background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

NOCNE CIENIE 

 

SAGA CÓRKA MORZA XII 

 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth  spojrzała  z  rozpaczą  na  bladą  twarz  Kristiana.  Drżącą  ręką  pogłaskała  go 

delikatnie po policzku. Jego skóra była chłodna. Elizabeth instynktownie cofnęła dłoń. 
 

- Musimy wnieść go do domu – powiedział jeden z mężczyzn. 

 

Elizabeth  ustąpiła  im  miejsca.  Kątem  oka  obserwowała  służące,  które  wyszły  przed 

dom i stanęły obok Ane i Marii. W tej chwili nie miała siły myśleć o tym, jak wytłumaczyć to 
wszystko dziewczętom. 
 

- Wnieście go na górę – powiedziała łamiącym się głosem. – Pokażę wam, gdzie/ 

 

- O Boże, on krwawi! – zawołała Ane, podbiegając do matki. 

 

Elizabeth przytuliła ją do siebie. 

 

-  Zostań  teraz  z  Marią  –  powiedziała  stanowczym  tonem  i  pogłaskała  córkę  po 

policzku. 
 

Gdy tylko Maria zabrała Ane do kuchni, Elizabeth zwróciła się do Olego. 

 

- Myślisz, że on od dawna… nie żyje? 

 

Ole spojrzał na nią zaskoczony. 

 

- Kto? Kristian? przecież on żyje! A ty myślałaś, że…? 

 

- O mój Boże! – wyrwało jej się z piersi. Przez chwilę świat wirował jej przed oczami. 

 

- Dobrze się pani czuje? – zaniepokoił się jeden z mężczyzn. 

 

-  Tak,  tak,  wszystko  w  porządku.  Wnieście  Kristiana  na  górę!  Szybko!  –  zawołała  i 

zaczęła biec po schodach. Była w takim szoku, że na przemian śmiała się i płakała. 
 

- Musisz mi pomóc – zwróciła się do Olego,  gdy  w końcu położono Kristiana w ich 

małżeńskim łożu. – Sama nie dam rady go rozebrać – wyjaśniła, a do pozostałych mężczyzn 
powiedziała: -  Idźcie do kuchni i poproście o kawę i coś do jedzenia, a służącej przekażcie, 
ż

eby przyniosła torf i dzban ciepłej wody. 

 

Potem podziękowała Olemu, który pomógł jej zdjąć ubranie z rannego. 

 

- Zdaję sobie sprawę z tego, że jesteś zmęczony, ale musisz sprowadzić doktora. Nie 

wiem, czy Kristian nie ma jakichś wewnętrznych obrażeń. 
 

Ole był już w drodze do drzwi. Doskonale wiedział, co należy zrobić. 

 

Elizabeth otarła łzy fartuchem i pochyliła się nad mężem. 

 

-  Najważniejsze,  że  żyjesz!  –  załkała.  –  To  tak,  jakbym  znowu  cię  odzyskała… 

Jakbym…  -  musiała  odchrząknąć  żeby  oczyścić  gardło.  –  Bogu  dzięki!  Bogu  niech  będą 
dzięki! Już nigdy więcej nie padną między mną a Kristianem złe sowa. Nigdy! 
 

Helene nie kazała na siebie długo czekać. 

 

- Przyniosłam wodę do mycia – powiedziała, stawiając dzban na stole. – Co z nim? 

 

Elizabeth poczuła, że znowu zbiera jej się na płacz. 

 

- Nie wiem… Ma mnóstwo ran i siniaków, a poza tym jest wyziębiony i do tej pory 

nie odzyskał przytomności. Strasznie się o niego boję. 
 

Helene spojrzała na Kristiana. 

 

- Zaraz będzie tu doktor. On mu pomoże. 

 

Elizabeth odgarnęła czarną grzywkę z czoła męża. Jego włosy były brudne i mokre. 

background image

 

2

 

-  To  prawdziwy  cud  –  powiedziała.  –  W  pierwszej  chwili  pomyślałam,  że  on  nie 

ż

yje… ale na szczęście się myliłam! Wiesz, gdzie go znaleźli i czy był wtedy przytomny? – 

zapytała. 
 

- Nie jestem pewna. 

 

- Później się tego dowiem. Najważniejsze, że jest już w domu. 

 

- Przyniosę więcej torfu – powiedziała Helene i wybiegła z pokoju. 

 

Elizabeth namoczyła ściereczkę i delikatnie przetarła mu twarz, szyję i ręce. Dotykała 

go  lekko  i  ostrożnie,  jakby  bała  się  go  obudzić,  równocześnie  miała  nadzieję,  ze  Kristian 
otworzy oczy. Potem wzięła lniany ręcznik i wytarła go do sucha. 
 

Jego ręka była zimna i wiotka. Elizabeth próbowała ogrzać ją swoimi dłońmi. 

 

-  Aż  tak  zmarzłeś?  –  wyszeptała  ze  ściśniętym  gardłem,  chuchając  na  jego  rękę. 

Zwykle robiła tak, gdy Ane od mrozu szczypały palce. Gdy okazało się, że i to nie pomaga, 
rozpięła bluzkę przy szyi i przyciągnęła jego dłoń do ciepłej skóry. – teraz już będzie dobrze. 
wszystko się ułoży. Już nigdy nie będziemy siebie nawzajem ranić ani obrażać.  
 

Pochyliła  się  nad  mężem,  przyłożyła  policzek  do  jego  piersi  i  zaszlochała.  Dałaby 

wszystko, by móc się do niego przytulić, przywrzeć do jego ciała, poczuć ciepło jego silnych 
ramion. 
 

Później to sobie odbijemy, pomyślała. Później, kiedy wszystko się ułoży. 

 

Nagle cicho otworzyły się drzwi za jej plecami, potem coś stuknęło lekko o podłogę, a 

po  chwili  ktoś  na  palcach  opuścił  pokój.  Elizabeth  nie  musiała  się  odwracać.  I  bez  tego 
wiedziała, że to Helene postawiła na ziemi koszyk z torfem. 
 

Elizabeth  podniosła  się  z  wyraźną  niechęcią  i  otarła  twarz  rękawem.  Marzła  o  tym, 

ż

eby się umyć,  ale nie  miała czystej wody. Trudno. Nawet jeśli ktoś zauważy, że płakałam, 

nie  ma  w  tym  przecież  nic  złego,  pomyślała.  Swoją  drogą,  jakie  to  dziwne,  że  człowiek 
zawsze próbuje ukryć to, co naprawdę czuje. Wiedziała, że dotyczy to szczególnie smutku i 
łez. 
 

Chwilę później usłyszała rozmowę dobiegającą z korytarza. 

 

Cienki głos Helene mieszał się z głębokim męskim głosem. Elizabeth domyśliła się, że 

to doktor. Szybko pocałowała Kristiana w czoło i wyszeptała: 
 

- Nie bój się. Zaraz wracam. 

 

Już po chwili była na dole. 

 

- Dzień dobry – powiedziała, podając doktorowi dłoń na powitanie. – Dziękuję, że pan 

przyjechał. 
 

- Nie ma za co dziękować. W końcu to mój obowiązek. Pani parobek opowiedział mi, 

co się stało – odparł doktor i ściągnął płaszcz. 
 

Elizabeth powiesiła ubranie na wieszaku i ruszyła schodami na górę. 

 

- Proszę za mną. 

 

Gdy znaleźli się w sypialni, doktor osłuchał Kristiana, po czym przyłożył dłoń do jego 

czoła. Otwierając torbę lekarską, zerknął ukradkiem na Elizabeth. 
 

- Pani mąż zaczyna się robić cieplejszy. To dobry znak.  

 

Elizabeth dopiero teraz uświadomiła sobie, że przez cały czas wstrzymywała oddech. 

Powoli wypuściła powietrze. Doktor musiał to zauważyć, bo uśmiechnął się z pobłażaniem i 
dodał: 
 

- Nie musi pani być obecna przy badaniu. Pani mąż jest w dobrych rękach. 

 

Elizabeth zawahała się przez moment, ale w końcu posłuchała rady doktora i zeszła na 

dół do kuchni. 
 
 

Mężczyźni  nadal  siedzieli  przy  stole  i  żywo  o  czymś  dyskutowali,  lecz  gdy  tylko 

Elizabeth  weszła  do  środka,  natychmiast  umilkli.  Zmęczona  opadła  na  krzesło  i  wzięła  do 
filiżanki kawy, która podała jej Lina. 

background image

 

3

 

- Wiadomo już coś? 

 

To był głos Olego. Zastanawiając się nad odpowiedzią, Elizabeth wypiła kilka łyków 

ciepłego napoju. 
 

- Musimy zaczekać, aż doktor skończy badanie. Najbardziej martwi mnie jednak to, że 

Kristian  wciąż  nie  odzyskał  przytomności.  Niewykluczone,  że  doszło  do  urazu 
wewnętrznego, o którym jeszcze nie wiemy. 
 

- Naprawdę myślałaś, że nie żyje? – zapytała Ane. 

 

-  Tak  –  Elizabeth  pogłaskała  córkę  po  policzku.  –  Bałam  się,  że  umarł.  Gdzie  go 

znaleźliście? – zwróciła się z pytaniem do Olego. 
 

- Pod Brattflage. 

 

Elizabeth zamarła bez ruchu. 

 

- Co on tam robił? 

 

-  Tam  jest  taka  wąska  ścieżka  –  wyjaśnił  Ole.  –  Kiedyś  ludzie  chodzili  tamtędy  na 

polowanie. – Przypuszczam, że się poślizgnął. Zresztą sam nie wiem… nie mieliśmy czasu, 
ż

eby dokładnie się przyjrzeć. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do domu. 

 

- Od razu wiedzieliśmy, że żyje – wtrącił jeden z mężczyzn. – Gdy go znaleźliśmy, był 

przytomny, ale nic nie mówił. W drodze do domu zaczął tracić przytomność. Skarżył się na 
ból głowy i dygotał z zimna. 
 

-  Co  ja  bym  bez  was  zrobiła  –  powiedziała  Elizabeth,  siląc  się  na  uśmiech.  – 

Uratowaliście mu życie. 
 

Jeden z mężczyzn zakaszlał, chcąc pokryć zmieszanie, po czym wymamrotał. 

 

-  Eee,  jeszcze  nic  nie  wiadomo…  To  znaczy,  jeszcze  nie  wiemy,  czy  jest  za  co 

dziękować…  -  mówiąc  to,  zrobił  się  czerwony  jak  piwonia.  Wyglądał  tak,  jakby  ze  wstydu 
chciał się zapaść pod ziemię. 
 

Elizabeth nie mogła powstrzymać od śmiechu. 

 

-  Wiem,  co  masz  na  myśli.  Ale  i  tak  zrobiliście  coś  wspaniałego  i  będę  waz  za  to 

wdzięczna  do  końca  życia  –  dopiła  kawę  i  wstała  od  stołu.  –  Najedzcie  się  do  syta.  Lina 
dopilnuje,  żeby  niczego  wam  nie  zabrakło.  Jak  tymczasem  pójdę  na  górę  i  sprawdzę,  czy 
doktor skończył badać Kristiana. 
 

Drzwi  do  sypialni  były  nadal  zamknięte,  więc  weszła  do  tkalni  i  zaczęła  krążyć 

niespokojnie  po  pokoju.  Obrzuciła  spojrzeniem  wszystkie  motki  wełny,  które  wisiały  na 
ś

cianie: czerwone, żółte, niebieskie i zielone. W koszyku leżało kilka kłębków szarej, białej i 

czarnej przędzy. Podniosła jeden z nich i ścisnęła w dłoni. Miały z nich powstać rękawice do 
pracy  na  morzu  i  grube  skarpety  dla  Kristiana.  Białe  rękawice  z  czarnym  kciukiem,  które 
chroniły  przed  potworem  morskim.  Miała  zamiar  obciąć  trochę  włosów  i  wpleść  je  w 
dzianinę, żeby rękawice były jeszcze mocniejsze. 
 

Nagle poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Zrozpaczona usiadła przy krosnach. 

 

-  Dobry  Boże,  oszczędź  go!  –  wyszeptała.  Głos  zaczął  jej  się  łamać,  wiec  zamilkła. 

Nieraz  słyszała  o  ludziach,  którzy  po  uderzeniu  w  głowę  zmieniali  się  nie  do  poznania. 
Niektórych  zamykano  nawet  w  zakładach  psychiatrycznych.  Oczy  Elizabeth  zaszły  łzami. 
Gdyby  Kristianowi  przydarzyło  się  coś  takiego,  nigdy  by  sobie  tego  nie  wybaczyła!  Nie 
wyobrażała  sobie,  jak  miałaby  dalej  żyć,  gdyby  dotknęło  ich  takie  nieszczęście.  Dopiero 
kiedy  kłębek wełny zrobił się wilgotny, uświadomiła sobie, że z jej oczu płyną łzy. Szybko 
otarła twarz i wrzuciła kłębek z powrotem do koszyka. 
 

Podeszła do okna i lekko je uchyliła. Wiatr owiał jej twarz i szyje. Zaczęła oddychać 

gwałtownie,  wciągając  powietrze  głęboko  do  płuc.  Nagle  drzwi  do  sypialni  otworzyły  się  i 
stanął w nich doktor. Elizabeth pospiesznie wybiegła z tkalni. 
 

- Co z nim? – zapytała, wpatrując się w szczupła twarz lekarza. 

 

Mężczyzna uśmiechnął się łagodnie. 

background image

 

4

 

-  Proszę  się  nie  denerwować.  Pani  mężowi  nic  nie  będzie.  Trochę  się  poobijał  i  jest 

nieco wyziębiony. Możliwe, że przez kilka dni będą się utrzymywać kaszel i gorączka, ale to 
wkrótce minie. Teraz musi przede wszystkim dużo odpoczywać. 
 

Elizabeth zamknęła oczy, czując niewysłowioną wdzięczność. Jak tylko zostanę sama, 

podziękuję Bogu za to, że nad nim czuwał, pomyślała. Gdyby nie Opatrzność nie uszedłby z 
ż

yciem. 

 

- Czy pani się dobrze czuje? 

 

Dopiero  po  chwili  uświadomiła  sobie,  że  doktor  położył  jej  dłoń  na  ramieniu. 

Zauważyła, że ma ładne, smukłe palce i czyste paznokcie. Jego zadbane dłonie zupełnie nie 
przypominały spracowanych, szorstkich rąk jej męża. 
 

- Tak, ja… bardzo się bałam, że Kristian doznał urazu głowy… - wydusiła w końcu. 

 

Doktor uśmiechnął się. 

 

- Nie powinna się pani aż tak denerwować. I nie warto słuchać wszystkiego, co ludzie 

gadają. 
 

- Dobry z pana człowiek – powiedziała szybko Elizabeth. 

 

Odwróciła się zawstydzona i zaczęła schodzić w dół. Wzięła z gabinetu pieniądze dla 

doktora  i  poprosiła  Olego,  żeby  odwiózł  go  do  domu.  Odprowadziła  doktora  do  drzwi, 
zapłaciła mu za wizytę i pożegnała się. mężczyzna skinął głową, uśmiechnął się, jakby chciał 
dodać jej otuchy, i pospiesznie się oddalił. 
 

Ledwie powóz odjechał, a na korytarzu zrobiło się tłoczno. Wszyscy wylegli z kuchni, 

ż

eby posłuchać nowin. 

 

- Nie stój tak, bo zmarzniesz – powiedziała Lina, próbując wciągnąć ją do pokoju. 

 

Elizabeth odwróciła się do niej z promiennym uśmiechem. Przycisnęła Ane i Marię do 

siebie i powiedziała: 
 

- Wcale nie jest mi zimno. Dopiero teraz czuję, że mogę swobodnie oddychać. Nawet 

nie wiecie, jak mi ulżyło. Bardziej niż jesteście w stanie to sobie wyobrazić. 
 

Maria ścisnęła ją za rękę. Ich spojrzenia spotkały się. może ona wszystko rozumie? – 

pomyślała Elizabeth. W końcu Maryjka wiele już w życiu przeszła. 
 
 

Przez  dwie  doby  Elizabeth  czuwała  przy  łóżku  Kristiana.  W  tym  czasie  prawie  nie 

zmrużyła  oka,  czasem  tylko  udawało  jej  się  zdrzemnąć  w  fotelu.  Posiłki  również  jadła  w 
sypialni. 
 

- Przez kilka dni będziecie musiały same sobie radzić – zapowiedziała służącym. – A 

ty,  Mario,  zajmiesz  się  Ane.  Nie  odejdę  od  łóżka  Kristiana,  dopóki  się  nie  upewnię,  że 
zaczyna dochodzić do zdrowia. 
 

Kristian kilka razy odzyskiwał przytomność, lecz tylko na krótką chwilę. Za każdym 

razem,  gdy  to  nastąpiło,  Elizabeth  starała  się  go  napoić.  Jednak  przez  większość  czasu 
Kristian  spał,  a  nawet  wtedy,  gdy  otwierał  oczy,  nie  wyglądało  na  to,  żeby  zdawał  sobie 
sprawę z jej obecności. 
 

W  pokoju  panowała  cisza.  Elizabeth  walczyła  ze  zmęczeniem.  Właśnie  zapadała  w 

drzemkę,  gdy  nagle  usłyszała  cichy  jęk.  Szybko  się  podniosła  i  pogłaskała  go  delikatnie  po 
włosach. 
 

- Chciałbyś czegoś, najdroższy? Może chce ci się pić? 

 

Przez  chwilę  błądził    wzrokiem  po  pokoju,  zanim  utkwił  spojrzenie  w  żonie. 

Przyglądał jej się długo, badawczo i – co najbardziej ją uderzyło – nieprzyjemnie. Elizabeth 
wzdrygnęła się. serce waliło jej jak oszalałe. Musiała zwilżyć wargi językiem, by móc mówić 
dalej. 
 

- Ole i kilku mężczyzn  znaleźli cię pod Brattflage.  Doktor już cię badał i jest dobrej 

myśli. Jego zdaniem szybko wyzdrowiejesz, potrzebujesz  tylko… 
 

- Wynoś się, dziwko! 

background image

 

5

Elizabeth stanęła jak wryta. Przez chwilę miała wrażenie, że się przesłyszała. 
 

- Co ty powiedziałeś? – wyszeptała. 

 

- Powiedziałem, żebyś stąd wyszła. Nie chcę na ciebie patrzeć. 

 

Nagle zakręciło jej się w głowie. Musiała chwycić się oparcia krzesła, żeby nie upaść. 

 

- Ależ Kristianie! Nie sądziłam, ze będziesz chciał do tego wracać. Myślałam, że uda 

nam się zapomnieć… 
 

- Miałbym zapomnieć o tym, że puściłaś się z moim ojcem? - zapytał. 

 

Elizabeth  z  wrażenia  nie  mogła  złapać  tchu.  Czuła,  że  jej  policzki  płoną  żywym 

ogniem. 
 

-  Niech  Bóg  ma  cię  w  swojej  opiece,  jeśli  komuś  o  tym  powiesz  –  powiedziała 

chrapliwym szeptem. – Jeśli Ane się o tym dowie…  wtedy nie ręczę za siebie… 
 

Kristian zamknął oczy. 

 

Elizabeth  czuła,  że  uginają  się  pod  nią  kolana,  jednak  zmusiła  się,  by  odejść  kilka 

kroków od łóżka. 
 

- Jeszcze przez kilka dni będziesz wymagał opieki. 

 

Otworzył oczy i wpatrując się w nią intensywnie, powiedział. 

 

- W takim razie przyślij tu jedną ze służących. 

 
 

Elizabeth rzuciła się do drzwi i pobiegła do suszarni, która znajdowała się na samym 

końcu  korytarza.  Dopiero  kiedy  zaszyła  się  w  kącie,  pozwoliła  łzom  płynąć  swobodnie  po 
policzkach. Spazmy płaczu wstrząsały jej ciałem jakby leżała w gorączce. Miała wrażenie, że 
z bólu zaraz pęknie jej serce. Jak on może tak o mnie myśleć? Jak może sądzić, że zrobiłam t 
z własnej woli? Przecież zostałam wzięta siła ! – rozpaczała. 
 

Nagle otworzyły się drzwi. Elizabeth rozpoznała przyjaciółkę. Najwidoczniej Helene 

domyśliła się, że tutaj ją znajdzie, bo szła pewnym krokiem, wyciągając do niej ramiona. 
 

Elizabeth wpadła w jej objęcia. 

 

- Co się stało? – spytała Helene, kołysząc ją delikatnie. 

 

- Kristian mnie zwymyślał – załkała Elizabeth. – twierdzi, że oddałam się jego ojcu z 

własnej chęci. Strasznie się biję, że powie o wszystkim Ane! 
 

- Nie zrobi tego – powiedziała Helene zdecydowanym tonem. 

 

Elizabeth nie rozumiała, jak przyjaciółka może być tego taka pewna, ale nie miała siły 

drążyć tego tematu. 
 

- Chce, żebym przysłała mu na górę służącą – powiedziała. 

 

- Zgłaszam się na ochotnika – odparła Helene bez namysłu. – Dopilnuję, żeby dostał 

jeść i pić, ale ponieważ ręce ma zdrowe, sam będzie się mył. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się mimowolnie. 

 

- Chodź – zakomenderowała Helene. – Usiądziesz przy krosnach. Tam nikt nie będzie 

ci przeszkadzał, a ja w tym czasie zajmę się tym głupcem. Tak się nim zaopiekuje, że zaraz 
ozdrowieje – zażartowała. – Zobaczysz, że wszytko się ułoży. 
 

Elizabeth  niechętnie  dała  się  poprowadzić  do  tkalni  i  usiadła  przy  krosnach.  Nic  nie 

wskazywało jednak na to, żeby miała zamiar zająć się pracą. 
 
 

Helene  weszła  do  kuchni,  opadła  na  krzesło  i  zaczęła  przyglądać  się,  jak  Elizabeth 

ubija masło. 
 

Chociaż  Elizabeth  bolały  ramiona,  ale  nie  użalała  się  nad  sobą.  Wręcz  przeciwnie: 

cieszyła  się,  że  może  dać  upust  energii,  jaka  się  w  niej  nagromadziła.  Helene  od  trzech  dni 
zajmowała się Kristianem, a ona wciąż nie mogła zebrać się na odwagę, żeby zapytać, jak jej 
idzie. Za bardzo bała się odpowiedzi. 
 

Zauważyła, że służące przyglądają jej się z zaciekawieniem. 

background image

 

6

 

-  Helene  nosi  Kristianowi  jedzenie  i  wodę  do  mycia,  żeby  trochę  mnie  odciążyć  – 

wyjaśniła, żeby uciąć spekulacje na ten temat. Nie była jednak pewna, czy jej wierzą. 
 

Chociaż  zawsze  starała  się  ostatnia  kłaść  do  łóżka  i  wstawać  pierwsza,  Ane  i  tak 

zauważyła, że Elizabeth śpi w innym pokoju. 
 

- Dlaczego już nie śpisz z tatą? – spytała któregoś dnia. 

 

-  Ponieważ  on  teraz  potrzebuje  ciszy  i  spokoju  –  odpowiedziała  bez  namysłu, 

zastanawiając się w duchu, skąd jej tak łatwo przychodzą te wszystkie kłamstwa. 
 

Maria  przyglądała  jej  się  dłuższą  chwilę.  W  końcu  Elizabeth  nie  wytrzymała  i 

odwróciła wzrok. Czyżby siostra rozumiała więcej niż jej się zdawało? 
 

- Koniec końców Kristian nie jest wcale taki odważny – zauważyła Helene. 

 

Elizabeth ledwie podniosła wzrok znad maselnicy. 

 

- Doprawdy? – rzuciła od niechcenia. 

 

- Zażądał parawanu i za każdym razem, gdy się myje, każe mi wychodzić z pokoju. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się niewyraźnie. To było do niego nie podobne. 

 

Helene poklepała ją po ramieniu. 

 

- Pan Bóg daje dzień, daje też i radę. Zobaczysz, że wszystko się ułoży. 

 

Elizabeth skinęła głową, siląc się na uśmiech. 

 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz – odpowiedziała i wróciła do pracy. 

 
Rozdział 2 
 
 

Elizabeth  odsłoniła  firankę  i  wyjrzała  przez  okno.  Od  wielu  godzin  siedziała  przy 

krosnach i postanowiła rozprostować plecy. 
 

Zobaczyła  przechodzącego  właśnie  przez  podwórze  Kristiana.  Nagle  zatrzymał  się, 

zasłonił  ręką  usta  i  zakaszlał.  Elizabeth  westchnęła  zrezygnowana.  Nie  dość,  że  nie  chciał 
leżeć w łóżku, to jeszcze wyśmiewał jej ziołową nalewkę. 
 

-  Zostaw  te  chwaty  dla  siebie  –  powiedział.  –  Potrzeba  czegoś  więcej  niż  zwykłe 

przeziębienie, żeby mnie pokonać. 
 

Najbardziej zabolało ją jednak to, co potem powiedział:. 

 

-  Sama  mówiłaś,  że  masz  nadzieję,  że  więcej  mnie  zobaczysz.  Przepraszam,  że  cię 

rozczarowałam. Ciekawe, czy już wtedy, gdy poszłaś do łóżka z moim ojcem, miałaś nadzieję 
zostać panią tego domu? 
 

Elizabeth  była  tak  zszokowana,  że  nie  mogła  wykrztusić  ani  słowa.  Jak  coś  takiego 

mogło  mu  przejść  przez  gardło?  Przecież  był  kimś  więcej  niż  mężem  –  był  jej  najlepszym 
przyjacielem, na dobre i na złe. Niespodziewanie jej myśli zaczęły krążyć wokół Jensa. 
 

To  prawda,  że  nie  zawsze  się  zgadzali,  ale  on  nigdy  nie  wyraziłby  się  o  niej  w  taki 

sposób. 
 

Nigdy by jej tak bardzo nie zranił. Stał po jej stronie nawet wtedy, gdy przyznała mu 

się do tego, że – jak jej się zdawało – otruła Leonarda. Wybaczył jej i obiecał, że nikomu nie 
zdradzi  jej  tajemnicy.  Tak  bardzo  ją  kochał,  że  gotów  był  nawet  wziąć  na  siebie  część  jej 
winy. 
 

Gdy  zgodziła  się  wyjść  za  Kristiana,  sądziła,  że  z  nim  będzie  podobnie.  Nie,  nie 

liczyła  na  to,  że  Kristian  zastąpi  Jensa  –  wiedziała,  że  to  niemożliwe.  Zresztą  Kristiana 
darzyła zupełnie inną miłością, ale była pewna, że będą razem szczęśliwi i że mogą na sobie 
polegać. 
 

Zobaczyła,  że  mąż  kieruje  się  w  stronę  przystani.  Czyżby  miał  zamiar  wypłynąć  w 

morze? Wzdychając, puściła firankę i wolnym krokiem podeszła do krosien. 
 

Zasłoniła twarz rękami, starając się powstrzymać płacz, który rozsadzał jej piersi. 

 

Gdy  zaproponowała,  żeby  znowu  spali  w  jednym  łóżku,  wyśmiał  ją.  Spojrzał  na  nią 

złym wzrokiem  i śmiejąc się szyderczo, kazał jej się wynosić. 

background image

 

7

 

- Trzeba było o tym pomyśleć, zanim wskoczyłaś do łóżka mojemu ojcu. 

 

-  Proszę  cię,  nie  mów  tak  –  prosiła,  starając  się  zapanować  nad  głosem.  –  Może 

gdybyś  spokojnie  mnie  wysłuchał,  uwierzyłbyś,  że  mówię  prawdę?  Nie  rozumiesz,  że 
cierpię? 
 

Prychnął pogardliwie. 

 

-  Nawet  jeśli  nie  możesz  znieść  mojego  widoku,  postaraj  się  chociaż  zachowywać 

poprawnie w stosunku do Ane – powiedziała. – Przestań traktować ją jak powietrze. 
 

- Chodzi ci o moją przyrodnią siostrę? – zapytał, unosząc brwi. 

 

Elizabeth zrozumiała, że nic nie wskóra. Śpuściła głowę i wślizgnęła się na palcach do 

pokoju gościnnego. Tej nocy również nie zmrużyła oka. Leżała i wpatrywała się w ciemność, 
posyłając  w  niebo  bezgłośnie  modlitwy.  Chyba  Bogu  znudziło  się  moje  marudzenie, 
pomyślała. Była pewna, że nikt nie zawracał Mu głowy tak często jak ona. Może uważał, że 
Elizabeth nie zasługuje na nic lepszego, skoro tak długo ukrywała prawdę przed Kristianem? 
 

Podciągnęła kolana pod brodę i objęła nogi rekami. Błagam Cię, pomóż przynajmniej 

małej Ane, modliła się. 
 
 

Najpierw  usłyszała  stukot  drewniaków.  Ktoś  szedł  po  schodach  prowadzących  na 

poddasze,  potem  wzdłuż  korytarza,  aż  w  końcu  zatrzymał  się  przed  drzwiami  tkalni.  Nie 
naoliwione  zawiasy  zaskrzypiały  przeciągle.  Elizabeth  wiedziała,  że  to  Helene  na  długo 
zanim usłyszała głos przyjaciółki. Każdą ze służących potrafiła rozpoznać po krokach. 
 

- Co u ciebie słychać? – spytała przyjaciółka i usiadła obok niej. 

 

Elizabeth zmusiła się do uśmiechu. 

 

- Chyba nieźle mi idzie, jak sądzisz? – odpowiedziała wymijająco, głaszcząc tkaninę. 

 

Helene nie spuszczała z niej oczu. 

 

- Wiesz, że nie to mam na myśli. Pytam, jak się czujesz. Widziałam, że Kristian jest 

dla ciebie niemiły. 
 

Elizabeth wciągnęła powietrze głęboko do płuc, starając się opanować emocje. 

 

-  trudno  oczekiwać,  że  zawsze  będzie  świecić  słońce.  Muszę  dać  mu  czas,  żeby 

wyzdrowiał i otrząsnął się z szoku. Wciąż nie chce mi uwierzyć, że jego ojciec… - pociągnęła 
nosem i odwróciła twarz, żeby ukryć łzy. Szybkim ruchem wytarła oczy. 
 

Helene położyła jej rękę na ramieniu. 

 

-  Przede  mną  nie  musisz  udawać.  Widzę  przecież,  że  jest  ci  ciężko  i  widzę,  jak 

Kristian cię traktuje. Proszę, pozwól mi z nim porozmawiać! 
 

Elizabeth utkwiła w niej wzrok. 

 

- Nie, Helene, zabraniam ci! I tak nic nie wskórasz, a możesz pogorszyć sprawę. Skoro 

nie chce ze mną rozmawiać, nic tego nie zmieni. Uwierz mi- wiem, co mówię. 
 

Helene milczała dłuższą chwilę, wpatrując się uparcie w jakiś niewidoczny punkt. 

 

- A co z Ane i Marią? – zapytała ochrypłym głosem. – Jak długo masz zamiar to przed 

nimi ukrywać? 
 

- Co masz na myśli? 

 

Helene potrząsnęła głową. 

 

-  Dobrze  wiesz,  o  co  mi  chodzi  –  westchnęła  z  rezygnacją.  –  Nie  dalej  jak  dzisiaj 

słyszała, jak Ane pytała cię, dlaczego nie śpicie w tym samym pokoju. Możesz ją okłamywać 
i  zrzucać  winę  na  chorobę  Kristiana  –  ale  jak  długo?  I  co  z  Marią?  Ona  nie  jest  już  małym 
dzieckiem i rozumie więcej niż ci się wydaje. 
 

Elizabeth  bawiła  się  nerwowo  czółenkiem.  Helene  miała  rację.  Dziewczęta  czuły,  że 

dzieje się coś złego i nie zasługiwały na to, żeby Kristian z taką pogardą traktował ich siostrę 
i matkę. Czyżby nie rozumiał, jak wielką wyrządza im krzywdę? Przecież ani Maria, ani Ane 
nie były niczemu winne. Jeśli chciał kogoś ukarać, tym kiś powinna być tylko ona, Elizabeth. 
W końcu to ona zataiła przed nim prawdę. 

background image

 

8

 

- Nie wiem, co robić – powiedziała, puszczając czółenko i kładąc głowę na ramieniu 

przyjaciółki.- Jeszcze nigdy nie czułam się taka bezradna. 
 

Zdusiła w sobie jęk rozpaczy i zamknęła oczy. Helene nie odezwała się ani słowem. 

Tamtego dnia długo siedziały w milczeniu, wsłuchując się w ciszę. 
 
 

Łyżki dzwoniły o talerze, szczapy drewna trzeszczały wesoło w kominku, a w kuchni 

unosił  się  przyjemny  zapach  kawy,  cukru  i  kaszy.  Zwyczajnie,  dobrze  znane  dźwięki  i 
zapachy  poranka,  pomyślała  Elizabeth.  A  jednak  nic  nie  było  takie  jak  dawniej.  Powietrze 
było  ciężkie  od  niedomówień  i  niemiłych  oskarżeń.  Posiłki  spożywano  w  kompletnej  ciszy, 
przerywanej jedynie zdawkowymi słowa, gdy ktoś prosił o podanie cukru lub mleka. 
 

Elizabeth z trudem przełykała kasze. Miała wrażenie, ze jedzenie rośnie jej w ustach.

 

Ole odchrząknął i zerknął ukradkiem na Kristiana. 

 

- Wygląda na to, że pogoda się utrzyma. 

 

Kristian w odpowiedzi skinął głową. 

 

- Posłuchaj, tato – Ane zwróciła się do Kristiana, poczym zrobiła krótka przerwę, żeby 

wypić łyk mleka. – Kiedy zacznie się ubój, musicie uważać, żeby nie zabić mojej owieczki. 
Obiecujesz, że nie zrobicie jej krzywdy. 
 

Kristian  powoli  włożył  do  ust  ostatnią  łyżkę  kaszy,  opróżnił  kubek  z  mlekiem,  po 

czym wstał od stołu. 
 

- Dziękuję za jedzenie – rzucił ma odchodne i opuścił kuchnię. 

 

Elizabeth  widziała,  jak  z  Ane  ulatuje  całe  powietrze.  W  ciągu  kilku  sekund  jakby 

zapadła się w sobie. Maria objęła ją ramieniem i przytuliła do siebie. 
 

- Oczywiście, że nie zabiją twojego jagnięcia. Przypomnij mi, jak mu dałaś na imię? 

 

- Kare! 

 

- Obiecuję ci, że nie zjemy Karego. 

 

-  Ale  dlaczego  tata  nie  odpowiedział  na  moje  pytanie?  –  denerwowała  się  Ane,  nie 

spuszczając oczu z drzwi do kuchni.  
 

W końcu Elizabeth uznała, że potrzebna jest jej interwencja. 

 

- Tata ma teraz dużo na głowie. Jestem pewna, że w ogóle ciebie nie usłyszał. 

 

Czuła, że wszyscy jej się przyglądają. Widzieli, ze dzieje się coś złego. Na początku 

próbowali  wyciągnąć  coś  z  Helene,  ale  ona  kazała  im  pilnować  własnych  spraw.  Życie 
mieszkańców Dalsrud nie powinno być tematem plotek, powiedziała, mrożąc ich wzrokiem. 
 

Elizabeth wiedziała, ze służba jest wobec niej lojalna. Na to, co sobie o nich myśleli, 

nie miała jednak żadnego wpływu. 
 

- Mam dla was niespodziankę! – zwróciła się do Ane i Marii, siląc się na uśmiech. – 

Co wy na to, żebyśmy wybrały się dzisiaj do Dorte i Jakoba? 
 

Twarz Ane rozpromieniła się, a na policzkach Marii zakwitły rumieńce. 

 

- O tak! Byłoby  cudownie! – zaszczebiotała Ane. – Ja będę się bawić z  Danielem, a 

Maria może się spotkać ze swoim chłopakiem. 
 

Zeskoczyła z krzesła i z impetem ruszyła w stronę drzwi. 

 

- Muszę poszukać jakiejś odpowiedniej sukienki – rzuciła przez ramię. 

 

Tymczasem Maria wbiła wzrok w talerz, czerwona jak piwonia, i nie odezwała się ani 

słowem. 
 

Elizabeth  chciała  zatrzymać  Ane.  Nikt  nie  odchodził  od  stołu,  zanim  wszyscy  nie 

skończyli  jeść  i  córka  doskonale  o  tym  wiedziała.  Tym  razem  postanowiła  jednak  nie 
reagować.  Dzisiaj  Kristian  pierwszy  odszedł  od  stołu.  Nie  obchodziło  go,  to  że  inni  jeszcze 
jedzą. 
 

- Ty chyba też ubierzesz się w coś ładnego? – uśmiechnęła się do siostry. 

 

Maria skinęła głową. 

background image

 

9

 

- Poradzicie sobie bez nas? – zapytała i spojrzała na Helene, która zaczęła sprzątać ze 

stołu. 
 

-  Oczywiście,  że  tak.  Wycieczka  dobrze  wam  zrobi  –  dodała  ściszonym  głosem, 

odwracając się w stronę Elizabeth. – Baw się dobrze i chociaż przez kilka godzin postaraj się 
o nim nie myśleć. Obiecujesz? 
 

Elizabeth uśmiechnęła się. troska, jaką okazywała jej przyjaciółka, sprawiła, że cieplej 

zrobiło jej się na sercu. 
 

- Obiecuję – wyszeptała. 

 
 

Wyprowadziła konia i zaprzęgła go do powozu, gdy nagle zjawił się Kristian. czuła na 

sobie  jego  wzrok.  Ich  spojrzenia  spotkały  się.  mężczyzna  przystanął,  popatrzył  na  nią,  po 
czym ruszył dalej bez słowa. Nigdy nie sądziła, że Kristian może być taki zawzięty i uparty. 
Była w stanie znieść każdą, nawet gwałtowną kłótnię, ale ta wroga cisza powoli stawała się 
nie do zniesienia. 
 

- Jestem gotowa – powiedziała Maria, stając obok niej. 

 

Włosy miała upięte elegancko tuz nad karkiem, a spod płaszcza wystawała granatowa, 

rozkloszowana sukienka. 
 

- Ślicznie wyglądasz! – zachwyciła się Elizabeth. – Jesteś po prostu piękna. 

 

Maria zarumieniła się, wbijając wzrok w ziemię. 

 

- Jestem za gruba – powiedziała zawstydzona. 

 

- Chłopcy nie lubią chudzielców. Nie wiedziałaś o tym? – Elizabeth uśmiechnęła się i 

poprawiła jej kołnierz płaszcza. – Nie nałożyłaś apaszki, która dostałaś na konfirmację? 
 

Maria wyraźnie unikała jej wzroku. 

 

- Nie, nie chcę aż tak się stroić. W końcu nie idę na przyjęcie. 

 

Elizabeth  domyśliła  się  jednak,  co  kryje  się  za  tymi  słowami.  Siostra  nie  chciała 

nałożyć apaszki, ponieważ dostała ją od Kristiana. 
 

- Możemy ruszać – zawołała Ane, biegnąc truchcikiem przez podwórze. – Wybrałam 

tę  sukienkę  –  powiedziała  i  rozpięła  płaszcz.  – Ciemnozieloną.  Do  tego  czarne  pończochy  i 
skórzane  buty.  Dobrze  wyglądam?  Maria  jeszcze  raz  zaplotła  mi  warkocze  i  wpięła  nowe, 
zielone wstążki. 
 

-  Jesteś  piękna  jak  anioł  –  powiedziała  Elizabeth  i  podała  im  owcze  skóry.  – 

Przykryjcie  nimi  kolana.  Jest  zimno  i  wygląda  na  to,  że  właśnie  zaczął  sypać  śnieg.  Macie 
rękawiczki? 
 

- Tak, tak, mamy! – zaśmiała się Ane i zaczęła machać ręką na pożegnanie. 

 
 

Długo nic nie mówiły, aż w końcu Ane poskarżyła się: 

 

- Pokiwałam tacie, ale on mi nie odpowiedział. 

 

Elizabeth poczuła, że cała sztywnieje. 

 

- Pewnie w ogóle ciebie nie zauważył. 

 

- Nieprawda, zauważył. Stał na podwórzu i przyglądał się, jak odjeżdżamy. 

 

Elizabeth  poczuła  nagły  gniew.  Bez  względu  na  to,  jak  bardzo  czuł  się  zdradzony  i 

rozgoryczony,  nie  miał  prawa  wyżywać  się  na  Bogu  ducha  winnych  dziewczętach.  To  nie 
mogło dłużej trwać. Postanowiła, że skończy z tym raz na zawsze: porozmawia z Kristianem, 
może jeszcze tego wieczoru. A potem niech się dzieje, co chce. Ta myśl napełniła ją dziwnym 
spokojem. Czuła, że podjęła właściwą decyzję. 
 

-  Jak  myślisz,  co  Daniel  i  Fredrik  powiedzą,  kiedy  cię  zobaczą?  –  zapytała,  żeby 

odwrócić uwagę córki od przykrego incydentu z Kristianem. 
 

- Nie wiem. 

background image

 

10

 

- Może Sofie też tam będzie? – powiedziała, zerkając ukradkiem na córkę. – Będziesz 

mogła  opowiedzieć  jej  o  Pusi.  Ciekawe,  czy  po  śmierci  Mruczka  zdążyli  już  sobie  sprawić 
nowego kota? 
 

Ane skinęła głową i uśmiechnęła się zachwycona. 

 

Jak  łatwo  można  wpływać  na  jej  nastrój,  pomyślała  Elizabeth.  Wiedziała  jednak,  że 

nie  będzie  mogła  ukrywać  przed  nią  prawdy  w  nieskończoność.  Ane  była  jeszcze  mała,  ale 
nie była głupia. 
 

Elizabeth  wiedziała  z  doświadczenia,  że  dzieci  szybciej  wyczuwają  nastrój  niż 

niejeden dorosły. Była pewna, że Ane i Maria czują chłód bijący od Kristiana. 
 

Po  kilku  minutach  ochów  i  achów  Ane  znowu  zamilkła  i  wpatrywała  się  w  jakiś 

niewidoczny punkt na horyzoncie. 
 

-  Na  pewno  nie  możecie  się  już  doczekać  świąt?  –  zapytała  Elizabeth,  przerywając 

milczenie. 
 

Ledwie dostrzegła wyraz twarzy Marii, pożałowała, że w porę nie ugryzła się w język. 

W  oczach  siostry  zobaczyła  bezbrzeżny  smutek  zmieszany  z  goryczą.  Miała  wrażenie,  że 
Maria  mówi  do  niej  z  wyrzutem:  Naprawdę  wierzysz,  że  to  będą  radosne  święta?  Z 
Kristianem traktującym nas jak powietrze? 
 

Tymczasem Ane z zapałem wymieniała wszystko, co chciałaby dostać na gwiazdkę i 

co zamiera sprezentować innym, szczęśliwie nieświadoma tego, co dzieje się między matką a 
ciotka. Elizabeth odwróciła twarz i skupiła się na powożeniu. O czym też myśli moja siostra? 
–  zastanawiała  się.  Było  jasne,  że  Maria  wyczuwała  chłodny,  niemal  wrogi  nastrój,  jaki 
wytworzył  się  między  Elizabeth  i  Kristianem.  Ale  dlaczego  nie  zadawała  żadnych  pytań? 
Czyżby  uważała,  że  ta  sprawa  jej  nie  dotyczy  i  że  sami  powinni  ją  rozwiązać  –  jak  dwoje 
dorosłych  ludzi?  A  może  wychodziła  z  założenia,  że  jeśli  Elizabeth  będzie  chciała 
porozmawiać, sama się do niej zwróci? 
 

Do  tej  pory  to  ja  zawsze  pomagałam  Marii,  pomyślała  Elizabeth.  Teraz  ona  wspiera 

mnie i robi to najlepiej, jak potrafi. Ta myśl nie przyniosła jej jednak otuchy. Nie tak powinno 
być. 
 

 

 

Zajechały  do  Heimly.  Dorte  przechodziła  właśnie  przez  podwórze.  Ubrana  była  w 

lniany  fartuch,  włosy  miała  związane  kraciastą  chustką  i  w  każdej  ręce  niosła  drewniane 
wiadro.  Kiedy  zobaczyła  zbliżający  się  powóz,  zmrużyła  oczy  i  przysłoniła  je  ręką,  dla 
ochrony  przed  późnym,  jesiennym  słońcem.  Na  ich  widok  jej  piegowatą  twarz  rozjaśnił 
promienny uśmiech. 
 

- A niech mnie! Czyżbyśmy mieli gości? Coś takiego, coś takiego! witajcie, kochane! 

 

Dorte obejmowała je po kolei z taką serdecznością, że Marii natychmiast poprawił się 

humor. 
 

Gdy  się  witały,  Elizabeth  wyczuła  zapach  obory  zmieszany  z  naturalnym  zapachem 

Dorte. To cała ona, pomyślała Elizabeth. Zawsze rzuca się ludziom na szyję. Elizabeth lubiła 
tę wylewność, chociaż sama nie umiała szukać pociechy u innych. Wyjątkiem była Helene – 
do niej potrafiła zwrócić się o pomoc, gdy życie za bardzo jej dopiekło. 
 

Nagle  pojawił  się  Jakob,  ubrany  w  kurtkę  z  grubej  wełny  i  wysokie,  skórzane  buty. 

Pachniało od niego tytoniem. 
Przy Dorte mógł palić tak często, jak tylko miał ochotę. Ragna nie aprobowała tego – jak go 
nazywała – brzydkiego nawyku, ale Dorte była zdania, że Jakob ma prawo robić to, co mu się 
ż

ywnie  podoba.  Nie  miała  zamiaru  zabraniać  mu  palenia,  widząc,  jaką  sprawia  mu  to 

przyjemność. Nie, Dorte nigdy nie mówiła nikomu złego słowa, pomyślała Elizabeth. 
 

Jakob podał jej swoją potężną dłoń, pełną odcisków i zadziorów. 

 

- Kristian z wami nie przyjechał? – zapytał. 

background image

 

11

 

-  Nie.  Ostatnio  ma  dużo  pracy  –  odpowiedziała  szybko  Elizabeth,  starając  się 

wymyślić coś, co umożliwiłoby mu zadawanie dalszych pytań. Zerknęła ukradkiem na Ane. 
Byle tylko ona z czymś nie wyskoczyła, ale zaniepokoiła się. 
 

-  Cieszę  się,  że  przejechałyście  –  wtrąciła  Dorte.  –  Dobrze  jest  mieć  solidną  służbę, 

której można ze spokojem powierzyć dom. 
 

- To prawda, można na niej polegać – Elizabeth skinęła głową. 

 

- Nasza laleczka jest już chyba za duża, żeby podrzucać ją do sufitu? - spytał Jakob i 

mrugnął porozumiewawczo do Ane. 
 

Dziewczynka odpowiedziała zawstydzona: 

 

- Nie jestem już żadną laleczką. 

 

Jakob wybuchnął takim śmiechem, że aż jego bujna, czarna broda zaczęła się trząść. 

Pozostali  śmiali  się  razem  z  nim.  Elizabeth  zrobiło  się  ciepło  na  sercu.  Nasza  laleczka, 
powtórzyła w myślach. Jakob zawsze tak nazywał Ane, ale wtedy wierzył, że jest córką Jensa. 
 

- Nie stój tak i nie trzymaj się ich na mrozie – powiedziała Dorte do Jakoba. – Zajmij 

się koniem, a ja w tym czasie dokończę pracę w oborze. A wy wchodźcie do środka i czujcie 
się  jak  u  siebie  w  domu.  Indianne  przygotuje  wam  jedzenie  i  zaparzy  kawy.  Ja  się  szybko 
uwinę z robotą. 
 

Elizabeth zrobiła krok do przodu. 

 

-  Jeśli  nie  macie  nic  przeciwko  temu,  chętnie  przejdę  się  do  Dalen.  Dawno  tam  nie 

byłam. 
 

Dorte uśmiechnęła się i poklepała ją lekko po ramieniu. 

 

- Oczywiście, że możesz iść. Masz klucz, prawda. 

 

Elizabeth skinęła głową, nie mówiąc ani słowa. Nagle coś ścisnęło ją za gardło. Bała 

się, że zaraz wybuchnie płaczem. Czuła, że emocje ją rozsadzają: nie była przygotowana na 
tyle ciepła i serdeczności. 
 

Odwróciła się i pomachała im na pożegnanie. Trawa była mokra, więc zanim ruszyła 

stromą ścieżką, uniosła lekko spódnice. Przez cały czas musiała ostrożnie stawiać stopy, żeby 
się  nie  poślizgnąć.  Szła  dość  długo,  ponieważ  do  czasu  do  czasu  mimowolnie  błądziła 
wzrokiem  po  okolicy.  Przyglądała  się  stromym  zboczom,  a  zwłaszcza  Nonshaugen,  które 
było  jej  punktem  obserwacyjnym.  To  właśnie  tam  stawiała  owego  zimowego  wiosennego 
dnia, w którym Jens nie wrócił z połowów. Tymczasem ona była tak pewna, że go zobaczy, 
ż

e biegła nad przystań na złamanie karku. 

 

Elizabeth  westchnęła  ciężko,  oddalając  od  siebie  bolesne  wspomnienia.  Jej  wzrok 

zatrzymał  się  na  małej,  szarej  chatce  Dorte,  która  teraz  stała  pusta.  To  tam  wszystko  się 
zaczęło.  Tamtego  ranka,  gdy  ujrzała  Jensa  wymykającego  się  z  domu  Dorte  w  Neset,  jej 
spokojne,  poukładane  życie  zmieniło  się  o  sto  osiemdziesiąt  stopni.  Podejrzenie,  że  spędził 
noc z Dorte wzbudziło w niej dziką zazdrość. Elizabeth uśmiechnęła się do własnych myśli. 
Miała wtedy szesnaście lat i strasznie zazdrościła Dorte kobiecych kształtów. Jens był o rok 
starszy i w oczach Elizabeth uchodził za dorosłego mężczyznę. 
 

Odwróciła się i poszła dalej. Jednak tym razem już nie rozglądała się na boki. 

 

Pierwsze, co zobaczyła, to okna zabite deskami. To na pewno Jakob zabezpieczył dom 

na  zimę,  pomyślała.  Z  kieszeni  spódnicy  wyjęła  klucz.  Wsadziła  go  do  zamka  i  przekręciła 
dwa razy. Drzwi zaskrzypiały przeciągle. Wolnym krokiem weszła do kuchni. W środku było 
zimno, ciemno i pachniało stęchlizną. Po omacku podeszła do stołu i zapaliła lampkę. Pokój 
zalazła żółta poświata. 
 

- Jak to się dzieje, że za każdym razem,  gdy tu jestem, dom wydaje mi się mniejszy 

niż poprzednio? – spytała samą siebie. 
 

Jej  głos  odbił  się  echem  od  pustych  ścian.  Już  tu  nie  pasuję,  przemknęło  jej  przez 

myśl. Jeszcze kilka lat temu rozbrzmiewał tu głos Jensa, Marii, jej samej i Ane, która właśnie 
zaczęła  gaworzyć.  I  głos  ojca,  który  czasem  wpadał  z  wizytą,  żeby  przekazać  najświeższe 

background image

 

12

wiadomości i dowiedzieć się, co u nich słychać. Do tego dochodził głos Ragny, jej złośliwe 
komentarze i taksujące spojrzenie. A teraz teściowa, ojciec i Jens nie żyli, a Maria i Ane już 
dawno przestały być małymi dziećmi. Gdzie się podziały te wszystkie lata? 
 

Na podłodze wciąż leżały te same pasiate chodniki, które dostała od Ragny. 

 

Miała  wtedy  jedną  izbę  i  wydziergane  chodniki,  a  czuła  się  jak  królowa.  Teraz  była 

właścicielką salonu, jadalni i wełnianych dywanów, które grzały w stopy, a jednak wokół niej 
panował chłód. Wiedziała, że nawet najgrubszy dywan i największy kominek nie są w stanie 
przywrócić w Dalsrud ciepłej, serdecznej atmosfery. 
 

Elizabeth zatrzęsła się z zimna i wróciła do kuchni. Usiadła na przypiecku i pogrążyła 

się we wspomnieniach.  Często kochała się z Jensem na podłodze. Czule i delikatnie. Potem 
już  nigdy  nie  doświadczyła  takiej  bliskości  i  intensywności  uczyć.  Zawsze  kierowali  się 
zasadą:  dużo  daję,  dużo  otrzymuję.  Ale  były  też  takie  wieczory,  gdy  nie  miała  na  nic  siły. 
Wtedy  Jens  przytulał  ją,  niczego  w  zamian  nie  oczekując.  Trzymał  ją  w  ramionach,  dopóki 
nie usnęła. 
 

Z Kristianem było inaczej. Przy nim szybko się podniecała i osiągała orgazm, ale jego 

ruchy  były  ostre  i  gwałtowne.  Kristian  wzbudzał  w  niej  emocje,  których  nie  kontrolowała. 
Czuła się tak, jakby jej ciało żyło własnym życiem. 
 

Podniosła  się,  wzdychając  ciężko.  Nie  potrafiła  odtworzyć  ciepłej,  rodzinnej 

atmosfery  ani  wskrzesić  miłych  wspomnień,  które  wiązały  się  z  tym  miejscem.  Może 
powodem był chłód i zapach stęchlizny? Teraz ten dom kojarzył jej się wyłącznie z okresem, 
kiedy  przymierała  głodem.  Przypomniało  jej  się,  jak  okłamywała  dziewczynki,  mówiąc,  że 
jest  najedzona  i  oddawała  im  ostatni  kawałek  chleba.  Wiele  razy  zasypiała  z  płaczem, 
zwijając się z głodu. W końcu nie wytrzymała  wybiła wszystkie kury. Potem tego żałowała, 
ponieważ potrzebowali jajek, ale było już za późno. 
 

Elizabeth  powoli  pokręciła  głową.  Aż  trudno  było  uwierzyć,  że  kiedyś  walczyła  o 

przeżycie.  Zdarzało  się,  że  Ragna  przynosiła  im  trochę  jedzenia  i  ubrania,  których  już  nie 
potrzebowała, wprawiając Elizabeth w zakłopotanie. Teściowa była bowiem znana z ciętego 
języka  i  kiedy  przyniosła  „dary  miłosierdzia”  nie  potrafiła  sobie  odmówić  złośliwych 
komentarzy lub chociaż drobnych uszczypliwości. 
 

Nad  oknem  wciąż  wisiała  ta  sama,  wąska  zasłona,  którą  Elizabeth  uszła  z  szarego, 

zniszczonego  płaszcza  należącego  niegdyś  do  jej  matki.  gdy  po  wielu  godzinach  żmudnej 
pracy zasłona była w końcu gotowa, Elizabeth wprost nie posiadała się z radości. Do tej pory 
pamiętała, jaka byłą z siebie dumna. 
 

W Dalsrud wisiały aksamitne zasłony sięgające do samej ziem, a niektóre były nawet 

ozdobione drogą koronką. 
 

Elizabeth wzdrygnęła się, czując przeszywający chłód. Zesztywniała z zimna wstała i 

skierowała się do wyjścia. 
 
Rozdział 3 
 
 

Ciepło,  którym  emanowała  kuchnia  Dorte,  było  jak  plaster  miodu  na  zbolałe  serce 

Elizabeth.  Zapach  chleba  i  świeżo  parzonej  kawy  łaskotał  w  nozdrza.  Już  z  daleka  słychać 
było  wesoły  śmiech  i  ożywioną  rozmowę.  Gdy  weszła  do  środka,  wszyscy  siedzieli  wokół 
dużego kuchennego stołu. 
 

- No, jesteś nareszcie! – Dorte w jednej chwili była przy niej, żeby odebrać płaszcz. – 

Biedne  dziecko,  przecież  ty  przypominasz  sopel  lodu!  –  biadoliła,  przykładając  drobne, 
piegowate dłonie do policzków Elizabeth. – Widzę, że nie boisz się przeziębienia. Chodź tutaj 
i siadaj!  
 

Zdecydowanym ruchem ręki podprowadziła ją do stołu i wsadziła w ręce kubek kawy. 

background image

 

13

 

-  Proszę.  Dzięki  temu  zaraz  się  rozgrzejesz.  Mój  Boże,  jaka  ty  jesteś  chuda!  Czy  ty 

czasem coś jadasz? 
 

Elizabeth nie odpowiedziała. Zresztą to nie było konieczne, bo Dorte, nie czekając na 

odpowiedź, odwróciła się w stronę Jakoba. 
 

Może  rzeczywiście  schudłam,  pomyślała  Elizabeth.  Zresztą  to  nie  byłoby  wcale 

dziwne – ostatnio nie miała apetytu.  Zawsze kiedy  się czymś martwiła, jedzenie rosło jej  w 
ustach, zbierało jej się na wymioty i nie mogła przełknąć nawet kęsa. 
 

Dorte pochyliła się i postawiła na stole miseczkę z syropem. Słodka woń mieszała się 

ze  słabym  zapachem  obory  i  mydła.  Dorte  zawsze  czymś  pachniała:  jedzeniem,  oborą, 
wiatrem.  Dokładnie  tak  jak  Jens  –  pomyślała  nagle  Elizabeth.  –  On  zawsze  pachniał  wodą, 
wiatrem wrzosem… 
 

Kawa  rozgrzała  jej  gardło  i  żołądek.  Niespodziewanie  przypomniał  jej  się  dzień,  w 

którym  matka  leżała  chora,  a  ona  zrobiła  sobie  wolne  i  pojechała  do  domu,  nie  pytając 
Leonarda o zgodę. Ojciec był zdania, że w drodze do Heimly powinna odwiedzić Dorte. W 
Neset  Dorte  zaprosiła  ją  na  kawę.  Dziękuję  już  piłam,  skłamała  wtedy,  unosząc  się  dumą. 
Trudno  uwierzyć,  że  mogłam  być  aż  tak  zazdrosna,  pomyślała  i  uśmiechnęła  się  na  tamto 
wspomnienie. Oczywiście ani Dorte, ani Jens nie zrobili niczego złego, ale młode dziewczyny 
często  doszukują  się  ukrytych  znaczeń  i  wyciągają  pochopne  wnioski.  Najważniejsze,  że  w 
końcu wszystko sobie wyjaśniły. Elizabeth miała wrażenie, że od tamtej pory stały się sobie 
jeszcze bliższe. 
 

-  Szkoda,  że  nie  ma  z  nami  Mathilde  –  powiedział  Jakob.  –  Nawet  sobie  nie 

wyobrażasz, jak Dorze radzi sobie w domu twojego ojca – dodał. Odsunął zasłonę i spojrzał 
na fiord. – Popłynęła do Storvika, żeby odwiedzić rodziców. 
 

Elizabeth  zerknęła  na  Marię  i  Indianne.  Dziewczęta  stykały  się  głowami,  szeptały  i 

chichotały,  powierzając  sobie  „dorosłe”  sekrety.  Elizabeth  słyszała,  jak  Indianne  podziwia 
elegancką fryzurę Marii. 
 

Tymczasem Fredrik i Ane siedzieli obok siebie i rozmawiali. 

 

-  Któregoś  dnia  wypłynęliśmy  z  tatą  na  połów  –  doleciały  do  niej  słowa  Friderila  – 

tata  złowił  ogromnego  zębacza.  A  on  wbił  się  zębami  w  ławkę  z  taką  złością,  że  aż  wióry 
leciały! Żałuj, Ane, że tego nie widziałaś! Kiedy będę duży, na pewno zostanę rybakiem. 
 

Dorte porosiła żeby się częstowały. Elizabeth wzięła kawałek chleba. 

 

- A ja myślę, że zostanę nauczycielką albo krawcową – powiedziała Ane. 

 

- Bardzo rozsądne – przytaknął Fredrik. – Ale chyba planujesz wyjść za mąż i założyć 

rodzinę? 
 

- Możliwe. 

 

Elizabeth przyglądała im się bez słowa. Tutaj nie było nieprzyjemnej ciszy, niemiłych 

oskarżeń  i  wrogiej  atmosfery.  Miała  wrażenie,  że  kuchnię  Dorte  i  Jakoba  wypełnia…  Przez 
chwilę  szukała  właściwego  słowa,  a  odpowiedź  była  taka  prosta:  miłość!  Wyszorowany  do 
białości kuchenny stół przykrywał obrus w biało – niebieską kratę, a lampa zwisająca z sufitu 
rzucała  żółtą  poświatę  na  ludzi  siedzących  wokół  stołu.  Oby  ta  chwila  trwała  wiecznie, 
westchnęła w myślach. 
 

Ale  w  końcu  trzeba  było  się  pożegnać  i  wracać  do  domu.  Gdy  Elizabeth  zaczęła 

szykować się do drogi, Maria i Ane posmutniały i zamilkły. Różnica w ich zachowaniu była 
tak widoczna, że Elizabeth serce podeszło do gardła. 
 

- Może niedługo znów tu przyjedziemy – powiedziała, ale jej słowa w ogóle do nich 

nie dotarły. 
 
 

Tego  wieczoru  nie  rozmawiała  z  mężem.  Miała  nieodparte  wrażenie,  że  Kristian 

wiedział,  jakie  myśli  krążą  jej  po  głowie  i  dlatego  jeszcze  bardziej  zamknął  się  w  sobie. 
Tymczasem ona nie potrafiła zdobyć się na odwagę, żeby nawiązać rozmowę. 

background image

 

14

 

Dni mijały, jeden po drugim. Wypełnione pracą, znojem i smutkiem. Elizabeth wciąż 

miała kłopoty z zaśnięciem. Przykro jej było leżeć samej ze swoimi myślami i wpatrywać się 
w  ciemny  sufit.  Pewnej  nocy,  gdy  czuła  się  wyjątkowo  źle,  odsunęła  kołdrę  i  udała  się  do 
gabinet. W pomieszczeniu panował nieprzyjemny chłód. Elizabeth wzdrygnęła się i szczelniej 
otuliła szalem. Drżącymi palcami zapaliła lampę stojąca na biurku, po czym wzięła do ręki i 
podeszła do biblioteczki. 
 

Wciąż  pamiętała,  jaka  była  zachwycona,  gdy  pierwszy  raz  przybyła  z  ojcem  do 

Dalsrud.  Posiadanie  tylu  książek  musiało  być  czymś  najwspanialszym  na  świecie!  Od 
tamtego czasu zdążyła wiele z nich przeczytać, ale przynajmniej drugie tyle czekało na swoją 
kolej.  Elizabeth  wodziła  palcem  po  eleganckich,  skórzanych  grzbietach  książek.  W  końcu 
znalazła  to,  czego  szukała;  grubą  księgę  w  brązowej,  skórzanej  oprawie.  Zdjęła  ją  z  półki, 
usiadła w fotelu i podciągnęła nogi pod siebie. Lampa rzucała słane światło na gotyckie litery. 
Rok wydania: 1850 – 

odczytała. – To znaczy, że napisaną ją trzydzieści lat temu…. 

 
 

Ostrożnie  przekartkowała  książkę  aż  doszła  do  właściwego  rozdziału.  Rozwiązanie 

związku  małżeńskiego. 

Słowa  kłuły  ją  w  oczy,  ale  wiedziała,  że  musi  przez  to  przebrnąć. 

Czytała w myślach: 
 

Do przyczyn, na które strony mogą powołać się w pozwie rozwodowym, należą: Brak 

zgody  na  zawarcie  związku  małżeńskiego  –  w  przypadku  gdy  jedna  ze  stron  została  siłą 
zmuszona  do  mał
żeństwa,  Pomieszanie  zmysłów.  Choroba,  Pijaństwo.  Niedojrzałość,  która 
sprawia,  
że  przysięga  małżeńska  jest  nieważna. 

Prześliznęła  się  oczami  po  stronie  aż  nagle 

zastygła  z  wrażenie.  Wprowadzenie  w  błąd  w  sprawie  istotnej  dla  małżeństwa.  Zdrada  i 
oszustwo, którego dopu
ściła się jedna ze stron. 
 

Zdrada  i  oszustwo.  Elizabeth  dokładniej  opatuliła  się  szalem.  Jeśli  o  to  chodziło,  to 

stroną, która dopuściła się oszustwa, była ona. A nawet jeśli nie oszukała, to zataiła coś, co 
powinna  była  wyznać  mężowi  dawno  temu.  Trąd  i  obłąkanie  stanowią  powód  do 
natychmiastowego orzeczenia rozwodu,

 przeczytała. I jeśli jedna ze stron w chwili zawierania 

związku  małżeńskiego  była  skazana  na  dożywocie,  a  druga  strona  o  tym  nie  wiedziała, 
małżeństwo można było rozwiązać ze skutkiem natychmiastowym. 
 

-  Dobry  Boże  –  wymamrotała,  czując  ucisk  w  żołądku.  –  czy  to  musi  być  aż  tak 

trudne? 
 

Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Kristian.  

Elizabeth zamknęła książkę z głośnym trzaskiem, ale nie zdążyła jej schować, 
 

Długa chwilę przyglądał się jej w milczeniu, aż końcu zapytał: 

 

 

- Dlaczego siedzisz po nocy zamiast kłaść się spać? 

 

Już miała odpowiedzieć, że to nie jego sprawa, ale w porę ugryzła się w język. 

 

- Czytam – powiedziała, nie robiąc nic, żeby ukryć książkę. 

 

- Kodeks prawa? – zdziwił się. 

 

- Tak, kodeks prawa – powtórzyła, czując, że zaczyna drżeć na całym ciele. 

 

Przerwała na chwilę, żeby przełknąć ślinę i odzyskać kontrolę nad głosem. – Czytam o 

prawie małżeńskim – wyjaśniła. 
 

Kristian  nie  ruszył  się  z  miejsca,  ale  zamknął  za  sobą  drzwi.  Teraz  widziała  jedynie 

zarys jego ciała, a jego twarz jawiła jej się jako niewyraźna plama. Czekała, aż Kristian coś 
powie, a ponieważ nadal milczał, postanowiła zaryzykować i powiedziała: 
 

- Chcę od ciebie odejść. Nie możemy dłużej tak żyć. 

 

Spodziewała się jakiejś reakcji – wybuchu gniewu lub drwiącego śmiechu, ale on stał 

nieruchomo i milczał. Nie wykonał żadnego gestu i nie wypowiedział ani jednego słowa. 
 

- Słyszysz, co powiedziała? – spytała. – Nie mam siły dłużej tak żyć. Chcę się z tobą 

rozwieść. To jedyne wyjście. 
 

- Myślisz, że to takie proste? – jego głos był bezbarwny i matowy. 

background image

 

15

 

Nie wiedziała, co powiedzieć. To, co wyczytała w książce, nie było zbyt zachęcające i 

nie dawało odpowiedzi na wiele pytań. Wyglądało na to, aby  rozwiązać  małżeństwo, trzeba 
było mieć temu solidne powody. 
 

-  Może  nie  jest  proste  –  odpowiedziała  po  namyśle.  –  Ale  dłużej  nie  zniosę  takiego 

ż

ycia. 

 

- Myślisz tylko o sobie. 

 

Zastanawiała się, co chciał przez to powiedzieć, ale wolała nie pytać. 

 

- Robię to dla mojego dziecka – powiedziała, po czym podniosła się i odłożyła książkę 

na  półkę.  –  Nie  chcesz  przyjąć  do  wiadomości,  że  została  zgwałcona  i  pobita.  Odrzucasz 
prawdę, wmawiając sobie, że zrobiła, to z własnej woli! Jak możesz myśleć, że Leonard mnie 
pociągał? Możesz mi to wytłumaczyć? 
 

Zrobiło jej się gorąco. Czuła narastającą złość, a słowa same cisnęły jej się na usta. 

 

- Ale najgorsze nie jest nawet to, że odgrywasz się na mnie na każdym kroku, lecz to, 

w  jaki  sposób  traktujesz  dziewczęta.  Ane  w  ogóle  już  nie  dostrzegasz,  traktujesz  ją  jak 
powietrze, a ona ciągle mnie pyta, czy zrobiła coś złego i dlaczego się na nią gniewasz. I niby 
co mam jej powiedzieć. Że wolałabyś, żeby się nie urodziła? – zawołała. 
 

Łzy napłynęły jej do oczu u zaczęły spływać po policzkach. Miała nadzieję, że w tych 

ciemnościach Kristian ich nie zauważy. Zresztą nie miała zamiaru dłużej się tym przejmować. 
– Nie wiedziałam, że potrafisz być taki podły. Bo właśnie taki jesteś – nie tylko w stosunku 
do  mnie,  lecz  także  wobec  niewinnego  dziecka.  Anie  jest  –  tak  jak  się  kiedyś  wyraziłeś  – 
twoją przyrodnią siostrą. Jednak dla niej wciąż jesteś tatą. Gdy była młodsza, często mówiła, 
ż

e ma dwóch tatusiów: Jednego, który żyje. I to ciebie miała na myśli! Dzięki Bogu, że Ane 

nie wie, jaki jesteś naprawdę! 
 

Płacz  uczynił  jej  głos  tak  niewyraźnym,  że  nie  miała  odwag  powiedzieć  nic  więcej. 

Wyminęła  Kristiana  i  wybiegła  na  korytarz.  Uniosła  lekko  koszulę  nocną,  żeby  się  nie 
potknąć, zbiegła ze schodów i schowała się w swoim pokoju. Marzyła o tym, żeby  położyć 
się obok Ane, ale bała się, że obudzi córkę, która pomyśli, że stało się coś złego.  I miałaby 
rację. 
 

Elizabeth skuliła się na łóżku i wstrzymała oddech, żeby powstrzymać płacz. Łzy nic 

nie pomogą. Wiedziała, że jeśli chce dokończyć to, co zaczęła, musi być silna. Silna dla dobra 
Ane  i  Marii.  Może  powinna  porozmawiać  z  pastorem?  Nawet  jeśli  nie  wyjawi  mu  całej 
prawdy, będzie mogła powiedzieć, że w ich małżeństwie pojawiły się problemy, których nie 
da się rozwiązać. Może pastor będzie w stanie jej pomóc i uwolni ją od tego związku? Tak, 
właśnie w ten sposób przedstawi sprawę, ale najpierw musi dokładnie przemyśleć, co powie. 
 

Uczepiła  się  tej  myśli  jak  ostatniej  deski  ratunku.  I  poczuła  ulgę.  Odsunęła  kołdrę  i 

wytarła  łzy.  Nagle  usłyszała  kroki  na  schodach,  od  razu  wiedziała,  że  to  Kristian.  przez 
chwilę  miała  nadzieję,  że  wejdzie  do  pokoju  i  zacznie  błagać  ją  o  przebaczenie.  Ale  kiedy 
zatrzymał się na korytarzu dokładnie naprzeciwko jej drzwi, zmieniła zdanie. postanowiła, że 
jeśli Kristian wejdzie do pokoju, każe mu się wynosić.  
 

Jednak po chwili kroki oddaliły się i nastała cisza. 

 

Musiało minąć kilka godzin, bo właśnie zasypiała, gdy poczuła, że materac obok niej 

ugina  się  pod  czyimś  ciężarem.  Zaskoczona  i  odurzona  snem,  powoli  otworzyła  oczy. 
Chociaż w pokoju było ciemno, dostrzegła zarys postaci siedzącej na brzegu łóżka. 
 

- Elizabeth. 

 

Głos  Kristiana  zabrzmiał  inaczej  niż  zwykle.  Czyżby  płakał?  –  zastanawiała  się  w 

duchu. – A może jeszcze nie wyleczył się z przeziębienia? Przesunęła się w głąb łóżka. 
 

- Czego chcesz? – zapytała cienkim głosem. 

 

- Chcę cię przeprosić za to, w jaki sposób traktowałem Ane. 

 

Nie  była  w  stanie  nic  powiedzieć.  Jego  słowa  całkowicie  ją  zaskoczyły.  Zapadła 

nieprzyjemna cisza. W końcu Kristian przerwał milczenie. 

background image

 

16

 

-  Nie  oczekuję,  że  mi  wybaczysz,  ale  mam  nadzieję  i  błagam  cię,  żebyś  mnie  nie 

zostawiała. 
 

Elizabeth długo milczała. 

 

- Wracaj do siebie – powiedziała w końcu. – Jest noc. Musimy się wyspać, żeby mieć 

siły na kolejny dzień. 
 

Gdy opuszczał pokój, jego kroki nie wydawały się już takie ciężkie. Ona sama czuła, 

ż

e jej serce łopocze jak skrzydło ptaka. Jeszcze była nadzieje. 

 
Rozdział 4 
 
 

- Andreas, poczekaj na mnie! Słyszysz? 

 

Nie  mógł  dłużej  udawać,  że  nie  słyszy  głosu  Enoka-Dwa  Szylingi.  Przystanął  z 

wyraźną niechęcią. 
 

-  Gdybym  cię  nie  znał.  Pomyślałbym,  że  mnie  unikasz  –  dyszał  tamten.  Spod  jego 

brudnej, dzierganej czapki wystawały długie, siwe włosy. 
 

- Właśnie to robię – przyznał Andreas bez mrugnięcia okiem. 

 

Mężczyzna  przez  chwilę  stał  ze  wzrokiem  wbitym  w  ziemię,  potem  wytarł  nos 

wierzchem dłoni i zerknął na Andreasa. 
 

- No dobrze, przyznaję: trochę przesadziłem, mówiąc, że wiem, gdzie mieszka Lavina. 

 

-  Trochę?  –  powtórzył  Andreas,  wykrzywiając  twarz  w  grymasie.  –  Słyszałeś  o 

facecie, który zna innego faceta, który być może wie, gdzie leży wyspa. Rzeczywiście, było 
czym się chwalić. Możesz mnie pocałować! – posłała tamtemu gniewne spojrzenie i szybko 
się oddalił. 
 

- Mam kawę! – Enok dogonił go i wyjął z kieszeni brudną i zmięta torebkę. 

 

Andreas przystanął, czując narastającą złość. 

 

- Zatrzymaj swoją kawę. Przyjaźni nie da się kupić. 

 

- Chciałem się nią z tobą podzielić. Naprawdę nie miałem na myśli nic złego. 

 

Andreas poklepał go po ramieniu. 

 

- Rozumiem. Chyba zareagowałem zbyt nerwowo – powiedział, patrząc przed siebie. 

– Byłem w Storvaagen i pytałem o pracę i kowala. 
 

- I co? Dostałeś ją? 

 

- Nie, bo to był jakiś wariat. Chyba miał nierówno pod sufitem. Zachowywał się tak, 

ż

e aż się przestraszyłem. Zresztą nie tylko on. Był tam jeszcze jeden dziwny facet – Andreas 

wzruszył  ramionami.  –  Szkoda  gadać!  W  drodze  powrotnej  wstąpiłem  do  sklepu  i  kupiłem 
sobie  ciastko  i  kilka  ziaren  kawy.  Ty  swoje  zatrzymaj  na  wypadek,  gdyby  odwiedziła  cię 
jakaś kobieta. 
 

Enok  zaśmiała  się  głośno,  odsłaniając  braki  w  uzębieniu.  Za[pach  mówił  sam  za 

siebie.   
 

- Zabawny z ciebie facet – zarechotał, ale nagle spoważniał. – Wygląda na to, że ty też 

nie masz pieniędzy. 
 

- Na pewno więcej niż ty. Nie zapominaj, że jestem kilka lat młodszy od ciebie i nie 

mam aż takich problemów ze znalezieniem pracy. 
 

- Już dobrze, dobrze. masz racje – powiedział Enok o wsunął ręce do kieszeni kurtki. 

 

Przed Andreasem stały w kolejce trzy kobiety z małym chłopcem, który ledwo sięgał 

nosem  do  lady.  Kobiety  długo  wypytywały  o  wszystkie  wypieki,  zanim  zdecydowały,  co 
kupią. Andreas gapił się bezmyślnie w okno. A jeśli nigdy nie dowiem się, gdzie leży Wyspa 
Topielca? – pomyślał ponuro. Szybko jednak odrzucił tę myśl. Nie wolno mi tracić nadziei – 
powtarzał  sobie  w  duchu.  Czekałem  tak  długo,  poczekam  jeszcze  trochę.  Czuł,  że  pewnego 
dnia spotka Lavinę i wydusi z niej prawdę. 
 

background image

 

17

 

Następnego ranka Elizabeth wpadła na Kristiana na korytarzu. 

 

- Poczekaj – poprosił. – Muszę z tobą porozmawiać. 

 

Zatrzymała się i spojrzała na niego. 

 

Wyglądał na zagubionego i nie wiedział, co zrobić z rękami. Miał podkrążone oczy. 

 

- Elizabeth, nie wolno ci… - zaczął ochrypłym głosem, szukając odpowiednich słów. 

 

Chciała mu tu ułatwić, ale nie była w stanie nic powiedzieć. Głos uwiązł jej w gardle. 

 

W głowie miała pustkę. 

 

- Robota na mnie czeka – wydusiła w końcu. 

 

Wtedy chwycił ją mocno za ramię i wpatrując się w nią przenikliwie, zapytał: 

 

- Chyba nie zamierzasz ode mnie odejść? 

 

Przełknęła ślinę. 

 

- A jakie życie nas czeka?  Naprawdę uważasz, że powinniśmy być razem? – spytała 

po namyśle. 
 

Przez  dłuższą  chwilę  stał  ze  spuszczoną  głową.  A  gdy  w  końcu  podniósł  wzrok,  w 

jego spojrzeniu czaił się gniew. 
 

- To Dorte podsunęła ci tę myśl – stwierdził kategorycznym tonem. – Przekonała cię 

do tego pomysłu, gdy byłyście u niej. 
 

Elizabeth ostrożnie oswobodziła się z uścisku. 

 

- Sama potrafię myśleć. Dorte nie ma z tym nic wspólnego. To, co dzieje się między 

nami,  dotyczy  wyłącznie  nas  i  nikogo  innego.  Zapewniam  cię,  że  Dorte  nie  ma  o  niczym 
pojęcia. 
 

Była już na dole schodów, gdy rzucił z gniewem. 

 

-  Ale  za  to  pobiegłaś  do  Helenem  naszej  służącej,  żeby  się  wypłakać  w  mankiet. 

Nawet nie próbuj zaprzeczać. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  cała  sztywnieje.  Słowa  trafiły  w  czuły  punkt.  A  jednak  nie 

zatrzymała  się.  weszła  do  kuchni  z  uśmiechem  przyklejonym  do  twarzy  i  powiedziała 
wszystkim „dzień dobry”. Przy końcu stołu siedziała Ane ze spuszczoną głową. 
 

-  Aż  tak  jesteś  zmęczona?  –s  pytała  Elizabeth  i  zmierzwiła  jej  rozczochrane  włosy. 

Zdziwiło  ją,  ze  córka  nie  zaplotła  warkoczy  i  że  nie  odezwała  się  do  niej  ani  słowem. 
Postanowiła jednak dać jej spokój i zaczęła razem ze służącymi nakrywać do stołu. 
 

Po  chwili  do  kuchni  wszedł  Kristian  do  kuchni  i  zajął  miejsce  przy  stole.  Elizabeth 

robiła  wszystko,  żeby  na  niego  nie  patrzeć,  ale  czując  na  sobie  jego  badawcze  spojrzenie, 
zachowywała się sztucznie i nerwowo. 
 

- Nie wszyscy rano są tak zmęczeni – rzucił ni z tego, ni z owego. 

 

-  Jonas  zawsze  był  rannym  ptaszkiem  –  powiedziała  Amanda  i  posadziła  syna  na 

krześle. – Przestań się wiercić! – upomniała chłopca. 
 

W  końcu  do  kuchnio  wszedł  Ole  i  wszyscy  usiedli  przy  stole.  Kristian  odmówił 

modlitwę. Przez chwilę jedli w ciszy, przerywanej jedynie paplaniną Jonasa. Nagle Kristian 
odchrząknął i powiedział: 
 

- Zamierzam wybrać się dzisiaj do sklepu. Może ktoś z was miałby ochotę pojechać ze 

mną? 
 

Nikt się nie zgłosił. 

 

-  Może  ty,  Ane?  –  zachęcał  dziewczynkę.  –  Nie  masz  ochoty  na  krótką  wycieczkę? 

Może przy okazji kupimy cukier kandyzowany dla konia? 
 

Ane  odłożyła  łyżkę  na  środek  i  uśmiechnęła  się  szeroko,  odsłaniając  krzywego 

siekacza.  Elizabeth  na  moment  wstrzymała  oddech.  Jacy  oni  byli  do  siebie  podobni! 
Zastanawiała się, jak córka zareaguje, gdy w końcu odkryje, że jest podobna do Kristiana. 
 

Przez kilka lat Kristian i Elizabeth starali się o drugie dziecko. Kristiam powtarzał, że 

chciałby mieć syna, ale ponieważ Elizabeth nie mogła zajść w ciążę, przestali o tym mówić. 

background image

 

18

 

W  końcu  nie  każdej  kobiecie  dane  było  urodzić  choćby  jedno  dziecko.  Elizabeth 

powoli dochodziła jednak do przekonania, że Bóg miał w tym ukryty cel. 
 

- Naprawdę mogę pojechać z tobą? – spytała Ane z niedowierzaniem. 

 

-  Oczywiście,  że  możesz.  Jeśli  chcesz,  Pusi i  Karemu  też  kupimy  coś  smacznego  do 

jedzenia. 
 

- Kare je wyłącznie trawę i siano, tak jak inne owoce i jagnięta. 

 

- A ty, Mario, nie masz ochoty się do nas przyłączyć? – spytał kristian. 

 

Maria siedziała ze wzrokiem wbitym w talerz. 

 

- Mam dużo pracy – odpowiedziała spokojnie. 

 

- Elizabeth na pewno dałaby ci wolne. 

 

- Dziękuję za propozycję, ale zostanę w domu – odpowiedziała. 

 

Elizabeth czuła, że wszyscy jej się przyglądają. Nie udało jej się jednak nikogo na tym 

przyłapać, bo zanim podniosła wzrok, służące zdążyły spuścić głowy. Kristian wpatrywał się 
uparcie w blat stołu. 
 

Ona robi to dla mnie, pomyślała Elizabeth i odwróciła się w stronę Marii. 

 

- Jedź z nimi – powiedziała do siostry. – Kristianowi będzie miło. 

 

Szybko pomogła Ane nałożyć płaszcz i dopilnowała, żeby córka włożyła rękawiczki i 

dodatkową parę wełnianych rajstop. 
 

- Tata już nie jest taki zmęczony jak kiedyś – powiedziała Ane, mocując się z upartym 

guzikiem płaszcza. – A kiedy jest wypoczęty, znowu mnie kocha. 
 

Elizabeth poczuła kłucie w sercu. Gdy po kilku sekundach doszła do siebie pogłaskała 

córkę po policzku i patrząc w jej złotobrązowe oczy, powiedziała: 
 

- Tata nigdy nie przestał cię kochać. My wszyscy bardzo cię kochamy. Nie zapominaj 

o tym. 
 

W  odpowiedzi  Ane  pocałowała  ją  pospiesznie  w  policzek  i  pobiegła  do  czekającego 

już  na  nie  powozu.  Maria  ruszyła  powoli  za  siostrzenicą.  Jednak  tym  razem  szła  nieco 
lżejszym krokiem. 
 

 

 

- Czyżby Kristian naprawdę myślał, że wystarczy cukier kandyzowany, żeby wszystko 

naprawić? – zapytała Helene, gdy chwilę później wieszały prawnie w suszarni. 
 

Elizabeth długo nie odpowiadała. 

 

- Tak, widzę, że się stara. Cóż, przynajmniej Ane i Maria trochę się rozerwą. 

 

- Co ci jest? 

 

Elizabeth spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. 

 

- Zamierzałam d niego odejść! – zawołała twardym, zimnym głosem. – Ale teraz sama 

już nie wiem… Prosił, żebym wybaczyła mu to wszystko, w jaki sposób traktował Ane. 
 

Helene z wrażenia upuściła ubranie, które trzymała w dłoni. 

 

Trzeba będzie prać Pd nowa, pomyślała mimowolnie Elizabeth. 

 

- Chyba nie zamierzasz się rozwieść? – wyszeptała Helene i chwyciła ją za ramiona. – 

Posłuchaj  mnie  powiedziała  i  potrząsnęła  nią  delikatnie.  –  Nie  możesz  naraić  siebie  ani 
dziewcząt na coś takiego. A zresztą, dokąd pójdziesz? 
 

-  Będę  musiała  wrócić  do  Dalen.  Maria  jest  już  prawie  dorosła  i  wkrótce  znajdzie 

sobie męża. Ane i ja jakoś sobie poradzimy. 
 

Helene próbowała się roześmiać, ale uśmiech zamarł jej na wargach. Zaczęła chodzić 

nerwowo  tam  i  z  powrotem.  Drewniaki  stukały  o  podłogę.  W  końcu  zatrzymała  się  i 
rozkładając ręce, powiedziała: 
 

- Uparta jesteś. 

 

- Jak w takim razie nazywałabyś Kristiana? 

 

- Nie używam takich wulgarnych słów. 

background image

 

19

 

Elizabeth nie mogła się nie roześmiać. Nagle jednak spoważniała. Poczuła kłucie pod 

powiekami. 
 

-  Mam  już  tego  serdecznie  dość…  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  jak  bardzo  mnie  to 

boli.  Od  wielu  tygodni  próbuję  się  z  nim  na  nowo  zbliżyć,  ale  on  nie  chce  mnie  słuchać. 
Wmówił sobie, ze z własnej woli oddałam się Leonardowi. 
 

- Powiedziałaś mu, że chcesz się z nim rozwieść, prawda? – domyśliła się Helene. – 

To dlatego stara się być miły. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Dlaczego nie dasz mu szansy? 

 

- Nie mam już siły. Chciałabym, ale nie jestem w stanie! 

 

Helene już miała zaprotestować, ale Elizabeth ją ubiegła. 

 

- Dokończ wieszać pranie powiedziała szybko. – A ja przepłuczę tę poszewkę. 

 

Podniosła  pościel  z  podłogi  i  czym  prędzej  wybiegła  z  suszarni,  zanim  przyjaciółka 

zdążyła zobaczyć, że płacze. 
 
 

Gdy wrócili ze sklepu, Ane była radosna jak skowronek. Nawet Maria uśmiechała się 

pod nosem, zanim zabrała się do pracy. 
 

- Mamo, mamo! Było cudownie! – ekscytowała się Ane. – Kupiliśmy całą torbę cukru 

i dostała nową wstążkę do włosów, które lśnią jak prawdziwe srebro. Tata tak powiedział. 
 

Elizabeth przypomniało się, że o jej włosach wyraził się podobnie, ale było to dawno 

temu,  gdy  pracowała  w  Dalsrud  jako  służąca.  Później  przyznał,  ze  już  wtedy  się  w  niej 
podkochiwał.  Zastanawiała  się,  co  teraz  do  niej  czuł.  Czy  obawiał  się  tego,  co  ludzie 
powiedzą, jeśli odejdzie od niego żona? A może naprawdę mu na niej zależało? 
 

Elizabeth  zauważyła,  że  Maria  również  dostała  prezent:  papier  listowny.  Nagle 

Kristian podszedł do niej i podał jej paczkę. 
 

-  Kupiłem  dla  ciebie  cztery  łokcie  tkaniny  na  sukienkę  –  powiedział.  Wyglądał  jak 

zbity pies. 
 

- Połóż paczkę na skrzyni, obok pamiętnika twojej matki – odpowiedziała Elizabeth. 

W nim zawarta jest cała prawda. Ta, w która nie chcesz uwierzyć.  
 

Nie dała mu czasu na odpowiedź. Odwróciła się na pięcie i odeszła wyprostowana jak 

struna. Jeśli kiedykolwiek miała być między nimi zgoda, musiał jej wierzyć. 
 
 

W czasie, który potem nastąpił, czego chodziła na plażę, skąd rozciągał się widok na 

otwarte morze. Każdą wolną chwilę spędzała nad wodą. Ciepło ubrana, potrafiła siedzieć tam 
godzinami.  Czuła,  że  odpoczywa,  uwalnia  się  od  natrętnych  myśli.  Mogła  się  wypłakać, 
wyżalić, powiedzieć wszystko, na co tylko miała w danej chwili ochotę, a wiatr porywał jej 
słowa i unosił w nieznane, tak, że nikt innych nie słyszał. 
 

Widziała, jak Kristian stara się odbudować dobre relacje z Ane, jak z nią rozmawia i z 

jakim zainteresowaniem słucha tego, co ma mu do powiedzenia. Było oczywiste, że Kristian 
próbuje  naprawić  to,  co  zniszczył.  A  mała  Ane  była  taka  miła  i  delikatna,  że  wszystko  mu 
wybaczyła, nie żądając wyjaśnień. 
 

Maria  była  bardziej  sceptyczna.  Gdy  Kristian  zwracał  się  do  niej  z  pytaniem, 

odpowiadała  grzecznie,  ale  krótko  i  rzeczowo.  Wycieczka  do  sklepu  pomogła  przełamać 
kody,  ale  Kristianowi  nie  udało  się  jeszcze  w  pełni  odzyskać  zaufania  Marii.  Ona  rozumie 
więcej niż jemu się wydaje, pomyślała Elizabeth. Może dlatego, że życie obchodziło się z nią 
dużo mniej łaskawie niż z Ane? Poza tym Maria była starsza – właśnie skończyła szesnaście 
lat.  Elizabeth  nie  mogła  uwierzyć,  że  Maryjka  powoli  staje  się  dorosłą  osobą.  Wiele  razy 
zamierzała  porozmawiać  z  siostra,  spróbować  wyjaśnić  sytuację,  ale  wciąż  nie  było  okazji 
albie  nie  potrafiła  znaleźć  odpowiednich  słów.  Odwlekała  rozmowę  w  nieskończoność,  a 
przynajmniej do czadu, kiedy wyjaśni się, co z nimi będzie. 

background image

 

20

 

Zbliżało  się  Boże  Narodzenie.  Amanda  kilka  razy  napomykała,  że  warto  by  zacząć 

przygotowania  do  świąt.  Służące  przyzwyczaiły  się  do  tego,  że  jedna  z  nich  przejmuje 
dowodzenie i rozdziela innym obowiązki. Powinniśmy szybko to przedyskutować, pomyślała 
Elizabeth bez entuzjazmu. Szczerze mówiąc, drżała na myśl o długich świętach, gdy całymi 
godzinami trzeba będzie siedzieć bezczynnie, silić się na uśmiech i udawać szczęśliwą panią 
domu. Nie, nie cieszyła się na tegoroczne święta. 
 

Nagły podmuch wiatru wzbił w powietrze tumany śniegu. Elizabeth wstała i objęła się 

za  ramiona.  Już  miała  ruszyć  w  stronę  domu,  gdy  nagle  zauważyła  zbliżającego  się  do  niej 
Kristiana.  Stawiał  długie  kroki,  uginając  się  pod  naporem  wiatru.  Kiedy  znalazł  się  w 
odległości paru łokci, przystanął. Był nieogolony. Zauważyła, że ma odmrożone płatki uszu, 
wiec  chciała  mu  powiedzieć,  że  nie  powinien  wychodzić  z  domu  bez  czapki,  ale  tego  nie 
zrobiła. 
 

-  Elizabeth,  proszę  cię  po  raz  ostatni:  Pozwól,  żeby  między  nami  wszystko  było  jak 

dawniej.  Porozmawiaj  ze  mną!  Przecież  cię  przeprosiłem.  Co  jeszcze  miałbym  zrobić?  – 
zawołał na jednym oddechu. 
 

Słowa same cisnęły mu się na usta. 

 

Elizabeth stała w bezruchu, przyglądając się uważnie mężowi. Wpatrywała się w jego 

twarz z kilkudniowym zarostem. W usta, które kiedyś całowała, drżąc z pożądania. Te same 
usta, które przysięgały,  że będą ją kochać i czcić aż do śmierci. W oczy, czarne jak  górskie 
jeziora,  które  patrzyły  na  nia  z  niewypowiedzianą  czułością.  W  policzki,  które  głaskała 
delikatnie, ponieważ należały do jej najlepszego przyjaciela – na dobre i na złe. 
 

Wiedziała,  ze  jeszcze  coś  do  niej  powiedział,  ale  Ne  słuchała  g  o  zbyt  uważnie. 

Milczała.  Miała  wrażenie,  ze  uszło  z  niej  całe  powietrze  i  że  język  odmówił  jej 
posłuszeństwa. 
 

Niespodziewanie Kristian zdjął rękawiczki i zwinął je w kłębek. Gwałtownym ruchem 

rzucił je za siebie i zaklął szpetnie. 
 

- Nie rozumiesz, jak ja się czuję? – wykrzyczał. – Właśnie dowiedziałem się, że mój 

ojciec,  który  był  przy  mnie  przez  te  wszystkie  lata,  zgwałcił  moją  przyszłą  żonę!  Ten  sam 
człowiek, który kupił mi konia, gdy byłem dzieckiem, który wciąż stawał w mojej obronie i 
powtarzał, ze jest już duży i dzielny, kiedy nadopiekuńczość matki za bardzo dawał mi się we 
znaki.  Mówił,  że  matka  była  obłąkana  i  że  odebrała  sobie  życie.  a  ja  mu  wierzyłem…  - 
rozłożył bezradnie ręce. – gdy spałaś, przeczytałem wszystko, co napisała moja mama. Każde 
słowa, które wyszło spod jej pióra! 
 

Elizabeth czuła, ze uginają się pod nią kolana. Żałowała, że nie może nigdzie usiąść. 

Dzwoniło jej w uszach, a słowa, które wypowiadał, docierały do niej z zwarzoną prędkością. 
 

- Ojciec pobił ją na śmierć! On… 

 

Elizabeth słyszała, że Kristian płacze, ale nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego 

słowa ani uczynić najmniejszego choćby gestu. 
 

- To tata zabił moją mamę – powiedział po chwili. Jego głos znowu brzmiał czysto. – 

A ona wcale nie była obłąkana. Teraz wiem, że tata najpierw zgwałcił Helene, a potem ciebie. 
Gdybym wcześniej to zrozumiał, w wielu sprawach postąpiłbym inaczej… 
 

Elizabeth podeszła do niego  wolnym korkiem, zdjęła rękawiczki i dotknęła jego rąk, 

ż

eby sprawdzić, jak bardzo są zimne. 

 

-  Lepiej  nałóż  moje  rękawiczki,  bo  odmrozisz  sobie  palce  –  powiedziała  miękko. 

Rękawiczki były na niego za ciasne, ledwo udało mu się w nie wcisnąć dłonie. 
 

Powoli podniosła rękę i pogłaskała go po policzku. 

 

-  Zobaczysz,  wszystko  będzie  dobrze.  zapomnijmy  o  tym,  co  było  i  skupmy  się  na 

przyszłości. 
 

Wziął ją w ramiona i przycisnął do siebie tak mocno, że nie mogła złapać tchu. 

background image

 

21

 

- Obiecuję, że wszystko ci wynagrodzę i już nigdy, przenigdy w ciebie nie zwątpię. I 

zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby naprawić zło, które wyrządziłem Ane… i Marii. 
 

Elizabeth położyła mu palec na ustach i poprosiła, żeby nic nie mówił. 

 

- Wierzę ci – wyszeptała. – A teraz wracajmy do domu. 

 

Kristian  objął  ją  ramieniem,  a  ona  szła,  rozpamiętując  każde  słowo.  Czuła  się  tak, 

jakby po burzy spędzonej na morzu zawinęła bezpiecznie do portu. 
 

Elizabeth zaciągnęła go na poddasze. Gdy rozpalała ogień w kominku, Kristian zdjął 

wierzchnie ubranie i zapytał: 
 

- Chciałabyś ze mną porozmawiać? 

 

Zaczekała aż szczapy drewna zajmą się ogniem i dopiero wtedy odwróciła się w jego 

stronę. 
 

-  Tak,  chciałam…  -  zaczęła,  ale  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  o  czym  zamierzała  z 

nim porozmawiać. Nagle doszła do wniosku, że właściwie wszystko zostało już powiedziane. 
 

- Właściwie chodziło mi tylko o to, żeby być blisko ciebie – przyznała i zawstydzona 

spuściła wzrok. 
 

- Blisko mnie? 

 

Elizabeth spojrzała na niego. 

 

- Tak, blisko ciebie. Potrzebuję cię, Kristianie. Potrzebuję twojego ciepła. 

 

Przyglądał  jej  się  badawczo,  jakby  nie  do  końca  rozumiał,  co  do  niego  mówi.  W 

końcu jednak uśmiechnął się nieśmiało, jakby na próbę, podszedł do niej i przyciągnął ją do 
siebie. 
 

- Najdroższa! – wyszeptał, 

 

Odchyliła  głowę  do  tyłu  i  pozwoliła,  żeby  złożył  na  jej  ustach  długi  pocałunek.  Po 

chwili  odsunęli  się  od  siebie.  Obojgu  przyszła  do  głowy  ta  sama  myśl.  Zaczęli  rozbierać 
siebie nawzajem. Gdy w końcu stanęli jedno przed drugim zupełnie nadzy, Elizabeth wzięła 
go za rękę i poprowadziła do łóżka. 
 

Nigdy  wcześniej  nie  okazywał  jej  aż  tyle  czułości.  Nigdy  nie  był  tak  delikatny  i 

troskliwy.  Elizabeth  miała  wrażenie,  że  odłożył  na  drugi  plan  swoje  potrzeby,  żeby  tylko  ją 
zaspokoić. 
 

Nagle okazało się, że wszystkie wielkie słowa są zbyteczne. 

 
 

Mroki  nocy  polarnej  rozświetlone  szare,  mdłe  światło.  Śnieg,  który  niedawno  spadł, 

wprost  idealnie  nadawał  się  do  tego,  by  wyczyścić  nim  dziergane  chodniki.  Mały  Jonas  był 
tak grubo ubrany, że ledwie potrafił ustać na nogach. Elizabeth roześmiała się na jego widok. 
 

- Taki jesteś dzielny? – zapytała. 

 

W odpowiedzi Jonas posłał jej szeroki uśmiech i pokiwał głową. Spod grubej czapki 

wystawała brązowa grzywka. 
 

Często  zabierała  go  za  sobą  pod  pretekstem  pomocy  Amandzie,  która  dzięki  temu 

zyskiwała więcej czas na prace domowe. Prawda była taka, że lubiła mieć go blisko siebie, bo 
przebywanie  w  jego  towarzystwie  sprawiało  jej  ogromną  radość.  Ostatnio  często  wracała 
myślami  do  czasów,  gdy  Maria  i  Ane  były  małe.  Przypomniały  jej  się  sceny  z  przeszłości, 
gdy  Ane  była  jeszcze  niemowlęciem.  Jej  słodki  zapach,  pierwszy  ząbek,  pierwszy 
samodzielny krok… I Maria, drobna i chuda, a jednak pełna odwagi i niewiarygodnej wręcz 
siły.  Jak  cudownie  było  móc  przytulić  je  i  otaczać  opieką.  Gdy  były  dziećmi,  łatwiej  było 
ochronić  je  przed  wszystkimi  co  złe  i  niebezpieczne.  Tymczasem  Maria  miała  niedługo 
wyfrunąć z gniazda i stanąć na własnych nogach. Jej dzieciństwo już dawno się skończyło. Ta 
myśl  cieszyła  i  równocześnie  przerażała  Elizabeth.  Wiedziała,  że  tamte  czasy  nigdy  już  nie 
wrócą,  bez  względu  na  to,  jak  bardzo  by  sobie  tego  życzyła.  Pewną  otuchę  odnajdywała  w 
kontaktach z Jonasem. Dzięki niemu mogła na nowo towarzyszyć dziecku w rozwoju. 

background image

 

22

 

Helene  czasem  ostrzegała  ją,  żeby  nie  przywiązywała  się  do  Jonasa  zbyt  mocno. 

Elizabeth  prychnęła  na  samą  myśl.  Też  coś!  Niby  dlaczego  miałabym  się  do  niego  nie 
przywiązywać?  Zresztą  nikomu  nic  do  tego,  pomyślała.  Dopóki  Amanda  była  zachwycona 
tym,  że  maluch  nie  plącze  jej  się  przez  cały  dzień  pod  nogami,  nikomu  nie  powinno 
przeszkadzać, że Elizabeth się nim zajmuje. Był taki miły i miękki w dodatku, i tak głośno się 
ś

miał! 

 

Nagle  zauważyła  drobną  postać,  która  zbliżała  się  od  strony  lasu.  Przerwała  pracę  i 

zmrużyła oczy. 
 

- Dzień dobry i szczęść Boże – pozdrowił ją mały Christem, kłaniając się w pas. 

 

Wygląda  jak  mały  staruszek,  pomyślała.  Gdy  przyjrzała  mu  się  lepiej,  dreszcze 

przeszły jej po plecach. Chłopiec przyszedł w samych Drewnikach, bez czapki i rękawiczek. 
Jego palce były czerwone z zimna. Chuda szyja również była goła. 
 

- Przyszedłem zapytać, czy nie znalazłaby się tu dla mnie jakaś praca. Jestem silny i 

wytrzymały – dodał poważnym tonem. – W przyszłym roku skończę siedem lat. 
 

Elizabeth  musiała  wziąć  się  w  garść,  by  móc  odpowiedzieć  na  pytanie,.  Dorosły 

sposób, w jaki się wyrażał, wzruszył ją niemal do łez. 
 

- Wcale w to nie wątpię. Szczerze mówiąc, przydałby mi się silny mężczyzna, który 

pomógłby mi wyszorować chodniki. Ale stawiam jeden warunek. 
 

- Jaki? 

 

- Musisz założyć porządne ubranie: rękawiczki, czapkę i wełniane skarpety – tak jak 

on – wyjaśniła, wskazując na Jonasa. 
 

Christem  skinął  głowa    wszedł  za  nią  do  środka.  Okazało  się,  że  wełniane  skarpety, 

które  miał  na  sobie  były  dziurawe,  a  przez  to  jego  małe  stopy  były  czerwone  z  zimna  i 
zupełnie  pozbawione  czucia.  Zanim  wszyscy  troje  ponownie  się  ubrali  i  wyszli,  z  domu, 
Elizabeth pozwoliła mu się ogrzać. 
 

- Mama nie wiem, że tu jestem – powiedział po chwili. – Czy możecie jej o tym nie 

mówić? 
 

- Jeśli mi obiecasz, że będziesz zwracać się do mnie po imieniu. 

 

Po chwili wahania uśmiechnął się od ucha do ucha i pokiwał głową. 

 

 

 

- Już wystarczy – powiedziała Elizabeth kilka godzin później. – teraz Kristian powiesi 

chodniki w suszarni na strychu. A ty chodź ze mną do gabinetu po wypłatę. 
 

Gdy znaleźli się na korytarzu, Christem zaczął zdejmować rękawiczki i skarpetki. 

 

- Nie, nie, nie zdejmuj ubrania! Możesz je zatrzymać – zawołała przerażona Elizabeth, 

pomagając  Jonasowi  ściągnąć  płaszczyk.  –  To  część  zapłaty  dodała  szybko,  widząc,  że 
chłopiec się waha. 
 

Wtedy Christem ukłonił się głęboko i podał jej rękę. Jakie on ma chude dłonie! Sama 

skóra i kości, pomyślała Elizabeth, ściskając mu rękę. 
 

Gdy Jonas został odstawiony do kuchni, do Amandy, Elizabeth i Christem udali się do 

gabinetu. Elizabeth zauważyła, że chłopiec rozgląda się na boki oczami szeroko otwartymi ze 
zdumienia. 
 

- Podoba ci się nasz dom? – zagadnęła. 

 

- Tak, jest niebiańsko piękny! – wyszeptał z zapartym tchem. 

 

Gdy  weszli  do  gabinetu,  Kristian  stał  i  przeglądał  jakąś  książkę.  Ich  widok  tak  go 

zaskoczył, że nie wiedział, na kogo patrzeć: na Elizabeth czy na chłopca. 
 

- Pomógł mi wyszorować chodniki – wyjaśniła. – I dlatego należy mu się zapłata. 

 

Na twarzy Kristiana pojawił się uśmiech. 

 

- Rozumiem że nie pracujesz za Bóg zapłać? 

 

Chłopiec przyglądał mu się niepewnie, jakby się go bał. 

background image

 

23

 

-  Kristian  chciał  powiedzieć,  że  za  tak  ciężką  pracę  należy  ci  się  sowita  nagroda  – 

pospieszyła z wyjaśnieniem. 
 

Kristian  wyjął  z  kieszeni  monetę  i  podał  ją  dziecku.  Christem  wziął  ją  do  ręki  z 

niesłychanym nabożeństwem, a po chwili obrócił ja na drugą stronę i zaczął jej się uważnie 
przyglądać. 
 

-  Bardzo  dziękuję  –  wyszeptał,  kłaniając  się  głęboko  na  prawo  i  lewo,  zanim  zaczął 

wycofywać się w kierunku drzwi. 
 

-  Może  zjesz  coś  przed  wyjściem?  –  spytała  Elizabeth.  Już  wyobrażała  sobie,  jak 

zasiądą razem do smacznego posiłku. 
 

Ale chłopiec potrząsnął przecząco głową. 

 

-  Nie.  muszę  szybko  wracać  do  domu,  bo  inaczej  mama  zacznie  się  denerwować  – 

wyjaśnił i po raz kolejny zerknął na monetę. – Mam nadzieję, że mi uwierzy, że zarobiłem te 
pieniądze uczciwą pracą… 
 

- Mogę napisać do niej list – zaproponowała Elizabeth. 

 

- Nie ma po co. Nikt z nas nie potrafi czytać. 

 

Elizabeth  zamyśliła  się,  nie  odrywając  wzroku  od  jego  brudnych  policzków  i 

niebieskich oczu o dorosłym spojrzeniu. 
 

- Na pewno to zrozumie, kiedy zobaczy twoje ubranie – powiedziała. A gdy stojąc na 

schodach,  pomachała  mu  na  pożegnanie,  zawołała  za  nim:  -  Przyjdź  do  nas  niedługo.  Dla 
takiego pomocnika jak ty znajdzie się więcej pracy. 
 

Chłopiec uśmiechnął się i pomachał na pożegnanie, ale nic nie odpowiedział. 

 

Kristian podszedł do niej i objął ją ramieniem. 

 

- Widzę, że się o niego martwisz. 

 

Słowa Kristiana potwierdziły jej przypuszczenia. 

 

- Tak, bo wiem, że więcej tu nie przyjdzie. 

 

- Dlaczego nie? 

 

- Jego rodzicom nie spodoba się to, że chodzi ciągle w to samo miejsce. potraktują to 

jak żebractwo. A niestety w większości gospodarstw poszczują go psami. 
 

Kristoan zamknął drzwi, przyciągnął ją do siebie i czule pogłaskał po plecach. Ustami 

dotykał jej włosów. Jego koszula drapała ją w policzek. 
 

- Dziękuję, że dałeś mu pieniądze. Byłeś bardzo miły – powiedziała i odchyliła głowę 

do tyłu. 
 

Jego  spojrzenie  odzyskało  dawny  blask.  I  tę  jedwabistą  miękkość,  którą  tak  dobrze 

znała. Gdy pocałował ją lekko w usta, odwzajemniła pocałunek. Czuła wyraźnie, że do siebie 
wracają. 
 

 

Rozdział 5 
 
 

Kiedy  kilka  dni  później  Elizabeth  zeszła  na  dół  na  śniadanie,  zastała  w  kuchni  tylko 

Linę, Amandę i Jonasa. 
 

- A gdzie Helene? – spytała i zajrzała do garnka. – O tak, kasz jest wystarczająco gęsta 

– stwierdziła, ale mimo to nie mogła sobie darować, żeby  kilka razy jej  nie zamieszać. Tak 
dla pewności. 
 

Lina właśnie nakrywała do stołu. 

 

-  Nie  mam  pojęcia,  dokąd  poszła  Helene.  Wspomniała  o  jakichś  krzesłach  i  tyle  ją 

widziałam. 
 

Elizabeth spojrzała na nią ze zdziwieniem. 

 

- O krzesłach? No tak, Helene ma swoje dziwactwa, ale… 

 

Nagle do kuchni weszła Ane. Głośno ziewając, próbowała rozprostować chude ciało. 

background image

 

24

 

-  Kiedy  ty  się  wreszcie  nauczysz,  że  na  śniadanie  przychodzi  się  z  uczesanymi 

włosami? – spytała Elizabeth. 
 

-  Chyba  nie  musze  się  stroić,  kiedy  mam  przejść  obok  obory!  –  Ane  zajęła  miejsce 

przy stole i położyła głowę na zgięciu łokcia. 
 

Lina postanowiła na stole maselniczkę i cukiernicę. 

 

-  Jesteś  zmęczona?  –  zapytała  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  dodała:  -  Cóż,  starość  – 

nie radość. 
 

-  Wcale  nie  jestem  stara!  –  burknęła  Ane  i  po  raz  nie  wiadomo  który  ziewnęła 

przeciągle. 
 

- No, może nie aż tak bardzo – przekomarzała się Lina. 

 

Kuchnia powoli zapełniała się ludźmi. Ostatnia zjawiła się Helene. 

 

- Jestem bardzo ciekawa, kto mógł być  aż tak dowcipny, żeby poustawiać wszystkie 

krzesła pod okiem! – zawołała oburzona. 
 

Elizabeth porosiła wszystkich, żeby usiedli. 

 

- O czym ty mówisz? Jakie krzesła? 

 

- Kuchenne i te z salonu. Wszystkie stoją pod oknem. Wygląda to tak, jakby ktoś na 

nich  stał  i  wyglądał  na  zewnątrz  –  powiedziała  Helene  i  szybkim  ruchem  posypała  kaszę 
cukrem, nie zwracając uwagi na to, że część ziarenek cukru ląduje na stole zamiast na talerzu. 
– To musiało się stać w nocy – dodała. 
 

Kristian spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

 

- W nocy? A ja zawsze myślałem, ze w nocy ludzie śpią.   

 

Helene nie kryła rozdrażniona. 

 

- Dlaczego zawsze powtarzasz moje słowa? 

 

- W każdym razie ja na pewno tego nie zrobiłam – zapewniła Ane. 

 

-  A  ja  myślę,  że  to  musiałaś  być  ty  –  zażartował  Ole,  szturchając  ją  w  bok.  –  To 

tłumaczy, dlaczego jesteś dzisiaj aż tak zmęczona. 
 

- Zostawmy ten temat. I tak nie wiemy, kto to zrobił – powiedziała Elizabeth i dodała 

sobie mleka. – Dzisiaj zamienimy się obowiązkami – oznajmiła. – Dobrze nam wszystkim to 
zrobi. Helene pójdzie ze mną i Marią do obory. A Lina, Amanda i Ane wyszorują podłogę w 
kuchni. 
 

Ane wydała długi, przeraźliwy jęk. 

 

- Błagam, tylko nie to! Nie umiem szorować podłogi. 

Nie mogłabym pójść z wami do obory? To dużo milsze zajęcie. 
 

-  I właśnie dlatego będzie lepiej, jeśli zostaniesz. Powinnaś nauczyć się prowadzenia 

domu, a Lina ma do ciebie najwięcej cierpliwości. 
 

-  Już  jej  współczuję  –  zachichotał  Kristian.  Ane  posłała  mu  piorunujące  spojrzenie. 

Ż

eby ją udobruchać, Kristian przysunął jej cukiernicę, uśmiechając się pod nosem. 

 

- Będę miała pomarszczoną skórę na palcach – skarżyła się Ane, patrząc  na matkę z 

ukosa. 
 

-  Od  tego  się  nie  umiera  –  powiedziała  Elizabeth.  –  Zmywanie  to  solidne  i  uczciwe 

zajęcie. A na przyszłość radzę ci zapamiętać, że żadna praca nie hańbi. 
 

Ane wymamrotała coś niezrozumiałego i włożyła do ust kolejną łyżkę kaszy. 

 

Elizabeth udała, że tego nie słyszy. Gdy przeprowadzili się do Dalsrud, Ane była tak 

mała, że szybko zdążyła zapomnieć, jak ciężko im się kiedyś żyło. Elizabeth obawiała się, że 
córka  będzie  miała  wielkopańskie  zachcianki  jak  inne  dzieci  z  bogatych  domów.  Poranna 
rozmowa  tylko  utwierdziła  ją  w  tym  przekonaniu.  Tymczasem  o  przyszłość  Marii  zawsze 
była  dziwnie  spokojna.  Nie  ma  co  się  martwić  na  zapas,  pomyślała.  Ane  też  na  pewno 
wyjdzie na ludzi. 
 

background image

 

25

 

Każda z nich nałożyła na głowę chustkę i zawiązała ją porządnie pod szyją, pilnując, 

ż

eby  wszystkie  włosy  były  dokładnie  schowane,  bo  inaczej  przesiąkłyby  zapachem  obory. 

Wełniane szale skrzyżowały na piersiach i związały z tyłu. Że też ubranie może tak odmienić 
człowieka, pomyślała Elizabeth. Teraz wszystkie trzy przypominały profesjonalne dojarki. Z 
daleka  nikt  nie  odgadłby,  która  z  nich  jest  żoną  jednego  z  najbogatszych  gospodarzy  w 
okolicy. I właśnie o to jej chodziło. 
 

Ryk  zwierząt  dotarł  do  nich,  gdy  były  w  połowie  podwórza.  Elizabeth  zerknęła 

ukradkiem na Marię. 
 

- Co się, u licha dzieje? – zastanawiała się, czując rosnący niepokój. 

 

Przyspieszyła kroku. Kanki na mleko odbijały się o jej łydki. Ponieważ skobel zdążył 

w  nocy  zamarznąć,  nie  można  było  otworzyć  drzwi.  Elizabeth  ciągnęła  z  całej  siły,  aż  w 
końcu zasuwa puściła. 
 

-  Trzymajcie  mnie!  –  jęknęła,  wchodząc  do  obory.  –  Jak  mogłyście  zapomnieć,  że 

należy przywiązać krowy na noc? – krzyknęła i szybko złapała jedno ze zwierząt. 
 

- Przecież byłaś tu z nami wczoraj wieczorem, nie pamiętasz? – zdziwiła się Maria. – 

A poza tym o tej porze roku nigdy nie spuszczamy zwierząt – wiesz o tym równie dobrze jak 
my. 
 

Elizabeth nic z tego nie rozumiała. Oczywiście, że żadna z nich nie wypuściłaby krów 

w środku zimy! 
 

Zwierzęta były wyraźnie rozzłoszczone: stąpały nerwowo i popychały się wzajemnie. 

Dwie krowy próbowały wepchnąć się do tej samej zagrody, rycząc przeraźliwie. Dobrze, że 
Kristian nałożył mosiężne kulki na ich ostre jak igły rogi, bo inaczej komuś mogłaby się stać 
krzywda. 
 

- Jak to dobrze, że Ane została w domu! – zauważyła Helene, mocując się z upartym 

zwierzęciem. 
 

- Au! – zawyła Maria. – Krowa nastąpiła mi na nogę! 

Może poprosimy o pomoc Kristiana i Olego? 
 

- Nie trzeba. Same sobie poradzimy – postanowiła Elizabeth. 

 

- Dobra krasula! – Helene chwaliła krowę, próbując zwabić ją do siebie. – Co się tutaj 

dzieje? – zastanawiała się na głos, zerkając na Elizabeth. 
 

Ale  ona  udała,  że  jej  nie  słyszy.  Przywiązała  krowę,  a  potem  zaczęła  ją  uspokajać, 

poklepując po szyi i przemawiając do niej łagodnym tonem. 
 

- Incydent z krzesłami można potraktować jako głupi żart – drążyła temat Helene.  – 

Ale to, co się tutaj dzieje, przekracza wszelkie granice! 
 

Elizabeth  zerknęła  na  konie.  Pocierały  kopytami  o  ziemię  i  nerwowo  zarzucały 

grzywami. Zastanawiała się, ile czasu krowy były spuszczone z postronków. Chyba niedługo, 
pocieszała się – bo nie są aż tak przerażone i żadna nie jest ranna. 
 

-  Zanim  zaczniemy  doić  krowy,  przynieśmy  im  siano.  Wtedy  się  uspokoją  – 

powiedziała do przyjaciółki i ruszyła przodem. Dawno nie czuła się tak bezradna. Nie umiała 
wytłumaczyć tego, co się stało – ona, która na wszystko miała gotową odpowiedź, pani domu, 
która powinna panować nad służbą, inwentarzem i całym gospodarstwem. 
 

Maria rzuciła ostatnie spojrzenie na postronki. 

 

- Niemożliwe, żeby krowy same się uwolniły – orzekła i spojrzała na Elizabeth. 

 

To  było  nie  do  uniknięcia  –  wszyscy  oczekiwali  od  niej  jakiegoś  wyjaśnienia, 

odpowiedzi, której nie mogła im udzielić. Elizabeth chwyciła bańkę na mleko, ale nie ruszyła 
się z miejsca. Stała bezradnie, skubiąc koniec sznura. 
 

- Nie, same nie mogły tego zrobić – potwierdziła, cedząc powoli słowa. – W każdym 

razie nie wszystkie na raz. Gdyby chodziło o jedną, mogłabym to zrozumieć, ale… 
 

- Jak myślisz: kto mógł to zrobić? – spytała Helene. Teraz, gdy zasłaniał ją ogromny 

brzuch krowy, jej głos był ledwo słyszalny. 

background image

 

26

 

- Nie wiem – odpowiedziała szczerze Elizabeth, chwytając mocniej za sznur. – Ale się 

dowiem. 
 

Usiadła  na  taborecie  i  pogłaskała  krowę  po  brzuchu,  mamrocząc  coś  niezrozumiale. 

Tak jak przewidywała, zwierzęta uspokoiły się, kiedy tylko dostały świeżą porcję siana.  Ich 
ż

uchwy poruszały się monotonnie od lewej strony do prawej. 

 

Mleko  ze  świstem  spływało  do  wiadra.  Nagle  krowa  tak  energicznie  machnęła 

ogonem, ze mało brakowało, a trafiłaby Elizabeth. Wygląda jak ogień huldry, przemknęło jej 
przez głowę. W tej samej chwili poczuła, że sztywnieje. Czy to mogła być huldra? Elizabeth 
szybko  odrzuciła  tę  ewentualność.  Już  dawno  przestała  wierzyć  w  istnienie  tych  stworzeń, 
chociaż  wiele  osób  twierdziło,  że  ciągle  ją  widują.  Huldry  znane  były  z  tego,  że  miały 
niebieski policzki. Ich krowy również miały być niebieskie. Podobno czasem zdarzało się, że 
huldry zamieniały swoje zwierzęta ze zwierzętami zwykłych ludzi. Elizabeth wiedziała, że w 
niektórych  gospodarstwach  jedna  zagroda  zawsze  stoi  pusta,  żeby  huldra  mogła  trzymać  w 
niej swoją krowę. 
 

Elizabeth  próbowała  skupić  się  wyłącznie  na  pracy,  ale  w  głowie  huczało  jej  jak  w 

ulu.  Wiele  razy  przyłapywała  się  na  tym,  że  zerka  ukradkiem  za  siebie,  szybko  i  ostrożnie, 
ż

eby nie siać paniki. Nie chciała, żeby jej niepokój udzielił się Marii i Helene. Czy ktoś był w 

oborze? Czy ktoś je śledził Czy to byli ludzie, czy huldry? 
 

Gdy skończyły pracę, poczuła wyraźną ulgę. 

 

-  Wnieście  większą  część  mleka  do  środka  –  zarządziła.  –  A  resztę  zostawcie  do 

schłodzenia. 
 

Zanim wyszły, ostatni raz rozejrzała się po oborze. 

 

-  Dzięki  Bogu,  krowy  nadal  dają  mleko  i  to  o  tej  porze  roku.  Jeśli  wystarczy  go  do 

wiosny, jesteśmy uratowani – powiedziała i przygryzła wargę. 
 

- Niech Lina rozda trochę mleka ubogim. 

 

Kristian i Ole przechodzili właśnie przez podwórze. 

 

-  Ktoś  zakradł  się  w  nocy  do  obory  i  spuścił  korowy  z  postronków  –  oznajmiła 

Elizabeth. 
 

- Spuścił krowy? – powtórzył Kristian. 

 

- Tak. Ktoś je uwolnił. 

 

Kristian spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

 

- Kto mógł zrobić coś takiego? 

 

Chociaż  czuła  rosnące  rozdrażnienie,  starała  się  zachować  spokój.  Dlaczego  każdy 

zwracał się z tym pytaniem do niej? 
 

- Czy to ty? – Kristian wbił wzrok w Marię. 

 

-  Ja?  Na  litość  boską!  Niby  dlaczego  miałabym  zrobić  coś  takiego?  no,  teraz  to 

naprawdę przesadziłeś! 
 

- Nawet nie patrz w moją stronę – uprzedziła jego pytanie Helene i weszła do domu. 

 

- W takim razie musimy się rozmówić z Ane, Liną i Amandą – powiedział Kristian i 

ruszył  w  stronę  kuchni.  –  Najpierw  ktoś  w  nocy  przestawia  wszystkie  krzesła,  a  potem 
spuszcza krowy. Chcę wiedzieć, kto to zrobił – rzekł z naciskiem i zaczął wodzić oczami od 
jednej do drugiej. 
 

Ane upuściła ścierkę do wiadra i zachichotała, zasłaniając ręką usta. 

 

- Ane? – głos Kristiana zabrzmiał jak wystrzał z dubeltówki. 

 

Dziewczynka zaczęła kręcić głową tak energicznie, że aż warkocze tańczyły wokół jej 

ramion. 
 

- Mów prawdę! 

 

- Kristian, uspokój się – powiedziała Elizabeth i chwyciła go za ramię. 

 

Gwałtownym ruchem uwolnił się z uścisku. 

 

- Zadałem jej pytanie. 

background image

 

27

 

-  Może  krowy  lubią  chodzić  bez  postronków  –  odparła  Ane,  owijając  jeden  z 

warkoczy wokół nadgarstka. 
 

Gdy Elizabeth ujrzała wyraz twarzy Kristiana, uznała, że musi interweniować, zanim 

Kristian zdąży powiedzieć coś, czego będzie później żałował. 
 

-  Jeśli  to  była  któraś  z  was,  to  mogę  was  zapewnić,  że  to  nie  było  wcale  śmieszne. 

Zwierzęta mogły zrobić sobie lub innym krzywdę – nawet do tego stopnia, że musielibyśmy 
je  ubić.  Oczekujemy,  że  jeszcze  dzisiaj  winowajczyni  się  przyzna.  Jeśli  to  zrobi,  nie 
wyciągniemy wobec niej żadnych konsekwencji. Jeśli nie, i tak prędzej czy później poznamy 
prawdę, a wtedy spotka ją surowa kara. Macie na to nasze – moje i Kristiana – słowo. 
 

Ane siedziała na krześle i wymachiwała stopą. Usta miała zaciśnięte w wąską kreskę. 

 

Elizabeth zwróciła się w stroę Kristiana. 

 

-  Proponuję,  żeby  każdy  wrócił  do  swoje  pracy.  Helene  i  Maria  będą  teraz  ubijać 

masło. 
 

Gdy byli na korytarzu, Kristian przytrzymał Elizabeth za ramię. 

 

- Myślisz, że ktoś się przyzna? – zapytał. 

 

Elizabeth zdjęła chustkę i szal. 

 

- Nie wiem. Ale kiedyś i tak prawda wyjdzie na jaw. 

Obiecałam, że dowiemy się, kto to zrobił i zamierzam dotrzymać słowa. 
 

Kristian nie powiedział nic więcej i wybiegł z domu. 

 
Rozdział 6 
 
 

Elizabeth  kręciła  się  po  domu  i  zdejmowała  lampy.  Należało  wyczyścić  i 

wypolerować klosze o wlać do pojemników świeży olej. Zwykle to ona wykonywała tę pracę. 
Gdyby  olej  rozlał  się  na  meble  lub  podłogę,  zostałyby  po  nim  brzydkie  plamy,  których  w 
ż

aden sposób nie dałoby się usunąć. Poza tym klosze były wyjątkowo kruche i łatwo można 

było je stłuc. Po jakimś czasie wszystkie lampy z salonu i jadalni lśniły czystością. Właśnie 
zawieszała ostatnią z nich, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. 
 

- Tak? 

 

- Mogę wejść? – spytała Ane cienkim głosem. 

 

- Oczywiście. Skończyłaś myć podłogę? 

 

- Uhm – potwierdziła i założyła ręce na plecach. – Przepraszam, ze śmiałam się, gdy 

byłaś zła. 
 

Elizabeth skinęła lekko głową. 

 

- Tylko o to chodziło? – spytała, schodząc na podłogę. – Czy masz mi jeszcze coś do 

powiedzenia? 
 

-  Tak.  Chciałam  powiedzieć,  że  to  nie  ja  poprzestawiałam  krzesła.  I  nie  uwolniłam 

krów. Słowo honoru. Przysięgam z ręką na sercu. 
 

Elizabeth  przyjrzała  się  jej  badawczo.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  córka  mówi 

prawdę. A jednak musiała zadać to pytanie: 
 

- Pamiętasz, co mówiłam? Że ten, kto dzisiaj przyzna się do winy, nie poniesie żadnej 

kary? Nawet nie będą się na tę osobę gniewać. 
 

-Pamiętam. I wiem, że myślisz, że to byłam ja, bo się śmiałam. Ale to nieprawda. Jeśli 

chcesz, mogę przysiąść z ręką na Biblii. 
 

-  Nie,  kochanie  –  westchnęła  Elizabeth.  –  To  nie  jest  konieczne.  Wiem,  że  jesteś 

niewinna. 
 

- Skąd to wiesz? 

 

- Po prostu wiem. 

background image

 

28

 

Ane  uśmiechnęła  się  z  wyrazem  ulgi  na  twarzy,  podskoczyła  z  radości  i  wybiegła  z 

pokoju.  Elizabeth  odprowadziła  ją  wzrokiem  do  drzwi.  Nie  wiedziała  jak  ani  dlaczego,  ale 
była pewna, że to nie Ane stała za tymi dziwnymi wydarzeniami. 
 

 

 

Do  kolacji  nikt  nie  przyznał  się  do  winy.  Elizabeth  nie  była  wcale  zdziwiona.  Coś 

mówiło jej, że nie zrobił tego nikt z mieszkańców Dalsrud. 
 

- Myślę, że to sprawka huldry – wypowiedziała na głos, o czym wszyscy myśleli. 

 

Kristian chrząknął. Ole zaczął wiercić się na krześle. 

 

-  Huldra!-  prychnęła  Helene.  –  Huldra  tak  nie  postępuje.  I  co  miałaby  do  roboty  w 

salonie? 
 

- Wystarczy – uciął Kristian. odłożył łyżkę i otarł usta wierzchem dłoni. 

 

Od  śniadania  zdążył  nieco  ochłonąć,  a  poza  tym  Elizabeth  powtórzyła  mu  rozmowę, 

jaką odbyła z Ane, i oboje doszli do wniosku, że córka jest niewinna. A w dodatku była za 
mała i za słaba, żeby samodzielnie rozwiązać solidne supły na grubych postronkach. 
 

- Ktoś musiał to jednak zrobić – powiedział Kristian. 

 

Ludzie utkwili wzrok w swoich talerzach z kaszą. Nikt nie śmiał jeść, gdy przemawiał 

gospodarz. 
 

Głos zabrała Elizabeth. 

 

- Moim zdaniem, nie zrobił tego nikt z nas. 

 

Ludzie odetchnęli z ulgą. 

 

- Uważam, że był to ktoś spoza Dalsrud – mówiła dalej. – Drzwi zewnętrzne nie były 

w nocy zamknięte – dopiero później sobie o tym przypomniałam. 
 

- Ale chyba nigdzie nie zamykają drzwi? – zauważyła trzeźwo Amanda. 

 

Elizabeth wiedziała, że Amanda ma rację. Zamykanie drzwi oznaczało, że posądza się 

innych o chęć kradzieży. Jeśli o nią chodziło, wolała, kiedy drzwi były zamknięte: w nocy i 
wtedy, gdy wszyscy wyjeżdżali z Dalsrud. Tak na wszelki wypadek. 
 

- tak czy siak,  od dzisiaj drzwi zewnętrzne będzie się zamykać – postanowiła. – Ale 

oczywiście tylko na noc – dodała. 
 

-A  ja  zamontuję  zamek  na  drzwiach  obory  –  wszedł  jej  w  słowo  Kristian.  –  Niech 

sobie ludzie gadają, co chcą. Gów… mało mnie to obchodzi. 
 

Nawet Ane nie rozśmieszyło to małe przejęzyczenie. Wszyscy wzięli łyżki do ręki i w 

milczeniu jedli dalej. 
 
 

Gdy  wieczorem  domownicy  udali  się  na  spoczynek,  Elizabeth  została  na  dole,  żeby 

zacerować ubrania. Helene  natychmiast zaproponowała, że jej pomoże. 
 

Elizabeth  prawie  nie  protestowała.  Szybko  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  bez  pomoc 

musiałaby  siedzieć  nad  robota  do  białego  rana.  Jej  myśli  nadal  krążyły  wokół  ostatnich 
wydarzeń. Jeśli to nie był nikt z gospodarstwa, to kto? Pierwsze podejrzenie padło na Lavinę 
z  Wyspy  Topielca.  Ta  kobieta  była  tak  dziwna,  że  można  ją  było  posądzić  o  wszystko.  ale 
jaki mogła mieć powód? Z tego, co wiedziała Elizabeth, Lavina nie była złym człowiekiem, a 
gdyby została zdemaskowana, nie mogłaby liczyć na dalszą pomoc z Dalsrud. To było jasne i 
oczywiste. 
 

Następna w kolejce była Petra ze Storli. Być może nie zrobiła tego osobiście, ale przez 

pośrednika,  którego  poprosiła  o  przysługę.  Nie,  to  raczej  niemożliwe  –  Petra  pochodziła  z 
bogatego domu i na pewno nie ryzykowałaby utarty dobrego imienia, gdyby prawda wyszła 
na  jaw.  A  może  to  był  Sivgard,  mąż  Bergette?  Elizabeth  rozważała  przez  chwilę  tę 
możliwość. Wciąż nie mogła zapomnieć, jak pociął na strzępy jej ubrania. Tak, ten człowiek 
był zdolny do wszystkiego.  
 

Elizabeth  westchnęła.  Świadomość,  że  tyle  osób  życzy  jej  jak  najgorzej  była  nie  do 

zniesienia.  Tym  bardziej  że  ona  sama  nie  wyrządziła  im  żadnej  krzywdy.  Spojrzała  na 

background image

 

29

Helene,  która  milczała,  zatopiona  we  własnych  myślach,  raz  po  raz  wyglądając  przez  okno. 
Elizabeth  zmartwiała.  Chyba  niemożliwe,  żeby  przyjaciółka  dostrzegła  coś  w  tych 
ciemnościach? 
 

- Powiesz mi, co cię trapi? – spytała. 

 

Helene pochyliła się nad robotą. Igła przechodziła przez materiał, zostawiając drobny, 

równy ścieg. 
 

- Nie musisz – dodała Elizabeth – ale jeśli masz jakieś zmartwienie, może mogłabym 

ci pomóc? 
 

- Myślisz, że Pål jest teraz w niebie? – spytała Helene słabym głosem. 

 

Na  dźwięk  tego  imienia  Elizabeth  poczuła,  że  żołądek  jej  się  ściska.  Czyżby  Helene 

nadal  o  nim  myślała?  Nie  wiedziała,  jak  zareagować  i  dlatego  odpowiedziała  pytaniem  na 
pytanie: 
 

- Chyba wszyscy ludzie idą po śmierci do nieba? 

 

Helene nawet na nią nie spojrzała. Gdy się odezwała, jej głos był ledwo słyszalny. 

 

- Pål wcale nie był taki miły. 

 

Elizabeth struchlała. Przez długa chwilę myślała, że się przesłyszała. Czy to możliwe, 

ż

e  Helene  w  końcu  przejrzała  na  oczy?  Czyżby  zrozumiała,  jakim  człowiekiem  był  jej 

narzeczony? Ale co ona, Elizabeth, miała na to powiedzieć? Że podziela jej zdanie? A może 
powinna udawać zaskoczoną? 
 

Helene  znowu  wyjrzała  przez  okno.  Gdy  się  odezwała,  sprawiała  wrażenie,  jakby 

mówiła do samej siebie. 
 

- Na początku był dla mnie bardzo dobry – uśmiechnęła się na samo wspomnienie. – 

Otwierał mi drzwi, kłaniał się, jakbym była… jakbym była prawdziwą damą. I w ten sposób 
zdobył moje serce. A ile komplementów mi prawił! Mówił, że mam cudowne oczy i że żadna 
dziewczyna  nie  ma  tak  gęstych  i  lśniących  włosów  jak  ja,  o  to  w  tak  wyjątkowym, 
kasztanowym odcieniu. Przy nikim nie byłam tak szczęśliwa jak przy Pålu. 
 

Zamilkła  i  skupiła  się,  że  przyjaciółka  nie  powie  nic  więcej,  ale  po  chwili  Helene 

odłożyła koszulę i spojrzała jej prosto w oczy. 
 

- Ale po jakimś czasie zaczął się zmieniać. A może to ja stałam się inną osobą? Nie 

jestem  pewna,  chociaż  ostatnio  wiele  o  tym  myślałam.  Pålowi  nie  podobało  się  to,  że  mam 
przyjaciółkę. Nie było ważne, że tylko jedną i że byłaś nią ty. Nie lubił, kiedy przebywałam w 
towarzystwie innych ludzie. 
 

- Dlaczego? – Elizabeth ledwo odważyła się zadać to pytanie. 

 

-  Mówił,  że  jeśli  rzeczywiście  go  kocham,  to  nie  powinno  mi  zależeć  na  innych.  A 

poza tym uważał, że go nie lubisz i że spotykając się z tobą, ja również go obgaduję – Helene 
spuściła wzrok. – A to przecież była prawda: nigdy go nie lubiłaś… 
 

-  Owszem  –  odpowiedziała  Elizabeth.  Obie  wiedziały,  że  to  prawda,  więc  nie  było 

sensu udawać, że jest inaczej. 
 

Przez  twarz  Helene  przemknął  uśmiech,  ale  nie  było  w  nim  radości.  To  była  czysta 

uprzejmość, nic więcej, pomyślała Elizabeth. 
 

Helene westchnęła i mówiła dalej: 

 

-  Nie  wiem,  dlaczego,  ale  nagle  Pål  zaczął  mi  opowiadać  o  swoich  poprzednich 

dziewczynach.  O  tym,  jakie  były  mądre  i  wspaniałe.  Tymczasem  o  mnie  mówił,  że  jestem 
głupia i że wszystko robię źle. 
 

- A jak ty na to reagowałaś? 

 

- Wierzyłam mu, bo… bo go kochałam i… chciałam być taka jak one. Równie mądra, 

ładna, wąska w tali… - zamilkła i marszcząc czoło, z całej siły zacisnęła powieki. 
 

Elizabeth była pewna, że przyjaciółka zaraz wybuchnie płaczem, ale Helene wciągnęła 

powietrze głęboko do płuc  przełknęła ślinę. 
 

- Potem zaczął mnie bić. Na początku niezbyt mocno – otwartą dłonią w policzek. 

background image

 

30

 

Słysząc to, Elizabeth odłożyła bluzkę, którą cerowała. 

 

- Ale dlaczego? 

 

-  Uważał,  że  oglądam  się  za  innymi  mężczyznami.  Ale  ja  nigdy  tego  nie  robiłam. 

Nigdy!  Nawet  do  głowy  by  mi  nie  przyszło,  żeby  rozglądać  się  za  innymi.  Dla  mnie  istniał 
tylko on. Ale Pål mi nie wierzył. Wyzywał mnie od najgorszych. Obiecał, że przestanie, jeśli 
przysięgnę, ze nigdy nie spojrzę na innego mężczyznę. Zrobiłam to, chociaż nigdy nie dałam 
mu powodu do zazdrości. 
 

Elizabeth  czuła,  że  krew  się  w  niej  gotuje.  Gdyby  dowiedziała  się  o  tym  wcześniej, 

to… 
 

-  Z  czasem  buł  mnie  coraz  częściej.  Ale  to  było  długo  potem.  Wmówił  sobie,  że 

jestem zakochana w Kristianie.  
 

-W Kristianie? – Elizabeth nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

 

Tymczasem Helene była śmiertelnie poważna. 

 

-  Tak,  uważał,  że  go  zdradzam,  chociaż  zapewniałam,  że  z  nikim  innym  się  nie 

spotykam. 
 

Całe  dnia  pracowałam  w  gospodarstwie,  a  wolny  czas  spędzałam  z  Pålem.  I  wtedy 

doszedł  do  wniosku,  że  to  musi  być  Kristian,  i  rzucił  się  na  mnie  z  pięściami.  Gdy  upadła, 
zaczął mnie kopać… 
 

Dolna warga Helene zaczęła drżeć, a oczy wypełniły się łzami. 

 

- Kopał mnie tymi swoimi butami na grubej podeszwie, ciągnął za włosy i… - załkała. 

 

Elizabeth zerwała się na równe nogi i podbiegła do Helene. Gdy usiadła blisko, wzięła 

ją w ramiona jak małe dziecko i zaczęła uspokajająco kołysać. 
 

- Już dobrze, Helene, już dobrze. nic ci już nie grozi. Już nikt nie podniesie na ciebie 

reki. Wiemy, że nie jesteś głupia i że byłaś mu wierna. 
 

-  To,  że  mnie  bił.  Nie  było  to,  co  o  mnie  mówił!  W  kółko  musiałam  powtarzać,  jak 

niewiele jestem warta i że… jestem gorsza od krowiego łajna. – Skuliła się w sobie, z trudem 
łapiąc powietrze. Elizabeth podała jej chustkę do nosa. 
 

-  Drwił  ze  mnie,  wyśmiewał  się  z  historii,  które  powierzyłam  mu  w  sekrecie. 

Przedrzeźniał mnie w obecności innych ludzi i mówił, że powinnam się wstydzić. 
 

Gdy podniosła wzrok na Elizabeth, jej twarz była czerwona i napuchnięta od płaczu. 

 

- W końcu wziął mnie siłą, a potem powiedział, że każda, z którą spał, była ode mnie 

o niebo lepsza. 
 

- O Boże! – westchnęła Elizabeth i przytuliła Helene do siebie. – I taj długo się z tym 

męczyłaś… Moje biedactwo! – zamilkła, czując, że żal ściska ją za gardło, a oczy wypełniają 
się łzami. 
 

-  Nigdy  mnie  za  to  nie  przeprosił  –  ciągnęła  Helene.  –  A  kiedy  napomknęłam,  że 

dłużej tego nie wytrzymam, zagroził, że jeśli go zostawię, odbierze sobie życie. nigdy więcej 
już  do  tego  nie  wracałam.  A  ponieważ  to  ja  byłam  wszystkiemu  winna,  postanowiłam  się 
zmienić. 
 

Elizabeth odgarnęła z twarzy przyjaciółki kilka kosmyków mokrych od łez. 

 

-  Jesteś  najwspanialszą  dziewczyną  na  świecie.  Wiele  osób  zazdrości  ci  twoich 

włosów. I na pewno nie jesteś głupia. 
 

- To był prawdziwy koszmar – westchnęła Helene, która wreszcie przestała płakać. – 

Musiałam  przez  cały  czas  uważać  na  to,  co  mówię  i  czego  nie  mówię,  bo  nigdy  nie 
wiedziałam,  czym  go  mogę  rozgniewać.  Bywały  dni,  w  których  wszystko  się  układało. 
Mówiłam  mu  wtedy  samie  miłe  rzeczy,  ale  nawet  za  to  potrafił  mnie  uderzyć.  A  często 
powodem było po prosto to, że jestem brzydka. 
 

Elizabeth spojrzała na nią z niedowierzaniem. 

 

- Bił cię za to, że jesteś brzydka? 

 

- Uhm. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale to prawda. 

background image

 

31

 

- Wierzę ci. Jeśli chodzi o Påla, chyba już nic nie jestem w stanie mnie zaskoczyć… 

 

- Chociaż czasami było nam razem bardzo dobrze. wtedy zachowywał się jak wszyscy 

inni. 
 

- Jak to się stało, że w końcu zrozumiałaś, co to był za człowiek? 

 

Helene wzruszyła ramionami, 

 

- Może potrzebowałam spojrzeć na niego z odpowiedniej perspektywy? – powiedziała 

i  przygryzła  wargę.  –  Ale  nawet  teraz  zdarza  się,  że  nie  mogę  w  nocy  zasnąć,  bo  w  kółko 
myślę o tym, że to ja doprowadziłam do tego, co się stało. a najgłupsze z wszystkiego jest to, 
ż

e  czasem  przyłapuję  się  na  tym,  że  tęsknię  za  Pålem.  Chyba  musi  być  ze  mną  coś  nie  tak. 

Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie tęskni za biciem? 
 

Elizabeth objęła przyjaciółkę ramieniem. 

 

- Co prawda nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że tęsknisz za czasami, gdy Pål 

był  dla  ciebie  miły.  Przecież  byliście  parą,  więc  to  chyba  normalne,  że  za  nim  tęsknisz, 
prawda? 
 

Helene zawahała się. 

 

- Chyba tak. 

 

- Wiem również, że w Biblii jest napisane, że kobieta powinna być posłuszna swojemu 

mężowi,  i  że  ten,  kto  kocha,  karci.  Ale  gdyby  byłam  mała,  uczono  mnie,  że  nie  należy  bić 
słabszych  od  siebie.  Dlaczego  to  prawo  nie  obowiązuje  w  dorosłym  życiu?  Dlaczego  nagle 
okazuje się, że mężczyzna ma prawo bić kobietę? 
 

- To ja go prowokowałam swoim zachowaniem. 

 

-  O czym ty mówisz? – Elizabeth wyraźnie poruszona. – gdzie jest napisane, ze jesteś 

głupia i brzydka, i kto dał Pålowi prawo, żeby wymierzał ci za to karę? 
 

-  Może  robił  to  dlatego,  że  tak  bardzo  mnie  kochał  i  bał  się,  że  mnie  straci  – 

powiedziała Helene cienkim głosem. 
 

Elizabeth westchnęła ciężko. 

 

-  Ja  też  się  boję,  że  stracę  Kristiana.  Jak  myślisz,  może  powinnam  pobić  go  do 

nieprzytomności? 
 

Helene zaśmiała się. 

 

- Nie, oczywiście, że nie. 

 

Elizabeth wstała i wyjęła z kredensu butelkę. 

 

- Obawiam się, że bez odrobiny wina rabarbarowego żadna z nas dzisiaj nie zaśnie – 

powiedziała i napełniła dwa kieliszki. – Na zdrowie! 
 

Gdy w błogiej ciszy wypiły pół butelki, Elizabeth ponownie się odezwała. 

 

- Nie znajdziemy właściwej odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania. Myślę, ze 

powinniśmy uznać ten rozdział za zamknięty i skupić się na przyszłości. 
 

Helene obracała w palcach kieliszek. 

 

- Bez względu na to, co zrobił, chciałabym, żeby trafił do nieba. 

 

Elizabeth położyła rękę na jej dłoni i lekko ją ścisnęła. 

 

- Jaka ty jesteś dobra! Jak anioł. 

 

Przyjaciółka uśmiechnęła się zawstydzona i zamrugała powiekami, żeby powstrzymać 

łzy wzruszenia. 
 

- Dziękuję – szepnęła. – Zapamiętam te słowa. 

 
Rozdział 7 
 
 

Elizabeth  weszła  do  pokoju  dziewcząt  ze  stosem  świeżo  wyprasowanych  ubrań 

należących do Marii. Zerknęła na siostrę, która siedziała przy biurku, zatopiona we własnych 
myślach.  –  Piszesz  list?  –  spytała  ją  przez  ramię  i  zaczęła  układać  rzeczy  w  szufladzie 
komody. 

background image

 

32

 

Maria oderwała wzrok od kartki. 

 

-  Tak,  do  Indianne  i  Olava  –  zamilkła,  przygryzając  wargę.  –  Przepraszam,  że 

obarczałam cię pracą. Sama powinnam to zrobić. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się. 

 

- Przecież dałam ci wolne. Mówiłam serio. Kiedy miałaś jakieś wieści od Olava? 

 

-  Tuż  przed  świętami  dostałam  od  niego  list.  Niedługo  skończy  się  rok  szkolny  – 

westchnęła i dodała: - Tak bardzo bym chciała, żeby już był styczeń! 
 

Elizabeth przysiadła na brzegu łóżka. Była dumna z tego, że siostra ma do niej aż takie 

zaufanie, a jednocześnie bała się, żeby jej nie zawieść. Zwierzenia Marii były równie kruche 
jak lód na kałuży. 
 

- Powiedziałaś Indianne, co do niego czujesz? 

 

- Raz, ale to było kilka lat temu. Umówiliśmy się, że Indianne zapyta Olava, co on do 

mnie czuje. Odpowiedział, że jest moim przyjacielem. Od tamtego czasu nie rozmawiałyśmy 
na ten temat. 
 

- Boisz się, że Indianne powie Olavowi o twoich uczuciach do niego? To dlatego nie 

chcesz jej się zwierzyć? 
 

-  Tak.  A  poza  tym…  nie  jestem  pewna,  ale…  -  zaczęła,  oblewając  się  płomiennym 

rumieńcem.  Zanim dokończyła zdanie, przyjrzała się uważnie paznokciem. – Wydaje m się, 
ż

e Olav odwzajemnia moje uczucia. W jego listach jest coś takiego, co… 

 

Elizabeth skinęła głowa, żeby zachęcić siostrę do dalszych zwierzeń. 

 

- Pisze, że cieszy się z moich listów i nie może się ich doczekać. I że koledzy strasznie 

mu zazdroszczą, bo nikt nie dostaje tylu listów, co on i… Takie tam… 
 

Słuchajcie  Marii,  Elizabeth  poczuła  radość  i  ogromne  wzruszenia.  Przypomniała  jej 

się  przyjaźń,  jaka  łączyła  ją  z  Jensem.  Tak  cenna  i  wyjątkowa.  Nagle  usłyszała  czyjąś 
rozmowę dobiegającą z głębi korytarza. Podniosła się i powiedziała do siostry: 
 

- Nie spiesz się z tymi listami. Dopilnuję, żeby Ane ci nie przeszkadzała. 

 

Gdy  zeszła  na  dół,  Nils  –  Wędrowiec  ukłonił  jej  się  głęboko.  Musiał  przyjść  przed 

chwila, domyśliła się. 
 

- Tak pięknej panny moje oczy jeszcze nie widziały! – wydeklamował. 

 

- Oszczędź mi tych bzdur! – roześmiała się Elizabeth. 

- Szukasz pracy czy tym razem zadowolisz się filiżanką kawy i czymś do jedzenia? 
 

Mrugnął do niej z miną szczwanego lisa. 

 

- Jeśli ten cudny anioł zaproponuje mi kawę, to nie odmówię. 

 

Helene, która wpuściła go do domu, pokręciła głową, po czym zniknęła w salonie ze 

ś

cierką do kurzu w jeden ręce, wiadrem w drugiej zaś i z uśmiechem na ustach. Tymczasem 

Elizabeth  wyjęła  ze  spiżarni  jedzenie  i  czekając,  aż  zagotuje  się  woda  na  kawę,  nakryła  do 
stołu. 
 

- Jak się czuje Lavina? – spytała po chwili i usiadła naprzeciwko gościa. 

 

Nils – Wędrowiec zmarszczył brwi i wylał na spodek odrobinę gorącej kawy. Zanim 

odpowiedział, wypił ją ostrożnie, tak by nie uronić ani jednej kropli. 
 

- Lavina ciągle się zamyśla. Ostatnio niewiele trzeba, żeby ją wytrącić z równowagi. 

 

- Wytrącić z równowagi? Co masz na myśli? 

 

Wyraźnie przygnębiony pokręcił głową. 

 

- Jej dusza jest tak krucha i delikatna jak najcieńsza porcelana. 

 

Elizabeth skinęła głową, chociaż nie do końca wiedziała, o co mu chodzi. Nigdy nie 

postrzegała Liny jako osoby kruchej i delikatnej. Wręcz przeciwnie. 
 

-  Poczęstuj  się  syropem  –  zachęciła  go  i  przysunęła  miskę  ze  słodkim,  brązowy, 

przysmakiem bliżej jego talerza. 
 

Z kieszeni fartucha wyjęła robótkę, nad którą właśnie pracowała. Nie wypadało, żeby 

pani  domu  siedziała  bezczynnie.  Druty  brzęczały  miarowo,  a  pończocha  robiła  się  coraz 

background image

 

33

dłuższa.  Gdy  Nils  najadł  się  do  syta,  wstała,  żeby  przygotować  trochę  jedzenia  dla  niego  i 
Laviny.  Nietrudno  było  się  domyślić,  że  żyli  wyjątkowo  skromnie.  Biedni  ludzie!  – 
pomyślała, zastanawiając się, ile może im ofiarować. 
 
 

Tego samego dnia Andreas nałożył Wysokiem skórzane buty i wyjrzał przez okno. Na 

dworze  było  ciemno,  choć  oko  wykol,  a  w  szybie  odbijała  się  jego  twarz.  Nieczęsto  się 
przyglądał, ponieważ był zdania, że lustra są dla kobiet. Ale teraz zauważył, że jego włosy są 
już trochę za długie i że broda wymaga p[przystrzyżenia. Hodował ją ze względu na szpecącą 
bliznę, chociaż zarost nie zakrywał jej całej. Czasem ogarniała go ochota, żeby się ogolić, ale 
za  każdym  razem,  gdy  sięgał  po  brzytwę,  coś  go  przed  tym  powstrzymywało.  Podszedł  do 
stołu  i  wypił  ostatni  łyk  kawy.  W  końcu  dostał  zlecenie.  Jakiś  człowiek  zamierzał 
rozbudować oborę, dzięki czemu Andreas miał zagwarantowane kilka tygodni nieźle płatnej 
pracy. 
 

Ale teraz zupełnie inna myśl zaprzątała jego uwagę. W końcu nadszedł dzień, na który 

czekał od tak dawna! Nareszcie dowie się, kim jest i skąd pochodzi! Wyciągnie z Laviny cała 
prawdę  o  swojej  przeszłości,  nawet  gdyby  to  miała  być  ostatnia  rzecz,  jaką  zrobi  w  życiu! 
Enok-Dwa  Szylingi  w  końcu  ustalił,  gdzie  leży  Wyspa  Topielca.  Narysował  drogę  na 
kawałku szarego papieru i wszystko dokładnie objaśnił. To jest Lillemolla, tamta to Storeolla, 
a  inne  wyspy  zaznaczyłem  ci  krzy
żykiem,  tłumaczył. 

Górę  zwaną  Vaagekallen  narysował  na 

mapie tuz za Kabelvaag. Zdaniem Enoka podróż miała mu zając pół dnia i dlatego Andreas 
postanowił,  ze  wyruszy  o  świcie.  Przy  odrobinie  szczęścia  dotrę  na  miejsce  koło  południa, 
pocieszał  się  w  myślach.  zabrał  kanapki  na  drogę,  włożył  wełniany  płaszcz,  czapkę  i 
rękawiczki, i wyruszył w zimową noc.  
 

Tym razem był dobrze przygotowany: miał lampę sztormową i mapę od Enoka- Dwa 

Szylingi.  Czuł,  że  mu  się  uda.  Wskoczył  do  łodzi  i  chwycił  za  wiosła.  Dzięki  długim, 
regularnym ruchom ramion szybko pokonał całkiem spory odcinek. Tym razem szczęście mi 
dopisze!  Nie  poddam  się,  choćby  nie  wiadomo  co!  –  dodawał  sobie  w  myślach  otuchy.  W 
końcu  szare  światło  rozjaśniło  mroki  nocy.  Andreasowi  tak  bardzo  poprawił  się  humor,  że 
przez jakiś czas gwizdał w takt ruchów wioseł. Wiedział, że najważniejsze to utrzymać stałą 
temperaturę ciała i dlatego nie robił sobie długich przerw; bał się, że zmarznie tak bardzo, że 
nie  będzie  mógł  się  ruszać.  Oddychając  ciężko,  wypuszczał  z  ust  obłoczki  pary.  Za  to  w 
drodze  powrotnej  trochę  odpocznę  i  zjem  wałówkę,  obiecywał  sobie  w  duchu,  mocno 
dociskając wiosła.  
 

Ale teraz najważniejsza była Lavina. Jeszcze nie wiedział, co jej dokładnie powie, ale 

zbytnio się tym nie przejmował. Trudno było cokolwiek planować – tym bardziej że Lavina 
była nieobliczalną kobietą. 
 

Rzucił okiem przez ramię i poczuł, że ciarki przechodzą mu po plecach. Tuż za jego 

plecami  znajdowała  się  Wyspa  Topielca!  Bóg  jeden  wie,  co  mnie  tam  czeka!  –  przemknęło 
mu przez głowę. 
 

Gdy  łódka  dobiła  do  brzegu,  przycumował  ją  bardzo  starannie  i  ruszył  ścieżką  w 

stronę  domu.  Tu,  gdzie  fiord  wpływał  do  morza,  wiał  porywisty  wiatr  i  leżało  niewiele 
ś

niegu.  Przypomniało  mu  się,  jak  leży  chory  i  bezbronny  i  jak  Lavina  się  nim  opiekowała, 

wmawiając  mu,  że  są  małżeństwem.  Jak  mógł  tego  nie  pamiętać?  Nazywasz  się  Andreas 
Sandberg, 

powtarzała  do  znudzenia.  Pamiętał,  że  kiedyś  odnalazł  nóż  z  inicjałami  „JR” 

wygrawerowanymi na rękojeści. Do kogo naprawdę należał? 
 

Lavina traktowała  go jak więźnia, jak swojego zakładnika. Wykorzystywała jego lęk 

przed wodą, żeby zatrzymać go przy sobie. Nakładała mu do głowy setki bzdur i twierdziła, 
ż

e Elizabeth, jedynie imię, które pamiętał, to imię jego matki. w przypływie złości zaciskał i 

otwierał  pięści.  Jak  mogła  tak  go  oszukiwać?  Przed  drzwiami  zatrzymał  się  na  chwilę.  Czy 

background image

 

34

ma  prawo  tak  po  prostu  wejść  do  środka,  czy  powinien  najpierw  zapukać?  Po  namyśle 
podniósł rękę i zapukał, dwa szybkie uderzenia, po czym otworzył drzwi. 
 

Chociaż dom sprawiał wrażenie opustoszałego, palenisko wciąż było ciepłe. Od razu 

zwrócił uwagę na to, że na łóżku leżą dwie poduszki. Na ławie stały dwa brudne kubki i dwa 
talerze po kaszy. Czyżby przybył na próżno? Może Laviny nie było na wyspie? Nie, w izbie 
nie było tak ciepło, gdy Lavina w jakimś celu wybrała się na stały ląd. 
 

-  Kogo  ja  widzę?  –  usłyszał  tuż  za  swoimi  plecami.  Głos  brzmiał  jak  gruchanie 

gołębicy. 
 

Andreas  odwrócił  się  gwałtownie.  Uśmiech  Laviny  był  równie  zachęcający  jak  jej 

spojrzenie.  Zwrócił  uwagę  na  jej  szal  skrzyżowany  na  piersiach  i  związany  wokół  talii  i 
chociaż  niechętnie  –  to  musiał  przyznać,  że  Lavina  nadal  wygląda  ponętnie.  Kobieta 
postawiła bańkę z mlekiem na ławie i zdjęła wierzchnie ubranie. Była spokojna i opanowana, 
jakby codziennie przyjmowała wizyty. 
 

- Nie usiądziesz? – spytała. 

 

Andreas przełknął ślinę. 

 

- Dobrze wiesz, po co przyszedłem. 

 

- Czyżby? 

 

- Chcę poznać prawdę. O sobie i swojej przeszłości. 

 

Długo milczała i Andreas poczuł, że zaczyna tracić cierpliwość. 

 

- Nie stój tak, tylko odpowiadaj na moje pytania! – warknął. 

 

- Uspokój się – powiedziała. – Usiądź, to wszystko ci opowiem. 

 

- Dziękuję. Dobrze mi się tutaj stoi. 

 

- Rób, jak uważasz. Zanim zaczniemy rozmawiać, muszę zmyć z siebie zapach obory. 

 

Zdjęła  garnek  z  wodą  znad  paleniska  i  wlała  ją  do  miski.  Potem  zaczęła  rozpinać 

guziki  bluzki.  Jej  ruchy  przypominały  taniec.  Andreas  czuł,  że  serce  wali  mu  jak  oszalałe. 
Chociaż  trudno  było  w  to  uwierzyć,  ta  kobieta  wciąż  miała  nad  nim  władzę!  Wiedziała 
doskonale, jak go sprowokować, jak sprawić, żeby… 
 

Andreas odwrócił się do niej plecami. – Jak brzmi moje prawdziwe imię? – spytał. 

 

Usłyszał chlupot wody. 

 

- Tego nie wiem. 

 

Andreas odwrócił się gwałtownie… i stanął jak wryty. Woda spływała wąską strużką 

między  jej  jędrnymi  piersiami,  a  twarde,  ciemnoczerwone  sutki  sterczały  w  jego  kierunku. 
Zauważył, że jej bluzka leży na podłodze. 
 

- Podoba ci się to, na co patrzysz? – spytała ochrypłym głosem. 

 

Andreas szybko wziął się w garść i spojrzał jego prosto w oczy. 

 

- A więc nie wiesz, jak się nazywam. Co ty powiesz! 

 

-  Szczerze  mówiąc,  nie  mam  bladego  pojęcia.  Ale  nie  byliśmy  nigdy  małżeństwem. 

Zaopiekowałam się tobą, gdy morze wyrzuciło cię na brzeg. 
 

- O tym wiem od dawna. Nie masz mi nic więcej do powiedzenia? 

 

Rozpięła  guziki  spódnicy  i  pozwoliła,  żeby  ubranie  spadło  na  podłogę.  Czarne, 

wełniane  pończochy  sięgające  za  kolana  trzymały  się  dzięki  podwiązkom.  Oprócz  nich 
Lavina  nie  miała  niczego  na  sobie.  Widok  jej  nagiego  ciała  bardzo  go  podniecił.  Chociaż 
Andreas bardzo się starał, nie był w stanie odwrócić wzroku. 
 

Lavina zanurzyła ręką w misce z wodą i zaczęła obmywać brzuch, sprawiając, że jej 

gęste włosy w kolorze piasku opadały ciężko na plecy. 
 

Andreas zwilżył wargi językiem. Wiedział, że musi wziąć się w garść. 

 

- Kim jest Elizabeth? – spytał ochrypłym głosem. 

 

- Twoją matką! 

 

Poczuł, ze jej urok przestaje na niego działać i że zaczyna ogarniać go wściekłość. 

 

- Ubieraj się, ty ropucho, i zacznij mówić prawdę! 

background image

 

35

 

Nie wyglądało na to, żeby wzięła sobie jego słowa zbytnio do serca. Obelgą również 

się  nie  przejęła.  Rechocząc,  kończyła  się  myć,  a  potem  zaczęła  się  ubierać,  ale  robiła  to 
powoli, jakby chciała go sprowokować. 
 

Andreas westchnął i rozejrzał się po izbie. To tu mieszkali razem, jak mąż i żona, w 

tym szarym, walącym się domu, zupełnie odcięci do świata. Zmarnował tu tle czasu! Tyle lat 
ż

ycia poszło na marne!  

 

-  Nie  wiem,  kim  jest  Elizabeth  –  mówiła  dalej  Lavina.  –  Na  świcie  żyje  mnóstwo 

kobiet o tym imieniu – powiedziała to lekkim tonem, jakby znudzona. 
 

Andreas  oddychał  ciężko.  Podszedł  do  niej,  chwycił  za  ramiona  i  potrząsając  nią  z 

całej siły, zawołał: 
 

-  Cholera  jasna!  Dlaczego  nie  chcesz  mi  powiedzieć  tego,  co  wiesz?  Ty  masz  chyba 

nie po kolei w głowie! 
 

Rzuciła mu nienawistne spojrzenie. 

 

- Nikt nie będzie mówił, że jestem nienormalna – wysyczała przez zaciśnięte zęby. 

 

Andreas wbił palce w jej ramię. 

 

- W takim razie mów prawdę! Jak mam na imię i skąd pochodzę? Kim jest Elizabeth i 

gdzie mogę ją znaleźć? 
 

-  Puść  mnie!  –  jej  głos  brzmiał  szorstko  i  nieprzyjemnie,  a  piersi  falowały  niczym 

miech kowalski. 
 

Andreas, wahając się, poluzował uścisk. 

 

- Wynoś się stąd! – powiedziała wściekłym tonem. 

 

- Nie odejdę, dopóki nie poznam prawdy. 

 

Wtedy Lavina chwyciła nóż, który leżał na stole i skierowała go w stronę Andreasa. 

 

- Mówię po raz ostatni: Wynoś się stąd! 

 

Andreas  zrobił  krok  do  tyłu,  ale  zaraz  się  zatrzymał.  Lavina  stała  w  odległości 

zaledwie paru łokci od niego i gdyby chciała, z łatwością mogłaby pchnąć go nożem. Andreas 
nie miał żadnych wątpliwości, że ta kobieta jest obłąkana. Czuł, że pot spływa mu po plecach. 
To  od  gorąca,  niepohamowana  złość.  Błyskawicznym  ruchem  chwycił  Lavinę  za  ramię  i 
wytrącił jej nóż z ręki. Zanim zorientowała się w sytuacji, Andreas zdążył podnieść finkę. 
 

Stał  i  przyglądał  się  kobiecie,  która  miał  przed  sobą.  Jej  włosy  były  skołtunione  i 

spadały  w  nieładzie  na  twarz,  lewa  powieka  drgała  nerwowo,  a  usta  wykrzywił  szyderczy 
uśmiech. Ta kobieta jest naprawdę szalona, że  Lavina nigdy nie zdradzi tego, co wie na ten 
temat  jego  przeszłości.  Ani  nie  wyjaśni  mu,  kim  jest  Elizabeth.  W  tej  samej  chwili  poczuł 
przeraźliwą pustkę. 
 

- Nóż zabieram ze sobą – powiedział, odepchnął ją na bok i ruszył w stronę drzwi. 

 

- Ty diable wcielony! – wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się w pogoń za nim. 

 

Zanim  Andreas  zrozumiał,  co  się  święci,  zdążyła  wbić  się  pazurami  w  jego  plecy 

niczym dzika bestia. 
 

-  Nikt  nie  będzie  nazywał  mnie  wariatką  i  żadnemu  mężczyźnie  nie  pozwolę  się  tak 

traktować! – krzyczała, wywijając szaleńczo rękami i nogami. 
 

Andreas odepchnął ją tak, że upadła na plecy, a nóż odrzucił daleko za siebie. Lecz już 

w  następnej  sekundzie  Lavina  stała  na  nogach.  Doskoczyła  do  niego  z  szeroko  otwartymi 
oczami, krzycząc jak opętana. Rozcapierzonymi palcami przypominającymi szpony usiłowała 
dosięgnąć jego twarzy, ale Andreas był szybszy. Energicznym ruchem złapał ją za nadgarstki 
i ani myślał puścić. Lavina wiła się jak piskorz, kopała, szarpała się, przeklinając go, na czym 
ś

wiat stoi. 

 

Andreas nie reagował. Czekał, aż Lavina opadnie z sił. A gdy jej oddech zamienił się 

w chrapliwe rzężenie, a twarz poczerwieniała z wysiłku, wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem 
do domu. Rzucił ją na łóżko, spojrzał na nią po raz ostatni i pokręcił głową. Biedna kobieta, 
pomyślał.  

background image

 

36

 

Odcumował  łódź,  wszedł  do  środka  i  zaczął  wiosłować.  Gdy  był  już  dość  daleko  od 

wyspy, zauważył, że jakaś łódka przybija do brzegu i wyskakuje z niej wysoki mężczyzna o 
ciemnych włosach sięgających do ramion. 
 

Andreas  zanurzył  głębiej  wiosła  i  zaparł  się  stopa  o  ławkę.  Modlił  się  w  duchu  to, 

ż

eby  nigdy  więcej  nie  spotkać  Laviny.  Gdyby  do  tego  jednak  doszło,  wiedział,  że  musi 

trzymać się od nie z daleka. Zresztą ona i tak nigdy nie zamierzała mu pomóc w wyjaśnieniu 
zagadki. 
 
Rozdział 8 
 
 

Elizabeth siedziała zwrócona plecami do kominka. Kołowrotek poruszał się miarowo, 

a  wychodząca  nić  była  równa  i  gładka.  Lata  praktyki  sprawiły,  że  robiła  to  niemal 
automatycznie. Maria w mig pojęła, o co w tym wszystkim chodzi, ale Ane będzie musiała się 
jeszcze wiele nauczyć. 
 

Elizabeth  na  moment  podniosła  wzrok  i  zerknęła  na  córkę,  która  leżała  na  ławie 

kuchennej  i  głaskała  kota.  Zwierzę  mruczało  zadowolone,  od  czasu  do  czasu  mrugając 
ż

ółtymi  ślepiami.  Jego  ogon  leżał  zwinięty  tuż  przy  grubym  ciele.  Ane  na  pewno  wkrótce 

zaśnie.  To  był  długi  dzień,  westchnęła  Elizabeth,  ale  zaraz  się  uśmiechnęła.  Wiedziała,  że 
będzie musiała zanieść ją do łóżka. Nie pierwszy raz Ane zasypiała w kuchni. 
 

Ciepło  płynące  od  kominka  ogrzewało  jej  obolałe  plecy.  Teraz,  kiedy  mężczyźni 

wypłynęli na zimowy połów, wiele ciężkich obowiązków spadło na jej barki. Bez nich czy z 
nimi  –  i  tak  nigdy  nie  jest  lekko,  pomyślała.  Większość  domowych  prac  i  tak  wykonują 
kobiety.  Ale  zdaniem  Elizabeth  nie  to  było  najgorsze.  Najgorszy  był  strach  o  tych,  co 
wypłynęli.  Morze  traktuje  wszystkich  jednakowo,  bez  względu  na  to,  czy  są  biedni,  czy 
bogaci.  Na  morzu  wszystko  jest  w  rękach  Boga.  Kiedyś  rozmawiała  o  tym  z  Hlene  i  obie 
doszły  do  wniosku,  że  życie  człowieka  jest  z  góry  zaplanowane,  mówiły  jedna  do  drugiej. 
Dzięki temu wszystko nabierało sensu. 
 

Maria  rozmawiała  ze  służącym.  Dziewczęta  starały  się  mówić  cicho,  od  czasu  do 

czasu słychać było ich stłumiony chichot, 
 

Helene wyjęła wełnę z gręplarki i włożyła ją ostrożnie do koszyka. 

 

- Opowiedzieć wam historię? – spytała i rozejrzała się szybko wokół siebie. 

 

- O tak! Ale taką mrożącą krew w żyłach – odpowiedziała Amanda, odrywając wzrok 

od robótki. 
 

-  To  będzie  historia  o  tym,  jak  ludzie  sądzą  innych  po  pozorach,  o  przesądach  i 

głupocie – zaczęła Helene. – Ta historia wydarzyła się na początku siedemnastego wieku, a 
więc dość dawno temu, ale zaręczam, że prawdziwa. 
 

- Do rzeczy – wymamrotała Lina. 

 

Helene wzięła do ręki wełnę i włożyła ją do gręplarki. 

 

-  Była  sobie  raz  dziewczyna  o  mieniu  Guro.  Wszystko  zaczęło  się  od  tego,  że  była 

ś

wiadkiem egzekucji swojego ciała, który był seryjnym mordercą! 

 

Dziewczęta wzdrygnęły się i spojrzały jedna na drugą z przerażeniem w oczach. 

 

Jakby  na  potwierdzenie  tych  słów  Helene  skinęła  głową  i  kontynuowała  poważnym 

tonem: 
 

- Niedługo potem ludzie zaczęli gadać, że Guro zawarła pakt z diabłem. 

 

- Co takiego? – Maria zmarszczyła czoło. 

 

- Mówiono, że sprzedała duszę diabłu, żeby pomścić śmierć ojca. 

 

- Brr! – Maria pochyliła się nad robotą. 

 

- Odtąd zaczęły dziać się dziwne rzeczy – mówiła dalej Helene. – Pastor stracił rozum, 

lensman zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, a sędzia tak niefortunnie spadł z konia, 

background image

 

37

ż

e  jego  stopa  uwięzła  w  strzemieniu.  Koń  ciągnął  go  po  ziemi  ładny  kawał  drogi  i  sędzia 

cudem uszedł z życiem. 
 

- I ludzie naprawdę myśleli, że to Guro za tym stoi? – spytała Elizabeth i wyciągnęła 

szyję, żeby sprawdzić, co robi Ane. Na szczęście dziewczynka spała. Jej oddech był ciężki i 
miarowy, a dłoń spoczywała bezwładnie na grzbiecie kota. 
 

- Tak. Mówili, że Guro to czarownica i skazali ją na śmierć – ciągnęła Helene. – Lecz 

kat tak bardzo bał się czarownic, że kiedy miał ściąć jej głowę, trząsł się jak osika! 
 

Lina zrobiła taką minę, jakby wolała nie słyszeć zakończenia opowieści. 

 

-  I  dlatego  najpierw  trafił  Guro  w  szczękę.  Dziewczyna  zaczęła  krzyczeć,  więc  za 

drugim razem również chybił. Dopiero za trzecim razem udało mu się oddzielić jej głowę od 
reszty ciała. 
 

-  Okropność!  Naprawdę  dałybyście  już  spokój!  –  powiedziała  Elizabeth,  nie  kryjąc 

rozdrażnienia, ponieważ właśnie zauważyła, że jej przędza przybrała kształt ogromnej kluchy. 
 

-  A  wiecie,  co  ja  słyszałam?  –  zapytała  Lina  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  mówiła 

dalej: - Że w tamtych czasach ludzie wierzyli, że można wyleczyć się z padaczki, pijąc krew 
osoby, której ścięto głowę! 
 

- Chyba prosiłam, żebyście siedziały cicho! – ofuknęła je Elizabeth ostrym tonem. 

 

- A ja słyszałam, ze skazani na śmierć mogli uniknąć kary, jeśli ktoś wziąć z nimi ślub 

– kontynuowała Amanda, nie zwracając uwagi na nieprzyjemny ton głosu swoje gospodyni. 
 

 -  I  to  już  koniec  tej  straszliwej  historii  –  powiedziała  Elizabeth  i  wstając,  dodała:  - 

Zaniosę Ane do łóżka. 
 

Ż

eby  na  schodach  nie  zaplątać  się  we  własną  spódnicę,  wetknęła  jej  brzeg  za 

wyszywany pasek. 
 

Gdy  Elizabeth  wzięła  córkę  na  ręce,  gruby  kot  w  wyraźną  niechęcią  zeskoczył  na 

ziemię. 
 

-  Mario,  chodź  ze  mną  i  oświetlaj  drogę  –  poleciła  siostrze.  Pozwoliła,  żeby  Maria 

pierwsza szła po schodach, lecz gdy znalazły się w sypialni, szepnęła jej do ucha: 
 

- Zabierz lampę i zejdź na dół. Zaraz do was przyjdę. 

 

Ostrożnie  rozebrała  Ane  i  otuliła  kołdra.  Dla  pewności  przykryła  ją  jeszcze  grubym 

wełnianym pledem. 
 

- Śpij dobrze, mój aniołku – wyszeptała i pocałowała Ane w czoło i oba policzki. 

 

Przez chwilę siedziała na brzegu łóżka, przyglądając się śpiącej córce. Jej włosy były 

w  nieładzie,  a  wstążka,  którą  związany  był  jeden  z  warkoczy,  rozwiązała  się.  Elizabeth 
zauważyła również, że córka ma brudne paznokcie. Rano Ane będzie miała dużo czasu, żeby 
się umyć, pomyślała i wsunęła jej drobne dłonie pod kołdrę. 
 

Nagle  przypomniała  jej  się  historia,  którą  opowiedziała  Helene.  Ciekawe,  jak 

wyglądała  ta  Guro?  –  pomyślała  Elizabeth.  Oczami  wyobraźni  zobaczyła  śliczną  młodą 
dziewczynę o brązowych włosach i zielonych oczach. 
Z  wyraźnie  zaznaczonymi  kośćmi  policzkowymi,  czerwonymi  ustami,  prostym  nosem  i 
cienkimi,  ładnie  uformowanymi  brwiami.  Taką,  za  którą  mężczyźni  chętnie  się  oglądają,  a 
kobiety  posyłają  zawistne  spojrzenia.  Tak,  całkiem  możliwe,  że  tak  właśnie  było. 
Wystarczyło,  że  ktoś  był  ładny  albo  wyróżniał  się  w  jakiś  inny  sposób,  a  złośliwościom, 
plotkom i obmowie nie było końca. Ona sama wiele razy odczuła to na własnej skórze. 
 

Na  szczęście  minęły  już  czasy,  w  których  osoby  podejrzewane  o  czary  pozbawiano 

ż

ycia,  pomyślała  i  spojrzała  w  stronę  okna.  Przez  firankę  prześwitywał  księżyc.  Elizabeth 

westchnęła.  Niełatwo  było  ukrywać  swoje  umiejętności  przed  całym  światem.  Chociaż  za 
takie  rzeczy  nie  groziła  już  kara  śmierci,  to  ludzie  i  tak  gadali,  a  ich  słowa  potrafiły  ranić 
bardzo  mocno.  Tego  również  wielokrotnie  doświadczyła.  Biedna  Guro!  Nieszczęścia  i 
choroby  spadały  na  ludzi  od  zarania  wieków  i  nikt  nie  potrafił  udowodnić,  że  stała  za  tym 
jedna osoba. 

background image

 

38

 

Elizabeth  podniosła  się  i  wyszła  na  korytarz,  na  którym  panowała  cisza  i  kompletna 

ciemność. Natychmiast pożałowała, że nie wzięła ze sobą dodatkowej lampy. Żeby tylko nie 
spaść ze schodów! Szła po omacku, uważnie stawiając każdy krok. Nagle natrafiła stopą na 
jakąś przeszkodę. 
 

Zdenerwowana  pochyliła  się,  żeby  sprawdzić,  co  zagradza  jej  drogę.  Po  chwili 

wyczuła  ręką  stertę  gazet  związanych  staranne  sznurkiem.  Podniosła  ją  i zabrała  ze  sobą  na 
dół. 
 

- Kto to wszystko tam położył? – spytała, rzucając stos gazet na kuchenny stół. 

 

Inni popatrzyli na nią ze zdziwieniem i wyciągnęli szyje, żeby lepiej widzieć. 

 

- To cenny papier, który może służyć za podpałkę. I można go z powodzeniem używać 

w wygódce – oznajmiła. Rozwiązała sznurek i wzięła do ręki gazetę, która leżała na samym 
wierzchu. – Och, jaka stara gazeta! Z 1860 roku! – zawołała. – Ukazała się na długo, zanim 
tutaj  zamieszkałam  –  odłożyła  gazetę  i  zaczęła  przeglądać  następne  egzemplarze.  –  Kto 
zaniósł te gazety na strych? 
 

Nikt  nie  odpowiedział,  wszyscy  tylko  bezradnie  kręcili  głowami  i  patrzyli  na  nią, 

jakby nie rozumieli, o co pyta. 
 

- Zresztą to bez znaczenia. Popatrzcie na to – powiedziała, po czym rozwinęła gazetę i 

położyła ją na stole. 
 

- Och, jak dużo zdjęć! – westchnęła Maria. – Popatrz na ten dziwny piec z kociołkiem! 

Wygląda jak czarna komoda.  
 

- Uhm, słyszałam o takich piecach. Można na nich gotować i piec. 

 

- A podają cenę? – zaciekawiła się Amanda. 

 

- Nie, ale spójrz na to: Stół ogrodowy za osiem talarków o dziewięćdziesiąt szylingów. 

 

- Zbytek! Kto kupi taki drogi stół, żeby stał pod gołym niebem? – prychnęła Amanda. 

– A to drugie? – dodała, wytężając wzrok. 
 

- To jest pług i kosztuje jedenaście talarów – powiedziała Elizabeth. – Jest tylko trochę 

droższy od stołu. Ale za to brona kosztuje tylko dwa talary. 
 

- czy to stara gazeta? – zainteresowała się Amanda. 

 

Elizabeth cofnęła się do pierwszej strony. 

 

- Norweska Gazeta Ludowa 1868 

– przeczytała. 

 

- A niech mnie! – westchnęła Amanda. – Spójrz na to: prawdziwa maszyna do szycia! 

Ręczna  maszyna  do  szycia  firmy  Willcox  &  Gibbs.  Cena:  czternaście  talarów.  Z  pełnym 
wyposa
żeniem  – 

czytała  dalej.  Zobacz,  co  ona  potrafi:  szyje  fałdy  i  lamówki,  ma  stopkę  do 

marszczenia  materiału  i  inne  cudeńka!  Piszą  jeszcze,  że  można  do  niej  dokupić  zgrabną 
podstawkę. Pomyśl tylko: mieć taką maszynę! A kosztuje tylko kilka talarów więcej niż głupi 
stół,  który  ma  stać  na  dworze  smagany  deszczem  i  wiatrem  –  pokręciła  głową  z  wyraźną 
dezaprobatą. 
 

-  Tak,  do  czego  to  doszło,  że  na  maszynę  do  szycia,  z  której  ludzie  mogliby  mieć 

pożytek, trzeba oszczędzać dłużej niż na jakiś stół ogrodowy i inne rupiecie! 
 

Elizabeth  zaśmiała  się  i kartkowała  dalej.  Te  gazety,  w  których  nie  było  śmiesznych 

zdjęć, odkładała na osobną kupkę. 
 

-  Te  tutaj  od  razu  można  zanieść  do  wychodka  –  powiedziała,  sprawdzając  daty 

wydania. 
 

Wszystkie  pochodziły  z  lat  sześćdziesiątych.  Tylko  jedna  gazeta  wyróżniała  się 

wyglądem. Okazało się, że jako jedyna pochodziła z 1877 roku. 
 

- Posłuchajcie tego – powiedziała, wybuchając gromkim śmiechem: - Tutaj namawiają 

do zakupu Aparatu prysznicowego do użytku domowego. 
 

-  Co  to  za  dziwna  nazwa?  –  Lina  pochyliła  się  nad  gazetą,  żeby  lepiej  widzieć.  Po 

chwili roześmiała się i wskazując palcem na zdjęcie zawołała: 
 

- Mężczyzna w samych majtkach! Czy z tego czegoś, co ma nad głową, leje się woda> 

background image

 

39

 

-  Na  to  wygląda  –  powiedziała  Elizabeth  i  przeczytała  na  głos:  -  Do  zimnych  i 

gorących  natrysków  –  dostosowania  zarówno  na  całe  ciało,  jak  i  na  wybrane  członki,  o 
działaniu dostosowanym do potrzeb organizmu człowieka. 
 

- Co to jest „organizm”? – spytała Maria. 

 

-  Nie  mam  pojęcia.  Może  coś  związanego  ze  skórą  i  włosami?  –  Elizabeth  czytała 

dalej: - Konserwacja i hartowanie skóry przeciwdziałające wpływowi atmosfery – wykrzywiła 
usta  w  grymasie.  –  Atmosfera?  To  chyba  po  łacinie.  Na  zdjęciu  wygląda  to  tak,  jakby  ci 
ludzie  stali  w  szafie  i  ciągnęli  za  sznur,  z  którego  woda  leci  im  na  głowę.  Czego  to  nie 
wymyślą,  żeby  wyciągnąć  od  ludzie  pieniądze!  –  powiedziała  i  wyjęła  nową  gazetę.  – 
Patrzcie na to! Piszą, że ta szafa jest ogniotrwała. Podobno do prób wykorzystano cały sążeń 
suchego drewna. O, a to jest jeszcze gorsze! To jest… - Elizabeth z trudem odczytała kolejne 
wyrazy:  -  Galwaniczny  środek  lecznicy,  który  pomaga  na  wszystkie  dolegliwości. 
Posłuchajcie  tego:  Pasy  kąpielowe  z  wyposażeniem,  galw.  Pisuary  i  sondy  do  organów 
płciowych dla kobiet i m
ężczyzn, galw. 
 

Zamilkła i spojrzała na dziewczęta, które parskały ze śmiechu. 

 

- Co za głupoty! Aż dziw bierze, że o takich rzeczach piszą w gazetach! A zresztą, w 

dużych  miastach  coś  takiego  pewnie  uchodzi  –  złożyła  starannie  gazetę  i  odłożyła  ją  z 
powrotem na miejsce. – Cóż, najwyższy czas, żebyście poszły spać. 
 

- My? – powtórzyła Helene. – A ty nie? 

 

- Ja również wybieram się do łóżka. 

 

Posprzątały i przygotowały kuchnię na następny dzień, po czym rozeszły się każda w 

swoją stronę. Jednak zamiast udać się do sypialni, Elizabeth skierowała się do tkalni. Chociaż 
oczy  kleiły  jej  się  ze  zmęczenia,  a  ciało  zaczynało  odmawiać  posłuszeństwa,  wiedziała,  że 
musi zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek. 
 

Przeciągnęła się, zwinęła i usiadła przy krosnach. 

 
 

Po długiej chwili pochyliła się nad koszykiem przędzy i wzięła do reki nowy kłębek. 

Była to najszlachetniejsza wełna owcza, jaką kiedykolwiek wkładała do tego koszyka, wełna 
przeznaczona  na  bieliznę.  Elizabeth  ziewnęła,  rozprostowała  kości  i  pomasowała  się  po 
krzyżu.  Czuła,  że  najwyższy  czas  położyć  się  spać.  Była  późna  noc.  Za  kilka  godzin  nowy 
dzień i przyniesie nowe obowiązki. 
 

Podniosła  się  i  zgasiła  lampę.  Nagle  zamarła  w  bezruchu.  Nasłuchiwała.  Czy 

naprawdę usłyszała kroki na korytarzy, czy tylko jej się zdawało? 
 

- Maria? – powiedziała niepewnym głosem, ale nie otrzymała żadnej odpowiedzi. 

 

- Ane, czy to ty? 

 

Zdecydowanym  ruchem  otworzyła  drzwi,  ale  na  ciemnym  korytarzy  nie  było  żywej 

duszy. Chyba jestem przemęczona, pomyślała i ziewnęła przeciągle. I wtedy znowu usłyszała 
od  strony  schodów  bliżej  nieokreślony,  stłumiony  dźwięk.  szybko  zakradła  się  tam,  skąd 
dochodził  i  spojrzała  w dół.  Przez  moment  rozważała  w  myślach,  czy  nie  wrócić  po  lampę, 
ale  szybko  z  tego  zrezygnowała.  Zamiast  tego  chwyciła  kijankę,  którą  Ane  zostawiła  na 
korytarzu,  tyle  razy  powtarzałam,  ze  miejsce  kijanki  jest  w  pralni,  obok  wiader  i  innych 
przyrządów do prania! – denerwowała się. dzięki temu, kiedy pierzemy duże, ciężkie ubrania, 
nie tracimy niepotrzebnie czasu na szukanie jej po całym gospodarstwie. 
 

Zacisnęła  mocno  palce  wokół  drewnianej  rękojeści  i  pocichł  zeszła  po  schodach. 

Słyszała  wyraźnie  bicie  swojego  serca.  Kim  była  osoba,  która  zakradła  się  do  ich  domu? 
Czego chciała? Ukraść coś czy zrobić im kolejny głupi kawał? 
 

Ukucnęła  ostrożnie,  rozwiązała  sznurowadła  i  zsunęła  buty  z  nóg,  żeby  móc 

bezszelestnie  poruszać  się  po  domu.  Podłoga  lekko  zaskrzypiała.  Elizabeth  wstrzymała 
oddech. Cisza.  Żadnego  dźwięku. Rzuciła okiem na drzwi do  gabinetu i upewniła się, że są 
zamknięte.  Gdyby  ktoś  tam  wszedł,  byłoby  to  słychać,  bo  zawiasy  piszczą  przeraźliwie, 

background image

 

40

przypomniała sobie. Już dawno miały zostać na oliwione, ale ciągle o tym zapominano. Może 
jutro, pomyślała i postawiła buty obok schodów. 
 

Na  pierwszy  ogień  poszedł  salon.  Przed  drzwiami  zawahała  się  na  moment.  Czy 

powinna  otworzyć  drzwi  z  impetem  i  zaskoczyć  włamywacza,  czy  raczej  wślizgnąć  się  po 
cichu  na  wypadek,  gdyby  w  pokoju  nikogo  nie  było?  Wybrała  to  drugie  rozwiązanie. 
Nacisnęła  ostrożnie  klamkę,  bezszelestnie  otworzył  drzwi  i  zajrzała  do  środka.  Światło 
księżyca  sączyło  się  przez  duże  okna,  oświetlając  pusty  salon.  Przez  długą  chwilę  stała  w 
progu i nasłuchiwała. Poza biciem serca, które miało wyskoczyć jej z piersi, w pomieszczeniu 
panowała idealna cisza. 
 

Elizabeth wymknęła się po cichu z pokoju i zakradła do kuchni. Wszystko wyglądało 

tak  jak  zawsze.  Poczuła  ulgę.  Powoli  wypuściła  powietrze  i  zawróciła  w  stronę  schodów. 
Podniosła  buty,  ale  kijankę  zostawiła  przy  wyjściu,  żeby  nazajutrz  wynieść  ją  do  pralni. 
Ostatni  raz  pozwoliłam  służącym  na  takie  przerażające  opowieści  tuż  przed  snem!  – 
postanowiła  w  duchu.  Nakarmiona  takimi  bzdurami  wyobraźnia  zaczyna  płatać  figle  i  nie 
pozwala spokojnie zasnąć. 
 

Przechodząc  obok  tkalni,  zatrzymała  się  na  moment.  Czy  przed  wyjściem  zgasiła 

lampę?  Ponieważ  nagle  ogarnęły  ją  wątpliwości,  postanowiła  to  sprawdzić.  W  kółko 
powtarzała  służącym,  żeby  uważały  na  kominek,  a  i  tak  ciągle  musiała  wszystko 
kontrolować!  Wystarczył  mały  żarzący  się  węgielek  albo  nie  zgaszona  świeca  łojowa  i  całe 
gospodarstwo mogło pójść z dymem. 
 

Ale  okazało  się,  że  lampa  była  zgaszona.  Już  miała  wychodzić,  gdy  jej  spojrzenie 

padło na okno jeden ze skobli nie był dokładnie zasunięty. Gdyby w porę tego nie zauważyła, 
do  środka  wpadałoby  mroźne  zimowe  powietrze  i  rano  w  całym  domu  panowałby 
nieprzyjemny  chłód.  Gdy  pochylała  się,  żeby,  zasunąć  skobel,  instynktownie  zerknęła  na 
podwórze…  i  zamarła  w  bezruchu.  Jakaś  postać  skradała  się  między  oborą  a  pralnią.  Z 
trudem łapiąc powietrze, Elizabeth przechyliła się jeszcze bardziej, żeby mieć lepszy widok. 
W tej samej chwili czarna chmura przysłoniła księżyc i podwórze pogrążyło się w ciemności. 
 

Wpatrywała się tak intensywnie, że aż oczy zaczęły ją piec. Kto to mógł być? I czego 

chciał?  To  Lavina,  podpowiadał  jej  jakiś  wewnętrzny  głos.  Ta  kobieta  była  zdolna  do 
wszystkiego – równie dobrze mogła zakraść się do obcego domu w samym środku nocy. Ale 
Elizabeth  szybko  odrzuciła  od  siebie  tę  myśl.  W  takich  sprawach  należało  zachować 
szczególną  ostrożność,  żeby  nikogo  bezpodstawnie  nie  oskarżać.  A  poza  tym  z  powodu 
ciemności  nie  potrafiła  stwierdzić  ze  stuprocentową  pewnością,  czy  widziała  kobietę,  czy 
mężczyznę. 
 

Sprawdziła, czy okno jest dobrze zamknięte i poszła się położyć. Gdy wślizgnęła się 

pod kołdrę, łoże małżeńskie wydało jej się nieprawdopodobnie duże i zimne. Natrętne myśli 
nie  dawały  jej  spokoju.  Czy  to  ta  sama  osoba  poprzestawiała  krzesła  i  uwolniła  krowy? 
Elizabeth  podciągnęła  kolana  pod  brodę  i  objęła  łydki  rękami.  Niespodziewanie  poczuła  się 
mała i bezbronna. Gdyby tylko Kristian tu był! – westchnęła. Zastanawiała się, o czym myśli 
człowiek, który zakrada się do obcego domu i robi takie rzeczy. 
 

Zanim  zasnęła,  postanowiła  nie  mówić  o  niczym  służącym.  Prędzej  czy  później 

sprawa i tak się wyjaśni, a do tego czasu nie ma sensu niepotrzebnie je straszyć, pomyślała. 
 

Tymczasem w ciągu następnych dni i nocy nie wydarzyło się nic podejrzanego. Może 

ten ktoś widział, że stoję w oknie i nie ma odwagi robić nam więcej psikusów? – pomyślała. 
Mieszkańcy  Dalsrud  również  nie  wspominali  o  tych  dziwnych  wydarzeniach  i  po  pewnym 
czasie sprawa zupełnie ucichła. 
 
 
 
 

background image

 

41

Rozdział 9 
 
 

Nadeszła  wiosna,  a  wraz  z  nią  słońce  i  ciepło.  Wszyscy,  i  mali  i  duzi,  cieszyli  się  z 

końca ciemnej zimy i czekali z nadzieją na jasną porę roku. Pewnego ranka Elizabeth wyszła 
na  podwórze  i  usłyszała  ciche  stukanie  młotka.  Kristian  i  pozostali  mężczyźni  wrócili  z 
zimowych połowów, więc któryś z nich mógł zabrać się za prace stolarskie. Zatrzymała się, 
by  usłyszeć,  skąd  dochodzą  charakterystyczne  dźwięki,  po  czym  układa  się  w  stronę 
składziku  na  torf.  Wiosenne  słońce  mocno  ogrzewało  ścianę,  a  gdzieniegdzie  spod  śniegu 
wystawały już skrawki gołej ziemi. 
 

-  A  więc  to  ty  stukasz  młotkiem?  –  zapytała  wyraźnie  rozbawiona  i  kucnęła  przed 

Jonasem. 
 

Chłopiec skrzyżował dwie deski i próbował wbić w nie zakrzywiony gwóźdź. Młotek 

był  ciężki,  więc  musiał  trzymać  go  w  obu  dłoniach,  a  przy  każdym  uderzeniu  gwóźdź 
podskakiwał na desce. Elizabeth zakasłała, żeby nie wybuchnąć śmiechem. 
 

- Domyślam się, że budujesz nową oborę – zagadnęła.  

 

Jonas pokręcił z rezygnacją głową. 

 

- Stragan! 

 

- Stragan? – No tak, teraz to widzę. To może potem wybudujesz oborę? 

 

- Nie! 

 

Elizabeth  poczuła  jakieś  dziwne  i  bolesne  ukłucie.  Czy  to  możliwe,  żeby  taki  mały 

chłopiec,  zaledwie  dwuipółletni,  już  teraz  widział,  że  nie  będzie  uprawiał  ziemi  i  hodował 
zwierząt?  Szybko  jednak  porzuciła  niemądre  myśli  i  spojrzała  czule  na  malca,  który  z 
czubkiem  języka  wciśniętym  w  kącik  ust,  skupiał  się  na  swojej  pracy.  Gdy  jednak  gwóźdź 
znów wylądował na ziemi, chłopczyk westchnął zrezygnowany, a młotek powędrował śladem 
gwoździa. 
 

- Może znajdziemy sobie jakieś inne ciekawe zajęcie, tylko ja i ty? – spytała Elizabeth. 

 

- Tak! – chłopiec wpatrywał się w nią oczekująco. 

 

- Co ty na to, żebyśmy wzięli łódkę i popłynęli na krótka wycieczkę? 

 

Jonas kiwnął potakująco głową i chwycił ją za rękę. Elizabeth uścisnęła ostrożnie jego 

dłoń. Jaki on mały i ufny! – pomyślała i poczuła szybsze bicie serca. 
 

Gdy byli już w połowie drogi na przystań, chłopiec zatrzymał się gwałtownie. 

 

- Poczekaj! – zawołał i schylił się, żeby coś podnieść z ziemi. – Plosę – powiedział, a 

jego mała buzia promieniała niczym pobladł, który jej podawał. 
 

- Bardzo ci dziękuję. Wiesz, co? Włożę kwiatek do ksiązki i dzięki temu zachowam go 

na zawsze. 
 

Chłopiec  pokiwał  głową,  jakby  doskonale  rozumiał,  co  Elizabeth  ma  na  myśli. 

Musiała się roześmiać. Po chwili ruszyli dalej w kierunku wody. Fiord był gładki niczym tafla 
lustra  i  z  daleka  mogli  dostrzec  ostrygojada  pochłoniętego  budowaniem  gniazda.  Elizabeth 
pomagała  Jonasowi  wejść  do  łódki,  odwiązała  linę  i  sama  lekko  wskoczyła  na  pokład. 
Uniosła wiosła, obserwując, jak spadające z nich kropelki tworzą kręgi na powierzchni wody. 
 

- Popatrz na to – powiedziała i skinęła głowa. 

 

Chłopiec spojrzał za burtę. 

 

- Widzę też ryby. 

 

- Może jak będziesz duży, zostaniesz rybakiem? 

 

Elizabeth  sama  nie  wiedziała,  po  co  zadała  to  pytanie.  Jakiej  odpowiedzi  mogła 

oczekiwać od tak małego dziecka? 
 

Jonas nie odpowiedział, tylko z przejęciem pokazywał coś palcem. 

 

- Patrz, ryba! 

 

Elizabeth pomyślała, że skoro woda jest przejrzysta, a na dnie leży biały piasek, mogło 

się  zdarzyć,  że  mały  dostrzegł  rybę.  Wiosenne  słońce  delikatnie  pieściło  jej  twarz. 

background image

 

42

Zachwycona  zamknęła  oczy  i  wdychała  zapach  morza.  Z  brzegi  dochodził  do  niej  krzyk 
ostrygojada,  na  który  odpowiadała  mewa.  Oby  ta  chwila  trwała  wiecznie!  –  pomyślała  i 
wzięła głęboki oddech. 
 

Nagle  ciszę  przerwał  głośny  plusk.  Elizabeth  poruszyła  się  tak  gwałtownie,  że 

niewiele brakowało, a wypuściłaby z dłoni jedno z wioseł. Szybko otworzyła oczy, ale słońce 
ją  oślepiło  i  przez  chwilę  mrugała  powiekami,  nie  wiedząc,  co  się  dzieje.  Gdy  odzyskała 
wzrok, zmrużyła oczy, żeby zorientować się w sytuacji. Widok sprawił, że serce zamarło jej 
w piersiach i przeszył ją ostry ból: łódka huśtała się, a drobne ciało chłopca znikało właśnie 
pod powierzchnią wody. 
 

Elizabeth chciała krzyczeć, ale głos uwiązał jej w gardle. Jonas miał na sobie czarne 

rybaczki i czarną kurtkę, które sama dla niego uszyła. Skamieniała patrzyła jak ciemny kształt 
miota się w przejrzystej wodzie. Nagle nad jej taflą pojawiła się mała głowa. Okrągłe ramiona 
wyciągnęły  się  ku  niej  w  panice.  Oczy  chłopca  były  szeroko  otwarte,  a  usta  łapczywie 
chwyciły  powietrze.  Orzeźwienie  przyszło  dopiero  wtedy,  gdy  Jonas  ponownie  zniknął  w 
głębinie, Elizabeth w jednej chwili wyskoczyła z łódki. Poczuła, jak lodowata woda zamyka 
się  nad  jej  głową.  spódnica  owinęła  się  wokół  jej  nóg,  a  ciężka  kurtka  ciągnęła  ją  w  dół. 
Gorączkowo  machała  rękami,  owładnięta  tylko  jedną  myślą:  muszę  go  złapać,  zanim 
zabraknie mi powietrza! Chociaż machała rękami z całych sił, miała wrażenie, że opada coraz 
niżej i niżej. Gdzie on jest? – powtarzała w myślach. otworzyła oczy. Chwilę trwało, zanim 
zorientowała się, gdzie jest góra, a gdzie dół. Wiedziała, że musi go odnaleźć. Tam! Przesunął 
się  koło  niej  niczym  cień.  Czuła,  że  zaczyna  jej  brakować  powietrza  –  jeszcze  chwila  i 
otworzy usta. A to będzie oznaczało pewną śmierć. 
 

Mamo, pomóż mi! – błagała w myślach. w tej samej chwili poczuła, że może poruszać 

nogami, jakby jakaś pomocna dłoń uwolniła ją od krępującej ruchy spódnicy. 
Odbiła się i nabrała prędkości. Nagle trafiła na coś ręką. Dobry Boże, niech to będzie Jonas! – 
pomodliła  się  w  duchu.  To  musiał  być  on!  Tak,  Elizabeth  poczuła  pod  palcami  gruby 
materiał, z którego uszyta była jego kurtka. Jeszcze jedno odbicie nogami i będą uratowani! 
Gdy  wypłynęła  na  powierzchnię  i  zaczerpnęła  powietrza,  gwałtownie  przebierając  rękami  i 
nogami,  podpłynęła  do  łódki  i  chwyciła  się  dziobu.  Oby  się  tylko  nie  przewróciła!  – 
pomyślała  Elizabeth  z  przerażeniem.  Łódka  rzeczywiście  zachybotała  się,  ale  po  chwili  się 
ustabilizowała. 
 

- Jonas! – zawołała Elizabeth, potrząsając dzieckiem. – Jonas, słyszysz mnie? – w jej 

głosie słychać było panikę. – Jonas, mój mały, odezwij się! – łkała. 
 

W odpowiedzi usłyszała słaby jęk i chłopiec zakaszlał. 

Poczuła ulgę, ale ramię, którym go obejmowała, słabło coraz bardziej. Przemoczone ubrania 
zwiększały ciężar chłopca. Wiedziała, że czas działa na jej niekorzyść. Bała się, że w końcu 
opadnie z sił i go wypuści. 
 

- Jonas? – powiedziała głośno. – Słyszysz mnie? 

 

Ż

adnej reakcji. 

 

-  Musisz  się  teraz  postarać  i  trochę  mi  pomóc.  Spróbuję  wsadzić  cię  do  łódki,  ale 

musisz chwycić się burty. Możesz to zrobić? 
 

Ponieważ chłopiec nie odpowiadał, spróbowała zrobić to sama, ale szybko zdała sobie 

sprawę, że nie da rady. Wiedziała, że jeśli przesunie się bliżej środka, łódka przewróci się do 
góry dnem, a jeżeli będą mieć jeszcze mniej szczęścia, mogą znaleźć się pod nią. 
 

-  Jonas!  –  krzyknęła  Elizabeth  bliska  rozpaczy.  –  Natychmiast  chwyć  się  łódki! 

Słyszysz! 
 

- Było jej przykro, że musi tak na niego krzyczeć, ale nie miała innego wyjścia, jeżeli 

mieli się uratować. 
 

Chłopiec  ponownie  zakaszlał  i  wypluł  wodę.  Jego  ochrypły  płacz  brzmiał  niczym 

muzyka  w  uszach  Elizabeth,  a  kiedy  uchwycił  się  burty,  nie  posiadała  się  z  radości. 

background image

 

43

Popchnęła go i chłopiec znalazła się w łódce. Wtedy zaczął płakać jeszcze głośniej. Pociągał 
nosem i pojękiwał, że jest mu zimno. 
 

Na  szczęście  zima  się  już  skończyła,  pomyślała  Elizabeth.  Ale  morze  nie  jest  wcale 

cieplejsze, chociaż nadeszła wiosna. 
 

Zmarzła tak, że nie czuła ciała od pasa w dół i zrozumiała, że nie jest w stanie dostać 

się do łódki o własnych siłach. Jej jedyną szansą było, to że ktoś ich zobaczy. 
 

Spróbowała krzyczeć. 

 

- Na pomooooc! 

 

Na wszelki wypadek  wykrzykiwała imiona wszystkich mieszkańców Dalsrud. A nuż 

ktoś  z  nich  był  w  pobliżu  i  usłyszy  jej  wołanie?  Jonas  nie  przestawał  płakać.  Jej  krzyki 
wystraszyły go jeszcze bardziej. 
 

- Mama! – kwilił żałośnie. – Chcę do mamy! 

 

Ukląkł w łódce i wpatrywał się w stronę lądu. Jego brązowe włosy przykleiły się do 

małej główki, a policzki i małe paluszki były czerwone niczym ogień. 
 

-  Mama  niedługo  przyjdzie  i  nas  stąd  zabierze  –  Elizabeth  próbowała  go  pocieszyć, 

mimo, że jej głos drżał z zimna i strachu. – Krzycz ze mną, to nas usłyszy. 
 

- Mamo – wymamrotał i położył się na dnie łódki. 

 

Elizabeth  krzyczała  przeraźliwie,  ile  sił  w  płucach.  Przestała  zwracać  uwagę  na 

rozpaczliwy  płacz  Jonasa,  przestała  myśleć  o  braku  czucia  w  nogach,  skoncentrowana  na 
wzywaniu  pomocy  i  trzymaniu  się  łódki  palcami  skostniałymi  z  zimna.  Ale  stopniowo  jej 
krzyk  zmieniły  się  w  ochrypłe  piski.  Nie  miała  już  siły.  Wyczerpana  i  bliska  zwątpienia 
spojrzała  w  kierunku  lądu  i  nagle  dostrzegła  Ane.  Córka  właśnie  stroiła  się  w  czerwoną 
kurtkę. Elizabeth poczuła, jak ogarnia ją śmiech. Zabroniła jej nosić tę kurtkę, mogła wkładać 
ją tylko od święta, kiedy wyjeżdżała z domu. 
 

Elizabeth krzyknęła ze wszystkich sił, używając obu imion nadanych córce na chrzcie: 

 

- Ane-Elise! 

 

Dziewczynka odwróciła się na pięcie, przesłoniła oczy dłonią i zaczęła się rozglądać. 

Elizabeth postanowiła zaryzykować: puściła łódkę jedną ręką i pomachała do córki.  
 

- Sprowadź szybko pomoc!  Jej  głos  nie  dochodził  już  tak  daleko,  ale  Ane 

zrozumiała.  Czerwona  postać  pomknęła  szybko  niczym  wiatr  w  górę  ścieżki,  potem  przez 
podwórko  i  zniknęła  jej  z  oczu.  Po  chwili  zobaczyła,  jak  Kristian  i  Ole  pędzą  w  stronę 
pomostu.  Jedna  z  łódek  została  zepchnięta  na  wodę  i  mężczyźni  chwycili  za  wiosła. 
Uderzenia  były  regularne,  wiosła  wchodziły  głęboko  pod  wodę,  więc  łódka  szybko 
przemierzała fiord. Gdy znaleźli się obok Elizabeth, Kristian przytrzymał burtę jej łódki. 
 

O nic nie pytał, tylko chwycił żonę silnymi rekami i przeniósł do swojej łodzi. Potem 

Ole przeniósł Jonasa i już po chwili oboje byli bezpieczni. Elizabeth trzęsła się z zimna, nie 
mogąc wydobyć z siebie ani jednego słowa. Patrzyła, jak Jonas przykleił się do Olego. 
 

-  Usiądź  z  Elizabeth  –  powiedział  Ole,  wyzwalając  się  ostrożnie  z  objęć  chłopca  i 

ponownie chwycił za wiosła. 
 

Jonas  skinął  głową,  wspiął  się  na  kolana  Elizabeth  i  cały  drżąc,  przytulił  się  do  jej 

ciała. 
 

ciepłe łzy kapały z jej policzków i spadały na małą główkę dziecka. Byli uratowani! 

 

Służące  stały  na  brzegu  razem  z  Marią  i  Ane.  Amanda  nie  zdołała  poczekać,  aż 

wyciągną łódkę na brzeg. Wbiegła do wody w drewniakach, by jak najszybciej wziąć Jonasa 
w ramiona. Jej twarz była spuchnięta od płaczu. Tuliła chłopca tak mocno, jakby nigdy więcej 
nie miała go wypuścić z objęć. 
 

- Boże drogi! Jak pomyśle, że mogłam go stracić…! Szlochała. 

 

Elizabeth  miała  ogromne  wyrzuty  sumienia.  Wiedziała,  że  popełniła  błąd.  Zabrała 

małego chłopca na wyprawę łódką i nie upilnowała go. 
 

Kristian chwycił ją pod ramię. 

background image

 

44

 

- Chodź. Musisz się wysuszyć, bo zachorujesz. 

 

 

Bezwolnie powlokła się za nim. Spódnica była ciężka od wody i kleiła się do ciała, w 

butach chlupało z każdym stawianym krokiem. 
 

- Co się stało? – spytała Ane. 

 

Lina natychmiast ją uciszyła. 

 

- Nie pora na gadanie. Lepiej wchodź do środka. 

 

 

Przechodząc obok córki, Elizabeth pogłaskała ją po policzku. Ane uratowała im życie. 

postanowiła,  że  później  z  nią  porozmawia  i  wszystko  wyjaśni.  Teraz  nie  miała  nawet  siły 
otworzyć ust. 
 

 

 

Mokre  ubranie  leżało  porzucone  na  podłodze.  Wokół  niego  utworzyła  się  spora 

kałuża, od której na deskach podłogowych pojawiły się ciemne plamy. 
 

Elizabeth  owinęła  się  szczelniej  kołdrą  i  poczuła,  że  odzyskuje  czucie  w  stopach. 

Mokre  kosmyki  włosów  zwisały  wokół  jej  twarzy.  Z  dołu  dochodziło  do  niej  stukanie 
drewniaków  służących  i  Helene,  która  wydawała  wszystkim  rozkazy.  Elizabeth  nie  mogła 
rozróżnić słów, ale wiedziała, że Helene kazała nagrzać wodę do kąpieli. Z ulgą zauważyła, 
ż

e żałosny płacz Jonasa wreszcie ucichł. 

 

Tak  bardzo  chciała  zejść  na  dół  i  go  pocieszyć!  Ale  teraz  Amanda  przejęła  nad  nim 

opiekę. 
 

Najpierw  usłyszała  czyjeś  ciężkie  kroki,  a  po  chwili  do  pokoju  wszedł  Kristian.  na 

moment przystanął w drzwiach, jakby chciał zorientować się w sytuacji. Od czasu, gdy weszli 
na  ląd,  nie  zamienili  ze  sobą  ani  słowa.  Nikt  nie  wiedział,  co  się  tak  naprawdę  wydarzyło. 
Kristian podszedł do łóżka i odgarnął mokre loki z twarzy żony. Jego ręka była szorstka od 
ciężkiej  pracy  lubiła  to.  Chwyciła  do  policzka,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  Wyglądał  na 
zmartwionego.  Wiele  by  dała,  byt  móc  zetrzeć  zmarszczkę  z  jego  czoła  i  pocałunkami 
wymazać smutek z jego oczu. 
 

- Jak się czujesz? – zapytał. 

 

- Dobrze. a co Jonasem? 

 

- To silny chłopaczek – powiedział Kristian, siląc się na uśmiech. – teraz obchodzi go 

przede  wszystkim  zabawa  łódką  podczas  kąpieli.  Mam  wrażenie,  że  podoba  mu  się  to,  że 
nagle znalazł się w centrum uwagi. 
 

Elizabeth podniosła na niego wzrok. Jej oczy wypełniły się łzami, a drobnym ciałem 

wstrząsały spazmy rozdzierającego serce płaczu. Kristian patrzył na nią zrozpaczony, 
 

- Ależ Elizabeth… Ja nie chciałem… - wyjąkał, lecz zamilkł i wziął ją w ramiona. 

 

Elizabeth  przylgnęła  do  niego  całym  ciałem,  dotykając  policzkiem  jego  koszuli  i 

plamiąc  ją  łzami.  Kristian  dużą  dłonią  głaskał  ją  po  plecach  i  szeptał  jej  do  ucha  słowa 
pociechy. 
 

-  Już  dobrze,  kochanie,  już  dobrze.  oboje  jesteście  cali  i  zdrowi.  I  tylko  to  się  liczy. 

Każdemu może zdarzyć się wypadek. 
 

- Nie upilnowałam go! – szlochała. – Jonas chciał przyjrzeć się rybie, a ja siedziałam z 

zamkniętymi oczami i nawet nie wiem, kiedy wypadł za burtę! 
 

-  Mniej  więcej  tak  to  sobie  wyobrażałem  –  powiedział  spokojnym  tonem.  –  I  wtedy 

wskoczyłaś do wody, żeby go ratować, tak? 
 

-  Tak,  bo  on  był  już  wtedy  głęboko  pod  wodą  –  Elizabeth  sięgnęła  po  chusteczkę, 

która  leżała  na  nocnym  stoliku,  i  wytarła  nos.  Po  chwili  mówiła  dalej:  -  Przecież  on  mógł 
umrzeć! Mogłam stracić małego Jonasa. I to byłaby moja wina! 
 

Objął dłońmi jej twarz i popatrzył na nią poważnym wzrokiem. 

 

- Ale tak się nie stało. obje ocaliliście życie. jeszcze nie nadszedł wasz czas. 

 

Znowu zaczęła płakać. 

background image

 

45

 

- Tak bardzo chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko! – szlochała. – Ale ja już nigdy 

nie zajdę w ciążę! Jonas był dla mnie taką pociechą. Nie pozwól im wyjeżdżać do Ameryki! 
Powiedz, że im tego zabraniasz! 
 

Nie  odpowiedział,  tylko  pozwolił  jej  się  wypłakać.  W  końcu  całkiem  opadła  z  sił  i 

wyczerpana osunęła się na jego pierś. Wtedy położył ją ostrożnie na poduszkach, i starannie 
przykrył kołdrą. 
 

-  Musisz  teraz  odpocząć.  Dużo  dzisiaj  przeszłaś  i  jesteś  wykończona.  Prześpij  się 

trochę, dobrze? jak się obudzisz, wrócimy do tej rozmowy. Może ci coś przynieść? – zapytał, 
wychodząc. 
 

Pokręciła  przecząco  głową  i  starając  się  uspokoić  oddech,  zamknęła  oczy.  Kristian 

miał  rację:  jestem  zmęczona.  Potwornie  zmęczona,  pomyślała  i  poczuła,  że  zapada  w 
niespokojny, płytki sen. 
 

Gdy  się  obudziła,  miała  spuchnięte  oczy  i  zaschnięte  gardło.  W  pokoju  panował 

półmrok, świeciła się jedynie mała lampka nocna. 
 

- Dobrze spałaś? – spytała cicho Amanda i pogłaskała ją po czole. 

 

Elizabeth kiwnęła potakująco głową i wzięła wyciągniętą ku niej szklankę wody. 

 

- Kristian powiedział mi, jak bardzo ci przykro. 

 

Elizabeth  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  ale  Amanda  nie  dała  jej  dojść  do 

słowa. 
 

- Z Jonasem wszystko w porządku. Pamiętaj, że on jest w czepku urodzony. A to, jak 

wiesz, oznacza szczęście. Nie myśl już więcej o tym, co mogło się wydarzyć. Możesz mi to 
obiecać? 
 

Elizabeth  pokiwała  głową  w  milczeniu  i  chwyciła  Amandę  za  rękę.  Jej  dłoń  była 

drobna i wąska, pełna odcisków i zadrapań. 
 

Elizabeth odchrząknęła i spróbowała się uśmiechnąć. 

 

- Pamiętasz, jak ty i ja zbierałyśmy razem ziemniaki? – zapytała. 

 

- Tak – Amanda także się uśmiechnęła. – Pamiętam, że to była ciężka praca i że byłam 

potwornie  głodna.  Ale  kiedy  zaczęłam  z  tobą  rozmawiać,  wszystko  stało  się  znacznie 
prostsze.  wieczorami  lubiłam  sobie  wyobrazić,  że  skoro  dałaś  mi  chleb,  to  musisz  być 
aniołem zesłanym mi przez Boga – zaśmiała się na samo wspomnienie. –  Ile miałam wtedy 
lat? 
 

- Dziewięć. Kilka lat później wróciłaś do Dalsrud. Ja byłam już wtedy żoną Kristiana. 

Twoja mama miała rodzić i potrzebowała pomocy, a ja ciebie wtedy nie rozpoznałam. 
 

- A pamiętasz, jak uratowałaś mnie przed Grygą? – roześmiała się Amanda. 

 

-  Daj  spokój!  A  tak  w  ogóle  to  ona  miała  na  imię  Petra  –  Elizabeth  nie  mogła  się 

powstrzymać od śmiechu. 
 

- Uratowałaś mi wtedy życie. leżałam z gorączką i zapaleniem płuc w starej chacie i 

myślałam, że umrę. Boże, jak mi wtedy było ciężko! Nadal mam ten koszmar przed oczami – 
Amanda spoglądała w zamyśleniu przed siebie, uśmiechając się pod nosem. – Ludzie gadali o 
tobie jeszcze przez długi czas. Myśleli, że to sam diabeł przemknął przez wieś. Tak pognałaś 
konia, że gdy dojechałyśmy na miejsce, był mokry od potu. 
 

- Ludzie lubią przesadzać, 

 

Nagle  Amanda  spoważniała  i  zapanowała  między  nimi  długa  cisza.  W  końcu 

Elizabeth przerwała milczenie. 
 

-  Amando,  tak  się  o  ciebie  boję!  O  ciebie  i  o  Jonasa  –  wyjaśniła.  Chciała  ją  prosić, 

ż

eby zostali, ale nagle zmieniła zdanie. w zamian za to powiedziała: - Jak sobie myślę o tych 

wszystkich okropnych rzeczach, które mogą wam się przytrafić podczas podróży do Ameryki 
i jak już tam dojedziecie, to skóra mi cierpnie ze strachu1 
 

Amanda kiwnęła potakująco głową. 

background image

 

46

 

-  Nie  będziemy  jechać  sami.  W  tym  samym  czasie  wyjeżdża  rodzina,  która  mieszka 

nieco dalej we wsi. Wiesz, ci którzy stracili składzik podczas ostatniego zimowego sztormu. 
 

Elizabeth przytaknęła. Wiedziała, o kogo chodzi. 

 

-  Masz  na  myśli  Larsenów,  prawda?  Ciekawe,  skąd  wzięli  pieniądze  na  bilety?  – 

zdziwiła się. 
 

-  Mają  krewnych,  którzy  wyjechali  do  Ameryki  przed  nimi.  Osiedlili  się  tam,  a 

zarobione pieniądze przysłali rodzinie. 
 

Elizabeth odczuła pewną ulgę, ale mimo to nie potrafiła cieszyć się z tego, co miało 

nastąpić. 
 

- Jonas dużo dla ciebie znaczy – stwierdziła Amanda. 

 

-  Tak,  traktuję  go  prawie  jak  własnego  syna.  Tym  bardziej  że  nie  zanosi  się  na  to, 

ż

ebyśmy z Kristianem mieli więcej dzieci. 

 

- Ciesz się, że masz córkę. I jest jeszcze Maria, dla której byłaś jak matka. Może ja też 

nie  będę  miała  więcej  dzieci?  Dobrze  wiesz,  że  to  Bóg  decyduje  o  tych  sprawach,  i  każda 
Jego decyzja ma sens. 
 

Elizabeth wzięła głęboki oddech. 

 

- To prawda, a ja nie mam żadnego prawa, żeby was zatrzymywać. 

 

Amanda wstała. 

 

- Zagrzeję ci wodę do kąpieli – powiedziała i wyszła. 

 
 

Niebo  było  błękitne,  tylko  jedna  samotna  chmura  wędrowała  gdzieś  daleko, 

zapowiadając  dobrą  pogodę.  Na  szczytach  gór  ciągle  jeszcze  leżał  śnieg  –  część  miała  tam 
zresztą  pozostać  przez  całe  lato.  Szpak  z  zapałem  mościł  sobie  gniazdo  w  budce  na  ścianie 
obory. Brzęczenie owadów i świergot ptaków zwiastowały rychłe nadejście lata. 
 

Elizabeth stała na podwórzu i przyglądała się Kristianowi, który wyprowadził konia i 

ustawił go między dyszlami powozu. 
 

Po  chwili  podeszła  do  niej  Amanda.  Ubrana  była  w  zwykłą,  szarą  suknię  i  wełniany 

szal skrzyżowany na piersiach. 
 

-  Chciałam  nałożyć  niedzielną  suknię,  ale  zmieniłam  zdanie  –  powiedziała. 

Najwyraźniej poczuła na sobie spojrzenie Elizabeth. 
 

Elizabeth  była  w  stanie  wyłącznie  pokiwać  głową.  bała  się,  że  gdy  się  odezwie, 

natychmiast wybuchnie płaczem. 
 

- Nie smuć się – prosiła Amanda. – To, że wyjeżdżamy, nie oznacza, że już nigdy się 

nie  zobaczymy.  Jak  tylko  odłożymy  wystarczająco  dużo  pieniędzy,  przyjedziemy  was 
odwiedzić. A do tego czasu możemy przecież pisać listy. 
 

- Tak, koniecznie napisz zaraz po przyjeździe i podaj mi wasz adres. 

 

Uścisnęły się mocno i serdecznie. Potem Elizabeth podeszła do Jonasa. 

 

- Musisz być teraz wyjątkowo grzecznym  chłopcem i pamiętaj, żeby przez cały  czas 

trzymać mamę i tatę za rękę. 
 

- Uhm. Jestem już przecież duży. I umiem pływać. 

 

Elizabeth pogłaskała Jonasa po policzku, po czym podeszła do Olego. Uścisnęli sobie 

dłonie. Zauważyła, że jego oczy błyszczą od łez. 
 

Mieli się zabrać kutrem, który płynął do Bergen, a stamtąd prosto do wielkiego kraju, 

zwanego Ameryką.  
 

Elizabeth stała na schodach i odprowadziła ich wzrokiem. 

 

- Teraz musisz chyba znaleźć nową służącą – powiedziała Lina. 

 

- Nie ma pośpiechu – odpowiedziała Elizabeth. 

 

-  To  byłoby  nie  w  porządku  wobec  Amandy,  pomyślała  i  spojrzała  na  wóz,  który 

znikał właśnie za zakrętem. 
 

- Nie ma pośpiechu – powtórzyła i weszła do domu. 

background image

 

47

 
Rozdział 10 
 
 

Drzwi  do  pralni  były  otarte,  a  przez  nie  na  zewnątrz  wydostała  się  para  wielkich 

kotłów.  Elizabeth  otarła  czoło  ramieniem.  Pot  lał  się  z  niej  strumieniami.  Wiosenne  słońce 
przygrzewało wyjątkowo mocno. Dzięki temu pościel i brusy będą śnieżnobiałe, cieszyła się 
Elizabeth. 
 

Helene  zdjęła  bluzkę  i  dalej  prała  w  samej  podkoszulce.  Pot  spływał  wąską  strużką 

między  jej  dużymi  piersiami.  Elizabeth  przypomniała  sobie  czasy,  gdy  była  młodsza, 
zazdrościła  wówczas  dziewczynom,  które  miały  krągłe  kształty.  Teraz  w  ogóle  się  tym  nie 
przejmowała – jej myśli zajęte były czymś zupełnie Innem. 
 

Elizabeth  zerknęła  na  Linę.  Kilka  kosmyków  w  kolorze  blond  wysunęło  się  z 

warkocza  i  opadało  na  jej  twarz.  Miały  zadarty  nosek  pokrywały  delikatne  piegi.  Lina  nie 
wyglądała na swoje dwadzieścia cztery lata. 
 

Musiała  wyczuć  na  sobie  spojrzenie  Elizabeth,  bo  na  moment  podniosła  wzrok  i 

posłała jej przelotny uśmiech. 
 

Elizabeth  miała  ją  na  oku.  Ostatnio  Lina  sprawiała  wrażenie  nieobecnej  duchem. 

Czasem nie odpowiadała na pytania, a dzisiaj rano niewiele brakowało a przypaliłaby kaszę. 
Na  szczęście  Helene  w  porę  zareagowała.  Elizabeth  spytała  Linę,  czy  coś  ją  trapi,  ale  nie 
dostała żadnej odpowiedzi. Opowie, kiedy będzie miała na to ochotę, pomyślała. 
 

W tej samej chwili Lina upuściła poszewkę na poduszkę. Poszewka miała wstawkę z 

przepięknej koronki. Kristian mówił, że zrobiła ją jego matka. Teraz pełno było na niej plam 
od sadzy, które trudno będzie usunąć. 
 

- Przepraszam! – Lina chwyciła poszewkę i spojrzała bezradnie na Elizabeth. – Zaraz 

ją wyczyszczę, a jeśli mi się nie uda, potracisz mi z pensji. 
 

- Zostaw – powiedziała spokojnie Elizabeth. – Ja się tym zajmę. A ty zabierz pranie i 

idź wypłukać je nad rzekę. Maria może iść razem z tobą. 
 

Gdy  dziewczyny  poszły,  Helene  zrobiła  sobie  przerwę.  Opadła  ciężko  na  taboret  i 

wytarła szyję ścierką. 
 

- Nie mam pojęcia, co się dzieje z tą dziewczyną – powiedziała. – Ostatnio zachowuje 

się jakoś dziwnie. 
 

Elizabeth przytaknęła w zamyśleniu. 

 

- Ja też to zauważyłam. Może tęskni za Amandą, Olem i Jonasem? 

 

Helene pokręciła przecząco głową, wstała i zabrała się znowu do pracy. 

 

- Nie, mnie się wydaje, że to coś innego. Coś, o czy, ciągle myśli i o czym woli nam 

nie mówić. 
 

- Może chodzi o zawód miłosny – zastanawiała się na głos Elizabeth. – Może rozstała 

się z narzeczonym z Kabelvaag. 
 

-  Nie,  nie  sądzę  –  Helene  przyniosła  nowy  kawałek  mydła  i  zaczęła  wycierać  je 

energicznie w trzymane w ręce ubranie. – Powiedziałaby nam o tym. Na tyle dobrze ją znam. 
 

- No tak, ale czy to pewne? Spytałaś ją wprost? 

 

- Nie, nie spytałam. Lina… Ona jest taka, że sama o wszystkim opowiada. Nie trzeba 

jej ciągnąć za język. Tak mi się przynajmniej wydaje – dodała. 
 

-  Dopóki  nie  wiemy  nic  pewnego,  musimy  brać  pod  uwagę  każdą  ewentualność  – 

wyraziła  swoje  zdanie  Elizabeth    zajęła  się  poszewką.  Doświadczenie  podpowiadało  jej,  że 
jeśli nie będzie z tym zwlekać, jest szansa, że uda się usunąć wszystkie plamy. – Wiesz, że nie 
o wszystkim się tak po prostu opowiedzieć. Zawód miłosny może bardzo boleć. 
 

Twarz  Helene  zmieniła  się.  Elizabeth  żałowała,  że  w  porę  nie  ugryzła  się  w  język. 

Dlaczego musiała wypowiedzieć właśnie te słowa? Nigdy nie zapomni rozpaczy przyjaciółki 
po  tym  jak  lawina  śnieżna  zabrała  Påla.  Helene  wiedziała  więcej  na  temat  nieszczęśliwej 

background image

 

48

miłości niż niejedna osoba w jej wieku i Elizabeth nie miała zamiaru  przypominać jej o tym. 
Wyprostowała się i spojrzała przez otwarte drzwi. Nagle przypomniał jej się mały Christem. 
Nie widziała go od tamtego razu, gdy zimą czyścili razem chodniki i była ciekawa, jak mu się 
wiedzie. 
 

-  Może  Lina  spodziewa  się  dziecka?  –  wtrąciła  się  nagle  Ane.  Elizabeth  aż 

podskoczyła z wrażenia. 
 

- O czym ty mówisz? – spytała ostro. – Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

Ane wzruszyła ramionami. 

 

-  Mówię  tylko  to,  co  słyszałam  –  że  kobiety  w  odmiennym  stanie  dziwnie  się 

zachowują. 
 

Kobiety  wymieniły  się  spojrzeniami.  Helene  uśmiechnęła  się  pod  nosem,  po  czym 

szybko  spuściła  wzrok  i  jeszcze  energiczniej  zajęła  się  praniem.  Ane  zachowywała  się  tak 
cicho, że zupełnie o niej zapomniały. 
 

- Nie opowiadaj głupot! – Elizabeth zganiła córkę. – Poza tym do tego potrzeba dwóch 

osób, a Lina jest sama. 
 

Ane odrzuciła jasny warkocz na plecy. 

 

- Dziewica Maryja miała dziecko z Panem Bogiem – powiedziała cicho. 

 

Helene  wybuchnęła  śmiechem.  Śmiała  się  tak  serdecznie,  że  aż  jej  wielki  biust 

falował. 
 

- Jak ty coś powiesz! Dawno się tak nie uśmiałam – powiedziała, ocierając łzę. 

 

Elizabeth zerknęła na Ane. Małej spodobało się, że rozśmieszyła Helene. Ale na myśl 

o  tym,  że  Lina  mogła  być  w  ciąży,  Elizabeth  przebiegł  zimny  dreszcz.  Mimo  potwornego 
gorąca. 
 

Gdy  z  zewnątrz  doleciał  do  nich  chrzęst  żwiru,  Elizabeth  podniosła  do  góry  palec  i 

ostrzegła Ane: 
 

- Ani jednego słowa na temat tego, co tu zostało powiedziane. Zrozumiano? 

 

Ane przytaknęła i zacisnęła usta. 

 

Helene poszła wieszać pranie razem z Marią, podczas gdy  Lina i Elizabeth udały się 

do kuchni, żeby przygotować obiad. 
 

Czyszcząc ryby, Elizabeth bacznie obserwowała  służąca. Dzisiaj rano Kristian złapał 

w  sieci  dorodne  flądry.  Znał  najlepsze  miejsca  z  piaszczystym  dnem.  Flądry,  które  tam 
łowiły, miały wyjątkowo białe i smaczne mięso. 
 

Czyżby  Lina  przytyła,  czy  tylko  tak  mi  się  wydaje?  –  zastanawiała  się  Elizabeth. 

Miała  wrażenie,  że  piersi  służącej  powiększyły  się,  a  ona  sama  stała  się  dziwnie  milcząca  i 
zamknięta w sobie. 
 

- Idę do piwnicy po ziemniaki – powiedziała Lina i przemknęła obok. Przy drzwiach 

zatrzymała się, wbijając wzrok w podłogę. W ramionach mocno ściskała garnek. 
 

- Nad czym się tak zastanawiasz? – Elizabeth wstrzymała oddech z napięcia. Z jednej 

strony chciała poznać prawdę, a z drugiej obawiała się odpowiedzi. 
 

Lina zwilżyła usta, przełknęła ślinę i spojrzała jej prosto w oczy. 

 

- Muszę z tobą później porozmawiać. 

 

- Dlaczego nie teraz? – drążyła temat Elizabeth. Postanowiła jak najszybciej wyjaśnić 

cała sprawę. 
 

-  Nie,  muszę  cię  o  coś  spytać  –  Lina  wstrzymała  oddech  na  kilka  sekund.  –  Ktoś 

mógłby wejść do kuchni i usłyszeć, o czym rozmawiamy. Później, dobrze? O ile masz czas. 
 

- Oczywiście. 

 

Drzwi się zamknęły. Elizabeth wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w leżące przed 

nią kawałki ryby. Mój Boże, jaką tajemnicę nosi w sobie ta dziewczyna? – pomyślała. 
 

background image

 

49

 

Helene, Maria i Ane weszły do kuchni, śmiejąc się i rozmawiając. Między ich nogami 

przemknął gruby kot i schował się pod ławą. Ułożył się wygodnie i zabrał za dokładnie mycie 
łap,  czekając  na  pyszne  jedzenie,  które  Ane  zawsze  mu  przemycała.  Elizabeth  nie  była  tak 
zachwycona.  Kto,  który  dostaje  jedzenie  na  tacy,  przestaje  łowić  myszy  ,  powtarzała  córce 
niezliczoną  ilość  razy  –  niestety  bezskutecznie.  Na  pewne  sprawy  Ane  pozostawała 
całkowicie głucha. 
 

Dziewczęta zaczęły nakrywać do stołu. Talerze i szklanki dźwięczały wesoło. Kristian 

usiadł  już  na  swoim  miejscu  i  wyciągnął  przed  siebie  długie  nogi.  Wygląda  na 
wykończonego,  pomyślała  Elizabeth  i  przechodząc  koło  niego,  pogłaskała  go  szybko  po 
dłoni. W podziękowano posłał jej lekki uśmiech, ale już po chwili znowu siedział pogrążony 
w  swoich  myślach.  Elizabeth  wiedziała,  że  jeśli  zapyta  go  wprost,  czy  jest  zmęczony, 
zaprzeczy. Wszystko w porządku, powie jak zwykle i ziemi temat rozmowy. 
 

- Dostałam list – oznajmiła nagle Maria. 

 

Elizabeth  usiłowała  złapać  spojrzenie  siostry,  ale  wzrok  Marii  krążył  niespokojnie 

wokół stołu. Wyglądała tak, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę wszystkich na raz. 
 

- Od Olava – dodała. – Ma dla mnie niespodziankę. Wiadomość, która… 

 

-  Tak,  to  prawda  –  przerwał  jej  Kristian  i  wyprostował  się.  –  Spotkałem  wczoraj  w 

sklepie  Jakoba.  On  i  Dote  zapraszają  nas  na  przyjęcie  po  sianokosach.  Zupełnie  o  tym 
zapomniałem. 
 

- Przyjęcie? – powtórzyła Elizabeth. – To wspaniale! 

 

- Powiedział, że możemy i nich przenocować. Będą też tańce. 

 

-  To  ja  założę  jakąś  ładną  sukienkę  i  nie  zaletę  tych  warkoczy!  –  oświadczyła  z 

entuzjazmem Ane. 
 

-  Zwiążesz  włosy  dokładnie  tak,  jak  ja  zdecyduję  –  odpowiedziała  jej  Elizabeth.  –  I 

właśnie  zdecydowałam,  że  będziesz  mogła  rozpuścić  włosy  i  przypiąć  do  nich  wstążkę,  o 
tutaj – wskazała na czubek głowy córki. 
 

-  Jesteś  najmilszą  mamą  na  świecie!  –  zapiszczała  Ane.  –  Właśnie  tak  chciałam  je 

związać. 
 

Dopiero po obiedzie Elizabeth przypomniała sobie o Line i o tym, że dziedzina miała 

jej coś powiedzieć. Chciała pod byle pretekstem wysłać gdzieś Helene razem z Ane i Maria, 
ale nic nie przychodziło jej do głowy. W zamyśleniu zebrała do jednego naczynia resztki ryby 
i  wyniosła  je  do  spiżarni.  Razem  z  ziemniakami  będą  dobrze  smakować  na  kolację,  jeśli 
podgrzeje się je na patelni. Przez chwile stała oparta o ścianę. Z kuchni dochodził do niej głos 
Ane, która nie przestawała opowiadać o tym, w co ubierze się na przyjęcie. 
 

Po odgłosach poznała, że talerze wróciły do szafy. 

 

-  Idę  wylać  wodę  po  umyciu  naczyń  –  oznajmiła  Helene  –  a  potem  posprzątam 

pralnie. Mario, zaniosłaś Bergette przędzę, jak prosiła Elizabeth? 
 

- Oj, zapomniałam! Nic jej nie mów, już tam biegnę. 

 

- Idę z tobą – postanowiła Ane. 

 

Chwilę później trzasnęły drzwi i zrobiło się cicho. Elizabeth uśmiechnęła się sama do 

siebie.  Lina  nadal  wycierała  blat  stołu,  mimo  że  był  już  zupełnie  czysty.  Gdy  zobaczyła 
Elizabeth, przerwała pracę. Stała, nerwowo pocierając dłonie. 
 

- Chciałaś o czymś ze mną porozmawiać – zaczęła Elizabeth. 

 

Lina kiwnęła potakująco głową i opadła na krzesło.  

 

- Tak, bo widzisz, dostałam list od Andreasa, mojego narzeczonego z Kabelvaag. On 

nie ma pracy i… Tak, wiem, że już kiedyś pytałam, czy mógłby tutaj przyjechać i wtedy się 
nie zgodziłaś. Ale powiedziałaś, że może innym razem… 
 

Elizabeth poczuła ogromną ulgę. Musiała uważać, żeby się nie roześmiać. Jak mogła 

podejrzewać Linę o to, że jest w ciąży? 

background image

 

50

 

-  Wic  pomyślałam  sobie,  że  mógłby  pracować  tutaj  latem  jako  parobek  podczas 

sianokosów… - poprosiła Lina. 
 

- Oczywiście, że może – powiedziała Elizabeth i wstała. 

 

- Naprawdę? – oczy Liny zrobiły się okrągłe jak spodki. 

 

-  Wszystko  będzie  dobrze  –  poklepała  ją  po  ramieniu.  –  A  teraz  możesz  iść  pomóc 

Helene. 
 

- Bardzo, bardzo dziękuję! – Lina skłoniła się kilka razy, zanim wybiegła na dwór. 

 

Elizabeth  zatrzymała  się  na  środku  kuchni,  żeby  zebrać  myśli.  Czuła,  że  o  czymś 

zapomniała. Ale co to mogło być? Nagle przypomniała sobie, że siostra wspomniała o liście 
od Olava. Podobno miał dla Marii jakąś niespodziankę. Ale Kristian jej przerwał i Maria nie 
chciała pewnie więcej o tym mówić, pomyślała Elizabeth, czując wyrzuty sumienia. Ona jest 
taka  skromna  i  wrażliwa!  Elizabeth  westchnęła.  Powinna  była  uważniej  jej  słuchać. 
Postanowiła, że przy pierwszej sposobności zapyta siostrę o list. 
 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  wybrać  się  nad  morze,  ale  gdy  usłyszała 

szuranie  krzesła  dochodzącego  z  gabinetu  Kristiana,  zatrzymała  się  w  drzwiach.  Odwróciła 
się  na  pięcie,  zdecydowanym  krokiem  podeszła  do  drzwi,  zapukała  i  weszła  do  środka. 
Kristian siedział pochylony nad jakimś grubymi księgami i ledwie na nią zerknął. 
 

- Co robisz? – spytała. 

 

- Rachunki – odpowiedział krótko. 

 

Elizabeth usiadła na brzegu biurka/ 

 

- A nie miałbyś raczej ochoty na spacer ze mną? 

 

Ze wzrokiem utkwionym, w tabelkach i liczbach, odpowiedział. 

 

- Mam ochotę na wiele rzeczy. 

 

- W takim razie chodź ze mną – kusiła, błądząc palcem wzdłuż jego brody. Pozwoliła 

by jej dłoń zeszła jeszcze niżej, ku szyi. Tam zatrzymała się na dłużej, a potem zaczęła bawić 
się płatkiem jego ucha. 
 

- Nie teraz – powiedział Kristian i zanurzył pióro w kałamarzu. 

 

-  A  właśnie,  że  teraz!  –  rzuciła  zdecydowanym  tonem  i  zatrzasnęła  mu  książkę  pod 

nosem. 
 

-  Co  robisz?  –  zapytał  zaskoczony,  podnosząc  na  nią  wzrok.  –  Muszę  to  dzisiaj 

skończyć. 
 

-  Później  mogę  ci  pomóc.  Znam  się  na  liczbach,  chociaż  jestem  kobietą  –  dodała  i 

chwyciła go za rękę. 
 

- Dokąd idziemy? – podniósł się niechętnie. 

 

-  Na  dwór!  Znam  przyjemne  miejsce,  gdzie  będziemy  zupełnie  sami  –  Elizabeth 

dojrzała błysk w jego oczach. Zrozumiał. 
 

- W takim razie prowadź – powiedział. Gdy ruszyli w stronę morza, jego ręka pewnie 

obejmowała ją w talii. 
 
 

Znaleźli dla siebie spokojną zatoczkę wyścieloną miękkim, wysuszonym przez słońce 

mchem. Elizabeth nadal trzymała go za rękę i ciągnęła za sobą. 
 

-ładnie tutaj – powiedziała poważnym tonem i usiadła. 

 

- Uhm – zamruczał, przyciskając usta do jej szyi. – Wspaniale. 

 

Czuła drżenie, gdy lekko przygryzł płatek jej ucha. Aż znalazł się nad nią. 

 

Duży,  silny  i  ciepły.  Jego  oddech  przy  jej  twarz,  czarna  grzywka  opadająca  mu  na 

oczy.  Ich  usta  spotykały  się  w  krótkich,  żartobliwych  pocałunkach,  domagając  się  coraz 
więcej i więcej. W końcu Elizabeth poczuła jego smak. Język Kristiana krążył w jej ustach, 
wzbudzając coraz większe podniecenie. Otoczyła ramionami jego szyję, zaplątała alce w jego 
włosy i przycisnęła biodra do jego podbrzusza. 

background image

 

51

 

Poczuła,  ze  jest  gotowy  i  wiedziała,  ze  nadszedł  czas,  bu  go  przyjąć.  Wprawnymi 

palcami odpinał guziki jej bluzki, jeden za drugim. Łagodna bryza owiała jej ciało i Elizabeth 
poczuła, że jej brodawki stają się twarde i napięte niczym pąki róż. Jego ręka dotknęła jednej 
piersi, palce zaczęły bawić się brodawką. Jego włosy łaskotały ją, gdy pochylił się, by polizać 
twardy pąk. 
 

- O tak! – jęknęła, czując rozkoszne mrowienie między udami. – Jeszcze! 

 

Ręce  Kristiana  zsuwały  się  niżej.  Przebiły  się  przez  spódnice  i  doszły  do 

najwrażliwszego  miejsca.  Dopiero  teraz  dotarło  do  niej,  że  mąż  nadal  ma  na  sobie  spodnie 
więc  zaczęła  mocować  się  z  jego  paskiem.  Poczuła  niemal  ulgę,  gdy  Kristian  sięgnął  ręką  i 
pomógł jej go rozpiąć. 
 

- O Boże, ale ty jesteś cudowna! – szepnął jej do ucha. – Taka wilgotna i ciepła, taka 

miękka… 
 

Słowa dzwoniły jej w uszach i było ich coraz więcej. 

 

Taka miękka, taka gładka… jak morze. Jak córka morza. Jesteś córką morza… 

 

Nagle  wydało  jej  się,  że  słyszy  głos  Jensa.  To  Jens  na  niej  leżał.  To  były  jego  ręce, 

jego usta. Leżała z zamkniętymi oczami, nie mogąc złapać tchu. Oplotła nogami jego biodra, 
palce  wplotła  w  jego  włosy,  z  całej  siły  przywarła  do  jego  ciała,  jakby  nie  mogła  się  nim 
nasycić. 
 

- Jeszcze, jeszcze! – prosiła cienkim głosem. 

 

Kiedy  w  nią  wszedł,  poczuła  jakby  uderzenie  pioruna.  Rozkosz  była  tak  wielka,  że 

chciała  wykrzyczeć  jego  imię.  Jens!  Ale  coś  ją  powstrzymywało,  coś,  czego  nie  umiała 
nazwać. Czuła, że przez ej ciało przechodzą fale rozkoszy. Przez brzuch, między udami, łączą 
się ze sobą, tworząc wodospad, który zagarnął ją ze sobą i całkowicie obezwładnił. Elizabeth 
głośno krzyknęła. 
 

Potem leżała jakby w półśnie, próbując dojść do siebie. Ciężar, który czuła na sobie, 

był zbyt duży, więc odsunęła się nieco na bok. Jens… 
 

Poczuła palące ciepło na twarzy. Czyżby wypowiedziała jego imię? Serce waliło jej w 

piersi. Oddychając ciężko, wtuliła usta w szyję Kristiana. 
 

Dobry Boże, chyba nigdy nie nazwała Kristiana Jensem? Zawstydzona poczuła, że łzy 

napływają  jej  do  oczu.  Nie  wiedziała  jednak,  czy  zbiera  jej  się  na  płacz  z  tęsknoty,  czy  z 
powodu  wyrzutów  sumienia.  Czuła  się  tak,  jakby  dopuściła  się  zdrady.  A  może  właśnie  to 
zrobiła? Zdradziła go w myślach? 
 

Szorstki palec pogładził ją po policzku. 

 

- Płaczesz? – spytał Kristian. 

 

Uśmiechnęła się i odpowiedziała łamiącym się głosem: 

 

- Tak bardzo cię kocham. 

 

- Gołąbeczko moja – zaśmiał się i pocałował ją w nos. 

 

Elizabeth otarła twarz i usiadła. 

 

- Tak bardzo się spieszysz? – zdziwił się. 

 

Nie odpowiedziała. Nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. 

 

- Nie mogłabyś poleżeć jeszcze chwilę w moich ramionach – kusił. 

 

- Zaczną się zastanawiać, gdzie jesteśmy. 

 

Kristioan podniósł się i zapytał: 

 

- Czy coś cię martwi? 

 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie  –  pogłaskała  go  po  policzku  i  pocałowała.  Poczuła  nagły 

przypływ  miłości  do  męża.  Jens  umarł  i  odszedł  na  zawsze,  a  Kristian  żył  i  teraz  on  był 
najważniejszy. – Chciałabym móc ci pokazać, jak bardzo cię kocham – powiedziała głośno. – 
Ale tego nie da się ani wyrazić słowami, ani pokazać czynami. Musisz mi wierzyć na słowo. 
 

- Jesteś po prostu cudowna, Elizabeth! Moja Elizabeth – dodał. – Chodź – powiedział, 

wstając na nogi. – Wracajmy do domu. 

background image

 

52

 

Chwyciła go pod ramię i ruszyli w drogę powrotną. 

 

-  Rozmawiałam  dzisiaj  z  Liną  –  zagadnęła  po  chwili.  –  Ostatnio  dziwnie  się 

zachowywała i bałam się, że dzieje się z nią coś złego – zaśmiała się dziwnie. – Ale okazało 
się, że chodzi jedynie o to, że jej narzeczony nie ma pracy. Powiedziałam jej więc, że Andreas 
może pracować u nas latem jako parobek przy sianokosach. 
 

Elizabeth poczuła, jak Kristianowi sztywnieją mięśnie ramienia. Doskonale wiedziała, 

co to oznacza – powiedziała coś, co mu się nie spodobało. Ale co to mogło być? Potrzebowali 
przecież parobka przy sianokosach i równie dobrze mógł nim być narzeczony Liny. 
 

-  W  takim  razie  musisz  ją  poinformować,  że  nic  z  tego  nie  będzie  –  powiedział 

Kristian ostrym tonem. 
 

- Ale dlaczego? – zatrzymała się, wpatrując w męża. 

 

- Ponieważ już znalazłem parobka. Kogoś, kto będzie pracował u nas na stałe. 

 

- Nie wspomniałeś mi o tym ani jednym słowem. Jak się nazywa? I skąd pochodzi? 

 

- Ma na imię Lars. 

 

- Ale mimo to narzeczony Liny może chyba spędzić u nas lato? – w ustach Elizabeth 

zabrzmiało to raczej jak stwierdzenie niż pytanie. 
 

-  Nie  może.  Mamy  wystarczająco  dużo  ludzi  do  pomocy.  Wliczając  wszystkich 

chłopców, nie potrzebujemy nikogo więcej. 
 

Ponownie chciała zaprotestować, ale Kristian ją uprzedził. 

 

-  Zrozum:  najmowanie  ludzi  do  pracy  kosztuje.  Jeśli  przychody  mają  wzrosnąć,  nie 

możemy marnować pieniędzy. Ten chłopak z Kabelvaag na pewno znajdzie sobie zajęcie. 
 

Elizabeth  milczała.  Kristian  miał  rację,  wiedziała  o  tym,  ale  czuła  się  nieswojo, 

wiedząc,  że  będzie  musiała  powiedzieć  o  tym  Linie.  Już  raz  obiecała  służącej,  że  będzie 
mogła zaprosić narzeczonego i znowu musiała wycofać się z obietnicy. 
 

-  Powiem  jej  o  tym  –  rzucił  krótko  i  poczuła,  że  Kristianowi  powoli  wraca  dobry 

humor. 
 
Rozdział 11 
 
 

- Patrz, co robisz! – westchnęła Elizabeth z rezygnacją.  

 

- Przepraszam, nie chciałam – Lina natychmiast zaczęła wycierać mleko, które rozlało 

się na podłogę. 
 

Elizabeth przyłożyła palce do skroni. Ból rozsadzał jej czaszkę. Była zmęczona, miała 

ostatnio  bardzo  dużo  zajęć.  Sadzenie  ziemniaków,  strzyżenie  owiec  przed  wyjściem  na 
górskie  pastwiska,  przędzenie  i  wszystkie  pozostałe  codzienne  czynności.  Nie  chciała,  żeby 
domownicy marudzili o nową służącą, więc pracowała ponad siły. Lato zbliżało się, a z nimi 
sianokosy. Czy ta praca nigdy się nie skończy? – zastanawiała się czasami, ale szybko brała 
się  w  garść.  W  Dalen  praca  była  jeszcze  cięższa,  a  bywało,  że  nie  wiedzieli,  skąd  wezmą 
jedzenie na następny posiłek. Teraz była panią domu na dużym  gospodarstwie, miała męża, 
który  dawał  jej  wszystko,  czego  potrzebowała,  a  nawet  więcej.  Nie  miała  powodów  do 
narzekania  –  wręcz  przeciwnie.  Poza  tym  to  ona  sama  zdecydowała,  że  poradzą  sobie  bez 
jednej służącej. 
 

- Nie ma potrzeby, żebyś tak się męczyła – Kristoan powtarzał to wiele razy. – Maria 

jest już dorosła, a Ane wystarczająco duża, by ci pomagać. Wszystkie obowiązki można tak 
porozdzielać, żebyś nie musiała pracować za trzech. 
 

Ale Elizabeth w ogóle nie chciała tego słuchać. 

 

Zrezygnowana, wpatrywała się w szarą bluzkę Liny. Całe wiadro mleka wylało się na 

podłogę, mleka, które było potrzebne do przygotowania posiłku. 
 

- Pomogę ci – powiedziała zmęczonym głosem i zebrała z podłogi mokre dywaniki. 

 

Lina wyprostowała się. 

background image

 

53

 

-  Dlaczego  Andreas  nie  może  pracować  tutaj  jako  parobek?  –  spytała.  –  Człowiek, 

którego załatwił Kristian, i tak się nie pojawił. 
 

- Już o tym rozmawiałyśmy. Sprawa jest zamknięta. Kristian… - nagle przerwała, bo 

zauważyła, że Lina wypatruje się coś ponad jej ramieniem. 
 

Odwróciła  się  i  zobaczyła  obcego  mężczyznę.  Wszedł  tak  cicho,  że  nawet  go  nie 

usłyszała.  Na  pewno  źle  bawił  się  moim  kosztem,  pomyślała.  Miał  ciemnoniebieskie, 
roześmiane  oczy  i  jasne,  kręcone  włosy.  Pomyślała,  że  pewnie  słońce  je  rozjaśniło.  Był 
wysoki  i  silny,  może  nawet  wyższy  od  Kristiana.  Rękawy  szarej  koszuli  podwinął  aż  za 
łokcie, odsłaniając opalone przedramiona. Miał na sobie  czarne spodnie z dużymi łatami na 
kolanach. 
 

Gdzieś już widziałam te oczy, przeszło jej przez myśl. 

 

Mężczyzna  zrobił  kilka  kroków  do  przodu  i  wyciągnął  rękę  na  powitanie.  Elizabeth 

zauważyła, że miał brudne paznokcie i mnóstwo drobnych ran na wierzchu dłoni. 
 

- Dzień dobry. Nazywam się Lars Lillejord. Kristian Dalsrud powiedział, że mogę tu 

dostać  prace  jako  parobek.  Jeśli  miejsce  jest  jeszcze  wolne  –  dodał  zawstydzony.  –  Moja 
matka zachorowała i umarła, stąd to spóźnienie.  Powinienem był was o tym poinformować, 
ale nie było to takie proste. 
 

Elizabeth doszła w końcu do siebie. 

 

- Dzień dobry , Lars. Praca jest twoja. Przykro mi z powodu twojej matki. nazywam 

się Elizabeth i jestem żoną Kristiana. 
 

- Tak też myślałem – odpowiedział, nie wdając się w szczegóły. 

 

Elizabeth domyśliła się, że Lars usłyszał jej rozmowę z Liną. Dlatego dodała szybko: 

 

- To jest Lina, jedna z moich służących. 

 

Lina dygnęła i wyciągnęła rękę na powitanie. 

 

- Usiądź, dam ci coś do jedzenia i picia. Długo do nas jechałeś? 

 

Lina  starła  szybko  resztki  mleka  z  podłogi  i  zabrała  się  za  przygotowanie  jedzenia  i 

kawy.  Od  czasu  do  czasu  zerkała  w  kierunku  przybysza,  ale  nic  nie  mówiła.  Elizabeth 
podtrzymywała rozmowę, nakrywając do stołu. Wiedziała, że Lina jest rozczarowana i jest jej 
przykro  z  powodu  Andreasa,  ale  Kristian  miał  rację,  mieli  teraz  wystarczająco  wielu 
pomocników do pracy przy sianokosach. 
 

- Ty też napij się kawy – powiedziała Elizabeth do Liny, gdy ta skończyła sprzątać. – 

Kristian i cała reszta powinni niedługo wrócić – mówiła dalej, zwracając się do Larsa – więc 
będziesz mógł ich poznać. Ale teraz powiedz coś o sobie. 
 

Mężczyzna nałożył sobie porządną porcję i uśmiechnął się. 

 

-  Hmm,  nie  wiem,  czy  jest  co  opowiadać.  Jak  już  wspomniałem,  właśnie  zmarła  mi 

matka.  Miała  problemy  z  brzuchem.  Nie  wiem  dokładnie,  co  jej  było,  bo  nie  mieliśmy 
pieniędzy na doktora, a zresztą ona nie chciała go wzywać. Mój ojciec utonął na morzu, gdy 
miałem  dziewięć  lat.  ponieważ  nie  miałem  więcej  rodzeństwa,  chcąc  nie  chcąc,  zostałem 
panem  domu  –  zaśmiał  się  sam  z  siebie,  ale  Elizabeth  wyczuła  w  jego  opowieści 
niewypowiedziany smutek i żal. Spojrzała na niego ze współczuciem. Łatwo było wyobrazić 
sobie  małego  chłopca,  który  wcześnie  stracił  ojca,  i  który  musiał  pracować  jako  dorosły 
mężczyzna.  To  takie  niesprawiedliwe,  pomyślała,  chociaż  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że 
podobny los spotyka wiele osób. Ale żeby dzieci miały takie ciężkie życie… 
 

-  Dobrze  mi  się  żyło  –  dodał  szubko  Lars.  Być  może  zauważył  zamyśloną  minę 

Elizabeth.  –  Jak  już  powiedziałem,  było  nas  tylko  dwoje:  matka  i  ja,  i  nasze  potrzeby  były 
niewielkie.  Matka  zadbała  również  o  to,  żeby,  poszedł  do  szkoły.  Często  powtarzała,  że 
wiedza dużo nie waży. 
 

Kawy  w  dzbanku  systematycznie  ubywało,  a  Lars  mówił  i  mówił.  Spokojnie 

opowiadał o swoim życiu, które nie różniło się zbytnio od życia innych biednych ludzi. Miał 

background image

 

54

trzydzieści  lat,  a  większą  część  życia  ciężko  przepracował.  „Dobrego  życia”,  podkreślił  i 
uśmiechnął się szeroko, pokazując dołki w policzkach. 
 

Elizabeth odwzajemniła uśmiech. Z miejsca polubiła tego parobka. Nagle zrozumiała, 

dlaczego Lars wydał jej się znajomy: jego oczy miały ten sam niebieski kolor, co oczy Jensa. 
Zrobiło jej się nieswojo. 
 

-  Dopilnuję,  żeby  posprzątano  i  umyto  chatę  dla  parobków  –  powiedziała,  wstając 

gwałtownie od stołu – żebyś mógł jak najszybciej tam zamieszkać. Przez ostatnie da, trzy lata 
służyła nam za magazyn. Zdziwiłbyś się, co można tam znaleźć. 
 

- To nie jest praca dla kobiet – powiedział Lars poważnym tonem. 

 

Elizabeth  spojrzała  na  niego  dwa  razy,  zanim  dotarło  do  niej,  że  rzeczywiście  tak 

myślał. 
 

- A kto miałby to zrobić? 

 

- Ja! A do tego czasu mogę spać w stodole na sianie. 

 

- Nie ma tam teraz wystarczająco dużo siana, żeby można było wygodnie na nim spać 

– wymamrotała Lina. – Większość zimą zjadły zwierzęta, 
 

- Nic nie szkodzi – odparł niczym niezrażony Lars. 

 

-  Idę  poszukać  Helene  i  Marii  -  zdecydowała  Lina  –  i  błyskawicznie  sprzątniemy 

chatę. 
 

Elizabeth  podążyła  wzrokiem  za  służąca,  która  zniknęła,  powiewając  jasnorudym 

warkoczem.  Na  szczęście  Lina  długo  się  gniewa  i  nie  chowa  urazy,  pomyślała  Elizabeth  z 
ulgą. 
 

Czuła,  że  Lars  jej  się  przygląda.  Gdy  spojrzała  mu  prosto  w  oczy,  nie  uciekł 

wzrokiem. Ale nie było w tym żadnego flirtu, tylko zwykła, ludzka ciekawość. 
 

- Jest pani inna niż gospodynie, które wcześniej spotkałem – powiedział. 

 

Elizabeth zaśmiała się. 

 

- Uważaj, bo ci uwierzę! 

 

Zaczęła  sprzątać  ze  stołu.  Pomyślała,  że  gdyby  siedzieli  tak  nieco  dłużej, 

opowiedziałby  mu  o  Jensie.  Ale  na  to  było  za  wcześnie.  Przecież  dopiero  co  się  poznali. 
Mimochodem spojrzała przez okno. Lina, Helene i Maria właśnie zaczęły sprzątać chatę. Za 
to nigdzie nie było widać Ane i Kristiana. 
 

- Chcesz, żebym oprowadziła cię po gospodarstwie? – spytała. 

 

Lars natychmiast wstał, podziękował za posiłek i puścił ją przodem. 

 

- Tutaj jest salon – wyjaśniła Elizabeth i wskazała ręką. 

 

Ogarnął  pokój  spojrzeniem.  Skóra  niedźwiedzia  na  podłodze,  grube  dywany  i 

obciągnięte aksamitem meble. Zatrzymał wzrok na starym fortepianie stołowym. 
 

- Jeszcze nie nauczyłam się grać – rzuciła pospiesznie Elizabeth. – Ale zdarza się, że 

Kristian gra w święta Bożego Narodzenia. Bo właśnie tutaj wszyscy obchodzimy święta. 
 

Lars spojrzał na nią pytająco. 

 

- Służba też? 

 

Kiwnęła potakująco głową i ruszyli dalej. 

 

-A tu jest jadalnia.  Zwykle jadamy  w kuchni, ale z okazji świat spotykamy się tutaj. 

Służba także – dodała. 
 

- rzeczywiście: jedna w swoim rodzaju – wyszeptał, gdy poszli dalej. 

 

Na  zewnątrz  Lars  przywitał  się  z  pozostałymi  dziewczętami  i  wszystkim  po  kolei 

uścisnął dłonie. Maria była ostatnia. 
 

- Mam na imię Maria i jestem siostrą Elizabeth. 

 

Lars spojrzał zdezorientowany na Elizabeth. 

 

-  To  długa  historia  –  rzuciła  szybko.  –  Najpierw  zmarła  nasza  mama,  a  potem  tata. 

Maria była wtedy bardzo mała, więc oczywiście ja przejęłam opiekę nad nią. 
 

- Rozumiem – przytaknął. 

background image

 

55

 

-  Elizabeth,  chciałabym  z  tobą  porozmawiać  –  powiedziała  Maria,  wyraźnie 

podekscytowana. – Sam na sam. chodzi i list od Olava. 
 

- Później. Teraz muszę się zając wieloma sprawami. 

 

Maria  zacisnęła  usta,  ale  nic  więcej  nie  powiedziała.  Elizabeth  westchnęła  w  głębi 

duszy. Czasami czuła, że na wszystko brakuje jej czasu. Ale list mógł chyba trochę poczekać? 
To nie była raczej sprawa życia i śmierci – prawdopodobnie Olav napisał Marii coś miłego, 
czym siostra chciała się z nią podzielić. 
 

- Widziałyście może Kristiana i Ane? – spytała. 

 

Dziewczęta  pokiwały  przecząco  głowami,  więc  Elizabeth  i  Lars  skierowali  się  ku 

oborze. 
 

-Ane to nasza córka – wyjaśniła Elizabeth. 

 

Lars skinął głową. 

 

- Piękne zwierzęta – powiedział i zbliżył się ostrożnie do czarnego ogiera. 

 

Elizabeth  obserwowała  go  w  milczeniu.  Patrzyła,  jak  unikał  wzroku  wielkiego 

zwierzęcia  i  pozwolił  mu  się  obwąchać,  zanim  ostrożnie  podniósł  rękę  i  pogłaskał  go 
delikatnie po szyi. 
 

- Umiesz obchodzić się ze zwierzętami – zauważyła. – Nie wszyscy to potrafią. 

 

- Wydaje mi się, że z tym trzeba się urodzić – odpowiedział. – Nie da się oswoić konia 

siła, jest na to za duży i za silny. Trzeba zdobyć jego zaufanie i je odwzajemnić. 
 

- Ty i Ane na pewno przypadniecie sobie do gustu – wymknęło jej się. 

 

Lars spojrzał na nią, nie przestając głaskać konia. 

 

-  Ona  od  zawsze  kochała  zwierzęta  –  wyjaśniła.  –  Od  maleńkości  umiała  się  z  nimi 

porozumiewać. 
 

W tej samej chwili otworzyły się drzwi i duża, ciemna sylwetka wypełniła cały otwór. 

Ostre światło oślepiło na chwilę Elizabeth, więc nie widziała, kto przyszedł. 
 

-  Dzień  dobry!  –  głos  należał  do  Kristiana.  –  Służąca  powiedziała  mi,  że  tutaj  was 

znajdę – powiedział. Wszedł do środka i podał Larowi dłoń na powitanie. 
 

Parobek  natychmiast  ją  uścisnął,  po  czym  mężczyźni  wymienili  swoje  imiona. 

Elizabeth  poczuła  się  niezręcznie.  To  było  zadanie  Kristiana.  To  on  powinien  oprowadzać 
nowego parobka po gospodarstwie. 
 

-  Nie  mogłam  cię  znaleźć  –  wyjaśniła  szybko  i  odchrząknęła.  –  I  dlatego  zaczęłam 

pokazywać  Larsowi  gospodarstwo.  Doszliśmy  tylko  do  obory,  więc  możesz  pokazać  mu 
resztę. 
 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  brzmiało  to  prawie  tak,  jakby  go  za  to  przepraszała. 

Zirytowana odrzuciła głowę do tyłu. To nie jej wina, że Kristian nie powiedział, dokąd idzie! 
 

Zrobiło się cicho. W końcu Lars odchrząknął, przerywając milczenie. 

 

-  Prosiłem  już  pana  żonę  o  wybaczenie,  że  nie  zjawiłem  się  wcześniej.  Moja  matka 

ciężko zachorowała i niedługo potem zmarła, i dlatego nie mogłem się stawić na czas. 
 

Kristian skinął głową. 

 

-  Moje  kondolencje  –  powiedział  i  schował  ręce  do  kieszeni.  –  No,  to  teraz  może 

wszystko ci pokażę i przydzielę obowiązki? 
 

Lars uśmiechnął się od ucha do ucha. 

 

-  Nie  mogę  się  już  doczekać,  kiedy  zacznę  prace.  Macie  państwo  ogromnie  i  dobrze 

utrzymane gospodarstwo. Nie każdy mieszka w pomalowanym na biało domu. A widzę, że i 
pozostałe budynki są w doskonałym stanie. 
 

Elizabeth widziała, że Kristian pęcznieje z dumy, słysząc te pochwały. Poczuła ulgę. 

 

-  A  więc  tutaj  jesteście?  –  Ane  niespodziewanie  pojawiła  się  w  drzwiach.  –  Byłam 

razem z tatą – Kristianem i wymieniałam sieci – zamilkła zawstydzona, gdy zobaczyła Larsa, 
następnie  dygnęła  głęboko  u  wyciągnęła  drobną,  niezbyt  czystą  dłoń.  –  Dzień  dobry. 
Nazywam się Ane- Elise – uśmiechnęła się. 

background image

 

56

 

Elizabeth  domyśliła  się,  że  Ane  i  Kristian  dobrze  się  bawili  –  na  szarej  sukience 

dziewczynki  widać  było  ciemne  plamy,  jeden  warkocz  uwolnił  się  prawie  całkiem  od 
jedwabnej wstążki, a pończochy zjawiły się wokół jej kostek, przypominając obwarzanki. 
 

W głosie Larsa słychać było śmiech: 

 

- A więc to ty jesteś córką gospodarzy? Słyszałem, że znasz się na zwierzętach. 

 

Elizabeth  czuła  na  sobie  wzrok  Kristiana,  ale  nawet  na  niego  nie  spojrzała.  Lars  był 

wyjątkowo przystojny i prawdopodobnie to wzbudzało zazdrość jej męża. 
 

Ane  z  zapałem  opowiadała  o  zwierzętach  w  gospodarstwie,  dopóki  Kristian  jej  nie 

przerwał. 
 

- Wydaje mi się, że najwyższy spojrzeniem sukienkę. Przytaknęła zawstydzona i czym 

prędzej wybiegła z obory. 
 

- Urocza osóbka – powiedział Lars. – I nazywa pana „tatą-Kristianem:. 

 

Elizabeth  zauważyła,  że  spojrzeniem  Kristiana  ciemnieje  i  pospieszyła  z 

wyjaśnieniem: 
 

- Mówiła tak, gdy była mała i to jej zostało do dziś. 

 

Już  miała  dodać,  że  Ane  jest  jej  córką  z  poprzedniego  małżeństwa,  gdy  Lars 

powiedział: 
 

- Ale pokrewieństwo widać na dłoni. Ma taki sam układ zębów jak jej ojciec. 

 

Elizabeth  czuła  coraz  większe  napięcie.  Na  chwilę  słowa  ugrzęzły  jej  w  gardle. 

Przerażona, przełknęła ślinę i znowu odzyskała mowę. 
 

- To po mojej matce – powiedziała i wzięła głęboki oddech. –  Idźcie obejrzeć resztę 

gospodarstwa? W takim razie ja wracam do swoich zajęć. 
 

Odwróciła  się  i  z  pospiechem  ruszyła  w  stronę  domu.  Wiedziała,  że  Kristian  szybko 

dojdzie di siebie i ani jednym słowem nie wspomni o tym, co się stało. ale wiedziała też, że 
jego zazdrość była wadą, z która musiała nauczyć się żyć. Poza tym Kristian wciąż miał jej za 
złe  sytuację  związaną  z  Ane,  chociaż  nigdy  o  tym  nie  mówił.  W  milczeniu  zwróciła  się  z 
prośbą do Boga, żeby jej małą córeczkę otoczył szczególną opieką. 
 
Rozdział 12 
 
 

Koń  wjechał  wolno  na  podwórze.  Ludzie  i  zwierzęta  mieli  za  sobą  długi  dzień,  ale 

zwieziono właśnie ostatni wóz siana i tegoroczne sianokosy dobiegły końca. Był to nerwowy 
i niepewny okres. Zdarzało się, że wieczorem, gdy myśleli, że mogą już odpocząć po ciężkiej 
pracy,  niebo  chmurzyło  się  niespodziewanie  i  musieli  wracać  na  pile,  żeby  ratować  suche 
siano. Wszystko było w rękach Boga. Jeśli zbiory będą pomyślne i pogoda dopisze, wykarmią 
wszystkie zwierzęta przez zimę i żadne nie trafi pod nóż. 
 

Elizabeth  zmrużyła  oczy,  patrząc  na  niebo.  ciemne  chmury  czaiły  się  nad  górami. 

Prawdopodobnie w nocy spadnie deszcz. Chwała Bogu, że zdążyliśmy zwieść siano na czas, 
pomyślała. 
 

Kristian  zachował  się  dokładnie  tak,  jak  przewidziała.  Słowem  nie  wspomniał  o 

incydencie w oborze, a wobec Ane był miły i uprzejmy. Jeśli Lars coś zauważył, zachowywał 
się tak, jak gdyby nic się nie stało. zupełnie naturalnie przyłączył się do pracy gospodarstwie i 
dobrze odnajdywał się w nowej roli. Kristian nie miał mu nic do zarzucenia i wyglądało na to, 
ż

e mężczyźni dobrze się ze sobą dogadują. 

 

Elizabeth  wsunęła  rękę  pod  bluzkę,  próbując  usunąć  z  pleców  kłujące  źdźbła.  Nie 

mogła doczekać się nadejścia wieczoru i porządnej kąpieli. 
 

Wóz  już  prawie  wtoczył  się  na  podwórze.  Kristian  i  Lars  szli  po  obu  stronach,  a  za 

nimi podążało wielu chłopów. 
 

-  Idź  do  domu  i  szykuj  posiłek  –  zawołała  do  Liny.  –  Wszyscy  muszą  się  najeść  – 

dodała. 

background image

 

57

 

Po  chwili  podeszła  do  niej  Maria.  W  jej  brązowy  warkocz  zwisający  na  piersi  wbiło 

się całe mnóstwo źdźbeł. Elizabeth uśmiechnęła się do niej z miłością i zaczęła jej wyciągać. 
Siostra nie zawsze dbała o fryzurę. Zazwyczaj tylko wtedy, kiedy musiała się ładnie ubrać. 
 

Maria  włożyła  do  ust  kilka  łodyżek  trawy  i  zaczęła  je  żuć.  Nawyk  pozostał  jej  z 

czasów dzieciństwa. 
 

- O czym myślisz? – spytała Elizabeth. 

 

- A masz czas, żeby mnie wysłuchać? 

 

- Oczywiście, że mam. 

 

Od razu wiedziała, co siostra ma na myśli. Ostatnio zbyt często odpychała ją od siebie, 

tak bardzo była zapracowana. – Wybacz mi, Maryjko – poprosiła cicho. – Powiedz mu, co ci 
leży na sercu. Chętnie cię wysłucham. 
 

Maria śledziła wzrokiem wóz z sianem. Dojechali już na miejsce i teraz  ustalali, kto 

pójdzie do stodoły ugniatać siano, a kto będzie je podawać do środka.. 
 

Siostra utkwiła wzrok w Elizabeth, szczerze i bez lęku, tak jak zawsze. 

 

-  Dostałam  list  od  Olava,  jak  już  ci  wspomniałam,  pisze,  ze  ma  dla  mnie 

niespodziankę. 
 

Elizabeth  pamiętała  o  liście,  ale  za  każdym  razem  odsuwała  rozmowę  z  siostrą  na 

później.  Zawsze  coś  stało  na  przeszkodzie.  Tymczasem  teraz  Elizabeth  poczuła  narastający 
niepokój. Przez moment zapragnęła, by Maria o niczym jej nie mówiła, chociaż wiedziała, że 
przemawia przez nią zwykłe tchórzostwo. 
 

- A powiedział, co to za niespodzianka? 

 

Maria kiwnęła potakująco głową. 

 

-  Tak,  napisał  coś  takiego:  :Mogę  zdradzić  tylko  tyle,  że  chodzi  o  pierścionek  ze 

złota”. Jak myślisz, co to znaczy? 
 

Elizabeth przeraziła się. 

 

- Zaręczyny – szepnęła wbrew własnej woli i zaraz pożałowała, że nazwała rzecz po 

imieniu. 
 

Maria znowu przytaknęła, tym razem z entuzjazmem. 

 

-  Tak  właśnie  podejrzewałam!  –  jej  oczy  błyszczały.  –  Napisał,  że  wyjawi  swoje 

zamiary jutro na przyjęciu u Dorte i Jakoba. Poza tym nie napisał nic nowego. To była tylko 
taka krótka wiadomość. 
 

Elizabeth poczuła złość. Dlaczego Olav nie przygotował na to jej i Kristiana? A co z 

Dorte i Jakobem? Dlaczego chce czekać aż do jutra z wyjawieniem tajemnicy? 
 

- O co chodzi? – spytała Maria. – Wyglądasz jakbyś była zła. Nie cieszysz się, że Olav 

chce się ze mną ożenić? 
 

Elizabeth szukała odpowiednich słów. Zaręczyny Marii i Olava, czy to w ogóle było 

możliwe? Jej wzrok ślizgał się po żółtych polach, na których leżały już zeschłe łodyżki traw. 
W niektórych miejscach widać było małe kępki szczawiu. 
 

Pozostali  siedzieli  na  wozie,  a  wśród  nich  Ane,  której  głowa  wystawała  z  siana  na 

samym środku kopy. Ileż to razy Elizabeth zabraniała córce siadania na sianie, gdy wóz był 
pełen? Gdyby się przewrócił, mogłaby się zabić.  
 

- Masz dopiero szesnaście lat – powiedziała Elizabeth i spojrzała na siostrę. 

 

- Olav ma osiemnaście. 

 

- To niczego nie zmienia. I tak jesteś za młoda, żeby wychodzić za mąż. 

 

- Na razie nie było mowy o wychodzeniu za mąż, ale o wymianie pierścionków, żeby 

pokazać innym, że jesteśmy sobie przeznaczeni. 
 

Elizabeth westchnęła. Gdy Maria zachowywała się w ten sposób, nic nie było w stanie 

jej przekonać. Właściwie to dobrze, że potrafi bronić własnego zdania, pomyślała Elizabeth. 
Ale czasami jej upór ma również złe strony. Zwłaszcza teraz. 
 

- W takim razie nie spieszcie się tak bardzo z tymi pierścionkami – powiedziała. 

background image

 

58

 

- I to mówi osoba, która wyszła za mąż, zanim skończyła siedemnaście lat! 

 

-  I  byłam  zbyt  młoda!  –  wyuchnęła  Elizabeth  i  poczuła  ucisk  w  piersiach.  To 

niepodobne do Marii, żeby wytaczać takie argumenty. To było niesprawiedliwe i krzywdzące. 
 

- A czy to coś zmienia? 

 

Elizabeth zabrakło słów. Nie mogła powiedzieć siostrze, że Ane przyszła na świat w 

wyniku  gwałtu i że małżeństwo miało chronić nienarodzone dziecko przed ludzką obmową. 
Ani  o  tym,  że  Jens  oświadczył  się  nie  tylko  z  miłości,  ale  także  kierował  się  współczuciem 
wobec niej i dziecka. Dziecka jej i Jensa, jak zwykli byli mówić. 
 

Tym razem ostatnie słowo należało do Marii, która odwróciła się na pięcie i odeszła. 

Brązowy,  sięgający  bioder  warkocz  tańczył  na  jej  plecach,,  gdy  maszerowała  w  stronę 
stodoły. Chwilę później podjęła decyzję, co do tego nie było żadnych wątpliwości. 
 

Nagle ogarnęła ją złość z powodu tego, co powiedziała. Może powinna była zachować 

się  łagodniej  i  rozważniej?  Wypytać  siostrę  o  szczegóły,  delikatnie  przekonać,  że  z 
zaręczynami można poczekać jeszcze rok lub dwa? Albo przynajmniej do czasu aż zapełni się 
skrzynia z wianem? Milcząc, można czasem wyrazić najwięcej, pomyślała. Ale teraz było już 
za późno, żeby zrobić cokolwiek w tej sprawie. Trzeba będzie znaleźć odpowiedni moment. 
Poza tym czekała na nią praca. 
 

Wydawało  się,  że  Maria  przez  resztę  dnia  robiła  wszystko,  żeby  jej  nie  spotkać. 

Elizabeth przemknęło przez myśl, że może tak jej się tylko wydawało,  Bi przecież wszyscy 
mieli ręce pełne roboty, a poza tym przez cały czas otoczone były ludźmi i nie miały okazji, 
ż

eby porozmawiać w cztery oczy. 

 

Wszyscy byli spoceni i zgrzani po ciężkiej pracy, ale służące i Lars musieli poczekać z 

kąpielą do następnego dnia. Chociaż jak najbardziej na nią zasłużyli, trzeba by było nanieść 
zbyt dużo torfu i drewna, żeby wszyscy mogli się wykąpać. 
 

Lina  odciągnęła  Helene  na  bok  i  zaproponowała  wspólną  kąpiel  w  leśnym  stawie. 

Woda nie była zbyt zimna i nikt nie mógł ich tam zobaczyć. Helene nie wahała się ani przez 
chwilę i kobiety ze śmiechem pobiegły do lasu. 
 

Elizabeth    nosiła  wodę,  aż  rozbolały  ją  plecy  i  ramiona.  Na  rogu  stołu  leżały  czyste 

ubrania,  ręcznik  i  pachnące  mydło,  którego  używa  tylko  w  wyjątkowych  sytuacjach.  Mydło 
przysłała  jej  kuzynka  Kristiana  z  Bergen.  Elizabeth  szybko  zrzuciła  z  siebie  ubrania  i 
ostrożnie  włożyła  jedną  stopę  do  ciepłej  wody.  Wzdychając  z  rozkoszy,  zanurzyła  się  w 
wielkie  balii.  Czuła,  jak  jej  ciało  powoli  się  odpręża,  a  sztywne  mięśnie  rozluźniają  po 
całodniowym wysiłku, 
 

Jej myśli znowu zaczęły krążyć wokół Marii i Olava. Co powie, jeśli Olav ogłosi jutro 

zaręczyny?  Jak  Kristian  na  to  zareaguje?  Może  lepiej  go  uprzedzić?  Wpatrywała  się 
nieświadomie  w  część  pomieszczenia,  która  rozświetlało  delikatne  światło  padające  z  małej 
lampki wiszącej na ścianie. 
 

-  Nie,  lepiej  z  tym  zaczekać.  Bez  względu  na  wszystko,  o  rychłym  ślubie  i  tak  nie 

mogło  być  mowy.  Ale  co  się  stanie,  jeśli  Maria  zajdzie  w  ciąże,  zanim  dorosną  do 
małżeństwa? 
 

-  Ciocia  Elizabeth  –  powiedziała  do  siebie,  żeby  sprawdzić,  jak  to  brzmi.  Ale  zaraz 

potrząsnęła głową. – Nie, Maria jest na to za młoda. Małżeństwo może poczekać. 
Zresztą, po co mieliby aż tak się spieszyć? Przecież mają całe życie przed sobą. 
 

Usiadła  w  balii,  zmoczyła  włosy  i  zaczęła  je  namydlać.  Mydło  pachniało  różami  i 

perfumami.  Gdy  włosy  były  porządnie  umyte,  zabrała  się  za  ich  spłukiwanie,  czego  bardzo 
nie lubiła. Na szczęście miała wystarczająco duo ciepłej wody. Właściwie miała jej za dużo i 
ż

ałowała, ze bezmyślnie pozwoliła sobie na takie marnotrawstwo. Postanowiła, że wypłucze 

ubrania i w ten praktyczny sposób wykorzysta nadmiar wody. 
 

Trzy  krótkie  uderzenia  w  drzwi  potwornie  ją  przeraziły.  Błyskawiczne  spojrzenie  na 

drzwi przekonało ją, że skobel był na swoim miejscu. Odetchnęła z ulga. 

background image

 

59

 

-  Kto  tam?  –  zapytała,  ale  nie  dostała  żadnej  odpowiedzi.  Czyżby  tylko  jej  się 

zdawało? Wstrzymała oddech i czekała. Nic się jednak nie wydarzyło, więc powoli wypuściła 
powietrze. Wtedy znowu usłyszała pukanie, tym razem mocniejsze. 
 

-Czego chcesz? Siedzę w balii – zawołała. 

 

I tym razem nie było żadnej odpowiedzi. Ciarki przeszły jej po plecach. Natychmiast 

pożałowała swoich słów. Niepotrzebnie mówiła, że się kąpie. Wyskoczyła z balii i wytarła się 
kilkoma  energicznymi  ruchami.  Naciągnęła  pończochy  na  jeszcze  wilgotne  stopy  i  włożyła 
rozcinane majtki. Pomyślała, ze to dosyć dziwna nazwa, ale w końcu majtki nie były szyte w 
kroku. 
 

Zaraz potem nałożyła spódnicę i koszulę. Mokre włosy związała w węzeł, który spadał 

na jej plecy. Podeszła do drzwi i odsunęła skobel. 
 

Zanim otworzyła drzwi, wzięła do ręki pogrzebacz. 

Trzymając  go,  czuła  się  bezpieczniej.  Ostrożnie  wysunęła  głowę.  Podwórze  oświetlone 
wieczornym  słońcem  wypełniał  spokój.  Na  kalenicy  obory  siedział  mały  ptaszek  i  ćwierkał 
wesoło,  a  wysoko  na  wzgórzach  beczały  owce.  Elizabeth  otworzyła  drzwi  jeszcze  szerzej  i 
wyszła na podest. 
 

- Przepraszam! 

 

Wzdrygnęła się na dźwięk słabiutkiego głosi dochodzącego zza rogu. 

 

-  o  nie,  to  ty,  Christem,  przychodzisz  w  odwiedziny?  –  schowała  pogrzebacz  za 

plecami  i  drugą  ręką  pogłaskała  chłopca  łagodnie  po  brudnym  policzku.  Zauważyła,  że 
trzymał kurczowo kawałek chleba. 
 

- Miałem straszną ochotę, żeby się z tobą spotkać – wymamrotał i ugryzł kawałek. – 

Ane dała mi kromkę chleba – wyjaśnił, wyciągając chleb przed siebie. – Z cukrem! Ane jest 
taka miła jak ty. 
 

-  Wejdź  do  środka.  Muszę  jeszcze  rozczesać  włosy  –  powiedziała  i  dyskretnie 

odłożyła pogrzebacz na miejsce. Christem nic nie zauważył. 
 

- A więc tęskniłeś za mną – zagadnęła chłopca, czesząc o zaplatając mokre włosy. – Ja 

też za tobą tęskniłam, nie widziałam cię przecież od zimy. Co robiłeś przez cały ten czas? 
 

-  Pracowało  się  to  tu,  to  tam  –  odpowiedział  po  męsku.  –  No  i  musiałem  pomagać 

tacie, bo on już nie może chodzić. 
 

Utkwił wzrok w drewnianej balii stojącej na środku podłogi. 

 

- Ładnie pachnie – powiedział. – Kwiatami. 

 

- Masz ochotę na kąpiel? 

 

Przytaknął,  energicznie  kiwając  głową,  i  wepchnął  do  ust  resztkę  chleba.  Elizabeth 

wylała wodę, w której się kąpała i wlała świeżą. 
 

- W takim razie rozbierz się i wskakuj do wody, a ja przyniosę ci czyste ubranie. 

 

Poszła do tkalni, gdzie przechowywała rzeczy, które były już za małe albo wymagały 

naprawy. Nie było tam odpowiednich spodni, więc Christem będzie musiał dalej nosić swoje 
własne,  ale  znalazła  bieliznę  i  koszulę  dla  chłopca.  Zabrała  czysty  ręcznik  i  pobiegła  z 
powrotem. 
 

Christem  siedział  skurczony  z  podciągniętymi  kolanami.  Elizabeth  pomyślała,  że 

nagle wydał jej się znacznie mniejszy niż jeszcze parę minut temu. 
 

- Proszę! – powiedziała, podając mu mydło. – Umyj się mydłem kwiatowym. 

 

Chłopiec ostrożnie wziął mydło do ręki i zaczął się myć. Elizabeth pomogła mu umyć 

włosy i pozwoliła siedzieć w wodzie, Az ta zupełnie wystygła. 
 

- Już czas, żebyś wyszedł i wytarł się do sucha – powiedziała w końcu. – Rodzice będą 

się o ciebie martwić, jeśli długo nie będziesz wracał. 
 

Christem  chętnie  dał  się  owinąć  w  wielkim  ręcznikiem.  Elizabeth  wyciągnęła  go  z 

wody i posadziła sobie na kolanach. 

background image

 

60

 

- Kiedyś mama bała się o mnie, jak długo nie wracałem, ale teraz jest taka zmęczona, 

ż

e prawie tego nie zauważa – powiedział chłopiec. 

 

Zabrzmiało  to  tak  prosto  i  szczerze,  że  Elizabeth  poczuła  ucisk  w  piersiach. 

Wystarczyło, że Ane wracała dłużej niż zwykle ze szkoły, a ona już była o nią niespokojna. 
Wycierała  jego  jasne  włosy  ręcznikiem,  Az  całkiem  wyschły.  Teraz  sterczały  mu  na 
wszystkie chude ciałko chłopca do siebie, wdychając zapach jego świeżo umytych włosów.  
 

Ż

ałuję,  że  nie  mogę  go  tutaj  zatrzymać.  Mógłby  się  wtedy  kąpać  i  najadać  do  syta 

każdego dnia, pomyślała. 
 

-  Jestem  już  chyba  suchy  –  powiedział  Christem  i  wyślizgnął  się  z  jej  objęć.  Zgiął 

palce i uczesał się nimi jak grzebieniem. – ładnie teraz wyglądam? 
 

-  Jak  mały  aniołek  –  Elizabeth  podała  ma  ubranie.  –  Ubierz  się  w  to,  które  ci 

przyniosłam,  a  tamto  zostaw  mi  do  prania.  Wpadnij  znowu  któregoś  dnia,  to  je  sobie 
odbierzesz. 
 

Przytaknął zadowolony i zrobił, jak mu kazała. 

 

Elizabeth stała w drzwiach i patrzyła za nim, gdy biegł do domu. W końcu zamknęła 

za  sobą  drzwi  i  ruszyła  przez  podwórze  do  kuchni.  Postanowiła,  że  później  po  sobie 
posprząta. Teraz musiała porozmawiać z Marią. Ta sprawa nie mogła dłużej czekać. 
 

Siostra siedziała na łóżku i rozczesywała mokre włosy. Na środku podłogi stała balia. 

Maria nawet nie podniosła wzroku, gdy siostra weszła do pokoju. Elizabeth poczuła się trochę 
nieswojo, ale mimo to wzięła głęboki oddech i zapytała: 
 

- Pomóc ci? 

 

Maria odłożyła grzebień i skinęła głową. 

 

- Jeśli chcesz. 

 

- Pamiętasz czasy, gdy byłaś mała? Wtedy zawsze układałam ci włosy – powiedziała 

Elizabeth. 
 

- To było, zanim wyszłaś za Jensa i przeprowadziłaś się do Dalen. Pamiętam, że gdy 

sama zaczęła, układać sobie włosy, uznała, że jestem już prawie dorosła – odpowiedziała ze 
ś

miechem. 

 

-  Przepraszam,  że  poświęciłam  ci  dzisiaj  tak  mało  czasu  –  Elizabeth  powiedziała 

jednym tchem. 
 

- To ja powinnam cię przeprosić. Nie miałam prawa mówić do ciebie w ten sposób. 

 

- No to jesteśmy kwita. 

 

Elizabeth przygryzła wargę, przygotowując się do nowej przemowy o tym, że Maria i 

Olav  powinni  zaczekać  z  pierścionkami,  ale  nie  była  w  stanie  nic  powiedzieć.  Czasem  tal 
trudno znaleźć odpowiednie słowa, pomyślała. 
 

Maria  wstała,  podeszła  do  komody  i  zaczęła  przestawiać  stojące  na  niej  przedmioty. 

Elizabeth przyglądała się złamanemu paznokciowi. Mogłaby pożyczyć od Marii nożyczki, ale 
dała sobie z tym spokój. 
 

- Dobrze się zastanów, co jutro na siebie włożysz – powiedziała nieoczekiwanie. – To 

będzie ważny dzień. 
 

Przy  komodzie  zrobiło  się  cicho.  Elizabeth  podniosła  wzrok  i  spojrzała  na  siostrę. 

Oczy Marii napełniły się łzami. Musiała kilka razy zamrugać powiekami, zanim była w stanie 
cokolwiek powiedzieć. 
 

- Dziękuję, że jesteś moją siostrą! 

 

Do  Elizabeth  powoli  dotarło,  co  zrobiła.  Nie  chciała,  żeby  Maria  tak  to  odebrała, 

wcale nie zamierzała pozwolić jej na zaręczyny. Chciała jedynie… Nagle uświadomiła sobie, 
ż

e właściwie nie wiedziała, co tak naprawdę chciała siostrze powiedzieć. 

 
 

Elizabeth  obudziła  się  gwałtownie  i  spojrzała  w  ciemność  wypełniającą  pokój.  co  ją 

obudziło? Sen? Nie, nie pamiętała żadnego snu. Może hałas? Ale w domu było cicho. Jedynie 

background image

 

61

dźwięki,  które  słyszała,  dochodziły  z  zewnątrz  i  był  to  odgłos  wyjącego  wiatru  i  deszczu 
uderzającego o szyby okien. Może właśnie to ją obudziło? 
 

Czuła,  że  zaschło  jej  w  gardle,  więc  sięgnęła  po  szklankę  wody  stojącą  na  stoliku 

nocnym. W pokoju panował chłód. Wypiła szybko kilka łyków, naciągnęła kołdrę na ramiona 
i położyła się na boku, czekając na sen. 
 

Nagle  usłyszała  dźwięk.  natychmiast  zrobiła  się  czujna.  Nie  mając  pewności,  czy  to, 

usłyszała,  było  skrzypieniem  drzwi,  czy  trzeszczeniem  desek  w  podłodze,  leżała  i 
nasłuchiwała.  Wzięła  kilka  płytkich  i  bezgłośnych  wdechów,  zanim  cichutko  wypuściła 
powietrze  z  płuc.  Nic.  Cisza.  A  więc  jednak  jej  się  zdawało.  Może  to  było  stare  drzewo, 
uginając się pod naporem wiatru? 
 

I  wtedy  znowu  to  usłyszała.  Tym  razem  na  pewno  się  nie  myliła  –  ktoś  tam  był! 

Słyszała wyraźnie, że ktoś szura nogami. Serce biło jej tak, jakby miało wyskoczyć z piersi. 
Przysunęła się bliżej do Kristiana, który odwrócił się i zaczął mamrotać coś przez sen. Kroki 
nagle ucichły. Elizabeth wstrzymała oddech. Czekała. Po chwili Kristian się uspokoił, a jego 
oddech stał się miarowy, 
 

Znowu słychac było kroki. Szu, szur, szur – zupełnie jakby ktoś ciągnął podeszwy po 

deskach  podłogi.  Elizabeth  poczuła  ciarki  na  plecach.  Może  powinna  obudzić  Kristiana? 
Zerknęła na męża. Nie, lepiej nie. Kristian spyta na głos: „co się dzieje?” i ten ktoś zdążyły 
zniknąć, zanim wyjdą z łóżka. 
 

Od kilku miesięcy nie działo się nic niezwykłego. Minęło już tyle czasu, że Elizabeth 

zapomniała  o  incydentach  z  krowami  i  krzesłami.  Ostrożnie  odsunęła  kołdrę  i  sięgnęła  po 
rozpinany sweter. Żeby szczękały jej z zimna. 
 

Bezszelestnie otworzyła drzwi i rozejrzała się. pusto. Odetchnęła z ulgą i ruszyła dalej. 

Zatrzymała  się  przy  pokoju  Marii  i  Ane  i  zajrzała  do  środka.  Dziewczęta  spały  spokojnie. 
Zamknęła  cicho  drzwi  i  poszła  w  kierunku  schodów.  Wiedziała,  które  stopnie  trzeszczą  i 
zręcznie je omijała. W końcu dotarła na sam dół. 
 

Drzwi wejściowe! – pomyślała i naciągnęła klamkę, ale drzwi były zamknięte. Rzuciła 

krótkie spojrzenie w głąb salonu. W tej samej chwili zegar wybił dwanaście razy. Elizabeth 
wzdrygnęła się . zawstydzona, że tak łatwo ją wystraszyć, zebrała się na odwagę i sprawdziła, 
czy okna są zamknięte, a wszystkie haczyki na swoim miejscu. 
 

Serce  powoli  uspokajało  się.  może  rzeczywiście  tylko  jej  się  zdawało?  W  każdym 

razie nikt nie włamał się do ich domu – tego mogła być pewna. Zatrzymała się przy drzwiach 
do kuchni. Po chwili wahania zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę i weszła do środka. 
Cisza. 
 

Chociaż wiedziała, że okna są zamknięte, podeszła do nich i wyjrzała na zewnątrz. Po 

szybach  spływały  strugi  deszczu.  Powietrze  przeszyła  błyskawica,  oświetlając  podwórze. 
Elizabeth przestraszyła się i odskoczyła do tyłu. Żeby tylko piorun nie uderzył w budynki! 
 

Odwróciła  się,  żeby  wrócić  na  górę,  gdy  nagle  wydała  zduszony  okrzyk.  Tuż  za  nią 

stała  Helene.  Patrzyła  przed  siebie  pustym  wzrokiem,  a  jej  ramiona  zwisały  luźno  wzdłuż 
boków. Milczała. Elizabeth przyłożyła rękę do piersi i poczuła, jak serce wali jej młotem. 
 

- Ale mnie przestraszyłaś! – szepnęła, nie mogąc złapać tchu. 

 

Nagle rozległ się grzmot i przetoczył przez niebo niczym potężne kamienie. 

 

-  Helene?  –  spytała  niepewnie  i  poczuła,  że  włosy  jeżą  jej  się  na  karku.  –  Dlaczego 

jesteś taka… dziwna? 
 

Helene  nie  odpowiedziała  ani  nie  poruszyła  się.  jej  pusty  wzrok  mógł  budzić 

przerażenie. 
 

- Nie zachowuj się tak – prosiła Elizabeth. – Przestań, wyglądasz okropnie! 

 

Helene  nadal  nie  odpowiedziała,  ale  powoli  zaczęła  się  przemieszczać  w  kierunku 

Elizabeth, która w końcu zrozumiała: przyjaciółka chodzi we śnie. Ostrożnie chwyciła ją pod 
ramię i zaczęła prowadzić przez kuchnię do jej pokoju. Helene bezwolnie podążała za nią. 

background image

 

62

 

- A teraz połóż się – wyszeptała Elizabeth. Posadziła Helene na brzegu łóżka i uniosła 

jej  nogi  na  ,materac.  Helene  ułożyła  się  wygodnie  na  boku.  Elizabeth  starannie  okryła  ją 
kołdrą, tak jak to robiła z Ane. 
 

- Dobranoc – powiedziała i pogłaskała Helene po policzku. 

 

Przyjaciółka zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i spała dalej. 

 

Wchodząc po schodach, Elizabeth uśmiechała się sama do siebie. Gdy wślizgnęła się 

pod kołdrę, Kristian przebudził się na chwilę. 
 

- Gdzie byłaś? – spytał sennym głosem i przyciągnął ją do siebie. – Jesteś lodowata! 

 

Elizabeth wtuliła się niego i pocałowała go w szyję. 

 

-  Dowiedziałam  się  właśnie,  kto  przestawiał  krzesła  i  wypuścił  krowy  nocą  – 

odpowiedziała. 
 

Kristian odsunął się trochę, żeby na nią spojrzeć, 

 

- To Helene chodzi we śnie. 

 

- Daj spokój! 

 

- Ale to szczera prawda! Słyszałam, że ktoś chodzi po domu o poszłam to sprawdzić. I 

wtedy zobaczyłam Helene, spacerująca po kuchni w samej koszuli – śpiąc. 
 

Kristian zaśmiał się serdecznie. 

 

- Chciałabym zobaczyć jej minę, kiedy jutro jej o tym powiesz. 

 

- Ja też. 

 

Elizabeth  przesunęła  się  na  swoją  stronę,  zamknęła  oczy  i  już  prawie  zasypiała,  gdy 

Kristian dodał: 
 

-  Ale  nie  wiem,  czy  mogę  ci  wybaczyć,  że  wstajesz  i  sama  chodzisz  nocą  po  domu. 

Przecież nie mogłaś wiedzieć, że to była Helene. 
 

Elizabeth nie odpowiedziała. Udała, że śpi. 

 
Rozdział 13 
 
 

Srebrzyste  promienie  porannego  słońca  wpadały  przez  szparę  w  grubych  zasłonach. 

Elizabeth  śledziła  jej  wzrokiem,  dopóki  nie  osiadły  na  podłodze,  ścianie  i  części  łóżka, 
tworząc świetliste pręgi. Kurz, który unosił się w powietrzu przypomniał miriadę maleńkich 
drobinek mąki. Jakie to ładne! – pomyślała. Jak pokaz magii. 
 

Odwróciła  twarz  i  zerknęła  na  Kristiana.  Spał  na  wznak  z  lekko  otwartymi  ustami. 

Jego  oddech  był  równy  i  miarowy.  Poczuła  ogromną  ochotę,  żeby  dotknąć  jego  policzka  i 
długich  rzęs.  A  gdyby  tak  urodziła  im  się  córka  –  z  jego  ciemnymi  oczami  i  jej  jasnymi 
włosami?  Elizabeth  uśmiechnęła  się.  wiedziała,  że  Kristian  chciał  mieć  syna.  Ona  sama 
pogładziła się już z myślą o tym, że nie będą mieli więcej dzieci. Przynajmniej tak mówiła – 
sobie i jemu. Lecz w sercu wciąż nosiła tęsknotę, która najmocniej dawała o sobie znać, kiedy 
Elizabeth przebywała w towarzystwie małych dzieci. 
 

W  domu  panowała  idealna  cisza,  co  oznaczało,  że  służące  jeszcze  nie  wstały.  Która 

mogła być godzina? Może czwarta albo piąta? Wyciągnęła się, odsunęła kołdrę i podeszła na 
palcach  to  toaletki.  Świeżo  umyte  włosy  były  zaplecione  w  dwa  ciasne  warkocze.  Gdy  je 
rozpuściła, zafalowały niczym łan zboża na wietrze. 
 

Uznała, że równie dobrze może zaczął się ubierać. Przed wyjazdem do Dorte i Jakoba 

czekało na nich wiele obowiązków. 
 

Szybkim  ruchem  zdjęła  koszulę  nocną  i  powiesiła  ją  na  poręczy  krzesła.  Włosy 

przyjemnie  łaskotały  jej  nagą  skórę.  Elizabeth  stała  w  bezruchu,  rozkoszując  się  chwilą.  W 
sypialni było chłodno. Wiatr poruszał zasłonami, nawiewając do pokoju zapachy wstającego 
dnia: rosy, trawy i kwiatów. Elizabeth zamknęła oczy i głęboko wciągnęła powietrze. Dzięki 
Ci, Boże, za dzieło stworzenia, powiedziała do siebie w duchu. 
 

- Słyszałaś o elfach? 

background image

 

63

 

Aż  podskoczyła  z  wrażenia.  Kristian  już  nie  spał.  Leżał  na  boku,  podpierając  głowę 

ręką. 
 

-  Mieszkają  w  lesie  –  mówił  dalej  –  blisko  ciemnych  oczek  wodnych  i  są  boskiej 

urody. Mają długiem falujące włosy i skórę tak nieskazitelnie gładką niczym najdelikatniejszy 
jedwab. W księżycowe noce tańczą, trzymając się za ręce. 
 

Jego słowa schlebiały jej, ale równocześnie wprawiały w zakłopotanie. Poza tym nie 

lubiła stać przed nim nago, więc wyciągnęła rękę po koszulę nocną i zasłoniła się nią. 
 

- Przypomnisz mi właśnie takiego elfa. – zakończył i podniósł się z łóżka. 

 

Gdy  podszedł  do  niej,  tak  jak  go  Pan  Bóg  stworzył,  Elizabeth  nie  miała  odwagi 

oderwać wzroku od jego twarzy. Szeroki w ramionach, umięśniony i opalony – po tym jak w 
czasie sianokosów chodził z nagim torsem. 
 

-  Jesteś  najpiękniejsza  na  świecie  –  powiesił  zachrypniętym  głosem,  odgarniając  jej 

włosy z twarzy. Wielkimi dłońmi przedarł się przez gęstwinę jej loków i objął ją w pasie tak 
mocno, że nie mogła się poruszyć. – Najpiękniejsza – powtórzył i pocałował ją namiętnie. 
 

Po chwili Elizabeth poczuła, że zaczyna brakować jej tchu. Kiedy w końcu wypuścił 

ją z objęć, kręciło jej się w głowie. Nie protestowała, gdy wyjął z jej rąk koszulę, która opadła 
miękko na podłogę. Zbliżył się do niej – niemal dotykał jej ciała. Czuła, że jest gotowy. 
 

Jego  dłonie  ześlizgnęły  się  po  jej  plecach    zatrzymały  na  pośladkach.  W  tym  czasie 

całował jej szyję i delikatnie kąsał płatki uszu. Gdy dwoma palcami ścisnął jej sutek, z gardła 
Elizabeth  wydobył  się  jęk  rozkoszy.  Wiedział,  jak  sprawić  jej  przyjemność  bezwolną.  Miał 
nad nią władzę. 
 

Elizabeth  nie  miała  pojęcia,  jak  znalazła  się  w  łóżku  –  czy  Kristian  zaniósł  ją  na 

rękach, czy doszła tam o własnych siłach. Ale bez względu na to, jak do tego doszło, leżała na 
łóżku,  podczas  gdy  on  całował  i  pieścił  językiem  jej  rozpalone  ciało.  Drżała  z  podniecenia. 
Miała wrażenie, że płonie i nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. 
 

Jego usta były ciepłe, tak samo jak oddech. Czuła go wszędzie – na górze i na dole, aż 

w końcu odnalazł wejście i za chwilę był w niej. Szczytując, krzyczała z rozkoszy. Czuła się 
tak, jakby świat eksplodował. 
 

- Elfy tak się nie zachowują – szepnęła, gdy było już po wszystkim. Uśmiechnęła się i 

pocałowała go. Pachniał nią. 
 

- Tylko ten jeden – odpowiedział i odwzajemnił uśmiech. 

 
 

Wóz  podskakiwał  na  wybojach.  Elizabeth  ukradkiem  przyglądała  się  siostrze.  Maria 

miała  na  sobie  białą  bluzkę  i  czarną  spódnicę.  Opalona  skóra  pięknie  podkreślała  błękit  jej 
oczu. Siedziała i przyglądała się swoim dłoniom i paznokciom. 
 

Elizabeth  wiedziała,  że  tego  dnia  Maria  szczególnie  dokładnie  je  wyszorowała  i 

wklepała  w  nie  maść.  Praca  przy  sianokosach  dawała  się  we  znaki  –  zwłaszcza  skórze  o 
paznokciom. Jesienią, gdy nadejdzie pora wykopów, będzie jeszcze gorzej, pomyślała. 
 

Maria  sprawdziła  ręką,  czy  nie  zniszczyła  jej  się  fryzura.  Teraz,  kiedy  chodziła  w 

długich  spódnicach  i  mogła  upinać  włosy  do  góry,  robiła  wszystko,  żeby  wyglądać  jak 
dorosła. 
 

Nie uszło to uwadze Ane, która postanowiła podroczyć się z ciotką. 

 

-  Jak  sądzisz,  co  powie  Olav,  kiedy  zobaczy,  jaka  jesteś  piękna?  –  zaśmiała  się  i 

naśladując  głos  dorosłego  mężczyzny,  powiedziała:  -  Maryjko,  pobierzemy  się  –  choćby 
jutro! W końcu łączy nas miłość! 
 

-  Siedź  cicho,  ty  trzpiotko!  –  policzki  Marii  pokryły  się  rumieńcem,  a  oczy  stały 

gromy. – Poza tym on nie mówi do mnie „Maryjko”. 
 

- Od razu wiedziałam, że jesteście w sobie zakochani – powiedziała Ane i na wszelki 

wypadek przysunęła się bliżej do Kristiana. 

background image

 

64

 

-  Jeśli  zaraz  nie  zamilkniesz,  powiem  Danielowi,  że  się  w  nim  kochasz!  –  zagroziła 

Maria. 
 

-  To  nieprawda.  Zresztą  ja  nie  zamierzam  wychodzić  za  mąż.  Nigdy!  A  Daniel  jest 

moim najlepszym przyjacielem. I tyle! 
 

- Przestańcie się kłócić – powiedziała Elizabeth i wygładziła rękę ubranie córki, która 

wierciła się na siedzeniu, jakby ją mrówki oblazły. 
 

- Siedź spokojnie, dziecko drogie! Zaraz będziemy na miejscu. 

 

Rzuciła  okiem  na  Marię.  Siostra  przechodziła  trudny  okres.  Zwykle  spokojna  i 

opanowana,  na  samo  wspomnienie  imienia  Olava  czerwieniła  się  jak  piwonia  i  traciła 
pewność  siebie.  Z  gardła  Elizabeth  wydobyło  się  westchnienie.  Maria  była  za  młoda  na 
zaręczyny. 
 

Dorte  i  Jakob  wyszli  na  podwórze,  żeby  ich  przywitać.  Widząc  tych  dwoje  razem, 

Elizabeth  nie  mogła  się  nie  uśmiechnąć.  Jakob  –  słusznej  postury,  czarnowłosy  i  brodaty,  z 
pulchną, rudowłosą Dorte u boku. 
 

Obije  uśmiechali  się  od  ucha  do  ucha,  podając  im  po  kolei  rękę  na  powitanie. 

Dziewczęta zrobiły na nich ogromne wrażenie. Jak wyrosły i jak pięknie były ubrane! Dorte 
klaskała w dłonie z zachwytu i kilka razy przyjrzała się bluzce, którą Maria sama uszyła. 
 

Fredrik i Daniel trzymali się nieco na uboczu. Lekko zawstydzeni popisywali się przed 

Ane,  starając  się  jak  nalepek  rzucić  kamykiem.  Elizabeth  wiedziała,  że  już  wkrótce  lody 
zostaną przełamane i wstyd zniknie. Tak to już jest z dziećmi, uśmiechnęła się do siebie. 
 

Kristian i Jakob rozmawiali o połowach, sianokosach i prowadzeniu gospodarstwa. Że 

też  oni  zawsze  muszą  rozmawiać  na  te  same  tematy!  –  pomyślała  Elizabeth.  Tymczasem 
Dorte po raz kolejny rzuciła jej się na szyję. 
 

- Jak dobrze znów was widzieć! Wiem, że mówiłam to już wiele razy, ale wprost nie 

mogę się wami nacieszyć! Czekałem na to spokojnie wiele tygodni. Zresztą, co tam ja – my 
wszyscy nie mogliśmy się was doczekać. Mathilde i Sofie również przyjdą. Sofie od dawna 
nie  mówi  o  nikim  innym,  tylko  o  tobie.  „Kiedy  przyjedzie  Ane?  Czy  jeszcze  długo  trzeba 
będzie na nią czekać?” – Dorte musiała przerywać w samym środku wypowiedzi, bo z emocji 
zabrakło  jej  tchu.  Rozejrzała  się  wokół  siebie  i  powiedziała  ze  dziwieniem:  -  A  gdzie  się 
podziała  reszta?  Jeszcze  nie  wyszli  z  domu?  Indianne  miała  nakryć  do  stołu  –  wyjaśniła.  – 
Fredrik, zawołał pozostałych! 
 

Obaj chłopcy rzucili się biegiem do drzwi, krzycząc od progu: „Goście przyjechali!”.  

 

- Ach te łobuzy! Drą się tak, że nawet głuchy by się obudził – biadoliła Dorte, ale w 

jej głosie słychać było dumę. 
 

Wcale jej się nie dziwię, pomyślała Elizabeth. Ma powody, żeby chwalić się dziećmi. 

Rudowłosy  Daniel  był  jak  skóra  zdjęta  z  matki,  natomiast  Fredrik,  z  ciemnymi  lokami, 
najbardziej przypomniał Jakoba. 
 

Pierwsza  wyszła  Indianne,  jak  zawsze  olśniewająco  piękna  –  z  ciemnymi  włosami 

upiętymi  w  kok  tuż  nad  krokiem  i  w  ciemnoniebieskiej  sukni  z  delikatnym  motywem 
kwiatowym. 
 

Przywitała się uprzejmie z gośćmi, podając im rękę na powitanie. Na końcu podeszła 

do Marii. 
 

- Mam ci tyle do opowiedzenia! – wyszeptała. 

 

Więcej nie zdążyła powiedzieć, ponieważ w drzwiach stanął Olav. Elizabeth spojrzała 

na  Marie  która  wpatrywała  się  w  niego  czerwona  jak  zachód  słońca.  Nagle  Elizabeth 
zrozumiała, co przeżywa teraz jej siostra. Tak czuje się ktoś, kto jest po uszy zakochany. Na 
widok obiektu westchnień traci się rezon, nie można złapać tchu i ma się wrażenie, że serce 
przestaje  bić.  Na  próżno  szuka  się  odpowiednich  słów,  bo  wszystko  wydaje  się  głupie  i 
banalne. 
 

Maria wytarła dłonie w spódnicę i podeszła do niego.  

 

background image

 

65

 

- Mi.. miło znów cię widzieć – wyjąkała, podając mu rękę. 

 

- Nawzajem. I dziękuję za wszystkie listy. 

 

-  Nie  ma  za  co  –  powiedziała  i z  nerwów  przygryzła  wargę.  –  Przywitaj  się  z  resztą 

rodziny – dodała szybko i odeszła na bok. 
 

Olav  uścisnął  im  dłonie,  kiwając  głową,  a  kiedy  ich  wszystkich  przywitał,  wrócił  do 

Marii. 
 

- W ostatnim liście napisałem, że szykuję niespodziankę – zaczął, a po chwili podniósł 

wzrok  i  spoglądając  na  gości,  dodał  donośnym  głosem:  -  Ta  niespodzianka  jest  dla  was 
wszystkich 0 obejrzał się przez ramię, odchrząknął i przepraszając ich, wbiegł do domu. 
 

Po  chwili  ponownie  stanął  na  schodach,  ale  tym  razem  w  towarzystwie  młodej 

dziewczyny, 
 

-  Przywitajcie  Elen,  moją  narzeczoną.  Co  prawda  nie  nosimy  jeszcze  pierścionków, 

ale… 
 

Elizabeth  widziała,  jak  Maria  blednie  i  zaczyna  lekko  się  chwiać.  Chcę  uchronić 

siostrę  przed  upadkiem,  w  jednej  chwili  znalazła  się  tuż  obok  niej.  Dyskretnie  położyła  jej 
dłoń na plecach i wyszeptała: 
 

- Dasz sobie radę. Odwagi! 

 

Maria  patrzyła  sztywno  przed  siebie,  starając  się  opanować  drżenie  warg.  Dłonie 

ś

ciskała tak mocno, że aż kostki jej zbielały. Elizabeth złapała ją za rękę i ścisnęła z całej siły. 

 

- Posłuchaj mnie – powiedziała ledwo słyszalnym szeptem. – Wyprostuj się i pokaż, 

na co cię stać. 
 

Maria  odwróciła  się  powoli  i  spojrzała  na  siostrę.  Jej  przerażone  niebieskie  oczy 

błagały o pomoc. Elizabeth jeszcze nigdy nie widziała spojrzenia, w którym było tyle bólu i 
rozpaczy. 
 

Gdyby tylko mogła podzielić się z nią swoją odwagą! 

 

Jeszcze  raz  ścisnęła  jej  dłoń,  a  potem  puściła  ją  i  podeszła  do  Olava,  żeby  mu 

pogratulować. Dzięki temu Maria zyskała nieco czasu. 
 

-  Rzeczywiście  zrobiliście  nam  niespodziankę  –  powiedziała  i  uścisnęła  dłoń  Elen. 

Nazywam się Elizabeth i byłam żoną przyrodniego brata Olava. 
 

Elen  była  uroczą  dziewczyną.  Brązowe  włosy  kręciły  jej  się  przy  skroniach,  a  długi, 

gruby  warkocz  spływał  na  prawą  pierś.  Ubrana  była  w  ciemnoczerwoną  suknię  z  białym 
kołnierzykiem.  Gdyby  nie  długa  spódnica,  pomyślałabym,  że  Elen  nie  była  jeszcze 
konfirmowana,  przemknęło  Elizabeth  przez  głowę.  W  porównaniu  z  silnymi  ramionami 
Olava wąska talia Elen wyglądała jeszcze szczuplej niż w rzeczywistości. 
 

Ale  gdy  się  przedstawiała,  uścisk  jej  dłoni  był  zadziwiająco  mocny.  Elizabeth 

zapamiętała tylko jej imię. 
 

Nagle tuż obok siostry stanęła Maria. 

 

- gratulacje. 

 

Najpierw  podała  dłoń  Olavowi,  a  następnie  przywitała  się  z  Elen.  Głos  miała 

spokojny, a jej twarz odzyskała normalny kolor. 
 

-  Ty  musisz  być  Marią  –  powiedziała  Elen.  –  Olav  wiele  mi  o  tobie  mówił  – 

uśmiechnęła  się  serdecznie,  po  czym  dodała:  -  Podobno  razem  dorastaliście,  przeżywając 
wspólnie radości i smutki. Przyznam, że na początku byłam strasznie zazdrosna. 
 

- Tak, Maria jest mi bliska niemal jak siostra – potwierdził Olav. 

 

Elizabeth  wstrzymała  oddech,  obawiając  się  reakcji  Marii.  Tylko  ten,  kto  dobrze  ją 

znał, wiedział, co teraz przeżywa. 
 

- Poznaliście się w szkole? – spytała Maria. 

 

-  Tak,  spotkaliśmy  się  już  pierwszego  dnia.  Najpierw  połączyła  nas  przyjaźń,  ale 

szybko zakochaliśmy się w sobie. 
 

- Rozumiem, że ślub już niedługo? 

background image

 

66

 

Elen zaśmiała się. 

 

- Nie, zresztą Olav mówił, że nie nosimy jeszcze nawet pierścionków zaręczynowych. 

Poza  tym  ja  mam  dopiero  osiemnaście  lat,  więc  będziemy  musieli  trochę  zaczekać.  Ale  za 
jakiś czas przeniosę do Heimly. 
 

Po chwili do rozmowy włączyła się Dorte. 

 

- W takim razie trzeba będzie powiększyć dom. Jakob zamówi niezbędne materiały i 

zacznie budować kolejne piętro. Chyba że wszyscy po prostu przeniesiemy się do Neset. 
 

Elen pogłaskała ją po ramieniu. 

 

-  Mam  nadzieję,  że  będzie  nam  się  dobrze  żyło  pod  jednym  dachem.  Bo  chyba  nie 

jestem aż takim trollem? 
 

- No, co ty! Milszej dziewczyny ze świeca szukać! 

 

Elizabeth  bała  się,  że  Maria  może  tego  nie  wytrzymać  i  mamrocząc  pod  nosem 

przeprosiny, odciągnęła siostrę na bok. 
 

-  Chcę  wracać  do  domu  –  załkała  Maria,  gdy  nikt  nie  mógł  ich  już  usłyszeć.  Oczy 

miała pełne łez. 
 

-  Przecież  dopiero  co  przyjechaliśmy!  A  poza  tym,  jeśli  teraz  wyjedziemy,  zaczną 

snuć domysły, co też mogło się stać. 
 

- gdybym wiedziała, że tak będzie, nigdy bym tu nie przyjechała. Jak on mógł mi to 

zrobić! Po tych wszystkich listach, które mi przysyłał, po tych wszystkich miłych słowach! – 
Maria przycisnęła dłonie do twarzy, ale łez nie dało się już powstrzymać. 
 

Elizabeth przytuliła siostrę i pozwoliła jej się wypłakać na swoim ramieniu. 

 

-  Nie  płacz,  Maryjko.  Olav  sądził,  że  łączy  was  jedynie  przyjaźń,  a  ty  opatrznie 

odczytałaś jego intencje. Z czasem nabierzesz do tego dystansu. Z każdym dniem ból będzie 
mniejszy, zobaczysz. 
 

Zamilkła. Zrozumiała, że to i tak nic nie da – w tym momencie nic nie było w stanie 

pocieszyć jej siostry. Ale i tak musiała próbować, więc mówiła dalej: 
 

-  Pamiętaj  o  jednym:  Elen  jest  jego  narzeczoną,  ale  ty  zawsze  będziesz  jego 

najlepszym przyjacielem. To, co was łączy, jest czyś absolutnie wyjątkowym. 
 

Maria spojrzała na nią, odsłaniając zalaną łzami twarz. 

 

- Tak jak było z tobą i Jensem? 

 

- Dokładnie tal. Nawet Kristian nie jest w stanie mi tego odebrać. 

 

Maria wytarła twarz ręką. 

 

- Widać, że płakałam? 

 

Elizabeth  poprawiła  kilka  luźnych  kosmyków  fryzury  i  wygładziła  dłonią  jej 

koronkowy kołnierz. 
 

- Jak wyjdziesz na świeże powietrze i trochę się przejdziesz, nikt niczego nie zauważy 

–  powiedziała  z  uśmiechem,  gdy  Maria  odwróciła  się,  zawołała  za  nią:  -  Jesteś  silna  i  dasz 
sobie radę. Nigdy o tym nie zapominaj. 
 

Maria przytaknęła i ze spuszczoną głową ruszyła w stronę wyjścia. 

 

 

Rozdział 14 
 
 

Tego dnia długi stół przykryto białym obrusem,  a chcąc dodatkowo podkreślić wagę 

wydarzenia,  Dorte  i  Jakob  wyjęli  najlepszy  serwis,  jaki  posiadali.  Na  uroczystość  przybyło 
wielu gości – i to zarówno ze Storvika, jak i z sąsiednich wiosek. 
 

-  Stół  wygląda  tak,  jakbyś  już  dziś  wyprawiała  młodym  wesele  –  powiedziała 

Elizabeth. 
 

-  Chciałam  tylko  pokazać  gościom,  że  ich  obecność  wiele  dla  nas  znaczy  – 

odpowiedziała Dorte, a widząc krzątającą się Elen, dodała: - No i musimy uczcić to, że trafiła 

background image

 

67

nam  się  taka  wspaniała  synowa.  Jak  ten  czas  szybko  leci!  –  mówiła  dalej.  –  Nie  mogę 
uwierzyć, że Olav skończył już osiemnaście lat! 
 

Elizabeth skinęła głową, szukając wzrokiem siostry. Gdy w końcu ja dostrzegła, Maria 

stała i rozmawiała z Indianne. Jeśli uda jej się przeżyć ten dzień, będę dziękować za to Bogu 
do końca życia, pomyślała Elizabeth. 
 

- Dzień dobry i dziękuję za ostatnie spotkanie – usłyszała nagle czyjś głos. 

 

Odwróciła  się  i  złapała  Mathildę  za  rękę.  Służąca  zmieniła  się.  wyglądała  dużo 

pewniej  i  nie  spuściła  wzroku,  jak  to  miała  w  zwyczaju.  Stała  przed  nią 
dwudziestoośmioletnia,  w  pełni  dojrzała  kobieta.  Elizabeth  mimowolnie  zwróciła  uwagę  na 
delikatne zmarszczki, które pojawiły się pod oczami Mathilde. 
 

- Zmieniłaś się – powiedziała bez zastanowienia. 

 

-  To  samo  powiedziała  mi  dzisiaj  Dorte,  gdy  wspominałyśmy  czasy,  gdy  tu 

przybyłam. Nie potrafiłam nawet zrobić na drutach skarpety – Mathilde roześmiała się, ale po 
chwili  znów  spoważniała.  –  Niewiele  wtedy  umiałam,  ale  Dorte  była  dobrą  nauczycielką,  a 
dzięki  tobie  nabrałam  wiary  we  własne  siły.  Uratowałaś  mnie,  pozwalając  zamieszkać  w 
gospodarstwie twojego ojca. 
 

Elizabeth wzruszyła się. 

 

- Jeszcze tego brakowało, żebyśmy ci nie pomogły! 

 

Mathilde przyglądała się ludziom zebranym w pokoju. 

 

- Elen to wspaniała dziewczyna. Myślę, że Olav będzie z nią szczęśliwy. A Maria ma 

już sympatię? 
 

Elizabeth potrząsnęła energicznie głową. 

 

- Ależ skąd! Jest na to za młoda. 

 

Czuła,  że  zareagowała  zbyt  gwałtownie,  ale  nie  wyglądało  na  to,  że  Mathilde  to 

zauważyła. 
 

- Wydawało mi się, że słyszę swoje imię – powiedziała Elen wesołym głosem, wodząc 

wzrokiem  od  jednej  do  drugiej.  –  Dotąd  nie  miałam  okazji  dłużej  z  tobą  porozmawiać  – 
zwróciła  się  do  Elizabeth  –  Ale  dużo  o  tobie  słyszałam.  Olav  chętnie  opowiada  o  swoim 
dzieciństwie, o tobie i Marii. Żałuję, że moje życie nie było równie ciekawe. 
 

Elizabeth zwlekała z odpowiedzią, zastanawiając się, co Elen ma na myśli. 

 

- W porównaniu fascynująca powieść pełną dramatycznych wydarzeń – ciągnęła Elen. 

– Wychowałam się w dużym gospodarstwie. Moi rodzice są dość zamożni, ale nie uważam, 
ż

ebym z tego powodu była  rozpieszczona – zamilkła na chwilę, patrząc  z uśmiechem przed 

siebie.  –  Mam  starszego  brata,  który  za  jakiś  czas  przejmie  gospodarstwo.  Wcześnie 
musieliśmy zacząć pomagać, ale nigdy nie wątpiliśmy, że mama i tata nas kochają. Wiele nas 
nauczyli. 
 

Spojrzenie, które posłała Elizabeth, było otwarte i szczere. 

 

Tymczasem Elizabeth zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, do czego Elen zmierza, 

 

-  Zawsze  mówiliśmy  to,  co  myślimy.  I  przytulamy  się  na  powitanie.  Niektórzy  tego 

nie lubią, ale Jezus również dotykał ludzi i był wobec nich szczery, 
 

- Rozumiem. 

 

Elizabeth  zauważyła,  że  Maria  posyła  jej  ukradkowe  spojrzenia  i  z  rozpaczy  kurczy 

się  w  sobie.  Rozmowę  z  Elen  traktowała  zapewnie  jak  zdradę.  Zwykła  grzeczność 
nakazywała jednak, żeby robiła dobrą minę do złej gry. Musiała udawać, że nic się nie stało i 
przetrwać wizytę z podniesioną głową. inaczej po prostu nie wypadało. 
 

Podczas  obiadu  Jakob  wstał  i  zastukał  w  kieliszek.  Rozmowy  natychmiast  ucichły  i 

wszyscy goście skierowali swoją uwagę na gospodarza domu. 
 

-  Po  pierwsze,  chciałbym  was  wszystkich  serdecznie  powitać.  Gdy  wczesnym  latem 

wysyłaliśmy wam zaproszenia, nie mieliśmy pojęcia, jaką niespodziankę szykują nam Olav i 
Elen – spojrzał na syna i przyszłą synową i uśmiechnął się ciepło. 

background image

 

68

 

Elizabeth zerknęła na Marię, która siedziała dokładnie naprzeciwko niej. Na brzegu jej 

talerza  zastygł  sos,  a  jedzenie  pozostało  prawie  nietknięte.  Ich  spojrzenia  spotykały  się  i 
Elizabeth zobaczyła, że siostra z trudem powstrzymuje się od płaczu. 
 

-  Ale  oczywiście  gdy  dowiedzieliśmy  się  o  wszystkim,  zaprosiliśmy  Elen  do  siebie, 

ż

eby  móc  ją  poznać.  Jej  rodziców  również  mieliśmy  okazję  spotkać.  Niestety  przyszli 

teściowie  naszego  syna  nie  mogą  być  dzisiaj  z  nami,  ale  zdążyliśmy  razem  uzgodnić,  że  ze 
ś

lubem młodzi będą musieli trochę zaczekać. 

 

Jakob chrząknął znacząco i wielu gości wybucjnęło śmiechem. 

 

- Pozwólcie, że powiem teraz kilka słów na temat Elen – mówił dalej. – Nie znamy jej 

długo, ale już teraz wiemy, że będzie z niej – przepraszam za wyrażenie –  gospodyni pełną 
gębą.  Na  pozór  chucherko,  a  naprawdę  silna  kobieta.  Wczoraj  Dorte  sama  mogła  się 
przekonać,  że  nasza  przyszła  synowa  wspaniale  tka  i  robi  na  drutach.  A  niech  tylko  ktoś 
spróbuje zabronić jej pracy w oborze, to zobaczy, gdzie raki zimują! 
 

Znowu rozległ się śmiech gości. Elizabeth nie słuchała dalej mowy Jakoba. Siedziała i 

przyglądała się intensywnie siostrze, która zbladła jak ściana. Poruszając bezgłośnie wargami, 
powiedziała jej: „Wytrzymaj!”. 
 

Maria zacisnęła usta, zamrugała powiekami i z wyraźnym trudem przełknęła ślinę. W 

końcu  skinęła  głową,  po  czym  utkwiła  wzrok  w  nieistniejącym  punkcie  na  ścianie  tuż  za 
Elizabeth. Sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, jakby bodźce zewnętrzne nie miały do niej 
dostępu. I bardzo dobrze, pomyślała Elizabeth. 
 

 

 

Marii udało się jakoś przetrwać popołudnie i przebrnąć przez podwieczorek z kawą i 

ciastkami.  Zachowywała  się  tak,  jakby  miała  na  sobie  maskę  z  grubego  szkła,  która  tłumi 
wszystkie dźwięki i rozmywa obraz. Gawędziła z gości, a gdy Olav i Elen podeszli do niej, 
rozmawiała  z  nimi  wesoło  i  życzyła  szczęścia.  Tylko  Elizabeth  wiedziała,  że  za  tym 
radosnym śmiechem i miłymi słowami czai się bezbrzeżna rozpacz. 
 
 

Gdy zabrzmiała muzyka i rozpoczęły się tańce, Elizabeth usiadła na schodach spiżarni 

i  przyglądała  się  rozbawionym    gościom.  Nie  sposób  było  nie  zauważyć,  że  niektórzy 
przeholowali z piciem. Kilka młodych dziewcząt stało w kole i rozmawiało ze sobą, rzucając 
przelotne  spojrzenia  ku  grupie  chłopców.  Ci  z  kolei  kopali  kamyki  i  spluwali  jak  dorośli 
mężczyźni,  przepychając  się  i  uderzając  po  plecach.  W  końcu  jeden  z  nich  zdobył  się  na 
odwagę  i  z  lekkich  wahaniem  ruszył  przez  podwórze.  Dopiero  wtedy  Elizabeth  odnalazła 
wzrokiem  siostrę.  Przez  chwilę  rozmawiała  z  chłopcem,  a  potem  uśmiechnęła  się  i  skinęła 
głową  na  skrzypka,  który  właśnie  zrobił  sobie  przerwę.  Chłopak  zrobił  się  czerwony  jak 
piwonia  i  czym  prędzej  wrócił  do  kolegów,  którzy  śmiali  się  z  niego  i  poklepywali  go  po 
plecach. 
 

Elizabeth podniosła się, otrzepała spódnicę i podeszła do siostry. 

 

- Dlaczego nie bawisz się z ludźmi w twoim wieku? 

 

-  Właśnie  to  robię.  Indianne  udała  się  za  potrzebą.  –  Maria  skinęła  głową  w  stronę 

wygódki. 
 

-  Przecież  znasz  tutaj  więcej  osób  –  Elizabeth  ściszyła  głos.  –  Tańcz  i  baw  się!  Nie 

pozwól, żeby ta wiadomość zepsuła ci cały dzień. 
 

-  Łatwo  ci  mówić  –  w  głosie  Marii  słychać  było  nutę  goryczy.  –  Czy  nie  możemy 

znaleźć jakiejś wymówki, żeby wcześniej wrócić do domu? 
 

-  Nie.  zresztą  już  o  tym  rozmawiałyśmy.  Niedługo  wszyscy  pójdziemy  spać,  a  jutro 

wyjeżdżamy.  Do  tego  czasy  musisz  jakoś  wytrzymać  –  powiedziała  Elizabeth  i  pogłaskała 
siostrę lekko po policzku. 
 

- Gdy skrzypek znów zacznie grać, zgódź się na taniec. Zrób to dla mnie – dodała. 

 

Maria nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ w tej samej chwili wróciła Indianne. 

background image

 

69

 

-  Zapomniałam  ci  o  czymś  powiedzieć!  –  zawołała  podekscytowana  i  pociągnęła 

Marię za rękę. 
 

Elizabeth podeszła powoli do Kristiana. 

 

- Muszę zamienić z tobą kilka słów – powiedziała cichym głosem. 

 

- Czy coś się stało? 

 

- Chodzi o Marię. Przez długi czas miała wrażenie, że łączy ją z Olavem coś więcej 

niż przyjaźń. I dlatego wiadomość o jego zaręczynach spadła na nią jak grom z jasnego nieba. 
Przeżyła szok. 
 

Kristian przeczesał palcami grzywkę i rozejrzał się po podwórzu. 

 

- Do diabła! 

 

- Cicho! Nie przeklinaj! – skarciła go Elizabeth. – Maria chce wrócić jak najszybciej 

do domu i ja doskonale ją rozumiem, ale nie powinna tego robić, jeśli nie chce, żeby ludzie o 
niej gadali. 
 

- Poproszę ją do tańca – powiedział Kristian i podszedł do skrzypka. 

 

Elizabeth  widziała,  że  mężczyźni  ze  sobą  rozmawiają,  po  czym  muzykant  wsunął 

skrzypce  pod  brodę,  i  na  podwórzu  znowu  rozległy  się  dźwięki  muzyki.  Kristian  odczekał 
chwilę,  aż  więcej  par  wyjdzie  na  podwórze.  Najpierw  najstarsi,  ale  z  czasem  coraz  młodsi. 
Wtedy szybkim krokiem podszedł do Marii, ukłonił się głęboko i zaprosił do tańca. Elizabeth 
widziała, że siostra się wzbrania, ale pomału jej opór słabnie. 
 

-  No  chodź,  moja  śliczna!  –  zażartował  Kristian  i  zaczął  wywijać  z  nią  po  całym 

podwórzu. 
 

Jej  czarna  spódnic  przypomniała  chmurę  pędzącą  po  niebie.  W  końcu  twarz  Marii 

rozjaśniła  się,  a  oczy  odzyskały  blask.  Gdy  zaśmiała  się  z  czegoś,  co  powiedział  Kristian, 
Elizabeth zrobiło się ciepło na sercu. Wiele by dała, żeby zawsze widzieć siostrę tak radosną i 
beztroską. 
 

Olav  i  Elen  również  wyszli  z  domu,  żeby  zatańczyć.  W  silnych  ramionach  Olava 

dziewczyna wydawała się jeszcze drobniejsza niż przedtem. 
 

Taniec dobiegł końca i Maria chciała się oddalić, ale Kristian zatrzymał ją na siłę. 

 

- Nie, tak łatwo mi się nie wywiniesz! – zawołał i porwał ją do kolejnego tańca. 

 

Kiedy w tańcu nastąpiła krótka przerwa, jakiś chłopak podszedł do Marii i Kristiana i 

zawołał: „Odbijany!”. Skrzypek położył na ziemi swój kapelusz i goście zaczęli wrzucać do 
niego  drobne  monety.  Mężczyzna  uśmiechał  się  pod  spiczastą  brodą,  zapraszając  do  tańca 
pozostałe pary. 
 

Kristian usiadł na schodach obok żony. 

 

- Przynajmniej przez chwilę myślała o czymś innym – powiedział. 

 

Elizabeth  wodziła  wzrokiem  za  siostrą.  Zauważyła,  że  Maria  nie  spuszcza  oczu  z 

Olava  i  pomyślała,  że  widok  ukochanego  w  objęciach  Elen  musiał  być  dla  niej  prawdziwą 
torturą. 
 

- Doskonale wiem, jak ona się czuje – powiedział Kristian i przytulił się do żony. 

 

Elizabeth  oparła  głowę  o  jego  ramię.  Cudownie  było  siedzieć  tuż  obok  niego,  czuć 

jego  ciepło  i  patrzeć,  jak  słońce  chowa  się  za  górami.  Oby  ta  chwila  trwała  wiecznie!  – 
pomyślała. 
 

- Doświadczyłem tego na własnej skórze – mówił dalej Kristian. 

 

- Co masz na myśli? 

 

- Kochałem się w tobie już wtedy, gdy byłaś żoną Jensa – powiedział, przyciskając ją 

mocniej do siebie. – Ale w końcu cię zdobyłem. 
 

Elizabeth wzdrygnęła się na myśl, że musiała zostać wdową, żeby marzenie Kristiana 

mogło się spełnić. 
 

- Maria i Olav nigdy nie będą  parą – odpowiedziała. – Możemy tylko mieć nadzieję, 

ż

e z czasem o nim zapomni i znajdzie sobie innego. 

background image

 

70

 

Kristian nic nie odpowiedział. Siedział zamyślony i patrzył przed siebie. 

 

Gdy skończył się jeden taniec, skrzypek od razu zaczął grać nową melodie. 

 

Olav i Elen podeszli do Marii. 

 

- Odbijany? – zagadnął Olav partnera Marii. 

 

- Nie wydaje mi się, żeby… - zaczęła Maria niepewnym głosem. – Jestem zmęczona 

i… 
 

- Bzdury! Muszę zatańczyć chociaż jeden taniec z moją przyjaciółką z dzieciństwa. 

 

Elen uśmiechnęła się i wyszła na środek z partnerem Marii. Już po chwili wywijali w 

takt muzyki. Tymczasem Olav objął Marię mocno w talii. 
 

Kristian położył dłoń na ramieniu Elizabeth. 

 

- Zatańczymy? 

 

- Nie, chcę zobaczyć, jak Maria sobie poradzi. Na pewno nie jest jej łatwo. Wolę tu z 

tobą  posiedzieć  –  dodała  i  spojrzała  na  niego.  Jego  włosy  w  wieczornym  świetle  wydawały 
się granatowe, a oczy niemal czarne. 
 

W odpowiedzi Kristian pochylił się nad nią i wyszeptał: 

 

- Gdyby nie te tłumy ludzi, zaciągnąłbym cię za spiżarnię i… 

 

- Tak, tak, wiem! – zaśmiała się Elizabeth. – Nie musisz mówić nic więcej. Wszystko 

w swoim czasie. 
 

Pocałował ją w czoło. 

 

- Każdego dnia dziękuję Stwórcy za to, że mi ciebie nie odebrał. 

 

Elizabeth długo mu się przyglądała. 

 

-  Dziękuję  –  wyszeptała  w  końcu.  Wiedziała,  że  Kristian  ma  na  myśli  trudny  okres, 

przez który przeszli zeszłej zimy. Wtedy, gdy chciała od niego odejść. 
 

Przez  chwilę  siedzieli  w  milczeniu,  przyglądając  się  tańczącym  parom.  Elizabeth 

westchnęła. 
 

-  Marii  byłoby  trochę  lżej  na  sercu,  gdyby  Elen  była  brzydka  i  złośliwa,  ale  tej 

dziewczyny po prostu nie sposób nie lubić. 
 

Kristian przytaknął. 

 

- To rzeczywiście miła dziewczyna. 

 

Kiedy  muzyka  ucichła,  Maria  delikatnie  oswobodziła  się  z  uścisku  Olava.  Elizabeth 

uchwyciła  spojrzenie  siostry,  gdy  ta  przechodziła  przez  podwórze.  Był  w  nim  bezbrzeżny 
smutek.  Po  prostu  czarna  rozpacz.  Elizabeth  współczuła  siostrze,  ale  w  żaden  sposób  nie 
mogła jej pomóc. Maria sama musiała się z tym zmierzyć. 
 

Podniosła  się,  żeby  podejść  do  niej,  ale  w  tej  samej  chwili  Maria  przebiegła  przez 

podwórze i zniknęła w drzwiach domu. 
 

- Pójdę za nią – rzuciła Elizabeth i natychmiast ruszyła za siostrą. 

 

Maria siedziała na krześle w kuchni z twarzą zasłoniętą rękami. Szczupłymi plecami 

wstrząsały spazmy płaczu. 
 

-  Kochana  moja…  Maryjko…  -  powiedziała  Elizabeth  miękkim  tonem  i  usiadła  na 

sąsiednim krześle. 
 

-  Nie  chcę  więcej  z  nim  tańczyć  –  załkała  Maria.  –  To  było  takie  okropne  –  i  takie 

cudowne. 
 

Elizabeth przyciągnęła ją do siebie i pogłaskała po włosach. 

 

- Czułam ciepło jego ramion, słyszałam jego głos i śmiech, a jednocześnie zdawałam 

sobie sprawę z tego, że on nigdy nie będzie mój. To ją kocha i z nią będzie dzielił łoże i stół. 
Muszę mu powiedzieć, co do niego czuję! 
 

-  Niepotrzebnie  tak  się  zadręczasz.  Jeśli  nie  przestaniesz,  to  wkrótce  oszalejesz  – 

powiedziała Elizabeth ostrym tonem. Objęła dłońmi twarz siostry  i zawołała: - Słyszysz, co 
do  ciebie  mówię?  Oni  jeszcze  nie  dzielą  łoża  ani  stołu.  Wiem,  że  teraz  życie  straciło  dla 
ciebie  sens,  ale  zobaczysz,  że  z  czasem  wszystko  się  ułoży.  Pewnego  dnia  poznasz  kogoś 

background image

 

71

innego. Jesteś jeszcze bardzo młoda i całe Zycie przed tobą! Zresztą widziałam, jak chłopcy 
na ciebie patrzą. Ale nigdy – słyszysz: nigdy! – nie mów Olavowi, co do niego czujesz. Nic 
dobrego z tego nie wyniknie. 
 

- Ale ja chcę tylko jego i żadnego innego! 

 

Elizabeth  zrozumiała,  że  w  tej  chwili  przemawianie  siostrze  do  rozsądku  nic  nie  da, 

więc  pozwoliła  jej  się  spokojnie  wypłakać.  Gdy  Maria  zaczęła  się  uspokajać,  Elizabeth 
mówiła dalej. 
 

- To był długi i ciężki dzień. Jest późno, więc możesz iść spać, wymawiając się bólem 

głowy. Jutro będzie lepiej. Trochę lepiej. 
 

Maria rzuciła przelotne spojrzenie na okno i wytarła nos. 

 

- Myślisz, że ludzie będą się dziwić, że położyłam się tak wcześnie? 

 

-  Nie,  wiele  osób  już  szykuje  się  do  wyjazdu.  Wiesz,  jutro  muszą  wcześnie  wstać. 

Obiecuję, że my również długo to nie zabawimy. 
 

Maria wstała. 

 

-  Cieszę  się,  że  jesteś  moją  starszą  siostrą  –  powiedziała  i  powłócząc  nogami, 

powlokła się na poddasze. 
 
 

Następnego dnia, zgodnie z obietnica, wyruszyli wczesnym rankiem. 

 

-  Szkoda,  że  już  musicie  wracać  –  narzekała  Dorte.  –  Przecież  dopiero  co 

przyjechaliście1 
 

Kristian zabrał głos w imieniu całej rodziny. 

 

- Tak, ale na pewno rozumiesz, że praca nie może czekać. Służący sami wszystkiego 

nie zrobią. 
 

- To prawda – przytaknęła Dorte. Razem z Jakobem ściskali im po kolei dłonie. 

 

Kristian i Elizabeth podziękowali za wspaniałą uroczystość, zapewniając solennie, że 

nikt nie zorganizowałby  tego lepiej. Już mieli wsiadać do powozu, gdy nagle Elen podeszła 
do Marii i pocałowała ją w policzek. 
 

-  Cieszę  się,  że  w  końcu  mogłam  cię  poznać  –  powiedziała.  –  Olav  miał  rację, 

mówiąc, że jesteś dobra i miła. Kiedy już się pobierzemy i zamieszkamy tutaj, musisz często 
nas odwiedzać. 
 

Maria  zbladła  i  zesztywniała  z  wrażenia,  co  nie  umknęło  uwadze  Elizabeth.  Jednak 

gdy się odezwała, jej głos zabrzmiał zupełnie normalnie. 
 

- Dziękuję. Oczywiście, że będę was odwiedzać. Życzę wam obojgu powodzenia. 

 

Ostatni raz podniosła wzrok i spojrzała na Olava. 

 

Przez całą drogę do domu siedziała wyprostowana i w milczeniu patrzyła przed siebie. 

 
Rozdział 15 
 
 

Ś

wieżo upieczone bochenki chleba leżały na kuchennej ławie. Jeszcze jeden i gotowe, 

ucieszyła się Elizabeth. Wysypała na stół więcej mąki – Bożego daru, jak zwykli ją nazywać 
– i zaczęła uklepywać ciasto, nadając mu odpowiedni kształt. 
 

Helenestała  przy  ławie  i  zmywała  naczynia,  nucąc  wesoło,  a  Ane  paplała  o  jakichś 

głupstwach. Miłe, domowe dźwięki, pomyślała Elizabeth i na moment podniosła wzrok, żeby 
wyjrzeć przez okno. W tym samym momencie ujrzała Marię wybiegającą ze stodoły. Na ten 
widok serce zamarło jej  w piersi. Coś się musiało stać!  Zaciśnięte pięści opadły na miękkie 
ciasto, robiąc w nim głębokie dziury. 
 

Maria  otarła  twarz  ręką  jakby  płakała,  odwróciła  się  i  zawołała  coś,  czego  Elizabeth 

nie była w stanie usłyszeć, po czym pobiegła w stronę wygódki. Elizabeth już chciała wybiec 
z kuchni, gdy nagle w drzwiach stodoły ujrzała Larsa. Stał oparty o ścianę o wodził wzrokiem 
za Maria.  Elizabeth nie  zauważyła, żeby  coś do  niej mówił, ale z tej odległości trudno było 

background image

 

72

dostrzec wyraz jego twarzy. W głowie huczało jej jak w ulu. Co tych dwoje robiło w stodole? 
Chyba nie usiłował… Nie dokończyła myśli. Jakaś część niej chciała biec za siostra, ale coś 
ją  przed  tym  powstrzymało.  Nie  chciała  wszczynać  alarmu,  bo  wkrótce  w  całym 
gospodarstwie nie mówiono by o niczym innym. 
 

Ane  wciąż  plotła  trzy  po  trzy,  a  sztućce,  które  Helene  wrzuciła  do  balii,  brzęczały 

wesoło. 
 

Elizabeth  wyjęła  palce  z  ciasta  i  z  większą  niż  zwykle  starannością  wyrównała 

wszystkie dziury. Potrzebowała kilku dodatkowych sekund, żeby się pozbierać. Odchrząknęła 
i pozornie beztroskim głosem powiedziała: 
 

- Gotowe. 

 

Helene nawet na nią nie spojrzała. Mamrocząc coś pod nosem, robiła swoje. 

 

Elizabeth  posprzątała  szybko  po  sobie  i  nie  mówiąc  już  ani  słowa,  wyszła  z  kuchni. 

Nikt nie zadawał jej żadnych pytań, chociaż czuła, że na jej twarzy maluje się strach, którego 
nie  potrafi  ukryć.  Musiała  porozmawiać  z  Marią  i  Larsem,  ale  nie  wiedziała,  w  jakiej 
kolejności.  Na  podwórzu  było  cicho  i  pusto.  Maria  i  Lars  przepadli  jak  kamień  w  wodę,  a 
Kristian wypłynął, żeby zastawić sieci. Szybko odwróciła się i spojrzała na dom. Nie, nikt nie 
przyglądał jej się zza firanki. Już miała iść w stronę stodoły, gdy nagle kątem oka dostrzegła 
sylwetkę siostry. 
 

- Dokąd idziesz? 

 

Elizabeth była zdumiona, że głos siostry brzmi zupełnie normalnie. Maria nie wydała 

się przestraszona ani zdenerwowana. 
 

- Właśnie cię szukałam – rzuciła szybko. 

 

- Tak? – Maria posłała jej pytające spojrzenie. 

 

Myśli  kłębiły  się  w  głowie  Elizabeth.  Lars  nie  mógł  zrobić  Marii  nic  złego,  bo 

wówczas nie byłaby taka spokojna. 
 

- Chciałam cię zapytać, czy nie masz nic do prania – wymyśliła na poczekaniu. 

 

Maria zmarszczyła brwi. 

 

- Przecież kilka dniu temu robiłyśmy pranie? 

 

-  Wiem  o  tym  –  Elizabeth  poczuła,  że  spociła  się  z  wrażenia.  –Ale  mam  kilka 

drobiazgów, które zamierzam przepłukać w balii. No, ale jeśli nie msz nic takiego… 
 

Przechodząc obok nich, Lars skinął głową z uśmiechem, po czym zniknął w oborze. 

 

-  Jak  ci  się  podoba  Lars?  –  Elizabeth  nie  mogła  się  powstrzymać,  żeby  o  to  nie 

zapytać. 
 

Maria wzruszyła ramionami i nic nie odpowiedziała. 

 

-  Idę  po  rzeczy  –  wymamrotała  Elizabeth  i  ruszyła  w  stronę  domu.  Teraz  musiała 

poszukać czegoś, co mogłaby  wyprać.  Ze zmartwienia rozbolał ją żołądek. Coś się tutaj nie 
zgadza, pomyślała. A ja nie mam pojęcia, jak się dowiedzieć, co. 
 
 

Elizabeth zrobiła krok do tyłu i z podziwem przyjrzała się Marii. Jasnoszara suknia z 

białymi mankietami i białym kołnierzem pięknie podkreślała złocisty kolory jej skóry. Włosy 
miała  upięte  tuż  nad  karkiem  w  luźny  węzeł,  a  przy  uszach  zwisało  kilka  długich  loków 
zakręconych na lodówce. 
 

- Mogę tak pójść? – spytała Maria, wygładzając spódnicę.  

 

Zrobiła  się  węższa  w  talii,  zauważyła  Elizabeth.  Po  namyśle  stwierdziła,  że  siostra 

wygląda korzystniej niż przedtem. biust nadal miała ładnie zaokrąglony i chociaż rysy twarzy 
nieco się zaostrzyły, wciąż wyglądała ponętnie. 
 

- Wyglądasz cudownie – powiedziała Elizabeth. – Będziesz najpiękniejszą dziewczyną 

na przyjęciu. 
 

- Gdyby tak Olav mógł cię teraz zobaczyć – westchnęła Ane, leżąc na łóżku. 

 

Elizabeth posłała córce wściekła spojrzenie i Ane zacisnęła wargi z całej siły. 

background image

 

73

 

Maria  długo  nie  mogła  się  otrząsnąć.  Przez  pierwsze  tygodnie  prawie  nic  nie  jadła  i 

każdego  ranka  wstała  z  opuchniętymi,  zaczerwienionymi  oczami.  Elizabeth  wiedziała,  że 
siostra płacze, póki nie zaśnie wyczerpana. Bez względu na to, jak bardzo się starała, nie była 
w stanie jej pocieszyć. Maria musiała sama sobie pomóc, nawet gdyby dochodzenie do siebie 
mało jej zabrać długie miesiące. 
 

Elizabeth długo zachęcała siostrę, żeby zaczęła się spotykać z młodymi ludźmi ze wsi. 

Na początku Maria nie chciała o tym słyszeć, ale z czasem sama zrozumiała, że to będzie dla 
niej najlepsze. Tygodnie mijały, a ona powoli odzyskiwała równowagę psychiczną. Nigdy nie 
wspomniała o Olavie a Elizabeth zabroniła innym wymieniać jego imię. 
 

Maria odrzuciła głowę do tyłu. 

 

-  Zdanie  Olava  na  mój  temat  jest  mi  absolutnie  obojętne  –  powiedziała  stanowczym 

tonem. Po chwili dodała – już nieco łagodniej – kierując wzrok na Ane: - Liczy się tylko to, 
ż

e tobie się podobam. 

 

- Moim zdaniem jesteś najpiękniejsza na świecie – zapewniła ją Ane. 

 

-  Dziękuję.  Ty  też  jesteś  śliczna  –  powiedziała  Maria  i  odwróciła  się  w  stronę 

Elizabeth. – W takim razie jestem gotowa. 
 

Elizabeth poprawiła jej kołnierz sukni. 

 

- To miło ze strony rodziców Edrikke, że pozwolili wam urządzić tę zabawę. 

 

-  To  będzie  impreza  powitalna  –  wyjaśniła  Maria.  –  Na  część  Edrikke,  która  przez 

długi  czas  mieszkała  w  Christianii  i  uczyła  się  krawiectwa.  Na  pewno  ma  wiele  do 
opowiedzenia o życiu w wielkim mieście. Wprost umieram z ciekawości! 
 

-  Obiecaj  mi  tylko  jedno  –  zaczęła  Elizabeth  poważnym  tonem.  –  Baw  się  dobrze  i 

niczym się nie przejmuj! – zaśmiała się i pogłaskała Marię po policzku. W odpowiedzi siostra 
za szybko ją cmoknęła i ruszyła do wyjścia. 
 

Lekkie kroki na schodach, wesołe pożegnanie w kuchni i odgłos zamykanych drzwi. 

 

Elizabeth weszła do tkalni i stanęła przy oknie. Zobaczyła, że Lars ukłonił się w pas i 

podał  Marii  rękę,  żeby  pomóc  jej  wsiąść  do  powozu.  Wygląda  na  to,  że  znowu  są 
przyjaciółmi,  pomyślała,  czując  ulgę.  Zastanawiała  się,  co  tak  naprawdę  wydarzyło  się 
między  nimi  tamtego  dnia,  w  którym  Maria  tak  pospiesznie  wybiegła  ze  stodoły.  Czyżby 
zwyczajnie się pokłócili? Nie, gdyby to była kłótnia, siostra o wszystkim by jej opowiedziała. 
Od  tamtego  czas  wiele  razy,  jak  Lars  przyglądał  się  Marii,  ale  nie  potrafiła  zdobyć  się  na 
odwagę,  żeby  zadać  mu  jakieś  pytanie.  Zresztą  to  wyglądałoby  dziwnie,  tym  bardziej  że 
Maria nie wspomniała o niczym słowem. 
 

- Nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę nosić długie spódnicę i chodzić na zabawy 

– powiedziała Ane, stając obok matki i odprowadzając wzrokiem tamtych dwoje. 
 

- Za pięć lat pójdziesz do konfirmacji i wtedy będziesz mogła robić jedno i drugie – 

odpowiedziała Elizabeth. 
 

Nie chciała, żeby córka szybko dorosła. Dopóki dzieci są małe, wszystko wydaje się o 

wiele prostsze, pomyślała. 
 

Wkrótce  powóz  zaczął  przypominać  mały,  czarny  punkt,  a  po  chwili  zniknął  za 

zakrętem. 
 

Elizabeth wciągnęła głęboko powietrze i odwróciła się od okna. 

 

-  No  tak,  młodzi  pojechali  się  bawić,  a  biedne  staruszki  muszą  wracać  do  pracy  – 

zażartowała i pociągnęła córkę za długie, jasne warkocze. 
 
 

Elizabeth ostatni raz pociągnęła po tarze wełnianą skarpetę, po  czym uważnie jej się 

przyjrzała. Chwilę później z zadowoleniem odłożyła ją na kupkę. 
 

- Czy tamte skarpetki również mają trafić do mieszkańców Słonecznego Wzgórza? – 

spytała Maria, podnosząc wzrok znad robótki. 

background image

 

74

 

-  Nie,  one  należą  do  Ane,  ale  wszystko,  co  tam  leży,  zamierzam  oddać  biednym  – 

Elizabeth  wskazała  głowę  na  stos  rękawiczek  i  wełnianych  skarpet,  który  piętrzył  się  na 
krześle. 
 

Helene zerknęła na ubrania. 

 

-  Dobrze,  że  otrzymają  pomoc  z  Dalsrud.  Jedzenie  i  ubrania  na  pewno  im  się 

przydadzą. 
 

-  Bergette  również  bardzo  się  udziela  –  powiedziała  Elizabeth,  wyciągając  szyję  w 

stronę  okna.  –  Zresztą  wkrótce  tu  będzie.  Obiecała,  że  wpadnie  i  zabierze  to,  co 
przygotowaliśmy dla mieszkańców Słonecznego Wzgórza.  
 

- To wstyd i hańba! – krzyknęła Maria. Helene aż się wzdrygnęła. – Dlaczego inni nie 

chcą  przyłączyć  się  do  pomocy?  Jesień  mamy  łagodną,  ale  wkrótce  przyjdzie  zima  i  Bóg 
jeden wie, jak ci biedni ludzie sobie poradzą! 
 

Maria  tak  się  tym  przejęła,  że  na  jej  policzkach  wykwitły  rumieńce.  Elizabeth 

przyglądała jej się z niedowierzaniem. 
 

-  Rozmawiałam  o  tym  z  Edrikke  –  mówiła  dalej.  Maria.  –  Zapytałam  ją,  dlaczego 

część mieszkańców nie przyłączyła się do pomocy. 
 

- i co odpowiedziała? – zaciekawiła się Helene. 

 

Maria rozłożyła ręce. 

 

-  Ona  –  tak  samo  zresztą  jak  wiele  innych  osób  –  uważa,  ze  ma  własne  sprawy  na 

głowie, a poza tym i tak nie zbawi całego świata – Maria prychnęła pogardliwie. – Ale kto tu 
mówi o zbawieniu całego świata… 
 

- Przyjechała Bergette – oznajmiła Helene. 

 

Elizabeth wyszła przyjaciółce na spotkanie. 

 

-Wcześnie jesteś – uśmiechnęła się. 

 

-  Taki  piękny  dzień,  aż  grzech  go  nie  wykorzystać  –  odpowiedziała  Bergette  i 

zeskoczyła lekko na ziemię. 
 

- Tak, pogoda rzeczywiście nam dopisuje. Oby tylko przez całą jesień było tak pięknie 

– powiedziała Elizabeth i przeniosła spojrzenie na las, w którym powoli zaczynały czerwienić 
się liście. Wciąż utrzymała się wysoka temperatura, jakby to był środek lata. 
 

-  To  jest  jedzenie,  a  to  ubrania  dla  mieszkańców  Słonecznego  Wzgórza  –  wyjaśniła, 

wstawiając płócienny worek do powozu. – A tamten osobny woreczek jest dla Christena. 
 

Zauważyła pytające spojrzenie Bergette i szybko dodała: 

 

- Bardzo się do niego przywiązałam. Takie dobre dziecko! 

 

- Rozumiem – skinęła głową Bergette i westchnęła. 

 

- Żałuję tylko, że pozostałych mieszkańców nie było stać na solidny gest. Gdyby tak 

każde gospodarstwo włączyło się do pomocy…Ale ludzie tłumaczą się, że im samym się nie 
przelewa. 
 

- Maria mówiła dokładnie to samo, a ja… 

 

Elizabeth  zamilkła,  bo  zaniepokoił  ją  wyraz  twarzy  Bergette.  Doskonale  znała  to 

spojrzenie  i  wiedziała,  że  przyjaciółka  próbuje  coś  przed  nią  ukryć.  Spojrzała  jej  prosto  w 
oczy i zapytała: 
 

- Czy coś się stało? 

 

Bergette wykrzykiwała wargi w uśmiechu, który przypomniał raczej grymas bólu. 

 

- Nic się nie stało. skąd ci to przyszło do głowy? 

 

- Nie okłamuj mnie! – Elizabeth zauważyła, że powiedziała to tak, jakby zwracała się 

do krnąbrnej uczennicy, więc uśmiechnęła się przepraszająco. 
 

Bergette  zwilżyła  wargi  językiem  i  pociągnęła  się  za  płatek  ucha.  Rzuciła  szybkie 

spojrzenie w stronę domu, po czym powiedziała z wyraźną niechęcią: 
 

- Jakiś czas temu Maria była na zabawie, zgadza się? 

 

Elizabeth skinęła głową. 

background image

 

75

 

Bergette  zaczerwieniła  się  i  spuściła  wzrok.  Po  chwili  zebrała  się  na  odwagę  i 

spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. 
 

- We wsi mówią, że jej zachowanie było… delikatnie mówiąc, nieprzyzwoite. 

 

Elizabeth  o  mało  co  nie  wybuchnęła  śmiechem.  Matia  i  nieprzyzwoite  zachowanie? 

Jej  Maryjka?  Ale  po  chwili  ogarnęła  ją  straszna  złość.  Nie  wystarczy,  że  ona  sama  przez  te 
wszystkie lata musiała znosić ludzkie gadanie? Czyżby teraz przyszła im ochota na to, żeby 
obmawiać jej Bogu ducha winną siostrę? 
 

- Co to znaczy „nieprzyzwoite”? 

 

Czuła,  że  musi  o  to  zapytać,  bo  w  przeciwnym  razie  wyobraźnia  nie  dałaby  jej 

spokoju. 
 

- Przecież wiesz, że nie słucham plotek, ale… 

 

-  Nawet  jeśli  nie  zgadzasz  się  z  tym,  co  mówią,  na  pewno  słyszałaś  to  i  owo.  Chcę 

wiedzieć, co ludzie gadają. 
 

-  Słyszałam,  ze  na  zabawie  była  muzyka  i  tańce  –  zaczęła  Bergette  niechętnie.  –  I 

podobno Maria… Nie, proszę, nie każ mi tego powtarzać! Jestem pewna, ze to tylko złośliwe 
plotki. Nawet nie wiem, kto zaczął je rozsiewać… 
 

- Opowiadaj! 

 

-  Mówią,  że  kleiła  się  do  wszystkich  mężczyzn,  pozwalała  im  się  obmacywać  i 

składała im niedwuznaczne propozycje… 
 

Elizabeth  poczuła,  że  robi  jej  się  niedobrze.  Ziemia  zakołysała  się  pod  jej  stopami  i 

ż

eby nie upaść, musiała przytrzymać się powozu. 

 

- Przepraszam! Nie powinnam była ci tego mówić. 

Tym  bardziej  że  ta  opowieść  jest  z  całą  pewnością  wyssana  z  palca.  Przecież  znam  Marię  i 
wiem, jaka z niej spokojna i rozsądna dziewczyna… 
 

- Dziękuję, ze mi o tym powiedziałaś – przerwała jej Elizabeth. – Pozdrów ode mnie 

Słoneczne Wzgórze. 
 

Zanim  przyjaciółka  zdążyła  powiedzieć  coś  więcej,  Elizabeth  zniknęła  w  drzwiach. 

Biegnąc po schodach na poddasze, niemal zderzyła się z Kristianem. 
 

-  Widzę,  ze  masz  dzisiaj  urwanie  głowy  –  powiedział  i  przyjrzał  jej  się  badawczo. 

Elizabeth czuła, ze słowa Bergette ma wypisane na czole. Z emocji zrobiło jej się gorąco. 
 

-  Skończyła  mi  się  przędza,  a  robota  nie  może  czekać  –  powiedziała.  Kolejne 

kłamstwo. 
 

Westchnęła. W ostatnim roku zbyt często jej się to zdarzało. 

 

Już miała pójść dalej, gdy nagle Kristian przytrzymał ją za ramię. 

 

- Czy coś się stało? wyglądasz na bardzo zdenerwowaną. 

 

- Mam mnóstwo pracy, to wszystko – odpowiedziała, siląc się na uśmiech. 

 

W  końcu  pozwolił  jej  odejść.  Jednak  gdy  tylko  znalazła  się  w  tkalni,  zupełnie  się 

rozkleiła.  Cała  się  trzęsła,  a  żołądek  podchodził  jej  do  gardła.  Przyłożyła  dłoń  do  ust,  żeby 
powstrzymać płacz. Och, Mario! – pomyślała. Co ty nam zrobiłaś – i sobie? 
 

Nigdy nie miała powodu, żeby wstydzić się za Maryjkę. Była najlepszą uczennicą w 

całej  szkole  i  doskonale  radziła  sobie  z  obowiązkami  w  domu.  Kiedy  po  nabożeństwie  stali 
przed  kościołem,  ludzie  nie  mogli  się  jej  nachwalić.  Maria  zawsze  miała  w  sobie  spokój  i 
opanowanie,  które  sprawiły,  że  szybko  wydoroślała.  Na  tym  po  części  opierała  się  jej  siła. 
Zrozpaczona Elizabeth pokręciła głową. nie chciała ani nie była w stanie uwierzyć w to, że jej 
siostra  zachowywała  się  tak,  jak  to  opisała  Bergette.  To  była  zwykła  ludzka  zazdrość,  nic 
więcej. Do tej pory nikt nigdy nie skarżył się na Marię. 
 

Usłyszawszy  kroki  na  schodach,  aż  podskoczyła  z  wrażenia.  Szybko  schyliła  się  po 

motek  wełny  i  zanim  drzwi  się  otworzyły,  siedziała  z  zatroskaną  miną,  obracając  motek 
między palcami, 
 

- Co ty tutaj robisz? – spytała Maria. 

background image

 

76

 

Elizabeth spojrzała siostrze prosto w oczy. Jej spojrzenie było otwarte i szczere. 

 

- Potrzebuję więcej szarej przędzy i wszędzie szukam koszyka… 

 

- Stoi tuż obok ciebie – powiedziała Maria ze śmiechem. 

 

Elizabeth  również  się  roześmiała,  po  czym  wstała  i  ruszyła  do  wyjścia.  Była  w 

połowie drogi na strych, kiedy zatrzymała się i wciągnęła powietrze głęboko do płuc. Czuła, 
ż

e najlepiej zrobi, jeśli skonfrontuje siostrę z plotkami na jej temat i dowie się, co Maria ma 

jej do powiedzenia. 
 

- Wiesz, że ludzie uwielbiają rozsiewać plotki… - zaczęła niepewnie. 

 

Siostra również przystanęła i spojrzała na nią ze zdziwieniem. 

 

- Co masz na myśli? 

 

- Doszły mnie słuchy, że na imprezie u Edrikke zachowywałaś się nieprzyzwoicie. 

 

Twarz Marii stężała, a ciało przygotowało się do odparcia ataku. 

 

- I uwierzyłaś w to, co ludzie gadają, nie rozmawiać najpierw ze mną? 

 

- Nie, i dlatego teraz pytam cię, czy to prawda. 

 

- Nie! 

 

- W takim razie powiedz mi, co się stało. 

 

Przez kilka sekund Maria stała w bezruchu i spoglądała w dół schodów, Az w końcu 

zarzuciła głową i utkwiła wzrok w Elizabeth. 
 

-  Nic  się  nie  stało.  tańczyłam,  rozmawiałam  jadłam  ciasto  i  dobrze  się  bawiłam  

dokładnie tak jak inni. 
 

Elizabeth  studiowała  każdy  rys  jej  twarzy.  Jakaś  część  niemal  nadal  miała  pewne 

wątpliwości. 
 

- Wytłumacz mi więc, dlaczego ludzie rozsiewają takie plotki? 

 

Maria zaśmiała się nieprzyjemnie. 

 

- I kto o to pyta? A dlaczego ludzie wciąż plotkują na twój temat? 

 

Elizabeth nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

 

- Sama widzisz! – zawołała Maria i z impetem zbiegła ze schodów. 

 
Rozdział 16 
 
 

Elizabeth  wracała  właśnie  z  suszarni,  gdy  z  gabinetu  Kristiana  doleciały  do  niej 

strzępy rozmowy. Zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać. Niemal natychmiast rozpoznała głos 
Marii. 
 

-  Pozwól  mi,  Kristianie,  bardzo  cię  o  to  proszę!  Jeśli  się  zgodzisz,  będziesz 

najmilszym mężczyzną na świecie! – zaśmiała, się, rozbawiona własnym doborem słów. 
 

Kristian wyraźnie się wahała. 

 

- Sam już nie wiem… Najlepiej by było, gdybyś porozmawiała z Elizabeth. W końcu 

to ona decyduje o tych sprawach. 
 

-  „Ona  decyduje  o  tych  sprawach”  –przedrzeźniała  go  Maria.  –  Zachowaj  się  jak 

mężczyzna i sam podejmij decyzję! 
 

Kristian roześmiał się. 

 

- A więc uważasz, że zachowuje się jak baba? 

 

-  Nie  to  miałam  na  myśli  –  Maria  zrobiła  krótką  przerwę,  szukając  gorączkowo 

przekonujących argumentów, by osiągnąć swój cel. gdy znowu się odezwała, by pełna euforii. 
–  Nie  widzisz,  jak  piękną  jesień  mamy  w  tym  roku?  Jeśli  będziemy  dłużej  zwlekać,  może 
okazać  się,  że  jest  już  za  późno,  a  przecież  nam  wszytkom  przydałaby  się  odrobina 
wytchnienia! 
 

- No dobrze już dobrze! na Boga, masz moją zgodę na tę zabawę. Ale stawiam jeden 

warunek:  Jeśli  Elizabeth  nie  poprze  twojego  pomysłu,  nie  będzie  żadnej  zabawy  o  koniec 
dyskusji, jasne? 

background image

 

77

  

-  Och,  dziękuję,  bardzo  dziękuję!  –  zaszczebiotała  Maria.  –  Pomogę  Elizabeth  we 

wszystkim! Obiecuję, że nie będzie miała więcej pracy niż zwykle. 
 

Elizabeth  ukryła  się  w  cieniu,  zanim  Maria,  nucąc  wesoło,  wybiegła  z  gabinetu, 

kierując się w stronę kuchni. Przez kilka sekund Elizabeth stała nieruchomo i zastanawiała się 
nad  tym,  co  przed  chwila  usłyszała.  Zabawa  w  Dalsrud?  Nie  spodobał  jej  się  ten  pomysł. 
Zwłaszcza teraz, gdy Maria tak bardzo się zmieniła. Pospiesznie zbiegła ze schodów i weszła 
do gabinetu Kristiana. 
 

-  Szczęść  Boże  –  powiedziała  i  opadła  na  krzesło  stojące  naprzeciwko  biurka.  – 

Widzę, że masz dużo pracy – powiedziała, rzucając mu pytające spojrzenie. 
 

Kristian zamknął książkę, która leżała przed nim, i uśmiechnął się. 

 

- Właśnie skończyłam. 

 

Spojrzał ukradkiem na żonę i podrapał się po głowie.  

 

- Maria była u mnie przed chwilą – zaczął niepewnie.  

 

- Tak? 

 

-  Chce  urządzić  zabawę.  Dla  koleżanek  i  kolegów  –  i  niektórych  dorosłych,  jeśli 

będziemy  chcieli.  U  nas  na  podwórzu.  Powiedziałam,  że  nie  mam  nic  przeciwko  temu,  ale 
jeśli ty się nie zgodzisz, na przykład z braku czasu, musi o wszystkim zapomnieć. 
 

Elizabeth zaczęła okręcać kosmyk włosów wokół palca. 

 

- Muszę ci coś powiedzieć – wciągnęła głęboko powietrze i po dłuższej chwili mówiła 

dalej:  -  Jakiś  czas  temu  była  u  nas  Bergette…  Podobno  na  zabawie  u  Edrikke  Maria 
zachowywała  się  nieprzyzwoicie.  Bergette  opowiadała,  że  Maria  kleiła  się  do  mężczyzn  i 
składała im niedwuznaczne propozycje. 
 

Oczy  Kristiana  pociemniały  z  gniewu,  a  dłonie  zacisnęły  się  w  pięści.  Długą  chwilę 

wpatrywał się w podłogę, po czym podniósł wzrok i spojrzał żonie prosto w oczy. 
 

- Nie wierzę! 

 

-  Już  sama  nie  wiem,  w  co  mam  wierzyć  –  wymamrotała  Elizabeth,  bawiąc  się 

guzikiem od sukni. – Oczywiście Maria wszystkiemu zaprzecza, ale… 
 

Przez moment zastanawiała się, czy powiedzieć mu o incydencie z Larsem, ale szybko 

zarzuciła  tę  myśl.  Po  pierwsze,  nie  wiedziała,  czy  rzeczywiście  coś  się  stało,  czy  dała  się 
ponieść wyobraźni. A po drugie, Lars był miłym mężczyzną i trudno było posądzić go o to, że 
mógłby zrobić Marii jakąś krzywdę. 
 

- O czym myślisz? – spytał Kristian, przyglądając jej się badawczo. 

 

- O tej zabawie u Edrikke – skłamała. – I o tym, co powiedziała Bergette. 

 

-  To  tylko  plotki  –  stwierdził  Kristian  kategorycznym  tonem.  –  Niektórzy  ludzie  nie 

mogą znieść tego, że Maria potrafi zachować się lepiej od ich dzieciaków. Czy kiedykolwiek 
dała nam powód, by jej nie wierzyć? Naprawdę sądzisz, że Maryjka mogłaby zachowywać się 
nieprzyzwoicie? 
 

Maryjka, powtórzyła Elizabeth w myślach. tylko ja ją tak nazywam. Ale masz rację, 

moja Maryjka taka nie jest.  
 

-  Niech  zaprosi,  kogo  chce.  Urządzimy  tę  zabawę  –  powiedziała  i  podniosła  się  z 

krzesła. 
 

Kristian poszedł w jej ślady i uśmiechnął się szeroko. 

 

- Powiem jej o tym. 

 
 

Tego  roku  jesień  była  wyjątkowo  łagodna.  Tylko  w  niektórych  miejscach  liście 

zaczęły  żółknąć.  A  jednak  ptaki  nas  opuściły  i  odleciały  do  ciepłych  krajów,  pomyślała 
Elizabeth i spojrzała na budkę dla szpaków wiszącą na ścianie obory. Wiosną znów usłyszą 
pisk młodych, które właśnie się wykluły, ale do wiosny jeszcze daleko. 
 

Podwórze  zaczęło  wypełniać  się  gośćmi.  Większość  stanowili  młodzi  ludzie,  ale 

pojawiło  się  także  kilkoro  dorosłych.  Elizabeth  dała  Marii  wolną  rękę  w  doborze  gości  i  z 

background image

 

78

zadowoleniem  zauważyła,  że  siostra  nie  brała  pod  uwagę  względów  materialnych,  gdyż 
zaprosiła zarówno biednych, jak i tych bardziej zamożnych. To cała Maria, ucieszyła się. 
 

W  roztargnieniu  poprzestawiała  półmiski  z  jedzeniem.  Długi  stół  uginał  się  pod 

ciężarem suszonego mięsa, placków, śmietany, masła i sera. Specjalnie ustawili stół tak, żeby 
goście sami mogli się częstować. W wielu miejscach stały dzbany z kompotem, a w pralni, w 
w dużych kotłach, przygotowano kawę. Na podwórzu słychać było dziesiątki głosów i wesoły 
ś

miech  ludzi,  którzy  zbyt  rzadko  się  spotykali,  ponieważ  większość  czasu  wypełniała  im 

praca. 
 

- Dobry wieczór, Elizabeth! 

 

Odwróciła  się  z  uśmiechem,  ale  na  widok  Olava  uśmiech  zamarł  jej  na  ustach.  Nie 

przyszło jej do głowy, że Maria go zaprosi. 
 

A  jednak  stał  przed  nią:  wysoki  i  przystojny.  Miał  na  sobie  nowiutki  biało-  szary 

sweter. Może Elen zrobiła mu go na drutach? – pomyślała Elizabeth. Spod swetra wystawał 
biały  kołnierzyk  koszuli.  Brązowe  włosy  były  świeżo  umyte  i  przystrzyżone,  a  zadraśnięcie 
na brodzie zdradzało, że golenie wciąż sprawia mu pewne problemy, 
 

Kiedy dotarło do niej, że Olav przygląda jej się ze zdziwieniem, szybko wzięła się w 

garść i odwzajemniła uśmiech. 
 

- Witam cię! Jak miło, że odpowiedziałeś na zaproszenie – zawołała, podając mu rękę. 

Postanowiła  udawać,  że  o  wszystkim  wiedziała.  –  Rozumiem,  że  Dorte  i  Jakob  przyjechali 
razem z tobą? 
 

Olav potrząsnął głową. 

 

- Nie, tata cierpi na bóle pleców, a Drote nie chciała go zostawić samego. 

 

- Chyba nie dostał lumbago? – spytała zmartwiona Elizabeth. 

 

-  Nie,  to  nie  lumbago.  Tata  po  prostu  zaczyna  się  starzeć.  Ma  już  pięćdziesiąt  jeden 

lat, ale nie chce tego przyjąć do wiadomości i wciąż pracuje za trzech. Dorte jest wobec niego 
zupełnie bezradna. Tymczasem Indianne najęła się do pracy u pewnej pani w Storvika, która 
dopiero co urodziła i potrzebuje pomocy przy pozostałych dzieciach. Tylko na parę tygodni, 
aż  kobieta  stanie  na  nogi.  Rodzice  prosili,  żebym  serdecznie  was  pozdrowił  i  przekazał,  że 
bardzo żałują, że nie mogli skorzystać z zaproszenia. 
 

- Dziękuję ci, Olavie. Koniecznie pozdrów ich od całej naszej rodziny. A co z Elen? 

Nie ma jej dzisiaj z tobą? 
 

Musiała o to zapytać. Jego odpowiedź sprawiła, że kamień spadł jej z serca. 

 

- Nie, Elen pojechała do swoich rodziców. 

 

Wiele innych pytań cisnęło jej się na usta, ale czuła, że nie wypada ich zadać. Jak im 

się  układa?  Czy  wyznaczyli  już  datę  ślubu?  Czy  kiedykolwiek  przyszło  mu  do  głowy,  że 
Maria jest w nim zakochana? Zamiast tego uśmiechnęła się zachęcająco i powiedziała: 
 

- Znajdź sobie coś do picia i do jedzenia i baw się dobrze. 

 

- Dziękuję, taki właśnie mam zamiar – odpowiedział i poszedł dalej. 

 

Elizabeth odprowadziła go wzrokiem. Dobry, poczciwy Olav była pewna, że któregoś 

dnia zostanie mężem Marii, ale myliła się. tych dwoje nigdy nie będzie parą. Cóż, los bywa 
kapryśny. Wiedziała o tym od dawna. 
 

Rozejrzała się po placu, szukając Marii. Chciała zapytać ją, dlaczego zaprosiła Olava. 

Odnalazłszy  ją  w  tłumie,  szybkim  krokiem  ruszyła  przez  podwórze,  gdy  nagle  podeszła  do 
niej Bergette i złapała jej ramię. 
 

- Jak cudownie ti urządziłyście! – powiedziała z uśmiechem. – Że też nikt wcześniej 

na to nie wpadł. 
 

- Dziękuję, ale to pomysł Marii i to ona zasługuje na pochwały. Cóż, to raczej zabawa 

dla młodych, ale wszyscy, którzy zechcą wziąć w niej udział, są oczywiście mile widziani. 
 

- W takim razie my również zaliczamy się do młodych – zaśmiała się Bergette. 

background image

 

79

 

Elizabeth uśmiechnęła się i spojrzała ukradkiem na siostrę. Maria stała i rozmawiała z 

Helene. Możliwe, że jeszcze nie przywitała się z Olavem. 
 

Elizabeth  domyśliła  się,  że  Bergette  przyszła  sama,  bo  nigdzie  nie  było  widać 

Sivgarda.  Od  dawna  nie  pojawił  się  w  Dalsrud.  Nie  ma  odwagi  pokazać  mi  się  na  oczy  po 
tych wszystkich złośliwościach, których się dopuścił, pomyślała Elizabeth, wzdrygając się na 
samo wspomnienie. Z uprzejmości musiała jednak o niego zagadnąć. 
 

- Widzę, że jesteś sama. czasami ciężko jest odciągnąć mężczyznę od pracy – dodała. 

 

- Nie musisz go usprawiedliwiać – odpowiedziała Bergette. – Po tym, jak pociął twoje 

ubrania, nie ma tutaj czego szukać – spuściła wzrok i dodała: - Nie będę mogła długo zostać. 
Nie jestem pewna, czy służąca dobrze zajmie się dziećmi – dokończyła zażenowana. 
 

Elizabeth pokiwała głową ze współczuciem. 

 

- Później porozmawiamy, dobrze? teraz muszę zamienić kilka słów z Marią. 

 

Gdy podeszła do siostry, Helene właśnie skończyła z nią rozmawiać i odeszła, 

 

- Przed chwilą widziałam się z Olavem – zagadnęła ją Elizabeth. 

 

- O, ja również chętnie go przywitam! – zawołała z entuzjazmem Maria. Już miała iść, 

gdy Elizabeth chwyciła ją za ramię i siła przytrzymała. 
 

- Po co go zaprosiłaś? – spytała cicho, tak żeby nikt ich nie słyszał. – Przecież wiesz, 

ż

e jest zaręczony z inną. Dlaczego z własnej woli narażasz się na takie cierpienie? 

 

Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Maria weszła jej w słowo. 

 

- A niby dlaczego miałabym go nie zapraszać? Przecież przyjaźnimy się i mieszkamy 

obok  od  czasu,  gdy  byliśmy  niemowlętami!  A  na  to,  z  kim  zamierza  się  ożenić,  nie  mam 
najmniejszego  wpływu.  Zresztą  już  dawno  się  z  tym  pogodziłam  –  powiedziała,  patrząc  jej 
prosto  w  oczy.  –  Poza  tym  zaprosiłam  ich  wszystkich,  ale  wygląda  na  to,  że  z  jakichś 
powodów nie mogli przyjść. 
 

- Jakoba bolą plecy – wymamrotała Elizabeth. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. 

 

- Długo jeszcze będziemy czekać na muzykę? – zniecierpliwiła się Maria. 

 

- Nie wiem. 

 

Elizabeth pozwoliła jej odejść, ale przez cały czas nie spuszczała jej z oczu. Widziała, 

jak kręci się po podwórzu, zagadując gości. Maria miała na sobie granatową suknię. Elizabeth 
wiedziała,  że  siostra  nałożyła  dodatkową  podkoszulkę,  żeby  nie  wkładać  płaszcza.  Na 
ramiona zarzuciła jedwabny szal, który Kristian kupił jej tuż przed konfirmacją. 
 

Zbyt lekko to przyjęła, pomyślała Elizabeth. To do mojej Maryjki niepodobne. Nagle 

poczuła  chłód    spojrzała  w  niebo.  było  jasnoniebieskie  z  domieszką  bieli.  Zupełnie  jakby 
Stwórca wziął pędzel i pomazał niebo białą farbą, pomyślała. Zachodzące słońce sprawiło, że 
las i góry błyszczały niczym złoto. 
 

- Cudowny wieczór. 

 

Tuż  obok  niej  stanął  Lars.  Jego  jasne  włosy,  które  próbował  uczesać  na  mokro, 

wyschły  i  znowu  skręciły  się  w  loki.  Letnia  opalenizna  jeszcze  mu  Ne  zeszła,  a  kiedy  się 
uśmiechał, błyskał białymi zębami. 
 

Gdy  ich  spojrzenia  się  spotkały,  wbrew  swojej  woli  poczuła,  że  uginają  się  pod  nią 

kolana. Jego niebieskie oczy z czarnymi rzęsami. Mógł nimi oczarować każdą kobietę – tego 
była pewna. Zmieszana odwróciła wzrok. 
 

- To prawda. Dawno nie mieliśmy tak pięknej jesieni. To istotny cud Boży. 

 

-  Przywitałem  się  już  z  większością  gości  –  powiedział  po  chwili.  –  Ale  tego,  który 

teraz rozmawia z Marią, widzę pierwszy raz w życiu. 
 

Elizabeth podążyła za jego spojrzeniem. 

 

- To Olav Myran z Heimly. Wychowywał się z Marią. Brat mojego pierwszego męża 

– dodała. 
 

- Pierwszego męża? 

background image

 

80

 

Elizabeth przypomniała sobie, że gdy Lars przybył do Dalsrud, nie miała okazji dłużej 

z nim porozmawiać. 
 

-  Była  już  raz  zamężna  i  owocem  tego  związku  jest  Ane.  Mój  pierwszy  mąż  utonął 

podczas zimowego połowu – wyjaśniła. 
 

- I dlatego Ane mówi „Maya-Kristian”? 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Olav ma osiemnaście lat – powiedziała, chcąc jak najszybciej zmienić temat. – jest 

dwa lata starszy od Marii. 
 

- W takim razie ja również pójdę się z nim przywitać – odparł Lars. 

 

Powoli  zapadł  zmierzch.  Goście  tańczyli  od  dobrych  kilku  godzin.  Elizabeth 

zauważyła, że niektórzy  trzymali za pazuchą piersiówki, których zawartość dolewali obficie 
do kawy. 
 

Niechcący podsłuchała rozmowę dwóch mężczyzn opierających się plecami o ścianę 

spiżarni. 
 

-  Najpierw  wkładasz  do  kubka  miedzianą  monetę  –  tłumaczył  jeden  z  nich.  –  Potem 

wlewasz kawę, aż całkowicie zakryje monetę, a na końcu lejesz wódkę – aż znowu zobaczysz 
monetę. To dopiero kawa, mówię ci! 
 

Elizabeth  nie  podobał  się  taki  obrót  spraw,  ale  nie  miała  odwagi  odesłać  gości  do 

domu. Przez cały czas wodziła wzrokiem za Marią. Widziała, jak tańczy, śmieje się i żartuje – 
to  z  jednym,  to  z  drugim.  Była  w  radosnym  nastroju  i  cieszyła  się  dużym  powodzeniem. 
Nagle do Elizabeth doleciały strzępy rozmowy dwóch młodych mężczyzn: 
 

- Ta Maria to ma ciało! – powiedział jeden z nich. 

 

- Tak, ten który się do niej dobierze, będzie miał prawdziwego farta. No i złapie się na 

niezły posag. W końcu tu w Dalsrud nie klepią biedy. 
 

Elizabeth  z  wrażenia  zrobiło  się  gorąco.  Miała  ogromną  ochotę  doskoczyć  do  nich  i 

natrzeć  im  uszu,  jednak  wiedziała,  że  jeśli  chce  uniknąć  awantury,  musi  trzymać  język  za 
zębami. Są pijani, pocieszała się w myślach. a jednak zachowanie Marii budziło jej niepokój. 
Bała się, że po tym wieczorze ludzie nie dadzą siostrze żyć. 
 

Czy musi tańczyć tak blisko mężczyzn? Czy ten młody chłopak musi tak często się do 

nich uśmiechać i posyłać zalotne spojrzenia? Elizabeth wzdrygnęła się i  naciągnęła mocniej 
na  ramiona  sweter.  Na  schodach  domu  zobaczyła  Kristiana,  który  rozmawiał  z  grupą 
mężczyzn. Uśmiechnęła się do niego, po czym poszła dalej. 
 

To się musiało skończyć. Postanowiła, że porozmawia z Larsem i zapyta go wprost, co 

tamtego dnia robił z Marią w stodole. Jeśli nie będzie chciał udzielić odpowiedzi, wyciągnie 
ją z niego siłą. 
 

W tej samej chwili nadszedł Lars. Ręce trzymał zawadiacko w kieszeniach spodni. 

 

- Dlaczego tak stoisz i marzniesz? – spytał i pogłaskał ją po plecach. 

 

Elizabeth  poczuła  się  niezręcznie.  Jego  dotyk  był  wyjątkowo  delikatny,  a  spojrzenie 

pełne troski, jednak nie powinien tak się zachowywać. Tylko Kristian miał do tego prawo. 
 

- Nie, wcale nie jest mi zimno. Chciałam tylko trochę odpocząć – odpowiedziała. 

 

Lars przyjrzał jej się badawczo. 

 

-  Wyglądasz  na  zmartwiona,  a  przecież  zabawa  jeszcze  się  nie  skończyła.  Powinnaś 

zapomnieć  o  wszystkich  troskach  i  dobrze  się  bawić!  –  wyciągnąć  do  niej  rękę,  zapytał:  - 
Mogę cię prosić do tańca? 
 

- Chętnie, dziękuję – odpowiedziała bez zastanowienia i wyszła z nim na plac. 

 

Lars  zachowywał  stosowną  odległość,  obejmując  ją  lekko  w  talii.  Zauważyła,  że 

humor  zaczyna  jej  się  poprawiać  zatańczyli  dwa  tańce,  ale  gdy  skrzypek  podziękował 
wdzięcznej  publiczności  i  wsunął  instrument  pod  brodę,  żeby  zagrać  kolejną  melodię, 
Elizabeth podziękowała za taniec. 

background image

 

81

 

-  Było  mi  bardzo  miło,  ale  teraz  muszę  zająć  się  innymi  sprawami  –  powiedziała, 

wykonując ruch, jakby chciała odejść. 
 

Jednak  Lars  okazał  się  szybszy:  przytrzymał  ją  za  ramię  i  patrząc  na  nią  poważnym 

wzrokiem, wyznał: 
 

-  To  ja  powinienem  podziękować.  Ty  i  Kristian  jesteście  najwspanialszymi  ludźmi, 

jacy kiedykolwiek stapli po ziemi! 
 

Elizabeth poczuła zakłopotanie. 

 

- To prawda! – Lars posłał jej spojrzenie niebieskich oczu. – Nie dość, że pozwalacie, 

ż

ebym  mówił  wam    po  imieniu,  to  jeszcze  mogłem  zatańczyć  z  panią  domu…  Gdybym 

powiedział o tym ludziom spoza naszej wioski, posądziliby mnie o kłamstwo. 
 

-  Oczywiście,  że  możesz  mówić  na  po  imieniu  –  potwierdziła  Elizabeth.  –  I  niby 

dlaczego miałabym z tobą nie zatańczyć? 
 

- Przecież jestem tylko parobkiem! 

 

- Ja również byłam kiedyś służącą w tym gospodarstwie – odpowiedziała Elizabeth. 

 

Lars z wrażenie aż otworzył usta. 

 

- Naprawdę? 

 

- Tak, ale o tym opowiem ci innym razem, bo teraz muszę już iść. 

 

Szybkim  krokiem  ruszyła  w  kierunku  stołu.  Zamierzała  posprzątać,  a  nie  zjedzone 

resztki wynieść do kuchni. Miała nadzieję, że goście zrozumieją, iż to oznacza koniec zabawy 
i  najwyższy  czas  wracać  do  domu.  Nie  chciała  nikogo  wyrzucać,  ale  czuła  się  zmęczona,  a 
następnego dnia czekało na nią dużo obowiązków.  
 

Po chwili podszedł do niej Kristian. od razu zauważyła, że jest pijany, bo miał mętny 

wzrok i czuć było od niego wódkę. 
 

- Widzę, że nasz parobek przypadł ci do gustu – powiedział. 

 

Elizabeth rozejrzała się szybko wokół siebie. 

 

- Krzycz głośniej, żeby wszyscy cię usłyszeli. 

 

Serce biło jej jak oszalałe, ale nie przerwała pracy. 

 

- Nic nie powiesz? – spytał, tym razem nieco ciszej. 

 

Odstawiła maselniczkę i wbijając go wzrokiem w ziemię, odpowiedziała. 

 

-  Owszem,  powiem,:  czy  za  każdym  razem,  kiedy  się  upijesz,  musisz  mi  urządzać 

sceny  zazdrości?  tańczyła,  z  Larsem    -  to  wszystko.  i  nie  chcę  więcej  słyszeć  twoich 
obraźliwych insynuacji – powiedziała i zostawiła go samego. 
 

Z  emocji  szumiało  jej  w  uszach.  Bała  się,  że  Kristian  pójdzie  za  nią  i  wywoła 

awanturę.  W  końcu  nie  pierwszy  raz  dawał  upust  swojej  zazdrości.  kiedyś  nawet  doszło  do 
tego, że rozciął Jensowi policzek, ale powiedział jej o tym dopiero wiele miesięcy później, już 
po zaginięciu Jesna. Elizabeth wiedziała, że gdy to się stało, Kristian też był pijany. 
 

Zatrzymała  się  w  sporej  odległości  placu,  na  którym  odbywały  się  tańce.  Szukała 

wzrokiem  Larsa,  ale  go  nie  znalazła.  Oby  tylko  Kristian  go  nie  spotkał!  Przyjrzała  się 
gościom. Bergette już dawno opuściła przyjęcie, a razem z nią wiele innych osób. Ci, którzy 
jeszcze  zostali,  byli  przeważnie  w  wieku  jej  siostry.  Nagle  zauważyła,  że  Maria  zniknęła. 
Elizabeth rozejrzała się po całym podwórzu, ale nigdzie nie mogła jej znaleźć. Może poszła 
do  wygódki?  –  pocieszała  się  w  myślach,  chociaż  nie  bardzo  w  to  wierzyła.  Wciąż  jeszcze 
dźwięczały jej w uszach słowa Bergette – że Maria kleiła się do mężczyzn i pozwalała im się 
obmacywać.  A  jeśli  tak  rzeczywiście  było?  Jeśli  Maria  zaszyła  się  w  ustronnym  miejscu  z 
jakiś smarkaczem, któremu tylko jedno w głowie? Mimowolnie zerknęła na wygódkę, ale jej 
nadzieje prysły, gdy chwilę później wyszła stamtąd obca kobieta i zamknęła za sobą drzwi na 
haczyk. 
 

Co  to  był  przypadek,  że  Lars  i  Maria  zniknęli  w  tym  samym  czasie,  czy  raczej… 

Elizabeth nie dokończyła myśli. Chowając się w cieniu, wślizgnęła się do obory. Większość 
zwierząt zdążyła ułożyć się do snu, ale na jej widok wstały i patrzyły zaciekawione. Zagrody 

background image

 

82

dla owiec były puste. Lekko zawstydzona zajrzała do wszystkich po kolei, bojąc się tego, co 
może tam zobaczyć. 
 

- Mario – powiedziała ściszonym głosem w obawie, żeby nikt jej nie usłyszał. Żadnej 

odpowiedzi. Po chwili spróbowała trochę głośniej: - Mario, jesteś tutaj? 
 

Pachniało  sianem  i  gnojówką.  Konie  skrobały  kopytami  o  ziemię,  a  krowy 

mechanicznie  przeżuwały  pokarm.  Nie,  nie  mogła  dłużej  tak  stać  i  ryzykować,  że  ktoś  ją 
zobaczy i zainteresuje się, po co tutaj przyszła. Czym prędzej wybiegła na dwór. 
 

Muzyka,  śmiech  wydały  jej  się  nagle  zbyt  głośne  i  natrętne.  Chciała  krzyknąć,  żeby 

zamilkli i pomogli jej szukać Marii. Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić. Może jest w 
składziku na torf? – pomyślała i zajrzała do środka. Nie, tam również nikogo nie było. Czuła, 
ż

e ogarnia ją panika, którego nie znała. Odwróciła się w stronę, skąd dochodziły. 

 

Nieznajomy poklepał Larsa po ramieniu i powiedział: 

 

- Dość tego  gadania! Przepraszam, że zabrałem ci tyle czasu. Zamiast tego tak stać i 

rozmawiać przez całą noc lepiej znajdź sobie jakąś dziewczynę i ruszaj do tańca. 
 

A więc to tutaj był przez cały czas! Elizabeth poczuła, że kamień spadł jej z serca. 

 

- Widzieliście Marię? – spytała, siląc się na obojętny ton. 

- Chce, żeby w czyś mi pomogła – dodała wyjaśniająco, 
 

- Jest tam – odparł Lars i wskazał głową na kogoś, kto najwyraźniej znajdował się jej 

za plecami. 
 

Elizabeth  odwróciła  się  na  pięcie  i  wyszła  siostrze  na  spotkanie.  Policzki  Marii 

płonęły,  a  kilka  kosmyków  wysunęło  się  z  misternej  fryzury  i  utworzyło  wokół  jej  słodkiej 
twarzy coś na kształt aureoli. 
 

- Gdzie byłaś? – zasyczała Elizabeth. 

 

- W wygódce! 

 

Elizabeth przeszyła ją wzrokiem, ale na Marii nie zrobiło to żadnego wrażenia. 

 

- Następnym razem pamiętaj, żeby zapiąć suknię – rzuciła Elizabeth sarkastycznie. 

 

Maria spojrzała w dół. 

 

- Och, czyżby guzik znowu się odpiął? Po prostu dziurka jest za duża – wyjaśniła. 

 

-  Podziękuj  swoim  gościom  i  poproś  ich,  żeby  poszli  do  domu  –  powiedziała 

Elizabeth. – Zabawa już się skończyła, a za kilka godzin wstanie nowy dzień i trzeba będzie 
zabrać się do pracy. 
 

- Naprawdę nie możemy pobawić się trochę dłużej? 

 

- Uważaj tylko, żeby ta zabawa nie miała żadnych następstw. 

 

Nie dała Marii żadnych szans na obronę. Czuła, że wszystko się w niej buntuje. Oby 

tylko obyło się bez następstw, powtórzyła w duchu. 
 
Rozdział 17 
 
 

Kabelvaag, grudzień 1881 

 
 

Andreas ziewnął i przeciągnął się. przez tę noc polarną jestem ciągle śpiący i nic mi 

się nie chce, pomyślała i postanowił uciąć sobie drzemkę. 
 

Otrzymał  nowe  zlecenie,  więc  miał  za  sobą  długi  i  męczący  dzień.  Nie  zdążył  się 

jednak położyć, ponieważ chwilę później rozległo się pukanie do drzwi. Osobie, która stała za 
drzwiami, musiało bardzo się spieszyć, bo nie czekając na zaproszenie, wbiegła do środka. 
 

Jeden  z  młodszych  braci  Liny  stanął  przed  Andreasem,  nie  mogąc  złapać  tchu. 

Policzki miał czerwone od mrozu, a gdy przekazywał wiadomość, jego oczy były wielkie jak 
spodki. 
 

- Wujek leży w łóżku i prosi, żebyś zaraz do niego przyszedł! 

background image

 

83

 

-  Zachorował?  Co  mu  dolega?  –  spytał  Andreas  zmartwiony.  –  Czy  był  już  u  niego 

doktor? 
 

- Ma ischias i prawie nie może się ruszać. 

 

Andreas wypuścił powietrze z głośnym westchnieniem. Dzięki Bogu, że nie chodzi o 

coś poważniejszego! – pomyślał i zaczął nakładać buty. 
 

- Czyżby nie miał nikogo innego do pomocy? – spytał, szukając czapki i kurtki. 

 

- Jasne, że ma, ale chyba chce z tobą o czymś porozmawiać. Tylko, że ja nie wiem, o 

czym. 
 
 

Szli obok siebie w dół drogi, między chatami rybackimi wzniesionymi po pożarze, aż 

doszli  do  ulicy,  na  której  znajdowały  się  sklepy.  Po  prawej  minęli  przystań  z  łódkami 
przycumowanymi jedna obok drugiej. 
 

- Mama upiekła pierniki na święta – oznajmił chłopiec. – I zrobiła dla ciebie prezent, 

ale nie wolno mi powiedzieć. Co to jest. 
 

Andreas uśmiechnął się. 

 

- Więc lepiej będzie, jeśli zmienimy temat, żebyś niechcący się nie wygadał. A mamie 

powiedz, że wystarczy mi to, że będę mógł spędzić z wami święta. 
 

Chłopczyk  milczał  przez  długą  chwilę.  Nagle  gwałtownie  przystanął,  wbił  wzrok  w 

Andreasa i spytał poważnym tonem: 
 

- Czy ty zamierzasz oświadczyć się Linie? 

 

Andreas stanął jak wryty i przyjrzał się uważnie twarzy chłopca, żeby sprawdzić, czy 

sobie z niego nie żartuje. 
 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

-  Lina  cię  kocha  i  mam  nadzieję,  że  ty  ją  też.  A  mama  mówi,  że  Lina  jest  na  tyle 

dorosła, że może wyjść za mąż. Nie zapominaj, że ona ma już dwadzieścia cztery lata. Jeśli ty 
się  jej  nie  oświadczysz,  Lina  na  pewno  zacznie  rozglądać  się  za  innym.  Mama  wciąż 
powtarza, że to byłyby palec Boży, gdybyście się pobrali. Bo ona wierzy, że to Bóg nam cię 
zesłał. 
 

Andreas  wzruszył  się,  lecz  z  drugiej  strony  to  bezpośrednie  wyznanie  sprawiło,  że 

poczuł  się  niezręcznie.  Skłamałby,  twierdząc,  że  nie  myślał  o  ożenku  –  myślał  o  tym  wiele 
razy.  Lina  rzeczywiście  miała  już  dwadzieścia  cztery  lata,  a  on  sam  był  prawdopodobnie 
jeszcze  starszy.  Całymi  latami  szukał  kobiety  o  imieniu  Elizabeth  –  jak  dotąd  bez 
powodzenia. Nikt jej nie znał anu o niej nie słyszał. O mojej przeszłości też nikt nic nie wie, 
pomyślał z gniewem. A on – mimo usilnych starań – w dalszym ciągu nie mógł sobie niczego 
przypomnieć.  Andreas  westchnął:  kto  wie,  może  najwyższy  czas  zapomnieć  o  przeszłości  i 
zacząć nowe życie? 
 

- Strasznie mi zimno! 

 

Zerknął  na  chłopca,  który  stał  w  podszytej  wiatrem  kurtce  i  próbował  się  rozgrzać, 

wymachując rękami. 
 

- Tak, lepiej chodźmy. Zaraz będzie ci ciepło. 

 

Na  szczęście  przez  resztę  drogi  chłopiec  nie  wspomniał  o  Linie  ani  o  małżeństwie. 

Przed  domem  matki  Liny  pożegnali  się  i  Andreas  zamyślony  ruszył  sam  w  stronę  domu 
wujka chłopca. 
 

Gdy dotarł na miejsce, odepchnął od siebie trudne myśli i zapukał do drzwi. 

 

- Proszę! – zawołał gospodarz. Leżał w łóżku, a gdy na widok Andreasa próbował się 

poruszyć, jęknął cicho z bólu. 
 

- Jak się czujesz? – spytał Andreas. 

 

-  Jakbym  leżał  na  madejowym  łóżku.  Ból  jest  wprost  nie  do  opisania.  A  gdyby  nie 

dobre  kobiety  z  Kabelvaag,  już  dawno  umarłbym  z  głodu.  Bez  ich  pomocy  długo  bym  nie 
pociągnął! 

background image

 

84

 

Andreas ze zrozumieniem pokiwał głową. 

 

- Słyszałem o tym. Nie ma na to żadnego lekarstwa. 

Można tylko leżeć w łóżku i czekać, aż ból sam minie. Za tydzień lub dwa wyzdrowiejesz i 
staniesz na nogi. 
 

Zamilkł na chwilę, przyglądając się leżącemu mężczyźnie. Wyglądało na to, że bardzo 

cierpi. 
 

- Słyszałem, że potrzebujesz pomocy – zagadnął Andreas. 

 

-  Zgadza  się.  obiecałem  kowalowi  w  Storvaagen,  że  pomogę  mu  podkuć  konia 

należącego do Wolffa. 
 

Andreas  już  wiedział,  jakie  będą  następne  słowa,  i  mimowolnie  zrobił  krok  do  tyłu. 

Obiecał  sobie,  że  nigdy  więcej  jego  noga  nie  postanie  w  tamtej  kuźni  i  jak  dotąd  mu  się  to 
udawało. Zlecenia, które otrzymywał, pozwalały mu trzymać się z dala od tamtego miejsca. 
 

- Jak sam widzisz, nie jestem w stanie dotrzymać obietnicy – ciągnął chory. – Dlatego 

uprzejmie cię proszę, żebyś mnie zastąpił. 
 

Andreas chciał zaprotestować, lecz widok bezsilnego mężczyzny przykutego do łóżka 

sprawił, ze nie mógł tak po prostu odmówić. Z drugiej trony wszystko w nim wzbraniało się 
przed tym pomysłem. 
 

- czy nikt inny nie może ci pomóc? 

 

- A więc nie wyświadczysz mi tej przysługi? 

 

- Nie o to chodzi… Wiesz przecież, co wydarzyło się ostatnim razem. 

 

- To było dawno temu. Nie wiem, kogo mógłbym o to jeszcze poprosić. Nikomu nie 

ufam tak jak tobie. ale jeśli mi odmówisz, będę musiał się z  tym pogodzić. 
 

- Zgadzam się. 

 

Bez  względu  na  to,  jak  bardzo  obawiam  się  ponownego  spotkania  z  tamtym 

człowiekiem,  nie  mogę  zawieść  wujka  Liny,  pomyślał  Andreas.  I  kowal,  i  on  byli  przecież 
dorosłymi ludźmi i powinni umieć się zachować. 
 
 

Tego  dnia  w  Varet  było  wyjątkowo  cicho.  Z  tyłu  domu  spotkał  służącą,  która 

spieszyła  się  do  spiżarni.  Tuż  obok  stał  sklep,  który  sąsiadował  z  domem  dzierżawcy,  a  na 
końcu  znajdowały  się  pomieszczenia  dla  służby.  Andreas  usłyszał  kiedyś,  że  wiele  z 
zabudowań gospodarczych nie miało więcej niż dwadzieścia lat. ciekawe, jak żyje się w domu 
takiego bogacza? –zastanawiał się nie pierwszy już raz. 
 

Kiedy dotarł do obory, zwolnił kroku i spojrzał na kuźnię. Nie bał się tego, że może 

dojść do bijatyki. Gdy było trzeba, potrafił użyć pięści, chociaż nie miał natury awanturnika. 
Doświadczenie nauczyło go jednak, że słowa mogą ranić bardziej niż ciosy. A złośliwe uwagi 
dotyczące utraconej pamięci odczuwał wyjątkowo boleśnie. 
 

- Czego chcesz? 

 

Chudego  mężczyzny,  który  nagle  znalazł  się  obok  niego,  nie  pomyliłby  z  nikim 

innym.  To  był  ten  sam  człowiek,  który  wszczął  awanturę,  gdy  Andreas  był  tutaj  ostatnim 
razem. 
 

- To chyba nie twoja sprawa, prawda? – spytał Andreas spokojnym głosem. 

 

- Znów się stawiasz? 

 

Andreas poczuł narastający gniew. 

 

- Bądź tak miły i zejdź mi z oczu! I to zanim policzę do trzech! 

 

Jego  słowa  sprawiły,  że  mężczyzna  odsunął  się  nieco  na  bok.  Rozejrzał  się  szybko 

wokół  siebie,  jakby  sprawdzał,  czy  może  liczyć  na  wsparcie  kolegów.  Przed  sklepem  stało 
kilku  podobnych  do  niego  typków  śledzących  wzrokiem  całe  zajście,  ale  żaden  z  nich  nie 
wydawał się nim zainteresowany. 

background image

 

85

 

Chudzielec  prychnął  z  pogardą  i  mamrocząc  pod  nosem  różne  obelżywe  słowa, 

poszedł  w  swoją  stronę.  Andreas  uniósł  głowę  i  zdecydowanym  krokiem  ruszył  w  stronę 
kuźni, czując na sobie ciekawskie spojrzenia. 
 

- Dzień dobry – powiedział od progu. 

 

Kowal  odwrócił  się,  zmierzył  go  wzrokiem  i  najwyraźniej  rozpoznał,  bo  w  końcu 

powiedział: 
 

- Że też masz czelność tu jeszcze przychodzić! Czego chcesz tym razem? 

 

-  Sam  się  sobie  dziwię –  odpowiedział  Andreas.  –  Przyznaję,  że  po  tym,  co  ostatnio 

tutaj  usłyszałem,  nie  miałam  ochoty  narażać  się  na  podobne  przeżycie.  Tak  się  jednak 
złożyło,  że  ten,  który  miał  ci  pomóc  podkuć  konia  Wolffa,  dostał  ataku  ischias  i  poprosił 
mnie, żebym go zastąpił. 
 

- A więc tak się sprawy mają? – kowal przeczesał ogromną dłonią gęste, czarne włosy 

i  kilka  razy  poruszył  krzaczastymi  brwiami.  –  Pocieszny  z  ciebie  człowiek!  –  zaśmiał  się 
głośno. – Masz tę pracę – powiedział, wyciągając rękę na zgodę. 
 

Andreas chwycił jego dłoń i mocno nią potrząsnął. 

 

- Dziękuję! 

 

-  Lec  do  stajni  i  przyprowadzić  konia.  Oborowy  pokaże,  ci,  który  to  –  powiedział 

kowal,  a  gdy  Andreas  był  już  przy  drzwiach,  dodał:  -  Z  tą  blizną  wciąż  wyglądasz  jak  typ 
spod ciemnej gwiazdy. 
 

Andreas odwrócił się. potężny mężczyzna uśmiechał się od ucha do ucha. 

 

- Dziękuję. Ty też jesteś wyjątkowo przystojny. 

 

Kowal śmiał się tak serdecznie, że aż brzuch mu się trząsł. 

 

- Biegnij do konia. 

 

Wchodząc do stajni, Andreas czuł, że humor mu się poprawia. Koń Wolffa okazał się 

dużym, wspaniale umięśnionym ogierem. Przebierając kopytami, tańczył obok niego. 
 

-  Masz  dryg  do  koni  –  pochwalił  go  kowal,  gdy  przednie  kopyta  były  ostrugane  i 

podkute. 
 

- Dziękuję – odparł Andreas, mając nadzieję, że  mężczyzna przestanie drążyć temat. 

Kolejna zagadka związana z moją przeszłością, pomyślał. Skoro potrafił zajmować się końmi, 
prawdopodobnie  nauczył  się  tego  u  bogatego  gospodarza,  ponieważ  tylko  zamożnych  ludzi 
stać było na hodowlę tych zwierząt. Tylko czy na pewno pracował tam jako parobek? Może 
to było jego gospodarstwo? A może te umiejętności były po prostu wrodzone – i ujawniły się, 
gdy ich potrzebował? 
 

Ni stąd, ni zowąd kowal rzucił soczystą wiązankę przekleństw. 

 

- Przytrzymaj konia, słyszysz! – rzucił szybko. 

 

Andreas chwycił mocno za kantar, ale było już za późno. Coś najwyraźniej spłoszyło 

konia.  A  może  kowal  niechcący  zadał  mu  ból?  Andreas  nie  miał  czasu  dłużej  się  nad  tym 
zastanawiać,  ponieważ  nagle  potężne  zwierzę,  przemknęło  dęba.  Przypomina  ogromną, 
czarną  górę,  przemknęło  Andreasowi  przez  głowę.  Przeraźliwe  rżenie  konia  odbijało  się 
echem od ścian budynku, a nowe, błyszczące podkowy nagle znalazły się na wysokości jego 
twarzy. W ciągu zaledwie kilu sekund Andreas zdążył wychwycić mnóstwo szczegółów. Na 
przykład to, że koń miał założony zupełnie nowy  kantar. Jak to możliwe, że wcześniej tego 
nie  zauważyłem?  –  pomyślał  gorączkowo.  Wiedział,  że  musi  za  wszelką  cenę  uspokoić 
zwierzę! Koń parskał nerwowo, odsłaniając wielkie, żółte zęby, uderzył kopytami o ziemię i 
próbował się wycofać. 
 

-  Dobrze,  już  dobrze!  –  powiedział  Andreas  i  poklepał  go  przy  szyi.  Nagle 

przypomniał sobie, ze duże zwierzęta boją się o swoją głowę, a zwłaszcza o oczy. Tylko skąd 
mógł o tym wiedzieć? 
 

Ogier powoli się uspokajał. Chociaż w jego oczach wciąż czaił się strach. 

background image

 

86

 

-  Wszystko  w  porządku?  –  rzucił  Andreas,  zerkając  przez  ramię.  Chciał  zapytać 

kowala,  czy  wie,  co  tak  wystraszyło  zwierzę,  ale  w  pierwszej  chwili  go  nie  zauważył. 
Zaniepokojony  odwrócił  się  jeszcze  raz,  spojrzał  na  ziemię  i  natychmiast  puścił  lonia. 
Pochylił  Siena  bezwładnym  ciałem  potężnego  mężczyzny.  Z  rany  na  głowie  wypływała  mu 
krew, tworząc małą kałużę. Jego włosy były mokre i pozlepianie, skóra nienaturalnie blada, a 
powieki przymknięte. 
 

Andreas nie pamiętał, jak wezwał pomoc, ale nagle w drzwiach stanął tłum ludzi. 

 

- Co się stało? – zawołał jakiś mężczyzna. 

 

Udzielając  odpowiedzi,  Andreas  nie  poznawał  własnego  głosu  –  brzmiał  tak,  jakby 

należał do kogoś innego. 
 

- Koń się spłoszył i go stratował. Poślijcie po doktora! 

 

Jakiś  mężczyzna  pochylił  się  nad  kowalem,  rozpiął  mu  ubranie  i  przyłożył  ucho  do 

jego piersi. 
 

- Doktor nic tu nie pomoże. Trzeba wezwać lensmana. Jest teraz u Wolffa. 

 

- Lensmana? – powtórzył Andreas. 

 

- Historyjkę o koniu zachowaj dla innych – wtrącił obcy mężczyzna. – Wiemy, coś ty 

za  jeden  i  wszyscy,  jak  tu  stoimy,  możemy  powtórzyć  to  przed  lensmanem.  Na  szczęście 
takich jak ty czeka w tym kraju kara śmierci. 
 

Chwilę  później  dwóch  mężczyzn  złapało  go  za  ręce  i  wykręciło  je  do  tyłu.  Andreas 

stał jak sparaliżowany. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Ostatnie, 
co  zobaczył,  zanim  go  wyprowadzili,  to  postać  leżącą  bez  czucia  na  podłodze  i  koń,  który 
nerwowo przebierał kopytami. 
 
Rozdział 18 
 
 

Padał  gęsty  śnieg.  Duże  płatki  osiadały  na  szybach  kuchennych.  Podwórze  i  ściana 

obory,  z  wyjątkiem  okien  i  drzwi,  były  już  całkiem  białe.  Budka  szpaka  wzbogaciła  się  o 
biały  daszek.  Drzewa  uginały  się  pod  ciężarem  śniegu.  Dzieci  uwielbiają,  gdy  śnieg 
przykrywa cały świat, pomyślała Elizabeth – bo wtedy cudownie jest siedzieć w domu. 
 

W  kuchni  pachniały  świąteczne  wypieki.  Zapach  przypraw,  cukru,  syropu  i  innych 

wspaniałości rozchodził się o całym domu, sprawiając, że domownikom ciekła ślinka. Ława 
pełna  była  blach  z  ciastem,  które  czekały,  aż  znajdą  się  w  piecu.  Odpowiedzialność  za 
wypieki spoczywała na Helene. Tymczasem Lina, Maria i Ane pomagały Elizabeth formować 
ciasta na kuchennym stole. Chociaż pracowały od kilku godzin, końca roboty wciąż nie było 
widać. Kilka ciast leżało na stole od poprzedniego dnia, gotowych do rozwałkowania. 
 

- Nie rozumiem, dlaczego Lars tak długo nie wraca. 

 

Helene odeszła na moment od pieca i wyjrzała przez okno. 

 

- A co, może to twój narzeczony? – zakpiła Ane. 

 

Helene oblała się rumieńcem. 

 

-  Oczywiście,  że  nie  –  odpowiedziała.  Szybko  wróciła  na  miejsce  i  wyjęła  kolejną 

blachę  świeżo  upieczonych  żółtych  ciastek.  –  Po  prostu  martwię  się  o  niego.  Pada  od  tylu 
godzin, że sanie mogły ugrzęznąć w śniegu. W końcu ze sklepu do Dalsrud jest daleka droga. 
Co za nieznośny dzieciak! – dodała ze złością. 
 

- Nie jestem już dzieckiem. Mam dziesięć lat i sześć miesięcy! 

 

Ane, wyraźnie urażona, ugniatała widelcem ciasto migdałowe z taką złością, że zrobił 

się z niego cienki placek.  
 

-  Ciesz  się,  że  jesteś  jeszcze  dzieckiem  –  powiedziała  łagodnie  Lina.  –  To  najlepszy 

czas, możesz mi wierzyć. 
 

Dziewczynka prychnęła, odrzucając głowę. 

background image

 

87

 

- Możesz na przykład karmić kota piernikiem, kiedy nikt tego nie widzi – dodała Lina, 

mrugając porozumiewawczo. 
 

Ane  spojrzała  na  Elizabeth  i  zachichotała.  Postanowiła  jeszcze  raz  zagnieść  ciasto, 

lecz tym razem zrobiła to dużo ostrożniej. 
 

Elizabeth  zerknęła  ukradkiem  na  Marię.  Ostatnio  mało  miała  rozrywek.  Prawdę 

powiedziawszy, nikt z nich od dawna nie opuszczał Dalsrud, więc nawet jeśli ludzie jeszcze o 
nich plotkowali, Elizabeth i tak o niczym nie wiedziała. Często bywa zresztą tak, że ten, kogo 
plotka dotyczy, o wszystkim dowiaduje się ostatni, pomyślała ponuro. 
 

Maria wciąż była wąska w pasie. Gdyby na pamiętnej zabawie rzeczywiście do czegoś 

doszło, byłaby w trzecim miesiącu, pomyślała Elizabeth. Za wcześnie, by móc coś zauważyć. 
Wzdrygnęła  się  na  samą  myśl.  Nie,  to  niemożliwe,  żeby  jej  siostra  była  w  ciąży.  Po  prostu 
niemożliwe! Maryjka miała dopiero szesnaście lat i całe życie przed sobą. Gdyby teraz zaszła 
w ciążę, znalazłaby się na językach ludzi nie tylko w tej, lecz także w sąsiednich wsiach. Czy 
była  wystarczająco  silna,  żeby  się  z  tym  zmierzyć?  czy  byłaby  w  stanie  ochronić  własne 
dziecko przed odmową i złośliwościami, których by im nie szczędzono? 
 

- Przyjechał! 

 

Ane krzyknęła tak głośno, że Elizabeth upuściła ciasto na podłogę. 

 

- Dziecko drogie, czy ty musisz tak wrzeszczeć? – zganiła córkę i zerknęła przez okno. 

Kristian  przechodził  właśnie  przed  podwórze,  niosąc  w  ręce  siekierę.  Szedł  do  składziku, 
ż

eby porąbać drewno na opał. Lars wyskoczył z sań i zamienił z nim kilka słów. 

 

- Mam nadzieję, że kupił wszystko, co go poprosiła, - powiedziała Elizabeth. – Zresztą 

przekonamy się o tym, jak tylko odprowadzi konia – dodała. 
 

- Mam nadzieję, ze przywiózł list od Andreasa – westchnęła Lina. Już im wybaczyła, 

ż

e nie zaoferowali jej narzeczonemu pracy w Dalsrud. 

 

Elizabeth  nie  słuchała,  co  inni  do  niej  mówią.  Myślami  była  już  bardzo  daleko. 

Cofnęła  się  do  pamiętnego  popołudnia,  gdy  razem  z  Kristianem  siedzieli  w  gabinecie  i 
rozmawiali. 
 

- Zasługujesz na lepszego męża – odezwał się Kristian.  

 

Elizabeth milczała, ponieważ nie wiedziała, co miał na myśli. A tymczasem on mówił 

dalej: 
 

-  Jestem  o  ciebie  chorobliwie  zazdrosny,  chociaż  nie  dajesz  mi  ku  temu  powodów. 

Wiele razy zachowywałem się jak skończony idiota – dodał, rozkładając ręce. – Spróbuję się 
poprawić i jakoś ci to wynagrodzić. Wiem, że chciałabyś mieć więcej dzieci i że dobro tego 
ancymona ze Słonecznego Wzgórza leży ci na sercu. 
 

- On ma na imię Christem – powiedziała, czekając na dalszy ciąg. 

 

- Długo nad tym myślałem i doszedłem do wniosku, że możemy przyjąć go do pracy 

jako parobka. W ten sposób mogłabyś się nim opiekować każdego dnia, karmić go i ubierać. 
 

Kristian zamilkł i spojrzał na nią niepewnym wzrokiem. 

 

Elizabeth rzuciła mu się na szyję i zawołała: 

 

-  Bardzo  ci  dziękuję!  Że  też  wcześniej  nie  wpadliśmy  na  ten  pomysł!  –  szalała  z 

radości, obsypując go pocałunkami. 
 

Postanowiła  poczekać,  zanim  przekaże  wiadomość  pozostałym  domownikom. 

Najpierw  zamierzała  wybrać  się  do  Słonecznego  Wzgórza,  żeby  porozmawiać  z  rodzicami 
Christena.  Była  pewna,  że  nie  odrzucą  tej  propozycji.  Wręcz  przeciwnie  potraktują  ją  jak 
najwspanialszy  prezent  bożonarodzeniowy,  jaki  mogli  sobie  wymarzyć.  Christem  mógłby 
zacząć pracę od razu, jeśli tylko jego rodzice nie mieliby nic przeciwko temu. 
 

W tajemnicy przed mężem zaczęła robić sweter dla Christena. To miał być wyjątkowy 

prezent na święta. Już nie mogła się doczekać, kiedy mu go wręczy. 
 

background image

 

88

 

Słyszały,  jak  Lars  stoi  na  schodach  i  otrzepuje  ubranie  ze  śniegu.  Po  chwili  rozległo 

się głośne stukanie drewnianych podeszew. 
 

Elizabeth przypomniało się nagle, jak Gurine robiła Olemu wymówki za to, że wnosi 

do  domu  śnieg  i  błoto. Świadomość,  że  stara  kucharka  nie  żyje,  a  Ole  i  Amanda  wyjechali, 
wzbudziła w Elizabeth mieszane uczucia. Bez nich święta nie będą takie same. 
 

- Mam list! – to było pierwsze, co powiedział Lars, gdy wszedł do kuchni. 

 

- Do mnie? – ucieszyła się Lina. 

 

- Do Elizabeth. Z Ameryki. 

 

W niebieskim pokoju rozległo się głośne westchnienie. Elizabeth czuła, że uginają się 

pod nią kolana. 
 

- Przeczytaj go natychmiast! Poprosiła Lina. 

 

- Tak, dowiedzmy się, co słychać u Amandy , Olego i Jonasa – poparła ją Ane. 

 

Elizabeth otrzepała ręce z mąki. 

 

- Nie. najpierw dokończymy  ciasta i posprzątamy ze stołu. Potem zaparzymy  kawę i 

dopiero wtedy przeczytam list na głos. Chcę, żeby Kristian również go usłyszał. 
 

Ane wykrzywiła twarz w grymasie, ale Elizabeth postanowiła udać, że tego nie widzi. 

Nieświadomie wyżyła się na cieście, które zrobiło się płaskie jak naleśnik. 
 

Lars zdjął mokre ubranie i rozwiesił je, żeby wyschło. 

 

- W sklepie były prawdziwe tłumy – powiedział, kładąc zakupione produkty na ławie. 

– Nie wszyscy mieli za co zrobić zakupy, biedaczyska! Niektórzy przyszli tylko po to, żeby 
spotkać znajomych i zamienić z nimi kilka słów. I wiecie, kogo tam spotkałem? Dorte! 
 

- Co mówiła? – spytała Elizabeth. Jak się czują? Czy są zdrowi? 

 

- U nich wszystko w porządku. Dziękowała za zaproszenie i powiedziała, że nie może 

się doczekać, kiedy spotkacie się w święta. 
 

Elizabeth  z  zadowoleniem  pokiwała  głową.  list  od  Amandy  palił  ją  przez  kieszeń 

fartucha. Gdy go tam chowała, wyczuła ręką, że jest wyjątkowo gruby. Przez moment miała 
ogromną ochotę rozerwać kopertę i przeczytać list. Ale szybko zwalczyła pokusę. Chciała się 
nim delektować i odczytać go w obecności wszystkich domowników. 
 

Od  wyjazdu  Amandy,  Olego  i  Jonasa  minęło  prawie  siedem  miesięcy.  A  ja  mam 

wrażenie,  że  minęło  siedem  lat,  pomyślała  Elizabeth.  Ciekawe,  co  się  w  tym  czasie 
wydarzyło? I jak długo szedł list? 
 

Ostatnie ciasto przybrało odpowiedni kształt i wyglądało na blasze. 

 

Elizabeth czuła, że zaraz eksploduje. Musiała bardzo się starać, żeby zapanować nad 

emocjami. 
 

-  Boże,  jaka  ja  jestem  podekscytowana!  –  westchnęła  Lina.  –  Ciekawe,  co  u  nich 

słychać? Jak wygląda ich dom i czy spotkali prawdziwych Indian? Słyszałam, że oni odcinają 
ludziom włosy razem ze skóra. Zwłaszcza białym. 
 

-  Co  ty  za  bzdury  pleciesz?  –  wtrąciła  się  do  rozmowy  Helene.  –  I  co  ci  Indianie 

mieliby robić z tymi wszystkimi włosami? 
 

Ane parsknęła śmiechem. 

 

- gdyby tylko kilka kosmyków sterczało im do góry, nie byliby widoczni z daleka! 

 

Elizabeth poczuła na plecach dreszcze. Kiedyś słuchała opowieści o czerwonoskórych 

i odnosiła wrażenie, że nie tylko włosy obcinali bladym twarzom. Wzdrygnęła się i spojrzała 
na córkę. 
 

- Jeśli już skończyłaś, idź i umyj ręce. Potem możesz zawołać Kristiana na kawę. 

 

- I powiem mu, że dostaliśmy list – dodała Ane. 

 

W  końcu  kuchnia  została  posprzątana,  kawa  zaparzona,  a  na  stole  stanął  półmisek  z 

Krychami ciasteczkami, tymi niezbyt udanymi, jakoże były za bardzo spieczone i nieforemne. 
Elizabeth nazywała je „kuchennymi”. 

background image

 

89

 

Gdy  wyjęła  list,  wokół  stołu  panowała  idealna  cisza.  Elizabeth  nie  mogła  się 

powstrzymać,  żeby  jeszcze  raz  nie  ścisnąć  listu  palcami  by  poczuć,  jaki  jest  gruby.  Potem 
wyjęła  nóż  do  papieru  i  rozcięła  kopertę.  W  kuchni  zapanował  podniosły,  niemal  nabożny 
nastrój. 
 

- I co… co pisze? – wyszeptała Lina, umierając z ciekawości. 

 

Elizabeth odchrząknęła, by oczyścić gardło i zerknęła na męża, żeby się upewnić, czy 

on – jako gospodarz domu – nie ma ochoty przeczytać listu. Ale Kristian skinął głową, dając 
Elizabeth znak, że może zaczynać. 
 
 

Droga Elizabeth i wszyscy Domownicy. 

 
 

- To list do nas wszystkich – szepnęła Ane. Podenerwowana Maria dała jej kuksańca 

w bok. 
 
 

Postanowiłam do Was napisać i opowiedzieć o podróży i o tym, jak nam się tutaj żyje. 

 

Podróż do Nowego Jorku była bardzo męcząca. Koje stały jedna obok drugiej, a sam 

statek  był  w  opłakanym  stanie.  W  drodze  złapała  nas  straszna  burza,  podczas  której 
zostali
śmy  dosłownie  uwięzieni.  Nikt  nie  miał  prawa  wychodzić  na  pokład  i  wiele  osób 
chorowało na chorob
ę morską. Smród był wprost nie do wytrzymania. 
 

Dzięki  Bogu  wszystko  się  udało.  Nawet  mały  Jonas  trzymał  się  dzielnie.  Elizabeth, 

wiem, że się o nas bałaś, ale wszystko poszło dobrze – możesz mi wierzyć
 
 

Elizabeth  czuła,  jakby  coś  kłuło  ją  pod  powiekami.  Miała  wrażenie,  że  słyszy  głos 

Amandy. Musiała odchrząknąć, by móc czytać dalej. 
 
 

Podczas  podróży  zmarła  starsza  kobieta  i  zgodnie  z  morskim  zwyczajem  została 

wyrzucona do morza. Gdy sztorm się skończył, mężczyźni zabrali dzieci ze sobą na pokład, a 
kobiety myły i szorowały podłog
ę, aż zaczęła lśnić czystością
 

Gdy wpływaliśmy do Nowego Jorku, byłam przerażona i ogromnie podekscytowana. Z 

pokładu  statku  widzieliśmy  Statuę  Wolności.  Jest  to  ogromny  posąg  kobiety,  która  trzyma  w 
r
ęce  pochodnię  –  na  starym  kontynencie  dokładnie  tak  samo  wyglądają  żony  rybaków 
wypatruj
ące swoich mężów. 
 

Gdy zeszliśmy na ląd, zobaczyłam nieprzebrany tłum ludzi. Chwilami bałam sięże się 

zgubię, ale Ole przez cały czas trzymał mnie mocno za rękę. Na drugiej nosiłam Jonasa

 
 

- Jedno dobre – westchnęła Helene. 

 
 

Dziwnie  się  czułam,  słysząc  obcy  język,  ale  teraz  już  znam  parę  słów  i  potrafię  się 

dogadać
 

Krewni Larsenów przyjęli nas niezwykle serdecznie. Jakim cudem odnaleźli nas w tym 

tłumie  –  nie  mam  pojęcia.  Potraktowali  nas  tak,  jakbyśmy  pochodzili  z  królewskiego  rodu. 
Wyk
ąpana w gorącej wodzie i wytarta pachnącym ręcznikiem, czułam się tak, jakbym trafiła 
prosto do nieba. 
 

Będę powoli kończyć, bo chcę jeszcze napisać list do mojej matki i ojca. 

 
 

Elizabeth  powiodła  pobieżnie  wzrokiem  po  kolejnych  wersach  listu,  starając  się 

opanować wzruszenie. Po chwili uśmiechnęła się i powiedziała: 
 

- Posłuchajcie tego. 

 

background image

 

90

 

Ole szybko znalazł pracę i wziął pożyczkę. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy sobie w 

Chicago mały domek. Tutaj mówi się na to „farma”, czyli gospodarstwo. Nigdy nie bałam się 
pracy, a ziemia jest tutaj urodzajna, to znaczy ani zbyt wysuszona, ani zbyt mokra. 
 

Tutejsze  pieniądze  nazywają  się  dolary,  jak  tylko  zarobimy  wystarczająco  dużo, 

przyślemy je Wam (na bilety) i mojej rodziny. 
 

Mamy  już  krowę,  cielaka  i  kilka  kur.  Ole  pracuje  na  większej  farmie  i  zarabia  trzy 

dolary. 
 
 

-  Co  za  bzdury!  –  wtrącił  zdenerwowany  Kristian.  –  Odpisz  jej,  żeby  nie  ważyła  się 

przesyłać nam żadnych pieniędzy! Im na pewno bardziej są potrzebne niż nam. 
 

Elizabeth skinęła głową i czytała dalej. 

 
 

Dzięki Bogu od dnia przyjazdu do Ameryki nikt z nas nie był chory. Każdego wieczoru 

zanoszę dobremu Bogu podziękowanie za to, że ma nas w swojej opiece. Proszę również o to, 
ż

eby wszyscy moi bliscy byli zdrowi i szczęśliwi, i żeby się o nas nie martwili. 

 

Zrobiliście  nam  ogromną  radość,  gdybyście  do  nad  napisali.  Ole  serdecznie  Was 

wszystkich pozdrawia. 
 
 

Chicago 1881 

 

Zostańcie w pokoju i przyjmijcie z serca płynące pozdrowienia od Waszej Amandy 

 
 

- Podała adres? – spytała Maria. – Bo chciałabym im odpisać. 

 

-  Tak,  tutaj  jest  ich  adres  –  Elizabeth  podniosła kartkę  do  góry  i  pokazała  palcem.  – 

Musimy  przechowywać  go  w  bezpiecznym  miejscu  –  dodała,  składając  list  wyjątkowo 
starannie. 
 

Wszyscy  przytaknęli  z  powagą  i  przez  chwile    siedzieli  w  milczeniu.  Musieli 

spokojnie przemyśleć wszystko, co usłyszeli. 
 

-  I  nie  napisała  nic  o  Indianach,  którzy  obcinają  białym  włosy?  –  Ane  była 

niepocieszona. 
 

Tymczasem Elizabeth nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

 

- Nie, ale jeśli chcesz, mogę ci go przeczytać jeszcze raz. 

 

Kubki  znowu  napełniły  się  kawą,  a  ludzie  zebrani  wokół  stołu  zaczęli  wymienić  się 

wrażeniami po lekturze listu. 
 

Tego  dnia  przerwała  trwała  wyjątkowo  długo.  List  został  odczytany  po  raz  trzeci,  a 

wszystkie  poruszone  w  nim  sprawy  dokładnie  przedyskutowanie.  W  końcu  Elizabeth 
podniosła się i powiedziała: 
 

- No, kochani, koniec tego dobrego. Ci, którzy chcą, mogą teraz napisać parę słów do 

Amandy i Olego. Gorąco was do tego namawiam. Nie pozwólmy, żeby o nas zapomnieli. 
 

- Ale ja ich nie znam – wymamrotał Lars. 

 

- To napisz im o sobie. Na pewno będzie im miło. 

Chętnie zapłacę za wszystkie znaczki. A jeśli ktoś nie ma papieru listownego albo atramentu, 
może wziąć go ode mnie. 
 

Odsuwanie  krzesła  szurały  o  podłogę,  a  kubki  brzęczały  wesoło,  gdy  odnosili  je  do 

mycia. Helene wyjaśniła, o czym zamierza napisać w liście. Postanowiła, że zabierze się za to 
jeszcze tego samego wieczoru. Do Ameryki jest tak okropnie daleko, że najlepiej będzie, jeśli 
odpiszemy im tak szybko, jak to możliwe, powiedziała. 
 

Elizabeth wyjęła masło, chleb i po kilka ciastek z każdego rodzaju. Na stole położyła 

również solone mięso i ser. 
 

-  Widzę,  że  jesteś  głodna  –  zażartował  Kristian.  właśnie  wkładał  buty,  gotowy  do 

wyjścia. 

background image

 

91

 

-  Jutro  wybieram  się  do  Słonecznego  Wzgórza  i  pomyślałam  sobie,  że  zapakuję 

wszystko,  co  mam  do  zabrania.  Wstyd,  że  reszta  mieszkańców  nie  chce  przyłączyć  się  do 
pomocy. Wolą siedzieć na dupie i spokojnie patrzeć, jak inni głodują! 
 

- Uff! Jak ty się brzydko wyrażasz – powiedziała Ane. – Nie wolno mówić „dupa”. 

 

- Masz rację – powiedziała Elizabeth. 

 

- W dniu Sadu spotka ich za to kara – stwierdziła Helene stanowczym tonem. 

 

- Ludziom ze Słonecznego Wzgórza nie napełnią się od tego żołądki – odpowiedziała 

Elizabeth. 
 

- Oczywiście, że nie. 

 

Helene  zniknęła  w  swoim  pokoju  i  po  chwili  wróciła,  niosąc  parę  maleńkich 

rękawiczek. 
 

- To prezent świąteczny dla najmłodszego członka rodziny – wyjaśniła. 

 

- Jesteś dobrym człowiekiem – skomentował  Lars, zanim Elizabeth zdążyła dojść do 

głosu. 
 

Zwróciła  uwagę  na  jego  oczy,  na  to,  jak  wodzi  wzrokiem  za  Helene  i  jak  miękkim 

głosem do niej przemawia. Może w żarcie Ane było ziarno prawdy? 
 

Kolejny  raz  przypomniała  jej  się  scena,  która  rozegrała  się  w  stodole  między  nim  i 

Marią.  Ciągle  Ne  miała  odwagi,  żeby  nawiązać,  a  z  czasem  coraz  bardziej  obawiała  się  tej 
rozmowy.  Może  najlepiej  będzie,  jeśli  postaram  się  o  tym  zapomnieć?  –  westchnęła 
bezgłośnie i skupiła się na pracy. 
 
 

Gdy  późnym  wieczorem  kładła  się  spać,  nie  pamiętała  już  o  tym,  co  zaprzątało  jej 

myśli  w  ciągu  dnia.  Teraz  rozmyślała  nad  kolejnym  dniem  i  obowiązkami,  które  na  nią 
czekały. Jak mała dziewczynka cieszyła się na myśl o wyprawie do Słonecznego Wzgórza. 
 

Pogrążona  w  myślach  zdjęła  ubranie  i  przestawiła  je  przez  poręcz  krzesła,  kładąc 

starannie  jedną  rzecz  na  drugiej.  Dzięki  temu  rankiem,  gdy  w  pokoju  panował  przeraźliwy 
ziąb,  szybko  wskakiwała  w  ubranie.  Tego  wieczoru  własnoręcznie  napaliła  w  piecach  –  w 
sypialni, którą dzieliła z mężem i w pokoju dziewcząt. Właśnie sięgała po nocną koszulę, gdy 
nagle odezwał się Kristian: 
 

- Proszę, nie wkładaj jej jeszcze! I chodź tu do mnie. 

 

Zerknęła na niego. Siedział na łóżku, oparty plecami o wysoką poręcz. 

 

- Chodź – powtórzył ochrypłem głosem, a wtedy ona usiadła na nim okrakiem. Objął 

jej  piersi  rękami  i  zaczął  drażnić  językiem  skutek,  który  niemal  natychmiast  stwardniał 
niczym  dojrzały  pąk  róży.  Gdy  poczuła  przyjemne  mrowienie,  zamknęła  oczy  i  odrzuciła 
głowę do tyłu. Włosy łaskotały ją w plecy i nagie pośladki. Podświadomie przywarła do jej 
ciała, wcierając się niecierpliwie. 
 

Puścił jej piersi i zaczął delikatnie głaskać ją po plecach i karku, chwycił ją za włosy i 

znowu  zsunął  ręce  wzdłuż  jej  pleców.  Spojrzała  na  niego,  rozsunęła  wargi  i  pocałowała  go 
namiętnie.  Objęła  go  za  szyję  i  przez  chwilę  bawiła  się  płatkiem  ucha,  po  czym  przesunęła 
dłonie  po  jej  klatce  piersiowej,  w  dół  brzucha,  aż  znalazła  to,  czego  szukała.  Gdy  lekko 
ś

cisnęła jego członek, Kristian jęknął i chwycił ją mocniej za biodra. 

 

- Nie, jeszcze nie – szepnęła, gdy zrozumiała, co Kristian chce zrobić. 

 

Jego  dłoń  zaczęła  pieścić  jej  krągłe  pośladki.  Po  chwili  wsunął  między  nie  swoje 

palce. 
 

Oddychając  coraz  szybciej,  wygięła  tułów  do  tyłu,  żeby  ułatwić  mu  dostęp.  Gdy 

dotknął palcami najczulszego miejsca, przeszedł ją dreszcz rozkoszy. Wtedy Kristian uniósł ją 
na moment i wszedł w nią od doły. Przygryzła mocno wargę, żeby nie krzyknąc. Z jej gardła 
wydobył  się  głuchy  jęk.  Pieszczoty  Kristiana  stawały  się  coraz  gwałtowniejsze.  Chwilę 
później poczuła, że zbliża się moment kulminacyjny. Poruszyła się szybko, coraz szybciej… 
aż oboje zaczęli szczytować. 

background image

 

92

 
 

Leżała,  przytulając  policzek  do  jego  twarzy.  Właśnie  zasypiała,  gdy  nagle  Kristian 

poruszył się nerwowo. 
 

- Leż spokojnie – wymamrotała i położyła rękę na jego piersi. 

 

- Usłyszałem na dole jakiś hałas – wyszeptał. 

 

- Na pewno coś ci się przyśniło. 

 

Elizabeth  ułożyła  się  wygodnie  i  westchnęła  zadowolona.  Kochali  się  w  nowej 

pozycji,  co  sprawiło,  że  czuła  się  zawstydzona  i  jednocześnie  niezwykle  podniecona. 
Zwłaszcza że stało się to tak szybko i spontanicznie. W takich chwilach zastanawiała się, czy 
Kristian  nie  robił  tego  samego  z  kobietami,  które  miał  przed  nią.  Ale  nigdy  o  to  Ne  pytała. 
Zgodnie z niepisaną umową nigdy nie poruszali tych tematów. Ona ze swojej strony nigdy nie 
wspominała  o  Jensie  ani  o  tym,  jak  im  się  układało.  Nie  było  sensu  o  tym  rozmawiać  i 
narażać  ukochaną  osobę  na  niepotrzebną  udrękę.  Elizabeth  wyznała  zasadę,  że  :  co  było,  to 
było i nie należy do tego wracać”.  
 

Teraz liczył się tylko Kristian. 

 

- Jestem pewny, że coś słyszałem – powiedział. 

 

Elizabeth poczuła, jak napinają się jego mięśnie. 

 

- To na pewno kot. 

 

- Sam go wypuściłem, zanim położyłem się spać. 

 

Nagle z wrażenia aż podskoczyli, bo coś z głośnym hukiem upadło na podłogę. 

 

- Powiedz, że to mi się śni! – zawołał Kristian, wyskakując z łóżka. 

 

- Chyba nie chcesz biec na dół na golasa? – spytała przerażona. 

 

Kristian wciągnął spodnie, nałożył koszulę i wybiegł z pokoju. 

 

Elizabeth  leżała,  podpierając  się  na  łokciu,  ale  po  chwili  wyskoczyła  z  łóżka  i 

narzuciła  przez  głowę  nocną  koszulę.  W  biegu  chwyciła  sweter  i  ruszyła  za  mężem.  Przy 
schodach zatrzymała się i spojrzała w dół. 
 

- Kristianie – szepnęła, ale nie otrzymała odpowiedzi. 

-  Kristianie!  –  spróbowała  ponownie,  tym  razem  nieco  głośniej.  Bezszelestnie  zeszła  po 
schodach. Żeby nie upaść, przez cały czas trzymała się poręczy. 
 

Gdy znalazła się na dole, zaczęła nasłuchiwać i po namyśle ruszyła w stronę kuchni. 

Kristian stał tuż za drzwiami. 
 

- Uważaj! – szepnął. – Tutaj leży mnóstwo szkła – wyjaśnił, wskazując na podłogę tuż 

przed jej stopami. 
 

-  Jak  się  tu  znalazło?  –  spytała  i  oceniła  wzrokiem  odległość  od  ławy.  –  To  coś  nie 

mogło spaść ani z ławy, ani z półki. 
 

W  kuchni  panowały  takie  ciemności,  że  zauważyła  tylko  tyle,  że  Kristian  wzruszył 

ramionami. 
 

- Może zapalimy lampę? – szepnęła, skradając się na palcach po miotłę. 

 

- Nie. i bądź cicho. A w ogóle to powinnaś zostać w łóżku. 

 

- Też coś! 

 

W  końcu  znalazła  miotłę.  Chciała  zamieść  odłamki  szkła  po  czymś,  co  –  jak  się 

okazało – było kiedyś dzbanem, ale Kristian wybił jej to z głowy. 
 

- Zostaw! Niech tam leżą! – syknął. 

 

- Dobrze, już dobrze – uspokoiła go, przesuwając się o kilka kroków w bok, żeby nie 

pokaleczyć stóp. 
 

Kristian bezszelestnie zbliżył się do okna i wymamrotał coś, czego nie dosłyszała. 

 

- Co powiedziałeś? 

 

Ruchem ręki przywołał ją do siebie. 

 

- Widzisz? – spytał, pokazując na coś. 

background image

 

93

 

Elizabeth  spojrzała  we  wskazanym  kierunku,  ale  padający  śnieg  zacznie  ograniczał 

wiadomość. 
 

- Gdzie? 

 

- Koło spiżarni. Przesuwa się w stronę obory. 

 

Dopiero wtedy ujrzała postać, która powoli przechodziła przez podwórze. 

 

- Wielkie nieba! Przecież to Helene znowu chodzi we śnie! – wyszeptała. 

 

- Pójdę po nią, bo zamarznie na śmierć – powiedział Kristian. 

 

- Na co tak patrzycie? I to w środku nocy? 

 

Aż podskoczyli z wrażenia. 

 

-  Helene?  –  Elizabeth  nie  mogła  uwierzyć  własnym  oczom.  –  Ale  w  jaki  sposób… 

Przecież przed chwilą byłaś na dworze. A teraz… 
 

Małżonkowie wymienili się spojrzeniami i oboje równocześnie odwrócili się do okna. 

W samą porę, ponieważ tajemnica postać właśnie znikła za rogiem obory. 
 

- Do diabła! – zaklął Kristian. wybiegł z kuchni, nałożył buty i rzucił się do drzwi. 

 

- Co się dzieje? – spytała zaskoczona Helene. 

 

Elizabeth  zauważyła,  że  Kristian  biegnie  przez  podwórze  w  stronę  obory.  Dopiero 

wtedy odwróciła się do przyjaciółki. 
 

-  Obudził  nas  hałas.  Zeszliśmy  na  dół,  żeby  zobaczyć.  Co  się  stało  i  wtedy 

zauważyliśmy,  że  ktoś  przebiega  przez  podwórze.  Sądziliśmy,  że  to  ty  chodzisz  we  śnie, 
ale… 
 

Helene przyłożyła rękę do ust. Jej oczy były wielkie jak spodki. 

 

- Czy tam ktoś jest? – z wrażenia nie mogła złapać tchu. 

 

Elizabeth  skinęła  głową  i  po  raz  nie  wiadomo  który  wyjrzała  przez  okno.  Nic  nie 

zobaczyła, więc przycisnęła nos do szyby i zrobiła daszek z dłoni. 
 

-  Już  go  nie  ma  –  powiedziała  i  poczuła,  że  ogarnia  ją  panika.  A  jeśli  coś  się  stało? 

jeśli ten ktoś pobił Kristiana? 
 

- Nie powinien był wybiegać z domu w samej koszuli – powiedziała Helene i stanęła 

obok przyjaciółki. – Mam obudzić Larsa? 
 

-  Tak,  chyba  trzeba  będzie  to  zrobić.  Nie,  zaczekaj,  tam  ktoś  jest!  –  zawołała.  Tak 

bardzo wytężała wzrok, że aż oczy ją rozbolały. – Tak, to on. 
 

Helene zapaliła lampę, a w tym czasie Elizabeth zamiotła kawałki szkła i zostawiła je 

w rogu kuchni. Ryzyko, że ktoś w nie wejdzie, było niewielkie. 
 

Kristian wszedł w butach do kuchni. 

 

- I co, widziałeś kogoś? – spytała Elizabeth, odstawiając miotłę. 

 

- Nie. strasznie sypie i jest za ciemno. śnieg zatarł wszystkie ślady. 

 

Helene rozpalała właśnie ogień w kominku. 

 

- Chodź i usiądź tutaj – poprosiła. Zaczęła dmuchać na żarzące się polana, a po chwili 

dołożyła odrobinę torfu i suche szczapy drewna. 
 

Kristian  był  przemoczony  do  suchej  nitki.  Elizabeth  przyniosła  koc,  który  leżał 

przewieszony przez oparcie krzesła i okryła nim męża. 
 

- A ty niczego nie słyszałaś? – spytał Kristian i podniósł wzrok na Helene. 

 

- Owszem, słyszałam, że coś spadło na podłogę i się rozbiło, ale sądziłam, że to ktoś z 

was przyszedł napić się wody. 
 

- Ale dlaczego tego nie sprawdziłaś? – zdziwiła się Elizabeth. 

 

Helene spojrzała na nią z pobłażaniem. 

 

- Miałam biec do kuchni, żeby się dowiedzieć, dlaczego pijesz wodę? 

 

- No nie, ale… - Elizabeth potarła ramiona. 

 

- Nie zwróciłaś uwagi na nic innego?  

 

- Obudził mnie hałas. To wszystko. 

background image

 

94

 

Elizabeth usiadła obok Kristiana, przysiąc się z zimna. W kuchni nadal panował chłód, 

a ona przybiegła tu w samej koszuli nocnej. Nagle otworzyły się drzwi i weszła Lina. 
 

- Co się dzieje? Dlaczego siedzicie tutaj w środku nocy? 

 

Helene  wymieniła  spojrzenie  z  Elizabeth,  jakby  pytała  ją  o  pozwolenie.  Elizabeth 

skinęła głową. 
 

- Usłyszeliśmy hałas i wydaje nam się, że widzieliśmy kogoś na podwórzu. 

 

Lina wybałuszyła oczy. 

 

- Wiecie już, kto to był? 

 

-  Nie  –  Kristianie  podniósł  się.  –  Ale  jutro  zamontuję  nowy  zamek.  I  tylko  ja  będę 

miał do niego klucz. 
 

Elizabeth również wstała. 

 

-  Musimy  spróbować  choć  trochę  się  przespać,  bo  inaczej  nie  podołamy  jutrzejszym 

obowiązkom. 
 

Helene spojrzała na Linę. 

 

-  Możesz  spać  dzisiaj  w  moim  łóżku.  Położymy  się  blisko  siebie  i  wszystko  będzie 

dobrze. zamknąłeś dokładnie drzwi, prawda, Kristianie? 
 

- Oczywiście – powiedział, objął Elizabeth ramieniem i razem ruszyli po schodach na 

górę. 
 

Dopiero gdy położyli się spać, Elizabeth przyszła do głowy pewna myśl. 

 

- Czy kiedy wybiegałeś z domu, drzwi były zamknięte? 

 

- Tak. 

 

- W takim razie kto rozbił dzbanek? 

 

Kristian pokręcił głową. 

 

- Nie wiem. Okna też były pozamykane. 

 

Przytuliła się mocniej do męża. Chociaż leżała pod kołdrą i wełnianym kocem, nagle 

przyszedł ją zimny dreszcz. Ale ten chłód pochodził z zewnątrz. 
 

 - A jeśli za pierwszym razem to również nie była Helene? – powiedziała, wpatrując 

się w ciemność. 
 

- Miejmy nadzieję, ze to była ona. 

 

Chwyciła  go  za  rękę,  którą  ją  obejmował  i  przycisnęła  do  siebie.  Czuła,  że  musi 

znaleźć się jak najbliżej niego. 
 
 

Gdy następnego dnia jechała do Słonecznego Wzgórza, jej myśli wciąż krążyły wokół 

wydarzeń  ostatniej  nocy.  Razem  z  Kristianem  ustalili,  że  Maria  i  Ane  o  niczym  się  nie 
dowiedzą,  w  każdym  razie  do  czasu  rozwiązania  tej  dziwacznej  zagadki.  Lars,  którego 
postanowili wtajemniczyć w całą sprawę, był zdania, że powinni jak najszybciej powiadomić 
o wszystkim lensmana, ale Elizabeth nie chciała mieszać w to osób postronnych. Zresztą, co 
mieliby  mu  powiedzieć?  Że  ktoś  stłukł  dzban  i  że  widzieli,  jak  ktoś  chodzi  po  podwórzu? 
Lensman na pewno zapytałby ich, czy ta osoba cos ukradła albo czy próbowała się włamać, a 
gdyby zaprzeczyli, powiedziałby, że coś im się przywidziało. 
 

Ale  i  tak  jestem  pewna  tego,  co  widziałam,  pomyślała  Elizabeth.  I  Kristian  też  to 

widział. 
 

Kristian uważał, że czas działa na ich korzyść. Postanowił zamontować nowy zamek i 

obiecał, że każdego wieczoru będzie sprawdzał, czy drzwi i okna są dobrze zamknięte. Jego 
zdaniem tyle powinno wystarczyć, żeby można było zapomnieć o całej sprawie. 
 

Możliwe, że ma rację, pomyślała Elizabeth, starając się odsuwać złe myśli, skoro i tak 

nie  miała  na  to  żadnego  wpływu.  Nagle  pomyślała  o  Helene.  Czyżby  Ane  się  nie  myliła? 
Czyżby Helene i Larsa coś łączyło? Lepszego mężczyzny dla przyjaciółki nie potrafiła sobie 
wyobrazić. Za dużo szczęścia jak na jeden dzień, pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. Gdy 
Helene  wręczyła  jej  maleńkie  rękawiczki,  Elizabeth  o  mało  co  nie  wypaplała,  że  Christem 

background image

 

95

prawdopodobnie już wkrótce zamieszka w Dalsrud. Na szczęście w porę ugryzła się w język. 
Wiedziała, że zrobi im jeszcze większą radość, jeśli nic nie mówiąc, przywiezie go któregoś 
dnia do domu. 
 

Mróz  spowił  wieś  szarą  mgłą.  Elizabeth  nie  popędzała  konia.  Wiedziała,  że  gdy 

dojadą  na  miejsce,  będzie  musiał  czekać  na  nią  na  mrozie,  więc  nie  powinien  zbytnio  się 
zgrzać ani spocić. Skręcając do Słonecznego Wzgórza zauważyła, że z pyska i chrapów konia 
wylatują obłoczki pary. Wyjęła z sań grubą, ciepła derkę i zarzuciła mu ją na grzbiet. 
 

- Mam nadzieję, że nie zmarzniesz. Zaraz wracam – powiedziała i poklepała czarnego 

ogiera po szyi. 
 

W  jednej  ręce  trzymała  skrzynkę  z  jedzeniem  i  ubraniami.  Drugą  zebrała  spódnice  i 

ruszyła w stronę domu, brodząc po kolana w śniegu. 
 

Zapukała  do  drzwi,  ale  nikt  jej  nie  odpowiedział.  Odczekała  więc  stosowną  chwilę  i 

weszła do środka. Natychmiast owionął ją zapach stęchlizny. Było oczywiście, że od dawna 
nikt tu nie sprzątał. Na stole stała samotna lampa olejowa i kopciła niemiłosiernie. Przy łóżku 
siedziała kobieta z maleńkim dzieckiem śpiącym na jej ramieniu, a w łóżku stojącym w rogu 
izby leżał jej mąż. 
 

-  Dzień  dobry  –  pozdrowiła  ich  Elizabeth  i  rozejrzała  się  niepewnie  wokół  siebie. 

Miała wrażenie, że coś jest nie tak. W izbie panował wyjątkowo posępny nastrój. 
 

Kobieta skinęła głową, ale nic nie powiedziała. Nie wyglądała na zaskoczoną wizytą. 

Mała dziewczynka, która kiedyś spytała Elizabeth, czy jest aniołem, a na jej widok zeszła ze 
stołka. Podeszła na palcach do Elizabeth i spojrzała na nią dużymi, niebieskimi oczami. 
 

- Mama mówi, że Christem wkrótce nas opuści – powiedziała poważnym głosem. 

 

Elizabeth  przeszył  dreszcz.  Spojrzała  na  kobietę,  która  bez  słowa  wskazała  głową 

ciemny kąt. Dopiero wtedy Elizabeth dostrzegła w łóżku małą głowę Christena. 
 

- Jest chory i już niedługo pójdzie do nieba – mówiła dalej dziewczynka. 

 

Elizabeth musiała przytrzymać się ściany. Skrzynka z jedzeniem upadła na podłogę z 

głośnym trzaskiem. 
 

- To nie może być prawda – wyszeptała. – Nie! Tylko nie Christem. Tylko nie on!