background image

MAY GRETHE LERUM

OWOC ZIMY

background image

ROZDZIAŁ I

Lyster, listopad 1708

Oddech   czteroletniej   dziewczynki   był   urywany   i   ledwo   dosłyszalny.   Siedzący 

obok niej młody mężczyzna miał twarz pooraną głębokimi bruzdami, a pod oczyma sine 

worki.

Czuwał już trzecią noc.

Na podłodze u stóp mężczyzny spało drugie dziecko. Był to chłopczyk, trochę 

mniejszy niż chora dziewczynka w łóżku.

- Dobry Panie Boże, nie pozwól, żeby ona umarła! Nie daj jej odejść z mego 

życia...

Powtarzał te swoje modły bliski rozpaczy i czuł, że wraz z nimi kieruje ku niebu 

jeszcze jedną myśl.

Nie zabieraj mi ich.

Ani małej Amelii, ani jej matki!

Marja, jego ukochana, cieszy się przecież dobrym zdrowiem. W każdym razie jej 

ciału nic nie dolega. Jest młode, silne i pełne życia, żadna kobieta nie może się z nią 

równać, zawsze ją za to podziwiał. Marja nigdy się też nie wzbrania przed ciężką pracą.

Co innego dręczy jego ukochaną żonę. To coś nieuchwytnego, niedobrego, czego 

nie potrafił zrozumieć. Czasami wydawało mu się, że dojrzewa w niej od dawna jakiś 

bolesny wrzód. Rozrastało się to w niej przez wszystkie lata po ślubie. Zajmowało coraz 

więcej miejsca w jej sercu, usuwało wszystko inne, do czego kobiety zwykle przywiązują 

wagę.

Dzisiejszego wieczoru też nie ma jej w domu.

Karl nie umiał Marji tego wybaczyć.

Jaka matka  odejdzie od swego dziecka w  taką noc, kiedy maleństwo  złożone 

chorobą walczy o życie i być może nie doczeka rana?

- Polegam na tobie, mój kochany - powiedziała Maryjka. - Kto troskliwiej niż ty 

potrafiłby się nią zaopiekować, kto zrobi to lepiej niż własny ojciec? Wiesz przecież, że 

ona kocha cię bardziej niż mnie...

Potem pogłaskała go po policzku i z lekkim uśmiechem zamknęła za sobą drzwi. 

background image

U dzwonnika miało  się odbyć  spotkanie  w sprawie szkoły.  Wybierało  się tam wiele 

najznakomitszych   osób  ze   wsi.  Żona   lensmana  i  małżonka   wikarego,  córki   pisarza   i 

bratanica wójta... i, jakżeby inaczej, Marja Oppdal.

Znał żonę zbyt dobrze, by sądzić, że idzie tam zbierać resztki z pańskiego stołu. 

To nie Marja, poza tym powodziło im się ostatnio bardzo dobrze. W każdym razie od 

czasu, gdy Gjertrud osiągnęła taką wysoką pozycję. Matka Marji wyszła mianowicie w 

ubiegłym roku za mąż za pułkownika z Enkesetet. Marja radowała się w imieniu matki 

do tego stopnia, że niekiedy pułkownik częściej posyłał spojrzenia jej niż swej świeżo 

poślubionej   żonie.   Przed   laty   ożenił   się   z   bogatą   wdową   po   właścicielu   ziemskim 

Haraldzie Hanssonie, który był też wojskowym wysokiej rangi. Tworzyli znakomitą parę. 

Ona posiadała pieniądze i ziemię, on natomiast budzący szacunek tytuł. Teraz, po śmierci 

pierwszej małżonki, gdy pułkownik uznał, że życie jest zbyt samotne, gdy się go z nikim 

nie dzieli, wszystkie dobra przypadły w części również matce Maryjki. Maryjka dostała 

ponadto spadek po Kari i Olem - Miedziaku. Także nie do pogardzenia, zwłaszcza że w 

domu tego ostatniego znaleziono nie tylko miedziaki... Świat dowiedział się w końcu, co 

Ole posiadał.

Karl westchnął. Dziecko spało, ale nie tym zdrowym, spokojnym snem, który daje 

siły.   Mała   rzucała   się   na  łóżku,   jej   twarzyczka   była   rozpalona   i   wilgotna.   Gorączka 

trawiła drobne ciałko. Dziecko miało wielkie czerwone plamy na skórze.

-   Czerwona   gorączka   -   orzekła   Marja   i   sądziła   widocznie,   że   nazwanie 

nieszczęścia uspokoi Karla. On jednak wiedział, że ta zaraza uśmierca wiele dzieci. Poza 

tym to właśnie zaraza, zagraża więc również małemu synkowi.

- Choroba nie zabija zdrowych,  silnych  i sytych  dzieci.  Tylko  te  najsłabsze  - 

oznajmiła Marja. Ona wiedziała takie rzeczy, ale Karl czuł bolesny skurcz w żołądku, 

widząc jej obojętny uśmiech.

Dzieci są w niebezpieczeństwie!

Ona tymczasem siedzi sobie u żony dzwonnika i rozprawia o upadku obyczajów 

wśród biedoty. Marja, która sama jest przecież także dzieckiem biednych ludzi!

Karl zacisnął zęby i oparł głowę o krawędź łóżka, które sam z takim zapałem 

zrobił przed ślubem. Łóżko Maryjki. Jego łóżko.

Karl musiał przyznać, że małżeństwo nie było takie, jak się spodziewał.

background image

Łóżko także nie.

Miało mieć okrągłe pozłacane kule we wszystkich rogach, ale nigdy nie udało mu 

się ich zrobić, martwił się tym.

Karl nie odważył się zasnąć, zmuszał się, by siedzieć w tej niewygodnej pozycji 

na podłodze u boku córeczki. Chłopczyk spał spokojnie na kocu w pobliżu gasnącego 

ognia. Odgłos jego miarowego oddechu sprawiał, że urywane, krótkie westchnienia małej 

wydawały się jeszcze bardziej przerażające. Karl zmarzł. Otulił synka narzutą i wełnianą 

kołdrą nakrył ramiona chorej. Ona jednak natychmiast ją odrzuciła.

Po chwili wstał, włożył  gruby korzeń do murowanego kominka  w rogu izby, 

bliżej drzwi. Posypały się iskry, gdy płomień ogarnął suche drewno.

Karl powiesił kociołek z wodą nad ogniem. Zagotuje się, nim nadejdzie noc. Miał 

nadzieję, że Maryjka będzie już wtedy w domu, chociaż często po takich spotkaniach 

spała u którejś ze swoich przyjaciółek. Na przykład u dziewczyny z Dosen albo nawet u 

lensmanostwa.

Od jakiegoś czasu Maryjkę serdecznie witano w najlepszych domach. Karl dobrze 

wiedział, dlaczego. Była mądrą, a przy tym wyjątkowo piękną kobietą, z tymi czarnymi 

włosami i intensywnie niebieskimi oczyma. Talię miała szczupłą, nikt nie chciał wierzyć, 

że urodziła bliźnięta. Jej wargi zdawały się żyć własnym życiem. Niezwykle ruchliwe, 

czerwone; słowa, które z nich płynęły, zawsze były stanowcze, celne, dowcipne...

Karl rozumiał, dlaczego ludzie ją kochają.

On przecież także ją kocha.

Dręczyło  go jednak coraz  bardziej,  że żona  swoim  niezwykłym  zachowaniem 

wystawia go na pośmiewisko. Musiał znosić coraz więcej złośliwości ze strony kolegów i 

krewnych. Nazywano go Karl - Saganek albo jeszcze gorzej, Marja - Karl.

Tego   rodzaju   przezwiska   nadawano   zazwyczaj   tylko   słabym,   safandułowatym 

mężom, którym żony musiały urządzać życie.

Karl nie chciał być jednym z nich.

Karl chciał być mężczyzną, dbać o swoją rodzinę.

Mimo to siedział tutaj, na podłodze ich malej chaty, trzymając w swojej dużej 

dłoni drobną rączkę chorego dziecka. To on szeptał pocieszające słowa, kiedy córeczka 

zrywała   się   w   gorączce   i   krzyczała   przerażona   jakimiś   sennymi   koszmarami.   To   on 

background image

zwilżał jej wargi, on podawał chłodną wodę ze źródła lub gorące mleko do picia, kiedy 

choroba na zmianę wywoływała dreszcze lub rozpalała ciało gorączką.

I Maryjka z pewnością uśmiechnie się do niego, gdy wróci do domu. Powie, że 

sprawił się dzielnie.

Jeśli w ogóle wróci...

Złe myśli wysysały siły życiowe z Karla, ponure diabełki podejrzliwości kąsały 

jego serce.

Bo gdyby tak nie poszła na spotkanie kobiet?

Gdyby   teraz   nie   dzieliła   posłania   z   kuzynką   karczmarza   lub   młodą   żoną 

wikarego?

Co by to było, gdyby jakiś inny mężczyzna...?

Karl roztrząsał te pełne goryczy myśli, czuł, jak zapadają w jego umysł i serce, by 

tam pozostać. Niepocieszony spoglądał na własne chude ciało. Nie potrzebował lustra, by 

wiedzieć, że nie jest mężczyzną, za którym dziewczyny biegałyby gromadą. Nie był ani 

księciem, ani wielkim uwodzicielem, miał włosy w nieokreślonym kolorze szaroblond, 

które tylko latem stawały się złociste i zdumiewająco jasne. Był tak chudy, że większość 

ludzi   nie   doceniała   siły   jego   mięśni,   które   wyćwiczył   sobie   podczas   ciężkiej   pracy. 

Próbował kiedyś zapuścić brodę, ale mimo iż miał dwadzieścia cztery lata, na brodzie 

wyrastało mu zaledwie kilka kępek włosów, które z trudem mogły przypominać męski 

zarost.

Ubierał   się   skromnie.   Używał   prostych   słów.   Może   i   myśli   miał   proste?   Nic 

dziwnego, że Maryjkę pociągali mężczyźni podobni do niej.

Karl wyprostował plecy, mimo rozgoryczenia na jego wargach pojawił się blady 

uśmiech.

We wsi nikt nie dorównuje Maryjce.

Nawet gospodarz z Flahammar z całym swoim bogactwem. Ani sam proboszcz 

parafii, ów dumny i władczy Revelin!

Jeśli o tego ostatniego chodzi, Karl mógł się czuć spokojny, nie musiał obawiać 

się konkurencji. Bo podczas gdy inni znakomici mieszkańcy wsi wprost spijali słowa z 

ust   Marji   niczym   miód,   to   Revelin   nigdy   nie   należał   do   dworu   jego   żony.   Wprost 

przeciwnie, parę lat temu upomniał ją z ambony za zbyt swobodne zachowanie wobec 

background image

mężczyzn. Mówił o obowiązkach służącej, o zuchwałości i Bożym gniewie wobec tych, 

którzy   nie   znają   swego   miejsca.   Karl   obawiał   się   jednak,   że   nie   przypadkiem   dary 

dziękczynne  i ofiary na kościół tak dramatycznie  zmalały tamtego  roku. Revelin już 

nigdy więcej nie odważył się zaczepić Maryjki. Miała zbyt silnych przyjaciół. Karl był z 

tego dumny, choć zarazem przenikał go lęk.

Co właściwie nosi w myślach ta jego ciemnowłosa, tajemnicza żona? Czy nie 

wystarczy jej, że jest matką i gospodynią na Oppdal? Czy nie dość jej, że on trudzi się 

dzień i noc, by zapewnić byt  swojej rodzinie i zdobyć  jeszcze coś więcej? Czyż  nie 

powinno jej to radować?

Nie.

Karl musiał się z tym pogodzić.

Dla Maryjki to wszystko za mało.

Czego ona pragnie? Gwiazdki z nieba?

Marja zabrała glos z taką swobodą, jakby przemawiała do swoich małych dzieci, a 

nie do najznakomitszych kobiet w okolicy.

-   Zatem   jesteśmy   zgodne,   że   należy   wysłać   pismo   do   wiejskiego   tingu. 

Sporządzimy odpowiedni dokument, wyjaśnimy, o co nam chodzi. Mamy jasne plany, 

mamy   odpowiednie   pomieszczenie,   a   dzięki   trzem   z   was   również   pieniądze   na 

działalność przez pierwszy rok. Revelin nie może zgłosić żadnych zastrzeżeń!

Kobiety   kiwały   głowami.   Ich   piękne,   sztywne   czepki   poruszały   się   przy   tym 

dostojnie. Dwie z zebranych nosiły nawet kapelusze, podobnie jak to czynią damy w 

Christianii.   Sama   Marja   była   ubrana   dość   skromnie,   ale   przecież   koronki   przy 

mankietach nie ozdabiają strojów zwykłych żon dzierżawców. Te koronki właśnie bu-

dziły   zainteresowanie   pozostałych   kobiet,   które   szeptały   do   siebie:   no   tak,   ona   jest 

naprawdę wyjątkowa, ta Marja z Oppdal. Musi pochodzić z lepszego rodu, niż nam się 

wydaje... Nie przypadkiem jej matka wyszła za mąż za pułkownika, tego przystojnego 

starszego wdowca.

Pochodzenie Marji było stałym tematem tego rodzaju spotkań, roztrząsanym pod 

jej   nieobecność.   Kobiety   zbierały   informacje,   odnajdywały   jakieś   małe   fragmenty,   z 

których starały się odtworzyć pełny obraz, albo same wymyślały brakujące elementy i 

łączyły   je   razem.   Powstawały   z   tego   pełne   tajemnic   historie,   które   ubarwiały   nudną 

background image

codzienność. W końcu przeszłość Marji stała się dla nich niemal całkiem  oczywista, 

przestały jej więc zadawać jakiekolwiek pytania. Zresztą ona zawsze odpowiadała jakby 

trochę skrępowana, spuszczając wzrok, kobiety mogły się jedynie domyślać żalu w jej 

pięknych oczach.

Z pewnością właściwie odtwarzały jej historię. Marja była wyjątkową osobą. To 

prawdziwa dama.

Może   pochodzi   z   Rosendal,   może   z   rodziny   jakichś   baronów?   Niekiedy   jest 

trochę zbyt ożywiona, czasem wypowiada się zbyt swobodnie, a innym razem wydaje się 

trochę   za   sprytna.   A   może   we   wczesnej   młodości   przeżyła   jakieś   głośne   miłosne 

przygody... Teraz jednak nikt nie mógł nic zarzucić jej cnocie. Żartowała ze wszystkimi, 

również  z  mężami  zebranych   tu  pań, ale   nigdy  nie  przekraczała  granic.   Kobiety  nie 

obawiały się niczego z jej strony. Czasem tylko wypowiadała się może zbyt śmiało i 

uczenie.

Tak jak teraz.

- Moje panie, nie możemy siedzieć spokojnie i patrzeć, jak nasi synowie i córki 

dorastają   bez   szansy   zdobycia   lepszej   pozycji   w   świecie.   Wasze   dzieci   są   najlepiej 

sytuowane we wsi, ale wiele z nich nie potrafi napisać nic poza własnym imieniem i 

nazwiskiem!   Jak   potoczy   się   ich   dorosłe   życie,   skoro   nie   będą   w   stanie   sporządzić 

umowy ani kontraktu? Tak jest, będą uzależnione od innych, umiejących pisać. A tego 

rodzaju zależność, moje panie, nie jest czymś, co człowiekowi służy. Zwłaszcza teraz, w 

tych czasach wojen i niepokojów...

Panie kiwały głowami i podnosiły do ust najpiękniejsze małe filiżanki Dosenów. 

Wiele z nich śmiertelnie się bało dotknąć tej pochodzącej z dalekiego świata kruchej 

porcelany. Która by się jednak przyznała, że to dla niej zupełnie obce przedmioty? I która 

by powiedziała, że kawa, którą im podano, jest kwaśna i smakuje dziwnie?

Każda chciała wydać się elegancka.

Również  Marja znajdowała  się wśród tych,  które nie krzywiły  się ani trochę, 

czując cierpki smak modnego napoju.

Ona zresztą pijała kawę i przedtem...

Kobiety wysłały list najpierw do pisarza, prosząc, by odczytał go na tingu. Pisarz 

uniósł brwi, ponieważ jednak jego żona i córka znajdowały się w gronie osób, które list 

background image

podpisały,   nie   mógł   po   prostu   schować   papieru   do   szuflady   i   zapomnieć   o   nim.   Z 

rosnącym zdumieniem odczytywał ładne, równe pismo.

Kobiety proszą o szkołę!

Kobiety   chcą,   by   ich   dzieci   uczyły   się   pisać   i   czytać.   Chcą,   by   ich   dzieci 

poznawały nowe wynalazki i miały pojęcie o świecie. Chcą też, by do szkoły chodziły 

również dziewczęta. Przez całe trzydzieści tygodni w roku!

Stary pisarz potrząsał z wolna głową.

Ta myśl nie mieściła mu się w głowie. To coś zupełnie nowego, coś, co łamie, 

wywraca na nice stare zwyczaje.

Nauka   czytania   jest   z   pewnością   bardzo   pożyteczna,   ale   przecież   nie 

przeznaczona   dla   wszystkich.   A   katechizmu   nawet   nie   umiejące   czytać   dzieci 

komorników i tak się nauczą u dzwonnika. Trzeba jednak przyznać, że teraz, kiedy syn 

pastora wyjechał do Kopenhagi, nauki odbywały się nieregularnie, nawet sam dzwonnik 

nie traktował już tego tak poważnie. Cóż począć, wiek. A teraz ta prośba od kobiet, z 

którymi należy się liczyć.

Jego własna małżonka, córka.

I wszystkie pozostałe, one też mają wiele do powiedzenia. Część z nich zarządza 

własnymi gospodarstwami.

Pisarz wiedział, że tego listu nie można odłożyć na bok. Musi go przedstawić na 

tingu.

A któż inny, jak nie synowie i mężowie tych kobiet tam zasiadają?

Pisarz   westchnął,   pociągnął   spory   łyk   z   aptecznej   butelki   stojącej   na   biurku. 

Poczuł, że ogarnia go rozkoszne ciepło.

Raz jeszcze przeczytał list, rozpoznał charakter pisma jako należący do jednej z 

podpisanych.

Marja Oppdal.

To ona stoi za tym wszystkim.

Żona dzierżawcy, nowa, która nie wiadomo skąd się wzięła w tej okolicy, wróbel 

pośród łabędzi, które również postawiły swoje znaki na tym papierze.

Nie,   nie   wróbel.   Raczej   drapieżny   ptak.   Ale   piękny,   tego   nikt   nie   może   jej 

odmówić. Z pewnością przyzwyczajona do lepszych warunków. Stara się teraz zapewnić 

background image

je sobie i rodzinie.

Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego wyszła za mąż za kogoś tak przeciętnego jak 

ten Karl Oppdal, który niczym się nie wyróżnia i na którego nikt nie zwróciłby uwagi. 

Pieniędzy zresztą też nie miał. Ale dzieci przyszły na świat dziwnie szybko po ślubie...

Widocznie Marja znajdowała się w kłopotach.

Teraz musi tego żałować, skoro przynajmniej połowa mężczyzn ze wsi gotowa 

jest paść na kolana na najmniejszy znak z jej strony. Teraz mogłaby mieć każdego, kogo 

tylko by zapragnęła. A po tym jak matka wyszła tak dobrze za mąż, nikt by nie zwracał 

uwagi na to, że panna nie ma posagu.

Pisarz   odłożył   list   na   stół.   Oliwa   w   lampie   się   kończyła,   płomyk   był   coraz 

słabszy. Zdmuchnął go, by oszczędzić mu powolnego konania. Potem wszedł do izby, 

gdzie czekała na niego żona.

-   Jeszcze   więcej   nauki?   Co   tydzień?   Przez   całą   zimę?   Marja,   przecież   to 

niemożliwe! To czyste  szaleństwo! Również dzieci biedoty,  które powinny się raczej 

nauczyć, jak prowadzić pług, niż wypisywać litery! Co im zresztą z tego przyjdzie? Czy 

najedzą się tymi literami?

Marja uśmiechała się tylko na te grzmiące słowa.

Wcale jej nie martwiło to, co mówi szwagier.

- Tak, tak, Ingebrikt, nie strasz mnie już więcej. Czy naprawdę nie chciałbyś, by 

twoje rodzone dzieci były szanowanymi mieszkańcami tej pięknej wsi? Czy nie chcesz, 

by   mówiono,   że   synowie   i   córki   Ingebrikta   to   mądrzy   ludzie,   których   nie   można 

oszukać? Sam przecież prowadzisz własne przedsiębiorstwo... Czy nigdy nie chciałeś 

móc osobiście przeczytać królewskiego listu lub zajrzeć do ksiąg pisarza?

Mężczyzna grzmiał nadal, ona jednak widziała, że zdobyła przewagę. Ale nagle 

tamten znalazł nowe argumenty.

- Owszem, owszem, może to coś pożytecznego dla mężczyzny, nie przeczę. Ale 

baby i dzieciaki? Nie, to rozrzutność. A jakie nieposłuszne się staną, kiedy uwierzą, że 

mają coś w głowie!

- Dzieci kiedyś dorosną, a baby niejednego mężczyznę wyprowadziły z biedy - 

odparła Marja cicho.

Mężczyzna mówił dalej, chodząc wokół stołu w najlepszej izbie, dokąd Marja 

background image

wkroczyła i usiadła na krześle. Minęło sporo czasu od tamtej chwili, kiedy jej mąż stał 

tutaj z czapką w ręce i prosił swego brata o mleko dla maleńkich dzieci. Całe morze 

czasu dzieliło ich od tamtych wydarzeń. Może Ingebrikt o tym zapomniał. Marja nie 

zapomniała.

- Revelinowi się to z pewnością nie spodoba - rzekł w końcu szwagier, jakby to 

był najważniejszy argument.

Marja starannie ukryła groźne błyski, które pojawiały się w jej oczach zawsze, 

gdy ktoś wymówił w jej obecności nazwisko pastora.

- Może i tak będzie. Ale nie damy mu wyboru, gdy ty i inni bogaci ze wsi poprą 

projekt.

Mówiła dalej, prawie szeptem:

- Wiesz dobrze, że w wielu okolicznych dworach są rzeczy, które Revelinowi by 

się nie podobały. Gdyby wszystkie tajemnice zostały ujawnione... wtedy...

Ingebrikt   drgnął.   Wiedział,   co   Marja   ma   na   myśli.   Do   -   skoczył   do   drzwi, 

przestraszony, że ktoś może usłyszeć.

- Ty znasz drogi, którymi  skrada się lis, Marjo Oppdal. Biedny brat, któremu 

trafiła się taka żona... Ale wiem, co czyni cię taką pyskatą i żądną władzy...

-   No,   no,   ostrożnie,   szwagrze.   Nie   jest   takie   pewne,   czy   ci   się   opłaci   mnie 

obrażać. No więc, jak będzie? Albo, ściślej biorąc, ile?

Mężczyzna pochylił się do niej, ogromną dłoń położył na blacie stołu.

- Ani szylinga, moja droga. Ani grosza! Powinnaś być zadowolona, że wymusiłaś 

na   mnie   poparcie.   Nie   będę   występował   przeciwko   twojej   szalonej   idei,   ale   na   tym 

koniec!

Marja   zrozumiała,   że   nie   wyciśnie   z   niego   nic   więcej.   Zresztą,   szczerze 

powiedziawszy, niczego więcej nie oczekiwała. Najważniejsze teraz to rozpocząć nau-

czanie, potem reszta ułoży się sama.

Marja   zamierzała   doprowadzić   do   otwarcia   szkoły   dla   wiejskich   dzieci. 

Prowadzone u pastora czytanie  Biblii i nauka katechizmu  będą w razie konieczności 

częścią szkolnego programu. Poza tym jednak dzieci powinny uczyć się czytać, powinny 

się też dowiedzieć czegoś więcej o świecie znajdującym się za fiordami i górami. Marja 

bardzo   dobrze   pamiętała   własną   tęsknotę   za   wiedzą,   pamiętała   też,   z   jakim 

background image

zainteresowaniem słuchała historii Olego, czekała na nie tak samo jak na kawałki cukru, 

które zwykle przywoził do Meisterplassen. Zdawała sobie również sprawę z tego, jaką 

władzę posiadają ci wszyscy, którzy potrafią wyrażać swoje myśli i poglądy na papierze

Ci, którzy rozumieją trudne słowa, używane tylko w piśmie, nigdy w mowie.

Do kogoś, kto umie czytać, wolność podchodzi bliżej. Do takich ludzie pokroju 

Revelina nie mogą przychodzić w swoich czarnych pelerynach i stawiać im żądań ani 

ciskać   przekleństw   z   wysokich   ambon.   Ludzie,   którzy   sami   umieją   czytać,   znajdą 

właściwe   słowa   w   czarnej   księdze.   Sami   odkryją   prawdę.   Będą   też   mogli   ujawnić 

sztuczki pastorów. Marja marzyła  o nowych czasach. O epoce, gdy żaden ubrany na 

czarno   sługa   Boży   nie   będzie   mógł   upokarzać   ludzi   i   odbierać   im   wszystkiego,   co 

posiadają.

Tak jak Revelin postąpił wobec jej matki. Wobec jej nieznanej, lecz ukochanej 

mamy.   Marja  zacisnęła   zęby,   myśląc  o  zdradzie.  Pożegnała  się  z  Ingebriktem,   który 

sprawiał wrażenie rozczarowanego, że bratowa nie chce zjeść kolacji z jego rodziną. W 

drodze do domu miała wiele czasu na myślenie, szła wolno po zamarzniętej, uśpionej 

ziemi.

Mama, mama.

Jestem już prawie u celu.

Wkrótce Revelin będzie leżał u moich stóp, a to, co ci zabrał, stanie się znowu 

twoją własnością.

Powinnaś być wtedy u mego boku, mamo, i widzieć, jak oskubuję go niczym 

gotowego do zabicia koguta. On mi ciebie odebrał, mamo. Tobie odebrał córkę.

Dlatego   będzie   sprawiedliwe,   że   ja   ukradnę   mu   syna.   A   razem   z   synem 

odbierzemy   mu   twoją   własność!   Wszystko,   co   powinnaś   odzyskać,   wszystko,   co 

powinnyśmy mieć ja i biedna Sunniva! On sypia w twojej pościeli, mamo, na twoim 

srebrze jada! A kiedy odpoczywa wśród pięknych poduszek, to wszystko, co go otacza, 

należy właściwie do ciebie i do mnie! Odbiorę mu to dla ciebie, mamo, nawet gdyby to 

była jedyna rzecz, jakiej dokonam na tym świecie!

I może, może któregoś dnia ty również wrócisz.

Ty i tata.

Ze skał na dalekiej Północy.

background image

Marja poczuła, że bolesna tęsknota miesza się z buntem przeciwko pastorowi. On 

wypędził mamę z domu i pozbawił ją całego majątku, twierdził, że nigdy nie była żoną 

poprzedniego proboszcza. Chociaż mieli przecież córkę, siostrę Marji, Sunnive! I mama 

musiała uciekać z pustymi rękami. Jako biedna wyrobnica została przepędzona ze wsi! 

Dobrze, że tata już wtedy był i mógł ją do siebie przyjąć! Nie miała innego miejsca 

oprócz Meisterplassen. Naprawdę nie miała gdzie się podziać. Marja uważała, że historia 

jej poczęcia jest niewiarygodnie podniecająca. Była córką kata! Tata Randar, ten dobry i 

łagodny   człowiek   zapamiętany   z   wczesnego   dzieciństwa,   był   niegdyś   ponurym, 

strasznym sługą ciemności! Marja bardzo dobrze rozumiała, dlaczego tak pociągał mamę. 

Tę kobietę, z pewnością niezwykle piękną. Mimo wszystko, czego doświadczyła w tej 

wsi...

Revelin nie zadowolił się tym,  że wypędził  ją z probostwa i pozbawił domu. 

Szpiegował   ją,   zdobył   fałszywych   świadków,   którzy   występowali   przeciwko   niej,   i 

prawie mu się udało zaprowadzić ją na stos czarownic. Ale jego żona niemal w ostatniej 

sekundzie wyjawiła prawdę. Dzięki temu mama uniknęła haniebnej śmierci, ale została 

zesłana daleko na Północ do obozu dla ukaranych kobiet. Obóz mieści się na bardzo nie-

gościnnej wyspie. Nikt nie wraca stamtąd żywy, to powszechnie wiadomo. Ale mama 

pisała do domu, wiedzieli więc, że żyje.

I tata postanowił do niej pojechać. Opuścił swoją zagrodę i ziemię, opuścił córkę, 

wszystko.

Marja rozumiała go bardzo dobrze, ale dziecko, które wciąż w niej żyje, nigdy 

tego nie zaakceptowało. Pastor musi ponieść karę również za to, postanowiła Marja. Bo 

gdyby nie zesłał mamy do obozu, wówczas tata też nie opuściłby swojej córeczki.

Ale Revelin otrzyma karę, jaka mu się należy.

Wciąż się do tego przygotowywała.

Teraz ma w ręce znakomitą kartę.

To syn pastora.

Ów młody, źle przez ojca traktowany Justitian.

Ten, którego ona uwiodła i oczarowała tak, że nigdy się już nie wyrwie spod jej 

władzy. Wiedziała o tym. Widziała to w jego oczach. Chociaż minęły przeszło cztery 

lata, od kiedy stąd wyjechał, Marja była pewna, że chłopak należy do niej bez reszty.

background image

Najbliższego lata oczekiwano jego powrotu.

Wtedy musi być przygotowana. Może i szkołę uda się do tego czasu otworzyć? 

Marja miała nadzieję, że i ona będzie uczestniczyć  w pracy, na przykład jako swego 

rodzaju pomocnica nauczyciela? Kiedy więc Justitian wróci do domu z dyplomem w 

kieszeni...   nikt   się   specjalnie   nie   zdziwi,   że   to   właśnie   jemu   zostanie   powierzone 

prowadzenie nauki. Wtedy mogłaby spotykać się z nim często. Justitian nie będzie miał 

szans.

No i gdy Justitian zapłonie już prawdziwym ogniem...

Wtedy czas się dopełni.

Wtedy dowie się, kto jest ojcem jej dzieci.

A wobec takiego rozwoju wypadków stary pastor będzie musiał dać za wygraną. 

Justitian   przecież   nigdy   się   tego   nie   wyprze.   Stary   pastor   musi   oddać   wszystko,   co 

bezprawnie odebrał i ukrył.

Marja odzyska swój spadek.

Dalej w przyszłość nie wybiegała. Nigdy tego nie robiła. Nigdy nie poświęciła ani 

jednej myśli życiu „po Zemście .

Karl   również   dzisiaj   na   nią   czekał,   w   jego   wielkich,   psich   oczach   wyczytała 

nieme   oskarżenie.  Zdjęła  z  siebie  piękną  wełnianą   chustę,  wyciągnęła   ręce  do ognia 

tlącego się jeszcze w piecu.

- Co z Amelią?

- Interesuje cię to? - spytał Karl ponuro.

- Oczywiście. Poprawiło jej się?

- Sama zobacz. Mała śpi.

Marja podeszła do łóżka, gdzie lekkie wzniesienie pod kołdrą wskazywało, że 

ktoś tam leży. Chłopczyk siedział w kącie i plótł sznurek. Na stole stały nie pomyte od 

śniadania talerze. Karl pracował przez cały dzień u właściciela ziemi. Dzieci musiały 

radzić sobie same.

- Nie jest już taka gorąca...

- Nie. Ale wystarczająco gorąca, by matka się nią zaopiekowała - odparł Karl z 

goryczą.

Marja   westchnęła   zdenerwowana,   pogłaskała   mizerne   włosy   córeczki,   potem 

background image

przytuliła do siebie chłopca. Mały wyrywał się, nadal splatał wełniane nici, z których 

najwyraźniej chciał zrobić ozdobę dla taty.

Marja usiadła przy stole, dłonią uderzyła w ławę.

- Chodź tutaj, mój mężu, opowiem ci, czego dowiedziałam się dzisiaj...

- Dziękuję, myślę, że już wiem. Gadają o tym we wszystkich obejściach. O tobie. 

I o kobietach, które zrobiły się zbyt  zuchwałe. Chcą mieć szkołę, do której mogłyby 

chodzić dziewczyny, i Bóg wie co jeszcze...

- Karl, ty mnie chyba popierasz? Rozumiesz, jakie to ważne, by wszyscy mogli 

wiedzieć trochę więcej, rozumieć więcej, mieć szersze horyzonty?

- Horyzonty na polu kapusty są zawsze jednakowe - odparł sucho. - Czy zna się 

litery, czy nie, głód tak samo szarpie wnętrzności. Tak myśli większość tych, z którymi ja 

rozmawiałem.   Oni   uważają,   że   zajmujesz   się   głupstwami,   Marjo!   Niebezpiecznymi 

głupstwami! Czy ty rozumiesz, że wielu biednych ludzi nie przeżyje, jeśli stracą pomoc 

dzieci  przy  pracach  polowych?  A   co z  kobietami,  czy mają  wszędzie  ze  sobą  nosić 

najmłodsze dzieci, gdy większe wystrojone będą siedziały w szkole i uczyły się do ni-

czego im niepotrzebnych liter?

Marję zaskoczyło to, że we własnej izbie musi wysłuchiwać takiej tyrady. Karl 

zazwyczaj nie używał wielkich słów. Widocznie zmienił taktykę.

- Rozumiem, że jesteś rozżalony, mój drogi. W ostatnich czasach nie zajmowałam 

się dostatecznie  własnym  mężem.  Było tyle  różnych  spraw... Musiałam rozmawiać z 

ludźmi,   pić   kawę   u   karczmarzowej,   przekonywać   żonę   lensmana   i   córkę   pisarza... 

przygotowywać   im   ziołowy   wywar   na   reumatyzm   albo   inne   dręczące   je   choroby. 

Potrzebuję przyjaciół...

-   Zawsze   mówisz,   że   potrzebujesz   przyjaciół.   Po   co   ci   aż   tylu   znakomitych 

przyjaciół? Nie znam żadnej kobiety, która by podobnie jak ty biegała nieustannie na 

plotki i czepiała się najbogatszych mieszkańców wsi...

- Jesteś niesprawiedliwy, Karl! Wiesz przecież, że to nie te żałosne małe pólka ani 

twój   pot   stworzyły   nam   takie   dobre   życie.   Wiesz   z   pewnością,   że   jedzenie,   które 

spożywasz, to dary od moich przyjaciół, których stać na taki gest wobec szanowanej 

kobiety.

- Nie wszystko - mruknął. - Większość pochodzi od twojej matki! Zawstydza 

background image

mnie tym, co nam przysyła, gdy tymczasem mnie nie stać na to, żeby...

- Stać cię  na wszystko,  co tylko  zechcesz,  mój  drogi Karlu. Akurat teraz, na 

przykład... akurat dzisiejszego wieczora...

Przysunęła się do niego na ławie, wsunęła chłodną dłoń pod koszulę przy szyi. 

Bawiła się jego włosami na karku. Wargi Karla drgały. Marja stwierdziła nagle, że się 

postarzał.

- Jestem zmęczony, Marjo. Nie przespałem porządnie ani jednej nocy od...

- Tak, tak, wiem. Wiem, że dzieci nie pozwalają ci spać, kiedy mnie tutaj nie ma. 

Rozpieszczasz je, Karl...

-   A   co   mam   robić,   kiedy   Amelia   budzi   się   z   krzykiem,   rozgorączkowana,   i 

uspokaja się tylko, kiedy chodzę po izbie, trzymając ją w objęciach?

- Pozwól jej trochę popłakać. Niech zrozumie, że potrzebujesz snu.

Spojrzał na żonę z niedowierzaniem, jakby nagle z jej kochanych ust wyskoczyło 

jakieś paskudne zwierzę.

- Zrobiłaś się zimna, Marjo.

Słowa Karla zawisły w powietrzu. Marja odsunęła się od niego, cofnęła palce. Nie 

lubiła tych jego brązowoszarych oczu, kiedy patrzyły na nią z takim wyrzutem.

Zdecydowała się na zwykłe rozwiązanie. Narzuciła ponownie chustkę na ramiona 

i zaczęła energicznie napełniać pustą skrzynię na drewno.

Praca, praca, praca.

Zawsze pomagało jej, kiedy miała czym zająć ręce, gdy zbyt trudne słowa cisnęły 

się na usta. Marja na dworze, przy pieńku do rąbania drzewa, uderzała siekierą w drwa 

tak, że rozpryskiwały się na wszystkie strony i z głuchym stukotem uderzały o ścianę 

chaty. Ze środka dochodziło zawodzenie chorej dziewczynki. Ten dźwięk wywoływał 

bolesne skurcze w jej sercu. Zebrała drewno i wróciła do izby. Blady uśmiech złagodził 

surowe rysy jej pięknej twarzy.

Marja wzięła na ręce córeczkę, drugim ramieniem otoczyła synka.

Potem   zaczęła   opowiadać   im   bajkę   o   królewnie,   która   odeszła   od   swoich 

rodziców, ale przysięgła, że odbierze trollom ukradziony skarb.

Amelia uśmiechała się zmęczona, ale szczęśliwa, że może przytulać policzek do 

piersi matki. Wdychała zapach mamy, cieszyła się rzadkim uczuciem spokoju, jaki ten 

background image

zapach jej dawał. Karl Martin wciąż splatał wełniane nici, małe paluszki miał poocierane 

niemal  do  krwi.  Marja zauważyła,  że  malec   ssał  kciuk  tak,   że  prawie  całkiem   zjadł 

paznokieć.

Chłopiec   miał   palce   Justitiana,   długie   i   szczupłe.   Kolor   włosów   zaś,   ku   jej 

zdziwieniu, przypominał włosy Karla, ale pod niesforną, sterczącą na wszystkie strony 

czupryną   kryły   się   jednak   uszy,   jakie   Marja   widziała   tylko   u   jednego   człowieka.   U 

Justitiana.

Karl nigdy o tym nie pomyślał.

A teraz nadszedł właściwy czas, teraz wszystko zostanie ujawnione. Marja nie 

chciała   się   tym   martwić.   Znajdzie   z   pewnością   siły   na   rozwiązanie   wszystkich 

problemów, kiedy odzyska już spadek.

background image

ROZDZIAŁ II

Wiejskie tingi odbywały się dwa razy do roku, zwykle wiosną i tuż przed Bożym 

Narodzeniem.  Wszystko  w okolicy,  co  mogło  chodzić  lub  pełzać,  gromadziło  się na 

miejsce tingu, bo ting to czas wielkiej rozrywki. Decydowały się tutaj ludzkie losy, a 

pisarz,   reprezentujący   wobec   obywateli   władzę   królewską   i   państwową,   odczytywał 

dekrety i obwieszczenia. Bywało, że ludzie czuli się niczym bezbronne mrówki wobec 

niezrozumiałych prawniczych tekstów. Zdarzało się i tak, że prawo wspierało obywateli, 

stwarzało im warunki do życia i poczucie bezpieczeństwa co do własności.

Na ogół jednak nawet za drobne przestępstwa nakładano surowe kary, zwykle 

pieniężne.   Rozwiązłe   młode   kobiety   stawiano   pod   pręgierzem,   co   zresztą   stanowiło 

największą atrakcję tingu. Ludzie cieszyli  się, a zarazem przeżywali momenty grozy, 

współczując tym nieszczęśnicom, które zbłądziły i musiały odpowiadać przed odzianymi 

na czarno mężczyznami.

Ośmiu  wybranych   spośród  najznakomitszych   mieszkańców  wsi  stanowiło   sąd. 

Zasiadał w nim pastor i lensman, bogaci chłopi, a także pułkownik i karczmarz. Ten 

ostatni   nie   cieszył   się   wprawdzie   zbyt   wielkim   poważaniem,   miał   natomiast   pod 

dostatkiem srebra. A to ważne.

Tego roku na liście, którą odczytano pierwszego dnia tingu, lecz ogłaszano już 

wcześniej, przez trzy poprzedzające ting niedziele po nabożeństwie, znajdowało się wiele 

interesujących   spraw.   Między   innymi,   najbardziej   zresztą   popularne,   spory   o   ziemię. 

Tym razem było ich cztery. Sąsiedzi oskarżali się nawzajem o podorywanie granic albo o 

wycinanie drzewa w nie swoim lesie. Kłócili się o prawo połowu ryb oraz o możliwość 

korzystania   ze   wspólnego   pastwiska.   Pewien   komornik   został   oskarżony   o  to,   że   po 

kryjomu doił krowy właściciela gospodarstwa.

Przed   sądem   stanęła   też   młoda   Ingrid,   która   pozwoliła   się   uwieść   pewnemu 

żołnierzowi. Rodzice chłopaka przepędzili ją z domu, a teraz zabiegali o to, by rozpu-

stnica została surowo ukarana. Ich syna nie widziano na tingu, dawno temu  bowiem 

poszedł na wojnę, by przelewać krew w walkach ze wschodnimi sąsiadami.

Dziewczyna została ukarana, ale uśmiechała się uszczęśliwiona do pisarza, kiedy 

dotarło   do   niej,   że   za   swój   występek   będzie   musiała   opuścić   wieś,   nic   więcej.   Z 

background image

podniesioną   głową   i   pogardliwym   uśmiechem   wyszła   z   tłumu,   prowadzona   przez 

parobka lensmana.

Marja   obserwowała   wydarzenia   z   wielkim   zainteresowaniem.   Zawsze   była 

zafascynowana tą grą, tą siłą, która niemal wyczuwalnie ciążyła  nad ludźmi zgroma-

dzonymi w pomieszczeniu lub na placu. Uwielbiała te uroczyste sformułowania, zgrzyt 

pióra po żółtym papierze, zapach topionego laku do pieczęci.

Jej   zdaniem   pisarz   wyglądał   śmiesznie   w   swojej   białej   peruce,   ale   przecież 

proboszcz przy różnych okazjach też tak wygląda. Nikt nie sprawiał głupszego wrażenia 

niż ich chudy proboszcz z opadającą na oczy kosmatą peruką...

Dla młodych dni tingu oznaczały czas wolny.

W   tym   okresie   nikt   specjalnie   ciężko   nie   pracował.   Ludzie   zbierali   się, 

sprzedawali i kupowali wełnę oraz ciastka na miodzie albo drobne wyroby z drewna. 

Wypijali po kuflu piwa w Dosen albo siorbali gorącą zupę na mięsie czerpaną z wielkich 

kotłów przygotowanych w gospodzie. Przybywali też ludzie z daleka, którzy nie mieli nic 

do sprzedania, nie występowali jako świadkowie ani im nie towarzyszyli.

Marja   często   odwiedzała   gospodę,   kłaniała   się   i   uśmiechała   do   gości,   nie 

zawahała   się   też   nigdy   z   odpowiedzią,   nawet   kiedy   zagadywał   ją   ktoś   z 

najznaczniejszych obywateli.

Tylko   niewielu   jej   nie   znało.   W   gospodzie   siedzieli   mężczyźni,   których 

podejrzewała o to, iż świadomie przeciągają swój pobyt możliwie jak najdłużej, bo mają 

nadzieję na krótką rozmowę z nią sam na sam w ogrodzie karczmarza. Nie zajmowała się 

podawaniem  do stołu,  zresztą   karczmarza   nie  było   stać  na  wynajęcie  kogoś   takiego. 

Własne służące zatrudniał przy cięższej pracy. Marja jednak chodziła między stołami, 

pytała, czy jedzenie smakuje, tu i ówdzie wytarła jakąś plamę albo zmieniła nakrycie. Ze 

swobodą odgrywała  rolę gospodyni,  zachowywała  się przy tym  z taką godnością, że 

jeden   jedyny   gość,   który   odważył   się   uszczypnąć   ją   w   udo,   natychmiast   zapragnął 

znaleźć się jak najdalej stąd.

Karczmarz był bardzo zadowolony.

Był też zadowolony z ozdoby, którą mu sprzedała, a która niegdyś należała do 

czarownicy   Anny.   Nowy   właściciel   pozwalał   Marji   nosić   naszyjnik,   kiedy   tak 

spacerowała między jedzącymi. Był jej wdzięczny. Naszyjnik przyniósł mu oczekiwane 

background image

szczęście   zarówno  jeśli  chodzi  o  interesy,  jak i  w  kartach.   O  miłości   zapomniał   już 

dawno.

Sprawę szkoły rozpatrywano podczas tingu osobno, na specjalnym posiedzeniu, 

kiedy już rozstrzygnięto wszystkie kwestie prawne. W dyskusji uczestniczyli najbogatsi 

mieszkańcy wsi, większość posiadających  ziemię  gospodarzy chciała  zasiadać w tym 

zgromadzeniu, długo i pięknie przemawiać na temat przyszłości.

Pastor   wygłosił   wprowadzenie,   podkreślając,   że   dokonuje   się   oto   generalny 

upadek obyczajów. Mówił o rozwiązłości w niektórych dworach, gdzie służba nie jest 

trzymana   troskliwą,   lecz   twardą   chrześcijańską   ręką.   Wspominał   o   potajemnych 

odwiedzinach w spichlerzach i o brzuchach młodych kobiet, o rozpustnych młodzieńcach 

i uwodzicielskich pannach. Gospodynie nie zawsze poczuwają się do odpowiedzialności 

za powierzoną im młodzież, grzmiał pastor.

Większość zebranych ponuro kiwała głowami, nikt nie odważył się zareagować 

inaczej. We wszystkich słowa pastora budziły dręczący niepokój, niewielu było takich, 

którzy   nigdy   nie   chodzili   w   konkury,   nie   wspinali   się   w   młodości   po   drabinach   do 

spichlerzy,   w   których   sypiały   panny.   Co   więcej,   niektórzy   nie   musieli   cofać   się   w 

przeszłość dalej niż do ostatniego lata...

Marja uparcie wpatrywała się w pastora. Od blisko pięciu lat znała tę szczupłą 

twarz, która często krzywiła się w prowokujących uśmiechach. Włosy miał wciąż tak 

samo bezbarwne jak wówczas, gdy po raz pierwszy jego oblicze pojawiło się w snach 

Maryjki. Odkąd przybyła tutaj, Revelin trwał w jej myślach niczym czarny cień, symbol 

wszelkiego zła. Od dzieciństwa widziała oczyma duszy tę ponurą twarz i rozkoszowała 

się myślą, że kiedyś dane jej będzie patrzeć, jak życie wypływa z tego nikczemnika.

Nadejdzie taki dzień. Nadejdzie wkrótce.

Teraz jednak unurzany we krwi miecz  i wszystkie  anioły zemsty opuściły jej 

marzenia. Marja stała się dorosła. Dowiedziała się też, że nie wszystko jest takie proste. 

Jaki sens miałaby zemsta, gdyby człowiek sam utracił przy tym życie lub został wysłany 

do równie strasznego miejsca jak to, w którym musiała przebywać mama...?

Marja   uśmiechała   się   blado,   stojąc   ukryta   w   tłumie   i   przyglądając   się 

przemawiającemu pastorowi.

Teraz będzie działać inaczej.

background image

Revelin miał na świecie tylko trzy rzeczy.

Powołanie.

Honor.

Syna.

Marja zamierzała zniszczyć wszystko.

To dlatego tak cierpliwie czekała przez te lata w Lyster. I dobrze wykorzystywała 

dany czas, zdobywała sobie wciąż nowych, znakomitych  przyjaciół. Poznawała coraz 

więcej   tajemnic,   coraz   więcej   pikantnych   historyjek,   które   mogłaby   wyjawić.   Lub 

przedstawić na tingu.

Wkrótce   będzie   mogła   potajemnie   kierować   wszystkimi.   Kiedy   nadejdzie 

decydujący   dzień,   Revelin   zostanie   przepędzony   od   wszystkich   drzwi,   nie   znajdując 

nigdzie sprzymierzeńca.

Dokładnie tak, jak postąpiono z jej matką.

Zarazem jego syn zostanie pogrążony w hańbie.

Uśmiech Marji zamarł na wspomnienie pierwszej konfrontacji z Revelinem.

Ach,   była   taka   młoda   i   głupia!   Wierzyła,   że   wystarczy   po   prostu   przyjść   i 

przedstawić swoją sprawę, a już dumnemu pastorowi zaczną się trząść kolana. Zamie-

rzała straszyć go, że uda się na ting, gdzie powie, że została uwiedziona przez jego syna.

A tymczasem ów syn uczynił ją brzemienną.

W ten sposób wszystko uległo zmianie, a pastor zyskał nad nią władzę. Mógł 

zabrać jej dzieci, nawet nie wiedząc, że to jego własne wnuki. Dlatego Marja musiała 

czekać. Czekać, aż odzyska możliwość działania.

Justitian, jedyne dziecko Revelina.

Miała nad nim pełną kontrolę.

Syn pastora to droga do odzyskania spadku.

Do spadku, którego podobno już nie ma. Ten okrutny diabeł twierdzi, że wszystko 

zostało spalone! Książki marny, dokumenty, lekarstwa od przyjaciół Mogensa... wszy-

stko.   Marja   mogła   płakać   na   myśl   o   tym.   Jeśli   to   prawda,   to   nigdy   nie   odnajdzie 

papierów, ujawniających intrygę Revelina. Nie znajdzie dokumentu, który by świadczył, 

że   mama   i   poprzedni   pastor   naprawdę   byli   małżeństwem.   Świadkowie   pomarli.   W 

kościelnej księdze nie ma na ten temat ani słowa. Jednak ci, z którymi Marja rozmawiała, 

background image

potrząsali z niedowierzaniem głową, kiedy pytała ich, czy sądzą, iż tamta Maria była 

kobietą upadłą.

Znali   jej   matkę,   większość   mieszkańców   wsi   ją   znała.   Marja   chłonęła   nawet 

najdrobniejsze informacje na jej temat, ale oni niczego nie zauważali. Nikomu nie przy-

szło nawet do głowy,  że mogłaby mieć  jakieś osobiste powody do interesowania się 

historią Marii Skanke. Zresztą to lepiej, bo na razie nikt nie powinien o tym wiedzieć.

Kiedy   jednak   czas   nadejdzie,   z   pewnością   udzielą   jej   poparcia,   oni,   starzy 

przyjaciele Marii. Ci, którzy nie odważyli się tego zrobić wówczas, gdy matka znalazła 

się w okropnym położeniu. Ci, którzy zlękli się władzy pastora i stchórzyli.

Marja   zapomniała   niemal   o   bożym   świecie,   stojąc   z   zaciśniętymi   ustami   i 

pozwalając myślom płynąć po tak dobrze znanych torach.

Teraz   głos   zabrał   sam   pisarz.   Mówił   o   propozycji   kobiet,   zamierzających 

otworzyć we wsi szkołę.

- Nie znam czegoś takiego z innych okolic - rzekł niepewnie. - Miałem jednak 

dość czasu, by się nad tym zastanowić, i muszę powiedzieć, że pomysł wydaje mi się 

interesujący i właściwy. Choćby dlatego, że powinniśmy wreszcie jakoś uporządkować 

sprawy nauczania  katechizmu.   To  wstyd   dla  parafii,   że  tak  wielu  naszych   dorosłych 

chrześcijan nie zna najważniejszych zasad wiary... A w przyszłym roku będzie dobra 

okazja, bo przecież spodziewamy się wizyty biskupa. Myślę, że pochwali troskę wsi o 

religijne wychowanie naszej młodzieży...

Wiele łysych głów potakiwało, kilka bardziej owłosionych również. Pisarz mówił 

dalej:

- No więc sprawa szkoły. Człowiek musi w tym momencie zapytać, czy lud tego 

potrzebuje? Czy nie jest dobrze tak, jak dotychczas było, że jedni wiedzą, jak orać ziemię 

karmicielkę, podczas gdy inni poświęcają się książkowej wiedzy i czytaniu tekstów? Czy 

niedobrze jest tak, jak jest, chłop przecież może iść do swojej zwierzchności w razie 

potrzeby i poprosić o przeczytanie jakiegoś dokumentu? I czyż sam Pan nie postawił 

swoich sług w naszych kościołach po to, by czytali nam i tłumaczyli święte teksty?

W tylnych rzędach, gdzie siedziały kobiety, rozległy się teraz szepty.

Pisarz zrobił krótką pauzę, szeleścił papierami.

W końcu spojrzał na zgromadzenie. Jego własna żona uniosła wysoko  głowę. 

background image

Pisarz odwrócił wzrok.

- No cóż, panowie, różnie ja o tym myślę. Posłuchajmy więc, co wy sami macie 

do powiedzenia o tej... niezwykłej sprawie.

Natychmiast znowu głos zabrał Revelin.

- Ja uważam, że to sam diabeł namieszał w głowach waszym kobietom. Co może 

z tego wszystkiego wyniknąć oprócz kłopotów? Żeby kobiety zaczynały rządzić wsią... 

Moi parafianie, jestem przekonany, że także wy uznacie to za przeciwne naturze. I to nie 

tylko   za   niedopuszczalne   zarozumialstwo,   ale   również   za   występowanie   przeciwko 

słowom Pana! Bo czyż On nie powiada w swoim świętym piśmie, że kobieta powinna 

siedzieć na szerokim tyłku i milczeć podczas zgromadzeń, a nie...

- To nie Pan tak powiada, to Luter!

Piskliwy głos wytrącił  pastora z równowagi. Revelin ogarnął wzrokiem grupę 

kobiet, nie zorientował się jednak, która się odezwała. Tu i ówdzie rozległy się chichoty. 

Revelina okropnie to zirytowało.

- Chciałbym was przestrzec przed bluźnierczym traktowaniem słów Pana! Chcę 

ostrzec każdego, kto uważa, że wolno mu krytykować i upominać tych, którzy wiedzą 

lepiej!   Ale   wracajmy   do   rzeczy:   nie   potrzeba   nam   powszechnej   znajomości   sztuki 

czytania. I właśnie przed chwilą mogliśmy się wszyscy przekonać, dlaczego tak powinno 

być: słyszeliśmy głos kobiety, która nie zna swego miejsca. Która oponuje przeciwko 

postawionym po to, by jej strzegli i kierowali nią na zdradliwych ścieżkach życia!

Pastor   mówił   dalej,   teraz   łagodniejszym   tonem.   To   nadzwyczajny   mówca, 

skonstatowała Marja cierpko.

- Każdemu człowiekowi zostało przydzielone odpowiednie miejsce. Nie wszyscy 

mogą  wiedzieć  tyle  samo. Gdyby tak było, to wszyscy przychodziliby na świat jako 

pastorzy, prawda?

Patrzył wyzywająco w oczy zgromadzonym mężczyznom. Żaden nie odważył się 

wypowiedzieć odmiennego zdania.

- Dlatego, moi panowie, muszę powiedzieć, że srebro, które przeznaczycie  na 

realizację tego pomysłu, zostałoby lepiej wykorzystane na zakup czegoś trwałego.

Na przykład złotej tacki do kościoła albo jeszcze jednego srebrnego lichtarza. 

Potrzebujemy   też   różnych   rzeczy   do   ołtarza...   Na   takie   właśnie   dary   Bóg   spogląda 

background image

łaskawym okiem! Jemu z pewnością się nie spodoba, że wyrzucacie swoje szylingi, by 

walczyć z ustanowionym przez niego porządkiem, dając każdemu własny klucz do Biblii. 

Nawet tym, którzy nigdy nie odnajdą drzwi! To bluźnierstwo!

Revelin  stał   jeszcze  przez   chwilę   niczym   posąg  i  rozkoszował  się  ciszą,  jaka 

zaległa po jego słowach. Wierni wciąż jeszcze go słuchają. Co do tego nie może być wąt-

pliwości... A Marja Oppdal jest bardzo blada. Ha! Nie doceniała go, ta podstępna córka 

czarownicy!   Za   każdym   razem,   kiedy   Revelin   spotykał   tę   Marję,   odczuwał   przykry 

skurcz żołądka. Od pierwszej chwili, od tamtego dnia, gdy nagle pojawiła się na nauce. 

Wtedy jej jeszcze nie znał, nie wiedział, jaka zła krew płynie w jej żyłach. Nie wiedział, 

że jest córką czarownicy... córką Marii.

Maria, która nadal odbiera mu sen.

Maria, wąż w raju, którego zgodnie z rozkazem Pana przez całe życie starał się 

zmiażdżyć swoim obcasem. Który jednak zawsze wyślizgiwał się w ostatniej sekundzie i 

który wciąż zatruwał złym jadem jego krew.

Tamta Maria stała się zmorą jego życia, jego osobistym demonem. Wielką próbą, 

podobną   do   tej,   której   musiał   się   poddać   Jezus   w   ciągu   czterdziestu   dni   i   nocy 

spędzonych na pustymi. Gdyby nie te dręczące, bezsenne noce, jakie wspaniałe życie 

mógłby   prowadzić   pastor  Revelin!   Miał   przecież   wszystko,   miał   ubrania   i   dobrobyt, 

posiadał ziemię i służbę. Ale, niestety, nic nie było w stanie odegnać od niego nocnej 

mary. Nikt nie potrafił uwolnić go od kuszącego uśmiechu, od jej krwistoczerwonych 

warg, które szeptały uwodzicielskie słowa podczas samotnych nocnych godzin.

Nikt.

I oto teraz córka demona postanowiła zająć również jego dni, robi wszystko, by 

zatruć resztę jego życia. Nie mógł na to pozwolić. Nie wiedział jednak, co z nią począć. 

Ta kobieta jest niebezpieczna, może jeszcze niebezpieczniejsza niż jej matka. Bardziej 

nieobliczalna, można powiedzieć. Bardziej... zła.

A gdyby wieś poznała prawdę o niej... Cóż, stare sprawy mogłyby mu nawet teraz 

bardzo zaszkodzić. Maria miała w tej okolicy licznych przyjaciół. Wciąż żyją ludzie, 

wobec których musiał użyć całej swej władzy, by stanęli po właściwej stronie. Ludzie, 

którzy wtedy byli o włos od pokrzyżowania planów Pana, od ujawnienia gry, w wyniku 

której ostatecznie zostali uwolnieni od czarodziejskich sztuczek Marii.

background image

Revelin zaczynał się starzeć.

Dlatego nie był już w stanie prowadzić wymagającej takich sił walki. Marja jest 

młoda i energia po prostu ją rozsadza. Jeśli jednak posunie się za daleko, on potrafi 

jeszcze pokazać, kto tu ma prawdziwą władzę!

Usiadł, ale nie spuszczał zgromadzenia z oczu.

Każdy, kto chciałby otworzyć usta, napotykał surowe spojrzenie oczu pastora. W 

końcu chrząknął pułkownik, ten ożeniony z kobietą, podającą się za matkę Marji.

- Ja myślę, że nie ma się za bardzo nad czym zastanawiać. Jeśli tylko pieniędzy 

jest pod dostatkiem, to podobno można nauczyć czytać i krowę! Nie ma tylko pewności, 

czyjej mleko będzie nadal smakować jak mleko, he, he!

Ponure   dotychczas   zgromadzenie   z   przyjemnością   powitało   przyciężkawe 

poczucie humoru mówcy. Pułkownik wciąż zachowywał zdrowie i energię. Chyba ci, 

którzy gadają, że podupadł ostatnio na umyśle, nie wiedzą, o czym mówią!

- No, ale traktując rzecz poważnie, moi panowie, to o ile ja wiem, wielu ludzi we 

wsi chciałoby tej szkoły, chętnie myślą o tym, że nasza wieś będzie pierwsza... Więc 

uważam, że możemy zbudować szkolną izbę w moim domu. Widywałem mianowicie 

tego rodzaju izby dawniej, podczas moich podróży. Za granicą... tak, w każdym razie w 

Danii.   Synowie   chłopów   i   rzemieślników   uczyli   się   w   nich   o   różnych   prądach   w 

oceanach,   o   krajach   czarnych   ludzi   i   innych   sprawach.   To   pożyteczne,   chciałbym 

powiedzieć. I ważne, że nasze dzieci zrozumieją, na czym polega ich obowiązek wobec 

Boga i kraju! Zwłaszcza w takich czasach jak te, kiedy grożą nam wrogowie...

Marja stłumiła ziewanie, nie mogła zrozumieć, co wojna, przetaczająca się daleko 

stąd, ma wspólnego z ich szkołą. Pułkownik jednak mówił dalej, a zebrani z szacunkiem 

słuchali   historii   o   dawnych   przygodach   i   lśniących   medalach.   Nareszcie   skończył, 

wymieniła spojrzenie z Gjertrud. Ta ostatnia wyglądała na dumną i trochę onieśmieloną, 

widać   jeszcze   nie   zdążyła   przywyknąć   do   faktu,   że   jest   żoną   pułkownika.   Biedna 

Gjertrud, ale radzi sobie zupełnie nieźle. Tylko nigdy się chyba nie przyzwyczai do tego, 

że przygotowywanie jedzenia, rąbanie drewna i obrządek należy pozostawić innym... Nie 

lubiła   bezczynnego   siedzenia.   Ostatnio   wyglądało   na   to,   że   rola   ozdoby   pokojów 

pułkownika ją męczy. Zeszczuplała, z czym było jej do twarzy, wyglądała młodziej.

Marja postanowiła, że po zebraniu pójdzie do Gjertrud na kolację. Może powinna 

background image

zabrać również Karla? Jeśli Amelia lepiej się czuje... Tak czy inaczej musi porozmawiać 

z pułkownikiem o swoich zamiarach, o tym, że pragnie poświęcić życie nauczaniu dzieci. 

Mimo  wszystko  była  jedną  z niewielu  kobiet  w  tej  wsi umiejących  czytać,  pragnęła 

stanowić dobry przykład dla młodych dziewcząt. Poza tym przecież nie można chyba 

wymagać, żeby takiej męczącej bądź co bądź pracy, nauczania również dzieci biedoty, 

podjęła się żona pastora lub lensmana.

Podstarzały pułkownik promieniał. Marja nie mogła powstrzymać się od śmiechu, 

widząc jego przesadnie eleganckie zachowanie wobec dam. Nie odstępował Gjertrud ani 

na krok, ale też raz po raz posyłał Marji uwodzicielskie spojrzenia. Podał jej ramię, gdy 

schodzili z placu, na którym odbywał się ting, i dziarsko podsadził ją, kiedy wsiadała do 

powozu czekającego nieopodal. Gjertrud pomagał z jakąś dziwną ostrożnością, posadził 

ją na poduszkach obok Marji. Sam sięgnął po lejce. Lekki powozik, podobny trochę do 

powozu pastora, był jednak dużo nowszy i miał nabijane metalowe ozdoby, podczas gdy 

pojazd pastora dekorowały obłażące już malowidła. Mimo pory roku drogi były niemal 

suche. Ta zima skąpiła opadów, nie tak jak poprzednia, gdy to sypał śnieg lub padał 

deszcz. W tym  roku tylko  gdzieniegdzie  na brunatnych  polach widziało się śnieg. O 

żadnej sannie nie mogło być mowy!

Enkesetet leżało tuż za wsią, pułkownik jednak jechał wolno, powoził ostrożnie, 

bardzo ostrożnie.

- Hej, pułkowniku, pokaż, jakim jesteś woźnicą! Przyśpiesz trochę - dogadywała 

Marja.

Ale on uśmiechał się tylko z tajemniczą miną i rzucał ukradkowe spojrzenia w 

kierunku Gjertrud. Ku swemu zdumieniu Marja stwierdziła, że Gjertrud rumieni się ni-

czym młoda dziewczyna. Wyglądała niezwykle pięknie w swoich eleganckich ubraniach. 

Kto by pomyślał, że ta biedna dziewczyna, sierota włócząca się po wiejskich drogach, 

oskarżona o morderstwo służąca, zajdzie w życiu tak daleko? Teraz siedziała niczym 

królowa   w   jednym   z   największych   dworów   wsi.   Jadała   srebrną   łyżką   najbardziej 

wyszukane potrawy. A stroje! Marja nigdy przedtem nie widziała takich wspaniałości. 

Niektóre   co   prawda   Gjertrud   odziedziczyła   po   nieboszczce   pułkownikowej,   nikt   by 

jednak   tego   nie   zauważył,   bowiem   sama   większość   poprzerabiała.   Wyglądała 

zdumiewająco młodo i zdrowo. Świeżo umyte włosy pięknie układały się pod czerwono - 

background image

niebieskim czepkiem mężatki.

- On zawsze tak mnie traktuje - zachichotała Gjertrud i nie potrafiła ukryć, że 

naprawdę jest zakochana jak panna młoda.

Kiedy później siedziały obie w Enkesetet na krzesłach z wysokimi  oparciami, 

każda z kuflem gorącego piwa i talerzykiem ciastek przed sobą, Gjertrud zaczęła mówić.

- Widzisz, Marjo... ja, to znaczy... rzeczywiście nieoczekiwanie, ale...

- Wykrztuś to nareszcie z siebie! O co ci chodzi?

- Bo ty... ty zostaniesz chyba starszą siostrą...

- Co? - Marja wytrzeszczyła oczy. - Czy to znaczy, że ty... że jesteś... że ty, ale 

to...

- Chciałaś powiedzieć, że jestem za stara, prawda? Tak, rzeczywiście tak można 

myśleć. Ale ja się nie mylę, Maryjko. W kwietniu urodzę dziecko...

- Znaczy za pięć miesięcy? Och, Gjertrud, nie chciałam powiedzieć nic złego, 

oczywiście strasznie się cieszę... ale to naprawdę niespodzianka.

- Anton też tak uważa... pewnie miałabym problemy z przekonaniem go, gdyby 

nie to, że od ślubu zawsze byliśmy razem w dzień i w nocy.

- Och, nie, jakże by mógł tak pomyśleć, przecież nigdy byś go nie zdradziła!

- Nie, to pewne. Podobnie sympatycznego  męża  żadna stara panna chyba  nie 

znajdzie!

Marja musiała przyznać, że tak jest w istocie.

-   No   i   pomyśl...   nareszcie   mogę   zostać   matką...   -   Gjertrud   w   rozmarzeniu 

spoglądała   przed   siebie.   Kiedy   tak   siedziała   z   podkulonymi   nogami,   wyglądała   jak 

dziewczyna, Marja uznała, że wszystko jest przecież naturalne. Ale Gjertrud skończy 

niebawem czterdzieści dwa lata i Maryjka wiedziała, że to niezwykle poważny wiek jak 

na pierwszy poród. Nawet gdyby przedtem rodziła, i tak jej wiek stanowiłby znaczne 

ryzyko.

Marja skuliła się, nie chciała teraz o tym myśleć. Nie byłaby w stanie utracić 

również Gjertrud, o Boże, nie. Przecież ta nieszczęsna kobieta trudziła się przez tyle lat 

dla innych, Maryjka cieszyła się więc, że owe jedwabne bluzki i cały dobrobyt przypadły 

właśnie   jej.   Uważała,   że   to   sprawiedliwe.   Poza   tym   nigdy   nie   zapomniała   o   swojej 

„córce”, Marja zawsze chętnie to podkreślała. Nic dziwnego, że pułkownik popierał pla-

background image

ny otwarcia szkoły zarówno swoim liczącym się głosem, jak i srebrem.

- Masz wspaniałego męża, Gjertrud. On naprawdę rozumie, co na tym świecie się 

liczy...

- Moja biedna Maryjko, jak tobie się nie wiedzie w tym życiu...

- Milcz, Gjertrud! Nie mów teraz o tym! Sama żyłaś przez wszystkie lata bez 

mężczyzny i miłości, a jakoś dawałaś sobie radę! Ja mam przecież męża... który mnie 

obchodzi, do cholery!

Gjertrud wolno kiwała głową. Pojmowała, że wkroczyła na bardzo niebezpieczne 

rejony.   Wobec   ognia,   który   tyle   razy   widywała   w   oczach   Marji,   zawsze   musiała 

kapitulować. Lepiej więc i teraz nie wywoływać wilka z lasu. Nie teraz, kiedy jest im tak 

dobrze...

- Sama wiesz chyba najlepiej, Maryjko. Ty troszczysz się o swoje sprawy, ja 

powinnam myśleć o swoich.

- No właśnie! - rzekła Marja zadowolona i przytuliła się do Gjertrud z serdecznym 

uśmiechem. Ostrożnie położyła dłoń na szerokiej spódnicy.

-   Musisz   teraz   dbać   o   siebie,   ty   również.   Żeby   maleństwo   przyszło   na   świat 

zdrowe i udane!

- Daj Boże, żeby tak było - uśmiechnęła się Gjertrud i uścisnęła rękę Marji.

- Czujesz coś?

- Nnie... myślę, że nie. Ale też nie wiem, czego powinnam oczekiwać...

- To jest tak, jakby ryba trzepotała się w wodzie - rzekła Maryjka z rozmarzeniem, 

te słowa przyszły do niej skądś z bardzo daleka.

Obie kobiety siedziały tak przez chwilę, każda pogrążona we własnych myślach.

- Więc on o niczym nie wie - rzekła w końcu Maryjka.

- Że to pierwszy raz? Nie, nie wie. On myśli, że ja... że ty jesteś moją córką. 

Powiedziałam, że twój ojciec był żołnierzem, podobnie jak Anton, i zginął, zanim się 

urodziłaś. Powiedziałam mu też, że pochodzimy z okolic Ytre - Sogn.

- I że powodziło się nam dobrze? - zachichotała Marja.

-   Oczywiście,   bardzo   dobrze   nam   się   powodziło...   ale   utraciłyśmy   wszystko. 

Musiałam się przenieść do siostry Kari...

- Dobrze wiedzieć - roześmiała się Maryjka. - Nigdy jednak nie pomyślałaś, że 

background image

możesz spotkać ludzi, którzy znali nas w Sogndal?

- Owszem. Ale może Bóg da, że do tego nie dojdzie - odparła Gjertrud. - Zresztą 

jeśli ktoś zobaczy moją piękną zieloną pelerynę lub stroje gospodyni z Oppdal... któż 

wtedy   pomyśli   o   biednych   kobietach   z   Meisterplassen?   Wszyscy   są   przekonani,   że 

wyruszyłyśmy za Randarem...

- To prawda. Tata... A jeśli przyszły od niego jakieś listy?

- Mam nadzieję,  że lensman  się nimi  zajął.  Albo jego syn.  Starego  Eyliffa  z 

pewnością już nie ma.

Marja przytuliła się jeszcze mocniej do Gjertrud, leżała teraz przy niej niczym 

kociak.

- Czasem bardzo pragnę się do kogoś przytulić - zamruczała. - Ale nie mam do 

kogo.

- A ja mam - odparła Gjertrud z naciskiem.

Anton bardzo lubił, kiedy jego dorosła pasierbica przychodziła z wizytą. Żartował 

i śmiał się, unosił ją w górę i kręcił się z nią w kółko, wyśpiewując wesołe piosenki jak 

niepoważny młody chłopak. Był tak dumny ze swojego osiągnięcia, z tego, że zostanie 

ojcem, że wprost nie umiał chodzić normalnym krokiem.

-   Pomyślcie,   dziedzic!   Mały   chłopaczek   drepczący   po   podłodze   tego   pokoju! 

Ktoś,   kogo   można   posadzić   przed   sobą   na   koniu   i   uczyć   wszystkiego!   Albo   mała 

dziewczynka, co ty na to, mamo Gjertrud? Mała dziewczynka równie śliczna jak ta, którą 

masz od dawna!

I Marja znowu musiała ruszać w szalone tany,  aż spódnice fruwały jej ponad 

głową, grożąc, że strącą piękną wazę pana Antona ze stolika przy oknie.

- Przestań już, dziadku! Nie jesteś przecież jedynym mężczyzną, który spłodził 

dziecko!

- Jedynym to nie, ale równie dumnym jak stary ojciec Abraham! - donosił Anton i 

tym razem Gjertrud musiała z nim tańczyć. Dużo wolniej i ostrożniej, rzecz jasna, i nie 

tak wysoko w górę była podrzucana.

Otarł   pot   z   czoła   rękawem   koszuli   i   opadł   na   krzesło   przed   kominkiem.   Na 

dworze od dawna było ciemno. Marja wiedziała, że powinna już iść. Jutro też będzie 

dzień. Może dzieci jeszcze nie poszły spać, to zdąży je uściskać.

background image

- Kochani, muszę się żegnać. Dzieci czekają...

- Tak, tak, pędź do domu, do swojego chłopa, Maryjko! Za dużo czasu spędzasz 

na wsi, moim zdaniem!

Słowa   Antona   zabrzmiały   ostro,   Maryjka   usłyszała   ton   powagi,   choć   ojczym 

śmiał się wesoło.

- Idę już, Anton, tylko nie pozjadajcie się tu nawzajem!

- A weź coś smakowitego z kuchni dla dzieci! Zdaje mi się, że Anna dzisiaj 

piekła...

-  Dziękuję!   Dziękuję  za   jedzenie   i  piwo,   i   za   wszystko.   Marja   odwróciła   się 

jeszcze   lekko   przy   drzwiach   i   posłała   Antonowi   jeden   ze   swoich   najpiękniejszych 

uśmiechów.

- I dziękuję za szkolę!

Pułkownik zaczął machać rękami, ale śmiał się do niej.

- Zapłacisz ty mi za dzisiaj zaciągnięty dług, Marjo Oppdal!

Gdy tylko Marja wyszła, Anton oplótł ramionami swoją dojrzałą żonę i szeptał jej 

coś   do   ucha.   Gjertrud,   uszczęśliwiona,   tuliła   się   do   niego   tak   bardzo,   jak   jej   na   to 

pozwalał wrażliwy już brzuch.

- Połóżmy się dzisiaj trochę wcześniej, moja ukochana - poprosił Anton.

Chętnie wsparła się na ramieniu, które jej podsunął, i wolno weszła po schodach 

do sypialni na piętrze.

Niemal z czcią pomagał jej rozpinać ubranie na plecach i wyjmował grzebienie z 

jej włosów z takim namaszczeniem, jakby dumnie ujmował ster.

Gjertrud nie wyzbyła się jeszcze onieśmielenia po swoim samotnym życiu, gdy 

lękała się jedynie spojrzeń Randara.

Zdarzało   się,   że   myślała   o   Randarze,   kiedy   Anton   brał   ją   czule   w   objęcia. 

Przypominała sobie grające pod skórą mięśnie tamtego i jego zdumiewająco szerokie 

plecy.

Ale minęło całe życie od czasu, kiedy samotna płakała po nocach z tęsknoty za 

mężem swojej przyjaciółki.

Randar nigdy całkiem by do niej nie należał.

Teraz   zrozumiała,   że   to   ona   w   pewnym   sensie   zmusiła   go   do   wyjazdu.   Był 

background image

człowiekiem honoru. Obiecał jej małżeństwo, ale mogło do niego dojść tylko wówczas, 

gdyby Maria była stracona na zawsze. A przecież ją odnalazł, więc nie miał po co wracać 

do domu. Randar złożył w ofierze zarówno Gjertrud, jak i swoją córkę. Okazuje się, że 

wszystkim wyszło to na dobre.

No, może z wyjątkiem Maryjki.

Gjertrud   lękała   się,   że   to   dziecko   nigdy   nie   będzie   całkiem   szczęśliwe. 

Dziewczyna   nosiła   w   sobie   coś   złego,   coś   mrocznego,   coś   wyniszczającego.   Jak   to 

dobrze, że wyszła za mąż za tego spokojnego, prostego człowieka. I w pewnym sensie 

dobrze też, że zapaliła się do idei nauczania dzieci. Może to ją zaspokoi, może zechce 

przeznaczać siły na coś innego, niż tylko sycić się dawną myślą o zemście.

- Boże, daj, żeby któregoś dnia była taka szczęśliwa jak ja - szepnęła Gjertrud w 

mrok, podczas gdy małżonek pieścił ją czule.

-   Niech   wszyscy   mężowie   doznają   takiej   radości   u   swoich   żon   -   jęknął 

zachwycony Anton w odpowiedzi.

Gjertrud tuliła go do siebie, wiedziała, jak wiele zadowolenia on znajduje w tej 

części małżeńskich obowiązków. Jak to jednak niesprawiedliwie zostało ustanowione, 

myślała z goryczą. Mężczyzna może się radować życiowymi sokami i płonąć miłością 

nawet   do  późnych  lat.  Tymczasem   kobieta  gaśnie,   robi  się  stara   i  bezpłodna,  zanim 

skończy pięćdziesiątkę... Gjertrud posyłała swemu Bogu dziękczynne modły.

Dziecko, które w niej dojrzewa, jest przecież darem Boga. To prawdziwy cud! 

Nagroda za to, że przez te wszystkie lata opiekowała się dzieckiem Marii. Gjertrud była 

w stanie przywołać w pamięci słodki zapach noworodka, tak nieoczekiwanie złożonego 

w jej ramiona, gdy matkę wtrącono do więziennego lochu.

Maryjka.

Lodowaty strach ścisnął serce Gjertrud.

Co poszło nie tak, jak powinno? Gdzie popełniła błąd?

Co sprawiło, że to niewinne śliczne maleństwo dorastało ze złym bólem w sercu? 

Przypominała sobie baśnie opowiadane małej, przypominała własną gorycz, jaką w nie 

wkładała. Ach, tak, dziecko stało się odbiciem jej goryczy. Tak strasznie pragnęła teraz 

to odwrócić!

- Boże, pomóż mi tchnąć spokój w serce tego dzieciątka, które noszę pod sercem. 

background image

Pomóż mi zasiać w jego duszy ziarno radości - szeptała Gjertrud i głaskała delikatnie 

śpiącego już męża po przerzedzonych włosach.

Postanowiła,   że   będzie   patrzeć   tylko   na   rzeczy   piękne,   będzie   się   pokornie 

modlić, będzie myśleć tylko dobrze przez cały czas, kiedy dziecko w niej dojrzewa.

background image

ROZDZIAŁ III

Marja szła ku domowi w cienkich butach i żałowała bardzo swojej próżności, 

która   kazała   jej   włożyć   lekkie   skórzane   pantofle   na   obcasach   zamiast   praktycznych 

drewniaków.

Droga była nierówna, kałuże pozamarzały, a padający tego dnia śnieg sprawiał, że 

szło się bardzo ciężko. Wkrótce jednak zobaczy światło latarki, którą Karl zwykle zapalał 

przed domem, kiedy na nią czekał.

Serce Marji zabiło mocniej na myśl o tym świetle.

Karl jest taki dobry i troskliwy. Dzieci nie mogłyby mieć lepszego ojca. Poczuła 

bolesne ukłucie w piersi, kiedy uświadomiła sobie, że Karl lepiej zajmuje się dziećmi niż 

ona   sama.   W   niedziele   zwykle   kładł   się  na   podłodze   i  godzinami   się   z   nimi   bawił. 

Przypominał  sobie piosenki z dzieciństwa,  robił im z drewna małe  laleczki  i koniki. 

Rozmawiał   z   nimi   prawie   tak,   jak   z   dorosłymi.   A   na   urodziny   dawał   bliźniętom 

prawdziwe   prezenty!   Ona   sama   nawet   o   tym   nie   pomyślała.   Takie   rzeczy   ulatują 

człowiekowi z głowy.

Śnieg   oblepiał   jej   teraz   stopy   i   niczym   lodowata   dłoń   kładł   się   na   nogach 

obciągniętych wełnianymi pończochami. Brzeg spódnicy był przemoczony, ciężko tłukł 

po śniegu w rytm kroków Marji. O ileż praktyczniejsze są spodnie mężczyzn! Nigdy 

jednak dalej Marja w swoich myślach się nie posunęła. Była kobietą na tyle, by wiedzieć, 

że spódnice, piękne wstążki i ozdoby włosów, koronki i tasiemki dobrze służą kobiecej 

władzy.   Niewielu   potrafiło   zachować   obojętność   wobec   niej,   kiedy   postarała   się 

podkreślić swoją urodę.

Ślizgając się brnęła po ścieżce w stronę domu. Buty rozjeżdżały się po nierównej 

drodze. Ciemność gęstniała z minuty na minutę.

Dzisiaj przed drzwiami nie paliła się żadna latarka.

Trudno, widocznie zgasła. A może Karl poszedł spać razem z dziećmi? Zdarzało 

się nie raz, że przychodziła do domu i zastawała całą trójkę śpiącą w szerokim łożu. 

Wtedy ona układała się na sofie, na której zwykle sypiały dzieci. Nie miała nic przeciwko 

temu. Czuła się wolna i spokojna, leżąc na osobnym posłaniu, podczas gdy miarowe 

oddechy tamtych kołysały ją do snu.

background image

Ale dziś było jeszcze wcześnie, mimo że mrok okrył całą okolicę. Niebo wisiało 

nad ziemią ciężkie, lada moment pewnie znowu zacznie padać śnieg. Od czasu do czasu 

mignął  jej zza  chmur  blask księżyca,  ale  były  to  jedynie  szare  pasma  nad  ciemnym 

horyzontem. Fiord również tonął w mroku, lód pokrywał powierzchnię, ale nie był w tym 

roku na tyle gruby, by można było po nim chodzić. Oglądała się raz po raz za siebie na 

zagrody położone  niżej nad wodą. Tu i ówdzie mignęło  światełko,  poza tym  jednak 

okolica sprawiała wrażenie wymarłej.

Karl nie spał. Siedział przy piecu, jak to często zwykł czynić, i rozkoszował się 

widokiem małych kawałków brzozowej kory, które zwijały się w czerwonożółtym żarze, 

trzaskały,   długo   igrały   z   ciężkimi   płomieniami,   zanim   pozwoliły   się   ostatecznie 

spopielić.

Dzisiejszego   wieczora   Karl   znowu   miał   ten   psi   wyraz   w   oczach.   Marja 

postanowiła go uprzedzić.

- Dobry wieczór, mój mężu! Jak tam dzieci? A ty? Udało ci się pożyczyć konia na 

następny tydzień?

- Owszem, wszystko dobrze. Zdołamy chyba zwieźć bale do tartaku. Ale niczego 

się nie dorobimy, jeśli ty wciąż będziesz tak latać!

- No coś  ty,  wiesz przecież,  że  dzisiaj  był  ting!  Nie mogłam  pozwolić, żeby 

rozstrzygnęli sprawę nauki czytania beze mnie! To się opłaciło, zapewniam cię, bardzo 

się opłaciło. Powinieneś był widzieć Revelina, kiedy zrozumiał, że większość gospodarzy 

nie poskąpi srebra... I postanowiono, że pułkownik Anton z Enkesetet zbuduje szkolną 

izbę!

- O, to bardzo dobrze.

Karl rzucił do ognia kolejną garść brzozowej kory. Kawałki zwijały się, strzelały 

w górę jasnym płomieniem, oświetlały twarz Karla.

- Chodź, opowiem ci więcej. Zrobię ci coś do jedzenia, przyniosłam różne dobre 

rzeczy z Enkesetet. Pszenny placek, razowy chleb i najlepsze podpłomyki w Lyster.

- Dziękuję, już jadłem. Zupę. Z dziećmi.

Marja skuliła się. Ramiona jej opadły. Jedzenie, które trzymała w rękach, włożyła 

do skrzynki koło stołu, w której trzymali  podpłomyki.  Zresztą zapas już się kończył. 

Zostało ledwie parę kawałków na dnie. Niezbyt rzadki to widok w chatach biedaków, ale 

background image

u Marji Oppdal beczki z mąką stały pełne.

- Jutro będę piekła - powiedziała Marja do siebie.

Karl   zachichotał,   ale   widziała,   że   zaraz   tego   pożałował.   Pochylał   twarz   nad 

trzaskającym   ogniem.   Jakaś   iskra   spadła   na   drewnianą   podłogę   i   zostawiła   po   sobie 

czarny znak na desce.

- Musimy porozmawiać, Marjo - zaczął cicho.

Marja westchnęła ciężko. Nic nie mówiąc poprawiała okrycia na łóżku, oglądała 

jakieś swetry, dziury na łokciach i przy szyi.

-  Marjo,  posłuchaj   mnie!   To  wszystko   jest  bardzo   trudne,  wiesz,   że  niełatwo 

znajduję słowa...

Marja   usiadła.   Patrzyła   na   męża,   który   nadal   tkwił   na   stołku   z   dłońmi 

spoczywającymi na kolanach. Blask ognia z pieca sprawiał, że włosy Karla wyglądały ni-

czym aureola.

- Marjo, moja kochana, ja się boję. Boję się, że to wszystko skończy się źle. 

Odsuwasz się ode mnie... z każdym dniem bardziej.

- Przecież jestem tutaj!

Karl wpatrywał się w podłogę.

- Nie, Marjo - rzekł łagodnie. - Nie ma cię tutaj. Nawet teraz cię tu nie ma.

Marja, niczego nie pojmując, potrząsnęła głową. Potrafiła zrozumieć, że zdaniem 

Karla za mało bywa w domu. Ale twierdzić, że jej tutaj nie ma? To przecież bez sensu. 

Siedzi zresztą w domu nieustannie! A kiedy już tu jest, zajmuje się troskliwie i nim, i 

dziećmi.

Powiedziała mu to.

-   Czy   nie   jestem   dla   ciebie   dobrą   żoną   i   gospodynią,   Karlu   Oppdal?   Czy 

głodujesz?   Czy   chodzisz   w   podartych   ubraniach?   Czy   twój   inwentarz   jest   brudny   i 

nieobrządzony? Czy twoim dzieciom źle jest u matki?

- Nie, nie. To nie tak. Chociaż wolałbym nie gotować sobie sam, zniosę i to. Ale 

zbyt często wychodzisz z domu i biegasz po wsi, Marjo. Wciąż odwiedzasz, a to jednych, 

a to drugich... Masz coraz więcej znakomitych przyjaciół, bardzo dobrze rozumiem, że to 

interesujące móc rozmawiać z takimi ludźmi. Pamiętaj jednak, że jesteś moją żoną!

- Nigdy o tym nie zapomniałam - rzekła cierpko.

background image

-   Zapomniałaś,   zapomniałaś   o   danej   obietnicy...   bo   nie   zdobywasz   szacunku, 

biegając wciąż od jednej zagrody do drugiej, zamiast siedzieć w domu z rodziną, gdzie 

twoje miejsce.

Marja wstała. Podeszła do niego. Mówiła teraz innym tonem. Łagodnie i ciepło, 

jakby chciała mu się przypodobać.

- Karlu Oppdal, chyba nie potrzebujesz się wstydzić za swoją żonę? Powiem ci, 

że więcej niż połowa mężczyzn ze wsi bardzo chętnie zamieniłaby się z tobą miejscami...

Karl odsunął się, cofnął ręce, kiedy chciała ich dotknąć.

- Nie byłbym taki pewien, Marjo. Nie byłbym pewien... Oni się ze mnie śmieją. 

Mówią   o   mnie   Marja   -   Karl.   Nie   podoba   mi   się   to!   Myślę,   że   nikomu   by   się   nie 

podobało!

- Nikt cię tak nie nazywa! Nigdy o czymś takim nie słyszałam! Mówisz głupstwa, 

Karl. Uroiłeś sobie coś. Może to ty się zmieniłeś, a nie ja! Dawniej byłeś ze mnie dumny, 

cieszyłeś się, że wszyscy mnie lubią, że tak łatwo nawiązuję kontakt z różnego rodzaju 

ludźmi.   Ja   jestem   sobą!   Nigdy   nie   będę   nikim   innym!   Czyż   to   właśnie   nie   Marję 

pragnąłeś mieć? Albo może nie jesteś do tego stopnia mężczyzną, by ścierpieć, że twoja 

żona chodzi własnymi drogami?

- Owszem, pragnę mieć Marję. Tę łagodną, miłą Marję, która zrywała się rano, 

zanim ptaki zaczęły śpiewać, i rozpalała ogień w moim domu. Marję, która przytulała się 

do mnie wieczorami niczym mały kociak....

- I masz ją, Karlu. Ale moje dni są długie...

Teraz on podniósł się z miejsca. Ona wciąż siedziała na podłodze obok pustego 

stołka.

- Tak, nasze dni są długie, Marjo. Ważne jest jednak, byśmy potrafili właściwie je 

spożytkować.  A  ja nigdy nie  potrafiłem   zrozumieć,   co  jest  dla  ciebie   najważniejsze. 

Czasami   odczuwam   głęboki   niepokój.   Zdarza   się,   że   mam   ochotę   potrząsnąć   tobą   i 

przywrócić ci rozum, wydusić z ciebie tę tajemnicę.

Jego oczy spoglądały teraz surowo. Pięści zaciskały się.

Marja patrzyła przestraszona.

- Tajemnicę?

- Tak, tę, którą w sobie nosisz i która cię tak odmieniła, zrobiła z ciebie kobietę, 

background image

której  nie   pojmuję.  Dlaczego  to  dla   ciebie  takie   ważne,   żeby  znać  wszystkich,  żeby 

wszyscy cię lubili? Ktoś mógłby powiedzieć, że liżesz buty bogatym...

- Jeśli ktoś odważy się tak powiedzieć, to będzie tego żałował!

- Z pewnością. Ale czyż nie widzisz, jak łatwo wypowiedzieć takie słowa, skoro 

wiele razy w tygodniu wychodzisz z domu do żony dzwonnika albo do Dosen lub do 

córek   lensmana,   albo   nie   wiem   gdzie   jeszcze...   Pamiętaj,   kim   jesteś,  Marjo  Oppdal! 

Jesteś żoną uczciwego dzierżawcy!

- Tak, ale jestem również pasierbicą pułkownika. Nie zapominaj o tym!

Karl kiwał wolno głową, musiał oczywiście przyznać, że zapominał czasami o 

tym ostatnim. Ale dla niego ona była jego Marją, więc chyba nic dziwnego, że jako mąż 

uważa, iż żona powinna siedzieć w domu i zajmować się rodziną.

Na widok skulonej postaci, siedzącej przy ogniu ledwie parę kroków od niego, 

złagodniał. Jednak miał wrażenie, że dzielą ich mile. Jakby się wokół niej znajdował 

mur. Nie było między nimi zła, chyba nawet nie brakowało miłości. A mimo to pragnął 

czegoś więcej... Sam nie wiedział, czego. Ostatnio Karl przyglądał się ukradkiem innym 

kobietom. Obserwował ich zachowanie w stosunku do mężów, dostrzegał te szczególne 

gesty,   które   świadczyły   o   tym,   co   do   nich   czują.   Zdarzało   się,   że   widział   to   coś 

nieokreślonego,   ulotnego,   czego   postronni   nie   byli   w   stanie   zauważyć.   To   coś,   co 

świadczy o wzajemnym szacunku i miłości, o wspólnocie...

W Marji tego nie było.

Jego wyciągnięte  dłonie  napotykały chłodną  skórę. Nawet kiedy był  z nią, w 

chwilach najbardziej intymnego zjednoczenia, zdarzało się, że cofał się ogarnięty nagłym 

drżeniem. Ona się wtedy irytowała, bo chciała go mieć bez żadnych protestów.

Ale sama w tym nie uczestniczyła.

Jakby   kochał   kogoś   martwego.   Karl   zadrżał.   To   uczucia,   których   nigdy   nie 

odważyłby   się   wyrazić   słowami.   Skoro   ona   nie   rozumiała   tego,   co   dręczy   męża,   z 

pewnością   pomyślałaby,   że   nie   ma   dobrze   w   głowie,   gdyby   próbował   wyjaśniać   jej 

akurat   ten   aspekt   ich   małżeństwa.   Może   odwróciłaby   się   od   niego   plecami.   Może 

odebrałaby mu nawet te nędzne resztki, które jeszcze przypominały o miłości.

Nie miał odwagi. Nie chciał ryzykować.

Karl postąpił krok naprzód. Usiadł przy Marji na podłodze. Objął ramieniem jej 

background image

krągłe, kształtne barki. Włosy splotła w sztywny warkocz i pięknie upięła nad karkiem. 

Karl   powyjmował   teraz   wszystkie   czarne   szpilki.   Marja   nie   protestowała,   mogło   się 

wydawać,   że   dotyk   jego   palców   sprawia   jej   przyjemność.   Wkrótce   chmura   włosów 

opadła na plecy,  warkocz rozplótł się sam. Włosy Marji były lśniące i gęste, bardzo 

trudno było je ułożyć, nie zaplatając w ścisłe warkocze i nie spinając tuzinami szpilek.

Karl   poczuł,   że   żona   jest   przemarznięta.   Spódnica   zostawiła   ciemny   ślad   na 

podłodze, jej skraj ociekał wodą.

- Nie możesz tak siedzieć w mokrym ubraniu, moja kochana. Chodź, rozbiorę 

cię...

Zdejmował z niej ciężkie spódnice, rozwiązawszy najpierw pasek w talii. Została 

tylko   w   koszuli   i   długich   wełnianych   majtkach.   Pończochy   zostały   powieszone   nad 

ogniem.   Wisiały   już   tam   ubranka   dzieci,   kiedy   Marja   dotknęła   ich   dłonią,   poczuła 

przyjemne ciepło.

- Tobie naprawdę potrzebny jest mąż - szepnął cicho. - Silna, zdolna Marja, którą 

wszyscy chcą się opiekować i rozmawiać z nią... Potrzebuje z pewnością również męża?

Musiała skinąć mu głową. Zamknęła oczy, co Karla zirytowało. Gładził ją po 

plecach niemal z czcią. Czuł, że ona przyjmuje jego pieszczoty. Delikatna skóra uginała 

się  pod  dotknięciem  jego palców.  Miał  ochotę   zdjąć  z  niej  również  bieliznę,   poczuł 

straszną tęsknotę, pragnął przytulić jej nagie ciało.

- Moja Maryjka... nie kłóćmy się już więcej. Bądźmy nadal przyjaciółmi...

- Tak, Karlu, niech tak będzie. Ale nie wolno ci...

- Ciii!

Położył palec na jej miękkich wargach. Potem przesunął go dalej, na policzki, a 

ona posłuchała go i umilkła. Dotykał jej ciemnych brwi, gładził palcem grzbiet nosa, 

wyczuwał delikatną zmarszczkę wokół oczu.

Marja wyglądała na zmęczoną.

Jakby codziennie dźwigała jakiś ciężar, o którym nic nie wiedział i nie mógł jej 

od niego uwolnić.

Ogarnęła go ochota, by przyciskać ją mocno do siebie, zamknąć przed nią cały 

świat, odsunąć wszelkie zmartwienia, sprawić, by zacięta twarz złagodniała. Żeby stała 

się znowu jego radosną, młodą żoną. By odnalazła spokój.

background image

Zamiast tego pochylił się delikatnie i pocałował ją ostrożnie w policzek.

Marja siedziała bez ruchu.

Pocałował ją w usta, poczuł lekki smak tego gorzkiego napoju, który nazywano 

kawą.   Marja   nie   zareagowała,   pozwoliła   mu   robić,   co   zechce.   Wargi   nie   były   ani 

chłodne, ani napięte, ale też nie odpowiadały na jego pocałunki.

- Chodź, położymy się.

Posłusznie ruszyła za nim.

Ubrania zostały rozwieszone na sznurku przy piecu obok sweterków dzieci.

W końcu znaleźli się pod miękkim okryciem, w łóżku, które ogrzały już ciałka 

śpiących  bliźniaków. Karl otulił maleństwa kołdrą i przeniósł je na ławę pod ścianą. 

Nadal spały spokojnie. Amelia  kaszlała  trochę, nie była  jeszcze  całkiem  zdrowa, ale 

gorączka   ustąpiła.   Karl   ucałował   oboje,   pogłaskał   potargane   włosy   i   blade   drobne 

policzki. Chłopczyk skrzywił się przez sen, jakby śniło mu się coś nieprzyjemnego.

Karl wsunął się do łóżka, łagodna ciemność okryła jego niespokojne myśli.

Teraz byli  tylko oni. Tylko ich dwoje. Kiedy świat staje się tak mały,  wtedy 

nietrudno jest odnaleźć się nawzajem.

Ręce Karla dawały ciepłe, dobre bezpieczeństwo. Jego pieszczoty uwalniały ciało 

z niepokoju, lęk ulatniał się niczym woda z kałuży w ciepły lipcowy dzień. Marja czuła, 

że jej dłonie nie zaciskają się już w pięści. Serce, choć wciąż biło mocno, przestało się 

szamotać  w piersi niczym  uwięziony motyl.  Dłonie Karla odnajdywały dawne drogi, 

bardzo   dobrze   wiedziała,   dokąd   zmierzają.   Karl   nigdy   by   nie   zniszczył   jej   nastroju, 

zaskakując ją swym zachowaniem. Nigdy by nie dał do zrozumienia, że wie, czego ona 

pragnie, a potem wycofał się nagle. Karl był szczery, miły, znała go, czytała w jego 

oczach niczym w otwartej księdze. Zawsze wiedziała, co zamierza jej ofiarować. Był 

niczym   opoka.   Mimo   tych   powtarzających   się   narzekań   wiedziała,   że   może   na   nim 

polegać.   Nawet   przez   moment   nie   zapragnąłby   życia   bez   tego,   co   ich   łączyło.   Karl 

przyjmie z radością każdy najmniejszy okruch, jaki ona zechce mu dać.

Kiedy nadejdą złe czasy...

Kiedy sztorm zniszczy wiele, Karl będzie próbował poskładać rozbite kawałki.

Karl odnajdzie każdą najmniejszą rzecz z roztrzaskanej budowli, mającą jakąś 

wartość, i będzie mozolnie próbował znowu wszystko odtworzyć.

background image

To jego najwspanialsza cecha. I właśnie dlatego ona nadal czuje łączącą ich więź, 

nadal żywi to delikatne, drżące i piękne uczucie, które zwykle przesłaniają codzienne 

troski.

To chyba oznacza kochanie, myślała Marja.

Tak to zostało postanowione na początku świata.

Jako   coś   dobrego,   z   czego   ludzie   mogą   czerpać   radość,   niczym   konie 

doprowadzone do wodopoju po ciężkim dniu w spiekocie.

Marja   oplotła   męża   ramionami.   Czuła,   jaki   jest   silny   i   gorący,   jak   dobrze 

znajomy.

Zapragnęła, by pobył z nią dłużej, drażniła go, dotykając lekko palcami czułych 

miejsc, słyszała, jak wzdycha z nieoczekiwanej radości. Widocznie już dawno tak go nie 

pieściła. Już dawno nie okazywała żadnej inicjatywy.

Zasłużył sobie na to, pomyślała z czułością. Zasłużył sobie na trochę rozkoszy, 

radości   i   bliskości.   To   przecież   taki   dobry   chłopak!   I   nieustannie   za   wszystko 

wdzięczny... Wzruszające jest patrzeć, jak drży, kiedy całuję go po brzuchu, kiedy moje 

wargi   dotykają   jego   ud...   Jak   nie   jest   w   stanie   uleżeć   spokojnie,   ten   mój   kochany 

małżonek, kiedy pieszczę biustem delikatną skórę na jego gładkiej piersi.

Marja   zauważyła   narastające   również   w   niej   pożądanie,   jakby   mały   strumyk, 

wypływający z tej rzeki, która unosiła Karla, dotarł także do jej brzegu. Bardzo lubiła to 

niezwykłe uczucie mrowienia w dole brzucha, to przytłumione gorąco. Nie chciała już 

dłużej czekać, uniosła się na łokciach, kolana oparła na wypełnionym słomą sienniku po 

obu bokach jego ciała. Pozwoliła, by jej włosy opadły mu na twarz, wiedziała, że lubi w 

nich utonąć.

Nagle Karl przyciągnął ją mocno do siebie, jednym zręcznym ruchem obrócił i 

ułożył na plecach.

Czuła jego oddech, przyśpieszony, gorący, czuła, że Karl na nią patrzy.

- Marja, kocham cię!

W tym gwałtownym wyznaniu miłości brzmiało coś niedobrego, niczym groźba.

Marja zesztywniała, uczucie rozkoszy ulotniło się. Ale on nie zamierzał przerwać 

tego, do czego zmierzał.

- Kocham cię, rozumiesz? Właśnie teraz jesteś moja!

background image

- Tak - szepnęła przestraszona. Nie lubiła, kiedy był taki rozpalony.

Wszedł w nią gwałtownie, władczo.

Całował ją gorąco, poruszał się miarowo, z przymkniętymi oczyma.

Zanim Marja zdążyła pojąć, co się dzieje, Karl zastygł w bezruchu. Wciąż jednak 

trzymał garścią jej włosy, a ciało spoczywające na niej nie było ciężkie i bezwładne jak 

zwykle, lecz wciąż jędrne i napięte, wciąż pełne sił.

- Marjo, dlaczego ty nie jesteś znowu brzemienna? Była tak zaskoczona, że nie 

potrafiła odpowiedzieć.

W jego głosie nie słyszała wyrzutu, chociaż słowa mogły brzmieć jak oskarżenie. 

Jeśli coś takiego się w nich zawierało, to chyba bez jego woli, bo Karl mówił dalej:

- Bardzo bym chciał widzieć, że znowu jesteś okrągła, ciężka i zadowolona... Że 

nosisz dzieciątko w brzuchu. Dbałbym o ciebie bardzo... Nie musiałabyś nic robić! Tylko 

chodzić   po   izbie   i   obejściu,   szyć   malutkie   ubranka,   piec   nam   chleb   i   bawić   się   z 

bliźniakami... Pomyśl, jak one by się cieszyły, czekając na małego brata lub siostrę!

- Ja cię nie rozumiem, Karl. Nieustannie przychodzą do mnie kobiety, a często 

nawet mężczyźni, i pytają, czy wśród swoich starych recept nie mam czegoś, co mogłoby 

zapobiec takim następstwom chwil małżeńskiej radości. Oni są zmęczeni, Karlu, i proszą 

Boga, by dał im trochę spokoju. Mają za dużo dzieci...

- Ale przecież my mamy tylko dwoje...

- Tak, mamy dwoje ślicznych dzieci. Przestańmy się więc zastanawiać, dlaczego 

nie rodzi nam się więcej!

- Marjo, musisz mi teraz odpowiedzieć szczerze: czy ty dajesz coś tym kobietom?

Nie odważyła się odpowiedzieć twierdząco. Wiedziała, że w takim razie on by jej 

pilnował w każdej sekundzie. Wzbudziłaby tym najgorsze podejrzenia, myślałby, że daje 

mu jakieś zioła, by osłabić jego męskie siły i zdolność do płodzenia dzieci.

- Nie. Nie ma takich środków. Mogę im tylko poradzić, co robić, kiedy są ze 

swymi mężami...

Karl wyglądał na uspokojonego.

- Będziemy się modlić, Marjo, aby moje nasienie zapuściło w tobie korzenie!

- Ty się módl, Karl. Ja myślę, że w tych sprawach ty masz największą władzę! - 

mówiła na pozór beztrosko, ale wszystko się w niej gotowało. Ostatnie, czego by chciała, 

background image

to zajść w ciążę! Nie wolno do tego dopuścić. Nie zawsze była dość ostrożna, ale nie 

może tego samego błędu popełnić dwa razy. Ciąża z Justitianem zrujnowała wiele jej 

planów. Choć nie do końca powstrzymała ją przed urzeczywistnieniem snów o zemście, 

to   przecież   zmusiła   do   szukania   nowych   sposobów.   Przez   tyle   lat   trzeba   okazywać 

cierpliwość...

O następnych dzieciach nie może być w ogóle mowy. Już ona się o to zatroszczy. 

Istnieją przecież zioła... Marja wiedziała, że nie są całkiem bezpieczne, że ów napój, 

który   przyrządza   sobie   dwa   razy   w   miesiącu,   sprawia,   iż   dręczą   ją   mdłości   i   bóle 

brzucha. W ciążę jednak nie zachodziła. A jeśli ich sprawy małżeńskie toczyć się będą 

tak jak dotychczas, to istnieje niewiele szans na kolejne dziecko.

- Maleńki chłopczyk... albo dziewczynka. Och, jak ja tęsknię za tym, by znowu 

widzieć cię z dzieckiem u piersi, Marjo!

Zirytowana odsunęła się od męża. Usiadła na posłaniu.

- Karl, nie wspominaj o tym więcej! Ja wiem, dlaczego tak mówisz, i bardzo mi 

się to nie podoba. Ty chcesz mnie związać z domem, prawda? Chcesz uczynić mnie 

wielką, grubą i niezdarną, żebym przez wiele miesięcy nie mogła wychodzić z obejścia! 

Zamkniesz   mnie   w  chacie,   chcesz  wykorzystać   nieszczęsne   dziecko,   by  osiągnąć   to, 

czego nie możesz uzyskać biadoleniem i oskarżeniami!

Dzieci na ławie popłakiwały przez sen. Karl również usiadł na łóżku. Marja nie 

widziała go teraz wyraźnie, było zbyt ciemno, ale żarzące się jeszcze w piecu węgle 

pozwalały jej dostrzec, że Karl jest zły.

- A jeśli nawet by tak było, Marjo, że chcę cię związać, to co? Czy gospodarz nie 

musi związać krowy, która wciąż przeskakuje przez ogrodzenie i nie wie, gdzie jest jej 

miejsce? Kiedy ciągle biega w szkodę? I gdy staje na drodze tak, że każdy, kto zechce, 

może ją wydoić...

Rozległ się suchy trzask, kiedy Marja uderzyła męża otwartą dłonią w policzek.

Czuła, że ręka ją piecze.

Przez moment bała się, że Karl odda. Kiedy jednak tego nie zrobił, rzuciła się na 

posłanie, owinęła kołdrą i odwróciła od niego plecami.

- Pewnego dnia pożałujesz tego - powiedział cicho. Jego słowa drżały tuż przy jej 

uszach, ale ona nie chciała ich przyjąć do wiadomości. - Któregoś dnia zrozumiesz, jakie 

background image

szalone jest twoje życie, Marjo. Jak mało dajesz z siebie...

- Daję to, co chcesz mieć, ale ty odpowiadasz mi oskarżeniami i pogróżkami. 

Może to ty powinieneś się zastanowić nad różnymi  sprawami - syknęła spod kołdry. 

Zorientowała się, że Karl położył  się obok niej. Poczuła, że zapanował między nimi 

chłód.

Trudno, w takim  razie przez jakiś czas  tego rodzaju historii między nimi  nie 

będzie. Ona potrzebuje sił na inne sprawy. Pojmowała jednak, że co do jednej rzeczy 

Karl ma rację. Powinna więcej czasu poświęcać dzieciom. Są już teraz duże. Powinna 

częściej zabierać je do domu babci, żeby mogły przebywać w pięknych pomieszczeniach. 

Zwłaszcza teraz, gdy wkrótce będą miały... no właśnie, kogo? Małą ciocię albo wujka.

Marja   musiała   uśmiechnąć   się   sama   do   siebie.   Dziwnie   było   myśleć   o 

bliźniakach, którym urodzi się wujek siusiający w pieluchy i ssący pierś!

Cieszyła się, że opowie dzieciom o maleństwie Gjertrud.

Jutro...

Amelia   zrobiła   wielkie   oczy,   podczas   gdy   Karl   Martin   nawet   nie   przerwał 

swojego nieustannego splatania włóczki. Marja była bliska irytacji na to dziecko, które 

jakby nie miało odwagi patrzeć ludziom w oczy. W takich momentach przypominał jej 

Justitiana,   bała   się,   że   wszyscy   to   widzą.   Rozsądek   jednak   mówił   jej,   że   to   tylko 

nieważne   drobiazgi,   które   jedynie   ona   dostrzega.   A   poza   tym   Karl   kochał   syna   z 

niewypowiedzianym żarem. Wprost wielbił oboje, sądził, że to jego potomstwo. Marja 

uważała, że Karl rozpieszcza dzieci. Żadne z bliźniąt nie potrafiło wykonywać nawet 

najprostszych prac. A przecież miały po cztery lata, wielu ich rówieśników nauczyło się 

już chodzić po polach w czasie żniw i pomagać. W każdym razie przynosiły drewno na 

opał do domu i sprzątały w oborze. Amelia i Martin nie robili nic...

- Kiedy się to dziecko urodzi? - zapytała Amelia.

- W kwietniu. Kiedy śnieg całkiem stopnieje i zakwitnie podbiał...

- Ale będzie ładnie. Tylko... to przecież twoja siostra, mama! Bo Gjertrud jest 

twoją mamą, a ty jesteś moją mamą... Mama, czy ja też będę mieć siostrę?

Marja ukradkiem spojrzała w stronę Karla. Czyżby był taki prymitywny i kazał 

dzieciom   wypowiadać   własne   życzenia?   On   jednak   patrzył   na   nią   zakłopotany, 

widocznie wiedział, o czym myślała. Nie, nie posunąłby się tak daleko.

background image

Marja uśmiechnęła się do córeczki.

- Nie, Amelio, tego nie mogę ci obiecać. Takie sprawy się po prostu... zdarzają.

- Ale myślisz, że będzie mi wolno pożyczyć dziecko? Tak, żebym mogła je wozić 

w wózku, który zrobił tata!

Marja roześmiała się.

- Wymyślasz tyle dziwnych rzeczy, moja mała. Kto to widział wozić dziecko w 

wózku! Przestraszyłoby się i płakało, tak sądzę. Nie można  takim małym  dzieckiem 

potrząsać, rozumiesz chyba. Ale może, kiedy będzie większe... będziesz mogła się z nim 

bawić.

- Dobrze. Chciałabym, żeby to była dziewczynka... Marja wolno kiwała głową.

Karl   Martin   nie   powiedział   nic.   Pozwoliła   mu   siedzieć   w   milczeniu.   W   tym 

dziecku było coś, co ją niemal krępowało. Poruszało w niej jakieś struny, o których sama 

najchętniej   by   zapomniała.   Poza   tym   jednak   Martin   był   grzecznym   chłopcem. 

Spokojnym i cichym, łatwo dawał sobą kierować. Nie bał się samotności, przeciwnie, 

chyba   lubił   być   sam.   Budował   sobie   kryjówki   na   strychu   albo   pod   jesionem   na 

podwórzu, we wszystkich zakątkach...

Marja nie miała nic przeciwko temu. Chłopiec nikomu przecież nie wadził. Bała 

się tylko, że będzie zbyt nieśmiały. Postanowiła, że zabierze go na ostatni dzień tingu. 

Jutro.   Spotkają   tam   wiele   ludzi,   wtedy   będzie   mogła   zobaczyć,   jak   chłopiec   się 

zachowuje.   Amelia   zostanie   w   domu.   Ktoś   musi   pilnować   ognia,   a   poza   tym   mała 

powinna ćwiczyć pisanie rysikiem na tabliczce, Marja zaczęła ją uczyć tej sztuki.

Drzwi   trzasnęły.   Karl   wyszedł   na   podwórze.   Karl   Martin   w   tym   samym 

momencie zerwał się na równe nogi i zanim Marja zdążyła zawołać, by włożył kurtkę, 

wybiegł z domu.

Wzięła Amelię na kolana.

-   Jutro   pójdziesz   ze   mną   do   domu   lensmana.   I   będziemy   u   babci   jeść   krem 

borówkowy.

- Dobrze.

- Dobrze? Tylko dobrze?

Amelia wysunęła się z jej objęć, zebrała okruchy chleba spod stołu.

- Trzeba tu posprzątać - oznajmiła dorosłym głosem. Mar ja westchnęła.

background image

Nie   potrafiła   nawiązać   kontaktu   z   dziećmi.   Taki   wiek,   prawdopodobnie. 

Pamiętała przecież, jaka ona sama była trudna w wieku pięciu lat. To właśnie wtedy tata 

ją zostawił.

Wkrótce jednak będzie lepiej. Kiedy wszystko się dopełni.

Kiedy spadek zostanie zabezpieczony.

Kiedy Justitian wróci do domu i pan Revelin utraci znaczną część swojej władzy. 

Wtedy dzieci będą miały w domu dużo więcej niż cudzy borówkowy krem. Marja była 

pewna, że nie utracą ojca. Karl zniesie wszystko. Karl wszystko zrozumie. Wybaczy. A 

może Bóg da, że nigdy nie dowie się prawdy? Może uda się wszystko przeprowadzić tak, 

by jej kłamstwo w sprawie dzieci nie zostało ujawnione nikomu więcej oprócz Justitiana 

i tego demona, który jest jego ojcem? Żaden z nich z pewnością nie zechce, by prawda o 

bliźniakach z Oppdal ujrzała światło dzienne. Przynajmniej dopóki stary pastor żyje.

background image

ROZDZIAŁ IV

Kopenhaga, luty 1709

Mężczyźni,   którzy   wyszli   z   eleganckiego   domu   na   Wiingaard   Strasde, 

wytrzeszczyli oczy. W dół ulicy, skręcając w lewo do Ulchegade wiodącej ku morzu, po-

dążał wielki orszak.

W   ludzkiej   gromadzie   znajdowały   się   również   krzykliwie   ubrane   kobiety   o 

potarganych  włosach.  Wymachiwały ze  złością  rękami  i wrzeszczały niczym  chmara 

mew nad pełną ryb łodzią.

Młodzi mężczyźni na schodach byli przyodziani na czarno, nosili czarne długie 

peleryny i szerokie czarne spodnie. Tylko wąskie białe kołnierzyki  świadczyły,  że to 

studenci,   prawdopodobnie   wydziału   teologii   przy   królewskim   uniwersytecie.   Obaj 

pochodzili ze wsi. Obaj przyjechali z odległych prowincji kraju daleko na północy, o 

których mieszkańcy Kopenhagi wiedzieli co najwyżej tyle, że są tam bardzo wysokie 

góry,   sięgające   niemal   do   nieba.   Kobiety   w   rozkrzyczanym   tłumie   wiedziałyby 

prawdopodobnie więcej, ale one rozmawiały tylko ze sobą.

Justitian  Revelin  nerwowo oblizywał  wargi.  Jego towarzysz,  zaszokowany,  aż 

otworzył usta. Boże, co za widok!

-   Spójrz!   Na   Boga,   co   to?   Kobieta...   to   przecież   musi   być   kobieta!   Ale   jak 

okropnie wygląda! Jest prawie naga!

Justitian nie był w stanie odpowiedzieć.

Język przykleił mu się do podniebienia niczym martwa ryba do rozpalonych w 

słońcu brukowych kamieni.

Toż to przecież Susanna!

Królowa Sussa z domu panien na Ostergade!

Ta sama Sussa, która zaledwie kilka godzin temu wzdychała zadowolona w jego 

objęciach   i   z   uśmiechem   posyłała   mu   słodkie   pocałunki,   kiedy   tuż   przed   świtem 

wymykał się z jej małego pokoiku uboższy o trzy talary.

Umieścili ją w czymś w rodzaju klatki. W okrągłej, dziwnej klatce ustawionej na 

niewielkim  wózku. Wózek ten ciągnęły dwie  inne kobiety w podartych  sukniach, ze 

śladami starej szminki i czegoś, co przypominało krew, na twarzach. Obie były bose, 

background image

kamienny   bruk   otarł   ich   stopy   do   tego   stopnia,   że   każdy   krok   znaczyły   ciem-

noczerwonymi plamami na zimnych kamieniach.

Ale Sussa...

Klatka,   w   której   została   zamknięta,   obracała   się   w   kółko   jakby   w   jakimś 

niesamowitym tańcu, sprawiającym zapewne, że kobieta doznawała zawrotów głowy i 

miała mdłości. Na wpół leżała, wsparta na łokciu, ręce zesztywniały jej od rozpaczliwego 

ściskania   giętkich   prętów,   z   których   klatka   została   upleciona.   A   wóz   trząsł   i   kiwał 

niemiłosiernie, klatka trzeszczała, okropny taniec trwał, kobieta w środku przewracała się 

z boku na bok jak w śmiertelnych drgawkach. Jedną nogę miała chyba złamaną, kostka 

była sina i opuchnięta, nie mogła dać jej wsparcia. Usta były otwarte jak do krzyku, ale 

żaden dźwięk nie przeciskał się przez spękane wargi.

Justitian odczuwał jej ból. Jego wściekłość byłaby w stanie powalić na ziemię 

mężczyznę  w paradnym  uniformie. Tego ponurego pyszałka, który szedł na przedzie 

pochodu,   strosząc   się   niczym   kogut   pod   pełnymi   szacunku   spojrzeniami   gapiów. 

Objaśniał   silnym   głosem,   o   co   tutaj   chodzi.   Mieszkańcy   stolicy   pokazywali   orszak 

palcami i zasłaniali rękami usta, niektórzy zaciskali pięści i wykrzykiwali słowa uznania 

pod adresem mężczyzny w mundurze.

- Tak właśnie powinno być! Wyrzućcie te brudne dziwki z naszych ulic, chcemy, 

by nasze dzieci mogły chodzić po mieście bez obawy przed ich rozwiązłością!

Policjant   kiwał   łaskawie   głową,   przyjmując   pochwały.   Donośnym   głosem 

objaśniał, jak jego genialny pomysł przysłuży się walce z zepsutymi kobietami, które 

stanowią taki wstyd dla ich pięknej stolicy.

Rozprawa z ulicznicami!

To jego własny wynalazek, oznajmiał z dumą.

Wypolerowaną białą laseczką poszturchiwał niby przypadkiem obie nieszczęsne 

kobiety, spełniające tutaj upokarzającą funkcję zwierząt pociągowych. Jedna z nich miała 

na ramionach czerwone podłużne ślady - pamiątka po laseczce policmajstra.

Przeklęty pyszałek, myślał Justitian gniewnie.

Nowo   mianowany   policmajster   Himmerich   od   pierwszego   dnia   urzędowania 

głównym   celem   działalności   uczynił   walkę   z   ulicznicami.   Postanowił   oczyścić 

królewskie   miasto   z   rozwiązłych   kobiet,   uporządkować   domy   publiczne,   zrównać   z 

background image

ziemią domy schadzek, pozamykać wszystkie lokale taneczne, zatrudniające zbyt wiele 

zbyt młodych dziewcząt w charakterze usługujących przy stole...

Justitian widział w Kopenhadze dostatecznie dużo zakazanych dzielnic, świetnie 

więc   rozumiał,   co   oznacza   misja   policmajstra.   Prawdę   powiedziawszy,   każdy   choć 

odrobinę   zorientowany   w   tej   sprawie   człowiek   musiał   się   zgodzić,   że   rozpusta   i 

rozwiązłość zaszły za daleko. Niemal codziennie dochodziło do morderstw, pieniło się 

złodziejstwo, napady i obraza boska.

Nie wszyscy są tacy jak ja, myślał Justitian.

Nie wszyscy klienci  traktowali  cię równie dobrze, Sussa. Ale na to sobie nie 

zasłużyłaś, ten upokarzający pochód powinien był być ci oszczędzony.

Moja biedna, nieszczęsna Sussa!

Justitian zauważył, że kolega trącił go ostrożnie w ramię, odwrócił więc oczy od 

pochodu. Wkrótce orszak zniknął za rogiem ulicy, oni jednak wciąż słyszeli pełne dumy 

oświadczenia   policmajstra   i   histeryczne   krzyki   kobiet,   oddalające   się   od   Stroget   i 

zbliżające do kościoła świętego Mikołaja, w którym dzisiaj studenci teologii mieli uczest-

niczyć w nabożeństwie odprawianym przez biskupa.

Niels nie przestawał mówić, rozgorączkowany i wzburzony, gdy szli szybko w 

dół   ulicy   Kościelnej,   mijając   lipy   zwieszające   smutnie   gałęzie   nad   murami   miejsca 

wiecznego spoczynku. Dumny kościół świętego Mikołaja wzywał ich do siebie ciężkimi 

uderzeniami dzwonów. To największy kościół, jaki Justitian widział. Wciąż jeszcze nie 

mógł się nadziwić kolorowym witrażom i dekoracjom. Jakie to niezwykłe, kościół miał 

wiele ołtarzy i wiele naw! O czymś takim nigdy przedtem nie słyszał. Dumny kościółek 

w Lysterw porównaniu z tym był jedynie nędzną kapliczką! Portal, który kiedyś wydawał 

się Justitianowi taki wspaniały, teraz jawił się niemal żałośnie...

Justitian słyszał, że kolega mówi i mówi, teraz zmienił temat i opowiadał coś o 

wykładzie,   którego   wysłuchali   poprzedniego   dnia,   na   temat   kar   kościelnych   i   dróg 

zbawienia...   Jego   słowa   unosił   lekki   wietrzyk,   który   rozwiewał   wzdłuż   rynsztoków 

zeszłoroczne liście.

Sussa.

Co oni zamierzają z nią zrobić?

Cóż to za ponurą grę podjął policmajster?

background image

Dokąd ją zabrali?

Justitian   wciąż   z   trudem   przełykał   ślinę,   kolana   uginały   się   pod   nim,   kiedy 

wkraczał do domu Bożego z głową pełną różnych myśli, z których ani jedna nie była 

czysta.

- Och, mój słodki Norweg, mój ukochany Justitian, już wróciłeś?

Sussa narzuciła na ramiona lekki czarny szal i podawała mu świeżo pomalowane 

wargi.

Była niczym zjawisko.

W   jej   pokoju   znajdowało   się   niewiele   mebli,   najwięcej   miejsca   zajmowało 

ogromne, ciężkie łoże. Zostało wykonane w Niemczech blisko sto lat temu i miało wielki 

baldachim z niebieskiego aksamitu. Kiedy się na nim leżało na plecach, co zdarzało się 

nader często, można było w każdym narożniku widzieć bawiące się amorki. Niegdyś były 

one pozłacane, teraz tylko tu i ówdzie widziało się resztki starych złoceń.

Łóżko Sussy okrywała jasnoczerwona narzuta, delikatna niczym obłok. Materac 

miał prawdziwe sprężyny. Dla Justitiana było to niezwykłe doświadczenie wówczas, gdy 

jako nowo przybyły do królewskiego miasta znalazł się w pokoju Sussy.

Dziewczyna wynajmowała pokój u Księcia, zwalistego żołnierza, który na wojnie 

stracił nogę, a teraz zarabiał na życie  wynajmowaniem pokoi w pięknym domu swej 

zmarłej matki. Mieszkały tu wyłącznie dziewczyny. Nie był to zresztą przypadek. Książę 

miał   wszystkie   papiery   w   porządku   i   posiadał   królewskie   zezwolenie   na   wyszynk 

alkoholu.   Wśród   gości   jego   domu   zdarzali   się   szlacheccy   synowie,   a   także   biedni 

marynarze. Dziewczęta od Księcia dawały im niezapomniane przeżycia, wracali więc 

tutaj   nieustannie.   Interes   rozwijał   się  znakomicie.   Książę   był   sprytnym   człowiekiem, 

wiedział, że w równych odstępach czasu należy posłać woreczek pełen srebra ważnym 

osobom. Jak dotychczas władze policyjne nękały jedynie jego konkurentów. A miał ich 

aż   nadto.   Kwartał   pomiędzy   ulicą   Winniczą   a   Małą   Królewską   przepełniały   domy 

schadzek i knajpy. W lokalach za zamkniętymi drzwiami półnagie dziewczęta tańczyły 

na stołach. Istniały też ponure piwnice, gdzie za parę łyków alkoholu mężczyzna mógł 

sobie   kupić   towarzystwo   jednej   z   bardziej   umęczonych   życiem   dam.   Obok   zaś 

znajdowały się eleganckie, wysokie domy z pięknie urządzonymi pokojami, w których 

ubrane   w   jedwabie   i   pióra   kobiety   ze   wschodu   i   zachodu   proponowały   swoje 

background image

towarzystwo panom z najlepszych sfer. Ale takie miejsca jak Ogród Nadjany oraz Zamek 

Serc   otwierały   podwoje   jedynie   panom   posiadającym   najwyższą   pozycję   i   dobrze 

wypełnione sakiewki.

Zakład  Księcia  plasował się pośrodku. Jego goście  rzadko bywali  bogaci, nie 

wpuszczano tu jednak żadnej hołoty.

Sussa była jego najwierniejszą lokatorką. Mogła przyjąć w ciągu jednego dnia 

pracy ośmiu różnych panów...

Przy pierwszym  spotkaniu  Justitian   nie  miał   o niczym  najmniejszego   pojęcia. 

Wszedł do tego domu w pewien łagodny letni wieczór, ponieważ chciał posłuchać pieśni, 

której dźwięki dotarły do niego na ulicy. Śpiewała kobieta, słowa pieśni były niemieckie, 

z trudem zrozumiał, o czym opowiadają. Wkroczył  więc do środka, rozejrzawszy się 

najpierw dokładnie na wszystkie strony. Wiedział bowiem, że to przed takimi właśnie 

miejscami ostrzegają swoich młodych studentów profesorowie na uniwersytecie.

Kiedy wszedł, Sussa siedziała na stole, a jej szczupłe nogi kołysały się w takt 

melodii. Wyglądała na nie więcej niż piętnaście, szesnaście lat.

Usiadł obok niej, wkrótce na stole pojawił się kufel piwa. Na szczęście miał dość 

pieniędzy, by zapłacić za swój napitek, a także ofiarować co nieco dziewczynie, która 

uśmiechała się czule.

Zafundował jej wino, a potem bawili się jeszcze długo.

Jęknął,   gdy   usłyszał   cenę,   za   taką   sumę   bowiem   mógłby   kupić   sobie   u   Fru 

Hannah trzy lub cztery obfite posiłki. Ale niebieskie oczy dziewczyny wpatrywały się w 

niego z taką czułością, a powieki drgały niczym skrzydełka motyla. Włosy miała długie 

aż do pasa, brunatne i połyskujące niezwykłym czerwonawym blaskiem.

Justitian   uważał,   że   jest   trochę   podobna   do   Maryjki.   Wciąż   nosił   w   sercu   tę 

straszną gorycz, jaką wywołał pierwszy list od ojca.

Marja nie czekała nawet, aż woda, wzburzona przez statek, którym odpłynął, się 

uspokoi, i poszła do ołtarza z innym. Wyszła za Karla Oppdala. Ów dzierżawca był dla 

Justitiana   kimś   tak   anonimowym,   że   młody   student   musiał   się   bardzo   wysilać,   by 

przypomnieć sobie rysy tego człowieka.

Mar ja była więc stracona na zawsze.

W ciele Justitiana wciąż pulsowała gorąca, nieznośna tęsknota.

background image

Może   właśnie   dlatego   topił   się   niczym   masło   na   słońcu   pod   rozpalonym 

wzrokiem tej obcej kobiety? Może właśnie dlatego poszedł za nią po stromych schodach 

do pokoiku nad gospodą.

I może dlatego kochał ją z takim bolesnym zapamiętaniem, że kiedy było już po 

wszystkim, dziewczyna śmiała się do niego perliście i na pożegnanie zafundowała mu 

kieliszek...

Tamtego pierwszego wieczora nosiła jasnoczerwoną sukienkę. Teraz miał  tyle 

doświadczenia, by wiedzieć, że sam kolor sukienki powinien był mu wskazać, z jakiego 

rodzaju kobietą ma do czynienia.

Spożył  wtedy swój  pierwszy soczysty  kęs z jabłka grzechu i przez wszystkie 

następne lata regularnie raczył się owocami, które dawały kobiety pokroju Sussy. Były to 

owoce zakazane! Słodkie, ale niebezpieczne, grzeszne owoce, które uwodzą i zatruwają 

mężczyzn!

Raczył się nimi również wczoraj wieczorem.

Właściwie dzisiejszej nocy.

Podczas gdy Niels spał snem sprawiedliwego i nawet nie przypuszczał, że jego 

towarzysz przebywa poza domem.

Lubił Nielsa między innymi  za to. Chłopak był  tak naiwny i prostolinijny,  że 

wierzył w najbardziej oczywiste kłamstwa. Dawał mu zawsze wspaniałe alibi. Ten syn 

biskupa   ze   Stavanger   stanowił   wzór   studenta   oraz   kandydata   na   pastora.   Ciężko 

pracował,   śmiertelnie   bał   się   kobiet,   święcie   wierzył   w   swoje   powołanie   i   chętnie 

oddałby ostatnią kroplę krwi za każdą błądzącą duszę. Poza tym kochał swoich rodziców 

tak, że Justitian na myśl o tym szalał z zazdrości i gniewu. Czułe listy od rodziców, które 

Niels mu odczytywał, wywoływały w nim żal i bunt.

Zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, iż dotychczas nie pojmował, co w życiu 

utracił.

Pomyśleć, że istnieją tacy ojcowie! Ile szczęścia miał ten Niels, który co miesiąc 

otrzymywał arkusiki pełne ciepłych, czułych i troskliwych słów od stęsknionego ojca.

Niels urodził się po słonecznej stronie. Po skończeniu studiów wróci do domu, 

otrzyma posadę w dobrej parafii, ożeni się z jakąś sympatyczną proboszczowną i wkrótce 

zostanie ojcem gromadki równie sympatycznych dzieci.

background image

Justitian  nie był  natomiast  w stanie wyobrazić sobie Nielsa w pościeli  Sussy. 

Wybuchał śmiechem na myśl o tym, jak kolega czerwieni się i traci głos na widok ko-

biety w łóżku. Zdarzało się, że razem z Sussą żartowali na ten temat, wyobrażali sobie, 

jak by mógł się zachowywać skrępowany chłopiec, wymyślali najrozmaitsze zasadzki, 

jakie można by zastawiać na niedoświadczonego Nielsa...

Zazwyczaj  śmiali  się i śmiali,  aż w końcu znowu koncentrowali  się na sobie 

nawzajem.

Sussa miała najgorętsze usta, jakie Justitian zdołał poznać.

Chociaż, szczerze powiedziawszy, oprócz ust Ma - ryjki i warg strasznej Elisabeth 

nie poznał znowu tak wielu. Sussa jednak przewyższała wszystkie kobiety. Może właśnie 

dlatego nazywano ją takim imieniem?

Zawierało w sobie szum wiatru i smak pocałunków.

- Szum? Nie, tego słowa nie będziemy używać - ucięła krótko, kiedy starał się 

wytłumaczyć jej, co czuje. - Nie będziemy się zastanawiać nad moim imieniem.

- Jesteś najsłodszą ze wszystkich dziewcząt, jesteś najpiękniejszym kwiatkiem w 

królewskim ogrodzie... i najbardziej zuchwałym!

Ona   drapała   go  leciutko  pod  brodą,   jej  długie  paznokcie   były  zawsze   czyste, 

chętnie też malowała je krwistoczerwonym lakierem. Niekiedy dla zabawy ozdabiała je 

dodatkowo, małym pędzelkiem rysowała czarnym atramentem wzorki na paznokciach, a 

ktoś,   komu   pozwoliłaby   obejrzeć   je   uważnie,   dziwiłby   się   bardzo   temu,   co   rysunki 

przedstawiają.

- Sussa, jesteś niezwykła!

Justitian wypowiadał te słowa tak często, że aż dziw, iż jej się nie znudziły. Ona 

jednak   zawsze   uśmiechała   się   z   wdzięcznością,   słysząc   jego   komplementy,   zawsze 

zajmowała   się   nim   niczym   rozradowana   gejsza.   Wciąż   wymyślała   nowe   pieszczoty, 

którymi obdarzała go pod zakurzonym baldachimem.

Wczoraj wieczorem...

Dała mu jeszcze więcej rozkoszy niż zwykle.

Odrzuciła swój nowy czarny szal i była jego boginią, a on najbardziej oddanym 

niewolnikiem w jej świątyni. Odgrywała rolę kochającej Wenus, niebezpiecznej Medei i 

Diany   z   łukiem   na   ramieniu.   Wabiła   go,   podniecała,   nie   przestawała   pieścić.   Sussa 

background image

potrafiła  bardzo długo utrzymywać  go w bolesnej  ekstazie,  zdającej  się trwać wieki, 

graniczącej z udręką. Polowała na niego w przepastnym łożu, a on zawsze pozwalał się 

schwytać.

- Na dworze wkrótce się ściemni, mój Justi, a ty jesteś daleko od domu! Jesteś 

moim więźniem, obcy, nie masz najmniejszej szansy wobec mojej władzy!

Podchodziła   do   niego,   wyłaniała   się   spod   swojego   szala   ani   trochę   nie 

skrępowana, choć jej białe ciało okrywała jedynie koszulka ozdobiona koronkami.

Włosy   spływały   jej   na   plecy.   W   blasku   dwóch   woskowych   świec   wyglądały 

niczym strumień krwi.

Objęła jego biodra, długie paznokcie były jak broń, przesuwała dłońmi po jego 

najbardziej czułych miejscach.

Justitian oparł się o ścianę, wyczuwał pod skórą nierówności tapety.

To jeszcze wzmacniało rozkosz.

Pogłębiało mroczną tęsknotę za bólem i rozkoszą.

Teraz jej włosy dotykały podłogi, klęczała bowiem przed nim, nie przestając go 

pieścić. Wstyd i ekstaza walczyły o władzę nad jego świadomością.

Justitian krzyknął, Sussa cofnęła się.

Skulił się, wciąż oparty plecami o ścianę, z płonącymi policzkami.

Dziewczyna   odsłoniła   zęby,   wargi   były   tak   wilgotne,   że   lśniły   niczym   szkło. 

Sama poodpinała małe guziczki spinające koszulę. Miała bardzo piękne piersi.

Justitian widział, że jedną ręką przytrzymuje delikatną koszulkę, a drugą szuka 

czegoś w szafie.

Po chwili w białych rękach trzymała jakąś czarną tkaninę.

Jej uśmiech był bardziej niebezpieczny niż kiedykolwiek.

Zaczęła wkładać to czarne ubranie przez głowę.

Szata   sięgała   jej   do  połowy  uda,  był  to   rodzaj  pelerynki  z  przypominającego 

jedwab ciężkiego materiału. Justitian patrzył z otwartymi ustami na wznoszące się pod 

tkaniną piersi.

Nigdy nie byłby w stanie wyobrazić sobie kobiety w takim stroju.

Najbardziej podniecający okazał się jednak kaptur.

Przesłaniał całą twarz, w otworach widać było dwoje roziskrzonych oczu.

background image

Na tkaninie wymalowano rysy twarzy, Justitian krzyknął z niecierpliwości.

- Mój Boże, wiem, co to będzie - szepnął gwałtownie.

Dziewczyna nie odpowiadała, zajęta była przygotowaniami. Czarny skórzany pas, 

który on sam przed kilkoma minutami odrzucił, teraz uderzył w podłogę ledwie kilka 

centymetrów od uda Justitiana.

- Do łóżka, niewolniku!

Pełzał po podłodze, czując zapach własnego potu, klęczał, podpierając się rękami, 

a ona dosiadła go, obejmując udami jego boki. Justitian o mało nie zemdlał z wrażenia, 

czuł jednak ogarniające go podniecenie tak silne, że gotów był zapłacić za to przeżycie 

jeszcze większym upokorzeniem.

Sussa, moja władczyni!

Sussa, moja bezlitosna kochanka!

- Sussa, rzuciłaś na mnie Urok swoimi sztuczkami, ale za nic nie chciałbym się od 

ciebie uwolnić!

- Oczywiście, że nie, mój chłopcze. Oczywiście, że nie!

Nigdy   nie   mówili   ze   sobą   o   miłości,   ich   zabawy   zwykle   pozbawione   były 

czułości, nigdy nie doprowadzały żadnego z nich do płaczu. Zaspakajali nawzajem swoje 

pożądanie, wiedząc, że muszą się rozstać.

Ona nigdy nie domagała się, by mówił o uczuciach.

On nigdy o nic nie pytał.

Bardziej wyzwolonej kobiety Justitian nie mógł sobie wyobrazić. A jeśli czasami 

zdarzało się, że cichła po miłosnych uniesieniach i na jej twarzy pojawiał się wyraz, jaki 

można zobaczyć u skrzywdzonego dziecka...

W   takich   momentach   wypędzała   go   od   siebie,   nakazywała   wynosić   się 

natychmiast.

Justitian wiedział, że po jego wyjściu będzie płakać.

Sussa płakała zawsze w samotności.

Zwykle   odczuwał   wtedy   pełną   wdzięczności   ulgę.   I   zawsze,   kiedy   znowu 

odwiedzał jej izdebkę, była uśmiechnięta i świeża, a w jej oczach nie dostrzegał śladu 

łez.

Sussa   sprawiała   wrażenie   osoby   nieustannie   zadowolonej.   Witała   go   zawsze 

background image

bardzo   serdecznie,   tak   że   niemal   zapominał   o   banknotach,   które   w   niemal   rytualny 

sposób zmieniały właściciela, kiedy podróż pośród fal niebieskiego aksamitu dobiegała 

końca. Nigdy mu nie dziękowała, on jej także nie. Całowała go na pożegnanie niczym 

najdroższego kochanka i zawsze prosiła, by wkrótce do niej wrócił.

Tak też uczyniła i dzisiejszego ranka.

Na  wspomnienie   tamtej   chwili   Justitian   doznawał   bolesnego   ukłucia   w   sercu. 

Obraz czułej, sennej Sussy z wargami opuchłymi od gwałtownych pocałunków mieszał 

się z obrazami, jakie zobaczył  dzisiaj na ulicy, widział wargi Sussy popękane i sine, 

pokryte brunatną zakrzepłą krwią.

To niemożliwe.

Nad jego głową unosił się dźwięk organów, pragnął, by muzyka zagłuszyła w nim 

ból, rozsadzający mu głowę.

Niels śpiewał głośno czystym, silnym barytonem.

Justitian  wiedział, że gdyby on chciał zaśpiewać, wydobyłby ze swego gardła 

jedynie prymitywne wycie.

Sussa.

Sussa.

Wszyscy zwrócili oczy na Justitiana, gdy nagle zerwał się z twardej ławki pod 

amboną i wybiegł z kościoła, zakrywając dłonią usta.

Została ulokowana w małym pomieszczeniu w piwnicy pod miejskim ratuszem, 

gdzie kobiety jej pokroju często zamykano, ponieważ nie zdołały uciec, kiedy policja 

wpadła do lokalu.

Te, które nocami spacerują po ulicach, dobrze znają to miejsce.

Te, które sypiają na śmietnikach  i w portowych  magazynach,  dobrze znają to 

miejsce i wystrzegają się go.

Kobiety z baraków opowiadały sobie zawsze nawzajem o tym okropnym miejscu, 

ostrzegały swoje nieszczęsne córki, mówiły im, co robić, by tam nie trafić.

Trafiały   tam   jednak   wszystkie   te,   które   żyją   określane   ironicznym   mianem 

wesołych   panienek.   Były   tam   wrzucane   przez   żołnierzy   i   innych   mężczyzn   w 

mundurach, którzy niejednokrotnie chętnie korzystali z ich usług.

Niektórzy lekarze specjalizowali się w zarabianiu sporych pieniędzy na swoich 

background image

potajemnych wyprawach do lochów. Pod pozorem higienicznych inspekcji mogli robić z 

kobietami,   co   chcieli.   Mundurowi,   którzy   je   przesłuchiwali,   też   korzystali   z   okazji. 

Strażnicy lochów również mieli po swojej stronie prawo silniejszego.

Sussa dygotała z zimna, chociaż gorączka trawiła jej ciało. Wciąż jeszcze miała 

na   sobie   podarte   gałgany   i   pióra,   które   przywiązał   jej   policmajster.   Włosy   były 

pozlepiane   od   krwi   i   brudu,   tkwiły   w   nich   kawałki   zgniłych   liści   kapusty,   którymi 

rozbawieni ludzie obrzucali nieszczęsne kobiety. W ustach jej zaschło, opuchnięte wargi 

pękały przy najmniejszym ruchu.

Sussa nie była w stanie płakać.

Czuła, że serce bije jej w takt bolesnego pulsowania w zwichniętej nodze, ale nie 

zauważała, że kapiąca z sufitu woda spada na jej głowę. Stwierdziła, że brzeg sukni jest 

mokry, oderwała więc kilka kawałków tkaniny i zrobiła wilgotne okłady na usta i oczy.

Potem   skuliła   się   na   podłodze,   ciemność   wokół   niej   zlała   się   w   jedno   z 

ciemnością w jej sercu. Nie miała sił, by jeszcze walczyć.

Ocknęła się pod wpływem gwałtownego bólu w boku, miała wrażenie, że ktoś 

wyrywa jej żebra.

Tuż przy swojej twarzy zobaczyła brązowy but. Błyskawicznie, niczym pantera, 

zerwała się na nogi, zapomniała  jednak o zwichniętej  kostce i ostry ból natychmiast 

powalił ją z powrotem na podłogę.

Mężczyzna   w   brązowym   mundurze   nie   uśmiechał   się,   patrzył   tylko   na   nią 

zmrużonymi oczyma.

-   Sędzia   czeka,   mała!   I   policmajster.   Nie   są   oni   dzisiaj   łaskawi,   muszę   ci 

powiedzieć!   Posłali   już   Starą   i   Ruthildę   do   zakładu!   Osiem   miesięcy,   mała!   Myślę 

jednak, że dla ciebie szykują coś jeszcze gorszego...

Sussa nie odpowiedziała, powoli usiłowała się podnieść. Czuła twardą kolbę na 

plecach.

- Muszę mieć coś do ubrania... nie mogę stanąć tak... przed sędzią...

- Ha, ha! To najlepsze, co słyszałem, mała! Nigdy bym nie pomyślał, że dziwka 

może się wstydzić nagości!

Dziewczyna wspierała się o szorstką kamienną ścianę i posuwała wolno naprzód, 

mężczyzna popychał ją za każdym razem, gdy z wahaniem stawiała na podłodze chorą 

background image

nogę. Na pogrążonych w półmroku schodach cuchnęło starą oliwą do lamp.

Hans Himmerich rządził miastem twardą ręką. Był burmistrzem i naczelnikiem 

policji, zaliczał się do ludzi, którzy mają dość srebra, by dobrze smarować koła swego 

pojazdu. Był  przewodniczącym  tingu, niekiedy bywał  też  sędzią. Krucjata  przeciwko 

kobietom lekkich obyczajów została rozpoczęta.

Sussę   skazano   na   publiczną   chłostę   na   głównym   rynku   miasta,   miała   zostać 

ogolona, a ponadto spędzić dwa lata w więzieniu.

Justitian nie mógł spać, nie mógł jeść. Sam był  zaskoczony tym,  jak głęboko 

dotknęła go tragedia Sussy. Raz po raz powtarzał sobie, że przecież mimo wszystko to 

tylko ulicznica. Do diabła, nie była jego żoną!

Niels nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego współ - mieszkaniec krąży wciąż po 

pokoju.

Nie mógł jednak nie widzieć, że ów dziwny syn pastora z Sogn prawie wcale 

ostatnio nie wychodzi z domu. Przestał uczestniczyć w zajęciach na uniwersytecie. Nie 

odrabiał zadanych prac, a tekst kazania i analiza liturgii, którą oddał, była w takim stanie, 

że gdyby Niels nie zdołał tego poprawić, mogłoby się to dla Justitiana skończyć bardzo 

źle.

Najbardziej jednak martwiło Nielsa to, że Justitian zaczął pić.

Każdego wieczora zastawał Justitiana nad butelką marnego samogonu. I chociaż 

Niels nie chciał nawet o tym myśleć, to nie mógł nie zauważyć faktu, iż przed trzema 

dniami z jego skrzynki na pieniądze zginęło kilka talarów.

W pokoju studentów teologii cuchnęło niczym w najgorszej knajpie.

W końcu Niels nie mógł już dłużej tego znosić.

Pewnej   niedzieli   po   południu   wrócił   do   domu   i   zastał   Justitiana   w   łóżku. 

Kilkudniowy zarost pokrywał ładną twarz kolegi, a smród unoszący się nad jego roz-

dygotanym ciałem mógł sprawić, że nawet świniopas by się skrzywił.

- Justitian, tak dalej być nie może.

Z łóżka rozległo się jakieś mamrotanie, spod kołdry wysunęła się goła stopa.

- Wstańże, człowieku, dość już tego! Co cię dręczy, Justitianie? Od wielu tygodni 

jesteś jak odmieniony!

Niels podniósł kolegę i posadził na łóżku. Klepał go po policzkach, nalał wody do 

background image

kubka i zmusił do wypicia.

- Czy to dzień? - zapytał Justitian ochrypłym głosem. - O Boże, moja głowa...

Niels usiadł na krawędzi łóżka. Złożył dłonie jak do modlitwy.

- Musimy być ze sobą szczerzy, Justitian. Od dawna jesteśmy kolegami... chociaż 

pewnie za bardzo się od siebie różnimy, by móc się nawzajem zrozumieć.

- Mm.

- Ja... ja dłużej tak nie mogę. Próbowałem ci pomóc... Pomagałem ci, broniłem 

cię, usprawiedliwiałem... gotów byłem kłamać z twojego powodu.

- O, fe, to nieładnie - mruknął tamten ironicznie. Ramiona Niels a opadły jeszcze 

bardziej.

-   Justitian...   tobie   potrzebna   jest   pomoc.   Bo   to   już   tylko   kwestia   dni,   kiedy 

wyrzucą cię z uniwersytetu. Wiesz, jacy oni są surowi... mamy być przecież sługami 

Bożymi, stanowić przykład dla ludu, człowieku!

- Przykład dla ludu, tak. Mamy być czystymi barankami Pana!

Niels   potrząsnął   głową.   Serce   przyjaciela   trawiła   dużo   większa   udręka,   niż 

przypuszczał.

- Musisz potraktować tę sytuację poważnie! Czas mija! Ludzie już gadają... o 

twoim pijaństwie. O tym, że opuszczasz zajęcia... że nie ma do tego żadnego powodu...

- No to co?

Justitian przyłożył karafkę do ust i wypił resztę zmętniałej letniej wody. Potem 

postawił z rozmachem karafkę na stole, wiedział, że Niels bardzo się boi o swój kryształ.

- Czy naprawdę chcesz, by odesłano cię do domu w niełasce, zaledwie miesiąc 

przed ostatnimi egzaminami? Przecież ojciec przez lata łożył na twoje wykształcenie, na 

twoje utrzymanie tutaj. Niczego ci przecież nie brakowało, prawda?

- Niczego, co można by kupić za pieniądze - warknął Justitian przez zaciśnięte 

zęby. - Na dodatek mogłem mieszkać u ciebie za darmo.

- Tak, cieszyłem się z tego... przeważnie. Ale teraz...

- Wiem, Niels. Nie siedź tak i nie gap się na mnie! Zaraz mi powiesz, że albo 

skończę z tym, albo mam się wynosić, prawda?

- Brzmi to okrutnie, ale tak. Tak to jest. Dłużej tego nie zniosę, akurat teraz mam 

mnóstwo   pracy.   To   ważny   okres...   Wkrótce   dowiemy   się   o   wolnych   parafiach   i 

background image

otrzymamy papiery...

- Oczywiście. Wkrótce zostaniemy pokornymi sługami Pana. Na poważnie!

- Justitian, co się z tobą dzieje? Co dręczy twoje serce? Niels miał przeżyć jeszcze 

większy szok. Justitian zerwał się z łóżka, stanął na chwiejnych nogach. W pośpiechu 

zaczął  naciągać  pogniecioną  koszulę, zwiniętą  razem z przepoconą  pościelą.  Spodnie 

nosił   czarne   i   workowate,   takie   same   jak   wszyscy   przyszli   pastorzy.   Oderwał   biały 

kołnierzyk od koszuli, a na ramiona zarzucił starą czarną kurtkę.

Oniemiały Niels z wytrzeszczonymi oczyma stał przy ścianie, gdy Justitian biegał 

po   pokoju,   zgarniając   swoje   rzeczy   do   węzełka.   Butelka,   która   leżała   pod   łóżkiem, 

znalazła się na samym wierzchu. Gdy spakował wszystko, z wykrzywioną twarzą zwrócił 

się do Nielsa:

- Zegnaj, kolego.

Nielsa przeraził ton, w jakim zostały wypowiedziane te słowa.

- Nie odchodź w takim gniewie, bracie... Porozmawiajmy... tobie potrzebna jest 

pomoc...

Justitian zachichotał.

- Jeszcze porozmawiamy, bracie. Może. Pozdrów Hansa Pettera i Reina, powiedz 

im, że zrobiłem sobie małą... przerwę na odpoczynek.

Zanim tamten zdołał powiedzieć, że to niemożliwe, Justitian był już za drzwiami, 

zbiegł po wąskich schodach do furtki i wyszedł na ulicę.

Niels opadł na niepościelone łóżko.

Pokój był pusty.

Po Justitianie został tylko ciężki odór alkoholu.

Niels wsparł głowę na rękach i pogrążył się w żalu nad utraconą przyszłością 

przyjaciela.

W jakiś czas później złożył ręce i modlił się o jego nawrócenie.

Przez całą noc tak siedział z czerwonymi, zapłakanymi oczyma i szukał w swojej 

czarnej   Biblii   słów,   które   powiedziałyby   mu,   co   powinien   czynić,   by   zawrócić 

przyjaciela z drogi upadku.

Nie znalazł żadnej odpowiedzi, choć świeca na stoliku przy oknie dopaliła się do 

końca.

background image

ROZDZIAŁ V

Justitian szybkim krokiem szedł w dół ulicy Głębokiej, która w słońcu wyglądała 

ładnie i zachęcająco. Wszędzie kręciło się mnóstwo ludzi, dzieci bawiły się, ich matki, 

zrobiwszy krótką przerwę w domowych zajęciach, przysiadły na schodach, by ze sobą 

porozmawiać. Była niedziela, ale na tej ulicy nie dostrzegało się, iż to dzień odpoczynku. 

Tylko dalekie dzwony od świętego Mikołaja próbowały skłonić ludzi do zastanowienia 

się nad sprawami nie dotyczącymi tego świata.

Justitian   zatrzymał   się   przy   kramiku   i   kupił   kawałek   wędzonego   mięsa   oraz 

wiązkę   cienkich,   twardych   żytnich   chlebków,   które   najbardziej   ze   wszystkiego 

przypominały   kawałki   drewna.   Były   jednak   tanie,   wiedział   ponadto,   że   znakomicie 

wypełniają głodny żołądek. Znalazł jakiś cichy kąt, gdzie mógł uporządkować myśli. 

Wyjął butelkę z żółtozielonym alkoholem, już wyciągnął zębami korek, ale rozmyślił się.

To przecież resztka, być może będzie jej potrzebował później.

Zaczął się zastanawiać nad swoim położeniem. Co powinien zrobić?

Nawet tamtego dnia, gdy po raz pierwszy przybył do Kopenhagi, nie czuł się taki 

samotny w tym wielkim mieście. Wtedy przecież znał już Nielsa, którego spotkał na 

statku, miał listy polecające od ojca i liczne adresy do ludzi, którzy mogliby mu pomóc. 

Wszystko   zresztą   ułożyło   się   bardzo   dobrze   od   pierwszej   chwili,   zarówno   na 

uniwersytecie, jak i w mieszkaniu, które dzielił z Nielsem.

Pieniądze   od   ojca   przychodziły   regularnie,   sam   nie   wiedział,   jak   ojciec   to 

urządził, ale każdej pierwszej niedzieli miesiąca zjawiał się u niego ten sam nieduży 

człowieczek i wręczał kopertę. Justitian pokwitował już blisko siedemdziesiąt talarów. 

Nie mógł więc oskarżać ojca o skąpstwo. Justitian żył w bardzo dobrych warunkach, nie 

należał do studentów, którzy muszą ciężko pracować lub wyprzedawać swoje rzeczy, by 

zdobyć parę nędznych szylingów na jedzenie. Jemu starczało na Sussę, na tani alkohol 

oraz na niezbędne wydatki i opłatę swojej części komornego.

Teraz wszystko się skończyło.

Aż do następnego miesiąca nie dostanie znikąd pieniędzy. A gdyby pogłoski o 

jego haniebnym pożegnaniu z uniwersytetem dotarły do ojca... No, w takim razie byłby 

skończony.

background image

Justitian  wątpił  jednak, że ojciec  dowie się o czymkolwiek. Odległość z tego 

miasta   do   jego   małej   wioski   nad   zielonym   fiordem   była   niemal   taka   sama   jak   do 

księżyca...

Wciąż   jeszcze   miał   w   sakiewce   siedem   talarów.   To   na   jakiś   czas   wystarczy. 

Wystarczyłoby może nawet na podróż do domu.

Do domu?

Dlaczego miałby wracać do domu?

Justitian mrużył oczy przed bezlitosnym słońcem i czuł, że łzy spływają mu po 

policzkach, kiedy promienie raziły jego czerwone, zmęczone oczy.

Nigdy nie wróci do domu. Mar ja dla niego umarła.

Zdradziła,  go, bezlitośnie  i nieodwołalnie.  Miał nadzieję, że jest teraz biedną, 

utrudzoną   i wyniszczoną   gospodynią,  a  jej   jedyną   pociechą   są uściski  tego  głupiego 

parobka Oppdalów. Dorobiła się już z pewnością gromady usmarkanych dzieciaków.

Nie, nigdy nie wróci do domu.

Niech sobie ojciec myśli, co chce. Stary nigdy nie zasną już radości upokarzania 

go. Nigdy nie sprawdzą się jego wieczne proroctwa, że syn nie jest w stanie niczego 

osiągnąć.

Wargi Justitiana drżały lekko.

W jakimś sensie ojciec miał przecież rację.

Nigdy nie zdobędzie sutanny pastora. Wszystko zaszło już za daleko. Od chwili, 

gdy zniknęła Sussa... Justitiansam nie wiedział, co się z nim dzieje. Cały świat stał mu się 

jakby... obojętny.

Wyciągnął zębami korek.

Płyn o cierpkim smaku zagulgotał w gardle Justitiana.

Podniósł się na niepewnych nogach ze swego twardego miejsca na schodach i 

powlókł dalej ulicą. Znał ta - - i zakątek w parku nad wodą, gdzie nikt mu nie będzie 

przeszkadzał. Są w tym mieście tajemnicze miejsca, których za dnia nikt nie odwiedza. 

Tam mógłby się skulić wśród nagich jeszcze krzewów i starać się przemyśleć sytuację. 

Później,   kiedy   nadejdzie   już   wieczór,   coś   się   przecież   znajdzie.   Musi   istnieć   jakaś 

możliwość przetrwania w takim mieście dla nieudanego studenta teologii.

Strzepnął z ubrania zeszłoroczne liście i wilgotną ziemię, spodnie jednak wciąż 

background image

były brudne. No trudno, zaczęło się zmierzchać, kto zauważy plamy na ubraniu, skoro 

trudno odróżnić jednego człowieka od drugiego.

Justitian skierował się ku wielkiemu, rzęsiście oświetlonemu budynkowi na rogu 

ulicy Głębokiej.

To Ogród Nadjany.

Dotychczas oglądał go jedynie z zewnątrz. Wszyscy podziwiali piękne okna tego 

domu. Każde z nich obramowane rzeźbionymi liśćmi akantu. Kwiaty, kiście winogron, 

stylizowane   liście,   a   pośród   tego   małe   amorki   trzymające   nad   oświetlonymi   oknami 

okrągłe wieńce. Nie można było przez szyby zajrzeć do środka, widziało się tylko cienie 

poruszających się postaci za niezwykle pięknymi kremowymi firankami. Przy wejściu na 

chodniku stało dwóch mężczyzn w jaskrawoczerwonych kurtkach. Byli wielcy i zwaliści, 

trwali   nieruchomo   ze   skrzyżowanymi   na   piersiach   rękami.   Niczym   posągi,   pomyślał 

Justitian. Wiedział jednak, że ci dwaj należą do najgroźniejszych zapaśników w mieście. 

Nikt dokładnie nie pojmował, w jaki sposób drobna właścicielka tego domu potrafiła 

utrzymać  ich w ryzach, niezależnie od tego jednak, jakie środki stosowała, były  one 

skuteczne. Te dwa olbrzymy to strażnicy Nadjany, najwierniejsi obrońcy jej Ogrodu.

Justitian   poprawił   swój   zniszczony   jedwabny   szalik,   pieniądze   miał   teraz   w 

kieszeni.   Był   przygotowany   na   to,   by   wsunąć   monetę   czy   dwie   do   ogromnej   dłoni 

któregoś ze strażników. Bo chyba tak czynili odwiedzający.

Zamierzał dzisiejszy wieczór spędzić w tym raju.

I niech kosztuje, ile chce.

Może w tym  osławionym  Ogrodzie Nadjany zdoła zatrzeć  jakoś obraz Sussy, 

który nie dawał mu spokoju? W jakimś sensie to ona była odpowiedzialna za jego stan, 

istniała między nimi dziwna, niewidzialna więź, która przysparzała mu takich cierpień.

Anioły Nadjany znajdą z pewnością balsam na jego rany. Anioły Nadjany. Jak 

pięknie   to   brzmi.   Justitian   zachichotał   sardonicznie,   zbliżając   się   zdecydowanym 

krokiem do wielkich, czarnych drzwi.

Anioły Nadjany.

Powinny wycisnąć z niego wszelkie soki, a wraz z nimi wypłukać ból. Powinny 

dać   mu   chwilę   takiej   radości,   z   którą   nie   mogłaby   się   równać   radość   obcowania   z 

aniołami w niebie.

background image

A potem niech się dzieje co chce.

Właściwie cóż ma do stracenia?

Justitian   przeszedł   obok   tych   dwóch   żywych   posągów,   chociaż   jeden   z   nich 

wymamrotał coś pod nosem, kiedy drzwi się otworzyły.

Po drugiej stronie wyszedł mu na spotkanie inny ubrany na czerwono mężczyzna, 

pozdrawiając uprzejmie.

Justitian wyprostował się, patrzył gdzieś ponad ramionami niedużego człowieka. 

W pomieszczeniu wszystko lśniło i mieniło się bajecznie!

- Karta, proszę pana, jeśli pan tak uprzejmy... Justitian zaczął się jąkać.

- Karta? Eee... tak... oczywiście. Chwileczkę! Właśnie zobaczyłem kogoś, z kim 

muszę porozmawiać!

Strażnik stał bez słowa, gdy tymczasem Justitian niczym błyskawica pomknął w 

głąb barokowego salonu i zniknął za ciężkimi portierami.

Mały,   ubrany   na   czerwono   mężczyzna   na   moment   utracił   swoją   nieruchomą, 

pełną życzliwości maskę. Na jego czole pojawiły się zmarszczki. Rzucił na podłogę starą 

kurtkę, którą zostawił mu Justitian, z takim obrzydzeniem, jakby nagle pojął, że dotknął 

czegoś oślizgłego.

Dyskretnie pociągnął za złoty sznur przy drzwiach.

W głębi domu rozległ się dźwięk dzwonka.

Justitian   biegł   z   salonu   do   salonu.   Trafił   na   jakieś   schody   i   wpadł   na   nie, 

pokonując po dwa stopnie jednocześnie.

Schody były wyłożone grubym chodnikiem!

Szedł cicho, przy każdym kroku słychać było tylko chrzęst źle wyprawionej skóry 

jego butów. Wzrok Justitiana wprost nie był zdolny ogarnąć wszystkiego, co widział.

Ściany zostały tutaj pokryte lśniącym, pięknym materiałem w czerwonej, liliowej 

i   różowej   tonacji.   Zdawało   się,   że   farbę   na   materiał   nakładano   szerokim,   jakby 

roztańczonym  pędzlem.  Na ścianach  wisiały obrazy i portrety z podpisami.  Niektóre 

wyglądają   na   bardzo   stare,   stwierdził   Justitian   z   podziwem.   Wkroczył   teraz   do 

ogromnego hallu.

Nigdzie jednak nie widział żywego ducha.

Nikt   nie   siedział   w   ciężkich,   obitych   brokatem   fotelach.   Nikt   nie   pił   z 

background image

kryształowych kieliszków ustawionych na stole, tak pięknych, że Justitian musiał po pro-

stu podejść i dotknąć ich.

Jakie delikatne!

I jednocześnie jakie ciężkie!

Uniósł jeden z nich do ust, zapragnął  gwałtownie,  by kielich  był  wypełniony 

owym francuskim złocistym koniakiem, którego niezwykły zapach pamiętał.

Przepełniony szacunkiem poszedł dalej.

Gdzie są anioły?

Muszą przecież gdzieś tu być? Justitianowi zdawało się, że słyszy muzykę harfy. 

Skierował   się   w   tamtą   stronę,   szedł   wąskim   korytarzem   oświetlonym   woskowymi 

świecami w srebrnych lichtarzach, ozdobionych kryształowymi wisiorkami. Światło było 

rozproszone,   mieniło   się   w   kryształach,   tworząc   bajeczny,   niemal   magiczny   nastrój. 

Grube dywany pokrywające podłogę uginały się niczym mech pod stopami.

Po obu stronach korytarza znajdowały się drzwi.

Znikąd jednak nie dochodził żaden dźwięk.

Justitian raz jeszcze otrzepał ubranie, w jakimś lustrze oprawionym w srebrną 

ramę mignęło mu własne odbicie. Wklęsła, widocznie, powierzchnia lustra wydłużała 

groteskowo jego twarz. Nie zatrzymując się szedł dalej. Korytarz łączył się w jedno z 

wielkim pokojem.

Tu już bardzo wyraźnie usłyszał dźwięki harfy!

Posuwał się ostrożnie wzdłuż ścian, starał się być jak najmniej widoczny. Chciał 

patrzeć, rozkoszować się, radować oczy tymi wszystkimi światłami, pięknymi meblami i 

barwami nierzeczywistego świata.

Znajdowały się tutaj różnego rodzaju rośliny. Pokój niemal tonął w kwitnących 

krzewach,   wśród   których   przybysz   rozpoznawał   wspaniałe   rododendrony.   Obok   nich 

rosły pachnące białe lilie.

Pośrodku pokoju znajdowała się fontanna z szemrzącą wodą.

Justitian wytrzeszczał oczy.

Woda w środku domu! Do tego na piętrze! Strumyk wody tryskał w powietrze 

wprost z ust kobiety wykutej w brązie.

Piękna   statuetka   przedstawiała   syrenę,   górna   część   posążku   była   niczym 

background image

najpiękniejsza żywa dziewczyna. Nagie piersi wznosiły się ku pokrytemu kwiatami sufi-

towi, kobieta odchylała głowę w tył, jakby oczekiwała pocałunku.

Rozpryskująca się woda spadała na ramiona i piersi, po czym spływała na powrót 

do basenu.

Justitian z wolna ogarniał to wszystko wzrokiem.

Wiedział, że powinny się tutaj znajdować również inne, pełne życia kobiece ciała.

Anioły.

I rzeczywiście było ich w tym pomieszczeniu kilka, niektóre siedziały nad wodą i 

zanurzały w niej  ręce. W basenie pływały złociste karpie. Kobiety pozwalały rybom 

pieścić swoje szczupłe, białe dłonie.

Wszystkie ubrane były na biało. Suknie opinały im ciała niczym przyklejone, nie 

przypominały w żadnej mierze ubrań, jakie Justitian widywał na ulicach. Przywodziły 

raczej   na   myśl   spływającą   wodę,   spod   uniesionych   piersi   opadały   prostymi   fałdami 

wzdłuż ciał. Materia opinała nogi, lecz spojrzenia mężczyzn kierowały się raczej ponad 

haftowane perłami paski podtrzymujące suknie pod biustem.

Piersi   kobiet   nie   były   niczym   osłonięte.   Kołysały   się   tanecznie   przy   każdym 

ruchu,   Justitianowi   wydawało   się,   że   wszędzie   pełno   jest   wspaniałych   kobiecych 

kształtów.

Akurat w tym momencie ciężka dłoń chwyciła go za ramię.

To jeden z posągów przy wejściu, który ocknął się do życia.

- Proszę za mną, mój panie.

Justitian odepchnął od siebie rękę. W oczach wielkiego mężczyzny pojawił się 

niebezpieczny błysk. Justitian wyrósł wprawdzie od tamtego czasu, gdy opuścił dom, 

teraz jednak czuł się bardzo mały. Mężczyzna stał dokładnie na wprost niego, pewnie po 

to, by różnica była jeszcze bardziej uderzająca. Włosy Justitiana łaskotały tamtego pod 

brodą.

- Wyjdziesz stąd spokojnie, obcy, bo jak nie, to zostaniesz wyrzucony. A wtedy 

nie zadowolę się gołą ręką - rzekł mężczyzna cicho. Jego akcent przywiódł mu na myśl 

czarną Magrittę, którą przed kilkoma laty przelotnie znał.

- Dlaczego miałbym zostać wyrzucony? Czyż ten dom nie jest przeznaczony dla 

panów? Dla panów, którzy potrzebują prawdziwego damskiego towarzystwa? Ja przecież 

background image

mam pieniądze. Ja mam...

- Nie masz tutaj wstępu. Ciesz się, że nie stłukłem cię na kwaśne jabłko za twoją 

bezczelność!   Nie   wiesz,   że   niebezpiecznie   jest   tak   wkraczać   do   tego   ogrodu?   Inni 

panowie...

Justitian zobaczył, że znajdujące się w pomieszczeniu kobiety zgromadziły się 

pod   jedną   ze   ścian.   Jakiś   łysy   mężczyzna   na   sofie   podnosił   się   mozolnie.   Muzyka 

umilkła. Justitian chwycił się za kieszeń.

- Patrz, mam pod dostatkiem talarów!

Strażnik skrzywił się paskudnie. Patrzył na Justitiana z szyderstwem w oczach.

-   Jesteś   naprawdę   głupi,   wieśniaku!   Tego,   co   masz,   nie   wystarczy   nawet,   by 

zapłacić za to, co do tej pory otrzymałeś!

Stanowczo popychał go przed sobą.

Trzymał Justitiana za prawą rękę i potrząsał nim niczym szmacianą lalką. Ledwie 

dotykając stopami czerwonego, miękkiego dywanu, student teologii został odprowadzony 

tą   samą   drogą,   którą   przybył.   Jedynie   kątem   oka   zdołał   dostrzec   jednego   anioła, 

piękniejszego   niż   inne  kobiety,   który  z  różą   w  ręku   nieśmiało  pomachał   mu   na  po-

żegnanie. Policzki Justitiana były czerwone ze wstydu jak jej róża. Boże, wystawić się na 

takie pośmiewisko! Olbrzym ciągnął go jednak za sobą i nie rozluźnił uścisku, dopóki 

Justitian nie upadł niczym kupa szmat na chodniku. Otulone szalami kobiety spacerujące 

po ulicy patrzyły na niego chichocząc. Mężczyźni rzucali ordynarne komentarze. Były 

powody,   dla   których   dziewice   nocy   trzymały   się   blisko   tego   ogrodu:   mogły   zbierać 

okruchy ze stołu Nadjany. Im dostawali się klienci, których ona nie chciała, prości chłopi 

i marynarze oraz głupcy, którzy nie rozumieli, czym jest Ogród Nadjany.

To raj dla baronów.

Dla hrabiów i dla szlachty wszelkiego rodzaju.

Dla najznakomitszych obywateli miasta.

Tak, dla samego króla!

Justitian  klął  cicho, podnosząc  się z ziemi.  Upadł na coś  śmierdzącego,  teraz 

widział, że to koński nawóz!

Kobiety na ulicy śmiały się bez żenady. Justitian chwycił zimną cuchnącą kulę w 

rękę i cisnął nią w tłum. Jakaś kobieta krzyknęła głośno, wołała coś histerycznie, starając 

background image

się uniknąć zetknięcia z końskimi odchodami. Jej kawaler, jeśli tak można go nazwać, ru-

szył groźnie ku Justitianowi.

Syn pastora uznał, że najlepiej jest zmykać, dokąd oczy poniosą.

Czmychnął w jakieś boczne przejście, znalazł się na tyłach podwórza, słyszał za 

sobą szybkie kroki. W końcu jednak nabrał pewności, że zaniechano pościgu. Dostrzegł 

mdłe światełko przy ciężkich brązowych drzwiach na brudnym podwórzu, na którym się 

znalazł.

Jakaś postać przemknęła obok niego, zapukała do drzwi i została wpuszczona do 

środka. Justitian stał bez ruchu w mroku, czuł, że pragnienie wypicia kieliszka wódki 

staje się coraz bardziej nieznośne. Upokarzające wyrzucenie za drzwi, szyderczy śmiech 

kobiet, zdrada Nielsa, sprawa Sussy, przerwana nauka...

Justitian potrzebował ukojenia.

Został wpuszczony za próg. Tutaj jego talary mogły wystarczyć na bardzo wiele.

Na stole przed nim pojawiła się pełna butelka.

Duża, spocona kobieta, której piersi ledwo okrywała skąpa bluzka, uśmiechnęła 

się do niego i połaskotała go za uchem.

Justitian   odepchnął   ją   od   siebie.   Chwycił   butelkę,   łapczywie   wypełniał   sobie 

żołądek   jej   zawartością.   Po   czwartym   hauście   świat   jakby   się   uspokoił,   przyjemna 

zasłona opadła na jego udręczone oczy.

Tutaj nie słyszał dźwięku harf. Tę izbę wypełniał  zgiełk  tłoczących  się ludzi. 

Justitian próbował skupić wzrok na siedzących niedaleko kobietach. Widział, że noszą 

podarte ubrania, że mają zmęczone, zniszczone twarze. Brakowało im zębów, a włosy 

świadczyły, że biedaczki musiały nocować na gołej ziemi pośród zeschłych liści, śmieci i 

innego paskudztwa. Jedna z nich nie miała oka, w każdym razie nosiła czarną skórzaną 

przepaskę zasłaniającą oczodół. Jej ciemne włosy były potargane, ręce pokrywały strupy. 

Wyjęła jedną pierś spod bluzki i oparła ją o łysą głowę siedzącego obok niej mężczyzny. 

Ten odwrócił się gwałtownie i wpił się mocno w pierś. Kobieta zawyła z bólu, umilkła 

jednak, gdy mężczyzna przyciągnął ją do siebie i przyłożył jej do ust butelkę, z której 

dopiero co pił.

W miarę jak ubywało alkoholu w butelce Justitiana, kobiety wyraźnie ładniały.

Nagle ogarnęło go gwałtowne pożądanie. Przeklinał piękne anioły, przeklinał ich 

background image

potężnych klientów, wśród których z pewnością znajdują się też odpowiedzialni za los 

Sussy.

Życzył   wiecznego   potępienia   pracowitemu   Nielsowi   i   piekielnych   mąk 

wszystkim, którzy go zdradzili.

W tej izbie jednak znajdowali się ludzie jeszcze nędzniejsi niż on sam. Kobiety, 

gotowe lizać mu buty za byle jaki grosz. Kobiety, którymi mógł się posługiwać, kobiety, 

które nie miały twarzy, nie miały uczuć, nie miały już nawet łez.

Justitian chwiejnie podniósł się z miejsca, później nie mógł sobie przypomnieć, w 

jaki sposób zdołał wejść po wąskiej drabinie na pięterko.

Ale   rany   na   twarzy   kobiety   prześladowały   go   jeszcze   długo   w   nocnych 

koszmarach.

- To jakiś chłop, tak wygląda. Może to głupi wiejski parobek, który pierwszy raz 

wyjechał z domu?

- Nie. Ma białe ręce, ten fagas nie splamił się pracą! Może to jakiś student? Mól 

książkowy.

- Nieważne. Ściągaj z niego łachy, Mette! I pośpiesz się! Nie może się obudzić, 

zanim nie skończymy!

- A co, tchórz cię obleciał? Myślałam, że lubisz oczyszczać ulice z takich jak ten 

tutaj?

- Lubię. Ale dzisiaj wieczorem przepytywali się o mnie.

- Uciekniemy. Zresztą nie zdziwiłabym się, gdyby poszedł do piekła bez naszej 

pomocy!

Kobieta,  którą  nazwano  Mette,  brutalnie  ściągnęła  Z  Justitiana   koszulę.   Pełną 

garścią chwyciła jego włosy nad czołem i pociągnęła.

- Na ogień piekielny! Zdawało mi się, niech mnie diabli, że na mnie spojrzał! A to 

cholerny kozioł... Mógłby mnie zabić, jestem tego pewna!

Mężczyzna roześmiał się cicho.

- Nie gadaj, stara. Bywałaś chyba w gorszym towarzystwie! Stara Mette... dziękuj 

Bogu, że...

- Ech, zamknij pysk, ty psie!

Rzucili się nawzajem na siebie, trzeci, towarzyszący im mężczyzna, z wysiłkiem 

background image

starał się ich rozdzielić. Justitian poruszył się. To uciszyło wszelkie kłótnie.

- Do diabła, wynośmy się stąd, słyszycie?

- Może tak będzie najlepiej - szepnęła kobieta, spoglądając na bezwładne ciało na 

ziemi między nimi. - Najlepiej jak się stąd wyniesiemy!

Mężczyzna mamrotał coś pod nosem. Wepchnął sobie do kieszeni pas Justitiana i 

jego   sakiewkę,   koszula   zniknęła   pod   przepastnym   fartuchem   kobiety.   Nawet   cienki 

srebrny   pierścionek   z   literami   JR   ściągnęli   mu   z   palca.   Spodnie   zostawili,   ale   buty 

zmieniły właściciela.

Mężczyzna, który kłócił się z kobietą, zakończył sprawę potężnym ciosem pięści 

wymierzonym w skroń Justitiana. Głowa młodego człowieka stuknęła o kamienie bruku.

Ciało drżało przez chwilę, po czym bezwładnie opadło na ziemię.

Tamtych   troje   pospiesznie   zniknęło   w   ciasnym   zaułku.   Jakieś   przestraszone 

szczury umknęły im spod nóg. Zwierzęta wiedziały, że noc ma się ku końcowi, i uciekały 

do swoich kryjówek, zanim ludzie i światło ponownie zawładną światem.

Justitian   został   znaleziony   przez   starego   żołnierza,   który   zarabiał   po   parę 

szylingów, patrolując nocami ulice jako pomocnik policji.

Potknął się o półnagiego człowieka. Ciało leżącego nie zareagowało.

Rana na skroni wyglądała paskudnie, a kiedy żołnierz odwrócił tamtego na bok i 

odsunął włosy, zobaczył przyklejoną do nich zakrzepłą krew. Prawdopodobnie, padając, 

Justitian   uderzył   głową   o   kamień,   na   bruku   również   znajdowały   się   plamy 

ciemnoczerwonej krwi.

Morderstwo!

Jeszcze jedno!

Żołnierz westchnął ciężko, wiedział jednak, że może zarobić parę groszy na tym 

trupie i oszczędzić policji kłopotu. Ujął nieszczęśnika pod pachy i zaczął go ciągnąć w 

stronę rogu ulicy, gdzie znajdowało się pomieszczenie zajmowane przez medyków.

Istnieją ludzie, którzy za parę szylingów kupują ciała takich biedaków.

Wykorzystują  je, krojąc według wszelkich zasad sztuki, i poszczególne  części 

umieszczają   w   słojach   pełnych   spirytusu.   Powstają   w   ten   sposób   trwałe   pomoce 

naukowe.

Żołnierz przesunął się ledwie kawałek po cichej uliczce, gdy nagle tuż za nim 

background image

ukazał się zamknięty pojazd.

Na   drzwiach   znajdował   się   herb,   którego   żołnierz   nie   znał,   lecz   złocenia 

wskazywały, że z pewnością kieruje się do Zamku.

Żołnierz uskoczył w bok, ciągnąc za sobą swój ciężar.

Wtedy z piersi człowieka wydobył się cichy jęk.

Przerażony żołnierz puścił go na ziemię.

W tym samym momencie pojazd się zatrzymał.

Żołnierz   uznał,   że   najlepiej   będzie   zniknąć.   Byłoby   mu   bardzo   trudno 

wytłumaczyć, skąd wziął półnagie zwłoki. Może by pomyśleli, że to on sam powalił tego 

mężczyznę, a teraz próbuje ukryć zbrodnię?

Głowa Justitiana jeszcze raz uderzyła o kamienny bruk. On jednak nie odczuwał 

żadnego bólu.

Nadjana Angelika Oest, stukając ciężkim pierścieniem w ścianę powozu, nakazała 

woźnicy, by się zatrzymał.

Powóz przystanął natychmiast tak, że o mało nie spadła z miękkiego siedzenia na 

podłogę. Nadjana przysięgła, że ten woźnica wiezie ją po raz ostatni.

Wkrótce jednak skierowała uwagę z powrotem na zewnątrz. Przez małe okienko z 

boku   powozu   widziała   oszronioną   poranną   ulicę.   Jakiś   żołnierz   ciągnął   za   sobą 

kompletnie   pijanego   człowieka.   Zwyczajny   widok,   szczerze   mówiąc.   W   jakimś 

momencie jednak Nadjana zobaczyła twarz bezwładnego mężczyzny. Była sina z zimna i 

pokaleczona,   ale   nie   można   się   było   pomylić.   Nadjana   myślała   pospiesznie,   działała 

jeszcze szybciej.

To   ten   młody   człowiek,   którego   jej   strażnik   bezlitośnie   wyrzucił   na   ulicę 

poprzedniego wieczora.

Nadjana była  przyzwyczajona  do takich incydentów, chociaż w miarę  upływu 

czasu coraz mniej mężczyzn miało odwagę wedrzeć się gwałtem do jej domu. Właściwie 

była   zaskoczona,   że   ten   obcy   chłopak   się   na  to   zdobył.   Może   jest   po   prostu   głupi? 

Niezależnie od wszystkiego potraktowano go w sposób, na który nie mogła się zgodzić.

Było coś w jego oczach, gdy ich spojrzenia spotkały się na krótki moment, zanim 

intruz został zrzucony ze schodów przez Plitza. Coś, co jej przypominało o... Nadjana nie 

wiedziała o czym. Może spojrzenie kogoś, kogo kiedyś znała? Może ją samą...?

background image

Żołnierz   zostawił   swój   ciężar   i   uciekł.   Obcy   wciąż   leżał   jak   martwy.   Może 

naprawdę nie żyje? Nadjana nigdy chyba nie widziała tak bladej twarzy.

Ostro nakazała woźnicy wyjść.

- Podnieś tego człowieka. Ułóż go na podłodze powozu. Zawracamy, jedziemy do 

domu.

Woźnica, rzecz jasna, nie protestował, ale białe rękawiczki na jego rękach zrobiły 

się po prostu czarne, gdy tylko ujął Justitiana pod pachy. Z wyrazem obrzydzenia na 

twarzy woźnica ułożył bezwładnego mężczyznę w powozie. Co, do diabła, sobie ta baba 

myśli?   Dobrze,   dobrze.   Nie   był   bynajmniej   pierwszym,   który   nie   mógł   zrozumieć 

zachowania Nadjany. Wielu uważało, że jest szalona. Że żyje we własnym świecie. Że 

ma   tajemniczą,   mroczną   przeszłość...   Ale   właściwie   nikt   się   tym   specjalnie   nie 

przejmował. Jakie to mogło mieć znaczenie dla panów ze szlacheckich rodów, którzy 

odwiedzali jej oazę w tym śmiertelnie nudnym świecie?

Nadjana robiła, co chciała.

Zawsze.

Czy słyszałeś o młynarzu Sachsie, nieznajomy?

Czy słyszałeś starą baśń o pijaku, który trafił do łoża barona?

Delikatny kobiecy głos wdzierał się do świadomości Justitiana.

Chory nie miał odwagi otworzyć  oczu, wiedział, że w tym  samym  momencie 

głowa by mu pękła.

Leżał   zupełnie   bez   ruchu   i   próbował   opanować   szum   w   uszach   oraz   ból 

przenikający jego ciało niczym rozpalone do białości żelazo. Kobiecy głos mówił dalej.

Justitian   zauważył,   że   ów   głos   wypływa,   a   potem   znika   za   zasłoną 

ciemnoczerwonej mgły. Nie zauważył natomiast, że łóżko, na którym leży, porusza się, 

że przesuwa się po jakimś korytarzu, mija wysokie drzwi. Nie słyszał też przerażonych 

szeptów gromadki kobiet.

Na trzeci dzień nareszcie otrzymała wiadomość, że obcy odzyskuje przytomność.

Nadjana nie zapomniała o nim, ale nie mogła przecież siedzieć przez cały czas 

przy   łóżku   młodego   człowieka.   Zarządziła,   by   otoczono   go   jak   najlepszą   opieką, 

sprowadzono   nawet   lekarza   ze   szpitala   Świętego   Jana.   Potrząsał   on   długo   głową, 

przepisał jakieś smarowidła i lekarstwo na wzmocnienie, powiedział jednak, że nie ma 

background image

sensu tracić drogich lekarstw i aptecznych mieszanek na takiego wraka. Nadjana odesłała 

go do domu, płacąc w zamian zdumiewająco niewielką sumę.

Natomiast dwie młode dziewczyny, które opiekowały się chorym, prześcigały się 

w dogadzaniu mu. Wiedziały, że sprawią tym przyjemność swojej właścicielce, Nadjanie.

Natychmiast też zawiadomiły ją, gdy tylko mężczyzna otworzył oczy.

- Gdzie ja jestem? - chciał spytać Justitian, ale nie mógł wykrztusić ani słowa. 

Pomieszczenie, w którym się znajdował, nie było spokojne. Czuł, jakby nadal płynął po 

wzburzonym morzu cierpienia. Mdłości i jakiś nieznośny ból rozrywały mu piersi. Nie 

potrafił nawet ruszyć głową. Poza tym śmiertelnie się bał. Czyżby już umarł? A może jest 

sparaliżowany? Co to za miejsce? Takie pełne światła i piękne, że aż razi w oczy.

Twarz jakiejś kobiety.

To anioł!

Jasne, niemal białe włosy. Niczym u staruszki. Ale ona nie jest przecież bardzo 

stara. Właściwie Justitian nie mógł się zdecydować, ile ta kobieta mogłaby mieć lat. 

Patrzyła na niego wielkimi oczyma. Szarymi jak dym. Ciężkie powieki wydały mu się 

trochę   skośne.   Upudrowane   na   biało   policzki.   Czarna   plamka   nad   wargą.   Usta... 

czerwone, czerwone, czerwieńsze niż krew.

Mówiła do niego. O jakimś baronie...? Czy ona myśli, że Justitian jest baronem? 

A może ona jest baronessą?

Myśli krążyły w głowie Justitiana niczym liście w powiewach jesiennego wiatru. 

Nie był w stanie ich połapać. Chciał zapytać o tysiące spraw, chciał prosić o wyjaśnienia.

Ktoś  położył  mu  coś  mokrego  i zimnego  na czole.  Na wargach poczuł silnie 

pachnący napój. Uświadomił sobie, że to zapach dobrego alkoholu i chętnie otworzył 

usta. Potem znowu opadł na coś, co wydało mu się nieskończenie miękką wełną.

- Jesteś w Ogrodzie, obcy. Byłeś tu już przedtem, pamiętasz?

Chciał potrząsnąć głową, ale mu się nie udało. Pani mówiła dalej. Zaczynał ją 

rozumieć.

- Widziałam cię tu. Zostałeś wyrzucony. Widziałam twoją twarz, kiedy strażnik 

przewiesił cię sobie przez ramię...

Roześmiała się. Justitiana to zirytowało, poczuł ostry ból w głowie.

- Nie wiem, co ci się stało, obcy, znalazłam cię po prostu w rynsztoku. Wydawało 

background image

mi się, że muszę...

Reszty słów Justitian już nie słyszał. Znowu stracił przytomność, wszystko, co się 

działo, pojawiało się i znikało niczym fale tłukące o poszarpany brzeg.

Ona ma na imię Nadjana.

Jest właścicielką Ogrodu.

Z jakiegoś powodu chciała się nim zająć.

Justitian   westchnął.   Najwyższy   czas,   by   życie   okazało   mu   trochę   więcej 

życzliwości.

Nazywano go pokojowym pieskiem Nadjany. Prowadzała go za sobą wszędzie, 

karmiła wyszukanymi daniami, pokazywała swoim eleganckim klientom i przyjaciołom z 

taką miną, jakby Justitian był naprawdę jakimś niezwykłym zjawiskiem.

Mieć kogoś takiego w domu, ubierać go w jedwabie i uczyć pięknych manier! 

Cóż za niezwykły pomysł, jakie nadzwyczajne odkrycie!

Panie   klaskały   w   dłonie   trochę   przestraszone,   większość   nie   odważyłaby   się 

dotknąć takiego człowieka nawet pogrzebaczem. Żyły w warunkach, w których pijacy z 

ulicy   i   brudne   ladacznice   konające   z   głodu   stanowiły   tylko   nieprzyjemne   sygnały 

docierające z zewnętrznego świata. Panie drżały na widok dziobatych żebraków i po-

śpiesznie   przytrzymywały   szerokie   spódnice,   gdy   na   spacerze   w   parku   natknęły   się 

przypadkiem na brudne dzieci o owrzodzonej skórze.

Ich takie sprawy nie obchodziły.

One są niczym motyle, latające po pięknym ogrodzie, wesołe i barwne, wolne od 

wszelkich zmartwień. Kobiety ze szlachetnych rodów uwielbiają sensacje.

One kochają wszystko, co pochodzi z zagranicy, jak na przykład meble w stylu 

Króla Słońce oraz diamenty, piękne orchidee i kandyzowane owoce z Wiednia. Kochają 

muzykę i cukierki, paradne mundury, bale i światło świec.

Rzadko kochają swoich mężów, a do Nadjany odnoszą się z mieszaniną niechęci i 

wdzięczności.   A   ona   pomaga   im   jak   może,   chętnie   pośredniczy   w   przekazywaniu 

pachnących bilecików młodym oficerom, wsuwa do ich kieszeni zaproszenia oraz inne 

drobiazgi świadczące o niezaspokojonych potrzebach tych pań.

Nadjana nigdy ich nie zdradzi.

Chociaż więc szlachetne panie nigdy nie będą jej traktować jak równej sobie, to 

background image

dają jej pośród siebie specjalne miejsce. Panie z towarzystwa uważały, że dom na rogu 

jest na tyle podniecający i niebezpieczny, na tyle interesujący, by walczyć o zaproszenie 

na comiesięczne legendarne wieczory dla pań.

Wszystko  bardzo dyskretnie,  rzecz jasna. O tym  się nie rozmawia.  O niczym 

takim nie wspomina się własnemu mężowi.

Ale to bardzo, bardzo ważna sprawa.

Damski wieczór, kiedy wspaniałe pokoje wypełniają się paniami, które mdlałyby 

z pewnością na widok owych  par, co jeszcze  parę godzin temu  leżały na pokrytych 

złocistą   tkaniną   kanapach.   Damami   wystrojonymi,   obwieszonymi   biżuterią,   z 

malowanymi paznokciami i ustami. Damami, które znają Paryż i Wiedeń równie dobrze 

jak własne buduary i które bardzo lekko traktują życie.

Nadjana była ich ratunkiem.

Nadjana dodawała przypraw ich pozbawionym smaku dniom. Nadjana sprawiała, 

że śmiały się i rumieniły, żaden mężczyzna nigdy by ich nie wprawił w taki nastrój. 

Nadjana dawała im mieszaninę zuchwałości i egzotyki. Nadjana zawsze potrafiła przejść 

sama siebie!

Justitian był drugim mężczyzną, który dostąpił zaszczytu uczestniczenia w tym 

specjalnym  damskim  wieczorze. Sukces  pierwszego z nich,  młodego  poety imieniem 

Ludvig, wciąż jeszcze pamiętano. A historie, które opowiadał, były naprawdę zabawne.

Gdy Nadjana wprowadziła Justitiana niczym ucznia, zgromadzenie jęknęło. Kilka 

pań opadło na krzesła, zasłaniając rękami usta. Jakaś filiżanka upadła na podłogę. Pani, 

która ją trzymała, pulchna hrabina szwedzkiego pochodzenia, była jedyną osobą, która 

się odezwała.

- No to już chyba przesada! Nadjana zlekceważyła ją.

- Oto jest Justitian - rzekła czystym głosem, patrząc wyzywająco swoim gościom 

w oczy. - On jest... specjalnym przyjacielem tego domu.

Szelmowski błysk w oczach Nadjany sprawił, że panie zaczęły uśmiechać się do 

siebie porozumiewawczo. Żadna już nie udawała, że potrzebuje soli trzeźwiących. Damy 

tłoczyły się wokół gospodyni i jej towarzysza.

Justitian   próbował   prosto   trzymać   głowę,   musiał   przyznać,   że   skierowana   na 

niego uwaga całej tej gromady rozgdakanych kur to naprawdę zabawne przeżycie.

background image

Niewiarygodnie   szybko   człowiek   przyzwyczaja   się   do   jedzenia   delikatnych 

pasztetów,   wędzonych   cielęcych   serc,   słodkich   ciasteczek   i   trufli!   Niewiarygodnie 

szybko, bowiem nie dalej niż dwa tygodnie temu Justitian leżał cuchnący w rynsztoku, 

ubrany jedynie w połatane spodnie.

Teraz miał wypomadowane włosy, a na palcu lśniący pierścień, ubrany był w 

błękitny   jedwabny   surdut   i   wąskie   skórzane   spodnie.   Lekkie   niczym   piórka   buty 

ozdobiono srebrnymi sprzączkami, Justitian męczył się tylko ze zbyt wysokimi obcasami.

Panie uznały, że wygląda wspaniale.

Żadna   z   nich   nie   chciała   uwierzyć,   że   to   ten   sam   nędzarz,   którego   Nadjana 

sprowadziła  do swego domu i pokazywała  im w czasie poprzedniego spotkania  jako 

budzące odrazę kuriozum.

- Nie wierzycie, panie, że zdołam stworzyć z niego księcia? - zapytała wtedy ze 

śmiechem. Dwie z pań musiały opuścić pokój, bowiem nie były w stanie znieść smrodu. 

Człowiek na noszach był najokropniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widziały. I 

najbrzydszym!

Nadjana oddaliła dwie pielęgniarki, które zniknęły z noszami, otoczone zapachem 

lekarstw i kwaśnego alkoholu, końskiego nawozu i dawno nie mytego ludzkiego ciała.

Panie gotowe były zakładać się o swoją biżuterię, że nie uda się Nadjanie spełnić 

tego, co obiecywała, a mianowicie, że niebawem przedstawi tego pijaka u dworu.

- Czy panie nie czytały historii o Pigmalionie? - zapytała, unosząc brwi. - Ten 

człowiek będzie moim dziełem. Stworzę go od nowa z tej kupki odpadów, którą dopiero 

co widziałyście. Ukształtuję go, dam mu duszę i twarz, i na koniec dam mu życie u mego 

boku! Będzie moim Galateanem!

Panie słuchały z otwartymi ustami.

Ledwie jedna czy dwie znały opowieść Owidiusza o rzeźbiarzu, który z pomocą 

bogini wyrzeźbił dla siebie żonę.

background image

ROZDZIAŁ VI

- Dlaczego, Nadjano? Co, na Boga, skłoniło cię, żeby...

- Nie marudź, mój drogi Stianie! Czy nie dość ci, że sypiasz w mojej jedwabnej 

pościeli, pijesz moje znakomite koniaki, że karmię cię osobiście kwiatkami z marcepanu?

- Owszem, owszem, jestem zadowolony, ale...

Położyła się na nim, przywarła wciąż tak samo krwistoczerwonymi wargami do 

jego   ust.   Justitian   czuł   ten   jej   wyjątkowy   zapach,   którego   nigdy   nie   potrafił   ziden-

tyfikować.   Ciężki,   obezwładniający   zapach.   Zapach,   który   powodował,   że   krew 

zaczynała   w   nim   krążyć   szybciej.   Drażniący,   podniecający,   a   jednocześnie   osza-

łamiający. Tak ciężki, że Justitian bywał zaskoczony, gdy otwierał oczy i widział, że to ta 

szczupła, jasna kobieta rozsiewa go wokół siebie.

Nadjana, królowa przemian.

- Bywa, że czuję się niczym te małpki, które eleganckie damy prowadzają za sobą 

na smyczy...

-   Ależ   najdroższy,   nie   wolno   ci   tak   myśleć!   Kobiety   prowadzają   małpki   ze 

względu na ich brzydotę. Chcą wytworzyć uderzający kontrast, w porównaniu z brzydotą 

zwierząt one same wydają się jeszcze piękniejsze. A ty... tak, ty jesteś i ładniejszy, i 

młodszy ode mnie, Stian!

- Młodszy może, ale...

- O połowę młodszy, mój kochany! I dwa razy taki urodziwy... w każdym razie 

teraz.

Pocałowała   go   znowu,   przesuwała   językiem   po   jego   mocnych   zębach   oraz 

pieściła miękką skórę po wewnętrznej stronie warg.

Stian   drżał   z   rozkoszy.   Nadjana   rzeczywiście   jest   niesamowita.   Na  co   on   się 

właściwie skarży? Dlaczego zastanawiają go motywy jej postępowania, dlaczego próbuje 

rozsypywać układankę Nadjany? Justitian opadł na piękne poduszki i kulił się pod jej 

doświadczonymi dłońmi. Wchłaniał w siebie ów ciężki zapach, oddalał się od świata, 

zostawiał go za zasłonami jej białych włosów. Z bliska widział, że mienią się w nich 

okruchy srebra. Małe, bardzo maleńkie ziarenka lśniącego metalu w jakiś kobietom tylko 

znany sposób zostały przymocowane  do włosów. Mieniły się niczym  jej oczy,  które 

background image

zresztą przeważnie były szare jak dym lub jak mgła nad morzem albo jak zimowe niebo. 

Wiało chłodem od tej jego ukochanej Nadjany. Ale gorętszej kobiety Justitian jeszcze nie 

spotkał. Nawet Sussa nie mogła się z nią równać...

O tamtej  nie myślał  już teraz tak  często. Była  niczym  dawny sen, sen, który 

wspomina  się niechętnie,  ponieważ tuż przed obudzeniem przemienił się w koszmar. 

Sussa przestała istnieć. Sussa i jej wargi, Sussa z tą swoją cudowną zuchwałością. Teraz 

jest Nadjana. Nadjana jest wężem, podczas gdy Sussa była kotem. Nadjana wkradła się 

podstępnie w jego ciało i zmysły, zostawiając po sobie lśniące, piekące ślady.

Justitian   leżał   teraz   z   przymkniętymi   oczyma,   pozwalał   ciału   odczuwać   jej 

wyrafinowane pieszczoty. Nie dręczyła go myśl o tych wszystkich, których przed nim 

pieściła, by dotrzeć do miejsca, w którym znajdowała się dzisiaj. Justitian wiedział, że 

życie   stawia   surowe   wymagania,   bardzo   surowe.   Córy   i   synowie   życia   muszą   je 

wypełniać. Człowiek robi wszystko, co trzeba, by przeżyć. I nie ma się na co skarżyć.

Nadjana była bliska ekstazy, Justitian czuł, jak przywarła do niego, jak wczepia 

się w jego ciało, gdy nagle dwoje nagich ludzi owionął zimny wiatr.

Grube   dywany   tłumiły   odgłos   kroków,   drzwi   wiodące   na   zewnątrz   również 

ukrywała   gruba   zasłona.   Dlatego   Nadjana   i   Justitian   niczego   nie   zauważyli   aż   do 

momentu,   gdy   silne   ręce   rozerwały   gwałtownie   ich   złączone   ciała.   Justitian   również 

znajdował się na granicy tej największej rozkoszy, gdy każdy mięsień pulsuje własnym 

życiem, nie potrafił się więc opanować na tyle, by zerwać się na równe nogi, zanim silna 

dłoń uniosła również jego z posłania. Ramię oplatające mu szyję było grube niczym pień 

drzewa. Słyszał nad sobą ciche, ostrzegawcze słowa.

W pokoju znajdowało się dwóch mężczyzn. Jeden z nich był nieprawdopodobnie 

czarny. Justitian zmrużył oczy. Co to za człowiek? A może to nie jest człowiek... Widział 

przecież kiedyś w szynku koło portu Turka, o znanym niemieckim zapaśniku, który łamał 

ludziom kości, też było głośno w okolicy. Ale on był biały niczym królewna Śnieżka w 

porównaniu z tym, który teraz trzymał mocno nagie ciało Nadjany. Kobieta wyglądała 

jak biały kwiat na czarnym tle. Justitian poczuł, że ciemnieje mu w oczach. Organizm nie 

zapomniał, że ledwie pięć tygodni temu on sam leżał na wpół umarły w rynsztoku z 

głową rozbitą o bruk.

- Nadjana, radzę ci, byś zachowywała się spokojnie. Moi ludzie i moje srebro 

background image

zrobiło swoje, nie przyjdzie tu żadna służba, żebyś nie wiem jak głośno krzyczała.

Oszczędź   sobie   upokorzeń!   Zapewniam   cię,   że   przybywam   w   przyjaznych 

zamiarach.

- Hrabio Noir - Eclant!  Wdarłeś się bezprawnie do mego domu! Będzie cię to 

drogo kosztowało!

- Nadjana dumna jak zawsze. Nie przestraszy się nawet mojego Murzyna. Nie 

mów  nic  więcej, Nadjano, nie  drażnij  mnie.  Bo mogę  zmienić  zamiar,  mogę  nabrać 

ochoty, by zniszczyć to miejsce, zamiast kochać...

Człowiek trzymający Justitiana  musiał  dać jakiś znak, bowiem Murzyn  puścił 

Nadjanę równie gwałtownie, jak przedtem uniósł ją w górę. Ona stała na podłodze wy-

prostowana,   nie   uczyniła   najmniejszego   gestu,   by   okryć   swą   nagość   przed   obcymi 

mężczyznami.   Nieprzyjemne   przeczucie   sprawiło,   że   Justitian   musiał   zamknąć   oczy. 

Wkrótce   ucisk   na   jego   gardle   również   zelżał,   Justitian   został   brutalnie   zepchnięty   z 

posłania niczym nieposłuszny pokojowy pies. Zerwał się na nogi, szukając po omacku 

spodni, wiedział, że jego nagość jest śmieszna i dużo bardziej beznadziejna niż nagość 

Nadjany. Murzyn wyprowadził go z pokoju i brutalnie popychając, skierował w stronę 

prywatnych pomieszczeń pani Ogrodu. Justitian chciał protestować, chciał zostać z nią, 

bronić jej do ostatniej kropli krwi, gdyby się to okazało konieczne. Nadjana jednak nie 

patrzyła na niego. Jej szare oczy stały się teraz ciemniejsze, wpatrywały się w hrabiego, 

jakby przyciągał je jakiś magnes.

Justitian domyślał się, że między tymi dwojgiem toczy się walka o władzę. Pod 

wyniosłością Nadjany dostrzegał lęk. Ona jednak ani jednym gestem nie pokazała, że 

życzy sobie obecności Justitiana.

-   Nadjana...   najpiękniejsza...   przyjmij   mój   dar.   Gdy   tylko   Justitian   i   czarny 

człowiek znaleźli się za drzwiami, hrabia upadł przy łożu na kolana. Wyjął zawiniętą w 

jedwab szkatułkę, którą z udawaną pokorą złożył u stóp Nadjany. Ona patrzyła na niego 

wciąż   tym   samym   zimnym   wzrokiem   i   nie   sprawiała   wrażenia,   że   zechce   przyjąć 

podarunek.

- O co ci chodzi, Max?

-   O   to   samo   co   zawsze,   moja   piękna,   mój   zimowy   kwiecie,   mój   zimny 

płomieniu... Chcę ci ofiarować mą rękę i herb oraz moją miłość...

background image

Nagie   ciało   Nadjany   pokryło   się   gęsią   skórką.   Szybko   podeszła   do   szafy   w 

ścianie, znalazła miękką pelerynę z króliczych skórek ufarbowanych na czerwono. Futro 

zwrócone   było   do   środka,   po   zewnętrznej   stronie   pelerynkę   pokrywał   gruby   jedwab 

haftowany   perełkami.   Okrycie   naprawdę   godne   królowej,   lecz   akurat   w   tej   chwili 

Nadjana najbardziej ceniła ciepło, które jej dawało.

-   Przybywasz   na   próżno   -   odparła   chłodno.   -   I   przybywasz   jako   gwałciciel   i 

złodziej, którym  w istocie jesteś, a nie jak pokorny wielbiciel! Skończ z tym  przed-

stawieniem, Max, i zabierz sobie swój dar. Nigdy nie będzie tak, jak chcesz! Nie będę 

przyjmować twoich darów, nie stanę się ofiarą twego gwałtu. Nie potrzebuję od ciebie 

niczego, nie boję się też twoich ciosów!

Mężczyzna wstał. Pochylił się nad nią. Nadjana skuliła się niedostrzegalnie na 

wspomnienie ich pierwszego spotkania przed blisko dziesięcioma laty.

On był hrabią, ona dziewicą nocy. Kupił sobie wtedy jej czas i jej oddanie, ale 

potraktował   ją  tak   okrutnie,   że   przez   wiele   dni   musiała   leżeć   w   łóżku,   czekając,   aż 

okaleczone ciało odpocznie. On...

Nie,   nie   chciała   o   tym   myśleć.   Hrabia   jest   zwyczajną   świnią.   Sadystyczną, 

perwersyjną  świnią. Hrabia czy nie, jest najbardziej odrażającym  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek spotkała. Zdawała sobie sprawę, że jego nienasycone żądze zostawiały po 

sobie ciała martwych kobiet i sponiewierane małe dziewczynki.

Hrabia Max Noir - Eclant był ostatnim człowiekiem, którego chciałaby widzieć w 

swoim domu.

Powinien się cieszyć, jeśli Aurora dobrowolnie zgodzi się go przyjąć w swojej 

specjalnej   izbie   urządzonej   w   piwnicy.   Aurora   z   biczami   i   żelaznymi   kajdanami,   z 

groteskowymi obrazami nad swoim czarnym łożem... Niektórzy mężczyźni szukają jej 

szczególnych pieszczot, a Nadjana, kobieta interesu, akceptuje to.

Teraz odrzuciła od siebie szkatułkę, która uderzyła o ścianę i otworzyła się.

Nadjana jęknęła widząc, co z niej wypadło. Na podłodze mieniło się coś jakby 

nieduża lśniąca strużka.

Diamenty!

Setki, może tysiące!

Przemyślnie   połączone   złotym   łańcuszkiem,   jakby   zrobionym   z   mnóstwa 

background image

maleńkich serduszek, ułożone w dwóch rzędach tworzyły piękny naszyjnik.

Ozdoba, jakiej Nadjana nigdy przedtem nie widziała.

Wspaniały symbol  małżeństwa.  Mieniący się niczym  anielskie  łzy.  Ciężki  jak 

bogactwo hrabiego. Twardy i zimny,  niewzruszony jak on sam. Łańcuszek został tak 

zrobiony, że nigdy nie zdołałaby go rozerwać, uwolnić się od niego.

-  Chcę  mieć  twój   Ogród,  Nadjano.  Chcę  mieć   ciebie...  ale   przede   wszystkim 

Ogród. To miejsce... piękniejsze niż moje zamki. Ono jest żywe, czego o zamkach nikt 

by nie powiedział. Miejsce, w którym spotykają się mężczyźni, które przypomina raj... 

Kocham to miejsce!

- Ja także. I ono jest moje! Tylko moje!

Hrabia podszedł do niej, pogłaskał dłonią w rękawiczce jej nagie ramię. Hrabia 

Max zawsze baczył, by strój, który nosi, pasował do jego nazwiska. Czarna Gwiazda... 

Noir - Eclant. Ubierał się zawsze w czerń i jasny granat, niczym nocne niebo. A diamenty 

były jego szaleństwem. Zgromadził ich tysiące, zbierał wszystkie, posiadające wielką 

wartość i pozbawione jej, kupował, gdy tylko dowiedział się o istnieniu nowych nawet w 

najdalszych częściach świata. Oprawiał je, tworząc fantastyczne ozdoby, albo po prostu 

naszywał je na ubrania. Nawet herb na drzwiach powozu otaczał wieniec diamentów. 

Czarny niewolnik hrabiego nosił w uchu diament wielkości gołębiego jaja.

Hrabia usiadł. W tej pozycji wyglądał równie imponująco, Nadjana wciąż przy 

nim stała. Mówiąc, patrzył jej prosto w oczy. Jego głos był stanowczy i zimny. Słowa 

jasne, wypowiadane tonem, co do którego nie mogła się mylić.

- Nie znasz nowego policmajstra, Nadjano. Nie znasz Himmericha... To potężny 

człowiek.   Razem   będziemy   teraz   rządzić   tym   miastem,   większość   szlachty   jest   nam 

podporządkowana. A on, ten nowy policmajster, siedzi u mnie w kieszeni po same uszy. 

Wystarczy, że kiwnę małym palcem, a pobiegnie załatwiać moje interesy. Na przykład 

tutaj...

Nadjana otworzyła usta, w jej oczach płonął gniew. Hrabia uniósł dłoń w pięknej 

skórzanej rękawicy, nakazał jej milczenie.

- Nie, nie, to się na nic nie zda. Wiem, że przeniosłaś na Himmericha przywileje 

starego policmajstra, któremu płaciłaś za to, że się nie wtrącał... Szybko działasz, moja 

droga. Naprawdę szybko jak na kobietę. Ale widzisz, twoje srebro nie wystarczy. Teraz 

background image

już nie. Kupowałaś sobie przyjaźń i milczenie przez blisko piętnaście lat, moja kochana. 

Ale teraz koniec. Teraz ja jestem właścicielem Himmericha!

Nadjana wierzyła  jego słowom.  Można wiele  zarzucić  Maxowi, ale nigdy nie 

przesadzał, mówiąc o swojej władzy. Nie było takiej potrzeby. Poczuła dawny strach, o 

którym myślała, że zniknął piętnaście lat temu. Nagle jakby znowu znalazła się na dnie 

łodzi pozbawionej wioseł, wydanej na łaskę wzburzonych morskich fal.

On mówił tym samym tonem:

- A więc rozumiesz, moja kochana, że nie masz wyboru. Latem zostaniesz moją 

panną młodą. Cudowną panną młodą! Myślę, że... owszem, powinnaś mieć białą suknię! 

Z diamentami! Moja narzeczona powinna być biała jak śnieg, od stóp do głów. Ludzie 

będą mrużyć oczy...

- Nigdy nie będę twoją narzeczoną - powiedziała cicho. Nie zwracał na to uwagi.

- Będziesz mieszkać w moim zamku Lille Skov, będzie ci tam naprawdę dobrze... 

gdy   tymczasem   ja   będę   tutaj   wypełniał   obowiązki   nowego   właściciela   Ogrodu.   Nie 

martw się jednak! Zamierzam cię odwiedzać, i to często... Mimo wszystko nikt tutaj nie 

ma takiej aksamitnej i białej skóry jak ty... Żadna z tych kobiet nie odpowiada bardziej 

moim tajemnym marzeniom. Pamiętam...

- A ja nie! I nie chcę pamiętać. Nie jesteś człowiekiem honoru, Max, nie będziesz 

moim narzeczonym. W żadnym razie nie nadajesz się na męża! Jestem wolną kobietą, 

musisz to zrozumieć. Dość mam mężczyzn, którzy chcieli mną rządzić, wykorzystywać 

mnie. Zawsze walczyłam tylko o wolność! I raczej złożę życie w ofierze, niż oddam się 

tobie!

Miała nadzieję, że hrabia zrozumie powagę jej słów. Miała nadzieję, że dotrze do 

niego, iż jego plany są niewykonalne. Wiedziała jednak, że nosił się z nimi od bardzo 

dawna. Od tamtej chwili, przed trzema laty, kiedy w towarzystwie króla spędził wieczór 

w Ogrodzie... To były królewskie urodziny. Uroczysty wieczór dworu. Zorganizowano 

go w jej Ogrodzie. To od tego momentu Ogród stał się czymś  więcej niż tylko eks-

kluzywnym domem publicznym.

-   Szkoda,   Nadjano.   Bardzo   żałuję.   Musisz   jednak   wiedzieć,   że   na   samym 

początku mojej listy znajduje się Ogród. Nie ty. Ale oczywiście bardzo bym chciał, byś 

zachowała zarówno życie, jak i urodę. Trochę mnie to gniewa, moja droga, kiedy z taką 

background image

złością odrzucasz propozycję małżeństwa. Pamiętaj, kim jestem, a kim jesteś ty! Damy o 

nieporównywalnie   wyższym   pochodzeniu   od   ciebie   przyjęłyby   tę   propozycję   z 

zachwytem.

- Ale ja ciebie znam - szepnęła i mimo ciepłego futerka przeniknął ją chłód.

Hrabia   wstał.   Podszedł   do   niej   i   przycisnął   z   taką   siłą   do   siebie,   że   ledwie 

dotykała palcami podłogi. Ucałował ją mocno, bardzo mocno.

- Pakt został przypieczętowany, moja droga. Przygotuję potrzebne papiery. Daję 

ci trzy miesiące na przygotowanie sukni, kwiatów, zaproszenie gości i wszystko inne, co 

uświetni ten ślub stulecia! I pamiętaj, suknia ma być biała!

Nadjana wciąż stała w tym samym miejscu, zmrożona, nie mogąc się poruszyć. 

Twarz,   którą   od   dawna   starannie   pudrowała   na   biało,   była   teraz   dużo   bielsza   niż 

najczystszy ryżowy puder.

Justitian został ulokowany w głębokim fotelu w Błękitnym Pokoju, Murzyn stał 

niczym żywa kolumna przy drzwiach, krzyżując ręce na piersi. Twarz bez wyrazu, czarne 

oczy nie uśmiechały się, lecz też nie były specjalnie nieprzyjazne. Po prostu ten człowiek 

nie   miał   prawa   do   posiadania   własnych   uczuć.   Był   przedłużonym   ramieniem   swego 

hrabiego, nie powinien samodzielnie myśleć.

Syn pastora wyprostował się na krześle, zaczął wkładać koszulę i kurtkę, które 

zdążył w ostatniej chwili schwycić. Nadal był bosy.

- Cóż to za przedstawienie? - zapytał.

Murzyn nawet nie drgnął. Justitian westchnął głęboko. Ten człowiek nie mówi po 

duńsku, a już w żadnym razie po norwesku. No cóż, trzeba czekać. Jeśli tamten ponury 

drab nie odebrał Nadjanie życia, wkrótce ona sama mu wszystko wytłumaczy.

Justitian   postanowił   wykorzystać   czas   na   przyjrzenie   się   temu   niezwykłemu 

człowiekowi, znajdującemu się teraz nie dalej niż trzy łokcie od niego. Czarny człowiek! 

Od stóp do głów. Czarno - czerwone ubranie przesłaniało większą część muskularnego 

ciała. Czarne, kędzierzawe włosy okrywały głowę. Kiedy jednak ów człowiek poruszył 

ręką, Justitianowi mignęła wewnętrzna część jego dłoni. Ze zdumieniem stwierdził, że 

jest biała!

To niezwykłe. Co by to było, gdyby tak ludzie w jego rodzinnej wsi spotkali tego 

rodzaju człowieka? Ależ by powstało zamieszanie! Mimo lęku i niepewności Justitian 

background image

musiał   się   uśmiechnąć   na   myśl   o   tym,   jak   by   zareagowało   stowarzyszenie   kobiet 

katolickich, gdyby ta istota nagle stanęła w drzwiach ich kościoła.

Mój Boże, pomarłyby chyba ze strachu! A jego ojciec... Ojciec być może widywał 

Murzynów w Kopenhadze w czasach, kiedy tu studiował? Owszem, statki ze wschodnich 

Indii przybywały wówczas i do kopenhaskiego portu.

Nagle   drzwi   za   plecami   czarnego   otworzyły   się   i   Justitian   zobaczył   błysk 

diamentów, gdy Murzyn odwrócił się i obaj mężczyźni zniknęli. Odetchnął z ulgą, je-

szcze   raz   głęboko   wciągnął   powietrze.   Dopiero   teraz   zdał   sobie   sprawę,   że   podczas 

całego zajścia oddychał bardzo płytko, niczym przestraszona mysz.

Teraz opanował się i wbiegł do Czerwonego Pokoju Nadjany.

Leżała na łóżku i wyglądało to tak, jakby zamierzała prosić go, by kontynuował 

akt, który został przerwany wtargnięciem intruzów.

Justitian   widział   jednak,   że   oczy   jej   lśnią,   jakby   miała   zamiar   się   rozpłakać. 

Takiego wyrazu jej białej twarzy nigdy jeszcze nie widział.

Nadjana, królowa, wyglądała niczym młoda, porzucona dziewczyna.

Sprawiała wrażenie przerażonej. Nie dodaje jej to urody, skonstatował Justitian z 

bijącym sercem.

- Znaleźliśmy się w poważnych tarapatach, Justitianie - oznajmiła Nadjana cicho.

Doznał dziwnej radości, słysząc, że użyła jego pełnego imienia. Gdy mówiła do 

niego Stian, to było tak, jakby zwracała się do... psa. Maryjka go tak nazywała kiedyś, 

dawno temu.

- Kim oni są? - zapytał, podchodząc do niej. Usiadł na krawędzi łóżka tuż przy jej 

biodrze, otulił kołdrą to nagle tak bezbronne ciało.

- To hrabia Max Noir - Eclant. Słyszałeś chyba o Czarnej Gwieździe?

- Tak, słyszałem. To postrach ulicznic... Mówią, że zamordował wiele swoich 

kochanek. I że on ma... że potrzebuje gwałtu. Najbogatszy człowiek w Kopenhadze! 

Pominąwszy króla.

Justitian przełknął ślinę, przypominając sobie, co robili z Sussą. Za nic by nie 

przyznał, że odrobinę rozumie tego ponurego hrabiego. Ale historie, jakie opowiadano 

sobie   szeptem   o   Czarnej   Gwieździe,   wywoływały   na   jego   policzkach   wstydliwe 

rumieńce i przyśpieszały oddech.

background image

- Być może to prawda. To w każdym razie niebezpieczny człowiek. Aż do tej 

pory   nie   odważył   się   mnie   tknąć.   Miałam   wpływowych   przyjaciół,   wielkich   do-

broczyńców. Nawet w Zamku, na samym szczycie...

Nie wymieniła królewskiego imienia, ale też nie było to konieczne. Teraz jednak 

nadeszły ciężkie czasy, wojna i niepokoje. Wielu jej młodych przyjaciół znalazło się na 

polach bitew. Król miał inne sprawy na głowie niż rozrywki w Ogrodzie Nadjany.

- Nowy szef policji... Himmerich... on tkwi w kieszeni hrabiego. Wiem, że to 

prawda. Ja sama tutaj, w ubiegłym tygodniu, zapłaciłam... Dwa woreczki srebra i wspa-

niały ogier krwi arabskiej... Hrabia chce dostać Ogród.

Justitian jęknął, chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak majętna jest 

Nadjana. Teraz jednak nic nie mogło jej pomóc.

- No to może sprzedaj mu ten Ogród.

- Żeby on go przerobił na szlachtuz i miejsce upokorzenia, żeby tutaj zaspokajał 

swoje ponure, złe zachcianki? Nie. Moje dziewczyny są innego rodzaju. To dumne istoty. 

I wrażliwe!

W słowach Nadjany brzmiała gorzka ironia, gdy mówiła o wrażliwości swoich 

dziewczyn. Justitian skinął głową. To prawda.

- I co teraz zrobisz, Nadjano? - szepnął, gładząc ją delikatnie po gęstych białych 

włosach. Były niczym grzywa, sprężyste, pokryte pachnącą pomadą.

- Nie wiem, Justitianie. Nie mogę na nikim polegać... z wyjątkiem ciebie. Ty 

jesteś jak dziecko, pojęcia nie masz o intrygach i wszystkich złych sprawach tego świata. 

Pozwolił, by w to wierzyła, lecz zacisnął zęby.

- Musisz mi pomóc. Musisz być moim przyjacielem, Justitianie.

W   jej   oczach   pojawił   się   jakiś   nowy   błysk,   patrzyła   teraz   na   niego   jak   na 

dorosłego mężczyznę. Nie był już pokojowym pieskiem. To skłoniło go, by pochylić się 

nad jej czerwonymi wargami. Tym razem kochał ją tak, jak doświadczony mężczyzna 

kocha   swoją   młodą   narzeczoną.   Nadjana   była   uległa   i   łagodna,   poddawała   się   jego 

pieszczotom, ale oczy wciąż miała zamknięte.

Kiedy obudził się nazajutrz, był w szerokim łożu sam. Czerwony Pokój zalewało 

światło   wczesnego   poranka.   Justitian   pociągnął   za   jedwabny   sznurek   przy   łóżku. 

Wkrótce weszła jedna z pokojówek Nadjany, niosąc tacę. Znajdował się na niej świeży 

background image

chleb, upieczony z puszystego ciasta, tak chrupki, że rozpływał się w ustach. Obok stała 

filiżanka   czarnej   kawy,   gorzkiego   napoju,   który   Justitian   zdążył   polubić.   Kawa   tak 

wspaniale człowieka ożywia, zwłaszcza po długich wieczorach z Nadjana, kiedy kochali 

się dużo i pili czerwone wino.

Cukierniczkę wypełniały po brzegi brązowe szlachetne kryształy. Justitian włożył 

dwa z nich do dymiącego napoju.

- Gdzie jest Nadjana?

- W swoim gabinecie. Prosi, by pan przyszedł tam natychmiast, gdy tylko pan zje 

i ubierze się.

Justitian w zamyśleniu skinął głową. Coś się najwyraźniej zmieniło, dziewczyny 

nigdy dotychczas nie zwracały się do niego per pan, mówiły po prostu Stian.

Spieszył się bardzo, nie dopiwszy kawy pobiegł przez korytarze i salony, które 

oddzielały prywatne pokoje Nadjany od reszty domu. Tam właśnie przyjmowała swoich 

klientów, planowała przyjęcia, załatwiała interesy.

Teraz siedziała za wielkim biurkiem, zasypanym arkuszami papieru. Na ostatnich 

atrament nie zdążył jeszcze wyschnąć.

- Usiądź, mój przyjacielu. Musimy porozmawiać. O wielu rzeczach dotychczas ze 

sobą nie rozmawialiśmy. Czas zabawy minął, Justitianie.

- Cieszę się z tego, Nadjano.

Ona uśmiechnęła się cierpko. Tamta dziewczyna z wczorajszego wieczoru znowu 

była dorosłą osobą. Nadjana jest i pozostanie królową.

- Justitianie, bardzo mało o tobie wiem. Pochodzisz z Norwegii, prawdopodobnie 

z   zachodu.   Twój   język   o   tym   świadczy.   O   ile   rozumiem,   jesteś   wykształconym 

człowiekiem. Dobrze jednak skrywasz różne tajemnice, podobnie jak ja. Nie mam nic 

przeciwko  temu,  będziemy  się lepiej  nawzajem rozumieć.  Teraz  jednak pora uchylić 

trochę zasłon. Muszę wiedzieć, kim jesteś.

Nie miał powodu niczego ukrywać.

- Nazywam się Justitian Revelin. Jestem synem proboszcza z Lyster. Urodziłem 

się dwadzieścia jeden lat temu, moja matka umarła w połogu. Wychowywałem się jako 

jedyny syn i życiowe rozczarowanie mego ojca.

Ostatnie słowa wypowiedział z goryczą, która Nadjanie powiedziała więcej niż 

background image

oszczędne słowa.

- Prowadziłem samotne życie, w otoczeniu książek. Z powodu pewnej kobiety 

zostałem   wysłany   do   Kopenhagi,   utrzymywał   mnie   tutaj   mój   zimny   ojciec.   Miałem 

zostać pastorem, Nadjano. Już prawie ukończyłem...

- Studiowałeś na uniwersytecie?

- Tam także. Oraz w niezliczonych gospodach, domach publicznych i knajpach...

- Dziękuję, to się zgadza. Kiedy cię znalazłam, byłeś wrakiem człowieka. Co z 

twoimi studiami? Przepiłeś wszystko?

- Tak można powiedzieć - rzekł Justitian z wolna - Ale akurat teraz nie żałuję nie 

zdanych egzaminów! Nigdy, nigdy nie wrócę do domu, do mego nieludzkiego ojca, i nie 

będę odgrywał roli jego wiecznie zapracowanego syna. Poza tym bez dyplomu pastora 

nie mam po co do domu wracać. Przynajmniej dopóki ojciec nie umrze... Zresztą nie 

potrwa to chyba długo. On jest stary niczym Matuzalem!

- Tak. Tak to wygląda... Nie możesz wrócić do domu, w każdym razie nie z tą 

hańbą,   jaką   na   siebie   ściągnąłeś...   Dobrze,   to   jasna   sprawa.   Znowu   okazuje   się,   że 

jesteśmy do siebie podobni. Ja też nie mam domu, nie mam nic oprócz Ogrodu. A teraz 

zostanę stąd wypędzona, Justitianie.

Justitian wytrzeszczał na nią oczy.

- Musisz stąd uciekać?

- Tak. Albo będę żyć jako żona hrabiego, czego nie życzę najgorszemu wrogowi, 

albo muszę stąd uciekać, równie szybko i potajemnie, jak niegdyś przybyłam. Tylko że 

tym razem nie odejdę z pustymi rękami...

- Ale, Nadjano... ty kochasz Ogród... to twoje życie...

- Ech, moje życie... Zdarzyło się w nim tak wiele. Może czas znowu coś zmienić - 

rzekła lekko. Słyszał jednak w jej głosie głęboki żal.

Justitian miał ochotę zapytać, co się z nim stanie, wiedział jednak, że brzmiałoby 

to bardzo głupio. I upokarzająco. Mimo wszystko jest przecież w stanie zadbać o siebie 

sam, nie musi się uzależniać od srebra tej kobiety!

Ale będzie ciężko. Będzie rzeczywiście trudno, niewiarygodnie szybko człowiek 

przyzwyczaja się do życia pośród ścian obitych jedwabiem...

- Co zamierzasz robić? - zapytał.

background image

- Ściany mają uszy - odparła. - Ale wiem już, co powinnam wiedzieć. Wracaj 

teraz i dokończ śniadania. Zagraj może w karty z Winnie.

Posłuchał.

Ona znowu pochyliła głowę i zajęła się pieczętowaniem grubego listu.

Stary człowiek nosił brokatowy surdut, a jego spodnie pochodziły od najlepszego 

krawca   w   mieście.   Po   lewej   stronie   przypiął   tyle   medali,   że   surdut   lekko   się 

przekrzywiał.   Wysoka   peruka   świadczyła,   że   jest   to   człowiek   bogaty   i   posiadający 

wpływy. Nie dodawało mu to jednak urody, twarz miał okrągłą i obwisłą z licznymi 

bliznami po dawnej ospie. Był pierwszym członkiem rady królewskiej. Nadjana sama 

poprowadziła go do gabinetu, pozwalając mu przedtem spędzić dłuższą chwilę pośród 

puchowych poduszek w towarzystwie lekko ubranych „dziewic” w pokoju haremowym.

- Proponuję ci kupno Ogrodu - rzekła Nadjana bez niepotrzebnych wstępów.

Stary o mało nie spadł z krzesła.

- Co ty mówisz, Nadjano? Proponujesz mi kupno Ogrodu? Ale... ale...

- Lubisz to miejsce, prawda? A ja wiem, że jesteś człowiekiem, który jest w stanie 

kupić sobie to, co lubi. Ogród jest teraz na sprzedaż...

- Masz rację, Nadjano. Jak dotychczas tylko jednego nie mogłem kupić... Liczę 

się jednak z tym, że ta cenna rzecz teraz także nie będzie wystawiona na sprzedaż?

Jego pożądliwe spojrzenie błądziło po głębokim wycięciu białej sukni Nadjany. 

Kobieta z uśmiechem potrząsnęła głową. Była nieziemsko piękna w tym białym stroju z 

maleńkimi   czerwonymi   rubinami   wpiętymi   we   włosy.   Kamyki   pogłębiały   barwę   jej 

warg.

- Wyjeżdżam stąd - odparła łagodnie.

Gość znowu miał większe powody do zastanowienia się, niż chciał to ujawnić.

- Wyjeżdżasz? Dokąd? Kiedy? Dlaczego? - jąkał oszołomiony.

-   To   naprawdę   nie   ma   znaczenia   -   odrzekła,   nagle   zmęczona.   -   Jedyne,   co 

powinieneś  wiedzieć,  to to, że proponuję ci kupno Ogrodu. Jeśli odmówisz,  podłożę 

ogień pod to wszystko. Nikomu innemu nie odważyłabym się powierzyć dzieła mego 

życia...

Mężczyzna wyprostował się na krześle.

- Oczywiście, że jestem zainteresowany. Choć ani przez sekundę nie wierzę w 

background image

twoją groźbę, to myśl o tym, że ów raj mógłby znaleźć się w płomieniach, jest nieznośna. 

Czasy jednak nastały ciężkie... wojenne podatki...

- Nie byłbyś sobą, gdybyś nie próbował mnie oskubać - rzekła Nadjana sucho. - 

Wiem, ile Ogród jest wart. I wiem, ile mniej więcej chciałbyś za niego zapłacić. Te dwie 

sumy bardzo się od siebie różnią. Ale jesteś człowiekiem honoru... Zawsze odnosiłeś się 

do moich dziewcząt z szacunkiem. Znasz poza tym dobrze korytarze na Zamku... Jesteś 

zaufanym króla.

Mężczyzna skinął głową. Patrzył na nią dumnie.

- Dlatego mówię ci: działaj szybko! Jeszcze dziś wieczorem daj mi znać i nie bądź 

zbyt skąpy. Jeśli tak postąpisz, już następnego wieczoru Ogród będzie twoją prywatną, 

małą kryjówką... i twoim zabezpieczeniem. Tutaj przepływają wielkie pieniądze... No 

cóż, nie muszę cię uczyć, jak robić interesy.

Oblizał wargi. Perspektywa posiadania tego luksusowego przybytku wydała się 

staremu pociągająca. Co za życie! Jakie szanse! Podstarzały radca dworu pragnął poznać, 

jakie wspaniałości kryją się w licznych pokojach Ogrodu Nadjany.

Wychodząc   obiecał,   że   jeszcze   tego   wieczora   przyśle   prawników   i   zaufanego 

wspólnika z dokumentami.

Nadjana przyjęła hrabiego ubrana na czarno. Nikt jej jeszcze nie widział inaczej 

niż w jasnych, letnich kolorach. Zresztą i dzisiaj nikt inny prócz hrabiego nie miał jej 

widzieć.

Białe włosy upięła wysoko, ozdobiła je wspaniałym  łańcuszkiem zrobionym  z 

serduszek i diamentów, który znalazła w szkatułce hrabiego. Suknia z jedwabiu z przodu 

i przy nadgarstkach miała mieniące się niebieskawo guziczki. Jedwab opinał piersi, co 

sprawiło, że ręka hrabiego drżała, gdy witał się z Nadjaną. Rękawy sukni były bufiaste, 

dół szeroki. Przy każdym kroku strój poruszał się niczym gigantyczny dzwon, choć to 

akurat nie było zgodne ze współczesną modą. Hrabia miał przez chwilę ochotę ukryć się 

pod tym czarnym jedwabiem.

Nadjanie dobrze było w czarnym.

Hrabia przyjął jej strój jako znak zgody na jego propozycję. Wybrała bowiem 

jego kolor. Zrezygnowała z własnych przyzwyczajeń, a więc będzie mógł ją kształtować 

niczym żywe srebro.

background image

Ucałował jej dłoń, popatrzył na nieruchomą twarz, która nie wyrażała niczego. 

Usiedli   i   podjęli   rzeczową   rozmowę   na   temat   zbliżającego   się   ślubu   oraz   spraw 

majątkowych.  Na koniec Nadjana dała  mu to, czego, jak sądził,  mógł  oczekiwać  od 

przyszłej małżonki. On obiecał, że zabierze ją już następnego ranka, by mogła zacząć 

urządzać nowy dom. Podróż potrwa około trzech dni. Dokumenty hrabia przygotuje sam. 

Jej zgoda to wszystko, czego potrzebował.

- Dobranoc, hrabino - powiedział późnym wieczorem i wymknął się z jej domu. 

Nadjana długo jeszcze leżała na kanapie, czuła na plecach ślady jego paznokci. Skóra 

piekła ją jak po uderzeniach biczem.

Justitian został obudzony przez Nadjanę, która głośnym szeptem nakazała mu się 

śpieszyć.

- Nie mamy czasu, Justitianie!  Wstawaj! Od tej nocy zależy nasze życie,  nie 

wolno się wahać. Nie wahaj się, jeśli jesteś moim przyjacielem! O nic nie pytaj!

Zaspany Justitian po omacku szukał ubrania. Nadjana szarpała go niecierpliwie, 

bała się, że będzie za późno.

- Nie zapinaj guzików! Zrobisz to później. Spakowałam twoje rzeczy... Wszystko, 

czego potrzebujesz. Musimy uciekać, dziś w nocy!

Nie zdążył o nic zapytać, nie wiedział zresztą, o co miałby pytać. Domyślał się, że 

ta ucieczka ma coś wspólnego z hrabią, że uciekając, ratują życie. Biegł za Nadjaną przez 

cały dom, zauważył, że pokonują wąskie i ciemne korytarze, w których nigdy jeszcze nie 

był. Wkrótce znaleźli się w obszernym pokoju, którego istnienia także nie podejrzewał.

Czekało tam już trzech panów, wszyscy w czerni. Zdyszana Nadjana zatrzymała 

się w drzwiach, ukłoniła im się z szacunkiem.

- Oto on! Możemy zaczynać!

background image

ROZDZIAŁ VII

Jeden z panów przedstawił się jako sędzia Laudidian Silberkrohne, drugi jako 

pisarz Fihn. Trzeciego Justitian rozpoznawał, to ten sam mężczyzna o nalanej, dziobatej 

twarzy,   którego   Nadjana   pokazała   mu   kiedyś   jako   zaufanego   radcę   dworu.   Potężny 

polityk. Ale wygląda dość żałośnie, uznał Justitian.

Nadjana   dygnęła   przed   najstarszym   z   panów,   przed   sędzią.   Teraz   Justitian 

zobaczył, że nosi on na szyi również specjalny znak biskupa. Sędzia był ubrany w sze-

roką, czarną pelerynę, z trudem ukrywającą kosztowną białą koszulę z jedwabiu. Pan 

Silberkrohne   wyglądał   niezwykle   elegancko,   nosił   spiczastą   bródkę   i   białą   wysoką 

perukę.

Nadjana wzięła Justitiana za rękę. Napotkał jej lodowato szare oczy, patrzyła na 

niego wzrokiem, jakiego jeszcze u niej nie widział. Było w nim coś ostrzegawczego, a 

zarazem coś uwodzicielskiego. Jak u kota, któremu ktoś próbuje odebrać zdobycz. W jej 

głosie brzmiała prośba, gdy mówiła do Justitiana cicho, odwróciwszy się plecami  do 

pozostałych panów.

- Pomóż mi, Justitianie. Nie widzę innej możliwości... poza tym ja cię kocham.

Poczuł ukłucie  w piersi.  Jej  słowa sprawiły,  że  serce zaczęło  bić mu  mocno, 

nierytmicznie, zaskoczony oddychał z trudem.

- Tak, to prawda, ja cię kocham. Wiem, że jesteś oszołomiony tym wszystkim, że 

masz tysiące pytań. Ale ja mam tylko jedno: zechcesz się ze mną ożenić?

Nie dała mu czasu na odpowiedź, ciągnęła dalej tym samym cichym głosem:

- Jeśli  zechcesz,   to  sędzia   natychmiast  udzieli  nam  ślubu,  tu, teraz.  Potem  ja 

podpiszę papiery i pożegnam się z Ogrodem,  Kopenhagą i z tym  przeklętym  hrabią. 

Zanim się rozwidni, już nas tu nie będzie, mój ukochany. Będziemy w drodze do twoich 

fiordów...

Nie odważył się zapytać, co by się stało, gdyby powiedział nie. Nadjana mówiła 

dalej:

- Jeśli mnie odtrącisz, wyjadę dzisiejszej nocy sama. Nie wiem jeszcze dokąd... 

Ty też będziesz musiał pójść własną drogą. Żadne z nas nie może tutaj zostać. Kiedy 

hrabia dowie się, co zrobiłam, nie będzie miał dla ciebie litości, Justitianie.

background image

Chciał odpowiedzieć, zdołał jednak tylko chrząknąć, rzucał niepewne spojrzenia 

na   panów   w   czerni,   niecierpliwie   czekających   w   rogu   pokoju.   Jeden   z   nich   zaczął 

przeglądać jakieś papiery.

- Nadjano... ja chcę, ale...

- Wiedziałam, wiedziałam, że się zgodzisz. Obiecuję ci, Justitianie, że będziesz 

miał dużo bogatsze życie niż większość mężczyzn!

Rozumiał,   że   nie   miała   przy   tym   na   myśli   ani   srebra,   ani   drogich   kamieni. 

Pocałowała go pośpiesznie, ujęła jego dłoń i poprowadziła ku sędziemu.

- Może pan zaczynać, szanowny sędzio - rzekła, a jej policzki zarumieniły się jak 

u prawdziwej panny młodej, kiedy Justitian przytulił ją mocno do siebie. Wznosił się nad 

nią niczym skała. I tylko oczy Nadjany mówiły, kto będzie naprawdę dominującą stroną 

w tym związku.

- Nie ma już Ogrodu, równie dobrze mogłabym podłożyć ogień pod wszystkie 

zabudowania - rzekła Nadjana. Justitian nigdy nie widział bardziej zasmuconej kobiety, 

dziwił się tylko, jak to możliwe, że Nadjana nie uroniła dotychczas ani jednej łzy.

Szacowni panowie poszli już sobie, wszyscy bardzo zadowoleni z darów, jakie 

otrzymali za dobrą wolę i prawdopodobnie również za milczenie. Ten, który miał zostać 

nowym  właścicielem  Ogrodu, nie zadowolił się uściśnięciem ręki Nadjany.  Objął ją, 

przytulił i na oczach świeżo poślubionego męża ucałował mocno jej usta.

Nadjana   pozwoliła   na   to.   Nadjana   wiedziała,   że   jest   to   cena   za   jego   opiekę. 

Będzie miał pełne ręce roboty z hrabią, ale też jego ręce są silne, ten człowiek potrafi 

oprzeć się burzy.  Już zaczynał  się cieszyć  na te intrygi, walkę o władzę i zło, które 

wniesie trochę ożywienia w jego dostatnie, lecz nudne życie. On będzie walczył o Ogród 

tak, jak ja sama bym walczyła, myślała Nadjana. Ten starzec będzie żył bardzo długo, 

ponieważ teraz ma po co żyć.

Ja mogę odjechać.

Ja i Justitian.

- Nie ma już Ogrodu - powtórzyła, a Justitian pogładził jej gładkie włosy, które w 

zimnym blasku księżyca wydawały się jeszcze bielsze.

Nagle uświadomił sobie, że nie odwzajemnił jeszcze jej wyznania miłości.

- Kocham cię, Nadjano - szepnął i nagle zdał sobie sprawę, jaki głęboki sens mają 

background image

te słowa.

To była prawda. Kochał ją, ale wcześniej o tym nie myślał.

- Jedziemy do domu, Justitianie.

- Do domu?

- Tak. Do Lyster!

Odsunął się lekko na bok, lecz Nadjanie wydawało się, że dzielą ich mile.

- Ja chyba nie mam domu, Nadjano. Nie sądziłem...

- Wiem, mój kochany. Domyślałam się wielu rzeczy. Nie musisz nic mówić, nie 

musisz mi opowiadać o swoim okrutnym ojcu i o zapadłej wsi ani o utraconej miłości. Ja 

wiem, jak to boli, mój drogi. Ale teraz sytuacja się zmieniła.

Skinął głową, wszystko stało się tak szybko.

Jego żona jest uciekinierką. Bardzo bogatą uciekinierką.

Justitian bez trudu mógł ją sobie wyobrazić w gabinecie ojca, widział, jak się 

uśmiecha, jak promienieje, choć nie ma na sobie ciężkiej biżuterii.

Ojciec nie zdoła jej się oprzeć. Oczaruje również jego. Ale czy do tego stopnia, by 

zapomniał   o   przerwanych   studiach   syna?   Czy   na   tyle,   by   dostrzegł   w   swoim   synu 

mężczyznę?

Justitian nie wiedział.

Nadjana wstała z niskiej ławki.

Podała   mu   jakiś   papier.   Na   cieniutkim   pergaminie   znajdowała   się   czerwona 

pieczęć. Czarny atrament tworzył rozmaite wzory. Justitian widział krzyż i koronę oraz 

ozdobne litery.

To jego dyplom.

Świadectwo,   że   został   sługą   Pana.   Szeroki   uśmiech   rozjaśnił   twarz   młodego 

człowieka.

- Wracamy do domu - powiedział.

Jakiś   ptak   śpiewał   w   jego   piersi.   Nigdy   przedtem   nie   odczuwał   niczego 

podobnego.

Łzy spływały mu z oczu, Nadjana ocierała je swymi włosami.

- Wszystko w porządku - szeptała. - Nie będzie nocy poślubnej w Ogrodzie, mój 

przyjacielu. Za to będziemy mieć podróż poślubną.

background image

- Wracamy do domu - powtórzył, ale ona w jego głębokim męskim głosie słyszała 

dziecięcą, pełną lęku tęsknotę.

Ledwie   znaleźli   dla   siebie   miejsce   pośród   wszystkich   skrzyń   i   worków 

załadowanych   do   powozu.   Mały,   obdarty   mężczyzna   siedział   na   koźle   i   coś   gryzł. 

Szczęki poruszały się miarowo.

Justitian wniósł bagaż do powozu z resorami, które uginały się pod ciężarem. 

Nadjana stała, przestępując z nogi na nogę, Justitian wiedział, że czegoś się boi. Nie 

powiedziała   nic,   on   jednak   domyślał   się   tego   rodzaju   lęku,   jaki   odczuwa   lis,   który 

stwierdził, że psy wpadły na jego trop.

Nareszcie usiedli, opierając nogi na jakichś workach. Koń ruszył z miejsca, koła 

w stalowych obręczach zadudniły po bruku.

Nadjana nie powiedziała nic woźnicy, ale on bez wahania skierował się w stronę 

portu. Ulice pogrążone były w ciszy. Justitian nie miał odwagi wyglądać przez okienko. 

Smutno było tak odjeżdżać bez pożegnania.

Daleko za sobą słyszeli echo końskich kopyt i łoskotu kół.

Raz czy drugi wydawało się Justitianowi, że echo żyje jakby własnym życiem. A 

kiedy powóz zatrzymał się w porcie, słyszał, że echo brzmi nadal.

Z   ciemności   wyłoniło   się   pięciu   mężczyzn,   bez   słowa   zaczęli   wyładowywać 

skrzynie i wnosić je po drewnianym pomoście na stateczek, którego zarysy widzieli w 

mroku.

Nadjana dała ludziom wypełnioną sakiewkę.

Wtedy usłyszeli kroki.

Mdła   pochodnia   nad   drzwiami   gospody   przy   bocznej   ulicy   oświetliła   trzy 

niewyraźne postaci na rogu. Parsknął jakiś koń.

- To hrabia - powiedziała Nadjana cicho.

Teraz w jej głosie nie było lęku, jedynie chłodna konstatacja.

Justitian poczuł, że robi mu się gorąco. Kolana drżały.

Pięciu mężczyzn zamarło w bezruchu jak na rozkaz.

Nadjana   pochyliła   się   nad   swoją   podróżną   torbą.   Wyjęła   z   niej   niewielką 

szkatułkę.

- To jest Moulinaar - szepnęła do jednego z pięciu pomocników. - Jest wasz. 

background image

Będzie wasz, jeśli wyjdziemy stąd żywi.

Mężczyzna wahał się przez chwilę.

- Kim są ci ludzie?

Nadjana  głęboko wciągnęła  powietrze.  Uznała,  że  należy mówić  prawdę.  Ten 

człowiek zasłużył sobie na to, by wiedzieć, z czyich rąk zginie.

- To hrabia.

- Ten czarny?

- Tak. I dwaj jego najlepsi ludzie!

W jej wzroku tliło się wyzwanie, które bardziej niż diamenty skłoniły mężczyznę 

do podjęcia walki.

Szorstka dłoń wyjęła szkatułkę z opiętych rękawiczkami rąk Nadjany.

- Proszę wejść na pokład, pani - powiedział. Kącikiem oka Nadjana dostrzegła, że 

ludzie hrabiego podchodzą bliżej.

Justitian pociągnął ją lekko za rękaw.

Drewniany pomost wydawał się nieskończenie długi.

A statek sprawiał wrażenie wymarłego.

Obcasy Nadjany stukały głośno o deski. Zanim ona i Justitian zdążyli dojść do 

burty statku, na nabrzeżu rozgorzała milcząca walka.

Któryś z ludzi hrabiego rzucił się do pomostu, ale właściciel diamentu okazał się 

szybszy.   Jeden   z   jego   pomocników   padł   od   miecza   wysokiego   cienia.   Inny   leżał 

zakrwawiony   na   skraju   nabrzeża.   Ciemna   woda   wabiła   go   w   dół,   w   końcu   upadł   z 

pluskiem.

Gdy tylko Nadjana dotknęła stopą pokładu, statek ożył. Justitian ze zdumieniem 

stwierdził, że przynajmniej dziesięciu mężczyzn zaczęło bez słowa naciągać liny i nad 

pokładem rozpostarł się szeroki żagiel.

Dopiero  teraz Justitian  zauważył  wiatr. Osuszył  mu  pot z czoła, przenikał  do 

szpiku kości. Justitian poczuł, że jest mu chłodno, ale myślał jasno.

Na brzegu rozległ się strzał.

Kula.

Ktoś powalił Justitiana na ziemię.

Ktoś pchnął go mocno, Nadjana czołgała się wzdłuż burty. Poszedł w jej ślady, 

background image

znowu chodził na czworakach niczym pies. Teraz jednak ona także szła w ten sposób.

Od strony lądu nadal padały strzały, słyszeli je jeszcze długo, gdy statek opuścił 

już nabrzeże, a jego żagle łopotały na wietrze.

Dopiero kiedy kule przestały uderzać w burtę statku, Justitian pojął, że tym razem 

im się udało.

Nadjana powiedziała jednak:

- Jego najszybszy statek jest teraz w Lubece. Drugi co do szybkości popłynął do 

Indii, ale w porcie stoi „Lilith”.

- Czy to szybki statek? Myślisz, że naprawdę...?

- On z pewnością chciałby nas ścigać. Chociaż może nie, nie wiem. Kiedy się 

jutro dowie, że zostałam norweską pastorową, być może zostawi nas w spokoju. Mimo 

wszystko Ogród i tak już utracił. Mnie również.

- Czy ty myślisz, że... zechce nas zabić?

- Chciałby na pewno. Hrabia jednak nie jest głupi. Potrafi ocenić sytuację i uznać, 

że   przegrał.   Mimo   wszystko   jednak   musimy   być   przygotowani.   Tylko   że   trudniej 

zamordować   pastorową   niż   jakąś   samotną,   pozbawioną   tytułów   uciekinierkę.   Nawet 

hrabia musi się z tym liczyć.

Justitian uznał, że najlepiej będzie, jeśli uwierzy jej słowom.

Na ciemnej wodzie za nimi pojawiły się srebrne smugi.

Księżyc   był   widocznie   po   ich   stronie.   Dotychczas   ukrywał   się   za   gęstymi 

chmurami.

W kajucie stało mnóstwo skrzynek z winem, kosze pełne suszonych owoców, 

wędzonego mięsa, słodkich podpłomyków i słonego żytniego chleba oraz twardego sera. 

Nadjana poprosiła Justitiana, by usiadł.

Dziwnie było czuć znowu kołysanie statku. Justitian ze zdziwieniem stwierdził, że 

napełnia go to jakimś niepojętym smutkiem. W pierwszym momencie chciał uwolnić się 

od tego uczucia. Miał wrażenie, jakby po wielu latach spotkał dawnego przyjaciela.

Dziecko. Młody chłopak, którego te same fale kołysały do snu tak dawno temu. 

Wówczas   również   statek   orał   tę   samą   wodę,   szedł   jednak   w   przeciwnym   kierunku. 

Wtedy chłopiec tak bardzo zaciskał szczęki, że słychać było zgrzytanie zębów.

Przez chwilę Justitian miał nadzieję, że spotka znowu tamtego młodego chłopca. 

background image

Że gdzieś tutaj na powierzchni rozległej wody znajduje się magiczny punkt, w którym 

będzie mógł spotkać tamtego Justitiana, pozdrowić go i pożegnać na wieki.

Nadjana rozebrała się.

W kajucie było chłodno.

Ona jednak tego nie zauważała.

Suknia,   Justitian   dopiero   teraz   zorientował   się,   że   nie   jest   czarna,   lecz 

ciemnoczerwona, opadła na podłogę przy jej szczupłych kostkach.

Bieliznę miała białą i śliską, bez sukni wydała mu się bardziej znajoma i bliska. 

Do takiej Nadjany był przyzwyczajony. Ubranej w jasne, mieniące się kolory. Doznawał 

wrażenia,   że   dzisiejszego   wieczoru   pożegna   coś   więcej,   nagle   zobaczył,   że   Nadjana 

pośpiesznie zdjęła białą bieliznę i zastąpiła ją czarną.

Motyl został wypędzony z Ogrodu.

Jeśli chce przeżyć, musi włożyć inny kostium. Musi włożyć coś, co sprawi, że 

drapieżne tutejsze ptaki niezbyt szybko zauważą zdobycz. Coś ciemniejszego, mniej rzu-

cającego się w oczy. Nadjana pomyślała również i o tym.

Podróżuje teraz młoda pastorowa i tylko jej spojrzenie świadczy, że nie bardzo 

pasuje do tej roli.

- Justitianie, dziękuję ci, że mnie zechciałeś.

Te słowa zdawały się teraz nie mieć sensu. Nie był w stanie odpowiedzieć jej tym 

jedynym   banałem,   który   akurat   tym   razem   zawierał   najszczerszą   prawdę,   że   to   on 

powinien dziękować.

W ich wzajemnym stosunku zawsze tak było.

Mimo to widział, że Nadjana naprawdę myśli to, co powiedziała.

Dlatego skinął tylko głową.

Uśmiechnęła się do niego i nadstawiła twarz, by ją pocałował.

To   też   było   nowe.   Zwykle   dbała,   by   leżał,   a   przynajmniej   siedział,   kiedy 

zaczynała swoje pieszczoty.

Justitian objął mocno jej szczupłą talię. Była taka leciuteńka. Uniósł ją wysoko, z 

przyjemnością odczuwał siłę własnych mięśni. Jej twarz znalazła się przy jego twarzy, 

Nadjana nie dotykała stopami ziemi. Justitian zauważył, że podłoga się pod nim kołysze, 

starał się więc jak mógł zachować równowagę, wciąż trzymając Nadjanę w objęciach.

background image

Ona zarzuciła mu ramiona na szyję i ucałowała. Potem objęła jego biodra udami, 

jakby się wspinała po słupie. Justitian nie musiał jej już przytrzymywać, pieścił dłońmi 

jej delikatną skórę. Czuł napinające się pod nią mięśnie, nigdy przedtem ich u Nadjany 

nie widział.

Przeniósł ją do niezwykle  szerokiej koi. Kiwała się pod nimi w rytm  ruchów 

statku pokonującego fale.

Nadjana położyła się na nim, nadal mocno obejmując go nogami.

A kiedy się z jej objęć uwolnił, skuliła się u jego boku i leżała tak, głaszcząc go 

delikatnie.

Justitian czuł się w jakiś sposób nowy i odrodzony.

Sygnały, jakie teraz do niego wysyłała, były tak odmienne, że wprost nie mógł 

uwierzyć, iż to jest Nadjana, właścicielka Ogrodu.

- Teraz to twoja Nadjana - odpowiedziała mu na nie zadane pytanie.

Rozpierała go siła. Było to wyzwalające doznanie. Ujął obiema rękami jej piersi, 

jakby to były dwie pomarańcze, które on waży w dłoniach i mierzy, zanim je rozgryzie 

pozwoli,   by   ich   sok   spływał   mu   po   brodzie.   Nadjana   była   co   najmniej   tak   samo 

egzotycznym owocem. I teraz naprawdę należała do niego.

Była ciepła, znajoma. Wciąż obejmowała go rękami za szyję, ale nie drżała, nie 

bała się.

Prawie go to zaskoczyło.

Przez chwilę czuł się rozczarowany. Zaraz jednak przytulił ją do siebie mocno. Jej 

usta smakowały jak pomarańcze, były tak samo miękkie, ciepłe i soczyste.

Cieszył się, że ona nie słyszy jego myśli.

Usta Marji z pewnością nie miały takiego smaku.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Lyster, 28 kwietnia

Twarz   Gjertrud   była   nabrzmiała   niczym   grzyb   po   deszczowej   nocy.   Marja   z 

troską patrzyła na nogi swojej opiekunki, nie mieszczące się w butach. Spostrzegła, że 

srebrna obrączka znikła prawie całkiem pomiędzy fałdami podeszłej wodą skóry. Palce 

przypominały grube kiełbaski.

- Dzisiaj wyglądasz dużo lepiej - zawołała wesoło.

- Dziękuję.  Wprawdzie  nie  czuję  się  dobrze,  ale  myślę,  że  wkrótce  wszystko 

minie   -   westchnęła   Gjertrud,   przesuwając   się   mozolnie,   by   zrobić   Marji   miejsce   na 

krawędzi łóżka.

Leżała w przestronnym, jasnym salonie w Enkesetet. Były tam duże przeszklone 

okna, ramy jeszcze pachniały świeżym drewnem. Anton wniósł wielkie małżeńskie łoże 

właśnie do tego pokoju, bo wiedział, że Gjertrud bardzo go lubi. Poza tym nie można jej 

było już dłużej  narażać  na wysiłek  pokonywania  schodów  wiodących  do sypialni  na 

piętrze.

Gjertrud   leżała   w   blasku   wiosennego   słońca,   które   bezlitośnie   ujawniało   sine 

worki   pod   oczami   brzemiennej   kobiety.   Skórę   miała   napiętą,   a   jednocześnie   jakby 

obwisłą. Usta bezbarwne. Nawet włosy sprawiały wrażenie starszych, utraciły blask i 

sprężystość.

Marja pogłaskała ją po dużym brzuchu.

- Wychodź już, ty mały łobuziaku, bo robisz się za duży i za ciężki, mama nie ma 

już siły cię dźwigać!

- To dobre dziecko - rzekła Gjertrud i położyła dłoń na ręce Marji. Wielki brzuch 

nie był twardy; jakby napełniony cieczą, przypominał skórzany worek z mlekiem.

- Naprawdę dobre dziecko - powtórzyła Gjertrud, uśmiechając się błogo z oczyma 

pełnymi macierzyńskiej miłości. - Nie kopie zbyt często, czuję jednak, że się porusza. 

Takie   spokojne,   łagodne   ruchy.   Jakby   się   zastanawiał,   zanim   zmieni   pozycję   - 

zachichotała.

- Widzę, że już go znasz.

- Tak - odparła Gjertrud trochę skrępowana. - Czy to dziwne?

background image

Marja potrząsnęła głową, uniosła brwi w górę, ale nie powiedziała ani słowa.

Nie rozpoznawała tego blasku, który dostrzegała w zmęczonych oczach Gjertrud. 

Nie rozpoznawała dziwnego tonu jej głosu. Ona, kiedy nosiła bliźnięta, nie odczuwała 

niczego takiego. Ale może to normalne.

- Czy w ostatnim czasie zauważyłaś coś specjalnego? Marja uważała, że brzuch 

Gjertrud jest zbyt  wielki i sterczący,  w każdej chwili można się spodziewać porodu. 

Zgodnie z nowym kalendarzem dziecko powinno było przyjść na świat dwudziestego 

piątego kwietnia.

- A co miałabym czuć? Przecież ja nie wiem, jak to jest... Młoda kobieta najlepiej 

jak potrafiła pouczała starszą.

- Będziesz być może odczuwać jakiś niepokój w ciele. Może ból w plecach...

- Plecy zawsze mnie bolały.

- Tak, ale to będzie inny ból. Jakby ucisk, jakby coś pchało się w dół.

Gjertrud słuchała z zainteresowaniem i kiwała głową, choć Maryjka opowiadała 

jej o możliwych objawach po raz co najmniej dwunasty.

- A poza tym plamienie.

- Nie, niczego jeszcze nie zauważyłam. Maryjka zmieniła temat.

Zobaczyła stos ubranek na małym stoliku przy łóżku. Brała po kolei koszulki i 

kaftaniki, oglądała je w blasku słońca przy oknie, zwróciła uwagę, że zostały uszyte z 

bardzo dobrego materiału.

- Śliczne. Takie śliczne... i malutkie.

- Ja też tak uważam. Ale tak powinno być, tak mi mówiono.

- Będziesz go krępować?

- A czy wszyscy tak nie robią? A ty sama? Bliźniaki...

- Oczywiście. Związywałam je mocno, tak jak mi pokazała mama Karla. Ale... 

wydaje mi się, że jest w tym coś nienaturalnego. Jakby jakieś przesądy, coś niegodnego...

Gjertrud roześmiała się. To cała Marja! W mgnieniu pamięci z innego świata 

Gjertrud   zobaczyła   maleńką   Maryjkę,   która   zawsze   gwałtownie   protestowała,   gdy 

opiekunka brała świeżo uprane powijaki, by związać mocno niemowlę, którym Maryjka 

wtedy była. Opowiedziała o tym. Marja uśmiechała się blado.

- Zawsze matki tak robiły. Żadna nigdy nie pytała dlaczego. Ale z drugiej strony 

background image

jest też prawdą, że nóżki dziecka są silniejsze, jeśli zostawić im swobodę...

Rozmowa   ucichła,   gdy   na   twarzy   Gjertrud   odmalowało   się   jeszcze   większe 

zmęczenie.

Marja wstała z łóżka, odłożyła na miejsce maleńkie koszulki i czapeczki. Okryła 

kołdrą swoją przybraną matkę.

- Spij teraz, Gjertrud. Musisz zbierać siły. Widzę, że to już niedługo. Pomyśl, jak 

to będzie cudownie trzymać go nareszcie w ramionach!

Gjertrud westchnęła zadowolona i przymknęła oczy.

Wierzyła  we wszystkie  piękne opisy Marji. Dodawały jej  odwagi,  chociaż  na 

moment odpędzały lęk.

Wszystko będzie dobrze. Marja jest o tym przekonana. A Gjertrud jej wierzy.

Marja   wyszła   przed   dom   i   zawołała   bliźniaki,   które   bawiły   się   na   zalanym 

wiosennym   słońcem   podwórzu.   Z   kawałków   drewna   robiły   łódeczki,   które   miały 

żeglować po ogromnych kałużach, jakie powstały po nocnym deszczu.

Amelia   była   brudna   i   kompletnie   przemoczona,   ale   cudownie   zarumieniona. 

Wymachiwała kawałkiem drewna, który właśnie miał żeglować przez siedem mórz.

Martin siedział skupiony i wycinał literki na swoim kawałku drewna. Jego łódź 

miała mieć nazwę. Zamierzał wyposażyć ją w maszty i żagle, a nawet w maleńki szałas 

na pokładzie, dlatego nigdy podczas zabawy nie zdążył zrobić wszystkiego, jego łódki 

rzadko kiedy pływały po wodzie.

Amelia ujęła matkę za rękę, spojrzała na jej zatroskaną twarz i domyśliła się, że z 

babcią nie wszystko jest w porządku. Ścisnęła mocniej dłoń Marji, bo wtedy czuła się 

bezpieczniejsza.

- Mamo, czy dziecko urodzi się już niedługo?

- Tak. Niedługo.

-   Czy   to   jest...   niebezpiecznie   urodzić   dziecko?   Marja   spojrzała   na   małą 

zatroskana,   chciała   się   uśmiechnąć,   ale   zmieniła   zdanie,   uznała,   że   pytanie   córeczki 

należy potraktować z największą powagą.

Martin wciąż obrabiał swój kawałek drewna. Stał w pewnej odległości od nich, 

ale Marja wiedziała, że odpowiedź na pytanie Amelii interesuje również jego.

- Nie jest to bardziej niebezpieczne niż samo życie, moje dziecko. Nikt z nas 

background image

przecież nie wie, jak długo będzie zdrowy ani jak długo będzie żył, prawda? Urodzenie 

dziecka to dla kobiety jakby jeszcze jedno wzniesienie, które musi pokonać. Nie może 

tego uniknąć.

- Mama Olego umarła - szepnęła Amelia. Marja pogładziła ją po włosach.

- Tak. Umarła.

- Dziecko też.

- Mhm.

Marja nie chciała zapewniać dzieci, że babcia przeżyje. Nagle przyszło jej na 

myśl, że córeczka wcale takich zapewnień nie oczekuje.

-   Będziemy   się   za   nią   modlić   -   powiedziała   Amelia   uspokojona   i   pociągnęła 

matkę za rękę, bo chciała już iść dalej.

Zdawało się, że wszystkie jej zmartwienia ustąpiły. Marja już nie raz dziwiła się, 

jak to się dzieje, że takie małe dziecko znajduje pociechę w modlitwie.

Ani ona, ani Karl nie byli przecież zbyt dobrymi przykładami pod tym względem.

Oboje częściej przeklinali, niż się modlili.

Nagle drgnęła w niej jakaś ukryta struna.

Może to krew pastora...? Czy to możliwe?

Pojawiła się przed nią twarz Justitiana, natychmiast jednak rozwiała się, zaraz 

potem Marja zobaczyła surowe spojrzenie Revelina. Zaczęła się w duchu modlić, nie 

zdając sobie z tego sprawy, by krew tego złego człowieka nie zatruła czystej duszyczki 

dziecka.

Karl nie wrócił jeszcze z pola, kiedy Marja i dzieci otrząsali błoto z butów na 

kamiennej płycie przed wejściem do domu w Oppdal.

Marja posłała Martina po wodę do strumienia, Amelia szybko zawiesiła saganek z 

wodą nad paleniskiem  i  zaczęła  dmuchać  w  żarzące  się pod popiołem  węgle.  Marja 

wyjęła   ze   skrzyni   suszone   mięso,   oczyściła   korzenie   pokrzyw   z   młodymi   pędami, 

których  nazbierali po drodze. Przynieśli  też ziarna  kminku  i smakowite świeże  pędy 

dzikiego czosnku.

Marja   zmieszała   zioła   z   przetartym   ziarnem   jęczmienia   oraz   z   wywarem   z 

krwawej   kiszki,   którą   jedli   poprzedniego   dnia.   Dołożyła   jeszcze   ziół   ze   słoiczków, 

stojących   nad   drzwiami,   wszystko   razem   posypała   drobnymi   kawałeczkami   suszonej 

background image

baraniny.

Wyszła z tego pyszna pachnąca zupa. Marja bardzo lubiła zaskakiwać swoich 

bliskich potrawami, jakich przedtem nie próbowali. Rzadko się zdarzało, że dawała im na 

obiad   solonego   śledzia   z   podpłomykami,   co   było   powszednim   jedzeniem   w   małych 

gospodarstwach. Ale kiedy nie było jej w domu, gdy szła do szkoły albo do Enkesetet 

czy w odwiedziny do Dosen, wtedy Karl sam musiał przygotowywać sobie obiad. Dzięki 

temu solonych śledzi w beczce wciąż ubywało. Karl twierdził, że lubi te twarde, śliskie, 

solone ryby z oczyma tak martwymi i zamglonymi, że Marja zawsze musiała odwracać 

głowę, kiedy wydłubywał je czubkiem noża.

Karl   nadszedł,   tupiąc,   słyszeli,   jak   czyści   swoje   drewniaki   przed   domem. 

Otworzył drzwi, przywitał się z dziećmi, żartując i przytulając je do siebie. Marja od-

wróciła się ku drzwiom, posłała mu uśmiech. Widziała, jak bardzo się ucieszył, zdążyła 

też   zauważyć,   że   przez   ułamek   sekundy   oczekiwał   czegoś   innego.   Karl   nigdy   nie 

traktował jej uśmiechów ani pieszczot jako czegoś, co mu się należy. To ona sama zasiała 

w jego sercu niepokój i lęk, to ona nauczyła go, że jest niestała jak wiatr. Karl był niczym 

dziecko, wiedziała, że może go kupić za odrobinę słodyczy. Tyle że za słodycze innego 

rodzaju   niż   te,   które   od   czasu   do   czasu   przynosił   dzieciom.   Karl   buntował   się   też 

czasami,   jak   tamtego   wieczora,   kiedy   wyznał   jej,   że   chciałby   mieć   więcej   dzieci. 

Przeważnie jednak zachowywał spokój i pozwalał jej zajmować się swoimi sprawami. 

Zawarli   jak   gdyby   milczące   porozumienie,   Marja   wypełniała   je   bez   protestów. 

Ograniczyła swoje wyjścia z domu do trzech, czterech dni w tygodniu. Wieczory zrobiły 

się krótsze. Była zwykle w domu, kiedy dzieci się kładły spać i mogła ucałować je na 

noc. Karl bardzo to lubił, lubił, kiedy Maryjka była matką.

I żoną.

Jak teraz.

Jego oczy powiedziały jej, czego oczekuje od niej w ten czwartkowy wieczór. 

Ona nie przestała się uśmiechać, poprosiła tylko, żeby przyniósł jeszcze jedno wiadro 

wody, bo zamierza umyć włosy. To był dla niego wystarczający sygnał.

Posiłek minął im w spokojnej, przyjemnej, prawie idyllicznej atmosferze. Amelia 

mówiła o fantastycznym nowym koniu Antona, młodym źrebaku, na którym pozwolono 

jej posiedzieć. Martin opowiedział zwięźle o łódce, którą zbudował, a ojciec obiecał, że 

background image

pomoże mu zrobić do niej maleńką kotwiczkę. Marja przekazała Karlowi pozdrowienia 

od Gjertrud, chociaż, szczerze mówiąc, tamta nie wspomniała jego imienia. Po jedzeniu 

Karl wyciągnął się rozkosznie na łóżku, zadowolony z minionego dnia. Zaorał dzisiaj 

nowy kawałek pola. Małe, nieurodzajne poletka Oppdalów stawały się coraz lepsze i 

bardziej   żyzne,   niż   ktokolwiek   mógł   się   spodziewać.   Karl   okazał   się   znakomitym 

gospodarzem.   Nikt   nie   mógł   temu   zaprzeczyć.   Jak   dotychczas   jest   najsilniejszym 

oraczem, najlepiej radzi sobie z niepokornymi korzeniami, najlepiej sieje...

Dopóki   tak   jest,   może   się   nie   przejmować   przezwiskami.   To   nic,   że   ludzie 

szepczą o nim po kątach.

Marja - Karl.

Cień swojej żony.

Karl   leżał   i   patrzył   na   żonę   przymkniętymi   oczyma.   Kręciła   się   po   izbie, 

sprzątając po jedzeniu. Amelia wycierała talerze, Marja zamiotła podłogę. Martin zabrał 

się do ćwiczeń w pisaniu. Używał tabliczki i znakomitego srebrnego rysika Marji.

Marja nadal jest najpiękniejszą kobietą, jaką Karl zna. Może nawet ładniejszą niż 

w młodości. Złagodniała, nabrała miękkich kształtów.

Karl westchnął, całkiem zamknął oczy. Dobrze było tak leżeć, odczuwać sytość i 

spokój na własnym wygodnym posłaniu. Izbę wypełniały zwyczajne, dające poczucie 

bezpieczeństwa   dźwięki,   miał   wszystko,   o   czym   marzył.   Wiedział   jednak,   że   to 

złudzenie. Sen. Marja się po prostu bawi, ona odgrywa rolę gospodyni. Czy odgrywa 

również rolę matki? Czy ich małżeństwo również jest grą?

Karl był czujny. Dawny ból nie dał się oszukać nowym zachowaniem Marji. Karl 

odnosił wrażenie, że stąpa po bardzo cienkim lodzie.

A mieli przecież kwiecień.

Leżała spokojnie w jego objęciach i odpoczywała. Czuła się znakomicie. Ciało 

wydawało   się   jakby   bardziej   gibkie,   myśli   płynęły   spokojniej.   Nawet   bolące   plecy 

uspokoiły się i nie dokuczały tak bardzo. Karl leżał jak martwy, tylko jednym palcem 

kreślił leciutkie kręgi na jej nagim ramieniu. Tylko ta pieszczota wskazywała, że nie śpi. 

Marja lubiła to. Palec Karla zataczał coraz szersze kręgi.

- Jesteś zadowolona, Marjo?

Drgnęła,   choć   jego   głos   brzmiał   ledwie   dosłyszalnie.   Instynktownie   ogarnęła 

background image

wzrokiem niemal ciemne pomieszczenie, upewniła się, że dzieci śpią spokojnie na łóżku 

pod drugą ścianą.

- Zadowolona? Tak, oczywiście. Przecież wiesz, że dajesz mi zadowolenie.

Karl westchnął, powinien być rad z odpowiedzi, ale ona odpowiadała nie na to, o 

co pytał.

- Marjo... tak często mi ciebie brak. Gwałtownie wciągnęła powietrze, w tym 

westchnieniu wyczuwał irytację, jakby miała zamiar parsknąć ze złością.

Wiedział, że jeśli natychmiast nie przerwie tej rozmowy, to skończy się tak samo 

jak wiele razy przedtem, powstanie między nimi dwa razy grubszy mur i lodowaty chłód.

Nie odezwał się już więcej.

Zamiast tego starał się ponownie odnaleźć jej ciało.

Rzadko mu tego odmawiała, czasami jednak odnosił wrażenie, że żona wypełnia 

tylko swój obowiązek.

Nie miał dostępu do jej myśli ani do jej duszy. Nie chciała jego wsparcia ani 

pomocy,   kiedy   ta   jakaś   nieznana   udręka   nadchodziła   sprawiając,   że   oczy   Maryjki 

mroczniały. To raniło Karla bardziej, niż gdyby setki razy odrzucała jego pożądanie.

Ale jak głodujący nigdy nie odmawia łyżki najmarniejszej nawet strawy, tak Karl 

czepiał się wszystkiego, co mogłoby wypełnić tę pustkę, którą Marja wywoływała w jego 

duszy.

Nagle,   zanim   zdążyli   odzyskać   spokój   po   zbliżeniu,   rozległo   się   gwałtowne 

łomotanie do drzwi.

Marja zerwała się z posłania, Karl został brutalnie oderwany od jej ciepłego ciała, 

wciąż leżał, drżąc w strumieniu zimnego powietrza, bo kołdra zsunęła się na podłogę.

- Dobrze, dobrze, co się znowu dzieje? - mamrotała Marja zirytowana.

W   tej   samej   sekundzie   oboje   zrozumieli,   co   się   stało.   Poznali   bowiem   głos 

chłopca stajennego z Enkesetet, to on tak gwałtownie dobijał się do drzwi.

- Marja Oppdal, godzina twojej matki wybiła! Ogarnęła ją złość na te słowa, 

brzmiały jak wiadomość o śmierci.

- Idę, już idę, dlaczego się tak śpieszy? Dzieci przecież nie zjawiają się na świecie 

niczym pożar!

Otworzyła drzwi i zobaczyła przerażoną i spoconą twarz. Chłopak trzymał w ręku 

background image

pochodnię,   można   było   sądzić,   że   biegł   przez   całą   drogę,   ale   na   podwórzu   za   jego 

plecami Marja dostrzegła kariolkę, najładniejszą w okolicy. Leżało tam ciepłe okrycie, 

więc nie będzie musiała marznąć w tę chłodną wiosenną noc.

- Dlaczego wszystkie porody zaczynają się w nocy? - syknęła Marja. Zmęczenie 

długim aktem miłosnym obezwładniało jej ciało, powoli jednak rzeczywistość zaczęła do 

niej docierać. Dziecko Gjertrud ma zamiar przyjść na świat. Długie miesiące oczekiwania 

i cierpień jej przybranej matki nareszcie się skończą. Marja wiedziała, że będzie to próba 

ogniowa zarówno dla niej samej, jak i dla Gjertrud. Rodząca jest przecież za stara. Ale, 

jak to sama kiedyś powiedziała: kiedy Pan pozwoli staremu drzewu wypuścić nowe pędy, 

to rodzą one najsłodsze jagody. Dzikie jagody.

To   dziecko   ma   być   błogosławieństwem.   Marja   nigdy   przedtem   nie   widziała 

bardziej   czułego   mężczyzny   u   boku   jakiejkolwiek   brzemiennej   kobiety.   Anton   był 

najstarszym   ze   znanych   jej   ojców,   na   dodatek   to   miało   być   jego   pierwsze   dziecko. 

Prawdopodobnie jedyne. Znakomicie więc rozumiała, czym dla Antona i Gjertrud będzie 

ten poród.

Żeby tylko wszystko poszło dobrze. Marja czuła ciężar odpowiedzialności niczym 

młyńskie  koło u szyi,  kiedy pakowała  w pośpiechu  swoją zniszczoną  skórzaną torbę 

zawierającą zioła, smarowidła i narzędzia, mogące się przydać przy łóżku rodzącej.

Nawet się nie pożegnała z Karlem, który wciąż nagi leżał w łóżku, owiewany 

nocnym chłodem płynącym z otwartych drzwi.

Gjertrud wyglądała ostatnio jakby zdrowiej. Teraz jej ciałem wstrząsały skurcze. 

Marja była samym spokojem, zawsze, kiedy znalazła się obok położnicy, zmieniała się 

gruntownie. Jej doświadczenia były ograniczone, chociaż przyjęła już czworo dzieci i 

choć sama rodziła. Pomagały jej jednak informacje, jakie znalazła w książkach matki, 

Kari również przekazała jej wiele z tego, co wiedziała. Marja przypominała sobie każde 

słowo, kiedy było potrzebne. Wiele z nich zresztą zdążyła zapisać.

Gjertrud także była spokojna.

Marja poważnie obawiała się o Antona, spotkał ją już na schodach trupio blady. 

Wzrok   miał   rozbiegany,   oczy   dzikie   i   wytrzeszczone,   jakby   lada   moment   chciały 

wyskoczyć z orbit. Był spocony, dyszał ciężko niczym zmęczony koń. Marja przepędziła 

go do kuchni i poleciła kucharce, by miała tam na niego oko oraz napoiła herbatą z 

background image

przyniesionych przez Maryjkę ziół. Na pewno go to uspokoi, pozwoli, by serce przeżyło 

doświadczenie i nie przestało bić akurat w momencie, gdy utęskniony syn znajdzie się na 

tym świecie.

Syn.

Marja była tego całkiem pewna, choć nie umiałaby powiedzieć dlaczego. Może 

wmówiła jej to Gjertrud, która uparcie nazywała swoje dziecko „on”. Ale nie tylko to, 

Marja wiedziała, że kryje się za tym coś jeszcze.

- Czy mały między bólami kopie? - zapytała Marja cicho, gdy Gjertrud opadła na 

poduszki czekając na kolejny skurcz.

- Nnno... chyba nie. Czuję tylko coś jakby bulgotanie...

- No dobrze, to bez znaczenia. Jest z pewnością na tyle mądry, by wiedzieć, jak 

ciężka praca go czeka - uśmiechnęła się Marja wesoło. Przygotowała kubek napoju rów-

nież   dla   Gjertrud,   picie   dobrze   jej   zrobi.   Była   to   ta   sama   uspokajająca   mieszanka   z 

naparstnicy, sporyszu, lipy i rumianku. Marja wiedziała, że sporysz, którego nazbierała w 

ostatnim roku, to bardzo skuteczny środek. I bardzo niebezpieczny. Przekonała się o tym, 

gdy omal nie pozbawiła życia pewnego nieszczęsnego starca.

Gjertrud otrzymała bardzo niewielką dawkę. Dzięki niemu jednak będzie mogła 

odpocząć pomiędzy skurczami, nawet jeśli staną się coraz częstsze.

Ponownie wezwała dziewczynę, którą przed chwilą odesłała do kuchni. Czas już 

przynieść gotującą się wodę, nóż do przecięcia pępowiny i miękkie szmatki, w które 

zawinie się dziecko. Gjertrud nie była w stanie ustać na nogach, leżała na łóżku, mimo że 

Marja zachęcała ją do ruchu. Uważała bowiem, że leżenie w czasie porodu jest czymś 

nienaturalnym. Dziecko posuwa się przecież w dół, prawda?

Podparła Gjertrud poduszkami i kołdrą. Położyła zwinięte prześcieradło między 

nogami rodzącej, które nadal były opuchnięte i grube jak kłody.

Gjertrud zaczynała marznąć. Marja dała jej kolejną porcję gorącego wywaru z 

ziół.

- Jesteś zmęczona, bardzo zmęczona - westchnęła.

Godziny wlokły się nieskończenie. Wkrótce nastanie dzień. Na wschodzie niebo 

stawało się żółte i barwiło drewno okiennych ram na ciepły złocisty kolor.

Nareszcie pierwszy promień słońca padł na podłogę.

background image

Gjertrud parła.

Marja z niepokojem dostrzegła, że starsza kobieta bliska jest utraty świadomości. 

Kolejne skurcze budziły ją, ale nie do końca. Marja musiała potrząsać rodzącą, poleciła 

dziewczynie, by klepała ją po policzkach, nie pozwoliła zemdleć.

Dziecko musi się wydostać na świat. Teraz.

Marja zawsze miała trudności z usłyszeniem bicia serca dziecka znajdującego się 

jeszcze   w   pełnym   wód   brzuchu.   Bała   się   tego,   choć   samo   w   sobie   to   przecież   nic 

strasznego.   Teraz,   podczas   tego   porodu,   ani   razu   nie   usłyszała   tego   upragnionego 

dźwięku. Ucho, które przykładała do brzucha Gjertrud, łowiło jedynie szum, wywołany 

ruchami wnętrzności.

Nagle obie z dziewczyną zobaczyły ciemną, okrągłą główkę. Cienka błona, w 

której płód się znajdował, pękła niczym zniszczona skóra. Była mocna i lepka.

Marja szeptała jakieś słowa, które miały pobudzić Gjertrud do działania. Tamta 

jednak nie reagowała, nie odpowiadała ani słowami, ani parciem. Leżała jak martwa. 

Marja widywała już przedtem coś takiego. Wszystko może skończyć się jak najgorzej, 

jeśli rodząca straci siły. Nikt inny prócz niej nie wypchnie dziecka na świat!

Nakazała dziewczynie,  by położyła  się na brzuchu Gjertrud i naciskała całym 

swym ciężarem. Tamta wyglądała na przerażoną, ale posłuchała.

Główka dziecka obracała się wolno, ale nie posuwała do przodu. Trzeba było 

długo czekać na następny słaby skurcz, który świadczył, że ciało Gjertrud jeszcze nie 

całkiem zrezygnowało.

Światło słoneczne podeszło aż do stołu, mieniło się w stojących tam kryształach.

Na dworze ptasi chór zaczął witać rozpoczynający się dzień.

Nareszcie błona oblepiająca główkę zsunęła się. Tylko mały kawałek został na 

ciemnych włoskach chłopca. Dziecko wyskoczyło na zewnątrz.

Marja   powitała   je   radosnym   okrzykiem,   dziewczyna,   która   jej   pomagała, 

natychmiast przyniosła wodę i ubranka.

Gjertrud leżała bez ruchu, lecz Marja widziała na jej twarzy coś, co przypominało 

uśmiech ulgi.

Maleństwo w jej rękach zapiszczało żałośnie, ale bez najmniejszych  kłopotów 

wciągnęło powietrze do płuc.

background image

Kiedy otworzyło oczka, obie ze służącą zobaczyły, że są ciemne, niemal brązowe.

I skośne.

Cała   duża   głowa,   która   sprawiła   Gjertrud   tak   wiele   kłopotów,   była   pokryta 

długimi, czarnymi włosami. Resztki błony leżały niczym czapeczka na jej czubku.

Czepek. W czepku urodzony!

Marja przypomniała sobie nagle, że słyszała coś takiego w związku z własnymi 

narodzinami.

Dziwne,   pomyślała,   że   dwoje   ludzi   mających   tak   pospolicie   jasne   włosy   jak 

Anton i Gjertrud mogło spłodzić takiego małego, ciemnego trolla... Ale dziecko było 

rozkoszne. Naprawdę ładne, nie takie czerwone i umęczone jak większość noworodków, 

nie było też pokryte żadnym lepkim śluzem ani białym woskiem.

Chłopak urodził się w czepku, powinien być dzieckiem szczęścia, ale wyglądał 

jak podmieniec. W końcu otworzył skośne oczka i spoglądał rozumnie na świat. Było w 

nim coś dziwnego. Choć ciałko miał pulchne, a nóżki i rączki mocne, choć miał po pięć 

paluszków u rączek i nóżek, brzuszek ładny i silny... Rączki zdążyły już odnaleźć drogę 

do buzi.

Marja przecięła pępowinę i położyła malca na wciąż dużym brzuchu Gjertrud. 

Dziewczyna   umyła   go   ostrożnie   letnią   wodą   i   owinęła   w   białe   pieluszki.   Marja 

koncentrowała   się   teraz   na   Gjertrud,   która   uśmiechała   się   przez   łzy.   Marja   nie   była 

pewna, ile Gjertrud rozumie, ale odpowiadała jej uśmiechem.

- Twój synek jest rozkoszny - szepnęła. To przynajmniej była prawda.

Znowu ten daleki uśmiech, jakby Gjertrud znajdowała się w innym świecie, w 

jakimś błogosławionym śnie.

- Możesz teraz sprowadzić Antona - powiedziała Marja do dziewczyny,  która 

wcale się nie zmartwiła tym, że musi iść. Marja nie miała pojęcia, na ile ta dziewczyna 

orientuje się w sytuacji, ale ujęła ją za szeroki rękaw, gdy tamta stała już w drzwiach.

-   Nikomu   ani   słowa   -   ostrzegła   surowo.   Dziewczyna   oblizała   suche   wargi, 

potrząsnęła głową tak mocno, że warkocze zatańczyły na jej plecach. Zniknęła.

Marja obmyła twarz Gjertrud, włosy położnicy pozlepiały się od potu. Rozwiązała 

węzeł, pomogła Gjertrud usiąść na posłaniu. Maleństwo leżało zadowolone w powijakach 

obok i wpatrywało się uparcie w matkę. W tym momencie Marja dostrzegła, jak bardzo 

background image

dziecko jest podobne do Gjertrud. Malec wyglądał jednak dużo zdrowiej.

Matka wciąż  się uśmiechała.  Marja próbowała spojrzeć  w jej zamglone  oczy, 

wyrażające niebywałe szczęście.

- Usiądź, Gjertrud. Musimy porozmawiać. Muszę ci coś powiedzieć! O twoim 

dziecku, Gjertrud!

Położnica uczyniła słaby znak ręką, jakby chciała powiedzieć, że jest przytomna.

- Dziecko, Gjertrud, ono... on...

Marja   nie   wiedziała,   jak   to   określić.   Wiedziała,   jak   ludzie   nazywają   takich 

dziwnych malców, wiedziała, jakie nadają im przezwiska. Ale to nazwy złe i niedobre, w 

żadnym razie nie pasowały do tego pulchnego, ślicznego chłopczyka.

- On jest nasz - powiedziała Gjertrud nieoczekiwanie. - Daj mi go!

Marja ucieszyła się. Mgła przesłaniająca wzrok Gjertrud zniknęła, przynajmniej 

na razie. Instynktownie wyczuwała, że Gjertrud nie chce, by mówić o tym, co dolega jej 

dziecku.

Malec był dziwnym stworzeniem. Jednym z tych, które nie przynoszą na świat 

rysów   swoich   przodków.   To   podmieńcy,   mówią   niektórzy.   Dzieci   nieszczęścia.   Te, 

których nawet podziemne istoty nie chcą zatrzymać. Ze swymi skośnymi oczyma i silnie 

zabarwioną   skórą   zawsze   będą   się   wyróżniać   pośród   jasnowłosych,   niebieskookich 

rówieśników.

Nigdy   nie   dorosną.   Ten   chłopczyk   umrze,   zanim   skończy   dziesięć   lat.   Marja 

nigdy   nie   słyszała,   aby   takie   dziecko   stało   się   dorosłe.   Chociaż   cóż   to   znaczy   być 

dorosłym?

Takie dzieci w duszy nigdy nie mają więcej niż dwa, trzy lata.

Jest w nich coś ponurego.

Bywało, że ludzie wierzyli, iż takie dzieci zostały nawiedzone przez diabelską 

siłę.   Że   śmieją   się,   kiedy   inni   płaczą,   a   wiele   z  nich   porusza   się   i   mówi   w   sposób 

całkowicie obcy ludziom. Dlatego najczęściej porzucano je, aby umarły.

Nie do końca są ludźmi.

Gjertrud wzięła synka w ramiona, był jeszcze spokojny, jakby cierpliwie czekał, 

by zamieszanie spowodowane jego pojawieniem się ucichło.

Niepewnie odsłoniła pierś, wiedziała, że tak należy postąpić.

background image

Marja siedziała spokojnie, nie mówiła nic, nie proponowała pomocy.

Gjertrud przesunęła  palec  po okrągłym  policzku  chłopca. Zareagował, zwrócił 

główkę w stronę jej płaskiej piersi. Potem otworzył buzię i ze wzrokiem utkwionym w 

oczy matki ujął wargami brodawkę i zaczął ssać.

Gjertrud znowu zamknęła oczy.

Słońce podeszło już do jej łóżka.

Anton wziął chłopca w ramiona, jakby malec zrobiony był z najszlachetniejszego, 

najczystszego złota. Nikt mu jeszcze nie powiedział, że z chłopcem jest coś nie tak. 

Gjertrud też tylko się uśmiechała, kiedy siwowłosy mężczyzna po raz pierwszy unosił 

synka.

-   Mój   syn   -   powiedział   Anton.   -   Nasz!   -   Jego   roześmiana   twarz   pokryła   się 

tysiącem zmarszczek. Przed chwilą był tak samo zmęczony i utrudzony jak Gjertrud, 

teraz jednak promieniał siłą i dumą.

Mężczyzna położył dziecko z powrotem przy piersi matki, sam usiadł przy niej na 

łóżku. Wyjął z kieszeni starannie zwinięty kawałek materiału. Wolno rozwijał gałganek. 

Pod nim lśnił czerwony kamyk.

Gjertrud wpatrywała się bez słowa.

Nie   wiedziała,   jak   się   kamień   nazywa,   nie   wiedziała,   dlaczego   mieni   się   tak 

wspaniale w blasku słońca.

- Dziękuję - powiedział Anton i Gjertrud już wiedziała, że za każdym razem gdy 

zobaczy mieniący się kamień w pierścionku, przypomni sobie jego dzisiejsze łzy.

- Nienormalny? Co ty mówisz, Marjo Oppdal, stoisz tu i obrażasz mnie i moją 

żonę, która jest twoją matką...

Marja skuliła się, poczuła jednak, że narasta w niej coś w rodzaju gniewu. Na 

Boga, przecież to nie jej wina, że chłopiec jest, jaki jest!

- To się zdarzało i przedtem, Anton. Nie jesteś pierwszym ojcem, który przeżywa 

taki ból. Wielu przed tobą... takie rzeczy się zdarzały... słyszałam, że starsi rodzice...

Anton eksplodował.

- Nie musisz mnie więcej obrażać! Czy nie dość, że jakaś diabelska siła odmieniła 

mego  synka,  uczyniła  go dziwnym,  dała mu te skośne, okropne oczy trolla?  Byłoby 

lepiej, gdyby on...

background image

Marja zobaczyła w jego wzroku rozpacz, potem rozczarowanie i żal. Na koniec 

wyrzuty sumienia. Zrozumiała. Większość rodziców nie godziła się na takie dzieci jak te. 

Wciąż   w   późne   jesienne   noce   słychać   było   głosy   nie   ochrzczonych   maleństw, 

wzywających swoje matki, wszyscy o tym wiedzą.

- Mój jedyny syn - rzekł Anton martwym głosem. Marja pojęła nagle, że mówi to 

stary człowiek. Nie znajdowała słów pociechy. Nie było takich słów. Gdyby Anton był 

młodszy,  łatwiej by go było  uspokoić. Będziecie mieć  więcej dzieci, można  by było 

powiedzieć. Ale Gjertrud z pewnością nie jest w stanie donosić więcej żywych istot. Nikt 

nie  oczekiwał  od niej  nawet  tej, która się teraz  urodziła,  Anton  o tym  przypominał. 

Przesłonił   oczy   pomarszczonymi   dłońmi,   prawdopodobnie   chciał   ukryć   łzy.   Marja 

poczuła się tu niepotrzebna. Nie lubiła uczucia bezradności. Cicho przeszła przez pokój i 

starannie zamknęła za sobą drzwi.

Karl przyprowadził już dzieci, chciała się z nimi przywitać.

Amelia   niecierpliwie   przestępowała   z   nogi   na   nogę.   Nawet   pszenny   placek, 

którym wabiła ją kucharka, nie był w stanie sprawić, by dziecko zapomniało, po co tu 

przyszło. W końcu mieli zobaczyć swego nowo narodzonego wujka!

Martin był spokojniejszy. Ale to on zadał pytanie, kiedy Marja weszła do kuchni.

- Dlaczego wszyscy tak dziwnie wyglądają, mamo? Dlaczego Mała płacze?

Służąca zacisnęła wargi, nie powiedziała nic. Marja usiadła na podłodze, oparła 

plecy o kamień wmurowany w ścianę obok paleniska.

- Dziecko nie jest takie, jak inne dzieci - powiedziała cicho. Zobaczyła, że Karl 

drgnął.

Oczy Amelii rozszerzyły się ze strachu.

- Jak to, mamo? Czy on jest chory? Czy on jest jak... jak Ola Krestjana?

Marja westchnęła, nie, nie jest taki. Ma obie rączki i obie nóżki.

- No to co mu jest, mamo?

- On jest taki jak... jak dziewczyna, którą widzieliśmy latem z kataryniarzem.

-   Ach,   ta   gruba?   Ta,   która   podskakiwała   i   wykrzykiwała   coś,   ale   nie   umiała 

mówić, chociaż była prawie taka duża jak ty, mamo?

Martin milczał zaszokowany.

Marja lekko skinęła głową, wiedziała jednak, że nie zdołała wzbudzić w dzieciach 

background image

dobrej   woli   wobec   tego   nowego   wujka.   Bliźniaki   cofnęły   się   z   niechęcią.   Amelia 

poszukała dłoni ojca.

- Chcę do domu, tato.

Martin wstał, wzruszył ramionami.

- W takim razie on pewnie niedługo umrze. I nie będziemy mieć żadnego wujka.

Nie było w tych słowach niczego złego, uznała Marja. Po prostu realizm. Obrona 

Martina przed rozczarowaniem, jakie przyniósł ten dzień.

Opuściła   ręce,   nie   chciała   zmuszać   dzieci   do   oglądania   niemowlęcia,   które 

rozczarowało nawet własnego ojca. Zresztą, może tak będzie lepiej. Skoro go nie zo-

baczą, jego obraz nie będzie ich dręczył w myślach ani w snach.

Karl odezwał się dopiero teraz. Trochę za mocno chwycił Amelię za rączkę.

-   Idziemy   do   niego.   Przynieśliśmy   przecież   prezenty.   Włożyliśmy   najlepsze 

ubrania, by odwiedzić naszego małego krewniaka.

Marja była zaskoczona stanowczością w głosie męża. Po co ten upór? Czy on nie 

rozumie? Czy nie zdaje sobie sprawy, że być może to dziecko zniknie równie szybko, jak 

się pojawiło? Że tego rodzaju istoty nie żyją zbyt długo, nawet jeśli ich nikt nie wyniósł 

do   lasu   ani   dyskretnie   nie   zapomniał   pod   ciężką   poduszką?   Nawet   jeśli   uda   im   się 

przeżyć pierwszą godzinę?

- Karl, to nie jest konieczne.

Spojrzał   jej   z  uporem  w  oczy,   jego  wzrok  dotarł  do  najgłębszych  warstw   jej 

duszy.

- Owszem, konieczne - rzekł po prostu.

Amelia  poszła za nim niechętnie.  Martin postępował kilka kroków za nimi,  z 

pozoru całkiem obojętny na to, co się dzieje. Świat dorosłych nie zawsze był dla niego 

zrozumiały.  Od tylu miesięcy z uśmiechem opowiadano o tym dziecku, które ma się 

narodzić, a teraz wszyscy mówią, że nie warto go nawet oglądać... Naprawdę trudno to 

zrozumieć.

Ale dziecko było bardzo ładne.

Nie   było   w   nim   nic   brzydkiego,   żadnych   deformacji   ani   niczego   takiego. 

Chłopczyk spał w swojej kołysce obok łóżka Gjertrud. Pulchne piąstki były zaciśnięte jak 

przed walką. To wzruszyło Martina, poczuł coś w rodzaju wspólnoty z tym malcem.

background image

Amelia wpatrywała się w dziecko błyszczącymi oczyma.

- Biedny mały... jaki on śliczny... och, mamo, jakie to smutne...

Gjertrud obserwowała reakcję dzieci z łóżka, ale mgła wciąż przesłaniająca jej 

wzrok stanowiła miłosierny filtr. Marja nie była w stanie pogodzić się z tą sytuacją.

- Najlepiej będzie, jak pójdziemy, Karl - szepnęła.

- Mimo wszystko dzieci go zobaczyły... Bliźniaki cofnęły się grzecznie, cichutko 

opuściły pokój.

- Jak będzie miał  na imię?  - zapytał  Karl i z mieszaniną lęku oraz szacunku 

pogłaskał czarne, bujne włoski na główce dziecka.

Marja wpatrywała się w niego, jakby pytanie było kompletnie nie na miejscu przy 

łóżeczku nowo narodzonego.

- Powinien mieć na imię Benjamin - rozległ się cichy szept na łóżku.

Marja lekko skinęła głową, tak, to odpowiednie imię. Nikt w rodzinie przedtem 

takiego nie nosił. To podkreślało, kim chłopiec jest. Poza tym to imię ostatniego syna, 

tego,   którego   wszyscy   się   lękali,   a   który   ostatecznie   okazał   się   błogosławieństwem 

bożym.

W tym imieniu była też nadzieja, nadzieja na to, że Pan zechce łaskawie spojrzeć 

na ten dziwny kwiat w swoim ogrodzie i może zabierze go do siebie, zanim świat zdąży 

go zerwać lub zdeptać ciężkimi buciorami.

Karl podszedł spokojnie do łóżka swojej teściowej. Pochylił się nad nią i uściskał 

serdecznie. Poczuł, że jej policzki są gorące, niemal rozpalone. Ale ręce miała zimne jak 

lód.

-   Gratuluję   ci,   moja   kochana.   Urodziłaś   wspaniałego   synka.   Wielka 

odpowiedzialność... wielka radość. Czy mogę go potrzymać?

Gjertrud skinęła głową, wyglądało jednak na to, że wciąż drzemie. Marja zaczęła 

przygotowywać napój, jaki podaje się położnicom, by wzmocnić ich zdrowie po trudnym 

porodzie. Niepewnymi rękami nalała do naczynia alkoholu zmieszanego z pieprzem. Inne 

przyprawy wsypywała już opanowana, wiedziała, co robi.

Gjertrud otworzyła usta, kiedy Marja przysunęła jej kubek, zakrztusiła się jednak 

napojem i zaniosła kaszlem, który przeraził Marję. Kaszel wzmógł jeszcze krwawienie 

po porodzie.

background image

- Marja, co z nią? - zapytał Karl cicho, gdy Gjertrud w końcu umilkła i ciężko 

dysząc, nieprzytomna leżała na poduszce.

- Nie wiem. Jest bardzo słaba. Zresztą nic dziwnego, ciąża była taka trudna. Poród 

także. Poza tym, jak wiesz, ona jest stara.

- To twoja matka - rzekł Karl ze zdziwieniem. Marja uświadomiła sobie, że mąż 

nie pojmuje dlaczego nie jest bardziej zaniepokojona losem Gjertrud.

Nie mogła mu przecież powiedzieć, że to nieprawda.

- Tak, to moja matka - odparła wolno. - Dlatego muszę ją pielęgnować wyjątkowo 

starannie i zachować spokój. Nie mogę przecież zacząć płakać, zanim jeszcze nie umarła, 

prawda?

Karl uznał, że brzmi to okrutnie, dostrzegał jednak logikę w postawie Marji. Nie 

wątpił zresztą, że bardzo się przejmuje losem matki.

- Dziecko jest bardzo ładne - powiedział cicho. Jego ręce nie chciały pozbyć się 

zawiniątka.  Przyciskał  je mocno  do siebie,  jakby to  był  jego własny synek.  - Patrz! 

Obudził się!

Twarz Karla promieniała radością. A kiedy dziecko z wolna otworzyło oczka i z 

małych ust wydobył się dźwięk jakby na powitanie, Karl patrzył niby urzeczony.

- On do  mnie  mówi!  Naprawdę  wydaje   mi   się...  tak!  Uśmiecha  się!  Popatrz, 

Marjo, on się śmieje! Ma zaledwie parę godzin, a już...

- To skurcze żołądka wywołują takie ruchy warg - rzekła Marja cicho i odwróciła 

się, by uporządkować słoiki z ziołami rozstawione na stole.

Karl nie rezygnował, podszedł do niej, podniósł maleństwo i trzymał tuż przy jej 

twarzy niczym kwiat, który powinna powąchać.

Marja musiała się uśmiechnąć.

- Prawda, jaki on śliczny? Marja, czy ty jesteś pewna? Czy jesteś pewna, że on...

- Widywaliśmy już przedtem takie dzieci - odparła z rezygnacją.

- Ale on jest taki... mądry.

-   Wszystkie   noworodki   tak   wyglądają.   Ten   natomiast   nigdy   nie   będzie 

mądrzejszy, możesz mi wierzyć.

- Mądrość to nie wszystko - mruknął Karl i nadal gładził czule maleńki policzek. 

Dziecko zwracało buzię w stronę palca, który go łaskotał i skłaniał maleńki żołądek, by 

background image

domagał się jedzenia.

- Trzeba obudzić Gjertrud - powiedział Karl. - Mały jest głodny...

- Sądzę, że ona nie ma pokarmu - odparła Marja.

- No to ty musisz zrobić dla niego napój z mleka, dlaczego nie przygotowałaś 

jeszcze gałganków, nie zagotowałaś...

Marja wbiła w męża wzrok.

-   To   chyba   nie   będzie   tutaj   potrzebne   -   rzekła   ze   smutkiem,   lecz   niezwykle 

stanowczo.

- Ale... ale... on jest głodny!

- No to zapytaj Antona.

- Co ty mówisz? Czy on zamierza zagłodzić dziecko na śmierć? Nie! Nie wolno 

mu! Nie możesz na to pozwolić, Marjo!

Jego żona wyglądała na bardzo zmęczoną.

-   Nie   -   westchnęła   ciężko.   -   Rzeczywiście   nie   mogę,   ale   on   nie   jest   moim 

dzieckiem.

- To twój brat!

Ze zdziwieniem musiała przyznać Karlowi rację. Ta mała istota rzeczywiście była 

w jakimś sensie jej bratem. Ale los tego dziecka nie leżał w jej rękach.

-   Karl   -   zaczęła   znużonym   głosem.   -   Nie   mogę   uratować   wszystkich 

nieszczęśników, którzy przychodzą na ten bezlitosny świat. Robię co mogę, posługuję się 

lekarstwami i wszystkim, czego się nauczyłam. Nie mogę jednak uratować wszystkich... 

Nie mogę uratować tych, których nawet rodzice nie chcą.

Karl odłożył dziecko do kołyski, malec rozczarowany zaczął krzyczeć.

- Porozmawiam z Antonem - oświadczył Karl spokojnie.

background image

ROZDZIAŁ IX

Nikt nie wiedział, o czym pułkownik i Karl Oppdal rozmawiali tego popołudnia. 

Karl wyszedł z gabinetu pułkownika z twarzą szarą i nieprzeniknioną. Pułkownika przez 

cztery dni nie widział nikt z wyjątkiem kucharki, która donosiła mu kolejne butelki z 

alkoholem i tacę z podpłomykami. Podpłomyki nietknięte wracały do kuchni.

Ale dziecko dostało jeść. Kucharka miała teraz nowe zadanie. Mimo wszystko 

polecono jej gotować mleko zmieszane z wodą i syropem, napełniać nim małe skórzane 

woreczki. Marja Oppdal szła od dworu do dworu, szukając mamki dla dziecka. Pogłoski 

jednak wyprzedzały ją i nie było w okolicy żadnej kobiety,  która chciałaby użyczyć 

swojej piersi odmieńcowi z Enkesetet. Ludzie może nawet cieszyli się trochę tą myślą, 

siedząc   w   swoich   nędznych   chałupach   z   gromadą   dzieci   do   wykarmienia.   Tamci   z 

Enkesetet mogli sobie kupić wszystko, ale jeśli chodzi o zdrowe dzieci... nie, w takich 

sprawach biedak był tak samo mały albo tak samo wielki.

W   końcu   znaleziono   młodą   dziewczynę,   która   urodziła   dziecko   bez   niczyjej 

pomocy.  Maleństwo umarło,  ponieważ jednak kobieta nie ukrywała  ciąży,  a ponadto 

potrafiła udowodnić, że dziecko urodziło się słabe i chore, uniknęła odpowiedzialności. 

Poza   tym   był   czas   wiosennych   prac   w   polu   i   gospodarz   potrzebował   jej   pomocy. 

Zwłaszcza teraz, kiedy jest wolna i nie musi opiekować się dzieckiem.

Młoda   Milla   przybyła   do   Enkesetet   jako   mamka   w   trzy   dni   po   narodzinach 

Benjamina. Nie robiła wokół siebie zamieszania, ale małym opiekowała się wzorowo. 

Zresztą chętnie chwytał obcą pierś, mimo wszystko jednak był najbardziej zadowolony, 

kiedy dawano mu do ssania gałganek z mlekiem.

Marja odwiedzała Gjertrud każdego popołudnia, często nocowała u niej.

Trzeciego dnia gorączka zaczęła rosnąć.

Marja   wiedziała,   że   to   zazwyczaj   oznacza   koniec.   Gorączka   połogowa   jest 

najbardziej bezlitosnym katem kobiet. Towarzyszką ich życia. Marja musiała się z tym 

pogodzić. Chociaż zdarzało się niekiedy, że chora zdołała przeżyć. Poza tym nie było 

przecież pewności... gorączka mogła być spowodowana ciężkim porodem, tym, że piersi 

położnicy są puste, może była wynikiem szoku...

Marja   mieszała   mikstury   według   recept   Kari,   z   własnej   inicjatywy   dodawała 

background image

jeszcze sporyszu, nasion bobrka trójlistnego i liści kasztanowca. Przemywała wywarem z 

ziół drogi rodne Gjertrud. Miało to złagodzić chorobę, w wyniku której temperatura ciała 

chorej wciąż tak niebezpiecznie rosła. Robiła jej najpierw gorące okłady, potem zimne. 

Wyglądało jednak na to, że nic nie pomaga.

Anton pojawił się trzeciego dnia, na chwiejnych nogach, brudny, po przeżyciu 

osobistego piekła za zamkniętymi drzwiami. Sprawiał wrażenie trzeźwego, lecz wargi 

miał popękane, a naczynia krwionośne na szyi pulsowały.

- Czy ona żyje? - zapytał ochrypłym głosem.

Marja skinęła głową.

- Wyjdź, chciałbym z nią porozmawiać.

Marja   nie   chciała   niczego   wyjaśniać,   wyszła   po   prostu,   jak   sobie   gospodarz 

życzył.

Stanęła  po drugiej  stronie drzwi,  nie po to,  żeby podsłuchiwać,  ale tak  jakoś 

wyszło.   Słyszała,   że   w   pokoju   Anton   mówi   cicho,   lecz   nie   rozróżniała   słów.   Głos 

Gjertrud nie docierał do niej.

- Nie umieraj - usłyszała. - Nie umieraj, nie... Marja z trudem przełknęła ślinę. 

Poczuła, że zazdrości Antonowi, który potrafił wyrazić to tak prosto.

Karl przychodził do Enkesetet co najmniej raz na tydzień, mimo że trwały pilne 

prace w polu. Trzeba też było czyścić odwadniające rowy i naprawiać płoty. Przychodził 

zawsze   sam,   dzieci   ze   sobą   nie   przyprowadzał.   Często   gospodarz   z   Oppdal   bywał 

późnym gościem, najchętniej zjawiał się tutaj, kiedy Marji już nie było. Ona miała swoje 

zajęcia, w każdy czwartek pracowała w szkolnej izbie. Rok szkolny zbliżał się do końca, 

zarząd postanowił, że dzieci będą wolne od nauki od początku maja aż do października. 

Wtedy bowiem są najbardziej potrzebne w polu i w lesie, na górskich pastwiskach i jako 

pomocnicy, kiedy trzeba zwozić ziarno albo reperować budynki po zimie.

Odwiedziny Karla przebiegały według utrwalonego porządku. Najpierw zaglądał 

do Gjertrud, która w dalszym ciągu była bardzo chora. Rozmawiał trochę z kucharką, 

witał się z Antonem.

Potem   szedł   na   górę,   do   pokoiku,   w   którym   Milla   mieszkała   razem   z 

maleństwem. Nie była to specjalnie rozmowna dziewczyna, często jednak dziwiła się, 

dlaczego   ten   prosty   chłop   tak   często   przychodzi   przyglądać   się   noworodkowi.   Jego 

background image

zainteresowanie nie tylko ją zastanawiało, czasem się go nawet trochę bała.

Karl brał zwykle chłopczyka na ręce, przemawiał do niego, przynosił też drobne 

prezenty. Jakieś wyrzeźbione w drewnie figurki nanizane na sznurek. Gwiazdka zrobiona 

z   trzciny,   ozdobiona   kolorowymi   sznureczkami.   Wieszał   to   nad   kołyską   chłopca, 

zabawki poruszały się nad jego buzią.

Pokój   był   mroczny.   Nie   miał   okien.   Karlowi   się   to   nie   podobało,   ale   nie 

protestował. Dziecko wciąż było bardzo sympatyczne, ciemne oczka patrzyły tak rozu-

mnie,  jakby malec  wszystko  pojmował.  Machał bezładnie rączkami,  ale od czasu do 

czasu dotykał zarośniętego policzka Karla.

Zawstydzona Milla ukrywała pełne piersi, kiedy Karl pozwalał dziecku ssać swój 

mały palec. Po kilku tygodniach jednak zaczęła tęsknić za otwartymi przestrzeniami, za 

latem,   choć   wiedziała,   że   nie   wolno   jej   opuszczać   tego   pokoju.   Anton   powiedział 

wyraźnie, że nie chce widzieć ani dziecka, ani jej, ani niczego, co by mu przypominało, 

iż urodził mu się nieudany syn. Przeważnie siedział przy łóżku półprzytomnej Gjertrud, 

zjadał zaledwie parę kęsów jedzenia, które mu podawano. Nawet Mar ja nie była w stanie 

nawiązać z nim kontaktu. W końcu zaniechała wszelkich prób.

- Powinnaś wynieść dziecko na powietrze - rzekł Karl, jakby nie zdając sobie 

sprawy z sytuacji. - Ktoś powinien wynieść go na powietrze - poprawił się.

Chłopiec został z powrotem ułożony w kołysce. Karl postanowił, że jeszcze raz 

porozmawia z Antonem.

Pułkownik siedział teraz przy oknie, rozjaśniona słonecznym blaskiem część izby 

wyraźnie kontrastowała z ciemnym kątem, w którym stało łóżko.

Karl podszedł do nieszczęśliwego ojca, położył mu rękę na ramieniu.

- Anton... jesteś moim teściem.

Stary zwrócił ku niemu głowę, w jego oczach był smutek, a zarazem obojętność.

- Ona mi umiera - powiedział cicho. Karl nie był w stanie zaprzeczyć.

- Znowu będę sam.

- Nie. Masz dziecko. Masz syna.

Stary głęboko wciągnął powietrze, potem wolno je wypuścił.

- To żadna pociecha - rzekł z goryczą. - Żadna pociecha! To podmieniec! Dziecko 

nie takie, jak powinno być! Czy to ma być dziedzic Enkesetet? Byłoby lepiej, gdyby...

background image

- Ale on jest twój. To twoja krew.

- Naprawdę? Nic na to nie wskazuje. Nie ma moich oczu, nie odziedziczył po 

mnie rysów twarzy, nic w ogóle... Po niej zresztą też nie.

- Ale on jest wasz - powtórzył  Karl ostrożnie. Widział, że nieszczęsny ojciec 

złagodniał od ich pierwszej rozmowy w dniu narodzin dziecka.

Anton nie odpowiadał. Karl mówił więc dalej.

- Pomyśl  o Gjertrud! Czy ty myślisz,  że ona by chciała, byś  odwrócił się od 

dziecka plecami? Myślisz, że zechce ci wybaczyć,  kiedy wyzdrowieje i stwierdzi, że 

pozwoliłeś, by maleństwo umarło ci na rękach?

- Ono nie umrze. Przecież sam mnie zmusiłeś, żebym je karmił!

- Ono już jest martwe. Dla swego ojca jest martwe. A to dla syna jest wszystkim, 

Anton.

Stary zerwał się gwałtownie, podszedł do łóżka, na którym leżała bez ruchu jego 

małżonka.

Spojrzał Karlowi w oczy.

- Nie wiem, co by ona zrobiła, gdyby nie leżała tutaj jak martwa. Nie wiem... ale 

przyjmuję twoje prośby.

- Jutro... jutro idź do niego!

Karl mówił z wielkim zapałem, dostrzegł w oczach starego jakiś nowy błysk. 

Odpowiedź była nieoczekiwana, twarda.

- Nie. Jeśli ona przeżyje, to oddam jej dziecko. Jeżeli jednak... Pan chce ją zabrać, 

to bardzo proszę, może sobie wziąć dziecko na dodatek!

Karl płakał w duszy nad zatwardziałością pułkownika, ale nie uronił ani jednej 

łzy.

- Przeciwstawiasz się samemu Wszechmogącemu - szepnął i wyszedł.

- Jesteś taka zimna, Marjo! Ty nie jesteś już kobietą! Marja cofnęła się o krok, 

jakby jego słowa spadły na nią niczym  bolesny cios. Gniew  jednak dal jej ochronę, 

postanowiła się bronić.

Dzieci już jakiś czas temu wymknęły się z domu, poszły szukać schronienia w 

oborze, by nie słuchać gniewnych i zimnych niczym lód krzyków swoich rodziców.

- Nie jestem kobietą? Na Boga, Karlu Oppdal, jak możesz rzucać na mnie takie 

background image

oskarżenia,   na   mnie,   która   urodziłam   ci   dwoje   dzieci   i   wyszłam   ci   na   spotkanie   w 

najbardziej kobiecy sposób! Nie jestem kobietą? Niech cię diabli, Karl, że masz odwagę! 

Ty, z którego nawet dzieci komorników się wyśmiewają!

Jej słowa ugodziły go co najmniej tak samo dotkliwie, jak przedtem jego słowa 

rzucone żonie, wiedział jednak, że zostały wypowiedziane w gniewie i że są obroną 

przed   tym,   co   on   sam   przed   chwilą   powiedział.   Już   teraz,   w   tej   sekundzie,   musiał 

stwierdzić, że nie ma racji. Marja absolutnie jest kobietą. Jeśli mówił coś innego, to 

każdy   może   mu   zarzucić,   że   jest   szalony.   Inni   mężczyźni   pożądali   jej   w   tajemnicy, 

wszyscy co do jednego, tego był pewien. Widział ich spojrzenia. Widział ten szczególny 

błysk w ich oczach. Żaden nie wierzył, że Karl sobie z nią poradzi. Chętnie sami by 

spróbowali...

- Nie chciałem tak powiedzieć... Usiadł na łóżku, twarz ukrył w dłoniach.

- Ale jesteś zimna, Marjo. Czasem mam wrażenie, jakbym żył z... kobietą wykutą 

w kamieniu. Już nie jesteś mi bliska... Nie jesteś taką moją żoną, jak Bóg i ludzie by 

chcieli...

- Jestem twoją żoną! Na resztę życia! Zatrzasnęła drzwi, wychodząc, spódnice 

zgarnęły pęczki kurzu, które zbyt długo leżały obok skrzyni na drzewo.

Karl pragnął cofnąć wypowiedziane słowa. Gorycz w nich zawarta była trudna do 

zniesienia. Potrząsał głową, jakby chciał pozbyć się z niej całego zła, niczym kropli wody 

po zimnej kąpieli. Potem wstał, zaczął machinalnie uprzątać odzież do reperowania, igły 

i włóczkę, którą Marja zostawiła na stole przy okiennym otworze. Na jednej kupce leżały 

ubrania poreperowane starannie, z ładnie przyszytymi małymi łatkami. W rzeczach na 

drugiej kupce wciąż widział paskudne dziury. Zawsze bardzo lubił przyglądać się rękom 

żony, które pracowały szybko i z wprawą, niemal pieściły jego podarte ubrania. Było coś 

intymnego w tym,  że Marja zaszywała dziury, które jego własne ciało wydarło. Karl 

ułożył wszystko na miejscu, potem wyszedł po dzieci. Zrobiło się późno. Ale wiosenny 

wieczór był tak jasny, że nawet dorosłych mógłby zwieść, iż to już lato.

Marja wróciła, kiedy się ściemniło, a dzieci już posnęły.

Karl zauważył ów niewidzialny dzielący ich mur i trzymał się z daleka.

Rozpoznawał to wszystko. Marja sama zdecyduje, kiedy lód może stopnieć. Za 

każdym razem trwało to dłużej. Dni, potem tygodnie. Zawsze kiedy widział jej wąskie, 

background image

blade   wargi,   przepełniało   go   pragnienie,   by   znowu   się   do   niego   czule   uśmiechały, 

rozpalały jego serce.

Dostrzegał lodowaty błysk w jej niebieskich oczach. Kiedy Marja była zła, jedno 

jej oko robiło się ciemniejsze niż drugie. Gdy jednak jej serce znowu łagodniało, błękit 

jej oczu był gorętszy niż ktokolwiek mógł przypuszczać, że to możliwe.

Karl nie mówił nic, kiedy wyjęła kromkę chleba i kawałek solonego mięsa. Nie 

mieli teraz mleka, krowy dopiero będą się cielić. Stały w oborze wielkie i ciężkie, ale 

wymiona zwisały puste niczym skórzane worki.

Musieli się zadowolić rozwodnionym piwem. Wielu piło jedynie wodę.

- Idziesz jutro do wsi? - zapytał, choć te proste słowa musiały ją prowokować.

Odparła zupełnie obojętnym głosem:

- Tak. Jutro jest nauka. Ostatni raz przed letnią przerwą. Przyjdzie pastor.

Wiedział,   że   ona   nie   lubi   Revelina,   i   świetnie   rozumiał,   że   pastor   budzi   jej 

niechęć. Wolno kiwał głową.

-   Potrzebowałbym   twojej   pomocy   na   polu.   Na   tym   nowym   ugorze.   Trzeba 

wykopać karpę... Sam nie dam rady.

- Może ci chyba pomóc Anders Kar? - powiedziała. Powoli żuła solone suche 

mięso, aż stało się kleistą substancją wypełniającą usta i żołądek.

- Może i tak.

Zaległa cisza. Słychać było tylko oddechy dzieci. Karl nasłuchiwał niespokojnie, 

zdawało mu się wieczorem, że Amelia jest jakaś rozpalona.

- Mała źle się czuła - rzekł z westchnieniem.

- Tak? Wydawało mi się, że jest całkiem zdrowa, kiedy grała w klasy z dziećmi z 

Plass.

- Tak. Ale teraz ciężko oddycha. Nie słyszysz?

- Śpi mocno  - stwierdziła  Marja po prostu, biorąc  jeszcze kawałek  kwaśnego 

chleba.

Nie zapalili lampy na stole, oczy przyzwyczajały się do zapadającego zmroku, nie 

zauważyli, że jest już całkiem ciemno.

- Możemy się chyba położyć - rzucił Karl.

- Mam jeszcze trochę do reperowania, muszę skończyć - odparła Marja.

background image

Karl   westchnął   i   wstał.   Poszedł   najpierw   zajrzeć   do   zwierząt,   umył   się 

pośpiesznie przy studni. Potem wrócił do domu, spodnie i kurtkę powiesił na zwykłym 

miejscu. Okrycie w łóżku wydawało mu się ciężkie, ale zimne. Leżał i patrzył na Marję, 

światło lampy, którą ustawiła po swojej lewej stronie, rzucało na jej twarz chybotliwe 

cienie. Wyglądało to okropnie. Czarne włosy wymknęły się z węzła i otaczały jej białą 

twarz.  Palce  miała   długie  i  szczupłe,   pracowały  teraz  szybko.   Wyraz  ust  wskazywał 

jednak, że Marja nie lubi tej pracy. Karl nie zdążył się jeszcze całkiem pogrążyć we śnie, 

gdy zauważył, że żona zgasiła światło i wsunęła się do łóżka. Było ono na tyle szerokie, 

że mogła  się ułożyć,  jak zwykle  w pozycji  płodu, plecami  odwrócona do niego, tak 

daleko, że ciała nie musiały się dotykać. Karl leżał nie śpiąc aż do czasu, gdy światło 

znowu powróciło i drozd na dachu rozpoczął pieśnią kolejny dzień.

Wtedy wstał, nie budząc Marji. Ona należała do ludzi, którzy mogliby pracować 

do północy, ale rano nie zrywają się razem z ptakami.

Było   za   wcześnie,   by   iść   do   obory.   Krowy   też   mają   swój   rozkład   dnia,   nie 

oczekują gospodarza o trzeciej czy czwartej rano. Ziemia jednak na wiosnę nie śpi. Więc 

Karl zanurzył stopy i ręce w zimnej, mokrej i żywej roli. Pola zmieniały się z dnia na 

dzień, niektóre pokryły się już delikatnymi zielonymi roślinkami. Teraz, wcześnie rano, 

na zboczu wzgórza rosa mieniła się niczym szlachetne kamienie. Powietrze było czyste i 

świeże,   wyczuwało   się   zapach   soli   idący   od   morza.   Tylko   tu   i   ówdzie   w   bruzdach 

połyskiwały jeszcze pasma lodu, ale i one stawały się z dnia na dzień węższe. Śnieg 

zalegał tylko wysoko na górskich szczytach, ale bywało że tam pozostawał nawet przez 

całe lato. Może nie tylko moje serce stało się zimniejsze w ostatnim czasie, zastanawiał 

się Karl, idąc za pługiem. Może cały świat zaczyna marznąć?

Pług uderzył o wielki kamień, Karl przyniósł łopatę. Ciężkie narzędzie podwajało 

jego siłę i wkrótce wielki szary kamień leżał nagi u jego stóp. Podniecony otarł pot z 

czoła i ruszył do miejsca, gdzie stary pień dębowy zamykał drogę prostym bruzdom, 

które żłobił pług Karla. Nadszedł czas, by usunąć karpę. Miał ochotę zmierzyć się ze 

starym pniem, pokazać mu, że Karl Oppdal nadal ma krzepkie ramiona. Wyobrażał sobie, 

że   podziemne   rozgałęzienia   korzenia   to   ludzkie   gadanie   i   upokorzenia.   Najgrubszy 

korzeń to jego ból, stary pień to jego miłość. Ziemia, która trzymała mocno martwy pień, 

była mu przyjazna, ale nie teraz.

background image

Chciał ją zmusić,  by wypuściła  z objęć karpę. Gotów  był,  jeśli to konieczne, 

wyciągać gołymi rękami korzenie. Czuł ogień w plecach i w ramionach, przed oczyma 

tańczyły   mu   białe   i   czerwone   płatki,   gdy   podejmował   ostatni,   decydujący   wysiłek. 

Łopata uderzyła o solidny kamień, stawiająca opór szara, wielka gruda, którą wydobył, 

stała się teraz jego pomocnikiem. Łopata zsunęła się, korzeń odrobinę się poruszył.

Karl   Oppdal   ujął   ramionami   korzeń   i   pociągnął   z   całych   sił,   jasne   gwiazdy 

eksplodowały w jego głowie, a pot mieszał się w ustach ze smakiem krwi, gdy chłop 

upadł na wilgotną ziemię. Korzeń wyrwał się nieoczekiwanie, jakby człowieka spotkała 

nagła śmierć.

Poczucie zwycięstwa mieszało się w sercu Karla z żalem, że drzewo musiało się 

poddać.

W   nowo   wybudowanej   szkolnej   izbie   ściany   wciąż   były   złociste.   Izba   miała 

ledwie kilka miesięcy, a Anton z Enkesetet nie szczędził na niczym. Na jednej ścianie 

wisiała duża mapa, pokazująca obce kraje i części świata. Wielkie morza pomalowano na 

niebiesko,   a   staranne   rysunki   przedstawiały   najrozmaitsze   morskie   potwory,   które 

napełniały dzieci pomieszanym z ciekawością lękiem. Na północy znajdowały się wielkie 

kontynenty,   wyraźnie   zaznaczona   była   Grenlandia.   Znacznie   większy   kontynent   na 

południu nazywał się Afryka. Nazwisko twórcy tej mapy zostało wypisane trudnymi do 

odcyfrowania   pełnymi   zakrętasów   literami,   ale   Marja   wiedziała,   że   nazywa   się   on 

Gerhardus   Mercator.   Wielki   uczony.   W   dłuższej   ścianie   znajdowały   się   trzy   okna 

pozbawione  szyb,  które zamykano  okiennicami,  ale  przy ładnej  pogodzie zostawiano 

otwarte.   W   jednym   z   narożników   wymurowano   duży   piec,   pokryty   żelazną   płytą. 

Gromadziła   ona   ciepło   i   kiedy   piec   napełniono   po   brzegi   brzozowymi   bierwionami, 

robiła się czerwona. Na stole nauczyciela leżały wysokie stosy książek. Większość z nich 

była stara, pochodziła z prywatnych zbiorów Antona. Nowiuteńka Biblia stała w szafie 

przy ścianie, za szybkami z cienkiego szkła. Wędrowny malarz wymalował na suficie 

sceny z Biblii i z baśni. Jeden z obrazów, który przedstawiał boginię Dianę, natychmiast 

został   zamalowany   przez   pastora.   Została   po   nim   biała   plama,   ale   jeśli   się   dobrze 

przyjrzeć, można było zobaczyć plecionkę z liści, która osłaniała uda i piersi bogini.

Z początku dzieci siedziały z wytrzeszczonymi oczyma i wpatrywały się w cały 

ten przepych. Ale Mar ja bez trudu umiała zainteresować je nauką. Zaczynała bardzo 

background image

ostrożnie, od rysowania literek. Delikatnie prowadziła dziecinne rączki o stwardniałej od 

ciężkiej pracy skórze po tabliczkach, potem wymazywała chwiejne kreseczki i kazała 

pisać   od   nowa,   nie   przynaglała,   starała   się,   by   nabrały   zaufania   do   tej   niezwykłej 

umiejętności,   jaką   jest   pisanie.   Niektórzy   uczniowie   potrafili   napisać   swoje   imię   już 

przed pierwszą lekcją. Inne nigdy nie myślały, że słowa można wyrazić inaczej niż tylko 

dźwiękiem. Nawet niektórym dorosłym łzy napływały do oczu, kiedy po raz pierwszy 

widzieli na piśmie swoje imię. Powoli, powoli pisane słowa otwierały przed nimi nowy 

świat. Marja z uśmiechem i radością w sercu stwierdzała, że coraz więcej mieszkańców 

wsi odkrywa, jak książki mogą nasycić wygłodniałe dusze. A kiedy przychodzili do niej, 

by porozmawiać o słowach Pana, które sami przeczytali, jej serce wypełniało tajemne, 

buntownicze zadowolenie. Czuła się niemal jak wielki nauczyciel, jak Galileusz, który 

pewnego razu objawił ludziom, że ich stare wyobrażenie o świecie należy odrzucić. Jego 

też księża nienawidzili.

Marja bardzo lubiła czuć na sobie spojrzenia ludzi.

Otwarte,   pełne   podziwu   spojrzenia.   Była   pewna,   że   większość   z   nich   nie 

przygląda   się   jej   pięknym   piersiom   ani   nie   obserwuje   różowego   koniuszka   języka, 

którym od czasu do czasu śliniła palec, by odwrócić kartę w książce. Patrzyli na nią 

dlatego, że była jedną z tych, którzy wiedzą. Dlatego, że była ich przewodniczką, kiedy 

wyruszali   w   podróż   do   nieznanych   światów.   Tym   samym   wzrokiem   patrzyli   na 

wędrownych bajarzy, którzy gromadzili wokół siebie ludzi w zimowe noce, w czasie 

Godów,   lub   kiedy   jesienne   wichry   wpędzały   ludzi   pod   dach.   Czuła   się   niemal 

oszołomiona ich uwagą, świadomość jakiejś specjalnej władzy nad nimi wprawiała w 

drżenie jej ciało, widziała, że łowią i ukrywają jej słowa niczym skarby. Czuła się wtedy 

wolna,  miała  lekką, jasną  głowę. Bardzo lubiła  spacerować  tam i z  powrotem przed 

słuchaczami,   kiedy   czytała   im   książkę   albo   opowiadała.   Lubiła   widzieć,   jak   głowy 

śledzące  jej ruchy odwracają się wolniutko od lewej strony na prawą i z powrotem. 

Kochała   ich   nieśmiałe   pytania,   które   z   czasem   stawały   się   coraz   trudniejsze   i   coraz 

odważniejsze. Niektórzy bardziej wierzący marszczyliby z pewnością nos, słysząc jej 

odpowiedzi, ona jednak dawała takim ludziom do zrozumienia, że mogą nie przychodzić 

na   spotkania   z   nią.   Mogą   się   zadowolić   naukami   pastora,   a   czytania   nauczy   ich 

dzwonnik.

background image

Właściwie nie powinna była robić nic innego, tylko podczas tych lekcji ćwiczyć 

naukę pisania i czytania. Ale jak to możliwe?  Jak można nauczyć  kogoś czytać,  nie 

zajmując   się   myślami,   które   czytanie   rodzi?   Biblia   i   katechizm,   księgi   psalmów   i 

opowieści historyczne były elementarzami tych dzieci. Marja nie miała książek, które 

zostałyby stworzone wyłącznie z myślą o nauce pisania. Bardzo tego żałowała, chociaż 

przecież nie ma sensu czytanie czegoś, co nie posiada treści. Mimo to zdarzało się, że 

sama układała krótkie zdanka złożone z prostych słów tak, aby nawet najmniej pojętni 

uczniowie byli w stanie je zrozumieć. Książki bowiem bywają zbyt trudne. Język, którym 

się   posługują,   na   ogół   nie   odpowiada   codziennej   mowie.   Marja   stwierdziła   też,   że 

większość   z   jej   uczniów   po   prostu   nie   rozumie   duńskich   słów,   których   zazwyczaj 

używają   księża   i   urzędy.   Zawsze   dzień   nauki   kończyła   śpiewem.   Pewna   kobieta   z 

Północy napisała kilka pięknych psalmów, które Marji bardzo się podobały. Nie było w 

nich   oskarżeń   ani   napomnień,   jakie   zawiera   większość   kościelnych   tekstów.   Były   to 

dobre,   pełne   wiary   w   życie   pieśni.   Nauczyła   się   na   pamięć   kolejnych   zwrotek   i   z 

zadowoleniem stwierdziła, że udało jej się spełnić przy tym również polecenie Revelina, 

by godziny w izbie szkolnej wypełnione były budującą treścią. Odmawiała też z dziećmi 

krótką modlitwę. Teraz, na zakończenie pierwszego okresu pracy, pożegnała wszystkie 

dzieci  serdecznie   i  każdemu  wręczyła   ładnie   ozdobiony  arkusik papieru.   Na każdym 

wypisała nazwisko dziecka oraz informację, że z powodzeniem uczestniczyło w nauce 

czytania   i   pisania.   Dzieci   przyjmowały   te   świadectwa   ze   zdumieniem,   od   tej   chwili 

kochały ją jeszcze bardziej. Dyplomy nawet w najbiedniejszych domach komorniczych 

zostały oprawione w ramki i powieszone na ścianie. Pewnie jeszcze w wiele dni po tym 

będzie można spojrzeć na ów papier ze łzami w oczach, gdy życie wyda się zbyt trudne. 

Będzie wtedy można wyprostować plecy i poczuć się nieco bardziej wartościowym.

Kiedy   w   ten   piątkowy   wieczór   Marja   przyszła   do   dworu,   gorączka   Gjertrud 

spadła.   Anton,   już   spokojniejszy,   zaprosił   pasierbicę   na   kolację.   Był   to   znak   zgody, 

porozumienie umacniane z każdym kęsem kiełbasy i każdym łykiem słodkiego piwa.

-   Rozmawiałem   z   Karlem   -   zaczął   Anton.   Marja   skinęła   głową,   żując   w 

milczeniu.

- On przychodzi teraz rzadziej. Ale nie rozumiem, dlaczego.

Marja rozsmarowywała masło na chlebie gwałtownymi ruchami.

background image

- Ja też nie rozumiem. Może dlatego, że sam chciałby mieć jeszcze jedno dziecko 

-   powiedziała   szorstko   i   natychmiast   pożałowała,   że   ujawniła   najgłębsze   pragnienie 

swego męża. To nie w porządku z jej strony. Karl byłby boleśnie zraniony.

- Powinien się cieszyć, że ma dwoje zdrowych. I nie upominać mnie, że martwię 

się takim, jakie mi los zesłał.

Jego głos był suchy, pełen żalu, zmęczony po wielu nieprzespanych nocach.

- Twoje dziecko jest, jak mi się zdaje, zdrowe? Pytała ostrożnie, a jej spuszczony 

wzrok sygnalizował, że nie oczekuje odpowiedzi.

- Oczywiście. Chłopak żyje i rośnie, jak powiada Karl. Marja jadła dalej, jedzenie 

smakowało jej, mimo że znajdowała się w domu smutku. Zawsze po dniu spędzonym w 

izbie szkolnej czuła się wyjątkowo głodna.

-   Moja   matka...   rozmawiałeś   z   nią   ostatnio?   Czy   ona   cię...   poznała?   Dzisiaj 

wydawało mi się, że wraca jej przytomność.

Anton spojrzał na nią rozjaśnionym wzrokiem.

-   Tak   myślisz?   Czy   to   może   być   prawda?   Ja   niczego   nie   zauważyłem,   nie 

odwiedzałem jej za często w ciągu ostatniej doby. Nie mam już sił... Musiałem wyjść na 

powietrze. Przeszedłem się trochę i zobaczyłem, że brzozy są już zielone...

- Bardzo dobrze - rzekła Marja. - Nie pomożesz  Gjertrud, zadręczając  się na 

śmierć przy jej posłaniu.

Anton mrugał wolno powiekami. W oczach pojawiły się dawne łzy.

- Dlaczego ty zawsze używasz jej imienia, Marjo? Wiesz, nigdy nie słyszałem, 

żebyś mówiła mama albo matka!

- To prawda. Tak się jakoś złożyło. Zawsze tak było, odkąd pamiętam. Może 

mówiłam   mama,   kiedy   byłam   mała.   Ale   dorosłej   kobiecie   to   chyba   już   nie   bardzo 

wypada, prawda? A poza tym ona ma na imię Gjertrud.

Marja umilkła, zamyśliła się.

Odczuła lęk, bo nie potrafiła sobie przypomnieć, czy jej własne dzieci mówią do 

niej mama, czy też zwracają się po imieniu.

Anton skończył jedzenie, zjadł tylko kawałek zimnego mięsa. Bardzo wychudł od 

czasu narodzin syna.

- Chodźmy do niej - rzekł i ujął Marję pod rękę, nie zastanawiając się, czy nie 

background image

chciałaby się jeszcze napić piwa po jedzeniu.

Ciało Gjertrud tonęło w puchowych pierzynach i poduszkach, którymi Anton ją 

otoczył,   by   stworzyć   możliwie   najbardziej   komfortowe   warunki.   Marja   odrzuciła 

pierzynę  z wciąż rozpalonego  ciała,  uchyliła  okno, by wywietrzyć  zapach  choroby z 

pokoju. Gjertrud nadal krwawiła, ale teraz dużo mniej. Wydzielina  nie była  już taka 

cuchnąca,   wszystkie   straszne   objawy   gorączki   połogowej   ustąpiły.   Marja   nie   mogła 

zrozumieć,  co  się  dzieje.  Gjertrud  nie  była  zdrowa,  ale  nie  umierała.  Nie  mogła   też 

odzyskać świadomości!

Ani   wywary   z   ziół,   ani   smarowidła   nie   pomagały,   nie   odniosły   widocznego 

skutku tajemnicze formułki, które Marja w desperacji szeptała nad głową chorej. Kiedyś, 

chociaż   bez   wielkiego   przekonania,   próbowała   położyć   dłonie   na   ciele   Gjertrud   i 

skoncentrować się, ale ciepło, które przenikało ją strumieniami wtedy, kiedy masowała 

kręgosłup Kari, nie pojawiło się. Ręce Marji pozostały tak samo letnie jak skóra, na 

której spoczywały. Zresztą Marja nie spodziewała się niczego innego. Pamięć tamtego 

przeżycia z Kari prawie całkiem się ulotniła, pojawiała się czasem we wspomnieniach 

niczym dawny sen.

- Ona wciąż śpi - powiedział Anton tym pełnym niepokoju szeptem, jakim chętnie 

posługujemy się przy łożu chorego. Jakby nam się zdawało, że normalny głos go zadławi.

-   Jest   nieprzytomna.   Nie   reaguje   na   nic,   ani   kiedy   ją   myję,   ani   kiedy   ją 

przebieram, ani kiedy karmię czy mówię do niej.

-   Wiem   -   odrzekł   zrozpaczony.   -   Ale   przecież   nie   wolno   nam   tracić   nadziei 

prawda?

- Nie wolno - odparła Marja.

- Posiedź ze mną trochę - poprosił Anton i Marja uświadomiła sobie nagle, że 

samotność przy łożu małżonki zabija tego człowieka.

Usiedli.

Anton zaczął coś mówić. Marja milczała, lecz gładziła dobrze znaną twarz tej 

kobiety,   która   była   jedyną   matką,   jaką   znała.   Rysy   wydawały   się   dziwnie   młode. 

Głębokie zmarszczki na czole wygładziły się, zostały tylko cieniutkie kreski. Gjertrud 

miała białą skórę, na której pojawiały się czasami nienaturalnie płomienne rumieńce. 

Ciało raz po raz drgało lekko, czasami zdawało się, jakby oczy miały się otworzyć.

background image

Po chwili jednak znowu zapadała w bezruch, tylko gałki oczne poruszały się za 

cieniutką zasłoną powiek.

Anton i Marja byli zmęczeni i przygnębieni. Nie mogliby zasnąć, ale siedzieli 

przy łóżku  bez  słowa.  Dlatego  oboje  podskoczyli  i  otworzyli   oczy,   gdy nagle  chora 

wydała z siebie zrozumiały dźwięk.

-   Dziecko   -   rzekła   Gjertrud   i   uniosła   głowę,   która   zaraz   ciężko   opadła   z 

powrotem.

- Moja kochana, obudziłaś się! Panie Boże, obudziłaś się!

Anton ujął jej słabe ręce, potrząsał nimi, szukał wzroku żony. Gjertrud otwierała 

je z trudem. Minęło wiele sekund, zanim zdołała popatrzeć w oczy męża. Słaby uśmiech 

ukazał się na jej wargach.

- Dziecko, Anton. Co... gdzie... żyje...

- Tak! Tak! Ono żyje!

- To chłopiec, prawda? Gjertrud mówiła szeptem.

- Tak! To chłopiec.

Anton i Marja spoglądali po sobie. W oczach Marji czaiło się ostrzeżenie. Anton 

zmienił temat.

- Moja kochana... musisz wyzdrowieć! Musisz do mnie wrócić, musisz...

- Opiekuj się nim dobrze, Maryjka - poprosiła Gjertrud, ale żadne z nich nie 

wiedziało, czy ma na myśli męża, czy syna.

Po chwili znowu straciła przytomność. Czekali jednak nie dłużej niż godzinę, gdy 

ponownie się odezwała. Tym razem chciała się podnieść na posłaniu, poprosiła o wodę.

Marja wspierała ją, dała jej wzmacniającej zimnej herbaty z miodem. Gjertrud 

piła z wdzięcznością. Napój nareszcie dodawał jej sił. Głos miała czysty, kiedy do nich 

mówiła.

- Anton, jak on ma na imię? Ile on ma... ile czasu minęło...

- Parę tygodni - odparł Anton, chcąc uniknąć dokładnej odpowiedzi na to pytanie.

- Kto go trzymał? - zapytała Gjertrud z uśmiechem, mając na myśli chrzest.

Mar ja westchnęła.

Anton nie znajdował odpowiednich słów.

-   On   jeszcze   nie   został   ochrzczony   -   odparła   Marja   niepewnie.   -   Chcieliśmy 

background image

zaczekać, aż ty...

- Nie czekajcie! Nawet jeśli jest zdrowy i silny, trzeba go jak najszybciej wpisać 

do Księgi Bożej. Nie przeżyłabym, gdyby...

Anton ciężko przełknął ślinę.

- On... dziecko... on nie jest... Marja przerwała mu pospiesznie.

- Zajmiemy się tym. Anton porozmawia z proboszczem, ochrzcimy go w następną 

niedzielę.

- Ty go zaniesiesz, Marjo. Skoro ja sama nie mogę, to powinnaś ty...

Marja bez słowa skinęła  głową. Obietnice nie miały najmniejszego znaczenia. 

Gjertrud wracała do życia. Z wdzięczności gotowi jej byli obiecać gwiazdkę z nieba.

Marja wracała do domu lekkim krokiem, cieszyła się, że opowie Karlowi o tym, 

jaki cud się wydarzył. On z pewnością najbardziej się ucieszy obietnicami Antona. Pan 

dotrzymał swojej części umowy. Małżonka wraca na drogę życia. W takim razie Anton z 

Enkesetet   powinien   dotrzymać   swojej   i   pozwolić   synowi   żyć!   Jeszcze   tego   samego 

wieczora Milla i chłopczyk przeprowadzili się do innej izby i chłopiec po raz pierwszy od 

dnia narodzin mógł zobaczyć światło dnia.

Tego wieczora uśmiech Karla był czuły i szczery,  głowę młodego gospodarza 

przepełniały dobre myśli. Dlatego Marji łatwiej było go zrozumieć, kiedy poszukiwał 

zbliżenia i kiedy później wyrażał jej wdzięczność.

Tej nocy także Revelin nie zaznał spokoju. Tym razem jednak to nie demon z 

dawnych snów go dręczył, to nie ta roześmiana jasnowłosa kobieta nie pozwalała mu 

zasnąć. Tym razem nie spał z powodu jej córki. Marji Oppdal.

To, czego dowiedział się od bogobojnych dobrych ludzi, sprawiło, że zaciskał 

pięści w gniewie.

Od pierwszej chwili występował przeciwko szkolnej izbie, w której Marja miała 

uczyć   dzieci   sztuki   czytania.   Wielokrotnie   przestrzegał   przed   złymi   nauczycielami   i 

fałszywymi prorokami, przed ludzką pychą. Przestrzegał przed pułapkami, w które wpaść 

mogą wierni, gdyby ważyli się na własną rękę czytać trudne słowa Pana.

Teraz miał dowód.

Jedna nieszczęsna owieczka została sprowadzona nad przepaść przez fałszywego 

pasterza. Z trudem udało się pastorowi doprowadzić ją z powrotem do stada.

background image

Ostatnia lekcja Marji dobiegła końca.

Może jej heretycka działalność wystarczy, by wypędzić również ją z parafii?

Revelin nie spał i rozmyślał. Rozmawiał ze swym Bogiem i otrzymał odpowiedź.

Kiedy więc ta sama kobieta następnego dnia nieoczekiwanie wkroczyła do jego 

gabinetu, odpowiedział szaleńczym śmiechem na pytanie, które zadała.

Anton i stary lensman wyglądali na przestraszonych. Żona lensmana, Karl Oppdal 

i Marja spoglądali po sobie niepewnie.

Pastor rozkoszował się tą chwilą, gdy spokojnie pochylony wspierał ręce na blacie 

swego szerokiego biurka. Każde słowo wypowiadał tak wyraźnie, że Anton z Enkesetet 

otworzył usta.

-   Chcesz,   by   Marja   Oppdal   była   matką   chrzestną   twego   dziecka,   mój   dobry 

człowieku?   Powiadam  ci   jednak,   że  dopóki  ja  jestem  proboszczem  w   tej   parafii,   do 

niczego takiego nie dopuszczę. Skoro ziemski ojciec nie troszczy się o dobro swego 

dziecka, to musi wkroczyć Wszechmocny Ojciec i Pan. Marja nigdy nie będzie podawać 

do chrztu niewinnego dziecka przy moim ołtarzu. Szczerze powiedziawszy, posiadam 

wiadomości, które mogłyby doprowadzić do wykluczenia jej ze świętej wspólnoty. Ale o 

tym będzie się rozmawiać później. Sporządźmy teraz dokumenty związane z chrztem 

twego syna. Ja sam będę go trzymał do chrztu.

To wielki zaszczyt.

Proboszcz jako ojciec chrzestny!

Anton zrozumiał jednak, o co chodzi.

- Odmawiasz Marji Oppdal, siostrze tego chłopca, prawa trzymania go do chrztu?

- Tak, nie należy ona do osób, którym powierzyłbym los niewinnego dziecka.

Marja   zrobiła   krok   do   przodu.   Górowała   nad   pastorem   wspartym   o   biurko. 

Revelin miał ochotę wstać, bardzo źle się czuł, kiedy Marja mówiła nad jego głową.

-   Posunąłeś   się   za   daleko,   Revelin   -   powiedziała   cicho.   A   jej   oczy   dodały: 

myślałam, że zawarliśmy umowę.

Bez lęku przyjął jej niebezpieczne wyzwanie. Marja zrozumiała, że coś się stało, 

że równowaga sił została zachwiana. Odzyskała jednak trochę nadziei, widząc, że na jego 

łysej głowie perli się pot.

- Opuść ten dom, Marjo Oppdal! Jesteś tu niepożądana! Spotkamy się w kościele 

background image

następnej niedzieli, spadnie wtedy na ciebie gniew Pana. Bądź pokorna, Marjo Oppdal, to 

może zostanie ci jeszcze trochę nadziei na wieczne zbawienie...

- Mam gdzieś twoje zbawienie! Niech ci się nie wydaje, że możesz mnie wycisnąć 

niczym gomółkę niedojrzałego sera. Ja jestem zrobiona z twardego materiału, Revelin! Ja 

też nie jestem bezsilna!

Wpatrywał się w nią zmrużonymi oczyma. Musiał jednak jeszcze raz poprosić, by 

opuściła pokój, zanim drzwi zamknęły się za małżonkami Oppdal.

background image

ROZDZIAŁ X

Kiedy Justitian wróci. Kiedy twój jedyny syn wróci, w księżej sutannie albo bez. 

Wtedy zobaczysz, Revelinie... Wtedy zobaczysz, że Marja Oppdal posiada władzę, której 

nie chciałbyś  jej udzielić. Już teraz się mnie boisz, klecho, widziałam niepewność w 

twoich   oczach   i   drżenie   twoich   starych   rąk.   Ale   będziesz   miał   powód  bać   się   mnie 

jeszcze bardziej. Nie zejdziesz spokojnie do grobu, ty przeklęty złodzieju!

Marja leżała sztywna przy swojej krawędzi łóżka, Karl zasnął już dawno temu. 

Czuł się upokorzony wstydem z powodu zajścia u pastora. Nigdy przedtem nie słyszał, 

by jakiś  pastor zabronił człowiekowi  trzymania  dziecka  do chrztu,  takiego zaszczytu 

odmawiano   jedynie   kobietom   lekkich   obyczajów,   ludziom   wyjętym   spod   prawa   i 

heretykom. Jak on mógł? Karl mówił, że trzeba złożyć skargę do króla, a w każdym razie 

do biskupa. Marja prychnęła tylko i powiedziała, że król ma teraz ręce pełne szwedzkiej 

krwi,   nie   znajdzie   więc   czasu   na   takie   bagatelki.   A   biskupi   nigdy   nie   występują   w 

obronie zwyczajnych ludzi, w każdym razie jeśli chodzi o tego rodzaju sprawy. Może 

nawet biskup zechciałby wzmocnić stanowisko swego sługi i zamknąć im obojgu drzwi 

do kościoła? Wtedy ich życie we wsi byłoby nie do zniesienia. Trzeba machnąć ręką, 

chodzi w końcu tylko o chrzest.

Karl nie zgadzał się z nią, twierdził, że gdyby chodziło o normalne dziecko, to 

Marja walczyłaby pazurami z pastorem. Wiedziała, że w jakimś sensie Karl ma rację, ale 

nie chciała się do tego przyznać.

- Maleństwo powinno zostać zaniesione do kościoła - powtarzał Karl.

- A nie  zostanie,  jeśli  my się  nie wycofamy.  Anton  ma  innych...  Nawet  sam 

proboszcz zaproponował, że zostanie ojcem chrzestnym. To dziecko też chyba zasłużyło 

sobie na więcej honorów niż rodzice chrzestni tacy jak my, ja pyskata i niepokorna, a ty 

nieśmiały!

Te   ostatnie   słowa   po   prostu   wykrzyczała.   Karl   musiał   dostrzec   logikę   w   jej 

rozumowaniu. Westchnął więc głęboko, szepnął dobranoc i zasnął.

Serce Marji było zimne niczym stal. Ta upokarzająca scena w gabinecie pastora to 

jedna sprawa. Wprawdzie nie oczekiwała, że po tak długim czasie Revelin podejmie 

ofensywę. I dawał coś do zrozumienia. Co to może być? Starała się przypomnieć sobie 

background image

wszystko, zastanawiała się, oceniała, ale nie mogła dojść do żadnych wniosków. Może to 

tylko   takie   straszenie,   może   właśnie   o   to   chodziło,   by   nie   mogła   w   nocy   spać? 

Rozmyślała o szkole, ale wiedziała przecież, że pastor już raz przegrał w tej sprawie. 

Najznakomitsi mieszkańcy parafii zaakceptowali szkołę, płacili na nią, posyłali do niej 

własne dzieci i dzieci swojej służby. I wszyscy kłaniali się pięknie Marji, kiedy spotykali 

ją w drodze do szkoły albo ze szkoły.

Nie, jego brudne ręce nie dotkną szkoły.

I   chociaż   Marja   rozważała   wszelkie   możliwości,   nie   mogła   odgadnąć   myśli 

pastora. Nie znajdowała żadnego punktu zaczepienia. Dotychczas jeszcze nie. Nic się nie 

stanie, dopóki Justitian nie wróci.

Wtedy ożyje w nim znowu jego pierwsza młodzieńcza, gorąca miłość, wybuchnie 

z całą siłą. Syn pastora, probostwo, ba, cała parafia zostanie dotknięta skandalem. Dla 

Marji jednak nie będzie to już miało żadnego znaczenia. Bo zanim kurz opadnie, ona 

wypełni swoją wolę. Justitian będzie w jej rękach najskuteczniejszą bronią. I dotknie 

starego   pastora   w   miejsca   dla   niego   najboleśniejsze.   Narazi   go   na   utratę   czci   oraz 

pieniędzy.

Justitan musi się już zbliżać do końca swoich studiów. Prawdopodobnie wróci do 

domu, zanim lato zmieni się w jesień. Do Bożego Narodzenia Marja zdoła zrealizować 

swoje plany. A nim nadejdzie kolejne lato, Justitian będzie w jej rękach niczym nowo 

narodzone jagniątko.

Marja uśmiechała się w ciemnościach, ręce składały się, ale nie do modlitwy. 

Czuła drżenie w całym ciele, jakiś niepokój, coś, co przypominało głód, ale głodem nie 

było.   Przez   chwilę   zastanawiała   się   nawet,   czy   nie   wstać   i   nie   zjeść   kawałka   sera. 

Zmieniła   jednak   zdanie,   postanowiła   obudzić   Karla.   Delikatnymi   palcami   pogłaskała 

uśpioną twarz.

Poruszał ustami, mamrotał coś, miała wrażenie, że coś mu się śni. Szturchnęła go 

lekko i powiedziała cichutko:

- Obejmij mnie, Karl.

Na wpół rozbudzony oplótł ją posłusznie ramionami.

Przytuliła mocno policzek do jego twarzy, wilgotnym językiem pieściła kąciki 

jego ust. Karl obudził się już całkiem, przytulił ją mocno do siebie. Marja przywarła do 

background image

niego, chciała, żeby wiedział, iż go pragnie, ale on wciąż leżał z zamkniętymi oczyma.

Błądziła teraz palcami po jego ciele, po silnym, ciepłym brzuchu. Zsuwała dłoń 

ku dołowi, leciutko jak w zabawie, a zarazem dawała do zrozumienia, czego oczekuje. 

On leżał spokojnie, niezwykle spokojnie, i Marja zastanawiała się, czy rzeczywiście nie 

śpi. Stała się bardziej natarczywa w pieszczotach, poczuła, że najgorętsza okolica jego 

ciała reaguje na jej dotyk, oddech męża wciąż jednak był spokojny, twarz nie wyrażała 

żadnych uczuć.

- Karl...

Szept zabrzmiał w ciszy niczym krzyk.

- Mmm...

- Czy nie rozumiesz, że chcę...

- Mmm...

Marję zirytował  brak  reakcji. Podniosła się  na posłaniu, a potem położyła  na 

Karlu, siłą rozchylała jego wargi, całowała go namiętnie. Wtedy obudził się na dobre. 

Jakby udzielił mu się głód, który ona odczuwała. Przyjmował jej pocałunki łapczywie, 

niemal desperacko. Marja odsunęła się odrobinę, ale nie zerwała kontaktu z jego wargami 

i lędźwiami. Tuliła się do niego mocno, nie miała czasu na nic innego.

Ale nic się nie działo.

Ze zdumieniem stwierdziła, że ciało Karla nadal pozostaje uśpione. Jeszcze przez 

chwilę próbowała je rozbudzić, jeszcze raz dotknęła pieszczotliwą, ale stanowczą dłonią 

jego najbardziej wrażliwych miejsc. Ale twarz Karla wciąż była ukryta w jej czarnych 

włosach, drgnął tylko lekko, kiedy doświadczoną ręką ujęła jego członek.

Policzki Marji płonęły teraz już nie tylko z pożądania. Co jest nie tak? Co się 

stało?   Karl   nie   okazywał   ani   odrobiny   podniecenia,   w   ogóle   nie   odpowiadał   na   jej 

starania.   Coś   musiała   zrobić   nie   tak   jak   trzeba.   Przecież   zawsze   tak   łatwo   było   go 

rozpalić, to on okazywał więcej zapału, to on nigdy nie miał dość, to on dopraszał się 

dostępu do jej ciała niczym małe dziecko do garnka z miodem.

-   O   co   chodzi?   -   zapytała   odrobinę   zbyt   zirytowanym   szeptem,   by   mógł   jej 

odpowiedzieć.

Opadła   z   powrotem   na   posłanie,   zaniosła   się   szlochem.   Przyciągnęła   mocno 

okrycie i zawinęła się w nie.

background image

Do diabła.

Co się dzieje z jej mężem?

Marja postanowiła, że będzie mu okazywać rozczarowanie, złość, irytację. Jeśli 

tego nie uczyni, to jak obroni się przed głupimi myślami, że jest nie dość dobra?

Pastor czytał list we wczesnym świetle majowego poranka i gładził siwy zarost 

powykrzywianymi przez reumatyzm palcami.

Wiele myślał o synu w ostatnim czasie. Może dlatego, że ciało zaczynało marzyć 

o wiecznym spoczynku. Zmysły i myśli się przeciwko temu buntowały, Revelin nie był 

jeszcze gotów umierać. Jeszcze są sprawy niezałatwione, wciąż jest coś szczególnego, 

co, jak sądził, Pan musi mu powierzyć jako swemu wiernemu słudze. Życie nie może 

przecież sprowadzać się tylko do tego, co już pozostało za nim.

Zdrowie   miał   niezłomne,   wiedział   o   tym.   Ciało   mogło   się   wydawać   stare   i 

połamane,   ale   przecież   udźwignęło   wszystkie   trudy  tego   świata.   Wszelkie   próby,   od 

pokus z najwcześniejszych lat aż po przekleństwo, które zaciążyło na całym jego życiu.

Demony Marii. Te, które odbierały mu sen i radość. Udało mu się parę razy je 

oszukać i w nagrodę za zwycięstwo otrzymał syna. Żałosna Cecilia, jego małżonka, na-

wet tego prostego zadania  nie wypełniła z honorem. Urodziła mu słabowite dziecko, 

mdłą karykaturę mężczyzny.

No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że studia w wielkim mieście zrobiły z niego 

człowieka.  Może się czegoś nauczył.  Może wróci do domu i stanie się dumą swego 

dobrego ojca? Niestety, Revelin w to nie wierzył. Ale gdzieś w jego sercu znajdowało się 

takie miejsce, taki wrażliwy punkt, który z latami stawał się coraz większy. Nadzieja.

Syn jest wszystkim, co posiada.

Tylko on może przekazać jego nazwisko dalej.

A to jest najważniejsze.

Wprawdzie potrzebna jest do tego również kobieta, Revelin nie zapominał o tym, 

ale nietrudno będzie ją znaleźć, trzeba tylko porozmawiać z tymi właściwymi. Proboszcz 

w sąsiednim Gaupne, na przykład, ma córkę. Uczciwa i dobra młoda kobieta o krągłych 

ramionach i rumianych  policzkach.  Nie mówi  wiele, ale tak powinno być.  Poza tym 

punktem honoru jej matki jest wypełnienie po brzegi posażnych skrzyń panny wszelkim 

dobrem, jakim ich gospodarstwo rozporządza.

background image

Nieźle   też   będzie   związać   trochę   ze   sobą   dość   zarozumiałego   kolegę.   Może 

powściągnie nieco swoje zbyt liberalne poglądy.

Tak, tak sprawy powinny się ułożyć.

Revelin postanowił jak najszybciej pomówić o swych planach z ojcem panny. 

Niech wszystko będzie jasne, kiedy Justitian wróci do domu. To już chyba niedługo. 

Wprawdzie Revelin nie dostał od syna ani jednego listu przez te wszystkie lata, ale też 

niczego   takiego   nie   oczekiwał.   Stary   nauczyciel,   Magellan,   natomiast   słał   wierne 

sprawozdania z poczynań młodego człowieka na uniwersytecie. Minionego lata, w ostat-

nim liście, stary człowiek drżącą ręką donosił, że Revelin junior może zakończyć studia z 

najlepszymi wynikami. Tak więc okrągła sumka wydana na kształcenie syna nie poszła 

na marne. Magellan osobiście przekazywał ją rok po roku Justitianowi.

Prawdopodobnie zostawiał sobie co najmniej połowę za fatygę, Revelin nie miał 

co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale pamiętał Magellana dobrze, nie zapomniał 

jego   zasług.   Pamiętał,   że   ten   nieduży,   wierny  człowieczek   był   niczym   opoka,   kiedy 

studenci teologii zaczynali się burzyć. Justitian znajdował się pod właściwą kontrolą. 

Słowa o jego pracowitości i sukcesach budziły w starym ojcu zarówno wątpliwości, jak i 

oczekiwanie.

Pieniądze   nie   zostały   roztrwonione,   te   przynajmniej   nadzieje   Justitian   spełnił. 

Pewnego dnia zajmie stanowisko ojca i pomnoży honor oraz srebro rodziny Revelinow. 

Jego pierwszy syn będzie nosił imię dziadka. Dzięki temu nazwisko Revelina pozostanie 

po wieczne czasy na ustach ludzi, budzić będzie ten lęk i szacunek, na który zasługuje.

Stary pastor odłożył list. Czytywał go ostatnio coraz częściej, a od czasu do czasu 

łapał się na tym, że spogląda na wody fiordu, myśląc o Justitianie.

Syn niedługo wróci.

Chłopiec przemienił się w mężczyznę.

Revelin musiał przyznać, że cieszy się, niebawem sam zobaczy różnicę. Chociaż 

wciąż   nie   pozwalał   sobie   na   zbyt   wiele   radości,   liczył   się   bowiem   z   tym,   że 

rozczarowanie też nie zostanie mu oszczędzone.

Justitian   jest   z   pewnością   dorosły.   Ale   słabość   ma   we   krwi,   a   nawet   klimat 

Kopenhagi nie jest w stanie odmienić ludzkiej natury.

Dziecko z Enkesetet zostało przyniesione przed ołtarz Pana w drugą niedzielę 

background image

maja. Towarzyszyło mu czworo najznakomitszych obywateli wsi, a syna przyniósł Anton 

osobiście. Równie dobrze sam może być ojcem chrzestnym dziecka. Choć mógłby być 

dziadkiem...

Anton nie promieniał, jak to się zdarza, kiedy podeszły wiekiem ojciec niesie do 

chrztu   pierwszego   syna.   Szedł   pewnym   krokiem,   trzymał   dziecko   w   objęciach, 

odsuwając je trochę od siebie. Malec, jak na swój wiek, był  duży,  wyglądał na parę 

miesięcy.   Buzia   spoczywająca   wśród   brokatów   i   koronek,   haftów,   pereł   i   falbanek, 

wydawała się może niewielka, ale też sukienka, w którą dziecko było ubrane, ważyła 

chyba   więcej   niż   ono   samo.   Wszyscy   musieli   wiedzieć,   że   dziecko   pochodzi   z 

zamożnego domu. Towarzyszący mu orszak kroczył w głębokiej powadze. W ławkach 

słychać   było   szepty,   ludzie   wyciągali   szyje,   gdy   pastor   odsunął   czapeczkę,   by 

pobłogosławić małego.

Ludzie widzieli, że dziecko jest dziwne.

Nie całkiem zdrowe.

Kobiety próbowały dostrzec jakieś paskudne znamiona lub zniekształcenia, ale 

buzia była okrągła, uśmiechnięta, z wielkimi, ciemnymi, nieco skośnymi oczkami. Włosy 

czarne! Sterczące, czarne, stanowczo zbyt długie!

Anton wiedział, co ludzie myślą, wiedział, że to dla nich sensacja, dla niektórych 

też złośliwa radość. Ci nieszczęśni nędzarze odczuwali teraz wielki triumf. Mogli sobie 

siedzieć w otoczeniu zdrowych dzieci. Anton wiedział, co czują.

Zaraz po ceremonii oddał dziecko żonie lensmana, która przyjęła je więcej niż 

chętnie. Ojciec małego nie zapraszał na wielkie przyjęcie, nie wypadało się radować, 

skoro pod tym samym dachem matka chłopca leżała ciężko chora. Parę osób jednak mu 

towarzyszyło,   kiedy   po   raz   pierwszy   przenosił   przez   próg   domu   w   Enkesetet   swoje 

ochrzczone   dziecko.   Proboszcz   oznajmił   wprawdzie,   że   nie   zamierza   uświetniać 

przyjęcia swoją obecnością, skoro ma w nim uczestniczyć Marja Oppdal.

Anton odparł na to, że obejdą się blaskiem pięknych żyrandoli z Salzburga, które 

zdobią salon w Enkesetet.

Dlatego Marji przypadł zaszczyt podania dziecku rytualnego kawałeczka masła 

po chrzcie. Malec lizał z zapałem srebrną łyżeczkę, dopóki była na niej choć odrobina 

smakowitej złocistej masy. Widocznie lubił masło.

background image

Goście rozchmurzyli się, gdy piwo i pyszne jadło pojawiły się na stole. Kobiety 

brały chłopczyka na ręce, ale patrzyły na niego raczej z ciekawością pomieszaną z lękiem 

niż z macierzyńską czułością. To naprawdę podmieniec. Ci jednak, którzy czuli jego 

żywe, ciężkie ciało w ramionach, musieli przyznać, że był czarującym chłopaczkiem. 

Mimo wszystko.

Anton pozostał poważny i milczący, dobry nastrój gości mu się nie udzielił. W 

środku przyjęcia zniknął nieoczekiwanie, a później Marja odnalazła go w łóżku Gjertrud. 

Chora spała, Anton zaś drzemał, leżąc u jej boku. W pomarszczonych dłoniach trzymał 

osłabłą rękę żony.

Marja chciała się wycofać, zostawić ich w spokoju, ale nagle Gjertrud odezwała 

się cicho:

- Dziecko, Maryjko. Mały Benjamin... może byś go przyniosła do nas?

- Oczywiście. Ale czy jesteś w stanie...

- Pewnie, że jestem. Chcę mieć ich obu przy sobie. Moich chłopców.

Uśmiechnęła się blado. Oczy jej lśniły.

Marja   przyniosła   malca,   wciąż   ubranego   we   wspaniałą   sukienkę.   Usteczka 

błyszczały mu od masła, uśmiechał się radośnie jak zawsze. Głupi uśmiech, uważała 

Marja. Dowód na to, że dziecko nie jest takie jak powinno.

Gjertrud nigdy o niczym nie wspomniała. Odmienność chłopca musiała być dla 

niej   oczywista,   ale   zachowywała   się   jakby  nigdy   nic.   Marja   uważała,   że   to   dziwne. 

Kalectwo dziecka nie zniknie przecież, jeśli się go nie będzie dostrzegać. Niezależnie od 

tego, czego Gjertrud sobie życzyczego pragnie, nie odmieni rzeczywistości.

- Patrz! On się do mnie śmieje - mówiła matka uszczęśliwiona.

Oczywiście. Nieustannie śmieje się jak głupi.

Spójrz, Maryjko! On jest podobny do mojej mamy! Skąd niby mam to wiedzieć?

Maryjko, dlaczego ty nic nie mówisz? Czy to nie najpiękniejsze niemowlę, jakie 

widziałaś? No, dla ciebie to może trzecie najpiękniejsze...

- Mm. Jaki zdrowy! A apetyt ma, ten mały łobuziak!

Nagle Gjertrud spoważniała. Wolną ręką pogłaskała przerzedzone włosy męża. 

Ogarniało ją zmęczenie, ale Marja nie chciała zabierać jej synka.

-   Spij,   Gjertrud.   Niech   dziecko   leży   między   wami.   Spij,   przyjdę   później   i 

background image

przyniosę wam coś do zjedzenia. Anton... On też jest pewnie bardzo zmęczony. Teraz 

muszę się zająć gośćmi.

-   Tak.   Dziękuję   ci,   Maryjko.   Dziękuję   za   wszystko.   Marja   uścisnęła   chorą. 

Poczuła, że skóra na policzku tamtej jest sucha niczym pergamin.

Kiedy   nieliczni   goście   się   pożegnali,   Marja   weszła   cicho   do   trojga   śpiących. 

Stanęła w drzwiach i patrzyła na nich przez chwilę. Wydawali się bardzo spokojni.

Anton   ocknął   się,   słysząc   kroki.   Usiadł   na   posłaniu,   uświadomił   sobie,   że   to 

dziecko   ciąży   mu   na   ramieniu.   Niechętnie   odepchnął   od   siebie   zawiniątko   w   stronę 

Gjertrud, potem wstał. Przepraszał Marję, że usnął, pytał o gości. Marja uspokajała go, że 

wszystko w porządku.

Twarz Gjertrud nawet nie drgnęła.

W jej uśpionym ciele był jakiś upiorny spokój.

Kiedy   dziecko   poruszyło   się   i   zapłakało,   a   matka   nie   otworzyła   oczu,   Marja 

zrozumiała, co się stało. Z krzykiem dopadła do Gjertrud, uklękła przy łóżku, szarpała ją 

za  ramiona,   potrząsała   całym  ciałem.   Głowa  tamtej  kiwała   się z  boku  na bok  jak  u 

szmacianej lalki.

Marja zakryła rękami usta. Bezradnie patrzyła w przerażone oczy Antona.

- Boże, Anton, ona nie żyje!

Słowa   brzmiały   niczym   jęk,   w   gardle   dławiło   ją   tysiące   niewypowiedzianych 

lęków.

-   Nie   -   rzekł   Anton,   kręcąc   głową.   Przez   moment   wydał   jej   się   podobny  do 

Benjamina. Niczego nie pojmujący,  uśmiechnięty,  jakby Marja powiedziała  wątpliwy 

dowcip. - Ona żyje... rozmawiała ze mną... przed chwilką... rozmawialiśmy... spaliśmy 

razem...

Marja skuliła się, przyłożyła ucho do piersi Gjertrud. Nie słyszała bicia serca, nic 

nie słyszała, tylko szum w uszach.

- Ona... odeszła - wykrztusiła. - Mamo... Dopiero teraz ponura prawda dotarła do 

Antona.

Nigdy   przedtem   nie   słyszał,   żeby   Marja   mówiła   do   Gjertrud   mama.   A   teraz 

Gjertrud już tego nie słyszy.

Dziecko uspokoiło się, pewnie znowu usnęło, przytulone do nieruchomego ciała 

background image

matki, jakby chciało wchłonąć w siebie resztki jej ciepła. Marja przygarnęła małego do 

siebie, na moment zanurzyła twarz w słodkawym zapachu niemowlęcia. Potem ułożyła 

zawiniątko   w   kołysce   przy   łóżku   i   wybiegła   z   pokoju,   nie   patrząc   na   odrętwiałego 

ojczyma.

Chłopczyk   wrzasnął   jak   kot   boleśnie   ukłuty   ostrym   narzędziem.   Były   w   tym 

krzyku  ból i intensywność,  które sprawiły,  że w głowie Antona eksplodowało tysiąc 

czerwonych słońc.

Dziecko nie umarło.

Znaleźli je w kącie, ciche niczym młody zajączek, który pojął, że lis zamierza się 

z nim pobawić, zanim wbije zęby w delikatne gardziołko.

Anton   nie   uśmiercił   malca,   a   później,   pośrodku   całego   zamieszania   leżał   na 

podłodze przed łóżkiem zmarłej jak złożony w ofierze. Tylko Karl miał odwagę się do 

niego zbliżyć. Marja zasłaniała sobą dzieci i patrzyła na straszny spektakl, który się przed 

nią rozgrywał. Za nią niczym posągi stały kucharka i Milla, Marja zauważyła, że kobiety 

wstrzymują oddech.

Karl podniósł starego człowieka z podłogi, ale ten dosłownie leciał mu przez ręce. 

Z gardła wydobywał się jakiś okropny bełkot. 'W pozbawionych łez oczach było tyle 

rozpaczy, że patrzącym na niego serca krajały się z bólu.

- Marja! Daj mu coś... na uspokojenie. Ingrid, trzeba pochować alkohol, jaki jest 

w domu, zamknij w szafie i pod żadnym pozorem nie dawaj mu klucza.

Kucharka  bez  słowa  kiwała głową,  patrzyła  gdzieś  w bok, niepewna,  czy ma 

słuchać poleceń dzierżawcy z Oppdal. No ale jest przecież zięciem zmarłej gospodyni.

Marja widziała, jak Karl wyniósł Antona z pokoju, i dopiero wtedy zobaczyła w 

kącie chrzcielną sukienkę.

Dziecko!

Pobiegła tam, Milla ze zdławionym okrzykiem za nią, potrząsały na pierwszy rzut 

oka martwe ciałko, rozwinęły z pieluszek.

Ale Benjamin oczy miał otwarte. Popatrzył na Marję tak, że do końca życia miała 

tego nie zapomnieć.

- Żyje - rzekła po prostu, nie była w stanie już nic więcej zrobić.

Kucharka i Milla z pomocą służącej zajęły się przygotowaniami do pogrzebu. 

background image

Umyły i ubrały zmarłą, zawiadomiły pastora, wyszukały Antonowi porządne ubranie, 

zanim zjawią się w domu ludzie z kondolencjami. Chłopi pracujący na polach nie mogli 

zrobić przerwy,  robota nie może  czekać, kiedy ważą się przyszłe zbiory.  Ale dwóch 

stolarzy   trudziło   się   we   dworze   dzień   i   noc,   by   zrobić   dębową   trumnę,   w   której 

gospodyni zostanie złożona na wieczny spoczynek. Anton sam poszedł do kowala, by 

zamówić   najpiękniejsze   okucia,   jakie   w   tej   wsi   można   było   kupić   za   pieniądze.   Na 

drodze wszyscy kłaniali  mu się z szacunkiem,  nikt jednak nie odważył  się do niego 

zagadać. Nigdy nie widzieli tego pełnego życzliwości człowieka w takiej rozpaczy, nigdy 

żal wdowca po utracie żony nie zawierał takiej nienawiści.

Tylko trzy kobiety z Enkesetet i Karl domyślali się niepohamowanej wściekłości 

Antona. Gniewu, od którego serce mogło mu pęknąć na kawałki. Gniewu skierowanego 

przeciwko światu, przeciwko Bogu i złemu losowi. I przeciw synowi. Marja zastanawiała 

się, czy rzeczywiście zamierzał zabić dziecko. Karl nie chciał o tym mówić, wiedziała 

jednak, że i jemu nie daje to spokoju.

- Musisz z nim porozmawiać, Karl. Ciebie jednego wysłucha. Obawiam się o jego 

władze umysłowe.

Karl   obiecał,   że   porozmawia.   Nie   tylko   Marja   widziała   mgłę   w   udręczonych 

oczach Antona. A kucharka opowiadała, że śpiewał w środku nocy, słyszała też śmiech w 

jego   izbie   na   górze,   głuchy,   ponury,   złowieszczy   śmiech.   Lensman   dawał   do 

zrozumienia, że może trzeba by ustanowić prawnego opiekuna. Anton z Enkesetet, jeden 

z pierwszych w parafii, zmierzał chyba za swoją żoną do grobu. Rozpacz pomieszała mu 

zmysły.

- Wynoś się z mojego domu, Karlu Oppdal! Nie chcę cię więcej widzieć, nie chcę 

słyszeć twoich głupich słów! Ty niczego nie rozumiesz, nie pojmujesz...

Oczy   Antona   lśniły   matowo,   kryło   się   w   nich   morze,   ciemne   morze   buntu   i 

rozpaczy. Karl czuł dławienie w gardle, serce mu się krajało. Niepokoił się, przerażało go 

szaleństwo i gniew pułkownika. Powtarzał sobie jednak, że to przecież Anton, człowiek 

honoru, który nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy.

Aż do tej chwili. Bo teraz usiłował zamordować własne dziecko. To było dla 

Karla ostatecznym dowodem.

- Anton, chciałbym ci pomóc. Wiem, że poniosłeś wielką stratę, ale...

background image

- Stratę? Czy ktoś, kto leży w grobie, może wzruszyć ramionami i powiedzieć 

„ale”? Jestem martwy, człowieku, nie rozumiesz tego? Tak samo zimny i sztywny jak... 

ona.

Karl   spuścił   wzrok,   przełknął   ślinę.   Rozpacz   Antona   była   głębsza,   bardziej 

nieukojona   niż   można   było   sądzić.   Karl   niczego   podobnego   nigdy   nie   doświadczył. 

Nawet Ole tak nie rozpaczał po śmierci Kari.

- Musisz myśleć o przyszłości. Musisz zebrać siły, żeby się z tego wydostać.

- Wynoś się, powiedziałem! Zabieraj się! Chcę być sam! Anton chwycił mosiężny 

świecznik, zaczął nim wymachiwać.

Karl zasłonił twarz, w jednej chwili złapał świecznik i wykręcił Antonowi ręce, 

obaj runęli na podłogę. Karl był młody i silny, błyskawicznie zdobył przewagę.

- Anton, ty nie jesteś zdrowy!

Trzymał mocno ręce starego, przyciskając go z całej siły, mówił i mówił nad jego 

głową, ale słowa zdawały się nie mieć sensu. W końcu Karl wymienił imię dziecka, co 

sprowokowało   Antona,   dodało   mu   sił   do   walki.   Teraz   on   znalazł   się   na   wierzchu, 

przytrzymując się jedną ręką krzesła, wstał. Mroczne morze w jego oczach przesłaniała 

gęsta mgła.

- Dziecko nie żyje. Umarło. Ona zabrała je ze sobą. Bądź przeklęty, Boże! Nie 

dotrzymałeś umowy!

Karl poczołgał się do drzwi, serce krwawiło mu z żalu nad rozpaczą Antona i bał 

się jego szaleństwa. Tego człowieka nic już nie uratuje. A teraz bluźni Bogu. Jeśli ktoś to 

usłyszy, na Antona czeka już tylko jedno miejsce na ziemi.

Klatka dla szaleńców.

Karl zadrżał, gdy Anton wybuchnął przejmującym śmiechem, takim samym jak 

ten, który w nocy słyszały służące.

W głębi domu krzyczało dziecko.

- Dłużej już nie wytrzymamy  - mówiła  kucharka, a służąca powtarzała słowa 

niczym echo. - On zwariował, ten człowiek zwariował, Bóg wie, jakie demony w sobie 

nosi. I dziecko... Nie, nie chcemy...

Milla   słuchała   kucharki   ze   łzami   w   oczach,   stała   jednak   obok   służącej   i 

powtarzała, że ona też się boi. Karl próbował przemówić im do rozsądku.

background image

- O co wam chodzi? Czy nie był dla was przez wiele lat dobrym gospodarzem i 

chlebodawcą? Czy czegoś wam brakowało w jego domu? Czy nie dostawałyście jedzenia 

i zapłaty, ubrań i wszystkiego, co potrzebne?

Potwierdzały, że owszem, nigdy nie miały na co narzekać, ale kucharka trwała 

przy swoim.

- Idziemy sobie. On nic nie jest nam winien, nie mamy o nic pretensji, ani o to 

ubranie, które obiecał nam kupić jesienią, ani o nic, dłużej tu nie można wytrzymać, W 

tym domu rządzą złe moce i jako chrześcijanki powinnyśmy opuścić dwór - oznajmiła 

kucharka z zaciętością.

Karl schylił głowę.

- Nie mam żadnej władzy, niczego nie mogę wam nakazać.

- Masz władzę. Kto jak nie ty zostanie wyznaczony opiekunem Antona? Lensman 

powiedział, że to ty powinieneś brać odpowiedzialność.

- Z nim też rozmawiałaś? Komu jeszcze o tym nagadałaś, babo?

Karl był zły. I przestraszony. Nie wolno dopuścić, żeby cała wieś się dowiedziała, 

że Anton usiłował... Wtedy postawiono by go przed tingiem, a sędziowie są bardziej 

surowi niż ludzie w domu dla szaleńców.

- Nikomu nie nagadałam! Ale mam prawo bronić swego dobra i tych  dwóch, 

które oddano mi pod opiekę.

Objęła obie dziewczyny.

-   A   co   z   dzieckiem?   -   zapytał   Karl   ze   złością.   -   Czyż   nie   ponosisz 

odpowiedzialności za jedynego syna swojej zmarłej pani?

Kucharka jeszcze mocniej zacisnęła wargi.

- Jeśli Bóg zechce, to uratuje mu życie. Ja nie wiem, co się powinno robić z 

takimi - rzekła, popychając dziewczęta przed sobą. W jakiś czas później Karl zobaczył, 

że   opuszczają   dom,   dźwigając   wielkie   toboły   i   ciężkie   worki.   Ludzie   na   polach 

przerywali pracę i przyglądali im się.

Karl usiadł na progu.

Poczuł przeciąg, w kuchni było otwarte okno. Wstał, żeby je zamknąć.

Dziecko znowu zaczęło krzyczeć.

Karl poszedł do pokoju, w którym umarła Gjertrud.

background image

Dziecko   kopało   nóżkami,   protestując   przeciwko   samotności,   kołyska   w 

najciemniejszym kącie pokoju podskakiwała.

Krzyk ustał, gdy tylko malec zobaczył nad sobą twarz Karla. Szeroki, bezzębny 

uśmiech. Małe, wymachujące piąstki. Mokre od łez policzki wyschły momentalnie.

- Benjamin - szepnął Karl i wziął dziecko na ręce. Zebrał pieluszki, ubranka, 

wziął puchową pierzynkę i szmatki do ssania, które przygotowała kucharka, po czym 

wyszedł z tym wszystkim z pokoju. Z dzieckiem na rękach poszedł na górę do sypialni, 

gdzie znajdował się Anton, nie dając znaku życia.

Z bijącym sercem, przyciskając dziecko mocno do siebie, otworzył drzwi. Anton 

siedział tam gdzie przedtem.

Spojrzał na Karla. W oczach na moment pojawił się błysk rozsądku.

- Zabieram go teraz. Ale nie pozwolę ci zapomnieć, że to twój syn!

Anton odwrócił głowę.

- On jest twój, słyszysz? Spójrz mu w oczy i zaprzecz!

- Zabierz... stąd dziecko!

Głos był chrypliwy i ponury, brzmiała w nim rozpacz. Karl poczuł łzy w oczach.

- Niedługo wrócę tu z lensmanem. Potrzebujesz pomocy.

Anton nie odpowiedział. Siedział z nieprzeniknioną twarzą i rękami bezczynnie 

spoczywającymi na kolanach.

Zanim pierwsza trawa padła tego lata pod ostrzem kosy, Marja poznała ciepło 

maleńkiego ciałka, które często nosiła w ramionach. Początkowo nie mogła się wyzbyć 

goryczy, czuła się bardziej bezradna niż zamknięty w klatce ptak. Powoli jednak zdołała 

sobie przetłumaczyć, że przecież to, co się stało, nie jest winą malca. Zresztą ona sama 

wzięła to sobie na głowę. W jakimś sensie to był jej wybór.

Karl go na niej wymógł, ale jednak.

To   Karl   przyniósł   dziecko   do   domu   i   wcisnął   jej   zawiniątko   w   ramiona   z 

wyrazem twarzy, który nie pozostawiał miejsca na protesty. Wolała nie myśleć, co by się 

stało, gdyby wtedy odmówiła.

Później tamtego wieczora próbowała mu wytłumaczyć, że to bez sensu. Dlaczego 

mieliby się opiekować dzieckiem Antona? Przecież nikt ich nawet nie wyznaczył  na 

opiekunów.   Lensman   postanowił   osobiście   zająć   się   dużym   dworem   w   Sollia,   teraz 

background image

również Enkesetet znalazło się pod jego administracją. To w domu lensmana zawisły 

piękne   żyrandole   pułkownika,   które   tak   imponowały   Gjertrud,   takie   wspaniałe, 

największa ozdoba domu! Nikt nie zajmował się zabudowaniami gospodarskimi, tylko 

raz   dziennie   chodziła   tam   służąca.   Sprzątała   i   gotowała   jedzenie   dla   nieszczęsnego 

właściciela,   najwięcej   czasu   spędzającego   w   pokoju,   w   którym   umarła   jego   żona. 

Okazało się bardzo szybko, że nie jest zagrożeniem dla nikogo. Nie miewa napadów 

szaleństwa, nie jest agresywny. Służąca mówiła, że leży głównie na łóżku i czeka na 

śmierć. W każdym razie postanowił leżeć spokojnie na posłaniu żony, która umarła, gdy 

on   przy   niej   spał.   Jakby   chciał   wchłonąć   ciepło   jej   ciała.   Leżał   spokojnie,   nie   miał 

żadnych  wymagań, chciał tylko, żeby okna były zamknięte i żeby każdego wieczora 

palono w kominku, chociaż na dworze panował upał.

Pozałatwiał   swoje   sprawy.   W   obecności   lensmana   i   trzech   świadków   spisał 

testament,   większość   majątku   przeszła   we   władanie   lensmana.   Kiedy   przypominali 

staremu,   że   ma   dziedzica,   zaprzeczał.   Mimo   to   lensman   spełnił   swój   obowiązek   i 

Benjamin został zabezpieczony. Lensman uczynił to bez żalu, wiedział, że takie dziecko 

długo nie pożyje, on sam zaś cieszył się znakomitym zdrowiem.

Marja miała dostać spadek po matce dopiero, kiedy Antona braknie. Lensman 

liczył  na to, że  kiedy już dojdzie  do odbierania  spadku, nie  będzie  on zbyt  wysoki, 

bardziej odpowiedni dla żony biednego dzierżawcy. Takim ludziom nie należy dawać za 

wiele, to często sprowadza na nich nieszczęście. Nie przywykli do bogactwa. Lensman 

był   świadom   swoich   obowiązków,   uchroni   Marję   przed   czyhającym   na   nią 

niebezpieczeństwem.

Marja zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje, ale nie miała siły walczyć. To 

zresztą również część cichej umowy, jaką zawarła. Obiecała, że będzie matką. I żoną. 

Karl tego żądał. Niczego dotychczas od niej nie wymagał, w każdym razie nigdy aż tak 

poważnie.   Nie   należał   do   ludzi,   którzy   grożą   i   straszą,   ale   widziała   w   jego   oczach 

ultimatum.

To była ostatnia szansa. Więcej Karl nie ścierpi.

Jej wieczny opór, walka o szkołę, odwiedziny u przyjaciół, te jego wszystkie 

samotne  wieczory...  Miał dość. Mogła krzyczeć  i protestować, nazywać  go nadzorcą 

niewolników,   a   dom   więzieniem.   Nic   nie   pomoże.   I   Marja   to   pojmowała,   jasno   i 

background image

wyraźnie.

Trzymała się więc daleko od gospody, szkoła była na lato zamknięta. Spotykała 

inne kobiety nad wodą przy praniu albo gdy przyjechał kupiec. Nie piła już kawy u 

lensmanowej ani u żony dzwonnika, ale jeśli któraś przyszła w odwiedziny do Oppdal, 

przyjmowała je piwem i chlebem.

Obiecała nawet Karlowi, że tego lata pójdzie z bydłem i z dziećmi na górskie 

pastwisko. Wyruszy zaraz po świętym Janie. Ale dłużej niż osiem tygodni nie wytrzyma! 

Marja musiała mieć wokół siebie ludzi, innych dorosłych, myślących ludzi, którzy swoją 

obecnością, swoimi słowami utrzymywali ponure tajemnice jej serca z dala od niej.

Jutro wieczór świętojański.

Za trzy dni wyruszą.  Amelia  i  Martin nie  mogli  się już doczekać.  Wszystkie 

dzieci   uwielbiają   górskie   pastwiska,   lubią   smak   świeżej   śmietany   przyprawionej 

delikatnym zapachem wrzosów i traw. Dzieci przez całe dnie pilnują inwentarza, wracają 

do domu z pustymi kobiałkami na jedzenie i domagają się kolacji. Policzki mają rumiane, 

są zdrowe, wciąż się śmieją.

Mały Benjamin też z pewnością będzie rad, że znajdzie się trochę bliżej nieba. 

Zresztą on na nic się specjalnie nigdy nie skarżył. Prawdziwy mały aniołek, to trzeba 

przyznać. Syn Gjertrud. W głębi duszy Marja wiedziała, że nie mogła postąpić inaczej, to 

naprawdę ona powinna była zająć się tym dzieckiem. Mogła protestować, ale poczucie 

sprawiedliwości mówiło, że to jej obowiązek.

Gjertrud ofiarnie zajmowała się córeczką Marii z Meisterplassen i teraz ta córka 

miałaby zdradzić jej rodzonego synka?

Karl wierzył, że chłopczyk jest jej przyrodnim bratem.

To zresztą nie miało znaczenia. Obowiązek był ten sam. A Karl niech jeszcze 

przez jakiś czas żyje w tym przeświadczeniu.

background image

ROZDZIAŁ XI

Miasto Bergen pławiło się w promieniach piekącego słońca, gdy duński kuter 

kołysał się na spokojnej wodzie niedaleko od brzegu.

Na pokładzie pachniało smołowanym drewnem, skrzypiały cicho maszty, kiedy 

lekki wiatr poruszał linami.

Siedziało tam kręgiem ośmiu mężczyzn, grających w karty. Przeklinali raz po raz 

i mrużyli oczy do prażącego słońca, tęsknie spoglądali ku lądowi, takiemu bliskiemu już i 

przyzywającemu, a mimo to niedostępnemu. Kapitana nie było widać, najczęściej chronił 

się w swojej kajucie. Tam zresztą atmosfera wcale nie była lepsza niż na pokładzie.

- Niech to szlag trafi! Żebym to nie wiedział, ale przecież wiedziałem, że baba 

zawsze oznacza nieszczęście! - wykrzyknął jeden z marynarzy i pociągnął solidny łyk 

zmętniałej wody.

- Ale to przecież przez chłopa.

Nikt nie odpowiedział na tę logiczną uwagę. Wszystko jeden diabeł, siedzą tu i 

będą siedzieli Bóg wie jak długo. Droga z Kopenhagi była wystarczająco trudna, sztorm i 

niepogoda, zewsząd wrogie statki. Ale dla tych surowych mężczyzn to normalne życie. 

Byli silni, nie bali się burz ani wiatrów, zawsze gotowi stawić czoło zarówno ludziom, 

jak i morskim potworom. Przenikał ich prymitywny optymizm, to dzięki niemu byli nie-

zrównanymi marynarzami.

Ale cierpliwość nie była ich największą cnotą.

Teraz, po czterech tygodniach bezczynnego kiwania się na falach, nerwy mieli 

napięte do ostateczności, byle co mogło doprowadzić do wybuchu.

Kiedy ludzie zarządcy portu weszli na pokład, nikt nie przypuszczał, że wynikną 

jakiekolwiek problemy. Kwity celne mieli w najlepszym porządku, bo Nadjana wynajęła 

solidnego kapitana. Wymieniono  zwyczajowe toasty,  ale człowiek  z zarządu portu w 

Bergen miał poważniejszą minę, niż można się było spodziewać w taki piękny dzień.

- Gorączka utrwaliła się na dobre - powiedział, mrużąc oczy pod słońce.

Kapitan uśmiechnął się. Tak, na pogodę nie można narzekać, przyznał jowialnie.

- Niebezpieczny jest taki upał.

- Co pan ma na myśli?

background image

- Dżumę - odparł mundurowy ponuro. - Obywatele miasta się niepokoją. Sporo 

ludzi umarło w tym tygodniu, sprawy kiepsko stoją. Wrzody na ciele i paraliż. Żadne 

cholerne smarowidła nie pomagają. Jak już ktoś raz złapał świństwo, to...

Kapitan kiwał głową, wiedział jednak, że takie pogłoski nie powstrzymają go 

przed zejściem na ląd. Z chorobami człowiek zawsze musi się liczyć. Nikt nie może 

przewidzieć, kiedy kolejna epidemia wybuchnie i dla kogo okaże się ona wyrokiem losu.

-   Postanowiono,   że   statki   mają   być   dokładnie   kontrolowane.   Nikt   stąd   nie 

wyjdzie, dopóki lekarz - wskazał głową na drugiego mężczyznę - nie obejrzy wszystkich 

ludzi po kolei. Kapitan rozłożył ręce.

- Proszę bardzo! Moi chłopcy są zdrowi i silni.

- Ma pan jakichś pasażerów?

- Tak, dwoje. Norweski pastor z małżonką. Oboje młodzi, także silni. I zdrowi! 

Krzepcy bardzo, trzeba przyznać, zwłaszcza wieczorami łatwo to stwierdzić, bo ściana 

między moją kajutą a ich jest cienka - zachichotał kapitan.

- No, dobrze. Proszę sprowadzić załogę na pokład, niech zdejmą koszule. I zechce 

pan poinformować pasażerów, że lekarz odwiedzi ich kajutę.

Nadjanie nie bardzo się podobało rozbieranie w obecności mężczyzny, lekarz czy 

nie, zawsze to krępujące. Sama zdumiewała się tą nieoczekiwaną nieśmiałością. Po tylu 

latach w Ogrodzie... po tylu mężczyznach.

Lekarz   również   się   zarumienił,   zadowolił   się   pobieżnymi   oględzinami   piersi, 

pleców i ramion. Zapisał coś na kawałku papieru, przeprosił za kłopot i pozwolił jej się 

ubrać. Potem przyszła kolej na Justitiana.

Doktor poprosił go, by otworzył usta, zapytał, czy dobrze się czuje. Justitian nie 

wspomniał nic o gorączce ani o bólach głowy, lekarz przyglądał mu się jednak długo i 

uważnie oceniał nagie ciało młodego pastora. Niełatwo jest podejrzewać sługę Bożego o 

kłamstwo, jednak coś we wzroku Justitiana budziło jego niepokój.

- Zechce pan stanąć przy świetle? - poprosił i podprowadził Justitiana do ściany 

kajuty,   w   której   znajdował   się   otwór.   Wpadał   tamtędy   wąski   strumień   słonecznego 

światła.

Padło teraz na bladą skórę.

Lekarz przesuwał dłoń po ręce Justitiana.

background image

Na wysokości łokcia zatrzymał się.

Teraz, w blasku słońca, Justitian zobaczył czerwony wrzód. Niezbyt wielki, nie 

sprawiał najmniejszego bólu, ale był.

Lekarz mamrotał coś pod nosem, poprosił o zdjęcie spodni.

- Czy to konieczne? - zapytał Justitian, czując, że język pęcznieje mu w ustach. - 

O co chodzi?

Lekarz znalazł więcej czerwonych znaków pod kolanami Justitiana, nic ponadto, 

ale młody człowiek był skrępowany takimi intymnymi oględzinami.

Na koniec doktor zapisał wszystko w swojej czarnej księdze i poinformował, co 

wynika z jego badań:

- Pełna izolacja!

Statek nie może przybić do brzegu przez co najmniej cztery tygodnie. Nie można 

narażać   miasta   na   kolejną   epidemię.   Wrzód   na   ciele   Justitiana   może   nie   mieć 

najmniejszego znaczenia,  w połączeniu  jednak z innymi  symptomami  może  stanowić 

zapowiedź groźnej choroby. Najgroźniejszej.

Justitian nie pytał o nic więcej. Zaszokowany stał po prostu bez słowa. Doktor 

natomiast   sprawiał   wrażenie   zadowolonego,   że   udało   mu   się   ubrać   w   słowa   swoje 

podejrzenia. Choroba, o której myślał, należy do takich, jakich się raczej nie spodziewał 

wykryć u pastora.

Nadjana klęła  niczym  szewc i krążyła  bez chwili  przerwy po ciasnej  kajucie. 

Justitian   był   spokojny,   przeważnie   leżał   w   łóżku,   jakby   wizyta   lekarza   rzeczywiście 

uczyniła go chorym. Miał obrzęki w pachwinach i pod pachami, gorączka się podniosła. 

Musiał przyznać w końcu, że ostatnimi czasy czuł się nie najlepiej. Zabrakło mu tylko 

czasu,   by   się   nad   tym   zastanawiać,   zresztą   naprawdę   istniały   powody   złego 

samopoczucia.

Zaledwie dwa miesiące temu został znaleziony w rynsztoku, nagi, nieprzytomny. 

Wprost trudno w to uwierzyć. Nadjana skierowała jego życie na drogę, jakiej sam nigdy 

by pewnie nie odkrył. To jej zawdzięczał, że może oto wrócić do domu z podniesioną 

głową i pełnymi kieszeniami.

Jeśli otrzymają pozwolenie zejścia na ląd!

Co za okropna historia, myślał Justitian, przeklinając swoje słabe ciało.

background image

Nadjana chciała go nacierać wonnymi olejkami, lecz on z irytacją machał rękami. 

Siadała   wtedy   spokojnie   przy   otworze   w   ścianie,   przez   który,   wpadało   światło,   z 

jedwabną   tkaniną,   złotą   igłą   i   kolorowymi   nićmi.   Nigdy   przedtem   nie   widział,   by 

haftowała, i zdziwił się bardzo, że jego żona ma takie zainteresowania.

Najwyraźniej wielu jeszcze rzeczy nie wiedział o swojej małżonce.

Marja stała nad skrzynią z jedzeniem i zastanawiała się, czy wziąć jeszcze trochę 

podpłomyków, czy dać już spokój. Juki były wypełnione po brzegi, stary koń sąsiadów 

uginał się pod ciężarem, wyglądało na to, że w każdej chwili może się przewrócić. Droga 

na górskie pastwiska była długa i stroma, liczyli się z tym, że zajmie im cały dzień, nawet 

bez inwentarza. Dzieci gotowe do drogi przestępowały z nogi na nogę. Dźwigały ciężkie 

torby,  które zdawały się wcale ich nie obciążać. Marja uśmiechała się do nich przez 

otwarte drzwi, powinny wiedzieć, że podróż będzie długa.

Obchody   wieczoru   świętego   Jana   ograniczyły   się   do   odwiedzin   we   Flaken. 

Młodzi i starzy tańczyli  tam w świetle ogniska, ale Karl i Marja poprzestali na paru 

zaledwie tańcach, pogadali trochę z przyjaciółmi i znajomymi. Mieli ze sobą Benjamina i 

malec marudził, przyzwyczaił się sypiać w łóżku, które uważał za swoje. Marja huśtała 

go, starała  się uspokoić, ale chłopiec  nie dał za wygraną  i w końcu Karl, wziąwszy 

dziecko na ręce, ruszył ku domowi. Marja bez protestów poszła za nimi. Kiedyś pocią-

gały ją zabawy i tańce,  teraz  nie miało  to już takiego  znaczenia.  Z przyzwyczajenia 

wodziła wzrokiem nad wodami fiordu w tę jasną noc, na wodzie kołysały się tysiące 

łodzi, na niektórych śpiewano, ludzie przekrzykiwali się wesoło. Trudno stwierdzić, czy 

ktokolwiek wypływał tej nocy z innego powodu jak tylko dla czystej rozrywki. Niełatwo 

też było dostrzec jakąś obcą łódź.

Probostwo leżało pogrążone w ciszy.

Nic nie wskazywało na to, by dzisiejszej nocy oczekiwano tu gości.

Revelin z pewnością śpi, jeśli śmiechy i śpiewy rozbawionych ludzi pozwoliły mu 

zmrużyć oczy. Uważał pewnie ich zachowanie za grzech, a przynajmniej wstyd. Kto to 

widział, tak się cieszyć!

Marja spoglądała ukradkiem na ciemne korony drzew, kiedy wędrowali na skróty 

przez zagajnik.

Amelia i Martin poszli spać, marudzili trochę, że chcą na zabawę, dali się jednak 

background image

uspokoić obietnicą oczekiwanej wyprawy w góry za kilka dni.

I teraz właśnie nadeszła  ta chwila. Marja zostawiła  podpłomyki,  zamiast  nich 

zapakowała słoik maści i torbę suszonych ziół. Na wypadek, gdyby nie .mogła spać. Na 

wypadek, gdyby było zbyt spokojnie.

Potem zawiązała cienki czepek na głowie, stopy wsunęła w ciężkie buty, których 

używała w zimie. To najodpowiedniejsze obuwie, kiedy pójdą przez Wężowe Zarośla, a 

właśnie tamtędy wiedzie droga. Nie było roku, żeby akurat w tym miejscu niebezpieczne 

gady nie ukąsiły ludzi lub zwierząt. Inna droga w góry wymagała dodatkowego dnia 

marszu.   Dlatego   chodzono   tą   krótszą,   chroniąc   się   jak   kto   mógł,   kijami,   amuletami, 

drobnymi ofiarami składanymi na skraju zarośli. Buty chroniły najlepiej.

- Mar ja! Chodź już! Czekamy!

- Idę, nie marudźcie, dzieci! Ruszymy, jak wszystko będzie gotowe!

Pomachała bliźniętom przez drzwi. Widziała, że wożą się na furtce. Przyszły też 

dzieci sąsiadów, tkwiły przy płocie i z zazdrością spoglądały na tych dwoje gotowych do 

drogi.   Szczęśliwy   ten,   kto   może   latem   kąpać   się   w   górskich   potokach,   biegać   po 

zielonych  pastwiskach, zajadać masło,  śmietanę  i pieczone  w górach podpłomyki!  A 

tymczasem inni biedacy mają przed sobą tylko nieustanną pracę w polu i pełną kurzu, 

pogrążoną   w   upale   wieś.   Zazdrość   była   wyraźnie   wypisana   na   chudych,   opalonych 

buziach, a Martin i Amelia promienieli radością.

- Może wcale nie będzie tak wesoło. Może będzie padać? W deszcz pasienie 

owiec to żadna przyjemność! A jak ziemia jest mokra, to różne stwory wałęsają się po 

górach.

Martin słuchał tego ze śmiechem, nie bał się, nie przejmował się kolegami, którzy 

starali się zakłócić choćby odrobinę radosne oczekiwanie bliźniaków.

- W górach nie pada! Tam zawsze jest piękna, słoneczna pogoda! A dzisiaj na 

kolację mama obiecała nam pszenne placki!

Obcy chłopiec zacisnął wargi. Kopnął jakiś kamyk. Jeszcze raz przejechał się na 

furtce.

-   My   też   będziemy   mieć!   My   też.   I   jeszcze   masło   i   śmietanę,   bo   mama 

powiedziała, że przyniesie wszystko, jak pastor będzie świętował powrót swego syna!

Martin prychnął po prostu pogardliwie na te przechwałki, ale Marja zesztywniała.

background image

- Co ty mówisz, chłopcze?

- No że syn pastora wrócił do domu. Wczoraj.

Mały wyprostował się, oczka lśniły radością, że zdołał zwrócić na siebie uwagę 

dorosłych. Wspaniale jest powiedzieć coś, o czym inni nie wiedzą!

- On, ten Justitian, wrócił do domu wczoraj, wszyscy gadają, jakie wspaniałe 

rzeczy ze sobą przywiózł! Nie słyszała pani? Karafki i srebrne świeczniki, i kolorowe 

ubrania, i słodycze, i...

Marja nie chciała więcej słyszeć.

Zdumione buzie dzieci przesłoniła  czerwona mgła, zrobiły się niewyraźne. Po 

omacku wróciła do izby, po drodze zdjęła czepek i upuściła na podłogę. Czarne włosy 

opadły na ramiona i Marja nie słyszała przestraszonych pytań Amelii.

-   Mama,   co   się   stało?   Czy   my   nie   jedziemy?   Juczny   koń   pocił   się   w   upale. 

Parobek, który go przyprowadził, narzekał, że zwierzę nie może tak stać, obładowane, w 

pełnym słońcu.

Maria   odwróciła   się   wolno,   nieobecna   myślami,   jakby   nie   słyszała,   co   dzieci 

mówią.

Amelia   zadrżała   mimo   gorąca.   Marzenie   o   lecie   w   górach   rozwiało   się. 

Dziewczynka wiedziała, zanim matka powiedziała cokolwiek.

- Ruszajcie z nimi, Ola Nerplassen. Dostaniecie godziwą zapłatę. Lepszą niż by 

wam dał gospodarz z Kleiva za całe dnie harówki na polu.

Chłopak wiedział, że nikt specjalnie nie będzie się martwił jego nieobecnością. 

Górskie powietrze wabiło, w dodatku jedzenie w górach bywa zawsze bardzo dobre.

- Ja przyjdę później, może za kilka dni. Pilnujcie mi dzieci!

Amelia   miała   łzy   w   oczach,   Martinowi   drżały   usta.   Żadne   nie   protestowało. 

Dorośli tacy są. Nigdy nie wiadomo, czy nie zachowają się tak, że dziecięce serca omal 

nie   popękają   z   żalu.   W   milczeniu   powlokły   się   za   obcym   parobkiem   i   jego   starym 

koniem. Nie oglądały się, wiedziały, że mama dawno im już nie macha na pożegnanie od 

furtki.

Wrócił.

Boże, on naprawdę wrócił!

Głowa Marji była niczym gniazdo os, nie mogła opanować myśli, serce tłukło się 

background image

w piersi, przed oczyma latały jaskrawe płatki.

Dzień był piękny, gorąco, koniec czerwca, pachniało świeżo ściętą, nagrzaną w 

słońcu trawą. U jej stóp kołysały się niebieskie dzwonki, w trawie kwitły stokrotki, ale 

deptała po nich, niczego nie widząc.

Poszła   do   pralni,   szukając   chwili   spokoju.   Tam   zawsze   było   cicho,   panował 

chłód. Woda, ciemna i tajemnicza, stała w wielkiej drewnianej balii. Zanurzyła w niej 

dłonie. Strumień światła od drzwi pozwalał jej zobaczyć  w nieruchomej tafli odbicie 

swojej   twarzy.   Kobieta   w   balii   uśmiechała   się   do   niej.   Dłonie   tamtej   ujęły   pod 

powierzchnią wody ręce Marji.

Przymknęła oczy, starała się przywołać w pamięci obraz Revelina. Świeże jeszcze 

wspomnienie  upokarzającej  rozmowy  w  sprawie  chrztu  Benjamina   wzbudziło  w   niej 

gniew.

Bardzo dobrze.

Teraz będzie potrzebny wielki gniew.

Aż dziw, że to się tak wszystko wspaniale ułożyło, że dzieci poszły w góry i w 

ogóle. Benjamin jest w domu, oczywiście, ale do niego nie dotrze ludzkie gadanie, żeby 

nie wiem jaki skandal wybuchł lub rozpoczęła się otwarta wojna.

Miała na załatwienie tej sprawy kilka tygodni lata. Pierwszy krok, to na nowo 

przywiązać   do   siebie   Justitiana.   To   chyba   nie   okaże   się   specjalnie   trudne.   Był   jak 

opętany,   kiedy   stąd   wyjeżdżał,   wiedziała   o   tym.   Nie   mógł   jej   zapomnieć,   żeby 

najbardziej chciał. Poza tym przywykł do uległości wobec silnej woli innych...

Wychowując go w ten sposób, Revelin sam ułatwiał jej sprawę.

Marja wróciła do domu. Upał spadł na zimną skórę rąk, aż zapiekło. Opłukała 

chłodną wodą twarz, czuła się teraz odświeżona i silna.

Wyjęła pachnące mydło, duży kawałek materiału, swoją najładniejszą suknię... A 

zresztą,   chyba   nie   warto.   Wystarczy   ta   stara   bladoniebieska.   Zrobiła   się   wprawdzie 

przyciasnawa w biuście, ale akurat dzisiaj to pewnie dobrze. Zabrała ze sobą Benjamina, 

niosła go pod pachą niczym zawiniątko. Dziecko będzie spało w cieniu pod ścianą pralni, 

kiedy ona pójdzie do kąpieli.

Ciało   zanurzyło   się   w   chłodnej,   pieszczotliwej   wodzie.   Ze   zdziwieniem 

stwierdziła, że kuli się i drży w pełnym podniecenia oczekiwaniu.

background image

Nadchodziła chwila spełnienia. Wiedziała o tym każda najmniejsza jej cząstka.

Rozprowadzała pieniące się mydło  po rękach i nogach, bardzo starannie myła 

szyję i pod pachami. Włosy zamoczyły się, więc i je umyła. Później wypłukała je w occie 

i wywarze z głogu. Wiedziała, że będą po tym błyszczały w słońcu.

Jeszcze nie była gotowa, kiedy na podwórzu rozległ się głos Karla. Rozmawiał z 

kimś, z jakimś mężczyzną. Marja wyszła z balii, jej ciało ociekało wodą. Owinięta tkani-

ną, zbliżyła się do drzwi i ukradkiem wyjrzała na zewnątrz.

Jeden   z   robotników,   którzy   kosili   trawę,   szedł   kulejąc,   oparty   o   Karla.   Obaj 

zmierzali ku domowi. Dopiero kiedy kulawy przekraczał próg, Marja zobaczyła, że jest 

ranny w nogę.

Zaklęła cicho. A to co znowu?

Pospiesznie   narzuciła   na   siebie   starą   suknię,   nie   miała   teraz   czasu   myśleć   o 

bieliźnie czy butach. Pobiegła do chaty.

- Jeszcze tu jesteś? - zapytał Karl z dość głupią miną. Zaraz jednak uśmiechnął się 

szeroko. - Bogu dzięki, że jeszcze nie poszłaś, na pewno mu pomożesz. Kosa była bardzo 

ostra. Rana już nie krwawi, ale on nie może ruszać stopą...

Marja zaklęła pod nosem. Rana wyglądała paskudnie. Widywała już dawniej takie 

głębokie, ostre rozcięcia, które prawie nie krwawiły, ale miesiącami nie chciały się goić.

- Zaraz go obejrzę. Ale dlaczego przyprowadziłeś go tutaj? Czy już gdzie indziej 

nie ma ludzi, którzy by mu pomogli?

- Chciałem wziąć maści  i szmatki do opatrunków z twojej skrzynki. Przecież 

wiem, jak dobrze działają.

- Połóż go teraz. Nie, nie ruszaj buta! Karl, zagotuj wody! I przynieś te moje ostre 

nożyczki!

Karl skinął głową, nagle pobladły. Mężczyzna na podłodze jęknął.

- Boli?

- Nnnie...

- Hm. No, dobrze, zaraz zobaczymy. Będę bardzo uważać...

Ranny zamknął oczy, był wdzięczny Marji za spokój i rzeczowość. Nie wszystkie 

kobiety są takie. Większość z nich nie przepuściłaby okazji, by nie pokazać światu, że 

ból to dla mężczyzny ciężka próba.

background image

Marja ostrożnie zdjęła but. Z cholewą do pół łydki, jakich używają kosiarze dla 

ochrony właśnie przed przypadkowym cięciem kosą, zrobiony z najtwardszej skóry, z 

podeszwą z drewna. Skóra chyba świńska. Ostrze kosy trafiło nogę tuż nad krawędzią 

buta, Sevat musiał być nowicjuszem w tym rzemiośle, chociaż wyglądał na co najmniej 

dwadzieścia pięć lat.

Ranny jęknął, kiedy pociągnęła but, i drgnął przerażony, gdy zebrana w bucie 

krew chlusnęła na podłogę. Karl też nie mógł powstrzymać jęku.

- Karl, wody!

- Jeszcze się nie zagotowała!

- To daj mi trochę tej zimnej, która została od wczoraj, z tego wiadra pod ścianą! I 

szmat, dużo!

Marja przyglądała się ranie, oczyszczonej teraz z kawałków trawy, nasion i brudu. 

Kosa wbiła się w nogę od tyłu, Bóg wie, jak mogło do tego dojść. Ostrze zostawiło po 

sobie długie, skośne, na pozór płytkie cięcie na prawej łydce mężczyzny. Marja wiedziała 

jednak, że kiedy rozchyli brzegi rany, okaże się, że jest ona przerażająco głęboka, aż do 

kości! Ilość krwi na to wskazywała. Poza tym rana otwierała się, gdy mężczyzna kuśtykał 

w stronę Oppdal.

Przewiązała mocno nogę pod kolanem. To powstrzyma krwawienie, kiedy trzeba 

będzie rozewrzeć ranę, by ją dokładnie oczyścić. Marja wiedziała, że to najważniejsza 

sprawa przy takich poważnych wypadkach. Wiele znachorek tego nie robiło, uważały, że 

niebezpiecznie   jest   rozdrażniać   głębokie   skaleczenie.   Ona   jednak   widziała   dość 

ropiejących ran i paskudnych wrzodów, by postępować po swojemu. Kari też tak robiła.

Przyniosła  słoik  z ziołowym  wywarem  na skaleczenia, znajdowały się  w nim 

namoczone zioła. Na szczęście przygotowała właśnie świeżą porcję naparu z myślą o 

wyprawie na górskie pastwiska. Nigdy przecież nie wiadomo, co się może przytrafić 

przez tyle letnich tygodni. Jak się okazało, nie będzie żadnej wyprawy w góry, lekarstwo 

jednak się przyda. W tym roku zioła były soczyste, emanujące leczniczą mocą.

Marja   wzięła   garść   nasiąkniętych   wodą   roślin   i   wyłożyła   je   na   talerz.   Napar 

przecedziła przez szmatkę. W izbie rozszedł się dziwny zapach. Czuło się woń kasztanów 

i bobrka trójlistnego, rzepiku i dziurawca i jakiś mdły zapach ciemnej mieszanki, którą 

Marja odziedziczyła po Kari, ale której sama przyrządzać nie potrafiła. Wiedziała jednak, 

background image

że pomaga w takich przypadkach.

Brunatnozielony wywar spływał na nogę rannego, a potem do naczynia, które 

Marja   postawiła.   Ostrożnie   rozchyliła   brzegi   rany   i   wlewała   płyn   w   upiorną   głębię. 

Mięśnie zostały przecięte w poprzek. Marja widziała biały brzeg rany, drugi przylegał do 

kości.

A gdyby go tak podnieść i oba razem zeszyć, pomyślała nieoczekiwanie.

Ale przecież tak nie można. Zszyć rozciętą skórę to tak, ale nigdy nie słyszała, by 

ktoś haftował skaleczenia w głębi ciała.

Zamknęła ranę, założyła na skórę kilka szwów z końskiego włosia. Nie wyglądało 

to   za   ładnie,   ale   nie   miała   teraz   czasu   się   nad   tym   zastanawiać.   Ranny   promieniał 

uszczęśliwiony, dziękował jej serdecznie, chociaż poznawała po oczach, że dopiero teraz 

ból zaczął się na dobre. Dała mu kubek wywaru i kazała pić wolno, niedużymi łykami. 

Podziękował z radością, poczuł, że to alkohol! Karl z uznaniem kiwał głową. Potem 

sprowadził dwóch pozostałych robotników, żeby odnieśli rannego z powrotem do izby 

parobków w Skar.

-   Poradziłaś   sobie   wspaniale   -   rzekł   z   dumą   do   Marji.   Ona   wzruszyła   tylko 

ramionami.

-   Ale   dlaczego   nie   pojechałaś   jeszcze   na   pastwisko?   Gdzie   dzieci?   Gdzie 

Benjamin?

Zapomniała o malcu. Ale z pewnością śpi nadal. W przeciwnym razie słyszeliby 

jego płacz.

- Śpi w pralni - odparła. - Zaraz go przyniosę! Wybiegła z domu. Nie spieszyła 

się, miała  nadzieję, że Karl wróci na łąkę. Ale on poszedł za nią, wkrótce  stanął w 

drzwiach. Niczym wielki cień na tle zielonkawego światła na zewnątrz.

- Co się stało, Marjo? Dlaczego...

W głosie brzmiała groźba. Granicząca z rozpaczą. Widziała, że Karl się przede 

wszystkim boi.

- Mam coś załatwić. Coś ważnego. Dzieci poszły z parobkiem. Będzie się nimi 

opiekował. Solveig zostanie tam z nimi jeszcze parę dni.

- Załatwić? - Tak.

Próbowała go wyminąć, ale on stał w przejściu i zagradzał jej drogę.

background image

- Marja, gdzie ty się wybierasz?

- Nie wezmę  ze sobą Benjamina.  Wrócę... wieczorem.  Karl zaciśniętą  pięścią 

uderzył w ścianę.

- Do diabła! Do wściekłego diabła!

Złapał ją mocno za ramiona, potrząsnął z całych sił, aż krople wody spadały z 

mokrych włosów na ziemię.

-  Do  cholery,  Marjo,  wykąpałaś   się,  pachniesz  jak  bukiet   kwiatów!   Co  to  za 

interesy będziesz załatwiać?

Z kim się masz spotkać? Kto jest ważniejszy niż dzieci, które wysiałaś w góry? 

Kto?

- Głupi jesteś, Karl - szepnęła. Spojrzenie jej oczu było zimne i uparte, a zarazem 

płonęło jakąś chorobliwą gorączką.

- Dziecko, Marja! Obiecałaś... Nie zamierzam tu znowu siedzieć jako niańka!

- To ty chciałeś je wziąć!

Karl stał z otwartymi ustami, nie wiedział, co powiedzieć, nie znajdował słów. 

Pewnie w ogóle nie istniały odpowiednie słowa.

Przecisnęła się koło niego.

- To syn pastora!

Przystanęła gwałtownie, zaskoczona logiką jego dociekań.

- To on! Ten cały Justitian!  Teraz  sobie przypominam!  Pamiętam,  jak się na 

ciebie gapił w tamtych czasach, pamiętam...

Marja nie zaprzeczała. Ale też nie potwierdziła jego domysłów. Z czasem Karl 

wszystkiego się dowie. Próbowała jak najdłużej nie ujawniać strasznej tajemnicy. Ale 

gdyby nie było innej rady... No cóż, Karl i tak jest pionkiem w tej grze. Taki los przypadł 

mu na loterii życia. Marja wierzyła szczerze, że coś takiego istnieje.

Usłyszała   popłakiwanie   Benjamina,   wiedziała,   że   Karl   się   nim   zajmie.   Kiedy 

wychodziła z domu ubrana w swoją piękną niebieską suknię, ledwie na ułamek sekundy 

napotkała wzrok męża. Zmienił się nie do poznania. Przypominał jej Antona. Zadrżała, 

ale nie zatrzymała się. Poszła dalej.

Wszystko minie.

Karl zniósł wiele. Ale kiedy już się dokona... ona poświęci wszystkie siły, by 

background image

zaleczyć jego rany. Wszystko naprawi, załata tak jak jego podarte skarpety, które ceruje.

Najpierw trzeba usunąć przetarte kawałki, oczyścić, a potem zacerować.

Jak ranę.

Karl   przewijał   Benjamina,   karmił.   Robił   wszystko   mechanicznie,   nieobecny 

myślami.  Dziecko  kuliło  się,  wyczuwając  chłód  dorosłego mężczyzny,  drobne ciałko 

wstrząsały dreszcze i raz po raz szloch. Ale kiedy malec najadł się do syta, przestał 

zwracać uwagę na świat zewnętrzny i zadowolony gaworzył w kołysce.

Karl stał pośrodku izby i miał wrażenie, że ściany zamykają się wokół niego. 

Zaciskał pięści. Czuł wokół siebie pustkę. Tylko gaworzenie niemowlęcia w cichej izbie 

pozwalało mu zachować resztki zdrowego rozsądku. Nad kołyską krążyły muchy. Okrył 

ją   kawałkiem   niepotrzebnej   firanki.   Zerwał   starą   strzelbę   zawieszoną   na   ścianie   na 

rogach renifera. Wybiegł z domu.

Dziewczyna od sąsiadów obiecała dojrzeć dziecka. Patrzyła pytającym wzrokiem, 

jakby Karl był  kimś obcym,  a nie sąsiadem, za którym  tyle  razy chodziła po polu z 

motyką.

Potem długo jeszcze opowiadała, że widziała wtedy w jego oczach szaleństwo. 

Nie widziała, dokąd poszedł.

Marja zbliżała się do probostwa od strony zagajnika, rozglądając się uważnie. Na 

dziedzińcu pomiędzy wysokimi dębami piętrzyły się wielkie skrzynie i pudła. Cóż za 

bagaż! Czy rzeczywiście on to wszystko ze sobą przywiózł?

Statek, którym wrócił, dawno już odpłynął w swoją drogę, pewnie ktoś podwiózł 

szukającego okazji pastorowego syna.

Marja   na   chwilę   zatrzymała   wzrok   na   otwartych   drzwiach   wejściowych   w 

nadziei, że może stanie się cud i on się ukaże w progu. Serce jej biło głośno, ale nie tak 

szaleńczo, dławiąc w gardle, jak to bywa, kiedy czeka się na powrót ukochanego.

Uderzało mocno, głośno, lecz miarowo i spokojnie.

Przysiadła w zaroślach, zdecydowana rozejrzeć się w sytuacji. Słońce chyliło się 

ku zachodowi, ale przecież teraz, w środku lata, nie zrobi się ciemno.

Dwaj   służący   'wyszli   z   czeladnej   izby   probostwa   i   podnieśli   z   ziemi   wielką 

skrzynię. Stękając i dysząc ciężko, dźwigali ją z wysiłkiem do chaty dzwonnika, nie dalej 

niż sto metrów.

background image

Marja była kiedyś w tym domu. Justitian tam mieszkał, zanim...

Parobcy ocierali pot, jeden z nich zdjął koszulę w ten ciepły wieczór. Minęło 

wiele czasu, zanim wszystkie rzeczy zostały wniesione do środka.

W dalszym ciągu jednak Justitiana nigdzie nie było widać. Nikogo innego też nie.

Marja zaczęła się niecierpliwić, zdrętwiała od długiego trwania w bezruchu. Nogi 

najchętniej   by  pobiegły  ku   otwartym   drzwiom,   usta   chciały   zawołać   jego  imię,   ręce 

pragnęły pochwycić jego serce i trzymać mocno, bardzo mocno.

A gdyby tak...

Nie, to niemożliwe!

Marja nie spotkała jeszcze mężczyzny, który by nie dawał sygnału, że wystarczy 

jeden ruch jej małego palca, a on zapłonie niczym pochodnia. Akceptowała tę swoją 

zdolność, traktowała jednak na równi z umiejętnością przygotowywania wywarów z ziół, 

opatrywania ran oraz smażenia najlepszych kotletów we wsi.

Ciii!

Na ścieżce od zagrody dzwonnika pojawiła się jakaś postać. Mroczna, wysoka, w 

czarnej pelerynie. Revelin.

Boże drogi, on się uśmiecha!

Nigdy   jeszcze   nie   widziała,   żeby   ten   człowiek   się   uśmiechał,   a   teraz   wręcz 

sprawiał   wrażenie   zadowolonego!   To   naprawdę   życzliwy   uśmiech!   Nie   było   w   nim 

niczego podstępnego, w oczach pastora nie dostrzegła tych złych błysków, które tylekroć 

w nich lśniły.

Zamknęła   oczy,   zacisnęła   zęby.   Pozwoliła,   by   nienawiść   przeniknęła   ją   całą, 

oszołomiła. Przyszło jej to bez trudu.

Minął ją w odległości ledwie kilku kroków, ale nawet nie spojrzał na zarośla na 

skraju lasu.

Tak więc czas nadszedł. Justitian jest z pewnością w domu dzwonnika, zawsze 

tam szukał schronienia. Sprawy nie mogły ułożyć się lepiej.

Na początek dostanie tylko maleńki kęs. Dla zachęty. A to przeciągłe spojrzenie, 

a to słowo, które wzbudzi w nim dawne uczucie, ożywi wspomnienia. Będzie musiał 

pokonać wiele progów. Wie pewnie, że Marja jest mężatką. Ale czy to jest w stanie 

powstrzymać zdesperowanego kochanka? Justitiana to nie powstrzyma, była przekonana.

background image

Przemykała  się wzdłuż  zaniedbanych  grządek z  dziko rosnącymi  obsiewkami. 

Były niegdyś wielką dumą żony dzwonnika, ale teraz pieniły się jak chciały, pokryły już 

prawie wysypywaną dawniej żwirem alejkę. Z domu nie docierały żadne dźwięki. Ściany 

były solidne, grube bale spalone od słońca. Zatrzymała się na chwilę przed wejściem, czy 

powinna zapukać?

Tak będzie najlepiej.

Drzwi otworzyły się.

- Stian!

Włożyła w to imię całe ciepło, jakie zdołała z siebie wydobyć.

- Witaj w domu...

Zdumienie na jego twarzy sprawiło jej przyjemność, było w nim bowiem o wiele 

więcej niż tylko zaskoczenie. Nabrała odwagi. Przyglądała mu się badawczo. Jak bardzo 

się zmienił! To niemal piękna twarz! Nieprzystępna, surowa. Dojrzała. Żadnych puszków 

pod nosem ani na brodzie, żadnej cienkiej szyi ani bladych chłopięcych policzków, które 

tak dobrze zapamiętała.

Był też chyba wyższy!

Wciąż jednak szczupły i gibki.

Coś   jeszcze   uległo   zmianie,   ale   nie   wiedziała,   co.   Zrozumiała   dopiero,   kiedy 

zaczął mówić.

- Marja, cóż za niespodzianka...

- Mogę wejść?

- Tak... naturalnie, ale...

Dawna nieśmiałość na jedno mgnienie... ale tylko na mgnienie. I głos brzmiał 

pewnie, żadnego zacinania się, jąkania, które pięć lat temu w takiej chwili odebrałoby mu 

mowę.

- Wyglądasz... wspaniale.

-   Ty   też.   Jesteś   ładna...   starsza.   Nie,   nie   starsza,   przepraszam,   chciałem 

powiedzieć...

- Pewnie bardziej dojrzała - podpowiedziała mu, opierając się o ścianę z dłońmi 

splecionymi  na plecach. Musiał patrzeć na kształty,  które dzięki temu  stały się dużo 

bardziej widoczne. Uśmiechała się niepewnie.

background image

- No i jak ci tam było?

- Dobrze.

Zdziwiła  się   trochę,  że   odpowiada  jej  tak   krótko  i   w  ogóle   jest  nienaturalnie 

spięty. Nie oczekiwała, że natychmiast rzuci się na nią, ale jednak...

- Tyle się wydarzyło, Stian. Tylu spraw nie byliśmy w stanie kontrolować...

Poczuła, że ma w oczach łzy.

- Wyszłaś za mąż?

- Taak... twój ojciec... groził mi. Zmusił mnie.

- A nie kochasz tego... Karla?

Nie odpowiedziała, bawiła się lokiem czarnych włosów.

- Nigdy o tobie nie zapomniałam, Stian. I kiedy teraz tu jesteś...

Skinął głową bez słowa.

Chciał wyrzucić z siebie wszystko tu, przed nią, tę dawną gorycz, ból, który go 

trawił od chwili, gdy list ojca przyszedł do Kopenhagi i starał się rozbić na kawałki obraz 

demonicznej czarnej dziewczyny. Kobiety.

To wciąż w nim trwało. Resztki dawnego bólu. Niezasłużone cierpienie. Gorycz 

pierwszej, naprawdę głębokiej zdrady.

Ale jej miękkie wargi były ważniejsze, nawet teraz. Te wielkie, niebieskie oczy, 

które patrzyły na niego z taką otwartością i czymś jeszcze, co mogło przypominać ciepło.

Mimo woli jego wzrok skierował się na drzwi, za którymi  Nadjana odsypiała 

podróż. Czy słyszy, że mają gościa?

Marja prawdopodobnie nie wiedziała o jej istnieniu. Nie przyszłaby tak, gdyby 

wiedziała. Nie zjawiłaby się, nieproszona, żeby go powitać. Czego ona właściwie chce?

Tak   wiele   się   wydarzyło.   Tak   wielu   rzeczy   nie   wiedziała.   On   także   o   tylu 

sprawach nie miał pojęcia. Ale czy nie lepiej zostawić wszystko tak jak jest?

Justitian  poprosił, by usiadła,  nie miał  wyjścia.  Z irytacją  stwierdził,  że krew 

zaczyna mu pulsować na widok ruchu jej biodra, kiedy podchodziła do krzesła i siadała. 

Postawił przed nią szklaneczkę, przyniósł drugą dla siebie. Nalał drogiego francuskiego 

koniaku.

- Skal, Marja!

- Za twój powrót.

background image

- Za mój powrót - skinął głową i wypił.

Alkohol   palił   wargi.   Po   chwili   rozwiązał   języki.   Marja   kurczowo   trzymała 

kieliszek, szukała oczu Justitiana. Chciała w nich wyczytać...

- Opowiedz mi o Kopenhadze. Czy naprawdę jest taka piękna, jak mówią?

Parsknął krótkim śmiechem. Nalał jeszcze raz. Spojrzał ukradkiem na drzwi. W 

tamtym pokoju było cicho. Dziwnie się czuł, siedząc tak i popijając z Marją, podczas gdy 

Nadjana   spała   zaledwie   kilka   metrów   dalej.   Bawiło   go   to.   Dawało   jakieś   gorzkie 

zadowolenie.

- Kopenhaga jest piękna. I okrutna. Poznałem i jedno, i drugie.

Opowiadał   jej   o   wielkich   budowlach,   o   pięknych   kościołach   z   wieżami 

sięgającymi nieba. Mówił o wspaniałych statkach zawijających do portu, o pałacach za 

miastem, o królewskim zamku.

Ona   siedziała   z   roześmianymi   oczyma,   chłonęła   jego   słowa.   Justitian   nie 

wspomniał o Ogrodzie ani o studiach. Ale wplatał jakieś wyniesione stamtąd przeżycia, 

by ubarwić opowiadanie.

W końcu umilkł.

- Teraz twoja kolej, Marjo.

Odwróciła od niego wzrok. Popatrzyła na stojące w pokoju skrzynie.

- Tutaj nie działo się aż tak wiele.

- Masz dzieci?

- Tak, dwoje. To znaczy troje. Moja mama, Gjertrud... może wiesz, że urodziła 

synka, a potem zmarła...

Potrząsnął głową.

- Wyszła za mąż za właściciela Enkesetet. Anton... oszalał. Wzięliśmy dziecko do 

siebie. Mały nie jest... taki jak inne dzieci.

- Jak to ładnie z waszej strony! Zarumieniła się.

- Opowiedz mi o szkole! Słyszałem, że mój ojciec nie był łaskawy.

- Szkoła... tak, to była walka. Ale dopięłam swego. Przez całą zimę dzieci się 

uczyły. Ale teraz... nie wiem. Lensman zarządza majątkiem Antona, szkoda, żeby się 

miało  skończyć.   Justitian,  to  ważne,  szerzyć  wiedzę!   Jakie  to  ważne  dla  ludzi,  żeby 

umieli czytać...

background image

Mówiła rozgorączkowana, policzki jej płonęły. Teraz ją poznawał, taką pamiętał 

ją przez te wszystkie lata. Ożywioną, pełną zapału, gestykulującą.

Nagle poczuł się stary. Uświadomił sobie, jakie doświadczenia zgromadził. I jak 

się zmęczył. Chyba poznał zbyt wiele ze świata.

Marja umilkła, spostrzegła, że jego myśli błądzą gdzie indziej.

Na dworze panował niebieski mrok.

- Stian... pamiętasz?

Wiedział, co ma na myśli. Musiał przytaknąć.

Marja   wstała.   Podeszła   do   niego.   Położyła   mu   rękę   na   ramieniu.   Drgnął 

gwałtownie, jakby ciało przeniknął jakiś prąd.

Jej  twarz,   tak  blisko.  Pamiętał  zapach,  tamtego   dnia  także  pachniała  jak  łąka 

latem. Chciał się jej wyrwać, pójść do Nadjany, jak najdalej od tej gorączki, która go 

ogarnęła pod wpływem jej dotyku.

Marja   podeszła   jeszcze   bliżej.   Boże,   czy   ona   naprawdę   zamierza   mnie 

pocałować?

Nie. Dotknęła tylko policzkiem jego twarzy.

- Wybacz - dotarło do niego i poczuł, że ma łzy w oczach.

Skrzypnęła deska w podłodze.

Justitian odskoczył.

Odepchnął Marję i w tej samej sekundzie stwierdził, że drzwi do drugiego pokoju 

się   otwierają.   Twarz   Nadjany   była   spokojna,   opanowana,   uśmiechnięta   i   piękna   jak 

zawsze. Jasne włosy sięgały aż do bioder i wyglądały niczym welon panny młodej. Szła, 

jakby płynęła nad podłogą, lekko niczym elf. Wyciągnęła szczupłą, ładną dłoń.

- Dobry wieczór. Jestem Nadjana Revelin.

Marja przez moment nie wiedziała, czy ująć wyciągniętą rękę. Oczu nie mogła 

oderwać od tej dojrzałej, a mimo to dziwnie eterycznej piękności, słowa wypowiedziane 

przez te jasne wargi dotarły do jej uszu niczym grzmot.

Na szczęście drzwi na dwór były uchylone. Marja jak ślepa wybiegła w ciepły, 

letni mrok.

- Czy to twoja dawna flama, kochanie?

Głos Nadjany brzmiał łagodnie, bez cienia zazdrości, jeśli już, to można się w nim 

background image

doszukać rozbawienia.

Justitian wolno skinął głową. Przytulił Nadjanę do siebie.

- Tak. Flama. Młodzieńcza przygoda.

Nadjana rozumiała,  oczywiście.  Ogarnęło ją przelotne współczucie  dla młodej 

kobiety, która stąd uciekła.

background image

ROZDZIAŁ XII

Ziemia drżała i uginała się pod nogami Marji. Biegła nic przed sobą nie widząc, 

bez celu. Stopy skierowały się na ścieżkę w stronę domu, potykały się o korzenie  i 

nierówności, zarośla głogu poszarpały jej spódnicę.

Na szczęście nikogo po drodze nie spotkała. Biegła wciąż w mroku.

Kiedy na koniec zdawało jej się, że serce pęknie w piersi, zatrzymała się, oparła 

plecami o chropowaty pień sosny i długo, ciężko dyszała. Powoli spoza zasłony łez świat 

wracał do niej. Z wolna do uszu Marii zaczęło docierać wieczorne kwilenie ptaków. 

Czuła obezwładniające zmęczenie ogarniające całe ciało. Trzeba było wielkiego wysiłku, 

by unieść i postawić przed sobą stopę, wiedziała jednak, że nie może tak tu stać.

Musi wracać do domu.

Do domu.

Chociaż właściwie nigdy nie miała żadnego domu, nigdy do żadnego domu nie 

tęskniła.

Nigdy, aż do dzisiaj.

Marja   wolno   powlokła   się   naprzód,   ścieżka   wiodąca   w   górę   do   Oppdal   była 

sucha, dobrze wydeptana, na brzegach rosły pęki czerwonej koniczyny. Kwiaty pachniały 

teraz oszałamiająco. Grube trzmiele krążyły nad łąką, a ich brzęczenie odbijało się echem 

w głowie Marji.

Wciąż przed oczyma majaczył jej obraz jasnowłosej kobiety, zwiewnej postaci, 

która   nieoczekiwanie   wpłynęła   do   pokoju,   a   jej   słowa   sprawiły,   że   wszystkie   plany 

Maryjki   legły   w   gruzach.   Była   przygotowana   na   wszelkie   przeciwności.   Na   to,   że 

zniszczy małżeństwo z Karlem, że na walkę z pastorem poświęci wszystkie siły i cały 

czas, jaki został jej dany.

Z ponurym  wstydem  w sercu Marja musiała  przyznać, że gotowa była  nawet 

ujawnić pochodzenie dzieci, okaleczyć je na całe życie. Skutki szoku, jaki musiałyby 

przeżyć,   gdyby   się   okazało,   że   ukochany   tata   nie   jest   ich   ojcem,   byłyby   nie   do 

odrobienia.  A  ona zimno  i spokojnie wkalkulowała  to w swoje rachuby,  uznając, że 

korzyści warte są tego.

Odzyskanie spadku po Marii.

background image

Symbol.

Nie tylko kupka książek, nie tylko utracona cześć, trzy zagrody...

To sam fundament jej życia. Bo bez pościgu za wszystkim, co zostało po matce, 

kim   by   teraz   była?   Siedziałaby   w   Meisterplassen.   Spracowana   i   samotna.   Prawdo-

podobnie dużo uboższa niż teraz. I wiecznie czekająca na ojca. Przegrane życie, bo ojciec 

by przecież i tak do niej nie wrócił.

Marja   dotarła   do   swojego   obejścia,   poczuła   w   sercu   życiodajne   ciepło,   kiedy 

spostrzegła cienką smużkę dymu nad kominem.

Karl jest w domu!

Czeka na nią!

Miała ochotę złożyć dłonie w modlitewnej podzięce.

Nie mogła opanować wzburzonych uczuć, spadło to wszystko na nią jak potężny 

cios. Pojawiały się teraz zupełnie nowe myśli, dziwne, cudowne. Widziała Karla, jak stoi 

przy palenisku, może  robi  teraz  koszyki  z wierzbowych  gałązek,  żeby było  w czym 

znosić plony z pól za kilka tygodni. Widziała go oczyma duszy przy oknie, gdzie zwykł 

stać, kiedy na nią czekał. Duży, silny, o twarzy tak dobrej i otwartej, że nigdy nawet by 

jej do głowy nie przyszło szukać dowodów jego wierności i oddania.

Mój Boże, jak okrutnie obeszła się z tym człowiekiem.

Marja czuła się jak obudzona z koszmarnego snu.

Wszystko stało się jakby jaśniejsze. Poczuła piekący ból, gdy uświadomiła sobie, 

że   żyła   wciąż  z   wielkim,   złym   ciężarem   w  myślach.  Ciężarem,   który  rozrastał  się   i 

przytłaczał wszystko, co dobre i piękne. Jak wrzód zwiastujący dżumę.

Nadjana samą swoją obecnością przekłuła to wszystko.

Nawet teraz, kiedy Marja stała już przed własnymi drzwiami, z ciałem drżącym 

od   palącej   tęsknoty   za   bezpiecznym   schronieniem,   nie   mogła   powiedzieć,   że   jest 

obojętna.   Spotkanie   z   Justitianem   roznieciło   w   niej   jakiś   tlący   się   żar.   Jej   własne 

młodzieńcze uczucie także ożyło, przyspieszało bicie serca. Nadjana jest starsza, o wiele 

starsza. Jednak w tej chwili kiedy się obie spotkały, Marja musiała przyznać, że tamta 

obdarzona jest niezwykłą, wyjątkową urodą.

Była niczym motyl, gdy tymczasem Marja przypominała raczej lśniąco czarnego 

kota.

background image

Marja nacisnęła na klamkę, uśmiechała się niepewnie. Nie miała wątpliwości, że 

Karl wybierze dzikiego kota, teraz i na zawsze.

Młoda   dziewczyna   od   sąsiadów   machała   rękami,   nie,   nie   wie,   dokąd   poszedł 

gospodarz. Nie powiedział ani słowa. Ale wziął strzelbę, więc może ktoś go wezwał do 

rannego konia, albo...

Marja wolno wypuściła powietrze z płuc, zmusiła się, by pokazać obcej spokojną 

twarz, zmusiła się, by z uśmiechem podejść do śpiącego w kołysce Benjamina i połasko-

tać go ostrożnie pod brodą. Poruszył usteczkami. Żyje.

- Och, bardzo ci dziękuję, że opiekowałaś się małym. Proszę, to kawałek sera, 

jeśli nie odmówisz...

- Ależ dziękuję. Niech cię Bóg błogosławi, Marjo, i nie wahaj się, gdybym ci była 

znowu potrzebna. Dziecko jest rozkoszne!

Młoda   twarz   promieniała,   dziewczyna   była   w   tym   okresie   rozwoju,   kiedy 

naturalne   instynkty   kobiece   rozkwitają   niczym   kwiat.   Marja   uśmiechała   się,   widząc 

lśniące oczy dziewczyny, patrzyła, jak odruchowo poprawia kołderkę dziecka.

- Niedługo sama będziesz miała dzieci - powiedziała. Tamta zapłoniła się aż po 

korzonki włosów i przyznała, że jesienią wychodzi za mąż.

Marja starała się utrzymać na twarzy sztywny uśmiech, dopóki dziewczyna nie 

zniknęła na dziedzińcu.

Kiedy już kroki tamtej ucichły, opadła skulona na łóżko i poddała się fali bólu. 

Chciała go powstrzymać, ale dłużej już nie mogła, czuła się jak ktoś rzucony na głęboką 

wodę, a nie umiejący pływać. Strumień dawnych uczuć, tłumionej tęsknoty, pragnień i 

bólu, dławił ją z nie znaną dotychczas siłą. Dźwięki pojawiające się na jej wargach nie 

były ludzkie. Marja starała się jeszcze walczyć, wiedziała jednak, że nie ma sił i musi dać 

za wygraną.

Ale przecież jest silna... zawsze była taka silna... musi... jeszcze ten jeden raz. 

Karl nie może  zastać jej w takim stanie...  kiedy wróci do domu.  Jeśli wróci. Strach 

szarpał jej wnętrzności, zerwała się, wzięła Benjamina na ręce, przycisnęła go z całych 

sił, domagała się od niego pocieszenia.

- To niemożliwe, to się nie może stać... Powiedz, że to niemożliwe...

Ciemne   oczy   dziecka   spoglądały   na   nią   z   powagą.   Usta   wydawały   jakieś 

background image

pozbawione sensu dźwięki.

- Boże drogi,  ty przecież  wszystko  rozumiesz!  Uśmiechała  się do maleństwa, 

znajdowała pociechę w cieple ciała dziecka, które z taką ufnością zasnęło przytulone do 

niej, z główką na jej ramieniu.

Na dworze panował mrok, jasny i delikatny, przesycony tysiącami zapachów lata.

Marja wiedziała, że już za późno, by mogła wyjść z domu z niemowlęciem na 

ręku.

Karl poszedł w góry, na pastwisko.

To jedyne wytłumaczenie. Poszedł do dzieci, wziął ze sobą strzelbę na wypadek, 

gdyby po drodze napotkał dzikiego zwierza. Znowu miał do niej żal, rozczarowała go. A 

zawsze kiedy tak się działo, Karl szukał bliskości dzieci. Z pewnością i teraz tak postąpił. 

Pocieszała się tą myślą, próbowała pokryć choćby cieniutką warstewką spokoju potworne 

wzburzenie, które jej nie opuszczało.

Jutro wyruszy za mężem. Jutro do niego pójdzie, powie mu, że była i pozostanie 

jego żoną.

On jej na pewno uwierzy, przyjmie ją do siebie. A gdyby się wahał, gdyby rany, 

jakie   mu   zadała,   okazały   się   zbyt   głębokie,   to   ona   uleczy   je   ziołami   z   własnego, 

wewnętrznego  ogrodu. Jeszcze  Karl  się przekona. Będzie  musiał  od nowa poznawać 

swoją żonę.

Bo   istnieją   przecież   wyjaśnienia,   jest   wytłumaczenie   nawet   dla   jej   strasznej 

zdrady.

Powinna w to wierzyć. Musi.

Jeśli nie, to nie pozostanie jej nic innego, jak wziąć strzelbę z jego rąk i przyłożyć 

sobie czarną lufę do serca.

Nie, nie wolno tak myśleć. Nie wolno dopuszczać zwątpienia, pozwalać, by się 

rozrastało,   strach   nie   może   paraliżować   wątłej   nadziei.   Marja   uczepiła   się   myśli   o 

pogodnym usposobieniu Karla, o poczuciu bezpieczeństwa, jakie wokół siebie stwarza, o 

tym, że to lato może się dla nich wszystkich stać początkiem nowego życia. Ona zabrnęła 

w ślepy zaułek. Nie znalazła tam tego, czego szukała, cel jej dążeń znajdował się gdzie 

indziej, więc bez trudu zawróciła. Wróciła tam, gdzie Karl na nią czeka jak zawsze. 

Czeka na pewno! Musi czekać! Nie może odejść teraz, kiedy ona odrzuciła ostatecznie 

background image

dręczącą ją marę!

Strzelba!

Marja popatrzyła na rogi, nie ma strzelby. Oczy zaszły jej mgłą. Nie miała odwagi 

zamrugać powiekami. Starała się wywołać obraz strzelby, zobaczyć, że wisi jak zawsze 

na swoim miejscu i że nie ma się czego bać.

Ale strzelby nie było.

Dlaczego?

Z  rozdzierającym   szlochem   powstrzymywany   z  takim  trudem  ból   wylał  się  z 

serca Marji, ogarnął ją całą.

Czy on naprawdę byłby w stanie?

Ściągnęła na niego aż takie cierpienie?

Świadomość tego faktu dławiła ją w piersiach. Krtań zaciskała się boleśnie, Marja 

z trudem wciągała powietrze. Wszystko w niej burzyło się w gwałtownym proteście. 

Przecież świat nie może być aż tak okrutny. Daleki Bóg nie może być taki mściwy, żeby 

otworzyć jej oczy i zaraz potem zgasić słońce!

Marja nie mogła dłużej siedzieć bez ruchu, nie mogła dłużej czekać.

Przygotowała   śpiące   dziecko   i   ułożyła   je   w   skórzanym   plecaku,   który 

przymocowała   do   siebie   dwoma   pasami   tak,   że   mały   leżał   wygodnie   i   bezpiecznie. 

Szukała kija, którym bliźnięta zwykle zaganiały krowy, ale nie znalazła.

Co tam, jeśli spotka na drodze jakieś dzikie zwierzę, to kij i tak niewiele pomoże! 

Dostała   gęsiej   skórki   na   rękach   na   myśl   o   niedźwiedziu   czy   rysiu   lub   innych 

drapieżnikach,   zbliżających   się,   bo   wyczuły   niezwykle   smakowity   kąsek,   kobietę   z 

niemowlęciem na ręku! Wszystko, co miała dla ochrony, to modlitwa.

Zatrzasnęła  za sobą drzwi i ruszyła  w stronę zagajnika na granicy lasu. Dość 

dobrze znała drogę na górskie pastwiska, wiedziała, że nie zabłądzi. Potrzeba całego 

dnia, by dotrzeć na miejsce z inwentarzem. Sama, bez żadnych obciążeń z wyjątkiem 

niemowlęcia na plecach, powinna dojść, zanim słońce ukaże się na niebie.

Potykała się, przechodząc przez małe strumyki, raz upadła i boleśnie uderzyła się 

w   biodro,   ponieważ   instynktownie   starała   się   ochronić   zawiniątko   przytroczone   do 

pleców. Cale ciało jej zesztywniało od szybkiego marszu, zrobiło się nieczule, ale nie 

zdawała sobie z tego sprawy. Po prostu szła. Chyba nigdy ta droga nie była taka długa.

background image

Najpierw miał zamiar pójść w góry, pozwolić, by chłodne nocne powietrze na 

rozległych halach ukoiło wzburzone zmysły, uciszyło ból.

Ale   sama   myśl   o   pytających   spojrzeniach   dzieci   sprawiła,   że   zmienił   zdanie. 

Wiedział, że dzieci dostrzegłyby jego ponury niepokój, że przejęłyby część jego bólu, nie 

wiedząc nawet, co się stało. Widziały już dość bólu. Już i przedtem były świadkami 

upokorzeń.

Nie   był   już   chyba   dla   nich   takim   ojcem,   jak   powinien.   Nie   stanowił   wzoru 

dobrego  gospodarza.  Karl  często  się  tego  wstydził.   Dużo rozmyślał   o tym,   czy  jego 

słabość   przejdzie   na   syna.   Nie   cieszy   się   szacunkiem   mężczyzna,   który   nie   potrafi 

utrzymać własnej żony pod kontrolą. A już zwłaszcza, kiedy ta żona robi takie dziwne i 

nienormalne rzeczy jak Mar ja. Kiedy nawiedzają ją myśli, o jakich nikt przedtem nie 

słyszał...

Ludzie przezywają go Marja - Karl. Już samo to jest wystarczająco obraźliwe, na 

szczęście dzieci chyba jeszcze nie słyszały tych poniżających słów.

Czy one sobie zasłużyły na takiego ojca?

Czy nie byłoby lepiej, gdyby nie miały w ogóle żadnego?

Wtedy nikt by się nie dziwił, że Marja jest silna i że załatwia różne sprawy także 

poza domem. Wdowa musi sobie radzić najlepiej jak potrafi. Wtedy pewnie słowa ludzi 

byłyby łagodniejsze, a dzieci mogłyby być dumne ze swojej matki.

Marja by za nim nie tęskniła.

To   właśnie   ta   prawda   sprawiała,   że   świat   stawał   się   dla   Karla   mroczny   i 

nieprzyjazny. Marja miała inne sprawy. On był dla niej tylko kulą u nogi. Kimś, kto nie-

ustannie marudzi. Kto buduje klatkę dla wolnego ptaka. Był głupim prostakiem, który 

potrafi tylko orać ziemię i doić krowy. Na pewno nigdy go nie kochała. W każdym razie 

nie tak, jak kiedyś w swojej naiwności sobie marzył, patrząc na radośnie uśmiechniętą 

Maryjkę w stroju panny młodej. Ale chyba i wtedy się tego domyślał. Ze nie dla niego 

taka kobieta, że w swej prostocie nie będzie wiedział, jak z nią postępować. Był jednak 

młody, oszołomiony miłością, pełen wiary w jej ciepło i dobro. Poczucie bezpieczeństwa 

bardzo wzrosło, kiedy tak szybko okazało się, że młoda żona jest w ciąży. Wciąż jeszcze 

pamiętał   szczęście,   kiedy   głaskał   jej   wielki,   okrągły   brzuch.   Nigdy   nie   czuł   się   tak 

wspaniale   jak   w   tamte   noce,   kiedy   spala   przy   jego   boku   i   mógł   prowadzić   swoje 

background image

bezgłośne rozmowy z maleństwem rosnącym pod jej serem. Z maleństwami! Bo przecież 

było ich dwoje! Rany w sercu Karla zaczęły ponownie krwawić na myśl o bliźniakach. 

Mają wprawdzie matkę, ale jakby jej nie miały, nie znają jej prawie. Marja nie jest do 

tego stopnia złą kobietą, by pozwalała dzieciom chodzić bez opieki. Nie, ona ma tylko 

zbyt wiele innych spraw na głowie, no i pociesza się, że dziećmi zajmie się ojciec.

Kiedy jego nie stanie, Marja z pewnością podejmie swoje obowiązki. Dzieci będą 

miały matkę. I jeśli nawet jednocześnie utracą ojca, to i tak wyjdzie im to na dobre.

Kochał   dzieci   ponad   życie.   Naprawdę   bardziej   niż   życie.   I   właśnie   teraz, 

dzisiejszej nocy, tego dowiedzie.

Zranione uczucia Karla uczepiły się tej myśli. Ręka trzymała mocno zimną kolbę 

strzelby. Proch w rogu był suchy i czarny.

Z każdym krokiem Karl znajdował się bliżej nieba.

Pastwiska leżały w przeciwnym kierunku.

Dzieci obudziły się nagle, słysząc głos matki, jakiś dziwnie wysoki, skrzekliwy, 

że aż Karl Martin ciężko przełknął ślinę. Wciąż jeszcze czuł smak jedzonej wieczorem 

gęstej śmietany.

- Mama przyszła - szepnęła Amelia, a jej przestraszony wzrok sprawił, że Martin 

wsunął rękę pod chude ramię siostry.

- Jest zła!

- Nie, coś ty! Nie jest zła. Chyba się boi.

- Mama nigdy się nie boi!

- Boi się. Tylko nie płacze!

- Trzeba do niej zejść!

- Cicho! Nic nie mów! Będziemy leżeć bez ruchu, słuchaj, co ona mówi.

Dzieci spały na niskim stryszku nad pasterskim szałasem. Tuż nad siennikami 

znajdował się dach z ciężkich starych belek. Nie mogli nawet usiąść, by się o nie nie 

uderzyć.

Mama   pytała   o   tatę.   Benjamin   popłakiwał   po   nocnej   wycieczce.   Solveig 

powiedziała,   że   taty   tutaj   nie   było,   pytała,   co   się   stało.   Mama   mówiła   jak   młoda 

dziewczyna, jej głos był wysoki i dziwnie drżał, prawie jak glos Amelii, kiedy w zimie 

weszła na cienki lód koło młyna.

background image

Słychać było kroki, zamykanie drzwi.

Potem Solveig zaczęła śpiewać jakąś bardzo ładną, ale smutną kołysankę.

Dla Benjamina.

Amelię również uśpiły ciche tony. Martin jednak leżał nie śpiąc, ale nie usunął 

ręki spod głowy siostry. Wiedział, że do rana już niedaleko.

Droga powrotna była tak samo długa, ale Marja przemknęła przez wrzosowiska, 

jakby wiatr ją unosił. Nie wiedziała, dokąd się udać, wiedziała tylko, że musi go od-

naleźć. To krzyczała pod zaróżowionym już niebem, to zasłaniała ręką usta i szeptała 

imię męża w górskiej ciszy.

Nigdzie żywej duszy.

Tylko   tu   i   ówdzie   jakaś   kopa   siana,   gdzieniegdzie   krowy   przeżuwające 

wczorajszą soczystą trawę.

Wracała   w   stronę   wsi.   Karl   musiał   pójść   gdzie   indziej.   Może   do   jakichś 

przyjaciół? Próbowała odszukać w pamięci jakieś nazwiska, choćby ślad, próbowała so-

bie przypomnieć, czy Karl ma kogoś zaufanego, do kogo mógłby się zwrócić w takiej 

chwili jak ta.

Doznała niemal szoku, kiedy sobie uświadomiła, że naprawdę nie wie, z kim jej 

mąż jest w bliższych kontaktach, czy w ogóle ma jakichś znajomych, przyjaciół...

Może nie ma nikogo takiego?

Stopy niosły ją na dół. Nie protestowała, w jej głowie nie było już ani jednej 

jasnej myśli, tylko chaos.

Pasterskie  szałasy,   które  zostawiła  za   sobą,  wydawały  się  coraz   mniejsze,  las 

poniżej stawał się coraz gęstszy. Pośród drzew nadal panowała ciemność.

Wschodzące   słońce   wyzłacało   grzbiety   wzgórz.   Wysoko   w   górach   było   już 

całkiem jasno. I nagle, jak na dany sygnał, ptasi chór rozpoczął poranną pieśń dzięk-

czynną. W chwili gdy pierwsze promienie słońca dotknęły skraju lasu, rozległ się strzał.

Mar ja, jak trafiona, upadła na ziemię.

Ale strzelano daleko i nie ona była celem. Mimo to krew stężała jej w żyłach.

To   strzelba   Karla.   Niewielu   ma   podobne.   Słyszała   kiedyś   jej   dźwięk,   gdy 

dobijano rannego byka czy konia.

Opadła na kolana, we wrzosy.

background image

- Nie...

Tłukła pięściami o ziemię, o tę ziemię między górami a fiordem. Zaciskała mocno 

ręce, wbijała w policzki tak, że sprawiało jej to ból.

- Nieee! Karl, Karl!

Nagle wydało jej się, że widzi Nadjanę, ubraną na biało, z anielskimi skrzydłami i 

czerwonymi jak krew wargami. Uśmiechała się do Karla, wzięła go w objęcia i poniosła 

daleko  ponad rozległymi  moczarami.  Marja nie mogła  jej  zatrzymać.  Pojawił się też 

pastor, ubrany na czarno, z czarną księgą w ręce.

Marja upadła, ukryła twarz we wrzosie, rwała silne krzewinki pełnymi garściami, 

natrafiła na kamień i z palców trysnęła krew. Krople krwi padały na pierś Karla, gdy 

Nadjana oddalała się i rozwiewała w blasku poranka.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Żółte liście brzozy, ciężkie od deszczu, uderzały w ścianę domu. Marja słyszała 

ten smutny dźwięk aż w izbie. Ale w piecu płonął ogień i napełniał falami ciepła pomie-

szczenie. Przytuliła się mocniej do męża. Poczuła, że od niego płynie to samo ciepło i to 

samo poczucie bezpieczeństwa co od trzaskających wesoło płomieni.

Karl również płonął!

Ale nie zawsze tak było.

Teraz, bezpieczna i spokojna, odważyła się cofać myślami w przeszłość. Coraz 

dalej i dalej, a Karl pomagał jej za każdym razem, gdy uchylały się drzwi i Marja musiała 

iść na spotkanie upiorów z dawnego życia.

Nie było dnia, żeby nie szukała jego opieki i bliskości, nie było godziny, żeby o 

nim nie myślała.

Wdzięczność.

Radość z tego, że mogą być razem.

Czy to w końcu miłość do niej przyszła?

Marja dotknęła pieszczotliwie dłonią jego twarzy.

Mój Boże, przecież on jest bardzo urodziwy!

Że też dawniej tego nie zauważała!

Aż do tego budzącego się dnia wysoko w górach, do tego złego poranka, do 

tamtego okrutnego snu.

Ogłuszona bólem szukała Karla, w środku nocy biegła przez las na pastwiska, a 

potem znowu na dół, bo go tam nie znalazła.

Wystrzał.

Cały świat wokół niej runął. Dzisiaj nietrudno stwierdzić, że wtedy była bliska 

utraty zmysłów i zdrowego rozsądku. Załamała się niczym wielkie drzewo pod naporem 

burzy.

Rozpaczliwie szukała Karla, tak rozpaczliwie, że zawiodło ją to na skraj jakiegoś 

koszmaru, miała straszne przywidzenia.

W końcu to on ją odnalazł. Podniósł ją z ziemi nieprzytomną i przyniósł do domu.

Nie umarł.

background image

Minęło   sporo   czasu,   zanim   to   nareszcie   pojęła.   A   kiedy   już   do   tego   doszło, 

przywarła do niego całym  ciałem, wybuchnęła strasznym płaczem i szlochała w jego 

ramionach tak długo, dopóki całkiem nie osłabła.

Gdy sztorm przycichł, leżała, pochlipując od czasu do czasu jak dziecko. Karl bez 

słowa głaskał ją po głowie, jak zwykł był to robić, kiedy dzieci płakały przez sen.

Nie zaraz poszli oboje na pastwisko, chcieli mieć trochę czasu dla siebie. Krążyli 

po okolicy, szukali nowych dróg i ścieżek, odkrywali mroczne, górskie krajobrazy, tutaj 

wysoko odczuwało się pełną wolność. Rzadkie powietrze sprawiało, że słowa płynęły 

jakby łatwiej.  Te,  które   dawniej   odbijały  się o  grube  ściany  domu,  tu  docierały  bez 

przeszkód do celu. Te, które dawniej kryły się za powszednimi troskami, teraz padały 

swobodnie.

Marja opowiedziała Karlowi bardzo wiele.

Odmalowywała przed nim życie samotnej Maryjki. Ukazywała mu się naga, nie 

ukrywała niczego, co się wydarzyło, zanim przybyła do Lyster. Kiedy prawda dotarła do 

niego, patrzył na nią przerażony. Ciężko wzdychał, słuchając o jej ojcu, kacie, i o matce, 

tej Marii, o której ludzie opowiadali sobie w długie zimowe wieczory.

- Czarownica Maria... To ona była twoją matką? - Tak.

- No, a Gjertrud?

- To najlepsza przyjaciółka mamy.

Przełknął ślinę, jakby starał się znaleźć w duszy miejsce dla tych trudnych do 

pojęcia   wiadomości.   Marja   jednak   nie   miała   zamiaru   przerwać.   Opowiadała   mu   o 

ponurych myślach, które ją dręczyły, o nocach wypełnionych tylko jedną myślą: Revelin 

musi zostać ukarany. Ona go ukarze, wciągając jego jedynego syna w zastawione przez 

siebie grzeszne sieci.

- Moja kochana, nie miałem pojęcia...

-   Nie,   oczywiście,   skąd   miałbyś   mieć?   Opowiedziała   też   o   upokarzającym 

spotkaniu z Justitianem. I o tym,  że przywiózł tu ze sobą żonę. O swoim strasznym 

wstydzie. I o tym, jakiego szoku doznała, kiedy sobie uświadomiła, jaka potworna była ta 

jej mara, jak zatruła wszelką radość i wszystko, co dobre w życiu.

-   Zobaczyłam   go,   urodziwego   młodego   mężczyznę,   człowieka.   Cóż   on   temu 

winien, że jest synem Revelina? Chciał mi pomagać w szkole... to dobry człowiek - 

background image

szeptała.

Karl   szukał   jakichś   dodatkowych   tonów   w   jej   głosie,   czegoś,   co   by   go 

zaniepokoiło.   Ale   Marja   mówiła   szczerze.   Na   to   wyglądało.   Uznał,   że   powinien   jej 

wierzyć.

- Kochałaś go kiedyś... przede mną?

- Nie - uśmiechnęła się Marja i wiedziała, że mówi prawdę. - Ja chciałam tylko... 

niszczyć, ranić. Powiedziałam Revelinowi, że zepchnę jego syna na dno piekła. To wtedy 

on zamknął Justitiana, a potem wyprawił do Kopenhagi.

Bogu dzięki, pomyślał Karl, ale głośno tego nie powiedział.

Marja milczała. Teraz, kiedy myśl o zemście ulotniła się niczym czarodziejsko 

lśniąca   rosa   w   promieniach   słońca,   dziękowała   Bogu,   że   jej   tajemnica   może   zostać 

pogrzebana na zawsze. Karl nigdy się o niczym nie dowie. Dzieci też nie. To będzie jej 

brzemię,   tylko   ona   będzie   je  dźwigać.   Kłamstwo,   które   będzie   dawało   o  sobie   znać 

zawsze, gdy spojrzy w oczy Karla Martina i dostrzeże w nich podobieństwo. Dla nich nie 

będzie to mieć najmniejszego znaczenia. Dla Justitiana także nie. Odpowiednia kara dla 

Marji, będzie z nią żyć do końca swoich dni.

Karl nie miał wiele do opowiadania. Strzał, który słyszała, mówił sam za siebie.

- Nie miałem odwagi. Nawet wtedy, kiedy już palec nacisnął spust, odskoczyłem 

w bok, upadłem na ziemię. Stchórzyłem.

- To nie tchórzostwo, mój kochany. Nie jesteś tchórzem! Jesteś najsilniejszym, 

najodważniejszym   człowiekiem,   jakiego   znam.   I   masz   w   sobie   tyle   ciepła!   Jesteś 

najlepszym człowiekiem na świecie.

Wierzyła w to, co mówi. Każde słowo było prawdą.

Karl dowiedział się tamtego dnia tak wiele nieprawdopodobnych rzeczy, że bez 

trudu przyjmował i te ostatnie zapewnienia.

Wciąż ręce trochę mu drżały, wciąż podejrzliwość dawała o sobie znać. Ale oczy 

Maryjki znowu płonęły, po raz pierwszy płonęły tak tuż przy jego twarzy. Był w nich ten 

sam   czarodziejski   blask,   który   kiedyś   tak   go   zauroczył.   Tylko   wtedy   ten   ogień   nie 

oznaczał miłości, były w nim śmierć, nienawiść, pragnienie zemsty.

Teraz oczy Maryjki płonęły dla niego.

Nareszcie.