background image

ANDRZEJ WALIGORSKI 
 
Jeszcze 
 
Droga do domu 
 
Rozmowa ze Lwowem 
 
Bądź zdrowy, Lwowie! ChociaŜ z ostatnimi 
Opuszczam mury Twoje prawiekowe 
i chociaŜ biorę garść Twej świętej ziemi 
Na Ŝycie nowe — 
 
Czuję się zdrajcą, Ŝem w cięŜkiej potrzebie 
nie zginął raczej, zamiast rzucić Ciebie. 
Przebacz mi, Lwowie... W godziny wieczorne, 
gdy słucham, z sercem ciąŜącym jak otów, 
czy moŜe dzwony usłyszę nieszporne 
Twoich kościołów — 
 
Modlitwy moje w Twoją lecą stronę — 
Grodzie mych ojców, Miasto wymarzone! 
W daleką stronę rzuciłeś nas BoŜe! 
Ludzie tu obcy — ich dusze jałowe 
nie rozumieją, jak tęsknić moŜe 
serce kresowe... 
 
Nie mogą pojąć, Ŝe na śląskiej ziemi 
Lwów nam się marzy z kościoły swoimi. 
Bądź zdrowe, Miasto! Zanim noc nastanie, 
z duszą stęsknioną, ale nieugiętą, 
chcę Ci ślubować swe wierne oddanie 
przysięgą świętą: 
 
iŜ krwią wywalczę mury Twoje stare 
albo w popioły przemienię się szare! 
 
Modlitwa 
 
Fiat uoluntas Tua... sad za oknem plącze 
Za szatą złotych liści, za barwą przepychu... 
Do Ciebie serce moje stęsknione kołacze. 
Chce się skarŜyć przez Tobą... 
Chce się Ŝalić cicho... 
 
Fiat uoluntas Tua... zabrałeś mi wszystko, 
Ojczyznę, ziemię, mienie, radość i pogodę; 
 
Biedniejszy jestem dzisiaj od tych złotych listków, 
Które wiatr zimny unióst w brudną kałuŜ wodę. 

background image

 
Fiat voluntas Tua... Bądź Twa wola. Panie, 
Niech mnie trawy przykryją i liście jesienne, 
Tylko niech z Twojej Łaski cud się przedtem stanie, 
Niech ujrzę moje Miasto, wolne i promienne... 
 
Droga do domu 
 
W mym starym domu, który dawno juŜ spłonął, 
Do dziś na pewno nie zapomniał o mnie nikt. 
I jest w nim półmrok, a za oknem zielono, 
I jest w nim cisza, a za oknem ptasi krzyk. 
Zapewne rano ktoś rozsuwa kotary, 
Zapewne słychać w kuchni głosy i brzęk szkła, 
A co godzinę biją zegary, 
A co wieczora na pianinie ktoś tam gra. 
 
W tym moim domu, utraconym Bóg wie kiedy, 
Jest dla mnie miejsce na wprost drzwi. 
Kiedyś tam wejdę, aby nigdy więcej nie wyjść, 
I głos znajomy cicho spyta: — Czy to ty? 
Znowu się zwrócą ku mnie dobrze znane twarze, 
Znów ktoś jak dawniej powie: — Chodź... 
...tylko ta droga, pod górę i w skwarze 
...tylko tak trudno, bardzo trudno mi tam dojść. 
Gdzie jest mój ogród i czy są w nim georginie? 
Czy jeszcze stoi obrośnięty winem mur? 
Czy tak jak dawniej mgły się snują w dolinie, 
A za doliną błękitnieją szczyty gór? 
Wszystko to ujrzę, kiedy furtkę odnajdę 
I łąkę za nią, gdzie się pasie biały koń. 
Po cichu dom swój od ganku zajdę, 
MosięŜną klamkę jak przed laty wezmę w dłoń. 
 
...bo w moim domu, utraconym Bóg wie kiedy, 
Jest dla mnie miejsce na wprost drzwi. 
Kiedyś tam wejdę, aby nigdy więcej nie wyjść, 
I głos znajomy cicho spyta: — Czy to ty? 
Znowu się zwrócą ku mnie dobrze znane twarze, 
Znów ktoś jak dawniej powie: — Chodź... 
...tylko ta droga, pod górę i w skwarze 
...tylko tak trudno, bardzo trudno mi tam dojść. 
 
Okręt 
 
Dobry dom musi być jak okręt, 
Dobry gospodarz — jak kapitan. 
Gdy płyniesz przez zamiecie mokre, 
Dom cię światłami z dala wita, 
Nadpływa i wskakujesz w biegu, 

background image

I myślisz sobie: Dobrze jest! 
I otrzepujesz się ze śniegu 
Jak przemarznięty stary pies, 
I zapominasz, Ŝe za oknem 
Ulica lodem jest przykryta... 
Dobry dom musi być jak okręt, 
Dobry gospodarz — jak kapitan. 
Kapitan dba o urządzenia 
Dryfującego statku-trampa: 
 
Kiedy potrzeba, to wymienia 
ś

arówki przepalone w lampach, 

Naprawia krany późną nocą, 
Poprawia nadwątlone schodki, 
Nikt nie wie na co, ani po co 
W piwnicy głośno stuka młotkiem 
Albo przychodzi po śrubokręt, 
Albo pilnikiem w kuchni zgrzyta... 
Dobry dom musi być jak okręt, 
Dobry gospodarz — jak kapitan. 
Kapitan lubi mieć wygodnie, 
Więc zŜyma się i bardzo wzbrania, 
Gdy chcą mu zabrać stare spodnie, 
ś

eby je wreszcie dać do prania. 

AŜ Ŝona musi po kryjomu 
Prać, gdy on idzie do roboty. 
Aha, i jeszcze w dobrym domu 
 
Muszą być dzieci, psy lub koty. 
 
A w zimie niech go zdobią sople, 
 
A w lecie słońcem niech zakwita... 
 
Dobry dom musi być jak okręt, 
 
Dobry gospodarz — jak kapitan. 
 
Noc. Zamiast syren huczy sowa. 
 
Po dachu czarny kot się pęta, 
 
Zasnęła juŜ kapitanowa 
 
Uśpiwszy wprzód kapitanięta. 
 
W przyjaznym i przytulnym mroku 
 
Po uciszonym swym okręcie 
 

background image

KrąŜy kapitan z psem u boku 
 
I sprawdza wszystko przed zaśnięciem. 
 
Podnosi misie i pantofle, 
 
Wygładza zmarszczki na chodnikach... 
 
Dobry dom musi być jak okręt, 
 
Dobry gospodarz — jak kapitan! 
 
Baza Jeszcze 
 
Wracam szczęśliwie do bazy, 
Wykonałem bojowe zadania. 
Baza to jest mój azyl, 
Podchodzę do lądowania. 
Lądować w bazie łatwo, 
Wiem to z doświadczeń wielu, 
Przyjazne i jasne światło 
Prowadzi mnie do celu 
Tak, jak juŜ tyle razy. 
Tak,jak kaŜdego dnia. 
Wracam szczęśliwie do bazy, 
Wracam szczęśliwie do bazy, 
Jak się masz, bazo, to ja! 
W bazie juŜ szklanki dzwonią, 
Pachnie parzona kawa, 
Za chwilę popchnę dłonią 
Dzwi twoje, bazo łaskawa, 
Zobaczę znajome obrazy, 
Usłyszę znajomy głos, 
Wracam szczęśliwie do bazy 
Przez strefy wichrów i trosk. 
Są w świecie kraksy i burze, 
Jest nieszczęść i klęsk kołowrót; 
 
Nie zgadnę i nie wywróŜę 
Czy to ostatni mój powrót... 
NiewaŜne. Grunt, Ŝe na razie 
Drzwi otwieram ostroŜnie i miękko, 
I oto juŜ jestem w bazie, 
I oto juŜ jestem w bazie, 
Co się składa z dwóch pokoi. 
 
Z łazienką! 
 
...więc jak się juŜ ma psa i kota, i miłe mieszkanko 
 

background image

spółdzielcze, 
I wszystko się w naszym Ŝyciu układa tak plus minus 
 
znośnie, 
I gdy się w tym Ŝyciu juŜ miało tę — pewną ilość — 
 
dziewczyn, 
I właśnie jest popołudnie, i słońce świeci skośnie, 
To dobrze jest usiąść w fotelu, a kot niech się zwinie 
 
obok, 
I Ŝeby w zasięgu ręki było koniecznie pół czarnej, 
A radio niech gra Gershwina, a my, kiwając nogą, 
W ten skośny promień puszczamy dym z papierosa 
 
carmen. 
Na półkach piętrzą się ksiąŜki i pył z nich wiruje 
 
w słońcu, 
I wszystko jest złotobrunatne, a tylko rapsodia błękitna, 
I trochę smutno, Ŝe trzeba to będzie zostawić w końcu, 
I juŜ się nie siądzie w fotelu, Ŝeby Trzech Muszkieterów 
 
poczytać, 
Bo moŜe się kiedyś tak zdarzyć, Ŝe patrzysz — a ciebie 
 
juŜ nie ma, 
ChociaŜ jest kawa i fotel, i słońce na kociej sierści, 
I chociaŜ wciąŜ jeszcze w powietrzu snuje się dym 
 
z carmena, 
I równie jak dym błękitny wciąŜ snuje się ten Mister 
 
Gershwin. 
...pies podniósł głowę i warknął, ale nikt jakoś nie wszedł, 
Choć ktoś stał jakby za drzwiami, i jakby zamykał 
 
parasol... 
Kot otwarł oko, popatrzył i mruknął: 
 
— Jesteś tu jeszcze? 
Jeszcze tu jestem, mój kocie. 
 
I jeszcze wciąŜ trzymam fason. 
 
Punkt widzenia 
 
WciąŜ się wszystko powtarza — lato, jesień i zima, 
Ten lub tamten umiera, a ja myślę: — Kto wie? 
Jak tak dalej, to moŜe jakoś wszystkich przetrzymam, 

background image

No bo niby wciąŜ ktoś tam, a ja nie, nie i nie... 
Bardzo mnie to raduje, ale trochę teŜ dziwi, 
Co to jest, Ŝe ci inni tak chorują i mrą, 
ś

e gdy Ŝywi zasnęli, to się budzą nieŜywi 

I Ŝe — sam to sprawdzałem — Ŝaden z nich nie był mną... 
Dzięki temu mam umysł pełen cichej radości, 
Uśmiech stale na ustach i charakter jak miód, 
Kiedy ktoś mnie obrazi, to nie Ŝywię doń złości, 
Bo wiem — prędzej czy później facet będzie kaput. 
Ot, drukują w gazetach tyle róŜnych dyrdymał, 
ś

e co bardziej nerwowi płacz podnoszą i wrzask, 

Jam autora niejednych juŜ dyrdymał przetrzymał, 
Zobaczycie, rok jeszcze, dwa, trzy, cztery — i trzask! 
A to wszystko nie znaczy, Ŝebym był nieśmiertelny, 
GdzieŜbym mógł tak pomyśleć, jakŜe marzyć bym śmiał! 
Tak jak inni jam członek rzędu ssaków naczelnych, 
W którym — oprócz nas, ludzi — wprost się roi od małp. 
A choć wizja śmiertelna i mnie czasem nachodzi, 
Lecz nie straszna mi ona, i me szczęście wciąŜ trwa, 
Bo gdy umrę, to wtedy nic mnie juŜ nie obchodzi, 
A gdy umrze ktoś inny — cieszę się, Ŝe nią ja! 
O, rodacy, dlaczego ciągle czymś się martwicie, 
Czy musicie tak tracić nerwy, zdrowie i czas? 
Z mego punktu widzenia chciejcie spojrzeć na Ŝycie 
I spróbujcie przetrzymać innych. Tak jak ja — was! 
 
Apelacja 
 
Wysoki Sądzie, cóŜ mogę powiedzieć na temat rodziny? 
 
Nie wiem, jak ma wyglądać rodzina dziennikarza... 
 
Moja — o, tam, o — siedzi — i robi głupie miny. 
 
Ale ja teŜ mam dość głupią, więc wcale się nie uskarŜam. 
 
JeŜeli chodzi o Ŝonę, to obrzuca mnie wyzwiskami 
 
Co trzy i pół tygodnia... jest wzorem regularności... 
 
A syn, jak ma się uczyć, to płacze rzewnymi łzami, 
 
A jak się cały ubrudzi, to wyłazi znienacka na gości. 
 
Jest takŜe pewna kuzynka, dziewczyna raczej duŜa, 
 
Cokolwiek stuknięta na punkcie chłopców, filmów 
 
i samochodów. 
Jak czasem się zamyśli, to idąc — ściany wyburza, 

background image

A jak raz klepnęła ciotkę, to ciotka zleciała ze schodów. 
W opowiadaniu kawałów jesteśmy raczej świntuchy, 
Niepotrzebnie gaz wypalamy i wyświecamy prąd, 
Lubimy się wszyscy przebierać w wygodne stare ciuchy 
I patrzeć, jak męczą się ludzie wystrojeni z okazji świąt. 
I co by tu jeszcze... a, jeszcze jest rudy pies, rasy kundel, 
Złodziej, karmiciel pięciuset — jak mówi sprzątaczka — 
 
pchłów. 
Jak lecę dokądś ze Staszkiem, to kręcimy nad domem 
 
rundę 
 
I myślę: — Dom, kurdebele, Ŝeby tam być juŜ znów... 
No bo co? Inni mają Bardotkę czy jakąś DŜinę, 
Samochody i tyle forsy, Ŝe nie wiedzą, gdzie ją połoŜyć, 
A rodzina to tylko mnie ma, a ja mam tylko rodzinę, 
Więc bądź łaskaw, Wysoki Sądzie, i daj jeszcze trochę 
 
poŜyć. 
 
Moja mata stabilizacja 
 
Grunt to stabilizacja! Nieraz myślę przed snem, 
 
ś

e inni guzik wiedzą, a ja co wiem — to wiem! 

 
Wiem, Ŝe mieszkam na Krzykach, 
 
ś

e mam spółdzielczy domek, 

 
Wiem, Ŝe mam satyryka 
 
Ś

redniej klasy renomę, 

 
Wiem teŜ, Ŝe Ŝycia większość 
 
Spędzę przy biurku siedząc, 
 
Wiem, Ŝe mam kilka dziewcząt, 
 
Co o sobie nie wiedzą, 
 
Wiem, Ŝe swą Ŝonę kocham 
 
Od tamtych niezaleŜnie, 
 
ś

e się mnie Lucjan Socha 

 
Nie boi (ja go teŜ nie), 

background image

 
Wiem Ŝe mnie militaria 
 
Złoszczą, a teatr nuŜy, 
 
Wiem, Ŝe latem Bułgaria, 
 
ś

e zimą Międzygórze, 

 
Wiem, Ŝe mnie po szwagierce 
 
Z USA nie czeka spadek, 
 
Wiem Ŝe umrę na serce 
 
Tak jak tata i dziadek, 
 
Wiem, Ŝe mnie mój redaktor 
 
Wezwie co dwa kwartały, 
 
I powie — Coś nie tak to, 
 
Audycje znów zjechały... 
 
Wiem, Ŝe zaraz poprawę 
 
Obiecam mu przytomnie, 
 
Wiem, Ŝe go inne sprawy 
 
Zaprzątną i zapomni, 
 
Wiem, Ŝe ksiąŜek Leibniza 
 
Nie przeczytam i Gide'a, 
Ze na Osobowicach 
Spocznę lub na Bujwida, 
ś

e napiszą wspomnienie, 

Jaki to byłem zdolny, 
ś

e krótkie przemówienie 

Zasunie Józio Wolny, 
Wiem, Ŝe prędko szlochaniem 
Kres przyjdzie i prostracji... 
Zdolność przewidywania 
To atut stabilizacji!!! 
 
Stabilizacja 
 
...a jak się juŜ ma mieszkanie 

background image

 
I mały ogródek za domem, 
 
I „Przekrój" się zawsze dostanie, 
 
Bo kioskarz to dobry znajomy, 
 
I gdy się kłania sąsiadom, 
 
PoŜycza się od nich masło 
 
I w zamian słuŜy się radą, 
 
Jak dobrać kolory zasłon, 
 
I kiedy się jest szanowanym, 
 
I ma się trzy garnitury, 
 
I mleczarz przynosi co rano 
 
Mleko, płacone z góry, 
 
I chodzi się do dentysty, 
 
I w czwartek ogląda się „Kobrę", 
 
I nosi koszule czyste, 
 
I buty wygodne, i dobre, 
 
I wie się bez apelacji, 
 
ś

e ciocia na święta przyjedzie, 

 
I gdy się jeździ do pracy 
 
Codziennie z wyjątkiem niedziel, 
 
I wiadomo, co będzie potem, 
 
I jakie lato, i jesień, 
 
To czuje się dziwną ochotę, 
 
ś

eby się wziąć i powiesić. 

 
Tylko Ŝe, po pierwsze, to jest źle widziane, 
 
a po drugie, hak moŜe wylecieć i porysuje mi ścianę. 

background image

 
Rozmowa z ptaszkiem 
 
Zawierucha wyje jak suka, 
 
Mróz tak szczypie jak Dreptak dziewuchy, 
 
A do mego okna ptaszek puka, 
 
ś

ebym dał mu jakieś okruchy. 

 
Stuka, puka ptaszę wynędzniałe, 
 
Piszczy, prosi: — Tyś dobre dziecię, 
 
Daj mi pojeść! A ja na to: — A chałę, 
 
Trzeba było nazbierać w lecie! 
 
Chciałbyś draniu, Ŝebym zrobił daszek, 
 
I bym sypał pszenicy lub Ŝyta? 
 
A gdzie całe łatko był pan ptaszek? 
 
Czemu wtedy mi nie śpiewał, pytam? 
 
Gdym nocami bezsennymi czuwał, 
 
Zmartwieniami, kłopotami struty, 
 
To gdzie wówczas pan ptaszek fruwał? 
 
Przypuszczalnie na jakieś ksiuty! 
 
A gdy przyszła do mnie jedna Walerka 
 
I gdy krew zaczęła we mnie tętnić, 
 
Czemu wtedy ptaszek nie zaćwierkał, 
 
ś

eby tę Walerkę roznamiętnić? 

 
Był wszak nastrój, adapter i flaszka, 
 
KsięŜyc miasto swym blaskiem pobielił, 
 
Lecz zabrakło śpiewu pana ptaszka, 
 
I nic, guzik, jak psu w ucho strzelił... 

background image

 
Nie tak łatwo w mym wieku o babki, 
 
Swą absencją ptaszek wszystko zniszczył. 
 
Teraz ptaszek niech chucha w łapki, 
 
Teraz ptaszek niech sobie piszczy! 
 
ś

ycie, ptaszku, nie czytanka ze szkółki, 

 
Trzeba przez nie się pchać przebojem! 
 
ś

e co, proszę? Kawałeczek bułki? 

 
A kaktusa! Sam sobie pojem! 
Zresztą, co tam, nie jestem zwierzę, 
Chodź pan tutaj, panie wróbelek, 
Na, masz trochę, ty, kopany w pierze, 
Ale latem to odćwierkasz, kuchnia Felek!!! 
 
Rozmowa intelektualna 
 
Ty nie mów do mnie darling, honey, 
Ty nie porównuj mnie z ruczajem, 
Ty mnie fasolki zrób duszonej, 
NiechŜe się raz do syta najem! 
Drugiego dna ty mi na siłę 
Nie wmawiaj, bo dostaję kolki. 
JuŜ tyle razy cię prosiłem, 
Ty mnie duszonej zrób fasolki. 
Tak, kocham Kafkę i Riikego, 
I owszem, Joyce'a teŜ doceniam, 
Ale ty powiedz mi, dlaczego 
Się nie zabierasz do pichcenia? 
Owszem, Karpowicz się zazębia 
Z Goethem, Bizetem i Petrarką, 
Ale juŜ przestań mnie pogłębiać, 
OŜeŜ ty jakaś pogłębiarko! 
ś

e co? WyraŜam się niejasno? 

Nie czytaj mi fragmentów Manna! 
Ty mi fasolki zrób na kwaśno, 
Czy mam cię błagać na kolanach??? 
Przestań mi tu wyjeŜdŜać z Griegiem, 
Czniam wszystkie gamy i bemole. 
I owszem, jestem inteligent, 
Lecz mam apetyt na fasolę!!! 
Patrz, ja całuję ciebie w czółko, 
Ba, nawet ci całuję ręce, 
Mów ty o Griegu z przyjaciółką, 

background image

A mnie fasolkę zrób naprędce. 
Ja wiem, Ŝe w tobie uczuć gamy 
Dźwięczą jak w kaŜdej dobrej Polce, 
Więc się umówmy: Pogadamy, 
Ale dopiero po fasolce!!! 
 
Dwie opinie 
 
O, dylemacie wielki, 
 
O, sceno z kiepskiego kina — 
 
Za komisarza jaczejki 
 
UwaŜa mnie moja rodzina 
 
Głęboko przekonana, 
 
2e gdy idę do pracy — 
 
Czeka tam na mnie nagan 
 
I brodaci kozacy. 
 
ś

e wkładam strój kałmucki, 

 
I Ŝe spędzam wieczory 
 
Mordując Dzieduszyckich, 
 
I podpalając dwory. 
 
Zaś mój szef — wprost przeciwnie 
 
Niejednokrotnie gdera: 
 
— Rozumujecie dziwnie, 
 
Jak, powiedzmy, liberał 
 
Lub socjaldemokrata 
 
Czy jakiś takiś podobny. 
 
Czyście wy — dajmy na to — 
 
Mieszczanin średniodrobny? 
 
Takie poglądy macie, 
 

background image

ś

e aŜ coś we mnie skuczy. 

 
A tam, u siebie w chacie, 
 
Toście pewnie piłsudczyk? 
 
I tak jakoś dryfuję 
 
Pośród tych Scyll i Charybd. 
 
Tutaj gwałcę, tam knuję, 
 
Tu ruble, tam dolary, 
 
I tu, i tam opinia 
 
Dość zgodna co do brzmienia, 
 
ś

e jeŜelim nie świnia, 

 
To mętniak bez wątpienia. 
CóŜ... wiem, co piszczy w trawie 
I skąd takie mniemanie: 
 
Ot, czasem w jakiejś sprawie 
Usiłuję mieć własne zdanie... 
 
Potencjalna szuja 
 
Taka mnie smutna myśl gryzie 
I taka wewnętrzna opinia, 
ś

e kiedyś ze mnie wylizie 

Paskudna i wredna świnia. 
Zszargam nazwisko i duszę, 
Stracę posadę w biurze, 
Ale ześwinić się muszę, 
To tkwi juŜ w mojej naturze. 
Ach, bić mnie, walić do świtu, 
Pałką, gazrurką, pocięglem: 
 
Nie budzą we mnie zachwytu 
Rysunki Piórkiem i Węglem. 
Podziwia Zina rodzina: 
 
Babcia, i szwagier, i wujo. 
Ja — nie podziwiam Zina, 
Więc chyba muszę być szują? 
Sąsiadka z zachwytu się zwija, 
Gucio przestaje pić czystą, 
A mnie to jakoś omija... 

background image

CzyŜbym był syjonistą? 
Znajomi stukają się w czoła, 
Opuszcza mnie resztka ferajny... 
JakŜe wyjaśnić im zdołam, 
ś

e Zin jest dla mnie zbyt fajny? 

Ze kaŜdy rysunek śliczny, 
ś

e tempo roboty obłędne, 

Sam autor — patriotyczny, 
A to, co mówi — bezbłędne. 
Ja jestem człowiek przeciętny, 
Mam sferę marzeń osobną — 
Jakieś tęsknoty mętne, 
 
ś

eby mistrz kiedyś się rąbnął... 

 
Ach, padłbym z radości trupem, 
 
GdybyŜ się kiedyś ciut ciachnął 
 
I zamiast starą chałupę — 
 
Do rymu niechcący coś machnął. 
 
A potem w telewizorze 
 
By zaklął lub kopnął co w złości... 
 
Ach, panie profesorze! 
 
TaŜ ja bym dał na mszę z radości! 
 
...dziś mnie rzuciła dziewczyna, 
 
A wczoraj pies uciekł ode mnie... 
 
Hej, chciałbym pokochać Zina — 
 
Nie mogę... Ech, bydlę ze mnie... 
 
Czyściec i piekło 
 
Tak sobie czasami myślę 
Po zatargu z Ŝoną lub z władzą: 
 
Jak będzie wyglądał czyściec, 
 
Do którego mnie kiedyś wsadzą? 
 
Tradycyjny kocioł ze smołą, 
 

background image

Diabły szopkowe i śmieszne, 
 
I przypiekane na goło 
 
Członki najbardziej grzeszne? 
 
A moŜe zszarpią mi nerwy 
 
W sposób i nowszy, i lepszy — 
 
Na przykład sto lat bez przerwy 
 
Transmisji z hodowli wieprzy, 
 
Czyli kompletna klapa. 
 
A w górze gdzieś śmiech wesoły — 
 
To sobie Flipa i Flapa 
 
Oglądają w niebiesiech anioły! 
 
Zaś jeszcze bardziej bezdennie 
 
Wykoleiłby mnie system fatalny, 
 
Gdybym musiał przez wieki, codziennie, 
 
Udowadniać, Ŝe jestem lojalny. 
 
I męczyłbym się straszliwie 
 
W piekielnej tej atmosferze, 
 
A diabeł by podejrzliwie 
 
Patrzył na mnie i mruczał: — EjŜe? 
 
I głosy brzmiałyby w mroku, 
 
Od których bym cierpiał i cierpiał: 
 
— A coście robili w roku 
Pięćdziesiątym, ósmego sierpnia, 
Między szesnastą dziewięć 
A osiemnastą czternaście? 
Ja na to pokornie, Ŝe nie wiem, 
 
A głosy: Ha ha! A, no właśnie: 
 

background image

Ha, lepiej niech mnie juŜ spalą 
Albo nadzieją na drąŜek. 
...a moŜe czyściec jest salą 
Pełną tapczanów i ksiąŜek, 
Z lampką przy kaŜdym tapczanie, 
Więc czego mi więcej trzeba? 
Widocznie przez zamieszanie 
Trafiłem przypadkiem do nieba! 
Ale daremnie się korce, 
Wnet wpadam w depresję wściekłą: 
 
— Tapczany fakt, stoją, lecz sztorcem, 
A ksiąŜki są moje... 
 
To piekło. 
 
Oko w oko Potęga statystyki 
 
Jeśli mnie coś oddziela 
 
I róŜni od innych osób, 
 
To jest tym czymś niedziela 
 
Spędzana w inny sposób. 
 
Niedziela — z racji wekendów, 
 
NaboŜeństw, randek i widzeń, 
 
I jeszcze z tysiąca względów 
 
Wyczekiwana przez tydzień. 
 
A dla mnie niedziela to pora 
 
Spotkania, którego cięŜar 
 
Od poniedziałku jak zmora 
 
Cień swój nade mną stęŜa. 
 
I wiem, Ŝe nie ma ucieczki, 
 
ś

e wszystko jest przewidziane, 

 
ś

e inni na wycieczki 

 
Pojadą, a ja zostanę, 
 

background image

ś

e zostaniemy we dwoje, 

 
ś

e zegar wskazówki przesunie 

 
I Ŝe przez puste pokoje 
 
Będę musiał wreszcie pójść ku niej. 
 
Ku czarnej, najmilszej, najdroŜszej, 
 
O białych, najbielszych zębach, 
 
Ku bezlitosnej, najsroŜszej, 
 
I serce mi stanie dęba, 
 
Ale wyciągnę ręce 
 
I do Ŝarłocznej gęby 
 
Arkusz papieru jej wkręcę, 
 
I zacznę ją stukać w te zęby, 
 
A ona wrzaśnie i trzaśnie, 
 
I przerwie brutalnie ciszę, 
 
I takie wierszyki właśnie 
 
Jak ten dzisiejszy napisze. 
 
Mnie nie bawi nowela ni poemat liryczny, 
 
Polska Szkoła Filmowa to jest dla mnie wprost szyfr, 
 
Ale za to studiuję Rocznik nasz Statystyczny, 
 
GdyŜ uwielbiam wymowę róŜnych tabel i cyfr. 
 
Moi kumple gdzieś jeŜdŜą, piją wódkę lub krzyczą, 
 
Forsę ciuła w PKO familijny mój klan, 
 
A ja zgłębiam pozycje, co Wrocławia dotyczą, 
 
I zestawiam z danymi innych miast — jego stan. 
 
Wszystko mam jak na dłoni: siarkę, rzepak i mocznik, 
 

background image

Rozwój Ŝłobków, rąjtszuli, kiosków Ruchu i hut. 
 
Radio gra po cichutku, a ja biorę ten Rocznik, 
 
Kładę się na tapczanie i juŜ czytam jak z nut! 
 
Cyfry nigdy nie kłamią, nie tumanią, nie mylą — 
 
KaŜdy z nas choćby nie chciał, choćby stękał i wył, 
 
Mięsa w ubiegłym roku zŜarł pięćdziesiąt sześć kilo, 
 
Kilo cholesterolu wprowadzając do Ŝył. 
 
Wrocław nie jest w najgorszej sytuacji w ogóle, 
 
Bo wnioskuję — w Rocznika zagłębiwszy się treść — 
 
ś

em ja płacił sześć złotych koma cztery cebulę, 

 
A nieszczęsny warszawiak płacił sześć koma sześć! 
 
Lecz przy dalszych pozycjach juŜ mi nie jest tak hardo, 
 
I niedrogiej cebuli zaraz brzydnie mi smak: 
 
Inwestycje — Warszawa jedenaście miliardów, 
Wrocław — trzy koma cztery... Krasnoludek czy jak? 
Zagęszczenie ludności większą radość mi sprawia, 
Miejsca u nas jest sporo, kto przeczyta, ten wie: 
 
Dwa tysiące przypada na kilometr wrocławian, 
Łodzian trzy! I to wszystko przy Piotrkowskiej, hę hę! 
Więc nie biadam nadmiernie ani się teŜ nie Ŝalę, 
Skarg nie piszę, niczego nie zazdroszczę teŜ wam, 
Jedną całą sześć setnych mam kobiety w przydziale, 
 
Spirytusu czystego trzy i pół litra mam... 
Obserwując sąsiadki statystyczną urodę, 
Statystycznie raz w roku statystyczną mam chęć, 
By z nią przeŜyć liryczną, statystyczną przygodę 
I mieć śliczne dziateczki... 
 
Tak ze trzy... 
 
Koma pięć.. 
 
Marzenie o córce majora 
 
Ach, chciałbym się, chciałbym oŜenić z córką starego majora 

background image

I Ŝeby miała na imię Eulalia, Rozalia lub Flora, 
I Ŝebyśmy mogli we trójkę siadać wieczorem przy świecach, 
A major by gadał kawały i czasem mnie klepał po plecach, 
Wybuchałby dziarskim śmiechem i wołał: — Dobre, co, 
 
synku? 
...aha, i jeszcze koniecznie musi być w stanie spoczynku, 
Ten major, nie jego córka, bo córka powinna być krwista, 
Przy kości, zdrowa, róŜowa i do przesady czysta, 
I umieć dobrze gotować, i smaŜyć sznycle, kotlety, 
Grochówki, sosy, bigosy i inne Ŝołnierskie konkrety. 
Zjadając je słuchałbym gadek o róŜnych podchodach, 
 
atakach, 
Rąbaniu szablami po palcach, ciąganiu za uszy po 
 
krzakach, 
Troczeniu jeńców do siodeł, dawaniu ognia z armat 
Przez figle, właśnie w momencie, gdy w lufę zaglądał 
 
kamrat, 
O licznych wojennych romansach, które się w marszu 
 
wiodło 
Przy wtórze wytwornych zaproszeń: — Maryśka, wskocz 
 
mi na siodło! 
Skończywszy opowiadanie, mój teść by sięgał na półkę 
Po pistolety, by zagrać — jak co wieczora — w kukułkę, 
I dom by trząsł się od śmiechu, od huku aŜ do rozpuku, 
Przy wtórze dziarskich okrzyków: — Tu jestem, teściuniu, 
 
a kuku! 
Następnie, sprzątnąwszy gruzy i połamane krzesła, 
Wszyscy przyjemnie zmęczeni poszliby trochę się 
 
przespać, 
I leŜąc przy swojej Ŝonie ubranej w koszulę do kostek 
 
Radowałbym się, Ŝe Ŝycie mam zdrowe, miłe i proste, 
A potem wstałbym i poszedł do izby, gdzie na kanapie 
Czerstwy i dzielny teść — major — głośno i pięknie 
 
chrapie, 
I podziękowałbym Bogu za znak łaski całkiem oczywisty, 
ś

e nie jestem wynędzniałym zięciem nerwowego 

 
intelektualisty. 
 
Wariacje folklorystyczne 

background image

 
Nie podobam się juŜ kobietom 
 
I moja twórczość nie w modzie, 
 
Zostanę więc chyba poetą 
 
Ludowym, na zagrodzie. 
 
I będę chodził w czamarze 
 
(czy jakiejś tam innej jupce), 
 
I zacznę pisać w gwarze, 
 
Na to zawsze się znajdą kupce. 
 
ś

ycie popłynie mi gładko, 

 
Nie zleją mnie ćpuny i skiny, 
 
Nie będą płacił podatków, 
 
Stanę się chlubą gminy 
 
I zacznę pociąg niezdrowy 
 
Wywoływać w przystojnych turystkach: 
 
— Popatrzcie, to wieszcz ludowy, 
Jurny prymitywista! 
A ja, zadbany, rumiany, 
Bez zgryzot i bez choróbska, 
Jak którąś gdzie dorwę! O rany! 
Wnet jej wygarnę z kaszubska: 
 
— Hej, Kaszebe, Kaszebe, 
 
Rychtuj checze i rebe. 
 
Hej, węgorze, węgorze, 
 
Piecze, ciecze, nie moŜe. 
 
Cheba dyćwa szczeŜuja, 
 
Dydko wszyćko burŜuja, ahoj! 
 
...Ŝe nic to nie znaczy — tym lepiej, 
 

background image

Bo mnie z ambony nie oklną 
 
I nikt się nie przyczepi, 
 
I dostanę nagrodę za folklor. 
 
A wtedy, dla odmiany, 
 
Na jakiś szczyt wlizę dziarsko 
I w serdeczek ubrany 
Odezwę się po góralska: 
 
— Hej, wirsycek, wirsycek, 
 
Hań na grani skopek, 
 
Przisel śwarny Janicek, 
 
Zaćpał nam syropek! 
 
Bać baco na bacę, 
 
Bo baca ma kaca, 
 
Hej, juhas się z juhasem 
 
Po Krupówkach maca, heej!!!! 
 
A potem (tak sobie myślę) 
 
Zwyczajem wędrownych ptaków 
 
Osiądę gdzieś, hen, pod Przemyślem, 
 
Gdzie jest pełno Iwowiaków, 
 
Kupię chałupę niską, 
 
Z Ustrzyk se Ŝonę wezmę 
 
I z bieszczadzka, przemyską 
 
Gwarą, tak się odezwę: 
 
— Ja ci, braci, powi tad, 
ś

y pu chaci si rzucaci! 

Ani mąci, ani gaci, 
Tyłku graci jak wariaci! 
Ni tu Hrycia, ni tu kicia, 
Ni tu Ŝycia mołodycia, 

background image

Jak si w kasi pókiłbasi, 
Tu si da si w swoim czasi! 
Nu i bedzi. 
 
Lew i koza 
 
To mnie trochę, proszę państwa, deprymuje, 
Trochę czuję się jak jakiś stary dziad, 
Siostrzeniczka, proszę państwa, mi per wujek, 
A ja ledwie mam pięćdziesiąt parę lat. 
Jeszcze nie jest ze mnie przecieŜ hipopotam, 
Jeszcze ja bym, proszę państwa, pokaz dał, 
Jeszcze jak mi czasem, proszę? Zresztą co tam, 
W kaŜdym razie jeszcze jestem chłop na schwał! 
O, a propos, proszę państwa, siostrzeniczka; 
 
WyobraŜa sobie koza bóg wie co, 
Głaszcze, klepie mnie jak dziadka po policzkach, 
A ja myślę: — Ja bym klepnął cię w te... no... 
Zresztą mniejsza, ale fakt, Ŝe to szelmutka, 
Skąd ta młodzieŜ, proszę państwa, wzięła się? 
Jaki biuścik, proszę państwa, co za udka, 
ś

e aŜ zęby... pardon, Ŝe aŜ oczy rwie! 

Lecz nie czas zawracać głowy byle kozą, 
W moim wieku jest problemów innych dość, 
Spójrzmy na nią chłodno, trzeźwo, jak filozof, 
Beznamiętnie, po ojcowsku... Uuuuu, psiakość... 
Jakie toto ma cholernie długie nogi, 
Jaki, panie, Ŝe tak, prawda, tego, pąk, 
A tak, panie, nie tak dawno... od podłogi... 
Jezus Maria, nie utrzymam w miejscu rąk... 
Aniołowie... święci pańscy mnie ratujcie... 
Siostrzeniczka... prawie córka... własna krew... 
Nie nazywaj mnie, cholero, swoim wujciem!!! 
Odejdź, kozo, niech spoczywa stary lew... 
 
Ja mam czas... 
 
Po ulicach Wrocławia chodzą śliczne dziewczyny, 
Moim zdaniem w trzech czwartych składające się z nóg. 
Człowiek patrzy i wzdycha, w gardle braknie mu śliny, 
I rozmyśla, Ŝe duŜo później na świat przyjść mógł... 
A dziewczęta przechodzą postrojone w sweterki 
Czarne, złote, brunatne albo rude jak lis, 
By się spotkać z chłopcami, którzy noszą farmerki, 
I wystarczy im skuter, bułka z masłem i twist. 
To nic, poczekam trzydzieści lat, 
Mnie, kochanki, nigdzie nie spieszno... 
Siedemdziesięcioletni będę dziad, 
A wy będziecie mieć po pięćdziesiąt... 

background image

Inaczej będziecie patrzeć na świat, 
Piękne dziewczęta, jakby zdjęte z reklam... 
Do widzenia za trzydzieści lat, 
Ja mam czas, ja poczekam! 
 
Znów was spotkam w kawiarni, u znajomych, w teatrze, 
W takich miejscach, gdzie spokój bardziej cenią niŜ ruch. 
Z biegiem czasu róŜnica między nami się zatrze, 
Henio wioski pogubi, Kazio będzie miał brzuch... 
Zosia będzie się brzydko sztuczną szczęką uśmiechać, 
Basia będzie się krzywić, bo uwiera ją pas, 
To jest moja malutka, bardzo smutna pociecha, 
Nie mam na co juŜ liczyć, a więc liczę na czas... 
CóŜ, trzeba czekać trzydzieści lat, 
Mnie po prawdzie nigdzie nie spieszno... 
Siedemdziesięcioletni będę dziad, 
A wy będziecie mieć po pięćdziesiąt... 
Lecz nowa młodzieŜ przyjdzie na świat 
Z jakimś nowym skuterem i twistem, 
A następnych trzydziestu lat 
Nie wytrzyma mój słabiutki system... 
 
Ze wspomnień staruszka 
 
To nieprawda, co się mówi w róŜnych wierszach, 
Co w powieściach i posenkach nieraz było, 
ś

e najlepsza jest przewaŜnie miłość pierwsza... 

Ja tam wolę swą czterdziestą ósmą miłość. 
Przy czterdziestej ósmej bowiem właśnie 
Całą gamę się radości ma najszczerszej, 
Zwłaszcza, Ŝe się ma juŜ tych lat osiemnaście 
I Ŝe jest się juŜ dojrzalszym niŜ przy pierwszej. 
Pierwsza miłość... wtedy mówi się o kwiatkach 
I na kwiatki się prowadzi swoje dziewczę... 
Pierwsza miłość, przy dwunastu wątłych latkach, 
To nie to jest proszę panów, nie to jeszcze. 
Słuchać hadko i roztkliwiać się nie warto, 
Zresztą trudno sięgać w taką dal pamięcią... 
To juŜ wolę swoją miłość sześćset czwartą, 
PrzeŜywaną w wieku lat dwudziestu pięciu. 
CóŜ to była, proszę panów, za niewiasta, 
Jaka buzia, proszę panów, jaka poza... 
Albo miłość tysiąc sześćset osiemnasta: 
 
Ona bomba, jej mąŜ trąba, a ja kozak! 
Przy niej właśnie upłynęła mi czterdziestka, 
Pierwszy siwy włos dojrzałem patrząc w lustro, 
Lecz to była, proszę panów, jeszcze pestka 
W zestawieniu z trzechtysięczną dwieście szóstą! 
IleŜ ona miała nóŜek, piersi, rączek, 

background image

JakiŜ z niej był smaczny kąsek amatorski! 
Co tam kąsek! Pączek, bączek i zajączek, 
I koszulkę bez ramiączek... (telefon) 
 
Tu Sokorski! 
 
Biuro Spraw Beznadziejnych 
 
Posłuchaj, o nocy blada 
I zwierzu ukryty wśród traw: 
 
Oto jest smętna ballada 
O Biurze Beznadziejnych Spraw! 
Niewielkie to biuro się mieści 
We wnętrzu mego mieszkania 
Przy Beznadziejnej Czterdzieści, 
Parter, wstęp bez pukania. 
Przychodzą tam po kolei 
Albo po kilka osób, 
Ci co nie mają nadziei 
Na polepszenie losu, 
Na przykład nieuleczalnie 
Chorzy, co muszą skonać, 
Albo ci, co fatalnie 
Kochają się w cudzych Ŝonach, 
A zwłaszcza w Ŝonach ministrów, 
Które się nie chcą rozwieść, 
I mnóstwo niedoszłych artystów, 
I takich, co piszą powieść 
Skazaną na niewydanie 
JuŜ w embrionalnym stanie, 
I śliczne, choć smutne, panie, 
Więc pełne jest moje mieszkanie... 
Posłuchaj, o nocy blada, 
Ty, zwierzu, posłuchaj ballady, 
Jak z tymi ludźmi gadam, 
Jakie im daję rady... 
Lecz najpierw herbatkę im daję, 
Która jest słodka i czarna, 
I mówię z udanym Ŝalem, 
 
ś

e muszę wyjść na kwadrans, 

 
ś

e chwilę zostaną sami, 

 
Więc niech się nie gniewają... 
 
A potem schowany za drzwiami 
 
Słucham jak rozmawiają... 

background image

 
A w ich rozmowach jest smutek 
 
I Ŝal, i ból, i łzy, 
 
Ale tych rozmów skutek 
 
Nie jest bynajmniej zły, 
 
Bo sobie mnóstwo pocieszeń 
 
Mówią, podają sposoby: 
 
A to na pustą kieszeń, 
A to na wszystkie choroby. 
I mogą się wygadać, 
Ponarzekać, pobiadać 
I sprawdzić wielokrotnie, 
ś

e nie cierpią samotnie. 

O, zwierzu, który nocą 
Błądzisz, wyjąc ponuro, 
Posłuchaj teraz, po co 
Prowadzę to całe biuro? 
Po to, Ŝe moje prywatne 
Zmartwienia i rozpacze 
Wyglądają przy tamtych 
Całkiem, całkiem inaczej. 
O, takie są malutkie, 
O, takie są niewielkie, 
JuŜ po prostu nie smutki 
Tylko komary lub pchełki 
Rozpatrywania nie warte... 
Dlatego otwieram w kolejny 
KaŜdy (z wyjątkiem świąt) czwartek 
Swe Biuro Spraw Beznadziejnych. 
Więc — Ŝebyś w trosce nie Ŝył — 
Więc — Ŝebyś nie Ŝyła w płaczu — 
Przyjdź do mnie, ponury zwierzu, 
Przyjdź, nocy, targana rozpaczą... 
 
Biały najemnik 
 
Dziwne marzenie często mnie przenika, 
 
Nie Ŝebym chciał się wkraść do wyŜszych sfer, 
 
Lecz chciałbym mieć białego najemnika, 
 
Co by najemny i biały był jak ser. 
 

background image

Koledzy by powywalali gały, 
 
W ich wzroku podziw błyszczałby i hołd — 
 
Na przedzie ja, za mną najemnik biały, 
 
I ja chwilami mu wypłacam Ŝołd. 
 
Powiedzmy, w knajpie siadam przy stoliku 
 
I wykonuję dłonią władczy gest: 
 
— Kelnera sprowadź, biały najemniku! 
A on z angielska mówi krótko — Yes\ 
I juŜ mi go dostarcza szybkościowo. 
A kelner — lufę kolta czując tuŜ 
Oraz trzymając ręce ponad głową 
 
— Co podać? — pyta. — Kaszanka! Ale juŜ!!! 
Lub weźmy wiec. Zebrali się faceci, 
Ktoś rezolucję swą na siłę pcha, 
A potem groźnie pyta: — Kto jest przeciw? 
A wówczas w ciszy mówię głośno: — Ja...! 
A gdy mnie nazwać chcą degeneratem, 
To chwytam gwizdek, gwiŜdŜę fiu fiu fiu 
I wchodzi mój najemnik z taaakim gnatem, 
I z białoruska pyta krótko: — Nu? 
Ach, ten najemnik, jakieŜ daje szansę, 
Z jakąŜ pewnością mogę liczyć nań, 
JakieŜ finezje stwarza i niuanse 
Odnośnie pensji, strojów — ba! — i pań! 
Więc najemnika chyba sprawię sobie, 
To jest marzeniem moim skrytym, lecz. 
Uprzednio sobie na ten szpas zarobię, 
 
Bo ten najemnik to kosztowna rzecz. 
Napiszę o Panamie, Zanzibarze, 
ś

e tu jest dobry rząd, a tam jest zły, 

Względnie przeciwnie, tak jak szef mi kaŜe, 
Szef mnie wynajął... płaci... C'est la vie\ 
 
Trudny tor 
 
Na moim torze niełatwo, 
Inni — łatwiejsze wybrali, 
Na moim — czerwone światło 
Na zmianę z zielonym się pali. 
Ja muszę pisać co dzień 
Malutkie komedie i dramy, 
A przy tym — muszę być w zgodzie 

background image

Po pierwsze — ze sobą samym, 
Po drugie, z szefem, po trzecie, 
Z szefem szefa i z jego szefami. 
A to nie koniec przecie, 
Jak przekonacie się sami, 
Bo muszą mi przy okazji 
Udzielić swej zgody po drodze: 
 
Pradziadek-powstaniec, co w Azji 
 
Przebywał na katordze, 
 
I cała wiedza nabyta, 
 
I Ŝyciorysu manowce, 
 
I ojciec — AK kapitan, 
 
I Ŝe byłem kiedyś zetempowcem, 
 
I moda aktualna, 
 
I aktualne potrzeby, 
 
I Ŝe woda — proszę pana — fatalna, 
 
I Ŝe cholernie mnie nudzi system wapnowania gleby, 
 
ś

e natomiast cieszę się z miedzi, 

 
Cośmy to ją w Polkowicach, 
 
I wszystko, co we mnie siedzi, 
 
I wszystko, co mnie zachwyca, 
 
I wszystko, co mnie boli. 
 
I sprawa, której słuŜę, 
 
I muszę to poddać kontroli, 
 
I musi to spłynąć po piórze, 
A gdy spłynie — wtedy czasem bywa dobre, 
Ktoś, kto słucha — śmieje się lub płacze... 
...lŜejsze Ŝycie miał Bolesław Chrobry _ 
Nic nie pisał, a lał Niemca. Cwaniaczek! 
 
Kuchnia polska 
 

background image

Kuchnia polska 
 
Bekwarku, z zazdrości spuchnij 
I nogi za pas weź — 
Oto jest pieśń o kuchni, 
Wysokich lotów pieśń! 
Nad sadybami Słowian 
W dorzeczu Odry i Brdy 
Wicher historii, gdy powiał — 
Zapachy kuchenne z nim szły. 
Piekły się w skalnych bratrurach 
Jesiotry, niedźwiedzie lub 
Udźce z łosia i tura, 
Jak równieŜ Ŝubr, względnie bóbr. 
Wrzucano do owej dziczyzny 
To brukiew, to pencak, to groch, 
A później — pęczki włoszczyzny 
(gdy Bona przywiozła ją z Włoch). 
Pan Kolumb odkrył ziemniaczki, 
Car Iwan kabaczki nam dał, 
Gdy Henryk Walezjusz zjadł flaczki, 
To zaraz do Francji zwiał. 
Batory się otruł rzodkiewką, 
Król Staś wydawał obiady, 
Horeszko czarną polewką 
Nakłonił Soplicę do zdrady. 
Przez Polskę, gdy jechał, Suworow 
Do adiutantów rzekł swych: 
 
Ech, skolko zdzieś pomidorów, 
A skolko witamin w nich! 
Stek, zrazy, pierogi, kołduny, 
Wędzonych kiełbas dym... 
Ułani jak jasne pieruny 
 
Walczyli po wikcie tym! 
Nasz rodak popuszczał szelek 
(gdy nie stać go było na pas) 
I mawiał: — O, kuchnia Felek, 
To kuchnia w sam raz dla mas! 
Dziś w kuchni teŜ nie jest pusto, 
Lecz nudno, Ŝe niech ja zdechnę: 
 
— Poproszę schabowy z kapustą, 
Pól litra i „Słowo Powszechne"! 
 
Prawda i racja 
 
Mój pra-pra-pra pod Somosierrą 
Zdobywał wąwóz, a z nim sławę. 

background image

Wtedy wygraliśmy dwa:zero, 
A moŜe i trzy:zero nawet? 
Pra-pradziad w sześćdziesiątym trzecim 
Na patrol się kozacki nadział, 
Więc pra-prababcia wzięła dzieci, 
ś

eby pozbierać pra-pradziadzia... 

Mój tata w dziewięćset szesnastym, 
Kiedy w okopach tkwił z kolegą, 
Zobaczył dwóch aniołów jasnych, 
A między nimi Piłsudskiego. 
Ja się bawiłem w konspirację, 
Dali mi kolta, sto nabojów, 
A jak wracałem na kolację — 
Mama płakała w przedpokoju. 
Teraz mam syna, siedzę w chacie 
Lub słucham mów na akademiach: 
 
— Polska powstała w rezultacie 
O wiele powaŜniejszych przemian! 
Bardzo mnie cieszy, Ŝe nauka 
Wniosek wysnuła juŜ prawdziwy: 
 
— ZawaŜył tu ogólny układ, 
Nie Ŝadne romantyczne zrywy! 
Wtedy zazwyczaj za mną staje 
Tłum przodków, juŜ nie tak dostojny: 
 
Pra-pra-pra wariat, pra-pra frajer, 
Tatko-histeryk z pierwszej wojny... 
Mundury na nich postrzelano, 
Nikt im medali nie zawiesił, 
A wstyd im przy tem, Ŝe o rany, 
 
Bo mogli przecieŜ Ŝyć jak Czesi... 
Słuchamy razem, jak pan docent 
Przerabia nas w swej publikacji, 
A jest w niej prawdy na sto procent, 
A za grosz nie ma zwykłej racji. 
 
Przemiany 
 
Czas nad głowami nam leci, 
 
ś

ycie się do nas uśmiecha, 

 
Prostują się nasze dzieci 
 
Po naszych prastarych grzechach. 
 
Nie chcą nosić bagaŜu w swych workach, 

background image

 
Otrząsają z siebie cały nadmiar 
 
Jak mój pies, co wylazłszy z bajorka 
 
Wszystkim wokół piegi dorabia. 
 
Rosną dzieci coraz owocniej, 
 
Coraz jaśniej, smukłej i szczupłej, 
 
Choć rodzice (przepraszam najmocniej) 
 
Byli raczej — spójrzmy w lustro — kurduple... 
 
Zacna Zuzia miała nogi jak łuki, 
 
Dobra była do ćwiczeń w nawiasach, 
 
A jej córka Kasia ma długie 
 
I prościutkie... Gdzieś plus minus do pasa. 
 
Pan profesor kiedyś na Tolu 
 
Referował teorię Darwina, 
 
I ten Tolo, typowy małpolud, 
 
Teraz syna ma cherubina. 
 
Wszystko wokół w pastelowych tonach, 
 
Zacierają się pozostałości 
 
Po tatarskich i kozackich zagonach, 
 
Fabrykantach policzkowych kości. 
 
RóŜnych epok miesza się scheda 
 
I typ bardzo udany wytwarza 
 
Z tych blond włosów po przystojnych Szwedach 
 
I z wigoru (Mamelucy Cesarza!). 
 
Jest w tym wszystkim jakiś optymizm, 
 
ś

e ci młodzi są ładni i zdrowi... 

background image

 
Jeszcze trochę pokotłuje się, podymi 
 
I juŜ wszyscy będą jednakowi. 
 
Wszyscy w dŜinsach, w twarzowych swetrach... 
 
...i tu mi się Ŝal zrobiło raptem: 
 
Pokrak wprawdzie mieliśmy od metra, 
Ale za to co pokraka — to charakter! 
 
Dyskretny Urok BurŜuazji 
 
Coraz w nas mniej klimatu Azji, 
Surowych, zdrowych obyczajów. 
Dyskretny Urok BurŜuazji 
Powoli wkrada się do kraju. 
Polaryzują się maniery, 
Estetyzuje się ubranie, 
Jadamy sery i desery 
Jak zniewieściali paryŜanie: 
 
Więcej koniaków, mniej malmazji 
Z czerwoną, tradycyjną kartką... 
Dyskretny Urok BurŜuazji 
Wciąga nas miękko, ale wartko. 
WyposaŜamy się na raty, 
Posługujemy obcą mową, 
Miewamy fiaty i SEAT-y 
I telewizję kolorową. 
I nawet problem eutanazji 
Dyskutujemy w swym salonie: 
 
Dyskretny Urok BurŜuazji 
 
W najlepszym, postępowym tonie! 
 
JuŜ więcej biŜuterii, futer 
 
I narkotyków na receptę, 
 
I juŜ wymawia się „kompjuter", 
 
Nie zaś „komputer", tak jak przedtem. 
 
I dobrze nie mieć jest fantazji, 
 
By nie wyróŜniać się w swej klasie... 
 

background image

Dyskretny Urok BurŜuazji 
 
Niezwykle dobrze u nas ma się! 
 
Adresujemy listy kodem, 
 
Łączymy automatem Szczecin, 
 
I pederastia wchodzi w modę, 
 
I zmniejsza się pogłowie dzieci, 
Trwa dwutorowość apostazji: 
 
KrzyŜyk na szyi towarzyszki... 
 
Dyskretny Urok BurŜuazji, 
 
Gdy juŜ nie grają marsza kiszki... 
 
A jeśli grają to nie marsza, 
 
A jeśli marsza — to nie kichy. 
 
I coraz bardziej wszystkim starcza 
 
Na doktoraty i zagrychy, 
 
I to w zasadzie jest w porządku, 
 
Cały świat bardziej dba o schedę, 
 
Nie moŜna ciągle od początku 
 
Miast sekretarki — klepać biedę. 
 
Lecz chociaŜ to uczucie głupie, 
 
Mój ciągły stan idiosynkrazji, 
 
Co ja poradzę, Ŝe mam w dupie 
 
Dyskretny Urok BurŜuazji? 
 
JeŜeli cię przygnębi... 
 
...jeŜeli cię przygnębi troska, 
 
Gdy oczy twe zalewa pot, 
 
Gdy jęczysz w bólu „Matko Boska"! 

background image

 
A serce wali ci jak młot, 
 
Stosuj się ściśle do apelu, 
 
Który ze strony naszej padł — 
 
Podkręcaj wąs obywatelu, 
 
Tak jak podkręcał go twój dziad! 
 
...a jeśli dusza twa się szasta, 
 
Gdy cię miłosny dręczy szał, 
 
Gdy odepchnęła cię niewiasta, 
 
Którejś przychylić nieba chciał, 
 
Gdy widzisz, Ŝe chybiłeś celu, 
 
To takŜe nie niszcz w męce szat, 
 
Lecz podkręć wąs, obywatelu, 
 
Tak jak podkręcał go twój dziad! 
 
...zdarzają ci się niewypały, 
 
RóŜne humory miewa szef, 
 
Czasami nastrój ma wspaniały, 
 
Czasem — bez racji wpada w gniew, 
 
Więc — kiedy siedząc w swym fotelu 
 
Rzuca na ciebie obelg grad — 
 
Ty podkręć wąs, obywatelu, 
 
Tak jak podkręcał go twój dziad! 
 
Podkręcał wąsa król Sobieski, 
 
Swej Marysieńki gdy się bał, 
 
Podkręcał takŜe pan Walewski 
 
(bo co biedaczek robić miał?) 

background image

 
I Piast, objąwszy po Popielu 
 
Etat na parę ładnych lat... 
 
Ty podkręć teŜ, obywatelu, 
 

 
Tak jak podkręcał go twój dziad! 
Podkręcaj w deszcze i zamiecie, 
I w mrozy, gdy zamarza rtęć, 
Wiosną podkręcaj go i w lecie, 
W tramwaju go i w domu kręć! 
Wy kręćcie teŜ, obywatele, 
W kręceniu jakaś mądrość jest! 
...wprawdzie pomaga to niewiele, 
Lecz jakiŜ piękny polski gest!!! 
 
Zamach 
 
W zdarzeń i wydarzeń tłoku, 
W wirze pokut i spowiedzi, 
Jeden Fredro na swym stołku 
Od lat wielu twardo siedzi. 
Siedzi sobie w Rynku krzepko, 
Oko lekko ma przymknięte, 
Uśmiechnięty jakby zdziebko, 
Jakby znaleźć chciał pointę. 
Duma Fredro pod Ratuszem 
Na swym stołku siedząc kołkiem: 
 
— Nikt ze stołka mnie nie ruszy, 
Bom zrobiony wraz ze stołkiem! 
A tu wielkie zmiany wszędzie, 
A tu wypowiedzi w prasie: 
 
— Panie Fredro, tak nie będzie, 
Pana takŜe ruszyć da się! 
Nazbyt długo pan nam wadzi, 
Wstań pan, nie bądź taki cysarz, 
Tu Dreptaka się usadzi, 
Bo to jeszcze lepszy pisarz! 
Względnie pomnik Syrokomli, 
Co teŜ duŜe miał wyniki... 
PróŜno hrabia Fredro skomli, 
Zaraz pójdą w ruch pilniki. 
Zresztą, moŜe sam powstanie, 
Wkurzy się na swym cokole: 
 

background image

— Znaj proporcję mociumpanie, 
Bo cię wnet otentegolę! 
Wiatr historii dmie wspaniały, 
Walą się zbyteczne płoty, 
Lecz szanujmy piedestały, 
 
Nie wpuszczajmy tam miernoty, 
Niech na cokół się nie wedrą, 
Niech nie brudzą złotej liry! 
Trzymam z panem, panie Fredro, 
Bom Polonus! 
 
...i satyryk... 
 
„śywi i martwi" 
 
Nasi koledzy z konspiracji, 
 
Pogromcy „Panter" i „Tygrysów", 
 
LeŜą przewaŜnie wśród akacji, 
 
A duŜo rzadziej wśród cyprysów. 
 
Zginęli mając lat dwadzieścia, 
 
A i piętnaście teŜ czasami... 
 
Wtedy z nich Ŝaden ginąć nie chciał, 
 
Lecz dzisiaj — wygrywają z nami. 
 
Zostali juŜ na zawsze młodzi, 
 
Szlachetni z czynów i postaci, 
 
JuŜ nic im dzisiaj nie zaszkodzi, 
 
JuŜ nikt ich dzisiaj nie zeszmaci. 
 
Sztandary na ich grobach wieją, 
 
Warty w rocznice się ustawia... 
 
Oni się juŜ nie zestarzeją 
 
Na swoich starych fotografiach. 
 
Palą się znicze, snują dymy. 
 

background image

Przybywa nam na twarzach zmarszczek, 
 
WciąŜ młode są ich pseudonimy, 
 
Nasze są martwe i wciąŜ starsze. 
 
...a kiedy juŜ poumieramy 
 
I gdy się juŜ znajdziemy w raju, 
 
Wtedy natychmiast ich poznamy, 
 
Lecz oni nas — juŜ nie poznają. 
 
I moŜe któryś nawet powie, 
 
Widząc nas w rajskim przedpokoju: 
 
— Nie wiecie, biedni staruszkowie, 
Gdzie są koledzy z tamtych bojów? 
Wtedy zapewne zapłaczemy, 
Sięgniemy dłonią do orderów, 
Ale im prawdy nie powiemy... 
Po co rozśmieszać bohaterów? 
 
Nadejście wiosny 
 
Kajakowcy 
 
Wiosna idzie, będą zmiany duŜe, 
 
Wkrótce ptaszki zaćwierkają na sosnach, 
 
Nawet w szarym zadymionym biurze, 
 
Domyślono się, iŜ idzie wiosna. 
 
Wprawdzie w biurze nie widać słońca, 
 
Wprawdzie wszyscy toną w drukach i w druczkach, 
 
Ale wczoraj obsypało gońca, 
 
Ale dzisiaj odmarzła spłuczka 
 
I bluznęła z szumem jak kaskada, 
 
AŜ naczelnik wyleciał z zebrania. 
 
A w tym samym czasie w szufladach 

background image

 
Jęły cicho zakwitać podania 
 
Jak murawa górska, na zielono, 
 
Ze starości, bo je dawno złoŜono! 
 
A na widok tej namiastki trawki 
 
Ciepło w sercach zrobiło się wszystkim. 
 
Urzędnicy zdjęli zarękawki 
 
I spojrzeli na maszynistki.             : 
 
Maszynistki się okryły rumieńcem 
I zepsuły w roztargnieniu maszyny, 
A głównemu księgowemu tak zadrŜały ręce, 
ś

e przekroczył fundusz na nadgodziny, 

Ale zaraz podjął decyzję męską, 
Nie pozwolił, by przygniotła go troska, 
I w piśmie do centrali wytłumaczył ten cały bałagan 
 
Ŝ

ywiołową klęską, 

Której na imię „Wiosna". 
 
Lśnią promienie słoneczka, 
 
Kajakowa wycieczka 
 
JuŜ za chwilę wyruszy daleko! 
 
Personalny załogę 
 
Błogosławi na drogę, 
 
A na pierwszym kajaku — dyrektor! 
 
A na drugim naczelnik, 
 
A na trzecim — dwaj dzielni 
 
Kierownicy ubrani we slipy, 
 
A na czwartym referent 
 
Siedzi wraz z buchalterem, 
 
A za nimi cała reszta ekipy! 
 

background image

JuŜ zabrzmiały sygnały, 
 
Wiosła juŜ zapluskały, 
 
Ruszył w drogę stubarwny peleton. 
 
Tylko w oczach się migli 
 
I znikają wśród figli, 
 
Chlapiąc wodą w dekolty kobietom... 
 
Skrzypią mięśnie spręŜane 
 
Gładkie i prąŜkowane, 
 
Ciut zwiotczałe od pracy przy biurkach, 
 
A gdy łódź się przechyli, 
 
Zaraz słychać w tej chwili 
 
TrwoŜny okrzyk: Ojej! Wodna kurka!!! 
 
Mkną po gładkiej powierzchni 
 
I podwładni, i zwierzchni, 
 
JuŜ ogromnie daleko są stąd. 
 
A wtem referent Dreptak 
 
Zbladł i cicho wyszeptał: 
 
— Jezu, taŜ my płyniemy pod prąd! 
Tu wybuchła panika, 
 
Dyrektor przewodnika 
Sklął za taki niepowaŜny stosunek; 
 
Nawet zaŜądał fuzji, 
 
I krzyczał: — Ja aluzji 
 
Sobie nie Ŝyczą, proszę zmienić kierunek!!! 
 
— Dobrze! — przewodnik odrzekł. 
 
— Z prądem takŜe być moŜe, 
 

background image

Droga równie ciekawa i prosta, 
 
Ale jestem zmuszony 
 
Ostrzec, Ŝe z tamtej strony 
 
Jest ogromny i rwący wodospad... 
 
Lecz d go nie słuchają, 
 
Kajaki zawracają, 
 
Dwoją ilość wioślarskich uderzeń 
 
I znikają w otchłani 
 
Mocno uradowani, 
 
ś

e nikt mieć juŜ nie będzie zastrzeŜeń... 

 
JakoŜ nikt nie narzeka, 
 
A juŜ szczególnie rzeka, 
 
Która takie zasady ma mądre, 
 
ś

e obchodzi ją mało, 

 
Czy jakaś garść cymbałów 
 
Pod prąd płynie, czy zgodnie z jej prądem... 
 
Duch ateisty 
 
...a w kaŜdy wieczór mglisty 
Coś u mnie w domu zgrzyta, 
A jest to duch ateisty, 
Więc się zazwyczaj go pytam: 
 
Duszo, duszo pokutna! 
Co tak siedzisz i jęczysz? 
Czemu Ŝeś taka smutna, 
Zez czemu tak się męczysz? 
Na to mi z naroŜnika 
Tak odpowiada dusza: 
 
Jam jest duch bezboŜnika, 
Czyli Ŝe ateusza, 
Jeśli mam mówić szczerze, 
Faktycznie nie ma tu mnie, 

background image

Bo sam w siebie nie wierzę... 
Pan szanowny rozumie? 
Tutaj piszczelem skinął, 
Wypuścił z gęby dyma, 
W powietrzu się rozpłynął 
I faktycznie go ni ma... 
Tyle Ŝe smród zostawił 
I kawałek zasłony... 
Oko lśni jak latarnia, 
Błyszczy łańcuch ze srebra... 
Panie, cóŜ za męczarnia! 
— jęknął, drapiąc się w Ŝebra. 
Ot, niesmaczne kawały. 
Czy zemsta? Diabli wiedzą! 
Nie ma mnie przez dzień cały 
Zgodnie ze ścisłą wiedzą, 
AŜ tu na pół minuty 
 
Zjawiam się jako strzyga... 
Duch ze mnie psu na buty, 
Skąd więc cała intryga? 
Tu znów cieniutko kwiknął, 
Siadł przed telewizorem, 
Chciał popatrzeć, lecz zniknął, 
Cuchnąc siarkowodorem... 
Myślę, Ŝe facet taki, 
Co zjawia się i znika, 
Musiał mieć jakieś braki 
W wykształceniu laika... 
Mógł dźwigać sentymenty 
Z czasów, gdy był malutki, 
MoŜe nie wierzył w świętych, 
Lecz wierzył w krasnoludki? 
O... znowu z jakiejś szpary 
Wyłazi na podłogę... 
Cześć! No, co powiesz, stary? 
Panie! Ja juŜ nie mogę!!! 
 
Raj ateistów 
 
Lecą z drzew ostatnie liście, 
 
Wichry wyją ponad ziemią, 
 
Oj, niełatwo ateiście 
 
U nas Ŝyć, zwłaszcza jesienią... 
 
Sam zwycięŜać musi troski, 
 

background image

ś

reć się z Ŝoną i z rebiatą, 

 
A wierzący Rosołowski 
 
Ma aniołka stróŜa na to! 
Idą święta i choinka, 
Skąd wziąć grosz na tę imprezę? 
Ateista sam dla synka 
Musi kupić w mieście prezent. 
Musi szukać, Ŝeby tanio, 
Penetrować kaŜdy bazar, 
A u Rosołowskich — anioł 
Targa paczki w te i nazad! 
 
On zamawia piękne drzewko, 
 
On za opłatkami chodzi, 
 
Poczem z tradycyjną śpiewką 
 
Występuje — Bóg się rodzi... 
 
Rosołowscy przy wigilii, 
 
Ś

piew anielski z nieba płynie... 

 
...ateista swej familii 
 
Opowiada o Darwinie... 
 
Nie ma śpiewów w jego domu, 
 
Przeto ateista myśli: 
 
— U nas, prawdę mówiąc, komu 
 
Są potrzebni ateiści? 
 
Lecz pomimo kiepskiej doli, 
Wątpliwości i subiekcji, 
Nie nawraca się, bo woli 
 
Pchać się w Ŝyciu bez protekcji! 
...za to, kiedy Ŝycie minie, 
Nagrodzone będzie wszystko, 
Bo gdzieś przecieŜ być powinien 
Raj Zmęczonych Ateistów. 
 
Odejśeis Mikotajów 
 

background image

Kiedy zima nastaje, 
To z przeróŜnych zaułków 
WyłaŜą Mikołaje 
W liczbie plus imnU§ pułku. 
W miasto jak rzeka płyną 
Tych Mikołajów tłumy 
I pachną naftaliną 
Ich tandetne kostiumy. 
Trzęsą się siwe brody, 
Sto wielkich nosów świeci, 
Przystają samochody, 
Uśmiechają się dzieci, 
Promienieje ulica, 
Bo kaŜdy dobry święty 
W domach, sklepach, świetlicach 
Będzie wręczał prezenty. 
Mikołajowe Ŝniwa, 
Zawód, nie Ŝadne hobbi — 
I dziatwa jest szczęśliwa, 
I Mikołaj zarobi. 
Czasem taki staruszek, 
W cywilu zwany Mięciem, 
UrŜnie się jak świntuszek 
Z pierwszym przydroŜnym cieciem 
I ogarnięty szałem, 
Ze aŜ mu drŜy fufajka, 
Gwiźnie swym pastorałem 
Innego Mikołajka 
Lub dłonią, którą czule 
Głaskał właśnie maluchów, 
Grzmotnie go po infule 
 
I dołoŜy po uchu. 
I oto na rozstaju 
W samym środku miasta 
Kłąb świętych Mikołajów 
Z kaŜdą chwilą narasta, 
By ruszyć pośród huku, 
Przekleństw i strzępków waty, 
I toczyć się po bruku 
Niczym kula z armaty, 
Przewracając tramwaje 
I niknąc pośród mroku, 
A wraz z nim — Mikołaje 
Nikną na przeciąg roku... 
A choć są źli i brudni, 
Łza mi się w oku kręci, 
Bo nie są tacy nudni 
Jak inni polscy święci 
Kościelni i ci bez wyznań, 

background image

Którymi kwitnie Ojczyzna... 
 
Zmiana warty 
 
Mruga w górze gwiazda przyjazna, 
Pucha puchacz w głębi ogrodu, 
Stary błazen — młodego błazna 
Chce zniechęcić do swego zawodu. 
Stary błazen ma włosy białe, 
Na ubraniu łatę i cerę: 
 
— Znajdziesz lŜejszy chleba kawałek, 
Mógłbyś, synu, być inŜynierem... 
Młody błazen ma buzię gładką, 
Kolorowe, nowe ubranie: 
 
— Lecz ja błaznom pragnę być, dziadku, 
Czuję w sobie to powołanie! 
 
— Synku, w pracy dadzą ci pensję, 
Dadzą premię, orderami obwieszą, 
A do błaznów wciąŜ tylko pretensje, 
Tylko róŜne przykrości zewsząd! 
Nie mnie dziadku się bawić kreślarką, 
Nie mnie suwak, rajzbret i grafion, 
Ja chcę mówić prawdę monarchom 
Tak, jak tylko błazny potrafią! 
Ja chcę robić takie śmieszności 
w odpustowej, cyrkowej budzie, 
ś

eby wyli i ryli z radości 

Wszyscy smutni, zmęczeni ludzie! 
 
— Ano dobrze — rzekł starzec łagodnie - 
Teraz widzę, Ŝe celu dopniesz. 
Tylko wsadź ty poduszkę w spodnie, 
ś

ebyś nie czuł, gdy cię kto kopnie; 

 
Tylko wzorcom błazeńskim bądź wierny, 
Przeto zamiast koncerza weź szpadę 
I nie padaj jak rycerz pancerny, 
 
Lecz tak padaj, jak pada kaskaderl 
 
Ucałował stary młodego, 
 
Własną czapkę Z dzwonkami mu wręczył, 
 
_ Daj ci BoŜe — powiedział — kolego! 
 
— Cześć! — rzekł młody i zjechał z poręczy. 

background image

 
Stary westchnął: No, mam następcę, 
 
Teraz zadbam o własne kości! 
 
I układać zaczął naprędce 
 
Panegiryk na Cześć Ich Królewskieh Mola; 
 
Raj oportunistów 
 
W miłym parku, wśród szmeru liści 
Gwarzą sobie dwaj oportuniści. 
Ruch Oporu jakoś im się wyśliznął, 
Więc się bawią w Ruch Oportunizmu. 
Pachnie lipa i grządka petunii, 
Dziatwa wraca od pierwszej komunii, 
Obu panom się ten nastrój udziela: 
 
— Ta ze świeczką to moja Hela! 
 
Mają drogę otwartą do nieba, 
 
Bo i składki popłacone, gdzie trzeba, 
 
I Ŝyczliwy stosunek do świata, 
 
I nadzieję na małego fiata, 
 
I nie lubią dŜezu i perkusji, 
 
I głos zawsze zabierają w dyskusji, 
 
I chadzają na czyny społeczne, 
 
I zerkają na dziewczyny wszeteczne, 
 
I ich droga jest taka wygodna, 
 
ś

e poŜyją sobie duŜo dłuŜej od nas. 

 
Zaś gdy umrą — ksiądz przemówi i dyrektor, 
 
Ktoś powoła ich w najwyŜszy sektor. 
 
Ni to Darwin, ni to znów Bóg-Ojciec 
 
Powie do nich: — Jedźcie i się pójcie! 
 
Wina będą tam gruzińsko-szampańside, 

background image

 
A zakąski amerykańskie, 
 
Kraby chińskie, cytryny greckie, 
 
A kelnerki absolutnie szwedzkie. 
 
I odbędzie się cyrkowy program, 
 
I grać będzie odpowiedni organ, 
 
I zazdrościć będą ci z prawicy, 
 
Bo w ich raju nudno jak w świetlicy. 
 
Tych z lewicy teŜ to rozsierdzi, 
 
Bo nie mają Ŝycia po śmierci. 
 
Zaś oportunistom zagra cytra 
 
I dostaną na twarz po pól litra, 
 
Ale wkrótce kombinować zaczną oba, 
 
ś

e znów trzeba by się komuś przypodobać. 

 
W związku z czym juŜ wkrótce dookoła 
 
Zabrzmi ryk bolesny archanioła, 
 
Ryk straszliwy jak łoskot lawiny: 
 
- Łoiaboga!!!!! Bez wazeliny?????!!!!! 
 
Gdyby. 
 
Gdyby mój jeden znajomy, niesamowity cwaniak, 
Hasłami i sloganami naładowany jak bania, 
Demagog o moralności gdaczący jak pozytywka, 
A nieprzytomny z wraŜenia, gdy mija go ładna dziwka, 
Cyniczny niuchacz wiatrów, gość z niezawodną sondą, 
Która go ochroniła od stawania na poprzek prądom, 
Kosmiczny asekurant, co nigdy się nie wychylił, 
Nigdy pierwszy nie zabrał głosu, więc nigdy się nie omylił, 
Który innym, mądrzejszym od siebie, tak umiał zawrócić 
 
w głowie, 
ś

e patrzą na niego z dumą i mówią o nim „nasz człowiek", 

Więc gdyby ten mój znajomy kiedyś się zdrowo upił, 

background image

I wylazłby na mównicę, i by się kompletnie wygłupił, 
Pomieszał Engelsa z Andersem, miast Homera cytował 
 
Hemara, 
A kończąc swą mowę-trawę wzniósł okrzyk na cześć 
 
nieboszczyka Salazara, 
I zacząłby rzucać na salę popielniczki, jak równieŜ butelki, 
I gdyby mu wreszcie pękły sfatygowane szelki, 
I gdyby mu portki spadły, gorsząc zebranych gości 
I demaskując legendę o jego rzekomej męskości, 
I gdyby do dyrektora zawołał: — JuŜ ja cię stłamszę!!! 
To, jak jestem niewierzący, tak dałbym natychmiast na 
 
mszę...! 
 
Na skrzyŜowaniu 
 
Zamiast psioczyć, narzekać od wieków, 
Trwonić Ŝycie na mętnym gadaniu, 
Opatrzności podziękuj, człowieku, 
ś

e stoimy na skrzyŜowaniu! 

PrzecieŜ mogliśmy gdzieś na Bałkanach 
Lub w Australii, za setną rubieŜą, 
A tu u nas przeciągi od rana, 
A tu u nas ciekawie i świeŜo. 
A tu u nas i sztormy, i prądy, 
Wichry dują i z prawa, i z lewa, 
Wszystkie smrody, fetory i swądy 
Momentalnie od nas wywiewa! 
My średniaki — ni mali, ni duzi — 
Patrzą na nas badawczo sąsiedzi: 
 
Co za naród? Jak gdyby Francuzi 
I jak gdyby ciut Samojedzi...? 
Czasem kły na się szczerzą i warczą, 
Czasem sobie w objęcia padają, 
Czasem hasła bez masła im starczą, 
Czasem masła bez hasła Ŝądają, 
Raz ponurzy, raz znowu w euforii, 
To pariasów udają, to ziemian... 
— Bośmy, bracia, w przedsionku historii, 
W poprzek trasy wydarzeń i przemian, 
W szarŜach, marŜach i święconych jajach, 
Gdzie na przemian to bodźce, to cuda... 
Fajnie, Ŝeśmy me gdzieś na Hawajach... 
Szwagier Henia tam był: straszna nuda! 
 
Sierpień 1980 
 

background image

W czasach, kiedy staniały łzy, 
Bo nas byle kto na siłę rozczulał, 
Nowym blaskiem zalśniło spod rdzy 
Wyświechtane ongiś słowo „postulat". 
I juŜ nie brzmi dla młodych jak szyfr 
Stary wiersz o współczesnej nam treści: 
 
„Są w ojczyźnie rachunki krzywd, 
Obca dłoń ich teŜ nie przekreśli". 
 
Pamiętajmy więc to noce nie przespane 
I te bramy fabryczne wśród kwiatów, 
Gdy przestała naraz być sloganem 
Dyktatura Proletariatu, 
I gdy słuchał w napięciu kto Ŝyw 
Niespokojnych, niepewnych wieści, 
Bo w ojczyźnie są rachunki krzywd, 
Ale obca dłoń ich nie przekreśli. 
 
Będą z togo legendy i sagi, 
Będą wiedzieć przyszłe pokolenia, 
ś

e raz kiedyś narodowe flagi 

Wywieszono bez rozporządzenia, 
ś

e się zdarzył piękny, mądry zryw, 

ś

e Polacy rzekli, gdy się zeszli: 

 
— Są w ojczyźnie rachunki krzywd, 
Lecz nie obca dłoń je przekreśli. 
 
Wierzę w kaŜdy przyszły rok i dzień, i miesiąc 
 
Pracowitszy, obfitszy, łaskawszy, 
 
Wierzę bowiem w sierpień '80, 
 
Co — strzeŜony — pozostanie w nas na zawsze 
 
Jak stalowy dokerski nit, 
Jak ten wiersz, co powiada, Ŝe jeśli 
Są w ojczyźnie rachunki krzywd, 
To ich obca dłoń nie przekreśli. 
 
Marsz sytych kobiet według Kanta 
 
1    Wędrując nocką ciemną 
 
Czuję się bardzo przyjemnie. 
Bo niebo gwiaździste nade mną 
A prawo moralne we mnie! 
 

background image

2    Ja teŜ to czuję czasami! 
 
1    Więc zaśpiewajmy wraz! 
 
razem   Niebo gwiaździste nad nami, 
Prawo moralne w nas! 
 
2    Maszerujemy sobie, 
 
Krok nasz jest równy i dziarski, 
ś

aden głodowy marsz kobiet, 

Czyli Korcza z Młynarskim! 
 
l     My rozstajami, polami, 
Przez zioła, sioła i las — 
 
razem   Niebo gwiaździste nad nami, 
Prawo moralne w nas! 
 
1     Śmieje się do nas fasola, 
 
Tyka w patykach patyczak, . 
Nie dla nas wizyty Kohia, 
Nie dla nas Płócienniczak! 
 
2    Ruszaj no Mańka nogami, 
Byle na biwak i w gaz! 
 
razem   Niebo gwiaździste nad nami, 
Prawo moralne w nas! 
 
2    Wisi nam Wschodnia Europa, 
I całe Er-Wu-Pe-Gie! 
 
1     Małorolnego chłopa 
 
Kopniemy z radością w de! 
 
2    A co z zachodnimi krajami? 
 
l    Zachodnie teŜ mogą nas! 
 
razem   Niebo gwiaździste nad nami, 
Prawo moralne w nas! 
 
1     Łączą się proletariusze... 
 
2    Proszę zaczekać, juŜ łączę! 
 
1    Na chwilę w krzaki muszę... 

background image

 
2    UwaŜaj, nie siądź na kłącze! 
 
l    Zresztą niech łączą się sami, 
Nie dla nas walka klas! 
 
razem   Niebo gwiaździste nad nami, 
Prawo moralne 
Prawo moralne 
Prawo moralne w nas! 
Raz... 
Raz... 
Raz... 
Raz... 
 
Noc grudniowa nad Polską 
 
Noc zimowa nad Polską, 
Ciemna nocka grudniowa. 
Od Szczecina po Krosno 
Wszystko w lodu okowach. 
Ś

nieg zasypał nam okna, 

Dźwięczą dzwonki u sanek, 
Noc nad Polską głęboka 
I daleko poranek. 
 
Wicher w pustych kominkach, 
Sad skostniały od mrozu, 
Nasza biedna choinka 
Tak niewiele ma ozdób — 
Kilka słodkich okruchów, 
Kilka świeczek, co kopcą, 
I blask zimny łańcuchów 
Pod tą gwiazdą tak obcą. 
 
Noc grudniowa nad krajem, 
Ale bliski kres cierpień. 
Wrócą kwietnie i maje, 
Wróci lipiec i sierpień. 
Wyplenimy nienawiść, 
Broń zamkniemy w kaburach, 
Usiądziemy na ławie 
Razem z braćmi w mundurach. 
 
Członkostwo 
 
Polska jest krajem wierzb, skowronków, 
 
Kuronia, Tatr, Czerwonej Łodzi, 
 

background image

Lecz przede wszystkim krajem członków, 
 
Co obrodziły nam nad podziw. 
 
Dymią fabryki i kombajny, 
 
Wszędzie wysiłek twórczy furczy, 
 
Tu stoi Członek Nadzwyczajny, 
 
A ówdzie się Zwyczajny kurczy. 
 
Najczęstszy z polskich członków listy 
 
(jak głosi nam społeczna sonda) 
 
Jest szary Członek Rzeczywisty 
 
(bo rzeczywiście tak wygląda), 
 
TuŜ za nim dublet (pozytywny, 
 
bo oba członki — luminarze!): 
 
To Honorowy Członek sztywny 
Z Członkiem Korespondentem w parze. 
Obok, romantyk i marzyciel, 
Wierzący w dobro i w człowieka, 
PręŜy się Członek ZałoŜyciel 
— Stanął, załoŜył, teraz czeka. 
Bokami, niby to niechcący, 
Ni to pociotek, ni pomagier, 
Skrada się Członek Wspierający, 
Czyli tak zwany Członek-Szwagier. 
A po wertepach, gdzieś się błąka 
ś

ałosny, skompleksiały maluch, 

Nie Członek, lecz Zastępca Członka, 
Smutny jak mops towarzysz Paluch... 
Lecz ponad wszystkie sterczy głowy 
Twór z wazeliny i z papieru, 
PotęŜny buc, Członek Zbiorowy 
 
Trzon PRON-u i TPPR-u. 
Tak dzionek mija im za dzionkiem 
I poŜytecznie, i rozumnie, 
Ś

piewają Gdyby rannym członkiem, 

Wołają „Członek — to brzmi dumnie!" 
Zaś w czasie buntów i sprzeczności, 
Co atakują ich bezwzględnie, 
Lubią się odciąć od przeszłości, 

background image

Z tym, Ŝe odcięty członek więdnie, 
Więc potem napis lśni, wyrŜnięty 
Tam, gdzie on Ŝył lub był na Ŝołdzie: 
 
TU BYŁY CZŁONEK ŚPI, ODCIĘTY! 
PRZECHODNIU! WYSTAW SWEGO W HOŁDZIE! 
 
Toast kisielem Zaniechanie 
 
O, długo modłom naszym będący na celu, 
 
Rzadko nas galicyjski odwiedzasz Kisielu. 
 
Posiedź dłuŜej tą raŜą, bowiem bez wątpienia 
 
Zacny kisiel smakuje się w miarę jedzenia. 
 
My wielbimy Cię wiernie i o kaŜdej dobie — 
 
I gdy dziesiątą wodę spuszczasz sam po sobie, 
 
I gdy się z Dobraczyńskim ścierasz lub z Urbanem 
 
W rozprawie między PRON-em, śydem i plebanem. 
 
Tyś godzien swych Pradziadów! ...tfu, a cóŜ ja gadam? 
 
Niegodzien Ciebie był Twój pradziad, Kisiel Adam, 
 
Wojewoda bracławski, co ku zgrozie szlachty 
 
Z kacapami w tajemne wdawał się konszachty. 
 
A Ty ueto! krzyknąłeś w natchnieniu poselskim, 
 
Więc wyleciałeś z sejmu, lecz lotem anielskim, 
 
Albowiem w Twym rubasznym sarmackim czerepie 
 
Anielska — choć rogata — dusza się telepie. 
 
I oby telepała się jeszcze lat wiele! 
 
Wiwat! Zdrowie Kisiela wypijmy kisielem! 
 
Człowieku stojący na straŜy 
Nad naszą Nysą lub Odrą 
Z męskim uśmiechem na twarzy, 
Z bronią opartą o biodro, 
Ty, politycznie pewny, 

background image

Spośród tysiąca jedyny, 
Sprawdzony przez wszystkie przesiewy, 
Ankiety i egzaminy, 
Gdy czujnie rozwierasz powieki 
W godziny ciemne i ciche 
I nagle gdzieś w nurcie rzeki 
Usłyszysz błagalny głos: —• Hilfe! 
Zapomnij raz o szkoleniu, 
Nie machaj pepeszą czy visem, 
DopomóŜ biednemu stworzeniu, 
Co się gramoli przez Nysę, 
Wyciągnij biedaka za kołnierz, 
Pociesz kilkoma słowami... 
Czasem to nawet i Ŝołnierz 
MoŜe mieć gdzieś regulamin. 
Co będziesz sumienie obarczał, 
Gdy gość w kryminale skiśnie? 
PokaŜ mu Richtung nach Warschau, 
On szepnie: — Danke... — i pryśnie. 
PrzecieŜ to takie proste, 
Tak łatwo tu o receptę... 
Obecny Drang nach Osten 
Jest lepszy niŜ wszystkie przedtem. 
Więc moŜesz być dumny, człowieku, 
ś

e miałeś dziś wartę u brodu, 

Bo dziś, pierwszy raz od pół wieku, 
Ktoś do nas uciekł z zachodu. 
 
Fuzja 
 
Leci listek z drzewa, na ziemię opada, 
Noc nabiera czerni, dnie jesienne bledną, 
My się pałujemy, Rosja się rozpada, 
Dwa niemieckie państwa robią fuzję w jedno. 
Idzie, idzie zima, chcemy czy nie chcemy, 
Czas opatrzyć okna, zapuścić Ŝaluzje... 
Rosja się rozpada, my się pałujemy, 
Zjednoczeni Niemcy robią wielką fuzję. 
Na bezlistnym drzewie kracze czarna wrona, 
Nad rozbitą Rosją wiatr chmury przegania, 
Fuzja zmontowana, dobrze wymierzona, 
My się pałujemy na temat skrobania. 
 
Wyśniona Europa, mityczna kochanka, 
Wyprzedza nas w biegu jak gazela glizdę, 
My o prezydencie albo o skrobankach 
Wpatrzeni w Belweder i w Wysoką Izbę. 
Nad rozbitą Rosją wiatr północny gwizda, 
Ginekolog w masce skrada się wzdłuŜ alej, 
Pośrodku Europy monstrualna Izba. 

background image

Fuzja wymierzona. Pałujmy się dalej. 
 
Spis wierszy 
 
Droga do domu 
 
Rozmowa ze Lwowem 
 
Modlitwa 
 
Droga do domu 
 
Okręt 
 
Baza 
 
Jeszcze 
 
Punkt widzenia 
 
Apelacja 
 
Moja mała stabilizacja 
 
Stabilizacja 
 
Rozmowa z ptaszkiem 
 
Rozmowa intelektualna 
 
Dwie opinie 
 
Potencjalna szuja 
 
Czyściec i piekło 
 
Oko w oko 
 
Potęga statystyki 
 
Marzenie o córce majora 
 
Wariacje folklorystyczne 
 
Lew i koza 
 
Ja mam czas... 
 
Ze wspomnień staruszka 
 

background image

Biuro Spraw Beznadziejnych 
 
Biały najemnik 
 
Trudny tor 
 
Kuchnia polska 
 
Kuchnia polska 
Prawda i racja 
 

 

 

10 
 
12 
 
13 
 
14 
 
15 
 
16 
 
18 
 
19 
 
21 
 
22 
24 
26 
 
28 
 
29 
31 
33 
 
35 
 
36 
 
37 
 

background image

38 
40 
42 
 
Przemiany 
 
Dyskretny Urok BurŜuazji 
JeŜeli cię przygnębi... 
Zamach 
 
„śywi i martwi" 
Nadejście wiosny 
Kajakowcy 
Duch ateisty 
Raj ateistów 
Odejście Mikołajów 
Zmiana warty 
Raj oportunistów 
Gdyby... 
 
Na skrzyŜowaniu 
Sierpień 1980 
 
Marsz sytych kobiet według Kanta 
Noc grudniowa nad Polską 
Członkostwo 
Toast kisielem 
Zaniechanie 
Fuzja 
 
47 
49 
 
Być moŜe zaskoczą Czytelników 
sentymentalne wiersze otwierające ten 
tomik: Rozmowa ze Lwowem, Modlitwa. 
Pisane były przed półwieczem, przez 
dwudziestolatka, w sytuacji szczególnej. 
Jest w nich waŜny rys charakterystyczny 
- przywiązanie do miasta i domu. 
Waligórski był człowiekiem 
„udomowionym". Ale teŜ był wyczulony 
na sprawy publiczne. Instynkt liryczny 
miał równie silny jak skłonność 
satyryczną, co wyraźne jest w obu 
częściach ksiąŜki. 

Pomieściliśmy tutaj utwory 
nie publikowane dotąd w ksiąŜkach 
Autora.