background image

Władysław Łoziński 

 
 

NOWE 

OPOWIADANIA 

 

Jmć Pana Wita Narwoya 

 

Rotmistrza Konnej Gwardyi Koronnej 

 
 
 
 
 

SPIS OPOWIADAŃ 

 

Screnissimus ...  

Szlachcic Zakuta ...  

Petyhorzec ...  

Hospodarska Głowa ...  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
SERENISSIMUS 
 
 
 

background image

I. 
 
... A miał JPan burgrabia lwowski Pohorecki, choć na pozór 
chudopachołek był i  
dość mizerny urząd trzymał, wina stare a przednie u siebie, bo na to 
smakosz  
wielki bywał, a gdzie się na lwowskim zamku loch jakowy chłodny a 
głęboki  
zdarzył, tedy on tam nie delinkwenty i gwałtowniki, ale hungaricum 
stare i  
zawiesiste pod areszt sobie sadzał... 
Rzecze tedy JPan burgrabia do wesołej kompanii: 
— Owo teraz, panowie bracia i oficyerowie, kiedyście  już na mnie w 
ten 
 
 
 
dzień patrona mego łaskawi byli, znajcież, żem i ja z serca wam rad, 
gościowie  
mili... Mam ja tu pod jurysdykcyą moją grassanta i rabownika 
setnego; drab to i  
siłacz okrutny, od zeszłego wieku in fundo siedzi, a teraz czas mu, aby 
tu  
gardło dał... Węgrzyn jest rodem Barabasz ten, w Krakowie żakiem 
był, ale nie w  
Jagellonicum jeno w piwnicach siedział, potem jako excessant po 
Rzeczypospolitej  
chadzał, wiele konfuzyi i złości narobił, szlachtę wadził, rebelią 
wszczynał,  
braci rodzonych kłócił, senatorom głowę zawracał... teraz u mnie w 
lochu siedzi;  
niechże tu staje a sprawę zda; już ja go w ten dzień solenny 
Waćpanom pod  
krygsrecht oddawam... 
Że kompania już ciepłe czupryny miała, tedy ten i ów myśli, że to 
naprawdę o  
delinkwencie jakim mowa, którego poena laquei czeka — a wszyscy 
oczy szeroko  

background image

otwierają, aż tu pachołek 
 
 
 
wchodzi i kosz wina stawi, a każda butelka stara, sędziwa, mchem 
brodata,  
czubatym łbem ciekawie wyziera, bo słonka bożego dawno nie 
oglądała... 
— Owo comparens jest złoczyńca ów praedictus! Tedy bierzcie go, 
niech gardło da,  
ale i wy jemu gardła dajcie, bo jakem Pohorecki, wart tego cale... 
Wszyscy tedy w śmiech serdeczny na to rozwiązane enigma, a JPan 
Pohorecki mówi  
dalej: 
— Ale ze szkła podłego pić go nie będziecie, bo to by despekt był, 
aby na tak  
mizernym wózku taki pan jechał, jeno ze srebra szczerego, i to z tego 
oto  
świdra, aby ten likwor szlachetny do góry nie szedł, ale na dół, co 
znaczy: nie  
do głowy a do serca, i czoła nie chmurzył, jeno affekta braterskie 
rozgrzewał... 
A był ten świder nie co innego, jeno puhar srebrny, złotem misternie 
 
 
 
pleciony, jak wąż kręcony, a takowym kształtem po staremu kuty, że 
figurę świdra  
prezentował, a zamiast podstawki wierutny nawet świderek miał, tak, 
że na stole  
postawić go nie sposób było, ale wświdrować go było potrzeba. 
Pocznie się tedy admiracyą i oblektament wielki, tak z wina, jak i z 
onego  
puhara, każdy go rad oglądać, a każdemu zda się, że kiedy pełny, tedy  
piękniejszy. 
JPan porucznik Zacharyasz Łada Zaweyda trzy razy go oglądał, 
zawsze przed  

background image

lustracyą taką po brzeg go nalawszy, bo (mówił) "próżny kielich 
oglądać, i  
zdrożna i niebezpieczna jest, jako iż z tego głowa boli i od suchości 
takowej  
humory w człowieku rebellią szkodliwą czynią". Tak go z blizka i 
gruntownie  
spenetrowawszy, Zaweyda rzecze: 
— Wiele admiracyi tu słyszałem, ale w admiracyi nie było racyi!... A 
chcecie  
wiedzieć, jakowa racya jest świdra 
 
 
 
tego, i po co go ów sztukmistrz tak mądrze urządził? Owoż wiedzieć 
macie, że ten  
świder nie tylko symbolum jest głębokiego sentymentu serc 
szlacheckich, ale taki  
w tem sekret leży, że ten tylko mistrz jest, kto trzy takie puhary 
wypiwszy,  
czwarty pełniusieńki świderkiem tym w stół zakręci, ani kropelki 
nawet nie  
uroniwszy z niego. 
 
Rzekłszy to Zaweyda, ku podziwieniu kompanii całej puhar ten po 
same brzegi  
napełnił, dłonią go z góry ujął, na stół postawił i tak zręcznie 
świderkiem  
wkręcił, że się ani kropla wina nie przelała. Dopieroż ten i ów także 
próbować  
sobie, ale nikt sztuki nie dokazał, a JPan porucznik Zaweyda nuż 
kompanię na  
przekwinty brać a strofować, aby wodą sztuki doświadczali a nie 
szlachetnym  
likworem, bo go już i tak sporo na stół wylali... 
 
 
 

background image

Szedł tedy świder ów koleją między biesiadniki ale już próżny, a 
każdy chwali i  
koncept zabawny i przedziwną robotę sztukmistrza, bo były na tym 
puharze kowane  
rozmaite figury i floresy, a wszystko z misternością wielką... 
Rzecze pan Zaweyda do kompanii: — Kiedy ten kielich w 
podziwieniu sobie mamy, a  
każdy go chwali, to mi pozwólcie, panowie bracia i mili kamradowie, 
że wam tu  
pokrótce opowiem historyą wierną jednego przedziwnego kielicha, a 
to z narracyi  
ś. p. ojca mojego, namiestnika w hussarskiej chorągwi JMPana 
Michała Potockiego,  
niegdy starosty Krasnostawskiego, i z tego, co sam później słyszałem i  
widziałem. 
 
* * * 
 
 
 
II. 
 
... Dużo ja już kielichów i puharów widziałem, ale nie czyniąc 
despektu temu oto  
świdrowi JMPana Pohoreckiego, takiego z was żaden nie widział, jaki 
ja  
widziałem. Jaki pan taki kram, jaki jeździec taki koń, jaki rycerz taka i  
szabla, tedy nie dziw, że kędy szlachcic amator wina prawy i piwnica 
zasobna,  
tam i vitra gloriosa bywają, a przednich puharów od święta i od 
wielkiej parady  
nie brak. 
... Owo kto z Waćpanów nie słyszał o JMPanu Sanguszce, ordynacie 
ostróg- 
 
 
 

background image

skim, który był Wielki Bibosz Litewski, albo o JMPanu kasztelanie 
Zawichoskim,  
co był Bibosz nad Bibosze i jakoby Arcybibosz w całej Najjaśniejszej  
Rzeczypospolitej? U wszystkich tych panów bywałem i pijałem, a daj 
mi Boże tyle  
lat i zdrowia jeszcze, ile razy ów sławny puhar pana kraj czego z 
Bąkowej góry,  
zwany Corda fideltum, pod tym wąsem moim się znajdował... 
Puharów pysznych lub przeróżnej uciesznej figury widywałem tedy 
sporo w mojem- 
życiu; pijałem z rogów, trąb, z kijów szklanych, bukłaków, z kuflów, 
ananasów,  
waltorni, łykaczów, susłów, żórawi, welkomów i widerkomów, z 
portugalskich  
pistoletów, z jungferskich spódniczek, i z innych instrumentów 
wszelakiego  
rodzaju, nie mówiąc już nic o trzewiczkach przeróżnych gładkich 
Maryaneczek i  
Zosieczek — ale to wszystko furda przed kielichem Sapieżyńskim! 
 
 
 
To był puhar nad puhary, król nad wszystkie polskie kielichy — i nie 
darmo zwał  
się też Serenissimus! 
... Trzymał ten Serenissimus setną miarę, mniejszą trochę od onego  
Krajczyńskiego Corda fidelium, ale zawsze potężnego tchu trzeba 
było, aby  
duszkiem go wychylić. Szczerozłoty cały był, augszpurski, a robota 
takiej  
przedziwnej misterności, że w admiracyi go wszyscy mieli. Nie darmo 
też mówiono,  
że jakiś sławny kunsztmistrz niemiecki pięć lat nad nim pracował, a 
kiedy  
skończył, oślepł biedny Niemczysko. Prawda bo i to, że kto ów puhar 
dobrze  
zgruntował, i co na nim wszystko było, odczytał i obejrzał, temu już i 
Nowe  

background image

Ateny na nic się nie zdały, bo już wszelkie ciekawości znał perfecte. 
Były tam  
figury najmisterniejsze i wyobrażenia mężów sławnych, i curiosa i 
jacosa i sacra  
i profana, i historya bożka Bachusa i gody w Kannie Gali- 
 
 
 
lejskiej. Nie pytać już nawet, co tam było, a raczej pytać, czego tam 
ów  
sztukmistrz nie wsadził? Do koła zaś był ten puhar drogiemi 
kamieniami  
wykładany, a były to kamienie najprzedniejszej wody i wyobrażać 
miały kolory win  
przeróżnych. Tedy były tam i żółtawe brylanty, i topazy i rubiny... 
... Tak wyglądał Serenissimus. Ale nie dla tego był on Serenissimus, 
że od złota  
i klejnotów świecił, bo i żydowski pająk także sobie strojny być może, 
ale z  
innej ważniejszej racyi, albowiem był on przez trzech monarchów 
uczczony, na  
godność dostojną wyniesiony, i przywileje miał swoje królewskie. A 
jak to się  
stało, to według opowieści pana ojca mego powtarzam: 
... Było to anno Domini , kiedy król August z rycerskiemi imprezami 
się  
nosił, a szwedzka wojna już w sercu i głowie mu była. Owoż 
opowiadał pan 
 
 
 
ojciec mój, że wielki wówczas obóz był pod Brzeżanami w 
Trybuchowcach, dokąd i  
on z chorągwią swoją hussarską się ściągnął. 
... Było tam mnogo koronnego wojska i Litwy; z wojskami swemi 
stanęli i J. O.  
wojewoda Jabłonowski, hetman wielki koronny i wojewoda wileński, 
wielki hetman  

background image

litewski, i p. Szczęsny Potocki, hetman polny koronny i mnóstwo 
panów senatorów  
z hufcami swojemi. Król Jegomość August II wojsko swe także 
przywiódł; co  
najprzedniejszego żołnierza .  stawiąc w pole; a były to piękne 
regimenty,  
zbrojne i strojne, jak mało jaka armia; chłop w chłopa w chędogich 
moderunkach,  
sam lud szumny i obrotny w żołnierskiem rzemiośle. 
... Czekano samego króla Jegomości w obozie, a gońce były od niego, 
że już w  
drodze jest i rychło przed zgromadzonem rycerstwem stanie. Któż z 
was 
 
 
 
nie wie, że król August biesiady lubił, kompanii wesołej nigdy krzyw 
nie był, z  
kielichem dobrze się znał i mało komu prym dał przed sobą, kiedy pił; 
choć  
dyssymulant wielki bywał, i nigdy po nim nikt tego nie poznał, że 
miarę przebrał  
w szlachetnym trunku. 
... Insza biesiada w komnacie pałacowej a insza bywa w obozie; kto 
tego nie wie,  
niech w pole idzie między towarzysze, a przekona się, że tu i fantazya 
bystrzej  
nosi i głowa więcej może, bo kto się rezolwował krwi nie litować 
swojej, ten i  
wina nie pożałuje. A już za Sasa najbardziej, bo kiedy pito choć się 
nie bito,  
co wtedy dopiero, kiedy bić się miano?... 
... Owo JM. pan wojewoda wileński Sapieha, który podówczas nie był 
jeszcze  
malkontentem i adwersarzem króla Jegomości, znacznie przedtem 
wiedząc, że August  
w obozie będzie a gościem o 
 

background image

 
 
każdego z hetmanów zawadzi, wysłał do rezydencyi swojej po ów 
puhar sławny i  
misterny, którego przedziwną figurę opisałem, a że czas krótki był, 
tedy  
litewscy Tatarowie, co w wojsku byli, w ułak, to jest rozstawnemi 
końmi po puhar  
skoczyli, a że ułak pod srogim rygorem szedł, więc piorunem kielich 
był w  
obozie, dobrze przed tem jeszcze, nim o królu Jegomości gońce były, 
że się  
zbliża.. 
... Kiedy tak króla czekano, a hetmańskie obozy gotowe już były na 
przyjęcie  
Najjaśniejszego gościa, przybiega nagle oficer saski do hetmana 
Jabłonowskiego z  
posłaniem, jako król Jegomość w Rawie, kilka mil ode Lwowa się 
znajduje, ale  
dalej ruszyć nie może, albowiem nagle i niespodzianie, bez 
wszelkiego awiza,  
spadł mu tam gość rzadki i dostojny, a gościem tym nie kto inny jest, 
jeno sam  
Car Jegomość, 
 
 
 
Piotr! Zamiast tedy do obozu jechać, król w Rawie tak potężnego 
gościa  
podejmować musi, i p. p. hetmanów prosi, aby dla większego 
splendoru i uczczenia  
tak sławnego monarchy co żywo przybywali do Rawy. 
... Tak wielka a niespodziewana nowina znaczny wywołała rumor w 
obozie, a p. p.  
hetmani i co najdostojniejsza szlachta w lot na koń siedli, biorąc z 
sobą tylko  
półtora tysiąca najwyborniejszej jazdy dla orszaku; i w kawalkacie tej 
znajdował  

background image

się właśnie pan ojciec mój. 
... A z tem nagłem przybyciem cara Piotra tak się rzecz miała, że 
kiedy car  
bawiąc w Wiedniu u Jego Mości cesarza rzymskiego Leopolda, o 
rebelii i  
niespokojnościach różnych w Moskwie się dowiedział, natychmiast 
do państwa swego  
pospieszył. Jechał bez wszelkiej parady, i bez wystawy monarszej się 
obchodził, 
 
 
 
bo nawet kolaski nie miał, jeno teliżkę z najętemi końmi, a takich 
dziesięć  
teliżek to i cała jego kawalkata. 
... Opowiadał mi pan ojciec, że gdy do Rawy się zbliżali, śmiech 
wielki ich  
zebrał, kiedy ujrzeli na polach kampament żydowski, bo aby dworom 
obom rum  
uczynić w tak nędznej mieścinie, żydów wyrzucić musiano, a ci tedy 
wielkim  
obozem na polu się rozłożyli. Cały rynek w Rawie pokryty był 
pysznemi namiotami,  
które przytykały do mizernych domostw żydowskich, a w tych 
namiotach i lichych  
izbach mieszkali obaj monarchowie i dwory ich całe. 
... Ojciec mój wtedy dobrze sławnego cara oglądać mógł, a było też i 
na co z  
podziwieniem patrzeć, bo już o monarsze tym w całym świecie 
chrześcijańskim  
głośno było, a o jego peregrynacyach po różnych dworach i miastach  
najcudowniejsze czyniono narracye, tak że go 
 
 
 
wszędy jako monstrum monarchorum okrzyczano. 
Niepokaźny był i nie tak wyglądał, jak go sobie imaginacya pana ojca 
mego  

background image

wymalowała. Na monarchę nie wyglądał; w szarym, bardzo mizernym 
i wytartym  
kubraczku z biczykiem w ręku na lustracye wojsk saskich wyjeżdżał; 
a koniuszy p.  
hetmana polnego Potockiego, nie znając go a chudzinę takiego widząc 
przed sobą,  
potrącił go był nawet koniem, z czego omal wielkiego gwałtu i 
nieszczęścia nie  
było, bo car Jegomość biczykiem przeparzył koniuszego, a koniuszy 
szabli nań  
dobył, a gdyby go w czas nie poznano, byłyby go ciury obozowe 
zasiekły szablami. 
Cały tydzień Car Jegomość i król August w Rawie bawili, a nigdy 
przedtem nie  
widziało i nigdy potem widzieć już pewnie nie będzie to nikczemne 
miasteczko  
takowych festynów i lustracyj 
 
 
 
i biesiad i igrzysk przeróżnych rycerskich. Obaj monarchowie 
wyprawiali uczty po  
ucztach, a hetmani znowu kolejno podejmowali ich w swoich 
namiotach w kole co  
najprzedniejszego rycerstwa i Ichmość p. p. senatorów..... 
... Owo tak przyszła kolej i na pana wojewodę wileńskiego Sapiehę — 
ten tedy,  
kiedy wino podano, a miał z sobą pan' wojewoda najszlachetniejsze 
wina i  
węgierskie i zamorskie, ów puhar swój przesławny familijny 
napełniwszy, na  
klęczkach zdrowie obu monarchów wypił, i królowi Augustowi go 
podał. Król zaraz  
z niego zdrowie Cara JMci pił, a Car Jegomość znowu komplement 
takiż sam królowi  
uczynił, poczem znowu obaj zdrowie rycerstwa Korony i Litwy i 
saskiego oręża  
wypili, a zawsze duszkiem z onego puhara. 

background image

... Tak król Jegomość jak i car Piotr piękności i misternej robocie 
puhara 
 
 
 
dosyć nadziwować się nie mogli, wizerunki i figury na nim kształtnie 
cięte  
oglądali, sentencye mądre z pogańskich filozofów czytali — a podając 
go sobie  
kolejno, z wesołą i serdeczną ochotą przez cały czas zeń pili. Aż król 
August  
mówi: 
— Puhar ten wasz panie wojewodo, nietylko że bogaty i pełen 
misternego jest  
kunsztu, ale w nim jakoby vis magica leży, jakowaś wdzięczność taka, 
że trunkowi  
i smaku i słodkości dodaje; a to nie wiem czy to sztukmistrza, co go 
robił, jest  
sprawa, czy też gospodarskiego serca arcanum. 
Skłonił się do stóp króla Jegomości Sapieha, za taki komplement 
łaskawy  
dziękując, a tu i car Jegomość rzecze: 
— Prawdę mówi brat mój korol Awgust (bo tak króla ciągle zwał) 
zaczarował swój  
kielich susid mój, pan wojewoda, bo nie pamiętam już, kiedy mi 
 
 
 
wino tak smakowało, jako dziś, kiedy je z tego kielicha piję. 
... A zwał Car JM. "sąsiadem"' Sapiehę tak samo jak pana hetmana 
Jabłonowskiego,  
bo obaj koło Białejcerkwi włości mieli. 
Po takich słowach kiedy pić już przestano, pan wojewoda na 
węgrzynka skinął, a  
ten z pięknem, srebrzystem, turkusami sypanem puzdrem przybiegł i 
panu je podał.  
Wziął więc p. wojewoda puhar ów i w puzdro go zamknąwszy rzecze: 

background image

 — Kiedy taki splendor spadł dzisiejszego dnia na puhar ten, że 
rozweselił serca  
dwóch monarchów sławnych i symbolem niegodnym był ich 
wzajemnych ku sobie  
affektów, tedy ten kielich już od momentu tego Serenissimus jest, i 
już go się  
nie tkną usta moje, chyba kiedy w domu moim summa solenitas 
przypadnie, i to  
tylko na zdrowie Majestatu! 
 
 
 
 — Niechże się tedy tak zwie, jak rzekłeś — mówi król August — 
daję mu tytuł  
Serenissimus, a gdyby u was Polaków wszystko nie elekcyą szło, 
tobym go królem  
mianował nad wszystkie kielichy. 
... JMPan wojewoda malborski, Prebendowski, który z królem jako 
konsyliarz  
przyboczny przyjechał, ozwie się na to żartobliwie: 
 — Najj. Panie, tedy chyba diploma wystawić i pieczęć dać panu 
wojewodzie in  
aeternam rei memoriam? 
Wszyscy na te słowa p. wojewody Prebendowskiego śmiać się 
poczęli, a król i car  
także, ale jako że w każdej wesołej kompanii i na biesiadzie ochoczej 
między  
żartem a prawdą wązka bywa miedza, tedy król Jegomość zwraca się 
do adjutanta  
swego, generała grafa Flemminga, i mówi: 
 
 
 
 — Flemming, przypomnij mi to jutro, co tu Prebendowski mówił... 
Poczem wesoła ochota przeciągnęła się dalej, a mój pan ojciec, który z 
saskimi  
gardekurami straż honorową u namiotu trzymał, opowiadał mi, że 
obaj monarchowie  

background image

w wesołości swojej wszystkim hetmanom i senatorom pole dali, w 
ucieszności  
żartownych konceptów prym wiodąc między kompanią całą. Król 
August, jako wiadomą  
jest rzeczą, że siłacz był okrutny, Herkules tego seculum, talary 
jednym palcem  
w trąbki jakoby papier na stole zwijał, kubki w dłoni jak wosk gniótł, 
jedną  
ręką stół z całkowitą ciężką zastawą dźwigał, i inne takie mirabilia 
zdumionym  
biesiadnikom z siły swojej dużej prezentował. A potem zaś w ochocie 
serdecznej  
królowi przodku nie dając, Car Jegomość dragoński kocioł do namiotu 
wnieść sobie  
kazał, i na tarabanie owym popis 
 
 
 
swój czynił, werble, fergatrunki i generałmarsze wybijając, a 
wszystko z wielką  
sprawnością i ku niemałej admiracyi panów polskich i saskich... 
... Miała zaś owo ochocie tej taka być przyczyna, że obie Serenissimae  
Majestates w aljanse ze sobą weszły, i planty w ścisłej konfidencyi na 
Szweda i  
o inne politica ułożyły, tedy obaj tak radzi sobie byli i w takim 
przednim  
humorze czas w kompanii trawili. 
... Jakoś w trzeci dzień po owej biesiadze, kiedy car Jegomość w 
dalszą drogę  
przez Litwę ku Moskwie a król August ku Lwowu się wybierali, 
przyszedł  
niespodzianie do p. wojewody wileńskiego Sapiehy generał graf 
Flemming i z  
kancelaryi królewskiej pergamin z pieczęciami mu przyniósł. Był zaś 
ten dokument  
przez obie Serenissimae Majestates, tak króla Augusta jak cara Piotra,  
wystawiony 
 

background image

 
 
i podpisany, a formaliter solemniterque stanowił, że "jako puhar 
JMPana Wojewody  
zaszczyt taki miał, że w pamiętnej dobie serca obu monarchów 
nietylko radował  
ale i ku sobie affektem szczerym pociągał, tedy mu obie Majestates 
tytuł  
Serenissimi dają in aeternam rei memoriam tego radosnego a 
niespodzianego  
spotkania swego i zawartej w Rawie przyjaźni, i po wieczyste czasy 
stanowią i  
rozkazują, jako puhar ten tylko przy straży honorowej dobywany być 
ma, która to  
straż monarsze salutacye robić mu jest powinna, a to jest: z 
hauptwachu trzy  
razy wołać, broń skwerować, sztandar chylić i potrójny werbel w 
kotły  
uderzać"... 
Dokument ten pan wojewoda wileński do owego srebrzystego puzdra, 
w którem puhar  
Serenissimus spoczywał, złożyć kazał, i od tego czasu między 
klejnoty najdroższe  
skarbca domowego 
 
 
 
liczył, a nawet misternie rzeźbiony kredens dlań z osobna ustawił. 
... W kilka lat później po owej rawskiej historyi, z której tu za panem 
ojcem  
moim wierną opowieść czynię, rzuciły fata pana wojewodę 
wileńskiego w przeciwny  
obóz i adwersarzem króla Jegomości a wielkim adherentem 
szwedzkiego Karola XII  
zrobiły. Rozpoczęły się niespokojności i wojna wybuchła, a rycerski 
monarcha  
szwedzki, w męstwie i animuszu bohater nad bohatery wszelkie, jako 
lew srogi  

background image

padł na potężnych nieprzyjaciół swoich, fortuny wojennej jakiś czas 
dziwnie  
zażywając. 
... Owoż kiedy król ten młody, w kunszcie wojennym i zapalczywości 
rycerskiej  
fantazyi całemu światu chrześcijańskiemu i pogańskiemu także ter 
quaterque  
sławny, na Cara Jegomości i na ziemie jego się wyprawiał, tedy Litwą 
idąc,  
JMPana wojewodę Sapiehę jako malkontenta a 
 
 
 
swego aljanta odwiedził i trzecim monarchą był, co w puharze tym 
przednim i w  
winie wojewodzińskiem upodobanie znalazł, choć pan to trzeźwy był i 
wodę czystą  
nad wszelkie trunki szlachetne przekładał. 
... Tu nocleg odprawiwszy kiedy winem z tego puhara się pokrzepił, 
pan wojewoda  
Sapieha mu rzecze: 
 — Miłościwy Panie! Na wojnie kto ostatni dzierzy, ten najlepiej 
dzierży; tedy  
już ja w tem dobre omen i zapowiedź stałej fortuny widzę, że Wasza 
Królewska  
Mość po dwóch nieprzyjaciołach swoich pijesz z tego puhara. Tedy 
im na  
upokorzenie, a Waszej Kr. Mości na tryumf ostateczny niechaj to 
będzie! 
I opowiedziawszy królowi historyą rawską owego puhara, p. 
wojewoda dyploma owe z  
pieczęciami i podpisami obu monarchów prezentował. Król szwedzki 
odczytał,  
zaśmiał się, inkaustu 
 
 
 

background image

podać sobie kazał, i wziąwszy pióro, na samej górze, wyżej po nad 
sygnatury  
króla Augusta i cara Piotra podpis swój monarszy położył. A tak 
zębato, rogato i  
zamaszysto: Carolus Rex wypisał i tak parafem ogoniastym, jakby 
rapirem  
szwedzkim pod spód wyjechał, że sygnaturą swą oba podpisy 
monarsze przygniótł i  
jakoby przemazał... 
... Owoź taka to jest historya Sapieżyńskiego kielicha, co się 
Serenissimus  
zwie. A że mi pan ojciec mój czystą prawdę powiadał, tego sam 
doświadczyłem,  
oglądając poźniej i kielich ów i świadkiem będąc honorów i 
ceremonij, jakie mu  
czyniono. Bo kiedy w Grodnie w garnizonie stałem, był tam także 
wnuk p. wojewody  
wileńskiego, książę Michał Sapieha, wojewoda podlaski. Zdarzyło się 
tedy, że  
książę Nestor Sapieha, właśnie co niedawno generałem artyleryi 
zostawszy, a po  
lustracyach jeżdżąc do 
 
 
 
Grodna przybył, a jako nieznany dotąd krewniak przez p. wojewodę 
podlaskiego z  
wielką fetą był podejmowany. Na tej fecie i ja z oficerami garnizonu 
byłem, a  
odbywało się to w ogrodzie pod gołem niebem, albowiem dzień był 
letni i pogodny. 
... Owoż kiedy zdrowia miano rozpocząć, widziałem, jak dwoje 
pacholąt  
szlacheckich puzdro srebrzyste przyniosło, w którym puhar był 
ukryty. Opodal  
stołów ustawiona była kompania milicyi wojewodzińskiej 
niemieckiego autoramentu,  

background image

a kiedy wojewoda puzdro otwierał, kielicha dobywając, tedy kapitan 
komendę dał:  
Achtung! Presentirt das Gewehr! 
Zaraz też werbel potrójny bito i oficerowie szpontony, a kapitan 
szpadę  
prezentował. Książe wojewoda z puharu tego tylko dwa zdrowia 
wnosił, a to Króla  
Jegomości i salutis Reipublicae, a potem zaraz go chowano, honory te 
 
 
 
same czyniąc z uderzeniem w kotły i skwerowaniem broni..... A tak 
było zawsze,  
kiedy przy fecie jakiej puhar ten na stół niesiono, bo nie darmo 
Serenissimus  
był i przywileje od trzech monarchów miał..... 
 
* * * 
 
 
 
SZLACHCIC ZAKUTA 
 
 
 
 
 
I. 
 
... Chodzą losy ludzkie wolą Bożą po świecie, a tak dziwnie chodzą, 
że kiedy  
człowiek, co dużo widział, dużo bywał, z wielu pieców jadał, z 
przygody jakiej  
opowieść czyni, słuchający nie wierzy, a zmyślenie człeku zadaje... A 
kto się  
cały swój żywot u pani matki przy fartuchu trzymał, za ciepłym 
piecem siedział,  

background image

a tyle świata widział, co go z nad domowego komina widno, ten o 
takowych losach  
dziwnych słucha jak o wilku żelaznym. 
 
 
 
Dwaj bracia szlachta, co o jaką milę od siebie mieszkają, o powiat, o  
województwo jedno, gdy się znali przedtem a po kilku leciech zejdą 
się gdzie  
przy okazyi jakiej — nuż się dziwować, a głową trząść, a gwałt 
czynić, że się  
niespodzianie spotkali, jakby to czyste było miraculum. Góra z górą! 
— wołają  
owo z wielką admiracyą takiego przypadku, zaleją czuby, wycałują 
się, wypłaczą —  
a cóż to dopiero w domu potem opowieści: A tegom widział, a tegom 
spotkał, ano  
patrz, a zdrów i żyw jest, i zaraz mnie poznał!... Owo tymczasem od 
pana Kacpra  
do pana Jacka tyle drogi, że słoneczko z rana wstawszy jednego do 
drugiego łacno  
zawiedzie, i jeszcze dalej długo pójdzie, nim za lasami zgaśnie. 
Cóż dopiero mówić, kiedy się człowiekowi przytrafi takie dziwne 
spotkanie, że  
ktoś, kogo w dalekich latach 
 
 
 
i w dalekich krajach, a w takim zamęcie widział, że tyle po nim śladu 
szukać, co  
po psie na jarmarku; jeźli oto ni ztąd ni zowąd spadnie ten człowiek 
przed tobą,  
jak z nieba, zaglądnie ci w oczy, jak dzień wczorajszy, że ci się zdaje, 
jakoby  
się przeszłość do ciebie wróciła, tak że chyba oczy przetrzeć a losom 
ludzkim  
dziwować się trzeba... 

background image

Miły Boże, ile to takich trafunków zdarzyło mi się w życiu! Przewinął 
się jakiś  
człowiek koło ciebie, jak wóz koło woza na krzyżowej drodze, stanął 
poprzek w  
złej lub dobrej przygodzie — a kto tam myślał, że go ujrzy jeszcze; aż 
tu nagle  
w chwili i w miejscu, kiedyś go się najmniej spodziewał, stawa przed 
tobą, jakby  
cię szukał umyślnie. 
Owo jedno zdarzenie takie na pamięć mi się nawija, posłuchajcie, jeśli 
ochota, a  
jak kto z was będzie w Lubelskiem, i zabłądzi może pod Oparki — to 
niechaj 
 
 
 
pozdrowi odemnie szlachcica Zakute, co tam na przystojnej fortunce 
sobie siedzi;  
a niech sam Zakuta powie, czy stary Narwoj bajeczkę prawi, czy 
prawdę rzetelną. 
Ten tedy Zakuta stanął mi raz w ciężkiej bardzo przygodzie, w 
potrzebie bardzo  
srogiej, kiedy dusza na ramieniu była, a człowiek grzeszną duszę 
Bogu polecał,  
czekając, kiedy mu koniec będzie. 
Było to anno Domini . Byłem w onczas w pruskiej dragonii już 
oficerem, w  
regimencie pana grafa Koggeritz, tego samego, o którym już przedtem  
słyszeliście. Nie potrzebuję zda się przypominać wam nawet, że było 
to ku  
schyłkowi owej krwawej i okrutnej wojny, co długie lata trwała z 
żałośnym  
wylewem krwi chrześcijańskiej. 
Król Fryc, jak my żołnierze zawsze go zwaliśmy, w ciężkich tego lata 
był  
opałach. Siła to złego, dwóch na jednego, 
 
 

background image

 
a co wtedy, jeśli trzech od razu?... Dwie potencye, Austrya i Rossya, 
armiami  
swemi twardo go przysiadły, a nasz król Jegomość a kurfirszt saski, 
choć sam nie  
był zbyt srogim adwersarzem, ale w kupie z innymi przydał także 
kłopotu.  
Obróciła się karta, padły kostki na opak, przyszła kreska na Matyska. 
Bijali my  
ich z gęsta, poczęli oni nas bić teraz... Kwaśno i krzywo nam bywałoo 
tej porze,  
ale już najkrzywiej i najkwaśniej w onej krwawej batalii pod 
Kunnersdorfem. 
W tej to walnej potrzebie król Fryc tak okrutną poniósł klęskę, że 
animusz  
wszelki rycerski postradał, żadnych już speransów nie mając, a 
przecież był to  
monarcha dużego serca, dusza harda i rogata, wojownik w rzemiośle 
swem sławny,  
co nie tak rychło dawał za wygranę, a byle tylko tchu trochę stało, 
jeżem się  
stawiał i losom niefor- 
 
 
 
tunnym i potędze nieprzyjaciół. Ale pod Kunnersdorfem już prawie na 
koniec mu  
przyszło, a nam biednym żołnierzom na zgubę i śmierć mizerną. 
Wziął nas  
feldmarszałek cesarski, Laudon, w ciężki taniec, nie służyło nam 
szczęście, choć  
bez przechwałki mówiąc, mężnie i z determinacyą dotrzymywaliśmy 
placu. 
Owoż w batalii owej wielkiej, kiedy już na to przyszło, aby nędznie 
się cofać, a  
co jeszcze w garści żołnierza zostało, jako tako przed ostateczną 
salwować  

background image

zagładą, regiment nasz dragonii na śmierć wyraźną rzucono i na 
zatratę; albowiem  
tak wypadło, że trzeba było koniecznie w jednem miejscu przełamać 
szyk  
austryacki i rum uczynić dla rozbitej armii, aby jeszcze jako tako 
przed  
zwycięzkim mieczem uchodzić mogła. Sam król Fryc przed front nasz 
podjechał, z  
p. obersztem Koggeritzem się rozmówił, ducha nam oficerom dodał, i 
ruszyć kazał. 
 
 
 
Ozwał się sygnał na trąbkach i jako wicher stepowy rzuciliśmy się ku 
wskazanemu  
miejscu, a wyglądało ono jak czarna, ciężka chmura, pełna błyskawic i 
gromów  
straszliwych. Były tam albowiem gęste baterye, a z grubego obłoku 
dymów  
armatnich rwały się błyskawice i ryczał huk strzałów bez ustanku. 
Dziesięć lat chleb żołnierski jadłem, a pewnie nie daremnie, bo w tych  
dziesięciu latach sześć lat minęło na srogich wojnach, na 
ustawicznych  
bataliach, potyczkach i twardych kampamentach — ale takiego 
terminu straszliwego  
nie miałem jeszcze. Nie na przechwałkę to sobie mówię, ale bywałem 
zawsze  
mężnego serca i śmierci się nie bałem, bom ją nie raz i nie dwa 
widział zbliska  
— ale już przyznać się muszę, że markotno mi było w tej ciężkiej 
chwili, i coś  
ściskało młode serce.... A tak mi się zdało, że lecę w samo piekło, 
 
 
 
i że w tej czarnej, straszliwej przepaści' dymu i ognia zginę mizernie, 
szabli  

background image

nie używszy, nieprzyjacielowi w oczy nie zajrzawszy... Westchnąłem 
do Boga z  
głębi serca, a myśl na chwilę uleciała do owej kochanej ojczyzny 
mojej, którą  
pacholęciem prawie opuściłem, a której już obaczyć najmniejszej nie 
miałem  
nadzieji. 
Ledwie dwa Ave Maria pędziliśmy ku onym bateryom, kiedy kule 
straszliwie razić  
nas poczęły, zniszczenie okropne w koniach i ludziach czyniąc, tak, iż 
mięszać  
się już poczęliśmy po trosze, ale wnet zwarłszy się znowu, dalej w oną 
czeluść  
piekielną sadziliśmy. Ale ogień silniejszy był niż determinacya nasza; 
ledwie  
mała chwila minęła, a grad kul i granatów obsypał nas gęsto; 
potrzaskała nas ta  
salwa straszliwie, jakbyśmy się między smocze zęby dostali. 
 
 
 
Cały nasz piękny regiment, a drugiego takiego niemiał pewno król 
Fryc w całej  
armii swojej, rozsypał się i rozprysnął jak grudka piasku na wszystkie 
strony;  
połowa żołnierzy legła śmiercią, innym konie ubito lub raniono, a 
choć my  
reszta, ślepo posłuszni rozkazaniu oberszta, bylibyśmy jeszcze dalej 
onej  
ciężkiej i śmiertelnej imprezy próbowali, to poranione i rozhukane 
konie bunt  
podniosły, w szaleństwie i trwodze się miotając, szyki własne psując, 
żywych  
tratując, a w taki kłąb się motając, że ani w tył ani nazad, chyba 
mizernie giń  
na miejscu. 
A tu jakby na ostateczny dobitek tego fatalnego terminu — jak nie 
rzuci się ku  

background image

nam od lewego świeży pułk ułanów austryackich, ten sam co go 
właśnie niedawno  
zwerbował był Cesarzowej Jej Mości Polak Szybilski — tak już bywaj 
zdrowa  
dragonjo! Sam pan 
 
 
 
oberszter nasz Koggeritz, człowiek srogiego animuszu, twardy na 
śmierć swoją i  
żołnierza swego, istny dyabeł krwawy w batalji, nie widział tu 
ratunku, i choć  
nigdy jeszcze jak żyw był, w polu tyłu nie podał, teraz do odwrotu dał 
komendę,  
aby choć jaką biedną resztkę swojej dragonji z tych jatek salwować. 
Zwróciliśmy konie i co nas zostało jeszcze z tej wyprawy, ku swoim 
brać się  
poczęliśmy, a tymczasem austryackie kule na waletę nam grały, nie 
jednego  
jeszcze trupem kładąc. Nie sromotno mi wyznać, żeśmy się odsądzali 
żwawo, jakby  
ostatnie jakie fugiszy, ale skoro już raz tak padło, to trwać na placu 
nie  
męstwo, ale szalona rzecz była. Kiedy tak pędzę ku swoim, nagle 
granat pęka mi  
tuż przy samej głowie, ognistym pryskiem się rozpada, konia 
śmiertelnie godzi i  
mnie z nim razem na ziemię powala. 
 
 
 
Tak mi w onej chwili było, jakoby jakiś okropny wicher w uszach mi 
zahuczawszy,  
potęgą swoją głowę mi urwał i z gwizdem okrutnym wirując, dalej 
gdzieś poniósł,  
a po polu jak obręcz toczył... Padłem bez życia pod konia, żadnej o 
sobie  

background image

pamięci nie mając, i nie wiem, co się ze mną działo przez chwilę. 
Kiedym legł,  
zdało mi się żem zabił, i że mi głowę z karku jakby chudemu 
wróblowi urwano —  
tymczasem nie była to rana, ale kontuzya ciężka, co mnie jak grom 
obaliła. Jakoż  
za chwilę wróciły mi zmysły, a prócz okrutnego szumu i ciężkości w 
głowie,  
żadnego bolu nie czułem, ale tak byłem słaby, że prawie ruszyć się nie 
mogłem, a  
coż dopiero z pod konia nieżywego się wydobyć? 
Otwieram powieki i patrzę przed siebie, choć mi się wzrok mroczy — 
strzelanie  
trwało jeszcze wielkie, bito się jeszcze na wszystkie strony; znać król 
 
 
 
Fryc w rejteradzie ostatnim zębem się odgryzał, z pola umykając. 
Widzę koło mnie  
sporo kamradów zabitych, a około nich Pandurów p. Trencka, jak się 
między  
rannymi i poległymi uwijają. Srogi był to lud, te Pandury; bitny ale 
dziki i  
okrutny; nikomu pardonu nie dawał, sam też pardonu nie brał, jak 
stado wilków  
napadał, litości nie znał, kędy przebieżał, krew tylko a ostateczne 
spustoszenie  
zostawiając. 
 — Bywaj zdrów kamrad Narwoy, rzekłem sobie w duchu — już ty 
teraz nie ujdziesz!  
Lepiej by ci było leżeć tu z głową urwaną, niźli paść w ręce 
pandurskie; a no  
teraz oczy zamknij a na śmierć się rezolwuj! 
Ledwiem sobie pomyślał te słowa, kiedy dwa takie Sereszany ku mnie 
podejdą a za  
barki chwyciwszy z pod konia ciągną... Jeden z nich widząc, żem żyw 
jeszcze,  
bagnetem się ku mie zamie- 

background image

 
 
 
rzył, w pierś samą godząc. W tej chwili ozwało się we mnie młode 
życie, siła i  
przytomność wróciły nagle; jak też mam na temblaku pistolet, tak 
leżąc, z ziemi  
palę w łeb Pandura, jak w jasną świecę. Obalił się opryszek na ziemię, 
nie  
jęknąwszy nawet, a ja w tej chwili na nogi się porwałem, macając 
broni jakiej.  
Ale nic już nie miałem przy sobie prócz tej próżnej lufy, bo szabla w 
pole  
poleciała, kiedym się wraz z koniem powalił. Teraz już pewnej 
śmierci czekałem z  
rąk innych Pandurów, kiedy owo nagle ułan jakiś austryacki 
nadjeżdża i na nas  
wprost sadzi. Ledwo spostrzegł co się dzieje, nuż pocznie drzewcem 
okładać po  
łbach Pandurów, odemnie ich pędząc. A trzeba wiedzieć, że tych 
Pandurów, jako  
już znane były kanalje z okrucieństwa a rozbójnictwa szpetnego, 
komenda na oku  
miała, ukrócając ich swawolę, aby jako dzikie bestye nie 
 
 
 
grasowały na pobojowisku. Umknęły się rabowniki, a ja patrząc na 
ułana mówię mu: 
 — Danke, Kamerad! 
 — Nix Kamerad! Nix deulsch! 
A był to chłop srogi z wielkim wąsem konopianym, barczysty jak 
niedźwiedź; z  
marsem dzikim na twarzy. Siedział na lichym koniu węgierskim, ale. 
u troku miał  
ślicznego Arabczyka, którego zaraz poznałem jako luzaka mego pana 
obersztera.  
Snać ułan konia wziął, masztalerzowi kark skręciwszy w utarczce. 

background image

Kiedy mi mówi, że nix deutsch, tak ja już milczę, rezygnując się na 
los wojenny,  
i gotów dać się jeńcem wziąć, bo o obronie ani myśleć było. On też 
grot lancy  
swej przykładając mi do piersi ciągle woła: 
 — Nix deutscli! NixPardon! Schlag todt Preuss! Geld gieb! 
Sięgam ja tedy do kartusza, a miałem tam kieskę z kilku talarami, bo 
złota 
 
 
 
trochę gdzie indziej schowałem, i rzucając mu w górę rzekę 
mimowolnie po polsku: 
 — Masz dyable rogaty; bodaj cię zabito ! 
On już był nastawił rękę, aby kieskę uchwycić w powietrzu, ale gdy 
usłyszał moje  
słowa, nagle się skonsternował, dłoń spuścił, tak że talary na ziemię 
padły, i  
dużemi oczyma na mnie się wypatrzył: 
 — A toś ty Polak! — rzecze do mnie z zadziwieniem. 
 — Polak — odpowiadam — tak jak i ty. 
 — Ale ja szlachcic i katolik — mówi on na to, patrząc na mnie ciągle 
— Zakuta  
jestem! 
 — A i ja szlachcic i katolik — mówię na to — Narwoy jestem. 
 — Idź że ty sobie na inne ręce, kiedyś ty swój, ja ciebie nie chcę! 
 
 
 
 — Ja się też nie proszę do Waćpana; a kiedyś mi nie rad, to mnie 
puść. 
 — Z Bogiem sobie ruszaj, i talary weź; znaj, żem Zakuta!... 
 — Będę znał i to z wdzięcznym affektem, mości Zakuta, ale konia 
nie mam...  
Wiesz ty co, panie bracie, po co ci tego luzaka? Oddaj, komuś wziął, z 
naszego  
to regimentu. 

background image

 — Znaj, żem Zakuta, szlachcic Zakuta, bierz konia i uciekaj do 
swego Fryca;  
Zakuta mu się kłania! 
 — Sprawię się z pokłonu, ale i Waszmość Laudonowi się pokłoń, a 
powiedz mu, że  
to oddany chleb będzie! 
Rzekłszy to siadłem na konia, choć mi się jeszcze głowa zawracała, i 
nie  
czekając długo, jak mu dam ostrogi, tak w jednej chwili odsądziłem 
się i od  
ułana i od Pandurów, i kierując się jak można było, nuż wyskoczę w 
ową stronę,  
gdziem się swoich znaleźć spodziewał. Koń był 
 
 
 
szybki jak piorun, i jemu to zawdzięczam żem się do linij pruskich 
szczęśliwie  
dostał, szwanku dalszego uszedłszy; bo mnie ten rumak szlachetny jak 
strzała  
niósł przez ogień gęsty i huzarom nie dał wziąć, co się za mną 
wymykali, kusząc  
się daremnie, albowiem sromotnie w tyle pozostali na swych 
zmęczonych  
szkapach... 
Owoż w takiej to przygodzie poznałem szlachcica Zakute. Zniknął mi 
w obłoku  
bitwy, i ani myślałem, że mi kiedyś przed oczy się nawinie... 
Tymczasem anno  
, kiedy już do Polski wróciłem i chorągwie gwardyi koronnej 
trzymałem, ten  
sam Zakuta, z takim samym wąsem konopianym, przyszedł na moje 
ręce w Warszawie,  
sposobność mi dając, abym mu ową przysługę z pod Kunnersdorfu, 
jak przystało,  
wdzięcznem sercem odpłacił. Jak to było, na końcu będzie; a teraz 
powiem o samym  
Zakucie 

background image

 
 
 
i o jego przygodach, nim w Warszawie się pojawił i nim się fortunki i 
poczciwej  
kondycyi szlacheckiej dodrapał — bo tak i mnie składniej mówić i 
wam słuchać  
lepiej będzie. 
 
* * * 
 
 
 
II. 
 
Był ten Zakuta syn mizernego i bardzo pospolitego szlachetki. Pan 
ojciec w  
chodaczkach chodził, choć klejnotem się pieczętował; na szlacheckim 
herbie, a na  
małej, chłopskiej szmacie ziemi siedział  —  jak to w naszej Polsce 
bywało i  
bywa. Był stary Zakuta podstarościm w kluczu JMĆ pana Cześnika 
Opackiego, do  
podłych posług na polu i gumnie. Że chłop był duży i silny, a 
szerpentyną machać  
umiał, jak mało jaki zawadyaka i   rębajło, owo   tedy   p. Cześnik   
wraz z  
inną hałajstrą na sejmiki go brał, aby 
 
 
 
partyą pańską trzymał a łba zdrowego nadstawiał, kędy tylko potrzeba 
albo i nie  
potrzeba było. 
Zdarzyło się jakoś, że na takowym sejmiku jednym do srogiego 
gwałtu i tumultu  
przyszło, do czego p. Cześnik, z natury swojej warchoł i grassant 
sejmikowy,  

background image

przyczynę dał pierwszy. Partya adwersarzy rzuciła się na Cześnika i 
jego dwór z  
szablami. W kościele to było, a tak się jakoś stało, że gdy cześnikowi 
ludzie  
drzwiami głównemi się cofali, sam pan Cześnik, odcięty od nich, 
zakrystyą się z  
pod szabel panów braci rozsrożonych salwował, ale na cmentarzu 
dopadnięty, omal  
co na zrazy rozsiekany nie został. A no i padłby był pod razami, bo 
już kilka  
razy cięty, krwią oblany, bronić się nie mógł, kiedy owo Zakuta stary, 
istny  
wyrwidąb, gigas i siłacz okrutny, zjawia się nagle na sukurs. Tak tez 
mężnie  
pana Cześnika bronił i zasłaniał, 
 
 
 
że sam porąbany padł, a Cześnik z duszą uciekł. Zdało się zrazu, że 
Zakuta nie  
żyje, tak go panowie bracia sejmikowi posiekli szablami — ale w 
starym twarda i  
rogata dusza była, ciała się jakby żelaznym kleszczem trzymała; a tak 
ledwo  
ceber wody na łeb porąbany mu wylano, już się porwał na nogi, w 
pozyturze stanął  
i wołać począł: 
 — Sam tu! Pokaż łeb ! Zakute znaj! 
Potem balwierz gębę mu połatał, kości sprawił, plastrami zasmarował, 
a nie minął  
miesiąc, i stary Zakuta się wylizał. Owoż Cześnik, pan możny a 
poczciwego serca,  
tej wielkiej przysługi mu nie zapomniał, ale na znak wdzięcznego 
affektu jedną  
małą wioskę klucza swego, Oparki, wieczystym darem jemu i 
potomstwu jego oddał. 
Owo i masz z mizernego szlachetki pana, bene natum et 
possesionatum. Stary  

background image

Zakuta na włość swoją się sprowadził, 
 
 
 
kurtę ekonomską zrzucił, harap na kołku powiesił, w bławatny żupan 
się ustroił,  
pasem złocistym opasał — a po staremu cześnikowi, dobrodziejowi 
swemu, nogi  
ściskał i na sejmikach za nim z szerpentyną twardo stawał. Coż z tego, 
kiedy nie  
długo było tego panowania, a biedny Zakuta ledwo co jedwabnego 
żywota zażywszy,  
wielkiego frasunku i mizeryi ciężkiej rychło się doczekał. 
Padło już tak nieszczęśliwie, że ledwo rok minął od owego sejmiku, 
na którym  
sobie stary Zakuta własną skórą na Oparki zarobił, kiedy p. Cześnik 
Opacki z  
życiem się swojem rozstał. Jeszcze nie zastygł nieboszczyk, a już 
zleciała  
chmura krewnych z woźnymi, z podkomorzym, z ziemstwem całem, 
aby fortuną się  
podzielić, bo pan Cześnik umarł bezdzietnym wdowcem. Rozdrapali 
wszystko co  
zastali, a mało im jeszcze snać tego było, bo się i do Zakuty 
 
 
 
wzięli. Poczęto wołać na niego, że nie wieczystą donacyą ale prostą 
dzierżawą na  
owych Oparkach siedzi — i nuż go rugować z wioszczyny. Bronił się 
jak mógł  
biedny szlachetką, listy i dokumenta produkował, bliznami się 
świadczył, żywych  
i umarłych świadków przyzywał, nic mu to nie pomogło. Uciekł się 
do trybunału,  
sumitując się o opiekę, nim sprawa na roki przyjdzie, aby go siłą mocą 
z  

background image

ciepłego gniazda nie rugowano — wszystko to za nic, bo jak to w 
naszej Polsce  
bywa, "trybunał z dekretem, Radziwiłł z muszkietem". 
Już to tym razem i dekretu nie było, bo panowie krewniacy Cześnika, 
nim pozew o  
rugi wnieśli, już sobie sami dekret ferowali; z kupą zbrojną szlachcica 
w  
Oparkach zajechawszy z dworu wytrzęśli, a z rupieciami na czystem 
polu osadzili.  
Masz tobie teraz wieczystą donacyę! Zakuta mało nie 
 
 
 
oszalał z desperacyi i takowego kontemptu, ale za wygranę nie dał; do 
swej  
chłopskiej chaty jak niepyszny wrócił, co miał przy duszy sprzedał i 
sprawy w  
trybunale dochodzić począł. W onym to czasie syn jego jedynak, ten 
sam Zakuta,  
który mi w onej przygodzie pod Kunnersdorfem tak szczęśliwie 
stanął, miał już  
jakich lat dwadzieścia, chłop już był duży, ale prostak obscurus, bo 
przy  
gęsiach i cielętach się chował, a prawie trzodę pasał mimo 
szlacheckiej prozapji  
i herbownego klejnotu. Jako i nie dziw temu, bo chudzina ojciec 
przystojnie  
edukować nie miał za co, a całego panowania na Oparkach ledwo rok 
było, tak, że  
w tej krótkiej szczęśliwości i szlacheckich dostatkach, młody Maciek 
(tak się  
syn Zakuty nazywał) ledwie co alfabetu zarwał i swoje imię z wielką 
profuzyą  
potu i trudu, a ciężką pięścią i bardzo zębato podpisać umiał. 
 
 
 

background image

Poszedł sobie proces po trybunalskim labiryncie, a stary Zakuta po 
żebraczym  
szlaku. Sądy dla magnatów na bystrych rumakach jeździły, dla 
mizernego chudziny  
po smole rakiem się wlokły; co było palestra wzięła, a o sprawie i o 
restytucyi  
Oparek ani tatarskiego słychu... Tłukł się stary Zakuta po trybunale, 
wszystkich  
o pomstę a naprawienie krzywdy prosił, woźnym czapkował, na 
wokandę jak na  
Najśw. Sakrament z pożądliwością sfrasowanej duszy poglądał, przy 
każdej  
reassumcyi trybunału krzyżem po kościołach leżał, Bogu i ludzkiej  
sprawiedliwości oną biedną sprawę swoją oddając... 
Ale nie było dla niego zlitowania, choć Bogiem a prawdą, miał racyę 
szlachetką i  
krwawej tylko krzywdy poszukiwał. W prawdzie sprawa jego przez 
trzy lata stała  
zawsze na wokandzie i na stół ją przywoływano, ale puszczano 
 
 
 
ją palestranckim fortelem per non sunt. Przez całą sessyę stary Zakuta 
stawał w  
trybunale, ale kiedy wołano sprawę po sprawie, a na niego kolej 
przyszła, to nim  
się ozwał, już nastawieni a liczni adherenci jego adwersarzy, wołali z 
całego  
tuzina gardeł: Non est! non est! a instygatorowie i woźni, nie bacząc 
na takową  
szpetną sztukę, bo kupieni byli, sprawę Zakuty spychali znowu na dół 
ad calendas  
graecas, do reassumpcyi przyszłej. Daremnie wołał biedny Zakuta, co 
miał jeno  
tchu w piersi zachrypłej: 
 — Jaśnie Oświecony Trybunale! Jaśnie Wielmożny Marszałku! 
Jestem tu, Zakuta  
jest! jest! jest!! Zakuta contra heredes!... 

background image

Nic to nie pomagało; zahuczano non sunt! non sunt! i tak okryto 
chudzinę  
kondemnatą, jako non comparentem. Tak było przez dwa lata, aż 
trzeciego roku  
stary Zakuta wziął na trybunał 
 
 
 
ze sobą swego syna Maćka, co tymczasem kędyś za pachołka 
stajennego sługiwać  
musiał. Wziął go z tej racyi, jako sam już był za stary i chory; zesechł 
bowiem  
jak szczypa, ledwo nogami suwał, a zdawało się, że gdyby nie stary 
pasik  
wełniany, którym się ściskał, toby się mu żebra rozsypały po ziemi. 
Wziął owo  
Maćka ze sobą i mówi mu: 
 — Pamiętajże ty sobie Maćku; już to ostatni rok ja na trybunał idę; 
pewno już  
drugiej reassumpcyi nie doczekam. Słysz dobrze, a pod 
błogosławieństwem  
ojcowskiem uważaj: kiedy w trybunale wołać będą z wokandy: 
Kasper Zakuta contra  
heredes... to dobądź tchu potężnego z siebie, co go masz tylko w 
sobie, i wołaj  
okrutnie, jakoby w lesie: Est! est! est! Comparens! 
Przyszło nareście do sessyi; stary Zakuta mocno słaby, ledwo 
dyszący, blady jak  
Piotrowin stoi wraz z Maćkiem; 
 
 
 
dech w piersi wstrzymał, oczy w słup postawił; i jeno słucha kiedy 
sprawy  
wywoływać poczną. Jakoż i przyszła na stół sprawa nieszczęsna, ale 
ledwie ją  
woźny wywołał, już owa hałajstra przekupna wielkim głosem 
krzyczeć pocznie: Non  

background image

suntl non sunt! Maciek tedy sobie, co sił tylko starczy, woła a woła: 
Est! est!  
est!  — a jeno temu się dziwuje, że tatuś dobrodziej, jak się oparł o 
kratki,  
tak sztywnie stoi, jakby z kamienia; usta ma zaciśnięte a oczy jakby 
szklane, i  
nic a nic się nie ozwie... Szturchnie tedy ojca łokciem, aby on się też 
przeciw  
onym najętym wołaniom protestował, ale stary Zakuta jak stoi, tak 
stoi,  
nieruchomy i milczący, białkami świecąc, aż patrzeć straszno... 
Myślał owo Maciek, że na tem wygrana stoi, aby trybunał starego 
widział na  
własne oczy, i że jest, namacalnie się konwinkował; nieustając tedy 
 
 
 
w okrutnem swem wołaniu: Est! est! bierze ojca na bary, i przed sam 
stół  
trybunalski na oczywisty dowód komparycyi niesie. Że był chłop duży 
i siłacz  
wielki, tedy choć go instygatorowie i woźni wszelką mocą zatrzymać 
chcieli, on  
sobie przecie rum uczynił, i do samego marszałka dotarł. 
 — Est! est!  — jak opętany wrzeszczał, i jak trzymał ojca na 
ramieniu, tak go  
na stół rzucił... 
Stary Zakuta padł na stół, jak kość zimny i twardy, aż stół się echem 
ozwał,  
gdyby trumna — a był to trup... Snać starowina mizerny jak czekał 
przy onych  
kratkach, tak i zastygł nagle, a kiedy syn Maciek jego komparycyę 
wywoływał, on  
już chyba na tamtym świecie był comparens, a z trybunalskiej 
wokandy na oną  
niebieską i sprawiedliwą przez Najwyższego Marszałka, Pana Boga 
naszego, wywołań  
został... 

background image

 
 
 
Porwał się z krzesła pan marszałek, cofnęli się z przerażeniem 
wielkiem Ich Mość  
panowie deputaci, skoczył p. pisarz jak oparzony — wszyscy 
struchleli w sercu  
swojem na on widok śmierci, co majestatem swoim cały splendor 
trybunalski  
zaćmiła — wszystko umknęło na bok, jeno krucyfiks czarny co nad 
stołem marszałka  
wisiał, zdawał się litować biednej ofiary, a Chrystus jakoby 
miłościwie nań  
spoglądał... 
Stał się tumult i hałas nie do opisania w trybunale; długo wołali 
nadaremnie  
instygatorowie i woźni: "Uciszcie się Mości Panowie! Na ustęp Mości 
Panowie!  
Uciszcie się! — aż nareszcie zreflektowano się nieco w owej grozie, 
co padła  
była na wszystkich z widoku trupa, leżącego na stole 
marszałkowskim. Sprzątnięto  
co rychło zwłoki starego Zakuty, sessyę solwowano, a Maćka 
instygator za obrazę  
Jaśnie Oświeconego 
 
 
 
Trybunału na hauptwach oddał, ale go ztamtąd na drugi dzień 
wypuszczono, aby  
mógł pójść za trumną nieboszczyka ojca swego. Pogrzebano starego 
Zakute na koszt  
trybunału — mówiono o dziwnym trafunku kilka dni w całym 
Lublinie, i na tem się  
wszystko skończyło. 
 
* * * 
 

background image

 
 
III. 
 
Został młody Maciej Zakuta sam na świecie w nędzy i wielkiej 
desperacyi.  
Szczęście, choćby chwileczką przeleciało, znacznie psowa ludzi; 
zażyło się przez  
roczek jeden rozkoszy dostatniej, było się paniczem na własnej 
fortunie w  
Oparkach, chodziło się w bławatnym żupaniku i na własnem jeździło 
konięciu;  
potem kiedy to wszystko, gdyby mara senna, minęło, miało się 
speranse odwetu;  
był choćby we mgle widoczek wygranej i restytucyi — a teraz na 
waletę ostateczną  
przyszło temu wszystkiemu.... 
 
 
 
Tyle stary chłopcu nagadał, jako on z zacnej krwi jest, a z uczciwej 
prozapji  
szlacheckiej — a tu teraz chyba wodę nosić szlachcicowi, albo targ 
zamiatać,  
albo podstarościm furmanić chyba, bo jakżeż inaczej, kiedy, jak to na 
Rusi  
mówią, ani czytaty, ani pysaty.... 
Przetrząsł młody Zakuta z żałości wielkiej skrzynkę swego tatusia, ale 
nie  
znalazł tam nic, jeno dużą puszkę blaszaną, a w niej dokument na 
pergaminie.  
Było to dyploma rodowe; Zakuta schował je w zanadrze, opatrzywszy 
z  
troskliwością takową, jakby to świętość była a relikwia najdroższa i w 
świat  
poszedł daleki.... Włóczył się tak rok jeden; służby i uczciwej 
kondycyi jakiej  

background image

szukając; kędy bywał, tego mi już nie opowiadał, anim ja tej powieści 
z niego  
nie wyciągał; dość, że gorzkiej biedy się najadł, od głodu i chłodu 
przymierał a  
rady i wspomożenia jakoś znaleźć nie umiał. Odarty i bosy 
 
 
 
zabłąkał się aż pod granicę szlązką, i los go zawiódł na werbowników 
cesarskich.  
A były to werbowniki pana generała Szybilskiego, co cesarzowej Jej 
Mości, Maryi  
Teresie, regiment ułanów sztyftował. Między werbownikami było już 
kilku  
Polaczków, a ci takiego draba jak Zakutę ujrzawszy, poczęli mu 
dogadywać i  
przyspiewywać: Przystań, przystań na ułana! W takowej desperackiej 
pozycyi  
Zakuty była to jeszcze bardzo przystojna i uczciwa alternatywa — 
owo nie myśląc  
wiele usłuchał freiwerbera, dał handschlag, wypił szklankę 
węgierskiego wina,  
wziął garść drobnej monety srebrnej, i lekkiem sercem do regimentu 
p. generała  
Szybilskiego się zaciągnął. 
Gorzko mu tam było w tej służbie żołnierskiej, a już najbardziej z 
początku  
samego. Poszturkiwali, frycowali, w rygorze srogim trzymali, nim się 
musztry i  
regulamentu nauczył, a tępo mu to 
 
 
 
szło bardzo, bo po niemiecku ani trzech słów nie umiał. Zażył Zakuta 
biedy,  
zalało mu się nieraz za kołnierz, ale po czasie było; siedźże tam, kędyś 
wlazł,  

background image

tańcuj, jak ci każą. Wrócić się nie było można, bo nie puszczą; kto 
handschlag  
dał, lat werbowniczych doczekać musiał; uciec niebezpieczno, a nuż 
złapią; i  
bywaj zdrów panie bracie, bo krygsrecht ostry, żartu nie zna, a kula 
mało  
kosztuje.... 
Cóż wtedy dopiero, kiedy przyszły wojny i kampamenty, batalje 
srogie; człek dziś  
tu, jutro tam, a wszędy w ogniu, jutra nie pewny; każdy dzień, jakby 
ukradł  
śmierci. Nie bał się Zakuta wojny i nie bał się śmierci, bo serce miał z  
przyrodzenia mężne; a gdy proch poczuł, ano zaraz krew polska i 
szlachecka w nim  
zagrała żwawo i ogniście, i wszędzie pierwszy bywał, gdzie kazano 
lub nie  
kazano. Sam mi to powiadał, i ja mu 
 
 
 
też wiarę daję, bom tego na sobie samym doświadczył, że mu lepiej 
było na polu  
niż w garnizonie, w czasie wojny niż pokoju, i że za większą mizeryę 
sobie miał  
rygor wachmajstra niż granat pruski. Służył tak Zakuta lat kilka, ale 
szarży  
żadnej się nie dodrapał: jak był gimajnem, tak nim i został, bo po 
niemiecku  
słówka nie umiał, a nauczyć się ani rusz. Ledwie jakieś dziesiąte 
słowo połapał  
— a i to na języku się plątało ciężko, a choć je z ust wypuścił, to tak je  
przedtem polskimi zębami pogryzł, że owo sztuka poznać, po 
niemiecku li to, czy  
po turecku? Bieda mu z tem była okrutna, bo gdyby języka był 
zachwycił, pewno i  
rangi byłby się dosłużył. Nie minęła by go była szarfa; wart jej był, bo 
w polu  

background image

za trzech stał i animuszem nikt go nie wyprzedził. Ale tak, to już 
chyba na tem  
cały swój honor zasadzał, że nikt w całym regimencie 
 
 
 
tak nie jeździł, jak on, a kiedy zdarzył się koń kanalja, co mu nikt rady 
dać  
nie mógł, n. p. jaki dziki tabun, jakaś niesforna i buntownicza bestya, 
Zakuta  
ledwie go pod sobą ma, już go trzyma, jak barana wodzi. Za trzy dni z  
największym dyabłem gotów był — na smoku ognistym byłby 
frontową służbę pełnił,  
taki jeździec był Zakuta! 
Za to jedno, a za drugą waleczność w boju jako tako patrzano w pułku 
na Zakute,  
bo zresztą niesforny żołnierz był, dusza rogata, zuchwalec 
nieposkromiony, co  
starszyzny nie znał i samego obersztera się nie bał. A niesforności 
główna  
przyczyna ta była, że Zakuta z szlachectwem swojem zawsze 
wyjeżdżał, gdzie  
trzeba i nie trzeba było; zawsze na swój klejnot rycerski się 
powoływał i z  
wszystkimi grafami niemieckimi, co oficeryę w regimencie składali, 
za równego  
się miał, każdą szarżę za hetkę pętelkę so- 
 
 
 
bie biorąc, skoro nieszlachcic ją trzymał. Już to sam stary Zakuta 
winien był,  
że synowi tą szlachecką zacnością głowę zawrócił, a tego go nie 
nauczył, że to  
był titulus sine vitulo — herb w tytule, a dziura w szkatule.... Ale 
czem młody  
Zakuta raz nawarzył, tem i kipiał na zawsze, i to jak ukrop kipiał 
gorący. Ową  

background image

rurę blaszaną, w której dokumenta jego szlacheckie były, ciągle z sobą 
nosił,  
czy w ogniu czy to w obozie, a w regimencie zawsze go zwano 
Edelmann Zakuta,  
żartując sobie i pośmiewując się z owej fumy prostego żołnierza. 
Póki wojna była. Zakuta jako tako mizernym swym stanem 
żołnierskim się  
kontentował, Prusaków rąbał, sztabs oficerów króla Fryca żywcem 
łapał,  
pojedynkiem do ich obozu wpadał, salwy z pistoletu dawał, i cały 
korpus pruski  
alarmował, kuchni kampamentowej dopadał, od pieczeni 
Brandyburów odpę- 
 
 
 
dzał — i inne podobne sztuki zuchwale płatał. Na szlify oficerskie 
polował,  
zawsze ich kilka zdobytych po bitwie z sobą przyniósł; a już 
najsprawniej konie  
piękne pruskim junkrom brać umiał; w każdej batalji ślicznego konia 
dostał, a w  
regimencie jego prawie oficera nie było, któremuby z takiego 
zdobytego konia  
prezentu nie był uczynił, złamanego halerza w zamian nigdy nie 
przyjmując; bo  
gdy mu który zapłacić chciał, zaraz wąsa konopianego nasrożył i 
łamaną  
niemiecczyzną hardo mówił: 
— Ich schenken Pferd, ich Edelmann Zakuta bin! 
Czy mu tak za Polską tęskno było, czy inna jaka impreza w ojczyste 
strony go  
ciągnęła, dość, że co kwartał o urlop do Polski prosił, a nigdy 
permissyi nie  
dostał, jeno go za każdym takim raportem wyśmiano w 
regimentowym sztabie. A nie  
chciano mu zezwolić na urlop, bo 
 

background image

 
 
za handgeldem się zwerbował, a gdyby był do Polski wyszedł; na jego 
łasce by  
wisiało, albo wrócić, albo i nie wrócić, a potem rób co chcesz, szukaj 
kamienia  
w wodzie. Zakuta klął się, że wróci, verbum nobile dawał, rodowy 
dyplom, co już  
najdroższą był jego świętością, wraz z całą rurą blaszaną zastawem 
kładł  
rotmistrzowi — nic nie pomogło; a kto berajterem będzie ? kto w 
regimencie konia  
narowistego poskromi, jak Zakuty nie stanie ?... 
Owo zdarzyło się, że Zakuta podczas zawieszenia broni na Węgry z 
regimentem  
swoim się dostał, i do miasta przyszedł, gdzie siła wojska stało, i 
gdzie sztab  
JMC. p. Andrzeja Poniatowskiego, naonczas generała cesarskich 
wojsk  
austryackich, się znajdował. Skoro Zakuta zasłyszał, że p. generał 
Poniatowski  
kwaterą tu stoi, zaraz w paradny moderunek się ustroił i wprost do 
kwatery 
 
 
 
poszedł, aby jak powiadał, pana brata szlachcica odwiedzić i z 
kordyalną estymą  
powitać. Przychodzi do kwatery a tu nie ma nikogo, jeno masztalerz 
Polak, co  
przy koniach został. A było to w roku , o dobrem już lecie. Pyta 
Zakuta,  
kędy by pan generał był, bo pomówić z nim pragnie. 
— Książę generał do Polski pojechał — powiada mu masztalerz. 
— A czy wróci tu jeszcze, i kiedy go się spodziewacie ? — pyta 
Zakuta. 
— Wróci albo nie wróci — rzecze masztalerz — na elekcyą pojechał 
do Warszawy... 

background image

— A co to zacz ta elekcya w Warszawie ? — pyta dalej Zakuta. 
— Co z Waćpana za szlachcic — mówi śmiejąc się masztalerz — 
kiedy nie wiesz, że  
stary król Jegomość umarł.... 
— Umarł! ano patrzcie! — rzecze Zakuta z wielką powagą i 
kompassyą — 
 
 
 
bardzo mi to jest markotno. To p generał na pogrzeb pojechał?... 
— Ale nie na pogrzeb, tylko na elekcyą. Nowego króla obierać będą, a 
jak gładko  
pójdzie, to obiorą bratanka p. generała.... Owo, dla czego pan 
Poniatowski może  
już tu nie wróci.... 
Zadumał się mocno na te słowa Zakuta, pokręcił wąs dobrą chwilę, a 
nic nie  
odpowiedziawszy do kwatery swej wrócił.... Przez trzy dni następne 
mocno  
zafrasowany chodził, starego króla Jegomości żałował, jakby to kuzyn 
jego był  
blizki, a widocznie na wąs coś sobie motał. Tak kilka dni jak mruk 
milczkiem w  
kwaterze siedział i do kamratów słówka nie przemówił, bezustannie 
nad czemś  
medytując. 
Tak było, aż nagle wielką paradę obwołano dla całego wojska, bo 
niespodziewanie  
sam marszałek graf Daun zjechał i lustracyą miał odbywać. Stanęło 
 
 
 
wojsko, co go tylko było w tej tam stronie, w paradnym ordynku, a 
regiment  
Zakuty także jak przystoi wystąpił. Marszałek Daun, wojownik 
sławny, bohater  
zwycięzki, co pruskiemu Frycowi nieraz sprostał, jak tego exemplum 
dał w onej  

background image

głośnej batalji pod Kollinem, srogi był pan i wódz surowy, ale o 
żołnierza dbał  
i rad go słuchał, jeśli kto odezwać się lub żal jaki wywieść miał 
determinacyą.  
Podobał się Daunowi regiment ułański, w którym Zakuta służył; po 
lustracyi tedy,  
mówi obersztowi, aby to ludziom oznajmił, iż kto chce, wystąpić 
może z prośbą  
lub skargą, jak któremu wypadnie Oberszt przed frontem ledwo tę 
wolę marszałka  
ogłosił, kiedy Zakuta z szeregu rusza, przed front podjeżdża, na grafa 
Dauna  
prosto sadzi, przed nim samym na trzy kroki konia osadza, jakby 
ćwiek wbił w  
ziemię, i salutując tak się odzywa: 
 
 
 
— Edelmann Zakuta bin; nach Polen Urlaub bitte.... 
Zmierzył graf Daun suplikanta ostro i pyta oberszta, czemu on mu 
sam urlopu nie  
dał? Tłumaczy się na to oberszt rozmaicie, a graf Daun pyta Zakuty, 
po co by do  
Polski chciał iść koniecznie? 
Zakuta nie stracił miny, przeciwnie jeszcze więcej kontenansu nabrał i 
z wyraźną  
dumą krótko odrzekł: 
— König wählen! 
Zaśmiał się marszałek Daun, i jakby nie dosłyszał, raz jeszcze pyta, a 
Zakuta  
znowu sierdzisto i śmiało mówi: 
— Edelmann bin, Elector bin, will König wählen.... 
Zabawiło to mocno marszałka, śmiał się bardzo i na biednego Zakutę 
chwilę z  
podziwieniem patrzył, o jego konduitę wypytując — aż w końcu 
obrócił się do  
oberszta i rzekł: 
— Oberst, lassen Sie den Kerl laufen! 

background image

 
 
 
Owo Zakuta osiągnął czego chciał, sam feldmarszałek urlopu mu 
udzielił. Już  
teraz nie było rady przeciw tak dostojnemu rozkazaniu; volens nolens 
musiano dać  
Zakucie zaraz permissyę z regimentu. Zawołano go do sztabu i 
wystawiono urlop na  
dwa miesiące, a rotmistrz jego, nie chcąc tracić najlepszego jeźdźca w  
szwadronie, a wiedząc, że mimo iż permissya jest limitowaną, od 
Zakuty to  
zależy, wrócić albo nie wrócić zgoła do regimentu, wyciągnął na nim 
to  
koniecznie, że na termin pod chorągwią accuraie stanie. Dał chętnie 
Zakuta parol  
szlachecki, a wtedy oberszt sygnował mu permissyę i marszrutę, na 
której w  
rubryce: Wohin? — wyraźnie tak wypisano: Zur polnischen 
Köniswahl nach Warschau,  
jak to sam później u Zakuty na własne oczy oglądałem. 
 
* * * 
 
 
 
IV. 
 
Za tak szczęśliwie uproszoną permissyą wybrał się Zakuta w drogę. 
W mieszku kuso  
bardzo było; ledwie jakich kilka złotych miał wszystkiego przy duszy. 
Mógł ci  
wprawdzie Zakuta mieć jaką taką sumkę, gdyby przedtem 
rządniejszym bywał, a na  
tylne koła się oglądał. Z mizernej laffy trudno było wprawdzie co 
odłożyć, bo  
to, pożal się Boże, żołd na tyle chyba wystarczył, aby wosku kupić i 
wąsa  

background image

uczciwie nasztorcować — ale były to czasy wojenne a Zakuta w 
każdej batalji i na  
każdym 
 
 
 
podjeździe się obłowił, za żaden skrupuł sobie tego nie mając, 
odbierać kieski i  
zegarki pruskim oficerom. Robili tak pruscy żołnierze, i oddawano im 
też za  
nadobne, tak iż owe wzajemne obdzieranie się w nieuczciwy a 
łupiezki weszło  
obyczaj. 
Zakuta, że służył w lekkim regimencie, ciągle był na podjazdach; on i 
jego  
kamraci od tego byli, aby z nienacka wyskoczyć, nagle uderzyć, 
poderwać i  
przepłoszyć, gdzie się dało, i do swoich rychło umykać. Choć szarży 
nie trzymał  
Zakuta miał często forwacht z kilku ułanów pod swoją komendą — z 
nimi bywało się  
wyrwie, na jakąś kwaterę lub namiot pruskiego sztabu jak krogulec 
spadnie, a  
prawie nigdy z próżnym kartuszem nie wróci. Raz prowiantmajstra z 
małą kasą  
zabrał, a choć kasę oberszterowi swemu oddał, to mu zawsze z tego 
sowity procent  
według regulamentu wo- 
 
 
 
jennego się dostał, innym razem bogatych junkrów, co się w karty 
zabawiali, od  
dukatów odpędził; partyą im popsuł, a choć sam z nimi nie grał, to -- 
jak sam  
powiadać lubił — wszystkie stawki powygrywał, a było tego 
kilkadziesiąt dukatów. 

background image

Kto inny na miejscu jego, gdyby był grosz do grosza kładł, okrągłą 
sumkę byłby  
uciułał — ale Zakuta wesoło żył, jak wszyscy odważni żołnierze 
podczas wojny; i  
nie dziw też, bo zawsze śmierć kładł na stawkę, a skoro sobie życia za 
nic nie  
ważył, zacóż miał ważyć sobie pieniądze?... Bywało do małej jakiej 
mieściny  
regiment przyjdzie, a już Zakuta wszystko, co w ładownicy było, na 
wino i  
uciechy przepuści, wszystkich kamradów gości, niemal cały szwadron 
własnym  
sumptem raczy — i tak hula, dopóki to, co wichrem przyszło, 
wichrem też i nie  
pójdzie. 
 
 
 
Kiedy mu tedy do Polski na ową elekcyą iść się zachciało, i kiedy mu 
już sam  
feldmarszałek graf Daun urlopu udzielił, chciała oficerya z obersztem 
na czele  
na jakiś przystojny vialis dla niego się złożyć, ale że mu to z drwinami 
i z  
przekwintem ofiarowano, tedy hardy szlachcic, który swą wyprawę 
elekcyjną na  
seryo brał, przyjąć datku nie chciał; przy tem jedynie obstając, aby mu 
za czas  
urlopu jego, to jest za dwa całe miesiące, laffę wypłacono, a porządny 
mundur,  
co go od wielkiej parady tylko przywdziać było wolno, wydano, i 
szablę z sobą  
wziąć pozwolono. Na co, gdy w komendzie zgoda była — wybrał się 
Zakuta per pedes  
do ojczyzny swojej. 
Szedł boso całą drogę, bo buty szanować trzeba było, aby między 
bracią szlachtą  

background image

na polu elekcyjnem uczciwie się prezentować; a gdzie mu się wygoda 
zdarzyła po  
drodze, to podjechał kawałek. 
 
 
 
Szczęście jego chciało, że kilka wozów przydybał, co węgierskie wino 
dla pana  
wojewody Mniszcha wiozły: ich się tedy trzymał, aby do Dukli się 
dostać. Chętnie  
go słudzy p. Mniszcha z sobą wieźli i po drodze karmili, bo go sobie 
za  
militarną eskortę trzymali, a z winem i trzosem bezpieczniej im przy 
takim  
towarzyszu być się zdało. Jakoż i racyę mieli, bo w dużym lesie, już u 
granicy  
samej, banda cyganów i innych madiarskich grassantów na tokaj 
ochotę mając, na  
wozy się zasadziła, a nagle w nocy z okrutnym gwałtem na ludzi p. 
wojewody  
napadła. 
Do takiej przygody Zakutę jakby matka umyślnie rodziła, to też kiedy  
wojewodzińscy ducha stracili i sromotnie przed opryszkami uciekać 
poczęli, on z  
jednym tylko pachołkiem mężniejszego serca łotrzykom tak twardo 
się stawił, że  
nic nie sprawiwszy ustąpić musieli. 
 
 
 
Kiedy inni po lesie się rozbiegli, krzyk wielki czyniąc, z lamentem 
pomocy  
wołając, Zakuta kilku opryszków szablą wymacał, a na resztę fortelu 
zażył, bo  
niby pluton cały ułański przyzywać począł, że tak wyglądało, jak 
gdyby naprawdę  
z tyłu śladem szedł cały podjazd kawaleryi. Bardziej to przeraziło 
opryszków,  

background image

niż sama szabla Zakuty, i nie czekając, co dalej będzie, co tchu po 
lesie się  
rozbiegli. 
Rozpędziwszy tak hałajstrę, Zakuta wraz z pachołkiem przy winie 
został, czekając  
na wojewodzińskich ludzi czas długi, ale iż widocznie albo ze strachu 
ciągle  
uciekali, albo też w lesie gęstym nocą zbłądziwszy, do wozów już 
trafić nie  
mogli, dość, że Zakuta do świtu daremnie powrotu ich wyglądał. Pyta 
tedy  
pachołka, czy zna drogę, a dobrą otrzymawszy odpowiedź, rzecze: 
 
 
 
 — Kiedy tak, sami dalej pojedziemy, na tamtych tchórzów nie 
czekając, a  
spodziewam się, że JMC p. Mniszech za wino wdzięczny umysł nam 
okaże. 
Jakoż wzięli się dalej ku Dukli i szczęśliwie tam stanęli, daremnie się 
przez  
całą drogę i na każdym popasie oglądając, czy wojewodzińscy ludzie 
ich nie  
dopędzą. W Dukli Zakuta wozom zatrzymać się chwilę przed gospodą 
kazał, a w  
mundur swój paradny się ubrawszy, szabli dobył i tak z gołą bronią w 
ręku wozom  
z beczkami Tokaju do dworu p. wojewody jechać komenderował. 
Marsa nastroiwszy, z  
gołą szablą w ręku koło wozów przez całe miasteczko maszerując na 
podwórze p.  
wojewody wozy zawiódł, a tu halt uczyniwszy, fury szykiem 
frontowym sformował, a  
sam z szablą przed niemi stanął i na dworskich zawołał. 
Zbiegła się cała dworska hałajstra, z ciekawością wielką na ułana i na 
beczki 
 
 

background image

 
patrząc, a on do jednego z pachołków mówi: 
 — Słysz smyku, nie wydzieraj sobie ślepi, a bież mi zaraz do pana 
wojewody,  
niech tu zejdzie. 
Pobiegł pajuk, ale przed samym panem wojewodą z rozkazania się nie 
sprawił, bo  
się bał pana tak obcesem na podwórzec przyzywać, marszałka tylko 
przywołał. Pyta  
marszałek Zakuty, czegoby chciał od pana wojewody, ale szlachcic na 
to: 
 — Waszmości nic do tego, z samym panem tylko mówię. 
Wzruszył ramiony marszałek i sekretarzowi znać dał, a ten na 
podwórze zeszedłszy  
pyta: 
 — Miły człeku, opowiedźcie się mnie, z czego się opowiedzieć 
macie; pan  
wojewoda spi teraz. 
 — Słuchaj no łyku — krzyknie na to Zakuta — nie żaden ja miły 
człek 
 
 
 
jestem ale szlachcic i w armii Jej Cesarskiej Mości, Maryi Teresy, 
imperatorowej  
rzymskiej z honorem służę Fagasom się nie raportuję; z samym tylko 
panem mówię. 
Pocznie się owo kłótnia na podwórzu głośna, tak że sam pan 
wojewoda, co z okna  
na to patrzył, na dół zeszedł i do Zakuty przystąpił, pytając co zacz 
jest i  
czegoby od ludzi jego wymagał? 
Zakuta widząc, że z samym panem wojewodą teraz mówi, stawia się 
w pozyturze,  
według wojskowej subordynacyi, czyni salutacyą i tak się raportuje: 
 — Zakuta szlachcic jestem; w służbie Jej Cesarskiej Mości królowej 
węgierskiej  

background image

i czeskiej zostaję; na elekcye nowego króla Jego Mości do Warszawy 
za permissyą  
feldmarszałka grafa Dauna idę; wino eskortą prowadzę; dwanaście 
beczek wiozę;  
jedenaście pełnych, za dwunastą nie ręczę, a to z tej racyi, 
 
 
 
pokornie melduję, żeśmy z dwunastej po drodze z tym owo 
pachołkiem nieco  
popijali. 
Wypatrzył się p. Mniszech na Zakutę, jakby na waryata, bo tego 
dziwnego raportu  
zrozumieć nie mógł — co też widząc szlachcic, pocznie szeroko 
opowiadać całą  
przygodę z opryszkami w lesie, i jak ludzie wojewodzińscy wina 
odbiegłszy skórę  
własną gdzieś w las ponieśli, a on sam cały transport tylko z 
żołnierskiego  
swego zawołania i tytułem braterskiego affektu p. wojewodzie tu aż 
do Dukli  
przystawił. Śmiał się teraz p. Mniszech i bardzo mu się Zakuta 
podobał, więc tak  
mówi: 
 — Dziękuję Waćpanu Mości Zakuta; znać zaraz, żeś szlachcic, bo się 
szlachetnego  
wina litujesz jak krwi szlacheckiej i nie dopuściłeś tego, aby lokaja 
przedniego  
łotrzykowie jacyś nikczemni zapijali, wyraźnie jakbyś pamiętał o tem 
 
 
 
co powiedziano jest o dobrym Węgrzynie: Non te bibunt gentes viles, 
sed barones  
et nobiles! 
Udał Zakuta, że łacinę rozumie, choć w łeb mu strzel, a nie wiedział o 
co  

background image

chodzi; chrząknął, wąsa konopiastego podkręcił, i panu wojewodzie 
grzecznie się  
skłonił. 
 — Rozgośćże się Waćpan u mnie — mówi dalej p. wojewoda — a 
powiedz mi w  
konfidencyi szlacheckiej, czem się za ów niezasłużony affekt do mnie 
i za mężną  
obronę mego wina Waszmości odpłacić mogę.... Dysponuj Waszmość 
moją kieską,  
chętnie mu służę. 
 — Mości wojewodo — mówi na to Zakuta, pieniędzy nie chcę i nie 
wezmę, bo  
szlachcic Zakuta jestem, a jeźli taka osobliwa łaska Twoja, konia mi 
pożycz na  
elekcyą nowego króla Jego Mości, bo pieszo na pole sromotno jakoś 
wy- 
 
 
 
stąpić; a już i tak piętami przez całą drogę dzwonię, aż ostrogom 
wstydno. 
Pan Mniszech masztalerza przywołał i dla Zakuty konia z 
przystojnym rzędem  
obmyśleć kazał — a tak mój pan szlachcic dobrze uraczony, w dworze  
przenocowawszy, skoro świt na dobrym koniu i z gęstą miną dalej na 
elekcyą  
jechał. 
 
* * * 
 
 
 
V. 
 
Elekcya nowego króla odbyła się w porządnym ładzie nad 
spodziewanie wszelkie, i  
na podziw ludziom, co przy takiej okazyi koniecznie widzieć byli 
radzi tumulty a  

background image

nawet rąbaniny; wszystko przeszło w przystojnej stateczności, a 
poważnie i  
cicho, że bywało więcej na małym sejmiku słyszałeś huku, niż na 
owym akcie,  
gdzie cały naród szlachecki Pana sobie wybierał. Ale prawda i to, że 
w tem  
więcej musu, aniżeli dobrej woli i wrodzonego statku było, bo 
elekcya, jak wam  
wiadomo, prawie jakoby 
 
 
 
pod muszkietami Imperatorowej rossyjskiej się odbywała, której 
wojska pod  
Warszawą stały, albo też na włoście malkontentów się obaliły; tak że 
panowie co  
krzywi byli Piastowi w osobie p. stolnika litewskiego, swój rankor i 
oppozycyą  
wszelką poskromić musieli. 
Patrzyłem ja na tę elekcya własnemi oczyma, i cały ten akt solenny z 
wszelkiemi  
minucyami mógłbym wam opowiedzieć, ale to by mnie z drogi 
odwiodło. Gdzieindziej  
może o tem będzie; a tu tylko niektóre rzeczy się kładzie. Odbywała 
się główna  
ceremonia w pierwszym tygodniu września, a gdy senat i sejm na 
kandydata się  
zgodziły, podano go dnia . września do akceptacyi całego narodu. 
Wielka moc  
szlachty z Rzeczypospolitej całej do Warszawy się zjechała, chociaż 
niektóre  
województwa nie znritim ale przez posłów głosowały. Bywały 
województwa, co  
wyruszyły na elekcya 
 
 
 

background image

jakby regiment jaki, wszystka szlachta w barwach jednakich, ale 
trafiły się i  
takie, co hurmą szły i pstrą zbieraniną; nędza w jednym szeregu z 
paradą; jeden  
na koniu tureckim, drugi na mizernej chabecie, jeden w aksamitach i 
bławatach,  
drugi w kapocie podłej, z szablą na surowym sznurku. 
Na podziwienie wielkie cudzoziemców, których siła do Warszawy 
umyślnie na tę  
ceremonje przyjechała, ciągnęła szlachta województwami przez Wisłę 
dużym mostem  
łyżwowym, co go tylko na ten cel zbudowano, na pole elektoralne pod 
wolskie  
okopy — a każdą rotę wojewódzką prowadził sam wojewoda, w 
orszaku kasztelanów i  
innych dostojników województw. Prawie wszyscy wojewodowie i 
kasztelani  
sarmackim, starym obyczajem wystąpili, z wielkim splendorem w 
rycerskich  
moderunkach, 
 
 
 
nawet z bogatemi tarczami, prezentując się tak zgromadzonemu 
ludowi. 
Szlachcic Zakuta omal się nie spóźnił, a gdyby był o jakich kilka 
godzin później  
w Warszawie stanął, byłby już post festum trafił. Właśnie ruszały już  
województwa, kiedy Zakuta w paradnym uniformie, z krzyżem i 
medalem na  
piersiach, które za waleczność swoją w wojsku cesarskiem dostał, na 
uczciwym  
koniu p. wojewody Mniszcha tuż przy moście pozycyą zajął, czekając, 
aż jego  
województwo mijać będzie. 
W wielkiej był turbacyi, bo nie dowierzał sobie, czy rotę lubelską 
pozna, bo  

background image

mało kogo znał, a w Polsce długo nie był. Na szczęście od dziecka 
chorągiew  
wojewódzką pamiętał; owoż kiedy obaczył na czerwonym cycu 
białego jelenia z  
złotą koroną na szyi, zaraz z kopyta wyskoczył i ku rocie podjechał. 
Sadzi  
wprost na wojewodę lubelskiego 
 
 
 
p. Antoniego Lubomirskiego, salutacyą mu czyni, i opowiada się, jako 
sto mil z  
nakładem na elekcya spieszy, a z taką powagą to zrobił, jak gdyby na 
niego tylko  
z elekcya króla Jegomości czekano. Uśmiechnął się tylko pan 
Lubomirski i rzecze: 
 — Bardzo Waszmości to chwalę, żeś pro publico bono taki zelosus. 
Prosimy za  
sobą, bardzo nas obecność Waćpana kontentuje. 
Zakuta komplement ten na seryo biorąc, i rad bardzo takiemu 
przyjęciu, między  
same kasztelany się wsadził, na pierwsze czoło kupy lubelskiej, choć 
ten i ów  
śmiał się, albo też mruczno spoglądał na tego pana brata w kolecie 
cesarskim.  
Ale mu nikt słówka nie powiedział, bo go jedni za ordynans dworski 
trzymali,  
drudzy zaś, którym wojewoda o tym gościu z dalekich stron szepnął, 
curiositatis  
erga na to pozwalali. 
 
 
 
Kiedy już stanęły na polu elekcyjnem województwa, począł objeżdżać 
je prymas i  
do każdej z rot aryngę krótką miał, o zgodę na króla pytając. Przyszła 
kolej na  

background image

województwo lubelskie; zajechała przed braci szlachtę karyolka 
pąsowa, złocista,  
w cztery konie z pysznemi czubami zaprzężona, a z niej prymas rotę 
witając, tak  
przemówił: 
 — Witam Mościwych panów braci na tem elektoralnem polu i pytam: 
jaka jest wola  
na króla i pana? 
Odpowiada na to p. wojewoda Lubomirski imieniem województwa, 
jako szlachta przez  
jego usta nikogo innego królem mieć sobie nie byczy, jeno pana 
Stanisława  
Poniatowskiego, stolnika litewskiego. Ledwie p. wojewoda skończył, 
kiedy Zakuta  
nagle na koniu naprzód się wysuwa i woła: 
 — A ja także! 
 
 
 
Śmiech się wszczął za nim, sam prymas lekko się uśmiechnął, ale 
zaraz według  
zwyczaju trzykroć szlachtę o zgodę pytał, na co panowie bracia z 
tysiąca piersi  
Zgoda i vivat! wołać poczęli — a tak owo osobne votum Zakuty w 
tym krzyku bez  
zgorszenia utonęło. 
Co tu dotąd opowiedziałem, to z własnej powieści Zakuty wiem, którą 
po naszem  
niespodzianem spotkaniu z ust jego w Warszawie słyszałem. Teraz 
owo przychodzę  
do tego, jak mi ten poczciwy szlachcic, a mój wybawca z pod 
Kunnersdorfu, na  
ręce się dostał. 
Na drugi dzień po samej elekcyi Króla Jego Mości ogłosili z czterech 
bram  
okopowych czterej marszałkowie ludowi, który chmurą gęstą przed 
okopami czekał,  

background image

kogo mu wola narodu na Pana a Monarchę sądzi. Odbyło się to actum 
wywoływania  
nowo obranego monarchy przy śpiewie Te Deum i huku 
 
 
 
armat — a naraz potem wszystek senat i sejm cały wraz z okrutną 
gromadą szlachty  
ku pałacowi elekta podążyły, aby mu hołd powinny złożyć, gratulacyą 
pokorną  
uczynić i miłościwego Pana w nim powitać. 
Jako wam wiadomo, trzymałem już na on czas chorągiew gwardyi 
konnej czyli dragon  
ii koronnej; owoż cały nasz regiment i jedna chorągiew ułanów 
królewskich przed  
pałacem w paradnym szyku już stały, aby nowemu królowi, skoro z 
procesya do  
kościoła pójdzie, za eskortę służyć i honory wojskowe, jak przystało, 
oddawać, a  
zarazem porządku pilnować, a ono pospólstwo niezliczone, co dokoła 
jakby morzem  
szarem się wylało, w jakim takim rygorze a ładzie utrzymać. 
Przyjąwszy łaskawie  
gratulacye, wsiadł Król Jegomość na konia, i pośród ogromnej a 
wspaniałej  
kawalkaty do kollegium św. Jana się udał — a ona 
 
 
 
niesłychana moc szlachty i ludu za nim. Ułani królewscy czołem szli, 
rum  
orszakowi królewskiemu czyniąc, my zaś dragonia tył trzymaliśmy, 
bo inaczej  
tłumy owe i majestat i dostojników korony podeptałyby łacno były. A 
trzeba wam  
wiedzieć, jeźli sami miejsca nie znacie, że z kościoła św. Jana do 
zamku  

background image

królewskiego wiodą ganki kryte, i na one to ganki szlachta i ludność 
natychmiast  
się rzuciły, bo tamtędy król do komnat monarszych iść, a ludności do 
całowania  
ręce podawać miał. 
Podczas gdy całe wojsko przed kościołem zostało, moją chorągiew na 
one ganki  
komenderowano, aby ład jakiś przyzwoity utrzymać w tym 
ogromnym natłoku, w czem  
nam także i jedna kompania gwardyi pieszej koronnej pomagać miała. 
Rozstawiłem  
dragonów moich wzdłuż ganków, a sam na podwyższeniu stanąłem, 
aby przegląd mieć, 
 
 
 
a co się dziać będzie, dobrze obserwować. Ciężki był kłopot z tym 
natłokiem, bo  
każdy naprzód się darł, a ustąpić nie chciał, choć strzelaj. Po długiej 
biedzie  
jakoś lud uszykowaliśmy i szpalerem ścisnęli, aby Król Jegomość i 
orszak jego  
wygodne przejście miał i tumult jaki nieprzystojny w obliczności 
Majestatu nie  
zaszedł. 
Nareście po długiej chwili gwar się wszczął, jakby w ulu huczało, 
potem nagle  
ucichło, bo Król Jegomość nadchodził. Szedł nowo obrany Monarcha 
dość spiesznym  
krokiem, a ręce na obie strony wyciągał, dłoni nadstawiając do 
całowania ludowi.  
Rzucili się do tego całowania wszyscy, jedni drugich wywracając lub 
odpychając,  
łokciami gwałtownie rum sobie czyniąc, że aż dragonia moja i 
gwardyacy  
muszkietami natrętnych odpychać a królowi wolny przechód siłą 
salwować musieli. 
 

background image

 
 
Tak owo stoję i patrzę na to z podwyższenia mego, a aż skóra na mnie 
drży, aby  
jaka burda lub gorsząca, nieprzystojność nie zaszła, bo by już wtedy 
żadna siła  
ludzka w tych ważkich gankach porządku między gęstym ludem 
utrzymać nie zdołała  
— kiedy nagle widzę, jak król Jegomość się zatrzymał, rękę prawą 
komuś  
wydzierając, i jak cały orszak ku Monarsze, jakby na pomoc 
przybieżał. Powstała  
wrzawa, lud począł się już gwałtem ku onemu miejscu cisnąć, 
myślałem, że do  
awantury jakiejś nieszczęsnej przyszło. 
 — Regicida!  — zaczął wołać koło mnie jakiś brzuchaty szlachcic ze 
wsi — króla  
zabić chcą! 
Skoczyłem ku brzuchaczowi i gębę mu dłonią zatkałem, aby na lud 
popłochu nie  
rzucił swem głupiem wołaniem — a tu tymczasem król już pomknął 
się dalej,  
spokojnie i bez trwogi, jakby nic nie 
 
 
 
zaszło, chociaż w miejscu, gdzie się był zatrzymał, jak w garnku 
kipiało, i lud  
się jakby w kłębek zbił gęsty. Odpowiadałem własną skórą za wszelki 
tumult, bo  
mi pod animadwersyą wojskowych regulamentów ordynans dano, 
spokojności jak  
własnego oka w głowie strzedz, dobyłem tedy szpady i tak przebojem, 
co sił  
stało, rum sobie czynię, to gifesem to płazem roztrącając natłok, a 
wnet kilku z  
dragonii mojej przy mnie stanęło, drogę mi torując naprzód. Widzę o 
kilka kroków  

background image

oficera mojej chorągwi, niejakiego Zaweydę, i pytam go zaraz, bo w 
pobliżu onej  
sceny stał: 
 — Zaweyda, co tu zaszło ? 
 — Fraszka, mości rotmistrzu! — rzecze Zaweyda — licho wie, czego 
się te  
warszawskie łyki tak cisną i tłuką w tym kącie! Kiedy król Jegomość 
szedł i ręce  
do całowania nastawiał, jakiś drab duży w kurcie ułańskiej, łap go za 
prawą 
 
 
 
rękę, i gdyby w kleszcze ją wziął, puścić ani rusz nie chcąc... 
 — A czegóż chciał ? — pytam Zaweydy biorąc go z sobą i spiesząc 
dalej ku owemu  
miejscu. 
 — Oto chwyciwszy tak Króla Jegomoście za rękę, ucałował ją i tak 
zawołał; 
 — Stój Najjaśniejszy Królu! Miłościwy Panie ! Szlachcica srodze 
pokrzywdzonego  
usłysz ! Sto mil pieszo szedłem, by Cię monarchą wybrać wolnym 
głosem moim  
szlacheckim, uczyń że mi teraz sprawiedliwość. Oto suplikę masz! 
 — Jak to zawołał — opowiadał dalej Zaweyda — tak królowi papier 
jakiś do ręki  
siłą wcisnął. Król Jegomość zrazu uląkł się trochę, ale potem śmiał się 
i papier  
ów przyjął. Owo i wszystko, co zaszło mości rotmistrzu. 
Usłyszawszy taką opowieść, uspokoiłem się, ale. cisnąłem się dalej ku 
miejscu,  
gdzie ten dziwny supplikant 
 
 
 
stał, bo przecie bałem się jeszcze, aby choć z głupiej racyi burdy jakiej 
nie  

background image

było. Jakoż widzę ułana jakiegoś w austryackim cesarskim mundurze, 
z krzyżem i  
medalem na piersiach, z dużym konopiastym wąsem, jak się ostro i 
hardo stawi  
gwardyakom, co go otoczyli i aresztować chcieli. Gwardyacy 
perswadują mu, aby  
buntu zaniechał, a z nimi dobrą wolą szedł, bo go siłą wezmą, a on 
rękę na  
furdymencie szabli położył i tak woła: 
 — Pójdź tu który, a łeb utnę! 
Patrzę na tego ułana i coś mi się koniecznie zdaje, żem go widział 
gdzieś w  
życiu, i dobrze go znać muszę. Chwilkę mie tylko pamięć bałamuciła 
— a zaraz  
stanęło mi wszystko, jakby przed oczyma, i już poznałem, że to nie 
kto inny ale  
ów ułan był, co mnie przed czterma laty w batalii pod Kunnersdorfem 
z rąk  
Pandurów wybawił, koniem obdarował 
 
 
 
i wolno do swoich puścił. Skoczę ja tedy między niego a gwardyaków 
i wołam  
nagle: 
 — Mości Zakuta, jakeś Waćpan szlachcic i kawalerski żołnierz, 
szabli mi nie  
dobywaj, bo po głowie będzie, a co gorsza po honorze szlacheckim! 
Na takie zawołanie i kiedy nazwisko swoje z ust obcych usłyszał, 
Zakuta cofnął  
się, i z wielkiem zdumieniem a nawet z konsternacyą na mnie się 
wypatrzył. 
 — Mości Zakuta — rzekę ja mu dalej grzecznie perswadując — 
szlachcic w  
obecności Majestatu szabli nie dobywa, chyba w obronie Majestatu. 
Chodźże Waćpan  
ze mną; na co Waćpan masz być dziwowiskiem dla gawiedzi ? Parol 
oficerski daję,  

background image

że Waćpanu dobrze radzę. 
I wziąwszy Zakute, pod ramię, szedłem z nim ku wyjściu a dragonia 
drogę nam  
utorowała w natłoku. Mru- 
 
 
 
gnałem na kilku dragonów, aby za mną krok w krok szli, a sam ciągle 
Zakute pod  
ramię grzecznie bocznemi ulicami wiodę, aż na hauptwachu 
stanęliśmy. Tu mu  
mówię: 
 — Mości Zakuta, szablę mi daj; na hauptwachu jesteś. 
 — To Waszmość pod areszt mię bierzesz — rzecze z gniewem 
Zakuta — racyę mi  
Waćpan daj, za co ? 
 — Daj Waćpan szablę, a ja dam Waćpanu racyę — mówię mu 
grzecznie — 
 ja nie wiem, za co Waćpana aresztuję i Waćpan pewno sam nie wiesz. 
Wiem chyba,  
że tumult był: niech się to wyklaruje, a szablę z honorem oddam 
Waćpanu. 
 — Z grzecznym oficerem mówie; sam żołnierz jestem; regulamenta 
znam; masz  
Waćpan szablę, panie rotmistrzu ! — rzecze Zakuta szablę mi oddając 
w izbie  
ordynansowej — ale powiedzże mi teraz. 
 
 
 
zkąd mię znasz Waszmość, żeś mię po nazwisku zawołał? 
 — Znam Zakute — mówię ja na to — i Waćpan znasz mię także, ale 
ja lepszą pamięć  
mam, a tak być powinno, bo Waćpana dłużnikiem wdzięcznym 
jestem. 
 — A ja pierwszy raz Waćpana widzę, panie oficerze! — mówi 
Zakuta. 

background image

 — Nie pierwszy raz, panie bracie. A kto odemnie pod 
Kunnersdorfem Pandurów  
odpędził? Kto mi konia dał? Kto mię puścił wolno, choć już jeńcem 
bezbronnym  
byłem ? A kto powiedział: Konia bierz, Zakute znaj ?... 
 — To Waszmość jesteś owym pruskim oficerem — zawołał Zakuta 
— teraz i ja już  
poznaję Waćpana! Ale wiecie co, panie bracie, puścił ja was, puśćcie 
wy teraz  
mnie; niechaj idę sobie do regimentu mego. 
 
 
 
 — Puszczę Waćpana z honorem, ale o chwilkę cierpliwości proszę; 
rapport  
przedtem zdać muszę. Mówże Waćpan, co to z Królem Jegomościem 
było i co tu  
robisz w Warszawie ? 
Zakuta wtedy swoją permissyą mi produkuje, na której wypisano 
było, że na  
elekcya króla urlop dostał, i z wszystkiego mi opowieść otwartą czyni, 
tak jak  
ią wam tu powtórzyłem. Tu wszelako dodać jeszcze muszę, że po 
drodze dał sobie  
Zakuta napisać supplikę, w której de noviter całą ową nieszczęsną 
sprawę  
nieboszczyka ojca swego o wieś Oparki wywiódł, do Majestatu się 
uciekając, a u  
nowo obranego króla naprawy krzywdy krwawej, Śp. rodzicowi przez 
spadkobierców  
p. Cześnika Opackiego wyrządzonej, usilnie prosząc. 
 
* * * 
 
 
 
VI. 
 

background image

Zeznanie Zakuty zgadzało się accurate z opowieścią porucznika 
Zaweydy; jako i  
jasna to rzecz była; że z głupoty a nie z żadnej zuchwałej imprezy to 
uczynił,  
iż króla Jegomoście tak obcesem i siłą mocą za rękę przytrzymał, 
supplikę mu  
swoją wciskając. Spisałem wywód 
O tem wszystkiem co zaszło, Zaweydzie się podpisać jako świadkowi 
kazałem 
i sam podpis mój położyłem, bo miałem komendę w owej chwili. Do 
tego opisania  
przyłożyłem permissyę, daną z regimentu Zakucie, w której to 
wyraźnie 
 
 
 
stało, że zur polnischen Königswahl nach Warschau urlop dostał. 
Zebrawszy tak  
dokumenta, zaraz do raportu pójść chciałem, aby w sądzie 
marszałkowskim relacyę  
z wszystkiego uczynić, bo taki miałem ordynans, że wszystkich 
ekscessantów tego  
dnia tymże sądom oddać mam, jako iż wszystkie tumulty i gwałty w 
obliczności  
Majestatu popełnione, jako przewinienia lesae Majestatis, przed 
jurysdykcyą  
Marszałka się sprawowały. 
Kazałem Zakucie przynieść z gospody obiad i wina, bo biedak od 
wczoraj nic w  
ustach nie miał, raz, że się okrutnie na elekcya spieszył, a powtóre, że 
już ani  
złamanego grosza przy duszy nie miał, a ta druga racya jego postu 
główniejsza  
była. Gdy przyniesiono obiad, mówie Zakucie: 
 — Czekajże Waćpan kilka chwil cierpliwie; z raportu zaraz wrócę, 
wolno 
 
 

background image

 
cię puszczę i obaj razem po starej znajomości w Warszawie się 
zabawimy. 
 — Słuchaj Waszmość, panie rotmistrzu — mówi on na to — niebaw 
długo, aby mi się  
nie sprzykrzyło; bo bym ojczyźnie mojej miłej żadnych kłopotów 
sprawić nie  
chciał.... 
 — A to jak Waćpan rozumiesz, mości Zakuta ? — pytam na odejściu. 
 — Szlachcic jestem — rzecze na to Zakuta z wielką powagą — w 
służbie Jej  
Cesarskiej Mości, imperatorowej rzymskiej zostaję; sam 
feldmarszałek graf Daun  
urlop mi dał; owo gdyby mi się z waszej winy co stało, i Cesarzowa 
Jejmość i  
graf Daun i oberszt mój krzywdy takowej pewnie dochodzić będą.... 
 — Bądźże Waćpan spokojny — mówię śmiech w sobie tłumiąc całą 
mocą  — już my nie  
dopuścimy, aby z racyi Waćpana do wojny z rzymską cesarzową 
Jejmością przyszło i  
świat chrześcijański 
 
 
 
krwią się oblał. Już ja tam jakoś ten casus belli odwrócę.... 
Już chciałem iść, kiedy przed odwachem hałas się począł wielki; 
patrzę, a tu  
cała rota Węgrów marszałkowskich przed odwachem stanęła wraz z 
instygatorem,  
który z żołnierzem się certuje i o więźnia się dopomina, jako o 
królobójcę.  
Ledwie instygator kłócić się począł ze strażą, kiedy nagle nadbiega i 
pisarz od  
sędziego spraw potocznych, a także o biednego Zakute się dopomina. 
A to ztąd  
poszło, że instygator i pisarz coś o wypadku zasłyszawszy koniecznie 
i panu  

background image

Bielińskiemu, Marszałkowi Wielkiemu Koronnemu, i nowemu 
królowi Jegomości  
przypodobać się i całą tę sprawę tak okrutnie wydmuchać chcieli, aby 
z niej coś  
za swą gorliwość wydobyć mogli. 
Nim ja do nich oderwać się mogłem, już instygator z pisarzem, jako iż 
z dwóch 
 
 
 
osobnych instancyi byli, mocno się sprzeczać poczęli, do kogo 
więzień należy. 
 — Co tu Waćpan nosa wtykasz! — wołał instygator na pisarza — 
pilnuj Waćpan  
przekupek, a nie plącz się, kędy cię nie wołano! To nie wasza jest 
kompetencya! 
 — Owa, mości instygatorze! — wołał pisarz sobie — jeźlić tu kto 
niepotrzebnym  
jest intruzem, to już z pewnością nie ja. To moja juryzdykcya! 
 — Moja, moja: bo więzień na regestr kryminalny należy! 
 — Nie znasz Waćpan prawa — woła instygator — to jest zamach na 
króla, gwałt i  
szabli gołej dobycie w obec Majestatu; otóż i nasza juryzdykcya, mój 
ty panku  
potoczny! 
 — Nie daj się Waćpan wyśmiać — krzyczy jeszcze głośniej pisarz — 
to jest  
wiolencya prosta, tumult; otóż i nasza juryzdykcya, mości panie 
kryminalny! 
 
 
 
 — Protestuje się kompetencya; a gdzie prawo de lesione Majestatis ? 
 — Protestuj Waćpan zdrów do jutra; obcym jest, jure hospitum do 
mnie należy! 
Tak dalej nieprzystojnie kłócili się obaj; aż ja wyszedłszy, zawołam 
na nich: 

background image

 — Dam ja wam kompetencya obudwom, aż wam kwaśno będzie.... 
Ani z prawa lezyi  
Majestatu ani jure hospitum go nie weźmiecie; żołnierz jest i pod 
wojskową  
juryzdykcyą stoi. Sam z raportem do JW. pana marszałka koronnego 
idę, a wy się z  
tąd wynoście! 
Zaraz też hauptwach zamknąć i żołnierzom pod broń wystąpić 
kazałem, a instygator  
i pisarz na tę interwencya moją odeszli, po drodze przegrażając sobie  
ustawicznie. Takim kształtem udało mi się biednego Zakutę z pod 
kryminalnej i  
potocznej jurysdykcyi salwować, bo choć niewinny był, to przecie 
gdyby 
 
 
 
go był pisarz albo instygator dostał, pewnieby przed miesiącem z 
lochu nie  
wyszedł. 
Poszedłem zaraz do kancelaryi marszałkowskiej, bo ani samego 
marszałka w. koron.  
p. Bielińskiego, ani jego zastępcy p. marszałka nadwornego widzieć 
nie można, a  
Bogiem i prawdą w takiej bagateli i niepotrzeba było — a rapport z 
owego zajścia  
na gankach zdawszy, deklarowałem, że po uczynionej ścisłej 
indagacyi na swój  
honor szlachecki i oficerski zaręczam, jako Zakuta ani złego zamiaru 
żadnego nie  
miał, ani też Majestatu obrazić nie chciał, i jako go na własną swoją  
odpowiedzialność na wolność z aresztu puszczam. Co gdy żadnej w 
kancelaryi  
marszałkowskiej nie znalazło oppozycyi, wróciłem rad z takiego 
końca na  
hauptwach, a przywoławszy Zakute przed front żołnierzy, co wartę 
trzymali, broń  
prezentować kazałem i tak z hono- 

background image

 
 
 
rem przed frontem szablę szlachcicowi oddałem. Mocno to 
rozradowało i  
rozweseliło Zakute, żem jego, chudzinę biednego, niewinnie wziętego 
pod areszt,  
z takim respektem liberował, więc ku mnie się rzucił i płakać począł 
w affekcie  
serdecznym, że na rodzinnej ziemi robić co nie ma, a w obczyźnie 
ciężko służyć  
musi, żadnych speransów na jaki taki przyzwoity stanik szlachecki nie 
mając.  
Mówię ja mu tedy: 
 — Zostańże z nami, panie bracie, ja ci wdzięczności dochowam; służ 
w dragonii,  
o szarzy ci pomyślę; podoficerem zrobię. 
 — Nie mogę — mówi na to Zakuta — słowo szlacheckie dałem, do 
regimentu wracać  
muszę zaraz. 
 — Bardzo Waćpanu to chwalę — odezwałem się na to — że przy 
sztandarze wiernie  
stoisz, skoroś parol dał; z własnej 
 
 
 
biedy ja to znam, bo i mnie w pruskiej dragonii nie słodko było, ale 
cóż zrobić,  
do czasu wytrzymać trzeba.... 
Pocznę go tedy indagować, czy grosz jaki na drogę ma — przyznał 
się, że ani  
szeląga przy sobie nie ma, a na hazard się do Węgier z powrotem 
puszcza. Byłem  
zapaśny, więc ofiarowałem mu małą sumkę, ale uparty ten człowiek 
ani rusz  
przyjąć wsparcia. Co ja mu perswaduję, to on mi zawsze na to, że on 
"szlachcic  

background image

Zakuta jest" a pieniędzy nie przyjmie. Nareszcie tłumaczę mu, że 
lepiej od  
kamrata, co z szczerego braterskiego affektu pomoc ofiaruje, przyjąć 
mały  
vialis, niż po drodze jałmużną żyć, a gdy i to nie pomogło, do 
kłamstwa uciec  
się musiałem. Mówię mu, że za onego konia, którego mi w batalii pod  
Kunnersdorfem dał, mój p. oberszter Koggeritz  dukatów mi zapłacił, 
że tedy  
połowa tego jemu sprawiedliwie 
 
 
 
należy. W końcu wziął dukatów dziesięć, 
o to mię mocno prosząc, abym do kancelaryi królewskiej zaglądnął, a 
co się z  
suppliką jego dzieje, wy miarkował i jemu do regimentu na Węgrzech 
napisał. 
 — Gdyby nie to — rzekł mi Zakuta przy pożegnaniu — że panu 
wojewodzie  
Mniszchowi konia w Dukli oddać muszę, nigdybym Waćpana 
pieniędzy nie akceptował;  
ale tak boję się, że koń by mi z głodu przvmarł, bo ja się biedy nie 
boję. 
Owo któż zaprzeczy, że w tym mizernym szlachetce Zakucie, w tym 
prostaczku  
nieuczonym, prawdziwie szlacheckie serce było, a że ambicya piękną 
miał, choć po  
głupiemu się nią wodził? A taka to była cała drobna szlachta nasza: 
serca  
nazbyt, rozwagi mało; szlacheckiej ambicyi siła wielka, rozumu 
i przystojnej nauki nic — fantazyi i fer- 
 
 
 
woru dużo, męztwa i animuszu profuzya okrutna, ale, miły Boże, 
głupoty więcej  
jeszcze!... 

background image

Pojechał Zakuta w drogę: a ja o nim nie zapomniałem, i o co mnie 
prosił, tego  
pilnować zacząłem. Na szczęście właśnie wtedy, kiedy się nad tem 
biedziłem,  
jakby Królowi Jegomości oną suplikę Zakuty przypomnieć, przyjechał 
z Petersburga  
do Warszawy JMĆ p. Branicki. Tego osobiście poznawszy, bo dla 
wojskowych łaskaw  
był, jako że i sam z zawołania był żołnierzem, całą rzecz mu 
wywiodłem, a on się  
tem zająć solennie mi obiecał. Jakoż dotrzymał słowa, i królowi, 
którego  
przyjacielem od serca był, całą historyę Zakuty opowiedział, tak jak ją 
tu z ust  
moich słyszeliście, a król Jegomość do serca to sobie wziął, aby 
biednemu  
szlachetce, co na jego elekcya z Węgier z regimentu się wyprosił, 
satysfakcyą  
uczynić. 
 
 
 
Owo co na to powiecie, że w pół roku po tem wszystkiem, sam Król 
Jegomość w  
sprawę wdał się, a czy instancyą swoją, czy słodkiem słówkiem, czy 
też pono  
orderem Orła Białego na głównym spadkobiercy ś. p. Cześnika 
Opackiego wymógł, że  
dobrą wolą Oparek odstąpił i na własność dziedziczną Zakucie oddał. 
Zaraz mi o  
tem znać dano, i poszło pismo do regimentu, w którym służył Zakuta. 
Wykupił się  
tedy szlachcic z kapitulacyi, do Polski wrócił, jakąś Magdę czy 
Jagusię  
poczciwą, którą jeszcze wyrostkiem będąc sentymentem serdecznym 
sobie obrał,  
poślubił i na Oparkach dziedzicem osiadł. 

background image

Kiedym anno Domini  do Lwowa z chorągwią moją szedł, Oparki owe 
mijać  
musiałem, do najbliższej stacyi dążąc. Gdy po pod bramą dworu jadę, 
wypada  
szlachcic tęgi z dużym konopiastym wąsem, przed konia mego się 
 
 
 
rzuca, a na pamięć pana ojca swego, na Matkę najświętszą i na klejnot 
swój  
szlachecki klnie się, że się stratować da, a ani mnie, ani chorągwi 
mojej dalej  
nie puści, tylko u niego popaść i nocować musimy. Choć na 
szachownicy inna  
stacya stała, proźbie onej upartej pofolgować, mnogo wina wypić i na 
trzy zbytki  
z szlachcicem wycałować się musiałem; zaś dragonia moja cała w 
wszelakie wygody  
niezwykłe przez ten popas opływała. 
A ten szlachcic to Maciej Zakuta był. 
 
* * * 
 
 
 
PETYHORZEC 
 
 
 
I. 
 
... Kiedy z chorągwią moją stałem we Lwowie, przyjeżdżał do mnie i 
do oficerów  
moich bardzo często niejaki Rafał Kryszpin, towarzysz petyhorski, 
młody człek  
jeszcze, z poczciwej rodziny szlacheckiej, gdzieś na Litwie osiadłej, 
urodziwy,  

background image

grzeczny i wesołej bardzo fantazyi. Był on naufragus w tych stronach, 
bo rzuciły  
go tu na Ruś owe nieszczęśliwe przygody publiczne, które Bóg zesłał 
w owych  
czasach na tę mizerną ojczyznę naszą. Nie wiem, czy miał więcej lat 
dwudziestu  
kilku; dziwnej 
 
 
 
przyjemności był brat i towarzysz, do uciesznych żartów, figlów i 
bombansów  
szczególnie sprawny, a już to ciężka musiała być melancholia, 
którejby  
konceptami swemi nie potrafił odpędzić. 
Spadł na Ruś tutejszą, jak z muszkietu wystrzelony, głodny i goły jak 
Tatarzyn  
na stepie; w jednym kolecie i burce, na zbiedzonej szkapie przedarł się 
pod Lwów  
i w Żółkwi niespodziewane znalazł przytulenie. Rodzice jego byli 
szlachta  
słuszni i possesionati, ojciec wkupił go na regestr chorągwi 
petyhorskiej  
niegdyś imienia Jego Mości Królewicza Xawiera, a że był wielki 
przyjaciel i  
adherent księcia wojewody wileńskiego, więc kiedy ten pan przeciw 
Moskwie w pole  
ruszył, młody Kryszpin za konfederacyą pod znaki Radziwiłłowskie 
pospieszył. Nie  
długa to była kampania; książę wojewoda niebawem placu ustąpić 
musiał; a kto z  
jego wojska 
 
 
 
zawczasu o sobie nie radził, temu kwaśno było. Kryszpin dostał się w 
ręce  

background image

furwachtu rossyjskiego, ale że był zuchwałego animuszu, gdzieś na 
noclegu szabli  
się dorwał, kozaków dwóch zarąbał, trzeciego z konia zsadził i na 
kozackiej  
szkapie uciekł. Do pana ojca wracać i trudno było i niebezpieczno, 
zrezolwował  
się tedy iść za fortuną pana wojewody, tak sobie myśląc, że go kędyś 
jeszcze  
rysią dopędzi na popasie. Szukał Radziwiłła jak wiatr a w polu, a że 
mu ktoś  
powiedział, że pan ten pewnie do swych dóbr żółkiewskich uszedł, 
wziął się w te  
strony, a kiedy po mnogich awanturach i dobrze zaznawszy biedy 
stanął w Żółkwi,  
bardzo mu było markotno, bo się przekonał nareszcie, że Radziwiłła 
tam nie masz,  
a zato jest rossyjska komenda białozerskiego pułku z korpusu generała  
Kreczetnikowa. Miał już drapnąć znowu, kiedy oto spotyka nagle 
dobrego zna- 
 
 
 
jomego Litwina także, a nawet krewniaka swego, JMpana 
Marchockiego, Cześnika  
czerwonogrodzkiego, chorążego petyhorskiego znaku, któremu to 
Marchockiemu  
książę wojewoda wileński oddał jurysdykcyę zamkową, jako 
staroście. Ten go tedy  
wziął, ogarnął, przed rossyjskiemi zwiadami uchował i u siebie 
chętnem sercem aż  
do dalszej jakiej mutacyi rzeczy zatrzymał. 
Kryszpin w Żółkwi srodze się nudził i na sukurs pieniężny od ojca 
czekał, a od  
czasu do czasu do Lwowa zaglądał, gdzie, że lubił wesołą i wojskową 
kompanię, do  
mnie i do oficerów moich się przypytał, nie bacząc na to, że my, 
dragonia  

background image

cudzoziemskiego autoramentu, jako żołnierze Króla Jego Mości za 
inną szli  
partyą. 
 — A to mnie nie zawadzi — mawiał do nas — że ja z Waćpanami 
komitywę  
przyjacielską trzymam, abym do was 
 
 
 
nie strzelał, kiedy ze swoimi będę, a Waćpanom w polu do oczu stanę. 
Bardzo my tego Kryszpina polubili, a już najbardziej za jego 
wdzięczne śpiewanie  
przy szpinecie, za opowieści krotochwilne i przeróżne fraszki i 
przekwinty,  
które zawsze bez niczyjego kontemptu były, bo wszystkich śmieszył, 
a nikogo nie  
ugryzł. 
Owo pewnego razu przyjechał do Lwowa Kryszpin na owej szkapie 
kozackiej, na  
której był uciekł, a której się ciągle trzymał, jakieś niesłychane cnoty 
codzień  
w niej odkrywając, i zadyszany przybiegł na naszą kwaterę z wielką 
nowiną, jako  
mu pan ojciec jego przez pisarza ekonomii z Litwy wracającego, 
trochę pieniędzy  
przysłał i pod rygorem do powrotu wzywał, albowiem po klęsce 
księcia wojewody  
wielką weksą jest uciśniony, i pod obuchem różnych kondemnat 
jęczy, a partya  
przeciwna z wszystkich 
 
 
 
wiosek, które od księcia w tenucie miał, już go wytrzęsła, a nawet na 
ojcowiźnie  
wielką opressyę mu czyni — tak że pomocy mu synowskiej trzeba 
koniecznie. Tedy,  
jak prawił Kryszpin, choć rad temu jest, że już w Żółkwi na łasce pana  

background image

Marchockiego siedzieć nie potrzebuje, tak przecie mu bardzo 
markotno, że nas  
pożegnać będzie musiał, kto wie, czy na widzenie jeszcze, a jeśli na 
widzenie,  
czy na złe albo dobre. Owóż, żeby osłodzić gorycz separacyi, prosi 
nas  
wszystkich oficerów, abyśmy do niego do Żółkwi jechali koniecznie 
na żegnanie, a  
on na tę serdeczną waletę chce nas ugościć po petyhorsku, z 
przystojną profuzyą  
łez i wina, jakiego pewnie nawet JMĆ pan Zacharyasz Łada Zaweyda, 
mój wonczas  
subaltern - oficer, co pod różnemi znaki i w różnych służbach 
walecznie pijał i  
jest expertus specyalista, z pewnością nie zasmakował nigdy. 
 
 
 
Nie było rady i sposobu odmówić — pojechaliśmy tedy w pięciu do 
Żółkwi, gdzie  
Kryszpin w zamku mając swoją kwaterę u pana Marchockiego z 
wielką uczciwością  
nas podejmował i aż do wieczerzy zatrzymał, na której inter pocula do 
wielkiej  
ochoty wszystkim nam przyszło, tak, że i ja, com w trunkach zawsze  
wstrzemięźliwej miary baczył, tym razem dla tej animacyi jego 
serdecznej nieco  
po nad sztrych zażyłem. Kryszpin już przestał śpiewać, a Zaweyda 
zaczął, co znak  
był oczywisty, że obaj miarki mocno przebrali, ja przecież trzymałem 
się tyle,  
aby pamiętać o sobie i że już czas, aby do Lwowa nocą wracać, bo 
nazajutrz zrana  
każdy z nas jakiś służbowy ordynans miał, a pan komendant 
Korytowski pod surową  
animadwersyą regulamentów rygoru przestrzegał. Zaweyda okrutnym 
głosem począł  
pieśń pijacką: 

background image

 
 
 
Bibe, bibe, bibe, bibe! 
Tu qui satis bibe, bibe! 
Tum Zaweyda imperat! 
 
A biorąc na sztych biednego Kryszpina, którego twarz gorzała w 
płomieniach, do  
niego kierował swoje koncepta i strofy — ale kiedy już zaczął srodze 
chrypieć i  
ledwie skończyć mógł apostrofę: 
 
Kryszpin caput tibi fumat, 
Ne quis ignis te consumat, 
Stingue mero citius! — 
 
nie dałem już dalej stinguere tego pożaru, który taką oliwą gaszony 
byłby z  
naszych łbów na Żółkiew się przeniósł i całe sławetne miasto w 
nocnej  
spokojności zalarmował, ale porwałem się szybko, szpadę 
przepasałem i dałem moim  
oficerom sygnał do żegnania. Protestował się Kryszpin, puścić nie 
chciał, prawie 
 
 
 
na progu się kładł, a widząc, że na próżno, rzecze: 
— Tedy ja was odprowadzę! 
Zawołał na wyrostka, kazał osiodłać "ciotkę", bo tak nazywał swoją 
szkapę  
kozacką, siadł i z nami drogą lwowską się puścił. 
Zapomniałem z góry powiedzieć, że to zimą było; dzień piękny był, 
kiedyśmy do  
Żółkwi jechali, ale teraz nocą, choć dużego mrozu nie było i ledwie 
błoto tęgo  

background image

zakrzepło na drodze, nagle wielka się wzięła zawierucha. Ledwie 
kilka Zdrowaś  
Maryo ujechaliśmy za miasto, kiedy tak się miotać poczęła śnieżnica, 
że świata  
widać nie było. Rozmawiać z sobą nie można, nawet Zaweyda 
milczeć musiał,  
spróbowawszy kilka razy, że wiatru nie przegada. Tak tedy 
pochyliwszy się w  
siodle jechaliśmy dalej, jeden o drugim nie wiedząc. Jakoś po 
godzinie drogi  
wiatr się położył, śnieg 
 
 
 
ustał, chmury podarły się w duże szmaty na niebie i księżyc wytoczył 
się jasny i  
rumiany jak dukat holenderski na niebo. Dopiero teraz jeden i drugi 
kołnierz z  
uszu spuścił, śnieg strzepał i dokoła się rozglądnął, czyśmy gdzie w 
tej zadymce  
nie zbłądzili z drogi. 
— Kryszpin ! A gdzie Kryszpin ? — zawołał naraz Zaweyda. 
Stanęliśmy, oglądnęli się do koła — Kryszpina niema! 
Rada w radę, gdzieby się podział, a choć z początku trochę nam o 
niego trwożno  
było, tak sobie przecie jego zniknięcie skombinowaliśmy, że zapewne 
jeszcze  
zaraz za Żółkwią, kiedy śnieżnica z takim impetem się zerwała, do 
domu się  
wrócił — a nawet prawdę szczerą mówiąc, nikt z nas po tylu 
wiwatach juramentu by  
był nie złożył, jako Kryszpin istotnie wyjechał z nami z Żółkwi, bo w 
głowie tak  
samo pruszno było, jak 
 
 
 

background image

na dworze od zadymki. Noc nadto była bardzo pogodna, księżyc w 
pełni, mrozu  
malutko — nic mu się stać nie mogło.  
Nie ze wszystkiem mieliśmy racyą, jak się później pokazało, ale w to 
ugadnęliśmy  
przecież, że mu się nic złego nie stało, owszem daj Panie Boże 
każdemu taką  
przygodę, jaka się jemu zdarzyła. Czysta to osobliwość była i długo 
wszyscy w  
tych stronach o niej mówili — tandem i ja ją między moje opowieści 
kładę. 
 
* * * 
 
 
 
II. 
 
Był zacny szlachcic Ortyński, Cześnik zwinogrodzki, który między 
Lwowem a  
Żółkwią na cale sowitej włości siedział, a famę miał wielce bogatego 
ale nad  
miarę oszczędnego człeka. Ter possesionatus, bo oprócz wioski, na 
której  
mieszkał, dwie inne za Rawą posiadał jeszcze, a nadto sumy miał na 
każdym prawie  
pańskim kluczu w okolicy. Lokował na dobry procent pieniądze, miał 
hipoteczki  
okrągłe i u pana wojewody Cetnera i u pani kasztelanowej 
Humieckiej, i na  
Żółkiewszczyźnie u księcia Radzi- 
 
 
 
wiłła, a nawet łykom kulikowskim i żółkiewskim pożyczał, a 
skrzynka w domu mimo  
to pełna była. Zato przecież z skromnego szlacheckiego staniczku nie 
wychodził;  

background image

niktby był nie poznał po szlachetce, że taki sobie zapaśny, bo tem 
bardziej się  
krył z fortuną, że wielce małego animuszu już z natury i trwożliwy 
bardzo w  
zwykłym czasie, wśród powszechnych zaburzeń politycznych tej pory 
nieszczęsnej  
bał się okrutnie jakiej wygrawacyi lub wexy, a że w sercu był wielki 
oponent  
króla i całą duszą konfederacyi sprzyjał, tedy choć się z tem nigdy nie  
pokazywał, przecie własnego się cienia bał, i z tego nawet w powiecie 
był znany. 
Ten pan Ortyński wdowiec był i miał tylko jedynaczkę córkę, pannę 
Marcybellę,  
pannę wielce gładką i urodziwą, ale ją trzymał w domu jak w 
klasztorze wraz z  
ciotką jakąś daleką i za 
 
 
 
mąż wydać nie chciał, mimo że siła słusznych miała konkurentów, co 
że czynił,  
jedni mówili, ze skąpstwa, aby zięciowi oprawy w proporcyi do 
fortuny nie dać, a  
drudzy, że z wielkiego affektu rodzicielskiego do onej córki, którą tak 
miłował,  
że rozstania przenieśćby nie mógł, choć nie jeden z kawalerów 
mawiał, że i z  
posagu by rezygnował, a gołą pannę radby brał, czemu ja choć już 
stary, bardzo  
łacno wierzę. Jeden przecie konkurent statecznie koło ojca i panny 
zachodził, a  
to pan podsędek Omęta, i ten choć u panny żadnych aspektów nie 
miał, pola nie  
ustępywał, bo i trochę ojca miał po sobie i córkę cierpliwością a 
uprzykrzeniem  
zniewolić się spodziewał. Owo tej samej nocy ten pan Ortyński z 
swoich rawskich  

background image

włości, na których tylko podstarościego miał, wracał do siebie, a 
kiedy go burza  
zaskoczyła, w karczmie pod Żółkwią przeczekał 
 
 
 
i dopiero po jasnym miesiączku w dalszą drogę się puścił. Ledwie 
ćwierć mili  
ujechał, kiedy tuż obok drogi na polu widzi w świetle księżycowem 
konia,  
stojącego nad czemś czarnem, co odbijało wyraźnie na białym śniegu. 
Koń był  
kozacki i po kozacku okulbaczony i stał gdyby martwy, że zdało się, 
jakoby straż  
trzymał przy czemś. 
— Jurasz! Co to za koń tam w polu ? — pyta pan Ortyński, 
wychylając się z  
kałamaszki. 
— I koń i człek jakiś koło niego, jeno że albo spi albo zamarzł... 
— Jeźli spi, to go zbudź — mówi pan Ortyński — a jak zamarzł, to 
wieczne mu  
odpoczywanie... Ale widzi mi się, że spi tylko. 
Jurasz zlazł z kozła, poszedł do konia i zobaczył, że w śniegu leży 
młody  
człowiek w ciemnej burce, jakiej kawalerya narodowa używała, w 
kołpaczku 
 
 
 
pilśniowym na wojskowy modelusz, w dużych sztylpach z ostrogami i 
przy szabli.  
Wziął Jurasz oburącz leżącego za bary, potrząsł nim jak snopem raz, 
potrząsł  
drugi, że jużby innego i roztrząsł był z kretesem, ale on nieboraczek 
ani powiek  
nie rozwarł ani najmniejszego dał znaku żywota. 
 — Zamarzł panie! — rzecze. 

background image

 — Requiescat in pace...  — mruknął p. Ortyński a z ciekawości dodał 
jeszcze:  
Czy kozak? 
 — Nie kozak panie; szabla od srebra i ubranie też bardzo foremne... 
Tak coś z  
szlachecka wygląda! 
Pan Ortyński zdjęty ciekawością a i chrześciańską kommizeracyą po 
trosze, bo to  
i jaki znajomy dobry lub sąsiad mógł być, choć tego szkapa kozacka 
nie  
pokazywała — zrzucił z ramion niedźwiadki i tak w samej lisiurze 
poszedł ku  
leżącemu. Patrzy, leży młody człowiek 
 
 
 
bez tchu, ubrany przystojnie, z szabelką misternej roboty, srebrem 
bitą, z  
egretą takoż srebrną u kołpaka i złocistą agrafą przy burce — snać 
człek  
przedniejsze) kondycyi. Pochylił się ku nieżywemu, zdjął rękawicę z 
jednej ręki,  
patrzy, jest pierścień z klejnotem szlacheckim, jeno herbu odróżnić 
nie można po  
oćmie. Kazał jeszcze raz i drugi potrząść leżącego, huknąć co siły nad 
uszyma,  
strzelić z bata nad głową — źle, ani weź. Zamarzł i kwita. 
 — A co teraz zrobić ? — myśli sobie pan Ortyński, już trochę 
przestraszony i na  
samego siebie zły, że dla płochej ciekawości zatrzymał się w drodze, a 
teraz  
przygody się dopytał i kłopotu. Jechać dalej i zostawić nieznajomego, 
nieludzka  
rzecz; anuż żyw jeszcze, a gdy go odjedzie, dopiero zamarznie 
naprawdę. "Wieźć z  
sobą — także źle, gorzej może; przywieziesz do domu trupa; co z nim 
 
 

background image

 
zrobisz; masz tobie gościa! Może najlepiej i zostawić; a com ja temu 
winien;  
zamarzł bezemnie, nie odmarznie przy mnie... Ot najlepiej, wrócę z 
nim do  
karczmy, tam zostawię, a sam się od wszystkiego salwować będę... 
Kiedy bo  
szlachcic, widać to z szabli i z klejnotu — a kiedy szlachcic, to i 
katolik —  
ostatnia tandem rzecz zostawić zwłoki u żyda. A nuż nieboraczek przy 
sobie grosz  
ma jaki, obedrą go; na sumieniu to będzie... Zresztą wracać do 
karczmy taka  
droga, jak do domu. Co robić ? 
Tak się bił z myślami pan Ortyński, i urwać się chciał od wszystkiego 
i żal mu  
było, i bał się i znowu wstydził — aż nareście uczciwość szlachecka 
prym wzięła  
i zrezolwował się brać z sobą nieżywego. Wzięli go obaj ze sługą, 
wrzucili do  
kałamaszki, szkapę przytroczyli i pojechali do domu. Przez drogę 
bardzo  
markotny, i zafrasowany był pan 
 
 
 
Ortyński — straszno mu było towarzysza; gdyby się nie bał sumienia i 
nie  
wstydził swego Juraszka, byłby gdzieś po drodze zsadził znowu na 
śnieg  
nieboszczyka. 
Po małym czasie kałamaszka stanęła przed domem. Świeciło się 
jeszcze w dwóch  
oknach, to panna Marcybella czekała z ciotką na ojca, trzymając w 
pogotowiu  
wieczerzę. Pan Ortyński kazał cicho zajechać i nie strzelać z bata, bo 
bał się  

background image

kobiety przestraszyć takim gościem; przywołał pachołka i kazał mu 
wraz z  
Juraszem zanieść nieboszczyka po cichu do alkierza i tam złożyć na 
zydlu a  
szkapę zaprowadzić do stajni, innego zaś sługę wysłał co tchu do 
księdza  
plebana, aby z nim zrobić consilium, co w takim dziwnym a fatalnym 
terminie  
dalej począć, i aby znalezionego nieboszczyka umieścić zaraz w 
kruchcie  
kościelnej. 
Kiedy pan Ortyński wszedł do izby, chciał się uśmiechnąć, jako był 
 
 
 
zwykł, do swojej kochanej Marcysi, ale mu to zastygło na ustach i ani 
rusz było  
przytłumić frasobliwej dystrakcyi. A było przecież z czego radować 
się  
ojcowskiemu sercu, bo widok takiej dziewczyny gładkiej i urodziwej 
aż pogodę w  
duszy robił — takie to było wdzięczne, a hoże, a miłe i wesołe. Nie 
gadali za  
wiele w powiecie; piękniejszej panny pewno nie było w całej okolicy. 
Nuż teraz  
pytać, molestować, inkwizycyę czynić ze starym: a co ci jest, czyś 
słaby, a czy  
z frasunkiem wracasz, a czemuś taki mruczny? Stary się zbywał, jak 
mógł,  
powiada: zimno jest, jeść mi się chce — i zasiadł do wieczerzy, ale 
nie smaczno  
mu było; co kąsek wziął, to go okrutnym haustem wina zalewał. A 
jako wino dobry  
pocieszyciel jest, rezolucyi dodaje i krzepi upadły animusz, tedy i 
panu  
Ortyńskiemu cieplej się zrobiło i odważniej na sercu, a nawet 
 
 

background image

 
sam się wziął w myśli strofować, czemu się tak po babsku przestraszył 
swoim  
martwym gościem w alkierzu. 
 — Albom ja ten mróz był, co go ukrzepł na śmierć, albo co? Oddam 
go księdzu do  
kruchty, dam na mszę za duszę biedną szlachecką, nawet pogrzeb 
sprawię — a tak  
czego więcej chcieć i co lepszego począć ! 
Tak sobie powiedziawszy pan Ortyński, uśmiechnął się do Marcysi, w 
nadobne czoło  
z ojcowską czułością pocałował i znowu węgrzyna pociągnął. 
Jeszcze miał szklankę przy ustach, gdy nagle dreń... dreń... 
zadzwoniły w  
sąsiednim pokoju ostrogi i zastukał silny krok męzki. Pan Ortyński 
drgnął cały i  
aż wino przelał, panna Marcybella porwała się z krzesła, oboje 
spojrzeli w  
stronę, zkąd kroki słychać było... 
W tem drzwi z trzaskiem i z impetem rozwarte, zajęczały w 
wrzeciądzach 
 
 
 
jak dusza potępiona — a w progu stanął... kto... owo nieboszczyk 
znaleziony w  
śniegu... a nie kto inny także, jak JMĆ pan Rafał Kryszpin, sowity 
towarzysz  
petyhorskiej chorągwi Jego Mości Królewicza Xawiera!... 
Pan Ortyński porwał się na równe nogi, ale w tej chwili zachwiały mu 
się kolana,  
i opuszczając szklankę na stół, zapadł się w karle i przerażonym 
głosem zawołał: 
 — Wszelki duch chwali Pana Boga!... 
Petyhorzec tymczasem jakby nie widząc nikogo, obcesem sunie do 
stoła, bierze  
szklanicę, nalewa wina, a wychyliwszy do dna, zaczyna śpiewkę tam, 
gdzie ją pan  

background image

porucznik Zaweyda urwał był w Żółkwi: 
 
Kryszpin / caput tibi fumat, 
Ne quis ignis te consumat.... 
 
Ale nie skończył, bo powiódłszy okiem po izbie, znać pomiarkował 
się 
 
 
 
zaraz, że to nie owa wesoła kompania, z którą na waletę pił w 
Żółkwi... Stał  
chwilę bez kontenansu, do gruntu skonfundowany, uderzył się w 
czoło, przetarł  
oczy, począł się cofać w tył, jakby chciał solwować się retyradą, 
zatrzymał się  
znowu, ukłonił się z wielkim respektem staremu szlachcicowi, ukłonił 
się  
ciotuni, ukłonił się po raz trzeci posuwiście i z kawalerską galanteryą 
pannie  
Marcybelli i niepewnym głosem ale solennie zawołał: 
 — Mój Mości Panie Dobrodzieju! Moja Jej Mość Pani Dobrodziejko! 
Moja Mościa  
Panno Dobrodziejko!... 
I znowu trzy razy z osobna z wielką profuzyą pokornego respektu się 
ukłonił,  
lewą ręką po furdymencie uderzył, prawą wąsa podkręcił, karwasz u 
rękawicy  
odpiął, chrząknął, chciał coś powiedzieć, ale głos połknął, i tylko 
wielkiemi 
 
 
 
oczyma i z śmieszną admiracyą to na pułap, to na podłogę patrzył... 
 — Tak trwało dobrą chwilę i nie wiedzieć ktoby się był pierwszy 
odezwał i  
pierwszy ocknął, czy sam gospodarz z przestrachu, czy Petyhorzec z 
konfuzyi, czy  

background image

panna Marcybella z zdziwienia, kiedy jakby na zawołanie stanął we 
drzwiach  
ksiądz pleban, który przybywszy z parą dziadków i marami, jak o to 
był proszony,  
już w alkierzu nieboszczyka nie zastał i do pokoju wszedł, nic nie 
pojmując z  
tego enigmatu. Zbliża się tedy ksiądz ku gospodarzowi i rzecze 
półgłosem: 
 — Laudetur Jesus Christus! A gdzież ów nieboszczyk mizeraczek? 
Pan Ortyński, któremu komparencya duchownej osoby dodała od razu 
odwagi, wstał z  
krzesła, rękę podniósł i palcem wyciągniętym na Petyhorca 
wskazując, zawołał: 
 
 
 
 — Oto proszę jegomości nieboszczyk, oto mizeraczek! 
Wszyscy znowu z podziwieniem wielkim spojrzeli po Kryszpinie, bo 
nikt prócz p.  
Cześnika nic nie rozumiał, a już najmniej sam towarzysz petyhorski. 
Zawszeć  
przecie na tem się połapał, że go nieboszczykiem nazwano i rzecze: 
 — Mam honor rekomendować się z osobliwszym respektem całej 
przezacnej kompanji:  
Jestem Rafał Kryszpin, własnego herbu, towarzysz petyhorskiej 
chorągwi Jego  
Mości Królewicza Xawiera, ale nie nieboszczyk jeszcze, chociaż 
zawsze śmiertelny  
do tego tytułu kandydat! 
 — To Waćpan żyw! — zawołał p. Ortyński na pół kontent, na pół 
zły, że się  
daremnie tak trapił swoją przygodą. 
 — Mnie się widzi, żem żyw, albo Wacpaństwu inaczej ? — odparł z 
uśmiechem  
Kryszpin i spojrzał z kawalerską 
 
 
 

background image

zalotnością wprost w czarne oczy panny Marcybelli. 
Pokraśniała dzieweczka aż po uszka i szybko głowę spuściła, a p. 
Ortyński pyta  
dalej: 
— To Waćpan, Mości towarzyszu, nie zamarzł ? 
— Jeślim zamarzł — rzecze już śmiało i wesoło Petyhorzec — to 
chyba umyślnie na  
to, aby tu odtajać.... — i znowu spojrzał się znacząco na pannę 
Marcybellę. —  
Ale mój Mości Panie Dobrodzieju — dodał kłaniając się z 
przystojnym respektem  
cześnikowi — teraz ja proszę pokornie o pozwolenie uczynić 
wzajemne zapytania,  
choć nie wiem, od czego zacząć. Żem tu jest, gdziem być widocznie 
nie miał, to  
już wiem, ale jak się tu dostałem, to już prawdziwie dla mnie enigma. 
Tedy aż  
pytać się nie śmiem; ubi, quomodo, guando, cur, quibus auxiliis? 
 
 
 
— Ubi? na śniegu znalazłem Waćpana, Mości towarzyszu; quando? 
przed dwoma  
godzinami; cur? boś Waćpan leżał nieżywy i żal mi było zostawić 
szlacheckie i  
katolickie zwłoki na czystem polu wilkom na wieczerzę... Ale tak 
jeszcze lepiej  
jak się stało; siadaj Waćpan, pokrzep się winem i opowiadaj, co na 
tamtym  
świecie słychać?... 
Kryszpinowi dwa razy tego nie gadaj; odpiął szablę, zasiadł do stołu, 
a za pół  
godziny już tak wesoło rozmawiał i żartował, jak by Bóg wie odkąd 
był  
konfidentem domu lub do familji należał. I patrzcież owo, tak ten 
niecnota  
Litwin z miejsca wszystkich za serca począł brać, tak całą kompanią 
zabawić  

background image

umiał, do każdego wieku i stanu sprytnie się akkomodując, że już 
dawno północ  
wybiła, a nikt o spaniu nie myślał, i księdzu plebanowi do domu się 
nie kwapiło. 
 
 
 
Dano Petyhorcowi posłanie do alkierza, a kiedy już znalazł się na 
pościeli,  
dopiero medytować gruntownie począł, jakim sposobem znalazł się w 
tym domu.  
Przypomniał sobie, że z nami na świeże powietrze wyjechawszy, jakiś 
czas od  
biedy jechał, choć firmament cały dokoła niego chodził, ale później 
tak go  
krzepka aura zimowa zmogła, taka senność go wzięła ciężka, że się 
ołowiem zsunął  
z konia i co już dalej było, nie pamięta. Szczęście jego, że szkapa z 
kozackiej  
szkoły była i nie odbieżała pana ani kroku, bo inaczej pan Ortyński 
nie widząc  
konia i jeźdźca w śniegu nie byłby dojrzał — a wtedy bywaj zdrów 
towarzyszu i do  
zobaczenia przy apelu na Jozafata kampanencie! 
 
* * * 
 
 
 
III. 
 
Tak medytując, zasnął Petyhorzec smaczno i zdrowo i jeszcze na 
domiar same  
deliciosa mu się śniły, a tych fantazyj sennych protagonistką była 
śliczna panna  
Marcybella, z gładkiem, puszystem liczkiem i oczami pełnemi 
czarnego a słodkiego  

background image

blasku.... Kiedy się rano ocknął, już gospodarz dawno był wstał i z 
ranną  
polewką gościa czekał. Kryszpin tym razem solenną minę przybrał i z 
wielce  
układną swadą począł wywodzić afekta wdzięczności za ratunek od 
ciężkiej  
przygody a może i śmierci, przepraszając 
 
 
 
zarazem, że kłopot sprawił jegomości a może i gościnności nadużył, 
bo zaraz  
winien się był wracać do domu. Tedy dziękując raz jeszcze i 
zapewniając o  
wiecznych sentymentach wdzięcznego serca, pan Kryszpin żegnać się 
począł i  
prosił, by mu szkapę osiodłano. 
— Wiesz Waćpan co — rzecze Cześnik — zostań się nam jeszcze. 
Jutro moje  
imieniny, przyjedzie kilku panów braci i sąsiadów, jakieś panienki 
także się  
znajdą, bo ty wiesz, że to wszędy wdzięcznie rasta — będzie mała 
ochota....  
Daruj nam te dwa dni jeszcze, trzeciego pojedziesz ! 
Kryszpinowi nie trzeba było dużo perswazyi, tedy z pięknym ukłonem 
mówi: 
— Jako nieboszczyk tu się dostałem, a nieboszczyków trzeciego dnia 
chowają. Tedy  
kiedy taka miła wola, zostanę do trzeciego rana, a potem umykać 
będę. o żywo,  
aby nie wrócił dziadek z marami 
 
 
 
Został tedy i dobrze mu było, a i całemu domowi z nim niegorzej. 
Odgadł frant  
temperamenta wszystkich osób i zkąd kogo brać; jakoż wziął 
wszystkich, chociaż  

background image

czuł dobrze, że i jego brano, a to właśnie na promienisty arkan tych 
czarnych  
oczu, co mu w sennej fantazyi tak ogniście gorzały.... 
Dość na tem, że wielka była w domu z petyhorskiego towarzysza 
pociecha i  
pożytek. Na wszystkiem się znał, o wszystkiem mówić umiał. Cioci 
dobrodziejce  
wykładał kuchnię' litewską i dyktował recepty na nowe zamorskie 
wykwinty, które  
na magnackich stołach jadał, kiedy z dworem księcia wojewody 
wileńskiego w  
Warszawie bawił, uczył ją wyborny kaliszan warzyć, petercyment 
przyprawiać na  
węgierskiem winie i ala brysz gotować, co to ma być sos nad sosami, 
rzetelne  
exfractum wszelkiej smakowitości. 
 
 
 
Pannie Marcybelli na szpinecie nowe arye grywał i najnowsze 
piosenki śpiewał, a  
o modach tak gruntowny dyskurs z nią prowadził, że pan Ortyński 
nadziwować się  
nie mógł, zkąd ten Petyhorzec z zapadłej Litwy tak perfecte 
warszawskie  
elegantki jak węże opisywać umie, prawiąc szeroce, jakie teraz piękne 
panie w  
stolicy sukienki noszą, jak się w formie pozmieniały korneciki i 
dueciki, jak  
się bryzują koronki i jak angażanty i manele z mody wychodzą. Tylko 
tego nie  
śmiał powiedzieć, że piękne panie na dworze młodego króla dlatego 
już kryz  
bryzowanych na szyi nie noszą ani angażantów na rękach, bo ramiona 
i pierś  
śnieżystą, kiedy niczem nie nakryte, za najstrojniejsze sobie mają. 
Panna  

background image

Marcybella, w skromności szlacheckiej chowana, która zawsze 
myślała, że jej  
czarne warkocze przetkane srebrnym bajorkiem, najmodniejszą są 
fryzurą, nie  
mogła się na- 
 
 
 
dziwić temu wszystkiemu, ale jeszcze uważniej niż o strojach, 
słuchała, kiedy  
wesoły Petyhorzec jakieś włoskie amoroso zaspiewał. 
Nawet o księdzu plebanie Kryszpin nie zapomniał, ale mu wielką 
sprawił  
satysfakcyę, informując o nowym sposobie tarcia tabaki, 
najprzedniejszej w  
świecie meszkulancyi i prawdziwej delicyi najwybredniejszego 
choćby nosa, czy  
świeckiego czy duchownego, a to wedle sekretu swego wuja, księdza 
regensa  
kapituły wileńskiej, który tyle a tyle lewandy, tyle a tyle pergamatu, 
tyle a  
tyle koperwasu et caetera daje, z czego taka pyszna tabaka, że przed 
nią  
wszystkie santomerki, holenderki, hiszpanki i syrakuzanki w kąt idą! 
Ale największą już uciechę i największy oblektament miał JMPan 
Ortyński. Trzeba  
wiedzieć, że był to najzawziętszy 
 
 
 
w świecie politicus i statysta, i najgorętszy partyzant konfederacyi 
barskiej,  
wróg sprzysiężony króla, jego partyi, familii książąt Czartoryskich i 
aljantki  
rossyjskiej - ale to wszystko pod garncem, w czterech kątach 
domowych i aby  
nikogo nie było, jeno on jeden a piec drugi. Jak już bowiem się rzekło, 
człek  

background image

wielce mizernego był animuszu, nad wszelką miarę bojaźliwy i o 
skórę swoją i o  
fortunę, a niewiedzieć o co bardziej, bo jedno kochał nad drugie. Tedy 
im  
bardziej nienawidził króla i wszystkich jego adherentów, tem bardziej 
się bał,  
im z serdeczniejszym ferworem lgnął do partyi przeciwnej, tem 
trwożniej i  
groźniej mu było — a kiedy przyszło istotnie do tego, że opressya i 
gwałt  
zaczynał być w Rzpltej argumentem i racyą stanu, tedy już dusza była  
szlachcicowi na ramieniu. 
 
 
 
Ale że i kocieł pęknie, kiedy się do zbytku pod pokrywą nakipi, tedy i 
pan  
Ortyński musiał dawać folgę swemu rankorowi i gwałtowności 
politycznych passyj,  
a czynił to zamykając się w izbie i do srogiej księgi foliantowej 
wpisując swoje  
expektoracye. Tedy zdawało mu się, że jest okrutnie mężnym 
Rzymianinem, civis  
impavidus, co pro publico bono walecznie gardło azarduje, i pióro 
skrzypiało po  
papierze, zgrzytając okrutnie, jakby czuło i dzieliło indygnacyą 
pisarza. Tedy  
zdało się JM. Panu Ortyńskiemu, że siedzi w sejmie i prawi mowę 
przeciw  
pogwałceniu wolnych obywateli tej starej Rzpltej, to że na sejmiku 
przeciw  
familii fomentuje, to że na króla ciska groty żelazne swojej mężnej 
swady — i  
wtedy nasz szlachcic fulminant dawał tytuły: Protest JMp. Mateusza 
Ortyńskiego,  
cześnika źwinogrodzkiego, na deklaracyę JMci posła rossyjskiego 
Repnina; Głos 
 

background image

 
 
JMci pana Mateusza Ortyńskiego przeciw opressyi wolności; 
Manifest JMci pana  
Mateusza Ortyńskiego, Cześnika źwinogrodzkiego, przeciw panu 
stolnikowi  
litewskiemu, jako niegodnemu uzurpatorowi korony polskiej; 
Remanifest JMci pana  
Mateusza Ortyńskiego na manifest imperatorowej rossyjskiej itd. 
Kiedy taką mowę napisał, a przy każdem zdarzeniu publicznem 
spisywał ich kilka,  
odczytywał głośno, z partesem i srogą surowością głosu i giestu, ale 
jak w  
kominie coś trzasło, lub podedrzwiami szelest się jakiś ozwał, 
zamykał księgę i  
z trwogą porywał się z krzesła. Wielka była fantazya u tego człeka, ale 
strach  
jeszcze większy. Oprócz tych mów przeróżnych, manifestów i 
uniwersałów, spisywał  
satyry i paszkwile na wszystkich możnych ludzi, magnatów i 
ministrów, którzy do  
królewskiej partyi się liczyli; a koncypował to wcale foremnym wier- 
 
 
 
szem, z wielkim wylewem złośliwości i najuszczypliwszych 
konceptów. 
Owoż kiedy Kryszpin o swojej przeszłości się rozgadał, kiedy 
oświadczył się z  
swoją nienawiścią do partyi królewskiej, kiedy wspomniał o swojej 
wojennej  
kampanii w szeregach księcia wojewody wileńskiego przeciw 
wojskom imperatorowej  
aljantki, i jako teraz byle w domu na Litwie trochę z najpilniejszych 
interesów  
ojca otrząsł, zaraz do konfederacyi się przebiera i do ostatniej krwi 
kropli bić  

background image

się będzie — a szczerość to była nie fałsz żaden, bo in puncto swojej 
konwikcyi  
politycznej był zelant i zapaleniec wielki — kiedy się tego 
wszystkiego p.  
Ortyński nasłuchał, taka go wzięła odwaga, a raczej taka konfidencya 
do  
Petyhorca, że go w secretissima swojej inkaustowej opozycyi 
wtajemniczył. 
Teraz bywaj zdrów szpinecie, bywaj zdrowa panno Marcybello — 
stary zam- 
 
 
 
knął się z towarzyszem petyhorskim na cały dzień w kancelaryi i nuż 
mu czytać i  
czytać i czytać z tego swojego raptularza. Im dalej w las, tem więcej 
drzew — a  
że to silva rerum była, więc non claudicat comparatio  — Kryszpinowi 
było tej  
swady tak nazbyt jak topielcowi wody. Ale że grzeczny był kawaler, 
tedy nie dał  
poznać po sobie, że wolałby przy pannie Marcybelli siedzieć i że mu 
już nudno od  
tych oracyj i uniwersałów. 
 — Mości cześniku dobrodzieju — ozwał się w jednej pauzie, kiedy 
szlachcic  
płynąwszy już blisko godziny in flumine orationis nareście tchu nieco 
łapał —  
już tego Waćpan nie usprawiedliwisz ani przed tą kochaną ojczyzną 
naszą ani  
wobec potomności, że mogąc być ozdobą sejmów i luminarzem 
polityki, światło pod  
korzec chowasz.... 
Pan Cześnik aż drgnął na samą myśl, aby temi piorunami, które 
zamknął 
 
 
 

background image

w cielęcej oprawie, miał strzelać kiedy publicznie, i aż zatrzasnął 
księgę; ale  
się pomiarkował i niechcąc zdradzić się z malenkością serca, rzekł 
poważnie: 
 — A co ja szlachetką biedny, chudzina domator, sprawię, chociaż jak 
powiadasz,  
byłoby z czego pokaźnie perorować? Dziś prawda nic, siła grunt. A 
gdyby Minerwa  
sama mieszkała w zapadłym powiecie i nie miała swoich kozaków i 
dragonji, ani  
asystencyi cudzoziemskiego wojska, tedy ktoby jej słuchał? Trybunał 
z dekretem,  
Radziwiłł z muszkietem! Ale posteritas to uzna; ta księga to 
najdroższy skarb  
mój, to honor i splendor cały mego domu i mego imienia; kiedyś 
czytać będą i nie  
powiedzą, że w tych ciężkich czasach publicznych nieszczęść nie było 
człeka  
cnotliwego ducha i serdecznego ferworu dla ojczyzny! I racz to 
Waćpan za pewność  
mieć sobie, że kiedyś i pana stolnika litewskiego 
 
 
 
i księcia podkanclerzego i imperatorowej rossyjskiej nie stanie, a 
Ortyński żyć  
będzie i jako redivivus chodzić między bracią szlachtą! Synów nie 
mam, ale wnuka  
Bóg da, może się doczekam a wtedy na krzyżmo tę księgę weźmie od 
dziadka. 
Petyhorżec westchnął tęsknie i pomyślał w duszy, jakby on chętnie tę 
radość panu  
cześnikowi przyspieszył i spadkobiercę tej księdze assekurował — a 
p. Ortyński  
wziął to westchnienie za znak admiracyi i począł czytać znowu jakiś 
remanifest  
na manifest. Na szczęście Kryszpina były między temi oracyami, 
uniwersałami i  

background image

manifestami także satyry i libelle, które stary Cześnik bardzo sprytnie 
i z  
wielkim jowializmem układał. 
Inter alia były tam paszkwile, jeden na króla, czyli jak go pan 
Ortyński  
statecznie nazywał, na pana stolnika litewskiego, drugi na potężną 
aliantkę, 
 
 
 
imperatorową. Oba te wiersze tak ucieszne były w koncepcie, takie 
wesołe a  
uszczypliwe zawierały jovialitates, takie mnogie tam były salse dicta, 
że się  
wielce Petyhorcowi podobały, i racyę w tem miał, bo ja, którym je 
później  
czytał, przyznać to muszę, że choć siła wielka takich satyr i wierszy 
wonczas po  
Polsce obiegała, mało między niemi było, coby z temi mogły wejść w 
słuszny  
paragon. Kiedyś je wam wyrecytuję, bo na pamięć je umiem, jak o 
tych rzeczach  
osobno opowiadać będę, bo i to materya ciekawa, ale teraz to do 
rzeczy nie  
należy. 
 — Mości cześniku dobrodzieju — zawołał Petyhorzec, 
wysłuchawszy oba paszkwile —  
jako o łaskę Waszmości proszę, daj mi zrobić kopię z tych 
arcyprzednich wierszy. 
Cześnik przestraszony z trzaskiem zamknął księgę.  
 
 
 
 — A to na co ? — zapytał patrząc z wielkiem niedowierzaniem w 
oczy Kryszpinowi. 
Ale oczy Petyhorca tak niewinnie i szczerze się śmiały, że Pan 
Ortyński już z  
spokojniejszem sercem czekał odpowiedzi. 

background image

 — Na co? A jakże możesz tak pytać, Mości cześniku dobrodzieju! — 
wołał  
Petyhorzec. — Ależ to trzeba w świat puścić, między dobrych 
towarzyszy! A Cóżbym  
ja był dał, gdybym to miał, będąc jeszcze na dworze księcia 
wojewody  
wileńskiego? Kiedy się dostanę między swoich, a mam nadzieję, że 
rychło widzieć  
się będę w konfederackim obozie, tedy to będzie pociecha! 
Pan Ortyński zamyślił się chwilę i rzekł: 
 — A nie zdradzisz mnie Waćpan? 
 — Jakże to miałbym zdradzić Waszmości ? 
 
 
 
 — Nie powiesz nikomu, że to mego konceptu i autorstwa satyry? 
 — Jeśli wola taka Cześnika jegomości, to nie powiem nikomu. 
 — Dajesz na to verbum nobile? 
 — Verbum nobile i parol kawalerski, jakem szlachcic i towarzysz 
poważnego  
znaku! 
 — Przysięgasz ? 
 — Przysięgam! — odpowiedział Kryszpin, ale już zdziwiony 
spoglądając na  
Cześnika. 
I z was może niejeden będzie to sobie miał w wielkiem podziwieniu, 
że szlachcic  
zacny w wolnej Rzeczypospolitej, gdzie język miary nie znał, a słowo 
kresu  
zuchwałości, tak srodze się bał persekucyi. Owoż raz, jak już z góry  
napomniałem, pan Cześnik Ortyński był z natury swojej bardzo 
lękliwego serca i z  
tego już w powiecie całym dobrze go znano, a powtóre, działy się w 
tym 
 
 
 

background image

czasie rzeczy, które i śmiałego przezorności nauczyć a bojaźliwego 
srodze  
zastraszyć mogły. Nigdzie nie tak łatwo 
o srogą opressyę jak w spółeczeństwie, które swawola i niesforność 
wyważą z  
karbów ładu i prawa, i gdzie prawo to wtedy tylko ma racyę, kiedy i 
siłę ma.  
Swawola z gwałtem parą chodzą, a gdzie pierwsza rozumną wolność, 
drugi  
sprawiedliwą władzę zastępuje, tam przy ladajakiej kolizyi politycznej 
i  
wybujaniu passyj cały kraj staje się magnum latrocinium. Gdzie 
wszystko wolno,  
tam 
i gwałt pozwolony. Tak się było rozprzęgło wszystko w Rzpltej za 
owych  
opłakanych czasów moich, a do tego przybyły jeszcze takie 
zawichrzenia i srogie  
rozterki domowe, że było to niemal ustawiczne bellum omnium contra 
omnes. 
Wszędy to pono dobra reguła: na kondle deptaj, z brytany nie graj — 
ale 
 
 
 
w tych czasach, o których mówie, u nas była przykazaniem. Nigdy też 
owa  
okrzyczana wolność i równość szlachecka nie była bardziej podana w 
śmiech i  
ludibrium, niż wtedy. Prepotencya poczynała sobie sromotnie, każdy 
następywał na  
łeb adwersarzowi i usiłował go pogrążyć do ostatka. A co mówić 
wiele na exkuzę  
biednego pana Ortyńskiego, jeśli miał od siebie o dwie mile garnizon 
rossyjski i  
generała Kreczetnikowa, o kilka mil pana Xawerego Branickiego, 
trochę dalej jaką  

background image

chorągiew konfederacką — a tak trzymaj z kim chcesz, zawsze 
oberwiesz, jeśli  
cicho nie będziesz siedział. 
Albo to poczciwy pan Cześnik zwinogrodzki nie słyszał, jak i wielkie 
brytany  
przepędzano, kiedy jeszcze większe na nie poszczuto, albo nie 
wiedział, jak  
srogi odwet brali książęta Czartoryscy na księciu Karolu Radziwille, 
 
 
 
albo nie patrzył na rozbitków wojsk hetmana Branickiego, kiedy 
ścigany mizernie  
uchodził ku Węgrom, alboż nie słyszał o porwaniu senatorów, 
biskupów i magnatów?  
Kiedy ani karmazyn ani fiolety nie były bezpieczne, co dopiero gadać 
o  
szaraczku? "Śmiałków psy gryzą" — wziął sobie za dewizę pan 
Cześnik — i bał się  
bardzo, bał się okrutnie, a to jedno wolno mu było. 
Po tem, co się tu rzekło, mniej wam może będzie dziwno, że pan 
Ortyński pozwolił  
Kryszpinowi na kopię obu satyr politycznych tylko anonimiter, 
podjuramentem i w  
największej tajemnicy. Petyhorzec admiracyą tą swoją jeszcze 
bardziej wziął za  
serce pana Cześnika, a kiedy nazajutrz na imieniny zjechało się trochę 
sąsiadów,  
już go pan Ortyński jakby starego przyjaciela z wielkiemi pochwałami 
wszystkim  
prezentował. O tej zabawie nie będę już mówił — dość na 
 
 
 
tem, że Petyhorzec wszystkich ucieszył i wszystkich mocno 
ukontentował swoją  
kawalerską grzecznością, wesołą swadą, śpiewem i przeróżnemi 
konceptami. 

background image

Jednemu tylko mruczno jakoś było i krzyw się patrzył na towarzysza, 
a był to pan  
podsędek Omęta, sąsiad pana Ortyńskiego, podstarzały już wdowiec 
bezdzietny, o  
którym wam już wspominałem, jako go fama robiła konkurentem o 
śliczną rączkę  
panny cześnikównej. Ten pan Omęta mały był, łysy i przysadzistej 
pozytury,  
zalotny wielce, ale w tych niewczesnych już zalotach śmieszny — 
jakoż dworowały  
zeń kobiety, a już najbardziej panna Marcybella, której też nigdy 
wyraźnie  
deklarować się nie śmiał, tylko oczki bure po desperacku zawracał i z 
wielkiego  
afektu żałośnie wzdychał. Ale wiedział niecnota, że innych przeczeka 
i czekaniem  
cierpliwem ją weźmie, bo ojciec rad mu był 
 
 
 
i w znacznej go miał estymie, raz dlatego, że podsędek bogaty był a 
skąpy, a do  
takich ludzi Cześnik miał już wrodzoną inklinacyę, secundo, że 
podsędek, ongi  
palestrant, dobry był jurysta, i chętnie cześnikowi w każdej sprawie 
patronował,  
nic za to nie biorąc, bo wiedział, że jak dobrze pójdzie, to mu jego 
fatygę  
Cześnikówna i jej posag z sowitym okładem zapłacą. Ten tedy Omęta 
markotny był  
bardzo, że Petyhorzec tak się do panny podsadza, a ona tak 
wdzięcznie to  
przyjmuje i tak mile nań patrzy. Nie mógł nawet przenieść po sobie, 
aby Cześnika  
z przekąsem nie zapytać na boku:  
 — Jak to Waszmość nazwałeś tego... tego pętelkę ? — a trzeba 
wiedzieć, że tak  

background image

żartem zwano Petyhorców, bo srebrną pętlicę nosili na prawem 
ramieniu u koleta. 
 
 
 
 — Rafał Kryszpin, własnego herbu, szlachcic litewski, towarzysz 
poważnego  
znaku. 
 — Hm... Kryszpin, Kryszpin... jakoś mi to nie po szlachecku sonat... 
Kto wie,  
co zacz ten ptaszek i czyj towarzysz; już to najpewniej bardzo 
lekkiego znaku...  
Teraz to się tego autoramentu kawalerów tyle kręci wszędy... hm... 
hm... 
 — Ale mówię Waści panie podsędku — bronił się pan Cześnik — 
dobry szlachcic, z  
piękną parentelą, brałem go dobrze na kofessatę. Choć nie od 
rzymskich  
Crispinusów pochodzi, jak to sam śmiejąc się mówi, to zato w rodzie 
senator na  
senatorze. Jeden z ich familii był wojewodą witebskim, jeden 
biskupem żmudzkim,  
kilku było kasztelanami, jego stryj jest cywunem wileńskim, a 
kolligacya także  
nie szpetna: z Wołłowiczami, Denhoffami, Chrepto- 
 
 
 
wieżami... A zresztą jutro rano jedzie, zapewne na wieczne 
niewidzenie. 
Ostatnie słowa uspokoiły trochę pana Omętę, ale skrzywił przecie 
nosem, zrobił  
instygatorską minę i machnął ręką, jakby on temu wszystkiemu nie 
wierzył, bo co  
sam wie, to wie, i na jego wyjdzie w końcu. 
Po żwawej zabawie co bliżsi goście rozjechali się do domu, a dalszych 
na noc pan  

background image

Cześnik zatrzymał, zaś pana podsędka także, choć najbliższy sąsiad 
był, bo go  
Cześnik za przyjaciela domu uważał. Wszyscy też do snu się pokładli 
i rychło  
pewno posnęli, tylko dwoje nie spało w cześnikowskim dworze: 
panna Marcybella w  
swoim panieńskim pokoiku i Petyhorzec w alkierzu, gdzie już jako 
nieboszczyk był  
spoczywał. Panna Cześnikówna sama nie wiedziała, czemu zasnąć nie 
mogła, ale  
dziwno jej było, że co zamknie oczy, to staje przed nią 
 
 
 
uprzykrzony Petyhorzec i ani go pacierzem odpędzić, Kryszpin zato 
wiedział  
dobrze, czemu sen od niego stroni, ale tem markotniejsze miał myśli. 
Podobała mu  
się Cześnikówna, to mało powiedzieć; czuł w duszy jakiś głębszy 
sentyment niż  
płoche podobanie, poznał, że to naprawdę affekt serdeczny, rzetelny i 
przemożny.  
Wiedział, że ta miłość jest bez żadnych speransów, bo pan Cześnik, 
jak słyszał,  
szlachcic bardzo zapaśny, nie da jedynaczki przewoźnemu 
żołnierzowi, bez  
ustalonej kondycyi i bez fortuny. Gdyby to było dawniej, przed 
radziwiłłowską i  
konfederacką ruchawką, co innego; stary Kryszpin mógł wtedy 
jeszcze i los syna  
przystojnie ufiksować i sobie jeszcze sporo zostawić — ale teraz, 
kiedy ojciec  
wehemencyą zwycięzkich przeciwników zrujnowany i wszystko, co 
miał przedtem, pod  
kondemnatą było — jak tu teraz kusić się o rękę 
 
 
 

background image

cześnikównej? Piękny mi konkurent, ze śniegu zgarnięty, który nic nie 
posiada  
oprócz szkapy kozackiej, szabli i kilku dukatów na drogę do Litwy! 
Po takich  
refleksyach prawie kontent był, że jutro wyjeżdża i że choćby chciał, 
w żaden  
sposób zostać nie może dłużej, bo z okazyi, która mu się trafiała, 
najdalej  
pojutrze korzystać musiał, a później już chyba na swoim kozackim 
koniu odbywaćby  
mu przyszło podróż na Litwę. 
 
* * * 
 
 
 
IV. 
 
Nazajutrz po śniadaniu miał Petyhorzec pożegnać dom pana Cześnika. 
Smutno mu  
było i bardzo rzewno na sercu, to też przy śniadaniu nie dał się wiele  
molestować przez gospodarza, ale już sam do kielicha się rwał, 
szukając w starym  
węgrzynie osłody i pocieszenia w tej serdecznej melancholji. Nie 
chciał się dać  
poznać z swoim smutkiem; przeciwnie udawał ochotę, ale przy 
gęstych wiwatach  
udawanie to niebawem na seryo przeszło w taką desperacką wesołość 
i swawolę, że  
pono nigdy go 
 
 
 
nikt nie widział w takiej szalonej pustocie. Trząsł żarciki i przeróżne 
śmieszne  
koncepty jakby z rękawa, wznosił wiwaty, jeden ucieszniejszy niż 
drugi,  

background image

opowiadał zabawne fraszki i dykteryjki, choć zawsze z przystojnością 
wielką,  
prawił bombasty i makarony, śpiewał to rzewne to hulackie 
piosneczki — a nagle  
jakby fajerwerk zgasł, wstrząsł się, szablę przypasał i zawołał: 
 — A teraz jadę!... 
I począł żegnać Cześnika i kompanię, a pannie Marcybelli nizko się 
zdala skłonił  
i przeciągłe spojrzenie w nią utkwił, takie przeciągłe i takie 
przenikliwe,  
jakby jej wdzięczny konterfekt chciał w oko wrazić a z oka żywcem 
przenieść do  
duszy... Panna Marcybella oblała się szkarłatem, ale pierwszy raz ze 
śmiałością  
przedtem niepraktykowaną wytrzymała wejrzenie Petyhorca i dopiero 
po chwili,  
jakby się ocknęła, spuściła wsty- 
 
 
 
dliwie czarne rzęsy, a towarzyszowi się zdało, że pobladła.. 
 — Już muszę jechać! — zawołał powtórnie Petyhorzec, jakby sam 
sobie rozkazywał  
i wydarł się gwałtem cześnikowi, po którym już znać było, że więcej, 
niż zdrowo  
było, solennizował kielichem własne imieniny, bo w niewidzianej był 
wesołości i  
fantazyi. 
Cześnik, który oburącz trzymał był Petyhorca, musiał go puścić, ale 
zaproponował  
całej kompanji, aby z kielichami dała kondukt nieboszczykowi. 
Wyszli tedy  
wszyscy na ganek, jak kto stał, bo choć to zimą było, dzień był 
słoneczny i  
ciepły — a Cześnik z okrutnym szklanym puharem na czele. Przed 
gankiem stała już  
szkapa kozacka, na którą z złośliwym uśmiechem patrzył pan 
podsędek Omęta; on  

background image

też jeden w tej serdecznej sympatyi dla Petyhorca i w tem szumnem 
pożegnaniu  
udziału nie brał. 
 
 
 
Petyhorzec wspiął się lekko i z prawdziwie kawalerską gracyą na 
konia; a tak  
nawet ta mizerna szkapa kozacka, czując kogo niesie, wypiękniała i 
łeb  
szlachetnie podniosła. 
 — Stój! Stój! Strzemiennego! — zawołał pan Cześnik. — Nie 
puścimy Waćpana bez  
wiwatu! Na waletę! Strzemiennego ! 
Petyhorzec pić nie chciał; czuł dobrze, że już tych wiwatów na trzy 
zbytki miał,  
a w domu Cześnika zostać nie mógł, choćby pewnie był został z 
serdeczną ochotą,  
gdyby w fortunniejszych czasach i w mniej krytycznych 
okkurencyach zawitał był  
pod tę strzechę. 
 — Jak Waszmość pana weneruję — sumitował się — tak nie mogę, 
Mości cześniku! 
 — Strzemiennego! Na waletę! — wołał p. Ortyński, chwytając za 
cugle konia. —  
Nie puszczę Waćpana! 
 
 
 
 — Do razu sztuka — mówi Petyhorzec — a jak znowu zostanę po 
drodze gdzieś na  
polu, co będzie? 
 — Nie było ci nic za pierwszym razem, nie zjedzą cię wilcy i za 
drugim ! 
Cała kompania stała na ganku i patrzyła ze śmiechem, jak już dobrze 
podochocony  
Cześnik certował się z towarzyszem. Kryszpin powiódł okiem po 
całem gronie,  

background image

jakby do sukkursu wzywał przeciw tej wehemencyi cześnika, i oko 
jego odkryło w  
tyle za gośćmi, na progu, nadobną pannę cześnikównę. Jakby mu jakiś 
dobry  
koncept zaświtał nagle w głowie, zwrócił się w siodle i rzekł: 
 — Tandem dobrze, Mości cześniku, ale pod kapitalną kondycyą! 
 — Furda wszelkie kondycye, ale wypić Waćpan musisz! — woła 
Cześnik. 
 — Wypiję, ale na parol kawalerski — rzecze na to Petyhorzec — 
tylko 
 
 
 
wtedy, jeźli.... jeźli panna Marcybella przepije do mnie 
strzemiennego: 
 — Marcyś! — zawołał rozochocony p. Ortyński — przepij do pana 
Kryszpina! 
Wszyscy zwrócili się do panny Marcybelli, a Cześnikówna z mocnym 
rumieńcem na  
liczku, ale śmiało i rezolutnie wysunęła się naprzód, wzięła od ojca 
ową srogą  
szklanicę i podnosząc do góry, umaczała różane usta w winie. Potem 
cała  
spłoniona, ale z wdzięcznym uśmiechem podała kielich Petyhorcowi. 
Kryszpinowi  
oczy się zapaliły żywym płomieniem, podniósł się w siodle, zdjął 
kołpaczek z  
głowy, odebrał z rąk cześnikównej kielich i wychylił go jednym 
potężnym haustem  
do dna. 
 — Wiwat Litwa! Wiwat znak petyhorski! — zawołała cała kompania 
na ganku. 
Petyhorzec nic nie mówiąc, wydobył prawą ręką z olstra pistolet, lewą 
usta- 
 
 
 

background image

wił próżny puhar na łbie koniowi, który ani uchem ruszył, jakby 
przeczuwał i  
respektował wolę pana — a wymierzywszy, dał ognia do puhara. 
Szkło prysnęło w  
drobne kawałki, a szkapa kozacka łbem tylko zlekka potrząsła. 
 — Ego ultimus!  — zawołał solennie Petyhorzec. — Aby niczyje usta 
nie tknęły  
się już puhara, z którego piła do mnie Jejmość panna Cześnikówna! 
Podobał się ten koncept kawalerski kompanii bardzo — a Kryszpin w 
tejże chwili  
zeskoczył z konia i przystępując obcesem do Cześnika, rzucił kołpak 
na ziemię,  
ścisnął kolana starego i w takie ozwał się słowa: 
 — Mości cześniku dobrodzieju, panie a panie mój, wielce szanowny 
a sercu miły!  
Nie jestem praktyk filozofów pogańskich ani swada cycerońska nie 
wybrała sobie  
za górnolotny puzon mojego żołnierskiego języka. Ale nie potrzeba 
tego 
 
 
 
demonstrować mądremi dictami starych filozofów, bo ani Platon ani 
Katon, ani  
Boecyusz ani Lukrecyusz nie negują tego, że raz tylko człek się rodzi i 
raz  
tylko umiera! Tymczasem owo masz tu Waszmość dobrodziej przed 
sobą excepcyą  
rzadką i wielce osobliwą, stoi przed Tobą Mości cześniku człek 
pokorny, który  
już jakoby dwa razy się urodził, i raz już umarł był, a drugi raz 
niezawodnie  
umrze. Tym człowiekiem ja jestem, najniższy pachołek Waszmości, 
Rafał własnego  
klejnotu Kryszpin, towarzysz . sowity petyhorskiej chorągwi Jego 
Królewskiej  
Mości Królewicza Xawiera! Alboż z szczególnej łaskawości i wielce 
szlachetnej  

background image

kommizeracyi Waszmość Pana mego nie obudziłem się do życia jako 
on sławny  
Piotrowin, w chwili kiedy Boreasze spiewać mi miały De profundis, a 
wilcy srogie  
bestye, dzwonić zębami na żałobne żegnanie tego świata? Owo 
 
 
 
tedy dwóch ojców mam; jeden pan rodzic mój po krwi, który na 
Litwie siedzi,  
drugi po samarytańskiem miłosierdziu i sercu, a temu teraz z 
serdecznym affektem  
wdzięcznej weneracyi kolana ściskam i całuję! 
Tu Petyhorzec ścisnął kolana pana Ortyńskiego i tak mówił dalej: 
 — A kiedy tak cudowna Opatrzność zrządziła, że mi Waszmość 
dobrodziej drugim  
ojcem się stałeś, tedy niechaj to ojcowstwo zdwoi się w tytule i 
najsłodszym  
zapieczętuje się aktem, a mnie aż do ostatniego tchnienia duszy do 
tego domu i  
do serca Waszmości przykowa — a tak mnie za syna swego miej i 
jako zięciu  
Twojemu błogosław! 
Nikt się takiej deklaracyi nie spodziewał i wszyscy też za nowy 
zabawny żart ją  
sobie mając, poczęli śmiać się i wołać na Cześnika: 
 
 
 
 — Przyjmij, przyjmij Waszmość i błogosław! 
Pan Ortyński nie inaczej także oracyę tę zrozumiał, a że dobrze był 
animowany  
trunkiem, tedy bez żadnego wahania obu dłoniami głowę Petyhorca 
ścisnął, w czoło  
go ucałował i rzekł: 
 — Przyjmuję, przyjmuję! Petyhorzec porwał się na równe nogi, 
poskoczył ku  
pannie Marcybelli i klękając zawołał: 

background image

 — Nie ma tak zuchwałego na świecie pachołka jak serce, moja Mości 
panno  
cześnikówno, i nie ma takiej szalonej imprezy, którejby się nie ważyło 
— a cóż  
dopiero, kiedy mu takie łaskawe słowa, jak pana Cześnika 
dobrodzieja, dodadzą  
jeszcze alimentu! Tedy ono na hazard wielki się rzuca, w ogień idzie, 
po srogą  
alternatywę sięga, pod miecz samo się kładzie, i wyrok u wielkiego 
zaiste  
trybunału na siebie prowokuje, choć wie, 
 
 
 
ie dwie tylko sentencye mogą być ferowane, a trzeciej już nie masz 
pośredniej: —  
śmierć albo życie, słodka szczęśliwość albo ostatnia gorżkość 
desperacyi! Oto  
mnie Waćpanna widzisz w tej ciężkiej i udręczonej alternatywie — 
miecz masz w  
rączce i łaskę, szczęście i potępienie — czekam struchlały wyroku, a 
innego  
patrona nie mam, oprócz najczulszych sentymentów i 
najstateczniejszej inklinacyi  
serca mego! Niechaj padną kości, niech się rezolwuja losy moje, 
niechaj słyszę,  
czy za wolą ojca serce Waćpanny, i czy przyjmujesz mnie za 
wiernego sługę i  
dozgonnego towarzysza swego! 
Wszyscy obrócili się ku pannie Marcybelli z admiracyą takiej 
osobliwej sceny i z  
ciekawością wielką, jak się też Cześnikówna z takiej kłopotliwej 
okkurencyi  
wywinie. Ale panna Marcybella, choć cała w ognistych rumieńcach, 
żadnej  
nieśmiałości lub konfuzyi poznać po sobie 
 
 

background image

 
nie dała, a łagodząc determinacyę swoją pół wstydliwym pół 
szczęśliwym  
uśmiechem, podała rękę Petyhorcowi i ozwała się wyrazistym, 
mocnym głosem: 
 — Za wolą pana ojca mego i serca Waćpana, jeśli nie fałszywe, 
przyjmuję! 
 — Wiwat Cześnikówna! Wiwat młoda para! — zawołała cała 
kompania, jednego pana  
Omętę wyjąwszy, który aż pożółkł od gniewu i zazdrości, a wąs 
kręcąc, coś  
mruczał niezrozumiale. 
 — A teraz zostanę ! — zawołał z serdeczną fantazyą Kryszpin, a 
przyciskając do  
ust rączkę panny Marcybelli i podając jej kawalerskim giestem ramię, 
z ganku do  
komnat zawrócił. 
Za jego przykładem poszli wszyscy, a kiedy zaczęto na pół seryo, na 
pół  
żartobliwie winszować parze tak niespodziewanie na strzemiennem 
zdeklarowanej,  
pan Omęta nie mógł już wytrzymać 
 
 
 
i chwytając za ramię pana Ortyńskiego, tak mówi do niego: 
 — Jakto! I Waszmość pozwalasz na to, i Waszmość patrzysz na to 
spokojnie! 
Pan Cześnik, któremu już także nieco się opacznie wydała ta scena, 
tak że w  
końcu osłupiały patrzał na wszystko, jak na jakie theatrum 
mięsopustne, rzecze z  
nieszczerym śmiechem: 
 — Toż to żart, kochany podsędku dobrodzieju, żart zwyczajny, a udał 
się bardzo,  
bo całą kompanię zabawił. 
Podsędek w tej chwili popatrzył w stronę, w której byli Petyhorzec i 
Mar  

background image

cybella, i widzi, jak się niecnota towarzysz do panny przysadził, jak za 
rączkę  
zalotnie ją trzyma i coś słodkiego bardzo szepce, a panna tylko się 
rumieni i  
ślicznie uśmiecha, a czasem z pod spuszczonych rzęs tak oczkiem na 
szczęśliwego  
Kryszpina strzeli, że aż. wyskocz ze skóry! 
 
 
 
 — Ależ cześniku — woła podsędek — on to na seryo bierze, dalipan 
na seryo! 
 — Imaginacya! — rzecze na to pan Ortyński, ale sam uważa, że 
Kryszpin tak mówi  
z Marcysią, jakby rzetelnie byli już po słowie. 
Zdjął go lęk i stracił kontenans, bo nie wiedział, jakby to gładko i 
delikatnie,  
bez niczyjej obrazy, położyć koniec temu żartowi, który go tak przed 
chwilą  
jeszcze ucieszył. Zbliża się tedy powoli ku Petyhorcowi i córce, i 
poszukawszy  
konceptu, mówi: 
 — Nie ładnie to przecie, Mości towarzyszu, żeś Waćpan nie szczery 
był ze  
mną.... Przysięgałeś się Waćpan na wszystko, że musisz zaraz jechać, 
że okazya  
na Litwę czekać nie może, tymczasem owo pokazała się prawda, że 
nic pilnego nie  
było.... 
 
 
 
 — Jak Waszmości kocham i weneruję — rzecze na to Kryszpin — 
tak mi w drogę czas  
było i chwili bawić już nie mogłem. Ale gdy taki niespodziewany i 
nad wyrażenie  
szczęśliwy zaszedł impedyment, tedy mi mój ojciec łacno wybaczy, a 
jak srogi  

background image

będzie, to mi panna Marcybella w potężny przyjdzie sukkurs... 
 — A o jakim to impedymencie Waćpan mówisz? — pyta pan 
Ortyński trochę niepewnym  
głosem. 
 — O tym, co właśnie zaszedł przed chwilą za osobliwą łaską i wolą 
Twoją, Mości  
cześniku, i panny Marcybelli. 
 — To.... to.... — jąka się Cześnik, srodze zakłopotany — to Waćpan 
to na seryo  
bierze? 
 — Jakto, czy na seryo? — zawoła żywo Petyhorzec — a jakąż to 
opinię o mnie  
masz, Mości cześniku, abym ja takich żartów sobie pozwalał i taki so- 
 
 
 
lenny moment życia mego miał sobie za krotochwilę! 
 — A ja, panie towarzyszu — mówi Cześnik zupełnie już trzeźwy — 
ja właśnie to  
wszystko za żart biorę.... 
 — Jakto ? — żwawo natarł Petyhorzec — i swoje słowo ?... 
 — I moje słowo! Chyba Waćpan i teraz jeszcze chcesz ten żart 
kontynuować; a to  
Waćpanu powiem, że przeciw wszelkiej regule, bo żart niech bywa 
krótki, kiedy  
się ma podobać.... Marcyś — dodał, spozierając poważnie na córkę — 
i ty  
poświadcz to panu Kryszpinowi! 
Petyhorzec popatrzył bystro i przeciągle na cześnikównę; panna 
pobladła nagle,  
spuściła oczy i nic nie rzekła. 
 — Tedy niech to Waćpan słyszy z ust Marcybelli, jeśli ci tego trzeba 
— mówi  
stary już w passyi.... Marcyś! 
Panna Marcybella ciągle milczała. 
 
 
 

background image

 — Panno cześnikówno — odzywa się teraz do niej Petyhorzec — i ja 
pokornie  
proszę o odpowiedź, czy to na żart było, czy seryo? 
Panna Marcybella powstała, spoglądnęła z determinacyą na ojca i 
odpowiedziała  
głośno: 
 — Na seryo. 
Zrobiła się cisza w pokoju, żeby mak siał, a pan Ortyński stał chwilę  
skamieniały; usta mu drżały od passyi i słowa jednego wyrzec nie 
mógł. 
 — Na seryo! Na seryo! — zawołał nareście. — Nauczę ja cię 
mospanno myśleć o  
takich rzeczach na seryo ! Idź mi natychmiast do swego pokoju i gotuj 
sobie  
węzełek; jutro zawiozę waćpannę do panien Benedyktynek do 
Lwowa, a takie ci tam  
podyktuję rekollekcye, że aspannie wyklaruje się należycie, jak to 
czasem żarty  
na płaczu się kończą! A Waćpan fora z mojego domu ! 
 
 
 
 — To i pojadę — odpowiada na to przez łzy, ale z śmiałą 
determinacyą panna  
Marcybella — pojadę i choćby nie wrócę, bo wolę nawet obłóczyny 
niż ślub z kim  
innym a nie z p. Kryszpinem, któremu dałam słowo! 
Ale tu już koniec był sile i odwadze biednej panienki; ledwie słów 
tych  
domówiła, zaniosła się wielkim płaczem i z rzewnem szlochaniem 
wybiegła z  
pokoju. 
Staremu niedobrze się zrobiło: na taką desperacyę córki nie był 
przygotowany;  
zmiękł od razu widząc ukochaną dzieweczkę swoją całą we łzach i 
srogiej żałości. 
 — Marcyś! Marcyś! — zawołał już łagodniejszym głosem, i gdyby 
go wstyd nie  

background image

było, byłby za nią pobiegł do izdebki. 
 — Mości cześniku dobrodzieju! — zawołał teraz Kryszpin żwawo i z 
rezolucyą. —  
Nikt z żadnego Kryszpina nie 
 
 
 
stroił sobie jeszcze żartów, a i Waszmość nie będziesz! Nie wydam na 
szyderstwo  
moich affektów czystych i serdecznych, a Waćpan nie litujesz się krwi 
własnej,  
jeżeli krotochwilę czynisz z sentymentów i słowa własnego dziecka! 
A chociaż ja  
tu między wami tylko przewoźny z cudzych stron szlachcic jestem, 
sam przecie  
mego prawa poszukam i przyjaciół sobie znajdę! To rzekłszy z 
marsem i mężną  
determinacyą, Kryszpin impetem z izby wybiegł i do alkierza 
pospieszył, aby  
burkę i szabelkę wziąć, którą przed chwilą po onej deklaracyi 
pacholikowi był  
oddał. I owo jaka dziwna rzecz; przed momentem, kiedy deklaracyą 
ojcu i pannie  
czynił, sam tego za poważną imprezę nie brał, a szedł tylko za 
obcesowym głosem  
młodej fantazyi i nieco przebranej swawoli, ale kiedy rzecz tak 
niespodzianie  
się zmieniła, że panna naprawdę obligować się decydowała, 
 
 
 
i statecznie trwała przy słowie, tedy ta odważna stateczność 
cześnikównej taką  
mocną nań wywarła impressyę, że co sam za żart miał, teraz za 
nieodmienną  
rezolucyę losów, a co większa rzecz jest, za widoczną wolę Bożą 
poczytał. A  

background image

kiedy tak Pan Bóg chce, kiedy tak Cześnikówna chce, i on sam rad 
takiemu losowi  
— czemu p. Ortyński chciećby nie miał, a jeśli nie chce, czemu się 
ukorzyć nie  
ma przed zrządzeniem losu i przed siłą prawego sentymentu ? 
Przeciem ja  
szlachcic — myślał sobie Kryszpin — i to lepszy od p. Ortyńskiego, a 
że on  
bogatszy, tedy ja nie o skrzynkę jego, ale o pannę proszę, a na Litwie 
jeszcze  
żaden z Kryszpinów nie zginął. I przypomniała mu się opowieść ojca, 
że w ziemi  
gostyńskiej podobny właśnie zdarzył się wypadek, jako pewien pan 
Sołłohub, pod  
regimentem dragonji litewskiej oficer, w domu pana Szamowskiego, 
gdzie na  
eksakcyi 
 
 
 
przebywał, tak samo deklaracyą pannie uczynił i tak samo jocose 
przyjęty, potem  
na wywrót to wziął, a weksą i molestacyą, proźbą i groźbą, swadą i 
zwadą w  
ostatku przecie wymógł, że i ojciec się zgodził i panna z nim na 
kobierzec  
ślubny poszła. Mógł tamten, potrafię i ja! Zobaczymy! 
 
* * * 
 
 
 
V. 
 
Tymczasem p. Ortyński z wielką konsternacyą padł na krzesło i 
bezradny siedział,  
nic nie mówiąc. Ciężki to był casus i trudna alternatywa; córki żal, 
towarzysza  

background image

strach; termin i śmieszny i trudny; rób co chcesz, a tak zawżdy ktoś na 
ciebie  
płakać albo ktoś z ciebie śmiać się będzie. A tu jakby na to, niektórzy 
z  
kompanii, a już najbardziej kobiety, które zawsze za młodymi i po 
serdecznej  
stronie stawać rade, poczną mu perswadować i różne refleksyę czynić. 
 
 
 
 — A nie bądź Waszmość tak zawzięty, a lituj się panienki swojej! 
Tak już snać  
było sądzono, i Bóg" sam tego chciał, bo jakożby coś tak 
arcyrzadkiego i  
osobliwego bez jego palca złożyć się mogło ? 
 — Towarzysz słuszny szlachcic, człek bardzo przyzwoity — mówili 
drudzy — z  
dobrego domu, z uczciwej kondycyi... to i czemu gwałtem rwać, aby 
wszystko na  
głowę i Waszmości i dziecku pękało — czy nie lepiej poczekać a 
przekonać się,  
jako rzeczy stoją ? Pokaże się, że Petyhorzec ladaco, to sam ucieknie, 
a pokaże  
się, że stateczny szlachcic, to ty go trzymaj, aby nie uciekł, bo i jak 
Waszmość  
córce wyperswadujesz, kiedy go kocha? 
Cześnik słuchał, a im więcej słuchał, tem bardziej miękł, tem skorszy 
się czuł  
do akceptowania tego, co się stało. Uważał to dobrze pan podsędek 
Omęta, a  
widząc, że naprawdę periculum in mora, 
 
 
 
umyślił staremu na odsiecz iść a sobie na rezerwę, bo strasznie się bał, 
aby mu  
ten niecnota Petyhorzec za taką słabością ojca nie wziął panny z pod 
nosa.  

background image

Umyślił tedy uderzyć w najsłabszą stronę Cześnika, uczynić w nim 
polityczny  
wstręt do Kryszpina, a wiedział przecie dobrze, że stary w takich 
razach bywał  
zawzięty i mocno passyonowany. Idzie tedy pan Omęta do Cześnika, i 
biorąc go pod  
ramię, prowadzi na stronę. 
 — Przestrzegałem Waszmości — mówi — ale daremnie; owo jakie z 
tego są  
konsekwencye! Ale bądź kontent, Mości cześniku, że i na taki koniec 
przyszło, i  
kiedyś mu już z domu iść kazał, tedy patrz, aby go wcześnie 
wyforowano za bramę.  
Nie chciałem ci tego mówić, ale teraz, kiedy ten przybłęda na takie 
niesłychane  
zuchwalstwo się waży, to ci powiem. To szelma jest 
 
 
 
ostatni i infamis; wątpienia nie masz, że konfident Branickiego i 
Kreczetnikowa!  
Cześnik zachwiał się na nogach i pobladł cały. 
 — Konfident... Branickiego... Kreczetnikowa.. Konfident powiadasz! 
— wyjąkał z  
niemałym trudem i wypatrzył się przestraszonym wzrokiem na 
podsędka. 
 — I to assekuruję Waszmości, że konfident i delator wierutny — 
ciągnął pan  
podsędek, mocno ukontentowany, że tak bierze jak ciasto szlachcica. 
— W sekrecie  
to Waszmości powiadam, bo teraz takie już czasy nieszczęśliwe 
nastały, że kryć  
się trzeba z najświętszym patryotycznym affektem; w sekrecie to 
powiadam, że  
tego Kryszpina, kiedy niedawno jechać mi tam wypadło, widziałem 
na własne oczy w  
Satanowie, w głównej kwaterze pana Xawerego Branickiego i to w 
wielkiej z  

background image

regałami konfidencyi; ich mundur miał i bezustan- 
 
 
 
nie Branicki przy boku go swoim trzymał. A kiedy wracałem, 
natknąłem się na  
kwaterę generała imperatorowej rossyjskiej Kreczetnikowa, którego 
furwachty, jak  
Waszmości wiadomo, już w Żółkwi stoją — i co widzę, mój pan 
Petyhorzec znowuż u  
Rossyan jak u pani matki, taki swój i taki przyjaciel ze wszystkimi! 
Gdyby pan Cześnik nie trzymał się był ramienia Omęty, byłby może 
padł jak długi  
od srogiego przestrachu. A tak zatoczył się tylko, i czuł jak mu włosy 
jeżą się  
na głowie. Omęta na skutku się nie zawiódł; skutek większy był niż 
doza. Pan  
Ortyński szepnął tylko: 
 — Poganin! Jestem zgubiony! — i wyrwawszy się nagle z rąk 
podsędka, wybiegł z  
izby. 
Strach ma wielkie oczy, jak mawiają, a nie dlatego tylko, że wszystko 
większe  
widzi, ale że i dużo więcej widzi niż 
 
 
 
najbystrzejszy umysł, kiedy bezpieczny. Musiałby w innym czasie pan 
Ortyński  
przemedytować godzinę całą, aby to wszystko wyklarować, co mu 
teraz od razu,  
kupą całą, jakby obuchem obaliło się na biedną głowę. Jeżeli 
Petyhorzec na  
prawdę nie jest z konfederackiej partyi, ale regał i adherent rossyjskiej  
interwencyi, tedy bywaj zdrów panie cześniku! Kryszpin nie 
potrzebuje być  
koniecznie szpiegiem, a przecie zgubi mnie i zrujnuje, skoro regał i z 
generałem  

background image

Kreczetnikowem w komitywie. Słuchał zdrajca z nabożeństwem 
wszystkich  
uniwersałów i kontr - uniwersałów, manifestów, remanifestów, 
deklaracyj i  
prostestów, które cześnik koncypował i spisywał fulminującem 
piórem w ogromnym  
swoim raptularzu, a co gorsza, zrobił sobie niecnota kopię z dwóch 
satyr na  
króla i imperatorową. A teraz obrażony srodze, rozżalony i zemsty 
żądny, w ręku  
mnie 
 
 
 
ma, na zgubę wyda, zniszczy szlachcica z kretesem! A co wiedzieć, co 
mnie za to  
czeka? Najmniej jaka wygrawacya sroga, jaka wexa straszliwa, 
zacięta,  
nieubłagana; zakondemnują, zaszczwają, z wiatrem rozniosą dom i 
fortunę! I to  
najmniejsza jeszcze rzecz — gorzej będzie! Na fiolety się targają, 
karmazyny  
trzęsą, biskupów uwożą, hetmanów przepędzają, senatorów szlą w 
Sybir, tedy jakie  
ceremonie robić będą z mizernym szlachetką, co gdzieś obscurus na 
powiecie  
siedząc, fomentuje do rebellji, w paszkwilanta się zabawia, na króla i  
imperatorową satyry koncypuje i kopiami w świat puszcza! Kryminał 
laesae  
Majestatis, i to dwa kryminały i dwóch majestatów obraza! 
Wszystkie te myśli jak pszczoły w ulu huczały w głowie cześnika, a 
jakby  
wlatywały i wylatywały uszami, tak mu w tych uszach dzwoniło, 
podczas gdy w oczy  
jakby kto moc ćwieczków gore- 
 
 
 

background image

jących rzucał. Jedna perspektywa straszniejszą była od drugiej. 
Widział już  
dworek swój otoczony przez kozaków generała Kreczetnikowa lub 
dragonie pana  
Branickiego, spalony i z ziemią zrównany, córkę wydaną na sromota, 
siebie  
zrąbanego, lub w drodze do Kaługi, wioski pokonfiskowane, dębową, 
kutą skrzynkę  
jego z dukatami roztrzęsioną — horrendum! Trzeba się salwować, 
salwować — ale  
jak? 
Chwilkę stał nieruchomy, ale wnet poskoczył szybko do swojej 
kancelaryi,  
otworzył trzęsącą się dłonią sekretarz, wydobył ów duży foliał 
zapisany, pobiegł  
jakby gnany przez kogo do świetlicy, w której nikogo nie było, a 
gdzie ogromny  
ogień palił się w kominie, księgę oburącz do góry ujął i buch! w 
płomienie ją  
rzucił.... Wolałby był prawe ramię upiec w tym żarze, jak ów 
Rzymianin mężny,  
niżeli niszczyć całe dzieło żywota, owoc 
 
 
 
konwikcyi swoich, świadectwo wszystkich indygnacyj 
patryotycznych, przyszły  
splendor imienia, który miał gorzeć jak wieczysta pochodnia na grobie  
szlachcica... 
Westchnął ciężko p. Ortyński, ale bał się nawet spojrzeć w płomienie, 
aby nie  
przyczyniać sercu srogiej żałości, i wrócił blady i wystraszony do 
kompanii,  
która już do odjazdu się zbierała i czekała tylko gospodarza, aby się 
pożegnać.  
Ale cześnik nie chciał się żegnać, jakby mu straszno było zostać w 
domu samemu,  

background image

prosił, aby się łaskawi sąsiedzi jeszcze chwilę zatrzymali, a sam padł 
znowu na  
krzesło, otrętwiały i blady, jakby z słoniowej kości był. 
Naraz jakby mu jakiś nader ważny koncept na myśl przyszedł, cześnik 
porwał się  
na równe nogi i zawoławszy na siostrę: 
 — Przywiedź tu zaraz Marcysię, przywiedź Marcysię! — pobiegł do 
alkie- 
 
 
 
rza, gdzie się spodziewał zastać jeszcze Kryszpina, ale już u drzwi 
jadalni go  
dopadł, kiedy Petyhorzec właśnie kładł rękę na klamkę. 
 — Stój, zatrzymaj się Waćpan! — zawołał cześnik, i z wielkim 
impetem pochwycił  
oburącz przez pół Petyhorca. 
Kryszpin, myśląc, że szlachcic na honor lub zdrowie jego godzi, 
wyrywał się siłą  
całą i szabli już macał, ale cześnik trzymał go gdyby w żelaznych 
kleszczach i  
wołał: 
 — Chodźże Waćpan ze mną! Chodźże Waćpan ze mną! 
 — Dokąd mam iść i czego Waszmość chcesz odemnie! 
 — Chodźże Waćpan ze mną! Chodź ze mną do gościnnego pokoju; 
mam Waćpanu coś  
powiedzieć! 
Petyhorzec dał się wieść za rękę, i tak wpadli obaj między gości. Była 
już w  
pokoju i panna Marcybella, jeszcze 
 
 
 
cała w wielkiem rozżaleniu i z czerwonemi od płaczu oczkami. Pan 
Ortyński,  
ciągnąc jedną ręką Petyhorca, zbliżył się do córki, a podając jej drugą 
rękę,  

background image

przyciągnął do siebie. Potem popatrzywszy raz jeszcze na Petyhorca i 
Marcybellę  
trochę żałosnym okiem, popasowawszy się jeszcze z sobą mały 
moment, nagłym  
giestem połączył ręce obojga i zawołał: 
 — Niech was tedy Bóg błogosławi! 
Oboje młodzi jak stali w wielkiem zdumieniu, tak teraz padli 
plackiem do nóg  
cześnikowi, ściskając i całując mu kolana, a wszyscy przytomni nuż 
cisnąć się do  
starego i do młodych, nuż winszować, cieszyć się, śmiać i chwalić 
niespodziewaną  
rezolucyę cześnika. Jeden tylko pan Omęta stał pod ścianą jak 
przykuty, i  
patrzył dużemi oczyma, jakby śnił, a tak mu dobrze było, jak na 
pręgierzu, i  
pewnie radby był gdzieś o sto 
 
 
 
mil być daleko od cześnika, od cześnikównej, a już najbardziej od 
Kryszpina. 
Ledwie Petyhorzec ochłonął z radości i zdziwienia, ledwie gorący 
całunek  
wycisnął na białej rączce cześnikównej, kiedy go chwyta znowu z 
impetem pan  
Ortyński i mówi: 
 — Chodź Waćpan ze mną! Musimy pogadać na osobności! 
Zawlókł Kryszpina do jadalnej izby, w sam kąt go przycisnął, 
żałosnym wzrokiem w  
oczy spojrzał, ręce załamał, westchnął z ciężką aprehenzyą i rzecze: 
 — Człowieku, panie bracie, zięciu mój, nie gub mnie! 
Petyhorzec spojrzał na cześnika z lękiem, bo zdało mu się, że stary 
majaczyć  
zaczyna w gorączce. 
 — Ależ Mości cześniku! — mówi, ściskając mu ręce. 
 — Masz już Marcybellę, weźmiesz wszystko co moje, kiedy umrę, a 
nie 

background image

 
 
 
długo czekać będziesz!... — tu cześnik żałosne rzucił spojrzenie na 
płomienie w  
kominie, w których już ani śladu nie było jego księgi. — Za syna cię 
wziąłem;  
nie gubże ojca! 
 — Ale na rany Boskie cześniku!... — sumituje się Petyhorzec i chce 
Odbiedz, aby  
kogo przywołać do pana Ortyńskiego. 
 — Ja w gruncie serca weneruję króla Jego Mości, a dla Najjaśniejszej 
Aliantki  
także z wielkim jestem respektem! Daj parol kawalerski! 
 — Daję, daję, cześniku kochany, ale na co, ale po co?... Jak 
Waszmości szanuję  
i kocham, nic z tego nie rozumiem! 
 — Daj parol — mówi cześnik — że ani pan Xawery Branicki, ani 
generał  
Kreczetnikow, ani Król Jegomość, ani Najjaśniejsza Gwarantka o 
niczem się nie  
dowiedzą! Daj parol, zapomnij i rzuć obie kopie do komina! Ja 
Waćpanu 
 
 
 
przebaczam, żeś mię zdradził; córkę ci dałem, choć srodze mnie 
podszedłeś!... 
 — Ja Waszmości zdradziłem! ? — zawołał Petyhorzec — na miłość 
Boską, eksplikuj  
się lepiej Mości cześniku, bo nic nie odgadnę! 
 — Widzisz Waćpan — odpowiada żałośnie pan Ortynski — tak bez 
obrazy....  
wydawałeś się za konfederata, za adwersarza Króla Jego Mości i Najj. 
Aliantki, a  
jesteś zawzięty regał i w wielkiej konfidencyi z p. generałem 
Kreczetnikowem!.. 

background image

 — Kto to powiedział! — zawołał teraz w passyi Petyhorzec, 
domacawszy się  
nareście sensu. 
 — Pan podsędek Omęta mnie to powiedział, wszak widział cię w 
Satanowie u pana  
Branickiego i w kwaterze głównej p. generała Kreczetnikowa.... 
 — Jeśli to powiedział — zawołał z furyą Petyhorzec — to jest 
infamis i musi  
natychmiast odszczekać i depre- 
 
 
 
kować, kiedy nie chce, abym go na sucho płazem ubił, gadzinę! 
To mówiąc Kryszpin wyrwał się cześnikowi i do gościnnego pokoju 
biegł ale go p.  
Ortyński gwałtem zatrzymał, czego przecie nie było potrzeba, bo pan 
Omęta, jakby  
przeczuwał, na co się zaniosło, chyłkiem, nieżegnając i nieżegnany, 
wskoczył do  
wózka i ku domowi się umykał w niemałym strachu i niemniejszej 
konfuzyi... 
 — Więc Waćpan, mości towarzyszu, nie regał, nie wróg 
skonfederowanych stanów  
Najjaśniejszej Rzeczypospolitej ? 
 — Jak pannę Marcybellę kocham! — zawołał Petyhorzec, a pewno w 
tej chwili  
solenniejszego zaklęcia nie byłby znalazł. — A że prawdę świętą 
mówię, panie  
cześniku, tedy weź jeszcze i przeczytaj to pismo, jeśli nie wierzysz 
słowom  
moim. 
 
 
 
Kryszpin dobył z zanadrza pismo i podał je panu Ortyńskiemu. 
Cześnik rozwinął i  
przeczytał z wielkiem ukontentowaniem. Był to ordynans dany 
Kryszpinowi w missyi  

background image

bardzo ważnej i sekretnej przez marszałka konfederacyi kowieńskiej, 
starostę  
rajgrodzkiego, pana Dominika Medekszę, z kontrasygnaturą 
generalnego marszałka  
litewskiego p. Brzostowskiego. Ordynans ten wielkie oddawał 
pochwały żarliwości  
patryotycznej Kryszpina i wspominał o znacznych i mężnych 
usługach, jakie młody  
ten oficer oddał już przedtem sprawie związkowej, nie salwując ani 
zdrowia ani  
fortuny, i za nic sobie ważąc azard własnego życia. 
Pan cześnik pismo złożył, oddał, i ująwszy Petyhorca w ramiona po 
ojcowsku  
ucałował. Odetchnął teraz; dwa srogie brzemiona z serca mu spadły: i 
ojciec i  
statysta pocieszył się taką 
 
 
 
szczęśliwą odmianą konstellacyi, wrzekomo tak niefortunnej i 
niebezpiecznej. Nie  
dawał córki regałowi, opressorowi wolności szlacheckiej, 
przyjacielowi Rossyi,  
ale towarzyszowi barskiego związku, adwersarzowi pana stolnika 
litewskiego i  
jego aljantki. Ale epilogus ten niespodziany i radosny zaprawny był 
przecie  
goryczą i serdeczną melancholią. Przypomniał się szlachcicowi jego 
foliał,  
rzucony w pierwszej chwili przestrachu do komina, a tak mizerny 
koniec tego, co  
uważał za splendor swego imienia i świadectwo swoich talentów i 
cnót  
republikańskich, przejął go wielkiem strapieniem i żałością. Zbliżył 
się do  
komina, czy choć karty jednej nie uszanował ogień okrutny, i łza się 
zakręciła w  

background image

oku szlachcicowi, bo obaczy! już tylko szary popiół, w którym 
dogasały małe  
iskierki... — Wszystko weźmiesz, co moje — rzecze cześnik z ciężką 
afflikcyą do 
 
 
 
Petyhorca — ale tego, com chciał zostawić w spuściźnie mojemu 
wnukowi, jeśli  
mnie nim Bog łaskawy obdarzy, w co włożyłem całą żarliwość zelosi 
civis, cały  
tumult sentymentów patryotycznych, wezbranych nieszczęśliwością 
ojczyzny i  
występkami złych obywateli, całe rozmyślanie moje nad poprawą 
Najj.  
Rzeczypospolitej, owo zgoła całą duszę moją i cały zacny ambit mój 
szlachecki,  
to już zginęło i jeno zgliszcza mizernego garść została... Spaliłem mój  
raptularz!... 
— Jakto! Więc Jegomość to sam wrzuciłeś raptularz do ognia! — 
zawoła Petyhorzec.  
— Victoria! Raptularz Waszmości cały i bez najmniejszego szwanku 
jako fenix ów  
cudowny z ognistej wyszedł próby, tylko skóra cielęca okopciła się 
trochę od  
płomieni! Kiedy przechodziłem z alkierza przez ten pokój, aby 
opuścić dom ten, z  
którego ustąpić scandalose mi kazano, wzrok mój czystym trafunkiem 
 
 
 
padł na ogień w kominie i ujrzałem w nim raptularz Waszmości. 
Musiał być  
wrzucony dopiero przed chwilką, bo ledwie znak miał, że go 
płomienie polizały,  
kiedy go wydobyłem z ognia! 
 — Synu mój! — zawołał pan cześnik z nieopisaną radością, a nie 
wiedział, kogo  

background image

ma pierwej tulić do serca, Petyhorca, czy swój foliał umiłowany, czy 
pannę  
Marcybellę, która niespokojna i ciekawa, co też to za konferencyą się 
odbywa,  
nadbiegła jak na to do jadalni. 
Owoż tak się skończyła ta osobliwsza przygoda JMćpana Rafała 
Kryszpina, sowitego  
towarzysza poważnego znaku — a na tem koniec i mojej powieści. Za 
wiele już  
gadał, kto wszystko powiedział, a ja wszystko powiedziałem, com 
słyszał z ust  
samego Petyhorca. Chyba jeszcze wesele by opisać, ale nie byłem na 
weselu, bo  
już wtedy chorągiew moja daleko była ode Lwowa. I Kry- 
 
 
 
szpina już potem nigdy nie widziałem w życiu, tylko słyszałem o nim, 
że po  
weselu na włościach ruskich przy panu Ortyńskim został, a po śmierci 
pana  
cześnika zwinogrodzkiego z żoną na Litwę się przeniósł, że siła 
Kryszpinków i  
Kryszpiniątek ma, szczęśliwy jest i jako słuszny szlachcic, w całym 
powiecie  
respektowany, na własnej ziemi tam siedzi. 
 
* * * 
 
 
 
HOSPODARSKA GŁOWA 
 
 
 
I. 
 

background image

.... Z wielką żałością opuszczałem z dragonią moją Lwów w onym 
pamiętnym roku  
, a gdyby mi kto był powiedział, że w cztery lata po własnych śladach 
tam  
wrócę, zkąd żem żyw wychodził, głowy po żołniersku nie 
położywszy, za wstyd  
niepoczciwy sobie miałem — nigdybym temu dać wiary nie chciał.... 
Jaka to zaś  
była ze Lwowem waleta moja, i jaki smutny marsz do Warszawy, na 
innem miejscu to  
się położy — tu zaś jeno napomknę, że kiedy za perswazyą pana 
starosty Kickiego 
 
 
 
i księdza arcybiskupa Sierakowskiego, a na argumenta życzliwe grafa 
d'Alton,  
generał - lejtnanta Cesarzowej Jej Mości rzymskiej ustąpiłem z moją 
chorągwią,  
miałem już w sercu determinacyę stateczną, kolet rzucić, szpadę na 
zawsze  
odpasać, a przy panu ojcu staruszku osiąść, po za miedzę wsi 
rodzinnej stopy nie  
wychylając... 
Kawalerski sentyment w każdym rycerskim człowieku znajdzie 
zrozumienie, a  
żołnierz żołnierza najłacniej zgadnie — toż choć hardo grafowi 
d'Alton się  
stawiłem, obrazy do mnie nie miał, ale przeciwnie zezwolił na to, 
abym garść  
moich dragonów, bo już to choragwią zwać nie można było, z trąbą i 
kotłem  
wywiódł z miasta, honory żołnierskie biorąc jakby po uczciwej 
kapitulacyi w  
twierdzy.... Kiedym minął ulice miasta, w którem pięć przeszło lat to 
przelotną  
gościną to garnizonem spędziłem, i kiedy na trakt 
 

background image

 
 
żółkiewski zjechałem z dragonią moją, a wieżyce lwowskie zniknęły z 
widoku, i  
cały gród ów staroruski w dolinie swej zatonął, jakby ziemia go nagle 
zakryła,  
łzy mi się z oczu puściły, a oficerya moja także od rzewności 
wstrzymać się nie  
mogła. Wtedy to żałością przejęty, silnie to sobie obiecałem, że 
bylebym z  
garstką moją w Warszawie stanął, zaraz abszyt biorę i z oną mizeryą 
się  
rozstanę, za jaką sobie służbę żołnierską miałem, w której siła 
frasunku a mało  
szczęścia, nazbyt upokorzenia a nic tryumfu nie zaznałem.... 
Ale owo od zamiaru do skutku taki dystans niepewny, jak od oka 
lichego strzelca  
do celu na tarczy. Mierz sobie i przyłóż się jako chcesz, a przecie 
spudłujesz!  
Ledwiem się z determinacyą moją słyszeć dał, że rangę rzucam, na 
kupca nawet nie  
czekając, by mi za chorągiew to dał, com na. nią sam łożyć musiał, 
 
 
 
ledwie o tem w sztabie pogłoska była i pan szef Jego Mość to 
zasłyszał — a już  
mię wzięto w obroty, a kłaść mi poczęto w uszy różne perswazye i 
argumenta, abym  
nie czynił tego, a dalej służył Królowi Jego Mości i Rzeczypospolitej, 
jako iż  
rzecz nie ładna i nie po kawalersku by było, abym w onej opressyi i 
ciężkiej  
potrzebie tronu odbiegał, szpadę rzucał i za piec się salwował, do 
fartucha pani  
matki powracając. 
 — Pociemku Waćpan służyłeś — mówią mi — a kiedy świta, ano iść 
sobie chcesz.  

background image

Źle było, bo źle; najadłeś się bracie biedy i goryczy w tej mizernej 
ruchawce na  
krew własną, w onych nieszczęsnych podjazdach na konfederatów; 
wszystko to  
prawda, ale od tegoś ty i żołnierz. Pójdziesz i piskorz ci z tego będzie, 
ani  
wdzięczności ani rangi nie weźmiesz, a licha tam z dragona będzie 
 
 
 
kiedy gospodarz. Zostań tylko, zobaczysz, nie będzie ci tak przykro, 
jak  
bywało.... I nuż tak perswadować, a w ambicyę szlachecką i 
żołnierską godzić, a  
w sentymenta uczciwe dla monarchy i kraju trafiać, a malować 
wdzięcznie  
przeróżne piękne widoki na przyszłość, że to teraz żołnierz w Rzptej 
w innej już  
skórze będzie, że autorament nasz górą pójdzie, że sejm o naprawę 
wojska  
wszelkiego żarliwie się stara, że departament wojskowy w swoje to 
ręce weźmie,  
aby i szarże i wysługi sprawiedliwością a nie swawolą i protekcyą 
chodziły — tak  
i mój zamiar stopniał jak śnieg na wiosennem słonku.... A kiedy mi w 
końcu  
opowiadać zaczęto, że król Jego Mość teraz zkąd może, zdolnych 
oficerów ściąga,  
z zagranicznych armij ich sobie werbując, a pan generał Komarzewski 
nad plantami  
organizacyi sił zbrojnych Rzptej pracuje, że regulamenta na modelusz 
francuski 
 
 
 
i pruski się układają, że generała Coccei umyślnie z armii króla 
Frydryka  

background image

powołano, aby do onego dzieła się przyczynił, że szkoła rycerska się 
zakłada, że  
zatem w tem wszystkiem dla mnie honorowa darzy się sposobność, 
abym jako oficer  
z najlepszej szkoły cudzoziemskiej i stopień piękny wziął i ojczyźnie 
dobrze się  
zasłużył — kiedy owo to wszystko prawić mi poczęto i to z takich 
stron, którym i  
respekt i zaufanie się należały, do reszty wziąć się dałem.... 
A co się z tych malowanych aspektów stało, i z tego sławnego wojska, 
które pan  
Komarzewski z p. Cocceim jakby z karwasza wytrząść mieli 
gotowiusieńkie, i jaką  
drogą moje obietnice poszły — o tem dużo mówić a smutno słuchać, a 
tym już razem  
ani pora ani miejsce ku temu. Na boku to zostawiam, żalu do nikogo 
nie chowając,  
a do opowieści mojej spieszę i do Lwowa, którego 
 
 
 
oglądać zarzekłem się był przed kilku laty. Owo jak się rzecz miała. 
Konfederacya Barska i owe niespokojności i awantury, które za sobą 
wiodła,  
srodze mi była dojęła w mojej służbie na żołdzie ojczystym, a rzec to 
mogę z  
czystem sumieniem, że nie miałem tyle gorżkości w owych czasach, 
kiedy w armii  
pruskiego króla Frydryka służyłem, ile jej zażyłem w wojsku Rzptej 
wśród  
bratobójczej wojny... A tak mi już los dał, że jak zażyłem z 
konfederacyą  
frasunku, póki żyła, tak przypomnieć mi się miała jeszcze po śmierci 
swojej i w  
cztery całe lata po traktacie rozbiorowym. Trzeba wiedzieć, że po 
upadku tej  
konfederacyi, którą jedni rokoszem a brzydką burdą, drudzy 
szlachetną zwali  

background image

imprezą, a której złe i dobre intencye przed majestatem chyba Bożym 
znajdą sąd  
swój sprawiedliwy — trzeba wiedzieć, że po konfederacyi tej 
 
 
 
została spuścizna, i że o spuściznę tę mizerną pieniały się rozmaite 
strony, do  
których i Rzpta należała. Po przeróżnych generalnościach, po 
rozmaitych  
marszałkach, w różnych rezydencyach i po różnych partyach 
konfederackich  
pozostały to pieniądze, to działa i armatury, a wszystko to stanowiło 
"massę"  
konfederacyi. Owoż długa była sprawa z tą schedą, albo jak ją 
nazwano "krydą  
konfederacyi", bo tak tę nędzną jej spuściznę traktowano, jak później 
fortunę  
pana Blanca, Teppera, lub JMPana Prota Potockiego, kiedy wszyscy 
trzej  
zbankrutowali. 
Z tych przeróżnych wojennych i niewojennych rupieci, co pozostały 
po  
konfederacyi, najwięcej znajdowało się w depozycie rządów 
rzymskiej Cesarzowej  
Jej Mości — jako iż w Preszowie, Cieszynie, w Białej, w 
Lanckoronie, w Tyńcu, w  
krakowskiej i sanockiej 
 
 
 
ziemi, i Bóg wie kędy jeszcze w ziemiach pod berłem cesarskiem 
zostających,  
przed ostateczną zagładą swoją czy to generalność czy partya jakaś 
znaczniejsza  
konfederacyi gościła. Owoż poszło zatem, że wszyscy, co pretensye 
do  

background image

konfederacyi Barskiej mieli, czy to jej właśni zaciężni oficerowie i 
adherenci,  
czy też tacy, którzy przez nią w jakiżkolwiek sposób pokrzywdzonymi 
się mienili  
— tytułem wierzycielstwa szli o to, aby im satysfakcyą daną była. 
Gdzie urwać  
można, tam łatwo o takich, co urwać gotowi — nigdzie rapiszów 
takich nie brak, a  
w Polsce podówczas więcej ich było, niż gdzieindziej. 
Bogiem a prawdą nie było rwać się o co, bo i jakaż mogła być scheda 
po panach  
konfederatach, co ostatniemi czasy już na prostych grassantow zeszli, 
i sami z  
tego żyli, co zarwali. Co po nich zostało, tego tak chyba szukać było 
 
 
 
jak wichra na ściernisku. Tak mi ta spuścizna się zdała, jak 
dziedzictwo po  
nieboszczyku kosterze; co zostawił, tego pod wiechami na wszystkich 
końcach  
Bożego świata szukaj: tu ławę zagrzał na chwilę, tu noclegiem stał, tu 
sam  
zarwał czego, tu jego zarwano, tu mu pas zdjęto, tam szabli 
zapomniał,. tu jedna  
poła od kontusza została, tam owo drugiej szukaj. 
Ale takie już miano rozumienie, że rząd cesarski wiele broni i 
rynsztunku,  
dział, koni i złota po konfederatach w depozyt wziął, i że to 
reklamować teraz i  
warto i potrzeba. A że panowie barscy chętnie brali, co tylko do 
regałów  
należało, że miasta lub jakiego małego zameczka dostawszy, a osadzić 
się stale  
nie mogąc, co oręża tam było, z sobą w pole wlekli, że dalej nie raz i 
nie dwa  
razy tak było, iż z przyczyny onej sromotnej swawoli i 
niesubordynacyi 

background image

 
 
 
królewskiego wojska cały poczt, ba cały regiment od królewszczan do 
barskich  
chadzał i vice versa, jurament swój żołnierski temu w zastaw dając, 
kto właśnie  
więcej grosza miał i laffę lepszą płacił — tedy nie dziw, że przy 
konfederackich  
oddziałach i depozytach, przez nowy rząd cesarski w konfiskatę 
wziętych, sporo  
znalazło się wojennej własności Rzeczypospolitej. 
Uradził owo departament wojskowy, aby Rzpta swego dochodziła, i 
co odebrać  
można, odbierała, jako iż cekauzy nasze i tak próżne były — a rząd 
cesarski  
gotowość oznajmił, że kto się z prawa wykaże, temu własność jego 
zwróci. A że u  
nas w Polsce zawsze tak bywało i bywa, że kto w służbie chętny, temu 
jeszcze i  
to i owo, i jeszcze tamto, i jeszcze, i znowu jeszcze co przydadzą, aż 
się na  
niego w końcu wszystko obali, czego inni albo robić nie umieją, albo 
 
 
 
robić nie chcą — więc departament wojskowy zamiast poszukać sobie 
jakiego  
oficera od słomianego regimentu, co szablę darmo włóczył, mnie na 
komisarza tego  
przeznaczył, co do Galicyi jechać, a tam u cesarskich instancyj i 
JMCPana  
gubernatora o to dopominać się ma, co z armatury Rzptej po 
konfederatach  
zostało. 
Nie smaczno mi było z tym ordynansem, i wielebym za to był dał, aby 
mię to  

background image

minęło. Wymawiałem się też jak mogłem, ale departament uparł się 
przy swojem, a  
p. generał Komarzewski jako wielki fawor to wystawiał, że mię do tej 
missyi  
królowi forsztelował, i że tak ważną funkcyę sprawować będę, w 
godności  
wysłannika Monarchy i Rzptej do władz cesarskich jadąc. 
— Już się nam Waćpan nie wymówisz — rzecze na moje argumenta 
p. generał — musisz  
jechać koniecznie, 
 
 
 
kiedy taka wola departamentu i samego Króla Jego Mości. Masz 
Waćpan, mości  
rotmistrzu, języka niemieckiego znajomość, masz prezencyą 
statecznego oficera, i  
nie po samym mundurze tylko żołnierza w Waćpanu poznać, a takiego 
tam potrzeba,  
aby cesarska oficerya, z którą Waćpanu konferować przyjdzie, z 
mizeryi naszej  
wojskowej dworować nie miała przyczyny; byłeś Waćpan garnizonem 
we Lwowie czas  
długi, wiesz kędy się obrócić i jak z kim mówić. 
Dano mi tedy marszrutę i kredytywy, a pan de Caché, agent 
dyplomatyczny  
austryacki w Warszawie, od siebie jeszcze rekomandacyą mi 
wygotował do grafa  
Auersperga; zamiast gotowych pieniędzy dano mi tratę p. Blanca na 
lwowskiego  
bankiera Preschla i tak wyprawiono mię w drogę. Pan de Cache już 
mnie uprzedził  
w Warszawie, że nie wiele wskóram u władz cesar- 
 
 
 
skich, i że informacye ma, jako ta cała scheda po konfederatach, 
depozytem w  

background image

Galicyi chowana, ani setnej części tego nie stoi, co o niej rozumiano. 
Rozbiegła  
się była fama, że Bóg wie co tam pozostało po panach bratach 
barskich, na wagę  
złota wzięto sobie lederwerki, popsute muszkiety i szabliska krzywe a  
szczerbate, a kto tylko kiedy otarł się o konfederacyę, albo z kim ona  
jakiekolwiek miała kiedy relacyę, słał pisma po pismach do cesarskich 
instacyj w  
Galicyi. A już najpierw jak krucy zlatywać się poczęli tacy 
cudzoziemcy, a  
mianowicie francuscy oficerowie, co w konfederacyi barskiej służyli. 
Tym pilno  
było zarwać coś jeszcze z tego, co pozostało, bo każdy zaciężny obcy 
żołnierz za  
pierwsze sobie zysk ma, a choć uczciwie obcej służy chorągwi, to 
laffę tylko ma  
na oku. Ledwie wieść się rozbiegła, że austryacki rząd z tej masy 
 
 
 
konfederacyi wyda, co komu należy, nuż panowie Francuzi 
reklamować niestworzone  
rzeczy. Za nimi tuż w ślad i Polacy sami, a więcej takich było, co sami 
w  
konfederacyi służyli, niż takich, co od niej doznali krzywd i opressyi. 
Kiedy mi  
we Lwowie w generalnej komendzie okazano regestr łokciowy, na 
którym owi  
wierzyciele konfederacyi spisani byli, aż śmiać mi się chciało, bo 
gdyby cały  
Amsterdam zbankrutował, mało co mniej zgłosiłoby się kredytorów. 
Trudno  
spamiętać sobie nazwiska, które tam wyczytałem, ale tyle pomnę, że 
byli tam  
francuscy kapitanowie Stieber i Neidhard, i p. pułkownik Drost, i p. 
komendant  
tyniecki, i ów pan Schütz, co z panem Pułaskim chadzał, a teraz 
generał -  

background image

majorem się podpisywał, i pan baron Wilczek z Wiednia i nawet p. 
Zawoyski,  
awanturnik i obieżyświat, co się zwie, który z swojemi 
 
 
 
pretensyami występywał, podpisując siebie grafem i tytułem: 
Kurtnerischer  
geheimer Rath tcnd gevollmächtigter Gesandte bet dem sächsischen 
Hof. A był to  
titulus sine vitulo, bo wytłumaczywszy to uczciwie po polsku, ten pan 
poseł  
wisiał przy księdzu arcybiskupie Trewirskim, którego udzielne 
elektorstwo nie  
miało może tyle domów, co było karczem w kluczach p. wojewody 
kijowskiego lub  
księcia Karola Panie Kochanku. 
Było to już dobrze w jesiennej porze, bo jakoś pod koniec września, 
kiedy z  
Warszawy wyprawiałem się w drogę. Już prawie na wsiadanem 
byłem, kiedy nadbiegł  
do mojej kwatery ordynansowy oficer z rozkazem, abym jeszcze w 
departamencie się  
stawił, bo ekspedycyą jakąś dodać mi mają. 
— Dobrze żeś Waćpan nam nie uciekł — powiadają mi w 
departamencie — mości  
rotmistrzu, rzemienny dyszel 
 
 
 
ci damy. Pojedziesz "Waćpan najpierw do Lwowa, tak jak w 
ordynansie pierwszym  
stoi, a gdy się tam sprawisz z missyi, do Kamieńca się Waćpan 
pociągniesz.... 
Masz tobie teraz — wstąpił do piekieł, po drodze mu było.... Pytam, 
po co by  
mnie było potrzeba w Kamieńcu ? mówią mi, że jako komisarz 
extraordynaryjny być  

background image

tam muszę, a to jako departamentowy assesor w krygsrechcie. 
Nadeszły bowiem  
listy i wieści z Kamieńca, że w garnizonie tamecznym znaczne zaszły  
niesubordynacye, że cała oficerya deklaracyą dała, jako służby pełnić 
nie  
będzie, póki tamtejszy oberszlejtnant JMci Pan Drewnowski szarżę 
swoją zachowa,  
że bunt formalny zagraża z przyczyny swawoli niektórych oficerów 
wyższych, jak  
n. p. pułkownika Pupparta, Korffa i Edera, że się pojawili w samej 
fortecy  
werbownicy cesarscy, co ludzi z garnizonu za 
 
 
 
kordon biorą, i Bóg wie, jakie jeszcze zachodzić tam miały sprawy. 
Po dość długiej i bardzo przykrej podróży, bo dla słoty jesiennej drogi 
były  
niegodziwe, stanąłem we Lwowie w ostatnich dniach Septembra. Od 
czasu  
niebytności mojej wiele się zmieniło w figurze miasta, którego nigdy 
nie  
spodziewałem się był oglądać; znać było wszędy rząd nowy, i to rząd 
nie  
malowany, ale mocny i czujny. Żal mi było, że już byłego 
komendanta mego JPana  
pułkownika Korytowskiego we Lwowie nie zastałem, bo na fortunie 
swej osiadł i  
szpadę na zawsze zawiesiwszy na kołku w statecznego gospodarza i 
domatora się  
bawił. Natomiast z dawnych znajomych oficerów, co się za mego 
garnizonu  
lwowskiego koło mnie przewinęli, wielu zastałem, i to mi pociechą 
było, bo z  
ciężkością w duszy gościć mi przyszło w tem mieście. 
 
 
 

background image

Z znajomych, co mi życzliwem sercem radzi byli, zastałem JMP. 
generał-lejt.  
Starzeńskiego, pułkownika Giełkę i starego Fabera, co majorem był w 
autoramencie  
cudzoziemskim Rzptej, a po zakordonowaniu w Galicyi został i tu 
służbę  
cesarskiego pocztmagistra w Lubyczy przyjął. Z cesarskich oficerów 
także  
nadspodziewanie siła się starych znajomych znalazło, bo dziwnym 
trafunkiem stały  
podówczas we Lwowie regimenta Botta i Török, a podczas mojej 
służby pruskiej w  
ostatniej wojnie bardzo wielu z oficeryi tych regimentów jeńcami 
naszymi było.  
Osobliwie jednego przyjaciela zastałem, Bogusza, co w regimencie 
Savoyen pod  
grafem Bouquoi służył i we Lwowie stacyą miał swoją. 
Gdyby nie ta kompania znajomych i kamradów, nie wiem cobym był 
począł we Lwowie,  
tak mi na sercu nudno było i markotno — jako iż mi się tu 
 
 
 
dłuższy czas siedzieć zbierało, bo ledwie się rozglądnąć chciałem i 
pierwsze  
kroki w mojej missyi uczyniłem, powitano mię nowiną, że teraz 
czekać muszę, bo  
wszyscy komendanci wojskowi i wszyscy cywilni dygnitarze cesarscy 
ze Lwowa do  
Czerniejowic wyjechali. Tak trafiłem, że właśnie w oną porę kawał 
multańskiej  
ziemi pod berło cesarskie uroczyście był brany i że ta nowa prowincya 
imperyum,  
Bukowina, homniagium składać miała, tedy więc i generał Seeger i 
generał  
d'Alton, i sam gubernator graf Auersperg i p. krajshauptman lwowski, 
graf  

background image

Brigido, owo zgoła wszyscy, do których albo rekomendacyą miałem, 
albo od których  
spełnienie ordynansu mego zależało, do Czerniejowic na tę 
inauguracyę cesarskich  
rządów wyjechali.... 
JMpan generał Seeger, kiedym go się nareście doczekał, grzecznie i 
po ludzku  
mnie przyjął, rekomendacye od- 
 
 
 
czytał, uprzejmie wysłuchał i tak rzekł do mnie: 
— Żałuję Waćpana, mości rotmistrzu, że na ordynansie swym dużo 
czasu strawisz a  
rzetelnie go nie wypełnisz, choćbyś najlepiej się o to starał, a ja 
najlepiej  
chciał. Co po panach konfederatach tu w tym świeżo 
rewindykowanym kraju lub w  
innych ziemiach Jego Cesarskiej Mości zostało, tego nawet 
konsygnacyi nie mamy.  
Jeden tylko pan krajshauptman Heitter z Krakowa i z Tyńca regestr 
zabranej  
armatury nam przysłał, a o reście sami my nie wiemy. Nim to z 
Preszowa  
nadejdzie, a z Białej, a od Sanoka, a z Cieszyna — czasu popłynie 
dużo a Waćpanu  
nieraz dobrze markotno się zrobi. 
— Na jakiż to koniec przyjdzie ? — pytam na to — bo już ja JWp. 
generałowi na  
kawalerskie słowo wierzę, i zapewnieniem Waćpana jestem syt, ale 
 
 
 
ordynans mój taki głodny jak był. Z niczem odprawić się nie dam, jak 
przyjdzie  
na to, i natrętnym być muszę, choć to nie w mojej naturze ale w 
missyi mojej  

background image

leży. Tego rząd Cesarzowej Jejmości rzymskiej nie neguje, że 
armatura pozostała,  
a jeśli osobom prywatnym wydane być ma, co ich własnością jest, 
tedy czemużby  
prawa Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i rządu króla Jegomości, mego 
miłościwego  
monarchy, za nic być miały? — Czegoż tedy Waćpan chcesz, abym 
uczynił? — pyta  
mnie generał Seeger — z miłego serca Waćpanu zrobię, co w mocy 
mojej jest, a  
nawet, choćby i trochę pozato.... Jeżeli na parol honorowy wierzysz, 
tedy przyjm  
radę odemnie; a pewien bądź Waćpan, że dla tego tylko ją ofiaruję, 
aby ci  
spełnienie ordynansu ułatwić i czasu oszczędzić. Gdybym na 
Waćpana miejscu był,  
tak bym poczynał sobie. Zaraz konsygnacye 
 
 
 
wszystkie i to, co z jakichkolwiek lustracyj załóg i generalności 
konfederackich  
tu w papierach naszych mamy, Waćpanu wyszukać każę, i do grafa 
Riancourt sam  
pójdę, i to co on ma, wezmę. Wszystko to przedłożone Waćpanu 
będzie, a Waćpan  
wybieraj na domysł czy na sumienie, na przekonanie czy na hazard, w 
to ani  
wchodzić mogę ani chcę, co z tego wszystkiego za własność Jego 
Mości Króla  
Polskiego i Rzeczypospolitej uważasz. Jak wybierzesz, uroczyście i 
pisemnie się  
oprotestuj i za rzecz skarbu polskiego deklaruj, a ja honorem 
Waćpanu ręczę, że  
na to areszt położę i że na żadną prywatną reklamacyę nic z tego nie 
wydam, a  
już w tem moja głowa będzie, aby i pan graf Auersperg Excellencya i 
generał -  

background image

lejtnant d'Alton takową decyzyą moją w zupełności konfirmowali.... A 
to jedna  
tylko jest droga, abyś Waćpan swoje zrobił, po instan- 
 
 
 
cyach się nie włóczył i czasu dużo nie tracił, chyba że Waćpan 
gościem miłym u  
nas będziesz.... 
Mówię ja na to: 
— Mocno wdzięczny jestem Waszmości, panie generale, za takową 
grzeczność  
komplementu; ale posłaniec nie gość, a choćbym w Waćpanu i w jego 
niektórych  
kollegach uprzejmych miał gospodarzy, tak by to przecież nie 
osłodziło mi  
gorżkości, żem w tem miejscu gościem już tylko, gdziem przed laty 
kilku był  
gospodarzem.... Wielce mnie to zresztą kontentuje, że rady Waćpana, 
mości  
generale, nietylko wysłuchać ale i posłuchać mogę. Jakoż z góry tu 
deklaruję, że  
armaturę wszelką grubszą, któraby na sobie cechy wyraźne 
moderunków  
autoramentowych miała, strzelbę forteczną z tych miejsc wywleczoną, 
które teraz  
jeszcze do terrytorium Rzptej należą, i kasy regimentowe zabrane, 
jeśli w go- 
 
 
 
tówce są jakie, za własność rządu króla Jego Mości, Monarchy mego, 
uważam,  
takowe reklamuję i protestem solennym obciążam. 
Na tem owo skończył się dyskurs mój z generałem Seegerem, który 
tak grzeczny  
był, że na drugi dzień zaraz mnie wizytował, co już wielki honor był i 
respekt  

background image

mojej osobie w całym cesarskim garnizonie zapewniał. Spisałem 
dokument taki,  
jakiego żądał i doradzał generał Seeger, a żem nie palestrant a żołnierz 
tylko  
był, pomocy w tem statecznych ludzi zażyłem, a już osobliwie JMPan 
Skorupka,  
który teraz w służbę cesarską wszedłszy Oberrichter się tytułował, i p.  
burgrabia niegdyś lwowski Pohorecki ochotnem sercem na rękę mi 
byli. Ten tedy  
dokument u generała Seegera złożyłem, o rychłe powołanie mnie do 
protokołu  
prosząc, w czem mi jednak powolnym nie był, dla jakowychś 
przeszkód 
 
 
 
i formalności rzecz do tygodnia odkładając. Natomiast dla osoby 
mojej łaskaw był  
bardzo i na obiad do siebie zaprosił. 
Na obiedzie tym zastałem większą kompanię, niż się spodziewałem, 
bo zamiast  
tylko oficeryi, dużo gości cywilnego stanu było. Właśnie bowiem 
wielu cesarskich  
urzędników z całej prowincyi się zjechało, a to z tej przyczyny, że 
podział  
agendy wojskowej a cywilnej się odbywał, bo tak było w 
najpierwszych latach po  
"rewindykacyi", iż komandyerowie wojsk cesarskich, jako iż pierwsi 
byli, co kraj  
zakordonowany w rząd objęli, siła agend i spraw cywilnych w ręku 
swem trzymali,  
póki taka excepcya konieczną się zdała. Teraz owo, kiedy już i 
krajshauptmanów i  
krajsdyrektorów installacya ostateczna zaszła, cywilne i wojskowe 
władze między  
sobą attrybucyą i funkcyami się dzieliły. 
 
 

background image

 
Ledwiem się po kompanii rozglądnął i miejsce na uboczu zajął, bom 
nikogo nie  
znał, kiedy sadzi na mnie obcesem figura jakaś dziwaczna, w stroju 
francuskim,  
ale bez peruki. Był to człowiek średniego wieku, nizki, pękaty, czarny 
i  
ospowaty na twarzy, a łeb miał tak okrutny, że mimo tęgiego brzucha 
i otyłości,  
jeszcze dziwna dysproporcya była. Jeden nos tylko trzymał od biedy 
proporcyą z  
tą głową nadmiar dużą, bo tak był długi i zawiesisty, że rzadko mi się 
trafiało  
tego rodzaju instrument w takiej oglądać okazałości. Przybiegł do 
mnie drobnym  
krokiem i obejmując mnie z wielką profuzyą serdeczności, tak jakbym 
mu bratem  
był a z zamorza powracał, woła na mnie: 
— Ach raku (), mój raku, a zkąd ty się bierzesz tutaj? Rarissima avis; 
każ 
 
---------------------------------- 
() Dragonia koronna miała czerwone kolety. 
 
 
 
się Waćpan po dwa złote od spektatora pokazywać! Od czterech lat 
my tu takiego  
ptaszka nie widzieli! Jestem Hulewicz, Benedykt Hulewicz, 
krajsdyrektor  
Czerwonogrodzki. Rekomenduję się Waćpanu i witam serdecznie. 
Tego Hulewicza osobiście przedtem nie znałem, ale nasłuchałem się o 
nim nazbyt;  
dobrych i niedobrych rzeczy siła gadano o nim. Trzymał się ten 
Hulewicz klamki  
pańskiej, za ojcem swym w tem idąc; u p. wojewody kijowskiego 
domownikiem i w  

background image

wielkich łaskach bywał, w Krystynopolu siedząc, i pana bawiąc, 
śmieszki  
wyprawiając, żarty przeróżne strojąc, bo do tego mistrz był, a 
dowcipniejszej  
kanalji znaleźć niepodobna było. Głowę miał dobrą i nie do samych 
fraszek tylko  
stworzoną, edukacyą wziął piękną; po łacinie, po niemiecku i 
francusku perfecte  
mówił, rymy składał i za wierszopisa słynął szeroko, daleko 
 
 
 
byłby też doprowadził, gdyby stateczności i powagi choć trochę miał, 
ale tego mu  
zbywało i wszędzie one zdatności piękne na błahe fraszki obracał. 
Kiedy zakordonowano niektóre prowincye polskie, Hulewicz w 
Galicyi osiadł, a że  
władał językiem niemieckim, tedy dystryktowym komisarzem został, 
a właśnie  
gdzieś około tego czasu, kiedym do Lwowa przyjechał, na 
krajsdyrektora  
awansował. Nie tyle zaś powaga tego urzędu między dobre kompanie 
go wiodła — co  
ona wesołość i te wszystkie facetiosa jego. Niemi się wszędy wkręcił; 
kędy go  
nie posiano, tam wyrósł, bo tak to już po staremu u ludzi, że śmiech 
gość  
wdzięczny, a wesołości otwarte progi, jako iż nie kupić jej za 
holenderskie  
dukaty i jako iż nie chadza zawsze parą z bławatem i z złotogłowiem. 
Ten tedy Hulewicz koło mnie przy stole siadłszy o wszystkich 
biesiadnikach 
 
 
 
i o nowym stanie rzeczy wielce dowcipnie mi prawił, ale bardzobym 
Odbiedz musiał  
mojej narracyi, gdybym tu koncepta jego produkował. 

background image

 — Ten oto — mówił między innemi p. Benedykt — co to tam z 
ukosa do nas siedzi,  
to jest p. Hofrath i dyrektor salin p. Heiter von Schönewetter. Waćpan 
myśli  
może, że kiedy go mamy, tedy nam tu w Galicyi bardzo pogodno. 
Owoż wiedz Waćpan,  
że nam tu także i kwaśno bywa, bo ten w ryżej peruce, co koło 
Heittera siedzi,  
to jest pan Oberwaldbereiter Quaas; ale zawsze w Panu Bogu 
nadzieja, bo sąsiad  
Quaasa to jest krajskapitan v. Herrgott; wiec też mało trosk mamy, bo 
owo  
widzisz tam Waćpan p. krajskapitana Kleinsorger; co znowu nie 
szkodzi, i że goło  
u nas, kiedy tam znowu usiadł Nagy, choć także krajskapitan, a tam 
owo p.  
krajshauptmann Zabierz, na samym zaś końcu stoła p. 
 
 
 
krajshauptmann Berzewyczy, co znaczy z kiepska po węgiersku bierze 
więcej. 
Tak mi podczas całego obiadu Hulewicz fraszki trząsł i koncepty — a 
co mi z tego  
pierwsze na pamięć się nasunęło, na próbkę tu przytoczyłem. 
 
* * * 
 
 
 
II. 
 
Nie pozostawało mi już nic do roboty we Lwowie, jak tylko czekać 
cierpliwie,  
kiedy mnie pan generał Seeger zawoła do onego protokołu, 
tymczasem tedy  
expedycyą do departamentu wojskowego wygotowałem, raport zdając 
z tego, com  

background image

sprawił we Lwowie. Expedycyą tę moją pocztą wysłać chciałem, bo 
kuryery bardzo  
rzadko a i to najczęściej chyba prywatne do Warszawy odchodziły, a 
mówiono mi,  
że teraz rząd cesarski aktualną i pilną pocztę na wszystkie trakty 
zaprowadził.  
Kiedym 
 
 
 
stał jeszcze we Lwowie garnizonem anno Domini , tedy poczta tu 
także bywała,  
przez Króla Jegomości ustanowiona, a trzymał ją pan pocztmagister 
Deyma. Ale jak  
tu pocztę trzymać było można, kiedy niespokojności były wszędy, a 
traktu pewnego  
ani znaleźć. Kiedy co ważniejszego wypadło tedy każdy umyślnego 
słał, albo  
kuryerem posłużyć się musiał. Wysyłał wówczas p. starosta Kicki 
kuryery, wysyłał  
p. komendant Korytowski, a rossyjski generał Kreczetników, póki w 
Żółkwi stał,  
kozacką pocztę do Warszawy trzymał. A i te poczty krzywo szły, a 
często po  
drodze się rwały, osobliwie w czasie, kiedy konfederaci podjazdami 
się  
porozsadzali, poczty trzęsąc, kuryery w areszt biorąc i ordynanse 
niszcząc  
rossyjskie i królewskie. 
Teraz z Preszburga cesarski rząd pocztmagistra Reiderna sprowadził; 
źre- 
 
 
 
czny ten Niemiec z rządem Rzeczypospolitej grzecznie się zniósł i tak 
pocztę ze  
Lwowa aż ku kordonowi rozlokował, że raz na dwa tygodnie ku 
wygodzie wszystkich  

background image

listy z Warszawy i do Warszawy accurate szły. Była zaś w onczas 
poczta na  
przedmieściu halickiem, w pałacu Bielskich. Nie mogłem expedycyi 
mojej komubądź  
powierzyć, jako iż mi się ważną zdała, i certyfikat na nią mieć 
chciałem.  
Mówiono mi tedy, abym do starszego postoficera szedł, a był nim p. 
Bogdani.  
Kiedy do drzwi jego pukam i wejść chcę, właśnie dama jakaś z pokoju 
wychodzi.  
Usunąłem się grzecznie na bok, miejsce jej czyniąc, ale zaledwie 
przelotnie na  
nią spojrzałem, a jakoś dziwnie zrobiło mi się w duszy i coś 
gwałtownie do  
pamięci się cisnęło. Zajrzałem w oczy duże, czarne, a tak gorącego 
blasku pełne,  
że palić się zdawały żywym płomieniem, ale w nich ani 
 
 
 
 
słodkości żadnej, ani onej nadobnej wstydliwośći nie było, co tak 
wdzięcznie  
przystoi spojrzeniom niewieścim, a im więcej się oku męzkiemu 
umyka, tedy  
pewniej cię ma. Zamiast do postoficera iść, bom już zapukał był, na 
miejscu  
stałem jak wryty, od oczu tych przedziwnych oderwać się niemogąc, 
tak jakoby one  
osobliwą jakąś tajemnicę attrakcyi w sobie miały. 
Ale to mi się wszystko jak strzała przemknęło i przez myśl i przez 
źrenice.  
Zaraz tez pewność miałem, żem te oczy dobrze widział, żem nawet 
głębiej niegdyś  
w nie zaglądnął, aniżeli sercu zdrowo było. A już żadną miarą 
pomylić się nie  
mogłem, bom podobne spojrzenie dwa razy tylko żywota mego całego 
spotkał, raz u  

background image

cudzoziemca jednego, co jak widmo mi się zjawił i jak widmo znikł, 
w tajemnicę  
jak w obłok zapadłszy, a to niejaki Zapatan awanturnik był, a znów 
 
 
 
drugi raz u panny jednej we Lwowie, właśnie w owym czasie, kiedym 
tu garnizonem  
z chorągwią moją stał. 
Był wtedy we Lwowie lewantyński handlarz, Włoch rodem, Bonfanti 
się zwał, a  
niegdy winem cypryjskiem, bakaljami i bławatami handlował. Ten 
młodo do Lwowa  
się dostawszy, tu córkę miał, którą ja też poznałem, kiedy właśnie 
ośmnaście lat  
miała. Bonfanti na handlu wiele stracił, a w czasie, kiedym pierwszy 
raz do  
Lwowa przybył, wszystkiem był, i kupcem i agentem i tłumaczem, 
majątku się na  
nowo dorabiając. Konie stręczył, broń przedawał, klejnoty w zastaw 
brał, kręcąc  
jak się dało, aby na swoje wyjść, a straconego grosza drugim 
nawrotem dopaść. 
Ten owo Bonfanti miał córkę, na imię Marceliny ochrzczoną, ale że 
Włoch był,  
tedy Markoliną ją wołał, i tak ją też pospolicie zwano. Taka była 
piękna 
 
 
 
 
dzieweczka, żem nigdy piękniejszej nad nią nie widział, choć świata 
wiele  
zbiegłem i siła gładkich liczek jako młody żołnierz napatrzyć się 
mogłem.  
Wyniosła wzrostem była, że chyba w majestacie jej być; taka duma a 
pańskość z  

background image

całej postawy, z chodu, z giestu każdego przebijała. Ale co już 
najbardziej w  
niej było cudnego i osobliwego, to oczy takie dziwne, duże, głębokie, 
palące, że  
bywało człowiek, choć ostrogami brzęczał i szablę nosił, gdy tak 
kiedy z  
kawalerska po żołniersku obcesowo w oczy te zaglądnąć chciał, 
spojrzeniu placu  
nie dotrwał, sromotnie się retyrował i jakby żaczek jaki ku ziemi z 
wzrokiem  
umykał. 
I w tem owo zagadka osobliwsza oczu tych była, że ani słodkie ani 
wdzięczne  
były, że u ich ciemnej głębi jakby jakaś zdradna tajemnica na czatach 
stała, co  
cię ciągnęła i odpychała, 
 
 
 
a przecież raz wziąwszy pewno już nie łacnie znów puściła. Zupełnie 
tak, jak ono  
przysłowie mówi: Abyssus abyssum vocat. Mój pan komendant 
Korytowski o tej  
panience mawiał, że weneckie oczy ma i tak to cała oficerya nasza 
powtarzała,  
choć jeden z subalternów moich, niejaki Zaweyda, zwykł był 
twierdzić, jako  
jejmość panna Markolina przez szatańskie okulary na świat patrzy, i 
że to jakaś  
Abrakadabra jest. 
Z ojcem jej Bonfantim interes raz mając o kupno pistoletów tureckich, 
pannę tę  
poznałem, i odtąd choć nie miałem po co, do Włocha biegałem, 
rozmaite sprawunki  
fingując, pieniądze na fraszki wyrzucając, aby tylko tę pannę i te jej 
oczy  
często widzieć. Patrzyłem i patrzyłem aż się dopatrzyłem licha na 
zdrową głowę —  

background image

bo i po co tu długo ukrywać — zawróciła mi ją panienka. 
 
 
 
Nie byłem już młokos, wiek męzki pełni swojej dobiegał — nie 
bywałem też nigdy  
płochego serca ani czułości wielkiej sentymentów, abym przed każdą 
gładką  
dziewczyną kapitulować miał, a na łasce każdego wdzięcznego oczka 
wisiał — na  
nic się to przecie nie zdało w tej okazyi. Do tego na koniec przyszło, 
żem się  
omal płochości kapitalnej nie dopuścił i o rękę panny Markoliny seryo 
nie prosił  
— a już nie wiem, kiedyby gorzej było, czy gdybym rekuzę był wziął, 
czy też  
gdyby, jako chciałem, żoną moją była została. 
Ciągnęła mnie do tej panny jej uroda osobliwa, a bardziej może 
jeszcze on urok  
fatalny jej spojrzenia; tak się w nie umotałem, gdyby w sieć z 
promieni, ie mnie  
to i oślepiało i na wszelkie stateczne argumenta zamykało rozum. A 
niemałe racye  
przeciw temu mówiły, abym onego szalonego affektu zaniechał 
 
 
 
i o Syrenie niebezpiecznej zapomniał. W mizernym staniku się 
rodziłem, choć z  
zacnego szlacheckiego gniazda się wiodłem, a choć później fortunka 
uczciwa na  
ojca przypadła, przecie tyle jej na mnie nie szło, abym za żonę strojną 
łątkę  
sobie brał, cnoty gospodarskie za nic sobie ważąc. 
Owo wiedzieć potrzeba, że ta panna Markolina jedynem oczkiem u 
wdowca Bonfantego  
była, a stary Włoch nad życie swoje, nad handel swój i nad świat cały 
ją miłował  

background image

— tedy co miał to jej dawał, na nią wszystko wieszał, w gładkości jej i  
strojności cały oblektament serca swego zasadzając. Klejnoty drogie 
na niej  
wieszał, w najprzedniejsze bławaty ją stroił, w manele i bryze z 
brabanckich  
koronek rączki i białe ramiona zdobił — a że tem wszystkiem sam 
handlował, tedy  
już najpierwsza 
 
 
 
jego córka była, co owych delicyj na sobie próbowała. 
Bywało kasztelanki i starościanki od zazdrości się rumienią, bo żadna 
tak się  
nie ustroi, jak jejmość panna Markolina. Więc złe języki rozmaite 
trzęsły o to  
plotki; jedni też mówili, że ojciec za lalkę żywą ją sobie miał, aby na 
niej  
handel swój rekomendować; drudzy jeszcze gorsze rzeczy powiadali, 
ale to  
nieprawda była, bo panną choć zalotną ale uczciwą znano. Ale owa 
właśnie  
zalotność i nad stan wystawa, bo Markolina wszystkiemi mieszczkami 
gardziła a za  
coś przedniejszego się miała — trzymały affekt mój na wodzy, kiedy 
się naprzód  
wyrywał a do decyzyi mnie pchał. 
Kiedym z pruskiego wojska do domu wrócił a jeszczem chorągwi za 
łaskawą  
instancyą JMCPana generała Miera nie był otrzymał na radomskiej 
 
 
 
komissyi — pan ojciec mój, a już osobliwie matka całą siłą 
dobrotliwej perswazyi  
na to mnie wiedli, abym się ożenił i po weselu siostry mojej na 
własnej fortunie  

background image

osiadł. W onczas niejedną mi pannę i zacnego stanu, i gładką i 
poczciwą  
wskazywano; ale w sercu woli nie było i chleb żołnierski nad wszelką 
słodkość  
szczęśliwego małżeństwa przenosiłem. A przecie o cały dziesiątek lat 
młodszy  
byłem, właśnie w wieku, kiedy nietylko człowiek pożąda, ale kiedy i 
jego chcą.  
Kiedym na to rezolwować się nie mógł, aby tęsknocie mojej matki i 
statecznej  
woli ojca satysfakcyą uczynił i dobrą żonę pojął — tedy jak to z 
rozumem  
pogodzić, aby w tyle lat później pannę brać, która dla mnie i za piękna 
i za  
młoda i za szumna była? 
Takiemi to argumenty sam sobie się broniłem, ów buntujący się affekt 
mężnie  
tłumiąc a przecie pokonać go 
 
 
 
nie mogąc. A kto wie, jakby były rzeczy poszły, gdyby mi panna 
Bonfanti nagle z  
oczu się nie umknęła. Kiedy niespokojności nastały, a konfederaci 
pod Lwowem  
uwijać się poczęli, Bonfanti, czy o kosztowne towary swoje się 
trwożył, czy też  
handlu w napół oblężonem mieście i przy powszechnej opressyi 
wszystkich stanów  
prowadzić już dalej nie mogł — córkę zabrawszy ze Lwowa nagle 
ujechał. Na mnie  
też w sam moment ów najtwardsza służba i wszelkie mizerye mojego 
stanu się  
obaliły, o miłośnych sentymentach ani myśleć nie pozwalając, i tak 
oto cały ten  
mój affekt minął jak chmura niepewna i ciężka, ale oku miła, bo ją 
słońce  

background image

jasnemi rąbkami obwiodło... Co wiedzieć, czy za nią pogoda była, czy 
też piorun  
niosła?... 
Minęło lat parę, Lwów porzuciłem, tyle tylko o pannie wiedząc, że 
wraz z ojcem w  
Jassach przebywa i że Bon- 
 
 
 
fanti tam dragomanem został i do Polski ani wracać myśli. Teraz 
kiedym nad  
spodziewanie moje znowu we Lwowie się znalazł, zaraz mi i panna 
Bonfanti i  
wszystkie affekta moje ku niej do pamięci wracały, jakoż pytałem 
pilnie o nią  
ale nic pewnego mi nie powiedziano, kędy przebywa i co się z nią 
stało. A już  
teraz zrozumiecie dobrze, jak mi było, kiedym tak nadspodziewanie z 
onem  
czarnem, ognistem spojrzeniem się spotkał, które niegdyś tak sercu 
dopiekało, bo  
już przysiądz mógłbym był zaraz w pierwszej chwili, że to te same 
oczy któremi  
na mnie przed czterma laty tyle razy patrzyła panna Bonfanti... W 
pierwszym  
impecie za damą biedz chciałem, i aż mi się straszno zrobiło, bom 
myślał, że  
dawny mój affekt w sercu się znowu obudził. Miałem przecie tyle 
mocy nad sobą,  
że zamiast za nią, do kancelaryi postoficera posze- 
 
 
 
dłem, ale to już przyznać muszę, że tam z dystrakcyą wielką sobie 
poczynałem,  
tak się kwapiąc do wyjścia, żem już chciał i certyfikatu się wyrzec na 
expedycyą  

background image

moją, byle co wcześniej na ulicę wypaść i przekonać się, czy to nie 
ułuda tylko  
była... Kiedym nareszcie wybiegł ku rynkowi, ledwie już na skręcie 
wyniosłą  
postać tej damy okiem zachwyciłem. Szedłem szybko, by jej nie 
zgubić, i tyle  
jeszcze widzieć mogłem, jak stanąwszy z mężczyzną jakimś chwilę 
rozmawiała, a  
potem z lekka mu się ukłoniwszy, u wejścia jednej kamienicy 
rynkowej znikła. 
Mężczyzna ów nieznajomy właśnie ku mnie szedł. Spojrzałem na 
niego uważnie, on  
na mnie także bystro, zatrzymał się, stał chwilę jak niepewny, aż nagle 
woła: 
 — Narwoy! 
 
 
 
 — Nie mylisz się Waćpan — odrzekłem pilnie się weń wpatrując — 
ale wybacz...  
Waćpana znać podobno nie mam honoru... 
 — Honor ten Waćpan masz, panie rotmistrzu, ale w pamięci dla 
starych przyjaciół  
widzę mankament. Skipor jestem. 
 — Skipor!... Naprawdę Skipor! — mówię ja teraz, sam zapomnieniu 
swemu się  
dziwując — na łaskę Waćpana się zdaję, byś mi o to krzyw nie był, 
żem cię od  
razu nie poznał, ale to chyba dlatego, żem się Waćpana nigdy tu we 
Lwowie  
widzieć nie spodziewał!... 
 — Tedy chyba mnie nie znasz, mości rotmistrzu — odpowiada on na 
to — bo Skipor  
wszędzie być może. Toć wiesz, że Skipor tu, Skipor tam, Skipor 
wszędy po  
świecie... Kiedy Skipora w Londynie obaczysz, tedy nie dziwuj się, a 
kiedy w  
Stambule, tem mniej jeszcze, a kiedy w Wenecyi albo Wiedniu, 

background image

 
 
 
to także nic dziwnego. Gdybym teraz sam siebie między murzyny 
obaczył, na parol  
kawalerski, nie dziwiłbym się temu, albowiem kędy już nie bywałem, 
a jak losy  
zechcą, kędy jeszcze nie będę? 
Skipor racyę miał; co do mnie mówił, to nie fantazya była, ale 
prawda. Kawaler  
to był błędny fortunę ścigał, a ona też jego po całym świecie goniła; 
raz jej  
dopadł, raz ona jego, a kiedy go biczem swoim chłostać poczęła, to aż 
na drugim  
krańcu Europy się opamiętywał. Awanturnika takiego trudno znaleźć 
było; na  
miejscu siedzieć nie umiał, wiecznie wędrował, i rozkoszy i mizeryi 
ostatniej  
kolejno zażywając. Bywało piękną karetą do jednego miasta zajedzie, 
poszóstnym  
postcugiem i z kuryerem, a piechotą z miasta wyjdzie, o kiju i 
węzełku małym, a  
przecie dalej się wlecze, z pod woza na wóz znowu się dostając. 
 
 
 
Ten Skipor kapitanem się mienił, i szarża ta rzetelnie mu się należała, 
bo  
kapitanią agreże niegdy sobie kupił w Radomiu w piechocie 
autoramentu  
cudzoziemskiego, ale kompanii nigdy nie widział, przy regimencie 
swoim prezencyi  
nie miał a regimentowi takoż po nim tęskno nie było. Aż do tej chwili, 
kiedy go  
spotkałem" na rangliście kamienieckiej się pisał, bo tam właśnie 
regiment jego  
był w garnizonie. Przedtem w francuskim regimencie Royal Espagnol 
był  

background image

lieutenantem, potem w huzarach pruskiego jenerała Ziethena chwilę 
służył, aby  
się zaraz potem w regimencie austryackim Poniatowskiego 
zawerbować — aż wreszcie  
na rangliście polskiej osiadł, a na tytule i czerwonym mundurze 
przestając, bo o  
laffę nie pytał, ale za awanturami biegał po świecie. 
Skipor był człowiekiem pięknej edukacyi, kawalerski w obejściu, 
posiadał 
 
 
 
znajomość wielu języków, któremi tak biegle jak po polsku mówił, w 
wesołej  
kompanii, między młodymi wartogłowy nie było już nad niego; toż 
lubić go można  
było, ale z daleka tylko, bo kordyalnej zażyłości nie znał i wzajemnie 
nie wart  
jej był wcale. Miał coś z tygrysa dzikiej bestyi w sobie, gładki i 
miękki, pod  
delikatnym puchem ostre pazury chował, w gniewie szpetnym, w 
okrutności miary  
nie mając. 
Małom go znał, a bliżej poznać nie było mi pilno, choć to miał już w 
naturze  
swojej, że układnością a komplementy ludzi skłaniał sobie. Na punkt 
honoru czuły  
był nad wszelkie wyobrażenie, o lada spojrzenie krzywe bić i strzelać 
się gotów,  
a kiedy komu kartel posłał, na sucho go nigdy nie wypuścił. 
Kartownik i  
awanturnik, o uczciwości dziwne opinie miewał, skrupułu sobie z tego 
bynajmniej  
nie robiąc, jeśli komu fortunę odebrał, 
 
 
 

background image

pannę odbił lub żonkę wykradł — a już in puncto białogłów za grosz 
statecznego  
pomiarkowania nie miał. Kiedy mu się kobieta podobała, to affekt 
jego namiętny  
był aż do dzikości, swego i cudzego życia za nic sobie nie ważył; w 
każdym  
rywalu śmiertelnego wroga widząc. Miało to gwałtowne awantury; 
zabił nie jednego  
i nie dwóch, z czego się chlubił, jak myśliwy z podłych zajęcy, ale też 
i na  
swoich trafiał, a nieraz go z placu bez życia prawie brano. 
Ran miał mnóstwo na sobie — a przecie go nigdy nie ubito, choć w 
niejednej  
takiej krwawej afferze śmierci zaglądnął w same białka. Nie było już 
nic  
takiego, na coby w namiętność wpadłszy, w zuchwałej imprezie się 
nie ważył — i  
dlatego też wiecznie się tułał, cygański żywot wiodąc, bo tu przed 
wieżą, tam  
przed zemstą, ówdzie przed mieczem katowskim ratować mu się nie- 
 
 
 
raz przychodziło. Kiedy go spotkałem, a było tego w życiu mojem 
zaledwie trzy  
razy, zawsze z grzecznością wielką byliśmy z sobą, ale na dystans 
znaczny odeń  
się trzymałem, w żadne ścisłości z nim nie wchodząc. Byłbym i teraz 
na  
pospolitym komplemencie poprzestał, gdyby nie owa dama, w której 
się panny  
Bonfanti domyślałem. 
 — Mości kapitanie — rzekę do Skipora, uśmiech obojętny udając — 
Waćpan zawsze  
szczęśliwy bohater jesteś, tylko winszować i zazdrościć Waćpanu... 
 — A to z jakiej racyi panie rotmistrzu ? 
 — Bo jeśli, jak sam Waćpan powiadasz, Skipor wszędy, to koło 
Skipora znowu  

background image

wszędy najwdzięczniejsze damy... 
Kontent był z komplementu Skipor i po uśmiechu to znać było; ale nic 
tri nie  
odpowiedział, na piętach się tylko skręcił i kapelusza poprawił. 
 
 
 
 — Nie wiem, mości kapitanie — mówię dalej — czy to nie jaki 
sekret jest gruby;  
tedy jeśli to nie bez dyskrecyi będzie, chciałbym ja znać choć z 
imienia tę  
damę, którą Waćpan masz honor znać z osoby.... 
 — I sekret i nie sekret, wszystko to od rzeczy zależy. Ta dama 
incognito tu  
bawi i na krótki czas tylko.... Jednak, jeśli Waćpan chcesz wiedzieć, to 
ci  
powiem. Ta dama to Jejmość hospodarowa wołoska jest.... 
Nie mogłem ukryć zdziwienia mojego i wpatrzyłem się mocno w 
Skipora, wiary  
własnym uszom nie dając. 
 — Jakto? — wołam — żona hospodara wołoskiego ! A ja myślałem, 
że to nie kto  
inny, jak panna.... — i tu przerwałem sobie, nie widząc racyi 
wymieniać  
nazwiska, ale Skipor podchwycił moje słowa i żwawo zawołał: 
 
 
 
 — Dokończże Waćpan! Za kogo ją miałeś, do jakiej panny tak jest 
podobna? 
 — Waćpan jej nie znasz — mówię na to — o pannie jednej mówiłem, 
którą tu niegdy  
we Lwowie znałem dobrze.... Bonfanti się zwała.... 
Skipor nic nie odrzekł, jakby kontent był z tej odpowiedzi, ale oczy 
mu surowo  
błysnęły, a na twarzy jakby chmura siadła, tak że nie chcąc z tym 
człowiekiem  

background image

mieć żadnej affery, w duszy żałowałem, żem na dyskurs taki trafił, 
który snać do  
żywego go obchodził. 
 — Panie Narwoy — ozwał się po chwili milczenia Skipor — czy 
Waćpan ją bliżej  
znałeś? 
Rzekłszy to uchwycił moje ramię i w oczy przenikliwie spojrzał, 
jakby mi do  
duszy chciał dotrzeć. 
 — Kogo — pytam spokojnie wzroku mu statecznie dotrzymując — 
panią hospodarową  
Jejmość czy pannę Bonfanti?... 
 
 
 
Pierwszą ledwie widziałem, drugiej już zapomniałem, i naprawdę nie 
wiem, czemu  
to "Waćpana tak żywo obeszło.... 
 — I ja nie wiem — odrzekł Skipor z uśmiechem, choć jaodejrzliwego 
wzroku nie  
spuścił jeszcze ze mnie. 
 — Tedy obaj mało co wiemy więcej, niż przedtem wiedzieliśmy — 
odpowiedziałem ze  
śmiechem, podając mu rękę na pożegnanie. 
On też śmiech mój jakby za dobrą przyjmując monetę, grzecznie mnie 
pozdrowił i w  
przeciwną wziął się stronę. Idąc ku kwaterze mojej począłem 
mimowoli rozważać  
owo osobliwe i zagadkowe zachowanie Skipora, innej na to racyi nie 
szukając, nad  
ową dziką i głupią zazdrość jego, z której go znałem, a która do 
takiego  
szaleństwa go wiodła, że nie chciał nawet, aby tę kobietę kto znał, 
którą on  
właśnie w tej chwili swoim 
 
 
 

background image

namiętnym chociaż krótkim affektem umiłował. 
Szedłem powoli, gdyż kwapić się nie było gdzie, albowiem w 
kwaterze samemu  
markotno mi było siedzieć w bezczynności — kiedy na skręcie z 
rynku ku ulicy  
kastralnej, ktoś mnie za ramię z lekka bierze. Oglądam się i widzę 
starą  
kobietę, której nie znałem ani nie widziałem przedtem nigdy. 
 — Panie kawalerze — mówi do mnie staruszka — ktoś Waćpana 
widzieć pragnie i  
niecierpliwie czeka. Wszakże Waćpan rotmistrzem jesteś i tak się 
nazywasz? —  
dodała, pokazując mi cedułkę. 
Rzuciłem okiem na papier i czytam te słowa: Wit Narwoy, rotmistrz 
gwardyi  
koronnej. 
 — To ja jestem — mówię zdziwiony — ale któż ten jest, co mnie 
widzieć pragnie ? 
 
 
 
 — Dowiesz się Waćpan sam najlepiej, tyle mi tylko powiedzieć 
kazano, że to  
dawna i dobra znajoma Waćpana. 
 — Tedy to dama jest, do której iść mam ?... 
 — I to wielka i piękna.... — odpowiada. 
 — Gdzież ją znajdę? 
 — Za godzinę staw się Waćpan na pierwszem piętrze w domu tuż 
obok kamienicy p.  
pułkownika Korytowskiego, wejdź drzwiami, któremi chcesz, bo ta 
dama całe piętro  
trzyma. 
Dokonawszy poselstwa, kobieta odeszła, a ja nie wiedząc, co myśleć o 
takiej  
inwitacyi nie wracałem już do domu, ale spacerem poszedłem dalej. 
Przyznam się,  
że choć już nie miałem owej imaginacyi młodej, co z lada fraszki cały 
wdzięczny  

background image

świat sobie jak bańkę wydmuchać umie, 
 
 
 
a z lada trafunku lub intrygi tysiączne awantury i arabskie historye 
sobie  
kombinuje — przecie nigdy nie doświadczyłem tak dobrze, jak teraz, 
jaki to duży  
czas ta jedna mizerna godzinka, kiedy komu pilno i niecierpliwie. 
 
* * * 
 
 
 
III. 
 
Doczekałem się wreście terminu tajemniczej wizyty i udałem się na 
oznaczone  
miejsce. Zapukałem do pierwszych drzwi na pierwszem piętrze i 
czekałem dobrą  
chwilę, nim mi otworzono. Wyszła jakaś dziewczyna w osobliwszym 
stroju, którego  
jeszcze nie oglądałem, z złotemi cekinami na szyi i w czarnych 
gęstych włosach,  
z twarzą mocno śniadą i z białemi jak śnieg zębami. Nie wiedziałem z 
kim mówię,  
domyślając się tylko, że to ktoś z fraucymeru tej damy. 
 
 
 
 — Wołano mnie tu — mówię — wiedźże mnie tam gdzie mnie 
proszono, moja panno.  
Rotmistrz Narwoj jestem. 
Dziewczyna wypatrzyła się na mnie dużemi oczyma, dając mi giestem 
do  
zrozumienia, że mowy mojej nie rozumie, i skinieniem ręki prosiła za 
sobą.  

background image

Minąłem dwa pokoje, w których nic nie było prócz wielkich kufrów, 
szkatuł i  
pudeł w mnogiej ilości, potem weszliśmy do trzeciego dużego, a ten 
był także bez  
sprzętów prawie, bo tylko stołków kilka i jedno karło w nim stało, ale 
za to,  
kędy okiem rzucić, wszędy kobierce najpyszniejsze perskie, któremi 
cała komnata  
od ściany do ściany była wysłaną. Tu mnie zawiódłszy zostawiła mnie 
dziewczyna  
samego. Chwilkę patrzyłem z admiracyą na miejsce, w którem się 
znajdywałem,  
kiedy nagle rozsunęły się u drzwi ciężkie opony z adamaszku — i 
między niemi  
jakby obraz żywy 
 
 
 
w szkarłatnej oprawie, stanęła wyniosła dama, cała w aksamitach 
czarnych, z  
wielkim dyademem pereł na czarnych splotach włosów, o twarzy nad 
wyrażenie  
nadobnej, z oczyma, które zdawały się gorzeć szczerym ogniem... 
Stałem chwilkę  
bez słowa, aż nareście nie mogąc pokonać siebie, zawołałem na głos: 
 — Markolina! 
Kiedy mi się tak zjawiła nagle, jakby z pod ziemi wyrosła, czułem że 
dreszcz  
mnie bierze, a krew ciepłą falą uderza w serce. Nigdybym nie był 
przypuszczał,  
aby widok białogłowy tej, 
o której zdało mi się, że gdzieś tylko w dalekiej pamięci, w głowie a 
nie w  
sercu została, że widok tej panny Markoliny jakby iskrami oczy mi 
obsypie 
i całego. od stóp aż do głowy zachwieje. 
Piękna była; co wiedzieć, czy nie piękniejsza jeszcze niż kiedyś. 
Straciłem ją z  

background image

oczu nieletnią dzieweczką, teraz 
 
 
 
w niewiastę urosła, a nadobność jej pełnią okwitła i blaskiem się 
okryła  
doskonałości. Stałem jak żak po onem pierwszem wykrzyknieniu, ale 
spojrzenia od  
oczu jej oderwać nie mogłem, tak mnie one trzymały tą magicznoscią 
swoją. 
 — Tak jest, mości rotmistrzu — rzekła pierwsza — jestem ta sama, 
którą jako  
Markolinę Bonfanti Waćpan znałeś. My kobiety dłuższą pamięć 
mamy; Waćpan mnie  
sobie przypomniałeś tylko, ja go nie zapomniałam nigdy... 
Kiedy mi zadzwonił w uszach ten głos pełen słodkości, który niegdyś 
do mnie  
przemawiał jakoby obietnicą szczęścia, a teraz znowu gadał do serca 
echem  
niedawnych sentymentów, które snać usnęły tylko a nie zgasły, 
uczułem z trwogą,  
że nie mam tej siły w sobie, aby mnie kobieta ta nie wzięła od razu, 
kiedy  
zechce. Pamiętam, gdy pacholęciem jeszcze byłem, o onym wężu 
srogim 
 
 
 
historye mi prawiono, co mizernego ptaszka na gałązce leśnej 
zeszedłszy, tak  
oczyma swemi do miejsca przykuje, że owo biedna ptaszyna o 
skrzydłach własnych  
zapomnie i salwować się od okrutnego gadu nie może, chociaż śmierć 
widzi. Tak i  
mnie tej chwili było. Czułem dobrze, jak mi niebezpieczno w obliczu 
tej kobiety,  
jakie nieszczęście mnie czeka i utrata spokojności, jeśli słabość okażę 
a  

background image

zdradzieckim namowom własnego serca dam folgę — a przecie jak 
związany stałem,  
bez woli i bez wiedzy, i ulękniony i rozradowany, i iść chciałem i 
pójść nie  
mogłem... 
 — Przez okno Waćpana widziałam — mówi ona dalej — a już tego 
przenieść nie  
mogłam, aby się z tobą nie widzieć, mości rotmistrzu... Lat ośm 
minęło, kiedy tu  
we Lwowie u ojca mego poznałam Waćpana; byłam wtedy 
szczęśliwą, i dotąd byłabym  
nią może, 
 
 
 
gdyby Waćpana intencya także była po temu... 
 — Łaskawe to serce pani — rzekę na to już w miłosnej recydywie — 
że one chwile  
i mnie mizernego sługę pamiętać raczy... Bóg już snać mieć tak chciał, 
abym ja  
affektem moim nie stanął Jej Mość Pani na zawadzie w osiągnięciu 
onych  
splendorów losu, który na tak nadobną skroń włożył mitrę książęcą... 
A już  
wybaczyć mi to zechce JMPani, że onym tytułem jej nie honoruję od 
razu, który  
jak słyszałem JMPani jako księżnej a wojewodzinie multańskiej 
należy... 
 — Nie jestem dziś już ani księżną, ani hospodarową — rzecze ona na 
to — a dla  
ciebie, panie rotmistrzu, nigdybym nią być nie chciała Serca to mego 
intencya  
prawdziwa, panie Wicie, abym jak niegdyś, była dla Waćpana tylko 
— Markoliną...  
Widzisz mnie Waćpan w ża- 
 
 
 

background image

łobie, nie po tytułach i dostojeństwie ją noszę, ale po szczęściu mojem 
i po  
gorzkich zawodach żywota... 
Milcząc skłoniłem się tylko, mówić nie mogąc, jak w tęczę w nią 
zapatrzony. Ona  
postąpiła bliżej i ramienia mego białą rączką dotknęła... 
 — Nie za przypadek ja to ślepy biorę — rzekła słodkim głosem — 
ale za  
zrządzenie mądre losu, że się tak niespodzianie tu we Lwowie 
spotykamy... Jeśli  
Waćpan nie zapomniał, albo ślubami się do zapomnienia nie 
zniewolił, ja pamiętam  
żywo o tem, co nam wola Boża przed laty sądzić się zdawała... 
Urywanemi słowy, z coraz większą konfuzyą serca i głowy, 
zająkliwie i nieśmiało  
rzekłem, że żadne nie związały mnie śluby ani serca ani sakramentu, i 
że także  
onych affektów moich ani nie zapominam ani się ich wypieram.. 
 
 
 
Gdy to powiedziałem, Markolina przystąpiła jeszcze bliżej do mnie, 
wzięła dłoń  
moją, popatrzyła mi głęboko w oczy i zawołała: 
 — Znajdujesz mnie Waćpan samą i nieszczęśliwą, zhańbioną i 
pokrzywdzoną,  
opuszczoną przez wszystkich, bo i ojciec mój nie żyje... Jeżeli chcesz 
serca  
mego, jeżeli pożądasz miłości mojej, masz ją: szczęściem to dla mnie 
będzie,  
jeśli ją przyjmiesz... Potrzebuję dziś duszy mężnej, a bardziej jeszcze 
dłoni  
kawalerskiej. U Waćpana znaleść je tylko mogę. Bądź moim obrońcą i 
mścicielem, a  
potem panem jedynym! 
Zapomniałem w tej chwili o wszystkich statecznych rezolucyach; 
rozum umilkł a  

background image

serce tylko gadało. Byłbym padł przed nią na kolana, jak przed 
ołtarzem, i  
niewolnikiem oddał się jej wieczystym... Siła mnie to kosztowało, że 
tak jak  
stałem, plackiem przed nią nie 
 
 
 
padłem, i że ten bunt sentymentów choć na chwilę poskromiłem. 
 — Nie wiem — odpowiedziałem miarkując się ostatnią siłą — czy to, 
czego po mnie  
wymagasz, wypełnić zdołam, ale jeślim nigdy kobiecie obrony mojej 
nie odmawiał,  
tedy na wołanie twoje Mości księżno, żadnej imprezy się nie 
ustraszę...  
Dysponować proszę, w wierną służbę się oddaję... 
 — Chodź tedy, panie Wicie, i słuchaj! — rzekła, a za rękę mnie 
biorąc ku  
krzesłu powiodła i obok mnie siadła. 
Pocznie mi teraz piękna hospodarowa opowiadać wszystkie koleje i  
nieszczęśliwości, jakich zażyła od lat kilku po naszem rozstaniu się 
we Lwowie.  
Jak mi prawiła, tak ja w treści jej opowieść kładę, a co w tem 
rzetelnością, co  
zaś zmyśleniem było, dalej się pokaże. Kiedy niespokojności i o 
Lwów się oparły 
 
 
 
w r. , Bonfanti z córką na Wołoszę wyjechał, w Jassach osiadł, i tu 
handel  
wiódł dalej, do Saloniki i Stambułu często się wyprawiając. Fortunę 
szybko i  
szczęśliwie zebrawszy, że sprytny Włoch był i nader przebiegły, do 
hospodara  
wołoskiego Jegomości łacny przystęp znalazł, i przez niego do 
przeróżnych usług  

background image

i missyj na dwór sułtański używany bywał. Rył zaś naonczas 
hospodarem Gregory  
Ghikas, pan grzeczny, jak powiadano, i ludzki, ale Markolina jako 
złoczyńcę i  
okrutnika mi go wystawiała. Owo hospodar Bonfantego dragomanem 
swym zrobił i do  
sekretów go swych przypuszczał, używając jako tajnego agenta. 
Bardziej jednak niż rozum starego Włocha, podobała się Ghikasowi 
nadobność jego  
córki, a choć stary już był, gwałtownie ją sobie umiłował. Miało też 
przyjść do  
tego, że Ghikas wdowcem 
 
 
 
będąc Markolinę tajnie poślubił, albowiem solennie i publicznie to 
uczynić za  
niewłaściwą rzecz poczytał, jako że się temu rozmaite polityczne 
racyę, a  
osobliwie obawa przed bojarami sprzeciwiać miały. Opowiadała mi 
Markolina,  
zaklęciami to konfirmując, jako hospodara nigdy nie kochała i 
poślubić go nie  
miała ochoty, ale namowom uprzykrzonym ojca swego powolną być 
musiała. 
Aby los młodej żonie upewnić, na wszelkie wypadki ją assekurując, 
dał jej  
hospodar oprawną szkatułę najpyszniejszych brylantów i klejnotów, 
bajecznej  
piękności i niesłychanego waloru, który na Bóg już wie ile tysięcy 
kies  
oceniono. Miała to być cała Golkonda szlachetnych kamieni, 
brylantów, rubinów,  
szmaragdów i pereł uryańskich, a wszystko to w najmisterniejszej 
oprawie, na  
jaką się tylko kunszt mistrzów weneckich zdobyć potrafił. Kiedy o tej 
szkatule  
brylantów 

background image

 
 
 
mówiła Markolina, to duże jej oczy, już i tak gorejące, bardziej 
jeszcze się  
paliły, a nadobna twarz taką gorączką namiętności i fury i się 
oblewała, że aż  
straszno mi było tej kobiety. Więc rączki żyłami nabiegły i paluszki 
różowe  
jakoby szpony drapieżne się kurczyły i ramiona wyciągnęła, aby 
uchwycić te  
skarby, które posiadła była, a które jej wydarto. Tedy już imaginacyi i 
słów od  
onych cudowności kosztownych odwieść nie mogła, z przedziwną 
wymową wszystko  
malując, i ów naszyjnik bajecznej ceny, co od sułtanki walidy 
pochodził, i owe  
naramienniki, i kolce i pierścienie niewidziane, w których najmniejszy 
kamyczek  
walor miał szlachetnego bachmata... Aż mi się w oczach migotał blask 
tych  
klejnotów; jakby zarazą padły gorące słowa jej na mnie; zdało mi się, 
że owo  
widzę ten blask cudownych kamieni; słowa jej pryskały jak iskry, aż 
dłonie do  
powiek kła- 
 
 
 
dłem, na przekonanie, azali śpię lub czuwam... 
Przestała nareście mówić o klejnotach i dalej narracyą losów swoich 
mi czyniła.  
Tedy prawi, że nagle hospodar Jegomość serce do niej odmienił, 
zdradziecko na  
jej szczęście się sprzysiągł, bez racyi najmniejszej o intrygi i schadzki  
miłosne z niejakim Rami, Greczynem z rodu, pomówiwszy. Miał zaś 
ten Rami być  

background image

wiernym hospodara sługą i szarżę spatara czyli miecznika na dworze 
piastował. 
 — W furyi wściekłej — prawi Markolina — ojca mego hospodar 
ściąć kazał, mnie w  
monasterze między monachinie okrutnice wielkie wsadził, a Rami z 
ciężką biedą  
głowę salwował. Ledwie na instancye i prośby obcych wolno mnie 
puścić kazał,  
sromotnie z ziemi multańskiej wypędzając. Ku Węgrom nieszczęśliwa 
uciekłam i tam  
spotkałam spatara Ra- 
 
 
 
miego. On mówi mi, że do Stambułu jedzie, zemsty tam szukać a na 
głowę hospodara  
u wezyra i samego Sułtana miecza prosić, albowiem niewierność 
hospodara Ghikasa  
zna i praktyki jego zdradzieckie z imperatorową rossyjską na szkodę 
Wysokiej  
Porty jak na dłoni pokaże.... 
 — Do mojej nienawiści Rami przemówił i do żądzy pomsty — 
prawiła dalej — krew  
ojca mego i sromotę własną odpłacić chciałam Ghikasowi, w tem 
pociechy jedynej i  
satysfakcyi za okrutną zdradę szukając. Tedy com z sekretów Ghikasa 
wiedziała a  
konfidentką mnie miał najskrytszych tajemnic swoich, wszystko 
Ramiemu objawiłam,  
w pakt z nim taki wchodząc, że kiedy Rami w Stambule z rzeczy się. 
sprawi a wraz  
z Kapidżi baszą Ghikasowi czarną chustę i Muzil przywiezie, mnie 
one brylanty  
moje z pałacu wyda.... 
 
 
 

background image

Tu zaś ku wyjaśnieniu to przywieść muszę, że kiedy Sułtan Jegomość 
hospodara  
zrzucić chce, tedy Kapidżi baszę do niego wysyła, ten owo przed 
hospodarem  
stanąwszy, czarną chustę z zanadrza wyciąga, hospodarowi na 
ramiona rzuca i  
Muzil woła, co znaczy, że z tronu książęcego złożon jest od tego 
momentu. 
 — Rami affekt ku mnie udawał — opowiadała dalej Markolina — 
choć ja żadnej  
inklinacyi ku niemu nie czułam tedy mówi do mnie: 
 — Mam ja przyjaciół i protekcyą w Stambule, wiem kędy droga i do 
baszów i do  
samego sułtana; dla Ghikasa Muzil, a dla siebie list na stolicę książęcą  
wyrobię, a już najmniej logofetem mnie uczynią, a wtedy ciebie za 
małżonkę pojmę  
i po prawicy mojej posadzę. I szkatuła z brylanty, i może mitra 
hospodarska  
twoje będą, ale ten sekret mi zaufaj, kędy Ghikas swoje papiery 
 
 
 
a korespondencyę tajne z imperatorową i z innymi monarchy chowa, 
bo bez tego  
rady ja mu nie dam. Wiedziałam o tem i nie z miłości żadnej ku 
Ramiemu a zemście  
tylko folgując sekret mu ten wyjawiłam. A kiedy się żegnał ze mną, 
wtedy ja na  
głowie mojej właśnie czarną chustę perłami i złotem tkaną mając, tę z 
czoła  
zdarłam i jemu ją rzuciłam: 
 — Weź chustę tę — zawołałam — a kiedy z Kapidżim przed zdrajcą 
staniesz, rzuć  
mu ją na ramiona, aby tak jego nieszczęście i pohańbienie kryła, jak 
teraz moje  
łzy i srom mojego czoła kryje!... 
 — Rami do Stambułu, ja ku Węgrom, na samą turecką granicę, 
wyjechała. Nie długo  

background image

mi czekać było; Rami zręcznie się sprawił, co chciał tego dokonał, 
sułtan w  
zdradę Ghikasa uwierzył i Ramiego z Kapidżim i czarną chustą do 
Jass wy- 
 
 
 
słał. Te jednako speranse chytrego Greczyna zawiodły, które miał, że 
sam  
hospodarstwo weźmie, albo pierwszym kanclerzem czyli logofetem 
będzie; i jedno i  
drugie go minęło. Kiedy się o tem dowiedziałam, znać mu dałam, że 
we Lwowie go  
czekać będę, bo tak już przedtem między nami umówiono było.... 
Tu przerwała Bonfanti opowieść swoją i z miejsca żywo się 
porywając do drugiej  
izby pobiegła, ale za moment wróciła z zwitkiem jakimś papierowym 
w ręku. 
 — Czy wiesz — rzecze — jak uczynił zdrajca Rami? Owo dziś ten 
zwitek mi dano, a  
w nim patrz, co było! 
I wyjęła czarną chustę, perłami i złotem tkaną, tę samą, którą 
Ramiemu dla  
hospodara na Muzil dała. Chusta była szpetnie splamiona; ślady krwi 
zaschłej  
okrywały ją całą... 
 
 
 
Markolina wspięła się do góry, cała jakby urosła jeszcze, i 
powiewając czarną  
chustą zawołała: 
 — Dałam ją z perłami i złotem, mam ją z koralami i rubiny! W 
chuście tej tarzał  
się krwawy łeb Ghikasa.... krew za krew mego ojca ! 
Struchlałem od grozy — na kobietę tę patrząc jak na fantazma 
senne.... Bonfanti  

background image

tymczasem chustę oną straszliwą na kobierzec rzuciwszy, tak dalej 
mówiła: 
 — Ale w tej chuście był list; jak gad w niej leżał ukryty. Rami, 
Greczyn  
zdradziecki, przysłał mi z tym podarkiem pismo.... Czytaj oto mości 
rotmistrzu i  
sądź, czy obrony i pomsty nie potrzebuję ? 
Pismo Ramiego było włoskie a sens jego taki był, bo mi już nie tkwi 
w pamięci  
tenor cały: 
 
 
 
"Moja piękna hospodarowo! 
Chustę twoją odsyłam na znak spełnienia twoich serdecznych 
intencyj. Ghikasowi  
głowę zdjęliśmy tu z Kapidżi baszą, a tą chustą ze krwi ją obtarłem. 
Masz  
śliczną pamiątkę po panu hospodarze Jegomości, tedy nie miej żalu o 
to, żem z  
chusty co przedniejsze perły wypruł, a co mizerniejsze albo fałszywe 
dla  
ornamentu miłej pamiątki zostawiłem. Aby zaś i mnie pamiątka tej 
affery nie  
ominęła, sobie szkatułę z brylanty biorę — a tak mościa pani równy 
podział i  
kwita z nami będzie. Waćpani ładna jesteś; bez dyamentów cię 
zechcą, a ja  
brzydką żonę na Galacie mam, tedy na nią je powieszę, aby mi się 
baba gładsza  
zdała. A więcej nic nowego, jeno że pan hospodar bez tułowia 
szpetniejszy  
jeszcze był, niż kiedy z 
 
 
 
tułowiem. Addio bellissima! Twój Rami — ale ani hospodar ani 
logofet bo to  

background image

Moruzi () sobie wziął." 
 — Wiesz teraz wszystko — zawołała Markolina. Ciebie niegdyś 
kochałam, ciebie  
dotąd kocham; jeśli masz choć trochę sentymentów kawalerskich w 
sercu, ujmij się  
niewiasty zdradzonej, pomścij mnie! 
 — A jak to uczynić mam, a Greka zdraicy dopaść, kiedy on światem 
goni?.. —  
mówię na to, jeszcze cały jakby we śnie. 
 — Wiem kiedy z Jass wyjedzie, jakim szlakim się weźmie, gdzie o 
tym a o tym  
dniu będzie, bo i ja języki i szpiegi moje mam. Weź sobie towarzysza, 
jedź tak  
jak ci wskażę, zabij go i własność moją, owe brylanty odbierz! 
Będziemy bogaci,  
będziemy szczęśliwi; bardzo bogaci, bardzo szczęśliwi!... 
 
---------------------------------- 
() Następca na hospodarstwie po Ghikasie. 
 
 
 
I rzekłszy to rzuciła się ku mnie; lewą ręką ujęła dłoń moją, prawą 
oplotła mi  
szyję, na pierś się moją sparła i głowę na ramię położyła.... Uczułem 
bicie jej  
serca na mojej piersi, wonne jej włosy muskały mi twarz, oddech jej 
palił mnie i  
upajał — głowa moja gorzała, stałem w szale i gorączce, wszystko a 
wszystko  
uczynić gotów.... 
W tej samej chwili usłyszałem, jak ktoś z służbą się spierał, a potem 
jakby  
przebojem wszedł. Bonfanti odskoczyła odemnie, a oczy moje 
spotkały się z  
spojrzeniem Skipora. Był bardzo blady, usta miał sine, oczy z dziką 
passyą we  
mnie wbił jak gwoździe i z gniewnym giestem o szpadę uderzył.... 

background image

Chociaż łatwo mi to widzieć było, że i mina cała i owo spojrzenie 
Skipora wróżą  
mi awanturę, przecież bodaj czy nie rad byłem, że wszedł tak niespo- 
 
 
 
dzianie, przerywając chwilę szaleństwa i słabości, w której co 
wiedzieć, czy ta  
kobieta nie byłaby mnie pozbawiła wszelkiego statecznego rozmysłu i 
nie uczyniła  
narzędziem swoich intryg i zemsty niepowściągliwej?... Chwyciłem 
kapelusz, a  
Markolina, która całkiem spokojnie a nawet z uśmiechem miłym 
Skipora powitała,  
rękę moją czule uścisnęła i szeptem rzekła: 
 — Czekam cię jutro o świcie; rozmyślić się musisz i rezolucyą dasz 
mi swoją. 
Nie odpowiedziałem nic, a wychodząc ukłoniłem się Skiporowi, ręki 
mu nie podając  
z obawy, aby mi swojej nie umknął. Skipor grzecznie mi się skłonił, 
raz jeszcze  
z groźną determinacyą w oczy mi spojrzał i rzekł: 
 — Do zobaczenia, Mości Narwoy ! 
 — Na usługi Waćpana, Mości Skipor! — odparłem na to i szybko wy 
 
 
 
biegłem z domu, który mi się zdał być zaczarowanym dworem z bajki, 
gdzie  
piękność z czartowską pokusą mieszka, a słodki urok na okrutny 
koniec wiedzie  
łatwowiernego człowieka. 
 
* * * 
 
 
 
IV. 

background image

 
Wyszedłszy na świat Boży czerpałem pełną piersią chłodne powietrze, 
chcąc z.  
upojenia ochłonąć i z tego dziwnego czaru, jaki na mnie rzuciła ta 
kobieta.  
Wieczór się zrobił rychły, bo jak się rzekło, jesień już dobra była. 
Chodziłem  
po mieście tam i sam się błąkając, na ludzi i na mury się gapiąc, aby 
imaginacya  
ochłodzić i głowę wywietrzyć, a do domu nie pilno mi było, jako iż 
bałem się,  
aby w samotności głowy sobie znowu nie nabić obrazem Markoliny i 
jej opowieścią.  
Nie zmiarkowałem się nawet, 
 
 
 
jak noc całkiem zapadła — a była to noc pogodna, jasna i gwiaździsta, 
i czułem  
że ta spokojność i piękność przyrodzenia trzeźwi mnie i myślom 
wzburzonym daje  
ukojenie. Za miasto tedy wyjść chciałem, i ku halickiej bramie 
zwróciłem kroki,  
kiedy czuję, jak mnie ktoś silnie za ramię uchwycił. Oglądam się i 
widzę  
Skipora. Umknąłem ramienia spokojnie i stojąc na miejscu, czekam, 
co mi powie.  
On przystępuje bliżej, prawie piersią mnie swoją dotykając, i mówi 
przytłumionym  
od passyi głosem: 
 — Bij się Waćpan ze mną! 
Na takie dictum cofam się o krok w tył i dla bezpieczeństwa dłoń na 
szpadzie  
kładąc mówię: 
 — Z jakiej racyi bić się mam z Waćpanem? 
 — Bo mi się tak podoba! 
 — Tedy Waćpan szukaj drugiego, coby ten sam gust miał, aby okazyi 
 

background image

 
 
żadnej nie dawszy, bić się miał ni ztąd ni z owad, bez racyi i na 
gładkiej  
drodze, bo tak grassanci jeno czynią, a ja nie po awantury ale z 
ordynansem tu  
przybyłem. Powiedzże mi czemu bić się chcesz ze mną? 
 — Nie wiesz to Waćpan? 
 — Nie wiem ani wiedzieć mogę, a już otwarcie panu powiem, ani 
wiedzieć chcę, bo  
mi własne sumienie wystarczy, żem ci okazyi żadnej nie dał.... 
 — To ci nie pomoże — woła Skipor na to — mój ty dragonie 
koronny, że nie wiesz  
i wiedzieć nie chcesz. Musisz się bić ze mną, bo ja tę kobietę kocham, 
bo ona do  
mnie i tylko do mnie należy, bo między nami wybierać musi, a wybór 
łatwy będzie,  
kiedy z nas jeden tylko pozostanie. 
Spokojny dotąd byłem, umiarkowanie w tonie i gieście się 
zachowując, ale na  
zuchwałość taką Skipora i we mnie krew 
 
 
 
żywiej zagrała. Rzekę mu tedy tonem już ostrym: 
 — Dobrze, dobrze, mój ty panie kapitanie pustego regimentu, ale 
przed tem  
wyspać się Waćpan idź a rano mnie znajdziesz, jeżeli cię dzisiejszy 
gust i wola  
nie opuszcza.... 
 — Natychmiast bić się będziesz ze mną, chwili ci jednej nie dam! 
 — Jam nie gwałtownik z pod wiechy — rzekę na to — nie biję się na 
ulicy....  
Kiedyś Waćpan oficer, wiedzieć będziesz, jak się taka affera 
honorowo robi. 
 — Kiedy tak, to ci powiem, że kanalja jesteś! — woła Skipor w 
passyi  
ostatecznej i rękę podnosząc czyni giest, jakoby mnie uderzyć chciał. 

background image

Gdyby mnie był dotknął, byłbym go nieochybnie na miejscu położył; 
na samym  
gieście jednak poprzestał, ale i to starczyło, aby mnie śmiertelnie 
 
 
 
obrazić i zimnej krwi pozbawić Tedy biorę Skipora silnie za 'ramię i 
mówię z  
determinacyą; 
 — Dobrze, bić się natychmiast będę. 
 — Do ogrodu Jabłonowskich chodźmy — rzecze Skipor. 
 — Mam tylko szpadę, czy zgoda na broń? — pytam. 
 — A ja mam pistolety i te Waćpanu proponuję.... 
 — Zgoda — rzekłem krótko i szedłem w milczeniu. 
Gdyśmy stanęli w ogrodzie w miejscu ustronnem i drzewami 
osłonionem, mówię do  
Skipora: 
 — Tedy bez świadków bić się będziemy: po łotrowsku to jest; ale na 
Waćpana, nie  
na mnie spadnie i odpowiedzialność i infamia za to. 
Skipor uśmiechnął się tylko i rzecze: 
 — U was w dragonii koronnej chyba skrupulaty takie się wywodzą; 
tam kędy 
 
 
 
ja bywał, o fraszki nie chodzi, a kto się umierać nie boi, temu ani 
felczera ani  
świadków nie trzeba. 
Powiedziawszy to Skipor dobył pistoletów i mówi: 
 — Jeden z nas koniecznie głowę tu położyć musi, tedy z jednego 
pistoletu kulę  
wykręcę a w drugim niechaj siedzi. Waćpan potem pierwszy wybierać 
będziesz; na  
dziewięć kroków staniemy, i na komendę razem ognia damy. 
 — Waćpan, mości Skipor, kartownik, jesteś, tedy w hazard wierzysz, 
i o życie  
grasz jakby w tryszaka.... Ale niech na twojem będzie; masz zgodę na  

background image

wszystko.... 
Skipor odmierzył dystans i zajęliśmy miejsca. Chociaż małego serca 
nie byłem,  
przecież czy to w batalii czy na placu, kiedy na ostre szło, człowiek 
jakoś  
zawsze poważniał, bo śmierć majestat swój ma, przed którym i 
największy junak  
czoła uchyli, bo czy zabije czy sam zabit będzie, 
 
 
 
zawsze to termin jest wielki. W tej przecież okazyi z Skiporem, choć 
bardziej  
szalona była, niżeli inne przygody, jakich w życiu zaznawałem, z 
osobliwszym  
spokojem a lekkiem sercem sobie poczynałem głowę dając na hazard 
ślepy, nie  
rycerski i nie chrześcijański. 
Przyszedł mi koncept nagły a nierozmyślny, bo rezolucyą tego zwać 
już nie mogę,  
co nie ze mnie szło, a z jakiejś inspiracyi chyba — przyszła mi owo 
myśl: samemu  
nie strzelać, ale salwy Skipora czekać. Taki argument miałem, że 
kiedy już na  
tego rodzaju hazard się ważę, niech tedy tyle mam dla sumienia mego, 
żem wygrać  
nie chciał a przegrać się nie bałem. Ledwie ta refleksya przez głowę 
mi  
przeleciała, kiedy Skipor komendę dał: 
 — Raz.... dwa.... trzy!... 
Padł strzał, ale tylko z jego pistoletu.... Stałem zdrów i cały. Tak Bóg 
 
 
 
dał, że Skipor ślepy nabój wziął, a kula w moim pistolecie była.... 
Zdumiał się  
Skipor i skonternował, że i on żyw i ja zdrów także. Spudłować trudno 
było na  

background image

dystans kusy, a Skipor w irrytacyi nie uważał tego, żem ja nie strzelił 
wcale. 
 — Co to znaczy? — pytał. Wtedy ja śmiejąc się w głos mówię: 
 — To znaczy, mości kapitanie od pustego regimentu, żem ja miał 
kulę w  
pistolecie, alem strzelać nie chciał i nie chcę; i kontentuje mnie to 
bardzo,  
bom na mizerny żywot Waszmości nie chciwy, a na tem mi dość, że 
dragonia tyleż  
przynajmniej mężnego serca, a siła więcej szlachetności ma, niż 
awanturnicy i  
kawalerowie zielonego stoła.... 
I podnosząc pistolet w górę wypaliłem, a kula z świstem rwała gałązki 
i zeschłe  
liście.... 
 — Daruję Waćpanu kulę i życie, które pewno pod gorszą jeszcze 
przygodę 
 
 
 
poniesiesz, a w dodatku weź sobie i hospodarową wołoska.... Jeżeli 
Waćpan kiedy  
co dobrego w życiu uczynił, to chyba jedno to, żeś statecznego 
człowieka z  
głupiego omamienia wywiódł.... Spadły mi łuski z oczu, jedźcież wy 
sobie po  
brylanty i po głowę tego Greczyna, . dobrej drogi wam życzę ! 
Nim Skipor odpowiedział, a znać było po nim, że skonfundowany a 
może i  
zawstydzony był — zwróciłem się i do miasta poszedłem. Ledwiem w 
kwaterze na  
posłanie padł, twardo zasnąłem; a już biały dzień był, kiedym się 
obudził.  
Wszystko to, co mi się wczoraj zdarzyło, marą tylko nocną mi się 
zdało. Cała ta  
gorączka moja i ten bunt głupiego affektu przeciw rozumowi, i ten 
urok, którym  

background image

wzięła mnie na moment pani ex-hospodarowa, odbiegły mnie jak 
zmora senna na  
blask słonka Bożego; rad i zdrów wstałem, i zaraz po starym 
 
 
 
uczciwym zwyczaju, który z domu, od pani matki mojej w świat 
wyniosłem, do  
kościoła na mszę św. poszedłem, aby Bogu podziękować za to, że 
mnie z dwóch  
przygód i z dwóch niebezpieczeństw, z których jedno nad drugie 
gorsze było, tak  
szczęśliwie salwował. Bo kto wie, co lepsza, a co gorsza rzecz była, 
czy życie  
dać w głupi sposób, hazardownie, jakby na kość je rzucając, czy w 
sidła onej  
Syreny wpaść, duszę i sumienie zgubić, spólnikiem tajemniczych 
praktyk zostać i  
całą resztę żywota na krzywe awantury rzucić?... 
Tego samego dnia w południe samo, kiedym z traktyerni Palmy do 
domu wracał przez  
rynek, widziałem karocę dużą podróżną, w cztery rysaki uprzężoną; 
widocznie w  
daleką drogę kogoś wiozła. Przejechała mimo mnie, a gdy do środka 
wzrok  
rzuciłem, ujrzałem panią hospodarową wołoską... Ona spostrzegła 
 
 
 
mnie także, i jeszcze raz spoczęły na mnie one duże, głębokie, 
gorejące oczy,  
piekielnej czarności i piekielnego blasku... Jak błyskawica na czarnej 
chmurze  
mignęły mi się tylko i przepadły. Miałem ochotę przeżegnać się i 
byłbym to  
zrobił, gdyby to nie na ulicy było. Myślałem, że to już ostatni raz tę 
kobietę  

background image

widzę, że ta cała historya, której heroiną była, dla mnie już zamknięta. 
Nie tak  
było — miałem później widzieć i epilog jeszcze.... 
 
* * * 
 
 
 
V. 
 
Nazajutrz przyszedł do mnie adjutant generała Seegera z wezwaniem, 
abym do owego  
protokołu w komendzie generalnej się stawił, z czego ja wielce rad 
byłem, bo to  
nad spodziewanie moje i ordynans cały i ten markotny pobyt we 
Lwowie skracało.  
Poszedłem też zaraz i tu deklaracyą raz jeszcze uczyniłem co do owej 
massy po  
konfederatach, armaturę wszelką grubszą, autoramentowe moderunki i 
kasy dla  
rządu Króla Jegomości i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej windykując. 
Po spisaniu  
do- 
 
 
 
kumentu tego rezolwowałem się zaraz jechać, ale przedtem jeszcze do 
p. Seegera z  
pożegnaniem się udałem. 
 — Wszystko, co należało do Waćpana — rzecze p. generał — stricte 
spełniłeś,  
mości rotmistrzu, a i ja nadzieję tę mam, żem Waćpanu, w czem tylko 
możność  
była, na rękę szedł, i że Waćpan dobrem sercem mnie pożegnasz. 
Mówię ja na to: 
 — Czuję ja to, mości generale, i zawsze pamiętać będę, a co się mnie 
samego  

background image

tknie, grzecznie przepraszam, jeżelim natrętny był; Monarsze to 
memu, i  
ordynansowi winien byłem. Tedy, mości generale, i wdzięcznych 
sentymentów i  
rewerencyi mojej powinnej wyrazy przyjąć chciej łaskawie — nie 
tylko mnie ale i  
sprawę, dla której tu wysłany byłem, w pamięci zachowując. 
 — Przyrzekam to Waćpanu chętnem sercem, mości rotmistrzu, a 
teraz powiedz 
 
 
 
mi, kiedy i czy do Warszawy wprost jedziesz? 
 — Jadę jutro, ale nie do Warszawy, jeno do Kamieńca Podolskiego. 
 — A wiesz co, mości rotmistrzu, że szczęście masz — woła p. 
generał Seeger — bo  
owo właśnie kuryer z Czerniejowic przybył z wiadomością, że graf 
Auersperg  
Excellencya i graf Brigido z Czerniejowic do Chocimia i do Kamieńca 
Podolskiego  
ruszyli i tamtędy do Lwowa wracać będą. Zastaniesz ich Waćpan w 
Kamieńcu, tedy  
nie omieszkaj prezentować się gubernatorowi, i ustnie mu jeszcze 
afferę całą  
wyłóż, i co tu z tobą zrobiliśmy, opowiedz. Tak owo sprawę o massę 
konfederatów  
jeszcze lepiej popchniesz, a potem to już nie tu do nas prosto, ale do p. 
posła  
naszego w Warszawie się udawajcie. 
Podziękowałem p. generałowi za grzeczną radę i raz jeszcze się 
żegnając, 
 
 
 
wyjść już miałem, kiedy pan Seeger mówi: 
 — Kiedy już wspomniałem o kuryerze z Czerniejowic, tedy nowinę 
Waćpanu ciekawą  

background image

zakomunikuję, którą od niego mam. Czy wiesz Waćpan, że 
hospodarowi wołoskiemu z  
sułtańskiego rozkazania głowę ucięto i do Stambułu wysłano. 
 — Wiem, mości generale; wczoraj mi to opowiadano. 
 — Tedy Waćpan wcześniejsze informacye masz niż ja, bo kuryer dziś 
rano tu  
stanął. 
 — Od znajomego kupca jednego słyszałem, co właśnie z Jass 
powracał... —  
odpowiedziałem na to, kłamstwem się wykręcając; jakoż inaczej nie 
mogłem, kiedy  
prawdę powiedzieć trudno było. 
Zaraz na drugi dzień o samym doświtku w drogę ku Kamieńcowi się 
wybrałem, wóz i  
konie dobre nająwszy. 
 
 
 
Długą miałem podróż, nudną i przykrą, bo drogi jesienne nieludzkie 
były, i  
ledwiem się przez te błota, wody i wyboje do Kamieńca dostał. Tu 
przecie  
szczęśliwie i w dobrem zdrowiu stanąwszy, zaraz u p. komendanta 
generała de  
Witte się meldowałem, który mnie uczciwie i z otwartemi ramiony 
przyjął, chociaż  
racyę mógł mieć do krzywego wzroku, albowiem od departamentu 
narzucony mu byłem  
do krygsrechtu, w którym on sam radę sobie dać mógł i zapewne 
umiał. Trwał ten  
krygsrecht dni kilka, a codziennie po dwie audyencye z oficeryą 
garnizonową  
mieliśmy — ale tego już opowiadać nie będę, bo do rzeczy nie należy. 
Kiedym tylko przyjechał, pierwsza to nowina była, którą mnie 
powitano w  
Kamieńcu, że hospodarowi Jegomości multańskiemu, Gregoremu 
Ghikasowi, głowę z  
niespodzianą okrutnością w Jas- 

background image

 
 
 
sach zdjęto. Pan generał Witte znaczną kompassyę dla tak mizernego 
losu  
nieboszczyka okazywał, wielce się jego nieszczęścia litując, bo jak mi 
mówił,  
pan to rządny i ludzki był, w kraju porządek trzymał, a z naszą Rzptą 
w  
sąsiedztwie dobrem zostawał. Pan generał Witte od Baszy 
chocimskiego miał to  
sobie zakomunikowane i mocno się tą przygodą zafrasował, bo się 
jakiego  
kałabałyku, to jest rebelji i zamięszania na Wołoszy z tej racyi 
obawiał, a  
takowa niespokojność na kresy polskie, tedy i na Kamieniec sam 
obalić by się  
musiała. Nadto wysłał był p. generał Witte tłumacza p. Dederkałe do 
Jass z  
pieniądzmi i pocztą od posła tureckiego Numan - beja z Warszawy i z 
listy  
ważnemi do internoncyusza naszego, JMPana Boscampa — tedy 
niespokojny był, czy  
tłumacz i poczta w rozruchach kędy nie utoną. 
 
 
 
Drugą nowinę, która tak samo jak pierwsza wiadoma mi już była, dał 
mi p. generał  
o spodziewanej lada dzień w Kamieńcu wizycie JMPana Auersperga z 
żoną, JMP.  
grafa Brigido i JMpani pułkownikowej Perlinck, z domu 
Lubomirskiej, którzy z  
hommagium odbytego w Czerniejowcach wracając, Chocim zwiedzić 
i w Kamieńcu  
Podolskim zatrzymać się mają. Pan generał Witte przygotowywał się, 
aby z  

background image

apparencyą gości tych przyjąć i grafowi Auersperg, jako dygnitarzowi 
wysokiemu w  
sąsiedniej a wielkiej potencyi, honory i komplementa czynić — a 
JMPan Tadeusz  
Grabianka, starosta liwski, wielki właśnie bal in gratiam imienin żony 
swej  
Teresy przygotowując, wszystkie one dostojne osoby gośćmi u siebie 
mieć się  
spodziewał. Na ten bal ja osobną i bardzo grzeczną otrzymałem 
inwitacyą, co  
osobliwszej łaskawości pani starościny za- 
 
 
 
wdzięczam, która to dama, z domu Stadnicka z Żmigrodu, pamiętać o 
tem raczyła,  
że jej raz we Lwowie u pani Szeptyckiej prezentowany byłem. 
Dnia tego samego, kiedy się odbyć miał ów wielki bal u JMPana 
starosty  
liwskiego, o rannej porze, byłem u pana generała Witte, i 
rozmawialiśmy o  
rozmaitych publicznych i prywatnych rzeczach, kiedy przybiegł oficer 
ordynansowy  
z pismem jakiemś w ręku, które jako pilne bardzo nadeszło. Był to list 
od Baszy  
chocimskiego, przesłany przez janczara do najbliższego znaczku 
dragońskiego nad  
Dniestrem, a od znaczku umyślnym gońcem do Kamieńca go 
wyprawiono, bo tak się  
Jego Baszyńska Mość dopominał. 
 — Nowy kłopot na głowę — rzecze p. generał pismo to odczytawszy 
— i nowa od  
Ichmość panów Turków, sąsiadów naszych, pretensya. Owo patrz 
 
 
 
mości rotmistrzu, donosi mi tu basza i skarży się na to bardzo, że 
pozawczoraj  

background image

między Benderem a Chocimiem rabusiowie jacyś Kapidżi - baszę i 
towarzysza jego z  
Jass wracających gwałtownie opadli i na życie ich godzili, ale na 
gwałt zrobiony  
i odpór dany umknęli, łupem się jakimś kontentując, bo coś skradli 
czy przemocą  
odebrali obu tym ichmościom. Nie pisze mi basza o tem dokładnie, 
ale o to się  
sroży, że to Polacy być mieli, bo po polsku się nawoływali przy onym 
akcie  
łotrowskim i że za Dniestr tu na terrytoryum Rzptej koniecznie 
schronić się  
musieli. Tedy ja szukać ich i sprawiedliwą satysfakcyę czynić mam... 
 — Owo masz i kontynuacyą tej historyi z księżną wołoską i z jej 
brylanty —  
rzekłem sobie w duchu, domyślając się, co ów gwałt znaczyć miał i od 
kogo  
pochodził, ale ani słówka o tem 
 
 
 
p. generałowi Witte nie wspomniałem, znać tego po sobie nie dając, 
że mi ta cała  
przygoda sekretem nie jest, i że to moją missyą być miało, tego 
rozboju dokonać  
na Kapidżi - baszy i jego towarzyszu, którym nie kto inny snać był, 
jeno ów  
Greczyn, Rami, niegdy spatar multański... 
Pan generał Witte, który siła kłopotu miał, aby na kresach porządek 
utrzymać, i  
ani tureckim ani rosyjskim sąsiadom żadnej okazyi do grawaminów 
nie dać, zaraz  
rozkazy do znaczków i forwachtów rozsyłać począł za onymi 
winowajcami, a ja go  
też pożegnałem, widząc, że na zawadzie mu tylko będę. W mieście 
tymczasem na on  
bal wielkie czyniono przygotowania, a w sam czas jeszcze przybyli 
grafostwo  

background image

Auerspergowie z grafem Brigido i z panią pułkownikową Perlinck. 
Duży zjazd gości  
był, z dalekich i z bliskich stron na festyn 
 
 
 
się zjeżdżali, który z wspaniałością wielką i świetną apparencyą był  
przygotowywany, bo JMpan Grabianka, pan hojny i bogaty, za 
granicą bywały,  
najwykwintniejszych mód i zwyczajów paryzkich świadom, żadnych 
kosztów nie  
żałował, byle ten bal szumnie i z splendorem wielkim się odbył. 
O oznaczonej godzinie z kilku oficerami kamienieckimi, co także 
inwitacyą mieli,  
na salę balową się udałem, gdzie mało jeszcze gości zastaliśmy, a 
osobliwie dam  
nie wiele, bo wcześna jeszcze pora była. Stanąłem niedaleko wejścia, 
aby ztąd  
wchodzących obserwować, kiedy naraz przechodzi mimo mnie dama 
wspaniałej  
apparycyi, w szumnym i bogatym stroju. Jak królowa weszła, hardo 
czoło niosąc,  
na nikogo nie spoglądając, choć szmer się w sali na jej widok zrobił i 
zewsząd  
szepty admiracyi dobiegać jej musiały... 
 
 
 
Oczom moim wierzyć nie chciałem przez chwilę — bo nie kto inny to 
był, tylko  
pani hospodarowa Jej Mość; moja niegdy panna Bonfanti... Z jakimś 
orderowym  
panem weszła, a p. starosta liwski z wielką grzecznością i respektem 
ją powitał  
i na miejsce zawiódł. Usunąłem się na bok, abym przez nią 
widzianym nie był, bo  
ani mnie ani jej na rękę by to nie było — ale z oka jej nie spuszczałem 
przecie,  

background image

i dla tego wszystko obserwować mogłem, tak, że co tu opowiem, w 
większej połowie  
od własnych oczu i uszu wiem, a reszty tylko inne osoby, co jej bliżej 
były,  
później mi dopowiedziały. 
Jeszcze sale pełne nie były, kiedy nagle śmiałym i butnym krokiem, 
posuwiście i  
z dystynkcyą kawalerską wszedł na salę oficer w czerwonym 
mundurze piechoty  
autoramentu cudzoziemskiego, z orderami jakiemiś na piersiach. Był 
to 
 
 
 
Skipor. Na twarzy znać było zmęczenie ale minę wesołą miał i 
uśmiechniętą, z  
junacka na młodzież spojrzał, damy zuchwale zlustrował, aż nagle 
panią Bonfanti  
spostrzegłszy, szybko ku niej się zwrócił. Ona także, ledwie go u 
wnijścia  
zobaczyła, z siedzenia się porwała, jakby podbiedz ku niemu chcąc, 
ale w czas  
się zatrzymała jeszcze, spojrzenia swe tylko gońcem na przeciw niego 
wysyłając,  
a na twarzy jej malowały się i ciekawość i niecierpliwość bezmierna. 
Skipor nie czekał, aż z pięknych ust pani hospodarowej pytanie 
wyjdzie, bo było  
ono już w oczach, i tak ją powitał: 
 — Com ślubował, zrobiłem, ale do połowy tylko... 
Bonfanti zrobiła giest niecierpliwy. 
 — Właśnie co przez Dniestr się przeprawiłem, z biedą pogoniom i 
pol- 
 
 
 
skim i tureckim uchodząc... Ledwie przebrać się mogłem, aby cię tu 
odnaleźć,  

background image

księżno... Jedno ci przywożę, drugiego zrzec się musisz... Obiecałem 
ci życie  
zdrajcy Greczyna i brylanty — Rami z życiem uszedł, brylanty 
przywożę!... 
Hospodarowa zadrżała z radości, a usta jej wdzięczny uśmiech okrasił. 
 — Masz je Waćpan z sobą? 
 — Mam je u siebie. W bezpiecznem miejscu, w kwaterze mojej, 
zostawiłem  
szkatułę... Wygląda jak mi ją opisałaś, w srebro kuta, misternie 
wykładana, z  
drzewa, które woń przyjemną wydaje... 
 — Ta sama — rzekła szybko Bonfanti — ale czemuś jej tu nie 
przyniósł ? Widzisz,  
nie mam żadnego klejnotu na sobie!... Ach! jest tam pyszny dyadem i 
naszyjnik,  
na którym promienie brylantów w jeden duży blask się spływają • — 
muszę go mieć  
dziś na sobie, aby go admirowali wszyscy na balu. Wracaj, 
 
 
 
panie kawalerze, i przynieś mi je tutaj! 
— Ale szkatuła zamknięta — rzecze Skipor — a czasu przecie nie 
miałem pytać o  
kluczyk Greczyna... Obu nam pilno było!... 
— Szkatuła bez klucza się odmyka, jest w niej zamek tajemny, 
którego siłą nie  
dobędzie, a który lekkie dotknięcie palca jakby na zaklęcie otworzy 
temu, kto  
świadom sekretu... Przynieś mi Waćpan szkatułę co żywo; patrz, tam 
dla dam  
garderoby są osobne, tam cię czekać będę i tam się w brylanty 
ustroję... 
— Dla wszystkich? 
— Dla wszystkich, aby zazdrościli jednemu — odrzekła z zalotnym 
uśmiechem  
Bonfanti, a oczy jej poparły słowa najsłodszą obietnicą. 

background image

Skipor natychmiast wybiegł, a ledwie kilkanaście minut minęło, był 
już z  
powrotem. Szedł już nie salą, ale kory- 
 
 
 
tarzem do garderoby a jeden z lokajów p. starosty liwskiego tuż przy 
nim niósł  
szkatułę sporą, bardzo misternie po rogach i brzegach srebrem 
oplataną, z  
nakrywa mozajkową, z kawałków drzewa o różnych barwach 
przedziwnie układaną. 
W jednej z izb, przeznaczonych na garderoby dla dam, czekała 
niecierpliwie pani  
hospodarowa. Co chwila patrzyła w zwierciadło, jakby już naprzód 
wiedzieć  
chciała, ile blasku dodadzą one cudowne naszyjniki i kolce jej 
przyrodzonej  
piękności, i jakby porównać pilnie jej było, co owo silniej palić się 
będzie,  
czy oczy jej, czy też brylantowe iskry na białej szyji ?... 
Skipor odebrał szkatułę drogocenną z rąk pajuka i z zalotnym 
kawalerskim  
ukłonem, jakoby dank w szrankach rycerskich zdobyty, przed 
hospodarowa na  
gotowalni postawił. Bonfanti przy- 
 
 
 
sunęła bliżej świeczniki i rozradowana patrząc na szkatułę, pocisnęła 
paluszkiem  
tajemną sprężynę.... 
Odskoczyło do góry wieko, hospodarowa nachyliła się, wyciągnęła z 
rozkoszą dłoń,  
aby ją utopić w tym skarbie upragnionym — gdy oto naraz 
odskoczyła w tył i  
wydała wielki okrzyk przerażenia.... Zakryła rękami oczy, zachwiała 
się i tejże  

background image

chwili z łoskotem padła na ziemię.... 
W szkatule zamiast onych brylantów cudownego blasku i przeróżnych 
drogich  
kamieni leżała, głowa krwią ociekła, z szeroko otwartemi, okrągłemi 
oczyma, w  
których z całą swoją straszliwością jakoby szkłem zastygła konwulsya 
okrutnej  
śmierci, a sine usta wykrzywione były od katuszy i wielkiej rozpaczy. 
Była to głowa hospodara multańskiego Ghikasa.... 
 
 
 
Skipor nie wiedział, co w podarunku zdobył pani affektów swoich. 
Snać tak być  
musiało, że ów Greczyn Rami szkatuły onej w zamku dostawszy, 
brylanty i  
kosztowności z niej wydobył, aby w niej głowę uciętą do Stambułu 
przewieźć....  
Skipor, opisu szkatuły się trzymając, na nią się zasadził, a 
wracających z Jass  
gdzieś z nienacka opadłszy, ją tylko porwał i uwiózł....Ów krzyk 
straszny  
hospodarów ej gości wszystkich balowych srodze przeraził; tedy 
wszyscy do  
komnaty tej ubocznej cisnąć się poczną, aby wiedzieć, co się stało. 
Zrobił się  
tumult, a Skipor, który moment jeden tak bezprzytomnie i nieruchomo 
stał, jakby  
piorunem porażony, porwał się nagle z miejsca, wziął w ramiona 
zemdloną damę i  
przy pomocy jednego z znajomych z komnaty i z sal balowych ją 
wyniósł.... Leżała  
w ramionach jego bez żadnej oznaki życia; głowa 
 
 
 
zwieszała się na dół, a twarz bladością martwą okryta, jak gdyby palec 
śmierci  

background image

spoczął na niej, zdała mi się piękniejszą jeszcze, niż kiedym ją widział 
w  
rumieńcach zdrowia i wesołości. 
I ją i Skipora po raz ostatni tego wieczora widziałem; nigdy już potem 
nie  
spotkałem ich w życiu. 
Z gości, którzy przybiegli na owo wołanie okropne, nikt sceny tej nie 
rozumiał i  
nikt głowy uciętej nie widział, bo każdy do zemdlonej damy się 
cisnął, na nią  
tylko patrzył i o niej tylko mówił. Trafunkiem się stało, że do samej 
gotowalni  
przystąpiwszy, na której owa szkatuła z łbem hospodarskim stała, za 
sobą majora  
Kamienieckiego garnizonu JM. pana Zagórskiego miałem. Jego tedy 
za ramię  
wziąwszy, na oną głowę wskazałem, a tak świadectwo sobie 
wziąwszy, co w szkatule  
było, wieko spuściłem, a zamek sam się zawarł. Wziął major 
 
 
 
Zagórski szkatułę, a ja jeszcze tego samego wieczora na balu p. 
generałowi Witte  
oświadczyłem, jako dorozumienie a nawet pewność mam, że to głowa 
Hospodara  
Jegomości multańskiego jest i że nie co innego, ale szkatuła ta w 
napadzie onym,  
o którym Basza chocimski donosił, zrabowaną została. Teraz już JM. 
panu Witte  
dokładną relacyą uczyniłem z wszystkiego, co we Lwowie mi się 
przydarzyło i co  
od pięknej Bonfanti słyszałem. Pan generał Witte zaraz Skipora 
aresztować  
chciał, ale ten snać powóz i konie mając, z panią ex-hospodarową z 
Kamieńca  
zaraz wyjechał. 

background image

Zaraz na drugi dzień p. komendant Witte jednego oficera z sześciu 
dragonii do  
Chocimia z oną szkatułą wysłał, list do baszy dodając, w którym 
prosił, aby mu  
wiadomość daną była, czy to nie ta rzecz jest, którą owi nieznani 
polscy  
rabownicy Kapidżi baszy w drodze mię- 
 
 
 
dzy Benderem a Chocimiem ukradli. Jakoż oficer respons przywiózł, 
że akuratnie  
ta szkatuła skradzioną jest, i że ją sam Kapidżi-basza, który w 
Chocimiu  
popasał, za swoją a raczej za sułtańską własność uznał. 
Tak się owo skończyła cała ta historya, której świadkiem byłem. A i 
to dołożyć  
muszę, że kiedym jeszcze w Kamieńcu bawił, lada dzień już do 
Warszawy z powrotem  
się wybierając, przyjechali z Jass p. Dederkało i p. Kruta, obaj 
tłumacze  
Rzeczypospolitej, a ci onego nieszczęścia hospodara Ghikasa 
opowieść czyniąc,  
inaczej mi to wystawili, aniżeli Markolina Bonfanti. Że sułtan 
Ghikasowi Muzil i  
czarną chustę posłał, ta miała być przyczyna, że nieszczęśliwy 
hospodar na  
traktat pokojowy anno  w Kajnardżi przez potencya podpisany siła 
sobie  
budując, przyłączeniu Czerniejowic i pewnej partyi ziemi wołoskiej 
do cesar- 
 
 
 
skiej monarchii austryackiej mocno się opponował i to z 
imperatorową rossyjską  
się znosił, protekcyi u niej przeciw Austryi i Turcyi szukając. 

background image

Bonfanti zaś nigdy hospodarową nie była, bo jej Ghikas nie poślubił, 
choć w  
wdziękach jej miłował się bardzo. Ale kiedy kobietę tę na 
niewierności z  
urzędnikiem swym Greczynem Rami zeszedł, tedy oboje sromotnie 
ukarał i z dworu  
swego wypędził. Rami z panną Bonfanti i ojcem swym przez zemstę 
na zgubę Ghikasa  
się sprzysiągłszy, przez pośredniki w Stambule i rozmaite 
zdradzieckie intrygi  
tak go przed sułtanem o praktyki z dwory różnemi na szkodę 
Wysokiej Porty  
oskarżyli, że ten chustę czarną posłać mu dał rozkazanie. Spostrzegł 
sio jeszcze  
przed swą śmiercią Ghikas i zdradę przeniknął, tedy starego 
Bonfantego ściąć  
kazał, ale córki jego i Greka Rami dostać już nie mógł, bo wcześnie 
 
 
 
przed zemstą się schronili. Tymczasem owo i Hospodarowi Jegomości 
godzina  
ostateczna wybiła, bo gdy na Muzil zważać nie chciał i tronu na 
rozkazanie  
Sułtańskie ustąpić się wzbraniał, Kapidżibasza przez pachołki zabić 
go i głowę  
zdjąć mu kazał. 
 
 
KONIEC