background image

LASS SMALL 

 

Znowu razem 

(To meet again) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Wszystkiemu  winna  była  guma  do  Ŝucia.  Gdyby  nie  ona,  wypadki  potoczyłyby  się 

zupełnie  inaczej.  Laura  Fullerton  miała  problemy  z  ciśnieniem  rozsadzającym  jej  uszy  w 

czasie lotu samolotem i nie wyruszała w drogę nie mając gumy pod ręką. Przypomniała sobie 

o  niej  w  ostatniej  chwili,  juŜ  w  Chicago,  na  lotnisku  O’Hare.  Kupując  gumę  natknęła  się 

przypadkiem  na  Tabithę,  koleŜankę  ze  studiów  na  Uniwersytecie  Bloomington,  w  stanie 

Indiana. Tak to się zaczęło.  

– Laura! – wykrzyknęła Tabitha z taką radością, jakby były co najmniej przyjaciółkami i 

nie widziały się od lat.  

Dźwięk  głosu  wydał  się  Laurze  znajomy.  Odwróciła  się.  Tabby,  jak  nazywano  ją  na 

studiach, zawsze dbała o swoją smukłą sylwetkę. Ubrana była w złociste, obcisłe spodium, na 

pewno  kupione  w  jakimś  bardzo  drogim  butiku.  Złocisty  kolor  znakomicie  pasował  do  jej 

czarnych włosów i zielonych oczu. Przypominała modelkę z okładki „Vogue”, z czasów gdy 

kobiety prezentujące modę musiały wyglądać jak drapieŜne tygrysice.  

Laura  w  porównaniu  z  Tabby  była  bardzo  skormnie  ubrana.  Miała  na  sobie  granatowy 

klasyczny kostium i białą bluzkę, a jasne włosy upięła z tyłu głowy w praktyczny kok. Nosiła 

buty  na  płaskim  obcasie,  oczywiście  ze  względu  na  wygodę.  Bywała  częstym  gościem  na 

lotniskach i zdawała sobie sprawę z przestrzeni, które czasami musiała przemierzyć.  

–  Dokąd  lecisz?  –  spytała  Tabby,  uśmiechając  się.  Jej  zęby  były  proste  i  naturalnie 

zaokrąglone,  aczkolwiek  moŜna  się  było  spodziewać,  sądząc  z  jej  stylu  drapieŜnego 

zwierzątka, Ŝe powinny okazać się malutkie i spiczaste jak u kotki.  

– Do Columbii w Południowej Karolinie, przez Atlantę.  

–  Świetnie.  Daj  mi  swój  bilet,  to  zmienię  ci  rezerwację.  ZdąŜysz  na  połączenie,  a  do 

Atlanty polecimy razem, zgoda? 

Laura, zaskoczona propozycją Tabby, odpowiedziała wymuszonym uśmiechem i lekkim 

skinieniem głowy.  

 

I  tak  oto  pewnego  kwietniowego  dnia  obie  kobiety,  które  łączyło  na  studiach  jedynie 

wspólne uczęszczanie na wykłady z greki, siedziały na lotnisku O’Hare w Chicago i czekały 

na samolot.  

–  Jakie  to  niewiarygodne,  Ŝe  cię  spotkałam  –  zielone  oczy  Tabby  taksowały  Laurę  z 

pobłaŜliwym zainteresowaniem sytej i pewnej siebie kotki.  

Tabby wiedziała, Ŝe Laura ma trzydzieści lat, czyli Ŝe jest od niej tylko o... załóŜmy, Ŝe o 

rok...  starsza,  co  zresztą,  niestety,  nie  było  prawdą.  Tabby  bowiem  unikała  trzydziestki  jak 

ognia.  Wprowadziła  dotychczas  juŜ  trzy  małe  korekty  do  swojej  metryki.  Przyglądając  się 

koleŜance zauwaŜyła, Ŝe Laura była nadal tak samo szczupła jak w wieku osiemnastu lat. Jej 

włosy  miały  wciąŜ  ten  sam  niespotykany  płowy  odcień.  Tabby  zastanawiała  się,  czy 

jaśniejsze  pasma  zawdzięczała  słońcu,  czy  teŜ  pracy  fryzjera?  Oczy  Laury  nie  były  chyba 

dawniej  aŜ  tak  niebieskie?  Niewiarygodne,  jak  wspaniały  efekt  moŜna  osiągnąć  w 

background image

dzisiejszych czasach za pomocą szkieł kontaktowych...  

Rozmowa  niezbyt  się  kleiła.  W  gruncie  rzeczy  mało  się  znały  i  niewiele  miały  sobie  do 

powiedzenia. Laura dyskretnie przypatrywała się tłumowi, który przelewał się wokół nich w 

wielkim pośpiechu.  

Ach,  Tabby,  Ŝycie  jest  zadziwiające.  Spotykam  ludzi,  których  nie  widziałam  juŜ  od  lat. 

Mam wraŜenie, Ŝe wszyscy ciągle gdzieś biegną. Czy nie ma juŜ osób, które po prostu idą do 

biura, pracują, a wieczorem spokojnie wracają do domu? Czy świat musi tak gnać i gnać? 

– Powinnaś juŜ przyzwyczaić się do tego, tak jak ja – odparła Tabby. – Ale wiesz, sądzę, 

Ŝ

e jedzenie w samolotach dawniej bywało lepsze...  

– Jak długo juŜ tak Ŝyjesz? Ciągle jesteś w podróŜy? – zapytała Laura.  

–  Właściwie  od  czasu,  gdy  skończyłam  studia.  Dyplom  zrobiłam  chyba  zbyt  wcześnie. 

Przeskoczyłam kilka semestrów na samym początku.  

– Zawsze byłaś szybka – skomentowała Laura sucho.  

– Lauro, czy nosisz szkła kontaktowe? 

– Nie, dlaczego pytasz? 

– W ogóle nie nosisz okularów? 

– SkądŜe! W mojej rodzinie wszyscy mają bardzo dobry wzrok.  

– Niewiarygodne – Tabby nie była przekonana.  

– A wiesz, kogo spotkałam w zeszłym tygodniu? Nigdy nie zgadniesz! Powiem ci: Ann 

Thompson! 

– Ann Thompson? – powtórzyła Tabby.  

– Nie przypominasz jej sobie? Wyszła za mąŜ za George’a Millera.  

– Nie znałam Ŝadnej Ann Thompson. Jak wygląda? 

– Ma...  

– PasaŜerowie lotu do Miami... – dobiegło z głośników.  

– To my – powiedziała Tabby wstając.  

– Do Atlanty, Jacksonville i Miami... – monotonnie ciągnął głos.  

Wzięły bagaŜe i skierowały się do wejścia na płytę lotniska.  

–  Ann  Thompson...  –  Tabby  nadal  powtarzała  to  imię,  usiłując  skojarzyć  je  z  osobą  j 

Miała trudności z zapamiętaniem kobiet.  

W  tym  momencie  doszło  do  drugiego  wydarzenia,  które  przesądziło  o  losach  Laury.  Z 

tłumu dobiegł pytający, męski głos.  

– Laura? 

– Peter? Jak się masz? – Laurą śmiechem zareagowała na pocałunek w policzek. Poczuła 

się zaŜenowana. Nie naleŜała do osób, które kaŜde spotkanie przypieczętowują pocałunkami.  

–  Dopiero  niedawno  dowiedziałem  się,  Ŝe  rozeszłaś  się  z  Tomem  juŜ  kilka  lat  temu  – 

powiedział Peter zupełnie swobodnie. – Dziwi mnie tylko, Ŝe to tak długo trwało...  

Temat nie był wygodny. Laura szybko przerwała Peterowi, zwracając się do Tabby: 

– Przypominasz sobie Petera Watkinsa? 

Tabby męŜczyzn zawsze pamiętała i zareagowała entuzjastycznie.  

– AleŜ oczywiście! Cześć, miło cię widzieć! Promienny uśmiech Tabby znikł, gdy Laura 

background image

zapytała: 

– A jak się miewa twoja Molly? 

– Molly i dwa brzdące – powiedział Peter, wyciągając zdjęcia.  

Dość  łatwo  udało  się  nakłonić  Petera,  by  w  samolocie  siedział  między  nimi.  Rozmowa 

toczyła się wartko aŜ do chwili, gdy Peter zapytał: 

– Słyszałyście o Tannerze? Przypominacie go sobie? 

– Oczywiście, Ŝe go pamiętam – spokojnie odpowiedziała Tabby.  

Natomiast Laura zaniemówiła. OstroŜnie, jakby przeczuwała, Ŝe coś jej zagraŜa, zapytała: 

– Co się z nim dzieje? 

–  Miał  potworny  wypadek.  Zupełnie  rozbił  swojego  porsche’a.  Z  samochodu  właściwie 

nic nie zostało. – Peter pokiwał głową.  

– Ale co z Tannerem? 

Laura  wstrzymała  oddech.  Znieruchomiała,  a  oczy  wyraŜały  przestrach.  Czuła  szum  w 

głowie.  

W  wyobraźni  ujrzała  Tannera  i  to  niezwykle  wyraziście  –  wysokiego  i  szczupłego 

chłopaka, z ciemnymi, rozwichrzonymi włosami i bardzo niebieskimi oczami.  

Odpowiedź Petera dotarła do niej z oddali.  

– Z Tannerem wszystko w porządku. Siedzi teraz w wiejskim domu rodziców, na północ 

od  Myrtle  Beach.  Jest  tam  juŜ  od  pewnego  czasu  i  pewnie  jeszcze  trochę  zostanie.  Ciągle 

jeszcze ma zwolnienie. Sądzę, Ŝe nigdy nie pogodzi się z utratą...  

Laura zakrztusiła się.  

–  ...  tego  porsche’a.  To  był  piękny  wóz.  Był.  W  tym  właśnie  sęk.  Co  za  kraksa! 

Widziałem  zdjęcia.  Cały  Tanner.  KtóŜ  inny  wpadłby  na  pomysł,  by  obfotografować  śmierć 

swojego  mustanga.  Nie  widziałem  nigdy  człowieka  tak  kompletnie  opętanego  przez 

samochód...  Z  wraku  wyciągali  go  przez  godzinę.  –  Peter  zaśmiał  się  ironicznie.  –  Szczątki 

kaŜe  pewnie  spalić,  a  popioły  rozrzucić  na  dzikich  obszarach  dolnego  Manhattanu.  Tabby 

miała trochę niepewną minę.  

–  Ktokolwiek  I  tam  był,  wie,  Ŝe  nie  ma  miejsca  bardziej  dzikiego  na  świecie  niŜ  Nowy 

Jork.  Rodzina  Tannera  posiada  tam  jakąś  ziemię  –  zaśmiał  się,  zachwycony  swoim 

dowcipem. – Kawałek wielkomiejskiej dŜungli.  

– A co z nim, czy wszystko w porządku? – głos Laury zabrzmiał słabo.  

–  Nie  widziałam  go.  Zdjęcia  samochodu  pokazał  mi  Charlie.  Pamiętacie  Charlie’ego? 

Widzimy  się  kilka  razy  do  roku,  to  tu,  to  tam.  Pełni  jakąś  funkcję  w  swojej  parafii. 

Uwierzyłybyście?  I  do  tego  jest  agentem  ubezpieczeniowym.  Ostatni  raz  spotkałem  go  w 

Denvef.  

Laura wciąŜ była pod wraŜeniem opowieści Petera i chciała z powrotem naprowadzić go 

na rozmowę o Tannerze.  

– Czym się teraz zajmujesz, Lauro? To podróŜ dla przyjemności czy w interesach? 

– Studiowałam malarstwo, potem trochę malowałam, ale ostatnio postanowiłam zająć się 

dekoracją  wnętrz.  Mam  kontakt  z  pewnym  przedsiębiorstwem,  które  właśnie  zakłada  sieć 

domów  wypoczynkowych.  Dyrektor  widział  moje  prace  i  zgodził  się,  bym  przedstawiła 

background image

projekt wstępny.  

Peter pokiwał głową z roztargnieniem.  

– Czy panie lecą dalej do Miami? – zapytał Ŝartobliwie.  

– Ja tak – Tabby przejechała językiem po wargach, odświeŜając usta. Ciągle uśmiechała 

się do Petera.  

– A ja nie – Laura wciąŜ była myślami gdzie indziej. – Mam przedstawić swój projekt w 

Columbii, w Południowej Karolinie.  

–  Słuchaj,  mam  świetny  pomysł!  –  zawołał  Peter.  –  Jeśli  znajdziesz  trochę  czasu, 

powinnaś wpaść na wybrzeŜe i odwiedzić Tannera. Jest tam samotny jak palec.  

– Nigdy w Ŝyciu nie był sam – powiedziała sucho Laura.  

Peter uśmiechnął się rozbrajająco.  

–  Ale  teraz  jest.  ZdąŜył  się  juŜ  wyszumieć.  W  końcu  był  starszy  od  nas,  jak  pewnie 

pamiętasz. Znalazł się z nami na roku, bo wcześniej słuŜył w Wietnamie. Zajrzyj do niego. Na 

pewno się ucieszy. Dom Moranów łatwo znaleźć. Jak będziesz juŜ w Myrtle Beach, kieruj się 

na  północ,  za  Ocean  Boulevard.  To  duŜy,  stary,  drewniany  dom.  Nie  sposób  go  przeoczyć. 

Pozdrów go ode mnie i kup mu kwiaty. Masz pieniądze.  

Peter wyciągnął portfel z wewnętrznej kieszeni i wręczył jej banknot.  

–  Pamiętaj,  te  kwiaty  mają  być  nie  dla  Tannera,  ale  dla  jego  porsche’a.  Będzie 

zachwycony  moim  pomysłem.  Zadzwonię  do  niego  i  powiem,  Ŝe  przyjedzie  ktoś  w  moim 

zastępstwie.  Zgoda?  Masz,  tu  jest  jego  adres.  MoŜesz  tam  wpaść,  kiedy  zechcesz,  w  kaŜdej 

chwili.  

Laura  z  ociąganiem  wzięła  banknot.  Nie  chciała  jednak  zobowiązać  się  do  złoŜenia 

wizyty.  Zastanawiała  się,  co  powinna  zrobić.  Tabby  i  Peter  dalej  plotkowali  o  wspólnych 

znajomych. Laura nie uczestniczyła w rozmowie, wciąŜ myślała o Tannerze. Jechać do niego 

czy nie? 

PoŜegnała  się  z  Tabby  i  Peterem  w  Atlancie.  Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  zostawia  Petera 

sam na sam z niebezpieczną Tabby. Ale w końcu miał juŜ trzydzieści lat i w dodatku kochał 

Ŝ

onę i dzieci. Od lat podróŜował, chyba był w stanie obronić się przed takimi kobietami, jak 

Tabby.  

Przedstawiła  swój  projekt  ludziom  zasiadającym  w  prezydium  firmy.  Słuchali  z  wielką 

uwagą, ale ona nie mogła się skupić tak jak powinna. Jej myśli wciąŜ obracały się wokół tego 

samego pytania: jechać czy nie? 

Gdy  wynajmowała  samochód,  nie  była  jeszcze  pewna,  ale  kiedy  znalazła  się  na  drodze, 

zdała sobie sprawę, Ŝe decyzję juŜ dawno podjęła. Jedzie.  

Tanner. JuŜ samo imię było dla niej ekscytujące. Przypomniała sobie, jak po raz pierwszy 

dostrzegła  go  w  campusie  Uniwersytetu  Bloomington.  Myślała  wtedy,  Ŝe  jest  wykładowcą. 

WyróŜniał się w tłumie studentów. Był starszy, bardziej pewny siebie. W porównaniu z nim 

inni słuchacze wyglądali na sztubaków.  

Minął  ją  raz,  gdy  przeskakiwała  przez  wąski  i  płytki  strumyk,  zwany  przez  studentów 

rzeką  Jordan.  Puścił  wtedy  do  niej  oko  i  kompletnie  ją  tym  zaskoczył.  Obróciła  się 

mechanicznie jak robot i gotowa była za nim iść. Ale on szybko poszedł dalej, wyciągając jak 

background image

bocian swoje długie nogi. Potrzebowała całego dnia, by się uspokoić.  

Samotnego  widziała  go  tylko  jeden  raz.  Ciągle  był  w  towarzystwie.  Roześmiany. 

Przyciągał  ludzi  jak  magnes.  Spokojny,  swobodny,  z  leniwym,  rozbrajającym  uśmiechem. 

Miał rozwichrzone ciemne włosy i niebieskie, rozbawione oczy.  

Tanner zawsze puszczał  do niej oko, gdy ją spotykał.  Nawet wówczas, kiedy otaczał  go 

wianuszek  rozanielonych  dziewczyn.  Nigdy  o  tym  nie  zapominał.  Odczuwała  to  jako  coś 

bardzo  intymnego,  jak  pocałunek,  jak  jakąś  tajemnicę,  która  tylko  im  była  znana.  Zaczęła 

tęsknić.  Nocą,  gdy  w  domu  studenckim  leŜała  na  swoim  starym  materacu  i  słuchała 

miarowego oddechu spokojnie śpiącej koleŜanki, myślała tylko o nim.  

Ich  pierwsze  spotkanie  było  całkiem  zwyczajne,  bez  fanfar.  Stała,  gdy  nagle  za  plecami 

usłyszała jego głos.  

– Dzień dobry – powiedział po prostu.  

Odwróciła się speszona i zaskoczona.  

Laura  zapamiętała  tylko  wraŜenie,  jakie  na  niej  wywarły  jego  niebieskie  oczy  z 

niewiarygodnie długimi rzęsami. Patrzył na nią z góry. Nie mogła przypomnieć sobie, czy się 

z  nim  wtedy  przywitała?  Prawdopodobnie  nie.  Była  taka  oszołomiona!  Nie,  coś  takiego  nie 

powinno  się  było  przytrafić  młodej,  niedoświadczonej  dziewczynie!  Tak,  stanowczo  była  za 

głupia,  by  wiedzieć,  co  z  tym  wszystkim  począć,  jak  się  zachować.  Zawaliła  całą  sprawę  i 

straciła okazję.  

Ale to nie tak – pomyślała teraz. Tak naprawdę, to Tanner nigdy nie dał jej prawdziwej 

szansy.  

Wtedy  właśnie  ją  pocałował.  Zburzył  jej  z  trudem  wypracowaną  pozę  pewnej  siebie 

dziewczyny.  Pocałunek  ten  sprawił,  Ŝe  przez  długi  czas  stała  się  niedostępna  dla  innych 

męŜczyzn.  

Po co teraz do niego jechała? MoŜe po to, by stawić czoło tej dziwnej magii, która trwała 

od  tylu  lat?  A  moŜe  wreszcie  dowie  się,  Ŝe  było  to  tylko  urojenie  i  uwolni  się  od  niego? 

Musiała to zrobić dla samej siebie.  

Wówczas gdy go poznała – była bezbronna. Nic nie rozumiała. Zachowała się jak idiotka. 

Po tym pierwszym pocałunku, odchodząc, pogłaskał jej ramię. Prawdopodobnie odczuł, jaki 

wstrząs w niej wywołał i postanowił zniknąć jak najprędzej. Zdał sobie sprawę, Ŝe jeśli jej się 

uda  rozluźnić  palce  kurczowo  ściskające  kilka  ksiąŜek,  które  miała  ze  sobą,  to  wpije  się  w 

niego i juŜ nigdy nie puści.  

Później zaobserwowała, Ŝe kobiety, będąc w jego towarzystwie, stanowczo za duŜo sobie 

pozwalały.  Ciągle  go  dotykały,  głaskały,  ocierały  się  o  niego  jak  kotki.  Jednak  wcale  mu  to 

nie przeszkadzało. Był miły i zezwalał na to. A one widocznie bardzo go pragnęły. Wówczas 

wydawały się jej obrzydliwe. A teraz? Teraz – rozumiała je. Biedny Tanner.  

Pewnego dnia zauwaŜyła, Ŝe i do innych teŜ puszczał oko. Zorientowała się, Ŝe dla niego 

było to tyle, co pobieŜny, nic nie znaczący uśmiech.  

Pierwszy  raz  zaproponował  jej,  by  ze  sobą  chodzili  w  chwili,  gdy  właśnie  zgodziła  się 

być  z  Mike’em.  Wróciła  do  akademika  z  płaczem.  Ale  wiedziała,  Ŝe  gdyby  z  nim  poszła, 

oddałaby  mu  duszę.  Bała  się  ryzykować.  Czuła,  Ŝe  wciągnie  ją  w  jakiś  niebezpieczny  wir. 

background image

Wybrała spokój u boku Mike’a. Potem Tanner skończył studia i przepadł.  

Po  Mike’u  był  Tom,  z  którym  właśnie  się  zaręczyła,  kiedy  znów  pojawił  się  Tanner.  I 

znów straciła drugą szansę. Tanner szybko zniknął.  

PrzeŜyła wiele gorzkich dni. Tom był dla niej miły i w końcu zdecydowała się za niego 

wyjść.  Tanner  znienacka  przyjechał  do  South  Bend  na  ich  ślub.  Był  bardzo  spokojny, 

małomówny  i  powaŜny.  Pocałował  ją,  gratulując  zamąŜpójścia  i  to  prawdopodobnie 

ostatecznie  zrujnowało  ich  podróŜ  poślubną.  Tom...  no  tak,  to  wszystko  naleŜało  juŜ  do 

przeszłości.  

Ciekawe,  jak  Tanner  Ŝył  przez  te  ostatnie  lata?  MoŜe  się  oŜenił?  MoŜe  teŜ  był 

rozwiedziony, tak jak ona? Musiał teraz mieć chyba juŜ ze trzydzieści pięć lat! Myślała o nim 

nieustannie.  O  koszmarze  Wietnamu,  który  przeŜył  i  wyszedł  z  tego  taki  nieskaŜony, 

pogodny. O tym strasznym wypadku, o którym opowiadał Peter. Wyobraziła sobie tę chwilę, 

kiedy znów się zobaczą.  

Czy to spotkanie z Tannerem wyleczy ją, czy wpadnie po uszy? Była przecieŜ teraz o całe 

niebo  mądrzejsza!  Pracowała,  przedstawiała  swoje  projekty,  realizowała  się  w  zawodzie. 

Sądziła, Ŝe chyba juŜ potrafi znaleźć się w kaŜdej sytuacji. Umiała się wysłowić i zachować 

zimną krew. Jak teraz zareaguje na jego widok? 

A jeśli w ogóle jej nie pozna? Peter przecieŜ nie powiedział mu, kto ma go odwiedzić. A 

moŜe potraktuje ją jako kolejną, nic nie znaczącą przygodę? Co ona właściwie tu robi? Na tej 

pustej  szosie  w  Południowej  Karolinie?  Po  tylu  latach?  CzyŜby  starała  się  dogonić  stracony 

czas i przywołać nigdy nie zrealizowany świat dziewczęcych marzeń? 

Laura zatrzymała się w Myrtle Beach. W kwiaciarni kupiła bukiet czerwonych goździków 

przybranych  paprocią.  Zestaw  wydał  się  jej  dość  anonimowy,  nadający  się  na  kaŜdą  okazję. 

Nie miała juŜ powodu, by dłuŜej odwlekać spotkanie. Skierowała się więc na północ, wzdłuŜ 

Ocean Boulevard, za miasto, do domu Moranów.  

Przyjechała pod wieczór. Dom stał na najwyŜszym miejscu w okolicy. Okna wychodziły 

na potęŜny Atlantyk. Palmy szumiały na wietrze. Niebo było zachmurzone, a białe grzywy fal 

rozbijały się o brzeg. Po raz pierwszy w Ŝyciu zobaczyła ocean.  

Wysiadając  z  samochodu  wyprostowała  się,  rozluźniła  mięśnie.  Rozejrzała  się  dookoła. 

Szary,  drewniany  dom  stał  dumnie  z  głębokimi  gankami  i  szerokimi  oknami  otwartymi  na 

wiatr.  Koło  domu  rosły  starannie  pielęgnowane  wiosenne  tulipany.  Pod  butami  skrzypiał 

piasek. Schyliła się i wyjęła z samochodu pięknie zawinięty bukiet.  

Wchodząc po schodach i na ganek, naumyślnie głośno stukała obcasami.  

Czy  usłyszał  samochód?  Czy  ją  obserwuje?  Swobodnie  rozglądała  się  na  wszystkie 

strony,  nie  chciała,  by  poznał,  Ŝe  jest  speszona.  Usiłowała  ukryć  zdenerwowanie.  Udawała 

nawet przed sobą, Ŝe świetnie się bawi.  

Nagle skrzypnęły drzwi. Obróciła się z lekkim uśmiechem. Więc jednak ją obserwował.  

Był ubrany w lekki, sportowy strój i opierał się na kuli. Wyszedł z domu przyglądając się 

jej uwaŜnie, ale bez uśmiechu. Była pewna, Ŝe jej nie poznaje.  

– Cześć, Tanner! 

Był jeszcze bardziej urzekający niŜ przed laty. O BoŜe, w co ja się pakuję? Pomyślała w 

background image

nagłym popłochu.  

– Laura – rzucił lakonicznie.  

– Jednak mnie pamiętasz? – uśmiechnęła się uprzejmie, jednocześnie kurczowo ściskając 

łodygi kwiatów.  

– Bardzo dobrze.  

– Nic się nie zmieniłeś.  

– Trochę jestem pokiereszowany. Ale ty wyglądasz jak... Wierzyć mi się nie chce, Ŝe tu 

jesteś – mówił bardzo cicho.  

Twarz miał wciąŜ powaŜną. Nie uśmiechnął się ani przez moment.  

–  Natknęłam  się  na  Petera  w  samolocie  z  Chicago.  Powiedział,  Ŝe  tu  jesteś,  więc 

przyjechałam  z  Columbii.  Peter  przysyła  kwiaty  dla  twojego  porsche’a  –  zaśmiała  się 

niepewnie, wyciągając bukiet.  

Wziął wiązankę, wciąŜ patrząc na nią z uwagą.  

– Dziękuję. Stali sztywno.  

Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Nie zaprosił jej do środka. Prawdopodobnie miał tam 

cały harem i nie Ŝyczył sobie Ŝadnych wizyt.  

– Wejdź, proszę – nagle przypomniał sobie o roli gospodarza.  

Zawahała  się  trochę.  Nie  powinna  przecieŜ  godzić  się  zbyt  szybko  i  okazywać 

entuzjazmu.  

– Przyjechałaś z Columbii? Co tam robiłaś? – przytrzymał jej drzwi, by weszła.  

Zwróciła uwagę na wystrój wnętrza. Dom był większy, niŜ wydawał się na pierwszy rzut 

oka.  Widziała  szereg  pokoi  najwyraźniej  nie  zamieszkanych.  Meble  powleczone  były 

pokrowcami chroniącymi przed kurzem, piaskiem i słonym powietrzem.  

– Jak tu wspaniale – powiedziała.  

– Ten dom jest jak stare srebro. Lekkie rysy dodają mu piękna – patrzył na nią uwaŜnie. – 

Ludzie, którzy w nim tyle lat przebywali pokryli go patyną miłości.  

Zdziwiło ją to określenie – „patyna miłości”? Mówił dalej głosem głębokim i miękkim.  

–  JuŜ  czwarte  pokolenie  Ŝyje  w  tym  domu.  Pradziadkowie  kupili  go  po  to,  by  dzieci  i 

wnuki  mogły  lato  spędzać  razem.  Dom  jest  przesiąknięty  śmiechem  i  radością  tych 

wszystkich pokoleń. Pomyśl tylko, co by opowiedział, gdyby umiał mówić. Uśmiechnął się z 

lekkim zakłopotaniem.  

– Za duŜo gadam. Od razu widać, Ŝe Ŝyję tu jak pustelnik.  

– Podoba mi się to, co mówisz.  

– Mnie teŜ. – Patrzył na nią z uwagą, w skupieniu. Poruszył się gwałtownie, jakby zdając 

sobie sprawę z tego, Ŝe wpatruje się w nią zbyt intensywnie.  

– A co u Toma? – zapytał.  

– Gdy ostatni raz miałam od niego wieści, miewał się dobrze.  

– To znaczy kiedy? – znieruchomiał.  

– Trzy... nie, cztery lata temu. Rozeszliśmy się po kilku latach.  

– Nie wiedziałem o tym. Słyszałem, Ŝe pracujesz, ale nikt nigdy nie wspomniał o Ŝadnym 

rozwodzie. Czy wyszłaś po raz drugi za mąŜ? – przyglądał się jej bacznie.  

background image

– Nie. A ty? OŜeniłeś się? 

– TeŜ nie.  

Ruszyli równocześnie, jakby chcieli przerwać napięcie, które pojawiło się między nimi.  

Tanner  zaniósł  kwiaty  od  Petera  do  kuchni.  Laura  automatycznie  poszła  za  nim,  nagle 

uświadamiając sobie, Ŝe zawsze chciała to uczynić, od lat – po prostu iść za nim.  

Wstawił kwiaty do pustego wazonu, nalewając wodę.  

–  Nie  mogę  chodzić  po  schodach,  ale  mogę  cię  oprowadzić  po  parterze.  Dom  ma  ładny 

rozkład. Chodź. Zobacz.  

Pokazał  jej  wszystkie  pokoje.  Drzwi  i  okna  były  pootwierane  na  ościeŜ.  Dom  pachniał 

wiatrem i morzem. Tanner szedł utykając, podpierał się kulą.  

Laura uwaŜnie oglądała obrazy, które wisiały na ścianach. Tłumaczył jej, skąd się wzięły 

i  kto  je  malował.  Prawie  wszystkie  przedstawiały  morze,  palmy,  dom  lub  łódki,  bądź  jakąś 

kombinację  tych  tematów.  Większość  z  nich  została  namalowana  przez  członków  rodziny. 

Wydawały  się  jej  czarujące,  choć  prezentowały  róŜny  poziom  –  zaleŜny  od  uzdolnień 

autorów.  Oprócz  tematu  obrazów  zwracał  takŜe  uwagę  na  ich  kolorystykę.  Wiedziała,  Ŝe 

kolor w obrazie jest najwaŜniejszy.  

Od niedawna interesowała się teŜ materiałami, więc i na nie zwróciła szczególną uwagę. 

Spodobał  jej  się  bogaty  w  desenie  dywan,  leŜący  jak  mieniąca  się  kolorami  mozaika  na 

posadzce w bibliotece.  

Widok  z  ganku  był  wprost  oszałamiający.  Na  horyzoncie  kołysała  się  Ŝaglówka.  PejzaŜ 

jak na zamówienie! 

Zapadła cisza. Poczuła się skrępowana. Chciała ją przerwać, a właściwie zapragnęła znów 

usłyszeć jego głos, więc zapytała: 

– Gdzie zazwyczaj mieszkasz? 

– Tam gdzie pracuję.  

– Aha. śeglujesz? – spróbowała innego podejścia.  

– Ostatnio raczej nie.  

– Nie? – w czasie rozmowy miała powód, by na niego patrzeć.  

– Cierpisz na chorobę morską? 

– Nigdy jeszcze nie pływałam. Jestem lądowym szczurem, kobieta z prerii.  

– Będziesz więc musiała spróbować. Chyba trochę zostaniesz? 

Wahała się.  

– No więc? Uratujesz mnie od śmiertelnej nudy – powiedział to bardzo serio.  

– Nie wierzę, byś kiedykolwiek się nudził.  

– Właśnie odkryłem, Ŝe moje Ŝycie, jak dotąd, było potwornie nieciekawe.  

Zastanowiła się nad wymową jego słów – co chciał jej powiedzieć? 

–  Mogę  przytrzymać  ci  drzwi  i  wnieść  twoje  bagaŜe.  Ale  ze  schodami  wciąŜ  sobie  nie 

daję rady. Wybacz.  

– Nie martw się. Jestem mocna. Poradzę sobie – uśmiechnęła się.  

– Nie mów, bo się przestraszę... Ja się boję silnych kobiet! 

Roześmiała się, odchylając głowę do tyłu i ciesząc się z chwili odpręŜenia. Dlaczego była 

background image

taka spięta? PrzecieŜ naprawdę Ŝyczył sobie, by została.  

–  Prawdopodobnie  chcesz  wziąć  prysznic  i  przebrać  się  w  coś  wygodniejszego.  Mam 

nadzieję, Ŝe przywiozłaś jakieś mniej eleganckie stroje. Jeśli nie, to mamy tu całą szafę pełną 

róŜnych szmat. Nic modnego, ale za to są wygodne. Poszukaj tam, a na pewno coś znajdziesz.  

Jak łatwo udało się mu namówić ją do pozostania. A właściwie dlaczego by nie? Dom był 

obszerny,  przygotowany  na  przyjęcie  niespodziewanych  gości.  Miejsca  było  dość,  nawet 

domowe łaszki moŜna było w nim znaleźć. No i w końcu miał takiego gospodarza, Ŝe...  

Nie była jednak pewna, czy w jego towarzystwie chce być tak ubrana, jakby była u siebie 

w domu – w luźne, wygodne ciuszki. Chciała wyglądać ładnie.  

Ale  szafę  sprawdzi.  MoŜe  będzie  tam  jakaś  intrygująca  kreacja,  coś  miękkiego  i 

zmysłowego? Śmiejąc się z samej siebie pomyślała, Ŝe babska głupota nie zna granic! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Tanner wciąŜ jeszcze nie wierzył, Ŝe Laura Fullerton naprawdę z nim była! Laura z krwi i 

kości, w jego domu! Niewiarygodne! Czuł, Ŝe nie powinien zbytnio poddawać w wątpliwość 

jej  obecności,  bo  mogłaby  po  prostu  rozpłynąć  się  jak  marzenie.  Ojciec  mówił  mu  zawsze: 

„Nie wątp akceptuj”.  

Nigdy nie był w stanie przestać się dziwić, Ŝe kobieta moŜe wyglądać tak jak Laura. Była 

tak  delikatna  jak  księŜniczka  z  bajki.  Prawdziwa  dama.  MoŜe  mu  się  to  wszystko  śni?  Nie 

bardzo  wiedział,  jak  ma  się  zachować,  będąc  z  nią  sam  na  sam.  W  czasie  studiów  tylko  raz 

mu  się  to  udało.  Zawsze  była  otoczona  przez  męŜczyzn.  Przez  stado  samców, 

neandertalczyków z rękami do ziemi i śliną cieknącą im z poŜądania.  

Uśmiechnął się sam do siebie. Wyobraził sobie, jak postąpi, jeśli Laura tu z nim zostanie. 

Na  razie  nie  odmówiła,  więc  chyba  przyjęła  jego  zaproszenie?  Jeśli...  W  kaŜdym  razie  nie 

wolno mu zapomnieć, na którą nogę utyka.  

Nie pozwoliła mu gnieść walizki.  

–  Potrzymaj  tylko  drzwi  –  poprosiła.  W  przedpokoju  zawahała  się,  nie  wiedząc,  gdzie 

dalej pójść. Postawiła walizkę i niepewnie spojrzała na Tannera.  

–  Na  dole  są  sypialnie  słuŜby  –  uśmiechnął  się,  ciągnąc  dalej  jakby  od  niechcenia  –  ale 

moŜesz teŜ wybrać pokój na górze, jeden z północnych, naprzeciw schodów lub słuŜbówkę na 

poddaszu. Oprócz ciebie nie ma tu nikogo, masz więc duŜy wybór.  

Nie  chciał,  Ŝeby  poczuła  się  zagroŜona  lub  zmuszona.  Starał  się,  aby  wszystko,  co 

postanowi, pochodziło z jej własnego wyboru, by miała wraŜenie, Ŝe panuje nad sytuacją.  

Zgodnie z jego oczekiwaniami Laura była niepewna. Nigdy jeszcze nie znajdowała się w 

podobnej sytuacji i nie wiedziała, jak się ma znaleźć. Szybko powiedziała: 

– Nigdy w Ŝyciu nie byłam na wybrzeŜu.  

– Nie bywałaś na Florydzie podczas wiosennych ferii? – zapytał nonszalancko.  

–  Zostałam  wychowana  dość  surowo.  W  czasie  przerwy  pomagałam  w  domowych 

wiosennych  porządkach.  Rodzice  mówili, Ŝe  to wystarczające  urozmaicenie.  Poza  tym,  było 

naprawdę sympatycznie. Bawiliśmy się wspaniale. Mam trzy siostry, jesteśmy prawie w tym 

samym wieku, rok, dwa lata róŜnicy. Są wesołe i pracowite...  

– Poznałem je na twoim weselu.  

– Prawda. Zapomniałam.  

– Ja jestem jedynakiem.  

– To niedobrze. Uśmiechał się lekko.  

– Ale za to mam duŜo kuzynów. PrzyjeŜdŜają tu – mówiąc to, wskazał na dom.  

– Ach tak? No cóŜ, chyba pójdę na górę – ciągle się wahała.  

– Przykro mi, Ŝe nie mogę ci pomóc.  

Poczuła znów potrzebę opowiedzenia czegoś o sobie.  

–  Dam  sobie  radę.  Nauczyłam  się  podróŜować  z  niewielkim  bagaŜem.  DŜentelmeni, 

którzy pomagają damom nieść walizki, najwyraźniej odeszli w przeszłość.  

background image

Nie  zapomnę  nigdy,  jak  pewien  dobrze  zbudowany  chłopak,  z  małą  torbą  podróŜną  na 

ramieniu, przyglądał się na lotnisku w Dayton moim zmaganiom z dwiema walizkami i jedną 

torbą. Od czasu do czasu mile go wspominam.  

–  Prawdopodobnie  nie  skojarzył  niepowodzeń,  które  go  prześladują,  z  faktem,  Ŝe 

zachował się w stosunku do ciebie niegrzecznie. – Tanner roześmiał się, ale zaraz spowaŜniał, 

mówiąc: – Zresztą, chyba musiał być nieuprzejmy w stosunku do innych ludzi – głos Tannera 

wyraŜał Ŝal, Ŝe taka przykrość spotkała Laurę ze strony źle wychowanego chłopaka.  

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie znalazłszy juz Ŝadnego argumentu, który 

pozwoliłby jej odroczyć/ostateczną decyzję wejścia po schodach i wyboru pokoju, podniosła 

ś

miało walizkę i zaniosła ją na górę/ 

Był tokrok, który miał zawaŜyć na jej dalszym Ŝyciu. JuŜ wtedy wydawało jej się, Ŝe nie 

ma odwrotu. Zostaje z Tannerem. Nie chciała myśleć, co będzie dalej. Na razie nic innego się 

nie liczyło.  

Tanner obserwował, gdy wchodziła na górę. Zrobiła na nim duŜe wraŜenie. No tak, sam 

był  sobie  winien.  Spodziewał  się,  Ŝe  jednak  wybierze  jeden  z  pokoi  na  dole.  Niestety, 

powiedział jej juŜ, Ŝe nie moŜe chodzić po schodach. Nie była to jednak prawda, świadomie 

skłamał. Chciał, aby czuła się bezpiecznie... A teraz Ŝałował.  

–  Szafa  z  rzeczami  dla  gości  to  ta  środkowa,  przy  pierwszej  łazience!  Znalazłaś?  – 

zawołał do Laury.  

– To ta? – dobiegł z góry jej głos. – Aha, są ręczniki. Tak, znalazłam! 

Na wszelki wypadek, idąc do kuchni, starannie odmierzał kroki i głośno stukał kulą, Ŝeby 

mogła  słyszeć.  Chwała  Bogu,  Ŝe  miał  dobrze  zaopatrzoną  lodówkę.  Z  góry  dochodził  szum 

wody. Oparł się o stół i nagle wyobraził ją sobie nagą pod strumieniem wody, opływającym 

jej ciało.  

Nie  mógł  wciąŜ  uwierzyć,  Ŝe  była  tu  z  nim.  CzyŜby  naprawdę  zdecydowała  się  zostać? 

MoŜe nawet jest szansa na to, Ŝe się będą kochali? Obrócił się i mocno opierając na szeroko 

rozstawionych  rękach  aŜ  jęknął,  jak  z  bólu.  Musiał  potrząsnąć  głową  i  nabrać  głęboko 

powietrza, by dojść do siebie.  

Zanim  usłyszał  jej  lekkie  kroki  zbiegające  po  schodach,  zdąŜył  juŜ  przygotować  sałatę, 

rozmrozić dwa steki w kuchence mikrofalowej i  rozpalić węgiel drzewny w grillu na tarasie 

kuchennym.  

– Przygotuj się! Gotów? JuŜ! – zawołała. Odwrócił się w radosnym napięciu, juŜ z góry 

uśmiechając się na myśl, Ŝe za moment ją zobaczy.  

Otworzyła  drzwi.  Zeskakując  z  ostatnich  stopni  rozłoŜyła  szeroko  ręce  i  z 

wystudiowanym dramatyzmem krzyknęła: 

– Tarara! 

Miała  na  sobie  męską  koszulę  przepasaną  krawatem.  Przez  chwilę  odniósł  wraŜenie, 

jakby  to  było  wszystko,  co  miała  na  sobie.  Zabiło  mu  serce,  gdy  uniosła  rąbek  koszuli,  by 

pokazać  mu...  drugą  część  swego  ubioru.  Były  to  bardzo  obcisłe  szorty  joggingowe. 

Szczęśliwie więc ominął go atak serca. Śmiał się coraz głośniej, głównie z samego siebie.  

Laura uznała, Ŝe ten jego śmiech jest po prostu oznaką dobrego humoru.  

background image

–  W  czym  mam  pomóc?  –  od  razu  zauwaŜyła,  Ŝe  poczynił  przygotowania  do  kolacji.  – 

Mam nakryć do stołu? 

– Nie, będziemy jedli z patelni – udawał zdziwionego.  

– Nieelegancko – odpowiedziała wyniośle i zaczęła szperać po szafkach i szufladach, nie 

pytając go o pozwolenie.  

– Szkoda, Ŝe wcześniej nie wiedziałem, Ŝe jesteś znów wolna – powiedział nagle. – MoŜe 

wtedy szybciej bym wyzdrowiał? 

– Dlaczego? – Laura była zaskoczona. Nie wiedziała, co posiedzieć, więc zaŜartowała: – 

Do tego wszystkiego jeszcze się trułeś, jedząc z brudnych patelni? 

– Jestem maniakiem czystości. Zawsze zmywam po sobie. Masz śliczną fryzurę – zmienił 

temat.  

– Nie znalazłam więcej spinek do włosów.  

– Pójdę później na górę i zobaczę, czy uda mi się coś wyszukać.  

– Mówiłeś, Ŝe nie moŜesz chodzić po schodach – popatrzyła na niego uwaŜnie.  

–  Niosąc  walizki  –  wytłumaczył  chytrze  i  uśmiechnął  się  lekko,  jak  gdyby  z  czystej 

grzeczności.  

–  Rozumiem  –  ale  nie  była  w  pełni  przekonana.  Siedzieli  na  tarasie,  przy  okrągłym 

metalowym  stole,  na  którym  postawili  kwiaty  od  Petera.  Stół  był  lekko  zniszczony,  lecz 

wygodny. Świetnie mieścił się w kącie tarasu, gdzie znajdowały się teŜ dwie ławy. TuŜ obok 

tarasu rosły drzewa, które rzucały przyjemny cień, a pomiędzy grubymi pniami przeświecało 

morze. Widok był piękny.  

Tanner  tylko  lekko  przysmaŜył  steki,  więc  Laura  zaniosła  swój  z  powrotem,  by 

przyrządzić go tak, jak lubiła – mocno wysmaŜony. Nie mógł zrozumieć, co odraŜającego jest 

we krwi, która tryskała, gdy kroił mięso na talerzu i dlaczego Laura odwracała oczy.  

Sałata bardzo jej smakowała. Chwaliła wyśmienity sos. Gdy zapytała, jak go przyrządził, 

wyliczył  niewiarygodną  wprost  ilość  przypraw  i  ziół.  Nie  wiedziała,  czy  mu  wierzyć,  a  on 

zdziwił się, dlaczego Laura wątpi w jego prawdomówność.  

Gdy  opowiadał  o  sosie,  podniósł  maleńki  listek  sałaty  i  udał,  Ŝe  głęboko  zastanawia  się 

nad składnikami, a jednocześnie językiem zwilŜał wargi.  

Laura obserwowała go skrycie. Nie myślała jednak o sosie i sałacie. W wyobraźni nagle 

ujrzała, jak pieści jej ciało. Była zgorszona swoimi marzeniami.  

Gdy skończyli jeść, odniosła do kuchni naczynia i znalazła w lodówce pół szarlotki.  

– Pieczesz? – zapytała zdziwiona.  

– Nie, mam miłą sąsiadkę, która od czasu do czasu coś mi podrzuca – twarz jego była bez 

wyrazu.  

– My, w South Bend, teŜ mamy takich sąsiadów. – Pilnie zabrała się do krojenia ciasta, 

dodała teŜ lodów śmietankowych. Opierając się na kuli, przytrzymał drzwi, podczas gdy ona 

wnosiła talerzyki z deserem.  

–  Twoja  sąsiadka  to  istna  perła  –  pochwaliła  po  pierwszym  kęsie.  Zamknęła  oczy  i 

westchnęła z rozkoszą: – Pyszne! 

–  Bardzo  mi  pomaga  –  uśmiechnął  się  na  myśl  o  Pam,  przemiłej  sąsiadce,  która  juŜ  od 

background image

dłuŜszego  czasu próbowała  go uwieść i podrzucała mu swoje wypieki. Niestety, nie miała u 

niego Ŝadnych szans.  

– Powinnam zgłębić sekrety kuchni tej twojej sąsiadki.  

– Nie sądzę, by chciała się nimi z tobą podzielić.  

–  Był  bardzo  rozbawiony  swoją  odpowiedzią,  choć  zdaniem  Laury  nie  było  w  niej  nic 

ś

miesznego.  

A Znam takie osoby. Podadzą ci przepis, ale najwaŜniejszy szczegół ominą, tak Ŝe całość 

się nie uda. Niestety, chyba nie mam zdolności kulinarnych.  

– Z tym stekiem obeszłaś się dość brutalnie. Jadasz tylko wysmaŜone? 

– Dobrze powiedziane – skinęła głową.  

– Staram się szybko uczyć, kto i co lubi – zgodził się.  

–  Naprawdę?  Pamiętam  tylko,  Ŝe  na  studiach  ciągle  otaczała  cię  chmara  dziewczyn.  I 

pamiętam,  jaka  byłam  rozczarowana,  gdy  odkryłam,  Ŝe  do  nich  wszystkich  puszczasz  oko. 

Widocznie  sądziłeś,  Ŝe  wszystkie  to  lubimy.  A  od  czasu,  gdy  tu  jestem,  jeszcze  tego  nie 

zrobiłeś.  

– Rezerwuję to na specjalną okazję.  

–  Ach  tak?  –  popatrzyła  na  niego  uwaŜnie.  –  CzyŜbyś  miął  zamiar  całkowicie  mnie 

zaskoczyć? 

– śłobię co w mojej mocy.  

– Będę musiała się przygotować. Zajęła się znów szarlotką.  

– Czy to formalne ostrzeŜenie? 

– Nie do końca! 

– Słuchaj, Tanner... – przerwała.  

– Powiedziałem ci kiedyś, Ŝe nikt nie potrafi mojego imienia tak wymówić, jak ty? 

– Tanner? 

– Kiedy wymówiłaś je po raz pierwszy, o mały włos się nie przewróciłem.  

– Nie przewróciłeś się, jedynie pogłaskałeś mnie po ramieniu...  

– I pocałowałem cię – przypomniał. – Ale ty pocałunku nie oddałaś.  

–  Nigdy  przedtem  nie  znałam  osoby  podobnej  do  ciebie  –  ton  jej  głosu  był  bardzo 

powaŜny. – Zrobiłeś to znienacka. Nie byłam przygotowana.  

–  Ale  teraz  musisz  być  przygotowana.  –  Przysunął  się  bliŜej  i  zauwaŜył,  Ŝe  jej  źrenice 

rozszerzają się. Nie odsunęła się. Pochylił się nad nią i lekko pocałował w usta.  

– Dzień dobry, Lauro – głos miał niski i trochę schrypnięty.  

Przełknęła ślinę, zamykając oczy, a on pocałował ją znów i poczuł, Ŝe naraŜa się na to, Ŝe 

za chwilę zamieni się w jakiś dzikie, poŜądliwe zwierzę... A tak bardzo chciał być opanowany 

i nie okazać swojego poŜądania.  

–  Tanner...  –  zrobiła  przeczący  ruch  głową,  otworzyła  oczy,  a  wyraz  ich  był  bardzo 

powaŜny. – Jeszcze mnie nie atakuj, proszę.  

Powiedziała Jeszcze”. Zaczerpnął głęboko powietrza i powiedział: 

– Błagam, nie ruszaj się i nie powiedz nic zwykłego.  

– Na przykład? 

background image

– No wiesz... „Cześć, jak się masz” albo „Pewnie będzie deszcz”. Nic z tych rzeczy.  

Parsknęła lekko.  

– Kiedy do mnie mówisz, to wyobraŜam sobie, Ŝe mnie całujesz.  

Powiedział  to  zupełnie  serio.  Gdyby  tylko  flirtował,  nie  byłoby  to  dla  niej  takie 

niepokojące.  

W  zakłopotaniu  szybko  zwilŜyła  językiem  wargi  i  zerknęła  na  niego.  Chciała  coś 

powiedzieć, ale Tanner znów ją pocałował.  

– Tanner... – szepnęła.  

– W porządku – stwierdził i odsunął się, by wstać.  

– Nie – zaprotestowała.  

– JuŜ czuję, Ŝe oszaleję w twoim towarzystwie. Nawet nie mogę uciec – dodał. – Ach, ta 

noga i ta kula! 

– Biedaku! 

– UwaŜaj, współczucie działa na mnie podniecająco. Poklepała go po ramieniu i odrzekła 

z udawanym angielskim akcentem: 

– Trzeba trzymać fason, panie kolego. Tanner usiłował stłumić gromki śmiech.  

– Oj, głuptasie – powiedziała z demonstracyjnym politowaniem i Wstała od stołu.  

Z łatwością dawał sobie radę z kulą. Pomógł jej zanieść naczynia do kuchni i wstawić do 

zmywarki.  

– Chwała Bogu, Ŝe jesteś. Spojrzała na niego pytająco.  

– Nigdy nie udawało mi się zapełnić tego praktycznego urządzenia. Spodziewałaś się, Ŝe 

powiem coś innego?  

–  Prawdę  mówiąc,  nie  sądziłam,  Ŝe  masz  aŜ  taki  problem  ze  zmywarką...  Gdybym 

wiedziała, przyjechałabym wcześniej.  

–  Nie  myślałem  ani  przez  chwilę,  Ŝe  się  rozwiedziesz.  Sądziłem, Ŝe  wychodzisz  za  mąŜ 

na całe Ŝycie.  

– TeŜ tak sądziłam – włączyła zmywarkę. – A ty? Nie rozumiem, dlaczego nigdy się nie 

oŜeniłeś.  

– Byłem zbyt zajęty.  

– Czym? 

– Dość skomplikowanymi sprawami... Siedzę kombinatorów. Oszustów gospodarczych.  

Odpowiedział  na  jej  pytanie  z  grzeczności,  ale  widać  było,  Ŝe  nie  chce  o  tym  mówić. 

Informacja  była  skąpa.  Jasne  było,  Ŝe  niczego  więcej  nie  doda.  Zapadła  pełna  oczekiwania 

cisza, zanim Laura ostroŜnie zapytała: 

– Ale jak właściwie zarabiasz na Ŝycie? 

– Badam dziwne wydarzenia.  

– Na przykład? 

– Na przykład, Ŝe ktoś ma pieniądze, choć ich mieć nie powinien. Interesują mnie ludzie, 

którzy nagle pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach. Tego typu zawiłe sprawy.  

– Czy to niebezpieczna praca? 

– Rzadko.  

background image

Spodziewała się, Ŝe zaprzeczy.  

– Co to znaczy: rzadko? – zapytała.  

– Na ogół ludzie szanują prawo. Ale są i tacy, którzy chcą je przechytrzyć. Gdy wpadną, 

odbywa się to jak w kaŜdej grze z elementami ryzyka – idą do więzienia albo muszą płacić. 

Nic wielkiego. Spróbowali, ale się nie udało. Ot, zwykli oszuści gospodarczy. Czasami jednak 

zdarza się, Ŝe ktoś zareaguje naprawdę jak kryminalista. Takiego faceta ogarnia wściekłość na 

tego, kto go złapał. Bywa to wtedy bardzo nieprzyjemne...  

– Ten wypadek, który miałeś... ? 

– Jest bardzo dokładnie badany.  

– Przez kogo? 

– Przez moich przełoŜonych.  

– Wolałbyś, bym się zbytnio nie dopytywała? – odgadła.  

– Nie ma o czym opowiadać.  

– Rozumiem.  

Oparła się o ścianę. Przez chwilę milczeli.  

– Wiesz, ciągle jestem zdziwiona, Ŝe tu jestem. Więcej, zdumiona – stwierdziła powaŜnie.  

– Pamiętam, jak cię zobaczyłem po raz pierwszy. Przechodziłaś przez naszą rzekę Jordan. 

Miałaś na sobie błękitną sukienkę, podczas  gdy  wszystkie inne dziewczyny były  w szortach 

lub  w  dŜinsach.  Śniłaś  mi  się  po  nocach.  Jedyny  nasz  wspólny  wykład...  etyka,  na  miłość 

boską... nie pamiętam z niego ani słowa! Siedziałem dwa rzędy za tobą, trochę z boku, bym 

mógł cię podziwiać. PoŜerałem cię wzrokiem, a ty nawet o tym nie wiedziałaś.  

– Tanner – ostrzegła.  

– Nie denerwuj Się. Pozwolisz, Ŝe pocałuję cię na dobranoc? 

– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Oczy mu się roziskrzyły.  

– Jestem dorosłym męŜczyzną, mogę się opanować. Nie musisz się mnie bać.  

– Więc nie wejdziesz przez pomyłkę do cudzej sypialni w środku nocy  w poszukiwaniu 

łazienki? 

– Obiecuję, Ŝe nie… – uroczyście podniósł prawą dłoń.  

–  Dobrze  ale  dopiero,  kiedy  przyjdzie  czas  zgodziła  się,  czując  przyjemny  dreszczyk  na 

myśl o oczekiwaniu na pocałunek. 

– Moglibyśmy juŜ teraz trochę poćwiczyć – zaproponował.  

Przez chwilę była zaskoczona. Potem popatrzyła na niego ubawionym i trochę karcącym 

wzrokiem.  

–  A  jeśli  zawalę  sprawę?  –  argumentował.  –  Zepsułoby  to  nam  całą  noc.  Powinniśmy 

stanowczo juŜ teraz popróbować – nie dawał za wygraną.  

– Tanner – potrząsnęła głową, głośno wzdychając – naprawdę przesadzasz.  

– Jasne.  

– No to przestań. Udawał załamanego.  

– Widzę, Ŝe próbowałeś zostać aktorem? 

– A, jednak chwyt mi się udał? Prawdę mówiąc, tego akurat ćwiczyć nie musiałem.  

Chytry uśmiech Tannera wyraźnie ją ubawił.  

background image

Na  szczęście  nie  zapomniał  wziąć  kuli,  gdy  przechodzili  do  salonu.  Stał  tam  bardzo 

piękny,  rozkładany  stolik  do  kart  z  wiśniowego  drewna.  LeŜały  na  nim  częściowo  złoŜone 

puzzle, którymi Laura się zainteresowała. Spędzili prawie godzinę, usiłując je powoli ułoŜyć, 

aŜ do chwili, gdy Laurę opanowała senność.  

–  Chyba  pójdę  się  połoŜyć.  Mam  za  sobą  dość  męczący  dzień  –  powiedziała  z  lekkim 

zakłopotaniem.  

– Świetnie. Teraz juŜ musisz mnie pocałować... na dobranoc! 

Uśmiechnęła się do niego z ukosa.  

–  Nie  bądź  taki  szybki  Bill!  Pierwszego  wieczoru  pocałuj  mnie  w  rękę,  a  drugiego  w 

policzek...  

– A co mnie czeka za tydzień lub dwa? 

–  To  tajemnica.  Moja  mama  zawsze  mówiła,  Ŝe  co  nagle,  to  po  diable.  Na  wszystko 

trzeba czasu.  

– Doprawdy? 

– Chcesz mnie teraz pocałować? 

– Tak, jeśli nie zastąpi to pocałunku na dobranoc! 

– To będzie właśnie pocałunek na dobranoc. Przyglądał się jej trochę nieufnie. Oczy miał 

przymruŜone, ale uśmiechnięte.  

–  Słuchaj,  moŜe  ty  współpracujesz  z  jakąś  szajką  szukającą  zemsty,  którą  kiedyś 

przyłapałem na gorącym uczynku? 

– AleŜ oczywiście – zgodziła się natychmiast.  

– Byłem tego pewien – Tanner wyraźnie się angaŜował w grę. – Odszukali cię wiedząc, 

Ŝ

e  od  lat  mam  u  ciebie  obiecany  ten  pocałunek.  Czym  cię  przekupili,  byś  zgodziła  się 

przyjechać i tak potwornie mnie męczyć? 

– Nie zgadniesz.  

– Drogocennymi klejnotami? 

– WłóŜ to między bajki. Wszystko musieli oddać! I jeszcze uiścić karę... I jeszcze długo 

nie będą mieli pieniędzy, by się wypłacić.  

Tanner nagle spowaŜniał, jakby ogarnął go lęk.  

Wstał  szybko,  opierając  się  na  kuli.  Dobrze  mu  to  wyszło.  Potem\  wyciągnął  rękę  i 

podniósł z krzesła Laurę. 1 

– Muszę się oprzeć o ścianę – stwierdził. – Chcę cię objąć.  

Dała się nabrać.  

Kulę postawił obok, zanim ją przytulił. Tym gestem chciał jej przypomnieć, Ŝe niedawno 

miał cięŜki wypadek i wywołać jej współczucie. Przyciągnął ją do siebie, czując jej ciało przy 

swoim, rozkoszując się intymnością chwili. Jego silne dłonie głaskały jej biodra i plecy. 

Obejmował ją, przedłuŜając uścisk w nieskończoność i zmuszając do czekania. Chciał, by 

zdała  sobie  sprawę  z  jego  bliskości,  by  z  pełną  świadomością  na  niego  reagowała.  Był 

bezlitosny.  Nie  wiedział,  jak  długo  uda  mu  się  ją  zatrzymać,  musiał  więc  wykorzystać  tę 

okazję do końca.  

Jeśli juŜ ma spędzić bezsenną noc, to niech ona teŜ cierpi.  

background image

Z  premedytacją  musnął  jej  usta  wargami.  Podniosła  twarz,  by  odwzajemnić  jego 

pocałunek, ale cofnął się i powiedział: 

– Musiałem się upewnić, Ŝe tam właśnie są. Mam prawo tylko do jednego pocałunku, nie 

chcę się więc pomylić i spudłować.  

Laura nie zmieniła swojej pozycji, jej usta teŜ pozostały nieruchome. Tak naprawdę to nie 

słyszała słów. Jej uwagę zwracały drobne, pulsujące dreszcze, przebiegające przez ciało.  

Lekki zarost ukłuł ją w policzek, a gorący oddech, wydobywający mu się z ust, palił ją w 

ucho.  

– Zgubiłem twoje usta. Czy są tu? – wyszeptał nagląco.  

– Tak, tu – udało jej się jakoś wykrztusić. Oddychała nierówno. Teraz całą uwagę skupiła 

na nim. Elektryzował ją. Pragnęła go.  

Całował jej szyję w pogoni za ustami, podczas gdy dłonie czule gładziły plecy. Oparł się 

mocniej o ścianę i przyciągnął ją ku sobie, przywierając do niej całym ciałem.  

Wtedy  dopiero  ją  pocałował.  Skoncentrował  uwagę  Laury  na  tym  pocałunku  do  tego 

stopnia, Ŝe ustami wpiła się w jego wargi i trwała tak, pomimo jego prób oswobodzenia się. 

Sprawiło mu to diabelną rozkosz i satysfakcję.  

Zdecydował  się  w  końcu  przerwać  ten  pocałunek.  Pomógł  jej  nawet  odsunąć  się. 

Rozluźnił  jej  ramiona,  które  nadal  trwały  w  uścisku  i  spokojnie  ujął  ręce,  które  ku  niemu 

wyciągała. Podniósł je łagodnie, tłumacząc: 

–  Dziś  całuję  cię  w  rękę.  Czy  jutro  dostąpię  zaszczytu,  bym  mógł  cię  pocałować  w 

policzek? – i uśmiechnął się po łobuzersku.  

Wymamrotała coś niezrozumiale, z trudnością przełykając ślinę.  

Skierowała się ku schodom i wtedy musnął dłonią jej plecy. Zawahała się i odwróciła, ale 

on powiedział tylko: 

– Dobrej nocy, Lauro.  

– Mhm – szepnęła na wpół świadomie. Triumfował. Ani przez chwilę nie miał wyrzutów 

sumienia.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Laura  umyła  zęby,  zaplotła  włosy  w  warkocze  i  przebrała  się  w  swój  nocny  strój  – 

koszulkę i krótkie majteczki. Nie lubiła piŜam.  

LeŜąc  w  łóŜku,  w  ciemnym  pokoju,  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jak  wielki  był  ten  dom  i 

jak bardzo stał na uboczu.  

Skupiła się na wsłuchiwaniu w obce dla niej dźwięki. Najpierw rozpoznała potęŜny szum 

morza rozbijającego się  o brzeg, później – szmer palm powiewających na wietrze, który dął 

prawie  nieustannie.  RóŜne  dziwne  odgłosy  przypomniały  jej,  Ŝe  dom  był  stary  i  drewniany. 

Chwilami trzaskał lekko, jak wysłuŜona łajba płynąca po wzburzonym morzu.  

Jednak  zmęczenie  ukróciło  wyobraźnię.  Za  wszelką  cenne  starała  się  nie  dopuścić  do 

siebie myśli, Ŝe w tym domu są duchy. Postawiła sobie natomiast kilka zasadniczych pytań. 

Czy  to  prawda,  Ŝe  ona  –  Laura  Fullerton  –  moŜe  pozwolić  sobie  na  tak  skandalicznie 

nieodpowiedzialne zachowanie – nocuje w domu męŜczyzny, którego nie widziała od siedmiu 

lat! No, właściwie – od sześciu lat, dziewięciu miesięcy i dwunastu dni. Było dość istotne, Ŝe 

nie  pamiętała,  kiedy  ostatni  raz  widziała  swojego  byłego  męŜa,  natomiast  dokładnie 

wiedziała, ile czasu minęło od ostatniego spotkania z Tannerem. Widzieli się po raz ostatni w 

dzień  jej  ślubu  z  Tomem,  wtedy  właśnie,  gdy  Tanner  Moran  zrujnował  jej  podróŜ  poślubną 

owym nieszczęsnym pocałunkiem.  

Czy jakikolwiek męŜczyzna mógł całować tak jak on? Problem wydawał się interesujący, 

ale myśli powoli uciekały i zapadła w drzemkę. Poruszyła się niespokojnie.  

Zmysły tliły się we śnie. Niepokój narastał, w miarę jak rosło poŜądanie, ale Tanner z jej 

snów był niedostępny i okrutny. DraŜnił ją i męczył.  

Nagle dał się słyszeć  głośny dźwięk. Nie mógł to chyba być silnik samochodu, przecieŜ 

drogą  prawie  nikt  nie  jeździł.  MoŜe  strzał?  Prawdopodobnie  jednak  był  to  odgłos 

zatrzaskiwanych  drzwi.  W  kaŜdym  razie  ten  dźwięk  o  mały  włos  nie  przywołał  jej  do 

ś

wiadomości,  ale  za  wszelką  cenę  usiłowała  pogrąŜyć  się  z  powrotem  w  senne  marzenia. 

Wreszcie zapadła w głęboki, spokojny sen.  

 

Tanner  czekał,  aŜ  Laura  zaśnie.  ŁóŜko  zaskrzypiało,  gdy  się  połoŜyła  i  jego  pragnienie 

nagle  buchnęło  jak  płomień.  OdłoŜył  kulę  i  zaczął  krąŜyć  po  pokoju.  Stara,  drewniana 

podłoga  zaskrzypiała.  Wziął  więc  kulę  i  przeniósł  się  do  swojego  pokoju.  PołoŜył  ją  koło 

łóŜka  i  otworzył  okno.  Przerzucił  nogi  przez  parapet,  ostroŜnie  spuszczając  się  na  ziemię. 

Szedł wolno, by nie nadweręŜyć powoli gojących się blizn.  

Nie mógł jeszcze biegać. W szpitalu obiecano mu jednak, Ŝe wróci do pełnej formy. A to 

ironia  losu,  pomyślał.  Spędził  rok  w  Wietnamie,  bez  jednego  zadraśnięcia,  a  teraz  mógł 

zginąć w  głupim wypadku samochodowym! Cudem zresztą z niego wyszedł. Niektóre kości 

nafaszerowane miał metalem, rany pooperacyjne goiły się wolno. Z pewnością jednak zostaną 

mu blizny.  

Na  razie  szramy  były  ohydne.  Gdyby  chciał  kochać  się  z  Laurą,  musiałby  to  robić  w 

background image

ciemności.  Widok  jego  ran  mógłby  ją  przestraszyć.  Jemu  nie  przeszkadzały.  Cieszył  się 

przede  wszystkim  z  tego,  Ŝe  ocalał.  Zaraz  po  wypadku  nie  było  pewności,  Ŝe  się  z  tego 

wyliŜe.  Ocknął  się  jednak  z  pełną  świadomością,  z  wyraźnym  poczuciem  rzeczywistości. 

Dźwięki  były  czyste,  kolory  wyraziste.  Świat  widział  w  najdrobniejszych  szczegółach. 

Wiedział, Ŝe Ŝyje! 

Potem  się  sobie  przypatrzył.  Będzie  musiał  poŜegnać  się  ze  swoim  dawnym  sposobem 

bycia.  Był  w  opłakanym  stanie.  Lewa  ręka  sterczała  w  jakiejś  przedziwnej  pozycji,  piersi  i 

Ŝ

ołądek  przeszywał  nieustający,  nieznośny  ból.  Powoli,  krok  po  kroku,  sprawdzał,  czy 

wszystko ma na swoim miejscu. Chwała Bogu! Jednak był szczęściarzem.  

Całe Ŝycie będzie błogosławił ludzi, którzy mu wtedy pomogli. Zapamiętał tę delikatną na 

pozór  kobietę,  która  wcisnęła  się  do  samochodu,  przysuwając  się  do  niego  jak  najbliŜej  i 

uściskiem  ręki  tamowała  krew.  Dzięki  niej  nie  wykrwawił  się,  zanim  go  nie  wyciągnęli  z 

samochodu. Mówiła do niego spokojnie, tłumaczyła, co się stało i dlaczego. Zapewniła go, Ŝe 

będzie Ŝył.  

Zapamiętał  teŜ  duŜego  i  silnego,  choć  bardzo  łagodnego  męŜczyznę,  który  widząc  go 

płakał  jak  dziecko.  Ile  sprzeczności.  PrzecieŜ  to  on  właśnie  powinien  był  wykazać  się 

opanowaniem, a kobieta ronić łzy.  

Dlaczego  musimy  tak  wiele  doświadczyć,  by  zrozumieć,  ile  współczucia  i  miłości  kryje 

się w ludziach? 

Tanner  dowiedział  się  później,  Ŝe  odpowiedzialny  za  wypadek  kierowca  drugiego 

samochodu  zginął  na  miejscu.  Na  ogół  tacy  właśnie  przeŜywali.  Tym  razem  uratowała  się 

ofiara.  

Szczęście juŜ nieraz mu dopisywało. A jednak nie mógł wciąŜ uwierzyć, Ŝe Laura jest u 

niego. Zawrócił z nocnego spaceru i zmęczony połoŜył się do łóŜka.  

Nie  spał  dobrze  tej  nocy.  Nigdy  jeszcze  nie  był  tak  niespokojny.  LeŜał  z  otwartymi 

oczyma,  myślał  o  swoim  nastroju  i  zastanawiał  się,  czy  bierze  się  stąd,  iŜ  zna  juŜ  teraz 

kruchość Ŝycia. Nauczył się, Ŝe nie wolno go marnować. Być moŜe właśnie teraz będzie miał 

szansę wypełnić darowane mu Ŝycie miłością? 

Ale czy Laura potrafi go kochać? 

 

Obudził  się  wcześnie.  Wstał  i  szybko  narzucił  na  siebie  bawełnianą  koszulę  z  długimi 

rękawami. WłoŜył miękkie bawełniane spodnie, które miały ukryć blizny. Pamiętał teŜ o tym, 

by  wziąć  kulę.  Sprawdził  wiadomości  na  automatycznej  sekretarce.  Nigdy  nie  odbierał 

telefonów.  W  kilka  miejsc  oddzwonił,  pozostałe  informacje  skasował.  Potem  pracował  na 

komputerze  i  wypił  kawę  na  tarasie.  Na  myśl  o  Laurze  ogarniał  go  niezwykły,  prawie 

melancholijny nastrój.  

 

W  kwietniowej  ciszy,  zwiastującej  zbliŜające  się  lato,  przyszła  do  niego  wcześnie  rano. 

Rozpuszczone  włosy  spływały  łagodnie  na  lekką,  jasnozieloną  sukienkę  z  granatowym 

wzorkiem,  która  nadawała  jej  oczom  grafitowy  odcień.  Ciepły  wietrzyk  powodował,  Ŝe 

sukienka  przylegała  do  ciała.  Podniosła  rękę,  by  odgarnąć  pasmo  miękkich  włosów,  które 

background image

zasłaniały twarz i uśmiechnęła się do niego. Uśmiech ten wywołał szybsze bicie jego serca.  

– Nie wstawaj – powiedziała widząc, jak unosi się z krzesła, aby ją powitać.  

– Nie sądziłem, Ŝe obudzisz się tak wcześnie.  

–  Jestem  rannym  ptaszkiem.  Kocham  poranki.  Za  to  wieczorami  dość  wcześnie  jestem 

senna.  

– AŜ tu było słychać, jak chrapiesz.  

–  To  nieładnie,  Ŝe  o  tym  wspominasz.  –  Udawała  uraŜoną,  a  jednocześnie  patrzyła  na 

niego iskrzącym, figlarnym wzrokiem – Co jadasz na śniadanie? 

– Wszystko, co się da.  

– Widzę, Ŝe jesteś kobietą idealną.  

Słowa  te  były  wypowiedziane  Ŝartobliwie,  ale  Tanner  spuścił  wzrok,  by  nie  zobaczyła, 

jak bardzo jej obecność go zachwycała.  

– Robię najlepsze grzanki na świecie – powiedział.  

– A ja smaŜę jajka na bekonie.  

– No to do roboty! 

Weszli do środka. Gdy wyjmowali naczynia ze zmywarki, Laura zapytała: 

– Kto tu właściwie sprząta? 

– Raz w miesiącu przyjeŜdŜa ekipa, która sprząta cały dom, od góry do dołu. Odkurzają i 

szorują  jak  szaleni.  Wtedy  najlepiej  się  ewakuować.  Mogliby  przez  pomyłkę  wyrzucić 

człowieka  razem  ze  śmieciami  lub  przykryć  pokrowcem.  Ale  bez  paniki!  Następnym  razem 

zjadą pierwszego maja.  

Oparł  się  o  stół  i  przyglądał  Laurze,  jak  krzątała  się  przy  kuchni.  Śniadanie  jedli  na 

tarasie.  

–  Taki  olbrzymi  dom,  a  my  nic,  tylko  ciągle  przesiadujemy  na  tej  odrapanej  starej 

werandzie – zauwaŜyła ze śmiechem.  

– Jutro moŜesz zabrać się do malowania werandy. Nie mam nic przeciwko temu.  

– Czyli mam tylko jeden dzień wolny! – zawołała.  

– To dlatego, Ŝe nie naleŜysz do związków zawodowych.  

–  Przypomniałeś  mi,  Ŝe  powinnam  zadzwonić  do  biura.  Chciałabym  trochę  tu 

popracować. Oczywiście, jeśli pozwolisz. Będę potrzebowała sporo miejsca. Czy jest tu moŜe 

jakiś duŜy stół? 

– Mam stół kreślarski, którego nie uŜywam – odrzekł.  

– Niewiarygodne.  

– Mogę ci dostarczyć wszystkiego, czego dusza zapragnie.  

Odchylił się i załoŜył ręce na szerokiej klatce piersiowej. Przyglądał się jej uwaŜnie.  

– No więc w takim razie potrzebne mi są próbki  jedwabiu we wszystkich kolorach oraz 

komplet  farb.  Pędzle  oczywiście  teŜ.  I  dobra  elektryczna  temperówka  do  ołówków.  Papier 

pakowy. No wiesz, rzeczy, które są potrzebne wszystkim artystom.  

Sama śmiała się ze swych absurdalnie wygórowanych Ŝądań.  

– Nie, mówiąc powaŜnie, jeśli jest tu stół kreślarski, to mam i przy sobie wszystko, co mi 

potrzebne do pracy przez kilka dni. Gdzie jest telefon? 

background image

– Muszę ci pokazać – powiedział, zbierając talerze.  

– Trochę  go zmodyfikowałem. Dzięki temu nigdy  głośno nie dzwoni. Wystarczy jednak 

kilka drobnych zmian, a zacznie działać zwyczajnie.  

– Masz uczulenie na dźwięk telefonu? 

– Nie lubię ludzi, którzy marnują mój czas. Zrozumiała to na swój sposób. Widocznie po 

tym straszliwym wypadku chciał mieć spokój i nie tracić czasu na głupie rozmowy.  

Uporali się z naczyniami i przeszli do gabinetu. Wskazał jej telefon i zaczął tłumaczyć, co 

trzeba zrobić, by cały system znów normalnie funkcjonował.  

–  Co  to  właściwie  jest?  Widzę,  Ŝe  masz  automatyczną  sekretarkę,  ale  te  wszystkie 

urządzenia... ? Nic z tego nie rozumiem. Powtórz, proszę.  

– To jest filtr, a to zagłuszacz i jeszcze kilka innych drobnostek.  

Popatrzyła na niego uwaŜnie, marszcząc czoło.  

– Zagłuszacz? 

– Niektóre informacje są... ściśle tajne.  

– Które? 

– Dane finansowe pewnych osób albo zastrzeŜone prywatne numery. Nic waŜnego.  

– Mogę juŜ zadzwonić? – zapytała.  

ZbliŜyła się do urządzenia, które wyglądało jak telefon.  

– Zaraz. Tu są przełączniki. Jak będziesz się posługiwała telefonem, musisz je wyłączyć. 

O,  tak!  Powiesz  mi,  jak  skończysz  rozmawiać.  Sprawdzę,  czy  są  włączone  z  powrotem  i 

działają. W porządku? 

– Muszę się tylko zgłosić w moim biurze. Nie podam twojego numeru.  

– MoŜesz dzwonić dokąd chcesz i kiedy chcesz.  

Nie  ruszył  się  z  miejsca.  Oparł  się  o  ścianę  i  zamierzał  całkiem  otwarcie  przysłuchiwać 

się jej rozmowie.  

Ubawiło  ją  to  i  włączyła  głośnik,  by  słyszał  wszystko.  Czy  wyświadczyłby  jej  podobną 

grzeczność? Chyba nie! 

Wystukała numer. Telefon natychmiast odebrała jej sekretarka, Jeanine.  

– Laura? – zapytała. – Jak poszło? 

– Jeszcze do końca nie wiadomo, ale wygląda na to, Ŝe dobrze. Będzie to ciekawe zajęcie. 

Jestem  u  przyjaciół  nad  morzem  i  wstępne  rysunki  chcę  wykonać  tutaj.  Będę  dzwoniła 

codziennie w południe, zgoda? Wszystko w porządku? 

– W najlepszym. Długo cię nie będzie? 

– Sama nie wiem. Dam ci znać.  

OdłoŜyła słuchawkę i przyglądała się, jak Tanner włącza wszystkie przełączniki.  

– Nie zapytałem, czym się zajmujesz – stwierdził.  

– Studiowałam malarstwo. Zaczęłam od portretów, bo to moja największa pasja. Ostatnio 

zajmuję  się  dekoracją,  dobieraniem  kolorów  i  materiałów  do  specjalnych  wnętrz.  Jest  to 

fascynujące  zajęcie,  ale  tak  do  końca  nie  wiem,  czy  chcę  się  w  to  bawić.  Pierwszymi 

zleceniem,  które  otrzymałam,  było  przygotowani  wystroju  wnętrza  domu  wypoczynkowego 

pewnej  firmy.  Wiesz,  taki  dom  dla  gości  oraz  zasłuŜonych  pracowników.  Nad  jeziorem 

background image

Michigan. Dom dość duŜy, ale nie taki jak twój. Powiedziano mi, Ŝe mam Wolną rękę. Więc 

urządziłam  go  z  myślą  o  wakacjach  rodzinnych.  Słoneczniki  w  jadalni,  misie  i  baloniki  w 

(mniejszych  pokoikach,  tapety  w  polne  kwiatki  w  głównej  sypialni.  Bardzo  to  było  miłe  i 

ś

wieŜe. Skończyłam i zgłosiłam się do właściciela.  

Przyszedł do mojej pracowni w South Bend. Z jego twarzy nie dało się wyczytać niczego. 

Poczekał, aŜ zostaliśmy sami i powiedział: 

–  Sądzę,  Ŝe  zaszło  jakieś  nieporozumienie.  Gdy  mówiłem,  Ŝe  ma  to  być  dom 

weekendowy,  nie  miałem  na  myśli  rodziny.  Czy  teraz  pani  rozumie?  Ma  to  być  miejsce,  do 

którego męŜczyźni mogą przyjeŜdŜać, no powiedzmy, z przyjaciółkami.  

– Niewiniątko – uśmiechnął się Tanner. – I co ty na to? 

– Początkowo czerwieniłam się i jąkałam. W końcu udało mi się wykrztusić, Ŝe się tym 

zajmę.  

– No i... ? 

– Najpierw wyrzuciłam misie, potem baloniki i słoneczniki. Cały ten projekt wydawał mi 

się niesmaczny, ale czułam się w obowiązku naprawić swój błąd. Zmieniłam kolory, dodałam 

lustra i trochę złośliwie palmy. Pianino. Nie posunęłam się do czerwonych obić na drzwiach.  

–  To  szlachetne  z  twojej  strony.  Czy  usiłował  cię  namówić,  byś  uczestniczyła  w 

inauguracji? 

– Skąd wiesz? 

– Wiem ponadto, Ŝe się nie zgodziłaś. Pewnie się jeszcze za tobą ugania? 

– Tak.  

Przyglądała mu się przez chwilę, potem zapytała z ciekawością: 

– Jak mogłeś o tym wiedzieć? Czy to typowo męskie zachowanie? Ma Ŝonę i dorastające 

dzieci.  Jego  Ŝona  to  bardzo  miła  kobieta.  Kocha  go.  Sądzę,  Ŝe  on  teŜ  ją  kocha.  Dlaczego 

ugania się za innymi kobietami? I dlaczego właśnie za mną? Nie nadaję się na kochankę. W 

najlepszym  wypadku  byłabym  bardzo  nieudolna.  Cały  czas  w  stosunku  do  niego 

zachowywałam  się  bardzo  formalnie  i  urzędowo.  Nigdy  się  do  niego  nie  przymilałam  i  nie 

dawałam mu do zrozumienia, Ŝe jestem w jakikolwiek sposób nim zainteresowana.  

Od  tamtego  czasu  zawsze  sprawdzam,  co  będę  dekorować.  Dwie  inne  „rozrywkowe” 

oferty odrzuciłam. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I chociaŜ przyjmuję od niego zlecenia 

i korzystam z kontaktów, nie czuję się w obowiązku iść z nim do łóŜka.  

Rzęsy Tannera kryły jego oczy, gdy rzekł łagodnie: 

– Prawdopodobnie zaskoczyło go, Ŝe spotkał kobietę, która jeszcze potrafi się rumienić i 

to go zaintrygowało. Jak równieŜ fakt, Ŝe nie usiłowałaś go czarować.  

ś

achnęła się.  

–  AleŜ  to  absurdalne!  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  aby  się  od  niego  uwolnić,  powinnam 

spróbować go uwieść i...  

– Nie! 

– PrzecieŜ właśnie powiedziałeś...  

–  Zachowujesz  się  w  sposób  profesjonalny,  właśnie  tak,  jak  trzeba.  Nie  bądź  zbyt 

przyjazna, ale bądź grzeczna i rzeczowa, gdy się z nim spotykasz.  

background image

– Jesteś męŜczyzną. Powiedz, wytłumacz mi, dlaczego tamten tak się zachowuje? 

– Nie będę obiektywny.  

Miał na myśli jej urodę i sposób, w jaki na niego działała.  

– Sądzisz więc, Ŝe wszystko, co robią męŜczyźni jest w porządku? 

– Tego nie powiedziałem – zaprzeczył.  

– Stwierdziłeś, Ŝe nie jesteś obiektywny. Czy ty teŜ uganiasz się za kaŜdą kobietą, która ci 

się spodoba? Łazisz za nią i usiłujesz dopaść? 

– Zawsze byłem wybredny.  

– Ale...  

– Muszę jednak powiedzieć, Ŝe podziwiam jego gust, jeśli chodzi o kobiety.  

Uśmiechnęła się leciutko.  

– Podobam ci się? 

Pytanie  to  wymknęło  jej  się  z  ust,  zanim  zdołała  pomyśleć,  co  mówi.  Sama  była  nim 

zaskoczona.  

– Niewiarygodnie! 

– To miło z twojej strony.  

– Nie wiem, czy „miło”, to dobre określenie.  

–  A  moŜe  chcesz,  bym  pomogła  ci  urządzić  wnętrze  tego  domu  na  inaugurację  nowego 

sezonu letniego? 

ZwilŜył językiem wargi, a potem rzekł powaŜnie: 

– Pomyśl o tych wszystkich kuzynach, którzy byli tutaj z rodzicami. Sądzę, Ŝe nigdy nie 

kochali naprawdę, co najwyŜej uprawiali seks.  

Potrząsnął głową ze smutkiem.  

–  Prawdopodobnie  dom  z  tego  powodu  tak  trzeszczy  i  stęka.  Jest  sfrustrowany  – 

westchnął zabawnie, udając współczucie.  

Zaśmiała się, filuternie przekrzywiając głowę.  

– Ach – wykrztusiła, zakrywając twarz. – Gdyby on był taki dowcipny jak ty, to pewnie 

nie oparłabym mu się. Masz zabawne pomysły! 

– Potrafię mieć pomysły urzekające – pozwolił sobie na lekki uśmiech.  

Ochłonęła trochę i spojrzała na niego. Była wciąŜ uśmiechnięta, ale oczy pozostały trochę 

nieufne. Po śniadaniu pokazał jej stół kreślarski.  

– Skąd masz taki stół? Kto przy nim pracował? 

–  Potrzebowaliśmy  wysokiego  stołu,  by  małe  dzieci  nie  mogły  go  dosięgnąć.  U  nas  w 

rodzinie  prawie  kaŜdy  ma  jakieś  hobby,  często  związane  z  małymi,  ostrymi,  lub  wręcz 

niebezpiecznymi przedmiotami.  

– Co masz na myśli? 

– No wiesz, strzelby, szable, noŜe – powiedział tajemniczo.  

– Strzelby? – zapytała zdziwiona.  

– Jesteśmy tu na wybrzeŜu od dawna. Miejsce jest dość odosobnione. Być moŜe dlatego 

jeden  z  moich  wujków  zaczął  interesować  się  bronią.  Potem  przerodziło  się  to  w  hobby. 

Powstała  wcale  pokaźna  kolekcja  broni  palnej.  Niektóre  egzemplarze  są  bardzo  piękne.  W 

background image

przyszłości mam zamiar przekazać cały zbiór do muzeum.  

– Boję się broni.  

– Strzelby są jak Ŝmije. Trzeba się z nimi obchodzić ostroŜnie.  

– Boję się, ale strzelać potrafię – pochwaliła się Laura.  

– Wcale nie chcę cię namawiać, byś mi pokazała, jak strzelasz.  

– Mój ojciec zawsze mówił, Ŝe kaŜdy powinien umieć strzelać. W końcu nie wiadomo, co 

moŜe człowieka wryciu spotkać.  

– Miał rację – skinął głową z aprobatą.  

– Mam nadzieję jednak, Ŝe nigdy nie będę musiała tego robić. Umarłabym ze strachu.  

– Nie będzie takiej potrzeby. Obronię cię! Przysunął się do niej ostroŜnie. Kula trochę mu 

przeszkadzała,  ale  objął  Laurę  i  przyciągnął  do  siebie.  Nie  stawiała  oporu.  Oczy  ich  się 

spotkały. Tanner powoli schylił głowę i pocałował ją.  

Jego bliskość niej uspokajała, wręcz przeciwnie. Odczuwała ciągle ten) sam wewnętrzny 

chaos,  ten  sam  wir  uczuć.  Była  nim  wciąŜ  oszołomiona.  Nie  mogła  mu  się  oprzeć  i 

odwzajemniła pocałunek.  

Z  nieznanych  powodów  puścił  ją  nagle.  Usiłowała  uporządkować  myśli  i  zrozumieć, 

dlaczego się tak głupio zachował. Wtedy Tanner zaproponował, Ŝe odwiezie jej samochód do 

firmy, z której go wypoŜyczyła w Myrtle Beach. Była wciąŜ zdezorientowana, ale opanowała 

się na tyle, by dość rzeczowo zapytać: 

– MoŜesz prowadzić samochód? Czy nie zaszkodzi to twojej nodze? 

– Nie ma sprawy. Boli mnie tylko lewa noga. Prawa jest całkiem w porządku.  

– Jesteś w stanie pojechać za mną do miasta i odwieźć mnie z powrotem? 

–  Jak  najbardziej.  Sprawi  mi  to  duŜą  przyjemność.  Tanner  bardzo  chciał  jak  najszybciej 

pozbyć się wynajętego samochodu, jedynej dla Laury moŜliwości ucieczki.  

 

Ku radości Laury wracali drogą wzdłuŜ morza.  

– Wydaje mi się, Ŝe w jakimś poprzednim wcieleniu byłam piratem – powiedziała.  

– W poprzednim czy w równoległym? – spytał.  

–  W  równoległym?  Nigdy  takiej  moŜliwości  nie  brałam  pod  uwagę.  Nie,  myślałam  o 

czasie przeszłym.  

Ogarnął ją pełnym zachwytu wzrokiem, gdy zwróciła twarz ku morzu i zapatrzyła się w 

fale. Wiatr targał jej włosy. Pod cienkim materiałem sukienki wyraźnie rysowały się smukłe 

kształty.  

– Z pewnością są sytuacje, w których dobrze jest być piratem – stwierdził.  

– A co byś robił, gdybyś nim był? – zapytała. – MoŜe zdobywałbyś róŜne skarby? 

– Wyłącznie ciebie.  

Zaśmiała się sądząc, Ŝe to miły Ŝart. Ale on nie Ŝartował.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Laura  przez  cały  dzień  pracowała  w  ciszy.  Nie  było  słychać  ani  samochodów,  ani 

dzwonów kościelnych. Dom Moranów był naprawdę uroczym azylem.  

Przywiozła  z  Columbii  plany  domków  wypoczynkowych.  Chodziło  o  to,  by  posługując 

się  róŜnymi  farbami  i  materiałami  nadać  kaŜdemu  z  identycznych  domków  indywidualny 

charakter.  Kilku  innych  dekoratorów  równieŜ  miało  przedstawić  swoje  projekty.  Zamierzała 

wykorzystać  kilka  stylów  –  wiktoriański,  orientalny,  nowoczesny.  Potem  zaprojektowała 

róŜne  zestawy  kolorów,  ołówkiem  szkicowała  moŜliwe  rozwiązania.  Straciła  zupełnie 

poczucie czasu.  

Dopiero  głód  przywołał  ją  do  rzeczywistości.  Oderwała  się  od  pracy,  gdy  z  kuchni 

zaczęły  dolatywać  bardzo  smakowite  zapachy.  Rozpoznała  aromat  chili.  OdłoŜyła  ołówek  i 

podąŜając  za  zapachem  poszła  do  kuchni,  gdzie  Tanner  pilnie  mieszał  coś  w  olbrzymim 

garnku.  

 Tak właśnie myślałem. Tylko kuszące chili jest w stanie oderwać cię od pracy. Trzeba 

przyznać,  Ŝe  potrafisz  się  skoncentrować.  Czy  zauwaŜyłaś  chociaŜ,  Ŝe  przeniosłem  cię  wraz 

ze stołem do drugiego pokoju? 

Myślami wciąŜ jeszcze była przy projektach i nie od razu zorientowała się, Ŝe Ŝartuje.  

–  Nie  opowiadaj  –  odpowiedziała  niepewnie,  choć  trwało  chwilę,  zanim  sobie 

przypomniała, Ŝe wyszła z tego samego pokoju, do którego weszła rano.  

– A to co? 

– Grzanki z topionym serem.  

Po  zjedzeniu  pachnących  grzanek  zabrali  się  do  sprzątania  kuchni.  W  pewnej  chwili 

Tanner pochylił się po płyn do mycia naczyń. Koszula wysunęła mu się ze spodni, ukazując 

okropne, jeszcze świeŜe blizny na lewym boku. PołoŜyła na nich rękę, mówiąc cicho: 

– Powinieneś chodzić w szortach i bez koszuli, by dopuścić słońce i świeŜe powietrze. Na 

opalanie moŜe jeszcze za wcześnie, skóra jest zbyt delikatna.  

Czując  dotyk  jej  dłoni,  znieruchomiał.  Obawiał  się,  Ŝe  zareaguje  przeraŜeniem.  Dopiero 

naturalność jej zachowania uspokoiła go.  

–  Nie  zaszkodziłoby  mi  pewnie  chwilę  poleŜeć  na  tarasie  w  cieniu  –  zgodził  się.  – 

Pójdziesz ze mną? 

–  Dobrze.  Ale  czuję,  Ŝe  do  rozmowy  się  nie  nadaję.  Pewnie  zaraz  zasnę.  Nie  jestem 

przyzwyczajona do morskiego klimatu, wczoraj spałam jak zabita.  

– Cieszy mnie, Ŝe na widok mych ran nie robi ci się niedobrze – powiedział cicho.  

–  Kiedy  chodziłam  do  szkoły,  pracowałam  społecznie  w  szpitalu,  na  oddziale 

chirurgicznym. Było to jeszcze w czasach, gdy chciałam zostać lekarzem. Przyzwyczaiłam się 

wtedy do widoku blizn. Nauczyłam się je traktować jako znak udanej operacji i nie myśleć o 

bólu, który się z nimi wiąŜe.  

Jednak  trochę  denerwował  się  na  myśl  o  zdjęciu  przy  niej  koszuli.  Wyszli  na  taras. 

Poruszał  się  sztywno,  zakłopotany  jej  obecnością.  Szybko  zdjął  koszulę  i  rozłoŜył  ją  na 

background image

dwuosobowym leŜaku. Usiadł i ruchem ręki wskazał miejsce obok siebie, zapraszając, by się 

I do niego przyłączyła.  

Nie  mogła  mu  odmówić.  Blizny  czyniły  go  dziwnie  bezbronnym.  Usiadła  obok  niego  i 

przeciągnęła się ziewając.  

– Powinieneś jednak ubrać się w szorty – przypomniała.  

– Niedługo to zrobię – obiecał.  

Jego  udo  wyglądało  okropnie.  Postanowił,  Ŝe  zanim  je  odsłoni,  da  jej  jeszcze  trochę 

czasu, by przyzwyczaiła się do mniejszych blizn na piersi, plecach i na lewym ramieniu.  

–  Ale  twój  chirurg  to  prawdziwy  artysta  –  przejechała  lekko  palcem  po  szwie,  dzięki 

któremu udało się uratować jego ramię. – Wierz mi, potrafię docenić jego kunszt. Gdy blizna 

zblednie, sam będziesz to podziwiał.  

Pomyślał, Ŝe z takim podejściem być moŜe zniesie nawet widok jego uda.  

Z równym zainteresowaniem obejrzała bliznę na jego piersiach. Rana była głębsza, gdyŜ 

w czasie wypadku kierownica wbiła mu się w klatkę piersiową w brzuch. 

–  Przypatrzyłeś  się  temu?  –  zapytała.  –  Chyba  jednak  tak,  w  końcu  jest  to  twoje  ciało. 

Zobacz,  jak  tu  załoŜono  szwy!  Bardzo  zgrabnie!  Miałeś  szczęście,  trafiłeś  na  geniusza  w 

swoim fachu. Znałeś tego chirurga? 

– Nie, czysty przypadek. Akurat miał dyŜur w dzień mojego wypadku.  

– Anioł stróŜ nad tobą czuwał.  

– Sam zaczynam w to wierzyć.  

Laura pochyliła się i czule pocałowała bliznę na jego ramieniu.  

– Jestem szczęśliwa, Ŝe wszystko się dobrze skończyło.  

– Ja teŜ.  

Odsunęła się, by połoŜyć się obok niego. Tanner obrócił się na lewy bok, twarzą do niej, 

kryjąc blizny.  

– WciąŜ nie wierzę, Ŝe tu jesteś. Tak często marzyłem, Ŝe się obrócę i Ŝe będziesz obok... 

nie mogę wprost uwierzyć, Ŝe to prawda.  

– Tanner...  

– Bardzo cię pragnę.  

– Trochę się tego boję.  

– Mnie bać się nie musisz.  

–  Obawiam  się  nie  ciebie,  ale  raczej  samej  siebie.  Nie  wiem,  czy  to,  co  odczuwam,  to 

miłość,  czy  tylko  szalone  poŜądanie.  Nie  jestem  w  stanie  się  opanować,  gdy  jestem  blisko 

ciebie.  Nie  wiem,  czy  chcę,  Ŝebyś  dzielił  ze  mną  Ŝycie.  PrzecieŜ  dopiero  od  niedawna 

nauczyłam  się  być  niezaleŜna.  To  coś  wspaniałego  mieć  własny  zawód,  o  wszystkim 

decydować  i  być  za  wiele  rzeczy  odpowiedzialną.  No  i  odnosić  sukcesy.  Przedtem  zawsze 

byłam pod czyjąś opieką – to ojca, to uniwersytetu, to męŜa. Dopiero teraz zorientowałam się, 

Ŝ

e moje moŜliwości są duŜe. Jestem dobra w tym, co robię. Nie... nie bardzo wiem, czy chcę, 

by coś innego zaprzątało moją uwagę.  

– Chcesz powiedzieć, Ŝe mogłoby mi się to udać? – głos Tannera był trochę zachrypnięty. 

Podniósł zdrową prawą rękę, by odgarnąć kosmyk włosów z jej czoła.  

background image

– Nie wiem dlaczego, ale wciąŜ mi się wydaje, Ŝe usiłujesz uśpić moją czujność, by mnie 

uwieść.  

–  Nigdy  –  uśmiechnął  się  ciepło  i  dodał:  –  Chcę  ci  tylko  pokazać,  Ŝe  jestem  tobą 

zainteresowany.  

– A moŜe sądzisz, Ŝe to ja ciebie uwiodę? 

– Na pewno bym się nie bronił – uśmiech Tannera pogłębił się. – Zresztą, przypomniałem 

sobie, Ŝe nie podziękowałem ci za pomoc w sprzątnięciu kuchni.  

Pochylił się nad nią i pocałował ją. Gdy podniósł znów głowę, dostrzegła w jego oczach 

pragnienie i niepewność. Spuścił wzrok.  

Pocałował ją jeszcze raz. Gładziła jego gęste włosy, jej ciało napięło się w oczekiwaniu. 

Piersiami przylgnęła do niego z całej siły. Jego ręka wślizgnęła się pod sukienkę, dłonią objął 

jej  krągłe,  napręŜone  piersi.  Mruknęła  z  rozkoszy.  Czuła  przyspieszony,  naglący  oddech 

Tannera,  jego  wzrastające  poŜądanie.  Nie  była  jednak  jeszcze  przygotowana  na  miłość. 

Obawiała sile jej. Gdy się od niego odsuwała, usiłował ją przytrzymać, wyraźnie protestował. 

Właściwie mogła mu ulec, leŜeć tu z nim, czując lekki wiatr od morza i kochać się. PrzecieŜ 

teŜ  bardzo  go  pragnęła.  Mogła  go  Śmieć.  ZaleŜało  to  tylko  od  niej.  Wstała  jednak  i 

powiedziała: 

Będzie chyba lepiej, jeśli pójdę trochę pobiegać brzegiem morza. Szkoda, Ŝe nie moŜesz 

mi towarzyszyć. Ale niedługo będziesz silniejszy i wtedy będziesz mógł mnie juŜ gonić.  

Tanner  przewrócił  się  na  plecy.  Jedną  nogę  zgiął  w  kolanie,  ręce  załoŜył  pod  głowę. 

Obserwował ją uwaŜnie. Wreszcie rzucił pytanie, które przeszyło ją na wskroś: 

– Jak juŜ będę zdrów, to stale będę cię gonił. Chyba pozwolisz? 

– MoŜe? 

– Będzie to jak doping. Szybciej wyzdrowieję. Wymówił te słowa jak groźbę i obietnicę 

zarazem.  

Podziałało to na nią jak mieszanka wybuchowa. Wolała uciec do siebie na górę.  

WłoŜyła fioletowe szorty. Pomimo długich poszukiwań nie udało jej się znaleźć w szafie 

dla  gości odpowiednich  butów. Postanowiła więc, Ŝe pobiegnie boso brzegiem morza,  gdzie 

piasek jest zbity i twardy.  

Gdy  zeszła,  zastała  go  opartego  niedbale  o  kulę.  Czekał  przy  schodach.  Ponownie 

uderzyła ją jego uroda. Uśmiechnęła się lekko, a on odpowiedział uśmiechem, który wydał się 

jej  dość  podejrzany.  Oczy  miał  jak  myśliwy.  Pomyślała,  Ŝe  mógł  być  w  tej  chwili  bardzo 

niebezpieczny. Ogarnęło ją nagłe podniecenie. Chciała, by gonił ją i złapał.  

–  Musisz  mnie  pocałować  na  poŜegnanie  –  zaŜądał,  jak  gdyby  była  to  najbardziej 

naturalna rzecz na świecie.  

– PrzecieŜ uzgodniliśmy, Ŝe całujemy się tylko na dobranoc? 

– I na poŜegnanie – odparł, zmieniając bez porozumienia z nią reguły gry.  

Uniosła  lekko  brwi,  wyraŜając  zdziwienie.  Nie  uniknęła  jednak  przy  tym  ledwo 

zauwaŜalnego uśmiechu.  

Mówił dalej tonem bardzo powaŜnym: 

– Od dziś będziemy się całować nie tylko na poŜegnanie, ale i na powitanie.  

background image

– Nie wiedziałam o tym. Kiedy podjęto decyzję? 

– JuŜ dawno. Najlepiej będzie, jak się do niej zastosujemy natychmiast – przysunął się o 

krok.  

– W takim razie nie mam innego wyjścia. Laura odetchnęła głęboko i teŜ uczyniła krok w 

jego kierunku. Zamknęła oczy i podała mu usta.  

Ale  nic  się  nie  stało.  Otworzyła  ostroŜnie  jedno  oko  i  zobaczyła,  Ŝe  Tanner  bardzo 

uwaŜnie  jej  się  przygląda.  Otworzyła  więc  szeroko  drugie  i  popatrzyła  na  niego  wprost. 

Wtedy i ona spowaŜniała. Objęła jego głowę i poszukała warg.  

Był  to  pocałunek  oszałamiający.  Ramiona  Tannera  oplotły  jej  plecy  i  przyciągnęły  ją 

gwałtownie. Całował głęboko i intensywnie, reagował z coraz większym poŜądaniem na myśl 

o  jej  bliskości  i  uczuciach,  które  w  nim  rozpaliła.  Myślał  o  jej  rękach,  pieszczotliwie 

gładzących  jego  włosy,  o  miękkim,  kobiecym  ciele  i  słodkich  ustach,  które  odwzajemniały 

pocałunek. W końcu podniósł głowę i nabierając głęboko powietrza powiedział: 

– Zmykaj, bo za chwilę będzie za późno! 

Posłuchała go. Akceptowała fakt, Ŝe nią kieruje. Chwiejnym krokiem podeszła do drzwi i 

uporawszy się z zamkiem, o mały włos by się nie przewróciła.  

Tanner przyglądał jej się z wypiekami na twarzy. Z jego oczu biło zadowolenie.  

Stała  na  ganku  i  oddychała  głęboko.  Kilka  razy  nerwowo  odgarnęła  włosy,  aczkolwiek 

wiatr przekornie ją w tym wyręczał. Rozglądała się, jak gdyby usiłowała sobie przypomnieć, 

dlaczego się tu znajduje. Jogging był ostatnią rzeczą, na którą miała teraz i ochotę. Pragnęła 

wrócić  do  Tannera,  do  jego  pocałunków.  Po  co  to  bieganie?  Skierowała  się  jednak  w  dół  i 

weszła  na  drogę.  Gdy  przechodziła  przez  szosę,  zupełnie  automatycznie  sprawdziła,  czy  z 

lewej strony nie nadjeŜdŜa samochód, choć przecieŜ wiedziała, Ŝe nie ma tu ruchu. Wykonała 

kilka ruchów gimnastycznych, zanim powoli oddaliła się wzdłuŜ plaŜy.  

Nie  była  przyzwyczajona  do  monotonii  morskiego  wybrzeŜa.  Zgubiła  się  i  pobiegła  za 

daleko. Powrót trwał bardzo długo. Tanner, wiedziony niepokojem, wyjechał samochodem na 

poszukiwanie. Odnalazł ją biegnącą  resztką sił. Z widoczną ulgą osunęła  się na miękki fotel 

porsche’a.  

– Musisz zostawiać po sobie jakieś ślady – powiedział Tanner, nie wspominając o tym, Ŝe 

martwił  się  jej  długą  nieobecnością.  –  W  ten  sposób  będziesz  w  stanie  ocenić,  jaki  dystans 

przebiegłaś.  

–  Szkoda,  Ŝe  mówisz  mi  to  dopiero  teraz  –  Laura  popijała  sok  pomarańczowy,  który 

Tanner przezornie dla niej przywiózł. Była wykończona.  

Milczeli.  Laura  odpoczywała  po  wysiłku,  Tanner  zaś  usiłował  ochłonąć  ze 

zdenerwowania. W końcu przerwała ciszę: 

– Słuchaj, mam prośbę, poszukajmy tego biednego psa...  

Tanner przyhamował i, mocno zdziwiony, zapytał: 

– Jakiego psa? 

–  Widziałam  duŜego,  czarnego  i  niezbyt  przyjaźnie  nastawionego  psa.  Boję  się  psów, 

więc nie usiłowałam się nawet do niego zbliŜyć. Albo go ktoś porzucił, albo się zgubił. Ale tu 

w okolicy przecieŜ nie ma domów. Poza tym nie wyglądało na to, Ŝe się wypuścił na spacer, 

background image

po prostu czekał przy drodze.  

–  W  porządku.  Poszukamy  go,  jeśli  chcesz.  Dalej  juŜ  nie  rozmawiali,  tylko  uwaŜnie 

rozglądali  się  wokół.  Tanner  jechał  bardzo  powoli.  Byli  juŜ  przy  wjeździe  do  domu,  a  psa 

ciągle nie było widać.  

– MoŜe znalazł drogę do domu? – zasugerował niepewnie.  

Laura zaprzeczyła ruchem głowy.  

– Zatem wracamy – Tanner momentalnie skręcił kierownicę.  

– Och, Tanner... – uśmiechnęła się rozbrajająco. Pochylił się, by ją pocałować.  

– Czy to juŜ na dobranoc? – zapytała.  

– Nie. To ma oznaczać, Ŝe jestem przy tobie.  

– A mnie się wydawało, Ŝe to pocałunek na dobranoc, bo taka jestem zmęczona...  

– O nie! Ten dopiero będzie – odpowiedział.  

–  Ale...  przecieŜ  umawialiśmy  się,  Ŝe...  –  nie  dokończyła.  Głos  Laury  wyraŜał 

powątpiewanie, ale oczy wciąŜ były ufne.  

Raz jeszcze odbyli tę samą drogę.  

Pies leŜał w rowie, w miejscu, z którego dobrze było widać szosę.  

Nie było łatwo namówić go, by wszedł do samochodu. W końcu raz jeszcze obejrzał się 

na szosę, zanim wskoczył na tylne siedzenie. Oczy miał inteligentne, choć trochę zamglone.  

– Sądzisz, Ŝe jest chory? – zapytała Laura.  

–  Chyba  po  prostu  głodny.  Pojedziemy  zaraz  do  weterynarza,  niech  go  zbada.  Biedne 

psisko.  

Weterynarz  Henry  mieszkał  na  duŜej  farmie.  Trzymał  tam  kilka  psów,  jedną  kozę  i 

mnóstwo  kotów.  Nie  opodal  pasły  się  dwa  konie,  które  na  ich  widok  podniosły  łby  i 

przyglądały się z wielkim zainteresowaniem.  

Henry  rozpoczął  oględziny  od  długiej  rozmowy  z  psem,  który  był  najwyraźniej 

zdenerwowany i czegoś szukał. Do miski nalał wody, którą pies łapczywie wychłeptał. Potem 

dał mu trochę jedzenia. Widać było, Ŝe jest bardzo głodny.  

–  Nie  jest  ranny  –  powiedział  Henry  wreszcie.  –  Nie  widzę  teŜ  tabliczki  rejestracyjnej. 

Natomiast ma nową obroŜę przeciwko pchłom. Chwała Bogu zresztą, ponoć w tym roku ma 

być istna plaga tego tałatajstwa. Ma miłą sierść i zdrowe zęby. To młody, bardzo ładny pies. 

Niestety, ludzie na ogół sądzą, Ŝe pozostawione zwierzę jakoś tam przeŜyje. A to nieprawda. 

MoŜe się zgubił, ale nie słyszałem, aby ktoś w okolicy poszukiwał takiego psa. Tak czy owak, 

spróbuję  się  dowiedzieć.  Dziękuję  państwu  za  przywiezienie  go.  Na  pewno  ktoś  go 

przygarnie.  

Tanner i Laura wyszli. Gdy wsiadali do samochodu, pies nagle wydał gardłowy dźwięk. 

Zabrzmiał jak pytanie. Odwrócili się równocześnie.  

–  Zrobię  mu  zastrzyk  i  będziecie  go  mogli  państwo  zaraz  wziąć  –  powiedział  Henry 

rzeczowo. Uśmiechał się przy tym od ucha do ucha.  

Tanner zwrócił się do Laury.  

– To co? JuŜ mamy psa? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Wrócili do domu Moranów. Było jeszcze jasno i ciepło. Postanowili więc zaraz wykąpać 

psa. Stał posłusznie. Wyglądało na to, Ŝe raczej lubi wodę. Tanner zdjął koszulę, zupełnie juŜ 

nie pamiętając o swoich  bliznach i zaczął go namydlać.  Laura trzymała wąŜ, ale ciągle była 

niepewna i zachowywała wobec psa dystans.  

–  Jest  bardzo  miły  –  stwierdziła.  –  Muszę  przyznać,  Ŝe  nigdy  nie  spodziewałam  się,  Ŝe 

kiedykolwiek powiem o psie, Ŝe jest miły...  

– Chyba się jednak zgubił. PrzecieŜ nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby go.  

– Ciągle tak stoi, jakby chciał obserwować szosę – zauwaŜyła.  

– TeŜ na to zwróciłem uwagę.  

–  Tanner...  Nie  wiem,  czy  to  dobrze,  Ŝe  zabraliśmy  go.  MoŜe  się  do  nas  przywiązać,  a 

potem trzeba będzie go oddać. Jest bardzo wierny. Najwyraźniej czeka na swoich właścicieli, 

którzy go tu przywieźli i zostawili.  

Usiłował ją uspokoić.  

– Za miesiąc kończy się szkoła. Wtedy zjedzie się tu cała hałastra moich kuzynów. Pies 

będzie  mógł  sobie  wybrać  nowego  pana.  Podoba  mi  się.  Chciałbym,  by  został  w  rodzinie  – 

Tanner wycierał psa starym ręcznikiem.  

– A jak go nazwiemy? 

–  Chyba  nie  powinniśmy  tego  robić.  Co  będzie,  jeśli  przyszły  właściciel  zechce  go 

nazwać inaczej? Nie moŜna od psa oczekiwać, by zapamiętywał coraz to nowe imiona.  

– Moglibyśmy nazywać go po prostu Dog. Zgoda? 

– Zgoda. Niech będzie Dog.  

Laura uśmiechnęła się na widok Tannera głaszczącego psa.  

– Masz dobre serce.  

–  Pies  jest  głodny  i  wyczerpany.  Łapy  ma  pokaleczone.  Henry  dał  mi  specjalną  maść, 

którą trzeba będzie je smarować. Za kilka dni wyzdrowieje.  

To  dziwne  –  pomyślała  –  Ŝe  męŜczyzna  potrafi  być  delikatny,  w  dodatku  męŜczyzna 

prowadzący tak nieustabilizowane i chyba dość niebezpieczne Ŝycie jak on. Musi być jednak 

bardzo uczuciowy, przecieŜ tak cierpliwie szukał psa i tak starannie się nim zaopiekował.  

– Dlaczego wybrałeś to, czym się zajmujesz? – zapytała ku własnemu zaskoczeniu.  

– Jestem człowiekiem cywilizowanym. Zaśmiała się.  

– Łapanie złodziei jest zajęciem cywilizowanym? 

–  Jak  najbardziej.  Wierzę  w  moc  prawa  i  w  prawo  obywateli  do  sprawiedliwego 

traktowania.  

Myślała,  Ŝe  powie  coś  więcej,  ale  zamilkł.  Potem  zastanowiła  się  nad  jego  słowami  i 

zrozumiała, Ŝe jest w nich zawarta zupełnie niezła definicja cywilizacji.  

– Wiesz, chyba cię kocham – powiedziała impulsywnie.  

– Wiem o tym – uśmiechnął się wciąŜ patrząc na Doga.  

– Skąd moŜesz wiedzieć? Jestem tu przecieŜ dopiero od dwóch dni i w dodatku spałam na 

background image

górze.  

– Miłość to nie tylko seks – odpowiedział spokojnie.  

– Przyjechałaś do mnie i zostałaś. Nie wiesz jeszcze, czy masz się w pełni zaangaŜować, 

ale myślisz o tym. Czuję, Ŝe się obawiasz.  

Uśmiechnął się do niej, choć dalej był zajęty czesaniem Doga.  

– Nikt mnie jeszcze z takim oddaniem nie całował. Wzbudzasz we mnie reakcje, których 

nie jestem w stanie opisać.  

– Myślę, Ŝe jesteś po prostu chyba zbyt wraŜliwy – próbowała trochę pokpić sobie z niego 

i z siebie.  

– Jeśli chodzi o ciebie, to na pewno – nie zauwaŜył kpiny i powiedział to bardzo serio.  

– Czy ty teŜ odczuwasz te niesamowite fluidy, które krąŜą między nami? Nigdy przedtem 

tego nie przeŜywałam. Twoja obecność tuŜ obok mnie... po prostu mnie przeraŜa.  

– Nie bój się mnie, Lauro. Potrzebny mi ktoś, kto mój ogień podtrzyma i podsyci.  

Na dźwięk tych słów Laurę ogarnęła nagła fala uczucia.  

–  Czytałeś  o  tym,  Ŝe  nie  składamy  się  z  materii,  tylko  z  atomów,  które  łączy  siła 

magnetyczna? 

– zapytała impulsywnie.  

– Skąd ci to przyszło do głowy? – Tanner zaśmiał się lekko.  

– Czuję, jak moje atomy wibrują.  

– To powaŜna sprawa. Mam nadzieję, Ŝe nie będę obecny w chwili wybuchu.  

Spojrzał na nią. Ujrzała iskierki w jego oczach. Wstał. Wiedziała, Ŝe podejdzie do niej i 

weźmie ją w ramiona. Czekała na niego, czując kaŜdą rozedrganą cząstkę ciała.  

Popatrzył na zegarek.  

– Zrobiło się późno. MoŜe pojedziemy do miasta na kolację? Znam restaurację, gdzie dają 

ś

wietne frutti di marę.  

Kolacja? Coś podobnego! Akurat w takiej chwili myślał o jedzeniu? Z ledwie hamowaną 

złością powiedziała: 

– Świetnie! Nareszcie będę mogła wystąpić w swoich własnych ciuchach.  

Zerwała się i ruszyła w stronę domu. Zatrzymała się po kilku krokach.  

– A co będzie z Dogiem? 

–  Jest  tu  bezpieczny.  Zostanie  na  ganku.  Dam  mu  wodę  i  coś  do  jedzenia.  Jakiś  stary 

dywanik teŜ się znajdzie. Będzie mógł spokojnie obserwować szosę.  

Jeszcze  przed  chwilą  złościła  się  na  niego!  Rozczulona  patrzyła  jak  zwija  wąŜ.  Kula 

leŜała na ziemi! 

– Tanner! Chodzisz bez kuli! 

– JuŜ się mnie nie boisz, więc mogę się jej pozbyć – uśmiechnął się.  

– Chcesz powiedzieć... Nabrałeś mnie! 

– Obawiam się, Ŝe tak. Nie chciałem, abyś czuła się zagroŜona. Pomyślałem, Ŝe poczujesz 

się pewniej na tym dzikim wybrzeŜu Południowej Karoliny, jeśli uwierzysz, Ŝe nie mogę cię 

gonić.  

– I ty uwaŜasz się za cywilizowanego człowieka! Ty kłamco! Ty oszuście! – język aŜ się 

background image

jej plątał z oburzenia.  

– Nic z tych rzeczy – był w świetnym humorze.  

– To prawda, Ŝe jestem wyrachowany. Zresztą pomysł był doskonały i z czasem miałem 

zamiar się nim pochwalić. Peter zadzwonił i powiedział, Ŝe przyjeŜdŜasz...  

– Mnie mówił, Ŝe wspomni ci tylko o kimś, kto odwiedzi cię w jego zastępstwie...  

– Bujał. – Zapowiedział, Ŝe właśnie ty przyjedziesz. Miałem więc tylko kilka godzin, by 

wymyślić sposób na zatrzymanie cię. Gdybyś nie zgodziła się zostać, udawałbym inwalidę.  

– Inwalidę? 

–  No  tak.  Miałem  zamiar  zachorować  lub  upaść...  nie  na  serio,  rozumie  się,  ale  na  tyle 

boleśnie, by poruszyć twoje sumienie...  

–  Popatrz,  popatrz.  Wielka  szkoda,  Ŝe  tak  łatwo  zgodziłam  się  na  twoją  pierwszą 

propozycję.  Teraz  juŜ  nigdy  się  nie  dowiem,  jaką  sztuczkę  wymyśliłbyś.  Ominęło  mnie 

ś

wietne przedstawienie.  

Tanner nie wydawał się pewien swoich talentów.  

– Tak naprawdę, to nie jestem dobrym aktorem. Zresztą przedtem nie musiałem udawać...  

– A jakŜe! Pewnie wystarczyło, Ŝe klaśniesz w ręce? 

– Nie. Ale nigdy nie zaleŜało mi na innej kobiecie, tak jak na tobie.  

– WciąŜ się boję.  

– Ja teŜ czuję się trochę niepewnie.  

– Więc to tak.  

PołoŜyła rękę na piersiach i odetchnęła głęboko.  

– Potrafisz chodzić bez kuli.  

–  Biegać  nie  potrafię.  Naprawdę.  Mam  trudności  z  wchodzeniem  na  schody,  nawet  bez 

walizek, ale po plaŜy spaceruję. Wczoraj w nocy poszedłem prawie tak daleko jak ty.  

– I nie zauwaŜyłeś Doga? 

–  Nie.  Ale  nie  zwracałem  szczególnej  uwagi  na  otoczenie.  Chciałem  się  uspokoić  po 

twoim  zniewalającym  pocałunku  na  dobranoc.  Dog  prawdopodobnie  mnie  obserwował,  gdy 

rwałem włosy z głowy i zgrzytałem zębami w desperacji. śartuje, pomyślała.  

 

Pojechali  do  Myrtle  Beach.  Miasteczko  wciąŜ  było  pełne  turystów  z  Kanady  i 

przygotowywało  się  do  najazdu  studentów,  który,  jak  zwykle  na  wiosnę,  miał  nastąpić  w 

czasie ferii.  

Zjedli  kolację  w  najlepszej  restauracji.  Spędzili  w  niej  prawie  trzy  godziny  –  przy 

ostrygach,  marynowanym  łososiu  i  rekinie  z  rusztu.  Pod  wpływem  wyśmienitego 

kalifornijskiego  szampana  rozwiązały  się  im  języki.  Śmiejąc  się  wspominali  dawne  czasy, 

opowiadali sobie zabawne historyjki sprzed lat. Podsuwali sobie najlepsze kęsy.  

Wrócili do domu późno. Dog czekał na ganku. Na widok samochodu zerwał się i wybiegł 

im  naprzeciw.  Przyglądał  się  przyjaźnie  i  machał  ogonem  na  powitanie,  gdy  wysiadali. 

Zagadali do niego. Tanner pogłaskał go, ale Laura wciąŜ trzymała się na dystans.  

Zostawiając  Doga  na  posterunku,  weszli  do  domu.  Tanner  momentalnie  poszedł  do 

kuchni i umył starannie ręce. Gdy zauwaŜył jej zdziwienie, wytłumaczył: 

background image

– Jak będę cię całował na dobranoc, chcę czuć twój zapach.  

– Ale po kąpieli Dog pachnie przecieŜ jak bukiet róŜ.  

–  Nie  całkiem.  Nie  pachnie  najgorzej,  ale  wciąŜ  czuć  go  psem.  W  końcu  jest  dorosłym 

samcem – popatrzył na nią przez ramię i uśmiechnął się z ukosa. – Ja zresztą teŜ.  

– Nie strasz.  

– Nie mam takiego zamiaru.  

– Przygotowujesz grunt pod słynny pocałunek na dobranoc? 

– Nie mam innego wyjścia.  

Słowa  te  wywołały  natychmiastową  reakcję.  Zaczęła  oddychać  niespokojnie  w 

oczekiwaniu na pocałunek Tannera.  

Pocałował  ją  tak  samo  jak  wczorajszego  wieczoru.  Najpierw  w  rękę.  Potem  objął  i 

przycisnął mocno. Obawiała się, Ŝe zemdleje. Wtedy dopiero pocałował ją naprawdę. To było 

wspaniałe!  Miała  wraŜenie,  Ŝe  w  Ŝyłach  pulsuje  jej  Ŝywy  ogień.  Z  trudem  łapała  oddech. 

Ogień ogarnął ją całą.  

Ale on odsunął ją od siebie i ze słodkim uśmiechem Ŝyczył dobrej nocy. I znów pogładził 

ją lekko po ramieniu,  gdy zaczęła wchodzić po schodach na górę. Jak mógł ją w ten sposób 

zostawić?  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  zrzucić  ubrania  i  nie  zejść  do  niego.  Stał 

wciąŜ na dole i patrzył za nią. Jak by zareagował? 

MoŜe  dałby  się  uwieść?  A  moŜe  podałby  jej  szlafrok  i  wysłał  na  górę?  Wydawał  się 

nieobliczalny. Najlepszym tego dowodem był pomysł z kulą.  

Pragnęła  go.  Chciała  znaleźć  się  w  jego  ramionach  i  kochać  się  z  nim.  Byłoby  to... 

cudowne! On myślał o przyszłości, podczas gdy ona Ŝyła tylko chwilą. Na ogół przecieŜ było 

na  odwrót.  Czy  przypadkiem  nie  była  to  właśnie  ta  zamiana  ról,  o  której  wiele  ostatnio 

mówiono i pisano? 

Uczono ją, Ŝe ma się odpowiednio zachowywać, szczególnie wtedy, kiedy męŜczyzna się 

jej  podoba.  Pamiętała  zasadę:  „Kobieta  jest  wstydliwa  tak  długo,  dopóki  kogoś  nie  kocha. 

Gdy  pokocha,  jest  jak  kocica  na  wiosnę.  MęŜczyzna  zaś  skorzysta  z  kaŜdej  okazji,  gdy  nie 

kocha. Zakochany, wstydzi się jak dziewica”.  

MoŜe na tym polegał cały problem? Nie na tym, Ŝe role się zmieniły, tylko na starym jak 

ś

wiat  konflikcie  między  kobietą  a  męŜczyzną.  Kochali  się  przecieŜ  i  reagowali  całkiem 

typowo. Nic nowego pod słońcem. Błąd tkwił gdzie indziej. Sądziła, Ŝe coś się zmieniło.  

Tanner  czekał,  aŜ  się  zadeklaruje.  Chciał,  aby  go  bliŜej  poznała.  Czuła, Ŝe  ją  kocha,  ale 

czy  potrafi  mu  się  odwzajemnić  miłością?  Pragnęła  go.  Co  do  tego  nie  miała  Ŝadnych 

wątpliwości. Pociągał ją swym pięknem i wyjątkowością.  

Zatopiona  w  myślach  przygotowywała  się  do  snu.  Słyszała  wiatr  buszujący  w  palmach, 

jakieś  trzaski  w  domu,  takŜe  przejeŜdŜający  samochód...  Samochód?  To  chyba  pierwszy  od 

czasu, gdy tu przyjechała. Niesamowite! CzyŜby na świecie były jeszcze samochody? 

Nagle  ujrzała  się  w  lustrze.  Widok  nie  był  zbyt  budujący.  Warkocze,  stara  koszulka  i 

opadające majtki. Szczyt kobiecości! 

A co by się stało, gdyby teraz przyszedł do niej? Gdyby postanowił ją przekonać o swoich 

męskich talentach? Jej wygląd odebrałby mu wszelką ochotę.  

background image

Szybko  zdjęła  z  siebie  koszulkę  i  majtki  i  włoŜyła  granatową,  koronkową  halkę. 

Rozplotła warkocze i uczesała włosy. Lekko umalowała oczy i nałoŜyła trochę pudru na nos.  

Uśmiechnęła się do swego odbicia i złoŜyła usta do wyimaginowanego pocałunku. MoŜe 

być! Z wystudiowaną elegancją wsunęła się do łóŜka. Była gotowa.  

Usnęła nasłuchując jego kroków na schodach.  

Obudziła się o świcie. Spała niespokojnie. Wskazywały na to skotłowane prześcieradło i 

zmięty koc. Halka cisnęła ją, widocznie niewygodnie było w niej spać. Nie powinna się była 

przebierać, pomyślała, złoszcząc się na Tannera.  

W końcu nie była to przecieŜ jego wina, przekonywała samą siebie. MoŜe obawiał się, Ŝe 

nie jest nim zainteresowana i da mu kosza? 

Byli  tu  sami,  na  odludziu.  Co  mogłaby  zrobić,  gdyby  usiłował  ją  zgwałcić?  Dlaczego 

więc  w  ogóle  z  nim  została,  jeśli  się  go  boi?  Czy  jednocześnie  nie  pragnęła  go?  Istniały 

przecieŜ w takiej sytuacji pewne reguły gry, do których naleŜało się dostosować.  

Gdy zgodziła się pozostać, sama była tym zdziwiona. Jedynym męŜczyzną, z którym się 

dotąd kochała, był Tom. Miłość z Tomem nie bardzo ją przekonywała, a eksperymentować z 

byle  kim  nie  chciała.  Dopiero  Tanner  ją  rozbudził.  Zachowywał  się  jednak  jak  idiota.  Musi 

mu dać do zrozumienia, Ŝe ma wolną rękę.  

Uśmiechnęła się do siebie. Co potrzebne jest kobiecie, by uwieść męŜczyznę? Wykwintna 

kolacja, przyćmione światła, odpowiednia sukienka? 

Szybko podjęła decyzję. Wstała z łóŜka i zdjęła halkę. Zaczęła przeglądać swoje ubranie. 

Pakując się nie myślała o podobnych okazjach.  

Otworzyła  gościnną  szafę.  Znalazła  w  niej  spory  wybór  egzotycznych  strojów  oraz 

pudełko  po  cygarach  ze  sztuczną  biŜuterią.  Nie  było  tam  nic,  co  spowodowałoby  burzę 

zmysłów, oprócz moŜe trochę sfatygowanego bikini, ale w kwietniu Atlantyk był jeszcze dość 

zimny, a po domu przecieŜ nie będzie w nim paradować.  

Pod  dom  podjechała  cięŜarówka.  Wczoraj  w  nocy  samochód,  a  dziś  –  cięŜarówka.  Czas 

się przenieść dalej na Zachód, pomyślała ubawiona. Cywilizacja ich dogoniła. Przypomniała 

sobie,  Ŝe  dawno  temu  jeden  z  jej  przodków  opuścił  Indianę  i  wyruszył  dalej  na  Zachód,  bo 

ktoś  odwaŜył  się  osiedlić  w  odległości  dwunastu  kilometrów  od  jego  farmy.  Było  mu  za 

ciasno.  

Ubrała się w sukienkę, włoŜyła sandały i zeszła na dół. Dwóch męŜczyzn właśnie wnosiło 

skrzynię  do  pokoju,  w  którym  pracowała.  Zdziwiło  ją,  Ŝe  Tanner  kazał  wnieść  przesyłkę 

akurat tu, mając cały dom do dyspozycji.  

W  kuchni  przygotowania  do  śniadania  były  juŜ  prawie  ukończone.  Jeśli  dalej  będą  tak 

duŜo jeść, pomyślała, będzie musiała sobie sprawić kilka nowych sukienek.  

Nakryła do stołu i zabrała się do smaŜenia jajecznicy. Słyszała niski głos Tannera, który 

coś mówił do męŜczyzn ustawiających skrzynię.  

W  tym  starym  domu  nad  brzegiem  oceanu  czuła  się  teraz  trochę  jak  kobieta-pirat. 

Zanuciła  starą  marynarską  pieśń,  w  której  rum  lał  się  strumieniami.  Rum!  Oto  brakujący 

element w jej kampanii uwodzicielskiej. Wino, kobieta i śpiew. Jak mogła o tym zapomnieć? 

Tanner odprawił cięŜarówkę i wrócił do kuchni. Zastał Laurę stojącą na wysokim krześle 

background image

kuchennym. Szukała czegoś na górnych półkach szafy.  

– Co tam robisz? – zapytał.  

– Szukam rumu.  

– Do śniadania? – był lekko zaskoczony.  

– Nie piłeś nigdy herbaty z rumem na śniadanie? 

– Chyba nie.  

– No to spróbujesz. Raz się Ŝyje! 

– Mam dla ciebie niespodziankę.  

– Ja dla ciebie teŜ – zrobiła obiecującą minę.  

– Czy chcesz ją zobaczyć teraz, czy po śniadaniu? – zapytał.  

– Potem. Wszystko gotowe, więc zjedzmy.  

Jak juŜ znajdą się w łóŜku, pomyślała, nie będą myśleć o jedzeniu. Przypatrywała mu się 

skrycie.  Wydawał  się  lekko...  podniecony.  MoŜe  domyślał  się  jej  planów?  Widać  było,  Ŝe 

chce skończyć jak najszybciej śniadanie, nie był zbyt rozmowny. Herbatę z rumem pochwalił 

grzecznie, lecz bez większego entuzjazmu. Uśmiechała się do niego spod opuszczonych rzęs, 

naśladując hollywoodzkie gwiazdy.  

Tanner teŜ ją obserwował. Zachowywała się tak, jakby była lekko pijana. Zresztą nie ma 

się  czemu  dziwić  –  to  ta  herbata.  Zwariowany  pomysł  –  rum  na  śniadanie!  Jadł  szybko  i 

trochę ją ponaglał. Był ciekawy, jak zareaguje na niespodziankę.  

Laura  chciała  najpierw  sprzątnąć  kuchnię.  Nie  lubiła  widoku  stołu  zastawionego 

brudnymi naczyniami. Krzątała się sprawnie.  

– Dog jest nakarmiony? 

– JuŜ dawno, śpiochu.  

– Nie uciekł? 

– Nie, jest na ganku. Pilnuje szosy.  

– Myślałam, Ŝe moŜe ten wczorajszy samochód...  

– Samochód? Kiedy słyszałaś samochód? 

– Gdy szykowałam się do snu.  

– Osobowy czy cięŜarówka? – wyglądał na zaniepokojonego.  

– Nie widziałam go, tylko słyszałam. Sądziłam, Ŝe to moŜe właściciel Doga przyjechał po 

niego.  

– Nie.  

Myślał najwyraźniej o czymś innym. Podeszła do niego i obejmując go podniosła usta do 

pocałunku: 

– Dzień dobry.  

– Jesteś pojętna. Bardzo mnie to cieszy – śmiał się z jej oburzenia. – Chodź – wziął ją za 

rękę.  

Zaprowadził ją do pokoju i zaczął rozpakowywać skrzynię. Najpierw wyciągnął olbrzymi 

rulon papieru pakowego. Było go tyle, Ŝe wystarczyłby jej na rok. Potem rozpakował pędzle. 

Piękne,  z  prawdziwego  włosia,  róŜnych  rozmiarów,  od  cieniutkiego  pędzelka  poprzez 

japoński  pędzel  kaligraficzny  aŜ  po  olbrzymi  pędzel  do  malowania  liter  na  plakatach.  Z 

background image

kuchni przyniósł słoiki z wodą. Była oszołomiona jego szczodrością. Nie była nawet w stanie 

mu podziękować.  

A ile farb! I atramentów! Z takim zapasem mogła otworzyć szkołę! Z kolejnych kartonów 

zaczął wyciągać próbki materiałów, od najzgrzebniejszych aŜ po najdroŜsze, piękne jedwabie. 

Laura śmiała się zachwycona.  

– Jesteś zadowolona? 

– Ach, Tanner... – łzy stanęły jej w oczach.  

– Mogłabyś mi w takim razie podziękować, zamiast się mazgaić.  

Rzuciła mu się w objęcia i pocałowała go bardzo słodko.  

 

Letnia pogoda trwała kilka dni. Po wspólnym śniadaniu rozchodzili się do swoich zajęć. 

Po lunchu szli na długi spacer nad morzem. Pies siedział na ganku albo biegał dookoła domu. 

Zawsze towarzyszył im w popołudniowym spacerze, ale ciągle bacznie obserwował szosę.  

Tanner codziennie wymyślał nowe okazje do pocałunków. Ona zaś zgadzała się chętnie, a 

nawet  z  entuzjazmem,  który  go  wręcz  oszałamiał.  Uśmiechnął  się  do  siebie  myśląc,  Ŝe  juŜ 

niedługo będzie ją miał.  

Laura  nie  pozostała  mu  dłuŜna.  Była  bardzo  przebiegła  w  swych  tajnych  miłosnych 

zakusach. Bardzo byli zajęci wzajemnym uwodzeniem się.  

Laura była nieodrodną córką swojej matki, dobrej gospodyni, i potrafiła szyć. Na strychu 

znalazła  starą  maszynę  do  szycia  i  z  bogatych  zasobów  podarowanych  jej  przez  Tannera 

wybrała  piękny,  jasnofioletowy  materiał.  Uszyła  sobie  sukienkę.  Miała  to  być  specjalna 

sukienka, ale wypadła niezbyt interesująco. Nie była wcale „sexy”. Niezadowolona, odrzuciła 

ją na bok. Potrzebowała czegoś zupełnie niezwykłego.  

Jeszcze  raz  przejrzała  materiały  i  znalazła  kawałek  cieniutkiego  jedwabiu.  Był 

jaskrawoczerwony.  MęŜczyźni  lubią  czerwony  kolor,  pomyślała,  i  zabrała  się  ponownie  do 

roboty. Napracowała się solidnie. Śliski, cienki materiał nie był łatwy w szyciu. Ale efekt był 

wspaniały.  Wyglądała  wprawdzie  trochę  ekstrawagancko,  ale  za  to  nie  mogło  być  Ŝadnych 

wątpliwości, co do jej stanu ducha. Była gotowa na wszystko.  

Malutkie,  perłowe  kolczyki,  które  na  ogół  nosiła,  niezbyt  nadawały  się  do  czerwonej 

sukni.  Przypomniała  sobie  o  pudełku  po  cygarach,  w  którym  znalazła  sporo  korali,  kilka 

bransoletek  i  duŜo  róŜnych  kolczyków.  Wybrała  dwa  –  jeden  z  długim  sznurem  sztucznych 

brylantów,  który  niemal  dotykał  ramienia  i  drugi,  trochę  krótszy,  z  jakichś  mieniących  się 

róŜowo-fioletowych kamieni. Obydwa pasowały do koloru sukienki. Były dość wyzywające.  

Zastanawiała się, do kogo naleŜały? MoŜe były kiedyś własnością kobiety, której śmiech 

usłyszała pierwszej nocy? 

Miała  więc  idealną  suknię  i  kolczyki.  Wszystko  było  gotowe.  Ale  po  dwóch  dniach 

ciągłego szycia była zmęczona i zła. Na domiar  wszystkiego rozbolała ją głowa. Pogoda się 

zepsuła. Nie był to więc odpowiedni moment na „występ”. Jeszcze ze zdenerwowania gotowa 

na niego nakrzyczeć, a potem rozpłakać się ze skruchy.  

Z  bolącą  głową  zeszła  do  kuchni  sprawdzić  zawartość  lodówki.  Chyba  z  powodu 

bliskości morza znalazła w niej duŜe ilości raków, krewetek i innych morskich przysmaków. 

background image

Były równieŜ gotowe dania oraz róŜne ciasta i pieczywa – ku jej radości, bo nie bardzo lubiła 

gotować ani zbytnio nie celowała w tym zajęciu. Głód im w kaŜdym razie nie groził.  

Na  kolację  postanowiła  rozmrozić  duŜą  porcję  gulaszu  i  chleb  wiedeński.  Po  namyśle 

dodała jeszcze placek ze śliwkami.  

Tanner zdziwił się, znajdując kolację gotową.  

– To miło z twojej strony.  

– Sądzisz, Ŝe tylko ty potrafisz rozmraŜać róŜne pyszności? 

– Jesteś moim gościem. To ja powinienem się tobą opiekować. Poza tym ciągle ślęczysz 

nad  swoimi  projektami.  Pracujesz  za  duŜo.  Nie  powinienem  był  tych  wszystkich  rzeczy 

sprowadzać od razu, tylko po trochu. Co tydzień coś innego, i tak – przez całe lato.  

– Nie mogę zostać tak długo – w jej głosie przebijała nutka Ŝalu.  

– Zobaczymy.  

Najwyraźniej uwaŜał, Ŝe ta kwestia jest jeszcze otwarta.  

– Za miesiąc zjawi się tu cała twoja rodzina.  

–  Nie  tak  od  razu.  PrzyjeŜdŜają  kolejno.  Dopiero  na  święto  czwartego  lipca  jest  pełny 

skład.  Urządzamy  wtedy  wielki  bal  ze  sztucznymi  ogniami  i  smaŜeniem  kiełbasek  na  plaŜy. 

Jest  zawsze  bardzo  wesoło.  Z  pewnością  będziesz  się  dobrze  bawiła.  No  i  poznasz  moją 

rodzinę, której na pewno się spodobasz – mówiąc to, obserwował ją bacznie.  

– My, w South Bend, teŜ obchodzimy czwartego lipca. Bardzo podobnie zresztą, choć bez 

plaŜy.  

– Czy ty się dobrze czujesz? – miał trochę zaniepokojoną minę.  

– Świetnie – skłamała.  

– Zobaczę, czy masz gorączkę – powiedział, kładąc swoją duŜą, ciepłą dłoń na jej czole.  

Laura spąsowiała.  

– Naprawdę czuję się dobrze. Jestem trochę zmęczona, to wszystko.  

–  Chyba  jednak  masz  gorączkę.  Oczy  ci  się  strasznie  świecą  i  masz  rumieńce  jak  po 

pięciokilometrowym biegu. Poszukam termometru.  

Bolała ją głowa, to fakt. Ale nic jej nie dolegało oprócz narastającej namiętności. CzyŜby 

sądził, Ŝe to rodzaj choroby? 

– Mógłbyś mnie zawieźć do weterynarza – miało to zabrzmieć dowcipnie.  

– Nie pozwoliłbym Henry’emu cię badać – powiedział to dość gwałtownie.  

– A to dlaczego? 

– Ja sam zmieniam się, jak jestem obok ciebie.  

Ręce mi się wydłuŜają, zęby robią się spiczaste, staję się podobny do neandertalczyka...  

– Naprawdę? Nigdy tego nie zauwaŜyłam. Skąd te zmiany? 

– Nie widziałaś, jak Henry gapił się na ciebie, gdyśmy zawieźli Doga? 

– Zachowywał się zupełnie normalnie. Był przyjazny.  

– No widzisz..  

– A co, miał być niegrzeczny? 

–  Nie,  miał  robić  to,  co  do  niego  naleŜy  –  Tanner  strzepnął  termometr  energicznie  i 

wsunął jej do ust.  

background image

– Ale ty... – usiłowała oponować.  

– Bądź cicho.  

Poddała  się.  Z  termometrem  w  ustach  czuła  się  jeszcze  gorzej.  MoŜe  miała  katar? 

Oznaczałoby  to  kolejne  kilkudniowe  odroczenie  jej  miłosnych  planów.  Była  stanowczo 

poirytowana.  

On natomiast wydawał się bardzo zadowolony.  

–  A  moŜe  ty  udajesz  chorą,  by  móc  zostać  jeszcze  kilka  dni?  –  zapytał  z  uśmiechem.  – 

Nie jest to pomysł zbyt oryginalny. Jeśli będziesz grzeczna, pozwolę ci zostać i bez tego.  

– Nie wierzę – termometr niebezpiecznie wysunął jej się z ust.  

– Cicho bądź.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Gorączki  nie  miała,  ale  Tanner  nadal  był  zaniepokojony  jej  błyszczącymi  oczami  i 

rumieńcami. Wpadła na pomysł, by go uspokoić.  

–  Naprawdę  nic  mi  nie  jest.  Wezmę  tylko  witaminę  C  i  aspirynę.  Nie  jestem 

przyzwyczajona  do  morskiego  powietrza.  Pochodzę  w  końcu  z  prerii,  jestem  genetycznie 

nieprzystosowana do oceanicznego klimatu. Potrzeba mi trochę czasu.  

–  Pójdziesz  wcześnie  spać.  Nie  sprowadzałbym  tego  wszystkiego  dla  ciebie,  gdybym 

wiedział, Ŝe tak się zmęczysz pracą.  

– Ale to było wspaniałe! Jak pięciu Mikołajów! Tyle pięknych rzeczy! Ale, musiałeś na 

to wydać strasznie duŜo pieniędzy. Ciągle o tym myślę... Pozwolisz, Ŝe co najmniej połowę ci 

zwrócę.  

–  To  są  prezenty.  śadna  prawdziwa  kurtyzana  nie  odwzajemnia  się...  pieniędzmi  – 

uśmiechnął się.  

–  Aha,  więc  są  to  prezenty  kompromitujące.  Jestem  zgorszona!  –  Laura  była  znów  w 

lepszym humorze.  

– Masz takie niewinne, niebieskie oczy. Ale chwilami, teraz na przykład lub wtedy, po tej 

herbacie  z  rumem,  wydają  się...  niezbadane.  Moja  matka  nigdy  nie  wspominała  mi  o 

kobietach takich jak ty. Mówiła tylko, Ŝe mam być dla kobiet dobry.  

– A co mówił ojciec? 

Tanner zmruŜył oczy i zacytował: 

–  „Nie  odrzucaj  niczego,  zanim  nie  spróbujesz”.  Sądzisz,  Ŝe  miał  na  myśli  kobiety? 

Zawsze  uwaŜałem,  Ŝe  mówił  o  akcjach.  Grał  na  giełdzie.  Coś  mi  się  wydaje,  Ŝe  ze  mnie 

zakpił.  

– Oj, ty głuptasku! 

–  Rzeczywiście,  zachowywałem  się  jak  idiota  –  popatrzył  na  nią  z  ukosa.  –  To  co, 

wyleczymy twój ból głowy? 

–  Niestety.  Jeśli  mój  puls  choć  odrobinę  wzrośnie,  to  czuję,  Ŝe  głowa  mi  pęknie.  Nie 

wiem, czy byłby to ładny widok.  

– Masz rację. Mógłbym się głupio poczuć – kiwał głową w udanej zadumie.  

W  tym  momencie  szosą  przejechał  samochód.  Tanner  nagle  znikł,  jakby  się  zapadł  pod 

ziemię. Po prostu rozpłynął się bez śladu. Laura wstała, rozglądając się uwaŜnie. Sprawdziła, 

czy  nie  ma  go  w  korytarzu  i  gabinecie.  Ani  Ŝywego  ducha.  Zaczęło  jej  się  robić  trochę 

nieswojo.  Wyobraźnia  poszła  w  ruch.  Co  by  było,  pomyślała  pół  Ŝartem,  gdyby  w  domu 

naprawdę straszyło. Gdyby historia z rodziną była zmyślona, a Tanner okazał się jedynym jej 

Ŝ

yjącym członkiem, który podstępem ściągnął tutaj...  

Nagle  wyrósł  przed  nią,  jakby  spod  ziemi.  Laura  krzyknęła,  zdając  sobie  równocześnie 

sprawę z absurdalności swojego zachowania. Tym razem on się przestraszył.  

– Lauro? Co ci jest? 

– Czy to ty, Tanner? 

background image

– A kto? Co się z tobą dzieje? Widziałaś coś, co cię zaniepokoiło? 

Więc było coś niepokojącego, sam się do tego przyznał.  

– Jak to zrobiłeś? 

– Ale co? 

– No, po prostu zniknąłeś.  

– Pobiegłem do frontowych drzwi, by zobaczyć, co to za samochód przejeŜdŜał.  

– Ale zrobiłeś to tak nagle i bezszelestnie! Potrafisz fruwać? 

Rozbawiony trafił w sedno jej obaw: 

– Sądzisz, Ŝe w tym domu straszy, a ja jestem duchem? 

–  Tak  naprawdę,  to  nie  przeŜyłeś  wypadku  –  podchwyciła  momentalnie.  –  Ale  nie 

chciałeś opuścić tego świata, tego domostwa...  

– Więc jestem wampirem.  

– To chyba niemoŜliwe. W końcu wychodzisz na słońce, czyli to odpada. Ale powaŜnie 

mówiąc, jak ci się udało zniknąć tak nieoczekiwanie? 

Odsunął ją lekko i przebiegł obok niej. Po chwili wypadł i pobiegł do drzwi frontowych. 

Cały ten manewr wykonał po cichu. Poszła za nim.  

Stali tuŜ obok siebie, czując ciepło własnych ciał.  

– Sądziłam, Ŝe nie moŜesz biegać.  

– Wcale nie biegłem, tylko się trochę spieszyłem.  

– Czy ty naprawdę istniejesz? – zapytała.  

– Do bólu. Obserwował ją uwaŜnie.  

–  Słyszałeś  kiedyś  o  tym  Angliku,  który  dwieście  lub  trzysta  lat  temu  załoŜył  się,  Ŝe 

przebiegnie  z  jednego  miasta  do  drugiego?  Ludzie  robili  zakłady,  czy  mu  się  uda. 

Towarzyszyły  mu  bryczki  naładowane  gapiami,  którzy  pilnowali,  Ŝeby  nie  było  Ŝadnego 

oszustwa.  

W pewnym momencie potknął się na równej drodze i przepadł zupełnie jak ty. Nigdy go 

nie odnaleźli.  

– Myślałaś, Ŝe mnie juŜ nie ma? 

– Przestraszyłam się.  

– Gdybym miał zniknąć, wziąłbym cię ze sobą – oplótł jej ramiona w silnym uścisku. – 

Twoja pora nadeszła, Lauro Fullerton. Bądź męŜna.  

Głos miał bardzo niski.  

– Tanner...  

Pocałował ją, mocno, namiętnie. Potem złapał ją w pasie zdrowym, prawym ramieniem i 

przerzucił ją sobie przez biodro. Niósł ją tak, ale juŜ po kilku krokach zaczął kuleć.  

– Puść mnie. Nie dasz rady. Jestem za cięŜka – Laura krztusiła się ze śmiechu.  

– Dam radę.  

Szło mu nie najlepiej.  

– Nie bądź uparty.  

– Jestem sentymentalny. Chcę, byś zawsze pamiętała nasz pierwszy raz jako wyjątkowo 

romantyczny.  

background image

– Czy będziesz usiłował wdrapać się po schodach? 

– zapytała z obawą.  

– Jeśli naprawdę wolisz na górze... – zawahał się.  

– Nie, nie, nie! Czy w ogóle musimy  gdziekolwiek iść? W salonie jest piękny, puszysty 

dywan.  

–  Nie  chciałbym,  by  nasze  wnuki  plotkowały  o  tym,  Ŝe  byliśmy  tak  spragnieni,  Ŝe  nie 

dotarliśmy nawet do łóŜka, jak Pan Bóg przykazał.  

– Wnuki? 

– Mam zamiar się z tobą oŜenić, Scarlett, kochanie. Nie mogę liczyć na to, Ŝe cię złapię 

między jednym męŜem a drugim. Jeden z nich mógłby przeŜyć.  

– Jestem rozwódką – zaoponowała Laura przytomnie. – I dlaczego Scarlett? Nie powiesz 

mi chyba, Ŝe czytałeś „Przeminęło z wiatrem”? 

Zatrzymał się, niby to rozmyślając, a naprawdę, by złapać powietrze.  

– „Przeminęło z wiatrem”? AleŜ oczywiście, Ŝe czytałem! Wszystkie kobiety wariują na 

punkcie  Retta,  więc  postanowiłem  przeczytać  te  tysiące  stron,  aby  zrozumieć,  czym  je  tak 

zniewala.  Wywnioskowałem  jedynie,  Ŝe  usiłuje  bez  przerwy  zaciągnąć  Scarlett  do  łóŜka. 

Sądzę, Ŝe mnie by to lepiej poszło.  

– Masz rację. Zawsze chciałam się z tobą kochać – powiedziała to niezbyt wyraźnie, bo 

ciągle znajdowała się w bardzo niewygodnej pozycji, przewieszona przez jego biodro.  

– Mogłaś szepnąć choć słówko.  

– Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy mnie pocałowałeś... na moim weselu.  

– Trochę późno.  

– Myślałam o tobie często.  

– Ja teŜ.  

–  Powinieneś  mnie  puścić  –  nalegała.  –  Nie  jesteś  jeszcze  w  pełni  zdrów.  To  za  duŜy 

wysiłek dla ciebie.  

–  To  nie  wysiłek,  tylko  bliskość  twojego  ciała  i  świadomość,  Ŝe  niedługo  będziemy  się 

kochali powoduje u mnie lekką sapkę. Poza tym, zdaje się, Ŝe trochę przytyłaś...  

– Absolutnie nie! – była oburzona.  

Oparł się ramieniem o ścianę, ale wciąŜ ją trzymał.  

– Masz najpiękniejsze biodra na świecie.  

– Nawet nie spojrzałeś na moje biodra. Obserwowałam cię.  

–  Przestudiowałem  cię  od  stóp  do  głowy.  Twoje  biodra  znam  jak  własną  kieszeń,  jeśli 

pozwolisz, Ŝe posłuŜę się tym banalnym porównaniem.  

– Tanner, puść mnie! 

– Uraziłem cię? Większość kobiet nie miałaby nic...  

– Nie mogę dłuŜej czekać.  

– Tu, na podłodze? Oj, Scarlett, Scarlett. Co nasze wnuki powiedzą? 

Puścił ją wreszcie. DrŜał cały i gdy ją całował, łapał z trudnością powietrze.  

– Widzisz? Jesteś wycieńczony! Nie będziesz nawet miał na tyle siły, by...  

– Nic się nie martw.  

background image

– Nie chcę, byś nadweręŜał zdrowie tylko po to, by mi zrobić przyjemność.  

Roześmiał się z dziecięcą radością.  

–  Nie  bój  się,  słoneczko,  czuję  się  świetnie.  No,  prawie  świetnie.  Za  chwilę  poczuję  się 

wspaniale. Pocałuj mnie.  

Była jednak powaŜnie zaniepokojona.  

– Trzęsiesz się jak w febrze.  

–  To  nie  ze  zmęczenia.  To  dlatego,  Ŝe  ciebie  pragnę  –  głos  miał  trochę  ochrypły,  ale 

mówił z lekkim rozbawieniem.  

– Naprawdę? Tom nigdy... Nie wiedziałam. Myślałam, Ŝe... Och, Tanner.  

– Bardzo lubię takie sukienki. Chodź do mnie, kochanie.  

Sukienka  była  zapinana  od  góry  do  dołu.  Rozpinając  ją  Tanner  wciągnął  gwałtownie 

powietrze. Ogarnął jej nagie ciało palącym spojrzeniem. Suknia zsunęła się z ramion i opadła 

na ziemię.  

– Niech i ja ci pomogę – Laura wyciągnęła ręce. Odsunął się. Pamiętał o tym, Ŝe jeszcze 

wciąŜ nie widziała blizn na nogach.  

–  Chodźmy  tu,  gdzie  ciemniej  –  powiedział  szybko.  –  UwaŜaj  na  moje  lewe  udo.  Poza 

tym wszystko będzie w porządku.  

– Kocham cię.  

– Wyjdź za mnie.  

– Porozmawiamy później.  

– Lauro, ja...  

– Pocałuj mnie...  

– Musimy...  

Zamknęła mu usta pocałunkiem. Pomogła mu rozpiąć pasek spodni, zaskakując jego nie 

mniej  niŜ  siebie.  Uklękła,  by  pomóc  mu  je  zdjąć  i  nagle  zobaczyła  głębokie  blizny,  które 

wyglądały  jak  najczarniejsze  cienie  na  tle  białej  skóry.  Prawie  ich  nie  dotykając  przejechała 

ręką po jego nodze, coraz wyŜej.  

– Jaki jesteś piękny.  

Serce  Tannera  zabiło  gwałtownie,  gdy  ujrzał  ją  klęczącą  przed  nim,  milimetr  po 

milimetrze odkrywającą sekrety jego ciała.  

– Lauro – wyszeptał.  

Przedtem  nie  myślał  o  tym,  Ŝe  nawet  najbardziej  miękki  dywan  moŜe  mu  sprawić  ból. 

Biorąc  go  za  rękę  zaprowadziła  do  łóŜka,  kładąc  się  tak,  by  mógł  się  obrócić  na  zdrowy, 

prawy bok.  

Było to jak wspaniała podróŜ. Odkrywali nie znane im dotąd krainy wspaniałych przeŜyć. 

Całowali  się  tak,  jak  gdyby  chcieli  się  pochłonąć  nawzajem.  Palił  się  w  nich  wewnętrzny 

płomień. Twarz Laury była mokra od łez. Nareszcie leŜał w jej ramionach.  

Zamierzał być ostroŜny i łagodny, ale nagła fala  namiętności uniosła go  wciągając i ją i 

odebrała  im  resztki  kontroli.  Jak  na  szalejącym  morzu  poddali  się  całkowicie  Ŝywiołowi, 

trzymając  się  siebie  kurczowo,  czekali,  aŜ  wyrzuci  ich  na  jakiś  nowy  ląd  jeszcze  nigdy  nie 

doznanych uczuć i nie zaznanej rozkoszy.  

background image

Po jakimś czasie zaspokojeni leŜeli obok siebie w ciemności. Nie ruszali się, ale powoli 

zwrócili do siebie z uśmiechem. I znów minęło trochę czasu, zanim byli w stanie wziąć się za 

ręce. Przez długi czas nic nie mówili.  

– Nie śniło mi się, Ŝe tak moŜe być – szepnął Tanner.  

–  Myślałam,  Ŝe  jestem  pod  wpływem  niebezpiecznego  narkotyku,  od  którego  człowiek 

się uzaleŜnia.  

–  Nie  wiem  dokładnie  co  to  jest,  ale  z  tym  uzaleŜnieniem  to  pewne.  Pragnę,  ciągle 

pragnę.  

– śartujesz – zaprotestowała. – JuŜ teraz? 

– No, nie w tej chwili! 

– Poczekajmy. Mamy czas.  

– Jesteś moją drugą połową – stwierdził.  

– TeŜ miałam takie wraŜenie.  

– Nie. Mam na myśli, Ŝe powinniśmy być razem.  

–  Jesteś  nadzwyczajny  –  mówiła  szeptem.  –  Było  to  przeŜycie  trochę  niesamowite.  Jak 

przejście do innego wymiaru.  

– A ty jesteś tak słodka i ciepła, i bardzo kobieca. Nie spodziewałem się, Ŝe będziesz przy 

tym tak... namiętna. Jestem zaskoczony. Chciałbym mieć tyle energii, by zaraz sprawdzić, czy 

to wszystko jawa czy sen.  

– Poczekaj chwilę.  

Leniwie  podniósł  się  na  łokciu,  aby  się  jej  lepiej  przyjrzeć.  Uśmiechnął  się  patrząc  jej 

głęboko w oczy i pocałował nabrzmiałe usta.  

– Mam wraŜenie, Ŝe sprawiłaś duŜą radość jakiemuś wyjątkowo niewyŜytemu facetowi.  

– To dziwne.  

Oczy jej błyszczały gorączkowo, ale powieki opadały ze zmęczenia.  

– MoŜna wiedzieć, kim jest ten szczęściarz? 

– To taki przystojny nieznajomy, który ma to do siebie, Ŝe znika i pojawia się znienacka.  

– Co z bólem głowy? – odgarnął jej włosy z czoła.  

–  Nie  mam  pojęcia.  Rozpływam  się  w  jakimś  niesamowitym  świecie  kształtów  i  barw. 

Coś ty ze mną zrobił? 

– To była mała dawka słynnego specyfiku Tannera Morana przeciwko bólom głowy. Jeśli 

jest pani zadowolona, muszę zaŜądać zapłaty.  

– Jakiej zapłaty? 

Ocierała się głową o jego pierś i dotyk jej jedwabistych włosów nawet teraz go podniecał.  

– JuŜ ja coś wymyślę.  

– Ale nie teraz.  

Zaśmiał się cicho i połoŜył z powrotem na wznak, wciąŜ trzymając ją za rękę.  

– Spociłaś się. Prześcieradła są aŜ mokre.  

– Nie pocę się nigdy.  

– Ja teŜ nie. Zawsze jestem chłodny i panuję nad kaŜdą sytuacją.  

– Doprawdy? 

background image

– No, moŜe dzisiaj wyjątkowo byłem trochę podniecony.  

– Tylko trochę? 

– Jesteś cudowna.  

– Ty teŜ.  

– Ale nie tak jak ty.  

Przekomarzali się przez chwilę o to, kto jest wspanialszy, piękniejszy i bardziej kochany. 

Chcąc  uzgodnić,  które  z  nich  jest  bardziej  namiętne,  musieli  w  końcu  składać  dowody 

miłości. Kochali się raz jeszcze, duŜo spokojniej, ale równie gorąco. Zasnęli uśmiechając się 

do siebie.  

ś

adne  z  nich  nie  słyszało  samochodu,  który  w  nocy  przejechał  koło  domu.  Ale  Dog 

czuwał.  

Laurę  obudził  śpiew  ptaków.  Tanner  juŜ  nie  spał.  Oparty  na  łokciu,  przyglądał  się  jej. 

Nogi  ich  były  splecione,  jego  ręka  delikatnie  gładziła  jej  brzuch.  Uśmiechnął  się  do  niej,  a 

Laura odpowiedziała mu radośnie.  

–  Sądzisz,  Ŝe  budzenie  się  w  moim  łóŜku  jest  sprawą  zabawną?  Jak  ci  opowiem,  co  tu 

wczoraj ze mną wyprawiałaś, to dopiero będziesz się śmiała.  

Ale ją ogarniała coraz większa wesołość. W końcu poinformowała go: 

– Na  górze w mojej szafie jest sukienka z czerwonego, bardzo lekkiego jedwabiu, który 

opływa ciało jak druga skóra. Uszyłam tę sukienkę po to, by cię dzisiaj wieczorem uwieść. A 

w zamraŜalniku są róŜne smakołyki, którymi chciałam cię wprawić w dobry humor, Ŝebyś był 

skłonny poddać się moim Ŝądzom.  

– Zdaje się, Ŝe wyprzedziłem bieg wypadków.  

– Niestety.  

–  A  więc  wymaŜę  wczorajszy  wieczór  ze  swojej  świadomości  –  śmiał  się,  zdając  sobie 

sprawę  z  niewykonalności  tej  obietnicy.  –  Będę  udawał,  Ŝe  wykreśliłem  go  z  pamięci,  a  ty 

będziesz mnie uwodzić według swojego planu. Zgoda? 

– No nie, tak nie moŜna – zaoponowała. – A gdzie element zaskoczenia? Chyba po prostu 

o całym moim przebiegłym planie zapomnę.  

–  Nie!  Nie  rób  tego!  Chcę,  Ŝebyś  mnie  dziś  wieczorem  zaskoczyła  prawdziwym, 

wyrachowanym uwodzeniem. Będę potulny jak baranek.  

–  Ale  przecieŜ  chodzi  o  to  właśnie,  byś  nie  był  potulny  –  pouczyła  go,  udając  pierwszą 

naiwną.  

– Aaa... nie wiedziałem o tym.  

–  Z  pewnością  jedną  z  najtrudniejszych  ról  w  Ŝyciu  kobiety  jest  uczenie  miłości 

męŜczyzny, któremu brak doświadczenia – westchnęła.  

– To znaczy, Ŝe muszę jeszcze pobierać nauki? – zapytał ze sztuczną troską. Wiedział, Ŝe 

był dobry.  

–  Masz  jeszcze  braki,  ale  są  to  subtelne  niuanse.  Z  czasem  dzięki  mojej  cierpliwości  na 

pewno dojdziesz do całkiem zadowalającego poziomu.  

Obrzuciła go dość wyzywającym spojrzeniem.  

Pocałował  ją  w  sposób  bardzo  wyrachowany.  Powoli  stawał  się  coraz  bardziej 

background image

natarczywy, język wsunął między jej wargi i poszukał języka. Dłonie gorączkowo gładziły jej 

brzuch. Pochylił głowę i całował jej nabrzmiałe piersi. Oddsch Laury stawał się coraz bardziej 

urywany.  

Jego  oddech  teŜ  juŜ  nie  był  spokojny,  mięśnie  mu  stwardniały,  ręce  stały  się  bardziej 

natarczywe, podczas gdy wargi pieszczotliwymi ukąszeniami znaczyły jej szyję.  

Z ust Laury zaczęły wydobywać się gardłowe pomruki, a ciało wiło się w oczekiwaniu.  

– Jak sobie daję radę? 

–  Całkiem  dobrze.  Ale  zapominasz  o...  moich  udach.  Po  dłuŜszej  chwili  zapytał 

niewyraźnym głosem: 

– Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałem? 

– Nie sprawdziłeś jeszcze, czy wszystkie części do siebie pasują.  

– Ach tak – zmienił pozycję ich ciał.  

– O taak! 

Później,  ubierając  się,  oznajmiła,  Ŝe  jeśli  znajdzie  chwilę  czasu  tego  wieczoru,  to  moŜe 

jednak poprzedni plan da się przeprowadzić.  

Tanner okazał zainteresowanie.  

– W końcu kaŜdemu coś moŜe się udać, ale tylko raz lub dwa. Musimy się upewnić, czy 

osiągnąłeś  wystarczający  poziom  w  kaŜdych  warunkach.  Bez  tego  nie  przysługuje  ci 

ś

wiadectwo dojrzałości.  

– Oczywiście.  

– Proponuję, byś się trochę przespał po południu oraz posilił ostrygami, oliwkami i...  

– Oczywiście! 

– Więcej nic nie masz do powiedzenia? 

–  Oniemiałem.  Jestem  kompletnie  wytrącony  z  równowagi.  W  końcu  dla  takiego 

niewinnego chłopca ze wsi, jak ja, zetknięcie z chłodną, wyrachowaną, światową kobietą jest 

twardym orzechem do zgryzienia. Muszę ochłonąć.  

– Bądź dzielny.  

– Łatwo ci mówić – pocałował ją bardzo łagodnie. – Chwała Bogu, nie czekają mnie dziś 

Ŝ

adne wyczerpujące zajęcia, jak zakupy czy podlewanie kwiatków w ogrodzie.  

Zaśmiała się.  

 

W południe Laura zadzwoniła do biura. Telefon odebrała Jeanine.  

– Słuchaj, Perry dzwonił z Columbii. Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, Ŝe Ŝona jego 

współpracownika chce się sama zająć urządzaniem tych domków. Powiedziała, Ŝe „będzie to 

dobra zabawa”. Pełny profesjonalizm. Nie ma rady. Czy chcesz, bym ci przysłała pocztę? 

– Dziękuję. Przyślij ją na poste restante, Myrtle Beach, Południowa Karolina.  

– Poza tym powinnaś zatelefonować do matki. Wczoraj zostawiła dla ciebie wiadomość.  

– Bądź tak miła i zadzwoń w moim imieniu. Powiedz, Ŝe kontrakt w Columbii przepadł i 

Ŝ

e niedługo dam o sobie znać. Dzięki, Jeanine, zadzwonię jutro. Cześć.  

Gdy Laura odłoŜyła słuchawkę, Tanner zapytał.  

– Dlaczego poste restante? 

background image

–  Łatwo  zapamiętać.  Poza  tym  zauwaŜyłam,  Ŝe  nie  dostajesz  tu  poczty,  więc  myślałam, 

Ŝ

e masz ku temu swoje powody.  

– Poczta tu nie przychodzi, bo nigdy w jednym miejscu długo nie przebywam – tłumaczył 

Tanner. –  Do pracy potrzebny jest mi tylko komputer i instalacja telefoniczna Jak kończę w 

jednym miejscu, ładuję wszystko do samochodu, jadę gdzie indziej i podaję nowy numer do 

ewentualnych kontaktów.  

– Cygański Ŝywot.  

– Taka praca.  

– Cieszysz się chwilą – uśmiechnęła się.  

– I nadzieją na dzisiejszy wieczór.  

– Chyba teŜ powinnam się trochę przespać – Laurę ogarniała coraz większa senność.  

–  Jesteś  zmęczona,  królewno?  –  otoczył  ją  ramieniem.  –  Chodź,  wyjdźmy  trochę  na 

ganek. Będziesz lepiej spała.  

Na ganku wciąŜ siedział Dog i obserwował szosę.  

Obrócił się tylko na chwilę, gdy podeszli. Zmienili mu wodę i dołoŜyli trochę jedzenia do 

miski.  Laura  wytrzepała  i  złoŜyła  jego  koc.  Pochyliła  się  nawet,  by  do  niego  zagadać.  Pies 

przypatrywał jej się uwaŜnie.  

Wyprostowała  się,  biorąc  Tannera  za  rękę.  Stali  tak  razem,  patrząc  na  drogę,  plaŜę  i 

niespokojny  Atlantyk.  Niebo  było  pochmurne  i  nisko  zawieszone,  wiał  wilgotny, 

nieprzyjemny  wiatr.  Zapowiadało  to  falę  zimnych  deszczów,  które  miały  opóźnić  przyjście 

lata.  

Usiedli razem na bujanym ogrodowym fotelu, na ganku. Przyciągnął ją do siebie. Plecami 

oparła się o niego. Milczeli.  

–  MoŜe  to  i  dobrze,  Ŝe  ten  projekt  Perry’ego  nie  wypalił  –  powiedziała  Laura.  –  Od 

dwóch dni nic nie zrobiłam...  

–  PrzecieŜ  kochaliśmy  się  dopiero  wczorajszej  nocy!  Dzisiaj  jest  pierwszy  dzień,  który 

marnujemy...  

–  Zmarnowany  dzień?  –  zaśmiała  się  gardłowo.  A  ja  spędziłam  dwa  dni  na  szyciu 

sukienek jak opętana i na planowaniu upojnego wieczoru.  

– To czas poŜytecznie spędzony.  

– Ale oczy mi się kleją.  

– No to chodźmy do łóŜka – zaproponował perfidnie.  

– Nie ma mowy! 

–  Nie  bój  się,  nie  mam  zamiaru  zniweczyć  twoich  planów.  Idź  na  górę,  Ŝmijo,  i  czyń 

dalsze przygotowania do sławetnego wieczoru.  

Ociągając się poszła na górę.  

Przeszukała szafę i znalazła kilka marynarskich bluzek z długimi rękawami i parę spodni 

na  elastycznej  gumce.  W  szafie  z  bielizną  pościelową  odkryła  drugą  kołdrę.  Stara,  ręcznie 

robiona, mozolnie zszyta z róŜnych skrawków materiału. Była piękna. Właściwie, pomyślała, 

powinna  wisieć  na  ścianie,  jak  dzieło  sztuki.  Zaniosła  ją  jednak  do  swojego  pokoju  i 

rozebrawszy się do naga, nakryła się nią i zwinęła w kłębek.  

background image

Myśli  Laury  momentalnie  wróciły  do  Tannera.  Czym  róŜnił  się  od  innych  męŜczyzn? 

Pamiętała czasy swojego małŜeństwa z Tomem i pytanie, które ją wtedy stale prześladowało: 

„Czy to wszystko, co Ŝycie ma mi do zaofiarowania?” Miała wówczas wciąŜ wraŜenie, Ŝe to, 

co waŜne, umyka jej, Ŝe czegoś jej brakuje.  

Z Tomem nigdy nie Ŝartowała tak jak z Tannerem. I nie było między nimi tej zapierającej 

dech w piersiach namiętności. Ale dlaczego z Tannerem było tak całkiem inaczej? Dlaczego 

akurat Tanner potrafił ją tak rozbudzić? 

Pragnął się z nią związać, ale na jak długo? Wspominał o wnukach.  

LeŜąc w zaciemnionym pokoju, zastanawiała się, czego sama pragnie i czy to dobrze, Ŝe 

jest  z  Tannerem  całkowicie  szczera.  ZauwaŜyła,  Ŝe  znajdował  się  na  jakimś  rozdroŜu  w 

swoim Ŝyciu. Czy naprawdę chciał, by z nim została? 

Musieli o tym wszystkim porozmawiać.  

Gdy w samolocie Peter wymówił jego imię i gdy  dowiedziała się o wypadku, opuścił ją 

zdrowy  rozsądek.  Przyjazd  do  Myrtle  Beach,  do  męŜczyzny,  którego  przecieŜ  wcale  nie 

znała,  nie  był  absolutnie  w  jej  stylu.  Zresztą  nie  tylko  przyjazd,  ale  i  decyzja  pozostania. 

Nawet  się  nie  zawahała.  MoŜe  kierował  nią  instynkt?  A  moŜe  zwykły  seks?  I  skąd  te  nagłe 

wątpliwości, w chwili gdy juŜ wiedziała, jak cudowna mogła być miłość z Tannerem? 

Czy chce ponownie wyjść za mąŜ, zakosztowawszy w ciągu ostatnich lat niezaleŜności? 

Podjęcie decyzji o rozwodzie z Tomem przyszło jej cięŜko. Dziwiła się swojej odwadze. 

Ale nie mogła z nim dalej Ŝyć. Tom był uraŜony rozwodem, rozgoryczony.  Zemścił się, jak 

potrafił.  

Nie Ŝałowała pieniędzy i poniosła wszystkie koszty. Wolność na pewno była tego warta. 

Pomimo wielu starań nigdy nie czuła się z Tomem swobodnie. Nie zŜyli się ze sobą, nie stali 

przyjaciółmi. NajwyŜej znajomymi. Tom nigdy jej nie zadowolił. Nie przeŜyła dotąd czegoś 

tak wstrząsającego, jak wczorajszej nocy.  

Czy jej zachowanie wynikało z tego, Ŝe teraz jest bardziej dojrzała? A moŜe to wiek? W 

końcu przekroczyła juŜ trzydziestkę. Jeśli chciała mieć dzieci, musiała i o tym pomyśleć.  

Kochała  go,  tego  jednego  była  pewna.  Chciała,  Ŝeby  był  szczęśliwy.  Ale  czy  miała 

ryzykować kolejne małŜeństwo? MoŜe lepiej było po prostu Ŝyć z Tannerem, zachować swoją 

niezaleŜność i poczekać, aŜ minie ten pierwszy okres wzajemnej fascynacji? 

Na te pytania nie była w stanie sobie odpowiedzieć. Stanowczo musieli się rozmówić.  

Ale  to  nie  perspektywa  rozmowy  wywołała  słodki  uśmiech,  gdy  zasypiała,  lecz  myśl  o 

Tannerze, jej wielkiej miłości.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Rano, po obudzeniu się, Laura wzięła kąpiel. Nagie ciało natarła lekko perfumami Chanel 

Nr  5,  paznokcie  u  rąk  i  nóg  pomalowała  na  jaskrawy,  czerwony  kolor.  WłoŜyła  malutkie 

koronkowe  majteczki  i  cudownie  prowokującą,  czerwoną,  jedwabną  sukienkę.  Podkreśliła 

dość  mocno  oczy  i  pomalowała  usta  czerwoną  szminką.  Błyszczące  włosy  opadały  jej  na 

ramiona,  w  uszach  mieniły  się  długie,  trochę  tandetne,  ale  bardzo  efektowne  kolczyki.  Nie 

miała odpowiednich butów. Postanowiła więc pójść boso. Była gotowa.  

Stare  schody  skrzypiały  pod  jej  stopami,  zapowiadając  jej  przyjście  i  Tanner  juŜ  na  nią 

czekał.  

I  on  się  wystroił.  Był  w  garniturze  i...  w  muszce.  Zwichrzone  włosy  niezbyt  dały  się 

ułoŜyć,  ale  jego  wysiłki  w  tym  kierunku  były  widoczne  Więc  tak  wyglądała  próba 

wystylizowania się na niewinnego chłopaka ze wsi? Laura roześmiała się głośno.  

Nie zareagował. Stał powaŜny i nie odrywał od niej oczu ani na chwilę. Rozkoszując się 

jego zdumionym wzrokiem, Laura schodziła po schodach bardzo powoli, podkreślając kaŜdy 

ruch.  

– Niech mnie bogi mają w opiece! Roześmiała się zachwycona jego reakcją.  

– Czy to właśnie jest to cudo, które szyłaś dla mnie przez dwa dni? 

– Tak.  

– Poddaję się.  

Popatrzyła na niego, groźnie marszcząc brwi.  

– To naprawdę irytujące. Udowodnij, Ŝe jesteś męŜczyzną.  

Sięgnął do muszki, wciąŜ w nią wpatrzony, i nagle zaczął się rozbierać.  

– Przestań! Miałam na myśli, Ŝe powinieneś okazać trochę więcej charakteru! 

–  Wszystko  z  powodu  tej  sukienki.  Bose  nogi  teŜ  swoje  robią.  Kombinacja  tych  dwóch 

rzeczy  ma  takie  erotyczne  działanie,  jakiego  w  Ŝyciu  nie  doświadczyłem!  Wyglądasz  na 

rozpustnicę! 

W  jego  niebieskich  oczach  zapaliły  się  iskierki.  Gdy  znalazła  się  na  ostatnim  stopniu, 

podbiegł i wyciągnął do niej ramiona. Ich usta były prawie na równym poziomie.  

– Całą szminkę mi zmaŜesz! – usiłowała się uwolnić. Ale szminka nie przeszkodziła mu, 

zmazał ją gruntownie. Wydawał przy tym niskie, gardłowe dźwięki. Gdy  w końcu ją puścił, 

obejrzał raz jeszcze od stóp do głowy.  

Laura ruszyła w stronę kuchni. ZauwaŜyła, Ŝe spogląda na nią, więc przystanęła i rzuciła 

mu  zalotne  spojrzenie  przez  ramię.  Tanner  oparł  się  o  ścianę,  przesadnym  gestem  złapał  za 

głowę, rozśmieszając ją znowu.  

Przypomniał  się  jej  kobiecy  śmiech,  który  usłyszała  pierwszej  nocy.  Miała  dziwne 

wraŜenie, Ŝe teraz zaśmiała się podobnie. Gdy przyszedł za nią do kuchni, zapytała: 

– Czy w pierwszą noc mojego tutaj pobytu była w domu jakaś kobieta? 

– Dlaczego pytasz? 

Zastanowiło ją, Ŝe nie zaprzeczył.  

background image

– Wydawało mi się, Ŝe słyszałam śmiech.  

– Taki przyjemny, trochę rozpustny. Obróciła się zdziwiona.  

– To znaczy, Ŝe błąka się tu jakiś kobiecy duch? 

–  Nie  wiem  dokładnie,  kto  to  jest,  albo  raczej  był.  Inaczej  niŜ  śmiechem  nie  objawia 

swojej  obecności.  U  męŜczyzn  ten  śmiech  wywołuje  podniecenie,  u  kobiet  raczej  irytację. 

Wczoraj śmiałaś się bardzo podobnie.  

– Nie przypominam sobie, bym miała duŜo czasu na śmiech.  

– Teraz zresztą, schodząc po schodach, teŜ tak się śmiałaś. Zrozumiałem, ŜkaŜdy opór z 

mojej strony jest bezsensowny. Taki śmiech kaŜdego męŜczyznę moŜe pozbawić opanowania. 

Nie wiem, czy zdąŜymy zjeść kolację.  

– Wiesz przecieŜ, Ŝe to ma nie być kolacja, tylko eleganckie śniadanie.  

Otworzyła lodówkę. Stały tam teŜ miseczki, obłoŜone lodem, z róŜowymi krewetkami, w 

głębi zauwaŜyła zrobiony specjalnie do nich sos.  

– Przygotowałeś przystawkę! 

– Nie mogłem usiedzieć w miejscu – zwilŜył usta językiem.  

Spojrzała na niego spod na wpół przymkniętych powiek i parodiując namiętny gardłowy 

głos wyszeptała: 

– Coś takiego pozbawia mnie resztek rozumu. Podszedł do niej bliŜej. Widać było, Ŝe jest 

napięty jak sprinter przed startem.  

– Za bardzo się wiercisz – powiedział ostrzegawczym tonem.  

– To wina sukienki.  

Zachwyconym wzrokiem obejmował jej postać, odczuwał przemoŜną chęć dotknięcia jej. 

Objął ją i przyciągnął blisko do siebie.  

Niewinnie podniosła na niego oczy: 

– Kto tu właściwie kogo uwodzi, hmm? 

– Wcale cię nie uwodzę! Staram się być czuły i przyjacielski! 

–  Nawet  za  bardzo.  Masz  się  zachowywać  grzecznie,  ale  z  dystansem.  MoŜesz  mi 

pomagać  przy  nakrywaniu  do  stołu,  a  przede  wszystkim  nie  powinieneś  niczego  się 

spodziewać. Przyznasz, Ŝe nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem.  

– śartujesz sobie ze mnie! To tylko dzięki Ŝelaznej woli nie rzuciłem się na ciebie juŜ na 

schodach! 

Demonstrując  swoje  oburzenie,  nabrał  głęboko  powietrza,  podczas  gdy  ona  podała  mu 

półmisek.  

– Postaw to, proszę, na stole.  

– Hmm? – nie bardzo kojarzył.  

– Mówię przecieŜ – westchnęła. – Nie jesteś Ŝadnym przeciwnikiem.  

–  Aha,  więc  przeciwnika  ci  się  zachciało?  No  to,  droga  moja  pani,  i  nie  mówię  tego 

bynajmniej ironicznie, będę usiłował cię usatysfakcjonować.  

Wyniósł półmisek do pokoju i więcej nie wrócił.  

Czekała  jeszcze  chwilę,  ale  nie  pojawił  się.  Zaniosła  więc  talerzyki  z  przystawką  do 

jadalni. Tanner siedział na swoim miejscu, z rękami grzecznie złoŜonymi przed sobą. Na jej 

background image

widok wstał i podsunął jej krzesło, po czym ponownie usiadł. RozłoŜył serwetkę na kolanach 

mówiąc: 

–  Świnie  w  tym  roku  bardzo  udane.  Pełno  małych  prosiaczków  i  tucznych,  zdrowych 

ś

winiaków. Będzie dobry rok.  

Laura zrozumiała, Ŝe zaczęła się gra i powinna uzbroić się w cierpliwość.  

– Pole jednak bardzo zachwaszczone. Huk roboty przede mną. Gdy się czegoś na czas nie 

zrobi, to później trzeba cierpieć.  

Postanowiła się zrewanŜować: 

– Słyszałam, Ŝe istnieje nowa, bardziej nowoczesna metoda uprawy ziemi. Nie orze się, a 

tylko sieje. Robi się po prostu dziury w zarośniętym polu i sypie ziarno.  

–  Ale  te  baby  dziś  rezolutne!  Co  jedna,  to  mądrzejsza.  Lepiej  było  za  czasów,  gdy  nie 

umiały czytać i pisać.  

Oczy Laury mimo woli błysnęły.  

– A jak tam, gospodarzu, u was z koszeniem i młóceniem? 

– Nie najgorzej. A wy, gospodyni, potraficie studnię wyczyścić? I strzechę naprawić? 

Laura nie wytrzymała: 

–  Słuchaj!  Nie  chodziło  mi  o  rywalizację  na  tym  polu.  Nie  o  siłę  mych  mięśni,  lecz  o 

moją kobiecość.  

– Aha.  

Tanner zasępił się. Potem napił się łyk wina, odetchnął głęboko i zapytał: 

–  To  co,  stary,  jak  sądzisz,  czy  w  tym  roku  szczęście  będzie  dopisywało  Chicagowskim 

Niedźwiedziom? 

– Kibicuję Czerwonym Skarpetom z Bostonu. To u nas rodzinne.  

Zaskoczyło go to.  

– Na miłość boską, dlaczego? Nie potrafią rzucić piłki, a złapać ją udaje im się tylko za 

pomocą kosza na śmieci i na domiar złego biegają jak kaczki. Kompletne dno.  

OdłoŜyła widelec.  

– Z kibiców Czerwonych Skarpet się nie Ŝartuje – poinformowała go surowo.  

– To coś nowego. A piwo lubisz? 

– Nie znoszę nawet zapachu. Skinął głową ze zrozumieniem.  

– Zresztą – ciągnęła Laura – jest to smak, do którego trzeba się przyzwyczaić.  

– Zupełnie tak, jak do smaku ostryg i oliwek – podchwycił. – A na nartach jeździsz? 

–  Tak,  zdarza  mi  się,  ale  nie  moŜna  powiedzieć,  Ŝe  jestem  wielką  narciarką.  Brak  mi 

wprawy.  Dlatego  teŜ  nigdy  nie  lubiłam  sportów  zespołowych.  Bałam  się,  Ŝe  przeszkadzam 

innym.  

– Znam dziedzinę, w której okazałaś się bardzo dobrą partnerką.  

– Sza! 

Wyraźnie traciła cierpliwość.  

– Grę naleŜy prowadzić powoli, stopniowo i dyskretnie.  

– Rozumiem.  

–  Powiedz,  czym  ty  się  właściwie  zajmujesz?  Dlaczego  odgłos  przejeŜdŜającego 

background image

samochodu powoduje, Ŝe znikasz i pojawiasz się w sposób bardzo tajemniczy? 

SpowaŜniał.  

– W Ŝyciu trzeba być czujnym. Trochę mnie zaalarmowało to, Ŝe słyszałaś najpierw jeden 

samochód,  a  potem  drugi.  Zadzwoniłem  do  mojego  szefa,  aby  dowiedzieć  się,  czy  któryś  z 

naszych  „klientów”  nie  knuje  przypadkiem  zemsty.  Sprawdzają.  Dog  nie  reaguje  na 

samochód,  więc  nie  moŜe  to  być  jego  właściciel.  Na  wszelki  wypadek  prosiłem  Milo, 

tutejszego szeryfa, Ŝeby miał oczy otwarte.  

–  Istnieje  więc  niebezpieczeństwo?  Ktoś  czegoś  od  ciebie  chce?  –  Laura  wyprostowała 

się, gotowa stanąć w jego obronie.  

Reakcja ta zachwyciła Tannera.  

– Niebezpieczeństwa na razie nie ma. Ale trzeba uwaŜać. Prawdopodobnie ktoś po prostu 

zwiedza okolice. Niedługo się wszystkiego dowiemy.  

–  Mówiąc  to  masz  na  myśli  tych,  którzy  zostali  przyłapani  na  gorącym  uczynku  i  teraz 

chcą się zemścić? – zapytała ostroŜnie.  

– Nie moŜna tego wykluczyć.  

–  Ale  na  czym  dokładnie  polega  twoja  praca?  Mówiłeś,  Ŝe  masz  coś  wspólnego  ze 

ś

ciganiem przestępstw gospodarczych.  

–  To  dość  skomplikowane.  Coraz  rzadziej  angaŜuję  się  fizycznie,  a  juŜ  szczególnie  od 

chwili  wypadku.  Brak  mi  tej  sprawności  co  dawniej.  Moja  praca  polega  teraz  głównie  na 

kontrolowaniu baz wszystkich danych wielkich sieci komputerowych. Zajmuję się ściganiem 

tak  zwanych  włamywaczy  komputerowych.  Poszukuję  więc  tych,  którzy  posługują  się 

komputerami  do  celów  nielegalnych.  Usiłuję  znaleźć  ślady  ich  działalności...  –  zawahał  się, 

jakby  szukał  odpowiednich  słów  –  w  plikach  róŜnych  baz  danych...  Muszę  posługiwać  się 

terminami fachowymi, bo inaczej nie umiem ci wyjaśnić tego, co robię.  

Jest wiele powodów, dla których niepowołani ludzie chcą mieć wgląd w tak zwane pliki 

komputerowe. Mogą się w ten sposób dowiedzieć, gdzie i kto inwestuje, w jakiej dziedzinie, 

kto  sprzedaje,  a  kto  kupuje  akcje,  i  jakie  akcje.  Mogą  się  dostać  nawet  do  plików  bardzo 

osobistych danych. Sprawdzamy to wszystko skrupulatnie. Kontrolujemy teŜ sieci bankowe, 

aby nie dopuścić do prania brudnych pieniędzy.  

Jak widzisz, moja praca jest cząstką szeroko zakrojonego programu do walki z tego typu 

przestępstwami.  W  tym  wszystkim  ja  sam  jestem  raczej  mało  waŜny.  To,  co  robię,  jest 

podobno  Ŝmudne  i  wymaga  cierpliwości.  Mnie  jednak  to  fascynuje,  jest  jak  gra  w  szachy. 

Przestępca,  którego  szukam,  jest  inteligentny,  a  ja  muszę  być  jeszcze  inteligentniejszy  od 

niego.  

Pracujemy  w  zespole.  Porównujemy  i  konsultujemy  wyniki.  W  tej  chwili  usiłujemy 

opracować  taki  system,  Ŝeby  ściśle  tajne  pliki  komputerowe  były  naprawdę  niedostępne. 

Staramy  się  zlikwidować  moŜliwość  włamań  do  komputera.  Przestępcy  tego  typu  są  takimi 

samymi  kryminalistami  jak  wszyscy  inni.  KaŜdy,  kto  drugich  oszukuje,  ma  w  sobie  jakąś 

powaŜną skazę, która mogłaby spowodować, oczywiście w odpowiednich warunkach, Ŝe taki 

ktoś staje się zagroŜeniem dla całego kraju. A to najgorszy rodzaj przestępstwa.  

Poruszył się na krześle i uśmiechnął trochę zakłopotany.  

background image

– Wybacz. Chyba dałem się ponieść mojej pasji...  

– Cenię twoje szlachetne motywacje – powiedziała bardzo powaŜnie.  

–  Nie  znoszę  oszustów.  I  to  nie  tylko  tych  z  wypchanymi  portfelami.  Nienawidzę 

facetów,  którzy  sądzą,  Ŝe  prawo  obowiązuje  wszystkich,  tylko  nie  ich,  Ŝe  wolno  im  na 

przykład jeździć z niedozwoloną prędkością albo w jakiś inny sposób naraŜać drugich. Tacy 

najczęściej mają pretensję do policji za wlepione im mandaty albo dziwią się, gdy ich własne 

dzieci oszukują w szkole.  

– Jak się w ogóle w to zaangaŜowałeś? 

RozłoŜył dłonie w geście bezradności.  

–  Wróciłem  z Wietnamu  mocno  zdezorientowany  tym,  co  się  dzieje  na  świecie.  Była  to 

głupia  i  krwawa  wojna.  Ameryka  nie  miała  tam  czego  szukać.  Wszystko  było  absolutnie 

bezsensowne, nie było wiadomo, przeciwko komu walczymy. Wojsko nie było wojskiem, nie 

było  mundurów  ani  frontów.  Tylko  chaos.  Dziwna  sytuacja,  w  której  ludzie  szybko  się 

starzeli, o ile udało im się przeŜyć.  

Myślałem wtedy, Ŝe aby uporać się z problemami, które zagraŜają ludzkości, trzeba świat 

zorganizować  na  nowo,  na  zasadach  łatwiejszych  do  ustalenia.  Sądziłem  teŜ,  Ŝe  pewne 

sprawy  trzeba  lepiej  zdefiniować.  A  potem  pojawiły  się  komputery  PC,  dostępne  kaŜdemu. 

Otworzyły  one  drogę  do  prawie  błyskawicznej  komunikacji.  Potencjał  komunikacji 

komputerowej  i  moŜliwości  zbierania  oraz  przechowywania  informacji  są  prawie 

nieograniczone.  To  trochę  jak  z  mózgiem.  Ciągle  jeszcze  za  mało  wiemy,  jak  nasz  mózg 

funkcjonuje  i  jak  się  posługiwać  jego  nie  wykorzystanym  potencjałem.  Z  komputerami  jest 

podobnie.  

Byłem  jednym  z  pierwszych,  którzy  zajmowali  się  poszukiwaniem  intruzów  i 

włamywaczy  komputerowych.  Było  to  akurat  wtedy,  kiedy  stworzono  tak  zwane  modemy. 

Modem  –  nie  wiem,  czy  wiesz  –  umoŜliwia  komunikację  między  jednym  komputerem  a 

drugim  za  pomocą  telefonu.  Wielu  ludzi  się  tym  interesowało.  Bardzo  szybko  pojęli,  jak 

wielka  jest  siła  modemu,  ale  posługiwanie  się  nim  wymagało  czasu  i  wysiłku.  Uczyłem  się 

teŜ od chłopców piętnasto lub szesnastoletnich, którzy mieli duŜo wolnego czasu i niebywały 

talent  komputerowy.  W  niedługim  czasie  ci  chłopcy  dorośli.  Wielu  z  nich  zajmuje  się  teraz 

innymi sprawami, ale została grupka, która wciąŜ interesuje się wykrywaniem intruzów...  

Tanner mówił długo. Byli juŜ przy drugiej butelce wina. Gdy zamilkł, uśmiechnęli się do 

siebie.  

– A ty czym się kierujesz w Ŝyciu? – zapytał.  

– Tobą.  

– Niezły początek – odparł cicho.  

– Jestem szczęśliwa, Ŝe znam ciebie.  

– I ja odczuwam coś podobnego.  

– Wiatr jest coraz silniejszy i robi się  coraz zimniej. Nie sądzisz, Ŝe Doga trzeba zabrać 

do środka? 

–  Nie  wierzę!  CzyŜbyś  przełamała,  Lauro  Fullerton,  swój  sceptycyzm  wobec 

czworonogów i zdecydowała się go przygarnąć? PrzekaŜę mu zaproszenie.  

background image

Dog wahał się. Zszedł po schedach i długo patrzył na drogę. Potem wrócił do Tannera i 

łasił się do niego, jednak nie chciał wejść. Dawał do zrozumienia, Ŝe zaproszenie przyjmuje, 

ale musi dalej trwać na posterunku.  

Tanner poszedł do piwnicy i przyniósł solidne pudło tekturowe, w którym przywieziono 

próbki materiałów dla Laury. Wyniósł pudło na ganek i ciepło wymościł.  

Laura z rozczuleniem obserwowała po raz kolejny jego troskę o psa.  

–  Jest  naprawdę  zimno  –  stwierdził.  –  Przejdę  się  po  domu  i  zamknę  okna.  Proponuję, 

byśmy przenieśli się do biblioteki, tam moŜna rozpalić w kominku.  

Laura sprzątnęła ze stołu. Gdy weszła do biblioteki, na kominku trzaskał juŜ ogień, przed 

którym  Tanner  skonstruował  prawdziwe  gniazdo,  składające  się  z  materaców,  pluszowej 

narzuty i poduszek pozbieranych z całego domu.  

Zdjął  marynarkę  i  muszkę,  rozpiął  górne  guziki  u  koszuli,  na  końcu  zsunął  buty  i 

wyciągnął się z pomrukiem zadowolenia.  

– Gdzie mój harem? – zapytał, nalewając wino do kieliszków.  

– Musimy mieć muzykę.  

– Będę nucił – zaproponował.  

– Romantyczną, cichą muzykę. Nie masz radia? 

– Jesteś bardzo wymagająca.  

Ale  wyszedł  do  samochodu  i  po  chwili  wrócił  z  magnetofonem  kasetowym  i  kilkoma 

taśmami. Włosy i koszula były trochę mokre od deszczu, który juŜ mŜył.  

Usiadł obok Laury i pocałował ją.  

– Potrzebujesz czegoś jeszcze? Lepiej powiedz teraz.  

– Nie, zdaje mi się, Ŝe wszystko mamy pod ręką – uśmiechnęła się.  

– Na serio? 

– Hmm – pocałowała go.  

– Aaaa. Nareszcie.  

Laura zebrała kilka poduszek i połoŜyła się na boku, Tanner wyciągnął się obok i połoŜył 

głowę na jej udach.  

– Kto był twoją pierwszą miłością? – zapytała. – Ty.  

– Czy to odpowiedź grzecznościowa? 

–  Nie  wiedziałem,  co  to  miłość,  zanim  ciebie  nie  poznałem.  To  ty  właśnie  moje 

studenckie  noce  zamieniłaś  w  jakiś  nie  kończący  się  obłęd.  Było  gorzej  niŜ  na  wojnie.  W 

Wietnamie po prostu się bałem. A myśląc o tobie – traciłem wszelką nadzieję.  

– Dlaczego nigdy nie zaproponowałeś mi spotkania? 

– Chodziłaś z Mike’em. A gdy dowiedziałem się, Ŝe rozstaliście się, byłaś juŜ zaręczona z 

Tomem. Poza tym nawet mnie nie zauwaŜałaś.  

– Oj, to nieprawda.  

– Pocałuj mnie.  

– Teraz ja tu rozkazuję. Powiem ci, jak przyjdzie na to czas – skarciła go.  

– Teraz ty? 

– Tak.  

background image

– Doprowadzasz mnie do szaleństwa.  

– Nie wiem dokładnie, jak nazwać to, co ty ze mną wyprawiasz, ale boję się tego. Chwała 

Bogu, jesteś wolny. A moŜe jest jakaś kobieta w twoim Ŝyciu? 

– Jest. Ty.  

– Och, Tanner.  

Obróciła się i oparła o jego pierś, zanim go pocałowała. Podniosła głowę, by nabrać tchu, 

lecz on objął ją i nie chciał juŜ puścić.  

– Twoja rana... Nie robię ci krzywdy? – spytała niewyraźnie.  

– Zabijasz mnie.  

Ciągle nie chciał jej oswobodzić.  

– ParaliŜujesz mnie – powiedział i gestem sprecyzował, co miał na myśli.  

Udała zawstydzoną.  

– Jesteśmy tacy róŜni. Jestem miękka jak woda, a ty twardy jak skała.  

Gładził z rozkoszą jej ciało, opięte cieniutkim czerwonym jedwabiem.  

– Naprawdę dla mnie uszyłaś tę sukienkę? 

– Chciałam cię zdobyć.  

– Jest wspaniała.  

–  Cieszy  mnie,  Ŝe  ci  się  podoba.  Jedwab  cięŜko  się  szyje,  przelewa  się  przez  palce  i 

wymyka z rąk.  

– Zupełnie tak samo jak ty. Zdejmij mi koszulę. Chcę, byś była bliŜej.  

Oczy mu błyszczały, a jego ręce paliły jak ogień.  

– Dotknij mnie – rozkazał.  

Odgarnęła zmierzwione włosy z jego czoła, ale w nim narastała niecierpliwość. Pochyliła 

się nad nim i pocałowała go miękko, lecz on całował ją jak człowiek umierający z pragnienia, 

któremu nareszcie podano wodę. Uwolniła się na chwilę od jego ust.  

– Nie tak szybko – szepnęła.  

LeŜała na wznak, a on nachylił się nad nią i pocałował ją raz jeszcze na swój sposób, aŜ 

Laura się roześmiała.  

– Co w tym śmiesznego? 

– Widzę, Ŝe nie jesteś tak niewinny, jak udawałeś.  

–  No  tak.  PosłuŜyłem  się  starym,  wypróbowanym  trickiem.  Zdejmij  mi  koszulę,  proszę 

po raz drugi.  

– Czy wyglądam na kamerdynera? 

– Na kamerdynera przyjąłbym cię od razu.  

– Trzeba zacząć od rozpięcia guzików? Czy moŜna ją ściągnąć przez głowę? 

– Rozpocznij od guzików – zaproponował.  

– Są zapięte na odwrót. Co za głupi pomysł.  

– Przyzwyczaiłem się. Ale radzisz sobie całkiem dobrze. Przyjmuję cię na kamerdynera.  

– Pasek równieŜ zapina się na odwrót. Trzeba z tym będzie zrobić porządek.  

– Mógłbym chodzić nago.  

– Świetny pomysł. Ale wtedy kamerdyner będzie ci niepotrzebny.  

background image

– Jest tu tyle innych zajęć dla ciebie.  

–  Przepraszam,  ale  okien  nie  myję...  –  zamknął  jej  usta  pocałunkiem.  Szeroka  pierś 

przylgnęła do jej ciała. Ocierał się o nią mrucząc z rozkoszy. Gorący oddech palił jej twarz, a 

jego ręce gwałtownie ściskały biodra.  

Laura  zgubiła  juŜ  jeden”  kolczyk,  a  jej  długie  włosy  rozrzucone  były  w  czarującym 

nieładzie.  Oczy  miała  na  wpół  przymknięte,  usta  nabrzmiałe  w  oczekiwaniu  na  następny 

pocałunek.  Jej  ruchy  stawały  się  coraz  bardziej  leniwe,  jego  zaś  były  coraz  szybsze, 

gwałtowniejsze. Gdy poruszał jej ciałem, czuła się tak, jakby była z gumy.  

Zaczęła się powoli poruszać wraz z nim, a on drŜał coraz mocniej. Zsunął sukienkę z jej 

ramion i piersi, by móc lepiej ją widzieć w świetle ognia.  

– Jesteś piękna...  

– Ach, Tanner...  

Mówili  coraz  bardziej  urywanymi  zdaniami,  chcąc  usłyszeć  siebie,  choć  nie  mieli  w  tej 

chwili juŜ nic do powiedzenia. Trwając tak, nagle znaleźli się niebezpiecznie blisko momentu 

spełnienia, a ich usta wyrzucały coraz bardziej nieopanowane słowa rozkoszy, splecione uda 

trwały w rytmicznym tańcu, palce gorączkowo czegoś szukały. Przylgnęli twarzą do twarzy...  

Sukienka, juŜ dawno porzucona, mieniła się czerwienią prawie tak jaskrawą jak ogień w 

kominku.  LeŜeli  nadzy,  a  ich  ciała  zwarły  się  w  coraz  gwałtowniejszej  potrzebie.  Ruchy 

stawały się coraz bardziej naglące, dłonie napięte.  

Tanner doprowadził w końcu ich miłość do paroksyzmu, wynosząc ją na szczyt rozkoszy 

i zapamiętania.  

WciąŜ  oszołomieni  miłością  leŜeli  blisko  siebie,  zupełnie  wycieńczeni.  Poruszył  się,  by 

objąć  ją  ramieniem,  boleśnie  opierając  się  na  jeszcze  nie  wygojonych  ranach.  Przytulił  ją  i 

przylgnął do niej na chwilę. Potem odsunął się i nie bacząc na jej nieśmiałe pomruki protestu 

połoŜył się na wznak, drŜąc z upływu sił.  

Po  chwili  odpoczynku  lekko  podniósł  się  i  oparł  na  łokciu,  aby  móc  na  nią  patrzeć. 

Pocałował ją, wciąŜ oddychając nierówno. Krople potu spływały  mu po twarzy, trzęsącą się 

ręką odgarnął jej włosy.  

– Byłeś wspaniały – uśmiechnęła się sennie.  

– Ty teŜ. Byłaś piękna.  

– Zróbmy to jeszcze raz – powiedziała tonem rozkapryszorej dziewczynki.  

– Dobrze. W kaŜdej chwili. Ale w przyszłym tygodniu.  

– Dopiero w przyszłym tygodniu? 

– MoŜe do tego czasu wrócę do siebie.  

– Właściwie nie dałeś mi Ŝadnej szansy – zaśmiała się.  

– To prawda. Ale o jakiej szansie myślisz? 

– C moich wielkich planach uwiedzenia ciebie! Tyle się napracowałam szyjąc sukienkę i 

przygotowując miłosny  poczęstunek, a ty nie dałeś mi moŜliwości sprawdzenia, czy miałam 

rację.  

– Dam ci ją następnym razem. W ogóle nie zareaguję. Będziesz panowała nad sytuacją w 

stu procentach. Będę nucił coś pod nosem i wyglądał przez okno.  

background image

Całował  delikatnie  jej  oczy,  policzki,  szyję,  choć  nie  chciał  jej  ust,  gdy  w  oczekiwaniu 

zwróciła do niego twarz.  

– Będę mogła uŜyć wszystkich podstępnych, kobiecych sztuczek? 

– Obiecuję ci to.  

Podniosła  się  i  pchnęła  go  lekko,  tak  Ŝe  leŜał  znów  na  wznak.  Uśmiechnął  się,  a  w  jej 

oczach zapaliły się niebezpieczne światełka.  

– Lauro – zaoponował Tanner.  

– Bądź cicho.  

–  Kochanie,  są  chwile,  w  których  męŜczyzna  musi  odpocząć.  PołóŜ  się  spokojnie  koło 

mnie...  

Zupełnie nie słuchała tego, co mówi.  

– UwaŜaj, to boli – syknął lekko.  

–  Ale  przecieŜ  kilka  chwil  temu  sam  połoŜyłeś  tam  moją  rękę.  Dlaczego  wtedy  było 

dobrze, a teraz nie jest? 

– Co by było, gdybyśmy się trochę przespali? – Tanner był nieubłagany.  

–  Twoje  zainteresowanie  dość  łatwo  się  wyczerpuje.  Poruszyła  głową  tak,  by  jej  włosy 

łaskotały go w pierś.  

–  O  zainteresowaniu  pogadamy  za  tydzień  lub  moŜe  dopiero  za  dwa.  Ale  tygrysica  z 

ciebie.  W  wojsku  ostrzegali  mnie  przed  takimi,  jak  ty.  Mówili,  Ŝe  są  kobiety,  które  rujnują 

młodych, niewinnych chłopców dla własnej przyjemności.  

– Pocałuj mnie.  

– NajwyŜej mogę ci podać rękę.  

Zaśmiała się, kładąc obok niego na wznak. LeŜąc trzymali się za ręce.  

–  W  najśmielszych  marzeniach  nie  sądziłem,  Ŝe  kiedyś  będą  na  tyle  szczęśliwy,  by  cię 

odnaleźć i kochać. MoŜe ja śnię? 

– MoŜe śnimy oboje? 

– Czy było ci dobrze? Jesteś zadowolona? 

– Jesteś fantastyczny. Nie wiedziałam, Ŝe miłość moŜe tak właśnie wyglądać. Byłam dwa 

lata męŜatką, ale tak jak z tobą nie było nigdy. Jesteś cudowny.  

I znów nie mogli się pogodzić, które z nich jest lepsze w miłości. WciąŜ nadzy leŜeli w 

cieple kominka, dotykając się, głaszcząc, przekomarzając.  

Długo  potem  kochali  się  jeszcze  raz,  łagodniej  i  spokojniej.  W  końcu  zasnęli.  Ogień  w 

kominku przygasł.  

 

Dźwięk alarmu zerwał Tannera na równe nogi. W okamgnieniu był juŜ w gabinecie.  

Laura pogrąŜona w półśnie, wyczuła jego napięcie i obudziła się. Trwała w oczekiwaniu. 

Wreszcie  usłyszała  dziwny  szum  i  dwa  charakterystyczne  piski  komputerowe.  Po  nich 

nastąpiła cisza.  

Wstała, narzuciła szybko sukienkę i wyszła d^ ciemnego przedpokoju. Z gabinetu sączyło 

się słabe światło.  

– Co się stało? 

background image

Tanner wyjmował jakieś części ze swojego komputera i wrzucał je do koszyka, w którym 

juŜ był filtr i zagłuszacz. Nie patrząc na nią powiedział sucho: 

–  WyjeŜdŜamy.  Weź  ubranie  na  zmianę  i  wszystkie  waŜne  papiery.  Prawdopodobnie 

będziemy dość odcięci od świata. Zabierz wszystko, co ci jest niezbędne. Resztę zostaw.  

– Co ty robisz? 

– To są karty z rozszerzoną pamięcią, które muszę wziąć. Pospiesz się! 

– Tanner...  

– Wszystko wytłumaczę później. Szybko! Nie ma chwili do stracenia! 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

WciąŜ wiał silny, dość chłodny wiatr i padał deszcz. Laura zastanowiła się, idąc na górę, 

która mogła być  godzina. Musiało być  grubo po  północy. W swoim pokoju zdjęła czerwoną 

sukienkę  i  włoŜyła  wytarty  bawełniany  dres,  znaleziony  w  szafie  dla  gości.  Rozglądała  się 

myśląc,  co  jej  będzie  potrzebne.  Bieliznę  i  szczotkę  do  zębów  od  razu  pospiesznie  wrzuciła 

do torebki.  

Co  jeszcze?  Sandały,  parę  butów  na  płaskim  obcasie,  dwie  bluzy  marynarskie  i  spodnie 

na elastycznej gumce, które sobie przygotowała na wypadek chłodniejszej pogody. Związała 

to wszystko w duŜej chuście, która miała zastąpić walizkę.  

Wybiegając  z  pokoju  chwyciła  jeszcze  płaszcz  i  torebkę.  W  szafie  zostawiła  dwie 

garsonki, kilka bluzek i buty na wysokim obcasie.  

Znalazłszy  się  w  pokoju,  o  którym  juŜ  przyzwyczaiła  się  myśleć  jako  o  „swojej 

pracowni”,  zaczerpnęła  głęboko  powietrza.  Serce  jej  się  krajało  na  myśl,  Ŝe  musi  zostawić 

wszystkie  te  skarby  ofiarowane  jej  przez  Tannera.  Wzięła  tylko  notatnik,  kilka  ołówków, 

kredki i szkicownik. Papier pakowy pozostał w kącie.  Zanim zamknęła drzwi, przyjrzała się 

raz  jeszcze  swemu  straconemu  królestwu  przepysznych  materiałów  i  barw.  Pobiegła  do 

gabinetu.  

Tannera  nie  było.  Zastała  go  w  kuchni,  gdzie  pakował  owoce  do  torby.  Był  ubrany 

podobnie jak ona. Kosz z częściami komputerowymi stał obok na podłodze. WłoŜył do niego 

torbę  z  owocami,  z  nerwowym  uśmiechem  wziął  od  niej  tobołek  z  ubraniem  i  niedbale 

połoŜył go na wierzch. Wyglądało na to, Ŝe w koszu mieści się tylko brudna bielizna.  

– Dlaczego to wszystko robimy? – zapytała.  

– Samochody, które słyszałaś, wzbudziły nie tylko moje podejrzenia. PoniewaŜ wciąŜ nie 

wiadomo, czy mój wypadek nie był przez kogoś zaplanowany, trzeba być ostroŜnym.  

– Czy to znaczy, Ŝe... ktoś cię ściga

7

 

– Chodzi tylko o to, by być ostroŜnym – powtórzył.  

– A co będzie z Dogiem? – zapytała z nagłą troską.  

–  Zadzwonię  do  Henry’ego  jutro  rano  i  poproszę,  by  wziął  Doga  do  siebie.  Na  razie 

wystarczy mu Ŝarcia i wody, a w pudle nie będzie mu zimno.  

Pies juŜ stał przy samochodzie. Wskoczył jako pierwszy, gdy Tanner otworzył drzwi.  

– Wie, Ŝe wyjeŜdŜamy – Laura spojrzała na psa. Był całkiem spokojny.  

– Psy są mądre – zgodził się Tanner. – Jedźmy.  

– Dokąd? 

– Jest kilka planów alternatywnych. Mamy się kierować planem.  

–  Czy  to  wszystko  jest  naprawdę  potrzebne?  –  zapytała,  nie  mogąc  zrozumieć 

konieczności tak nagłego wyjazdu.  

– Prawdopodobnie nie.  

– Dlaczego więc musimy uciekać w środku nocy? – popatrzyła na zegarek. – O godzinie 

trzeciej nad ranem jechać Bóg wie gdzie! 

background image

–  Muszę  nawiązać  kilka  kontaktów  przy  pomocy  radia  CB.  Dostanę  zakodowane 

informacje  i  nie  wolno  mi  niczego  przegapić.  Przepraszam,  ale  nie  mogę  teraz  z  tobą 

rozmawiać. Wszystko opowiem ci później.  

Tanner  w  kilka  minut  później  otrzymał  przez  radio  jakieś  informacje,  zanotował  kilka 

cyfr i numerów. Po przejechaniu około 20 mil zjechał na bok i błysnął światłami. Po chwili 

od tyłu podjechał do nich chevrolet.  

–  Poczekaj  tu,  aŜ  sprawdzę,  czy  wszystko  jest  w  porządku  –  Dowiedział  do  Laury 

rozkazująco.  

Wysiadł  ostroŜnie  i  stanął  przy  drzwiach  samochodu.  To  samo  uczynił  człowiek  z 

chevroleta. Podeszli do siebie i zamienili jakieś cyfry i numery. Gdy Tanner wrócił, nachylił 

się do Laury i powiedział: 

– Wszystko w porządku. Idziemy.  

Laurę  uderzyła  nierealność  całej  sytuacji.  Musiała  mocno  wziąć  się  w  garść,  by  nie 

wybuchnąć  histerycznym  chichotem.  Wysiadła  z  samochodu  na  deszcz,  Dog  wyskoczył  za 

nią.  MęŜczyzna  z  chevroleta  przytrzymał  jej  przednie  drzwi,  a  pies,  znów  nie  proszony, 

wskoczył na tylne siedzenie.  

– Zaopiekuj się moim nowym porsche’em – nakazał Tanner nieznajomemu.  

– Z przyjemnością – odparł. – UwaŜajcie na siebie – dodał.  

Tanner  podniósł  rękę  na  poŜegnanie,  wsiadł  do  chevroleta  i  cofnął  go  gwałtownie. 

Odjechali.  

Wyglądając  przez  zalane  deszczem  tylne  okno  zobaczyła  światła  porsche’a 

zawracającego  ku  Myrtle  Beach.  Obróciła  się,  by  móc  obserwować  szosę,  która  błyszczała 

przed nimi. Wycieraczki pracowały monotonnie.  

Objęła  wzrokiem  psa  zwiniętego  na  tylnym  siedzeniu.  Nie  wydawał  się  zaniepokojony. 

Otuliła się ściślej płaszczem i milczała, zatopiona w swoich myślach.  

Profil Tannera rysował się wyraźnie na tle nocy. Nawet w nikłym świetle widać było, Ŝe 

jest powaŜny,  aczkolwiek spokojny. MoŜna było na nim polegać i to nie  tylko w sytuacjach 

tak  wyjątkowych  jak  ta.  Ale  co  się  właściwie  działo?  CzyŜby  był  to  jeden  z  „klientów” 

Tannera, szukający zemsty? 

Znajdował  się  w  niebezpieczeństwie.  To  było  jasne.  A  więc  i  nad  nią  wisiała  groźba. 

Pomimo tego nie czuła strachu. Miała raczej ochotę podjąć razem z nim walkę.  

Jak  męŜczyzna...  Jednak  raczej  jak  kobieta.  Amazonka.  Zdziwiło  ją  to.  Nigdy  nie 

grzeszyła szczególną odwagą. Skąd wiec ta gotowość do obrony Tannera? No tak. Po prostu 

kochała go.  

Wspominała  ich  krótki  tydzień.  Łagodność,  z  jaką  się  do  niej  odnosił,  troskę  o  Doga. 

Przypomniała  sobie  rozmowy,  które  prowadzili  i  zrozumiała,  Ŝe  nie  tylko  wydawał  się 

wyjątkowy jej, ale i przełoŜonym. Był człowiekiem czynu, pomyślała z dumą.  

Zdała sobie sprawę, Ŝe Tanner moŜe na nią liczyć w kaŜdej sytuacji. Postanowiła być jego 

partnerem, cokolwiek by się wydarzyło. Nie pozwoli na to, by stało mu się coś złego. Mimo 

woli  zaczęła  sobie  wyobraŜać  róŜne  sytuacje,  w  których  go  ochrania  i  o  mały  włos  nie 

parsknęła śmiechem.  

background image

Ale tak naprawdę śmiać się nie było z czego. Jeśli człowiek taki jak on uciekał w środku 

nocy, to sprawa musiała być powaŜna. Przebiegł ją dreszcz. Będzie musiała być czujna. On i 

ludzie, z którymi współpracował, najwyraźniej dobrze wiedzieli, co robią.  

Jeśli ona zareaguje źle, moŜe zniweczyć ich plany. Musi więc bardzo uwaŜać. Po chwili z 

radia ponownie dobiegły jakieś informacje, na które Tanner odpowiadał równie tajemniczym 

szyfrem.  

Laura słuchała w milczeniu, nie stawiając Ŝadnego z rozlicznych pytań, które cisnęły się 

jej  na  usta.  Po  co  te  szyfry?  Czy  się  zmieniały?  I  jak  on  to  robił,  Ŝe  je  wszystkie 

zapamiętywał? Kto je wymyślał? 

Szyfry  pewnie  były  generowane  komputerowo.  Świat  szpiegów  stawał  się  coraz  mniej 

romantyczny. Nie była to juŜ walka człowieka z człowiekiem, ale komputera z komputerem. 

Oczywiście ktoś musiał komputerem sterować. Ktoś, kto ogarniał całokształt sytuacji.  

Komputery odzierały ludzkie poczynania z tajemniczości. Otwierały jednak tak niepojęte 

moŜliwości!  To  nie  było  tak  jak  z  fizyką,  która  odkrywała  tajemnice,  tłumacząc  wszystko 

czynnikami naturalnymi i zrozumiałymi dla ludzi. Pamięć komputerów była nieograniczona. 

Wystarczyło  popatrzeć  na  komputerowe  schematy  kolorystyczne.  Posługując  się 

komputerem,  grafik  mógł  zaprogramować  tysiąc  sześćset  kombinacji  kolorów  w  ciągu  kilku 

sekund.  

Ale mimo wszystko za pomocą komputerów nie moŜna było zgłębić wszystkich tajemnic 

Ŝ

ycia.  Laura  popadała  w  coraz  większą  zadumę,  snuła  metafizyczne  refleksje,  czasami 

drzemała. Przed świtem dojechali na miejsce.  

 

Nie  byli  juŜ  na  wybrzeŜu.  Pogoda  się  nieco  poprawiła.  Pędzone  wiatrem  chmury 

przesuwały się po niebie. Od czasu do czasu wyglądał zza nich blady księŜyc. W jego świetle 

ujrzeli mały domek. Stał z boku gęsto otoczony drzewami. Nawet bystre oko nie dostrzegłoby 

go bez dokładnych wskazówek. Na pewno nie znaleźliby go.  

Chevrolet powoli posuwał się wąską dróŜką między drzewami. Dom nie był otynkowany. 

Szare  mury  były  prawie  niewidoczne.  Drzwi  do  garaŜu  stały  otworem.  Tanner  wjechał  i 

wyłączył silnik.  

Ciszę przerwała Laura.  

– Dojechaliśmy.  

– Cieszy mnie, Ŝe jesteś ze mną. Choć wolałbym, Ŝeby w tych okolicznościach raczej cię 

tu nie było – dotknął jej ramienia.  

Wysiedli z samochodu, prostując się i przeciągając. Dog równieŜ wyskoczył, rozglądając 

się i obwąchując wszystko z ciekawością.  

Tanner  wyjął  koszyk  z  bagaŜnika.  Gdy  cicho  zamykał  garaŜ,  otworzyły  się  tylne  drzwi 

domu. Na progu stanął wysoki męŜczyzna.  

– Ta? – zapytał.  

Padła zaszyfrowana odpowiedź.  

– Witajcie.  

MęŜczyzna przypominał posturą Tannera. Ręce trzymał w kieszeniach.  

background image

– Więc w końcu wziąłeś ją ze sobą? – spojrzał na Laurę niezbyt przyjaźnie.  

Rzuciła Tannerowi szybkie spojrzenie.  

– Nie mogłem jej zostawić. Ona jest w porządku.  

– Nikt nie jest pewny.  

– Jeśli ja jestem, to i ona teŜ.  

– Aha – nie wydawał się przekonany. – Nazywam się Bród wiek.  

Tanner wyciągnął do niego dłoń.  

– Słyszałem o tobie. To jest Laura Fullerton. Brodwick skinął jej głową.  

–  Ja  teŜ  o  tobie  słyszałem.  W  salonie  jest  ustawiony  komputer.  MoŜesz  się  nim 

posługiwać.  Słyszałem,  Ŝe  jesteś  geniuszem.  Kazano  nam  się  bardzo  dobrze  tobą 

zaopiekować.  Podobno  jesteś  na  wagę  złota,  choć  rajdowcem  chyba  nie  zostaniesz  – 

uśmiechnął się krzywo.  

Tanner momentalnie zareagował na Ŝart.  

– Nie miałem wyboru. Był tam taki rów, a za rowem drzewa. DuŜe, imponujące drzewa z 

solidnymi korzeniami.  

– Siła wyŜsza. Ale teraz juŜ jesteś na chodzie.  

– Coraz bardziej.  

– Pozwolisz, Ŝe ci pomogę.  

Trzymając koszyk Tannera, skierował się do domu.  

– Przywiozłeś zagłuszacz i karty? 

– Oczywiście.  

– Świetnie, chętnie je zobaczę. Słyszałem, Ŝe skonstruowałeś róŜne bajery.  

– Z przyjemnością ci je pokaŜę. Masz tu moŜe jakieś inne karty? 

–  Ani  jednej  –  Brodwick  przecząco  potrząsnął  głową.  –  Musieliśmy  ci  szybko  znaleźć 

miejsce. Tu było najbliŜej.  

Przypomniał sobie o roli gospodarza.  

– No to co, dzieciaki, jesteście głodni? Nie był duŜo starszy od nich.  

–  Masz  coś  dla  psa?  –  zapytał  Tanner.  –  Znaleźliśmy  go  i  od  kilku  dni  karmimy 

regularnie. Chyba przyzwyczaił się do normalnych posiłków.  

–  Ładny  pies.  Jak  go  zobaczyłem,  to  od  razu  zrozumiałem,  dlaczego  nie  chciałeś  go 

zostawić. Czy to obroŜa przeciwko pchłom? 

– Tak.  

– Jest wytresowany? 

– Nie miałem nigdy do czynienia z tresowanym psem. Jest posłuszny, ale nie wiem, czy 

jest naprawdę wyćwiczony. Na pewno jest lojalny. To on chciał z nami zostać.  

–  Sprawdzę  go  potem.  Jeśli  na  rozkaz  weźmie  ode  mnie  Ŝarcie,  juŜ  będziemy  coś 

wiedzieć. Chodźcie. PokaŜę wam naszą twierdzę.  

Przeszli przez kuchnię i zeszli na dół do piwnicy. Brodwick odsunął jakieś przepierzenie, 

zapalił światło i nacisnął ukryty pod kontaktem przycisk. Część murowanej ściany bezgłośnie 

odsunęła się na bok.  

Weszli do środka. Laura wciąŜ nie dowierzała własnym oczom. Brodwick pokazał im, jak 

background image

uruchomić  cały  mechanizm.  Na  półkach  leŜały  latarki.  Przed  nimi  ciągnął  się  długi, 

oświetlony tunel.  

Brodwick  tłumaczył  zupełnie  normalnym  głosem,  jakby  w  tym,  co  mówił  nie  było  nic 

nadzwyczajnego. Mówił głośno, Ŝeby i Laura usłyszała: 

–  Jeśli  coś  się  stanie,  jeśli  ktoś  niepowołany  tu  się  zjawi  lub  wybuchnie  poŜar,  musicie 

ukryć się w tunelu. Prowadzi on na zewnątrz. Ale trzeba być bardzo ostroŜnym i przeczekać 

dwa  dni,  zanim  wyjdzie  się  na  powierzchnię.  Jeśli  przez  dwa  dni  nikt  z  nas  się  w  punkcie 

kontrolnym nie zgłosi, ktoś przyjedzie sprawdzić, co się dzieje.  

Do  tej  pory  tunel  nigdy  nie  był  uŜywany  –  ciągnął  dalej,  podczas  gdy  Tanner  ćwiczył 

otwieranie zamaskowanych drzwi. – Ale nigdy nic nie wiadomo. Nie wiemy, czy jesteście w 

opałach.  Wszyscy  byliśmy  skautami  i  hasło  „bądź  w  pogotowiu”  traktujemy  powaŜnie. 

Odnosi się to równieŜ do was.  

– Teraz ty, Lauro, spróbuj zamknąć drzwi. – Zwrócił się do niej.  

Z oczami rozszerzonymi lękiem wykonała konieczne czynności, obserwując, jak kontakt 

w ścianie, jakby przesunięty niewidzialną ręką, wrócił na miejsce.  

Poszli z powrotem na górę.  

–  Będziecie  spali  w  drugiej  sypialni  –  oznajmił  Brodwick.  –  Łazienka  działa  sprawnie, 

jedzenia  w  lodówce  jest  pod  dostatkiem.  Czujcie  się  jak  w  domu.  Będę  często  znikał.  Poza 

mną przydzielono tu jeszcze dwie osoby. Zjawią się koło południa. Wkrótce powinniśmy się 

dowiedzieć,  co  się  dzieje,  o  ile  coś  się  dzieje,  oczywiście.  Sprawdzamy  facetów,  którymi 

zajmowałeś  się  ostatnio,  ale,  jak  wiesz,  to  wszystko  trwa.  Twój  dom  na  wybrzeŜu  jest 

obstawiony. To tyle. śyczę przyjemnego pobytu.  

– W porządku? – Tanner spojrzał na Laurę z niepokojem.  

– To wszystko jest bardzo dziwne.  

– No tak.  

– Czy kiedyś przytrafiło ci się juŜ coś podobnego? 

– Nie. Dlatego właśnie musiało się to stać teraz. Ja potrafię sobie dać radę, ty natomiast 

nie.  Nie  chciałem  ryzykować.  W  normalnych  warunkach  nie  zareagowałbym  w  ten  sposób. 

Ale bałem się o ciebie i wolałem uciec.  

– Mój kochany! – podeszła do niego, a on przytulił ją czule.  

Przez chwilę tak trwali, wreszcie objął ją gwałtownie. Zdała sobie sprawę, Ŝe jej własne 

zagroŜenie było mniej waŜne niŜ niebezpieczeństwo, które wisiało nad nim. Dłońmi gładziła 

jego głowę i ramiona, jak gdyby upewniając się, Ŝe jest przy niej, cały i zdrowy.  

Pocałował ją w czoło i odsunął się.  

– Jesteś pewnie głodna. Zjedzmy coś.  

–  Nie,  głodna  nie  jestem.  Ale  chętnie  bym  się  na  chwilkę  połoŜyła  –  mimowolnie 

znacząco potarła policzek.  

–  Chodź,  najpierw  zobaczymy,  co  jest  w  kuchni.  Dom  urządzony  był  bardzo  prosto. 

Meble  były  bardzo  zwyczajne.  W  oknach  wisiały  zasłony.  ŁóŜka  wyglądały  jak  w 

przydroŜnym motelu – czysta pościel i koc.  

Kuchnia  była  zaopatrzona  bardzo  dobrze.  Odnaleźli  w  szafkach  jedzenie,  papierowe 

background image

talerze i plastykowe sztućce. Wszędzie panowała czystość. Usiłowali się nawzajem namówić 

do przełknięcia czegoś.  

W  końcu  zjedli  po  starym,  trochę  wyschniętym  pączku  i  wypili  po  szklance  mleka  z 

tekturowego kubka.  

Sprzątnęli  szybko  po  sobie  i  poszli  do  sypialni,  którą  Brodwick  im  wskazał.  Tanner  ze 

skupioną miną pomagał Laurze się rozbierać, patrząc na nią przez cały czas. Potem podniósł 

prześcieradło, by mogła wsunąć się do łóŜka i przykrył ją kocem.  

Patrzył na nią, powoli się rozbierając. Śledziła jego ruchy i natychmiast przytuliła się do 

niego,  gdy  połoŜył  się  na  wąskim  łóŜku.  Nie  mówił  nic.  Ona  teŜ  milczała.  Jakiś  czas  trwali 

tak  w  ciszy  podyktowanej  nową  sytuacją,  w  której  się  znaleźli.  Kochali  się.  Nie  były  to  juŜ 

radosne uniesienia sprzed kilku godzin. Odkrywali inny rodzaj miłości.  

Ogarniało  ją  coraz  większe  poŜądanie.  Paznokcie  wbiła  w  jego  ramiona,  biodrami 

ponaglała go coraz gwałtowniej.  

Kochali się z rozpaczliwą namiętnością. Wziął ją bardziej z chęci udowodnienia sobie, Ŝe 

naprawdę  ją  posiada  niŜ  z  potrzeby.  Trzymał  ją  w  kurczowym  uścisku.  Gdy  w  końcu 

osiągnęli paroksyzm, Laura przytuliła go gwałtownie.  

Zapadł w głęboki sen. Ona teŜ była zachłanna. Był jej.  

MęŜczyźni z obstawy jedli lunch osobno. Zachowywali się jak dzikie zwierzęta, strzegące 

swego terytorium. Wyglądało na to, Ŝe powaŜnie traktują groŜące niebezpieczeństwo.  

Oprócz  Brodwicka  byli  jeszcze  Daniels  i  Reed.  Podobnie  jak  Brodwick  –  wysocy, 

wysportowani i małomówni. Rzadko Ŝartowali i nigdy nie okazywali zbytniego rozbawienia.  

–  Zainstalowaliśmy  w  twoim  domu  dwóch  agentów.  Podjechali  porsche’em,  jak  gdyby 

wracali do siebie, do domu. W samochodzie znaleźli mikrofon. Chwała Bogu, Ŝe zmieniliście 

po drodze samochody – relacjonował Reed.  

Tanner podniósł głowę raptownie.  

– A sądziłem, Ŝe jestem ostroŜny. Nowy mikrofon? 

– Trudno powiedzieć. Mogli go zamontować wszędzie i w kaŜdej chwili – Reed wzruszył 

ramionami.  

– Nie udało nam się tak szybko znaleźć agentki z pani kolorem włosów. Męczy się więc 

w peruce.  

– Czy grozi im niebezpieczeństwo? 

–  Nie  ma  obawy.  To  prawdziwi  profesjonaliści  –  Reed  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem. 

Potem zwrócił się do Tannera: 

–  PoniewaŜ  posługiwałeś  się  kulą,  gdy  pani  przyjechała,  agent  chodzi  teraz  o  lasce  – 

wymówił tę kwestię z prawie niedostrzegalną ironią, przeciągając słowa.  

Dopiero  wtedy  Laura  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  byli  obserwowani  przez  cały  czas.  Skąd 

mogliby  wiedzieć  o  jej  przyjeździe  lub  o  fortelu  Tannera  z  kulą?  A  więc  śledzili  dom 

Mornów? Poczuła się nieswojo na myśl, Ŝe mogła być podglądana i nic o tym nie wiedzieć. 

Nagle wezbrała w niej złość.  

– Dog jest genialny – zmienił temat Reed. – Masz go od dawna? 

– Zgubił się lub ktoś go porzucił – wyjaśnił Tanner. – Gdy znaleźliśmy go, musiał juŜ od 

background image

kilku dni być na plaŜy. Ale wciąŜ pilnował dropi – Nie jest psem policyjnym, ale jest bardzo 

inteligentny. Potrafi juŜ szczekać, gdy odchrząkujemy. Teraz uczymy go reagowania na gesty. 

Jest  skory  do  nauki.  MoŜe  się  nudzi  i  jest zadowolony,  Ŝe  ma  zajęcie?  Często  ogląda  się  na 

drogę, którą przyjechaliście. Szkoda, Ŝe nie moŜe niczego powiedzieć.  

–  Starałem  się  być  bardzo  ostroŜny  –  stwierdził  Tanner.  –  Szczególnie  ze  względu  na 

Laurę.  

–  Tak,  wiemy.  Miałeś  ku  temu  powody.  Nic  się  nie  martw.  Jesteśmy  na  posterunku.  I 

podobnie jak Dog, nie lubimy się lenić.  

 

Wyglądało na to, Ŝe Daniels jest główną osobą w trójce. To on pozwolił im na wyjście z 

domu.  

– Nie wolno wam stracić z oczu budynku. Nie oddalajcie się. Tu trochę niŜej jest uroczy 

strumyk,  w  którym  moŜna  łowić  ryby  –  uśmiechnął  się.  –  Jeśli  potraficie,  moŜecie  nawet 

puszczać kaczki. Chodźcie w dresach i czapkach. Lepiej nie rzucać się w oczy.  

Dresy przypominały wojskowe ubrania. Gdy  Laura je zobaczyła, chyba po raz pierwszy 

tak naprawdę uzmysłowiła sobie, w jakiej są sytuacji. Musieli się ukrywać.  

Postanowiła,  Ŝe  kiedy  juŜ  wróci  do  South  Bend,  zacznie  ćwiczyć  judo  i  karate.  MoŜe 

nawet nauczy się porządnie strzelać? śycie jednak nie było tak bezpieczne, jak jej się zawsze 

wydawało.  

Tanner połoŜył swoją silną dłoń na jej ręce.  

–  Nic  ci  się  nie  stanie  – powiedział  uspokajająco,  jakby  czytał  w  jej  myślach,  choć  i  on 

był spięty.  

Zdenerwowanie  Tannera  udzieliło  się  wszystkim.  Brodwick  Daniels  i  Reed  robili,  co 

mogli, by tej zgoła niecodziennej sytuacji nadać pozory normalności. Nawet  gdy sprawdzali 

broń i szykowali się do warty, rozmawiali o zwykłych, błahych sprawach.  

–  Pogoda  jest  piękna,  jak  na  tę  porę  roku  –  rozpoczął  rozmowę  Reed.  –  W  moich 

rodzinnych stronach nie jest tak ładnie.  

– A skąd pan pochodzi? – raczej z grzeczności niŜ z zainteresowania zapytała Laura.  

– Z północy – uśmiechnął się, jakby przepraszając za wymijającą odpowiedź.  

Brodwick wpadł na dobry pomysł.  

– Zobaczymy, któremu z nas uda się złapać największą rybę w strumyku na dole. Robimy 

zakłady! Proponuję wysokie stawki! Czuję, Ŝe wygram! 

– Umiesz gotować? – Daniels zapytał Tannera.  

– A co to, czyŜby nie było tu Ŝadnej kobiety? – zapytała uraŜona.  

– Nie ma mowy! Pani jest przecieŜ gościem.  

– A mnie się zdaje, Ŝe to wybieg, abym zgłosiła się na ochotnika.  

Powiedziała to Ŝartobliwie, ale Daniels był najwyraźniej uraŜony. Głośno się roześmiała.  

Rozmowy,  jakie  ci  męŜczyźni  prowadzili  z  Tannerem,  były  dla  niej  całkiem 

niezrozumiałe.  Mówili  o  komputerach,  kartach,  modemach.  Laurze  wydawało  się  często,  Ŝe 

uŜywają jakiegoś obcego jeŜyka.  

Gdy zbliŜał się kolejny wieczór, wkładali, jak zwykle swoje dresy i czapki, i wychodzili 

background image

na dwór. Dog zawsze im towarzyszył.  

Nigdy  nie  szli  daleko.  Pewnego  wieczoru,  gdy  byli  na  spacerze,  nagle  nadleciał 

helikopter. Daniels, jak  anioł stróŜ, wyrósł spod  ziemi i gwałtownym  gestem kazał im skryć 

się pod kępą krzewów.  

– Co to...  

– Cicho – kucnął razem z nimi.  

Helikopter przeleciał prosto, nie zbaczając ani nie zataczając Ŝadnych kręgów.  

Z niewinnie wyglądającej bransoletki na ręce Danielsa odezwał się głos: 

– Nasz? 

Daniels podniósł rękę i odpowiedział: 

– Iks.  

 

– To wszystko jest całkiem nierealne – odezwała się Laura nocą, gdy juŜ leŜeli w łóŜku.  

Tanner nie odpowiedział, przylgnął do niej tylko, jakby chciał się upewnić, Ŝe ma ją przy 

sobie.  

I w miłości był znów zaborczy i niezaspokojony. Nie pozwolił, by coś na siebie włoŜyła.  

–  Ogrzeję  cię  –  powiedział.  I  jego  ręce,  zachłanne  i  gorączkowe,  zaczęły  obejmować  ją 

tysiącem uścisków.  

I  znów  była  rozpalona  namiętnością.  Usiłowała  stłumić  gardłowe  dźwięki,  które 

wydobywały  się  z  jej  ust,  wstydziła  się  gwałtownego  skrzypienia  łóŜka.  Paliła  się,  drŜąc  w 

gorączce,  którą  ją  zaraził.  Nie  mogła  juŜ  tego  dłuŜej  znieść,  lecz  on  zwlekał,  jakby  chciał 

doprowadzić ją do krzyku.  

Kochali się miłością Drawie dziką. Czy usiłowali udowodnić w ten sposób, Ŝe Ŝyją? śe są 

cali,  zdrowi  i  wciąŜ  razem?  Było  to  przeŜycie  tak  samo  niezwykłe,  jak  cała  ich  przygoda.  I 

równie nieoczekiwane.  

Nie rozumiejąc, Laura poddawała mu się jednak, chcąc tego, czego i on, pragnąc spełnić 

wszystko,  czego  od  niej  zaŜądał.  A  on  ciągle  utrzymywał  ją  na  granicy  rozkoszy,  w 

oszałamiającym pragnieniu spełnienia. W końcu odkrył przed nią siódme niebo.  

Wyczerpani, zasnęli.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Na wybrzeŜu nic się nie dzieje – poinformował ich Daniels na drugi dzień rano. – Pusto 

i  cicho.  Nie  zauwaŜyliśmy  Ŝadnych  tajemniczych  samochodów  ani  nikogo,  kto  wzbudzałby 

podejrzenie.  

– A więc fałszywy alarm – powiedział Tanner.  

– Ciągle sprawdzamy.  

– Dziękuję wam, Ŝe tak serio to traktujecie.  

– W samochodzie miałeś mikrofon. Nie wiemy, kiedy ci go zainstalowano. Zostawiliśmy 

go  z  czystej  ciekawości.  Wasi  „zmiennicy”  jeŜdŜą  porsche’em  po  okolicy  w  nadziei,  Ŝe  coś 

odkryją. Dzięki temu mają przynajmniej jakieś zajęcie.  

Dni  mijały  w  miarę  spokojnie.  Laura  zadzwoniła  do  biura  i  zajęła  się  projektami. 

Trocheja to odpręŜyło.  

Pewnego  wieczoru  zaproponowała,  Ŝe  zrobi  kolację.  Upiekła  pieczeń  rzymską  z 

mielonego  mięsa  i  specjalny  placek  nadziewany  budyniem.  Chwalili  grzecznie,  ale  na  drugi 

dzień wrócili do swoich hamburgerów i lodów na deser.  

Bez  przerwy  rysowała  Tannera.  Tanner  przy  komputerze,  podczas  rozmowy  z  innymi, 

zamyślony.  Ich  równieŜ  szkicowała  i  kilka  udanych  portretów  podarowała  im,  lecz  oni  po 

kryjomu i z przykrością spalili rysunki ze względu na swoje bezpieczeństwo. Agenci nie lubią 

być fotografowani i portretowani. Rysowała teŜ Doga i przy tej okazji zaprzyjaźniła się z nim. 

Był, jak stwierdziła, bardzo mądry, uczył się wciąŜ czegoś nowego. Lubili go wszyscy.  

W towarzystwie Doga często szli na przechadzkę po okolicy. Dotarli do jodłowego lasu z 

niskimi, młodymi drzewkami i pachnącym igliwiem. W miejscach bardziej nasłonecznionych 

znajdowali malutkie kwiatki, z których Laura plotła misterne wianki. Mogło być pięknie, ale 

Tanner ani na chwilę nie zapominał o niebezpieczeństwie.  

Nieopodal, nad stawem, rosły drzewa, których konary strzelały wysoko w niebo, a młode 

liście  rzucały  cień  na  powierzchnię  zielonkawej  wody.  Tu  równieŜ  łowili  ryby,  ale  bez 

większego  powodzenia,  bo  one  wolały  posilić  się  jakąś  muszką  złapaną  w  locie  na 

powierzchni wody, niŜ połknąć ich haczyk.  

Nie  oddalali  się  nigdy  zbyt  daleko  od  drzew  lub  krzaków,  które  w  razie  potrzeby 

udzieliłyby im schronienia.  

Pewnego  dnia  spędzili  kilka  pełnych  napięcia  godzin  w  tunelu,  poniewaŜ  w  lesie  nagle 

pojawiła  się  grupa  wycieczkowiczów.  Nie  podeszli  jednak  do  domu,  chyba  nawet  nie  byli 

ś

wiadomi jego istnienia. Z pewnością nie zdawali sobie sprawy, Ŝe przez cały  czas byli pod 

ś

cisłą obserwacją.  

Oczywiście  sprawdzono  numer  rejestracyjny  samochodu  turystów.  Okazało  się,  Ŝe 

samochód  naleŜał  do  nauczyciela  fizyki.  Przyjechał  wraz  z  Ŝoną,  która  pracowała  jako 

kasjerka w sklepie. Towarzyszyli im drugi nauczyciel i jego przyjaciółka. Nie mieli Ŝadnego 

związku z kimkolwiek, kogo Tanner kiedyś znał lub śledził. Alarm okazał się fałszywy.  

Miały miejsce teŜ i inne wydarzenia. Pewnego dnia pojawił się samolot, który przeleciał 

background image

bardzo nisko i zatoczył kilka kół nad ich domem. Okazało się, Ŝe poszukiwał zbiegłego konia. 

W samochodzie, który krąŜył długo po lesie, a potem nie mniej długo parkował, znajdowała 

się para kochanków, która chciała skryć się przed zazdrosnym męŜem.  

Najbardziej  jednak  dokuczył  im  jednodniowy  biwak  harcerski,  który  rozłoŜył  się 

niedaleko. Młodzi chłopcy, jak wiadomo, bywają bardzo ciekawi i lubią wszędzie wejść. Poza 

tym chwalą się swoimi odkryciami, na przykład wyjściem z tunelu, znalezionym w krzakach 

nad rzeczką. Ale i to niebezpieczeństwo szczęśliwie ich ominęło.  

Tanner  zajęty  był  pracą  na  komputerze.  Usiłował  odtworzyć  sprawy,  które  kiedyś 

prowadził.  Miał  nadzieję,  Ŝe  pozwoli  mu  to  wyjaśnić  przyczyny  ich  perypetii.  Pracował 

bardzo cięŜko.  

Laura wyraźnie zaniedbywała się. Powinna skończyć kilka projektów. Ponadto wiedziała, 

Ŝ

e musi szukać nowych zamówień i nadgonić zaległe spotkania. Trzeba było coś postanowić.  

 

Kwiecień  miał  się  juŜ  ku  końcowi  i  decyzji  nie  moŜna  było  dłuŜej  odwlekać.  JuŜ 

niebawem  cała  rodzina  Tannerów  zjedzie  na  wakacje  i  ze  względów  zrozumiałych  będzie 

chciała  dowiedzieć  się,  co  w  ich  domu  robią  obcy  ludzie.  Musieli  wyjechać.  Pozostawał 

jednak ciągle problem samochodu Tannera.  

– MoŜemy was przenieść do mieszkania w St. Louis – powiedział Daniels. – Jesteśmy teŜ 

w  stanie  zmienić  toŜsamość  Tannera,  i  wszystko,  co  się  z  tym  wiąŜe.  Istnieje  moŜliwość 

pozostania na zawsze tutaj, ale to chyba byłoby trochę nudne. Jesteśmy czarującymi facetami, 

ale  nie  jest  wykluczone,  Ŝe  od  czasu  do  czasu  chcielibyście  popatrzeć  na  jakieś  inne  gęby, 

pójść do kina lub inaczej się zabawić. Pomyślcie o tym.  

Gdy wrócili do pokoju, Laura powiedziała do Tannera: 

– Zrobię, co postanowisz.  

– Kocham cię – odpowiedzią!. – „Nigdy o tym nie zapomnij. Ale nie moŜemy być razem. 

Musisz  się  ode  mnie  uwolnić.  Nie  mamy  pojęcia,  kto  się  za  tym  kryje  ani  co  się  właściwie 

dzieje.  Nie  mogę  znieść  myśli,  Ŝe  coś  ci  zagraŜa.  Zrozumiałem,  Ŝe  nie  mogę  być  z  tobą  i 

postanowiłem, Ŝe musimy się rozstać.  

Usiadł na łóŜku nie patrząc na nią. Wyciągnęła  do niego rękę,  ale on dziwnie szorstkim 

głosem powiedział: 

– Na miłość boską, nie dotykaj mnie! 

Była zdumiona. Nigdy przedtem nie odzywał się do niej w ten sposób.  

– Nic nie mów. Tak musi być. Gdyby ci się coś stało, nigdy bym sobie tego nie darował.  

–  PrzecieŜ  moŜemy  gdzieś  daleko  wyjechać.  Znajdziemy  jakieś  miejsce  do  Ŝycia.  Nie 

potrzebuję nikogo oprócz ciebie.  

–  JeŜeli  ktoś  mnie  naprawdę  poszukuje,  to  prędzej  czy  później  mnie  znajdzie. 

Gdziekolwiek będziemy, nie będę miał ani chwili spokoju. Nie mogę w ten sposób Ŝyć.  

–  Wiele  rzeczy  w  Ŝyciu  jest  niebezpieczne,  Tanner.  KaŜda  decyzja  jest  ryzykowna.  Ja 

potrafię i mogę tak Ŝyć.  

– Nie – potrząsnął głową. – Nie zniosę świadomości, Ŝe coś ci zagraŜa.  

Objął  ją  mocno  i  w  kilka  chwil  później  kochał  z  tą  rozpaczą,  którą  juŜ  nieraz  w  nim 

background image

dostrzegła. Jakby miał to być ich ostatni raz.  

Gdy leŜeli potem wyczerpani, Laura powiedziała bardzo cicho i powaŜnie: 

– śycie bez ciebie byłoby innym rodzajem śmierci. Nie mogę się z tym pogodzić.  

– Och, Lauro.  

Próbował się opanować, ale nie udało mu się stłumić urywanego szlochu.  

 

Laura  wiedziała,  co  dręczy  Tannera.  Ale  czy  mogła  temu  zaradzić?  Usiłowała 

zachowywać  się  normalnie.  Wymyślała  róŜne  zabawne  rzeczy,  w  czym  pomagała  jej  ich 

obstawa.  Rozmawiała  z  Tannerem  tak,  jak  gdyby  sytuacja  nie  była  aŜ  tak  niemoŜliwie 

pogmatwana.  

Nadaremnie.  Udawał  spokój,  ale  Ŝył  w  stałym  napięciu.  W  kaŜdej  chwili  był 

przygotowany  na  konfrontację  z  niebezpieczeństwem.  Spalał  się  i  wyglądał  jak  cień 

człowieka.  

Mimo  pięknej,  wiosennej  pogody,  kolorowych  kwiatów,  słońca,  romantycznego 

połoŜenia domku niełatwo było Ŝyć w uzaleŜnieniu od nieznanego niebezpieczeństwa.  

 

Wreszcie  pewnego  wyjątkowo  uroczego  dnia  dosięgło  ich  przeznaczenie.  Wracali  do 

domu  z  kilkoma  rybami,  które  złowili  w  strumyku,  gdy  zza  drzewa  wyłonił  się  człowiek  z 

karabinem. Pojawił się bez najmniejszego hałasu. Stanęli jak wryci. Tylko Dog zawarczał.  

Laura zerknęła na Doga zdziwiona. Nigdy nie warczał. Dlaczego teraz? 

– Bierz tylko mnie.  

Głos  Tannera  był  bardzo  cichy  i  stanowczy.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  przeraŜający, 

prawie wilczy uśmiech. Szybko rozpoznał nieprzyjaciela.  

– Jej w to nie mieszaj.  

Zdawał  się  od  niej  oddalać,  choć  nie  było  widać,  by  wykonywał  jakieś  ruchy.  Dog 

przesunął się w stronę Laury.  

– Taak – powiedział męŜczyzna.  

– Jesteś Rockwell. Czy twój wuj wie, Ŝe tu jesteś? Powiedz prawdę.  

– Jestem sam. I jak widzisz, mam zamiar cię załatwić. Przez ciebie musiałem siedzieć tyle 

lat w więzieniu.  

–  Nie  jesteś  zbyt  pojętny.  W  więzieniu  siedziałeś  za  to,  Ŝe  sprzeniewierzyłeś  te 

certyfikaty. Ja cię tylko złapałem.  

Tanner oddalał się coraz bardziej.  

– Gdyby nie ty, to by mi się udało – głos Rockwella teŜ był cichy. – Nikt inny by na to 

nie wpadł.  

– Jak mnie znalazłeś? – zapytał zwyczajnie, jak w towarzyskiej rozmowie.  

– ZaangaŜowałem prywatnych detektywów. Obrócił głowę i spojrzał na Laurę. Jego oczy 

zwęziły się.  

W  ułamku  sekundy  Tanner  zaatakował.  Stało  się  to  tak  szybko,  Ŝe  było  widać  tylko 

zamazany kształt dresu na tle drzew. W tej samej chwili, charcząc złowrogo, skoczył Dog.  

Skok psa spowodował, Ŝe pierwszy strzał Rockwella chybił celu. Gdy Tanner uderzył go 

background image

obalając  na  ziemię,  padł  drugi  strzał.  Kula  wryła  się  w  ziemię.  A  potem  zaczęła  się 

gwałtowna, na śmierć i Ŝycie, bójka ludzi i psa. Zza drzew nadbiegli Daniels i Reed.  

Daniels odwołał psa i rozdzielił dwóch męŜczyzn. Oczy Tannera momentalnie poszukały 

Laury, która stała nieruchomo, obezwładniona przez strach. Podszedł do niej i chwytając ją w 

ramiona, potrząsnął lekko, jakby chciał sprawdzić, czy Ŝyje. Gdy ją przytulił i ścisnął, z jego 

ust wydobyło się westchnienie ulgi.  

Przez  chwilę  nikt  nie  zwrócił  uwagi  na  Rockwella,  który  wciąŜ  leŜał  na  ziemi.  Nie 

wstawał. Miał przetrącony kark.  

Daniels  pospiesznie  zaprowadził  Tannera  i  Laurę  do  domu.  Nakazał  im  skryć  się  w 

tunelu. Nie było pewności, czy Rockwell był sam. Potem wraz z Reedem wyruszyli do lasu, 

by odnaleźć Brodwicka. Towarzyszył im Dog.  

Brodwick leŜał nieprzytomny. ZauwaŜył, Ŝe ktoś zbliŜa się do domu. Chciał zaalarmować 

kolegów i wtedy znienacka otrzymał cios kamieniem w głowę.  

Gruntowna  kontrola  okolicy  nie  dała  Ŝadnych  niepokojących  wyników.  Tanner  z  Laurą 

odwieźli Brodwicka do szpitala. Stwierdzono wstrząs mózgu. Musiał zostać w szpitalu.  

Daniels  i  Reed  dokładnie  przeszukali  samochód  Rockwella.  Znaleźli  w  nim  odbiornik. 

Tknięci nagłym przeczuciem, popatrzyli na siebie i na Doga. Nadajnik był w jego obroŜy.  

W  drodze  powrotnej  ze  szpitala  Laura  nareszcie  mogła  dowiedzieć  się  bliŜszych 

szczegółów.  

– KtóŜ to był? 

– George Rockwell – odpowiedział Tanner. – Jego wuj był oszustem, a on mu pomagał. 

Wuj musiał zapłacić słoną karę, ale do więzienia nie poszedł. Natomiast Rockwella wsadzili.  

Gdy  znaleźli  się  w  domku,  Daniels  pokazał  im  obroŜę  Doga  i  ukryty  w  niej  nadajnik. 

Doszli  do  przekonania,  Ŝe  Dog  był  własnością  osoby,  która  naumyślnie  porzuciła  go  w 

okolicy domu Moranów. Nie był to z pewnością Rockwell, poniewaŜ Dog go nie rozpoznał. 

W sprawę musiał być więc wmieszany ktoś trzeci.  

– Skąd mogli wiedzieć, Ŝe przygarniemy Doga? 

– zapytała Laura.  

–  Dom  Moranów  jest  jedyny  w  okolicy.  Nawet  gdybyście  go  wcześniej  nie  znaleźli,  to 

Dog  złagodniałby  i  z  pewnością  sam  by  do  was  przyszedł.  Ktokolwiek  go  tam  zostawił, 

pracował dla Rockwella. Pies miał was znaleźć i pilnować, aŜ do chwili przyjazdu Rockwella.  

– A dlaczego zainstalowali mikrofon w samochodzie? PrzecieŜ nie mogli się spodziewać, 

Ŝ

e wyjedziemy? 

–  Woleli  nie  ryzykować.  W  normalnych  warunkach  po  prostu  by  was  pilnowali.  Ale 

zorientowali  się,  Ŝe  jesteś  profesjonalistą  i  chcieli  się  zabezpieczyć.  Zmiana  samochodu 

wyeliminowała pierwszy nadajnik, ale wciąŜ był w zapasie drugi, w obroŜy psa.  

Nadajnik ma ograniczony zasięg – ciągnął Daniels.  

–  Gdy  wyjechaliście,  musieli  się  przybliŜyć,  by  móc  złapać  sygnał.  Rockwell  jeździł  w 

coraz bardziej powiększającym się kręgu od Myrtle Beach. I w końcu mu się udało. Odebrał 

sygnał  i  zlokalizował  was.  Szanse  miał  nikłe.  Dlatego  trwało  to  tak  długo.  Gdybyśmy 

wywieźli cię dalej, nie udałoby mu się... Tym razem. Ale kiedyś i tak by cię dopadł.  

background image

Tannerowi nie wytoczono sprawy. Działał w obronie własnej. Byli wolni. Mogli opuścić 

dotychczasową kryjówkę.  

PoŜegnanie  z  obstawą  wypadło  dość  dziwnie.  Łączyły  ich  bowiem  szczególne  więzy  po 

wspólnym  przeŜyciu  tych  niebezpiecznych  dni.  Byli  pod  jednym  dachem  w  tak 

niecodziennych okolicznościach, poznali się bardzo dobrze.  

Odwiedzili Brodwicka w szpitalu.  

– Nie obiecujcie, Ŝe będziemy w kontakcie i nie przysyłajcie Ŝyczeń świątecznych. Fajne 

z was dzieciaki. Trzymajcie się.  

Gdy  Laura  i  Tanner  przygotowywali  się  do  wyjazdu,  Daniels  powiedział  im  coś  bardzo 

podobnego: 

– Cieszy mnie, Ŝe dla was juŜ to wszystko się skończyło. Zapomnijcie o tym, co tu było i 

zajmijcie się swoim Ŝyciem. Gdybyście nas znów potrzebowali, będziemy na miejscu.  

Była to niezwykła historia.  

I nieprawdą było, Ŝe juŜ jest po wszystkim.  

Jak kobieta moŜe przekonać męŜczyznę, Ŝe kocha go nad wszystko? Teraz zamienili się 

rolami. Zastanawiała się, jak mu wytłumaczyć, Ŝe równieŜ zwykłe Ŝycie niesie ze sobą róŜne 

niespodzianki i bywa niebezpieczne? 

Usiłowała to zrobić na róŜne sposoby.  

–  Zdarzają  się  wypadki  samochodowe  –  tłumaczyła.  –  Są  pioruny,  schody  i  nabite 

strzelby. Poza tym moŜna przecieŜ umrzeć w łóŜku.  

Przekonywała  Tannera  przez  całą  drogę.  Jechali  poŜyczonym  samochodem  do  domu  na 

spotkanie z ich „zmiennikami”, od których mieli odebrać porsche’a.  

Kobieta okazała się dość do niej podobna, natomiast „sobowtór” Tannera w ogóle go nie 

przypominał. Nic dziwnego, Ŝe Rockwell ich po prostu zlekcewaŜył.  

Zwierzyła się z tej myśli Tannerowi. Nie miał nic do powiedzenia.  

Gdy  dojechali  do  domu,  miała  wraŜenie,  Ŝe  od  chwili  jej  ostatniego  pobytu  minęły  lata. 

Wszystko  wydawało  jej  się  stare  i  znajome,  witała  się  z  domem,  jakby  znała  go  od 

dzieciństwa.  

Tanner  był  małomówny.  Natychmiast  zajął  się  swoim  komputerem  i  podłączeniem 

systemu telefonicznego.  

Dog  chodził  i  sprawdzał,  czy  nikt  nie  wtargnął  na  jego  terytorium.  Nie  obserwował  juŜ 

drogi.  

– Tanner.  

– Hmm.  

– OŜenisz się ze mną? 

– Nie.  

–  Ale  moja  matka  będzie  bardzo  niezadowolona,  kiedy  dowie  się,  Ŝe  Ŝyję  z  kimś  bez 

ś

lubu. Poza tym muszę dawać dobry przykład młodszym siostrom i kuzynkom. Zawsze mnie 

podziwiały. Zdemoralizujesz całe młode pokolenie Fullertonow. A z drugiej strony rodziny...  

– Słuchaj, nic z tego. Rozejdziemy się i kaŜde pójdzie swoją drogą. Po raz drugi czegoś 

takiego nie przeŜyję.  

background image

– Ja juŜ nie mam nic na ten temat do powiedzenia? – zapytała zadziornie. – Moje uczucia 

cię nie interesują? Co by było, gdybym zaŜądała, byś nie jeździł samochodem, bo jakiś idiota 

moŜe na ciebie najechać? 

– Wiesz dokładnie, Ŝe zupełnie co innego mam na myśli.  

– Wezmę kluczyki i kaŜę odebrać ci prawo jazdy. Oczy Tannera błysnęły.  

– Ciekawe, jak to zrobisz.  

– JuŜ ja znajdę jakiś sposób – patrzyła na niego uporczywie.  

– Lauro, musisz mnie zrozumieć.  

– Nie potrafię. Wiem tylko, Ŝe nie kochasz mnie na tyle, Ŝeby choć trochę zaryzykować. 

Ja  jestem  przygotowana  na  wszystko.  PrzecieŜ  groziło  mi  w  tym  czasie  tyle  innych 

niebezpieczeństw.  Meteoryt  mógł  mi  spaść  na  głowę,  mogłam  umrzeć  od  ukąszenia 

szerszenia albo przewrócić się na prostej drodze i skręcić kark. Jeśli mnie nie kochasz na tyle, 

by wziąć na siebie ryzyko i się ze mną oŜenić, to nie kochasz mnie wcale. Nieźle się ostatnio 

zabawiałeś. Trzeba przyznać, Ŝe chytrze to wszystko urządziłeś. Myślałam, Ŝe coś dla ciebie 

znaczę. Pomyliłam się. Ja naprawdę nie jestem pierwsza lepsza. Następny męŜczyzna będzie 

się musiał napracować, by przełamać...  

– Jaki męŜczyzna? 

–  Ten,  który  będzie  na  tyle  odwaŜny,  by  mnie  pokochać  i  nie  będzie  się  bał  wspólnego 

Ŝ

ycia.  

– A czy ja nie jestem dość odwaŜny? 

–  Jesteś.  Właśnie  dlatego  nie  ma  odwrotu.  Kochasz  mnie.  Sam  nie  wiesz,  jak  bardzo. 

Potrzebuję ciebie. Chcę z tobą Ŝyć. Bardzo cię kocham.  

–  Lauro,  nie  namawiaj  mnie,  Ŝebym  cię  naraŜał.  Nie  byłbym  nigdy  pewien,  Ŝe  jesteś 

bezpieczna.  

Wziął ją w ramiona i mocno przytulił.  

– Wiem, kochanie. Jesteśmy oboje wytrąceni z równowagi.  

Odsunęła się od niego i bardzo powoli zaczęła się rozbierać. W miłości wszelkie chwyty 

są dozwolone, pomyślała. Kontynuowała głosem spokojnym i wyrozumiałym: 

–  Potrzebujesz  trochę  normalnych  przeŜyć,  które  zrekompensowałyby  ci  cały  ubiegły 

tydzień.  Nie  mogę  cię  zapewnić,  Ŝe  twoje  Ŝycie  ze  mną  nie  będzie  nudne,  ale  zrobię,  co  w 

mojej mocy, by cię trochę rozerwać.  

Zdjęła majteczki i odwróciła do niego całkiem naga. Tuląc się, objęła go i powoli gładziła 

po głowie.  

– Naprawdę cię kocham. – Był powaŜny. Mówił bardzo łagodnie.  

–  Wiem  o  tym  –  uśmiechnęła  się.  Oczy  miała  trochę  wilgotne,  jakby  zbierało  się  jej  na 

płacz.  

– Jednak musimy się rozejść.  

–  A  ja  sądzę,  Ŝe  powinniśmy  przyczynić  się  do  powiększenia  hordy  dzieciaków,  które 

będą  miały  szczęście  przyjeŜdŜać  do  tej  przeuroczej,  starej  rudery.  Ich  nóŜki  co  roku  będą 

jeszcze bardziej wycierać stopnie schodów, a ich rączki...  

– Stopnie są wytarte? W którym miejscu? 

background image

– Nawet bardzo... i których śmiech...  

– Nie ułatwiasz mi...  

– I których paluszki...  

– Ile dzieci? – zapytał, nie tyle z ciekawości, co raczej z obawy.  

–  O  ile  dobrze  pamiętam,  jesteś  jedynakiem.  Na  ogół  jedynacy  chcą  mieć  duŜo  dzieci  – 

zamilkła na chwilę, namyślając się, a potem ciągnęła dalej. – Myślę, Ŝe moŜna planować od 

czworga  do  sześciorga.  Będę  na  ten  temat  mogła  coś  więcej  powiedzieć,  gdy  zobaczę,  czy 

pierwsza dwójka będzie równie trudna jak ty.  

– Ja jestem trudny? 

–  Jesteś  uparty,  zarozumiały  i  nie  chcesz  zrozumieć,  co  się  do  ciebie  mówi.  Muszę  to 

wziąć pod uwagę, zanim się na cokolwiek zgodzę.  

–  Wytłumacz,  co  miałaś  na  myśli  mówiąc  o  „następnym  męŜczyźnie”.  Przed  chwilą  o 

nim wspominałaś – był wyraźnie zaniepokojony. – Czy chodzi o kogoś konkretnego? 

–  Pozwól,  Ŝe  ja  ci  teŜ  postawię  pytanie.  Dlaczego  zwracasz  na  mnie  uwagę,  gdy  jestem 

naga  i  stoję,  o  tak,  blisko,  a  gdy  stoję  dalej  i  jestem  ubrana,  to  nie  chcesz  się  nawet  ze  mną 

oŜenić? 

Głęboki głos Tannera zabrzmiał bardzo zdecydowanie: 

–  Gdybyś  była  nawet  w  pasie  cnoty,  a  moja  obecność  nie  groziłaby  ci 

niebezpieczeństwem, chciałbym być zawsze z tobą.  

– To dobry początek.  

–  Ale  poniewaŜ  jestem  dla  ciebie  ciągłym  zagroŜeniem...  Nie,  nie  mogę  się  z  tym 

pogodzić! 

Patrzyła  na  niego  uwaŜnie.  „Nie  mogę  się  z  tym  pogodzić”  –  zabrzmiało  jak  ostateczna 

decyzja, od której nie ma odwołania.  

– Tanner. Kocham cię nad Ŝycie.  

–  Ja  ciebie  teŜ.  Dlatego  nie  będę  cię  naraŜał.  Oparła  głowę  o  jego  pierś.  Była 

zrozpaczona. Potem podniosła twarz i odpowiedziała: 

– Jeśli tak, to trudno. Kochaj się ze mną jeszcze jeden, ostatni raz.  

Wciągnął ostro powietrze.  

– WyjeŜdŜasz? 

– Tak. Dalszy mój pobyt tutaj juŜ nie ma sensu.  

– Nie... nie mogę cię tak od razu puścić...  

– Co to znaczy, Ŝe nie moŜesz mnie puścić? Zdecyduj się. Nie będę czekać bez końca, aŜ 

łaskawie coś postanowisz! 

– Czy... czy jest jakiś inny męŜczyzna? 

– Nie! – ogarnęła ją złość. – Nie zachowywałabym się w stosunku do ciebie w ten sposób, 

gdyby był! Jesteś śmieszny! 

Gładził jej gładkie jak aksamit plecy, delikatne wgłębienie w talii.  

–  Lauro!  To  byłby  obłęd!  Nie  mogę.  Nie  wolno  mi.  Nie  mogę  cię  naraŜać  –  w  jego 

oczach nie odbijała się juŜ rozpacz, tylko cierpienie.  

– Jesteś nudny! 

background image

– Co? 

– Stale powtarzasz to samo. Nie chcę tego więcej słuchać! 

Odsunęła  się  od  niego  i  zaczęła  zbierać  swoje  ubranie.  Poruszała  się  przy  tym  bardzo 

powoli, od czasu do czasu oglądając się przez ramię.  

– Lauro! 

–  Uświadomiłam  sobie,  Ŝe  jedyna  rzecz,  której  tak  naprawdę  ode  mnie  chcesz,  to  seks. 

Nie  widzieliśmy  się  od  lat,  a  ty  usiłowałeś  od  razu  wciągnąć  mnie  do  łóŜka!  I  muszę 

przyznać, Ŝe nie sprzeciwiałam się. Nieprzyjemnie się do tego przyznać... – mimo woli była 

trochę poirytowana.  

– Teraz...  

–  Teraz  zabawa  się  skończyła  i  rzeczywistość  domaga  się  swoich  praw.  Nagle  jestem 

„zagroŜona”,  a  ty  nie  chcesz  mnie  „naraŜać”.  To  ty  jesteś  dla  mnie  największym 

niebezpieczeństwem! Przyjechałam tu... – coraz bardziej ją ponosiło.  

– Wszystko rozumiesz na opak! 

– OŜenisz się ze mną czy nie? 

– Lauro, proszę.  

– Tak czy nie? 

– Nie! – podniósł głos. Siląc się na cierpliwość dodał: 

– Musisz zrozumieć, Ŝe...  

– Rozumiem. I nie będę cię błagać, prześladować ani nachodzić. Cześć. Było fajnie.  

Odwrócona do niego nagimi plecami, zaczęła się ubierać. Teraz jego ogarnął lęk.  

– Jak masz zamiar stąd wyjechać? Nie masz samochodu, a ja cię nie odwiozę.  

– Zadzwonię po taksówkę – przez ramię rzuciła mu długie, wyzywające spojrzenie.  

– Telefon jeszcze nie działa.  

– No to pojadę stopem. Razem z Dogiem.  

– Szosa jest zupełnie pusta.  

– To pójdziemy na piechotę.  

Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co powiedziała.  

– Bierzesz Doga ze sobą? 

–  Tak.  Nie  moŜesz  go  zatrzymać.  W  końcu  mógłbyś  mu  zagraŜać.  Mógłbyś  sprowadzić 

na niego nieszczęście – patrzyła na niego złowrogo.  

– Lauro...  

– Do widzenia, Tanner.  

Naciągnęła bluzkę i wypadła z pokoju, akurat w chwili gdy rozległo się pukanie do drzwi. 

Z  wściekłością  szarpnęła  drzwi  jedną  ręką,  podczas  gdy  drugą  poprawiła  bluzkę.  Na  progu 

stał Henry, z miną cokolwiek zdziwioną.  

Twarz miała zaczerwienioną i złą.  

– Henry, czy moŜesz mnie podrzucić do Myrtle Beach na lotnisko? – wypaliła. – Muszę 

zdąŜyć na samolot, a Tanner nie chce mnie odwieźć.  

Henry ostroŜnie zerknął na Tannera, który wyglądał jak chmura gradowa.  

Zareagował niezdecydowanie, nie wiedział, co powiedzieć.  

background image

– Zapłacę ci za drogę.  

Była  juŜ  całkowicie  rozwścieczona  i  niegrzeczna  nawet  w  stosunku  do  biednego 

Henry’ego.  

– Wyłączył równieŜ telefon – skarŜyła dalej.  

–  Słuchajcie,  muszę  uciekać  –  Henry  usiłował  się  wycofać.  –  Posłuchaj  Tannera.  On  na 

pewno znajdzie rozwiązanie.  

– Henry! Jeśli nie zawieziesz mnie do Myrtle Beach, będę zmuszona pojechać stopem.  

KaŜdy weterynarz ma miękkie serce. Henry poddał się.  

– Słuchaj, Tanner – powiedział – zawiozę ją. Chyba Ŝe rozwiąŜecie ten problem inaczej.  

Tanner nie odpowiedział. Ani na chwilę nie odrywał oczu od Laury, ale nie protestował.  

Poszła na górę do swojego pokoju. Jej „zmienniczka” zostawiła wszystko w nienagannym 

porządku.  Walcząc  ze  łzami,  Laura  ściągnęła  bluzkę  i  spodnie.  WłoŜyła  jedną  ze  swoich 

podróŜnych  garsonek,  pończochy  i  buty  na  obcasie.  Zabrała  resztę  rzeczy  z  szafy,  wrzuciła 

wszystko  do  walizki.  Ubrania,  które  nosiła  dotychczas,  złoŜyła  w  kostkę.  Zawahała  się  na 

widok czerwonej sukienki. Będzie jej przypominać Tannera. Zostawiła ją.  

 

Henry wyszedł po nią na schody i pomógł jej zanieść walizkę do samochodu. Wróciła do 

pokoju,  ściągnęła  brudną  pościel  i  zaniosła  ją  do  pralki.  Gdy  nastawiała  program,  zjawił  się 

Tanner: 

– Nie jadłaś lunchu.  

Popatrzyła na niego beznamiętnie. Bała się, Ŝe się rozpłacze.  

– Nie jestem głodna.  

– Nie odchodź w ten sposób.  

– A jak? Mam odlecieć balonem? 

– Nie gniewaj się.  

– Wcale się nie gniewam. Po prostu nie znoszę ludzi, którzy zachowują się jak...  

– Lauro, ja tego nie przeŜyję – głos mu się łamał. Czuła, Ŝe i jej serce pęka z bólu.  

– Brudna bielizna pościelowa jest juŜ w pralce. Przykro mi, Ŝe nie zdąŜę  jej wysuszyć i 

wyprasować.  

– Lauro...  

Wyszła  do  holu,  gdzie  czekał  juŜ  Henry.  Spojrzała  w  kierunku  „swojej  pracowni”,  w 

której zostawiała tyle wspaniałości. Pomyślała, Ŝe mogłaby z niej korzystać do końca Ŝycia. 

Nie zdecydowała się jednak wejść.  

Miała  swoje  własne  przybory  do  rysowania.  Zabrała  teŜ  ze  sobą  szkice,  na  których 

uwieczniła Tannera w domku, w którym się ukrywali. Nic jej juŜ nie trzymało. Ciągle jednak 

nie mogła uwierzyć w to, co się stało.  

– Nie zabieraj Doga – ostrzegł ją Henry łagodnie. – Przyzwyczaił się juŜ do miejsca. Tu 

ma przestrzeń. Byłoby okrucieństwem ładować go teraz do klatki i fundować mu drugą taką 

w miejskim mieszkaniu.  

–  Chyba  masz  rację  –  powiedziała  Laura,  w  chwili  gdy  Tanner  na  moment  wszedł  do 

kuchni.  

background image

Spojrzała na psa, który przyglądał im się czujnie, z ciekawością przechylając łeb. Pewnie 

wyczuwał napięcie, ale nie rozumiał dokładnie, o co chodzi.  

– Dziękuję ci za  wszystko, Tanner – odezwała się  Laura oficjalnym  głosem. – Dziękuję 

za bardzo interesujący i... pouczający pobyt.  

Ignorując  Henry’ego,  który  nie  wiedząc,  jak  im  pomóc,  bezsilnie  przyglądał  się  ich 

udręce, Tanner zwrócił się do Laury: 

– Pocałuj mnie na poŜegnanie. Nie widziała go przez łzy.  

– Nie mogę.  

Nie  udało  się  jej  zapanować  nad  drŜeniem  głosu.  Jeśli  go  pocałuje,  to  rozsypie  się 

doszczętnie. Pewnie na to liczył.  

– Chodźmy – powiedział Henry miękko. Przytrzymał jej drzwi, gdy wychodziła na ganek.  

– Wystarczy ci pieniędzy? – zapytał Tanner.  

– Tak.  

Nie  odwróciła  się.  Schodząc,  musiała  trzymać  się  poręczy,  bo  ze  zdenerwowania  nie 

widziała schodów.  

Dog  równieŜ  zbiegł  z  ganku  i  kręcił  się  wokół  samochodu.  Nie  podchodził  blisko,  ale 

obserwował  ich  przygotowania  do  odjazdu.  Patrząc  na  Laurę  pytająco,  wydał  dźwięk,  który 

nie był ani szczekaniem, ani skomleniem.  

Zanim wsiadła do samochodu, pochyliła się i objęła go. Henry uruchomił silnik i powoli 

zawrócił samochód. Wyjechali na szosę.  

 

Płakała  przez  całą  drogę  na  lotnisko.  Henry  nie  powiedział  ani  słowa.  Zawsze  było  mu 

łatwiej  porozumiewać  się  ze  zwierzętami.  Zwierzęta  moŜna  pogłaskać  i  pocieszyć,  nie 

troszcząc się o dobór słów. Z ludźmi było inaczej.  

Samolot do South Bend przez Dayton miał odlecieć późnym popołudniem. PoŜegnała się 

z Henrym. Nie chciała, by został. Tłumaczyła, Ŝe na pewno nie będzie towarzyszem skorym 

do rozmów. Zgodził się z nią. Stał jeszcze przez chwilę roztargniony, nie wiedząc, co robić. 

Wreszcie przełamał się i powiedział powoli: 

– Nie sądziłem, Ŝe tak łatwo dajesz za wygraną. Zostawił ją w poczekalni oburzoną.  

Henry wrócił do Tannera. Siedzieli w milczeniu. Dog leŜał u ich stóp. Przerywając ciszę, 

Henry zdobył się na śmiałość: 

– Jeśli kogoś naprawdę kochasz, musisz o niego walczyć.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Do odlotu było jeszcze kilka godzin i Laura miała duŜo czasu, by rozmyślać nad słowami 

Henry’ego.  Więc  łatwo  dawała  za  wygraną?  Nikt  i  nigdy  nie  zarzucił  jej  jeszcze  czegoś 

podobnego. A moŜe była to prawda? 

Przypomniała  sobie  zdanie,  które  gdzieś  kiedyś  wyczytała:  „Jeśli  chcesz  być  pewny 

swego związku z drugą osobą, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jest ci lepiej z nią, 

czy bez niej?” 

Oczyma duszy widziała Tannera bardzo wyraźnie – w zamyśleniu, w radości, w chwilach 

gdy  cieszył  się  jej  obecnością.  Przypomniała  sobie  iskierki  szczęścia  w  jego  oczach. 

Wspominała namiętność, z jaką na nią patrzył.  

Siedząc  w  poczekalni  myślała  tylko  o  nim.  Dlaczego  prosił,  by  z  nim  została,  skoro  nie 

pragnął  zatrzymać  jej  na  zawsze?  PrzecieŜ  naleŜała  tylko  do  niego.  Był  jej  jedyną  miłością. 

Podbił  ją  przecieŜ  wtedy,  gdy  po  raz  pierwszy  pocałował  ją  nad  rzeką  Jordan.  JuŜ  wtedy 

poszłaby za nim do piekła. Ale on odszedł, jakby nie zauwaŜył, co się z nią dzieje.  

Ale  teraz  Tanner  przecieŜ  jej  pragnął.  Nie  potrzebowała  czerwonych  sukienek,  by  go 

uwieść.  Uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  ich  przekomarzań.  Miał  niezwykłe  poczucie 

humoru. Wspominała teŜ chwile, gdy jej poŜądał i gdy nie mógł powstrzymać się, aby jej nie 

dotknąć,  gdy  obejmował  ją  wzrokiem  rozpalonym  namiętnością  i  gdy  usta  wykrzywiał  mu 

grymas rozkoszy. Czy zachowywałby się tak, gdyby jej nie kochał? 

Nie,  to  niemoŜliwe!  Nie  moŜe  bez  niego  Ŝyć!  Zawsze  za  nim  tęskniła.  To  nie  on 

sprowadził  ją  podstępnie  do  swojego  domu.  Przyszła  do  niego  sama.  Czy  teraz  ma  więc  po 

prostu odejść? Wszyscy jej przodkowie, pionierzy Dzikiego Zachodu, wstydziliby się widząc, 

jak  łatwo  daje  za  wygraną.  Chciała  z  nim  być.  Zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  bezgłośnie  powtarza 

jego imię. Przez tyle lat go nie zapomniała. Nie moŜe więc teraz wymazać go z pamięci.  

Wyciągnęła  szkice,  które  w  ostatnich  tygodniach  zrobiła.  To  wszystko,  co  jej  po  nim 

zostało. Porównywała  wesołego,  beztroskiego  Tannera  na  rysunkach  z  napiętym,  chmurnym 

człowiekiem, jakim stał się w ostatnich dniach.  

Gotowa  była  stawić  czoło  kaŜdemu  niebezpieczeństwu,  byle  tylko  mieć  go  obok  siebie. 

Ale  czy  miała  prawo  od  niego  Ŝądać,  by  Ŝył  w  ciągłej  trosce  o  nią?  Czy  nie  kierowała  się 

czystym egoizmem? Zastanawiała się nad tym, siląc się na obiektywizm.  

W końcu postanowiła, Ŝe jeśli mają być razem, jak im los przeznaczył, to musi się to stać 

za jego wolą. Sam musi do tego dojść. Ale powinna być blisko niego, gdy będzie podejmował 

decyzję – w końcu chodzi tylko o to, by mu przypomnieć o jej istnieniu.  

Powołanie  się  na  los  i  przeznaczenie  spodobało  się  jej.  To  był  dobry  pomysł.  Pewniej 

stanęła na nogach, narastało w niej poczucie doznanej krzywdy i zbawienna złość. Tanner nie 

doceniał jej. Była silną, dorosłą kobietą, która potrafi pokonać przeciwności...  

Ale  jak  teraz  wrócić?  Opuściła  go  przecieŜ  w  tak  demonstracyjny  sposób!  Mogła 

oczywiście zapukać, mówiąc: 

–  Przepraszam,  akurat  przejeŜdŜałam  obok  i...  Ale  mogła  teŜ  zachować  się  zupełnie 

background image

szczerze i powiedzieć: 

– Zostanę tak długo, jak pozwolisz. Tak długo, aŜ mnie poprosisz, bym sobie poszła.  

Postanowiła, Ŝe właśnie tak zrobi.  

Te wspomnienia, wahania i rozmyślania zabrały jej sporo czasu. ZbliŜała się pora odlotu. 

Szybko oddała bilet, odebrała bagaŜe i złapała taksówkę.  

 

W  drodze  do  Myrtle  Beach  minęła  porsche’a.  CzyŜby  Tanner?  Nie  zauwaŜyła,  kto 

prowadził  samochód,  gdy  przemknął  obok  z  duŜą  prędkością.  PrzecieŜ  nie  mogła  go  gonić 

taksówką. MoŜe postanowił wyjechać? Co zrobi, gdy go nie zastanie w domu? Bez telefonu, 

bez samochodu? 

Gdy  wysiadła  z  taksówki,  na  ganku  siedział  Dog.  Ucieszył  się  na  jej  widok.  To  dobry 

znak,  ale  istniała  teŜ  moŜliwość,  Ŝe  Tanner  nie  wziął  go  ze  sobą,  zostawiając  pod  opieką 

Henry’ego. PrzecieŜ juŜ raz miał taki pomysł. Niezdecydowana, zwróciła się do taksówkarza: 

– MoŜe pan chwilę poczekać? Wyłączył silnik.  

Drzwi  wejściowe  nie  były  zamknięte.  W  gabinecie  Tannera  stał  komputer,  wszystkie 

części  były  na  miejscu.  Miał  więc  zamiar  wrócić.  Wyszła  i  po  chwili  wahania  powiedziała 

taksówkarzowi,  Ŝe  juŜ  go  nie  potrzebuje.  Zapłaciła  za  kurs.  Patrzyła  za  odjeŜdŜającą 

taksówką. Uświadomiła sobie, Ŝe mogła to być jej ostatnia szansa powrotu... ucieczki...  

Wyprostowała  się  i  nabrała  głęboko  powietrza.  Wchodząc  po  schodkach  na  ganek, 

stukała głośno obcasami. Przypomniała sobie jak wchodziła tu po raz pierwszy, niosąc bukiet 

od Petera. W środku wszystko było znajome i miłe. A jednak ogarnął ją strach. Czy aby nie 

popełniła błędu? 

Postawiła  w  holu  walizkę  i  przez  chwilę  stała  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach,  oddychając 

głęboko.  Z  nagłą  determinacją  złapała  bagaŜ,  wbiegła  po  schodach  do  swojego  pokoju  i 

zaczęła się rozpakowywać.  

Przypomniała  sobie  o  praniu,  które  nastawiła.  Postanowiła  się  nim  zająć.  Przechodząc 

przez  kuchnię  znalazła  wszystkie  swoje  domowe  ubrania,  czyste  i  wysuszone,  złoŜone  w 

kostkę na stole. Co myślał, gdy je składał? 

Idąc  na  górę  zastanawiała  się,  w  co  się  ubrać.  Na  pewno  nie  w  czerwoną  sukienkę. 

Powinna  wyglądać  jak  powaŜna,  stateczna  kobieta.  Szalona  dziewczyna  w  czerwonej 

sukience  nie  była  dobrym  materiałem  na  towarzyszkę  Ŝycia.  Poza  tym,  nigdzie  nie  mogła 

znaleźć  tej  sukienki.  Uśmiechnęła  się.  Na  wszystko  jest  miejsce  i  czas.  A  to  nie  był 

odpowiedni moment na figlarne fatałaszki. Strata sukienki trochę ją jednak zasmuciła.  

W  końcu  włoŜyła  niebieskozieloną  sukienkę  i  sandały.  Rozpuściła  włosy,  uwaŜnie 

przypatrując  się  swojemu  odbiciu  w  lustrze.  Umalowała  się  bardzo  starannie,  po  chwili 

wahania odłoŜyła kolczyki.  

Zeszła do kuchni. Długo przebierała w lodówce, zanim wybrała coś na kolację.  

Wychodząc na ganek zagadała do Doga. Postanowiła nie dać poznać po sobie, Ŝe czeka z 

wielką nadzieją i miłością. Będzie chłodna i opanowana.  

ZauwaŜył  po  drodze  taksówkę,  jadąc  jak  szaleniec  na  lotnisko.  Dostrzegł  teŜ  kobietę  na 

background image

tylnym siedzeniu. Nie rozpoznał jej, choć przez moment pomyślał o Laurze.  

Gdy  przyjechał,  dowiedział  się,  Ŝe  w  ostatniej  chwili  oddała  bilet.  Wracał  do  domu  w 

gorączkowym  pośpiechu.  Nic  nie  wskazywało  na  to,  Ŝe  wróciła.  Zostawił  samochód  w 

garaŜu,  wbiegł  po  tylnych  schodach  na  ganek  kuchenny  i  raptownie  otworzył  drzwi.  Serce 

waliło mu jak młot.  

Była.  Stał  jak  przygwoŜdŜony,  patrząc  na  nią.  Obdarowała  go  dość  chłodnym 

spojrzeniem i krzątała się dalej, przygotowując kolację. Chciał się na nią rzucić, ale ominęła 

go zwinnie. Milczała.  

Chciała  być,  jak  postanowiła,  opanowana  i  rzeczowa.  Lecz  widząc  go  na  progu,  nagle 

zdenerwowała  się.  Wezbrała  w  niej  złość,  choć  jednocześnie  walczyła  ze  sobą,  Ŝeby  się  nie 

rozpłakać. I to teŜ ją jeszcze bardziej rozwścieczyło.  

Upojony  własną  radością,  nie  mógł  zrozumieć  jej  reakcji.  Patrzył  na  nią  czułym 

wzrokiem, podczas gdy ona, zaaferowana, obchodziła go dookoła, dając mu do zrozumienia, 

Ŝ

e jej przeszkadza. Cichym głosem stwierdził: 

– Wróciłaś.  

Nie panowała juŜ nad sobą. Ku własnemu zaskoczeniu wypaliła: 

– Przepraszam, ale kim pan właściwie jest? Był zbity z tropu i poirytowany.  

– Lauro... – powiedział ostrzegawczo.  

–  Skoro  zna  pan  moje  imię,  to  i  ja  powinnam  pana  znać.  Ale  jakoś  sobie  nie 

przypominam.  

– Rzeczywiście? PrzecieŜ kilka godzin temu prosiłaś mnie, bym się z tobą oŜenił.  

Odwróciła się nie odpowiadając, i szykowała dalej kolację.  

Był  zagubiony.  Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  się  na  niego  gniewa.  Ale  wróciła,  to  juŜ  coś. 

Stał  na  środku  pokoju,  usiłując  nawiązać  rozmowę.  W  pewnej  chwili  odezwała  się  ostrym 

tonem: 

– Posuń się.  

Oparł  się  o  drzwi  i  obserwował  ją.  Była  naprawdę  zła.  Dlaczego?  Wyglądała  pięknie  i 

podniecająco  z  tymi  wypiekami  na  twarzy.  Rozbierał  ją  wzrokiem.  Nie  wiedział,  co  zrobić, 

aby ją rozbroić.  

Usiedli  do  stołu  w  milczeniu.  Laura  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  zachowuje  się 

idiotycznie.  Zarumieniła  się.  Wstydziła  się,  Ŝe  nie  potrafi  stłumić  gniewu.  A  przecieŜ  miała 

zachowywać się jak dorosła, powaŜna kobieta. Bardzo chciała zapanować nad sytuacją.  

Pierwszy przemówił Tanner: 

– Lauro, jestem tu. Odezwij się.  

– Nie rozmawiam z tobą.  

– AleŜ dlaczego? Rozsądne pytanie – pomyślała.  

– Jestem zła, Ŝe tak łatwo ci przyszło poŜegnać się ze mną. I w ogóle nie dopuściłeś mnie 

do głosu...  

– Kochanie...  

– Czy myślałeś, Ŝe mam, ot tak, po prostu, zgodzić się na twoje dziwactwa? 

Wyprostował się.  

background image

–  Moje  dziwactwa...  ?  Troskę  o  ciebie  nie  sposób  chyba  nazwać  dziwactwem.  Lauro, 

musisz zrozumieć, Ŝe...  

–  Jeszcze  nie  skończyłam.  UwaŜam,  Ŝe  powinniśmy  spędzić  jakiś  czas  ze  sobą  jako 

przyjaciele.  

A gdy zaczął się śmiać, powiedziała surowo: 

–  Przestań!  Nie  ma  się  z  czego  śmiać!  Nie  chcę  z  tobą  rozmawiać,  ale  muszę 

wytłumaczyć, dlaczego wróciłam.  

– Ale dla mnie jest obojętne, dlaczego wróciłaś. WaŜne, Ŝe jesteś.  

Ciągnęła dalej ignorując go: 

–  PrzeŜyliśmy  tydzień  namiętności  i  tydzień  zagroŜenia.  Nie  wiem,  czy  moŜemy  ufać 

naszym uczuciom. Doszłam więc do wniosku, Ŝe powinniśmy przez pewien czas obcować ze 

sobą jak przyjaciele. śadnego seksu. Rozmowy, spacery. Musimy się poznać.  

 

To przemówienie nie wyszło całkiem tak, jak chciała. Tanner deprymował ją. Wprawdzie 

w  skupieniu  słuchał  tego,  co  miała  do  powiedzenia,  ale  teŜ  nie  ukrywał  swego  szczerego 

ubawienia. ZauwaŜyła błysk diabelskich ogników w jego oczach. Czuła, Ŝe nie akceptuje jej 

punktu widzenia.  

Ciągnęła dalej z coraz większym zacietrzewieniem: 

– Jestem w tobie zakochana. Nie stój jak kołek! Chcę, Ŝebyś mnie wysłuchał. Nie wiem, 

czy  kocham  cię  naprawdę,  czy  jestem  po  prostu  pod  twoim  urokiem.  Prawdę  mówiąc, 

przyjechałam tu po to, by cię raz na zawsze wygnać z mych myśli. I jeśli mnie teraz spokojnie 

nie wysłuchasz, to znów wyjadę i nigdy juŜ nie wrócę. Moglibyśmy teraz pójść do łóŜka, ale 

wtedy nigdy nie przekonam się, czy cię naprawdę kocham, czy po prostu tylko cię pragnę.  

Odchylił się na krześle.  

– To Ŝaden problem. Ze mną jest podobnie – uśmiechnął się.  

– Pochodzę z rodziny pionierów. Kobiety w mojej rodzinie musiały stawiać czoło wielu 

niebezpieczeństwom  i  niewygodom  –  chorobom,  samotności,  cięŜkiej  pracy.  Nie  jestem 

księŜniczką. Dam sobie radę. I muszę wiedzieć, czy to, co do ciebie czuję, jest prawdziwe.  

– Kocham cię.  

–  Nie  powtarzaj  się.  Sprawa  jest  powaŜna.  Niedługo  pojawi  się  tu  twoja  rodzina.  Co  jej 

wtedy powiesz? Moja obecność tutaj nie moŜe być dwuznaczna. Inaczej spalę się ze wstydu.  

– Nie masz do mnie zaufania? 

–  Rząd  Stanów  Zjednoczonych  moŜe  ci  ufa,  ale  ja  nie  powinnam.  Kocham  cię,  choć 

akurat w tej chwili nie wiem, czy cię lubię. Nie rozumiem, dlaczego chciałeś mnie zmusić do 

wyjazdu.  

– Ale wróciłaś – uśmiechnął się swoim rozbrajającym uśmiechem.  

Laura szybko odwróciła oczy. Po chwili stwierdziła rzeczowo: 

– Nigdy nie zabrałeś mnie na łódkę.  

– Na łódkę? – zapytał zdziwiony.  

–  Kiedy  przyjechałam,  pytałeś,  czy  juŜ  pływałam  i  mówiłeś,  Ŝe  muszę  spróbować. 

Zajmijmy  się  przez  chwilę  czymś  innym.  Czy  potrafisz  być  choć  przez  tydzień  miły,  po 

background image

prostu jak przyjaciel? 

– A co by było, gdybyśmy byli bardzo bliskimi przyjaciółmi? 

– Nic z tego nie będzie, Tanner. Musimy mieć czas na poznanie się.  

– Ale ja juŜ wiem o tobie wszystko. A ty niczego się o mnie nie dowiedziałaś? 

–  Wiem,  Ŝe  jesteś  bardziej  skomplikowany,  niŜ  myślałam.  I  Ŝe  masz  cechy,  których  się 

nawet  nie  domyślałam.  Widziałam,  jak  zaatakowałeś  tego  męŜczyznę.  Nie  zdawałam  sobie 

sprawy, Ŝe jesteś do tego zdolny.  

– Musiałem cię obronić za wszelką cenę.  

– Niczego ode mnie nie chciał. Ścigał ciebie.  

– Wtedy zdziwiło mnie, Ŝe nie strzelał z ukrycia. Tego zawsze obawiałem się najbardziej. 

Myślałem ciągle, Ŝe coś ci się moŜe stać.  

– Opowiem ci pewną historyjkę. W Fort Wayne jest ogród zoologiczny dla dzieci. W tym 

ogrodzie  jest  wyspa,  na  której  Ŝyją  małpy.  Otoczona  jest  rowem  z  wodą,  w  której  pływa 

krokodyl.  Wsadzili  go  tam  po  to,  by  małpy  miały  się  czym  zająć.  śycie  bez  stresów  jest 

nudne.  Zawsze  trzeba  mieć  trochę  problemów  dla  zdrowia.  Ale  cieszę  się,  Ŝe  to  ty  dostałeś 

Rockwella, a nie on ciebie.  

–  Wiesz,  nie  wiem,  czy  jego  śmierć  była  przypadkowa.  Gdy  dostrzegłem  go 

wychodzącego zza drzewa z karabinem, chciałem go tylko unieszkodliwić. Być moŜe to skok 

Doga spowodował, Ŝe zadałem mu śmiertelny cios. Ale jak o tym myślę, to wydaje mi się, Ŝe 

chciałem go zabić. A teraz muszę Ŝyć z tą niepewnością. Wierz mi, nie jest to łatwe. Później 

dowiedzieliśmy  się,  Ŝe  Rockwell  miał  duŜo  problemów.  Nie  był  człowiekiem  w  pełni 

zrównowaŜonym. Gdyby nim był, na pewno nie usiłowałby się zemścić.  

– A ja ci wtedy wcale nie pomogłam.  

–  Chwała  Bogu.  Dzięki  temu  nie  odwróciłaś  jego  uwagi,  a  to  bardzo  waŜne.  Był 

całkowicie skupiony na mnie.  

– Byłam przeraŜona.  

– My teŜ jesteśmy przeraŜeni, gdy zagraŜa nam prawdziwe niebezpieczeństwo. Nauczono 

nas  jednak  samoobrony.  Tak  samo  zachowują  się  bokserzy  przed  walką  lub  aktorzy  przed 

występem. Tylko głupcy się nie boją. Zamyślił się przez chwilę.  

–  W  tej  całej  historii  została  tylko  jedna  rzecz  nie  wyjaśniona.  Kto  pomagał 

Rockwellowi?  No  i  okazało  się,  Ŝe  byli  to  po  prostu  prywatni  detektywi.  Myśleli,  Ŝe 

znalezienie  mnie  jest  prostą  sprawą,  Ŝe  słuŜą  prawu.  Na  przyszłość  będą  dokładniej 

sprawdzać, dla kogo mają pracować.  

Popatrzył na nią wnikliwie.  

– Lauro, muszę wyznać, Ŝe juŜ nigdy nie pozwolę ci odejść.  

–  Wcale  nie  chciałam  się  od  ciebie  uwolnić.  To  ty  chciałeś  się  mnie  pozbyć.  Dlaczego 

zmieniłeś zdanie? 

– O mały włos, a nie zdąŜyłbym na samolot, którym miałaś odlecieć. Czekałem na wyniki 

poszukiwań w centralnej bazie danych. Chciałem być pewien, czy nie zagraŜa mi jakiś inny 

Rockwell.  Ale  nie  ma  nikogo.  Odtąd  moje  Ŝycie  będzie  rutynowym  wypełnianiem 

obowiązków. Musisz mnie ocalić. Dlatego po ciebie pojechałem.  

background image

– Ocalić? Od czego? 

– Od nudy. Od Ŝycia bez miłości. Od samotności. Kocham cię. Wyjdź za mnie, Lauro.  

Oczy jej powoli się rozszerzyły.  

– PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie musisz się mnie bać.  

– Doprawdy? Ile razy odstawiłeś juŜ ten sam numer? Uwodzisz biedne kobiety, a potem 

porzucasz je, mówiąc, Ŝe to dla ich dobra? Jesteś oszustem.  

Uśmiechnął się leniwie i trochę wyzywająco.  

– Ja? Oszustem? Ledwie się poruszałem, a ty przyjechałaś i podstępnie mnie uwiodłaś.  

– To nieprawda. Jeszcze jak chodziłeś! 

– Jeśli dobrze pamiętam, to nawet uszyłaś czerwoną sukienkę.  

– To ty mnie uwiodłeś. Pastwiłeś się nad moim biednym ciałem. Jeszcze teraz czuję moje 

obolałe piersi.  

–  Naprawdę?  –  wstał  od  stołu.  –  Niech  sprawdzę.  Wstała  i  cofnęła  się  do  przedpokoju. 

Wyciągnęła ostrzegawczo rękę: 

– Nie zbliŜaj się do mnie.  

Tego  było  za  wiele.  W  dwu  krokach  Tanner  przemierzył  dzielącą  ich  przestrzeń. 

Przycisnął ją do siebie z całej siły, aŜ do bólu. I pocałował.  

Ogarnęło  ją  znajome  juŜ  uczucie.  Musiała  się  czegoś  przytrzymać,  by  nie  stracić 

równowagi.  

Powinna mu się przeciwstawić. Myślała gorączkowo. PrzecieŜ planowała, Ŝe ten tydzień 

spędzą jak dwoje zaprzyjaźnionych ludzi. A on brutalnie narzuca jej swoje warunki. Znowu ją 

uwiedzie.  Powinna  się  bronić.  Tak  łatwo  się  nie  da.  Całował  ją  równieŜ,  z  tym  diabelskim, 

perfidnym  talentem.  Powinna...  Jego  usta  były  wspaniałe.  Jak  mógł  być  równocześnie  tak 

łagodny, silny i namiętny? 

OdpręŜyła  się,  rozkoszując  jego  bliskością.  Była  znów  w  jego  twardych  ramionach, 

słyszała nierówny oddech i czuła serce, które waliło jak młot.  

Jego  ręce  pieściły  jej  ciało,  docierając  do  najbardziej  wraŜliwych  miejsc.  Miał  takie 

mocne, miłe ręce... Powinna... Co powinna... ? 

I poniewaŜ nie wiedziała, co ma zrobić, nagle pocałowała go spontanicznie i namiętnie.  

Jej palce wpiły się w jego gęstą czuprynę, ciało drŜało z pragnienia. Brakowało jej tchu. 

Nogi ugięły się w kolanach, biodra przylgnęły do jego ciała.  

Gdy  przerwał  pocałunek,  a  właściwie,  gdy  zaczął  całować  jej  szyję  i  ramiona, 

przypomniała sobie o czerwonej sukience.  

– Gdzie jest moja czerwona kreacja? – zapytała, zaskakując samą siebie.  

Roześmiał się, trochę cynicznie.  

– Sukienka jest moja. PrzecieŜ uszyłaś ją dla mnie.  

– Twoja? Co z nią będziesz robił? Chyba nie będziesz jej nosił? 

– Ale tobie pozwolę się w nią ubrać.  

Nie o to przecieŜ chodziło. W kaŜdym razie nie w tej chwili.  

– Nie mogłam jej znaleźć – odezwała się. – Jeśli ktoś ją zobaczy, na przykład w szafie dla 

gości, to moŜe być zgorszony.  

background image

Oparła  się  o  niego,  wciąŜ  gładząc  jego  włosy.  Serce  w  niej  zamarło  i  przez  chwilę  nie 

bardzo pamiętała, o czym mówili. Tak bardzo go kochała, a o mały włos go nie straciła! 

– Jest w wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. Ale naleŜy do mnie.  

Sukienka! Prawda, mówił o sukience! 

– Nie zmieściłaby się w kieszeni. PokaŜ.  

– Pod warunkiem, Ŝe ją włoŜysz.  

– Nie – powiedziała bardzo powoli i spuściła powieki.  

–  Chciałbym  się  z  tobą  kochać  –  poprosił  cicho.  Potrząsnęła  głową  przecząco,  ale  tak 

lekko, Ŝe prawie niedostrzegalnie. Puścił ją i zrobił krok do tyłu, a jej ręce zawisły bezradnie 

w powietrzu. Chciała zaprotestować, ale on stał i przyglądał się jej intensywnie.  

Nagle uśmiechnął się i wsuwając rękę do kieszeni, wyciągnął z niej – zupełnie jak magik 

z cyrku – czerwoną szmatkę, która zawirowała w powietrzu i dopiero opadając zmieniła się w 

sukienkę.  Rzucił  ją  na  krzesło,  zdjął  marynarkę  i  zaczął  rozpinać  guziki  u  koszulki,  wciąŜ 

wpatrując się w Laurę.  

– Nie rób tego – ostrzegła.  

Błyskawicznie  ściągnął  koszulę,  buty  i  skarpetki.  Potem,  świadomy,  Ŝe  patrzy  na  niego 

jak  zaczarowana,  rozpiął  spodnie  i  odrzucił  je  na  bok  jednym  kopnięciem.  Wreszcie 

zgrabnym ruchem zdjął slipki.  

Obejmowała go wzrokiem całego. Był piękny, godny poŜądania i bardzo męski.  

Podszedł  do  niej,  a  ona  nie  odwróciła  się  ani  nie  uciekła.  Otworzyła  szeroko  ramiona. 

Pomógł jej zdjąć niebieskozieloną sukienkę. Nie protestowała, gdy zsuwał majteczki. Patrzył 

na nią spod na wpół przymkniętych powiek i powoli zaczął ją pieścić.  

– Tanner...  

–  No,  coś  takiego!  Jednak  pamiętasz  moje  imię?  Wziął  z  krzesła  czerwoną  sukienkę  i 

naciągnął jej przez głowę, potem rozczochrał jej włosy.  

– Czy to naprawdę ty? – zapytał.  

Dotknął ją przez delikatny jedwab i przyciągnął do siebie.  

– Tu! PołóŜ tu swoje ręce.  

– Tanner, co ty robisz? 

–  Będę  cię  kochał  przez  resztę  naszego  Ŝycia.  Musisz  wyjść  za  mnie,  by  nie  zgorszyć 

kuzynów i bratanków.  

–  Wyjść  za  ciebie?  –  zachowywała  się  tak,  jakby  nigdy  przedtem  nie  wspominali  o 

małŜeństwie.  

– Tak.  

Spojrzał na nią ze śmiertelną powagą.  

– No...  

– Ja teŜ – powiedział, jak gdyby była to odpowiedź, na którą czekał. – Muszę wiedzieć, 

ile dzieci mi urodzisz, bym mógł zbudować wystarczająco duŜy dom.  

Ś

ciskał  ją  bardzo  mocno.  Czerwona  suknia  dodawała  mu  siły,  a  oczy  pałały  Ŝądzą  i 

ś

miały się z radości. Podniósł ją i zaniósł do łóŜka.  

ŁóŜko  było  miękkie  i  gościnne.  Powoli  zdejmował  z  niej  czerwony  jedwab,  który  tak 

background image

ponętnie krył jej ciało. A potem zaczął ją kochać.  

Laura była mu uległa we wszystkim.  

Kąsał  jej  delikatną  skórę,  a  ona  jak  w  transie  pozwalała,  by  doprowadził  ją  do  granicy 

bólu. Ich wilgotne ciała to uciekały od siebie, to splatały się w jedno. Zachłanne i nienasycone 

usta wciąŜ pragnęły więcej, a bijące serca znajdowały się na pograniczu Ŝycia i śmierci.  

Krzyczała  w  oczekiwaniu  spełnienia.  W  końcu  wszedł  w  nią  ostroŜnie.  A  potem 

wyruszyli w długą drogę oczekiwania na cud, aŜ wreszcie pochłonęła ich ekstaza.  

DrŜał  jeszcze,  gdy  ona  leŜała  juŜ  nieruchoma.  Całował  ją  wciąŜ,  ale  juŜ  łagodniejszymi 

pocałunkami, pieścił dłońmi juŜ uspokojonymi.  

Westchnął i z czułością powiedział: 

– Kocham cię. Jesteś moim marzeniem. Wszystkim. Całym moim Ŝyciem.  

Jak z oddali usłyszała swój głos: 

–  Jesteś  tu  ze  mną?  Czy  to  naprawdę  ty?  Mój  kochany.  Ja  teŜ  cię  kocham.  OŜeń  się  ze 

mną.  

Spojrzał na nią pytająco.  

– JuŜ jutro! Tak tego pragnę! 

LeŜał  obok  podparty  na  łokciach.  Co  chwilę  całował  ją,  bawił  się  jej  włosami,  głaskał  i 

tulił.  

Laura śmiała się i przeciągała jak kotka. Kusiła go, ciągle nienasycona.  

A gdy wreszcie kochali się po raz drugi i ich ciala połączyły się w jedno, poczuła, Ŝe to 

samo stało się z ich Ŝyciem, tak cudownie związanym tajemniczym przeznaczeniem.