background image

Harry Harrison

Stalowy Szczur i piąta kolumna

(Przekład: Jarosław Kotarski)

background image

1

Blodgett jest pokojowo nastawioną planetą; 

słońce świeci tu pomarańczowo, wiatr jest łagodny, 
lato miło chłodne, ciszę przerywa jedynie niekiedy 
daleki odgłos silników, dochodzący z portu 
kosmicznego. Bardzo odprężające miejsce. Za bardzo, 
jak dla kogoś takiego jak ja, kto przez cały czas 
powinien być czujny, sprawny i przygotowany na 
wszystko.

Przyznaję, że gdy zadzwoniono do drzwi, nie 

byłem w żadnym z wymienionych stanów ducha. 
Ciepła woda lała mi się na głowę i wyglądałem jak 
lekko przytopiony kociak.

- Zajmę się tym - burknęła Angelina na tyle 

głośno, abym ją usłyszał poprzez szum wody.

Wymamrotałem coś pod nosem i z niechęcią 

wyłączyłem prysznic. Suszarka dmuchnęła na mnie 
subtelnie perfumowanym gorącym powietrzem, 
powodując kolejną poprawę samopoczucia; byłem 
całkowicie pogodzony ze światem i nagi jak 
noworodek - no, z wyjątkiem paru drobiazgów, z 
którymi się nie rozstaję nigdy (dobrowolnie, znaczy 
się). Życie ma swoje uroki, stwierdziłem przeglądając 

background image

się w lustrze. Leciutka siwizna na skroniach dodawała 
mi nieco powagi i ogólnie nie miałem żadnych 
powodów do zmartwień. Poza jednym, który właśnie 
sobie uświadomiłem, a który zmroził mnie dokładnie, 
błyskawicznie usuwając wszystkie inne bzdury: 
Angelina zbyt długo bawiła przy drzwiach - coś było 
nie tak.

Wypadłem do hallu i przez drzwi do ogrodu - 

dom z przyległościami był pusty. Po chwili byłem 
przy bramie - podskakując na jednej nodze na 
podobieństwo różowej gazeli i wyciągając pistolet z 
kabury nad kostką drugiej nogi, wpatrywałem się w 
Angelinę wpychaną przez dwóch niesympatycznych 
typów do czarnego wozu. Zaryzykowałem tylko jeden 
strzał w opony; maszyna wyrwała do przodu niknąc 
w dość gęstym o tej porze ruchu. Zaciskając zęby 
strzeliłem w powietrze, aby podziwiający mój brak 
ubrania mimowolni świadkowie czym prędzej skryli 
się po kątach. Udało mi się zachować tyle rozsądku, 
aby zapamiętać numery odjeżdżającego wozu.

Ledwie znalazłem się z powrotem w domu, 

wpadło mi do głowy zadzwonić na policję (jak na 
dobrego obywatela przystało), ale z uwagi na to, że 

background image

zawsze byłem bardzo złym obywatelem, uznałem ten 
pomysł za bezsensowny. Sprawa należała do mnie i do 
nikogo innego, zająłem się więc komputerem. 
Wduszając kciukiem przycisk identyfikacji, nadałem 
mój kod pierwszeństwa, a następnie spytałem o 
właściciela czarnej maszyny. Nie było to specjalnie 
trudne zadanie dla komputera planetarnego, toteż 
odpowiedź pojawiła się prawie natychmiast. 
Spowodowała, że osłupiałem i opadłem bezwładnie na 
krzesło - oni ją mieli.

Było o wiele gorzej, niż mogłem się spodziewać. 

Nie jestem tchórzem, a nawet można rzec, wręcz 
przeciwnie. Jako długoletni kryminalista i równie 
długoletni agent Korpusu - organizacji o zasięgu 
galaktycznym, używającej eks-bandytów do łapania 
bandytów czynnych, miałem pewne powody do 
takiego mniemania o sobie. Fakt dożycia dojrzałego 
jednak wieku najlepiej świadczył o moim refleksie, 
nie wspominając już o takim drobiazgu jak 
inteligencja. Te wszystkie lata doświadczeń miały 
teraz zaowocować przy wyciąganiu mojej ukochanej 
żony z bagna. Teraz bowiem wskazana była nie tyle 
natychmiastowa akcja, ile, na początek przynajmniej, 

background image

odrobina refleksji, toteż, choć nadal był wczesny 
ranek, napocząłem flaszkę 
stuczterdziestoprocentowego katalizatora pomysłów, 
aplikując sobie wspaniałomyślnie odpowiednią 
dawkę.

Ledwie skończyłem, stwierdziłem, że tym razem 

chłopcy będą uczestniczyć w eskapadzie. Jako 
troskliwi rodzice, Angelina i ja chroniliśmy ich dotąd 
od okrucieństw życia, ale to już się skończyło. Co 
prawda ukończenie szkoły nastąpić powinno dopiero 
za kilka dni, nie wątpiłem jednak, że przy 
odpowiednio zastosowanej i właściwej argumentacji 
jestem w stanie je przyśpieszyć. Dziwnym uczuciem 
było uświadomienie sobie, że nie są już dziećmi - tyle 
lat minęło, a Angelina nadal była piękna jak w dniu 
naszego poznania. Co do własnej osoby: byłem 
starszy, ale nie głupszy - siwizna na głowie wcale nie 
zmieniła moich zwyczajów ani trybu życia.

Nie traciłem czasu na roztkliwianie się nad sobą. 

Zaopatrzyłem się w normalny zestaw zabójczych 
nader urządzeń i wpadłem do garażu. Mój czerwony 
firebom 8000 wystrzelił na ulicę, ledwie otworzyły się 
drzwi. Spokojni obywatele spokojnej planety 

background image

rozpierzchli się na boki. Jedynym powodem mojego 
chwilowego pobytu w tym nudnym świecie była chęć 
znajdowania się jak najbliżej chłopców w czasie 
pobierania przez nich nauki. Wiedziałem, że opuszczę 
to miejsce, nie oglądając się za siebie. Nie dość, że 
była toto nudna planeta rolnicza, to w dodatku z 
nader rozbudowaną biurokracją. Wszelkiej maści 
urzędasy i oficjele zwalili się tu tak z uwagi na 
łagodny klimat, jak i na centralne położenie wśród 
sporej liczby systemów gwiezdnych. Co do mnie, 
wolałem rolników.

W miarę jak gnałem przed siebie, pola uprawne 

zastąpione zostały przez lasy, a następnie otoczyły 
mnie poszarpane góry. W końcu wziąłem ostatni 
zakręt i droga skończyła się przed solidną bramą 
umieszczoną na jednej z najwyższych i najmniej 
gościnnie wyglądających grani w okolicy.

Brama znajdowała się w wysokim kamiennym 

murze zakończonym pordzewiałym drutem 
kolczastym (pod napięciem). Nad nią znajdował się 
wykuty w stalowej płycie napis:

SZKOŁA WOJSKOWA I INTERNAT 

PENITENCJARNY DORSKIEGO

background image

Jako ojciec czułem uzasadnioną dumę, że moi 

synowie przebywają w czymś takim. Jako obywatel 
powinienem był odczuwać ulgę. To, co ja skłonny 
byłem uznawać za ich przymioty, reszcie świata jakoś 
niespecjalnie się podobało. Przed przybyciem tu obaj 
zostali wyrzuceni w sumie z dwustu czternastu szkół. 
Pięć z nich spłonęło w tajemniczych okolicznościach, 
a jedna wyleciała w powietrze. Nigdy nie wierzyłem, 
żeby fala samobójstw wśród personelu jednej z 
pozostałych miała cokolwiek wspólnego z moimi 
chłopcami, ale zawistne języki sądziły inaczej. Koniec 
końców trafili na równego sobie w osobie starego 
pułkownika Dorskiego. Po przymusowym przejściu 
na emeryturę, otworzył on ów zakład wnosząc weń 
doświadczenie lat służby, w trakcie której rozwinął 
wyrafinowane i nader silne skłonności do zachowań 
sadystycznych. Moi chłopcy trafili tu w końcu i mimo 
ich usilnych starań ledwie parę dni dzieliło ich od 
ceremonii zakończenia nauki i opuszczenia zakładu. 
Tyle tylko, że aktualnie trzeba by to wyjście trochę 
przyśpieszyć.

Jak zawsze z niechęcią oddałem swoje 

uzbrojenie, zostałem prześwietlony przez wszelkie 

background image

aparaty zabezpieczające, zamknięty w szeregu śluz 
odkażających i w końcu wprowadzony na podwórze, 
po którym snuły się zdesperowane postacie, pokonane 
przez zabezpieczenia zakładu. Pomiędzy nimi 
dostrzegłem dwie radosne i wyprostowane sylwetki 
nie poddające się rozpaczy. Zagwizdałem nasz stary 
sygnał i obaj, rzucając książki, podbiegli, aby powitać 
mnie gorąco. Po chwili podniosłem się powoli, 
otrzepałem ubranie i udowodniłem empirycznie, że 
ja, stary, w dalszym ciągu mogę ich jeszcze pewnych 
rzeczy nauczyć. Trzeba przyznać, że wyglądali 
świetnie. Byli ciut niżsi ode mnie - wzrost 
odziedziczyli po matce - ale postawą i muskulaturą 
nie ustępowali mi ani na jotę. Ojcowie wielu 
dziewcząt znajdą się w rozterce, gdy chłopcy opuszczą 
szkołę.

- Jak się nazywa ten cios ramieniem, tato? - 

zapytał James.

- Wyjaśnienia mogą poczekać. Jestem tu, aby 

przyśpieszyć wasze wyjście, bo coś niezbyt miłego 
przytrafiło się waszej matce.

Uśmiechy zniknęły natychmiast i obaj pochylili 

się, spijając dosłownie wyjaśnienia z moich ust i 

background image

potakując ze zrozumieniem.

- Tak więc - stwierdził Bolivar, gdy skończyłem - 

trzeba będzie tę Starą Świnię przekonać, żeby nas 
wypuścił...

- ...i zrobić coś z tym - James dokończył zdanie za 

brata. Nie było w tym nic dziwnego, często bowiem 
ich myśli biegły jednym torem.

Ruszyliśmy więc równym krokiem (120 stąpnięć 

na minutę) poprzez wielki hall z przykutymi do ścian 
szkieletami, a następnie, rozpryskując wiecznie 
spływającą wodą klatką schodową, dotarliśmy do 
biura dyrektora.

- Nie możecie tu włazić! - wrzasnął sekretarz-

goryl, podrywając na nogi swoje dwieście kilo 
wytrenowanych w walce mięśni.

Lekko złamaliśmy krok przechodząc przed jego 

nieprzytomnym ciałem. Dorski powitał nas 
przekleństwem, stojąc przy biurku z bronią w ręku.

- Odłóż to - poradziłem mu. - To jest sytuacja 

wyjątkowa. Muszę mieć swoich chłopców parę dni 
wcześniej. Mógłbyś być tak miły i wydać mi ich 
świadectwa, łącznie z zezwoleniami na opuszczenie 
szkoły.

background image

- Idź do diabła! Nie ma wyjątków, wynocha stąd! 

- zaproponował w odpowiedzi.

Uśmiechnąłem się w stronę rozpylacza, który 

trzymał w dłoni i zdecydowałem, że wyjaśnienia mogą 
być w tym przypadku owocniejsze od przemocy.

- Moja żona, a ich matka, została dziś rano aresz-

towana i zabrana z domu - powiedziałem.

- Zdarza się. Należało się tego spodziewać przy 

tak niezdyscyplinowanym trybie życia. A teraz 
spierdalać - odparł.

- Słuchaj no, zakamieniały wypierdku zdrowego 

rozsądku i tępa pało trepackiego zidiocenia. Nie 
przyszedłem tu wysłuchiwać słów współczucia czy 
obrazy z twojej obsmarkanej strony. Gdyby chodziło 
o normalne aresztowanie, to ci, którzy przyszli to 
zrobić, byliby nieprzytomni zaraz po otwarciu drzwi. 
Detektywi, gliniarze, żandarmeria, celnicy, obojętnie - 
nikt nie zdążyłby palcem kiwnąć przy mojej słodkiej 
Angelinie.

- I co dalej? - spytał wojak, nie opuszczając 

jednak broni.

- Poszła z nimi spokojnie, aby dać mi czas, 

którego będę potrzebował. Sprawdziłem tablicę 

background image

rejestracyjną tych typów. To byli agenci 
Międzygwiezdnego Urzędu Skarbowego - 
odpowiedziałem na głębokim wdechu.

- Poborcy podatkowi! - Dorski szepnął z 

płonącym wzrokiem (broń zniknęła). - James di Griz, 
Bolivar di Griz, wystąp! Przyjmijcie te świadectwa 
jako dowód rzetelnego spędzenia czasu i przyswojenia 
wiedzy w tym zakładzie! Jesteście teraz absolwentami 
Szkoły Dorskiego i mam nadzieję, że przed udaniem 
się na spoczynek wieczny wspomnicie mnie jeszcze, 
jak wielu innych, choć z przekleństwem. Uścisnąłbym 
was, ale moje kości są zbyt stare, by je łamać i 
wyszedłem już trochę z wprawy w walce wręcz. Idźcie 
ze swoim ojcem i przyłączcie się do walki ze złem. 
Dajcie im po łbie i ode mnie - dodał cicho. Minutę 
później byliśmy na zewnątrz i wsiadaliśmy do wozu.

- Oni nie odważą się skrzywdzić mamy? – spytał 

James.

- Nie pożyją długo, jeśli to zrobią - zgrzytnął 

zębami Bolivar.

- Oczywiście, że nic jej nie zrobią. Z uwolnieniem 

nie będzie żadnego problemu - poinformowałem ich. - 
Jeśli uda się nam zniszczyć ich zapisy.

background image

- Jakie zapisy? - to był Bolivar. - I dlaczego ten 

wieprz Dorski tak łatwo ustąpił? To do niego 
niepodobne.

- Podobne, dlatego że pod patyną głupoty, 

przemocy i wojskowego ogłupienia to nadal człowiek 
taki jak my. I tak samo jak my automatycznie uważa 
on każdego faceta od podatków za naturalnego wroga 
gatunku ludzkiego.

- Nie rozumiem - przyznał James, łapiąc za 

klamkę, gdy braliśmy kolejny zakręt nad przepaścią.

- Głupia sprawa, ale jeszcze zrozumiesz. Dotąd 

żyliście jakby pod ochroną, gdyż traciliście pieniądze, 
nie zarabiając ich. Wkrótce będziecie zarabiać, 
podobnie jak reszta ludzkości, a wraz z otrzymaniem 
pierwszego kredytu - efektu waszego potu i wysiłku - 
pojawi się facet z urzędu podatkowego. Będzie kręcił 
się coraz bliżej, aż w końcu prześlizgnie się pod 
waszym ramieniem i zwinie swoimi lepkimi 
paluchami większość waszych pieniędzy. Nowoczesne 
rządy oznaczają wielką biurokrację, a ta pociąga za 
sobą wielkie podatki - i nie ma na to rady. Kiedy 
zetkniecie się z tym systemem, już jesteście złapani i 
kończycie płacąc wciąż więcej i więcej podatków. 

background image

Razem z matką mamy coś odłożone na waszą 
przyszłość, ale to nie wystarczy. Są to pieniądze 
zarobione jeszcze przed waszym urodzeniem.

- Ukradzione - poprawił mnie Bolivar. - Dochody 

z nielegalnych machinacji.

- Majaczysz, nigdy nie zrobiliśmy...
- Zrobiliście, tato - poparł go James. - 

Włamaliśmy się do wystarczającej liczby archiwów, 
aby wiedzieć, skąd są te wszystkie pieniądze.

- Te czasy się skończyły!
- Mamy nadzieję, że nie! - wrzasnęli chórem. - Co 

galaktyka zrobiłaby bez paru Stalowych Szczurów 
ożywiających jej gospodarkę. Słuchaliśmy twoich 
wykładów o tym, jak napady na banki zapewniają 
zajęcie znudzonej policji, zbyt gazetom, dostarczają 
opinii publicznej tematów do dyskusji i narażają na 
wydatki towarzystwa ubezpieczeniowe. To 
działalność utrzymująca pieniądz w obrocie.

- Nie. Nie pozwolę, aby moje dzieci stały się prze-

stępcami!

- Naprawdę?
- No, powiedzmy niech będą porządnymi 

przestępcami: niech biorą tylko od tych, których stać 

background image

na straty, niech nie krzywdzą nikogo, niech będą 
bystre, przyjacielskie i zaradne. Niech będą 
przestępcami akurat tak długo, aby trafić do Korpusu 
Specjalnego, gdzie mogą służyć ludzkości łapiąc 
prawdziwych bandytów.

- Takich, jakich będziemy teraz ścigać?
- Tak długo, jak wraz z waszą matką uczciwie 

kradliśmy i traciliśmy pieniądze, nie było problemu. 
Ledwie wzięliśmy ciężko zarobione wynagrodzenie z 
Korpusu i zainwestowaliśmy je legalnie, nie możemy 
się opędzić od urzędu podatkowego. Zrobiliśmy parę 
błędów...

- Jak niezgłoszenie dochodów? - spytał niewinnie 

James.

- Między innymi. Przyznaję, że było to 

nieostrożnością. Powinniśmy byli wrócić do 
obrabiania banków, a teraz mają nas w kartotekach, 
zaplątani jesteśmy w sprawy sądowe i inne takie. 
Dlatego wasza matka poszła z nimi spokojnie - abym 
jako człowiek wolny mógł przygotować się do 
przecięcia węzła gordyjskiego. I abym wyciągnął nas 
wszystkich z tego bagna.

- Co mamy zrobić? - spytali.

background image

- Zniszczyć nasze dane w ich zapisach. Wtedy 

będziemy zupełnie wolni i szczęśliwi.

2

Siedzieliśmy w ciemnym samochodzie i 

zapamiętale skubaliśmy paznokcie.

- Nie jest dobrze - oświadczyłem w końcu. - Nie 

mogę być spiritus movens przemiany pary 
niewinnych dusz w kryminalistów.

Z tylnego siedzenia dobiegły mnie stłumione 

warknięcia, bez wątpienia objawy silnych stanów 
emocjonalnych, po czym obie pary drzwi zostały 
błyskawicznie otwarte i zatrzaśnięte tak szybko, że 
dojrzałem tylko dwie postacie oddalające się niezbyt 
dobrze oświetloną ulicą. Czyżbym ich aż tak uraził, że 
postanowili zrobić to sami, kładąc wszystko przez 
brak doświadczenia? Walczyłem z klamką od drzwi, 
gdy kroki rozległy się ponownie. Ledwie wysiadłem, 
obaj byli z powrotem. Twarze poważne, bez śladu 
dobrego humoru.

- Mam na imię James - odezwał się jeden - a to 

jest mój brat Bolivar. W myśl prawa jesteśmy 
pełnoletni, ukończyliśmy osiemnaście lat. Możemy 
oficjalnie pić, palić, przeklinać i kochać się. Możemy 

background image

też, jeśli zechcemy, złamać każde prawo lub prawa 
każdej planety, wiedząc, że jeżeli zostaniemy złapani, 
narażamy się na pełny wymiar kary. Słyszeliśmy z 
pewnego źródła, że ty, Jimie di Griz, zamierzasz 
złamać prawo w szczególnie słusznej, ba, bardzo 
słusznej sprawie i chcemy się do ciebie przyłączyć. Co 
ty na to, tato?

Co mogłem powiedzieć? Tym bardziej, że coś mi 

akurat siadło na struny głosowe. Cała nadzieja, że 
była to grypa, a nie wzruszenie. Uczucia i 
przestępstwa stanowią złą parę.

- Dobrze - warknąłem udając złość. - Jesteście 

przyjęci. Stosować się do instrukcji, zadawać pytania 
tylko w razie niejasności, a poza tym robić tylko to, co 
każę. ZGODA?

- ZGODA! - zabrzmiało chórem.
- To powkładajcie te drobiazgi do kieszeni, nigdy 

nie wiadomo, kiedy coś się może przydać. Macie 
rękawiczki daktyloskopijne? - Unieśli dłonie, które 
lekko rozbłysły w świetle lamp. - Ślicznie. Ucieszy was 
wiadomość, że będziecie zostawiali ślady palców 
tutejszego burmistrza i komisarza policji. Niemniej 
będzie to trudna akcja. Wiecie, dokąd się udajemy? 

background image

Jasne, że nie. Budowla za rogiem, stąd nie widać, to 
kwatera urzędu kontrolującego banki pamięci z 
zapisem ich wszystkich niegodziwych i oszukańczych 
machinacji. Dziś w nocy wyrównamy rachunki z tymi 
panami. Nie będziemy próbowali tam wejść 
bezpośrednio, gdyż systemy obronne mają znakomite; 
wiedzą doskonale, że nie są kochani. Wejdziemy do 
budynku obok, który wybrałem nieprzypadkowo - 
jego tył dochodzi prawie do naszego celu. - W trakcie 
rozmowy szliśmy już w wyznaczonym  kierunku.   
Ledwie  skręciliśmy  za  róg,  gdy chłopcy zostali 
lekko zaskoczeni serią świateł i tłumem kłębiącym się 
przed nami. Syreny wyły, kamery telewizyjne 
warczały, reflektory biły w niebo.

- Czyż to nie cudowne? - uśmiechnąłem się 

radośnie i szturchnąłem obu. - Kto brałby pod uwagę 
możliwość wyjścia z budowli, do której wszyscy chcą 
wejść? Otwarcie sezonu - premiera nowej opery 
„Cohoneighs w ogniu".

- Będziemy potrzebowali biletów...
- Kupiłem po południu od konika za bluźnierczą 

cenę. Idziemy!

Przepchnęliśmy się przez tłum, oddaliśmy bilety i 

background image

dostaliśmy się na poddasze. Opera byłaby tu ledwie 
słyszalna, ale nie miałem najmniejszej ochoty słuchać 
wycia i rzępolenia. Poddasze miało też inne zalety, jak 
np. bar, do którego natychmiast weszliśmy. 
Odświeżyłem się piwem, z zadowoleniem konstatując, 
że pociechy zamówiły niealkoholowe napoje. Z innej 
ich aktywności byłem mniej zadowolony. 
Przysunąłem się do Bolivara, łapiąc go za ramię - mój 
palec wskazujący nacisnął przy tym nerw 
paraliżujący rękę.

- Bardzo brzydko - powiedziałem łagodnie, gdy 

diamentowa bransoletka wyślizgnęła mu się ze 
zdrętwiałych palców na dywan, i stuknąłem stojącą 
obok matronę w ramię, wskazując w dół, gdy się 
obróciła.

- Przepraszam, madam, czy nie zsunęła się pani 

bransoletka?

- Tak?
- Nie, proszę mi pozwolić! Ależ skąd, cała 

przyjemność po mojej stronie.

Spojrzałem wymownie na Jamesa - uniósł dłonie 

w geście pokoju.

- Zrozumiałem już, tatusiu. Przepraszam, po 

background image

prostu dla wprawy i już wsunąłem gościowi portfel z 
powrotem, ledwie zauważyłem, że Bolivar rozciera 
sobie ramię.

- Pięknie, tylko żeby mi to było ostatni raz. 

Mamy poważne i odpowiedzialne zadanie dziś w nocy 
i żadne duperele nie powinny wam się pałętać po 
głowie. Dalej, ostatni dzwonek, kończyć drinki i w 
drogę.

- Na nasze miejsca?
- Oczywiście, że nie. Do ubikacji.
Osiągnęliśmy każdy osobną kabinę i stojąc na 

sedesach, aby nie było widać nóg, poczekaliśmy, aż 
ucichną ludzie i okoliczny teren opustoszeje i aż 
rozlegną się pierwsze przeraźliwe dźwięki 
oznajmiające początek spektaklu. Odgłos spuszczanej 
wody był zdecydowanie bardziej melodyjny.

- No to zaczynamy - oznajmiłem.
I zaczęliśmy.
Wilgotne oko w wylocie ścieku obserwowało, jak 

wychodzę. Moment później wychyliła się para czułków, 
które były częścią składową ciała należącego z wyglądu 
do ścieku. Właściwie to nawet do czegoś gorszego - owo 
coś było obrzydliwe, oślizłe i ogólnie rzecz biorąc 

background image

nieprzyjemne.

- Wygląda na to, że znasz drogę - stwierdził 

Bolivar, gdy po przejściu przez zamknięte drzwi z 
napisem OBCYM WSTĘP WZBRONIONY 
ruszyliśmy ciemnym korytarzem.

- Kupiwszy bilety pozwoliłem sobie na małą 

wycieczkę. Jesteśmy.

Pozwoliłem chłopcom rozbroić dla wprawy 

alarm przeciwwłamaniowy i podbudował mnie fakt, 
że nie potrzebowali wskazówek. Wlali nawet na nasze 
ślady parę kropli skutecznie maskującego trop 
śmierdzidła. Wyjrzeliśmy na zewnątrz. Ciemna bryła 
budynku majaczyła o dobre pięć jardów.

- Co dalej? - spytał Bolivar.
- To znaczy, jak się tam dostaniemy? - uściślił 

James.

- Za pomocą tego. - Wyciągnąłem podobny do 

pistoletu przedmiot z wewnętrznej kieszeni. - Nie ma 
nazwy, ponieważ sam go skonstruowałem. Gdy 
naciśnie się spust, wystrzeliwuje mały generator pola, 
ciągnący za sobą nić molekularną, która jest nie do 
zerwania. Pole jest wytwarzane przez blisko 
piętnaście sekund i w tym czasie może wytrzymać 

background image

obciążenie tony. Proste?

- Skąd możesz wiedzieć, że trafisz w kawałek stali 

po ciemku? - zdumionym głosem odezwał się Bolivar.

- Z kilku powodów, niedowiarku. Odkryłem 

wcześniej, że okna mają metalowe framugi to raz, a 
dwa, to pole jest tak silne, że trudno jest utrzymać je 
z daleka od rzeczy metalowych. Masz linkę, James? 
Pięknie. Przytwierdź jeden koniec do rury. Tylko 
starannie, bo pod nami jest kilka pięter. Drugi daj mi. 
Macie pancerne rękawice? Ideał, trochę ćwiczeń 
przyda się waszym muskułom. Gdy linka będzie 
przymocowana, pociągnę za nią trzy razy. No to 
zaczynamy!

Podtrzymywany na duchu przez własną filozofię, 

wkroczyłem do akcji.

- Powodzenia - doszło mnie z tyłu.
- Dzięki, uczucia doceniam, ale pomysłu nie - 

Stalowe Szczury muszą mieć własne szczęście.

Pociągnąłem za spust. Pocisk pofrunął 

zygzakiem i przywarł do celu. Wcisnąłem przycisk 
wciągarki i wyleciałem przez otwarte okno. Piętnaście 
sekund to niewiele. Zgiąłem się, wysuwając nogi i 
lewą rękę do przodu, klnąc zarazem na czym świat 

background image

stoi. Wyszło na to, że amortyzacją spotkania ze ścianą 
zajęła się tylko prawa noga. Jeśli nie była złamana, to 
graniczyło to z cudem. Nic takiego nigdy się nie 
zdarzyło, odkąd ćwiczyłem w domu. Sekundy 
uciekały, a ja wisiałem jak worek. W dodatku ciężki 
worek. Niefunkcjonująca noga musiała zostać 
zignorowana, niezależnie od faktu, czy mi się to 
podobało, czy nie. Czubkiem buta namacałem 
krawędź okna po lewej i używając zdrowej nogi 
kopnąłem w szybę, wkładając w to wszystkie moje 
siły. Efekt był zerowy, co było zrozumiałe, biorąc 
poprawkę na jakość szkła pancernego w dzisiejszych 
czasach. Pożytkiem było to, że się nieco obsunąłem, 
stając czubkiem buta na dolnej listwie, a palce lewej 
dłoni zacisnąłem na krawędzi górnej.

Dokładnie w tym momencie pole zniknęło i 

pozostałem sam ze sobą. Trzymałem się ściany 
opuszkami palców lewej dłoni, wsparty na czubku 
buta, upodabniając się do muchy niedojdy.

- Dobrze ci idzie, tato? - dobiegł mnie z tyłu 

szept.

Muszę przyznać, że sporo wewnętrznej 

dyscypliny kosztowała mnie kontrola cisnących się na 

background image

usta odpowiedzi. Dzieci nie powinny wysłuchiwać 
czegoś takiego od własnych rodziców. Efektem tego 
było coś na kształt „fiszlesloop". Palce zaczynały się 
męczyć, a sytuacja przestawała być zabawna. 
Ostrożnie wsunąłem zbędny drobiazg za pazuchę, po 
czym sięgnąłem do kieszeni po diament. 
Zdecydowanie nie był to czas ani miejsce na 
subtelności. Normalnie wyciąłbym mały otwór wokół 
przyklejonej przyssawki, wyjął ostrożnie szklany 
krążek, odciągnął zasuwkę i uniósł delikatnie okno. 
Nie teraz. Jednym szarpnięciem wyciągnąłem go i 
wyciąłem kaleki owal, następnie kontynuując ów ruch 
wbiłem go pięścią do środka. Diament powędrował 
jego śladem, ja zaś sięgnąłem do wnętrza i złapałem 
za ramę.

Szkło uderzyło w podłogę z głośnym dźwiękiem, 

akurat gdy mój but ześlizgnął się z oparcia. Zawisłem 
na jednej ręce, starając się zignorować ostrą krawędź 
wrzynającą się w ramię. Podciągnąłem się tak wysoko 
- oto co znaczy stały trening - że mogłem użyć drugiej 
ręki do wsparcia. Dalej wszystko było już proste jak 
drut, choć cieknąca z ramienia krew przeszkadzała 
mi jak mogła. Ponowne oparcie buta na rynnie i 

background image

otwarcie okna było dziełem chwili - po 
unieszkodliwieniu alarmu, rzecz jasna. Gdy 
wślizgnąłem się przez otwarte okno, usiadłem 
bezwładnie na podłodze.

- Myślę, że jestem już trochę za stary na takie 

rzeczy - powiedziałem sobie, gdy wrócił mi oddech.

Wokół pozorna cisza - brzęk szkła, przeraźliwy 

dla mnie, nie zwrócił najwyraźniej niczyjej uwagi. Do 
roboty. Znalazłem coś solidnego do przymocowania 
liny, zrobiłem to najlepiej, jak mogłem i pociągnąłem 
trzy razy.

- Napędziłeś nam stracha - oświadczył James.
- Napędziłem sobie strachu - poprawiłem go. - To 

jest latarka, tu zaś medpakiet. Sprawdźcie, czy można 
coś zrobić z moim ramieniem. Krew, jak wiecie, jest 
idealnym dowodem.

Zrobili nawet sporo. Rozcięcie zostało opatrzone 

fachowo, a pulsujący ból prawej nogi świadczył, że 
wraca ona do życia. Zmusiłem się do zrobienia paru 
okrążeń po pokoju, aby przywrócić w niej krążenie.

- Dobra - oznajmiłem - teraz do zabawy.
Wyprowadziłem ich z pokoju i dalej ciemnym 

korytarzem, tak szybko, jak pozwoliła mi 

background image

niezdyscyplinowana kończyna. Chłopcy zostali parę 
kroków z tyłu, tak że za róg wyszedłem z trzyjardową 
przewagą... Byli więc nadal niewidoczni, gdy 
wzmocniony elektronicznie głos wykrzyknął mi w 
twarz:

- Nie ruszaj się, di Griz. Jesteś aresztowany!
3

Życie jest pełne tego typu niespodzianek - 

przynajmniej moje. Za innych trudno mi się 
wypowiadać. Mogą być wzruszające, zaskakujące, a 
nawet śmiertelne, gdy ktoś nie jest na nie 
przygotowany. Szczęściem, dzięki przewidywaniu i 
wiedzy fachowej, ja byłem przygotowany. Granat 
dymny poleciał, zanim jeszcze przebrzmiał ów głos. 
Ładunek wybuchł z zadowalającym hukiem, 
wypełniając cały korytarz kłębami czarnego dymu i 
powodując złośliwe komentarze z kilkunastu gardeł. 
Aby dodać im powodów do narzekań, posłałem w ślad 
za pierwszym granatem następny - trochę inny. Jest 
to poręczny drobiazg sam w sobie całkowicie 
niewinny, wytwarzający jednakże takie ilości efektów 
akustycznych w guście strzałów i wybuchów, że 
wystarczy ich na małą wojnę, i wyrzucający na 

background image

wszystkie strony kapsuły gazu usypiającego. Muszę 
przyznać, że wywarł znakomity efekt psychologiczny. 
Ja zaś cichutko wróciłem do zmartwiałych pociech i 
poprowadziłem je w głąb korytarza.

- Teraz się rozdzielimy - oznajmiłem, gdy 

pozwoliły mi na to cichnące odgłosy kanonady. - Tu 
macie kod komputera blokującego.

Bolivar złapał go odruchowo, po czym potrząsnął 

głową próbując coś zrozumieć.

- Tato, mógłbyś nam powiedzieć...
- Oczywiście. Kiedy wykopałem szybę, 

wiedziałem, że odgłos tego, choć minimalny, musiał 
włączyć alarm dźwiękowy. Dlatego zacząłem 
realizować plan B, a nie mówiłem wam o tym, aby 
uniknąć protestów. Polega on na tym, że ja robię 
dywersję, a wy obaj udajecie się do pomieszczenia 
pamięci i kończycie robotę. Używając priorytetowych 
kodów Korpusu, zdołałem zebrać wszystko, co jest do 
tego potrzebne. Macie instrukcję kasowania pamięci, 
którą coś tak głupiego jak komputer wykona bez 
wahania. Zniszczy ona akta wszystkich obywateli na 
paręnaście lat świetlnych wokoło, którzy mają to 
szczęście, że ich nazwiska zaczynają się na literę D. Po 

background image

dokonaniu tego zbożnego dzieła wykasujecie także 
nazwiska na U i P w przypadku, gdyby ktoś 
bezpodstawnie próbował łączyć moją obecność ze 
zniszczeniami. Wybór tych dwóch liter, dodam, nie 
jest przypadkowy.

- Zwłaszcza, że „dup" jest jednym z większych 

przekleństw w tutejszym slangu.

- Racja, James, twoje szare komórki przechodzą 

same siebie. Zrobiwszy to, otworzycie grzecznie 
któreś z parterowych okien i zmieszacie się z tłumem. 
Proste?

- Poza tym, że dasz się aresztować - mruknął 

Bolivar. - Na to nie pozwolimy.

- Nie zatrzymacie mnie, choć doceniam uczucia. 

Bądźcie rozsądni. Krew jest niepodważalnym 
dowodem, a mojej mają tam w pokoju aż nadto. Jeśli 
teraz ucieknę, będę ścigany, ledwie zrobią analizy, nie 
wspominając o drobiazgu, że i tak mnie już widzieli i 
z pewnością mają serię doskonałych zdjęć. Poza tym 
wasza matka jest w więzieniu i muszę dotrzymać jej 
towarzystwa. Przy zniszczonych zapisach wszystko, 
co mogą mi zrobić, to oskarżyć o włamanie i przysłać 
rachunek za szklenie. I tak wkrótce opuszczamy tę 

background image

planetę.

- Mogą potrzymać cię do rozprawy - zmartwił się 

James.

- No cóż, w takim przypadku wasi rodzice będą 

zmuszeni wyłamać się z tutejszego kibla. Nie ma co się 
martwić - niespecjalnie trudne zadanie. Po 
wykonaniu zadania zameldować się w domu i spać. 
Pogadamy później, a teraz znikać.

Będąc rozsądnymi dziećmi, zrobili to 

natychmiast. Ja zaś powróciłem na plac boju i 
nałożyłem gogle i filtry nosowe. Miałem jeszcze masę 
granatów i to w szerokim wyborze - dymne, duszące, 
łzawiące, ogłuszające - a ponieważ urząd 
zdenerwował mnie parokrotnie, toteż jak mogłem, tak 
starałem się oddać dług.

Ktoś zaczął strzelać, co było głupim posunięciem, 

gdyż miał znacznie większe szansę trafić któregoś z 
kumpli niż mnie. Odszukałem go w dymie, zabrałem 
broń i dałem klapsa, który powinien być przyczyną 
sporego bólu głowy po odzyskaniu świadomości. 
Prawie pełny magazynek wypróżniłem, z dużą 
przyjemnością, prosto w sufit.

- Nigdy nie złapiecie Chytrego Jima! - 

background image

wrzasnąłem w głąb bardzo hałaśliwej ciemności, 
wiodąc tę zgraję fiskalnych piratów na trasę 
krajoznawczą po budynku.

Obliczyłem, ile czasu powinno wystarczyć 

bliźniakom na skończenie roboty, dodałem jeszcze 
kwadrans na wszelki wypadek, po czym z ulgą 
opadłem na fotel dyrektora w jego gabinecie, 
zapaliłem jedno z jego cygar i odprężyłem się 
zadowolony.

- Poddaję się, poddaję! - wrzasnąłem ku tłumowi 

potykających się, kaszlących i rzewnie płaczących 
osobników, podążających moim tropem. - Jesteście 
zbyt męczący dla mnie. Tylko musicie mi obiecać, że 
nie będziecie mnie torturować.

Zbliżyli się ostrożnie - z dumą stwierdziłem, że 

ich przerzedzone szeregi składały się z 
funkcjonariuszy miejscowej policji, która przybyła 
najwyraźniej po to, aby sprawdzić, w co się tu 
bawimy, jak i plutonu - teraz już znacznie 
uszczuplonego - wojsk lądowych z pełnym wy-
posażeniem.

- Tyle zachodu o moją skromną osobę - 

stwierdziłem z podziwem, wypuszczając ku nim kółka 

background image

dymu. - Czuję się zaszczycony. Chcę także złożyć 
oświadczenie prasie o tym, jak zostałem porwany, 
przewieziony tu bez przytomności, po czym byłem 
straszony i goniony po całym budynku. I CHCĘ 
MOJEGO ADWOKATA!!!

Faktycznie brakowało im elementarnego 

poczucia humoru - ja byłem jedynym, który się 
uśmiechał, gdy opuszczaliśmy budynek. Nie 
próbowali być twardzi - zbyt wielu żądnych sensacji 
ludzi kręciło się po okolicy. Syreny wyły, światła 
błyskały różnokolorowo i cały konwój (plus ja w 
kajdanach) ruszył z piskiem.

Najzabawniejsze było, że nie do więzienia. 

Dojechaliśmy do bramy więzienia, gdzie było trochę 
krzyków i groźnego wymachiwania bronią, po czym z 
powrotem do miasta, gdzie ku mojemu zaskoczeniu 
zdjęto mi kajdanki i wprowadzono do jakiegoś 
budynku. O tym, że dzieje się coś dziwnego, 
wiedziałem już przy bramie, ale co to jest, 
zrozumiałem, gdy z pomocą jednego tylko kopniaka 
wepchnięto mnie za nieodznaczające się niczym 
drzwi, które zaraz zamknięto, ja zaś otrzepałem 
ubranie i przyjrzałem się znajomej postaci za 

background image

biurkiem.

- Co za przyjemna niespodzianka - oznajmiłem. - 

Dobrze się czujesz?

- Powinienem cię zastrzelić, di Griz - warknął 

Inskipp, mój osobisty szef, główny mózg Korpusu 
Specjalnego, prawdopodobnie najpotężniejszy 
człowiek w galaktyce we własnej osobie. Korpus 
powołała Liga do utrzymania pokoju i spokoju wśród 
gwiazd, co ten robił w swoisty sposób, i choć nie 
zawsze najuczciwszą drogą, zawsze jednak z 
zadowalającym wynikiem.

Dawno już stwierdzono, że złodzieja najlepiej 

złapać posługując się drugim złodziejem - Korpus 
stosował tę właśnie maksymę. Swego czasu - przed 
moim przyłączeniem się do Korpusu - Inskipp był 
największym i najlepszym przestępcą w galaktyce, 
inspiracją dla wszystkich STALOWYCH 
SZCZURÓW. Zmuszony jestem przyznać, że nie 
prowadziłem zbyt pomnikowego żywota przed 
przymusowym nawróceniem ku dobrym mocom. 
Nawróceniem, jak łatwo można stwierdzić, niezbyt 
całkowitym, choć przekonany jestem, że nie zrobiłem 
w życiu nic, czego musiałbym żałować. Słysząc go, 

background image

wyciągnąłem zza pazuchy straszak noszony na takie 
okazje i przystawiłem sobie do skroni.

- Jeśli uważasz, o Wielki, że powinienem być 

zastrzelony, jestem gotów ci pomóc. Żegnaj, okrutny 
świecie... - pociągnąłem za spust, robiąc w ten sposób 
sporo huku.

- Przestań się wygłupiać, to poważna sprawa.
- Jestem zawsze z tobą, niezależnie od tego, czy 

wierzę w uzasadnienia, jakie mi wciskasz. Pozwól mi 
zdjąć ten pyłek, który jest na twojej klapie.

Zrobiłem to, wyciągając mu przy okazji etui na 

cygara - był tak zamyślony, że nie zauważył, dopóki 
nie zapaliłem jednego i nie poczęstowałem go resztą. 
Złapał etui z warknięciem i sapnął:

- Potrzebuję twojej pomocy!
- Oczywiście - przytaknąłem. - Dla jakiego 

innego powodu sprawdzałbyś to oskarżenie i robił 
całą resztę? Gdzie jest Angelina?

- W drodze do domu, aby okiełznać twoich 

występnych następców. Tłumoki z tej planety mogą 
się nie zorientować, co się dzieje w ich aktach, ale ja 
wiem. Zapomnijmy o tym, zwłaszcza że statek czeka 
na kosmodromie, aby zawieźć cię na Kakalak 2.

background image

- Ponura skała okrążająca ciemną gwiazdę. Co 

znajdę na tym zadupiu?

- Liczy się to, czego tam nie znajdziesz. 

Satelitarnej bazy, która była miejscem spotkania 
Szefów Sztabów Floty Ligi...

- Powiedziałeś „była" z dość dużym uczuciem. 

Czy mam wierzyć...

- Powinieneś. Zniknęła bez śladu. Nie mamy 

pojęcia, co się mogło wydarzyć.

- Zawsze myślałem, że może to spowodować 

jedynie szczery entuzjazm wśród niższych szarż...

- Oszczędzaj poczucie humoru, di Griz. Jeśli 

prasa złapie ślad tego wydarzenia, wolę nie myśleć o 
politycznych reperkusjach. Nie mówiąc już o 
dezorganizacji naszej obrony.

- To ostatnie nie powinno cię zbytnio martwić, 

nie widzę zwiastunów żadnej wojny na horyzoncie. A 
tak w ogóle, muszę zadzwonić do domu i podać 
ocenzurowaną wersję wypadków. Potem możemy 
pogadać.

Za kratką wentylacyjną wisiała jakaś wyposażona 

w okryte przylgami macki istota. Mrugała zielonymi 

background image

oczami, żując coś ostrymi jak igły zębami.

Ona również śmierdziała zgnilizną.

- Coś mi tu śmierdzi i w ogóle nie podoba mi się 

to - oznajmiła błyskając oczami Angelina.

- Nic nie śmierdzi, skarbie! - zełgałem. - Nagłe 

zadanie, to wszystko. Wyjazd na parę dni. Wrócę, 
ledwie się skończy. Teraz, po ukończeniu szkoły, 
najlepiej będzie, jeśli odkurzysz foldery reklamowe i 
uzgodnisz z chłopcami jakieś miejsce, gdzie 
moglibyśmy udać się na urlop.

- Dobrze, że sobie przypomniałeś. Obaj wrócili 

parę minut temu, umorusani do obrzydzenia i 
zmęczeni jak reksy i nie chcą powiedzieć słowa o tym, 
co się z nimi działo.

- Powiedzą ci, przekaż im tylko, że tata skończył 

operację i że powinni ci opowiedzieć o nowym 
sposobie spędzania wieczorów. Do zobaczenia, 
skarbie! - przesłałem całusa i przerwałem połączenie, 
nim zdążyła zaprotestować powtórnie.

Zanim usłyszy o niedawnych nonsensach, 

powinienem być daleko w kosmosie, kończąc tę 
głupawą historię. Zresztą, to co przydarzyło się paru 

background image

setkom wojskowych osłów, nie obchodziło mnie w 
żadnym stopniu - interesowało mnie tylko, jak to się 
stało.

Ledwie znaleźliśmy się w drodze, otworzyłem 

akta, zaaplikowałem sobie uczciwą dawkę Syrian 
Panther Sweat i zabrałem się za lekturę. Pierwszy raz 
zrobiłem to wolno i uczciwie, drugi raz trochę 
szybciej, trzeci zatrzymując się na najważniejszych 
fragmentach. Gdy odłożyłem teczkę, dostrzegłem 
siedzącego naprzeciwko Inskippa, który gapił się na 
mnie, żując zawzięcie wargę i bębniąc palcami po 
stole.

- Nerwy? - spytałem uprzejmie. - Mam tu 

wspaniały uspokajacz...

- Zamknij się! Powiedz lepiej, co tam znalazłeś 

ciekawego i co o tym myślisz.

- Myślę, że lecimy w złą stronę. Zmień kurs na 

naszą Kwaterę Główną. Muszę z kimś pogadać.

- Ale śledztwo...
- Nie da więcej, niż tu jest - postukałem w akta.- 

Już wszystko zostało zrobione, charakterystyki 
porwanych typów, sprawdzenie zabezpieczeń, 
nagranie radiowe wszystkich częstotliwości, próby 

background image

zrozumienia okrzyku „Zęby!" itd. Twoi wywiadowcy, 
w dobrze dobranym i niegłupim składzie, przybyli na 
miejsce, znajdując pustą przestrzeń i ani śladu 
satelity czy poprzednich wydarzeń. Sądzisz, że ja 
mam większe szansę niż ci eksperci? Bzdura! Dalej, 
lecimy do Coypu.

- Po co?
- Bo on jest mistrzem time-helixu. Aby 

stwierdzić, co się wydarzyło, zamierzam wybrać się w 
przeszłość i obejrzeć na własne oczy przebieg 
wypadków.

- Nigdy o tym nie pomyślałem - mruknął.
- Oczywiście, że nie. Płaszczysz dupę za 

biurkiem, a ja jestem najlepszym agentem polowym 
Korpusu. Pozbawiam cię cygara, które wypłacam 
sobie jako wynagrodzenie za stałą naukę 
niedocenianego geniusza.

Coypu był przeciwny. Przygryzł wargę 

imponującymi, żółtymi zębami i potrząsnął 
kategorycznie głową, rozsypując na boki kosmyki 
siwych włosów i machając równocześnie zaciekle 
rękami.

- Czy próbujesz dać nam do zrozumienia, że 

background image

pomysł nie spotyka się z twoją aprobatą? - spytałem 
uprzejmie.

- Szaleństwo! Nie, nigdy! Od ostatniego użycia 

time-helixu przez cały czas są czasowe spięcia wzdłuż 
statycznych linii energii.

- Maniak! - jęknąłem. - Proszę uprzejmie potrak-

tować mnie i mojego obecnego tu szefa, jakbyśmy byli 
naukowymi imbecylami.

- Jesteście - sapnął. - Musiałem z niego 

skorzystać, aby uratować nas wszystkich, po czym 
zostałem zmuszony do powtórnego użycia, aby 
wyciągnąć ciebie z przeszłości. Masz jednak moje 
słowo, że nie będzie on używany, dopóki nie zostanie 
dokładnie wyskalowany.

Inskipp dowiódł, że jest z twardszego surowca 

niż naukowiec - zrobił dwa szybkie kroki, aż on i 
Coypu znaleźli się oko w oko, raczej nos w nos - obaj 
mieli imponujące organy powonienia. Po czym będąc 
na pozycji, odpalił taką salwę przekleństw, jakiej nie 
powstydziłby się zawodowy sierżant i zakończył 
wiązanką wcale osobistych gróźb.

- I jako twój pracodawca, jeśli powiem ci, że 

masz iść, to pójdziesz! Bez wahania! Nie powiem, że 

background image

cię zabiję, nie jesteśmy okrutni, ale jeśli nie, to 
skończysz ucząc na podstawowym kursie fizyki bandę 
cymbałów na jakimś zadupiu, dla których maszyna 
czasu oznacza to samo, co zegarek. Będziesz 
współpracował?

- Nie możesz mi grozić! - obruszył się Coypu.
- Już to zrobiłem. Masz minutę do namysłu. 

Straż!

Para antropoidalnych osobników w 

kombinezonach bojowych pojawiła się po obu 
stronach profesora, łapiąc go bezceremonialnie pod 
pachy tak, że jego stopy zaczęły dyndać w powietrzu.

- Trzydzieści sekund - glos Inskippa wypełniony 

był całym ciepłem atakującej kobry.

- Zawsze chciałem wyskalować doświadczalnie 

time-helix - namyślił się Coypu.

- No. Postawcie go! To będzie proste - wyślesz go 

tydzień w tył, ustawiając maszynę na sygnał powrotu. 
Damy ci dokładne koordynaty czasoprzestrzenne. Nic 
więcej nie musisz wiedzieć. Jesteś gotów, DiGriz?

- Jak zawsze mruknąłem bez entuzjazmu, 

zezując na kombinezon i stertę ekwipunku. - Tylko 
się ubiorę i poumieszczam to wszystko. Tak samo jak 

background image

ty gotów jestem zobaczyć, co się stało, a wrócić 
pragnę jeszcze bardziej niż ty!

Gotowa sprężyna time-helixu błyskała 

zielonkawo. Westchnąłem, przygotowując się 
duchowo do podróży. Zatęskniłem niemal za 
spokojnym, trupiopodobnym uściskiem poborców 
podatkowych.

Niemal.
4

Fakt, że nie była to moja pierwsza podróż w 

czasie, bynajmniej nie zmieniał związanych z nią 
nieprzyjemnych wrażeń. Przeciwnie, poczułem, jakby 
coś mnie rozciągało, znowu były widoczne gwiazdy i 
znów pojawiło się poczucie przeraźliwego zimna. Było 
to paskudne i trwało stanowczo za długo. W końcu 
sensacje skończyły się i szarość przestrzeni zmieniła 
się w zdrową, pocętkowaną gwiazdami czerń 
kosmosu. Byłem w stanie nieważkości; obracałem się 
wolniutko i podziwiałem wygląd satelity, który 
właśnie pojawił się w polu widzenia. Radar oznajmił, 
że jestem o piętnaście mil od tej skały - czyli tam, 
gdzie powinienem być.

Satelita był uczciwych rozmiarów - opleciony 

background image

antenami z mnóstwem jasno oświetlonych okien. Jak 
pamiętałem, wypełniony był pałętającą się zgrają 
cymbałów, zajmujących się czymś użytecznym przez 
minimalną cząstkę swojego żywota. Przełączyłem 
radio na ich częstotliwość i stwierdziłem, że jestem o 
godzinę spóźniony w stosunku do planu - Coypu 
będzie mocno zaintrygowany, jak mu to oświadczę. 
Mimo to miałem jeszcze pięć godzin do spędzenia, 
zanim się coś zacznie.

Z oczywistych powodów nie mogłem zapalić 

cygara, ale mogłem się napić. Już dość dawno 
przedsięwziąłem odpowiednie kroki po temu, 
wypuszczając wodę ze zbiornika, nalewając zaś 
burbona z wodą. Zalety tej mieszanki odkryto jakieś 
trzydzieści dwa tysiące lat wcześniej na Planecie 
Ziemia. Planeta, co prawda, została zniszczona 
bardzo dawno temu, ale przepis uratowałem osobiście 
po sporej ilości prób - niebezpiecznych, bo na sobie - 
nauczyłem się produkować znośną imitację. Nic więc 
nie stało na przeszkodzie, by złapać rurkę w zęby i 
zdrowo pociągnąć. Mieszanka faktycznie była dobra. 
Podziwiałem okoliczne gwiazdy, jak i pobliskiego 
satelitę, uzupełniając regularnie równowagę płynów 

background image

w organizmie, i czas jakoś leciał.

Jakieś pięć minut przed punktem krytycznym, 

dostrzegłem kątem oka nagły ruch. Odwróciłem się i 
zobaczyłem identyczny kombinezon próżniowy, 
unoszący się opodal i siedzący na dwujardowej 
rakiecie. Wyciągnąłem miotacz i wycelowałem w 
nowo przybyłego.

Trzymaj łapy na widoku i obróć się powoli, abym 

mógł cię obejrzeć.

- Odłóż, durniu, tę pukawkę - oświadczył tamten, 

nadal odwrócony tyłem, grzebiąc coś przy 
kontrolkach rakiety. - Skoro ty nie wiesz, kim jestem, 
to nikt tego nie wie.

- Mną! - stwierdziłem starając się zamknąć usta.
- Nie, sobą! Ja jestem tobą albo coś w tym guście. 

Gramatyka nie jest stworzona do takich rzeczy. 
Schowaj spluwę, cymbale.

-- Czy mógłbyś mi wyjaśnić...
- Pewnie będę musiał, skoro ty czy ja nie 

mieliśmy dość inteligencji, by pomyśleć o tym 
wcześniej i potrzebna była druga podróż. To jest 
kosmiczna pluskwa - spojrzał na zegarek albo ja 
spojrzałem na zegarek, czy coś w tym stylu.

background image

Potem on /ja?/ wskazał: - Uważaj, to naprawdę 

jest niezłe widowisko.

Było. Przestrzeń za satelitą była pusta - po czym 

nagle już nie była. Coś wielkiego, bardzo wielkiego 
pojawiło się i mknęło ku satelicie. Widziałem jedynie 
czarny jajowaty kształt, który niespodziewanie otwarł 
się z przodu. Wnętrze było niesamowicie obszerne, 
rozświetlone ogniem piekielnym, zupełnie jak 
gigantyczna paszczęka obramowana zębami.

- ZĘBY! - trzasnęło moje radio wiadomością z 

zaginionego satelity.

Biały strumień ognia przeciął pole widzenia i 

pluskwa runęła ku satelicie. Zgranie było idealne, 
gdyż paszcza już zamknęła się po połknięciu satelity; 
wokół kolosa zamigotało pole ochronne i statek, a 
wraz z nim pluskwa zniknęły.

- Co to było? - westchnąłem.
- Skąd niby mam wiedzieć? - odparłem. - 

Zabieraj się z powrotem, żebym ja się mógł zabrać 
albo ty. Mam na myśli... do cholery z tym, ZNIKAJ!

- Nie pyskuj - mruknąłem - nie sądzę, żebym 

powinien w ten sposób zwracać się do siebie.

Uruchomiłem mechanizm powrotny i po 

background image

wszystkich wyżej opisanych przejściach wróciłem do 
punktu wyjścia.

- Co znalazłeś? - Inskipp był przy mnie ledwie 

otworzyłem hełm.

- Wystarczająco dużo, aby wybrać się ponownie. 

Potrzebuję kosmiczną pluskwę, potem ci opowiem. - 
Zdejmowanie i nakładanie kombinezonu jest gorsze 
od siedzenia w nim, toteż zrezygnowany oparłem się o 
ścianę, pociągając solidny łyk mieszanki.

Inskipp głośno pociągnął nosem.
- Piłeś w pracy?
- Oczywiście. Jest to jedyny sposób, żeby ta 

robota nadawała się do strawienia. Teraz zamknij się 
i słuchaj.

Coś naprawdę dużego pojawiło się z 

nadprzestrzeni, o milę od satelity. Niezły kawałek 
nawigacji; nie sądziłem, że tak można, ale 
najwyraźniej się myliłem. Cokolwiek to było, otwarło 
lśniącą, obramowaną zębiskami paszczę, i połknęło 
admirałów wraz ze stacją satelitarną.

- Upiłeś się! Wiedziałem!
- Nie, i mogę tego dowieść, chyba że sądzisz, iż 

moja kamera też się schlała. Ledwie to się stało, gość 

background image

wrócił w nadprzestrzeń i zniknął.

- Musimy mu przyczepić pluskwę!
- To właśnie powiedziałem sobie... Dalej, Coypu, 

daj mi to i przenieś o pięć minut przed godziną zero. 
Tak na marginesie - spóźniłeś się o godzinę za 
pierwszym razem, oczekuję poprawy.

Coypu coś mruknął, nastawiając zegary, ja zaś 

złapałem pluskwę i zniknąłem. Scenariusz był ten sam 
co poprzednio, tylko z innego punktu widzenia. Gdy 
powtórnie wróciłem, miałem serdecznie dość podróży 
w czasie - nie pragnąłem już niczego poza sporym 
posiłkiem z małą butelką wina i miękkim łóżkiem. 
Dostałem wszystko i miałem nawet kiedy się tym 
nacieszyć. Prawie tydzień minął, zanim dostaliśmy 
meldunek od kosmicznej pluskwy. Byłem akurat z 
Inskippem, gdy go doręczono i mogę stwierdzić, że 
wytrzeszcz jego oczu i ilość czasu, jaki strawił na 
lekturze, były imponujące.

- To niemożliwe - oznajmił w końcu.
- To właśnie w tobie lubię - nieustający 

optymizm. - Wyłuskałem kartkę z bezwładnych 
palców, przeczytałem, sprawdziłem koordynaty na 
mapie i przyznałem mu rację. Prawie.

background image

Pluskwa spisała się znakomicie. Odpaliłem ją na 

czas, toteż bez trudu przywarła do tego statku czy 
cokolwiek to było. Razem powędrowali w 
nadprzestrzeń, możliwe zresztą, że zrobili całą serię 
skoków - nie było to zbyt istotne, zwłaszcza że 
pluskwa była zaprogramowana na odłączenie się 
jedynie w normalnej przestrzeni i w pobliżu bądź 
planety z atmosferą tlenową, bądź stacji kosmicznej. 
Była całkowicie niemetalowa i dopóki nie zaczęła 
nadawać, praktycznie niewykrywalna.

Gdy zbliżyła się do czegoś, na co była 

zaprogramowana, kierowała się na najbliższą boję 
świetlną Ligi i ogłaszała swoje przybycie. Nie trzeba 
dodawać, że robiła zdjęcia na wszystkie możliwe i 
niemożliwe strony. Analizował je później komputer, 
określając miejsce, z którego przybywała. Pięknie. 
Tyle że odpowiedź, jakiej tym razem udzielił, była 
nieprawdopodobna.

- Jeśli lokalizacja jest właściwa - postukałem w 

mapę - mam paskudne przeczucie, że jesteśmy w 
kłopotach.

- Nie myślisz, że ci admirałowie zostali porwani 

przypadkiem?

background image

- A jak ci się wydaje?
- Sądziłem, że to właśnie powiesz.
Żeby zrozumieć problem, trzeba było zastanowić 

się nad kształtem naszej galaktyki. Wiem, że to 
trudne dla wszystkich, wyłączając astrofizyków i inne 
takie przypadki, ale jest to niezbędne. Ma ona kształt 
rozgwiazdy, której ramiona i korpus stanowią duże 
skupiska gwiezdne, pomiędzy kończynami zaś 
znajdują się pojedyncze gwiazdy, gaz kosmiczny i 
inne śmieci. Wszystkie planety Ligi usytuowane są w 
prawym górnym ramieniu. Parę poznanych, a nie 
skolonizowanych jeszcze światów leży w górnym 
lewym i prawym dolnym. A ze zdjęć wyglądało na to, 
że nasz porywacz przybył z dolnej lewej kończyny.

Cóż, jest to część tej samej galaktyki - problem w 

tym, że jest to część galaktyki, w której nigdy nie 
byliśmy, z którą nigdy się nie kontaktowaliśmy i, z 
tego co wiemy, nie ma tam zamieszkanych planet.

Zamieszkanych przez ludzi, znaczy się. Przez 

całe tysiąclecia ludzkość ciskała się na lewo i prawo, 
aby znaleźć braci w rozumie, i nigdy, jak dotąd, jej 
się to nie udało. Znaleźliśmy ślady dawno zaginionych 
cywilizacji, ale zniknęły przed milionami lat. Podczas 

background image

Ery Imperium Słonecznego, Gwiezdnego Lenna, czy 
temu podobnych bzdur, statki latały w 
najrozmaitszych kierunkach. Potem nastąpiło 
Załamanie i zanik komunikacji na całe tysiąclecia. 
Wychodzimy właśnie z niego, napotykając planety we 
wszystkich możliwych stadiach rozwoju - lub też jego 
braku. Zbieramy do kupy coś, co już kiedyś znaleź-
liśmy, może kiedyś nastąpi dalsza ekspansja, ale nie 
dojdzie do tego szybko. Tyle że teraz sytuacja 
cokolwiek się zmieniła.

- Co zamierzasz zrobić? - spytał Inskipp.
- Ja? Dokładnie nie wiem, ale chyba nic poza 

obserwowaniem, jak wydajesz rozkazy zbadania tej 
ciekawostki.

- Właśnie. Rozkazy! Rozkaz numer jeden. 

Polecisz tam, di Griz, i sprawdzisz co i jak.

- Jestem przepracowany. Masz do dyspozycji 

zasoby tysiąca planet, całą flotę i stada agentów. Użyj 
czegoś innego dla odmiany.

- Nie. Mocno mi się wydaje, że posłanie 

normalnego patrolowca będzie czymś w stylu 
wepchnięcia nosa w stos atomowy.

- Porównanie do kitu, ale wiem, co masz na 

background image

myśli.

- Mam nadzieję. Jesteś najbardziej 

przywiązanym do życia facetem, jakiego znam. 
Opieram się na tym i na możliwościach twojego 
skonanego mózgu i zakładam, że ci się uda, tak jak 
dotąd. Poleć tam, popatrz, co się tam tworzy, i 
najważniejsze - wróć z raportem.

- Czy może mam dostarczyć jeszcze admirałów?
- Tylko jeśli chcesz. Mamy ich całą masę na 

miejscu.

- Jesteś pozbawionym serca brutalem o równie 

zboczonym umyśle, jak mój.

- Oczywiście, a jak ci się wydaje, czy inaczej 

mógłbym kierować tym cyrkiem? Kiedy nas 
opuszczasz i czego potrzebujesz?

Musiałem się zastanowić. Nie mogłem lecieć nie 

zawiadamiając Angeliny, a kiedy ona dowie się, jak 
dalece wyprawa jest niebezpieczna, nie ma siły, aby 
odwieść ją od udania się razem ze mną. Zgoda, jestem 
antyfeministą, ale potrafię dostrzec prawdziwy talent, 
co musiało doprowadzić do wniosku, że wolałbym 
mieć ją ze sobą zamiast całego sztabu Korpusu 
Specjalnego. Tylko co z chłopcami? Odpowiedź była 

background image

równie oczywista. Z ich naturalnymi zdolnościami, 
pozostawały tylko dwa wyjścia - przestępstwo lub 
Korpus. Muszą kiedyś odbyć chrzest i wyglądało na 
to, że ten czas właśnie nadszedł. Otworzyłem oczy i 
zdałem sobie sprawę, że od dłuższej chwili mamroczę 
pod nosem, a Inskipp przygląda mi się podejrzliwie 
sięgając powoli do przycisku alarmowego. 
Wygrzebałem z dna pamięci pytanie, które mi zadał.

- Ach, tak, hm, oczywiście. Wylatuję wkrótce z 

własną załogą, potrzebny mi w pełni wyposażony 
krążownik klasy Gnasher z pełnymi zapasami i 
uzbrojeniem, i innymi takimi.

- Zrobione, ściągnięcie najbliższego zajmie nam 

dwadzieścia godzin. Masz ten czas na spakowanie się i 
napisanie testamentu.

- Miło z twojej strony. Muszę też wykonać jedno 

połączenie psi.

Podszedłem do centrum komunikacyjnego, 

dostałem połączenie z operatorem na Blodgett i w 
parę sekund później miałem na linii Angelinę.

- Witaj, słonko. Zgadnij, dokąd jedziemy na 

wakacje? - spytałem.

5

background image

- Fajny okręt, tato - oznajmił Bolivar, oglądając 

pulpity centralne krążownika.

- No myślę. Krążowniki tej klasy są uważane za 

najlepsze w całym wszechświecie.

- Stanowisko kierowania ogniem jest wspaniałe. - 

James wdusił guzik, zanim go zdołałem powstrzymać.

- Nie musiałeś rozwalać tego kawałka skały, nie 

zrobił ci nic złego - oświadczyłem z naganą. 
Przełączyłem sterowanie ogniem na własny pulpit 
pilota, zanim zdążył wymyślić coś nowego.

- Chłopcy muszą się wyszaleć - Angelina 

spojrzała na niego z matczyną czułością.

- Mogą to robić za własne kieszonkowe. Wiesz, 

ile tysięcy kredytów kosztuje salwa burtowa tego 
okrętu?

- Nie i nic mnie to nie obchodzi - uniosła brew. - 

A tak w ogóle, to od kiedy ty się o to troszczysz, 
czyścicielu publicznych kieszeni?

Mruknąłem coś i odwróciłem się w stronę 

zegarów. Czy mnie to obchodziło? Czy był to 
ojcowski klaps? Nie - to był autorytet! Jakkolwiek by 
było, byłem tu DOWÓDCĄ!

- Jestem kapitanem i załoga musi mnie słuchać! - 

background image

oświadczyłem.

- Możemy podyskutować na ten temat, kochanie 

- Angelina była słodka jak miód.

- Jeśli będziecie tu grzecznie siedzieć - szybko 

zmieniłem temat - zarządzę butelkę szampana i tort 
czekoladowy, żebyśmy nieco odpoczęli, zanim misja 
naprawdę się zacznie i będę używał bata.

- Już nam wszystko powiedziałeś - stwierdził Ja-

mes. - Czy to nie może być tort wiśniowy?

- Wiem, że wy wiecie wszystko o tym, co się stało 

i dokąd lecimy, ale trzeba ustalić, co będziemy robić, 
gdy już się tam znajdziemy.

- Wiem, że nam o tym powiesz, gdy nadejdzie od-

powiedni czas, kochanie. A poza tym, czy nie jest 
trochę za wcześnie na szampana?

Znowu zająłem się zegarami; musiałem 

uporządkować myśli. Sami wodzowie i ani jednego 
Indianina w tym zespole! Muszę być twardy.

- Porządek dnia. Startujemy dokładnie za 

kwadrans i udajemy się dokładnie na pozycję 
określoną przez pluskwę. Wynurzamy się z 
nadprzestrzeni na półtorej sekundy, co pozwoli 
instrumentom sprawdzić otoczenie i automatycznie 

background image

wracamy na poprzednią pozycję, aby skontrolować 
odczyty. Co będzie dalej, zobaczymy. Jasne?

- Jesteśmy na twoje rozkazy - mruknęła Angelina 

pociągając szampana. Z tonu jej głosu nie można było 
wyczuć, co chciała naprawdę powiedzieć.

Postanowiłem zignorować jej uwagę.
- No to do roboty, Bolivar - z twoich stopni 

wynika, że byłeś dobry w nawigacji.

- Musiałem być. Byliśmy przykuci do pulpitów 

bez jedzenia, dopóki nie zrobiliśmy zadania.

- To wszystko jest już za tobą. Wyznacz kurs do 

punktu docelowego i pozwól, że sprawdzę to, zanim 
wsadzisz go do komputera. James, zaprogramuj 
komputer na zebranie potrzebnych danych w 
normalnej przestrzeni i odlot po półtorej sekundy.

- A co ja mam robić?
- Otworzyć następną butelkę i rozkoszować się 

osiągnięciami własnych pociech.

Osiągnięcia były i to bez zastrzeżeń - obaj zrobili 

porządną robotę. Zabawy się skończyły - to było życie 
i obaj zrobili wszystko, jak mogli najlepiej. 
Sprawdziłem wyniki na wszystkie możliwe sposoby i 
nie znalazłem ani jednej pomyłki.

background image

- Medal dla każdego z was - oznajmiłem - 

możecie wziąć sobie podwójną porcję tortu.

- Wolelibyśmy szampana.
- Dobrze, czas na toast. Za sukces!
Trąciliśmy się kieliszkami, wypiliśmy zawartość i 

ja wcisnąłem guzik startu. Podobnie jak we 
wszystkich podróżach, w tej nie było nic do roboty, 
odkąd zaprogramowaliśmy komputer.

Bliźniaki zwiedzały statek, dopóki nie nauczyły 

się na pamięć działania każdego detalu, a my z 
Angeliną znaleźliśmy ciekawsze sposoby spędzenia 
wolnego czasu. I tak mijały dni. Wreszcie zabrzmiał 
alarm: byliśmy w trakcie ostatniego skoku. Ponownie 
zgromadziliśmy się w sterowni.

- Tato, wiesz, że mamy na pokładzie dwie łodzie 

patrolowe?

- Wiem. Są gotowe do natychmiastowego startu. 

Gdy odskoczymy, ubieracie się w kombinezony 
pancerne.

- Po co? - to był James.
- Bo macie takie polecenie - oznajmiła z mocą 

Angelina. - Chwila logicznego myślenia da wam 
odpowiedź.

background image

Tak wzmocniony poczułem, że mój autorytet jest 

trwały i niezniszczalny. Jeśliby oczekiwały nas 
niespodzianki, to te kombinezony utrzymają nas przy 
życiu nawet po całkowitym zniszczeniu statku.

Nic nas nie oczekiwało. Przybyliśmy, 

instrumenty zapiszczały i zawirowały i zaraz 
wycofaliśmy się o sto lat świetlnych. Pozostaliśmy w 
kombinezonach, sprawdziliśmy, czy coś za nami nie 
poleciało, po czym zabraliśmy się za odczyty.

- W pobliżu nic - oznajmiła Angelina 

przeglądając zapisy. - O dwa lata świetlne jest 
natomiast system planetarny.

- A więc to jest nasz następny cel. Plan jest taki. 

Zostajemy tu, w miłym oddaleniu od tego, co tam 
może być i kierujemy ku owemu systemowi 
szperacza, który będzie wysyłał nam stałe i dokładne 
raporty poprzez umieszczonego na orbicie satelitę. 
Satelitę zaprogramujemy na natychmiastowy powrót, 
jeśli szperaczowi coś się stanie. Zgoda?

- Mogę zaprogramować szperacza? - zapytał o 

moment szybciej od brata Bolivar.

Ochotnicy! Serce mi rosło, gdy dawałem swoją 

zgodę.

background image

W ciągu paru minut oba urządzenia były gotowe 

i w drodze, a my zasiedliśmy do obiadu. Zdążyliśmy 
go skończyć, gdy satelita oznajmił swój powrót.

- Szybko poszło - mruknęła Angelina.
- Za szybko. Jeśli coś tak szybko wyszperało 

szperacza, to muszą mieć nielichy sprzęt 
wykrywający. Zobaczymy, co my tam mamy.

Przyśpieszałem przegrywanie, dopóki nie 

doszliśmy do tego, co istotne. Gwiazda w centrum 
systemu stała się słońcem, a dane na drugim ekranie 
wskazywały, że system składa się z czterech planet, 
połączonych ze sobą stałą komunikacją i innym 
hałasem, wskazującym na uprzemysłowiony 
charakter całości. Szperacz skierował się ku naj-
bliższej planecie, obniżając pułap.

- O cholera! -jęknęła Angelina. Osobiście mogłem 

się z nią zgodzić.

Cała planeta zdawała się jedną wielką fortecą - 

lufy potężnych dział plazmowych, gigantyczne lasery, 
wyrzutnie rakiet balistycznych zdawały się spoglądać 
we wszystkie kierunki wszechświata. Z grubsza 
biorąc, chyba miliardy tego pokrywały planetę. W 
niekończących się szeregach stały okręty wojenne, 

background image

wypełniające aż po horyzont luki w działobitniach. 
Ani jeden skrawek naturalnej powierzchni planety 
nie był widoczny spod potężnych i nowiutkich maszyn 
bojowych.

- Spójrzcie - wskazałem. - Wygląda zupełnie jak 

to, co połknęło satelitę admiralskiego. Tu jest 
następny, i jeszcze jeden.

- Zastanawiam się, czy są przyjaźnie nastawieni -

mruknęła Angelina ze szczątkami poczucia dobrego 
humoru w głosie.

Nagle na radarze pojawiły się cztery błyski, 

zbliżające się z zawrotną szybkością. Potem obraz 
nagle znikł.

- Niezbyt przyjaźnie nastawieni - odparłem nale-

wając sobie niepewną ręką drinka. - Zróbcie z tego 
nagranie i zacznijcie je transmitować do bazy. 
Znajdźcie najbliższą stację z psimenami, żeby 
streszczenie było szybciej na miejscu. Jeśli ktoś nam 
nie zaproponuje czegoś mądrzejszego, to po nadaniu 
raportu mamy wolne pole do działania.

- I możemy zaryzykować? - spytał Bolivar.
- Szybko się uczysz.
- Wspaniale - oznajmił entuzjastycznie James. - 

background image

Wszystko własne i żadnych rozkazów.

Niedokładnie wiedziałem, co miał na myśli, ale 

byłem z niego dumny. Z obu znaczy się.

- Są jakieś propozycje? - spytałem. - Jeśli nie, to 

mam pomysł na plan.

- Jesteś tu kapitanem - wtrąciła Angelina; 

miałem nadzieję, że faktycznie tak myśli.

- Racja. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale ten 

system przypomina przepełniony kibel z kosmicznym 
śmieciem różnego kalibru. Proponuję poszukać 
kawałka skały odpowiedniej wielkości, wydrążyć go i 
umieścić we wnętrzu jeden z naszych patrolowców. 
Jeśli odpowiednio go zamaskujemy, nic nie będzie 
wskazywało na różnice między nim a innym 
kosmicznym gruzem.Umieścimy go na wyliczonej 
orbicie i obejrzymy spokojnie cały ten system. 
Zbierzemy trochę informacji i opracujemy plan 
ataku. Musi być przecież miejsce, które nie jest po 
zęby uzbrojone. Mam rację?

Straciliśmy trochę czasu na dyskusję, ale nikt nie 

wpadł na lepszy pomysł, toteż zabraliśmy się za 
realizację mojego...

Ruszyliśmy z normalną szybkością światła i, 

background image

pracując na pełnej mocy, po godzinie znaleźliśmy całą 
chmurę skał, kamieni i innych fragmentów niegdyś 
większej planety poruszającej się po eliptycznej 
orbicie wokół najbliższej gwiazdy. Zająłem się 
pilotażem, szukając czegoś, co najbardziej by się 
nadawało do naszych planów.

- Jest - oznajmiłem w końcu. Właściwy kształt, 

odpowiednia wielkość i prawie samo żelazo, które 
dokładnie zamaskuje wszystkie echa. - Angelino, weź 
stery i podleć do niego. Bolivar, ty i ja polecimy w 
patrolowcu, użyjemy jego laserów, aby wytopić otwór 
w środku. James zajmie się łącznością. Będziecie w 
pogotowiu i wyślijcie nam wyposażenie specjalne, jeśli 
będziemy go potrzebować. To powinna być prosta 
robota.

Była. Przy minimalnym ogniu dziobowego lasera 

wcisnęliśmy się w żelazo, wysyłając w przestrzeń 
chmury gazu. Gdy dziura wyglądała na 
wystarczająco głęboką, wdziałem kombinezon i 
ruszyłem, by zbadać ją osobiście.

- Wygląda dobrze - oznajmiłem wracając. - 

Bolivar, myślisz, że możesz wprowadzić tu 
patrolowiec, nie rozbijając go i nie tracąc zbyt wielu 

background image

anten?

- To proste, tato!
Faktycznie, był niezły. Patrzyłem, jak srebrzysty 

kształt przepływa koło mnie i znika we wnętrzu, nie 
tracąc przy tym anten ani innego wyposażenia. Teraz 
mogliśmy zająć się rozmieszczeniem instrumentów na 
powierzchni skały. Potem trzeba podłączyć je do 
komputera patrolowca i poszukać odpowiedniego 
kawałka do zatkania otworu...

Patrzyłem na Gnasher, układając sobie kolejność 

prac i podziwiając jego smukły, oświetlony kształt, 
oddalony o półtorej mili, gdy pojawił się czarny cień 
przysłaniający gwiazdy.

Był równie wielki jak szybki i rozświetlony 

poświatą bijącą z otwierającego się dziobu. Ruszył 
naprzód i w mgnieniu oka pochłonął krążownik. 
Dziób zamknął się i przybysz zniknął.

Wszystko to działo się błyskawicznie, podczas 

gdy ja stałem i gapiłem się bezczynnie.

Wszystko - okręt, Angelina i James - zniknęło!
Miałem wiele krytycznych chwil w życiu, ale ta 

była najgorsza. Unosiłem się w przestrzeni z 
zaciśniętymi pięściami, wbijając przerażony wzrok w 

background image

miejsce, w którym przed chwilą znajdował się 
krążownik. Do tej pory spotykały mnie różne przykre 
niespodzianki, ale dotyczyły one zawsze tylko mnie. 
Takie zagrożenia cudownie oczyszczają umysł, a 
adrenalina wspaniale działa na ustrój, gdy jest 
potrzebna akcja. Tym razem nic mi nie groziło, 
natomiast Angelina i James byli w śmiertelnym 
niebezpieczeństwie. W dodatku ja czułem się zupełnie 
bezradny.

Musiałem wydać jakiś dźwięk, gdy sobie to 

uświadomiłem i bez wątpienia musiał być on raczej 
nieprzyjemny, gdyż w moich słuchawkach 
zadźwięczał zaniepokojony głos Bolivara:

- Tato? Co się dzieje? Coś nie tak? Paraliż minął, 

ruszyłem ku niemu, wyjaśniając, co się stało. Był 
trupio blady, ale panował nad sobą.

- Co robimy? - spytał stłumionym głosem.
- Jeszcze nie wiem. Lecimy za nimi oczywiście. 

Tylko dokąd? Potrzebujemy planu...

Wysoki, przeraźliwy dźwięk rozległ się od strony 

modułu łączności, przerywając mi skutecznie kwestię. 
Wytrzeszczyłem oczy w kierunku jego źródła.

- Co to jest? - zdumiał się Bolivar.

background image

- Ogólny alarm. Czytałem o czymś takim w 

trakcie szkolenia, ale nie słyszałem, aby kiedykolwiek 
ogłoszono go inaczej niż w celach treningowych i na 
małym obszarze. Wiesz przecież, że fale radiowe 
podróżują z prędkością światła i przesyłanie nimi 
wiadomości w kosmosie jest nonsensem. Dlatego 
większość z nich przewożona jest przez statki 
kurierskie, sprawy najważniejsze zaś są przesyłane 
przez psimenów, bo myśli zdają się sięgać celu 
natychmiast. Jeden psiman może porozumiewać się z 
drugim bez względu na dzielącą ich odległość, nie 
tracąc chwili czasu. Wszyscy dobrzy operatorzy 
pracują dla Ligi, a większość dla Korpusu. Są 
urządzenia elektroniczne, które mogą wykryć tę 
komunikację, ale tylko przy jej pełnym natężeniu, a i 
to nie dekonspiruje szczegółów. Każdy statek Ligi ma 
taki wykrywacz, choć jak dotąd nigdy ich nie 
używano. Aby je uruchomić, każdy żywy psiman 
transmituje w tym samym czasie co inni tylko jedną 
wiadomość. Jedno słowo: KŁOPOTY. Kiedy taki 
alarm zostaje odebrany, każdy statek udaje się 
natychmiast w pobliże którejś z naszych planet lub 
stacji, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Ruszamy.

background image

- Mama i James...
- Odnalezienie ich będzie wymagało namysłu i 

pomocy. Możesz to nazwać, jak chcesz, ale wydaje mi 
się, że ten alarm ma związek z naszą obecną sytuacją.

Pech sprawił, że miałem rację. Wyłoniliśmy się z 

nadprzestrzeni w pobliżu automatycznej radiolatarni 
i nagrany sygnał natychmiast zabrzmiał w naszych 
odbiornikach:

- ...powrót do baz. Wszystkie jednostki 

zameldują się po rozkazy. W ciągu ostatniej godziny 
siedemnaście planet Ligi zostało zaatakowanych 
przez obce siły. Wszystkie jednostki - powrót do baz. 
Wszystkie...

Ustaliłem kurs, zanim jeszcze wiadomość zaczęła 

się powtarzać. Do Kwatery Głównej Korpusu. 
Obrona z pewnością była koordynowana przez 
Inskippa i tam też musiały być kierowane wszystkie 
informacje. Podróż była markotna. Jedyną pociechę 
znajdowaliśmy z Bolivarem w powtarzaniu sobie, że 
siła ognia, jaką widzieliśmy na ekranach, wskazywała 
bez dwóch zdań na to, że mogli rozbić krążownik na 
atomy w mgnieniu oka. A nie zrobili tego. Chcieli 
więc mieć załogę żywą. Nie odważyliśmy się snuć 

background image

rozważań dlaczego, ale sam fakt, że Angelina i James 
byli więźniami, był pocieszający: więźniów można 
odbić.

Gdy wyszliśmy z nadprzestrzeni, leciałem jak 

wariat. Hamowanie w ostatnim momencie, wyłączenie 
kontaków ledwie ujęły nas macki pola, wyjście w 
chwili, gdy właz zaczął się otwierać. Mając obok 
Boliyara, gnałem przez korytarze wprost do biura 
Inskippa. Tylko po to, aby znaleźć go chrapiącego na 
biurku.

- Gadaj - zażądałem, ledwie otworzył najbardziej 

zaczerwienione oczy, jakie w życiu widziałem.

- Powinienem był wiedzieć - jęknął. - Musiałeś 

wleźć akurat, gdy usiłowałem zasnąć pierwszy raz od 
czterech dni. Czy ty wiesz...

- Wiem, że jeden z ich statków połknął mój 

krążownik razem z Angelina i Jamesem i że przez 
ostatnie cztery dni gnietliśmy się w patrolowcu.

- Przepraszam, nie wiedziałem - wymamrotał 

chwiejąc się na nogach. Zbliżył się do szafy i 
wyciągnął zeń kryształową flaszkę, z której łyknął 
solidnie.

Powąchałem zawartość i zrobiłem to samo.

background image

- Wyjaśnij - zakomenderowałem. - Co się dzieje?
- Inwazja obcych. Pozwól sobie powiedzieć, że 

oni są dobrzy. To, co połknęło twój krążownik, to 
najcięższy, opancerzony polami pancernik, jaki 
kiedykolwiek widziałem, a my nie mamy nic, co 
byłoby w stanie go ugryźć. Więc wszystko, co możemy 
zrobić, to stale się wycofywać. Jak dotąd nigdzie 
jeszcze nie wylądowali, ograniczając się do ostrzału 
naszych pozycji. Nie wiemy, jak długo to może 
potrwać, ale na pewno zaczną się desanty.

- Mówiąc krótko - przegrywamy?
- W stu procentach.
- Jakie to optymistyczne. Mógłbyś mi jeszcze 

powiedzieć, z kim walczymy?

- Mógłbym. Mogę ci nawet pokazać. Masz!
Wdusił przycisk i na środku pomieszczenia 

pojawił się holowizyjny obraz. Macki, czułki, pazury, 
kleszcze, śluzowaty, zielonkawy kadłub ze zbyt 
wieloma oczami wystającymi w najrozmaitszych 
kierunkach oraz masą innych detali, których lepiej 
nie opisywać.

- Uggh - oznajmił Bolivar mówiąc za nas obu.
- Jeśli ten się nie podoba - warknął Inskipp - to 

background image

co powiecie o tym... albo o tym?

Istoty zmieniały się przy kolejnych wduszeniach 

klawisza i każda była bardziej obrzydliwa od 
poprzedniej.

- Wystarczy! -wrzasnąłem w końcu. - Dobry 

sposób na odchudzenie, obrzydlistwo! Nie ruszę 
jedzenia przez najbliższy tydzień. Który z nich jest 
naszym wrogiem?

- Wszystkie. Niech ci to Coypu wyjaśni.
Wywołany profesor pojawił się na ekranie. Po 

tych stworach, jego wystające zęby i belferskie 
maniery były przyjemną odmianą.

- Zbadaliśmy złapane okazy, zrobiliśmy sekcję 

zabitych i odczyty mózgów żyjących. To, co 
odkryliśmy, nie jest zbyt pocieszające. Walczy 
przeciwko nam duża liczba stworzeń z różnych 
systemów planetarnych. Z tego co mówią, a nie mamy 
podstaw, aby im nie wierzyć, jest to coś w rodzaju 
świętej krucjaty. Ich jedynym celem jest zniszczenie 
ludzkości i zmiecenie przedstawicieli naszej rasy z 
powierzchni wszechświata.

- Dlaczego? - wyrwało mi się.
- Pytacie dlaczego? - kontynuował Coypu. - 

background image

Zupełnie naturalne pytanie. Odpowiedź brzmi: bo nie 
mogą na nas patrzeć. Uważają, że jesteśmy zbyt 
odrażający, aby istnieć. Była mowa o zbyt małej 
liczbie kończyn, o tym, że jesteśmy za mało mokrzy, 
nasze oczy nie są na słupkach, nie wydzielamy miłego 
śluzu, brak nam wielu istotnych organów. Doszli do 
wniosku, że nie możemy istnieć obok siebie.

- I kto to mówi!? - zdenerwował się Bolivar. - Te 

wstrętne obrzydlistwa...

- Piękno jest względne - uświadomiłem go. - Co 

nie zmienia faktu, że całkowicie się z tobą zgadzam. 
Teraz zamknij się i słuchaj profesora.

- Inwazja została dokładnie przygotowana - 

poinformował nas Coypu, przeglądając jakieś 
papiery. - Od jej rozpoczęcia znaleźliśmy wielu ich 
agentów ukrytych w zsypach, przewodach 
wentylacyjnych, toaletach i innych takich. 
Najwyraźniej obserwowali nas od dłuższego czasu. 
Porwanie admirałów było preludium do inwazji, 
próbą wprowadzenia zamieszania w naszych siłach 
poprzez usunięcie dowódców. Faktycznie, odczuwamy 
pewien niedobór admirałów, ale młodsi oficerowie 
objęli dowództwo oddziałów i ich efektywność w 

background image

szybkim czasie się zdublowała. Brak nam wiadomości 
o nieprzyjacielu, o jego organizacji, bazach i 
uzbrojeniu, gdyż zdołaliśmy pochwycić jedynie małe 
jednostki, dowodzone przez osobników niskiej rangi. 
Najważniejsze jest teraz zebranie informacji o...

- Uch, serdeczne dzięki - warknął Inskipp 

wygaszając Coypu w połowie zdania. - Sam bym na to 
nigdy nie wpadł.

- Mogę to załatwić - powiedziałem, z 

przyjemnością obserwując wygląd białek jego oczu, 
czerwonych raczej, niż białych, zwracających się ku 
mnie i próbujących jednoczenie wyjść z orbit.

- Ty!?
- Oczywiście, że ja! A kto niby? Przezwyciężę 

wrodzoną skromność i powiem ci, że jestem tajną 
bronią, którą wygramy wojnę.

- Jak?
- Najpierw muszę pogadać z Coypu, potem ci 

wszystko wyjaśnię.

- Jedziemy za mamą i Jamesem? - spytał Bolivar.
- Możesz być pewny. A przy okazji ocalimy 

cywilizowany Świat przed zniszczeniem.

- Dlaczego mi zawracacie głowę, kiedy mam kupę 

background image

roboty? - Coypu odsunął się od ekranu komputera, 
przełykając ślinę i spoglądając wymownie na 
Inskippa.

- Spokój - włączyłem się - rozwiążę wszystkie 

twoje problemy, tak jak to wielokrotnie robiłem w 
przeszłości, ale potrzebna mi twoja pomoc. Ile ras 
obcych odkryliście do tej pory?

- Trzysta dwanaście, ale co...
- Chwileczkę. Są one najrozmaitszych kształtów, 

wielkości i innych detali.

- Lepiej w to uwierz na słowo! Powinieneś 

zobaczyć, co mi się śni!

- Serdeczne dzięki. Musiałeś znaleźć język, jakim 

się one porozumiewają?

- Używasz go w tej chwili. To esperanto.
- Przestań się wygłupiać!
- Nie wrzeszcz na mnie! - pisnął histerycznie, po 

czym wziął jakąś pigułkę i otrząsnął się.-Dlaczego 
nie? Obserwowali nas dość długo i uczyli się 
wszystkiego, czego mogli, zanim nas zaatakowali. 
Słyszeli z pewnością całą masę naszych języków i 
wybrali esperanto dla tych samych powodów, dla 
których my to zrobiliśmy. Bo jest najprostsze, 

background image

najłatwiejsze i najbardziej funkcjonalne ze 
wszystkich języków.

- Przekonałeś mnie. Dzięki, profesorze, a teraz 

trochę odpocznij, bo będziesz mi pomagał przy 
przedostawaniu się do ich kwatery głównej, 
odkrywaniu ich tajemnic i ratowaniu mojej rodziny, a 
może i admirałów - to ostatnie się zobaczy.

- O czym ty, do diabła, bredzisz! - wrzasnął 

Inskipp, mając w tle profesora Coypu, mówiącego 
dokładnie to samo, tylko cieńszym głosem.

- To proste, przynajmniej dla mnie. Profesor 

zrobi mi kombinezon wraz z urządzeniem do 
wydalania śluzu i całą resztą detali wzorowanych na 
wyglądzie obcych. Powitają mnie w nim jak swojego. 
Będę przedstawicielem nowej rasy, która dopiero 
dowiedziała się o świętej wojnie i zamierza się 
przyłączyć do nich. Pokochają mnie - zapewniam 
was.

Technicy wykonali szybką i dokładną robotę. 

Naładowali komputer projektujący wszystkim, co 
wiedzieli o wyglądzie obcych i zaprogramowali go na 
wariacje, jakich dotąd nie odkryto wśród 
napastników.

background image

Wysililiśmy naszą wyobraźnię i znaleźliśmy coś 

odpowiedniego.

Wywarło to wrażenie nawet na Bolivarze.
- Oto mój ojciec! - oświadczył obłażąc mnie w 

kółko i podziwiając ze wszystkich stron.

Było co podziwiać - wyglądałem jak miniaturowy 

tyranozaurus dotknięty zaawansowanym trądem, 
skrzyżowany z mrówką. Z oczywistych powodów 
miałem dwie nogi. Potężny ogon w końcowym 
fragmencie przeradzał się w czułki z przylgami. W 
jego wnętrzu było dość miejsca na urządzenie 
wydalające, ministos i magazyn wyposażenia. 
Przerośnięta szczęka aż wiła się od żółtozielonych 
wypustków, przyozdabiając front uroczego pyska, 
który mógł się przyśnić w koszmarnym śnie. Uszy jak 
u nietoperza, wąsy jak u szczura, oczy jak u 
zmutowanego kota - naprawdę wyglądało to 
obrzydliwie. Z przodu było wejście, którym, jak 
mogłem najostrożniej, wlazłem.

- Ręce są jedynie lekko wspomagane i pasują do 

twoich własnych - informował mnie Coypu - nogi 
natomiast chodzą na serwomechanizmach, które 
naśladują ruchy twoich nóg. Uważaj, jak łazisz: te 

background image

pazury mogą zrobić dziury w stalowych płytach.

- Zamierzam spróbować. Co z ogonem?
- Automatyczna przeciwwaga, kiwa się podczas 

chodzenia, tu masz kontrolki. Możesz go opierać, gdy 
nie chodzisz lub siedzisz przez dłuższy czas, albo 
włączyć toto, będzie drgał co jakiś czas, żeby 
wyglądało realistycznie. Uważaj na to tutaj: to 
bezpiecznik automatycznej, bezodrzutowej siedem-
dziesiątki piątki zamontowanej między oczami, 
celownik zaś masz na nosie.

- Cudownie. Co z granatami?
- Miotacz masz pod ogonem. Same granaty są 

zamaskowane jako wiesz co.

- Świństwo. Widzę, że masz zboczoną 

wyobraźnię. Daj mi się teraz pozapinać i odsuńcie się. 
Mam ochotę to wszystko wypróbować.

Trochę czasu zajęło mi dojście do wprawy w 

naturalnym poruszaniu się, ale w końcu się 
nauczyłem. Oblazłem pomieszczenie, zostawiając 
śluzowaty ślad i dziury od pazurów w podłodze oraz 
straty w majątku ruchomym od machania ogonem. 
Wybiłem nawet parę dziur moją armatą.

Automatyczna czy nie, ale zdecydowałem się 

background image

zostawić ją na faktycznie ostatnią czarną chwilę i póki 
co wziąłem solidną porcję pastylek od bólu głowy. 
Gdy wróciłem do laboratorium, coś jakby mały robot 
wyłoniło się z sąsiedniego pomieszczenia i przejechało 
mi po ogonie.

- Uspokójcie to bydlę! - wrzasnąłem, widząc jak 

przed nosem zapala mi się napis „Ból ogona".

Wymierzyłem robotowi kopniaka, którego z 

łatwością uniknął, po czym stanął mi przed nosem. 
Górna część z czujnikami opadła i znalazłem się oko 
w oko z uśmiechniętym Bolivarem.

- Czy mogę się dowiedzieć, co robisz w tej 

blaszance?

- Jasne, tato. Jadę z tobą. Służący do noszenia 

bagażu, czy to nie jest logiczne?

- Nie jest - oznajmiłem i wytoczyłem ciężkie ar-

gumenty, wiedząc z góry, że tę dyskusję i tak 
przegram.

Przegrałem i uśmiechnąłem się w duchu. Mimo 

obawy o jego i moje bezpieczeństwo, jakaś pomoc 
była z pewnością potrzebna, a zwłaszcza pomoc 
kogoś, kogo możliwości dobrze znałem.

- Dokąd teraz? - zapytał Inskipp spoglądając z 

background image

dużym niesmakiem na mój kombinezon.

- Na tę uzbrojoną planetę, na którą zabrali 

admirałów i chyba moją żonę, i syna. Jeśli to nie ich 
główna kwatera, to z całą pewnością jedna z 
głównych baz.

- Nie piśniesz ani słowa o tym, co knujesz?
- Będę zaszczycony. Wyruszamy w tym samym 

patrolowcu, ale najpierw chcę, by rozwalono mu 
kadłub i byle jak załatano. We wnętrzu też powinno 
być trochę uszkodzeń. Najlepiej rozwalcie jakieś mało 
istotne instrumenty dla dodania autentyzmu. 
Potrzebuję dużo krwi, aby wszystko malowniczo 
pokropić. I jeszcze jedno. Co prawda niezbyt mi się to 
podoba, ale cel uświęca środki: macie parę zbędnych 
ciał?

- Aż za wiele - odparł ponuro szef. - Chcesz mieć 

w mundurach?

- Mogą mi uratować życie. Mam zamiar pojawić 

się, rycząc na wszystkich częstotliwościach i mrugając 
wszystkimi światłami, zgłaszając ochotnicze 
przystąpienie mojej osoby plus całej planety do 
szlachetnej sprawy.

- O której właśnie dowiedzieliście się zdobywając 

background image

ten statek?

- Szybko kojarzysz, jak na swój wiek. Każ zrobić 

to wszystko, co powiedziałem natychmiast, albo 
jeszcze szybciej, bo mam zamiar odlecieć za jakieś 
pięć minut.

Ponieważ misja zdawała się naszą jedyną 

nadzieją, mieliśmy wszelką możliwą pomoc. Połatany 
patrolowiec został załadowany na pokład krążownika, 
odlot zaś był dosłownie natychmiastowy. Dostarczono 
nas w najbliższy, w miarę bezpieczny rejon wrogiego 
systemu i serdecznie pożegnano. Pokręciłem się wokół 
paru chmur śmieci, przeleciałem przez obłok pyłowy i 
dwie czarne dziury, aby skuteczniej zatrzeć ślady, po 
czym ruszyłem ku bazie wroga.

- Gotów? - spytałem włażąc do wnętrza 

kombinezonu.

- Równo z tobą, tato - usłyszałem robota zatrzas-

kującego i blokującego górną sekcję.

Zamknąłem kombinezon i opatrzoną w pazury 

łapą ująłem jego górny chwytak. Dodatkowe światła 
zostały zainstalowane według mojego pomysłu na 
kadłubie, teraz włączyłem je i ruszyliśmy pełnym 
ciągiem, niby kosmiczna choinka transmitując na 

background image

wszystkich stu trzydziestu siedmiu częstotliwościach 
pieśń mojej świeżo wymyślonej planety. Uzbrojona po 
zęby baza była coraz bliżej.

- Kiu vi estas? - spytał ponury głos, jednocześnie 

ekran rozjaśnił się, ukazując szczególnie ohydnego 
przedstawiciela napastników.

- Kiu vi estas? Ciuj konas min, se mi ne kones un, 

belulo - stwierdziłem, że odpowiedź będzie najlepsza, 
jeżeli doda się do niej trochę uczucia, ale nazwanie 
tego straszydła przystojniaczkiem, wymagało sporego 
samozaparcia.

Okazało się to skuteczne - rozmówca 

kontynuował rozmowę w dużo przyjemniejszym 
tonie.

- No, no - nie ma się co obrażać. Mogą cię dobrze 

znać w domu, ale teraz jesteś daleko od niego. Poza 
tym jest wojna i musimy przestrzegać przepisów 
bezpieczeństwa.

- Naturalnie. Wy naprawdę walczycie? Z tymi 

bladosuchymi?

- Robimy, co możemy, ślicznotko.
- Dopisujcie nas do tego! Złapaliśmy ich statek 

szpiegujący na naszej planecie. Nie mamy własnych, 

background image

ale zestrzeliliśmy ten i zrobiliśmy pranie mózgów tym, 
co ocaleli. Nauczyliśmy się ich języka i odkryliśmy, że 
wszystkie ludy galaktyki zjednoczyły się przeciwko 
nim. Chcemy się do was przyłączyć - jestem 
ambasadorem i czekam na wasze rozkazy!

- Wspaniale - pojaśniał cały z wrażenia. - 

Wysyłamy statek, aby cię przyprowadzić. Ale 
najpierw jedno pytanie, słodka.

- Pytaj, przystojniaczku.
- Z takimi oczami jak twoje... Jesteś płci 

żeńskiej?

- W przyszłym roku o tej porze będę. Teraz 

jestem w neutralnej fazie, pomiędzy nim a nią.

- A więc za rok spotkamy się na randce!
- Zapisuję cię w notesie - obiecałem. Bolivar nalał 

mi szklaneczkę, którą opróżniłem przez słomkę.

- Czy się mylę, tato - spytał - czy ten uciekinier z 

szamba ma na ciebie chrapkę?

- Niestety, mój chłopcze, masz rację. W naszej ig-

norancji, zrobiliśmy damski kostium i to sądząc z 
jego zachowania, bardzo seksowny. Musimy go trochę 
zeszpecić.

- Co prawdopodobnie zrobi go jeszcze bardziej 

background image

seksy.

- Cholera, masz oczywiście rację! Muszę się 

wobec tego przyzwyczaić do ich amorów i wyciągnąć 
z nich jakieś korzyści.

Statek-pilot pojawił się na ekranach i nastawiłem 

auto-pilota na jego ślad. Lecieliśmy zygzakiem przez 
niewidzialne pola siłowe i zapory minowe, aby w 
końcu wyładować na metalowej płycie wewnątrz 
fortecy. Miałem nadzieję, że jest to lądowisko dla 
gości, a nie wjazd do więzienia.

- Chciałbyś pewnie swój hełm, tato? - 

przypomniał mi Bolivar, używając syntetyzatora 
dźwięków, aby uzyskać głos maszynowy.

- Masz rację, szanowny robocie - nałożyłem po-

złacany kask (z diamentami) i przejrzałem się w 
lustrze. Odmieniło mnie. - I lepiej nie nazywaj mnie 
ojcem. Spowodowałoby to masę niewygodnych pytań 
natury biologicznej.

Imponująca kolekcja pełzających, skaczących i 

chodzących figur oczekiwała naszego wyjścia. Gdy 
wymaszerowałem z kabiny - Bolivar podążał za mną, 
niosąc stertę starannie skonstruowanego, obcego z 
wyglądu bagażu - jeden z nich, ze złotą obręczą na 

background image

łbie, wystąpił do przodu, machając ku mnie mackami.

- Witamy, ambasadorze - stwierdziło toto. - 

Jestem Gar-Baj, Pierwszy Oficer Rady Wojennej.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Jestem 

Sleepery Jeem Geshtunken.

- Sleepery to twoje imię czy tytuł?
- W moim ojczystym języku oznacza to „Ten 

Który Stąpa po Plecach Niewolników Ostrymi 
Pazurami" i oznacza, że jestem członkiem 
arystokracji.

- Nadzwyczajnie obrazowy język. Sleepery, 

musisz mi więcej o sobie opowiedzieć prywatnie.

Sześć z jego osiemnastu czułków mrugnęło 

znacząco i już wiedziałem, że stary seksapil nadal 
działa.

- Zawiadomię cię o moim następnym okresie, 

Gar. Ale do rzeczy: jest wojna, czy jej nie ma? 
Powiedz mi, jak stoją sprawy i co my możemy zrobić, 
aby pomóc w tym świętym boju?

- Zrobię to, ale pozwól mi najpierw zaprowadzić 

cię do twojej kwatery, wyjaśnię ci wszystko po 
drodze. - On, ja i mój wierny robot ruszyliśmy. - 
Wojna przebiega zgodnie z planem... oczywiście nie 

background image

wiesz o tym, ale planowaliśmy ją przez wiele lat. Ja i 
moi szpiedzy spenetrowaliśmy wszystkie ich planety i 
znamy ich siłę aż do ostatniego pistoletu. Nie mogą 
nas zatrzymać. Mamy absolutną kontrolę przestrzeni 
i teraz przygotowujemy się do drugiej fazy.

- Którą jest...?
- Inwazja planetarna. Po zniszczeniu ich floty, 

powybieramy ich planety jedną po drugiej jak zgniłe 
jajka.

- To coś dla nas! - wrzasnąłem wybijając sporą 

dziurę lewą nogą. - Jesteśmy gotowi prowadzić 
natarcie, nawet jeśli jest to związane ze śmiercią dla 
sprawy.

- Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od kogoś 

tak dobrze zbudowanego jak ty. Statków 
transportowych mamy dość, ale zawsze się przydadzą 
doświadczeni żołnierze. Zapraszam cię na następne 
posiedzenie Rady, gdzie uzgodnimy, jak będą 
wyglądały zasady naszej współpracy. Teraz pewnie 
jesteś zmęczony i chcesz odpocząć.

- Nigdy! - zgrzytnąłem zębami. - Nie chcę od-

poczynku, dopóki nie zniszczymy ostatniego z tych 
obrzydliwców.

background image

- Szlachetne uczucie, ale musimy kiedyś 

odpoczywać.

- Nie macie jakiegoś jeńca albo nawet kilku, 

których mógłbym osobiście rozerwać dla 
propagandy?

- Mamy cały ładunek admirałów, ale 

potrzebujemy ich jako źródła informacji.

- Uwielbiam wyrywać kończyny admirałom. A 

nie macie jakichś kobiet albo dzieci? Bardzo 
melodyjnie krzyczą- było to pytanie za 64000 
kredytów ukryte wśród pozostałych bzdur. 
Zakręciłem ogonem, oczekując w napięciu na 
odpowiedź, a Bolivar przestał brzęczeć.

- Zabawne, że pytasz. Złapaliśmy 

nieprzyjacielski okręt szpiegowski, którego załogę 
stanowiła właśnie samica i młody samiec.

- O właśnie! - wrzasnąłem z autentycznym 

podnieceniem. - Gdzie oni są? Zaprowadź mnie do 
nich!

- Normalnie byłbym szczęśliwy, mogąc to zrobić, 

ale teraz jest to niemożliwe.

- Nie żyją? - spytałem starając się, aby 

zabrzmiało to jak zawód, nie radość.

background image

- Nie, choć życzylibyśmy sobie, żeby tak było. Do 

tej pory nie wiemy, co się stało. Pięciu naszych 
żołnierzy, wszyscy bardzo doświadczeni, było z nimi 
w zamkniętym pomieszczeniu. Wszyscy nie żyją, nie 
wiadomo dlaczego, a oni zwiali i ślad po nich zaginął.

- Tragiczne - westchnąłem machając ogonem. - 

Czy złapaliście ich powtórnie?

- Nie, i to jest najdziwniejsze, bo minęło już parę 

dni. Ale nie ma się czym przejmować. Posłaniec 
przyjdzie po ciebie, kiedy Rada się zacznie. Śmierć 
paskudom.

- Śmierć paskudom. Jeśli sam chcesz, spotkamy 

się na zebraniu. Cześć. Drzwi zamknęły się, a Bolivar-
robot odezwał się:

- Gdzie złożyć bagaże, szlachetny Sleepery?
- Gdziekolwiek, metalowy cymbale - dodałem do 

oświadczenia kopniaka, którego zręcznie uniknął. - 
Nie zawracaj mi głowy.

Przespacerowałem się po pokoju, nucąc hymn i 

sprawdzając ściany czujnikiem. W końcu otwarłem 
kombinezon i wyszedłem z niego dla rozprostowania 
kości.

- Możesz wyjść i pogimnastykować się - oznajmi-

background image

łem. - Nasze stworki są dość łatwowierne. W tym 
pomieszczeniu nie ma ani jednej pluskwy.

Bolivar opuścił powłokę robota i wykonał parę 

przysiadów i skłonów, którym towarzyszyło 
skrzypienie kości.

- Po dłuższym czasie robi się tam ciasno - stwier-

dza. - Co dalej?

- Dobre pytanie, ale nie przywodzi mi na myśl nic 

sensownego. Wiemy, że są żywi, zdrowi i sprawiają 
wrogowi kłopoty.

- Może zostawili dla nas jakąś wiadomość lub 

ślad.

- Można sprawdzić, ale nie sądzę. Wszystko to 

mogłoby być niebezpieczne dla nich. Otwórz flaszkę 
Środka Dopingującego i nalej mi szklaneczkę, o ile ją 
znajdziesz w tym śmietniku. Ja muszę trochę 
pomyśleć.

Rozmyślałem intensywnie, ale z nikłym 

rezultatem. Możliwe, że powodem była nieco 
przygnębiająca atmosfera pomieszczenia. Ściany były 
zgniłozielone. Obrusy na nich wiszące 
fioletowobordowe, a połowę pokoju wypełniał 
obrzydliwy śmierdzący basen jakiegoś szarego błota. 

background image

Bolivar udał się na obchód reszty apartamentów, ale 
gdy toaleta omal go nie wciągnęła, a zawartość kuchni 
przyprawiła go o równie twarzową zieleń co ta na 
ścianie, siadł bez słowa i włączył telewizor. Większość 
programów okazała się niemożliwa do zrozumienia i 
obrzydliwa nad podziw.

Żaden z nas nie pomyślał, że telewizor może być 

tu komunikatorem, dopóki nie zadzwoniono i scena 
bombardowania bezbronnej planety znikła, ustępując 
miejsca fizjonomii GarBaja. Na szczęście refleks di 
Grizów działał. Bolivar przystanął za ekranem, a ja 
odwróciłem się dopiero po zapięciu kombinezonu.

- Przykro mi, że muszę ci przeszkodzić, Jeem, ale 

Rada zbiera się i chciałbym, abyś wzięła udział w 
obradach. Posłaniec wskaże ci drogę.

- Dobra, dobra - mruknąłem ku blednącemu 

odbiornikowi, starając się wsadzić ręce we właściwe 
miejsca. Komunikator przy drzwiach wskazał gościa.

- Robot, zajmij się tym! Powiedz, że za chwilę 

będę gotowy i przynieś mój tren.

Gdy wyszliśmy, potwór przysłany po mnie 

wytrzeszczał z tuzin oczu na czułkach na nasz widok. 
Naprawdę wywarł na mnie wrażenie, jako że czułki 

background image

miały z dobre trzy stopy.

- Pokazuj drogę - poleciłem słodko.
Ruszyłem jego śladem, moim zaś ruszył robot, 

trzymając końce mego przypiętego do ramion trenu. 
Ten wspaniały przyodziewek miał dobre trzy jardy 
długości. Został wymyślony w całości przeze mnie, 
głównie jako pretekst, aby stale mieć przy sobie 
Bolivara. Choć przyznaję, że względy psychologiczne 
też się liczyły. Była to wściekle błyszcząca purpura, 
ozdobiona tu i tam złotymi gwiazdami i srebrnymi 
kometami oraz różowym szlaczkiem. Na szczęście nie 
musiałem na to patrzeć, ale współczułem Bolivarowi - 
on nie miał innego wyjścia.

Rada z miejsca znalazła się pod wrażeniem mego 

wyglądu, jeśli uznać ilość cmoknięć i pomruków za 
wyraz aprobaty. Przeszedłem pomieszczenie dwa razy 
wokoło, zanim usiadłem na wyznaczonym miejscu.

- Witamy cudowną Sleepery Jeem na naszej 

Radzie Wojennej - zamlaskał Gar-Baj. - Rzadko ta 
sala była tak zaszczycona cudowną obecnością. Jeśli 
wszyscy Gesh-tunken są podobni do tej 
przedstawicielki, to wygramy wojnę za pomocą 
samego morale!

background image

- Film! Film dla wojska! - zagulgotało coś 

czarnego i galaretowego i pojawili się filmowcy.

- Pozwólmy żołnierzom cieszyć się wraz z nami 

wspaniałym widokiem naszego gościa. Nie mówiąc już 
o dodatkowych oddziałach, które niedługo zasilą 
nasze szeregi.

- Dobrze gada! Wspaniały pomysł!
Ze wszystkich stron rozległy się okrzyki aplauzu, 

przy akompaniamencie wymachiwania mackami, 
kleszczami, przyssawkami i innymi kończynami. 
Prawie straciłem ostatni posiłek, ale rozdziawiłem 
pysk na całą szerokość, aby pokazać, jak mi 
przyjemnie. Pojęcia nie mam, jak długo by to trwało, 
gdyby nie sekretarz, walący głośno stalowym 
młotkiem w mosiężny dzwon.

- Szanowni zebrani, mamy parę nie cierpiących 

zwłoki spraw. Czy możemy przejść do obrad?

Odpowiedzią były wściekłe krzyki dość 

obraźliwej treści... Sekretarzem wstrząsnęło, co było 
ciekawym widokiem, jako że z wyglądu przypominał 
żabę obrośniętą futrem, z mięsistym ogonem i czymś 
w rodzaju trąby na głowie. Należy jednak przyznać, 
że sprawnie przystąpił do rzeczy.

background image

- Otwieram 4013 zebranie Rady Wojennej. Dziś 

na porządku dziennym są następujące sprawy: nowa 
organizacja wojsk desantowych, logistyczne plany 
inwazji, usprawnienie zaopatrzenia w środki bojowe 
oddziałów bombardujących i możliwości żywieniowe 
wysuniętych jednostek. Przed tym jednakże 
prosiłbym naszego nowego członka o parę słów, które 
będą transmitowane w naszych wieczornych 
wiadomościach. Prosimy, Sleepery Jeem.

Rozległa się salwa wrzasków - tym razem 

aplauzu i widowiskowego klepania górnymi 
kończynami, które wziąłem za oklaski. Skłoniłem się 
do kamery i zacząłem:

- Drodzy moi - mokrzy, śluzowaci, wyłupiastoocy 

- nie mogę wprost wyrazić, jaką przyjemność 
odczuwają moje dwa serca z powodu możliwości 
przebywania wśród was. Odkąd dowiedzieliśmy się, 
że są inni podobni do nas na świecie, nie mogliśmy się 
wprost doczekać spotkania z wami. Szczęśliwy traf 
sprawił, że jestem tu dziś i mogę wam powiedzieć, że 
jesteśmy z wami, zjednoczeni w wielkiej sprawie 
zniszczenia suchych w naszej galaktyce. Jesteśmy 
dumni z naszych bojowych umiejętności - wykopałem 

background image

dziurę w mównicy, przy ogłuszającym aplauzie. - 
Chcemy je oddać do waszej dyspozycji. Tak jak 
nakazała nasza królowa Engela Rdenrundt.

Usiadłem wśród nie milknącej owacji, mając 

nadzieję, że się udało. Wydawało się, że nikt nie 
zwrócił specjalnej uwagi na ostatnie zdanie - co 
prawda był to daleki strzał, ale jeśli Angelina miała 
szansę obejrzenia mojego wystąpienia, to z pewnością 
rozpozna imię i nazwisko, pod którym spotkałem ją 
po raz pierwszy parę ładnych lat temu. To był daleki 
strzał, ale lepsze to niż nic.

Moje współpotwory nie były zbyt zadowolone z 

perspektywy zabrania się do roboty, ale sekretarz 
jakoś w końcu ich do tego zmusił. Zapamiętałem co 
ważniejsze kwestie ich planów, a będąc nowo 
przybyłym, nie wtrącałem się do ich ustalania. 
Odezwałem się tylko raz, spytany, ile wojsk możemy 
dostarczyć i podałem dane, które ponownie 
wprowadziły ich w euforię. Ciągnęło się to wszystko 
zdecydowanie zbyt długo i nie byłem osamotniony w 
głośnym okazywaniu swej radości, gdy sekretarz 
ogłosił koniec spotkania. Gar-Baj położył mi na 
ramionach coś, co mogę określić jako przyjacielską 

background image

wypustkę.

- Dlaczego nie poszlibyśmy do mnie, słodka? 

Możemy się napić łyczek czy dwa wyciągu ze zgniłych 
jaj. Co ty na to?

- Cudownie, ale Sleepery jest śpiąca i musi 

odpocząć. Spotkamy się jutro i to koniecznie. Nie 
dzwoń do mnie, sama zrobię to z przyjemnością.

Ruszyłem z kopyta do kwatery, zanim zdążył 

odpowiedzieć, i z robotem następującym mi na pięty, 
zatrzasnąłem drzwi szczęśliwy, że uciąłem prostackie 
zapędy tego trędowatego durnia.

Zanim zdążyłem się odwrócić, ładunek miotacza 

wypalił dziurę obok mojej nogi, a ponury głos 
warknął mi do ucha:

- Rusz się, a następny ładunek wyląduje wprost 

na twoim przegniłym łbie.

8
- Jestem bezbronna! - wrzasnąłem, 

zastanawiając się, skąd ja znam ten głos.

Bolivar był szybszy. Gdy robot stanął, góra 

odskoczyła i ukazała się jego głowa.

- Cześć, James - zawołał radośnie. - Co się stało z 

twoim gardłem? Poza tym bądź łaskaw nie strzelać do 

background image

tego obrzydlistwa. Wewnątrz jest twój własny stary.

Zaryzykowałem przesuniecie głowy i zobaczyłem 

Jamesa: z opuszczonym miotaczem i szczęką. 
Angelina, gustownie ubrana w futrzane bikini, wyszła 
z drugiego pokoju, wkładając do kabury swój 
miotacz.

- Wyłaź z tego natychmiast - poleciła. Bez 

wahania wyswobodziłem się z objęć plastiku, 
zanurzyć się w jej, co było zdecydowanie 
przyjemniejsze.

- Yum - westchnęła po długim a namiętnym 

pocałunku, przerwanym wyłącznie z braku tlenu. - 
Dawno cię nie widziałam.

- Ja ciebie też. Widzę, że dostałaś moją 

wiadomość.

- Kiedy ten stwór wymienił to imię, wiedziałam, 

że maczałeś w tym palce. Skąd miałam wiedzieć, że 
siedzisz wewnątrz? Dlatego zjawiliśmy się z bronią.

- Dobra, jesteście teraz tutaj i to się liczy - 

spojrzałem uważniej na futrzane szaty Jamesa. - 
Widzę, że macie tego samego krawca.

- Zabrali nasze rzeczy - chrapliwie oznajmił 

James.

background image

- Czy ta szrama na twoim gardle ma cokolwiek 

wspólnego ze sposobem, w jaki mówisz?

- Dostałem przy ucieczce od tego, który nam 

sprezentował obecne stroje.

- Bolivar, otwórz szampana z naszej apteczki, 

jeśliś łaskaw. Powinniśmy uczcić to zjednoczenie, a 
twoja matka, jak sądzę, będzie tak uprzejma i opowie 
nam, co się działo, odkąd ostatni raz ją widzieliśmy.

- Niewiele - oświadczyła machając zawartością 

kieliszka. - Połknął nas jeden z ich pancerników. 
Sądzę, że to widziałeś?

- Jeden z najgorszych momentów w moim życiu.
- Biedactwo. Jak możesz sobie wyobrazić, 

czuliśmy to samo. Strzelaliśmy ze wszystkich dział, 
ale hangar wyłożony był collaporium i niewiele to 
dało. Wstrzymaliśmy więc ogień czekając na obcych, 
ale to też nic nie dało. Strop się opuścił i zgruchotał 
statek. Musieliśmy wyjść i wtedy nas rozbroili. 
Przynajmniej tak im się wydawało. Przypomniałam 
sobie twój pobyt na Buradzie i numer z zatrutymi 
paznokciami - zrobiliśmy to samo. Walczyliśmy, 
dopóki nie skończyły się ładunki, potem zaciągnęli 
nas do więzienia czy izby tortur - nie byliśmy tam 

background image

wystarczająco długo, aby się tego dowiedzieć. 
Załatwiliśmy strażników i poszliśmy sobie - tam było 
niezbyt przyjemnie.

- Cudownie, ale to było parę dni temu. Jak się 

wam powodziło od tego czasu?

- Bardzo dobrze, dziękuję - przy pomocy tych tu 

Cill Airne.

Machnęła ręką i pięciu mężczyzn wyskoczyło z 

sąsiedniego pomieszczenia wymachując bronią. Było 
to dość denerwujące, ale stałem spokojnie widząc, że 
na Angelinie nie wywarło to większego wrażenia. 
Mieli bladą cerę i długie czarne włosy, ich ubiór 
składał się zaś z fragmentów skór obcych, 
połączonych ze sobą drutem. Ich topory i miecze 
wyglądały dość prymitywnie, ale ostro i użytecznie.

- Estas gvanda plezvro renkonti vin - 

oświadczyłem, ale nie wykazali żadnych oznak 
zrozumienia. Spytałem więc Angelinę: - Jeśli nie 
znają esperanto, to jak się z nimi dogadałaś?

- Ich własnym językiem, nie jest trudny. Dpo 

gheobhai gaii dearmand taisco gach seoid - dodała.

Skinęli potakująco, schowali broń i wydali 

przenikliwy i przejmujący okrzyk wojenny.

background image

- Chyba się lubicie - mruknąłem.
- Powiedziałam im, że jesteś moim mężem i że 

przybyłeś tu, aby zniszczyć naszych wspólnych 
wrogów i poprowadzić nas do zwycięstwa.

- Prawda - przytaknąłem potrząsając złączonymi 

dłońmi, na co odpowiedzieli nowym okrzykiem. - 
Bolivar, podaj no, chłopcze, coś konkretnego dla 
naszych sprzymierzeńców, a twoja mamusia będzie 
uprzejma powiedzieć mi, co tu się, u diabła, 
wyprawia.

- Nie jestem pewna szczegółów - oznajmiła 

upijając szampana. - Nie znam zbyt dobrze ich języka 
i całej reszty. Wydają się oryginalnymi mieszkańcami 
tej planety lub jej pierwszymi kolonistami, 
najwyraźniej następna zapomniana kolonia, bo bez 
wątpienia są ludźmi. Nieźle im się działo, dopóki nie 
przybyli obcy - obustronna nienawiść od pierwszego 
wejrzenia. Walczyli z nimi od początku i robią to 
nadal. Obcy zrobili, co mogli, aby ich wykluczyć, 
niszcząc powierzchnię planety i pokrywając ją stalą. 
Nie poskutkowało. Ludzie spenetrowali ich budowle i 
dotąd żyją w fundamentach, pustych pomieszczeniach 
i podwójnych ścianach.

background image

- Stalowe Szczury! - ucieszyłem się. - Moja 

sympatia do nich wzrasta coraz bardziej.

- Wiedziałam, ze tak będzie. Po ucieczce z tego 

pomieszczenia, o którym ci mówiłam, biegliśmy 
korytarzem, nie bardzo wiedząc dokąd, gdy 
otworzyły się drzwi w podłodze i oni wyskoczyli 
machając rękami, abyśmy szli za nimi. Wtedy właśnie 
napatoczył się strażnik, którego James załatwił. Cill 
Airne docenili to w pełni wyprawiając go na nasze 
ubrania. To wszystko, co się wydarzyło. Odtąd 
ukrywaliśmy się razem z nimi, a w wolnych chwilach 
planowaliśmy porwanie jednego ze statków i 
uwolnienie admirałów.

- Wiesz, gdzie są?
- Oczywiście. Niedaleko stąd.
- Potrzebujemy planu, a ja potrzebuję 

porządnego odpoczynku. Proponuję się przespać, a 
do bitwy przystąpić rano.

- Nie ma na to czasu, a poza tym wiem, co ci się 

widzi w tym twoim robaczywym umyśle. Idziemy się 
bić!

- Zgoda - westchnąłem. - Co dalej?
Zdecydowano za nas, gdyż drzwi otwarły się 

background image

gwałtownie i do środka wpadł mój rozamorowany 
Gar-Baj. Musiał być nastawiony kochliwie, jeśli u 
nich różowa koszulka oznaczała to samo co u nas, i 
dlatego miał zdrowo stępiony refleks.

- Jeem, kochanie... dlaczego stoisz bez ruchu? 

Aw-wrrruk! - to ostatnie dodał, gdy trafił go pierwszy 
topór.

Nastąpiła krótka walka, którą rzecz jasna 

przegrał, ale za późno; gdy się zaczęła, nie był w 
całości w pokoju. Jego ogon skorzystał z tego, bez 
wątpienia obdarzony swoim własnym rozumem, gdy 
jeden z ciosów go odrąbał. Bezczelne stworzenie 
ruszyło z kopyta wzdłuż korytarza.

- Lepiej wykonajmy odwrót - oświadczyłem.
- Do tunelu - zarządziła Angelina.
- Zmieszczę się w tym kombinezonie?
- Nie.
- To powstrzymajcie się z odwrotem - 

stwierdziłem, myśląc głęboko. - Mam nadzieję, 
Angelino, że znasz drogę w tym labiryncie?

- Znam.
- Ślicznie. Bolivar, masz okazję rozprostować 

nogi. Wyłaź z robota i objaśnij matce zasady 

background image

poruszania tą konserwą. Obaj pójdziecie razem z 
nimi, spotkamy się gdziekolwiek. James, uzgodnij to z 
matką.

- Co za przewidywanie - mruknęła Angelina. - 

Nogi mnie bolą już od paru dni. James, spotkamy się 
w przejściowej rotundzie. Aha, i najlepiej wytnijcie z 
tego tu trochę mięsa, tym bardziej że na obiad 
przyjdzie paru gości.

Że co? - zdziwiłem się.
Admirałowie. Z całym arsenałem, jaki 

sprowadziłeś tutaj, spokojnie możemy ich uwolnić, a 
nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy być potem 
głodni.

Zrozumienie było całkowite i błyskawiczne, co w 

rodzinie Di Griz jest regułą, a tubylcy musieli się tego 
dawno uczyć, prowadząc nieustającą wojnę. Maty 
podłogowe zsunięto odkrywając następne klapy w 
podłodze. Moja opinia o przeciwnikach spadła o kilka 
stopni - nie byli zbyt dobrzy, skoro pozwalali, aby 
takie rzeczy działy się pod ich nosem czy wypustką 
węchową, czort wie, jak to się nazywa. Bolivar i 
James poszli razem z naszymi sprzymierzeńcami 
wśród głośnych okrzyków wojennych.

background image

- Scadan! Scadan! - (cokolwiek to znaczy).
- Faktycznie trochę tu ciasno - Angelina wsunęła 

się wnętrza robota. - Mamy możliwość 
porozumiewania przez kierunkowy obwód?

- Mamy - kanał trzynasty, przełącznik obok 

prawej dłoni.

- Mam - oznajmiła, po czym jej głos zabrzmiał w 

moim uchu: - Prowadź. Jak będzie potrzeba, powiem 
ci, gdzie masz iść.

Wymaszerowałem na korytarz z robotem 

najeżdżającym mi na ogon, zamykając drzwi 
potężnym kopniakiem, póki nie wklinowały się w 
metalowe framugi. Zawsze to trochę opóźni pościg.

Ruszyliśmy przed siebie.
Była to długa i prawdę powiedziawszy, nużąca 

podróż. Obcy nie byli zbyt dobrymi architektami. 
Budowle przeplatały się ze sobą, zupełnie jakby 
dobudowywano nowe, nie patrząc na poprzednie. 
Przed chwilą byliśmy w opuszczonym i 
przerdzewiałym korytarzu, a zaraz potem prze-
cięliśmy wznoszące się metalowe pole, lśniące od 
świeżości. Niektóre korytarze były najwyraźniej 
używane jako odpływniki - pokonywaliśmy je 

background image

biegnąc. Mijaliśmy magazyny, fabryki i lokale, 
których zastosowania nie podejmowałem się zgadnąć. 
W jednej z fabryk pracowały stwory przypominające 
rozkładające się aligatory - coś z tysiąc tych 
przyjemniaczków zajmowało się nitowaniem blach. 
Wszędzie, ilekroć się pojawiliśmy, potwory 
pozdrawiały nas w esperanto i za każdym razem 
witały wielką owacją. Pięknie - kląłem pod nosem 
odmachując pozdrowienia.

- Zaczyna mnie to męczyć - zwierzyłem się 

Angelinie.

- Odwagi, już prawie jesteśmy. Jeszcze z trzy 

mile.

W końcu przed nami pojawiła się zamknięta i 

odrutowana na szczycie brama, pilnowana przez 
stwory, mające coś, co wyglądało na samopały 
laserowe sprzed paru stuleci. Oczywiście na mój 
widok podniosły ogłuszającą wrzawę.

- Jeem, Jeem! Niech żyje Geshtunken! Witamy! - 

krzyczały. Uniosłem łapy i poczekałem, aż się 
uspokoją.

- Dziękuję! - wrzasnąłem. - To wielka 

przyjemność służyć z kimś takim jak wy, dzieci 

background image

zakazanego świata pod rozkładającym się słońcem. - 
Wrzawa dowodziła, że dzieci są zachwycone i 
domagają się więcej. – Podczas mego tu pobytu 
widziałem stworzenia, które pełzają, skaczą i chodzą, 
ale muszę przyznać, że jesteście najlepsi z nich 
wszystkich. My na Geshtunken widzieliśmy tylko 
kilku blado-suchych, których zabiliśmy od ręki. 
Rozumiem, że macie tu ich cały ładunek. Czy to 
prawda?

- W samej rzeczy, Jeem - odparł jeden. Teraz 

dopiero zauważyłem, że ma złotą kometę po bokach 
kasku, co bez wątpienia oznaczać miało jakąś tam 
rangę.

- Wspaniała nowina - oznajmiłem. - Są tutaj?
-Są.
- Nie macie jakiegoś, który nie jest niezbędny, 

aby można go było rozerwać lub zjeść?

- Gdyby to ode mnie zależało, dałbym któregoś 

komuś tak znanemu jak ty, ale niestety, wszyscy są 
potrzebni w celach wywiadowczych. Poza tym lista 
ochotników do uśmiercania jest już pełna - same 
szarże.

- Bardzo źle. Jest jakaś szansa, abym mógł ich 

background image

obejrzeć?

- Nikt nie może tam wejść bez upoważnienia, ale 

przesuń oko albo dwa między kratami, to obejrzysz 
ich wszystkich.

Jedno oko miałem na szypułce - była w nim 

kamera tv. Zrobiłem, jak mi powiedział, dostrajając 
jednocześnie ostrość. Oni, czyli obiekty mego 
zainteresowania, leżeli na dziedzińcu lub gadali w 
małych grupach - brudni, obrośnięci, w strzępach 
mundurów. Mogli być admirałami, ale i tak zrobiło 
mi się ich żal - nawet admirałowie byli kiedyś ludźmi.

- Serdeczne dzięki - odparłem chowając 

szypułkę. - Będę o tobie pamiętał w moim wystąpieniu 
na Radzie Wojennej.

Pomachałem odchodząc, oni pomachali do mnie i 

zrobiło się nagle sielsko - jakby eksplodowała kolonia 
ośmiornic.

- Jestem załamany - zwierzyłem się żonie. - Jeśli 

jest tu niższy poziom, to dostaniemy się do nich od 
dołu.

- Geniuszu, nie przejmuj się, tak się do nich nie 

dostaniemy.

- Geniuszu - powiedziałem, kładąc z uczuciem 

background image

łapę na obudowie. - Tak właśnie zrobimy, i coś mi się 
zdaje, że przed nami są schody, ale skąd będziemy 
wiedzieć, kiedy staniemy we właściwym miejscu?

- Stąd, że zostawiłam tam nadajnik 

ultradźwiękowy, gdy wygłaszałeś swoje polityczne 
przemówienie do tych robali.

- Oczywiście, gdyby był to ktoś inny, zapadłbym 

się pod ziemię ze wstydu, a tak mogę pogratulować 
sobie, mając taką żonę.

- Następnym razem postaraj się, aby to nie 

brzmiało tak dumnie. Zupełnie jakby... było twoją 
zasługą.

- Spokojnie, zaczynasz być przewrażliwiona.
Zjechaliśmy pokrytą śluzem i śmieciami klatką 

schodową w całkowitą ciemność. Angelina włączyła 
reflektory i ujrzeliśmy przed sobą metalowe drzwi.

- Spalić je? - spytała, wysuwając się z obudowy.
- Nie - zrobiłem się podejrzliwy. - Spróbuj swoich 

detektorów i zobaczymy, czy za tym metalem toczy 
się jakieś elektroniczne życie.

- Aktywnie - oświadczyła po chwili - co najmniej 

tuzin alarmów. Zneutralizować?

- Szkoda wysiłku - sprawdź tę ścianę. Powinna 

background image

być czysta. Była. Toteż przeszliśmy przez nią. Ci obcy 
byli faktycznie naiwni. Znaleźliśmy się w magazynie, 
z którego przeszliśmy do pomieszczenia, które miały 
chronić owe drzwi. Operacja prosta nawet dla 
początkującego włamywacza - znowu straciłem 
trochę wiarę w inteligencję przeciwnika.

- Więc dlatego nie chcieli, aby ktoś się tu dostał - 

westchnęła Angelina, omiatając salę reflektorem.

- Miejski skarbiec - mruknąłem - musimy tu 

wpaść przy okazji.

Góry monet piętrzyły się ze wszystkich stron, 

złoto, platynowe sztaby jako przerywnik, do tego 
szlifowane diamenty i inne kamienie. Wystarczająca 
ilość, aby zbudować z nich bank, a co dopiero 
otworzyć jakiś. Zaczynałem odczuwać kompleks 
mniejszości - w życiu nie widziałem tyle gotówki, nie 
mówiąc o jej kradzieży i w dodatku nikt tego nie 
pilnował. Kopnąłem w najbliższą stertę - posypał się 
deszcz monet.

- Wiem, że to ci pomogło - łagodnie powiedziała 

Angelina. - Ale powinniśmy chyba zająć się pracą.

- Oczywiście - zgodziłem się z nią. Przeszliśmy 

przez skarbiec, przebiliśmy się przez parę następnych 

background image

ścian i drzwi, osiągając w końcu miejsce, nad którym 
był nadajnik.

- Brama powinna być tutaj - mruknąłem mierząc 

krokami odległość. - Tu były jakieś śmieci, więc 
zaczynając stąd, będziemy osłonięci w razie czego. 
Świder udarowy gotów?

- Warczy i brzęczy.
- No to zaczynamy.
Ramię ze świdrem wysunęło się w górę i zagłębiło 

w zardzewiały metal. Angelina wyłączyła reflektor, a 
gdy wyjęła świder, z góry spłynął promień światła 
słonecznego. Czekaliśmy w napięciu, ale nie było 
żadnego alarmu.

- Czekaj, wysunę kamerę.
Wspiąłem się na palce i czubek ogona, aż udało 

mi się wysunąć oko z kamerą przez otwór. Okręciłem 
je o trzysta sześćdziesiąt stopni i schowałem.

- Wspaniale. Śmiecie naokoło, nikogo w pobliżu, 

żadnej straży w zasięgu wzroku. Podaj mi 
dezintegrator.

Wylazłem z kombinezonu, wspiąłem się na jego 

barki, skąd z łatwością mogłem sięgnąć sufitu i 
zabrałem się do roboty. To bardzo przyjemne 

background image

narzędzie ten dezintegrator, cechuje go możliwość 
niwelacji wiązań międzycząsteczkowych, co prowadzi 
do zamiany praktycznie każdego materiału w szary 
pyłek. Wyciąłem spory otwór, starając się nie kichnąć 
w tumanie pyłu, po czym podałem wycięty dysk 
Angelinie i wystawiłem głowę przez otwór na 
zewnątrz. Wszystko zgodnie z planem - nikt na mnie 
nie patrzył, niedaleko zaś siedział admirał ze 
szklanym okiem. Obraz nędzy i rozpaczy. Wysunąłem 
się jeszcze kawałek.

- Psst, admirale - syknąłem.
Odwrócił się, a jego zdrowe oko rozszerzyło się 

ze zdumienia.

- Proszę głośno nie mówić, jestem tu, aby was 

uratować. Jasne? Proszę tylko skinąć głową.

Tyle o dzielnym admirale - nie dość, że nie skinął 

głową, to w dodatku skoczył na równe nogi i wrzasnął 
ile sił w płucach:

- Straż! Pomocy! Jesteśmy uwalniani!!!
Nie oczekiwałem zbytniej wdzięczności, 

szczególnie od wyższego oficera, ale to było doprawdy 
zaskakujące. Przelecieć tysiące lat świetlnych, 
pokonując niebezpieczeństwa i wrogów zbyt licznych, 

background image

aby ich wymieniać, ścierpieć lubieżne zapędy Gar-
Baja, i teraz ratować bandę starych ramoli tylko po 
to, aby oni, ledwie się o tym dowiedziawszy, starali się 
oddać człowieka w łapy wroga. Za dużo tego dobrego 
jak na mnie!

Nie żebym wiele więcej oczekiwał, ale zawsze to 

przykre, gdy się człowiek utwierdza w pesymizmie. 
Miałem w dłoni pistolet igłowy, oczekując problemów 
ze strony strażników, spodziewając się lekkich także 
ze strony więźniów. Przestawiłem broń z trucizny na 
sen, co było sporym wysiłkiem z mojej strony i 
wsadziłem trepowi stalową igłę w kark. Osunął się, 
malowniczo wyciągając ku mnie ramiona, jakby w 
ostatnim wysiłku chciał złapać swego oswobodziciela. 
Brr! Zamarłem, widząc, co znajduje się na jego 
nadgarstkach.

- Co się dzieje? - zaszeptała z dołu Angelina.
- Nic dobrego - odszepnąłem. - Całkowita cisza.
Wolno wycofałem się tak, że tylko oczy pozostały 

w otworze otoczonym połamanymi meblami, różnymi 
opakowaniami i innym śmieciem, zastanawiając się, 
czy straż coś usłyszała i obserwując zbliżających się 
paru dziadków przyglądających się leżącemu 

background image

kumplowi.

- Co mu się stało? - spytał jeden głos. - Słyszałeś, 

co on krzyczał?

- Nie bardzo, wyłączyłem wzmacniacz, aby 

oszczędzać akumulator. Coś jakby Sfton Gnory, 
Łesemy Oknaronliami.

- To bez sensu. Może krzyczał coś w ojczystym 

języku?

- Chyba nie. Stary Schimrasch pochodzi z 

Deshnik, a to nic po ichniemu nie znaczy.

- Przewrócę go na plecy i zobaczę, czy jeszcze 

oddycha.

Zrobili to i skinąłem zadowolony głową widząc, 

jak igła wypada z karku. Dowody zostały usunięte, a 
zatem miałem parę godzin spokoju, zanim stary 
dojdzie do siebie i rozpowie, co mu się przytrafiło. A 
to było wszystko, czego potrzebowałem - plan rodził 
się już w mojej głowie.

Pochyliłem się, biorąc podany Angelinie przed 

chwilą stalowy dysk, przesmarowałem brzegi 
lepikiem trzymającym mocniej niż cement i 
wtłoczyłem go z powrotem na miejsce. Trzasnęło, gdy 
klej łączył się z otoczeniem i po chwili podłoga na 

background image

górze i sufit na dole były równie nierozerwalną 
całością, jak przed rozpoczęciem moich ćwiczeń. 
Zlazłem na dół i westchnąłem ciężko.

- Angelino, bądź tak dobra, zapal jakieś światło i 

otwórz butelkę, najlepiej whisky, jeśli jest w apteczce.

Światło rozbłysło i rozległ się dźwięk 

przestawianych butelek, po czym cierpliwa Angelina 
poczekała, aż odejmę pustą szklaneczkę od ust.

- Nie sądzisz, że już najwyższa pora, abyś 

wtajemniczył swą kochającą żonę w to, co się tam 
wyprawia?

- Wybacz mi, światło mego życia, ale właśnie 

przeżyłem szok. Gdy chciałem porozumieć się z 
najbliższym admirałem - uśmiechnąłem się słabo - 
zerknął na mnie i poleciał po straż. Zastrzeliłem go.

- Jeden mniej do uratowania - stwierdziła z sa-

tysfakcją.

- Nie całkiem, uśpiłem go. Nikt dokładnie nie 

usłyszał, co wołał, toteż wymknąłem się chyłkiem i 
zatkałem otwór, ale nie to mnie zmartwiło.

- Wiem, że nie jesteś pijany, ale nie mówisz zbyt 

rozsądnie.

- Przepraszam, ale to ten admirał. Gdy upadł, zo-

background image

baczyłem jego ręce, wokół nadgarstków miał ślady 
jakby sznurów.

- I co? - Była zaskoczona, po czym nagle zbladła. 

- Nie, to nie może być to!

Przytaknąłem powoli stwierdzając, że nie mogę 

się uśmiechnąć.

- Szarzy, ich rękodzieło rozpoznam zawsze i 

wszędzie.

Szarzy ludzie - samo myślenie o nich 

powodowało, że coś zimnego lało mi się po plecach. 
Jestem dość odważny i wytrzymały na zagrożenia 
stwarzane przez życie co do kwestii fizycznych, lecz 
podobnie jak większość ludzi, bezpośrednie ataki na 
szare komórki przyjmuję dość niechętnie. Umysł nie 
ma żadnej obrony, gdy impulsy płynące z ciała 
zostaną odłączone. Wystarczy królikowi 
doświadczalnemu wszczepić elektrodę w ośrodek 
rozkoszy i trzymać włączony prąd, a zwierzę - czy z 
głodu, czy z pragnienia - umrze szczęśliwe.

Parę ładnych lat temu, gdy zajmowałem się 

kwestią międzyplanetarnych inwazji, miałem 
wątpliwy zaszczyt wystąpić w roli królika 
doświadczalnego. Zostałem schwytany, potem zresztą 

background image

uwolniony, ale tymczasem widziałem, jak odrąbano 
mi dłonie w przegubach. Straciłem przytomność, a 
gdy ją odzyskałem, zobaczyłem, że przyszyto mi obie 
dłonie. Szramy były akurat dokładnie takie same, 
jakie dostrzegłem na rękach owego admirała.

Tyle że nikt nigdy nie odciął mi dłoni - scena ta 

została umieszczona bezpośrednio w moim umyśle. 
Jednak dla mnie to się zdarzyło i było jedną z 
najgorszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w życiu.

- Oni muszą tu być - stwierdziłem. - 

Współpracują z obcymi. Nic dziwnego, że 
admirałowie nie dość, że mówią wszystko, o co ich się 
pyta, to jeszcze wykazują inicjatywę we współpracy. 
Przez prawie całe życie przebywali w świecie głupoty i 
rozkazów doprowadzonych do absurdu. Są idealnym 
celem dla kuracji, jaką im zaaplikowano.

- Musisz mieć rację - tylko jak to możliwe? Obcy 

nienawidzą wszystkich ludzi bez wyjątków, nie współ-
pracowaliby z żadnym z nich. Szarzy są obrzydliwi, 
ale są ludźmi.

Ledwie to powiedziała, a rozwiązanie pojawiło 

się przed moimi oczami jasne i czyste. Uśmiechnąłem 
się, łapiąc ją w ramiona i całując, co podobało się nam 

background image

obojgu. Odsunąłem ją później na długość ramienia, 
gdyż zbytnia jej bliskość zawsze powodowała dziwny 
zwrot w moim umyśle.

- Posłuchaj, kotku. Sądzę, że widzę rozwiązanie 

tego bałaganu. Detale nie są zbyt ważne, ale wiem, co 
trzeba zrobić. Możesz tu sprowadzić chłopców i 
parunastu Cill Airne, po czym przebić się przez 
podłogę, zlikwidować straże, uśpić admirałów i 
wynieść ich w pobliże kosmodromu?

- Mogę się postarać, ale to nie będzie łatwe. Jak 

się stąd wydostaniemy?

- Tym ja się zajmę. Jeśli dokładnie wszędzie 

będzie zamieszanie i nikt nie będzie wiedział, co się 
dzieje, kogo gonić, a kogo słuchać - czy to nie 
pomoże?

- Z pewnością uprości sprawę. Co zamierzasz?
- Gdybym ci powiedział, mogłabyś uznać to za 

zbyt niebezpieczne i przekonać mnie, że tak jest. 
Powiedzmy, że to musi zostać zrobione, a ja jestem 
jedynym, który może się tym zająć. Idź po aliantów, a 
ja włażę w kombinezon. Jak zacznie się ogólny bajzel 
- ruszaj. Wrócę do mojej kwatery tak szybko, jak 
będę mógł. Niech czeka tam na mnie przewodnik. 

background image

Tylko upewnij się, czy będzie wiedział, na co czeka i 
żeby sterczał tam nie dłużej niż godzinę od 
rozpoczęcia zamieszania. Powinienem być tam grubo 
wcześniej, ale jeśliby coś się skomplikowało, to niech 
się zgłosi do ciebie. Wiesz, że umiem się o siebie 
troszczyć, a nie możemy wszystkiego zarywać dla 
jednej osoby. Gdy on wróci, ze mną czy beze mnie - 
ruszajcie na kosmodrom, złapcie statek, co nie 
powinno być zbyt trudne, jeśli uda się to, co planuję, 
wyrywajcie stąd na pełnym ciągu.

- Czekam na ciebie - ucałowała mnie, ale nie wy-

glądała na zbyt szczęśliwą. - Nie powiesz mi, co chcesz 
zrobić?

- Masz na mnie destrukcyjny wpływ, mógłbym 

się rozmyślić, tym bardziej że samemu mi się to 
niezbyt podoba. Muszę zrobić trzy rzeczy: znaleźć 
szarych, oddać ich naszym przyjaciołom i wydostać 
się z tego.

- Dokonasz tego, tylko uważaj, żebyś gdzieś nie 

przedobrzył, szczególnie na końcu.

Przebraliśmy się w kombinezony i wsparci na 

duchu wymianą poglądów, podążyliśmy każde w 
swoją stronę. Sądziłem, że znam drogę, ale okazało się 

background image

to całkowitym złudzeniem. Idąc gdzieś na skróty, 
wlazłem na jakąś przerdzewiałą płytę i znalazłem się 
w podskórnym bagnie, z którego wylazłem z wielkim 
trudem, znajdując przejście za jakąś stalową 
przegrodą. Utorowałem sobie drogę, wypuszczając 
spod ogona granat, który przymocowałem do 
przeszkody celnym ruchem ogona, po czym przedo-
stałem się przez dymiący otwór na światło dzienne. 
Zaraz ujrzałem oficera z patrolem potworków 
zbliżającego się, aby sprawdzić co to za hałasy.

- Pomocy! - jęknąłem, chwiejąc się na nogach. Na 

szczęście oficer był także wielbicielem popołudnio-
wych audycji tv.

- Słodka Sleepery, co się stało? - wrzasnął 

uczuciowo, pokazując jakieś pięć tysięcy zepsutych 
zębów i jard albo dwa różowego gardła.

- Zdrada! - wrzasnąłem jeszcze głośniej. - Wyślij 

wiadomość do swego dowódcy, aby zwołał 
nadzwyczajne posiedzenie Rady Wojennej. I zabierz 
mnie stąd natychmiast.

Zajął się wszystkim równocześnie. Złapali mnie 

w pięćdziesiąt macek, czułków, łap i innych 
podobnych odnóży i pognali niosąc w objęciach. 

background image

Ułatwiało to podróż, a poza tym był to mile widziany 
odpoczynek, toteż nie protestowałem. W końcu 
postawili mnie na podłodze przed salą Rady.

- Jesteście wspaniali - oznajmiłem im. - Nigdy 

was nie zapomnę.

Odpowiedzią był zgodny wrzask radości i mniej 

zgodne tupanie. Pogalopowałem do środka 
wrzeszcząc na całe gardło.

- Zdrada! Oszustwo! Fałsz!
- Zajmij swoje miejsce i wyjaśnij sprawę we 

właściwy sposób, gdy posiedzenie zostanie należycie 
otwarte - przerwał mi sekretarz.

Na szczęście stwór przypominający różowego 

wieloryba w ostatnim stadium owrzodzenia był 
bardziej współczujący.

- Wyglądasz na wzburzoną, droga Jeem. 

Słyszeliśmy, że coś dziwnego stało się w twojej 
kwaterze, ale wszystko, co znaleźliśmy z szacownego 
Gar-Baja, to jego ogon, który nie był w stanie wiele 
nam powiedzieć. Mogłabyś to wyjaśnić?

- Mogę i wyjaśnię, jeżeli tylko sekretarz da mi 

dojść do głosu.

- Och, załatwmy to wreszcie - sapnął ten ostatni 

background image

ze zniechęceniem, z każdą chwilą wyglądając na coraz 
bardziej zdenerwowaną żabę. - Spotkanie zwołane 
przez Sleepery Jeem, która ma głos w jakiejś nader 
istotnej sprawie.

- Najpierw muszę wyjaśnić, że my, Geshtunken, 

mamy parę możliwości, nie wspominając o 
nadzwyczajnym seksapilu - zwróciłem się do 
słuchającej Rady, która oświadczenie to przyjęła 
owacją gwizdów i mlaśnięć. - Dziękuję. Do rzeczy: 
mój zmysł węchu naprowadził mnie na to, że coś tu 
jest nie tak. Wąchałam na prawo i lewo i w końcu 
wywąchałem ludzi!

Poprzez okrzyki zgrozy i oburzenia usłyszałem:
- Cill Airne!
Skwitowałem to lekceważącym machnięciem:
- Nie Cill Airne, tych wyczułem od razu, to są 

myszy, którymi zajmują się oddziały pomocnicze. 
Mam na myśli to, że ludzie są tutaj, wśród nas! 
Zostaliśmy spenetrowani!

Wstrząsnęło nimi lepiej, niż się spodziewałem. 

Poczekałem spokojnie, aż uniesienie minie, po czym 
uniosłem łapy prosząc o ciszę. Miałem ją prawie 
natychmiast. Każde oko - czerwone, zielone, białe, 

background image

normalne czy na wypustkach, duże, małe czy 
wyłupiaste, wpatrywało się we mnie.

- Tak, ludzie są wśród nas i robią wszystko, aby 

przeszkodzić nam w świętej misji. Mam zamiar 
pokazać wam jednego i to natychmiast!

Serwomechanizmy cichutko zabrzęczały, gdy 

skoczyłem z przysiadu, lecąc około dwudziestu 
jardów niezłym stylem i lądując, z dużym trzaskiem 
rozbijanych mebli i szarpnięciem amortyzatorów na 
stole prezydialnym. Ledwie wylądowałem, a już 
trzymałem w łapie wyrywającego się i wrzeszczącego 
sekretarza, wymachując nim nad głową.

- Zgłupiałeś!? Puszczaj mnie natychmiast! Nie 

jestem bardziej człowiekiem niż ty!

To mnie do reszty przekonało - jak dotąd były to 

jedynie przypuszczenia. Oni tu byli - tego już byłem 
pewny, a jedynym stworzeniem o czterech 
kończynach poza mną był on. Był ponadto w stanie 
wpływać na różnorodne decyzje i miał dojście do 
wszystkich informacji. Poza tym był jedynym 
pedantem postępującym według zwyczajów 
urzędniczych w tym całym towarzystwie. Rycząc z 
radości wbiłem mu pazury drugiej łapy w gardło.

background image

Trysnęło jakąś ciemną cieczą, sekretarz zaś 

zaczął ryczeć jak zarzynane prosię.

Omal nie przerwałem jatki, takie to było 

realistyczne. Nie miałem jednak wyboru, i tak omal 
nie urwałem łba sekretarzowi na oczach całej Rady. 
Jeśli była to pomyłka, to nie mogłem liczyć na 
wdzięczność, pozostawało więc tylko jedno. Urwać 
mu ten łeb do końca.

Nastąpiła ogólna cisza, gdy głowa sekretarza 

poturlała się po podłodze, po czym zewsząd rozległy 
się westchnienia.

Wewnątrz odgłowionego korpusu znajdowała się 

druga głowa.

Blada i wykrzywiona wściekle twarz człowieka!
Rada wychodziła z szoku, ale on w nim już nie 

był - wyciągnął zza pazuchy broń, czekałem właśnie 
na coś takiego. Wydaje mi się, że trochę mu 
nadwerężyłem ścięgna. Nie byłem tak szybki, gdy 
złapał mikrofon wykrzykując coś w obcym języku. 
Nie byłem, bo właśnie chciałem, aby to zrobił. Dałem 
mu wystarczająco dużo czasu, aby zdołał podnieść 
alarm, po czym odebrałem mu mikrofon. Kopnął 
mnie złośliwie w brzuch, co spowodowało, że go 

background image

puściłem i zwinięty wpół na podłodze patrzyłem, jak 
znika w zamaskowanych w podłodze drzwiach.

- Nie przejmujcie się mną! - jęknąłem opędzając 

się od prób pomocy. - I tak zaraz umrę. Pomścijcie 
mnie!

Ogłoście alarm i złapcie go i resztę! Nie pozwólcie 

nikomu uciec.

Zrobili grzecznie, co kazałem, i to tak 

energicznie, że musiałem odturlać się pod ścianę, aby 
mnie nie stratowali. Pozwijałem się w agonii na 
użytek spóźnialskich, po czym znieruchomiałem i 
zerknąłem na świat przez na wpół przymknięte oko. 
Pusto - wszyscy pognali łapać, co się dało.

Zerwałem się na równe nogi i ruszyłem śladem 

sekretarza.

Profilaktycznie w czasie szamotaniny przypiąłem 

mu do futra generator neutrino. Neutrino jako takie 
ma minimalne problemy przy przenikaniu przez całą 
planetę. Metal tego miasta był dla niego przeszkodą, o 
której nie warto w ogóle wspominać. Nie warto też 
wspominać, że miałem wykrywacz w kombinezonie. 
Zawsze mówiłem: nie ma to jak szeroko rozwinięta 
profilaktyka.

background image

Fosforyzująca igła wskazywała drogę. Byłem 

mocno ciekaw, co oni tu robią i miałem nadzieję, że 
zdołam coś wymyślić, aby dowiedzieć się, gdzie jest 
ich planeta. Imć sekretarz był moim przewodnikiem.

Gdy zobaczyłem z przodu światło, zwolniłem, po 

czym dyskretnie wyjrzałem zza muru. Olbrzymia 
jaskinia wypełniona była w całości korpusem ich 
statku, do którego ze wszystkich stron zbiegali się 
współplemieńcy mojego przewodnika. Niektórzy w 
kombinezonach, inni w ich fragmentach lub 
normalnych strojach. Szczury opuszczają tonący 
okręt. Zamieszanie na planecie musiało sięgnąć 
szczytu, czyli wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Przyznaję, że mnie zaskoczyli. Liczyłem na 

odkrycie ich kryjówki, a nie statku, i to w sytuacji, w 
której wykonywali odwrót strategiczny na pełną 
skalę. Istniały rzecz jasna sposoby i sposobiki, aby ich 
wyśledzić - wystarczyło przyczepić im do burty 
urządzenie w stylu kosmicznej pluskwy, tyle że 
akurat nie miałem żadnego – najlżejsze ważyło 
dziewięćdziesiąt kilogramów i miało objętość 
dziesięciolitrowego wiadra. Okazja była zbyt dobra, 
aby ją przegapić, ale zanim zdołałem pomyśleć, co by 

background image

tu zrobić, na łeb spadła mi metalowa sieć, a od tych 
przyjemniaczków aż się zaroiło.

Dawałem sobie wcale dobrze radę mimo sieci, 

zdaje się, że dwóch czy trzech z nich nigdy już 
nikomu nie zrobi przykrości, gdy któryś przyłożył mi 
całkiem porządnie metalową sztabą w ucho. Nie 
zdołałem się uchylić i poczułem, jak głowa 
kombinezonu idzie w drzazgi.

Moja zresztą też - tylko chwilę później.
10
Obudziłem się z uczuciem duszności, spowity w 

coś nieustępliwego i w dodatku ślepy. Na dokładkę z 
największym bólem głowy, który potęgował sam 
siebie w postępie geometrycznym, aż mi się od tych 
doznań nieco we łbie rozjaśniło. Kawałek po kawałku 
opanowałem panikę i zacząłem analizować sytuację. 
Okazało się, że nikt mnie w nic nie owinął, tylko jakiś 
fragment wyściółki kombinezonu zwisał zaklejając mi 
twarz.

Gdy spokojnie przesunąłem głowę w bok, 

mogłem oddychać zupełnie swobodnie. W końcu 
poprzez falę bólu zaczęła wracać mi pamięć. Szarzy! 
Złapali mnie w sieć, przyłożyli po łbie, po czym 

background image

zapadła ciemność. Co dalej? Dokąd mnie zabrali? 
Gdy doszedłem do tego miejsca, zaczęła wracać 
zdolność logicznego i praktycznego myślenia. Ciągle 
byłem w kombinezonie. Moje ręce były uwięzione w 
kończynach przebrania, ale zdołałem, delikatnie i 
powolutku, oswobodzić prawą, mając przy tym 
wrażenie, że pęknie mi czaszka. Odsunąłem 
zawadzający fragment plastiku i stwierdziłem, że 
głowę mam w szyi kombinezonu. Dalsze 
spazmatyczne ruchy przybliżyły mnie do zestawu 
optycznego: dojrzałem metalową podłogę. Próby 
poruszenia drugim ramieniem i nogami zakończyły 
się fiaskiem. Wszystko to było deprymujące, a w 
dodatku chciało mi się pić i wciąż bolała mnie głowa. 
Jakiś szósty zmysł kazał mi kiedyś zamontować w 
kombinezonie dodatkowy zbiorniczek obok 
pojemnika na wodę.

Znalazłem rurkę doprowadzającą, napiłem się 

wody, po czym przełączyłem mały za worek, 
zmieniając płyn na życiodajną stuprocentową whisky. 
Obudziła mnie wystarczająco szybko i choć nie 
zlikwidowała bólu głowy, to jednak pozwoliła mi 
jakoś do niego przywyknąć. Zająłem się kamerą i po 

background image

długich staraniach wysunąłem wypustkę, obracając ją 
o trzysta sześćdziesiąt stopni.

Interesujące. Nie mogłem się ruszyć, gdyż ciężkie 

łańcuchy przymocowywały mnie do podłogi, 
przytwierdzone do niej tak solidnie, że nie było co 
marzyć o ich wyrwaniu. Pomieszczenie było 
niewielkie i idealnie pozbawione czegokolwiek, z tym 
że sufit był lekko półkolisty. To mi coś przypominało.

Okręt! Byłem w kosmolocie, który widziałem, 

zanim zgasili mi światło. Ich okręt i do tego będący w 
ruchu. Cel tej podróży był oczywisty, ale nie miałem 
najmniejszej ochoty poddać się pesymizmowi akurat 
teraz. Były ważniejsze sprawy: na przykład, dlaczego 
zamknęli mnie w kombinezonie?

- Dlatego, durniu, że nie wiedzieli o tym - 

oznajmiłem na głos, żałując tego prawie natychmiast, 
bo we łbie zahuczało mi jak w studni.

Tak właśnie musiało być. Przebranie było dobre i 

pomyślane tak, aby wytrzymać bliższe oględziny. 
Zaatakowali mnie i pokonali błyskawicznie, a nie 
mieli podstaw, by przypuszczać, że jestem 
kimkolwiek innym, niż wyglądam. Musieli się zresztą 
trochę śpieszyć, o czym dobitnie świadczył sposób 

background image

zamocowania łańcuchów. Nie wydaje mi się, żeby 
mieli ochotę wpaść w łapy obcych, mających 
sadystyczno-spożywcze inklinacje co do nich. 
Zapakowali mnie na pokład w celu przyszłego 
śledztwa i ruszyli w drogę.

To już było znacznie lepsze. Nie tracąc czasu 

zabrałem się do wyczołgiwania na świeże powietrze. 
Nie było to proste, ale w końcu udało mi się wydostać 
przez częściowo otwarte wyjście. Poczułem się 
znacznie lepiej, a samopoczucie wróciło prawie do 
normy, gdy wydobyłem pistolet igłowy. Poprzez płytę 
pokładu czułem leciutkie drżenie: bez wątpienia 
byliśmy w podróży. A gdzież mogli się kierować moi 
mili gospodarze po nieudanej misji i pośpiesznej 
ewakuacji, jeśli nie do domu?

Nie było to zbyt pocieszające, ale istniała duża 

szansa, że będę miał coś do powiedzenia w tej kwestii. 
Najprawdopodobniej upłynęło niezbyt dużo czasu od 
startu, toteż zmęczona i zestresowana paniką załoga 
powinna zaznać zasłużonego odpoczynku. A więc, do 
roboty. Przesunąłem kontrolkę pistoletu z 
„wybuchowe" na „trujące", po namyśle ustawiłem ją 
jednak na „sen". Choć zasłużyli wielokrotnie na 

background image

śmierć, nie byłem katem, który byłby w stanie 
uśmiercać śpiących. Jeśli opanuję statek, to zajmą się 
nimi inni, a jeśli mi się nie uda, to liczba pozostałych 
przy życiu nie miała znaczenia.

- Naprzód, di Griz, zbawicielu ludzkości! - mruk-

nąłem dodając sobie otuchy, która prawie 
natychmiast mi się przydała, gdyż drzwi okazały się 
solidnie zamknięte. Czego zresztą należało się 
spodziewać. Wróciłem do kombinezonu i zabrałem się 
za wyrzutnik. Granat wypadł na pokład z głośnym 
plaśnięciem. Dalej sprawa była już prosta. 
Przylepiłem go do drzwi i zdetonowałem. Łupnęło 
niegłośno i rozszedł się wokół gryzący dym.

Starając się ze wszech miar nie ulec atakowi 

ostrego, wściekłego kaszlu, wykopałem zamek i 
wyturlałem się na korytarz, rozglądając się na 
wszystkie strony, tak oczyma jak i lufą pistoletu. Nic. 
Pustka i cisza. Lufą pistoletu zamknąłem ciepłe 
jeszcze drzwi. Poza osobliwą dziurą w zamku były 
całe, a fakt, że są zamknięte, mógł dać mi parę 
decydujących sekund.

Na drzwiach był numer. Jeśli ten statek 

zbudowano zgodnie z regułami konstrukcji takich 

background image

jednostek, to numery powinny maleć w kierunku 
dziobu i sterowni. Ruszyłem w tamtą stronę, kierując 
się powyższą zasadą, gdy otwarły się jedne z bocznych 
drzwi. Wyszedł stamtąd facet i oczywiście od razu 
mnie dostrzegł. Oczy mu się zaokrągliły, szczęka 
opadła... i to by było na tyle, ponieważ igła trafiła go 
prosto w gardło. Osunął się miękko na ziemię. Poza 
nim w zasięgu wzroku nie było nikogo. Póki co nie 
miałem powodów do narzekań.

Wciągnąłem go do środka i zamknąłem za nim 

drzwi. Cofnąłem się i otworzyłem najbliższe z 
kolejnym numerem. Cudownie. Na łóżkach chrapał 
dobry tuzin szarych. Sądzę, że spało im się znacznie 
lepiej, gdy poczęstowałem każdego igłą.

Zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, 

zamknąłem drzwi i ruszyłem w dalszą drogę.

Zdecydowałem, że próba uśpienia wszystkich 

członków załogi byłaby zbyt niebezpieczna, ponieważ 
nawet nie wiedziałem, ilu ich jest. O wiele lepiej było 
opanować sterownię, skierować statek ku najbliższej 
stacji Ligi i wezwać pomoc.

Ruszyłem więc w stronę dziobu z bronią w 

pogotowiu. Po drodze napotkałem jeszcze drzwi 

background image

oznaczone „Łączność" i położyłem spać operatora. 
Następne drzwi, jakie ujrzałem, były tymi 
właściwymi. Tył i flanki miałem zabezpieczone, toteż 
wziąłem głęboki oddech i ostrożnie je uchyliłem.

Ostatnią rzeczą, której chciałem, to strzelanina, 

zwłaszcza że przewaga liczebna nie była po mojej 
stronie. Wsunąłem się cicho do środka i zamknąłem 
za sobą drzwi. Było ich czterech, wszyscy w fotelach 
przed konsolami sterowniczymi. Dwa karki były 
odsłonięte, toteż posłałem każdemu igłę i zająłem się 
pozostałymi. Facet przy kontroli silników musiał coś 
usłyszeć. Odwrócił się i dostał igłę w grdykę. Pozostał 
jeden: komendant. Chcąc uzyskać określone 
informacje, nie miałem ochoty go usypiać. Schowałem 
broń i na paluszkach podszedłem do fotela, sięgając 
dłońmi ku szyi siedzącego.

Odwrócił się w ostatniej chwili, ostrzeżony diabli 

wiedzą przez co, ale trochę się spóźnił. Złapałem go i 
nie zamierzałem puścić. Oczy wyszły mu z orbit, pięty 
zaś całkiem przyjemnie zabębniły o pokład. 
Poczekałem chwilę, słuchając tych miłych dla ucha 
dźwięków, zanim go puściłem.

- Mecz zakończony wynikiem szesnaście do zera! 

background image

- powiedziałem głośno i z zadowoleniem. - Ale 
najpierw należy dokończyć zbożne dzieło!

Miałem rację i jak zwykle dałem sobie dobrą 

radę. Szuflada przy konsoli napędu zawierała szpulkę 
mocnego drutu, którego użyłem do związania 
dowódcy jako takiego, jak i do przytwierdzenia go do 
fotela, aby uniemożliwić mu grzebanie w 
przyrządach. Pozostałą trójkę ułożyłem za jego 
fotelem i zabrałem się za komputer.

Było to miłe urządzenie i bardzo się starało, aby 

dobrze ze mną współpracować. Najpierw podał mi 
aktualny kurs i cel podróży, które zapamiętałem i 
zapisałem po wewnętrznej stronie nadgarstka. Na 
wszelki wypadek. Jeśli cel był tym, czym sądziłem, że 
był, to Korpus nader chętnie złoży tam wizytę. Z 
pewnością przydadzą się takie porządki w rodzinnym 
świecie moich przymusowych współpasażerów. Nie 
miałem nic przeciw temu, aby im w nich pomóc. 
Potem spytałem o najbliższe bazy Ligi, wyznaczyłem 
kurs do jednej z nich i odprężyłem się.

- Dwie godziny, Jim - powiedziałem sobie – 

potem będziemy w kontakcie z bazą, jedna krótka 
wiadomość i kawaleria pojawi się na horyzoncie.

background image

Coś zamrowiło mnie w karku, zupełnie tak, 

jakby ktoś mi się nachalnie przyglądał. Odwróciłem 
się i dostrzegłem, że dowódca tej zgrai odzyskał 
przytomność i gapi się na mnie.

- Słyszałeś, co mówiłem, czy mam powtórzyć? - 

spytałem uprzejmie.

- Słyszałem - głos był szorstki i wyprany z 

jakichkolwiek emocji.

- To dobrze. Nazywam się Jim di Griz - cisza. - 

No, dalej, przedstaw się, albo będę musiał to z ciebie 
wyciągnąć.

- Jestem Kome. Twoje nazwisko jest nam znane. 

Przeszkodziłeś już nam. Zginiesz.

- Jak to miło być sławnym. Ale, ale, nie sądzisz, 

że to pusta groźba?

- W jaki sposób nas odkryłeś? - spytał ignorując 

moje pytanie.

- Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, to sami się 

skończyliście. Jesteście pojętni, ale macie mało 
wyobraźni. Rytuał obcinania rąk znam z autopsji, a 
nadal go używacie. Zobaczyłem ślady u jednego z 
admirałów.

- Zrobiłeś to sam?

background image

Kto, u diabła, kogo pyta? Rozumiejąc jednak 

całokształt sytuacji, mogłem być bardziej uprzejmy.

- Teraz jestem sam, ale za parę godzin będzie tu 

dość tłoczno od wojsk Ligi. Tam było nas czworo, 
pozostali wraz z admirałami są aktualnie bezpieczni i 
sądzę, że przygotują wam serdeczne powitanie. Nie 
wiem, czy wiesz, ale nie jesteście za bardzo lubiani w 
galaktyce.

- Mówisz prawdę?
Straciłem cierpliwość i palnąłem mu kilka słów 

prawdy, jakich dotąd chyba nie miał okazji usłyszeć 
pod swoim adresem.

- Nie mam powodu kłamać, durniu, skoro 

trzymam wszystkie karty - zakończyłem. - Teraz 
zamknij się i odpowiadaj tylko na moje pytania. 
Jasne?

- Nie sądzę!
Lekko zwątpiłem, gdyż po raz pierwszy uniósł 

głos. Nie był to krzyk i nie było w nim złości, po 
prostu głośno wyrażony rozkaz.

- Zabawa skończona. Wiemy, co chcieliśmy 

wiedzieć. Możecie wstać! - rzucił za siebie.

Czułem się, jakbym brał udział w horrorze. 

background image

Drzwi otworzyły się i powoli zaczęli przez nie 
wchodzić jego ludzie. Strzelałem do nich, a oni nadal 
szli. Dwóch spośród postrzelonych oficerów także 
wstało i ruszyło w moją stronę. Cisnąłem w nich 
pistoletem i wpadłem w depresję.

Tym razem mnie mieli.
Jestem niezły w walce wręcz i temu podobnych 

przydających się w życiu sztukach, istnieją jednak 
granice możliwości. Tym razem granicą był 
praktycznie niewyczerpany kontyngent napastników, 
a żeby było jeszcze gorzej, oni tak naprawdę nie 
umieli walczyć. Było ich jednak wielu i ciągle 
dochodzili nowi. Przetrąciłem parę karków, 
połamałem trochę żeber i zmiażdżyłem nieco krtani, 
ale w końcu zalali mnie masą. Obalili na pokład, 
związali mi ręce i nogi i zostawili na podłodze. Po 
czym zabrali się za zmianę mojego kursu, co mnie 
jeszcze bardziej wpędziło w depresję. Gdy się z tym 
uporali i posprzątali ofiary, Kome odwrócił się do 
mnie.

- Oszukałeś mnie - oświadczyłem. Nie było to 

zbyt mądre, ale podtrzymywało rozmowę.

- Oczywiście.

background image

Lakoniczność. To było jedyne właściwe 

określenie. Nigdy nie używaj dwóch słów, gdy 
wystarczy jedno.

- Nie miałbyś ochoty powiedzieć mi dlaczego?
- Sądziłem, że to oczywiste. Moglibyśmy 

oczywiście użyć normalnych technik kontroli umysłu, 
co i tak zresztą planowaliśmy. Ale to zajmuje trochę 
czasu, a odpowiedzi potrzebowaliśmy natychmiast. 
Byliśmy wśród obcych przez lata i nie podejrzewali 
niczego, więc musieliśmy wiedzieć, jak nas odkryłeś. 
Przygotowaliśmy się właśnie do sprawdzenia 
zawartości twego umysłu, gdy odkryliśmy twoje 
przebranie. Metalowe czaszki nie istnieją w 
przyrodzie, a twoja twarz bardzo przypominała mi 
kogoś, kogo szukałem od lat. Kiedy sobie o tym 
przypomniałem, zorganizowałem to małe 
przedstawienie. Wiedzieliśmy, że twoje ego nie 
pozwoli ci pomyśleć, że dałeś się oszukać.

- Skurwysyn - warknąłem, co było dość 

prymitywną odpowiedzią, ale jedyną, jaką chwilowo 
dysponowałem. Miał gnojek rację i to od początku do 
końca.

- Wiedziałem, że gdy będziesz sądził, że jesteś 

background image

górą, odpowiesz dobrowolnie na pytania, które 
chcieliśmy ci zadać. Więc załadowaliśmy ci pistolet 
sterylnymi igłami. Wszyscy zagrali swoje role 
znakomicie, a ty byłeś najlepszy.

- Popatrzcie na cwaniaka - warknąłem.
- Jestem nim. Organizowałem operacje polowe 

przez wiele lat i nie udało mi się tylko wtedy, gdy ty 
mi przeszkodziłeś. Teraz cię złapaliśmy i przeszkody 
się skończyły.

Na dany znak dwaj z załogi pozbierali mnie.
- Zamknijcie go aż do lądowania. Nie mam 

ochoty go więcej widzieć.

Nigdy jeszcze nie byłem tak przybity. 

Przypuszczam, że byłem wówczas tylko o włos od 
samobójstwa. Wiedziałem, co mnie czeka i nie miałem 
żadnej możliwości, aby temu zaradzić. Już samo to 
było przygnębiające, a myśl o przyszłości wpędzała 
mnie w czarną depresję.

Na dokładkę oni byli za dobrzy: zawiesili moje 

skute ręce na umieszczonym w ścianie haku, pocięli 
całą odzież i wyczyścili dokładnie moją skromną 
osobę ze wszystkiego. Po czym zabrali się za mnie z 
fluoskopem i wykrywaczami metali równie 

background image

metodycznie, tylko wolniej. Efektem tych starań było 
to, że byłem o parę kilogramów lżejszy i pozbawiony 
całej pomocnej techniki, jaką ze sobą zawsze nosiłem. 
To było upokarzające, zwłaszcza że zostawili mnie 
gołego na zimnych płytach pokładu. Które, jak po 
chwili odkryłem, stawały się coraz zimniejsze, do tego 
stopnia, że szczękałem zębami sinozielony od mrozu. 
Z braku innych możliwości zacząłem wyć i walić w 
drzwi, co mnie lekko rozgrzało i sprowadziło 
strażnika.

- Zamarzam na śmierć! - wykrztusiłem przez 

dzwoniące zęby. - Specjalnie to robicie, żeby mnie 
torturować!

- Nie - odparł obojętnie. - Okręt był nagrzany, 

gdy luki były otwarte, teraz wraca do normalnej 
temperatury.

- Zamarzam! Może takie bałwany jak wy mogą 

żyć w tej temperaturze, ale ja nie! Albo mi dajcie 
ubranie, albo ze mną skończcie!

Pomyślał chwilę nad zagadnieniem i poszedł. 

Wrócił z czterema pomagierami i futrzanym 
przyodziewkiem. Ubrali mnie, bez gestu czy słowa z 
mojej strony. Wylot miotacza, ustawionego przez cały 

background image

czas ubierania dokładnie na wprost moich oczu, był 
wystarczającym argumentem, aby nic nie robić.

Osiągniecie celu zajęło wiele dni, a moi strażnicy 

byli najgorszymi rozmówcami w galaktyce. Nie 
odpowiadali nawet na najwulgarniejsze z bogatego 
repertuaru moich obelg. Jedzenie było pożywne, ale 
całkowicie wyprane z jakiegokolwiek smaku, a 
jedynym napojem była woda. W końcu 
wylądowaliśmy.

- Gdzie jesteśmy? - zapytałem strażnika, gdy 

przyszli po mnie. - No, nie wygłupiaj się. Zastrzelą 
cię, jak mi powiesz?

Pomyślał chwilę nad tą możliwością, po czym 

oznajmił:

- Kekkonshiki.
- Grzeczny chłopiec. Tylko nie wpadnij w dumę z 

tego powodu.

Szczytem ironii było, że wiedziałem to, co (po 

informacji, jak wygrać wojnę) było najbardziej 
poszukiwaną przez Ligę wiadomością i nie mogłem 
zrobić z tego użytku. Gdybym posiadał jakieś 
zdolności psi, to za parę godzin byłaby tu połowa 
wojsk Ligi, ale za pomocą rozmaitych testów dawno 

background image

już stwierdziłem, że nie mam żadnych.

Było jednak coś, co wyrwało mnie z odrętwienia. 

Nadeszła pora, by zaplanować ucieczkę. Wkrótce 
opuścimy statek, a na planecie znajdą mi z pewnością 
jakieś przytulne i dobrze pilnowane miejsce, z 
którego na pewno nie będę w stanie uciec. Nie 
wspominając już o tym, co w tymże miejscu by ze 
mną wyprawiali. Co prawda dokładnie nie 
wiedziałem, co zamierzają ze mną zrobić, ale byłem 
pewien, że lepiej się tego nie dowiadywać. Jedyną 
moją szansą pozostało dać nogę ze statku.

Moi strażnicy, co było do przewidzenia, zrobili 

wszystko, aby mi utrudnić ewentualną ucieczkę. 
Starałem się nie drżeć, kiedy uwalniali mnie z 
łańcucha i nakładali mi na szyję znaną już skądinąd 
metalową obróżkę, ale nie bardzo mi się udało. 
Obroża połączona była cienkim kablem z trzymanym 
przez jednego ze strażników w ręku pudełkiem.

- Nie musisz mi pokazywać - oznajmiłem 

pośpiesznie. - Nosiłem już coś takiego i twój kumpel 
Kraj, pamiętasz go pewnie, pokazał mi, jak to działa; 
nieźle się zresztą przy tym nade mną napracował.

- Mogę zrobić coś takiego - odpowiedział osobnik 

background image

zbliżając palec do jednego z przycisków.

- Już to znam! - wrzasnąłem. - Przyciśniesz go i...
Płonąłem, ślepy, głuchy i otępiały. Każdy nerw 

skręcał się pod wpływem prądów generowanych 
przez pudełko. Wiedziałem o tym, ale i tak nic to nie 
zmieniało.

Kiedy się skończyło, stwierdziłem, że leżę 

zwinięty w kłębek, całkiem wyprany z energii i 
prawie bezbronny. Dwóch strażników złapało mnie 
pod pachy i praktycznie wyniosło na korytarz, a ten z 
pudełkiem, idąc z tyłu, od czasu do czasu pociągał za 
kabel, aby przypomnieć mi, kto tu jest górą. Nie 
sprzeczałem się z nim. Zacząłem nieporadnie 
przebierać nogami, ale i tak większość ciała 
spoczywała na strażnikach.

Bardzo mi się to podobało i musiałem ciężko się 

wysilać, by nie zacząć się uśmiechać. Byli pewni, że 
nie ucieknę!

- Oziębiło  się?  - spytałem,  widząc,  że nakładają 

w śluzie rękawice i futrzane czapy. - A moje 
rękawiczki?

Zostałem zignorowany. Kiedy otwarto drzwi, do 

wnętrza wpadł tuman śniegu i prawdziwie arktyczne 

background image

powietrze, co momentalnie odebrało mi oddech. Na 
zewnątrz z pewnością nie było lato, ale moim 
opiekunom nie sprawiało to widać różnicy. Pociągnęli 
mnie za sobą bez chwili zwłoki. Fala śniegu pokryła 
nas i przeszła w ciągu sekundy. Słabiutkie słoneczko 
oświetlało oślepiająco biały krajobraz rozciągający 
się monotonnie we wszystkich kierunkach. Moment 
później przed nami zamajaczyło coś ciemnego: 
kamienny mur albo jakiś niewysoki budynek. 
Kierowaliśmy się ku niemu na tyle szybko, na ile 
pozwalał sypki śnieg. Mieliśmy jeszcze około dwustu 
jardów przed sobą, a moja twarz i dłonie zaczynały 
tracić czucie w zastraszającym tempie. Byliśmy gdzieś 
w połowie drogi, gdy dopadła nas kolejna zadymka. 
Tuż przed nią potknąłem się malowniczo, padając 
wraz z jednym ze strażników. Nie miałem żadnych 
zastrzeżeń, chociaż idący z tyłu sadysta poczęstował 
mnie sekundową dawką bólu. Nie protestowałem, 
gdyż zdołałem okręcić kabel dookoła ramienia, a 
zaraz potem złapać go w zęby i przegryźć.

Nie było to wcale takie trudne, zwłaszcza że pod 

emalią na przednich zębach miałem wstawione 
koronki z węglika krzemu, który przy prześwietleniu 

background image

daje obraz identyczny jak naturalne zęby, a 
twardością dorównuje stali. Wirujący wokół śnieg 
dokładnie zasłonił moje poczynania w ciągu tych paru 
najistotniejszych sekund. Ludzkie szczęki mogą 
wywierać nacisk około trzydziestu pięciu kilogramów 
każda. Wydaje mi się, że byłem bliski tej granicy, ale 
kabel puścił. Ledwie to się stało, wykonałem ćwierć 
obrotu i wsadziłem kolano w krocze tego po prawej. 
Stęknąt i zwalił się na Ziemię puszczając moją rękę. 
Zrobiłem półobrót w drugą stronę i trzasnąłem jego 
koleżkę w krtań. Nawet nie jęknął. Mając wolne boki 
odwróciłem się do przeciwnika trzymającego w ręku 
pudełko.

Ten zaś stracił najcenniejsze sekundy wierząc w 

technikę, a nie w refleks. Załatwiłem jego kumpli 
mając plecy zwrócone kuniemu, a on przez cały czas 
nic nie robił. To znaczy nic poza wściekłym 
naciskaniem guzików w swoim pudełku. Nadal 
zresztą to robił, gdy moja noga spotkała się z jego 
splotem słonecznym. Ktoś zaczął krzyczeć, ja zaś 
złapałem padającego i ruszyłem z kopyta w prawo - 
był to jedyny kierunek, jaki mogłem wybrać. W 
chwili przerwy w pamięci wydało mi się, że nie ma 

background image

tam żadnych budynków, a zataczając się w tym 
kierunku z ładunkiem na plecach i tak nic nie 
widziałem. Możliwe, że to było szaleństwo, ale według 
mnie większym błędem byłoby pozostanie w ich 
łapach. Nie zapominałem oczywiście i o tym istotnym 
drobiazgu, że będąc wolnym miałem przynajmniej 
szansę zaszkodzenia im w jakiś sposób. Zresztą nie 
byłem wcale taki słaby, jak mogłoby się wydawać 
komuś obserwującemu moje wyjście ze statku. To 
była gra właśnie dla obserwujących, choć słabłem z 
każdym krokiem, zamarzając powoli, a w dodatku 
gość, którego i niosłem, ważył tyle co ja. W pewnym 
momencie potknąłem się i runąłem głową naprzód w 
jakąś zaspę. Twarz i dłonie miałem tak zamarznięte, 
że nic nie czułem. Wokoło słychać było krzyki, ale jak 
na razie nic nie pojawiło się w zasięgu mego wzroku. 
Zgrabiałymi palcami udało mi się zdjąć czapkę z 
głowy nieprzytomnego i umieścić ją na własnej. 
Rozpięcie ubrania i zdjęcie rękawic było zadaniem o 
wiele trudniejszym, ale w końcu mi się udało. 
Poczułem piekący ból, gdy do zdrętwiałych kończyn 
zaczęło wracać krążenie. Nowy przyodziewek 
skutecznie zatrzymywał ciepło.

background image

Albo rąbnąłem go za słabo, albo było tu zimniej, 

niż sądziłem, w każdym razie mój podopieczny zaczął 
zdradzać objawy świadczące o powrocie do 
świadomości. Poczekałem, aż otworzy oczy, po czym 
rąbnąłem go pięścią w szczękę. Poprawa była 
widoczna natychmiast: znów spał. Przeczekałem, aż 
okrzyki trochę się oddalą, po czym ruszyłem biegiem, 
zapadając się w śnieg i wywracając co paręnaście 
kroków. Jedyną pociechą było to, że przestało mi być 
zimno. Gdy zaczęło mi brakować tchu, padłem w 
najbliższą zaspę, czując, jak uspokaja i normuje się 
oddech, a pot zamarza na twarzy. Krzyki były 
znacznie przygłuszone i o wiele rzadsze.

Następny bieg doprowadził do zderzenia z 

wysoką metalową siatką, ciągnącą się jak okiem 
sięgnąć w obu kierunkach. Jeśli był do niej 
podłączony alarm, to zdążyłem go i tak uruchomić, 
toteż nie zwlekając zacząłem się wspinać.

Po chwili namysłu zeskoczyłem jednak w dół. 

Jeśli był alarm, to kierują się ku miejscu, w którym 
byłem. Po co im ułatwiać życie? Biegłem wzdłuż 
ogrodzenia może z dziesięć minut, nie dostrzegając 
nikogo, po czym wspiąłem się na nie, zeskoczyłem po 

background image

drugiej stronie i skierowałem się w śnieżnobiały i 
niezmierzony bezkres rozciągającej się przede mną 
gładzi. Biegłem tak długo, aż straciłem oddech, a nogi 
odmówiły mi posłuszeństwa, po czym znowu 
wylądowałem w zaspie.

Odpocząłem nieco i ostrożnie rozejrzałem się 

wokoło. Jak okiem sięgnąć - pustka. Żadnych 
budowli, żadnych śladów, nikogo. Podniesiony na 
duchu zebrałem się w sobie i ruszyłem w szalejącą 
śnieżycę.

12
- Jesteś wolny, Jim! Wolny jak ptak! - mówiłem 

sobie, podtrzymując się na duchu. Tyle że tu nie było 
ptaków. Tu nie było nic poza zamarzniętą pustką i 
mną.

Z tego co widziałem, w okolicy nie było nic 

żywego. Życie, jak to pamiętałem z wypowiedzi 
Krają, to tylko ryby w oceanie. Poza mną nie miało tu 
prawa kręcić się nic żywego. Ja zaś miałem szansę 
pozostać żywy tak długo, jak długo byłem w stanie 
maszerować.

Ubranie było dobre, ale musiało mieć jakieś 

ciepło do utrzymania, a ciepło mogło pochodzić 

background image

jedynie z ruchu mojego ciała. Widziałem jeden 
budynek - powinny być inne. Powinno tu w ogóle być 
coś jeszcze oprócz śniegu.

Było. Prawie w to coś wpadłem. Przy kolejnym 

kroku poczułem, jak podłoże ustępuje mi spod nóg i 
jedynie refleks spowodował, że nie wpadłem w dziurę; 
rzuciłem się w tył, lądując na śniegu. Około jarda 
przede mną, kawał lodu osunął się gdzieś w dół i 
spojrzałem na ciemną powierzchnię wody. Od otworu 
rozchodziły się promieniste pęknięcia. Byłem na 
zamarzniętym morzu, a nie na stałym lądzie.

Przy tej temperaturze wystarczyłoby zamoczyć 

stopę, a zagłada przyszłaby szybko i nieubłaganie. 
Pomysł nie wydał mi się zbyt pociągający, toteż 
rozpłaszczyłem się jak żaba i ruszyłem w tył, byle 
dalej od przerębli. Jakieś pięćset jardów od niej 
wstałem i czym prędzej podążyłem z powrotem po 
znikających już w sypiących płatkach śniegu 
własnych śladach. Śnieg przestawał padać, ale wiatr 
nie słabł ani na chwilę, podrywając leżący na ziemi 
puch w miniaturowe zawieje. Uważnie rozejrzałem 
się wokoło: pustka i biel. Teraz, gdy wiedziałem czego 
szukać, ciemny wał lodu wyraźnie wskazywał linię 

background image

brzegową. Rozciągał się w lewo i prawo jak okiem 
sięgnąć, dokładnie na przecięciu linii, którą 
maszerowałem tutaj.

Tamtędy nie idę - zdecydowałem. Sądząc po 

paralitycznym śladzie, stamtąd właśnie przybyłem i 
wracać nie ma sensu, tym bardziej że na 
kosmodromie już ostrzą noże na moje powitanie. 
Wobec tego trzeba iść brzegiem, w stronę przeciwną 
niż kosmodrom.

Tak też zrobiłem, starając się ignorować fakt 

coraz niższego położenia słońca. Gdy zapadnie noc, 
zapadnie też kurtyna za niejakim Jimem di Griz. 
Chyba że znajdę jakieś schronienie, na co na razie się 
nie zanosiło.

W miarę zachodzenia słońca, gasła nadzieja na 

znalezienie czegokolwiek. Byłem zmęczony, a do 
powłóczenia nogami mobilizowała mnie tylko 
perspektywa zbliżającej się śmierci. Prosta czynność 
marszu była wszystkim i musiało minąć całkiem 
sporo czasu, zanim rozpoznałem, co oznaczają 
poruszające się na tle horyzontu ciemne kształty. To 
byli ludzie, którzy na dodatek szli w moim kierunku. 
Wraz ze zrozumieniem tego faktu, wylądowałem na 

background image

śniegu; zastygłem w bezruchu patrząc, jak trzy 
postacie przemykają cicho jakieś dwieście jardów ode 
mnie. Przemieszczali się z wprawą zawodowych 
narciarzy.

Zmusiłem się do bezruchu, zanim nie zniknęli z 

pola widzenia, po czym wstałem z nową nadzieją w 
sercu. Wiatr ucichł, śnieg ustał i ślady były doskonale 
widoczne. Ci narciarze zmierzali gdzieś, gdzie zdążą 
przed nocą, nie mieli bowiem ze sobą żadnego sprzętu 
czy prowiantu. Skoro oni zdążą, to ja też!

Nie było to jednak takie łatwe. Choć drogę 

miałem w miarę przetartą, nogi to nie to, co narty, 
przynajmniej w tych warunkach.

Teoria była słuszna, ale w praktyce omal nie 

zawiodła. Miałem już naprawdę dość, gdy goniąc 
resztkami sił w przedwieczornym zmroku, 
zobaczyłem przed sobą czarny kształt budynku. Mój 
umysł nadal był w stanie hibernacji, toteż dopiero po 
paru sekundach dotarło do mnie, co właściwie widzę.

- Czarne jest piękne! - wykrzyknąłem zataczając 

się we właściwym kierunku.

Ciemny kształt rozpadł się na parę mniejszych. A 

więc nie jeden, lecz grupa budynków. Małe drzwi, 

background image

kamienne ściany, dwuspadowe dachy. Ogólne 
brzydactwo, dla mnie jednakże piękne. Tylko, do 
cholery, co tak skrzypi?

Ja nie, bo szedłem po świeżym śniegu. Ledwie to 

zrozumiałem, a już znalazłem się na brzuchu. 
Skrzypienie ubitego śniegu zbliżało się. Niejedna 
osoba, lecz całe stado defilowało o rzut kamieniem 
ode mnie. Do dziś zresztą nie wiem, jakim cudem 
mnie nie dostrzegli. Fakt, że tego nie zrobili. Kroki 
maszerowały obok, skręciły za róg i ścichły. 
Desperackim wysiłkiem zerwałem się na nogi i 
podążyłem za nimi. Wyjrzałem zza rogu, gdy ostatni z 
nich znikał w pierwszym z budynków. Potężne drzwi 
zamknęły się z hukiem, a ja szyłem ku nim, pchany 
jakimiś rozkazami mego organizmu, których to 
rozkazów istnieniu dotąd nie miałem pojęcia.

Dopadłem drzwi wykonanych z szarego metalu i 

naparłem na klamkę. I ani drgnęły.

Życie ma takie chwile, które potem wydają się i 

częstokroć rzeczywiście są zabawne, ale gdy się 
dzieją, są tragiczne. Szarpanie, ciągnięcie, próba 
obrócenia klamki nie dały absolutnie żadnych 
rezultatów. Nowe zapasy siły odpłynęły równie 

background image

błyskawicznie, jak się pojawiły. Oparłem się o drzwi, 
aby nie upaść. Ustąpiły z lekkim zgrzytem.

Pierwszy i ostatni raz w życiu nie sprawdziłem, 

co jest za nimi. Na pół wszedłem, na pół wpadłem do 
środka, pozwalając im zamknąć się za sobą. Ciepło, 
rozkoszne ciepło ze wszystkich stron. Oparłem się o 
ścianę i rozkoszowałem się tym pięknym doznaniem. 
Byłem w długim i słabo oświetlonym korytarzu. Sam, 
ale znajdowało się tu wiele drzwi, a z każdych mógł 
ktoś wyjść. I nie było dokładnie nic, co mógłbym 
wtedy zrobić. Gdyby jakaś złośliwość losu zabrała 
ścianę, o którą się opierałem, po prostu padłbym na 
pysk i nie pozbierał się już o własnych siłach. Stałem 
więc na podobieństwo żywej zmarzliny, tworząc 
wokół siebie rosnącą kałużę z topniejącego śniegu.

Najbliższe drzwi, jakieś dwa jardy ode mnie, 

otwarły się i na korytarz wyszedł mężczyzna. 
Wszystko co musiałby zrobić, by mnie dostrzec, to 
obrócić głowę. Widziałem go doskonale, mimo 
parszywego oświetlenia, więc i on nie miałby żadnych 
problemów. Facet zamknął drzwi, wsadził klucz w 
zamek, przekręcił go i poszedł, jakby mnie celowo 
ignorował.

background image

Najwyższy czas przestać się wygłupiać. Raz 

miałem więcej szczęścia niż rozumu, ale liczyć na coś 
takiego ponownie byłoby głupotą. Trzeba zniknąć z 
korytarza, biorąc poprawkę na fakt, że drzwi dopiero 
co zamknięte dawały dużą szansę, iż nikt się nimi w 
najbliższym czasie nie zainteresuje. Zdjąłem 
rękawice, wsuwając je wraz z czapką za pazuchę, 
czując, jak do moich fioletowych palców wraca życie 
(wraz z mniej przyjemnymi odczuciami), po czym za 
pomocą przeżutych na miazgę drutów z prze-
gryzionego kabla zabrałem się za zamek.

Był to prosty zamek, z wielką dziurką, a ja mam 

wspaniałe uzdolnienia. Mówiąc krótko, uśmiechnęło 
się do runie szczęście. Wewnątrz była ciemność, w 
którą błyskawicznie wsiąkłem, zamykając za sobą te 
cholerne drzwi. I Po raz pierwszy od chwili podjęcia 
ucieczki, miałem szansę na sukces. Z westchnieniem 
ulgi osunąłem się na podłogę i zapadłem w drzemkę.

Znaczy, prawie zapadłem, gdyż mimo senności, 

wyczerpania i otumanienia, dotarło jednak do mnie, 
że nie jest to najwłaściwsze miejsce na sen. Dokonać 
tyle, co ja ostatnio i dać się złapać z powodu zaśnięcia, 
to byłoby naprawdę niesmaczne, toteż czym prędzej 

background image

ugryzłem się w język. Przeszyła mnie fala bólu - 
zapomniałem, że te cholerne koronki są na wierzchu i 
omal nie odgryzłem sobie języka. Za to senność 
przeszła jak ręką odjął. Zacząłem macać drogę w 
ciemnościach i ruszyłem przed siebie. Był to ciasny 
pokoik albo średnio szeroki korytarz. Stanie tutaj 
niczego nie dawało, toteż ruszyłem przed siebie. Tuż 
za najbliższym załomem muru zobaczyłem poświatę. 
Ostrożnie wystawiłem głowę. W ścianie było okno. Po 
drugiej stronie stał dziesięcioletni może brzdąc i gapił 
się na mnie.

Zmartwiałem. Starałem się uśmiechnąć, ale nie 

sądzę, żeby mi się udało. Chłopczyna przeciągnął 
dłońmi po włosach, potrząsnął głową i poszedł sobie.

- Idioto! - jęknąłem pod własnym adresem. - 

Weneckie lustro!

Skąd się ta nazwa wzięła, diabli wiedzą, w 

każdym razie było to z pewnością weneckie lustro: z 
mojej strony szyba, z jego lustro. Nikt go tu nie 
umieścił przypadkowo. Ciekawe więc po co? 
Wiadomo, dla obserwacji, tylko kogo i czego? 
Podszedłem bliżej i zajrzałem do czegoś, co bez 
wątpienia było klasą.

background image

Chłopak, wraz z parunastoma rówieśnikami, 

siedział w ławce i słuchał nauczyciela. Indywiduum 
wygłaszało coś z kamienną twarzą. Wtedy dopiero 
dotarło do mnie, że oblicza dzieciaków cechuje ten 
sam pusty wyraz. Żadnych uśmiechów, szturchańców 
czy gumy do żucia. Nic poza skupioną uwagą. Jak na 
moje doświadczenia szkolne, było to dość 
nienormalne. Za plecami nauczyciela wisiała opra-
wiona w ramki kartka, na której czarnymi wołami 
napisano:

NIE ŚMIAĆ SIĘ
Z drugiej strony była następna z ciągiem 

dalszym:

NIE KRZYWIĆ SIĘ
Co to za zboczona szkoła? W miarę jak wzrok 

przyzwyczajał się do ciemności, rozróżniałem coraz 
więcej szczegółów. Przy oknie był głośnik i 
przełącznik, których zastosowanie było zrozumiałe. 
Wcisnąłem przełącznik i rozległ się obojętny głos 
wykładowcy:

- Filozofia Moralna. Ten kurs jest obowiązkowy, 

każdy z was musi go zdać. Jeśli nie uda wam się to w 
normalnym terminie, będziecie uczyli się tak długo, 

background image

aż osiągniecie perfekcyjną znajomość tematu. 
Filozofia Moralna jest tym, co czyni nas wielkimi i 
dlatego nie może być innych ocen niż perfekt. 
Filozofia Moralna czyni z nas wielkich. Czytaliście 
podręczniki do historii, wiecie, jak zostaliśmy opusz-
czeni, jak marliśmy z głodu i zimna, jak tylko tysiąc 
pozostało przy życiu. Ginęliśmy, gdy byliśmy słabi, 
ginęliśmy, gdy pozwalaliśmy kierować się uczuciom. 
Jesteśmy dziś tutaj dlatego, że oni przeżyli. Filozofia 
Moralna pozwoliła im przeżyć i pozwolić żyć wam. 
Żyć i dorastać, a gdy dorośniecie, opuścić ten świat, 
wprowadzić nasze rządy pośród słabych i miękkich 
ras. My jesteśmy najwyżsi, gdyż mamy do tego 
prawo. Teraz powiedzcie mi: - Jeśli jesteście słabi...?

- Umrzemy - odparł chór pozbawionych wyrazu 

głosów.

- Jeśli poddacie się uczuciom...?
- Zginiemy.
- Jeśli...
Wyłączyłem głośnik z uczuciem, że usłyszałem 

więcej niż dość jak na początek. Przez wszystkie te 
lata, gdy miałem do czynienia z szarymi, nigdy nie 
zadałem sobie trudu, by zastanowić się, dlaczego są 

background image

tym, czym są. Przyjmowałem ich obcość i 
obrzydliwość, ale dopiero te podsłuchane kwestie 
uzmysłowiły mi, że ich bezduszność i brutalność nie 
są przypadkowe. Ta osada, założona z pewnością z 
uwagi na surowce naturalne, gdyż nikt nie mógł być 
na tyle szalony, aby próbować skolonizować coś 
takiego, nie była przystosowana do samodzielnego 
przetrwania.

Gdy w wyniku lokalnej wojny, czy może 

załamania, została odcięta od reszty świata i 
zapomniana, spowodowało to wymarcie większości 
mieszkańców. Przeżyła garść, o ile można mówić o 
przeżyciu, i to kosztem porzucenia tego co ludzkie w 
człowieku, koncentrując się na przetrwaniu. Wygrali, 
ale tracąc człowieczeństwo. Stali się umysłowymi 
kalekami, czymś co pisarze SF określali mianem 
androidów białkowych - organizmami obdarzonymi 
inteligencją, ale nie znającymi uczuć. Filozofia 
Moralna ma sens jedynie na tej planecie. Wszędzie 
indziej musi zostać uznana za jedną wielką bzdurę. 
Choć z ich punktu widzenia w stu procentach słuszna, 
bo dla nich cała reszta świata to słabeusze i głupcy 
kierujący się uczuciami, a nie rozsądkiem. Oni byli 

background image

faktycznie najlepszą rasą zdobywców, jaką wymyślił 
wszechświat, a ponieważ nie było ich wielu, 
posługiwali się innymi. Zorganizowali inwazyjne 
imperium. Korpus rozbił je w puch, w czym miałem 
swój udział. Teraz powtórnie wlazłem im w łapy. Ta 
szkoła zaś była ich obozem treningowym, w którym 
dzieciaki przekształcano w miniaturowe kopie 
dorosłych. To miejsce, w którym z perwersyjną 
zaciekłością uprawiano sadystyczne praktyki na całej 
rasie, fascynowało mnie. Równocześnie zrobiło mi się 
przyzwoicie ciepło, toteż zacząłem przemyśliwać, 
czym by tu się zająć, poza chowaniem się po ciemnych 
korytarzach.

Następna szyba ukazała wnętrze pracowni, w 

której przebywała starsza grupa uczniów 
zajmujących się jakimiś sprzętami.

Jakimiś? Znów coś zimnego lazło mi po plecach. 

Połówkę takiego urządzenia miałem jeszcze na sobie. 
Metalowe pudełko z guziczkami plus kabel 
zakończony obrożą. Powolutku włączyłem głośnik.

- ...różnica jest w zastosowaniu, nie w teorii. 

Składacie i testujecie te axion feeds, aby zaznajomić 
się z ich zastosowaniem. Gdy przejdziecie do pracy z 

background image

nimi, mieli wiedzę praktyczną, która jest bardzo 
pomocna, otwórzcie diagramy na stronie trzydziestej.

Axion feeds. O tym powinienem wiedzieć więcej. 

Było to jedynie przypuszczenie, ale wydawało mi się, 
że tego drobiazgu nie zapamiętałem, choć widywałem 
go dość często. Krasnoludek w żelaznych kapciach, 
który spacerował po moim umyśle według własnego 
widzimisię, zmieniając moje wspomnienia i pamięć. 
Miałem wielką ochotę dostać coś takiego w swoje 
ręce.

Wszystko to świadczyło o wyższym niż zwykle 

zidioceniu. Stać tu, jak sadysta przeżywający 
najpiękniejsze chwile swego życia i nie myśleć o 
flankach. Ponieważ włączyłem głośnik, nie byłem w 
stanie usłyszeć zbliżających się kroków. 
Nadchodzącego dostrzegłem dopiero, gdy wyłonił się 
zza rogu i prawie wpadł na mnie.

13
W takich sytuacjach akcję ceniłem zawsze wyżej 

niż myślenie: najpierw uspokoić gościa, potem 
dopiero się zastanawiać. Złapałem go za gardło, on 
natomiast zamiast się uciszyć, przemówił:

- Witamy w Szkole Yuu Bavete, Jamesie di Griz. 

background image

Miałem nadzieję, że trafisz tutaj.

Miał pomarszczoną skórę i dopiero po tym 

zorientowałem się, że jest stary, bardzo stary. Przez 
cały czas, gdy moje palce ściskały jego krtań, nie 
poruszył się, spokojnie patrząc mi w oczy.

Jestem dobrze wyszkolony, przyzwyczajony do 

walki wręcz i do zabijania, ale duszenie spokojnie 
obserwujących ten zabieg pradziadków nie jest moją 
mocną stroną. Palce rozluźniły się same, spojrzałem 
mu w oczy i warknąłem ostro:

- Piśnij o pomoc i jesteś trupem.
- To ostatnie na co mam ochotę. Nazywam się 

Hanasu i chciałem cię spotkać od chwili twej ucieczki. 
Zrobiłem co mogłem, aby cię tu sprowadzić.

- Czy nie miałbyś nic przeciw temu, aby to trochę 

uściślić?

- Oczywiście. Ledwo usłyszałem przez radio o 

ucieczce, starałem się wejść w twoje położenie. Jeśli 
poszedłbyś w stronę wschodu lub południa, 
skończyłbyś w zabudowaniach miasta, w których 
szybko by cię złapali. Na północy miałeś morze, a 
więc jedynie idąc na zachód miałeś szansę, a zachód 
to tu. Opierając się na tym, zmieniłem dzisiejsze 

background image

zajęcia i zdecydowałem, że chłopcy potrzebują więcej 
ćwiczeń. Teraz wszyscy, co do jednego, zamiast spać, 
muszą odrabiać stracone godziny, a mają w nogach 
niezłą liczbę mil, za co zresztą serdecznie mnie 
nienawidzą. Ich narciarskie trasy nieprzypadkowo 
zresztą biegły na południe, potem na wschód i z 
powrotem tu, dość sporym łukiem. Wszystko to w 
tym celu, abyś podążył ich śladem, jeśli ich spotkasz. 
Zrobiłeś tak?

- Owszem - nie widziałem powodu, aby kłamać. - 

Co teraz zamierzasz zrobić?

- Co? Porozmawiać oczywiście. Nie widziano ci 

jak dotąd?

- Nie.
- Jest lepiej, niż sądziłem. Spodziewałem się, że 

będę musiał użyć axion feeds. Powinienem pamiętać, 
że jesteś specem w tych sprawach. Drugie wyjście z 
tego korytarza obserwacyjnego jest w moim 
gabinecie. Pozwolisz?

- Po co? Czekają tam na mnie?
- Nie, chcę z tobą spokojnie porozmawiać.
- Nie wierzę ci.
- Rozumiem, ale wybór masz niewielki. Jeśli nie 

background image

zabiłeś mnie od razu, to jest wątpliwe, abyś chciał to 
uczynić teraz. Idź za mną - po czym najspokojniej 
odwrócił się i odszedł.

Jedyne co mogłem zrobić, to udać się za nim i 

trzymać się jak najbliżej. Możliwe, że nie byłem w 
stanie go udusić, ale z pewnością byłem w stanie 
zrobić mu coś innego, jeśli tylko ogłosiłby jakiś alarm.

W korytarzu było sporo okien, ale przy żadnym 

nie miałem ani okazji, ani chęci przystanąć. Zresztą 
dość szybko wspięliśmy się na krótkie schodki i 
dotarliśmy do drzwi. Powstrzymałem go, gdy dotykał 
klamki.

- Co tam jest?
- Jak już mówiłem, mój gabinet.
- Jest tam ktoś?
- Wątpię. Nikomu nie wolno tam przebywać pod 

moją nieobecność.

- Jeśli pozwolisz, to sprawdzę osobiście.
Zrobiłem to i okazało się, że miał rację. 

Przeszukując pokój czułem, jak dostaję zeza patrząc 
jednym okiem na kąty, a drugim cały czas na niego. 
Wąskie okno otwierało się na głęboką czerń, ściany 
pokryte były regałami pełnymi książek, w kącie zaś 

background image

stało biurko i parę krzeseł. Kazałem mu usiąść 
możliwie daleko od biurka, gdzie były umieszczone 
wszystkie przyciski. Zrobił to bez protestu i trzymał 
ręce na widoku. Widząc karafkę z wodą, 
stwierdziłem, że bardzo chce mi się pić. Wysuszyłem 
ją do dna, opadłem z westchnieniem na fotel i 
umieściłem nogi na biurku.

- I naprawdę chcesz mi pomóc? - spytałem 

sceptycznie.

- Chcę.
- To na początek pokaż mi, jak zdjąć tę obrożę.
- Proszę. W prawej górnej szufladzie znajdziesz 

klucz. Dziurka jest pod złączem kabla z metalem.

Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu 

otworzyłem ją i z zadowoleniem cisnąłem w kąt.

- Ty kierujesz tym interesem?
- Jestem kierownikiem szkoły. Zostałem tu 

zesłany za karę. Mieliby ochotę mnie zabić, ale jak 
dotąd nie stało im odwagi.

- Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz. 

Mógłbyś wyrażać się trochę jaśniej?

- Mógłbym. Planetą kieruje Komitet Dziesięciu, 

byłem w nim przez wiele lat, a do fiaska operacji na 

background image

Cliaandzie, którą organizowałem, byłem Pierwszym 
w Komitecie. Wtedy spróbowałem zmienić nasz 
program i za karę znalazłem się w... szkole. Nie mogę 
jej opuścić, nie mogę nawet zmienić ani jednego słowa 
w programie nauczania. To doskonale i bezpieczne 
więzienie.

- Jakie zmiany chciałeś wprowadzić?
- Radykalne. Zacząłem wątpić we wszystkie 

nasze cele, bo widziałem inne kultury. Oceniono, że 
zostałem przez nie skorumpowany, a kiedy 
spróbowałem wprowadzić moje pomysły w życie, 
znalazłem się tutaj. Nie może być nowych idei.

Drzwi otwarły się nagle i wjechał wózek na 

kółkach popychany przez dziesięcioletniego brzdąca.

- Przyniosłem obiad, kierowniku - powiedział i 

zobaczył za biurkiem mnie. Nie zmieniając wyrazu 
twarzy stwierdził: - To jest więzień, który uciekł.

Zmęczenie zatrzymało mnie na fotelu, a poza 

tym, co mogłem zrobić? Zabić dziecko?

- Masz rację, Yan - odparł Hanasu. - Popilnuj go, 

a ja pójdę po pomoc.

To mnie postawiło na nogi, ale Hanasu nigdzie 

nie poszedł. Stanął za chłopcem, zamknął drzwi i 

background image

zdjął z półki czarny przyrząd, który przytknął 
malcowi do karku. Ten otworzył szeroko oczy i 
zamarł w bezruchu.

- Nie ma już niebezpieczeństwa - oznajmił gospo-

darz. - Muszę tylko usunąć parę minut z jego pamięci.

Poczułem, jak wzbiera we mnie obrzydzenie 

zmieszane ze strachem.

- Co to jest, to co trzymasz w ręku?
- Axion feeds. Widziałeś je wielokrotnie, tylko 

rzecz jasna nie pamiętasz o tym. Stań teraz za 
drzwiami, aby cię nie zobaczył, gdy wejdzie z kolacją.

Może to widok tej maszynki do kasowania 

pamięci spowodował, że przyjąłem bierną postawę, a 
może rzeczywiście nie miałem wyboru. Zrobiłem, co 
mi kazał, zostawiając uchylone drzwi, aby 
obserwować, co się dzieje. Hanasu pomajstrował przy 
skali urządzenia i ponownie przytknął je brzdącowi 
do karku, po czym spokojnie zasiadł za biurkiem. Po 
dwóch czy trzech sekundach, chłopak drgnął i 
popchnął wózek w głąb pokoju.

- Przyniosłem obiad, kierowniku.
- Zostaw go i nie wracaj dziś w nocy. Nie chcę, by 

mi przeszkadzano.

background image

- Tak, kierowniku - obrócił się i wyszedł, ja zaś 

wyszedłem zza drzwi.

- Ta maszynka jest najwstrętniejszą rzeczą, jaką 

w życiu widziałem.

- To tylko maszyna - odparł obojętnie. - Nie 

jestem głodny, a sądzę, że tobie przyda się posiłek. 
Częstuj się.

Zbyt wiele się działo i zbyt szybko, abym mógł 

myśleć o apetycie, ale gdy o tym wspomniano, 
stwierdziłem, że byłbym w stanie zjeść konia. Na 
surowo. Zabrałem się więc za posiłek - równie 
bezsmakową papkę jak na statku, ale w tym 
momencie smakowała mi ona jak najprzedniejsze 
same delicje. Jadłem starając się słuchać, co mówi 
Hanasu.

- Próbuję zrozumieć to, co powiedziałeś o tym 

urządzeniu. Chodzi ci o to, że jego zastosowanie jest 
wstrętne? - Skinąłem głową. - Mogę cię zrozumieć i to 
jest właśnie mój problem. Jestem inteligentny 
bardziej i inaczej niż większość moich 
współplemieńców. Są głupi i pozbawieni wyobraźni. 
Wyobraźnia i ciekawość są tym, co świadomie 
wytrzebiliśmy wiele lat temu. A to oznacza, że jestem 

background image

nienormalny. Jestem mutantem. Z początku się to nie 
ujawniało; wierzyłem we wszystko, co mi mówiono. 
Teraz dręczą mnie pytania. Wiem, że nie jesteśmy 
lepsi niż reszta ludzi. Jesteśmy po prostu inni. Nasze 
próby władania resztą są złe, a nasza pomoc w 
inwazji obcych jest największą zbrodnią ze 
wszystkich.

- To prawda - oświadczyłem przełykając ostatni 

kęs.

Miałem ochotę powtórzyć spektakl z nową 

zawartością talerza.

- Gdy odkryłem te fakty, starałem się zmienić 

nasze cele, ale to jest niemożliwe. Nie mogę nawet 
zmienić jednego słowa w treningu tych dzieci. A 
ponoć kieruję tą szkołą.

- Ja mogę zmienić wszystko - poinformowałem go 

uprzejmie.

- Oczywiście - jego nieruchoma twarz drgnęła, 

kąciki ust powędrowały w górę. Leciutko, ale jednak 
uśmiechnął się. - A jak sądzisz, dlaczego chciałem, 
abyś tu przybył? Ty możesz zrobić to, co ja starałem 
się osiągnąć przez całe życie. Możesz uratować 
mieszkańców tej planety.

background image

- Wystarczy jedna wiadomość: koordynaty tego 

globu i mój podpis.

- I twoja Liga przybędzie, by nas zniszczyć. 

Tragiczne, ale prawdziwe.

- Włos wam z głowy nie spadnie.
- Tak, bo spadnie głowa! To jest kłamstwo i nie 

podoba mi się, że kłamiesz!

- To jest prawda! Po prostu nie wiecie, jak 

reagują cywilizowane społeczeństwa. Przyznaję, że 
wielu ludzi, wiedząc, gdzie was szukać, rozerwałoby 
was na kawałki i to powoli. Liga po prostu będzie na 
was uważać i pilnować, żebyście nie wpadli na kolejny 
głupi pomysł. Natomiast we wprowadzeniu zmian, o 
których mówisz, może wam tylko pomóc.

- Nie rozumiem tego - był wyraźnie zaskoczony. - 

Oni muszą nas zabić.

- Przestań z tym zabijaniem, bo już mi się rzygać 

chce. To jest wasz główny problem: życie albo śmierć, 
zabić lub być zabitym. Ta filozofia należy do historii. 
Do mrocznej historii, która na szczęście jest już 
dawno za nami. Możliwe, że nie mamy najlepszego 
systemu etycznego, ale przynajmniej zakazuje on 
przemocy zinstytucjonalizowanej. Jak sądzisz, 

background image

dlaczego waszym oślizłym koleżkom tak dobrze idzie? 
Bo nie ma czegoś takiego jak Flota czy Armia Ligi. 
Nie mamy wojen, nie mówiąc o jakichś lokalnych 
konfliktach. To co walczy z obcymi, to zbieranina Flot 
i Policji różnych planet. Nie ma potrzeby, aby rząd 
używał zabijania jako narzędzia, chyba że znajdą aż 
coś takiego, jak na Cliaandzie, gdzie próbowaliście 
cofnąć zegar o jakieś dwadzieścia tysięcy lat.

- Musi istnieć prawo. Kto zabija, sam musi być 

zabity.

- Bez sensu. To nie wskrzesi zabitego, a 

społeczeństwo dokonujące zabójstwa samo staje się 
mordercą. Już widzę co chcesz powiedzieć. Przemoc 
rodzi przemoc. Kara śmierci jest urzędową wendetą, 
a nie żadnym rozwiązaniem.

Maszerował w tę i z powrotem po pokoju, 

starając się zrozumieć tę obcą filozofię. Tymczasem 
wylizałem do czysta naczynie i łyżeczkę. W końcu 
opadł na swoje krzesło.

- To co mi powiedziałeś, wykracza poza nasze 

rozumienie. Muszę to przeanalizować, ale nie w tym 
rzecz. Pewien jestem, że plany Kekkonshiki muszą 
zostać pokrzyżowane, było już zbyt wiele 

background image

niepotrzebnych zabójstw. To może się skończyć 
jedynie śmiercią nas wszystkich. Trzeba wysłać tę 
wiadomość do Ligi.

- Jak?
- To ty musisz mi powiedzieć. Nie uważasz, że 

zrobiłbym to, gdybym wiedział?

- Pewnie - teraz ja wydeptywałem podłogę. - Nie 

ma poczty, nie ma psimenów, zresztą to i tak 
nieistotne. Jeśli są, to tej wiadomości na pewno nie 
wyślą. Radio?

- Najbliższa baza Ligi jest o czterysta trzydzieści 

lat świetlnych.

- Nie będę tyle czekał. Muszę znaleźć sposób, by 

dostać się na statek.

- To zbliżone do niemożliwości.
- Jestem tego pewien, ale musi istnieć jakiś 

sposób. Najlepiej będzie przespać całą sprawę. Jest tu 
jakieś miejsce, gdzie mógłbym się zdrzemnąć?

Przerwał mi wysoki pisk.
- Komunikator - poinformował mnie Hanasu. - 

Połączenie zewnętrzne. Stań w tym miejscu. Będziesz 
poza zasięgiem kamery.

Usiadł za biurkiem i włączył urządzenie.

background image

- Hanasu - oznajmił obojętnym tonem z 

kamiennym wyrazem twarzy.

- Za parę minut będzie u ciebie grupa 

poszukiwawcza, która zamknie wszystkie wyjścia ze 
szkoły. Ślady obcego zostały wykryte w tych 
okolicach. Musi ukrywać się w budynkach. W drodze 
jest transport z dalszymi sześcioma jednostkami. 
Szkoła zostanie przeszukana, a on znaleziony.

- Jakie macie dowody na to, że on jest tutaj?
- Ślady na śniegu zmierzają w waszą stronę. Albo 

ukrył się w szkole, albo jest martwy.

- Uczniowie pomogą w poszukiwaniach, znają 

dobrze zabudowania.

- Wydaj rozkazy.
Wyłączył komunikator i spojrzał na mnie zimno.
- Mimo wszystko nie zrealizujemy naszych 

planów. Gdy cię złapią, użyją axion feeds i odkryją, 
co się stało w tym pokoju. Wolisz popełnić 
samobójstwo, czy chcesz, żebym ja cię zabił? - 
Wszystko to zostało powiedziane tak obojętnym 
tonem, że mimo chłodu panującego w pokoju oblałem 
się potem.

- Zaraz! Chwila! Jeszcze nie wszystko stracone. 

background image

Zostawmy samobójstwo na koniec. Musi tu być, do 
cholery, jakieś miejsce, gdzie mnie nie znajdą.

- Nie. Będą szukać wszędzie.
- A tutaj? W twoim pokoju? Powiesz im, że 

sprawdziłeś, że mnie tu nie ma.

- Nie rozumiesz. Mogę powiedzieć, co chcę, a 

rewizja zostanie przeprowadzona zgodnie z planem.  
Jesteśmy bardzo dokładną rasą.

- Ale bez wyobraźni; czekaj, coś mi świta - poza 

adrenaliną wydzielaną na samą myśl o samobójstwie 
nic mi nie świtało. - Okno...

- Nie otwiera się.
- Nawet w lecie?
- To jest lato.
- Tego się właśnie spodziewałem. Mam. Jeśli nie 

wewnątrz, to ukryję się na zewnątrz. Dach. Musi tu 
być wyjście awaryjne dla dokonywania napraw.

- Nie ma napraw.
- Słuchaj no, nie bądź taki drobiazgowy, musi 

istnieć jakaś droga na dach. Nigdy nie wiadomo, co 
może się wydarzyć, a wy nie jesteście pozbawieni 
daru przewidywania.

- Może masz rację.

background image

- Gdzie są plany szkoły?
- W tej teczce.
- No to dawaj je tu! - praktycznie wydarłem mu 

teczkę z ręki. Przerzucałem ją gorączkowo, starając 
się nie słuchać jego mamrotania.

- To strata czasu, nie ma ucieczki, a ja nie chcę 

być przesłuchiwany za pomocą axion feeds. Dlatego 
jeśli ty nie...

- Przestań pieprzyć! - warknąłem. - Co to jest? 

Co oznacza ten symbol?

- To są drzwi.
- No! - klepnąłem go w plecy. - A teraz zrób, co ci 

powiem, zgoda? Zbierz ich do kupy, resztę wyjaśnię 
ci później. Oficjalnie mają pomóc w poszukiwaniach.

Dobra stara dyscyplina... Posłuchał natychmiast. 

Zanim skończył mówić, miałem już w głowie dalszy 
ciąg.

- Nie mogę ryzykować, że ktoś mnie zobaczy, 

więc musisz mi przynieść z warsztatu następujące 
rzeczy: z pięćdziesiąt jardów liny o wytrzymałości 
pięciuset kilogramów, dziesięć długich mocnych 
gwoździ i młotek molekularny oraz latarkę i 
śrubokręt. Gdzie mogę bezpiecznie poczekać na 

background image

ciebie?

- Tu. Nie wiem, co planujesz, ale pomogę ci. Na 

samobójstwo zawsze będzie czas.

- Wciąż ten budujący optymizm!
Poszedł, a ja zacząłem obgryzać paznokcie. 

Podskoczyłem, gdy komunikator znowu zadzwonił, 
ale trzymałem się od niego z daleka. Hanasu wrócił po 
czterech minutach.

- Ktoś do ciebie - poinformowałem go, odbierając 

wyposażenie i rozkładając je po kieszeniach.

- Wszyscy są w hallu, a pierwszy oddział już 

przyjechał - oznajmił.

- Ślicznie. Idź na dół i pomóż im, żeby zaczęli od 

piwnicy. Potrzebuję całego czasu, jaki mogę mieć, bo 
diabli wiedzą, co spotkam na drodze.

- Wychodzisz na dach?
- Tego czego nie wiesz, nigdy nie powiesz. Pa.
- Masz oczywiście rację - podszedł do drzwi i 

obrócił się. - Powodzenia. Tak się chyba mówi w 
podobnych sytuacjach.

- Się mówi. Dzięki. Już ja dopilnuję, żeby ci 

wyszły z głowy głupoty o samobójstwie.

Byłem tuż za nim, tyle że on schodził w dół, a ja 

background image

gnałem schodami w górę z planem budynku w dłoni. 
Zanim dotarłem na strych, zdążyłem się zdrowo 
zasapać - to był dość długi dzień. Drzwi, do których 
tak biegłem, były zamknięte. Użyłem jednego z 
gwoździ i zaatakowałem olbrzymi zamek. Puścił ze 
straszliwym zgrzytem. Zanim ucichł, byłem już 
wewnątrz i na najlepszej z możliwych dróg do 
zablokowania zamku. Powietrze nie było zbyt 
przyjemne: wokół unosiła się woń kurzu i stęchlizny, 
a w dodatku nie było nigdzie światła. Użyłem więc 
latarki i rozejrzałem się wśród otaczających mnie 
pudeł i starych akt. Drzwi, których szukałem, były o 
cztery jardy w górze, a w pobliżu nie było drabiny.

- Ślicznie.
Zebrałem co solidniej wyglądające pudła, 

tworząc z nich piramidę. Zajęło mi to trochę czasu, 
gdyż z uwagi na kurz nie mogłem ich ciągnąć po 
podłodze. Gdy zakończyłem prace budowlane, nie 
odczuwałem już żadnego zimna. Prawdę mówiąc było 
mi gorąco. Myśl o zbliżającym się pościgu dodawała 
mi skrzydeł.

Drzwi o trzystopowej średnicy, a raczej klapa w 

dachu, umieszczone tuż przy górnym wierzchołku 

background image

dachu, były zamknięte na głucho, ale na szczęście nie 
miały zamka. Gdy je otworzyłem, posypała się 
całkiem niezła ilość rdzy. Ostrożnie zdrapałem ją 
śrubokrętem, po czym starłem z krawędzi. W 
przeciwnym razie ślepy by zobaczył, że były ostatnio 
otwierane. Miałem nadzieję, że tutejszy woźny nie 
będzie się fatygował na strych. Uchyliłem klapę 
szerzej i wytknąłem głowę na zewnątrz. Oczywiście 
na całym dachu nie było ani jednego miejsca, za 
którym lub w którym mógłbym się schować.

Nie przejąłem się zbytnio tym wszystkim. 

Wbiłem przy drzwiach duży gwóźdź i obwiązałem go 
liną. Tę o wytrzymałości pięciuset kilogramów, 
mającą odpowiednią średnicę. Dlatego też taką 
wybrałem.

Po tym zabiegu spokojnie pozanosiłem pudła na 

miejsca, po czym uważnie zbadałem podłogę, 
zacierając ślady mojej działalności. Przy jednym z 
pudeł był śliczny odcisk mojej stopy, przewróciłem je 
więc na bok. Zamaskowałem parę mniej wyraźnych 
śladów w podobny sposób, po czym złapałem linę 
zwisającą z dachu. Wyłączyłem światło upewniwszy 
się uprzednio, czy młotek i gwoździe są na miejscu i 

background image

usłyszałem jak ktoś z tyłu w ciemnościach dobiera się 
do zamka.

Nie wiem, czy gdziekolwiek uwzględniają 

rekordy we wspinaczce na czterojardową linę, ale 
jestem pewien, że osiągnąłem jeden z lepszych 
czasów. W jednej chwili byłem na górze, a w 
następnej leżałem płasko na dachu wyciągając linę. 
Zamykałem klapę, gdy na dole zabłysło światło.

- Przeszukaj prawą stronę, Bukai - usłyszałem 

bezbarwny głos. - Zaglądaj za pudła, otwieraj te, w 
których może się ukryć człowiek.

Ostrożnie spuściłem klapę, omal nie tracąc przy 

tym palców. To, że wlezą na dach, nie ulegało 
wątpliwości. Wejdą wszędzie tam, gdzie może wejść 
człowiek. Toteż ja musiałem być tam, gdzie nie może.

Odkryta powierzchnia dachu nie była zbyt 

sprzyjającym miejscem do ukrycia się, a w odległości 
pięciu jardów znajdowała się jego krawędź. 
Postanowiłem zbadać, co jest po drugiej stronie i 
odkryłem, że metal powleczony jest cienką warstwą 
lodu. Poślizg był gwałtowny i po chwili zatrzymałem 
się z nogami dyndającymi poza dachem. Pamiętając, 
że moment otwarcia klapy jest coraz bliższy, powoli 

background image

podciągnąłem się do szczytu i wyjrzałem.

Oczywiście druga strona dachu była równie 

beznadziejnie gładka jak tamta. Odwiązałem linę i 
ruszyłem pełznąc po szczycie i robiąc co się da, aby 
nie zjechać na krawędź, bo oznaczało to pewny, acz 
niezbyt przyjemny sposób skręcenia karku.

Ślizgawica na dachu dawała mi do wiwatu, aż 

dach się skończył, a ja, spoglądając przez ramię, 
widziałem klapę doskonale, co znaczyło, że sam byłem 
równie dobrze widoczny. Lina pomogła mi 
poprzednio i będzie to musiała zrobić ponownie. 
Powoli wyciągnąłem młotek i wsunąłem gwóźdź w 
zaczep. Jeśli dach był cienki, to mógł zadziałać jak 
pudło rezonansowe, ale musiałem ryzykować. Jednym 
muśnięciem wbiłem gwóźdź w szczyt dachu i 
okręciłem linę grabiejącymi palcami. Zawiązałem na 
niej pętlę, w której umieściłem nogę i zsunąłem się z 
dachu.

Klapa odskoczyła z głośnym hukiem. Wisiałem 

cicho, słysząc wyraźnie rozmowę.

- Widzisz kogoś, Bukai?
- Nie. Mogę wracać?
Świetnie, di Griz! Znowu ich przechytrzyłeś!

background image

- Nie. Przejdź się po dachu i sprawdź.
To były automaty nie ludzie! Żaden inteligentny 

człowiek nie wylazłby na ten dach. Wiedziałby, co go 
może spotkać. Te cymbały wypełniają instrukcje na 
ślepo.

Odgłosy sapania i skrzypienia przybliżały się, a 

moja lina drgnęła, gdy ktoś za nią pociągnął. 
Spojrzałem w górę i zobaczyłem pozbawione wyrazu 
oblicze, wychylające się nad krawędź dachu jakieś pół 
jarda nad moją głową.

15
Jego oczy malowniczo się rozszerzyły, gdy mnie 

zobaczył. Obrócił głowę i krzyknął:

- Ahiru!
Wyciągnąłem rękę, aby się go pozbyć, ale w tym 

momencie się poślizgnął. Pierwszy raz zobaczyłem 
jakikolwiek wyraz na twarzy tubylca - autentyczne 
przerażenie. Drapiąc dach zjechał za krawędź i 
zniknął. Poza odgłosem uderzenia ciała o ziemię nie 
było żadnego innego dźwięku.

Wisiałem na linie czekając, co będzie dalej. 

Poprzez uchylone drzwi doszło mnie przyciszone 
pytanie.

background image

- Czy Bukai powiedział coś?
- Moje imię.
- Gdy się ześlizgiwał?
- Tak.
- To niedobrze.
- Nie, lepiej, że jest martwy. Człowiek, który 

okazuje emocje... - Drzwi zamknęły się.

Przyjemniaczki. Bukai miał miłych kumpli. 

Zanim do reszty przymarzłem do liny, zdecydowałem, 
że pora się ruszyć - przy pustym dachu i zamkniętych 
drzwiach z pewnością na górze było bezpieczniej i 
przyjemniej niż tu. Zrobiłem to jeszcze ostrożniej niż 
schodząc, przed oczyma miałem twarz Bukai i to było 
wystarczającym powodem.

Na dachu spędziłem długie jak wieczność dziesięć 

minut. Po czym, szczękając zębami, zabrałem się do 
zejścia na strych. Miałem nadzieję, że jest pusty, ale 
tak właściwie to zaczynało mi być wszystko jedno.

Na szczęście był pusty.
Są granice wysiłku i napięcia, jakie może znieść 

człowiek. Ja swoją osiągnąłem na strychu. Ledwie 
zamknąłem klapę, zwaliłem się na podłogę i zasnąłem. 
Nie wiem, jak długo spałem. Kiedy się obudziłem, nie 

background image

wiedziałem, jak się mają sprawy za drzwiami i jaką 
właściwie mamy porę doby. Pozostawało jedynie 
sprawdzić. Ostrożnie uchyliłem drzwi. Korytarz był 
pusty, a za oknem nadal panowała noc.

Miałem więc ponownie szczęście, a ponieważ sen 

mnie odświeżył, ruszyłem do gabinetu Hanasu, 
uważając na wszystko dookoła jak za najlepszych 
czasów. Wszędzie panowała cisza i ciemność, jednak 
spod drzwi gabinetu widać było smugę światła.

Sam Hanasu siedział za biurkiem, najwyraźniej 

czekając na mnie. Wślizgnąłem się do wnętrza.

- To ty - odezwał się odstawiając szklankę z 

wodą.

- Pić mi się chce - oznajmiłem sięgając po nią.
- To trucizna - stwierdził beznamiętnie. - Nie 

miałem pojęcia, kto pierwszy wejdzie przez te drzwi. 
Chwilę trwało, zanim się oswoiłem z tą nowiną.

- Wszyscy poszli?
- Wszyscy, niczego nie znaleźli, a jeden spadł z 

dachu i zabił się. Jesteś za to odpowiedzialny?

- Pośrednio. Przestraszyłem go i widziałem, jak 

leciał.

- Przyjęli, że zamarzłeś w śniegu, rano zaczną po-

background image

szukiwania. Nie będą zbyt dokładni, gdyż są 
przypuszczenia, że utopiłeś się w przerębli na morzu.

- Omal mi się to udało. Ale do rzeczy: zabawa się 

skończyła i czas wrócić do naszych problemów.

- Przesłania wiadomości do Ligi.
- Właśnie. W spokojniejszych chwilach trochę 

nad tym myślałem tej nocy. Jesteś zmęczony?

- Nie bardzo.
- Dobra. Musimy trochę popracować w 

warsztacie elektronicznym. Czy to możliwe bez 
natrętów?

- Da się zrobić, a co chcesz tam zdziałać?
- Zadzwoń do biblioteki i postaraj się o schemat 

detektora napędu nadprzestrzennego. Zakładam, że 
masz tu części, z których można go sklecić.

- Mam nawet cały detektor. Jest częścią 

szkolenia.

- Jeszcze lepiej. Idziemy. Na miejscu pokażę ci, o 

co mi chodzi.

Muszę przyznać, że poszło nam nadspodziewanie 

dobrze. Metalowa tuba, długa na trzy stopy i 
zamknięta z góry, mająca po bokach dwie metalowe 
prowadnice, nie wyglądała okazale, ale była 

background image

dokładnie tym, czym miała być.

- Co to robi? - zainteresował się Hanasu.
- To musi być przymocowane do jednego z 

waszych statków. I to właśnie jest nasz następny 
problem. Jeśli założę go gdzie trzeba, nikt tego nie 
znajdzie, wygląda bowiem jak standardowy miotacz 
flar - pokazałem mu plastikowy pojemnik. - Ten 
natomiast wystrzeliwuje to: jest to solidna bateria i 
nadajnik. Zrobiłem ich dziesięć, powinno wystarczyć. 
Za każdym razem, gdy statek wyjdzie z 
nadprzestrzeni i napęd zostanie wyłączony, detektor 
w czubku wyrzutni wykryje to i wystrzeli jeden z 
pojemników z radiem. Mają wbudowany opóźniacz 
trzydziestominutowy, tak że zaczną nadawać, gdy 
statek będzie znów w nadświetlnej. Transmitowany 
sygnał zawiera mój kod identyfikacyjny, lokalizację 
tej planety i wezwanie o pomoc. Gdy to wystartuje, 
pozostanie nam jedynie czekać na kawalerię.

- A co będzie, gdy statek nie wynurzy się z 

nadświetlnej w pobliżu odbiornika?

- Zwykły rachunek prawdopodobieństwa. 

Większość pilotów używa określonego punktu 
nawigacyjnego, a więc, większość z nich leży w 

background image

pobliżu stacji Ligi. Prawie każda podróż wymaga 
trzech do czterech sprawdzianów w normalnej 
przestrzeni. Któryś z nadajników powinien zostać 
przechwycony.

- Lepsze to niż nic, ale samobójstwo jest nadal 

możliwe - mruknął Hanasu.

- Mówiłem ci już, że jesteś niepoprawnym 

optymistą? Hanasu wrócił do zasadniczego tematu:

- Jak przymocujesz go do statku?
- Młotkiem! Dobra, nie pora na żarty. Muszę 

znaleźć sposób, aby zbliżyć się do któregoś. Samo 
przymocowanie zabiera zaledwie parę minut. Czy 
kosmodrom jest pilnowany?

- Jest wokół niego siatka, o czym doskonale wiesz 

Strażnicy, z tego co wiem, stoją tylko przy bramie.

- Więc nie powinno to być zbyt trudne. 

Potrzebuję twojej pomocy w dwóch kwestiach: w 
zorientowaniu się, kiedy odlatuje jakiś statek i w 
kwestii transportu na kosmodrom.

- Informacja nie jest problemem. Biuletyn podał, 

że „Takai Cha" startuje dziś o szóstej czterdzieści 
pięć.

- Która jest teraz?

background image

- Trzecia jedenaście - odparł studiując cyferblat.
- Możesz mnie tam jakoś podrzucić na czas? 

Chwilę zastanowił się, po czym skinął głową.

- Normalnie nie mógłbym, bo nie mam powodu, 

by wyjeżdżać ze szkoły, ale dziś mogę. Zamelduję, że 
chcę pomóc w poszukiwaniach. Powinni się zgodzić.

Zgodzili się i w ciągu dziesięciu minut 

podskakiwaliśmy po zlodowaciałym polu w 
elektrycznym i zaopatrzonym w płozy urządzeniu, 
służącym do wytrząsania z człowieka flaków. W tym 
czymś nie było foteli, ogrzewania i hermetyzacji 
kabiny. Ci ludzie naprawdę przesadzali w 
samoumartwianiu się. Pod pachą dzierżyłem 
metalową rurę, między nogami miałem skrzynkę z 
narzędziami, a obydwoma rękami trzymałem się 
metalowej rury obciągniętej brezentem, a udającej 
siedzenie, aby nie rozbić sobie głowy o boki i dach 
skaczącego pojazdu.

- Jak blisko ogrodzenia możesz podjechać?
- Jak blisko zechcesz. Nie mamy dróg czy 

oznaczonych tras. Poruszamy się na radiolatarnie 
kierunkowe, a trasa zależy od wyboru kierunku.

- Pierwsza dobra wiadomość. Słuchaj, wysadź 

background image

mnie przy ogrodzeniu i pojedź dalej, tylko zapamiętaj 
miejsce. Wróć po godzinie. Jeśli usłyszysz coś, ale 
dostrzeżesz zamieszanie, jedź do szkoły.

- Dobrze, będę miał czas zażyć truciznę.
- Smacznego, tylko nie śpiesz się za bardzo. Zrób 

to jedynie wtedy, gdy faktycznie mnie złapią. Może 
być zamieszanie, ale to wcale nie będzie jeszcze 
równoważne z tym, że mnie mają.

Po obu stronach drogi pojawiły się niewyraźne 

kształty, po czym z boku wyskoczyło ogrodzenie, 
wzdłuż którego Hanasu jechał z zacięciem kierowcy 
rajdowego.

- Wysiadam! - wrzasnąłem, gdy w oddali 

zamajaczyła brama. - Zapamiętaj czas i do 
zobaczenia.

Wyturlałem się z całym ekwipunkiem, zanim 

dobrze zwolnił i znalazłem się w centrum 
miniaturowej śnieżycy. Wyjąłem ze skrzynki detektor 
i zbliżyłem się do ogrodzenia.

Nic. Żadnego alarmu. Przecięcie płotu było 

zadaniem dla średnio ruchliwego paralityka. 
Zrobiłem to jedną ręką i z zamkniętymi oczami, i to 
dosłownie! Przepchnąłem przez otwór siebie i rurę i 

background image

załatałem dziurę. Zadowolony założyłem narty i 
ruszyłem w ciemność. Sypiący śnieg zacierał moje 
ślady, tak że miałem wszelkie powody do 
zadowolenia.

Odnalezienie okrętu nie było żadnym 

problemem: wszystko wokoło spowijał mrok, kadłub 
zaś był zalany światłem reflektorów.

Wokół kręciły się maszyny obsługiwane przez 

ubranych w kombinezony techników.

Trzymając się cienia, zastanawiałem się, jak, do 

cholery, mam tam podejść i przymocować mój 
drobiazg nie wywołując alarmu.

16
Problem ten miał tylko jedno rozwiązanie: 

musiałem wyglądać tak jak ci, którzy się kręcili przy 
statku. Mówiąc krótko, potrzebowałem kombinezonu 
technika. Tak więc musiałem któregoś z nich 
rozebrać.

Znalezienie ciemnego kąta za jakimiś beczkami, 

żeby złożyć bagaże nie było problemem, ale 
postaranie się o kombinezon to zupełnie inna sprawa. 
Krążyłem w ciemności w tę i z powrotem, bez 
żadnych rezultatów. Łazili parami lub w większych 

background image

grupach. Czas uciekał i godzina, jaką dałem Hanasu, 
dawno minęła.

Moja cierpliwość topniała, rozważałem jeden 

samobójczy plan po drugim, gdy w końcu któregoś 
ruszyło. Zlazł z dźwigu i ruszył ku budynkom. 
Oczywiście dokładnie po przeciwnej stronie, niż 
byłem, ale to już drobiazg. Zobaczyłem, jak wchodzi 
w drzwi oznaczone „Benjo" i ruszyłem tam, 
wykorzystując każdą możliwą osłonę.

Będąc zwolennikiem określonych praw 

osobistych, poczekałem przy wyjściu, aż załatwi 
interes z muszlą klozetową, po czym go rąbnąłem. 
Było to o tyle łatwiejsze, że ręce nadal miał zajęte 
przy rozporku i guzikach; najprawdopodobniej 
nawet nie wiedział, co się zdarzyło. Ja wiedziałem. 
Kant prawej dłoni bolał mnie jeszcze przez pół 
godziny. Rozebrałem go starannie, związałem jakimś 
drutem i zakneblowałem, zamykając w jednej z 
kabin. Nie powinien zostać znaleziony przed odlotem.

Jego kombinezon był lekko przyciasny, ale i tak 

nikt tu nie zwracał uwagi na elegancję, a ochronny 
kask twarzowo zakrywał mi fizjonomię.

Zabrałem, co moje, i ruszyłem wolno ku 

background image

statkowi. Właśnie ten wolny marsz był najtrudniejszy 
ze wszystkiego. Nikt się za mną nie oglądał, nikt za 
mną nie krzyczał, wyglądało na to, że tutaj nic nikogo 
poza własnymi zajęciami nie interesuje. Mimo to 
odetchnąłem z ulgą, gdy doszedłem do dźwigu i 
wrzuciłem do środka manatki.

Obsługa urządzenia była jednym z prostszych 

zadań, więc bez problemów ruszyłem statecznie ku 
jednemu z ciemnych miejsc przy płetwie ogonowej. 
Ku silnikom.

Cała zabawa z przymocowaniem rury przy 

komorze silnika poszła łatwiej, niż należało się 
spodziewać. Dodatkową ciekawostką była 
nieobecność normalnej wyrzutni i to, że nic nie było 
widać z ziemi.

Wracając nie ryzykowałem marszu przez 

oświetlony plac. Zamiast tego odstawiłem dźwig w 
cień najbliższego budynku. Do odlotu zostało dziesięć 
minut. Była już nawet załoga, która przytupywała 
zawzięcie.

- Dlaczego ten dźwig tu stoi? - spytał głos z tyłu.
- Ramstmo? - wymamrotałem nie odwracając się.
- Nie słyszę cię. Powtórz! - głos się przybliżył.

background image

- Teraz lepiej? - spytałem odwracając się na 

pięcie i łapiąc go za gardło.

Wybałuszył oczy, potem zresztą zamknął, gdy 

jego głowa zetknęła się parę razy z kabiną dźwigu.

W tej właśnie chwili usłyszałem odlot statku. 

Jeden z najprzyjemniejszych dźwięków w moim 
życiu.

- Udało się - pogratulowałem sobie półgłosem. - 

Niezliczone generacje będą błogosławić twoje imię, 
Jamesie di Griz.

Wciągnąłem mojego podopiecznego głębiej do 

jednego z budynków, przy okazji stwierdziłem, że 
jedne z drzwi mają nader porządny i skomplikowany 
zamek. Napis nad nimi wyjaśnił wszystko, a w 
dodatku podsunął mi pomysł. Napis bowiem głosił:

ZBROJOWNIA
Idealny schowek, ale po małej rozrywce. Zdjąłem 

kombinezon, założyłem narty i pojechałem na 
oświetlony teren, starając się, żeby ktoś mnie 
zobaczył.

Byli największymi łamagami, jakich w życiu 

widziałem.

Pętałem się przeszło pięć minut, bez żadnego 

background image

rezultatu. W końcu przejechałem parę jardów przed 
najbliższą dwójką i zdążyłem wlecieć w jakieś beczki, 
zanim zwrócili na mnie uwagę. Gdy wreszcie to się 
stało, zakryłem twarz rękami i ruszyłem z kopyta w 
ciemność. Miałem nadzieję, że zapamiętali kierunek 
mojej ucieczki - prosto do płotu.

Tym razem zrobiłem dziurę wystarczającą dla 

czołgu i nie trudziłem się z jej maskowaniem. 
Ruszyłem w ciemność, szukając okazji do 
zamaskowania wyraźnego śladu. Nie było to takie 
trudne: prawie po stycznej zbliżał się jeden z 
tutejszych pojazdów. Dogonienie go nie wchodziło w 
rachubę, ponieważ był znacznie szybszy, ale zostawiał 
piękny ślad. Zmieszałem z nim swoje, posuwając się 
lekkim zygzakiem, po czym wbiłem kije w ubity śnieg 
i zrobiłem obrót o sto osiemdziesiąt stopni, z którego 
byłby dumny nawet mój instruktor. Trafiłem prosto 
we własne ślady i ruszyłem z powrotem nie używając 
kijków. Prosto do bezpiecznego i zacisznego miasta.

Muszę przyznać, że nie przesadzali tu z godziną 

pobudki: na ulicach dostrzegłem ledwie parę osób. 
Nie sądzę, aby ktoś zwrócił na mnie uwagę, w każdym 
razie na pewno nikt nie podniósł alarmu. Zbliżyłem 

background image

się do portu kosmicznego. Tu także panowała cisza i 
spokój, żadnych śladów nagłej aktywności. Z 
pobliskiego okna dochodził miły blask, toteż nie 
omieszkałem tam zajrzeć. Sprawa stała się bardziej 
atrakcyjna, gdy odpowiednio zaokrąglona 
autochtonka odwróciła się do okna. Angelina zawsze 
urządza mi awantury o flirty, toteż musiałem w 
końcu dać jej jakieś po temu podstawy. Nawet to, że 
marnowałem cały wysiłek włożony w zacieranie 
fałszywych śladów, nie zmieniło mojego 
postanowienia. Zdjąłem narty, postawiłem je w 
śniegu i otworzyłem drzwi.

- Dzień dobry. Wygląda na to, że nadal mamy 

mróz - oznajmiłem.

Spojrzała na mnie w milczeniu. Była młoda i 

atrakcyjna, choć zupełnie pozbawiona makijażu i 
ubrana tak, że każdą normalną kobietą by zatrzęsło.

- Jesteś tym, którego szukają - stwierdziła bez 

śladu emocji w głosie. - Muszę iść ich zaalarmować.

- Nie pójdziesz i nie zrobisz tego - skurczyłem się, 

gotów ją zatrzymać.

- Tak, panie - odparła i wróciła do garów.
Panie! Te przyjemniaczki musiały być 

background image

antyfeministami wszech czasów. Uznając brak uczuć 
za cnotę, kobiety musieli traktować jak bydło i 
niewolników. Na to zresztą wskazywał stojący przede 
mną dowód. Po setkach lat tresury wyhodowali z całą 
pewnością perfekcyjne służące.

- Co gotujesz, kwiatuszku?
- Tu jest wrzątek, tu zupa rybna, a tutaj 

okraszona ryba, a tu...

- Ślicznie. Poproszę porcję każdej z tych rzeczy, z 

wyjątkiem wrzątku, rzecz jasna.

Podała mi parę metalowych misek i kościaną 

łyżkę. Jedzenie było równie bezbarwne jak do tej 
pory, ale i tak dwukrotnie opróżniłem talerz, zanim 
stwierdziłem, że wystarczy.

- Nazywam się Jim - stwierdziłem skończywszy. - 

A ty?

- Kaem.
- Dobre jedzenie, Kaem. Trochę niedoprawione, 

ale to nie twoja wina. Zadowolona jesteś z tego 
zajęcia?

- Nie wiem, co to znaczy: zadowolona.
- Tak myślałem. W jakich godzinach tu 

pracujesz?

background image

- Nie wiem, o co chodzi. Wstaję, pracuję, idę 

spać. Zawsze tak jest.

- Bez weekendów, wakacji i świąt. Tu faktycznie 

potrzeba dużych zmian. Mam nadzieję, że to już 
niedługo. Tej kultury nie trzeba niszczyć. Sama się 
rozpadnie, ledwie dotrze tu trochę cywilizacji. 
Historycy będą za parę lat nieźle łapali się za głowy 
nad waszymi zwyczajami. O której podajecie tu 
śniadanie?

- Za parę minut, gdy zadzwoni dzwon - odparła 

spoglądając na zegar.

- Kto tu jada?
- Mężczyźni, żołnierze.
Byłem na nogach, zanim wymówiła ostatnią 

sylabę i nakładałem rękawice.

- Jedzenie było wspaniałe, ale mam niewiele 

czasu. Muszę zdążyć, zanim wzejdzie słońce. Mam 
trochę spraw do załatwienia. Przepraszam, nie 
będziesz bardzo zachwycona, gdy cię zwiążę?

- Zrób ze mną, co zechcesz, panie - odparła 

opuszczając oczy.

Po raz pierwszy w życiu wstydziłem się, że jestem 

płci męskiej.

background image

- Wkrótce będzie lepiej, Kaem. Przyrzekam ci. 

Jeśli się stąd wydostanę, to obiecuję ci przysłać jakieś 
stroje, szminki i parę publikacji ruchu 
emancypacyjnego. Gdzie tu jest magazyn?

Grzecznie pokazała mi kierunek, więc 

pocałowałem ją na pożegnanie i z ledwością zdołałem 
przeszkodzić w rozebraniu się. Już widzę, jakimi 
czułymi kochankami są ci tutaj! Romantycy, 
psiakrew! Następny kwiatek do listy. Kaem zupełnie 
nie protestowała, gdy ją wiązałem i zamykałem. I tak 
znajdą ją, ledwie śniadanie się spóźni, ale wszystko, 
czego potrzebowałem, to parominutowe 
wyprzedzenie.

Narty przypiąłem dopiero na lodzie, żeby nie 

zostawiać śladów; po czym ruszyłem przed siebie 
starając się, o ile to było możliwe, krzyżować swoją 
drogę ze śladami innych nart.

Przedostałem się przez płot, co robiło się już 

nudną rutyną i uśmiechnąłem się, słysząc po drugiej 
stronie syreny i inne oznaki aktywności. Chyba w 
końcu dostrzegli moją poprzednią wizytę. Najwyższy 
czas. Nie dość, że chciało mi się spać, to jeszcze 
zaczynało świtać. Zamaskowałem dziurę i ruszyłem 

background image

ku zbrojowni.

Oczywiście, nikt mnie nie widział, a facet, 

którego tu przywlokłem, zdążył zniknąć, jak zresztą 
wszyscy inni w zasięgu wzroku.

Sforsowałem zamek, uziemiłem alarm bez 

większych trudności, po czym podłączyłem wszystko 
na miejsce i na ołowianych nogach obszedłem 
pomieszczenie. Ułożyłem się na skrzynkach granatów 
odłamkowych mając nadzieję, że nie mają nic przeciw 
temu i zasnąłem prawie natychmiast.

Cudowne uczucie - byłem pewien, że mogę robić 

to całą wieczność, tyle że coś mi, cholera, nie dało. 
Obudziłem się momentalnie, gdy zrozumiałem, co. 
Było zupełnie jasno, a ktoś majstrował przy zamku.

Pretensje mogłem mieć tylko do siebie. 

Zapomniałem, z kim mam do czynienia. Ledwie ci 
tutaj dowiedzieli się o moim zmartwychwstaniu, po 
prostu zarządzili przeszukanie całego miasta. Zabawa 
się skończyła.

17
Drzemka mnie odświeżyła, a wściekłość dodała 

sił. Wściekły byłem głównie na siebie, za głupie 
postępowanie, rzecz oczywista. Jak każdy normalny 

background image

człowiek miałem wielką ochotę wyładować się na 
kimś innym, a zatem oberwał ten, który wszedł 
pierwszy. Przeszkodziły mi w tym trochę narty, o 
które się potknąłem, zapominając o ich istnieniu, ale i 
tak nie miało to większego znaczenia. Klient, 
podobnie jak wszyscy przedstawiciele jego rasy, nie 
miał pojęcia o walce wręcz.

Zebrałem narty i kijki i wyjrzałem na korytarz. 

Wszędzie pełno było zapalonych poszukiwaczy mojej 
skromnej osoby, ale dopiero przy drzwiach 
wyjściowych jeden z nich mnie dojrzał. Zdążyłem 
zrobić całe trzy kroki, zanim zdobył się na reakcję.

- On jest tutaj, próbuje uciekać - oznajmił 

monotonnym tonem.

- Nawet to robi! - wrzasnąłem wypadając na 

dwór, prosto na najbliższego z nich. Po dwóch 
sekundach pozostało mi jedynie zapiąć narty i ruszać 
w drogę.

To wszystko było i tak odwlekaniem 

nieuniknionego.

Bramę strzegła wzmocniona warta, a ze 

wszystkich stron widać było zbliżające się sylwetki 
tutejszych pojazdów. Mógłbym może dostać się do 

background image

miasta i szukać tam kryjówki, ale jeden człowiek 
przeciw całej planecie ma minimalne szansę. Może 
Hanasu miał filozoficzną odpowiedź na ten problem, 
ale osobiście zdecydowanie nie nadaję się na 
samobójcę.

Rzecz jasna, moje rozmyślanie nie przeszkadzało 

mi w poruszaniu się. Za mną zresztą podążała pogoń i 
obie te kwestie tak zaabsorbowały moją wyobraźnię, 
że silniki rakiety usłyszałem dopiero, gdy była nad 
moją głową. Podobnie jak reszta przytomnych 
stanąłem, popatrzyłem i osłupiałem.

Spoza nisko wiszących chmur opuszczał się na 

strumieniach odrzutu niewielki statek zwiadowczy.

Z połączonymi pierścieniami Ligi na kadłubie!
- Udało się! - wrzasnąłem ruszając z kopyta ku 

podskakującej na amortyzatorach jednostce.

Nie ma potrzeby dodawać, że biegłem samotnie. 

Tubylcy nie byli równie entuzjastycznie nastawieni do 
tego, co przybyło. W każdym razie byłem na miejscu, 
gdy otworzył się właz.

- Witamy na Kekkonshiki - oznajmiłem facetowi 

stojącemu w otworze. - Przyłącz tę planetę do Ligi, o 
zdobywco!

background image

- Nic nie wiem o żadnym zdobywaniu - odparł 

obdarzony nader bujną fryzurą młodzian w 
nieporządnym nad wyraz kombinezonie. - Dostałem 
polecenie zabrania stąd niejakiego Jamesa Bolivara di 
Griz.

- Masz go przed sobą.
- Podobnie jak tubylcy, tylko że oni mają jeszcze 

całą masę broni. Właź na pokład.

- Najpierw uświadomię tym typom, jakiej 

wiekopomnej chwili są świadkami.

Z radością zobaczyłem znajomą gębę na czele 

całej zgrai. To był Kome, kapitan mojej ostatniej 
podróży.

- Rzuć broń - poleciłem. Zamiast tego ją uniósł.
- Pójdziecie ze mną. Obaj - rozkazał.
Czerwone płatki zawirowały mi przed oczami. Ci 

ludzie byli tak tępi, że aż mnie zemdliło. To, że przez 
ich durnotę zginęło już tak wiele istnień, tylko 
pogłębiało to uczucie.

- Błagam, nie strzelaj! - wrzasnąłem wyrzucając 

w górę ręce i skacząc ku niemu.

Wykręciłem mu rękę, przechwyciłem pistolet i z 

całej siły wepchnąłem mu lufę w kark.

background image

- Posłuchajcie, bałwany! - wykrzyknąłem. - 

Wszystko się skończyło. Przegraliście! Nie zdziałacie 
już nic złego w galaktyce. Jedyną podstawą waszej 
siły i władzy była nieznana lokalizaga tej planety, tak 
że mogliście się tu kryć jak karaluchy, ale to już 
przeszłość. Widzicie ten emblemat na burcie. To 
statek Ligi. Wiedzą, gdzie jesteście, kim jesteście i co z 
wami zrobić! Sprawiedliwość przybyła w postaci tego 
oto młodzieńca, który właśnie ogłosił przyłączenie 
waszej planety do Ligi.

- Zrobiłem to? - sapnął z niedowierzaniem.
- Zamknij się, palancie, i bierz się do roboty.
- Moją robotą jest zabranie ciebie.
- Dostałeś awans. Zabierz im broń - byłem lekko 

zdesperowany, bo reszta zaczęła podnosić spluwy do 
oka, a znając ich zwyczaje, wiedziałem, że spokojnie 
zastrzelą Kome, byle mnie dostać. - No, Kome, 
powiedz kumplom, żeby się poddali. Jeśli ktoś tu 
wystrzeli, to wam wszystkim nogi z dupy 
powyrywam.

Rozmyślał chwilę na swój pokręcony sposób, po 

czym podjął decyzję:

- Obecność tego statku może być przypadkowa.

background image

- Nie jest - wtrącił się pilot. - Pokażę ci 

wiadomość, jaką otrzymałem wraz z ogólnym 
alarmem, kierującym wszystkie jednostki ku tej 
planecie. Szukaliśmy was od jakiegoś czasu. Idę po 
wiadomość.

- Zabijcie ich obu - rozkazał Kome. - Jeśli zełgali, 

to będzie po problemie, a jeśli nie, to i tak nie ma 
żadnej różnicy. Wszyscy jesteśmy martwi.

- Odsuń się - polecił mu najbliższy. - Albo będę 

musiał cię zastrzelić.

- Strzelaj - padła spokojna odpowiedź.
- Stać! - wrzasnąłem, pakując gościowi kulę w 

ramię i wytrącając broń - To nie ma sensu!

Myśleli inaczej. Paru wzięło mnie na cel, gdy 

pilot doręczył wiadomość, o której wspominał. Nie 
taką zresztą, jakiej oczekiwali. Nie był na tyle głupi, 
zwiadowcy rzadko kiedy są imbecylami.

Dziobowa wieżyczka artyleryjska obróciła się 

łagodnie, siejąc pociskami na wszystkie strony. Nie 
tracąc czasu dałem mojemu więźniowi po łbie, żeby 
grzecznie szedł za mną i ruszyłem do śluzy. Wdusiłem 
przycisk uszczelniania, a Kome okazał oznaki 
żywotności, o które go nie podejrzewałem. Zdrowy 

background image

kopniak w bok głowy załatwił tę sprawę, rozciągając 
go na śniegu. Normalnie nie lubię takich rzeczy, ale 
tym razem sprawiło mi to czystą, nieskalaną 
przyjemność.

- Lepiej się połóż. To będzie pięciogeowy start - 

poinformował mnie pilot.

Był. Dzięki niemu szybko pokonałem ostatnie 

cale dzielące mnie od podłogi. Gdy przestałem widzieć 
jedynie rozmazane plamy, unosiłem się już w stanie 
nieważkości.

- Serdeczne dzięki - mruknąłem.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Masz dość 

natrętnych kumpli.

- Kumpli! Te cymbały wymyśliły całą tę wojnę! A 

tak na marginesie, jak wam idzie?

- Nadal przegrywamy - warknął - i nic nie 

możemy na to poradzić.

- Nie opowiadaj bzdur - to tylko pech. Leć do 

najbliższej stacji z psimenami, mam masę zaległej 
korespondencji. Nie wiesz przypadkiem, czy obcym 
odbito jeńców?

- Masz na myśli admirałów? Wrócili biedacy. 

Wiesz, normalnie nikogo nie obchodzi, co się 

background image

przytrafia starszym rangom oficerom, ale tym razem 
to naprawdę nie było przyjemne.

- Wyleczą ich. Wybacz, że się cieszę, ale moja 

żona i synowie byli odpowiedzialni za tę ucieczkę, a 
to, co powiedziałeś oznacza, że im się udało.

- Masz niezłą rodzinkę.
- Możesz to powtórzyć?
- Masz niezłą rodzinkę.
- Miło to słyszeć. Wyduś trochę życia z tego 

mebla. Musimy się pośpieszyć.

Zanim dolecieliśmy do najbliższej stacji, miałem 

już wszystko rozpisane. Z pewnością stać było flotę na 
wyłączenie ze swojego składu paru jednostek z 
oddziałami desantowymi, a więcej nie było tu 
potrzeba, a zatem Kekkonshiki powinna być niedługo 
normalnym, cywilizowanym światem. Do ogólnego 
planu dołączyłem jeszcze dokładne instrukcje, gdzie 
znaleźć Hanasu i co z nim zrobić. Najważniejszą 
sprawą było spacyfikowanie planety i osłonięcie w ten 
sposób tyłów. Wojna była nadal do wygrania. W 
trakcie drogi przestudiowałem wszystkie możliwe 
raporty, toteż gdy dotarłem wreszcie do Kwatery 
Głównej Korpusu, miałem gotowych parę planów. 

background image

Wszystkie zresztą zostały wymiecione z mojej głowy 
na widok ukochanej osoby.

- Powietrza... - jęknąłem po nieskończenie długim 

uścisku. - Miło być w domu.

- Mam coś więcej w zapasie, ale sądzę, że 

najpierw chciałbyś trochę przyjrzeć się wojnie.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, najdroższa. 

Miałaś jakieś problemy z admirałami?

- Żadnych, tak pięknie wszystko zamieszałeś, że 

mogło to służyć za lekcję poglądową dla chłopców. 
Aktualnie są wraz z flotą i usiłują wygrać wojnę. 
Bałam się o ciebie.

- Miałaś rację, ale to już skończone. Czy nie 

zabrałaś przypadkiem paru upominków w drodze 
przez ich skarbiec?

- Zostawiłam to bliźniakom. Sporo odziedziczyli 

po tatusiu. Jestem pewna, że zabrali sobie sporo, ale i 
tak to, co zostało, wystarczy nam na niezależne życie. 
Jeśli przeżyjemy wojnę, oczywiście.

- Co się tam właściwie dzieje?
- Nic dobrego. Co prawda, gdy obcy pozostali 

sami, okazało się, że są dość głupimi i prymitywnymi 
przeciwnikami. Jednak muszą mieć paru dowódców 

background image

trochę mniej durnych od reszty. Opuścili bazę i 
rozpoczęli frontalny, zmasowany atak. Poddaliśmy 
więc tyły i robimy to nadal, sprawiając jedynie 
czasami wrażenie, że stajemy do bitwy. Nie ma co się 
dziwić. Ich przewaga w uzbrojeniu i liczebności 
wynosi coś koło dziewięciuset do jednego.

- Jak długo to może potrwać?
- Niedługo. Już prawie skończyły nam się 

przestrzenie międzyplanetarne. Wkrótce wejdziemy 
w pustkę międzygwiezdną, a tam nie ma już gdzie 
uciekać. Nawet te cymbały będą w stanie to 
przewidzieć. Wszystko, co muszą zrobić, to zostawić 
połowę swoich sił na jej skraju, aby nas nie wpuścić z 
powrotem i powybierać nasze planety na drodze 
desantów.

- To nie brzmi zbyt optymistycznie.
- Bo nie jest optymistyczne.
- Nie martw się, słonko. Twój kochany Jim 

uratuje galaktykę.

- Znowu! To miłe - pocałowała mnie.
- Kazano mi tu przyjść - oznajmił z tyłu znajomy 

głos - tylko po to, żebym zobaczył, jak się całujecie? 
Jestem zajętym człowiekiem i nie mam...

background image

- Nie tak zajętym, jak wkrótce będziesz, 

profesorze.

- Co ty znowu wymyśliłeś?
- Wymyśliłem, że zrobisz broń, dzięki której 

uratujesz nas wszystkich. Twoje imię będzie pisane 
złotem we wszystkich podręcznikach historii. „Coypu, 
Zbawiciel Galaktyki".

- Zidiociałeś do końca!
- Nie myśl, że jesteś oryginalny. Wszyscy 

geniusze nazywani byli idiotami. Albo jeszcze gorzej. 
No, ale do pracy: czytałem ściśle tajne raporty, w 
których było napisane, że wierzysz w światy 
równoległe...

- Cicho, durniu! Nikt nie miał o tym wiedzieć! A 

zwłaszcza ty!!!

- Przypadek... hm... prawda... -westchnąłem. - 

Szafa się otworzyła, gdy przechodziłem i wypadła 
twoja teczka. Z tymi światami to prawda?

- Prawda, prawda - westchnął ciężko. - Na ślad 

naprowadziły mnie twoje eskapady z time-helixem, 
gdy trafiłeś do historii, której nie było.

- Dla mnie była!
- Oczywiście, właśnie ci to powiedziałem. Jeśli 

background image

istnieje jedna odmienna przeszłość, to może ich istnieć 
nieskończona liczba, to chyba logiczne?

- Oczywiście - zgodziłem się natychmiast. - 

Poeksperymentowałeś więc?

- Owszem. Uzyskałem dostęp do światów 

równoległych i przeprowadziłem obserwacje. Tylko 
co to ma wspólnego z ocaleniem galaktyki?!

- Jeszcze tylko jedno pytanie i zaraz ci powiem. 

Jest możliwe przejście do takiego świata?

- Pewnie, że jest. Jak inaczej mógłbym poczynić 

obserwacje? Wysłałem tam robota.

- Jak dużego?
- Miało być jedno pytanie. Z tobą tak zawsze. No 

dobra; wielkości małego słonia. A w ogóle, to 
wszystko zależy od rozmiarów pola.

- Otóż i mamy odpowiedź.
- Masz dla siebie - oznajmiła Angelina - ale dla 

mnie ma to niewiele sensu.

- Pomyśl trochę, skarbie. Montujesz to 

urządzenie na krążowniku, wraz z odpowiednio 
dużymi generatorami, po czym wysyłasz go, aby 
dołączył do naszej floty i wydajesz obcym bitwę. 
Nasza flota ucieka, krążownik zostaje w tyle, wróg 

background image

nas goni i włączamy pole.

- I wyślemy te obrzydlistwa wraz z ich armatami 

do sąsiedniego wszechświata i mamy spokój!

- Właśnie coś takiego chciałem powiedzieć - 

zauważyłem. - Możemy tego dokonać, Coypu?

- To możliwe, całkiem możliwe...
- No, prowadź nas do laboratorium i pokaż to 

urządzenie!

Najnowszy wynalazek Coypu nie wyglądał zbyt 

okazale; masa skrzynek, kabli i innych takich, 
porozstawianych po całym pomieszczeniu. Tym 
niemniej wynalazek istniał był realnie.

- Nazwałem to parallelilizer - oświadczył.
- Nie chciałbym powtarzać tego trzy razy 

szybciej - mruknąłem.

- Nie błaznuj, di Griz! To urządzenie zmieni losy 

naszego wszechświata i przynajmniej jednego nie 
znanego tobie.

- Nie udawaj zgryźliwego - powiedziałem ugodo-

wo. - Bądź tak miły i pokaż nam, jak to działa.

Pomrukując coś pod nosem, wziął się do roboty 

przerzucając przełączniki, stukając w zegary i wiążąc 
jakieś druty. Nie mając żadnego konkretnego zajęcia, 

background image

zabrałem się za całowanie Angeliny, czemu ta ostatnia 
nie była przeciwna. Coypu, nieświadom niczego, 
udzielał nam kursu teoretycznego.

- Precyzja jest najważniejsza. Różne światy 

równoległe są oddzielone od siebie nader cienkim 
tohtonem, jak sobie sami zresztą możecie wyobrazić. 
Najtrudniejsze jest wybranie jednego z 
nieskończoności, a szczególnie tego nabliższego nam. 
Oczywiście jest to także najprostsze z uwagi na 
energię, jaka jest potrzebna do tego celu. Dlatego też 
teraz znajdziemy się w najbliższym... O!

Światła przygasły, gdy wdusił ostatni guzik, 

urządzenie zaczęło melodyjnie buczeć, w powietrzu 
zaś można było wyczuć zapach ozonu. Puściłem 
Angelinę i rozejrzałem się wokoło.

- Wiesz, profesorze, z tego co widzę, to nic się nie 

stało.

- Kretyn! Spójrz przez ten generator pola.
Spojrzałem przez żarzącą się ramę z miedzianego 

drutu i nadal nic nie widziałem, o czym nie 
omieszkałem go poinformować. Spróbował wyrwać 
sobie dla dramatycznego efektu parę włosów, ale było 
to zadanie z góry skazane na niepowodzenie, jako że 

background image

był prawie łysy.

- Spójrz przez pole, a zobaczysz sąsiedni świat.
- Wszystko, co widzę, to to samo laboratorium.
- Debil! To nie jest to laboratorium, tylko tamto, 

z tamtego świata. Istnieje tam, tak jak nasze istnieje 
tutaj.

- Cudownie - uśmiechnąłem się, nie chcąc go 

obrazić. - Rozumiem, że wystarczy przejść przez ten 
drut i już tam będę.

- Przypuszczalnie, ale równie dobrze możesz być 

trupem. Jak dotąd nie robiłem doświadczeń z żywymi 
stworzeniami.

- Czy nie czas na nie? - spytała uprzejmie 

Angelina. - Tylko nie z moim mężem.

Ciągle mrucząc Coypu wyszedł, by wrócić po 

chwili z białą myszką. Obwiązał ją drutem, 
przywiązał do kija i powoli przesunął przez ekran. 
Nie stało się dokładnie nic, poza tym że mysz 
wyślizgnęła się z pętli i spadła na podłogę, po czym 
pozbierała się i zniknęła z naszego pola widzenia.

- Gdzie to polazło? - zdumiałem się.
- W świat równoległy.
- Biedactwo, wyglądała na przestraszoną - 

background image

zauważyła Angelina. - Ale nie wydaje się, żeby 
doznała jakichś obrażeń.

- Trzeba zrobić test, puścić więcej myszy i 

sprawdzić dokładnie ich...

- Normalnie, owszem - przerwałem mu 

wyliczankę - ale mamy wojnę i brak nam czasu. Jest 
jeden sposób, aby mieć całkowitą pewność od razu...

- Nie! - Angelina była szybsza w kojarzeniu od 

profesora, ale i tak się spóźniła. Albowiem mówiąc to 
przeszedłem przez ekran.

18
Jedyne, co poczułem, to lekkie mrowienie, choć i 

ono mogło być wytworem mojej wyobraźni. 
Rozejrzałem się wokoło. Wszystko wyglądało niby tak 
samo, choć rzecz jasna paralleliłizera nie było w 
pokoju.

- Jamesie di Griz! Wracaj natychmiast, albo 

pójdę po ciebie! - usłyszałem głos Angeliny.

- To przełomowy moment w dziejach nauki i nie 

zamierzam zmarnować okazji.

Spojrzenie na drugą stronę ekranu 

spowodowało, że poczułem się osobliwie: ten sam 
pokój i to w dodatku z Angelina i profesorem, tyle że 

background image

znikający. Od tej strony pole było niewidoczne, ale 
gdy obszedłem je z tyłu, zobaczyłem czarną 
płaszczyznę unoszącą się w powietrzu

Zanim wróciłem, wyjąłem pisak i aby uwiecznić 

wydarzenie napisałem na ścianie: TU BYŁ 
STALOWY SZCZUR. Niech ci tutaj też mają trochę 
zajęcia umysłowego. W tym momencie drzwi do 
pokoju zaczęły się otwierać, toteż dałem nura w 
ekran.

- Bardzo interesujące - oznajmiłem wysuwając 

się z objęć Angeliny.

Coypu wyłączył maszynę i przyglądał się nam 

pobłażliwie,

- Jak duży ekran możesz zrobić?
- Teoretycznie nie ma ograniczeń. Może być tak 

duży, że od razu wyślesz ich całą flotę do diabła.

- Właśnie o to mi chodziło. Zabierz się za robotę, 

ja zaś rozpowszechnię dobre wieści w naszych 
szeregach.

Zebranie wszystkich wodzów Indian do kupy nie 

było proste, gdyż byli zajęci przegrywaniem wojny (i 
to na dużą skalę). W końcu zaprzęgnąłem do tego 
Inskippa, a ponieważ używali naszej bazy jako 

background image

Kwatery Głównej, trudno im było nie przybyć. 
Oczekiwałem ich w odświętnym mundurze z 
baretkami na piersiach. Pomamrotali do siebie, 
zapalili potężne cygara i gapili się na mnie. Gdy 
wszyscy usiedli, zastukałem w stół, by zyskać ich 
uwagę.

- Panowie, aktualnie przegrywamy wojnę - 

oznajmiłem -

- Nie przyszliśmy tu po to, żebyś był łaskaw nam 

o tym powiedzieć - warknął Inskipp. - O co chodzi, di 
Griz?

- Zebrałem was tu, aby oznajmić, że koniec 

wojny jest bliski. Wygramy ją! - to w końcu zwróciło 
ich uwagę;. Wszyscy jak jeden mąż wybałuszyli na 
mnie oczy. - Zostanie to dokonane za pomocą 
urządzenia zwanego parallelilizerem, które pośle flotę 
obcych do równoległego wszechświata.

- O czym mówi ten szaleniec? - zdumiał się jeden 

z admirałów.

- Mówię o pomyśle tak nowym, że mój umysł z 

trudem go rozumie i nie oczekuję, że wasze zwapniałe 
szczątki szarych komórek byłyby w stanie to zrobić, 
ale zawsze możecie próbować - odpowiedzią był 

background image

wściekły pomruk. - Teoria jest taka: możemy 
podróżować w przeszłość, ale nile możemy jej 
zmieniać. Jednakże takie zmiany zostały poczynione, 
a nie odczuliśmy ich w naszej teraźniejszości. 
Wniosek jest prosty: zmieniliśmy nie naszą 
przeszłość, tylko przeszłość jakiegoś innego świata, 
zbliżonego do naszego. Wynalazek profesora Coypu 
pozwala nam przechodzić do tych równoległych 
wszechświatów. Mając wystarczająco duży ekran 
możemy wysłać całą nieprzyjacielską flotę w inny 
wymiar. Są pytania?

Było dużo. Po półgodzinie wyjaśniania zdołałem 

ich przekonać, że po pierwsze nie jestem idiotą, po 
drugie to, co mówię, jest wykonalne. Morale 
zebranych wyraźnie uległo poprawie. Gdy Inskipp 
przemówił, jasne było, że mówi w imieniu ich 
wszystkich:

- Możemy to zrobić! Skończyć tę wojnę i posłać 

ich do innego świata!

- Całkiem słusznie - zgodziłem się.
- TO JEST ZABRONIONE - rozległ się głęboki 

głos promieniujący najwyraźniej z pustego powietrza 
nad stołem.

background image

Przynajmniej jeden z obecnych złapał się za 

pierś. Czy to ze względów religijnych, czy też z uwagi 
na awarię stymulatora.

Z Inskippem nie poszło tak łatwo:
- Kto to powiedział? Który dowcipniś ma 

projektor głosu?

Rozległy się głośne zapewnienia o niewinności i 

okrzyki oburzenia. Zapanowało zamieszanie i ogólne 
szukanie projektora. Uspokoiło się, gdy głos 
przemówił ponownie.

- Jest to zabronione, gdyż jest to niemoralne. 

Powiedzieliśmy.

- Kto powiedział? - syknął Inskipp.
- My. Korpus Moralności - tym razem głos 

doszedł od drzwi, co było kolejnym zaskoczeniem.

Po kolei głowy zgromadzonych odwracały się w 

tym kierunku, tak że wchodzący skupił na sobie całą 
uwagę. Trzeba przyznać, że robił wrażenie: wysoki, z 
długimi białymi włosami i takąż brodą, ubrany w 
powłóczystą białą szatę. Inskipp jednak nie zwrócił na 
to większej uwagi.

- Jesteś aresztowany. Nigdy nie słyszałem o 

jakimś tam Korpusie Moralności.

background image

- Oczywiście, że nie - odparł spokojnie nowo 

przybyły. - Jesteśmy zbyt utajnieni, byś mógł 
cokolwiek o nas wiedzieć.

- Utajnienie - warknął Inskipp. - Mój Korpus 

Specjalny jest tak tajny, że większość ludzi sądzi, że 
to tylko plotki.

- Wiem. To żadna tajność. Mój Korpus 

Moralności jest tak tajny, że nie ma o nim nawet 
plotek.

Inskipp zaczynał czerwienieć i najwyraźniej 

brakowało mu powietrza. Szybko stanąłem między 
nimi, zanim zdołał wybuchnąć.

- Interesujące, ale chcielibyśmy jakiegoś dowodu, 

no nie?

- Proszę - nawet nie drgnęła mu powieka. - Jaki 

jest wasz najtajniejszy kod?

- Może mam ci powiedzieć?
- Oczywiście, że nie. Ja ci powiem. Szyfr 

Yasarnap, zgadza się?

- Niewykluczone - przyznałem.
- Jim, idź do komputera i podaj w tym kodzie 

następujące polecenie: wszystkie dane o Korpusie 
Moralności.

background image

- Ja to zrobię - sapnął Inskipp. - Agent di Griz 

nie jest wtajemniczony.

Wszyscy mu się przyglądali, gdy uruchamiał 

komputer, (a ja przez grzeczność nie protestowałem). 
Wyjął z kieszeni taśmę z szyfrem, podłączył ją i 
wypisał polecenie.

- Kto pyta? - zachrypiał głośnik.
- Ja, Inskipp, szef Korpusu Specjalnego.
- Korpus Moralności jest tajną siłą Ligi o 

bezwzględnym pierwszeństwie. Jego rozkazy muszą 
być wykonywane natychmiast. Aktualnie jego szefem 
jest Jay Hovah.

- Jestem Jay Hovah - oznajmił nowo przybyły. - I 

powtarzam: zakazane jest wysyłanie najeźdźców do 
innego wszechświata.

- Dlaczego? - spytałem. - Nie masz nic przeciwko 

temu, żeby ich powystrzelać, powywieszać, zgwałcić, 
jeśli komuś z nas przyjdzie ochota, nie?

- Walka w obronie własnej nie jest niemoralna. 

To jest obrona czyjegoś domu, bliskich i samych 
obrońców.

- Skoro nie masz nic przeciwko temu, aby do 

nich strzelać, to co ci przeszkadza wysłanie ich gdzie 

background image

indziej? Nie będzie ich to bolało nawet w połowie tak 
jak przy strzelaniu.

- Ich w ogóle nie będzie bolało, ale wysyłając tę 

gigantyczną flotę wojenną do świata, w którym dotąd 
nie istniała, stajesz się odpowiedzialny za wszystkich 
ludzi, którzy mieszkają tam i... zginą. Trzeba znaleźć 
sposób, aby wyeliminować obcych, nie skazując 
nikogo niepotrzebnie na uśmiercenie.

- Nie zatrzymasz nas - zapomniał się któryś z ad-

mirałów.

- Mogę to zrobić. Powiedziane jest w Konstytucji 

Ligi Zjednoczonych Planet, że żadne niemoralne 
akcje nie będą podejmowane przez planety 
członkowskie. W aneksie podpisanym przez członków 
założycieli Ligi znajdziecie decyzję powołania 
Korpusu Moralności, do którego zadań należy 
ustalenie, co jest, a co nie jest moralne. Jesteśmy w tej 
kwestii zgodni i jeśli mówimy „nie", to musicie 
znaleźć sobie inny plan.

Podczas tej przerwy w mojej głowie kręciły się 

wszystkie możliwe kółka i gdy skończył, miałem już 
wygrywający numer.

- Skończ z pierdołami - oznajmiłem, po czym 

background image

wrzasnąłem to samo jeszcze raz i w końcu zostałem 
usłyszany. - Mamy nowy plan. Powiadasz, że 
niemoralne jest posłanie ich do równoległego 
wszechświata, w którym mogliby zabijać ludzi, tak?

- Zbrutalizowane, ale masz rację.
- A wiec, nie powinno cię obchodzić wysłanie ich 

do równoległego świata, w którym nie ma ludzi, 
prawda?

Szczęka mu opadła, zamknął ją z trzaskiem, po 

czym powtórzył parę razy ten zabieg i zmarszczył się. 
Uśmiechnąłem się szeroko i zapaliłem cygaro. 
Admirałowie - niezbyt lotni umysłowo - inaczej nie 
wstąpiliby do wojska, zaczęli mamrotać między sobą.

- Muszę przeprowadzić konsultację - oznajmił w 

końcu.

- Proszę uprzejmie, tylko się pośpiesz.
Posłał mi krzywe spojrzenie, ale wyciągnął z 

kieszeni jakieś złote pudełko i poszeptał z nim trochę, 
by po chwili skinąć głową.

- Nie jest niemoralne przesłanie obcych do 

świata, w którym nie ma ludzi. Powiedziałem.

- Co tu się dzieje? - spytał jeden z ogłupiałych 

oficerów.

background image

- Proste: są miliardy, a prawdopodobnie nieskoń-

czoność światów równoległych - oświeciłem go. - Po-
między nimi muszą istnieć takie, w których homo 
sapiens nigdy nie istniał. Może nawet istnieć taki, w 
którym żyją wyłącznie obcy, gdzie powitają naszych 
wrogów z otwartymi ramionami, czy jak to się tam u 
nich anatomicznie nazywa.

- Właśnie zgłosiłeś się na ochotnika, żeby któryś 

znaleźć - zarządził Inskipp. - Ruszaj się, di Griz, i 
znajdź coś porządnego.

- Nie pojedzie sam - wtrącił się Jay Hovah. - 

Obserwujemy tego agenta od dawna, gdyż jest on 
najniemoralniejszym osobnikiem w całym Korpusie 
Specjalnym.

- Nader miło mi to słyszeć - stwierdziłem z dumą.
- Dlatego też jego słowo nie jest dla nas 

dowodem. W poszukiwaniach będzie mu towarzyszył 
jeden z naszych agentów.

- Dobra, tylko nie zapominaj, że jest wojna i nie 

chcę, żeby któryś z twoich płaczliwych i mruczących 
hymny maminsynków wisiał mi na plecach.

Jay znowu poszeptał z pudełkiem.
Nie odezwałem się, gdy agent wszedł. Jeśli brać 

background image

długość koszuli za oznakę stażu, to miał niewielki, a 
raczej miała. Jej okrycie ukazywało nader 
interesujące krągłości, które w połączeniu ze 
złocistymi lokami i błyszczącymi oczami stanowiło 
bardzo atrakcyjną całość.

- To agent Incuba, która będzie ci towarzyszyć - 

oznajmił Jay.

- Cóż, wycofuję zastrzeżenia. Wygląda na 

zdolnego oficera.

- Naprawdę? - rozległo się nad stołem, tyle że 

tym razem głos był żeński i doskonale mi znany. - 
Jeśli sadzisz, że będziesz się szlajał po świecie z tą 
małpą, Jamesie di Griz, to się grubo mylisz. Lepiej 
zamów trzy bilety!

19
- I to ma być tajna narada? - zawył Inskipp. - 

Twoja żona jest na podsłuchu, Jamesie di Griz!!!

- Wygląda, jakby była - zgodziłem się. - Propono-

wałbym, żebyś sprawdził zabezpieczenia, ale będziesz 
musiał zrobić to osobiście, bo jak wiesz, ja mam 
trochę roboty gdzie indziej. Wkrótce otrzymacie mój 
raport, panowie.

Wyszedłem, mając o parę kroków z tyłu Incubę. 

background image

Angelina czekała na nas w korytarzu z płonącymi 
oczami i postawą wyrażającą gotowość na wszystko. 
Ledwie na mnie spojrzała, koncentrując się na 
Incubie.

- Zamierzasz latać w tej nocnej koszuli cały czas? 

- spytała z ciepłem w głosie zbliżonym do zera 
absolutnego.

Zapytana przyjrzała się jej z kamiennym 

wyrazem twarzy, po czym nozdrza jej się lekko 
rozszerzyły, jakby doleciał ją nader niemiły odór.

- Prawdopodobnie nie, ale cokolwiek bym 

włożyła, będzie to z pewnością ponętniejsze od tego, 
co ty masz na sobie.

Zanim nastąpiła eskalacja wrogości, wypuściłem 

granat dymny. Był to skuteczny sposób, aby zwrócić 
na siebie ich uwagę.

- Mamy pół godziny na przygotowanie - 

powiedziałem szybko. - Jestem w laboratorium z 
profesorem Coypu. Jeśli któraś nie przyjdzie na czas, 
lecimy bez niej.

Angelina była gotowa od razu; wczepiła się w 

moje ramię i posykiwała mi do ucha:

- Jedna próba, jedno spojrzenie czy dotknięcie i 

background image

jesteś trupem, stary świntuchu - po czym, dla dodania 
wagi swojej wypowiedzi, ugryzła mnie w ucho.

- A co z zasadą „niewinny do czasu 

udowodnienia winy"? - jęknąłem masując małżowinę. 
- Kocham tylko ciebie i wiesz o tym. A teraz 
skończmy te nonsensy i złapmy Coypu.

Nie było to takie trudne.
- Masz tylko jedną możliwość - poinformował 

mnie, gdy wprowadziłem go w zagadnienie.

- Że co? Mówiłeś o nieskończonej liczbie 

światów!

- Owszem, tyle ich jest, ale dla czegoś tak dużego 

jak pancernik, istnieje możliwość przejścia tylko do 
sześciu. Energia wymagana do przejścia do innych 
umożliwia otwarcie ekranu o średnicy dwóch jardów. 
Przez taką dziurę niewielu obcych tam wypchniesz.

- No to już zawsze jest coś. Dlaczego 

powiedziałeś, że tylko jeden?

- Bo w pozostałych pięciu to laboratorium 

istnieje i miałem okazję obserwować w nim siebie i 
innych. W szóstym ekran wychodzi w kosmos.

- Ten więc musimy sprawdzić - rozległ się z tyłu 

złocisty głos; Incubę weszła do laboratorium.

background image

Ubrana była w obcisły kombinezon, którego 

wolałem dokładnie nie oglądać, jako że Angelina była 
tuż za mną.

Odwróciłem się do Coypu i zawiesiłem wzrok na 

profesorze. Było to mniej przyjemne, ale 
bezpieczniejsze.

- Musimy więc spróbować szóstego - 

oświadczyłem.

- Tak też sądziłem. Na zewnątrz mam gotowy 

ekran o średnicy stu jardów. Sądzę, że zwiadowca 
powinien się zmieścić.

- Wspaniale. Klasa Lancer ma nawet mniejszą 

średnicę.

Wszystkie sprawdziany gotowości robiłem mając 

Angelinę u swego boku. Incuba jak dotąd nie 
pojawiła się w sterowni, co znacznie ułatwiało życie.

- Lećcie kursem cztery sześć - oznajmił głos 

Coypu w słuchawkach. - Zobaczycie pierścień latarń: 
to jest brama. Proponuję też, żebyście dokładnie 
oznaczyli pozycję po przejściu, najlepiej zostawcie 
tam nadajnik.

- Serdeczne dzięki za radę. Może kiedyś 

będziemy chcieli wrócić.

background image

Przejście odbyło się bez problemów. Z tej strony 

pole wyglądało jak czarne koło na tle mroków 
kosmosu.

- Pozycja zanotowana, nadajnik na miejscu - 

zameldowała Angelina.

- Jesteś wspaniała. Jakieś pięćdziesiąt lat 

świetlnych stąd, jeśli wierzyć tej skrzynce - 
wskazałem na komputer - jest miłe małe słoneczko 
klasy G-2, a radio twierdzi, że pół wieku temu jego 
okolice były bardzo rozmowne.

- No to na co czekamy? I jeszcze raz cię 

ostrzegam: trzymaj się z daleka od tego 
umoralnionego kurczaka!

- Nie ma obaw! Jestem zbyt zajęty ponownym 

ocaleniem galaktyki!!!

20
Incuba dołączyła do nas, gdy wyszliśmy z 

nadprzestrzeni.

- Zdaje mi się, że są tu dwie zamieszkane 

planety? - spytała.

- Tak twierdzi ten elektroniczny oszust. 

Sprawdzimy najbliższą.

Zbliżyliśmy się do niej bez straty czasu i 

background image

weszliśmy w atmosferę. Błękitne niebo, białe obłoczki, 
jednym słowem całkiem przyjemne miejsce. Radio 
wyło jakimiś kretyńskimi melodyjkami i 
przypadkowym zlepkiem dźwięków nie znanego mi i 
całkiem niezrozumiałego języka. Powierzchnia 
planety zaś zbliżała się coraz bardziej.

- Domy - oznajmiła nieszczęśliwa Angelina. - I 

pola. Zupełnie jak w domu.

- Niezupełnie - skorygowałem jej stwierdzenie, 

zmieniając powiększenie.

- Ślicznie! - westchnęła. I miała rację.
Coś o paru tuzinach odnóży ciągnęło pług, 

którym kierował mniej okazały, lecz równie 
odrażający stwór. Oba mogłyby uścisnąć macki z 
naszymi wrogami.

- Obcy wszechświat! - ucieszyłem się. - Mogą tu 

przylecieć. Będą ich oczekiwać kumple i szczęśliwa 
przyszłość. Wracamy z dobrymi nowinami.

- Sprawdźmy tę drugą planetę - wtrąciła się 

Incuba. - Z tego co wiemy, mogą tu żyć także ludzie.

Angelina spojrzała na nią jak na karalucha, a ja 

westchnąłem:

- Pewnie, tylko żebyś tego nie powiedziała w złą 

background image

godzinę.

Wykrakała. Następna planeta zamieszkana była 

przez najbardziej człekopodobnych ludzi, jakich 
widziałem.

- Może są obcy wewnętrznie? - zaryzykowałem 

nieśmiało.

- Możemy paru rozpruć i sprawdzić - 

oświadczyła poważnie Angelina.

- Rozpruwanie obcych stworzeń, tak ludzkich jak 

i jakichkolwiek innych, jest zakazane przez Korpus 
Moralności... - resztę jej wypowiedzi przerwała nagła 
aktywność radia, warczącego coś niezbyt zrozumiale. 
Jednocześnie cała masa czujników rozbłysła radośnie. 
Podszedłem do ekranu i natychmiast się cofnąłem.

- Mamy towarzystwo! - oznajmiłem. - Zrywamy 

się?

- Nie robiłabym niczego w pośpiechu - 

oświadczyła z namysłem Angelina.

Miała sporo racji, gdyż w naszym pobliżu 

znajdował się niezbyt przyjemnie wyglądający okręt 
wojenny czarnej barwy z działami raczej 
nieprzypadkowo skierowanymi w nasza stronę.

- Myślę, że trzeba z nimi pogadać - oznajmiłem 

background image

wstając. - Pilnujcie gospodarstwa, dopóki nie wrócę.

- Idę z tobą - oświadczyła Angelina stanowczo.
- Nie tym razem, światło mego żywota. I jest to 

rozkaz. Jeśli nie wrócę, to postaraj się przekazać 
nasze spostrzeżenia.

Tym treściwym zdaniem zakończyłem dyskusję, 

wymykajać się do śluzy i wylatując w przestrzeń. W 
kadłubie okrętu otworzył się właz, toteż skierowałem 
się ku niemu. Nastrój poprawił mi się na widok 
komitetu powitalnego złożonego w całości z ludzi: 
dość twardych, sądząc po gębach, typów 
wystrojonych w czarne uniformy.

- Kny piclin stimfbc! - wrzasnął do mnie ten z 

największą liczbą złotych odznak.

- Pewien jestem, że to wspaniały język, ale ni 

cholery go nie rozumiem - odparłem uprzejmie.

Posłuchał, po czym warknął coś i jeden z obstawy 

kopnął się do wnętrza, wracając po chwili z metalową 
skrzynką połączoną drutami z nieprzyjemnie 
wyglądającym hełmem. Odsunąłem się od tego, ale 
jeszcze mniej przyjemnie wyglądająca broń 
zatrzymała mnie na miejscu lekkim puknięciem w 
żebra. Wsadzili mi ten garnek na głowę, pokręcili coś 

background image

przy pudełku i ozdobiony złotem osobnik zagadał 
powtórnie:

- Rozumiesz mnie w końcu, natręcie?!
- I owszem, a poza tym nie ma najmniejszej 

potrzeby mnie obrażać. Przebyłem daleką drogę i nie 
mam ochoty wysłuchiwać obelg od byle pajaca.

Wyszczerzyłem zęby, tak że zacząłem się obawiać 

o swoje gardło. Reszta obecnych zaś zawrzała z 
oburzenia.

- Wiesz, kim jestem!? - ryknął.
- Nie, i nic mnie to nie obchodzi, bo ty też nie 

wiesz, kim ja jestem. Masz zaszczyt spotkać 
pierwszego ambasadora z sąsiedniego wszechświata. 
Możesz mi uścisnąć dłoń.

- On mówi prawdę - oświadczył jeden z 

pozostałych, obserwując jakiś instrument.

- Cóż, to zmienia postać rzeczy - oficer uspokoił 

się dość wyraźnie. - Nie możesz znać przepisów 
kwarantanny. Nazywam się Kongg. Chodź na drinka 
i powiedz mi, co tu robisz.

Alkohol był niezły, a całe audytorium 

zafascynowane moją opowieścią. Zanim skończyłem, 
posłali kuter po damy, tak że reszta opowieści 

background image

popłynęła już w pełnym gronie.

- Powodzenia - oświadczył Kongg unosząc 

kielich. - Nie zazdroszczę ci zajęcia. Jak widzisz, nasz 
problem z obcymi rozwiązaliśmy i ostatnią rzeczą, 
jakiej nam potrzeba, to nowa inwazja. Nasza wojna 
skończyła się jakieś tysiąc lat temu. Roznieśliśmy ich 
pancerniki, a teraz pilnujemy, żeby trzymali się 
swoich planet. Są gotowi rzucić się nam do gardeł 
przy lada okazji, dlatego też wykonujemy od czasu do 
czasu takie patrole jak ten.

- Musimy wrócić i zameldować, że niemoralnie 

byłoby wysyłać tu obcych - oznajmiła Incuba.

- Możemy wam pożyczyć parę pancerników, ale 

niewiele ich zostało.

- Zamelduję o twojej propozycji i dzięki, ale 

obawiam się, że potrzebujemy czegoś bardziej 
drastycznego. Dzięki za gościnę, musimy już lecieć. 
Mamy niewiele czasu.

- Mam nadzieję, że im dołożycie. Potrafią być 

bardzo kłopotliwi.

Na statek wróciliśmy w nie najlepszych 

nastrojach i wzięliśmy kurs na pole. Tutejszy alkohol 
musiał mieć dość dziwne właściwości albo też moje 

background image

szare komórki robiły nadgodziny. W każdym razie 
wpadłem na dość ciekawą myśl.

- Mam! -wrzasnąłem z radością. -Mam 

odpowiedź na nasze problemy!

Wpadliśmy do naszego świata i zacumowaliśmy 

przy najbliższej śluzie. Ruszyłem biegiem z 
dziewczętami depczącymi mi po piętach i akurat w 
chwili, gdy całe towarzystwo zebrało się już w 
komplecie wezwane sygnałem alarmowym, znalazłem 
się w sali obrad.

- Możemy ich tam wysłać? - spytał Inskipp.
- Nie da rady. Mają tam własne kłopoty.
- To co zrobimy? - jęknął jeden z admirałów.
- Wyślemy ich gdzie indziej - odparłem. - Coypu 

twierdzi, że to możliwe i pracuje właśnie nad 
projektem.

- Gdzie? - Inskipp domagał się wyjaśnień.
- Używaliśmy już podróży w czasie. Wyślemy ich 

tam.

- W przeszłość?
- Nie, czekaliby na nas i ledwie byśmy powstali, 

zniszczyliby nas. Wyślemy ich w przyszłość.

- Zdurniałeś, di Griz? Co to da?

background image

- Słuchaj, wyślemy ich sto lat w przyszłość, a gdy 

będą w drodze, zapędzimy najlepsze umysły 
galaktyki, aby znalazły na nich sposób. Sto lat 
powinno wystarczyć, żeby coś wymyślić, a za sto lat 
będziemy na nich czekać. Gdy się pojawią, dostaną to, 
na co zasługują, i po sprawie.

- Cudownie - ucieszyła się Angelina. - Mój mąż to 

geniusz. Zabieramy się do roboty.

- TO ZABRONIONE - oznajmił głęboki głos 

znad stołu.

21
Absolutna cisza, która nastąpiła po tym 

zaskakującym oświadczeniu trwała parę sekund, po 
czym została drastycznie przerwana przez Inskippa: 
mój szef wyciągnął spluwę i zaczął dziurawić sufit.

- Tajne zebranie! Najwyższe bezpieczeństwo! 

Dlaczego nie transmitujemy tego w telewizji? - Miał 
pianę na ustach.

Wszelkie wysiłki pragnących go uspokoić 

podstarzałych admirałów, spełzły na niczym. 
Przewróciłem więc na niego stół, a to celem 
rozbrojenia. Przy okazji lekko oberwał, toteż w końcu 
opadł na krzesło z dość tępym wyrazem twarzy.

background image

- Kto to powiedział?! - wrzasnąłem.
- Ja - przy akompaniamencie głośnego puknięcia 

ponad stołem pojawiła się jakaś męska postać. Facet 
opadł na blat, po czym zeskoczył zręcznie na podłogę.

- Zaiste, jako rzekłem, czcigodni waszmościowie. 

Ja, Ga Binetto.

Był dość oryginalny, trzeba przyznać: w 

obszernym jedwabnym stroju, wysokich butach i 
olbrzymim kapeluszu z jeszcze większym piórem. 
Prawą dłoń oparł na gardzie szpady, lewą dłonią 
podkręcał wąsy.

Ponieważ Inskipp był na etapie pomrukiwania 

do siebie, honory gospodarza spadły na mnie.

- Nie interesuje nas, jak... Jak się nazywasz?
- Moje imię brzmi Ga Binetto.
- Co cię upoważnia do włażenia z butami na 

tajną naradę?

- Nie ma sekretów przed Policją Czasu.
- Policja Czasu? - to było coś nowego. - Z 

przeszłości? Ten wniosek zaskoczył mnie samego.

- Ależ skąd! Dlaczegóż to wpadliście na ów 

pomysł?

- Dlategóż to, że ten język wyszedł z mody 

background image

trzydzieści dwa tysiące lat temu.

Posłał mi niezbyt życzliwe spojrzenie i 

pomajstrował coś przy rękojeści szpady.

- Nie bądź taki ważny - warknął. - Spróbuj 

skakać w tę i nazad po różnych epokach, ucząc się 
kretyńskich dialektów, to nie będzie ci się wydawało...

- Możemy wrócić do tego tematu innym razem 

przerwałem mu. - Jesteś Gliniarzem Czasu. Nie z 
przeszłości, to znaczy, że z przyszłości. Zgadza się? 
Skiń głową, jeśli nie wolno ci mówić. - Usłuchał. - 
Wspaniale. Powiedz nam więc, dlaczego nie możemy 
wysłać obcych te marne sto lat naprzód?

- Dlatego, że jest to zakazane.
- Już to mówiłeś, podaj jakieś sensowne powody.
- Nie muszę - odparł nieuprzejmie. - Mogliśmy tu 

wysłać małą bombkę zamiast mnie, więc proszę się 
nie stawiać.

- On ma rację - wtrącił jeden z admirałów. - 

Witamy w naszych czasach, zacny podróżniku. Jeśli 
byłbyś tak uprzejmy, to powiedz, co mamy robić?

- Tak już lepiej. Szacunek tam gdzie się należy. 

Wszystko, co powinniście wiedzieć to to, że robotą 
Policji Czasu jest pilnowanie porządku w tymże 

background image

czasie. Pilnujemy, aby nie zdarzały się paradoksy i 
inne nadużycia podróży w czasie, takie jak wasz plan. 
Coś takiego najprawdopodobniej naruszyłoby 
strukturę czasu. Dlatego jest zakazane.

Odpowiedzią była pełna przygnębienia cisza. Ja 

tymczasem myślałem gorączkowo.

- Powiedz mi, Ga Binetto - spytałem w końcu - 

jesteś człowiekiem czy obcym w przebraniu?

- Jestem takim samym człowiekiem jak ty - 

odparł zdenerwowany. - Może nawet lepszym.

- Ślicznie. Skoro jesteś człowiekiem z przyszłości, 

to znaczy, że obcym nie udało się zniszczyć ludzkości. 
Zgadza się?

- Zgadza się.
- To jak wygraliśmy tę wojnę?
- Wygraliśmy dzięki... - przerwał i spąsowiał. - 

Ta informacja jest zastrzeżona. Sam sobie odpowiedz 
na to pytanie.

- Nie opowiadaj pierdoł - warknął Inskipp, 

odzyskawszy najwyraźniej dar mowy. - 
Uniemożliwiłeś nam realizację jedynego planu, 
mogącego uratować ludzkość. Zgoda, zaniechamy go, 
jeżeli nam powiesz, co innego możemy zrobić.

background image

- Nie wolno mi tego powiedzieć.
- Nie możesz chociaż naprowadzić nas na trop? - 

zaproponowałem.

Pomyślał przez chwilę i uśmiechnął się. Ten 

uśmieszek wcale, ale to wcale mi się nie podobał.

- Rozwiązanie powinno być oczywiste dla kogoś o 

twojej inteligencji, di Griz. Mieści się w całości w 
umyśle - podskoczył, strzelił obcasami i zniknął.

- Co on chciał przez to powiedzieć? - Inskipp aż 

się zmarszczył z wysiłku.

Właśnie, co? Powiedział to do mnie i ja 

powinienem to wiedzieć. Początek był po to, aby mnie 
ogłupić, ale to „w całości w umyśle"... Moim? Czyim? 
Jaki to pomysł, na który dotąd nie wpadliśmy? Nie 
miałem bladego pojęcia.

Incuba wpatrywała się tępo w przestrzeń, bez 

wątpienia rozważała jakieś głęboko moralne 
zagadnienie. Natomiast Angelina uśmiechnęła się 
nagle. Gdy zobaczyła, że na nią patrzę, uśmiech stał 
się momentalnie szerszy, po czym mrugnęła. 
Uniosłem brwi, a ona skinęła leciutko głową. Jeśli 
właściwie zrozumiałem tę niemą konwersację, to 
najwyraźniej znalazła rozwiązanie. Skoro tak, to nie 

background image

musiałem się wysilać. I tak wszystko zostawało w 
rodzinie.

- Skoro wiesz, to powiedz - nachyliłem się ku niej. 

- Nie czas teraz na zabawy.

- Dorastasz jak widzę - mruknęła, po czym 

podniosła głos: - Panowie, odpowiedź jest oczywista.

- Nie dla mnie - warknął Inskipp.
- „W całości w umyśle", powiedział, a to po 

prostu oznacza kontrolę umysłu.

- Szarzy! - wrzasnąłem.
- Nadal nie... - zaczął Inskipp.
- Bo masz przed oczami fizyczną bitwę - poinfor-

mowałem go. - To, co powiedział ten przebieraniec, 
faktycznie oznacza całkowite zakończenie wojny.

- Jak?
- Poprzez zmuszenie ich do zmiany zapatrywań. 

Przez nauczenie ich, że ludzi należy kochać i że trzeba 
zakończyć tę bezsensowną rąbaninę. Zapewniam cię, 
że specjaliści z Kekkonshiki są w stanie przekonać 
cię, że mnie kochasz, uwierzysz w to i gotów będziesz 
założyć się o głowę, że sam na to wpadłeś, i jest to 
sama święta prawda. Powiedzieli mi, że w ten właśnie 
sposób wywołali tę wojnę. Niech ją teraz zakończą. 

background image

Piąta kolumna zadziała wreszcie we właściwy sposób.

- Jak niby mają to zrobić? - zaciekawił się któryś 

z obecnych.

- Detale potem - i tak nie miałem o tym zielonego 

pojęcia. - Potrzebny mi krążownik z pełną obsadą i 
wzmocnionym oddziałem abordażowym. Lecę 
przygotować zwycięstwo.

- Nie jestem tego taka pewna - odezwała się 

Incuba. - Manipulacja ludzkim umysłem jest 
poważnym zagadnieniem i ma rozliczne aspekty 
moralne...

Ciągu dalszego nie było, gdyż osunęła się miękko 

na podłogę.

- Zemdlała, biedactwo - oznajmiła Angelina. - Te 

wszystkie stresy... Zabiorę ją do pokoju.

Zemdlała! Widziałem już przedtem moją ślubną 

w akcji, i znałem jej możliwości. Zemdlała zresztą czy 
nie, głupio byłoby tracić uzyskany w ten sposób czas.

- Krążownik do śluzy i to natychmiast! - 

zarządziłem.

- Zgadza się - potwierdził Inskipp, równie jak ja 

świadomy, co się wydarzyło i równie mocno pragnący 
wykorzystać niedyspozycję obserwatora Korpusu 

background image

Moralności.

Podróż była tyle błyskawiczna, co cicha. Na 

wszelki wypadek zarządziłem ciszę radiową i 
wysłałem psimana na urlop. Dzięki temu osiągnęliśmy 
lodowy świat bez przeszkód.

Teraz nadszedł czas aktywności.
- Przerwać ciszę radiową i złapać oddział 

desantowy - zarządziłem.

- Są na linii, tyle że nie wylądowali.
- Co tu się porobiło?
- Dowódca na łączu, sir.
Na ekranie pojawił się oficer z obandażowaną 

głową; na widok wszystkich tych świecidełek, które 
miałem na sobie, stanął momentalnie na baczność.

- Oni uparli się, żeby walczyć - zameldował. - 

Dostałem rozkaz: „uporządkować tę planetę", a nie 
„wystrzelać tubylców", toteż wycofałem się po 
zniszczeniu ich floty.

- Wiedzą, że nie mogą wygrać!
- Pan to wie i ja to wiem. Proszę tylko jeszcze 

powiedzieć to tym durniom.

Powinienem był się tego spodziewać! Ta banda 

cymbałów wybrała śmierć zamiast poddania się. 

background image

Niewykluczone zresztą, że nawet nie znali tego 
pojęcia. Była tylko jedna osoba tam w dole, o ile 
jeszcze żyła rzecz jasna, która mogła coś w tej kwestii 
zaradzić.

- Proszę pozostać na orbicie i czekać na rozkazy. 

Usłyszycie je, gdy przyjdzie pora na desant.

Wydałem odpowiednie polecenia i zabrałem 

potencjalnie przydatne wyposażenie. Wbity w 
kombinezon ruszyłem w dół. Grawitator opuścił mnie 
łagodnie na znajomy dach. Było tu jak zwykle zimno i 
nieprzyjemnie, ale pocieszała mnie myśl, że po raz 
ostatni mam wątpliwą przyjemność oglądania tego 
świata.

W zasadzie powinienem wylądować na podwórzu 

z plutonem wsparcia i baterią ciężkiej artylerii, ale 
stwierdziłem, że cichy kontakt za Hanasu będzie 
korzystniejszy. Ponieważ było już porządnie ciemno, 
nie powinno być z tym większych problemów. 
Otworzyłem drzwi i po wielu trudach udało mi się 
przez nie przecisnąć wraz z kombinezonem. 
Ruszyłem potem znajomą trasą z mocnym 
przekonaniem, że to faktycznie ostatni raz.

- Jesteś nieprzyjacielem i musisz zginąć - 

background image

oznajmił mi bezbarwnym głosem jakiś malec rzucając 
się energicznie w moją stronę.

Odskoczyłem, a on wykopyrtnał się, zmieniając 

się w doskonały cel. Igła wbiła się w pewną wypukłość 
poniżej pleców i już było po sprawie. Wziąłem go pod 
pachę i ruszyłem dalej tak cicho, jak tylko umiałem.

Gdy dotarłem do drzwi gabinetu Hanasu, 

miałem czterech pasażerów na gapę i zaczynałem się 
obawiać, czy nie skończy się to przepukliną.

Gospodarz podniósł głowę znad biurka i tym 

razem prawie udało mu się uśmiechnąć.

- Wszystko odbyło się tak, jak planowałeś"- 

powiedział. - Wiadomość dotarła do celu i udało ci się 
uciec.

- Owszem, a teraz wróciłem, razem z paroma 

malcami, którzy niezbyt się ucieszyli na mój widok.

- Słuchali komunikatów Kome i nie bardzo 

wiedzą, komu wierzyć. Są wytrąceni z równowagi.

- Chwilowo są uspokojeni, czekaj, niech ich 

wreszcie gdzieś poukładam.

- Użyję axion feeds. Nie będą nic pamiętać.
- Nie tym razem. Będą spali wystarczająco długo, 

żeby nam nie przeszkadzać. Powiedz mi najpierw, co 

background image

tu się działo, jak mnie nie było?

- Zamieszanie. W Filozofii Moralnej nie ma 

słowa o tym, jak postępować w takich przypadkach, 
dlatego też, gdy Kome zarządził walkę do śmierci, 
posłuchali go automatycznie. Takie stanowisko jest 
tutaj w stanie zrozumieć dokładnie każdy, a ja nie 
miałem żadnej możliwości, aby mu się sprzeciwić, 
toteż niczego nie robiłem. Czekałem na rozwój 
wypadków.

- Przezorne postępowanie. Ale teraz ja tu jestem i 

istnieje parę istotnych drobiazgów, które możesz dla 
mnie załatwić.

- Co na przykład?
- Przekonać swoich, aby ponownie udali się do 

obcych i zajęli się kontrolowaniem ich posunięć.

- Nie rozumiem. Chcesz, aby ponownie 

zagrzewali ich do walki?

- Dokładnie odwrotnie. Chcę, by ich do niej 

zniechęcali.

- Możesz mi to wyjaśnić? Nic nie rozumiem.
- Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie. Czy 

generator synoptyczny może być użyty w stosunku do 
obcych? Czy może ich przekonać, że w gruncie rzeczy 

background image

nie jesteśmy tacy obrzydliwi? Mamy wilgotne oczy i 
pocimy się całkiem obficie. Czy to da się zrobić?

- Z łatwością. Musisz zrozumieć, że oni powstali z 

prymitywnych kultur i łatwo jest nimi sterować. Gdy 
zaczęliśmy działać wśród nich, byli nastawieni do 
ludzi neutralnie. Wobec tego przywódcy zostali 
wyszkoleni tak, aby nas nienawidzić, potem dzięki 
propagandzie przekonali resztę. Zajęło to sporo 
czasu, ale wyniki były całkiem zadowalające.

- Czy ten proces można odwrócić?
- Tak myślę, ale jak zamierzasz skłonić moich 

rodaków, aby się na to zdecydowali?

- Po to właśnie przybyłem. Muszę się z tobą 

naradzić. Możemy to osiągnąć jedynie za pomocą tej 
waszej Filozofii Moralnej. Myliłem się, gdy 
powiedziałem ci, że wasza kultura ulegnie 
zniszczeniu. Tak naprawdę, jest ona potrzebna 
wszystkim ludziom, gdyż zawiera elementy istotne dla 
całej ludzkości. Czy jest w niej cokolwiek, co na-
kazywałoby wam zostać gwiezdnymi zdobywcami?

- Nie. Nauczyliśmy się nienawidzić tych, którzy 

nas opuścili, gdyż nie mogliśmy pozwolić sobie na 
wiarę w to, że wrócą, by nas uratować. Musieliśmy 

background image

ratować się sami. Początkiem i końcem jest 
przetrwanie, wszystko co działa przeciwko niemu, jest 
sprzeczne z Filozofią Moralną.

- W takim razie Kome i jego nawoływania do 

samobójczej walki są błędem! Jak na szarego był 
mocno wstrząśnięty.

- Oczywiście - stwierdził po dłuższej chwili. - 

Jego postępowanie jest sprzeczne z Mądrością. 
Trzeba o tym powiedzieć innym.

- Dobra, ale to jeszcze nie koniec. Posłuchaj i 

pomyśl o zasadach Filozofii. Przetrwaliście, jesteście 
lepsi niż reszta ludzkości. Nienawidzicie tych, którzy 
was opuścili, ale to było dawno. Ludzie żyjący dziś nie 
wiedzą nawet o tym zdarzeniu, a w żadnym wypadku 
nie są za nie odpowiedzialni. Dlatego też nienawiść 
wymierzona przeciwko nim jest bezsensowna. Idąc 
dalej: skoro wy jesteście lepsi i dojrzalsi niż reszta 
ludzi, to jesteście moralnie zobowiązani, by pomóc im 
przetrwać w razie zagrożenia. Jak to pasuje do zasad 
Filozofii Moralnej?

Hanasu wyglądał, jakby go piorun strzelił. Po 

chwili wolno skinął głową.

- Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Nigdy 

background image

dotąd nie odwoływano się do zasad Filozofii Moralnej 
w nowej i nieznanej sytuacji, bo nie było takich 
sytuacji. Teraz jest. Myliliśmy się i dopiero teraz 
widzę, jak dalece. Po prostu reagowaliśmy jak inni 
ludzie: pozwoliliśmy, aby kierowały nami emocje. 
Gdy wyjaśnię, że naruszyliśmy podstawowe zasady 
Filozofii Moralnej, wszyscy to zrozumieją. Ocalimy 
ludzi. Dzięki ci. Uratowałeś nas przed nami samymi. 
Wyrządziliśmy wiele zła, ale spróbujemy je naprawić. 
Idę do nich przemówić.

- Zaraz, zaraz! Najpierw trzeba się zabezpieczyć, 

żeby przypadkiem Kome nie zaczął najpierw strzelać. 
Jeśli go uspokoimy, sądzisz, że jesteś w stanie 
poprowadzić ludzi?

- Bez wątpienia. Gdy wyjawię im właściwą treść 

zasad, których uczyli się od najmłodszych lat, nikt nie 
będzie się sprzeciwiał.

Jakby na zamówienie, drzwi otworzyły się 

gwałtownie i wpadła przez nie cała banda tych 
właśnie najmłodszych, pod przewodnictwem jednego 
z nauczycieli, który wycelował wprost we mnie jakiś 
rozpylacz.

- Odłóż broń! - rozkazał. - Jeśli tego nie zrobisz, 

background image

zabiję cię!

22
Wypowiedź była spowodowana faktem, że mój 

pistolet mierzył prosto w nowo przybyłych. Refleks 
nadal miałem wyśmienity. Powoli podniosłem się z 
przysiadu i opuściłem broń. Nauczyciel mnie nie 
martwił, martwiła mnie cała masa różnorakich 
samopałów w nerwowych dłoniach towarzyszących 
mu dzieciaków.

- Co to ma znaczyć? - spytał Hanasu podchodząc 

do drzwi. - Opuścić broń! To rozkaz!

Chłopcy posłuchali go natychmiast: wiedzieli, kto 

tu żądzi. Z nauczycielem nie poszło tak łatwo.

- Kome powiedział...
- Kome tu nie ma, Kome się myli. Rozkazuję ci 

po raz ostatni: opuść broń! -- nauczyciel zawahał się i 
Hałasu rócił się do mnie: - Zastrzel go!

Oczywiście nie miałem nic przeciwko i gość 

rozciągnął się na podłodze z igłą w barku. Igła była 
nasączona środkiem nasennym, ale chłopcy o tym nie 
wiedzieli, i nie sądzę, żeby dla Hanasu stanowiło to 
jakąś różnicę.

- Daj mi broń - polecił najbliższemu. - I zwołaj 

background image

natychmiast zbiórkę całej szkoły.

Po kolei i bez wahania oddawali mu broń i 

znikali jeden po drugim.

Położyłem nauczyciela obok jego podopiecznych, 

Hanasu zaś, pogrążony w rozmyślaniach, zamknął 
drzwi.

- Zrobimy tak - oznajmił po chwili. - Wyjaśnię 

im wszystkim różnicę w kwestiach interpretacji 
Filozofii Moralnej. Dotąd mieli kłopoty ze 
zrozumieniem, o co w ogóle chodzi. Teraz problem 
mamy rozwiązany. Gdy zrozumieją, pojedziemy na 
kosmodrom. Tam jest Kome i jego poplecznicy. 
Wyjaśnię im to samo i przyłączą się do nas. Wtedy 
będziesz mógł kazać lądować swoim jednostkom i 
zabierzemy się za ciąg dalszy programu.

- Brzmi to nieźle. A co będzie, jeśli się nie 

zgodzą?

- Będą musieli, gdyż nie zgadzając się ze mną, nie 

popadliby w konflikt z Filozofią Moralną. Gdy tylko 
zrozumieją tę kwestię, z pewnością będą posłuszni; 
rzecz nie polega na wyborze, tylko na posłuszeństwie - 
sprawiał wrażenie pewnego siebie i mogłem jedynie 
mieć nadzieję, że wie, co robi.

background image

- Może powinienem iść z tobą? W razie gdyby 

były jakieś problemy...

- Poczekaj tutaj. Jakby co, to przyślę po ciebie.
Uparł się przy swoim, więc pozwoliłem mu iść. 

Przebywanie w towarzystwie nieprzytomnych 
tubylców wpływało dość deprymująco na moje 
samopoczucie, toteż włączyłem radio i 
poinformowałem oczekującą na orbicie kawalerię o 
dotychczasowym przebiegu wypadków. Słysząc 
pukanie do drzwi przerwałem połączenie.

- Chodź! - polecił mi obojętnie wyglądający 

nastolatek.

Hanasu czekał wraz z uczniami i kadrą przed 

budynkiem. - Udajemy się na kosmodrom - oznajmil - 
Będziemy tam przed świtem.

- Żadnych problemów?
- Skądże, mógłbym nawet powiedzieć, że 

odczuwają ulgę, gdyż przestał ich dręczyć problem 
interpretacji zasad Filozofii Moralnej. Moi ludzie są 
silni, ale siłę czerpią z posłuszeństwa. Teraz są 
silniejsi niż dotąd.

Hanasu kierował jedynym pojazdem w okolicy, 

toteż bytem zadowolony, mogąc trząść się obok niego. 

background image

Reszta kadry i uczniowe podążali na nartach. Fakt, że 
godzinę temu wszyscy smacznie spali, nie miał 
żadnego znaczenia; to tyle na temat dyscypliny.

Choć podróż była wolniejsza z uwagi na 

narciarzy (dzięki czemu trzęsło o wiele mniej), mimo 
to byłem szczęśliwy, gdy o świcie przybyliśmy pod 
bramę portu kosmicznego.

Z pobliskiego budynku wyszło dwóch 

strażników, spoglądając na całą procesję tak 
spokojnie, jakby całe to zgromadzenie było czymś 
całkiem normalnym i zdarzało się codziennie.

- Powiedz Kome, że chcę się z nim widzieć - 

polecił Hanasu jednemu ze strażników.

- Nikt nie ma pozwolenia na wejście, tak rozkazał 

Kome. Wszyscy wrogowie mają być zabici. W twoim 
wozie jest wróg. Zabij go.

- Czternasta zasada posłuszeństwa głosi, że każdy 

musi słuchać poleceń kogoś z Dziesięciu - głos Hanasu 
był lodowato autorytatywny. - Wydałem ci polecenie. 
Nie ma żadnej zasady, która głosi, że należy zabijać 
wrogów. Odsuń się!

Twarz strażnika przez mgnienie oka prawie 

wyrażała ślad emocji, po czym zamarła, a jej 

background image

właściciel zrobił dwa kroki w tył.

- Wchodźcie. Poinformuję Kome.
Uszeregowane w dwie równe kolumny siły 

inwazyjne przemierzyły teren kosmodromu. Obsługa 
dział przeciwlotniczych i wyrzutni rakiet 
obserwowała nas spokojnie, nie próbując nawet 
interweniować.

Hanasu zatrzymał wóz przed wejściem do 

budynku administracyjnego i zdążył wysiąść, gdy 
drzwi otworzyły się, ukazując Kome i tuzin innych, 
wszystkich z bronią w ręku. Na wszelki wypadek 
pozostałem w pojeździe udając, że wcale mnie tu nie 
ma.

Mróz musiał przytępić moje procesy myślowe, 

gdyż dopiero teraz dotarło do mnie, że jestem 
jedynym z całej wycieczki, który ma broń.

- Wracaj do szkoły, Hanasu, nie jesteś tu 

potrzebny! - oznajmił Kome.

Hanasu zignorował go całkowicie, podchodząc 

tak blisko, aż stanął z nim twarzą w twarz.

- Nakazuję wam odłożyć broń, gdyż to, co 

robicie, jest sprzeczne z zasadami Filozofii Moralnej - 
odezwał się tak głośno, że wszyscy wokół doskonale go 

background image

słyszeli. - Zgodnie z nimi musimy pomagać słabszym 
rasom. Nie wolno nam popełniać samobójstwa, 
walcząc z tymi, którzy nas przewyższają milion do 
jednego. Jeśli będziecie walczyć - zginiemy, a to jest 
sprzeczne ze wszystkim, czego naucza nas Filozofia 
Moralna. Musicie...

- Musisz się stąd wynieść! - zawołał Kome. - To ty 

złamałeś zasady. Odejdź lub zginiesz.

Uniósł broń mierząc do Hanasu. Na ten widok 

wysunąłem się z wozu.

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego - 

powiedziałem unosząc moją kieszonkową armatę.

- Sprowadziłeś tu obcego! - Kome nie panował 

nad głosem. - On zginie i ty też!

Przerwał, gdyż Hanasu zrobił krok do przodu i 

trzasnął go w zęby.

- Jesteś wyjęty spod prawa! - oświadczył przy 

wtórze zdumionego jęku wszystkich obecnych. - 
Złamałeś zasady! Jesteś skończony!

- Skończony? To ty jesteś skończony! - wrzasnął 

Kome z wściekłością.

Skoczyłem w bok, starając się dostać go na 

muszkę, ale Hanasu ciągle był między nami. Napiętą 

background image

ciszę przerwały serie z broni maszynowej.

Hanasu stał spokojnie, a sflaczały nagle Kome 

osunął się na ziemię. Wszyscy stojący za nim nacisnęli 
spusty w tym samym momencie. I to właściwie był 
koniec sprawy. Spokojny Hanasu wyjaśnił wszystkim 
obecnym nową interpretację prawa. Starali się 
zachować kamienne twarze, ale widać było na nich 
ulgę: życie znów oparte było na solidnych 
podstawach. Zwinięty trup Komę był jedynym 
powodem tego, że istniała kiedyś schizma, a sądząc z 
zachowania obecnych, nikt nie miał ochoty o tym 
pamiętać.

- Możecie lądować - rzuciłem do mikrofonu.
- Nie możemy. Nadeszły nowe rozkazy.
- Co?!!! - ryknąłem. - Ściągaj te pudła z orbity i 

to Inatychmiast, albo każę cię postawić pod mur.

- Nie mogę. Za trzy minuty wyląduje statek 

zwiadowy. - Połączenie przerwano i mogłem tylko 
czekać. Coraz więcej mężczyzn przyłączało się do 
słuchających. W zasadzie wszystko było w porządku, 
tyle że sytuacja znowu wymykała mi się z rąk. W 
końcu kuter zwiadowczy przebił chmury i osiadł na 
płycie lądowiska. Na trapie pojawiła się dziwnie 

background image

znajoma postać; zupełnie wiedzieć czemu, dłoń sama 
powędrowała mi do kabury; Ledwie ją 
powstrzymałem. Ty! - warknąłem.

Tak, ja, i to na czas, aby przeszkodzić w 

naruszaniu moralności.

Rzecz jasna, był to Jay Hovah, szef Korpusu 

Moralności, a ja, niestety, wiedziałem, czemu 
zawdzięczam przyjemność ponownego spotkania.

- Nikt cię tu nie potrzebuje, a poza tym nie jesteś 

ubrany odpowiednio do pogody. Proponuję, abyś 
wrócił na statek.

- Moralność jest ważniejsza - odparł drżącym 

głosem. Nikt nie poinformował go o tutejszym 
klimacie, toteż ubrany był w swoją służbową nocną 
koszulę.

- Próbowałam mu przemówić do rozsądku, ale 

nie chciał słuchać - rozległ się jeszcze bardziej 
znajomy głos i w luku ukazała się Angelina.

- Kochanie! - pocałunek przerwał nam 

oczywiście nasz zakładowy świętoszek.

- Rozumiem, że celem twojej wyprawy jest 

przekonanie tych ludzi, aby użyli techniki 
kontrolującej umysły obcych tak, abyśmy mogli 

background image

wygrać wojnę? Te techniki są niemoralne i nie mogą 
zostać użyte.

- Kto to jest? - spytał Hanasu lodowato.
- Ma na imię Jay - odparłem. - Jest szefem 

Korpusu Moralności. Pilnuje, żebyśmy nie robili 
rzeczy sprzecznych z naszą moralnością.

Hanasu zmierzył go spojrzeniem, które ja 

rezerwuję dla szczególnie obrzydliwego robactwa, po 
czym obrócił się do niego plecami i poinformował 
mnie:

- Obejrzałem go. Możesz go zabrać. Sprowadź 

statki, zaczynamy operację przeciw obcym.

- Nie sądzę, abyś mnie usłyszał - wykrztusił Jay 

dzwoniąc zębami. - Ta operacja jest zabroniona, ona 
jest niemoralna.

Hanasu obrócił się powoli wpatrując się weń 

arktycznym zgoła spojrzeniem.

- Nie opowiadaj mi o moralności. Jestem stróżem 

Filozofii Moralnej i interpretatorem prawa. To co 
zrobiliśmy, nakłaniając obcych do wojny, było złe, 
teraz użyjemy tych samych technik, aby zatrzymać to 
zło.

- Dwa przestępstwa nie dają dobrego uczynku. 

background image

To zabronione.

- Nie masz tu żadnej władzy i nie próbuj nas 

zatrzymać. Możesz jedynie kazać nas zabić, jeśli 
chcesz nas powstrzymać. Jeśli nie zostaniemy zabici, 
zrobimy to, co uważamy za moralne.

- Zostaniecie zatrzymani...
- Tylko poprzez śmierć. Jeśli nie możesz kazać 

nas zabić, to wynoś się i nie przeszkadzaj - odwrócił 
się i odszedł.

Jay chyba próbował coś powiedzieć, ale 

najwyraźniej miał z tym kłopoty. Poza tym zaczął 
sinieć. Skinąłem na dwóch najbliższych chłopców:

- Pomóżcie staruszkowi dostać się do statku. Jak 

się rozgrzeje, niech pomyśli nad starym problemem 
filozoficznym, który można określić: „trafiła kosa na 
kamień".

Nadal próbował coś rzec, ale młodzieńcy dali mu 

kuksańca, kierując na właściwą drogę i 
odtransportowali do wnętrza statku.

- I co teraz? - spytała Angelina.
- Szarzy mają zakończyć wojnę. Korpus 

Moralności w żaden sposób nie będzie w stanie 
uzasadnić zabicia ich, aby uniemożliwić to działanie, 

background image

którego celem jest uwolnienie nas. Przypuszczam, że 
nie będzie nawet w stanie umotywować nakazu 
nieudzielania im pomocy.

- Pewna jestem, że masz rację, a co dalej?
- Dalej? Jak to co? Ocalenie galaktyki. Ponowne.
- Oto mój skromny jak zawsze małżonek! - 

odparła i całując mnie głośno.

- Wygląda imponująco, nie sądzisz? - spytałem.
- Sądzę, że wygląda obrzydliwie - Angelina 

skrzywiła nos. - W dodatku śmierdzi.

- Innowacja pierwotnego modelu. Pamiętaj, że 

tam gdzie jedziemy, to co obrzydliwe, uznawane jest 
za piękne. Ogólnie rzecz biorąc miała rację: 
wyglądało obrzydliwie, co było bardzo, ale to bardzo 
korzystne. Staliśmy w sali odpraw krążownika 
oddelegowanego do misji. Przed nami rozciągało się 
pięćset solidnych (i opancerzonych) siedzeń 
ustawionych w rzędy, a na każdym rozwalało się, 
przykucnęło lub rozsiadło dość obrzydliwe 
stworzenie.

Większość z nich była przedstawicielami 

Geshtunken, ale były rozmaite też innowacje 
wzorowane na projekcie mojego dawnego 

background image

kombinezonu.

Co nie ucieszyłoby naszych gospodarzy, to fakt, 

że wewnątrz każdego stworzenia siedział 
trójwymiarowy i całkiem realny szary, a w każdy 
ogon czy odwłok wbudowany był generator 
synoptyczny.

Nasza pokojowa krucjata wchodziła w ostatnią 

fazę. Nie mogę powiedzieć, żeby łatwo poszło z jej 
organizacją. Korpus Moralności robił, co mógł, aby 
zapobiec praniu mózgów. Pierwszy raz byłem 
wdzięczny biurokracji. Musieli przepychać się przez 
nią, zanim mogli podjąć jakiekolwiek działanie, a w 
dodatku my ze swej strony też robiliśmy, co tylko się 
dało, żeby pogłębić panujący bałagan i zamieszanie: 
technicy zaginęli, ich ślady zaś rozpłynęły się w 
papierach; protestujący Coypu został wyrwany z 
łóżka w środku nocy i zanim zdołał naciągnąć 
spodnie, znalazł się w głębokiej przestrzeni; pewna 
wysoce zautomatyzowana planetoida przemysłowa 
wypadła z orbity opanowana przez naszych ludzi...

Równocześnie produkowano przebrania, a 

Hanasu przeprowadzał programowanie technik 
psychokontrolnych. Zdążyliśmy w ostatniej chwili, 

background image

odlatując parę godzin przed flotyllą, którą wysłał po 
nas Korpus Moralności. I tak polecieli za nami, ale na 
widok parunastu pancerników obcych sił okazali 
dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy.

- Jesteśmy w zasięgu łączności - oznajmiłem. - 

Wszyscy gotowi?

- Gotowi - odparło pięćset obojętnych głosów.
- A więc powodzenia! - Obróciłem się włączając 

ekran komunikatora. Angelina i para 
zrobotyzowanych pociech stali obok mnie.

Moja droga Sleepery Jeem wróciła! - wrzasnęło 

jakieś paskudztwo widoczne na ekranie.

- Nie znam pana - odburknąłem. - Ale musi 

chodzić panu o moją bliźniaczą siostrę. Jestem 
Sleepery Bolivar - uruchomiłem przycisk, dzięki 
któremu po policzku spłynęła mi wielka, oleista łza 
rozbijając się z pluskiem o pokład. – Słyszeliśmy o jej 
bohaterskiej śmierci i przybywamy, by ją pomścić. 
Witamy serdecznie - za gulgotało w głośniku. - Jestem 
SessPula, nowy dowódca zjednoczonych sił. Zaraz 
dajemy bal na waszą cześć. Przyłączcie się. 
Połączyliśmy okręty rękawem i udałem się do nich 
wraz z Angeliną. Musiałem się nieco odsunąć, aby 

background image

uniknąć sparszywiałego uścisku tego gada i zamiast 
mnie uściskał  podłogę.

- To Ann-geel, mój szef sztabu, a te roboty 

przyniosły napoje na dzisiejszy bankiet.

Przyjęcie rozkręciło się błyskawicznie. Coraz to 

nowi oficerowie przyłączali się do zabawy, aż zaczęło 
mnie zastanawiać, kto kieruje flotą. Prawdopodobnie 
nikt.

- Jak tam wojna? - spytałem.
- Strasznie! - jęknął Sess, wychylając flaszkę 

jakiegoś zielonkawego obrzydlistwa. - Uciekają przed 
nami, to fakt, ale nie chcą się bić. Morale upada, 
wojsko mruczy po kątach o powrocie do domu. Ale 
myślę, że musimy walczyć dalej.

- Pomoc jest w drodze! - krzyknąłem, klepiąc go 

w plecy, po czym wytarłem mackę starannie w obrus. 
- Mam na pokładzie kilku spragnionych krwi i zemsty 
ochotników. Oprócz tego, że są świetnymi 
żołnierzami, są też wspaniałymi nawigatorami i 
kucharzami.

- A dużo ich jest? - spytał z nadzieją.
- Cóż, wystarczy po jednym na pancernik. Każdy 

z nich może przewodzić flotylli, a oficerowie floty 

background image

mogą zgłaszać się do nich po radę czy wsparcie 
moralne.

- Jesteśmy uratowani! - wrzasnął w zachwycie.
W pewnym sensie, oczywiście... dodałem w 

myślach, uśmiechając się szeroko na prawo i lewo, 
błyskając zębiskami przebrania i zastanawiając się, 
ile czasu zajmie moim umysłowym sabotażystom 
załatwienie problemu.

Byli szybsi, niż się spodziewałem. Zaraza 

rozprzestrzeniała się błyskawicznie. Cztery dni 
później Sess odwiedził mnie w sterowni, gdzie 
używając wszystkich możliwych chwytów, robiłem, co 
się tylko dało, aby uniemożliwić doścignięcie floty 
Ligi. Popatrzył smętnie pół tuzinem przekrwionych 
oczu na ekrany i westchnął.

- Nie sypiasz zbyt dobrze? - spytałem uprzejmie.
- Wszystko jest takie przygnębiające... 

Chciałbym być w domu i zająć się wylęgiem dzieci. 
Zapytuję sam siebie, co ja tu właściwie robię.

- A co tu robisz?
- Nie wiem. Straciłem serce do tej wojny.
- Zabawne. Ja stwierdziłam to samo ostatniej 

nocy. Zauważyłeś, że oni nie są tacy wstrętni? Mają 

background image

mokre oczy i pocą się całkiem, całkiem.

- Masz rację - westchnął. - Między nami mówiąc, 

nigdy o tym nie pomyślałem. Co możemy zrobić?

- Cóż...
Dziesięć godzin później, po lawinie radiogramów, 

największa armada wojenna, jaką kiedykolwiek 
widziała galaktyka, wykonała twarzowy zakręt o 180 
stopni wracając do rodzinnych bagien i śmietników.

Podczas pijackiej orgii, która miała miejsce tego 

wieczoru z okazji zwycięskiego zakończenia wojny -
musieli biedacy to jakoś nazwać - stałem z boku, 
trzymając w objęciach Angelinę.

- Wiesz, oni są całkiem mili, gdy się do nich 

człowiek przyzwyczai - powiedziała.

- Nie poszedłbym tak daleko, ale są całkiem 

nieszkodliwi, gdy zaprzestali wojny.

- Bogaci też są - oznajmił James, nalewając 

czegoś obrzydliwego do kieliszka.

- Trochę się tu pokręciliśmy - dodał Bolivar, 

podtaczając się z drugiej strony. - Podczas swoich 
operacji wojennych złupili sporo rożnych banków, 
które wymietli do czysta, wiedząc, jak ceniona jest ich 
zawartość, choć zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego. 

background image

Oni nie używają pieniędzy.

- Lepiej nie wnikaj w ich zasady płatności! -

mruknąłem.

- Wszystko to złożyli w ładowniach flagowego 

pancernika - wtrącił James. - Zamierzali zastanowić 
się nad tym w przyszłości.

- Pozwólcie mi zgadnąć - to była Angelina - 

ładownie są puste?

- Zawsze masz rację, mamusiu. Za to 

transportowiec jest nieco przeładowany.

- Musimy zwrócić to właścicielom - 

postanowiłem, z przyjemnością widząc zaszokowane 
spojrzenia dwóch robotów i jednej poczwary.

- Jim! - jęknęła Angelina.
- Spokojnie, jestem przy zdrowych zmysłach. 

Musimy oddać to, co znaleźliśmy...

- ...a że nie udało się znaleźć zbyt dużo... - 

dokończyła za mnie.

Coś ciężkiego, sraczkowatej barwy, opatrzone 

mackami i przyssawkami zwaliło się obok na podłogę.

- Za zwycięssstwo!!! Hick!!! Ciiiisza! 

Ciszszszsza!!! Cudowna Sleepery wzniesie toaaaast!

Wszystkie oczy, aparaty wzrokowe, błony 

background image

optyczne i różne takie, nie licząc trzech par 
normalnych oczu, skierowały się na mnie, gdy 
wstałem.

- TOAST!!! - wrzasnąłem entuzjastycznie, 

unosząc zamaszyście kielich i rozlewając przy okazji 
połowę zawartości. Wylało się na dywan, wypalając 
sporą dziurę. - Piję zdrowie wszystkich stworzeń 
żyjących w naszej galaktyce: dużych i małych, 
kształtnych i rozlazłych, wszystkich! Niech pokój i 
miłość trwają wiecznie. Za życie, wolność i przeciwną 
płeć!!!

I tak lecieliśmy, przemierzając lata świetlne, ku 

nowej o wiele lepszej przyszłości.

Przynajmniej taką miałem nadzieję.