background image

SARAH WEST

Przytul mnie

(Przełożyła: Barbara Gentkowska)

background image

Rozdział 1

Laine zobaczyła  ich w bramie parku. Zacisnęła kurczowo   palce na brzegu ławki, była 

bardzo zdenerwowana. Mężczyzna miał na sobie obszarpane dżinsy i wypłowiały podkoszulek. Był 

wysoki. Widziała go kiedyś na zdjęciu. Obrzuciła spojrzeniem niesforną, jasnobrązową czuprynę i 

pociągłą, wyrazistą twarz, ale całą uwagę skupiła na dziecku. Dziewczynka, trzymając go za rękę, 

podskakiwała rozradowana, szczebiocząc i śmiejąc się.

Laine   zadrżała.   Przez   chwilę   nie   mogła   złapać   oddechu.   Ileż   to   czasu   czekała   na   ten 

moment? Miała wrażenie, że przez ostatnie osiem lat - od chwili, gdy odwróciła się od swego 

śpiącego dziecka i pośpiesznie opuściła szpital - czekała na to spotkanie.

Nie powinna tu przychodzić. Nie przypuszczała, że będzie to takie przykre. Ogarnęło ją 

uczucie   wszechogarniającej   pustki.   Pragnęła   tylko   jednego   -     nie   zemdleć.   Kilka   szybkich 

oddechów... Tęsknym wzrokiem wpatrywała się w twarz dziewczynki okoloną długimi jasnymi 

lokami, które spływały aż na ramiona. Nie dostrzegła żadnego podobieństwa do swojej szerokiej 

twarzy o wystających kościach policzkowych.

- Tatusiu, jak myślisz, czy będą tam baranki?

Dziecięcy głosik przeszył ją na wskroś. Spojrzała na twarz mężczyzny. Uśmiechał się z 

czułością do małej osóbki, a na twarzy miał wypisaną miłość do dziecka. To głęboko poruszyło 

Laine.

- Nie wiem kurczaczku. Chyba tak. Ale Rafferty będzie na pewno.

Jego łagodny i przyjemny głos potrącił w niej jakąś głęboko ukrytą strunę. Jak mogła być 

zazdrosna o kogoś, kto ubóstwiał swą córkę, kto wychował ją od niemowlęcia, a w każdą sobotę 

zabierał   ją   do   zoo   w   pobliskim   parku?   A   jednak   czuła   zazdrość,   dotąd   obcą   jej   racjonalnej, 

chłodnej psychice.

- Kocham Raffertego! Tatusiu, czy możemy wziąć taką owieczkę do domu?

- Wiesz, że nasi sąsiedzi nie byliby tym zachwyceni. A poza tym nie mamy dość trawy, 

żeby ją wykarmić.

- Przecież moglibyśmy kupować dla niej jedzenie. Tak bardzo chciałabym mieć owieczkę.

- Obawiam się łobuziaku, że Fruitcake musi ci wystarczyć.

- Tylko Fruitcake?

Właśnie ją mijali. Ogarnęło ją przerażenie. Czuła, że nie może pozwolić im tak po prostu 

odejść. Jedno spojrzenie to za mało. Musi ją poznać, mówić do niej, dotknąć, przytulić... Zupełnie 

nie zdając sobie z tego sprawy wstała i poszła za nimi. Nie była to świadoma decyzja, po prostu - 

impuls.

background image

Pamiętała,  że Agencja Adopcyjna  starała się za wszelką cenę, aby Laine uniknęła tego 

spotkania.

Czuła się teraz tak, jakby traciła cząstkę samej siebie. Stara rana, którą czas prawie uleczył, 

otworzyła   się   na   nowo.   Jake   Bennington   -   dobrze   znała   to   nazwisko,   podobnie   jak   imię 

dziewczynki, Abigail - pokazał karnet i oboje weszli na dziedziniec.

Mała z okrzykiem zachwytu podbiegła do dwóch nowo narodzonych jagniąt, łapczywie 

ssących mleko swej matki.

Laine jak automat szła za nimi.

- Czyż nie są śliczne...?

W głosie Abby słychać było radość ośmioletniego dziecka z poznania czegoś nowego.

- Oczywiście. Są też bardzo delikatne.

Jake przykucnął obok córeczki i ostrożnie gładził jedno z jagniąt.

Poczuła do niego niechęć, nie wiadomo dlaczego.

- Ja też mogę...?

- Ostrożnie, kochanie. Nie przestrasz ich.

Dwie głowy, mężczyzny i dziecka, pochyliły się nad zwierzątkami. Nie było między nimi 

miejsca dla nikogo obcego.

Laine   dyskretnie   otarła   łzy   i   w   końcu   posłuchała   głosu   rozsądku.   Nie   można   tego 

przedłużać! Zebrała się resztką sił i odeszła.

Przez cały weekend walczyła sama ze sobą. Przyjechała do Burchester, by odnaleźć córkę. 

Teraz jednak musi wyjechać.

Ze  znalezieniem   pracy   i   mieszkania   nie   będzie   problemu.   Na   wykwalifikowanych 

księgowych z praktyką zawsze jest zapotrzebowanie.

Jednak   wciąż   nie   mogła   się   zdecydować.   Jeśli   teraz     wyjedzie,   straci   z   Abby   wszelki 

kontakt.   Gdyby   tu   została,   mogłaby   ją  czasami   widywać.   Wiedziała,   do  której   szkoły  chodzi, 

mogłaby ją obserwować na boisku i gdy wraca do domu. Po prostu - przelotne spojrzenia, które 

dają spokój jej zgłodniałej duszy. Mogła też widzieć jak dorasta, wychodzi za mąż...

Nie,   to   tylko   przedłużyłoby   jej   cierpienie!   Chyba   lepiej   nie   wiedzieć   co   się   dzieje   z 

dzieckiem, lepiej go nigdy więcej nie widzieć.

Jak   rozsądna   i   opanowana   była   wtedy,   gdy   podejmowała   tę   decyzję!   Jednak   później 

nastąpiło to okropne poczucie winy i zrozumienie, że porzuciła coś bardzo cennego!

Przez lata trudnych studiów, pod lawiną faktów i cyfr, starała się zapomnieć o dziecku. 

Jednak  kiedy   nieoczekiwanie   pojawiła   się   możliwość   odszukania   córki,   skorzystała   z  niej   bez 

wahania. Teraz właśnie zbiera owoce tej decyzji.

background image

Ranek przyniósł ulgę. Przez kilka godzin nie będzie miała czasu, by dręczyć się myślą o 

trudnych sprawach. Musiała wstać i pojechać do centrum Burchester - do Victorian Mansion - 

gdzie mieściło się biuro jej szefa.

Gdy  weszła   do  swego  pokoju,  czekała   na   nią   wiadomość.   Miała   spotkać   się  ze   swym 

współpracownikiem Rogerem Prentice. Miał pięćdziesiąt lat, ale był uosobieniem energii. W ciągu 

ostatnich dni przejął na siebie prawie cały ciężar bieżących spraw. Jego gabinet był jak zwykle 

zawalony stosem papierów piętrzących się dosłownie wszędzie.

- Całkiem cię zasypało! - krzyknęła na powitanie. - Jak sobie z tym dajesz radę?

Odwzajemnił się zdawkowym uśmiechem.

- Nie narzekam. Siadaj.

Usiadła na wolnym krześle, zakładając nogę na nogę. Miała na sobie kremową, płócienną 

spódniczkę, którą włożyła korzystając z ciepłego wiosennego dnia. W połączeniu z zieloną bluzką 

tworzyła zestaw bardzo kobiecy.

- W piątek po południu, gdy ciebie już nie było, odebrałem telefon.

- Byłam u Jacksona - wtrąciła szybko.

- Wiem. Umówiłem cię z klientem na dzisiejsze popołudnie. Chyba jesteś wolna...?

- Nie ma sprawy, choć mam mnóstwo innej roboty. Do środy mam oddać sprawozdanie 

podatkowe dla Jacksona.

- Ta sprawa to tylko wstępna rozmowa. Facet nazywa się Jake Bennington. Ma w okolicy 

kilka klubów odnowy biologicznej.

Laine przełknęła ślinę. Poprzez szum w uszach usłyszała swój własny głos.

- Ma tu przyjść?

-   Tak.   Chce,   byśmy   udzielili   mu   porady   w   sprawach   finansowych.   Chodzi   o   przelew 

gotówki. Ma z tym  jakieś problemy,  a ty jesteś specjalistką w pożyczkach.  Zajmiesz się nim, 

dobrze?

Wstała. W głowie miała zamęt. Nie wiedziała, co ma myśleć. Była zdecydowana wyjechać, 

a tu sam los postawił na jej ścieżce Jake'a Benningtona.

- Dzięki ci, Roger. Oczywiście, spotkam się z nim.

Zupełnie   oszołomiona   wróciła   do   swego   gabinetu   i   ciężko   opadła   na   fotel.   Patrzyła 

niewidzącym wzrokiem na zaśmiecone biurko.

Jake   Bennington!   Stanął   przed   nią   jak   żywy:   wysoki,   szczupły,   mocny.   Człowiek,   na 

którym można się oprzeć. Był idealną reklamą systemu odnowy biologicznej, którą propagował.

Huśtając się na krześle myślała, że będzie teraz dla niego pracować. Oczywiście!

Wszystko, co miała zrobić, to spotkać się z nim i zająć jego sprawą: uczciwie, logicznie, 

background image

profesjonalnie. Jest po prostu jednym z klientów.

Kiedy punktualnie o trzeciej zjawił się w jej pokoju, musiała przywołać cały swój chłodny 

profesjonalizm,   by   spokojnie   go   przywitać.   Wyglądał   inaczej   niż   wtedy,   w   parku.   W 

nieskazitelnym,   szarym   garniturze   mógłby   być   przykładem   eleganckiego   businessmana. 

Promieniował jakąś tajemniczą siłą i męskością.

- Miło mi pana poznać, panie Bennington.

- Panna Tyson, prawda? Mam nadzieję, że dobrze wymawiam pani nazwisko - wyciągnął 

rękę. - Dzień dobry.

Laine   odniosła   wrażenie,   że   znają   się  od   lat.   Ku  swemu   zdziwieniu   zobaczyła   w   jego 

oczach iskierki sympatii.

- Witam pana! Może filiżankę herbaty?

Jego uśmiech przyprawił ją o przyśpieszone bicie serca.

- Chętnie. Dziękuję.

- Proszę usiąść. Za moment wrócę.

Zamówiła herbatę, szczęśliwa, że chwilowa przerwa pozwoli jej odzyskać równowagę.

W   tym   czasie   Jake   postawił   na   podłodze   swą   wypchaną   teczkę   i   wydobył   z   niej   plik 

dokumentów.

- Czy zna pani moją sprawę?

- Chodzi o przelew gotówki?

- Zgadza się. Potrzebuję kolejnej pożyczki, ale bank nie chce mi jej udzielić bez większej 

ilości danych i odpowiednich zabezpieczeń.

- Na co pan chce przeznaczyć ten kredyt?

- Chcę wyposażyć klub, który otwieram w przyszłym miesiącu.

- Rozumiem. Ile pan posiada klubów?

- Pięć. Ten będzie szósty.

- A działa pan, jeśli się nie mylę, zaledwie rok?

- Osiemnaście miesięcy. Ma to jakieś znaczenie?

- Za szybko się pan rozwija. To dość powszechny problem.

- No cóż, pani się na tym zna. Co powinienem zrobić w tej sytuacji?

- Proszę dać mi trochę czasu. Zanim udzielę porady, muszę się zorientować w sprawie, 

także w banku.

- To brzmi optymistycznie, panno Tyson, ale ja nie mam czasu. Wierzyciele depczą mi po 

piętach.

Laine uśmiechnęła się.

background image

- Przystopujemy ich, przynajmniej czasowo. Poczekają, gdy im powiem, że zgłosił się pan 

po poradę finansową.

Uśmiechnął się szeroko. Jego pociągłą twarz pokryła siateczka bruzd i zmarszczek, tworząc 

interesujący rysunek.

- To już coś! - znowu się uśmiechał.

Zignorowała ten uśmiech. Odpędziła głupie myśli i spróbowała skupić się na sprawie.

-   Chciałbym   rozwinąć   sieć   klubów   w   miastach   na   terenie   całego   kraju   -   powiedział 

zbierając się do wyjścia.  - Kultura fizyczna  jest potrzebna.  Czy widziała  pani któryś  z moich 

klubów?

Laine   zarumieniła   się.   Przypomniała   sobie,   jak   przychodziła   do   klubu   Burchester,   by 

zdobyć informacje o jego prywatnym życiu, o miejscach, gdzie najczęściej bywa...

Właśnie tam dowiedziała się o jego sobotnich wizytach w parku.

 - Jeśli chodzi o ścisłość, to byłam w jednym z tutejszych klubów - przyznała. - Wspaniały!

- Świetnie! A inne pani widziała?

Potrząsnęła głową. Jake spojrzał na zegarek.

- Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, moglibyśmy pojechać do Birmingham. Mam tam 

dwa kluby. Obydwa są większe od tutejszego.

- Dobrze - Laine nagle zapragnęła odrobiny szaleństwa. Jake patrzył na nią w taki sposób, 

że serce zabiło jej szybciej. Taki mały wypad w interesach, to przecież nic złego - usprawiedliwiała 

się w myślach. A ze sprawą Jacksona na pewno zdąży.

- W porządku - podniosła się z krzesła. - Wprawdzie mam jeszcze mnóstwo pracy, ale 

skusił mnie pan. Muszę dużo wiedzieć o pańskich interesach, bym mogła dobrze się nimi zająć.

- Ja zaś muszę wiedzieć wszystko o pani!

Miękko   wymówione   słowa   i   ton   jego   głosu   sprawiły,   że   przeszył   ją   dreszcz.   Gdy 

zdejmowała płaszcz z wieszaka, drżały jej ręce. Nie była przygotowana na takie komplikacje. Ale 

taki miły, niezobowiązujący kontakt na płaszczyźnie interesów pozwoli jej nadal widywać córkę, a 

tego bardzo pragnęła. Zdecydowała się.

W ostatniej chwili ogarnęła ją panika. Jak mogła osobiście angażować się w związek z 

mężczyzną, który był przez osiem lat opiekunem jej córki?

Jednak odrzuciła te obawy.

- Nie usłyszy pan nic ciekawego, panie Bennington.

- Proszę mi mówić Jake...

Zostawiła sekretarce wiadomość dokąd się wybiera, po czym wyszli.

- Panie Bennington...

background image

- Jake -  poprawił, otwierając drzwiczki białego sportowego wozu.

Patrzyła,   jak   przekręca   kluczyk   w   stacyjce,   a   potem   -   gdy   silnik   zapalił   -   jak   wrzuca 

wsteczny bieg.

- Czy jest jakiś powód, dla którego musimy być tacy oficjalni? - zapytał łagodnie. - Czy nie 

możemy się bliżej poznać?... Przecież nie jest to sytuacja: pacjent_lekarz.

- Nie - zaśmiała się z zakłopotaniem. - Zawodowych przeciwwskazań nie ma, ale mimo 

wszystko sądzę, że nie jest to zbyt dobry pomysł.

- Więc będę musiał cię przekonać. Twoja sekretarka nazywała cię Laine. Czy to skrót od 

Elaine?

- Nie. Takie imię otrzymałam na chrzcie. Moja matka chciała, żeby było niezwykłe.

- Podoba mi się, bo pasuje do ciebie.

Jechali autostradą.

“Boże!   -   myślała   gorączkowo.   -   Nie   chcę   zostać   stroną   w   trójkącie”.   Myśl   o   tym,   że 

przybrany ojciec Abby jest kobieciarzem spowodowała, że poczuła się głupio. Jednak przecież 

kochał jej dziecko; może należało mu wybaczyć tę słabostkę?

Włączył radio i w samochodzie rozległ się dźwięk elektrycznych gitar. Laine oparła się 

wygodniej i obserwowała szeroką wstęgę autostrady. Jake zjechał w stronę miasta i włączył się w 

ruch uliczny. Wjechał w jakąś uliczkę i zatrzymał wóz przed dużym ośrodkiem.

Uważnie obejrzała szyld nad drzwiami.

- Podobają mi się nazwy, jakie nadajesz swoim klubom.

- “Hygeia”. Pomyślałem, aby wezwać boginię zdrowia!

- Już widzę jak kluby “Hygeia” wyrastają w całym kraju jak grzyby po deszczu. To dobrze 

brzmi.

Ośrodek   wyglądał   wręcz   imponująco.   Nie   miała   żadnych   wątpliwości,   na   co   poszły 

pieniądze. Jeśli przy budowie innych klubów był tak samo rozrzutny, to nic dziwnego, że miał 

kłopoty finansowe!

- Pieniędzy tu nie oszczędzano - zauważyła cierpko.

- Nie - powiedział. - Włożyłem w to całego siebie. Inne są skromniejsze. Pozostałe obiekty 

wyposażyłem dokonując mało zmian, chociaż dręczyło mnie, że muszę oszczędzać.

- Trzeba rozwijać interes stopniowo, w miarę jak będzie przynosił zyski.

- Na pewno będzie! - stwierdził z wiarą.

Sala gimnastyczna wyglądała niczym jakieś rusztowanie z rur i prętów krzyżujących się we 

wszystkich możliwych kierunkach. Kiedy podeszli bliżej, poszczególne elementy zaczęły nabierać 

sensownych kształtów. Większość przyrządów była zajęta.

background image

Jake gestem przywołał mężczyznę o wyglądzie emerytowanego boksera, lekko łysiejącego 

ze spłaszczonym nosem.

- Jak idzie? - zapytał Jake.

- W porządku, szefie. Wszystko zajęte.

Jake poklepał go po ramieniu.

- Dobra robota, Len.

-   Sauny   są   tam   -   wyjaśnił   Jake.   -   U   góry   jest   druga   sala   gimnastyczna:   drabinki, 

równoważnie, liny, materace. Sporo ludzi woli tradycyjny rodzaj ćwiczeń.

Mówiąc   to   zaprowadził   ją   na   górę.   Kilku   mężczyzn   trenowało   szermierkę.   Inna   grupa 

ćwiczyła karate czy też judo.

- Wspaniała sala!

- A obok wejścia, widzisz, mamy bufet!

- Zdrowa żywność i żadnego alkoholu?...

- Zgadłaś. Sprzedajemy frytki i różne chrupki. Czy chcesz obejrzeć pozostałe budynki? A 

potem pozwolisz zaprosić się na obiad?

Uśmiechał się. Z jego oczu można było wyczytać, że chce nawiązać z nią bliższy kontakt. 

Napotkawszy jego wzrok Laine poczuła, że się rumieni. Ale za chwilę ogarnął ją chłód. Spojrzała 

na zegarek.

- Czy twoja żona nie czeka na ciebie? - zapytała.

Twarz Jake'a do tej pory tak bardzo ożywiona, w jednej chwili posmutniała. Schował się jak 

ślimak do skorupki. Przymknął oczy, a zmarszczki wokół ust pogłębiły się...

- Moja żona - powiedział oschle - umarła trzy lata temu, ale dobrze, że mi przypomniałaś. 

Moja córka jest zawsze taka nieszczęśliwa, jeśli nie ma mnie w domu wieczorem.

Miała wrażenie, jakby ktoś zdzielił ją obuchem w głowę. Nie wiedziała o tym! Podczas 

poszukiwań nie natknęła się na tak istotny szczegół!

- Jake, tak mi przykro.

Cóż więcej mogła powiedzieć? Wyrazy żalu czy przeprosiny były nie na miejscu. Nie znała 

przecież jego żony, a jego samego poznała dopiero dziś.

- Odwiozę cię.

Był uprzejmy, ale poprzednia swoboda zniknęła bez śladu. Schował się w sobie, był daleki i 

chłodny. Podwiózł ją na parking, gdzie stała jej toyota i pożegnał się.

- Dobranoc Jake. Zadzwonię, gdy będę miała jakieś dane.

- Zadzwoń do domu. Tam mam swoje biuro.

Nawet   nie   wysiadł   z   samochodu.   Skinął   głową,   nacisnął   pedał   gazu   i   odjechał.   Laine 

background image

poczuła   się   jak   ukarana.   Ale   za   co?...   Pytając   o   jego   żonę?...   A   może   dostrzegł   w   jej   głosie 

złośliwość?... Że też nie sprawdziła, że jest wdowcem! Jednak świadomość tego faktu wywołała w 

niej niezwykłe ożywienie. Nie do wiary! A więc miała szansę zostać przybraną matką swojej córki!

Szybko odsunęła tę pokusę. Czy naprawdę chciałaby zostać żoną Jake'a, czy kogokolwiek 

innego?

Z drugiej strony sam los stwarzał jej sytuację, że możliwość bycia z córką stała się realna! 

Musi wykorzystać tę szansę. Nigdzie nie wyjedzie. Bez względu na konsekwencję, pozostaje w 

Burchester.

background image

Rozdział 2

Zaparkowała wóz i weszła na werandę. Przez drzwi frontowe wchodziło się wprost do 

pokoju   wypoczynkowego,   który   zajmował   prawie   parter   tego   niewielkiego   domku.   Do 

pomieszczeń na górze prowadziły małe kręcone schodki. Zaniosła rzeczy do swego pokoju i rzuciła 

je na krzesło.

Zeszła na dół. Oparła czoło o chłodną szybę. Słońce właśnie powoli zachodziło i długi cień 

wypełniał   tę   niewielką   zamkniętą   przestrzeń;   dywan   delikatnych,   różowo_liliowych   kwiatów 

oświetlały zachodzące promienie. Laine uniosła głowę, urzeczona tym pięknem.

Nagle roześmiała się sama do siebie. Odwróciła się na pięcie i podeszła do wielkiej kanapy, 

stojącej na środku pokoju. Z rozkoszą zapadła w miękkie, pluszowe poduchy. Wyciągnęła nogi i 

założywszy ręce pod głowę, rozkoszowała się błogim odpoczynkiem.

Nie ma się czym przejmować! Miała dom, przynajmniej tak długo, jak była w stanie spłacać 

raty. Była szczęśliwa w Burchester. Lubiła swoją pracę, a dom był inwestycją, którą lata studiów 

pełnych wyrzeczeń uczyniły realną. Tak. Z której strony by nie patrzeć, pozostanie w Burchester 

miało sens.

W nagłym przypływie energii pobiegła do kuchni. Była głodna. Wspomnienie obiadu, który 

odrzuciła, wywołało w niej lekki żal.

No cóż, przeszłości nie zmieni, liczy się tylko  jutro! Jutro, które także może oznaczać 

bliskie kontakty z córką.

Te marzenia  i plany spowodowały bezsenną noc. Nazajutrz ostro zabrała  się do pracy. 

Uporawszy się z najpilniejszą sprawą Jacksona, wzięła się za dokumenty Jake'a. Nie było to łatwe. 

Panował w nich taki bałagan, że mało kto mógłby się w tym połapać. Zawierały jednakże wszelkie 

potrzebne dane. Uporządkowanie tego wszystkiego zajęło jej środę i czwartek, ale w piątek rano 

wiedziała już, co zrobić, by uratować jego interesy.

Sięgnęła po telefon. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się, co ma powiedzieć. Wybierając 

numer pomyślała, żeby lepiej nie było go w domu, ale gdy usłyszała w słuchawce kobiecy głos, 

serce podskoczyło jej do gardła.

Szybko opanowała się.

- Czy mogę prosić pana Benningtona?

- Niestety, nie ma go w tej chwili. Może coś przekazać?

- Jak mogę się z nim skontaktować? To ważne.

- Niestety, to będzie trudne, bo ma dziś do załatwienia mnóstwo spraw. A kto mówi?

- Nazywam się Laine Tyson z firmy Prentice and Co. Czy mogłaby pani przekazać, żeby 

background image

zadzwonił do mnie? Będę w biurze do wpół do szóstej.

- Oczywiście, proszę pani. Powinien wrócić do tego czasu.

- Dziękuję. Do widzenia.

“Kim była ta kobieta? - myślała zdenerwowana. - Prawdopodobnie gospodyni. Przecież 

potrzebował   kogoś   do   sprzątania,   do   opieki   nad   Abby,   gdy   był   nieobecny.   Spokojnie!   Bądź 

rozsądna! Denerwować się tylko dlatego, że kobieta odebrała telefon!” Właściwie, co to ją mogło 

obchodzić? Jednak nie była w stanie ukryć niepokoju nawet sama przed sobą, więc zanim około 

piątej zadzwonił telefon, siedziała jak na szpilkach.

- Pan Bennington! - oznajmiła sekretarka.

- Słucham!

- Laine, właśnie dowiedziałem się, że dzwoniłaś.

Z ulgą wsłuchiwała się w jego głos. Było w nim odprężenie i przyjaźń. Odetchnęła z ulgą i 

zaczęła mówić, o co chodzi.

- ...Więc jak widzisz, musimy się zobaczyć i to jak najszybciej. Czy będzie to możliwe dziś 

po południu, czy musimy czekać do poniedziałku?

- A może spotkamy się dziś wieczorem lub w czasie weekendu? Czy ci to odpowiada?

Ogarnęła ją fala gorąca.

- Oczywiście, jeśli to tylko możliwe, zawsze idziemy klientowi na rękę.

- To się nazywa obsługa. Dziś wieczorem, może o ósmej?

- Świetnie. Będę o ósmej.

Odłożyła słuchawkę. Ciekawe, czy Abby będzie już spała? Czy zobaczę ją?

Znała otoczenie domu, w którym  mieszkała jej córka. Przechodziła tamtędy kilka razy. 

Miejsce   było   raczej   opustoszałe,   więc   nie   chciała   się   tam   częściej   pojawiać,   bez   wywołania 

podejrzeń.   Park   miejski,   to   zupełnie   co   innego.   Właśnie   z   tego   powodu   go   wybrała,   aby   ją 

zobaczyć po raz pierwszy. Teraz właśnie zobaczy wnętrze tego szacownego domu! Nawet, jeśli 

tam nie ujrzy Abby,  zawsze będzie mogła  przywołać  obraz miejsca, w którym  ona przebywa. 

Wystarczy, że będzie pamiętać ją i JAke'a.

Wzięła się w garść i zajęła się przekopywaniem dokumentów.

Z ulgą zakończyła pracę, zabrała swoje rzeczy oraz papiery Jake'a. Czuła, że zbliża się 

nieuniknione.

Ten wieczór będzie kamieniem milowym. Bez względu na to jak się sprawy potoczą.

***

background image

Podjechała przed dom Jake'a i zatrzymała się przed frontowymi drzwiami.

Wysiadła, zabierając z tylnego siedzenia jego dokumenty. Nacisnęła dzwonek. Usłyszała 

czyjeś kroki i dziecięcy głosik uciszający psa.

Drzwi ostrożnie uchyliły się na tyle, by przez wąską szparę mogło wyjrzeć dziecko i pies.

Laine przycisnęła  do piersi teczkę z dokumentami, zasłaniając się nimi jak tarczą. Tak 

chciała porwać małą w stęsknione ramiona i przytulić. Oczy dziewczynki błyszczały ciekawością, 

ale uśmiechała się w sposób wymuszony.

- Dobry wieczór!

- Dobry wieczór! Jestem Laine Tyson. Miałam zobaczyć się z twoim tatą.

- Abby! - w głębi domu rozległ się ten niezapomniany głos. - Poproś pannę Tyson! Przecież 

nie wejdzie, gdy stoisz w drzwiach!

Abby odsunęła się i zawołała psa.

- Fruitcake (Fruitcake - tort owocowy), do nogi!

Laine uśmiechnęła  się. Napięcie,  które do tej pory odczuwała, zelżało.  A  więc to była 

Fruitcake! Od razu było widać czemu ten piesek zawdzięcza swoje imię. Jego piękną, kremową 

sierść niemal na całym ciele zdobiły małe brązowe plamki.

Abby miała na sobie błękitną nocną koszulkę w różowe króliczki i włosy związane gumką. 

Drobne paluszki wyglądały z puszystych domowych kapci. Pachniała mydłem i talkiem.

Laine podniosła wzrok na Jake'a stojącego parę kroków dalej.

- Dobry wieczór, Jake.

- Witaj. Abby, teraz, gdy już zobaczyłaś pannę Tyson, możesz iść do łóżka. Za pięć minut 

przyjdę powiedzieć ci dobranoc.

- Czy muszę? - Abby zamknęła drzwi.

- Musisz, naprawdę. Mamy z panną Tyson dużo pracy. No, marsz na górę!

- No dobrze - Abby uśmiechnęła się grzecznie. - Dobranoc.

- Dobranoc, Abby. Bardzo się cieszę, że cię poznałam.

Gdyby wiedzieli jak bardzo.

Oboje   patrzyli   na   dziecięcą   figurkę   wdrapującą   się   wraz   z   nieodstępną   Fruitcake   po 

schodach. Jake odwrócił się do Laine.

- Proszę dalej. Daj te papierzyska. Nie sądziłem, że jest tego tak dużo. Jeszcze płaszcz...

- Dziękuję.

Zdjęła jasny, lekki prochowiec i podała Jake'owi.

Miała   na   sobie   swoją   ulubioną   letnią   sukienkę   z   długimi   rękawami.   Wiedziała,   że   ta 

żółtobrązowa tonacja odbija się złotym światłem w jej włosach, a szeroka, powiewna spódnica 

background image

podkreśla   szczupłość   talii   i   nóg.   Szeroki   brązowy   pasek   i   długie   kolczyki   z   tygrysiego   oka 

dopełniały całości.

Jake zaprowadził ją do salonu urządzonego wygodnie i ze smakiem, chociaż meble i dywan 

wyglądały na nieco podniszczone. Łagodne odcienie zieleni i błękitu tworzyły atmosferę miłego 

chłodu i zachęcały do wypoczynku. Kominek i wiśniowe lampy dodawały ciepłego blasku.

- Może drinka? Szkocka, brandy czy sherry?

- Jeśli można, poproszę brandy z imbirem.

Jake podszedł do baru. Gdy przygotowywał drinki, przyglądała się jego wysokiej, szczupłej 

postaci, szerokim barkom i wąskim biodrom. Tym razem miał na sobie spodnie od dresu i białą 

koszulkę gimnastyczną.

Wzięła szklaneczkę z napojem i uśmiechając się podniosła do ust.

- Na zdrowie!

Jake upił nieco i odstawił szklaneczkę.

- Pójdę sprawdzić, czy Abby jest w łóżku. Zaraz wracam.

Laine uśmiechnęła się z przymusem.

- Jest cudowna. Musisz być z niej bardzo dumny.

- I jestem.

Gdy wyszedł, zacisnęła drżące dłonie na szklance, przymknęła oczy usiłując powstrzymać 

łzy cisnące się do oczu. Musi wziąć się w garść, inaczej nic z tego nie będzie.

To nic! To przecież pierwszy raz! Pierwszy raz może rozmawiać ze swoim dzieckiem, które 

kiedyś   musiała   zostawić.   Następnym   razem   będzie   łatwiej.   Szczęście,   że   Jake   wyszedł. 

Przynajmniej miała czas, by się uspokoić, opanować wzruszenie.

Dopiła drinka i otarła oczy.

- Za mocne?

- Troszeczkę - z ulgą chwyciła się tego pomysłu. - Nie powinnam pić tak szybko.

Jake uśmiechnął się.

- Widzę, że prawie skończyłaś. Zrobić ci jeszcze?

- Nie, dziękuję. Chyba mam dość.

Wziął swoją szklankę i dopił zawartość.

- No to bierzemy się do pracy. Chodźmy do mojego gabinetu. Wezmę papiery.

Przeszli do niewielkiego pokoju, w którym stało biurko, parę krzeseł i półki z książkami.

- Ciekawy jestem, co takiego wymyśliłaś - powiedział, gdy usiedli.

W   ciągu   następnej   godziny   Laine   omawiała   swoje   wyliczenia.   W   końcu   przeszła   do 

wniosków.

background image

- Jake, nie możesz pozwolić sobie na taką pożyczkę. Nie będziesz w stanie spłacać kredytu. 

Pochłonie to większość twoich dochodów. Nie jest to rozsądne!

Jake wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

- Nie zgadzam się. Mam już ziemię i budynki. Jeśli nie wykorzystam tego, będę płacił 

czynsz i podatek za nie.

-   To   prawda,   ale   możesz   zrobić   z   tych   pomieszczeń   tradycyjne   sale   gimnastyczne   i 

wyposażać   je   w   nowy   sprzęt   w   miarę   osiągania   zysku.   W   tym   czasie   skoncentruj   się   na 

zwiększeniu dochodów z dotychczasowych obiektów.

Zamyślony Jake nadal przemierzał pokój. Laine zamarła, nie chciał przyjąć jej rozwiązania. 

Jego firma może upaść. “Moja rada ci nie w smak - myślała ze złością - a nikt inny lepszej ci nie 

udzieli. Rób, co chcesz. Mnie to nie obchodzi.”

Ale obchodziło ją. Nawet bardzo. Nie tylko z tego powodu, że wszystko co dotyczyło 

Jake'a, dotyczyło również Abby, ale dlatego, że chciała stać się częścią ich życia. Jeśli Jake odrzuci 

jej ekspertyzę, odrzuci również ją.

Przestał chodzić po pokoju.

- Nie podoba mi się twoje rozwiązanie - powiedział szorstko. - Ale “nie po to trzymam psa, 

by samemu szczekać” - jak to się mówi. Zrobię tak, jak zaproponowałaś.

Uśmiechnął się, a ona odetchnęła z ulgą.

- To dobrze. Z mniejszą pożyczką nie powinno być trudności.

- Więc postanowione. Napijesz się jeszcze?

- Nie powinnam. Jadę samochodem.

- Więc może kawy? Zostaw to wszystko i chodźmy do salonu.

Laine położyła papiery na biurku, zabierając tylko swoje notatki.

- Usiądź. Zaraz zrobię kawę.

W chwilę później na stoliku obok kominka bulgotał ekspress do kawy. Pojawiły się dwie 

filiżanki, śmietanka, cukier i herbatniki.

Jake wyciągnął się w fotelu, uśmiechając się do niej jak aktor filmowy.

- Powiedz, jak to się stało, że taka piękna kobieta została doradcą finansowym?

- A co ma jedno z drugim wspólnego? Zawsze lubiłam matematykę, mam ścisły umysł. 

Pomyślałam, że szkoda go marnować. Poza tym to dobry zawód. Mój ojciec pracuje w księgowości 

w wielkiej firmie i to on podsunął mi myśl o studiach. Chciał, abym była lepsza niż on.

- I udało ci się. Twoi rodzice mieszkają tutaj?

- Nie, mieszkają w Surrey, na południe od Londynu. Teraz rzadko ich widuję.

- Brakuje ci ich?

background image

- Czasami, choć nie byliśmy zżyci...

W przeciwnym wypadku nigdy by nie nalegali, żeby porzuciła swoje dziecko, bez względu 

na nią samą i jej odczucia. Gdyby ojciec chciał ją przyjąć oraz dziecko wtedy, gdy robiła maturę, a 

potem zdawała egzaminy na pierwszy rok College'u... Wtedy na pewno poradziłaby sobie. Ale nie 

dali jej szansy. Ojciec postawił ultimatum: albo odda dziecko do adopcji, albo wyrzucą ją z domu i 

będzie musiała  żyć  z zasiłku dla bezrobotnych. W wieku siedemnastu lat takie ultimatum jest 

wyrokiem!

Ekspress przestał bulgotać i Jake pochylił się, by napełnić filiżanki.

- Śmietanki?

- Odrobinę i bez cukru.

- Poczęstuj się herbatnikiem.

- Dziękuję. A gdzie są twoi rodzice? - zapytała.

- Są za granicą. Ojciec jest wykładowcą na uniwersytecie w Kanadzie.

- To dlatego ty też byłeś kiedyś naukowcem?

Laine przełknęła ślinę. Jak mogła tak się wygadać! Uśmiechnęła się niewyraźnie.

-   Bringstone   to   plotkarska   mieścina.   Wiem,   że   zanim   zająłeś   się   Klubami   Odnowy, 

wykładałeś historię współczesną.

Przecież mogła trafić na tę wiadomość przypadkiem. Nie mógł podejrzewać, że celowo 

zbierała   o   nim   informacje,   a   w   Biurze   Adopcyjnym   powiedziano   jej   o   nowych   rodzicach   jej 

dziecka.

- To prawda - uśmiechnął się w sposób, który Laine przyprawił o drżenie. - Nie wyglądam 

na naukowca?

- Wyglądasz. Masz inteligentną twarz.

- Dzięki! Rzeczywiście, studiowanie bawiło mnie i byłem nawet niezłym historykiem, ale 

wykłady śmiertelnie mnie nudziły. Trzymałem się tego, póki żyła moja żona, ale po jej śmierci 

postanowiłem zmienić styl życia. Potrzebowałem czegoś bardziej aktywnego, gdzie mógłbym się 

sprawdzić jako przedsiębiorca. Stąd Kluby Odnowy.

Laine zdobyła się na odwagę. Musi porozmawiać o jego byłej żonie.

- Powiedz mi, dlaczego ona umarła?

- Umarła na raka - powiedział szorstko. - Powinniśmy się byli tego spodziewać. Krótko po 

naszym ślubie była operowana, ale myśleliśmy, że kuracja jest zakończona.

- Potem urodziła się Abby...? - Laine wstrzymała oddech.

- Abby nie jest naszym dzieckiem. Żona moja była tak nieszczęśliwa, że nie może mieć 

dzieci, że zdecydowaliśmy się na adopcję. Wzięliśmy ją, gdy miała dwa tygodnie. Kocham ją 

background image

jednak jak własną córkę.

Ciekawe, jak by zareagował, gdyby powiedziała mu prawdę: “ona jest moja!” Te słowa 

dźwięczały  jej  w   głowie,   ale  nie   odważyła   się  powiedzieć  ich   głośno.  Zamiast  tego,   z  bólem 

wyszeptała:

- Rozumiem.

- Ciężko jest samotnie wychowywać dziecko, ale kochałem moją żonę i nie mogę zdobyć 

się na to, by ktoś zajął jej miejsce.

“To wiele wyjaśnia” - myślała Laine upijając z filiżanki duży łyk kawy.

- Jak sobie radzisz?  

- Pani  Foale, z którą rozmawiałaś, spędza z nią większość czasu. Jest wdową i mieszka z 

córką. Od poniedziałku do piątku po południu mieszka u nas.   W weekendy jest u córki, która 

właśnie wtedy potrzebuje kogoś do dzieci. Układ ten działa nieźle.

Więc to nie przyjaciółka! Słysząc, co mówił o wprowadzeniu kogoś innego na miejsce 

zmarłej żony, nie była tym zdziwiona, jednak mimo woli ulżyło jej.

- Biedna kobieta - Laine skryła swoje prawdziwe uczucie pod maską sympatii. - Czy ona 

ma coś w życiu dla siebie?

Jake zmarszczył brwi.

- Ona lubi zajmować się dziećmi. Poza tym w weekendy wyjeżdża z rodziną za miasto, nie 

jest więc żadną męczennicą - dodał.

Na jej delikatnej  twarzy pojawił  się rumieniec,  gdy zdała  sobie sprawę, że okazała  się 

malkontentką.

- Przepraszam - szepnęła - nie chciałam krytykować. Po prostu zdziwiło mnie, że spędza 

cały swój czas zajmując się cudzymi dziećmi.

- Wielu ludzi to robi. Ja na przykład nie rozumiem, jak matka Abby mogła porzucić swoje 

dziecko? Jaką osobą musiała być? Samolubną babą bez serca!

Laine zdrętwiała. Nigdy nie przypuszczała, że ktoś może ją oceniać w ten sposób. Tępo 

wpatrywała się w filiżankę zaciśniętą w dłoniach. Zmusiła się jednak, by powiedzieć:

- A jeśli ona była młoda i nie miała innego wyjścia?

Jake żachnął się.

- Zawsze jest jakieś wyjście. Ta dziewczyna zdecydowała się porzucić dziecko, które tak 

nieodpowiedzialnie urodziła. Nie była zamężna, ale co z tego?

Jej zesztywniałe wargi ledwie wymówiły słowa:

- Może nie powinniśmy sądzić jej zbyt ostro. Nie znamy wszystkich okoliczności.

Dziękowała   teraz   niebu,   że   nie     wyznała   prawdy.   Czuła   jednak   wielką   potrzebę 

background image

usprawiedliwienia   tego   postępku.   Chciała,   żeby   Jake   pomyślał   nieco   łagodniej   o   tamtej 

dziewczynie.   Niestety,   nie   było   to   możliwe.   Jeśli   chce   go   widywać,   musi   zachować   swoją 

tajemnicę. On nigdy nie może dowiedzieć się prawdy. W pewnym momencie zorientowała się, że 

Jake ją uważnie obserwuje. Zdobyła się na desperacką odwagę, by wytrzymać to spojrzenie.

- Powinieneś być jej wdzięczny chociaż za to urodzenie, inaczej nie miałbyś Abby.

- No tak. Ale nie mogę przejść do porządku dziennego nad faktem, że ktoś porzuca swoje 

dziecko.

- Ona nie porzuciła, ale oddała je. Wam.

Wzruszył ramionami.

- W tej sprawie jesteśmy najwyraźniej odmiennego zdania. Jeszcze kawy?

Zapomniała o swojej filiżance. Szybko dopiła resztki i podała ją Jake'owi.

- Czy Abby wie, że jest adoptowana? - wykrztusiła z siebie.

Może nie powinna kontynuować tego tematu, ale musiała się dowiedzieć, czy Abby była 

świadoma, że ma gdzieś naturalnych rodziców: matkę, ojca...

Nadal trudno było jej myśleć o ojcu Abby; mężczyźnie, który ją zostawił w tak trudnym 

momencie.

Jak   mogła   być   aż   tak   naiwna,   aby   sądzić,   że   atrakcyjny,   dwudziestodziewięcioletni 

mężczyzna   nie   jest   żonaty,   i   że   jest   naprawdę   zakochany   w   niedojrzałym   siedemnastoletnim 

podlotku? Ale wówczas była tak zadurzona, że wierzyła we wszystko. Po prostu oddała całą siebie, 

aż do zatracenia. Tak, jak tylko młodość potrafi to robić. Ufała Peterowi we wszystkim, nawet 

jeżeli   chodziło   o  środki   zapobiegawcze.   Wspomnienie   jego   twarzy   wykrzywionej   złością,   gdy 

dowiedział się, że jest w ciąży, pozostanie jej na zawsze w pamięci.

- Pozbądź się tego - powiedział wówczas.

- Peter! - wykrzyknęła w zdumieniu. - Nie chcesz naszego dziecka? Po prostu pobierzemy 

się wcześniej niż planowaliśmy, to wszystko.

- Mówię ci, Laine, pozbądź się dziecka. Albo koniec z nami.

- Ale...  Nie  mogę!   Czy  ty tego   nie  rozumiesz?  Nie  mogę  zabić   naszego  dziecka!   Czy 

naprawdę nie możemy się pobrać?

- Oczywiście, że nie. Ty idiotko! - Laine z przerażeniem patrzyła, jak uprzejmy, troskliwy, 

kochający mężczyzna zmienia się w zwierzę. - Jestem żonaty, więc jak mogę się z tobą ożenić? 

Laine, jeśli chcesz mieć tego bachora, z nami wszystko skończone.

- Już jest skończone - powtórzyła tępo. Jak mogłaby jeszcze go kochać, ufać mu?

Cichy głos Jake'a nagle przerwał wspomnienia.

- Tak. Abby wie o tym.

background image

Wróciła do rzeczywistości. Drżącą ręką podniosła filiżankę do ust.

- Powiedzieliśmy jej, gdy była dostatecznie duża. Nie chcieliśmy, by dowiedziała się od 

“pokątnych życzliwych”. Wie, że bardzo jej pragnęliśmy i że ją kochamy... I ja ją kocham, bardzo.

- Czy ona myśli czasami o swojej prawdziwej matce?

- Nie sądzę. Nigdy o niej nie mówi. Po śmierci Jane dość szybko doszła do siebie, więc 

myślę, że niczego jej nie brakuje.

- Musi jej brakować matki.

- Być może, ale pani Foale jest naprawdę wspaniałą opiekunką.

Ton jego głosu wskazywał, że temat został wyczerpany, więc dopiła kawę i zaczęła zbierać 

się do wyjścia.

- Muszę iść. Daj mi znać, kiedy będziesz rozmawiał z dyrektorem banku. Oczywiście, jeśli 

sobie życzysz, abym była przy tym.

- Dobrze - podniósł się z fotela. - Dziękuję, Laine. Doceniam twoją pracę. Będę z tobą w 

kontakcie.

Dopomógł   jej   włożyć   płaszcz   i   podał   dokumenty.   Odprowadzając   ją   do   drzwi,   był 

zamyślony.   Gdy   je   otworzył,   czuła,   że   się   waha.   Mogłaby   przysiąc,   że   zastanawiał   się   nad 

następnym posunięciem.

- Dobranoc - powiedziała wyciągając rękę. - Dziękuję za dobrą kawę.

- Cała przyjemność po mojej stronie - uścisnął jej dłoń.

Znów się zawahał, wokół oczu pojawiły się lekkie zmarszczki.

- Może jednak dasz się zaprosić któregoś wieczoru na kolację?

Laine uśmiechnęła się.

- Chętnie - odpowiedziała szczerze.

- We wtorek?

- We wtorek.

- Zostaw mi swój adres. Wpadnę po ciebie.

Wracała   do   domu   w   optymistycznym   nastroju.   Oczywiście   nawet   nie   kryła   tego,   że 

zaproszenie sprawiło jej przyjemność, nie udawała też, że jest to “zwykłe” zaproszenie.

Jake   na   pewno   sądzi,   że   to   jego   magnetyczna   osobowość     tak   na   mnie   działa. 

Dowartościowanie jego męskiego “ego” na pewno mu nie zaszkodzi. Chociaż, gdyby nie Abby, 

czy naprawdę tak bardzo zależałoby mi na spotkaniu z nim?

Nie miała gotowej odpowiedzi na to pytanie.

background image
background image

Rozdział 3

Była już w połowie drogi do furtki, gdy samochód Jake'a zatrzymał się przed jej domem. 

Ten mężczyzna zburzył w jej życiu zwykły, chłodny spokój. Ale tylko przez niego mogła dotrzeć 

do Abby, swojej córki.

- Co za punktualność!

Uśmiech i podziw, który dostrzegła w jego brązowych oczach sprawiły, że przez chwilę 

zabrakło jej tchu.

Musnął palcami pęk szyfonowych róż przypięty do jej paska. Czerwona wstążka, którą były 

związane, spływała łagodnie wzdłuż czarnej aksamitnej spódnicy, która falowała przy każdym jej 

ruchu.

- Piękne kwiaty. Pozwól, wezmę twoje okrycie.

Głos   odmówił   jej   posłuszeństwa,   więc   tylko   uśmiechnęła   się   podając   mu   pelerynkę   ze 

sztucznego futra. Chociaż dzień był  słoneczny i ciepły, jednak jej lekka bluzeczka z głębokim 

dekoltem   była   zbyt   lekka  na  majowy wieczór.  Delikatnie   położył  futro  na  tylnym  siedzeniu   i 

pomógł jej wsiąść.

Biała koszula w połączeniu z gustownym krawatem i miękkim ciemnoszarym garniturem 

nadawała jego i tak pociągającej powierzchowności, jakiś dodatkowy urok.

Laine czuła dreszcz podniecenia. Siedząc obok niego w luksusowym  samochodzie  była 

zdenerwowana jak nastolatka na swojej pierwszej randce. Nie była pewna, czego on właściwie 

spodziewa się po tej znajomości.

Przypuszczała,   że   chodzi   mu   o   mały   flirt,   bez   głębszych   zobowiązań.   Sądziła   tak   na 

podstawie tego, co mówił o zmarłej żonie. Wszystko czego pragnęła, to móc czasami widywać 

Abby.

- Pensa za twoje myśli!

Głos Jake'a wyrwał ją z zamyślenia.

- Nie są tyle warte. - Roześmiała się, kryjąc chwilowe zmieszanie. - Chociaż może tak. 

Myślałam o Abby.

- W takim razie są warte więcej - zgodził się z uśmiechem.

- Jak ona się miewa?

- W porządku. Zrobiła na tobie wrażenie?

- Abby i Fruitcake tworzą tak interesującą parę...

Starała się mówić spokojnie, ale głos jej drżał. Zdanie o Abby wyrwało jej się najzupełniej 

podświadomie. Po prostu chciała rozmawiać o córce. Jednak wiedziała, że w ten sposób igra z 

background image

ogniem. Mogła powiedzieć więcej niż zamierzała. Szybko zmieniła temat.

- Kiedy będą szczenięta?

- Najprawdopodobniej za parę tygodni. Co z nimi zrobimy, kiedy się urodzą?

Jego głos brzmiał wesoło, lecz Laine wyczuwała coś innego pod maską wesołości.

- Nie powinniście mieć z tym kłopotów - stwierdziła. Nagle wpadł jej do głowy pewien 

pomysł. - Sama chętnie wezmę jednego - powiedziała. - Tylko, że nie ma mnie prawie cały dzień w 

domu... Muszę to jeszcze przemyśleć.

- Wspaniale. Jeden biedak z głowy! Muszę pozbyć się też innych. Abby pewnie będzie 

zrozpaczona.

Jake wjechał na główny parking i wyłączył silnik.

- Carlton jest tuż za rogiem. Znasz tę restaurację?

- Słyszałam o niej, ale nigdy tam nie byłam.

Ujął ją pod ramię i poprowadził w kierunku wejścia. Pasowali do siebie i tworzyli ładną 

parę.

- Zadziwiające - podjął rozmowę. - Mężczyźni ustawiają się chyba w kolejce, żeby cię 

zaprosić na kolację?

Ton głosu sugerował, że to miało być pytanie zaczepne. Laine nie wiedziała, jak na nie 

zareagować.

- Jestem w Burchester dopiero kilka miesięcy.

- Naprawdę? - Na szczęście porzucił dalsze rozważania na ten temat. - Gdzie przedtem 

mieszkałaś? W Surrey, z rodzicami?

- Nie. Wyjechałam do Londynu studiować ekonomię i od tego czasu nie mieszkam w domu. 

Wynajmowałam mieszkanie w Sydenham.

- A dlaczego przeprowadziłaś się tutaj?

Właśnie wchodzili do restauracji i pytanie to pozostało bez odpowiedzi. Miała wprawdzie 

zmyśloną historyjkę na ten temat, ale mimo wszystko czuła się niepewnie.

Kierownik sali powitał Jake'a jak stałego bywalca i zaprowadził ich do osobnego stolika. 

Ciepłe górne światło dawało przytulną, intymną atmosferę, a małe lampki rzucały romantyczny, 

różowy blask na stoliki. Gdy usiedli, kelner podał im menu.

- Mają tu wspaniałą sałatkę z homara - zauważył. - Zawsze ją zamawiam, gdy tu jestem. A 

ty, co wybierasz?

- Jeśli tak zachwalasz homara, dam mu szansę, ale na początek proszę o melona.

Obawiając się spojrzeć mu w oczy, uważnie studiowała kartę: najpierw przystawki, potem 

danie   główne.  W  końcu  jednak  podniosła   głowę.  Napotkawszy  jego  badawczy  wzrok  poczuła 

background image

dreszcz, który przeszył jej ciało. Zamrugała powiekami, by wyrwać się spod tego uroku.

Odważyła się w końcu i zaczęła obserwować jego pociągłą twarz o interesujących rysach i 

gorące   spojrzenie   brązowych   oczu.   Zwycięski   uśmiech   błądzący   na   jego   ustach   sprawił,   że 

skapitulowała.

Dopiero wtedy Jake pozwolił jej dojść do siebie. Zaczęli rozmowę, a Laine zauważyła, że 

prowadzi   ją   swobodnie.   Poruszyli   wszystkie   możliwe   tematy:   od   polityki,   poprzez   historię   i 

turystykę na żeglarstwie skończywszy.

Posiadał jacht kabinowy na Soarze i zachwalał rozkosze spływu w dół rzeki, zwłaszcza 

podczas pięknej letniej pogody.

- Byłabyś tym zachwycona.

Powiedział to tak ciepło, więc pomyślała, że zaprasza ją w ten sposób na jedną ze swych 

wypraw, ale on zaczął mówić o czym innym.

Czekali na deser i Jake nakrył jej dłoń swoją ręką.

Była zaskoczona. Jak daleko sięgała pamięcią, nigdy nie lubiła by ktokolwiek, z wyjątkiem 

matki, jej dotykał. Potem pojawił się Peter i przez krótki czas promieniała w jego objęciach.

Nie zabrała ręki, przyjmując ten gest jak część miłego wieczoru. Zdumiona myślała, że już 

kilka   razy   byli   tak   blisko   siebie:   najpierw   w   samochodzie,   potem   idąc   od   parkingu   w   stronę 

restauracji, teraz ich kolana spotykały się pod stołem. Nie miała nic przeciwko temu.

Może drgnęła pod wpływem tych myśli, może z innego powodu, bo Jake odważniej ścisnął 

jej rękę i zaczął delikatnie pieścić wnętrze jej dłoni. Nie cofnęła ręki, bo chciała, by to trwało jak 

najdłużej.

Jego ciemne,  brązowe  oczy z tęsknotą  patrzyły  na  jej twarz,  a Laine  zastanawiała  się, 

dlaczego on to robi?

Podano deser i prysł intymny nastrój. Jake wyprostował się i uśmiechnął.

- Na co masz ochotę?

Spojrzała na kuszący zestaw i wybrała biszkopt z kremem, z dodatkiem sherry. Sięgając po 

łyżeczkę stwierdziła, że od czasu wejścia do Carltona ani razu nie pomyślała o Abby, bowiem Jake 

zaabsorbował   ją   całkowicie.   Głos   rozsądku   mówił:   “strzeż   się!   Taka   sytuacja   może   tylko 

powiększyć twój ból. To może być kolejne rozczarowanie”. Czyż nie ostrzegał jej, że nie pragnie 

trwałych   związków?   Czy   naprawdę   chciała   być   z   tym   człowiekiem?   Lata   całe   nie   odczuwała 

najmniejszej ochoty, by z kimkolwiek się wiązać. Co ją tak odmieniło? Czy to rezultat spotkania z 

Abby i wstrząsu, jakiego wówczas doznała?

Pochyliła   się   nad   deserem   próbując   rozeznać   się   we   własnych   uczuciach.   Może   Jake 

pociąga ją dlatego, że jest blisko  Abby i cząstka jej tęsknoty za dzieckiem przypada na niego?

background image

On również umilkł, zatopiony w swoich myślach. Gdy kelner, przywożąc zestaw serów, 

zmienił nakrycia, Jake wymamrotał coś niezrozumiałego, co miało oznaczać podziękowanie.

Po chwili podszedł do nich kierownik sali.

- Telefon? Już idę. Przepraszam, Laine, muszę się dowiedzieć, czego chce pani Foale.

- Oczywiście.

Laine patrzyła jak szedł w stronę bufetu, a serce podchodziło jej do gardła. Dlaczego pani 

Foale dzwoniła do restauracji? Czy to Abby...? Co mogło się stać?

Wyraz twarzy Jake'a potwierdził jej najgorsze obawy.

- Co się stało?

- Abby - powiedział poważnie - jest przeziębiona, boli ją gardło i gorączka się podnosi. Pani 

Foale wezwała doktora, no i muszę iść. Przepraszam cię, że nasza kolacja kończy się w ten sposób. 

Poproszę, by wezwano dla ciebie taksówkę.

- Nie kłopocz się o mnie.

Nie chciała narzucać się  Jake'owi.

- Dobranoc, Laine. Dziękuję za miły wieczór. Musimy go kiedyś powtórzyć. Może wtedy 

nic nam nie przeszkodzi.

Podniósł jej dłoń do ust. Muśnięcie gorących warg przyprawiło ją o drżenie, a na twarzy 

pojawił się rumieniec.

- Dobranoc, Jake. Ja również dziękuję. Mam nadzieję, że z Abby to nic poważnego.

Chciała dodać: “i pozdrów ją ode mnie!”, ale byłaby to być może zbytnia poufałość.

Przytrzymał jej rękę, jakby zupełnie zapomniał, że musi jechać. Uśmiechnął się i odszedł. 

Patrzyła, jak szybkim krokiem podchodzi do bufetu i płaci rachunek. Wyszedł, nie oglądając się za 

siebie. Wtedy poczuła się osamotniona.

Czy każde zbliżenie będzie się tak szybko i bezlitośnie kończyło? Czego więcej mogła się 

spodziewać?   Poznali   się   dopiero   tydzień   temu,   widzieli   raptem   trzy   razy   i   to   w   sprawach 

zawodowych. Z jakiej racji miał jej zaproponować, by wróciła z nim do chorego dziecka, które 

widziała raz w życiu i to zaledwie przez kilka minut? Nie miała najmniejszego powodu, by być 

taka nieszczęśliwa.

Jednak tym razem zdolność logicznego rozumowania opuściła ją zupełnie i uczucia wzięły 

górę. Może właśnie dlatego tej nocy zasnęła z dłonią, którą Jake pocałował, przyciśniętą do ust?

 

***

Obudziła  się wczesnym  rankiem. Z niecierpliwością czekała  na rozsądną godzinę, żeby 

background image

zadzwonić do Jake'a.

“Pytanie o zdrowie Abby powinno być odebrane jako zwykła uprzejmość” - przekonywała 

samą siebie, sięgając po słuchawkę. Miała wszelkie podstawy, by zadzwonić.

- Jake? Tu Laine. Chciałam tylko zapytać jak się czuje Abby? - zdawało się jej, że był 

zdyszany.

- Laine? - w jego głosie brzmiała szczera radość. - Z Abby wszystko w porządku. Doktor 

mówi,   że   to  wietrzna   ospa  i   że   za   parę   dni   pojawi   się   wysypka.   To   raczej   nieprzyjemna   niż 

niebezpieczna choroba.

- Chwała Bogu! Mam nadzieję, że nie wyciągnęłam cię z łóżka? Jakby brakuje ci tchu.

Roześmiał się.

- Przed chwilą biegałem. Robię to każdego ranka, zwykle nieco wcześniej. Za późno na 

spanie.

- Mogłam się domyśleć! Mówiłeś mi, że uprawiasz jogging. Właśnie wychodziłam do pracy 

i chciałam się dowiedzieć, co z Abby. Cieszę się, że to nic poważnego.

- Laine, jeszcze raz dziękuję za telefon.

Jechała   do   pracy   uśmiechnięta,   nucąc   pod   nosem   jakąś   melodię.   Nie   pamiętała,   kiedy 

ostatnio czuła się tak wspaniale!

Ranek nie był zbyt pogodny. Nisko wiszące chmury zapowiadały deszcz, ale dziś miasto 

wydawało   się   jej   wyjątkowo   promienne.   Jednak   życie,   mimo   wszystko,   jest   cudowne!   Abby 

wkrótce wyzdrowieje, a Jake się na nią nie gniewa.

Kiedy weszła do biura, sekretarka już siedziała za biurkiem.

- Dzień dobry, Laine. Wyglądasz na szczęśliwą. Udana randka?

- Czy szczęście zawsze musi się wiązać z mężczyzną? - Laine ściągnęła brwi.

- To mi wygląda na ten rodzaj szczęścia - powiedziała Jane z tajemniczą miną.

- Możesz myśleć, co chcesz - odparła wchodząc do swego pokoju.

Z ulgą zamknęła za sobą drzwi. Sekretarka nie miała racji. Była szczęśliwa, bo z Abby było 

wszystko w porządku. Fakt, że Jake był dla niej miły, też był ważny, bo jej kontakt z Abby nie 

zostanie zerwany.

Sama nie chciała przyznać się przed sobą, co jest prawdą.

Kiedy wyszła na lunch, deszcz przestał padać. Spacerowała po starym mieście. Zatrzymała 

się,  bo z  wystawy  patrzyło   na nią  białe,  puszyste   stworzonko  o  mądrych   szklanych  ślepkach. 

Szybko weszła do sklepu. Musiała je kupić.

- Proszę o tego baranka z wystawy...

- Służę pani. Jest dość drogi, bo to ręczna robota.

background image

- Nie szkodzi.

Dla   Abby   będzie   doskonały!   Nie   namyślając   się   kupiła   zabawkę,   a   potem   w   sklepie 

papierniczym ozdobny papier i kartkę okolicznościową.

Zapakowała prezent i wysłała na adres Jake'a. Jak on to potraktuje? Baranek był pierwszą 

rzeczą,   jaką   mogła   kupić   swemu   dziecku.   Nie   mogła   się   powstrzymać,   bez   względu   na 

konsekwencje.

Jednak, gdy wróciła do domu, cała jej euforia zniknęła bez śladu. Skąd mogła wiedzieć o 

tym, że Abby podobały się baranki? Przypadek? Czy nie naraża się tym samym na odkrycie, że 

obserwowała z ukrycia córkę? Jake rozpozna to natychmiast!

“Jeśli mnie odrzuci, to trudno...”

***

Dwa dni później, wróciwszy do domu znalazła pod drzwiami list, a w nim duże, okrągłe 

pismo.

Drżącymi  rękoma  podniosła różową kopertę.  Pieściła  wzrokiem dziecięce  pismo,  każde 

słowo, każdą literkę... Poszła do kuchni po nóż, by otworzyć list.

W środku była różowa kartka z ilustracją do bajki “O czym szumią wierzby”. Podobnie jak 

adres, list był również starannie wykaligrafowany. Przeczytała go jednym tchem:

“Droga Panno Tyson,

Dziękuję za prezent. Nazwałam baranka Larry. Tatuś mówi, że to niezbyt oryginalnie, ale 

mnie  się  podoba.  Kocham  go bez  względu  na  to,  jak  się  nazywa.   Wczoraj  w   nocy Fruitcake 

urodziła szczenięta. Jest ich sześć. Tatuś mówił, że może Pani weźmie jednego. Mam nadzieję, że 

tak, ale będzie Pani musiała poczekać osiem tygodni, bo tyle czasu muszą być ze swoją mamą. 

Dziękuję za Larry'ego.

Kochająca Abby”.

Przeczytała   list   kilka   razy.   Ogromny   krzyżyk   pod   podpisem   miał   oznaczać   chyba 

pocałunek. Przycisnęła to miejsce do ust, po czym położyła kartkę na stole i starannie wygładziła 

załamania. To będzie jej najdroższa pamiątka. Rzecz, którą dotykała jej Abby.

“Czyżby   to   był   powód,   dla   którego   cieszyła   ją   pieszczota   Jake'a   -   zaczęła   się   nagle 

zastanawiać.   -   Czyżby     to   była   świadomość,   że   te   ręce   przed   paroma   godzinami   gładziły   jej 

dziecko...?”

Możliwe.   Sama   nie   wiedziała,   co   naprawdę   do   niego   czuje.   Przebywanie   w   jego 

towarzystwie sprawiało jej przyjemność, że jego dotyk ekscytował, a jednocześnie dawał poczucie 

background image

bezpieczeństwa.  Podobał się jej. Był  to ten typ  mężczyzny,  który zawsze ją pociągał: silny,  a 

jednak czuły, dobrze zbudowany, ale inteligentny. Mężczyzna, którego nawet mogłaby poślubić... 

gdyby nie był przybranym ojcem Abby. Cóż, kolejna komplikacja scenariusza jej życia...

Czekała na telefon od niego, ale nie dzwonił. Sama nie chciała tego robić. Abby była już na 

pewno   zdrowa,   więc   nie   miała   żadnego   pretekstu,   nawet   służbowego.   Sprawa   Jake'a   została 

zakończona właściwie już w czasie pierwszej wizyty.

Minęło dziesięć dni. Dziesięć dni, w czasie których Laine coraz bardziej podupadała na 

duchu. Aż pewnego ranka Jane zaanonsowała, że przyszedł pan Bennington. Na jego widok jej 

serce zabiło szybciej. Wstała, by go przywitać. Jej drobna dłoń prawie zniknęła w jego szczupłej, 

opalonej ręce.

Oboje byli bardzo spięci.

-   Witaj,   Laine   -   jego   szeroki   uśmiech   spowodował,   że   zmarszczki   wokół   ust   stały   się 

wyraźne.  -  Miło   cię  znowu  widzieć!  Wybacz,  że   wcześniej   się  nie   odezwałem,  byłem   zajęty. 

Jestem dopiero teraz.

- Ach, tak. Zapewne organizowałeś nowy klub?

- Owszem, ale nie tylko to. Twoje cyferki dały mi sporo do myślenia. Zrozumiałem, że 

zaciąganie pożyczek na taką skalę, niestety, prowadzi do upadku.

- Siadaj - powiedziała wskazując mu krzesło.

Sama zajęła miejsce za biurkiem. Uznała, że powinna zachować pewien dystans.

- Cieszę się, że cię przekonałam.

Jake usiadł zakładając nogę na nogę.

-   Potrzebowałem   kapitału,   którego   nie   musiałbym   spłacać   od   razu.   Zacząłem   więc 

zastanawiać się i w końcu skontaktowałem się z pewnym bogatym przyjacielem mojego ojca.

- Żeby pożyczyć od niego? - spytała z przekąsem.

-   Nie.   Prosiłem,   żeby   zainwestował   w   moje   przedsięwzięcie.   Mam   dobrą   hipotekę. 

Dotychczasowa działalność też rozwijała się pomyślnie, więc nie musiałem go długo przekonywać. 

Doszedłem   do   wniosku,   że   warto   zaryzykować.   On   będzie   udziałowcem,   a   ja,   za   ustalone 

wynagrodzenie,   zajmę   się   prowadzeniem   interesu.   Zyski   będziemy   dzielić   równo,   choć 

początkowo większość pójdzie na dalszą rozbudowę firmy.

- To brzmi wspaniale. Czy już podpisaliście umowę?

- Wczoraj - uśmiechnął się widząc jej zdumioną minę. - Nie martw się. Może i jestem 

hazardzistą, ale na pewno nie głupcem. Skontaktowałem się z moim prawnikiem, który dokładnie 

sprawdził umowę. Nie ma w niej żadnych niejasności, żadnych kruczków. Ben Harvers to uczciwy 

businessman.

background image

- W takim razie jego wsparcie finansowe będzie nieocenione. Bardzo się cieszę. Wiem, co 

to dla ciebie znaczyło. Jakie są twoje najbliższe plany?

- Chcę wyposażyć mój ostatni nabytek. Widzisz, sukces całego przedsięwzięcia zależy od 

tego, czy każdy z moich klubów będzie oferował to, czego żaden inny ośrodek tego typu nie jest w 

stanie zapewnić. Chodzi o wystrój, o pracowników, o sprzęt. Jeśli wejdziesz do któregokolwiek z 

domów handlowych, to już na pierwszy rzut oka wyrabiasz sobie zdanie o całej sieci, o towarze i o 

usługach, które ci oferują. Chcę, żeby w moim przypadku było tak samo.

Tak. On wiedział czego chce i Laine była pewna, że mu się uda. Był to ten typ mężczyzny, 

który odnosi sukces we wszystkim, za co się weźmie.

-   No   cóż,   teraz,   gdy   jesteś   wielkim   posiadaczem,   chciałabym   usłyszeć,   że   odegrałam 

choćby drobną rolę w twoim sukcesie - powiedziała z uśmiechem.

- Drobną? Myślę, że zrobiłaś dla mnie dużo. Pokazałaś mi właściwy kierunek, a to jest 

wręcz nieocenione.

- Cieszę się, że mogłam ci pomóc.

-   W   sprawie   prowadzenia   ksiąg   rachunkowych   powiedziałaś   wszystko,   Laine,   ale   nie 

poznałem  twego  systemu   tak  dobrze,   żeby  go  wprowadzić   u  siebie.   Mogłabyś  się   tym  zająć? 

Możesz to jakoś usystematyzować?

- Oczywiście, ale nie za darmo...

- Nie dbam o koszty, byle tylko ktoś wykonał tę robotę. Poza tym, chciałem zainteresować 

cię swoją osobą i moimi planami.

- Czyżby? - spojrzała na niego podejrzliwie. Bawiła się piórem, by ukryć drżenie rąk. Co on 

właściwie chciał przez to powiedzieć?

- Laine! To, że nie odzywałem się tyle czasu wcale nie oznacza, że nasz wspólny wieczór 

nie   sprawił   mi   przyjemności.   Naprawdę,   miałem   w   związku   z   interesami   mnóstwo   spraw   na 

głowie. A w dodatku Abby była chora...

Abby! Całkiem o niej zapomniała...

- Jak ona się czuje? - spytała szybko, mając nadzieję, że nie zauważył jej przeoczenia. Jak to 

się stało, że widok Jake'a wymiótł jej z głowy każdą inną myśl?

- Swędzi ją skóra i jest trochę nieznośna. Doktor mówi, że to świadczy o rekonwalescencji. 

Prawdopodobnie pójdzie do szkoły w przyszłym tygodniu. Pani Foale jest bardzo dzielna, zajmuje 

się Fruitcake i szczeniętami i w ogóle wszystkim.

- Ach tak! Abby pisała mi w liście...

- To miło z twojej strony, że o niej pamiętałaś. Abby była uszczęśliwiona - Jake mówił to 

tak ciepło. - Ale to nie było konieczne. Ta zabawka musiała być bardzo droga?

background image

- Nie ma sprawy - powiedziała sztywno. Co on sobie myśli? Wbrew temu, co twierdził, 

wydawało się, że cieszy się z tego, że przysłała tę zabawkę.

Spojrzał na zegarek.

- Jest  wpół  do szóstej. Może pojedziesz  ze mną  odwiedzić  Abby?  Mogłabyś  zobaczyć 

młode Fruitcake. Są jeszcze bardzo małe, ale już bardziej przypominają psy niż obdarte ze skóry 

króliczki.

- Chę... chętnie. Dziękuję! - Serce waliło jej jak młot.

Jego uśmiech całkowicie ją  zniewalał.

Uporządkowała biurko, zabrała torbę i płaszcz. Uspokoiła się, ale oczy błyszczały jej z 

podniecenia.

Jake   wprowadzał   ją   w   swoje   prywatne   życie.   Nagle   majowe   słońce   zaczęło   świecić 

wszystkimi barwami tęczy.

background image

Rozdział 4

- Spójrz! Czyż nie są cudowne? Możesz zabrać którego chcesz. Ja najbardziej lubię tego.

Abby miała krosty na czole i całe mnóstwo rozrzuconych po całej twarzy i rękach. Laine 

zamrugała   oczami,   usiłując   ukryć   nagłe   łzy   cisnące   się   do   oczu.   Abby   wyglądała   teraz   jak 

Fruitcake.

Szczeniak w czułych objęciach dziewczynki wydał pisk protestu, gdy ścisnęła go mocniej, 

składając na jego małym łebku swój pocałunek. Laine głaskała długi, centkowany pyszczek.

- Czy wiesz, kto jest ich ojcem? - spytała.

- Podejrzewamy charta z naprzeciwka - usłyszała głęboki głos Jake'a.

Obejrzała się. Stał za jej plecami, przyglądając się ich poczynaniom. Gdy spotkała jego 

ciepłe spojrzenie, szybko odwróciła wzrok. Znów zagubiła się pod jego wpływem.

- To by wyjaśniało długi pysk i małe uszka - szepnęła. - I ten ziemisty kolor!

- Czy zatrzymacie któreś ze szczeniąt?

- Tatusiu, zatrzymajmy, proszę!...

Jake westchnął zrezygnowany.

- Widzisz, co narobiłaś. Nie będę miał teraz chwili spokoju, dopóki nie powiem tak! Ale 

tylko jednego - powiedział z udaną srogością.

- Przepraszam! - Laine roześmiała się, widząc, że Jake tylko żartuje.

Wchłaniała ciepłą atmosferę tego domu. Wyjęła z koszyka drobne, złociste stworzonko.

- Wezmę chyba tego - powiedziała głaszcząc długie, jedwabiste uszka. - Nazwę go Goldie.

- To nie brzmi oryginalnie -  zaprotestowała Abby.

- Larry też nie brzmiała oryginalnie - przypomniała jej.

- No tak... - Abby zmieszała się, lecz zaraz odzyskała rezon. - Ale to tylko była zabawka. 

Jednak żywy pies powinien mieć bardziej niezwykłe imię.

- A jak ty byś go nazwała?

Abby pomyślała chwilkę.

- Coffe! - odparła tryumfalnie.

- Bardzo oryginalnie! - podsumował Jake z poważną miną.

Laine marzyła, aby uściskać małą!

W tym momencie  przyszła pani Foale mówiąc, że czas do łóżka.

- Nie chcę iść spać. Jeszcze nie...

Jake natychmiast stłumił jej dziecięcy bunt.

- Tak kazał doktor, moja damo. Jesteś jeszcze rekonwalescentką. Żadnego wysiadywania do 

background image

późna, dopóki nie będziesz zupełnie zdrowa i nie wrócisz do szkoły. Na górę, żabko! Będę u ciebie 

za pięć minut.

Widząc jak pani Foale, macierzyńskim gestem zabiera Abby na górę, Laine pomyślała, że 

Jake jest szczęściarzem mając taką opiekunkę do dziecka. Poczuła wielką sympatię do tej kobiety. 

Dziewczynka jest w dobrych rękach.

- No, tak - powiedział Jake z nagłym ożywieniem, gdy tylko obie zniknęły. - Zabiorę ten 

cały kram z powrotem do składziku, gdzie jego miejsce. Fruitcake! Idziemy!

Podniósł wielki kosz ze szczeniakami i wyszedł z pokoju. Fruitcake deptała mu po piętach, 

by nie stracić z oczu swoich dzieci. Laine zatonęła w miękkiej sofie, rozkoszując się uczuciem, że 

zaczyna należeć do tego domu.

- Idę tylko do Abby na “dobranoc” i zabieram cię na kolację, zgoda?



- Chętnie, ale nie jestem odpowiednio ubrana na taką okazję - stwierdziła Laine, patrząc na 

swą bawełnianą spódnicę i bluzkę w paski.

- Znam takie jedno miejsce...

Popatrzyła na niego: zwinny, szczupły, w miękkiej bluzie z jaskrawym napisem “Kluby 

Zdrowia Hygeia”.

- Napijesz się?

- Chętnie. Poproszę Cinzano z wodą sodową i cytryną.

- Już się robi!

Drink pomógł jej opanować chaos myśli. Kiedy w końcu wyszli z domu, była spokojna. Nic 

jednak   nie   mogło   ukryć   faktu,   że   była   szczęśliwa.   Oczy   błyszczały   jakąś   ukrytą   radością, 

promieniującą   z   jej   całej   istoty.   Była   z   Jake'em,   a   on   okazał   się   swobodnym,   a   jednocześnie 

uważającym, wesołym i troskliwym kompanem, jakby cieszył się jej obecnością, tak samo jak ona 

nim.

Siedząc   w   ogródku   w   nadbrzeżnym   pubie,   zajadając   jajka   w   majonezie   i   zapiekane 

paszteciki,   Laine   uświadomiła   sobie,   że   podobnie   czuła   się   mając   siedemnaście   lat.   Wtedy 

pozwoliła, by uczucia ją poniosły. Wtedy też prysły jej marzenia. Zamyślona, smarowała masłem 

kawałek pasztecika. Czy tamto wspomnienie rzuca cień na obecne jej życie? Przecież mogła się 

znów zakochać. Nie było  w tym  nic złego.  Odsunęła od siebie  wszelkie  myśli  o miłości.  Już 

zapomniała jak żywe, jak radosne jest to uczucie i jak bardzo można być wtedy szczęśliwym.

Uśmiechnęła się pogodnie do mężczyzny siedzącego naprzeciw. Wiedziała, że nie powinna 

się go bać. Że drugi raz popełni ten sam błąd. Jałowe rozważania nie miały sensu. Była teraz 

starsza, bardziej doświadczona, lepiej potrafiła ocenić charakter człowieka. Jake był zupełnie inny 

niż Peter Styles. Tym razem nie może się zawieść.

background image

Może  kochać Jake'a bez obaw. Będzie milczała o swojej przeszłości. Ogarnięta nową falą 

niepokoju poczuła, że dostaje gęsiej skórki. Odsunęła jednak złe myśli.

Po kolacji Jake odwiózł ją do jej samochodu, który był zaparkowany pod jego domem.

- Zaraz będzie ciemno. Nie chcę, żebyś sama wracała po nocy. Wstąp na kawę, a potem 

odwiozę cię.

Widać było, że on również nie ma ochoty kończyć tego wieczoru. Zaśmiała się w duchu. 

Podczas pierwszego spotkania nie martwił się  tak o jej bezpieczeństwo!

- A może pojedziesz do mnie? Ja też mam kawę!

- Świetnie! - jego oczy były pełne radości i czegoś jeszcze... - Więc prowadź!

Podjechali  pod  jej  dom.   Laine   wpuszczała   Jake'a   z  uczuciem   małego   tryumfu.  Już  nie 

chciała za wszelką cenę trzymać go z daleka od swego życia. Teraz nie pragnęła niczego więcej, 

jak tylko móc dzielić je z nim. Dzielić z nim swoje życie!

- Pięknie tu u ciebie - powiedział ciepło.

- Usiądź, zaraz przygotuję kawę.

Najwyraźniej   nie   miał   ochoty   siedzieć   bezczynnie.   W   czasie,   gdy   ona   parzyła   kawę, 

podszedł do drzwi prowadzących do patio i odkrył sposób ich otwierania. Wyszedł do zacienionego 

ogrodu i rozkoszował się wonnym powietrzem wieczoru.

- Nie jest tak duży, jak twój - powiedziała Laine podchodząc do niego - ale dla mnie akurat. 

Nie jestem też dobrą ogrodniczką.

- Ja również nie - przyznał. - Wolę inne rodzaje aktywności. Wprawdzie cieszę się, że mam 

duży ogród, Abby ma gdzie się bawić, ale strzyżenie trawników, to ponad moje siły!

- Na szczęście mój ogród jest wyłożony płytami, a wśród kwiatów chwasty nie są widoczne. 

Uwielbiam tu siedzieć, kiedy jest ładna pogoda, ale teraz robi się trochę chłodno. Lepiej chodźmy 

do środka. Kawa jest gotowa.

Gdy   wrócili   do   pokoju,   Laine   zapaliła   lampę   i   zaciągnęła   story.   Ich   żywe   kolory 

podkreślały zieloność mebli i kremowy odcień dywanu. Były podszyte grubą tkaniną i zwieszając 

się fałdami całkowicie odcinały pokój od świata zewnętrznego. Aura intymności pogłębiła się. 

Usiadła obok Jake'a na sofie.

Odstawiając filiżankę pochylił się, a jego ramię musnęło ją w przelocie. Laine odniosła 

wrażenie, że siedzi teraz odrobinę bliżej, tak jakby nieco się przysunęli...

Najprawdopodobniej było  to złudzenie,  po prostu podświadoma  potrzeba zbliżenia.  Był 

teraz tak blisko, że wystarczyło, by położył rękę na oparciu, a już nie mogłaby odchylić głowy nie 

opierając się o nią. W chwili, gdy jej włosy musnęły rękaw bluzy Jake'a, w Laine coś pękło. 

Poczuła rozkoszne dreszcze, ciepłe i zniewalające.

background image

Oparła głowę o jego silne ramię, całą swą osobą chłonąc intymny kontakt.

- Abby cię lubi - cichy szept przerwał ciszę. Oddech Jake'a musnął delikatnie jej ucho. 

Laine przymknęła oczy.

- Tak myślisz?

- Tak. Podarowała ci swego ulubionego szczeniaka!

- Ja też ją lubię. Jak mogłabym się jej oprzeć?

- Z łatwością, gdybyś tylko trafiła na jej dąsy!

Laine   roześmiała   się,   aby   nie   zdradzić   prawdziwych   uczuć.   Przypomniała   sobie   swoje 

własne fochy i pomyślała, że Abby może być taka. Jej humory do tego stopnia rozbijały życie 

rodzinne, że w końcu matka i ojciec przestali ją rozumieć. Może właśnie dlatego nie pomogli jej, 

gdy miała kłopoty. No cóż, ale od tego czasu upłynęło wiele lat.

- Często się dąsa?

- Dzięki Bogu, nie. Wolę, jak się złości. Mogę wtedy na nią krzyczeć, ale te dąsy... Wtedy 

w ogóle nie można do niej dotrzeć.

- To musi bardzo utrudniać jej wychowanie.

Jake zaśmiał się.

- Kochany kurczak! Ja tu mówię o Abby jak o małej terrorystce, a w gruncie rzeczy ona jest 

najmilszym stworzeniem pod słońcem!

- Takie odniosłam wrażenie. Chyba jeszcze nie przeżywa tak zwanego “trudnego wieku”.

- Nie wywołuj wilka z lasu!

Jego głos brzmiał pogodnie, choć zawierał jakąś nieuchwytną, dziwną nutę. Podejrzewała, 

że on wcale nie myśli o tym, co mówi.

Jego   ręka   była   coraz   bliżej   i   bliżej,   aż   objęła   ramię   Laine.   Przygarnął   ją   do   siebie. 

Wstrzymała oddech.

Jej wargi, miękkie i chętne czekały na pocałunek. Usta mężczyzny dotknęły ich, najpierw 

ostrożnie.   Lecz   po   chwili,   stal   się   bardziej   namiętny.   Upłynęło   sporo   czasu   zanim   przerwał 

pocałunek.

Ten pocałunek wyzwolił w Laine taką falę szczęścia, jakiego nigdy przedtem nie zaznała. 

Będąc   z   Peterem   nie   odczuwała   tego.   Nie!   To   przeżycie   było   jedyne   w   swoim   rodzaju, 

nieporównywalne, możliwe tylko z tym właśnie mężczyzną.

Laine nie wiedziała, ile trwało to wzajemne rozkoszowanie się sobą, ale kiedy doszli do 

siebie, kawa była zimna.

Nagle Jake odsunął się od niej i usiadł na drugim końcu sofy, kryjąc twarz w dłoniach. 

Laine spojrzała nań oszołomiona.

background image

- Jake? - spytała. - Co się stało? Co ja takiego zrobiłam?

-   Przepraszam!   -   potrząsnął   głową.   -   Nic   nie   zrobiłaś.   Byłaś   taka   słodka,   taka   ciepła. 

Przepraszam - powtórzył. - Lepiej już pójdę. Nie martw się. Dobranoc, Laine.

Podniósł się. Ona wstała również.

- Nie musisz się usprawiedliwiać - powiedziała głucho. - Ja też tego chciałam, sprawiło mi 

to przyjemność... Czy musisz już iść? Nawet nie wypiłeś kawy.

- Naprawdę, już muszę. Przepraszam. Dobranoc.

Obcy, znów obcy... Odszedł. Z jękiem opadła na sofę. Siły ją nagle opuściły, w głowie 

miała chaos.

Przecież   Jake był  w  niej   zakochany.  Jak  ona w   nim.   Czuła  to  całym   swym   kobiecym 

instynktem. Dlaczego poszedł?

Przywołała wspomnienia ostatnich dni i nagle coś zaczęło jej świtać. On walczył z duchem 

zmarłej   żony.   Prawdopodobnie   Jake   był   typem   monogamisty.   Nie   należał   do   mężczyzn 

przerzucających się z kwiatka na kwiatek. Nadal czuł się związany z Jane, więc walczył z tą siłą, 

która już od pierwszego spotkania przyciągała ich do siebie.

Czyżby ta lojalność miała rozbić jej wszystkie nadzieje? Nadzieję, by być blisko dziecka, 

nadzieję, by stać się dla Jake'a czymś więcej, niż tylko przyjaciółką?...

Głębokie cienie pod oczami następnego ranka świadczyły o nieprzespanej nocy.

Coś   jednak   z   tej   nocy   zostało.   Postanowiła,   że   nie   pozwoli   Jake'owi   zagrzebać   się   w 

przeszłości. Ona sama robiła to zbyt długo, ale w końcu odrzuciła okowy bólu i wątpliwości. Musi 

pomóc mu wyrwać się z tego bezsensownego poczucia lojalności.

Jeśli   ma   przełamać   jego   opór,   musi   przebywać   w   jego   towarzystwie!   Prosił   ją   o 

wprowadzenie   nowego   systemu   księgowania...   Może   go   poprosić,   by   ją   zapoznał   ze   swymi 

podwładnymi. Normalnie poradziłaby sobie sama, ale to był specjalny przypadek.

***

- Szczeniaki mogą już jutro być zabrane od matki. Czy nie zechciałabyś jutro wieczorem 

przyjechać po Goldie?

Tętno waliło jej w skroniach. Te tygodnie ciszy, które upłynęły od dnia, kiedy wyjmowała z 

koszyka “swojego” pieska, były trudne do zniesienia.

Widywała Jake'a, ale on utrzymywał chłodny dystans. Zachowywał się tak, jakby tamten 

intymny wieczór w ogóle nie istniał. Chociaż, może niezupełnie tak. Nie był już taki swobodny, 

taki ciepły, jak przedtem. To, co mogło ich zbliżyć, jeszcze ich oddaliło od siebie.

background image

Ale teraz znów zobaczy Abby! Czyżby to było złudzenie, czy też faktycznie głos Jake'a 

nieco złagodniał od czasu ich ostatniego spotkania? Raz czy dwa, przyłapała go, jak patrzył na nią 

ukradkiem. Wyraz jego oczu sprawiał, że krew zaczynała szybciej krążyć. On się nią interesował, 

to było pewne. Nie było pewne, co zamierzał w związku z tym zrobić.

- Dobrze, jutro. - Uśmiechnęła się zza biurka. - Wszystko już przygotowałam - koszyk, 

miskę, jedzenie, tackę z trocinami. Mam nadzieję, że nie będzie tak bardzo tęskniła za matką i 

rodzeństwem.

- Najwyżej dzień lub dwa. Przyjedź prosto po pracy, to zobaczysz się z Abby. Potem gdzieś 

pójdziemy.

- Będę musiała zawieźć szczeniaka do domu i zająć się nim.

- Ach tak, co za głupiec ze mnie. Więc może innym razem?

Takie niezobowiązujące zaproszenie, ale jednak! Laine za wszelką cenę nie chciała zdradzić 

radości rozsadzającej ją.

- Chętnie.

Jake podniósł się, biorąc aktówkę.

- W takim razie do jutra.

Odwrócił się i ruszył szybko w kierunku drzwi, jakby bał się swoich reakcji, jeśli zostanie 

chwilę dłużej.

Laine patrzyła na niego, jak odchodzi i uśmiech pełen miłości został na jej ustach.

Okazało się, że Abby nie chce oddać żadnego pieska.

- Tak bym chciała je wszystkie zatrzymać - mówiła widząc jak Goldie wdrapuje się na 

ramię Laine i liże ją po twarzy... W szarych oczach zalśniły łzy.

- Czy na pewno będzie jej u Laine dobrze? - zapytała ojca.

Jake uśmiechnął się wyrozumiale.

- Na pewno będzie jej dobrze - zapewnił. - W tym wieku większość piesków musi opuścić 

swoją mamę. Znaleźliśmy dla nich dobre, kochające domy. Nie martw się, mała.

- Obiecuję ci, że się nią dobrze zaopiekuję. - Laine włożyła wyrywającego się szczeniaka do 

kosza i opatuliła kawałkiem flaneli.

- Trzeba jej dawać jeść cztery razy dziennie. Pamiętaj!

-  Nie  zapomnę,  będę   chodziła  na  lunch   do  domu  i   wtedy  ją  nakarmię   -  schyliła   się  i 

chwyciła małą w objęcia.

Moment wydawał się odpowiedni.

- Nie martw się, kochanie. Goldie będzie u mnie dobrze. Przywiozę ją kiedyś do ciebie... - 

przerwała nagle i spojrzała pytająco na Jake'a.

background image

- Świetnie!

Patrzył na nią tak dziwnie... Laine zamrugała powiekami. Czyżby łzy? Nie, na pewno nie.

- No to umowa stoi - powiedziała z ożywieniem. - Na razie!

- We wtorek? - cicho zapytał Jake, stawiając kosz z psiakiem na tylnym siedzeniu.

- Tak!

- Więc do wtorku. Zadzwonię do ciebie o wpół do ósmej.

Laine uśmiechnęła się patrząc w jego ciemne oczy.

- Będę czekał z niecierpliwością.

- Ja również. Do widzenia, Abby - schyliła się, by pocałować dziecko, które nagle zarzuciło 

jej ręce na szyję.

- Przyjedź do mnie jak najszybciej i weź z sobą Goldie - poprosiła mała.

Laine z trudem powstrzymywała łzy. Ten wybuch uczuć córki rozbroił ją zupełnie.

- Obiecuję - powiedziała cicho.

Pomachała im jeszcze na pożegnanie, wiedząc, że jej serce zostaje razem z nimi.

Do wtorku niedaleko i znów zobaczy Jake'a. A Abby? Uśmiechnęła się do swoich myśli. Ją 

też niedługo zobaczy.

Wtorkowy  wieczór  był   prawie  powtórzeniem   ich  pierwszej   kolacji,  tyle,  że  tym  razem 

żadne ważne sprawy nie zakłóciły spotkania. No i przyjął zaproszenie na kawę.

Laine czuła się niepewnie, nie wiedząc czego się spodziewać. Tym razem Jake panował nad 

sobą. Usiadł na krześle, chcąc uniknąć intymnego zbliżenia. Jego oczy przez cały wieczór mówiły 

zupełnie co innego. W końcu zaczął zbierać się do wyjścia.

Przy drzwiach zatrzymał się.

- Laine - wyszeptał. - Wyglądasz dziś uroczo. Do twarzy ci w tej zielonkawej sukni.

- Miło mi, Jake. Ja też ją lubię.

- Dobranoc i dziękuję za cudowny wieczór.

Jego wargi były gorące i miękkie, ale tym razem trwało to krótko. Wsiadł do samochodu i 

odjechał zanim Laine zdążyła się otrząsnąć.

Goldie już się zadomowiła, a Laine stwierdziła, że pies szalejący na jej widok sprawia jej 

wiele radości.

Jake zadzwonił w piątek.

- Laine? Wybieramy się z Abby na naszą łódkę, na weekend. Była taka nieszczęśliwa z 

powodu piesków, więc pomyślałem, że warto ją gdzieś zabrać. Może wybrałabyś się z nami?

- Ja? - Usłyszał zdumienie w jej głosie i roześmiał się.

-   Tak,   ty!   Z   pewnością   będziesz   zadowolona   z   wycieczki.   Tam   jest   fantastyczna   sieć 

background image

szlaków wodnych, raj dla włóczykijów. Co ty na to?

- Sama nie wiem! Bardzo bym chciała, ale co z Goldie?

- Nie ma sprawy. Przywieź ją do nas. Pani Foale nakarmi wszystkie psy. Przyjedziesz?

- Dobrze!

- No to postanowione - słychać było, że jest zadowolony. - Zabierz śpiwór!

- Oczywiście, a co z jedzeniem?

- Ja się tym zajmę. Po prostu zabierz tylko coś do spania. Bądź gotowa jutro rano, około 

dziesiątej!

- Chyba, że mnie w nocy zabiją! - odpowiedziała.

***

Laine leżała na dachu kabiny rozkoszując się słońcem. Jake siedział przy sterze. Łódka 

leniwie płynęła w dół wąskiej rzeczki.

- To się nazywa życie! - pomyślała. - Pogoda jest wspaniała.

Jake miał na sobie tylko szorty. Jego brązowa skóra błyszczała w słońcu, mięśnie napinały 

się przy każdym ruchu. Laine oparła policzek na skrzyżowanych rękach.

- Zajmę się jedzeniem. Napijesz się czegoś?

- Abby! - zawołał dziewczynkę, która leżała na dziobie i moczyła w wodzie patyk. - Chcesz 

pić?

- Wolę loda!

- W porządku, lody są w lodówce.

Laine zwinnie zeskoczyła z dachu. Szkarłatny kostium kąpielowy świetnie podkreślał  jej 

zgrabną, smukłą figurę. Zauważyła, że Jake na nią patrzy. Wchodząc do kabiny przypomniała sobie 

ten moment, gdy po raz pierwszy znaleźli się na pokładzie.

Kabina   wydała   jej   się   wówczas   bardzo   mała   i   miała   tylko   dwie   koje.   “Jak   on   sobie 

wyobraża spanie?” pomyślała. Jake jakby czytał w jej myślach.

- Dziewczęta zajmują kabinę! - oznajmił.

- A gdzie ty będziesz spał? - zapytała.

- W forpiku jest jeszcze jedna koja, widzisz?

- Ależ tam jest strasznie ciasno i nie ma okna...

- Nie szkodzi, za to jest luk. Dopóki nie będzie padać, będę miał powietrza,  ile dusza 

zapragnie.

- Będzie ci tam wygodnie?

background image

- Zwykle ja tam śpię - wtrąciła Abby i bardzo to lubię, ale tatuś mówi, że w czasie tej 

wycieczki będę mieszkać z tobą.

- Przepraszam. Przeze mnie macie same kłopoty!

- Nic nie szkodzi! - Abby szczerze uśmiechnęła się. - Będzie wesoło!

Laine zerknęła na jedno i na drugie.

- Dopóki nie pożałujecie, że wzięliście mnie ze sobą!

- Nie obawiaj się!

Spojrzał na nią w taki sposób, że serce jej zadrżało...

- Piwa?

- Prosto z puszki?

- Już się robi!

Popijając piwo, usiadła obok Jake'a, w otwartym kokpicie, zaś Abby z lodem wróciła na 

swoje ulubione miejsce na dziobie. Jej pomarańczowy kapok odbijał się jaskrawo od krajobrazu 

pełnego brązów i zieleni. 

Dwa razy przepłynęli obok niewielkich miasteczek, kilkakrotnie mijali śluzy. Wszystko to 

było dla Laine czymś zupełnie nowym i cieszyła się każdą chwilą tego cudownego dnia.

Pod wieczór Jake nieco zwolnił tempo.

- Zacumujemy tutaj na noc - postanowił. - Zjemy w gospodzie.

Powoli   skierował   motorówkę   w   stronę   przystani.   Gdy   dobili   do   pomostu,   chwycił   za 

pachołek i zwrócił się do Laine:

- Skocz na brzeg i zacumuj dziób. Abby rzuci ci linę.

- Ja to zrobię - usłyszeli głos dziecka. Dziób właśnie zbliżał się do pomostu. Abby z liną w 

ręku chlupnęła w wodę z wielkim pluskiem.

Laine  zdrętwiała patrząc na zbliżający się pomost.

- Zgniecie ją! Łap za bosak i odepchnij nas! - krzyknął Jake.

Chwyciła  bosak, próbując odepchnąć łódź od pomostu.  W tym  czasie Jake złapał  boję 

ratunkową i pobiegł na dziób.

- Abby, podpłyń do bojki - krzyknął widząc, że wylądowała blisko od podskakującej na 

falach figurki. - Nie utoniesz, płyń!

Łódka znów zaczęła odpływać.

- Laine, zahacz bosak o deski i trzymaj!

Nerwowo zaczęła szukać punktu zaczepienia. W końcu znalazła jakiś sęk i już łatwiej było 

utrzymać łódź.

Odpychała lub przyciągała motorówkę, starając się utrzymać ją w jednym miejscu, aby Jake 

background image

mógł wyciągnąć dziewczynkę na pokład.

- Zostań tam i nie ruszaj się! - krzyknął do dziecka.

Kilka osób siedzących w gospodzie, widząc co się dzieje, wybiegło na pomost. Przy ich 

pomocy łódka została szybko przycumowana. 

Abby siedziała na rufie jak mokry psiak, dygocząc z zimna i emocji. Laine chciała podejść 

do małej, utulić ją, ale powstrzymała się. To była rola Jake'a.

- No i co mądralo? - zapytał. - Już zapomniałaś, czego cię uczyłem i chciałaś zrobić po 

swojemu? Opłaciło się?

- No nie... - szlochała dziewczynka.

- Nigdy więcej tego nie rób, O.K.?

Jego głos złagodniał. Abby patrzyła na niego przez łzy i potrząsnęła głową.

- No, chodź. Trzeba cię wysuszyć!

Abby zerwała się i mocno objęła go.

- Tatusiu, tak mi przykro!...

Jake czule potarmosił mokrą czuprynkę.

- Mam nadzieję! Popatrz na Laine! Przestraszyła się jak nigdy w życiu!

Abby zerknęła na pobladłą twarz kobiety, po czym szybko wtuliła się w ojca.

- Zimno mi!

- Czy mogę ci pomóc? - spytała Laine. Nie bardzo wiedziała, czy powinna się wtrącać, ale 

tak bardzo pragnęła zająć się małą.

-   Pomóż   temu   łobuzowi   wysuszyć   się   i   przebrać   w   suche   rzeczy   -   powiedział   z 

wdzięcznością - a ja sprawdzę, czy łódź jest dobrze zacumowana.

Abby ruszyła do kabiny. Laine ruszyła za nią, jej oczy błyszczały. Wreszcie mogła zająć się 

swym dzieckiem, tak jak matka.

background image

Rozdział 5

- Jak ci poszło? - usłyszała głos Jake'a.

Abby już spała, a Laine właśnie wkładała Goldie do podróżnego koszyka.

Czy naprawdę musiał o to pytać?... Gdy rozbierała Abby z mokrych rzeczy, wycierała, a 

potem przebrała ją w suche, ciepłe ubranie, poczuła, że wypełnia powinność, która jest w niej. 

Zmuszono ją kiedyś, by oddała to dziecko, a teraz trzymała je w objęciach. Odzyskała jakąś ważną 

część samej siebie...

Spojrzała na Jake'a, jej błyszczące oczy i gorący rumieniec powiedziały mu dużo więcej niż 

słowa...

- Cieszę się - powiedział. - Wiesz, ludzie na łódce szybko się poznają. To niezły test na to, 

czy do siebie pasują. Myślę, że wyszło nam świetnie, a ty?

- Ja także tak myślę.

Później, po posiłku, usiedli w ciemnym kokpicie.

Nie   dotykali   się,   a   jednak   Laine   czuła,   że   nawiązała   się   między   nimi   silna   więź,   bez 

zbędnych słów.

W końcu uśmiechnął się, a jego oczy zaświeciły w mroku.

- Zejdź na dół, Laine. Zamknij bulaje - o mnie się nie martw. Wejdę przez luk.

Nie było żadnego tarcia, żadnej niezręczności... Pasowali do siebie po prostu.

Gdy usłyszała jego miękki śmiech i zobaczyła wyciągnięte ku sobie ramiona... wtuliła się w 

nie bez wahania, chętnymi ustami przyjmując jego pocałunek. Serce biło jej mocno...

- Cudowne zakończenie cudownego weekendu - szepnął całując ją namiętnie. Silne ramiona 

mocno obejmowały jej drżące ciało...

- Laine... Chciałbym... - wyrwało mu się. - Zresztą, nieważne...

“Co chciał powiedzieć? - zastanawiała się. - Że pragnie, aby została...? A może, że mają 

przed sobą wspólną przyszłość...?”

Czuła jego namiętność, lecz czuła również, że coś go powstrzymuje. Ale tak gorąco ją 

całował... Na wspomnienie przeszył ją rozkoszny dreszcz.

Wydobyła z koszyka śpiącego psiaka i zanurzyła twarz w jego futerku.

- Jestem głupia, Goldie - wyznała - zakochałam się. Co o tym sądzisz?

Goldie sapnęła i polizała ją po policzku...

Minęło kilka dni, zanim Jake znowu się odezwał. Słysząc w słuchawce jego głos miała 

ochotę śpiewać ze szczęścia. Dzwonił, by zaprosić ją na koncert w Birmingham.

- Mam dwa bilety na jutro - oznajmił - powiedz, że pójdziesz!

background image

- Z przyjemnością.

- To świetnie. Przyjadę po ciebie wcześniej, to wybierzemy się przedtem na kolację. Do 

zobaczenia, kochanie.

“Kochanie”? Zatkało ją. Jake nie miał zwyczaju rozrzucać takich słów jak confetti? Co to 

“kochanie” miało znaczyć? Czy to tylko przejęzyczenie? A może naprawdę znaczyło to, co tak 

bardzo pragnęła usłyszeć?

Przez cały wieczór był troskliwy, czarujący, dowcipny i promieniował jakimś nieodpartym 

urokiem. Laine czuła, że pogrąża się coraz bardziej.

Prowadząc   samochód,   Jake   zaczął   pogwizdywać   jakąś   wesołą   melodię.   Laine   uniosła 

głowę, by na niego spojrzeć. Wchłaniała w siebie tę atmosferę!

W pewnym momencie przestał gwizdać i posmutniał. To, co powiedział, zabrzmiało jak 

ostry dźwięk telefonu przerywający ciszę.

- Laine, niepokoję się o klub w Burchester. Przy obecnych podatkach będę zmuszony go 

zamknąć.

Laine wróciła do rzeczywistości, bo jej myśli odbiegły daleko od spraw zawodowych.

W zamyśleniu przygryzła wargi.

-  Zauważyłam,   że   dochody  ostatnio   się  zmniejszyły.   W  porównaniu   z   zeszłym   rokiem 

spadły na łeb na szyję. Czyżby interes się załamał?

- Nie. Byłem tam niedawno i stwierdziłem, że ruch jest taki jak zwykle. Może to ten nowy 

system księgowania?

- Niemożliwe. Używamy ciągle tego samego. Czy tam jest nowy kierownik?

- Danny Matthews jest od kilku miesięcy. Dlaczego pytasz?

- Chyba powinieneś go mieć na oku.

- Cholera! - Jake był poirytowany. - Nie mogę go zwolnić. Jest po stażu.

-   Po   prostu   przez   jakiś   czas   miej   na   niego   oko.   Nie   dopuść,   aby   zaczął   cokolwiek 

podejrzewać!

- Może to byłoby najlepsze rozwiązanie!

- Wtedy zacznie znowu. Nie, Jake, musisz  być ostrożny! Teraz nie masz dostatecznych 

dowodów,   by   go   zwolnić,   ale   jeśli   cię   straszył   Związkami,   możesz   mu   zagrozić   publicznym 

ujawnieniem jego sprawek.

- Fakt. Muszę mieć mocne dowody, zanim zrobię jakiś ruch. W końcu to tylko podejrzenia. 

Będę tam możliwie często zaglądał. Zwłaszcza, że on w przyszłym tygodniu jedzie na urlop.

-   Fantastycznie!   Na   ten   czas   przyjmij   na   jego   miejsce   kogoś,   komu   całkowicie   ufasz. 

Uważnie przejrzyj rachunki. Jeśli przychody wrócą do poprzedniego poziomu, będziesz miał go w 

background image

ręku.

- Dobrze, zrobię jak mi radzisz. Dziękuję ci. Przepraszam, że znów zawracam ci głowę 

moimi problemami.

- Nie ma sprawy! Cieszę się, że mogę ci pomóc.

- No, jesteśmy na miejscu. Czy jestem zaproszony?

- Jakże bym śmiała puścić cię do domu bez odrobiny kawy?

Gdy Laine weszła z kawą, Jake leżał na kanapie. Na jej widok wstał, by pomóc odstawić 

tacę.

- Chodź do mnie - szepnął pociągając ją ku sobie.

Laine   drżąc   z   emocji,   zapadła   w   miękkie   poduszki.   Objął   ją   i   zaczął   całować   długo, 

namiętnie... Przymknęła oczy pozwalając unieść się zapamiętaniu.

- Kochanie - wyszeptał unosząc głowę. - Nie wiem, jak mogłem dotąd żyć  bez ciebie. 

Wyjdziesz za mnie?

Laine podniosła głowę. Wprawdzie miała nadzieję na jakiś trwalszy związek, ale takiej 

propozycji się nie spodziewała. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Znali się krótko, a poza tym sam 

przecież mówił, że nie chciałby, żeby jakakolwiek kobieta zajęła miejsce jego zmarłej żony.

Widząc jej zaskoczoną minę Jake dokończył:

- Wiem, że pragnąc, abyś przeniosła się do nas, proszę o zbyt wiele, ale... Abby i ja... tak 

bardzo ciebie potrzebujemy...

Laine miała wrażenie, że jakaś gwałtowna fala wstrząsnęłą całą jej istotą. To było wprost 

niewiarygodne! W chwili, gdy krótkie “tak” miała na końcu języka, w ogóle nie pomyślała o Abby! 

Czy umie dochować tajemnicy?

Właściwie   do   tej   pory   nic   innego   nie   robiła.   Cóż   takiego   mogłoby   się   zdarzyć   w 

przyszłości, aby jej sekret wyszedł na jaw? Kochała Jake'a! Niczego na świecie tak nie pragnęła, 

jak zostać jego żoną.

Uśmiechnęła się do ciepłych, brązowych oczu, czekających na odpowiedź.

- Tak - wyszeptała.

On zaś  wydał  jakiś  nieartykułowany  okrzyk  i porwał  ją w  ramiona.  Trwali  tak  objęci, 

ciesząc się sobą, swą bliskością i tym, że należą do siebie.

Gdy w końcu Jake poruszył się, podniosła głowę.

- Kiedy? - zapytała.

- Jak najszybciej. Masz coś przeciwko?

- Nie. Kocham cię, Jake.

- Laine! - szeptał, gorączkowo całując jej twarz - Laine, tak bardzo cię potrzebuję. Czy 

background image

chcesz mieć huczne wesele?

- Niekoniecznie, a ty?

- Absolutnie. Im mniej ludzi, tym lepiej.

Chyba   jednak   Jake   miał   wciąż   poczucie   winy   z   powodu   powtórnego   małżeństwa   - 

pomyślała.

- Ale w kościele, dobrze? - poprosiła. - Nie jestem aż tak gorliwą chrześcijanką, ale mam 

wrażenie, że nasz ślub będzie wówczas bardziej prawdziwy.

-   Najmilsza,   może   być   wszędzie,   byleby   był!   Kościół   to   dobre   miejsce,   ale   rodzicom 

powiem dopiero po fakcie. Nie chcę ich tu ciągnąć, a pewnie czuliby, że to obowiązek zjawić się na 

uroczystości. A twoi?

Zawahała się... Na pewno czuliby się dotknięci, dowiadując się o wszystkim post factum, 

ale byli częścią jej dramatu... Chciała wejść w przyszłość wolna od tego, co było.

A co z Abby? Ona była raczej dopełnieniem jej szczęścia, a nie powodem, dla którego 

wiązała się z Jake'm. Abby zbliżyła ich do siebie, ale jej uczucia dla Jake'a nie miały nic wspólnego 

z pragnieniem połączenia się z córką.

- Sądzę, że powinnam ich zaprosić. Mimo wszystko są moimi rodzicami. I uważam, że ty 

też powinieneś zaprosić twoich!

-   Tak,   masz   rację.   Jest   jeszcze   moja   siostra,   choć   wątpię,   czy   przyjedzie,   mieszka   w 

Singapurze. Ale żadnych ciotek, wujków, ani przyjaciół rodziny!

- Zgoda. Cicha uroczystość bez zbędnego szumu!

Gdy Jake odjechał, Laine wyciągnęła się na sofie, by przemyśleć to wszystko. Tak wiele 

wydarzyło się w tak krótkim czasie! Jednak jej szczęście nie było pełne. Tkwił w nim mały cierń! 

Jake nigdy nie powiedział jej, że ją kocha. Potrzebował - owszem, ale ani słowem nie wspomniał o 

miłości.

Może już nigdy jej nie pokocha? Może będzie musiała żyć ze świadomością, że jest tą 

drugą...

No cóż... Prawdopodobnie decydował się na małżeństwo ze względu na Abby. Wzruszyła 

ramionami. Niech i tak będzie. Wchodziła w ich życie pozbawiona złudzeń.

Ma szansę, by być blisko osób, które kocha. Jake ją lubił, a nawet pożądał... To jej musi 

wystarczyć.

***

Mała   Abby   przyjęła   wiadomość   o   małżeństwie   normalnie,   ale   bez   entuzjazmu.   Laine 

background image

poczuła się zawiedziona.

- Jak będę cię teraz nazywać? - zapytała dziewczynka.

- Możesz  nadal  mówić  do  mnie  Laine   - odpowiedziała   ze  smutkiem  -  ale  jeśli   wolisz 

“mamo”, będzie mi bardzo miło.

- Aha - odparła zamyślona. Nagle jej oczy rozbłysły. - Czy mogę być twoją druhną?

To pytanie zaskoczyło Laine.

- Wprawdzie nie pomyślałam o tym - powiedziała ostrożnie - ale może to dobry pomysł. 

Jake, co o tym sądzisz? Abby będzie na pewno ślicznie wyglądała?

- Dziewczyny, róbcie jak chcecie. Jeśli chodzi o mnie, nie dam się wbić w żaden frak ani 

cylinder!

- Nawet nie marzyłyśmy, byś wkładał coś tak dystyngowanego! Prawda, Abby?

Abby zachichotała.

- Wyglądałbyś przezabawnie, tato. Laine, jaką będziesz miała suknię?

- Chyba nałożę coś kremowego - wyszeptała Laine.

- Kolor będzie dobry... - przyznała Abby. - Czy ja mogę mieć zieloną sukienkę?

- To nie jest dobry kolor na ślub.

- Dlaczego?

- Mówią, że przynosi nieszczęście.

- Chyba w to nie wierzysz?

-   Niezupełnie,   ale   wolałabym   nie   ryzykować!   Może   zgodzisz   się   na   błękit?   Z   zieloną 

szarfą? - dodała pragnąc zadowolić córkę.

- Zresztą, zobaczymy.

- O.K. Kiedy zrobimy zakupy?

- Niedługo - obiecała Laine, całując ją w złocistą główkę. - Niedługo.

Ślub   miał   się   odbyć   w   sierpniu.   Kilka   tygodni   upłynęło   im   na   gorączkowych 

przygotowaniach. Laine sprzedała dom bez większych kłopotów, choć zajęło jej to trochę czasu.

Na sukienkę kupiła piękną kremową satynę oraz pajęczą koronkę ze złotej nici.

Pani Foale poleciła jej dobrą krawcową i już podczas pierwszej przymiarki Laine wiedziała, 

że suknia będzie dobrze uszyta.

Lejący materiał cudownie podkreślał figurę, a pokrycie go złotą koronką nadawało całej 

kreacji niepowtarzalny urok.

- Wygląda pani jak księżniczka - krawcowa wyraziła szczery zachwyt.

Sukienkę dla Abby kupili w domu mody. Dziewczyna była zachwycona jedwabną kreacją, 

którą w końcu upolowali. Stała teraz przed ojcem, pokazując jak pięknie wygląda.

background image

- Wybrudzisz ją - Laine była nieubłagana. - Wcale nie mam ochoty mieć na swym ślubie 

druhny w poplamionej sukience.

- Wtedy zostawimy cię w domu - zagroził Jake.

- Nie zrobisz tego - Abby mu uwierzyła. Patrzyła teraz to na jedno, to na drugie z bardzo 

niepewną miną.

Laine musiała powstrzymać się, by nie wybuchnąć śmiechem.

- Więc czemu jej nie zdejmiesz? - zapytała łagodnie. - Chodź, pomogę ci.

Abby skapitulowała, ale humor się jej poprawił, bo pani Foale poprosiła na kolację.

Jake większość czasu spędzał w klubie w Burchester, próbując rozwiązać zagadkę niskich 

dochodów. Miał też sporo pracy z przygotowaniem do otwarcia nowego ośrodka, co miało nastąpić 

na tydzień przed ich ślubem i wymagało sporo zachodu.

Kiedy Danny Matthews wyjechał na urlop, zyski z klubu Burchester wróciły do normy. Po 

powrocie, gdy znów przejął kierownictwo, znowu spadły.

- Czy potrzebne ci są inne dowody? - zapytała Laine. - Facet kradnie.

- Nabrał mnie - podsumował Jake - zwykle byłem znawcą ludzi. Tym razem nie miałem 

nosa. Jutro się z nim rozprawię.

- Masz kogoś na jego miejsce?

- Owszem. Colin Lacey, pomocnik Lena Castora, będzie się nadawał. To odpowiedzialny 

facet, dobrze mu idzie z klientami.

- Cieszę się, że załatwisz to przed naszym wyjazdem.

- Ja również. Będę mógł za tydzień o wszystkim zapomnieć.

- O wszystkim?

-  Oczywiście   z   wyjątkiem   nas!   Laine,   chodź   tu.   Nie   całowałem   cię   przez   ostatnie   pół 

godziny!

***

Rodzice Jake'a przylecieli z Montrealu na kilka dni przed ślubem i Laine pojechała do jego 

domu, by ich przywitać.

Jake był wierną kopią ojca, ale jak ta drobna blondyneczka zdołała urodzić tak potężnego 

syna? Laine nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Była tak filigranowa, że mogła swobodnie przejść 

pod jego wyciągniętym ramieniem.

- Tak bardzo się cieszymy - powiedziała matka Jake'a, gdy tylko znalazła się z Laine sam na 

sam. - Dobrze, że cię ma. Był tak zrozpaczony, gdy umarła Jane. Myśleliśmy, że nigdy się z tego 

background image

nie otrząśnie, ale widocznie nie jest pisane mężczyznie, by zbyt  długo pozostawał samotny.

- Ma Abby - szepnęła Laine, zawstydzona tą rozmową.

- Dziecko nigdy nie zastąpi żony. A teraz Jake będzie mógł mieć własnego syna! Czy to nie 

cudowne?

Laine z wysiłkiem opanowała się.

- Chciałabym, żeby tak się stało, ale Abby jest mu bardzo bliska, kocha ją.

- My również ją kochamy,  ale adoptowane dziecko  nigdy nie będzie  takie jak własne, 

prawda?

- Nie wiem - przyznała Laine. - Chyba niektórzy ludzie są w stanie o tym zapomnieć.

- No cóż, tak czy inaczej mamy nadzieję, że wkrótce doczekamy się nowego członka klanu 

Benningtonów. Siostra Jake'a ma troje dzieci, mówił ci o tym?

- Owszem. Szkoda, że nie mogli przylecieć na ślub, ale cudownie, że wy jesteście.

- Jake mówi, że twoi rodzice przyjeżdżają jutro. Cieszysz się?

- Oczywiście. Oni nie znają Jake'a. Mieszkają daleko i nie mogli nas odwiedzić, a my 

byliśmy zbyt zajęci, by jechać do Surrey.

Pani Foale znów okazała się nieoceniona  i zgodziła  się nadal u nich pracować. W ten 

sposób pytanie, czy Laine ma rzucić pracę, nie zostało postawione.

Gdy   przyjechali   rodzice,   Laine   ze   smutkiem   przyglądała   się   ich   twarzom.   Ojciec   miał 

zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, matka nieco mniej, ale wyglądali, jakby życie odebrało im wszelką 

radość. Zestarzeli się przedwcześnie.

Byli znacznie mniej ruchliwi od rodziców Jake'a, od nich  dużo starszych. Matka Jake'a 

wyznała, że fryzura kosztuje ją sporo zachodu: trwała, farbowanie, ale czuje się młodsza, gdy w 

lustrze nie widzi siwizny. Matka Laine nie przywiązywała takiej wagi do swego wyglądu. Miała 

włosy szpakowate, krótko obcięte, bez śladu ondulacji.

Wyglądało,   że   akceptują   Jake'a,   chociaż   Laine   nie   była   pewna,   czy   wypływa   to 

rzeczywiście z sympatii, czy tylko z uprzejmości.

- Masz szczęście, Laine - powiedziała matka, gdy były same. - Z twoją przeszłością... Już 

myśleliśmy, że poszłaś w odstawkę! Powiedziałaś mu?...

Laine była przekonana, że matka to wywlecze.

- Nie, mamo.

- Nie powiedziałaś?! Ty głupia dziewczyno! Sama pakujesz się  w kłopoty. Pewnie bałaś 

się,   że   cię   rzuci,   gdy   pozna   prawdę.   No   cóż,   nie   mogę   cię   winić   za   to,   że   jesteś   ostrożna. 

Prawdopodobnie tak by postąpił.

Co będzie, gdy Jake się dowie, że miała kochanka i urodziła dziecko?...

background image

Nigdy nie pytał jej o przeszłość. Ona bała się, żeby cokolwiek mu powiedzieć.

- To nie tak, mamo - powiedziała, usiłując przekonać samą siebie. - Po prostu to pytanie 

nigdy nie padło. On bierze mnie taką, jaka jestem i ja tak samo. Przeszłość się nie liczy.

-   Powinnaś   przyjechać   do   domu   i   tam   wziąć   ślub   -   powiedział   później   ojciec.   -   To 

zaoszczędziłoby twojej matce trudów podróży.

-  Ale   teraz  tu   jest   mój   dom   -  zaoponowała.   -  Nie   mogłam   przecież   ściągać   Jake'a   do 

Leatherhead.

- Ale nas mogłaś! Zawsze byłaś egoistką.

- Nie musieliście przyjeżdżać - odparła. Czuła się urażona.

Ojciec nie miał prawa tak powiedzieć. Jakże teraz żałowała, że nie posłuchała Jake'a, aby 

nie zapraszać rodziców.

- No cóż, ale jesteśmy - wtrąciła pani Tyson. - Ojciec przyjechał, by cię poprowadzić do 

ołtarza. Mam nadzieję, że to będzie ładna ceremonia.

- Będzie tylko bliska rodzina - powiedziała zimno. - Chcieliśmy, żeby uroczystość była 

skromna.

***

Jednak,   gdy   następnego   dnia   Laine   włożyła   swą   ślubną   suknię,   matka   zaprzestała 

wygłaszania cierpkich uwag.

-   Wyglądasz   ślicznie,   kochanie.   Wciąż   masz   takie   piękne   włosy,   a   te   złociste   koronki 

jeszcze dodają im blasku. Chciałabym, żebyś była szczęśliwa.

-   Dziękuję,   mamo   -   Laine   uniosła   kremowy   welon,   przytrzymywany   pękiem   kwiatów 

pomarańczy otoczonych chmurą złotych liści. Ucałowała matkę. - Idź już na dół. Samochód może 

być w każdej chwili.

- Po co taki wydatek dla mnie jednej! - Pani Tyson nie mogła powstrzymać się od uwag.

- Mogę sobie na to pozwolić, mamo. Chcę jechać tylko z ojcem, zgodnie ze zwyczajem.

Ku jej zdumieniu w oczach matki pojawiły się łzy.

-   Moja   piękna   córka   -   wyszeptała.   -   Zawsze   chcieliśmy   dla   ciebie   wszystkiego,   co 

najlepsze. Mamy tylko ciebie. Przeżyliśmy wtedy takie rozczarowanie...

- Wiem, mamo - Laine z trudem powstrzymywała łzy. - Popełniłam błąd i płaciłam za to, aż 

do tej chwili. Teraz zaczynam od nowa. Życz mi szczęścia!

Obie   kobiety   padły   sobie   w   objęcia.   “Gdyby   ona   była   taka   przedtem!”   -   myślała   ze 

smutkiem Laine, po raz pierwszy zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo brakowało jej przez te 

background image

wszystkie lata matczynej miłości i zrozumienia.

W pół godziny później Laine kroczyła główną nawą, starego, kamiennego kościółka.

Jake   wyglądał   wspaniale   w   jasnoszarym   garniturze,   śnieżnobiałej   koszuli   i   srebrnym 

krawacie.

Podziw i uczucie, które zobaczyła w jego oczach, wynagrodziły jej wysiłek, aby dla niego 

wyglądać jak najpiękniej. Odwróciła się, by podać małej Abby swój ślubny bukiet. Dziewczynka z 

namaszczeniem wzięła kwiaty.

Przysięgę   małżeńską   składała   czystym,   pewnym   głosem,   który   pięknie   współbrzmiał   z 

głębokim   barytonem   Jake'a.   Jego   mocny   uścisk,   pocałunek   w   zakrystii,   były   obietnicą   na 

przyszłość. Obietnicą bezpieczeństwa i namiętności.

Najtrudniejsze było rozstanie z Abby, kiedy po zakończeniu uroczystości wyjeżdżali na 

swój miodowy miesiąc. Dziewczynka została pod opieką pani Foale, w towarzystwie rodziców 

Jake'a.

Laine wiedziała, że nie ma żadnych powodów do niepokoju, więc łajała siebie w duchu za 

głupie, irracjonalne łzy.

 Jechali autostradą na południowy zachód. Oparta wygodnie na tylnym siedzeniu, oddała się 

rozmyślaniu na temat wydarzeń minionego dnia - o nagłym przypływie uczuć matki, o Abby - 

dumnej i szczęśliwej. I w tym wszystkim obraz Jake'a, gdy patrzył jak idzie ku niemu główną nawą 

kościoła. Ta cudowna chwila na zawsze pozostanie w jej pamięci!

Późnym wieczorem zajechali na parking przed starym zajazdem na skraju Dartmoor.

W ramionach męża znalazła szczęście, o jakim nie marzyła.

- Moja piękna, cudowna żona - usłyszała czuły szept w środku nocy. - Najdroższa, jak 

dobrze, że zgodziłaś się wyjść za mnie.

- Och, kochany!

Była szczęśliwa, bezgranicznie szczęśliwa, ale... do tej pory nie usłyszała słowa “kocham 

cię”.

background image

Rozdział 6

W ciągu najbliższych tygodni Laine przekonała się, iż niepotrzebnie się bała, że Jake zapyta 

o przeszłość.

Nie interesowały go jej poprzednie miłości, chociaż poznał każdy, nawet najdrobniejszy 

szczegół jej ciała lepiej, niż linie na własnej dłoni.

Po miodowym miesiącu, Laine potrzebowała kilku tygodni, by stać się częścią tej rodziny, 

by   odczuć,   że   te   subtelne   więzy   łączące   ją,   Jake'a   i   dziecko   zostały   w   końcu   zadzierzgnięte. 

Przypomniała   sobie   Boże   Narodzenie:   Jake'a,   patrzącego   z   wyrozumiałością   na   ich   wybryki, 

podekscytowaną Abby... Wciągnęli ją w sam środek swoich zwyczajów, swojej radości. Czegoś 

takiego brakowało jej w ciągu tych ostatnich lat.

Od nowego roku Jake zaczął rozszerzać swoje “imperium”. W związku z tym zdarzało się, 

że często był poza domem. Jego najnowszy ośrodek miał powstać pod Londynem, co oznaczało 

dłuższą nieobecność.

- Jeśli chcę, żeby sieć klubów objęła cały kraj, muszę mieć w stolicy oparcie - wyjaśniał ze 

swym zwykłym zapałem. - Miałem szczęście, że trafiło mi się to miejsce w Enfield. Do moich 

celów nadaje się idealnie. Niedaleko stąd do West Endu, gdzie chciałem założyć następny klub.

- Nienawidzę, gdy cię nie ma w domu - Laine ogarnął buntowniczy nastrój. Tak bardzo 

chciała mieć mężczyznę, którego kochała coraz mocniej, zawsze przy sobie.

- Wiem, kochanie. Nie lubię tego tak samo jak ty - pocałował ją czule. - Będę z powrotem 

najszybciej jak się uda, ale bez sensu byłoby dojeżdżać codziennie. Popracuję również wieczorem i 

dzięki temu będę mógł wrócić wcześniej.

Westchnęła.

- Im większe staje się twoje imperium, tym dalej będziesz musiał podróżować - stwierdziła 

ponuro. - Abby również tęskni za tobą.

- Znałaś moje plany, kiedy zgodziłaś się wyjść za mnie - powiedział szorstko. - Jeśli chcę 

odnieść sukces, muszę tak działać. W końcu, kiedy jestem nieobecny, Abby ma ciebie, za co jestem 

ci niezmiernie wdzięczny. I ty też nie jesteś sama.

Czuła, że za chwilę się rozpłacze. Nie, nie może. Jake nie potrzebował głupiej idiotki, która 

chce go omotać i zatrzymać przy sobie. Nie było to w jej stylu.

- Owszem, Abby dotrzymuje mi towarzystwa, ale ona nie zastąpi mi ciebie. Gdy ciebie nie 

ma, ona... ona czuje się urażona moją opieką.

- Wydaje ci się, kochanie - powiedział nieco łagodniej.

Odwróciwszy się by ją ucałować, dostrzegł łzy na jej policzkach.

background image

- Nie płacz, najdroższa. Będę z powrotem, zanim obie zdążycie za mną zatęsknić.

Jake w ogóle nie rozumiał uczucia osamotnienia, które w miarę jak jego wyjazdy stawały 

się częstsze, ogarniało ją coraz bardziej.

Uniosła się na łokciu.

- Powinieneś już wstać - powiedziała chłodno - spóźnisz się na spotkanie.

Jake spojrzał na budzik i wyskoczył z łóżka.

- Masz rację!

Pobiegł do łazienki, całkowicie pochłonięty planami na rozpoczęty dzień.

- Czy moja walizka gotowa?

- Owszem - Laine ze złością wiązała szlafrok. - Śniadanie będzie za dziesięć minut.

“Co się dzieje?” - myślała budząc Abby, odgrzewając fasolę, gotując jajka, przygotowując 

grzanki. Co się stało z tym ciepłem, z czułym zrozumieniem, które wytworzyło się między nimi w 

ciągu tych pierwszych, cudownych tygodni ich małżeństwa? Dlaczego tak ją denerwowały wyjazdy 

Jake'a? Przecież wiedziała, że po ślubie będzie także zajęty. Wtedy jej to nie przeszkadzało. Miała 

Abby  i swoją pracę...

Może dlatego odbiera wszystko w ten sposób, że Jake nie jest tak zaangażowany jak ona? 

Westchnęła. Tak, to prawda. Była zaledwie namiastką kobiety, którą kochał.

Nigdy   nie   zostawiał   swojej   pierwszej   żony   samej,   a   Abby   tylko   w   wyjątkowych 

przypadkach. Teraz zaś oczekiwał, że ona zaakceptuje jego częste nieobecności, zrozumie jego 

pracę,   że   będzie   zajmować   się   dzieckiem.   Nalała   mleko   do   filiżanek   i   odstawiła   kartonik   do 

lodówki, zamykając z trzaskiem drzwi. Tak, teraz może zostawiać córkę z czystym sumieniem.

Powinna była o tym wszystkim pomyśleć, kiedy za niego wychodziła, ale wtedy namiętność 

poniosła ją w krainę szczęścia. Nic poza tym się nie liczyło. Teraz zobaczyła wszystko bardziej 

realnie.

Smarowała kanapki jak automat.

Abby jej nie wystarczała.  Pragnęła Jake'a, całego Jake'a. Również jego zaangażowania, 

miłości, nie tylko pożądania.

Zresztą   zawiodła   się   na   swojej   córce.   Kiedy   Jake   znajdował   się   w   pobliżu,   mała   była 

pogodna i kochająca, lecz gdy wyjechał traciła humor i stawała się nieznośna.

Wcale nie dlatego, żeby jej nie lubiła. Czasami bardzo żywiołowo okazywała jej swoją 

sympatię. Po prostu dla niej była obcą kobietą, nie mogła zastąpić jej ojca, którego ubóstwiała. 

Czuła się opuszczona i to odbijało się w jej zachowaniu.

No cóż, zrozumienie faktu wcale nie czyni życia łatwiejszym. Zwłaszcza, jeśli tęskni się za 

miłością córki prawie tak samo jak za miłością męża.

background image

Abby i Jake weszli razem, gdy ona rozkładała talerze na stole. W garniturze był przystojny, 

że serce znowu jej się ścisnęło. Abby miała na sobie stare dżinsy i powyciągany sweter.

- Dzięki.

Uprzejmość Jake'a drażniła ją.

Szybko zjadł śniadanie, szybko wypił kawę.

-   Dostaniesz   niestrawności   -   ironicznie   zauważyła   Abby.   -   Tato,   naprawdę   musisz 

wyjeżdżać? Mam teraz ferie, a zawsze gdzieś się w tym czasie wybieraliśmy...

- Nie tym razem, maleńka. Jestem zbyt zajęty. Laine pracuje. Poproś panią Foale, żeby cię 

gdzieś zabrała.

- To nie to samo!

- Mogę wziąć dzień wolnego - szepnęła Laine.

- Nie trudź się!

Abby zerwała się z krzesła i jak burza wypadła z kuchni.

- Teraz widzisz, co miałam na myśli - powiedziała do męża.

- Jestem spóźniony. Jakoś sobie poradzisz - cmoknął ją w policzek i już był przy drzwiach. - 

Zadzwonię wieczorem. Telefon do hotelu zapisałem w notesie, leży koło aparatu...

- Do widzenia. 

Czy to jest ten Jake, unikający jej wzroku, zabiegany, przepracowany? Był obcy.

Powoli weszła po schodach i zajrzała do pokoju Abby. Dziecko, zwinięte w kłębek leżało 

na tapczanie słuchając muzyki.

Laine wyłączyła radio i usiadła na brzegu łóżka. Abby spojrzała na nią obrażona.

- Słuchałam muzyki!

- Abby, porozmawiajmy. Kochanie, kiedy twojego ojca nie ma w domu, brakuje mi go tak 

samo jak tobie.

- Nie wyjeżdżał tak często, zanim się nie pojawiłaś.

- Wiem o tym - mówiła przez ściśnięte gardło. Czyżby Abby czytała w jej myślach...? - 

Spróbuj go zrozumieć! Jest bardzo zajęty pracą, a teraz, gdy my mamy siebie do towarzystwa, 

sądzi, że może spokojnie wyjechać na dłużej. A może jednak wezmę wolny dzień i gdzieś się 

wybierzemy?

- Nie, dziękuję. Poproszę panią Foale, jeśli będę chciała wyjść, chociaż i tak dzisiaj nie jest 

zbyt ładnie. Idź do pracy, Laine.

-   Abby!   -   Laine   mocno   przytuliła   córkę,   ale   dziewczynka   pozostała   sztywna   i 

naburmuszona. - Lepiej już pójdę. Wrócę dziś później. Pewnie nie zdążę nakarmić psów, zrobisz to 

za mnie?

background image

- Tak. 

Abby sturlała się z łóżka i poszła pobawić się z psiarnią. W tym momencie przyszła pani 

Foale.

Laine   jechała   do   pracy   w   nastroju   idealnie   pasującym   do   dzisiejszego   deszczowego 

poranka. Luty był w tym roku wyjątkowo ponury. Około południa nieco się przejaśniło.

Blade słońce przedarło się przez chmury, rzucając wątłe promienie na jej biurko.

Zastanawiała się, czy pani Foale wyszła z Abby na spacer. Co teraz robi Jake?

Westchnęła ciężko i w nagłym przypływie energii znowu zabrała się do pracy. Była tak 

zajęta, że zapomniała o dręczących ją troskach.

Pół godziny później zadzwonił telefon.

- To pani Foale - usłyszała zaniepokojony głos sekretarki. - Jest bardzo zdenerwowana.

Laine skurczyła się w sobie “Jake!? Abby?!”

- Połącz mnie z nią - powiedziała krótko, czując, że jakaś lodowata ręka chwyta  ją za 

gardło.

- Pani Bennington? - usłyszała drżący głos gospodyni. - Chodzi o Abby. Nie dopilnowałam 

jej. Wybiegła na ulicę...

Laine czuła jak jej zasycha w ustach. Słuchawka omal nie wyśliznęła się ze spoconej ręki.

- Proszę powiedzieć po prostu, co się stało? - krzyknęła.

- Bawiła się z psami w ogrodzie. Coffe i Goldie szalały jak zwykle i pewnie wypadły na 

drogę, Abby wybiegła za nimi... - pani Foale przerwała.

- I co się stało?

- Byłam w kuchni, gotowałam obiad, nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Mężczyzna był 

blady jak śmierć. Potrącił Abby samochodem... powiedział, że wyjeżdżał zza zakrętu, nie miał 

żadnych szans, by ją ominąć...

Krew odpłynęła jej z twarzy. Pokój wirował. Z całej siły chwyciła się za biurko. Dalsze 

słowa pani Foale słyszała poprzez narastający szum w uszach.

- Zabrali ją do szpitala. Była nieprzytomna i... mocno krwawiła. Natychmiast wezwałam 

karetkę. Przyjechali bardzo szybko...

- Gdzie ona jest? - przerwała te wyjaśnienia.

Pani Foale podała adres szpitala, Laine natychmiast zerwała się na nogi.

- Czy zawiadomiła pani pana Jake'a?

- Próbowałam dzwonić pod ten numer, który zostawił, ale go nie było.

- Proszę spróbować jeszcze raz i zostawić wiadomość. Będę w szpitalu.

- Dobrze. Zostanę tutaj, dopóki pani nie wróci.

background image

- Dam znać, gdy się czegoś dowiem.

Odłożyła   słuchawkę.   Wyjaśniła   Rogerowi   Prentice   co   się   stało,   zabrała   swoje  rzeczy   i 

pojechała do szpitala. Natychmiast zaprowadzili ją na urazówkę.

-   Nazywam   się   Laine   Bennington   -   przedstawiła   się   pielęgniarce   takim   tonem,   że   ta 

spojrzała na nią zaniepokojona. - Moja córka... co z nią?...

- Teraz jest u niej lekarz. Proszę zaczekać tutaj. Doktor powie pani, jak tylko skończy 

badanie.

Laine ciężko opadła na wskazane krzesło. Jakże pragnęła teraz, żeby Jake był tutaj, żeby 

doktor pospieszył się, żeby z Abby nie było tak źle jak jej podpowiadała wyobraźnia...

Minuty wlokły się w nieskończoność, a mózg Laine powoli zmieniał się w malutką bryłkę 

lodu, ukrytą gdzieś głęboko, gdzie nie docierał żaden, nawet najmniejszy promyk myśli.

Głos lekarza usłyszała jak przez lodową ścianę. Mówił, że potrzebna jest operacja, aby 

zlikwidować ucisk kości czaszki na mózg.  Dziecko miało  złamane  ramię  i żebra, było bardzo 

potłuczone.

Tyle mógł stwierdzić przy wstępnych oględzinach.

Lewa połowa twarzy dziewczynki stanowiła jeden ogromny siniak, chociaż krew została już 

zmyta. Oczy były zamknięte, długie rzęsy rysowały się złotym łukiem na tle bladości policzków. 

Ciężko łapała powietrze. Laine czuła, że jakaś lodowata dłoń znowu chwyta ją za gardło.

- Abby! - tyle tylko wyrwało się jej ze ściśniętego gardła.

- Proszę się nie martwić. Jest w ciężkim stanie, to prawda, ale wyjdzie z tego. Zaraz ją 

zoperujemy. Proszę pójść teraz do bufetu i wypić herbatę. Siostra poprosi panią, gdy będzie po 

wszystkim.

Sama   nie   wiedziała   jak   odnalazła   bufet.   Zamówiła   herbatę,   upiła   łyk   i   siedziała,   tępo 

wpatrując się w stygnący płyn. Zupełnie straciła poczucie czasu. Ludzie wchodzili i wychodzili, 

ona czekała.

Kiedy ktoś usiadł naprzeciw  niej, zaledwie  rzuciła  na niego okiem.  Czyjaś  ciepła  dłoń 

objęła jej palce mocnym, bezpiecznym uściskiem.

- Laine, to ja!

- Jake? - powiedziała drętwo.

Wyostrzone rysy aż nadto wymownie świadczyły o tym, jak bardzo cierpiał.

- Jestem tutaj, z tobą i z Abby! Właśnie przewożą ją z sali operacyjnej. Za pięć minut 

będziemy mogli ją zobaczyć. Chodźmy!

Laine   sztywno   podniosła   się   z   krzesła   i   pozwoliła   się   prowadzić   na   górę   i   dalej,   po 

niekończących się korytarzach.

background image

Abby była na reanimacji.

-   Teraz   śpi   -   poinformował   chirurg,   gdy   znaleźli   się   w   jej   pokoju   -   proszę   jej   nie 

przeszkadzać. Powinna obudzić się za godzinę i wtedy dowiemy się, czy nie nastąpiło uszkodzenie 

mózgu.

 Ze wszystkich stron dziewczynki zwisały jakieś rurki, przewody. Głowę miała do połowy 

ogoloną.   Wielki   opatrunek   ostro   odcinał   się   od   nagiej   skóry.   Stłuczenia   na   twarzy   wyglądały 

groźnie. Złamana ręka sterczała poza łóżko, drobna dłoń była cała sina. Dziewczynka oddychała 

równo i nieco lżej.

Laine nie słyszała ani słowa z tego, co mówił lekarz. Twierdził on, że wkrótce rany się 

zagoją.

Podbiegła   do   łóżka,   jakby   ktoś   przypiął   jej   skrzydła.   Nieco   przerażona   sprzętem 

otaczającym drobną figurkę, uchwyciła się jakiegoś drążka.

- Abby! - jęknęła. - O, moje dziecko, moje biedne dziecko! Już nigdy cię nie zostawię. 

Przysięgam, już nigdy!

Była zupełnie nieświadoma, że Jake stoi obok i jak ogłuszony patrzy to na zrozpaczoną 

żonę, to na pielęgniarkę siedzącą obok.

Powoli podszedł do niej i mocno ujął ją za ramię.

- Ona wyzdrowieje. Już nie ma niebezpieczeństwa. Nie słyszałaś, co mówił doktor? Tyle, że 

nie   obudzi   się   przez   najbliższą   godzinę   -   nabrał   głęboko   powietrza.   -   Chodźmy   do   domu, 

przebierzesz się.

- Nigdzie się stąd nie ruszę - powiedziała ostro.

- Laine, musimy porozmawiać.

- Porozmawiać?

Odpowiadała jak automat, nie czując nic poza przejmującym bólem. Cała uwaga, cała jej 

miłość skupiła się na dziecku. Bardzo chciała jej pomóc. Jake był w tej chwili jedynie intruzem.

- Laine - w głosie mężczyzny było słychać wahanie. - Przeżywasz to tak, jakby ona była 

twoim własnym dzieckiem!

- Bo jest. Abby jest moją córką.

Wszystko czego teraz pragnęła, to żeby ją zostawił w spokoju. 

Jake podszedł do łóżka i omijając aparaturę pochylił się nad Abby.  Laine patrzyła,  jak 

opalone palce delikatnie niczym piórko gładzą czoło dziewczynki, jak usta całują jej główkę.

- W takim razie zostawiam was razem - wyszeptał cicho.

Laine nie spuszczała oka z Abby.

background image

***

Jake wrócił do szpitala przynosząc trochę rzeczy, które mogły się przydać.

Abby nadal spała i pielęgniarka przyniosła dla Laine krzesło. Jake postawił obok drugie. 

Był   zamyślony.   Siedzieli   w   zupełnym   milczeniu   do   chwili,   gdy   pielęgniarka   zaczęła   budzić 

dziewczynkę.

- Nie chcemy, żeby zapadła w stan śpiączki - wyjaśniła.

Gdy Abby zatrzepotała rzęsami, z ust Laine wyrwało się westchnienie ulgi. Pielęgniarka 

zmierzyła puls i temperaturę, po czym dyskretnie wycofała się na bok. Laine podeszła do łóżka. 

Abby spojrzała na nią przelotnie, patrzyła w stronę Jake'a.

- Tatuś! - wyszeptała z bladym uśmiechem.

Jake pochylił się nad córeczką.

- Hej, maleństwo! Jak się czujesz?

Abby przymknęła oczy.

- Boli - poskarżyła się.

- Wiem, kochanie, ale wkrótce będzie lepiej.

Delikatnie ucałował jej czoło i usiadł. Pielęgniarka znów podeszła, by zająć się małą.

Laine rozpłakała się. Jej córka wyzdrowieje, poznała ich, mówiła przytomnie.

Wspomnienie tego strasznego przerażenia, które trzymało ją w lodowatym uścisku było 

jeszcze wciąż żywe,  ale pamiętała je teraz bardziej  mgliście.  Jake podszedł, a Abby do niego 

pierwszego się odezwała. Stłumiła w sobie uczucie zazdrości i spojrzała na niego zmuszając się do 

uśmiechu. Ale Jake odwrócił głowę. Czyżby zrobiła coś takiego, że się za nią wstydził?

Przyznała się kim jest! Nic w tym dziwnego, że tak na nią patrzył. Powinna była zachować 

swój sekret, jeśli nie chciała stracić Jake'a. Patrząc na niego zrozumiała, że wszystko skończone.

Abby   także   utraciła.   Podpisując   dokumenty   adopcyjne   zrzekła   się   wszelkich   praw   do 

dziecka. To Jake był jej prawnym opiekunem. 

Straciła ich oboje. Te istoty, które kochała nad życie.

Wyczerpana i niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, czuła jak czyjeś silne ramiona kładą ją na 

łóżku. Ktoś umył jej twarz, ręce, zrobił zastrzyk. Z ulgą zapadła w sen.

***

Młody   organizm   dziewczynki   szybko   sobie   radził   z   chorobą   i   wkrótce   można   było   ją 

przenieść   na   oddział   dziecięcy.   Lekarze   zachęcali   rodziców,   żeby   zostawali   przy   swych 

background image

pociechach, więc Laine nie miała problemów z przedłużeniem pobytu w szpitalu.

W tym czasie wróciła nieco do równowagi, ale nadal bała się spojrzeć Jake'owi w oczy. 

Jeszcze nie teraz.

Wystarczyło, że spotykała go podczas jego częstych odwiedzin w szpitalu, ale zostać z nim 

sam na sam, wytrzymać jego złość - to było ponad jej siły.

Siedziała   cały   czas   przy   Abby,   czytała   jej   bajki,   zabawiała   ją   i   obserwowała,   czy   nie 

pojawiają się symptomy jakichś ukrytych obrażeń, co na szczęście nie wystąpiło.

Próbowała   tłumić   w   sobie   uczucie   zazdrości,   które   zawsze   ją   ogarniało   na   widok 

rozpromienionej Abby witającej się z ojcem.

Nie wiedziała, jak teraz wyglądają jego interesy. W każdym bądź razie do Londynu nie 

wrócił. Był tam parokrotnie na krótko. Do szpitala przyjeżdżał co najmniej dwa razy dziennie, 

przywożąc Abby owoce, czekoladę, książki i różne inne prezenty, które poprawiały jej humor.

  Z nią rozmawiał rzadko, całą uwagę skupiając na córce. Dziewczynka  nie dostrzegała 

żadnego   zgrzytu   w   stosunkach   między   nimi;   początkowo   była   zbyt   słaba,   potem   zbyt 

zaabsorbowana swoimi własnymi sprawami.

W końcu Laine stwierdziła, że nie ma już żadnych powodów, by nadal pozostawać przez 

cały czas przy dziecku, a jej łóżko mogło być potrzebne innym rodzicom.

Nie mogła jednak odejść, nie wyjawiając prawdy. Dziewczynka była już na tyle zdrowa i 

dostatecznie duża, żeby zrozumieć. 

Zaczekała do popołudnia, kiedy dzieci odpoczywały i kiedy było zupełnie cicho. Podeszła 

do łóżka małej i rozsunęła zasłonki.

- Czemu to robisz?

- Chcę z tobą porozmawiać, Abby. Niedługo wracam do domu. Jesteś już na tyle zdrowa, że 

poradzisz sobie beze mnie. Masz teraz mnóstwo przyjaciół.

Abby posmutniała słysząc, że zostanie sama w obcym otoczeniu.

- Ale będziesz mnie odwiedzać?

- Oczywiście kochanie. Będę codziennie i tatuś też. Abby, czy myślałaś kiedykolwiek o 

swojej prawdziwej mamie?

Szare   oczy   spojrzały   na   nią   zdumione.   Laine   zadrżała.   Czy   to,   co   chce   zrobić,   było 

mądre?... Nie miała jednak wyboru. Teraz, kiedy Jake już wiedział...

- Czasami...

- A czy chciałabyś ją poznać?

Abby skurczyła się w sobie.

- Nie wiem. Mogłabym jej nie polubić. Przecież ona mnie nie chciała!

background image

Laine przymknęła oczy i zebrała siły.

- Wiem, że mnie lubisz, kochanie. Może trudno będzie ci w to uwierzyć, ale... to ja jestem 

twoją matką. I bardzo ciebie pragnęłam - dodała cicho.

Oczy Abby zrobiły się ogromne. W ciągu tych ostatnich dni wytworzyła się między nimi 

jakaś szczególna więź, pojawiło się ciepło, którego nie było przed wypadkiem dziewczynki. Laine 

widziała, jak teraz to wszystko pryska niczym bańka mydlana.

- To... to niemożliwe! - powiedziała Abby z niedowierzaniem.

- Ty byś mnie nie oddała obcym!

Laine odważnie wytrzymała jej spojrzenie, chociaż miała wrażenie, że serce jej pęka.

- Musiałam, kochanie.

Jak   wytłumaczyć   dziecku   ten   problem?   Szukając   właściwych   słów   nagle   przypomniała 

sobie pewien obrazek: Abby tuląca do piersi małego psiaka.

- Pamiętasz, jak się czułaś wtedy, gdy musiałaś pożegnać się ze szczeniętami Fruitcake?

Oczy dziewczynki wypełniły się łzami. Kiwnęła głową.

- Więc spróbuj sobie wyobrazić, co ja wówczas czułam, gdy musiałam ciebie oddać - głos 

jej się załamał. - Nie mogłam cię zatrzymać. Nie miałam pieniędzy, do domu też nie mogłam cię 

zabrać.

- Dlaczego nie byłaś zamężna? Ludzie, którzy mają dzieci, są małżeństwem.

- Twój prawdziwy ojciec nie chciał ani ciebie, ani mnie -  powiedziała Laine połykając łzy.

- Gdzie on jest? Mogę go zobaczyć?

Laine była przygotowana na to pytanie. Potrząsnęła głową.

-   Ulotnił   się   na   długo   przed   twoim   przyjściem   na   świat.   Nigdy   go   od   tego   czasu   nie 

widziałam. Jake jest twoim ojcem i bardzo cię kocha. On jest wspaniałym mężczyzną, zupełnie 

innym od tego, który nas zostawił. Jake nigdy by tego nie zrobił. Kochaj go więc, Abby, kochaj tak 

mocno, jak tylko potrafisz!

Delikatna twarzyczka dziecka rozjaśniła się.

- Kocham was oboje - stwierdziła.

Laine myślała, że serce wyskoczy jej z piersi.

- Będziemy naprawdę prawdziwą rodziną, dobrze?

- Och, Abby, mam nadzieję, że tak będzie.

Pochyliła się, by przytulić to drobne ciałko, łzy płynęły jej po policzkach. “Boże” - modliła 

się - “Boże, spraw, żeby Jake to zrozumiał!”

Nagle ktoś rozsunął firanki. Laine obejrzała się i serce podskoczyło jej do gardła: to był 

Jake. Pospiesznie odwróciła głowę. Poczucie winy i zmieszania, aż nazbyt wyraźnie malowały się 

background image

na jej twarzy.

- Tatusiu! - Abby wyciągnęła zdrową rączkę. - Tatusiu, tak się cieszę, że przyszedłeś. Laine 

mówi, że jest moją prawdziwą mamą! Czy to nie wspaniałe? Będziemy teraz prawdziwą rodziną!

Jake rzucił Laine wrogie spojrzenie i mocniej przytulił Abby, tak jakby chciał zatrzymać 

swój stan posiadania.

- Musiałam - spojrzała na niego błagalnie.

- Po co?

- Ponieważ... Ponieważ nie mogłam dłużej znieść kłamstwa - wyszeptała bez tchu.

Jake ściszył głos, bojąc się, że ludzie mogą ich usłyszeć, ale to nie zmieniło faktu, że mówił 

ostrym tonem.

- Ale przy mnie ci się to nie wymknęło, prawda? Nie, to byłoby dla ciebie zbyt trudne! A 

pomyślałaś, co czuje Abby?

-  Owszem   -  Laine   również  mówiła  twardo.  Musiała   wytrzymać  jego  oburzenie.   -  Ona 

myślała o swoich prawdziwych rodzicach. Jake, każde dziecko o tym by myślało. To nie byłoby 

fair pozbawiać jej prawa do...

- Do jej ojca? Jakie on ma prawo?

- Żadnego! Nawet nie wiem, gdzie on jest!

Oczy dziecka zapełniły się łzami i dwa strumyki pociekły jej po policzkach.

- Przestańcie - szlochała. - Przestańcie krzyczeć! Ty jesteś moim prawdziwym tatą i to na 

zawsze. Nie chcę nikogo innego! Po prostu chcę, byśmy się stali prawdziwą rodziną. Cieszę się, że 

mi Laine powiedziała!

Dziecko bezbłędnie odczytało ich intencje. Ignorując Jake'a, delikatnie pogłaskała rączkę 

małej.

- Przepraszam, kochanie - powiedziała cicho. - Pójdę już i zostawię cię z tatusiem.

- Ale niedługo znów przyjdziesz, mamo?

Teraz Laine już nie mogła powstrzymać się od szlochu.

- Jutro rano - szepnęła.

Oczka dziewczynki rozbłysły.

- Lekarz mówi, że szybko zdrowieję i niedługo wrócę do domu. Umieram z tęsknoty za 

Fruitcake, Goldie i Coffe.

Laine otarła łzy i włożyła chusteczkę z powrotem do kieszeni. Napotkała wzrok Jake'a i 

teraz jej spojrzenie było jasne. Minął kryzys. Abby wyzdrowieje i zaakceptuje nowe relacje między 

nimi. Jednak oczy Jake'a mówiły, że nie da się tak łatwo przekonać.

background image
background image

Rozdział 7

 Weszła do środka i dom wydał się jej jakiś dziwny. Opuszczony, nieznany, nieprzyjazny. 

Usłyszała jazgot, który podniosły psy zamknięte w składziku, ale nie miała ochoty, by je przywitać.

Ogarniało   ją   coraz   większe   osamotnienie.   Pomyślała,   że   to   jest   pewnie   przeczucie 

przyszłości, gdy to miejsce przestanie być jej domem.

Powoli   poszła   na   górę   do   sypialni.   Jake   wkrótce   będzie   z   powrotem   i   rozmowa   jest 

nieunikniona. Mając w perspektywie widmo  separacji, będzie musiała zmobilizować cały swój 

zapas logiki, elokwencji, miłości i zrozumienia, żeby go przekonać. Jeśli zaś odwróci się od niej, 

będzie potrzebowała sporo odwagi, by żyć gdzieś z dala od nich.

Szybko zrzuciła ubranie i weszła do łazienki. Marzyła o gorącej kąpieli. Leżała w wannie, 

aż woda zaczęła stygnąć, czując jak spływa z niej całe zmęczenie. Nic jednak nie mogło uspokoić 

natłoku myśli kłębiących się w jej głowie.

Gdyby   wcześniej   zdecydowała   się   stanąć   z   nim   twarzą   w   twarz,   zastanawiała   się 

niespokojnie, gdyby wytłumaczyła mu, że źle zrozumiał jej słowa?...

Nie   podobało   mu   się   to,   że   powiedziała   Abby   całą   prawdę.   Gdy   dziewczynka   po   raz 

pierwszy zwróciła się do niej “mamo”, na jego twarzy wyraźnie widać było złość i zazdrość.

Jake był zazdrosny! Ona również. Czyżby do tego sprowadzało się ich małżeństwo? Do 

rozszarpywania   resztek   miłości?...   Lecz   w   takim   przypadku   zostałby   tylko   jeden   wygrany,   na 

pewno nie ona. Ona się wycofa. Abby wkrótce zapomni...

Na   tę   myśl   przeszył   ją   gwałtowny   dreszcz.   Wyskoczyła   z   wanny.   Szybkimi   ruchami 

wycierała ciało, jakby od tego miało zależeć jej życie. Potrzebowała ruchu, żeby choć trochę ukoić 

skołatane nerwy.

Odszukanie Abby, znajomość z Jake'm, poślubienie go było tajemnicą. Jej tajemnicą, teraz 

już ujawnioną. Nie żałowała też nowego życia, które w niej rozwijało się. Tak, była w ciąży.

Do   tej   pory   nie   była   tego   pewna,   ale   pielęgniarki   w   szpitalu   potwierdziły   jej 

przypuszczenie. Utrzyma to dziecko, do diabła, utrzyma je! Jeśli będzie musiała odejść, Jake nigdy 

się nie dowie. Ale sam jest sobie winien. Mógł być mniej nieugięty.

Laine   siedziała   przed   lustrem   szczotkując   włosy,   kiedy  wrócił   Jake.   Owiana   zapachem 

olejku kąpielowego i mydła wyszła mu naprzeciw. Włożyła miękki peniuar w odcieniu koralowym 

- jego ulubiony. Postanowiła użyć każdej broni ze swego kobiecego arsenału. Cicho zeszła po 

schodach. Gruby dywan i miękkie kapcie tłumiły jej kroki. Z salonu usłyszała brzęk szkła, gdzie 

Jake przygotowywał sobie drinka.

- Jak się czuje Abby?

background image

Jake drgnął jak ukłuty szpilką, rozlewając alkohol.

- Jest szczęśliwa.

Pociągnąwszy   spory   łyk   whisky   zacisnął   usta.   Zmarszczki   na   jego   zmęczonej   twarzy 

pogłębiły się, zwłaszcza na czole i wokół ust. Nieustępliwe oczy żarzyły się jak dwa węgle.

Oblizała wargi, nie chciała dać poznać po sobie, jak jest zdenerwowana.

- Ona mnie potrzebuje, Jake - powiedziała wolno. - Ja też jej potrzebuję.

- Potrzebujesz!? - zapytał złowrogo. - Od kiedy? Była szczęśliwa do tej pory... Ty... Ty nie 

potrzebujesz nikogo... Co moglibyśmy ci dać? Już raz ją porzuciłaś. Zrobisz to znowu, kiedy tylko 

będzie ci wygodnie?!

- Nie! - krzyknęła zdławionym głosem. - Jake, proszę, posłuchaj. Kiedy Abby się urodziła, 

miałam siedemnaście lat. Myślałam, że kogoś kocham, ten mężczyzna był dużo starszy ode mnie. 

Zaufałam mu, obiecał się ze mną ożenić, ale... on był żonaty.

Jake zaczął nerwowo chrząkać, ale Laine zupełnie to zignorowała. Musiała skończyć swą 

historię, dopóki jeszcze ma siłę. Zwięźle. Tak, spokojnie! Opowiedziała, co się wydarzyło.

- Widziałeś  moich   rodziców   - dodała   na zakończenie.   - Jake,  ja naprawdę  nie  miałam 

wyboru.

- Jak ją odnalazłaś? - padło pytanie.

- Zupełnie przypadkowo - wraz z rosnącą nadzieją jej głos nabrał mocy. - Wysłano mnie, 

abym skontrolowała księgi rachunkowe Agencji Adopcyjnej. Nie mogłam w to uwierzyć. Głęboko 

schowałam wspomnienia o moim dziecku, aby nie bolało tak bardzo.

Jake mruknął coś, Laine mówiła dalej.

- Wkrótce odkryłam, że łatwo mogę zajrzeć do archiwum, chociaż nie wchodziło ono w 

zakres mojej kontroli. Pokusa jednak była zbyt silna! - głos się jej załamał. - Po prostu musiałam 

znaleźć swoje dziecko.

Jake   gwałtownie   odwrócił   się   i   ponownie   napełniał   swoją   szklaneczkę.   Nie   mógł 

wytrzymać wzroku Laine. Ona zaś odzyskała panowanie nad sobą i kontynuowała opowieść.

-   Pewnego   wieczoru,   kiedy   wszyscy   już   wyszli,   zajrzałam   do   akt   i   sprawdziłam,   kim 

jesteście i gdzie mieszkaliście w momencie adopcji.

- Przeprowadziliśmy się!

- Ludzie, którzy kupili wasz dom, podali mi nowy adres.

-   Więc   nadużyłaś   przewagi,   którą   dawało   ci   twoje   stanowisko   i   z   zimną   krwią 

wykorzystałaś to. Wyszłaś za mnie, by stać się matką Abby!

- Zawsze nią byłam. Nie, Jake, to był zupełnie nieoczekiwany obrót sprawy. Jedyne, czego 

pragnęłam, to zobaczyć córkę, dowiedzieć się, jak ona może wyglądać. Nigdy nie miałam innego 

background image

zamiaru...

- Czyżby?!

Ton lodowatej pogardy odebrała jak policzek.

- Jake, przypomnij sobie, jak się poznaliśmy? - zażądała.

- Przez Devlin, Prentice and Co. - stwierdził. - Udało ci się wkręcić w moją sprawę! Co za 

okazja!

- Prawdę mówiąc, omal nie stchórzyłam. Chciałam po prostu zwiać i uniknąć spotkania z 

tobą. Potem jednak pomyślałam,  że przecież to niczemu nie może zaszkodzić. Wiedziałam, że 

byłeś żonaty, a tylko w ten sposób mogłam widywać Abby... No cóż! Musiałabym być chyba 

świętą, żeby odrzucić taką szansę. Zdawało się, że samo przeznaczenie kieruje tym wszystkim. Nie 

miałam zamiaru odbierać jej tobie.

Jake był zmęczony. Poczuła wielką ochotę, by wygładzić zmarszczki na jego czole, całować 

jego usta, aż ich zacięty wyraz zamieni się w miłość...

- A ja tańczyłem, jak mi zagrałaś! - mruknął. - Zauroczyło mnie twoje cholernie atrakcyjne 

ciało. Twoje ciepło i życzliwość dla Abby.

 - Przecież chciałeś mieć dla niej matkę - szepnęła. - I znalazłeś. Oraz żonę, która cię kocha. 

Nie wyszłabym za ciebie, gdybym cię nie pokochała.

- Teraz łatwo tak mówić! - krzyknął szyderczo. - Jeśli mnie kochasz, to czemu cię tu nie 

było? W tych dniach nie musiałaś zostawać z Abby na noc! Czy możesz sobie wyobrazić, jak 

bardzo czułem się samotny? Jak mogę uwierzyć w to, co mówisz? Jak mogę ci zaufać?

-  Jake,   tak   mi   przykro!   Po   prostu   bałam   się   ciebie.   Czułam   się   tak   bardzo   winna! 

Zasłaniałam się Abby   jak parawanem, przyznaję to, ale nigdy nie skłamałam - powiedziała z 

naciskiem. - Ja tylko, niech mi Bóg wybaczy, ukryłam prawdę. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, 

odsądziłeś matkę Abby od czci i wiary! Pamiętasz? Jak mogłam się przyznać wiedząc, że wówczas 

odwrócisz się ode mnie? A tego nie chciałam. Kochałam cię już wtedy tak bardzo, że Abby prawie 

się nie liczyła.

- Niezła bajeczka!

- Ale prawdziwa. Bardzo silnie przeżyłam jej wypadek, ale chyba każda matka na moim 

miejscu reagowałaby podobnie.

Laine nerwowo ściskała palce. Tak bardzo chciała, żeby Jake ją zrozumiał.

- Przeżyliśmy razem cztery cudowne miesiące. Przekonałeś się, że nie jestem istotą bez 

serca, którą chciałeś ze mnie zrobić. Gdybym naprawdę była pozbawiona uczuć, czy trudziłabym 

się, by zmieniać pracę, przenosić do innego miasta po to tylko, by choć raz rzucić okiem na swoje 

dziecko? Oskarżasz mnie po prostu o to, że pragnęłam jej za bardzo! Tego się nie da pogodzić!

background image

- Drobny wyrzut sumienia - stwierdził, a Laine trochę ulżyło. Oskarżał ją z mniejszym 

przekonaniem.

W końcu odkryła swoją ostatnią kartę.

-   Kocham   cię,   Jake.   Dobrze   nam   było   ze   sobą.   Abby   nas   potrzebuje.   Nie   rozbijaj 

szczęśliwej rodziny!

Jake wypił  drinka i nalał sobie jeszcze trochę czystej  wódki. Kiedy znowu spojrzał na 

Laine, już nie był taki pewny siebie.

- Nie wiem - wyszeptał ochryple. - Ja już nic nie wiem, Laine. Być może ona naprawdę 

należy do ciebie - głos mu się załamał. - Pozwolę jej odejść z tobą.

- Nie! - krzyknęła Laine. Nie mogła powstrzymać łez. - Nie, Jake. To ty ją wychowałeś, ona 

cię   kocha.   Odejdę   sama.   Nigdy   nie   powinnam   była   tu   przyjeżdżać,   teraz   to   wiem.   Ale 

pomyślałam... kiedy prosiłeś, abym wyszła za ciebie, że jeśli będziesz w stanie pokochać mnie tak 

jak ja kocham ciebie, to wszystko będzie w porządku. To się jednak nie stało. Ty nie przestałeś 

kochać Jane.

- I nie przestanę! - krzyknął.

Laine  opadła na sofę, kryjąc twarz w dłoniach.

- No cóż, to już koniec, prawda Jake?

- Może nie. Może uda się nam coś ocalić z tego galimatiasu! Nie mogę tutaj jasno myśleć. 

Pójdę do klubu. Nie wrócę na noc.

Laine   miała  wrażenie, że jakaś olbrzymia  ręka ściska ją za serce, ale zmusiła  się, by 

powiedzieć:

- Może przenocujesz w pokoju gościnnym...

- Nie - przeciął dyskusję. W drzwiach odwrócił się, a jego oczy patrzyły łagodnie i smutno. 

- Zobaczymy się jutro.

Żadnego   “do   widzenia”,   nic.   Laine   siedziała   tam,   gdzie   ją  zostawił,   przenikliwy  chłód 

osamotnienia przenikał ją do szpiku kości. Cierpiała, myśląc, jak wiele bólu sprawiła Jake'owi...

Później, kiedy już nakarmiła głodne psy, weszła na górę i położyła się do dużego łóżka. 

Wtuliła się w kołdrę, która wciąż jeszcze przechowywała zapach Jake'a.

Z niespokojnej  drzemki  wyrwało  ją gwałtowne dobijanie  się do drzwi. Z przerażeniem 

wyskoczyła z łóżka. Abby! Pewnie miała zapaść!

Spojrzała   na   zegarek.   Było   parę   minut   po   trzeciej.   Pośpiesznie   narzuciła   szlafrok   i 

popędziła do drzwi. Serce waliło jej, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi. Na schodach stał 

policjant. Przed domem zaparkował radiowóz.

- Pani Bennington?

background image

- Tak - nie poznała swego głosu, był tak zmieniony.

- Czy pani mąż jest w domu?

- Nie.

- Nie wie pani, gdzie on jest?

- Jest w klubie odnowy biologicznej.

Mężczyzna ściągnął brwi.

- Tak, w klubie “Hygeia” - ogarnęła ją nowa fala strachu.

- Czy coś się stało?

- Chwileczkę, proszę pani.

Podszedł do samochodu i powiedział przez otwarte okno:

- On jest w środku. Daj im znać.

Mężczyzna za kierownicą wziął mikrofon i zaczął coś do niego mówić. Laine myślała, że 

umiera ze strachu.

- Co się z nim dzieje?

- Nie wiemy, proszę pani. Palą się zabudowania klubu. Jeśli tu go nie ma, to nie wiemy, 

gdzie on może być. Straż pożarna sprawdza, czy ktoś nie został w środku.

- Powinien być w sali do masażu! Zawieźcie mnie do niego!

- Oczywiście, proszę pani. Proszę wziąć płaszcz. Zaraz przekażę pani dalsze informacje.

- Dobrze! - porwała z wieszaka jakiś stary tweed i zarzuciła na ramiona. - Jestem gotowa.

 Oficer rozmawiał przez radiotelefon. Policjant odwrócił się do Laine i spojrzał przez ramię 

na otwarte drzwi.

- Czy dom jest zabezpieczony? Ma pani klucze?

- Zostawiłam na górze.

Idąc po torebkę miała wrażenie, że nogi ważą setki kilogramów, a schody są niezdobytą 

górą. Musiała uważać, by nie upaść. Przejście przez długi korytarz było brnięciem przez bagno.

W końcu policjant zamknął za nią drzwi i pomógł wsiąść do samochodu. Gdy tak pędzili 

przez noc, wyobraźnia podpowiadała jej najbardziej przerażające obrazy. Jaki horror czekał ją na 

końcu tej drogi? Jake nie może zginąć! Ta cała żywotność, energia, miałaby przepaść?!

Z budynków strzelały w górę słupy ognia. Wiele razy oglądała takie sceny w telewizji. Tym 

razem to nie był film, wszystko było prawdziwe.

Gdy wysiadła z samochodu, uderzyła  w nią ściana dymu  i gorąca... Przez chwilę stała 

patrząc z niedowierzaniem na to piekło. Wokół zgromadził się tłum. Byli to ludzie ewakuowani z 

sąsiednich budynków. Policjanci, strażacy, samochody, węże - wszystko migało jej przed oczyma.

Potem  zaczęła  gorączkowo   przyglądać  się  poszczególnym   twarzom  szukając,  tej  jednej 

background image

jedynej. Nie znalazła.

- Jake! - krzyknęła z całych sił. - Jake!...

Zaczęła   biec   w   stronę  płonących   budynków,   by  odszukać   i  uratować   go.  Jakiś   strażak 

usiłował ją zatrzymać, ale odepchnęła go i pobiegła dalej. Miała skrzydła u ramion.

Była tuż przy bramie i już wbiegała w szalejące płomienie, gdy chwyciły ją czyjeś silne 

ramiona.

- Proszę mnie puścić! - krzyknęła, na próżno usiłując uwolnić się z żelaznego uścisku. - 

Muszę go ratować. Jake!

- Zabijesz się! - usłyszała.

- Nic mnie to nie obchodzi. - przerwała.

Głos mężczyzny był znajomy. Odwróciła się powoli i zobaczyła twarz Jake'a.

Jego oczy błyszczały dziwnym blaskiem.

- Najdroższy, ty żyjesz!

Wtuliła się w jego ramiona. Czuła, jak mocno bije mu serce. Czy to naprawdę on?

Pachniał potem, a koszulka była mokra. W tym uścisku wydawał się tak bardzo rzeczywisty 

i bardzo jej bliski.

- Gdzie byłeś? - szepnęła.

-   Nie   mogłem   zasnąć,   więc   wyszedłem   się   przebiec.   Wróciłem,   a   tu   całe   piekło   się 

rozpętało. Kiedy zobaczyłem, że biegniesz w stronę ognia...

Podszedł do nich strażak.

- Czy Jake Bennington to pan?

-   Tak   -   Jake   rozluźnił   uścisk.   -   Przepraszam,   że   sprawiłem   tyle   kłopotu.   Wyszedłem 

pobiegać.

-   Dobrze,   że   nic   się   panu   nie   stało.   Przeszukiwaliśmy   zabudowania,   bo   otrzymaliśmy 

wiadomość, że jest pan prawdopodobnie w sali do masażu. Ta część budynku okazała się być 

całkowicie niedostępna. Ogień musiał zostać podłożony w kawiarni znajdującej się poniżej.

- Podłożony? - Jake wpadł mu w słowo. - Twierdzi pan, że to nie był przypadek?

- Na to wygląda. Ale nie możemy tu stać!

Odsunął ich na bezpieczną odległość, po czym pytał dalej:

- Jest pan ubezpieczony?

- Tak, oczywiście.

- Kiedy pan wyszedł z domu?

- Dokładnie nie wiem, gdzieś koło drugiej. Tak, chyba tak.

- Czy nie widział pan kogoś, kto się tu włóczył?

background image

- Nie. Nie zauważyłem nic szczególnego. Na ulicy było raczej pustawo.

- Proszę pana, kto miałby jakiś cel, aby panu zaszkodzić?

Laine wstrzymała oddech; co ten facet sugerował?

Jake był wstrząśnięty.

- O kim pan pomyślał? - zapytał policjant.

- On nie mógł się do tego posunąć! Nie mogę w to uwierzyć...

- Kto? Szukamy po prostu jakiegoś punktu zaczepienia na początek. Jeśli się pan myli, nie 

szkodzi, sprawdzimy to.

- Jeden z moich pracowników - odparł Jake.

Laine ścisnęła go za ramię, a Jake uspakajająco pogłaskał jej dłoń.

- Musiałem go zwolnić za nieuczciwość i dziś wieczorem przyszedł wyładować na mnie 

swój gniew. Nie mógł znaleźć sobie pracy i mówił, że to moja wina!

- Czy byli przy tym świadkowie?

- Oczywiście.

- Jak on się nazywa?

- Danny Mathews - Jake podał także inne dane.

- Dziękuję panu, panie Bennington. Może odwieźć pana i żonę do domu?

- Nie, dziękuję sierżancie. Za rogiem mam samochód. Poradzimy sobie.

- Jutro poprosimy pana o złożenie zeznań. Skontaktujemy się z panem.

Czuła się przy Jake'u tak bardzo bezpieczna...  Jego ręka obejmująca  talię  była  ciepła  i 

mocna. Podeszli do samochodu.

- Czy to możliwe, żeby Danny był aż tak mściwy? A jeśli to nie on, to kto jeszcze chciał cię 

skrzywdzić...?

-  Spokojnie   moja   maleńka.   Nie   sądzę,   żeby  chciał   mnie   zabić.   Nie   mógł   wiedzieć,   że 

zostanę tu na noc. Wkrótce się to wyjaśni.

Usiadła na przednim siedzeniu. Jake usiadł obok. Ze zdenerwowania nie mogła zapiąć pasa. 

Jake pochylił się, by jej pomóc. Poczuła na policzku jego oddech. Patrzyła na jego usta, znajdujące 

się teraz tak blisko. Instynktownie rozchyliła wargi oczekując pocałunku. Nie musiała czekać na 

odpowiedź. Przymknęła oczy pod wpływem jego czułych pieszczot.

Prowadził jedną ręką, drugą obejmując Laine. Ciepło tego uścisku, rozlewało się po jej ciele 

i docierało do skołatanego serca.

W domu zdjął z niej płaszcz i zaprowadził na górę, prosto do łóżka.

- Wskakuj, kochanie - powiedział rozwiązując pasek u szlafroka. - Tam się najszybciej 

rozgrzejesz.

background image

- A ty? - spytała drżącym głosem.

- Muszę wziąć prysznic. Daj mi pięć minut.

Usiadł obok niej, ujmując jej dłonie. Patrzył na nią, pewnie i ciepło.

- Laine, tak bardzo cię potrzebuję. Dziś w nocy zrozumiałem, że nigdy nie pozwolę ci 

odejść.

Zalała ją fala niewysłowionego szczęścia.

- Jake, bardzo cię kocham!

- Wiem najmilsza - głaskał ją po głowie, łagodnie i czule. 

- Jak mógłbym w to wątpić: dla mnie ryzykowałaś życie.

- Bez ciebie nie miałoby ono dla mnie żadnej wartości - wyszeptała.

- Najdroższa! - całował ją znów i znów, jakby nigdy nie miał przestać. - Zapomnijmy o 

przeszłości. Liczy się tylko jutro.

- Będziemy rodziną? - zapytała wstrzymując oddech.

- Niczego bardziej nie pragnę.

- Ja również. Wprawdzie mnie nie kochasz, ale postaram się, żebyś był szczęśliwy...

- Ja cię nie kocham? - wykrzyknął. Jego ręce objęły ją mocno. - Ja cię ubóstwiam, moja 

droga.   Od   pierwszej   chwili,   kiedy   cię   ujrzałem,   usiłowałem   sobie   wmówić,   że   to   nieprawda. 

Miałem wrażenie, że w ten sposób zdradzam Jane. Hamowałem się więc, nawet bardziej niż było 

trzeba. Nie byłbym również tak załamany, tak wściekły, gdyby mi na tobie nie zależało!

Laine usiłowała stłumić w sobie to rosnące uczucie tryumfu i radości.

- Dziś w nocy powiedziałeś mi, że wciąż kochasz Jane - przypomniała cicho.

- Kocham, ale to inna miłość. Należy do przeszłości. Jane na zawsze pozostanie w mym 

sercu, nie mogę o niej zapomnieć, tak samo, jak część mego serca należy do Abby. Jednak ty jesteś 

moim życiem, moją miłością, wszystkim czego pragnę i pożądam. Wybacz, że wcześniej ci tego 

nie powiedziałem.

W oczach Laine pojawiły się łzy szczęścia.

-   Czy   w   twoim   sercu   znajdzie   się   miejsce   dla   kogoś   jeszcze?   -   zapytała   widząc   jego 

zdziwienie.

Odsunął ją na wyciągnięcie ramion, a gdy zobaczył jej promienną twarz, jego zdumienie 

zmieniło się w niepohamowaną radość.

- To znaczy?...

- To mały dodatek do naszej “naprawdę prawdziwej rodziny”, jak mówi Abby. Myślę, że 

też będzie zadowolona, nie sądzisz?

- Ale nie tak, jak ja!

background image

- Tak bardzo chciałam ci dać twoje własne dziecko - szepnęła.

- Sprawiasz, że spełniają się moje wszystkie marzenia...

- Miałeś wziąć prysznic? - zdołała wyszeptać, kiedy na chwilę przestał ją całować.

- Później - zamruczał. - Teraz mam ważniejsze sprawy na głowie...