LASS SMALL
Znowu razem
(To meet again)
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Wszystkiemu winna była guma do Ŝucia. Gdyby nie ona, wypadki potoczyłyby się
zupełnie inaczej. Laura Fullerton miała problemy z ciśnieniem rozsadzającym jej uszy w
czasie lotu samolotem i nie wyruszała w drogę nie mając gumy pod ręką. Przypomniała sobie
o niej w ostatniej chwili, juŜ w Chicago, na lotnisku O’Hare. Kupując gumę natknęła się
przypadkiem na Tabithę, koleŜankę ze studiów na Uniwersytecie Bloomington, w stanie
Indiana. Tak to się zaczęło.
– Laura! – wykrzyknęła Tabitha z taką radością, jakby były co najmniej przyjaciółkami i
nie widziały się od lat.
Dźwięk głosu wydał się Laurze znajomy. Odwróciła się. Tabby, jak nazywano ją na
studiach, zawsze dbała o swoją smukłą sylwetkę. Ubrana była w złociste, obcisłe spodium, na
pewno kupione w jakimś bardzo drogim butiku. Złocisty kolor znakomicie pasował do jej
czarnych włosów i zielonych oczu. Przypominała modelkę z okładki „Vogue”, z czasów gdy
kobiety prezentujące modę musiały wyglądać jak drapieŜne tygrysice.
Laura w porównaniu z Tabby była bardzo skormnie ubrana. Miała na sobie granatowy
klasyczny kostium i białą bluzkę, a jasne włosy upięła z tyłu głowy w praktyczny kok. Nosiła
buty na płaskim obcasie, oczywiście ze względu na wygodę. Bywała częstym gościem na
lotniskach i zdawała sobie sprawę z przestrzeni, które czasami musiała przemierzyć.
– Dokąd lecisz? – spytała Tabby, uśmiechając się. Jej zęby były proste i naturalnie
zaokrąglone, aczkolwiek moŜna się było spodziewać, sądząc z jej stylu drapieŜnego
zwierzątka, Ŝe powinny okazać się malutkie i spiczaste jak u kotki.
– Do Columbii w Południowej Karolinie, przez Atlantę.
– Świetnie. Daj mi swój bilet, to zmienię ci rezerwację. ZdąŜysz na połączenie, a do
Atlanty polecimy razem, zgoda?
Laura, zaskoczona propozycją Tabby, odpowiedziała wymuszonym uśmiechem i lekkim
skinieniem głowy.
I tak oto pewnego kwietniowego dnia obie kobiety, które łączyło na studiach jedynie
wspólne uczęszczanie na wykłady z greki, siedziały na lotnisku O’Hare w Chicago i czekały
na samolot.
– Jakie to niewiarygodne, Ŝe cię spotkałam – zielone oczy Tabby taksowały Laurę z
pobłaŜliwym zainteresowaniem sytej i pewnej siebie kotki.
Tabby wiedziała, Ŝe Laura ma trzydzieści lat, czyli Ŝe jest od niej tylko o... załóŜmy, Ŝe o
rok... starsza, co zresztą, niestety, nie było prawdą. Tabby bowiem unikała trzydziestki jak
ognia. Wprowadziła dotychczas juŜ trzy małe korekty do swojej metryki. Przyglądając się
koleŜance zauwaŜyła, Ŝe Laura była nadal tak samo szczupła jak w wieku osiemnastu lat. Jej
włosy miały wciąŜ ten sam niespotykany płowy odcień. Tabby zastanawiała się, czy
jaśniejsze pasma zawdzięczała słońcu, czy teŜ pracy fryzjera? Oczy Laury nie były chyba
dawniej aŜ tak niebieskie? Niewiarygodne, jak wspaniały efekt moŜna osiągnąć w
dzisiejszych czasach za pomocą szkieł kontaktowych...
Rozmowa niezbyt się kleiła. W gruncie rzeczy mało się znały i niewiele miały sobie do
powiedzenia. Laura dyskretnie przypatrywała się tłumowi, który przelewał się wokół nich w
wielkim pośpiechu.
Ach, Tabby, Ŝycie jest zadziwiające. Spotykam ludzi, których nie widziałam juŜ od lat.
Mam wraŜenie, Ŝe wszyscy ciągle gdzieś biegną. Czy nie ma juŜ osób, które po prostu idą do
biura, pracują, a wieczorem spokojnie wracają do domu? Czy świat musi tak gnać i gnać?
– Powinnaś juŜ przyzwyczaić się do tego, tak jak ja – odparła Tabby. – Ale wiesz, sądzę,
Ŝ
e jedzenie w samolotach dawniej bywało lepsze...
– Jak długo juŜ tak Ŝyjesz? Ciągle jesteś w podróŜy? – zapytała Laura.
– Właściwie od czasu, gdy skończyłam studia. Dyplom zrobiłam chyba zbyt wcześnie.
Przeskoczyłam kilka semestrów na samym początku.
– Zawsze byłaś szybka – skomentowała Laura sucho.
– Lauro, czy nosisz szkła kontaktowe?
– Nie, dlaczego pytasz?
– W ogóle nie nosisz okularów?
– SkądŜe! W mojej rodzinie wszyscy mają bardzo dobry wzrok.
– Niewiarygodne – Tabby nie była przekonana.
– A wiesz, kogo spotkałam w zeszłym tygodniu? Nigdy nie zgadniesz! Powiem ci: Ann
Thompson!
– Ann Thompson? – powtórzyła Tabby.
– Nie przypominasz jej sobie? Wyszła za mąŜ za George’a Millera.
– Nie znałam Ŝadnej Ann Thompson. Jak wygląda?
– Ma...
– PasaŜerowie lotu do Miami... – dobiegło z głośników.
– To my – powiedziała Tabby wstając.
– Do Atlanty, Jacksonville i Miami... – monotonnie ciągnął głos.
Wzięły bagaŜe i skierowały się do wejścia na płytę lotniska.
– Ann Thompson... – Tabby nadal powtarzała to imię, usiłując skojarzyć je z osobą j
Miała trudności z zapamiętaniem kobiet.
W tym momencie doszło do drugiego wydarzenia, które przesądziło o losach Laury. Z
tłumu dobiegł pytający, męski głos.
– Laura?
– Peter? Jak się masz? – Laurą śmiechem zareagowała na pocałunek w policzek. Poczuła
się zaŜenowana. Nie naleŜała do osób, które kaŜde spotkanie przypieczętowują pocałunkami.
– Dopiero niedawno dowiedziałem się, Ŝe rozeszłaś się z Tomem juŜ kilka lat temu –
powiedział Peter zupełnie swobodnie. – Dziwi mnie tylko, Ŝe to tak długo trwało...
Temat nie był wygodny. Laura szybko przerwała Peterowi, zwracając się do Tabby:
– Przypominasz sobie Petera Watkinsa?
Tabby męŜczyzn zawsze pamiętała i zareagowała entuzjastycznie.
– AleŜ oczywiście! Cześć, miło cię widzieć! Promienny uśmiech Tabby znikł, gdy Laura
zapytała:
– A jak się miewa twoja Molly?
– Molly i dwa brzdące – powiedział Peter, wyciągając zdjęcia.
Dość łatwo udało się nakłonić Petera, by w samolocie siedział między nimi. Rozmowa
toczyła się wartko aŜ do chwili, gdy Peter zapytał:
– Słyszałyście o Tannerze? Przypominacie go sobie?
– Oczywiście, Ŝe go pamiętam – spokojnie odpowiedziała Tabby.
Natomiast Laura zaniemówiła. OstroŜnie, jakby przeczuwała, Ŝe coś jej zagraŜa, zapytała:
– Co się z nim dzieje?
– Miał potworny wypadek. Zupełnie rozbił swojego porsche’a. Z samochodu właściwie
nic nie zostało. – Peter pokiwał głową.
– Ale co z Tannerem?
Laura wstrzymała oddech. Znieruchomiała, a oczy wyraŜały przestrach. Czuła szum w
głowie.
W wyobraźni ujrzała Tannera i to niezwykle wyraziście – wysokiego i szczupłego
chłopaka, z ciemnymi, rozwichrzonymi włosami i bardzo niebieskimi oczami.
Odpowiedź Petera dotarła do niej z oddali.
– Z Tannerem wszystko w porządku. Siedzi teraz w wiejskim domu rodziców, na północ
od Myrtle Beach. Jest tam juŜ od pewnego czasu i pewnie jeszcze trochę zostanie. Ciągle
jeszcze ma zwolnienie. Sądzę, Ŝe nigdy nie pogodzi się z utratą...
Laura zakrztusiła się.
– ... tego porsche’a. To był piękny wóz. Był. W tym właśnie sęk. Co za kraksa!
Widziałem zdjęcia. Cały Tanner. KtóŜ inny wpadłby na pomysł, by obfotografować śmierć
swojego mustanga. Nie widziałem nigdy człowieka tak kompletnie opętanego przez
samochód... Z wraku wyciągali go przez godzinę. – Peter zaśmiał się ironicznie. – Szczątki
kaŜe pewnie spalić, a popioły rozrzucić na dzikich obszarach dolnego Manhattanu. Tabby
miała trochę niepewną minę.
– Ktokolwiek I tam był, wie, Ŝe nie ma miejsca bardziej dzikiego na świecie niŜ Nowy
Jork. Rodzina Tannera posiada tam jakąś ziemię – zaśmiał się, zachwycony swoim
dowcipem. – Kawałek wielkomiejskiej dŜungli.
– A co z nim, czy wszystko w porządku? – głos Laury zabrzmiał słabo.
– Nie widziałam go. Zdjęcia samochodu pokazał mi Charlie. Pamiętacie Charlie’ego?
Widzimy się kilka razy do roku, to tu, to tam. Pełni jakąś funkcję w swojej parafii.
Uwierzyłybyście? I do tego jest agentem ubezpieczeniowym. Ostatni raz spotkałem go w
Denvef.
Laura wciąŜ była pod wraŜeniem opowieści Petera i chciała z powrotem naprowadzić go
na rozmowę o Tannerze.
– Czym się teraz zajmujesz, Lauro? To podróŜ dla przyjemności czy w interesach?
– Studiowałam malarstwo, potem trochę malowałam, ale ostatnio postanowiłam zająć się
dekoracją wnętrz. Mam kontakt z pewnym przedsiębiorstwem, które właśnie zakłada sieć
domów wypoczynkowych. Dyrektor widział moje prace i zgodził się, bym przedstawiła
projekt wstępny.
Peter pokiwał głową z roztargnieniem.
– Czy panie lecą dalej do Miami? – zapytał Ŝartobliwie.
– Ja tak – Tabby przejechała językiem po wargach, odświeŜając usta. Ciągle uśmiechała
się do Petera.
– A ja nie – Laura wciąŜ była myślami gdzie indziej. – Mam przedstawić swój projekt w
Columbii, w Południowej Karolinie.
– Słuchaj, mam świetny pomysł! – zawołał Peter. – Jeśli znajdziesz trochę czasu,
powinnaś wpaść na wybrzeŜe i odwiedzić Tannera. Jest tam samotny jak palec.
– Nigdy w Ŝyciu nie był sam – powiedziała sucho Laura.
Peter uśmiechnął się rozbrajająco.
– Ale teraz jest. ZdąŜył się juŜ wyszumieć. W końcu był starszy od nas, jak pewnie
pamiętasz. Znalazł się z nami na roku, bo wcześniej słuŜył w Wietnamie. Zajrzyj do niego. Na
pewno się ucieszy. Dom Moranów łatwo znaleźć. Jak będziesz juŜ w Myrtle Beach, kieruj się
na północ, za Ocean Boulevard. To duŜy, stary, drewniany dom. Nie sposób go przeoczyć.
Pozdrów go ode mnie i kup mu kwiaty. Masz pieniądze.
Peter wyciągnął portfel z wewnętrznej kieszeni i wręczył jej banknot.
– Pamiętaj, te kwiaty mają być nie dla Tannera, ale dla jego porsche’a. Będzie
zachwycony moim pomysłem. Zadzwonię do niego i powiem, Ŝe przyjedzie ktoś w moim
zastępstwie. Zgoda? Masz, tu jest jego adres. MoŜesz tam wpaść, kiedy zechcesz, w kaŜdej
chwili.
Laura z ociąganiem wzięła banknot. Nie chciała jednak zobowiązać się do złoŜenia
wizyty. Zastanawiała się, co powinna zrobić. Tabby i Peter dalej plotkowali o wspólnych
znajomych. Laura nie uczestniczyła w rozmowie, wciąŜ myślała o Tannerze. Jechać do niego
czy nie?
PoŜegnała się z Tabby i Peterem w Atlancie. Zdawała sobie sprawę, Ŝe zostawia Petera
sam na sam z niebezpieczną Tabby. Ale w końcu miał juŜ trzydzieści lat i w dodatku kochał
Ŝ
onę i dzieci. Od lat podróŜował, chyba był w stanie obronić się przed takimi kobietami, jak
Tabby.
Przedstawiła swój projekt ludziom zasiadającym w prezydium firmy. Słuchali z wielką
uwagą, ale ona nie mogła się skupić tak jak powinna. Jej myśli wciąŜ obracały się wokół tego
samego pytania: jechać czy nie?
Gdy wynajmowała samochód, nie była jeszcze pewna, ale kiedy znalazła się na drodze,
zdała sobie sprawę, Ŝe decyzję juŜ dawno podjęła. Jedzie.
Tanner. JuŜ samo imię było dla niej ekscytujące. Przypomniała sobie, jak po raz pierwszy
dostrzegła go w campusie Uniwersytetu Bloomington. Myślała wtedy, Ŝe jest wykładowcą.
WyróŜniał się w tłumie studentów. Był starszy, bardziej pewny siebie. W porównaniu z nim
inni słuchacze wyglądali na sztubaków.
Minął ją raz, gdy przeskakiwała przez wąski i płytki strumyk, zwany przez studentów
rzeką Jordan. Puścił wtedy do niej oko i kompletnie ją tym zaskoczył. Obróciła się
mechanicznie jak robot i gotowa była za nim iść. Ale on szybko poszedł dalej, wyciągając jak
bocian swoje długie nogi. Potrzebowała całego dnia, by się uspokoić.
Samotnego widziała go tylko jeden raz. Ciągle był w towarzystwie. Roześmiany.
Przyciągał ludzi jak magnes. Spokojny, swobodny, z leniwym, rozbrajającym uśmiechem.
Miał rozwichrzone ciemne włosy i niebieskie, rozbawione oczy.
Tanner zawsze puszczał do niej oko, gdy ją spotykał. Nawet wówczas, kiedy otaczał go
wianuszek rozanielonych dziewczyn. Nigdy o tym nie zapominał. Odczuwała to jako coś
bardzo intymnego, jak pocałunek, jak jakąś tajemnicę, która tylko im była znana. Zaczęła
tęsknić. Nocą, gdy w domu studenckim leŜała na swoim starym materacu i słuchała
miarowego oddechu spokojnie śpiącej koleŜanki, myślała tylko o nim.
Ich pierwsze spotkanie było całkiem zwyczajne, bez fanfar. Stała, gdy nagle za plecami
usłyszała jego głos.
– Dzień dobry – powiedział po prostu.
Odwróciła się speszona i zaskoczona.
Laura zapamiętała tylko wraŜenie, jakie na niej wywarły jego niebieskie oczy z
niewiarygodnie długimi rzęsami. Patrzył na nią z góry. Nie mogła przypomnieć sobie, czy się
z nim wtedy przywitała? Prawdopodobnie nie. Była taka oszołomiona! Nie, coś takiego nie
powinno się było przytrafić młodej, niedoświadczonej dziewczynie! Tak, stanowczo była za
głupia, by wiedzieć, co z tym wszystkim począć, jak się zachować. Zawaliła całą sprawę i
straciła okazję.
Ale to nie tak – pomyślała teraz. Tak naprawdę, to Tanner nigdy nie dał jej prawdziwej
szansy.
Wtedy właśnie ją pocałował. Zburzył jej z trudem wypracowaną pozę pewnej siebie
dziewczyny. Pocałunek ten sprawił, Ŝe przez długi czas stała się niedostępna dla innych
męŜczyzn.
Po co teraz do niego jechała? MoŜe po to, by stawić czoło tej dziwnej magii, która trwała
od tylu lat? A moŜe wreszcie dowie się, Ŝe było to tylko urojenie i uwolni się od niego?
Musiała to zrobić dla samej siebie.
Wówczas gdy go poznała – była bezbronna. Nic nie rozumiała. Zachowała się jak idiotka.
Po tym pierwszym pocałunku, odchodząc, pogłaskał jej ramię. Prawdopodobnie odczuł, jaki
wstrząs w niej wywołał i postanowił zniknąć jak najprędzej. Zdał sobie sprawę, Ŝe jeśli jej się
uda rozluźnić palce kurczowo ściskające kilka ksiąŜek, które miała ze sobą, to wpije się w
niego i juŜ nigdy nie puści.
Później zaobserwowała, Ŝe kobiety, będąc w jego towarzystwie, stanowczo za duŜo sobie
pozwalały. Ciągle go dotykały, głaskały, ocierały się o niego jak kotki. Jednak wcale mu to
nie przeszkadzało. Był miły i zezwalał na to. A one widocznie bardzo go pragnęły. Wówczas
wydawały się jej obrzydliwe. A teraz? Teraz – rozumiała je. Biedny Tanner.
Pewnego dnia zauwaŜyła, Ŝe i do innych teŜ puszczał oko. Zorientowała się, Ŝe dla niego
było to tyle, co pobieŜny, nic nie znaczący uśmiech.
Pierwszy raz zaproponował jej, by ze sobą chodzili w chwili, gdy właśnie zgodziła się
być z Mike’em. Wróciła do akademika z płaczem. Ale wiedziała, Ŝe gdyby z nim poszła,
oddałaby mu duszę. Bała się ryzykować. Czuła, Ŝe wciągnie ją w jakiś niebezpieczny wir.
Wybrała spokój u boku Mike’a. Potem Tanner skończył studia i przepadł.
Po Mike’u był Tom, z którym właśnie się zaręczyła, kiedy znów pojawił się Tanner. I
znów straciła drugą szansę. Tanner szybko zniknął.
PrzeŜyła wiele gorzkich dni. Tom był dla niej miły i w końcu zdecydowała się za niego
wyjść. Tanner znienacka przyjechał do South Bend na ich ślub. Był bardzo spokojny,
małomówny i powaŜny. Pocałował ją, gratulując zamąŜpójścia i to prawdopodobnie
ostatecznie zrujnowało ich podróŜ poślubną. Tom... no tak, to wszystko naleŜało juŜ do
przeszłości.
Ciekawe, jak Tanner Ŝył przez te ostatnie lata? MoŜe się oŜenił? MoŜe teŜ był
rozwiedziony, tak jak ona? Musiał teraz mieć chyba juŜ ze trzydzieści pięć lat! Myślała o nim
nieustannie. O koszmarze Wietnamu, który przeŜył i wyszedł z tego taki nieskaŜony,
pogodny. O tym strasznym wypadku, o którym opowiadał Peter. Wyobraziła sobie tę chwilę,
kiedy znów się zobaczą.
Czy to spotkanie z Tannerem wyleczy ją, czy wpadnie po uszy? Była przecieŜ teraz o całe
niebo mądrzejsza! Pracowała, przedstawiała swoje projekty, realizowała się w zawodzie.
Sądziła, Ŝe chyba juŜ potrafi znaleźć się w kaŜdej sytuacji. Umiała się wysłowić i zachować
zimną krew. Jak teraz zareaguje na jego widok?
A jeśli w ogóle jej nie pozna? Peter przecieŜ nie powiedział mu, kto ma go odwiedzić. A
moŜe potraktuje ją jako kolejną, nic nie znaczącą przygodę? Co ona właściwie tu robi? Na tej
pustej szosie w Południowej Karolinie? Po tylu latach? CzyŜby starała się dogonić stracony
czas i przywołać nigdy nie zrealizowany świat dziewczęcych marzeń?
Laura zatrzymała się w Myrtle Beach. W kwiaciarni kupiła bukiet czerwonych goździków
przybranych paprocią. Zestaw wydał się jej dość anonimowy, nadający się na kaŜdą okazję.
Nie miała juŜ powodu, by dłuŜej odwlekać spotkanie. Skierowała się więc na północ, wzdłuŜ
Ocean Boulevard, za miasto, do domu Moranów.
Przyjechała pod wieczór. Dom stał na najwyŜszym miejscu w okolicy. Okna wychodziły
na potęŜny Atlantyk. Palmy szumiały na wietrze. Niebo było zachmurzone, a białe grzywy fal
rozbijały się o brzeg. Po raz pierwszy w Ŝyciu zobaczyła ocean.
Wysiadając z samochodu wyprostowała się, rozluźniła mięśnie. Rozejrzała się dookoła.
Szary, drewniany dom stał dumnie z głębokimi gankami i szerokimi oknami otwartymi na
wiatr. Koło domu rosły starannie pielęgnowane wiosenne tulipany. Pod butami skrzypiał
piasek. Schyliła się i wyjęła z samochodu pięknie zawinięty bukiet.
Wchodząc po schodach i na ganek, naumyślnie głośno stukała obcasami.
Czy usłyszał samochód? Czy ją obserwuje? Swobodnie rozglądała się na wszystkie
strony, nie chciała, by poznał, Ŝe jest speszona. Usiłowała ukryć zdenerwowanie. Udawała
nawet przed sobą, Ŝe świetnie się bawi.
Nagle skrzypnęły drzwi. Obróciła się z lekkim uśmiechem. Więc jednak ją obserwował.
Był ubrany w lekki, sportowy strój i opierał się na kuli. Wyszedł z domu przyglądając się
jej uwaŜnie, ale bez uśmiechu. Była pewna, Ŝe jej nie poznaje.
– Cześć, Tanner!
Był jeszcze bardziej urzekający niŜ przed laty. O BoŜe, w co ja się pakuję? Pomyślała w
nagłym popłochu.
– Laura – rzucił lakonicznie.
– Jednak mnie pamiętasz? – uśmiechnęła się uprzejmie, jednocześnie kurczowo ściskając
łodygi kwiatów.
– Bardzo dobrze.
– Nic się nie zmieniłeś.
– Trochę jestem pokiereszowany. Ale ty wyglądasz jak... Wierzyć mi się nie chce, Ŝe tu
jesteś – mówił bardzo cicho.
Twarz miał wciąŜ powaŜną. Nie uśmiechnął się ani przez moment.
– Natknęłam się na Petera w samolocie z Chicago. Powiedział, Ŝe tu jesteś, więc
przyjechałam z Columbii. Peter przysyła kwiaty dla twojego porsche’a – zaśmiała się
niepewnie, wyciągając bukiet.
Wziął wiązankę, wciąŜ patrząc na nią z uwagą.
– Dziękuję. Stali sztywno.
Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Nie zaprosił jej do środka. Prawdopodobnie miał tam
cały harem i nie Ŝyczył sobie Ŝadnych wizyt.
– Wejdź, proszę – nagle przypomniał sobie o roli gospodarza.
Zawahała się trochę. Nie powinna przecieŜ godzić się zbyt szybko i okazywać
entuzjazmu.
– Przyjechałaś z Columbii? Co tam robiłaś? – przytrzymał jej drzwi, by weszła.
Zwróciła uwagę na wystrój wnętrza. Dom był większy, niŜ wydawał się na pierwszy rzut
oka. Widziała szereg pokoi najwyraźniej nie zamieszkanych. Meble powleczone były
pokrowcami chroniącymi przed kurzem, piaskiem i słonym powietrzem.
– Jak tu wspaniale – powiedziała.
– Ten dom jest jak stare srebro. Lekkie rysy dodają mu piękna – patrzył na nią uwaŜnie. –
Ludzie, którzy w nim tyle lat przebywali pokryli go patyną miłości.
Zdziwiło ją to określenie – „patyna miłości”? Mówił dalej głosem głębokim i miękkim.
– JuŜ czwarte pokolenie Ŝyje w tym domu. Pradziadkowie kupili go po to, by dzieci i
wnuki mogły lato spędzać razem. Dom jest przesiąknięty śmiechem i radością tych
wszystkich pokoleń. Pomyśl tylko, co by opowiedział, gdyby umiał mówić. Uśmiechnął się z
lekkim zakłopotaniem.
– Za duŜo gadam. Od razu widać, Ŝe Ŝyję tu jak pustelnik.
– Podoba mi się to, co mówisz.
– Mnie teŜ. – Patrzył na nią z uwagą, w skupieniu. Poruszył się gwałtownie, jakby zdając
sobie sprawę z tego, Ŝe wpatruje się w nią zbyt intensywnie.
– A co u Toma? – zapytał.
– Gdy ostatni raz miałam od niego wieści, miewał się dobrze.
– To znaczy kiedy? – znieruchomiał.
– Trzy... nie, cztery lata temu. Rozeszliśmy się po kilku latach.
– Nie wiedziałem o tym. Słyszałem, Ŝe pracujesz, ale nikt nigdy nie wspomniał o Ŝadnym
rozwodzie. Czy wyszłaś po raz drugi za mąŜ? – przyglądał się jej bacznie.
– Nie. A ty? OŜeniłeś się?
– TeŜ nie.
Ruszyli równocześnie, jakby chcieli przerwać napięcie, które pojawiło się między nimi.
Tanner zaniósł kwiaty od Petera do kuchni. Laura automatycznie poszła za nim, nagle
uświadamiając sobie, Ŝe zawsze chciała to uczynić, od lat – po prostu iść za nim.
Wstawił kwiaty do pustego wazonu, nalewając wodę.
– Nie mogę chodzić po schodach, ale mogę cię oprowadzić po parterze. Dom ma ładny
rozkład. Chodź. Zobacz.
Pokazał jej wszystkie pokoje. Drzwi i okna były pootwierane na ościeŜ. Dom pachniał
wiatrem i morzem. Tanner szedł utykając, podpierał się kulą.
Laura uwaŜnie oglądała obrazy, które wisiały na ścianach. Tłumaczył jej, skąd się wzięły
i kto je malował. Prawie wszystkie przedstawiały morze, palmy, dom lub łódki, bądź jakąś
kombinację tych tematów. Większość z nich została namalowana przez członków rodziny.
Wydawały się jej czarujące, choć prezentowały róŜny poziom – zaleŜny od uzdolnień
autorów. Oprócz tematu obrazów zwracał takŜe uwagę na ich kolorystykę. Wiedziała, Ŝe
kolor w obrazie jest najwaŜniejszy.
Od niedawna interesowała się teŜ materiałami, więc i na nie zwróciła szczególną uwagę.
Spodobał jej się bogaty w desenie dywan, leŜący jak mieniąca się kolorami mozaika na
posadzce w bibliotece.
Widok z ganku był wprost oszałamiający. Na horyzoncie kołysała się Ŝaglówka. PejzaŜ
jak na zamówienie!
Zapadła cisza. Poczuła się skrępowana. Chciała ją przerwać, a właściwie zapragnęła znów
usłyszeć jego głos, więc zapytała:
– Gdzie zazwyczaj mieszkasz?
– Tam gdzie pracuję.
– Aha. śeglujesz? – spróbowała innego podejścia.
– Ostatnio raczej nie.
– Nie? – w czasie rozmowy miała powód, by na niego patrzeć.
– Cierpisz na chorobę morską?
– Nigdy jeszcze nie pływałam. Jestem lądowym szczurem, kobieta z prerii.
– Będziesz więc musiała spróbować. Chyba trochę zostaniesz?
Wahała się.
– No więc? Uratujesz mnie od śmiertelnej nudy – powiedział to bardzo serio.
– Nie wierzę, byś kiedykolwiek się nudził.
– Właśnie odkryłem, Ŝe moje Ŝycie, jak dotąd, było potwornie nieciekawe.
Zastanowiła się nad wymową jego słów – co chciał jej powiedzieć?
– Mogę przytrzymać ci drzwi i wnieść twoje bagaŜe. Ale ze schodami wciąŜ sobie nie
daję rady. Wybacz.
– Nie martw się. Jestem mocna. Poradzę sobie – uśmiechnęła się.
– Nie mów, bo się przestraszę... Ja się boję silnych kobiet!
Roześmiała się, odchylając głowę do tyłu i ciesząc się z chwili odpręŜenia. Dlaczego była
taka spięta? PrzecieŜ naprawdę Ŝyczył sobie, by została.
– Prawdopodobnie chcesz wziąć prysznic i przebrać się w coś wygodniejszego. Mam
nadzieję, Ŝe przywiozłaś jakieś mniej eleganckie stroje. Jeśli nie, to mamy tu całą szafę pełną
róŜnych szmat. Nic modnego, ale za to są wygodne. Poszukaj tam, a na pewno coś znajdziesz.
Jak łatwo udało się mu namówić ją do pozostania. A właściwie dlaczego by nie? Dom był
obszerny, przygotowany na przyjęcie niespodziewanych gości. Miejsca było dość, nawet
domowe łaszki moŜna było w nim znaleźć. No i w końcu miał takiego gospodarza, Ŝe...
Nie była jednak pewna, czy w jego towarzystwie chce być tak ubrana, jakby była u siebie
w domu – w luźne, wygodne ciuszki. Chciała wyglądać ładnie.
Ale szafę sprawdzi. MoŜe będzie tam jakaś intrygująca kreacja, coś miękkiego i
zmysłowego? Śmiejąc się z samej siebie pomyślała, Ŝe babska głupota nie zna granic!
ROZDZIAŁ DRUGI
Tanner wciąŜ jeszcze nie wierzył, Ŝe Laura Fullerton naprawdę z nim była! Laura z krwi i
kości, w jego domu! Niewiarygodne! Czuł, Ŝe nie powinien zbytnio poddawać w wątpliwość
jej obecności, bo mogłaby po prostu rozpłynąć się jak marzenie. Ojciec mówił mu zawsze:
„Nie wątp akceptuj”.
Nigdy nie był w stanie przestać się dziwić, Ŝe kobieta moŜe wyglądać tak jak Laura. Była
tak delikatna jak księŜniczka z bajki. Prawdziwa dama. MoŜe mu się to wszystko śni? Nie
bardzo wiedział, jak ma się zachować, będąc z nią sam na sam. W czasie studiów tylko raz
mu się to udało. Zawsze była otoczona przez męŜczyzn. Przez stado samców,
neandertalczyków z rękami do ziemi i śliną cieknącą im z poŜądania.
Uśmiechnął się sam do siebie. Wyobraził sobie, jak postąpi, jeśli Laura tu z nim zostanie.
Na razie nie odmówiła, więc chyba przyjęła jego zaproszenie? Jeśli... W kaŜdym razie nie
wolno mu zapomnieć, na którą nogę utyka.
Nie pozwoliła mu gnieść walizki.
– Potrzymaj tylko drzwi – poprosiła. W przedpokoju zawahała się, nie wiedząc, gdzie
dalej pójść. Postawiła walizkę i niepewnie spojrzała na Tannera.
– Na dole są sypialnie słuŜby – uśmiechnął się, ciągnąc dalej jakby od niechcenia – ale
moŜesz teŜ wybrać pokój na górze, jeden z północnych, naprzeciw schodów lub słuŜbówkę na
poddaszu. Oprócz ciebie nie ma tu nikogo, masz więc duŜy wybór.
Nie chciał, Ŝeby poczuła się zagroŜona lub zmuszona. Starał się, aby wszystko, co
postanowi, pochodziło z jej własnego wyboru, by miała wraŜenie, Ŝe panuje nad sytuacją.
Zgodnie z jego oczekiwaniami Laura była niepewna. Nigdy jeszcze nie znajdowała się w
podobnej sytuacji i nie wiedziała, jak się ma znaleźć. Szybko powiedziała:
– Nigdy w Ŝyciu nie byłam na wybrzeŜu.
– Nie bywałaś na Florydzie podczas wiosennych ferii? – zapytał nonszalancko.
– Zostałam wychowana dość surowo. W czasie przerwy pomagałam w domowych
wiosennych porządkach. Rodzice mówili, Ŝe to wystarczające urozmaicenie. Poza tym, było
naprawdę sympatycznie. Bawiliśmy się wspaniale. Mam trzy siostry, jesteśmy prawie w tym
samym wieku, rok, dwa lata róŜnicy. Są wesołe i pracowite...
– Poznałem je na twoim weselu.
– Prawda. Zapomniałam.
– Ja jestem jedynakiem.
– To niedobrze. Uśmiechał się lekko.
– Ale za to mam duŜo kuzynów. PrzyjeŜdŜają tu – mówiąc to, wskazał na dom.
– Ach tak? No cóŜ, chyba pójdę na górę – ciągle się wahała.
– Przykro mi, Ŝe nie mogę ci pomóc.
Poczuła znów potrzebę opowiedzenia czegoś o sobie.
– Dam sobie radę. Nauczyłam się podróŜować z niewielkim bagaŜem. DŜentelmeni,
którzy pomagają damom nieść walizki, najwyraźniej odeszli w przeszłość.
Nie zapomnę nigdy, jak pewien dobrze zbudowany chłopak, z małą torbą podróŜną na
ramieniu, przyglądał się na lotnisku w Dayton moim zmaganiom z dwiema walizkami i jedną
torbą. Od czasu do czasu mile go wspominam.
– Prawdopodobnie nie skojarzył niepowodzeń, które go prześladują, z faktem, Ŝe
zachował się w stosunku do ciebie niegrzecznie. – Tanner roześmiał się, ale zaraz spowaŜniał,
mówiąc: – Zresztą, chyba musiał być nieuprzejmy w stosunku do innych ludzi – głos Tannera
wyraŜał Ŝal, Ŝe taka przykrość spotkała Laurę ze strony źle wychowanego chłopaka.
Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie znalazłszy juz Ŝadnego argumentu, który
pozwoliłby jej odroczyć/ostateczną decyzję wejścia po schodach i wyboru pokoju, podniosła
ś
miało walizkę i zaniosła ją na górę/
Był tokrok, który miał zawaŜyć na jej dalszym Ŝyciu. JuŜ wtedy wydawało jej się, Ŝe nie
ma odwrotu. Zostaje z Tannerem. Nie chciała myśleć, co będzie dalej. Na razie nic innego się
nie liczyło.
Tanner obserwował, gdy wchodziła na górę. Zrobiła na nim duŜe wraŜenie. No tak, sam
był sobie winien. Spodziewał się, Ŝe jednak wybierze jeden z pokoi na dole. Niestety,
powiedział jej juŜ, Ŝe nie moŜe chodzić po schodach. Nie była to jednak prawda, świadomie
skłamał. Chciał, aby czuła się bezpiecznie... A teraz Ŝałował.
– Szafa z rzeczami dla gości to ta środkowa, przy pierwszej łazience! Znalazłaś? –
zawołał do Laury.
– To ta? – dobiegł z góry jej głos. – Aha, są ręczniki. Tak, znalazłam!
Na wszelki wypadek, idąc do kuchni, starannie odmierzał kroki i głośno stukał kulą, Ŝeby
mogła słyszeć. Chwała Bogu, Ŝe miał dobrze zaopatrzoną lodówkę. Z góry dochodził szum
wody. Oparł się o stół i nagle wyobraził ją sobie nagą pod strumieniem wody, opływającym
jej ciało.
Nie mógł wciąŜ uwierzyć, Ŝe była tu z nim. CzyŜby naprawdę zdecydowała się zostać?
MoŜe nawet jest szansa na to, Ŝe się będą kochali? Obrócił się i mocno opierając na szeroko
rozstawionych rękach aŜ jęknął, jak z bólu. Musiał potrząsnąć głową i nabrać głęboko
powietrza, by dojść do siebie.
Zanim usłyszał jej lekkie kroki zbiegające po schodach, zdąŜył juŜ przygotować sałatę,
rozmrozić dwa steki w kuchence mikrofalowej i rozpalić węgiel drzewny w grillu na tarasie
kuchennym.
– Przygotuj się! Gotów? JuŜ! – zawołała. Odwrócił się w radosnym napięciu, juŜ z góry
uśmiechając się na myśl, Ŝe za moment ją zobaczy.
Otworzyła drzwi. Zeskakując z ostatnich stopni rozłoŜyła szeroko ręce i z
wystudiowanym dramatyzmem krzyknęła:
– Tarara!
Miała na sobie męską koszulę przepasaną krawatem. Przez chwilę odniósł wraŜenie,
jakby to było wszystko, co miała na sobie. Zabiło mu serce, gdy uniosła rąbek koszuli, by
pokazać mu... drugą część swego ubioru. Były to bardzo obcisłe szorty joggingowe.
Szczęśliwie więc ominął go atak serca. Śmiał się coraz głośniej, głównie z samego siebie.
Laura uznała, Ŝe ten jego śmiech jest po prostu oznaką dobrego humoru.
– W czym mam pomóc? – od razu zauwaŜyła, Ŝe poczynił przygotowania do kolacji. –
Mam nakryć do stołu?
– Nie, będziemy jedli z patelni – udawał zdziwionego.
– Nieelegancko – odpowiedziała wyniośle i zaczęła szperać po szafkach i szufladach, nie
pytając go o pozwolenie.
– Szkoda, Ŝe wcześniej nie wiedziałem, Ŝe jesteś znów wolna – powiedział nagle. – MoŜe
wtedy szybciej bym wyzdrowiał?
– Dlaczego? – Laura była zaskoczona. Nie wiedziała, co posiedzieć, więc zaŜartowała: –
Do tego wszystkiego jeszcze się trułeś, jedząc z brudnych patelni?
– Jestem maniakiem czystości. Zawsze zmywam po sobie. Masz śliczną fryzurę – zmienił
temat.
– Nie znalazłam więcej spinek do włosów.
– Pójdę później na górę i zobaczę, czy uda mi się coś wyszukać.
– Mówiłeś, Ŝe nie moŜesz chodzić po schodach – popatrzyła na niego uwaŜnie.
– Niosąc walizki – wytłumaczył chytrze i uśmiechnął się lekko, jak gdyby z czystej
grzeczności.
– Rozumiem – ale nie była w pełni przekonana. Siedzieli na tarasie, przy okrągłym
metalowym stole, na którym postawili kwiaty od Petera. Stół był lekko zniszczony, lecz
wygodny. Świetnie mieścił się w kącie tarasu, gdzie znajdowały się teŜ dwie ławy. TuŜ obok
tarasu rosły drzewa, które rzucały przyjemny cień, a pomiędzy grubymi pniami przeświecało
morze. Widok był piękny.
Tanner tylko lekko przysmaŜył steki, więc Laura zaniosła swój z powrotem, by
przyrządzić go tak, jak lubiła – mocno wysmaŜony. Nie mógł zrozumieć, co odraŜającego jest
we krwi, która tryskała, gdy kroił mięso na talerzu i dlaczego Laura odwracała oczy.
Sałata bardzo jej smakowała. Chwaliła wyśmienity sos. Gdy zapytała, jak go przyrządził,
wyliczył niewiarygodną wprost ilość przypraw i ziół. Nie wiedziała, czy mu wierzyć, a on
zdziwił się, dlaczego Laura wątpi w jego prawdomówność.
Gdy opowiadał o sosie, podniósł maleńki listek sałaty i udał, Ŝe głęboko zastanawia się
nad składnikami, a jednocześnie językiem zwilŜał wargi.
Laura obserwowała go skrycie. Nie myślała jednak o sosie i sałacie. W wyobraźni nagle
ujrzała, jak pieści jej ciało. Była zgorszona swoimi marzeniami.
Gdy skończyli jeść, odniosła do kuchni naczynia i znalazła w lodówce pół szarlotki.
– Pieczesz? – zapytała zdziwiona.
– Nie, mam miłą sąsiadkę, która od czasu do czasu coś mi podrzuca – twarz jego była bez
wyrazu.
– My, w South Bend, teŜ mamy takich sąsiadów. – Pilnie zabrała się do krojenia ciasta,
dodała teŜ lodów śmietankowych. Opierając się na kuli, przytrzymał drzwi, podczas gdy ona
wnosiła talerzyki z deserem.
– Twoja sąsiadka to istna perła – pochwaliła po pierwszym kęsie. Zamknęła oczy i
westchnęła z rozkoszą: – Pyszne!
– Bardzo mi pomaga – uśmiechnął się na myśl o Pam, przemiłej sąsiadce, która juŜ od
dłuŜszego czasu próbowała go uwieść i podrzucała mu swoje wypieki. Niestety, nie miała u
niego Ŝadnych szans.
– Powinnam zgłębić sekrety kuchni tej twojej sąsiadki.
– Nie sądzę, by chciała się nimi z tobą podzielić.
– Był bardzo rozbawiony swoją odpowiedzią, choć zdaniem Laury nie było w niej nic
ś
miesznego.
A Znam takie osoby. Podadzą ci przepis, ale najwaŜniejszy szczegół ominą, tak Ŝe całość
się nie uda. Niestety, chyba nie mam zdolności kulinarnych.
– Z tym stekiem obeszłaś się dość brutalnie. Jadasz tylko wysmaŜone?
– Dobrze powiedziane – skinęła głową.
– Staram się szybko uczyć, kto i co lubi – zgodził się.
– Naprawdę? Pamiętam tylko, Ŝe na studiach ciągle otaczała cię chmara dziewczyn. I
pamiętam, jaka byłam rozczarowana, gdy odkryłam, Ŝe do nich wszystkich puszczasz oko.
Widocznie sądziłeś, Ŝe wszystkie to lubimy. A od czasu, gdy tu jestem, jeszcze tego nie
zrobiłeś.
– Rezerwuję to na specjalną okazję.
– Ach tak? – popatrzyła na niego uwaŜnie. – CzyŜbyś miął zamiar całkowicie mnie
zaskoczyć?
– śłobię co w mojej mocy.
– Będę musiała się przygotować. Zajęła się znów szarlotką.
– Czy to formalne ostrzeŜenie?
– Nie do końca!
– Słuchaj, Tanner... – przerwała.
– Powiedziałem ci kiedyś, Ŝe nikt nie potrafi mojego imienia tak wymówić, jak ty?
– Tanner?
– Kiedy wymówiłaś je po raz pierwszy, o mały włos się nie przewróciłem.
– Nie przewróciłeś się, jedynie pogłaskałeś mnie po ramieniu...
– I pocałowałem cię – przypomniał. – Ale ty pocałunku nie oddałaś.
– Nigdy przedtem nie znałam osoby podobnej do ciebie – ton jej głosu był bardzo
powaŜny. – Zrobiłeś to znienacka. Nie byłam przygotowana.
– Ale teraz musisz być przygotowana. – Przysunął się bliŜej i zauwaŜył, Ŝe jej źrenice
rozszerzają się. Nie odsunęła się. Pochylił się nad nią i lekko pocałował w usta.
– Dzień dobry, Lauro – głos miał niski i trochę schrypnięty.
Przełknęła ślinę, zamykając oczy, a on pocałował ją znów i poczuł, Ŝe naraŜa się na to, Ŝe
za chwilę zamieni się w jakiś dzikie, poŜądliwe zwierzę... A tak bardzo chciał być opanowany
i nie okazać swojego poŜądania.
– Tanner... – zrobiła przeczący ruch głową, otworzyła oczy, a wyraz ich był bardzo
powaŜny. – Jeszcze mnie nie atakuj, proszę.
Powiedziała Jeszcze”. Zaczerpnął głęboko powietrza i powiedział:
– Błagam, nie ruszaj się i nie powiedz nic zwykłego.
– Na przykład?
– No wiesz... „Cześć, jak się masz” albo „Pewnie będzie deszcz”. Nic z tych rzeczy.
Parsknęła lekko.
– Kiedy do mnie mówisz, to wyobraŜam sobie, Ŝe mnie całujesz.
Powiedział to zupełnie serio. Gdyby tylko flirtował, nie byłoby to dla niej takie
niepokojące.
W zakłopotaniu szybko zwilŜyła językiem wargi i zerknęła na niego. Chciała coś
powiedzieć, ale Tanner znów ją pocałował.
– Tanner... – szepnęła.
– W porządku – stwierdził i odsunął się, by wstać.
– Nie – zaprotestowała.
– JuŜ czuję, Ŝe oszaleję w twoim towarzystwie. Nawet nie mogę uciec – dodał. – Ach, ta
noga i ta kula!
– Biedaku!
– UwaŜaj, współczucie działa na mnie podniecająco. Poklepała go po ramieniu i odrzekła
z udawanym angielskim akcentem:
– Trzeba trzymać fason, panie kolego. Tanner usiłował stłumić gromki śmiech.
– Oj, głuptasie – powiedziała z demonstracyjnym politowaniem i Wstała od stołu.
Z łatwością dawał sobie radę z kulą. Pomógł jej zanieść naczynia do kuchni i wstawić do
zmywarki.
– Chwała Bogu, Ŝe jesteś. Spojrzała na niego pytająco.
– Nigdy nie udawało mi się zapełnić tego praktycznego urządzenia. Spodziewałaś się, Ŝe
powiem coś innego?
– Prawdę mówiąc, nie sądziłam, Ŝe masz aŜ taki problem ze zmywarką... Gdybym
wiedziała, przyjechałabym wcześniej.
– Nie myślałem ani przez chwilę, Ŝe się rozwiedziesz. Sądziłem, Ŝe wychodzisz za mąŜ
na całe Ŝycie.
– TeŜ tak sądziłam – włączyła zmywarkę. – A ty? Nie rozumiem, dlaczego nigdy się nie
oŜeniłeś.
– Byłem zbyt zajęty.
– Czym?
– Dość skomplikowanymi sprawami... Siedzę kombinatorów. Oszustów gospodarczych.
Odpowiedział na jej pytanie z grzeczności, ale widać było, Ŝe nie chce o tym mówić.
Informacja była skąpa. Jasne było, Ŝe niczego więcej nie doda. Zapadła pełna oczekiwania
cisza, zanim Laura ostroŜnie zapytała:
– Ale jak właściwie zarabiasz na Ŝycie?
– Badam dziwne wydarzenia.
– Na przykład?
– Na przykład, Ŝe ktoś ma pieniądze, choć ich mieć nie powinien. Interesują mnie ludzie,
którzy nagle pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach. Tego typu zawiłe sprawy.
– Czy to niebezpieczna praca?
– Rzadko.
Spodziewała się, Ŝe zaprzeczy.
– Co to znaczy: rzadko? – zapytała.
– Na ogół ludzie szanują prawo. Ale są i tacy, którzy chcą je przechytrzyć. Gdy wpadną,
odbywa się to jak w kaŜdej grze z elementami ryzyka – idą do więzienia albo muszą płacić.
Nic wielkiego. Spróbowali, ale się nie udało. Ot, zwykli oszuści gospodarczy. Czasami jednak
zdarza się, Ŝe ktoś zareaguje naprawdę jak kryminalista. Takiego faceta ogarnia wściekłość na
tego, kto go złapał. Bywa to wtedy bardzo nieprzyjemne...
– Ten wypadek, który miałeś... ?
– Jest bardzo dokładnie badany.
– Przez kogo?
– Przez moich przełoŜonych.
– Wolałbyś, bym się zbytnio nie dopytywała? – odgadła.
– Nie ma o czym opowiadać.
– Rozumiem.
Oparła się o ścianę. Przez chwilę milczeli.
– Wiesz, ciągle jestem zdziwiona, Ŝe tu jestem. Więcej, zdumiona – stwierdziła powaŜnie.
– Pamiętam, jak cię zobaczyłem po raz pierwszy. Przechodziłaś przez naszą rzekę Jordan.
Miałaś na sobie błękitną sukienkę, podczas gdy wszystkie inne dziewczyny były w szortach
lub w dŜinsach. Śniłaś mi się po nocach. Jedyny nasz wspólny wykład... etyka, na miłość
boską... nie pamiętam z niego ani słowa! Siedziałem dwa rzędy za tobą, trochę z boku, bym
mógł cię podziwiać. PoŜerałem cię wzrokiem, a ty nawet o tym nie wiedziałaś.
– Tanner – ostrzegła.
– Nie denerwuj Się. Pozwolisz, Ŝe pocałuję cię na dobranoc?
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Oczy mu się roziskrzyły.
– Jestem dorosłym męŜczyzną, mogę się opanować. Nie musisz się mnie bać.
– Więc nie wejdziesz przez pomyłkę do cudzej sypialni w środku nocy w poszukiwaniu
łazienki?
– Obiecuję, Ŝe nie… – uroczyście podniósł prawą dłoń.
– Dobrze ale dopiero, kiedy przyjdzie czas zgodziła się, czując przyjemny dreszczyk na
myśl o oczekiwaniu na pocałunek.
– Moglibyśmy juŜ teraz trochę poćwiczyć – zaproponował.
Przez chwilę była zaskoczona. Potem popatrzyła na niego ubawionym i trochę karcącym
wzrokiem.
– A jeśli zawalę sprawę? – argumentował. – Zepsułoby to nam całą noc. Powinniśmy
stanowczo juŜ teraz popróbować – nie dawał za wygraną.
– Tanner – potrząsnęła głową, głośno wzdychając – naprawdę przesadzasz.
– Jasne.
– No to przestań. Udawał załamanego.
– Widzę, Ŝe próbowałeś zostać aktorem?
– A, jednak chwyt mi się udał? Prawdę mówiąc, tego akurat ćwiczyć nie musiałem.
Chytry uśmiech Tannera wyraźnie ją ubawił.
Na szczęście nie zapomniał wziąć kuli, gdy przechodzili do salonu. Stał tam bardzo
piękny, rozkładany stolik do kart z wiśniowego drewna. LeŜały na nim częściowo złoŜone
puzzle, którymi Laura się zainteresowała. Spędzili prawie godzinę, usiłując je powoli ułoŜyć,
aŜ do chwili, gdy Laurę opanowała senność.
– Chyba pójdę się połoŜyć. Mam za sobą dość męczący dzień – powiedziała z lekkim
zakłopotaniem.
– Świetnie. Teraz juŜ musisz mnie pocałować... na dobranoc!
Uśmiechnęła się do niego z ukosa.
– Nie bądź taki szybki Bill! Pierwszego wieczoru pocałuj mnie w rękę, a drugiego w
policzek...
– A co mnie czeka za tydzień lub dwa?
– To tajemnica. Moja mama zawsze mówiła, Ŝe co nagle, to po diable. Na wszystko
trzeba czasu.
– Doprawdy?
– Chcesz mnie teraz pocałować?
– Tak, jeśli nie zastąpi to pocałunku na dobranoc!
– To będzie właśnie pocałunek na dobranoc. Przyglądał się jej trochę nieufnie. Oczy miał
przymruŜone, ale uśmiechnięte.
– Słuchaj, moŜe ty współpracujesz z jakąś szajką szukającą zemsty, którą kiedyś
przyłapałem na gorącym uczynku?
– AleŜ oczywiście – zgodziła się natychmiast.
– Byłem tego pewien – Tanner wyraźnie się angaŜował w grę. – Odszukali cię wiedząc,
Ŝ
e od lat mam u ciebie obiecany ten pocałunek. Czym cię przekupili, byś zgodziła się
przyjechać i tak potwornie mnie męczyć?
– Nie zgadniesz.
– Drogocennymi klejnotami?
– WłóŜ to między bajki. Wszystko musieli oddać! I jeszcze uiścić karę... I jeszcze długo
nie będą mieli pieniędzy, by się wypłacić.
Tanner nagle spowaŜniał, jakby ogarnął go lęk.
Wstał szybko, opierając się na kuli. Dobrze mu to wyszło. Potem\ wyciągnął rękę i
podniósł z krzesła Laurę. 1
– Muszę się oprzeć o ścianę – stwierdził. – Chcę cię objąć.
Dała się nabrać.
Kulę postawił obok, zanim ją przytulił. Tym gestem chciał jej przypomnieć, Ŝe niedawno
miał cięŜki wypadek i wywołać jej współczucie. Przyciągnął ją do siebie, czując jej ciało przy
swoim, rozkoszując się intymnością chwili. Jego silne dłonie głaskały jej biodra i plecy.
Obejmował ją, przedłuŜając uścisk w nieskończoność i zmuszając do czekania. Chciał, by
zdała sobie sprawę z jego bliskości, by z pełną świadomością na niego reagowała. Był
bezlitosny. Nie wiedział, jak długo uda mu się ją zatrzymać, musiał więc wykorzystać tę
okazję do końca.
Jeśli juŜ ma spędzić bezsenną noc, to niech ona teŜ cierpi.
Z premedytacją musnął jej usta wargami. Podniosła twarz, by odwzajemnić jego
pocałunek, ale cofnął się i powiedział:
– Musiałem się upewnić, Ŝe tam właśnie są. Mam prawo tylko do jednego pocałunku, nie
chcę się więc pomylić i spudłować.
Laura nie zmieniła swojej pozycji, jej usta teŜ pozostały nieruchome. Tak naprawdę to nie
słyszała słów. Jej uwagę zwracały drobne, pulsujące dreszcze, przebiegające przez ciało.
Lekki zarost ukłuł ją w policzek, a gorący oddech, wydobywający mu się z ust, palił ją w
ucho.
– Zgubiłem twoje usta. Czy są tu? – wyszeptał nagląco.
– Tak, tu – udało jej się jakoś wykrztusić. Oddychała nierówno. Teraz całą uwagę skupiła
na nim. Elektryzował ją. Pragnęła go.
Całował jej szyję w pogoni za ustami, podczas gdy dłonie czule gładziły plecy. Oparł się
mocniej o ścianę i przyciągnął ją ku sobie, przywierając do niej całym ciałem.
Wtedy dopiero ją pocałował. Skoncentrował uwagę Laury na tym pocałunku do tego
stopnia, Ŝe ustami wpiła się w jego wargi i trwała tak, pomimo jego prób oswobodzenia się.
Sprawiło mu to diabelną rozkosz i satysfakcję.
Zdecydował się w końcu przerwać ten pocałunek. Pomógł jej nawet odsunąć się.
Rozluźnił jej ramiona, które nadal trwały w uścisku i spokojnie ujął ręce, które ku niemu
wyciągała. Podniósł je łagodnie, tłumacząc:
– Dziś całuję cię w rękę. Czy jutro dostąpię zaszczytu, bym mógł cię pocałować w
policzek? – i uśmiechnął się po łobuzersku.
Wymamrotała coś niezrozumiale, z trudnością przełykając ślinę.
Skierowała się ku schodom i wtedy musnął dłonią jej plecy. Zawahała się i odwróciła, ale
on powiedział tylko:
– Dobrej nocy, Lauro.
– Mhm – szepnęła na wpół świadomie. Triumfował. Ani przez chwilę nie miał wyrzutów
sumienia.
ROZDZIAŁ TRZECI
Laura umyła zęby, zaplotła włosy w warkocze i przebrała się w swój nocny strój –
koszulkę i krótkie majteczki. Nie lubiła piŜam.
LeŜąc w łóŜku, w ciemnym pokoju, zdała sobie sprawę z tego, jak wielki był ten dom i
jak bardzo stał na uboczu.
Skupiła się na wsłuchiwaniu w obce dla niej dźwięki. Najpierw rozpoznała potęŜny szum
morza rozbijającego się o brzeg, później – szmer palm powiewających na wietrze, który dął
prawie nieustannie. RóŜne dziwne odgłosy przypomniały jej, Ŝe dom był stary i drewniany.
Chwilami trzaskał lekko, jak wysłuŜona łajba płynąca po wzburzonym morzu.
Jednak zmęczenie ukróciło wyobraźnię. Za wszelką cenne starała się nie dopuścić do
siebie myśli, Ŝe w tym domu są duchy. Postawiła sobie natomiast kilka zasadniczych pytań.
Czy to prawda, Ŝe ona – Laura Fullerton – moŜe pozwolić sobie na tak skandalicznie
nieodpowiedzialne zachowanie – nocuje w domu męŜczyzny, którego nie widziała od siedmiu
lat! No, właściwie – od sześciu lat, dziewięciu miesięcy i dwunastu dni. Było dość istotne, Ŝe
nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała swojego byłego męŜa, natomiast dokładnie
wiedziała, ile czasu minęło od ostatniego spotkania z Tannerem. Widzieli się po raz ostatni w
dzień jej ślubu z Tomem, wtedy właśnie, gdy Tanner Moran zrujnował jej podróŜ poślubną
owym nieszczęsnym pocałunkiem.
Czy jakikolwiek męŜczyzna mógł całować tak jak on? Problem wydawał się interesujący,
ale myśli powoli uciekały i zapadła w drzemkę. Poruszyła się niespokojnie.
Zmysły tliły się we śnie. Niepokój narastał, w miarę jak rosło poŜądanie, ale Tanner z jej
snów był niedostępny i okrutny. DraŜnił ją i męczył.
Nagle dał się słyszeć głośny dźwięk. Nie mógł to chyba być silnik samochodu, przecieŜ
drogą prawie nikt nie jeździł. MoŜe strzał? Prawdopodobnie jednak był to odgłos
zatrzaskiwanych drzwi. W kaŜdym razie ten dźwięk o mały włos nie przywołał jej do
ś
wiadomości, ale za wszelką cenę usiłowała pogrąŜyć się z powrotem w senne marzenia.
Wreszcie zapadła w głęboki, spokojny sen.
Tanner czekał, aŜ Laura zaśnie. ŁóŜko zaskrzypiało, gdy się połoŜyła i jego pragnienie
nagle buchnęło jak płomień. OdłoŜył kulę i zaczął krąŜyć po pokoju. Stara, drewniana
podłoga zaskrzypiała. Wziął więc kulę i przeniósł się do swojego pokoju. PołoŜył ją koło
łóŜka i otworzył okno. Przerzucił nogi przez parapet, ostroŜnie spuszczając się na ziemię.
Szedł wolno, by nie nadweręŜyć powoli gojących się blizn.
Nie mógł jeszcze biegać. W szpitalu obiecano mu jednak, Ŝe wróci do pełnej formy. A to
ironia losu, pomyślał. Spędził rok w Wietnamie, bez jednego zadraśnięcia, a teraz mógł
zginąć w głupim wypadku samochodowym! Cudem zresztą z niego wyszedł. Niektóre kości
nafaszerowane miał metalem, rany pooperacyjne goiły się wolno. Z pewnością jednak zostaną
mu blizny.
Na razie szramy były ohydne. Gdyby chciał kochać się z Laurą, musiałby to robić w
ciemności. Widok jego ran mógłby ją przestraszyć. Jemu nie przeszkadzały. Cieszył się
przede wszystkim z tego, Ŝe ocalał. Zaraz po wypadku nie było pewności, Ŝe się z tego
wyliŜe. Ocknął się jednak z pełną świadomością, z wyraźnym poczuciem rzeczywistości.
Dźwięki były czyste, kolory wyraziste. Świat widział w najdrobniejszych szczegółach.
Wiedział, Ŝe Ŝyje!
Potem się sobie przypatrzył. Będzie musiał poŜegnać się ze swoim dawnym sposobem
bycia. Był w opłakanym stanie. Lewa ręka sterczała w jakiejś przedziwnej pozycji, piersi i
Ŝ
ołądek przeszywał nieustający, nieznośny ból. Powoli, krok po kroku, sprawdzał, czy
wszystko ma na swoim miejscu. Chwała Bogu! Jednak był szczęściarzem.
Całe Ŝycie będzie błogosławił ludzi, którzy mu wtedy pomogli. Zapamiętał tę delikatną na
pozór kobietę, która wcisnęła się do samochodu, przysuwając się do niego jak najbliŜej i
uściskiem ręki tamowała krew. Dzięki niej nie wykrwawił się, zanim go nie wyciągnęli z
samochodu. Mówiła do niego spokojnie, tłumaczyła, co się stało i dlaczego. Zapewniła go, Ŝe
będzie Ŝył.
Zapamiętał teŜ duŜego i silnego, choć bardzo łagodnego męŜczyznę, który widząc go
płakał jak dziecko. Ile sprzeczności. PrzecieŜ to on właśnie powinien był wykazać się
opanowaniem, a kobieta ronić łzy.
Dlaczego musimy tak wiele doświadczyć, by zrozumieć, ile współczucia i miłości kryje
się w ludziach?
Tanner dowiedział się później, Ŝe odpowiedzialny za wypadek kierowca drugiego
samochodu zginął na miejscu. Na ogół tacy właśnie przeŜywali. Tym razem uratowała się
ofiara.
Szczęście juŜ nieraz mu dopisywało. A jednak nie mógł wciąŜ uwierzyć, Ŝe Laura jest u
niego. Zawrócił z nocnego spaceru i zmęczony połoŜył się do łóŜka.
Nie spał dobrze tej nocy. Nigdy jeszcze nie był tak niespokojny. LeŜał z otwartymi
oczyma, myślał o swoim nastroju i zastanawiał się, czy bierze się stąd, iŜ zna juŜ teraz
kruchość Ŝycia. Nauczył się, Ŝe nie wolno go marnować. Być moŜe właśnie teraz będzie miał
szansę wypełnić darowane mu Ŝycie miłością?
Ale czy Laura potrafi go kochać?
Obudził się wcześnie. Wstał i szybko narzucił na siebie bawełnianą koszulę z długimi
rękawami. WłoŜył miękkie bawełniane spodnie, które miały ukryć blizny. Pamiętał teŜ o tym,
by wziąć kulę. Sprawdził wiadomości na automatycznej sekretarce. Nigdy nie odbierał
telefonów. W kilka miejsc oddzwonił, pozostałe informacje skasował. Potem pracował na
komputerze i wypił kawę na tarasie. Na myśl o Laurze ogarniał go niezwykły, prawie
melancholijny nastrój.
W kwietniowej ciszy, zwiastującej zbliŜające się lato, przyszła do niego wcześnie rano.
Rozpuszczone włosy spływały łagodnie na lekką, jasnozieloną sukienkę z granatowym
wzorkiem, która nadawała jej oczom grafitowy odcień. Ciepły wietrzyk powodował, Ŝe
sukienka przylegała do ciała. Podniosła rękę, by odgarnąć pasmo miękkich włosów, które
zasłaniały twarz i uśmiechnęła się do niego. Uśmiech ten wywołał szybsze bicie jego serca.
– Nie wstawaj – powiedziała widząc, jak unosi się z krzesła, aby ją powitać.
– Nie sądziłem, Ŝe obudzisz się tak wcześnie.
– Jestem rannym ptaszkiem. Kocham poranki. Za to wieczorami dość wcześnie jestem
senna.
– AŜ tu było słychać, jak chrapiesz.
– To nieładnie, Ŝe o tym wspominasz. – Udawała uraŜoną, a jednocześnie patrzyła na
niego iskrzącym, figlarnym wzrokiem – Co jadasz na śniadanie?
– Wszystko, co się da.
– Widzę, Ŝe jesteś kobietą idealną.
Słowa te były wypowiedziane Ŝartobliwie, ale Tanner spuścił wzrok, by nie zobaczyła,
jak bardzo jej obecność go zachwycała.
– Robię najlepsze grzanki na świecie – powiedział.
– A ja smaŜę jajka na bekonie.
– No to do roboty!
Weszli do środka. Gdy wyjmowali naczynia ze zmywarki, Laura zapytała:
– Kto tu właściwie sprząta?
– Raz w miesiącu przyjeŜdŜa ekipa, która sprząta cały dom, od góry do dołu. Odkurzają i
szorują jak szaleni. Wtedy najlepiej się ewakuować. Mogliby przez pomyłkę wyrzucić
człowieka razem ze śmieciami lub przykryć pokrowcem. Ale bez paniki! Następnym razem
zjadą pierwszego maja.
Oparł się o stół i przyglądał Laurze, jak krzątała się przy kuchni. Śniadanie jedli na
tarasie.
– Taki olbrzymi dom, a my nic, tylko ciągle przesiadujemy na tej odrapanej starej
werandzie – zauwaŜyła ze śmiechem.
– Jutro moŜesz zabrać się do malowania werandy. Nie mam nic przeciwko temu.
– Czyli mam tylko jeden dzień wolny! – zawołała.
– To dlatego, Ŝe nie naleŜysz do związków zawodowych.
– Przypomniałeś mi, Ŝe powinnam zadzwonić do biura. Chciałabym trochę tu
popracować. Oczywiście, jeśli pozwolisz. Będę potrzebowała sporo miejsca. Czy jest tu moŜe
jakiś duŜy stół?
– Mam stół kreślarski, którego nie uŜywam – odrzekł.
– Niewiarygodne.
– Mogę ci dostarczyć wszystkiego, czego dusza zapragnie.
Odchylił się i załoŜył ręce na szerokiej klatce piersiowej. Przyglądał się jej uwaŜnie.
– No więc w takim razie potrzebne mi są próbki jedwabiu we wszystkich kolorach oraz
komplet farb. Pędzle oczywiście teŜ. I dobra elektryczna temperówka do ołówków. Papier
pakowy. No wiesz, rzeczy, które są potrzebne wszystkim artystom.
Sama śmiała się ze swych absurdalnie wygórowanych Ŝądań.
– Nie, mówiąc powaŜnie, jeśli jest tu stół kreślarski, to mam i przy sobie wszystko, co mi
potrzebne do pracy przez kilka dni. Gdzie jest telefon?
– Muszę ci pokazać – powiedział, zbierając talerze.
– Trochę go zmodyfikowałem. Dzięki temu nigdy głośno nie dzwoni. Wystarczy jednak
kilka drobnych zmian, a zacznie działać zwyczajnie.
– Masz uczulenie na dźwięk telefonu?
– Nie lubię ludzi, którzy marnują mój czas. Zrozumiała to na swój sposób. Widocznie po
tym straszliwym wypadku chciał mieć spokój i nie tracić czasu na głupie rozmowy.
Uporali się z naczyniami i przeszli do gabinetu. Wskazał jej telefon i zaczął tłumaczyć, co
trzeba zrobić, by cały system znów normalnie funkcjonował.
– Co to właściwie jest? Widzę, Ŝe masz automatyczną sekretarkę, ale te wszystkie
urządzenia... ? Nic z tego nie rozumiem. Powtórz, proszę.
– To jest filtr, a to zagłuszacz i jeszcze kilka innych drobnostek.
Popatrzyła na niego uwaŜnie, marszcząc czoło.
– Zagłuszacz?
– Niektóre informacje są... ściśle tajne.
– Które?
– Dane finansowe pewnych osób albo zastrzeŜone prywatne numery. Nic waŜnego.
– Mogę juŜ zadzwonić? – zapytała.
ZbliŜyła się do urządzenia, które wyglądało jak telefon.
– Zaraz. Tu są przełączniki. Jak będziesz się posługiwała telefonem, musisz je wyłączyć.
O, tak! Powiesz mi, jak skończysz rozmawiać. Sprawdzę, czy są włączone z powrotem i
działają. W porządku?
– Muszę się tylko zgłosić w moim biurze. Nie podam twojego numeru.
– MoŜesz dzwonić dokąd chcesz i kiedy chcesz.
Nie ruszył się z miejsca. Oparł się o ścianę i zamierzał całkiem otwarcie przysłuchiwać
się jej rozmowie.
Ubawiło ją to i włączyła głośnik, by słyszał wszystko. Czy wyświadczyłby jej podobną
grzeczność? Chyba nie!
Wystukała numer. Telefon natychmiast odebrała jej sekretarka, Jeanine.
– Laura? – zapytała. – Jak poszło?
– Jeszcze do końca nie wiadomo, ale wygląda na to, Ŝe dobrze. Będzie to ciekawe zajęcie.
Jestem u przyjaciół nad morzem i wstępne rysunki chcę wykonać tutaj. Będę dzwoniła
codziennie w południe, zgoda? Wszystko w porządku?
– W najlepszym. Długo cię nie będzie?
– Sama nie wiem. Dam ci znać.
OdłoŜyła słuchawkę i przyglądała się, jak Tanner włącza wszystkie przełączniki.
– Nie zapytałem, czym się zajmujesz – stwierdził.
– Studiowałam malarstwo. Zaczęłam od portretów, bo to moja największa pasja. Ostatnio
zajmuję się dekoracją, dobieraniem kolorów i materiałów do specjalnych wnętrz. Jest to
fascynujące zajęcie, ale tak do końca nie wiem, czy chcę się w to bawić. Pierwszymi
zleceniem, które otrzymałam, było przygotowani wystroju wnętrza domu wypoczynkowego
pewnej firmy. Wiesz, taki dom dla gości oraz zasłuŜonych pracowników. Nad jeziorem
Michigan. Dom dość duŜy, ale nie taki jak twój. Powiedziano mi, Ŝe mam Wolną rękę. Więc
urządziłam go z myślą o wakacjach rodzinnych. Słoneczniki w jadalni, misie i baloniki w
(mniejszych pokoikach, tapety w polne kwiatki w głównej sypialni. Bardzo to było miłe i
ś
wieŜe. Skończyłam i zgłosiłam się do właściciela.
Przyszedł do mojej pracowni w South Bend. Z jego twarzy nie dało się wyczytać niczego.
Poczekał, aŜ zostaliśmy sami i powiedział:
– Sądzę, Ŝe zaszło jakieś nieporozumienie. Gdy mówiłem, Ŝe ma to być dom
weekendowy, nie miałem na myśli rodziny. Czy teraz pani rozumie? Ma to być miejsce, do
którego męŜczyźni mogą przyjeŜdŜać, no powiedzmy, z przyjaciółkami.
– Niewiniątko – uśmiechnął się Tanner. – I co ty na to?
– Początkowo czerwieniłam się i jąkałam. W końcu udało mi się wykrztusić, Ŝe się tym
zajmę.
– No i... ?
– Najpierw wyrzuciłam misie, potem baloniki i słoneczniki. Cały ten projekt wydawał mi
się niesmaczny, ale czułam się w obowiązku naprawić swój błąd. Zmieniłam kolory, dodałam
lustra i trochę złośliwie palmy. Pianino. Nie posunęłam się do czerwonych obić na drzwiach.
– To szlachetne z twojej strony. Czy usiłował cię namówić, byś uczestniczyła w
inauguracji?
– Skąd wiesz?
– Wiem ponadto, Ŝe się nie zgodziłaś. Pewnie się jeszcze za tobą ugania?
– Tak.
Przyglądała mu się przez chwilę, potem zapytała z ciekawością:
– Jak mogłeś o tym wiedzieć? Czy to typowo męskie zachowanie? Ma Ŝonę i dorastające
dzieci. Jego Ŝona to bardzo miła kobieta. Kocha go. Sądzę, Ŝe on teŜ ją kocha. Dlaczego
ugania się za innymi kobietami? I dlaczego właśnie za mną? Nie nadaję się na kochankę. W
najlepszym wypadku byłabym bardzo nieudolna. Cały czas w stosunku do niego
zachowywałam się bardzo formalnie i urzędowo. Nigdy się do niego nie przymilałam i nie
dawałam mu do zrozumienia, Ŝe jestem w jakikolwiek sposób nim zainteresowana.
Od tamtego czasu zawsze sprawdzam, co będę dekorować. Dwie inne „rozrywkowe”
oferty odrzuciłam. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I chociaŜ przyjmuję od niego zlecenia
i korzystam z kontaktów, nie czuję się w obowiązku iść z nim do łóŜka.
Rzęsy Tannera kryły jego oczy, gdy rzekł łagodnie:
– Prawdopodobnie zaskoczyło go, Ŝe spotkał kobietę, która jeszcze potrafi się rumienić i
to go zaintrygowało. Jak równieŜ fakt, Ŝe nie usiłowałaś go czarować.
ś
achnęła się.
– AleŜ to absurdalne! Chcesz powiedzieć, Ŝe aby się od niego uwolnić, powinnam
spróbować go uwieść i...
– Nie!
– PrzecieŜ właśnie powiedziałeś...
– Zachowujesz się w sposób profesjonalny, właśnie tak, jak trzeba. Nie bądź zbyt
przyjazna, ale bądź grzeczna i rzeczowa, gdy się z nim spotykasz.
– Jesteś męŜczyzną. Powiedz, wytłumacz mi, dlaczego tamten tak się zachowuje?
– Nie będę obiektywny.
Miał na myśli jej urodę i sposób, w jaki na niego działała.
– Sądzisz więc, Ŝe wszystko, co robią męŜczyźni jest w porządku?
– Tego nie powiedziałem – zaprzeczył.
– Stwierdziłeś, Ŝe nie jesteś obiektywny. Czy ty teŜ uganiasz się za kaŜdą kobietą, która ci
się spodoba? Łazisz za nią i usiłujesz dopaść?
– Zawsze byłem wybredny.
– Ale...
– Muszę jednak powiedzieć, Ŝe podziwiam jego gust, jeśli chodzi o kobiety.
Uśmiechnęła się leciutko.
– Podobam ci się?
Pytanie to wymknęło jej się z ust, zanim zdołała pomyśleć, co mówi. Sama była nim
zaskoczona.
– Niewiarygodnie!
– To miło z twojej strony.
– Nie wiem, czy „miło”, to dobre określenie.
– A moŜe chcesz, bym pomogła ci urządzić wnętrze tego domu na inaugurację nowego
sezonu letniego?
ZwilŜył językiem wargi, a potem rzekł powaŜnie:
– Pomyśl o tych wszystkich kuzynach, którzy byli tutaj z rodzicami. Sądzę, Ŝe nigdy nie
kochali naprawdę, co najwyŜej uprawiali seks.
Potrząsnął głową ze smutkiem.
– Prawdopodobnie dom z tego powodu tak trzeszczy i stęka. Jest sfrustrowany –
westchnął zabawnie, udając współczucie.
Zaśmiała się, filuternie przekrzywiając głowę.
– Ach – wykrztusiła, zakrywając twarz. – Gdyby on był taki dowcipny jak ty, to pewnie
nie oparłabym mu się. Masz zabawne pomysły!
– Potrafię mieć pomysły urzekające – pozwolił sobie na lekki uśmiech.
Ochłonęła trochę i spojrzała na niego. Była wciąŜ uśmiechnięta, ale oczy pozostały trochę
nieufne. Po śniadaniu pokazał jej stół kreślarski.
– Skąd masz taki stół? Kto przy nim pracował?
– Potrzebowaliśmy wysokiego stołu, by małe dzieci nie mogły go dosięgnąć. U nas w
rodzinie prawie kaŜdy ma jakieś hobby, często związane z małymi, ostrymi, lub wręcz
niebezpiecznymi przedmiotami.
– Co masz na myśli?
– No wiesz, strzelby, szable, noŜe – powiedział tajemniczo.
– Strzelby? – zapytała zdziwiona.
– Jesteśmy tu na wybrzeŜu od dawna. Miejsce jest dość odosobnione. Być moŜe dlatego
jeden z moich wujków zaczął interesować się bronią. Potem przerodziło się to w hobby.
Powstała wcale pokaźna kolekcja broni palnej. Niektóre egzemplarze są bardzo piękne. W
przyszłości mam zamiar przekazać cały zbiór do muzeum.
– Boję się broni.
– Strzelby są jak Ŝmije. Trzeba się z nimi obchodzić ostroŜnie.
– Boję się, ale strzelać potrafię – pochwaliła się Laura.
– Wcale nie chcę cię namawiać, byś mi pokazała, jak strzelasz.
– Mój ojciec zawsze mówił, Ŝe kaŜdy powinien umieć strzelać. W końcu nie wiadomo, co
moŜe człowieka wryciu spotkać.
– Miał rację – skinął głową z aprobatą.
– Mam nadzieję jednak, Ŝe nigdy nie będę musiała tego robić. Umarłabym ze strachu.
– Nie będzie takiej potrzeby. Obronię cię! Przysunął się do niej ostroŜnie. Kula trochę mu
przeszkadzała, ale objął Laurę i przyciągnął do siebie. Nie stawiała oporu. Oczy ich się
spotkały. Tanner powoli schylił głowę i pocałował ją.
Jego bliskość niej uspokajała, wręcz przeciwnie. Odczuwała ciągle ten) sam wewnętrzny
chaos, ten sam wir uczuć. Była nim wciąŜ oszołomiona. Nie mogła mu się oprzeć i
odwzajemniła pocałunek.
Z nieznanych powodów puścił ją nagle. Usiłowała uporządkować myśli i zrozumieć,
dlaczego się tak głupio zachował. Wtedy Tanner zaproponował, Ŝe odwiezie jej samochód do
firmy, z której go wypoŜyczyła w Myrtle Beach. Była wciąŜ zdezorientowana, ale opanowała
się na tyle, by dość rzeczowo zapytać:
– MoŜesz prowadzić samochód? Czy nie zaszkodzi to twojej nodze?
– Nie ma sprawy. Boli mnie tylko lewa noga. Prawa jest całkiem w porządku.
– Jesteś w stanie pojechać za mną do miasta i odwieźć mnie z powrotem?
– Jak najbardziej. Sprawi mi to duŜą przyjemność. Tanner bardzo chciał jak najszybciej
pozbyć się wynajętego samochodu, jedynej dla Laury moŜliwości ucieczki.
Ku radości Laury wracali drogą wzdłuŜ morza.
– Wydaje mi się, Ŝe w jakimś poprzednim wcieleniu byłam piratem – powiedziała.
– W poprzednim czy w równoległym? – spytał.
– W równoległym? Nigdy takiej moŜliwości nie brałam pod uwagę. Nie, myślałam o
czasie przeszłym.
Ogarnął ją pełnym zachwytu wzrokiem, gdy zwróciła twarz ku morzu i zapatrzyła się w
fale. Wiatr targał jej włosy. Pod cienkim materiałem sukienki wyraźnie rysowały się smukłe
kształty.
– Z pewnością są sytuacje, w których dobrze jest być piratem – stwierdził.
– A co byś robił, gdybyś nim był? – zapytała. – MoŜe zdobywałbyś róŜne skarby?
– Wyłącznie ciebie.
Zaśmiała się sądząc, Ŝe to miły Ŝart. Ale on nie Ŝartował.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Laura przez cały dzień pracowała w ciszy. Nie było słychać ani samochodów, ani
dzwonów kościelnych. Dom Moranów był naprawdę uroczym azylem.
Przywiozła z Columbii plany domków wypoczynkowych. Chodziło o to, by posługując
się róŜnymi farbami i materiałami nadać kaŜdemu z identycznych domków indywidualny
charakter. Kilku innych dekoratorów równieŜ miało przedstawić swoje projekty. Zamierzała
wykorzystać kilka stylów – wiktoriański, orientalny, nowoczesny. Potem zaprojektowała
róŜne zestawy kolorów, ołówkiem szkicowała moŜliwe rozwiązania. Straciła zupełnie
poczucie czasu.
Dopiero głód przywołał ją do rzeczywistości. Oderwała się od pracy, gdy z kuchni
zaczęły dolatywać bardzo smakowite zapachy. Rozpoznała aromat chili. OdłoŜyła ołówek i
podąŜając za zapachem poszła do kuchni, gdzie Tanner pilnie mieszał coś w olbrzymim
garnku.
– Tak właśnie myślałem. Tylko kuszące chili jest w stanie oderwać cię od pracy. Trzeba
przyznać, Ŝe potrafisz się skoncentrować. Czy zauwaŜyłaś chociaŜ, Ŝe przeniosłem cię wraz
ze stołem do drugiego pokoju?
Myślami wciąŜ jeszcze była przy projektach i nie od razu zorientowała się, Ŝe Ŝartuje.
– Nie opowiadaj – odpowiedziała niepewnie, choć trwało chwilę, zanim sobie
przypomniała, Ŝe wyszła z tego samego pokoju, do którego weszła rano.
– A to co?
– Grzanki z topionym serem.
Po zjedzeniu pachnących grzanek zabrali się do sprzątania kuchni. W pewnej chwili
Tanner pochylił się po płyn do mycia naczyń. Koszula wysunęła mu się ze spodni, ukazując
okropne, jeszcze świeŜe blizny na lewym boku. PołoŜyła na nich rękę, mówiąc cicho:
– Powinieneś chodzić w szortach i bez koszuli, by dopuścić słońce i świeŜe powietrze. Na
opalanie moŜe jeszcze za wcześnie, skóra jest zbyt delikatna.
Czując dotyk jej dłoni, znieruchomiał. Obawiał się, Ŝe zareaguje przeraŜeniem. Dopiero
naturalność jej zachowania uspokoiła go.
– Nie zaszkodziłoby mi pewnie chwilę poleŜeć na tarasie w cieniu – zgodził się. –
Pójdziesz ze mną?
– Dobrze. Ale czuję, Ŝe do rozmowy się nie nadaję. Pewnie zaraz zasnę. Nie jestem
przyzwyczajona do morskiego klimatu, wczoraj spałam jak zabita.
– Cieszy mnie, Ŝe na widok mych ran nie robi ci się niedobrze – powiedział cicho.
– Kiedy chodziłam do szkoły, pracowałam społecznie w szpitalu, na oddziale
chirurgicznym. Było to jeszcze w czasach, gdy chciałam zostać lekarzem. Przyzwyczaiłam się
wtedy do widoku blizn. Nauczyłam się je traktować jako znak udanej operacji i nie myśleć o
bólu, który się z nimi wiąŜe.
Jednak trochę denerwował się na myśl o zdjęciu przy niej koszuli. Wyszli na taras.
Poruszał się sztywno, zakłopotany jej obecnością. Szybko zdjął koszulę i rozłoŜył ją na
dwuosobowym leŜaku. Usiadł i ruchem ręki wskazał miejsce obok siebie, zapraszając, by się
I do niego przyłączyła.
Nie mogła mu odmówić. Blizny czyniły go dziwnie bezbronnym. Usiadła obok niego i
przeciągnęła się ziewając.
– Powinieneś jednak ubrać się w szorty – przypomniała.
– Niedługo to zrobię – obiecał.
Jego udo wyglądało okropnie. Postanowił, Ŝe zanim je odsłoni, da jej jeszcze trochę
czasu, by przyzwyczaiła się do mniejszych blizn na piersi, plecach i na lewym ramieniu.
– Ale twój chirurg to prawdziwy artysta – przejechała lekko palcem po szwie, dzięki
któremu udało się uratować jego ramię. – Wierz mi, potrafię docenić jego kunszt. Gdy blizna
zblednie, sam będziesz to podziwiał.
Pomyślał, Ŝe z takim podejściem być moŜe zniesie nawet widok jego uda.
Z równym zainteresowaniem obejrzała bliznę na jego piersiach. Rana była głębsza, gdyŜ
w czasie wypadku kierownica wbiła mu się w klatkę piersiową w brzuch.
– Przypatrzyłeś się temu? – zapytała. – Chyba jednak tak, w końcu jest to twoje ciało.
Zobacz, jak tu załoŜono szwy! Bardzo zgrabnie! Miałeś szczęście, trafiłeś na geniusza w
swoim fachu. Znałeś tego chirurga?
– Nie, czysty przypadek. Akurat miał dyŜur w dzień mojego wypadku.
– Anioł stróŜ nad tobą czuwał.
– Sam zaczynam w to wierzyć.
Laura pochyliła się i czule pocałowała bliznę na jego ramieniu.
– Jestem szczęśliwa, Ŝe wszystko się dobrze skończyło.
– Ja teŜ.
Odsunęła się, by połoŜyć się obok niego. Tanner obrócił się na lewy bok, twarzą do niej,
kryjąc blizny.
– WciąŜ nie wierzę, Ŝe tu jesteś. Tak często marzyłem, Ŝe się obrócę i Ŝe będziesz obok...
nie mogę wprost uwierzyć, Ŝe to prawda.
– Tanner...
– Bardzo cię pragnę.
– Trochę się tego boję.
– Mnie bać się nie musisz.
– Obawiam się nie ciebie, ale raczej samej siebie. Nie wiem, czy to, co odczuwam, to
miłość, czy tylko szalone poŜądanie. Nie jestem w stanie się opanować, gdy jestem blisko
ciebie. Nie wiem, czy chcę, Ŝebyś dzielił ze mną Ŝycie. PrzecieŜ dopiero od niedawna
nauczyłam się być niezaleŜna. To coś wspaniałego mieć własny zawód, o wszystkim
decydować i być za wiele rzeczy odpowiedzialną. No i odnosić sukcesy. Przedtem zawsze
byłam pod czyjąś opieką – to ojca, to uniwersytetu, to męŜa. Dopiero teraz zorientowałam się,
Ŝ
e moje moŜliwości są duŜe. Jestem dobra w tym, co robię. Nie... nie bardzo wiem, czy chcę,
by coś innego zaprzątało moją uwagę.
– Chcesz powiedzieć, Ŝe mogłoby mi się to udać? – głos Tannera był trochę zachrypnięty.
Podniósł zdrową prawą rękę, by odgarnąć kosmyk włosów z jej czoła.
– Nie wiem dlaczego, ale wciąŜ mi się wydaje, Ŝe usiłujesz uśpić moją czujność, by mnie
uwieść.
– Nigdy – uśmiechnął się ciepło i dodał: – Chcę ci tylko pokazać, Ŝe jestem tobą
zainteresowany.
– A moŜe sądzisz, Ŝe to ja ciebie uwiodę?
– Na pewno bym się nie bronił – uśmiech Tannera pogłębił się. – Zresztą, przypomniałem
sobie, Ŝe nie podziękowałem ci za pomoc w sprzątnięciu kuchni.
Pochylił się nad nią i pocałował ją. Gdy podniósł znów głowę, dostrzegła w jego oczach
pragnienie i niepewność. Spuścił wzrok.
Pocałował ją jeszcze raz. Gładziła jego gęste włosy, jej ciało napięło się w oczekiwaniu.
Piersiami przylgnęła do niego z całej siły. Jego ręka wślizgnęła się pod sukienkę, dłonią objął
jej krągłe, napręŜone piersi. Mruknęła z rozkoszy. Czuła przyspieszony, naglący oddech
Tannera, jego wzrastające poŜądanie. Nie była jednak jeszcze przygotowana na miłość.
Obawiała sile jej. Gdy się od niego odsuwała, usiłował ją przytrzymać, wyraźnie protestował.
Właściwie mogła mu ulec, leŜeć tu z nim, czując lekki wiatr od morza i kochać się. PrzecieŜ
teŜ bardzo go pragnęła. Mogła go Śmieć. ZaleŜało to tylko od niej. Wstała jednak i
powiedziała:
Będzie chyba lepiej, jeśli pójdę trochę pobiegać brzegiem morza. Szkoda, Ŝe nie moŜesz
mi towarzyszyć. Ale niedługo będziesz silniejszy i wtedy będziesz mógł mnie juŜ gonić.
Tanner przewrócił się na plecy. Jedną nogę zgiął w kolanie, ręce załoŜył pod głowę.
Obserwował ją uwaŜnie. Wreszcie rzucił pytanie, które przeszyło ją na wskroś:
– Jak juŜ będę zdrów, to stale będę cię gonił. Chyba pozwolisz?
– MoŜe?
– Będzie to jak doping. Szybciej wyzdrowieję. Wymówił te słowa jak groźbę i obietnicę
zarazem.
Podziałało to na nią jak mieszanka wybuchowa. Wolała uciec do siebie na górę.
WłoŜyła fioletowe szorty. Pomimo długich poszukiwań nie udało jej się znaleźć w szafie
dla gości odpowiednich butów. Postanowiła więc, Ŝe pobiegnie boso brzegiem morza, gdzie
piasek jest zbity i twardy.
Gdy zeszła, zastała go opartego niedbale o kulę. Czekał przy schodach. Ponownie
uderzyła ją jego uroda. Uśmiechnęła się lekko, a on odpowiedział uśmiechem, który wydał się
jej dość podejrzany. Oczy miał jak myśliwy. Pomyślała, Ŝe mógł być w tej chwili bardzo
niebezpieczny. Ogarnęło ją nagłe podniecenie. Chciała, by gonił ją i złapał.
– Musisz mnie pocałować na poŜegnanie – zaŜądał, jak gdyby była to najbardziej
naturalna rzecz na świecie.
– PrzecieŜ uzgodniliśmy, Ŝe całujemy się tylko na dobranoc?
– I na poŜegnanie – odparł, zmieniając bez porozumienia z nią reguły gry.
Uniosła lekko brwi, wyraŜając zdziwienie. Nie uniknęła jednak przy tym ledwo
zauwaŜalnego uśmiechu.
Mówił dalej tonem bardzo powaŜnym:
– Od dziś będziemy się całować nie tylko na poŜegnanie, ale i na powitanie.
– Nie wiedziałam o tym. Kiedy podjęto decyzję?
– JuŜ dawno. Najlepiej będzie, jak się do niej zastosujemy natychmiast – przysunął się o
krok.
– W takim razie nie mam innego wyjścia. Laura odetchnęła głęboko i teŜ uczyniła krok w
jego kierunku. Zamknęła oczy i podała mu usta.
Ale nic się nie stało. Otworzyła ostroŜnie jedno oko i zobaczyła, Ŝe Tanner bardzo
uwaŜnie jej się przygląda. Otworzyła więc szeroko drugie i popatrzyła na niego wprost.
Wtedy i ona spowaŜniała. Objęła jego głowę i poszukała warg.
Był to pocałunek oszałamiający. Ramiona Tannera oplotły jej plecy i przyciągnęły ją
gwałtownie. Całował głęboko i intensywnie, reagował z coraz większym poŜądaniem na myśl
o jej bliskości i uczuciach, które w nim rozpaliła. Myślał o jej rękach, pieszczotliwie
gładzących jego włosy, o miękkim, kobiecym ciele i słodkich ustach, które odwzajemniały
pocałunek. W końcu podniósł głowę i nabierając głęboko powietrza powiedział:
– Zmykaj, bo za chwilę będzie za późno!
Posłuchała go. Akceptowała fakt, Ŝe nią kieruje. Chwiejnym krokiem podeszła do drzwi i
uporawszy się z zamkiem, o mały włos by się nie przewróciła.
Tanner przyglądał jej się z wypiekami na twarzy. Z jego oczu biło zadowolenie.
Stała na ganku i oddychała głęboko. Kilka razy nerwowo odgarnęła włosy, aczkolwiek
wiatr przekornie ją w tym wyręczał. Rozglądała się, jak gdyby usiłowała sobie przypomnieć,
dlaczego się tu znajduje. Jogging był ostatnią rzeczą, na którą miała teraz i ochotę. Pragnęła
wrócić do Tannera, do jego pocałunków. Po co to bieganie? Skierowała się jednak w dół i
weszła na drogę. Gdy przechodziła przez szosę, zupełnie automatycznie sprawdziła, czy z
lewej strony nie nadjeŜdŜa samochód, choć przecieŜ wiedziała, Ŝe nie ma tu ruchu. Wykonała
kilka ruchów gimnastycznych, zanim powoli oddaliła się wzdłuŜ plaŜy.
Nie była przyzwyczajona do monotonii morskiego wybrzeŜa. Zgubiła się i pobiegła za
daleko. Powrót trwał bardzo długo. Tanner, wiedziony niepokojem, wyjechał samochodem na
poszukiwanie. Odnalazł ją biegnącą resztką sił. Z widoczną ulgą osunęła się na miękki fotel
porsche’a.
– Musisz zostawiać po sobie jakieś ślady – powiedział Tanner, nie wspominając o tym, Ŝe
martwił się jej długą nieobecnością. – W ten sposób będziesz w stanie ocenić, jaki dystans
przebiegłaś.
– Szkoda, Ŝe mówisz mi to dopiero teraz – Laura popijała sok pomarańczowy, który
Tanner przezornie dla niej przywiózł. Była wykończona.
Milczeli. Laura odpoczywała po wysiłku, Tanner zaś usiłował ochłonąć ze
zdenerwowania. W końcu przerwała ciszę:
– Słuchaj, mam prośbę, poszukajmy tego biednego psa...
Tanner przyhamował i, mocno zdziwiony, zapytał:
– Jakiego psa?
– Widziałam duŜego, czarnego i niezbyt przyjaźnie nastawionego psa. Boję się psów,
więc nie usiłowałam się nawet do niego zbliŜyć. Albo go ktoś porzucił, albo się zgubił. Ale tu
w okolicy przecieŜ nie ma domów. Poza tym nie wyglądało na to, Ŝe się wypuścił na spacer,
po prostu czekał przy drodze.
– W porządku. Poszukamy go, jeśli chcesz. Dalej juŜ nie rozmawiali, tylko uwaŜnie
rozglądali się wokół. Tanner jechał bardzo powoli. Byli juŜ przy wjeździe do domu, a psa
ciągle nie było widać.
– MoŜe znalazł drogę do domu? – zasugerował niepewnie.
Laura zaprzeczyła ruchem głowy.
– Zatem wracamy – Tanner momentalnie skręcił kierownicę.
– Och, Tanner... – uśmiechnęła się rozbrajająco. Pochylił się, by ją pocałować.
– Czy to juŜ na dobranoc? – zapytała.
– Nie. To ma oznaczać, Ŝe jestem przy tobie.
– A mnie się wydawało, Ŝe to pocałunek na dobranoc, bo taka jestem zmęczona...
– O nie! Ten dopiero będzie – odpowiedział.
– Ale... przecieŜ umawialiśmy się, Ŝe... – nie dokończyła. Głos Laury wyraŜał
powątpiewanie, ale oczy wciąŜ były ufne.
Raz jeszcze odbyli tę samą drogę.
Pies leŜał w rowie, w miejscu, z którego dobrze było widać szosę.
Nie było łatwo namówić go, by wszedł do samochodu. W końcu raz jeszcze obejrzał się
na szosę, zanim wskoczył na tylne siedzenie. Oczy miał inteligentne, choć trochę zamglone.
– Sądzisz, Ŝe jest chory? – zapytała Laura.
– Chyba po prostu głodny. Pojedziemy zaraz do weterynarza, niech go zbada. Biedne
psisko.
Weterynarz Henry mieszkał na duŜej farmie. Trzymał tam kilka psów, jedną kozę i
mnóstwo kotów. Nie opodal pasły się dwa konie, które na ich widok podniosły łby i
przyglądały się z wielkim zainteresowaniem.
Henry rozpoczął oględziny od długiej rozmowy z psem, który był najwyraźniej
zdenerwowany i czegoś szukał. Do miski nalał wody, którą pies łapczywie wychłeptał. Potem
dał mu trochę jedzenia. Widać było, Ŝe jest bardzo głodny.
– Nie jest ranny – powiedział Henry wreszcie. – Nie widzę teŜ tabliczki rejestracyjnej.
Natomiast ma nową obroŜę przeciwko pchłom. Chwała Bogu zresztą, ponoć w tym roku ma
być istna plaga tego tałatajstwa. Ma miłą sierść i zdrowe zęby. To młody, bardzo ładny pies.
Niestety, ludzie na ogół sądzą, Ŝe pozostawione zwierzę jakoś tam przeŜyje. A to nieprawda.
MoŜe się zgubił, ale nie słyszałem, aby ktoś w okolicy poszukiwał takiego psa. Tak czy owak,
spróbuję się dowiedzieć. Dziękuję państwu za przywiezienie go. Na pewno ktoś go
przygarnie.
Tanner i Laura wyszli. Gdy wsiadali do samochodu, pies nagle wydał gardłowy dźwięk.
Zabrzmiał jak pytanie. Odwrócili się równocześnie.
– Zrobię mu zastrzyk i będziecie go mogli państwo zaraz wziąć – powiedział Henry
rzeczowo. Uśmiechał się przy tym od ucha do ucha.
Tanner zwrócił się do Laury.
– To co? JuŜ mamy psa?
ROZDZIAŁ PIĄTY
Wrócili do domu Moranów. Było jeszcze jasno i ciepło. Postanowili więc zaraz wykąpać
psa. Stał posłusznie. Wyglądało na to, Ŝe raczej lubi wodę. Tanner zdjął koszulę, zupełnie juŜ
nie pamiętając o swoich bliznach i zaczął go namydlać. Laura trzymała wąŜ, ale ciągle była
niepewna i zachowywała wobec psa dystans.
– Jest bardzo miły – stwierdziła. – Muszę przyznać, Ŝe nigdy nie spodziewałam się, Ŝe
kiedykolwiek powiem o psie, Ŝe jest miły...
– Chyba się jednak zgubił. PrzecieŜ nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby go.
– Ciągle tak stoi, jakby chciał obserwować szosę – zauwaŜyła.
– TeŜ na to zwróciłem uwagę.
– Tanner... Nie wiem, czy to dobrze, Ŝe zabraliśmy go. MoŜe się do nas przywiązać, a
potem trzeba będzie go oddać. Jest bardzo wierny. Najwyraźniej czeka na swoich właścicieli,
którzy go tu przywieźli i zostawili.
Usiłował ją uspokoić.
– Za miesiąc kończy się szkoła. Wtedy zjedzie się tu cała hałastra moich kuzynów. Pies
będzie mógł sobie wybrać nowego pana. Podoba mi się. Chciałbym, by został w rodzinie –
Tanner wycierał psa starym ręcznikiem.
– A jak go nazwiemy?
– Chyba nie powinniśmy tego robić. Co będzie, jeśli przyszły właściciel zechce go
nazwać inaczej? Nie moŜna od psa oczekiwać, by zapamiętywał coraz to nowe imiona.
– Moglibyśmy nazywać go po prostu Dog. Zgoda?
– Zgoda. Niech będzie Dog.
Laura uśmiechnęła się na widok Tannera głaszczącego psa.
– Masz dobre serce.
– Pies jest głodny i wyczerpany. Łapy ma pokaleczone. Henry dał mi specjalną maść,
którą trzeba będzie je smarować. Za kilka dni wyzdrowieje.
To dziwne – pomyślała – Ŝe męŜczyzna potrafi być delikatny, w dodatku męŜczyzna
prowadzący tak nieustabilizowane i chyba dość niebezpieczne Ŝycie jak on. Musi być jednak
bardzo uczuciowy, przecieŜ tak cierpliwie szukał psa i tak starannie się nim zaopiekował.
– Dlaczego wybrałeś to, czym się zajmujesz? – zapytała ku własnemu zaskoczeniu.
– Jestem człowiekiem cywilizowanym. Zaśmiała się.
– Łapanie złodziei jest zajęciem cywilizowanym?
– Jak najbardziej. Wierzę w moc prawa i w prawo obywateli do sprawiedliwego
traktowania.
Myślała, Ŝe powie coś więcej, ale zamilkł. Potem zastanowiła się nad jego słowami i
zrozumiała, Ŝe jest w nich zawarta zupełnie niezła definicja cywilizacji.
– Wiesz, chyba cię kocham – powiedziała impulsywnie.
– Wiem o tym – uśmiechnął się wciąŜ patrząc na Doga.
– Skąd moŜesz wiedzieć? Jestem tu przecieŜ dopiero od dwóch dni i w dodatku spałam na
górze.
– Miłość to nie tylko seks – odpowiedział spokojnie.
– Przyjechałaś do mnie i zostałaś. Nie wiesz jeszcze, czy masz się w pełni zaangaŜować,
ale myślisz o tym. Czuję, Ŝe się obawiasz.
Uśmiechnął się do niej, choć dalej był zajęty czesaniem Doga.
– Nikt mnie jeszcze z takim oddaniem nie całował. Wzbudzasz we mnie reakcje, których
nie jestem w stanie opisać.
– Myślę, Ŝe jesteś po prostu chyba zbyt wraŜliwy – próbowała trochę pokpić sobie z niego
i z siebie.
– Jeśli chodzi o ciebie, to na pewno – nie zauwaŜył kpiny i powiedział to bardzo serio.
– Czy ty teŜ odczuwasz te niesamowite fluidy, które krąŜą między nami? Nigdy przedtem
tego nie przeŜywałam. Twoja obecność tuŜ obok mnie... po prostu mnie przeraŜa.
– Nie bój się mnie, Lauro. Potrzebny mi ktoś, kto mój ogień podtrzyma i podsyci.
Na dźwięk tych słów Laurę ogarnęła nagła fala uczucia.
– Czytałeś o tym, Ŝe nie składamy się z materii, tylko z atomów, które łączy siła
magnetyczna?
– zapytała impulsywnie.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – Tanner zaśmiał się lekko.
– Czuję, jak moje atomy wibrują.
– To powaŜna sprawa. Mam nadzieję, Ŝe nie będę obecny w chwili wybuchu.
Spojrzał na nią. Ujrzała iskierki w jego oczach. Wstał. Wiedziała, Ŝe podejdzie do niej i
weźmie ją w ramiona. Czekała na niego, czując kaŜdą rozedrganą cząstkę ciała.
Popatrzył na zegarek.
– Zrobiło się późno. MoŜe pojedziemy do miasta na kolację? Znam restaurację, gdzie dają
ś
wietne frutti di marę.
Kolacja? Coś podobnego! Akurat w takiej chwili myślał o jedzeniu? Z ledwie hamowaną
złością powiedziała:
– Świetnie! Nareszcie będę mogła wystąpić w swoich własnych ciuchach.
Zerwała się i ruszyła w stronę domu. Zatrzymała się po kilku krokach.
– A co będzie z Dogiem?
– Jest tu bezpieczny. Zostanie na ganku. Dam mu wodę i coś do jedzenia. Jakiś stary
dywanik teŜ się znajdzie. Będzie mógł spokojnie obserwować szosę.
Jeszcze przed chwilą złościła się na niego! Rozczulona patrzyła jak zwija wąŜ. Kula
leŜała na ziemi!
– Tanner! Chodzisz bez kuli!
– JuŜ się mnie nie boisz, więc mogę się jej pozbyć – uśmiechnął się.
– Chcesz powiedzieć... Nabrałeś mnie!
– Obawiam się, Ŝe tak. Nie chciałem, abyś czuła się zagroŜona. Pomyślałem, Ŝe poczujesz
się pewniej na tym dzikim wybrzeŜu Południowej Karoliny, jeśli uwierzysz, Ŝe nie mogę cię
gonić.
– I ty uwaŜasz się za cywilizowanego człowieka! Ty kłamco! Ty oszuście! – język aŜ się
jej plątał z oburzenia.
– Nic z tych rzeczy – był w świetnym humorze.
– To prawda, Ŝe jestem wyrachowany. Zresztą pomysł był doskonały i z czasem miałem
zamiar się nim pochwalić. Peter zadzwonił i powiedział, Ŝe przyjeŜdŜasz...
– Mnie mówił, Ŝe wspomni ci tylko o kimś, kto odwiedzi cię w jego zastępstwie...
– Bujał. – Zapowiedział, Ŝe właśnie ty przyjedziesz. Miałem więc tylko kilka godzin, by
wymyślić sposób na zatrzymanie cię. Gdybyś nie zgodziła się zostać, udawałbym inwalidę.
– Inwalidę?
– No tak. Miałem zamiar zachorować lub upaść... nie na serio, rozumie się, ale na tyle
boleśnie, by poruszyć twoje sumienie...
– Popatrz, popatrz. Wielka szkoda, Ŝe tak łatwo zgodziłam się na twoją pierwszą
propozycję. Teraz juŜ nigdy się nie dowiem, jaką sztuczkę wymyśliłbyś. Ominęło mnie
ś
wietne przedstawienie.
Tanner nie wydawał się pewien swoich talentów.
– Tak naprawdę, to nie jestem dobrym aktorem. Zresztą przedtem nie musiałem udawać...
– A jakŜe! Pewnie wystarczyło, Ŝe klaśniesz w ręce?
– Nie. Ale nigdy nie zaleŜało mi na innej kobiecie, tak jak na tobie.
– WciąŜ się boję.
– Ja teŜ czuję się trochę niepewnie.
– Więc to tak.
PołoŜyła rękę na piersiach i odetchnęła głęboko.
– Potrafisz chodzić bez kuli.
– Biegać nie potrafię. Naprawdę. Mam trudności z wchodzeniem na schody, nawet bez
walizek, ale po plaŜy spaceruję. Wczoraj w nocy poszedłem prawie tak daleko jak ty.
– I nie zauwaŜyłeś Doga?
– Nie. Ale nie zwracałem szczególnej uwagi na otoczenie. Chciałem się uspokoić po
twoim zniewalającym pocałunku na dobranoc. Dog prawdopodobnie mnie obserwował, gdy
rwałem włosy z głowy i zgrzytałem zębami w desperacji. śartuje, pomyślała.
Pojechali do Myrtle Beach. Miasteczko wciąŜ było pełne turystów z Kanady i
przygotowywało się do najazdu studentów, który, jak zwykle na wiosnę, miał nastąpić w
czasie ferii.
Zjedli kolację w najlepszej restauracji. Spędzili w niej prawie trzy godziny – przy
ostrygach, marynowanym łososiu i rekinie z rusztu. Pod wpływem wyśmienitego
kalifornijskiego szampana rozwiązały się im języki. Śmiejąc się wspominali dawne czasy,
opowiadali sobie zabawne historyjki sprzed lat. Podsuwali sobie najlepsze kęsy.
Wrócili do domu późno. Dog czekał na ganku. Na widok samochodu zerwał się i wybiegł
im naprzeciw. Przyglądał się przyjaźnie i machał ogonem na powitanie, gdy wysiadali.
Zagadali do niego. Tanner pogłaskał go, ale Laura wciąŜ trzymała się na dystans.
Zostawiając Doga na posterunku, weszli do domu. Tanner momentalnie poszedł do
kuchni i umył starannie ręce. Gdy zauwaŜył jej zdziwienie, wytłumaczył:
– Jak będę cię całował na dobranoc, chcę czuć twój zapach.
– Ale po kąpieli Dog pachnie przecieŜ jak bukiet róŜ.
– Nie całkiem. Nie pachnie najgorzej, ale wciąŜ czuć go psem. W końcu jest dorosłym
samcem – popatrzył na nią przez ramię i uśmiechnął się z ukosa. – Ja zresztą teŜ.
– Nie strasz.
– Nie mam takiego zamiaru.
– Przygotowujesz grunt pod słynny pocałunek na dobranoc?
– Nie mam innego wyjścia.
Słowa te wywołały natychmiastową reakcję. Zaczęła oddychać niespokojnie w
oczekiwaniu na pocałunek Tannera.
Pocałował ją tak samo jak wczorajszego wieczoru. Najpierw w rękę. Potem objął i
przycisnął mocno. Obawiała się, Ŝe zemdleje. Wtedy dopiero pocałował ją naprawdę. To było
wspaniałe! Miała wraŜenie, Ŝe w Ŝyłach pulsuje jej Ŝywy ogień. Z trudem łapała oddech.
Ogień ogarnął ją całą.
Ale on odsunął ją od siebie i ze słodkim uśmiechem Ŝyczył dobrej nocy. I znów pogładził
ją lekko po ramieniu, gdy zaczęła wchodzić po schodach na górę. Jak mógł ją w ten sposób
zostawić? Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zrzucić ubrania i nie zejść do niego. Stał
wciąŜ na dole i patrzył za nią. Jak by zareagował?
MoŜe dałby się uwieść? A moŜe podałby jej szlafrok i wysłał na górę? Wydawał się
nieobliczalny. Najlepszym tego dowodem był pomysł z kulą.
Pragnęła go. Chciała znaleźć się w jego ramionach i kochać się z nim. Byłoby to...
cudowne! On myślał o przyszłości, podczas gdy ona Ŝyła tylko chwilą. Na ogół przecieŜ było
na odwrót. Czy przypadkiem nie była to właśnie ta zamiana ról, o której wiele ostatnio
mówiono i pisano?
Uczono ją, Ŝe ma się odpowiednio zachowywać, szczególnie wtedy, kiedy męŜczyzna się
jej podoba. Pamiętała zasadę: „Kobieta jest wstydliwa tak długo, dopóki kogoś nie kocha.
Gdy pokocha, jest jak kocica na wiosnę. MęŜczyzna zaś skorzysta z kaŜdej okazji, gdy nie
kocha. Zakochany, wstydzi się jak dziewica”.
MoŜe na tym polegał cały problem? Nie na tym, Ŝe role się zmieniły, tylko na starym jak
ś
wiat konflikcie między kobietą a męŜczyzną. Kochali się przecieŜ i reagowali całkiem
typowo. Nic nowego pod słońcem. Błąd tkwił gdzie indziej. Sądziła, Ŝe coś się zmieniło.
Tanner czekał, aŜ się zadeklaruje. Chciał, aby go bliŜej poznała. Czuła, Ŝe ją kocha, ale
czy potrafi mu się odwzajemnić miłością? Pragnęła go. Co do tego nie miała Ŝadnych
wątpliwości. Pociągał ją swym pięknem i wyjątkowością.
Zatopiona w myślach przygotowywała się do snu. Słyszała wiatr buszujący w palmach,
jakieś trzaski w domu, takŜe przejeŜdŜający samochód... Samochód? To chyba pierwszy od
czasu, gdy tu przyjechała. Niesamowite! CzyŜby na świecie były jeszcze samochody?
Nagle ujrzała się w lustrze. Widok nie był zbyt budujący. Warkocze, stara koszulka i
opadające majtki. Szczyt kobiecości!
A co by się stało, gdyby teraz przyszedł do niej? Gdyby postanowił ją przekonać o swoich
męskich talentach? Jej wygląd odebrałby mu wszelką ochotę.
Szybko zdjęła z siebie koszulkę i majtki i włoŜyła granatową, koronkową halkę.
Rozplotła warkocze i uczesała włosy. Lekko umalowała oczy i nałoŜyła trochę pudru na nos.
Uśmiechnęła się do swego odbicia i złoŜyła usta do wyimaginowanego pocałunku. MoŜe
być! Z wystudiowaną elegancją wsunęła się do łóŜka. Była gotowa.
Usnęła nasłuchując jego kroków na schodach.
Obudziła się o świcie. Spała niespokojnie. Wskazywały na to skotłowane prześcieradło i
zmięty koc. Halka cisnęła ją, widocznie niewygodnie było w niej spać. Nie powinna się była
przebierać, pomyślała, złoszcząc się na Tannera.
W końcu nie była to przecieŜ jego wina, przekonywała samą siebie. MoŜe obawiał się, Ŝe
nie jest nim zainteresowana i da mu kosza?
Byli tu sami, na odludziu. Co mogłaby zrobić, gdyby usiłował ją zgwałcić? Dlaczego
więc w ogóle z nim została, jeśli się go boi? Czy jednocześnie nie pragnęła go? Istniały
przecieŜ w takiej sytuacji pewne reguły gry, do których naleŜało się dostosować.
Gdy zgodziła się pozostać, sama była tym zdziwiona. Jedynym męŜczyzną, z którym się
dotąd kochała, był Tom. Miłość z Tomem nie bardzo ją przekonywała, a eksperymentować z
byle kim nie chciała. Dopiero Tanner ją rozbudził. Zachowywał się jednak jak idiota. Musi
mu dać do zrozumienia, Ŝe ma wolną rękę.
Uśmiechnęła się do siebie. Co potrzebne jest kobiecie, by uwieść męŜczyznę? Wykwintna
kolacja, przyćmione światła, odpowiednia sukienka?
Szybko podjęła decyzję. Wstała z łóŜka i zdjęła halkę. Zaczęła przeglądać swoje ubranie.
Pakując się nie myślała o podobnych okazjach.
Otworzyła gościnną szafę. Znalazła w niej spory wybór egzotycznych strojów oraz
pudełko po cygarach ze sztuczną biŜuterią. Nie było tam nic, co spowodowałoby burzę
zmysłów, oprócz moŜe trochę sfatygowanego bikini, ale w kwietniu Atlantyk był jeszcze dość
zimny, a po domu przecieŜ nie będzie w nim paradować.
Pod dom podjechała cięŜarówka. Wczoraj w nocy samochód, a dziś – cięŜarówka. Czas
się przenieść dalej na Zachód, pomyślała ubawiona. Cywilizacja ich dogoniła. Przypomniała
sobie, Ŝe dawno temu jeden z jej przodków opuścił Indianę i wyruszył dalej na Zachód, bo
ktoś odwaŜył się osiedlić w odległości dwunastu kilometrów od jego farmy. Było mu za
ciasno.
Ubrała się w sukienkę, włoŜyła sandały i zeszła na dół. Dwóch męŜczyzn właśnie wnosiło
skrzynię do pokoju, w którym pracowała. Zdziwiło ją, Ŝe Tanner kazał wnieść przesyłkę
akurat tu, mając cały dom do dyspozycji.
W kuchni przygotowania do śniadania były juŜ prawie ukończone. Jeśli dalej będą tak
duŜo jeść, pomyślała, będzie musiała sobie sprawić kilka nowych sukienek.
Nakryła do stołu i zabrała się do smaŜenia jajecznicy. Słyszała niski głos Tannera, który
coś mówił do męŜczyzn ustawiających skrzynię.
W tym starym domu nad brzegiem oceanu czuła się teraz trochę jak kobieta-pirat.
Zanuciła starą marynarską pieśń, w której rum lał się strumieniami. Rum! Oto brakujący
element w jej kampanii uwodzicielskiej. Wino, kobieta i śpiew. Jak mogła o tym zapomnieć?
Tanner odprawił cięŜarówkę i wrócił do kuchni. Zastał Laurę stojącą na wysokim krześle
kuchennym. Szukała czegoś na górnych półkach szafy.
– Co tam robisz? – zapytał.
– Szukam rumu.
– Do śniadania? – był lekko zaskoczony.
– Nie piłeś nigdy herbaty z rumem na śniadanie?
– Chyba nie.
– No to spróbujesz. Raz się Ŝyje!
– Mam dla ciebie niespodziankę.
– Ja dla ciebie teŜ – zrobiła obiecującą minę.
– Czy chcesz ją zobaczyć teraz, czy po śniadaniu? – zapytał.
– Potem. Wszystko gotowe, więc zjedzmy.
Jak juŜ znajdą się w łóŜku, pomyślała, nie będą myśleć o jedzeniu. Przypatrywała mu się
skrycie. Wydawał się lekko... podniecony. MoŜe domyślał się jej planów? Widać było, Ŝe
chce skończyć jak najszybciej śniadanie, nie był zbyt rozmowny. Herbatę z rumem pochwalił
grzecznie, lecz bez większego entuzjazmu. Uśmiechała się do niego spod opuszczonych rzęs,
naśladując hollywoodzkie gwiazdy.
Tanner teŜ ją obserwował. Zachowywała się tak, jakby była lekko pijana. Zresztą nie ma
się czemu dziwić – to ta herbata. Zwariowany pomysł – rum na śniadanie! Jadł szybko i
trochę ją ponaglał. Był ciekawy, jak zareaguje na niespodziankę.
Laura chciała najpierw sprzątnąć kuchnię. Nie lubiła widoku stołu zastawionego
brudnymi naczyniami. Krzątała się sprawnie.
– Dog jest nakarmiony?
– JuŜ dawno, śpiochu.
– Nie uciekł?
– Nie, jest na ganku. Pilnuje szosy.
– Myślałam, Ŝe moŜe ten wczorajszy samochód...
– Samochód? Kiedy słyszałaś samochód?
– Gdy szykowałam się do snu.
– Osobowy czy cięŜarówka? – wyglądał na zaniepokojonego.
– Nie widziałam go, tylko słyszałam. Sądziłam, Ŝe to moŜe właściciel Doga przyjechał po
niego.
– Nie.
Myślał najwyraźniej o czymś innym. Podeszła do niego i obejmując go podniosła usta do
pocałunku:
– Dzień dobry.
– Jesteś pojętna. Bardzo mnie to cieszy – śmiał się z jej oburzenia. – Chodź – wziął ją za
rękę.
Zaprowadził ją do pokoju i zaczął rozpakowywać skrzynię. Najpierw wyciągnął olbrzymi
rulon papieru pakowego. Było go tyle, Ŝe wystarczyłby jej na rok. Potem rozpakował pędzle.
Piękne, z prawdziwego włosia, róŜnych rozmiarów, od cieniutkiego pędzelka poprzez
japoński pędzel kaligraficzny aŜ po olbrzymi pędzel do malowania liter na plakatach. Z
kuchni przyniósł słoiki z wodą. Była oszołomiona jego szczodrością. Nie była nawet w stanie
mu podziękować.
A ile farb! I atramentów! Z takim zapasem mogła otworzyć szkołę! Z kolejnych kartonów
zaczął wyciągać próbki materiałów, od najzgrzebniejszych aŜ po najdroŜsze, piękne jedwabie.
Laura śmiała się zachwycona.
– Jesteś zadowolona?
– Ach, Tanner... – łzy stanęły jej w oczach.
– Mogłabyś mi w takim razie podziękować, zamiast się mazgaić.
Rzuciła mu się w objęcia i pocałowała go bardzo słodko.
Letnia pogoda trwała kilka dni. Po wspólnym śniadaniu rozchodzili się do swoich zajęć.
Po lunchu szli na długi spacer nad morzem. Pies siedział na ganku albo biegał dookoła domu.
Zawsze towarzyszył im w popołudniowym spacerze, ale ciągle bacznie obserwował szosę.
Tanner codziennie wymyślał nowe okazje do pocałunków. Ona zaś zgadzała się chętnie, a
nawet z entuzjazmem, który go wręcz oszałamiał. Uśmiechnął się do siebie myśląc, Ŝe juŜ
niedługo będzie ją miał.
Laura nie pozostała mu dłuŜna. Była bardzo przebiegła w swych tajnych miłosnych
zakusach. Bardzo byli zajęci wzajemnym uwodzeniem się.
Laura była nieodrodną córką swojej matki, dobrej gospodyni, i potrafiła szyć. Na strychu
znalazła starą maszynę do szycia i z bogatych zasobów podarowanych jej przez Tannera
wybrała piękny, jasnofioletowy materiał. Uszyła sobie sukienkę. Miała to być specjalna
sukienka, ale wypadła niezbyt interesująco. Nie była wcale „sexy”. Niezadowolona, odrzuciła
ją na bok. Potrzebowała czegoś zupełnie niezwykłego.
Jeszcze raz przejrzała materiały i znalazła kawałek cieniutkiego jedwabiu. Był
jaskrawoczerwony. MęŜczyźni lubią czerwony kolor, pomyślała, i zabrała się ponownie do
roboty. Napracowała się solidnie. Śliski, cienki materiał nie był łatwy w szyciu. Ale efekt był
wspaniały. Wyglądała wprawdzie trochę ekstrawagancko, ale za to nie mogło być Ŝadnych
wątpliwości, co do jej stanu ducha. Była gotowa na wszystko.
Malutkie, perłowe kolczyki, które na ogół nosiła, niezbyt nadawały się do czerwonej
sukni. Przypomniała sobie o pudełku po cygarach, w którym znalazła sporo korali, kilka
bransoletek i duŜo róŜnych kolczyków. Wybrała dwa – jeden z długim sznurem sztucznych
brylantów, który niemal dotykał ramienia i drugi, trochę krótszy, z jakichś mieniących się
róŜowo-fioletowych kamieni. Obydwa pasowały do koloru sukienki. Były dość wyzywające.
Zastanawiała się, do kogo naleŜały? MoŜe były kiedyś własnością kobiety, której śmiech
usłyszała pierwszej nocy?
Miała więc idealną suknię i kolczyki. Wszystko było gotowe. Ale po dwóch dniach
ciągłego szycia była zmęczona i zła. Na domiar wszystkiego rozbolała ją głowa. Pogoda się
zepsuła. Nie był to więc odpowiedni moment na „występ”. Jeszcze ze zdenerwowania gotowa
na niego nakrzyczeć, a potem rozpłakać się ze skruchy.
Z bolącą głową zeszła do kuchni sprawdzić zawartość lodówki. Chyba z powodu
bliskości morza znalazła w niej duŜe ilości raków, krewetek i innych morskich przysmaków.
Były równieŜ gotowe dania oraz róŜne ciasta i pieczywa – ku jej radości, bo nie bardzo lubiła
gotować ani zbytnio nie celowała w tym zajęciu. Głód im w kaŜdym razie nie groził.
Na kolację postanowiła rozmrozić duŜą porcję gulaszu i chleb wiedeński. Po namyśle
dodała jeszcze placek ze śliwkami.
Tanner zdziwił się, znajdując kolację gotową.
– To miło z twojej strony.
– Sądzisz, Ŝe tylko ty potrafisz rozmraŜać róŜne pyszności?
– Jesteś moim gościem. To ja powinienem się tobą opiekować. Poza tym ciągle ślęczysz
nad swoimi projektami. Pracujesz za duŜo. Nie powinienem był tych wszystkich rzeczy
sprowadzać od razu, tylko po trochu. Co tydzień coś innego, i tak – przez całe lato.
– Nie mogę zostać tak długo – w jej głosie przebijała nutka Ŝalu.
– Zobaczymy.
Najwyraźniej uwaŜał, Ŝe ta kwestia jest jeszcze otwarta.
– Za miesiąc zjawi się tu cała twoja rodzina.
– Nie tak od razu. PrzyjeŜdŜają kolejno. Dopiero na święto czwartego lipca jest pełny
skład. Urządzamy wtedy wielki bal ze sztucznymi ogniami i smaŜeniem kiełbasek na plaŜy.
Jest zawsze bardzo wesoło. Z pewnością będziesz się dobrze bawiła. No i poznasz moją
rodzinę, której na pewno się spodobasz – mówiąc to, obserwował ją bacznie.
– My, w South Bend, teŜ obchodzimy czwartego lipca. Bardzo podobnie zresztą, choć bez
plaŜy.
– Czy ty się dobrze czujesz? – miał trochę zaniepokojoną minę.
– Świetnie – skłamała.
– Zobaczę, czy masz gorączkę – powiedział, kładąc swoją duŜą, ciepłą dłoń na jej czole.
Laura spąsowiała.
– Naprawdę czuję się dobrze. Jestem trochę zmęczona, to wszystko.
– Chyba jednak masz gorączkę. Oczy ci się strasznie świecą i masz rumieńce jak po
pięciokilometrowym biegu. Poszukam termometru.
Bolała ją głowa, to fakt. Ale nic jej nie dolegało oprócz narastającej namiętności. CzyŜby
sądził, Ŝe to rodzaj choroby?
– Mógłbyś mnie zawieźć do weterynarza – miało to zabrzmieć dowcipnie.
– Nie pozwoliłbym Henry’emu cię badać – powiedział to dość gwałtownie.
– A to dlaczego?
– Ja sam zmieniam się, jak jestem obok ciebie.
Ręce mi się wydłuŜają, zęby robią się spiczaste, staję się podobny do neandertalczyka...
– Naprawdę? Nigdy tego nie zauwaŜyłam. Skąd te zmiany?
– Nie widziałaś, jak Henry gapił się na ciebie, gdyśmy zawieźli Doga?
– Zachowywał się zupełnie normalnie. Był przyjazny.
– No widzisz..
– A co, miał być niegrzeczny?
– Nie, miał robić to, co do niego naleŜy – Tanner strzepnął termometr energicznie i
wsunął jej do ust.
– Ale ty... – usiłowała oponować.
– Bądź cicho.
Poddała się. Z termometrem w ustach czuła się jeszcze gorzej. MoŜe miała katar?
Oznaczałoby to kolejne kilkudniowe odroczenie jej miłosnych planów. Była stanowczo
poirytowana.
On natomiast wydawał się bardzo zadowolony.
– A moŜe ty udajesz chorą, by móc zostać jeszcze kilka dni? – zapytał z uśmiechem. –
Nie jest to pomysł zbyt oryginalny. Jeśli będziesz grzeczna, pozwolę ci zostać i bez tego.
– Nie wierzę – termometr niebezpiecznie wysunął jej się z ust.
– Cicho bądź.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Gorączki nie miała, ale Tanner nadal był zaniepokojony jej błyszczącymi oczami i
rumieńcami. Wpadła na pomysł, by go uspokoić.
– Naprawdę nic mi nie jest. Wezmę tylko witaminę C i aspirynę. Nie jestem
przyzwyczajona do morskiego powietrza. Pochodzę w końcu z prerii, jestem genetycznie
nieprzystosowana do oceanicznego klimatu. Potrzeba mi trochę czasu.
– Pójdziesz wcześnie spać. Nie sprowadzałbym tego wszystkiego dla ciebie, gdybym
wiedział, Ŝe tak się zmęczysz pracą.
– Ale to było wspaniałe! Jak pięciu Mikołajów! Tyle pięknych rzeczy! Ale, musiałeś na
to wydać strasznie duŜo pieniędzy. Ciągle o tym myślę... Pozwolisz, Ŝe co najmniej połowę ci
zwrócę.
– To są prezenty. śadna prawdziwa kurtyzana nie odwzajemnia się... pieniędzmi –
uśmiechnął się.
– Aha, więc są to prezenty kompromitujące. Jestem zgorszona! – Laura była znów w
lepszym humorze.
– Masz takie niewinne, niebieskie oczy. Ale chwilami, teraz na przykład lub wtedy, po tej
herbacie z rumem, wydają się... niezbadane. Moja matka nigdy nie wspominała mi o
kobietach takich jak ty. Mówiła tylko, Ŝe mam być dla kobiet dobry.
– A co mówił ojciec?
Tanner zmruŜył oczy i zacytował:
– „Nie odrzucaj niczego, zanim nie spróbujesz”. Sądzisz, Ŝe miał na myśli kobiety?
Zawsze uwaŜałem, Ŝe mówił o akcjach. Grał na giełdzie. Coś mi się wydaje, Ŝe ze mnie
zakpił.
– Oj, ty głuptasku!
– Rzeczywiście, zachowywałem się jak idiota – popatrzył na nią z ukosa. – To co,
wyleczymy twój ból głowy?
– Niestety. Jeśli mój puls choć odrobinę wzrośnie, to czuję, Ŝe głowa mi pęknie. Nie
wiem, czy byłby to ładny widok.
– Masz rację. Mógłbym się głupio poczuć – kiwał głową w udanej zadumie.
W tym momencie szosą przejechał samochód. Tanner nagle znikł, jakby się zapadł pod
ziemię. Po prostu rozpłynął się bez śladu. Laura wstała, rozglądając się uwaŜnie. Sprawdziła,
czy nie ma go w korytarzu i gabinecie. Ani Ŝywego ducha. Zaczęło jej się robić trochę
nieswojo. Wyobraźnia poszła w ruch. Co by było, pomyślała pół Ŝartem, gdyby w domu
naprawdę straszyło. Gdyby historia z rodziną była zmyślona, a Tanner okazał się jedynym jej
Ŝ
yjącym członkiem, który podstępem ściągnął tutaj...
Nagle wyrósł przed nią, jakby spod ziemi. Laura krzyknęła, zdając sobie równocześnie
sprawę z absurdalności swojego zachowania. Tym razem on się przestraszył.
– Lauro? Co ci jest?
– Czy to ty, Tanner?
– A kto? Co się z tobą dzieje? Widziałaś coś, co cię zaniepokoiło?
Więc było coś niepokojącego, sam się do tego przyznał.
– Jak to zrobiłeś?
– Ale co?
– No, po prostu zniknąłeś.
– Pobiegłem do frontowych drzwi, by zobaczyć, co to za samochód przejeŜdŜał.
– Ale zrobiłeś to tak nagle i bezszelestnie! Potrafisz fruwać?
Rozbawiony trafił w sedno jej obaw:
– Sądzisz, Ŝe w tym domu straszy, a ja jestem duchem?
– Tak naprawdę, to nie przeŜyłeś wypadku – podchwyciła momentalnie. – Ale nie
chciałeś opuścić tego świata, tego domostwa...
– Więc jestem wampirem.
– To chyba niemoŜliwe. W końcu wychodzisz na słońce, czyli to odpada. Ale powaŜnie
mówiąc, jak ci się udało zniknąć tak nieoczekiwanie?
Odsunął ją lekko i przebiegł obok niej. Po chwili wypadł i pobiegł do drzwi frontowych.
Cały ten manewr wykonał po cichu. Poszła za nim.
Stali tuŜ obok siebie, czując ciepło własnych ciał.
– Sądziłam, Ŝe nie moŜesz biegać.
– Wcale nie biegłem, tylko się trochę spieszyłem.
– Czy ty naprawdę istniejesz? – zapytała.
– Do bólu. Obserwował ją uwaŜnie.
– Słyszałeś kiedyś o tym Angliku, który dwieście lub trzysta lat temu załoŜył się, Ŝe
przebiegnie z jednego miasta do drugiego? Ludzie robili zakłady, czy mu się uda.
Towarzyszyły mu bryczki naładowane gapiami, którzy pilnowali, Ŝeby nie było Ŝadnego
oszustwa.
W pewnym momencie potknął się na równej drodze i przepadł zupełnie jak ty. Nigdy go
nie odnaleźli.
– Myślałaś, Ŝe mnie juŜ nie ma?
– Przestraszyłam się.
– Gdybym miał zniknąć, wziąłbym cię ze sobą – oplótł jej ramiona w silnym uścisku. –
Twoja pora nadeszła, Lauro Fullerton. Bądź męŜna.
Głos miał bardzo niski.
– Tanner...
Pocałował ją, mocno, namiętnie. Potem złapał ją w pasie zdrowym, prawym ramieniem i
przerzucił ją sobie przez biodro. Niósł ją tak, ale juŜ po kilku krokach zaczął kuleć.
– Puść mnie. Nie dasz rady. Jestem za cięŜka – Laura krztusiła się ze śmiechu.
– Dam radę.
Szło mu nie najlepiej.
– Nie bądź uparty.
– Jestem sentymentalny. Chcę, byś zawsze pamiętała nasz pierwszy raz jako wyjątkowo
romantyczny.
– Czy będziesz usiłował wdrapać się po schodach?
– zapytała z obawą.
– Jeśli naprawdę wolisz na górze... – zawahał się.
– Nie, nie, nie! Czy w ogóle musimy gdziekolwiek iść? W salonie jest piękny, puszysty
dywan.
– Nie chciałbym, by nasze wnuki plotkowały o tym, Ŝe byliśmy tak spragnieni, Ŝe nie
dotarliśmy nawet do łóŜka, jak Pan Bóg przykazał.
– Wnuki?
– Mam zamiar się z tobą oŜenić, Scarlett, kochanie. Nie mogę liczyć na to, Ŝe cię złapię
między jednym męŜem a drugim. Jeden z nich mógłby przeŜyć.
– Jestem rozwódką – zaoponowała Laura przytomnie. – I dlaczego Scarlett? Nie powiesz
mi chyba, Ŝe czytałeś „Przeminęło z wiatrem”?
Zatrzymał się, niby to rozmyślając, a naprawdę, by złapać powietrze.
– „Przeminęło z wiatrem”? AleŜ oczywiście, Ŝe czytałem! Wszystkie kobiety wariują na
punkcie Retta, więc postanowiłem przeczytać te tysiące stron, aby zrozumieć, czym je tak
zniewala. Wywnioskowałem jedynie, Ŝe usiłuje bez przerwy zaciągnąć Scarlett do łóŜka.
Sądzę, Ŝe mnie by to lepiej poszło.
– Masz rację. Zawsze chciałam się z tobą kochać – powiedziała to niezbyt wyraźnie, bo
ciągle znajdowała się w bardzo niewygodnej pozycji, przewieszona przez jego biodro.
– Mogłaś szepnąć choć słówko.
– Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy mnie pocałowałeś... na moim weselu.
– Trochę późno.
– Myślałam o tobie często.
– Ja teŜ.
– Powinieneś mnie puścić – nalegała. – Nie jesteś jeszcze w pełni zdrów. To za duŜy
wysiłek dla ciebie.
– To nie wysiłek, tylko bliskość twojego ciała i świadomość, Ŝe niedługo będziemy się
kochali powoduje u mnie lekką sapkę. Poza tym, zdaje się, Ŝe trochę przytyłaś...
– Absolutnie nie! – była oburzona.
Oparł się ramieniem o ścianę, ale wciąŜ ją trzymał.
– Masz najpiękniejsze biodra na świecie.
– Nawet nie spojrzałeś na moje biodra. Obserwowałam cię.
– Przestudiowałem cię od stóp do głowy. Twoje biodra znam jak własną kieszeń, jeśli
pozwolisz, Ŝe posłuŜę się tym banalnym porównaniem.
– Tanner, puść mnie!
– Uraziłem cię? Większość kobiet nie miałaby nic...
– Nie mogę dłuŜej czekać.
– Tu, na podłodze? Oj, Scarlett, Scarlett. Co nasze wnuki powiedzą?
Puścił ją wreszcie. DrŜał cały i gdy ją całował, łapał z trudnością powietrze.
– Widzisz? Jesteś wycieńczony! Nie będziesz nawet miał na tyle siły, by...
– Nic się nie martw.
– Nie chcę, byś nadweręŜał zdrowie tylko po to, by mi zrobić przyjemność.
Roześmiał się z dziecięcą radością.
– Nie bój się, słoneczko, czuję się świetnie. No, prawie świetnie. Za chwilę poczuję się
wspaniale. Pocałuj mnie.
Była jednak powaŜnie zaniepokojona.
– Trzęsiesz się jak w febrze.
– To nie ze zmęczenia. To dlatego, Ŝe ciebie pragnę – głos miał trochę ochrypły, ale
mówił z lekkim rozbawieniem.
– Naprawdę? Tom nigdy... Nie wiedziałam. Myślałam, Ŝe... Och, Tanner.
– Bardzo lubię takie sukienki. Chodź do mnie, kochanie.
Sukienka była zapinana od góry do dołu. Rozpinając ją Tanner wciągnął gwałtownie
powietrze. Ogarnął jej nagie ciało palącym spojrzeniem. Suknia zsunęła się z ramion i opadła
na ziemię.
– Niech i ja ci pomogę – Laura wyciągnęła ręce. Odsunął się. Pamiętał o tym, Ŝe jeszcze
wciąŜ nie widziała blizn na nogach.
– Chodźmy tu, gdzie ciemniej – powiedział szybko. – UwaŜaj na moje lewe udo. Poza
tym wszystko będzie w porządku.
– Kocham cię.
– Wyjdź za mnie.
– Porozmawiamy później.
– Lauro, ja...
– Pocałuj mnie...
– Musimy...
Zamknęła mu usta pocałunkiem. Pomogła mu rozpiąć pasek spodni, zaskakując jego nie
mniej niŜ siebie. Uklękła, by pomóc mu je zdjąć i nagle zobaczyła głębokie blizny, które
wyglądały jak najczarniejsze cienie na tle białej skóry. Prawie ich nie dotykając przejechała
ręką po jego nodze, coraz wyŜej.
– Jaki jesteś piękny.
Serce Tannera zabiło gwałtownie, gdy ujrzał ją klęczącą przed nim, milimetr po
milimetrze odkrywającą sekrety jego ciała.
– Lauro – wyszeptał.
Przedtem nie myślał o tym, Ŝe nawet najbardziej miękki dywan moŜe mu sprawić ból.
Biorąc go za rękę zaprowadziła do łóŜka, kładąc się tak, by mógł się obrócić na zdrowy,
prawy bok.
Było to jak wspaniała podróŜ. Odkrywali nie znane im dotąd krainy wspaniałych przeŜyć.
Całowali się tak, jak gdyby chcieli się pochłonąć nawzajem. Palił się w nich wewnętrzny
płomień. Twarz Laury była mokra od łez. Nareszcie leŜał w jej ramionach.
Zamierzał być ostroŜny i łagodny, ale nagła fala namiętności uniosła go wciągając i ją i
odebrała im resztki kontroli. Jak na szalejącym morzu poddali się całkowicie Ŝywiołowi,
trzymając się siebie kurczowo, czekali, aŜ wyrzuci ich na jakiś nowy ląd jeszcze nigdy nie
doznanych uczuć i nie zaznanej rozkoszy.
Po jakimś czasie zaspokojeni leŜeli obok siebie w ciemności. Nie ruszali się, ale powoli
zwrócili do siebie z uśmiechem. I znów minęło trochę czasu, zanim byli w stanie wziąć się za
ręce. Przez długi czas nic nie mówili.
– Nie śniło mi się, Ŝe tak moŜe być – szepnął Tanner.
– Myślałam, Ŝe jestem pod wpływem niebezpiecznego narkotyku, od którego człowiek
się uzaleŜnia.
– Nie wiem dokładnie co to jest, ale z tym uzaleŜnieniem to pewne. Pragnę, ciągle
pragnę.
– śartujesz – zaprotestowała. – JuŜ teraz?
– No, nie w tej chwili!
– Poczekajmy. Mamy czas.
– Jesteś moją drugą połową – stwierdził.
– TeŜ miałam takie wraŜenie.
– Nie. Mam na myśli, Ŝe powinniśmy być razem.
– Jesteś nadzwyczajny – mówiła szeptem. – Było to przeŜycie trochę niesamowite. Jak
przejście do innego wymiaru.
– A ty jesteś tak słodka i ciepła, i bardzo kobieca. Nie spodziewałem się, Ŝe będziesz przy
tym tak... namiętna. Jestem zaskoczony. Chciałbym mieć tyle energii, by zaraz sprawdzić, czy
to wszystko jawa czy sen.
– Poczekaj chwilę.
Leniwie podniósł się na łokciu, aby się jej lepiej przyjrzeć. Uśmiechnął się patrząc jej
głęboko w oczy i pocałował nabrzmiałe usta.
– Mam wraŜenie, Ŝe sprawiłaś duŜą radość jakiemuś wyjątkowo niewyŜytemu facetowi.
– To dziwne.
Oczy jej błyszczały gorączkowo, ale powieki opadały ze zmęczenia.
– MoŜna wiedzieć, kim jest ten szczęściarz?
– To taki przystojny nieznajomy, który ma to do siebie, Ŝe znika i pojawia się znienacka.
– Co z bólem głowy? – odgarnął jej włosy z czoła.
– Nie mam pojęcia. Rozpływam się w jakimś niesamowitym świecie kształtów i barw.
Coś ty ze mną zrobił?
– To była mała dawka słynnego specyfiku Tannera Morana przeciwko bólom głowy. Jeśli
jest pani zadowolona, muszę zaŜądać zapłaty.
– Jakiej zapłaty?
Ocierała się głową o jego pierś i dotyk jej jedwabistych włosów nawet teraz go podniecał.
– JuŜ ja coś wymyślę.
– Ale nie teraz.
Zaśmiał się cicho i połoŜył z powrotem na wznak, wciąŜ trzymając ją za rękę.
– Spociłaś się. Prześcieradła są aŜ mokre.
– Nie pocę się nigdy.
– Ja teŜ nie. Zawsze jestem chłodny i panuję nad kaŜdą sytuacją.
– Doprawdy?
– No, moŜe dzisiaj wyjątkowo byłem trochę podniecony.
– Tylko trochę?
– Jesteś cudowna.
– Ty teŜ.
– Ale nie tak jak ty.
Przekomarzali się przez chwilę o to, kto jest wspanialszy, piękniejszy i bardziej kochany.
Chcąc uzgodnić, które z nich jest bardziej namiętne, musieli w końcu składać dowody
miłości. Kochali się raz jeszcze, duŜo spokojniej, ale równie gorąco. Zasnęli uśmiechając się
do siebie.
ś
adne z nich nie słyszało samochodu, który w nocy przejechał koło domu. Ale Dog
czuwał.
Laurę obudził śpiew ptaków. Tanner juŜ nie spał. Oparty na łokciu, przyglądał się jej.
Nogi ich były splecione, jego ręka delikatnie gładziła jej brzuch. Uśmiechnął się do niej, a
Laura odpowiedziała mu radośnie.
– Sądzisz, Ŝe budzenie się w moim łóŜku jest sprawą zabawną? Jak ci opowiem, co tu
wczoraj ze mną wyprawiałaś, to dopiero będziesz się śmiała.
Ale ją ogarniała coraz większa wesołość. W końcu poinformowała go:
– Na górze w mojej szafie jest sukienka z czerwonego, bardzo lekkiego jedwabiu, który
opływa ciało jak druga skóra. Uszyłam tę sukienkę po to, by cię dzisiaj wieczorem uwieść. A
w zamraŜalniku są róŜne smakołyki, którymi chciałam cię wprawić w dobry humor, Ŝebyś był
skłonny poddać się moim Ŝądzom.
– Zdaje się, Ŝe wyprzedziłem bieg wypadków.
– Niestety.
– A więc wymaŜę wczorajszy wieczór ze swojej świadomości – śmiał się, zdając sobie
sprawę z niewykonalności tej obietnicy. – Będę udawał, Ŝe wykreśliłem go z pamięci, a ty
będziesz mnie uwodzić według swojego planu. Zgoda?
– No nie, tak nie moŜna – zaoponowała. – A gdzie element zaskoczenia? Chyba po prostu
o całym moim przebiegłym planie zapomnę.
– Nie! Nie rób tego! Chcę, Ŝebyś mnie dziś wieczorem zaskoczyła prawdziwym,
wyrachowanym uwodzeniem. Będę potulny jak baranek.
– Ale przecieŜ chodzi o to właśnie, byś nie był potulny – pouczyła go, udając pierwszą
naiwną.
– Aaa... nie wiedziałem o tym.
– Z pewnością jedną z najtrudniejszych ról w Ŝyciu kobiety jest uczenie miłości
męŜczyzny, któremu brak doświadczenia – westchnęła.
– To znaczy, Ŝe muszę jeszcze pobierać nauki? – zapytał ze sztuczną troską. Wiedział, Ŝe
był dobry.
– Masz jeszcze braki, ale są to subtelne niuanse. Z czasem dzięki mojej cierpliwości na
pewno dojdziesz do całkiem zadowalającego poziomu.
Obrzuciła go dość wyzywającym spojrzeniem.
Pocałował ją w sposób bardzo wyrachowany. Powoli stawał się coraz bardziej
natarczywy, język wsunął między jej wargi i poszukał języka. Dłonie gorączkowo gładziły jej
brzuch. Pochylił głowę i całował jej nabrzmiałe piersi. Oddsch Laury stawał się coraz bardziej
urywany.
Jego oddech teŜ juŜ nie był spokojny, mięśnie mu stwardniały, ręce stały się bardziej
natarczywe, podczas gdy wargi pieszczotliwymi ukąszeniami znaczyły jej szyję.
Z ust Laury zaczęły wydobywać się gardłowe pomruki, a ciało wiło się w oczekiwaniu.
– Jak sobie daję radę?
– Całkiem dobrze. Ale zapominasz o... moich udach. Po dłuŜszej chwili zapytał
niewyraźnym głosem:
– Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałem?
– Nie sprawdziłeś jeszcze, czy wszystkie części do siebie pasują.
– Ach tak – zmienił pozycję ich ciał.
– O taak!
Później, ubierając się, oznajmiła, Ŝe jeśli znajdzie chwilę czasu tego wieczoru, to moŜe
jednak poprzedni plan da się przeprowadzić.
Tanner okazał zainteresowanie.
– W końcu kaŜdemu coś moŜe się udać, ale tylko raz lub dwa. Musimy się upewnić, czy
osiągnąłeś wystarczający poziom w kaŜdych warunkach. Bez tego nie przysługuje ci
ś
wiadectwo dojrzałości.
– Oczywiście.
– Proponuję, byś się trochę przespał po południu oraz posilił ostrygami, oliwkami i...
– Oczywiście!
– Więcej nic nie masz do powiedzenia?
– Oniemiałem. Jestem kompletnie wytrącony z równowagi. W końcu dla takiego
niewinnego chłopca ze wsi, jak ja, zetknięcie z chłodną, wyrachowaną, światową kobietą jest
twardym orzechem do zgryzienia. Muszę ochłonąć.
– Bądź dzielny.
– Łatwo ci mówić – pocałował ją bardzo łagodnie. – Chwała Bogu, nie czekają mnie dziś
Ŝ
adne wyczerpujące zajęcia, jak zakupy czy podlewanie kwiatków w ogrodzie.
Zaśmiała się.
W południe Laura zadzwoniła do biura. Telefon odebrała Jeanine.
– Słuchaj, Perry dzwonił z Columbii. Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, Ŝe Ŝona jego
współpracownika chce się sama zająć urządzaniem tych domków. Powiedziała, Ŝe „będzie to
dobra zabawa”. Pełny profesjonalizm. Nie ma rady. Czy chcesz, bym ci przysłała pocztę?
– Dziękuję. Przyślij ją na poste restante, Myrtle Beach, Południowa Karolina.
– Poza tym powinnaś zatelefonować do matki. Wczoraj zostawiła dla ciebie wiadomość.
– Bądź tak miła i zadzwoń w moim imieniu. Powiedz, Ŝe kontrakt w Columbii przepadł i
Ŝ
e niedługo dam o sobie znać. Dzięki, Jeanine, zadzwonię jutro. Cześć.
Gdy Laura odłoŜyła słuchawkę, Tanner zapytał.
– Dlaczego poste restante?
– Łatwo zapamiętać. Poza tym zauwaŜyłam, Ŝe nie dostajesz tu poczty, więc myślałam,
Ŝ
e masz ku temu swoje powody.
– Poczta tu nie przychodzi, bo nigdy w jednym miejscu długo nie przebywam – tłumaczył
Tanner. – Do pracy potrzebny jest mi tylko komputer i instalacja telefoniczna Jak kończę w
jednym miejscu, ładuję wszystko do samochodu, jadę gdzie indziej i podaję nowy numer do
ewentualnych kontaktów.
– Cygański Ŝywot.
– Taka praca.
– Cieszysz się chwilą – uśmiechnęła się.
– I nadzieją na dzisiejszy wieczór.
– Chyba teŜ powinnam się trochę przespać – Laurę ogarniała coraz większa senność.
– Jesteś zmęczona, królewno? – otoczył ją ramieniem. – Chodź, wyjdźmy trochę na
ganek. Będziesz lepiej spała.
Na ganku wciąŜ siedział Dog i obserwował szosę.
Obrócił się tylko na chwilę, gdy podeszli. Zmienili mu wodę i dołoŜyli trochę jedzenia do
miski. Laura wytrzepała i złoŜyła jego koc. Pochyliła się nawet, by do niego zagadać. Pies
przypatrywał jej się uwaŜnie.
Wyprostowała się, biorąc Tannera za rękę. Stali tak razem, patrząc na drogę, plaŜę i
niespokojny Atlantyk. Niebo było pochmurne i nisko zawieszone, wiał wilgotny,
nieprzyjemny wiatr. Zapowiadało to falę zimnych deszczów, które miały opóźnić przyjście
lata.
Usiedli razem na bujanym ogrodowym fotelu, na ganku. Przyciągnął ją do siebie. Plecami
oparła się o niego. Milczeli.
– MoŜe to i dobrze, Ŝe ten projekt Perry’ego nie wypalił – powiedziała Laura. – Od
dwóch dni nic nie zrobiłam...
– PrzecieŜ kochaliśmy się dopiero wczorajszej nocy! Dzisiaj jest pierwszy dzień, który
marnujemy...
– Zmarnowany dzień? – zaśmiała się gardłowo. A ja spędziłam dwa dni na szyciu
sukienek jak opętana i na planowaniu upojnego wieczoru.
– To czas poŜytecznie spędzony.
– Ale oczy mi się kleją.
– No to chodźmy do łóŜka – zaproponował perfidnie.
– Nie ma mowy!
– Nie bój się, nie mam zamiaru zniweczyć twoich planów. Idź na górę, Ŝmijo, i czyń
dalsze przygotowania do sławetnego wieczoru.
Ociągając się poszła na górę.
Przeszukała szafę i znalazła kilka marynarskich bluzek z długimi rękawami i parę spodni
na elastycznej gumce. W szafie z bielizną pościelową odkryła drugą kołdrę. Stara, ręcznie
robiona, mozolnie zszyta z róŜnych skrawków materiału. Była piękna. Właściwie, pomyślała,
powinna wisieć na ścianie, jak dzieło sztuki. Zaniosła ją jednak do swojego pokoju i
rozebrawszy się do naga, nakryła się nią i zwinęła w kłębek.
Myśli Laury momentalnie wróciły do Tannera. Czym róŜnił się od innych męŜczyzn?
Pamiętała czasy swojego małŜeństwa z Tomem i pytanie, które ją wtedy stale prześladowało:
„Czy to wszystko, co Ŝycie ma mi do zaofiarowania?” Miała wówczas wciąŜ wraŜenie, Ŝe to,
co waŜne, umyka jej, Ŝe czegoś jej brakuje.
Z Tomem nigdy nie Ŝartowała tak jak z Tannerem. I nie było między nimi tej zapierającej
dech w piersiach namiętności. Ale dlaczego z Tannerem było tak całkiem inaczej? Dlaczego
akurat Tanner potrafił ją tak rozbudzić?
Pragnął się z nią związać, ale na jak długo? Wspominał o wnukach.
LeŜąc w zaciemnionym pokoju, zastanawiała się, czego sama pragnie i czy to dobrze, Ŝe
jest z Tannerem całkowicie szczera. ZauwaŜyła, Ŝe znajdował się na jakimś rozdroŜu w
swoim Ŝyciu. Czy naprawdę chciał, by z nim została?
Musieli o tym wszystkim porozmawiać.
Gdy w samolocie Peter wymówił jego imię i gdy dowiedziała się o wypadku, opuścił ją
zdrowy rozsądek. Przyjazd do Myrtle Beach, do męŜczyzny, którego przecieŜ wcale nie
znała, nie był absolutnie w jej stylu. Zresztą nie tylko przyjazd, ale i decyzja pozostania.
Nawet się nie zawahała. MoŜe kierował nią instynkt? A moŜe zwykły seks? I skąd te nagłe
wątpliwości, w chwili gdy juŜ wiedziała, jak cudowna mogła być miłość z Tannerem?
Czy chce ponownie wyjść za mąŜ, zakosztowawszy w ciągu ostatnich lat niezaleŜności?
Podjęcie decyzji o rozwodzie z Tomem przyszło jej cięŜko. Dziwiła się swojej odwadze.
Ale nie mogła z nim dalej Ŝyć. Tom był uraŜony rozwodem, rozgoryczony. Zemścił się, jak
potrafił.
Nie Ŝałowała pieniędzy i poniosła wszystkie koszty. Wolność na pewno była tego warta.
Pomimo wielu starań nigdy nie czuła się z Tomem swobodnie. Nie zŜyli się ze sobą, nie stali
przyjaciółmi. NajwyŜej znajomymi. Tom nigdy jej nie zadowolił. Nie przeŜyła dotąd czegoś
tak wstrząsającego, jak wczorajszej nocy.
Czy jej zachowanie wynikało z tego, Ŝe teraz jest bardziej dojrzała? A moŜe to wiek? W
końcu przekroczyła juŜ trzydziestkę. Jeśli chciała mieć dzieci, musiała i o tym pomyśleć.
Kochała go, tego jednego była pewna. Chciała, Ŝeby był szczęśliwy. Ale czy miała
ryzykować kolejne małŜeństwo? MoŜe lepiej było po prostu Ŝyć z Tannerem, zachować swoją
niezaleŜność i poczekać, aŜ minie ten pierwszy okres wzajemnej fascynacji?
Na te pytania nie była w stanie sobie odpowiedzieć. Stanowczo musieli się rozmówić.
Ale to nie perspektywa rozmowy wywołała słodki uśmiech, gdy zasypiała, lecz myśl o
Tannerze, jej wielkiej miłości.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Rano, po obudzeniu się, Laura wzięła kąpiel. Nagie ciało natarła lekko perfumami Chanel
Nr 5, paznokcie u rąk i nóg pomalowała na jaskrawy, czerwony kolor. WłoŜyła malutkie
koronkowe majteczki i cudownie prowokującą, czerwoną, jedwabną sukienkę. Podkreśliła
dość mocno oczy i pomalowała usta czerwoną szminką. Błyszczące włosy opadały jej na
ramiona, w uszach mieniły się długie, trochę tandetne, ale bardzo efektowne kolczyki. Nie
miała odpowiednich butów. Postanowiła więc pójść boso. Była gotowa.
Stare schody skrzypiały pod jej stopami, zapowiadając jej przyjście i Tanner juŜ na nią
czekał.
I on się wystroił. Był w garniturze i... w muszce. Zwichrzone włosy niezbyt dały się
ułoŜyć, ale jego wysiłki w tym kierunku były widoczne Więc tak wyglądała próba
wystylizowania się na niewinnego chłopaka ze wsi? Laura roześmiała się głośno.
Nie zareagował. Stał powaŜny i nie odrywał od niej oczu ani na chwilę. Rozkoszując się
jego zdumionym wzrokiem, Laura schodziła po schodach bardzo powoli, podkreślając kaŜdy
ruch.
– Niech mnie bogi mają w opiece! Roześmiała się zachwycona jego reakcją.
– Czy to właśnie jest to cudo, które szyłaś dla mnie przez dwa dni?
– Tak.
– Poddaję się.
Popatrzyła na niego, groźnie marszcząc brwi.
– To naprawdę irytujące. Udowodnij, Ŝe jesteś męŜczyzną.
Sięgnął do muszki, wciąŜ w nią wpatrzony, i nagle zaczął się rozbierać.
– Przestań! Miałam na myśli, Ŝe powinieneś okazać trochę więcej charakteru!
– Wszystko z powodu tej sukienki. Bose nogi teŜ swoje robią. Kombinacja tych dwóch
rzeczy ma takie erotyczne działanie, jakiego w Ŝyciu nie doświadczyłem! Wyglądasz na
rozpustnicę!
W jego niebieskich oczach zapaliły się iskierki. Gdy znalazła się na ostatnim stopniu,
podbiegł i wyciągnął do niej ramiona. Ich usta były prawie na równym poziomie.
– Całą szminkę mi zmaŜesz! – usiłowała się uwolnić. Ale szminka nie przeszkodziła mu,
zmazał ją gruntownie. Wydawał przy tym niskie, gardłowe dźwięki. Gdy w końcu ją puścił,
obejrzał raz jeszcze od stóp do głowy.
Laura ruszyła w stronę kuchni. ZauwaŜyła, Ŝe spogląda na nią, więc przystanęła i rzuciła
mu zalotne spojrzenie przez ramię. Tanner oparł się o ścianę, przesadnym gestem złapał za
głowę, rozśmieszając ją znowu.
Przypomniał się jej kobiecy śmiech, który usłyszała pierwszej nocy. Miała dziwne
wraŜenie, Ŝe teraz zaśmiała się podobnie. Gdy przyszedł za nią do kuchni, zapytała:
– Czy w pierwszą noc mojego tutaj pobytu była w domu jakaś kobieta?
– Dlaczego pytasz?
Zastanowiło ją, Ŝe nie zaprzeczył.
– Wydawało mi się, Ŝe słyszałam śmiech.
– Taki przyjemny, trochę rozpustny. Obróciła się zdziwiona.
– To znaczy, Ŝe błąka się tu jakiś kobiecy duch?
– Nie wiem dokładnie, kto to jest, albo raczej był. Inaczej niŜ śmiechem nie objawia
swojej obecności. U męŜczyzn ten śmiech wywołuje podniecenie, u kobiet raczej irytację.
Wczoraj śmiałaś się bardzo podobnie.
– Nie przypominam sobie, bym miała duŜo czasu na śmiech.
– Teraz zresztą, schodząc po schodach, teŜ tak się śmiałaś. Zrozumiałem, Ŝe kaŜdy opór z
mojej strony jest bezsensowny. Taki śmiech kaŜdego męŜczyznę moŜe pozbawić opanowania.
Nie wiem, czy zdąŜymy zjeść kolację.
– Wiesz przecieŜ, Ŝe to ma nie być kolacja, tylko eleganckie śniadanie.
Otworzyła lodówkę. Stały tam teŜ miseczki, obłoŜone lodem, z róŜowymi krewetkami, w
głębi zauwaŜyła zrobiony specjalnie do nich sos.
– Przygotowałeś przystawkę!
– Nie mogłem usiedzieć w miejscu – zwilŜył usta językiem.
Spojrzała na niego spod na wpół przymkniętych powiek i parodiując namiętny gardłowy
głos wyszeptała:
– Coś takiego pozbawia mnie resztek rozumu. Podszedł do niej bliŜej. Widać było, Ŝe jest
napięty jak sprinter przed startem.
– Za bardzo się wiercisz – powiedział ostrzegawczym tonem.
– To wina sukienki.
Zachwyconym wzrokiem obejmował jej postać, odczuwał przemoŜną chęć dotknięcia jej.
Objął ją i przyciągnął blisko do siebie.
Niewinnie podniosła na niego oczy:
– Kto tu właściwie kogo uwodzi, hmm?
– Wcale cię nie uwodzę! Staram się być czuły i przyjacielski!
– Nawet za bardzo. Masz się zachowywać grzecznie, ale z dystansem. MoŜesz mi
pomagać przy nakrywaniu do stołu, a przede wszystkim nie powinieneś niczego się
spodziewać. Przyznasz, Ŝe nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem.
– śartujesz sobie ze mnie! To tylko dzięki Ŝelaznej woli nie rzuciłem się na ciebie juŜ na
schodach!
Demonstrując swoje oburzenie, nabrał głęboko powietrza, podczas gdy ona podała mu
półmisek.
– Postaw to, proszę, na stole.
– Hmm? – nie bardzo kojarzył.
– Mówię przecieŜ – westchnęła. – Nie jesteś Ŝadnym przeciwnikiem.
– Aha, więc przeciwnika ci się zachciało? No to, droga moja pani, i nie mówię tego
bynajmniej ironicznie, będę usiłował cię usatysfakcjonować.
Wyniósł półmisek do pokoju i więcej nie wrócił.
Czekała jeszcze chwilę, ale nie pojawił się. Zaniosła więc talerzyki z przystawką do
jadalni. Tanner siedział na swoim miejscu, z rękami grzecznie złoŜonymi przed sobą. Na jej
widok wstał i podsunął jej krzesło, po czym ponownie usiadł. RozłoŜył serwetkę na kolanach
mówiąc:
– Świnie w tym roku bardzo udane. Pełno małych prosiaczków i tucznych, zdrowych
ś
winiaków. Będzie dobry rok.
Laura zrozumiała, Ŝe zaczęła się gra i powinna uzbroić się w cierpliwość.
– Pole jednak bardzo zachwaszczone. Huk roboty przede mną. Gdy się czegoś na czas nie
zrobi, to później trzeba cierpieć.
Postanowiła się zrewanŜować:
– Słyszałam, Ŝe istnieje nowa, bardziej nowoczesna metoda uprawy ziemi. Nie orze się, a
tylko sieje. Robi się po prostu dziury w zarośniętym polu i sypie ziarno.
– Ale te baby dziś rezolutne! Co jedna, to mądrzejsza. Lepiej było za czasów, gdy nie
umiały czytać i pisać.
Oczy Laury mimo woli błysnęły.
– A jak tam, gospodarzu, u was z koszeniem i młóceniem?
– Nie najgorzej. A wy, gospodyni, potraficie studnię wyczyścić? I strzechę naprawić?
Laura nie wytrzymała:
– Słuchaj! Nie chodziło mi o rywalizację na tym polu. Nie o siłę mych mięśni, lecz o
moją kobiecość.
– Aha.
Tanner zasępił się. Potem napił się łyk wina, odetchnął głęboko i zapytał:
– To co, stary, jak sądzisz, czy w tym roku szczęście będzie dopisywało Chicagowskim
Niedźwiedziom?
– Kibicuję Czerwonym Skarpetom z Bostonu. To u nas rodzinne.
Zaskoczyło go to.
– Na miłość boską, dlaczego? Nie potrafią rzucić piłki, a złapać ją udaje im się tylko za
pomocą kosza na śmieci i na domiar złego biegają jak kaczki. Kompletne dno.
OdłoŜyła widelec.
– Z kibiców Czerwonych Skarpet się nie Ŝartuje – poinformowała go surowo.
– To coś nowego. A piwo lubisz?
– Nie znoszę nawet zapachu. Skinął głową ze zrozumieniem.
– Zresztą – ciągnęła Laura – jest to smak, do którego trzeba się przyzwyczaić.
– Zupełnie tak, jak do smaku ostryg i oliwek – podchwycił. – A na nartach jeździsz?
– Tak, zdarza mi się, ale nie moŜna powiedzieć, Ŝe jestem wielką narciarką. Brak mi
wprawy. Dlatego teŜ nigdy nie lubiłam sportów zespołowych. Bałam się, Ŝe przeszkadzam
innym.
– Znam dziedzinę, w której okazałaś się bardzo dobrą partnerką.
– Sza!
Wyraźnie traciła cierpliwość.
– Grę naleŜy prowadzić powoli, stopniowo i dyskretnie.
– Rozumiem.
– Powiedz, czym ty się właściwie zajmujesz? Dlaczego odgłos przejeŜdŜającego
samochodu powoduje, Ŝe znikasz i pojawiasz się w sposób bardzo tajemniczy?
SpowaŜniał.
– W Ŝyciu trzeba być czujnym. Trochę mnie zaalarmowało to, Ŝe słyszałaś najpierw jeden
samochód, a potem drugi. Zadzwoniłem do mojego szefa, aby dowiedzieć się, czy któryś z
naszych „klientów” nie knuje przypadkiem zemsty. Sprawdzają. Dog nie reaguje na
samochód, więc nie moŜe to być jego właściciel. Na wszelki wypadek prosiłem Milo,
tutejszego szeryfa, Ŝeby miał oczy otwarte.
– Istnieje więc niebezpieczeństwo? Ktoś czegoś od ciebie chce? – Laura wyprostowała
się, gotowa stanąć w jego obronie.
Reakcja ta zachwyciła Tannera.
– Niebezpieczeństwa na razie nie ma. Ale trzeba uwaŜać. Prawdopodobnie ktoś po prostu
zwiedza okolice. Niedługo się wszystkiego dowiemy.
– Mówiąc to masz na myśli tych, którzy zostali przyłapani na gorącym uczynku i teraz
chcą się zemścić? – zapytała ostroŜnie.
– Nie moŜna tego wykluczyć.
– Ale na czym dokładnie polega twoja praca? Mówiłeś, Ŝe masz coś wspólnego ze
ś
ciganiem przestępstw gospodarczych.
– To dość skomplikowane. Coraz rzadziej angaŜuję się fizycznie, a juŜ szczególnie od
chwili wypadku. Brak mi tej sprawności co dawniej. Moja praca polega teraz głównie na
kontrolowaniu baz wszystkich danych wielkich sieci komputerowych. Zajmuję się ściganiem
tak zwanych włamywaczy komputerowych. Poszukuję więc tych, którzy posługują się
komputerami do celów nielegalnych. Usiłuję znaleźć ślady ich działalności... – zawahał się,
jakby szukał odpowiednich słów – w plikach róŜnych baz danych... Muszę posługiwać się
terminami fachowymi, bo inaczej nie umiem ci wyjaśnić tego, co robię.
Jest wiele powodów, dla których niepowołani ludzie chcą mieć wgląd w tak zwane pliki
komputerowe. Mogą się w ten sposób dowiedzieć, gdzie i kto inwestuje, w jakiej dziedzinie,
kto sprzedaje, a kto kupuje akcje, i jakie akcje. Mogą się dostać nawet do plików bardzo
osobistych danych. Sprawdzamy to wszystko skrupulatnie. Kontrolujemy teŜ sieci bankowe,
aby nie dopuścić do prania brudnych pieniędzy.
Jak widzisz, moja praca jest cząstką szeroko zakrojonego programu do walki z tego typu
przestępstwami. W tym wszystkim ja sam jestem raczej mało waŜny. To, co robię, jest
podobno Ŝmudne i wymaga cierpliwości. Mnie jednak to fascynuje, jest jak gra w szachy.
Przestępca, którego szukam, jest inteligentny, a ja muszę być jeszcze inteligentniejszy od
niego.
Pracujemy w zespole. Porównujemy i konsultujemy wyniki. W tej chwili usiłujemy
opracować taki system, Ŝeby ściśle tajne pliki komputerowe były naprawdę niedostępne.
Staramy się zlikwidować moŜliwość włamań do komputera. Przestępcy tego typu są takimi
samymi kryminalistami jak wszyscy inni. KaŜdy, kto drugich oszukuje, ma w sobie jakąś
powaŜną skazę, która mogłaby spowodować, oczywiście w odpowiednich warunkach, Ŝe taki
ktoś staje się zagroŜeniem dla całego kraju. A to najgorszy rodzaj przestępstwa.
Poruszył się na krześle i uśmiechnął trochę zakłopotany.
– Wybacz. Chyba dałem się ponieść mojej pasji...
– Cenię twoje szlachetne motywacje – powiedziała bardzo powaŜnie.
– Nie znoszę oszustów. I to nie tylko tych z wypchanymi portfelami. Nienawidzę
facetów, którzy sądzą, Ŝe prawo obowiązuje wszystkich, tylko nie ich, Ŝe wolno im na
przykład jeździć z niedozwoloną prędkością albo w jakiś inny sposób naraŜać drugich. Tacy
najczęściej mają pretensję do policji za wlepione im mandaty albo dziwią się, gdy ich własne
dzieci oszukują w szkole.
– Jak się w ogóle w to zaangaŜowałeś?
RozłoŜył dłonie w geście bezradności.
– Wróciłem z Wietnamu mocno zdezorientowany tym, co się dzieje na świecie. Była to
głupia i krwawa wojna. Ameryka nie miała tam czego szukać. Wszystko było absolutnie
bezsensowne, nie było wiadomo, przeciwko komu walczymy. Wojsko nie było wojskiem, nie
było mundurów ani frontów. Tylko chaos. Dziwna sytuacja, w której ludzie szybko się
starzeli, o ile udało im się przeŜyć.
Myślałem wtedy, Ŝe aby uporać się z problemami, które zagraŜają ludzkości, trzeba świat
zorganizować na nowo, na zasadach łatwiejszych do ustalenia. Sądziłem teŜ, Ŝe pewne
sprawy trzeba lepiej zdefiniować. A potem pojawiły się komputery PC, dostępne kaŜdemu.
Otworzyły one drogę do prawie błyskawicznej komunikacji. Potencjał komunikacji
komputerowej i moŜliwości zbierania oraz przechowywania informacji są prawie
nieograniczone. To trochę jak z mózgiem. Ciągle jeszcze za mało wiemy, jak nasz mózg
funkcjonuje i jak się posługiwać jego nie wykorzystanym potencjałem. Z komputerami jest
podobnie.
Byłem jednym z pierwszych, którzy zajmowali się poszukiwaniem intruzów i
włamywaczy komputerowych. Było to akurat wtedy, kiedy stworzono tak zwane modemy.
Modem – nie wiem, czy wiesz – umoŜliwia komunikację między jednym komputerem a
drugim za pomocą telefonu. Wielu ludzi się tym interesowało. Bardzo szybko pojęli, jak
wielka jest siła modemu, ale posługiwanie się nim wymagało czasu i wysiłku. Uczyłem się
teŜ od chłopców piętnasto lub szesnastoletnich, którzy mieli duŜo wolnego czasu i niebywały
talent komputerowy. W niedługim czasie ci chłopcy dorośli. Wielu z nich zajmuje się teraz
innymi sprawami, ale została grupka, która wciąŜ interesuje się wykrywaniem intruzów...
Tanner mówił długo. Byli juŜ przy drugiej butelce wina. Gdy zamilkł, uśmiechnęli się do
siebie.
– A ty czym się kierujesz w Ŝyciu? – zapytał.
– Tobą.
– Niezły początek – odparł cicho.
– Jestem szczęśliwa, Ŝe znam ciebie.
– I ja odczuwam coś podobnego.
– Wiatr jest coraz silniejszy i robi się coraz zimniej. Nie sądzisz, Ŝe Doga trzeba zabrać
do środka?
– Nie wierzę! CzyŜbyś przełamała, Lauro Fullerton, swój sceptycyzm wobec
czworonogów i zdecydowała się go przygarnąć? PrzekaŜę mu zaproszenie.
Dog wahał się. Zszedł po schedach i długo patrzył na drogę. Potem wrócił do Tannera i
łasił się do niego, jednak nie chciał wejść. Dawał do zrozumienia, Ŝe zaproszenie przyjmuje,
ale musi dalej trwać na posterunku.
Tanner poszedł do piwnicy i przyniósł solidne pudło tekturowe, w którym przywieziono
próbki materiałów dla Laury. Wyniósł pudło na ganek i ciepło wymościł.
Laura z rozczuleniem obserwowała po raz kolejny jego troskę o psa.
– Jest naprawdę zimno – stwierdził. – Przejdę się po domu i zamknę okna. Proponuję,
byśmy przenieśli się do biblioteki, tam moŜna rozpalić w kominku.
Laura sprzątnęła ze stołu. Gdy weszła do biblioteki, na kominku trzaskał juŜ ogień, przed
którym Tanner skonstruował prawdziwe gniazdo, składające się z materaców, pluszowej
narzuty i poduszek pozbieranych z całego domu.
Zdjął marynarkę i muszkę, rozpiął górne guziki u koszuli, na końcu zsunął buty i
wyciągnął się z pomrukiem zadowolenia.
– Gdzie mój harem? – zapytał, nalewając wino do kieliszków.
– Musimy mieć muzykę.
– Będę nucił – zaproponował.
– Romantyczną, cichą muzykę. Nie masz radia?
– Jesteś bardzo wymagająca.
Ale wyszedł do samochodu i po chwili wrócił z magnetofonem kasetowym i kilkoma
taśmami. Włosy i koszula były trochę mokre od deszczu, który juŜ mŜył.
Usiadł obok Laury i pocałował ją.
– Potrzebujesz czegoś jeszcze? Lepiej powiedz teraz.
– Nie, zdaje mi się, Ŝe wszystko mamy pod ręką – uśmiechnęła się.
– Na serio?
– Hmm – pocałowała go.
– Aaaa. Nareszcie.
Laura zebrała kilka poduszek i połoŜyła się na boku, Tanner wyciągnął się obok i połoŜył
głowę na jej udach.
– Kto był twoją pierwszą miłością? – zapytała. – Ty.
– Czy to odpowiedź grzecznościowa?
– Nie wiedziałem, co to miłość, zanim ciebie nie poznałem. To ty właśnie moje
studenckie noce zamieniłaś w jakiś nie kończący się obłęd. Było gorzej niŜ na wojnie. W
Wietnamie po prostu się bałem. A myśląc o tobie – traciłem wszelką nadzieję.
– Dlaczego nigdy nie zaproponowałeś mi spotkania?
– Chodziłaś z Mike’em. A gdy dowiedziałem się, Ŝe rozstaliście się, byłaś juŜ zaręczona z
Tomem. Poza tym nawet mnie nie zauwaŜałaś.
– Oj, to nieprawda.
– Pocałuj mnie.
– Teraz ja tu rozkazuję. Powiem ci, jak przyjdzie na to czas – skarciła go.
– Teraz ty?
– Tak.
– Doprowadzasz mnie do szaleństwa.
– Nie wiem dokładnie, jak nazwać to, co ty ze mną wyprawiasz, ale boję się tego. Chwała
Bogu, jesteś wolny. A moŜe jest jakaś kobieta w twoim Ŝyciu?
– Jest. Ty.
– Och, Tanner.
Obróciła się i oparła o jego pierś, zanim go pocałowała. Podniosła głowę, by nabrać tchu,
lecz on objął ją i nie chciał juŜ puścić.
– Twoja rana... Nie robię ci krzywdy? – spytała niewyraźnie.
– Zabijasz mnie.
Ciągle nie chciał jej oswobodzić.
– ParaliŜujesz mnie – powiedział i gestem sprecyzował, co miał na myśli.
Udała zawstydzoną.
– Jesteśmy tacy róŜni. Jestem miękka jak woda, a ty twardy jak skała.
Gładził z rozkoszą jej ciało, opięte cieniutkim czerwonym jedwabiem.
– Naprawdę dla mnie uszyłaś tę sukienkę?
– Chciałam cię zdobyć.
– Jest wspaniała.
– Cieszy mnie, Ŝe ci się podoba. Jedwab cięŜko się szyje, przelewa się przez palce i
wymyka z rąk.
– Zupełnie tak samo jak ty. Zdejmij mi koszulę. Chcę, byś była bliŜej.
Oczy mu błyszczały, a jego ręce paliły jak ogień.
– Dotknij mnie – rozkazał.
Odgarnęła zmierzwione włosy z jego czoła, ale w nim narastała niecierpliwość. Pochyliła
się nad nim i pocałowała go miękko, lecz on całował ją jak człowiek umierający z pragnienia,
któremu nareszcie podano wodę. Uwolniła się na chwilę od jego ust.
– Nie tak szybko – szepnęła.
LeŜała na wznak, a on nachylił się nad nią i pocałował ją raz jeszcze na swój sposób, aŜ
Laura się roześmiała.
– Co w tym śmiesznego?
– Widzę, Ŝe nie jesteś tak niewinny, jak udawałeś.
– No tak. PosłuŜyłem się starym, wypróbowanym trickiem. Zdejmij mi koszulę, proszę
po raz drugi.
– Czy wyglądam na kamerdynera?
– Na kamerdynera przyjąłbym cię od razu.
– Trzeba zacząć od rozpięcia guzików? Czy moŜna ją ściągnąć przez głowę?
– Rozpocznij od guzików – zaproponował.
– Są zapięte na odwrót. Co za głupi pomysł.
– Przyzwyczaiłem się. Ale radzisz sobie całkiem dobrze. Przyjmuję cię na kamerdynera.
– Pasek równieŜ zapina się na odwrót. Trzeba z tym będzie zrobić porządek.
– Mógłbym chodzić nago.
– Świetny pomysł. Ale wtedy kamerdyner będzie ci niepotrzebny.
– Jest tu tyle innych zajęć dla ciebie.
– Przepraszam, ale okien nie myję... – zamknął jej usta pocałunkiem. Szeroka pierś
przylgnęła do jej ciała. Ocierał się o nią mrucząc z rozkoszy. Gorący oddech palił jej twarz, a
jego ręce gwałtownie ściskały biodra.
Laura zgubiła juŜ jeden” kolczyk, a jej długie włosy rozrzucone były w czarującym
nieładzie. Oczy miała na wpół przymknięte, usta nabrzmiałe w oczekiwaniu na następny
pocałunek. Jej ruchy stawały się coraz bardziej leniwe, jego zaś były coraz szybsze,
gwałtowniejsze. Gdy poruszał jej ciałem, czuła się tak, jakby była z gumy.
Zaczęła się powoli poruszać wraz z nim, a on drŜał coraz mocniej. Zsunął sukienkę z jej
ramion i piersi, by móc lepiej ją widzieć w świetle ognia.
– Jesteś piękna...
– Ach, Tanner...
Mówili coraz bardziej urywanymi zdaniami, chcąc usłyszeć siebie, choć nie mieli w tej
chwili juŜ nic do powiedzenia. Trwając tak, nagle znaleźli się niebezpiecznie blisko momentu
spełnienia, a ich usta wyrzucały coraz bardziej nieopanowane słowa rozkoszy, splecione uda
trwały w rytmicznym tańcu, palce gorączkowo czegoś szukały. Przylgnęli twarzą do twarzy...
Sukienka, juŜ dawno porzucona, mieniła się czerwienią prawie tak jaskrawą jak ogień w
kominku. LeŜeli nadzy, a ich ciała zwarły się w coraz gwałtowniejszej potrzebie. Ruchy
stawały się coraz bardziej naglące, dłonie napięte.
Tanner doprowadził w końcu ich miłość do paroksyzmu, wynosząc ją na szczyt rozkoszy
i zapamiętania.
WciąŜ oszołomieni miłością leŜeli blisko siebie, zupełnie wycieńczeni. Poruszył się, by
objąć ją ramieniem, boleśnie opierając się na jeszcze nie wygojonych ranach. Przytulił ją i
przylgnął do niej na chwilę. Potem odsunął się i nie bacząc na jej nieśmiałe pomruki protestu
połoŜył się na wznak, drŜąc z upływu sił.
Po chwili odpoczynku lekko podniósł się i oparł na łokciu, aby móc na nią patrzeć.
Pocałował ją, wciąŜ oddychając nierówno. Krople potu spływały mu po twarzy, trzęsącą się
ręką odgarnął jej włosy.
– Byłeś wspaniały – uśmiechnęła się sennie.
– Ty teŜ. Byłaś piękna.
– Zróbmy to jeszcze raz – powiedziała tonem rozkapryszorej dziewczynki.
– Dobrze. W kaŜdej chwili. Ale w przyszłym tygodniu.
– Dopiero w przyszłym tygodniu?
– MoŜe do tego czasu wrócę do siebie.
– Właściwie nie dałeś mi Ŝadnej szansy – zaśmiała się.
– To prawda. Ale o jakiej szansie myślisz?
– C moich wielkich planach uwiedzenia ciebie! Tyle się napracowałam szyjąc sukienkę i
przygotowując miłosny poczęstunek, a ty nie dałeś mi moŜliwości sprawdzenia, czy miałam
rację.
– Dam ci ją następnym razem. W ogóle nie zareaguję. Będziesz panowała nad sytuacją w
stu procentach. Będę nucił coś pod nosem i wyglądał przez okno.
Całował delikatnie jej oczy, policzki, szyję, choć nie chciał jej ust, gdy w oczekiwaniu
zwróciła do niego twarz.
– Będę mogła uŜyć wszystkich podstępnych, kobiecych sztuczek?
– Obiecuję ci to.
Podniosła się i pchnęła go lekko, tak Ŝe leŜał znów na wznak. Uśmiechnął się, a w jej
oczach zapaliły się niebezpieczne światełka.
– Lauro – zaoponował Tanner.
– Bądź cicho.
– Kochanie, są chwile, w których męŜczyzna musi odpocząć. PołóŜ się spokojnie koło
mnie...
Zupełnie nie słuchała tego, co mówi.
– UwaŜaj, to boli – syknął lekko.
– Ale przecieŜ kilka chwil temu sam połoŜyłeś tam moją rękę. Dlaczego wtedy było
dobrze, a teraz nie jest?
– Co by było, gdybyśmy się trochę przespali? – Tanner był nieubłagany.
– Twoje zainteresowanie dość łatwo się wyczerpuje. Poruszyła głową tak, by jej włosy
łaskotały go w pierś.
– O zainteresowaniu pogadamy za tydzień lub moŜe dopiero za dwa. Ale tygrysica z
ciebie. W wojsku ostrzegali mnie przed takimi, jak ty. Mówili, Ŝe są kobiety, które rujnują
młodych, niewinnych chłopców dla własnej przyjemności.
– Pocałuj mnie.
– NajwyŜej mogę ci podać rękę.
Zaśmiała się, kładąc obok niego na wznak. LeŜąc trzymali się za ręce.
– W najśmielszych marzeniach nie sądziłem, Ŝe kiedyś będą na tyle szczęśliwy, by cię
odnaleźć i kochać. MoŜe ja śnię?
– MoŜe śnimy oboje?
– Czy było ci dobrze? Jesteś zadowolona?
– Jesteś fantastyczny. Nie wiedziałam, Ŝe miłość moŜe tak właśnie wyglądać. Byłam dwa
lata męŜatką, ale tak jak z tobą nie było nigdy. Jesteś cudowny.
I znów nie mogli się pogodzić, które z nich jest lepsze w miłości. WciąŜ nadzy leŜeli w
cieple kominka, dotykając się, głaszcząc, przekomarzając.
Długo potem kochali się jeszcze raz, łagodniej i spokojniej. W końcu zasnęli. Ogień w
kominku przygasł.
Dźwięk alarmu zerwał Tannera na równe nogi. W okamgnieniu był juŜ w gabinecie.
Laura pogrąŜona w półśnie, wyczuła jego napięcie i obudziła się. Trwała w oczekiwaniu.
Wreszcie usłyszała dziwny szum i dwa charakterystyczne piski komputerowe. Po nich
nastąpiła cisza.
Wstała, narzuciła szybko sukienkę i wyszła d^ ciemnego przedpokoju. Z gabinetu sączyło
się słabe światło.
– Co się stało?
Tanner wyjmował jakieś części ze swojego komputera i wrzucał je do koszyka, w którym
juŜ był filtr i zagłuszacz. Nie patrząc na nią powiedział sucho:
– WyjeŜdŜamy. Weź ubranie na zmianę i wszystkie waŜne papiery. Prawdopodobnie
będziemy dość odcięci od świata. Zabierz wszystko, co ci jest niezbędne. Resztę zostaw.
– Co ty robisz?
– To są karty z rozszerzoną pamięcią, które muszę wziąć. Pospiesz się!
– Tanner...
– Wszystko wytłumaczę później. Szybko! Nie ma chwili do stracenia!
ROZDZIAŁ ÓSMY
WciąŜ wiał silny, dość chłodny wiatr i padał deszcz. Laura zastanowiła się, idąc na górę,
która mogła być godzina. Musiało być grubo po północy. W swoim pokoju zdjęła czerwoną
sukienkę i włoŜyła wytarty bawełniany dres, znaleziony w szafie dla gości. Rozglądała się
myśląc, co jej będzie potrzebne. Bieliznę i szczotkę do zębów od razu pospiesznie wrzuciła
do torebki.
Co jeszcze? Sandały, parę butów na płaskim obcasie, dwie bluzy marynarskie i spodnie
na elastycznej gumce, które sobie przygotowała na wypadek chłodniejszej pogody. Związała
to wszystko w duŜej chuście, która miała zastąpić walizkę.
Wybiegając z pokoju chwyciła jeszcze płaszcz i torebkę. W szafie zostawiła dwie
garsonki, kilka bluzek i buty na wysokim obcasie.
Znalazłszy się w pokoju, o którym juŜ przyzwyczaiła się myśleć jako o „swojej
pracowni”, zaczerpnęła głęboko powietrza. Serce jej się krajało na myśl, Ŝe musi zostawić
wszystkie te skarby ofiarowane jej przez Tannera. Wzięła tylko notatnik, kilka ołówków,
kredki i szkicownik. Papier pakowy pozostał w kącie. Zanim zamknęła drzwi, przyjrzała się
raz jeszcze swemu straconemu królestwu przepysznych materiałów i barw. Pobiegła do
gabinetu.
Tannera nie było. Zastała go w kuchni, gdzie pakował owoce do torby. Był ubrany
podobnie jak ona. Kosz z częściami komputerowymi stał obok na podłodze. WłoŜył do niego
torbę z owocami, z nerwowym uśmiechem wziął od niej tobołek z ubraniem i niedbale
połoŜył go na wierzch. Wyglądało na to, Ŝe w koszu mieści się tylko brudna bielizna.
– Dlaczego to wszystko robimy? – zapytała.
– Samochody, które słyszałaś, wzbudziły nie tylko moje podejrzenia. PoniewaŜ wciąŜ nie
wiadomo, czy mój wypadek nie był przez kogoś zaplanowany, trzeba być ostroŜnym.
– Czy to znaczy, Ŝe... ktoś cię ściga
7
– Chodzi tylko o to, by być ostroŜnym – powtórzył.
– A co będzie z Dogiem? – zapytała z nagłą troską.
– Zadzwonię do Henry’ego jutro rano i poproszę, by wziął Doga do siebie. Na razie
wystarczy mu Ŝarcia i wody, a w pudle nie będzie mu zimno.
Pies juŜ stał przy samochodzie. Wskoczył jako pierwszy, gdy Tanner otworzył drzwi.
– Wie, Ŝe wyjeŜdŜamy – Laura spojrzała na psa. Był całkiem spokojny.
– Psy są mądre – zgodził się Tanner. – Jedźmy.
– Dokąd?
– Jest kilka planów alternatywnych. Mamy się kierować planem.
– Czy to wszystko jest naprawdę potrzebne? – zapytała, nie mogąc zrozumieć
konieczności tak nagłego wyjazdu.
– Prawdopodobnie nie.
– Dlaczego więc musimy uciekać w środku nocy? – popatrzyła na zegarek. – O godzinie
trzeciej nad ranem jechać Bóg wie gdzie!
– Muszę nawiązać kilka kontaktów przy pomocy radia CB. Dostanę zakodowane
informacje i nie wolno mi niczego przegapić. Przepraszam, ale nie mogę teraz z tobą
rozmawiać. Wszystko opowiem ci później.
Tanner w kilka minut później otrzymał przez radio jakieś informacje, zanotował kilka
cyfr i numerów. Po przejechaniu około 20 mil zjechał na bok i błysnął światłami. Po chwili
od tyłu podjechał do nich chevrolet.
– Poczekaj tu, aŜ sprawdzę, czy wszystko jest w porządku – Dowiedział do Laury
rozkazująco.
Wysiadł ostroŜnie i stanął przy drzwiach samochodu. To samo uczynił człowiek z
chevroleta. Podeszli do siebie i zamienili jakieś cyfry i numery. Gdy Tanner wrócił, nachylił
się do Laury i powiedział:
– Wszystko w porządku. Idziemy.
Laurę uderzyła nierealność całej sytuacji. Musiała mocno wziąć się w garść, by nie
wybuchnąć histerycznym chichotem. Wysiadła z samochodu na deszcz, Dog wyskoczył za
nią. MęŜczyzna z chevroleta przytrzymał jej przednie drzwi, a pies, znów nie proszony,
wskoczył na tylne siedzenie.
– Zaopiekuj się moim nowym porsche’em – nakazał Tanner nieznajomemu.
– Z przyjemnością – odparł. – UwaŜajcie na siebie – dodał.
Tanner podniósł rękę na poŜegnanie, wsiadł do chevroleta i cofnął go gwałtownie.
Odjechali.
Wyglądając przez zalane deszczem tylne okno zobaczyła światła porsche’a
zawracającego ku Myrtle Beach. Obróciła się, by móc obserwować szosę, która błyszczała
przed nimi. Wycieraczki pracowały monotonnie.
Objęła wzrokiem psa zwiniętego na tylnym siedzeniu. Nie wydawał się zaniepokojony.
Otuliła się ściślej płaszczem i milczała, zatopiona w swoich myślach.
Profil Tannera rysował się wyraźnie na tle nocy. Nawet w nikłym świetle widać było, Ŝe
jest powaŜny, aczkolwiek spokojny. MoŜna było na nim polegać i to nie tylko w sytuacjach
tak wyjątkowych jak ta. Ale co się właściwie działo? CzyŜby był to jeden z „klientów”
Tannera, szukający zemsty?
Znajdował się w niebezpieczeństwie. To było jasne. A więc i nad nią wisiała groźba.
Pomimo tego nie czuła strachu. Miała raczej ochotę podjąć razem z nim walkę.
Jak męŜczyzna... Jednak raczej jak kobieta. Amazonka. Zdziwiło ją to. Nigdy nie
grzeszyła szczególną odwagą. Skąd wiec ta gotowość do obrony Tannera? No tak. Po prostu
kochała go.
Wspominała ich krótki tydzień. Łagodność, z jaką się do niej odnosił, troskę o Doga.
Przypomniała sobie rozmowy, które prowadzili i zrozumiała, Ŝe nie tylko wydawał się
wyjątkowy jej, ale i przełoŜonym. Był człowiekiem czynu, pomyślała z dumą.
Zdała sobie sprawę, Ŝe Tanner moŜe na nią liczyć w kaŜdej sytuacji. Postanowiła być jego
partnerem, cokolwiek by się wydarzyło. Nie pozwoli na to, by stało mu się coś złego. Mimo
woli zaczęła sobie wyobraŜać róŜne sytuacje, w których go ochrania i o mały włos nie
parsknęła śmiechem.
Ale tak naprawdę śmiać się nie było z czego. Jeśli człowiek taki jak on uciekał w środku
nocy, to sprawa musiała być powaŜna. Przebiegł ją dreszcz. Będzie musiała być czujna. On i
ludzie, z którymi współpracował, najwyraźniej dobrze wiedzieli, co robią.
Jeśli ona zareaguje źle, moŜe zniweczyć ich plany. Musi więc bardzo uwaŜać. Po chwili z
radia ponownie dobiegły jakieś informacje, na które Tanner odpowiadał równie tajemniczym
szyfrem.
Laura słuchała w milczeniu, nie stawiając Ŝadnego z rozlicznych pytań, które cisnęły się
jej na usta. Po co te szyfry? Czy się zmieniały? I jak on to robił, Ŝe je wszystkie
zapamiętywał? Kto je wymyślał?
Szyfry pewnie były generowane komputerowo. Świat szpiegów stawał się coraz mniej
romantyczny. Nie była to juŜ walka człowieka z człowiekiem, ale komputera z komputerem.
Oczywiście ktoś musiał komputerem sterować. Ktoś, kto ogarniał całokształt sytuacji.
Komputery odzierały ludzkie poczynania z tajemniczości. Otwierały jednak tak niepojęte
moŜliwości! To nie było tak jak z fizyką, która odkrywała tajemnice, tłumacząc wszystko
czynnikami naturalnymi i zrozumiałymi dla ludzi. Pamięć komputerów była nieograniczona.
Wystarczyło popatrzeć na komputerowe schematy kolorystyczne. Posługując się
komputerem, grafik mógł zaprogramować tysiąc sześćset kombinacji kolorów w ciągu kilku
sekund.
Ale mimo wszystko za pomocą komputerów nie moŜna było zgłębić wszystkich tajemnic
Ŝ
ycia. Laura popadała w coraz większą zadumę, snuła metafizyczne refleksje, czasami
drzemała. Przed świtem dojechali na miejsce.
Nie byli juŜ na wybrzeŜu. Pogoda się nieco poprawiła. Pędzone wiatrem chmury
przesuwały się po niebie. Od czasu do czasu wyglądał zza nich blady księŜyc. W jego świetle
ujrzeli mały domek. Stał z boku gęsto otoczony drzewami. Nawet bystre oko nie dostrzegłoby
go bez dokładnych wskazówek. Na pewno nie znaleźliby go.
Chevrolet powoli posuwał się wąską dróŜką między drzewami. Dom nie był otynkowany.
Szare mury były prawie niewidoczne. Drzwi do garaŜu stały otworem. Tanner wjechał i
wyłączył silnik.
Ciszę przerwała Laura.
– Dojechaliśmy.
– Cieszy mnie, Ŝe jesteś ze mną. Choć wolałbym, Ŝeby w tych okolicznościach raczej cię
tu nie było – dotknął jej ramienia.
Wysiedli z samochodu, prostując się i przeciągając. Dog równieŜ wyskoczył, rozglądając
się i obwąchując wszystko z ciekawością.
Tanner wyjął koszyk z bagaŜnika. Gdy cicho zamykał garaŜ, otworzyły się tylne drzwi
domu. Na progu stanął wysoki męŜczyzna.
– Ta? – zapytał.
Padła zaszyfrowana odpowiedź.
– Witajcie.
MęŜczyzna przypominał posturą Tannera. Ręce trzymał w kieszeniach.
– Więc w końcu wziąłeś ją ze sobą? – spojrzał na Laurę niezbyt przyjaźnie.
Rzuciła Tannerowi szybkie spojrzenie.
– Nie mogłem jej zostawić. Ona jest w porządku.
– Nikt nie jest pewny.
– Jeśli ja jestem, to i ona teŜ.
– Aha – nie wydawał się przekonany. – Nazywam się Bród wiek.
Tanner wyciągnął do niego dłoń.
– Słyszałem o tobie. To jest Laura Fullerton. Brodwick skinął jej głową.
– Ja teŜ o tobie słyszałem. W salonie jest ustawiony komputer. MoŜesz się nim
posługiwać. Słyszałem, Ŝe jesteś geniuszem. Kazano nam się bardzo dobrze tobą
zaopiekować. Podobno jesteś na wagę złota, choć rajdowcem chyba nie zostaniesz –
uśmiechnął się krzywo.
Tanner momentalnie zareagował na Ŝart.
– Nie miałem wyboru. Był tam taki rów, a za rowem drzewa. DuŜe, imponujące drzewa z
solidnymi korzeniami.
– Siła wyŜsza. Ale teraz juŜ jesteś na chodzie.
– Coraz bardziej.
– Pozwolisz, Ŝe ci pomogę.
Trzymając koszyk Tannera, skierował się do domu.
– Przywiozłeś zagłuszacz i karty?
– Oczywiście.
– Świetnie, chętnie je zobaczę. Słyszałem, Ŝe skonstruowałeś róŜne bajery.
– Z przyjemnością ci je pokaŜę. Masz tu moŜe jakieś inne karty?
– Ani jednej – Brodwick przecząco potrząsnął głową. – Musieliśmy ci szybko znaleźć
miejsce. Tu było najbliŜej.
Przypomniał sobie o roli gospodarza.
– No to co, dzieciaki, jesteście głodni? Nie był duŜo starszy od nich.
– Masz coś dla psa? – zapytał Tanner. – Znaleźliśmy go i od kilku dni karmimy
regularnie. Chyba przyzwyczaił się do normalnych posiłków.
– Ładny pies. Jak go zobaczyłem, to od razu zrozumiałem, dlaczego nie chciałeś go
zostawić. Czy to obroŜa przeciwko pchłom?
– Tak.
– Jest wytresowany?
– Nie miałem nigdy do czynienia z tresowanym psem. Jest posłuszny, ale nie wiem, czy
jest naprawdę wyćwiczony. Na pewno jest lojalny. To on chciał z nami zostać.
– Sprawdzę go potem. Jeśli na rozkaz weźmie ode mnie Ŝarcie, juŜ będziemy coś
wiedzieć. Chodźcie. PokaŜę wam naszą twierdzę.
Przeszli przez kuchnię i zeszli na dół do piwnicy. Brodwick odsunął jakieś przepierzenie,
zapalił światło i nacisnął ukryty pod kontaktem przycisk. Część murowanej ściany bezgłośnie
odsunęła się na bok.
Weszli do środka. Laura wciąŜ nie dowierzała własnym oczom. Brodwick pokazał im, jak
uruchomić cały mechanizm. Na półkach leŜały latarki. Przed nimi ciągnął się długi,
oświetlony tunel.
Brodwick tłumaczył zupełnie normalnym głosem, jakby w tym, co mówił nie było nic
nadzwyczajnego. Mówił głośno, Ŝeby i Laura usłyszała:
– Jeśli coś się stanie, jeśli ktoś niepowołany tu się zjawi lub wybuchnie poŜar, musicie
ukryć się w tunelu. Prowadzi on na zewnątrz. Ale trzeba być bardzo ostroŜnym i przeczekać
dwa dni, zanim wyjdzie się na powierzchnię. Jeśli przez dwa dni nikt z nas się w punkcie
kontrolnym nie zgłosi, ktoś przyjedzie sprawdzić, co się dzieje.
Do tej pory tunel nigdy nie był uŜywany – ciągnął dalej, podczas gdy Tanner ćwiczył
otwieranie zamaskowanych drzwi. – Ale nigdy nic nie wiadomo. Nie wiemy, czy jesteście w
opałach. Wszyscy byliśmy skautami i hasło „bądź w pogotowiu” traktujemy powaŜnie.
Odnosi się to równieŜ do was.
– Teraz ty, Lauro, spróbuj zamknąć drzwi. – Zwrócił się do niej.
Z oczami rozszerzonymi lękiem wykonała konieczne czynności, obserwując, jak kontakt
w ścianie, jakby przesunięty niewidzialną ręką, wrócił na miejsce.
Poszli z powrotem na górę.
– Będziecie spali w drugiej sypialni – oznajmił Brodwick. – Łazienka działa sprawnie,
jedzenia w lodówce jest pod dostatkiem. Czujcie się jak w domu. Będę często znikał. Poza
mną przydzielono tu jeszcze dwie osoby. Zjawią się koło południa. Wkrótce powinniśmy się
dowiedzieć, co się dzieje, o ile coś się dzieje, oczywiście. Sprawdzamy facetów, którymi
zajmowałeś się ostatnio, ale, jak wiesz, to wszystko trwa. Twój dom na wybrzeŜu jest
obstawiony. To tyle. śyczę przyjemnego pobytu.
– W porządku? – Tanner spojrzał na Laurę z niepokojem.
– To wszystko jest bardzo dziwne.
– No tak.
– Czy kiedyś przytrafiło ci się juŜ coś podobnego?
– Nie. Dlatego właśnie musiało się to stać teraz. Ja potrafię sobie dać radę, ty natomiast
nie. Nie chciałem ryzykować. W normalnych warunkach nie zareagowałbym w ten sposób.
Ale bałem się o ciebie i wolałem uciec.
– Mój kochany! – podeszła do niego, a on przytulił ją czule.
Przez chwilę tak trwali, wreszcie objął ją gwałtownie. Zdała sobie sprawę, Ŝe jej własne
zagroŜenie było mniej waŜne niŜ niebezpieczeństwo, które wisiało nad nim. Dłońmi gładziła
jego głowę i ramiona, jak gdyby upewniając się, Ŝe jest przy niej, cały i zdrowy.
Pocałował ją w czoło i odsunął się.
– Jesteś pewnie głodna. Zjedzmy coś.
– Nie, głodna nie jestem. Ale chętnie bym się na chwilkę połoŜyła – mimowolnie
znacząco potarła policzek.
– Chodź, najpierw zobaczymy, co jest w kuchni. Dom urządzony był bardzo prosto.
Meble były bardzo zwyczajne. W oknach wisiały zasłony. ŁóŜka wyglądały jak w
przydroŜnym motelu – czysta pościel i koc.
Kuchnia była zaopatrzona bardzo dobrze. Odnaleźli w szafkach jedzenie, papierowe
talerze i plastykowe sztućce. Wszędzie panowała czystość. Usiłowali się nawzajem namówić
do przełknięcia czegoś.
W końcu zjedli po starym, trochę wyschniętym pączku i wypili po szklance mleka z
tekturowego kubka.
Sprzątnęli szybko po sobie i poszli do sypialni, którą Brodwick im wskazał. Tanner ze
skupioną miną pomagał Laurze się rozbierać, patrząc na nią przez cały czas. Potem podniósł
prześcieradło, by mogła wsunąć się do łóŜka i przykrył ją kocem.
Patrzył na nią, powoli się rozbierając. Śledziła jego ruchy i natychmiast przytuliła się do
niego, gdy połoŜył się na wąskim łóŜku. Nie mówił nic. Ona teŜ milczała. Jakiś czas trwali
tak w ciszy podyktowanej nową sytuacją, w której się znaleźli. Kochali się. Nie były to juŜ
radosne uniesienia sprzed kilku godzin. Odkrywali inny rodzaj miłości.
Ogarniało ją coraz większe poŜądanie. Paznokcie wbiła w jego ramiona, biodrami
ponaglała go coraz gwałtowniej.
Kochali się z rozpaczliwą namiętnością. Wziął ją bardziej z chęci udowodnienia sobie, Ŝe
naprawdę ją posiada niŜ z potrzeby. Trzymał ją w kurczowym uścisku. Gdy w końcu
osiągnęli paroksyzm, Laura przytuliła go gwałtownie.
Zapadł w głęboki sen. Ona teŜ była zachłanna. Był jej.
MęŜczyźni z obstawy jedli lunch osobno. Zachowywali się jak dzikie zwierzęta, strzegące
swego terytorium. Wyglądało na to, Ŝe powaŜnie traktują groŜące niebezpieczeństwo.
Oprócz Brodwicka byli jeszcze Daniels i Reed. Podobnie jak Brodwick – wysocy,
wysportowani i małomówni. Rzadko Ŝartowali i nigdy nie okazywali zbytniego rozbawienia.
– Zainstalowaliśmy w twoim domu dwóch agentów. Podjechali porsche’em, jak gdyby
wracali do siebie, do domu. W samochodzie znaleźli mikrofon. Chwała Bogu, Ŝe zmieniliście
po drodze samochody – relacjonował Reed.
Tanner podniósł głowę raptownie.
– A sądziłem, Ŝe jestem ostroŜny. Nowy mikrofon?
– Trudno powiedzieć. Mogli go zamontować wszędzie i w kaŜdej chwili – Reed wzruszył
ramionami.
– Nie udało nam się tak szybko znaleźć agentki z pani kolorem włosów. Męczy się więc
w peruce.
– Czy grozi im niebezpieczeństwo?
– Nie ma obawy. To prawdziwi profesjonaliści – Reed uśmiechnął się z zadowoleniem.
Potem zwrócił się do Tannera:
– PoniewaŜ posługiwałeś się kulą, gdy pani przyjechała, agent chodzi teraz o lasce –
wymówił tę kwestię z prawie niedostrzegalną ironią, przeciągając słowa.
Dopiero wtedy Laura zdała sobie sprawę, Ŝe byli obserwowani przez cały czas. Skąd
mogliby wiedzieć o jej przyjeździe lub o fortelu Tannera z kulą? A więc śledzili dom
Mornów? Poczuła się nieswojo na myśl, Ŝe mogła być podglądana i nic o tym nie wiedzieć.
Nagle wezbrała w niej złość.
– Dog jest genialny – zmienił temat Reed. – Masz go od dawna?
– Zgubił się lub ktoś go porzucił – wyjaśnił Tanner. – Gdy znaleźliśmy go, musiał juŜ od
kilku dni być na plaŜy. Ale wciąŜ pilnował dropi – Nie jest psem policyjnym, ale jest bardzo
inteligentny. Potrafi juŜ szczekać, gdy odchrząkujemy. Teraz uczymy go reagowania na gesty.
Jest skory do nauki. MoŜe się nudzi i jest zadowolony, Ŝe ma zajęcie? Często ogląda się na
drogę, którą przyjechaliście. Szkoda, Ŝe nie moŜe niczego powiedzieć.
– Starałem się być bardzo ostroŜny – stwierdził Tanner. – Szczególnie ze względu na
Laurę.
– Tak, wiemy. Miałeś ku temu powody. Nic się nie martw. Jesteśmy na posterunku. I
podobnie jak Dog, nie lubimy się lenić.
Wyglądało na to, Ŝe Daniels jest główną osobą w trójce. To on pozwolił im na wyjście z
domu.
– Nie wolno wam stracić z oczu budynku. Nie oddalajcie się. Tu trochę niŜej jest uroczy
strumyk, w którym moŜna łowić ryby – uśmiechnął się. – Jeśli potraficie, moŜecie nawet
puszczać kaczki. Chodźcie w dresach i czapkach. Lepiej nie rzucać się w oczy.
Dresy przypominały wojskowe ubrania. Gdy Laura je zobaczyła, chyba po raz pierwszy
tak naprawdę uzmysłowiła sobie, w jakiej są sytuacji. Musieli się ukrywać.
Postanowiła, Ŝe kiedy juŜ wróci do South Bend, zacznie ćwiczyć judo i karate. MoŜe
nawet nauczy się porządnie strzelać? śycie jednak nie było tak bezpieczne, jak jej się zawsze
wydawało.
Tanner połoŜył swoją silną dłoń na jej ręce.
– Nic ci się nie stanie – powiedział uspokajająco, jakby czytał w jej myślach, choć i on
był spięty.
Zdenerwowanie Tannera udzieliło się wszystkim. Brodwick Daniels i Reed robili, co
mogli, by tej zgoła niecodziennej sytuacji nadać pozory normalności. Nawet gdy sprawdzali
broń i szykowali się do warty, rozmawiali o zwykłych, błahych sprawach.
– Pogoda jest piękna, jak na tę porę roku – rozpoczął rozmowę Reed. – W moich
rodzinnych stronach nie jest tak ładnie.
– A skąd pan pochodzi? – raczej z grzeczności niŜ z zainteresowania zapytała Laura.
– Z północy – uśmiechnął się, jakby przepraszając za wymijającą odpowiedź.
Brodwick wpadł na dobry pomysł.
– Zobaczymy, któremu z nas uda się złapać największą rybę w strumyku na dole. Robimy
zakłady! Proponuję wysokie stawki! Czuję, Ŝe wygram!
– Umiesz gotować? – Daniels zapytał Tannera.
– A co to, czyŜby nie było tu Ŝadnej kobiety? – zapytała uraŜona.
– Nie ma mowy! Pani jest przecieŜ gościem.
– A mnie się zdaje, Ŝe to wybieg, abym zgłosiła się na ochotnika.
Powiedziała to Ŝartobliwie, ale Daniels był najwyraźniej uraŜony. Głośno się roześmiała.
Rozmowy, jakie ci męŜczyźni prowadzili z Tannerem, były dla niej całkiem
niezrozumiałe. Mówili o komputerach, kartach, modemach. Laurze wydawało się często, Ŝe
uŜywają jakiegoś obcego jeŜyka.
Gdy zbliŜał się kolejny wieczór, wkładali, jak zwykle swoje dresy i czapki, i wychodzili
na dwór. Dog zawsze im towarzyszył.
Nigdy nie szli daleko. Pewnego wieczoru, gdy byli na spacerze, nagle nadleciał
helikopter. Daniels, jak anioł stróŜ, wyrósł spod ziemi i gwałtownym gestem kazał im skryć
się pod kępą krzewów.
– Co to...
– Cicho – kucnął razem z nimi.
Helikopter przeleciał prosto, nie zbaczając ani nie zataczając Ŝadnych kręgów.
Z niewinnie wyglądającej bransoletki na ręce Danielsa odezwał się głos:
– Nasz?
Daniels podniósł rękę i odpowiedział:
– Iks.
– To wszystko jest całkiem nierealne – odezwała się Laura nocą, gdy juŜ leŜeli w łóŜku.
Tanner nie odpowiedział, przylgnął do niej tylko, jakby chciał się upewnić, Ŝe ma ją przy
sobie.
I w miłości był znów zaborczy i niezaspokojony. Nie pozwolił, by coś na siebie włoŜyła.
– Ogrzeję cię – powiedział. I jego ręce, zachłanne i gorączkowe, zaczęły obejmować ją
tysiącem uścisków.
I znów była rozpalona namiętnością. Usiłowała stłumić gardłowe dźwięki, które
wydobywały się z jej ust, wstydziła się gwałtownego skrzypienia łóŜka. Paliła się, drŜąc w
gorączce, którą ją zaraził. Nie mogła juŜ tego dłuŜej znieść, lecz on zwlekał, jakby chciał
doprowadzić ją do krzyku.
Kochali się miłością Drawie dziką. Czy usiłowali udowodnić w ten sposób, Ŝe Ŝyją? śe są
cali, zdrowi i wciąŜ razem? Było to przeŜycie tak samo niezwykłe, jak cała ich przygoda. I
równie nieoczekiwane.
Nie rozumiejąc, Laura poddawała mu się jednak, chcąc tego, czego i on, pragnąc spełnić
wszystko, czego od niej zaŜądał. A on ciągle utrzymywał ją na granicy rozkoszy, w
oszałamiającym pragnieniu spełnienia. W końcu odkrył przed nią siódme niebo.
Wyczerpani, zasnęli.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
– Na wybrzeŜu nic się nie dzieje – poinformował ich Daniels na drugi dzień rano. – Pusto
i cicho. Nie zauwaŜyliśmy Ŝadnych tajemniczych samochodów ani nikogo, kto wzbudzałby
podejrzenie.
– A więc fałszywy alarm – powiedział Tanner.
– Ciągle sprawdzamy.
– Dziękuję wam, Ŝe tak serio to traktujecie.
– W samochodzie miałeś mikrofon. Nie wiemy, kiedy ci go zainstalowano. Zostawiliśmy
go z czystej ciekawości. Wasi „zmiennicy” jeŜdŜą porsche’em po okolicy w nadziei, Ŝe coś
odkryją. Dzięki temu mają przynajmniej jakieś zajęcie.
Dni mijały w miarę spokojnie. Laura zadzwoniła do biura i zajęła się projektami.
Trocheja to odpręŜyło.
Pewnego wieczoru zaproponowała, Ŝe zrobi kolację. Upiekła pieczeń rzymską z
mielonego mięsa i specjalny placek nadziewany budyniem. Chwalili grzecznie, ale na drugi
dzień wrócili do swoich hamburgerów i lodów na deser.
Bez przerwy rysowała Tannera. Tanner przy komputerze, podczas rozmowy z innymi,
zamyślony. Ich równieŜ szkicowała i kilka udanych portretów podarowała im, lecz oni po
kryjomu i z przykrością spalili rysunki ze względu na swoje bezpieczeństwo. Agenci nie lubią
być fotografowani i portretowani. Rysowała teŜ Doga i przy tej okazji zaprzyjaźniła się z nim.
Był, jak stwierdziła, bardzo mądry, uczył się wciąŜ czegoś nowego. Lubili go wszyscy.
W towarzystwie Doga często szli na przechadzkę po okolicy. Dotarli do jodłowego lasu z
niskimi, młodymi drzewkami i pachnącym igliwiem. W miejscach bardziej nasłonecznionych
znajdowali malutkie kwiatki, z których Laura plotła misterne wianki. Mogło być pięknie, ale
Tanner ani na chwilę nie zapominał o niebezpieczeństwie.
Nieopodal, nad stawem, rosły drzewa, których konary strzelały wysoko w niebo, a młode
liście rzucały cień na powierzchnię zielonkawej wody. Tu równieŜ łowili ryby, ale bez
większego powodzenia, bo one wolały posilić się jakąś muszką złapaną w locie na
powierzchni wody, niŜ połknąć ich haczyk.
Nie oddalali się nigdy zbyt daleko od drzew lub krzaków, które w razie potrzeby
udzieliłyby im schronienia.
Pewnego dnia spędzili kilka pełnych napięcia godzin w tunelu, poniewaŜ w lesie nagle
pojawiła się grupa wycieczkowiczów. Nie podeszli jednak do domu, chyba nawet nie byli
ś
wiadomi jego istnienia. Z pewnością nie zdawali sobie sprawy, Ŝe przez cały czas byli pod
ś
cisłą obserwacją.
Oczywiście sprawdzono numer rejestracyjny samochodu turystów. Okazało się, Ŝe
samochód naleŜał do nauczyciela fizyki. Przyjechał wraz z Ŝoną, która pracowała jako
kasjerka w sklepie. Towarzyszyli im drugi nauczyciel i jego przyjaciółka. Nie mieli Ŝadnego
związku z kimkolwiek, kogo Tanner kiedyś znał lub śledził. Alarm okazał się fałszywy.
Miały miejsce teŜ i inne wydarzenia. Pewnego dnia pojawił się samolot, który przeleciał
bardzo nisko i zatoczył kilka kół nad ich domem. Okazało się, Ŝe poszukiwał zbiegłego konia.
W samochodzie, który krąŜył długo po lesie, a potem nie mniej długo parkował, znajdowała
się para kochanków, która chciała skryć się przed zazdrosnym męŜem.
Najbardziej jednak dokuczył im jednodniowy biwak harcerski, który rozłoŜył się
niedaleko. Młodzi chłopcy, jak wiadomo, bywają bardzo ciekawi i lubią wszędzie wejść. Poza
tym chwalą się swoimi odkryciami, na przykład wyjściem z tunelu, znalezionym w krzakach
nad rzeczką. Ale i to niebezpieczeństwo szczęśliwie ich ominęło.
Tanner zajęty był pracą na komputerze. Usiłował odtworzyć sprawy, które kiedyś
prowadził. Miał nadzieję, Ŝe pozwoli mu to wyjaśnić przyczyny ich perypetii. Pracował
bardzo cięŜko.
Laura wyraźnie zaniedbywała się. Powinna skończyć kilka projektów. Ponadto wiedziała,
Ŝ
e musi szukać nowych zamówień i nadgonić zaległe spotkania. Trzeba było coś postanowić.
Kwiecień miał się juŜ ku końcowi i decyzji nie moŜna było dłuŜej odwlekać. JuŜ
niebawem cała rodzina Tannerów zjedzie na wakacje i ze względów zrozumiałych będzie
chciała dowiedzieć się, co w ich domu robią obcy ludzie. Musieli wyjechać. Pozostawał
jednak ciągle problem samochodu Tannera.
– MoŜemy was przenieść do mieszkania w St. Louis – powiedział Daniels. – Jesteśmy teŜ
w stanie zmienić toŜsamość Tannera, i wszystko, co się z tym wiąŜe. Istnieje moŜliwość
pozostania na zawsze tutaj, ale to chyba byłoby trochę nudne. Jesteśmy czarującymi facetami,
ale nie jest wykluczone, Ŝe od czasu do czasu chcielibyście popatrzeć na jakieś inne gęby,
pójść do kina lub inaczej się zabawić. Pomyślcie o tym.
Gdy wrócili do pokoju, Laura powiedziała do Tannera:
– Zrobię, co postanowisz.
– Kocham cię – odpowiedzią!. – „Nigdy o tym nie zapomnij. Ale nie moŜemy być razem.
Musisz się ode mnie uwolnić. Nie mamy pojęcia, kto się za tym kryje ani co się właściwie
dzieje. Nie mogę znieść myśli, Ŝe coś ci zagraŜa. Zrozumiałem, Ŝe nie mogę być z tobą i
postanowiłem, Ŝe musimy się rozstać.
Usiadł na łóŜku nie patrząc na nią. Wyciągnęła do niego rękę, ale on dziwnie szorstkim
głosem powiedział:
– Na miłość boską, nie dotykaj mnie!
Była zdumiona. Nigdy przedtem nie odzywał się do niej w ten sposób.
– Nic nie mów. Tak musi być. Gdyby ci się coś stało, nigdy bym sobie tego nie darował.
– PrzecieŜ moŜemy gdzieś daleko wyjechać. Znajdziemy jakieś miejsce do Ŝycia. Nie
potrzebuję nikogo oprócz ciebie.
– JeŜeli ktoś mnie naprawdę poszukuje, to prędzej czy później mnie znajdzie.
Gdziekolwiek będziemy, nie będę miał ani chwili spokoju. Nie mogę w ten sposób Ŝyć.
– Wiele rzeczy w Ŝyciu jest niebezpieczne, Tanner. KaŜda decyzja jest ryzykowna. Ja
potrafię i mogę tak Ŝyć.
– Nie – potrząsnął głową. – Nie zniosę świadomości, Ŝe coś ci zagraŜa.
Objął ją mocno i w kilka chwil później kochał z tą rozpaczą, którą juŜ nieraz w nim
dostrzegła. Jakby miał to być ich ostatni raz.
Gdy leŜeli potem wyczerpani, Laura powiedziała bardzo cicho i powaŜnie:
– śycie bez ciebie byłoby innym rodzajem śmierci. Nie mogę się z tym pogodzić.
– Och, Lauro.
Próbował się opanować, ale nie udało mu się stłumić urywanego szlochu.
Laura wiedziała, co dręczy Tannera. Ale czy mogła temu zaradzić? Usiłowała
zachowywać się normalnie. Wymyślała róŜne zabawne rzeczy, w czym pomagała jej ich
obstawa. Rozmawiała z Tannerem tak, jak gdyby sytuacja nie była aŜ tak niemoŜliwie
pogmatwana.
Nadaremnie. Udawał spokój, ale Ŝył w stałym napięciu. W kaŜdej chwili był
przygotowany na konfrontację z niebezpieczeństwem. Spalał się i wyglądał jak cień
człowieka.
Mimo pięknej, wiosennej pogody, kolorowych kwiatów, słońca, romantycznego
połoŜenia domku niełatwo było Ŝyć w uzaleŜnieniu od nieznanego niebezpieczeństwa.
Wreszcie pewnego wyjątkowo uroczego dnia dosięgło ich przeznaczenie. Wracali do
domu z kilkoma rybami, które złowili w strumyku, gdy zza drzewa wyłonił się człowiek z
karabinem. Pojawił się bez najmniejszego hałasu. Stanęli jak wryci. Tylko Dog zawarczał.
Laura zerknęła na Doga zdziwiona. Nigdy nie warczał. Dlaczego teraz?
– Bierz tylko mnie.
Głos Tannera był bardzo cichy i stanowczy. Na jego twarzy pojawił się przeraŜający,
prawie wilczy uśmiech. Szybko rozpoznał nieprzyjaciela.
– Jej w to nie mieszaj.
Zdawał się od niej oddalać, choć nie było widać, by wykonywał jakieś ruchy. Dog
przesunął się w stronę Laury.
– Taak – powiedział męŜczyzna.
– Jesteś Rockwell. Czy twój wuj wie, Ŝe tu jesteś? Powiedz prawdę.
– Jestem sam. I jak widzisz, mam zamiar cię załatwić. Przez ciebie musiałem siedzieć tyle
lat w więzieniu.
– Nie jesteś zbyt pojętny. W więzieniu siedziałeś za to, Ŝe sprzeniewierzyłeś te
certyfikaty. Ja cię tylko złapałem.
Tanner oddalał się coraz bardziej.
– Gdyby nie ty, to by mi się udało – głos Rockwella teŜ był cichy. – Nikt inny by na to
nie wpadł.
– Jak mnie znalazłeś? – zapytał zwyczajnie, jak w towarzyskiej rozmowie.
– ZaangaŜowałem prywatnych detektywów. Obrócił głowę i spojrzał na Laurę. Jego oczy
zwęziły się.
W ułamku sekundy Tanner zaatakował. Stało się to tak szybko, Ŝe było widać tylko
zamazany kształt dresu na tle drzew. W tej samej chwili, charcząc złowrogo, skoczył Dog.
Skok psa spowodował, Ŝe pierwszy strzał Rockwella chybił celu. Gdy Tanner uderzył go
obalając na ziemię, padł drugi strzał. Kula wryła się w ziemię. A potem zaczęła się
gwałtowna, na śmierć i Ŝycie, bójka ludzi i psa. Zza drzew nadbiegli Daniels i Reed.
Daniels odwołał psa i rozdzielił dwóch męŜczyzn. Oczy Tannera momentalnie poszukały
Laury, która stała nieruchomo, obezwładniona przez strach. Podszedł do niej i chwytając ją w
ramiona, potrząsnął lekko, jakby chciał sprawdzić, czy Ŝyje. Gdy ją przytulił i ścisnął, z jego
ust wydobyło się westchnienie ulgi.
Przez chwilę nikt nie zwrócił uwagi na Rockwella, który wciąŜ leŜał na ziemi. Nie
wstawał. Miał przetrącony kark.
Daniels pospiesznie zaprowadził Tannera i Laurę do domu. Nakazał im skryć się w
tunelu. Nie było pewności, czy Rockwell był sam. Potem wraz z Reedem wyruszyli do lasu,
by odnaleźć Brodwicka. Towarzyszył im Dog.
Brodwick leŜał nieprzytomny. ZauwaŜył, Ŝe ktoś zbliŜa się do domu. Chciał zaalarmować
kolegów i wtedy znienacka otrzymał cios kamieniem w głowę.
Gruntowna kontrola okolicy nie dała Ŝadnych niepokojących wyników. Tanner z Laurą
odwieźli Brodwicka do szpitala. Stwierdzono wstrząs mózgu. Musiał zostać w szpitalu.
Daniels i Reed dokładnie przeszukali samochód Rockwella. Znaleźli w nim odbiornik.
Tknięci nagłym przeczuciem, popatrzyli na siebie i na Doga. Nadajnik był w jego obroŜy.
W drodze powrotnej ze szpitala Laura nareszcie mogła dowiedzieć się bliŜszych
szczegółów.
– KtóŜ to był?
– George Rockwell – odpowiedział Tanner. – Jego wuj był oszustem, a on mu pomagał.
Wuj musiał zapłacić słoną karę, ale do więzienia nie poszedł. Natomiast Rockwella wsadzili.
Gdy znaleźli się w domku, Daniels pokazał im obroŜę Doga i ukryty w niej nadajnik.
Doszli do przekonania, Ŝe Dog był własnością osoby, która naumyślnie porzuciła go w
okolicy domu Moranów. Nie był to z pewnością Rockwell, poniewaŜ Dog go nie rozpoznał.
W sprawę musiał być więc wmieszany ktoś trzeci.
– Skąd mogli wiedzieć, Ŝe przygarniemy Doga?
– zapytała Laura.
– Dom Moranów jest jedyny w okolicy. Nawet gdybyście go wcześniej nie znaleźli, to
Dog złagodniałby i z pewnością sam by do was przyszedł. Ktokolwiek go tam zostawił,
pracował dla Rockwella. Pies miał was znaleźć i pilnować, aŜ do chwili przyjazdu Rockwella.
– A dlaczego zainstalowali mikrofon w samochodzie? PrzecieŜ nie mogli się spodziewać,
Ŝ
e wyjedziemy?
– Woleli nie ryzykować. W normalnych warunkach po prostu by was pilnowali. Ale
zorientowali się, Ŝe jesteś profesjonalistą i chcieli się zabezpieczyć. Zmiana samochodu
wyeliminowała pierwszy nadajnik, ale wciąŜ był w zapasie drugi, w obroŜy psa.
Nadajnik ma ograniczony zasięg – ciągnął Daniels.
– Gdy wyjechaliście, musieli się przybliŜyć, by móc złapać sygnał. Rockwell jeździł w
coraz bardziej powiększającym się kręgu od Myrtle Beach. I w końcu mu się udało. Odebrał
sygnał i zlokalizował was. Szanse miał nikłe. Dlatego trwało to tak długo. Gdybyśmy
wywieźli cię dalej, nie udałoby mu się... Tym razem. Ale kiedyś i tak by cię dopadł.
Tannerowi nie wytoczono sprawy. Działał w obronie własnej. Byli wolni. Mogli opuścić
dotychczasową kryjówkę.
PoŜegnanie z obstawą wypadło dość dziwnie. Łączyły ich bowiem szczególne więzy po
wspólnym przeŜyciu tych niebezpiecznych dni. Byli pod jednym dachem w tak
niecodziennych okolicznościach, poznali się bardzo dobrze.
Odwiedzili Brodwicka w szpitalu.
– Nie obiecujcie, Ŝe będziemy w kontakcie i nie przysyłajcie Ŝyczeń świątecznych. Fajne
z was dzieciaki. Trzymajcie się.
Gdy Laura i Tanner przygotowywali się do wyjazdu, Daniels powiedział im coś bardzo
podobnego:
– Cieszy mnie, Ŝe dla was juŜ to wszystko się skończyło. Zapomnijcie o tym, co tu było i
zajmijcie się swoim Ŝyciem. Gdybyście nas znów potrzebowali, będziemy na miejscu.
Była to niezwykła historia.
I nieprawdą było, Ŝe juŜ jest po wszystkim.
Jak kobieta moŜe przekonać męŜczyznę, Ŝe kocha go nad wszystko? Teraz zamienili się
rolami. Zastanawiała się, jak mu wytłumaczyć, Ŝe równieŜ zwykłe Ŝycie niesie ze sobą róŜne
niespodzianki i bywa niebezpieczne?
Usiłowała to zrobić na róŜne sposoby.
– Zdarzają się wypadki samochodowe – tłumaczyła. – Są pioruny, schody i nabite
strzelby. Poza tym moŜna przecieŜ umrzeć w łóŜku.
Przekonywała Tannera przez całą drogę. Jechali poŜyczonym samochodem do domu na
spotkanie z ich „zmiennikami”, od których mieli odebrać porsche’a.
Kobieta okazała się dość do niej podobna, natomiast „sobowtór” Tannera w ogóle go nie
przypominał. Nic dziwnego, Ŝe Rockwell ich po prostu zlekcewaŜył.
Zwierzyła się z tej myśli Tannerowi. Nie miał nic do powiedzenia.
Gdy dojechali do domu, miała wraŜenie, Ŝe od chwili jej ostatniego pobytu minęły lata.
Wszystko wydawało jej się stare i znajome, witała się z domem, jakby znała go od
dzieciństwa.
Tanner był małomówny. Natychmiast zajął się swoim komputerem i podłączeniem
systemu telefonicznego.
Dog chodził i sprawdzał, czy nikt nie wtargnął na jego terytorium. Nie obserwował juŜ
drogi.
– Tanner.
– Hmm.
– OŜenisz się ze mną?
– Nie.
– Ale moja matka będzie bardzo niezadowolona, kiedy dowie się, Ŝe Ŝyję z kimś bez
ś
lubu. Poza tym muszę dawać dobry przykład młodszym siostrom i kuzynkom. Zawsze mnie
podziwiały. Zdemoralizujesz całe młode pokolenie Fullertonow. A z drugiej strony rodziny...
– Słuchaj, nic z tego. Rozejdziemy się i kaŜde pójdzie swoją drogą. Po raz drugi czegoś
takiego nie przeŜyję.
– Ja juŜ nie mam nic na ten temat do powiedzenia? – zapytała zadziornie. – Moje uczucia
cię nie interesują? Co by było, gdybym zaŜądała, byś nie jeździł samochodem, bo jakiś idiota
moŜe na ciebie najechać?
– Wiesz dokładnie, Ŝe zupełnie co innego mam na myśli.
– Wezmę kluczyki i kaŜę odebrać ci prawo jazdy. Oczy Tannera błysnęły.
– Ciekawe, jak to zrobisz.
– JuŜ ja znajdę jakiś sposób – patrzyła na niego uporczywie.
– Lauro, musisz mnie zrozumieć.
– Nie potrafię. Wiem tylko, Ŝe nie kochasz mnie na tyle, Ŝeby choć trochę zaryzykować.
Ja jestem przygotowana na wszystko. PrzecieŜ groziło mi w tym czasie tyle innych
niebezpieczeństw. Meteoryt mógł mi spaść na głowę, mogłam umrzeć od ukąszenia
szerszenia albo przewrócić się na prostej drodze i skręcić kark. Jeśli mnie nie kochasz na tyle,
by wziąć na siebie ryzyko i się ze mną oŜenić, to nie kochasz mnie wcale. Nieźle się ostatnio
zabawiałeś. Trzeba przyznać, Ŝe chytrze to wszystko urządziłeś. Myślałam, Ŝe coś dla ciebie
znaczę. Pomyliłam się. Ja naprawdę nie jestem pierwsza lepsza. Następny męŜczyzna będzie
się musiał napracować, by przełamać...
– Jaki męŜczyzna?
– Ten, który będzie na tyle odwaŜny, by mnie pokochać i nie będzie się bał wspólnego
Ŝ
ycia.
– A czy ja nie jestem dość odwaŜny?
– Jesteś. Właśnie dlatego nie ma odwrotu. Kochasz mnie. Sam nie wiesz, jak bardzo.
Potrzebuję ciebie. Chcę z tobą Ŝyć. Bardzo cię kocham.
– Lauro, nie namawiaj mnie, Ŝebym cię naraŜał. Nie byłbym nigdy pewien, Ŝe jesteś
bezpieczna.
Wziął ją w ramiona i mocno przytulił.
– Wiem, kochanie. Jesteśmy oboje wytrąceni z równowagi.
Odsunęła się od niego i bardzo powoli zaczęła się rozbierać. W miłości wszelkie chwyty
są dozwolone, pomyślała. Kontynuowała głosem spokojnym i wyrozumiałym:
– Potrzebujesz trochę normalnych przeŜyć, które zrekompensowałyby ci cały ubiegły
tydzień. Nie mogę cię zapewnić, Ŝe twoje Ŝycie ze mną nie będzie nudne, ale zrobię, co w
mojej mocy, by cię trochę rozerwać.
Zdjęła majteczki i odwróciła do niego całkiem naga. Tuląc się, objęła go i powoli gładziła
po głowie.
– Naprawdę cię kocham. – Był powaŜny. Mówił bardzo łagodnie.
– Wiem o tym – uśmiechnęła się. Oczy miała trochę wilgotne, jakby zbierało się jej na
płacz.
– Jednak musimy się rozejść.
– A ja sądzę, Ŝe powinniśmy przyczynić się do powiększenia hordy dzieciaków, które
będą miały szczęście przyjeŜdŜać do tej przeuroczej, starej rudery. Ich nóŜki co roku będą
jeszcze bardziej wycierać stopnie schodów, a ich rączki...
– Stopnie są wytarte? W którym miejscu?
– Nawet bardzo... i których śmiech...
– Nie ułatwiasz mi...
– I których paluszki...
– Ile dzieci? – zapytał, nie tyle z ciekawości, co raczej z obawy.
– O ile dobrze pamiętam, jesteś jedynakiem. Na ogół jedynacy chcą mieć duŜo dzieci –
zamilkła na chwilę, namyślając się, a potem ciągnęła dalej. – Myślę, Ŝe moŜna planować od
czworga do sześciorga. Będę na ten temat mogła coś więcej powiedzieć, gdy zobaczę, czy
pierwsza dwójka będzie równie trudna jak ty.
– Ja jestem trudny?
– Jesteś uparty, zarozumiały i nie chcesz zrozumieć, co się do ciebie mówi. Muszę to
wziąć pod uwagę, zanim się na cokolwiek zgodzę.
– Wytłumacz, co miałaś na myśli mówiąc o „następnym męŜczyźnie”. Przed chwilą o
nim wspominałaś – był wyraźnie zaniepokojony. – Czy chodzi o kogoś konkretnego?
– Pozwól, Ŝe ja ci teŜ postawię pytanie. Dlaczego zwracasz na mnie uwagę, gdy jestem
naga i stoję, o tak, blisko, a gdy stoję dalej i jestem ubrana, to nie chcesz się nawet ze mną
oŜenić?
Głęboki głos Tannera zabrzmiał bardzo zdecydowanie:
– Gdybyś była nawet w pasie cnoty, a moja obecność nie groziłaby ci
niebezpieczeństwem, chciałbym być zawsze z tobą.
– To dobry początek.
– Ale poniewaŜ jestem dla ciebie ciągłym zagroŜeniem... Nie, nie mogę się z tym
pogodzić!
Patrzyła na niego uwaŜnie. „Nie mogę się z tym pogodzić” – zabrzmiało jak ostateczna
decyzja, od której nie ma odwołania.
– Tanner. Kocham cię nad Ŝycie.
– Ja ciebie teŜ. Dlatego nie będę cię naraŜał. Oparła głowę o jego pierś. Była
zrozpaczona. Potem podniosła twarz i odpowiedziała:
– Jeśli tak, to trudno. Kochaj się ze mną jeszcze jeden, ostatni raz.
Wciągnął ostro powietrze.
– WyjeŜdŜasz?
– Tak. Dalszy mój pobyt tutaj juŜ nie ma sensu.
– Nie... nie mogę cię tak od razu puścić...
– Co to znaczy, Ŝe nie moŜesz mnie puścić? Zdecyduj się. Nie będę czekać bez końca, aŜ
łaskawie coś postanowisz!
– Czy... czy jest jakiś inny męŜczyzna?
– Nie! – ogarnęła ją złość. – Nie zachowywałabym się w stosunku do ciebie w ten sposób,
gdyby był! Jesteś śmieszny!
Gładził jej gładkie jak aksamit plecy, delikatne wgłębienie w talii.
– Lauro! To byłby obłęd! Nie mogę. Nie wolno mi. Nie mogę cię naraŜać – w jego
oczach nie odbijała się juŜ rozpacz, tylko cierpienie.
– Jesteś nudny!
– Co?
– Stale powtarzasz to samo. Nie chcę tego więcej słuchać!
Odsunęła się od niego i zaczęła zbierać swoje ubranie. Poruszała się przy tym bardzo
powoli, od czasu do czasu oglądając się przez ramię.
– Lauro!
– Uświadomiłam sobie, Ŝe jedyna rzecz, której tak naprawdę ode mnie chcesz, to seks.
Nie widzieliśmy się od lat, a ty usiłowałeś od razu wciągnąć mnie do łóŜka! I muszę
przyznać, Ŝe nie sprzeciwiałam się. Nieprzyjemnie się do tego przyznać... – mimo woli była
trochę poirytowana.
– Teraz...
– Teraz zabawa się skończyła i rzeczywistość domaga się swoich praw. Nagle jestem
„zagroŜona”, a ty nie chcesz mnie „naraŜać”. To ty jesteś dla mnie największym
niebezpieczeństwem! Przyjechałam tu... – coraz bardziej ją ponosiło.
– Wszystko rozumiesz na opak!
– OŜenisz się ze mną czy nie?
– Lauro, proszę.
– Tak czy nie?
– Nie! – podniósł głos. Siląc się na cierpliwość dodał:
– Musisz zrozumieć, Ŝe...
– Rozumiem. I nie będę cię błagać, prześladować ani nachodzić. Cześć. Było fajnie.
Odwrócona do niego nagimi plecami, zaczęła się ubierać. Teraz jego ogarnął lęk.
– Jak masz zamiar stąd wyjechać? Nie masz samochodu, a ja cię nie odwiozę.
– Zadzwonię po taksówkę – przez ramię rzuciła mu długie, wyzywające spojrzenie.
– Telefon jeszcze nie działa.
– No to pojadę stopem. Razem z Dogiem.
– Szosa jest zupełnie pusta.
– To pójdziemy na piechotę.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co powiedziała.
– Bierzesz Doga ze sobą?
– Tak. Nie moŜesz go zatrzymać. W końcu mógłbyś mu zagraŜać. Mógłbyś sprowadzić
na niego nieszczęście – patrzyła na niego złowrogo.
– Lauro...
– Do widzenia, Tanner.
Naciągnęła bluzkę i wypadła z pokoju, akurat w chwili gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Z wściekłością szarpnęła drzwi jedną ręką, podczas gdy drugą poprawiła bluzkę. Na progu
stał Henry, z miną cokolwiek zdziwioną.
Twarz miała zaczerwienioną i złą.
– Henry, czy moŜesz mnie podrzucić do Myrtle Beach na lotnisko? – wypaliła. – Muszę
zdąŜyć na samolot, a Tanner nie chce mnie odwieźć.
Henry ostroŜnie zerknął na Tannera, który wyglądał jak chmura gradowa.
Zareagował niezdecydowanie, nie wiedział, co powiedzieć.
– Zapłacę ci za drogę.
Była juŜ całkowicie rozwścieczona i niegrzeczna nawet w stosunku do biednego
Henry’ego.
– Wyłączył równieŜ telefon – skarŜyła dalej.
– Słuchajcie, muszę uciekać – Henry usiłował się wycofać. – Posłuchaj Tannera. On na
pewno znajdzie rozwiązanie.
– Henry! Jeśli nie zawieziesz mnie do Myrtle Beach, będę zmuszona pojechać stopem.
KaŜdy weterynarz ma miękkie serce. Henry poddał się.
– Słuchaj, Tanner – powiedział – zawiozę ją. Chyba Ŝe rozwiąŜecie ten problem inaczej.
Tanner nie odpowiedział. Ani na chwilę nie odrywał oczu od Laury, ale nie protestował.
Poszła na górę do swojego pokoju. Jej „zmienniczka” zostawiła wszystko w nienagannym
porządku. Walcząc ze łzami, Laura ściągnęła bluzkę i spodnie. WłoŜyła jedną ze swoich
podróŜnych garsonek, pończochy i buty na obcasie. Zabrała resztę rzeczy z szafy, wrzuciła
wszystko do walizki. Ubrania, które nosiła dotychczas, złoŜyła w kostkę. Zawahała się na
widok czerwonej sukienki. Będzie jej przypominać Tannera. Zostawiła ją.
Henry wyszedł po nią na schody i pomógł jej zanieść walizkę do samochodu. Wróciła do
pokoju, ściągnęła brudną pościel i zaniosła ją do pralki. Gdy nastawiała program, zjawił się
Tanner:
– Nie jadłaś lunchu.
Popatrzyła na niego beznamiętnie. Bała się, Ŝe się rozpłacze.
– Nie jestem głodna.
– Nie odchodź w ten sposób.
– A jak? Mam odlecieć balonem?
– Nie gniewaj się.
– Wcale się nie gniewam. Po prostu nie znoszę ludzi, którzy zachowują się jak...
– Lauro, ja tego nie przeŜyję – głos mu się łamał. Czuła, Ŝe i jej serce pęka z bólu.
– Brudna bielizna pościelowa jest juŜ w pralce. Przykro mi, Ŝe nie zdąŜę jej wysuszyć i
wyprasować.
– Lauro...
Wyszła do holu, gdzie czekał juŜ Henry. Spojrzała w kierunku „swojej pracowni”, w
której zostawiała tyle wspaniałości. Pomyślała, Ŝe mogłaby z niej korzystać do końca Ŝycia.
Nie zdecydowała się jednak wejść.
Miała swoje własne przybory do rysowania. Zabrała teŜ ze sobą szkice, na których
uwieczniła Tannera w domku, w którym się ukrywali. Nic jej juŜ nie trzymało. Ciągle jednak
nie mogła uwierzyć w to, co się stało.
– Nie zabieraj Doga – ostrzegł ją Henry łagodnie. – Przyzwyczaił się juŜ do miejsca. Tu
ma przestrzeń. Byłoby okrucieństwem ładować go teraz do klatki i fundować mu drugą taką
w miejskim mieszkaniu.
– Chyba masz rację – powiedziała Laura, w chwili gdy Tanner na moment wszedł do
kuchni.
Spojrzała na psa, który przyglądał im się czujnie, z ciekawością przechylając łeb. Pewnie
wyczuwał napięcie, ale nie rozumiał dokładnie, o co chodzi.
– Dziękuję ci za wszystko, Tanner – odezwała się Laura oficjalnym głosem. – Dziękuję
za bardzo interesujący i... pouczający pobyt.
Ignorując Henry’ego, który nie wiedząc, jak im pomóc, bezsilnie przyglądał się ich
udręce, Tanner zwrócił się do Laury:
– Pocałuj mnie na poŜegnanie. Nie widziała go przez łzy.
– Nie mogę.
Nie udało się jej zapanować nad drŜeniem głosu. Jeśli go pocałuje, to rozsypie się
doszczętnie. Pewnie na to liczył.
– Chodźmy – powiedział Henry miękko. Przytrzymał jej drzwi, gdy wychodziła na ganek.
– Wystarczy ci pieniędzy? – zapytał Tanner.
– Tak.
Nie odwróciła się. Schodząc, musiała trzymać się poręczy, bo ze zdenerwowania nie
widziała schodów.
Dog równieŜ zbiegł z ganku i kręcił się wokół samochodu. Nie podchodził blisko, ale
obserwował ich przygotowania do odjazdu. Patrząc na Laurę pytająco, wydał dźwięk, który
nie był ani szczekaniem, ani skomleniem.
Zanim wsiadła do samochodu, pochyliła się i objęła go. Henry uruchomił silnik i powoli
zawrócił samochód. Wyjechali na szosę.
Płakała przez całą drogę na lotnisko. Henry nie powiedział ani słowa. Zawsze było mu
łatwiej porozumiewać się ze zwierzętami. Zwierzęta moŜna pogłaskać i pocieszyć, nie
troszcząc się o dobór słów. Z ludźmi było inaczej.
Samolot do South Bend przez Dayton miał odlecieć późnym popołudniem. PoŜegnała się
z Henrym. Nie chciała, by został. Tłumaczyła, Ŝe na pewno nie będzie towarzyszem skorym
do rozmów. Zgodził się z nią. Stał jeszcze przez chwilę roztargniony, nie wiedząc, co robić.
Wreszcie przełamał się i powiedział powoli:
– Nie sądziłem, Ŝe tak łatwo dajesz za wygraną. Zostawił ją w poczekalni oburzoną.
Henry wrócił do Tannera. Siedzieli w milczeniu. Dog leŜał u ich stóp. Przerywając ciszę,
Henry zdobył się na śmiałość:
– Jeśli kogoś naprawdę kochasz, musisz o niego walczyć.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Do odlotu było jeszcze kilka godzin i Laura miała duŜo czasu, by rozmyślać nad słowami
Henry’ego. Więc łatwo dawała za wygraną? Nikt i nigdy nie zarzucił jej jeszcze czegoś
podobnego. A moŜe była to prawda?
Przypomniała sobie zdanie, które gdzieś kiedyś wyczytała: „Jeśli chcesz być pewny
swego związku z drugą osobą, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jest ci lepiej z nią,
czy bez niej?”
Oczyma duszy widziała Tannera bardzo wyraźnie – w zamyśleniu, w radości, w chwilach
gdy cieszył się jej obecnością. Przypomniała sobie iskierki szczęścia w jego oczach.
Wspominała namiętność, z jaką na nią patrzył.
Siedząc w poczekalni myślała tylko o nim. Dlaczego prosił, by z nim została, skoro nie
pragnął zatrzymać jej na zawsze? PrzecieŜ naleŜała tylko do niego. Był jej jedyną miłością.
Podbił ją przecieŜ wtedy, gdy po raz pierwszy pocałował ją nad rzeką Jordan. JuŜ wtedy
poszłaby za nim do piekła. Ale on odszedł, jakby nie zauwaŜył, co się z nią dzieje.
Ale teraz Tanner przecieŜ jej pragnął. Nie potrzebowała czerwonych sukienek, by go
uwieść. Uśmiechnęła się na wspomnienie ich przekomarzań. Miał niezwykłe poczucie
humoru. Wspominała teŜ chwile, gdy jej poŜądał i gdy nie mógł powstrzymać się, aby jej nie
dotknąć, gdy obejmował ją wzrokiem rozpalonym namiętnością i gdy usta wykrzywiał mu
grymas rozkoszy. Czy zachowywałby się tak, gdyby jej nie kochał?
Nie, to niemoŜliwe! Nie moŜe bez niego Ŝyć! Zawsze za nim tęskniła. To nie on
sprowadził ją podstępnie do swojego domu. Przyszła do niego sama. Czy teraz ma więc po
prostu odejść? Wszyscy jej przodkowie, pionierzy Dzikiego Zachodu, wstydziliby się widząc,
jak łatwo daje za wygraną. Chciała z nim być. Zdała sobie sprawę, Ŝe bezgłośnie powtarza
jego imię. Przez tyle lat go nie zapomniała. Nie moŜe więc teraz wymazać go z pamięci.
Wyciągnęła szkice, które w ostatnich tygodniach zrobiła. To wszystko, co jej po nim
zostało. Porównywała wesołego, beztroskiego Tannera na rysunkach z napiętym, chmurnym
człowiekiem, jakim stał się w ostatnich dniach.
Gotowa była stawić czoło kaŜdemu niebezpieczeństwu, byle tylko mieć go obok siebie.
Ale czy miała prawo od niego Ŝądać, by Ŝył w ciągłej trosce o nią? Czy nie kierowała się
czystym egoizmem? Zastanawiała się nad tym, siląc się na obiektywizm.
W końcu postanowiła, Ŝe jeśli mają być razem, jak im los przeznaczył, to musi się to stać
za jego wolą. Sam musi do tego dojść. Ale powinna być blisko niego, gdy będzie podejmował
decyzję – w końcu chodzi tylko o to, by mu przypomnieć o jej istnieniu.
Powołanie się na los i przeznaczenie spodobało się jej. To był dobry pomysł. Pewniej
stanęła na nogach, narastało w niej poczucie doznanej krzywdy i zbawienna złość. Tanner nie
doceniał jej. Była silną, dorosłą kobietą, która potrafi pokonać przeciwności...
Ale jak teraz wrócić? Opuściła go przecieŜ w tak demonstracyjny sposób! Mogła
oczywiście zapukać, mówiąc:
– Przepraszam, akurat przejeŜdŜałam obok i... Ale mogła teŜ zachować się zupełnie
szczerze i powiedzieć:
– Zostanę tak długo, jak pozwolisz. Tak długo, aŜ mnie poprosisz, bym sobie poszła.
Postanowiła, Ŝe właśnie tak zrobi.
Te wspomnienia, wahania i rozmyślania zabrały jej sporo czasu. ZbliŜała się pora odlotu.
Szybko oddała bilet, odebrała bagaŜe i złapała taksówkę.
W drodze do Myrtle Beach minęła porsche’a. CzyŜby Tanner? Nie zauwaŜyła, kto
prowadził samochód, gdy przemknął obok z duŜą prędkością. PrzecieŜ nie mogła go gonić
taksówką. MoŜe postanowił wyjechać? Co zrobi, gdy go nie zastanie w domu? Bez telefonu,
bez samochodu?
Gdy wysiadła z taksówki, na ganku siedział Dog. Ucieszył się na jej widok. To dobry
znak, ale istniała teŜ moŜliwość, Ŝe Tanner nie wziął go ze sobą, zostawiając pod opieką
Henry’ego. PrzecieŜ juŜ raz miał taki pomysł. Niezdecydowana, zwróciła się do taksówkarza:
– MoŜe pan chwilę poczekać? Wyłączył silnik.
Drzwi wejściowe nie były zamknięte. W gabinecie Tannera stał komputer, wszystkie
części były na miejscu. Miał więc zamiar wrócić. Wyszła i po chwili wahania powiedziała
taksówkarzowi, Ŝe juŜ go nie potrzebuje. Zapłaciła za kurs. Patrzyła za odjeŜdŜającą
taksówką. Uświadomiła sobie, Ŝe mogła to być jej ostatnia szansa powrotu... ucieczki...
\
Wyprostowała się i nabrała głęboko powietrza. Wchodząc po schodkach na ganek,
stukała głośno obcasami. Przypomniała sobie jak wchodziła tu po raz pierwszy, niosąc bukiet
od Petera. W środku wszystko było znajome i miłe. A jednak ogarnął ją strach. Czy aby nie
popełniła błędu?
Postawiła w holu walizkę i przez chwilę stała z twarzą ukrytą w dłoniach, oddychając
głęboko. Z nagłą determinacją złapała bagaŜ, wbiegła po schodach do swojego pokoju i
zaczęła się rozpakowywać.
Przypomniała sobie o praniu, które nastawiła. Postanowiła się nim zająć. Przechodząc
przez kuchnię znalazła wszystkie swoje domowe ubrania, czyste i wysuszone, złoŜone w
kostkę na stole. Co myślał, gdy je składał?
Idąc na górę zastanawiała się, w co się ubrać. Na pewno nie w czerwoną sukienkę.
Powinna wyglądać jak powaŜna, stateczna kobieta. Szalona dziewczyna w czerwonej
sukience nie była dobrym materiałem na towarzyszkę Ŝycia. Poza tym, nigdzie nie mogła
znaleźć tej sukienki. Uśmiechnęła się. Na wszystko jest miejsce i czas. A to nie był
odpowiedni moment na figlarne fatałaszki. Strata sukienki trochę ją jednak zasmuciła.
W końcu włoŜyła niebieskozieloną sukienkę i sandały. Rozpuściła włosy, uwaŜnie
przypatrując się swojemu odbiciu w lustrze. Umalowała się bardzo starannie, po chwili
wahania odłoŜyła kolczyki.
Zeszła do kuchni. Długo przebierała w lodówce, zanim wybrała coś na kolację.
Wychodząc na ganek zagadała do Doga. Postanowiła nie dać poznać po sobie, Ŝe czeka z
wielką nadzieją i miłością. Będzie chłodna i opanowana.
ZauwaŜył po drodze taksówkę, jadąc jak szaleniec na lotnisko. Dostrzegł teŜ kobietę na
tylnym siedzeniu. Nie rozpoznał jej, choć przez moment pomyślał o Laurze.
Gdy przyjechał, dowiedział się, Ŝe w ostatniej chwili oddała bilet. Wracał do domu w
gorączkowym pośpiechu. Nic nie wskazywało na to, Ŝe wróciła. Zostawił samochód w
garaŜu, wbiegł po tylnych schodach na ganek kuchenny i raptownie otworzył drzwi. Serce
waliło mu jak młot.
Była. Stał jak przygwoŜdŜony, patrząc na nią. Obdarowała go dość chłodnym
spojrzeniem i krzątała się dalej, przygotowując kolację. Chciał się na nią rzucić, ale ominęła
go zwinnie. Milczała.
Chciała być, jak postanowiła, opanowana i rzeczowa. Lecz widząc go na progu, nagle
zdenerwowała się. Wezbrała w niej złość, choć jednocześnie walczyła ze sobą, Ŝeby się nie
rozpłakać. I to teŜ ją jeszcze bardziej rozwścieczyło.
Upojony własną radością, nie mógł zrozumieć jej reakcji. Patrzył na nią czułym
wzrokiem, podczas gdy ona, zaaferowana, obchodziła go dookoła, dając mu do zrozumienia,
Ŝ
e jej przeszkadza. Cichym głosem stwierdził:
– Wróciłaś.
Nie panowała juŜ nad sobą. Ku własnemu zaskoczeniu wypaliła:
– Przepraszam, ale kim pan właściwie jest? Był zbity z tropu i poirytowany.
– Lauro... – powiedział ostrzegawczo.
– Skoro zna pan moje imię, to i ja powinnam pana znać. Ale jakoś sobie nie
przypominam.
– Rzeczywiście? PrzecieŜ kilka godzin temu prosiłaś mnie, bym się z tobą oŜenił.
Odwróciła się nie odpowiadając, i szykowała dalej kolację.
Był zagubiony. Nie miał pojęcia, dlaczego się na niego gniewa. Ale wróciła, to juŜ coś.
Stał na środku pokoju, usiłując nawiązać rozmowę. W pewnej chwili odezwała się ostrym
tonem:
– Posuń się.
Oparł się o drzwi i obserwował ją. Była naprawdę zła. Dlaczego? Wyglądała pięknie i
podniecająco z tymi wypiekami na twarzy. Rozbierał ją wzrokiem. Nie wiedział, co zrobić,
aby ją rozbroić.
Usiedli do stołu w milczeniu. Laura zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe zachowuje się
idiotycznie. Zarumieniła się. Wstydziła się, Ŝe nie potrafi stłumić gniewu. A przecieŜ miała
zachowywać się jak dorosła, powaŜna kobieta. Bardzo chciała zapanować nad sytuacją.
Pierwszy przemówił Tanner:
– Lauro, jestem tu. Odezwij się.
– Nie rozmawiam z tobą.
– AleŜ dlaczego? Rozsądne pytanie – pomyślała.
– Jestem zła, Ŝe tak łatwo ci przyszło poŜegnać się ze mną. I w ogóle nie dopuściłeś mnie
do głosu...
– Kochanie...
– Czy myślałeś, Ŝe mam, ot tak, po prostu, zgodzić się na twoje dziwactwa?
Wyprostował się.
– Moje dziwactwa... ? Troskę o ciebie nie sposób chyba nazwać dziwactwem. Lauro,
musisz zrozumieć, Ŝe...
– Jeszcze nie skończyłam. UwaŜam, Ŝe powinniśmy spędzić jakiś czas ze sobą jako
przyjaciele.
A gdy zaczął się śmiać, powiedziała surowo:
– Przestań! Nie ma się z czego śmiać! Nie chcę z tobą rozmawiać, ale muszę
wytłumaczyć, dlaczego wróciłam.
– Ale dla mnie jest obojętne, dlaczego wróciłaś. WaŜne, Ŝe jesteś.
Ciągnęła dalej ignorując go:
– PrzeŜyliśmy tydzień namiętności i tydzień zagroŜenia. Nie wiem, czy moŜemy ufać
naszym uczuciom. Doszłam więc do wniosku, Ŝe powinniśmy przez pewien czas obcować ze
sobą jak przyjaciele. śadnego seksu. Rozmowy, spacery. Musimy się poznać.
To przemówienie nie wyszło całkiem tak, jak chciała. Tanner deprymował ją. Wprawdzie
w skupieniu słuchał tego, co miała do powiedzenia, ale teŜ nie ukrywał swego szczerego
ubawienia. ZauwaŜyła błysk diabelskich ogników w jego oczach. Czuła, Ŝe nie akceptuje jej
punktu widzenia.
Ciągnęła dalej z coraz większym zacietrzewieniem:
– Jestem w tobie zakochana. Nie stój jak kołek! Chcę, Ŝebyś mnie wysłuchał. Nie wiem,
czy kocham cię naprawdę, czy jestem po prostu pod twoim urokiem. Prawdę mówiąc,
przyjechałam tu po to, by cię raz na zawsze wygnać z mych myśli. I jeśli mnie teraz spokojnie
nie wysłuchasz, to znów wyjadę i nigdy juŜ nie wrócę. Moglibyśmy teraz pójść do łóŜka, ale
wtedy nigdy nie przekonam się, czy cię naprawdę kocham, czy po prostu tylko cię pragnę.
Odchylił się na krześle.
– To Ŝaden problem. Ze mną jest podobnie – uśmiechnął się.
– Pochodzę z rodziny pionierów. Kobiety w mojej rodzinie musiały stawiać czoło wielu
niebezpieczeństwom i niewygodom – chorobom, samotności, cięŜkiej pracy. Nie jestem
księŜniczką. Dam sobie radę. I muszę wiedzieć, czy to, co do ciebie czuję, jest prawdziwe.
– Kocham cię.
– Nie powtarzaj się. Sprawa jest powaŜna. Niedługo pojawi się tu twoja rodzina. Co jej
wtedy powiesz? Moja obecność tutaj nie moŜe być dwuznaczna. Inaczej spalę się ze wstydu.
– Nie masz do mnie zaufania?
– Rząd Stanów Zjednoczonych moŜe ci ufa, ale ja nie powinnam. Kocham cię, choć
akurat w tej chwili nie wiem, czy cię lubię. Nie rozumiem, dlaczego chciałeś mnie zmusić do
wyjazdu.
– Ale wróciłaś – uśmiechnął się swoim rozbrajającym uśmiechem.
Laura szybko odwróciła oczy. Po chwili stwierdziła rzeczowo:
– Nigdy nie zabrałeś mnie na łódkę.
– Na łódkę? – zapytał zdziwiony.
– Kiedy przyjechałam, pytałeś, czy juŜ pływałam i mówiłeś, Ŝe muszę spróbować.
Zajmijmy się przez chwilę czymś innym. Czy potrafisz być choć przez tydzień miły, po
prostu jak przyjaciel?
– A co by było, gdybyśmy byli bardzo bliskimi przyjaciółmi?
– Nic z tego nie będzie, Tanner. Musimy mieć czas na poznanie się.
– Ale ja juŜ wiem o tobie wszystko. A ty niczego się o mnie nie dowiedziałaś?
– Wiem, Ŝe jesteś bardziej skomplikowany, niŜ myślałam. I Ŝe masz cechy, których się
nawet nie domyślałam. Widziałam, jak zaatakowałeś tego męŜczyznę. Nie zdawałam sobie
sprawy, Ŝe jesteś do tego zdolny.
– Musiałem cię obronić za wszelką cenę.
– Niczego ode mnie nie chciał. Ścigał ciebie.
– Wtedy zdziwiło mnie, Ŝe nie strzelał z ukrycia. Tego zawsze obawiałem się najbardziej.
Myślałem ciągle, Ŝe coś ci się moŜe stać.
– Opowiem ci pewną historyjkę. W Fort Wayne jest ogród zoologiczny dla dzieci. W tym
ogrodzie jest wyspa, na której Ŝyją małpy. Otoczona jest rowem z wodą, w której pływa
krokodyl. Wsadzili go tam po to, by małpy miały się czym zająć. śycie bez stresów jest
nudne. Zawsze trzeba mieć trochę problemów dla zdrowia. Ale cieszę się, Ŝe to ty dostałeś
Rockwella, a nie on ciebie.
– Wiesz, nie wiem, czy jego śmierć była przypadkowa. Gdy dostrzegłem go
wychodzącego zza drzewa z karabinem, chciałem go tylko unieszkodliwić. Być moŜe to skok
Doga spowodował, Ŝe zadałem mu śmiertelny cios. Ale jak o tym myślę, to wydaje mi się, Ŝe
chciałem go zabić. A teraz muszę Ŝyć z tą niepewnością. Wierz mi, nie jest to łatwe. Później
dowiedzieliśmy się, Ŝe Rockwell miał duŜo problemów. Nie był człowiekiem w pełni
zrównowaŜonym. Gdyby nim był, na pewno nie usiłowałby się zemścić.
– A ja ci wtedy wcale nie pomogłam.
– Chwała Bogu. Dzięki temu nie odwróciłaś jego uwagi, a to bardzo waŜne. Był
całkowicie skupiony na mnie.
– Byłam przeraŜona.
– My teŜ jesteśmy przeraŜeni, gdy zagraŜa nam prawdziwe niebezpieczeństwo. Nauczono
nas jednak samoobrony. Tak samo zachowują się bokserzy przed walką lub aktorzy przed
występem. Tylko głupcy się nie boją. Zamyślił się przez chwilę.
– W tej całej historii została tylko jedna rzecz nie wyjaśniona. Kto pomagał
Rockwellowi? No i okazało się, Ŝe byli to po prostu prywatni detektywi. Myśleli, Ŝe
znalezienie mnie jest prostą sprawą, Ŝe słuŜą prawu. Na przyszłość będą dokładniej
sprawdzać, dla kogo mają pracować.
Popatrzył na nią wnikliwie.
– Lauro, muszę wyznać, Ŝe juŜ nigdy nie pozwolę ci odejść.
– Wcale nie chciałam się od ciebie uwolnić. To ty chciałeś się mnie pozbyć. Dlaczego
zmieniłeś zdanie?
– O mały włos, a nie zdąŜyłbym na samolot, którym miałaś odlecieć. Czekałem na wyniki
poszukiwań w centralnej bazie danych. Chciałem być pewien, czy nie zagraŜa mi jakiś inny
Rockwell. Ale nie ma nikogo. Odtąd moje Ŝycie będzie rutynowym wypełnianiem
obowiązków. Musisz mnie ocalić. Dlatego po ciebie pojechałem.
– Ocalić? Od czego?
– Od nudy. Od Ŝycia bez miłości. Od samotności. Kocham cię. Wyjdź za mnie, Lauro.
Oczy jej powoli się rozszerzyły.
– PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie musisz się mnie bać.
– Doprawdy? Ile razy odstawiłeś juŜ ten sam numer? Uwodzisz biedne kobiety, a potem
porzucasz je, mówiąc, Ŝe to dla ich dobra? Jesteś oszustem.
Uśmiechnął się leniwie i trochę wyzywająco.
– Ja? Oszustem? Ledwie się poruszałem, a ty przyjechałaś i podstępnie mnie uwiodłaś.
– To nieprawda. Jeszcze jak chodziłeś!
– Jeśli dobrze pamiętam, to nawet uszyłaś czerwoną sukienkę.
– To ty mnie uwiodłeś. Pastwiłeś się nad moim biednym ciałem. Jeszcze teraz czuję moje
obolałe piersi.
– Naprawdę? – wstał od stołu. – Niech sprawdzę. Wstała i cofnęła się do przedpokoju.
Wyciągnęła ostrzegawczo rękę:
– Nie zbliŜaj się do mnie.
Tego było za wiele. W dwu krokach Tanner przemierzył dzielącą ich przestrzeń.
Przycisnął ją do siebie z całej siły, aŜ do bólu. I pocałował.
Ogarnęło ją znajome juŜ uczucie. Musiała się czegoś przytrzymać, by nie stracić
równowagi.
Powinna mu się przeciwstawić. Myślała gorączkowo. PrzecieŜ planowała, Ŝe ten tydzień
spędzą jak dwoje zaprzyjaźnionych ludzi. A on brutalnie narzuca jej swoje warunki. Znowu ją
uwiedzie. Powinna się bronić. Tak łatwo się nie da. Całował ją równieŜ, z tym diabelskim,
perfidnym talentem. Powinna... Jego usta były wspaniałe. Jak mógł być równocześnie tak
łagodny, silny i namiętny?
OdpręŜyła się, rozkoszując jego bliskością. Była znów w jego twardych ramionach,
słyszała nierówny oddech i czuła serce, które waliło jak młot.
Jego ręce pieściły jej ciało, docierając do najbardziej wraŜliwych miejsc. Miał takie
mocne, miłe ręce... Powinna... Co powinna... ?
I poniewaŜ nie wiedziała, co ma zrobić, nagle pocałowała go spontanicznie i namiętnie.
Jej palce wpiły się w jego gęstą czuprynę, ciało drŜało z pragnienia. Brakowało jej tchu.
Nogi ugięły się w kolanach, biodra przylgnęły do jego ciała.
Gdy przerwał pocałunek, a właściwie, gdy zaczął całować jej szyję i ramiona,
przypomniała sobie o czerwonej sukience.
– Gdzie jest moja czerwona kreacja? – zapytała, zaskakując samą siebie.
Roześmiał się, trochę cynicznie.
– Sukienka jest moja. PrzecieŜ uszyłaś ją dla mnie.
– Twoja? Co z nią będziesz robił? Chyba nie będziesz jej nosił?
– Ale tobie pozwolę się w nią ubrać.
Nie o to przecieŜ chodziło. W kaŜdym razie nie w tej chwili.
– Nie mogłam jej znaleźć – odezwała się. – Jeśli ktoś ją zobaczy, na przykład w szafie dla
gości, to moŜe być zgorszony.
Oparła się o niego, wciąŜ gładząc jego włosy. Serce w niej zamarło i przez chwilę nie
bardzo pamiętała, o czym mówili. Tak bardzo go kochała, a o mały włos go nie straciła!
– Jest w wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. Ale naleŜy do mnie.
Sukienka! Prawda, mówił o sukience!
– Nie zmieściłaby się w kieszeni. PokaŜ.
– Pod warunkiem, Ŝe ją włoŜysz.
– Nie – powiedziała bardzo powoli i spuściła powieki.
– Chciałbym się z tobą kochać – poprosił cicho. Potrząsnęła głową przecząco, ale tak
lekko, Ŝe prawie niedostrzegalnie. Puścił ją i zrobił krok do tyłu, a jej ręce zawisły bezradnie
w powietrzu. Chciała zaprotestować, ale on stał i przyglądał się jej intensywnie.
Nagle uśmiechnął się i wsuwając rękę do kieszeni, wyciągnął z niej – zupełnie jak magik
z cyrku – czerwoną szmatkę, która zawirowała w powietrzu i dopiero opadając zmieniła się w
sukienkę. Rzucił ją na krzesło, zdjął marynarkę i zaczął rozpinać guziki u koszulki, wciąŜ
wpatrując się w Laurę.
– Nie rób tego – ostrzegła.
Błyskawicznie ściągnął koszulę, buty i skarpetki. Potem, świadomy, Ŝe patrzy na niego
jak zaczarowana, rozpiął spodnie i odrzucił je na bok jednym kopnięciem. Wreszcie
zgrabnym ruchem zdjął slipki.
Obejmowała go wzrokiem całego. Był piękny, godny poŜądania i bardzo męski.
Podszedł do niej, a ona nie odwróciła się ani nie uciekła. Otworzyła szeroko ramiona.
Pomógł jej zdjąć niebieskozieloną sukienkę. Nie protestowała, gdy zsuwał majteczki. Patrzył
na nią spod na wpół przymkniętych powiek i powoli zaczął ją pieścić.
– Tanner...
– No, coś takiego! Jednak pamiętasz moje imię? Wziął z krzesła czerwoną sukienkę i
naciągnął jej przez głowę, potem rozczochrał jej włosy.
– Czy to naprawdę ty? – zapytał.
Dotknął ją przez delikatny jedwab i przyciągnął do siebie.
– Tu! PołóŜ tu swoje ręce.
– Tanner, co ty robisz?
– Będę cię kochał przez resztę naszego Ŝycia. Musisz wyjść za mnie, by nie zgorszyć
kuzynów i bratanków.
– Wyjść za ciebie? – zachowywała się tak, jakby nigdy przedtem nie wspominali o
małŜeństwie.
– Tak.
Spojrzał na nią ze śmiertelną powagą.
– No...
– Ja teŜ – powiedział, jak gdyby była to odpowiedź, na którą czekał. – Muszę wiedzieć,
ile dzieci mi urodzisz, bym mógł zbudować wystarczająco duŜy dom.
Ś
ciskał ją bardzo mocno. Czerwona suknia dodawała mu siły, a oczy pałały Ŝądzą i
ś
miały się z radości. Podniósł ją i zaniósł do łóŜka.
ŁóŜko było miękkie i gościnne. Powoli zdejmował z niej czerwony jedwab, który tak
ponętnie krył jej ciało. A potem zaczął ją kochać.
Laura była mu uległa we wszystkim.
Kąsał jej delikatną skórę, a ona jak w transie pozwalała, by doprowadził ją do granicy
bólu. Ich wilgotne ciała to uciekały od siebie, to splatały się w jedno. Zachłanne i nienasycone
usta wciąŜ pragnęły więcej, a bijące serca znajdowały się na pograniczu Ŝycia i śmierci.
Krzyczała w oczekiwaniu spełnienia. W końcu wszedł w nią ostroŜnie. A potem
wyruszyli w długą drogę oczekiwania na cud, aŜ wreszcie pochłonęła ich ekstaza.
DrŜał jeszcze, gdy ona leŜała juŜ nieruchoma. Całował ją wciąŜ, ale juŜ łagodniejszymi
pocałunkami, pieścił dłońmi juŜ uspokojonymi.
Westchnął i z czułością powiedział:
– Kocham cię. Jesteś moim marzeniem. Wszystkim. Całym moim Ŝyciem.
Jak z oddali usłyszała swój głos:
– Jesteś tu ze mną? Czy to naprawdę ty? Mój kochany. Ja teŜ cię kocham. OŜeń się ze
mną.
Spojrzał na nią pytająco.
– JuŜ jutro! Tak tego pragnę!
LeŜał obok podparty na łokciach. Co chwilę całował ją, bawił się jej włosami, głaskał i
tulił.
Laura śmiała się i przeciągała jak kotka. Kusiła go, ciągle nienasycona.
A gdy wreszcie kochali się po raz drugi i ich ciala połączyły się w jedno, poczuła, Ŝe to
samo stało się z ich Ŝyciem, tak cudownie związanym tajemniczym przeznaczeniem.