background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

1 z 18

Bruno   Ferrero 

 

„CZASAMI  WYSTARCZA  PROMYK   SŁOŃCA” 

 

Wydawnictwo Salezja

ń

skie, 

Warszawa, 2001 

 

1.   DWIE   BRYŁY   LODU 

 

Istniały  kiedyś  dwie  bryły  lodu.  Powstały  w  czasie  długiej  zimy,  w  grocie  utworzonej  z  pni,  kamieni, 

krzewów, pośród lasu na stokach góry. 

Leżały  naprzeciwko  siebie  z  ostentacyjną  obojętnością.  Ich  stosunki  cechowała  pewna  oziębłość. 

Czasami  jakieś  „dzień  dobry”,  czasami  „dobry  wieczór”.  Nic  ponadto.  Nie  potrafiły  „przełamać  lodów”. 
Każda bryła myślała o drugiej: „Mogłaby chociaż wyjść mi naprzeciw”. Bryły jednak nie mogą samodzielnie 
wędrować. Z tego też powodu nic się nie działo i każda bryła lodu zamykała się jeszcze bardziej w sobie. 

W  grocie  mieszkał  borsuk.  Pewnego  dnia  stwierdził:  „Szkoda,  że  musicie  być  tutaj.  Jest 

wspaniały,  słoneczny  dzień!”  Dwie  bryły  lodu  zatrzeszczały  ponuro.  Od  maleńkości  wiedziały,  że  słońce 
stanowi dla nich wielkie niebezpieczeństwo. 

Tym razem, o dziwo, jedna z brył zapytała: „Jak wygląda słońce?” 
„Jest cudowne... Jest życiem...”
 – odpowiedział zaambarasowany borsuk. 
„Czy mógłbyś zrobić szparę w sklepieniu tej nory? Chciałabym zobaczyć słońce...” – wyznała 

bryła lodu. 

Borsuk nie kazał sobie powtórzyć dwa razy. Zrobił dziurę w gmatwaninie korzeni i ciepłe, miłe światło 

słoneczne wdarło niczym złocisty promień. 

Po kilku miesiącach, w południe, gdy słońce rozgrzewało powietrze, jedna z brył poczuła, że trochę się 

topi  i  rozpuszczając  się,  stawała  się  przejrzystym  strumykiem  wody.  Czuła  się  inaczej,  nie  była  już  tą  dawną 
bryłą  lodową.  Druga  bryła  również  zrobiła  to  cudowne  odkrycie.  Dzień  po  dniu,  z  dwóch  brył  lodu  wypływały 
dwa  strumyki  wody,  które kierowały  się ku  wejściu  do  groty.  Po pewnym  czasie  połączyły  się  razem,  tworząc 
przejrzyste jeziorko, w którym odbijało się niebo. 

Dwie  bryły  lodu  odczuwały  jeszcze  zimno,  ale  odkryły  również  swą  kruchość  i  samotność  o  troskę  

i niepewność. Zdały sobie sprawę, że są podobnie zbudowane i że w rzeczywistości potrzebują jedna drugiej. 

Przyleciały  dwa  szczygiełki  ze  skowronkiem  i  napiły  się  wody.  Owady  brzęczały  wokół  jeziorka, 

wiewiórka o długim, puszystym ogonie wykąpała się w nim. 

Wśród tej radości odbijały się dwie bryły lodu, które teraz odnalazły serce. 

 

* * * 

 

Czasami  wystarcza  jeden  promień  słońca.  Jedno  miłe  słowo.  Jedno  pozdrowienie.  Jedna 

pieszczota.  Jeden  uśmiech.  Potrzeba  tak  mało,  by  uszczęśliwić  tych,  którzy  znajdują  się  obok  nas.  
A więc dlaczego tego nie robimy? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

2 z 18

2.   WIZYTA 

 

Codziennie  w  południe  pewien  młody  człowiek  zjawiał  się  przy  drzwiach  kościoła  i  po  kilku  minutach 

odchodził.  

Nosił kraciastą koszulę i podarte dżinsy, tak jak wszyscy chłopcy w jego wieku. Miał w ręku papierową 

torebkę  z  bułkami  na  obiad.  Proboszcz,  trochę  nieufny,  zapytał  go  kiedyś,  po  co  tu  przychodzi.  Wiadomo,  
że w obecnych czasach istnieją ludzie, którzy okradają kościoły. 

„Przychodzę pomodlić się” – odpowiedział chłopak. 
„Pomodlić się... Jak możesz modlić się tak szybko?” 
„Och...  codziennie  zjawiam  się  w  tym  kościele  w  południe  i  mówię  tylko:  »Jezu,  przyszedł 

Jim«, potem odchodzę. To jest maleńka modlitwa, ale jestem pewien, że On mnie słucha.” 

W  kilka  dni  później,  w  wyniku  wypadku  przy  pracy,  chłopak  został  przewieziony  do  szpitala  

z bardzo bolesnymi złamaniami. 

Umieszczono  go  w  pokoju  razem  z  innymi  chorymi.  Jego  przybycie  zmieniło  oddział.  Po  kilku  dniach 

jego pokój stał się miejscem spotkań pacjentów z tego samego korytarza. Młodzi i starzy spotykali się przy jego 
łóżku, a on miał uśmiech i słowo otuchy dla każdego. 

Przyszedł odwiedzić go również proboszcz i w towarzystwie pielęgniarki stanął przy łóżku chłopaka. 
„Powiedziano  mi,  że  jesteś  cały  pokiereszowany,  ale  że  pomimo  to  wszystkim  dodajesz 

otuchy. Jak to robisz?” 

„To dzięki Komuś, Kto przychodzi odwiedzić mnie w południe”. 
Pielęgniarka przerwała mu: „Tu nikt nie przychodzi w południe...” 
„O,  tak!  Przychodzi  tu  codziennie  i  stając  w  drzwiach  mówi:  »Jim,  to  ja,  Jezus«  

- i odchodzi”. 
 

* * * 

 

Pewien  zacny  człowiek  codziennie  przechodził  przed  wizerunkiem  Maryi,  namalowanym  

na murze ulicznym. Za każdym razem pozdrawiał Ją: 

„Dzień dobry, Matko!” 

 

Pewnego wieczoru, po kilku latach, usłyszał wyraźnie, że jakiś głos przemawia z obrazu: 
„Dobry wieczór, synku”. 

 

Jeśli  nie  słyszymy  odpowiedzi  na  nasze  modlitwy,  to  dzieje  się  tak  dlatego,  że  tak  naprawdę  

nie oczekujemy jej. 

 

3.   ZEGAR   W   WAHADŁEM 

 

Pewien  uczony  miał  w  swoim  studio  ogromny  zegar  ścienny,  który  wybijał  uroczyście  godziny,  

bardzo powoli, ale również bardzo głośno. 

„To panu nie przeszkadza?” – spytał student. 
„Nie – odpowiedział uczony –Dlatego, że ciągle muszę zadawać sobie pytanie, co robiłem przez 

minioną godzinę.” 
 

* * * 

 

A ty, co zrobiłeś z godziną, która właśnie upłynęła? 

 

4.   DWA NASIONA 

 

Jesienią  dwa  nasiona  znajdowały  się  obok  siebie  w  żyznej  ziemi.  Pierwsze  nasionko  powiedziało:  

„Chcę rosnąć! Chcę moimi korzeniami sięgać głęboko w ziemię, znajdującą się pode mną i wypuścić 
młode  pędy  ponad  jej  powierzchnię.  Pragnę  rozwinąć  moje  delikatne  pączki  niczym  flagę,  
aby  ogłosić  przybycie  wiosny...  Pragnę  poczuć  ciepło  słońca  na  moim  obliczu  i  błogosławieństwo 
porannej rosy na moich płatkach!” 

I tak rozwijało się. 
Drugie  nasionko  powiedziało:  „Co  za  los  mnie  spotkał!  Boję  się.  Jeśli  skieruję  moje  korzenie  

do  ziemi,  znajdującej  się  pode  mną,  nie  wiem,  na  co  natrafię  w  ciemnościach.  Jeśli  utworzę  sobie 
drogę  poprzez  twardą  ziemię  nade  mną,  mogę  uszkodzić  moje  delikatne  pędy...  Jeżeli  otworzę  
moje pączki, a jakiś ślimak będzie chciał je zjeść? Gdybym zaś rozchylił moje kwiaty, jakieś dziecko 
mogłoby je wyrwać z ziemi. Nie, lepiej będzie, jeżeli zaczekam, aż będzie bezpiecznie”. 

I czekało. 
Na początku wiosny jakaś kura, która grzebała w ziemi w poszukiwaniu pożywienia, znalazła nasionko i 

zaraz je zjadła. 
 

* * * 

 

To  jasne,  że  trzeba  przyjąć  ryzyko  życia  i  zdać  sobie  sprawę,  że  czasami  jest  się  gołębiem,  

a czasami posągiem. 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

3 z 18

5.   TAJEMNICA    SZCZĘŚCIA 

 

Pewien  młodzieniec  zapytał  najmądrzejszego  z  ludzi  o  tajemnicę  szczęścia.  Mędrzec  poradził 

młodzieńcowi, by obszedł pałac i powrócił po dwóch godzinach. 

„Proszę cię jedynie o jedno” – powiedział mędrzec, wręczając mu łyżeczkę, na której umieścił dwie 

krople oliwy. -„W czasie wędrówki nieś tę łyżeczkę tak, aby nie wylała się oliwa”. 

Po  dwóch  godzinach  młodzieniec  wrócił  i  mędrzec  zapytał  go:  „Czy  widziałeś  arrasy  w  sali 

jadalnej? Czy widziałeś wspaniałe ogrody? Czy zauważyłeś piękne pergaminy?” 

Młodzieniec  ze  wstydem  wyznał,  że  nie  widział  niczego.  Troszczył  się  jedynie  o  to,  

by nie wylać kropel oliwy. 

„Wróć i spójrz na cuda mego świata” – powiedział mędrzec. 
Młodzieniec wziął łyżeczkę i znów zaczął wędrówkę, ale tym razem obserwował wszystkie dzieła sztuki. 

Zobaczył tez ogrody, góry i kwiaty. Powrócił do mędrca i szczegółowo zdał sprawę z tego, co widział. 

„Gdzie są te dwie krople oliwy, które ci powierzyłem?” – spytał mędrzec. 
Spojrzawszy na łyżeczkę, chłopak zauważył, że ich nie ma. 
„Oto  jedyna  rada,  jaką  mogę  ci  dać”.  –  powiedział  mędrzec.  „Tajemnica  szczęścia  tkwi  

w  dostrzeganiu  wszystkich  cudów  świata,  przy  jednoczesnej  dbałości  o  dwie  krople  oliwy  
na łyżeczce”. 
 

* * * 

 

„W  końcu,  bracia,  wszystko,  co  jest  prawdziwe,  co  godne,  co  sprawiedliwe,  co  czyste,  co  miłe,  

co  zasługuje  na  uznanie:  jeśli  jest  jakąś  cnotą  i  czynem  chwalebnym  –  to  miejsce  na  myśli”  
(Flp 4,8). Nie zapominając nigdy o tym, co jest zasadnicze! 

 

6.   NARRATOR 

 

Żył  kiedyś  pewien  człowiek.  Był  biedny,  ale  nie  miał  zmartwień,  cieszył  się  z  drobiazgów,  głowę 

wypełniały mu marzenia. Otaczający świat wydawał mu się szary, brutalny, bez serca, o chorej duszy. Cierpiał  
z tego powodu. 

Pewnego ranka, kiedy przechodził przez nasłoneczniony plac, przyszedł mu do głowy pewien pomysł: 

„Gdybym  tak  zaczął  opowiadać  ludziom  historie?  Mógłbym  przekazać  im  smak  dobroci  i  miłości,  
z pewnością doprowadziłbym ich do szczęścia”.  

Usiadł  na  ławce  i  zaczął  głośno  opowiadać.  Starcy,  kobiety,  dzieci  zatrzymywali  się  na  chwilę,  

by  go  posłuchać.  Potem  odwracali  się  i  szli  dalej  swoją  drogą.  Narrator  wiedział,  że  nie  może  zmienić  świata  
w ciągu jednego dnia, więc nie zniechęcił się. Nazajutrz powrócił na to samo miejsce i znów wysłał z wiatrem 
najbardziej  wzruszające  słowa  swego  serca.  Ludzie  ponownie  zatrzymywali  się,  ale  było  ich  mniej  niż 
poprzedniego dnia. Ktoś wyśmiał go, ktoś inny uznał go za niespełna rozumu. On zaś niewzruszenie opowiadał. 

Z  uporem  wracał  każdego  dnia  na  plac,  aby  mówić  do  ludzi,  ofiarował  im  swoje  historie  

o  miłości  i  cudach.  Z  czasem  coraz  mniej  było  ciekawskich  i  wkrótce  pozostał  sam,  przemawiając  do  chmur  
i do cieni przechodniów, którzy szybko go mijali. Nie zrezygnował jednak. 

Zdał sobie sprawę, że nie potrafił i w zasadzie nie pragnął robić niczego innego, jak tylko snuć swoje 

opowieści,  chociaż  nie  interesowały  one  nikogo.  Zaczynał  mówić,  mając  oczy  zamknięte,  dla  samej 
przyjemności opowiadania, nie martwiąc się, że nikt poza nim go nie słucha. 

Mijały  lata.  Pewnego  zimowego  wieczoru,  podczas  gdy  snuł  o  zmierzchu  jakąś  cudowną  historię, 

poczuł,  że  ktoś  go  ciągnie  za  rękaw.  Otworzył  oczy  i  zobaczył  chłopca.  Chłopak  z  drwiącą  miną  powiedział:  
„Czy  nie  widzisz,  że  nikt  cię  nie  słucha,  że  nigdy  cię  nie  słuchał  i  nigdy  słuchać  nie  będzie?  
Dlaczego u licha tracisz swój czas?” 

„Kocham moich bliźnich” – odrzekł narrator. – „Dlatego chciałem uczynić ich szczęśliwymi”. 
Chłopak zaśmiał się drwiąco. „I co, biedny szaleńcze, czy stali się takimi?” 
„Nie.” – odpowiedział narrator, potrząsając głową. 
„Dlaczego więc upierasz się?” – spytał chłopak, nagle ogarnięty współczuciem. 
„Nadal opowiadam i będę opowiadać aż do śmierci. Dawniej chciałem zmienić świat...” 
I  zamilkł,  potem  jego  spojrzenie  rozjaśniło  się.  Powiedział:  „Dzisiaj  opowiadam,  aby  świat  

mnie nie zmienił”. 
 

* * * 

 

„Bóg jest w naszym sercu, by powiedzieć ci, że musisz być dobry” – pisze pewna dziewczynka 

w zeszycie do katechizmu. 

Katechetka pyta się: „A jeśli dziewczynka Go nie słucha?” 
Dziewczynka otwiera szeroko oczy i odpowiada spokojnie:  
„Och, On to ciągle powtarza”. 
Z uporem, wbrew wszystkiemu, także Bóg ciągle powtarza swą opowieść. 

 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

4 z 18

7.   OGIEŃ 

 

Sześć  osób  znalazło  się  przypadkowo  w  czasie  lodowatej  nocy  na  bezludnej  wyspie.  Każda  trzymała 

kawał  drewna  w  ręce.  Nie  była  innego  drzewa  na  wyspie  zagubionej  we  mgłach  Morza  Północnego.  
Pośrodku powoli zamierał mały ogienek z powodu braku opału. 

Zimno  stawało  się  coraz  bardziej  dotkliwe.  Pierwszą  osobą  była  kobieta,  ale  błysk  płomienia  oświecił 

twarz  imigranta  o  ciemnej  skórze.  Kobieta  go  zauważyła.  Zacisnęła  rękę  wokół  swego  kawałka  drewna. 
Dlaczego miałaby zużyć swoje drewno, by ogrzać jakiegoś próżniaka, który przyszedł kraść chleb i pracę? 

Człowiek,  który  stał  przy  niej,  zauważył  kogoś,  kto  nie  należał  do  jego  partii.  Nigdy,  przenigdy  

nie zmarnuje swego pięknego kawałka drewna dla przeciwnika politycznego. 

Trzecia  osoba  była  ubrana  nędznie  i  otulała  się  brudną  marynarką,  ukrywając  swój  kawałek  drewna. 

Jego sąsiad był z pewnością bogaty. Dlaczego miałby zużyć swoją gałąź dla leniwego bogacza? 

Bogacz  siedział  myślą  o  swych  dobrach,  o  dwóch  domach,  o  4  autach  i  o  wysokim  koncie  w  banku. 

Baterie  jego  telefonu  komórkowego  były  wyczerpane,  musiał  zachować  swój  kawał  drewna  za  wszelką  cenę.  
Nie chciał zużyć go dla tych leniów i nieudaczników. 

Ciemne  oblicze  imigranta  wykrzywiał  grymas  zemsty  w  słabym  świetle  ognia,  prawie  że  wygasłego. 

Silnie  zaciskał  pięść  wokół  swego  drewna.  Wiedział  dobrze,  że  wszyscy biali  pogardzali nim.  Nie  wrzuci  za  nic 
swego drewna do tlących się gałęzi. Nadszedł moment zemsty. 

Ostatnim  członkiem  tej  smutnej  grupki  był  człowiek  skąpy  i  nieufny.  Nie  czynił  nigdy  niczego,  

co nie zapewniłoby mu korzyści. Dawać tylko temu, kto coś daje – było jego zasadą. Muszą mi drogo zapłacić 
za ten kawałek drewna, myślał. 

Znaleziono ich wszystkich zamarzniętych, z kawałkami drewna w rękach, znieruchomiałych po śmierci. 
Nie umarli z powodu zimna zewnętrznego, ale z powodu wewnętrznego lodu. 

 

* * * 

 

Może  również  w  twojej  rodzinie,  w  twojej  wspólnocie,  przed  tobą  tli  się  ogień,  który  zamiera?  

Z pewnością trzymasz kawałek drewna w ręce. Co z nim zrobisz? 

 

 

8.   SEMAFOR 

 

Babcia weszła do kościoła, trzymając za rękę wnuczka. 
Odszukała spojrzeniem czerwoną lampkę wskazującą, gdzie znajduje się tabernakulum z Najświętszym 

Sakramentem. uklęknęła i zaczęła się modlić. 

Dziecko  oczyma  wodziło  od  babci  do  czerwonej  lampki,  od  lampki  do  babci.  W  pewnym  momencie 

zniecierpliwiło się: 

„Babciu! gdy pojawi się kolor zielony wyjdziemy, dobrze?” 

 

* * * 

 

Ta lampka nigdy nie stanie się zielona. Nieustannie powtarza: „ZATRZYMAJ SIĘ!” 
Jest  tam  skała.  Jedyna  prawdziwa  skała,  na  której  istoty  ludzkie  znajdują  oparcie.  

Jedyny postój, który daje prawdziwy odpoczynek. 

„Przyjdźcie  do  Mnie  wszyscy,  którzy  utrudzeni  i  obciążeni  jesteście,  a  Ja  was 

pokrzepię”. 

Jedyne kazanie Jezusa: „Nawracajcie się! Oto bowiem królestwo Boże jest pośród was!” 
Jest pośród nas. Ilu z nas to jednak zauważa? 

 

9.   TAM   NA   DOLE 

 

Dziecko, które mieszkało na nizinie, było zafascynowane linią gór, ciągnących się daleko na horyzoncie. 
Niebieskawe,  lekkie,  zwarte  –  wydawały  się  rajskim  miejscem.  Tak  bardzo  różniącym  się  od  surowej  

i szarej ziemi, na której mieszkało. 

Pewnego  dnia,  gdy  już  podrosło,  uległo  wezwaniu  horyzontu  i  postanowiło  dojść  do  tego 

zaczarowanego miejsca. 

Podróż  trwała  długo  poprzez  niziny  i  doliny.  Człowiek  wyczerpany  doszedł  wreszcie  na  szczyt  góry,  

ale  musiał  stwierdzić  z  głębokim  rozczarowaniem,  że  góry  nie  były  już  niebieskawe,  ale  szare  i  chaotyczne, 
kamieniste, jałowe i dzikie. Podobne do miejsca, które opuścił. Jednak na horyzoncie przed nim zarysowały się 
inne góry niebieskie, fioletowe, w aureoli złocistego światła. 

Wtedy człowiek wyruszył w drogę. Potrzeba było wiele czasu, by tam dotrzeć. Również i tam, w miarę 

jak się zbliżał, niebieskość i fiolety znikały, pozostawiając miejsce szarości skał, płowej barwie wypalonej trawy. 
Na  horyzoncie  zaś  było  niebiesko  i  różowo.  Znowu  wyruszył  w  drogę.  Zawsze  spotykało  go  rozczarowanie:  
gdy docierał, również nowe ziemie okazywały się surowe i wyschnięte. 

Pewnego  dnia,  będąc  już  starcem,  widząc,  że  próżne  są  jego  poszukiwania,  postanowił  wrócić  tam, 

skąd  wyruszył.  I  oto  wszystkie  krainy,  które  zostawił,  wydały  mu  się  niebieskawe,  lekkie,  zanurzone  
w zachwycającym, złotym świetle. 
 

* * * 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

5 z 18

 

Dzień zaczął się źle i kończył jeszcze gorzej. Jak zwykle autobus był przepełniony. Podczas gdy 

popychano mnie na wszystkie strony, mój smutek wzrastał.  

Nagle  usłyszałam  głos  dobywający  się  z  przedniej  części  autobusu:  „Prawda,  że  piękny 

dzień?” 

Z  powodu  tłoku  nie  widziałam  mężczyzny,  ale  słyszałam,  jak  opisywał  wiosenny  pejzaż, 

zwracając  uwagę  na  zbliżający  się  kościół,  park,  cmentarz,  koszary  strażackie.  Wkrótce  wszyscy 
pasażerowie spoglądali przez okna autobusu. Entuzjazm był tak zaraźliwy, że zaczęłam się uśmiechać 
po raz pierwszy tego dnia. 

Dojechaliśmy  do  mojego  przystanku.  Kierując  się  z  trudem  ku  wyjściu,  spojrzałam  na  naszego 

„przewodnika”.  Był  to  człowiek  dość  otyły,  o  czarnej  brodzie,  w  ciemnych  okularach,  trzymający  białą 
laskę.  Był  niewidomy.  Wysiadłam  z  autobusu  i  nagle  całe  moje  napięcie  znikło.  Bóg  w  swej  dobroci 
posłał  niewidomego,  który  pomógł  mi  przejrzeć!  Dostrzegłam,  że  mimo  tego  iż  czasami  źle  się  sprawy 
układają,  choć  wszystko  wydaje  się  smutne  i  ciemne,  świat  nadal  jest  piękny.  Nucąc,  biegłam  
po  schodach  do  mojego  mieszkania.  Nie  mogłam  doczekać  się  chwili,  by  móc  pozdrowić  mojego  męża 
słowami: „Piękny mamy dzień, prawda?” 

 

10.   SKORPION 

 

Pewien zakonnik siedział nad brzegiem strumienia i rozmyślał. Gdy otworzył oczy, zauważył skorpiona, 

który wpadł do wody i walczył rozpaczliwie, by utrzymać się na powierzchni i przeżyć. 

Pełen  współczucia,  zakonnik  zanurzył  rękę  w  wodzie,  złapał  skorpiona  i  położył  go  na  brzegu.  

W nagrodę owad, odwracając się niespodziewanie, użądlił go, powodując silny ból. 

Zakonnik powrócił do rozmyślania, ale gdy otworzył oczy, zauważył, że skorpion znów wpadł do wody  

i miotał się ze wszystkich sił. Po raz drugi go uratował, ale i tym razem skorpion użądlił swego wybawcę tak,  
że  ten  zakrzyknął  z  bólu.  Tak  samo  zdarzyło  się  po  raz  trzeci.  Zakonnik  miał  łzy  w  oczach  z  powodu  bólu 
wywołanego ukłuciami. 

Wieśniak, który widział tę scenę, zawołał: 
„Dlaczego  upierasz  się  i  pomagasz  tej  nędznej  kreaturze,  która  zamiast  ci  dziękować, 

wyrządza ci krzywdę?” 

„Obaj  idziemy  za  głosem naszej  natury”  – odpowiedział zakonnik. –„Skorpion  jest  stworzony, 

aby żądlić, a ja – by okazywać miłosierdzie”. 
 

* * * 

 

A ty – do czego jesteś stworzony? 

 

11.   PODZIĘKOWANIE 

 

Pewien  nauczyciel  kazał  uczniom  pierwszej  klasy  narysować  coś,  za  co  chcieliby  podziękować  Bogu. 

Pomyślał,  że  w  rzeczywistości  te  dzieci,  pochodzące  z  biednych  dzielnic  miasta,  miały  niewiele  spraw,  
za które mogły dziękować. Wiedział, że prawie wszyscy narysują słodycze lub zastawione stoły. 

Rysunek wręczony mu przez Tina zaskoczył go: przedstawiał rękę narysowaną przez dziecko. 
Czyją rękę? 
Klasę  zafascynował  ten  obrazek.  „Według  mnie  jest  to  ręka  Boga,  która  przynosi  nam 

pożywienie.” – powiedziało jedno dziecko.  

„Jest to ręka wieśniaka – powiedziało inne. – gdyż hoduje kury i robi frytki”. 
Podczas  gdy  inne  dzieci  jeszcze  pracowały,  nauczyciel  pochylił  się  nad  ławką  Tina  i  spytał,  

czyja to ręka. „To jest twoja ręka” – wyszeptało dziecko. 

Teraz  przypomniał  sobie,  że  co  wieczór  brał  on  za  rękę  Tina,  który  był  najmniejszy  i  prowadził  go  

do wyjścia. Robił to także z innymi dziećmi, ale dla Tina to miało wielkie znaczenie. 
 

* * * 

 

Czy pomyślałeś kiedyś, jak wielką  moc posiadają twoje ręce? 
Powinniśmy nauczyć się zachowywać „przykazania pani domu”. 

 
„Jeśli śpisz na nim... doprowadź je do porządku. 
 Jeśli go nosisz... powieś go. 
 Jeśli kończysz jeść... postaw go w zlewie. 
 Jeśli chodzisz po nim... wytrzep go. 
 Jeśli otwierasz go... zamknij go. 
 Jeśli opróżniasz... napełnij go. 
 Jeśli dzwoni... odpowiedz. 
 Jeśli miauczy... daj mu jeść. 
 Jeśli płacze... pocałuj go”. 

 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

6 z 18

12.   MUR 

 

Na  surowej  i  kamienistej  pustyni,  mieszkało  dwóch  pustelników.  Zajmowali  dwie  groty,  

które znajdowały się blisko siebie, jedna naprzeciwko drugiej. 

Po latach modlitw i okropnych umartwień, jeden z nich nabrał przekonania, że doszedł do doskonałości. 
Drugi  był  człowiekiem  również  bardzo  pobożnym,  ale  równocześnie  dobrym  i  wyrozumiałym. 

Rozmawiał  z  nielicznymi  pielgrzymami,  pocieszał  i  gościł  tych,  którzy  zagubili  się  i  tych,  którzy  uciekali.  
„Cały ten czas odebrany jest modlitwie i rozmyślaniu”, myślał pierwszy pustelnik, który potępiał częste, 
ale maleńkie uchybienia drugiego. 

Chcąc  mu  dać  do  zrozumienia  w  jakiś  widoczny  sposób,  jak  bardzo  jest  jeszcze  daleki  od  świętości, 

postanowił  umieszczać  jeden  kamień  u  wejścia  do  własnej  groty,  za  każdym  razem,  gdy  ten  drugi  popełniał 
uchybienie. 

Po kilku miesiącach przed grota znajdował się szary i przytłaczający mur z kamieni. Pustelnik zaś był 

zamurowany wewnątrz. 
 

* * * 

 

Czasami  wokół  serca  budujemy  mury  z  małych  kamieni  codziennych  niechęci,  odwetów, 

milczenia, nierozwiązanych spraw, dąsów. Naszym najważniejszym zadaniem jest nie dopuścić do tego, 
by wokół naszego serca utworzyły się mury. 

Nade  wszystko  zaś  musimy  starać  się,  by  nie  stać  się  „jeszcze  jednym  kamieniem  w  murach 

innych ludzi”. 

 

13.   MYŚLIWY 

 

Młody  Indianin  wybrał  się  na  brzeg  rzeki,  by  polować  na  dzikie  kaczki.  Uzbrojony  był  tylko  w  procę. 

Pozbierał  kilka  okrągłych  kamyków  na  brzegu  i  zaczął  wypuszczać  je  z  całej  siły.  Mierzył  przede  wszystkim  
w ptaki, które nierozważnie zatrzymywały się na brzegu. 

Wyrzucone kamienie z pluskiem wpadały do głębokiej wody. Jedynie dwa z nich śmiertelnie raniły dwa 

ptaki, a potem też spadły na dno rzeki. 

Wracając  do  miasta,  młodzieniec  miał  kaczki  w  torbie  i  jeszcze  jeden  kamyk  w  ręce.  W  pobliżu 

targowiska zatrzymał go jubiler wołając: „Trzymasz w ręku diament! Wart co najmniej tysiąc rupii”. 

Młody  myśliwiec  zbladł,  a  potem  zaczął  rozpaczać:  „Ależ  ja  byłem  głupi!  Zużyłem  wszystkie  te 

diamenty, by zabić ptaki... Gdybym przyjrzał im się lepiej, teraz byłbym bogaty, a tymczasem prąd 
porwał je ze sobą!”. 
 

* * * 

 

Każdy z naszych dni jest niczym drogocenny diament. Ważne jest, by zdać sobie z tego sprawę  

i nie zmarnować go, idąc na „polowanie”. 

 

14.   OBLICZE   JEZUSA 

 

Pewnego dnia, na Sycylii, mnich Epifaniusz odkrył w sobie dar Pana: potrafił malować piękne ikony. 
Zapragnął namalować jedną, która stałaby się arcydziełem: zapragnął namalować oblicze Chrystusa. 
Gdzie  znaleźć  odpowiedniego  modela,  zdolnego  wyrazić  równocześnie  cierpienie  i  radość,  śmierć  

i zmartwychwstanie, boskość i człowieczeństwo? 

Epifaniusz  nie  mógł  zaznać  już  spokoju.  Wyruszył  w  podróż,  przemierzył  Europę,  obserwując  każdą 

twarz. Niestety, nie istniało oblicze mogące przedstawiać Chrystusa. 

Pewnego  wieczoru  zasnął  powtarzając  słowa  psalmu:  „Twego  oblicza  szukam,  Panie.  Nie  ukrywaj 

przede mną Twego oblicza”. 

Miał sen: anioł prowadził go do spotykanych osób i wskazywał na jeden szczegół, który czynił tę twarz 

podobną  do  Chrystusowej;  radość  młodej  żony,  niewinność  dziecka,  siłę  wieśniaka,  cierpienie  chorego,  strach 
skazańca,  dobroć  matki,  przestrach  sieroty,  surowość  sędziego,  wesołość  kuglarza,  miłosierdzie  spowiednika, 
zabandażowane oblicze trędowatego. Epifaniusz powrócił do klasztoru i wziął się do pracy. 

Po  roku  ikona  przedstawiająca  Chrystusa  była  gotowa.  Pokazał  ja  opatowi  i  współbraciom,  

którzy zdumieli się i rzucili się na kolana. Oblicze Chrystusa było cudowne, wzruszające, stawiające pytania. 

Na próżno pytano Epifaniusza, kto posłużył mu za modela. 

 

* * * 

 

Nie szukaj Chrystusa  w obliczu jednego człowieka,  ale  w każdym człowieku szukaj fragmentu 

oblicza Chrystusowego. 

 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

7 z 18

15.   WYPADEK 

 

Młoda  kobieta  wracała  do  domu  z  pracy  samochodem.  Jechała  bardzo  ostrożnie,  gdyż  auto  było 

nowiutkie, wczoraj odebrane i opłacone z oszczędności męża, który z wielu rzeczy zrezygnował, by móc kupić 
właśnie ten model. 

Na bardzo zatłoczonym skrzyżowaniu kobieta zawahała się przez moment i to wystarczyło, by uderzyła 

błotnikiem w tył innego samochodu. 

Wybuchła płaczem. Jak będzie mogła wytłumaczyć te szkodę mężowi? 
Kierowca drugiego auta był wyrozumiały, ale wytłumaczył jej, że muszą wymienić sobie numery prawa 

jazdy  i  inne  dane.  Kobieta  szukała  dokumentów  w  plastikowej  torbie.  Wypadł  z  niej  kawałek  papieru. 
Zdecydowanym  charakterem  pisma  napisane  były  te  słowa:  „Gdy  zdarzy  się  wypadek...  pamiętaj,  skarbie,  
że ja kocham Ciebie, a nie auto!” 
 

* * * 

 

Powinniśmy zawsze o tym pamiętać. To ludzie są najważniejsi, a nie przedmioty. Ileż to czynimy 

dla przedmiotów, aut, domów, organizacji, materialnej wydajności! Gdybyśmy poświęcali taki sam czas 
i taką samą uwagę osobom, świat byłby inny. 

Powinniśmy  znaleźć  czas  na  słuchanie,  na  patrzenie  sobie  w  oczy,  na  wspólny  płacz,  

na dodawanie sobie otuchy, na śmiech, spacer... 

Tylko  to  zabierzemy  przed  oblicze  Boga.  Nas  i  naszą  umiejętność  kochania.  Nie  rzeczy,  

nie ubrania, ani nie to ciało. 

Pewien  tatuś  i  jego  synek  szli  podcieniami  miejskiej  ulicy,  przy  której  znajdowały  się  sklepy  

i wielkie magazyny. Tatuś niósł torbę pełną paczek i sapał ze złości, mówiąc do dziecka: „Kupiłem ci 
czerwony  kombinezon,  kupiłem  ci  robota,  kupiłem  ci  zestaw  piłkarzy...  Co  jeszcze  mam  ci 
kupić?”
 

„Weź mnie za rękę” – odpowiedziało dziecko. 

 

16.   WYCHOWANIE 

 

„Gdy  dorastałem  –  opowiadał  pewien  mężczyzna  przyjacielowi.  –mój  ojciec  przestrzegał  mnie 

przed  pewnymi  miejscami  w  mieście.  Powiedział  do  mnie:  »Nie  chodź  nigdy  do  dyskoteki,  
mój synu«. 

»Dlaczego, tatusiu?« - zapytałem. 
»Gdyż zobaczyłbyś rzeczy, których nie powinieneś zobaczyć«. 
To naturalnie wzbudziło moją ciekawość. Przy pierwszej okazji poszedłem do dyskoteki”. 
„I zobaczyłeś coś, czego nie powinieneś widzieć?” 
– zapytał przyjaciel. 
„Naturalnie!” – odpowiedział mężczyzna. –„Zobaczyłem mojego ojca.” 

 

* * * 

 

Dziecko,  stojąc  na  łóżku  w  swej  czerwonej  piżamce,  kieruje  palec  na  mamusię  i  dumnie 

oświadcza:  „Ja  nie  chcę  być  inteligentny.  Nie  chcę  być  dobrze  wychowany.  Ja  chcę  być  taki,  
jak tatuś!” 

Przykład nie jest jedną z wielu metod wychowania. Jest jedyną. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

8 z 18

17.   ROZWIĄZANIE 

 

Wesoła  i  żarłoczna  wspólnota  gołębi  wybrała  sobie  na  domostwo  dziedziniec  kościelny.  Po  ślubach, 

szczeliny  bruku  wypełniały  się  ziarenkami  ryżu,  które  wzbudzały  radość  ptaków.  Kilka  ziaren  znalazło  się 
również wewnątrz kościoła i gołębie ogarnięte entuzjazmem znalazły się w świątyni. 

Niektóre  pozostawały  tam  również  w  czasie  niedzielnych  mszy,  swymi  lotami  przeszkadzając  

i rozpraszając wiernych, nie mówiąc już o „śladach” pozostawianych na posągach świętych. 

Oburzony proboszcz zwołał posiedzenie Rady Parafialnej, umieszczając w porządku obrad, rozwiązanie 

tego problemu. 

„Musimy absolutnie coś zrobić, aby uniemożliwić gołębiom wejście do kościoła!” 
Jako pierwszy zabrał głos radny, który chyba był potomkiem Heroda i powiedział: „Rozsypmy zatruty 

ryż, pozbędziemy się wszystkich gołębi”. 

Franciszkańska dusza wielu radnych oburzyła się gwałtownie: „Przenigdy. Zawieziemy je na wieś, 

gdzie będą żyły szczęśliwie i w towarzystwie”. 

To rozwiązanie nie wydawało się jednak możliwe. Podobnie odrzucono projekt doprowadzenia jakiegoś 

drapieżnika, umiejącego wychwytać gołębie i również zainstalowanie siatek na drzwiach i oknach kościoła. 

W  końcu,  gdy  zapanowało  ambarasujące  milczenie,  najstarszy  z  radnych  spytał:  „A  więc  chcecie,  

by gołębie już więcej nie wchodziły do kościoła?” 

„Tak” – odpowiedzieli chórem radni. 
„Nie chcecie ich więcej widzieć?” 
„Tak!” 
– zawołali zniecierpliwieni radni. 
„A  więc  to  proste”  –  stwierdził  staruszek.  –„Zróbcie  tak:  ochrzcijcie  je,  niech  przystąpią  

do Pierwszej komunii św., udzielcie im bierzmowania, a w kościele już więcej ich nie zobaczycie...” 
 

* * * 

 

-Tatusiu, ty jesteś pingwinem? 
-Tak. 
-Tatusiu, również dziadek jest pingwinem? 
-Tak, również dziadek jest pingwinem. 
-Również mój pradziadek był pingwinem? 
-Tak, również on był pingwinem. 
-Ja również jestem pingwinem? 
-Tak, również ty jesteś pingwinem. 
-To dlaczego tak bardzo jest mi zimno? 
 

Dzisiejsza generacja istot ludzkich odczuwa wielki chłód. Dzieci i młodzież są niczym zgaszone 

lampki.  Tyle  godzin  religii,  tyle  godzin  katechizmu,  ale  światło  się  nie  zapala.  A  wszystko  dlatego,  
że ten, kto ma w ręku wyłącznik, zapomniał, jak zapala się światło. 

 

18.   NA   ZEWNĄTRZ   I   WEWNĄTRZ 

 

Dziadek  pochylił  się  nad  pięcioletnim  wnuczkiem  i  pocałował  go  na  dobranoc.  Zaraz  potem  dziecko 

wytarło sobie twarz. 

„Dlaczego  tak  robisz,  skarbie?”  –  spytała  matka.  –„Gdy  ktoś  ciebie  całuje,  nie  potrzeba 

wycierać sobie pocałunku”. 

„Mamusiu” – wytłumaczyło dziecko. – „nie wycieram, by go usunąć. Wcieram go do wewnątrz”. 

 

* * * 

 
 

Pewnej mamusi w czasie podróży nieustannie przeszkadzało wiercące się dziecko. 
„Teraz już usiądź!” 
Wydawało  się  jednak,  że  dziecko  nie  słyszy  jej  rozkazu.  Nadal  stawało  na  siedzeniu,  

by patrzeć przez okno. 

Zdenerwowana matka wzięła dziecko i posadziła je obok siebie. 
Dziecko spojrzało na nią i dumnie powiedziało: „Na zewnątrz siedzę, ale wewnątrz stoję!” 
 
To, co mamy „wewnątrz” – liczy się o wiele bardziej od tego, co „na zewnątrz”. 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

9 z 18

19.   PIES   W   LUSTRZE 

 

Włócząc  się  tu  i  tam,  wielkie  psisko  znalazło  się  w  pokoju,  którego  ściany  pokryte  były  ogromnymi 

lustrami. 

Wydawało mu się, że jest otoczony psami. Wściekał się, zaczął szczerzyć zęby i warczeć. Wszystkie psy 

na lustrzanych ścianach naturalnie zrobiły podobnie, pokazując swe groźne kły. 

Pies zaczął kręcić się jak szalony wokół siebie, aby obronić się przed atakującymi i rzucił się na jednego 

z domniemanych napastników. 

Upadł w końcu na podłogę wycieńczony i krwawiący w wyniku okropnego zderzenia z lustrem. 
Gdyby choć raz pomachał przyjaźnie ogonem, wszystkie psy z luster odpowiedziałyby mu tym samym. 

I byłoby to spotkanie radosne. 
 

* * * 

 

Człowiek znajduje zawsze to, co pragnie odnaleźć. 
Był  kiedyś  człowiek,  który  siedział  na  skraju  oazy  u  wejścia  do  pewnego  miasta  na  Bliskim 

Wschodzie. Jakiś młodzieniec zbliżył się do niego i zapytał: „Nigdy nie byłem w tych stronach. Jacy 
są mieszkańcy tego miasta?”
 Starzec odpowiedział mu pytaniem: „A jacy byli mieszkańcy miasta, 
z którego przybywasz?” 

„Egoistyczni i źli. Dlatego chętnie stamtąd wyjechałem”. 
„Tacy są też mieszkańcy tego miasta”
 – odpowiedział starzec. 
Wkrótce potem inny młodzieniec zbliżył się do mężczyzny i zadał podobne pytanie: 
„Dopiero przybyłem do tego kraju. Jacy są mieszkańcy tego miasta?” 
Starzec  znów  odpowiedział  tym  samym  pytaniem:  „A  jacy  byli  mieszkańcy  miasta,  

z którego przybywasz?” 

„Byli  dobrzy,  szlachetni,  gościnni  i  uczciwi.  Miałem  wielu  przyjaciół  i  trudno  mi  było  

ich pozostawić”. 

„Również mieszkańcy tego miasta są tacy” – odpowiedział starzec. 
Kupiec,  który  przyprowadził  swoje  wielbłądy  do  wodopoju,  słyszał  te  rozmowy  i  kiedy  drugi 

młodzieniec oddalił się, zwrócił się do starca z  wyrzutem: „Jak możesz dawać dwie zupełnie różne 
odpowiedzi na to samo pytanie, postawione przez dwie osoby?”
 

„Synu  mój!”  –  odpowiedział  starzec.  –„Każdy  nosi  swój  świat  w  sercu.  Ten,  

kto  nie  znalazł  nic  dobrego  w  przeszłości,  nie  znajdzie  też  nic  dobrego  tutaj.  Natomiast  ten, 
kto  posiadał  przyjaciół  w  innym  mieście,  znajdzie  również  tutaj  lojalnych  i  wiernych 
przyjaciół. Osoby bowiem są takie, jakimi my je znajdujemy”. 

 

20.   SMUTNA   HISTORIA 

 

Pewnego  dnia  król  zesłał  swego  syna  na  wygnanie  do  dalekiego  kraju,  by  go  ukarać.  Książę  cierpiał 

tam głód i zimno, i utracił nadziej na otrzymanie przebaczenia królewskiego. 

Minęły lata. 
Pewnego dnia król posłał do syna swego posła, z rozkazem zrealizowania wszystkich życzeń i aspiracji 

synowskich. 

Poseł powiadomił o tym księcia, który spojrzał na niego zdumiony i powiedział tylko: „Daj mi kawałek 

chleba i ciepły płaszcz”. 

Zupełnie  zapomniał  o  tym,  że  był  kiedyś  księciem  i  że  mógł  powrócić  do  pałacu  swego  ojca,  

i żyć po królewsku. 
 

* * * 

 

Czyż  nie  jest  to  smutna  historia  tylu  naszych  współczesnych,  którzy  zapomnieli,  że  są  synami 

Bożymi? 

Psalm 16 (15) uczy nas przepięknej modlitwy: 
 

„Zachowaj mnie, Boże, bo chronię się u Ciebie, 
mówię Panu: Tyś jest Panem moim; 
nie ma dla mnie dobra poza Tobą. 
Ku świętym, którzy są na Jego ziemi, 
wzbudził On we mnie miłość przedziwną! 
Ci, którzy idą za obcymi bogami 
pomnażają swe boleści. 
Nie wylewam krwi w ofiarach dla nich, 
imion ich nie wymawiam swoimi wargami. 
Pan częścią dziedzictwa i kielicha mego. 
To właśnie Ty mój los zabezpieczasz”. 

 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

10 z 18 

21.   CIERNISTY    KRZAK 

 

Wyrósł  na  stokach  góry  i  upajał  się  powietrzem,  i  słońcem.  Po  pierwszym  okresie,  gdy był  zielonym, 

miękkim  pędem,  jego  gałązki  powykręcane  i  niezgrabne  pokryły  się  brzydkimi  i  kłującymi  cierniami.  Ptaki  
i owce zaczęły go nienawidzić, gdyż przy jakimś przypadkowym dotknięciu wyrywał kłębki wełny. Nawet kozy, 
które nie są wybredne i skubały nawet kamienie, unikały go. 

Inne  krzaki  i  krzewy  szczyciły  się  kwiatami  i  listkami,  a  niektóre  –  nawet  owocami.  Biedny  ciernisty 

krzak produkował jedynie ciernie. 

Wieczorny wiatr przynosił mu pogardę i drwiny innych roślin. 
Jednak gdy Bóg zapragnął rozmawiać z Mojżeszem, wybrał skromny krzak ciernisty na stoku góry. 
Krzak  stał  się  wtedy  tronem  Boga,  jaśniał  dużo  mocniej  niż  słońce  –  blaskiem  płonącym  i  ogniem,  

tak  jakby  każdy  z  jego  cierni  zmienił  się  w  drogocenny  kamień  mieniący  się  tysiącem  błysków  najczystszego 
światła. 
 

* * * 

 

Uczniowie  czekali,  aby  wejść  na  wystawę  największych  wynalazków  świata.  Nauczycielka 

starała się przygotować dzieci na to, co zobaczą. 

„Kto potrafi wymienić jakiś wielki wynalazek, którego nie było jeszcze przed 20 laty?” 
„Ja  nim  jestem,  proszę  pani”
  –  stwierdził  z  przekonaniem  chłopiec,  wskazując  palcem  

na siebie. 
 
O, Panie, przekonaj mnie, 
że ja potrzebuję Ciebie tak samo, 
jak Ty potrzebujesz mnie. 
Gdybym nie miał Ciebie, 
kogo miałbym prosić? 
Gdybyś Ty nie miał mnie, 
kto by prosił Ciebie? 

 

22.   PIORUN 

 

W  czasie  niedzielnej  Mszy  św.  nagle  rozpętała  się  gwałtowna  burza.  Piorun  uderzył  w  dzwonnicę  

i wstrząsnął murami kościoła, w którym było pełno ludzi. 

Celebrans  widocznie  przerażony,  zwrócił  się  do  wiernych:  „Przerwijmy  na  chwilę  Mszę  św.  

i pomódlmy się...” 
 

* * * 

 

Przyzwyczajenie  pokrywa  kurzem,  skorupą,  potrafi  przyćmić  nawet  sprawy  najpiękniejsze  

i największe. W rezultacie więc sprawy te dzieją się jakby „na niby”. 

 

23.   RZEKA   I   PUSTYNIA 

 

Rzeka  w  czasie  swego  spokojnego  biegu  ku  morzu  dotarła  na  pustynię  i  zatrzymała  się.  Miała  teraz 

przed  sobą  jedynie  skały,  usiane  załomami  i  ukrytymi  jaskiniami  oraz  wydmy  piaskowe,  które  ginęły  gdzieś  
na horyzoncie. 

„Oto  mój  kres.  Nie  potrafię  przepłynąć  przez  tę  pustynię.  Piasek  wchłonie  moją  wodę  

i ja zginę. Nigdy nie dopłynę do morza. Nic mi się nie udało”. – narzekała. 

Z wolna jej wody zaczęły mętnieć. Rzeka stawała się bagnem i zamierała. 
Wiatr posłyszał jednak jej lamenty i postanowił uratować jej życie. 
„Pozwól  ogrzać  cię  słońcem,  wzbijesz  się  do  nieba  pod  postacią  pary  wodnej.  O  reszcie  

ja pomyślę” – powiedział. 

Rzeka  jeszcze  bardziej  się  zlękła.  „Jestem  stworzona  po  to,  by  płynąć  pomiędzy  dwoma 

brzegami, spokojnie, majestatycznie. Nie zostałam przeznaczona do przebywania w powietrzu”. 

Wiatr odpowiedział: „Nie bój się, gdy dotrzesz do nieba pod postacią pary wodnej, staniesz się 

chmurą.  Ja  przeprowadzę  cię  poza  pustynię,  będzie  mogła  spaść  na  ziemię  pod  postacią  deszczu  
i ponownie staniesz się rzeką, a potem dotrzesz do morza”. 

Rzeka była jednak zbyt przerażona i została wchłonięta przez pustynię. 

 

* * * 

 

Wiele istot ludzkich zapomniało, że istnieje tylko jeden sposób, by przezwyciężyć nieoczekiwane 

pustynie uczuć i okrutne posuchy, które zatarasowują spokojny bieg egzystencji. 

Jest  to  życie  duchowe.  Trzeba  pozwolić  przemienić  się  przez  Słońce,  którym  jest  Bóg  

i  przenieść  przez  Wiatr  Ducha.  Jest  to  wszakże  ryzyko,  na  które  niewielu  się  zdobywa.  Albowiem  
jak  mówi  Jezus:  „Wiatr  wieje  tam,  gdzie  chce:  i  szum  jego  słyszysz,  lecz  nie  wiesz,  
skąd przychodzi i dokąd podąża”.
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

11 z 18 

24.   RACHUNEK 

 

Któregoś  wieczoru,  gdy  mamusia  przygotowywała  kolację,  jedenastoletni  syn  stanął  w  kuchni, 

trzymając w ręku kartkę. 

Z  oficjalną  miną,  dziecko  podało  kartkę  matce,  która  wytarła  sobie  ręce  w  fartuch  i  przeczytała,  

co było napisane: 
 
„Za wyrwanie chwastów na ścieżce: 50 lirów. 
 Za uporządkowanie mojego pokoju: 10.000 lirów. 
 Za kupienie mleka: 1.000 lirów. 
 Za pilnowanie siostrzyczki (3 popołudnia): 15.000 lirów. 
 Za otrzymanie dwukrotnie najlepszego stopnia: 10.000 lirów. 
 Za wyrzucanie śmieci co wieczór: 7.000 lirów. 
 Razem: 48.000 lirów”. 
 

Mama  spojrzała  czule  w  oczy  syna.  Jego  umysł  był  pełen  wspomnień.  Wzięła  długopis  

i na drugiej stronie kartki napisała: 
 
„Za noszenie ciebie w łonie przez 9 miesięcy: 0 lirów. 
 Za te wszystkie noce spędzone przy twoim łóżku, gdy byłeś chory: 0 lirów. 
 Za te wszystkie chwile pocieszania ciebie, gdy byłeś smutny: 0 lirów. 
 Za wszystkie osuszone twoje łzy: 0 lirów. 
 Za to wszystko, czego ciebie nauczyłam dzień po dniu: 0 lirów. 
 Za wszystkie śniadania, obiady, kolacje, podwieczorki i śniadania do szkoły: 0 lirów. 
 Za życie, które ci daję każdego dnia: 0 lirów. 
 Razem: 0 lirów”. 
 

Gdy  skończyła,  uśmiechając  się  matka  podała  kartkę  synowi.  Ten  przeczytał  to,  co  napisała  i  otarł 

sobie dwie duże łzy, które pojawiły się w jego oczach. 

Odwrócił kartkę i na swoim rachunku napisał: „ZAPŁACONO”. Potem chwycił mamę za szyję i obsypał 

ją pocałunkami. 
 

* * * 

 

Gdy  w  osobistych  i  rodzinnych  stosunkach  zaczynają  pojawiać  się  rachunki,  wszystko  się 

kończy. Miłość jest bezinteresowna albo nie istnieje. 

Któregoś upalnego dnia przygotowałam rożki z lodami i powiedziałam do czworga moich dzieci, 

że mogą je kupić za jednego buziaka. Zaraz dzieci ustawiły się w kolejce, aby dokonać zakupu”. Trzej 
młodsi  uścisnęli  mnie  szybciutko,  wzięli  rożki  i  wybiegli  na  dwór.  Gdy  zaś  przyszła  kolej  na  mojego 
najstarszego syna, otrzymałam dwa buziaki. „Zatrzymaj resztę” – powiedział z uśmiechem. 

 

25.   PRZYKŁAD 

 

Pustelnik obserwował raz w lesie krogulca. Krogulec niósł do swego gniazda kawałek mięsa: poszarpał 

to mięso na wiele maleńkich kawałków i zaczął karmić nimi również małą wronę. 

Zdziwił  się,  że  krogulec  karmi  małą  wronę  i  pomyślał:  „Bóg  dał  mi  znak.  Nawet  mała  zraniona 

wrona  nie  została  opuszczona  przez  Niego.  Bóg  nauczył  dzikiego  krogulca  dokarmiać  stworzonko, 
należące  do  innego  gatunku,  osierocone  w  świecie.  Widocznie  Bóg  daje  to,  co  potrzebne  jest 
wszystkim stworzeniom. My tymczasem martwimy się tylko o nas samych. Muszę przestać martwić 
się o siebie! Bóg pokazał mi, co mam czynić. Nie będę już starał się o pożywienie! Bóg nie opuszcza 
żadnego ze swych stworzeń, nie opuści i mnie!” 

Tak  też  uczynił:  usiadł  w  lesie  i  nie  ruszył  się  stamtąd,  tylko  modlił  się.  Przez  trzy  dni  i  trzy  noce 

pozostał tam, nie pijąc wody i nie jedząc nic. Po trzech dniach pustelnik był tak osłabiony, że nie mógł podnieść 
ręki. 

Z  wielkiej  słabości  zasnął.  Oto  we  śnie  ukazał  mu  się  anioł.  Anioł  spojrzał  na  niego  nachmurzony  

i powiedział: „Znak był oczywiście dla ciebie, ale po to, byś nauczył się naśladować krogulca!” 
 

* * * 

 
 

Wtedy Jezus zapytał: 
„Który z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce 

zbójców?” 

On odpowiedział: 
„Ten, który okazał mu miłosierdzie”. 
„Idź i ty czyń podobnie!”
 (Łk 10,36-37) 
Zbyt  łatwo  stajemy  po  stronie  tych,  którzy  muszą  coś  dostać.  Według  Jezusa  –  my  musimy 

dawać. 

 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

12 z 18 

26.   RYSUNEK 

 

Dziecko coś rysowało i nauczyciel powiedział: 
„To interesujący rysunek. Co on przedstawia?” 
„Jest to portret Boga”. 
„Przecież nikt nie wie, jaki jest Bóg”. 
„Kiedy skończę rysunek, będą już wiedzieć wszyscy”. 

 

* * * 

 

Krótko  po  narodzinach  braciszka,  mała  Sachi  zaczęła  prosić  rodziców,  by  zostawili  ją  samą  

z  noworodkiem.  Zaniepokoili  się,  gdyż  jak  prawie  wszystkie  dzieci  czteroletnie,  mogła  być  zazdrosna  
i  mogła  uderzyć  go,  czy  potrącić.  Dlatego  powiedzieli  „nie”.  Sachi  jednak  nie  wykazywała  oznak 
zazdrości.  Była  dla  dziecka  serdeczna,  a  jej  prośby  o  pozostawienie  samej  z  nim  stawały  się  
coraz bardziej naglące. W końcu rodzice zgodzili się. 

Uradowana Sachi poszła do pokoju dziecka, przymknęła drzwi, ale przez pozostawioną szparę, 

zaciekawieni  rodzice  mogli  zobaczyć  i  usłyszeć,  co  się  tam  dzieje.  Zobaczyli  małą  Sachi,  jak  spokojnie 
doszła do braciszka, położyła się obok niego tak, że jej buzia znalazła się obok jego buzi i powiedziała: 
„Dziecko, powiedz mi, jaki jest Bóg. Zaczynam Go zapominać”. 

(Dan Millman) 

 

Dzieci  wiedzą,  jaki  jest  Bóg,  ale  przychodzą  na  świat,  który  czyni  wszystko,  by  zapomniały  

o Nim jak najprędzej. 

 

27.   ROZGWIAZDY 

 

Straszliwa  burza  rozszalała  się  na  morzu.  Ostre  podmuchy  lodowatego  wiatru  przeszywały  wodę  

i  unosiły  wodę  w  olbrzymich  falach,  które  spadały  na  plażę,  niczym  uderzenia  młota  mechanicznego.  
Jak stalowe lemiesze orały dno morskie, wyrzucając z niego na dziesiątki metrów od brzegu małe zwierzątka, 
skorupiaki, małe mięczaki. 

Gdy burza minęła, tak gwałtownie jak przyszła, woda uspokoiła się i cofnęła. Teraz plaża była pokryta 

błotem,  w  którym  zwijały  się  w  agonii  tysiące,  tysiące  rozgwiazd.  Było  ich  tyle,  że  plaża  wydawała  się  być 
zabarwiona na różowo. 

Zjawisko  to  przyciągnęło  wielu  ludzi  ze  wszystkich  stron  wybrzeża.  Przyjechały  nawet  ekipy 

telewizyjne, aby sfilmować to dziwne zjawisko. rozgwiazdy były prawie nieruchome. Umierały. 

Wśród tłumu stało również dziecko, trzymane za rękę przez ojca. Oczyma zasmuconymi wpatrywało się 

w małe rozgwiazdy. Wszyscy na nie patrzyli, ale nic nie robili. 

Nagle  dziecko  puściło  rękę  ojca,  zdjęło  buciki  i  skarpetki,  i  pobiegło  na  plażę.  Pochyliło  się  i  małymi 

rączkami wzięło trzy rozgwiazdy, i biegnąc szybko zaniosło je do wody, potem wróciło i zaczęło robić to samo. 

Zza cementowej balustrady jakiś mężczyzna zawołał: 
„Co robisz, chłopczyku?” 
„Wrzucam  do  morza  rozgwiazdy.  W  przeciwnym  razie  wszystkie  zginą  na  plaży”  

– odpowiedziało dziecko. 

„Tu znajdują się tysiące rozgwiazd, nie możesz uratować ich wszystkich. Jest ich  

zbyt  wiele!”  –  zawołał  mężczyzna.  „Tak  dzieje  się  na  tysiącach  innych  plaży  wzdłuż  brzegu!  
Nie możesz zmienić tego faktu!” 

Dziecko pochyliło się, by wziąć do ręki inną rozgwiazdę i rzucając je do wody, powiedziało: „A jednak 

zmieniłem ten dla tej oto rozgwiazdy”. 

Mężczyzna  przez  chwilę  milczał,  potem  pochylił  się,  zdjął  buty  i  skarpety,  i  zszedł  na  plażę.  Zaczął 

zbierać  rozgwiazdy  i  wrzucać  je  do  morza.  Po  chwili  zrobiły  to  samo  dwie  dziewczyny.  Było  ich  już  czworo, 
wrzucających rozgwiazdy do wody. Po paru minutach było ich 50, potem 100, 200, tysiąc osób, które wrzucały 
rozgwiazdy do morza. 

W ten sposób uratowano je wszystkie. 

 

* * * 

 

Wystarczyłoby, aby dla przemiany świata ktoś, nawet mały, miał odwagę rozpocząć. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

13 z 18 

28.   KOLOROWE    KREDY 

 

Nikt  nie  pamiętał,  kiedy  ten  człowiek  przybył  do  miasta.  Wydawało  się,  ze  zawsze  tam  był  

–  na  chodniku  najbardziej  zatłoczonej  ulicy,  przy  której  było  pełno  sklepów,  restauracji,  eleganckich  kin;  
po której spacerowano co wieczór i gdzie spotykali się zakochani.  

Klęcząc na chodniku, kolorowymi kredami malował aniołki i cudowne pejzaże pełne słońca, szczęśliwe 

dzieci, rozwijające się kwiaty i sny o wolności. 

Z czasem mieszkańcy miasta przyzwyczaili się do tego mężczyzny. Niektórzy rzucali jakąś monetę na 

rysunek, czasami zatrzymywali się i rozmawiali z nim. 

Mówili  mu  o  swych  zmartwieniach,  o  nadziejach,  mówili  mu  o  swych  dzieciach,  o  tym  najmłodszym, 

które chciało jeszcze spać z rodzicami i o tym najstarszym, które nie wiedziało, jaki kierunek studiów wybrać, 
bo trudno jest rozszyfrować przyszłość... 

Człowiek  słuchał.  Słuchał  wiele,  mówił  mało.  Pewnego  dnia  mężczyzna  zaczął  zbierać  swoje  rzeczy,  

by odejść stamtąd. 

Wszyscy zgromadzili się wokół niego i patrzyli. Patrzyli i czekali. 
„Zostaw nam jakąś pamiątkę”. 
Człowiek pokazywał im swoje puste ręce. Cóż miał im zostawić? 
Ludzie jednak otoczyli go i czekali. 
Wówczas mężczyzna wyciągnął ze swego plecaka kolorowe kredy. Te, którymi malował anioły, kwiaty, 

sny i rozdzielił je pomiędzy ludzi. Kawałek kolorowej kredy dla każdego, potem bez słowa odszedł. 
Co zrobili ludzie z tymi kolorowymi kredami? Ktoś oprawił ją, ktoś inny zaniósł do muzeum sztuki nowoczesnej, 
ktoś umieścił ją w szufladzie, większość zapomniała o nich. 
 

* * * 

 

Przyszedł  Człowiek  i  pozostawił  również  tobie  możność  pokolorowania  świata.  Co  zrobiłeś  

z twymi kolorowymi kredami? 

 

29.   MYSZKA 

 

W  czasie  lodowatej,  zimowej  nocy  lama  buddyjski  znalazł  na  progu  swych  drzwi  zziębniętą,  

prawie  nieżywą  myszkę.  Podniósł  myszkę,  ogrzał,  pożywił,  a  potem  poprosił,  by  została  i  dotrzymała  mu 
towarzystwa. Od tego momentu życie myszki stało się przyjemne. Mimo tego jednak, zwierzątko nie wyglądało 
na szczęśliwe. Lama martwił się. „Co ci jest, mały przyjacielu?” – pytał. 

„Jesteś bardzo dobry dla mnie i wszystko w twoim domu jest dla mnie dobre, za wyjątkiem 

tego  kota...”.  Lama  uśmiechnął  się.  Nie  pomyślał  o  kocie,  zwierzęciu  zbyt  rozsądnym  i  zbyt  dobrze 
odżywianym, by chciało mu się polować na myszy. Potem powiedział: „Ten piękny kocur nie chce ci zrobić 
nic złego, mój przyjacielu! Nigdy nie wyrządziłby ci krzywdy! Nie musisz się go obawiać, zapewniam 
cię”. 

„Wierzę  ci,  ale  to  jest  silniejsze  ode  mnie”  –  popłakiwała  myszka.  „Tak  bardzo się  boję  kota! 

twoja moc jest wielka. Zamień mnie w kota. nie będę się już bała tej okropnej bestii”. 

Lama spokojnie pokiwał głową. Nie sądził, by był to dobry pomysł. Myszka jednak błagała go i w końcu 

zdecydował: „Niech się stanie tak, jak sobie życzysz, mały przyjacielu!” 

I  nagle  myszka  zmieniła  się  w  wielkiego  kota.  Minęła  noc,  narodził  się  dzień  i  piękny  kot  wyszedł  

z  pokoju  lamy.  Jednak  gdy  zobaczył  tylko  domowego  kota,  pobiegł  ukryć  się  do  pokoju  lamy  i  wślizgnął  się  
pod łóżko. 

„Co się dzieje, mały przyjacielu?” – spytała lama zdumiony. –„Chyba nie boisz się kota?” 
Kot-myszka  zawstydziła  się  bardzo.  I  błagała:  „Zamień  mnie,  proszę,  w  psa,  wielkiego  psa  

o ostrych kłach, który głośno szczeka...” 

Gdy  dzień dobiegł  końca  i  zapalono  lampy oliwne,  wielki  czarny pies wyszedł  z  pokoju  lamy.  Doszedł  

do  progu  domu  i  spotkał  kota  domowego,  który  wychodził  z  kuchni.  Kot  prawie  że  zemdlał  na  widok  psa.  
Pies zaś zląkł się jeszcze bardziej. Skomląc rozpaczliwie pobiegł schronić się w pokoju lamy. Mężczyzna spojrzał 
na biednego, drżącego psa i powiedział: „Co się dzieje? Spotkałeś innego psa?” 

Pies-myszka  zawstydził  się  okropnie  i  poprosił:  „Zmień  mnie  w tygrysa,  proszę  cię,  w  wielkiego 

tygrysa!” 

Lama  zadowolił  go  i  następnego  dnia  ogromny  tygrys  o  dzikich  oczach  wyszedł  z  pokoju  lamy.  

Tygrys  chodził  po  całym  domu,  strasząc  wszystkich,  potem  wyszedł  do  ogrodu.  Tam  spotkał  kota, 
wychodzącego z kuchni. Gdy ten zobaczył tygrysa, skoczył wystraszony i wdrapał się na drzewo, i zamknąwszy 
oczy mówił: „Jestem nieżywym kotem!” 

Tygrys  zobaczywszy  kota,  zawył  okropnie  i  uciekał  jeszcze  szybciej  niż  kot  do  domu,  by  schronić  się  

w kącie pokoju lamy. 

„Co za straszliwe zwierzę zobaczyłeś?” – spytał lama. 
„Ja... boję się... kota!” – wyszeptał tygrys, trzęsąc się jeszcze. 
Lama  wybuchnął  śmiechem.  „Teraz  rozumiesz,  mały  przyjacielu,  że  powierzchowność  jest 

niczym.  Na  zewnątrz  masz  wygląd  strasznego  tygrysa,  ale  boisz  się  kota,  gdyż  twoje  serce 
pozostało sercem myszki”. 
 

* * * 

 

Wszelkie zmiany trzeba zawsze zaczynać od przemiany serca. 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

14 z 18 

30.   CZERWONY   PARASOL 

 

On był chłopakiem pracowitym i poważnym, ona dziewczyną ładną i rozsądną. Zakochali się przed jego 

wyjazdem  do  wojska,  chłopak  chciał  dać  dziewczynie  prezent.  Podarek,  który  by  przypominał  jego  miłość. 
Musiał jednak liczyć się z pieniędzmi, mocno uszczuplonymi przez zakup skryptów uniwersyteckich. 

Chodził po sklepach i wielkich magazynach. Po wielu wahaniach zdecydował się. Kupił ogromny parasol 

w ładnym kolorze czerwonym. 

Pod  tym  wielkim,  czerwonym  parasolem  młodzi  pożegnali  się,  przyrzekając  sobie  miłość  na  wieki  

i postanowili zawrzeć małżeństwo. W nowym domu parasol znalazł się w schowku. 

Mijały  lata.  Urodziły  się  dzieci,  nadeszły  troski,  napięcia,  pojawiła  się  nuda  i  zbyt  długie  okresy 

milczenia. 

Pewnego wieczoru, on i ona siedząc na kanapie przed telewizorem ziewali. Nagle ona wstała, pobiegła 

do komórki  i  po chwili  wróciła  z  czerwonym parasolem. Otwarła  go  i  chmurka kurzu  ukazała  się  w  powietrzu. 
Potem  kobieta  usiadła  na  kanapie  z  otwartym  parasolem.  Po  dłuższej  chwili,  on  przytulił  się  do  niej  
i czule się objęli. 

Odnaleźli wszystkie sny, przysypane kurzem codzienności. 

 

* * * 

 

Pewien mężczyzna i pewna kobieta, po długim narzeczeństwie, pobrali się. Mieli czworo dzieci. 

Dzieci dorosły, i tez założyły rodziny. W wieczór ślubu ostatniej córki znaleźli się w domu. Sami. Stali się 
znów parą. 

Usiedli naprzeciwko siebie 
On patrzał długo na żonę. 
Potem powiedział: „Kim ty do licha jesteś?” 

 
Nie zapominajcie o czerwonym parasolu. 

 

31.   CZŁOWIEK   W   STUDNI 

 

Pewien człowiek w studni, z której nie mógł się wydostać. 
Jakaś osoba o dobrym sercu, która przechodziła tamtędy, powiedziała: „Bardzo mi przykro z twego 

powodu. Uczestniczę w twym nieszczęściu”. 

Pewien polityk, zaangażowany w sprawy społeczne, przechodząc obok studni, powiedział: 
„To logiczne, prędzej czy później ktoś musiał tam wpaść”. 
Człowiek pobożny powiedział: „Jedynie źli ludzie wpadają do studni”. 
Uczony zastanawiał się, w jaki sposób człowiek znalazł się w studni. 
Polityk opozycyjny postanowił złożyć oświadczenie przeciwko rządowi. 
Dziennikarz przyrzekł napisać artykuł polemiczny w gazecie w następną niedzielę. 
Człowiek praktyczny spytał się, czy obowiązują wysokie podatki za studnie. 
Smutna osoba stwierdziła: „Moja studnia jest gorsza”. 
Humorysta zaśmiał się: „Wypij kawę, to cię podniesie na duchu!” 
Optymista powiedział: „Mógłbyś czuć się gorzej”. 
Pesymista dorzucił: „Osuniesz się jeszcze niżej”. 
Jezus, widząc człowieka, podał mu rękę i wyciągnął go ze studni. 

 

* * * 

 

NAJWIĘKSZE POTRZEBY ŚWIATA: 

 
Trochę więcej uprzejmości, mniej chciwości. 
Trochę więcej dawania, mniej żądania. 
Trochę więcej uśmiechu, mniej grymasów. 
Trochę mniej kopania w leżącego na ziemi. 
Trochę więcej „my”, trochę mniej „ja”. 
Trochę więcej śmiechu, trochę mniej płaczu. 
Trochę więcej kwiatów na drodze życia, trochę mniej na grobach. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

15 z 18 

32.   TWIERDZE   NIE   Z   KAMIENI 

 

Żył  kiedyś  możny  władca.  Wiedział,  że  ilość  dni,  które  mu  pozostały,  zmniejsza  się  nieuchronnie.  

Co  stanie  się  z  jego  pięknym  królestwem,  gdy  będzie  zmuszony  je  pozostawić?  Otoczone  było  bowiem  
ze  wszystkich  stron  wrogami.  Jak  poradzi  sobie  z  nim  młody  książę,  ten  syn  zbyt  młody  i  niedoświadczony, 
który urodził się, gdy władca był już w podeszłym wieku? Gdzie będzie mógł się schronić? Kto będzie go bronił? 

Myśli  te  dręczyły  starego  króla  tak  bardzo,  że  pewnego  dnia  powiedział  do  syna:  „Synu  mój,  

ja  nie  będę  już  rządził  długo  i  nie  wiem,  co  się  stanie  po  mojej  śmierci.  Jest  wielu  nieprzyjaciół 
wokół  tronu.  Boję  się  bardzo  o  królestwo,  które  stworzyłem,  jak  również  o  ciebie.  Umarłbym 
spokojniejszy,  gdybym  wiedział,  że  masz  pewne  schronienie  w  wypadku  niebezpieczeństwa. 
Dlatego  radzę  ci,  byś  objechał  królestwo  i  zbudował  twierdze  we  wszystkich  zakątkach,  
na wszystkich granicach kraju”. 

Posłuszny  młodzieniec  natychmiast  wyruszył  w  drogę.  Objechał  cały  kraj,  góry  i  doliny,  i  tam,  

gdzie znajdował odpowiednie miejsce, kazał budować solidne i ogromne twierdze. 

Twierdze  powstawały  w  głębi  lasów,  w  ukrytych  dolinach,  na  szczytach  pagórków,  na  pustyniach,  

na  brzegu  rzek  i  na  stokach  gór.  Kosztowały  mnóstwo  pieniędzy,  ale  książę  nie  zwracał  uwagi  na  wydatki.  
W grę wchodziło jego życie i jego tron.  

Po pewnym czasie młody książę do pałacu króla, swego ojca. Zmęczony, wychudzony, ale zadowolony, 

po doprowadzeniu do końca zadania, stanął przed ojcem. 

„A więc synu, jak ci poszło? Czy zrobiłeś to, co ci poleciłem?” – spytał król. 
„Tak,  ojcze”  –  odpowiedział  książę.  –„W  całym  kraju  wznoszą  się  twierdze  nie  do  zdobycia:  

na pustyni, w górach, w głębi lasów”. 

Stary król, najpotężniejszy, jakiego znała historia, zamiast pogratulować synowi i pochwalić wszystkie 

wysiłki, kiwał głową, jakby ktoś sprawił mu wielką przykrość. 

„Nie to miałem na myśli, mój synu. Musisz powrócić i zacząć od nowa”. – powiedział.  

–„Twierdze,  które  zbudowałeś,  nie  obronią  cię  w  przypadku  niebezpieczeństwa:  będziesz  sam  
i nie zdołasz uciec przed zasadzkami i pułapkami twoich nieprzyjaciół za pomocą murów i kamieni. 
Musisz  zbudować  sobie  schronienie  w  sercach  osób  szlachetnych  i  dobrych.  Musisz  ich  poszukać  
i  zdobyć  sobie  ich  przyjaźń.  Jedynie  wówczas  będziesz  wiedział,  gdzie  możesz  znaleźć  azyl  
w  chwilach  niebezpieczeństwa.  Tam,  gdzie  człowiek  ma  przyjaciela,  tam  znajdzie  dach,  
pod którym będzie mógł się schronić”. 

Książę  znów  wyruszył  w  drogę.  Tym  razem  udał  się  nie  na  pustynie,  urwiska  i  dzikie  puszcze,  

ale udał się do ludzi, aby pośród nich zbudować sobie schronienie, o jakim myślał jego ojciec, stary król pełen 
mądrości. Wymagało to o wiele więcej wysiłków i trudów. Książę jednak nigdy ich nie pożałował. 

Gdy bowiem  po pewnym  czasie  stary władca  zmarł  i  opuścił  ten  świat,  książę  nie  musiał  się  obawiać 

żadnego wroga. 
 

* * * 

 

Pewnego  dnia  młoda  kobieta  otrzymała  12  róż  z  bilecikiem,  na  którym  napisano:  

„Od osoby, która cię kocha”. 

Nie było jednak podpisu. 
Kobieta  nie  była  zamężna,  jej  myśl  pobiegła  do  mężczyzn  jej  życia:  do  dawnych  sympatii,  

do nowych znajomych. Może to matka i ojciec? Jakiś kolega z pracy? Zrobiła w myśli listę ewentualnych 
osób. Wreszcie zatelefonowała do swej przyjaciółki, by ta pomogła rozwiązać zagadkę. 

Jedno zdanie przyjaciółki nagle podsunęło jej myśl. 
„Powiedz, to ty przysłałaś mi te kwiaty?’ 
„Tak”. 
„Dlaczego?” 
„Gdyż  ostatnio  rozmawiałyśmy,  byłaś  w  czarnym  humorze.  Chciałam,  byś  spędziła 

jeden dzień, myśląc o osobach, które cię kochają”. 

A ty – ile twierdz zbudowałeś dzisiaj? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

16 z 18 

33.   ILE   NAS   DZIELI 

 

Pewien mędrzec wsiadł na okręt, aby dostać się na drugi brzeg morza. W połowie drogi rozszalała się 

burza z taką siłą, że wysokie fale rzucały okrętem jakby był suchą gałązką. Wszyscy strasznie się bali, niektórzy 
modlili  się,  inni  tarzali  się  krzycząc,  jeszcze  inni  wyrzucali  cały  swój  dobytek  do  morza.  Jedynie  mędrzec  był 
niewzruszony. 

Gdy  burza  ucichła,  powoli  kolory  powracały  na  policzki  płynących  i  niektórzy  z  nich  zwrócili  się  do 

mędrca z pytaniem: 

„Jak to się dzieje, że ty nigdy się nie boisz? Czy nie widziałeś, że pomiędzy nami a śmiercią 

była tylko jedna drewniana deska?” 

„Oczywiście, ale w ciągu życia przekonałem się, że często jest jeszcze mniej”. 

 

* * * 

 

Ile dzieli nas od śmierci? Czy naprawdę tak nikła jest granica pomiędzy życiem i śmiercią? 
W  ostatnich  latach  życia,  ks.  Bosko  z  trudem  chodził.  Często  ci,  którzy  widzieli  go 

przechodzącego przez dziedziniec pytali: „Dokąd ks. Bosko idzie?” 

Odpowiedź zawsze była taka sama: „Do nieba”. 
Wszyscy  moglibyśmy  tak  powiedzieć  przy  każdym  kroku  naszego  życia:  „Idę  do  Ciebie, 

Panie”. 

 

34.   ÓSMY   DZIEŃ 

 

Następnego dnia Pan znów popatrzył na to, co stworzył. Trzeba było dokonać pewnych poprawek. 
Na brzegu rzeki znajdowały się ładne kamienie: szare, zielone, nakrapiane. Pod ziemią kamienie były 

zgniecione  i  udręczone.  Bóg  musnął  te  głębinowe  kamienie  i  oto  powstały  diamenty,  szmaragdy  i  miliony 
błyszczących klejnotów, tam w głębinach. 

Pan spojrzał na kwiaty, jeden piękniejszy od drugiego. Brakuje im jednak czegoś, pomyślał i musnął je 

lekkim powiewem – i oto kwiaty ubrały się w zapach. 

Szary i smutny ptaszek usiadł Mu na dłoni. Bóg mu coś zagwizdał i słowik zaczął wyśpiewywać trele. 
Szepnął coś niebu, a ono zaczerwieniło się z radości. narodził się w ten sposób zachód słońca. 
Co wyszeptał Pan do ucha człowiekowi, by ten stał się prawdziwym człowiekiem? Tego odległego dnia 

w ten odległy poranek, wyszeptał dwa małe słowa: „Kocham ciebie”. 
 

* * * 

 

W  starodawnych  rękopisach  znajduje  się  historia  dziewczyny,  która  należała  do  grupy  kobiet, 

towarzyszących Jezusowi na Kalwarię. Była to dziewczyna nieśmiała, milcząca, skromna. 

Na  wieść  o  Zmartwychwstaniu,  niepotrzebne  jej  były  wizje  czy  potwierdzenia.  Uwierzyła 

natychmiast.  Pod  wpływem  odwagi,  nie  okazywanej  dotąd,  zaczęła  pielgrzymować  i  głosić  słowa 
Jezusa. nie lękała się już. Głosiła posłanie w miastach i wsiach. 

Pewnego  dnia  podszedł  do  niej  mężczyzna,  którego  głęboko  poruszyło  jej  świadectwo.  

Zapytał ją: „Powiedz mi, w czym tkwi tajemnica twojej odwagi?” 

„W pokorze. Tak nauczył mnie Nauczyciel”. 
Mężczyzna stał przez chwilę milczący , potem znów spytał: „Do czego służy pokora?” 
„Do tego, bym mogła powiedzieć jako pierwsza: » Kocham cię « ”

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

17 z 18 

35.   STARE   SKRZYPCE 

 

Na licytacji licytator uniósł w górę skrzypce. Były porysowane i zniszczone. Struny wisiały rozluźnione  

i licytator sądził, że nie warto tracić czasu na stare skrzypce, ale jednak uniósł je do góry z uśmiechem. 

„Co państwo mi proponujecie? Zacznijmy od... stu tysięcy lirów”. 
„Sto pięć!” 
– odezwał się jakiś głos. Potem sto dziesięć. 
„Sto piętnaście!” – powiedział inny. Potem sto dwadzieścia. 
„Sto  dwadzieścia  tysięcy  po  raz  pierwszy,  sto  dwadzieścia  tysięcy  po  raz  drugi,  

sto dwadzieścia tysięcy...” 

Z  końca  sali  mężczyzna  o  siwych  włosach  podniósł  się  i  podszedł  bliżej.  Wziął  smyczek.  Chusteczką 

oczyścił stare skrzypce, naciągnął rozluźnione struny, ujął je energicznie i zagrał melodię czystą i piękną niczym 
śpiew aniołów. 

Gdy  przestał  grać,  licytator  głosem  spokojnym  i  niskim  spytał:  „Ile  mi  ofiarujecie  za  te  stare 

skrzypce?” Uniósł je razem ze smyczkiem. 

„Milion,  a  kto  dwa  miliony?  Dwa  miliony!  A  kto  da  trzy  miliony?  Trzy  miliony  po  raz 

pierwszy, trzy miliony po raz drugi, trzy miliony po raz trzeci. Sprzedane!” – powiedział licytator. 

Ludzie zaczęli klaskać, ale niektórzy pytali: „Co zmieniło wartość skrzypiec?” 
Szybko dała się słyszeć odpowiedź: „Dotknięcie mistrza”. 

 

* * * 

 
 

Jesteśmy  starymi  instrumentami,  zakurzonymi,  pokiereszowanymi.  Potrafimy  wygrać 

wspaniałe melodie. Wystarcza dotyk Mistrza. 

 

„Oto tu jesteś, mój Boże. Szukasz mnie? Czego chcesz? Nie mam Ci nic do dania. 
Po naszym ostatnim spotkaniu, nic nie odłożyłam dla Ciebie. 
Nic... Ani jednego dobrego uczynku. Byłam zbyt zmęczona. 
Nic... Ani jednego dobrego słowa. Byłam zbyt smutna. 
Obrzydzenie życiem, nuda, bezużyteczność. 

-Ofiaruj! 

Zniecierpliwienie,  gdy  każdego  dnia  widzisz  dzień  kończący  się  bezużytecznie.  Pragnienie,  
by odpoczywać wolna od obowiązku i zobowiązań, obojętność na dobro, które należy uczynić, zmęczenie 
Tobą, mój Boże! 

-Ofiaruj. 

Ospałość  duszy,  wyrzuty  sumienia  za  moją  apatię  silniejszą  od  wyrzutu...  Potrzeba  bycia  szczęśliwą; 
czułość, która wyczerpuje; ból, że jestem taka, jaka jestem; niestety... 

-Ofiaruj! 

Niepokoje, lęki, wątpliwości. 
Panie, niczym szmaciarz wędrujesz, zbierając... odpadki i śmieci. Co chcesz z nich zrobić, Panie? 

-Królestwo Niebieskie. 

 

36.   NIEPOTRZEBNE   DREWNO 

 

W odległym zakątku świata, w gęstym lesie, znajdowała się drabinka. Była to zwykła drabina, zrobiona 

z wysuszonego i zużytego drewna. 

Była otoczona świerkami, modrzewiami i brzozami. Wspaniałymi drzewami. Pośród nich wydawała się 

naprawdę nędzna. 

Drwale,  którzy  pracowali  w  lesie,  pewnego  dnia  dotarli  tam.  Spojrzeli  na  drabinę  z  politowaniem.  

„Co za tandeta?!” – zawołał jeden. 

„Nie nadaje się nawet na opał”. – powiedział drugi. 
Jeden  z  nich  chwycił  za  siekierę  i  rozwalił  drabinę  dwoma  uderzeniami.  Rozpadła  się  w  jednej  chwili. 

Była rzeczywiście do niczego. Drwale oddalili się, śmiejąc się szyderczo. 

Była to jednak drabina, po której co wieczór wspinał się ludzik, zapalający gwiazdy. 
Od tej nocy, niebo nad lasem pozbawione było gwiazd. 

 

* * * 

 

Również  w  tobie  istnieje  drabina.  W  porównaniu  z  tyloma  rzeczami,  które  są  ci  ofiarowywane 

codziennie, jest niczym. Jest to jednak drabina, która służy do zapalania gwiazd na twoim niebie. 

Oto jej nazwa: modlitwa. 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Prescribed by Petrus-paulus 

Bruno Ferrero – Czasami wystarcza promyk słońca 

18 z 18 

37.   NA   WZÓR   MARYI 

 

Pewnej  nocy  miałem  cudowny  sen.  Zobaczyłem  długą  drogę,  która  z  ziemi  pięła  się  ku  górze,  

by  zginąć  pośród  chmur,  kierując  się  ku  niebu.  Nie  była  to  jednak  droga  wygodna.  Co  więcej,  pełna  była 
przeszkód, usiana zardzewiałymi gwoźdźmi, ostrymi i tnącymi kamieniami, kawałkami szkła. 

Ludzie  wędrowali  tą  drogą  boso.  Gwoździe  wbijały  się  w  ciało,  wielu  miało  zakrwawione  stopy.  Mimo 

tego nie rezygnowali, chcieli dojść do nieba. Każdy krok wywoływał cierpienie. Wędrówka była powolna i trudna. 

Potem  w  moim  śnie  ujrzałem  Jezusa,  który  szedł  naprzód.  On  również  szedł  boso.  Szedł  wolno,  

ale  zdecydowanie.  Ani  razu  nie  zranił  sobie  stopy.  Jezus  szedł  i  szedł.  Wreszcie  dotarł  do  nieba  i  tam  usiadł  
na wielkim, złocistym tronie. Spoglądał w dół, obserwując tych, którzy usiłowali wejść. Spojrzeniem i gestami 
zachęcał ich. Zaraz po Nim szła również Maryja, Jego Matka. 

Maryja  szła  szybciej  niż  Jezus.  Wiecie  dlaczego?  Stawiała  swe  stopy  na  śladach  pozostawionych  

przez Jezusa. Szybko dotarła więc do Syna, który posadził Ją na wielkim fotelu, po swej prawej stronie. 

Maryja  również  zaczęła  dodawać  otuchy  tym,  którzy  wspinali  się  i  zachęcała  ich,  by  szli  po  śladach, 

zostawionych przez Jezusa, tak jak sama to zrobiła. Ludzie rozsądni tak właśnie postępowali i szybko posuwali 
się  ku  niebu.  Inni  skarżyli  się  na  rany,  często  zatrzymywali  się,  czasami  rezygnowali  zupełnie  i  upadali  
na brzegu drogi, zwyciężeni przez smutek. 
 

* * * 

 

Pewnego poranka profesor kardiolog zaprowadził studentów do prosektorium. 
Oglądali tam różne części ludzkiego ciała. 
Gdy  stanęli  przed  nienormalnie  dużym  sercem,  profesor  zapytał  studentów,  czy  wiedzą,  

do kogo należało i jaka choroba wywołała śmierć tej osoby. 

„Ja wiem” – powiedział odważnie jeden student. –„To było serce jakiejś matki”. 

 

KONIEC 

 

Przepisał: 

P.P.Z. (Petrus-paulus) 

 
 
 
 
 

Redakcja: ks. Roman Szpakowski SDB, Maria D. Śpiewakowska 

Z języka włoskiego przełożyła: Anna Gryczyńska 

Warszawa 1998, 

Wydawnictwo Salezjańskie 

Tytuł oryginału: „A voltre basta un raggio di sole” 

IMPRIMATUR: Za zgodą Kurii Diecezjalnej Warszawsko-Praskiej 

z dn. 04.01.1999 r., nr 27/K/99 

 

ISBN 83-7201-049-8 

 
 

Uwaga!!!  

Książka ta w formie e-booka może być rozpowszechniana  

tylko w celach indywidualnych!!!