background image

Zygmunt Zonik

SKARB KATÓW Z MAJDANKA

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1988

Okładkę projektował: Krzysztof Walczak

Redaktor: Elżbieta Skrzyńska

Redaktor techniczny: Anna Lasocka

Korektor: Grażyna Ćwietkow-Góralna

background image

Był 20 lipca 1941 roku. Od blisko miesiąca cały świat z zapartym tchem obserwował zmagania Armii 

Czerwonej z Wehrmachtem, prącym ku Moskwie. Ogromna większość ludzi przeczuwała, że Hitler i jego 
generałowie połamią sobie kły na Związku Radzieckim. Jedynie pewne koła politykierów, purpuratów i 
biznesmenów   stawiały  na   wzajemne   wykrwawienie   się   obu   potęg.   Na   morzach   i   oceanach   toczyła   się 
zaciekła   wojna   niemieckiej   Kriegsmarine   z   brytyjską   Royal   Navy.   Narastał   konflikt   między   Japonią   i 
Stanami Zjednoczonymi. Kraje podbite jęczały pod ciężkim butem okupanta, ale ich patriotyczne i bojowe 
elementy schodziły do podziemia i organizowały ruch oporu, wzmagający się w miarę nasilania policyjnego 
terroru.

Ogarniętym  manią  „wyższości  rasowej”  i  panowania  nad  światem  hitlerowcom  uderzyły  do  głowy 

pierwsze   sukcesy   operacji  „Barbarossa”.   Uwierzyli,  że   nikt   ich   nie   pokona,   i   przestali   się   liczyć   z 
jakimikolwiek   względami,   z   wymogami   prawa   międzynarodowego   i   humanitaryzmu.   Faszystowscy 
ideologowie   wypracowali   program   eksterminacji   narodu   żydowskiego   i   słowiańskich   z   jednoczesną 
kolonizacją wschodnich terenów Polski i dużych połaci ZSRR.

„Generalplan Ost”, który zakładał wysiedlenie 50 milionów Słowian: Polaków, Czechów i Ukraińców, 

na tereny radzieckiej Syberii, nie miał doczekać się realizacji. W przygotowaniu natomiast była zakrojona na 
szeroką skalę akcja wysiedlania Polaków z dystryktu lubelskiego i sprowadzenie na te tereny kolonistów 
niemieckich   *.   Gotowano   również   plan   „Endlösung   der   Judenfrage”   („ostateczne   rozwiązanie   kwestii 
żydowskiej”),   czyli   wyniszczenie   europejskich   Żydów.   Pierwsze   z   tych   zadań   opatrzono   kryptonimem 
„Programm Heinrich”, a drugie — „Aktion Reinhard”.

Władze hitlerowskie ze zrozumiałych względów trzymały w ścisłej tajemnicy plany zagłady Żydów. 

Nawet w tajnych dokumentach maskowano cel rozpoczętych w listopadzie 1938 roku od Kristallnacht ** 
prześladowań,  a po wybuchu  wojny,  w latach  1939—1941,  „przesiedleń”,  czyli  gromadzenia  Żydów w 
Niemczech i krajach podbitych w „rezerwatach” — gettach i obozach pracy, co w istocie było wstępem do 
późniejszych  akcji ludobójstwa. Akcje te postanowiono przeprowadzić  na terenach polskich, głównie w 
przeznaczonych do tego celu obozach koncentracyjnych i masowej zagłady. Istniał już od roku Oświęcim. 
Przyszła kolej na założenie Majdanka i innych.

REŻYSERZY ZBRODNI I GRABIEŻY

Dzień 20 lipca był nadzwyczaj upalny i zebrani w obszernym gabinecie dowódcy SS i policji dystryktu 

lubelskiego   Odilo   Globocnika,   brigadeführera   Waffen   SS   i   generała   policji,   szefowie   hitlerowskiej 
administracji niemal nie odrywali się od syfonów z wodą sodową. Ale nie tylko zapięte pod szyję mundury i 
wysoka temperatura sprawiały, że było im gorąco...

Gospodarz zerknął na złoty zegarek marki Schaffhausen, do niedawna własność pewnego zamożnego 

jubilera z Lublina, teraz mieszkańca getta w pobliskiej wsi Majdan Tatarski.

— Jedenasta zero zero. Znam punktualność reichsführera, godną esesmana najwyższej rangi, więc tylko 

patrzeć, moi panowie, jak nadjedzie z całą świtą — rzucił z głębokim przekonaniem.

Heinrich Himmler przyjechał rano z Kętrzyna, gdzie poprzedniego dnia uczestniczył w naradzie w 

długiej sali bunkra w „Wolfschanze”; obradom przewodniczył Adolf Hitler. W tej chwili bawił w Lublinie w 
komendanturze   Sicherheitsdienst   i   Sicherheitspolizei   w   wielkim   budynku  „Pod   Zegarem”   przy   ul. 
Uniwersyteckiej 3. Wizytował gestapo i więzienie śledcze na Zamku. Globocnik początkowo towarzyszył 
mu, ale odmeldował się, aby przygotować odprawę u siebie.

Jakoż dał się słyszeć wizg opon, następnie odgłos prezentowania broni, a tuż po nim szurgot kilkunastu 

par butów. Brigadeführer zerwał się z fotela, otworzył  drzwi i już witał przybyszów wkraczających do 
pokaźnego hallu jednej z reprezentacyjnych, acz niewielkich kamieniczek dzielnicy niemieckiej, z której 
wysiedlono ludność polską. Dostojny gość przybył w licznej asyście, ale do sali obrad wkroczyło w ślad za 
nim tylko trzech wysokich stopniem oficerów; doradcy i obstawa zatrzymali się w poczekalni.
— Heil Hitler! — przywitał się gość, zarazem najwyższy przełożony.

— Heil! — odkrzyknęli, wyrzucając prawe ręce do przodu.
Prezentacja była zbyteczna, wszyscy znali się z kontaktów służbowych. Wśród miejscowych notabli 

byli:   Ernst   Zörner,   gubernator   dystryktu,   podległy   bezpośrednio   dr.   Hansowi   Frankowi,   generalnemu 
gubernatorowi,   i   standartenführer   Helmuth   Müller,   nowy   komendant   służby   bezpieczeństwa   i   policji

* Aussiedlungs -und Ansiedlungsaktion.
** „Noc kryształowa” pierwszy pogrom Żydów, połączony z paleniem synagog.

background image

bezpieczeństwa dystryktu. Goście to: brigadeführer Heinz Kammler, szef urzędu C  — Budownictwo, w 
Głównym Urzędzie Gospodarczo-Administracyjnym SS (Wirtschafts -und Verwaltungshauptamt — WVHA) 
i standartenführer Karl Otto Koch, komendant Buchenwaldu, przewidziany na takie samo stanowisko w 
obozie, który miał dopiero powstać w Lublinie.

„Straszny Heinrich”, trzecia osoba w Rzeszy po Hitlerze i Hermannie Göringu, siadł na honorowym 

miejscu   pod  wielkim  portretem  przedstawiającym  jego   samego   i  po  wymianie   paru   zdań   przystąpił   do 
rzeczy. Zakomunikował o mianowaniu Globocnika swym pełnomocnikiem „do spełnienia wielkiej misji w 
służbie Wielkich Niemiec”, a to: umocnienia  niemczyzny na tutejszych terenach, przesiedlenia ludności 
żydowskiej z gett do obozów zagłady oraz wyrugowania Polaków z trzech powiatów — obszar ten określił 
wspólnym mianem Zamojszczyzny — i osadzenia tam osób pochodzenia niemieckiego. Poinformował, że 
postanowił   założyć   na   Zamojszczyźnie   eksperymentalną   sieć   specjalnych   placówek   SS   i   policji,   która 
posłuży za wzór kolonizowania pod egidą SS ziem wschodnioeuropejskich. Na wysiedleńców polskich — 
mężczyzn, kobiety i dzieci — miały czekać obozy koncentracyjne.

Przed trzema dniami byli obaj — Himmler i Globocnik — w Zamościu, gdzie dokonali wizji lokalnej. 

Marzeniem Himmlera było, aby ten stary gród polski nazwać jego imieniem. Himmlerstadt miał stać się 
„warownią” niemczyzny na wschodzie.

— Nominację towarzysza partyjnego Globocnika uzgodniłem z führerem  — oświadczył reichsführer. 

— Przejdźmy jednak, moi panowie, do zadań bliższych, najpilniejszych, takich na jutro, ba, na dziś. Założy 
się  tu,  koło  Lublina,  wielki  obóz  koncentracyjny  na  pięćdziesiąt  tysięcy  więźniów.  Będziemy  do  niego 
kierować zarówno więźniów, zwłaszcza Polaków, jak i jeńców wojennych. Tych słowiańskich i żydowskich 
podludzi zatrudni się w niemieckich zakładach zaopatrzeniowych. Powstaną filie tego obozu przy fabrykach 
sprzętu   zbrojeniowego.   W   pobliżu   Lublina   urządzi   się   pokaźnych   rozmiarów   gospodarstwa   rolno-
-hodowlane. Jutro wyjdą z Berlina  pocztą moje  generalne wytyczne w tej sprawie, a w krótkim czasie 
otrzymacie   szczegółowe   plany  od   brigadeführera   Kammlera.   Teraz   chciałbym   usłyszeć,   jakie   są   wasze 
sugestie   w   następujących   punktach:   rozbudowa   w   Lublinie   dzielnicy  SS   i   policji   i   budowa   nowej,   na 
sześćdziesiąt   tysięcy,   dla   naszych   ludzi,   środki   techniczne   do   przeprowadzenia   tego   przedsięwzięcia   i 
terminy zakończenia poszczególnych etapów budowy.

Dyskusja trwała bite dwie godziny. Himmler podziękował i rozeszli się wszyscy; pozostał jedynie on i 

gospodarz.

Reichsführer wiedział, co robi, powierzając Globocnikowi zorganizowanie obozu koncentracyjnego, w 

którym miała się znaleźć także wysiedlona ludność Zamojszczyzny. Brigadeführer jak mało kto umiał wyjść 
naprzeciw planom Himmlera jako komisarza Rzeszy do umocnienia niemieckości i podjąć ich realizację. Już 
w końcu 1939 roku z własnej  inicjatywy rozpoczął  przygotowania  do tworzenia  rezerwatów Żydów na 
Lubelszczyźnie. Założył sieć obozów pracy, a także wysunął projekt kolonizacji Wschodu z jednoczesnym 
wyrugowaniem   ludności   polskiej.   Aby  ułatwić   mu   realizację   tych   planów,   Himmler   przekazał   do   jego 
dyspozycji   50  kadrowych  funkcjonariuszy  policji.  Dzięki  temu Globocnik  mógł  utworzyć 500-osobowy 
batalion policyjny do zadań specjalnych.

Nic dziwnego, że Himmler — prawa ręka Hitlera, traktował Globocnika z niekłamaną sympatią i przez 

palce patrzył na ekstrawagancki styl życia tego utracjusza i birbanta. Zresztą dowódca SS i policji dystryktu 
lubelskiego   słabostki   te   równoważył   niepoślednimi   zdolnościami   organizacyjnysni   oraz   zapałem   w 
przygotowywaniu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, o czym coraz częściej mówiło się poufnie 
w najwyższych sferach władzy. Globocnik wiedział, w czym rzecz. Z problematyki  „Endlösung” mógłby 
robić   doktorat:   tkwił   w   niej   od   samego   początku,   wrzucał   przecież   bomby  do   sklepów   żydowskich   w 
Wiedniu. W kwietniu 1940 roku wiedział już, że do jego dystryktu zwiezie się Żydów z różnych krajów 
Europy  i   skieruje   do  obozów   na   eksterminację.   Na   naradzie,   która   miała   miejsce   u  niego   22  kwietnia 
tamtego roku, oświadczył, że w Lubelskiem liczba zarejestrowanych Żydów przekroczyła 50 tysięcy i że to 
dopiero początek akcji. No i przyjdą transporty deportowanych.

Teraz Himmler, popijając skąpymi łykami wino, pochwalił go za to, że tutaj, pod jego okiem, powstały 

jako pierwsze w Generalnym Gubernatorstwie obozy pracy dla Polaków i Żydów.

— Chciałbym jednak przestrzec pana, mój drogi — mówiąc to szef położył rękę na barku podwładnego. 

—   Otrzymuję   od   towarzysza   partyjnego   Krügera   *   sygnały   o   pańskich   samowolnych   posunięciach, 
zwłaszcza   co   do   liczby   Żydów   kierowanych   do   różnych   prac.   Podobno   uprawia   pan   własną   politykę 
zatrudnienia, nie zawsze zgodnie z wytycznymi.

— To Zörner donosi... — rzekł przez zaciśnięte zęby brigadeführer.

* Franz Wilhelm Krüger, wyższy dowódca SS i policji na całe GG (Höhere SS und Polizeiführer).

background image

— Niewykluczone. Ale choćby tak było, spełnia tylko swój obowiązek. Nie powinien pan intrygować 

przeciwko   niemu.   Musicie   ze   sobą   harmonijnie   współpracować,   tego   wymaga   dobro   Rzeszy.   Nie 
wkraczajcie nawzajem w swoje kompetencje, lecz uzgadniajcie posunięcia, na ile to możliwe. Jego już o to 
prosiłem, jak najbardziej jest za tym.

—   Jawohl,   Herr   Reichsführer.   Ale   proszę   nie   zapominać,   że   w   zakresie   ustalonym   dla   mnie   jako 

pańskiego pełnomocnika rozkazy otrzymuję wyłącznie od pana i od führera. A Zörner wyraźnie sugeruje, że 
nie chciałby tu mieć u siebie obozu koncentracyjnego. Wszak jest to sprzeczne z życzeniami pańskim i 
Adolfa Hitlera! Jak mam to rozumieć?

— Spokojnie, drogi Odilo, spokojnie — uśmiechnął się tajemniczo szef. — Oczywiście, ma pan rację, 

nikt nam nie przeszkodzi w realizacji naszych planów. I nie o to mi chodzi, ale o to, że pan często zapomina 
o formach dyplomatycznych. Proszę być twardym w swoim, w naszym — poprawił się — wspólnym dziele, 
ale nie rozmawiać z Zörnerem z pozycji siły, zwłaszcza że formalnie jest on pańskim zwierzchnikiem. Do 
czasu, obiecuję to panu... Dopóki co, trzeba być dyplomatą. Dyplomacja to wielka sprawa. Twardo trzymać 
się generaliów, ale ustępować w drobnostkach, ot co.

Aby złagodzić wrażenie, jakie wywołały jego uwagi, Himmler nawiązał do rozmowy, którą jego pupil 

odbył przed kilkoma dniami w Berlinie z Adolfem Eichmannem *. Omawiano wtedy metody i sposoby 
przeprowadzenia Ausrottung **.

— Nie muszę chyba przypominać — dodał — że od wiosny bieżącego roku, czyli od podjęcia znanych 

panu decyzji o zagładzie, sprawa ta objęta jest najściślejszą tajemnicą państwową. Mamy działać, ale jak 
najmniej o tym mówić. Szykujcie na gwałt obozy... hm... pracy...

— Tak jest. Majdanek, Bełżec i Sobibór zaczynają pracę z wiosną przyszłego roku. Treblinka latem. 

Jestem   zdania,   że   należy   możliwie   najszybciej   przeprowadzić   całą   akcję   przeciw   Żydom,   ponieważ 
ewentualne trudności mogłyby ją zablokować w ogóle, a wówczas byśmy utknęli w połowie drogi.

—   Zgadzam   się,   mój   Odilo  —   przytaknął   Himmler.  —   Już   choćby   ze   względu   na   konieczność 

maskowania całej operacji, co będzie rzeczą bardzo uciążliwą. Byłoby znakomicie, gdyby udało się nam 
zrealizować nasz program przed zakończeniem działań wojennych na Wschodzie.

— Przyrzekam pośpiech, no bo przecież ten blitzkrieg führera... — zawołał z zapałem Globocnik, ale 

nagle przerwał i ugryzł się w język. Zdał sobie sprawę, że owa zapowiadana szumnie i hucznie wojna 
błyskawiczna z „sowieckim kolosem na glinianych nogach” trwa już blisko trzydzieści dni i nie tylko nie 
widać jej końca, ale oddala się on coraz bardziej. Mimo niewątpliwych sukcesów Wehrmachtu.

Spór Globocnika z Zörnerem miał znacznie głębsze przyczyny, niżby się wydawało za pozór. Odbijały 

się   w   nim   generalne   założenia   polityki   okupanta   wobec   Lubelszczyzny,   wynikające   w   dużej   mierze   z 
koncepcji sztabu Himmlera, w myśl której tereny te przeznaczono początkowo na  „rezerwat” dla  Żydów 
europejskich,   a   następnie   na   osiedleńczy  okręg   Niemców   na   wschodzie   oraz   miejsce   lokalizacji   wielu 
ośrodków masowej zagłady dla więźniów z całej Europy.

Istniały jednak jeszcze inne, nie mniej, a może nawet bardziej ważne, przesłanki, a to strategiczne, 

militarne  i gospodarcze.  Strategiczne  znaczenie Lubelszczyzny było bowiem zdecydowanie większe niż 
każdego innego dystryktu w Generalnym Gubernatorstwie, co uwidoczniło się nieoczekiwanie już w toku 
wojny niemiecko-polskiej w 1939 roku. Tu kończyły swoje działania bojowe aż cztery armie polskie, dwie 
grupy operacyjne i liczne inne mniejsze zgrupowania. W pościgu za nimi weszło na teren województwa 
osiem korpusów niemieckich. Stoczono tu pięć kilkudniowych ciężkich bitew i starć, po których pozostały 
na pobojowiskach znaczne ilości broni, a we wsiach, osiedlach i miastach niemało zbiegłych żołnierzy, 
którzy   tworzyli   początki   konspiracji.   Po   zakończeniu   działań   Lubelskie   przeistoczyło   się   w   teren 
przygraniczny.   Z   początkiem   1941   roku   zaczęły   tu   napływać   ogromne   kontyngenty   Wehrmachtu, 
przeznaczone   do   uderzenia   na   ZSRR,   a   gdy   dokonała   się   agresja,   Lubelszczyzna   stała   się   obszarem 
tranzytowym zaopatrzenia frontu wschodniego. Niemcy umieścili tu także blisko 20 obozów dla jeńców 
radzieckich, co z kolei pociągnęło za sobą konieczność znacznego zagęszczenia sił okupacyjnych w celu 
zapobieżenia   ucieczkom,   a   także   zastosowania   ostrych   środków   represji   wobec   ludności   polskiej, 
udzielającej zbiegom pomocy.

Gospodarcze   znaczenie   tego   obszaru   płynęło   natomiast   z   jego   rolniczego   charakteru.   Stąd   władze 

administracyjne, w przeciwieństwie do SS i policji, planowały rozwój i intensyfikację tutejszego rolnictwa. 
Goebbels, Frank i Zörner uznali ten region za najżyźniejszy dystrykt GG i podstawę gospodarki rolnej.

*   Szef   Wydziału   IV   B   4   w   RSHA   (Reichssicherheitshauptamt  —   Główny  Urząd   Bezpieczeństwa   Rzeszy), 

koordynujący akcję zagłady Żydów.

** Wytępienie, wyrwanie z korzeniami.

background image

Chcąc go eksploatować, dążyli do względnej stabilizacji. Tymczasem Hitler, Himmler i Globocnik traktowali 
Lubelszczyznę   jako   poligon   przeznaczony   do   prowadzenia   różnego   rodzaju   eksperymentów,   w   tym 
wysiedlania i osadnictwa, wywołując narastanie sprzeciwu ludności i rozwój partyzantki, co pociągało za 
sobą przekształcenie tego spichlerza w teren nieustających walk.

Te dwie linie postępowania były sprzeczne ze sobą i powodowały ustawiczne zatargi i intrygi wśród 

dygnitarzy hitlerowskich i na ich „dworach”.

Globocnik urodził się w 1904 roku w Trieście jako syn niższego urzędnika i nie garnął się do nauki. W 

1931 roku wstąpił do NSDAP — numer legitymacji partyjnej 429 939, a w trzy lata później do SS — numer 
292 776. Niewykwalifikowany murarz, zdobył jakimś cudem tytuł technika budowlanego i został majstrem. 
Miał za to żyłkę do łatwych zarobków; niejednokrotnie ocierał się też o status lumpa społecznego. Więcej, 
stał się awanturnikiem i przestępcą: w 1933 roku uczestniczył w zamordowaniu w celach rabunkowych 
żydowskiego jubilera w Wiedniu, za co skazano go na rok więzienia. Był wówczas... nieoficjalnym zastępcą 
gauleitera NSDAP w Austrii. Gdy w 1937 roku zbiegł do Niemiec, zlecono mu funkcję łącznika między 
Hitlerem i austriackimi nazistami. Odegrał pewną rolę w przygotowaniu przyłączenia Austrii do Rzeszy. Po 
Anschlussie w 1938 roku został mianowany gauleiterem Wiednia; miał wówczas stopień standartenführera. 
Usunięty   ze   stanowiska   za   handel   walutą,   po   wybuchu   wojny   przywrócony   do   łask,   znowu   stał   się 
faworytem Himmlera. Ponieważ nie udało mu się zrobić kariery w Austrii, tu, na wschodzie, otwarły się 
przed nim nowe możliwości i nie chciał ich zaprzepaścić. Funkcjonował sprawnie jak maszyna i z całkowitą 
bezwzględnością, wręcz okrucieństwem, dławił wszelkie odruchy oporu ze strony polskiej.

Globocnik   nie   był   aż   tak   kiepskim   dyplomatą,   jakby   na   to   wskazywały   jego   spory   z   Zörnerem. 

Wiedział, że gubernator dystryktu z nim nie wygra, ufał w opiekę reichsführera. Dał też dowody wielkiej 
przebiegłości,   nie   skarżąc  się   na  Dirlewangera  —  wiedział,  że   jest   przyjacielem  i  protegowanym  szefa 
Głównego Urzędu SS, gruppenführera Gottlieba Bergera, i kilku sędziów z Sądu SS.

Doktor   weterynarii   Oskar   Paul   Dirlewanger   miał   przeszłość   kryminalną   i   odbył   karę   ciężkiego 

więzienia za dokonywanie czynów nierządnych z dziewczętami poniżej 14 lat. Usunięty z NSDAP i SS, 
dzięki wpływowym opiekunom został wysłany z niemieckim legionem „Condor” do Hiszpanii. We wrześniu 
1939   roku   zlecono   mu   zorganizowanie   w   obozie   koncentracyjnym   Sachsenhausen   jednostki   specjalnej, 
składającej się z członków SS, mających za sobą wyroki sądowe za przestępstwa kryminalne bądź odbytą 
część kary. Po przeszkoleniu 55-osobowe „sonderkommando Dirlewanger” — on sam miał wówczas stopień 
obersturmführera — zostało wiosną 1940 roku oddane do dyspozycji Globocnika, by następnie nadzorować 
żydowskie   obozy   pracy   w   Bełżcu   i   w   Starym   Dzikowie.   Dowódca   tej   grupy   obwiesiów   wchodził   w 
kompetencje służby bezpieczeństwa i policji, aresztując ludzi, zwłaszcza Żydów, których wypuszczał za 
wysoką   łapówką,   dając   zły   przykład   swoim   esesmanom.   W   maju   1941   roku   oddział   Dirlewangera 
przeniesiono do Lublina pod ściślejszy nadzór dowódcy SS i policji. Ale i tutaj szef  „sonderkommanda” 
znalazł pole do nadużyć, dokonując samowolnych rekwizycji towarów i furmanek chłopskich. Globocnik 
miał go serdecznie dość i, chcąc się go pozbyć, zlecił przeprowadzenie śledztwa, które ustaliło niezbicie 
liczne   wykroczenia  „kondotiera-opoja”.   Mimo   to   Dirlewanger   dostał   awans   na   sturmbannfühfera,   a 
Globocnik, pod wpływem Bergera, cofnął zarzuty. Dopiął jednak swego: w styczniu 1942 roku oddział 
Dirlewangera przeniesiono do Mohylowa. Globocnik odetchnął z ulgą.

MAJDANEK WYRÓSŁ SZYBKO

Pośpiech,   z   jakim   dowódca   SS   i   policji   dystryktu   lubelskiego   przystąpił   latem   1941   roku   do 

organizowania obozu koncentracyjnego — drugiego co do kolejności powstania i wielkości na okupowanych 
ziemiach polskich  — we wsi Majdan Tatarski koło Lublina, nazywanej przez ludność Majdankiem, był 
konsekwencją dwóch wydarzeń: podjęcia przez przywódców Rzeszy decyzji o eksterminacji Żydów oraz 
wysiedlenia Polaków z dużej części Lubelszczyzny i osadzenia na tych ziemiach volksdeutschów. Agresja na 
Związek Radziecki przyspieszyła te ludobójcze plany. Hitler rozkazem z 17 lipca powierzył Himmlerowi 
„zabezpieczenie   nowych   terenów   wschodnich”,   a   ten,   jak   już   wspomniano,   mianował   Globocnika 
pełnomocnikiem „do zorganizowania esesowskich grup operacyjnych na obszarach wschodnich”.

Pozycja Globocnika bardzo się wzmocniła i była tak silna, że nie zawahał się, mimo rad Himmlera, iść 

na całego w zatargu z Zörnerem. Gubernator co prawda nie krytykował programu wytępienia Żydów, ale 
skarżył się przed Hansem Frankiem i ministrem Josephem Goebbelsem, że represyjna polityka SS i policji 
dystryktu wyprowadziła wielu Polaków do lasu, do partyzantki, i wzmogła ruch oporu. Był też przeciwny 

background image

budowie tak wielkiego kacetu pod Lublinem, motywując to trudnościami gospodarczymi. Jego zdaniem 
istnienie takiego obozu mogło poważnie pogorszyć zaopatrzenie miasta w energię elektryczną, węgiel, gaz, 
mogły też szerzyć się choroby zakaźne. Rozdźwięki między obu dygnitarzami nasiliły się do tego stopnia, że 
jeszcze na kilka dni przed wizytą Himmlera w Lublinie w otoczeniu dr. Franka dyskutowano możliwość 
rozładowania zaistniałego napięcia. Generalny gubernator, karierowicz i oportunista udający „króla Polski”, 
niby to popierał Zörnera, ale znając wyjątkowo mocną pozycję brigadeführera u Himmlera i wiedząc o 
poruczeniu Globocnikowi kierownictwa akcji zagłady Żydów w Generalnym Gubernatorstwie, przemilczał 
sugestie   swego   podwładnego.   Stopniowo   jednak   sprawy   zaszły  tak   daleko,   że   5   marca   1942   roku   na 
konferencji odbytej w kwaterze głównej Hitlera pod Kętrzynem w obecności Bormanna, Himmlera i Franka 
poufnie uchwalono, aby zdjąć gubernatora lubelskiego z urzędu jak tylko nadarzy się sposobność. Narodziła 
się   nawet   myśl,   aby  Globocnik   był   jednocześnie   dowódcą   SS   i   policji   oraz   gubernatorem.   Frank   pod 
wpływem Bormanna i Himmlera zdradził swego wiernego poplecznika...

*

Tymczasem nadeszły wydarzenia niezmiernej wagi. Na konferencji, która odbyła się w dniu 20 stycznia 

1942 roku w Berlinie  (dzielnica  Wannsee, przy ul. Am Grossen Wannsee 53-58), omówiono w sposób 
zdecydowany i ostateczny strategię i metody wyniszczenia 11 milionów Żydów z 30 krajów europejskich, z 
tego ponad 7,5 mln z terenów radzieckich i polskich. Przewodniczył obergruppenführer Reinhard Heydrich, 
szef   Służby   Bezpieczeństwa   i   Policji   Bezpieczeństwa   w   Głównym   Urzędzie   Bezpieczeństwa   Rzeszy, 
zarazem protektor Czech i Moraw. Szczytem cynizmu było przyjęcie zasady, że koszty „przesiedlenia” do 
obozów zagłady poniosą... Żydzi. Heydrich poinformował, że na ten cel zagraniczne organizacje żydowskie 
do 30 października 1941 roku w dobrej wierze przekazały 9 i pół miliona dolarów rządowi Rzeszy. Ustalono, 
że Żydów — mieszkańców krajów Europy południowej, zachodniej i środkowej, ewakuuje się najpierw do 
przejściowych gett, a stamtąd do obozów wyniszczenia (na terenach polskich i okupowanych radzieckich 
koncentrację w gettach przeprowadzono wcześniej). Część Żydów w pełni sił zostanie skoncentrowana na 
okres przejściowy w obozach pracy.

Heydrich działał na rozkaz Hermanna Göringa, który jako prezes rady ministrów do spraw obrony 

Rzeszy, ale także jako pełnomocnik do uregulowania kwestii żydowskiej, w dniu 31 lipca 1941 roku polecił 
szefowi Sipo i SD skoordynowanie wszystkich nakreślonych planów i zamiarów ludobójczych, przelewając 
na niego swe pełnomocnictwa. Rozkaz Göringa był formalnym usankcjonowaniem decyzji, które zapadły 
już wcześniej w otoczeniu Hitlera i skazywały Żydów definitywnie na zagładę.

*

Eksterminację   Żydów   w   Generalnym   Gubernatorstwie   nazwano   „Akcją   Reinhard”   od   imienia 

Heydricha, zgładzonego 27 maja 1942 roku przez żołnierzy czechosłowackiego ruchu oporu w Pradze. Sztab 
„Akcji” miał siedzibę w Lublinie, a na jego czele stał Globocnik, nadzorując Majdanek wraz z filiami oraz 
specjalne ośrodki masowej zagłady w Treblince, Bełżcu i Sobiborze, a także liczne obozy pracy.

Himmler   prawie   co   dwa   miesiące   przyjeżdżał   do   Lublina   i   żywo   interesował   się   przebiegiem 

kolonizacji Zamojszczyzny. Równo w rok po swej pierwszej inspekcji zawitał tu kolejny już raz, by w dniu 
18   lipca   1942   roku   spotkać   się   z   Globocnikiem   w   kwaterze   głównej  „Akcji   Reinhard”.   Po   wymianie 
uprzejmości i podzieleniu się swymi wrażeniami z wizytacji obozów koncentracyjnych rzucił pytanie:

— No, a jak należy ocenić dzisiaj szanse na szybkie zakończenie naszej  „Akcji”? Kiedy będziemy 

mogli westchnąć z ulgą: „mamy to już z głowy”?

— Myślę, że uporamy się z tym problemem do końca roku — uśmiechnął się brigadeführer. — Do tego 

czasu nie powinno być w tym kraju ani jednego Żyda.

Twarz gościa rozjaśniła się. Zdjął okulary, przetarł szkła irchą.
— Rozumiem, co pan ma na myśli. Ani jednego Żyda... w gettach. Za to wszyscy ci, którzy dożyją do 

następnego roku, znajdą się za drutami obozów.

Oznaczało   to   wyrok   śmierci.   Jedni   ginęli   od   razu   w   komorach   gazowych,   innych   czekało   to   w 

przyszłości: na razie mieli być wykorzystani do pracy. Tak było również w obozie na Majdanku.

— Stosujemy moment zaskoczenia — powiedział Globocnik.  — Dzielnice  żydowskie obstawia się 

silnym kordonem policji i SS, ściśle izolując od reszty miasta. Nad ranem wkracza do getta grupa specjalna 
złożona z członków SS i gestapo, z reguły z pełnomocnikiem mojego sztabu „Reinhard”. Policja żydowska 
otrzymuje   rozkaz   wypędzenia   wszystkich   Żydów   na   plac   zbiorczy,   gdzie   odbywa   się   selekcja. 
Przeznaczonych do „przesiedlenia” ładuje się do wagonów towarowych. KL Lublin-Majdanek także pracuje 

background image

już jak dobrze zorganizowana fabryka. Z terenów Lubelszczyzny napływają transporty liczące tysiąc  — 
tysiąc pięćset osób. Za trzy, cztery tygodnie zaczynam opróżniać warszawskie getto. Także deportacje z 
innych krajów są w pełnym toku.

Himmler milczał przez chwilę. Uważnie spoglądał na swego podwładnego.
— Moje szczere wyrazy uznania. A jak tam sprawy z Zörnerem? — rzucił nieoczekiwanie. — Skarży 

się na prawo i na lewo, że podkopuje pan jego prestiż jako reprezentanta władz Rzeszy...

— Jestem zdania,  że powinien zostawić mi  swobodę działania. Niestety, wszelkie rozmowy na ten 

temat, jakakolwiek wymiana zdań, byłyby bezowocne. W dodatku Zörner toczy swe spory na poziomie, do 
którego   nie   chcę   się   zniżać.   Jako   dowódca   SS   i   pański   pełnomocnik   muszę   bronić   godności   swego 
stanowiska.

— Taak — powiedział przeciągle szef.  — Tak, tak... — powtórzył.  — Ano, zobaczymy, co się da 

zrobić. Tymczasem proszę o zreferowanie, w jakim stadium znajduje się budowa KL Lublin.

Himmler   musiał   przyznać,   że   Globocnik   wyróżniał   się   w   Generalnym   Gubernatorstwie   aktywną 

działalnością.   Traktował   Lubelszczyznę   jako   wał   ochronny   Trzeciej   Rzeszy;   niejedna   z   akcji 
eksterminacyjnych   i   prewencyjnych,   takich   jak   palenie   całych   wsi   i   mordowanie   ich   mieszkańców, 
rozstrzeliwanie   zakładników   pod   byle   pretekstem,   ekspedycje   karne,   osadzanie   wysiedlonej   ludności 
wiejskiej na Majdanku była rezultatem jego osobistej inicjatywy. Ostatecznie Zörnera, który sprzeciwiał się 
wysiedlaniu   ludności   polskiej   w   okresie   wojny,   proponując   odłożenie   tej   akcji   do   czasu  „ostatecznego 
zwycięstwa”,   odwołano   ze   stanowiska.   Stało   się   to   wiosną   1943   roku.   Jego   miejsce,   na   krótko,   zajął 
oberführer Walter Schmidt, ściśle współpracujący z brigadeführerem. Wkrótce najwyższe władze Rzeszy, ku 
ogromnemu   niezadowoleniu   Globocnika,   zrezygnowały  „na   razie”   z   realizacji   programu   „Reinhard”. 
Zadecydowało   o   tym   gwałtowne   pogorszenie   się   po   klęskach   pod   Stalingradem   i   Kurskiem   sytuacji 
militarnej Niemiec, jak i akcje odwetowe polskich oddziałów partyzanckich: Batalionów Chłopskich, Armii 
Krajowej i Gwardii Ludowej.

Ale nie uprzedzajmy wypadków.

*

Początkowo planowano, że obóz na Majdanku pomieści 250 tysięcy jeńców wojennych i więźniów. 

Zwycięska  kontrofensywa  wojsk  radzieckich pod Moskwą zmusiła  władze hitlerowskie  do ograniczenia 
rozmiarów obozu do 50 tysięcy więźniów.

Majdanek wybudowano w szybkim tempie. Zlokalizowano go po północno-wschodniej stronie Lublina, 

w odległości blisko 5 km od centrum miasta, przy szosie do Zamościa. Globocnik spieszył się. Wczesną 
jesienią 1941 roku sprowadzono w dwóch transportach 5000 radzieckich jeńców wojennych, zapędzając ich 
do   iście   katorżniczej   pracy.   Wyginęli   prawie   wszyscy,   pozostałych   przy  życiu   wymordowano.   Wkrótce 
zastąpili ich Żydzi i chłopi z okolicznych wsi. Nim upłynęło 12 miesięcy, stało 125 baraków, dwie komory 
gazowe i pierwsze krematorium. Wyczerpani z głodu i pracy ponad siły jeńcy umierali masowo, ich miejsce 
zajmowali   nowi.   W   listopadzie   1941   roku   przywieziono   z   innych   obozów   ponad   100   więźniów   na 
najważniejsze funkcje — starszych obozu, kapo, blokowych, tłumaczy, kancelistów, lekarzy i pielęgniarzy. 
Pierwszy transport Żydów polskich przybył 12 grudnia, a w osiem dni później dostarczono kilkuset Polaków. 
Od tej pory nie było prawie dnia bez przybyszów, a i Zamek Lubelski stał się niewysychającym źródłem 
dostarczającym Majdankowi ofiar. Wiosną następnego roku osadzono w obozie kilka tysięcy chłopów z 
Lubelskiego, tyluż Żydów z terenów polskich, 14 tysięcy Żydów z Czechosłowacji. Wśród setek tysięcy 
zwiezionych  tu   ludzi   znajdzie   się   później,   w  okresie   jesień   1942  —  wiosna   1943,   16  tysięcy  polskich 
wysiedleńców, mężczyzn, kobiet i dzieci, z których dużą część wymordowano na Majdanku i w innych 
obozach. Tysiące umierały z głodu, wyczerpania pracą i chorób; zwłaszcza tyfus dał się straszliwie we znaki. 
Wiele transportów ludności wysiedlonej skierowano do Oświęcimia i na roboty przymusowe. Cztery i pół 
tysiąca dzieci wywieziono do Rzeszy w celu germanizacji.

O końcowej wielkości Majdanka świadczy liczba budynków  — 229, i to,  że jego ogrodzenie z drutu 

kolczastego miało 7300 metrów długości.

Na planie obóz przypominał kształtem ogromny trójkąt, którego podstawę tworzyła szosa Lublin  — 

Chełm  — Zamość, a wierzchołek dochodził do drogi prowadzącej do Czerniejówki i Biłgoraja. Według 
planów Kammlera Majdanek miał pomieścić 150 tysięcy jeńców i więźniów; zamierzenie to nie doczekało 
się realizacji, podobnie jak i późniejszy wariant przewidujący osadzenie tu 250 tysięcy osób.

Do 16 lutego 1943 roku obóz nosił nazwę „Kriegsgefangenenlager der Waffen SS in Lublin”, a od tej 

daty — „Konzentrationslager Lublin”. Dzielił się na pięć części zwanych polami, o wymiarach 300 na 150 m 
każda, na których stały rzędy drewnianych baraków dla więźniów (z czasem i jeńców przemianowano na 

background image

häftlingów), w końcowej fazie po 24 takie budowle na każdym polu. Na czele pola stał esesowiec, podoficer, 
zwany feldführerem. Pobudowano bunkier z celami, dwa krematoria i cztery komory gazowe oficjalnie 
noszące miano odwszalni, i połączone z łaźnią w celu zamaskowania ich prawdziwego przeznaczenia, kilka 
kuchni i umywalni, pralnię połączoną z dezynfekcją, a także szpital, kancelarię i magazyny.

Pole mogło pomieścić 10 tysięcy jeńców, czyli łącznie 50 tysięcy. Pole I zajmowały kobiety, pole II 

jeńcy   radzieccy-inwalidzi,   III  —   Polacy,   IV   Polacy   i   Rosjanie,   a   na   polu   V   ulokowano   szpital. 
Pozostawionych przy  życiu więźniów żydowskich rozmieszczono na polach I, III i IV. Cały ten obszar 
otoczono podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego pod prądem i wieżami strażniczymi,  w każdym 
narożniku   pola   wyposażonymi   w   karabiny   maszynowe.   Każde   pole   miało   odrębny   plac   apelowy   ze 
stojącymi tam szubienicami. Istniało jeszcze nie dokończone pole VI, na którym umieszczono warsztaty na 
użytek wewnętrzny obozu. Między rzędami drutów chodziły warty esesmańskie.

W sektorze gospodarczym pobudowano 19 baraków na magazyny i warsztaty remontowo-produkcyjne 

Niemieckich Zakładów Przemysłu Zbrojeniowego *, własność SS. Na obszarze esesmańskim stał budynek 
komendantury, kasyno oficerskie i baraki przeznaczone dla wartowników (1300 esesmanów).

Pierwszym komendantem Majdanka był standartenführer Karl Otto Koch, malwersant, karciarz i gracz 

na wyścigach, opój, zaufany Himmlera.

Majdanek   był   jednocześnie   obozem   jenieckim,   koncentracyjnym,   masowej   zagłady,   a   także 

„przechowalnią” wysiedlonej polskiej ludności cywilnej. Stanowił miejsce wyniszczenia i zorganizowanego 
mordu.

Miał on jeszcze także inne przeznaczenie, co jednak okrywała ścisła tajemnica.

TAJNE KONTO „MAX HEILIGER”

„Akcja   Reinhard”   miała   dwa  oblicza:   jedno   to   eksterminacja  Żydów,   drugie  —  to   zagrabienie   ich 

mienia. Nie dotyczyło to zresztą tylko majątków pożydowskich.

Po deportacji do obozów koncentracyjnych i masowej zagłady cały majątek ruchomy Żydom odbierano. 

Tak było na Majdanku, w Treblince i gdzie indziej. Przedtem wyzuto ich z nieruchomości, mebli i większych 
przedmiotów, konfiskując je na rzecz III Rzeszy. Majątek ten, spieniężony i przekazany do RSHA, lokowany 
był na Sonderkonto „W” w Deutsche Bank **.

Jeden   z   tych   strumieni   złota   pochodził   z   Majdanka.   Żydzi   jadący  tu   ze   Słowacji,   Francji,   Belgii, 

Holandii, a także z terenów polskich, nie przeczuwali, że Majdanek stanie się dla nich cmentarzem, i to bez 
pogrzebu i bez grobu. Hitlerowska propaganda na Zachodzie działała z precyzją szwajcarskiego zegarka. 
Obiecywała im osadnictwo na nowych ziemiach, życie w spokoju i dostatku w przydzielonych im willach. Z 
zachodu na wschód wieziono ich w pulmanowskich wagonach, a w doczepionych do składu pociągach 
towarowych  spoczywał cały ich dobytek, narzędzia pracy,  sprzęt lekarski i dentystyczny, całe warsztaty 
zegarmistrzowskie.   Straszliwą   prawdę   poznawali   dopiero   na   miejscu,   w   pobliżu  „łaźni”,   przez   którą   w 
samym tylko Majdanku przeszło — i nie wyszło — ponad 120 tysięcy Żydów...

Po powrocie z ostatniej lipcowej inspekcji w dystrykcie lubelskim Himmler wezwał do siebie na Prinz-

-Albrecht-Strasse 8 Waltera Funka, w jednej osobie ministra gospodarki i prezesa Banku Rzeszy. Zadał mu 
pytanie, czy istnieją przeszkody, żeby Bank przejął do depozytu od SS złoto, drogie kamienie i pieniądze w 
obcych walutach.

Minister nie wydawał się być zaskoczony. Orientował się, jaki to „złoty deszcz” spadł nagle na ciągle 

narzekający   na   brak   gotówki   sztab   reichsführera   i   Główny   Urząd   Gospodarczo-Administracyjny   SS. 
Przecież   to   on   sam   na   polecenie   Göringa   w   dniu   4   listopada   1941   roku   zarządził   odebranie   majątku 
wszystkim deportowanym „na obszary wschodnie”, zezwalając na zabranie bagażu nie większego niż 50 kg 
na   osobę.   Na   rozkaz   Himmlera   sprawą   tych   dóbr   zajęło   się   gestapo,   zaś   pozostawiony   na   miejscu 
zamieszkania majątek tych ludzi stał się własnością skarbu państwa.

Tym razem chodziło o coś innego, o rzeczy osobiste odebrane Żydom po odstawieniu ich do „obozów 

pracy”.

— Nie ma problemu — odrzekł minister. — W piwnicach i safesach Deutsche Reichsbank mam jeszcze

* Deutsche Ausrüstungswerke, w skrócie DAW.
** Specjalne konto „W” w Banku Niemieckim.

background image

sporo wolnego miejsca — mówiąc to uśmiechnął się cynicznie.

— To dobrze — odrzekł Himmler, nie kryjąc zadowolenia. — Zawrzemy wobec tego tajną umowę, my, 

SS, i wy, bank. Porozumie się z panem Pohl.

— Sprawa wymaga pewnych ustaleń — wtrącił niepewnie Funk. — Nie, nic takiego, co nie byłoby do 

przyjęcia — dodał spiesznie, widząc, jak rozmówca żachnął się. — Pan rozumie, bank nic nie robi za darmo. 
To   instytucja   państwowa,   wszelkie   operacje   kosztują.   Będziemy  przecież   musieli   dokonać   oszacowania 
zdeponowanych u nas kosztowności i sum, a także przeliczyć według kursu walut obcych.

Wróciwszy do siebie wezwał swego zastępcę, Emila Pfula, i zapoznał go z treścią ostatniej rozmowy z 

Himmlerem.

— Zawrze pan,  mój  drogi,  niezbędne porozumienie  z Pohlem. Ostatecznie  mamy już z  SS pewne 

wspólne interesy. Pamięta pan, jak w zeszłym roku właśnie obergruppenführer Pohl zwrócił się do mnie, 
prosząc   o   zwiększenie   dostawy   materiałów   na   mundury   dla   członków   SS,   i   to,   że   tak   powiem,   przy 
zastosowaniu   klauzuli   najwyższego   uprzywilejowania,   po   niższych   cenach.   Pohl   mówił   mi,   że   było   to 
życzenie  reichsführera,  który powołał  się  na  fakt,  że  mój  resort  otrzymuje   wiele  materiałów  z  obozów 
koncentracyjnych.

— Zrozumiałem, wykonam. Ale jako wiceprezydent banku powinienem znać pochodzenie przedmiotów 

i pieniędzy, które SS zdeponuje u nas...

Funk zamyślił się.
—   Owszem,   ale   ogólnie   —   rzekł   po   chwili.  —   Chodzi   o   skonfiskowane   mienie   pochodzące   z 

okupowanych terytoriów wschodnich... To tyle. Nie powinien pan stawiać dalszych pytań. Rozumiemy się?

W sierpniu tego samego roku została zawarta umowa pomiędzy Oswaldem Pohlem, szefem WVHA, 

oraz przedstawicielami banku: Emilem Pfulem i Albertem Thomsem.

Jednak Pful poznał prawdę. Pełniąc obowiązki służbowe miał od czasu do czasu okazję zajrzeć do 

sejfów bankowych i zobaczyć, co w nich przechowuje Funk. Wiceprezes nie miał wątpliwości, że był on 
zaufanym Pohla. Teraz otwierał oczy na widok ogromnych ilości klejnotów, złotych zegarków i takichże 
oprawek do okularów, nieprzeliczonych sztuk złota dentystycznego, które wkrótce miało być stopione w 
sztaby.

Nie było wątpliwości. Przedmioty te mogły pochodzić tylko i wyłącznie z grabieży na monstrualną 

skalę. Odebrano je właścicielom deportowanym na wschód, do Polski.

Patrzył jak zahipnotyzowany na pożydowskie mienie, resztki majątku, z którego wyzuto skazanych na 

unicestwienie.

Cóż, pecunia non olet  — przypomniał sobie znane przysłowie. — Dla naszego banku każdy pieniądz 

dobry. Nie moja sprawa, skąd pochodzi.

Po jakimś czasie zaobserwował, że Funk, wiedziony ciekawością, również zapoznał się z zawartością 

sejfów.

Na   życzenie   sztabu   Himmlera   minister   zlecił   utworzenie   w   banku   stale   uzupełnianego   funduszu 

obrotowego w wysokości 10—12 milionów marek do wyłącznej dyspozycji WVHA. Finansowano z niego 
produkcję sprzętu wojskowego w zakładach stanowiących własność SS, w których zatrudniano więźniów 
obozów koncentracyjnych.

Pful z podziwem obserwował, jak oprócz wszelkiego rodzaju klejnotów i wyrobów ze złota płynął do 

jego   skrytek   nieustający   strumień   walut   wielu   krajów,   dewiz   i   papierów   wartościowych.   W   miarę 
spieniężania   kosztowności   Bank   Rzeszy   i   Bank   Dyskontowy   Złota   przekazywały   na   konta   Urzędu 
Gospodarczo-Administracyjnego   SS   ogromne   sumy.   Część   ich   władze   SS   wykorzystywały   na   bieżące 
potrzeby, jak budowa obozów koncentracyjnych, powiększenie liczebności dywizji frontowych Waffen SS i 
aparatu bezpieczeństwa.

SS starało się maskować swoje zbrodnie. Nic dziwnego, że pragnęło to ociekające krwią złoto ukryć 

przed światem: najpierw w safesach, później na fikcyjnych kontach bankowych. Dla większego kamuflażu 
kont tych było blisko sto. W związku z samą tylko „Akcją Reinhard” otworzono 76 tajnych kont. Gotówka 
była zdeponowana na koncie „1288”, dla najkosztowniejszych przedmiotów utworzono konto o kryptonimie 
„Max Heiliger”. Biżuterię i dzieła sztuki zaksięgowano na koncie „Melmer”. Inne wartościowe przedmioty 
zapisano na koncie  „Abteilung Beute” w Głównej Kasie Rzeszy. Szlachetne metale składano również w 
Banku Drezdeńskim.

Największa grabież w historii ludzkości trwała. Nie przebiegała jednak gładko ani tak „praworządnie”, 

jak   się   to   władcom   Rzeszy   i   SS   mogło   wydawać.  „Akcja   Reinhard”   była   operacją   wielostopniową, 
kosztowności   przechodziły   przez   kilka   par   rąk,   nim   spoczęły  —   jak   się   okaże,   nie   wszystkie  —   w 
podziemiach Reichsbank. Natura ludzka jest ułomna...

background image

NA POCZĄTKU BYŁ WARSZTAT ZEGARMISTRZOWSKI

Do oszacowania wartości zdobyczy pożydowskiej i więźniarskiej SS potrzebowało rzeczoznawców już 

we wstępnej fazie, w fazie rabunku. Wykorzystywano do tego jubilerów. Oto historia jednego z nich; był 
więźniem Majdanka.

Häftling Samuel Antmann, taksując przez lupę optyczną kilkudziesięciokaratowy brylant, rozmyślał nad 

kolejami swego losu. Jako uprzywilejowany więzień, oczko w głowie komendantury i kierownictwa obozu, 
mógł pozwolić sobie na coś, co u zwyczajnego „świńskiego psa”, jak nazywali więźniów esesmani, było nie 
do pomyślenia: zamyślić się oznaczało najczęściej podpaść, narazić się na cios — pięścią, pejczem, gumą, na 
kopniaka...   Myślenie   na   Majdanku   to   był   luksus,   na   który   mogły   sobie   pozwolić   jednostki.   Tysiące, 
dziesiątki tysięcy, ci pozostali, musieli wyostrzyć zmysły, wysilić cały spryt, żeby przeżyć jeszcze jeden 
dzień w tym świecie postawionym na opak.

Podróż Antmanna ze Słowacji do Lublina nie da się porównać z niczym. Miała kosztować życie jego 

matki, ojca i dwóch braci. On przeżył. Zginęło na Majdanku tylu Żydów i tylu Polaków, a on ocalał, i to w 
dobrym zdrowiu. Dzięki przypadkowi — i swemu zawodowi.

Pochodził z bogatej rodziny. Ojciec, Żyd z Przemyśla, wyemigrował do Czechosłowacji i w mieście 

Nitra niedaleko Preszburga założył firmę jubilerską. Dorobił się pięciu filii, dwóch winnic i tyluż domów. 
Matka była rodowitą Węgierką. Był zatem młody Antmann mieszańcem żydowsko-węgierskim z tradycjami 
polskimi.

W   młodości   nie   przeczuwał   niebezpieczeństwa,   które   zbliżało   się   ku  niemu   z  sąsiednich   Niemiec. 

Przeciwnie,   Hitler   nawet   go   bawił.   Gdy   w   1932   roku   Antmann   przyjechał   w   interesach  —   był   już 
wyszkolonym   zegarmistrzem   i   jubilerem  —   do   Monachium,   postanowił   zobaczyć   przywódcę   NSDAP. 
Plakat obwieszczał więc w cyrku Krone; był na nim także dopisek: „Żydom wstęp wzbroniony”. On jednak 
nie czuł się Żydem, raczej Europejczykiem w każdym calu, i nie wyobrażał sobie, że obecność na tym wiecu 
może narazić go na niebezpieczeństwo. Wszedł do środka i był bardzo rozczarowany, gdy Hitler nie przybył. 
Mowę wygłosił ktoś inny. Młodemu jubilerowi wydała się ona nudna.

Popełnił wielki błąd. Powinien słuchać uważniej. Wszyscy powinni słuchać uważnie. Zwłaszcza Żydzi. 

Wtedy wiedzieliby, że to nie było nudne, lecz groźne — na końcu miał być Oświęcim i Majdanek. Kiedy się 
spostrzegli, stało się za późno. Od wieków ludzie w czasie niebezpieczeństwa gromadzili się w jednym 
miejscu i bili w dzwony na trwogę. Niestety, teraz, u progu drugiej wojny światowej, nie bito w dzwony. 
Gdy brunatny gefreiter doszedł do władzy,  zaczęły się prześladowania. Potem był rok 1938 i Anschluss, 
Monachium i   czeskie   Sudety.  Wiosną  1939  roku  Niemcy  wmaszerowali   do Pragi,  a   Słowacja   stała   się 
państewkiem satelickim. W maju młody Antmann przeszedł nielegalnie granicę z Polską i zamieszkał w 
Krakowie.   Ciągle   miał   naiwną   nadzieję,   że   wszystko   będzie   dobrze   i   że   wkrótce   wrócą   dobre   czasy. 
Optymizm okazał się silniejszy od strachu, więc powrócił do Nitry i zajął się reperacją zegarków. Po upadku 
Polski, a potem Francji, również i na Słowacji wzmogły się prześladowania Żydów. Najgorsze były wieści z 
Polski. Nazwę „Auschwitz” wymawiano tylko szeptem, jednak ludzie nie wierzyli w to, co słyszeli.

Po   napaści   22   czerwca   1941   roku   Wehrmachtu   na   Związek   Radziecki   nadeszły   wiadomości   o 

mordowaniu Żydów na Ukrainie. Opowiadano sobie, że w Babim Jarze pod Kijowem hitlerowcy zastrzelili 
dziesiątki tysięcy ludzi. I w to nie chciano uwierzyć. Wkrótce jednak rozeszły się pogłoski, że słowaccy 
Żydzi będą przesiedleni. Ale także  i to wydało się Antmannom i innym plotką. Kiedy jednak wczesną 
wiosną roku następnego wiadomości o transportach były już pewne, Antmann postanowił uciec na Węgry.

Już przeszedł granicę, gdy ujęli go węgierscy celnicy i przekazali słowackim urzędnikom granicznym, a 

ci odesłali go do Nitry, gdzie trafił do więzienia. Przebywał tu jedną dobę. W tym czasie wszystkich Żydów 
zwołano na plac i powiedziano im, że pojadą do Polski. Powinni zabrać ze sobą wszystko, złoto, srebro, 
platynę, inne kosztowności, pieniądze i narzędzia, gdyż w Polsce będą mogli żyć jak u siebie w domu. Żydzi 
uwierzyli i zgłosili się wraz z całym dobytkiem. Zaprowadzono ich na stację, załadowano do   końskich 
wagonów,  po  osiemdziesiąt  osób w każdym. Jechali trzy dni bez jedzenia i picia. Gdy otworzono drzwi, w 
wagonie Antmanna leżało dwanaście trupów. Byli w Lublinie. Kobiety z dziećmi skierowano do Treblinki. 
Mężczyźni   mieli   cztery  kilometry  pieszo   na   Majdanek;   żaden   z   nich   nie   słyszał   tej   nazwy,   żaden   nie 
wiedział, dokąd ich przyprowadzono. Stały tylko drewniane baraki i tutaj musieli spać. Już w pierwszych 
dniach wielu zmarło, najpierw starcy. Esesmani, ochotnicy litewscy i ukraińscy, wielu z nich zastrzelili. 
Jeden z braci Antmanna, nieświadomy sytuacji, zbliżył się do drutów i otrzymał śmiertelny postrzał.

Po trzech dniach pobytu na III polu uśmiechnęło się do Antmanna szczęście. Blockführer zapytał, czy 

zna się na reperacji zegarków. Być może ktoś z tego samego transportu wskazał na niego jako znakomitego 
specjalistę.

background image

— Jawohl, Herr Rottenführer, ich bin Uhrmacher *.
„Trupia główka” pokazał mu zegarek z rozbitym szkłem. Znalazł go przy zamordowanym więźniu.
Obejrzał Omegę, otworzył. Wystarczył jeden rzut bystrego, wprawnego oka, by wszystko wiedział.
— Szkiełko to najmniejsze zmartwienie, panie blockführer. W środku są inne jeszcze uszkodzenia. 

Chętnie to naprawię.

— Prima, Mensch — Niemiec był niezwykle uradowany.  — Poczekaj, zaraz zafundujemy ci dobry 

interes, fajny lagrowy geschäft. Zaraz wracam.

Udał się do biura rapportführera przy wartowni pola nr I i wysunął pewną propozycję. Szef raportu 

porozumiał się z urzędującym w sąsiednim pomieszczeniu feldführerern. I stało się. Rottenführer wrócił z 
poleceniem, które przekazał blokowemu.

— Häftling Antmann ma przenieść się do bloku numer jeden przy lagerstrasse i zająć się reperacją 

zegarków.

Nim   minęły   trzy   dni,   häftling   numer   1465   mógł   urządzić   sobie   warsztat.   Bez   trudu   zgromadził 

potrzebny sprzęt  — było w czym wybierać, bo wśród tysięcy Żydów, którzy przybywali niemal każdego 
dnia, niejeden miał ze sobą narzędzia zegarmistrzowskie. Antmann wybierał sobie wszystko, co chciał. Na 
całym świecie nie było zegarmistrza i zakładu zegarmistrzowskiego, który miałby tyle sprzętu i narzędzi, co 
ten młody jubiler na Majdanku.

Pierwsze naprawione zegarki podobały się esesmanom. Więc przychodzili do niego jeden po drugim, 

ustawiali się w kolejce, a on zapisywał w swoim notesiku „buchalteryjm” ich nazwiska, stopnie służbowe i 
datę doręczenia do naprawy, a także termin odbioru. Ruch był tak wielki, że pewnego dnia stało się jasne, iż 
sam nie da rady. Poprosił o pomocnika  — dostał dwa  „etaty”. Do interesu przyjął swego ojca Adolfa i 
znajomego z Nitry nazwiskiem Weiss. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, zyskał u załogi SS dobrą opinię i 
nawet coś w rodzaju szacunku. Nikt się nie zwracał do niego per  „Verfluchter Jude” ani „du judischer 
Saumist”, co było zwyczajem stosowanym wobec innych więźniów z literą „J” na gwieździe syjońskiej, 
utworzonej z dwu kolorowych trójkątów, żółtego i czerwonego, i naszytej na bluzie. Niektórzy esesmani 
przychodzili   specjalnie   po   to   tylko,   żeby  przyglądać   się   jego   pracy.   Byli   wśród  nich   oficerowie,   także 
lekarze. Nawet z Lublina dostarczono 20 zegarków z komendantury SD i Sipo. Antmann miał raz w ręku 
Schaffhausena samego Globocnika.

Pewnego   razu   zajrzał   do   warsztatu   rapportführer   i   oznajmił   jubilerowi,   że   przypadł   mu   w   udziale 

zaszczyt   wyuczenia   grupy   żołnierzy   niemieckich  —   początkujących   zegarmistrzów.   Następnego   dnia 
zameldowali się u niego. Oni, przedstawiciele „wyższej rasy”, u żydowskiego mieszańca Antmanna!

JUBILER I STANDARTENFÜHRER

Sława osobliwego warsztatu zegarmistrzowskiego na Majdanku szybko dotarła do komendanta obozu, 

standartenführera Kocha, mianowanego na to stanowisko w listopadzie 1941 roku.

— Przyjrzyjmy się temu żydowskiemu gnojowi!  — powiedział do żony,  rudowłosej  Ilzy,  i polecił 

adiutantowi, żeby sprowadził zegarmistrza do willi, stojącej pomiędzy szosą Lublin  — Zamość i stosami 
spaleniskowymi, wspomagającymi nie nadążające za  „potrzebami” krematorium. Postanowił wykorzystać 
więźnia do swoich kombinacji.

Koch był mistrzem w dokonywaniu pomysłowych malwersacji i w kamuflażu zbrodni, choć, dufny w 

protekcję Himmlera, niejednokrotnie przebrał miarę. Był człowiekiem reichsführera od czasu „nocy długich 
noży” 30 czerwca 1934 roku, kiedy to, jako obersturmführer, wchodził w skład osiemnastoosobowego S-
-Kommando   pod   dowództwem   hauptsturrnführera   Gildischa,   które   rozprawiło   się   przy   użyciu   broni   z 
osobistymi wrogami Hitlera. Zyskał tym bezgraniczne zaufanie i wdzięczność szefa SS i policji. W nagrodę 
otrzymał wtedy wyższy stopień w hierarchii SS i stanowisko lagerführera, a następnie komendanta w KL 
Sachsenhausen. W lipcu 1937 roku objął funkcję komendanta nowo utworzonego obozu Buchenwald. Na 
wyraźne   sugestie   Himmlera   wykończył   tu  —   stosując   perfidną   metodę   doprowadzonej   do   perfekcji 
prowokacji  —   wielu   przeciwników   Hitlera:   wybitnych   polityków   i   wyższych   wojskowych   o   różnych 
orientacjach i światopoglądach. Niektórzy zginęli według schematu „auf der Flucht erschossen” **, inni w 
ramach programu eutanazji „umysłowo chorych”, przy czym za niespełna rozumu ogłaszano komisyjnie, na 
mocy   orzeczenia   zespołu   lekarzy,   każdego,   kto   upierał   się   przy   innych   poglądach   niż

* Tak jest, jestem zegarmistrzem.
** Zastrzelony w czasie ucieczki.

background image

narodowosocjalistyczny.

Standartenführer był pierwszym spośród komendantów obozów koncentracyjnych, który pozwolił sobie 

na duże nadużycia finansowe, jego „nauki” nie poszły w las i z czasem doprowadziły do demoralizacji dużej 
części załóg wszystkich obozów. Nakładał kontrybucje pieniężne na więźniów, na całe bloki, zwłaszcza 
żydowskie.   Wyłudzał   olbrzymie   sumy   od   zamożnych   Żydów,   obiecując   im   zwolnienie   i   wyjazd   poza 
Europę. Prowadził „czarną księgę”, w której notował wszelkie nielegalne operacje i dochody. Przywłaszczał 
sobie równowartość dziennych racji wyżywienia po  „martwych duszach”: zmarłych więźniów dopiero po 
jakimś czasie skreślano z ewidencji. Zakupywał dla obozu zepsute mięso i takież kartofle po zniżonych 
cenach,   księgując   je   jako   pełnowartościowe  —  różnicę   zagarniał  „na   lewo”.   Ustalił   podwójne   ceny  za 
towary w kantynie obozowej. Był niewyczerpany w wymyślaniu, inicjowaniu i przeprowadzaniu machlojek. 
Duże   sumy   przegrywał   na   wyścigach   konnych,   trwonił   w   berlińskich   lokalach   różnej   proweniencji. 
Całkowicie odbiegał od oficjalnego wzorca esesmana.

Wysoko   postawionym   wrogom   Kocha   udało   się   zdemaskować   niektóre   jego   poczynania   jako 

komendanta   Buchenwaldu.   Starano   się   przekonać   Himmlera   o   konieczności   postawienia   go   w   stan 
oskarżenia i powołania przed Główny Sąd SS z centralą w Monachium. Ale reichsführer nie zdecydował się 
na   takie   rozwiązanie.   Poprzestał   na   przeniesieniu   swego   pupila   do   innego   obozu.   Tak   został   Koch 
komendantem Majdanka.

Początkowo  przyczaił  się,  nie  próbował  żadnych  kombinacji.  Ale   że   natura  ciągnie  wilka  do  lasu, 

bardzo szybko minęły mu nastroje pokutnicze. Nowy obóz otworzył przed nim ogromne szanse na szybkie 
wzbogacenie się. Tą złotą żyłą mogły stać się dziesiątki tysięcy zwożonych tutaj Żydów. Miał niemało 
doświadczenia   i   nabrał   pewności,   że   tym   razem  już   nie   wpadnie.   Wiedział,   że   Globocnik,   szef   sztabu 
„Reinhard”, powinien odprowadzać kosztowności do WVHA. Komendant Koch postanowił wyłowić z tego 
złotego strumienia możliwie dużo dla siebie.

Rojąc   sny  o   brylantowo-złotym   deszczu,   posłał   po   zegarmistrza,   którego   przyprowadziło   z   obozu 

dwóch wachmanów. Tu jubiler ujrzał po raz pierwszy Ilzę Koch. Wiedział od przetransportowanych na 
Majdanek więźniów buchenwaldzkich, że dawała się mocno więźniom we znaki. Może by nawet wziął nogi 
za pas i uciekł jej sprzed oczu, gdyby ktoś dobrze poinformowany powiedział mu, że Ilza zamawiała u 
esesmanów skórę więźniów, z której wyrabiano dla niej abażury i torebki, a także oprawiano książki z jej 
biblioteczki.  Podglądała  więźniów biorących  prysznic  w łaźni, a  gdy na  którymś  dojrzała  ładny tatuaż, 
wskazywała go dyżurnemu strażnikowi. Los tego człowieka był przypieczętowany. Więźniowie nazwali ją 
„wiedźmą z Buchenwaldu”.

Stała teraz przed Antmannem niebrzydka, postawna blondyna i podawała mu damski zegarek marki 

Junghaus. Sprawdził natychmiast. Pęknięte było koło korowodowe.

— Naprawię go, łaskawa pani. Na jutro będzie gotowy. Mam przynieść, czy przybędzie posłaniec?
— Proszę, niech pan sam odniesie.
Sprawił   się   dobrze,   zegarek   chodził   jak   nowy.   Ilza   podziękowała,   poczęstowała   nawet   herbatą. 

Odprowadzono go do obozu.

I tak toczyło się życie Antmanna na Majdanku. Podczas gdy oficerowie SS siadywali u zegarmistrza i 

przypatrywali się jego mistrzowskiej robocie i gawędzili z nim — raz zjawił się sam Koch — na zewnątrz 
prowadzono na śmierć całe transporty. Antmann widział każdy bez wyjątku z tych „ciągów śmierci” przez 
okno,   bo   warsztat   znajdował   się   w   odległości   zaledwie   kilkudziesięciu   metrów   od   wejścia   do   komory 
gazowej. Początkowo nie orientował się, że tam zabijano ludzi cyklonem B.

Antmann   przybył   drugim   transportem   ze   Słowacji;   było   to   2   kwietnia,   pierwszy   nadszedł   dzień 

wcześniej. Potem z tego samego kierunku przyjechały pociągi w dniach 4, 8 i 15 tegoż miesiąca. 14 kwietnia 
jubiler widział transport z nie znanego mu miejsca, a w trzy dni potem zjawili się Żydzi węgierscy. Dalej już 
nie liczył, spoglądał machinalnie na przybyszów z Niemiec, Czech, Słowacji, z terenów polskich. Trwało to 
miesiące, lata. Do tych, którzy pokazywali drogę i kierowali do gazu, należał esesman Resch. Był z zawodu 
elektrotechnikiem,   a   ponieważ   w   warsztacie   zegarmistrzowskim   znajdowało   się   sporo   sprzętu 
elektrotechnicznego, zabawiał się czasem nim, żeby nie wyjść z wprawy. Przy takich okazjach opowiadał 
niekiedy Antmannowi o transportach przybywających do Majdanka.

Słowak niedługo parał się reperacją zegarków. Tę robotę wykonywali teraz inni, a jemu przydzielono 

bardziej odpowiedzialną pracę. Oto sam Koch mianował go głównym jubilerem Majdanka.

—   Postanowiłem   wykorzystać   pańskie   umiejętności   w   tym   najciekawszym   zawodzie   świata  — 

poinformował go. — To, co będzie przedmiotem pańskiej oceny, stanowi majątek Rzeszy.

Zapewne dodał w duchu: „I mój...”
Nastał   czas   niesamowity,   płynący   wedle   sztywnego   schematu.   A   więc   po   przyjeździe   kolejnego 

transportu odbierano przybyłym wszystko. Antmann to znał: jemu także odebrano niegdyś pierścionek i 

background image

złoty zegarek marki  Schaffhausen, gdy w pierwszym dniu w obozie leżał nago wraz z innymi na ziemi i 
usłyszał: „Ty tego już nie będziesz potrzebował!”

Za każdym transportem, po upływie paru godzin, w warsztacie zjawiał się, w towarzystwie dyżurnego 

podoficera, hauptsturmführer Heinrich Woster ze sztabu komendantury, zarazem członek sztabu „Reinhard”, 
z   dużą   walizą.   Wysypywał   jej   zawartość   przed   jubilerem   na   stół.   Było   tam   złoto,   drogie   kamienie, 
naszyjniki, amulety, pierścienie.

Musiał   to   wszystko   sortować.   Dzielić   na   prawdziwe   i   sztuczne.   Sztuczna   była   biżuteria   czeska   z 

Jablonca, dawniej światowego centrum produkcji modnych ozdób. Antmann podawał przy każdej sztuce, 
którą oceniał, krótką informację: biżuteria prawdziwa — sztuczna, złoto — mosiądz lub tombak, brylant — 
sztuczny diament. Bywało, że z wartościowych sztuk, na przykład ze starych zegarków, zdzierano tylko 
złoto, a resztę wyrzucano do śmieci.

Wysortowane sztuki Worster zabierał z powrotem. Dokąd je odnosił, tego więzień-jubiler jeszcze wtedy 

nie wiedział. Tyle tylko było mu wiadome, że większość odwożono do Lublina, a stamtąd do Berlina. Część 
— zęby, to znaczy złoto odłączone od wybitych zębów zamordowanych  — jechała do Drezna. Z czasem 
poznał   okoliczności   makabrycznego   procederu.   Odbywało   się   to   w   krematorium,  „królestwie” 
obersturmführera   Ericha   Muhsfeldta,   przeniesionego   15   listopada   na   Majdanek   z   Oświęcimia.   Na 
specjalnym stole  z betonu kładziono każde ciało, zanim zostało  zrzucone do pieca. Jeden więzień przy 
użyciu   haka   otwierał   usta   martwego,   a   dentysta   Bruno   Horn,   także   więzień,   wyrywał   złote   zęby  oraz 
odłączał złote koronki. W tej postaci trafiały one do Antmanna, który je czyścił. Następnie napełniano nimi 
duże naczynia,  najczęściej puszki po konserwach.  Pewnego dnia jubiler usłyszał,  jak towarzyszący tym 
operacjom esesman powiedział: „Pojadą do Drezna”.

W krematorium nie tylko wybijano zęby. Zanim zwłoki zostały spalone, więźniowie musieli otwierać 

brzuchy trupom i, czujnie obserwowani przez strażnika, dokładnie sprawdzić, czy denat nie połknął złota, 
brylantu lub biżuterii. Zresztą już wcześniej, przy pierwszym  „szabrowaniu”, funkcyjni w  łaźni wespół z 
członkami   załogi  SS  mieli   obowiązek  odebrać   więźniom wszelkie  wartościowe  przedmioty i  pieniądze. 
Szewcy byli zmuszeni do dokładnych oględzin obuwia po zagazowanych, gdyż i tam chowano waluty i 
biżuterię. W magazynie odzieżowym znajdowano złote monety i złoto w szwach ubrań i palt, w specjalnie 
spreparowanych   paskach   od   spodni.   Co   bardziej   przezorni   i   pomysłowi   przybywali   na   Majdanek   z 
obszytymi złotymi monetami, imitującymi guziki. W większości i te padały łupem SS.

Niektórzy z więźniów zajętych przy tych czynnościach przekupywali strażników, dzieląc się z nimi 

częścią   zdobyczy;   resztę   oddawali   do   urzędowej   puli.   Do  „przystępnych”   wachmanów   należał 
unterscharführer Fritsche, a także kommandoführerzy z Effektenkammer i Bekleidungskammer *, Theodor 
Schöllen   i   Hermann   Vogel.   Wielkie   bogactwa   zagarnął   także   szef   magazynu   z   gazem   cyklon   B, 
hauptscharführer Wilhelm Gerstenmeier, oraz rottenführer Emil Laurich i scharführer Arthur Miller.

Antmann   wiedział   wkrótce,   że   wszystkie   przedmioty   wartościowe  —   złoto   i   wyroby   z   tego 

szlachetnego metalu, klejnoty i waluty, oczywiście z wyjątkiem tych, które „wyparowały” po drodze, były 
składane w „SS und Polizeidienststelle Lublin”, w tym samym budynku, w którym urzędował Globocnik ze 
sztabem  „Reinhard”. Tutaj mieścił się zbiorczy punkt rzeczy zrabowanych nie tylko z Majdanka, ale i z 
innych obozów; stąd kosztowności odsyłano do centrali WVHA, mieszczącej się w Berlinie, Lichterfelde-
-West, ul. Unter den Eichen 126—135.

Tak  to dobro „złodziei  i spekulantów”, jak mówili o ich właścicielach hitlerowcy,  było, zgodnie z 

zarządzeniem WVHA, „wzięte w areszt”, „w sekwestr”, zostawało „zarekwirowane”. Z wyjątkiem tego, co 
udało się ukraść samym opiekunom skarbu, transportowano te bogactwa do Niemieckiego Banku, który 
spełniał wobec SS rolę komisarza, po czym sprzedawano je, w części za granicę.

Tak  powstał olbrzymi  majątek  nazistów, zrabowany na  Majdanku,  w Bełżcu,  Sobiborze, Treblince, 

Płaszowie, w Oświęcimiu, Chełmnie i gdzie indziej.

BUCHALTERZY SKARBU

W obozie na Majdanku, jak i w innych kacetach i ośrodkach masowej zagłady, urządzonych na terenach 

polskich,   organizowaniem   i   techniką   grabieży   zajmował   się   Abteilung   IV  —  Administracja,   działając 
według   wytycznych   urzędu   Globocnika.   Komórki,   wchodzące   w   skład   tego   oddziału,   administrowały 
zapleczem w postaci magazynów. Na Majdanku było to 11 baraków, w których gromadzono zagrabione

* Przechowalnia rzeczy osobistych więźniów i magazyn odzieżowy.

background image

walory przed przekazaniem ich do sztabu „Reinhard”.

Ograbianie   więźniów   wyselekcjonowanych   do   pracy  rozpoczynało   się   tuż   po  przekroczeniu   bramy 

obozowej, w łaźni, a ich rzeczy osobiste, a już zwłaszcza odebrane przedmioty wartościowe, gromadzono w 
barakach-składach.   Wkrótce   trafiały  tu   wszelkie   dobra   po   tych,   których   skierowano   do   gazu:   zarówno 
kosztowności, jak i odzież, obuwie i inne.

Druga   faza  „oczyszczania”   tych,   którym   pozwolo   na   jakiś   czas   żyć   i   pracować  „dla   zwycięstwa 

Rzeszy”, odbywała się w Effektenkammer. W długim baraku, po obu stronach pod ścianami, stały rzędem 
przygotowane już do wysyłki paczki owinięte w brunatny papier. Sięgały one do sufitu. W głębi, przed 
wysoką opieczętowaną urną — urna była zamykana komisyjnie — stał oficer z kierownikiem obozu, który 
wzywał nowo przybyłych cugangów do wrzucania do naczynia wszystkich wartościowych przedmiotów, 
jakie mieli jeszcze przy sobie. Po oddaniu drogocennych rzeczy rozebranego do naga więźnia dokładnie 
oglądał podoficer SS, sprawdzając, czy nie schował czegoś w ustach, we włosach lub między palcami nóg. 
Podejrzewając, że więźniowie w czasie rewizji mogli ukryć mniejsze wartościowe przedmioty w ustach, 
esesowcy zanurzali im głowy w dużym naczyniu z wodą zmieszaną z lizolem. Więzień kaszląc wypluwał 
wtedy to, co miał w jamie ustnej. Rzadko któremu udało się przemycić jakiś drobiażdżek w odbytnicy lub w 
obcasach butów. Przeważnie i to znajdowano.

Przeznaczonym do komory gazowej z miejsca odbierano cały dobytek, składając w magazynach, gdzie 

pod dozorem strażników specjalne brygady więźniów przeszukiwały odzież, obuwie i walizki. Sprawdzano, 
czy walizy nie posiadają podwójnego dna. Przeglądano skrupulatnie odzież po zamordowanych, z ubrań 
wypruwano   ukryte   kosztowności,   które   segregowano   pobieżnie   pod   kątem   gatunkowym  —   a   nie   ich 
rzeczywistej wartości  — i umieszczano w kartonach. Za plecami segregujących więźniów lub więźniarek 
stali członkowie esesmańskiej załogi, bacznie obserwując każdy ruch pracujących. Dopiero po napełnieniu 
kartonów wartościowymi przedmiotami komisyjnie przeliczano je, a następnie przekazywano jubilerom, by 
orzekli, które juwelia są prawdziwe, a które sztuczne.

Ostatnia kontrola odbywała się w magazynach sztabu „Reinhard” przy ul. Lipowej, gdzie sprawdzano 

odzież i obuwie, posługując się aparatem rentgena.

Na tym jednak nie poprzestawano. Przeprowadzano częste rewizje w barakach mieszkalnych więźniów, 

znajdując   nieraz   przemycone   lub  „zorganizowane”   kosztowności   i   pieniądze.   Niektórzy  oddawali   je   w 
całości do „skarbu SS”, inni to i owo przywłaszczali sobie.

Pewnego razu  — było to w lecie 1942 roku  — na III pole przyszedł jakiś esesman z tłumaczem i 

zażądał, by oddano złoto i inną biżuterię. Kiedy nikt się nie zgłosił, zagroził, że przeprowadzi rewizję, a 
wówczas  „będzie gorzej”. Po chwili około dwudziestu więźniów do nastawionej czapki wrzuciło to, co 
jeszcze pozostało im cennego. Po kilku dniach nadszedł patrol esesmanów. Powiedziano wtedy więźniom, że 
ostatnia rekwizycja była nielegalna i w przyszłości pojedynczym osobom  — esesmanom lub kapo — nie 
należy nic oddawać.

Cenne przedmioty — rzecz jasna — winny zostać przekazane w „godniejsze” ręce, czyli kierownictwu 

obozu.

Globocnik starał się być skrupulatny nie tylko w gromadzeniu, ale i w ewidencji łupu i kładł duży 

nacisk na dokładne prowadzenie ksiąg, w których rejestrowano wpływy z Majdanka i z innych obozów. Ze 
względu   na   ściśle   tajny  charakter   operacji   zarządził,   aby  każdy  członek   SS,   który  w  niej   uczestniczył, 
podpisał zobowiązanie przestrzegania tajemnicy.

„Akcja   Reinhard”   odbywała   się   planowo.   Z   ponad   dziesięciu   milionów   europejskich   Żydów 

postanowiono tymczasowo zachować od dwóch do trzech milionów mężczyzn i kobiet zdolnych do pracy. 
Resztę czekało natychmiastowe „Endlösung”. Globocnika, który był za szybkim i dokładnym wykonaniem 
tego programu, nie trzeba było przekonywać, że równie doniosłe znaczenie ma odebranie milionom ofiar ich 
mienia,   do  —   jak   się   wyraził  —   ostatniej   pary   pończoch   i   butów.   Od   wszystkich   jednostek   władzy 
administracyjnej, włącznie do poszczególnych miejscowości, żądał dokładnych meldunków o liczbie Żydów 
skierowanych   do   gett   i   punktów   zbornych.   Konfrontował   te   dane   z   otrzymywanymi   z   poszczególnych 
obozów. Każdego dnia dostarczano mu meldunek o ruchu osobowym „przesiedlonych”.

Brigadeführer kontrolował „Akcję Reinhard” przy pomocy dobranej kadry. Do swego sztabu kierował 

przede wszystkim znajomych i kolegów, zwłaszcza zamieszkujących, jak i on swego czasu, w Karyntii. 
Prawą jego ręką był sturmbannführer i adiutant, Ernst Lerch, który dość ściśle ustalił liczbę ofiar zbrodniczej 
operacji,   po   czym   wziął   w   ręce   jej   gospodarczą   stronę.   Dużą   rolę   odegrało   wprowadzenie  kartotek: 
centralnej w sztabie „Reinhard” i miejscowych  w poszczególnych  obozach. Od 16 września 1942 roku 
wszelkie przedmioty pochodzące z grabieży miały być księgowane; wcześniej dostarczenie precjozów do 

background image

Lublina odbywało się na „słowo honoru”.

Do   magazynów   Globocnika   szły  kosztowności   i   odzież   z   dystryktów:  lubelskiego,   warszawskiego, 

krakowskiego, galicyjskiego i radomskiego, i to już od wiosny 1942 roku. Ich dowódcy SS i policji, a byli 
to: w Warszawie — Ferdinand von Sammern, potem Franz Kutschera, w Krakowie — Scherner, we Lwowie 
—  Fritz   Katzmann,   mieli   obowiązek   współdziałania   z   pełnomocnikiem  Himmlera.   W   generalia   sprawy 
wtajemniczony był wyższy dowódca SS i policji w GG, Friedrich Wilhelm Krüger, i jego następca Wilhelm 
Koppe.

Globocnik wiedział,  że po zakończeniu  „Akcji”  będzie musiał  rozliczyć się  z całego  zagrabionego 

bogactwa w WVHA, a zwłaszcza z Oswaldem Pohlem.

W wyniku starań Globocnika w połowie sierpnia 1942 roku do Lublina udali się dr inż. Kurt Gerstein, 

szef służby dezynfekcyjnej SS, i prof. higieny, sturmbannführer dr Pfannenstiel. Przywieźli oni samochodem 
100 kg kwasu pruskiego. Szef „Akcji Reinhard” przyjął ich z otwartymi ramionami, zastrzegając, że sprawa, 
w związku z którą ich zaprosił, należy do najściślej tajnych, po czym podał im dane o trzech fabrykach 
śmierci: Bełżec, maksymalna „wydajność” 15 tysięcy osób dziennie, Treblinka — 25 tysięcy i Sobibór — 20 
tysięcy.

— Pańskie główne zadanie — zwrócił się do Gersteina — to zdezynfekowanie bardzo wielkiej, jak pan 

widzi, ilości tekstyliów. W przyszłości będzie tego więcej.

Gerstein   odbył   następnie   szereg   rozmów   z   kierownikami   firm   branży   dezynfekcyjnej,   ale   bez 

powodzenia.   Gdy   tylko   wymienił   wielkość   zebranych   zapasów  —   40   milionów   kilogramów,   to   jest 
sześćdziesiąt składów pociągów towarowych — tamci rozkładali ręce.

Podczas następnego spotkania Globocnik oświadczył gościom:
— Mam dla panów także inne, jeszcze ważniejsze zadanie. Jak pan już wie, nasze komory gazowe 

funkcjonują obecnie przy wykorzystaniu spalin silnika Diesla. Jest to metoda przestarzała i zbyt powolna. 
Musimy   przestawić   się   na   kwas   pruski.   Powiem   panu   coś.   Przedwczoraj   byli  tu   führer   i   reichsführer 
Himmler, zwiedzili te urządzenia.

— I co powiedział führer? — zadał pytanie Pfannenstiel.
— Führer — odrzekł gospodarz — stwierdził, że całą akcję należy przeprowadzić znacznie szybciej.

PRZESTĘPCZY KOROWÓD MAJDANKA

Na Majdanku zdarzali się i tacy więźniowie, którzy na równi z esesowcami szukali kosztowności, gdy 

nadszedł świeży transport. Kto miał złoto lub brylanty, mógł je zamienić na żywność i papierosy. Również 
praktycznie niemal każdy członek załogi SS maczał  palce w tym złodziejstwie na wielką skalę. Dobra, 
dostarczone na stół jubilera Antmanna, to była może zaledwie połowa tego, co zagrabiono.

Standartenführer Koch, jeden z największych złodziei w całym SS, przymykał na to oczy, a wkraczał 

dyscyplinarnie jedynie wtedy, gdy skandalu nie dało się zatuszować.

Ani on, ani żaden inny członek załogi obozowej nie znał prawdziwej  wartości przedmiotów, które 

ukradł   dla   siebie.   Mógł   ją   ocenić   tylko   jubiler   z   bloku   nr   1.   Dlatego   przychodzili   do   niego,   każdy  w 
tajemnicy przed innymi, ze swoim prywatnym łupem, aby go oszacował.

Pewnemu untersturmführerowi z kompanii wartowniczej Antmann wycenił złoty zegarek ze stu sześciu 

brylancikami; to był ogromny majątek.

Jubiler zawsze odkładał coś z kosztowności na stronę, po czym darowywał po jednym drobiażdżku 

niektórym esesmanom, gdy jechali do domu na urlop. Były to złoto, brylanty, monety dwudziestodolarowe, 
zegarki kieszonkowe męskie i damskie na rękę. Za to przynosili mu jedzenie, którym dzielił się z rodziną i 
przyjaciółmi.

Zresztą wszyscy esesmani ze sztabu komendantury otrzymywali od jubilera to, na co mieli ochotę. 

Jeden chciał złoty zegarek, drugi pragnął swej żonie podarować coś z klejnotów, ów marzył o pięknym 
pierścionku.   Wystarczyło   przecież,   by  Antmann  badając   zawartość   kolejnej   walizki   powiedział:   to   jest 
Jablonec, i już mógł odłożyć tę rzecz na bok, zatrzymać sobie lub podarować. A były to drobiazgi piękne i 
prawdziwe...

Więźniom niechętnie robił prezenty z drogocennych przedmiotów; był przezorny, nie chciał ryzykować 

wpadki. Żaden też więzień nie był w stanie „odwdzięczyć” mu się tak, jak wpływowi esesmani. Otrzymywał 
od nich węgierskie salami, lubecki marcepan, francuski pasztet, niemieckie masło, polską gęsinę, i to w 
czasie gdy tuż obok towarzysze niedoli musieli zadowolić się połową litra zupy ze zgniłej brukwi, a tysiące 

background image

przymierało głodem.

Wybrał też coś dla siebie. Wiedział, że nie może trzymać tego w kieszeni. Wyszukał więc sobie brylant, 

który   zaprzyjaźniony   dentysta-więzień   Schlesinger   wmontował   mu   w   ząb.   Był   to   przepiękny   brylant 
dwukaratowy 87, błękitnobiały bez szkła. Jako fachowiec orientował się, że ma wysoką wartość. Dziś by 
kosztował grubo ponad ćwierć miliona franków szwajcarskich.

Nie tylko jubilerowi żyło się dobrze na Majdanku, nie tylko on jeden miał w bród jedzenia. Niezgorzej 

wiodło się licznej grupie jego słowackich pobratymców. Ci, których wyselekcjonowano do pracy, dzięki 
czemu nie poszli do gazu, objęli na rozkaz SS najbardziej newralgiczne funkcje. Po kilku miesiącach z 
trzynastu   tysięcy   słowackich   Żydów   zostało   niewiele   ponad   trzystu   i   nimi   to   obsadzono   wszystkie 
kancelarie, magazyny i warsztaty; objęli też funkcje blokowych. Zawiązali oni coś na kształt organizacji 
samopomocy, broniąc zaciekle więźniom innej narodowości dostępu do intratnych stanowisk. Stworzyli coś 
w rodzaju zamkniętej kasty, czerpiącej zyski wyłącznie dla siebie. Ta zwarta grupa egoistów, obnosząca 
butnie swoje gwiazdy Dawida, była w stosunku do reszty więźniów niekoleżeńska, bezwzględna i brutalna, 
przez co chciała zasłużyć się w oczach swoich esesmańskich mocodawców, a zarazem wywołać wrażenie, że 
jest niezastąpiona  — obok niemieckich kryminalistów — jako pomoc w administrowaniu obozem. Dobre 
wrażenie na esesmanach robiła ich świetna znajomość języka niemieckiego i wykształcenie, z reguły średnie, 
często wyższe. Ubierali się pierwszorzędnie, mając  dostęp do składów odzieży i obuwia, i świetnie się 
odżywiali, czerpiąc dowolnie z zapasów, przywiezionych przez transporty kierowane do gazu.

Wśród Słowaków trafiali się i tacy, którzy solidaryzowali się z ogółem więźniów; zdarzali się wśród 

nich komuniści.

Antmann specjalnie nie bratał się ze swymi rodakami. W rzadkich wolnych od pracy chwilach wolał 

przeczytać książkę. Nie wchodził w żadne kombinacje z więźniami, nawet ze Słowakami. Uważał, że w ten 
sposób ma większe szanse przeżycia. Najbardziej cenił sobie swobodę. Mógł chodzić po całym obozie, miał 
na   to   oficjalne   zezwolenie.   Nikt,   żaden  „podczłowiek”   ani  „nadczłowiek”,   nie   miał   prawa   go   uderzyć, 
poszczuć   psem,   zastrzelić.   Nawet   wsławiony   okrucieństwami   lagerführer   Anton   Thumann,   następca 
Hackmanna, powstrzymywał swego wilczura „Borysa”, gdy spotkał jubilera. Rottenführer Laurich noszący 
przydomek „Anioł Śmierci” nie bił go swoim batem.

Niemało biżuterii i złota zaniósł jubiler do willi Kochów, ale i tak był to zaledwie ułamek tego, co 

komendant sam sobie przywłaszczył.

Członkowie   obozowej   załogi   SS   zaglądali   do   jubilera   chętnie.   Lagerführer   Hermann   Hackmann, 

adiutant Kocha z czasów buchenwaldzkich, miał zwyczaj pukania nie do drzwi, wiedząc, że są zamknięte na 
klucz, lecz w ramę okna. „Otwieraj, Antmann!” — wołał cicho. Zależało mu na tym, żeby zachować swoją 
wizytę w tajemnicy. I jubiler otwierał.

Często przychodził do niego dr Waldemar Hoven, podobnie jak Hackmann ściągnięty na Majdanek z 

Buchenwaldu.   Elegancki,   przystojny   haupsturmführer,   był   od   dawna   przyjacielem   Ilzy   Koch.   Jubilera 
poszukiwał prawie codziennie. Wdawał się w rozmowę, a na odchodnym brał ze sobą jakiś cenny drobiazg.

Czasem Hackmann, Hoven i sam Koch chcieli tylko dowiedzieć się, czy zdobyte już wcześniej przez 

nich inną drogą przedmioty są prawdziwe.

W okno pukał także szef krematorium Muhsfeld. W popiele ze spalonych ciał znajdował wartościowe 

drobiazgi.

Standartenführer z warsztatu jubilerskiego sam nie zabierał nic, polecając tylko, żeby mu to i owo 

przynieść   do   domu...   Zlecił   również   reperację   zegarków,   a   raz   musiał   Antmann   wlutować   w   srebrny 
naszyjnik imiona żony i dzieci.

Koch panicznie bał się skierowania na front, tego zresztą obawiali się wszyscy esesmani z Majdanka, 

jak i z innych obozów, dekujący się za plecami więźniów, udający  „żołnierzy führera na wewnętrznym 
froncie walki”. Dzięki więźniom mogli żyć bezpiecznie i w dobrobycie, awansować, a także znacznie się 
wzbogacić.   Nie   było   dla   nich   lepszego   miejsca   stacjonowania   niż   kacet.   Nic   dziwnego,   że   były   to 
zbiorowiska najbardziej odrażających figur. Należy do nich zaliczyć także Karla Kocha. Urodzony w 1897 
roku jako syn urzędnika stanu w Darmstadcie, został księgowym. Za kradzież pieniędzy z kasy ukarano go 
krótkotrwałym więzieniem. W 1931 roku wstąpił do NSDAP, by w rok później iść powtórnie za kratki, tym 
razem za napad rabunkowy na przechodnia. Wyszedł na wolność po paru miesiącach i wstąpił do SS. W 
1935 roku miał nową sprawę karną, za napad, ale wybronił się, jako że był szefem osławionej katowni 
Columbia-Haus w Berlinie.

Po „wypędzeniu z raju”, z Buchenwaldu, odbudował sobie i rodzinie dobrobyt w Lublinie. Co prawda 

nie  w dawnej  skali,  gdy zawsze  miał  w  piwnicy 600 flaszek  francuskiego  wina  i 30 całych szynek,  a 
sprzedawał „na lewo” po 200 puszek konserw z mięsem kaczym. Teraz, na Majdanku, działał ostrożniej, żył 
skromniej, za to biżuterię i złoto gromadził systematycznie.

background image

Tacy to „interesanci” pukali w ramę okienną warsztatu sortownika-jubilera.

*

Na   terenach   Polski   istniały   dwa   główne   ośrodki   prowadzące   grabież   w   obozach  —   Lublin   z 

Globocnikiem i Oświęcim z komendantem Hössem. Niezależnie od tego, że sami starali się jak najsprawniej 
przeprowadzić   stosowne   operacje,   otrzymywali   dość   często   instrukcje   z   Berlina:   ogólny   zarząd   nad 
zagrabionym majątkiem przejął obergruppenführer Pohl, szef WVHA.

Jedna z takich instrukcji, wydana 26 września 1942 roku, zainicjowana przez Himmlera i oparta na 

tajnym rozkazie Pohla, a podpisana przez brigadeführera i generała Waffen SS, Victora Franka, ze sztabu 
reichsführera,   regulowała   dokładny   tryb   spływu   skradzionego   w   obozach   majątku   do   wyznaczonych 
instytucji.

I tak wszelką gotówkę w banknotach niemieckich wpłacano do Banku Rzeszy w Berlinie-Schöneberg, 

na konto WVHA, SS 158/1488. Dewizy, metale szlachetne, klejnoty, kamienie szlachetne i półszlachetne, 
perły, złote zęby i złoty złom były dostarczane WVHA, który przekazywał je do safesów w Reichsbanku. 
Zegarki, z wyjątkiem złotych, budziki, pióra wieczne, ołówki, maszynki do golenia, scyzoryki, nożyczki, 
latarki   kieszonkowe,   portfele   i   sakiewki   czyszczono   i   wyceniano   w   specjalnych   warsztatach   WVHA. 
Otrzymywały je bezpłatnie dywizje frontowe Waffen SS. Część odzieży przeznaczono dla więźniów obozów 
koncentracyjnych, resztę zaś, podobnie jak bieliznę, futra, obuwie, pościel, i dziesiątki innych przedmiotów, 
artykułów przemysłowych, zwłaszcza galanterii, upłynniano stopniowo na rynku, spieniężając je. Ceny na 
wszelkie dobra ustalało WVHA, opierając się na stawkach urzędowych.

Instrukcja   polecała:   przeszukać   z   największą   starannością   przedmioty,   które   miały   być   oddane. 

Chodziło o sprawdzenie, czy nie ukryto w nich lub nie zaszyto rzeczy wartościowych.

Ani Frank, ani Himmler zdali się nie wiedzieć, że owych przeszukiwań gorliwie dokonywały nader 

sprawne ręce więźniów i... esesmanów, odkładając na bok znaczną część kosztowności.

SĘDZIA WŚRÓD ZŁODZIEI

Nadeszła   jesień   1942   roku.   Pewnego   październikowego   słotnego   dnia   przyszedł   do   warsztatu 

„zegarmistrzowskiego”   esesman,   którego   Antmann   nigdy   do   tej   pory   nie   widział.   Gość   w   stopniu 
untersturmführera przedstawił się jako sędzia. Nie wyjawił, rzecz oczywista, że jest delegowany przez sąd 
SS z poleceniem zebrania dowodów różnych nielegalnych operacji, dokonywanych zwłaszcza przez Kocha, 
a także innych członków załogi. Zebrane tutaj poszlaki miały go potem nieoczekiwanie zaprowadzić także 
do magazynów sztabu  „Reinhard”. Istota sprawy polegała na tym, że zapiekły wróg komendanta, książę 
Josias zu Waldeck und Pyrmont, gruppenführer, wyższy dowódca SS i policji na obszarze Fulda-Werra, nie 
zrażony tym, że Himmler wziął w obronę swego pupila, kuł żelazo póki gorące i dzięki swym wpływom 
spowodował, że sprawy Kocha nie odłożono ad acta.

Gość Antmanna nazywał się Konrad Morgen i był doktorem praw. Jak inni esesmani interesował się 

złotem i biżuterią, ale od innej strony: nie wyłudzał nic dla siebie, a tylko prosił jubilera, by opowiedział o 
swej pracy. Nie było to formalne przesłuchanie, lecz raczej rozmowa. Antmann mówił szczerze z jednym 
wyjątkiem:   nie   wspomniał   o  tym,   co   wynieśli   z   jego   pracowni   odwiedzający  go  esesmani,  co   sam  im 
podarował i co dostarczył Kochowi do domu. Instynkt mu podpowiedział, że jeśli ich sypnie, wyda wyrok 
śmierci na siebie.

Doktorowi Morgenowi nie chodziło jednak o małych złodziejaszków w mundurach SS. Szło mu o grubą 

rybę, o Kocha. O tym Antmann nie wiedział. Standartenführera nie było już zresztą na Majdanku: 5 sierpnia 
1942 roku wyjechał na zawsze, przeniesiony na stanowisko komendanta obozu dla schwytanych partyzantów 
pod Belgradem w Jugosławii. Po nim przez trzy miesiące komendantem KL Lublin był obersturmbannführer 
Max Koegel, po czym jego miejsce zajął sturmbannführer Herman Florstedt, dotychczasowy lagerführer 
ściągnięty przez Kocha z Buchenwaldu.

Tymczasem dr Morgen ustalił, że ludzie Kocha zamordowali na Majdanku pewnego esesmana, który za 

dużo wiedział o kradzieży złota i drogich kamieni i zbyt wiele na ten temat mówił. Powtórzyła się historia 
buchenwaldzka,   kiedy   to   zmarł   nagle   w   bunkrze   oberscharführer   Köhler,   a   obdukcja   lekarska, 
przeprowadzona z inicjatywy księcia Waldeck, stwierdziła truciznę. Dr Morgen miał zjawić się powtórnie w 
Lublinie w końcu 1943 roku, aby dokończyć śledztwo w sprawie nadużyć tutejszych esesmanów, także z 
kręgu sztabu „Reinhard”.

Antmann miał dobre warunki, także jego ojciec i Weiss żyli dostatnio. Mimo to jubiler zachorował na 

background image

tyfus plamisty. Na rewirze zmierzono temperaturę — 41°C. Wygłodzony więzień by nie przeżył, ale jubilera 
solidnie odżywiano, miał nawet swojego  „anioła stróża”: organizacja SS troszczyła się o niego. Po kilku 
zastrzykach gorączka opadła i zaczął dochodzić do zdrowia. Jednakże ojciec zmarł na tę samą chorobę, w 
jednym z podobozów Majdanka zmarła matka. Nie przeżył także Weiss.

Antmann   musiał   postarać   się   o   nowych   pomocników.   Wziął   Polaka   i   Czecha;   obaj   byli   dobrymi 

zegarmistrzami i znali się na klejnotach. Lecz to był koniec jego pobytu na Majdanku.

Pewnego lutowego dnia 1943 roku z KL Sachsenhausen przyjechał oficer w stopniu obersturmführera w 

towarzystwie dwóch zegarmistrzów-esesowców i wybadał umiejętności Antmanna. Okazało się, że jego 
sława jako zegarmistrza sięgnęła aż do Oranienburga i do WVHA.

Przybysze   rozłożyli   przed   nim   skomplikowane   urządzenia   i   pytali,   co   to   jest   i   jak   funkcjonuje. 

Odpowiedzi przyjęli  z zadowoleniem, a następnie spytali, czy w obozie są jeszcze inni  „uhrmacherzy”. 
Potwierdził i wymienił kilka nazwisk, wśród nich swojego polskiego przyjaciela Jacka Szwarca.

Goście,   mimo   oporów   Florstedta,   który   zamierzał   wykorzystać   jubilera   do   swoich   prywatnych 

machinacji, zabrali tych dwu więźniów oraz jeszcze pięciu specjalistów w tej dziedzinie  — mieli na to 
dokument   z   WVHA.   Błyskawicznie   sformowano   ich   w   mały   transport.   W   drodze   trzej   zmarli   z 
wycieńczenia.   Antmann   wiózł   ze   sobą   salami,   mięso   i   drób;   podzielił   się   z   innymi.   Po   trzech   dniach 
dojechali do Oranienburga.

Tu w porównaniu z Majdankiem warunki były o niebo lepsze. Porządne łóżka, woda do mycia, ludzi w 

lagrze   nie  gazowano.  Antmann  dostał   opaskę   z  oznaką:  „Vorarbeiter”  (jako  Żyd   nie   mógł   być  kapo)   i 
powierzono mu nadzór nad 137 zegarmistrzami ze wszystkich okupowanych krajów Europy. Był „szefem” 
jedynego w swoim rodzaju warsztatu, z pewnością największego na świecie w tej specjalności. Z wyrobami 
jubilerskimi nie miał do czynienia, w Sachsenhausen nie było „Akcji Reinhard”. Przeglądali tylko zegarki, 
setki tysięcy zegarków dostarczonych z Lublina, Oświęcimia i innych obozów.

Przyjechał unterscharführer Resch, przeniesiony służbowo z Majdanka, odwiedził jubilera. W pewnym 

momencie rzucił:

— Antmann, ale ty miałeś szczęście!
— Dlaczego tak pan sądzi?
Wtedy esesowiec opowiedział, jak to 13 listopada 1943 roku w tamtym obozie urządzono „Erntefest” 

(„dożynki”)   i   wymordowano   wszystkich   pozostałych   przy   życiu   Żydów.   Wśród   ofiar   był   Eugen,   brat 
zegarmistrza.

Po stłumieniu powstania w getcie do Majdanka nadszedł transport: 460 mężczyzn oraz kobiety i dzieci. 

Umieszczono ich na placu obok łaźni i komory gazowej i trzymano pod gołym niebem do rana następnego 
dnia, po czym oddzielono mężczyzn od kobiet z dziećmi. Walizki i wszelkie tobołki tuż przed wejściem do 
łaźni odbierali im więźniowie niemieccy pod czujnym okiem esesmanów. Przybyszom kazano wejść do 
środka i rozebrać się. Ostrzyżono ich, a później zajęła się nimi komisja segregująca; zdrowych i młodych 
skierowano do jednej łaźni, resztę do drugiej. W tej ostatniej zrobiło się straszliwie ciasno. Nie spłynęła z 
pryszniców woda, za to z niemal niewidocznych otworów w suficie zaczął się sączyć cyklon.

Rozległy się przejmujące krzyki, płacz i jęki; ciała skłębiły się w jednej ogromnej masie. Po dwunastu 

minutach nastała cisza. Komory nie otwierano do wieczornego apelu, po którym nadjechały ciągniki, każdy 
z trzema przyczepami, i odwiozły trupy do krematorium, znajdującego się po drugiej stronie między I i II 
polem.

Po tym transporcie nadszedł drugi. W tym samym czasie niektórzy z członków załogi SS, ubiegając 

urzędowe oględziny mienia, na własną rękę szukali kosztowności. Pośpiesznie rewidowali ubrania i walizy, 
rozpruwali poduszki i jaśki. Zazwyczaj znajdowali brylanty. Inni przekopywali plac i znajdowali ukryte tam 
pierścionki, drogie kamienie, dolary i ruble. Nic dziwnego. Byli i tacy wśród przybyszów, którzy zakopywali 
swoje   skarby   na   placu   przed   łaźnią   zwanym   przez   esesmanów   cynicznie  „Rosengarten”   (ogród   róż); 
nieszczęśnicy ci mieli nadzieję, że później odnajdą to wszystko i wymienią na żywność. Stąd wzięło się 
powiedzenie, że wystarczy na Majdanku poruszyć ziemię obcasem, aby znaleźć złoto.

AFERA MARMORSTEINA

Antmann nie był jedynym jubilerem na Majdanku. Do obozu tego trafił także niejaki Marmorstein, 

który   podawał   się   to   za   jubilera,   to   za   dziennikarza.   Przyjechał   do   obozu   24   kwietnia   1942   roku   w 
kilkusetosobowym transporcie ze Słowacji, prawdopodobnie z Bratysławy.  Jego żona i córka zginęły w 

background image

Oświęcimiu.

Początkowo powodziło mu się źle. Po odbyciu kwarantanny skierowano go do pracy w żwirowni, gdzie 

po kilkunastu dniach bliski był śmierci z wyczerpania. Szczęściem dla niego pewien esesman dowiedział się 
o   tym,   że   zna   się   na   drogich   kamieniach,   i   wciągnął   go   do   gangu,   w   skład   którego   wchodziło   kilku 
podoficerów  —   kommandoführerów,   nadzorujących   grupy   robocze,   zatrudnione   przy   przejmowaniu 
transportów, odbieraniu przybyszom ich rzeczy, selekcjonowaniu i składowaniu. Dla kamuflażu załatwiono 
mu   funkcję   vorarbeitra   w   Baubüro-Bauleitung   *,   ale   wkrótce   został   vorarbeitrem   brygady   więźniów, 
przeglądających ubrania współtowarzyszy niedoli w poszukiwaniu złota, biżuterii i obcych walut. Dzięki 
temu   mógł   kraść   kosztowności   dla   swoich   pozostających   w   ukryciu   mocodawców,   a   przy   okazji   nie 
zapominał o sobie.

Każdy z członków gangu, w tym także Marmorstein i jego prawa ręka Fuchs, również Żyd ze Słowacji, 

miał tajny schowek, do którego składał zdobycz i z którego czerpał w miarę potrzeby. Do dobranej szajki 
należał   także   scharführer   Ernst   Kostial,   rapportführer   Majdanka.   Niejeden   więzień   widział   u   niego 
platynowy   zegarek   z   brylantową   główką,   z   cyferkami   i   wskazówkami   również   pokrytymi   maleńkimi 
brylancikami.

Złodziejska klika, ogarnięta chciwością, nie poprzestała na tym, lecz zorganizowała na wielką skalę 

kradzież ubrań. Samochodami ciężarowymi z przyczepami wywożono tysiące sztuk odzieży z magazynów 
obozowych, upłynniając towar na czarnym rynku w Lublinie.

Z usług jubilerskich Marmorsteina korzystał także, na własną rękę, komendant Florstedt. Co jakiś czas 

Słowak   po   wieczornym   apelu   meldował   się,   wzywany   dyskretnie   przez   wachmana,   w   domu 
sturmbannführera,   willi   z   ogromną   werandą,   zwanej  „Weisses   Haus”   („Biały   Dom”),   niedaleko   szosy. 
Florstedt pod lada pretekstem wysyłał swego adiutanta w teren, przekręcał klucz w zamku, po czym przy 
opuszczonych zasłonach okiennych wyjmował z szuflady pancernej woreczek i wysypywał jego zawartość 
na   stół.   Do   więźnia   należało   wycenienie   złotych   bransolet,   kolczyków,   pereł   i   brylantów.   W   tym   celu 
posługiwał   się   fachowym   sprzętem,   dostarczanym   mu   przez   gospodarza.   Ten   w   swojej   tajnej   księdze, 
przewidzianej   na   prywatny   użytek,   odnotowywał   wartość   każdego   z   drobiazgów.   Florstedt   ograbiał 
transporty   podobnie   jak   wielu   jego   podwładnych,   przywłaszczając   sobie   część   z   tego,   co   Globocnik 
powinien w całości odprawić do Berlina.

Marmorstein mieszkał na IV polu. Jego komendantem był od lipca 1943 roku unterscharführer Kaps, 

również należący do złodziejskiej spółki.

W   drugiej   połowie   czerwca   wybuchła   bomba.   Ktoś   doniósł   lagerführerowi   Thumannowi,   że 

Marmorsteina łączą jakieś podejrzane kontakty z załogą SS. Obersturmführer kazał natychmiast sprowadzić 
więźnia i rozpoczął przesłuchanie. Ten po kilku uderzeniach w twarz zaczął sypać wspólników, więźniów i 
„trupie główki”. Zdradził kryjówki z kosztownościami. Jak się okaże, nie wszystkie.

Thumann   najpierw   zażądał   od   Marmorsteina   i   Fuchsa   kilku   milionów   złotych,   które   sobie 

przywłaszczyli, a następnie polecił przenieść obu z pola IV na pole III, zwane „Todfeld” („pole śmierci”), po 
to, żeby uniemożliwić im porozumienie się z innymi  członkami bandy.  Tu wlepiono aferzystom po sto 
pięćdziesiąt kijów; przeżył je tylko Marmorstein. Później Thumann udał się do komendanta i zrelacjonował 
mu całą historię.

— Trzeba wszcząć dochodzenie, komendancie — zakończył.
Florstedt   nerwowo   gniótł   rękawiczkę.   Jeszcze   za   czasów   komendantury   Kocha   z   pomocą 

sprowadzonego   z   Buchenwaldu   (wcześniej   był  w   Dachau)   niemieckiego   kryminalisty  Hessela,   który  w 
Majdanku   otrzymał   funkcję   lagerälteste   (starszy  obozu),   zmontował   sieć   więźniów   grabiących   dla   obu 
kolejnych szefów lagru złoto i klejnoty. Florstedt poczuł, że może znaleźć się w opałach. Bał się, że wyjdzie 
na jaw, w jakim celu sprowadzał jubilera do swego prywatnego mieszkania. Co prawda lagerführer domyślał 
się tego, ale nie ośmielił się postawić takiego zarzutu przełożonemu.

— Mam pomysł. — przerwał milczenie Thumann — bierzmy szpadle w garść i pójdźmy odegrać rolę 

poszukiwaczy skarbu. Przecież to dobro Rzeszy, jak ci się podoba? Sezamy znajdują się obok Rosengarten. 
— Tak nazywano plac z budynkiem komory gazowej. — Wyznał to ten żydowski gnój, a że powiedział 
prawdę, to więcej niż pewne.

Nie   zwlekając   udali   się   na   miejsce,   zeszli   do   rowu   i   zaczęli   go   przekopywać   według   wskazówek 

Marmorsteina. Po dobrej godzinie wyciągnęli z ziemi kilka zawiniątek z biżuterią. Zanieśli je do magazynu. 
Był już późny wieczór.

Upłynęły dwa dni. Komendant zawezwał Hessela i polecił mu „usunąć” jubilera. Starszy obozu udał się

* Biuro budowlane — kierownictwo budowy.

background image

do oberkapo na III polu, Petera Bürzera, zwanego też lagerältesterem, bandyty z czerwonym trójkątem, i 
przedstawił mu czekające go zadanie.

— Nie ma sprawy, Teodor — uśmiechnął się Bürzer. — Wykończymy go zaraz.
Akt   samosądu,   a   raczej   morderstwa,   dokonał   się   w   pokoju   służbowym   oberkapo,   w   kancelarii. 

Mieszkający w tym baraku Polacy słyszeli niemal wszystko i niemało widzieli przez uchylone drzwi. Bürzer 
siedział za biurkiem, naprzeciwko stał Marmorstein a z boku trzymał się kapo Karl Galka, kryminalista. 
Obaj Niemcy, pijani, zaczęli bić Słowaka. Trwało to długo, bo jubiler był silny. Kiedy upadł, dobili go, a 
potem powiesili w latrynie na pasku od spodni.

Jak tylko skończył się apel poranny, Kaps i Hessel zamknęli wejście do ustępu, po czym obejrzeli 

dokładnie ciało. Gdy zjawił się Bürzer, rottenführer Kaps wyraził mu swoje niezadowolenie, oświadczając, 
że spartaczył robotę.

— Nikt nie uwierzy w samobójstwo, podczas dochodzenia musisz przyznać się, że to ty zabiłeś  — 

polecił. — Powiesz, że nakryłeś go w chwili, kiedy zakopywał w ziemi skradzione dobro Trzeciej Rzeszy. 
Jeszcze cię pochwalą, zobaczysz.

W jakiś czas potem zjawił się Thumann. Bürzer tłumaczył się tak, jak to polecił mu Kaps.
— Chciałem, żeby powiedział wszystko, wszystko panie lagerführer. Słyszałem, że ukrył jakieś wielkie 

skarby. Próbowałem wydusić z niego i zameldować panu. A to znalazłem przy nim i odebrałem mu. Proszę!

To mówiąc oddał obersturmführerowi 32 złote obrączki, pochodzące z jego własnego schowka. Wśród 

więźniów krążyły legendy o bogactwie Bürzera. Inni kapo także grali w karty o złoto i brylanty.

Thumann, wściekły, gdyż chciał osobiście jeszcze raz przesłuchać Marmorsteina, zaczął bić Bürzera 

batem, ale prezent-łapówkę schował do kieszeni. Zaraz też zdegradował go na zwyczajnego kapo i skierował 
do prowadzenia robót poza obozem.

Florstedt   zatarł   ręce.   Udało   się.   Pozbył   się   niewygodnego   świadka.   Dosłownie   w   ostatniej   chwili. 

Szczęściem dla siebie sprzątnął jubilera Thumannowi sprzed nosa. Nie chciał nawet myśleć o tym, co by się 
stało, gdyby jego zastępca zmusił Słowaka do wyznania całej prawdy. Jednakże dręczyła go jeszcze pewna 
myśl. Wreszcie wezwał Hessela i podzielił się z nim swoim niepokojem. Ten Bürzer... A jeżeli się wygada?

— I na to znajdzie się rada — uśmiechnął się cynicznie bevauer *. Rottenführer Kaps z czwartego pola 

jest najlepszym strzelcem wyborowym w Generalnym Gubernatorstwie, ma karabin z myśliwską lunetą... W 
nagrodę proponuję przenieść go na rapportführera na trzecim polu.

Upalna czerwcowa noc była przepiękna, niebo wygwieżdżone, cisza dokoła jak makiem zasiał. Przed 

godziną   22.00   młody  goniec   Kapsa   dotarł   do   baraku   zamieszkanego   przez   funkcyjnych   prominentów  i 
wywołał Bürzera na zewnątrz, żeby przekazać mu jakąś wiadomość. Oberkapo wyszedł w ślad za nim w 
jedwabnej wiśniowej piżamie i rozsiadł się wygodnie pod ścianą bloku nr 13, w urządzonym przez niego 
samego ogródku. Był doskonale oświetlony lampami, świecącymi na drutach kolczastych. Rozległy się dwa 
strzały. Padły z wieży strażniczej, stojącej między polami II i III, tuż przy obozowej ulicy. Kapo jęknął 
głucho, zgiął się wpół i osunął na ziemię. Przestraszony chłopiec narobił wrzasku. Wypadło z bloku kilku 
więźniów kryminalnych. Z okrzykami:  „co się stało?!”, rzucili się ku leżącemu koledze. Mogli stwierdzić 
tylko jedno: że nie żył. I że pocisk przeszył gardło.

Dr Heinrich Rindfleisch z SS, który dzień wcześniej wystawił akt zgonu Marmorsteina, podając jako 

przyczynę   śmierci   zapalenie   płuc,   w   wypadku   Bürzera   napisał:  „auf   de   Flucht   erschossen”.   Florstedt 
umiejętnie zacierał ślady. Thumann aż dygotał ze złości. Nosił się z zamiarem przesłuchania oberkapo w 
cztery oczy, a tu ktoś sprzątnął mu go sprzed nosa. Nigdy nie poznał nazwiska strzelca wyborowego, choć w 
zleceniodawcy domyślał się komendanta.

Przez wiele dni komentowano w obozie te dwa przypadki śmierci, które nastąpiły tak nieoczekiwanie 

niemal jeden po drugim, i to w niezmiernie zagadkowych okolicznościach. Komu zależało na usunięciu tych 
dwóch, spekulanta i bandziora  — zadawano sobie pytanie. Wersja goniła wersję, plotka wspierała plotkę. 
Całą prawdę znali tylko Florstedt i Hessel. A także Kaps, który wymusił na jubilerze pełne wyznanie.

Thumann   powiązał   ze   sobą   fakty   i   hipotezy   i   słusznie   podejrzewał,   że   sprężyną   afery   był   jego 

bezpośredni   przełożony,   którego   nie   znosił.   Miał   go   za   karierowicza   i   złodzieja,   co   jemu  samemu   nie 
przeszkadzało   przyjąć   od   czasu   do   czasu   łapówki.   Posiadacz  „goldene   Parteiabzeichen”   (złota   odznaka 
partyjna) miał swobodniejszy dostęp do notabli hitlerowskich niż jego komendant. Ze zdaniem Thumanna 
liczył się nawet Himmler.

Nie schwytał jednak Florstedta na gorącym uczynku, więc na razie milczał. Nawet gdy na Majdanek 

zjechał   zespół   kontrolny   specjalnego   sądu   SS   z   Kassel,   nie   odważył   się   rzucić   podejrzenia   na

* Skrót od: Berufsverbrecher (przestępca zawodowy).

background image

sturmbannführera. Mieli teraz zresztą do załatwienia poważniejsze sprawy. Nadchodziły jeden po drugim 
transporty,   trzeba   było zwielokrotnić  selekcję,  a  Globocnik  napierał,  żądając   zwiększenia  „wydajności”. 
Kominy dwóch krematoriów dymiły teraz bez przerwy. I bez przerwy Florstedt, rozzuchwalony poczuciem 
bezpieczeństwa i bezkarnością, gromadził  „nielegalnie” kolejne kolie wysadzane brylantami i naszyjniki z 
pereł. Tym ze swych ofiar, które chwilowo zostawiał przy życiu, aby zapracowały się na śmierć dla dobra i 
zwycięstwa Rzeszy, „urozmaicał” dzień powszedni ad hoc prokurowanymi dowcipami i sentencjami. Kiedyś 
na   przykład   strawestował   napis   widniejący   nad   obozami   karnymi   francuskiej   Legii   Cudzoziemskiej,   a 
brzmiący:  „Wejdziesz tu dzikim zwierzęciem, wyjdziesz człowiekiem”, w taki oto sposób:  „Wejdziesz tu 
człowiekiem, a wyjdziesz zwierzęciem. Jeżeli w ogóle wyjdziesz, w co wątpię...”

Raz uzupełnił sentencję z bramy obozu buchenwaldzkiego:  „Jedem das Seine”, dodając  „und mir das 

meiste”. Zabrzmiało to więc tak: „Każdemu co mu się należy, a mnie najwięcej”.

Starszy obozu Hessel brał przykład ze swego mistrza. Miał podręczną kasę, w której zawsze było 20000 

złotych. Na jedzenie i picie wydawał codziennie tysiąc złotych, a jego osobistym kucharzem był więzień, 
kucharz z m/s „Batory”.

Wciąż jednak toczyło się dochodzenie puszczone w ruch przez dr. Morgena. Zakulisowo, w trybie 

tajnym,   stanowiąc   wewnętrzną   sprawę   SS.   Himmler   był   przeciwny   wywlekaniu   tego   rodzaju   spraw, 
obciążających   jego  „rzetelnych   i   wiernych”   esesmanów,   na  światło   dnia   przed   jurysdykcję   państwową. 
Waffen SS, jako formacja wojskowa, miały własne sądownictwo. Nie na darmo przecież organizacja, którą 
kierował, była państwem SS w państwie Hitlera.

Kartoteka   Florstedta   była   już   nieźle   zapaskudzona,   a   toczące   się   równolegle   śledztwo   przeciwko 

Kochowi   ujawniło   niemało   grzeszków   jego   byłego   zastępcy,   zarówno   dawnych   popełnionych   w 
Buchenwaldzie,   jak   i   nowych,   na   Majdanku.   Reichsführer   zatwierdził   wniosek   sędziów   śledczych.   Pod 
koniec   listopada   1943   roku   nowa   komisja,   wyłoniona   przez   Sąd   Specjalny   SS,   zjechała   z   nakazem 
dokonania rewizji u komendanta. Spenetrowano jego gabinet i willę. Znaleziono kosztowności, niewielką 
wprawdzie   część   ukrytych,   i   zarekwirowano.   On   sam   został   z   miejsca   aresztowany.   Jego   następcą   na 
stanowisku   komendanta   był   teraz   obersturmbannführer   Martin   Weiss,   a   od   maja   1944   roku   do   końca 
istnienia obozu — także obersturmbannführer — Arthur Liebenschel.

Śledztwo prowadził dr Morgen. Z podziwem patrzył na zgromadzone przy ul. Szopena 27 olbrzymie 

ilości zegarków. Nigdy w życiu nie widział takiej masy pieniędzy, zwłaszcza obcych walut. Znajdował się 
tam także piec do topienia złota i leżały sztaby tego szlachetnego metalu.

W początkowym okresie dochodzenia esesowcy w celu zatarcia śladów wymordowali całe komando 

Effektenkammer, świadków swych przestępstw. Więźniów kierowano pojedynczo do krematorium i kolejno 
wystrzelano. Usunięcie świadków kradzieży nie uchroniło jednak złodziei z SS przed sprawą sądową i od 
wyroku, z karą śmierci włącznie.

Skarb Majdanka straszył nadal. Pewnego dnia jeden z więźniów, starszy wiekiem polski wieśniak z 

komanda Strassenbau, pracującego przy budowie szosy, w pobliżu komór gazowych natrafił na zakopany w 
ziemi duży garnek. Gdy wysypał jego zawartość, oniemiał: przed nim leżały banknoty różnych państw, 
jakich nigdy nie widział, brylanty, złote pierścienie. Ukrył zdobycz w tym samym miejscu. Gdy któregoś 
dnia sprawdzał, czy garnek tkwi na swoim miejscu, zastał go przy tej czynności hauptsturmführer Ernst 
Schmidt. Esesowiec  „zaopiekował” się nim „troskliwie”: posłał go na odpoczynek do szpitala, z którego 
więzień już nie wrócił.

LUDZIE O CZYSTYCH RĘKACH

Na jednym biegunie obozowej rzeczywistości była kradzież na monstrualną skalę, na drugim — walka 

o życie i godność. Wśród kilkuset tysięcy ludzi * przytłaczającą większość stanowili tacy, którzy nie ulegli 
demoralizacji,  a na terror SS i elementów kryminalnych  odpowiedzieli  cichym,  lecz często skutecznym 
oporem. Ludzie ci, więźniowie polityczni, w większości polscy — za drutami znalazło się około 100 tysięcy 
Polaków — wchodzili w porozumienie ze sobą, tworzyli grupy samopomocy, organizowali udane ucieczki, 
nawiązywali   konspiracyjne   kontakty  z   rodakami  w   okupowanym   kraju,   nawet   z   całymi   organizacjami: 
charytatywnymi, wojskowymi i politycznymi, istniejącymi oczywiście w podziemiu.

Wśród zatrudnionych przy budowie i rozbudowie obozu osób cywilnych wyróżniał się inż. Klaudiusz

* Oficjalnie uznawaną przez władze polskie liczbą ofiar śmiertelnych na Majdanku, ludzi około 50 narodowości, 

jest 360 tysięcy. Ogólna liczba więźniów nie jest ustalona i waha się od 500 tys. do miliona.

background image

Jeliński,   mierniczy  grupy  pomiarowej,   który  udzielał   więźniom   wszechstronnej   pomocy.   Wysyłał   setki 
grypsów od więźniów do ich rodzin, podawał Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi nazwiska tych, którzy nie 
otrzymywali znikąd pomocy. We współpracy z więźniem inż. Stanisławem Zelentem z Warszawy i jego 
grupą roboczą przekazywał dane o obozie Delegaturze Rządu RP na Kraj. Były to dane liczbowe i wykazy 
dotyczące transportów, wielkości produkcji w obozowych zakładach zbrojeniowych, w tym części do broni 
V-1  i  V-2.   Jeliński   dostarczał   zaufanym   więźniom   piłki   do   cięcia   metalu   i   drewna,   mające   służyć 
organizowaniu ucieczek z wagonów w czasie transportu.

Ogromną rolę odegrali na Majdanku polscy lekarze i pielęgniarki, ratując życie i zdrowie tysiącom 

chorych. Mimo braku lekarstw i narzędzi chirurgicznych pracowali oni z wielkim poświęceniem. Takich 
ofiarnych środowisk było w obozie niemało.

Żaden z tych ludzi nie szukał sposobów wzbogacenia się, nie kradł, nie zakopywał w ziemi złota, 

brylantów i walut, ich hasłem było: żyć uczciwie i przeżyć — mimo wszystko. Potrafili nawet zdobyć się na 
czarny humor, rozwiązując skrót „KL” jako „Klein Leben”, czyli „krótkie życie”.

Grupy konspiracyjne zaczęły powstawać z chwilą przywiezienia w styczniu 1943 roku i w miesiącach 

późniejszych licznych transportów więźniów politycznych z Pawiaka, z Zamku Lubelskiego i ze Lwowa. 
Jedną z  pierwszych  utworzyli działacze  Polskiej  Partii  Socjalistycznej,  ale  wkrótce  wywózki do innych 
obozów koncentracyjnych rozbiły działalność tej grupy. Podobnie zakończyły się próby zawiązania komórek 
podziemnych przez działaczy Polskiej Partii Robotniczej i b. Komunistycznej Partii Polski, jak też przez 
kobiety o różnych orientacjach politycznych.

Najdłużej   istniały   organizacje   o   charakterze   wojskowym,   jak   Armia   Krajowa   wraz   z 

podporządkowanym jej później Korpusem Bezpieczeństwa. Nawiązała kontakty z Delegaturą na Kraj, z 
Centralną Opieką Podziemną „Opus”, PCK i Radą Główną Opiekuńczą.

...Pochmurny dzień pod koniec listopada 1943 roku, godziny przedpołudniowe. Inż. Zelent, vorarbeiter 

z Lagerkommando na III polu, poleca brygadzie popychającej wózek transportowy, zwanej Wagenkolonne, 
żeby natychmiast po obiedzie stawiła się przy wozie i oczyściła go „na glanc”. Kiedy to zrobili, rozkazuje im 
jechać w kierunku bramy, a sam podąża z kolumną. Gdy osiągnęli wskazane miejsce, powiadamia ich, że 
nadejdzie wóz z zupą od RGO z Lublina.

Jakoż wkrótce ukazuje się oczom więźniów platforma zaprzężona w parę koni, zastawiona kotłami. Na 

wozie krząta się woźnica, obok niego stoi dwójka cywilów, mężczyzna i kobieta, oraz kilku esesmanów. Na 
komendę więźniowie przenoszą kotły na swój wóz i transportują do najbliższego baraku, gdzie następuje 
podział zupy na bloki. Obserwuje to mrowie zachwyconych, choć zapadłych  oczu: toż to grochówka z 
pływającymi   w   niej   kawałkami   wędzonego   boczku!   Dzięki   sprężystej   organizacji   Zelenta   wyłączono   z 
podziału blokowych i innych prominentów pola; zupę wydano najbardziej głodnym, ciężko pracującym.

Zelent to postać — legenda Majdanka. Kiedyś inż. Jan Zakrzewski zwrócił się do niego, informując, że 

scharführer Kaps — u którego był kalefaktorem — rozbudowuje strzelnicę, i zapytał, ilu wziąć więźniów do 
tej pracy.

Zelent na to:
— Frajer! Powiedz Kapsowi, że należy wziąć dwustu ludzi do roboty. Odpoczną sobie gamele *.
Stanęło na tym, że zatrudniono stu mężczyzn i sto kobiet. Mając pozwolenie na trzydziestu więźniów w 

swojej kolumnie, przedsiębiorczy vorarbeiter przyjmował trzykrotnie więcej. Przechowywał w ten sposób 
chorych i wycieńczonych; u niego wracali do zdrowia, nabierali sił. Praca w tym zespole, słynącym jako 
„Zelent-kbmmando”, była na ogół lekka i często pod dachem. Głównym zadaniem grupy było upiększanie 
terenu obozu. Owo komando tworzyli rzeźbiarze, wytwórcy płyt cementowych  — i oczywiście szara brać 
więźniarska. SS zleciło Zelentowi także wykonanie imponujących rozmiarów makiety obozu z przyległymi 
terenami; służyła ona do ćwiczeń wachmanów. Komando sporządziło również model twierdzy Zamość i 
wykonało lagrowe ścieżki z tłuczonego kamienia.

Nade wszystko grupa Zelenta uwieczniła się wzniesieniem kolumny z trzema orłami zrywającymi się 

do   lotu.   Autorem   rzeźby   był   artysta   Albin   Boniecki.   Kolumnę   wykonano   z   cementowych   rur 
kanalizacyjnych, oparto na cokole i zwieńczono głowicą w kształcie lekkiej urny-kielicha; zrywające się do 
lotu orły były symbolem wolności. Niemcy nie zrozumieli tej symboliki. W postument wmurowano pudełka 
z prochami pomordowanych. Pomnik stanął na III polu. Dziełem tegoż artysty była rzeźba, przedstawiająca 
olbrzymiego żółwia — symbol powolnej pracy. Esesmani nie domyślili się sensu tej alegorii. Obok żółwia 
stanęła, przy samej bramie, rzeźba jaszczurki, uosabiającej esesmana.

Organizacja poprzez cywilnych inżynierów, techników i robotników, zatrudnionych na terenie obozu,

* Gamel, krypel, muzułman — więzień wycieńczony.

background image

przekazywała na wolność grypsy, dokumentujące życie za drutami i zawierające prośby o pomoc. Żaden 
inny obóz nie prowadził tak obfitej korespondencji w obie strony jak Majdanek. Wielu cywilów przemycało 
dla więźniów żywność i lekarstwa, nie żądając w zamian zapłaty.

Zelent był jednym z tych członków AK, którzy przekazywali wiadomości o obozie oddziałowi wywiadu 

lubelskiej Komendy Okręgu tej organizacji. Współpraca ta zacieśniła się jeszcze bardziej, gdy z Zamku 
przeniesiono na Majdanek kilku aresztowanych dowódców z tegoż Okręgu. Na przełomie lat 1943/1944 
akowska siatka przeniknęła cały obóz. Komenda Główna w Warszawie otrzymywała dokładne relacje o 
każdym  większym  wydarzeniu,  o każdym  odchodzącym i  przychodzącym transporcie  więźniów.  PCK i 
RGO   udzielały   osadzonym   na   Majdanku   coraz   wydajniejszej   pomocy,   a   organizacja   czuwała   nad 
sprawiedliwym jej rozdziałem i zapobiegała kradzieży paczek żywnościowych.

Zatrudnieni w warsztatach samochodowych na III polu Polacy siadali nocą w aucie komendanta obozu, 

8-cylindrowej  Tatrze  z   wbudowanym   aparatem   radiowym,   włączali   odbiornik   i   wysłuchiwali   audycji 
polskich   z   Londynu,   by  następnie   kolportować   wiadomości   wśród   zaufanych   współwięźniów.   Również 
więźniowie z komanda elektryków ukrywali wyremontowane przez siebie radio i dokonywali nasłuchu.

Jednak   największą   prężność   przejawiał   Związek  „Orzeł”.   Utworzyli   go   latem   1943   roku   młodzi 

oficerowie — jak Kazimierz Malinowski, i podoficerowie, a także ludzie związani z PPR i Gwardią Ludową, 
m.in. Paweł Dąbek, dowódca Lubelskiego Obwodu GL, aresztowany 18 stycznia 1943 roku. Do organizacji 
tej wstąpili niektórzy członkowie AK i Stronnictwa Narodowego; różnice ideologiczne zeszły na dalszy plan 
w   obliczu   wspólnego   zagrożenia.  „Orzeł”   planował   wyzwolenie   obozu   i   więźniów   we   współpracy   z 
oddziałami partyzanckimi. Pod koniec roku utworzono grupy bojowe; miały zostać uzbrojone w broń krótką 
i granaty, dostarczone przez lubelską GL na interwencję Dąbka. Atak na załogę SS, zaplanowany na okres 
świąt Bożego Narodzenia, później przełożono na noc sylwestrową 1943/1944. Grupy bojowe miały uderzyć 
od wewnątrz, a oddziały GL z zewnątrz, od południa i wschodu.

Dowództwo obozowej AK ustosunkowało się krytycznie do tych zamierzeń, podobnie jak i władze 

Okręgu, wychodząc z założenia, że wystąpienie zakończy się masakrą więźniów, a stu gwardzistów nie 
pokona tysiąca świetnie uzbrojonych członków załogi SS. Nie widziało też możliwości ewakuowania dwustu 
chorych przebywających w szpitalu. W tej sytuacji przywódcy „Orła” zaniechali planu rozbicia obozu.

— Zorganizujemy w zamian przynajmniej trzy większe ucieczki! — oświadczył twardo Dąbek w gronie 

najbliższych  towarzyszy.  —  Może   po  wydostaniu   się   na   wolność   przekonamy  dowództwo  GL  i   AK  o 
potrzebie akcji zbrojnej na Majdanek.

Nie były to pierwsze ucieczki. W czasie od marca 1942 roku do lata 1944 roku zbiegło co najmniej 

dwustu jeńców radzieckich, z czego powiodło się stu trzydziestu dwóm. Pozostali zginęli. Potem uciekali 
Żydzi obojga płci, a także Polacy w liczbie dwudziestu.

Wreszcie  „Orzeł” przystąpił do działania. Pierwszą akcję zamierzono niezwykle śmiało i na szeroką 

skalę: miała nią być ucieczka masowa z IV pola, dokonana bez pomocy z zewnątrz. Postanowiono, że gdy 
kolumna osiemdziesięciu kobiet, przychodzących tu z innych części obozu do pracy w koszykami, będzie 
opuszczała warsztaty o piątej po południu, wmiesza się w nią kilka grupek mężczyzn, członków „Orła”. Po 
przekroczeniu   bramy planowano   rozbicie  lamp  przy  wejściu   i  uderzenie   na  wartownika   i  na  najbliższe 
posterunki. W ten sposób powstałby wyłom w łańcuchu zamykającym IV pole, z którego skorzystaliby także 
inni więźniowie. Bronią miały być granaty, pistolety i pręty stalowe, a dodatkowym sprzymierzeńcem  — 
padający śnieg.

Planowany atak zakończył się fiaskiem. Dąbkowi nie dostarczono z zewnątrz broni. Na domiar złego 

okazało   się,   że   w   czasie   gdy   kobiece   komando   wychodzi   z   pola   IV,   esesowcy   nie   otwierają   bramy, 
wypuszczając więźniarki pojedynczo.

Należało  sięgnąć  do innych sposobów. Członkowie  Związku  „zorganizowali”  izolowane  nożyce  do 

cięcia drutów i obcęgi. Postanowili, że na początek ucieknie kilkunastu. Pójdą prosto na druty, wytną otwór i 
przeczołgają się na tamtą stronę. Aby nie dostrzegli ich strażnicy na tle śniegu, okryją się prześcieradłami.

Nadeszły ostatnie dni lutego. Wybrali kierunek południowy zachód. Miejsce — sam koniec pola. Wiatr 

podnosił tumany śniegu, pies by nie wyjrzał z budy w taką pogodę. Nastała północ, cały obóz spał. Prócz 
tych kilkunastu. Poczołgali się po dwóch, w odstępach, wzdłuż baraków. Byli już blisko drutów. Skierowali 
się na środek między wieżyczki.

Zatrzymały ich dwie niespodziewane krótkie serie z pistoletu maszynowego. Znieruchomieli na chwilę, 

po czym rozpoczęli odwrót. Wrócili do swoich bloków. Nigdy nie dowiedziano się, dlaczego esesman wtedy 
wystrzelił.

W takiej samej scenerii ponowili próbę w nocy z 15 na 16 marca. Już docierali do drutów, gdy nagle 

posłyszeli:

— Halt! Wer da?!

background image

Był to strażnik z wieży. Wyjaśniło się po chwili: w pobliżu przeszedł patrol esesmański. I znowu się 

wycofali.

Jednak po rannym apelu okazało się, że nie wszyscy.  Trzech  brakowało;  zbiegli. Byli  to dowódcy 

„Orła”:   Kazimierz   Myśliński,   Paweł   Dąbek   i   Mieczysław   Osiński.   Szli   na   samym   początku   węża 
uciekinierów,   przecięli   druty   i   przeczołgali   się   na   drugą   stronę,   zanim   okrzyk   strażnika   powstrzymał 
posuwających się za nimi kolegów.

Po kilku dniach nowa wiadomość: z aresztu przy ul. Lipowej w Lublinie uciekło podkopem dziesięciu 

Polaków i jeden Niemiec.

Ci z  „Orła”, dla których dwa podejścia zakończyły się niepowodzeniem, nie zrezygnowali. Wybrali 

jednak   inną   trasę:   kanałem  przez   Gärtnerei   (ogrodnictwo).   Weszli   doń   studzienką   w   obrębie   wielkiego 
obozu, a wyszli inną, poza drutem zewnętrznym. Było ich dziewięciu. Niemało trudu wymagało opuszczenie 
IV pola, gdyż Gärtnerei rozciągało się poza terenami zamieszkałymi przez więźniów. Ostatecznie wydostali 
się na zewnątrz z jednym z komand; niemiecki kapo, niczego nie przeczuwając, chętnie zapisał ich jako 
nowych robotników.

Stało   się   to   28   marca.   Z   wyjątkiem   jednego   wszyscy   nosili  „czerwone   punkty”   —   znak,  że   już 

wcześniej próbowali ucieczki.

Gdy zbliżali się do niezbyt odległego lasu, odezwały się syreny alarmowe z Majdanka. Ruszyła pogoń, 

ale zbiegowie byli już tylko krok od wolności. Paweł Dąbek wrócił w rejon Lublina i do końca okupacji 
kierował walką przeciw Niemcom.

Wyzwolenie coraz bardziej zbliżało się do obozu pod Lublinem. Począwszy od marca zaczęto więźniów 

stopniowo wywozić do kacetów położonych dalej na zachód. Ostatni transport, skierowany do Oświęcimia, 
odszedł 22 lipca; na ulicach miasta toczyły się już walki. W dwa dni później Lublin odzyskał wolność, a 
Majdanek był pierwszym w Europie wyzwolonym obozem koncentracyjnym.

ŻNIWO OPERACJI „REINHARD”

Obok   Majdanka   ośrodkami  „pracującymi”   na   skarb   SS   w   ramach   „Akcji   Reinhard”   były   obozy: 

Treblinka   (komendant   Franz   Stangl);   Bełżec   (hauptsturmführer   Obermeyer),   Sobibór   (hauptsturmführer 
Gustaw Wagner) oraz Płaszów, uznany w styczniu 1944 roku za obóz koncentracyjny. Komendant tego 
ostatniego sturmbannführer Amon Goeth oszukiwał Globocnika permanentnie.

Gdy Amon Goeth wstępował w 1930 roku do partii hitlerowskiej, a w dwa lata później do SS, nawet nie 

mógł marzyć o tym, że nim upłynie następna dekada, będzie panem życia i śmierci dziesiątków tysięcy ludzi. 
Władza ta miała  mu  ponadto umożliwić dostęp do niezmiernego bogactwa. W 1943 roku Goeth został 
mianowany   komendantem   obozu   pracy   przymusowej   w   krakowskiej   dzielnicy   Płaszów   i   na   polecenie 
Globocnika odbierał więźniom kosztowności, złoto, pieniądze, a także ubrania i bieliznę. Znaczną część tych 
bogactw   zagarnął   dla   siebie;   przywłaszczył   sobie   na   przykład   trzy   tysiące   dolarów,   przysłanych   dla 
więźniów   żydowskich   przez   organizacje   zagraniczne.   Zarządzał   rewizje   i   konfiskaty   wartościowych 
przedmiotów i walut, które więźniom udało się przemycić do pomieszczeń mieszkalnych i ukryć. Odbywało 
się to w następujący sposób. Oto wieczorem otaczali kolejny barak strażnicy  — własowcy.  Zjawiał się 
komendant i obwieszczał, że więźniowie mają oddać to wszystko, co ukryli. Najczęściej posłusznie składali 
resztki majątku do skrzyni. Zdarzyło się, że po przeszukaniu bloku jeden esesman znalazł kilka złotych w 
srebrze, ukrytych w piecu. Ponieważ mimo wezwania Goetha nie zgłosił się ten, kto pieniądze schował, 
komendant zastrzelił blokowego, a każdy z więźniów dostał dwa razy w twarz.

Od 1 stycznia 1944 roku Płaszów uznano oficjalnie za obóz koncentracyjny. Nie zmieniło to w niczym 

postępowania jego komendanta, który dążąc do zagarnięcia jak największych bogactw nie gardził nawet 
złotem z uzębienia pomordowanych. Pomagał mu w tym więzień — Żyd pełniący funkcję starszego obozu, 
niejaki   Chilowicz.   To   on   wespół   z   zastępcą   komendanta   Zdrojewskim   uczestniczył   w   wyszukiwaniu 
drogocennych   kamieni   i   szlachetnych   metali   które   ukrywano   zamiast   słać   je   do   Lublina   do   sztabu 
„Reinhard”.

„Bóg” Płaszowa — podobnie jak Koch w erze buchenwaldzkiej — pławił się w komforcie i rozpuście. 

W luksusowo urządzonej wilii stale odbywały się pijatyki z udziałem przyjaciół komendanta spośród załogi i 
z miasta. Zabawom towarzyszyła, przygrywając do tańca, orkiestra złożona z więźniów. Goeth otaczał się 
przepychem. Hodował wyszukane gatunki zwierząt futerkowych i utrzymywał dużą psiarnię, a w ogrodzie 
zbudował   sobie   basen   kąpielowy.   Starannie   dobrał   liczną   służbę.   Często   podejmował   dygnitarzy 
hitlerowskich, a po sutych libacjach, ku uciesze współbiesiadników, popisywał się strzelaniem do więźniów 
z okna willi.

background image

Trzynastego września 1944 roku Goeth został aresztowany przez SS - und Polizeigericht VI (Sąd SS i 

Policji) w Krakowie. Zarzucono mu przywłaszczenie biżuterii i innych kosztowności. Zanim rozpoczął się 
proces, zdążył zlikwidować Chilowicza, który jako świadek mógłby go poważnie obciążyć. Zaaranżował 
jego ucieczkę z żoną, a jednocześnie kazał zaufanemu esesmanowi zastrzelić oboje „auf der Flucht”.

Wdrożone   śledztwo   przyniosło   rezultaty.   Przesłuchującym   był   sędzia,   untersturmführer   Tauers. 

Wypytywał  — jak sędzia Morgen na Majdanku  — więźniów o to, w jaki sposób bogacił się komendant. 
Chodziło o cały majątek, który zdobył nielegalnie. Goetha sypnęli jego podwładni, mszcząc się za to, że sam 
zbił ogromny majątek, a im tylko kapnęło jak z łaski. Jeden z nich, przyłapany na tym, że miał sporą sumę 
pieniędzy, oświadczył:

— Nie rozumiem, dlaczego za to mam zostać tak ostro ukarany. Przecież hauptsturmführer zgromadził 

wielki majątek w kosztownościach i obcych walutach.

Idąc   za   wskazówkami   esesmanów,   gestapo   odnajdywało   jeden   po   drugim   schowki,   kryjące   owoc 

kradzieży Goetha. Śledztwo było jednak utrudnione: nim Płaszów otrzymał rangę kacetu, stany liczbowe 
były płynne, nie prowadzono ewidencji ani protokołów z rabunku. „Akcja Reinhard”, wbrew zarządzeniom 
Globocnika, była tam prowadzona „chałupniczo”.

Osadzony w więzieniu śledczym, Goeth zbiegł. Po upadku III Rzeszy został aresztowany przez władze 

amerykańskie i wydany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości.

Na   obszarze   operacyjnym   brigadeführera   Globocnika,   pokrywającym   się   terenem   z   Generalnym 

Gubernatorstwem, w gettach i obozach zamordowano i ograbiono 1 800 000 ludzi,  mężczyzn i kobiet, 
starców i dzieci. Wszystkie odebrane im przedmioty przekazywane były do magazynu sztabu „Reinhard” w 
Lublinie   przy   ul.   Szopena   27,   kryjącego   się   pod   nazwą:   SS  —   Standortwerwaltung   Lublin, 
Altsachenverwahrungstelle *. Tylko odzież kierowano do magazynów mieszczących się na byłym lotnisku 
zakładów Plage-Laśkiewicz.

Ogromny ten łup zwiększał się falowo. Pod koniec sierpnia 1942 roku, a więc zaledwie w kilka tygodni 

od rozpoczęcia  „Akcji  Reinhard”, Globocnik „zabezpieczył” ponad 50 mln marek w gotówce, 500 tys. 
dolarów, 5 tys. funtów angielskich, 50 tys. rubli w złocie, mnóstwo drogich kamieni i biżuterii oraz ponad 
1000 wagonów odzieży i osobistego sprzętu „przesiedlonych”.

Z wartościowymi drobnymi przedmiotami szefostwo SS miało pewien „kłopot” — z nadmiaru. Według 

meldunku z 13 maja 1943 roku zebrało się tego: 127 000 zegarków zwykłych (złote zegarki — poszły do 
safesów   Banku),   25   000   wiecznych   piór,   130   000   żyletek,  7500   maszynek   do   golenia   i   brzytew,   400 
maszynek   do   strzyżenia,   14   000   nożyczek   i   tyleż   automatycznych   ołówków,   3500   aktówek   i   4000 
pugilaresów. Była to zaledwie część tego, co zrabowano Żydom i innym więźniom; resztę rozgrabili „po 
drodze” gestapowcy i esesmani.

Ostatecznie   na   spotkaniu   gruppenführera   i   generała   leutnanta   SS   Victora   Franka   z   Himmlerem 

postanowiono rozdać zegarki i pióra między żołnierzy Waffen SS i załogi obozów koncentracyjnych.

U schyłku sierpnia 1943 roku reichsführer otrzymał z Lublina kolejny meldunek o przebiegu  „Akcji 

Reinhard”. Globocnik donosił, że zdołał zgromadzić 53 miliony marek w gotówce, 1 500 tysięcy marek w 
dewizach,   banknoty   innych   krajów   i   dewizy   w   złocie   wartości   800   tysięcy   marek,   szlachetne   metale, 
zwłaszcza   złoto   i   srebro,   wartości   co   najmniej   5   400   tysięcy   marek,   zegarki,   przedmioty   ze   srebra, 
oszacowane na ponad 26 milionów marek, wreszcie 1000 wagonów materiałów na ubrania na kwotę blisko 
13 i pół miliona marek. Łącznie wartość tego majątku wyniosła 100 milionów marek.

Globocnik meldował o dalszym tysiącu wagonów wyrobów tkackich prawie gotowych do wysyłki i o 

innych  łupach  — kosztownościach  niebotycznej   wartości,   które  właśnie   szacowano.  Zwrócił  też   uwagę 
Pohlowi, że przy sprzedaży drogich kamieni i szlachetnych metali za granicę należy żądać cen znacznie 
wyższych   od   urzędowych,   zwłaszcza   że   Zachód   jak   nigdy   łapczywie   lokuje   pieniądze   w   rzeczach 
wartościowych **.

W okresie swego pełnomocnictwa Globocnik przekazał do Berlina — nie licząc walut i dewiz — owoc 

grabieży o wartości określonej na 180 mln marek, na co złożyło się: 236 sztab złota o wadze 2910 kg, 2143 
sztaby srebra ważące 18 734 kg, 15,1 kg platyny. Doszła waluta 48 krajów, w tym 1 mld 82 mln dolarów

* Miejscowy Zarząd SS, depozyt przedmiotów używanych.
**   Władze   III   Rzeszy   usilnie   starały   się   upłynnić   poza   granicami   kraju   także   znaczną   część   kosztowności 

pochodzących z grabieży, zamieniając je na dewizy, za które nabywały, zwłaszcza za pośrednictwem Szwajcarii, wiele 
surowców niezbędnych dla przemysłu zbrojeniowego.

background image

USA, dewizy w złocie z 34 krajów, w tym 250 tys. dolarów amerykańskich. Osobny rozdział to niezliczone 
ilości biżuterii i innych cennych przedmiotów: złote pierścienie z brylantami, brylanty, diamenty, perły, złote 
zegarki i wiele innych. Bilans jest imponujący: 15 883 pierścienie złote z brylantami, 130 dużych brylantów, 
2512 karatów innych brylantów i 13 459 karatów mniejszych diamentów, 114 kg pereł.

Na tym nie kończy się liczba zagrabionych bogactw. W czasie od 1 kwietnia 1942 roku do 15 grudnia 

1943  roku   sztab  „Reinhard”   nagromadził   i  przekazał   do  dyspozycji   WVHA  1901  wagonów  z   odzieżą, 
bielizną i pierzem wartości 26 mln marek. Wartość zapasów wyrobów włókienniczych — 1500 wagonów — 
określano na 20 mln marek.

Przy szacunku skarbu SS zastosowano ceny i przeliczniki kursów walut najniższe; rzeczywista rynkowa 

jego wartość była co najmniej dwukrotnie większa.

Do Berlina odesłano  nie więcej niż połowę zrabowanego majątku.  Większość przywłaszczyli sobie 

esesmani i więźniowie funkcyjni, zwłaszcza Niemcy. Można przyjąć, że wartość łupów zagarniętych przez 
sztab   Globocnika   wyniosła   800   mln   marek,   nie   licząc   odzieży,   bielizny,   pierza   i   innych   przedmiotów, 
których wartość można określić na 100 mln marek. Łącznie w Generalnym Gubernatorstwie okradziono 
ludzi „przesiedlonych” na kwotę, z grubsza szacując, miliarda marek, nie licząc obcych walut i dewiz oraz 
marek niemieckich.

Wartości esesmańsklego łupu z samego Majdanka nie da się ustalić, został on wtopiony w całość „Akcji 

Reinhard”. Można go ocenić, szacując z grubsza, na 150 mln marek. Tylko w latach 1942—1943 przybyło 
do tego obozu 618 transportów, a w szczątkowo jedynie zachowanych dokumentach niemieckich jest mowa 
o 14 skrzyniach kosztowności i pieniędzy. Więźniom z dwóch transportów, które przybyły w maju 1942 
roku, skonfiskowano 999 zegarków, 433 złote obrączki i srebrny medalion. Tym, którzy dotarli na Majdanek 
15 sierpnia tegoż roku, odebrano 227 przedmiotów wartościowych, głównie ze złota i srebra, a także złote 
monety i zegarki.

To co zgromadzono w ramach „Akcji Reinhard”, nie stanowiło nawet połowy tego, co odebrano Żydom 

i innym więźniom na polskich terenach pod okupacją niemiecką. Sam tylko Oświęcim z jego czterema 
milionami   ofiar   dał   szefostwu   SS   kilkakrotnie   większe   bogactwo   niż   cały  „wysiłek”   Globocnika.   Po 
wymordowanych Żydach w obozie zagłady w Chełmnie n/Nerem esesmani zmagazynowali 370 wagonów 
odzieży, bielizny, futer, 50 tys. kg pierza, wiele zbiorów znaczków pocztowych, obok dużych ilości złota 
także   3052   kg   srebra,   mnóstwo   wyrobów   z   metali   szlachetnych.   Już   w   1942   roku   20   tys.   Żydów 
przesiedlono   z   krajów   zachodnich   do   Łodzi.   Ludzie   ci   korzystali   z   pomocy   zagranicy.   Fundusze   te 
hitlerowcy skonfiskowali, uzyskując 10 do 12 mln marek rocznie. Pod koniec 1944 roku żaden z tych Żydów 
nie żył.

Największym  „rezerwuarem” złota był jednak Oświęcim. Według oświadczenia jednego z oficerów 

tamtejszej załogi SS, untersturmführera Fritza Bergmanna, w tym obozie odebrano Żydom kosztowności o 
ogromnej   wartości.   Bergmann   w   obecności   świadka   wyraził   się   dosłownie   tak:  „Obecnie   odebraliśmy 
świńskiej hołocie żydowskiej brylanty o wartości około miliarda marek, które przywiozłem do Berlina; poza 
tym nie zapomnieliśmy również o sobie...”

Taka suma z samych tylko brylantów!
To prawda, że nie zapomnieli o sobie. Esesmani we wszystkich obozach koncentracyjnych i masowej 

zagłady okazali się niepośledniej miary złodziejami. Świadczy o tym — obok zeznań licznych więźniów — 
rozkaz dowódcy garnizonu oświęcimskiego Waffen SS, nr 51/43 z dnia 16 listopada 1943 roku, następującej 
treści:

„Mam powód, aby ostatni raz wskazać na to, że własność więźniów bez względu na jej rodzaj (ubranie, 

złoto, rzeczy wartościowe, artykuły żywnościowe i inne przedmioty osobistego użytku), a także bez względu 
na to, gdzie się znajduje i jak jest zabezpieczona, nie może być naruszona. O przeznaczeniu własności 
więźniów decyduje państwo, zatem jest to własność państwowa. Kto rozgrabia własność państwową, czyni 
się przestępcą i sam siebie wyklucza z szeregów SS”.

Przestrogi   te   nie   odniosły   najmniejszego   skutku.   Kradli   prawie   wszyscy,   od   komendantów   do 

szeregowych wartowników. Oświęcim był miejscem największej grabieży — i zarazem największej afery, 
jaka   wydarzyła   się   w   historii   SS.   Jej   głównym  „bohaterem”   był   rapportführer   Gerhard   Palitsch  — 
hauptscharführer, w SS od 1933 roku, numer 79 446. Stojąc na czele tajnego gangu, złożonego z esesmanów 
i więźniów kryminalnych, okradł skarb SS na dziesiątki milionów marek.

Był wszędzie. Jego bystry wzrok penetrował wszystko i wszystkich, zdawał się przenikać ubrania i 

opakowania; intuicyjnie wyczuwał, gdzie cugang może ukrywać klejnot czy kawałek złota, już od momentu 
wyładowywania transportów, gdy bagaż zostawał na rampie, rozstawiał Palitsch swoje „wtyczki”. Ludzie ci 
pilnowali, żeby być pierwszymi, którzy dokonają przeglądu zagrabionego mienia. Brał udział we wszystkich 
selekcjach, choć nie należało to do jego obowiązków. Jego zaufani towarzyszyli drużynom transportowym, 

background image

przewożącym walizki, kufry, wypełnione torby i inne pakunki do magazynów zwanych „Kanadą”.

W tym samym czasie inni agenci rapportführera nie spuszczali oka z ofiar prowadzonych do gazu. 

Czuwali   nad   tym,   by   niepowołane   ręce   nie   przeszukały   odzieży   skazanych;   liczyli   na   znalezienie 
kosztowności   lub   pieniędzy.   Trudniej   było   mieć   swoje  „oczy”   w   magazynach,   gdzie   sortowano   rzeczy 
przybyszów. Pracowano tam dzień i noc, zatrudniając więźniów.

System  „Kanady”   był   stale   rozbudowywany   i   już   w   1942   roku   obejmował   50   baraków,   stale 

zawalonych materiałem. Góry nieprzebranego dobytku piętrzyły się także między budynkami i w dwóch 
wagonach, gdzie panował duży nieporządek. Korzystał z tego Palitsch; jego zaufani ludzie przeglądali tam 
ubrania i obuwie.

Oświęcim, jak i Majdanek, potrzebował jubilerów. Pod koniec października 1942 roku lagerältester 

Bruno Brodniewicz, niemiecki kryminalista i zaufany Palitscha, w największej tajemnicy przyprowadził do 
odwszalni   trzydziestu   ludzi,   przeważnie   Żydów,   wybranych   z   transportów.   Rapporführer   był   przy  tym 
obecny. Przybysze mieli w sakwach podróżnych narzędzia i sprzęt jubilerski z  „Kanady”, zebrany z całej 
Polski.   Po   dezynfekcji   starszy   obozu   odprowadził   ich   do   obozu   Birkenau   i   umieścił   w   bloku 
Sonderkommando   *.   Odseparowano   ich   szczelnie   od  lagru   i   od  tej   pory  nie   kontaktowali   się   z   nikim. 
Zadaniem ich było segregowanie i wycena kosztowności. Część tego bogactwa szła na prywatny rachunek 
„oświęcimskiego bankiera” — jubilerzy byli po prostu zmuszani do odkładania dla niego „na lewo” znacznej 
ilości   drogocennych   drobiazgów.   Aby  ich   do  tego   zachęcić,   chwytał   się   rozmaitych   sposobów,   jednym 
obiecywał życie, innym organizował ukradkowe spotkania z osobami bliskimi. Posuwał się też do gróźb, a 
co znaczyło mieć w Palitschu osobistego wroga, wiedział największy obozowy „frajer”.

Sortownicy  z  „Kanady”   byli   sprytnie   kontrolowani   przez   zaufanych   rapportführera.   „Kanada”   była 

ostatnim   odcinkiem   nielegalnej  „taśmy   produkcyjnej”  —   gdy   po   zakończeniu   sortowania   i   wyceny 
pakowano kosztowności w kufry, a te ładowano do aut, by je przewieźć do WVHA, możliwości Palitscha 
kończyły   się.   Gwoli   ścisłości   dodać   należy,   iż   niezupełnie.   Oto   na   jego   rozkaz   szukano   cennych 
przedmiotów także w komorach gazowych i krematoriach, a nawet przesiewano prochy ofiar...

On sam rewidował każdego, kto niósł lub wiózł jakąkolwiek paczkę. Pod koniec listopada 1942 roku 

młody polski więzień Jan Olszyński wyruszył w drogę, ciągnąc mały wózek ze swego komanda Gaskammer 
(odwszalnia)   w   stronę   budynku   zwanego   Theatergebäude,   gdzie   miał   pobrać   cyklon   potrzebny   do 
dezynfekcji. Przy sposobności zajrzał do  „Kanady”, gdzie otrzymał od przyjaciół nielegalnie kilka baniek 
mleka, i zawrócił w drogę powrotną.

Zza węgła najbliższego bloku wyłonił się więzień numer jeden, czyli Brodniewicz.
— Halt! Jedź ze mną! — rozkazał.
Poprowadził chłopca do siebie na blok nr 25. Po chwili zjawił się Palitsch. Pod więźniem ugięły się 

nogi.

— Ty, słuchaj, a co tam masz? — rzucił starszy obozu. Nie czekając odpowiedzi, on i hauptscharführer 

zaczęli przetrząsać zawartość wózka. Rozczarowanie odbiło się na ich twarzach.

— Tylko mleko? Z „Kanady”?
Wściekły Brodniewicz wyciął mu siarczysty policzek.
— Złożę na ciebie meldunek! Dostaniesz dziesięć dni Stehzelle ** — zagroził.
Szukali złota. Nie znaleźli i wyładowali swoją złość na więźniu. Jesienią 1943 roku urwała się nagle 

działalność   najbogatszego   sierżanta   świata.   Został   aresztowany  pod  pozorem  afiszowania   się   kochanką, 
łotewską Żydówką, piękną Raisą.

Malwersacje wyszły na jaw przez czysty przypadek. Jeden z należących do jego kliki esesowców miał 

dom   w   Nadrenii.   W   maju   1943   roku   przy   remoncie   dachu   znaleziono   ukrytą   metalową   kasetkę   z 
kosztownościami o wartości 600 tys. marek. A był to zaledwie jeden z licznych „safesów” Palitscha i spółki, 
rozlokowanych po całych Niemczech.

Wdrożono   śledztwo;   kontrolerzy  z   RSHA   wespół   z   sędziami   z   Głównego   Sądu   SS   po   żmudnych 

dociekaniach   zebrali   obszerną   dokumentację,   ukazującą   bez   osłonek,   jak   ogromne   rozmiary   przybrały 
malwersacje. Nagle pewnej nocy barak z aktami spłonął. Palitscha skazano na karę śmierci, zamienioną na 
front wschodni.

Grabieżcy mienia żydowskiego i należącego do innych więźniów nie poprzestali na kosztownościach i 

walucie.   Nie   przepuszczano   nawet   włosom  ludzkim,  nie   mówiąc   już   o  okularach,   protezach,   odzieży  i 
obuwiu. SS handlowało czym się dało. Takie instytucje, jak Ministerstwo Gospodarki Rzeszy, Urząd Rezerw

* Komando specjalne, obsługujące krematorium.
** Bunkier „stojący” w piwnicy bloku nr 11.

background image

  (Zasobów),   służba   rolnicza  „Młodzieży   Rzeszy”,   przedsiębiorstwo  „Heinrich”,   koncern   IG 

Farbenindustrie, Organizacja Todt, generalny inspektor Hitlera do spraw motoryzacji, zamówiły w 1942 roku 
w   WVHA   łącznie   825   wagonów   odzieży   i   bielizny   i   obuwia   po   zamordowanych   na   Majdanku   i   w 
Oświęcimiu.   Formacje   Waffen   SS   i   policji   w   Krakowie   pismem   z   10   listopada   1942   roku   zażądały 
dostarczenia im z KL Lublin-Majdanek pozostałych po Żydach używanych tekstyliów i całego asortymentu 
przedmiotów gospodarstwa domowego. 14 września tegoż roku stacja kolejowa w Treblince potwierdziła 
kwit przewozowy Wehrmachtu, opiewający na 50 wagonów odzieży. Również niemiecka ludność cywilna 
nabywała odzież i rozmaity sprzęt pożydowski.

Główną sprężyną  „Akcji Reinhard” był Globocnik. Według tego co zeznał po uwięzieniu komendant 

Oświęcimia,   Rudolf   Höss,   brigadeführer   nie   kierował   się   pragnieniem   zrobienia   majątku,   lecz   manią 
wielkości.

—   Czy   przy   ogromnym   zamieszaniu,   w   jakim   odbyła   się   lubelska  „Akcja   Reinhard”,   sam   się 

wzbogacił, nie wiem — oświadczył Höss. — Nic też na ten temat nie słyszałem i nie sądzę, żeby tak było.

Jednakże wielu oficerów i żołnierzy jego aparatu robiło to na wielką skalę. Sąd Specjalny SS miał wciąż 

zajęcie, a wyroki śmierci nie należały do rzadkości. U Globocnika stało się manią, aby wszystko, co tylko 
można było zdobyć, konfiskować i spieniężać. W ten sposób chciał postawić do dyspozycji reichsführera SS 
ogromne bogactwo. Dzięki tworzeniu „swoich” przedsiębiorstw mógł w dostarczaniu pieniędzy zakasować 
nawet Pohla. Postępował przy tym bez żadnych skrupułów. Nie zastanawiał się, czy jego „rekwizycje” mają 
podstawę prawną, czy też są bezprawne. To oczywiście udzielało się także jego podwładnym. Ponieważ nie 
było prawie żadnej kontroli, wielu zaczęło zbierać i spieniężać na własną rękę cenne przedmioty, a nierzadko 
prowadzili   oni   ożywiony   handel   lub   kradli,   co   się   dało.   Sztab   Globocnika   tworzyło   dobrane   grono 
wykolejeńców. Potrafili oni stać się niezbędni i pozyskać jego sympatię, co przy jego słabej znajomości ludzi 
nie było zbyt trudne. Jeśli trzeba było ukryć jakieś uchybienia, Globocnik krył je zarówno z dobroduszności, 
jak i dlatego, aby jego praktyki nie wyszły na jaw. A reichsführer wierzył zapewnieniom, że jego okręg jest 
„we wzorowym porządku” i że dokonuje on „niezwykłych rzeczy”.

Pod wielu względami Höss mylił się. Ani Globocnik nie był  „święty”, ani jego podwładni to same 

„wyrzutki społeczne”. Specjalna grupa SS, zwana  „Globocnik Einheit”, złożona z siedemdziesięciu ludzi, 
stanowiąca   kadrę   planistów   i   wykonawców   operacji  „Reinhard”,   zwłaszcza   jej   gospodarczej   fazy,   nie 
składała się wyłącznie z elementów zdemoralizowanych. Ale nawet ci najgorsi pod względem etycznym byli 
we   własnym   mniemaniu   dobrymi   esesmanami,   gorliwie   wykonującymi   rozkazy   swej   władzy,   a   więc 
działającymi w interesie Rzeszy. Uważali, że część łupu słusznie im się należy — przecież inni także kradli.

Jesienią   1943   roku   Globocnik   został   mianowany   gruppenführerem.   Z   nieujawnionych   powodów 

Himmler przeniósł go na formalnie wyższe stanowisko do Triestu. Na jego miejsce mianował brigadeführera 
J. Sporrenberga. Zapewne wymógł to Hans Frank. Niewykluczone, że przeniknęło do Berlina, iż Globocnik 
bierze łapówki. Faktem jest, że partycypował w milionowym interesie Wernera Többensa, niemieckiego 
przemysłowca, zatrudniającego nielegalnie, ale za cichą jego zgodą. Żydów w pracy niewolniczej. Działo się 
to   między   innymi   w   warsztatach   w   warszawskim   getcie.   Brigadeführer   nie   był   zainteresowany,   aby 
pracujących dla jego partnera robotników zaciągnąć do komór gazowych. On i niektórzy z jego sztabu mogli 
sobie życzyć, by getto, ta żyła złota, nigdy nie przestało istnieć. Doszło do tego, że Globocnik usiłował 
cichaczem przeszkodzić w ostatecznej likwidacji getta i dopiero Himmler zdecydowanie postawił kropkę 
nad „i”.

Globocnik starał się ze wszech miar robić wrażenie, że cała  „Akcja Reinhard” była przeprowadzona 

uczciwie, że oddano do Berlina wszystko, co zebrano. Jednakże zbyt pochopnie gwarantował skrupulatność 
swoich podwładnych. Prawda była taka, że z samej tylko „Jednostki Globocnik” osiemnastu ludzi dopuściło 
się nadużyć i miało sprawę w sądzie SS i policji w Kassel. Ale dochodzenie rozpoczęto dopiero wówczas, 
gdy   ich   szef   był   już   daleko   od   Lublina.   Wtedy   wyszło   na   jaw,   że   na   czele   złodziejskiej   grupy   stali 
sturmbannführer Wirth i hauptsturmführer Hering, kierownicy magazynu  „Reinhard”, jedni z najbardziej 
zaufanych ludzi brigadeführera.

Tymczasem on wystosował do Himmlera list tej treści:

background image

Wyższy dowódca SS i Policji
w strefie operacyjnej Wybrzeże Adriatyku
Gl.(Go-Tgb.No 225)43
Triest, 4 listopada 1943

Do
Reichsführera SS i szefa
Niemieckiej Policji
Heinricha Himmlera
Berlin

Reichsführerze!

Dnia   19.10.1943   roku   zakończyłem   przeprowadzoną   przeze   mnie   w   Generalnym   Gubernatorstwie 

„Akcję Reinhard” i rozwiązałem wszystkie żydowskie obozy *.

Pozwalam sobie   przedłożyć  Panu,   reichsführerze,  w  załączonej   teczce   sprawozdanie  z   zakończenia 

powyższej operacji.

Stwierdziłem   w   Lublinie,   że   Generalne   Gubernatorstwo,   a   zwłaszcza   dystrykt   lubelski,   stanowił 

szczególny   ośrodek   promieniowania   żydostwa.   Postarałem   się   dla   tej   przyczyny   wskazać   punkty 
niebezpieczne,   a   to   w   postaci   graficznej.   Zwrócenie   uwagi   na   konieczność   zlikwidowania   tego 
niebezpieczeństwa może okazać się pożyteczne w przyszłości.

Z drugiej strony usiłowałem przedstawić wkład pracy. Widać z niego nie tylko jej rozmiar, lecz i to, jak 

przy  udziale   niewielu   Niemców   dokonano   tak   wielkiego   dzieła.   Z   tego   powodu   organizacją   tej   pracy 
interesują się ważne dziedziny przemysłu.

Przekazałem te obozy obergruppenführerowi Pohlowi.
Przy sposobności jednej ze swych wizyt  wskazał Pan, reichsführerze, na możliwość  przyznania po 

zakończeniu pracy kilku Żelaznych Krzyży za szczególne zasługi przy wykonywaniu tego ciężkiego zadania. 
Proszę Pana, reichsführerze, o pozwolenie złożenia odpowiednich wniosków.

Pozwalam sobie wskazać na to, że za udział w operacji warszawskiej, która stanowiła małą stosunkowo 

część zadania, zezwolono na przyznanie takich odznaczeń tamtejszym oddziałom SS i policji.

Proszę najposłuszniej, reichsführerze, o pozytywne rozstrzygnięcie, za co byłbym wdzięczny, wiedząc, 

że twarda praca moich ludzi została wynagrodzona.

Heil Hitler!
Globocnik
SS-Gruppenführer
i generał-leutnant policji”

W tym samym czasie toczyło się dochodzenie w sprawie nadużyć dokonanych przez tych, dla których 

prosił o odznaczenia wojskowe.

Na odpowiedź czekał 26 dni.

Reichsführer SS
Polowe stanowisko dowodzenia
30 listopada 1943

Do
Wyższego dowódcy SS i policji
w strefie operacyjnej Wybrzeże Adriatyku
SS-gruppenführera Globocnika
Triest

Kochany Globusie!

Potwierdzam Pański list z 4 listopada 1943 i meldunek o zakończeniu  „Akcji Reinhard”. Dziękuję 

również za przysłaną mi mapę.

* Istniał nadal obóz na Majdanku i kilka jego komenderówek, w których pracowało po kilka tysięcy więźniów-

Żydów. Globocnik odbiegł tu od prawdy.

background image

Wyrażam Panu moje  podziękowanie  i  uznanie  na  duże  i  jedyne  w  swoim rodzaju  zasługi,  oddane 

całemu niemieckiemu narodowi poprzez przeprowadzenie „Akcji Reinhard”.

Heil Hitler!
Pozdrawia serdecznie Pański

H.H.

W   czasie   gdy   trwała   wymiana   tych   listów,   nastąpiła   ostatnia   zmiana   na   stanowisku   gubernatora 

dystryktu lubelskiego: został nim R. Wendler.

Grabież mienia  „przesiedlonych” i więźniów trwała nadal, nawet po zakończeniu  „misji” Globocnika 

(do lata 1944 roku), a głównym jej terenem był Oświęcim. Przychodziły tam jeszcze wielkie transporty z 
obozu w Terezinie w Czechach i z Węgier.

Władze okupacyjne miały już zresztą inne problemy. Za Bugiem rozwinęły się silne ośrodki partyzantki 

radzieckiej, co zmusiło hitlerowców do koncentracji na Lubelszczyźnie dodatkowych oddziałów wojska i 
policji. Od lutego 1944 roku region ten stał się bezpośrednim zapleczem frontu wschodniego. Siły policyjne i 
wojskowe   sięgały  liczby  120  tys.   Ludzi.   Przeprowadzano   akcje   pacyfikacyjne,   a   w   czerwcu   tego   roku 
wielkie operacje przeciwpartyzanckie w lasach janowskich i Puszczy Solskiej.

Mimo stosowania bezwzględnych metod okupantowi nie udało się osiągnąć celu. Hitler, Himmler i 

Globocnik   musieli   zrezygnować   z   planów  „umacniania   niemczyzny   na   wschodzie”.   Ruch   oporu   i 
partyzantka potężniały, liczba akcji i operacji przeciwko Niemcom dochodziła na terenie dystryktu niekiedy 
do 60 na dobę.

KASJERZY „IDEOLOGII”

Dygnitarze   z   hitlerowskiej   elity  władzy  nie   mieli   złudzeń   co   do  tego,   że   Rzesza   wojnę   przegrała. 

Niektórzy z nich wierzyli w odrodzenie się narodowego socjalizmu po klęsce. Myślący bardziej trzeźwo 
przewidywali odbudowę potężnych Niemiec, a także to, że do tego celu potrzebne będą olbrzymie środki 
finansowe. Wielką troską jednych i drugich było teraz, jak i gdzie ukryć złoto i inne walory Banku Rzeszy, w 
tym depozyt SS. Najwięcej było jednak takich, którzy myśleli przede wszystkim o sobie, o ukryciu własnego 
zgromadzonego drogą rabunku majątku.

Na mocy poufnego ustnego postanowienia Himmlera każdy dygnitarz wysokiego szczebla otrzymał 

określony procent z łupu „Akcji Reinhard”.

Będący   na   świeczniku   dowódcy   SS   ulokowali   niebagatelny   majątek   w   samych   Niemczech.   Na 

odkrytych tylko do 1955 roku potajemnych kontach w bankach obu części Berlina znajdowało się blisko 20 
mln marek w gotówce i papierach wartościowych oraz akta własności parcel ziemskich wartości 2 mln 
marek.   Jako   właściciele   tych   kont   i   wpisów   hipotecznych   figurowali:   Göring,   Goebbels,   Frick,   Ley, 
Ribbentrop, Kaltenbrunner, Freisler, Daluege, Krüger, Reinhard — ministrowie, generałowie SS, sędziowie. 
Znalazł się w tym dobranym gronie naczelny redaktor „Schwarzes Korps”, gazety esesmańskiej, D'Alquen. 
Nawet najbardziej fanatyczni führerzy z „Czarnego Zakonu” na wszelki wypadek zabezpieczali sobie tyły, a 
na widok złota zapominali o głoszonej z szumem sztandarów i biciem w werble ideologii.

W szwajcarskich  bankach po dziś dzień spoczywają nie tylko  tajne dokumenty niedoszłych  panów 

świata, ale i znaczne kwoty zapobiegliwych dostojników. Szkoda, że sumienni aż do przesady strażnicy 
helweckiego skarbca, dla których najważniejsza jest ustawa z 1934 roku o tajemnicy bankowej, odmawiają 
wszelkich informacji o walorach zdeponowanych tam przez SS, podtrzymując tezę o otwarciu sejfu jedynie 
na podane hasło cyfrowe. Przecież te ociekające krwią kosztowności i pieniądze zostały skradzione przez 
organizację, uznaną przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za zbrodniczą! Odpowiada 
ona za wymordowanie w obozach koncentracyjnych 6 milionów Żydów i 3 milionów członków innych 
narodowości. Zawładnęła też ich własnością.

Wielkim zaskoczeniem było odkrycie, że nawet Heinrich Himmler ulokował za granicą 2 mln dolarów 

w gotówce i kosztownościach, a jego rodzina ubezpieczona była na 637,5 tys. dolarów. Majątek ten został 
zdeponowany  głównie   w   Ameryce   Południowej.   Reichsführer   miał   również   skarb   ukryty  w   Rzeszy,   w 
okolicy   Berchtesgaden,   znaleziony   później   przez   amerykańskie   władze   okupacyjne:   1   mln   dolarów   w 
funtach angielskich i frankach szwajcarskich oraz w markach niemieckich.

I ten to człowiek powiedział przy jakiejś okazji:
„Bogactwa, które mieli Żydzi, odebraliśmy im. Myśmy sobie nic z tego nie wzięli. Jednostki, które pod 

tym względem  popełniły wykroczenia,   zostaną   ukarane   zgodnie  z  rozkazem,  wydanym  przeze   mnie   na 

background image

samym początku: kto sobie z tych pieniędzy przywłaszczy choćby jedną markę, temu grozi śmierć. Pewna 
liczba   członków   SS  —   nie   jest   ich   bardzo   wielu   —   naruszyła   ten   zakaz.   Czeka   ich   śmierć,   tu   będę 
bezlitosny. Mieliśmy moralne prawo, mieliśmy obowiązek wobec naszego narodu wytracić ten naród, który 
chciał wytracić nas. Nie mamy natomiast prawa wzbogacić się choćby o jedno futro, o jeden zegarek, o 
jedną markę, o jeden papieros, o cokolwiek. W żadnym wypadku nie będę patrzył bezczynnie, jak powstaje i 
rozszerza się choćby niewielka plamka zgnilizny. Tam gdzie taka plamka się utworzy, wypalimy ją wspólnie. 
W sumie możemy powiedzieć, że z tego najcięższego zadania wywiązaliśmy się z miłością do naszego 
narodu. I nie ponieśliśmy szwanku na naszym życiu wewnętrznym, na naszej duszy, na naszym charakterze”.

Hermann Göring nie mógł być „gorszy”. Zgromadził i zabezpieczył sobie w USA majątek w wysokości 

3 mln 575 tys. dolarów w gotówce oraz znaczny plik papierów wartościowych, z czego 750 tys. akcji w 
„Pensylwania   Railrond”,   w   „Bethelem   Steel”,   w   „Illinois   Central”   i   w   „City  Service”.   Akcje   te   były 
zdeponowane pod fikcyjnym nazwiskiem w safesie znanego wielkiego banku nowojorskiego. Był również 
właścicielem innych jeszcze akcji o wartości 600 tys. dolarów w koncernach „Montecatini” i „Royal Dutch 
Bonds”,   wykupionych   również   na   fikcyjne   nazwisko.   Złożył  je   w   japońskim  „Sanitomo   Bank”   w   San 
Francisco. W innym banku należało do niego 400 tys. dolarów w różnych banknotach. Zarządzała tą sumą 
pewna firma handlowa do spraw importu w Chicago. Miał 4 mln dolarów w polisach ubezpieczeniowych 
amerykańskich,   szwedzkich,   holenderskich   i   szwajcarskich.   Żywiąc   większe   zaufanie   do   firm 
zagranicznych, ,,drobniejsze” kwoty w „zwyczajnych” niemieckich markach umieszczał Göring w kraju, jak 
pół miliona w Niemieckim Banku w Monachium.

Tuba propagandowa Hitlera, Joseph Goebbels, zdeponował za granicą majątek w wysokości 4 mln 635 

tys. dolarów w gotówce i innych wartościach, z czego 1 mln 850 tys. dolarów w safesie banku w Buenos 
Aires   na   nazwisko  „Deutsch”.   W   „Internationaler   Bearer   Bond”   w  Luxemburgu  złożył  plik   belgijskich 
papierów wartościowych na sumę 2 mln 480 tys. dolarów. Ponadto 465 tys. funtów szterlingów w dewizach 
ulokował w filii państwowego banku Japonii w Osace i w Nippon Ginko. Wartość polis ubezpieczeniowych 
ministra wynosiła 1 mln 865 tys. dolarów.

Joachim   Ribbentrop,   minister   spraw   zagranicznych,   złożył   w   Amsterdamskim   Banku   Filialnym 

Haarlem   (oddział   Holenderskiego   Banku   w   Hadze),   pod   szyldem   kontrolowanej   przez   niego   firmy 
amerykańskiej (posiadał w niej 52 procent akcji na nazwiska osób podstawionych) 3 mln 165 tys. dolarów w 
gotówce. Polisa ubezpieczeniowa na wartość 6 mln 676 tys. dolarów „zaokrągliła” tę sumę.

Minister Robert Ley także  „zebrał” pokaźny majątek, ulokowany za granicą, na który składały się: 1 

mln dolarów w gotówce i polisy na 841 tys. dolarów.

Ta   piątka   z   samej  „góry”   ukryła   w   obcych   krajach   kapitały  o   wartości   50   mln   dolarów.   Mniejsi 

dygnitarze zadowalali się kontami i safesami w bankach szwajcarskich.

Przeogromny majątek zrabował Hans Frank, okradając Polaków i Żydów — ale to już osobny temat.
Źródłem tych milionowych majątków wszystkich czołowych, jak i pomniejszych „władców” Rzeszy 

były   prezenty   i   łapówki   otrzymywane   od   zarządów   koncernów   i   dyrekcji   przedsiębiorstw   oraz   od 
komendantów obozów koncentracyjnych, rekwizycje dóbr narodowych i prywatnych zbiorów dzieł sztuki w 
podbitych krajach, wreszcie — grabież mienia pożydowskiego i więźniarskiego.

W Waszyngtonie jeszcze przed zakończeniem wojny liczono się z tym, że przywódcy nazistowscy będą 

starali   się   umieścić   swój   majątek   za   granicą.   Doświadczenie   podpowiadało,   że   wysoko   postawione 
osobistości Trzeciej Rzeszy uznają Stany Zjednoczone i niektóre kraje Ameryki Południowej za pewniejsze 
miejsce lokaty kapitałów niż własną ojczyznę. Wywiad gospodarczy nie próżnował i już w pierwszym roku 
wojny stwierdzono napływ niemieckiego majątku do USA. W latach późniejszych ustalono, że była to nie 
tylko gotówka, ale także drogie kamienie i inne kosztowności, zrabowane w krajach okupowanych.

Urząd   Skarbowy   Państwa   powołał   do   życia   własną   tajną   służbę,   która   starannie   obserwowała 

przekazywanie   tego   rodzaju   kapitałów.   Pozwoliło   to   stwierdzić,   że   obchodząc   obowiązujące   przepisy 
„przemycono” do Stanów Zjednoczonych dobra wartości kilku milionów dolarów.

Większość tych kont na drugiej półkuli została rozszyfrowana i władze skarbowe położyły na nich rękę, 

blokując je. Z pewnością udało się to nie we wszystkich przypadkach, zwłaszcza że hitlerowcy znaleźli inne, 
pewniejsze sposoby ukrycia majątku.

AKCJA „FEUERLAND” i INNE SZLAKI

Reichsleiter partii, Martin Bormann, wcześnie pomyślał o zabezpieczeniu choćby części niemieckiego 

background image

złota, kosztowności i walut na wypadek klęski. Nie chodziło mu o konto dla siebie, lecz o środki na cele 
walki o odrodzenie narodowego socjalizmu po wojnie. Uzgodnił po cichu z Himmlerem, Pohlem i Funkiem, 
że  pewne ilości  z  zasobów  Banku Niemieckiego,  zwłaszcza   skarbu  SS,  przetransportuje   się  za  ocean  i 
ulokuje w akcjach licznych przedsiębiorstw w Argentynie. Przeprowadził jedną z najciekawszych operacji 
finansowych podczas drugiej wojny światowej, ale nie na swój rachunek. Nie był chciwy i tym różnił się od 
innych bonzów NSDAP.

Pod koniec 1943 roku zarządził akcję, która w najtajniejszych aktach wywiadu SS została opatrzona 

kryptonimem  „Feuerland” („Ziemia Ognista”). Polegała na przetransportowaniu do Argentyny kilku ton 
złota, dużej ilości precjozów i walut, papierów wartościowych i dzieł sztuki.

Niedostępny „cień Hitlera” nie przypadkiem interesował się finansami. Był skarbnikiem partii, potem 

stopniowo przejął w swoje ręce całość tego rodzaju spraw (zarządzał  „Funduszem Adolfa Hitlera”). Za 
pośrednictwem Pohla inwigilował również dyskretnie Bank Rzeszy.

Hitlerowi przedstawił swój plan jako posunięcie zmierzające do umocnienia wpływów niemieckich w 

Ameryce   Południowej.   Chwyciło.   Operacja   przebiegała   w   najgłębszej   tajemnicy.   Za   transport   lądowy 
odpowiedzialny  był   agent   VI   Oddziału   RSHA  —  Wywiad   Zagranica,   ukrywający  się   pod   nazwiskiem 
Godofredo   Sanstede,   a   ogólne   kierownictwo   nad   akcją   dzierżył  Wilhelm  Faupel,   ambasador   Rzeszy  w 
Madrycie.   Ochronę   cennego   transportu   powierzono   rezydentowi   hitlerowskich   agentów   na   Półwyspie 
Iberyjskim nazwiskiem Angelo Aleazar de Velasco.

Konwój samochodów jechał nocą. Przeciął Francję i znalazł się w Hiszpanii. W porcie Kadyksu czekały 

na skarb okręty podwodne Kriegsmarine. Z miejsca przystąpiono do załadunku „towaru”. Za bezpieczeństwo 
kursu przez ocean odpowiedzialny był kapitan niemieckiej marynarki wojennej, Dietrich Niebuhr.

Wybór Argentyny na jedno z głównych miejsc złożenia kapitałów nie był przypadkowy. Poczynając od 

1933 roku Ameryka Łacińska stała się terenem penetracji nazistów. Związane to było ściśle z tamtejszą 
liczną kolonią niemiecką, zwłaszcza w Brazylii i Argentynie, a także w Paragwaju, Chile i Urugwaju, po 
części w Boliwii.

Już wcześniej, bo w kwietniu 1943 roku, ambasador Faupel wsiadł w Kadyksie do okrętu podwodnego i 

rankiem 2 maja zjawił się incognito w Buenos Aires. Oczekiwał go tu w wielkiej tajemnicy admirał floty 
argentyńskiej, Scasso. Przybysz odbył szereg poufnych rozmów z finansistami, przedsiębiorcami i wyższymi 
wojskowymi;   niektórzy  z   nich   byli   płatnymi   agentami   Rzeszy,   inni   sympatykami.   Po   osiągnięciu   celu 
podróży  — nie obyło się bez kosztownych prezentów i łapówek  — w nocy 8 maja Faupel i Sanstede 
zaokrętowali się na ten sam U-boot w Mar del Plata i wrócili do Kadyksu.

Po upływie kilku miesięcy część majątku SS znalazła się w Argentynie, powiększając konta banków i 

kapitały wybranych przedsiębiorstw. Tym sposobem miejscowym Niemcom-hitlerowcom udało się ukryć i 
zakamuflować   przewiezione   morzem   mienie.   Dokonano   transferu   wielkich   funduszów   i   kosztowności, 
zdeponowanych przez nazistów na rachunek narodowych banków miejscowych. Dzięki temu mogły one być 
wyłączone spod kontroli.

Akcja „Feuerland” nie zakończyła się w 1943 roku. W rok później, kiedy inwazja aliantów zamknęła 

drogę do Hiszpanii, Bormann wydał rozkaz kontynuowania operacji drogą powietrzną.

Wcześniej, w dniu 22 maja 1944 roku, Faupel zaadresował do doktora Hansa von Merkatz z Instytutu 

Latyno-Amerykańskiego w Berlinie, agenta hitlerowskiego wywiadu, list o następującej treści: „Reichsleiter 
Bormann, który otrzymał dwa raporty, od von Leute i od generała (argentyńskiego) Pistarini, domaga się 
ponownego rozpoczęcia  transportów  do Buenos  Aires. Zażądajcie  od generała  Gallanda  przekazania  do 
naszej dyspozycji dwóch samolotów dalekiego zasięgu przystosowanych do latania w nocy oraz porozumcie 
się z Rudelem i Hanną Reitsch. Kuster powinien bezzwłocznie wszcząć przygotowania. Niech Kohn przyleci 
pierwszym samolotem, aby asystować Sanstede, który otrzymał rozkaz zgłoszenia się jutro”.

Niski, krępy człowiek z chłopską twarzą, w źle leżącym brunatnym mundurze, nie miał najmniejszej 

wątpliwości, że jego rozkazy zostaną wykonane do końca. I ten pomysł z wykorzystaniem samolotów był 
jego, Martina Bormanna, autorstwa...

„Powietrzny most” stworzony w celu przerzucenia dalszych partii złota i innych walorów za Ocean 

Atlantycki stał się faktem. Pilotowane przez asów Luftwaffe: Adolfa Gallanda, Waltera Baumbacha, Hansa 
Ulricha   Rudela   i   osobistą   pilotkę   Hitlera,   Hannę   Reitsch,   maszyny  startowały  z   lotniska   Tempelhof   w 
Berlinie, robiły skok do Madrytu, a stąd do Buenos Aires. Most lotniczy funkcjonował z przerwami do końca 
1944 roku.

*

Osiemnastego czerwca 1944 roku dawny minister gospodarki w rządzie Hitlera i prezes banku Rzeszy, 

background image

dr Hjalmar Schacht, oraz czołowi przemysłowcy i bankierzy niemieccy zebrali się w Salzburgu i odbyli pod 
szyldem spotkania Koła Handlowców tajną naradę w hotelu  „Maison  Rouge”. Obecny był na niej sam 
Martin Bormann. Radzono nad tym, jak uratować płynny kapitał  — złoto, kosztowności i pieniądze. Ci 
potentaci nie mieli złudzeń. Wiedzieli, że jeśli nie ukryją zgromadzonych walorów, staną się one łupem 
aliantów.   Minęło   dziewięć   dni   od   inwazji   aliantów   i   otwarcia   drugiego   frontu   w   Europie,   na   razie   w 
Normandii. Wiedzieli, że wojna jest przegrana.

Znaleźli   sposób:   wpłacanie   poważnych   kwot,   najzupełniej   legalnie,   na   konta   zagranicznych   firm 

handlowych i przemysłowych rozsianych po kilku kontynentach, także w Szwajcarii. Oficjalnie dokonywało 
się   przelewów   w   celu   zakupu   surowców   strategicznych,   niezbędnych   dla   gospodarki   wojennej   Rzeszy. 
Ponieważ wiele towarów z tej listy nosiło znamię tajności, jeszcze bardziej ułatwiało to przeprowadzenie 
operacji   finansowych   w   ścisłej   tajemnicy.   Ogromne   sumy   przerzucono   do   Szwajcarii,   deponując   je   w 
tamtejszych bankach, skąd były przelewane na konta niemieckich firm.

Walther Funk jak nikt inny był zainteresowany tym krajem. Jeszcze w czerwcu 1943 roku oświadczył w 

zaufanym   gronie   przemysłowców   i   bankierów:  „Nawet   na   dwa   miesiące   nie   mógłbym   zrezygnować   z 
pomocy Szwajcarii w zamianie naszego złota na dewizy”.

Istotnie.   Do   Szwajcarii   wędrowały   ogromne   ilości   złota   z   Berlina   i   w   drodze   różnych   transakcji 

zamieniane były na funty, dolary i franki szwajcarskie lub przekazywane bezpośrednio na rachunki krajów, z 
których Niemcy hitlerowskie sprowadzały chrom (Afryka Południowa), wolfram (Portugalia), rudę żelaza 
(Szwecja)   oraz   inne   surowce.   Tylko   drogą   oficjalną   Szwajcaria   nabyła   od   Banku   Rzeszy  złoto   za   1,2 
miliarda franków.

Wykorzystano również konta prywatne, uruchamiając je na nazwiska ludzi na poważnych stanowiskach, 

podczas gdy ci nie mieli o tym najmniejszego pojęcia. Odbiór tych walorów następował wówczas, gdy 
zgłosił   się   ktoś   z   umówionym   hasłem.   Kombinacje   takie   przeprowadzano   najczęściej   w   bankach 
szwajcarskich i niemieckich.

Wbrew krążącej po całym świecie famie w  „twierdzy alpejskiej”  ukryto  stosunkowo niezbyt wiele 

zagrabionego przez nazistów majątku. Na terenie Alp Bawarskich hitlerowskie kierownictwo zamierzało 
utworzyć bastion obrony i tam nadal toczyć walkę. Już na wiele tygodni przed bezwarunkową kapitulacją 
Rzeszy kierowano w tamten rejon wypróbowaną kadrę NSDAP, Sicherheitsdient i Sicherheitspolizei.

Ukryto tam co prawda pewne ilości kosztowności i walut, ale rzekomo ogromny majątek, schowany w 

jaskiniach górskich i na dnie jezior, zwłaszcza jeziora Toplitz w Styrii, to mit. W jeziorze tym zatopiono 
masę fałszywych funtów szterlingów i dolarów oraz wiele dokumentów RSHA i SS.

Pod sam koniec kwietnia 1945 roku do Bad Aussee, miejscowości wypoczynkowej nad jeziorem o tej 

samej nazwie, nadjechało dwadzieścia ciężarówek z pojemnikami, kryjącymi fałszywe banknoty, jak i pewne 
ilości   prawdziwych   dewiz   i   klejnotów.   Zawartość   umieszczono   w   bezpiecznych   schowkach,   doskonale 
zamaskowanych. W operacji tej brali udział: człowiek Bormanna, standartenführer Helmuth von Hummel, i 
zaufany Kaltenbrunnera, obersturmbannführer Otto Skorzeny.

Inny generał SS nazwiskiem Spatzel przewiózł w tamte strony trzy ciężarówki kosztowności, a generał 

Fablunke  — dwadzieścia skrzyń złotych monet. Pochowano ten majątek po różnych samotnie stojących 
szałasach górskich, zakopano w ziemi.

Wielką   część   złota   i   walut   Bank   Rzeszy  usiłował   ukryć   na   terenie   Niemiec,   wożąc   je   w   ślad   za 

dowództwem frontu zachodniego.

Piątego kwietnia 1945 roku o godzinie 17.05 generał major Manton C. Eddy, dowódca 12 korpusu 

amerykańskiej 3 armii, zameldował telegraficznie swemu zwierzchnikowi, generałowi porucznikowi George 
S. Pattonowi, dowódcy armii, że 90 dywizja jego korpusu odnalazła niemieckie złoto. Wydarzyło się to w 
miejscowości Merkers (zachodnia Turyngia) w sztolniach kopalni soli.

— Słuchaj, Eddy, a może to plotka? Zbyt dobra to wiadomość, aby mogła być prawdziwa. Wiesz co, nie 

mów   o   tym   nikomu,   póki   nie   sprawdzisz   osobiście.   Już   nieraz   sparzyłem   się   na   pogłoskach   o   tym 
niemieckim skarbie.

W dwa dni później o godzinie 15.00 gen. Eddy zatelefonował powtórnie.
— Generale, byłem w tym skarbcu  — zameldował.  — Znalazłem całą kupę pieniędzy w markach 

niemieckich. Skarbnik mojego korpusu, który przeliczył to szybko, powiada, że to równowartość miliarda 
dolarów.

— No, a co ze złotem tych cholernych Hunów? Znowu plotka na siedem mil?  — rzucił zniechęcony 

Patton.

— Mówią, że o ile istnieje, to znajduje się za stalowymi drzwiami. Są te drzwi, ale tak zamknięte, że ho, 

background image

ho... Przy okazji aresztowałem dwóch pracowników Niemieckiego Banku.

— Wysadź te drzwi, Eddy!
Ósmego kwietnia wszystko było jasne. Po wysadzeniu drzwi gen. Eddy znalazł 4500 sztab złota, każda 

o wadze 35 funtów. Naprędce obliczono, że według aktualnego kursu wartość kruszcu wynosi blisko 58 mln 
dolarów w złocie.

„Byczy facet”, jak nazywali dowódcę 3 armii jego żołnierze, natychmiast skomunikował się z dowódcą 

amerykańskich sił inwazyjnych, generałem Omarem Bradleyem, i poprosił, żeby przybył ktoś z Naczelnego 
Dowództwa i przejął ten skarb. Wkrótce złoto przewieziono do Frankfurtu n/Menem i tam, w piwnicach 
Deutsche Reichsbank, posegregowano i sfilmowano.

Po   bliższym   sprawdzeniu   okazało   się,   że   w   kopalni   soli   odkryto   nie   tylko   złoto,   ale   i   różne 

kosztowności z konta „Max Heiliger”. Skarb ów wypełniał trzy duże podziemia we frankfurckim oddziale 
Banku. Był to majątek osobisty ofiar wymordowanych w obozach koncentracyjnych.

PO WOJNIE

Już po zakończeniu działań wojennych amerykańscy żołnierze odkryli w Bawarii kilka schowków z 

ukrytym skarbem. Mogło się to przytrafić również gdzie indziej i nie tylko Amerykanom. Na ogół jednak 
trzymano te sprawy w tajemnicy.

Nie   wiadomo,  ile   pieniędzy  i   cennej   biżuterii   pozostało   w   rękach   niemieckich.   Korzystały  z   nich 

organizacje byłych esesmanów: „Die Spinne” („Pająk”), a później ODESSA („Organisation der ehemaligen 
SS-Angehörigen”). Do twórców tej pierwszej należeli: oberstgruppenführer Paul Hausser, główny inspektor 
Waffen SS, po Himmlerze najstarszy stopniem esesman, dalej Helmuth von Hummel i Otto Skorzeny. Ze 
środków tych finansowano ukrywanie się, a następnie ucieczki za granicę dziesiątków tysięcy esesmanów, 
funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa i gestapo, wspierano ich pozostałe w kraju rodziny. Z pieniędzy tych 
korzystali, wśród innych, zbrodniarze wojenni tej miary, co Adolf Eichmann, szef SD i Sipo w Lyonie Klaus 
Barbie-Altmann,   Gustaw   Wagner,   główny   inspektor   obozów   koncentracyjnych,   brigadeführer   Richard 
Glücka z WVHA, oficer szefostwa SS do specjalnych poruczeń Hitlera i Himmlera Otto Skorzeny, dr Josef 
Mengele z załogi Oświęcimia, Franz Stangl. Jednym z organizatorów przerzutu tych ludzi poza Europę był 
obersturmbannführer Walter Rauff (zmienił nazwisko na Theodor Loeffel), zaufany Bormanna.

W latach 1949—1957 hitlerowcy podjęli znaczne sumy na hasło ze skarbców banków szwajcarskich i z 

kont   zagranicznych   niemieckich   firm   na   Zachodzie.   Niemała   część   tych   środków   została   wydana   na 
kampanię wyborczą Konrada Adenauera; sporo zużyto na wyekwipowanie Bundeswehry, co jest okrutnym 
żartem  historii.   Pieniądze,   pochodzące   także   z   grabieży  mienia   pożydowskiego   i  zwielokrotnione   przez 
operacje bankowe i rosnące obroty przedsiębiorstw z kapitałem niemieckim za granicą, posłużyły również 
do popierania puczów o charakterze faszystowskim w Afryce, Ameryce Południowej i Azji. Zakładano za 
nie firmy handlujące bronią, jak „Export—Import Immobilen” w Hiszpanii. Przedsiębiorstwa tego rodzaju, 
oparte na kapitale dawnej organizacji ODESSA, tworzą liczną sieć, zyski służą także odradzaniu faszyzmu 
pod różnymi postaciami. Pieniądze z pomnożonego skarbu SS używa się również do wybielania zbrodniarzy 
wojennych.   Z   tych   samych   środków   subwencjonowana   jest   organizacja   HIAG   (Hilfgemeinschaft   auf 
Genenseitigkeit”, czyli „Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy”), oficjalnie istniejąca w RFN, a skupiająca b. 
żołnierzy Waffen SS.

Wydatne   środki   czerpane   są   z   banków   i   przedsiębiorstw   w   Argentynie.   Wkrótce   po   wojnie 

przewieziono do tego kraju ostatnią partię skarbu SS. Przybijały do argentyńskich brzegów okręty podwodne 
admirała Karla Dönitza, mając na pokładzie pierwszych uciekinierów, pliki tajnych dokumentów, patenty 
przemysłowe i papiery wartościowe. 10 lipca 1945 roku niemiecki okręt podwodny U-530 wypłynął na 
powierzchnię w porcie Mar del Plata. Inny, U-977, pojawił się w tym samym miejscu 17 sierpnia.

Dwa   inne   okręty   podwodne   Kriegsmarine   przybiły   między   23   i   29   lipca   do   brzegów   Patagonii. 

Opowiadali   o   tym   dwaj   marynarze   z   pancernika  „Graf   von   Spee”   (uprawiał   on   piracką   działalność   u 
wybrzeży południowoamerykańskich i w grudniu 1939 roku, uszkodzony przez Anglików, został zatopiony 
przez   własną   załogę),   których  wraz   z   kolegami   wysłano   do  Patagonii,   gdzie   byli   gośćmi   niemieckiego 
towarzystwa handlowego Lahusen. Stąd pewnego razu zaprowadzono ich w oddalone od siedzib ludzkich 
miejsce na wybrzeżu, gdzie stały dwa niemieckie U-booty. Ludziom z „Grafa von Spee” polecono udać się 
na   ich   pokład,   skąd   wzięli   wiele   ciężkich   skrzyń,   które   transportowali   do   brzegu   w   łodziach 
pneumatycznych. Potem tajemniczy bagaż załadowano pośpiesznie na osiem ciężarówek i skierowano na 
farmę, należącą do firmy Lahusen. Przesyłki nie zostały tutaj długo, lecz zaraz pojechały w głąb kraju. 
Łodzie pneumatyczne przewiozły także z okrętów podwodnych na ląd 80 osób, w większości ubranych po 

background image

cywilnemu.  Ze   sposobu,   w   jaki   ci   ludzie   wydawali   polecenia,   rnarynarze   wywnioskowali,   że   mają   do 
czynienia z ważnymi personami. Nieznanych przybyszów zabrały auta.

Znakomita większość tych zbiegów, zarządców obozów koncentracyjnych i masowej zagłady, różnych 

„Einsatzkommandos” i przewodniczących  „Sondergerichtów”, szefów gestapowskich kaźni, uciekła przed 
wymiarem   sprawiedliwości   za   popełnione   zbrodnie.   Lądując   na   ziemi   południowoamerykańskiej,   bez 
trudności mogli zaspokajać swoje potrzeby finansowe. Nie mieli najmniejszych kłopotów z otrzymaniem 
dobrze   płatnych   posad;   zajmowały   się   tym   specjalnie   utworzone   komitety   pomocy.   Czuli   się   na   tym 
kontynencie pewnie, mimo że wielu z nich figurowało na alianckich listach poszukiwanych zbrodniarzy 
wojennych.

Majątek pohitlerowski zainwestowany w różne przedsiębiorstwa wciąż się powiększał. Jedną z takich 

spółek   akcyjnych   była   CAPRI   (Compania   Argentina   par   Realisationes   Industriales),   kierowana   przez 
Niemca nazwiskiem Karl Fuldner. Prowadziła roboty elektryfikacyjne, realizując zamówienia rządowe. Inna 
firma, pomnażająca kapitały z Niemiec, była zakamuflowana pod nazwą IAPIC (Instituto Argentino para la 
Promocion   Intercambio).   Starannie   ukryte   walory   ze   skarbu   SS   i   z   innych   źródeł   stanowiły   kapitał 
zakładowy nie tylko dużych koncernów, ale i niepozornych  przedsiębiorstw i biur handlowych, czasem 
podejrzanej konduity. Organizacje nazistów pod kierunkiem dawnych funkcjonariuszy RSHA zajmowały się 
fabrykacją fałszywych dokumentów, głównie dla nielegalnie przybyłych z Niemiec hitlerowców.

W Argentynie mieściła się filia tajnej organizacji ODESSA, założona przez pilota Rudela, finansowana 

z zagrabionego skarbu. Współdziałali z nim: Galland, Bumbach i główny inżynier zakładów  lotniczych 
Focke Wulf, niejaki Kurt Tank. Działał prof. Johannes von Leers, hauptsturmführer z IV Wydziału RSHA. 
Pojawił się na Ziemi Ognistej komendant Treblinki, Franz Stangl, a w 1948 roku Sanstede pod nowym 
nazwiskiem  Federico   Pahl   i   jego   pomocnik   Heinrich   Gustaw   Jurges   z   dokumentami   na   nazwisko   Jose 
Villanuevo. W ślad za nimi podążyli kolejni zbrodniarze.

Z   dalszą   historią   skarbu   SS   w   Argentynie   szczególnie   związane   są   nazwiska   czterech   nazistów: 

Heinricha Doerge, Ricarda von Leute, Ricarda Stauda i Ludwiga Freude.

Pierwszy  był   bliskim   współpracownikiem   Schachta,   a   podczas   wojny  doradcą   Banku   Centralnego 

Argentyny. Po klęsce Niemiec figurował na liście zbrodniarzy wojennych; miał być sądzony w jednym z 
procesów   norymberskich.   W   1949   roku   zamordowany   w   tajemniczych   okolicznościach.   W   1944   roku 
odegrał pierwszorzędną rolę w ukryciu hitlerowskiego łupu. W jego to imieniu główny rezydent Abwehry na 
Amerykę  Południową,  Ludwig Freude,  zdeponował  w Banco Argentino  sumę blisko  38 mln  pesos.  Na 
dokumencie innego depozytu figuruje podpis von Leute, podczas wojny dyrektora Banku Niemieckiego 
Transatlantyckiego w Buenos Aires. To na jego nazwisko w maju 1944 roku Borman zarządził przesyłkę 
złota i walut. Jeszcze wcześniej, bo w lutym tego samego roku, von Leute miał w ręku klucze do siedmiu kas 
pancernych, w których na zlecenie Himmlera złożył 115 mln pesos w złocie i srebrze. Majątkiem tym Leute 
zarządzał przy pomocy Freude'a i Stauda. W grudniu 1950 roku Leute zginął w nie wyjaśnionych do końca 
okolicznościach. Przeklęte najwidoczniej jest to złoto, owoc grabieży... Po dwóch poprzednich przyniosło 
ono   śmierć   trzeciemu   z   jego   stróżów,   Ricardowi   Staudowi.   Został   on   anonimowym   dyrektorem   firmy 
Lahusen, ale nie na długo. Znaleziono jego ciało z pociskiem rewolwerowym w głowie. Ostatnim z czwórki 
cerberów depozytu w Banco Argentino był Freude, od 1944 roku nowy ambasador III Rzeszy w Buenos 
Aires. Zamordowano go przez wsypanie trucizny do filiżanki kawy. Ich miejsce zajęli inni...

*

Nie było dane polskiemu wymiarowi sprawiedliwości osądzić i ukarać największych z katów i złodziei 

Majdanka. W listopadzie 1944 roku przed specjalnym Sądem Karnym w Lublinie stanęli zaledwie czterej 
esesmani i dwaj kapo-kryminaliści, z jednym wyjątkiem same płotki. Przed tamtejszym Sądem Okręgowym 
toczyły się ponadto w latach 1946—1948 rozprawy przeciwko jednej z nadzorczyń i 95 esesmanom, ale byli 
to   wyłącznie   wartownicy   na   wieżach.   Także   w   długotrwałym   i   ślamazarnie   prowadzonym   procesie 
niektórych członków załogi Majdanka w Düsseldorfie w RFN (rozpoczął się w 1973 i ciągnął do 1981 roku) 
nie znalazł się żaden z bliższych wspólników Globocnika w dziele grabieży, choć zostało tam osądzonych 
między innymi kilku niepoślednich zbrodniarzy, mężczyzn i kobiet.

Zaledwie niektórych z najważniejszych organizatorów „Akcji Reinhard” dosięgła kara, niektórzy sami 

wymierzyli sobie sprawiedliwość. Kilku może dopiero teraz stanie przed sądem, ale i to nie jest pewne.

Heydrich zginął z ręki czeskich partyzantów. Himmler, Göring i Globocnik popełnili samobójstwo. 

Pierwszy otruł się cyjankiem potasu po rozpoznaniu go przez Anglików, drugi zażył tę truciznę w celi 
więzienia w Norymberdze po wydaniu nań wyroku kary śmierci przez powieszenie. Trzeci po wojnie ukrył 
się w górach Karyntii, na południe od Klagenfurtu, w miejscowości Karawanken, ale został wytropiony 

background image

przez   brytyjski   patrol   wojskowy.   Powiesił   się   w   celi,   zanim   stanął   przed   Amerykańskim   Trybunałem 
Wojskowym. Być może zostałby wydany Polsce. Frank i Pohl zawiśli na szubienicy, pierwszy z wyroku 
Międzynarodowego Trybunału Wojskowego, drugi osądzony przez Amerykański Trybunał Wojskowy, Funk, 
skazany w Norymberdze na dożywotnie więzienie, zmarł podczas odbywania kary. Przesłuchiwany przez 
Trybunał   pod   przewodnictwem   sędziego   Roberta   Jacksona   jako   jedyny   przyznał,   że   brał   udział   w 
wywłaszczaniu Żydów.

A teraz ludzie związani bliżej z Globocnikiem i z obozem na Majdanku. Koch został w styczniu 1945 

roku   rozstrzelany  w   tajemnicy  przez   komando   egzekucyjne   SS   w  Buchenwaldzie.   Florstedt   symulował 
chorobę   umysłową.   Zdegradowany,   był   więziony   w   bunkrze   buchenwaldzkim,   a   pod   koniec   wojny 
przeniesiony do obozu w Theresienstadt, gdzie wszelki ślad po nim zaginął (według niektórych źródeł został 
stracony, podobnie jak Koch, w Buchenwaldzie). Hackmanna Główny Sąd SS skazał na karę śmierci, ale 
wyroku   nie   wykonano;   wysłano   go   na   front   wschodni.   Przeżył   wojnę.   W   lipcu   1947   r.   stanął   przed 
Amerykańskim Sądem Wojskowym w Dachau i otrzymał karę śmierci. Mimo to po latach bujał w RFN na 
wolności. Thumann, zanim z wyroku sądu alianckiego zawisł na szubienicy, zeznał wszystko, co wiedział o 
aferze Marmorsteina. Hessel wyłgał się sprawiedliwości i żył spokojnie w RFN. Scharführer Kaps zastrzelił 
się  w  bunkrze   Majdanka.   Sprzeniewierzył  duże  ilości  kosztowności   przeznaczonych  dla  Banku  Rzeszy, 
sprawa wydała się. Pistolet wręczył mu komendant obozu.

Lerch,   prawa   ręka   i   adiutant   Globocnika,   dopiero   w   1972   roku   stanął   przed   sądem   w   Austrii. 

Odpowiadał z wolnej stopy. Został... uniewinniony, a kawiarnia w Klagenfurcie, której był właścicielem, 
wprost tonęła z tej okazji w kwiatach.

Höss i Goeth zostali powieszeni na mocy wyroków Najwyższego Trybunału w Polsce. Palitsch zginął 

na froncie wschodnim. Stangl, wydany przez Argentynę, został w RFN osądzony i skazany na więzienie. 
Wagner, ściągnięty z Brazylii, czekał w RFN na swój proces. Wcześniej jednak zmarł, podobno śmiercią 
samobójczą. Największy w historii „biurokrata śmierci”, Adolf Eichmann, ukrywał się po wojnie w Dolnej 
Saksonii   pod   przybranym   nazwiskiem   Otto   Henninger,   początkowo   jako   pracownik   tartaku,   później 
właściciel farmy kurzej. Pewnego dnia esesmańska organizacja ODESSA przemyciła go do Szwecji, a stąd 
do   Włoch.   Z   portu   w   Genui   wyjechał   do   Argentyny   jako   Ricardo   Klement.   Zatrudnił   się   w   firmie 
budowlanej w charakterze elektryka; było to przedsiębiorstwo dwóch niemieckich nazistów. 11 maja 1960 
roku został porwany w Buenos Aires przez trzech funkcjonariuszy wywiadu Izraela i przewieziony do Tel-
-Awiwu. Sąd w Jerozolimie skazał go na śmierć przez powieszenie. Zwłoki spalono, a prochy symbolicznie 
rozsypano po Morzu Śródziemnym.

*

Ludzie zginęli lub odeszli, ale Majdanek pozostał. Zachował się niemal cały obóz, tyle że na drutach 

kolczastych   nie   świecą   już   żarówki,   opustoszały   wieżyczki   strażnicze   i   baraki   mieszkalne,   nie   dymi 
krematorium.   Uliczki   obozowe   prowadzą   do  ogromnego   kopca   usypanego   z   prochów   pomordowanych. 
Pozostałe po nich pamiątki, jak też buty, włosy, okulary, protezy, miski i kubki, walizki i koszyki, torebki i 
zabawki dziecinne — wszystko to, czego SS nie zdążyło wywieźć i spieniężyć — stanowią element Muzeum 
Majdanka.