
Sen ją rozleniwił. Tezerenee nie przyszła do niej bez powodu, ale Sharissa nie 
miała  
ochoty zgadywać. 
- - Dlaczego zatem mnie niepokoisz? - zapytała wprost. 
- - Wielmożny Barakas Tezerenee wyraził zgodę na rozmowę z elfem. 
- - Na osobności, oczywiście. 
- - Oczywiście, pani. 
Obie wiedziały, że mijają się z prawdą, ale wykłócanie się z Barakasem nie  
przyniosłoby żadnego pożytku. Po prostu będzie musiała zachować ostrożność w 
takcie  
rozmowy z Faunonem. Elf zrozumie jej niedomówienia. Nie był głupi. 
Sharissa wstała z posłania. 
- Zaczekaj chwilę. 
Zabrała trochę jedzenia i wino z zapasów, które dał jej Reegan. Umiejętność  
wytwarzania doskonałego wina była według niej jedyną zaletą, jaką mógł 
poszczycić się klan  
smoka. 
Kiedy była gotowa, kobieta zaprowadziła ją do wozu, w którym trzymano Faunona.  
Przy wejściu czekali dwaj strażnicy. Sharissa spodziewała się, że gdzieś w 
pobliżu zobaczy  
Lochivana, ale nie mogła go znaleźć. To nie złamało jej serca. 
Przewodniczka porozmawiała ze strażnikami i wskazała na Sharissę. Jeden ze  
strażników pokiwał głową. Rozstąpili się, robiąc jej przejście. Czarodziejka 
lekko skinęła  

background image

głową, jakby spodziewała się właśnie takiego zachowania, minęła ich i podeszła 
do drzwi  
wozu. 
Wozy Tezerenee przypominały komnatki na kołach, z drzwiami i oknami. Nic nie  
usprawiedliwiało używania takich wymyślnych konstrukcji tam, gdzie wystarczyłyby  
zwyczajne furgony z płócienną budą; po prostu takie były upodobania klanu. 
Konstrukcja  
trochę przypominała maleńką warownię. Sharissa wiedziała, że do pewnego stopnia 
chronią  
ją czary obronne. 
Poza workami i lampą w wozie znajdował się tylko jeden element wystroju. 
Faunon. 
Skuty łańcuchami mógł jedynie siedzieć na podłodze z wyciągniętymi przed siebie  
nogami. Ponad nim wisiały inne łańcuchy, które świadczyły, że czasami siłą 
podnoszono go  
na nogi, zapewne w czasie przesłuchania. Fizycznie prezentował się nie gorzej 
niż wtedy, gdy  
Sharissa rozmawiała z nim ostatnim razem. Z drugiej strony, wyrafinowane tortury 
Vraadow  
nie musiały zostawiać ślady na skórze. 
Sharissa zamknęła drzwi. Wiedziała, że i tak będą podsłuchiwani, ale zamknięte 
drzwi  
zapewniały przynajmniej poczucie prywatności. 
- Faunonie? 
Zmęczony elf nie odpowiedział. 
- Faunonie? - Sharissie zadrżał głos. Czyżby zabili go i wystawili zwłoki na 
pokaz?  
Czyżby to był okrutny żart Lochivana? 
Pierś elfa wzniosła się i opadła. Sharissa wydała westchnienie ulgi; myśl o jego  
śmierci przeraziła ją bardziej niż skłonna byłaby przyznać. Poza Czarnym Koniem 
elf był  
jedyną istotą, którą mogła uważać za przyjaciela. 
Faunon podniósł głowę. Jego przystojną twarz szpeciły ciemne kręgi pod oczami i  
bardzo blada skóra. Ale choć od czasu ich ostatniego spotkania nie oszczędzano 
mu cierpień,  
ogień nadal płonął w jego oczach. Gdy na nią spojrzał, ogień zapłonął jaśniej, 
jakby jej  
obecność dodała mu sił. 
- Wielmożna Sharissa. - Zakaszlał. - Powiedziano mi, że przyjdziesz. Myślałem, 
że to  
tylko kolejna tortura. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę. 
- - Nie mogłam do ciebie dotrzeć. - Napomknienie o ostatnim spotkaniu nie 
powinno  
nikomu zaszkodzić. Sharissa zdawała sobie sprawę, że Tezerenee wiedzą o jej 
wizycie u elfa,  
choć mogli nie wiedzieć, czego dotyczyła rozmowa. - Potem dowiedziałam się, że 
zostałeś  
przeniesiony. 
- - Ci Tezerenee lubią zabawy. Jedna... jedna z nich polega na przenoszeniu mnie 
z  
miejsca na miejsce, przy czym każde... każde nowe gorsze jest od poprzedniego. 
Sharissa przysunęła się i dotknęła jego ramienia. 
- - Przykro mi. Powinnam bardziej się starać... dla ciebie i Czarnego Konia. 
- - A co mogłabyś zrobić? Wśród elfów znane jest przysłowie... - uśmiechnął się  
blado - jedno z wielu... które znaczy mniej... mniej więcej, że lepiej czekać 
stosownej chwili,  
bo nadmierny zapał i pewność siebie spowodowały upadek wielu imperiów. Na własne 
oczy  
mogliśmy się przekonać, że jest w nim więcej niż ziarno prawdy. 
Sharissa z ulgą stwierdziła, że tragiczne położenie nie odebrało jeńcowi chęci 
do  

background image

życia. 
- - Poprosiłam ich, Faunonie, żeby pozwolili mi z tobą porozmawiać. 
Powiedziałam,  
że może zdołam nakłonić cię do współpracy. 
- - Tobie zawsze chętnie pomogę. Tezerenee - nigdy. 
- - Musisz mi powiedzieć coś, co na jakiś czas uwolni cię od kolejnych 
przesłuchań.  
Coś o tym kraju albo o górskich jaskiniach. - Mówiła niemal błagalnym tonem. 
Jeśli nie zdoła  
go przekonać, Tezerenee zdwoją wysiłki w torturowaniu elfa. Jej serce zaczęło 
bić jak  
szalone, gdy o tym pomyślała. 
Faunon potrząsnął głową. 
- - Powiedziałem im o jaskiniach. Sam wiem niewiele. Przestrzegłem, żeby 
trzymali  
się z daleka, że obecnie nawet Poszukiwacze nie ufają temu miejscu. 
- - Dlaczego? 
Zaśmiał się, ale był to gorzki śmiech. 
- Powiedziałem, że głęboko pod ziemią czai się coś złego. 
Oczywiście uznali, że próbuję wcisnąć im jakąś starożytną legendę, ale to 
nieprawda.  
To zło grasuje od niedawna. Mój lud wcześniej chodził na przeszpiegi do ptasich 
gniazd,  
łącznie z tymi w jaskiniach, i nikt nigdy nie wspomniał słowem o żadnym 
potworze. 
- - Jesteś pewien? - W przeciwieństwie do Lochivana czy Barakasa, Sharissa 
skłonna  
była uwierzyć w słowa pojmanego elfa. Wyczytała prawdę w jego oczach. Wyczytała 
w nich  
wiele rzeczy... 
- - Tak pewny jak czegokolwiek innego - odparł z roztargnieniem, jakby myślami  
błądził gdzieś indziej. 
Sharissa zamrugała i odwróciła głowę. Spojrzała na niego dopiero wtedy, gdy 
nabrała  
pewności, że się nie zarumieni. 
- - Czy możesz powiedzieć im coś więcej? Ilu Poszukiwaczy tu zostało? Czy  
widziałeś wyżej położone jaskinie? 
- - Widziałem wielkiego, nieziemskiego ogiera pędzącego na wschód. Było to parę  
tygodni temu, ale mogą... 
Pokręciła głową. 
- - To Czarny Koń. 
- - Czarny Koń? - Obrzucił ją taksującym spojrzeniem. - Myślałem, że to tylko  
przezwisko. My, elfy, często używamy przydomków. Nie sądziłem, że należy to imię  
rozumieć dosłownie. Jak na Vraadke, masz interesujących przyjaciół. Najpierw 
hebanowy  
demon, potem ja, elf. Myślałem, że twoja rasa z wyższością odnosi się do obcych. 
- - Czy wszystkie elfy są takie same? Słyszałam, że wielcy z was sztywniacy, ty  
jednak sprawiasz inne wrażenie. 
- - Rozumiem, masz świętą rację. 
Od chwili, gdy tutaj przyszła - a może właśnie dlatego, że przyszła - Faunon  
odzyskiwał siły i rezon. Sharissa była z tego rada, ale zdawała sobie sprawę, że 
dopóki oboje  
są więźniami Tezerenee, to wszystko nie ma znaczenia. 
- Ten Czarny Koń... - zaczął Faunon. - Wspomniałaś, że jest towarzyszem niedoli. 
Czy  
smoczy pan jest tak potężny, by nagiąć tego ogiera swej woli? 
Coś załomotało w bok wozu. Czarodziejka nadstawiła ucha, ale panowała cisza, 
więc  
zbagatelizowała zdarzenie. 
- - Wcześniej nie miał potrzebnej mocy. Oni stają się coraz silniejsi, Faunonie.  

background image

Niebawem zniewolą tę ziemię jak swój dawny świat... a ja nie mogę zrobić nic, 
żeby temu  
zapobiec! 
- - Nimth. Tak się nazywał, prawda? Świat, z którego uciekliśmy. Świat, który  
zniszczyli Vraadowie. 
Przytaknęła. 
Jego usta zacisnęły się w ponurą linię. 
- - Wątpię, czy tutejsze ziemie okażą się równie uległe. Przed przybyciem 
twojego  
ludu miały do czynienia z wieloma innymi. Nie brakowało wśród nich takich, 
którzy chcieli  
dostosować ten świat do siebie zamiast z nim współistnieć. Kończyło się na tym, 
że świat  
dopasowywał ich. 
- - Co to znaczy? 
- - Zauważyłaś jakieś różnice od czasu przybycia do tego świata? Dostrzegłaś 
jakieś  
zmiany? 
- - Poczułam się tu bardziej swojsko niż w Nimth, jak we własnym domu. Dla mnie  
była to cudowna zmiana. - Dopiero teraz przypomniała sobie o przyniesionym 
jedzeniu i  
winie. Pokazała jedno i drugie Faunonowi, który uśmiechnął się na ten widok. 
- - Czy to wino? Mogę przepłukać gardło przed dalszą rozmową? Nasi przyjaciele  
dają mi tylko słonawą wodę, choć muszę przyznać, że w tym stanie wypiłbym nawet  
najgorsze pomyje. 
- Pomogę ci. - Przystawiła bukłak do jego ust. Faunon, nie odrywając od niej 
wzroku,  
przełknął dwa hausty i dał znać, że wystarczy. 
- - Wielkie dzięki... Bogowie! Słodkie jak miód! 
- - Tezerenee je zrobili. 
- Co jak sądzę dowodzi, że mają przynajmniej jedną dobrą cechę. - Podczas gdy  
Sharissa łamała chleb i ser, wrócił do tematu. - Spędziwszy z tobą parę 
cudownych chwil,  
widzę, że ty i ten świat nie będziecie się kłócić. Nie można powiedzieć tego 
samego o  
ludziach smoka. Ta ziemia nie będzie ich tolerować. 
Sharissa chciała zapytać, czy wie, że założyciele i ich ka, ich dusze, stanowią 
część tej  
ziemi, ale rozmowa na ten temat mogłaby zająć zbyt dużo czasu. 
Coś ciężkiego uderzyło w wóz z taką siłą, że cały się zatrząsł. 
- Atak? - zapytał Faunon niespokojnie. Zakuty w łańcuchy, bezsilny w chwili  
niebezpieczeństwa, poddawał się strachowi. Czarodziejka chciałaby uwolnić go z 
okowów,  
ale wiedziała, że są podobne do jej obroży. Wysiłki nie zdałyby się na wiele. 
Podniosła się. 
- - Zobaczę, co się dzieje. 
- - Możesz zginąć! 
- - Nie będę czekać z założonymi rękami. Lepiej stawić czoło zagrożeniu. 
Ostrożnie sięgnęła do kłamki. Podniosła drugą rękę, gotowa rzucić czar w chwili, 
gdy  
tylko otworzy drzwi. 
Coś wielkiego uderzyło w drzwi i rozbiło je na kawałki, jakby były zrobione nie 
z  
solidnych desek, tylko z suchych patyków na rozpałkę. 
- Wiemożżżna Zzzerrreee... - wysyczał intruz. 
Miał na sobie resztki zbroi, która zresztą przestała być potrzebna, bo cały 
pokryty był  
naturalną łuską. Kształt miał niemal łudzki, ale wykrzywiał się nienaturalnie, 
jakby wbrew  
zwierzęcej budowie chciał poruszać się jak człowiek. Jego ręce przypominały 
pazury  

background image

wierzchowego smoka i kończyły się równie ostrymi pazurami. 
Najgorzej prezentował się pysk, będący makabryczną karykaturą ludzkiej twarzy.  
Oczy, krystaliczne jak u Vraadow, były podłużne i wąskie. W miejscu nosa 
widniały dwie  
szczeliny. W ustach jeżyły się niezliczone zęby, szpiczaste, stworzone do 
rozdzierania mięsa  
ofiary. 
Stwór szedł prosto na nią. 
- Wiemożżżna Sharisssa! - Wyciągnął łapy, ale czarodziejka odskoczyła w 
ostatniej  
chwili. Stworzenie wyglądało jak wynaturzony pomiot oszalałego Nimth. Sharissa 
próbowała  
się skoncentrować. Wiedziała, że sekundy dzieła ją od śmierci. Jeśli jednak 
zdoła się skupić,  
jeśli przywoła swoją moc, może nie wszystko będzie stracone. 
"Gdyby tylko przestał błyskać tymi kłami!" - myślała, sparaliżowana strachem. 
- - Sharisso! - zawołał Faunon za jej plecami. Jego głos wyrwał ją z 
odrętwienia.  
Jeśli nic nie zrobi, zginie nie tylko ona, ale i Faunon, który nawet nie mógł 
się bronić. 
- - Paaani, ja... 
Sharissa nie dowiedziała się, co chciał powiedzieć stwór. Zaklęcie uformowało 
się w  
jej umyśle i zostało odpowiednio ukończone. Roziskrzone, szkarłatne pasma 
zatańczyły  
wokół gadziny, która walczyła z nimi z zażartością osaczonego drapieżnika. Pasma 
zaczęły  
zaciskać się wokół kończyn. Sharissa odetchnęła. 
Stwora otoczyła żółta aura. Pasma zniknęły w chwili, gdy bitwa wydawała się  
wygrana. 
- Musiszszsz... - wysyczał odmieniec, wysuwając z pyska rozwidlony język. 
Raptem zadygotał i upadł, już martwy. W jego karku tkwiła strzała. Celnie  
wystrzelony pocisk spowodował natychmiastową śmierć. 
- Do środka! - ktoś' zawołał. 
Do wozu wpadli dwaj Tezerenee w pełnych zbrojach. Jeden pochylił się nad  
rozpostartymi na podłodze zwłokami. Drugi z obnażonym mieczem ubezpieczał go na  
wypadek, gdyby się okazało, że mimo wszystko straszydło jeszcze żyje. 
- - I co? - ryknął ten sam głos, który kazał im wskoczyć do wozu. W drzwiach 
ukazał  
się Lochivan z łukiem w pogotowiu. 
- - Trup, panie. 
- - Przewróćcie go na plecy. 
Wojownik, który pochylał się nad martwym potworem, wyszarpnął strzałę i wypełnił  
rozkaz Lochivana. Wszyscy popatrzyli na straszliwe rysy. 
- - To nasza zbroja, panie. 
- - Widzę. - Lochivan spojrzał na Sharissę. - Nic ci się nie stało? 
- - Nie. - Po raz pierwszy od tygodni czarodziejka była szczerze rada z jego 
widoku.  
- Powstrzymałam napastnika, ale miał magiczne zdolności i... 
- - Tak, wiem. Czarami zabił jednego wartownika. Zrobił to bezszelestnie. Drugi  
strażnik spostrzegł go dopiero wtedy, gdy trup upadł na ziemię. W tym czasie już 
nie miał  
szans na ocalenie własnej skóry. 
- - Panie! - Tezerenee, który oglądał martwego potwora, zatoczył się do tyłu. 
Nie  
zdołał ukryć wstrząsu. - To jeden z naszych! 
- - Co? Niemożliwe! - Lochivan podał łuk drugiemu wojownikowi, przykląkł i  
obejrzał swoją ofiarę. Przesunął rękę po strzępach zbroi ku twarzy. Długo 
patrzył w nią z  
natężeniem, próbując doszukać się krzty sensu w okropnych deformacjach. 

background image

Sharissa też patrzyła. Nieproszone wróciło do niej wspomnienie wojownika, 
którego  
wraz z Lochivanem spotkała w korytarzu niedługo przed publicznym poniżeniem jej 
przez  
Barakasa. 
- Lochivanie - powiedziała - czy pamiętasz człowieka, którego minęliśmy w  
korytarzu? Tego zgiętego w pół przez chorobę? 
Popatrzył na nią. 
- Pamiętam. - W przeciwieństwie do ojca, Lochivan znał imiona wszystkich w 
klanie,  
rodowitych Tezerenee i napływowych, którzy w tym czy innym czasie zasilili ich 
szeregi. Był  
nawet z tego dumny. - To był... - Odwrócił się do jednego z wojowników. - 
Poszukaj Ivora.  
Skoro brał udział w pierwszej ekspedycji, do tej też został wyznaczony. 
Sharissa zmarszczyła czoło. Byłby to tylko zbieg okoliczności? 
- - Czy Ivor jest z tobą spokrewniony? 
- - To kuzyn. Posłuszny, mały kuzynek. Przybył z Nimth jako jeden z pierwszych. 
Gdy wojownik oddalił się, by wypełnić rozkaz zwierzchnika, przybyli inni. Jeden  
zasalutował Lochivanowi, który podniósł się z klęczek. 
- - I co? 
- - Trzech nie żyje. Niedaleko stąd znaleźliśmy wypatroszonego człowieka. 
- - Nic więcej? 
- - Nic. 
- - Pozbyć się tego... tego... pozbyć się go dyskretnie. Zrozumiano? 
- Tak jest, panie. 
Wojownicy zajęli się wyciąganiem zwłok z wozu. Lochivan skupił uwagę na  
Faunonie. Ignorując Sharissę, podszedł prosto do niego i przykląkł. 
- Co to za sztuczka, elfie? Czy na zewnątrz są twoi kamraci? - Złapał jeńca za 
szczękę.  
- Czyżbym był zbyt pobłażliwy? 
Radość z widoku Lochivana momentalnie przygasła. Nie ma prawa traktować  
Faunona w taki sposób, pomyślała Sharissa. 
- - Czego od niego chcesz, Lochivanie? Jaką rolę mógłby odegrać? Spójrz na 
niego.  
Uczyniłeś z niego bezwolną kukłę! 
- - To... to... to prawda, pani. - Gdy zjawili się Tezerenee, Faunon zaczął 
udawać, że  
jest półprzytomny. Sharissa nie okazała zaskoczenia. Rozumiała, że elf chce 
wyrobić w nich  
mylne przekonanie na temat swego stanu. Do Lochivana powiedział: - Nic... nic 
nie wiem,  
przyjacielu. Przy... przysięgam. Myślisz, że za... zaprosiłbym takie... takiego 
potwora, nie  
mogąc się nijak obronić? Wo... wolałbym, żebyś własną ręką po... poderżnął mi 
gardło... niż  
znaleźć się na łasce... takiej straszliwej bestii. 
- - Twierdzisz, że to nie sprawka elfów? 
- - Twój człowiek wcześniej chorował, Lochivanie - przypomniała Sharissa. 
Jeszcze  
nie dowiedziono, że napastnikiem był przeobrażony Ivor, ale przypuszczała, że 
niebawem jej  
domysł okaże się uzasadniony. - Wydaje się, że coś innego było przyczyną. 
Lochivan westchnął. Podniósł się, zdjął hełm i podrapał się po suchej skórze na 
szyi.  
Przyzwyczajony do swędzenia, już nawet się nie uskarżał. 
- Może masz rację. Nieobecność Poszukiwaczy jest podejrzana. Nie zrozumiała. 
- - Myślałam, że gniazdo, do którego zmierzamy, jest opuszczone, a Poszukiwacze  
nie żyją. 
- - Zostało jeszcze paru do wytrzebienia. 
Zmiana w wyrazie twarzy elfa sprawiła, że czarodziejka szybko spojrzała w inną  

background image

stronę. Na wzmiankę o jaskiniach pogrążył się w zadumie, jakby kojarzył fakty, 
których ona  
nie umiała powiązać. Może po wyjściu Lochivana będzie mogła... 
- - Obawiam się, że muszę przerwać twoją rozmowę z więźniem - oznajmił w tej  
chwili Lochivan. - Myślę, że będziesz miała drugą okazję. Póki co, wolę otoczyć 
cię lepszą  
ochroną. 
- - Mnie? Ucierpiał jeden z twoich ludzi... 
- - Który przyszedł po ciebie. Możliwe, że ten, kto jest za to odpowiedzialny,  
postrzega w tobie zagrożenie. Nie chcę, żeby spotkało cię coś złego, Sharisso. - 
Ton  
Lochivana złagodniał. 
Chciała się sprzeciwić, ale to nie zmieniłoby wyniku. Za plecami Tezerenee 
Faunon  
dał jej znak, że powinna odejść. Lepiej nie protestować, bo Tezerenee zmienią 
zdanie i nie  
pozwolą jej na ponowne odwiedziny. 
- - Dobrze. - Sharissa wątpiła, czy tej nocy zdoła zasnąć. 
- - Pozwól, że cię odprowadzę. 
- - To nie będzie konieczne. - Nie chciała, żeby ją dotykał. 
- - Będziesz bezpieczniejsza. Ten incydent może nie być odosobniony. 
Jak wcześniej, wynik był przesądzony. Poddała się bez walki. Pokiwała głową i  
podała mu rękę. 
- Masz... masz również moją wdzięczność... - wydukał Faunon, gdy Tezerenee 
chciał  
wysadzić ją z wozu. - Jakie to szczęście, że akurat byłeś w pobliżu. 
Niezbyt subtelnie dał do zrozumienia, że Lochivan albo ich szpiegował, albo 
czekał,  
aż Sharissa wyjdzie z wozu. Tezerenee zerknął w jej stronę. Nie skomentował słów 
elfa, ale  
wyprowadził czarodziejkę znaczcie szybciej niż było to konieczne. 
Na zewnątrz kręciło się paru Tezerenee. Dwóch uprzątało resztki zniszczonych 
drzwi.  
Sharissa rozejrzała się. Ciała strażników już zostały zabrane. Współczuła im, 
choć nie tak  
bardzo, jak elfom wybitym parę tygodni wcześniej. Tezerenee sami byłi sprawcami  
nieszczęść, jakie na nich spadły. 
Zdarzenie to miało miejsce tylko dwa dni drogi od warowni. Oddalając się wraz z  
Lochivanem od wozu, czarodziejka zastanawiała się, co przyniesie im przyszłość. 
Obawiała się, że może być tylko gorzej. 
 
XIII 
 
- - Śpi, panie. 
- - To dobrze. - Stali we trójkę w jego namiocie. Patriarcha postanowił założyć 
bazę  
operacyjną i dlatego czuł się usprawiedliwiony, że on ma dach nad głową, podczas 
gdy  
wszyscy inni śpią pod gołym niebem. Miał na sobie niekompletną zbroję, bo 
ubranie się  
zajęło mu więcej czasu niż zwykle. Uznał, że to trochę niepokojące, ale w 
obliczu okropnego  
incydentu ten drobiazg szybko popadł w zapomnienie. 
Reegan, w pełnej zbroi i trochę zły, że nie dają mu się wyspać, zapytał: 
- Co zrobiłeś z tym ścierwem, Lochivanie? Lochivan, nie wstając z klęczek, 
odparł: 
- - Kazałem pogrzebać go dyskretnie. Ojcze, ten potwór był jednym z naszych 
ludzi.  
Reeganie, znasz Ivora? 
- - To był Ivor? 
Jeden z naszych ludzi - pomyślał władca Tezerenee. - Dopadli jednego z naszych w  

background image

samym środku mojego obozu i to mimo przedsięwziętych środków ostrożności!" Cały 
obszar  
został dokładnie opleciony czarami obronnymi. W przeszłości Barakas unikał 
takich  
zabezpieczeń, gdyż wolał polegać na gotowości własnej i swoich ludzi, lecz 
ostatnio jakby  
zgnuśniał, a poddanym zaczynało brakować zapału, jaki wykazywali w czasie 
pierwszych dni  
pobytu w Smoczym Królestwie. 
- Zginęło trzech innych. Wszyscy przybrani do klanu. Niewielka strata, ale 
zawsze  
strata. Vraadowie, którzy dołączyli do klanu, staną się nerwowi. Nie wolno 
okazać  
niezdecydowania, bo to podsyci ich obawy. Uczestnicy wyprawy będą musieli być 
jeszcze  
bardziej czujni. 
- Co mu się stało? Co to za przemiana? Lochivan pochylił głowę. 
- Nie wiem. Padła sugestia, że być może Poszukiwacze maczali w tym palce. 
- - Czyja sugestia? Elfa? - parsknął Reegan. - Jasne, że ich obwinia! Jest  
tchórzliwym... 
- - Zamilcz, Reeganie! - Patriarcha szarpał brodę, rozważając możliwości. - 
Gdyby  
to byli pobratymcy elfa, z pewnością uwolniliby go, nie zostawili na naszej 
łasce. Powiedz  
mi, Lochivanie, czy ten elf wygląda na samobójcę? 
- - Jest wojownikiem, ojcze, gotowym narazić życie, ale samobójstwo byłoby  
przesadą. Jego śmierć niczemu by nie służyła. 
Barakas kątem oka zobaczył, że jego najstarszy syn przygotowuje się do 
wygłoszenia  
kolejnej tyrady. Odwrócił się na czas, by temu zapobiec. Reegan ściągnął brwi, 
ale zachował  
milczenie. 
- - Zapytaj kamratów Ivora, czy ostatnio jego zachowanie odbiegało od normy -  
polecił Barakas. Coś wpadło mu do głowy. - Brał udział w pierwszej ekspedycji? 
- - Tak, panie. 
Czy Ivor mógł dotknąć czegoś, czego nie powinien dotykać? Czy mógł natknąć się 
na  
coś, co przypieczętowało jego los? Czyżby na Tezerenee czekała zastawiona 
pułapka?  
Barakas pomyślał o skrzynce i o tym, kto przebywał w niej wbrew własnej woli. 
Mądrze  
zrobił, zabierając na wyprawę mieszkańca nicości, którą Dru Zeree nazwał Pustką.  
Opanowanie jaskiń może wcale nie być takie łatwe. 
- - Co zamierzasz, ojcze? - ośmielił się spytać Reegan. 
- - Będziemy jechać dalej w tym samym tempie. Straty zawsze są nieuniknione i  
należy się z nimi liczyć. Być może przed osiągnięciem celu śmierć zabierze 
innych  
wojowników, może nawet jednego z was. 
Reegan i Lochivan okazali zaniepokojenie. Barakasowi nie przyszło na myśl, że 
jego  
też może spotkać podobny los. Nic dziwnego - przecież on był klanem. 
- Jutro należy ogłosić, że Ivor i pozostali polegli godną śmiercią. Możecie 
odejść. 
Synowie skłonili się i odeszli spiesznie, zamierzając przed wypełnieniem innych  
rozkazów powtórzyć swojemu rodzeństwu treść rozmowy z patriarchą. Barakas 
tymczasem  
siedział w podniszczonej zbroi, zastanawiając się, co takiego upomniało się o 
jego  
wojowników i nastawało na życie Sharissy Zeree. W pewnym sensie niemal 
zazdrościł  

background image

Ivorowi. Ten wojownik bardziej niż ktokolwiek inny zbliżył się do poznania 
chwały smoka,  
będącego wszak totemem klanu. Jedyny problem polegał na tym, że brakło mu woli, 
by  
przemóc czary, które nim zawładnęły. 
Patriarcha osądził, że na jego miejscu uległby przemianie według własnych reguł. 
On  
miał wolę, której zabrakło Ivorowi. On, władca Tezerenee, stałby się żywym 
symbolem  
klanu. 
Barakas zaczął się drapać, ale przestał, gdy uświadomił sobie, co robi. Od paru 
dni  
wysypka i sucha skóra jakby mniej mu dokuczały. Wkrótce pozbędzie się 
podrażnienia.  
Walczył z nim i stopniowo coraz mniej mu dolegało. 
Zwycięstwo, jak często głosił, jest wyłącznie kwestią woli. 
Gadali i gadali, jednak nie wiedział, co usiłowali mu powiedzieć. Po pewnym 
czasie  
zaczął mieć problemy ze skupieniem wzroku. Im usilniej starał się dojrzeć ich 
rysy, tym  
bardziej się rozmywały. 
Ale patrzył, owładnięty jakąś niewytłumaczalną fascynacją, która nie pozwalała 
mu  
oderwać od nich wzroku i zająć się szukaniem wyjścia z tego domu wariatów. Każdy 
ruch, na  
jaki się zdobył, nieuchronnie zwracał go ku nowym, równie niepokojącym obliczom. 
- Smocza krew! - szepnął po raz pierwszy lub setny - stracił rachubę. Ledwo 
wiedział,  
co się z nim działo, co tu więc mówić o tym, co działo się wokół niego. Smok 
mógłby się  
podkraść i rozprawić z nim bez najmniejszego wysiłku. A jednak nie mógł oderwać 
uwagi od  
twarzy. 
Pełen strachu i dziecięcego zachwytu ostrożnie wyciągnął rękę i dotknął oblicza, 
które  
było najbardziej podobne do jego twarzy. 
W grocie coś się zmieniło; wyczuł zmianę, lecz nie mógł jej zobaczyć. Coś 
pociągnęło  
go za płaszcz, ale pogrążony w marzeniach ledwo to zauważył. Usłyszał cichy 
szmer, który  
mógł być wezwaniem lub tylko poświstem wiatru, pozbawionym znaczenia odgłosem, o  
którym szybko zapomniał. 
Kaptur płaszcza spadł mu na oczy. 
Gerrod walczył, pragnąc dalej patrzeć na twarze, chód zdawał sobie sprawę, że to  
niebezpieczne. Nie mógł jednak ściągnąć kaptura, gdyż potężne ramiona trzymały 
go niczym  
kleszcze, uniemożliwiając bodaj podniesienie ręki. 
Syrenie szepty twarzy w kryształach zostały zagłuszone przez podekscytowane  
pohukiwanie. Quel powlókł go do tyłu. 
Szepty ucichły. Przymus patrzenia na zniekształcone odbicia zmalał niemal do 
zera. 
Quel puścił go. Gerrod zaczerpnął powietrza, którego brakowało mu od pewnego  
czasu; wstrzymywał oddech, nie zdając sobie w tego sprawy. Odwrócił się i 
spojrzał na  
stwora, który wywlókł go z jaskini. 
Był to, jak się zdawało, wódz Queli. Patrzył na niego ze szczerym zatroskaniem. 
- Zaraz... zaraz poczuję się lepiej - wysapał Gerrod w odpowiedzi na milczące 
pytanie.  
Miał nadzieję, że kryształ właściwie przełożył jego słowa i myśli. 
Quel zahukał niezrozumiale i wskazał na niego, kończąc gest potrząśnięciem  

background image

pazurzastej łapy. Gerrod popatrzył po sobie i zmarszczył brwi w konsternacji. 
Wreszcie  
uświadomił sobie, że nie rozumie pohukiwania Queli. Nie miał pojęcia, co się 
stało z  
kryształem; nie pamiętał, czy upuścił go w jaskini czy zostawił w jakimś innym 
miejscu. 
Zaklął, wplatając w przekleństwo imię ojca. Jak nigdy dotąd sytuacja wymagała  
wyjaśnienia, a on utracił jedyny sposób porozumienia się z podziemnymi 
stworzeniami.  
Chciał wiedzieć, czemu służyła kryształowa komnata i kto ją zbudował. Ledwo 
pamiętał  
wypadki poprzedzające wejście do tej obłędnej jaskini. Quele ją zbudowały czy 
tylko  
znalazły? Z ich zachowania wynikało, że raczej znalazły, ale był zbyt 
otumaniony, żeby  
wyciągać wiarygodne wnioski. 
Choć pobyt w grocie był niezmiernie przykrym doświadczeniem, pragnął do niej  
powrócić. Nie bez przygotowania, jak za pierwszym razem, ale w zaplanowany 
sposób,  
ostrożnie, z pełnym respektem dla skrytej tam mocy. 
Już miał dać znać rękami, że chce wrócić do kryształowej jaskini, kiedy świat 
wokół  
niego zawirował. Gerrod patrzył, jak ziemia podnosi się na spotkanie jego 
twarzy. Silne  
ramiona opancerzonego towarzysza powstrzymały go od upadku - najwyraźniej Quel  
spodziewał się takiej reakcji. Czarodziej nie miał czasu zastanowić się nad tym, 
bo w  
następnej chwili stracił przytomność. 
Kiedy się ocknął, otaczały go Quele. Nie były nim zainteresowane, dopóki nie  
zobaczyły, że wróciła mu świadomość. Wtedy, jak aktorzy wdziewający maski, w  
okamgnieniu okazali podekscytowanie. Gerrod zmarszczył czoło. Miał nadzieję, że 
uznają  
jego minę za wyraz przejęcia własnym stanem - po części tak było - a nie 
podejrzliwości  
wobec ich nagłego zaciekawienia. 
Stworzenia przeniosły go do innej komory, której wyposażenie daleko odbiegało od  
ludzkich wyobrażeń na temat wygody. Gerrod leżał na macie przesyconej wonią 
gospodarzy i  
zimnej ziemi. Podniósł się powoli, odtrącając pomocną łapę Quela. Wielkie Quele 
cofnęły  
się, robiąc mu miejsce. Trudno było odczytać ich emocje, ale Genod miał 
wrażenie, że są  
trochę zaskoczone prędkością jego powrotu do zdrowia. Bez wątpienia jacyś 
przedstawiciele  
ich rasy wchodzili wcześniej do komnaty z kryształu. Vraad nie wiedział, jak to 
się dla nich  
kończyło, ale domyślał się, że gorzej niż w jego przypadku. 
"Znacznie gorzej - zadecydował - jeśli ich strach przed tym miejscem nie jest  
udawany", Był pewien, że nie; Quele o wiele lepiej przysłużyłyby się swojej 
sprawie - jaka by  
ona nie była - gdyby zamiast strachu okazywały pewność siebie. Gerrod utwierdził 
się w  
przekonaniu, że stwory boją się tego, co odkryły. 
Co one widziały w kryształowej grocie? 
- - Muszę... - urwał, gdy przywódca podał mu kryształ, ten sam albo taki sam jak  
pierwszy; Gerrod nie miał pojęcia. 
- - Umysł nietknięty... strach nie poraził... pytanie? 
A więc tak to się kończyło. Jego poprzednikom strach odebrał zmysły. Quele nie  
mogły znieść bez uszczerbku wizyty w grocie. A jednak któryś go wyprowadził. Jak 
tego  
dokonał? 

background image

Gdy się nad tym zastanawiał, opancerzona istota powtórzyła pytanie. 
- Nic mi nie jest. - Nie było to do końca prawdą, ale Quele musiały zadowolić 
się taką  
odpowiedzią. Gerrod nie miał zamiaru mówić im o głosach - o własnym głosie - 
który nadal  
szeptał mu w głowie. Głosy chciały, żeby wrócił do komnaty, wrócił i wysłuchał 
tego, co  
miały do powiedzenia. 
Zrobi to. Był tego pewien. Powróci do kryształowej jaskini nawet wbrew woli 
Queli. 
- Jadło... czas minął... pytanie? 
Zmiana tematu rozmowy zaskoczyła go, ale już po chwili zrozumiał, o co chodzi.  
Pytano go, czy chce jeść. Ciekawe, ile czasu upłynęło od chwili, gdy popadł w 
omdlenie. 
- Jak długo byłem nieprzytomny? 
W sumie niedługo; stracił świadomość na dwie, może trzy godziny, jeśli dobrze 
się  
orientował w ich rachubie czasu. Utrata przytomności wyszła mu na dobre, bo 
dotąd nie miał  
okazji wypocząć po wcześniejszej wędrówce. Nadal brakowało mu porządnego 
całonocnego  
snu, ale lepszy rydz niż nic. Twarda szkoła, jaką przeszedł w klanie Tezerenee, 
wyszła mu na  
dobre. Pod rządami ojca każdy uczył się spędzać na nogach całe dnie i noce. 
Żołądek przypomniał mu, że ostatnio go nie rozpieszczał. Gerrod zastanowił się, 
czy  
tutejsza strawa jest równie nieapetyczna jak papka, którą karmiły go patrole. 
Całkiem  
możliwe, ale mimo wszystko nie odmówiłby posiłku. Musiał pokrzepić nadwątlone 
siły przed  
czekającym go zadaniem, choć właściwie nie wiedział, na czym będzie ono polegać. 
Jakby wyczuwając jego przyzwolenie, nowy Quel, mniejszy od innych, ale i tak  
niemal dorównujący wzrostem człowiekowi, przyniósł miskę pełną jakiejś rzadkiej 
brei. Nie  
odrywając oczu od małego Quela, Gerrod powąchał zawartość... i zadrżał. Spojrzał 
na miskę. 
W porównaniu z tym, co zobaczył, papka była przysmakiem. 
Kiedy podniósł głowę, mały Quel zdążył odejść. Czarodziej zastanowił się, czy  
wreszcie spotkał samicę. Żaden z pozostałych Queli nie kwapił się z 
wyjaśnieniem, ale był  
pewien, że poczynił trafne przypuszczenie. Jeśli tak, wtedy ci tutaj musieli być 
samcami -  
chyba że ten mały był niedorostkiem. To jednak nie trafiało mu do przekonania i 
postanowił  
myśleć o swoich towarzyszach jako o przedstawicielach płci męskiej, mimo że 
mniejszy Quel  
różnił się od nich wyłącznie wzrostem. 
Bacznie obserwowany przez nieludzką świtę, zabrał się do jedzenia. Szybko 
rozprawił  
się z zawartością miski - również dlatego, że nie dostał łyżki. Pił, starając 
się nie zwracać  
uwagi na fale odrażającej woni, które atakowały mu nozdrza. 
- Obejdzie się bez dokładki - mruknął, podając pustą miskę jednemu z Queli. 
Stwór  
cisnął naczynie w kąt, jakby po użyciu przez człowieka już nikt nie miał z niego 
korzystać.  
To zdarzenie przypomniało czarodziejowi o jego rzeczywistym położeniu. Mimo 
przyjaznego  
zachowania te Quele nie były mu bardziej przychylne od strażników, którzy go 
tutaj  

background image

przywiedli. Bez skrupułów wepchnęły go do jaskini, która doprowadziła do obłędu 
paru ich  
pobratymców. Gdyby nie miały pod ręką jego, posłużyłyby się elfem czy 
przedstawicielem  
jakiejś innej rasy. Było im wszystko jedno; liczyło się tylko rozwikłanie 
zagadki kryształowej  
komnaty. 
Przywódca wydał długie, niskie pohukiwanie. Podwładni bez protestu zaczęli  
wychodzić z komory, nie zwracając uwagi na Vraada. Przywódca w milczeniu czekał, 
aż  
zostaną sami. Dopiero wtedy odwrócił się do swego gościa. 
Wówczas maska opadła, ujawniając obecność prawdziwej inteligencji za nieludzkim  
obliczem. Dzikiej, wyrachowanej inteligencji, niebezpiecznej jak u Tezerenee. 
Gdyby Gerrod  
nie przypomniał sobie, że stanowi klucz do rozwiązania zagadki kryształowej 
jaskini,  
zacząłby bać się o życie. Był im potrzebny, inaczej nie otoczyłyby go opieką, 
gdy odzyskał  
przytomność. Mimo fizycznego zagrożenia, jakie reprezentował stojący przed nim 
Quel,  
czarodziej zdobył się na uśmiech. 
- Widoki komnaty... stwierdzenie! 
Gerrod wstrząsnął się pod wpływem natłoku dziwnych głosów i obrazów w głowie,  
ale szybko odzyskał panowanie nad sobą. 
- - Chcesz wiedzieć, co zobaczyłem, prawda? Chcesz wiedzieć, dlaczego nie  
oszalałem? 
- - Zgadza się." stwierdzenie! 
Czy wyznanie prawdy może mu zaszkodzić? Gerrod wątpił, dlatego powiedział  
stworzeniu o wszystkim, co widział, słyszał i czuł. W trakcie opowieści 
przywódca Queli stał  
bez ruchu, jak zahipnotyzowany. Od czasu do czasu wysyłał pytanie, głównie 
dotyczące  
jakiegoś pomniejszego szczegółu. Vraad niewiele wywnioskował z tych pytań, z 
wyjątkiem  
tego, że kryształowa jaskinia pochłonęła co najmniej kilka ofiar. Ile Queli 
próbowało  
zmierzyć się ze strachem i poniosło klęskę? Co odkryły przed śmiercią? Gerrod 
niejeden raz  
był o krok od uzyskania odpowiedzi, ale za każdym razem przywódca skrywał obrazy 
i  
emocje, nie pozwalając ich zgłębić. 
Historia dobiegła końca o wiele za szybko. Gerroda opadł nagły niepokój. Czyżby 
się  
mylił? Czy dał im to, czego potrzebowały? Czy przestał być potrzebny? 
Przywódca Queli pochylił się, jego oddech cuchnął bardziej niż niedawny posiłek. 
- Współpraca... dalsze istnienie... stwierdzenie! Czarodziej pokiwał głową, 
próbując  
nie zważać na przyspieszone bicie serca. 
- - Lubię życie. Będę współpracować. 
- - Cel kryształów... broń przeciwko nieprzyjacielowi/wrogowi... ptasi lud."  
stwierdzenie/pytanie? 
- - Co? Aha. - Gerrod kiwnął głową, tłumiąc ziewnięcie. - Można wykorzystać to  
jako broń przeciwko Poszukiwaczom. - Nie miał pojęcia, w jaki sposób, ale był 
pewien, że  
kryształy można przemienić w broń. Miał nadzieję, że gdy to się stanie, broń 
zwróci się  
przeciwko Quelom. 
Zbłąkana myśl o Sharissie przypomniała mu o pierwotnym celu misji. Zdusił ją,  
wmawiając sobie, że kryształowa komnata pomoże mu w tym względzie, choćby tylko 
dając  

background image

czas na obmyślenie ucieczki. Nie chciał rozwodzić się nad kwestią, że ciągnęło 
go do jaskini  
niezależnie od nadrzędnego celu. Odsunięcie Sharissy na drugi plan w imię 
zaspokojenia  
ciekawości było posunięciem, którego prędzej spodziewałby się po swoim ojcu. 
- - Odpoczynek... stwierdzenie! 
- - Ja... - Gerrod nie mógł sobie przypomnieć, co chciał powiedzieć. Ziewnął  
rozdzierająco. Środek nasenny w jedzeniu. Dlaczego o tym nie pomyślał? Położył 
się i znów  
ziewnął. Czy naprawdę miało to znaczenie? Równie dobrze może zacząć planować 
ucieczkę  
po przebudzeniu. Tak, to brzmiało rozsądnie. Będzie wypoczęty, a kreślenie 
planów wymaga  
siły i jasności umysłu. 
- - Zgoda... czas na bierność... stwierdzenie! - potwierdził stojący obok Quel. 
Gerrod  
pokiwał głową. Zrobi wszystko, czego chciał jego gospodarz, dopóki oznaczało to 
sen. Jutro -  
albo kiedy wreszcie się przebudzi - zacznie pracować nad planem ucieczki. 
Zasypiał, gdy usłyszał śmiech. Quele nie umiałyby wydać takiego dźwięku i 
wiedział,  
że nie był to jego własny głos. Przez chwilę balansował na krawędzi jawy, 
wytężając słuch i  
czekając na powtórzenie się dźwięku. W końcu przegrał walkę z bogiem snu i 
zasnął. 
0 Ucieczka, jak stwierdził później, nie będzie łatwa. Nie widział słońca, więc 
mógł  
tylko zgadywać, że minęły dwa dni od zejścia pod powierzchnię. Przebywał w 
podziemnym  
świecie nie tylko dlatego, że taka była wola Queli, ale również z powodu własnej 
ciekawości.  
Intrygowało go wiele rzeczy, choć nie z taką siłą jak kryształowa jaskinia. 
Quele wprawdzie  
nie dorównywały budowniczym komnaty pod względem opanowania magii kryształów, 
lecz  
nie brakowało im talentu. Gerrod jeszcze nie widział kamienia zwanego przez nie  
"zbieraczem", ale wyobrażał sobie, że jest to kryształ zdumiewającej potędze. 
Nie miał  
pojęcia, w jaki sposób wchłania rozdziela magiczne siły, z których korzystały 
Quele.  
Chciałby to zbadać, ale przechowywano go w niedostępnym dla niego miejscu. 
Chodząc z przywódcą po podziemiach, czarodziej obracał w palcach kamyki, które  
nosił w sakiewce u pasa. Były podobne do kryształu pozwalającego mu porozumiewać 
się z  
Quelami i prawdopodobnie mogły spełniać tę samą rolę. On jednak miał co do nich 
inne  
plany. Zdobył je bez trudu; wydobywano je w takich ilościach, że gdy pierwszy 
raz ujrzał  
wielką stertę, nie posiadał się ze zdumienia. Do kopalni przyprowadzano 
wszystkie małe  
Quele niedługo po urodzeniu. Młode różniły się od dorosłych w zasadzie tylko 
wzrostem i  
tym, że miały miękkie, prawie nie pomarszczone pancerze. W ledwo zaznaczonych 
bruzdach  
umieszczano kryształy, a kryształy rozumienia - Gerrod nie umiał lepiej 
przełożyć ich nazwy  
- znajdowały się wśród pierwszych. Z biegiem czasu twardniejąca powłoka 
zarastała  
większość kamieni, które tym sposobem stawały się integralnymi częściami 
stworzenia i  
pozwalały mu rozumieć przedstawicieli innych ras. 

background image

Kradzież trzech kamieni z ogromnej hałdy była dziecinnie łatwa. Tak łatwa, że 
Gerrod  
czasami zastanawiał się, czy jego towarzysz po prostu nie przymknął na nią oka. 
Mniejsza z  
tym. Zdobycie kamieni było pierwszym krokiem w realizacji planu ucieczki, która 
miała  
dojść do skutku, gdy tylko wróci do kryształowej jaskini i ujawni prawdę 
skrywaną przez  
twarze - nie wspominając o innych tajemnicach. 
"Nie zapominajmy o Sharissie!" - zbeształ się w duchu. W tej sytuacji łatwo było  
zapomnieć o rzeczywistości. Nie tylko o córce Dru Zeree, ale również o spbie 
samym - o  
starzejącym się, roztrzęsionym Vraadzie. Za każdym razem, gdy miał okazję się 
przejrzeć,  
widział oblicze starca. 
Do przywódcy podbiegł zdenerwowany Quel i obaj zaczęli szybko pohukiwać.  
Czarodziej nie mógł ich zrozumieć, mimo że miał kryształ. Odbierane obrazy były  
niewyraźne, niemal jakby Quele rozmyślnie uniemożliwiały mu udział w rozmowie. 
Nie był  
tym zaskoczony; wiedział, że jest tolerowany tylko z uwagi na swoją przydatność. 
Wiedział  
też, co zrobią, kiedy posiądą sekrety kryształowej jaskini. 
Przywódca odwrócił się do niego, mrużąc ciemne oczy. Jego niskie, pospieszne  
pohukiwanie Gerrod zinterpretował jako znak złości i zaniepokojenia. 
- Powierzchnia... szpieg na niebie... zamierzona obserwacja... stwierdzenie! 
Quel złapał go za ramię i powlókł w głąb tunelu. Czarodziej po drodze próbował  
rozszyfrować wiadomość. Coś działo się na powierzchni, ktoś przybył na 
przeszpiegi... 
Poszukiwacz? 
W trójkę weszli do groty, której Gerrod jeszcze nie widział. Jak rozległe były  
podziemne włości Queli? Gerrod dochodził do przekonania, że rasa zachowała tylko 
resztki  
dawnej potęgi. Niegdyś ich imperium musiało rywalizować pod względem wielkości z  
terytoriami Poszukiwaczy. 
Kilka Queli stało wokół obrazu. Nad ich zaokrąglonymi ramionami czarodziej  
widział, jak maleńka figurka unosi się nad terenem nie większym niż jego 
przedramię.  
Źródłem obrazu był kryształ, który leżał na trójnogu pośrodku pomieszczenia. 
Rzeczywiście był to Poszukiwacz. Gerrod nie poznał projektowanej okolicy, ale  
skalista i prawie pustynna powierzchnia sugerowała, że stanowi ona cześć 
półwyspu, na  
którym mieszkały Quele. 
Poszukiwacz wisiał w powietrzu, szybko bijąc skrzydłami. Mały obraz nie pozwalał  
określić płci przybysza; jak u Queli, różnice między samcami i samicami były 
nieznaczne. 
Jeden z obserwatorów chrząknął i dotknął kryształu. Scena powiększyła się.  
Tezerenee stwierdził, że intruzem jest ptasia kobieta, choć informacja ta nie 
miała większego  
znaczenia. Nadal nie wiedział, dlaczego samotna Poszukiwaczka narażała życie, 
przybywając  
do krainy odwiecznych wrogów. 
Skrzydlata sięgnęła do szyi, szarpnęła łańcuszek. Gerrod zmrużył oczy i zobaczył  
medalion. W pewnym sensie medaliony Poszukiwaczy były odpowiednikami kryształów  
Queli; chroniły noszącego i zawierały jakiś zabójczy czar. Wielu Tezerenee padło 
ofiarą tej  
broni. Gerrod przecisnął się między Quelami i stanął jak najbliżej obrazu. 
Przywódca łypnął  
w jego stronę, ale przestał zwracać na niego uwagę, gdy tylko zobaczył, do czego 
zmierza  
maleńka postać. 
Poszukiwaczka zdjęła medalion i rzuciła go na ziemię. Wśród Queli zapanowało  

background image

poruszenie. 
Przywódca wydał rozkaz, którego Gerrod nie zrozumiał. Już wiedział, że robiono 
to  
celowo. 
Parę Queli odwróciło się do wodza. Ich ruchy zdradzały konsternację. W ryku 
jednego  
stwora pobrzmiewało pytanie. 
Przywódca odepchnął Vraada na bok - niemal pod ścianę - stanął naprzeciwko tego,  
który śmiał kwestionować jego decyzję, i powtórzył komendę. 
Podwładny zwiesił głowę, wrócił do trójnoga i pod czujnym spojrzeniem wszystkich  
obecnych, łącznie z Gerrodem, dotknął innej ścianki kryształu. 
Poszukiwaczka nadal unosiła się w tym samym miejscu. Dopiero gdy Quel dotknął  
klejnotu, Vraad zrozumiał, że skrzydlata proponuje zawieszenie broni. Musiała 
wiedzieć, że  
znajduje się na terytorium Queli. Ryzykowała życiem, żeby uzyskać posłuchanie. 
Przywódca Queli postanowił odrzucić ofertę. 
Oślepiający błysk zmusił wielkie, opancerzone stworzenia do przysłonięcia oczu i 
na  
chwilę oślepił nie przygotowanego człowieka. Obraz zniknął. Gerrod mrugał, 
dopóki nie  
odzyskał wzroku. Patrzył, próbując nie zważać na pływające plamki, które 
pstrzyły wszystko  
w polu widzenia. Obraz znów się pojawił i czarodziej zobaczył roziskrzone 
wzgórza  
porośnięte skąpą, skarlałą roślinnością. Po Poszukiwaczce nie został ślad. 
Ten sam Quel, który wcześniej zajmował się kryształem, dotknął go ponownie. 
Obraz  
zmienił się, ukazując głównie powierzchnię ziemi. Przywódca zahukał; jego ton i 
postawa  
zdradzały zadowolenie. 
Kiedy Tezerenee zobaczył szczątki emisariuszki Poszukiwaczy, odetchnął z ulgą, 
że  
nie może ich poczuć. 
Quele dysponowały doskonałą bronią. Samotna skrzydlata nie miała szans.  
Rozpostarte na twardej ziemi zwęglone zwłoki przywiodły Gerrodowi na myśl 
okropną  
parodię resztek posiłku. Twarz, a raczej to, co z niej zostało, była pogrzebana 
w glebie, co  
oszczędziło mu widoku oskarżycielskich oczu. Skrzydlata przybyła z propozycją 
pokoju -  
chyba że Quele wiedziały lepiej - a one upiekły ją żywcem. 
Ich bronią była sama ziemia. Liczne błyszczące kryształy na pozór bezładnie  
rozrzucone po okolicy służyły konkretnemu celowi. Były ułożone jak rzędy 
kamieni, które  
rozświetlały świat pod powierzchnią. Manipulując paroma z nich, Quele wytworzyły 
wiązkę  
silnego światła. Jak okrutne dziecko, które przypieka robaki pod szkłem 
powiększającym, tak  
one paliły wrogów. 
"Nasze rasy naprawdę są spokrewnione" - pomyślał Gerrod z odrazą. Taka sztuczka  
zyskałaby poklask wielu Vraadow. Jego ojciec z rozkoszą powiększyłby swój 
arsenał o taką  
śmiercionośną zabawkę. 
Z chwilą zażegnania kryzysu Quele zaczęły tracić zainteresowanie incydentem.  
Zdawało się, że tylko Gerrod jest przejęty misją Poszukiwaczki. Mało 
prawdopodobne, by w  
ten sposób chciała popełnić samobójstwo. Coś trapiło ją i jej plemię na tyle 
mocno, że  
postanowiła zaryzykować. Żałował, że nie przyjrzał się jej dokładnie. W jakim 
stanie była  

background image

przed śmiercią? Naprawdę wyglądała na zmęczoną i przybitą, czy tylko to sobie 
wyobraził? 
- Szaleństwo... ptasi ludzie... śmierć... stwierdzenie! Quel, który zawsze mu  
towarzyszył, stanął u jego boku. Nie był zbyt wymowny, ale ważne, że znów chciał 
z nim  
rozmawiać. Gerrod zrozumiał wiadomość; przywódca uważał, że Poszukiwaczka 
musiała być  
obłąkana, skoro zrobiła to, co zrobiła. Nie wiedział tylko, o czyją śmierć mu 
chodziło.  
Zważywszy na odwieczną wrogość między dwiema rasami, istniało zbyt wiele 
sensownych  
interpretacji. 
Przekonany, że wraz ze swoim opiekunem powinien opuścić komorę, Gerrod odwrócił  
się w stronę wyjścia. Ciężka łapa opadła na jego ramię, wyprowadzając go z 
błędu. 
Quel przysunął się blisko... za blisko. Czarodziej zakrył nos. 
- Jutro... jaskinia z kryształu... Gerrod/elf/Vraad szuka... Poszukiwacze 
umierają...  
stwierdzenie! 
Zakapturzony czarodziej spojrzał prowodyrowi w oczy i bez słowa pokiwał głową.  
Ostatecznie wyszło na to, że śmierć skrzydlatej nie pójdzie na marne. Wróci do 
kryształowej  
jaskini. Zbada cudowne dzieło starożytnych i odkryje cel jego istnienia, zgłębi 
tajemnicę tych  
przeklętych twarzy. Wykorzysta odkrycia według własnej woli, nie zgodnie z 
pragnieniami  
tych pancernych potworów, które go pojmały. 
- Taaak... 
To nie Quel udzielił tej zwięzłej, syczącej odpowiedzi, i głos nie wydawał się 
ludzki.  
Gerrod przystanął, niepewny, czy nie zwodzi go wyobraźnia. Quel zachowywał się 
jakby  
nigdy nic. Dał znać, że teraz można opuścić komorę. Gerrod posłuchał bez słowa. 
Wytężał  
słuch, czekając na powtórzenie krótkiego, choć mrożącego krew w żyłach 
oświadczenia. 
Nic. Najpewniej wyobraźnia spłatała mu figla. Nie umiał znaleźć lepszego  
wytłumaczenia, choć to wydawało się mało przekonujące. Ale czy mogło być inne? 
Ta sama masywna łapa, która chwilę wcześniej go zatrzymała, teraz pchnęła go  
spokojnie, ale mocno w stronę wyjścia. Gerrod przystanął w progu jaskini, 
niezdolny uwolnić  
się od wspomnienia tego szczególnego głosu. Jeśli był tylko wymysłem, dlaczego 
wydawał  
się taki prawdziwy, taki znajomy? Dlaczego nie mógł o nim zapomnieć, dlaczego 
nie mógł  
przepędzić z głowy jednego prostego słowa? I dlaczego teraz ni stąd ni zowąd, 
wstrząsnął się  
na myśl o wejściu do jaskini, do której od dwóch dni tak bardzo pragnął 
powrócić? 
Quel jeszcze raz go przynaglił. W marszu czarodziej zastanawiał się, czego 
chciała  
Poszukiwaczka i czy uśmiercenie jej mogło sprowadzić nieszczęście na rasę 
Queli... nie  
wspominając o nim samym. 
 
XIV 
 
Barakas patrzył z uśmiechem na góry, które piętrzyły się przed kolumną. 
- Imponujące! Zaiste, warte zachodu! 
Nawet Sharissa, która nie mogła zapomnieć o okropnym i smutnym zarazem wypadku  

background image

sprzed paru dni, musiała przyznać mu rację. Majestatyczne góry budziły respekt 
przede  
wszystkim dlatego, że były tworem natury, a nie czarów, jak w dawnych czasach 
Nimth. 
- Nie można patrzeć na góry Tyber bez odczuwania ich potęgi - szepnął Faunon. 
Tego dnia pozwolono mu jechać na czele ekspedycji u boku Sharissy. Elf w końcu  
zgodził się poprowadzić Tezerenee, głównie przez wzgląd na młodą czarodziejkę. 
Sharissa  
była wzruszona, ale i zakłopotana jego względami. Faunon tylko pogarszał sprawę,  
obrzucając ją powłóczystymi spojrzeniami i śląc krzepiące uśmiechy. 
"Jesteśmy tylko towarzyszami niedoli - powtarzała sobie. - Łączy nas jedynie  
pragnienie ucieczki". Nawet przed samą sobą nie chciała przyznać, że towarzystwo 
elfa  
stanowi miłą odmianę po kontaktach z członkami jej rasy. 
Ucieczka nadal nie wchodziła w rachubę, bo patriarcha więził Czarnego Konia.  
Sharissa oderwała wzrok od roztaczającej się przed nią scenerii i spojrzała na 
skrzynkę.  
Władca Tezerenee przytroczył ją do siodła, żeby w razie konieczności móc szybko 
do niej  
sięgnąć. Nigdy nie odstępował jej na długo. Sharissa znała charakter 
pieczętujących ją czarów  
i orientowała się, że ma nikłe szansę na jej otworzenie. Poza tym próba włamania 
mogła  
spowodować zranienie, a nawet śmierć więźnia. Już wiedziała, że Czarnego Konia 
można  
unicestwić. Nie był niezwyciężoną, podobną bogom istotą z zaświatów, na co 
wskazywały  
opowieści jej ojca. W wielu przypadkach bywał bezbronny i wiele rzeczy mogło go 
zranić.  
Zbyt wiele. 
- Dobre miejsce do ataku - wyszeptał Faunon, mając na myśli Poszukiwaczy. 
Dotarli do gór. Czekał ich tylko jeszcze jeden dzień jazdy do podnóża szczytu, 
który  
był celem wyprawy. Jak dotąd nie widzieli nawet jednego skrzydlatego zwiadowcy, 
ale nie  
popadali w nadmierną pewność siebie. Wielu rodowitych Tezerenee miało w pamięci  
masakrę dokonaną przez skrzydlatych przed piętnastoma laty. Wszyscy rozmawiali o  
wypadku nieszczęsnego Ivora. Zadecydowano, że padł ofiarą jakiegoś pokrętnego 
zaklęcia  
Poszukiwaczy. 
Faunon próbował przekonać ich, że nie mają racji, ale nikt nie chciał go 
słuchać. Był  
pewien, że Ivor został przemieniony w potwora przez moc kryjącą się głęboko pod  
jaskiniami, które Poszukiwacze zajęli na gniazdo. Tylko Sharissa mu uwierzyła, 
choć zdawała  
sobie sprawę, że jej wiara do pewnego stopnia wynika z rosnącej sympatii do 
elfa. 
Ekspedycję poprzedzał oddział zwiadowców na latających smokach, dowodzony  
przez Lochivana. Gdy patriarcha zobaczył, że zwiadowcy zawracają, zatrzymał 
kolumnę i  
czekał na raport. Lochivan zeskoczył ze skrzydlatego wierzchowca i przykląkł 
przed władcą  
klanu. 
- - Ojcze. - Sharissa zwróciła uwagę, że jego głos zrobił się chrapliwy. 
Wojownik  
niedbale skinął głową starszemu bratu i zameldował: - Wlecieliśmy w region 
przesiąknięty  
czystą, surową mocą. 
- - A nie mówiłem? - Faunon nie mógł się powstrzymać. Był zły, że najpierw  
zmuszali go do mówienia, a potem nie chcieli go słuchać. Odwrócił się do 
Sharissy i z  

background image

krzywym uśmiechem zapytał: - Po co mnie wloką ze sobą, skoro nie wierzą w moje 
słowa? 
Reegan obrócił się w siodle. 
- Milcz! 
Czarodziejka wiedziała, że Faunon ryzykuje za każdym razem, gdy się odzywa,  
zwłaszcza w zasięgu słuchu Reegana. Następca pragnął jej i zażyłość narastająca 
między nią a  
jeńcem nie uszła jego uwagi. Zżerała go zazdrość. 
Lochivan mówił: 
- - Dostrzegliśmy niewiele oznak niedawnej aktywności skrzydlatych, ale  
znaleźliśmy paru martwych. Trudno powiedzieć, kiedy zginęli, wydaje się jednak, 
że walczyli  
między sobą. 
- - Doprawdy? - Barakas pogładził brodę i pogrążył się w głębokiej zadumie. 
Lochivan czekał na dalsze słowa ojca, bezwiednie drapiąc się po szyi. 
- Wobec tego możemy zająć jaskinie - wtrącił Reegan jak zwykle bez namysłu i w  
niewłaściwej chwili. Sharissa niemal mu współczuła. 
Ale patriarcha tylko pokręcił głową. 
- Znowu gadasz od rzeczy. Tam muszą być Poszukiwacze. 
Nie wszyscy okażą się na tyle uprzejmi, żeby uciec lub zginąć dla naszej wygody.  
Jeśli przypuścimy szarżę, potrząsając mieczami i rzucając czary, najpewniej 
spotka nas  
śmierć. Na razie tereny te nadal należą do nich. Będą ich bronić do ostatniej 
kropli krwi. 
- - Nie możemy tu zostać, dopóki ich nie wyplenimy - zaprotestował następca. - A 
w  
tych skałach może to zabrać całe lata. 
- - Z tym się zgadzam. - Zastanawiając się nad problemem, władca Tezerenee  
poklepywał więzienie cienistego rumaka. Nagle przestał stukać i z nowym 
zainteresowaniem  
popatrzył na skrzynkę. - Może jest lepszy sposób. 
Sharissa podjechała bliżej patriarchy. Serce zamarło jej w piersiach, gdy 
uświadomiła  
sobie, co mu chodzi po głowie. 
- - Nie dość go namęczyłeś? Mało ci, że trzymasz go w skrzyni, która sprawia mu  
katusze? 
- - To zadanie powinno być względnie bezbolesne, jak mniemam. 
- - Wiesz, o co mi chodzi! 
- - Dzięki niemu ocaleje wiele istnień, moja droga Sharisso - odparł Barak as z  
uśmiechem równie fałszywym jak słowa. - Istnień Tezerenee, oczywiście. 
Podniósł skrzynkę i zaczął kreślić jakiś wzór nad wiekiem, ten sam co wcześniej, 
choć  
jedną ręką. Sharissa wyczuwała więź łączącą władcę Tezerenee z zaklęciem i tym 
samym z  
Czarnym Koniem. Nadal nie miała pojęcia, jak uwolnić hebanowego ogiera, i to  
powstrzymywało ją od ucieczki. Barakas nie był przeciwnikiem, którego mogłaby 
pokonać w  
bezpośrednim starciu. Jej szansę mogły wzrosnąć tylko wskutek szczęśliwego 
zbiegu  
okoliczności - ale czy kiedyś do niego dojdzie? Czarodziejka nie miała zamiaru 
czekać aż do  
ślubu z Reeganem i wydania na świat jego dzieci. Myśl o takim losie natchnęła ją 
nową  
determinacją. Może w czasie ekspedycji zdarzy się coś, co ułatwi jej ucieczkę. 
Pozostawało tylko mieć nadzieję. 
Barakas podniósł wieko. 
Ze skrzyni wylała się fala ciemności, niemal jakby patriarcha zastąpił dzień 
nocą. A  
jednak ta ciemność wrzeszczała z radości i strachu, wrzeszczała bez słów, powoli 
zestalając  
się w postać udręczonego przyjaciela Sharissy. 

background image

- Ruch! Dźwięk! Widok! Na przeklętą Pustkę, znów jestem wolny! Wolny! 
Paru Tezerenee poruszyło się nerwowo, gdyż doskonale zdawali sobie sprawę, co  
mogłoby zrobić to potężne stworzenie, gdyby miało wolną wolę. Synowie Barakasa 
nie  
okazali zaniepokojenia, bo mieli pełne zaufanie do władzy, jaką ich ojciec miał 
nad  
demonem. 
Żywiołowa radość z uwolnienia z okropnego więzienia szybko przeminęła i Czarny  
Koń zgromił wzrokiem swego zakutego w zbroję dozorcę. Reegan i nawet Lochivan, 
który  
podniósł się z klęczek i stał teraz obok ojcowego smoka, woleli znaleźć sobie do 
oglądania  
coś innego niż lodowate oczy. Barakas, przeciwnie, spojrzał w nie z tą samą 
wyniosłą  
obojętnością, z jaką odnosił się do większości innych rzeczy. Wiedział dobrze, 
kto tutaj  
rządzi, i wściekłe spojrzenie hebanowego ogiera nie mogło tego zmienić. 
- - Czego chcesz ode mnie? - ryknął mroczny rumak, drąc ziemię kopytami. 
Sharissa  
nie wątpiła, że wolałby zamiast ziemi mieć pod sobą pana klanu. 
- - Mam dla ciebie zadanie, które, biorąc pod uwagę twoje umiejętności, powinno  
okazać się łatwe. 
- - Barakasie, błagam, nie każ mu tego robić! - zawołała czarodziejka, w obliczu  
powagi chwili zapominając o dumie. 
Patriarcha odwrócił się i omiótł ją uważnym spojrzeniem. Smoczy hełm przysłaniał  
większą część jego twarzy, ale wzgardliwy ton mówił sam za siebie. 
- - Nie poniżaj się, wielmożna Sharisso. Dobry wojownik używa wszelkiej 
dostępnej  
mu broni i wyszedłbym na głupca, gdybym nie sięgnął po najpotężniejszą. Demon 
dopilnuje,  
żeby nie spotkała cię krzywda. 
- - Mówisz o Sharissie? - Czary Koń przestał ryć kopytami. Przeniósł spojrzenie 
z  
patriarchy na czarodziejkę. - A co jej zagraża? 
- Nic, Czarny Koniu! On tylko... 
Okryta rękawicą dłoń dotknęła wieka skrzynki. Demoniczny rumak zastygł w  
bezruchu, a Sharissa od razu ucichła. 
- Sharissa Zeree jedzie z nami w góry. Nie mogę zagwarantować jej bezpieczeństwa 
w  
przypadku ataku. Znasz siłę stworzeń, które panują na tym terytorium. Są 
potężne,  
nieprawdaż? 
Czarny Koń roześmiał się, ale bez dawnej zuchwałości. Przebywanie w magicznej  
skrzynce niemal go załamało. 
- Już wcześniej przysłużyłem ci się w taki niegodziwy sposób, ty potworze! To 
ja... ja  
powiedziałem ci o tych stworzeniach, o elfach... - ruchem głowy wskazał na 
Faunona, który  
zaczął pilniej przysłuchiwać się rozmowie - i gdzie można je znaleźć. Twoje 
czary nie  
wystarczały! Nie miałem prawa wydawać ich na śmierć! 
Skinienie było jedynym znakiem, że władca Tezerenee go wysłuchał. 
- - To zadanie okaże się znacznie łatwiejsze i powinno sprawić ci satysfakcję. 
Tym  
razem chodzi o Poszukiwaczy, o pobratymców tych, którzy zaatakowali i wzięli do 
niewoli  
twojego starego przyjaciela, Dru Zeree. Te stworzenia chciały skrzywdzić jego 
córkę. Nie  
robią wyjątków. Jej życie znaczy dla nich tyle, co moje. Jeśli zostaniemy 
zaatakowani, trudno  
będzie mieć na nią oko. 

background image

- - Sama potrafię się obronić. Mam własną moc - przypomniała Sharissa. - Jeśli  
dojdzie do starcia, będę z nimi walczyć. Nie chcę jednak, by wybijać ich bez 
potrzeby. 
Hebanowy rumak nie wyglądał na przekonanego. 
- - Nie znasz ich tak dobrze jak ja. Nie mają szans w starciu ze mną, bo  
przewyższam ich mocą, ale ty... brakuje ci mojego daru regeneracji. 
- - Święta racja - powiedział Lochivan, popierając stanowisko ojca. Sharissa  
zauważyła, że Barakas lekko pokręcił głową. W tej sprawie nie potrzebował 
niczyjej pomocy.  
Miał wszystkie atuty. 
- - Wydałem ci elfów, bo bałem się o nią... i bałem się tego przeklętego 
urządzenia.  
Nie proś mnie, bym wydłużył listę swoich grzechów. Rozprawię się z nimi, gdy nas 
zaczepią! 
- Kiedyś nie miałeś takich skrupułów. Swego czasu chciałeś rozprawić się z Dru  
Zeree. Pamiętasz? - Ręka władcy Tezerenee pieszczotliwie pogładziła wieko 
skrzynki. 
- Wtedy go nie znałem! - Czarny Koń pochylił głowę. Sharissa wiedziała, co  
rozpamiętuje. Potężny, a zarazem naiwny mieszkaniec Pustki nie znał koncepcji 
życia i  
śmierci. Wchłonięcie paru obcych, na których natknął się w bezkresnej otchłani, 
nic dla niego  
nie znaczyło. Dopiero po spotkaniu jej ojca zaczął pojmować i doceniać wartość 
istnienia.  
Gdyby został zaatakowany lub gdyby niebezpieczeństwo groziło tym, na których mu 
zależało,  
nie wzbraniałby się przed walką. Ale zabijanie istot, które nawet nie miały 
pojęcia o jego  
istnieniu... 
- Masz wybór, oczywiście. Byłbym skłonny nie zamykać cię w skrzyni, gdybyś 
spisał  
się jak należy, ale skoro nie chcesz walczyć nawet dla dobra osoby, którą 
darzysz przyjaźnią,  
nie widzę powodu, by zostawiać cię na wolności. Kto wie, jaki zamęt mógłbyś 
spowodować.  
Tak, posiedzisz w skrzyni, dopóki nie uznam, że warto zadać sobie trud 
podnoszenia wieka... 
Barakas zaczął przechylać szkatułę w stronę Czarnego Konia. Sharissa była  
wstrząśnięta i trochę rozczarowana postawą mrocznego rumaka, który dosłownie 
zatrząsł się  
ze strachu. Co więcej, nawet zrobił się lekko niekształtny, jakby przerażenie 
odbierało mu siłę  
niezbędną do zachowania obranej postaci. 
- Nie trzeba. 
Jego głos, choć tubalny, brzmiał potulnie i trwożliwie. Czarny Koń wbił oczy w  
ziemię pod nogami, nie chcąc spojrzeć na swoich rozmówców, zwłaszcza na 
Sharissę.  
Czarodziejka potrząsnęła głową i łzy spłynęły jej po policzkach. 
- Znajdę dla ciebie tych Poszukiwaczy... i wyeliminuję zagrożenie. 
Uśmiech zadowolenia przemknął po na wpół przysłoniętym obliczu patriarchy. 
- Dziękuję. Nie widzę powodu, żeby nie zacząć już teraz. Co myślisz? - Wskazał 
góry  
przed nimi. - Masz przeszukać rejon celu naszej wyprawy. Nie wracaj, dopóki cię 
nie wezwę. 
Czarny Koń potrząsnął głową, aż zburzyła mu się grzywa. Coś go zdziwiło. 
- - Przecież... w ten sposób wy... 
- - Wyznaczyłem ci zadanie. Masz je wykonać. Bez protestów. Nic nikomu się nie  
stanie, jeśli zrobisz, co każę. Obiecuję ci. 
Demoniczny rumak parsknął. 
- - Jesteś obrzydliwszy od najgorszego plugastwa, jakie wylęgło się w 
najbardziej  

background image

ohydnym świecie spośród wszystkich, które przebyłem, szukając tego przeklętego 
miejsca! 
- - Tak, musimy porozmawiać o tych światach, kiedy przyszłość tego będzie już  
zabezpieczona. W drogę! 
Czarny Koń opuścił głowę w szyderczym ukłonie. 
- Na twoje rozkazy, smoczy panie. 
Okręcił się na zadnich nogach i pomknął jak wicher. Sharissa długo patrzyła w 
ślad za  
malejącą postacią, a potem odwróciła się do Faunona, szukając u niego pociechy. 
Elf miał  
surową minę. Chyba nie współczuł Czarnemu Koniowi. 
- - Faunonie... 
- - Zginęli przez niego. To on ich wydał. 
- - To jego robota! - Czarodziejka oskarżycielsko wskazała palcem na Barakasa,  
który z umiarkowanym rozbawieniem przysłuchiwał się ich rozmowie. Wielu innych  
Tezerenee też spoglądało w ich stronę, ale Sharissa o nich nie dbała. Powie, co 
ma do  
powiedzenia. Jeśli Faunon odwróci się od niej, ponieważ nie zdoła pogodzić się z  
wcześniejszymi czynami Czarnego Konia, wtedy zostanie sama. Da sobie radę bez 
jego  
pomocy, lecz nie o to chodziło. 
"Jesteś zbyt romantyczna jak na Vraadke" - powiedział kiedyś jej ojciec. 
Możliwe, ale  
nie widziała powodu, żeby się zmieniać, nawet jeśli miało oznaczać to 
cierpienie. 
- Później będzie czas na rozmowy - oświadczył Barakas, najwyraźniej decydując, 
że  
są ważniejsze rzeczy do zrobienia. 
Sharissa uciszyła się. Miała nadzieję, że gdy Faunon ochłonie, ujrzy wszystko w  
innym świetle. Może wtedy zrozumie, co strach może zrobić nawet z 
najdzielniejszymi  
istotami. Elf nie znał Czarnego Konia; nie miał pojęcia, że ogromnie przypomina 
dziecko.  
Sharissa miała w pamięci własne dzieciństwo, niezbyt odległe, i doskonale znała 
ograniczone  
możliwości dziecka, nawet tak potężnego jak mieszkaniec Pustki. 
Daleko przed nimi ciemna sylwetka wzbiła się wysoko w niebo i zniknęła z pola  
widzenia. 
Barakas przytroczył skrzyknę do siodła i powiedział do Reegana: 
- - Ruszamy. Zamieszanie przyniesie nam korzyść. 
- - Tak jest, ojcze. - Następca odwrócił się i machnął ręką, nakazując ruszenie 
w  
drogę. 
Tezerenee przygotowali broń i zaklęcia. Lochivan dołączył do zwiadowców, którzy  
wzbili się w powietrze, kiedy tylko dosiadł wierzchowca. Dwa razy okrążyli 
naziemną  
kolumnę, a potem rozproszyli się przed jej czołem. 
- Mamy szaleńców do towarzystwa - szepnął Faunon. Lekko przekręcając głowę, żeby  
go zobaczyć, Sharissa jeszcze raz spróbowała wyjaśnić mu pozorną słabość ducha 
Czarnego  
Konia. Przerwał jej ostrym spojrzeniem i szepnął: 
- Okazałem złość, bo tak wypadało. Dobrze rozumiem, co to znaczy być w sytuacji  
bez wyjścia. Gdyby nie twoja pomoc, niedługo byłoby po mnie. Smoczy ludzie są 
bardzo  
wprawni w tym, co robią, zwłaszcza ten uprzejmy. 
Zerknęła na maleńkie figurki Lochivana i jego smoka. 
- Niegdyś myślałam, że jest uczciwy. Faunon skrzywił się. 
- - Pewnie tak. Jego uprzejmość nie jest udawana, jeżeli się dobrze orientuję.  
Prawdopodobnie uśmiechałby się, podrzynając ci gardło, gdyby coś go rozbawiło. 
- - To... - Czarodziejka chciała powiedzieć, że słowa elfa są okrutne, ale wtedy  

background image

przypomniała sobie ostatnie spotkanie z Lochivanem. Gdyby tylko klan i jego 
ojciec mógł  
odnieść z tego korzyść, Lochivan bez namysłu poderżnąłby jej gardło, tłumacząc, 
że robi to z  
przykrością, ale nie ma innego wyboru. Jego pan i władca wydał taki rozkaz, tym 
samym  
więc sprawa nie podlegała dyskusji. 
Nagle uderzyła w nich niewidzialna fala. Sharissa jęknęła i niemal wypuściła 
wodze z  
rąk. Jej umysł stanął w ogniu; miała ochotę rozpętać moc i uderzyć na chybił 
trafił, byle tylko  
ulżyć sobie w cierpieniu. 
Faunon coś zawołał, ale nie zrozumiała słów. Paru Tezerenee krzyczało, wśród 
nich  
sam patriarcha. Udręczona czarodziejka podniosła rękę do głowy i zaczęła zsuwać 
się z  
siodła. Ledwo zdawała sobie sprawę, że jeśli spadnie z jaszczura, zostanie 
stratowana, bo  
gadzie wierzchowce zrobiły się płochliwe. Brakowało jej sił, żeby się 
przytrzymać. 
Podtrzymało ją czyjeś ramię. Z początku myślała, że to Faunon, i uśmiechnęła się 
z  
wdzięcznością. Dopiero kiedy przejaśniało jej w oczach, zobaczyła, że to Reegan 
uchronił ją  
przed upadkiem. Cofnął swojego wierzchowca i ustawił się między dwoma więźniami. 
Nad  
jego ramieniem Sharissa widziała, jak Faunon wbija wściekły wzrok w szerokie 
plecy  
Tezerenee. 
- - Nic ci nie jest? - zapytał następca, a szczera troska złagodziło jego 
skądinąd  
gburowaty głos. 
- - Nie... nic. - Spiesznie uwolniła się z jego objęć, ale on i tak zdążył 
przesunąć rękę  
po jej boku. Pod wpływem jej złego spojrzenia zabrał rękę i natychmiast pchnął 
smoka do  
przodu. Nie obejrzał się, nawet kiedy znów znalazł się w pobliżu ojca. 
- - Próbowałem cię podtrzymać - poinformował ją Faunon, gdy ich jaszczury znów  
szły obok siebie. Przywiązany do zwierzęcia magicznymi łańcuchami, miał 
ograniczoną  
swobodę ruchów. - Ale on znalazł się tutaj, gdy tylko w nas uderzyło. Miałem 
szczęście, że  
nie zepchnął mnie z wierzchowca! Poznałem po jego spojrzeniu, że coś takiego 
chodzi mu po  
głowie. 
- - Co... co to było? 
- - Demon spotkał się z wrogiem - wyjaśnił Barakas. Obejrzał się na Sharissę 
Zeree.  
Jego ruchy, a nawet oddech, zdradzały podniecenie. - Myślę, że zadał pierwszy 
cios. 
Sekundę później w dali rozbłysło błękitne światło. Jaskrawy blask zgasł bardzo  
szybko. 
Patriarcha odwrócił się, chcąc sprawdzić, co przestraszyło jego ludzi, ale nie 
zdążył  
zobaczyć światła. Reegan powiedział mu, co się stało. Barakas pokiwał głową. 
- - Możemy spodziewać się kolejnych fal, zapewne znacznie gorszych, zanim to się  
skończy. 
- - Oni mogą go zabić! - zawołała Sharissa ze złością. - Ty zdołałeś go pojmać! 
Co  
się stanie, jeśli go uśmiercą lub wezmą w niewolę? 
Patriarcha wzruszył ramionami. 

background image

- Wtedy na jedno wyjdzie. Jeśli zostanie schwytany, nie pozwolę, by zwrócił się  
przeciwko nam, a zwłaszcza tobie. Myślę, że twój czarny przyjaciel przyznałby mi 
rację. 
Ściągnęła wodze, wstrząśnięta jego odpowiedzią. 
- - Zabijesz go? 
- - Wyeliminuję zagrożenie. Czarny Koń nie chciałby, żeby spotkało cię coś 
złego,  
Wolałby moje rozwiązanie, możesz mi wierzyć. 
W nieco bliższej odległości i nieco na lewo od pierwszego rozbłysku doszło do  
mniejszej eksplozji. Tezerenee umilkli. Drugi wybuch sprawił Sharissie ulgę, bo 
oznaczał, że  
Czarny Koń żyje. Niestety, oznaczał też, że zabija dla jej dobra. Jeśli 
Poszukiwacze byli tacy  
osłabieni, jak wynikało z dowodów, mogli zostawić ekspedycję w spokoju. Teraz 
już nie.  
Teraz nieodwołalnie przypuszczą atak. Dowiedzą się, że Czarny Koń wykonuje 
rozkazy  
Tezerenee, i jeśli nie uda im się go zniszczyć, spróbują zniszczyć tego, kto nim 
kieruje. 
Było jasne, że myśli Barakasa biegną tym samym torem. Nakazał swoim ludziom  
zachowanie jeszcze większej ostrożności. Choć cienisty rumak był szybki i 
dokładny, nie  
wytropi wszystkich Poszukiwaczy. Byli zbyt zwinni, zbyt przebiegli, nawet jeśli 
pozostał im  
tylko cień dawnej siły. 
Kolumna podjęła jednostajną wędrówkę ku jaskiniom. Lochivan powiedział, że jego  
zmarły brat Rendel w swoich notatkach nazywał tę górę Kivan Grath. Faunon 
zaśmiał się  
ochryple, bo zrozumiał znaczenie nazwy. 
- Kivan Grath - powtórzył pompatycznie. - Poszukiwacz Bogów! Ha, miano bliskie  
prawdzie! 
Poproszony o wyjaśnienie wrócił do opowieści o starożytnych czarach i jakiejś  
mrocznej istocie kryjącej się na dnie głębokich jaskiń, które dziurawiły górę. 
Od paru dni widzieli przed sobą ów szczyt, piętrzący się wysoko nad sąsiadami, 
ale  
teraz przysłaniał im niemal cały świat. Wszystko wokół Kivan Grath wydawało się  
pomniejszone. Od góry dzieliło ich jeszcze parę godzin jazdy, ale na pierwszy 
rzut oka  
zdawało się, że wystarczy godzina, by dotrzeć do podnóży. Ogrom kolosa zakłócał  
perspektywę. Trudno było uwierzyć, że jest taki wysoki; łatwiej było pogodzić 
się z myślą, że  
leży bliżej niż wynikało z oceny patriarchy. 
Jeźdźców omyła druga magiczna fala, ale tym razem liczyli się z jej nadejściem, 
choć  
nie mogli przewidzieć jej siły. Tutaj moc promieniowała z samej ziemi i już to 
było straszne,  
a siły rozpętane przez Poszukiwaczy i Czarnego Konia jeszcze bardziej pogłębiały 
strach. Jak  
dotąd moc wzbudzała tylko niepokój u każdego, kto umiał posługiwać się magią - a 
to  
oznaczało większość uczestników wyprawy. Z przedłużonym wystawianiem się na jej  
działanie wiązało się ryzyko, że następstwa mogą okazać się dużo poważniejsze. 
Nikt nie  
zapomniał o Ivorze. 
- Powinniśmy zawrócić! - zawołała Sharissa, gdy przeminęła druga fala. 
Tylko Faunon poświęcił większą uwagę jej radzie, on jednak nie mógł się do niej  
przychylić. Władca Tezerenee przyjął słowa czarodziejki do wiadomości i 
zapewnił: 
- Niedługo będzie po wszystkim. Pierwsza ekspedycja napotkała tylko parę  
rozproszonych stad. 
Czarodziejka nie była zadowolona z jego odpowiedzi. 

background image

- A jeśli skryli główny trzon swojej armii i czekali, aż wrócicie z większą 
siłą? Lepiej  
schwytać w sidła wielu niż kilku! W każdej chwili możemy zostać zaatakowani ze 
wszystkich  
stron naraz! 
Ku jej zaskoczeniu patriarcha pokiwał głową. 
- - Spodziewam się ataku - i to w każdej chwili. 
- - Ale... przecież nie mówisz poważnie... Czarny Koń... 
- - Mówi - przerwał jej Faunon, wstrząśnięty niemal jak ona. 
- Spójrz na niego. Prowadzi nas prosto w szpony ptasiego ludu... i robi to z 
własnej  
woli! 
Barakas odwrócił się od skonsternowanych więźniów i wybuchnął śmiechem.  
Czarodziejka omiotła wzrokiem otaczające ich urwiska. Paru Tezerenee jechało na 
latających  
smokach, większość jednak dosiadała szybkich, ale naziemnych wierzchowców. 
Vraadowie  
mieli na zawołanie potężne czary, w większości ohydne i groźne, nimthyjskiego 
pochodzenia,  
lecz korzystanie z nich mogło zabić równie łatwo jak medaliony Poszukiwaczy. Ten 
świat nie  
tolerował ich magii. Im silniejsze były czary, tym srożej na nie reagował. 
Tezerenee popatrywali jeden na drugiego z lękiem w oczach. Sharissa musiała  
przyznać, że to interesujące i niepokojące zarazem. Czyżby patriarcha nie raczył 
powiadomić  
swoich ludzi, że jadą prosto w zasadzkę? Czyżby wmówił im, że Czarny Koń oczyści 
większą  
część niebezpiecznej drogi? 
Jadący obok ojca Reegan nagle wyprostował się w siodle i wskazał coś w oddali.  
Lochivan i jego zwiadowcy... czyżby oddział był mniej liczny niż wcześniej? 
- Zaraz się zacznie - rzekł Barakas bez potrzeby. Rozejrzał się wyczekująco. 
Niebo pociemniało, gdy zaroiły się na nim skrzydlate, ale podobne do ludzkich  
sylwetki. 
- Do broni! - ryknął Reegan. 
Tezerenee już wznosili łuki i inny oręż. Gdyby doszło do starcia wręcz, ci z 
mieczami  
i lancami mieli bronić łuczników szyjących strzałami w nieprzyjaciela. Paru 
Tezerenee  
stanęło w kręgu, przygotowując jakieś potężne zaklęcie. Inni wypróbowali czary 
osobiste.  
Barakas siedział niewzruszenie na swoim smoku. "Czy mu rozum odjęło?" - 
zastanowiła się  
Sharissa. Zapomniała o nim, gdy tylko uświadomiła sobie, że Faunon jest zupełnie  
bezbronny. Dobrze wycelowany kamień mógł położyć kres jego życiu. 
Skrzydlaci mieli przewagę. Panowali na niebie i na urwiskach wokół kolumny. 
Znali  
te tereny. Podczas gdy jaszczury tłoczyły się między skalnymi ścianami, oni 
manewrowali na  
otwartej przestrzeni. 
Zastanowiła się, dlaczego Poszukiwacze po prostu nie pogrzebią całej wyprawy pod  
tonami skały. Może takie rozwiązanie przekraczało ich możliwości, bo 
wcześniejsze czary  
znacznie uszczupliły ich szeregi. 
- - Dlaczego nie przyzywa demona? - chciał wiedzieć Faunon. - Mielibyśmy większe  
szansę! 
- - Nie wiem! 
Wojownik za nimi poderwał rękę do gardła i zacharczał. To było wszystko. Zsunął 
się  
z siodła i przepadł pod łapami kotłujących się smoków. 
Łucznicy już szyli z łuków. Dwaj martwi Poszukiwacze spadli na ziemię, ale inni  
szybko wycofali się z pola rażenia. 

background image

Skrzydlaci i Tezerenee starli się na płaszczyźnie magicznej. Sharissa czuła, jak  
przeciwne siły targają jej świadomością. Ludzie wrzeszczeli wokół niej, lecz nie 
mogła  
pospieszyć im z pomocą. Przyciągnęła do siebie Faunona i rozpostarła ochronną 
tarczę  
czarów. 
- Powinnaś z nimi walczyć - powiedział Faunon. - Skrzydlaci nie odpuszczą nam 
tylko  
dlatego, że nic nie robimy. Zajmą się nami, gdy tylko rozprawią się z Tezerenee, 
którzy w tej  
chwili stanowią większe zagrożenie. 
Ogromna postać spadła z nieba, wzniecając popłoch wśród jaszczurów. Czarodziejka  
musiała zmagać się z obydwoma wierzchowcami, ale udało jej się nad nimi 
zapanować.  
Skrzydlaty uderzył w ziemię z taką siłą, że trudno było rozpoznać jego szczątki. 
Nie  
wiadomo, co go zabiło - strzała czy magia - ale nie to było ważne. Sharissa 
zrozumiała, że  
nawet martwy Poszukiwacz może być groźny, jeśli spadnie komuś na głowę. 
Wyciągnęła  
szyję i zerknęła w niebo. Wydawało się, że największe skupisko Poszukiwaczy 
znajduje się  
wprost nad nimi. 
Opuściła głowę i znów ujrzała Barakasa siedzącego spokojnie w środku chaosu. 
Robił  
niewiele poza przyglądaniem się scenie walki i wykrzykiwaniem krótkich rozkazów.  
Wyraźnie na coś czekał. 
Spojrzał na nią i chyba się uśmiechnął, choć z powodu hełmu nie mogła być tego  
pewna. Jakby w odpowiedzi na jej złość i konsternację, wskazał w niebo za jej 
plecami.  
Sharissa obróciła się w siodle. Bała się, że zobaczy kolejnych Poszukiwaczy 
szybujących w  
kierunku osaczonej kolumny, odcinających drogę ucieczki. 
W istocie chmara skrzydlatych stworzeń pędziła w stronę pola bitwy, ale nie byli 
to  
Poszukiwacze. 
Byli to Tezerenee na latających smokach, dwa oddziały. Nadciągali ze wschodu i  
zachodu, schodząc się nad górami. Nie dorównywali liczbą ptasim napastnikom, ale 
mieli  
przewagę wysokości i masy. Na ich korzyść działał również bitewny zamęt. Paru  
Poszukiwaczy zauważyło ich, ale niewiele im to dało. Zaangażowani w magiczną i 
fizyczną  
walkę nie mogli wyłamać się z szeregów bez wystawienia się na grad 
śmiercionośnych strzał. 
A jednak wielu spróbowało, nie bacząc na ryzyko. Najwyraźniej magia skrzydlatych  
była bardzo osłabiona, przynajmniej w przypadku tej grupy. Ci, którzy rzucili 
się do ucieczki,  
stanowili wymarzone cele dla łuczników. Zostali wybici, zanim Tezerenee walczący 
magią  
spostrzegli, co się dzieje. Tezerenee też padali, bo nie wszyscy Poszukiwacze 
wybrali  
ucieczkę. Ptakoludy biły się z cichą determinacją, jakby wiedziały, że walka 
toczy się o  
przegraną sprawę. Jak wcześniej, gdy w swojej zarozumiałości przeszarżowały i 
rozpętały  
potężne czary, które uderzyły w nich samych - co sugerował Faunon i o czym 
świadczyły  
skamieniałe zwłoki - tak teraz popełniły ten sam błąd. Wpadły w pułapkę własnej 
arogancji i  
miały nikłe szansę na wyjście z niej z życiem. 

background image

Barakas spodziewał się zasadzki i zastawił własną. Dlatego ekspedycja posuwała 
się  
tak powoli. Patriarcha wysłał przodem dwa mniejsze oddziały złożone z 
powietrznych  
jeźdźców i ukrył je gdzieś w lasach na południowy zachód i południowy wschód od 
doliny,  
którą podążała kolumna. Odsiecz przybyła we właściwym czasie, choć Sharissa nie  
przypominała sobie, by wysłano jakiś sygnał. Pewne, że nic nie wyczuła. 
Wiedziała, że później dumny z siebie patriarcha sam wszystko jej wyjaśni. 
Obecnie  
liczyło się utrzymanie przy życiu, dopóki odsiecz nie rozgromi nieprzyjaciela. 
- Uważaj! - krzyknął Faunon. - Jeden nas namierzył, Sharisso! 
Miał rację, ale czarodziejka nie czuła ataku. Oczyma wyobraźni ujrzała wirujące,  
niewyraźne obrazy przedstawiające Poszukiwaczy. 
- - Sharisso? - Elf pochylił się i trącił ją ramieniem. Był związany, więc tylko 
tyle  
mógł zrobić. 
- - Nie! Przestań! - zawołała. - Próbuje coś mi powiedzieć! 
Ponad nimi Poszukiwacz zrobił unik, gdy dwie strzały szybowały w jego stronę.  
Zwiększył siłę mentalnej napaści, wzmacniając obrazy odbierane przez Sharissę. 
Poszukiwacze w jaskini... w jaskini, której szukali Tezerenee. 
Ojciec mówił jej, jak skrzydlaci porozumiewają się z obcymi, ale zaznaczył, że 
dla  
lepszego zrozumienia niezbędny jest kontakt fizyczny. Mentalne bariery 
przeszkadzały w  
komunikacji. Musiała je obalić. 
- - Sharisso! Czary obronne słabną! 
- - Wiem! Zaufaj mi! - Miała nadzieję, że elf nie będzie nalegać, bo sama nie 
była do  
końca przekonana o słuszności swojej decyzji. A jeśli sama z własnej woli pchała 
się w  
szpony Poszukiwacza? 
Padła ostatnia bariera... Czarodziejkę zalały sceny z przeszłości i wizje 
przyszłości.  
Widziała Poszukiwaczy pracujących nad potężnym czarem, który miał zapewnić im  
ostateczne zwycięstwo nad niedobitkami Queli, rasy wielkich opancerzonych 
stworzeń  
panujących przed nimi na tym kontynencie. Sapnęła z grozy na widok przerażającej 
bestii,  
choć w głębi duszy wiedziała, że absorbuje strach skrzydlatego i jego nienawiść 
do starszej  
rasy. 
Czar nie był wyłącznie ich dziełem. Ktoś inny przyłożył rękę do jego powstania. 
Z  
jakiegoś powodu obrazy rozmyły się, ale po chwili czarodziejka ujrzała skutki 
czaru. To nie  
magiczne sprzężenie zwrotne uśmierciło tylu skrzydlatych, tylko udane, ale drogo 
opłacone  
odwrócenie zaklęcia. Poszukiwacze zrozumieli, że rozpętana potęga nie 
poprzestanie na  
zabijaniu Queli, że jeśli pozwolą jej swobodnie hulać po świecie, to z czasem 
stanie się zbyt  
silna, by nad nią zapanować. 
Większa część populacji skrzydlatych wzięła udział w przepędzeniu tych groźnych  
potworów - Sharissie mignęło futro, kły i wielkie pazury rozkopujące ziemię, ale 
nie odebrała  
ich nazwy 
- na północ, gdzie zapadły w sen. Tymczasowo unieszkodliwione tam miały czekać 
na  
ostateczną likwidację. 

background image

Obraz znów stracił ostrość. Zastąpił go widok jaskini. Zmieniał się, jakby 
Sharissa  
wędrowała korytarzami w głąb ziemi. Opadł ją strach Poszukiwacza; wolałby nie 
pokazywać  
jej, co czekało na samym dole, ale musiał to zrobić, żeby mogła zrozumieć. 
Faunon krzyczał jej do ucha - przypuszczała, że próbuje wyrwać ją z transu - ale 
jego  
słowa rozciągały się nieprawdopodobnie i brzmiały jak jęk. Wszystko wokół niej 
zwolniło.  
Jej umysł dostroił się do szybkich myśli skrzydlatego, który desperacko próbował 
przekazać  
jej jak najwięcej informacji, zanim... 
Zachwiała się w siodle, odbierając ból i zupełną pustkę. Krzyknęła, wiedząc, że  
właśnie poczuła śmierć. Z wielkim wysiłkiem otrząsnęła się z tego mrożącego krew 
w żyłach  
wrażenia i otworzyła oczy. 
Drugi lotny oddział patriarchy runął na skrzydlatych, którzy próbowali uciekać i  
walczyć. W pobliżu przeleciał jaszczur Lochivana, choć jego samego widziała 
tylko przez  
mgnienie oka. Nie mogła znaleźć Poszukiwacza, który próbował się z nią 
porozumieć. 
- Spadł między smoki. - Faunon wiedział, kogo wypatruje. 
- Pewnie niewiele z niego zostało. 
Za zimny ton odpłaciła mu wściekłym spojrzeniem. Spojrzał na nią wyzywająco. 
- - Widziałem, że zaraz zginie. Wiem, co spotyka osobę powiązaną mentalnie z  
umierającym. Czasami wpada w obłęd... albo pada trupem. Dlatego do ciebie 
krzyczałem! 
- - Mówił mi... mówił mi... - Sharissie kręciło się w głowie. 
- - Jesteś ranna? - Czyjś głos przeszkodził jej w rozpamiętywaniu tego, przed 
czym  
próbował przestrzec ją Poszukiwacz. 
- - Nie, Reeganie. Nic mi nie jest. 
- - Wycofują się - powiadomił ją następca. Choć bitwa jeszcze trwała, już nie  
przejmował się jej przebiegiem. Sharissa była ważniejsza. 
Czarodziejka nie okazała wdzięczności. Gdyby pomógł jej Faunon lub Gerrod, ich  
troska sprawiłaby jej przyjemność. Usłużność Reegana tylko ją zezłościła. Nie 
chciała od  
niego nic. 
- A wy wycinacie ich w pień - dodała ponuro. Skrzydlaci drogo płacili za 
ostatnią  
desperacką próbę obrony swych włości. Czarny Koń nadal nie dawał znaku życia; 
albo zabijał  
wrogów, albo poległ, rażony jakimś czarem. Czarodziejka miała wyrzuty sumienia, 
że woli,  
by prawdą okazało się to pierwsze. Dotąd Poszukiwacze byli jej obojętni, ale 
krótki kontakt z  
nimi sprawił, że zaczęła darzyć ich szacunkiem. Byli świadomi, że nie zdołają 
powstrzymać  
najeźdźców, jednak usiłowali ostrzec ich przed czymś groźnym. 
Ale przed czym? 
Skrzydlaci już nie byli bezpieczni na górskich zboczach. Latające smoki 
wypłaszały  
ich i w wielu przypadkach rozdzierały na sztuki bez rozkazu jeźdźców. Niektórzy 
w  
desperacji wręcz szukali śmierci; Sharissa widziała, jak ptasia kobieta rzuca 
się na  
najbliższego wojownika, nie zważając, że drugi zachodzi ją od tyłu. Zginęła w 
pazurach  
smoka, ale zdążyła własnymi szponami rozorać gardło przeciwnika. 
Barakas przegrupował kolumnę i zrzucił ciężar walki na siły powietrzne. 
- Muszą być w rozpaczliwym położeniu, skoro zdobyli się na coś tak głupiego -  

background image

stwierdził Reegan. - Spodziewałem się po nich czegoś więcej. - Zaśmiał się, choć 
Sharissa nie  
widziała żadnego powodu do śmiechu. 
Faunon pokręcił głową. 
- - Byli zrozpaczeni, tak, ale nie głupi. Nie ptasi ludzie. Jeśli mieli jakieś 
powody... -  
zerknął na Sharissę - to niedługo je poznamy. 
- - Co takiego? - Patriarcha podjechał do nich. Krew z jakiegoś draśnięcia 
spływała  
mu po zbroi. Był w dobrym nastroju, jakby odnalazł zgubę, którą uważał za 
bezpowrotnie  
straconą. Sharissa zauważyła, że oddycha ciężej niż zwykle. Bój, choć krótki, 
wyzuł go z sił. 
Nadarzała się okazja do rozmowy. Choć czarodziejka pragnęła zbadać skarby  
pozostawione przez założycieli i ich kolejnych następców, jej ciekawość ustąpiła 
ostrożności.  
Wiedziała, że w jaskiniach czyha coś złego, co wzbudziło grozę w sercach nawet 
niegdyś  
potężnych Poszukiwaczy. Jeśli dobrze zrozumiała obrazy przesłane jej przez 
martwego  
skrzydlatego, to zło spowodowało upadek ich imperium. 
- - Barakasie, mamy ostatnią szansę, żeby zawrócić. Gdybyś tylko wysłuchał... 
- - Zawrócić? - Pan klanu rumienił się z zadowolenia, co zapewne znaczyło, że 
przed  
atakiem wcale nie był za bardzo pewny zwycięstwa. - Nie ma mowy! 
Wyeliminowaliśmy  
ostatnie zagrożenie! Już nikogo nie spotka smutny los Ivora, nie musimy obawiać 
się  
podstępów. 
- - Ale w jaskiniach jest coś, co... 
- - Znowu elfie bajania? Naprawdę dajesz wiarę tym bredniom? Miałem o tobie  
lepsze mniemanie... Ale może nie w tym rzecz. Czyżbyś przykładem tego 
nieudacznika  
próbowała posiać w nas ziarno strachu? 
- - Widziałem, jak jeden z tych przeklętych ptaków chciał ją zaatakować, ojcze -  
wtrącił Reegan. - Zapewne jest w szoku, a może ten dzikus rzucił na nią jakieś 
zaklęcie,  
zanim zginął od strzały. 
Barakas uznał wyjaśnienie za wystarczające i ruchem ręki uciął dalszą dyskusję. 
- Nie chcę o tym więcej słyszeć. 
Dwoje więźniów popatrzyło na siebie. Faunon wykrzywił wargi w uśmiechu  
zaprawionym goryczą. Czarodziejka zagryzła usta. Wiedziała, że sprawa jest 
przegrana, na  
razie albo na zawsze. 
Władca Tezerenee już o niej zapomniał. Zwrócił oczy na niebo, skąd dwa smoki  
opadały ku grupie. Jednym był wierzchowiec Lochivana, nakrapiana bestia o połowę 
większa  
od innych. Drugi należał zapewne do dowódcy drugiej siły uderzeniowej. 
- - Aha, jesteście! Lochivan zasalutował. 
- - Czy jesteś zadowolony, ojcze? 
- Ogromnie. - Barakas zlustrował otoczenie, jakby się bał, że w czasie 
poprzednich  
inspekcji pominął coś ważnego. - I dzień jeszcze nie chyli się ku końcowi. 
Towarzysz Lochivana zaczął drapać się po karku z takim zapałem, że patriarcha  
skarcił go spojrzeniem. 
- - Jak przewidziałeś, ojcze, demon dał doskonały sygnał. Słyszeliśmy i 
widzieliśmy  
jego walkę z naszych kryjówek. 
- - Czyżbyś wątpił w powodzenie, Wenselu? - Patriarcha musnął ręką wieko  
skrzynki. - Myślę, że można go przywołać. 

background image

Lochivan wiercił się w siodle. Sharissa była pewna, że on też ma ochotę się 
podrapać,  
ale nie śmiał tego zrobić w obecności Barakasa. Zapewne chcąc oderwać myśli od 
swędzenia,  
zapytał: 
- Jakie są twoje rozkazy, panie? Skrzynka na chwilę popadła w zapomnienie. 
- Zebrać ludzi w szyku, wyjąwszy tych, którzy polują na ptasich niedobitków.  
Ruszamy w ciągu kwadransa! Zrozumiano? 
Sharissa chciała uprzedzić Barakasa o czekającym ich niebezpieczeństwie, ale  
wiedziała, że nie raczy jej wysłuchać, że jej ostrzeżenia tylko podsycą jego 
ciekawość i  
pragnienie jak najszybszego dotarcia do celu. 
- - Odwagi - szepnął elf. - Tego teraz nam trzeba. Nie mamy większego wyboru, 
jak  
podążyć z nimi. 
- - Rozdzielić tę parę - polecił patriarcha, wskazując Sharissę i elfa. - Jego 
słowa  
mieszają jej w głowie. Dopóki nie odwołam rozkazu, nie wolno im rozmawiać. 
Lochivanie,  
zajmiesz się elfem. Reegan, ty weźmiesz pod opiekę wielmożną Sharissę. 
- Tak jest, ojcze! - Następca uśmiechnął się do czarodziejki. Sharissa odwróciła 
się,  
nie chcąc na niego patrzeć, i ujrzała widok wcale nie bardziej pociągający: 
masyw Kivan  
Grath. Barakas prześledził kierunek jej spojrzenia. 
- Tak, to nasz cel. Już tak blisko. - Zwrócił wierzchowca na północ, w kierunku  
szczytu, i dodał: - Z odrobiną szczęścia, moja droga, wieczorem rozbijemy obóz u 
stóp góry!  
Może nawet w jaskini, jeśli słońce nas nie mami. 
- - Dlaczego nie lecieć na skrzydlatych smokach? - zapytał Reegan. - Już nie 
musimy  
się niczego obawiać. 
- - Ale też nie ma powodów do pośpiechu. Ten świat należy do nas, Reeganie.  
Mamy co niemiara czasu na zbadanie jego skarbów i ukształtowanie go według 
naszej woli. -  
Barakas spojrzał na słońce. - Co nie znaczy, że mamy mitrężyć czas. Macie 
przydzielone  
zadania; zajmijcie się nimi. Reegan, ty i wielmożna Sharissa pojedziecie u mego 
boku. 
- - Pani?- Następca podjechał do niej na swoim wierzchowcu. 
Sharissa ciągle myślała o Poszukiwaczach, którzy niegdyś' władali tymi ziemiami 
i  
pod wieloma względami, niedostrzegalnymi dla Barakasa, byli podobni do 
Tezerenee.  
Zapewne także kiedyś myśleli, że czas jest ich sługą, nie wrogiem. 
Ptasie imperium przetrwało wieki, może nawet tysiąclecia. Jadąc w kierunku  
strzelistego Kivan Grath, byłej siedziby Poszukiwaczy, Sharissa zastanawiała 
się, czy  
cesarstwo Barakasa przetrwa chociaż do jutra. 
 
XV 
 
"Jak zębata paszcza wielkiej skamieniałej bestii" - pomyślała Sharissa. Stała u  
podnóża Kivan Grath i patrzyła na wylot jaskini, która była celem wyprawy. 
Zdaniem  
niektórych, między innymi Reegana, obozowanie u stóp góry było niemądre, bo 
przecież  
mogli rozlokować się w grotach. Dła czarodziejki głupotą było już samo 
przebywanie w  
pobliżu góry i jej jaskiń. Wstydziła się, że przez pewien czas sama pragnęła 
zbadać to  

background image

starożytne miejsce i znajdujące się w nim przedmioty. Te pragnienia odrywały ją 
od  
najważniejszego celiiy do którego powinna dążyć - od ucieczki wraz z 
towarzyszami niedoli. 
Faunon wrócił do więziennego wozu. Czarny Koń nie został zamknięty w skrzynce -  
Sharissa zdziwiła się, że Barakas dotrzymał słowa - jednak stale przebywał pod 
czujnym  
nadzorem Tezerenee. Zaraz po przybyciu na miejsce patriarcha pozwolił jej na  
kilkuminutową rozmowę z mrocznym rumakiem, ale to wszystko. Czarny Koń, zwykle  
gadatliwy, robił się coraz bardziej małomówny. Nie podobało mu się to ciągłe  
wykorzystywanie, zwłaszcza przez wielmożnego Barakasa. 
Jego atak w górach na północy stał się sygnałem dla innych Tezerenee. Barakas 
tego  
nie powiedział, ale było jasne, że choć posłał Czarnego Konia do bitwy - co 
uratowało życie  
wielu jego poddanym - nie do końca ufał swojej władzy nad nim. To podnosiło na 
duchu  
młodą czarodziejkę, bo brak pewności zawsze można było wykorzystać. 
Ale jak? Musiała być ostrożna. Trudno było przewidzieć posunięcia Barakasa. Jak  
sam przyznawał, wiele rzeczy robił na pokaz, nie tylko dla osiągnięcia celu. 
Jeśli opracowany  
przez niego plan oznaczał większą liczbę ofiar, ale psuł szyki nieprzyjacielowi, 
bez  
skrupułów godził się na poniesienie dodatkowych kosztów. 
I z jakiegoś strasznego, niewytłumaczalnego powodu tacy sami byli jego poddani, 
ci,  
których gotów był poświęcić. 
Wojowniczka, która pilnowała jej tego wieczora, wyprężyła się w postawie na  
baczność. Sharissa bez odwracania się wiedziała, kto do niej przyszedł. Barakas 
wezwałby ją  
do siebie; nie fatygowałby się do niej na rozmowę. Reegan już złożył jej wizytę, 
będącą  
żałosną próbą odnowienia zalotów - jak gdyby potrzebowali jej aprobaty! Z 
pozostałych  
Tezerenee tylko jeden był nią zainteresowany. 
- - Przyszedłeś z jakiegoś konkretnego powodu, Lochivanie? Tezerenee zaśmiał się 
i  
zgrzytliwym głosem odparł: 
- - Zawsze potrafisz mnie rozbawić, Sharisso. 
Nie patrzyła na niego, skupiając wzrok na mrocznych wylotach jaskiń. Ciemne łaty  
ledwie odcinały się na tle nieco jaśniejszej szarości, ale i tak stanowiły 
odstraszający widok.  
Mimo wszystko wolała patrzeć w ich stronę niż na Lochivana. 
- - Czego chcesz? 
- - Tylko paru chwil twojego czasu. - Wysoki Tezerenee stał za jej plecami. Jego  
bliskość mroziła ją bardziej niż dawniej. Nie tylko dlatego, że dopuścił się 
zdrady, ale  
również z powodu jakiejś pogłębiającej się przemiany, która w nim zachodziła. - 
Po pierwsze,  
twój elf ma się dobrze. Nie widzę powodu, by dziś poddawać go przesłuchaniu. 
Dzięki tobie  
idzie nam na rękę. 
- Rada jestem... w jego imieniu... ale nie życzę sobie zwania go moim elfem. 
Lochivan przesunął się i stanął przy jej ramieniu. Słyszała jego oddech, powolny 
i  
chrapliwy. Zastanowiła się, czy nie cierpi z powodu wysokości. Paru uczestników 
wyprawy  
skarżyło się na górską chorobę. Zasadniczo nie mieli z tym problemów, bo 
większość  
Tezerenee przywykła do wysokości w czasie lotów na skrzydlatych smokach. 
- - Jest twoim elfem i wiem, że Reegan też to dostrzega. Prawdę mówiąc, niedawno  

background image

chciał z nim pogadać. Aha, rozmawiał może z tobą? 
- - Był tutaj. 
- - Z twojego tonu wnoszę, że znów spotkał się z odprawą. Uważaj, Sharisso. Z 
dnia  
na dzień życie twojego przyjaciela stoi pod coraz większym znakiem zapytania. 
Mój brat  
gotów narazić się na gniew ojca, byle tylko pozbyć się rywala... nawet jeśli 
rywal też nie ma  
większych szans. 
Sharissa nie wiedziała, co bardziej ją zaniepokoiło: wzmianka o nastawaniu na 
życie  
Faunona czy też to, że Lochivan zauważył zażyłość narastającą między dwojgiem 
więźniów.  
A może nawet jego zainteresowanie tą sytuacją. Nie mówił jak osoba z zewnątrz, 
ale raczej  
jak ktoś osobiście zaangażowany - nie tylko z uwagi na bliskie pokrewieństwo z 
Reeganem.  
Sharissa przywołała na myśl jego wcześniejsze słowa. 
- A czy ty byłbyś skłonny narazić się na gniew patriarchy? Czy Faunon ma powody,  
żeby się ciebie obawiać? 
Musnął dłonią jej ramię, co przyprawiło ją o drżenie. Ma się rozumieć, 
strażniczka  
oślepła i ogłuchła, inaczej Lochivan nie ośmieliłby się dotknąć kobiety, którą 
jego ojciec  
wybrał na żonę dla swego następcy. 
- Jestem jego... twoją... jedyną nadzieją. 
- Jak mam to rozumieć? 
Oddychał z coraz większym trudem, chrapliwie i zgrzytliwie. 
- - Robi się... późźźno. Dobrej nocy, Sharissso. 
- - Lochivanie? - Odwróciła się, ale on już odchodził. Najpierw uznała, że 
odszedł z  
powodu tego, co jej powiedział, ale zmieniła zdanie, gdy zobaczyła, jak trzyma 
się za brzuch.  
W ciągu paru sekund jego oddech przerodził się w charczenie. Sharissa postąpiła 
za nim,  
chcąc służyć mu pomocą mimo osobistej niechęci. 
Strażniczka zastąpiła jej drogę. 
- - Wielmożny Lochivan pragnie samotności, pani. 
- - Jest chory! 
- - To przejściowa gorączka, wielmożna Sharisso. - Strażniczka patrzyła przez 
nią  
jak przez szybę. 
- - Tak ci powiedział? Nie przypominam sobie, by miał ku temu okazję. 
- - Nie, pani. Wyciągnęłam własne wnioski. Ostatnio widziałam podobne przypadki.  
Poza tym, gdyby wielmożny Lochivan pragnął pomocy, sam by o nią poprosił. - 
Strażniczka  
mówiła jak automat; została dobrze wytresowana przez swoich panów. Skoro oni nie 
życzyli  
sobie rozmowy o swoich niedomaganiach, miała bronić ich decyzji do upadłego. 
Lochivan już roztopił się w ciemności. Sharissa skwitowała westchnieniem kolejny  
przykład klanowego uporu. Nawet gdyby miała żyć wśród Tezerenee do końca swoich 
dni -  
cóż za okropna myśl! - nigdy ich nie zrozumie. 
- Robi się późno, pani. Powinnaś wypocząć przed jutrzejszym dniem - przypomniała  
jej strażniczka uszczypliwie. 
Czarodziejka pokiwała głową, choć wiedziała, że długo przyjdzie jej czekać na 
sen  
pod czujnym spojrzeniem pustych oczodołów Kivan Grath. Rzuciwszy ostatnie 
spojrzenie na  
kolosa, który jednocześnie kusił ją i odpychał, pozwoliła odprowadzić się do 
obozu. 

background image

Zerwał się wiatr. W jej uszach szum brzmiał jak żałobne zawodzenie - zapewne  
lament po głupcach, którzy wierzyli, że bez większego wysiłku zdołają posiąść 
tajemnice  
góry. 
Słońce wzeszło zbyt szybko i zbyt późno zarazem. Światło dnia nieco rozproszyło 
jej  
obawy, ałe nie zdążyła się wyspać - przez całą noc rzucała się na posłaniu. 
Gburowate  
zachowanie Tezerenee, którzy wstali na długo przed nią, świadczyło, że nie tylko 
ona miała  
kłopoty z zaśnięciem. Wielu drapało się po szyjach, piersiach i kończynach, co 
znaczyło, że  
wysypka nadal się szerzy. Czarodziejka była wdzięczna losowi, że mimo 
przebywania w  
klanie smoka nie zaraziła się tym paskudztwem. Ale jak długo będzie dopisywać 
jej  
szczęście? 
Strażniczka z ostatniej zmiany przyniosła jej trochę jedzenia. Była to prosta 
strawa,  
nawet w oczach mało wymagających Tezerenee. Tego ranka nikt nie interesował się  
jedzeniem; większość wojowników z widocznym zniecierpliwieniem czekała na 
wejście do  
siedziby starożytnych, żeby na własne oczy zobaczyć, o co walczyli. Nim skoczyła 
jeść, już  
przygotowali się do krótkiej wspinaczki i zdobycia jaskini, która mogła okazać 
się źródłem  
władzy i bogactwa. 
Bogactwo. Choć Barakasowi zależało przede wszystkim na powiększaniu władzy, nie  
był człowiekiem, który lekką ręką odrzuciłby klejnoty i inne skarby gromadzone 
przez  
milenia. 
Wkrótce po posiłku przybył jakiś wojownik. Przykląkł, jak gdyby w oczach jego  
panów rzeczywiście była znamienitą osobą, i powiedział: 
- Pani, nasz władca chce cię widzieć. Jak najszybciej, jeśli nic nie stoi na  
przeszkodzie. 
"Jeśli nic nie stoi na przeszkodzie?" - pomyślała z przekąsem. Barakas chciał ją  
widzieć i spodziewał się, że stawi się przed jego majestatem bez chwili zwłoki. 
Wszyscy to  
wiedzieli, ale Sharissa postanowiła narzucić własne tempo. Podniosła się powoli 
i zapytała  
klęczącego wojownika: 
- - Czy powiedział, do czego jestem mu potrzebna? Czy to coś pilnego? 
- - Dał do zrozumienia, że będziesz w jego orszaku, gdy w pełni chwały wkroczy 
do  
jaskini. 
Oczywiście. Gest szacunku, pusty gest. Czarodziejka wygładziła ubranie, 
poświęcając  
tej prostej czynności dwa razy więcej czasu niż potrzeba. Nim skończyła, 
wojownik ośmielił  
się podnieść głowę. Niewątpliwie zastanawiał się, dlaczego ta obca z taką 
opieszałością  
wykonuje rozkaz patriarchy. Sharissa obdarzyła go wyniosłym uśmiechem i dała 
znać, że  
może wstać z klęczek. Wojownik posłuchał, ale jego ruchy zdradzały irytację. Jak 
wielu  
Tezerenee, nie wiedział, jak ją traktować. Była więźniem, lecz także szacownym 
gościem  
pana klanu. 
Ta zagadka prawdopodobnie zmuszała ich do nadzwyczajnego wysiłku umysłowego.  
Tezcrenee nie byli przyzwyczajeni do samodzielnego myślenia. Sharissa z trudem 
skrywała  

background image

rozbawienie, idąc za wojownikiem i swoją strażniczką do patriarchy. 
Z daleka wypatrzyła Czarnego Konia i Faunona. Elf, spętany czarami, siedział na  
grzbiecie skrzydlatego smoka. Miał zrezygnowaną minę skazańca, którego ciekawi 
tylko to,  
kiedy przyjdzie mu umrzeć. Kiedy odwrócił się i ją zobaczył, zdobył się na 
przelotny,  
zmęczony uśmiech. Odpowiedziała mu uśmiechem, ale zrobiła to z ciężkim sercem. 
Sylwetka Czarnego Konia ledwo majaczyła w dali, ale Sharissa doskonale wyczuwała  
jego obecność. Hebanowy rumak stąpał w tę i z powrotem jak w zagrodzie, choć jej 
sokoli  
wzrok nie wypatrzył żadnego ogrodzenia. Spróbowała skontaktować się z nim 
poprzez  
subtelną manipulację mocą, ale za każdym razem napotykała nieprzeniknioną ścianę  
ciemności. Z trojga więźniów tylko ona nie miała magicznych pęt. Pozostali byli  
niewolnikami mocy klanu i nie mogła nawet z nimi porozmawiać, co tu więc mówić o  
przyniesieniu pomocy. Patriarcha dobrze to sobie zaplanował, izolując trzech 
najbardziej  
kłopotliwych członków ekspedycji. 
Barakas wraz z niewielką grupą, złożoną najpewniej z jego synów, czekał na nią w  
pobliżu północnego skraju obozu. Z tego miejsca roztaczał się doskonały widok na 
wylot  
jaskini. 
Reegan zauważył ją pierwszy i szepnął do ojca, który właśnie mówił coś na temat  
trzymanego w ręce pergaminu. U jego stóp spoczywała złowieszcza skrzynka, do 
której  
Sharissa nie miała prawa się zbliżyć. Patriarcha odwrócił się i przywitał ją 
niczym ukochaną  
córkę. 
- Ach! Wielmożna Sharissa! Doskonale! Gotowa na ten doniosły dzień? - Do  
wojownika z orszaku powiedział: - Możemy zaczynać. Przygotować się! Ci, którzy 
zostają,  
niech będą czujni i nieustraszeni! Przypadnie im równy udział w skarbach, jakie 
znajdziemy  
w jaskini. Zapewnij ich o tym. 
Tezerenee zasalutował i zniknął w jednej chwili, by wypełnić rozkaz. 
Reegan wyszedł jej na spotkanie z wyciągniętą ręką. Sharissa ujęła ją z 
niechęcią,  
tylko dlatego, że cały czas miała przed oczami twarz Faunona. Jeśli pozwoli 
następcy na  
drobne zwycięstwo, może porzuci mordercze zamiary. Reegan uśmiechnął się, jakby 
wyznała  
mu miłość, i mocno złapał jej dłoń. Strażniczka i wojownik, którzy ją 
przyprowadzili, odeszli  
bez słowa, już niepotrzebni. Poza potomkami władcy Tezerenee, w zasięgu wzroku 
roiło się  
od wartowników. Tylko szaleniec poważyłby się na jakiś nierozważny ruch wśród 
tylu  
groźnych, doświadczonych wojowników. 
Barakas odwrócił się od niej, podniósł przeklętą skrzynkę, zapewniającą mu 
władzę  
nad Czarnym Koniem, i podał ją LochivanowL Sharissa nie odrywała wzroku od 
szkatuły, ale  
zauważyła, że postawa Lochivana zdradza cierpienie. Stał dość daleko, więc nie 
słyszała, czy  
nadal ma kłopoty z oddychaniem. 
- Demon idzie pierwszy - zadecydował władca Tezerenee. Lochivan kiwnął głową,  
zerknął w stronę czarodziejki i odmaszerował ze skrzynką pod pachą. Szedł dużo 
szybciej niż  
było to konieczne, jakby chciał oddalić się od ojca, zanim ten zauważy, że coś 
jest z nim nie  
w porządku. 

background image

- Powietrzny wierzchowiec czeka, pani - szepnął Reegan. Sharissa spojrzała we  
wskazaną stronę i zobaczyła skrzydlate jaszczury. Dotąd nie zastanawiała się, 
jak dotrą do  
wylotu jaskiń; założyła, że kłan ma w zapasie co najmniej tuzin różnych 
sposobów. Lot na  
grzbiecie smoka nie zaliczał się do metod, które sama by wybrała, ale zapewne 
był  
najbezpieczniejszy. Barakas kiedyś powiedział, że teleportowanie się wprost do 
jaskiń byłoby  
szczytem głupoty. Być może Poszukiwacze odeszli na dobre, ale z pewnością nie 
omieszkali  
zostawić różnych nieprzyjemnych niespodzianek. 
Być może nawet przyczaili się w jaskiniach, choć Lochivan w czasie poprzedniej  
wyprawy nie napotkał oporu. Mimo dopisującego im szczęścia Sharissa nie mogła 
pozbyć się  
myśli, że wchodzą w pułapkę. Zajęcie gniazda nie mogło być aż tak łatwe. 
Myślała o tym, kiedy smoki wylądowały i nikomu nic się nie stało. Kilku  
wojowników już stało w szyku obronnym, ale nie mieli przed kim ani przed czym 
się bronić.  
Nie wykryto żadnej zasadzki - a Tezerenee nie można było zarzucić braku 
skrupulatności  
podczas poszukiwań. Przed nimi, niczym oficer lustrujący żołnierzy, stąpał w tę 
i z powrotem  
Czarny Koń. Spiorunował wzrokiem nadchodzących Tezerenee, ale nawet nie mrugnął 
w  
stronę Sharissy. Czarodziejka nie wiedziała, czy nadal pali go wstyd w jej 
obecności, czy jest  
po prostu rozgoryczony bezceremonialnością, z jaką wykorzystywał go 
znienawidzony  
Barakas. Znając Czarnego Konia, mogło chodzić i o jedno, i drugie. 
- Nie podoba mi się to - mruknął Reegan, ale tylko jeńcy zwrócili uwagę na jego  
słowa. 
Zsiedli z latających wierzchowców i stanęli przed wejściem. Kilku strażników 
zajęło  
się smokami, z których korzystała tylko pierwsza grupa Tezerenee. Inni już pięli 
się krętymi,  
zdradliwymi ścieżkami, które zostały wykute w skale przez jakąś zapomnianą rasę. 
Z dawna  
nie używane, były w fatalnym stanie. 
- - Zabieramy elfa? - zapytał jeden z wojowników stojących w pobliżu Barakasa.  
Jego ton i postawa wyrażały głęboki szacunek. Sharissa nie pamiętała, którzy 
synowie  
patriarchy zostali wyznaczeni do udziału w wyprawie, ale ten musiał być jednym z 
jego  
potomków. 
- - Oczywiście, głupcze! Przecież nie na darmo wlekliśmy to ścierwo taki szmat  
drogi - warknął Reegan. 
Patriarcha pokiwał głową. Tym razem pozwolił, by wygłup pierworodnego przeszedł  
bez echa. 
- Rozwiązać mu nogi, ale ręce ma mieć skrępowane za plecami. - Barakas 
uśmiechnął  
się, podziwiając wysokość wylotu jaskini. - Nie widzę powodu, by odwlekać 
wejście. 
Ruszył bez dalszych ceregieli, czym zaskoczył swoich ludzi. 
Lochivan pstryknął palcami w kierunku Czarnego Konia i mroczny rumak,  
najwyraźniej wiedząc, czego od niego wymagają, ustawił się u boku patriarchy. 
Reegan i  
Lochivan pospieszyli za nimi. Następca przystanął na chwilę i dał znać 
strażnikom, żeby  
przyprowadzili Sharissę. Faunon szedł na czele grupy, niedaleko Barakasa, który 
postarał się,  

background image

żeby czarodziejka i elf nie mogli nawet wymienić spojrzenia. 
- Światło - rozkazał Barakas tonem człowieka, który wie, że spełnione zostaną  
wszelkie jego zachcianki. 
Jeden z synów wyciągnął rękę. Z wnętrza dłoni wystrzeliły maleńkie ogniste 
kulki.  
Jedna po drugiej odrywały się od ręki i wzbijały w powietrze. 
Kiedy tuzin jaśniejących sfer unosił się nad głowami, patriarcha nakazał 
przerwać ich  
tworzenie. Wojownik zamknął rękę i zdusił maleńką kulkę, zanim zdążyła się 
rozwinąć.  
Sharissa wiedziała, że kule nie są żywe, ale przyszło jej na myśl okrutne 
dziecko miażdżące w  
ręku motyla. Tezerenee, jak wielu Vraadow, nie przejmowali się drobiazgami. Cel 
zawsze  
uświęcał środki. 
- Smocza krew! 
Wykrzyknik ten nie oddawałby w pełni wrażenia, jakie wywierał roztaczający się  
przed nimi widok, gdyby nie fakt, że padł z ust patriarchy, osoby najmniej 
skłonnej do  
okazywania uczuć. Pozostali, z Sharissa włącznie, szeroko otworzyli oczy. 
Jaskinia była niewiarygodnie stara, dosłownie emanowała zamierzchłą 
przeszłością,  
choć niewiele pamiątek świadczyło o jej wieku. Być może zrujnowane miasto i 
zamek  
założycieli w "kieszonkowym" świecie zawierały więcej informacji, ale dotyczyły 
one  
głównie założycieli. Ta pieczara przypominała gobelin przedstawiający 
następujących po  
sobie mieszkańców ziem zwanych obecnie Smoczym Królestwem. 
Wszystkie kolejne rasy urządzały grotę według własnych upodobań, ale obecnie  
przeważały prace ostatnich mieszkańców, skrzydlatych Poszukiwaczy. Dotychczas 
poza  
połamanymi medalionami Sharissa nie widziała innych wytworów ich cywilizacji. 
Teraz  
miała okazję obejrzeć inne dzieła. Jedną wygładzoną ścianę pokrywały barwne 
malowidła.  
Mówiły o wolności podniebnego szybowania i o walkach, głównie ze stworzeniami 
zwanymi  
Quelami. Nie brakowało też scen z życia w gnieździe, takich jak wychowywanie 
młodych i  
coś, co wyglądało na festyn. Niektóre malowidła przedstawiały postacie 
naturalnej wielkości.  
Kolory były dziwne, jakby ptasi lud inaczej postrzegał barwy. Proporcje i kąty 
też odbiegały  
od tych, do których była przyzwyczajona. Poszukiwacze rzeczywiście musieli mieć 
ptasie  
oczy. 
Malowidła, musiała przyznać, były przepiękne. Piękne i smutne, z perspektywy  
niedawnych wydarzeń. 
Pieczarę zdobiły również rzeźby i reliefy, głównie przedstawiające Poszukiwaczy 
w  
locie. Jedna wyobrażała głowę wysoką na ponad dwadzieścia stóp. Figury różniły 
się  
detalami i czarodziejka zastanowiła się, czy reprezentują konkretne plemiona w 
historii  
skrzydlatych. Prawdopodobnie nigdy nie pozna odpowiedzi. Jeśli Tezerenee 
postąpią wzorem  
poprzedników, większość wytworów Poszukiwaczy zostanie usunięta. Zapewne 
skrzydlaci  
zrobili to samo z dziełami wcześniejszych mieszkańców, gdy przed wiekami zajęli 
jaskinię. 

background image

Wiele różnych rzeczy przyciągało oczy, ale największą uwagę skupiały rzędy  
strzelistych posągów, wyobrażających stworzenia rzeczywiste i fantastyczne. 
Możliwe,  
pomyślała Sharissa, że są to przedstawiciele ras poprzedzających Poszukiwaczy. 
Tezerenee  
rozbiegli się niczym mrówki po całej jaskini. Reegan i Sharissa szli za 
patriarchą. Lochivan  
jako jeden z nielicznych nie okazywał zainteresowania otoczeniem. Z zadowoleniem 
trzymał  
się z tyłu, podczas gdy inni zbliżali się do masywnych figur, które wyglądały 
jak żywe.  
Sharissa spojrzała w jego stronę i zobaczyła, że sięga do wieka skrzynki. Czarny 
Koń idący z  
Barakasem nagle zamarł w pół kroku. Była pewna, że nie utracił świadomości, ale 
wskutek  
czarów patriarchy nie mogła tego sprawdzić. Natychmiast straciła zainteresowanie  
otaczającymi ją cudami i spróbowała podejść do wielkiego konia. Reegan nie 
puścił jej ręki. 
- Demonowi nic się nie stanie - mruknął cicho, żeby nie przeszkadzać ojcu, który  
kontemplował posągi. - Lochivan po prostu nie chce, żeby plątał się pod nogami. 
Za nimi rozległ się trzask. Sharissa, patriarcha i wszyscy pozostali odwrócili 
się,  
spodziewając się pułapki. Przestraszony wojownik wyprostował się i stanął obok 
postumentu,  
z którym się zderzył. Na ziemi walały się kawałki kryształu i podstawy. 
Fragmenty rozbłysły  
na krótko umykającą mocą. 
Barakas obrzucił winowajcę miażdżącym spojrzeniem i odwrócił się do pozostałych. 
- Następny, który coś stłucze, sam zostanie rozbity w drobny mak! Oglądać, ale  
ostrożnie! 
Skierował uwagę z powrotem na posągi. Niektóre były całkowicie zniszczone, a 
kilka  
leżało na ziemi. Wyglądało na to, że przewracały się jak kostki domina, wpadając 
jeden na  
drugi. Barakas wyciągnął rękę ku stojącej figurze, wysokiej i chudej, 
przypominającej  
wskrzeszonego trupa. 
- - Bogowie! - zawołał, momentalnie odrywając dłoń od posągu. 
- - Co się stało, ojcze? - zapytał Reegan, nic tyle przejęty, ile zaciekawiony 
reakcją  
ojca. 
- - To... tam... mniejsza z tym! Niech nikt ich nie dotyka, dopóki nie odwołam  
rozkazu! Wszyscy zrozumieli? - Jego wzrok zatrzymał się na Sharissie. - Dopóki 
nie  
dowiemy się czegoś więcej. 
- - Może powinniśmy stąd odejść? - podsunął Faunon, przestraszony i sfrustrowany  
pobytem w grocie. 
- - Bzdura. - Niemal jakby na przekór elfowi Barakas wskazał szereg tuneli na 
lewo  
od głównego wejścia. - Przebadać je na odległość tysiąca kroków. Jeśli ciągną 
się dalej,  
zaznaczyć punkt, do którego dotarliście, i wrócić. To samo dotyczy tych za... - 
patriarcha  
zajrzał za posągi. Wznosiły się tam zrujnowane schody prowadzące na niewielką 
platformę - 
...za tym podestem. Tak, tu kiedyś musiał stać tron. 
Żołnierze ruszyli do tuneli, zwalniając miejsce następnym, którzy napływali do  
pieczary. Barakas zdjął hełm i patrzył za nimi przez chwilę. Potem uśmiechnął 
się do  
Faunona, jakby chcąc mu pokazać, że nie ma się czego obawiać, że on, patriarcha, 
w pełni  

background image

panuje nad sytuacją. 
Tezerenee zaglądali we wszystkie zakamarki i wprost wychodzili z siebie, żeby  
przypodobać się swemu panu i władcy. Okrążali stojące posągi i spękane szczątki, 
szukając  
czegoś interesującego. Od czasu do czasu trafiały się znaleziska, które 
patriarcha łaskawie  
raczył poddać oględzinom. Parę razy znikał z pola widzenia, nawet zapuszczał się 
na krótkie  
wycieczki do bocznych komór. 
"Jak banda złodziei!" Sharissa zgrzytnęła zębami. Ile rzeczy zostanie 
bezpowrotnie  
zniszczonych mimo przykazania Barakasa, żeby zachować ostrożność? Parę godzin  
chaotycznej bieganiny nie zastąpi miesięcy rzetelnej pracy. 
Podczas gdy Tezerenee buszowali po pieczarze, więźniowie czekali bezczynnie.  
Czarny Koń był unieruchomiony, a Lochivan, nadal nie okazujący chęci 
przyłączenia się do  
innych, chyba nie miał zamiaru go uwolnić. Dwaj strażnicy pilnowali 
niespokojnego elfa.  
Faunon kulił się za każdym razem, gdy ten czy ów dotykał czegoś, co leżało na 
wyciągnięcie  
ręki od wielkich posągów, albo tylko przechodził w pobliżu. Sharissa w milczeniu 
znosiła  
bliskość Reegana i zakaz uczestniczenia w badaniach, choć Barakas obiecał jej to 
jeszcze w  
warowni klanu. 
Ten ostatni problem stracił na znaczeniu, gdy Reegan przyciągnął ją do siebie. 
Nikt  
nie zwracał na nich uwagi, więc następca poczynał sobie z coraz większą 
śmiałością. Pochylił  
się ku niej i szepnął: 
- To będzie sala tronowa mojego królestwa, Sharisso. Wiedziałaś o tym? 
Zamiast odwrócić się ku niemu - i narazić na niespodziewany pocałunek czy jakieś  
inne błazeństwo - wbiła wzrok w posągi. Były tak pełne życia... Zdawało się 
niemal, że  
oddychają. 
- Dzięki informacjom uzyskanym od elfa mamy przybliżone pojęcie o wielkości i  
charakterze tego kontynentu. Przy jednym z jego pobratymców znaleźliśmy mapę. 
Nie  
powiedzieliśmy mu o tym, dopóki nie przekonaliśmy się, że nie kłamie - miał 
szczęście, że  
nie mijał się z prawdą. Ojciec podzielił ziemie między swoich synów. Trzynaście 
królestw,  
skoro Rendel nie żyje, a Gerrod tak, jakby był martwy. We wczorajszej potyczce 
straciliśmy  
Zoraina, inaczej byłoby czternaście dzielnic. 
Na temat Zoraina Sharissa wiedziała tylko tyle, że był potomkiem patriarchy. Nie 
tyle  
z ciekawości, ile dlatego, by uwaga Reegana skupiała się na czymś innym niż ich 
planowany  
związek, zapytała: 
- A co z twoimi siostrami i kuzynami? Wzruszył ramionami. 
- Dostaną księstwa i inne włości, ale to nieistotne. Ojciec już wszystko 
obmyślił. 
Czy oczy kociej postaci, na którą patrzyła, odpowiedziały jej spojrzeniem?  
Niemożliwe... na pewno? 
- A gdzie on sam będzie władać? Jakie królestwo przypadnie twojemu ojcu? 
Reegan spiął się, co sprawiło, że zerknęła na niego mimo wcześniejszego  
postanowienia. 
- Nie powiedział. 
Posągi znów przyciągnęły jej wzrok. Spoglądały niemal hipnotyzująco, jakby  
domagały się jej uwagi. 

background image

- To nie pasuje do wielmożnego Barakasa, władcy Tezerenee. Reegan nie  
odpowiedział. Sharissa zerknęła na niego dyskretnie i zobaczyła czoło 
zmarszczone w  
zadumie. Drapał się po karku; skóra wysuszona przez wysypkę obejmowała całą 
szyję i  
zapewne też piersi. Jego odrażający wygląd sprawiał, że tym przyjemniej było 
patrzeć na  
posągi. 
- Lochivan! Reegan! - Głos patriarchy odbił się echem w podziemnych korytarzach. 
Z mrocznych kryjówek wypełzły zaniepokojone hałasem wstrętne małe stworzenia.  
Gdy tylko spostrzegły, że w grocie jest jasno, spiesznie pierzchły pod osłonę 
chłodnej  
ciemności. 
- Musisz pójść ze mną - poinformował niedźwiedziowaty Tezerenee. 
Sharissa nie sprzeciwiała się; zadałaby sobie próżny trud, a poza tym znudziło 
ją  
bezczynne stanie na środku pieczary. Idąc z Reeganem, mogła dowiedzieć się 
czegoś, co  
przysłuży się jej własnym celom. 
Przechodzili niedaleko Czarnego Konia. Choć lodowate, błękitne oczy nie miały  
źrenic, Sharissa wiedziała, że patrzyły na nią. 
Myśląc o jego niedoli, spojrzała na Lochivana, który jeszcze nie pospieszył na  
wezwanie ojca - pewnie zastanawiał się, co zrobić ze swoim podopiecznym. W końcu  
zostawił unieruchomione stworzenie same sobie, co jeszcze bardziej zezłościło 
czarodziejkę.  
Zdawało się, że życie Czarnego Konia stanie się nieprzerwanym pasmem wymyślnych 
tortur  
tylko dlatego, że klanowi smoka tak było wygodnie. 
Sharissa obiecała sobie, że przed zachodem słońca porozmawia z Barakasem. Jeśli 
w  
zamian za ustępstwa będzie musiała poświęcić własną wolność - nadal ograniczoną 
- niechaj  
tak będzie. 
Lochivan dołączył do nich, ani na chwilę nie podnosząc głowy, jakby nie chciał 
mieć  
do czynienia z bratem czy z kobietą, którą darzył skrywanym uczuciem. Sharissa 
słyszała  
jego wytężony, chrapliwy oddech. Szedł jakby inaczej, choć trudno było określić, 
na czym  
polega różnica. Niemal jakby się połamał, z potem ktoś niewprawnie zestawił mu 
kości. 
Zauważyła, że Lochivan zabrał skrzynkę. Trzymał ją jak najdalej od niej, tuląc 
do  
piersi niczym niemowlę - co nie znaczy, że umiała wyobrazić sobie jakiegoś 
Tezerenee z  
dzieckiem na ręku. 
- Gdzie jesteś, ojcze? - zawołał Reegan. Głos dochodził zza zniszczonego  
podwyższenia za posągami, ale w tylnej ścianie otwierało się wiele korytarzy i 
nie było  
wiadomo, w którym przebywa patriarcha. 
Jakiś wojowniczka wygramoliła się z tunelu i poderwała rękę w salucie. 
- - Szukacie pana klanu? 
- - Tak. Jest tam? 
Pokiwała głową i spiesznie odsunęła się na bok, robiąc im przejście. 
- Kilkaset kroków dalej. Tunel opada i kończy się komorą. Tam go znajdziecie. 
Reegan lekkim skinieniem nagrodził jej zwięzły meldunek. 
- Wracaj do swoich obowiązków. 
Po jej odejściu Lochivan odwrócił się do brata. Głos miał chropawy, jak ostatnim  
razem. 
- Zabierz wielmożną Sharissę i ruszaj. Ja dołączę... dołączę za chwilę. 
Pierworodny przez chwilę przyglądał się młodszemu bratu, wreszcie pokiwał głową. 

background image

- - Oby przeszło szybko. 
- - Przejdzie. To tylko kwestia woli. 
Nietrudno było zrozumieć, że mówią o wysypce lub chorobie, która nękała tak 
wielu z  
nich. Zdawało się, że Lochivan cierpi bardziej od innych, ale Sharissa nie 
przebywała wśród  
Tezerenee na tyle długo, by mogła w wiarygdny sposób ocenić jego stan. Chciała 
jeszcze raz  
na niego spojrzeć, lecz Reegan rozmyślnie obrócił ją tak, że nie mogła tego 
zrobić. 
Ktoś zapalił suche jak pieprz, wiekowe pochodnie tkwiące w uchwytach na ścianach  
korytarza. Poszukiwacze byli dziennymi stworzeniami, więc obecność pochodni nie 
stanowiła  
niespodzianki. Czarodziejka dziwiła się, dlaczego mieszkali w jaskiniach, skoro 
tak wielką  
radość sprawiało im szybowanie w przestworzach. 
Byli blisko celu, gdy z przeciwnej strony nadszedł ktoś, kto niemal zatarasował  
przejście. Patriarcha zamrugał i wbił wzrok w najstarszego syna. Sharissę 
zdumiało  
zaskoczenie malujące się na jego twarzy. 
- Lochivan jest za nami, ojcze. Będzie tutaj za chwilę. Sharissa skuliła się w 
nadziei,  
że Barakas nie zwróci na nią uwagi. Narastało w niej pewne podejrzenie, lecz nie 
była pewna,  
czy je ujawnić. 
- Co takiego odkrył? - zapytał patriarcha. Za jego plecami pojawili się dwaj  
wojownicy. Mieli zakłopotane miny, ale nie śmieli spytać, dlaczego ich pan 
tarasuje przejście. 
Pytanie zbiło Reegana z tropu. Wreszcie wydukał: 
- - N-nic! To ty nas wezwałeś! Wezwałeś Lochivana i mnie. Przyprowadziłem  
wielmożną Sharissę, bo... 
- - Mniejsza z tym. - Władca Tezerenee spochmurniał. - Natychmiast zawrócić.  
Idziemy do głównej pieczary. 
- - Ale dlaczego... 
- - Wcale was nie wzywałem! - warknął z irytacją patriarcha. 
Reegan przełknął ślinę i dosłownie okręcił Sharissę dokoła. Czarodziejka bez 
protestu  
pozwoliła poprowadzić się drogą, którą przed chwilą przebyli. Jej umysł pracował 
na  
przyspieszonych obrotach. Podejrzenia okazały się trafne, ale czy nie popełniła 
błędu,  
przemilczając je przed Tezerenee? Jeśli mieli do czynienia z jakąś pułapką 
skrzydlatych, to  
czy ona także nie padnie jej ofiarą? 
Wyskoczyli z bocznego korytarza, niemal wpadając na Lochivana, który stał tyłem 
do  
nich. Wojownik najpierw założył hełm i dopiero wtedy odwrócił się, żeby 
sprawdzić, o co  
chodzi. Czarodziejka zerknęła na leżącą opodal skrzynkę - tak bliską, ale 
nieosiągalną wśród  
tylu smoczych ludzi. Poza tym z próbą jej zniszczenia nadal wiązało się ryzyko 
wyrządzenia  
krzywdy Czarnemu Koniowi. 
- - Ty! - warknął Barakas do drugiego syna. - Też mnie słyszałeś? 
- - Tak jessst, oj... 
- - Przeklęte ptaki! Co one knują? 
"Czyżby w teatralnie gniewnym głosie patriarchy pobrzmiewała nuta strachu?" -  
zastanowiła się Sharissa. 
Okrążyli starożytne podwyższenie i wyszli w śład za Barakasem na środek groty.  
Tezerenee kręcili się z dobytą na wszelki wypadek bronią, choć wielu znacznie 
lepiej radziło  

background image

sobie z czarami. Patriarcha przystanął i rozejrzał się w poszukiwaniu wroga. 
Sharissa chciała  
do niego podejść, wiedziona strachem o swoich towarzyszy, ale Reegan pociągnął 
ją w tył.  
Jego troskliwość była chwalebna, choć niepożądana. 
Barakas okręcił się dokoła, wypatrując nowej napaści lub sprawcy sztuczki, która  
zwiodła jego synów. Nie zauważył jednak niczego odbiegającego od normy, bo 
zaklął pod  
nosem. 
Czarodziejka rozejrzała się w poszukiwaniu towarzyszy niedoli. Faunona 
zasłaniały  
ruchliwe, opancerzone ciała tuzinów żołnierzy, a Czarnego Konia nietrudno było  
zlokalizować. Głowa wielkiego ogiera unosiła się wysoko nad hełmami wojowników, 
którzy  
tłumnie napływali do pieczary. 
Jakby zainteresowanie Sharissy skierowało jego uwagę w określoną stronę,  
wielmożny Barakas ruszył do skamieniałego rumaka. Jego poddani rozstępowali się 
niczym  
morze, gdy z furią parł do celu. 
- Ty! 
Sharissa miała teraz lepszy widok. Ma się rozumieć, Czarny Koń nie zareagował na  
gniewny i oskarżycielski ton patriarchy. Nie może nic zrobić, dopóki Lochivan 
nie zdejmie z  
niego zaklęcia. 
- - To twoja robota! - Nie oglądając się, Barakas dodał: - Lochivan! Uwolnij go,  
żeby mógł odpowiedzieć na moje pytania. 
- - Co za bzdury wywrzaskujesz, smoczy władco? - ryknął hebanowy ogier, gdy  
tylko zdjęto czar. Jego kopyta wyrywały kawały skał z podłoża, gdy w jedyny 
dostępny  
sposób dawał upust bezsilnej wściekłości. 
Barakas bez lęku stawił mu czoło. 
- Co ty knujesz, demonie? Czy mam cię zamknąć w skrzyni? Zmiana w zachowaniu  
Czarnego Konia wstrząsnęła Sharissą do szpiku kości. Wieczysty skulił się i w 
niemal ludzki  
sposób pokręcił głową. 
- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi! Nic nie zrobiłem! Nic nie widziałem! 
- Nie ty w moim imieniu wezwałeś do mnie synów? Czarny Koń spojrzał na niego jak  
na osobę niespełna rozumu. 
- - Nie! Słyszałem wołanie, ale to nie moja sprawka! Sam doskonale wiesz, jak  
mocno jestem z tobą związany! - Znów potrząsnął głową, tym razem na znak pogardy 
do  
siebie i swojego kata. - Słyszałem zawołanie i widziałem, jak przechodzili 
niedaleko mnie!  
Zapytaj innych tu obecnych, co słyszeli, a potem zapytaj siebie, czy mógłbym 
wykonać bodaj  
tak drobną magiczną sztuczkę! 
- - Nie potrzebuję nikogo pytać! 
Sharissa nigdy dotąd nie słyszała takiego napięcia w głosie patriarchy. Zdawało 
się, że  
jest bliski szału. Nie przypominała sobie, by w ciągu piętnastu lat od przybycia 
z Nimth  
zachowywał się w taki sposób. 
Barakas zaczynał tracić panowanie. 
Zamknął usta i jeszcze przez chwilę wbijał wzrok w Czarnego Konia. Potem 
odwrócił  
się do swoich ludzi. 
- Żaden z was nie słyszał nic poza moim głosem? Nikt nic nie widział? Czy nie  
brakuje nikogo, kto powinien tu być? 
Odpowiedziały mu przeczące pomruki. 
"Teraz zajmą się Faunonem" - pomyślała czarodziejka. Wiedziała, że nie powinni 
go  

background image

obwiniać, bo przecież łańcuchy i magiczne pęta uniemożliwiały mu wykonanie 
czarów tak  
skutecznie, jak skrzynka w przypadku Czarnego Konia. Mimo wszystko mógł zostać 
poddany  
drobiazgowemu i bolesnemu przesłuchaniu, gdyż tylko on znał tutejsze ziemie. 
Tłum znów się przesunął, odsłaniając miejsce, gdzie Tezerenee trzymali elfa. 
Sharissa  
rozglądała się, chcąc przynajmniej nawiązać z nim kontakt wzrokowy. 
Gdzie on się podziewa? 
Chciała się odwrócić, ale Reegan, skupiony na poczynaniach ojca, przytrzymał ją  
bezwiednie. Nie widząc innego wyjścia, przysunęła usta do jego ucha i szepnęła 
ochryple: 
- Możesz mnie puścić. Nigdzie nie ucieknę, przecież wiesz. Okazało się, że źle  
zrobiła. Niepotrzebnie zwróciła jego uwagę. 
Następca zrozumiał, że ciągnie ją do elfa. Zżerany zazdrością, odwrócił się, by  
spiorunować wzrokiem domniemanego rywala. On też nie mógł go wypatrzyć. 
- Elf! - ryknął, ściągając na siebie spojrzenia wszystkich obecnych. Sharissa  
zdrętwiała, rozumiejąc teraz, dlaczego nie mogła znaleźć Faunona. 
Lochivan jako jeden z pierwszych spojrzał tam, gdzie powinien być jeniec. 
Syczącym  
tonem, ale wyraźnie, oddychając coraz ciężej z każdą kolejną sylabą, wyraził na 
głos myśli  
swego brata: 
- Elf zniknął! Elf uciekł! 
Kaskada srebrzysto-błękitnych włosów spadła jej na twarz, gdy potrząsnęła głową 
na  
znak, że źle interpretują nieobecność elfa. Wątpiła, czy zniknął z własnej woli. 
Nie mógł  
przecież zorganizować ucieczki. To znaczyło, że ktoś albo coś pomogło mu 
uciec... albo  
zabrało go wraz ze strażnikami z dużo gorszych, mroczniejszych powodów. 
 
XVI 
 
Rytmu życia Queli nie wyznaczały wschody i zachody słońca, co niejeden raz  
dezorientowało Gerroda. Jego gospodarze dla różnych celów natury ogólnej 
prowadzili  
rachubę dni, ale na przykład kładli się spać, gdy byli zmęczeni, a nie dlatego, 
że zapadła noc.  
Zresztą nawet w nocy jaskinie były oświetlone, gdyż kryształy podobne do 
zbieracza  
magazynowały światło słońca. Nadmiar energii pozwalał mieszkańcom głębi ziemi 
bez  
przestojów realizować różne projekty - wypoczęci zastępowali tych, których czas 
pracy  
dobiegał końca. 
Gerrod stał przed czarnym jak smoła wejściem do jaskini kryształów - albo 
komnaty  
twarzy, jak zaczął nazywać ją w myślach. Był w tym miejscu trzeci raz, przy czym 
ostatnia  
wizyta miała miejsce dnia wczorajszego, jeśli się nie mylił. Z trudem doszedł do 
siebie po  
tamtej farsie. Pięciominutowa walka z szepczącymi obliczami zupełnie wyzuła go z 
sił.  
Uratowało go tylko to, że wcześniej umówił się z przywódcą Queli, iż zostanie 
wyciągnięty  
po upływie określonego czasu. Co gorsza, okazało się, że nie ma najmniejszych 
szans na  
osiągnięcie powodzenia bez uprzedniego wykonania pewnego szczególnego czaru. 
Gerrod Tezerenee, który stał przed straszną komnatą, był innym Gerrodem niż ten,  

background image

którego pojmały Quele. Sharissa poznałaby go od razu. Ujrzałaby twarz, do której 
przywykła,  
tę, która przez cały zeszły rok aż do tej chwili była wyłącznie maską. 
Czarodziej znów był młody, pełen życiowej siły o wiele większej od tej, jaką  
zapewniłby mu długi wypoczynek z przerwami na pożywne jedzenie. Walka z 
kryształową  
komnatą wymagała fizycznej siły i wytrzymałości. Wbrew postanowieniu Gerrod znów  
sięgnął do dawnej magii Vraadow, szczerze nienawidząc każdej chwili koniecznej 
do  
dopełnienia czaru. Zdawał sobie sprawę, że czary spowodują jakieś zniszczenia w 
tym  
świecie, ale nie miał wyboru. Musiał być w jak najlepszej formie. Twórcy komnaty 
byli  
znacznie potężniejsi od niego. Nawet teraz, choć na pewien czas odzyskał 
młodość,  
ryzykował przeciążeniem umysłu i serca. 
Quel obok niego zahukał niecierpliwie. Zawołanie nie zostało przetłumaczone, co  
znaczyło, że stworzenie tylko przypomina mu o zadaniu, a nie beszta go za 
opieszałość.  
Mimo to Gerrod wiedział, że nie ma na co czekać. Jeśli będzie się ociągał, jego 
nieludzcy  
towarzysze mogą stracić cierpliwość. 
Wszedł do środka... do świata szaleństwa. 
Twarze natychmiast zaczęły szeptać gorączkowo. Gerrod nadal nie miał pojęcia, co  
próbują mu powiedzieć, ale tym razem to go nie obchodziło. W tej chwili tylko 
jedno zadanie  
było ważne. 
Zakręciło mu się w głowie. 
- Nie tym razem! 
Przemierzał komnatę, stawiając długie, wymuszone kroki. Wspomnienia dwóch  
poprzednich wizyt splątały się i zatarły, ale przypominał sobie zestaw 
kryształów, które  
różniły się od innych. Przynajmniej tym, że z nich nie patrzyły na niego twarze. 
Może one są kluczem do zapanowania nad tym miejscem? 
Już odczuwał zmęczenie. Nawet odzyskana młodość nie wystarczała. Narastał w nim  
nowy, paniczny strach, że czar młodości się zużywa. Chciał zachować go do czasu, 
gdy  
upomni się o niego śmierć, bo nie miał pojęcia, ile razy z jego pomocą będzie 
mógł  
przedłużać życie. Związanie się z magią tego świata też niczego nie obiecywało. 
Mógłby  
przedłużyć życie, ale w jakiej postaci? W jakie przemieniłby się stworzenie? Coś 
mu  
podpowiadało, że takie myśli rodzą się ze strachu, ale zignorował ten wewnętrzny 
głos jak  
całą resztę. 
Jeszcze parę kroków. Cel leżał tuż tuż, niemal w zasięgu ręki. Szepty przybrały 
na  
sile. Mało brakowało, a stanąłby w miejscu, po raz pierwszy słysząc strzępy 
spójnej mowy. 
- -...nie kłaniać się przede mną! Jeśli tego nie zrobią, zrównam z ziemią miasto 
i  
wszystkich jego... 
- -...i że ja zacząłem to wszystko! Gdybym mógł odwrócić bieg czasu, ostrzec  
moich... 
"Nie!" Nie będzie ich słuchać! Gerrod odetchnął głęboko i doskoczył do ściany, w  
której tkwiły kryształy bez twarzy. 
Jaskrawy blask zalał komnatę. 
Kaptur osłonił mu oczy, lecz mimo to przez kilka sekund nie mógł się pozbyć  
denerwujących, roztańczonych plamek. Wreszcie przepędził je mruganiem i odwrócił 
się,  

background image

żeby zobaczyć, jakie zmiany spowodował. Szepty umilkły. Przynajmniej udało mu 
się  
uciszyć to piekielne mamrotanie. 
Przez krótki czas stał i zastanawiał się, czy jakimś sposobem nie przeniósł się 
w  
zupełnie inne miejsce. 
Za ścianami widniał świat. Obojętnie, w którą stronę spoglądał, wyjąwszy ścianę 
z  
kryształami kontroli, miał wrażenie, że znajduje się w szklanej komnacie. Liczne 
fasety  
krystalicznych ścian zniekształcały obraz, ale bez trudu rozpoznał wzgórza i 
skupisko drzew.  
Gdy się odwrócił, zobaczył kolejne wzgórza i step, na którym pasło się stado 
zwierząt, chyba  
dzikich koni. 
- Gdzie znajduje się to miejsce? - mruknął. - Gdzie ja jestem? 
Jakby w odpowiedzi panoramę zastąpiło coś, co... zmrużył oczy i przyjrzał się  
uważnie... co mogło być tylko Smoczym Królestwem widzianym z jednego z 
księżyców! 
- Na kości Serkadiona Manee! - szepnął z nabożną grozą. Starożytny Vraad  
uradowałby się na ten widok. Gerrod czytał księgi z kolekcji Dru Zeree, łącznie 
z dziełem  
napisanym przez dawno zmarłego Manee. Jedna cecha łączyła tego zarozumialca z 
mistrzem  
czarnoksiężnikiem i Gerrodem. Pasja odkrywania, zwłaszcza gdy odkrycia 
poszerzały  
wiedzę. 
- Sharissa! - szepnął cicho czarodziej. Często ubierał myśli w słowa, bo wśród 
Queli  
brakowało mu ludzkiej mowy. - Dzięki temu mogę ją znaleźć! 
"Niewiele ci to da! - pomyślał w następnej chwili. - Co dobrego z wiedzy o 
miejscu jej  
pobytu, skoro sam jesteś tutaj więźniem!" 
Gdzie było to "tutaj"? Przyjrzał się rozległemu widokowi, uwzględniając lekkie  
zniekształcenia spowodowane przez fasety kryształów, i wreszcie znalazł to, 
czego szukał.  
Maleńki znaczek ogromnie podobny do smoka błyszczał w pobliżu wysuniętego w 
morze  
półwyspu. Okazało się, że miał rację. Quele zajmowały półwysep. 
- A Sharissa Zeree? - Była to nadzieja na wodzie pisana, ale ostatnio znał tylko 
taką. 
Jego obawy spełniły się. Obraz nie zmienił się ani na jotę. 
- - Może gdybym ją sobie wyobraził. - Pomyślał, że to niewykonalne, bo w 
ostatnich  
latach zbyt rzadko ją widywał, ale stanęła mu przed oczami jak żywa, gdy tylko 
się  
skoncentrował. Zwiewne srebrzysto-błękitne włosy, kąciki ust wygięte w górę w 
wiecznym  
uśmiechu, jasne, dociekliwe oczy, które błyszczały bardziej niż u innych 
Vraadow... 
- - Smocza krew! - Przepędził poetyckie ozdobniki, zanim ich wymowa stała się 
zbyt  
dobitna. Udało mu się powściągnąć cugle fantazji i wyobrazić ją sobie taką, jaka 
była  
naprawdę. Przez cały czas powtarzał w duchu: "Miejsce pobytu... miejsce 
pobytu..." z takim  
natężeniem, że inne, bardziej osobiste myśli nie miały do niego dostępu. 
Panorama zachmurzyła się... a po chwili ukazało się mroczne wnętrze jaskini. 
Widok  
był niezwykle realny. Czarodziej przez chwilę miał wrażenie, że stoi w jaskini, 
a nie  

background image

przygląda się jej z daleka. 
- Lepiej... 
Scena zniknęła, gdy Gerrod spanikował. Słysząc z głowie upiorny szept, 
natychmiast  
pomyślał o ucieczce. Żaden nowy obraz nie zastąpił poprzedniego; krystaliczne 
ściany  
pozostały zamglone. 
- Kto tu jest? - krzyknął. 
Nie doczekał się odpowiedzi; nie spodziewał się, że ją usłyszy, lecz mimo to  
spróbował. Potrząsnął głową, myśląc o szeptach i o tym, że naprzykrzały mu się 
nawet teraz.  
Powtarzał sobie, że to tylko wytwór rozbudzonej wyobraźni, nic więcej. Nie 
opuszczał go  
strach, że w każdej chwili znów usłyszy głosy, więc nic dziwnego, że sam je 
wyczarował. 
Zadowolony, że to tylko omamy, ponownie zajął się zadaniem. Niebawem  
zdenerwowane Quele przyślą po niego. Zanim to się stanie, chciał poczynić jakieś 
postępy,  
żeby wykazać się przed nimi albo dowiedzieć się, w jaki sposób wykorzystać 
ogromne dzieło  
pradawnych do znalezienia Sharissy i ucieczki z podziemi. 
Wrócił do kryształów kontroli i dotknął ich z wielkim respektem. Cały czas 
myślał o  
Sharissie, nie był więc zaskoczony, gdy chmury rozwiały się i ujrzał wylot 
jaskini. 
- Lepiej - szepnął, nieświadomie naśladując wymyślony głos. Opanowanie podstaw  
manipulacji kryształami okazało się zaskakująco łatwe, oczywiście gdy już się 
wiedziało o ich  
istnieniu. "Dlaczego mieliby komplikować obsługę? To tylko denerwowałoby 
użytkownika.  
Pomyśleć, ledwie przed chwilą bałem się, że niczego tu nie odkryję!" 
A jednak nie popadał w euforię. Każdy, kto posiadał podstawy wiedzy o magii  
kryształów, osiągnąłby to samo. Ale dobrze, że odkrycie stało się jego udziałem, 
nie ojca czy  
któregoś z braci... albo jednego z Vraadow, poza Dru Zeree i jego córką, ściśle 
mówiąc. 
- To jest jaskinia, tak, ale pokaż mi, gdzie... - Uśmiechnął się, gdy znów 
ukazała się  
mapa. Jaskinia leżała... daleko na północnym wschodzie! - Tylko dwie trzecie 
kontynentu  
stąd! Dobrze, że uciekając z Pustki nie trafiłem na środek morza! 
Góry. Wielki północny łańcuch górski. Gerrod czytał notatki brata, poświęcone 
temu  
pasmu i jednej górze w szczególności. Rendel, skryty jak każdy Vraad, nie 
napisał, dlaczego  
ta jedna góra, nazwana przez niego Kivan Grath, jest taka ważna. Każdy, kto go 
znał, na  
przykład on czy ojciec, rozumiał, że nawet pobieżna wzmianka sygnalizuje 
doniosłość danego  
tematu. Rozdział dotyczący Kivan Grath zawierał również pozornie oderwane 
informacje o  
Poszukiwaczach i historii, co stanowiło wystarczającą wskazówkę. 
- Twój skarbiec - mruknął. - Miejsce, dla którego porzuciłeś swój klan! 
Jaskinia... ale jeśli była tam Sharissa, musieli być również Tezerenee. To z 
kolei siłą  
rzeczy oznaczało obecność ojca. 
Musiał uciec i dotrzeć do Sharissy, nie tylko dla jej dobra. Nie wolno dopuścić, 
by  
jego ojciec zawładnął tajemnicami założycieli. Miał zbyt bujną fantazję, a 
zarazem klapki na  
oczach. 

background image

- Jeszcze jedno nieskomplikowane dotkniecie kryształów... 
Skąd wzięła się ta myśl? Jego ręce przesunęły się, jakby kierował nimi ktoś 
inny.  
Gerrod powoli sięgnął do kryształów. Czy umożliwiały także przenoszenie się z 
miejsca na  
miejsce? Nie chciał korzystać z własnych czarów, żeby przypadkiem ich wpływ nie 
okazał się  
zgubny. Nadal nie miał zaufania do magii rodem ze zmaltretowanego Nimth ani z 
tego  
świata, ale założył, że używanie mocy kryształowej komnaty powinno być 
bezpieczne, bo  
przecież nie wymagało niczego więcej prócz myśli. 
Przypuszczenia mogły okazać się nieprawdziwe, lecz uciszył wątpliwości i z  
desperacją dotknął pierwszego kamienia. 
Znajome pohukiwanie sprawiło, że odsunął ręce. 
W wejściu do komnaty stał przywódca, jedyny Quel, który nie bał się zaryzykować.  
Patrzył na roztaczający się przed nim widok. Jego zwierzęce rysy kryły się pod 
metalowym  
hełmem z wąskimi szczelinami na oczy, szczelnie zasłaniającym uszy. Wokół pasa 
owiązany  
był grubym sznurem, którego drugi koniec niknął w głębi korytarza. Czekający tam  
podwładni mieli go wciągnąć, gdy tylko osiągnie cel - Gerroda. 
- Jeszcze nie - zawołał Gerrod. Starał się mówić spokojnie, nawet z nutą 
oburzenia.  
Jakby przekonanie Quela, żeby go nie zabierał, było w ogóle możliwe! 
Wielki Quel odwrócił się z widocznym wysiłkiem i spojrzał na niego. Gerrod nadal  
nie wiedział, w jaki sposób komnata oddziaływała na Queie, ale hełm przez jakiś 
czas  
ochraniał je przed skutkami. Na ich nieszczęście, nie stanowił wystarczającej 
ochronę. 
Gerrod trochę nauczył się odczytywać mowę ciała podziemnych stworów i wiedział,  
że Quel jest wstrząśnięty. Nie spodziewał się zobaczyć czegoś takiego. Nie 
próbował się z  
nim porozumieć; gdyby nie pierś podnosząca się w oddechu, można by pomyśleć, że 
umarł na  
stojąco. 
- Działaj! 
Skąd się wzięła ta rozkazująca myśl? Rozgorączkowany Tezerenee nie potrzebował  
zachęty. Sama komnata świadczyła o poczynionych przez niego postępach - o 
których  
powinien natychmiast zameldować swoim gospodarzom. Odwrócił się do kryształów i 
zaczął  
manipulować nimi niezdarnie. 
Usłyszał, jak Quel za jego plecami poruszył się i zahukał ostrzegawczo, ale nie  
zwrócił na niego uwagi. Rozpaczliwie pragnął odzyskać władzę nad rękami; dłonie 
kreśliły  
nieznane mu wzory, jak gdyby to one wiedziały, co jest najlepsze. 
Wielka, opancerzona bestia nie była uzbrojona, co dawało czarodziejowi parę  
dodatkowych cennych sekund. Wiedział jednak, że gdy Quel zbliży się na 
wyciągniecie ręki,  
jego los będzie przesądzony. Quel też o tym wiedział. 
Słysząc ciężkie kroki, Vraad przestał walczyć z rękami i pozwolił im przesuwać 
się po  
pulsujących kamieniach. 
W komnacie znów rozbłysło oślepiające światło. Gerrod, przygotowany na coś  
takiego lub na śmiertelny cios w kark, zamknął oczy. 
Przeraźliwy, rwący się wrzask przeszył mu uszy. Kiedy światło ściemniało i  
stwierdził, że nadal przebywa wśród żywych, ostrożnie rozchylił powieki. Był w 
jaskini, ale  
nie tej kryształowej. Oszołomiony, obrócił się dokoła, omiatając otoczenie 
oczami okrągłymi  

background image

ze zdumienia. To nie był obraz wyczarowany przez fantastyczny rząd magicznych  
kryształów; ta jaskinia była bardzo prawdziwa i bardzo znajoma. To tu Sharissa 
czekała na  
ratunek. 
"Gdzie ona jest? - zapytał się w duchu. Wiedział, że tutaj mówienie na głos czy  
hałasowanie mogłoby ściągnąć mu na kark rzeszę Tezerenee. - I co mam zrobić, gdy 
ją  
znajdę? Walczyć z połączonymi siłami mojego ojca, braci, sióstr, kuzynów i 
każdego obcego,  
którego zabrali z sobą w nagrodę?" 
Gerrod z przerażeniem stwierdził, że nigdy tak naprawdę nie dopuszczał do siebie  
myśli, iż może znaleźć się w podobnej sytuacji. Jasne, rozmyślał o uwolnieniu 
Sharissy, ale  
wyobrażał sobie, że zmaterializuje się znienacka, porwie ją strażnikom i 
zniknie. Teraz, tak  
blisko celu, rozpaczliwie potrzebował planu działania. Dzięki smudze nikłego 
blasku, który  
sączył się ze szczeliny w stropie, nie stał w zupełnej ciemności. Postanowił 
zaryzykować i  
zapewnić sobie własne oświetlenie. Taki drobiazg, choć pochodzący z magii 
Vraadow, nie  
powinien mu zaszkodzić. 
Przestał się zastanawiać i pstryknął palcami. Maleńki błękitny płomyk wystrzelił 
na  
jego dłoni. Choć był mały, dawał dość światła, by wyraźniej zobaczyć jaskinię. 
Gerrod  
rozejrzał się i stwierdził, że nic mu nie grozi. Skalne ściany nadal tonęły w 
cieniach, ale nic  
nie wskazywało na obecność jakiegoś podziemnego potwora. Zadowolony z wyniku 
oględzin,  
zaczął szukać wyjścia. 
Najpierw znalazł przywódcę Queli - a raczej to, co z niego pozostało. 
Wcześniej nierówność podłoża skrywała go przed jego wzrokiem. Widok  
zmaltretowanych zwłok dobitnie przypomniał, co czary mogą zrobić z tymi, którzy  
nieświadomie czy z głupoty dostaną się w ich obrzeża. 
Nawet w nikłym błękitnym świetle grzbiet Quela migotał: maleńka mapa nieba 
usiana  
mrugającymi gwiazdami. Pancerz był jedyną częścią mieszkańca głębi ziemi, która 
nie  
została brutalnie zniszczona przez niespodziewaną teleportację. Gerrod odwrócił 
się na widok  
głowy, będącej miazgą metalu i ciała. Jedna łapa Quela została urwana i ciśnięta 
gdzieś poza  
pole widzenia. Nogi były wykręcone jak u szmacianej lalki, a nie u stworzenia z 
krwi i kości. 
Wokół talii wisiały strzępy sznura. Czarodziej zastanowił się, co pomyślały 
sobie inne  
Quele. 
- Chciałbym powiedzieć, że przykro mi z powodu nagłego odejścia i ceny, jaką za 
nie  
zapłaciłeś - mruknął do rozczłonkowanych zwłok. - Ale prawda jest taka, że wcale 
nie jest mi  
przykro. - Blady Vraad przyjrzał się szczątkom i dodał: - Choć wolałbym, żeby 
twoja śmierć  
była szybsza i budząca mniejszą odrazę. 
Widok martwego Quela coś w nim odmienił. W ciągu ostatnich piętnastu lat  
czarodziej aż nazbyt często myślał o własnej śmierci. Ryzykował życiem nie tylko 
teraz,  
spiesząc na ratunek Sharissie, ale za każdym razem, gdy posługiwał się mocą 
Vraadow. Czary  
wyrządzały krzywdę jemu i ziemiom, na których zmuszony był zamieszkać. Pytanie,  

background image

dlaczego Quela spotkał taki los, a jego nie, tylko powiększało jego obawy. Nie 
wiedział, jak  
ocalić samego siebie, jak wiec mógł liczyć na uratowanie Sharissy? 
Zakapturzony Tezerenee wmawiał sobie, że to tylko strach gra na jego emocjach, 
ale  
nie zdołał się uspokoić. 
- - Mogą zapewnić ci bezpieczeństwo... tobie i tym, na których ci zalety." mogą 
dać  
ci... życie... wieczne... 
- - Ale... 
- - Wywiodłem cią z podziemnego świata Queli i prowadziłem twoje race w  
krytycznej chwili. Pchnąłem cią naprzód, gdy mogłeś sią cofnąć i poddać. Tak... 
Jajessstem  
twoim zbawcą, ocaliłem cią wiącej niż trzy razy. 
Tym razem nie mógł zaprzeczyć, że w jego głowie rozbrzmiewa natarczywy,  
hipnotyczny głos. Nie było to echo niezrozumiałych szeptów, nie był to wytwór 
bujnej  
wyobraźni. Nie, ktoś przemawiał do jego wewnętrznego ja, ktoś oferował mu pomoc. 
Teraz  
rozumiał, że sam nie zdoła przetrwać, 
- - Jeśli chcesz otrzymać to co ci proponują, musisz podążyć moją ścieżką. 
- - Ścieżką? - powtórzył na głos, choć było jasne, że rozmówca czyta w jego  
myślach. 
- - Moją ścieżką... - rzekła niewidzialna istota. 
W skalnej ścianie ukazał się korytarz, którego wcześniej nie było - nie dalej 
niż  
pięćdziesiąt stóp od Gerroda. Tunel był oświetlony, ale nie przez kamienie 
tkwiące w  
ścianach i stropie, jak u Queli, tylko przez wąską, biegnącą środkiem ścieżkę. 
Czarodziej  
spojrzał w głąb korytarza. Ginął z zasięgu wzroku, opadając w dół. 
- A Sharissa? Co z tą, po którą tu przybyłem? 
- Wszystko bądzie twoje... jeśli podążysz moją ścieżką... Czyżby w tonie 
pobrzmiewało  
dziecięce zniecierpliwienie? 
Gerrod uznał, że to mało ważne. Propozycja była zbyt kusząca i padła w zbyt  
odpowiedniej chwili, by ją odrzucić. Postąpił w stronę tunelu. 
- Zgaś światło. 
- Światło? - spojrzał na unoszący się przed nim błękitny płomyk. - Moje światło? 
- Twoje światło... takjessst... tylko wtedy... tak, nie może być inaczej... 
tylko wtedy  
będziesz mógł wstąpić na moją ścieżką. 
Prośba wydawała się taka błaha, że Gerrod tylko pokiwa! głową na zgodę i 
zacisnął  
dłoń w pięść. Błękitny płomyk zgasł. 
- Teraz.- ruszaj. 
Ruszył i nie zdając sobie sprawy z upływu czasu, schodził coraz niżej systemem  
podziemnych tuneli. Ścieżka wiła się przed nim, płonąc jakby z chęci wskazywania 
mu drogi.  
Nie opuszczały go myśli o Sharissie, ale dochodził do przekonania, że może ją 
uratować tylko  
z pomocą tego, co czekało na niego u celu wędrówki. Nie przyszło mu do głowy, że  
przekonanie narosło, gdy słuchał potoczystego głosu. 
Czas wreszcie przypomniał o sobie, zaczął go spowalniać. Gerrod stracił rachubę  
pokonanych zakrętów, nie miał pojęcia, w którą skręcał stronę. Wiedział tylko, 
że stale  
schodzi coraz niżej. 
- Jeszcze kawałek... jeszcze mały kawałek. 
Wreszcie dotarł do jaskini. Rozmigotana ścieżka gasła zaraz za progiem. Z 
miejsca,  

background image

gdzie przystanął, nie dalej niż pięć kroków przed końcem korytarza, widział 
tylko ciemność.  
Nieprzeniknioną, odwieczną ciemność, jakby światło nigdy nie miało tam prawa 
wstępu. 
- Już raz poznałeś taką ciemność - przypomniał mu głos, teraz brzmiąc bardzo 
pewnie.  
- Za nią czekało światło komnaty, dzięki której uciekłeś od swoich 
prześladowców. Pamiętasz,  
prawda? 
Gerrod też dostrzegł podobieństwa między tą jaskinią a kryształową komnatą.  
Przygotował się wewnętrznie, zrobił parę kroków i znalazł się w grocie. 
Była ciemna jak ciało Czarnego Konia - i niemal równie przerażająca. 
- - Gdzie jesteś? 
- - Tutaj. 
Czarodziej ujrzał przed sobą lśnienie ruchu. Coś widział, ale sylwetka była 
jakby  
niekompletna. Niewyraźny kształt przywodził na myśl zwierzę, lecz Gerrod nie 
potrafił  
określić gatunku. Może migały mu części różnych zwierząt. 
- Kim... kim jesteś? 
- Jessstem... twoim przewodnikiem. 
Nie taką odpowiedź chciał usłyszeć, ale nie mógł się sprzeczać ze swoim 
osobliwym  
dobroczyńcą, zwłaszcza gdy kojący ton rozwiewał jego wątpliwości. 
W tej chwili już niewielkie. 
- - Twoi ludzie nie znajdą cię tutaj. Ich zmysły nie dosięgną. Jesteś 
bezpieczny. 
- - Shar... 
- - Ma się dobrze. Oni są skonsternowani. Zabawiłem się ich kosztem. Twoja  
przyjaciółka okazała się przydatna, bo pomysł zaczerpnąłem z jej wspomnień. 
Znów ruch w ciemności. Dwa płonące węgle, które mogły być oczami, łypnęły na  
zakapturzonego człowieka, potem znów zgasły. 
- - Zatem to dobry czas, by uderzyć, by... 
- - Niebawem. Jeszcze nie wszystko jest zapłanowane. Ale jut niedługo. 
Gerrod miał taką nadzieję. Był wdzięczny tej niesamowitej istocie, ale coś nie 
dawało  
mu spokoju, podsuwając myśl o ucieczce. Dlaczego? Tutaj był zabezpieczony przed 
gniewem  
ojca. 
- Takjessst... bezpieczny przed każdym. 
Czarodziej przestąpił z nogi na nogę. Nie podobało mu się to przechwytywanie 
jego  
myśli. Za bardzo przypominało metody Queli. 
- Nie! - ryknął głos. - Niechaj twój umysł pozostanie otwarty! Nie osłaniaj go! 
Czysta siła, która uderzyła Vraada, niemal zbiła go z nóg. Gerrod zatoczył się,  
zaciskając płaszcz w obronnym geście. 
Istota chyba zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko, bo znów zaczęła  
przemawiać kojącym, łagodnym tonem. 
- Nie broń mi dostępu do swoich myśli, bo inaczej nie zdołam, cię ochronić. Nie  
pomogę ci w razie napaści, jeśli nie pozwolisz mi na stały kontakt. Rozumiesz 
to, prawda? 
Słowa nie powinny mieć większego sensu, ale z jakiegoś powodu miały. Czarodziej  
pokiwał głową i rozluźnił się odrobinę. Jednak nadal wiele rzeczy nie dawało mu 
spokoju. 
- - Co zrobimy? Jak zamierzasz uratować Sharissę? 
- - Kiedy nadejdzie czas, sama nam dopomoże. Wybuchnie zamieszanie, zbrojnych  
ogarnie strach. Przeświadczenie, że dzieje się zbyt wiele, oderwie ich uwagę od 
twojej  
kobiety. 
Sharissa Zeree nie była jego kobietą, ale Gerrod nie mógł się zdobyć na 
zaprzeczenie.  

background image

Nie w tych okolicznościach, kiedy zaprzątało go tyle spraw naraz. 
- Tezerenee nie są słabi. Łącząc siły, dzięki samej magii mogą przebyć szerokie  
morze. Smoczy totem jest tylko symbolem, ale doskonale odzwierciedla charakter 
mojego  
ojca. Barakas pod wieloma względami jest smokiem. 
Mieszkaniec ciemności zaśmiał się drwiąco. W mroku znów błysnęły oczy i ledwie  
widoczny zarys jakiejś ogromnej bestii. Za każdym razem istota wyglądała 
inaczej, jakby  
eksperymentowała ze swoim wyglądem, szukając formy najbardziej strasznej i 
imponującej. 
- Jest smokiem, jak mówisz... i to bardziej, niż zdaje się tobie czy twojemu 
ludowi! -  
Śmiech zabrzmiał głośniej. - Dużo bardziej! 
Stojąc w czarnej jak smoła komorze, słysząc upiorny chichot niewidzialnego  
towarzysza, Gerrod zaczął się zastanawiać, czy nie byłoby lepiej mieć do 
czynienia z  
Quelami. 
 
XVII 
 
- Pilnuj jej! - ryknął Barakas do Reegana, na chwilę tracąc panowanie. Odwrócił 
się  
do poddanych. - Czego tu stoicie? Znaleźć elfa! Ma na rękach krew Tezerenee! 
Nawet się nie zająknął o krwi elfów na rękach poddanych. Dokonana przez nich 
rzeź  
mogłaby być wystarczającym wytłumaczeniem domniemanego postępku elfa. 
- Pojmać go żywcem? - zapytał chrapliwie Lochivan, odwracając twarz od ojca.  
Sharissa pomyślała, że bardziej interesują go stalaktyty niż odpowiedź. 
Władca Tezerenee nawet nie spojrzał na syna. Wyglądało to tak, jakby rozmawiali 
nie  
z sobą, lecz z innymi ludźmi. 
- Niekoniecznie. 
Czarodziejka pochyliła się w stronę patriarchy. Tylko silne dłonie Reegana i 
widok  
złowieszczej skrzynki na ręku Lochivana powstrzymały ją od wybuchu. 
- - Barakasie! Nie możesz... 
- - Weź to. - Wielmożny Barakas wyjął z sakiewki niewielki przedmiot. Wyglądał  
jak kryształ, ale sztucznie skonstruowany, nie stworzony przez naturę. - Użyj 
go, jeśli  
przydybiesz elfa w jakiejś komorze bez wyjścia. Najpierw sprawdź, czy nie ma tam 
czegoś  
wartościowego. 
Lochivan pochylił głowę i wziął groźny przedmiot Barakas w tym czasie zabrał mu  
skrzynkę. Popatrzył z namysłem na nieruchomego Czarnego Konia, który łypnął na 
niego  
złym okiem. Sharissa nadal nie mogła pojąć, jak można spojrzeć w te błękitne jak 
lód oczy i  
nie odwrócić wzroku. 
- Chcesz, żebym rozprawił się z twoim kolejnym utrapieniem, smoczy panie? -  
poważył się ryknąć Czarny Koń. - Wygląda na to, że ja wykonuję całą pracę! Po co 
więc  
wlokłeś z sobą tych swoich żołnierzyków? 
Kąśliwa uwaga uderzyła jak zabójczy cios mieczem. Barakas odwrócił się i groźnym  
spojrzeniem zdusił wszelkie myśli o zemście, które mogły wykłuć się w głowach 
jego ludzi.  
Pocił się, co w jego przypadku było dość niezwykłe. Wydawało się, że drogo płaci 
za każde  
niepowodzenie. Sharissa przyjrzała się uważniej i zobaczyła, że przybyło mu 
siwych włosów. 
"Innym dokucza wysypka, a on cierpi ze starości! - zdumiała się. - Boi się, że 
traci  

background image

kontrolę!" 
Wielu Tezerenee już udało się na poszukiwania, a spojrzenie patriarchy 
przynagliło  
tych bardziej opieszałych. Lochivan odszedł jako jeden z pierwszych. W pieczarze 
pozostała  
tylko garstka wojowników, w tym Reegan. 
- Widzę, że przyda ci się lekcja szacunku - szepnął zimno pan klanu. Sięgnął do  
skrzynki. 
Czarny Koń najpierw zadrżał, potem zmrużył oczy, przygotowując się na najgorsze. 
- - Jedynym, który potrzebuje lekcji szacunku, jesteś ty, smoczy władco! 
- - Jeszcze nie zaznałeś wszystkich rozkoszy, jakie oferuje ta skrzynka, 
demonie.  
Chyba nadszedł czas, bym dał ci ich zakosztor wać. 
- - Nie, nie rób tego! - Sharissa wbiła wzrok w patriarchę i sięgnęła do zasobów  
mocy. 
Skóra i pancerz wielmożnego Barakasa popękały i pomarszczyły się, ale tylko na  
chwilę. Patriarcha zorientował się, co się święci, i nabrał powietrza w płuca. 
Gdy je wypuścił,  
poczynione szkody zostały naprawione. Śmierć czaiła się w jego oczach, gdy 
spojrzał na  
czarodziejkę. 
- Smocza krew, Sharisso! - mruknął Reegan. Założył jej na szyję coś zimnego i  
odrętwiającego. Sharissa miała wrażenie, że utraciła część siebie. Wiedziała, że 
odebrano jej  
szansę na korzystanie z własnych zdolności. Tezerenee znów ją ubezwłasnowolnił. 
- Nie  
powinnaś tego robić, wcale a wcale! Nie zastanowiło cię, dlaczego masz tak dużą 
swobodę  
ruchów? Ojciec miał na podorędziu inne czary, by przywołać cię do porządku! 
Fakt, nie pomyślała o tym, i ten brak przezorności mógł okazać się tragiczny w  
skutkach. 
- Jak tylko dam nauczkę temu nieposłusznemu demonowi, wielmożna Sharisso, zajmę  
się tobą. Trzeba ci wpoić zasady dobrego wychowania. Zrobię to z przykrością, 
ale nie  
pozostawiasz mi wyboru. 
Dotknął skrzynki i odwrócił się wyczekująco w stronę Czarnego Konia. 
Mroczny rumak zadrżał, czekając na falę bólu. Kiedy nic się nie stało, zdał 
sobie  
sprawę, że najwyraźniej jest wolny. Zaniósł się gromkim śmiechem. 
- Ha, na to czekałem, smoczy władco! 
Ruszył ku przestraszonemu patriarsze. 
Pędził co sił w nogach, jednak nie zdążył. Sharissa widziała, jak zwalnia w 
miarę  
zbliżania się do swego ciemięzcy. Barakas kreślił szybkie wzory na skrzynce, 
próbując  
odzyskać nad nim kontrolę. Powstrzymał go, ale nie zdołał osiągnąć nic więcej. 
Nagle rozbrzmiał głos Lochivana: 
- Reegan, ty półgłówku! Zostaw ją i pomóż ojcu! Następca zrobił to bez namysłu,  
posłuszny kodeksowi, który nakazywał służenie władcy klanu - kodeksowi 
ustanowionemu  
przez samego Barakasa, ma się rozumieć. Pchnął Sharissę w stronę dwóch 
strażników, którzy  
stali w pobliżu pradawnych posągów, i skoczył na ratunek. Czarodziejka wątpiła, 
czy wie, co  
ma robić. Jeden ze strażników wyciągnął ku niej ręce, ale ktoś inny pierwszy 
chwycił ją za  
ramię. Sharissa i wojownik spojrzeli na Lochivana. 
- Ja zajmę się wielmożną Sharissa. Sprowadźcie pomoc. Możemy potrzebować moich  
braci i sióstr. 
Dwaj strażnicy posłuchali bez słowa, tak byli wyszkoleni, ale młoda kobieta 
patrzyła  

background image

na swojego towarzysza z narastającym podejrzeniem. Lochivan poruszał się bez 
wysiłku, bez  
śladu niedawnego bólu, i mówił dźwięcznym głosem. Niemal jakby był duchem z 
przeszłości. 
- - Tędy - przynaglił. 
- - Kim jesteś... 
- - Bez dyskusji. 
Weszli między strzeliste posągi. Sharissa miała wrażenie, że Lochivan nie chce, 
by  
ktoś za nimi podążył. Chciała zapytać, dokąd idą, ale po chwili coś innego 
przyciągnęło jej  
uwagę. 
Posągi pulsowały - nie chaotycznie, ale jakby w rytm bicia ogromnego serca.  
Czarodziejka zerknęła na ludzkie i nieludzkie oblicza, spodziewając się, że 
zobaczy otwarte  
usta'i mrugające powieki. Nic takiego się nie stało, ale wiedziała, że życie 
naprawdę mieszka  
w tych formach i że właśnie zostało zbudzone. 
- Powinno wystarczyć. - Lochivan zatrzymał się mniej więcej pośrodku kręgu  
posągów. Zdawało się, że czeka na coś z niepokojem. 
Coś się działo, ale nie to, czego pragnął. Magia walczących rozświetlała 
pieczarę  
niczym fajerwerki na festynie. Czarny Koń i Barakas zmagali się, żaden nie 
uzyskiwał  
przewagi. Otaczający ich Tezerenee stali bezczynnie. Bali się, że mogliby 
przypadkowo  
zakłócić równowagę na niekorzyść swego pana. Reegan sunął wokół kręgu, który 
tworzyły  
napięte, opancerzone ciała, a stojący po drugiej stronie Lochivan był... 
"Lochivan?" 
- Zaczyna się! Trzymaj się mocno! - zawołał jej towarzysz w chwili, gdy 
spojrzała na  
niego ze świadomością, że nie jest synem patriarchy, tylko... tylko kim? 
Pytanie znikło wraz z samą jaskinią. W jednej chwili stali w centrum rosnącego 
pola  
mocy, w następnej znaleźli się w ciemności. 
Sharissa mocno trzymała za rękę sobowtóra Lochivana. Z ciemności emanował chłód,  
który przyprawiał ją o ciarki. Przypominał jej grób albo jakieś inne miejsce, 
gdzie rządzi  
śmierć. Nawet świadomość, że odzyskała władzę nad swoimi mocami, nie poprawiała 
jej  
samopoczucia. 
- Chodźcie do mnie, moje dzieci. Wstąpcie do moich włości, bezpiecznych przed 
tymi  
na górze. 
Zrobili to, przy czym Sharissa nie miała większego wyboru. Nogi same ją 
poniosły,  
jeszcze zanim podjęła decyzję. Fałszywy Lochivan dotrzymywał jej kroku. Nie 
widziała go  
wyraźnie, ale była pewna, że jest równie jak ona zagubiony i przerażony - 
dziwne, skoro to on  
ją tu sprowadził. 
- Nie ma się czego obawiać. Ochronią was. Przysiągłem. 
Sharissa powątpiewała w dobrodziejstwo niewidzialnego protektora; jeśli jej  
przypuszczenia były słuszne, to reprezentował zło, o którym Faunon tyle razy 
napomykał w  
przeszłości. 
- Zło jessst... zło jessst czasami źle pojętą władzą. Tak, tak jessst. 
A więc czytał w jej myślach. Sharissa wzmocniła mentalne osłony. Niewidzialny  
zachichotał. 
- - Pozwól, pani, uśmierzą twoje obawy. Elf jest tutaj. 

background image

- - Sharissa? - Głos Faunona napłynął z ciemności. Nikły czerwonawy blask 
tworzył  
aurę wokół kogoś idącego w jej stronę. Kiedy postać znalazła się na wyciągnięcie 
ręki,  
poznała elfa. Już chciała rzucić mu się w ramiona, gdy przypomniała sobie, że 
stojący obok  
niej Lochivan jest tylko sobowtórem. Skąd miała wiedzieć, czy ten Faunon jest 
prawdziwy? 
- Powiedz jej, kim jesteś, elfie. Udowodnij jej, że przebywa wśród przyjaciół. 
Mina Faunona - jeśli to był Faunon - świadczyła, że elf nie do końca podziela 
zdanie  
niewidzialnego rozmówcy. Mimo wszystko spróbował ją przekonać: 
- Dotknij mojej ręki, Vraadko. Ostrożnie, jeśli sobie życzysz. Odsuwając się od  
fałszywego Tezerenee, powoli wyciągnęła rękę. Czubkami palców musnęła grzbiet 
jego lewej  
dłoni. Gdy zaczęła się odsuwać, chwycił ją za nadgarstek, delikatnie, ale mocno. 
Czarodziejka  
poczuła przenikające ją mrowienie. 
- - Faunon! - Chciała go uścisnąć, ale znów przypomniała sobie o tym drugim. - 
Ale  
kim jest on? Nie Lochivanem, więc kim? Znam cię! 
- - Znasz mnie, Sharisso. 
Opancerzoną postać także otaczała nikła, czerwonawa aura, której czarodziejka  
wcześniej nie zauważyła. Spojrzała na własne ręce i nie dostrzegła poświaty, ale 
przecież w  
takiej ciemności rąk też nie powinna widzieć. 
Jaka magia działała w tym miejscu... gdziekolwiek ono było? 
Fałszywy Lochivan przemienił się w postać w sutym płaszczu, z twarzą ukrytą w  
głębiach kaptura. 
- - Gerrod? - Była skłonna uwierzyć, że to kolejna sztuczka. Przecież Gerrod 
został  
za morzami na wschodzie. 
- - To ja, Sharisso. Mistrz Zeree przyszedł do mnie, domyślając się, że mogę  
podążyć za tobą tam, gdzie on nie potrafi. - Czarodziej rozłożył ręce w geście 
zakłopotania. -  
Przez jakiś czas błądziłem, lecz wreszcie cię znalazłem. 
- - Gerrod! - Przytuliła go mocno, zadowolona z widoku kogoś, kto przybył z jej  
domu. Zakapturzony Tezerenee stał z otwartymi ramionami, niepewny, czy 
odpowiedzieć  
uściskiem. 
- Wszystko dobrze się kończy - Przyjaciele nareszcie są razem. Pierwotna euforia  
zgasła, gdy Sharissa przypomniała sobie o obecnym położeniu. Cofnęła się i 
spojrzała na  
Gerroda. 
- Gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce? 
- - Jeżeli dobrze się orientuję, jesteśmy głęboko pod górą, którą mój zmarły i  
nieodżałowany brat nazwał Kivan Grath. 
- - W takim razie smoczy władca i jego ludzie są nad nami! - wybuchnął Faunon. 
- - Nie przyjdą tutaj. Dopilnowałem tego. 
- Kto to jest, Sharisso? - zapytał czarodziej, wskazując elfa. Czarodziejka 
wyczuła  
narastające napięcie i domyśliła się, że ona jest jego przyczyną. Nigdy dotąd 
nie podejrzewała  
Gerroda o zazdrość, którą teraz zdradzały jego słowa i gesty. Od jak dawna ją 
kochał? Lubiła  
go, owszem, ale... czy nie bardziej lubiła Faunona? 
- To Faunon. Elf. Jeniec twojego ojca. 
- On jest Tezerenee? - Faunon rozejrzał się w poszukiwaniu broni. Ktoś, 
najpewniej  
ich niewidzialny wybawca, uwolnił go z magicznych więzów. Jak gdyby 
przypomniawszy  

background image

sobie o tym fakcie, elf zastygł w bezruchu, mobilizując wolę do rzucenia 
potężnego zaklęcia. 
Sharissa odgadła jego zamiary i zobaczyła, że Gerrod szykuje się do odparowania  
ataku własnymi czarami. Musiała temu zapobiec. 
- - Nie! Przestańcie! Faunonie, posłuchaj! Gerrod gardzi swoim klanem niemal jak  
ty! 
- - Niemal? - parsknął czarodziej. 
- - Ale skąd on się tu wziął? - chciał wiedzieć elf. 
- - To w miarę proste. 
Patrząc w oczy Sharissie, Gerrod opowiedział o swojej bytności w Pustce, gdzie  
spotkał odpowiednika Czarnego Konia, oraz o wizycie w mieście Queli i w 
kryształowej  
jaskini. Faunon przyjął jego słowa z niedowierzaniem, ale niewidzialna istota, 
która milczała  
w czasie trwania opowieści, po zakończeniu potwierdziła jej prawdziwość. 
- - Gdy porwałem ciebie i twoich strażników, elfie, sprowadziłem jego... i  
twojąpanią. - W głosie zabrzmiała niekłamana duma. 
- - A kim ty jesteś? - zapytał elf, odwracając się tam, gdzie według jego wiedzy  
musiał znajdować się niewidzialny rozmówca. 
Śmiech, który zahuczał im w głowach, brzmiał zdaniem Sharissy trochę zbyt  
sztucznie. W tej istocie było coś znajomego... coś... 
Przypomniała sobie. 
- - Znam cię! Wiem, kim jesteś! 
- - Doprawdy? 
- - Tak! - Spojrzała na Gerroda. Wiedziała, że on ją zrozumie. - On... jest... 
sługą  
założycieli, jednym z opiekunów! 
Gerrod okazał sceptycyzm. 
- - Opiekunowie opuścili tę płaszczyznę. Pokłócili się, czy powinni słuchać  
rozkazów Beztwarzych, czy kontynuować eksperyment założycieli. Był wśród nich 
jeden,  
który... 
- - Wyłamał się z szeregów! - Sharissa spojrzała w ciemność, szukając czegoś, na  
czym mogłaby skupić wzrok. Zdawało jej się, że dostrzega dwie błyszczące plamki, 
może  
oczy, ale nie mogła być pewna. - Jesteś odstępcą, zdrajcą! 
Faunon chciał zapytać, o co tu chodzi, ale istota nie dopuściła go do głosu. 
Ostatnie  
słowa podziałały jej na nerwy - jeśli je miała. 
- - Jestem odstępcą i zdrajcą, bo widzę przyszłość taką, jaka być musi! Nie będę  
służyć zakurzonym wspomnieniom! Ja będę przyszłością! 
- - Oto narodził się bóg... - mruknął elf. 
- Tak jessst, podoba mi się! Będę bogiem jak oni! Sharissa zadecydowała, że pora  
skierować rozmowę na inne tory. Opiekun dojrzewał do megalomańskiego wybuchu o 
iście  
boskich proporcjach i należało temu zapobiec. 
- A co z nami? Dlaczego tu jesteśmy? Dlaczego zadałeś sobie trud spieszenia nam 
na  
ratunek? 
Po chwili wahania usłyszeli: 
- Pamiętam Dru Zeree. Pamiętam jego wiedzę. Jesteś jego dzieckiem. Masz te same  
cechy. Kiedy wyczułem twoją obecność wśród Tezerenee, wiedziałem, że muszą cię 
zabrać. I  
wykorzystać. 
- - Mnie mówił mniej więcej to samo - szepnął Gerrod. 
- - A jak było ze mną? - zapytał Faunon, choć zdawało się, że wcale nie chce 
poznać  
odpowiedzi. 
- Jesteś tutaj z jej powodu, lecz sadzę, że ty też mi się przydasz. Sharissa 
wyciągała  

background image

wnioski z tego, co słyszała, ale potrzebowała więcej informacji. Miała nadzieję, 
że jej myśli  
są wystarczająco osłonięte, bo inaczej wbrew własnej woli pójdzie na rękę 
obłąkanemu  
opiekunowi... jeśli miał ręce. 
- - A co z Czarnym Koniem? Dlaczego go nie sprowadziłeś? Tym razem była  
pewna, że istota poruszyła się niespokojnie. 
- - Tu nie ma dla niego miejsca. 
- Ale on, jak Faunon, jest przyjacielem. Dobrym przyjacielem! W ciemności 
zapaliły  
się bliźniacze węgle. Patrzyły groźnie na całą trójkę, oczy samozwańczego boga, 
ale Sharissa  
nie mogła oprzeć się wrażeniu, że mają do czynienia z dzieckiem, które próbuje 
przestraszyć  
ich marsową miną. Powątpiewała w nieograniczone możliwości opiekuna. Czyżby 
blefował? 
- Tu nie ma dla niego miejsca. Nie w moim świecie. 
- - Co zamierzasz z nami zrobić? - chciał wiedzieć Gerrod. Wyglądał na 
zmęczonego  
i niezadowolonego z siebie. 
- - Co z wami zrobić? Nic! Jestem waszym przyjacielem. Weźmiecie udział w moim  
eksperymencie i będziecie świadkami uwieńczenia dzieła. Założyciele ponieśli 
klęską, ja zaś  
odniosłem zwycięstwo! Zaludnię ten świat następcami, których oni nie zdołali 
stworzyć!  
Czeka mnie nawał pracy... 
- - I chcesz, żebyśmy ci pomogli! - Sharissa wreszcie zrozumiała ich miejsce w  
planach odszczepieńca, który po tysiącleciach wiernej służby zerwał z tradycją 
opiekunów. -  
Vraadowie przez pokolenia manipulowali swoim światem, ty zaś, choć początki 
twego  
istnienia giną w pomroce dziejów, masz niewielkie doświadczenie. Przez całe 
życie  
wyłącznie spełniałeś życzenia założycieli! 
Faunon okazał niedowierzanie. 
- Chce, żebyśmy pomogli mu zapanować nad tym światem? 
- Pomożecie mi.. bo jak nie, to pozwolą warn odejść. 
Przez parę sekund wszyscy troje czekali na jakieś wyjaśnienie, ale opiekun 
milczał.  
Wreszcie Sharissa straciła cierpliwość i zapytała: 
- Co to za pogróżka? Co czeka nas na powierzchni? 
Do oczu dołączył zarys ogromnej bestii, jakby wilka. Sylwetka pojawiała się i 
znikała;  
było jasne, że odstępca wypróbowuje różne formy, pragnąc znaleźć najlepszą. 
- Podczas naszej rozmowy - która trwała dłużej niż myślicie - narodzili się nowi  
królowie tej ziemi. 
Sharissa szeroko otworzyła oczy. Myślała, że ich rozmowa opóźnia pracę opiekuna. 
- Znam twoje myśli, Sharisso Zeree, i myśli twoich towarzyszy. 
- Istota zaśmiała się, rozbawiona ich zmieszaniem i rodzącym się zrozumieniem. 
- - Co się dzieje na górze? - zapytał Gerrod. - Co się dzieje z moimi ludźmi? 
- - Troszczysz się o nich? Ja tylko wydobywam na wierzch ich prawdziwą naturę -  
tutaj i we wspaniałej warowni, którą sobie zbudowali Już wcześniej godni byli 
władzy, ale  
teraz już nikt jej im nie odbierze! 
Podczas gdy Gerrod patrzył w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, rozmyślając o  
swoich braciach i zastanawiając się, jaki los zgotował im obłąkany opiekun, 
Sharissa szukała  
sposobu na odwrócenie biegu wypadków. 
- Inni opiekunowie nie pozwolą ci na to, odstępco! Sama ziemia, spuścizna twoich  
panów, obruszy się na ten afront! Złamałeś najświętsze prawa ustanowione przez 
założycieli! 

background image

Miała nadzieję, że posieje ziarno niepokoju, ale istota okazała radość, nie 
strach. 
- Ta ziemia będzie spać dopóki jej nie zbudzę, a inni mi podobni opuścili tę  
płaszczyznę - Dowiedzą się o wszystkim, gdy już będzie za późno, gdy już pokażę, 
co potrafię! 
Czarodziej tymczasem wyrwał się z zadumy. Postąpił krok w stronę sylwetki ledwo  
widocznej w ciemności i zawołał: 
- - Bodaj cię licho! Pytam raz jeszcze: co im uczyniłeś? Odpowiedział mu śmiech 
i  
słowa: 
- - Zobaczymy, na ile są wierni totemowi smoka. Gerrod odwrócił się, szukając  
wyjścia z jaskini. 
- - Musimy iść do nich! Musimy ich ostrzec! 
- Przecież ich nienawidzisz! - przypomniał mu spiesznie Faunon, choć sam  
gorączkowo rozglądał się, szukając wyjścia. 
Zakapturzony Tezerenee nie raczył odpowiedzieć, ale Sharissa zrozumiała. 
Gerrodowi  
zależało na klanie, na poszczególnych osobach. Nawet tym, których nie cierpiał - 
ojcu,  
Reeganowi i Lochivanowi - nie życzył losu, jaki gotował opiekun. 
- - Stąd nie ma wyjścia - oznajmił triumfalnie głos w ich głowach. - A poza tym,  
spotkałby was podobny los. 
- - To prawda - szepnął Faunon do Sharissy. - Nie mogę znaleźć korytarza! 
W grocie rozpętała się ślepa furia. Gerrod, aż nazbyt podobny do smoka, którego 
jego  
lud obrał na swoje godło, zaatakował opiekuna. Takiej eksplozji mocy 
czarodziejka nie czuła  
od piętnastu lat. Prawdę mówiąc, potęga ta kojarzyła się tylko z jednym, ale 
przecież  
wyzwolenie jej znacznie przekraczało możliwości czarodzieja... 
Czary Vraadow. "Och, Gerrodzie!" Z niedowierzaniem pokręciła głową i sięgnęła  
zmysłami, by zweryfikować swoje przypuszczenia. "Przerwałeś barierę między 
światami!  
Pozwoliłeś, by wsączyło się tutaj plugastwo będące naszym dziełem!" 
Po trosze rozumiała jego pobudki, ale to go nie usprawiedliwiało - nawet gdyby 
miało  
pomóc im w ucieczce. 
Wstrząs zakołysał posadami groty, gdy plątanina jarzących się szkarłatnie macek  
skoczyła w stronę opiekuna. 
- Przekleństwo Vraadow! - parsknął Faunon, rozdzierany sprzecznymi emocjami. 
Znał  
z legend podły charakter tej rasy i nienawidził wszystkiego, co reprezentował 
Gerrod, ale  
Sharissa wiedziała, że on też miał nadzieję, iż vraadzkie czary przyniosą im 
ocalenie. 
Macki sunęły coraz dalej. Gerrod podsycał czary siłą życiową Nimth, jeszcze 
bardziej  
psując tamten świat i powodując niewiadome zniszczenia w samym Smoczym 
Królestwie.  
Cel jego gniewu jednak nie reagował. Przestał byc widoczny, ale nie opuścił 
jaskini. Wszyscy  
troje czuli jego przytłaczającą obecność. 
Macki wiły się przed nimi, oświetlając komorę jak nigdy dotąd. Sharissa w 
milczeniu  
skonstatowała, że rzeczywiście nie ma stąd wyjścia. Jaskinia była bąblem 
powietrza  
uwięzionym w litej skale góry. 
Gerrod wrzasnął, gdy jego ciało w końcu poddało się surowym wymogom czarów.  
Upadł na ziemię. 
Z macek buchnął blask tak jaskrawy, że czarodziejka i elf zasłonili oczy. 
Cisza trwała ponad minutę. 

background image

W grocie rozbrzmiał śmiech obłąkanego opiekuna. Rodził się tak powoli i cicho, 
że  
początkowo przypisali go wyobraźni. 
Macki zamrugały i zgasły. 
Gerrod podniósł głowę. Twarz miał ściągniętą i dużo starszą niż jego ojciec.  
Rozpętanie zbyt wielkich niszczycielskich czarów pozbawiło go nie tylko siły; 
odebrało mu  
również część życia. 
- Przyjąłeś właściwą pozycją - usłyszeli. Wiedzieli, że chodzi o leżącego 
Gerroda.  
Czarodziej dźwignął się na kolana, gdy opiekun dodał: - Właściwą dla tego, kto 
ma czelność  
wystąpić przeciwko swemu nowemu bogu! 
Faunon z rozpaczą potrząsał głową, ale Sharissa miała wątpliwości. Czy zawodziły 
ją  
zmysły, czy istotnie obecność odstępcy wydawała się mniej przytłaczająca niż 
przed atakiem? 
Nie skarcił jej za śmiałe myśli, co było kolejnym interesującym spostrzeżeniem. 
Opiekun napawał się odniesionym zwycięstwem. Błysnęły ogniste oczy, skupione na  
całej trójce. 
- Myślą, że powinniście dołączyć do swego biednego towarzysza! 
Sharissę opadło nieprzezwyciężone pragnienie osunięcia się na kolana. Choć opór 
był  
bezsensowny, walczyła do samego końca. Wreszcie padła na klęczki. 
- Nadszedł czas, by oddać bogu to, na co zasługuje! 
Wbrew woli pochyliła głowę - śmiertelnicy nie powinni spoglądać w oblicza bogów 
-  
i usłyszała inny głos: 
- Bądź pewien, odstępco, że otrzymasz, co ci się należy! 
W jaskini zapanował chaos. Zdawało się, że sam świat przystąpił do wojny. Dwoje  
ludzi i elf upadli na ziemię w nadziei, że ominą ich skutki. Drżenie spowodowane 
przez czary  
Gerroda było słabiutkie w porównaniu z tym, które wstrząsnęło grotą. Sharissa 
podniosła  
głowę i zobaczyła, że strop pęka w wielu miejscach. Miała nadzieję, że żaden z 
fragmentów,  
które postanowią spaść, nie wisi nad ich głowami. Byli w pułapce. Próba 
teleportacji w czasie  
takiego szaleństwa mogła zakończyć się wtopieniem w skałę góry, a nie 
przeniesieniem w  
bezpieczne miejsce. Czarodziejka nie sądziła, by leżenie bez ruchu i wmawianie 
sobie, że  
będzie lepiej, powiększało ich szansę. 
Purpurowa błyskawica przemknęła przez jaskinię. Coś ryknęło w ciemności.  
Zygzakowata rysa przecięła podłoże. Faunon szybko przyturlał się do boku 
Sharissy, kiedy  
stało się jasne, że szczelina może otworzyć się wprost pod jego brzuchem. Wielki 
kawał skały  
i ziemi oderwał się od stropu i roztrzaskał parę kroków od nich. Przerażona 
czarodziejka  
szepnęła imię starożytnego Serkadiona Manee i starała się nie myśleć, gdzie może 
wylądować  
następny skalny blok. 
- Sharissa? - Głos Faunona naprowadzał ją jak latarnia. - Nic ci nie jest? 
Zakaszlała, pozbywając się pyłu z płuc, i równie cicho odparła: 
- Chyba nie. Nie uwierzę, dopóki sama nie zobaczę. Gerrod? Nie usłyszała  
odpowiedzi. Pamiętając, gdzie ostatnio go widziała, przesunęła się w tamtą 
stronę. 
- - A ty dokąd? - zapytał elf. 
- - Muszę sprawdzić, co z Gerrodem. 
- Czy światło ci w tym pomoże? Zamarła, gdy głos powrócił do jej głowy. 

background image

- Daruj sobie szyderstwa. Jeśli nie żyje, to przez ciebie! Co się stało? 
Głos brzmiał niemal obojętnie, co stanowiło wielki kontrast w porównaniu z  
wcześniejszą egzaltacją. 
- - Chyba mylisz mnie z tym drugim. Mam rację? 
- - Jak mam to rozumieć? 
- - Nie jestem odszczepieńeem, tym, który marzył o boskości. Wprawdzie twój lud  
okrzyknął mnie bogiem, ale nigdy nie pragnąłem tego, co nie było moim 
powołaniem. 
- - Jesteś drugim opiekunem? - Sharissa z radością powitałaby światło, choć  
wiedziała, że niewiele w nim zobaczy. Opiekunowie byli niewidzialni, chyba że 
chcieli  
ukazać się śmiertelnikom. 
W komorze zajaśniał blask tak jaskrawy, że musiała zmrużyć oczy. Pełne złości  
przekleństwo za plecami poinformowało ją, że Faunon też dał się zaskoczyć. 
Gerrodowi światło nie mogło zaszkodzić; leżał na brzuchu, zakryty płaszczem z  
kapturem. Sharissa szybko przysunęła się do niego. 
- - Jestem. 
- - Co? - Przypomniała sobie swoje pytanie. - Aha, rozumiem. Jesteś... Ty musisz  
być... - Nie mogła zebrać myśli, zajęta Tezerenee. Westchnęła z grozą, gdy 
ściągnęła mu  
kaptur. Gerrod był starcem, pomarszczonym i konającym. - Nie! 
- - To jego własne dzieło. Nie powinien szukać tego, co odgrodziliśmy od tego  
świata. 
- - Nie obchodzi mnie to! Możesz mu pomóc? 
- - Mógłbym. - Opiekunowie, jak się wydawało, mieli wiele wspólnych wad. 
Sharissa spojrzała na strop, nie zwracając uwagi na obluźnione skały, i 
wrzasnęła: 
- - Proszę! 
- - Dla córki Dru Zeree. 
Gerrod jęknął. Otworzył oczy. Sharissa zobaczyła, że znów jest taki, jakiego 
znała.  
Opiekun przywrócił mu siły z wysiłkiem, z jakim ona pstrykała palcami. 
- Dziękuję. 
- - Za co? - zapyta! czarodziej, przekonany, że mówi do niego. 
- - Oszczędziłem cię, Gerrodzie Tezerenee, choć powinieniem ukarać cię za  
zuchwalstwo. 
- - Ty odstępco! - Czarodziej zerwał się na nogi, gotów do walki z tym, kogo 
uważał  
za wcześniejszego przeciwnika. 
- - Już nie ma więzi łączącej cię z umarłym światem. Naprawiłem bariery, są 
teraz  
mocniejsze niż wcześniej. Poza tym, jak powiedziałem Sharissie Zeree, nie jestem 
odstępcą.  
Jeśli chcesz wiedzieć, twój lud mnie zna i nadał mi imię, jednak niezgodne z 
prawdą. Ukażę ci  
się takim, jakim mnie ujrzeli. 
Jaskinią wstrząsnęło kolejne, tym razem nieco słabsze drżenie. Pęknięcie 
rozszerzyło  
się w szczelinę, a z niej buchnęły kłęby dymu. W jaskini ociepliło się. Troje 
więźniów z  
przerażeniem patrzyło, jak z rozpadliny zaczyna wydobywać się stopiona skała. 
- Nie lękajcie się o swoje życie. 
Strop osłabiony serią wstrząsów chrupnął złowieszczo. Sharissa poderwała głowę,  
zobaczyła, że obrywa się fragment wprost nad Faunonem, i krzyknęła ostrzegawczo. 
Nim  
mogła zrobić coś więcej, skalna bryła jakby z własnej nieprzymuszonej woli 
przestała spadać  
i poszybowała w kierunku miejsca erupcji, gdzie dołączyła do sobie podobnych. 
Stopiona skała i ziemia łączyły się w wielką bryłę, początkowo nieforemną, lecz 
z  

background image

każdą sekundą coraz bardziej kształtną. Sharissa cieszyła się, że grota jest 
taka wielka; skalny  
twór już prawie dotykał stropu. Gdy rósł, siał naokoło kawałkami skał, ale 
najmniejszy  
okruch nie upadł w pobliżu skamieniałej trójki obserwatorów. Wszystkie szybowały 
z  
powrotem do kolosa i w innym miejscu wtapiały się w jego ciało. 
Kiedy rozpostarły się ogromne skrzydła, niewiarygodne skrzydła z kamieni i lawy  
przeczące prawu ciążenia, Sharissa wiedziała, kto przed nimi stoi. 
Wszyscy podnieśli się na nogi, zmęczeni, ale cali i zdrowi. Czarodziejka 
patrzyła spod  
ściągniętych brwi na ogromną kamienną istotę, starając się nie zapominać, że to 
tylko skorupa  
zrobiona przez opiekuna. 
- - Smok z Głębin? 
- - Tak. 
Faunon przysunął się jeszcze bliżej. Przyjemnie było mieć go u boku, zwłaszcza 
po  
przeżyciu takiego koszmaru. Nachylił się do jej ucha - jakby wierzył, że istota, 
która bez  
przeszkód czytała w myślach, nie zdoła go usłyszeć - i szepnął: 
- - Tego też znasz? 
- - On... jemu można zaufać. - "Mam nadzieję" - dodała w myślach. Nowego  
opiekuna zapytała: - Skąd się tu wziąłeś? Ten drugi był pewien, że nikt go nie 
wykryje. 
Fałszywy smok opuścił głowę. Dotychczasową obojętność zastąpiło lekkie  
zakłopotanie. Większość opiekunów, wielkich famulusów starożytnych, w zasadzie 
nie miała  
odrębnych osobowości. Tylko nieliczni, tacy jak ci dziś poznani, zasługiwali na 
miano  
samodzielnych istnień. 
- - Nie jego szukaliśmy. Przyciągnął nas tutaj czarodziej. 
- - Ja? - Gerrod otulił się płaszczem, upodobniając się do chodzącego całunu. 
Jakimś sposobem opiekun zmrużył oczy, choć były one tylko kulami roztopionej 
skały  
osadzonymi wśród okruchów kamienia. 
- - Odszczepieniec dobrze się osłonił, ale wskutek tego zużył znaczną część 
swojej  
mocy i nie mógł już ukryć nimthyjskich czarów. 
- - A zatem Gerrod wyświadczył warn przysługę - wtrąciła Sharissa, obawiając 
się,  
że mimo wszystko czarodzieja może spotkać jakaś kara. 
Smok podniósł głowę. 
- Nie z własnej woli... ale z uwagi na miarą przewiny odszczepieńca, uzyska  
wybaczenie... tym razem. 
Czarodziejka zerknęła na Gerroda i ulga ustąpiła nowemu niepokojowi. Z postawy i  
twarzy zacienionej kapturem wyczytała, że syn patriarchy nie zrezygnował. 
Pewnego dnia  
znów spróbuje nawiązać więź z Nimth. 
- Mam coraz mniej czasu, a wiele jest do zrobienia. Zabiorą was stąd i 
umieszczę,  
gdzie trzeba. 
Sharissa nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała, ale postanowiła mu zaufać. W  
końcu przyjaźnił się z jej ojcem. Dlatego tylko zapytała: 
- - Co się stało z odstępcą? 
- - Wymknął się nam... ale z czasem zrozumie głupotę swego postępowania i srogo 
za  
nią zapłaci. 
Sharissa wiedziała, że dla tych nieśmiertelnych istot czas ma niewielkie 
znaczenie.  

background image

Zastanawiała się, jakie zniszczenia zdąży poczynić zdrajca, zanim spotka go 
kara. Jednak  
wolała nie pytać. 
- A mój klan? Co z nimi? - Czarodziej przybliżył się, rzucając wyzwanie istocie, 
która  
odarła go ze znacznej części mocy. - Co z obłędną przyszłością, jaką obmyślił im 
odstępcą? 
Długie wahanie rozbudziło ciekawość całej trójki. Smok z Głębin zastanawiał się 
nad  
odpowiedzią, jakby nie był pewien, czy los klanu w ogóle go obchodzi. Sharissa 
podeszła do  
Gerroda i krzepiącym gestem położyła mu rękę na ramieniu. Odsunął się, nawet nie 
patrząc w  
jej stronę. Zraniona bardziej niż myślała, wróciła do Faunona, który daremnie 
próbował  
uśmiechnąć się na znak współczucia. 
- - Ziemia zrobi to, co postanowi zrobić, a ja będą posłuszny jej woli. 
- - To żadna odpowiedź! - zawołał ze złością Tezerenee. 
- - To jedyna odpowiedź. Taki jest cel mojego istnienia. Jeśli ziemia doszuka 
się  
sensu w poczynaniach odstepcy - co wcale nie znaczy, że zostaną one 
usprawiedliwione -  
wtedy eksperyment wkroczy na nową drogę. Jeśli nie, ziemia - nie ja - odwróci 
bieg wydarzeń. 
- - Przecież ten odszczepieniec zakłócił przebieg eksperymentu! Jeśli nie 
kłamał,  
udało mu się nawet stłumić umysł ziemi! 
- - To prawda, ale obecnie nie ma to nic do rzeczy. 
Na ich oczach fałszywy smok zaczął się rozkruszać. Skrzydła zerwały się, dolna  
szczęka opadła na dno groty i legła w gruzach. Mimo panującego hałasu, głos w 
ich głowach  
brzmiał bardzo wyraźnie. 
- Ziemia rozstrzygnie... ale wy macie wybór. Zdradzę ci tajemnicą, Sharisso 
Zeree, z  
uwagi na szacunek, jakim darzę twego ojca. Obojętnie, jakie przemiany pisane są 
twemu  
ludowi, ten, kto będzie się im opierać, ucierpi bardziej od innych. Wybór polega 
na  
dostosowaniu się do tego świata. Elf jest tego dowodem. Jego rasa pozostała 
mniej więcej nie  
zmieniona. 
Cofnęli się, gdy skalne cielsko runęło i lawa spłynęła do szczeliny, z której 
się  
wydobyła. 
- - A teraz zabiorę was tam, gdzie winniście przebywać. 
- - Co rozumiesz przez "winniście"? - krzyknął w ostatniej chwili Faunon, który  
niewiele się odzywał w czasie rozmowy. Rozumiejąc przyczynę jego niepokoju, 
Sharissa  
chciała zaprotestować... ale grota i opiekun zniknęli, a ich trójka znalazła się 
zupełnie gdzie  
indziej. 
- - Ha - mruknął znajomy głos. Zdradzał, że jego właściciel nie spał od wielu 
dni i w  
tym czasie żył pod straszliwym napięciem. Ledwie cień został po dawnej 
arogancji. -  
Witajcie... ty także, mój synu. 
"Gdzie indziej" oznaczało główną pieczarę, z której obłąkany opiekun zabrał 
Sharissę  
i Faunona. Głos należał do patriarchy, który rozpierał się na tronie z wysokim 
oparciem,  
stojącym teraz na podwyższeniu, i patrzył z góry na osłupiałą trójkę. 

background image

 
XVIII 
 
- - Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, iż was jeszcze zobaczę - wszystkich  
troje - po tym, jak uciekliście przed pięcioma dniami. 
- - Minęło pięć dni? - Faunon pochylił głowę w stronę Sharissy. - Nie byliśmy 
tam  
dłużej niż godzinę! 
- - Tak nam się wydawało, ale pierwszy opiekun dał do zrozumienia, że rozmowa  
trwa dłużej niż nam się wydaje. Kto wie, do czego oni są zdolni? Szkody mogą być 
znacznie  
gorsze, skoro... 
- - Byłbym zobowiązany - przerwał jej patriarcha. Wyprostował się. Jego pancerz  
pokryty był kurzem i... Sharissa zmrużyła oczy... krwią? - Tak, byłbym 
zobowiązany,  
gdybyście przypomnieli sobie, przed kim stoicie. Ostatecznie jestem władcą tej 
ziemi. 
- - To brzmi bardzo znajomo - mruknął Gerrod. Ojciec chyba dosłyszał, bo wbił w  
niego spojrzenie. Czarodziej otulił się płaszczem. 
- - Choć sprawiłeś mi wielki zawód, cieszę się, że cię widzę. Podejrzewani 
jednak,  
że nie przyszedłeś tutaj z prośbą o przyjęcie do klanu. 
Gerrod pokręcił głową. Niektórzy z obecnych w pieczarze okazali zaniepokojenie.  
Sharissa rozejrzała się i pomyślała, że chyba jest ich mniej niż ostatnio. Co 
się wydarzyło od  
czasu jej zniknięcia? 
- - Reegan. - Na wezwanie wielmożnego Barakasa następca szybko wbiegł po  
schodach. Patriarcha podał mu rękę. Reegan złapał ją i pomógł mu wstać. - Mimo 
wszystko  
rad jestem z twego widoku, choćby dlatego, że może mi się przydać twoja 
intuicja. 
- - Co tu się stało, ojcze? Czy wszyscy... czy wszyscy są tacy jak dawniej? 
- - Ciekawie to ująłeś. Jeszcze bardziej ciekawe jest to, skąd przyszło ci do 
głowy  
takie pytanie. - Barakas z pomocą Reegana zszedł po schodach i zatrzymał się u 
stóp  
podwyższenia. - Ale wpierw ja powiem ci, co się stało. Ostatnio byliśmy bardzo 
zajęci. 
Sharissa rozejrzała się w poszukiwaniu Lochivana. Nie znalazła go i zastanowiła 
się,  
czy to nie jego krew plami pancerz władcy Tezerenee. W pieczarze brakowało też 
przeklętej  
skrzynki, więzienia Czarnego Konia. 
- Gdzie jest... 
Barakas pstryknął palcami. Strażnicy poniewczasie okrążyli troje 
niespodziewanych  
gości. Dłonie w rękawicach założyły im na szyje niewielkie obroże. Doszło do 
krótkiej  
szamotaniny, bo Gerrod bronił się przed zdjęciem kaptura. Kiedy starania nie na 
wiele się  
zdały, dziko potoczył wzrokiem po otaczających go twarzach, jakby spodziewał się 
jakiejś  
okropnej reakcji. Sharissa uświadomiła sobie, że czarodziej nie wie, co zrobił 
dla niego Smok  
z Głębin. Strażnicy po założeniu obroży z powrotem naciągnęli mu kaptur, bo choć 
został  
więźniem, nie przestał być synem pana klanu i należał mu się szacunek. 
Patriarcha potrząsnął głową, zdegustowany zachowaniem wojownika. 
- Sprawa wymyka się z rąk... Jeśli jeszcze raz odezwiesz się bez pytania, każę 
cię  

background image

uciszyć. Nie chcesz tego, wielmożna Sharisso, uwierz mi na słowo. Nikt z nas nie 
jest w zbyt  
dobrym nastroju. - Odwrócił się w stronę poddanych i rozkazał: - Przynieść 
jednego z  
odmieńców! 
Nastąpiła bieganina, w czasie której Barakas trochę ochłonął. Zwrócił uwagę na  
pytające spojrzenie Sharissy i cicho rzekł: 
- Wszystko w swoim czasie, pani. Wszystko w swoim czasie. W tej chwili szeregi  
zmęczonych wojowników rozstąpiły się przed czwórką niosącą tobół wielkości 
ludzkiego  
ciała. Gerrod zrobił krok w ich stronę, ale patriarcha pokręcił głową. 
Więźniowie czekali,  
zaciekawieni, ale również przygotowani na najgorsze. 
Nie spotkał ich zawód. Sharissa oczekiwała czegoś takiego i nie wzruszył jej 
widok  
ciała, które wyturlało się z rozwiniętej derki. Faunon pokiwał głową; on też się 
tego  
spodziewał. Tylko Gerrod okazał zdziwienie. 
- Co to za dziwoląg? 
- Niegdyś był jednym z twoich kuzynów - poinformował go pan klanu. - Poza nim 
jest  
jeszcze siedmiu. Pościg za nimi zajął nam mnóstwo czasu, a żeby ich zabić, 
trzeba było trzech  
wojowników na jednego. 
Leżące na ziemi zwłoki przypominały nieszczęsnego Ivora w chwili, gdy wtargnął 
do  
wozu, lecz miały jeszcze więcej gadzich cech. Kształt nie był już ludzki, tylko 
smoczy. 
- - Wygląda jak draka - stwierdził Faunon. 
- - Draka? 
- - Mają wiele imion, niektóre brzmią podobnie. Niektórzy uważają, że władały 
tutaj  
na długo przed ptakami i Quelami. Służą... służyły ptasim ludziom. Ostatnio 
stały się jakby  
bardziej dzikie. 
- - Widziałem je. Nieważne. - Patriarcha odtrącił rękę następcy i pokuśtykał w 
stronę  
zwłok. - To jeden z moich ludzi, nie jakiś potwór! Chcę wiedzieć, co mu się 
stało i kto jest za  
to odpowiedzialny! - Obrzucił elfa długim, szacującym spojrzeniem. - Może 
powinienem  
kazać Lochivanowi przepytać cię dokładnie. Sharissa nie mogła się powstrzymać. 
- - Gdzie jest Lochivan? 
- - Choruje... i pilnuje więzienia demona. - To wszystko, co miał do powiedzenia 
na  
ten temat, choć czarodziejka była pewna, że dużo przemilczał. 
Gerrod wyrwał się strażnikom i wbrew ostrzeżeniu ojca przysunął się, żeby 
obejrzeć  
swego byłego kuzyna. Dotknął stwardniałej skóry i wziął w rękę kawałek spękanej 
zbroi,  
która nadal okrywała trupa. Sharissa domyśliła się, że przeobrażający się 
Tezerenee rozerwał  
cześć pancerza, a resztę rozdarł na strzępy. Jaki ból mu to sprawiło? Jaki ból 
wiązał się z  
samą przemianą? 
Strażnicy przyskoczyli do czarodzieja, ale wielmożny Barakas powstrzymał ich  
ruchem dłoni. Do syna powiedział: 
- Później powiesz mi, skąd wziąłeś się na tym kontynencie, ale teraz byłbym  
wdzięczny, gdybyś podzielił się ze mną uwagami na temat tego... tego dziwoląga. 
Nie otrzymał odpowiedzi, lecz Gerrod już taki był. Dopiero po dłuższych 
oględzinach  

background image

zwłok spojrzał w kierunku ojca, nie wprost na niego. 
- Chciałbym, żeby obejrzała go Sharissa. 
Reegan szepnął coś do ojca, ale ten pokręcił głową. Popatrzył na czarodziejkę. 
- Idź, ale uważaj, co mówisz i robisz. Drugiej ucieczki nie będzie. Zwłaszcza 
dla  
twojego elfa. 
W odpowiedzi na milczący rozkaz jeden ze strażników przyłożył Faunonowi nóż do  
gardła. Sharissa zacisnęła zęby, żeby powstrzymać słowa, które raczej nie 
ucieszyłyby  
wielmożnego Barakasa. W tej chwili nie myślała o ucieczce; brakowało jej sił na 
tak  
forsowne przedsięwzięcie. 
Dołączyła do Gerroda i obejrzała zwłoki. Jak się spodziewała, czarodziej chciał 
z nią  
porozmawiać. 
- - Tego obawiałem się przez wszystkie te lata - tego i starości, która dopada 
nas  
znacznie szybciej niż w Nimth. 
- - Co tam mamroczesz? - zapytał Reegan, pełen podejrzeń wobec każdego, kto był  
w lepszej komitywie z Sharissą niż on. Jej zdaniem to obejmowało wielu ludzi. 
Gerrod spojrzał z pogardą na starszego brata. 
- - Zastanawiałem się, kiedy pojawił się pierwszy z nich. 
- - Jeszcze w czasie podróży - odparła Sharissą. Ten pierwszy, Ivor, 
prawdopodobnie  
był bardzo wrażliwy na magię. Albo może odstępca chciał się przekonać, czy można 
osiągnąć  
cel bez uśmiercania ofiary, i wybrał go sobie na zwierzę doświadczalne. 
- - Wcześniej był jeszcze jeden - oznajmił syczący głos. Z korytarza wyszedł  
chwiejnie Lochivan. Wbrew twierdzeniu patriarchy, że niedomaga, miał na sobie 
pełną  
zbroję, nawet hełm. Niósł skrzynkę, która utrudniała mu zachowanie równowagi, 
ale nie  
skorzystał z pomocy wojowników, którzy do niego podbiegli. 
- - Po coś tu przyszedł? - zapytał Barakas obcesowo, choć był dumny, że Lochivan  
nie poddaje się chorobie. - Powinieneś wypoczywać. 
- - Usssłyszałem głosssy i to mnie zaciekawiło. Pytanie Gerroda zasssługuje na 
pełną  
odpowiedź, jeśli mamy poradzić sssobie z tą sssprawą. 
- - Kiedy miał miejsce pierwszy przypadek? - Gerrod zachowywał się tak, jakby 
ani  
na chwilę nie opuścił klanu. 
- - W czasie pierwszej wyprawy. Zabił człowieka, zanim go powssstrzymaliśmy. To  
dlatego nie zaskoczyła mnie przemiana Ivora. Rozpoznałem oznaki. 
Barakas miał zakłopotaną minę. 
- Powiedziałeś mi, że zabił ich narowisty smok. Lochivan roześmiał się, 
chrapliwie i  
jakby nieludzko. Stanął na skraju kręgu otaczającego jeńców, patriarchę i 
zdeformowane  
zwłoki. 
- Myślałem, że sssytuacja jessst pod kontrolą, mimo tego, co spotkało Ivora.  
Myślałem, że zawarłem przymierze, które nasss uratuje! 
- - O czym ty mówisz? Pewnie bredzisz z gorączki! 
- - Nie. - Sharissa zrozumiała. Lochivan wiedział, co ją czeka. To miał na myśli  
tamtego wieczora. Zawarł przymierze, które miało zagwarantować jej 
bezpieczeństwo...  
przynajmniej tak myślał. W pewnym sensie miał rację. Na nieszczęście układał się 
z istotą,  
która zinterpretowała umowę według własnych zamiarów. 
Patriarcha odwrócił się do niej. 
- - Co takiego? 

background image

- - Powiedz mu, Sharisso! - zawołał Gerrod. - Powiedz mu, bo, na szpony smoka, 
ja  
to zrobię! 
Pokiwała głową. Będzie lepiej, gdy się dowiedzą. Może nawet odejdą z tej 
okolicy,  
jak wcześniej Poszukiwacze. 
- - Spotkaliśmy tego, z kim paktowałeś, Lochivanie. - Umilkła, żeby jej słowa  
dobrze zapadły im w pamięć. - Popatrz na te zwłoki. Twój sprzymierzeniec właśnie 
w taki  
sposób pojmuje wypełnienie warunków umowy. 
- Niemożliwe! Działałem dla dobra klanu! Nie było mowy o żadnych ssstraszydłach! 
- - Opiekun uznał, że w takiej postaci mają największe szansę przeżycia na tej 
ziemi. 
- Przestań! - ryknął Barakas. Oskarżycielko wycelował palec w chwiejącego się 
syna.  
- Później opowiesz mi swoją historię i lepiej, żebyś tym razem nie mijał się z 
prawdą! -  
Patriarcha kopnął kamień, idąc w stronę Sharissy i Gerroda, którzy podnieśli się 
znad zwłok. -  
Najpierw wysłuchamy waszej opowieści! 
Sharissa zdała relację. Gerrod, a nawet Faunon, wtrącali po parę słów, 
przypominając  
o różnych faktach. Wszyscy działali w myśl milczącego porozumienia, że skoro 
Smok z  
Głębin postanowił umieścić ich wśród Tezerenee, to powinni starać się co sił, 
żeby  
uzmysłowić im grozę położenia. 
Władca Tezerenee słuchał w milczeniu, przenosząc spojrzenie z jednego więźnia na  
drugiego. Zaciekawiła go różnica czasu, więc zadał parę pytań, ale poza tym nie 
przerywał. 
Kiedy Sharissa na koniec przytoczyła słowa drugiego opiekuna, Lochivan zabrał 
głos  
mimo groźby kary. 
- - Ich opowieść potwierdza znane mi fakty... ale myślałem, że dopust ten był  
dziełem samej ziemi, nie odszczepieńca. 
- - Nadal nie jestem przekonany - rzekł patriarcha. - A odszczepieniec przepadł 
bez  
śladu. 
- Wyznaliśmy ci prawdę, ojcze! - zawołał z naciskiem Gerrod. Ku zdziwieniu  
wszystkich obecnych wielmożny Barakas uśmiechnął się. 
- Tego jestem pewien! Jeśli tak, niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Sam  
powiedziałeś, że zdrajca uciekł przed Smokiem z Głębin! Smok znów nas uratował! 
Sharissa skrzywiła się. Liczyła na inną reakcję. 
- Zapomniałeś, co powiedział, odchodząc? Nie ma żadnej gwarancji, że już jest po  
wszystkim, ani że nie wydarzy się coś znacznie gorszego! 
Patriarcha wskazał ręką ciało. 
- - Pierwszy z odmieńców pojawił się w dniu twojego zniknięcia, a ostatni trzy 
dni  
później. Od tej pory nie było nowych przypadków i ja powiadam wam, że już nie 
będzie. -  
Patrząc na szczątki, dodał: - Zabrać i pogrzebać zwłoki. On i pozostali mają być 
wspominani  
z szacunkiem, są bowiem ofiarami wroga, który salwował się ucieczką! 
- - Typowe! 
- - Co to ma znaczyć, Gerrodzie? 
- - Nic, ojcze. Tylko tyle, że ani trochę się nie zmieniłeś. Modliłem się o 
zmianę,  
choćby tylko dla dobra matki. 
- - Alcia! - Grubo ciosane oblicze pana klanu spochmurniało. - Warownia! 
- - Warownia? - Gerrod wzrokiem poprosił Sharissę o wyjaśnienie. 
- - Twój ojciec zmusił Czarnego Konia, by pomógł mu wznieść przepyszną  

background image

warownię na południe stąd. - Wskazała na skrzynkę w rękach Lochivana i nie mogła 
się  
powstrzymać od gorzkiej uwagi: - A oto jego nagroda za starania - więzienie! 
- - Matki i innych tu nie ma? 
- - Alcia... - Barakas wzniósł ręce nad głowę. - Wysłałem wieści przed wejściem 
do  
jaskiń, ale... ale później już nie! Oni nic nie wiedzą! Muszę się z nią 
zobaczyć! 
Stał przez parę sekund z zamkniętymi oczami. W pieczarze zapanowała atmosfera  
oczekiwania. Sharissa pierwsza zaczęła się zastanawiać, dlaczego patriarcha 
jeszcze tu jest.  
Było jasne, że zamierzał teleportować się do swojej małżonki. 
To samo przyszło na myśl Barakasowi, bo opuścił ręce i spojrzał na nią w 
zdumieniu. 
- Moc! Miałem ją! Teraz... trochę zostało, ale nie wystarczy do tego zadania! 
- Moc przestała cię słuchać - odezwał się Faunon. Sharissa spojrzała na niego ze  
zdziwieniem. Na znak Barakasa strażnicy puścili go. Elf podszedł do Sharissy i 
objął ją w  
talii. Zaskoczona czarodziejka po chwili stwierdziła, że jego bliskość sprawia 
jej  
przyjemność. 
- - Obecnie jesteśmy tutaj jedynymi osobami o czarodziejskich zdolnościach, lecz 
w  
tym przypadku nasza siła nie wystarczy, żeby służyć jakąś pomocą. 
- - Odsuń się od niej natychmiast! - ryknął Reegan. Wyciągnął miecz i ruszył w 
ich  
stronę. 
- - Reegan! - Głos nawykły do rozkazywania sprawił, że następca wrósł w ziemię. 
-  
Mów dalej, elfie. Jakiegoż to wielkiego odkrycia dokonałeś? 
- - Sharissa pewnie też wie - odparł Faunon - ale skoro ja odezwałem się 
pierwszy,  
na mnie spada obowiązek wyjaśnienia. 
- - Zatem spełnij go, zanim pozwolę pierworodnemu jeszcze bardziej się zbłaźnić! 
- - Ojcze... 
- - Milcz! 
Sharissa dostrzegła cień uśmiechu na ustach elfa, który po chwili podjął: 
- Z opowieści przodków znam czary Vraadow na tyle dobrze, by umieć je rozpoznać.  
Ich smród wystarcza, abyrn żałował, że mam dar wyczuwania ich obecności. Poza 
tym  
Sharissa mówiła mi, że nagle wróciła warn moc czarnoksięska. 
- - Moja więź! - Gerrod popatrzył na Faunona z mieszaniną zdziwienia i szacunku. 
- - Kiedy robi się dziurę, to zwykle coś wycieka. 
- - Smok z Głębin ponownie zapieczętował i wzmocnił barierę między światami -  
dodała Sharissa. - Straciliście dostęp do mocy. 
Patriarcha zmrużył krystaliczne oczy. 
- Przenieś mnie do warowni! Ty sam albo oboje! Faunon parsknął. 
- - Nawet gdybyśmy chcieli, Vraadzie, nie mamy na to siły, nie po tym, przez co  
przeszliśmy. Nie jestem nawet pewien, czy byłoby to bezpieczne. Mój lud żyje 
tutaj znacznie  
dłużej od was, a nasze podania... 
- - Mam dość tych przeklętych bajań! 
- - Nasze podania... - mówił elf, delektując się swoją rolą, choć Sharissa 
widziała, że  
zdaje sobie sprawę z ryzyka przeciągnięcia struny - mówią o czasach, kiedy ta 
ziemia się  
zbudziła... jak teraz za sprawą opiekuna-odstępcy. 
- - I co mówią te hissstorie? - zapytał Lochivan. 
Złapał skrzynkę oburącz, jakby zamierzał sprezentować ją Sharissie. Czy Czarny 
Koń  

background image

wiedział, że Tezerenee nim manipuluje? Czy poświęcił się, żeby ona mogła 
odzyskać  
wolność? Czarodziejka miała nadzieję, że pozna odpowiedzi. Miała nadzieję, że 
jeszcze  
zobaczy Czarnego Konia, całego i zdrowego. 
- - Że ci, którzy ściągnęli na siebie uwagę w takich burzliwych czasach, 
zmienili się  
nie do poznania. To mówią. 
- - Reegan - warknął Barakas, krzywiąc twarz z wściekłości - jeśli elf nie 
przestanie  
mówić zagadkami, możesz potraktować go mieczem. 
- Faunonie - rzuciła ostrzegawczo Sharissa. Ujął jej rękę. 
- Pamiętasz, co mówił drugi opiekun? Można panować nad przemianą. W przeszłości  
też tak było. Kiedy ziemia się budzi, czary dziczeją. Ci, którzy za często z 
nich korzystają,  
stają się bardziej wrażliwi, bardziej podatni na... zmiany. 
Barak as powiódł wzrokiem po pradawnej pieczarze. Ciszej powiedział: 
- Ta jaskinia leży w obrębie włości mojego następcy, wiec tutaj postanowiłem 
założyć  
siedzibę, z której będę sprawować naczelną władzę nad Smoczym Królestwem. - 
Sharissa z  
zaciekawieniem zauważyła, że Reegan nie wygląda na uszczęśliwionego. Liczył na  
niezawisłe królestwo, nie takie, w którym nadal będzie podlegać ojcu. Patriarcha 
nie dbał o  
jego odczucia. - Niestety, muszę na jakiś czas odłożyć te plany, ale ich nie 
zarzucę. Reegan,  
do mnie! 
Następca w milczeniu przebolał decyzję ojca i stanął u jego boku. 
- - Panie? 
- - Zostaniesz tutaj i będziesz przygotowywać siedzibę. Bądź czujny. 
- - Tak jest, ojcze. 
- - Przyszykujcie najściglejsze smoki do podróży. Dwa tuziny... nie, tuzin! 
Więcej  
nie trzeba. - Patriarcha zwrócił się do trojga jeńców. - Wy udacie się ze mną. - 
Ruchem ręki  
uciszył protesty. Reegan też ośmielił się wyrazić sprzeciw, bo chciał, żeby 
Sharissa została z  
nim. Barakas popatrzył na czarodziejkę i oznajmił: - Jeśli uznam, że mogę warn 
zaufać, każę  
zdjąć te pęta. Na razie mają wisieć na waszych szyjach. Nie próbujcie ich usuwać 
bez mojego  
zezwolenia, bo przekonacie się, że kąsają! 
Sharissa otworzyła usta, chcąc powiedzieć, że udzielenie mu pomocy leży również 
w  
ich interesie. Powstrzymała się od komentarza, bo wiedziała, iż pan klanu i tak 
by nie  
uwierzył, że pojechałaby z nim z własnej woli. 
Wielmożny Barakas omiótł wzrokiem swoich poddanych. 
- I co? Czego tak stoicie? Zabierać się do roboty! Smoczy wojownicy rozproszyli 
się,  
z wyjątkiem tych, którzy ochraniali swego pana lub czekali na dalsze rozkazy. 
Reegan też  
został, ale Lochivan zabrał skrzynkę i wyszedł. Sharissa westchnęła ciężko. Z 
powodu  
pospiesznej ekspedycji do warowni Tezerenee znajdzie się jeszcze dalej od 
Czarnego Konia. 
- - Ruszamy za godzinę - oznajmił więźniom władca Tezerenee - i będziemy jechać,  
póki smoki nie zaczną ustawać. Wtedy zatrzymamy się na popas, żeby odzyskały 
siły, i znów  
pognamy do upadłego. 
- - A co z nami? - zapytał Gerrod. - Już ledwo stoimy... pewnie ty też jesteś  

background image

wykończony. 
- - Jesteśmy Tezerenee, Gerrodzie. Imię Tezerenee oznacza potęgę, na wypadek,  
gdybyś zapomniał. Zniesiemy wszelkie trudy dla dobra innych. Ci dwoje... - 
wskazał na  
Sharissę i Faunona - będą musieli się dostosować. 
Czarodziej parsknął i mruknął coś o pustych słowach, ale jego ojciec już się 
odwrócił. 
Nie zdążyli wypocząć, bo rozkazy patriarchy były nieodwołalne, ale trochę się 
posilili.  
Ostatnie dni rozregulowały im wewnętrzne zegary, wiec z początku skubali jadło 
bez  
większego przekonania. Dopiero kiedy strawa zaczęła ją rozgrzewać, Sharissa 
poczuła  
ukłucia głodu. Wówczas z zapałem rzuciła się na jedzenie i zobaczyła, że 
towarzysze dzielnie  
jej sekundują. 
Strażnicy obserwowali ich, czy nie manipulują przy obrożach. Barakas 
najwyraźniej  
uznał, że mimo ostrzeżeń o niebezpieczeństwie w przypadku tej trójki należy 
liczyć się z  
próbą ucieczki. Niepotrzebnie się przejmował, bo potrzebowaliby pełni zdolności, 
żeby  
cokolwiek przedsięwziąć. 
Z braku wyboru rozsiedli się na ziemi. W grocie nie było innych sprzętów poza  
tronem patriarchy. Sharissa nie miała pojęcia, skąd Tezerenee wytrzasnęli to 
okropieństwo,  
mało podobne do krzesła czy stołka i sądząc z wyglądu, piekielnie niewygodne. 
Tron pasował  
do charakteru Barakasa, bo siedzenie na nim musiało wymagać cierpliwości i 
uporu. 
Przez krótki czas czarodziejka koncentrowała się na kamiennych posągach, które 
stały  
zaledwie parę kroków dalej. Choć jej moce znów były stłumione, wyczuwała 
tętniące w nich  
życie. Nie miała pojęcia, dlaczego nikt inny go nie wyczuwa. Faunon podczas 
jedzenia co  
rusz podnosił głowę, jakby coś nie dawało mu spokoju, ale nie umiał określić 
przyczyny.  
Czyżby była lepiej dostrojona do tego świata niż oni? Zaakceptowała swój nowy 
dom bez  
zastrzeżeń, podziwiając jego naturalne piękno; była za młoda, żeby znać 
pierwotną urodę  
Nimth. Może dzięki tej uległości nauczyła się manipulować siłami wiążącymi 
świata z  
biegłością nieosiągalną dla innych. 
To jednak nie wyjaśniało, dlaczego moce drzemiące w posągach narastały z każdą  
minutą. 
Co będzie, gdy ziemia naprawdę się zbudzi? Czy wyczuwała pierwsze oznaki  
przebudzenia? 
Powrót Barakasa przerwał jej rozmyślania. Patriarcha nadal utykał, ale troska o 
żonę i  
los rodzącego się imperium kazała mu zapomnieć o bólu. Reegan szedł z tyłu z 
miną młodego  
smoka, który dostał klapsa od matki. Niewątpliwie próbował przekonać ojca, że 
powinien go  
zabrać albo zostawić Sharissę w jaskiniach. 
Patriarcha skinął na nią. 
- Zaspokoiłaś głód, wielmożna Sharisso? 
Zdała sobie sprawę, że tytułuje ją wtedy, gdy czegoś od niej chce. Podniosła się 
i  
odparła: 

background image

- - Na razie wystarczy. Ale przydałby się odpoczynek. 
- - Kiedy pobędziesz wśród nas dostatecznie długo, nauczysz się sypiać w siodle. 
 
- - Mam nadzieję, że aż tyle czasu z wami nie spędzę. Barakas rozciągnął wąskie  
wargi w uśmiechu. 
- - Szczerość to chwalebna cecha, ale nie w tej chwili. 
- - Ojcze... 
- Milcz, Reeganie. Masz obowiązki, jeśli dobrze pamiętam. Wykonaj je jak 
przystoi  
na przyszłego pana klanu... na przyszłego cesarza. 
Zwalisty Tezerenee spojrzał tęsknie na Sharissę, która postawiła sobie za cel 
nie  
patrzeć w jego stronę. Odprawiony, zasalutował ojcu i odszedł. 
Patriarcha zdjął hełm, co ostatnio nieczęsto się zdarzało. Czarodziejka była  
wstrząśnięta siwizną w jego włosach i głębokimi bruzdami na czole i policzkach - 
bruzdami,  
które mógł wyrzeźbić tylko czas wraz ze zmęczeniem. Przyszła jej na myśl twarz 
Gerroda po  
katastrofie z czarami Vraadow w grocie szalonego opiekuna. Wielmożny Barakas 
Tezerenee  
nie starzał się; on już był stary. 
- - Reegan niedługo zostanie cesarzem - zapewnił ich patriarcha. Napotkał 
spojrzenie  
Gerroda i wyczytał w nim zaciekawienie. - Tak, wreszcie się starzeję. Nadchodzi 
koniec  
smoczego władcy. Pewnie zostało mi parę dziesiątków lat, nie więcej. 
- - Ale przeżyłeś ich tysiące - odparł czarodziej. Wskazał na własną twarz. -  
Niedługo pojawią się zmarszczki. Ten świat lubi zabijać tych, którzy nie chcą 
ugiąć przed  
nim karków. 
Monarcha przekrzywił głowę, przyglądając się zbuntowanemu synowi. Potem z  
kpiącym uśmiechem potrząsnął głową i zwrócił się do Sharissy: 
- - Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła. 
- - Nie jestem zaskoczona. 
- - Wysłuchaj mnie. Jeśli mi pomożesz, nie będę naciskać na twoje małżeństwo z  
moim pierworodnym. Odejdziesz razem z elfem dokąd zechcesz. 
- - Wszyscy kojarzą nas w parę - skomentował elf. Jedzenie, choć marne i spożyte 
w  
pośpiechu, przywróciło mu humor. 
Pan klanu nie zaszczycił go uwagą. 
- - I co myślisz? 
- - Nie powiedziałeś mi, czego chcesz. 
Gerrod pochylił się, nim ojciec zdążył rzec słowo, i przestrzegł: 
- - Strzeż się obietnic! Przysięgę można złamać. 
- - Nie będzie łamania przysiąg. - Zdawało się, że Barakas ma ochotę kopniakiem  
wskazać synowi jego miejsce, ale pewnie wiedział, że straciłby sporo w oczach 
czarodziejki. -  
Sprawa dotyczy twojej rodziny, twojej matki i rodzeństwa! 
Czarodziej udał, że to go nie obchodzi, ale Sharissa dobrze wiedziała, że choć  
odwrócił się od ojca, nie pragnął krzywdy swojego ludu. 
- Czego chcesz? - zapytała także dlatego, żeby oderwać uwagę patriarchy od 
Gerroda.  
Za każdym razem, gdy patrzył na syna, w pieczarze robiło się zimniej. 
Barakas podrapał się po szyi, choć w przeciwieństwie do wielu innych Tezerenee 
już  
nie cierpiał z powodu wysypki. 
- Chcę, żebyś współpracowała ze mną przez czas potrzebny na sprawdzenie, co się  
stało w warowni, zwłaszcza czy wielmożna Alcia nie poniosła szwanku. Chcę, żeby 
również  
twoi towarzysze poszli mi na rękę. 
Była to trochę pokrętna odpowiedź, lecz czarodziejkę ogarnęło wzruszenie. Nie  

background image

przestała uważać Barakasa za wroga, ale doceniła jego troskę o żonę - troskę, 
która zepchnęła  
na drugi plan nawet żądzę władzy. 
- - Przysięgam na ducha smoka, że odzyskacie wolność, gdy tylko stwierdzę, że 
nic  
nam nie grozi. I co ty na to? 
- - Wszyscy? 
- - Wszyscy. 
Patrzyła na niego uważnie przez parę sekund, zbierając myśli. Nadarzała się 
okazja,  
żeby wstawić się za przyjacielem. Jeśli ją zmarnuje... 
- Łącznie z Czarnym Koniem. 
Barakas zrobił taką minę, że niemal pożałowała wyrzeczonych słów, ale przecież 
nie  
mogła zostawić mrocznego rumaka na jego łasce. 
- Chcesz demona? - Po chwili władcy Tezerenee udało się zapanować nad gniewem,  
choć nie do końca. - Bierz go sobie! Choć nasza moc została umniejszona, 
zwyciężymy. 
- W takim razie pomogę ci - oznajmiła po prostu. Słysząc jej spokojną odpowiedź,  
zrezygnował z długiej tyrady. 
Odetchnął głęboko i powiedział: 
- Jestem ci wdzięczny, wielmożna Sharisso. Zobaczysz, że dotrzymam słowa, choć  
moi synowie są innego zdania. 
"To znaczy Gerrod i Reegan" - pomyślała. 
- Skoro doszliśmy do porozumienia - kontynuował - mogę warn powiedzieć, że smoki  
są gotowe do drogi. Straże! 
Kolejno podnieśli się na nogi i opuścili jaskinię, do której Sharissa weszła 
prawie  
tydzień wcześniej. Ku jej zaskoczeniu patriarcha minął kilka potężnych 
latających smoków i  
zaczął zsuwać się po zboczu do stóp góry, gdzie czekały jaszczury bez skrzydeł. 
- Nie udamy się drogą powietrzną? 
Gerrod, który lepiej od współwięźniów wyznawał się na klanowych zwyczajach,  
wyjaśnił: 
- - Na niebie za bardzo rzucalibyśmy się w oczy. Poza tym podróż po ziemi będzie  
szybsza. Smok latający musi częściej odpoczywać, zwłaszcza jeśli kogoś dźwiga. 
- - To tłumaczy względnie wolne tempo, w jakim zmierzaliśmy w tę stronę -  
powiedział Faunon. - Dzięki temu powietrzne oddziały bojowe miały czas na 
odpoczynek. 
Poza strażnikami miała towarzyszyć im tylko garstka Tezerenee. Sharissa zdziwiła 
się,  
ale też poczuła ulgę, że jest wśród nich Lochivan ze skrzynką. 
Barakas zauważył chorego syna. 
- - Kto ci kazał tu przyjść? 
- - Sssam podjąłem decyzję. 
Patriarcha miał niezbyt zadowoloną minę. Chyba wolałby, żeby oczy obecnych  
kierowały się w inną stronę, nie na niego i Lochivana. 
- - Twoja słabość... 
- - Zapanuję nad nią - odparł dziwnym głosem Lochivan. Starał się, żeby nikt nie  
widział jego twarzy; zapewne nie chciał, żeby malujące się na niej wycieńczenie 
obniżyło  
morale podwładnych. 
- - Zastanawiam się... - mruknął Gerrod. 
- - Nad czym? - zapytała. 
Czarodziej odwrócił się, nie zdając sobie sprawy, że mówił na głos. 
- Nic. Coś sobie pomyślałem. 
Patriarcha i Lochivan ściszyli głosy. Po krótkiej wymianie zdań Barakas pokiwał  
głową. Ruchy Lochivana niewiele zdradzały, ale chyba kamień spadł mu z serca. 
- Czas ucieka - rzekł Barakas do pozostałych. - Wsiadać na smoki. 
Kiedy wszyscy byli gotowi, patriarcha obrócił się w siodle ku tym, którzy mieli 
tu  

background image

zostać. Jeden z Tezerenee wzniósł wysoko klanowy sztandar, który załopotał na 
wietrze.  
Wszyscy wojownicy, łącznie z Reeganem, przyklękli. 
- Niebawem wrócę. Przezwyciężyliśmy zagrożenia fizyczne i magiczne, a ta 
jaskinia,  
ta naturalna warownia, stanie się stolicą, z której władać będę cesarstwem 
obejmującym cały  
kontynent. Wydzieliłem królestwa wszystkim swoim wiernym synom... - Barakas 
nawet nie  
spojrzał w stronę Gerroda - a mój pierworodny, Reegan, będzie współwładał ze mną 
do dnia  
mojej śmierci, kiedy to zostanie cesarzem. Cesarzem trzynastu królestw i 
dwudziestu pięciu  
księstw, które przypadną zasłużonym! 
- - Kolejna napuszona przemowa - szepnął z drwiną Gerrod. Patriarcha nie słyszał 
go  
- albo nie chciał słyszeć. 
- Straciliśmy łączność z naszymi rodzinami, a istnieje obawa o ich 
bezpieczeństwo.  
Moim zdaniem lęki są bezpodstawne, mam jednak prawo i obowiązek osobiście udać 
się do  
warowni. Kiedy upewnię się, że wszystko jest w porządku, powrócę z licznym 
oddziałem  
naszych braci i wówczas naprawdę zawładniemy tymi ziemiami! - Spojrzał na Kivan 
Grath,  
jakby góra reprezentowała cały kontynent. - Przekształcimy je według naszej 
woli! 
Barakas splótł ręce na piersi na znak, że przemowa dobiegła końca. Tezerenee  
podnieśli się z klęczek i krzyknęli gromko, jak oczekiwano. Reegan dobył miecz z 
pochwy i  
wzniósł go w salucie. 
- - Pompa i parada - mruknął Gerrod. 
- - Ruszamy - zarządził patriarcha, patrząc wściekle na niepokornego syna. 
Nie do końca ufając więźniom, kazał prowadzić ich jaszczury. Jeden ze strażników  
złapał wodze i pociągnął za sobą wierzchowca Sharissy, powoli, żeby nie 
wyprzedzić pana  
klanu. Władca Tezerenee zawsze musiał przewodzić, nawet gdy chodziło o 
symboliczne  
wyruszenie na czele oddziału. 
Wojownicy pozostający w jaskiniach pokrzykiwali gromko na cześć swego władcy.  
Gdyby Sharissa nie była taka zmęczona - I gdyby nie myślała o tym, w jakim 
będzie stanie,  
gdy wreszcie się zatrzymają - dużo bardziej podziwiałaby ich entuzjazm. Obecnie 
miała tylko  
nadzieję, że za miesiąc też będą pełni zapału. 
Wojowniczka stojąca najbliżej zdjęła hełm i zaczęta drapać łaty suchej, 
czerwonej  
skóry na szyi i podbródku. Sharissa spojrzała na nią, ale wtedy strażnik 
prowadzący jej smoka  
przyspieszył. Kobieta i inni Tezerenee zniknęli z pola widzenia. Czarodziejka 
była  
wyczerpana i nie zadała sobie trudu obrócenia się w siodle, żeby na nich 
popatrzeć. 
Poza tym miała na głowie wiele ważniejszych spraw. Zbyt wiele, by przejmować się  
dokuczliwą, ale najwyraźniej niegroźną wysypką. 
 
XIX 
 
Minęła północ, gdy patriarcha uległ prośbom swoich ludzi i zezwolił na popas. W 
tym  

background image

czasie znużone wierzchowce niemal waliły się z nóg, a Sharissa zasypiała w 
siodle. Wbrew  
zapewnieniom patriarchy, że nauczy się wypoczywać podczas jazdy, z rozkoszą 
zsunęła się z  
narowistej bestii i powlokła w bezpieczne miejsce, gdzie mogłaby choć trochę 
zregenerować  
siły. Gerrod i Faunon byli w niewiele lepszym stanie, podobnie jak sami 
Tezerenee, choć oni  
wcześniej mieli więcej okazji do zażycia wypoczynku. 
Tylko patriarcha tryskał energią, ale energia ta wyrastała z lęku i zmartwienia. 
Jej  
zapas szybko miał się wyczerpać i pozbawić go sił. 
Sharissa zapadła w głęboki sen. Śniła jak nigdy dotąd, sny jednak nie niosły 
ukojenia.  
W jednym ujrzała rękę, która wyłoniła się spod ziemi i złapała ją, urobiła jak 
glinę i zaczęła  
formować w setki kształtów, co do jednego przerażających. W innym obejmowała się 
z  
Faunonem. Była to przyjemna scena i wiedziała, że zaraz się pocałują. Raptem 
twarz elfa  
przemieniła się w gadzią maskę, lecz nadal chciał ją pocałować. Zbudziła się i 
nie mogła  
zasnąć przez ponad pół godziny, bo twarz wydawała się taka realna. 
Były też inne sny, ale zostały po nich tylko zamglone wspomnienia, zbyt 
niejasne, by  
się nimi przejmować. Pamiętała tylko jedną rzecz, ale to wystarczało, by wprawić 
ją w  
drżenie. 
W kilku koszmarach słyszała szyderczy śmiech obłąkanego opiekuna. Zdawało się, 
że  
chichot przenika z jednego snu do drugiego. Dzwonił jej w uszach, gdy zbudziło 
ją delikatne  
poklepywanie po ramieniu. 
Światło dnia poraziło jej oczy. Faunon uśmiechnął się do niej. Wyglądał lepiej, 
ale nie  
do końca pozbył się śladów znużenia. Sharissa nie dbała o to, jak sama musi 
wyglądać.  
Zdumiewała się tylko, że jeszcze komuś może się podobać. Nie byłaby zdziwiona, 
gdyby  
spojrzała w lustro i stwierdziła, że w porównaniu z nią smoczyca jest 
niedościgłym wzorem  
urody. 
Elf wyciągnął rękę i pomógł jej wstać. 
- - Mógł zbudzić cię jeden z nich albo ja. Wiem, że jeszcze nie wypoczęłaś, ale  
pomyślałem, że może przedłożysz widok mojej bladej twarzy nad ich metalowe 
maski. 
- - Cieszę się, że to ty. - Dotyk jego dłoni sprawiał jej przyjemność i nie tak 
szybko  
wypuściła jego rękę. - Co z jedzeniem? 
- - Nie przeszkadzałbym ci, gdyby nie było śniadania. - Wskazał na dwie miski  
leżące na ziemi. Gulasz, jakim tak dawno temu poczęstowała ją wielmożna Alcia, i 
to niemal  
równie aromatyczny. Dobrze pamiętała tamen poczęstunek, bo taka gościnność 
kłóciła się z  
charakterem Tezerenee. Czasami zapominała, że władczyni pochodzi spoza klanu, że 
klan nie  
istniał, dopóki Barakas nie połączył odrębnych grup krewnych i nie stopił ich w 
jedyną  
prawdziwą rodzinę wśród Vraadow. Koncepcję kłanu znano tylko z wczesnych dni 
rasy, lecz  

background image

Barakas dopilnował, by nadano jej nowy wymiar, a jego małżonka pracowała z nim 
ramie w  
ramię. Tezerenee stali się potęgą tak za jego, jak i za jej sprawą. 
Sharissa miała nadzieję, że nie spotkało jej nic złego. 
- Gdzie jest Gerrod? - zapytała, chcąc uwolnić się od rozmyślań o wielmożnej 
Alcii. 
Faunon podał jej miskę. Po chwili wahania odparł: 
- Widziałem go ostatnio w towarzystwie brata. Razem wyszli z obozu. 
Próbują coś zaradzić na chorobę Lochivana. Tylko takie wytłumaczenie 
przychodziło  
jej na myśl. Braci nadal dzieliły głębokie różnice, ale troska o los ludzi 
pogodziła ich  
przynajmniej na jakiś czas. Gdyby chodziło o inną rodzinę, czarodziejka 
cieszyłaby się w  
imieniu Gerroda. W przypadku klanu Tezerenee miała nadzieję, że czarodziej nie 
stanie się  
jednym z nich. 
Padł na nich czyjś cień. Podnieśli głowy i zobaczyli smoczy hełm jakiegoś 
Tezerenee. 
- Mój pan każe warn powiedzieć, że niebawem ruszamy w drogę. Przygotujcie się. 
Elf jęknął, gdy wojownik odmaszerował. 
- - Nieczęsto jeździłem wierzchem. Pomyśleć, że kiedyś konia uważałem za  
nieokiełznane zwierzę. Samo siedzenie okrakiem na tych wielkich bydlakach jest 
dużo  
gorsze. 
- - Co spodziewasz się zastać w warowni? - zapytała znienacka. Musiała 
dowiedzieć  
się jak najwięcej, a Faunon był jej jedynym źródłem informacji. Z nich 
wszystkich tylko on  
urodził się w tym świecie. 
Elf natychmiast spoważniał, ujawniając głębię swojej duszy. 
- Nie wiem, moja prześliczna Vraadko. Jedyną dającą się przewidzieć cechą tej 
ziemi  
jest jej nieprzewidywalność. Z żalem przyznaję, że mamy jednakowe szansę 
zgadnąć, co  
przyniesie nam przyszłość. - Ujął jej rękę. - Przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. 
Ścisnęła jego rękę, impulsywnie pochyliła się i pocałowała go. Gdy popatrzył na 
nią z  
jawnym zdumieniem, uśmiechnęła się i powiedziała: 
- Ależ możesz. 
Znów ruszyli w takim tempie, jakby zbuntowany opiekun deptał jaszczurom po  
ogonach. Gerrod i Lochivan, którzy zjawili się tuż przed zakończeniem 
przygotowań do  
drugiego dnia szaleńczej jazdy, rozstali się, jakby nic się między nimi nie 
zmieniło. Sharissa  
popatrzyła na czarodzieja, spodziewając się jakiegoś wyjaśnienia, ale on tylko 
naciągnął  
kaptur na głowę i szczelnie zacisnął płaszcz. Poznała, że jest bardziej 
strapiony niż wczoraj. 
Słońce było wysoko na niebie, gdy wyruszyli. Pędzili co smok wyskoczy, starając 
się  
utrzymać tempo, jakie narzucił patriarcha. Ten dzień był gorszy niż pierwszy i 
Sharissa  
domyślała się przyczyny. Była pewna, że Barakas jeszcze raz próbował 
teleportować się do  
warowni i znowu poniósł porażkę. Dlatego zależało mu na przebyciu jak 
największego  
odcinka drogi. 
W trakcie jazdy nie mogli rozmawiać, ale Sharissa starała się jak najczęściej  
spoglądać na Faunona. Odpowiadał jej lekkim uśmiechem, który zdradzał napięcie. 
Do czasu  

background image

popadnięcia w niewolę u Tezerenee uważał, że jazda wierzchem na smokach jest 
niemożliwa.  
Prawdopodobnie nadal tak myślał. 
Po drugiej stronie, za strażnikiem Tezerenee, jechał Gerrod. Patrzył prosto 
przed  
siebie i tylko raz zerknął na Sharissę. Kaptur ocieniał jego oczy i czarodziejka 
odniosła  
wrażenie, że spogląda w puste oczodoły trupa. Odruchowo odwróciła głowę i chwilę 
później  
pożałowała swego zachowania, ale kiedy chciała go przeprosić, on już spoglądał 
na drogę. 
Chcąc znaleźć Lochivana, musiała wyciągnąć szyję i odwrócić się, co na dłuższą 
metę  
było niebezpieczną sztuką. Dostrzegła go po kilku próbach. Jechał na końcu 
kolumny ze  
spuszczoną głową, więc choć nie miał hełmu, nie mogła zobaczyć jego twarzy. Przy 
jego  
siodle podskakiwała skrzynka. Mimo że Lochivan ośmielił się sprzeciwić 
patriarsze, nadal  
miał w swojej pieczy więzienie Czarnego Konia. 
Sharissa była zła, że nie zażądała wypuszczenia mrocznego rumaka. Przysięgła 
sobie,  
że porozmawia z Barakasem, gdy tylko się zatrzymają. Jeśli zdoła go przekonać, 
że Czarny  
Koń będzie jej posłuszny i nie będzie szukać zemsty, może zwróci mu wolność. 
Warto też  
wspomnieć, że hebanowy ogier może służyć wielką pomocą... choć to zależało od 
jego siły. Z  
goryczą wspomniała, że został surowo ukarany za atak na władcę Tezerenee. 
Zapadła noc, gdy się zatrzymali. Jaszczury były wytrzymałe i szybkie, ale po 
długim  
biegu wymagały dłuższego odpoczynku niż konie. Poza tym trzeba było je nakarmić. 
Na tę  
podróż Tezerenee zabrali duży zapas specjalnej karmy. Zmieszana z mięsem, 
zaspokajała  
głód smoków i zażegnywała ryzyko, choć niewielkie, że rzucą się na swoich panów 
w  
poszukiwaniu świeżego jedzenia. 
Zgodnie z danym sobie słowem Sharissa podeszła do patriarchy, gdy tylko zsiadł z  
wierzchowca. Za nią sunął jej ostatni milczący cień. Barakas rozmawiał z innym 
strażnikiem,  
zapewne ustalając kolejność nocnych wart. Mógł zdać się na podwładnych, ale nie 
leżało to w  
jego zwyczaju. Kiedyś powiedział, że dowódca nie siedzi z założonymi rękami, nie 
obrasta  
sadłem i nie gnuśnieje. Sam zajmował się takimi sprawami, przypominając 
poddanym,  
dlaczego jest ich panem. 
Barakas odprawił wojownika, gdy tylko do niego podeszła. Za jego plecami mignął 
jej  
Lochivan, który zbytnio przeciągał oporządzanie swojego wierzchowca. Zdawało 
się, że  
uważnie obserwuje ojca, jakby czegoś chciał. 
- - Czego sobie życzysz, wielmożna Sharisso? - zapytał patriarcha. Zmęczenie w  
jego głosie równe było temu, jakie ona czuła. 
- - Mam prośbę, wielmożny Barkasie. 
- - Formalną, prawda? Najpierw coś mi powiedz, pani. Wypoczęłaś na tyle, by  
skorzystać ze swoich zdolności? 
Cel spotkania uległ zmianie i teraz on prosił ją o przysługę. Sharissa zachowała  
spokój, myśląc, że będzie lepiej, gdy go wysłucha. To mogło przysłużyć się jej 
spawie. 

background image

- - Jeśli chcesz wiedzieć, czy mogę teleportować cię do warowni, to wątpię.  
Dokładnie poznałam tylko wnętrze. Nie wypuszczałeś mnie za mury, jak pamiętasz. 
- - Teraz powinienem tego żałować, prawda? 
- - Przykro mi. - I rzeczywiście tak było. Wprawdzie niewiele mogłaby zrobić, 
ale  
patriarcha nie był bez winy. - Poza tym, wolałabym nie materializować się 
wewnątrz... na  
wszelki wypadek. 
- - Rozumiem. Sam próbowałem zjawić się za murami. - Barakas szarpnął siwiejącą  
brodę. - Być może na czarach jeszcze nie można polegać. Kiedy podjąłem próbę tuż 
przed  
ruszeniem w drogę, wyczułem, że coś... coś bezmiernego, tylko tak mogę to 
opisać, zalega  
wokół warowni. 
Czarodziejka pomyślała o przebudzeniu ziemi i śmiechu odstępcy, nadal brzmiącym 
w  
jej pamięci. 
- - Myślisz, że... 
- - Nie wiem, co myśleć. - Zmienił temat. - Przyszłaś do mnie z prośbą. 
- - Dotyczy Czarnego Konia. 
- - Tak? - W pogłębiającej się ciemności nie dostrzegała jego oczu, ale 
wiedziała, że  
są zwężone, podejrzliwe. - A o co chodzi? 
Zaczerpnęła powietrza. 
- Dałam słowo, że ci pomogę, a ty obiecałeś, że uwolnisz nas wszystkich. Miałam  
nadzieję, że wcześniej wypuścisz Czarnego Konia... 
- Jest gwarancją twojego posłuszeństwa, wielmożna Sharisso. Czarodziejka 
pokiwała  
głową. 
- Rozumiem twoje obawy po ostatnim ataku, ale on będzie mi posłuszny. Jeśli go o 
to  
poproszę, jestem pewna, że spełni moją prośbę. Jeśli nie... - Zawahała się, 
zastanawiając się,  
co cienisty rumak pomyśli o tej propozycji. - Jeśli nie, będziesz mógł znów go 
zamknąć, a ja  
nie sprzeciwię się słowem. 
Zapadło milczenie. 
- - Zastanowię się nad tym przy wieczerzy - w końcu oświadczył patriarcha. 
- - Znów związałeś go ze skrzynką. Nie może zrobić ci krzywdy! 
- - Nigdy nie lekceważ przeciwnika, zwłaszcza rannego. Tacy są często 
najbardziej  
groźni. - Patriarcha pokiwał głową. - Dam ci znać. Obiecuję. 
Odszedł bez słowa. Sharissa nachmurzyła się i rozejrzała za Lochivanem, lecz syn  
patriarchy zniknął. 
Zastanowiła się, dlaczego władca Tezerenee nie zabrał innych dzieci. Nawet 
Lochivan  
zostałby w jaskiniach, gdyby się nie sprzeciwiał. Czyżby się bał, że spotka ich 
coś złego?  
Gerrod się nie liczył; w oczach ojca był niemal obcy. 
- Pani - odezwał się nagle jej strażnik, wyrywając ją z zadumy. - Powinnaś 
posilić się i  
odpocząć. Wielmożny Barakas chce, abyśmy o brzasku byli gotowi do drogi. 
- Dobrze. - Zastanowiła się, kiedy otrzyma odpowiedź. Dziś? Jutro? 
"Kiedy zechce jej udzielić" - osądziła końcu ze ściągniętymi brwiami. Odwróciła 
się i  
poszła do Faunona, który już czekał zjedzeniem dła nich obojga. 
Okazało się, że patriarcha podjął decyzję zanim zdążyła ułożyć się do snu. 
Większość  
Tezerenee już wypoczywała, ale Sharissa znalazła strumień, gdzie mimo protestów 
strażnika  

background image

umyła się i uprała ubranie. Wojownik, ku jej zaskoczeniu, uszanował jej 
prywatność i wbił  
wzrok w okoliczne krzaki. Była taka zmęczona, że w gruncie rzeczy jego 
zachowanie było jej  
obojętne. Ucieszyło ją tylko jedno - wreszcie była czysta. W sakwach znalazła 
suknie  
podróżne na zmianę, takie same jak ta, którą miała na sobie. Mogła tylko 
zgadywać, skąd się  
wzięły, ale pasowały na nią jak ulał i uchroniły przed zakładaniem mokrych 
rzeczy. Całkiem  
nieźle podkreślały jej figurę i zastanowiła się, czy nie pochodzą z warowni, 
gdzie być może  
kazała je uszyć wielmożna Alcia. 
Ciężkie kroki uprzedziły ją o zbliżaniu się Tezerenee, który nie dbał o 
zachowanie  
ciszy. Faunon i Gerrod, śpiący parę kroków dalej, albo nie usłyszeli przybysza, 
albo uznali, że  
lepiej nie wtrącać się w nie swoje sprawy. 
- Wielmożna Sharisso. 
Jak było w zwyczaju wśród Tezerenee, tylko patriarcha miał namiot. Czarodziejka 
i  
jej towarzysze spali pod kocami dostarczonymi przez klan, wspierając głowy na 
niewielkich  
matach. Dla Sharissy, od dawna przyzwyczajonej do wypraw badawczych w ruiny 
osiedli  
założycieli, takie posłanie było o niebo lepsze od wielogodzinnej jazdy na 
grzbiecie jaszczura.  
Niemal żałowała, że musi teraz rozmawiać z Barakasem, ale zaraz przypomniała 
sobie o  
sytuacji Czarnego Konia. 
- - Miałem nadzieję, że odświeżysz się w strumieniu. Od razu lepiej, prawda? 
- - Byłabym wdzięczna, gdybyś raczył porozmawiać z moim stróżem. Musiałam się  
z nim wykłócać. 
- - Przyjmij moje przeprosiny. 
- - Podjąłeś decyzję w sprawie Czarnego Konia? 
- - Tak. Nie wypuszczę go. Tobie mogę zaufać, ale nie temu demonowi. 
Poczuła rodzący się gniew. 
- On nie... Uciszył ją. 
- - Taka jest moja decyzja. Jednakże chętnie zrobię coś dla ciebie i dla twojego 
elfa. 
- - Mianowicie? 
- - Jutro odzyskacie swoją broń, Gerrod także. Choć nie ufam warn na tyle, by 
kazać  
zdjąć obroże, umożliwię warn obronę. Możemy potrzebować waszej trójki. I 
będziecie mieć  
wolne ręce. 
Nie na tym jej zależało, ale to było lepsze niż odrzucenie prośby i odprawienie 
z  
kwitkiem. Mimo wszystko nie mogła powstrzymać się od komentarza: 
- Wprawiasz mnie w pomieszanie, wielmożny Barakasie. Nie mogę się połapać, czy  
jesteśmy więźniami, czy towarzyszami broni. 
Roześmiał się, ale śmiech był wymuszony. 
- Ostatnio wiele rzeczy mnie miesza, pani. Dobrej nocy. Sharissa patrzyła za 
nim, gdy  
odchodził, nadal trochę kulejąc. 
Przy takich okazjach było jej żal starzejącego się monarchy. Na nieszczęście dla  
niego, żal szybko znikał, gdy tylko wspomniała, jak traktował tych, którzy go 
zawiedli albo  
poważyli mu się przeciwstawić. 
Na przykład Czarnego Konia lub Gerroda. 

background image

Barakas dotrzymał słowa i zwrócił im broń. Faunon przyjął swój miecz bez słowa, 
ale  
jego mina przyprawiła Sharissę o przelotny uśmiech. Gerrod był dużo bardziej 
sceptyczny.  
Praktycznie nie mieli szans na ucieczkę. Barakas lub Lochivan pokonaliby ich w 
pojedynkę.  
Całą trójkę. 
Myśląc o Lochivanie, Sharissa zaczęła szukać go z nadzieją, że zdoła z nim  
porozmawiać, zanim patriarcha każe ruszać w drogę. Znalazła go już w siodle, w 
smoczym  
hełmie na głowie. Siedział lekko przygarbiony, jakby bolał go brzuch. Nie miał 
przy sobie  
skrzynki, co najpewniej znaczyło, że zabrał ją Barakas. Ale w tej chwili 
znacznie bardziej  
zaniepokoił ją stan byłego przyjaciela. 
- - Lochivanie, dobrze się czujesz? 
- - W brzuchu mnie ssskręca, to wszyssstko! - Nawet na nią nie spojrzał. 
- - Lochivanie... 
Podbiegł strażnik, który tego dnia miał jej pilnować. 
- - Pani, patriarcha każe dosiadać wierzchowców! Ruszamy! 
- - Sssłyszysz, co mówi - burknął Lochivan. - Pora w drogę. 
Pozwoliła się odprowadzić, ale jak najdłużej spoglądała na niedomagającego  
Tezerenee. Lochivan wyglądał gorzej niż dotąd. Nie powinien z nimi jechać. 
Podróż  
okazywała się zbyt ciężka dla jego organizmu, mimo godnej pozazdroszczenia siły 
woli. 
Gerrod i Faunon czekali na nią na swoich jaszczurach. Czarodziej obejrzał się na 
brata  
i zerknął na Sharissę, a jego mina zdradzała wiele sprzecznych myśli. Kiedy 
chciała zapytać,  
co go martwi, pokręcił głową i zajął się innymi rzeczami. 
- Za mną! - zawołał wielmożny Barakas, dając ostrogę smokowi. Narzucił takie  
tempo, że jutro przed wieczorem mieli zobaczyć warownię, a dotrzeć do niej 
pojutrze rano.  
Nie tak prędko, jak pragnął, choć zdaniem innych było to tempo mordercze. 
Jechali godzina za godziną, przystając tylko wtedy, gdy przeszkody zagradzały im  
drogę, i raz na szybki posiłek. Sharissa nie mogła się przyzwyczaić do 
niezdarnego gadziego  
galopu i żałowała, że jej siodło nie jest bardziej miękkie. Faunon też 
podskakiwał niczym  
worek kartofli, mocno zaciskając zęby, ale Gerrod, urodzony Tezerenee, jechał ze 
swobodą i  
umiejętnością, jaką zapewnia wcześnie podjęte szkolenie. Wydawał się zagubiony w 
myślach,  
co było dla niego dość typowe. 
Zdawszy na strażnika kierowanie wierzchowcem, młoda czarodziejka spędzała czas  
na rozglądaniu się po okolicy. Wypatrywała czegoś, co odbiegałoby od normy i 
mogło  
sugerować obecność niebezpiecznych czarów. Od czasu do czasu oglądała się na 
Lochivana,  
który z coraz większym trudem panował nad swoim smokiem. To było niepokojące; 
mogło  
oznaczać, że jest bardziej chory niż się wydawało. 
Mniej więcej godzinę przed zachodem słońca zauważyła, że zostaje w tyle za 
innymi. 
Gdy obejrzała się jeszcze raz, był już ponad dwanaście długości jaszczura z 
tyłu.  
Następne spojrzenie ujawniło, że zgięty w pół Lochivan próbuje odzyskać kontrolę 
nad  
smokiem, który zaczynał ponosić w bok. 
Dała znać jadącemu obok niej Tezerenee, że powinien się obejrzeć. Strażnik  

background image

zesztywniał, gdy zobaczył, jakie problemy ma syn patriarchy. Odwrócił się do 
swojej  
podopiecznej i oddał jej wodze. Potem popędził na czoło kolumny. 
Parę sekund później patriarcha zatrzymał jeźdźców. W tym czasie Lochivan był co  
najmniej sto długości w tyle. Jego smok zawrócił w stronę gór. 
- Lochivan! - ryknął patriarcha. 
Syn nie odpowiedział. Jego ruchy wskazywały, że być może omdlał w siodle.  
Patriarcha zawołał jeszcze raz. 
Sharissa straciła cierpliwość. Zawróciła oporne zwierzę w kierunku dalekiej 
postaci. 
- Skoro nie odpowiada na twoje wołanie, to pewnie nie może! Może jest zbyt 
chory,  
by cokolwiek zrobić! 
Z tymi słowami popędziła jaszczura, przedarła się między zaskoczonymi Tezerenee 
i  
pognała w stronę Lochivana. 
- Nie, Sharisso! Zaczekaj! - zawołał za nią Gerrod. 
Korzystając z zamieszania, Faunon wyrwał wodze z rąk swojego strażnika i puścił 
się  
w ślad za przejętą czarodziejką. Podziękowała mu spojrzeniem, gdy się z nią 
zrównał.  
Pędziła, próbując dogonić tamtego smoka, zanim uniesie bezradnego jeźdźca na 
pustkowia. 
- Lochivan! 
Poruszył się. Nadal kulił się jakby z bólu, ale teraz przynajmniej zareagował.  
Czarodziejkę dzieliła od niego ponad połowa pierwotnej odległości. Nie miała 
pojęcia, czy  
jedzie za nią ktoś oprócz Faunona. Wiedziała, że spieszenie z pomocą komuś, kto 
nie umie  
poradzić sobie z chorobą, kłóci się z surowymi zwyczajami Tezerenee. W klanie 
rządziły  
iście smocze prawa. 
Kiedy odległość zmalała do jednej trzeciej, Lochivan nagle wyprostował się w 
siodle i  
lekko odwrócił głowę. Jechał odwrócony do niej plecami, ale wyciągnął szyję, 
żeby ją  
zobaczyć. Nawet gdyby nie miał hełmu, nie mogłaby dostrzec jego twarzy i 
malującego się na  
niej bólu, który niemal pozbawił go przytomności. 
Nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać, ale jego reakcja, kiedy wreszcie  
nastąpiła, tak ją wystraszyła, że niemal ściągnęła wodze swojego smoczego 
wierzchowca. 
Nie odwracając się, Lochivan pomachał ręką. Kazał jej zawrócić. Sharissa 
zamrugała,  
zastanawiając się, dlaczego odrzuca tak potrzebną mu pomoc. Nie miała zamiaru 
rezygnować.  
Nawet jeśli on uważał, że nie potrzebuje pomocy, ona była innego zdania. 
Z tyłu dobiegł wytężony głos Gerroda. On też chciał, żeby zawróciła. 
- - Lochivan! - zawołała. - Potrzebujesz pomocy! Jesteś chory, Lochivanie! 
- - Zawróć i uciekaj! - odkrzyknął. 
Zadrżała, słysząc jego głos, który brzmiał dużo gorzej niż wcześniej. 
Przypominał  
głos zwierzęcia próbującego uwolnić się z pułapki. 
Smok Tezerenee miotał się jak szalony, nie wiedząc, czego chce od niego 
jeździec.  
Lochivan potrząsał wodzami, jakby chciał zniechęcić Sharissę do kontynuowania 
pościgu. 
- Zostaw mnie! Ratuj się, głuptasssko! Sssłuchaj mojego brata! Znów się zgarbił 
i  
sprężył, jakby mocował się z pancerzem. 

background image

Sharissa chciała podjechać do niego na wyciągnięcie ręki, ale nagle jej 
wierzchowiec  
stanął dęba. Kopnęła go po bokach i zaklęła - wielu Tezerenee tak robiło - ale 
jaszczur nie  
chciał się zbliżyć, tylko dreptał w miejscu, co powiększyło jej zdenerwowanie. 
Lochivan dosłownie zgiął się we dwoje. Cierpiał tak bardzo, że nawet nie 
próbował  
tego ukrywać. Jego wrzask spłoszył smoki, które przestały słuchać jeźdźców. 
Sharissa ze  
wszystkich sił trzymała się siodła - a potem zastanowiła się, dlaczego zawraca 
sobie głowę  
oporym jaszczurem. W tej chwili szybciej dotrze do Lochivana na własnych nogach. 
Starając się nie myśleć, jak zachowa się ogłupiały smok chorego Tezerenee, kiedy  
znajdzie się blisko niego, zeskoczyła na ziemię. Kątem oka zobaczyła, że Faunon 
ściąga  
wodze i robi to samo. Serce zamarło jej w piersiach, bo biegł prosto ku 
złowieszczej paszczy  
przerażonego jaszczura. 
- Zajmij się nim! - krzyknął do niej. - Ja uspokoję tego potwora! 
Pokiwała głową, zostawiając słowa wdzięczności na później, kiedy już będzie po  
wszystkim, i ostrożnie podeszła do Lochivana. 
Trząsł się na całym ciele, nadal chowając przed nią twarz. Zdawało się, że ma na 
sobie  
nie dopasowaną zbroję. Noga od jej strony wyglądała na złamaną, sądząc z kąta, 
pod jakim  
była wygięta. Sharissa nie miała pojęcia, jakim cudem trzyma się na grzbiecie 
smoka.  
Odłożyła na bok te pytania; rozważy je, gdy Lochivan znajdzie się w bezpiecznym 
miejscu. 
- Lochivanie! Zsiadaj! Ten potwór może cię zrzucić! 
W jego stanie upadek mógł okazać się fatalny. Przysunęła się jeszcze bliżej. 
Miała go  
w zasięgu ręki. Faunon trzymał wodze, które Lochivan z bólu wypuścił z rąk. Nie 
pozwalał  
oszalałemu smokowi popędzić na oślep, i to było wszystko, na co liczyła. 
- Wynoś się! - warknął Tezerenee, odpędzając ją ręką i stale odwracając się w 
drugą  
stronę. 
Czy choroba odjęła mu rozum, czy...? Przepędziła straszną myśl, gdy jego ręka  
znalazła się w zasięgu. Złapała ją. 
- Nieee! - Przekręcił rękę, chcąc się wyswobodzić, i niechcący zsunął rękawicę.  
Sharissa zobaczyła sękatą, szponiastą dłoń pokrytą ciemnozieloną łuską... 
Wtedy odwrócił się do niej, sięgnął drugą ręką do hełmu, który przestał pasować 
na  
jego głowę i już zaczynał pękać. 
- Ostrzegałem cię, Sharissso! Nie chciałem, żebyś to widziała! Nie chciałem, 
żeby  
ktokolwiek to zobaczył! 
Przybyli pozostali Tezerenee. Barakas już zsiadł z wierzchowca i pędził do syna, 
gdy  
Lochivan wyciągnął szponiastą dłoń, jęknął z bólu i ściągnął hełm z głowy. 
- - Serkadion Manee! Lochivanie, nie! 
- - Tak, Sharissso! 
Patrzył na nią pokryty łuską potwór, pokazujący w uśmiechu liczne ostre zęby. 
Nic  
dziwnego, że hełm wydawał się za ciasny. Nos i usta stopiły się w pysk, który 
rósł na jej  
oczach. Zbroja była mocna, ale pękała w wielu miejscach, gdy ciało podlegało 
przemianie. 
Przeobrażenia, jakim podlegał Lochivan, były znacznie gorsze niż zmiany Ivora 
czy  

background image

tamtych nieszczęśników z jaskini. 
"Ich prawdziwa natura..." Obłąkany strażnik powiedział coś takiego, kiedy mówił,  
jacy staną się Tezerenee. Nawet teraz słyszała jego śmiech. Tezerenee nie 
przenieśli się z  
Nimth do Smoczego Królestwa w naturalny sposób; ich dusze wniknęły w golemy z 
krwi i  
kości, stworzone w tym świecie dzięki magii. Ciała nie były ludzkiego 
pochodzenia. Nie,  
opętany swoją wizją i wiedziony pragnieniem zjednoczenia się z symbolem klanu, 
Barakas  
zadecydował, że źródłem nowych ciał będą smoki odkryte w nowym świecie. 
A teraz ciała te wracały do swej pierwotnej postaci. 
- - Lochivanie! - Patriarcha stanął obok Sharissy i wyciągnął rękę do syna. Inni  
Tezerenee, z wyjątkiem Gerroda, który trzymał się jak najdalej, okrążali 
jaszczura i jeźdźca. 
- - Nie byłem dość silny, ojcze! Zawiodłem! Nie zdołałem się uwolnić! 
- - Daj spokój! Mogę ci pomóc! 
- - Nikt nie może mi pomóc! Już nawet nie myślę po ludzku! Jakby... jakby mój  
umysssł zmieniał się wraz z ciałem! 
Barakas, nie bacząc na dziki wyraz gadzich oczu syna, stanął tuż przy nim. 
Spokojnie,  
ale rozkazującym tonem powiedział: 
- Jesteś Tezerenee, Lochivanie! Imię Tezerenee oznacza potęgę! Nic nie może 
oprzeć  
się twojej woli! Musisz tylko pozwolić, żebym pomógł ci to zwalczyć! Musisz 
tylko... 
Urwał, gdy syczący Lochivan zeskoczył ze smoka i rzucił się na niego. 
- - Lochivanie! - Sharissa chciała go złapać i odciągnąć od ojca, ale Faunon 
puścił  
wodze i zamknął ją w ramionach. 
- - Zwariowałaś? 
- - Puść mnie! - Na próżno się z nim szarpała. 
- Niech oni pomogą swojemu panu! - Wskazał Tezerenee. Wojownicy skoczyli ku  
dwom walczącym postaciom. Bojąc się przypadkowego zranienia władcy, nie dobyli 
mieczy.  
Trzech wyciągnęło noże. 
Lochivan z sykiem zwrócił się w stronę najbliższego człowieka, który chciał 
złapać go  
za rękę. Z oszałamiającą szybkością i dzikością ciął pazurami, rozdzierając 
zbroję i ciało.  
Wojownik wrzasnął i zatoczył się do tyłu, ranny, ale żywy. Dwóch innych skoczyło 
na  
potwora, który jeszcze niedawno był jednym z ich panów, i odciągnęło go od 
patriarchy.  
Barakas szybko się cofnął. Był zakrwawiony, ale krew należała do pechowego 
wojownika. 
- Związać go! - zawołał z daleka Gerrod. - Robi się coraz silniejszy... 
Lochivan uwolnił jedną rękę, nim ktokolwiek zdążył zareagować, i złapał 
wojownika  
trzymającego go za drugą. Okręcił go dokoła, przewracając jednego z pozostałych, 
a potem  
rzucił swoją ofiarę głową na ziemię. Sharissa zobaczyła, że Tezerenee skręcił 
kark, i  
odwróciła oczy. 
Dwaj wojownicy próbowali odciągnąć omdlałego człowieka, ale Lochivan bez chwili  
wahania odwrócił się i skoczył na nich. Jeden trafił go nożem w bark, gdzie 
rozdarła się  
zbroja. Ostrze wniknęło w ciało i zatrzymało na kości. Sycząc, zakrwawiony 
Lochivan złapał  
mężczyznę za szyję. Kiedy chwilę później cofnął rękę, zwisał z niej strzęp 
ścięgien i skóry.  

background image

Tezerenee rozstał się z życiem, zanim jego ciało upadło na nieprzytomnego 
towarzysza. 
- Uciekajmy! - szepnął Faunon. - Jak tak dalej pójdzie, ten potwór wykończy nas  
wszystkich! Przynajmniej ty powinnaś uciekać! Ja zatrzymam go przez pewien czas! 
Sharissa pokręciła głową. Wiedziała, że Faunon chce dobrze, że martwi się o nią, 
nie o  
siebie. 
- - Mam lepszy pomysł. Puść mnie. 
- - Chcesz mu przemówić do rozumu? On już nie słucha! 
- - Ale Barakas tak! 
Elf zmarszczył czoło, ale widząc jej minę, szybko skinął głową. Gdy tylko ją 
puścił,  
Sharissa podeszła do patriarchy. Faunon deptał jej po piętach. Rad, że Barakas 
oddał mu  
miecz, uplasował się między nimi a okropną bestią. 
- Barakasie! - zawołała Sharissa do patriarchy, który stojąc bez ruchu, wlepiał 
wzrok  
w syna. - Barakasie! Mogę ci pomóc! 
To wyrwało go z transu. 
- Co możesz zrobić, wielmożna Sharisso? Wskazała na obrożę. 
- - Tylko my troje mamy dość mocy, by powstrzymać Lochivana. Znam go! Ja to  
zrobię! 
- - Miałbym cię uwolnić? Nie zależy ci na Lochivanie, Sharisso. Zdradził cię,  
pamiętasz? 
- - To nie znaczy, że życzyłam mu takiego losu! Jeśli tego nie zrobisz, zabije 
nas  
wszystkich! 
Barakas zerknął na syna, który próbował schwytać jednego z czterech pozostałych  
przeciwników. Krąg przesunął się, więc nieprzytomny wojownik był bezpieczny, ale 
sytuacja  
mogła ulec zmianie, gdy polegnie jeszcze jeden człowiek. 
- Zgoda. 
Ku jej zaskoczeniu patriarcha wyciągnął rękę i delikatnie zdjął wąską opaskę z 
jej  
szyi. 
- - To takie proste? 
- - Oczywiście, ale tylko ja mogę to zrobić. 
Okręciła się na pięcie, w stronę Lochivana. Umysłem zobaczyła tęczę i linie, 
które  
widziała tylko ona jedna spośród wszystkich Vraadow. Były jednym i tym samym; 
różnice  
wynikały wyłącznie ze sposobu postrzegania. Reprezentowały siłę życiową, moc 
tego świata.  
Moc, którą jak dotąd mogła się posługiwać. 
"Oby mój czar zadziałał! Byle Lochivan nie okazał się za silny!" Walczący 
wzbijali  
tumany kurzu, i właśnie to postanowiła wykorzystać jako podstawę czaru 
unieruchomienia.  
Faunon być może myślał, że uśmierci potwora, ale nie mogłaby tego zrobić. Nie 
była  
Tezerenee; chciała go tylko unieszkodliwić. 
Lochivan, któremu żądza krwi przyćmiewała zmysły, nie zauważył, że na jego ciele  
osiada coraz grubsza warstwa pyłu. Wojownicy dostrzegli to i skorzystali z 
okazji. Pan klanu  
był bezpieczny, więc używali mieczy. Jeden pchnął Lochivana w ramię. Lochivan 
chciał  
chwycić miecz, ale wojowik był szybszy. 
- Stać! Zabić tylko wtedy, gdy będzie to nieuniknione! - zawołał Barakas. Jego  
decyzja nie wzbudziła entuzjazmu, ale mieli się jej podporządkować. 
Wreszcie Lochivan zorientował się, że dzieje się coś złego. Krzywiąc smocze 
oblicze  

background image

w zwierzęcej złości, rzuci! zabójcze spojrzenie na jedyną osobę, która, jak 
pamiętał, mogła  
być sprawczynią jego kłopotów. 
- Sharisssa! 
To ją zdekoncentrowało. Gdyby nie była zmęczona po jeździe, czar już byłby  
zakończony. Im bardziej zbliżała się do końca, tym mocniej musiała wytężać siłę 
woli. Każda  
chwila zwłoki powiększała zagrożenie. 
- Sharisssa! - Ruszył w jej stronę jakby w zwolnionym tempie. Czarodziejka  
początkowo pomyślała, że wzrok ją zawodzi, ale potem uświadomiła sobie, że jego 
postać  
naprawdę się jarzy. Lochivan walczył z czarem. 
- Nie! - Zasiliła czar resztkami mocy. 
Zdeformowana postać zamarła: wyglądała jak ulepiony z ziemi posąg bestii,  
wściekłej, bo nie mogła dosięgnąć jeszcze jednej ofiary. 
- Chwała niech będzie Smokowi z Głębin! - szepnął Barakas. 
- - Możesz też podziękować Sharissie - mruknął Faunon. Sharissa uśmiechnęła się 
z  
ulgą i niemal padła mu w ramiona. 
- - Mało brakowało! 
Jeden wojownik pochylił się nad nieprzytomnym towarzyszem. Inni czekali przy  
zaskorupiałej figurze, ze wzniesionymi mieczami, zwracając niewidoczne pod 
hełmami  
twarze ku swemu panu. 
- Co zrobimy, ojcze? - zapytał Geirod, nadal siedząc na grzbiecie wierzchowca. 
Barakas spojrzał na niego, potem na Lochivana, następnie na Sharissę. Głos mu  
zadrżał, ale szybko zapanował nad wstydliwą słabością. 
- - Siadać na smoki. Wszyscy. Natychmiast. 
- - A polegli, panie? - zapytał jeden z wojowników. 
- - Nie ma czasu. Zapamiętajcie imiona, to musi wystarczyć dla ich  
unieśmiertelnienia. 
Sharissa odsunęła się od Faunona i podeszła do patriarchy. 
- - Czar nie uwięzi go na zawsze - szepnęła. - On robi się coraz silniejszy... i 
jego  
ciało rośnie. 
- - Wytrzyma na tyle długo, żebyśmy mogli odjechać na bezpieczną odległość? 
- - Powinien, ale... 
Władca Tezerenee odwrócił się i odszedł do swego wierzchowca. 
- To wszystko, co muszę wiedzieć. 
Gerrod podjechał do Sharissy i Faunona, prowadząc dwa jaszczury. Podał wodze  
elfowi i uśmiechał się ponuro do Sharissy. 
- Nie proś mnie o wyjaśnienie tej decyzji. Też jestem zaskoczony. 
Pomogli rannemu Tezerenee dosiąść smoka; jego ramię miało zostać opatrzone po  
drodze. Drugi poszkodowany nie mógł samodzielnie kierować smokiem, ale był 
przytomny i  
wyglądał w miarę dobrze. Nim Sharissa wspięła się na siodło, uszczuplony oddział 
był już  
gotowy do drogi. Barakas rzucił ostatnie spojrzenia na unieruchomionego syna i 
kazał ruszać. 
Za horyzontem czekała na nich warownia z własnymi tajemnicami. 
 
XX 
 
Wydawało się, że stanęli pod murami warowni Tezerence za wcześnie i zbyt późno  
zarazem. 
- - Brama stoi otworem - powiadomił ich Faunon, gdy byli jeszcze w znacznej  
odległości od celu. Miał wzrok znacznie lepszy niż Vraadowie. Niegdyś zmiana 
wzroku w  
zależności od potrzeb byłaby dla nich drobnostką, lecz nikt o tym nawet nie 
wspomniał, bo  
wszyscy pamiętali o nieprzewidzianych wynikach czarów. 

background image

- - Słyszę tylko śpiew ptaków - dodał Gerrod. - W warowni panuje cisza. 
Patriarcha zacisnął ręce na wodzach tak mocno, że dziw, iż rzemienie nie pękły.  
Sharissa domyślała się, że chciałby jak najspieszniej wpaść za bramę i zobaczyć, 
co się stało,  
ale powstrzymała go żelazna dyscyplina, jakiej sam wymagał od klanu. Wojownik 
nie rzuca  
się jak szalony na spotkanie niebezpieczeństwu, chyba że ma w tym jakiś cel. 
Słońce nowego dnia niedawno wyłoniło się zza horyzontu. Nikt nie rozmawiał o  
tragicznej doli Lochivana ze strachu przed patriarchą, który krzywił się 
gniewnie na  
najmniejszą wzmiankę o tym wypadku. Poza tym wszyscy zastanawiali się nad 
własnym  
losem - i czy nie lepiej byłoby zawrócić. 
- - Nie rozdzielać się - rozkazał Barakas. Dał ostrogę smokowi, ale Sharissa  
dopędziła go i położyła mu rękę na ramieniu. Popatrzył na nią niemal martwym 
wzrokiem. 
- - Mam propozycję... i prośbę. 
- - Mów. 
- - Czarny Koń. Pomoże nam, zwłaszcza gdy będzie wiedział, że zamierzam wejść  
do warowni niezależnie od jego sprzeciwów. Uwolnienie go przysłużyłoby się nam  
wszystkim. 
- - Zgoda. 
Czarodziejka zamrugała ze zdziwienia i patrzyła, jak patriarcha wciąga skrzynkę 
na  
siodło. Łatwość, z jaką go przekonała, zaniepokoiła ją i uradowała jednocześnie. 
Niezłomny  
hart ducha władcy Tezerenee należał do przeszłości. Nikt nie mógł przewidzieć 
jego  
zachowania w obecnym stanie i czarodziejka nie miała zamiaru uwikłać się w 
jakieś  
samobójcze przedsięwzięcie. Ale obiecała, że mu pomoże, i nie chciała łamać 
danego słowa. 
Sama przed sobą musiała przyznać, że jest ciekawa, co się stało w warowni. Miała  
tylko nadzieję, że ta ciekawość jej nie zabije. 
Czarny Koń wyskoczył ze skrzynki. Był dziwnie przygaszony: nie wrzeszczał, nie 
rył  
ziemi, by dać upust wściekłości. Zamiast tego... falował. 
- - Co... co obmyśliłeś tym razem, smoczy panie? 
- - Czarny Koniu! - Sharissa była zaskoczona niepewnym brzmieniem jego głosu.  
Wydawało się, że upadł na duchu jak patriarcha. Jej współczucie dla władcy klanu  
natychmiast zmalało, gdy pomyślała o karze, jaką wymierzył mrocznemu rumakowi. 
- - Sharissa. - Czarny Koń zwiesił głowę i nie chciał spojrzeć jej w twarz. Jego  
niebieskie jak lód oczy wydawały się mniej jasne niż niegdyś. 
- - Nic mu nie jest? - zapytał cicho Faunon. - Zdaje się, że to my jego będziemy  
musieli chronić. 
- - Nawet gdyby nie na wiele się przydał, to chyba lepiej, że już nie siedzi w 
tej  
okropnej skrzynce. 
Patriarcha poruszył się. 
- - Demonie, wielmożna Sharissa powiedziała, że będziemy potrzebować twojej  
pomocy. Moja warownia może okazać się śmiertelną pułapką dla wszystkich, którzy 
tam  
wejdą. Potrzebna nam twoja wielka moc. 
- - Moja moc już nie jest wielka - mruknął mroczny rumak. - Mam kłopoty nawet z  
zachowaniem kształtu. Ale dlaczego tłumaczysz się przede mną? Moje życie 
spoczywa w  
twoich rękach. Wydaj mi rozkaz, jak wcześniej. 
Barakas popatrzył na skrzynkę. Przeniósł spojrzenie na Sharissę. Ledwie iskierka  
życia tliła się w jego oczach. Do hebanowego ogiera powiedział: 
- Zawarłem pakt z wielmożną Sharissą. Obiecałem zwrócić warn wolność, jeśli  
wyświadczy mi przysługę. Umowa dotyczy również ciebie. 

background image

Z całej siły trzasnął skrzynką o ziemię. Straszliwe więzienie Czarnego Konia 
rozbiło  
się z taką łatwością, że Sharissa i wszyscy inni szeroko otworzyli oczy. 
- Hura - mruknął drwiąco Gerrod, z większej odległości przyglądający się tej 
scenie. 
Życie - albo coś pokrewne życiu - wróciło do oczu mieszkańca Pustki. Roześmiał 
się,  
a radość z wolności i cierpienie, jakiego doświadczał, walczyły w nim o lepsze. 
Nadal był  
bardzo słaby, ale z miejsca poprawił mu się humor. Sharissa uśmiechnęła się. 
- Dużo mi jesteś winien, patriarcho, za wyrządzone krzywdy, ale skoro Sharissa 
za  
mnie poręczyła, podporządkuję się warunkom paktu. Gdy będzie po wszystkim, 
rozstaniemy  
się, ale pamiętaj: jeśli kiedyś skrzyżują się nasze ścieżki, wystawię ci słony 
rachunek. 
Wojownicy sięgnęli po broń, ale Barakas podniósł rękę. 
- Tego się spodziewałem. 
Mroczny rumak, nadal falując, popatrzył w stronę warowni. 
- W takim razie do dzieła. Niechaj się skończy. 
Młoda czarodziejka skrzywiła się i kopnęła boki gadziego wierzchowca. Ona też  
chciała, żeby już było po wszystkim, ale wolałaby, żeby jej przyjaciel ujął to 
trochę inaczej.  
Sformułowanie Czarnego Konia nie przypadło jej do gustu. 
Gerrod wjechał między nią a Faunona. Elf nastroszył się groźnie, ale milczał z 
uwagi  
na przyjaźń, która łączyła czarodzieja z Sharissą. 
- Mam coś dla was... drobiazgi na szczęście. - Podał im po jednym niewielkim  
krysztale. - Spełnijcie moją zachciankę i noście je przy sobie. - Nim zdążyli 
zapytać, co to  
takiego, czarodziej ściągnął wodze i został z tyłu. Nikt inny nie zwrócił na 
niego szczególnej  
uwagi, gdyż wszyscy myśleli o swoich krewnych, których zostawili w warowni. 
Czarny Koń wysforował się o parę kroków przed oddział, gdy zbliżyli się do 
siedziby  
Tezerenee. Było mało prawdopodobne, że stanie mu się krzywda, gdyby wpadli w 
zasadzkę.  
Sharissa zmrużyła oczy, przyglądając się otwartej bramie. Skrzydła były nie 
tyłko rozchylone,  
ale niemal wyrwane z zawiasów i paskudnie pokiereszowane. Jakby coś próbowało je  
sforsować - od środka. Wierzchowe smoki okazały zaniepokojenie i zaczęły węszyć. 
- - Czują krew - powiedział Faunon, nie odrywając wzroku od zniszczonej bramy. 
- - Skąd wiesz? - zapytała czarodziejka. Nie widziała krwi, ale to o niczym nie  
świadczyło. 
- - Ja też czuję. Słodkawa, miedziana woń. 
- - Cisza! - syknął patriarcha. 
Mocno trzymając wodze wierzchowców, zbliżyli się do otwartego wejścia. Między  
wyłamanymi skrzydłami było dość miejsca dla rosłych jaszczurów. Czarny Koń 
przystanął i  
odwrócił się do ludzi. 
- - Mam wejść? 
- - Co wyczuwasz? - zapytała Sharissa przyciszonym głosem. 
- - Wszystko i nic! - Wieczysty spojrzał wściekle na Barakasa. - Już nie mogę  
polegać na swoich zmysłach. 
- - Wejdź - mruknął władca Tezerenee. - Wejdź, rozejrzyj się i wracaj do nas. 
- - Żyję, aby ci służyć - odparł drwiąco kary ogier. Odwrócił się ku sklepionemu  
przejściu i zniknął po drugiej stronie. 
Sharissa wstrzymywała oddech prawie przez cały czas jego nieobecności.  
Wspominała uczucie, jakie towarzyszyło walce z Lochivanem i Ivorem, którzy 
okazywali  

background image

zdumiewającą zdolność do posługiwania się czarami. Wyglądało na to, że 
przemieniając się  
w straszydła, Tezerenee uzyskiwali dar korzystania z mocy samej ziemi. Dlaczego 
nie, jeśli  
zdradziecki opiekun chciał, żeby zostali jej nowymi panami? Skoro jeszcze żyli 
wrogowie,  
tacy jak Poszukiwacze i Quele, nowym królom potrzebna była siła. 
Czarny Koń wrócił. Był zdumiony. 
- - Nic nie widziałem ani nie czułem. Po warowni szaleje chaotyczny wir siły. 
Nie  
wiem, czy jest tam ktoś żywy. 
- - Żadnych ciał? - zapytał Gerrod. Pytanie zszokowało i rozgniewało pozostałych  
Tezerenee. 
- Jest krew, ale nie ma ciał, nawet kawałka. - Hebanowy ogier bez cienia humoru  
uśmiechnął się do patriarchy. 
- W takim razie wchodzimy - rozkazał Barakas. Warownia leżała w ruinie. Wiele  
mniejszych zabudowań zostało zrównanych z ziemią, innym brakowało fragmentów 
ścian i  
dachów. Wszędzie słał się gruz. Jedna wieża zarwała się, miażdżąc stojący pod 
nią budynek.  
Nawet część głównego muru legła w gruzach. 
- - Przypadkowe zniszczenia - stwierdził elf. - Bez najmniejszego sensu. Wygląda 
to  
tak, jakby sprawcy znudziło się rozbijanie warowni i odszedł w połowie roboty. 
- - Jest pewna logika - zauważyła Sharissa. Wielmożny Barakas odwrócił się na  
dźwięk jej głosu. Wskazała zniszczoną ścianę budynku. - Większa część gruzu, 
wyjąwszy  
główny mur, leży na dziedzińcu i otwartych przestrzeniach. 
- - Co to znaczy? - Pan klanu przerwał jej bezceremonialnie. 
- - To znaczy, że zniszczenia rozpoczęły się we wnętrzu zabudowań, a potem się  
rozszerzyły. - Sharissa chciała sprowokować patriarchę do wyrażenia własnej 
opinii, ale on  
rzekł tylko: 
- - Wejdziemy i zobaczymy, jak się rzeczy mają. Po oględzinach dziedzińca  
zbadamy zabudowania. 
Wszyscy wiedzieli, że odwleka moment zbadania wnętrz, ale też nikt się do tego 
nie  
palił - obawiali się, że być może tam zobaczą świadectwa prawdziwej rzezi. 
Niedługo później zauważyli ślady na ziemi. Natknęli się na odciski smoczych łap  
jeszcze przed wejściem do warowni, ale tam nie były zbyt liczne. Tutaj widniały 
dosłownie  
wszędzie, a wiele z nich plamiła krew. Sharissa odniosła wrażenie, że smoki 
dokładnie  
przeczesywały dziedzińce. 
Na rozkaz pana klanu dwaj wojownicy wysunęli się przed pozostałych i zniknęli w  
głębi warowni. 
- - Dokąd ich posłałeś? - zapytała Sharissa. Nie podobało jej się uszczuplanie 
siły  
oddziału. 
- - Żeby coś dla mnie sprawdzili. Nic im nie grozi. Druga brama jest niedaleko 
stąd. 
- - A my, ojcze? - zapytał Gerrod. Jego spojrzenie omiatało nerwowo dziedziniec,  
jakby spodziewał się, że wyskoczy na nich setka Lochivanow. 
- Zsiadamy. Dziedziniec już mnie nie interesuje. Czas sprawdzić zabudowania. 
Wiedząc, że sprzeciw nic nie da, Sharissa i jej towarzysze w milczeniu zsiedli z  
wierzchowców. Przygładzając ubranie, czarodziejka przypadkiem spojrzała na 
Czarnego  
Konia. 
Widziała na wskroś niego! 
- - Czarny Koniu! - Wszystkie myśli o upiornej warowni popadły w zapomnienie.  

background image

Sharissa podbiegła do mrocznego rumaka i chciała go dotknąć. Miał zamknięte oczy 
i cały  
dygotał z bólu. 
- - Jestem... jestem słabszy niż myślałem, Sharisso! Obawiam się, że przez jakiś 
czas  
nie przydam się warn na wiele. 
- - Ale wydobrzejesz? 
- - Mam... mam nadzieję. - Czarny Koń szeroko otworzył oczy i spojrzał wściekle 
na  
swego dręczyciela. - Przepraszam... za... kłopot, smoczy panie! Nie wiem, co 
się... ze mną  
dzieje! 
Nie dowiedzieli się, co miał do powiedzenia patriarcha, bo akurat w tej chwili 
zza  
rogu wyłonili się dwaj Tezerenee, którym poruczono mało przyjemne zadanie. 
Wydawali się  
zaniepokojeni, ale nie przestraszeni, co zdaniem czarodziejki było dobrym 
znakiem, ponieważ  
nie miałaby ochoty stawiać czoło czemuś, co wystraszyło Tezerenee. 
Wojownicy podjechali do oddziału i zeskoczyli z wierzchowców. Obaj przyklękli  
przed swoim panem. 
- Mówcie. 
Jeden z nich, wyższy i szczuplejszy, powiedział: 
- Jest tak, jak przypuszczałeś, wielmożny Barakasie. Szeroki szlak wydeptany 
przez  
liczne smoki wiedzie za tamtą bramę z miejsca zgromadzenia. Sama brama jest w 
znacznie  
gorszym stanie niż ta, przez którą wjechaliśmy. Rzekłbym, że zaczął się tutaj 
jakiś wielki  
exodus. 
Barakas rozejrzał się, by sprawdzić, czy wszyscy słyszeli meldunek. Na dłuższą  
chwilę zatrzymał wzrok na Sharissie. 
- Jak dawno temu? - zapytał Genod. 
Drugi Tezerenee spojrzał na swego pana, który pokiwał głową na znak, że wolno mu  
udzielić odpowiedzi. 
- - Osądziliśmy, że tydzień. Jedne tropy są starsze, inne świeższe. 
- - Zaczęło się tak szybko... - Barakas przyjrzał się zwiadowcom. - Nie 
widzieliście  
żywych? 
- - Tylko krew i szczątki wierzchowego smoka, panie - odparł pierwszy. - Z  
resztkami uzdy. Zabił go inny jaszczur. 
,Jnny jaszczur czy coś równie dzikiego?" - Sharissa zastanawiała się, czy ta 
sama myśl  
nie przyszła do głowy Barakasowi. Dlaczego dwa wierzchowe smoki miałyby rzucić 
się na  
siebie? Były przyuczone do zgodnej pracy. Jedynie strach lub przemożna żądza 
krwi mogłyby  
zmusić je do zwrócenia się przeciwko sobie. 
- - Wobec tego znamy odpowiedź - oznajmił patriarcha, zwracając się do członków  
oddziału. - Nie obyło się bez ofiar, ale liczne ślady wskazują, że większość 
mieszkańców  
opuściła warownię. Przypuszczam, że skierowali się na południe. 
- - Dlaczego mieliby porzucać to miejsce? - zapytał Gerrod, jak zawsze gotów do  
podważenia sądów ojca. - Coś ich zmusiło. Co takiego, ojcze? I dokąd poszło? Nie 
za nimi,  
jak myślę. Nadal jest tutaj. Nie czujesz? 
- - Nic nie czuję. 
- - Zauważyłem. 
Barakas zamierzył się na syna, ale czarodziej zdążył uskoczyć. Sharissa stanęła  
między nimi. 

background image

- Przestańcie! Wielmożny Barak asie, jeśli wszyscy odjechali, powinniśmy ruszyć 
za  
nimi, nie tkwić tutaj i narażać się na niebezpieczeństwo, z którym możemy sobie 
nie poradzić. 
Patriarcha ochłonął. 
- - Może masz słuszność. Może powinniśmy... - urwał. - Alcia! 
- - Co z nią? 
Popatrzył na czarodziejkę jakby zdumiony, że pyta. 
- Jest w wielkiej sali! 
Wszyscy drgnęli, zastanawiając się, skąd władca Tezerenee może to wiedzieć.  
Sharissa po chwili wahania zapytała: 
- - Dlaczego tak uważasz? 
- - Słyszałem jej głos, to chyba jasne! - Bar a kas popatrzył na swoich 
towarzyszy,  
jakby myślał, że wszyscy ogłuchli. - Przed chwilą nas wołała! Potrzebuje naszej 
pomocy! 
Wlepili w niego wzrok. 
- - Ba! Może was słuch zawodzi, ale mnie nie! - Odwrócił się i pomaszerował do  
gmachu, w którym mieściła się wielka sala. Trzej wojownicy ruszyli w ślad za 
nim. Dwaj  
zostali z wierzchowcami. Gerrod i Faunon popatrzyli na Sharissę, wiedząc, że 
wiąże ich jej  
słowo. 
- - Moglibyśmy teraz odejść - zaproponował elf. - Wydaje się, że tutaj nic nie  
zdziałamy, i nie podoba mi się myśl o słuchaniu kogoś, kto ma omamy. 
Gerrod popatrzył za ojcem. 
- - Zdawało mi się, że ja też coś słyszałem... Sharissa ściągnęła brwi. 
- - Dlaczego nic nie powiedziałeś? 
 
- - Bo nic nie zrozumiałem. Ale na pewno nie był to głos mojej matki! Poznałbym  
ją! 
- - Chciałabym poczuć coś, co miałoby sens - powiedziała Sharissa. Westchnęła,  
patrząc na drzwi, za którymi zniknęli Tezerenee. - Chodźmy za nim. 
Rozległ się syk wielkiego stworzenia. Sharissa pomyślała, że to tylko jeden z  
wierzchowców, gdy Faunon położył rękę na jej ramieniu i gorączkowo wyszeptał: 
- Sharisso, na lewo! 
Z wyłamanych drzwi niedalekiego budynku mrugały do nich zaspane gadzie Ślepia.  
Smok był dwa razy większy od jaszczurów - prawdziwy olbrzym - i zachowywał się 
tak,  
jakby dopiero co się zbudził. Łypnął na maleńkie postacie, a potem nagle 
przeniósł wzrok na  
spłoszone jaszczury. Dwaj Tezerenee wytężali siły, żeby zapanować nad 
zwierzętami. 
- Przejeżdżaliśmy tuż obok tej bestii - szepnął Gerrod. - Wydaje się, że mój 
ojciec robi  
się do niczego jako wojownik i dowódca. Nie powinien... 
- Daj spokój! - Faunon położył dłoń na rękojeści miecza, ale po chwili zmienił 
zamiar.  
Zerknął na smoki wierzchowe i Sharissa zrozumiała, że szuka łuku i kołczana. 
Mieli co  
najmniej trzy takie komplety, ale gdyby próbowali do nich dotrzeć, tylko 
przyciągnęliby  
uwagę tamtego kolosa. 
Elf uśmiechnął się z nadzieją, mrugnął do Sharissy i zrobił krok w stronę  
wierzchowców. 
- Idź, elfie - przynaglił go Gerrod. - Zaraz się na nas rzuci. Jeśli łuk 
zwiększy nasze  
szansę, warto zaryzykować! 
Jakby słowa zakapturzonego Tezerenee były sygnałem, smok rozbił ścianę i z 
sykiem  

background image

zaczął przeciskać wielkie cielsko przez powstałą wyrwę. Faunon popędził po łuk i 
ściągnął go  
wraz z kołczanem z miotającego się jaszczura. 
Sharissa wiedziała, że będzie miał tylko jedną okazję do strzału. Wiedziała też, 
że  
mógłby użyć swych czarodziejskich zdolności, ale bał się konsekwencji, które, 
jak dał do  
zrozumienia, mogły być gorsze od ataku smoka. Ona nie miała takich skrupułów. 
Podniosła rękę i powtórzyła zaklęcie, które rzuciła na Lochivana. 
Kurz wzniósł się wokół smoka. Zwierz ryknął, kłapnął paszczą na wirujące 
drobiny, a  
potem potrząsnął łbem. 
Dzika siła uderzyła Sharissę i pchnęła ją w tył. Gerrod złapał ją, ale nie 
powstrzymał  
od upadku. Wstrząs sprawił, że czarodziejka nie mogła się skoncentrować. 
- Idzie! - ryknął Gerrod. 
Sharissa jak przez mgłę zobaczyła jego twarz skrzywioną z wysiłku, jakby 
próbował  
rzucić czar mimo awersji do magii tego świata. Za ich plecami dwaj strażnicy 
krzyczeli  
głośno, ale nie mogła odwrócić głowy, żeby ich zobaczyć. Faunona też nie 
widziała. 
Wielki, mroczny kształt przemknął przed nimi i popędził na spotkanie 
szarżującego  
olbrzyma. Choć oczy jej łzawiły, poznała Czarnego Konia. 
- Nie! 
Osłabiony przez lekcje dawane mu przez wielmożnego Barakasa, cienisty rumak  
niewiele różnił się od cienia. Jednak jego obecność nie uszła uwagi smoka, który 
skręcił, by  
rozprawić się z niespodziewanym przeciwnikiem. 
- - Wytrzyma, ale jak długo? - zapytał czarodziej, podnosząc Sharissę na nogi. - 
Ten  
stwór odpowiedział na czary z siłą dużo większą niż Lochivan, prawda? 
- - Tak... prawda. 
- - Tego się obawiałem. 
Gerrod naprężył mięśnie. Sharissa obejrzała się, chcąc poznać przyczynę jego  
niepokoju. 
Drugi smok, taki sam jak pierwszy, wyłaził z ruin innego budynku. 
- Jakby czekały na nasz przyjazd! - Faunon zarzucił kołczan na plecy i napiął 
łuk,  
celując w przeciwnika Czarnego Konia. Strzelił, ale smok chyba przewidział atak, 
bo zrobił  
unik i strzała, wymierzona w ślepie, odbiła się od grubej łuski. - Na Rheenę! 
Smoki wierzchowe poszalały. Niektóre syczały na zbliżające się potwory. Sharissa  
zastanowiła się, czy nie byłoby lepiej puścić je luzem. Tuzin jaszczurów mógłby 
z łatwością  
rozprawić się z dwoma smokami. 
Syk trzeciego powiedział im, że sprawa wcale nie jest taka prosta. 
"Nadciągają ze wszystkich stron!" - pomyślała. 
Jeden z Tezerenee krzyknął. Gerrod pchnął Sharissę w stronę schodów, którymi  
odszedł Barak as. Faunon w mgnieniu oka skoczył za nimi, niemal wpadając na 
czarodziejkę.  
Obok nich przemknęła wielka brunatno-zielona bestia. 
- - Wierzchowce się uwolniły! - czarodziejka poniewczasie ostrzegła swoich  
towarzyszy. 
- - Wielka szkoda, zwłaszcza dla tych dwóch biednych głupców, którym ojciec 
kazał  
je trzymać. - Gerrod podniósł się, pociągając z sobą czarodziejkę i elfa. - 
Jeden został  
stratowany. Nie wiem, co się stało z drugim, ale to on wrzeszczał. 
Zamęt wokół nich osiągał apogeum. Uwolnione jaszczury rozproszyły się po  

background image

dziedzińcu, jedne uciekały, inne stanęły do walki z intruzami. 
Z ruin wypełzały kolejne smoki. 
- - To obłęd! - Gerrod zakaszlał, gdy spowił ich kurz wzbity przez jaszczura. - 
Jak  
mogliśmy ich nie wyczuć? Skąd one się wzięły? 
- - Nie wiesz, Vraadzie? - parsknął Faunon, machając ręką w stronę potworów. - 
To  
twoi ukochani krewni! 
- - Niemożliwe! 
Znajomy śmiech zabrzmiał w ich głowach. 
- - Nowa rasa królów... - powiedział opiekun. Głos cichł z każdym słowem, jakby  
odstępca uciekał po zakończeniu swojego dzieła. 
- - I tyle, jeśli chodzi o wychwalaną potęgę innych opiekunów i ich panów! -  
mruknął czarodziej. - Ten zdrajca pewnie na nas czekał. Pewnie zmusił smoki do 
zachowania  
ciszy, żeby dać nam straszliwą nauczkę za nieposłuszeństwo! 
Na to wyglądało, choć Sharissa nie mogła zrozumieć, skąd opiekun mógł wiedzieć,  
kiedy tu przybędą. Nad tym jednak mogła zastanowić się później, jeśli będzie 
jakieś później.  
Teraz ważyły się ich losy. Wokół miotały się smoki, uniemożliwiając ucieczkę 
przez bramę.  
Poza tym czarodziejka wątpiła, czy zdołaliby je prześcignąć. 
- Tędy! - zawołał Faunon, wskazując wejście, w którym zniknął patriarcha z  
wojownikami. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Jeśli patriarcha słyszał głos 
opiekuna, który  
podszył się pod jego żonę, to z pewnością nic dobrego. 
Byli w połowie schodów, gdy Sharissa przypomniała sobie o Czarnym Koniu. Nadal  
walczył ze smokiem, tańcząc wokół niego i hipnotyzując go jak wąż swoją ofiarę. 
Miał  
jednak niewiele siły i musiał liczyć się z porażką w starciu ze stworzeniem, 
które już  
udowodniło, że ma wrodzone zdolności magiczne. Sharissa nie wiedziała i nie 
chciała się  
dowiedzieć, czy mroczny rumak może umrzeć. 
- Czarny Koniu! Tędy! 
Chyba jej nie usłyszał. Ruszyła w dół schodów, ale Faunon i Gerrod pociągnęli ją 
za  
sobą. 
- Najpierw zobacz, dokąd biegniesz! - skarcił ją Faunon. Odwrócił jej głowę, 
żeby  
mogła zobaczyć biegnącego w ich stronę smoka. W przeciwieństwie do innych, 
brunatno- 
zielonych jak wierzchowe jaszczury, ten miał srebrzysty odcień i ślepia 
błyszczące  
inteligencją. Unikał spotkania z walczącymi smokami i zmierzał prosto ku 
maleńkim  
postaciom. 
- - Ale Czarny Koń... 
- - Wiesz, że został tylko z twojego powodu! Odstąpi od walki, gdy znajdziesz 
się w  
bezpiecznym miejscu! Zabierz ją, Tezerenee! 
Gerrod chwycił ją mocno i pociągnął dalej po schodach, a elf zajął się łukiem. 
Strzelił,  
gdy tylko stanął na szczycie schodów, ale strzała upadła na ziemię przed łapami 
smoka.  
Zyskali parę sekund, nic więcej. 
- - Pomyśleć, że byłem dumny ze swojej celności! 
- - Sądzę, że to sprawka smoka - powiedział Gerrod, popychając Sharissę. -  
Poczułem szarpnięcie, jakby użył czarów dla obrony. 
- - Niech Rheena ma nas w opiece, jeśli to prawda. 
Drzwi gmachu były otwarte i wcale nie zniszczone, co ich zdziwiło. Gdy tylko  

background image

przestąpili próg, Sharissa i Gerrod zawarli podwoje, podczas gdy Faunon cofnął 
się i stał na  
straży. Kiedy drzwi zostały zaryglowane, przez chwilę łapali oddechy. 
- - Gdzie... gdzie może być mój ojciec? - wysapał Tezerenee. 
- - Powiedział... że idzie do wielkiej sali - odparła Sharissa. - Też tam 
pójdziemy. 
- - A co potem? Sharisso, myślisz, że możemy teleportować się w bezpieczne  
miejsce? 
Już nad tym myślała i podejrzewała, że nic z tego nie wyjdzie. Nawet jeśli 
opiekun  
naprawdę odszedł, dzika magia smoków umniejszała ich możliwości. Poza tym Faunon  
przestrzegał przed używaniem czarów. 
Ale Sharissa wiedziała, że gdy śmierć zajrzy im w oczy, zrobi co w swojej mocy, 
nie  
oglądając się na konsekwencje. 
Odskoczyli od drzwi, gdy naparło na nie coś wielkiego, aż zajęczały zawiasy. 
- - Gerrod! - zawołał ktoś na zewnątrz. 
- - Smocza krew! - czarodziej niemal się zakrztusił, odstępując coraz dalej od 
drzwi.  
Jego blada twarz miała kolor kości. - Znam ten głos... Esad? Logan? 
- Mniejsza z tym! Czas zabierać się spod tych drzwi! - zawołał Faunon. - 
Sharissa!  
Wiesz, w którą stronę? 
Sam miał ograniczony dostęp do tego budynku, a Gerrod nigdy tu nie był. Tylko  
Sharissa znała rozkład pomieszczeń. Wprawdzie droga do wielkiej sali nie była 
trudna, ale  
liczyła się każda chwila. 
Pokiwała głową. 
- Chodźcie za mną! 
Mimo grozy położenia, elf zapytał: 
- A co, myślisz, że wolimy zostać tutaj? 
Usłyszeli łoskot, gdy smok spróbował sforsować drzwi. Było jasne, że deski, choć  
solidne, długo nie wytrzymają. Sharissa miała nadzieję, że znajdzie patriarchę, 
a potem  
poprowadzi wszystkich na górę, gdzie smoki ich nie dosięgną. Na razie nie 
widzieli  
skrzydlatych, lecz ten stan rzeczy mógł szybko ulec zmianie. Jeśli jej obawy 
były  
uzasadnione, wyrośnięcie skrzydeł mogło być po prostu kolejnym etapem smoczego 
rozwoju. 
"Razem zdołamy coś zrobić - powtarzała sobie w duchu. - Przy połączeniu mocy  
mojej, Faunona i pozostałych czar teleportacji powinien spełnić swoje zadanie". 
Słowo "powinien" dawało wiele do myślenia. 
Zajęta planowaniem ucieczki, niemal potknęła się o ciało leżące niedaleko drzwi  
wielkiej sali. 
- Uważaj! - Faunon podtrzymał ją. Wydawało się, że ktoś zawsze musi ją  
podtrzymywać. Sharissę ogarnęła złość na samą siebie, ale natychmiast o niej 
zapomniała,  
gdy zobaczyła, o kogo - albo raczej o co się potknęła. 
Był to jeden z Tezerenee. Miał prawie odciętą głowę, nie bez powodu. Hełm leżał 
z  
boku, mogli więc zobaczyć, że on też, jak Lochivan, podlegał przemianie. 
- - Jeszcze niedawno był zupełnie normalny - zdumiał się Gerrod. 
- - Ale już nie jest. - Sharissa zapomniała o zwłokach i podbiegła do drzwi. -  
Pomóżcie mi je otworzyć... i módlcie się, żeby za nimi nie czekał na nas drugi, 
jeszcze żywy! 
Usłyszeli syk w jakimś korytarzu. Ciężkie dudnienie poinformowało ich, że ta 
część  
warowni nie jest pusta. 
Drzwi nie były zaryglowane, ale coś utrudniało ich otworzenie. Dzięki połączonym  

background image

wysiłkom, nie wspominając o świadomości, że ten drugi smok odkryje ich za parę 
minut,  
pokonali przeszkodę. 
Sharissa zerknęła do środka, gdy tylko skrzydła się rozchyliły, i stłumiła 
westchnienie. 
Wielmożny Barak as stał z wyciągniętym mieczem, nieruchomy jak posąg z marmuru.  
Wielka sala była zdewastowana. Pod drzwiami leżały zdeformowane zwłoki drugiego  
Tezerenee. Trzeciego nigdzie nie było widać, lecz było raczej pewne, że on też 
nie żyje. 
Naprzeciwko pana klanu, w miejscu, gdzie niegdyś były trony, stał wielki smok.  
Takiego olbrzyma dotąd nie widzieli. 
- Co teraz zrobimy? - zapytał Gerrod. 
Syczenie w korytarzu brzmiało coraz głośniej. Sharissa nie sądziła, by mieli 
jakiś  
wybór, zwłaszcza że zewnętrzne podwoje zaczynały pękać. Zgrzytnęła zębami i 
powiedziała: 
- Jeden smok jest lepszy od dwóch czy trzech! 
Weszli do sali. Faunon i czarodziej szybko zaryglowali drzwi. 
Barakas i smok nadal wpatrywali się w siebie bez ruchu, jakby mierzyli się 
wzrokiem.  
Ogromna, szmaragdowo-czarna bestia broczyła krwią z licznych ran wokół oczu i 
gardła.  
Zbroja patriarchy wisiała w strzępach i on chyba też krwawił, choć nie mieli 
pewności, bo stał  
plecami do nich. Sharissa zastanowiła się, dlaczego smok wygląda tak znajomo, a 
potem  
uświadomiła sobie, że przypomina starożytnego smoczego władcę z ruin siedziby 
założycieli.  
Czy właśnie na tym załeżało odstępcy? Czy takie miał plany względem Tezerenee? 
Gadzie oczy przeniosły się na przybyłych, ale Barakas, co dziwne, nie zamierzał  
wykorzystać okazji. Smok znów skupił na nim spojrzenie. Zdawało się, że jest 
niemal  
rozczarowany biernością przeciwnika. 
Barakas, ani na chwilę nie odrywając wzroku od smoka, zawołał: 
- - Wynoście się stąd! To rozkaz! Idźcie beze mnie! 
- - Chętnie, ojcze - odparł Gerrod z nutką sarkazmu - ale rodzina nalega, 
żebyśmy  
zostali na kolacji. 
Zza drzwi dobiegło wściekłe syczenie wielu potworów. 
- - Gerrrrod? - Smok pochylił się, nie zwracając najmniejszej uwagi na miecz  
patriarchy. Barakas nawet nie drgnął. - Gerrrrod. 
- - Bogowie! - Czarodziej odskoczył, gdy rozdziawiły się potężne szczęki i 
wszyscy  
zajrzeli w pysk wielkiej bestii. 
Olbrzym nagle cofnął się. Sharissa pomyślała, że wygląda na zawstydzonego i  
przestraszonego reakcją Gerroda, Ogromny łeb podniósł się i gadzie ślepia 
ponownie  
spojrzały na patriarchę. 
- Niechaj się ssstanie! 
Na ich oczach smok zaatakował wielmożnego Barakasa, ale uczynił to tak 
niezdarnie,  
że dolna szczęka minęła czubek jego hełmu. Bezbronna szyja zawisła nad 
patriarchą, lecz on  
jakby nadal się wahał. Kiedy wreszcie zadał cios, miał ułatwione zadanie. 
Wyglądało na to,  
że smok specjalnie się odsłonił, bo wcale się nie spieszył z cofnięciem głowy. 
Miecz patriarchy, napędzany jego straszliwą siłą, przebił szyję, gardziel i 
wniknął w  
mózg bestii. 
Scena rozegrała się w niesamowitej ciszy. Smok nie wydał dźwięku, choć musiał  

background image

doświadczać straszliwego bólu. Cofnął się o parę kroków, ale Barakas został na 
swoim  
miejscu. Narażał się na pewną śmierć, gdyby stworzenie zaczęło miotać się w  
przedśmiertnych drgawkach. 
A jednak smok nie upadł. Dygotał, cofając się coraz dalej, zostawiając krwawy 
szlak,  
który zaczynał się na piersi i rękach pana klanu. Krew lała się z rany jak 
upiorna rzeka.  
Musiał okropnie cierpieć, ale, co dziwne, zachowywał spokój. 
Ciężkie dudnienie w drzwi przypomniało Sharissie i jej towarzyszom o  
niebezpieczeństwie. Przesunęli się bliżej środka sali. Barakas nie patrzył na 
nich; interesowała  
go tylko śmierć bestii. Gdy wreszcie legła na podłodze w ostatnich chwilach 
życia, patriarcha  
podszedł powoli dojej głowy. Oczy, już szkliste, spojrzały na niego z 
ciekawością, jaką  
zdołała wykrzesać. Nie próbowała chwycić go zębami. Barakas ukląkł, zdjął 
rękawice i zaczął  
głaskać ją po szyi. 
- Wielmoży Barakasie - ośmieliła się rzec Sharissa. - Musimy stąd odejść! Inne  
niebawem wyłamią drzwi! 
Popatrzył na nich. W jego głosie nie było śladu życia, gdy powiedział: 
- - Zabiłem ją. 
- - Ale nie zdołasz zabić ich wszystkich, ojcze! - zawołał czarodziej. 
Najwidoczniej  
myślał, że patriarcha zamierza rozprawić się z każdą bestią, która ośmieli się 
przestąpić próg  
sali. 
Sharissa zrozumiała to, co umknęło Gerrodowi, i nie chciała, by dodawał coś 
więcej. 
- - Wielmożny Barakasie! Czy jest stąd inne wyjście? - zapytała. 
- - Zabiłem ją, bo o to prosiła - powiedział patriarcha, podnosząc się i patrząc 
na  
syna. - Walczyła o zachowanie jasności umysłu, a zawsze tylko mnie ustępowała 
siłą. Niemal  
wierzyłem, że zdoła przezwyciężyć tę ohydną magię tak, jak ja to uczyniłem. 
Gerrod przeniósł spojrzenie z ojca na martwą bestię. 
- - Smocza krew, ojcze! To... to nie może być... 
- - Tak, Gerrodzie. To moja Alcia. 
- - Ten potwór jest... to moja matka? 
Sharissa zdała sobie sprawę, że młodszy Tezerenee nigdy nie pogodził się z  
przemianami i nie wyciągnął z nich logicznych wniosków. Jeśli ich ofiarą padł 
jeden  
Tezerenee, wszyscy inni byli na nie narażeni, nawet władca i władczyni klanu. 
Barakas  
przetrwał dzięki niewiarygodnej sile woli. Tezerenee w jaskiniach przeżyli 
najpewniej dzięki  
jego obecności. Oczywiście, było również możliwe, że tam opiekun-odstępca 
działał  
ostrożniej, bo jaskinie były dawną siedzibą jego stwórców. 
Ściany i strop komnaty zaczęły rysować się pod wpływem niezliczonych uderzeń.  
Sharissa stanęła przed Barakasem i zmusiła go, by na nią spojrzał. 
- Barakasie! Czy jest jakieś miejsce, gdzie możemy schronić się przed smokami? 
Twarz częściowo skryta pod hełmem skrzywiła się z namysłem. Sharissa współczuła  
mu, że musiał zrobić to, co zrobił, ale wielmożnej Alcii już nie można było 
pomóc. Nadszedł  
czas, by martwić się o żywych. 
Wreszcie pokręcił głową. 
- - Nie. Nie ma. Wszystkie wyjścia wiodą na główny korytarz. 
- - Na którym, jak wiemy, roi się od naszych przyjaciół - zauważył Faunon. 
Trzymał  

background image

łuk w pogotowiu. Pierwszy smok, który spróbuje wedrzeć się do sali, stanie się 
doskonałym  
celem. 
- - A zatem jesteśmy w pułapce - powiedziała czarodziejka. - Chyba że się  
teleportujemy. 
 
- - To bardzo ryzykowne. Wskazała na trzeszczące drzwi. 
- - W porównaniu z tym? 
 
- - Będziemy musieli połączyć siły. Wątpię, czy mógłbym nas teleportować albo  
otworzyć bramę i utrzymać ją na tyle długo, żebyśmy zdążyli przejść. A ty dasz 
radę? 
- - Nie. - Już o tym myślała. Połączenie sił było jedynym rozwiązaniem, na jakie  
wpadła. Miała nadzieję, że elf zaproponuje inne. - W takim razie do dzieła! 
Gerrod, jesteś za? 
Czarodziej powoli pokiwał głową. 
- Tak. Zrobię wszystko, byle znaleźć się daleko stąd. Co z moim ojcem? 
Pan klanu znów wrócił do swojego świata. Jego marzenia legły w gruzach, a jedna 
z  
sił napędowych tych marzeń, wielmożna Alcia, zginęła z jego ręki. Jeśli coś 
mogło złamać  
wolę potężnego Vraada, to tylko to... i złamało. 
- Trzymajcie go. Musimy go zabrać. Nie mogę go tutaj zostawić. 
Zawiasy zajęczały, gdyż smoki nie ustawały w wysiłkach. Sharissa poczuła 
szukające  
ich słabe sondy. Smoki podlegały przeobrażeniu, które nie ograniczało się do 
zmian  
fizycznych. Przystosowywały się, jak powiedział opiekun, a część tego 
przystosowania  
polegała na zjednoczeniu się z magią tego świata. Sharissa miała nadzieję, że 
zdążą uciec,  
nim smoki nabiorą większej wprawy we władaniu magią. 
Stanęli w małym kręgu, trzymając się za ręce. Sharissa pełniła rolę węzła sił,  
skupiając siłę swoich towarzyszy, nawet pogrążonego w letargu władcy Tezerenee. 
Faunon  
zaproponował, żeby zaczerpnęła obraz z jego myśli i przeniosła ich w miejsce, 
które jej  
pokaże, ale nie mogła skupić się wystarczająco. W tej sytuacji pozostawała tylko 
teleportacja  
na ślepo, ryzykowna, ale będącą jedyną nadzieją. 
- - Czekaj! - Gerrod puścił jej rękę i sięgnął do kieszeni. Wyjął kryształ taki 
sam jak  
te, które wcześniej rozdał swoim towarzyszom. - Weź to i skup się na myślach 
elfa. 
- - Co się stanie? 
- - Dałem warn tamte, bo Quele używały ich do odczytywania i tłumaczenia myśli.  
Działają na odległość, więc pomyślałem, że gdybyśmy się rozdzielili, pomogłyby 
nam się  
odnaleźć. Powinienem warn powiedzieć, ale to teraz nieważne! Jeśli 
skoncentrujesz uwagę na  
elfie, odbierzesz jego myśli. 
Wzięła kryształ i zrobiła, co kazał. Z radością stwierdziła, że widzi obraz w 
myślach  
Faunona tak wyraźnie, jakby już niemal byli na miejscu. Skupiła się na nim. 
Smocze sondy zrobiły się silniejsze. Nieludzkie emocje wsączały się w jej  
świadomość, utrudniając koncentrację. 
Komnata rozmyła się. 
I pojawiła ponownie. 
- Nie! 
Upadli jedno na drugie, wstrząśnięci odwróceniem czaru. Sharissa usłyszała w 
głowie  

background image

śmiech, smoczy śmiech. 
- Nie zossstawiaj nasss, Sharissso Zeree! Nie zabieraj nam naszych panów! 
Gerrod drgnął. On też usłyszał smoka. Był to ten sam, którego zidentyfikował 
jako  
jednego z braci. 
Drzwi rozwarły się tak gwałtownie, że skrzydła trzasnęły w ścianę i odbiły 
kawałki  
tynku. 
Smoki wpadły do sali, ze srebrnym na czele. 
 
XXI 
 
Mroczne, chyże widmo wyłoniło się spod ziemi i stanęło przed srebrnym smokiem. 
- Precz, jaszczurko! Precz, bo jak nie, to wdepczę twój szpetny pysk w podłogę! 
Potwory zatrzymały się, zapewne bardziej ze zdziwienia niż z innego powodu.  
Srebrny smok syknął na Czarnego Konia i ryknął: 
- - Wara od naszych małych, delikatnych przyjaciół, demonie! Zossstaw ich dla  
nasss! 
- - Ani mi się śni! - Wieczysty uderzył w podłogę przednimi kopytami, krzesząc  
snopy iskier, które sypnęły na stojące przed nim smoki. 
Srebrny cofnął się z przeciągłym sykiem. 
- Sharisso, chodź do mnie! - przynaglił Czarny Koń. - Chodźcie wszyscy! 
Pospieszcie  
się! 
Nie odrywając wzroku od przywódcy stada, Sharissa i jej towarzysze podbiegli do  
Czarnego Konia. Gerrod musiał prowadzić ojca, który patrzył na smoki i mamrotał 
coś, co w  
uszach Sharissy brzmiało jak "Tezree". 
- Gotujcie się! - szepnął mroczny rumak, gdy stanęli przy nim. - Jeśli nie 
zdołam... 
Nie skończył. Srebrny smok wreszcie dostrzegł wielkie cielsko leżące bez życia 
na  
środku sali. 
- - Matko! - wściekły ryk odbił się echem po całej warowni. Srebrny smok ruszył 
do  
ataku. 
- - Za późno, przyjacielu! - odkrzyknął Czarny Koń. Wielka sala zniknęła, a jej  
miejsce zajął lekko zalesiony teren. 
- Chwała niech będzie Dru! - Wieczysty osunął się na kolana w wysoką trawę.  
Sharissa rozejrzała się szybko i zobaczyła, że nikogo nie brakuje. Odetchnęła i 
przytuliła  
Faunona. Cieszyła się, że są bezpieczni. 
Odsunęli się od siebie, gdy Gerrod, zajęty niczego nieświadomym ojcem, zapytał  
zwięźle: 
- Gdzie jesteśmy? 
Stali na środku równiny. Daleko na północy majaczył łańcuch górski, ale z tej  
odległości nie można było poznać, czy to te same góry, w których leżały 
jaskinie. Sharissę  
zresztą w tej chwili interesowało tylko to, czy są bezpieczni. 
- - Chyba poznaję tę okolicę - powiedział Faunon. - Myślę, że jesteśmy na 
południe  
od warowni. 
- - Daleko na południe? - zapytała. 
- - Wystarczająco. 
- - Chyba że mogą wytropić nasze magiczne ślady - wtrącił czarodziej, patrząc na  
elfa ciężkim wzrokiem. - Wdałem się w to całe szaleństwo, podążając magicznym 
tropem  
demona. 
Sharissa spojrzała na Czarnego Konia i z przerażeniem stwierdziła, że robi się  
przejrzysty. 
- - Czarny Koniu! Co się z tobą dzieje? 

background image

- - Obawiam... obawiam się, że prawie wyczerpałem swój... że prawie wyczerpałem  
swoje jestestwo. Smoczemu panu... nie brakowało... entuzjazmu, kiedy mnie karał. 
- Łypnął  
na Barakasa, który niewidzącym wzrokiem wodził po drzewach. - Nie mogę 
powiedzieć, że  
mu współczuję! Życzyłbym mu gorszego losu, ale wiem, że nie spodobałaby ci się 
taka  
nienawiść. 
- - Potrafię zrozumieć twoje rozgoryczenie, Czarny Koniu. Nie sądź, że jest 
inaczej. 
- - Może. Teraz to nie ma znaczenia. Dajcie mi chwilę, a wyślę was w ostatni 
etap  
podróży. - Hebanowy ogier podniósł się powoli i jego postać trochę się 
zestaliła. 
Czarodziejka nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. 
- - Dokąd nas wysyłasz? Parsknął. 
- - A jak myślisz? Do domu twojego ojca i jego połowicy! 
- Ale... - Napotkała spojrzenie Faunona. - Ale co będzie z tobą? 
- - Ze mną? - zapytał elf, podchodząc bliżej. Gerrod odwrócił się z jawną 
wrogością. 
- - Nie chciałbyś wrócić do swoich? 
- Myślałem, że jeśli się tam wybiorę - uśmiechnął się ze zmęczeniem - to tylko z 
tobą  
u boku. 
To chciała usłyszeć, ale nadal nie mogła pogodzić się z jego decyzją. 
- - Zapewne nie będziesz mógł wrócić! Podróż przez ocean jest niebezpieczna. 
- - Nie mam powodu, by wracać, Sharisso. Starszyzna w gruncie rzeczy nie  
interesowała się moją wyprawą. W ich mniemaniu chodzi tylko o nowych panów tej 
ziemi, a  
to dla nich nie pierwszyzna. Wyrazili zgodę na naszą wyprawę nie dlatego, że 
zależało im na  
informacjach, ale ponieważ wiedzieli, że i tak wyruszymy. - Uciszył jej dalsze 
zastrzeżenia  
długim pocałunkiem. 
Sharissa niechętnie wysunęła się z jego objęć. 
- W takim razie nic nas nie zatrzymuje. Czamy Koń może... Gerrod, w kapturze  
naciągniętym tak głęboko, że prawie nie było widać twarzy, wszedł jej w słowo. 
- Muszę prosić cię o przysługę, Sharisso, 
- - O przysługę? - Teraz, gdy powzięto decyzję, chciała mieć wszystko za sobą.  
Chciała zobaczyć ojca i przybraną matkę... i wieść spokojne życie, przynajmniej 
przez jakiś  
czas... 
- - Zajmij się moim ojcem. W obecnym stanie jest bezradny, nie może sam  
zatroszczyć się o siebie. Ktoś musi się nim zaopiekować. 
- - A ty, Vraadzie? - zapytał Faunon, patrząc na niego krytycznie. - Dlaczego ty 
nie  
możesz tego zrobić? 
- - Bo zostaję tutaj. Nie idę z wami. 
Nawet elf osłupiał. Sharissa zrobiła krok w stronę Gerroda, ale on cofnął się na  
podobną odległość. Wreszcie wykrztusiła: 
- Dlaczego? Dlaczego chcesz tu zostać? 
Nie wiedziała, czy patrzy jej w oczy, tak głębokie były cienie kaptura. 
- Ciekawi mnie ten kontynent. Będę prowadzić badania i tak dalej. Poza tym moja  
obecność tylko bardziej nadszarpnęłaby siły demonicznego konia. - Beztrosko 
wzruszył  
ramionami, choć Sharissa wiedziała, że to tylko poza. - Nie mam do czego wracać. 
Sharissa dobrze znała Gerroda i wiedziała, że próba nakłonienia go do zmiany 
zdania  
byłaby daremna. Jednak spróbowała do niego podejść, chcąc przynajmniej pożegnać 
się z nim  

background image

i podziękować za wszystko, co zrobił dla jej dobra. On jednak nie chciał jej 
podziękowań.  
Kiedy zrobiła następny krok, pokręcił głową. 
- Nie ma czasu! On słabnie z każdą chwilą, a wszyscy powinniśmy odejść, zanim  
znajdą nas smoki czy inne potwory. 
Czarny Koń usłyszał, że o nim mowa, i wziął się w garść. Nie patrzył na  
zakapturzonego Tezerenee, tylko na tych, których miał zabrać. 
- Dokąd pójdziesz, Gerrodzie? - zapytała Sharissa, pragnąc przynajmniej tyle od 
niego  
uzyskać. 
Nie dał jej satysfakcji. 
- - Nie mam pojęcia - odparł. Podniósł rękę w pożegnalnym geście. - Życzę ci  
szczęścia, Sharisso. Na zawsze zachowam w pamięci ciebie i twojego ojca. 
- - Pora ruszać! - oznajmił Czarny Koń. - To nasza jedyna szansa, więc 
przygotujcie  
się! 
Sharissa złapała Faunona za rękę i drugą przyciągnęła milczącego Barakasa.  
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech elfa, a potem odwróciła się, by ostatni raz 
spojrzeć na  
Gerroda. 
Czarodziej już odszedł. 
- Ger... - zaczęła. 
Świat zniknął... i pojawił się chwilę później. 
- - Nie udało się - usłyszeli bardzo zmęczony głos. - Przykro mi. To wszystko, 
na co  
mnie stać. 
- - Gdzie jesteśmy? - Sharissa nie rozpoznała okolicy, ale przecież nie znała 
całego  
kontynentu. 
Faunon zadarł głowę. 
- - Słońce się przesunęło, więcej niż o trzecią część dnia. - Ton zdradzał 
podziw dla  
cienistego rumaka. - Przebyliśmy szmat drogi! 
- - To... to kontynent, na którym... na którym twój lud założył kolonię, 
Sharisso.  
Szkoda, że... że nie zdołałem przenieść was do miasta, ale być może tak jest 
lepiej. Nie mam  
ochoty znowu ich oglądać. - Podniósł się, falując na lekkim wietrze. - No, na 
mnie już pora. 
- - Nie! - Czy miała stracić wszystkich, teraz, tak blisko domu? 
- - Przepraszam, że zostawiam cię w niepewnym położeniu, ale jestem u kresu sił.  
Muszę odejść, Sharisso. - Cienisty rumak pochylił głowę w ukłonie. - Muszę 
uzupełnić swoje  
jestestwo, a tego nie można dokonać w twoim świecie. 
- - Kiedy wrócisz? 
Nie chciał odpowiedzieć, ale ustąpił, widząc jej zasmuconą minę. 
- Nie za twojego życia. Pewnie nawet nie za życia twoich wnuków. 
Nagle drzewa wydały się posępne, a okolica mroczna. 
- Ojciec będzie zły na ciebie. Tak krótko się tobą cieszył. Wieczysty westchnął 
ciężko. 
- - Będzie mi was brakować. Podziękuj mu w moim imieniu za nauki i przyjaźń.  
Będą mi skarbem, gdy wydobrzeję. 
- - Wrócisz? 
- - Pewnego dnia. Żegnaj. 
Sharissa zamrugała. Czarny Koń zniknął. Opadł ją nagły strach i szybko złapała  
Faunona za rękę. 
- Ty mnie nie zostawisz, prawda? 
- Nie zostawię cię. Trzeba by nie lada siły, żeby mnie odpędzić! Czarodziejka  
rozejrzała się po okolicy i ściągnęła brwi. 
- Nadal nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy. - Wiatr zdmuchnął jej włosy na twarz.  
Odgarnęła je i dodała: - Pewnie po drugiej stronie kontynentu. 

background image

Faunon zmrużył oczy i spojrzał na zachód. 
- - Tamto wzgórze jest znacznie wyższe od innych. Jeśli się na nie wdrapiemy, ze  
szczytu ujrzymy znacznie więcej niż stąd. 
- - Wdrapiemy? - Sharissa nie miała sił na oddychanie, co tu więc mówić o  
wspinaczce. 
- - Pójdziemy tam i wejdziemy na górę. Przykro mi, moja Vraadko, musimy to  
zrobić, chyba że masz dość siły woli, żeby nas tam teleportować. Na mnie w tym 
względzie  
nie można liczyć. 
Pragnęła zrobić to z całego serca, lecz same chęci nie wystarczały. Osłoniła 
oczy  
dłonią i spojrzała na opadające słońce. Ogromnie chciała być w domu, ale 
należało wziąć pod  
uwagę różne rzeczy - między innymi stan ich towarzysza. Barakas stał i wbijał 
wzrok we  
własne ręce - w rękawice splamione krwią przeobrażonej Alcii. To zadecydowało. 
- Mam lepszy pomysł. Lepiej zostać tutaj, wypocząć przez noc i ruszyć z samego 
rana.  
Nie jesteśmy w pobliżu kolonii, bo coś bym wyczuła. Jutro oboje będziemy w 
lepszej formie.  
Poza tym... - Wskazała na patriarchę. Patrząc na zakrwawione ręce, mamrotał 
ledwie  
zrozumiałą litanię. Czarodziejka zastanawiała się, jak długo to potrwa. - Poza 
tym muszę  
obmyć go z tej krwi, bo inaczej sama oszaleję. 
Faunon przyznał jej rację i powiedział, że nazbiera chrustu i rozejrzy się za 
czymś do  
jedzenia. Wyjął kryształ, który dostał od Gerroda. 
- - Masz swój? 
- - Tak. Trzymałam go w ręku, gdy zawiódł czar teleportacji. Nie mogłabym  
spojrzeć Gerrodowi w oczy, gdybym też go zgubiła. - Teraz już nie musiała się o 
to martwić.  
Ponury czarodziej był daleko, bardzo daleko, i zapewne już nigdy go nie zobaczy. 
Rozejrzała  
się po okolicy. - Gdzieś musi być woda. Trzeba ją znaleźć. 
Dopisało im szczęście. Opodal płynął niewielki strumyk, ledwie strużka, ale wody  
wystarczyło do ugaszenia pragnienia. Nawet Barakas się napił. Sharissa miała 
nadzieję, że  
zimna woda przywróci mu rozsądek. Patriarcha otarł usta i usiadł na ziemi. Był 
tak oderwany  
od rzeczywistości, że nawet nie zdjął rękawic. 
Słońce jeszcze nie zaszło. Faunon zniknął w lesie z szybkością i lekkością 
spełniającą  
wyobrażenia, jakie Sharissa miała na temat jego ludu. Pod jego nieobecność 
zajęła się  
czyszczeniem zbroi Barakasa. Gdyby kiedyś' ktoś jej powiedział, że będzie robić 
coś takiego,  
odpowiedziałaby śmiechem. Teraz było to naturalne. Patriarcha przypominał małe, 
bezradne  
dziecko. 
Jej wysiłki poszły na marne. Krew wsiąkła w ubranie i zaschła. Sharissa 
przetarła  
pancerz, ale i tak zostały na nim rdzawe płamy. 
Jutro, kiedy będzie silniejsza, użyje czarów, żeby pozbyć się tych resztek. 
Barakas obojętnie poddawał się jej zabiegom, a raz przestał mamrotać "Moc..." i  
"Tze...", i powiedział: 
- Nie zejdą. Krew wsiąkła w moją skórę. Nigdy nie zejdą. 
Gdy Sharissa wreszcie zrezygnowała, z powrotem pogrążył się w letargu.  
Zaprowadziła go pod drzewo i usadowiła na ziemi, opierając plecami o pień. Potem 
zajęła się  
sobą. 

background image

Zbliżał się wieczór, a Faunon nie wracał. Sharissa zdawała sobie sprawę, że 
zdobycie  
pożywienia może nie być łatwe, ale przedłużająca się nieobecność elfa zaczęła ją 
niepokoić.  
Tutaj, na drugim kontynencie, powinni być bezpieczni, lecz bała się, że noc 
rozdzieli ją z  
ostatnim i najdroższym sercu towarzyszem. Barakas się nie liczył. Równie dobrze 
mogłaby  
być sama. Usiłując o tym nie myśleć, zaczęła zbierać suche gałązki na ognisko. 
Pomyślała o  
stworzeniu ognia bez opału, ale nawet taki drobiazg przerastał jej siły. Poza 
tym zawsze  
szczyciła się niezależnością od magii, gdy ten sam wynik mogła osiągnąć dzięki 
fizycznej  
pracy. W tej kwestii nie zgadzała się z naukami swojego ojca. 
Faunon wrócił o zachodzie słońca. Przyniósł naręcze chrustu i, co ważniejsze, 
jagody i  
upolowanego królika. Sharissa ucieszyła się, że wiedział, jak go przygotować; po 
zmywaniu  
krwi z Barakasa sama myśl o sprawianiu zwierzęcia przyprawiała ją o mdłości. 
Posiłek był skąpy, ale zaspokoili głód. Sharissa podzieliła strawę i dała 
patriarsze  
równą część. Zdjęła mu hełm i w trakcie jedzenia spoglądali na niego, doszukując 
się jakichś  
reakcji, lecz tylko jadł, mamrotał i marszczył czoło, pogrążony w zadumie. 
Zastanawiała się,  
o czym myśli. Widziała rozpacz w jego oczach. 
Po posiłku przygotowali się do snu. Faunon powiedział, że będzie pierwszy pełnić  
wartę. Zapewnił, że, będąc elfem, potrafi doskonale wypocząć z otwartymi oczami. 
Kiedy  
Sharissa obrzuciła go groźnym spojrzeniem, obiecał, że zbudzi ją, gdy nadejdzie 
pora na  
zmianę. Sharissa nie chciała, by czuwał przez całą noc. Był równie zmęczony jak 
ona. 
Zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do ziemi. W tej samej chwili zaczęła śnić. 
Ścigał  
ją obrzydliwy mglisty twór, który wlepiał w nią tysiące oczu. Uciekając przed 
okropnym  
prześladowcą, niemal wpadła w szeroko rozwartą paszczę wielkiego smoka, który  
przypominał Gerroda. Odwróciła się i pomknęła w drugą stronę, ale wtedy 
usłyszała złośliwy  
chichot opiekuna-odstępcy. 
Pościg trwał w nieskończoność, potwory i wspomnienia mieszały się w przypadkowy  
sposób. 
Kiedy się ocknęła, najpierw pomyślała z ulgą, że wyrwała się z koszmarnego 
cyklu.  
Potem uświadomiła sobie, co ją zbudziło, i zastanowiła się, czy nie wolałaby 
śnić koszmaru. 
- Nieeee! Jestem Tezerenee! Tezerenee to potęga! 
Faunon już biegł do patriarchy, który klęczał pod drzewem i obejmował się 
ramionami  
tak mocno, jakby myślał, że rozpada się na części. Krzyczał coraz mniej 
zrozumiale,  
bełkotliwie powtarzając nazwę klanu i słowo "potęga". 
Sharissa stanęła u jego boku i spróbowała przedrzeć się przez mur ogarniającego 
go  
szaleństwa. 
- - Barakasie! Wysłuchaj mnie! Nie dzieje się nic złego! Jesteś tutaj 
bezpieczny! -  
Przyszło jej na myśl, że może został ranny, a w panującym chaosie nikt dokładnie 
go nie  

background image

obejrzał. - Wielmożny Barakasie! Co ci dolega? Powiedz mi, może zdołam ci pomóc. 
- - Tezerenee... Potęga... 
- - Chyba się uspokaja - powiedział Faunon. 
Zdawało się, że Barakas z powrotem wpada w katatonię. Sharissa wzdrygnęła się na  
ten widok, ale taki stan był lepszy od jego wcześniejszego ataku. Patriarcha 
miał dość siły, by  
skrzywdzić ich oboje. 
Zaniepokojona czarodziejka pochyliła się nad nim. 
- Barakasie? 
Nawet Faunon nie zareagowałby tak szybko, z prędkością błyskawicy. Patriarcha  
odepchnął oboje i ze zwierzęcym rykiem pomknął w gęstwinę. 
- Zatrzymaj go! 
- Za późno - mruknął jej towarzysz, lecz mimo to posłuchał. Biegli w ślad za  
smoczym władcą, nasłuchując ciężkiego tupotu, który powinien nieść się w nocnej 
ciszy.  
Jednak patriarcha sunął bezgłośnie jak duch i szybciej, jak się zdawało, od 
elfa. 
Po paru minutach zrezygnowali z pościgu. Zgubili trop. Dla elfa, przed którym 
las nie  
miał tajemnic, było to wyjątkowo irytujące. 
- - Jakby rozpłynął się w powietrzu! Dlaczego nie mogę znaleźć śladów? 
- - Może... może stał się taki jak Lochivan? 
- - Czy moglibyśmy nie zauważyć smoka? - odparł. - A jeszcze lepiej, czy smok 
nie  
zauważyłby nas? 
Rozejrzała się, lecz gęste korony drzew nie przepuszczały poświaty księżyców. 
- - Zdaje się, że się czegoś przestraszył. 
- - Pewnie ponownie przeżywał swoją tragedię. Takie nieszczęście każdym  
wstrząsnęłoby do głębi. Może nawet śnił o śmierci małżonki. 
- - Tzee... 
- - Słyszysz coś? - zapytała. 
- - Nie. Jestem zbyt wykończony, żeby nasłuchiwać. Przykro mi, Sharisso,  
naprawdę. Gdybym znalazł trop, ruszyłbym dalej. Teraz mogę powiedzieć tylko 
tyle, że  
możemy wrócić tu rano i zobaczyć, czy las zdradzi nam swoje stkrety. 
"Gdzie będzie wtedy Barakas?" Jednak Faunon miał rację. Nie mieli szans na  
znalezienie patriarchy. Czarodziejka wątpiła, czy światło dnia coś zmieni. 
Barakas zniknął.  
Odszedł na zawsze: ostatnia ofiara, miała nadzieję, własnych ambicji utworzenia 
cesarstwa. 
Jak na ironię, zostawił po sobie cesarstwo - cesarstwo stworzeń, które uczynił 
herbem  
swego klanu. 
Wrócili do obozowiska i usiedli. Tym razem sen długo nie nadchodził, ale kiedy  
wreszcie się zjawił, Sharissa była wdzięczna, że okazał się głęboki i wolny od 
koszmarów. 
- Tzee... 
Coś uciskało jej piersi i tamowało oddech. Przekręciła się na bok. 
- Tzee... 
Początkowo pomyślała, że to sen, ale zaraz potem przyszło opamiętanie. Gdyby 
śniła,  
to nie powinna o tym wiedzieć. Powinna być uwikłana w akcję snu. 
- Tzee... 
Przewróciła się na plecy i otworzyła oczy. 
Koszmar ze snu odpowiedział jej spojrzeniem. 
Wrzasnęła na cały głos, i wcale nie była tym zawstydzona. Każdy wrzasnąłby na  
widok mrocznej, chmurnej masy, z której wyzierały niezliczone oczy. Echa 
bezsensownego  
dźwięku tłukły się jej po głowie. Była pewna, że jego źródłem jest zalegający 
nad nią  
koszmar. 

background image

Spłoszył go krzyk. Sharissa usłyszała głos Faunona. Z grozą i zdumieniem 
patrzyła,  
jak masa wznosi się i umyka w gęsty las. Elf rzucił się w pościg, ale mknęła z 
gracją i  
chyżością najszybszych jastrzębi i zniknęła, nim zdążył zrobić tuzin kroków. 
Przez cały czas Sharissa słyszała to samo bezsensowne słowo: "Tzee... Tzee..." 
Nie  
chciało ucichnąć jeszcze przez długi czas. 
- Sharisso! Na Rheenę, nigdy sobie nie wybaczę, że byłem taki uparty! Wbrew  
danemu słowu chciałem czuwać przez całą noc. To... To coś musiało zjawić się, 
gdy tylko  
przysnąłem. 
Słońce już wstawało, ale blask dnia nie przynosił ukojenia. Choć nocny gość,  
czymkolwiek był, uciekł, Sharissa nie mogła pozbyć się wrażenia, że nadal nie są 
sami, że  
ktoś ich pilnie obserwuje. 
- - W życiu nie widziałem czegoś takiego! - zawołał elf, gdy szukali pociechy w  
swoich ramionach. - Gadało mi w głowie... 
- - Tzee - powiedziała. - Powtarzało: "Tzee". 
- - Dokładnie! 
- - Tezerenee? - szepnęła do siebie. 
- - Co? 
- - Nic. - Nie chciała dłużej o tym myśleć. Taka możliwość przerażała ją 
bardziej niż  
myśl o smokach. Z pomocą Faunona podniosła się z ziemi. Nadal coś było nie w 
porządku. -  
Faunonie, wyczuwasz coś? 
Zmrużył oczy i rozejrzał się po okolicy. 
- Dotąd o tym nie myślałem, ale... czy to możliwe, że wcale nie odeszło? 
Możliwe, choć takie wyjaśnienie nie trafiało jej do przekonania. Obecność, którą  
wyczuwała, była znajoma. Nie opiekunowie, tylko... 
Czarodziejka odsunęła się od Faunona i omiotła wzrokiem pusty z pozoru las. 
- - Doskonale! Jakże to uprzejmie z waszej strony! Nie chcieliście nas 
przestraszyć.  
Już wiem, że tam jesteście, wiec możecie wyjść. 
- - Z kim... - Elf zapomniał o pytaniu, gdy spomiędzy drzew wyłoniło się kilka  
postaci. Nie wiadomo, skąd się wzięły, bo przecież w pobliżu nie było żadnej 
kryjówki. Miały  
na sobie jednakowe szaty z kapturami i poruszały się z nieosiągalną dla nikogo 
innego  
harmonią. Można by pomyśleć, że kieruje nimi jeden umysł. 
Nie-ludzie, Beztwarzy, jak zwali ich inni, okrążyli czarodziejkę i jej 
towarzysza. 
- - Sharisso, nie zrobią nam krzywdy? 
- - Trudno powiedzieć - odparła szczerze. - Mam nadzieję, że nie. 
Uśmiechnął się lekko. 
- - Od kiedy cię poznałem, moja Vraadko, moje życie jest pełne niespodzianek.  
Nigdy nie wiem, co przyniesie następna chwila. 
- - Ja też nie - przyznała. Jedna z istot o pustych obliczach oddzieliła się od  
pozostałych i stanęła wprost przed nią. - Jesteście. - Czarodziejka chciałaby 
mieć tyle odwagi,  
ile brzmiało w jej głosie. - Co teraz? Po co przyszliście? 
W odpowiedzi wysoka postać podniosła lewą rękę. Spojrzeli we wskazaną stronę. 
Jak Beztwarzy, w jednej chwili zjawiła się tam, gdzie jej nie było. Była dość 
szeroka,  
by pomieścić ich oboje, ale nie jej wielkość zwróciła ich uwagę. Jak zawsze, to 
ona sama  
przyciągała spojrzenia. Pradawna Brama. Śmigały po niej w nie kończącym się 
wyścigu  
niezliczone stworzonka, czarne i z kształtu jakby gadzie. Szary, kamienny, 
porośnięty  

background image

bluszczem łuk był tylko jedną z postaci, jakie przybierała Brama. Niezależnie od 
formy,  
promieniowało z niej poczucie niewiarygodnego wieku i sugestia, że jest czymś 
więcej niż  
zwyczajną bramą. Ta konstrukcja tętniła życiem. 
- Mój ojciec nazywa to Bramą - powiedziała Sharissa. - Z wielkiej litery. Zawsze  
uważał, że zasługuje na imię. 
- Ona naprawdę żyje? Wzruszyła ramionami. 
- Czy to coś, co nas zaatakowało, było żywe? Dochodzę do przekonania, że ten 
świat  
jest równie obłąkany jak Nimth. 
Beztwarzy znów wyciągnął rękę. 
- Chyba chce, żebyśmy weszli, Sharisso. Co proponujesz? Czarodziejka już nie 
ufała  
Baztwarzym. Mieli własne cele i nie była pewna, czy są one zbieżne z dążeniami 
jej ludu.  
Mimo to nie widziała powodu, żeby odmówić - poza tym nie wiadomo, czy 
zakapturzone  
istoty zważałyby na jej sprzeciw. 
- Powinniśmy przejść. Myślę, że tak będzie najlepiej. Elf złapał ją za rękę. 
- Wejdziemy razem. Nie mam ochoty zostać tu sam jak kołek. 
Ta myśl ją przestraszyła. Czy nie-ludzie otworzyli Bramę wyłącznie dla niej? Czy  
Faunon nie mieścił się w ich planach? Mocno ścisnęła jego rękę i skinęła głową 
do  
przywódcy. 
- Idziemy razem. 
Beztwarzy postąpił tak, jakby chciał uśmierzyć ich obawy: ruszył ku żywej 
Bramie.  
Nawet się nie zatrzymał. Gdy przechodził pod łukiem, zobaczyli błysk, a potem 
budowlę,  
którą czarodziejka rozpoznała. 
Jej twarz się rozjaśniła. 
- Za nim! Szybko! Dosłownie rzucili się w Bramę. 
Po drugiej stronie Sharissa zatrzymała się i odetchnęła głęboko. Faunon 
dostrzegł jej  
uśmiech i odprężył się. 
- Jesteśmy? 
Wskazała wspaniały zamek na szczycie wzgórza. Między nimi a wielką budowlą  
rozpościerała się łąka porośnięta wysoką trawą i kwiatami. Sharissa nie 
przypominała sobie  
innego widoku, który przepełniłby ją taką ulgą i szczęściem. Pobiegła, ciągnąc 
Faunona za  
sobą i wołając: 
- To dom! 
Była tak uradowana, że z biegu od stóp wzgórza do bramy, w której czekał jej 
ojciec i  
przybrana matka, pozostały jej tylko niewyraźne wspomnienia. 
- - Chcieli, żebyśmy wyszli na zewnątrz - powiedziała Ariela. - Zastanawialiśmy 
się,  
po co. Często żałuję, że nie mają ust. 
- - Wtedy musieliby wiele wyjaśnić - odparła Sharissa. - Nie sądzę, żeby tego  
chcieli. 
Stali we czworo na dziedzińcu zamku, który stanowił centrum "kieszonkowego"  
świata Dru Zeree. Dwie godziny spędzili na rozmowie, wymieniając się 
opowieściami o  
wydarzeniach, które miały miejsce na tym lądzie i za morzem. Widząc ich 
wyrnizerowane  
twarze, Dru natychmiast wyczarował jedzenie i picie. Sharissa sama rzuciła 
proste zaklęcie,  
pragnąc zaznać przyjemności, jaka płynęła z możliwości uzyskania odpowiedniej  

background image

koncentracji i posiadania siły. Zauważyła, że tutaj zakończenie czaru było 
łatwiejsze niż na  
tamtym kontynencie. Przyszło jej na myśl, że ziemia lub opiekunowie mogą mieć z 
tym coś  
wspólnego, ale postanowiła na razie nie wspominać ojcu o tej teorii. 
Dru Zeree jeszcze raz uściskał córkę. 
- Bałem się, że już nigdy cię nie zobaczę! Nie byłem pewien, czy Gerrod zdoła 
cię  
odnaleźć. Był moją jedyną nadzieją. - Mistrz magii z lekkim zakłopotaniem dodał: 
- Przykro  
mi, że nie wrócił. 
Ariela wybawiła Sharissę z kłopotliwej sytuacji, zwracając się do elfa. 
- - A już myślałam, że nigdy więcej nie ujrzę nikogo z mojego ludu. Mam 
nadzieję,  
że Sharissa raz na jakiś czas wypuści cię. Przyjemnie będzie pogawędzić o dawnym 
życiu. 
- - Z pewnością. A ty powiesz mi, jak wygląda życie wśród legendarnych,  
przeklętych Vraadow. Mam miłe doświadczenia, ale nie brakuje mi również tych 
przykrych. -  
Faunon uśmiechnął się, by nikt nie wziął mu za złe tego wyznania. 
- - Możecie zacząć już teraz - zaproponował Dru, obejmując Sharissę. - Chciałbym  
przez chwilę porozmawiać z córką. Niezbyt długo, obiecuję. Oboje potrzebujecie  
wypoczynku. 
- - Chętnie przespałabym cały miesiąc - przyznała Sharissa. 
- - W takim razie rozmowa naprawdę będzie krótka. 
Faunon podziękował czarodziejowi za wszystkie dobrodziejstwa i odszedł wraz z  
wielmożną Zeree. Ariela wiedziała, że gdy później zostaną sami, mąż zda jej 
relację z  
rozmowy z córką. 
Dru odwrócił się i przez chwilę podziwiał fantazyjnie cięte krzewy na 
dziedzińcu.  
Zielone zwierzęta niemalże rwały się do harców. Czarodziej jednakże daleki był 
od takiej  
beztroski. 
- - A zatem klan smoka już nie istnieje. Shrissa szła z nim ramię w ramię. 
- - W pewnym sensie klan smoka teraz dorasta do swego miana. Odpowiedział jej z  
pozbawionym humoru uśmiechem: 
- Chyba tak. Nie wiem, czy im współczuć, czy bać się o naszą przyszłość. 
Będziemy  
musieli dokonać pewnych zmian, a nie sądzę, by wszyscy się na nie zgodzili. Od 
odejścia  
Barakasa Silesti mówi o zabraniu swoich zwolenników i założeniu drugiej kolonii. 
- To byłaby głupota! Dru wzruszył ramionami. 
- - Wybór należy do nich. Zdaniem Silestiego triumwirat już nie ma sensu. 
- - Ale jeśli pewnego dnia smoki zaczną sprawiać kłopoty... 
- - W tym czasie, Sharisso, powinniśmy być przygotowani. Nie zapominajmy o  
kłopotach, które mogą nadejść z niespodziewanej strony. Być może pewnego dnia 
dzieci  
smoka okażą się naszymi sprzymierzeńcami. 
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
- Te potwory? Nigdy! Ojcze, gdybyś tam był, gdybyś widział przemianę Lochivana i  
słyszał głos srebrnego smoka... nigdy nie powiedziałbyś czegoś takiego! 
Poprowadził ją tam, dokąd odeszła Ariela z Faunonem. 
- Smok z Głębin złożył nam krótką wizytę. Zostawił prostą wiadomość, ale do 
czasu  
twojego powrotu i opowieści o wszystkich tych wypadkach nie miałem pojęcia, o co 
mu  
chodziło, Sharissa czekała, wiedząc, że ojciec będzie mówić dalej. 
- Opiekun powiedział, że nie powinienem tracić otuchy, że wszyscy królowie  
zaczynali jako tyrani i potwory, ale tylko ta jedna rasa może pójść dalej. 
Zapytałem, jak to  

background image

rozumieć i gdzie ty jesteś, Sharisso. Zignorował moje prośby i rzekł tylko, że 
zmiany nigdy  
się nie kończą i że my, bardziej niż ktokolwiek inny, możemy ukształtować własną  
przyszłość. 
Dni Zeree ściągnął brwi, dumając nad znaczeniem słów opiekuna. Sharissa 
wiedziała,  
że również koloniści będą musieli dostosować się do wymogów świata założycieli, 
ale  
zadecydowała, że wyjaśnienie tej sprawy może zaczekać, dopóki sytuacja się nie 
unormuje. 
- - To wszystko? - zapytała. 
- - Nie, wcześniej powiedział, że powinienem obserwować Beztwarzych. Nic więcej.  
Prawie o tym zapomniałem. 
- - A gdzie oni są? - Nie widziała ich od czasu przejścia przez Bramę. Na łące 
nie  
było nawet tego, który ich wyprzedził. 
- - Wszędzie wokół. Nie okazali zainteresowania waszym przybyciem. 
- - Dobrze skrywają swoje prawdziwe uczucia. - Gdy Dru czekał z ojcowską  
cierpliwością, Sharissa rozkoszowała się spokojem tego miejsca i chwili. Tak 
wiele się  
wydarzyło i tak wiele się jeszcze wydarzy. Przemiany, jakim ulegli Tezerenee, 
mogły  
wydawać się nieznaczne w porównaniu z tymi, jakie czekały pozostałych 
kolonistów. Ona  
sama też się zmieniła pod wpływem niedawnych przeżyć; teraz dużo lepiej 
rozumiała  
konieczność przetrwania kolonii oraz rolę, jaką odgrywała jej rodzina. Dotąd 
praca do  
upadłego jej nie przeszkadzała, ale pogrążając się w niej traciła z oczu 
subtelniejsze aspekty  
zmian. To się zmieni. Musi się zmienić. 
"Dzieci smoka mają swoją przyszłość - osądziła w myślach. - Nadszedł czas, 
żebyśmy  
zadbali o naszą". 
"Od jutra" - zadecydowała. Zasłużyła na jeden dzień wypoczynku, jeden dzień na  
odzyskanie sił przed czekającymi ich zmianami. Miała nadzieję, że Faunon nie 
będzie  
żałować, że z nią tu przybył. 
Miała nadzieję, że sama nie będzie żałować powrotu. 
- Poszukamy Arieli i Faunona? - zapytał ojciec. Być może uznał, że jest tak 
zmęczona,  
że zaczyna zasypiać mu w ramionach. 
- - Dobrze - odparła, otrząsając się z zadumy i uśmiechając się do niego. - I 
obiecaj  
mi, że dziś nie będziemy nic robić! Absolutnie nic! 
- - Jak sobie życzysz. Jesteś w domu, możesz wypoczywać, ile dusza zapragnie. 
W odpowiedzi pocałowała go w policzek. Gdy szli na poszukiwanie elfów, 
pomyślała,  
że gdy od jutra zacznie dzielić czas między rodzinę a przyszłość, nie pozostanie 
go wiele na  
poleniuchowanie. 
Z jakiegoś powodu wcale jej to nie martwiło. 
 
XXII 
 
W wielkich Górach Tyber złoty smok ryknął. Sfrustrowany i zły na siebie,  
wyładowywał gniew na strzępach sztandaru i innych przedmiotach. Porzuciły je 
przed  
tygodniami nieliczne przerażone małe stworzenia, którym udało się uciec przed 
nim i jego  

background image

krewniakami. Umykały na południe, ale zrezygnował z pościgu, gdy tylko opuściły 
góry.  
Pamięć go zawodziła, ale przypominał sobie, że Góry Tyber zostały mu dane. On 
był tutaj  
panem. 
Tyle różnych rzeczy usiłowało przebić się przez mgłę, która spowijała jego 
umysł.  
Wiedział, że ma moc na usługi, ale jeszcze nie umiał z niej korzystać. Nikt z 
klanu tego nie  
potrafił. Ale smoczy król wiedział, że z każdym dniem jest coraz bliższy 
zrozumienia magii.  
Podobnie rzecz się miała ze skrzydłami. Ledwie parę dni temu zaczęły wyrastać mu 
z  
grzbietu. Dziś były tylko drobnymi, żałosnymi wyrostkami, ale pewnego dnia 
uniosą go w  
przestworza. 
Pragnął skrzydeł i magii; inne rzeczy tylko go rozpraszały. Jako monarcha tego  
smoczego klanu nie potrzebował imienia. Wiedział, kim jest, i to musiało 
wystarczyć. Zabił  
dwa niepokorne smoki, żeby ugruntować swoją pozycję. 
"Reegan". Dlaczego to słowo brzmiało tak znajomo? A co to znaczy "Tezerenee"? I  
kim była ta maleńka dwunożna istota, która śmiała przebywać tam, gdzie nie ważył 
się wejść  
nikt inny z jego plemienia? Stworzonko okręciło się swego rodzaju kokonem i 
patrzyło na  
smoczego króla tak, jakby się znali. Z niewiadomych powodów smok nie miał chęci 
rzucić  
się na ten mały kąsek. Skoro trzymał się w należnej odległości, niech sobie 
żyje. Ma się  
rozumieć, darowanie mu życia było oznaką smoczej wielkości i wspaniałomyślności. 
Smok znów zaczął pastwić się nad sztandarem. Niewiele z niego zostało, ale 
zawsze  
uważał, żeby pozostawić coś na później. Rozdzieranie maleńkich kawałków 
sprawiało mu  
przyjemność, choć nie wiedział, dlaczego. Ale skoro był władcą, szukanie powodów  
wydawało się zbędne. 
Bystre gadzie oczy zauważyły cienie, które nagle pojawiły się na ziemi. Smok, 
który  
był Reeganem, podniósł głowę i ryknął wyzywająco. Okrążali go skrzydlaci, będący 
jego  
śmiertelnymi wrogami. Inne smoki w rozległych jaskiniach góry skwapliwie 
odpowiedziały  
na wezwanie. Skrzydlaci wzięli paru ich braci w niewolę, a takiej zniewagi nie 
mogły puścić  
płazem, choć dni ptasiego ludu były już policzone. Dziś być może mieli niewielką 
przewagę,  
lecz z czasem nadejdzie taki dzień, kiedy smoki zawładną całym kontynentem. 
Skrzydlaci jeden po drugim lądowali wokół smoka. Zdawało się, że tym razem chcą  
pojmać jego, władcę klanu. Znów ryknął, przyzywając poddanych i rzucając 
wyzwanie  
ptakom. Kiedy w swej zuchwałości skrzydlaci poważyli się postąpić zbyt blisko, 
przypuścił  
atak. 
Nikt nie odbierze mu przyszłości, nikt nie pozbawi go przynależnego mu miejsca w  
tym świecie.