background image

DIANA PALMER 

SPLĄTANE LOSY 

background image

PROLOG 

Delikatna  twarz  na  nakrochmalonej  białej  poduszce  była  blada  i  nieruchoma. 

Mężczyzna  patrzył  na  nią  z  góry  z  trudnym  do  ukrycia  uczuciem  nie  znanego  sobie 

niepokoju.  Przez  lata  trzymał  swoje  emocje  pod  kontrolą.  Czułość  była  luksusem,  na  jaki 

żaden najemnik, a już najmniej ktoś z reputacją Diega Laremosa nie mógł sobie pozwolić. 

Ale  to  nie  była  obca  kobieta  i  emocje,  które  odczuwał  patrząc  na  nią,  były  dość 

pomieszane. Nie widział jej od pięciu lat, a mimo to nie wydawała się starsza nawet o dzień. 

Powinna mieć dwadzieścia sześć lat, pomyślał nieobecny duchem. Sam miał lat czterdzieści. 

Nie  spodziewał  się,  że  będzie  nieprzytomna.  Kiedy  nadeszła  do  niego  wiadomość  ze 

szpitala, nieomal ją zlekceważył. Melissa Sterling zdradziła go dawno temu. Nie miał ochoty 

na  odnawianie  przykrej  znajomości,  ale  z  poczucia  obowiązku  i  z  ciekawości  przyjechał  do 

południowej Arizony. Ale to nie była pułapka, jak poprzednio. Kobieta była ranna i bezradna, 

lecz żyła, choć przez cały ten czas uważał ją za umarłą. 

Wysoki,  ciemny,  w  nieskazitelnym,  ciemnoszarym  garniturze,  odwrócił  się,  aby 

bezmyślnie  popatrzeć  przez  szybę  na  dobrze  utrzymane  podłogi  przed  separatką  Melissy 

Sterling. Nosił wąsy, których nie miał w owe dramatyczne dni, jakie z nim dzieliła. Był trochę 

bardziej muskularny i trochę starszy. Ale lata podkreślały jedynie jego dobry wygląd i czyniły 

go  dojrzalszym.  Prześliznął  się  spojrzeniem  ciemnych  oczu  w  stronę  łóżka,  na  którym 

spoczywało smukłe ciało tej  kobiety, tej obcej, która schwytała  go w pułapkę małżeństwa,  a 

potem porzuciła. 

Jak  na  kobietę  Melissa  była  wysoka,  choć  on  był  od  niej  znacznie  wyższy.  Miała 

długie,  faliste  blond  włosy,  które  kiedyś  sięgały  niżej  talii.  Obcięła  je.  Okalały  teraz  jej 

owalną,  mizerną  twarz.  Miała  niebieskie  cienie  pod  zamkniętymi  oczami  i  doskonałe  w 

kształcie usta, niemal tak samo blade jak jej twarz; prosty nos marszczył się lekko w proteście 

przeciwko  przymocowanym  do  niego  rurkom,  które  tłoczyły  powietrze.  Wokół  pełno  było 

sprzętu elektronicznego i przewodów, które prowadziły do różnych monitorów. 

Wypadek - powiedział  dzień wcześniej przez telefon lekarz dyżurny. - Jest gorzej niż 

źle. 

To była  katastrofa lotnicza,  którą cudem przeżyli  ona, pilot i  kilku innych pasażerów 

samolotu  z  Phoenix.  Samolot  rozbił  się  na  pustyni  w  pobliżu  Tucson;  przywieziono  ją  tu 

nieprzytomną.  Personel  ostrego  dyżuru  znalazł  w  portfelu  zniszczony,  starannie  złożony 

dokument,  który  zawierał  informację  o  jej  stanie  cywilnym.  Był  to  akt  ślubu  napisany  po 

background image

hiszpańsku;  wyblakły  atrament  zaświadczał,  że  jest  żoną  niejakiego  Diega  Laremosa  z  Dos 

Rios w Gwatemali. Lekarz upierał się, że Diego jest jej mężem, a skoro tak, to czy zgadza się 

na natychmiastową operację dla ratowania jej życia? 

Niezbyt chętnie sięgając pamięcią wstecz pytał, czy nie ma innych bliskich, ale lekarz 

powiedział, że tych trochę żałosnych resztek bagażu nie zawierało żadnej wskazówki. Diego 

pozostawił  więc  swoją  gwatemalską  farmę  na  łasce  własnej,  najemnej  bandy  i  udał  się 

samolotem z miasta Gwatemala do Tucson. 

Nie spał przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. 

Kobieta  w  łóżku  poruszyła  się  nagle  z  jękiem.  Jej  wielkie  i  łagodne,  szare  oczy  były 

jedynym  widocznym  znakiem  związków  krwi  z  matką  Melissy,  Gwatemalką,  której  zdrada 

ściągnęła cierpienie i... niesławę na całą rodzinę Laremosów. 

Spojrzeniem ciemnych oczu ogarnął  jej blade, zastygłe rysy  i myślał,  jak to się  stało, 

że on i Melissa mogli w ogóle do czegoś takiego doprowadzić... 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Była  mglista,  deszczowa  pogoda,  ale  to  akurat  nie  przeszkadzało  Melissie  Sterling. 

Zmokniecie  nie  wydawało  się  wygórowaną  ceną  za  kilka  drogich  chwil  z  Diegiem 

Laremosem. 

Jego  rodzina  posiadała  od  czterech  pokoleń  fincę,  gigantyczną  gwatemalską  farmę, 

która  graniczyła  z  ziemią  jej  ojca.  Obydwie  rodziny  były  zwaśnione  ze  sobą  z powodu,  jaki 

dała  nieżyjąca  już  matka  Melissy.  Mimo  to  dziewczyna  uwielbiała  syna  i  spadkobiercę 

Laremosów. Wydawało się, że ta dziewczęca adoracja jest mu obojętna. 

Ostatniej  nocy  szalała  burza.  Melissa  pojechała  konno  do  małego  domku  mamy 

Chavez,  aby  sprawdzić,  czy  staruszka  czuje  się  dobrze.  I  okazało  się,  że  Diego, 

zaniepokojony o swoją starą nianię, również zajrzał tam w tym samym celu. Przyniósł melony 

i ryby, a teraz odprowadzał Melissę do domu jej ojca. 

Pod panamą  Diega  czerniała  gęstwina  włosów.  Czuło  się  chłodne  opanowanie,  które 

graniczyło  z  zarozumiałością.  Nigdy  nie  musiał  podnosić  głosu  na  służących;  Melissa  tylko 

raz  widziała  go  w  bójce.  Był  godny,  powściągliwy  i  wydawało  się,  że  nie  ma  żadnych 

słabości. Ale był tajemniczy. Często znikał na całe tygodnie i pewnego razu wrócił z bliznami 

na policzku, utykając. Melissa była bardzo ciekawa, ale nie zapytała, co się stało. 

Mimo,  że  miała  już  lat  dwadzieścia,  ciągle  jeszcze  była  nieśmiała  w  obecności 

mężczyzn,  a  zwłaszcza  Diega.  Uratował  ją  kiedyś,  gdy  zgubiła  się  podczas  deszczu  w  lesie, 

poszukując ruin z czasów Majów i od tamtej chwili kochała się w nim potajemnie. 

- Przypuszczam, że twoja babka i siostra umarłyby, gdyby wiedziały, że jestem o krok 

od ciebie - westchnęła. 

-  Nie  darzą  twojej  rodziny  nadmierną  sympatią,  to  prawda...  -  zgodził  się.  -  Moi 

krewni  nie  mogą  zapomnieć,  że  Edward  Sterling  porwał  novię  memu ojcu  w przeddzień  ich 

ślubu i że z nią uciekł. 

-  Mój  ojciec  kochał  ją  i  ona  go  kochała  -  powiedziała  broniąc  się  Melissa.  -  Twój 

ojciec tak czy owak mógł zawrzeć  z  nią  jedynie  małżeństwo aranżowane,  nie z miłości. Był 

znacznie starszy od mojej matki. Ponadto od lat był wdowcem. 

-  Twój  ojciec  jest  Anglikiem  -  powiedział  Diego  chłodno.  -  Nigdy  nie  rozumiał 

naszego sposobu życia. Tu honor jest życiem sam w sobie. Kiedy ukradł kobietę zaręczoną z 

moim ojcem, pohańbił rodzinę. - Diego spojrzał na Melissę, nie dodając, że jego ojciec liczył 

także  na  dziedzictwo  jej  nieboszczki  matki,  bo  chciał  odbudować  fortunę  rodową.  Diego 

background image

uważał,  że  postawa  ojca  miała  na  względzie  raczej  interes,  ale  stary  mężczyzna,  na  swój 

chłodny sposób, był przywiązany do Sheili Sterling. 

Diego ściągnął cugle wierzchowca i utkwił wzrok w Melissie, obejmując spojrzeniem 

jej  wiotkie  ciało  w  dżinsach  i  różowej  koszuli,  rozpiętej  aż  po pełne  piersi.  Nie  mógł  sobie 

pozwolić na romans z córką kobiety, która okryła niesławą jego rodzinę. 

-  Twój  ojciec  nie  powinien  ci  pozwalać  na  takie  włóczęgi  -  powiedział 

nieoczekiwanie,  łagodząc  wymowę  słów  nieśmiałym  uśmiechem.  -  Zaczynają  tu  działać 

partyzanci. Jest niebezpiecznie. 

- Nie myślałam o tym - powiedziała. 

-  Nigdy  tak  nie  rób,  chica  -  szepnął,  naciągając  kapelusz  skosem  na  czoło.  -  Twoje 

fantazje przyniosą ci pewnego dnia zgubę. To groźne czasy. 

- Zawsze jest groźnie - powiedziała z płochliwym uśmiechem. - Ale ja czuję się z tobą 

bezpiecznie. 

-  To  najniebezpieczniejsza  fantazja  ze  wszystkich  -  powiedział  z  zadumą  -  ale 

niewątpliwie nie zdajesz sobie jeszcze z tego sprawy. Ruszaj, trzeba stąd iść... 

-  Chwileczkę.  -  Wyjęła  aparat  fotograficzny  z  kieszeni  i  nastawiając  na  niego, 

odpowiedziała uśmiechem na  jego grymas: - Wiem, co myślisz:  nigdy więcej. Ale cóż mogę 

poradzić,  jeśli  trudno  mi  znaleźć  właściwą  perspektywę  na  obrazie,  na  którym  cię  maluję? 

Potrzebny mi jeszcze jeden kadr. Jeden, obiecuję. 

- Nacisnęła migawkę, zanim zdołał zaprotestować. 

-  Ten  słynny  obraz  zabiera  ci  bardzo  wiele  czasu,  niña - powiedział.  -  Pracujesz  nad 

nim już osiem miesięcy, a ja jeszcze nie mogłem nawet rzucić na niego okiem. 

- Pracuję wolno - odpowiedziała wymijająco. Fotografia miała być dodana do kolekcji 

zdjęć,  nad  którymi  siadała,  aby  powzdychać  w  zaciszu  własnego  pokoju.  Aby  pomarzyć, 

ponieważ marzenia były raczej wszystkim, co mogła przeżyć z Diegiem. Wiedziała to dobrze. 

Jego rodzina byłaby przeciwna  nawet  jakiejkolwiek wzmiance o możliwości pobytu Melissy 

pod ich dachem, podobnie zresztą jak o ich przyjaźni. 

- Kiedy wybierasz się na studia? 

-  Niebawem,  jak  sądzę.  Wyprosiłam  rok  po  szkole, żeby  pobyć  z  tatą,  ale  ten  zamęt 

bardzo  go  niepokoi.  Zamierza  mnie  stąd  wysłać.  A  ja  nie  chcę  jechać  do  Stanów.  Chcę  być 

tutaj. 

- Twój ojciec słusznie nalega - mruknął Diego, choć nie chciał myśleć o przejażdżkach 

po  swoich  włościach  bez  szans  na  spotkanie  Melissy.  Przyzwyczaił  się  do  niej.  Dla 

mężczyzny światowego, doświadczonego i cynicznego, jakim stał się przez lata, Melissa była 

background image

haustem  wiosennego  powietrza.  Bał  się,  że  gdyby  mu  dano  szansę,  mógłby  ulec  pokusie  jej 

rozkosznego,  młodego  ciała.  Była  smukła  i  wysoka,  miała  długie,  opalone  nogi,  piersi  o 

właściwym  kształcie  oraz  zgrabnie  wciętą  talię.  Nie  była  piękna,  lecz  jej  ciemna  twarz 

wspaniale  prezentowała  się  w  oprawie  długich  jasnych  włosów.  Odpowiednio  ubrana  i 

wyszkolona byłaby wyjątkową... gospodynią, żoną, z której mężczyzna mógłby być dumny. 

Ale Diego nie zamierzał myśleć o Melissie  w taki  sposób. Gdyby  kiedykolwiek miał 

się ożenić,  jego żoną byłaby  Gwatemalka z dobrej rodziny,  nie  zaś  kobieta, której ojciec raz 

już zhańbił nazwisko Laremosów. 

- Jesteś teraz prawie zawsze w domu - powiedziała Melissa, kiedy jechali stępa wzdłuż 

doliny  w  pobliżu  wulkanu  Atitlán,  widocznego  na  tle  zielonej  dżungli.  Kochała  Gwatemalę, 

lubiła wulkany i jeziora, rzeki i rozległe doliny. Kochała zwłaszcza tajemnicze ruiny Majów, 

te, których odkrycie było taką sensacją. 

- Farma pochłania większość mojego czasu od dnia  śmierci ojca - odrzekł. - Ponadto 

zrobiłem się za stary, aby zajmować się pracą, do której przywykłem. 

- Nigdy o tym nie mówiłeś. Co to za praca? 

-  Owszem,  byłoby  o  czym  mówić.  -  Uśmiechnął  się  niepewnie.  -  Jak  idzie  twojemu 

ojcu z kompanią bananową? Wyrównali mu straty z powodu burzy? 

Tropikalna burza zniszczyła plantację bananów, w której ojciec Melissy miał znaczne 

udziały.  Tegoroczne  zbiory  były  bardzo  nędzne.  Podobnie  jak  Diego,  jej  ojciec  inwestował 

także w inne branże, na przykład w hodowlę bydła, które pasło się na terenach sąsiadujących 

z ziemiami Laremosów. Ale tradycyjnie na owocach zarabiało się najwięcej. 

- Nie wiem - potrząsnęła głową. - Nie rozmawia ze mną o interesach. Sądzę, że myśli, 

iż  jestem  zbyt  tępa,  aby  je zrozumieć.  -  Uśmiechnęła  się,  będąc  myślami  daleko, przy  małej 

książce,  na  którą  trafiła  niedawno  w  kufrze  matki.  -  Wiesz,  mój  tata  bardzo  się  zmienił  od 

czasu,  kiedy  matka  go  poznała.  Jest  dziś  stateczny  i  spokojny.  Mama  pisała,  że  kiedy  się 

pobrali, zawsze znajdował się w samym centrum spraw, był bardzo odważny i lubił ryzyko... 

-  Myślę,  że  jej  śmierć  trochę  go  zmieniła,  maleńka  -  powiedział  Diego,  nieobecny 

duchem. 

- Być może - odrzekła. - Apollo mówił, że byłeś najlepszy tam, w tej swojej robocie - 

dodała szybko. - I że któregoś dnia może opowiesz mi o tym. 

Patrząc jej w oczy, powiedział półszeptem: 

- Moja przeszłość jest czymś, o czym nigdy nie zamierzam z  kimkolwiek rozmawiać. 

Apollo nie ma prawa mówić ci takich rzeczy. 

Głos zmroził ją, ponieważ zabrzmiał lodowato. Zmieniła nerwowo temat. 

background image

-  To  miły  człowiek. Kiedyś,  podczas burzy,  pomagał  tacie  spędzić  zabłąkane  krowy. 

Musi być dobry w tym, co robi, inaczej nie chciałbyś go trzymać. 

-  Jest  dobry  -  powiedział,  notując  w  pamięci,  że  musi  poważnie  porozmawiać  z  tym 

czarnym  amerykańskim  eks-żandarmem,  który  był  jednym  z  członków  jego  bandy 

najemników - ale to nie oznacza, że może dyskutować z tobą na mój temat. 

- Nie złość się na niego, proszę - powiedziała łagodnie. - To była moja wina, nie jego. 

Przepraszam,  że  go  zapytałam.  Wiem,  że  jesteś  bardzo  skryty,  jeśli  idzie  o  twoje  życie 

prywatne,  ale  chciałam  wiedzieć,  dlaczego  wróciłeś  wtedy  do domu  tak  bardzo poraniony.  - 

Spuściła oczy. - Martwiłam się. 

Nie  mógł  jej  mówić  o  swojej  przeszłości.  Nie  mógł  jej  powiedzieć,  że  był 

najemnikiem,  którego  praca  polegała  na  niszczeniu pewnych  miejsc  i  –  czasem  -  ludzi.  I że 

była  to  bardzo  dobrze  płatna  praca  i  że  jedynym,  czym  się  w  takiej  pracy  ryzykuje,  jest 

własne  życie.  Jego  sekretne  operacje  okryte  były  tajemnicą.  Wiedzieli  o  nich  jedynie 

urzędnicy  państwowi,  którym  wyświadczał  czasem  przysługi.  A  co  się  tyczy  przyjaciół  i 

znajomych, nie musieli wiedzieć, skąd ma pieniądze na utrzymywanie gospodarstwa... 

-  No  importa.  Powinnaś  wyjść  za  mąż  -  powiedział  niespodziewanie.  -  Już  czas,  aby 

twój ojciec znalazł ci narzeczonego. 

-  Sama  sobie  znajdę  męża.  Nie  chcę,  aby  mnie  obiecano  jakiemuś  bogatemu 

staruchowi z myślą o pomnożeniu rodzinnej fortuny. 

Diego uśmiechnął się. 

-  Och,  niña,  to  młodzieńczy  idealizm.  Kiedy  osiągniesz  mój  wiek,  znikną  wszystkie 

jego ślady. Namiętna miłość nie trwa długo. 

- Mówisz takim chłodnym tonem - powiedziała półgłosem. - Nie wierzysz w miłość? 

- Miłość jest słowem, którego nie znam - odrzekł niedbale. - Nie interesuje mnie. 

Melissa  doznała  zawrotu  głowy  i  poczuła  lęk.  Zawsze  uważała,  że  Diego  jest  równie 

romantyczny jak ona. Nie chciała myśleć o tym, że może poślubić kogoś innego, ale miał już 

trzydzieści pięć lat i wkrótce powinien zacząć myśleć o spadkobiercy. 

- To bardzo cyniczna postawa. 

Popatrzył na nią, unosząc czarne brwi. 

-  Należymy  do dwóch różnych  światów,  wiesz  o  tym?  Mimo  twego  gwatemalskiego 

wychowania i świetnej znajomości hiszpańskiego rozumujesz ciągle jak Angielka. 

-  Zapewne  odziedziczyłam  po  matce  znacznie  więcej,  niż  sądzisz  -  wyznała  z 

zakłopotaniem. - Była Hiszpanką, ale uciekła z pierwszym drużbą z własnego ślubu. 

- Nie ma z czego żartować. 

background image

Odgarnęła do tyłu długie włosy. 

-  Nie  pesz  mnie,  Diego  -  napomniała  go  delikatnie.  -  Nie  to  miałam  na  myśli.  Ja 

naprawdę jestem bardzo tradycyjna. 

- Oczywiście, tego jestem pewien - powiedział. Ich spojrzenia spotkały się; odczekał, 

aż  się  zarumieni.  -  Nawet  moja  prababka  aprobuje  to,  że  ojciec  trzyma  cię  twardą  ręką. 

Dwadzieścia lat i ani wieczoru z młodym mężczyzną poza polem obserwacji taty. 

Nie wytrzymała jego przenikliwego spojrzenia. 

-  Nie  tak  wielu  młodych  mężczyzn  składa  mi  wizyty.  Nie  jestem  dziedziczką  i  nie 

jestem piękna. 

-  Piękno  jest  przelotne;  charakter  trwa.  Dla  mnie  jesteś  w  porządku,  pequeña  - 

powiedział miękko. - W swoim czasie młody człowiek przyjdzie z kwiatami i zaproponuje ci 

małżeństwo. Nie trzeba się spieszyć. 

- Więc tak myślisz - powiedziała żałośnie. - Spędzam całe moje życie samotnie. 

- Samotność jest ogniem, który hartuje stal - pocieszył ją. - Korzystaj z tego. Da ci to 

w przyszłości pogodę ducha, którą nauczysz się cenić. 

Spojrzała na niego pytająco. 

- Założę się, że ty życia nie spędzasz samotnie? 

- Nie całkiem, być może. - Wzruszył ramionami. - Ale od czasu do czasu lubię swoje 

własne  towarzystwo.  Lubię  także  zapach  kawowych  krzewów,  wdzięczne  ruchy  liści  palmy 

bananowej,  parny  wiatr  na  twarzy,  dumne  ruiny  Majów  i  wyniosłe  wulkany.  Oto  moje 

dziedzictwo.  Twoje  dziedzictwo  -  dodał  z  czułym  uśmiechem.  -  Pewnego  dnia  uznasz  to  za 

najszczęśliwszy okres w swoim życiu. Nie marnuj go. 

To  możliwe,  pomyślała  z  zadumą.  Poczuła  niemal  dreszcz  rozkoszy,  mając  go  tak 

blisko siebie. Tak, to był dobry czas, czas pełni życia i miłości. Nie życzyłaby sobie niczego 

więcej. 

Zsiadł z konia i zdjął ją z siodła, objąwszy szczupłymi, mocnymi i pewnymi dłońmi w 

talii.  Przez  krótką  chwilę  trzymał  ją  w  taki  sposób,  że  ich  spojrzenia  spotkały  się  i  coś 

mignęło w jego ciemnych oczach. Ale zaraz zgasło; postawił ją na ziemi i cofnął się. 

Odchyliła  głowę,  broniąc  się  przed  ledwo  wyczuwalnym  zapachem  skóry  i  tytoniu, 

którymi przesiąkła jego biała koszula. Tak bardzo chciała wspiąć się i pocałować jego twarde 

wargi, przywrzeć do niego  i doświadczyć wszystkich  cudów pierwszego uczucia. Ale Diego 

widział tylko młodą dziewczynę, a nie kobietę. 

-  Odprowadzę  twoją  klacz  do  stajni  -  obiecał,  wskakując  z  gracją  na  siodło.  -  Nie 

odchodź teraz daleko od domu - dodał stanowczo. - Ojciec powie ci, co wiesz  już ode mnie, 

background image

że samotne przejażdżki nie są teraz bezpieczne. 

- Jak pan sobie życzy, señor Laremos - mruknęła i dygnęła prowokująco. 

Kiedyś  zareagowałby  śmiechem  na  taki  gest.  Ale  teraz  zaczepka  wywołała  nagły  i 

nieoczekiwany efekt. Krew zatętniła mu w skroniach, ciało odmówiło posłuszeństwa. Czarne 

oczy powędrowały ku jej delikatnym piersiom i zatrzymały się na nich. 

- Do zobaczenia - powiedział i zawrócił konia. 

Melissa wpatrywała się w niego z biciem serca. Mimo swej niewinności rozpoznała w 

jego oczach błysk gorącego pożądania. Chciała biec za nim, aby się przekonać, że  właściwie 

pojęła jego reakcję. 

Weszła do domu z dreszczem tłumionego podniecenia. Od tej chwili każdy dzień miał 

nieść jeszcze więcej niespodzianek. 

Estrella,  przygotowując  kolację,  przeszła  samą  siebie.  Przyrządziła  stek  z  pieprzem, 

serem i ryżem przyprawionym sosem oraz zimnym melonem jako sałatką. 

Melissa objęła ją, gdy ta delektowała się zapachami potraw. 

Delicioso - powiedziała, szczerząc w uśmiechu zęby. 

-  Stek  kładzie  się  na  podbite  oko  -  prychnęła  z  lekceważeniem  Estrella.  -  Najlepsze 

jest mięso iguany. 

- Prędzej zjadłabym węża - skrzywiła się Melissa. 

- Jadłaś wczoraj. - Estrella uśmiechnęła się figlarnie. 

- To był kurczak! - Oczy młodej kobiety rozszerzyły się. 

Estrella zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Wąż! - Wybuchnęła  śmiechem,  kiedy Melissa zamierzyła się  na nią. - Nie, nie, nie. 

Nie możesz mnie uderzyć. To był pomysł twojego ojca. 

- Mój ojciec nie zrobiłby czegoś takiego - powiedziała. 

-  Nie  znasz  ojca  -  skwitowała  ladina  z  błyskiem  w  oku.  -  Poćwicz  na  pianinie,  bo 

señora Lopez rozzłości się, kiedy w piątek przyjdzie cię posłuchać. 

Melissa westchnęła. 

-  Myślę,  że  ta  cierpliwa  dama  rzeczywiście  wpadnie  w  furię.  Nigdy  nie  daje  za 

wygraną, nawet kiedy wie, że przelecę kadencję nie dotykając czarnych klawiszy. 

- Ćwicz! 

Kiwnęła głową i nagle zmieniła temat: 

- Tata nie dzwonił? - spytała. 

-  Nie.  -  Estrella  spojrzała  na  Melissę,  mrużąc  jedno  ze  swych  czarnych  oczu.  -  Nie 

życzyłby sobie, abyś jeździła konno z panem Laremosem. 

background image

- Skąd wiesz, że jeździłam? - krzyknęła. 

- To jest mój sekret - powiedziała Estrella z zadowoloną miną. - No, zwiewaj i pozwól 

mi zająć się kuchnią. 

Melissa wstała z nadzieją, że Estrella nie podzieli się wiadomością z ojcem. 

I, jak się wydaje, ladina rzeczywiście  nie miała takiego zamiaru,  ale Edward Sterling 

dowiedział  się  o  tym  tak  czy  owak.  Wrócił  ze  swojej  podróży  w  interesach  zaniepokojony. 

Jego  siwiejące  blond  włosy  były  wilgotne  od  deszczu,  a  elegancki,  biały  garnitur  trochę  się 

wygniótł. 

-  Luis  Martinez  widział  cię  na  przejażdżce  z  Laremosem  -  powiedział  szorstko,  nie 

mówiąc jej „dzień dobry". - Sądziłem, że rozmawialiśmy już na ten temat? 

- Nic na to nie poradzę - powiedziała, rezygnując z jakichkolwiek wykrętów. - Myślę, 

że w to nie wierzysz. 

-  Wierzę  -  powiedział  ku  jej  zdziwieniu.  -  A  nawet  rozumiem to.  Ale  nie  rozumiem, 

dlaczego  Laremos  zachęca  cię  do  tego.  Nie  zamierza  się  żenić,  Melisso,  i  wie,  co  dla  mnie 

znaczyłoby  skompromitowanie  ciebie.  -  Jego  twarz  stężała.  -  To  właśnie  niepokoi  mnie 

najbardziej.  Cała  rodzina  Laremosa  byłaby  zachwycona,  gdyby  mogła  nas  widzieć 

upokorzonych. 

- Nie możesz uwierzyć, że Diego ma dobre intencje, prawda? Że mnie po prostu lubi? 

- Podniosła ręce. 

-  Przypuszczam,  że  lubi pochlebstwa  -  powiedział  sucho.  Nalał  brandy  do  kieliszka  i 

usiadł,  krzyżując  nogi.  -  Posłuchaj,  kochanie,  już  pora,  abyś  poznała  prawdę  o  twoim 

bohaterze. To długa i niezbyt piękna historia. Miałem nadzieję, że pójdziesz na studia i że nie 

stanie się nic złego. Ale musisz przestać ubóstwiać tego typa. Jak sądzisz, co Diego Laremos 

robił jeszcze dwa lata temu, aby się utrzymać? 

- Podróżował w interesach. Laremosowie mają pieniądze. 

- Laremosowie nie mają niczego. Albo nie mieli niczego - uciął. - Stary miał nadzieję, 

że  poślubi  Sheilę  i  położy  łapę  na  domniemanych  milionach  jej  ojca.  Ale  nie  wiedział,  że 

ojciec  Sheili  stracił  wszystko  i  że  ma  zamiar  dobrać  się  do  ich  plantacji  bananów.  To  była 

komedia pomyłek. Wtedy poznałem twoją matkę i tak skończyły się podchody. Do dziś nikt z 

jej rodziny nie odzywa się do mnie, a Laremosowie robią to tylko przez grzeczność. A wielka 

ironia  całej  sprawy  polega  na  tym,  że  żaden  z  nich  nie  znał  prawdy  o  rodzinie  drugiego. 

Nigdy nie było tam żadnych pieniędzy, jedynie mrzonki o połączeniu majątków. 

- Jeśli Laremosowie nie mieli niczego - wdała się w spekulacje Melissa - to dlaczego 

dziś mają tak wiele? 

background image

-  Ponieważ  twój  drogi  Diego  miał  wiele  werwy.  Miał  także  kilku  takich  jak  on  sam 

przyjaciół  z  bronią  automatyczną  -  powiedział  bezceremonialnie  ojciec.  -  Diego  był 

najemnym żołnierzem. 

Melissa milczała i patrzyła bez wyrazu na ojca. 

- Diego nie jest tak bezwzględny, aby mordować ludzi. 

-  Nie  bądź dzieckiem  -  usłyszała  w  odpowiedzi.  -  Nie  wiedziałaś,  że  ludzie,  którymi 

otacza się w Casa de Luz, są jego dawnymi kamratami? Człowiek, którego nazwali Pierwsza 

Koszula,  czarny  eks-żołnierz  Apollo  Blain,  Semson  i  Drago  -  wszyscy  są  byłymi 

najemnikami i żaden z nich nie ma własnego kraju. 

Melissa poczuła drżenie rąk. Sceny  i epizody z życia Diega,  które oglądała  i  które ją 

zaintrygowały, układają się oto w sensowną całość. Straszliwą całość. 

-  Widzę,  że  rozumiesz  -  powiedział  ojciec  bardzo  spokojnie.  -  Nie  myślę  o  nim  źle 

dlatego,  że  wiem,  co  robił.  Ale  przeszłość  tego  rodzaju  byłaby  zbyt  trudna  do  przyjęcia  dla 

kobiety. Jestem pewien, że nad swoimi uczuciami panuje żelazną wolą. Niewinna, zakochana 

dziewczyna  nie zdoła go otworzyć, Melisso. A  ciebie on  nie bierze nawet pod uwagę. Ożeni 

się z Gwatemalką, jeśli się w ogóle ożeni. Ciebie nie poślubi, nie wiesz? 

Starała się uśmiechnąć, ale na policzkach pokazały się łzy. 

- Dziecinko! - Ojciec wstał  i objął  ją  czule. - Nie gniewaj się;  nie ma przyszłości dla 

ciebie i Diega. Najlepiej będzie, jeśli stąd wyjedziesz. 

Melissa musiała się zgodzić. 

- Masz  rację. Nie wiedziałam. Diego nigdy mi  nie mówił o swojej przeszłości. Teraz 

rozumiem, co miał na myśli, kiedy mówił, że nie wie, czym jest miłość. 

- Chciałbym, żeby twoja matka żyła. Wiedziałaby, co ci doradzić - powiedział ojciec i 

pogładził jej włosy. 

- Ale i ty radzisz całkiem dobrze - odparła Melissa ocierając łzy. - Myślę, że pewnego 

dnia będzie to dla mnie przeszłość. 

-  Pewnego  dnia  -  zgodził  się  ojciec.  -  W  najlepszym  wypadku,  Melly,  wasze  dwa 

światy nie dopasują się do siebie. Są zbyt różne. 

- Diego też to powiedział. - Podniosła wzrok. 

-  Zatem  Laremos  zdaje  sobie  z  tego  sprawę.  Dobrze.  Nie  będzie  więc  żadnych 

przeszkód - pokiwał głową Edward. 

Być  może  ojciec  miał  rację.  Jeśli  Diego  coś  czuł,  było  to  fizyczne,  nie  duchowe. 

Pożądanie może być czymś wspaniałym, ale bez uczucia jest tylko cieniem. Przeszłość Diega 

wstrząsnęła nią. Czy mężczyzna taki jak on był w ogóle zdolny do miłości? 

background image

Dzielenie się  nimi z  ojcem  i wprowadzanie  go w  jeszcze  większy  niepokój nie miało 

sensu. 

- Jak poszło w stolicy? - zapytała, starając się rozluźnić atmosferę. 

- Nie jest tak źle, jak na początku sądziłem. Zjedzmy coś, wszystko ci wyjaśnię. Jeżeli 

jesteś  wystarczająco  dorosła,  aby  iść  na  studia,  przypuszczam,  że  masz  także  dość  lat,  aby 

zapoznać się ze stanem finansów rodziny. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Melissa spała płytkim snem. Śnił jej się Diego w chaosie wystrzałów i ostrych słów i 

obudziła się z wrażeniem, że niemal nie zmrużyła oka. 

Zjadła śniadanie w towarzystwie ojca, który jej powiedział, że musi wracać do miasta, 

aby sfinalizować kontrakt z firmą skupującą owoce. 

- Siedź w domu - ostrzegł wychodząc. - Żadnych tête à tête z Diegiem Laremosem. 

- Muszę poćwiczyć  na pianinie - rzuciła z daleka, kiedy  już wychodził  na dwór. - Ty 

też uważaj na siebie. 

Ruszył samochodem, a ona usiadła w salonie przy małym pianinie i otworzyła zeszyt z 

ćwiczeniami.  Nie  miała  do  nich  serca,  dlatego  ćwiczyła  bardzo  uproszczony  kawałek 

Sibeliusa,  poddając  się  bezwolnie  jego  błogiemu,  smutnemu  przesłaniu.  Miała  opuścić 

Gwatemalę  i  Diega.  Nie  było  żadnej  nadziei.  Wiedziała  w  głębi  duszy,  że  nigdy  go  nie 

zdobędzie,  zaczęła  sobie  uświadamiać,  że  jeżeli  nie  wyjedzie,  przyszłość  jej  rysuje  się  dość 

ponuro. 

Poznawszy  jego  przeszłość,  doszła  do  wniosku,  że  posiąść  go  może  tylko  kobieta 

znacznie bardziej doświadczona i bardziej skomplikowana. 

Wstała  od  pianina,  zamknęła  wieko  i  usiadła  przy  biurku  ojca.  Leżały  tam 

porozrzucane pakiety obligacji i ołówek służący do prowadzenia rachunków. Melissa napisała 

nim kilka linijek namiętnej prozy o nieodwzajemnionej miłości. 

A  potem  nagle,  pod  wpływem  impulsu,  skreśliła  krótki  list  do  Diega,  prosząc,  aby 

spotkał się z nią w dżungli tej nocy, ponieważ chciałaby mu pokazać, zanim nastanie świt, jak 

bardzo go kocha. 

Przeczytawszy roześmiała się na samą myśl o wysłaniu takiej kartki. Zmięła ją, rzuciła 

na  blat,  wstała  zza  biurka,  przeczytała  list  raz  jeszcze  i  wróciła  do  pianina.  Potem  zjadła 

obiad,  który  wcale  jej  nie  smakował  i  w  końcu  uświadomiła  sobie,  że  oszaleje,  jeśli  będzie 

musiała przesiedzieć tak resztę popołudnia. 

Osiodłała klacz i machając poirytowanej Estrelli ruszyła ku dolinie. 

Musiała  „wygalopować"  z  siebie  trochę  tej  nerwowej  energii.  Pędziła  w  dół  poprzez 

dolinę,  gdy  nagle  rozległ  się  wystrzał.  Wystraszona  klacz  na  moment  stanęła  w  miejscu  i 

zrzuciła Melissę na twardy grunt. Ramię i kark zetknęły się z ostrymi kamieniami. Skrzywiła 

się i jęknęła, próbując usiąść. Klacz z rozwianą grzywą pędziła dalej i wtedy właśnie Melissa 

dostrzegła zbliżającego się jeźdźca, za którym gnali trzej uzbrojeni mężczyźni. Diego! 

background image

Wystrzał  rozległ  się  raz  jeszcze  i  Melissa  uświadomiła  sobie,  że  mężczyźni  strzelają 

do  Diega.  Nie  odwracał  się.  Jego  uwaga  skupiona  była  teraz  na  Melissie.  Pędził  ku  niej 

galopem,  był  dzięki  temu  mniej  wyraźnym  celem  dla  ścigających  go  jeźdźców.  Łukiem 

mijając Melissę wyskoczył z siodła. 

-  Por  Dios  -  rzucił  się  na  kolana  i  wystrzelił  w  kierunku  zbliżającego  się  jeźdźca. 

Wystrzał  ogłuszył  ją  i  wywołał  mdłości,  kiedy  uświadomiła  sobie,  jak  rozpaczliwa  była  to 

sytuacja. 

- Jesteś ranna? 

- Nie, Diego, upadłam tylko. 

-  Silencio.  -  Strzelił  raz  jeszcze  do  partyzanta,  który  zatrzymał  się  nagle  w  połowie 

doliny, żeby oddać strzał. Przygiął Melissę ku ziemi delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem 

i  wycelował,  tym  razem  dokładniej.  Nie  chciał,  żeby  to  widziała,  ale  jej  życie  zależało  od 

tego, czy zdoła zatrzymać prześladowców. 

Ogień  z  przeciwnej  strony  zamarł.  Melissa  zerknęła  na  Diega.  Jego  mocno  opalona 

twarz była teraz nieruchoma, a ręce zdecydowanie i pewnie unosiły krótką broń. 

Odwrócił  się  nagle.  Podniósł  ją  z  trawy  szybkim,  lekkim  ruchem,  a  jego  mięśnie 

poradziły sobie z ciężarem, jak gdyby w ogóle go nie czuł. 

Rzucił  się  w  gęstą  dżunglę,  która  graniczyła  z  łąką.  Biegł  cały  czas.  Ponad  jego 

ramieniem  dostrzegła  rozpierzchłe  konie  i  dwu  jeźdźców  zwijających  się  w  siodłach  jak 

gdyby z bólu, podczas gdy trzeci ciągle jeszcze leżał na ziemi. Koń Diega dawno już uciekł, 

podobnie jak koń Melissy. 

Teraz,  kiedy  przynajmniej  przez  chwilę  byli  poza  zasięgiem  niebezpieczeństwa,  jej 

ciało  stało  się  wiotkie.  Była  ranna.  Była  naprawdę  ranna.  Wyglądało  to  na  jakiś 

nieprawdopodobny koszmar. Chwała Bogu, że Diego... Dreszcz przeniknął ją na myśl o tym, 

co mogło się zdarzyć, gdyby ci mężczyźni dopadli ją i gdyby była sama. 

- Spadłam - wyjąkała, patrząc bezsilnie w jego złą twarz, kiedy pochylił się nad nią. - 

Diego, ci mężczyźni... czy jesteśmy wystarczająco daleko...? 

-  W  tej  chwili  tak  -  powiedział.  -  Przynajmniej  zanim  zorganizują  posiłki,  Melisso. 

Mówiłem ci, żebyś nie jeździła sama, prawda? 

Jego  oczy  świeciły  czernią,  a  ona  myślała,  że  w  gruncie  rzeczy  widzi  go  po  raz 

pierwszy.  Nie  był  już  tym  rozleniwionym  i  pogodnym  mężczyzną.  Był  kimś  obcym. 

Najemnikiem, o którym opowiadał jej ojciec. Człowiekiem bez maski. 

- Gdzie są twoi ludzie? - spytała oschłym tonem. Jej ciało zesztywniało, kiedy męskie, 

szczupłe palce zaczęły rozpinać bluzkę. - Diego, nie! - krzyknęła. 

background image

-  Trzeba  zatamować  krwotok  -  uciął.  -  Nie  ma  czasu  na  przesadną  skromność.  Leż 

spokojnie. 

Unieruchomił  jej  ręce  z  rosnącym  zniecierpliwieniem  i  ściągnął  bluzkę,  pod  którą 

nosiła  delikatny  biustonosz.  Jego  czarne  oczy  przeszyły  natychmiast  przezroczysty  materiał, 

który  skrywał  młode,  jędrne  piersi.  Spojrzał  też  zaraz  na  jej  ramię,  które  było  zranione  i 

krwawiło. 

-  Jesteśmy  odcięci  -  szepnął.  -  Popełniłem  błąd  zakładając,  że  kilka  wystrzałów 

wystraszy  partyzanta,  który  przeprowadzał  zwiad  wokół  mojego  pastwiska.  Odjechał,  ale 

tylko po to, żeby wrócić z tuzinem albo i większą jeszcze liczbą swoich przyjaciół. Nigdy nie 

nauczysz  się  słuchać?  -  spytał  zimno.  Przytknął  chusteczkę  do  zranionych  miejsc,  tamując 

krew. 

Grymas bólu wykrzywił jej twarz. 

-  Trzeba  to  opatrzyć.  To  cud, że  nic  poważniejszego  nie  stało  się  twojej  piersi,  choć 

jest porządnie posiniaczona. 

Diego  zignorował  jej  zakłopotanie,  rozpościerając  chusteczkę  na  piersiach  i 

poprawiając  bluzkę.  Nie  pokazał  po  sobie  nic  z  tego,  co  naprawdę  czuł,  ale  obraz  jej 

nietkniętego,  doskonałego  młodego  ciała  wprawił  go  w  stan  bolesnego  pragnienia.  Do  tej 

pory  mógł  traktować  Melissę  jak  dziecko.  Ale  po  dzisiejszym  dniu  nie  będzie  już  zdolny 

myśleć o niej w ten sposób. 

-  Musimy  szybko  wydostać  się  z  doliny.  Rozpędziłem  ich,  ale  właśnie  dlatego  tu 

wrócą. - Pomógł jej wstać. - Możesz iść? 

-  Oczywiście  -  powiedziała,  patrząc  szeroko  otwartymi  oczami  na  małą,  ale  potężną 

broń, którą podniósł z ziemi. 

- Uzi - powiedział  lekceważąc zaciekawienie dziewczyny -  broń automatyczna, którą 

zaprojektowali  Izraelczycy.  -  Bardzo  mi  przykro,  że  musiałaś  patrzeć  na  to,  co  się  działo, 

maleńka, ale gdybym nie odpowiedział im ogniem... 

-  Wiem  -  powiedziała.  Popatrzyła  na  niego  i  odwróciła  wzrok,  kiedy  ruszyli  w 

dżunglę. - Diego, ojciec powiedział mi, że robiłeś to zawodowo. 

Zatrzymał się  i  spojrzał  na  nią badawczo, ale  w jej twarzy  nie dostrzegł ani pogardy, 

ani lęku, ani przerażenia. 

- Po to, jak sądzę, żeby zniechęcić cię do jakichkolwiek poważniejszych kontaktów ze 

mną? 

Zarumieniła się raz jeszcze i opuściła wzrok. 

-  Widzę,  że  moje  zachowanie  było  dość  czytelne  -  powiedziała  gorzko.  -  Nie 

background image

zdawałam sobie sprawy z tego, że każdy wokół wie, iż robię z siebie idiotkę. 

-  Mam  trzydzieści  pięć  lat  -  powiedział  Diego  spokojnie.  -  A  kobiety,  wybacz,  są 

dopuszczalnym  nałogiem.  Masz  wyrazistą  twarz,  Melisso,  i  twoja  niewinność  tym  bardziej 

naraża  cię  na  niebezpieczeństwo.  Ale  nigdy  nie  powiedziałbym  o  tobie,  że  jesteś  głupia,  bo 

jesteś  wrażliwa  -  wahał  się,  czy  użyć  tego  zwrotu  -  na  siłę  przyciągania.  -  Ale  to  nie  pora, 

żeby o tym rozmawiać. Chodź, musimy znaleźć schronienie. 

Marsz  nie  był  łatwy.  Dżunglę  tworzyły  rośliny  pnące  i  gęste  krzewy,  a  Diego  miał 

tylko nóż. Nie wziął maczety. Starał się nie zostawiać po sobie widocznego śladu, ale goniący 

ich  mężczyźni  byli  doświadczonymi  tropicielami.  Melissa  wiedziała,  że  należy  się  bać,  ale 

obecność Diega całkowicie eliminowała lęki. Wiedziała, że ją ochroni, wszystko jedno, w jaki 

sposób. I niezależnie od niebezpieczeństwa czuła radość, że jest z nim. 

Stanął, żeby popatrzeć na kompas umieszczony na rękojeści noża. 

-  Gdzieś  tu  bardzo  blisko  są  ruiny  -  powiedział  cicho.  -  Przy  odrobinie  szczęścia 

znajdziemy  się  tam  przed  zmrokiem.  -  Popatrzył  na  niebo,  które  ciemniało  grożąc  ulewą.  - 

Ojca nie ma w domu? 

- Nie - powiedziała z przygnębieniem - będzie chory ze zmartwienia. I wściekły.  

- I gotów do zbrodni, jak sądzę - mruknął poirytowany. 

- Przepraszam - powiedziała delikatnie - naprawdę przepraszam. 

-  Rzeczywiście?  Za  to,  że  jesteś  ze  mną  tak  jak  teraz?  Naprawdę  przepraszasz, 

querida? - zapytał głosem aksamitnym, głębokim, miękkim i czułym. 

Odwrócił  się  od  niej,  lecz  jego  ciało  drżało  z  namiętności.  Był  człowiekiem  zbyt 

gorącej  krwi,  aby  nie  czuć  niczego,  kiedy  patrzył  na  jej  smukłe  ciało,  na  słodką  jak 

uwodzicielski  klejnot  niewinność.  Pragnął  jej  tak,  jak  nigdy  jeszcze  nie  pragnął  żadnej 

kobiety, ale poddanie się uczuciom oznaczałoby zdanie się na łaskę mściwego ojca. Niepokoił 

się już, co będzie, jeśli okoliczności zmuszą ich do spędzenia nocy w ruinach. Apollo i reszta 

pójdą  go  szukać,  ale  ulewa  zmyje  wszelkie  ślady  i  opóźni  odsiecz,  a  partyzanci  wsiądą  im 

wkrótce na kark. 

Melissa  czuła,  że  jej  włosy  przylgnęły  do  czaszki,  a  ubranie  przykleiło  się  do  ciała. 

Dżinsy i buty nasiąkły wodą, a koszula stała się przezroczysta i ociekała strumieniami. 

Czarne włosy Diega wyglądały jak mycka, a jego bardzo hiszpańskie rysy ujawniły się 

jeszcze  dobitniej.  Oliwkowa  karnacja  i  czarne  oczy  czyniły  zeń  niemal  typ  człowieka 

pierwotnego.  Miał  w  sobie  zarówno  krew  Majów,  jak  i  Hiszpanów,  bo  jego  pochodzący  z 

Madrytu  przodkowie  weszli  w  związki  rodzinne  z  Gwatemalkami.  Wystające  kości 

policzkowe wskazywały na indiański rodowód, a prosty nos i delikatne, zmysłowe wargi były 

background image

z kolei dowodem pochodzenia hiszpańskiego. 

-  Tam  - powiedział  nagle  i  dotarli  na  polanę,  gdzie  znajdowała  się  świątynia  Majów, 

tkwiąca  jak  szara  wartownia  w  zielonej  dżungli.  Zachowała  się  tylko  fragmentarycznie,  ale 

przynajmniej część budowli była pod dachem. 

Diego  poprowadził  dziewczynę  przez  zarośnięte  wejście,  płosząc  wielkiego  węża. 

Pokryte  pleśnią  wnętrze  pachniało  głazami  i  kurzem,  ale  ściany  po  jednej  stronie  ruin  były 

niemal nietknięte. 

Melissę przebiegł dreszcz. 

- Nabawimy się zapalenia płuc - szepnęła. 

-  Nie  jest  aż  tak  źle  -  powiedział  z  lekkim  uśmiechem.  Podszedł  ku  zarośniętemu 

otworowi. Ściągnął koszulę i powiesił ją na sterczącej belce. Przeciągnął się leniwie. 

Melissa pieszczotliwym wzrokiem przyglądała się jego ciemnym opalonym mięśniom 

i  niewyraźnemu  klinowi  ciemnych  włosów,  które  zwężały  się  ku  dołowi,  w  stronę  pasa, 

wokół jego zgrabnej talii. Sam ten obraz przyprawiał ją o drżenie. 

Spostrzegł  jej  reakcję  i  dobre  intencje  osłabły.  Wyglądała  wspaniale  w  ubraniu 

przylegającym do świetnej figury. Poprzez wilgotną bluzkę mógł podziwiać kształt piersi, ich 

fiołkoworóżowe koniuszki, twarde i pięknie uformowane. 

- Przyniosę trochę gałęzi - powiedział krótko. 

Wyszedł,  a  Melissa  ściągnęła  bluzkę  i  wyżęła  ją.  Dotknęła  włosów  i  odgarnęła 

kosmyki z twarzy, zdając sobie sprawę, że musi wyglądać okropnie. 

Diego  wrócił  po  kilku  minutach  z  liśćmi  dzikiej  palmy  bananowej,  które  rozłożył  na 

ziemi, aby można było usiąść. 

Miała już na sobie bluzkę i mimo że materiał był teraz nieco mniej wilgotny, piersi w 

dalszym ciągu odznaczały się wyjątkowo wyraźnie. 

- Przypuszczam, że rzeczywiście tak postąpią - powiedziała cicho, nawiązując do tego, 

co rzekł przed chwilą. 

- Nie krępuje cię, niña, że tak patrzę na ciebie? 

- Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia - bąknęła czerwieniąc się. 

Swoboda, na jaką sobie pozwalał,  była szaleństwem, ale  nic  nie mógł  na to  poradzić. 

Bardziej niż czegokolwiek pragnął jej dotknąć. Pragnął rozbierać ją wolno i delikatnie, chciał 

pokazać jej całe misterium kochania się. Serce zaczęło mu walić w piersiach, kiedy wyobraził 

sobie ich dwoje na naprędce skleconym posłaniu z jej ciałem przyzwalającym i otwartym dla 

niego do końca. 

Wyraz jego twarzy wprawił Melissę w zakłopotanie. 

background image

-  Dlaczego  zostałeś  najemnikiem?  -  zapytała  z  nadzieją,  że  odwróci  od  siebie  jego 

uwagę. 

-  To  sprawa pieniędzy.  Byliśmy  w  trudnej  sytuacji,  a  ojciec  nie  mógł  się  pogodzić  z 

upokarzającym poszukiwaniem pracy, ponieważ przez całe swoje życie miał pieniądze. Ja zaś 

byłem  lekkomyślny  i  lubiłem  niebezpieczeństwo.  Po  służbie  wojskowej  dowiedziałem  się  o 

istnieniu  grupy,  która  potrzebowała  eksperta  w  zakresie  broni  krótkiej.  Zgłosiłem  się.  - 

Uśmiechnął  się  do  wspomnień.  -  To  był  pasjonujący  okres.  Raz  czy  dwa  znalazłem  się  w 

poważnym niebezpieczeństwie. Pozostali przechodzili z wolna do innych zajęć, a ja trwałem. 

Nie byłem  już tak  szybki, a mimo to zostałem - to błąd, który  kosztował mnie  niemal życie. 

Potem, kiedy byłem wystarczająco zamożny, aby ustabilizować się, wróciłem do domu. 

- Żałujesz? 

-  Czasami.  To  był  dobry  okres.  Specjalne  poczucie  więzi  i  przyjaźni  z  tymi,  którzy 

razem ze mną narażali się na śmierć. 

- I kobiety, jak sądzę - powiedziała z niechęcią, a jej twarz wyrażała więcej, niż mogła 

przypuszczać. 

- I kobiety - powiedział spokojnie. - Jesteś zaszokowana? 

Spuściła wzrok. 

- Nigdy nie sądziłam, że byłeś mnichem, Diego. 

Lało  coraz  mocniej.  Drgnęła,  kiedy  piorun  rąbnął  w  pobliżu  świątyni  i  przerażający 

grzmot przewalił się po niebie. 

Objął ją i położył na palmowych liściach, a palce raz jeszcze dotknęły guzików bluzki. 

Tym  razem  nie  broniła  się  i  nie  protestowała.  Patrzyła  nań  po  prostu  szeroko  otwartymi 

oczami. 

-  Chcę  sprawdzić,  czy  ranka  jeszcze  krwawi  -  powiedział  łagodnie.  Odsunął  brzegi 

bluzki,  podniósł  chusteczkę,  którą  wcześniej  tamował  krwotok,  a  jego  czarne  oczy  zwęziły 

się.  Na  twarzy  pojawił  się  grymas.  -  Zostanie  blizna  -  powiedział,  przesuwając  palcem  po 

skaleczeniu. - Szkoda, na tak wspaniałej skórze. 

Wstrzymała oddech. 

-  Nie  mam  żadnego  kojącego  rany  balsamu  -  powiedział  miękko,  szukając  jej 

spojrzenia. - Ale może będzie lepiej, jeśli pocałuję to miejsce... 

Kiedy mówił, był nad nią pochylony i Melissa jęknęła, czując wilgotne ciepło jego ust 

na swoim ciele. Zacisnęła ręce za sobą, wyginając plecy. 

Zaskoczony  namiętną reakcją  dziewczyny  podniósł  głowę,  aby  na  nią  popatrzeć.  Był 

zdziwiony,  ale  i  dumny,  kiedy  spostrzegł,  że  rozkosz  rozogniła  jej  policzki,  a  oczy  stały  się 

background image

lśniące.  Jej  spragnione  usta  rozchyliły  się.  Przestało  się  liczyć  w  tej  chwili  wszystko  poza 

jednym  -  chciał,  żeby  jęknęła  raz  jeszcze,  chciał  dostrzec  w  oczach  pierwsze  błyski  pasji 

niewinnego ciała.  Myśl o jej czystości i postanowienie, że  nie tknie Melissy, ulotniły się tak 

samo, jak poczucie zagrożenia. 

Wsunął  jedną  dłoń  pod  jej  kark  i  palcami  pieścił  tył  głowy.  Ustami  dotknął  czule  jej 

ciała,  a  język  badał  rankę  na  jedwabnej  skórze.  Pachniała  kwiatami;  zanurzył  twarz  w  jej 

zapachu.  Wolna  ręka  znalazła  zapięcie biustonosza.  Zsunął  ramiączka  i  zdjął  stanik  razem  z 

bluzką.  Była  naga  i  drżąca.  Nie  zamierzał  tego  robić,  ale  pożądanie  zerwało  wędzidła.  Nie 

mógł się  cofnąć. Nie chciał. Była jego. Należała do niego. Powstrzymał  jej  gwałtowny ruch, 

kiedy chciała się zakryć.  

- To będzie nasz sekret, coś, o czym będziemy wiedzieć tylko my dwoje - wyszeptał. 

Jego oczy powędrowały ku piersiom. - Takie wspaniałe, młode - westchnął, nachylając się ku 

nim. Takie słodkie, drżące, tak cudownie kształtne... 

Usta  dotknęły  twardego  koniuszka.  Zesztywniała.  Objął  ją,  a  drugą  ręką  wzbudzał 

słodkie płomienie, błądząc wzdłuż żeber i poniżej piersi, niżej i niżej, aby zapragnęła w bólu 

pełnej  pieszczoty.  Padał  deszcz  i  rozlegały  się  straszliwe  gromy.  Przemoknięte  ubrania  nie 

były żadną przeszkodą, ciała przylgnęły do siebie w dusznym półmroku ruin. 

Rozkoszował  się  wstydliwym  dotknięciem  jej  rąk,  którymi  obejmowała  ramiona  i 

plecy.  Zachwycał  go  jej cichy  jęk  i  krzyk,  kiedy  zbliżał  swoje  usta do  jej  warg,  aż  w  końcu 

rozchylił je pocałunkiem, którego nie można było powstrzymać. 

Wygięła się, napierając swoim ciałem na jego wilgotną skórę, naga pod jego nagością. 

Czuła  twardość  mięśni,  które  dotykały  piersi.  Wbiła  paznokcie  w  jego  plecy,  smakując 

głodnymi ustami pachnący płomień jego otwartych ust. 

-  Ciiii...  -  szepnął,  kiedy  starała  się  coś  powiedzieć.  -  Powiem  ci  jak  to  będzie.  Moje 

ciało i twoje, deszcz wokół nas, dżungla ponad nami. Słodkie zespolenie kobiety i mężczyzny 

tu;  w  pomniku  Majów.  Jak  pierwsza  kobieta  i  pierwszy  mężczyzna  na  ziemi.  Jedynie  las 

usłyszy twój krzyk bolesnej rozkoszy. 

Miękka  głębia  głosu  odurzyła  ją.  Tak,  chciała  tego.  Pragnęła  go.  Wygięła  się,  kiedy 

przesunął dłońmi po jej rozedrganym ciele, dotykając ustami ust w taki sposób, jakiego nigdy 

nie  umiała  sobie  nawet  wymarzyć.  Zapach  liści  palmowych,  pleśni  i  wilgotna  woń  ruin 

współgrały z podnieceniem Diega i jego gorączkową potrzebą spełnienia. 

Patrzyła,  jak  się  rozbiera,  ale  wstyd  spalił  się  w  ogniu  pożądania.  Kiedy  położył  się 

obok, podziwiała jego zgrabną,  smukłą sylwetkę. Pozwolił  jej patrzeć  na siebie, a  nawet był 

dumny ze swojej męskości. Skłonił ją, aby go dotknęła, aby odkryła twardość i płomień jego 

background image

ciała,  kiedy  szeptał,  całował  ją  i  pieścił,  przeciągając  tę  chwilę  w  nieskończoność,  kiedy 

wszelki rozsądek ustąpił miejsca nienasyconej namiętności. 

Dała wszystko, o co prosił, ulegając mu zupełnie. Kiedy nie było odwrotu, popatrzyła 

na niego odważnie i z ufnością, biorąc w siebie nagłe wejście mocnego ciała z jednym tylko, 

niezbyt mocnym refleksem bólu, który znikł pod jego czułym, dumnym wzrokiem. 

-  Dziewica  -  wyszeptał,  a  jego  oczy  lśniły  czernią,  kiedy  ją  wchłaniał  w  siebie. 

Delikatnie,  powoli  kochał  Melissę,  drżąc  z  powstrzymywanego  napięcia.  -  Jesteśmy  razem, 

jesteś cała moja, moja kobieta. 

Powstrzymywała  oddech  czując  to,  co  jej  dawał.  Oczy  traciły  na  chwilę  zdolność 

widzenia, twarz wyrażała zdziwienie, miłość i pożądanie, wszystko naraz. 

- Obejmij mnie - wyszeptał - obejmij mnie mocno, bo za chwilę poczujesz uderzenie 

namiętności  i  będziesz  potrzebowała  mojej  siły.  Obejmij  mocno,  querida,  obejmij  mnie 

szybko, daj mi wszystko, co masz... adorada - szeptał, gdy jego rytm potęgował się i rósł aż 

do szokującego finału. - Melissa mia

Jej  ciało  poszybowało  na  niebotyczną  wysokość,  mięśnie  napięły  się  do  granic 

możliwości.  Krzyknęła,  lecz  on  jęknął  i  zmiażdżył  ją  uściskiem,  zanim  dotknęła  czegoś,  co 

znikło, choć była bardzo blisko. 

Zapłakała,  czując  zawód  i  ból.  Nie  potrafiłaby  wyjaśnić,  dlaczego.  Całował  czule  jej 

twarz, obejmował ją, łagodne oczy patrzyły na nią pytająco. 

- Nie czułaś? - wyszeptał, zmuszając ją do spojrzenia na siebie. 

- Było tak blisko - szepnęła w zapamiętaniu. - Prawie... o! 

Uśmiechnął się ze smutkiem i czułością, wolno podnosząc głowę, aby móc popatrzeć 

jej w oczy. 

- Tak - szepnął. - Tu. I tu... delikatnie, querida. Pocałuj mnie i staraj osiągnąć ten sam 

rytm, tak, querida, tak, tak, teraz... 

Zacisnął  zęby,  czując  jej  ciało,  które dążyło  do  spełnienia.  Kiedy  krzyknęła,  a  potem 

zaczęła  szeptać,  był  gdzieś w swoim piekielnym,  czarnym  niebycie, a potem całą wieczność 

spadał na ziemię, w jej ramiona. 

Leżeli w  lekkim półmroku, zobojętniali na deszcz, nasyceni, cudownie zmęczeni, pod 

jej bluzką i jego koszulą, jak pod mokrym kocem. Co jakiś czas nachylał się, żeby pocałować 

ją  leniwie.  Wargi  miał  miękkie  i  powolne,  uśmiech  subtelny.  Przez  kilka  chwil  nie  było 

przeszłości ani przyszłości, nie było niebezpieczeństwa ani konsekwencji. 

Melissa była poruszona tym, co nastąpiło,  tak bardzo w nim zakochana, że dać się w 

tej  chwili  kochać  wydawało  się  jej  rzeczą  najnaturalniejszą  na  świecie.  Ale  kiedy  zmysły 

background image

ostygły,  poczuła  przerażenie  i  lęk.  O  czym  myślał,  leżąc  tak  spokojnie  obok  niej?  Było  mu 

przykro czy przyjemnie? Winił ją? 

Nagle rzeczywistość uderzyła ich w najokrutniejszy z możliwych sposobów. 

Rżenie  koni  i  donośne  głosy  przedarły  się  przez  grzmoty  i  deszcz  i  grupy  mężczyzn 

znalazła się  nagle w ruinach. Przewodził im ojciec Melissy. Zamarł, widząc ubrania  i dwoje 

ludzi, najwyraźniej kochanków, przykrytych niedbale dwiema koszulami. 

-  Laremos!  Niech  cię  piekło  pochłonie!  -  wybuchnął  Edward  Sterling.  -  Niech  cię 

piekło pochłonie! Coś ty zrobił! 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Melissa  czuła,  że  upokorzenie,  jakiego  doznała  tego  wieczoru,  pozostanie  w  jej 

pamięci do końca życia. Wściekłość ojca, wymuszone poczucie winy Diega,  jej wstyd  i łzy. 

Mężczyźni  szybko opuścili ruiny, ponaglani przez Edwarda Sterlinga, ale Melissa wiedziała, 

że wystarczyło im parę sekund, aby zorientować się, co się stało. 

Edward  Sterling  ruszył  ich  śladem, dając  Melissie  i  Laremosowi  czas  na  ubranie  się. 

Diego milczał. 

Melissa  rzuciła  pełne  nadziei  spojrzenie  ku  jego  twarzy  o  ostrych  rysach,  później 

ruszyła przodem. 

Deszcz przestał padać. Ojciec czekał na zewnątrz, jego ludzie z respektem trzymali się 

z dala. 

- To nie była wyłącznie wina Diega - zaczęła Melissa. 

- Tak, wiem o tym - powiedział ojciec lodowatym tonem. - Znalazłem twoje zapiski i 

list, w którym prosisz Laremosa, żeby się z tobą spotkał. Jak to ujęłaś? - „aby mu dać dowód 

miłości". 

Diego  obrócił  się  w  stronę  Melissy  i  wyrzucił  z  siebie  z  chłodną  wściekłością  w 

oczach: 

- Ukartowałaś to wszystko, a ja jak głupiec dałem się wpędzić w pułapkę. 

-  Przecież  to  niemożliwe.  Jak  mogłam  to  wszystko  zaplanować?  Pościg  guerillas 

także? - spytała, starając się o rzeczowy ton. 

- W takich okolicznościach żaden mężczyzna, który ma choć trochę poczucia honoru, 

nie odmówiłby małżeństwa - powiedział lodowatym tonem Sterling. 

-  A  co  pan  wie  o  honorze?  -  spytał  Diego.  -  Pan,  który  uwiódł  mojemu  ojcu 

narzeczoną, parę dni przed ich ślubem. 

Sterling z trudem pohamował wściekłość. 

-  To  nie  ma  nic  do  rzeczy.  Nie  będę  bronił  zachowania  mojej  córki,  ale  musi  pan 

przyznać, señor Laremos, że nie znalazłaby się w tym kłopotliwym położeniu bez pańskiego 

współudziału. 

Te  słowa  wzburzyły  krew  w  żyłach  Diega,  bo  zarzut  trudno było odeprzeć.  Należało 

go winić w równym stopniu, co Melissę. Znalazł  się w pułapce i  sam zatrzasnął zamek. Nie 

chciał  nawet  na  nią  patrzeć.  Słodkie  interludium,  sny  o  doskonałości,  wszystko  to  zostało 

zniweczone.  Nie  był  w  stanie  powiedzieć,  czy  udźwignie  ten  ciężar,  ale  jakiż  miał  wybór? 

background image

Jeszcze  jedna  plama  na  honorze  rodziny  byłaby  nie  do  zniesienia,  zwłaszcza  dla  babki  i 

siostry. 

-  Nie  mam  zamiaru  uchylać  się  od  odpowiedzialności,  señor  -  powiedział  Diego 

tonem lekceważącej pogardy. - Zapewniam pana, że Melissa znajdzie opiekę. 

Melissa otworzyła usta, chciała się sprzeciwić, ale ojciec i Diego spojrzeli na nią z tak 

jadowitą złością, że nie mogła wydusić z siebie ani słowa. 

Uporano się z partyzantami. Apollo Blain - wysoki, uzbrojony po zęby - wraz z niskim 

żylastym  mężczyzną,  którego  Laremos  nazywał  Pierwszą  Koszulą,  pojawili  się  na  czele 

jeźdźców u wylotu doliny. 

-  Szefie,  wojska  rządowe  są  już  w  pańskiej  posiadłości  -  powiedział,  szczerząc  zęby 

Koszula. 

Apollo zachichotał, skrzyżowawszy muskularne ramiona na łęku siodła. 

-  Robią  panu  porządki,  że  tak  powiem.  Widzę,  że  wyszedł  pan  cało,  szefie.  I  panna 

Sterling również. 

- Dzięki - odpowiedziała z trudem Melissa. 

- Jeśli pan pozwoli, dołączę do moich ludzi. – Diego zwrócił się do Edwarda w sposób 

chłodny  i  formalny.  -  Dołożę  wszelkich  starań,  aby  ślub  mógł  się  odbyć  tak  szybko,  jak  to 

możliwe. 

- Będziemy czekali na wiadomość od pana, señor - uciął Edward. 

Ruszył w stronę swoich jeźdźców spinając konia za plecami Melissy. 

- Chyba żadne wyjaśnienia nie mają już sensu. - Melissa była zbyt słaba i roztrzęsiona, 

aby podnieść wzrok w stronę Diega i jego ludzi. 

-  Rzeczywiście  -  powiedział  ojciec.  -  Mam  nadzieję,  że  kochasz  Laremosa.  A  w 

każdym  razie  będziesz  musiała,  bo  to  on  jest  teraz  panem  sytuacji.  Będzie  nas  nienawidził, 

ciebie  i  mnie,  ale  nie  pozwolę,  żeby  wystawił  cię  na  publiczne  poniżenie.  Nawet  jeśli  to  ty 

nawarzyłaś tego cholernego piwa. 

Łzy  popłynęły  jej  po  policzkach.  Modlitwy,  jej  utęsknione  marzenia  ziściły  się,  ale 

przecież  nie  chciała  usidlić  Diega.  Pragnęła,  aby  ją  pokochał,  by  się  z  nią  ożenił.  I  teraz 

przyszło  spełnienie,  ale  ona  czuła,  że  los  zakpił  z  niej  boleśnie.  Przypomniała  sobie  stare 

powiedzenie: „Uważaj, bo marzenia mogą się ziścić". I dopiero teraz zrozumiała jego sens. 

 

Mijał  tydzień  za  tygodniem.  Melissę  fetowano,  a  i  ona  wydawała  przyjęcie  za 

przyjęciem  z  nieodłączną,  sztywną  señorą  Laremos  i  Juana,  siostrą  Diega,  u  swego  boku. 

Obydwie żywiły niechęć do Melissy, ale starały się robić dobrą minę do złej gry. 

background image

Diego prawie nie odzywał się do Melissy, chyba że było to zupełnie niezbędne. To, że 

jej nienawidził, stawało się coraz bardziej oczywiste. W miarę jak przybliżał się dzień ślubu, 

uzmysławiała  sobie  coraz  wyraźniej,  jaki  fatalny  błąd  popełniła  nie  słuchając  ojca.  Nie 

powinna była wychodzić z domu tamtego deszczowego dnia. 

Ślubny  strój  został  już  wybrany.  Katolicki  kościół  w  Guatemala  City zapełnił  się  po 

brzegi przyjaciółmi  i  pociotkami panny młodej i  pana młodego. Melissa była spięta, zaś pan 

młody  traktował  to  wydarzenie  z  nieukrywaną  nonszalancją.  Składał  słowa  przysięgi  w 

obliczu  ojca  Santiago.  Z  ledwie  ukrytą  wyrazem  sarkazmu  na  twarzy  włożył  obrączkę  na 

palec  Melissy.  Później  uniósł  welon  i  spojrzał  jej  w  oczy  prawie  z  pogardą,  a  kiedy  ją 

całował,  czuła,  że  robi  to raczej  z  obowiązku,  aby  tradycji  stało  się  zadość.  Jego  wargi  były 

zimne  jak  lód.  Potem  poprowadził  ją  od  ołtarza,  wiódł  środkiem  kościoła,  tak  nieczuły  i 

sztywny jak dywan, po którym stąpali. 

Przyjęcie weselne było jednym wielkim koszmarem, wydawało się, że muzyka i tańce 

nigdy się nie skończą. Wreszcie Diego oznajmił gościom, że już pora na niego i na małżonkę. 

Wcześniej  zapowiedział  Melissie,  że  nie  będzie  miodowego  miesiąca,  bo  ma  zbyt  wiele 

pracy.  Odjechali  do  domu,  on,  Melissa,  jego  siostra  i  babka  o  lodowatym  spojrzeniu. 

Spakował  walizki  i  ruszył  w  długą  podróż  do  Europy.  Melissie  brakowało  ojca  i  Estrelli. 

Tęskniła  za  ciepłem  domu.  Ale  przede  wszystkim  było  jej  brak  tego,  którego  niegdyś 

pokochała,  dawnego  Diega.  Ten  Diego,  którego  poślubiła,  wiecznie  zły  i  odpychający, 

wydawał się jej obcym mężczyzną. 

Nie  minęło  sześć  tygodni  od  wyjazdu  Diega,  kiedy  poczuła,  że  dzieje  się  z  nią  coś 

dziwnego,  co  przerodziło  się  w  przerażającą  świadomość:  była  w  ciąży.  Miała  mdłości,  już 

nie  tylko  w  porze  śniadania,  ale  przez  cały  czas.  Ukrywała  swój  stan  przed  babką  i  siostrą 

Diega, ale z czasem stawało się to coraz trudniejsze. 

Zabijała  czas,  chodząc  bez  celu  z  pokoju  do  pokoju,  szukała  sobie  zajęć,  aby  tylko 

zapomnieć.  Nie  pozwalano  jej  uczestniczyć  w  pracach  domowych  ani  usiąść  z  wszystkimi; 

domownicy opuszczali pokój, kiedy się tam pojawiała. Jadała w samotności, bo señorita, aby 

jej  unikać,  zmieniały  codziennie  pory  posiłków.  Ledwie  ją  tolerowano,  obie  kobiety  dawały 

do zrozumienia, jak bardzo jej nie lubią. A Diego ciągle był daleko. 

-  Czy  nie  ma  sposobu,  aby  mnie  pani  polubiła?  -  spytała  któregoś  wieczora  señora 

Laremos,  kiedy  Juana  opuściła  bawialnię,  a  sztywna  dama  szykowała  się,  aby  pójść  w  jej 

ślady. 

Señora  przeszyła  ją 

spojrzeniem  ciemnych  zimnych 

oczu, 

tak  bardzo 

przypominających wzrok Diega, że Melissę przeszły ciarki. 

background image

- Nie jesteś tu mile widziana. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę? - wycedziła starsza 

pani. - Mój wnuk cię nie chce, my też. Pozbawiłaś nas honoru, tak jak wcześniej twoja matka. 

Melissa spuściła głowę. 

- To nie była moja wina - powiedziała drżącym głosem. - Nie tylko moja. 

-  Gdyby  nie  upór  twojego  ojca,  Diego  potraktowałby  cię  tak  jak  inne  kobiety,  które 

okazywały mu względy. Byłabyś sowicie wynagrodzona... 

- Co pani na ma myśli? - spytała Melissa, czując, jak pryskają złudzenia i jak pęka jej 

serce na wzmiankę o innych kobietach w życiu Diega. 

- Zostałabyś wyposażona  na  całe życie, dostałabyś samochód, futro z norek - mówiła 

chłodno señora, dumnie wyciągając szyję. 

- Proszę, niech pani mówi dalej, niech mnie pani poniża. Nic nie jest w stanie zmienić 

faktu, że jestem żoną Diega. 

-  Posłuchaj,  mój  mały  kotku  z  tupetem.  -  Starszą  panią  wstrząsnął  gniew.  - 

Wystarczająco  wiele  zgryzot  przysporzyła  mi  wasza  rodzina  jeszcze  przed  tobą.  Gardzę 

wami! 

Melissa przyjęła to ze spokojem. 

-  Tak,  wiem  -  powiedziała  z  dumą.  -  Boże  uchowaj,  abym  tak  traktowała  gości  pod 

moim dachem. Nie na próżno odebrałam staranne wychowanie - syknęła jadowicie. 

Twarz  señory  oblał  rumieniec.  Bez  słowa  wyszła  z  pokoju,  a  potem  unikała  Melisy 

jeszcze staranniej. 

Melissa zaniechała prób zbliżenia. Może gdyby Diego miał czas przywyknąć do nowej 

sytuacji,  wszystko  potoczyłoby  się  inaczej.  Wierzyła,  że  da  się  ubłagać.  I  że  uprosi  go,  aby 

dał jej szansę stania się jego prawdziwą żoną. 

Na  razie  mdłości  dokuczały  coraz  bardziej  i  wiedziała,  że  wkrótce  musi  pójść  do 

lekarza.  Z  dnia  na  dzień  stawała  się  bledsza.  Tak  blada,  że  Juana,  ryzykując  gniew  babki, 

wślizgnęła się do jej pokoju pewnego wieczoru, pytając, jak się czuje. 

-  Wyglądasz  tak  źle,  Melisso.  Tak  bym  chciała,  żeby  wszystko  ułożyło  się  inaczej. 

Diego...  rozłożyła  ręce...  jest  jaki  jest.  A  babce  otworzyły  się  stare  rany  przez  samą  twoją 

obecność tutaj. 

- Dobrze to rozumiem - powiedziała cicho Melissa, siląc się na uśmiech. 

- Czy mogę ci w czymś pomóc? - Juana westchnęła. 

- W każdym razie dziękuję za życzliwość. - Melissa potrząsnęła głową. 

Juana otworzyła drzwi, zawahała się przez moment. 

- Babcia ci tego nie powtórzy, ale dzwonił Diego. Jutro wraca. Myślę, że chciałabyś o 

background image

tym wiedzieć. 

Znikła  tak  szybko,  jak  się  pojawiła.  Melissa  rozejrzała  się  po  swoim  pokoju, 

schludnym,  pełnym  starych,  ciemnych  mebli.  W  żadnym  wypadku  nie  mógł  uchodzić  za 

sypialnię pana domu. Zastanawiała się, czy Diego w ogóle zdobędzie się  na to, aby sypiać  z 

nią w jednym pokoju. I chciała, żeby na razie pozostało tak, jak jest, by nie dowiedział się o 

dziecku. 

Prawie  nie  spała  tej  nocy,  zastanawiając  się,  jak  to  będzie,  kiedy  go  znów  zobaczy. 

Zaspała  następnego  dnia  i  po  raz  pierwszy  poczuła,  że  nie  dokuczają  jej mdłości.  Zeszła  na 

dół.  Siedział  przy  stole,  na  honorowym  miejscu.  Tym  razem  cała  rodzina  zebrała  się  przy 

śniadaniu. 

Serce  skoczyło  jej  do  gardła  na  jego  widok.  Miał  na  sobie  lekki,  biały  garnitur  z 

tropiku,  który  podkreślał  jego  ciemną  karnację,  natomiast  sam  Diego  wyglądał  na 

zmęczonego. Spojrzał na nią, kiedy wchodziła. Wtedy poczuła, że lejąca się sukienka z szarej 

krepy  to  nie  był  dobry  pomysł.  Wydawała  się  odpowiednia  na  tę  okazję,  ale  teraz  czuła  się 

tak,  jakby  stała  przed  nim  naga.  Juana  ubrana  była  w  prostą,  perkalową  spódnicę  i  białą 

bluzkę, señora zaś wybrała spokojny, ciemny strój. 

Wzrok  Diega  nie  zdradzał  specjalnego  zainteresowania.  Przywitał  ją  w  sposób 

formalny. 

Señora Laremos. Jak się czujesz? 

Nic  się  nie  zmieniło,  to było  oczywiste.  Dalej  ją  obwiniał.  Nienawidził  jej. Nosiła  w 

sobie jego dziecko, była tego prawie pewna, ale jak mogła mu o tym powiedzieć? Podeszła do 

stołu, szybko usiadła, tak daleko od innych, na ile pozwalał dobry ton. 

-  Witam  w  domu,  señor  -  powiedziała  opanowana.  Tygodnie  chłodnej  kurtuazji  i 

wrogości  odcisnęły  na  niej  swoje  piętno.  Siedziała  blada  i  cicha,  a  Diego  wydawał  się 

poruszony  jej  wyglądem.  Później  jednak  powróciły  wspomnienia.  Usidliła  go.  Nie  był  w 

stanie  o  tym  zapomnieć.  Najpierw  Sheila,  później  Melissa.  Sterlingowie  dwukrotnie  gorzko 

zakpili z honoru Laremosów. 

Mimo wszystko nie wygląda najlepiej, pomyślał. Señora Laremos również zauważyła 

to  szczególne  zachowanie  swojego  nie  chcianego  domownika,  ale  nie  zamierzała  zrobić 

pierwszego kroku. Ta dziewczyna była ich przekleństwem. Nawet służący szeptali po kątach, 

w jak dwuznacznej sytuacji ich przyłapano. 

- Jesteśmy już po śniadaniu, Melisso - powiedziała, siląc się na uprzejmość. - Ale jeśli 

chcesz, Carisa przyniesie ci coś do jedzenia. 

-  Dziękuję,  señora,  wystarczy  mi  kawa.  -  Sięgnęła  po  srebrny  dzbanek,  na  próżno 

background image

starając  się  opanować drżenie  rąk.  Juana  zagryzła  wargi  i  odwróciła  wzrok.  Diego dostrzegł 

reakcję siostry. Zaczął sobie wyobrażać, co musiała przejść Melissa. Dotychczas myślał tylko 

o  tym,  jak  się  uwolnić  od  sztucznej  intymności,  którą  zmuszony  był  dzielić  z  żoną.  Teraz 

zaczął się zastanawiać, jakie przyjęcie zgotowali Melissie i uświadomił sobie z przerażeniem, 

że to jego chłód narzucił ton. 

- Schudłaś - powiedział nieoczekiwanie. - Nie dopisuje ci apetyt? 

-  Dziękuję,  wszystko  w  porządku,  señor.  -  Przełknęła  łyk  kawy  ze  wzrokiem 

utkwionym w filiżance. 

-  Powinnaś  się  położyć,  Melisso  -  powiedziała  z  zakłopotaniem  babka.  -  Nie 

wyglądasz najlepiej. 

Melissa nie zaprotestowała. 

-  Jak  pani  sobie  życzy,  señora  -  odpowiedziała  bezwiednie.  Wstała  od  stołu  i  nie 

spojrzawszy na nikogo, ruszyła długim, wyłożonym dywanami holem do swojego pokoju. 

Diego zasępił się. Słuchał z roztargnieniem opowieści babki o tym, co się  wydarzyło 

na folwarku podczas jego nieobecności. Myślami był z Melissa. 

- Od jak dawna jest w takim stanie? - przerwał nagle. 

Juana już otwierała usta, ale babka uciszyła ją. 

- Przecież przygarnęliśmy ją pod nasz dach, pomimo okoliczności, w jakich doszło do 

waszego związku - powiedziała wyniośle. - Ona widać woli swoje towarzystwo. 

- Przepraszam - przerwała Juana, gwałtownie wstała od stołu i z gniewną dezaprobatą 

na twarzy znikła za drzwiami. 

Diego  dopił  kawę  i  poszedł  do  pokoju  Melissy.  Ale  kiedy  zbliżał  się  do  drzwi, 

zawahał  się.  Sytuacja  była  napięta.  Nie  chciał  jej  zaostrzać.  Cofnął  rękę  z  klamki.  Będzie 

jeszcze wiele okazji, żeby z nią porozmawiać, pomyślał. 

Interesy  zaprzątnęły  go  bez  reszty.  Melissa  widywała  go  w  przelocie,  kiedy  właśnie 

wychodził  albo  szykował  się  do  wyjścia.  Nie  zbliżał  się  do  niej,  a  jeśli  już,  to  po  to,  żeby 

zapytać,  jak  się  czuje,  albo  ukłonić  się  i  odejść.  Przez  cały  dzień  siedziała  w  pokoju  i 

popatrywała  przez  okno.  Tace  z  posiłkami  przynosiła  Carisa.  Nawet  ciąża  wydawała  się 

czymś  nierzeczywistym,  mimo  że  zdawała  sobie  sprawę,  iż  prędzej  czy  później  będzie 

musiała zobaczyć się z lekarzem. 

Kiedy  Diego  zdecydował  się  ją  odwiedzić,  za  oknem  szalała  ulewa.  Zagnał  właśnie 

bydło  i  wyglądał  na  zmęczonego.  W  ciemnych,  szerokich  spodniach  i  rozchełstanej  białej 

koszuli,  z kropelkami deszczu na mokrych włosach wyglądał jak klasyczny Latynos, męski i 

bosko ponętny. 

background image

-  Czy  nie  możesz  choć  trochę  pobyć  z  nami?  -  spytał  bez  ogródek.  -  Moja  babka 

uważa, że mocno przesadzasz w swojej niechęci. 

-  Ona  mnie  nienawidzi  -  odpowiedziała  mechanicznie,  ze  wzrokiem  utkwionym  w 

mroku za szybą. - Ty też. 

-  Oczekiwałaś,  że  odnajdziesz  we  mnie  czułego  małżonka  po  tym  wszystkim,  co  się 

stało? - Twarz Diega stężała. 

-  Nie  wiem,  na  co  liczyłam.  Żyłam  marzeniami.  Spełniły  się,  a  ja  zrozumiałam,  że 

rzeczywistość  lubi  okłamywać.  Lepiej  by  się  stało,  gdybym  wyjechała  do  Ameryki.  Nie 

powinnam się zgodzić... Powinnam cię powstrzymać. 

Poczuł przypływ ślepego gniewu. 

-  Powstrzymać  mnie?  -  Jego  tubalny  głos  zadźwięczał  w  ciszy  pokoju.  -  Przecież  to 

był twój cholerny plan! 

Podniosła oczy. 

-  Ale  to  ty  się  zapomniałeś  -  powiedziała  cicho  tonem  przygany.  -  Nie  musiałeś 

kochać się ze mną. 

Tego  było  za  wiele.  Zaczął  w  szale  wściekłości  wyrzucać  z  siebie  bezładnie 

hiszpańskie słowa, jakby zabrakło mu angielskich. 

-  Już  dobrze  -  powiedziała,  wstając  niepewnie.  -  W  porządku,  to  była  moja  wina, 

wyłącznie moja. Chciałam cię usidlić i powiodło się, a teraz obydwoje płacimy za moje błędy. 

-  Jej  przezroczyste  oczy  prosiły  o  litość,  ale  nie  znalazły  zrozumienia.  -  Nie  potrafię  nawet 

wypowiedzieć,  jak  strasznie  mi  przykro,  jak  bardzo  cię  błagam  o  wybaczenie.  Ale  zrozum, 

Diego, nie mamy szans na rozwód. Musimy jakoś ułożyć sobie życie. 

- Naprawdę tak myślisz? - spytał unosząc głowę. 

Zbliżyła  się  do  niego,  w  ostatnim  desperackim  wysiłku,  aby  przełamać  dzielący  ich 

dystans.  Łagodne  oczy  szukały  jego  wzroku.  Wyglądała  młodo  i  bardzo  pociągająco, 

rozbrajała  go,  była  coraz  bliżej,  czuł  zapach  perfum  i  ciepło  jej  ciała.  Nagle  zawirowały 

wspomnienia i poczuł, że słabnie. 

Wyczuła,  że  w  jakiś  sposób  staje  się  jej  uległy.  Dodało  jej  to  odwagi.  Wyciągnęła 

ręce,  położyła  mu  na  piersi,  czując  chłód  skóry  i  miękką  plątaninę  włosów,  kryjącą  mocne 

mięśnie. 

- Diego, jesteśmy mężem i żoną - wyszeptała. 

Odrzucił głowę i zesztywniał. Nie, powiedział w duchu, nie omota go po raz drugi. 

-  Za  każdym  razem,  kiedy  mnie  pani  dotyka,  señora  Laremos,  czuję  wstręt  - 

powiedział  lodowato.  -  Wolałbym  do  końca  życia  sypiać  sam,  niż  dzielić  z  tobą  łoże. Jesteś 

background image

odpychająca. 

Spojrzała  na  niego  oczami  zranionej  łani.  „Wstręt".  „Jesteś  odpychająca".  Nie  mogła 

tego  słuchać  dłużej.  Łzy  stanęły  jej  w  oczach.  Z  grymasem  bólu  na  twarzy  rzuciła  się  do 

drzwi, które zostawił uchylone, biegła korytarzem z rozwianymi włosami. Kiedy przemykała 

w  stronę  drzwi  wyjściowych,  czuła  na  sobie  spojrzenia  kobiet  obserwujących  ją  bacznie  z 

bawialni. 

Dom  był  piętrowy,  położony  na  skarpie,  z  szerokim  gankiem.  Wyrosły  przed  nią 

kamienne  schody  wiodące  w  dół.  Ślepa  od  łez,  w  strugach  deszczu,  straciła  równowagę. 

Kiedy runęła głową w dół, w ciemność, nie czuła ulewy ani bólu. Tępe uderzenie wstrząsnęło 

nią. Gdzieś w oddali męski głos złorzeczył i przeklinał, zdawało się, że już poza zasięgiem jej 

świadomości. 

Doszła  do  siebie  w  szpitalu,  otoczona  postaciami  w  białych  fartuchach.  Dyżurny 

lekarz  był  Amerykaninem,  młodym,  jasnowłosym,  o  niebieskich  oczach  i  przyjaznym 

uśmiechu. 

- No, nareszcie - powiedział łagodnie, kiedy drgnęła i otworzyła oczy. - Lekki wstrząs, 

byliśmy o włos od poronienia. 

- Jestem w ciąży? - spytała sennie. 

- Gdzieś od dwóch i pół miesiąca - przytaknął. - Miła niespodzianka? 

-  Chciałabym,  żeby  tak  było  -  westchnęła.  -  Niech  pan  nie  mówi  o  tym  mężowi, 

zgoda? Wystarczająco wiele nerwów już go to kosztowało - dodała, dobrze odgrywając swoją 

rolę przed młodym mężczyzną. Nie chciała, aby Diego dowiedział się o dziecku. 

-  Przykro  mi,  ale  musiałem  go  uprzedzić,  że  ciąża  jest  zagrożona  -  powiedział 

przepraszająco.  –  Kiedy  tu  panią  przywieziono,  była  pani  w  bardzo  złym  stanie.  To 

prawdziwy  cud,  że  nie  straciła  pani  dziecka,  i  mimo  wszystko  chciałbym,  aby  na  wszelki 

wypadek przeszła pani serię badań. 

Wybuchnęła  płaczem.  Wszystko  powróciło:  jej  małżeństwo  na  siłę,  nienawiść  jego 

rodziny, jego nienawiść. 

-  Nie  chcę,  aby  się  dowiedział,  że  dziecko  zostało  uratowane  -  błagała.  -  Zaklinam 

pana, nie wolno panu powiedzieć mu o tym, nie wolno! Nie mogę tu zostać, nie mogę urodzić 

dziecka otoczona murem nienawiści. Zabiorą mi je i nigdy już go nie zobaczę. Nie zdaje sobie 

pan sprawy, jak oni nienawidzą mnie i mojej rodziny. 

- Przecież nie mogę go okłamać - westchnął ciężko. 

- Nie wymagam tego od pana - powiedziała. - Jeśli rano będę mogła opuścić szpital, a 

pan nie będzie z nim rozmawiał, powiem mu, że dziecka nie udało się uratować. 

background image

- Przecież nie mogę go okłamać - powtórzył lekarz. 

Wzięła głęboki oddech. Teraz poczuła ból. 

- Ale może pan z nim nie rozmawiać? 

- Postaram się być dla niego nieuchwytny - obiecał. - Ale jeśli mnie spyta, będę musiał 

powiedzieć mu całą prawdę. To mój obowiązek. 

-  Czy  wyznanie  pacjenta,  tak  jak  spowiedź,  nie  jest  otoczone  tajemnicą?  -  zapytała  z 

gorzkim uśmiechem. 

-  Jest,  ale  kłamstwo  to  co  innego.  Zresztą  nie  potrafię  udawać  -  powiedział.  -  Łatwo 

mnie przejrzy. 

- W porządku - wyszeptała. - Mniejsza o to. 

Zawahał się przez sekundę. Potem pochylił się nad nią, zbadał głowę. Mocno zabolała. 

Po  kilku  minutach  przyniósł  coś  na  uśmierzenie  bólu  i  kazał  przewieźć  ją  do  separatki  z 

całonocną opieką. 

Zastanawiała  się,  czy  Diego  przyjdzie  ją  odwiedzić.  Później  pogrążona  w  półśnie, 

zobaczyła go przy łóżku. Głos Diega był dziwnie matowy. 

- Jak się czujesz? - spytał. 

- Powiedzieli mi, że wyjdę z tego cało - odpowiedziała, odwracając od niego głowę. 

Zanurzył  ręce  głęboko  w  kieszeniach  i  popatrzył  na  nią  z  przeraźliwym  smutkiem  w 

oczach, smutkiem, którego jeszcze nie znała. 

-  Tak  mi  przykro...  z  powodu  dziecka  -  powiedział  sztywno.  -  Jedna  z  sióstr 

powiedziała,  że  lekarz,  który  się  tobą  opiekuje...  wspominał,  iż  w  czasie  upadku  doznałaś 

ciężkich obrażeń. Nie zdawałem sobie sprawy, że w grę wchodzi dziecko - dodał powoli. 

-  Nie  musisz  się  o  nie  więcej  kłopotać  - powiedziała  głucho.  -  Oszczędzę  ci  kolejnej 

pułapki. Nienawidziłbyś myśli, że dziecko dodatkowo wiąże cię ze mną. 

Wpatrywał  się  w  nią  w  milczeniu.  Usidliła  go,  to  była  jej  wina,  ale  żal  mu  było 

dziecka,  czuł  się  za  to  odpowiedzialny.  Spojrzał  z  politowaniem  na  jej  blade  rysy,  na 

podrapaną twarz. Zmieniła się nie do poznania. Postarzała się o lata. 

Zamyślił  się.  Czyż  ona  sama  nie  ściągnęła  na  siebie  tego  wszystkiego?  Pragnęła  go 

poślubić, ale nie wzięła pod uwagę jego uczuć. Zmusiła go do ożenku, o rozwodzie nie może 

być  mowy.  Żal  nie  wygasł  i  trudno  było  przypuszczać,  że  zdobędzie  się  na  to,  aby  jej 

wybaczyć. Ale teraz przez jakiś czas będzie musiał się nią opiekować. W porządku, jutro coś 

wymyśli. Może wyśle ją na Barbados, do swojej posiadłości. Niech tam wydobrzeje. 

Nie mógł zasnąć, zastanawiał się, co robić dalej. A kiedy poszedł ją zobaczyć, okazało 

się, że to ona sama rozwiązała jego problemy. Znikła... 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Melissa otworzyła oczy i zaraz je zamknęła. Poruszyła gwałtownie głową, aby móc na 

niego  spojrzeć.  Zatrzymała  wzrok  na  twarzy  Diega  i  nagle  ze  wzdrygnięciem  przymknęła 

powieki. Wyprostował się i odwrócił, aby przywołać pielęgniarkę. Kiedy wychodził z pokoju, 

myślał o tym, że wyraz jej twarzy świadczy nie o tym, że przebudziła się z koszmarnego snu, 

lecz przeciwnie: że obudziła się w koszmarze. 

Kiedy oczy Melissy otworzyły się znowu, stał przed nią cień w ostrej bieli i sprawdzał 

coś fachowo, używając czegoś nieprzyjemnie zimnego i metalowego. 

- W porządku - mruknął męski głos - bardzo dobrze. Wraca do siebie - zwrócił się do 

ubranej na biało kobiety, która stała za nim. 

Melissa próbowała unieść rękę. 

- Pro...sze - jej głos brzmiał ochryple i obco. - Muszę jechać do domu. 

- Obawiam się, że jeszcze nie w tej chwili - powiedział uprzejmie, z uśmiechem. 

Oblizała wargi. Były wyschnięte. 

- Matthew - wyszeptała - mój chłopczyk. U sąsiadki. Oni nie wiedzą... 

- Proszę odpoczywać, pani  Laremos. Ma pani za  sobą ciężką  noc... -  Lekarz zawahał 

się. 

- Niech pan tak do mnie nie mówi! - zaprotestowała. - Nazywam się Melissa Sterling. 

Lekarz chciał dodać, że jej mąż stoi właśnie za drzwiami, ale wyraz twarzy pacjentki 

powstrzymał go. Powiedział coś do pielęgniarki i szybko wyszedł do holu. 

Diego przechadzał się tam i z powrotem i palił jak smok. 

- Jak się czuje? - zapytał bez wstępów. 

-  Ciągle  jeszcze  jest  w  szoku  -  powiedział  lekarz, opierając się  o  ścianę  i  zakładając 

ręce. - Ale jest pewien problem - zawahał się, ponieważ wiedział od Diega, że są z Melissa od 

kilku  lat  w  separacji.  Nie  miał  pojęcia,  czy  ojcem  dziecka  jest  jej  mąż,  czy  ktoś  inny. 

Odchrząknął. - Żona martwi się o dziecko. Zdaje się, że jest ono u sąsiadki. 

Diego  poczuł,  że  sztywnieje.  Dziecko.  Na  chwilę,  straszną  chwilę,  zawładnęła  nim 

myśl, że było to jego dziecko. Ale przypomniał sobie, że Melissa poroniła i że następna ciąża 

była wykluczona przed jej wyjazdem z farmy. Spali ze sobą tylko raz. 

Znaczy to, że Melissa była z innym mężczyzną. I że zaszła w ciążę. Że nie on, Diego, 

był  ojcem.  Poczuł  do  niej  wściekłą  nienawiść.  Zapewne  jej  zemsta  była  usprawiedliwiona. 

Prawdę powiedziawszy, zmienił życie Melissy w piekło przez krótki czas ich małżeństwa. A 

background image

teraz ona brała rewanż. Zraniła go najmocniej, jak tylko się dało. 

Musiał  stoczyć  ze  sobą  walkę,  żeby  nie  odwrócić  się  na  pięcie  i  nie  odejść.  Ale 

rozsądek  przeważył.  Dziecko  nie  mogło  odpowiadać  za  zbieg  okoliczności.  Jest  zapewne 

samotne i przerażone. 

-  Gdyby  pan  mógł  ustalić,  gdzie  ono  jest,  zająłbym  się  nim  -  powiedział  sztywno.  - 

Melissa wydobrzeje? 

-  Myślę,  że  tak.  Najgorsze  już  za  nią.  Miała  silny  krwotok  wewnętrzny.  Ma  także 

poszarpane  ścięgna.  Będzie  się  to  goić  przynajmniej  miesiąc.  Musieliśmy  usunąć  jajnik,  ale 

drugi jest w porządku. Może jeszcze mieć dzieci. 

Diego nie patrzył na lekarza. Patrzył na drzwi do pokoju Melissy. 

- Ile lat ma dziecko? 

- Nie wiem. Czy to ma znaczenie? 

Diego otrząsnął  się. To, o czym myślał, było mało prawdopodobne. Straciła dziecko, 

które jej dał. Wzięli ją do szpitala po bolesnym upadku i lekarz powiedział mu wtedy, że małe 

są nadzieje na donoszenie ciąży. Niemożliwe, żeby obydwoje kłamali. 

-  Postaram  się  dowiedzieć  czegoś  o  miejscu  pobytu  dziecka  -  powiedział  lekarz  do 

Diega.  -  Nie  ma  sensu,  żeby  pan  tu  czekał.  Jutro  pacjentka  będzie  znacznie  bardziej 

przytomna. I wtedy może ją pan odwiedzić. 

Diego chciał mu powiedzieć, że jeśli Melissa odzyska przytomność, nie będzie chciała 

widzieć go w ogóle. Ale wzruszył jedynie ramionami i skinął głową na znak zgody. 

Zostawił numer telefonu w pokoju pielęgniarek i wrócił do hotelu. Był zadowolony, że 

znajduje  się  w  klimatyzowanym  apartamencie,  a  nie  w  dusznym  upale  w  Tucson,  gdzie 

opowiadano żartem, że kiedy złoczyńca z pobliskiej Yumy umarł i poszedł do piekła, rodzina 

posłała mu z domu koce. 

Jego  myśli  powędrowały  z  powrotem  ku  Melissie  i  jej  szpitalnemu  łóżku  i  ku 

wyrazowi  jej  twarzy,  kiedy  go  zobaczyła.  Ukryła  się  bardzo dobrze.  Wykorzystał  wszystkie 

swoje znajomości i kontakty, wszystkie pieniądze, jakie miał, aby ją odnaleźć - bez rezultatu. 

Zatarła  za  sobą  ślady.  Właściwie  dlaczego  miał  jej  to  za  złe  ?  Traktował  ją  okrutnie,  a  ona 

była zaledwie dziewczynką, która go uwielbiała. 

Ale  Diego  rozmyślał  o  dziecku  z  trudną  do  pohamowania  wściekłością.  Byli  ciągle 

małżeństwem  i  mimo  niewierności  nie  mogło  być  mowy  o  rozwodzie.  Melissa,  katoliczka, 

odrzuciłaby takie rozwiązanie, podobnie jak on. 

Wyrwał  go  z  tych  rozmyślań  nagły  dzwonek  telefonu.  Telefonował  lekarz,  któremu 

udało się ustalić nazwisko i adres sąsiadki, opiekującej się synem Melissy. 

background image

Po  godzinie  wchodził  do  przyjemnego  salonu  w  domu  Henrietty  Grady  na  tej  samej 

ulicy, przy której według informacji szpitala mieszkała także Melissa. 

- Taka słodka dziewczyna - powiedziała pani Grady. - I Matthew bardzo grzeczny. Nie 

mam własnych dzieci, wie pan, Melissa i Matthew właściwie mnie zaadoptowali. 

-  Jestem  przekonany, że  pani  przyjaźń  ma  ogromne  znaczenie  dla  Melissy  -  odrzekł, 

nie chcąc wchodzić w szczegóły na temat małżeństwa. - Chłopiec... 

- Oto on. Jak się masz, dziecinko? 

Diego  urwał  na  widok  zadbanego  chłopca,  który  zaspany  wkroczył  do  salonu  w 

piżamce. 

-  Wszystko  w  porządku,  babciu  Grady  -  powiedział,  wdrapując  się  na  jej  kolana  i 

patrząc na wysokiego, ciemnego mężczyznę z wyraźnym zaciekawieniem. 

- Kto ty jesteś? - zapytał. 

Diego  patrzył  na  niego  z  zimnym  gniewem.  Kimkolwiek  był  kochanek  Melissy, 

musiał  mieć  w  sobie  trochę  krwi  hiszpańskiej.  Chłopiec  miał  ciemnoblond  włosy,  oliwkową 

cerę  i  brązowe  oczy.  Był  czarującym  dzieckiem  ze  szczupłą,  ciemną,  śmiejącą  się  buzią. 

Wyglądał  na  cztery  latka. Znaczyło to, że wierność Melissy  trwała zaledwie tygodnie, może 

miesiące, zanim pojawił się inny mężczyzna. 

-  Jestem  Matthew  -  powiedział  do  Diega.  -  Moja  mamusia  wyjechała.  Jesteś  moim 

tatą? 

Diego nie był pewien, czy potrafi się odezwać. 

-  Jestem  mężem  twojej  mamy  -  powiedział  krótko.  -  Twoja  mama  wyzdrowieje.  Jest 

lekko ranna. Wkrótce wróci do domu. 

- Dokąd pójdzie Matt? - zapytał grzecznie chłopiec. 

Diego  westchnął.  Nie  przypuszczał,  że  wypadek  Melissy  wpłynie  tak  bardzo  na  jego 

własne  życie.  Był  za  nią  odpowiedzialny,  dopóki  Melissa  nie  wydobrzeje,  podobnie  jak  był 

odpowiedzialny za dziecko. To była kwestia honoru i chociaż jego własny ucierpiał bardzo w 

przeszłości, honor był ciągle częścią jego osobowości. 

-  Ty  i  twoja  mama  zamieszkacie  ze  mną  -  powiedział  sztywno  -  ale  tymczasem 

będziesz mógł zostać tutaj. - Zwrócił się do pani Grady: - Czy możemy tak się umówić? Będę 

musiał spędzić sporo czasu w szpitalu, zanim zdołam przywieźć Melissę do domu, a nie ma 

sensu przenosić go z miejsca na miejsce częściej niż trzeba. 

- Oczywiście - powiedziała pani Grady bez sprzeciwu. 

- Zostawię pani numer telefonu w moim hotelu i w szpitalu na wypadek, gdyby mnie 

pani  potrzebowała.  -  Wyjął  książeczkę  czekową.  -  Proszę  nie  oponować  -  powiedział 

background image

spostrzegłszy,  że  waha  się,  czy  przyjąć  pieniądze.  -  Gdyby  nie  pani,  Melissa  z  pewnością 

musiałaby  wynająć  opiekunkę  do  dziecka.  Dlatego  nalegam,  aby  pozwoliła  pani  sobie 

zapłacić. 

- Zrobiłabym to tak czy owak - powiedziała. 

- Tak, czułem to. - Uśmiechnął się i wypisał czek. 

-  Czy  Matt  będzie  mieszkać  z  tobą  i  mamą?  -  spytał  Matthew  spokojnie, 

zrezygnowanym tonem. 

Diego podniósł wzrok. 

- Tak - powiedział oschle. - Przez jakiś czas. 

- Moja mamusia będzie za mną tęsknić, jeśli jest chora. Czy mogę ją odwiedzić? 

Ciemne, pełne łez oczy dziecka budziły wzruszenie. Diego całe lata uczył się ukrywać 

emocje. A mimo to ciągle miał z tym problemy, zwłaszcza w takich chwilach. 

-  Doktor  opiekuje  się  twoją  matką  bardzo  starannie.  Niedługo  będziesz  mógł  ją 

odwiedzić. Obiecuję. 

- Kocham mamę - powiedział Matthew. – Chodzi ze mną wszędzie i kupuje mi lody. I 

pozwala mi spać ze sobą, kiedy się boję. 

Pani  Grady  spostrzegła,  że  twarz  Diega  stała  się  jeszcze  bardziej  obca  niż  przedtem. 

Jak  to  możliwe,  że  Melissa  wyszła  za  mąż  za  takiego  zimnego  typa,  człowieka,  którego  nie 

wzruszały nawet łzy własnego dziecka? 

-  Słuchaj,  przecież  jest  film  rysunkowy,  a  ty  zaraz  idziesz  spać  -  powiedziała  pani 

Grady  i  szybko  włączyła  telewizor  na  film  z  Kubusiem  Puchatkiem.  Chłopiec  rozsiadł  się 

wygodnie w fotelu. 

Gracias - powiedział Diego, kiedy chłopiec ukłonił mu się z szacunkiem. - Opowiem 

Melissie o pani dobroci dla jej synka. 

Pani Grady starała się nie pokazać po sobie, że ją zamurowało. 

- Proszę mi wybaczyć, ale Matthew jest oczywiście także pańskim synkiem? 

Wyraz  jego  oczu  sprawił,  że  pożałowała  pytania.  Odprowadziła  go  prędko  do drzwi, 

mówiąc coś bez sensu. 

- Mam nadzieję, że z Melissa wszystko będzie dobrze - powiedziała. 

-  Tak.  Ja  też  mam  taką  nadzieję.  -  Diego  odwrócił  się,  żeby  jeszcze  raz  spojrzeć  na 

chłopca,  który  oglądał  telewizję.  Nie  lubił  dziecka  Melissy.  Przyjechał  tu  ze  względu  na 

poczucie  obowiązku  i  honor.  Czuł  się  zdradzony  raz  jeszcze  i  nie  miał  pojęcia,  jak  zniesie 

tego dzieciaka. 

Wrócił  do  szpitala  i  zatrzymał  się  przed  drzwiami  izolatki  Melissy,  przekonując 

background image

samego siebie, że denerwowanie jej w tej chwili nie ma sensu. Po chwili zapukał i wkroczył 

bezceremonialnie  -  wysoki,  elegancki,  starając  się  panować  nad  sobą.  Melissa 

prawdopodobnie nie wiedziała, co czuł, kiedy po raz pierwszy zniknęła ze szpitala, ani w jaki 

sposób  męczyło  go  poczucie  winy.  Poszukiwał  jej,  i  gdyby  ją  znalazł,  dołożyłby  wszelkich 

starań,  aby  małżeństwo  funkcjonowało  normalnie.  Ze  względu  na  honor  rodziny  postarałby 

się ją przekonać, iż jest nadzwyczaj zadowolony. A potem mieliby więcej dzieci i znaleźliby 

jakiś  sposób  na  wspólne  życie.  Ale  wszystko  to mieściło  się  w  sferze  przypuszczeń,  a  teraz 

był tu i musiał stawić czoło przyszłości. 

Jednego  był  pewien  -  nigdy  więcej  nie  będzie  jej  mógł  zaufać.  Miłość  to  słowo, 

którego  nie  znał.  Zbliżył  się  do  tego  stanu,  zanim  Melissa  zmusiła  go  do  nie  chcianego 

małżeństwa. Ale unicestwiła to delikatne uczucie w zarodku, a on uodpornił się przez lata na 

kobiece  kłamstwa.  Ale  w  jaki  sposób  ma  teraz ukryć  swoją  wzgardę  i  złość,  kiedy  Matthew 

każdego dnia będzie mu przypominać zdradę? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Melissa  patrzyła  na  Diega,  który  stał  w  drzwiach.  Była  oszołomiona  środkami 

znieczulającymi,  ale  nic  nie  mogło  osłabić  jej  reakcji  na  pierwsze  od  pięciu  lat  spotkanie  z 

mężem. 

Wiele  lat  temu  tęskniła  do  niego.  Ale  wspomnienie  obojętności  oraz  nienawiści  jego 

rodziny  zabiły  w  jej  sercu  to  uczucie.  Wydoroślała.  Była  bezradna,  nie  mogła  ryzykować 

ujawnienia  prawdy  o  chłopczyku,  bo  wiedziała  bardzo  dobrze,  że  Diego  odrzuci  ją 

bezlitośnie. Raz już to zrobił. 

Otworzyła oczy raz jeszcze - był teraz bliżej, a twarz miał nieprzeniknioną jak zawsze. 

Poczuła  zapach  wody  kolońskiej.  Przeszył  ją  dreszcz.  Pamiętała  czysty  aromat  perfum  oraz 

zachwycający  dotyk  jego  twardych  ust.  Wąsy  wyglądały  obco,  były  bardzo  czarne  i  gęste, 

podobnie  jak  pofalowana,  starannie  utrzymana  fryzura  nad  ciemną  twarzą.  Był  starszy,  to 

prawda i nawet trochę bardziej muskularny. Ale to był Diego. 

- Melissa - wypowiedział śpiewnie jej imię. 

- Diego. 

- Jak się czujesz? 

Zastanawiała się,  jak  go odnaleźli, dlaczego się z  nim skontaktowali.  Dotknęła czoła, 

starając się coś sobie przypomnieć. 

- To był wypadek lotniczy - wyszeptała. 

-  Postaraj  się  nie  myśleć  o  tym  teraz.  -  Stał  nad  nią,  trzymając  ręce  głęboko  w 

kieszeniach. 

I nagle przypomniała sobie: 

- Matthew, och nie, Matthew! 

- Ostrożnie - powiedział miękko i pomógł jej oprzeć się na poduszkach. - Twój syn ma 

się  bardzo  dobrze,  odwiedziłem  go.  -  Patrzyła  nań  wyczekująco.  Ale  on  nie  powiedział  o 

dziecku nic więcej. 

- Poprosiłem panią Grady, żeby został u niej, dopóki nie poczujesz się na tyle dobrze, 

aby stąd wyjść. 

- To bardzo uprzejmie z twojej strony - powiedziała. 

-  Będziesz  niezdolna  do  pracy  przez  sześć  tygodni.  A  pani  Grady  przypuszcza,  że 

masz poważne kłopoty finansowe. 

Zamknęła oczy, ponieważ naszła ją fala mdłości. 

background image

- Na wiosnę miałam zapalenie płuc. Zostałam z rachunkami... 

-  Czy  pani  mnie  słyszy,  pani  Laremos?  -  zapytał,  akcentując  starannie  nazwisko 

małżeńskie, o którym wiedział, że go nienawidzi. - Jest pani niezdolna do pracy. I dopóty tak 

będzie, wraz z dzieckiem pozostanie pani ze mną. 

- Nie. - Otwarła oczy. 

- To już postanowione - powiedział lekceważącym tonem. 

- Nie pojadę do Gwatemali, Diego - powiedziała  z nieoczekiwaną mocą. Dawniej mu 

się nie sprzeciwiała. Podniósł głowę, patrząc na nią z góry. 

-  Do  Chicago,  nie  do  Gwatemali  -  odparł  spokojnie.  -  Stan  spoczynku,  w  który 

przeszedłem,  wycofując  się  z  dawnej  działalności,  zaczyna  mnie  nudzić.  -  Wzruszył 

ramionami.  -  Nie  potrzebuję  tak  bardzo  pieniędzy,  ale  Apollo  Blain  zaoferował  mi  pracę 

konsultanta i mam już mieszkanie w Chicago. 

Apollo. To było znajome imię. Pamiętała najemników, z którymi Diego związał się w 

swoim czasie. 

- On miał kłopoty, był na bakier z prawem... 

-  Nie,  to  już  przeszłość.  Bronił  go  J.D.Brettman  i  wygrał  sprawę.  Apollo  prowadzi 

teraz  swój  własny  biznes  i  większość  grupy  pracuje  dla  niego..  Jest  ostatnim  kawalerem  z 

tego towarzystwa. Pozostali się pożenili. Nawet Koszula. 

- Koszula ożenił się? - Przełknęła ślinę. 

- Z wdową sekutnicą. Nie do wiary, prawda? Trzy lata temu jeździłem do Teksasu na 

ślub. 

- Bardzo się cieszę - powiedziała w napięciu. - Miło wiedzieć, że pewni ludzie patrzą 

na małżeństwo jak na szczęśliwy finał, a nie jak na pewną śmierć. 

Jego oczy zwęziły się i znieruchomiały. 

-  Oglądanie  się  w  przeszłość  niczego  nie  załatwi  -  powiedział  w  końcu.  -  Obydwoje 

musimy  się  od  niej  oderwać.  Nie  mogę  opuścić  cię  w  takiej  chwili,  a  pani  Grady  raczej  nie 

będzie w stanie zajmować się tobą i dbać o twego syna. 

Zwróciła uwagę  na akcent, z  jakim mówił o Matthew. Musiał być przekonany,  że  go 

zdradziła. A ona nie miała innego wyjścia, jak tylko utrzymywać go w tym przekonaniu. 

- A ty jesteś w stanie? 

- To kwestia honoru - powiedział sucho. 

- Oczywiście, honoru - rzuciła ze znużeniem i poruszyła się, czując rwący ból. - Mam 

nadzieję,  że  potrafię  wpoić  dziecku,  że  honor  i  duma  nie  są  tak  ważne,  jak  współczucie  i 

miłość. 

background image

-  Kim  jest  jego  ojciec,  Melisso?  -  spytał  ostro.  Nie  chciał  o  to pytać,  ale  słowa  same 

utorowały sobie drogę. - Czyje jest to dziecko? 

-  To  moje  dziecko  -  powiedziała  z  oburzeniem.  -  Kiedy  mnie  odtrąciłeś,  straciłeś 

wszelkie  prawa  do  narzucania  mi  czegokolwiek.  Nic  ci  do  tego,  kto  jest  jego  ojcem.  Nie 

chciałeś mnie, być może zechciał mnie ktoś inny. - Odwróciła głowę. 

Zagotowało się w nim, ale nie odpowiedział. Uderzyła w jego najsłabszy punkt. 

- Nie można zmienić tego, co się stało - powiedział raz jeszcze i popatrzył przez okno. 

Melissa nie potrafiła opanować emocji, które wywołał w niej ten łagodny, brzmiący z 

hiszpańska  głos.  Nie  mogła  zaspokoić  dręczącego  ją  ciągle  głodu  jego  miłości.  Ale  nie  dała 

tego po sobie poznać. 

- Dlaczego skontaktowali się z tobą? - Patrzyła na jego delikatne dłonie. 

- Miałaś w portfelu metrykę ślubu. To dziwne, że nosiłaś ją przy sobie. Nienawidziłaś 

mnie przecież w chwili wyjazdu z Gwatemali. 

- W takim samym stopniu, jak ty nienawidziłeś mnie, Diego - powiedziała zmęczona. 

Jego  serce  zareagowało  na  dźwięk  imienia  w  jej  ustach.  Wyszeptała  je  tamtego 

deszczowego popołudnia w górach, potem wyjęczała je, a jeszcze później wykrzyczała. 

- Tak przynajmniej to wyglądało, prawda? - powiedział  i odwrócił się poirytowany. - 

Niemniej jednak starałem się odnaleźć cię - rzekł twardo - ale nie po to, aby ci pomóc. 

- Nie sądziłam, że będziesz mnie szukać. Nie przypuszczałam, żeby obchodziło cię to, 

iż  wyjechałam,  skoro  straciłam  dziecko  -  powiedziała,  brnąc  dalej  w  kłamstwo.  -  A  to  było 

jedyne, co miało dla ciebie jakąkolwiek wartość w naszym małżeństwie. 

Odwrócił  głowę. Nie powiedział  jej  całej  prawdy o spustoszeniu, jakie  spowodowało 

w nim jej odejście. 

- Byłaś moją żoną - powiedział lekceważąco. - Byłem za ciebie odpowiedzialny. 

- Tak - zgodziła się. - Tylko to. Niemiły obowiązek. - Skrzywiła się, walcząc z bólem, 

ponieważ działanie zastrzyku powoli mijało. Jej łagodne, szare oczy  szukały twarzy Diega. - 

Nigdy mnie nie chciałeś inaczej, jak tylko w jeden sposób. A po ślubie nawet i tego nie. 

To nie była prawda. Nie mogła wiedzieć, jak musiał ze sobą walczyć, aby trzymać się 

z  dala  od  jej  sypialni.  Podniecała  go  nawet  teraz.  Ale  zmusił  się  do  zachowania  dystansu. 

Obcość  i  kąśliwe  uwagi  były  częścią  gry,  która  miała  trzymać  Melissę  z  dala  od  jego  serca. 

Zawsze  był  samotny  i  wolny.  Miłość  była  rodzajem  więzienia,  niewoli.  Nie  chciał  tego. 

Nawet małżeństwo nie zmieniło jego poglądów. Przynajmniej nie na początku. 

-  Wolność  była  dla  mnie  rodzajem  religii  -  powiedział.  -  Nie  przewidziałem,  że 

pewnego  dnia  będę  musiał  z  niej  zrezygnować.  Małżeństwa  nigdy  nie  uważałem  za  stan 

background image

pożądany. 

-  Nauczyłam  się  tego  -  odparła  i  skrzywiła  się,  opierając  na  poduszce.  -  Co  oni  mi 

zrobili? Niczego mi nie mówią. 

-  Operowali  cię,  żeby  zatamować  krwotok  wewnętrzny.  -  Stał  nad  nią  z  lekko 

pochyloną  głową.  -  Masz  też  poszarpane  ścięgna  w  nodze  i  będzie  cię  to  bolało,  dopóki  się 

nie zagoi. I jeszcze mniejsze obrażenia. Musieli usunąć jeden z jajników, ale lekarz mówi, że 

możesz jeszcze mieć dzieci. 

- Nie chcę więcej dzieci. - Zarumieniła się. 

-  Nie  ma  wątpliwości,  że  to  jedno,  z  którym  zostawił  cię  kochanek,  wystarczy, 

prawda? 

Chciała go uderzyć. Jej oczy dziko zapłonęły, wstrzymała oddech. 

- Boże, nienawidzę cię - wysyczała, a na jej twarzy odmalował się nowy grymas bólu. 

Zignorował ten atak. 

- Czy potrzebujesz środka przeciwbólowego? - zapytał niespodziewanie. 

Chciała powiedzieć, że nie. Ale nie mogła. 

-  Zajrzę  do  pielęgniarki,  kiedy  będę  wychodzić.  Muszę  zająć  się  ubraniami  dla 

Matthew. 

-  Zapomniałam.  Ubrania  Matthew  są  w  wysokiej  skrzyni  z  szufladami  w  moim 

mieszkaniu. 

- A klucz? - spytał. 

-  W  mojej  torebce.  -  Nie  chciała  Diega  w  mieszkaniu.  Nie  było  tam  widocznych 

śladów  przeszłości,  ale  mógł  zauważyć  coś,  co  przeoczyła.  Ale  Matthew  był  przecież 

ważniejszy. 

Podał  jej  torebkę,  wziął  klucze  i  włożył  żałosny,  plastykowy  pulares  z  powrotem  do 

jej szafki. Obraz jej strojów był również przygnębiający. Zamknął oczy. Bolało go, że jest tak 

biedna. Diego wiedział o bankructwie ojca Melissy, który wkrótce potem umarł. 

Mieszkanie,  które zajmowała wspólnie z Matthew, było równie biedne  jak ubrania w 

szpitalnej szafce. Właścicielka domu przyglądała mu się z podejrzliwością i zaciekawieniem, 

dopóki nie wyjął książeczki czekowej i nie zapytał, ile jest jej winna jego żona. 

Diego odnalazł plastykowy worek, w którym było dość rzeczy, aby Matthew miał się 

w  co  ubierać  przez  następnych  kilka  dni.  Ale  już  wiedział,  że  będzie  musiał  zrobić  trochę 

zakupów. Tych kilka dziecięcych szmatek wyglądało tak, jak gdyby pochodziły z wyprzedaży 

ubrań ofiarowanych na cele dobroczynne.  

Zajrzał  do  drugiej  komódki,  żeby  wyjąć  szlafrok  i  trochę  bielizny  Melissy,  ale 

background image

zatrzymał się, znalazłszy tam małą fotografię. Wziął ją delikatnie do rąk. Było to jego zdjęcie, 

to, które Melissa zrobiła mu wiele  lat temu. Siedział  na  jednym ze swoich ogierów. Miał  na 

głowie  panamę,  ubrany  był  w  ciemne  spodnie  i  białą  rozpiętą  koszulę.  Widać  było  pod  nią 

brązową  pierś  i  mech  czarnych  włosów.  Uśmiechał  się  do  niej  pochylony  nad  końskim 

karkiem  i  gładził  falującą  grzywę.  Na  odwrocie  było  napisane:  Diego,  okolice  Atitlan. 

Brakowało daty, ale fotografia była zniszczona i pognieciona, jak gdyby Melissa nosiła ją bez 

przerwy ze sobą. Pamiętał dzień, w którym została zrobiona. Było to tuż przed ich spotkaniem 

w ruinach Majów. 

Włożył  ją  powoli  pod  szlafrok  i  znalazł  jeszcze  coś.  Książeczkę  z  powkładanymi 

między  kartki  kwiatami  i  skrawkami  papieru  oraz  srebrną,  cienką  zakładkę.  Rozpoznał 

niektóre  pamiątki.  Kwiatki  dawał  jej  od  czasu  do  czasu,  zrywając  je  po  drodze,  kiedy 

spacerowali  razem  po  polach.  Na  kawałkach  papieru  gryzmolił  dla  niej  różne  rzeczy, 

zwłaszcza hiszpańskie słowa, których starała się  nauczyć.  Zakładkę do książki podarował jej 

na osiemnaste urodziny. 

Zmarszczył  brwi.  Dlaczego  przechowywała  te  przedmioty  tyle  lat?  Położył  je  z 

powrotem  tam,  gdzie  były  i  przykrył  delikatnie  sukienką,  zostawiając  szufladę  w  takim 

porządku, w jakim ją zastał. Starał się nie myśleć o tym znalezisku. 

Na  zakupy  wybrał  się  następnego  ranka.  Znał  wymiary  Melissy,  ale  musiał 

zatelefonować do pani Grady w sprawie rozmiarów Matthew. Nie czuł się  najlepiej, kupując 

ubranka dla dziecka innego mężczyzny, ale podszedł w końcu także do stoiska z zabawkami. 

Twarz  Matthew,  kiedy  położył  pakunki  na  sofie  w mieszkaniu  pani  Grady,  wyrażała 

wielką radość. Diego uśmiechnął  się bezradnie, kiedy chłopiec z nie ukrywanym szczęściem 

wydobywał klocki i zabawki elektryczne oraz małego, zdalnie sterowanego robota. 

-  On  ma  tak  mało  rzeczy.  A  to,  co  ma,  jest  takie  skromne  -  westchnęła  pani  Grady, 

przyglądając  się  z  uśmiechem,  jak  chłopiec  bierze  jedną  zabawkę  po  drugiej,  siadając  w 

końcu na podłodze z małym, skomputeryzowanym misiem, który mówił. 

Diego  przyglądał  się  chłopczykowi  i  poczuł  nagle  głęboki  żal,  że  za  jego  sprawą 

Melissa  poroniła.  Pamiętał  z  przerażającą  jasnością,  co  jej  powiedział  tej  nocy,  zanim 

wybiegła  na  deszcz  i  spadła  ze  schodów  w  wilgotną  ciemność.  Dios,  czy  nigdy  tego  nie 

zapomni? Odwrócił się. 

- Muszę iść. Melissa potrzebuje czystej odzieży. Wezmę sukienki do szpitala. 

- Jak ona się czuje? 

- Dużo lepiej. Lekarz mówi, że będę mógł zabrać ją do domu za kilka dni. - Spojrzał 

na  przysadzistą  kobietę.  -  Matthew  pojedzie  z  nami  do  Chicago.  Wiem, że  będzie  za  panią 

background image

tęsknić. Melissa i ja jesteśmy pani wdzięczni za opiekę, jaką go pani otacza. 

-  Dziękuję  panu  za  zabawki  -  powiedział  Matthew,  który  znalazł  się  nagle  u  stóp 

Diega.  Wyciągnął  ręce,  aby  mężczyzna  go  podniósł:  był  przyzwyczajony  do  serdeczności 

dorosłych. Ale wysoki pan zesztywniał  i popatrzył z  niechęcią. Matthew cofnął  się, a radość 

w  jego  oczach  ustąpiła  miejsca  chwilowej  niepewności.  Diego  czuł  wzgardę  dla  samego 

siebie. Jak mógł potraktować dziecko z takim chłodem! W czym Matthew zawinił? Odwrócił 

się do drzwi, unikając wzroku pani Grady, która patrzyła z dezaprobatą. Pożegnał się i szybko 

wyszedł. 

W szpitalu Melissa z pomocą pielęgniarki przymierzyła jedną z pastelowych sukienek, 

które  jej  przyniósł...  Była  zachwycona  różową,  z  gorsetem  i  tasiemkami,  i  pomyślała,  że 

byłaby  bardzo  szczęśliwa,  gdyby  w  przeszłości  Diego  kupił  jej  cokolwiek.  Ale  on  zrobił  to 

teraz z litości, a nie z miłości. 

-  Nie  powinieneś  wydawać  tak  wiele...  -  Sukienka  była  z  jedwabiu,  nie  z  taniej 

tkaniny. 

Wzruszył ramionami. 

- Przez pewien czas będziesz to nosić - powiedział. - Kupiłem trochę rzeczy dla twego 

syna - dodał niechętnie. - I jakieś zabawki. 

Łzy napłynęły jej do oczu. 

-  Dziękuję,  że  to  dla  niego  zrobiłeś  -  powiedziała  spokojnie.  -  Nie  mogłam  mu  dać 

zbyt wiele. Nigdy nie miałam pieniędzy na zabawki. 

Siedziała  teraz  podparta  na  łóżku,  miała  świeżo  umyte  włosy.  Loki  spadały  na 

zarumienione  policzki.  Jest  urocza,  myślał,  patrząc  na  nią.  Jej  kształty  i  linie  stały  się 

znacznie bardziej kobiece. Oczy zwęziły mu się na widok jej różowych, pełnych piersi. 

Zarumieniła się jeszcze bardziej i chciała podciągnąć prześcieradło, ale jego szczupła, 

ciemna ręka przeszkodziła temu. 

- Nie trzeba, Melisso - powiedział cicho. - Zapewne  nie sądzisz, że chciałbym w tych 

okolicznościach cokolwiek ci sugerować? 

Zmieniła pozycję. 

-  Nie,  oczywiście,  że  nie.  -  Westchnęła.  -  Nie  spodziewałam  się,  że  kupisz  mi  nowe 

sukienki  -  powiedziała  z  nadzieją,  że  zmieni  temat.  Nie  lubiła  tego  typu  spojrzeń.  -  Nie 

mogłeś u mnie żadnych znaleźć? - I przypomniała sobie nagle z bólem, co znajdowało się w 

szufladzie pod sukienkami. 

- Jeden rzut oka na rzeczy w komódce przekonał mnie, że nie nadają się do niczego - 

powiedział niedbale. - A te ci się nie podobają? 

background image

-  Są  bardzo  piękne  -  rzuciła.  Były  z  jedwabiu,  a  mogła  sobie  pozwolić  zaledwie  na 

bawełnę. Oczywiście, podobały jej się, ale skąd ten gest? 

-  Czy  tak  jest  od  twego  przyjazdu  do  Ameryki?  -  spytał,  patrząc  na  nią.  -  Miałaś 

trudności? 

Nie lubiła takich pytań. Patrzyła na swoje złożone ręce. 

- Pieniądze to nie wszystko - powiedziała. 

-  Ale  ich  brak  -  owszem  -  odparł  i  wstał  z  fotela,  patrząc  zamyślonymi  oczami.  -  A 

ojciec chłopca nie mógł ci pomóc? 

Zacisnęła zęby. To było nie do zniesienia. 

- Nie, nie można  go było niepokoić - powiedziała zwięźle. - A ty nie  musisz być taki 

obłudny i oskarżycielska Diego. Nie sądziłam ani przez moment, że spędziłeś ostatnie pięć lat 

bez kobiety. 

Nie odpowiedział. 

- Czy Matthew widział swego ojca? - zapytał z naciskiem. 

Nie miała odwagi odpowiedzieć. 

-  Zdaję  sobie  sprawę,  że  nie  lubisz  Matthew,  ale  mam  nadzieję,  że  nie  zamierzasz 

wyładowywać na nim swojej złości. 

Popatrzył na nią. 

- Myślisz, że mógłbym tak potraktować dziecko? 

- Sama byłam prawie dzieckiem - przypomniała. 

- Ty i ta twoja pełna jadu rodzina traktowaliście mnie w taki sposób bez skrupułów. 

-  Tak  -  przyznał  nad  wyraz  uprzejmie.  Włożył  ręce  do  kieszeni  i  popatrzył  na  nią  z 

uwagą. - Moja babka zupełnie się załamała, kiedy zniknęłaś. Powiedziała mi wtedy, jak byłaś 

traktowana. Było to dla mnie coś w rodzaju szoku. 

Zanim Melissa mogła zareagować  na  jego nieoczekiwane wyznanie, drzwi otworzyły 

się i weszła pielęgniarka z kolacją. Uśmiechnęła się do Diega i postawiła tacę przed Melissa. 

- Jesz tak mało - powiedział Diego, kiedy ledwo co skubnęła. 

Siedział  z  wdziękiem  koło  okna,  trzymając  nogę  na  nodze.  Był  bardzo 

latynoamerykański i nieskazitelnie ubrany, jak zawsze. Musiała oderwać wzrok, zanim wyraz 

jej twarzy mógłby mu zdradzić, jak bardzo jest dla niej ciągle atrakcyjny. 

- Nie jestem zbyt głodna. 

-  Nie  zjadłabyś  porządnego  steku  z  grzybami  i  cebulką,  chiquita?  -  spytał  z  miłym 

spojrzeniem, pierwszym od chwili, kiedy zobaczyła go w tym pokoju. - I frytek, i chleba? 

- Stop - jęknęła. 

background image

-  Myślę,  że  to  jedzenie  nie  jest  zbyt  atrakcyjne.  Kiedy  stąd  wyjdziesz,  zadbam,  abyś 

jadła, co należy. - Uśmiechnął się. 

- Mam pracę - zaczęła. 

-  Której  nie  będziesz  mogła  wykonywać,  dopóki  nie  poczujesz  się  całkiem  dobrze  - 

przypomniał. - Porozmawiam z twoim pracodawcą. 

-  To  nic  nie  pomoże.  Nie  mogą  pozwolić  sobie  na  trzymanie  miejsca  przez  sześć 

tygodni. - Westchnęła. 

- Nie ma nikogo, kto mógłby cię zastąpić? 

- Jest. - Pomyślała o swoim młodym, pełnym entuzjazmu asystencie. 

- Nie będzie więc problemu. 

Popatrzyła na niego, wypijając ostatni łyk mleka. 

-  Nie  zgodzę  się,  żebyś  mnie  zabrał  -  powiedziała.  -  Wdzięczna  ci  jestem  za  pomoc, 

ale nie chcę już być twoją żoną. 

-  Ja  też  tego  nie  chcę,  Melisso  -  powiedział  lekceważącym  tonem,  siląc  się  na 

obojętność.  -  Ale  na  razie  nie  mamy  wyjścia.  A  co do  rozwodu  -  wzruszył  ramionami  -  nie 

wchodzi  w  grę.  Ale  możemy  żyć  w  separacji  lub  może  uda  się  znaleźć  jakieś  inne 

rozwiązanie, kiedy będziesz już zdrowa. Oczywiście zaopiekuję się tobą i dzieckiem. 

- To nie Gwatemala. W Ameryce  kobiety mają takie  same prawa jak mężczyźni. Nie 

jesteśmy niczyją własnością. W pełni odpowiadam za Matthew i siebie. Mogę zarobić. 

Jego ciemne brwi uniosły się nieco. 

-  Rzeczywiście?  I  dlatego  znalazłem  cię  w  skrajnej  biedzie  wraz  z  dzieckiem,  które 

nosi używane ubranka i nie ma ani jednej nowej zabawki? 

Zapragnęła nagle wyskoczyć z łóżka i zdzielić go tacą po głowie. 

- Nie zamieszkam z tobą! Wzruszył ramionami. 

- Więc co zrobisz, niña? - zapytał. 

Zastanowiła  się  nad  tym  przez  chwilę,  przełykając  łzy  bezsilnej  wściekłości.  I  z 

ciężkim westchnieniem opadła na poduszkę. 

- Nie wiem - powiedziała szczerze. 

- To będzie tylko tymczasowe rozwiązanie - przypomniał. - Zanim nie wydobrzejesz. 

Chicago  na  pewno  ci  się  spodoba  Jest  tam  jezioro,  plaża  i  wiele  miejsc,  które  mogą 

zainteresować chłopca. 

- Matt i ja dostaniemy tam w zimie zapalenia płuc. Żadne z nas nie było poza Arizoną 

w ciągu ostatnich pię... poprawiła się szybko - trzech lat. 

Nie zauważył pomyłki. Przyglądał się  jej  szczupłemu ciału. Nawet dziś pojawiała  się 

background image

obsesyjnie  w  jego  snach  i  marzeniach.  Tak,  bardzo  kochał  Melissę,  ale  zdołał  zabić  całą 

miłość  do  niej.  Kiedyś  był  pewien,  że  pragnęła  go  kochać,  ale  teraz  nie  mógł  mieć  do  niej 

pretensji o powściągliwość. A  jego własne uczucia kipiały od chwili,  kiedy dowiedział się o 

dziecku. 

- Jest wiosna - mruknął. - Do zimy wiele może się zdarzyć. 

- Nie będę mieszkać w Gwatemali, Diego - powtórzyła. - I na pewno nie z twoją babką 

ani siostrą. W żadnym wypadku. 

Pogładził ją nerwowo po głowie. 

-  Moja  babka  mieszka  teraz  ze  swoją  siostrą  na  Barbados  -  powiedział.  -  I  ciągle 

żałuje,  że  nie została  prababką,  którą byłaby,  gdyby  nie  trudny  do  zniesienia  chłód,  którym 

cię otoczyliśmy. A moja siostra wyszła za mąż i mieszka w Meksyku. 

-  Wiedzą,  że  tu  przyjechałeś?  -  zapytała,  udając  obojętność.  Señora  była  okrutna  i 

Juana również, choć w inny sposób. 

-  Dzwoniłem  do  obydwu  wczoraj  wieczorem.  Przesyłają  ci  pozdrowienia.  Być  może 

pewnego dnia będą mogły przeprosić cię za złe traktowanie. 

-  Juana  starała  się  być  uprzejma  -  powiedziała,  wyciągając  nitkę  z  prześcieradła.  -  A 

babka  nie. Sądzę, że mogłabym zrozumieć, jak  się czuła, ale to w  niczym  nie ułatwiłoby mi 

przebywania tam. 

- I oskarżasz mnie, że pozostawiłem cię na jej łasce? - Prawda? 

-  Tak.  W  gruncie  rzeczy  tak  -  powtórzyła  patrząc  w  górę. -  Nigdy  nie  pozwoliłeś  mi 

niczego wyjaśnić. Automatycznie oskarżyłeś mnie  na podstawie przypadkowych dowodów i 

zmusiłeś, bym za to zapłaciła, co - jak sądziłeś -  zrobiłam. I zapłaciłam - dodała lodowatym 

głosem. - Nigdy ci nie powiem jak. 

-  Ale  zemściłaś  się,  prawda?  -  zwrócił  się  do  niej  z  równie  lodowatym  uśmiechem. - 

Wzięłaś sobie kochanka i jesteś matką jego dziecka. 

Zmusiła się do uśmiechu. 

-  Umiesz  dociekać  prawdy,  Diego  -  powiedziała  delikatnie.  -  Podziwiam  łatwość,  z 

jaką odczytujesz cudze myśli. 

- Żałuję, że nie miałem tych umiejętności wtedy, kiedy opuszczałaś szpital. Tego dnia, 

kiedy zniknęłaś, był zamach stanu i wiele osób zginęło. 

Kiedy  mówił,  dostrzegła  w  jego  oczach  błysk  emocji.  Nie  spostrzegła  wcześniej,  że 

wyglądał na bardzo zmęczonego. Na jego szczupłej twarzy pojawiły się zmarszczki. 

Ten  obcy,  uprzejmy  pan  w  niczym  nie  przypominał  mężczyzny,  którego  znała  z 

Gwatemali. Zmienił się nie do poznania. Ale to, co powiedział, zaczęło wreszcie docierać do 

background image

jej świadomości. Drgnęła. 

- Czy dużo osób zginęło? - spytała nagle. 

-  W  czasie  zamachu  zdarzyło  się  kilka  pojedynczych  wypadków.  Jednego  z  ciał  nie 

można było zidentyfikować. Była to młoda dziewczyna, blondynka. 

- Myślałeś, że to ja? - krzyknęła. 

Odetchnął głęboko. Mógł odpowiedzieć dopiero po dłuższej chwili. 

- Tak, myślałem, że to ty. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Ciche wyznanie Diega oszołomiło Melissę. Oczywiście, wiedziała o zamachu. Trudno 

było nie wiedzieć. Ale przecież myślała tylko o  tym, żeby uciec. Zataiła miejsce pobytu, nie 

przypuszczając, że Diego mógłby pomyśleć, iż to ją dotknęło nieszczęście. Myślała jedynie o 

tym, jak ukryć przed nim ciążę. 

- Naprawdę nie przypuszczałam, że cię to obchodzi. 

-  Obchodzi?  -  obruszył  się,  a  spojrzenie  jego  ciemnych  oczu  przypomniało  tamto, 

które tak dobrze zapamiętała. Kiedy była podlotkiem, sprawiało, że nawet żaden z  jego ludzi 

nie  mógł  mu  się  sprzeciwić.  Twarz  Diega  stężała,  oczy  nabrały  koloru  stali.  -  Czy  mam  ci 

dokładnie opisać, jak wyglądała tamta dziewczyna? 

Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. 

-  Mogę  sobie  wyobrazić  -  powiedziała.  -  Ale  skąd  mogłam  wiedzieć,  że  ma  to  dla 

ciebie jakiekolwiek znaczenie? Jak się o wszystkim dowiedziałeś? 

- Twój ojciec mi powiedział. Udało ci się sprytnie schronić w Stanach Zjednoczonych. 

Moi ludzie nie potrafili wpaść na twój trop. 

Pragnęła mu zadać dużo więcej pytań, ale pora nie była ku temu stosowna. Co innego 

zaprzątało  jej myśli. Przede wszystkim,  jak teraz  będą żyli razem,  kiedy  jeszcze całkiem  nie 

wydobrzała? I najważniejsze: jak uchronić przed nim Matthew? 

-  Nie  chcę  jechać  z  tobą.  -  Postawiła  sprawę  jasno.  -  Pojadę,  bo  nie  mam  innego 

wyboru.  Ale  nie  oczekuj,  że  będę  całowała  ślady  twoich  stóp,  tak  jak  to  miałam  kiedyś  w 

zwyczaju. Od pięciu lat przestałam żyć marzeniami. 

- A ja  ledwie  zacząłem - odpowiedział  miękkim,  łagodnym tonem. Przyjrzał się  jej z 

uwagą. - Może to lepiej, że spotkaliśmy się znów właśnie teraz. Jesteś wystarczająco dojrzała, 

aby zobaczyć  we mnie mężczyznę, a nie odbicie  swoich snów. Wrócę niebawem. Muszę się 

zająć Matthew - powiedział. 

-  Powiedz mu,  że  go  kocham,  powiedz,  jak  bardzo  za  nim  tęsknię,  i że  już  niedługo 

wrócę do domu, dobrze? 

-  Oczywiście  -  zawahał  się,  czując  niezręczność  sytuacji.  -  Dziecko  tęskni  za  tobą  - 

uśmiechnął się kącikami ust. - Enamorada - westchnął głęboko. - Gdybyś wiedziała, jak puste 

były te lata... 

Niespodziewanie otworzyły się drzwi. Weszła pielęgniarka, żeby zajrzeć, czy Melissa 

daje  znaki  życia.  Diego  uśmiechnął  na  ten  widok,  lekko  zmieszany  i  z  wymówką,  że  już  na 

background image

niego  pora,  opuścił  pokój.  Melissa  ścisnęła  w  dłoni  chusteczkę,  myśląc  już  tylko  o  tym,  by 

wreszcie wypłakać się do woli. 

Była  wdzięczna,  że  Diego  wyszedł,  bo  wyraz  jego  czarnych  oczu  przywoływał 

najbardziej bolesne ze wspomnień. Nadal jej pożądał, ten wzrok nie mógł kłamać, nawet jeśli 

nie  kochał  jej  i  nie  ufał.  Może  to  powinno  jej  wystarczyć,  ale  nie  wystarczyłoby  Matthew. 

Matthew zasługiwał na to, żeby mieć prawdziwego ojca, a nie chłodnego opiekuna. Z drugiej 

strony,  gdyby  powiedziała  Diegowi  prawdę,  mogłaby  na  zawsze  utracić  syna,  szczególnie 

teraz,  kiedy  nie  miała  siły  o  niego  walczyć.  Musi  jakoś  przeczekać.  Na  razie  uwolni  się  od 

nieustannych kłopotów finansowych. A to już było coś. 

 

Kilka  dni  później  Melissa  opuściła  szpital  i  Diego  zabrał  ją  do  hotelu,  w  którym  się 

zatrzymał.  Wynajął  samolot,  aby  następnego  dnia  przewieźć  ją  do  Chicago.  Właściwie 

wdzięczna mu była za te luksusy. 

Błagała,  żeby  to ona  mogła  odebrać Matthew  od pani  Grady,  ale  postawił  na  swoim. 

Była osłabiona, a on  nalegał. Tak więc poszedł po chłopca, a ona odpoczywała  na  jednym  z 

wielkich podwójnych łóżek wspaniałego hotelowego apartamentu, obolała i wściekła. 

Zaledwie  po  kilku  minutach  drzwi  otworzyły  się  i  Matthew  biegł  w  jej  kierunku, 

płacząc  i  śmiejąc  się,  a  później  przywarł  do  jej  piersi,  objął  ją  i  szybko  starał  się  coś 

powiedzieć poprzez łzy. 

-  Mój  syneczku.  -  Uniosła  się  łagodnie,  gładziła  jego  kasztanowe  loki  i  wzdychała 

cicho. Szwy krępowały ruchy, ale nie zważała na ból. 

Diego  obserwował  czułą  scenę,  wpatrzony  w  jej  jasne  włosy  nad  ciemną  czupryną 

dziecka.  Był  zazdrosny  o  chłopca,  a  jeszcze  bardziej  o  jego  ojca.  Nienawidził  myśli  o  ciele 

Melissy w objęciach innego mężczyzny, w łóżku innego mężczyzny. 

Melissa  wybuchnęła  śmiechem,  kiedy  Matt  wyciągnął  do  niej  misia  i  zabawka 

przemówiła elektronicznym głosem. 

- Miły jest, co? - pytał wzrok Matta. - Mój... twój... to znaczy ten pan mi go kupił. 

- Diego - podpowiedziała Melissa. 

-  Diego  -  powtórzył  Matthew.  Skierował  wzrok  na  wysokiego  mężczyznę,  który 

milczał.  Matt  nie  był  pewien,  czy  lubi  Diega,  czy  nie,  ale  czuł,  że  wysoki  mężczyzna  z 

pewnością  nie  lubi  jego.  Będzie  bardzo  trudno  zamieszkać  z  kimś,  kto  okazuje  tak  mało 

ciepła. 

Melissa dotknęła bladych, chudych policzków chłopca. 

- Musisz się trochę opalić - powiedziała cicho. Za dużo czasu spędzasz w domu. 

background image

Diego  odstawił  bagaże,  podciągnął  zasłony,  zanurzył  się  w  fotelu,  stojącym  obok 

stolika przy oknie i zapalił cienkie cygaro. 

- Wynająłem opiekunkę dla Matthew - powiedział. - Będzie zabierała go do parku albo 

na plażę. 

Melissa objęła mocno syna. 

- Nie - powiedziała stanowczo. - Jeśli będzie chodził dokądkolwiek, to ze mną. 

Diego  podniósł  brwi.  To  nie  jest  zdrowy  stosunek  matki  do dziecka.  Chłopiec,  który 

się kurczowo trzyma maminego fartucha, raczej nie może wyrosnąć na silnego mężczyznę. 

Założywszy nogę na nogę, palił cygaro, a jego wzrok kontrolował kobietę i dziecko. 

- Skażesz go na przebywanie w czterech ścianach i na własne towarzystwo? 

Usiadła na łóżku, poprawiając poduszki za plecami. 

- Już wkrótce wstanę, wkrótce będę na nogach - zaprotestowała. 

-  O  tak  -  potwierdził  dobrotliwie,  obserwując,  jak  zmaga  się  z  własną  słabością.  - 

Potrafisz już sama usiąść. 

- I mogę nawet chodzić. - Posłała mu najcieplejsze spojrzenie. 

- Podtrzymam cię, mamo - zapewnił Matt. – Jestem bardzo silny. 

-  Tak,  wiem  o  tym,  kochanie  -  powiedziała  głosem  pełnym  miłości.  Mężczyzna 

siedzący  w  fotelu  poczuł,  jak  wzbiera  w  nim  gniew  na  widok  kobiety,  darzącej  takim 

uczuciem dziecko obcego mężczyzny. 

- Co chcielibyście na obiad? - przerwał nagle, podnosząc się z fotela. 

- Dla mnie stek i sałatkę - powiedziała. 

- Matt ma ochotę na rybę - powiedział chłopczyk, nerwowo i z lękiem przywarłszy do 

ramienia matki. 

- Mogą nie mieć ryby, Matt - zaczęła Melissa. 

- Muszą mieć - powiedział sztywno Diego. - Wczoraj wieczorem jadłem rybę. 

- Dla mnie kawa i mleko dla Matta - powiedziała, unikając zimnej twarzy Diega, który 

przypatrywał się chłopcu. 

Przytaknął ruchem głowy i podszedł do telefonu. 

-  Ten  pan  nie  lubi  Matta  -  powiedział  chłopiec  z  cichym  smutnym  westchnieniem.  - 

Nie ma dzieci? 

Diego nie odwrócił się ani nie poruszył, ale dobrze wszystko słyszał. Sytuacja stawała 

się coraz bardziej napięta. 

Obiad  podano  ze  stolika  na  kółkach,  odsługiwał  ich  kelner  cały  w  bieli.  Matthew 

usiadł tak daleko, jak się tylko dało, jakby potrzebował bezpiecznego dystansu od wysokiego 

background image

mężczyzny,  który  go  nie  lubił.  Diego  zajął  miejsce  obok  Melissy.  Starała  się  pozostać 

obojętna  na  egzotyczny  zapach  jego  wody  kolońskiej,  usiłowała  nie  dostrzegać  silnego, 

smukłego ciała. Był  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego kiedykolwiek widziała, a kiedy 

kroił stek, bardzo chciała wsunąć palce w jego ciemną, wąską dłoń, trzymającą nóż. 

Diego  skończył  pierwszy  i  zszedł  do  holu,  niby  po  coś  do  czytania  dla  Melissy.  W 

rzeczywistości  pragnął  uwolnić  się  od  widoku  wątłej,  smutnej  twarzy  chłopca.  Miał  żal  do 

siebie, że go tak traktuje, że rani Bogu ducha winne dziecko, które przecież mogło być jego, 

gdyby wypadki potoczyły się inaczej. 

Poszedł do hotelowego baru, zamówił whisky, wypalił  jeszcze jedno cygaro i poszedł 

na górę, z magazynem dla Melissy i książką do kolorowania i kredkami dla Matta. 

Zastał chłopca u boku Melissy, obydwoje zesztywnieli na jego widok. 

- Kupiłem książkę - odezwał się z wahaniem. 

Matt nie poruszył się. Podniósł na niego wyczekujący wzrok, bez najmniejszej zmiany 

na twarzy. 

Diego wziął książkę i kredki, podał je chłopcu, ale ten nie wykonał żadnego ruchu. 

- Nie weźmiesz książki, Matt? - spytała łagodnie Melissa. 

- Nie. On nie lubi Matta - odpowiedział bez zastanowienia, podnosząc oczy. 

Diego obruszył się. Dzieciak dotknął go do żywego; nigdy by się nie spodziewał, że to 

może  tak  zaboleć.  Odnalazł  siebie  w  tym  małym  chłopcu,  samotnym,  przestraszonym  i 

smutnym.  Nie  miał  szczęśliwego  dzieciństwa,  ponieważ  ojciec  nigdy  naprawdę  nie  kochał 

matki.  Matka  wiedziała  o  tym  dobrze  i  cierpiała  z  tego  powodu.  Zmarła  młodo,  a  ojciec 

jeszcze  bardziej  usunął  się  w  cień.  Później,  kiedy  spotkał  śliczną  Sheilę,  zmienił  się  nie  do 

poznania.  Ale  ta  zmiana  trwała  krótko  za  sprawą  rodziny  Melissy.  Nawet  na  łożu  śmierci 

ojciec ciągle kochał Sheilę Sterling. Śmierć ojca odmieniła Diega, przekonał się, dokąd może 

zaprowadzić  mężczyznę  miłość  do  kobiety.  Nie  można  dać  się  owładnąć  miłości,  bo  to  się 

kończy bardzo źle. 

Co  innego  ten  chłopiec...  cóż  był  winien?  Jak  mógł  obwiniać  Matta  za  grzechy 

Melissy? Położył delikatnie  książkę  i  kredki  na stoliku przy  sofie  i podał Melissie  kolorowy 

magazyn,  który  dla  niej  kupił.  Później  powrócił  do  swojego  fotela  i  zapalił  cygaro, 

zanurzywszy głowę w stercie dokumentów. 

Chłopiec  westchnął,  przysiadł  na  podłodze,  rozrzucając  wkoło  kredki  i  zabrał  się  do 

rysowania swojej ulubionej postaci z komiksu. 

Diego  spojrzał  na  niego  i  uśmiechnął  się  niepewnie.  Melissa  obserwowała  go. 

Zapomniała już, jak bardzo potrafił być opiekuńczy. Od tamtych dni, kiedy byli przyjaciółmi, 

background image

upłynęło wiele czasu. 

Wieczór minął szybko. Kiedy Diego poprosił Matta o poskładanie kredek, Melissa już 

otwierała  usta,  żeby  coś  powiedzieć.  Nie  stanęła  jednak  po  stronie  malca,  bo  wiedziała,  że 

Diego ma rację. 

Pomogła Mattowi przebrać się w piżamę, a później spojrzała z wahaniem na Diega, bo 

w pokoju były tylko dwa podwójne łoża. Nie chciała znaleźć się zbyt blisko męża, który stał 

się obcy, ale też nie potrafiła tego powiedzieć w obecności Matta. 

Diego  wybawił  ją  z  kłopotów,  sugerując,  że  chłopiec  powinien  spać  razem  z  nią. 

Tylko  tej  nocy,  ponieważ  nazajutrz,  w  Chicago,  będą  mieli  do  dyspozycji  apartament  z 

czterema  sypialniami  i  pokojem  dla  Matta.  Tak,  pomyślała  Melissa,  to  dopiero  początek 

kłopotów. Stać ją było tylko na maleńkie mieszkanie z wersalką, która służyła za łóżko. Matt 

nie był przyzwyczajony do spania w oddzielnym pokoju. 

Następnego  ranka  odlecieli  do  Chicago.  Pomimo  komfortu  wynajętego  małego 

odrzutowca, Melissa ciągle czuła się obolała i było jej nieswojo. Wzięła lekarstwa, a dyżurny 

doktor dał jej adres lekarza w Chicago na wypadek komplikacji. Gdyby tylko mogła usiąść i 

podziwiać  widoki,  tak  jak  Matthew,  pomyślała  obserwując  ekscytację,  z  jaką  chłopiec 

przylgnął do szyby i zadawał setki pytań na temat samolotu i Chicago. Diego rozluźnił się na 

tyle, że zaczął odpowiadać na niektóre pytania malca, ale nie przychodziło mu to łatwo. 

W odległych gwatemalskich czasach Melissa nie zastanawiała się, jakim ojcem będzie 

Diego.  Pogrążona  w  świecie  marzeń,  myślała  tylko  o  romansie  z  nim,  nie  o  codziennych 

sprawach,  które  zdarzają  się  w  życiu  mężczyzny  i  kobiety,  kiedy  już  przywiędnie  pierwsze 

gwałtowne  uczucie.  Teraz,  obserwując  syna  z  ojcem,  zdała  sobie  sprawę,  że  Diego  lubi 

dzieci. Był cierpliwy dla Matthew, traktując  każde jego nowe pytanie ze  śmiertelną powagą. 

Co  prawda  jeszcze  nie  wyzwolił  się  z  szoku,  jakim  było  pojawienie  się  dziecka  i  ciągle 

traktował jej chłopca z rezerwą, nie jak swojego syna. 

Wyniósł  ją  z  samolotu  do  oczekującej  limuzyny,  aby  zawieźć  do  apartamentu  przy 

Lincoln Park. 

Apartament  znajdował  się  na  ostatnim  piętrze,  okna  wychodziły  na  park  i  jezioro 

Michigan, a na horyzoncie mokły w deszczu szare sylwetki drapaczy chmur. Melissa od razu 

została położona do łóżka w jednym z pokoi gościnnych, aby odpocząć po podróży, podczas 

gdy  Matthew  zwiedzał  olbrzymie  mieszkanie.  Diego  przedstawił  Melissie  panią  Albright, 

która  miała  opiekować  się  dzieckiem,  a  także  sprzątać  i  gotować.  Ta  miła,  korpulentna 

kobieta trafiła tu z polecenia Apolla i opiekowała się apartamentem Diega od ponad roku. 

Kiedy  malec  i  Melissa  byli  już  rozlokowani,  Diego  podniósł  słuchawkę  i  wykręcił 

background image

numer. 

Melissa słyszała rozmowę, ale  nie mogła zrozumieć wielu słów. Wyglądało na to, że 

Diego  rozmawia  z  Apollem.  I  rzeczywiście  to  był  on.  Zjawił  się  w  mieszkaniu  w  godzinę 

później ze smukłą, niską czarną kobietą u swego boku. 

Diego  przedstawił  Melissie  wielkiego  muskularnego  mężczyznę  w  popielatym 

garniturze. 

-  To  jest  Apollo  Blain.  Pamiętasz  go?  -  Apollo  uśmiechnął  się  i  przytaknął,  Melissa 

odwzajemniła uśmiech. - A to jest Joyce Latham, sekretarka Apolla. 

- Tymczasowa - dodał Apollo z lekkim skinieniem w stronę Joyce. 

-  Rzeczywiście,  tymczasowa  -  powiedziała  Joyce  z  silnym  akcentem, 

charakterystycznym  dla  Indii  Zachodnich.  -  Zanim  nie  znajdę  kogoś  wystarczająco 

odważnego, aby mnie zastąpił. 

Apollo popatrzył na nią z góry. 

- Amen, siostro - przerwał. - Przy odrobinie szczęścia trafię na kogoś, kto jest w stanie 

zapamiętać cholerne numery telefonów przynajmniej tak długo, aby móc je wykręcić i jeszcze 

ułożyć teczki moich klientów według alfabetu, żebym mógł znaleźć to, czego potrzebuję. 

- A ja może wreszcie znajdę szefa, który umie czytać - odcięła się Joyce. 

-  Uspokójcie  się  -  zaśmiał  się  Diego.  -  Melissa  cudem  wyszła  z  jednej  opresji,  nie 

wpędzajcie jej w nowy kataklizm, proszę. 

Apollo przytaknął posłusznie. 

- Przepraszam, poniosło mnie. 

-  I  mnie  też  -  mruknęła  Joyce  i  odsunęła  się  od  niego  na  bezpieczną  odległość. 

Poruszała  się  bez  wdzięku,  miała  za  to  piękne  oczy  i  gładką  cerę  koloru  kawy  z  mlekiem. 

Pewnie miała też zgrabną figurę, ale luźna bezkształtna sukienka skrywała to udanie. 

- Miło cię poznać. - Melissa przywitała się z nią z uśmiechem. - Oczywiście pamiętam 

Apolla z dawnych lat. Jak długo z nim pracujesz? 

- O dwa tygodnie za długo - mruknęła Joyce. 

- Masz rację, o dwa tygodnie i jeden dzień za długo - dodał Apollo. Po chwili odezwał 

się  do  Diega:  -  Dutch  i  J.D.  wpadną  tutaj  później,  a  Koszula  obiecał,  że  przyleci  ze  swoją 

panią w przyszłym tygodniu. Będziemy w komplecie. 

-  Pamiętam  nasze  ostatnie  spotkanie  -  powiedział  Diego  z  lekkim  uśmiechem.  - 

Wyrzucili nas z hotelu o trzeciej nad ranem. 

- A jeden z nas trafił do aresztu - dodał Apollo wyraźnie zadowolony z siebie. 

- A więc to tak? - spytała go Joyce. - Jak długo trzymali cię w więzieniu? 

background image

- Nie mnie. Diega. - Obruszył się. 

-  Diega?  -  Melissa  spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  Ten  chłodny,  nieczuły 

mężczyzna,  którego  znała, miał  wystarczająco  dużo  zimnej  krwi,  aby  nie  dać  się  wpakować 

do więzienia. A może zupełnie go nie znała? 

-  Uraziły  go  pewne  uwagi  na  temat  jego  latynoskiego  dziedzictwa  kulturowego  - 

wyjaśnił  Apollo,  spoglądając  na  Diega,  którego  twarz  ani  drgnęła.  -  Dżentelmen,  który 

poczynił  te  uwagi,  był  bardzo  potężny  i  bardzo  godny  potępienia,  a  więc  -  pozwolicie,  że 

skrócę całą opowieść - Diego towarzyszył mu w drodze do hotelowego basenu, a wiodła ona 

akurat przez wielkie przeszklone drzwi. 

- To było dawno. - Diego odwrócił się na widok wbiegającego do pokoju Matthew. 

-  Mamo,  musisz  koniecznie  zobaczyć  moje  rysunki  -  powiedział  chłopiec  tonem  nie 

znoszącym  sprzeciwu  i  zaczął  ciągnąć  Melissę  za  rękę.  -  Narysowałem  szczeniaczka  i 

pszczołę! Chodź, zobacz! 

-  Momento,  Matthew  -  ostro  przerwał  Diego.  Przedstawił  chłopca  gościom,  którzy 

uśmiechnęli  się  szeroko  na  widok  malca.  -  Pokażesz  mamie  rysunki  za  chwilę,  kiedy  już 

goście pójdą, dobrze, szkrabie? 

- Dobrze - zgodził się Matthew. Uśmiechnął się do matki, onieśmielony obszedł gości 

i znów zajął się swoimi kredkami. 

Apollo odezwał się. 

-  Jesteście  podobni  jak  dwie  krople  wody...  -  Słowa  zamarły  mu  w  gardle  na  widok 

wściekłości w oczach Diega. Odchrząknął. - No tak, lepiej wracajmy do roboty. Spotkamy się 

wieczorem,  kiedy  przyjdą  tamci.  Ale  nie  będziemy  wam  zabierać  dużo  czasu.  Nie  chcemy 

pani  sprawiać  kłopotu.  Proszę  nie  przygotowywać  żadnej  kolacji.  Wpadniemy  tylko  na  parę 

drinków. W porządku? 

-  I  następnym  razem  każde  z  nas  przyjedzie  własnym  samochodem  -  dodała  Joyce, 

rzucając  wymowne  spojrzenie  w  stronę  czarnoskórego  mężczyzny.  -  Ma  szczególny  sposób 

jeżdżenia po mieście, wybiera kierunek jazdy i zamyka oczy. 

-  Mógłbym  lepiej  prowadzić,  gdybyś  przestała  zakrywać  rękami  oczy  i  robić  tyle 

hałasu - rzucił. 

- Usiłowałam się modlić! 

-  Do  zobaczenia.  -  Apollo pożegnał  Diega  i  Melissę.  Ujął  Joyce  pod  ramię  i  na  poły 

prowadząc ją, a na poły ciągnąc, zniknął za drzwiami. 

-  Dobrana  z  nich  para,  nie  sądzisz?  -  rzuciła  sucho Melissa,  kiedy  już  sobie  poszli.  - 

Zastanawiam się, czy obydwoje ubezpieczyli się na życie...? 

background image

Na twarzy Diega pojawił się uśmiech. 

- To ciekawe spostrzeżenie, señora Laremos. A teraz, jeśli nie mogę być ci w niczym 

pomocny, doceń wreszcie talent artystyczny syna, a ja powrócę do swoich zajęć. 

Bladoszare  oczy  szukały  jego  twarzy,  chciała  coś  wyczytać,  jakąś  zmianę,  ale  na 

próżno; jak dawniej była kamienna i nieprzenikniona. 

- Słowa Apolla o waszym podobieństwie z Mattem uraziły cię? - spytała. 

-  Ojciec  chłopca  z pewnością  miał w  sobie  latynoską  krew  -  odpowiedział  obojętnie. 

Włożył ręce do kieszeni, a spojrzenie  jego ciemnych  oczu stężało. - Nadal nie masz zamiaru 

powiedzieć, kto był twoim kochankiem, prawda? 

- Dlaczego ma to dla ciebie znaczenie? - spytała.  - Kiedy wyjeżdżałam z Gwatemali, 

miałam wrażenie, że najlepiej będzie, jeśli mnie nigdy nie zobaczysz. 

-  Był  moment,  kiedy  chciałem  z  tobą poważnie  porozmawiać.  Nie  posłuchałaś  mnie, 

więc doszedłem do wniosku, że moje uczucia niewiele cię obchodzą. 

- Czy ty w ogóle masz  jakieś uczucia?  -  spytała  gwałtownie. - Ojciec powiedział mi, 

że jeśli nawet tak jest, to potrzebny jest dynamit, żeby się do nich dobrać. 

Stał i obserwował ją uważnie, a w jego z lekka falujących kruczych włosach odbijało 

się światło. 

- Czy to cię dziwi, Melisso, jeśli wziąć pod uwagę, czym się wówczas zajmowałem? 

- Rozumiałam to - odpowiedziała. - Nawet jeśli byłam młoda, nie byłam taka głupia. 

- Czy  nie zdawałaś sobie sprawy, Melisso, co się może zdarzyć, kiedy zastawiałaś na 

mnie swoje słodkie sidła? - spytał z gorzkim uśmiechem. 

-  To  nie  była  pułapka  - powiedziała  z  uporem. - Chodzi  ci  o  parę  głupich  miłosnych 

wierszy  i  jeden  bezwstydny  list  do  ciebie,  który  miałam  zniszczyć?  -  Jej  policzki  lekko 

zaróżowiły się pod wpływem wspomnień. - Chciałam powiedzieć ojcu i tobie, że to był błąd, 

ale  czy  ktokolwiek  chciał  mnie  wysłuchać?  -  Jej  palce  bezwiednie  mięły  kołnierz  różowej 

bluzki.  -  Kochałam  cię  ponad  życie,  a  ojciec  właśnie  chciał  mnie  wysłać  na  studia. 

Wiedziałam,  że  nie  zobaczyłabym  cię  więcej.  Każda  sekunda,  jaką  miałam  spędzić  z  tobą, 

była  na  wagę  złota,  dlatego  ci  uległam.  Niczego  nie  zaplanowałam,  to  nie  były  sidła.  - 

Uśmiechnęła  się  chłodno.  -  O,  ironio  losu,  byłam  na  tyle  głupia,  że  uwierzyłam,  iż  mnie 

pokochasz,  jeśli  będziemy  żyli  razem.  Ale  zostawiłeś  mnie  na  pastwę  swojej  rodziny  i 

wyjechałeś,  a  kiedy  wróciłeś  i  ja  rozpaczliwie  usiłowałam  zwrócić  na  siebie  uwagę...  -  Nie 

mogła  mówić  dalej.  Myśl  o  tym,  z  jaką  pogardą została  przez  niego  odrzucona,  odebrała  jej 

głos. - Wiem, śniłam na jawie. A potem dostałam od życia wszystko, co chciałam, ale to był 

prezent wymuszony, nie ofiarowany z wolnej woli. Pierwsza rozumna decyzja, jaką podjęłam, 

background image

dotyczyła wyjazdu. 

Czuł się tak, jakby go ugodziła czymś ciężkim. 

- Chcesz mnie przekonać, że nie myślałaś o małżeństwie? 

- Oczywiście, że myślałam o małżeństwie, ale nigdy nie pomyślałam, żeby cię zmusić! 

-  wybuchnęła  i  łzy  pojawiły  się  w  kącikach  oczu.  -  Kochałam  cię,  miałam  dwadzieścia  lat, 

nigdy nie było w moim życiu innego mężczyzny, Diego, ty stałeś się całym moim światem!  

Diego  zesztywniał.  Instynktownie,  gdzieś  głęboko  w  środku  czuł,  że  musiała 

przechodzić piekło, ale nie potrafił tego uzewnętrznić. 

-  Kiedy  twój  ojciec  potwierdził,  że  żyjesz,  poszedłem  go  odwiedzić.  Powiedział  mi 

tylko, że mnie nienawidzisz i że nie chcesz mnie więcej widzieć. - Opuścił wzrok i zaczął się 

jej  uważnie  przyglądać.  -  Chciałem  potwierdzenia  tych  słów,  dlatego  ciągle  cię  szukałem. 

Wszystko na próżno. 

-  Występując  o  amerykańskie  obywatelstwo  użyłam  panieńskiego  nazwiska  - 

wyjaśniła.  -  Mieszkałam  w  wielkich  miastach.  Kiedy  się  urządziłam,  skontaktowałam  się  z 

ojcem i błagałam  go, żeby ci  nie podawał mojego adresu. Później,  kiedy zadzwonił  do mnie 

adwokat  i  powiedział  o  śmierci  ojca,  pogrążyłam  się  w  żałobie.  Ale  nie  miałam  tyle 

pieniędzy,  żeby  przyjechać  na  pogrzeb.  Wtedy  uprosiłam  adwokata,  żeby  nie  ujawniał 

mojego  miejsca  pobytu.  Naprawdę  nie  przypuszczałam,  że  będziesz  mnie  szukał,  kiedy  się 

dowiesz, że... - muszę skłamać, pomyślała - ...że straciłam dziecko. Ale powinnam się była co 

do tego upewnić. 

-  Byłem  za  ciebie  odpowiedzialny  -  powiedział  sucho.  -  I  ciągle  jestem.  Wiara,  w 

której zostaliśmy wychowani, nie pozwala na rozwody. 

- A pamięć o tym, co przeszłam, nie pozwala mi pogodzić się z tobą - ucięła. - Zostanę 

tutaj, póki  nie będę mogła podjąć pracy. Odpowiadam za siebie  i za  syna. Nie ma dla ciebie 

miejsca w moim życiu, ani w moim sercu. Już nigdy. 

- A Matthew? - Starał się ukryć swoją bezradność. 

-  Matthew  nie  powinien  cię  obchodzić.  –  Odrzuciła  włosy.  -  Myśli,  że  go 

nienawidzisz, i pewnie się nie myli. Najlepiej będzie, jeśli wywiozę go stąd tak szybko, jak to 

tylko możliwe. 

-  A  czy  spodziewałaś  się,  że  zaakceptuję  go  bez  zmrużenia  oka?  Jest  najlepszym 

dowodem,  że  to  nie  uczucia  kierowały  tobą,  kiedy  byliśmy  razem.  Gdybyś  mnie  kochała, 

Melisso, nigdy nie byłoby w twoim życiu innego mężczyzny. Nigdy! 

W  tym  tkwi  sedno  sprawy,  pomyślała.  Gdyby  jej  ufał,  wiedziałby  z  pewnością,  że 

kochała  go za bardzo, żeby mieć  innego. Nie znał  jej.  I  nie uczynił  żadnego wysiłku, aby  ją 

background image

poznać, poza zbliżeniem fizycznym. Zmęczona osunęła się na poduszki. 

- Nie mam już więcej siły na kłótnie. 

- Wiem. Potrzebujesz wypoczynku. Porozmawiamy, kiedy będziesz w lepszej formie. 

- Mam nadzieję, że  nie oczekujesz,  iż stanę  się twoją wierną  niewolnicą,  jak  kiedyś  - 

powiedziała, utkwiwszy w nim lodowaty wzrok. 

- Lubię cię taką, jak teraz, niña - powiedział powoli, akcentując każde słowo. Ciemne 

oczy zabłysły,  kiedy sunął wzrokiem po jej ciele. -  Kobiety z ogniem w żyłach bywają dużo 

bardziej interesujące niż zalęknione dziewczynki. 

- Dajmy już sobie spokój z ogniem - powiedziała twardo. 

- Naprawdę? - Przysunął się powoli do łóżka. - Zastanów się, czy warto odrzucać moje 

propozycje  -  powiedział  łagodnym,  głębokim  głosem,  który  zapamiętała  tak  dobrze,  gdy 

wypowiadał  hiszpańskie  miłosne  zaklęcia  w  ciszy  ruin  Majów.  -  Mógłbym  cię  do  nich 

przekonać. - Pochylił się niżej, tak że prawie czuła ciepło jego twardych ust tuż obok swoich 

rozchylonych  warg.  Pachniały  dymem  i  drażniły  obietnicą  pocałunków,  za  które  kiedyś 

oddałaby wszystko. 

Z  głębi  piersi  wyrwał  się  gwałtowny  szloch,  ukryła  twarz  w  poduszce,  mocno 

zacisnęła powieki. 

- Nie - westchnęła. - Proszę, nie. - Czuła jego oddech blisko swoich ust. 

Nagle wyprostował się, aż zaskrzypiało łóżko i stanął obok. Odwrócił się i wyciągnął 

cygaro. 

-  Ależ  nie  ma  potrzeby,  abyś  się  broniła  z  uporem  dziewicy  -  powiedział  sucho, 

zapalając je. - Chciałem się tylko z tobą podroczyć. Straciłem na ciebie ochotę dokładnie tego 

dnia, kiedy zobaczyłem, jak bardzo pragniesz zemsty. 

Była  mu  wdzięczna  za  ten  wybuch  gniewu.  Oszczędził  jej  poniżającego  pragnienia 

pocałunków. 

- Ten mężczyzna, który mnie zastąpił w twoim sercu - ojciec Matthew - gdzie on teraz 

jest, Melisso? 

Oczy  Melissy  zwęziły  się,  błagała  o  wybawienie  z  kłopotu.  Nadeszło  w  postaci 

Matthew,  który wbiegł do pokoju sprawdzić, dlaczego mama  nie przychodzi podziwiać  jego 

rysunków.  Melissa  podniosła  się  powoli  i  pozwoliła  chłopcu,  aby  ją  poprowadził  do  swojej 

sypialni. Stawiała stopy ostrożnie i niepewnie. Nie spojrzała na Diega. 

Tego  wieczora  pani  Albright  wykąpała  Matthew  i  położyła  go  do  łóżka,  aby  Diego  i 

Melissa mogli się zająć gośćmi. Melissa ciągle miała kłopoty z chodzeniem, przeszkadzała jej 

noga  i  blizna  po  usunięciu  jajnika.  Wykąpała  się  i  ubrała  samodzielnie,  a  później  Diego 

background image

przyszedł  zanieść  ją  do bawialni.  Zatrzymał  się  w  progu,  urzeczony  jej  widokiem.  Miała  na 

sobie  bladoniebieską  jedwabną  suknię,  która  podkreślała  blask  rozpuszczonych  jasnych 

włosów, szarość oczu i kremową cerę. Schudła nieco, jej piękna figura nabrała kształtów. 

Diego ubrany był w ciemny garnitur, biała koszula kontrastowała z latynoską karnacją 

jego ciała, czernią włosów i oczu. 

Odezwał  się  dzwonek  i  przyszli  goście.  Apollo  i  Joyce  pojawili  się  razem,  choć  z 

pewną rezerwą wobec siebie; Melissę zdziwiło, że czarny mężczyzna zabrał swoją sekretarkę, 

mimo  że  jej  gorąco  nienawidził.  Za  nimi  pojawił  się  krępy  blondyn  o  nienagannej  prezencji 

gwiazdy kina oraz rosły osiłek o ciemnej kudłatej czuprynie. 

Diego przedstawił blondyna:  

- Eric van Meer czyli Dutch. A to... - uśmiechnął się w stronę osiłka - ...Archer czyli 

J.D. Brettman. Panowie, to moja żona, Melissa. 

Uśmiechnęli  się  i  wypowiedzieli  naraz wszystkie  słowa  stosowne  na  taką  okazję,  ale 

Melissa  wyczuła,  że  zaskoczyło  ich,  dlaczego  Diego  nigdy  wcześniej  o  niej  nie  wspominał. 

Przeprosili,  że  nie  przyszli  z  żonami,  z  Danielle  i  Gaby,  ale  dzieci  złapały  infekcję  i  panie 

musiały  zostać  w  domu,  żeby  je  kurować.  Oczywiście,  przedstawią  je  Melissie  przy  innej 

okazji. Melissa odwzajemniła uśmiech. 

-  Będę  czekać  z  niecierpliwością  -  powiedziała  grzecznie.  Stanęli  kołem  i  zaczęli 

rozmawiać  o  interesach,  a  Melissa  poczuła  się  daleko  od  męża,  który  zajął  się  rozmową  ze 

starymi  druhami.  Widziała,  jak  bardzo  jest  do  nich  przywiązany.  Ale  czego  się  po  nim 

spodziewać  w  takich  okolicznościach?  Diego  miał  zająć  się  nią,  póki  nie  wydobrzeje,  tylko 

tego mogła się spodziewać. Być może ożyło trochę dawnego zauroczenia, ale nie mogła sobie 

pozwolić na żadną próbę pojednania. 

Joyce odłączyła się od reszty i usiadła obok Melissy na rogu wielkiej sofy. 

- Czuję się tutaj jak zielony groszek w sklepie z lodami - mruknęła. 

Melissa uśmiechnęła się na przekór sobie. 

- Ja  identycznie, trzymajmy się więc razem - szepnęła. - Jak to się stało, że pracujesz 

dla Apolla? - spytała po chwili. 

Sąsiadka uśmiechnęła się ponuro. 

-  Nie  znałam  tu  nikogo.  Przyjechałam  z  Miami,  więc  zgłosiłam  się  do  agencji 

pośrednictwa. Skierowali mnie do niego. Starał się mnie od razu odesłać, ale nie było innych 

chętnych, więc machnął ręką. 

- Nie wygląda na zbyt pamiętliwego - mruknęła cierpko Melissa. - W końcu nie każdy 

szef zabiera swoją sekretarkę na imprezy towarzyskie. 

background image

- A, o to ci chodzi.  - Joyce westchnęła. - Pomyślał, że będziesz się czuła obco wśród 

samych mężczyzn. A skoro żony nie mogły przyjść, przyszłam ja. - Uśmiechnęła się szeroko. 

Było mi miło, że zostałam zaproszona. Zazwyczaj nie muszę się opędzać od zaproszeń. 

-  Rozumiem,  co  masz  na  myśli  -  powiedziała  Melissa  z  uśmiechem.  -  Dobrze,  że 

przyszłaś. 

Tak  jak  obiecał  Apollo,  nie  zabawili  długo.  Kiedy  żegnali  się  i  wychodzili,  J.D. 

Brettman spojrzał na Melissę z nie ukrywanym zaciekawieniem. 

Później, kiedy goście już poszli na dobre, a Diego zdejmował marynarkę i krawat oraz 

rozpinał guziki koszuli, Melissa spytała o to. 

- Dlaczego pan Brettman przyglądał się mi tak uważnie? - spytała cicho. 

Nalał kieliszek brandy, zaproponował jej również, ale odmówiła. 

-  Wiedział,  że  w  moim  życiu  istniała  jakaś  kobieta  -  zaczął.  -  Krążyły  opowieści,  że 

zraniłem  ją  bardzo  boleśnie.  -  Poprawił  się  w  fotelu.  -  Takie  tam  plotki  służących.  - 

Wiedziano, że potłukłaś się i że odwieziono cię do szpitala. - Kiedy podnosił kieliszek brandy 

do  ust,  jego  oczy  miały  smutny,  nieobecny  wyraz.  -  Pewnie  mówiło  się  nawet, że  to  ja  cię 

popchnąłem. 

- Przecież to nie ty! 

- Nie ja? - Uniósł  głowę. - To przeze mnie  wybiegłaś z domu w tamtą noc. Ja jestem 

za to odpowiedzialny. 

-  Przykro  mi,  że  ludzie  tak  o  tobie  pomyśleli.  -  Opuściła  oczy.  -  Byłam  zbyt 

zdesperowana, żeby się zastanawiać, jak to może wyglądać w cudzych oczach. 

- Nieważne - powiedział, jakby chciał skończyć ten wątek. - To było dawno temu. 

-  Muszę  sprawdzić,  co  się  dzieje  z  Matthew.  Pani  Albright  wyszła  razem  z  innymi  - 

powiedziała  Melissa.  Zaczęła  się  podnosić,  ale  naderwane  ścięgno  i  świeże  blizny  dały  o 

sobie znać. Stanęła nieruchomo, aby złapać oddech i zaśmiała się. - Chyba nie mam siły na tę 

eskapadę. 

Wstał z ociąganiem i odstawił kieliszek. Uniósł ją na rękach z zadziwiającą łatwością. 

- Jesteś ciągle taka słaba - mówił, niosąc ją w ramionach wzdłuż długiego korytarza. - 

Potrzebujesz czasu, aby wydobrzeć do końca. 

Po drodze musiała walczyć ze sobą, żeby nie oprzeć głowy na jego ramieniu. Upajała 

się zapachem Diega, czuła ciepło jego ciała i siłę wysmukłych ramion. 

- Lubię twoich starych kolegów - odezwała się cicho. 

-  Oni  ciebie  też.  -  Wniósł  ją  przez  otwarte  drzwi  do  pokoju  Matthew  i  łagodnie 

postawił na podłodze. Chłopiec spał, długie rzęsy ciemniały na tle oliwkowej twarzy, ciemne 

background image

włosy rozrzucone były na poduszce. Diego wpatrywał się w malca w milczeniu. 

-  Tak  mało  jest  do  ciebie  podobny  -  powiedział  głębokim  miękkim  głosem.  -  Za 

wyjątkiem włosów, w których  jest coś z  twoich  jasnych. - Obrócił się, w  jego oczach czaiło 

się wyzwanie. - Jego ojcem jest ladino, prawda, Melisso? 

Zaczerwieniła się jak burak. Starała się coś powiedzieć, ale głos zamarł jej w gardle. 

- Mówiłaś, że mnie kochałaś - nalegał. Zmrużył oczy. - Jeśli to była prawda, dlaczego 

oddałaś się innemu, nawet jeśli to miało pomóc zagoić rany, które ci zadałem? 

Ledwo chwyciła oddech. Czuła się jak w potrzasku. 

- Jak on się nazywa? - spytał. 

Jej usta rozchyliły się. 

- Ja... nie musisz tego wiedzieć - westchnęła. 

- Gdzie go spotkałaś? - Ujął jej twarz w swoje ciemne, wysmukłe dłonie. 

-  Diego...  -  Przełknęła  ślinę.  Czarne  oczy  wypełniły  cały  świat.  W  bladym  świetle 

lampy wydawał się groźnym olbrzymem. 

-  Tak  -  odetchnął  z  ulgą,  przywierając  do  jej  łagodnych  ust.  Tak,  powtórz  to  jeszcze 

raz, querida. Powiedz moje imię, wyszepcz je... 

Rozwarł  jej  usta  łagodnym,  nieustępliwym  naporem  swoich  warg,  drażnił  je,  pieścił. 

Jej bezradne ręce oplotły go w pasie. Nie chciała się poddać tak łatwo, ale dawna namiętność 

brała górę z podobną mocą jak wtedy. Nie miała już siły, aby zatrzymać bieg wydarzeń. 

Wiedział o tym. Całował wzdychając z cicha. Później opuściła go łagodność. Poczuła, 

jak  jego usta stają się twardsze, zdobywcze. Szeptał coś po hiszpańsku, zanurzywszy ręce w 

jej włosach, coraz zapalczywiej przyciskał jej usta do swoich. Wstrząsnął nim dreszcz, a ona 

wtuliła  się  w  jego  ciało,  przywarła  doń  roztrzęsiona,  owładnięta  chęcią,  aby  się  znaleźć  jak 

najbliżej. Nagle jego ramiona zamknęły się wokół niej, przyciągnęły ją silnie, aż do słodkiego 

bólu. 

Brakło  jej  tchu  pod  naporem  jego  zdobywczych  warg;  wtedy  przerwał  gwałtownie. 

Podniósł głowę, jego oczy stały się dzikie i ciemne, a oddech równie szybki jak jej. 

- Zabolało? - spytał szorstko. Powracała mu zdolność samokontroli. Powoli uwolnił ją 

z  objęć  i  odsunął  się.  Obrócił  oczy  w  stronę  śpiącego  dziecka.  -  Muszę  cię  prosić  o 

wybaczenie - powiedział chłodno. - To nie było zamierzone. 

Opuściła wzrok tam, gdzie spod białej rozchylonej koszuli wychynęło jego oliwkowe 

ciało i ciemny gąszcz włosów. 

- Już dobrze - powiedziała niepewnie i nie miała odwagi podnieść oczu. 

Nie  wiedział,  co  ze  sobą  zrobić,  ciałem  wstrząsało  pożądanie  łagodnego  ciepła 

background image

Melissy, rozumem targały rozedrgane sprzeczne myśli. Uniósł jej głowę. 

- Chyba będzie najrozsądniej, jeśli wrócisz do łóżka. 

Nie zamierzała się sprzeczać. 

-  Nie,  ja  sama...  nie  musisz  mnie  brać  na  ręce  -  zaprotestowała,  kiedy  zbliżył  się  do 

niej. - Dam sobie radę. Powinnam zacząć ćwiczyć nogę. Dziękuję za dobre chęci. 

Skinął  głową  i  odsunął  się,  aby  mogła  wyjść.  Jego  ciemne  oczy  podążały  za  nią  z 

ukrytym pragnieniem, ale kiedy znikła, przeniosły się na śpiącego malca. Zastanawiał się, czy 

Melissa  ciągle  jeszcze  kocha  ojca  chłopca,  czy  myśli  o  nim.  Uczucie  goryczy  sprawiło,  że 

szybko  opuścił  sypialnię  dziecka  i  poszedł  do  siebie.  Później  pogrążył  się  w  pracy,  aż  do 

skrajnego wyczerpania, i dopiero wtedy mógł zasnąć. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Atmosfera podczas śniadania była napięta. Melissa prawie nie spała tej nocy. Bolesna 

świadomość,  że  tak  łatwo  uległa  namiętnościom  Diega,  nie dawała  jej  spokoju. Za  wszelką 

cenę  chciała  przecież  udowodnić,  że  już  nic  do  niego  nie  czuje,  ale  wczoraj  znów  był  tak 

blisko, że jej zbolałe serce nie miało siły się obronić. 

Czuła na sobie jego uważne spojrzenie, kiedy próbowała przełknąć kawałek jajecznicy 

na  bekonie.  Także  Matthew  siedział  przy  stole  nadspodziewanie  spokojnie.  Zwracał  dużo 

więcej uwagi na swoje zachowanie niż wtedy, kiedy mieszkał tylko z Melissa. 

- Jesteś dzisiaj milcząca, señora Laremos - powiedział łagodnie Diego, a jego ciemne 

oczy przypatrywały się uważnie bladej twarzy Melissy. - Nie wyspałaś się? 

Drażnił się z nią, a ona była zbyt zmęczona, aby podjąć grę. 

- Nie - wyznała, odnajdując jego spojrzenie. - Prawdę mówiąc, prawie nie zmrużyłam 

oka. 

-  Ja  także  -  odpowiedział  cicho.  -  Przez  wiele  lat  żyłem  samotnie,  Melisso,  mimo że 

pewnie uważasz mnie za niepoprawnego playboya. 

- Dawniej nigdy nie brakowało ci towarzystwa. - Podniosła filiżankę do ust. 

-  Zanim  się  z  tobą  ożeniłem  -  zgodził  się.  -  Małżeństwo  oznacza  świętą  przysięgę, 

niña

- Nie jestem małą dziewczynką - odparowała. 

Na jego zaciśniętych wargach pojawił się blady uśmiech. 

-  Ale  byłaś  nią  tamtego  odległego  lata  -  powiedział  i  jego  oczy  złagodniały  na  to 

wspomnienie.  -  Dziewczęca,  słodka,  pełna  radości  życia.  A  później  nagle  odmieniłaś  się, 

stałaś się złym duchem, który nawiedzał nasz dom, nawet kiedy cię już w nim nie było. 

- Lepiej by  się stało, gdybym wyjechała do Ameryki  - odpowiedziała, spoglądając  na 

cichego  Matthew,  który  z  zainteresowaniem  przysłuchiwał  się  rozmowie.  -  Nie  miałam  u 

ciebie żadnej szansy. 

-  To  okoliczności  naszego  małżeństwa,  Melisso,  obróciły  mnie  przeciw  tobie  - 

powiedział krótko. - One przesądziły o wszystkim. - Mogliśmy się przecież zbliżyć do siebie 

w sposób naturalny, budować nasz związek na uczuciu i przyjaźni. 

-  Nigdy  nie  potrafiłabym  zadowolić  się  okruchami  -  powiedziała  z  prostotą.  - 

Potrzebowałam czegoś więcej. 

- I uważałaś, że wystarczy samo pragnienie - przypomniał jej. 

background image

Zaniepokojona  nagłym  zainteresowaniem  Matta  uśmiechnęła  się  do  niego  i  chociaż 

był dopiero w połowie śniadania, odesłała go od stołu, aby się zajął kreskówkami. 

- Jest mały, ale słuch ma dobry - powiedziała sucho, z oskarżeniem w szarych oczach. 

- Nasze kłótnie martwią go. 

-  Zrobię  wszystko,  żeby  cię  uwolnić  od  mojego  towarzystwa,  skoro  jest  ci  niemiłe  - 

powiedział łagodnie. Wytarł wąsy w serwetkę i wstał od stołu. - Adios. 

Przystanął  w  progu,  popatrzył  na  Matthew,  który  właśnie  włączył  telewizor  na  cały 

regulator.  Powiedział  coś  do  chłopca,  który  przyciszył  fonię,  spoglądając  oskarżycielsko  na 

wysokiego mężczyznę. 

- Jeśli będziesz przeszkadzał sąsiadom, szkrabie, wyrzucą nas wszystkich - zwrócił mu 

uwagę. - I wylądujemy na ulicy. 

- Wtedy Matt pójdzie z mamą do domu - powiedział chłopiec - i już nie będzie z tobą. 

Diega rozśmieszyła ta próba sił. Chłopiec miał charakter. Nie chciał go łamać, choć to 

syn innego mężczyzny. Diego, wbrew samemu sobie, poczuł sympatię do malca. 

Wiedziony  impulsem  podszedł  do  telewizora,  przyklęknął  przed  ciemnookim 

chłopcem. Zaskoczona Melissa obserwowała całą scenę od drzwi. 

-  Podczas  weekendu  możemy  pójść  do  zoo  -  powiedział  Diego  do  chłopca.  -  Jeśli 

odejdziesz ode mnie, szkrabie, lwy i tygrysy odwiedzę sam... 

- Lwy i tygrysy? 

- Słonie i żyrafy, i niedźwiedzie. 

Matt przysunął się nieco do Diega. 

- I dostanę watę na patyku? Tata Billa zabrał go do zoo, a później poszli na watę i na 

lody. 

- Może zrobimy tak samo. - Diego uśmiechnął się łagodnie. 

- Jutro? 

-  Za  kilka  dni  -  powiedział  mu  Diego.  -  Mam  dużo  rzeczy  do  zrobienia  w  tym 

tygodniu, a ty musisz się opiekować mamą, zanim nie wydobrzeje. 

- Mogę jej poczytać książkę. 

Melissa  omal  nie  wybuchnęła  śmiechem,  ponieważ  historie  Matthew  były  jedyne  w 

swoim  rodzaju.  Postaci  z  bajek  występowały  obok  bohaterów  kreskówek  w 

nieprawdopodobnych sytuacjach. 

- A więc jeśli będziesz grzeczny, niño, w sobotę pójdziemy razem obejrzeć zwierzęta. 

Matt spojrzał na Melissę, a później, z ociąganiem, jeszcze raz na Diega. 

- Mama nie może pójść z nami? 

background image

-  Mama nie może tyle chodzić - wyjaśnił Diego cierpliwie. - Ale my możemy, si

Matt  zawahał  się.  Nie  czuł  się  pewnie  w  towarzystwie  tego  mężczyzny,  ale  bardzo 

chciał iść do zoo. 

Si - odpowiedział. 

-  Zatem  jesteśmy  umówieni.  -  Diego  uśmiechnął  się  i  wstał  z  klęczek.  -  I  bez 

oglądania kreskówek na cały regulator - ostrzegł, pogroziwszy chłopcu palcem. 

- Zgoda. - Matt uśmiechnął się z wahaniem. 

Diego spojrzał na Melissę, która stała w drzwiach w różowej koszuli i długim białym 

bawełnianym szlafroku, bez makijażu, z falą  jasnych  loków  okalających bladą twarz. Nawet 

teraz była piękna. 

Spojrzał jej w oczy, aż się zarumieniła i spuściła wzrok. Uśmiechnął się łagodnie. 

- Peszę cię, querida?- spytał z westchnieniem. - Taką dojrzałą kobietę jak ty? 

- Oczywiście, że nie - obruszyła się. 

-  Zostań  w  łóżku  -  powiedział.  -  Im  szybciej  noga  się  wyleczy,  tym  prędzej 

rozpoczniemy życie rodzinne. 

- Za wcześnie na to - zaczęła. 

- Nie. O pięć lat za późno. - Rzucił jej długie spojrzenie. - Odpowiadam za ciebie, i za 

Matta. Musimy się porozumieć. 

- Mówiłam ci, że poszukam pracy... 

- Nie! 

Chciała coś powiedzieć, ale uciszył ją ruchem ręki i oczu. Wyszedł, zanim zdążyła się 

odezwać. 

To był  gorączkowy  poranek.  Ledwie  Diego  pojawił  się  w  biurze, już  musiał  wyjść  z 

Dutchem,  obsłużyć  klientów.  Kiedy  wrócili,  zza  drzwi  biura  dobiegały  podniesione  głosy. 

Diego  zawahał  się,  przysłuchując  się  gwałtownej  wymianie  zdań  między  Joyce  i  Apollem. 

Nadszedł  Dutch,  z  papierosem  w  ustach,  łagodny  jak  zwykle.  Spojrzał  na  Diega  z 

wyrozumiałym uśmiechem. 

-  Mam  wrażenie,  że  łatwiej  było  polubić  strzelaninę  niż  to  tutaj  -  powiedział, 

wskazując  na  zamknięte  drzwi, zza  których  dobiegały  wrzaski  tamtych  dwojga.  -  Dokończę 

tutaj papierosa, zanim się nie dogadają albo zatłuką na śmierć. 

- Może się pobiorą pewnego dnia i wtedy wszystko się ułoży. - Diego zapalił cygaro i 

wypuścił dym. 

-  Lepiej,  aby  się  wpierw  porozumieli  -  zauważył  Dutch.  -  Małżeństwo  raczej  nie 

rozwiązuje problemów. Na odwrót, jeszcze bardziej je uwidacznia. 

background image

Diego westchnął. 

- Pewnie masz rację. - Jego twarz zasępiła się. W miarę jak za drzwiami coraz głośniej 

brzmiały podniesione głosy, wspomnienie wczorajszej nocy powracało jak zły sen. Czy staną 

się z Melissa taką wiecznie skłóconą parą? Powodem konfliktu był Matthew i nie było nadziei 

na  rozwiązanie;  mimo  rosnącego  zainteresowania  chłopcem  nie  mógł  znieść  myśli  o  jego 

ojcu. 

- Zagłębiony w myślach? - cicho spytał Dutch. 

- Małżeństwo nie jest instytucją, którą brałem pod uwagę. Zostaliśmy razem z Melissa 

przyłapani  w...  jak  to  powiedzieć...  kompromitującej  sytuacji.  Małżeństwo  było  sprawą 

honoru, a nie wyboru. 

- Chyba zależy jej na tobie - powiedział Dutch bez przekonania. - Chłopiec... 

-  To  nie  jest  mój  syn  -  odpowiedział  Diego  opryskliwie,  patrząc  w  ciemne  oczy 

Dutcha. 

- Mój Boże! - Dutch wpatrywał się w niego. 

-  Opuściła  mnie,  kiedy  z  mojej  winy  straciła  nasze  dziecko  - powiedział  Diego. Jego 

czarne  oczy  zmąciła  gorycz  wspomnień.  -  Być  może  szukała  pocieszenia,  może  chciała  się 

zrewanżować. Tak czy inaczej dziecko stało się przeszkodą, której nie mogę pokonać. 

-  Jesteś  całkowicie  pewien,  że  straciła  twoje  dziecko?  -  zapytał  Dutch  po  dłuższym 

namyśle. 

Wtedy  właśnie  Diego  po  raz  pierwszy  zaczął  wątpić  w  to,  co usłyszał  pięć  lat  temu. 

Słowa Dutcha zasiały ziarno zwątpienia. Spojrzał na niego, marszcząc brwi. 

-  Był  tam,  w  szpitalu,  lekarz  -  powiedział  do  Dutcha.  -  Starałem  się  go  później 

odnaleźć,  ale  wyjechał  do  Ameryki  Południowej  na  praktykę.  Pielęgniarka  mówiła,  że 

Melissa była ciężko ranna, a ona sama powiedziała mi, że dziecko nie żyje. 

-  Porządnie  się  spiłeś  podczas  naszego  ostatniego  spotkania  -  mówił  Dutch.  - 

Zapakowałem cię do łóżka. Dużo mówiłeś. Wiem wszystko o Melissie. 

Diego odwrócił wzrok. 

- Naprawdę? - spytał z lękiem. 

- Dlatego możesz wyłożyć przede mną karty na stół - powiedział Dutch. - Przeszliśmy 

razem długą drogę. Nie mamy przed sobą wielu sekretów. Nie układało się między wami. Czy 

zatem  nie  mogło być  tak, że  chciała ukryć  ciążę  przed  tobą, obawiając  się,  że  zabierzesz  jej 

chłopca? 

Diego wpatrywał się w niego, na wpół oślepły z szoku. 

-  Melissa  nie  zrobiłaby  tego  -  powiedział  szybko.  -  Kłamstwo  nie  leży  w  jej  naturze. 

background image

Nawet teraz nie ma serca do oszukiwania. 

- Możesz się mylić - obruszył się Dutch. 

- Nie w tym przypadku. Poza tym wiek się nie zgadza - powiedział ciężko. - Matthew 

nie ma jeszcze czterech lat. 

- Rozumiem. 

Diego  jeszcze  raz  zaciągnął  się  cygarem.  Głosy  dochodzące  zza  ściany  były  coraz 

głośniejsze, a później nagle umilkły, kiedy zadzwonił telefon. 

- Początkowo i ja miałem wątpliwości - wyznał. - Ale później wyleciały mi z głowy. 

- Mimo wszystko mógłbyś rzucić okiem na jego metrykę - zasugerował Dutch. - Aby 

się upewnić. 

Diego  zaśmiał  się  i  podziękował  za  radę  Dutcha.  W  głębi  duszy  pojawiły  się  nowe 

wątpliwości. Nie był  już pewien  niczego, ani swoich uczuć do  Melissy, ani upartej myśli, że 

zna ją dobrze. Zaczął sobie uświadamiać, że właściwie nigdy jej nie poznał. 

Kiedy wrócił do domu, zastał Matthew rozciągniętego na łóżku i Melissę czytającą mu 

książkę. Zatrzymał się w progu, aby im się przyjrzeć przez parę sekund. 

Tak,  to  było  możliwe.  Matthew  mógł  być  jego  synem.  Musiał  to  teraz  przyznać. 

Chłopiec  miał  jego  karnację, jego  oczy,  jego  nos  i  podbródek.  Kształt  oczu  odziedziczył  po 

matce,  a  jego  włosy  były  tylko  trochę  ciemniejsze  niż  jej.  Nie  zgadzał  się  tylko  wiek. 

Matthew  musiałby  mieć  ponad  cztery  lata,  aby  być  jego  prawowitym  synem.  Melissa 

powiedziała,  że  właśnie  skończył  trzy  lata.  Ale  też  Diego  niewiele  wiedział  o  dzieciach,  a 

poza tym istniała zawsze możliwość, że Melissa nie powiedziała prawdy. 

Z  zasady  nie  kłamała,  ale  miała  wiele  powodów,  aby  chcieć mu  odpłacić  za  okrutne 

potraktowanie.  I  czy  była  typem  kobiety,  która  by  łatwo  przeszła  od  jednego  mężczyzny  do 

drugiego? A może po prostu uważała, że Diega stać na to, aby zabrać jej Matta i razem z nim 

zniknąć  z  jej  życia.  Zrozumiał,  że  miała  prawo  tak  pomyśleć.  Jeśli  on  nie  znał  Melissy, 

Melissa  z  pewnością  nie  znała  jego.  Odwrócił  się  od  drzwi  z  postanowieniem,  że  zniszczy 

bariery,  jakie  wybudował  między  nimi.  Był  samotny,  i  ona  też.  Czy  była  dla  nich  jeszcze 

jakaś nadzieja? 

Nie  musiał  długo  czekać.  W  połowie  pierwszego  dania  odważyła  się  zadać  mu 

pytanie, które chodziło za nią przez cały dzień. 

-  Myślisz,  że  będę  mogła  dostać  pracę,  kiedy  lekarz  wyrazi  na  to  zgodę?  -  spytała 

ostrożnie. 

Odstawił filiżankę kawy i spojrzał na nią przeciągle. 

-  Przecież  już  masz  zajęcie,  prawda?  -  spytał,  wskazując  ruchem  głowy  na  Matthew, 

background image

który z zadowoleniem pochłaniał kurczaka. 

-  Tak,  i  uwielbiam  się  nim  opiekować,  móc  poświęcać  mu  wolny  czas  -  wyznała. 

Ale...  -  Westchnęła  ciężko.  -  To  nie  jest  uczciwe  z  mojej  strony,  pozostawać  na  twoim 

utrzymaniu. 

Zaskoczyły go te słowa. Usiadł głębiej w krześle. 

-  Melisso,  pamiętasz  z  pewnością,  że  w  Gwatemali  należałem  do  ludzi  bogatych. 

Pracuję,  bo  lubię,  nie  dlatego,  że  muszę.  I  odłożyłem  w  szwajcarskich  bankach  więcej  niż 

potrzeba, by utrzymać nas wszystkich aż do późnej starości. 

-  Nie  wiedziałam  o  tym.  Mimo  wszystko  nie  chciałabym  mieć  wobec  ciebie 

zobowiązań. 

- Jestem twoim mężem. I moim obowiązkiem jest opiekować się tobą. 

- To jest przedpotopowe podejście do sprawy - mruknęła Melissa, czując, jak bierze ją 

gniew. - We współczesnym świecie ludzie są partnerami. 

- Mama i tata Josego kłócili się przez cały czas - zauważył Matthew, patrząc na matkę 

z wyrzutem. - A później tata Josego poszedł sobie. 

-  Niñito  -  powiedział  łagodnie  Diego  -  nie  zgadzamy  się  z  twoją  mamą  od  czasu  do 

czasu. Tak to już jest w małżeństwie? 

Matthew gonił widelcem kluski po talerzu. 

Yo no se - mruknął pod nosem doskonałym hiszpańskim. 

Diego drgnął. Wstał od stołu, aby uklęknąć obok krzesła chłopca. 

Hablas español? - zapytał ciepło. 

Si  - odpowiedział  Matthew,  a  później  wyrzucił  z  siebie  w  tym  samym  języku  kilka 

nieskładnych  słów,  pełnych  obaw  i  strachu,  zanim  Diego  nie  przerwał  mu,  kładąc  palec  na 

jego małych ustach. 

-  Niño  -  powiedział  uspokajającym  głębokim  tonem  -  tworzymy  rodzinę.  Nie  będzie 

nam  łatwo,  ale  jeśli  się  postaramy,  będziemy  mogli  się  nauczyć,  jak  być  ze  sobą.  Czy  nie 

będzie ci miło, mój mały, spędzać tu czas z mamą, w ładnym mieszkaniu, wśród zabawek? 

Matt popatrzył z przestrachem. 

- Nie lubisz Matta - mruknął. 

Diego  wziął  długi  oddech  i  położył  miękko rękę  na  głowie  malca.  -  Przez długi  czas 

żyłem samotnie - powiedział z wahaniem. - Nie miałem  nikogo, kto by mi pokazał, jak być 

ojcem. Tego trzeba się nauczyć i tylko mały chłopiec może być nauczycielem. 

- Aha - powiedział Matt i przytaknął głową. - No dobrze, mogę spróbować. - Podniósł 

brwi. - Ale pójdziemy razem do zoo, i do parku, i na mecz baseballowy, i w różne miejsca? 

background image

- To również - przytaknął Diego. 

- Nie masz małego chłopca? 

Diego poczuł, jak język grzęźnie mu w gardle. Wpatrywał się w drobną twarz chłopca, 

tak podobną do swojej,  i był zaskoczony,  jak wielką odczuwa potrzebę, aby być  jego ojcem, 

prawdziwym ojcem. Samotność stała się nagle nie do zniesienia. 

- Nie - powiedział. - Nie mam... małego chłopca. 

Melissa  poczuła  gorące  łzy  na  policzkach.  Nie  przypuszczała  nawet  w  najskrytszych 

marzeniach, że Diego będzie w stanie zaakceptować Matta, że go pokocha. 

-  Tak  przypuszczałem  -  powiedział  Matthew  z  dziecięcą  prostotą.  -  Mama  i  ja 

będziemy mieszkać z tobą? 

Si

- Zawsze chciałem mieć własnego tatusia - wyznał Matthew. - Mama powiedziała, że 

mój  tata  jest  bardzo  dzielnym  mężczyzną.  Wyjechał  od  nas,  ale  mama  często  mówi,  że  on 

wróci. 

Tego  już  było  za  wiele.  Twarz  Diega  stężała.  Kiedy  odwracał  się  do  Melissy  z 

oskarżeniem  w  oczach,  czułość  wyparowała  w  jednej  chwili  i  powróciły  myśli,  że  może  to 

wszystko jest wyłącznie tworem jego wyobraźni. 

- Tak mówiła? - spytał ostro. 

Melissa, łykając łzy, resztką sił starała się zachować opanowanie. 

- Matt, nie poszedłbyś pobawić się misiem? 

- Dobrze. - Zeskoczył z krzesła ze wstydliwym spojrzeniem w stronę Diega i wybiegł 

z pokoju. 

Kiedy Diego odwrócił się do Melissy, miał skupioną twarz. 

- Czy jego ojciec żyje? - powiedział z napięciem. 

- Tak. - Spuściła oczy na stół. Serce jej biło jak oszalałe. 

- Gdzie on jest? 

Potrząsnęła  głową,  nie  mogąc  wykrztusić  ani  słowa,  niezdolna  brnąć  dalej  w 

kłamstwa. 

- Jeśli mi nie ufasz, jak możemy nadal być małżeństwem? 

- To samo dotyczy ciebie. Nigdy mi nie ufałeś. Jak mogłeś się spodziewać, Diego, że 

zaufam tobie? 

- Nie zdawałem sobie sprawy, że tak świetnie mówi po hiszpańsku - zaczął po chwili, 

łagodząc napięcie. 

-  To  przyszło  jakby  samo  z  siebie  -  powiedziała.  -  Swoją  drogą  to  dobrze,  kiedy 

background image

dziecko  zna  dwa  języki,  zwłaszcza  w  Tucson,  gdzie  tyle  osób  mówi  po  hiszpańsku.  W 

każdym razie większość jego kolegów. 

Poprawił się w krześle, jego ciemne oczy przyglądały się Melissie z uporem. 

- Stajesz się z dnia na dzień piękniejsza - powiedział niespodziewanie. 

-  Nie  sądziłam,  że  kiedykolwiek  przyjrzałeś  mi  się  wystarczająco  uważnie,  aby  to 

dostrzec. - Zapłoniła się. 

Zapalił cygaro i łagodnie wypuścił dym. 

-  To  wszystko  nie  jest takie  proste,  zdajesz  sobie  sprawę?  Chłopiec  nie  ma  poczucia 

pewności. 

- Przepraszam za kłótnie - powiedziała ze smutkiem. - Wszystko psuję. 

-  Nie.  Obydwoje  jesteśmy  temu  winni  -  obruszył  się.  -  Nie  jest  łatwo  zapomnieć  o 

przeszłości, prawda? 

- Gwatemala wydaje mi się czasami taka odległa  - przechyliła się w tył. - Diego, a co 

się dzieje z farmą? 

-  Myślę  o  niej  częściej,  niż  ci  się  wydaje,  Melisso  -  odpowiedział.  Wpatrywał  się  w 

cygaro.  -  Utrzymanie  posiadłości,  zapewnienie  ochrony  robotnikom  staje  się  coraz 

trudniejsze. - Wzdrygałem  się  na  samą myśl, że  mógłbym się poddać, ale też w  grę zaczyna 

wchodzić  coraz  większe  ryzyko  finansowe.  Teraz,  kiedy  muszę  się  zająć  tobą  i  chłopcem, 

zaczynam myśleć, czy nie lepiej ją sprzedać. 

- Przecież twoja rodzina mieszkała tam od trzech pokoleń - zaprotestowała. - To twoje 

dziedzictwo. 

-  To  tylko  kawałek  ziemi  -  powiedział  łagodnie.  -  Trochę  kamieni  i  ziemi.  Wiele 

istnień ludzkich kosztowało utrzymanie go i jeszcze wiele nowych trzeba by było poświęcić. - 

Przechylił się gwałtownie, zmarszczył brwi. - A gdybym cię poprosił, żebyśmy razem wrócili 

do Gwatemali i tam wychowywali Matthew? 

Na  moment  wstrzymała  oddech.  Zawahała  się,  starając  oddalić  niepokój,  z  jakim 

przyjęła słowa Diega. 

-  Widzisz?  Sama  boisz  się  podjąć  ryzyko  związane  z  życiem  Matthew,  ja  również.  - 

Jeszcze  raz  poprawił  się  w  krześle.  -  Rozsądniej  byłoby  wydzierżawić  albo  sprzedać 

posiadłość, niż ryzykować powrót. Lubię Chicago. A ty? 

-  Dlaczego  nie?  -  odpowiedziała  powoli.  -  Wydaje  mi  się,  że  też  je  polubiłam.  Nie 

wiem, jak to będzie zimą... 

-  Zimę  możemy  spędzić  na  Karaibach  i  wrócić  wiosną.  Apollo  myśli  o  rozszerzeniu 

działalności  naszej  firmy,  Blain  Security  Consultants,  chcemy  uruchomić  kursy  walki  z 

background image

terroryzmem  w  tamtej  części  świata.  -  Uśmiechnął  się.  -  Mogę  połączyć  interesy  z 

przyjemnością. 

- Nigdy mi nie mówiłeś, czym się zajmujesz - przypomniała mu. 

- Uczę taktyki - powiedział. Odłożył cygaro. - Zajmujemy się tym razem, Dutch i  ja, 

uczę  również  szoferów  zamożnych  ludzi  odpowiedniej  techniki  jazdy.  -  Podniósł  na  nią 

wzrok. - Pamiętasz, że przez kilka lat byłem kierowcą rajdowym. 

-  Ojciec  wspominał  kiedyś  o  tym  -  powiedziała.  Oczy  Melissy  przebiegły  po  jego 

ciemnej twarzy. - Nie możesz żyć bez kuszenia losu? Bez ryzyka? 

-  Dorastałem  przyzwyczajony  do  ryzyka  i  adrenaliny  we  krwi.  -  Zamyślił  się  z 

uśmiechem  na  twarzy.  -  I  widać  uzależniłem  się.  W  każdym  razie  to  mało  prawdopodobne, 

abym  w  najbliższym  czasie  uczynił  cię  bogatą  wdową,  señora  Laremos  -  dodał  kpiącym 

tonem, myśląc z goryczą o ojcu chłopca. 

-  Pieniądze  nigdy  nie  były  moim  nałogiem  -  powiedziała  z  cichą  dumą.  Powoli 

podniosła się. - Myśl sobie, co chcesz. Twoje zdanie nie jest już dla mnie takie ważne. 

-  Kiedyś  było  inaczej  -  powiedział  miękko,  uniósł  się,  aby  ją  ująć  w  pasie  i 

przytrzymać przed sobą. - Kiedyś mnie kochałaś, Melisso. 

- Miłość umiera jak marzenia - westchnęła zadumana. - To było dawno, byłam bardzo 

młoda. 

- Wciąż jesteś bardzo młoda - powiedział cicho głębokim głosem. - Jak sobie dawałaś 

radę, samotna i w ciąży, w obcym miejscu? 

-  Miałam  przyjaciół  -  odpowiedziała  z  wahaniem.  -  I  dobrą  pracę.  Później 

zachorowałam na zapalenie płuc i wszystko się rozleciało. 

- Ale znalazłaś czas, aby wpoić Matthew wartości, dumę i honor. 

-  Chciałam,  aby  wyrósł  na  prawdziwego  człowieka  -  powiedziała.  Podniosła  wzrok, 

szukając jego ciemnych oczu, tak blisko swoich. 

- Obwiniasz mnie, prawda? O zdradę... 

Jej poniżenie zraniło go. Sprawiło, że poczuł się winny za wszystko, co jej powiedział. 

Westchnął ciężko. 

- Czy to raczej nie ja cię zdradziłem? - wyszeptał i przywarł do jej ust. 

Nigdy  wcześniej  nie  całował  jej  w  ten  sposób.  Czuła  cudownie  łagodny  dotyk  jego 

warg. Pieściły ją, całowały w ciszy wzajemnego spełnienia. 

- Ale Matthew... - wyszeptała. 

-  Pocałuj  mnie,  querida  -  wyszeptał  i  znów  jego  usta  przywarły  do  jej  ust,  kiedy 

przyciskał ją do swojego twardego wysmukłego ciała, a jego wargi stawały się coraz bardziej 

background image

niecierpliwe. 

Poczuła,  jak  narasta  w  nim  pragnienie.  Jej  nogi  drżały,  wargi  podążały  tam,  gdzie  je 

prowadził,  zagubione  do  utraty  tchu  w  ciepłej  rozkoszy.  Oplotła  go  ramionami  i  przylgnęła 

jeszcze mocniej. Nagle poczuła, że cały sztywnieje, przeszyty gwałtownym skurczem. 

-  Nie  -  szepnął  ostro  i  odepchnął  ją.  Oczy  mu  błyszczały.  Oddech  był  szybki  i 

urywany. - Nie chcę półśrodków. Chcę cię mieć całą albo wcale. A na to jeszcze za wcześnie, 

prawda? 

Chciała  zaprzeczyć,  ale  rzeczywiście  było  za  wcześnie,  nie  tylko  na  fizyczne 

zbliżenie. Było zbyt wiele ran, zbyt wiele pytań. Spuściła oczy. 

-  Nie  będę  cię  powstrzymywać  -  powiedziała,  szokując  siebie  samą  i  mężczyznę 

stojącego przed nią w bezruchu. - Nie powiem nie. 

- To już tyle czasu - powiedział głębokim, cichym głosem. - Nie mogę ci obiecać, że 

będę spokojny i łagodny, mimo czułości, jaką cię darzę; nie tym razem. - Wzdrygnął się. - A 

nie zniósłbym myśli, że mogę ci zadać ból. Lepiej będzie, jeśli się powstrzymamy. 

Obserwowała  go  ze  zdziwieniem  w  oczach.  Cała  drżała  z  niespełnienia.  Niczego  nie 

pragnęła bardziej, niż poczuć na sobie jego ciało i zatopić się w słodkiej ciemności. 

- Pragnę cię - wyszeptała z bólem. 

Odwrócił się, jego ciemne oczy były spokojne i gorące. 

-  Ja  również,  nie  mniej  niż  ty,  wierz  mi  –  powiedział  gwałtownie.  -  Ale  najpierw 

musimy sobie wszystko wyjaśnić do końca. Powiedz mi, Melisso, kto jest ojcem Matthew? 

Chciała powiedzieć. Musiała powiedzieć. Ale nie mogła. Uważała, że powinien dojść 

do tego samodzielnie, powinien uwierzyć w jej niewinność, bez dowodów i wyjaśnień. 

- Nie mogę - westchnęła. 

-  Wiedz  zatem  jedno:  mam  już  dosyć  wykrętów  i  udawania.  Jeśli  nie  powiesz  mi 

prawdy, przysięgam, więcej cię nie dotknę. 

Oddychała  z  trudem.  Nie  miała  do  niego  pełnego  zaufania,  on  z  kolei  nie  ufał  jej. 

Gdyby ją kochał, nie miałby wątpliwości, że Matthew jest jego synem. 

Diego  obserwował,  jak  bije  się  z  myślami.  Kiedy  zobaczył,  jak  zaciska  zęby, 

zrozumiał, że przegrał tę rundę. Nie powie mu. Boi się. W końcu istniał jeszcze jeden sposób, 

aby poznać prawdę. Tak jak  sugerował Dutch, musiała istnieć metryka Matthew. Napisze  do 

Biura Ewidencji Ludności w Arizonie i poprosi o odpis. Pozwoli to mu poznać wiek Matta i 

wyjaśnić kwestię jego ojcostwa. 

-  Późno  już  - powiedział,  nie  dając  jej  szansy  na  podjęcie  rozmowy.  -  Lepiej  będzie, 

jak  pójdziesz  spać.  -  Przytaknęła,  odwróciła  się  na  pięcie  i  bez  słowa  poszła  do  swojego 

background image

pokoju. 

Następne  dni  minęły  w  takiej  atmosferze,  jakby  siedzieli  na  minie.  Melissa  czuła 

obecność Diega jak nigdy dotąd. Był miły i uprzejmy, ale nic ponadto. Noce stawały się coraz 

dłuższe. 

Melissa  była  zawiedziona,  jej  syn  wręcz  na  odwrót.  Niczym  cień,  nie  odstępował 

Diega ani na krok. Diegowi to nie przeszkadzało, przeciwnie, wydawało się, jest zachwycony. 

Był  pobłażliwy,  zauważał  obecność  chłopca,  bawił  się  z  nim.  Na  początku  robił  to  dosyć 

niezdarnie,  ponieważ  nie  miał  doświadczenia  z  dziećmi.  Ale  z  biegiem  czasu  nauczył  się 

wszystkiego i malec stał się niezbędną częścią każdego dnia. 

Poszli  do  zoo, zostawiając  Melissę  w  towarzystwie  telewizora  i  filmu  przygodowego 

na  wideo.  Byli  tam  prawie  do  zmierzchu,  a  kiedy  wreszcie  wrócili,  Matthew  wydawał  się 

odmieniony. 

- Widzieliśmy kobrę - opowiadał z podnieceniem na twarzy. - I żyrafę, i lwa, i małpy. 

Jadłem watę cukrową, jechałem kolejką i gonił mnie mały piesek - paplał radośnie. 

-  A  tata  już  nie  żyje  ze  zmęczenia  -  westchnął  Diego  i  wycieńczony  padł  na  kanapę 

obok Melissy. - Już myślałem, że będę musiał kupić motor, żeby dotrzymać mu kroku. 

-  Ale  wykończyłem  tatę  -  wykrzyknął  Matt.  -  Prawda,  tato?  -  Melissa  patrzyła  to  na 

jednego, to na drugiego szerokimi ze zdziwienia oczami. 

-  Ojciec  Matthew  nie  wróci  do  was.  -  Diego  zwrócił  się  do  niej.  Zapalił  papierosa  z 

lekkim  drżeniem  rąk  i  czekał,  jakie  wrażenie  na  Melissie  zrobią  te  słowa.  -  Ja  zastąpię  mu 

ojca i zaopiekuję się nim. A on będzie moim synem. 

-  Zawsze  chciałem  mieć  własnego  tatusia  -  powiedział  Matthew  do  Melissy.  Wtulił 

policzek w oparcie kanapy i przyglądał się jej. - Mój tata odszedł, więc chcę mieć Diega. 

Melissa  próbowała  złapać  powietrze,  ale  przychodziło  jej  to  z  trudem.  Wszystko,  co 

naopowiadała Matthew na temat ojca, powróciło teraz z bezwzględną konsekwencją. Błagała 

los, żeby nie wygadał się przed Diegiem. A zwłaszcza o fotografii... czemu na Boga pokazała 

Matthew to zdjęcie? 

Ale  Diego  i Matthew  wyglądali  tak  niewinnie  i  spokojnie, że  z  pewnością  nie  łączył 

ich żaden sekret. Oczywiście, że nie. Martwiła się na zapas. 

- Dobrze się bawiłeś? 

- Wspaniale, a jutro idziemy do kościoła. 

Melissa popatrzyła ze zdumieniem na Diega. 

-  Chłopcu  potrzebna  jest  religia  -  powiedział  stanowczo.  -  Kiedy  wyzdrowiejesz, 

możesz chodzić z nami. 

background image

- Nie mam zamiaru się sprzeciwiać - powiedziała z roztargnieniem. 

-  To  dobrze,  bo  na  nic  by  się  to  zdało.  Matt,  zobacz,  co  jest  w  telewizji,  a  ja 

zorganizuję coś do jedzenia. Chcesz rybę? 

-  Tak,  bardzo  -  powiedział  chłopiec,  cały  rozpromieniony,  i  pobiegł  oglądać 

kreskówki. 

-  A  ty,  kochanie?  -  spytał  Melissę,  czułym  spojrzeniem  oceniając  jej  strój:  kremowy 

sweter z dekoltem i szare spodnie. 

-  Poproszę  o  sałatkę  -  mruknęła.  -  Obiad  dla  Matthew  jest  w  lodówce,  sałatka  też. 

Wszystko przygotowałam, kiedy was nie było. Są też steki, mogę je upiec dla ciebie... 

- Ja to zrobię. - Wstał, przeciągnął się leniwie. 

-  I  tak  muszę  się  poruszać.  -  Podniosła  się  i  zaczekała  parę  sekund,  zanim  ruszyła  z 

miejsca.  Utykała  jeszcze  wyraźnie,  ale  chodzenie  sprawiało  dużo  mniejszy  ból  niż  tydzień 

temu. Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. 

- Młodym rany goją się szybko - powiedział z uśmiechem. 

- Nie jestem taka młoda, Diego - odpowiedziała. 

Zbliżył się do niej, objął w pasie i przyciągnął do siebie łagodnie. 

-  Jesteś,  kiedy  się  uśmiechasz  -  odrzekł  pogodnie.  -  Przywracasz  mi  wspomnienia 

szczęśliwych chwil w Gwatemali. 

- A były w ogóle takie? - spytała ze smutkiem. Szukał jej łagodnych szarych oczu. 

- Nie pamiętasz, co przeżyliśmy razem, zanim wzięliśmy ślub? Zapomniałaś o naszej 

przyjaźni, miłych chwilach spędzonych razem? 

-  Byłam  wtedy  dzieckiem,  a  ty  byłeś  już  dorosły.  -  Spuściła  wzrok  -  Miałam  dosyć 

bezinteresownej przyjaźni i nie spełnionych marzeń. 

- A później  schroniliśmy się w ruinach Majów -  wyszeptał  cicho, by  nie usłyszał  ich 

Matt, zajęty oglądaniem telewizji. - I staliśmy się kochankami, w strugach ulewy, gdy wokół 

czaiło  się  niebezpieczeństwo.  Twoje  ciało  przykryte  moim  ciałem,  twoje  usta  zanurzone  w 

moich... 

Odsunęła się zbyt gwałtownie, czuła rumieniec na twarzy i przyspieszone tętno. 

- Pozwól... przygotuję sos do sałatki. 

Obserwował  ją  z  lekkim,  tajemniczym  uśmiechem.  Za  jego  plecami  Matt śmiał  się  z 

kreskówki. Posłał mu takie spojrzenie, że rad był, iż Melissa tego nie widzi. Matt powiedział 

mu o fotografii ojca, kiedy zobaczyli plakat ze zdjęciem bananowców. 

-  Takie  same  śmieszne  drzewa  -  krzyknął  wtedy  Matt  -  są  na  fotografii  tatusia,  którą 

ma mama. Tatuś ma na głowie duży kapelusz i jest na koniu. 

background image

Diego  oparł  się  o  ścianę  i  nawet  nie  pamiętał, co z  siebie  wydusił,  kiedy Matt  paplał 

dalej. Co prawda wysłał  już list z prośbą o metrykę chłopca, ale  nie była  już potrzebna. Nie 

mogła  wchodzić  w  grę  inna  fotografia.  Zrozumiał  z  bezsilną  wściekłością,  że  mężczyzną,  o 

którego był zazdrosny, był on sam. 

To on  był  ojcem  Matta.  To Matt był  tym  dzieckiem,  które  rzekomo  straciła  Melissa. 

Ukrywała  ciążę,  bo prawdopodobnie  obawiała  się,  że  nie  zależy  mu  na  niej  i  bała  się  z  nim 

zostać,  kiedy  już  urodzi  się  dziecko.  Myślała  raczej,  że  Diego  odbierze  jej  dziecko,  a  ją 

oddali. Uciekła, aby tak się nie stało. 

Ciągle  uciekała.  Nie  powiedziała  mu  prawdy  o  Matthew,  bo  mu  nie  ufała.  Może 

zresztą nie kochała go wystarczająco mocno, kto wie? Musi tę kwestię rozpracować. W końcu 

poznał jednak prawdę, i to było najważniejsze. 

Po kolacji Diego i Matthew rozciągnęli się na dywanie przed telewizorem.  Diego był 

w samych skarpetkach, w rozpiętej koszuli, z włosami w nieładzie i oczami śmiejącymi się do 

syna.  Spojrzał  w  górę,  ciągle  uśmiechnięty  i  zobaczył,  że  Melissa  obserwuje  go  uważnie. 

Matthew  rzucił  się  na  niego  i  czar  chwili  prysnął.  Pozostawił  Melissę  rozbitą  i  nie 

zaspokojoną.  Diego  zaakceptował  Matta,  i  to  powinno  jej  wystarczyć.  Ale  nie  wystarczało. 

Chciała,  aby  Diego  ją  kochał.  Czy  kiedykolwiek,  pomyślała  z  goryczą,  pragnęła  czegoś 

innego?  Jednak  ciągle  to  pragnienie  wydawało  się  niemożliwe  do  spełnienia,  teraz  tak  jak  i 

wtedy. Pożądał jej, ale być może nie miał już jej niczego do ofiarowania. 

 

Diego  był  pochłonięty  pracą  przez  następne  kilka  tygodni.  Atmosfera  w  domu  nieco 

zelżała. Matt bawił się z Diegiem i z czasem stali się prawie nierozłączni. Diego spoglądał na 

Melissę  z  leniwym  pobłażaniem  i  raz  czy  drugi  drażnił  się  z  nią  łagodnie.  Tym  niemniej 

napięcie  stale  rosło,  a  nerwowość,  z  jaką  Melissa  odnosiła  się  do  niego,  jeszcze  pogarszała 

sprawę. Nie mogła zrozumieć, czemu zawdzięcza zmianę w traktowaniu Matta i jej samej. A 

ponieważ nie domyślała się racjonalnej przyczyny tej odmiany, nie wierzyła w jej trwałość. 

Kiedy  przyszedł  czas  na  ostatnie  badanie  kontrolne,  Diego  zwolnił  się  z  pracy  i 

zawiózł ją do lekarza. 

Uznano, że jest już zdrowa. Doktor prosił, aby uważała na nogę, która zagoiła się tak 

szybko, ale orzekł, że może wrócić do pracy. 

Kiedy zaczęła wspominać, że najwyższa pora rozejrzeć się za pracą, Diego poczuł się 

nieswojo. Co będzie, jeśli skorzysta z pierwszej okazji i ucieknie? Nie potrafił dłużej skrywać 

rosnącego przywiązania do chłopca. A jeśli się dowie, że Diego odkrył już prawdę o chłopcu? 

Czy  zabierze  Matta  i  zniknie  razem  z  nim,  obawiając  się,  że  mógłby  ukraść  jej  syna? 

background image

Wzdrygał się na samą myśl, ale nie ufał Melissie na tyle, by zadać to pytanie. Musiał działać 

ostrożnie,  aby  nie  pogorszyć  sytuacji.  Rzecz  sprowadzała  się  do  jednego:  jak  zatrzymać 

Melissę? 

Bił się z myślami przez całą drogę powrotną do domu, zamknięty w sobie i nieobecny. 

Odprowadziwszy  ją  do  pokoju,  wrócił  do  pracy.  Wyszedł  bez  słowa.  Jego  zachowanie 

zaniepokoiło Melissę. 

- Potrzeba pani trochę rozrywki - radziła pani Albright, przyrządzając lunch. - Za dużo 

pani przebywa w czterech ścianach, to niezdrowo. 

-  Z  pewnością  ma  pani  rację  -  westchnęła  Melissa.  -  Chyba  zadzwonię  do  Joyce  i 

umówię się z nią jutro na lunch. Może nawet znajdę pracę. 

- Mężowi to się nie będzie podobało. Niech pani nie ma za złe moich słów - mruknęła 

pani Albright sponad tartej marchewki. 

- Obawiam się, że nie - powiedziała Melissa. - Ale to mnie nie powstrzyma. 

Ucałowała w przelocie ciemną główkę Matthew, zajętego programem oświatowym w 

telewizji, i poszła zatelefonować z pokoju Diega. 

Na  nieszczęście  zapomniała  telefonu  do  biura  Apolla.  Diego  musiał  mieć  to  gdzieś 

zapisane. Nie chciała szukać w jego biurku, ale sprawa była zbyt ważna. Otworzyła środkową 

szufladę i znalazła czarny  notes z telefonami. Pod nim leżała otwarta koperta, która przykuła 

jej uwagę. 

Szybko spojrzała w stronę drzwi, a potem z bijącym sercem wyciągnęła ją i obejrzała. 

Adres  zwrotny  wskazywał  na  Biuro  Ewidencji  Ludności  w  Arizonie.  Otworzyła  kopertę 

drżącymi rękami i znalazła w środku to, czego się obawiała - odpis aktu urodzenia Matthew. 

W rubryce „ojciec" starannie wypisano na maszynie imię, nazwisko i adres Diega. 

A więc wiedział. I nic nie powiedział. Dręczył ją pytaniami, zagroził, że nie zbliży się 

do  niej,  póki  się  nie  dowie  prawdy  o  Matthew.  Dlaczego?  Czy  tego  wymagało  poczucie 

dumy?  Czy  raczej  grał  na  zwłokę,  aby  zdobyć  sympatię  Matthew,  a  później  siłą  usunąć 

Melissę  z  ich  życia?  Może  nie  mówił  prawdy,  może  chciał  wrócić  do  Gwatemali  tylko  z 

synem,  a  ją  zostawić  tutaj?  Jego  ciepły  stosunek  do  Matta,  od  kiedy  poszli  razem  do  zoo,  i 

brak zainteresowania  nią, pogłębiały uczucie niepewności. Albo dzisiejsza obojętność, kiedy 

lekarz uznał, że Melissa może powrócić do pracy. Czy myślał, że pora ją porzucić, bo już nie 

potrzebuje pomocy? 

Bała  się,  w  pierwszym  odruchu  chciała  spakować  walizkę  i  zabrać  Matthew  jak 

najdalej i tak szybko, jak to możliwe. Ale to nie byłoby rozsądne. Musi spokojnie pomyśleć. 

Musi działać logicznie, nie podejmować decyzji na łapu capu, by ich potem nie żałować. 

background image

Włożyła dokument z powrotem do koperty, przykryła ją  starannie czarnym  notesem i 

zamknęła szufladę. Nie odważyła  się  szukać  numeru telefonu, by Diego nie zorientował  się, 

że zaglądała do szuflady. 

Przypomniała  sobie,  że  pani  Albright  musi  znać  ten  numer.  Wróciła  do  kuchni  i 

spytała ją o to. 

-  Ależ  oczywiście,  pani  Laremos  -  uśmiechnęła  się.  -  Znajdzie  go  pani  w  książce 

telefonicznej  pod  Blain  Security  Consultants,  Inc.  -  Przyjrzała  się  uważnie  Melissie.  - 

Wszystko w porządku? Jest pani bardzo blada. 

- Czuję się dobrze. - Melissa zdobyła się na uśmiech. - Tylko trudno mi się pozbierać. 

Rany  zabliźniły  się,  ale  noga  ciągle  jeszcze  sztywnieje.  Chcieli  mnie  skierować  na 

fizykoterapię, ale wolałam ćwiczenia w domu. Kiedy je zacznę, noga na pewno się rozrusza. 

-  Moja  siostra  miała  bóle  w  krzyżu  i  lekarz  przepisał  ćwiczenia  -  zauważyła  pani 

Albright. - Bardzo jej pomogły. Pani również pomogą. 

- Tak, na pewno. Dziękuję. 

Poszła do salonu, drżącymi rękami odnalazła i nakręciła numer. 

Po drugim dzwonku w słuchawce odezwał się melodyjny głos Joyce. 

- Blain Security Consultants. Słucham. 

- Możesz jutro pójść ze mną  na  lunch  i pomóc mi uchronić moje władze umysłowe - 

powiedziała sucho Melissa. - Mówi Melissa, żona Diega. 

-  Tak,  poznałam  cię  po  głosie,  Melisso  -  powiedziała  ze  śmiechem  Joyce.  -  To 

cudowny  pomysł.  Czy  mogę  wpaść  po  ciebie  koło  wpół  do  dwunastej?  Jeśli  mój  szef 

pozwoli... 

Głęboki głos Apolla zabrzmiał w tle. 

- Od kiedy to zabraniam pani wychodzić na lunch, panno Latham? Oczywiście, idźcie 

razem. Niech pani przestanie robić ze mnie potwora. 

- Nigdy tego nie robię, panie Blain - zapewniła go skwapliwie Joyce. - Obrażałabym w 

ten sposób potwory. 

Z oddali doszło przekleństwo, a później trzask drzwi. Joyce westchnęła niewinnie. 

-  Do  zobaczenia  jutro  -  szepnęła.  -  Muszę  się  zabrać  do  pracy,  bo  wylecę  na  zbitą 

twarz. 

- Wszystko na to wskazuje. Przyjemnego dnia. 

- Wzajemnie. 

Tego wieczora Diego wrócił późno. Akurat w samą porę, żeby pocałować Matthew na 

dobranoc. Melissa, obserwując ich od progu, widziała na twarzy Diega oddanie i dumę, z jaką 

background image

spoglądał na syna. Od jak dawna wiedział? Być może domyślał się tego od samego początku. 

Pewnie nawet wiedział, jak bardzo go kocha. Zastanawiała się, czy znajdzie w sobie dość siły, 

aby go opuścić. Jeśli planuje odebranie jej Matta, nie będzie miała innego wyjścia. Nigdy nie 

krył, co  sądzi o miłości. Nie wierzył  w  nią. Nie  miała powodu uważać, że po latach  zmienił 

zdanie. 

Kochał Matthew, jeśli w ogóle  kogoś kochał. Melissa  komplikowała mu życie. Kiedy 

wstał i ruszył do drzwi, odwróciła oczy - nie chciała, aby zobaczył w nich strach. 

- Joyce powiedziała, że zabiera cię jutro na lunch - zaczął. 

-  Tak.  Pomyślałam,  że  powinnam  ruszyć  się  z  mieszkania  -  powiedziała.  -  Czuję  się 

tutaj... samotnie. 

Zatrzymał się na progu jej sypialni. Jego ciemne oczy były spokojne. 

-  Nie  zawsze  będzie  tak,  jak  teraz  -  powiedział.  -  Już  przecież  możesz  się  poruszać; 

poszukamy wspólnych zajęć dla naszej trójki, na ile czas pozwoli. 

- Nie musisz czuć się wobec mnie zobowiązany. - Uśmiechnęła się smutno. 

- Dlaczego? 

Zapomniała, jaki był sprytny. Odwróciła oczy. 

-  Wiesz,  chłopcy  czasami  lubią  tylko  męskie  towarzystwo,  bez  udziału  kobiet, 

prawda? 

Popatrzył  zdziwiony.  Spodziewał  się,  że  powie  coś  więcej.  Czuł  się  rozczarowany  i 

rozdrażniony.  Czego  w  końcu  oczekiwał?  Utrzymała  tajemnicę  tak  długo  i  teraz  miałaby  ją 

zdradzić?  Dawał  się  ponieść  najczarniejszym  myślom.  Zostawił  ją  w  spokoju,  licząc,  że 

wreszcie wyjawi prawdę. Tak się  nie  stało. Być  może źle odczytał  stan  jej ducha. A jeśli po 

prostu nie zależy jej na nim? Jeśli opuści go teraz, kiedy już nie potrzebuje opieki? 

Ledwie pamiętał, że zadała mu pytanie. 

- Myślę, że będzie to z pożytkiem dla Matthew, jeśli trochę czasu będzie spędzał tylko 

ze  mną  -  odpowiedział  jej  znużony.  Na  tego  twarzy  rysowało  się  zmęczenie,  przybyło  mu 

zmarszczek.  Przyglądał  się  jej  powoli  przez  chwilę,  później  odwrócił  się.  –  Miałem  dzisiaj 

męczący dzień. Nie mam siły na rozmowy. Jeśli pozwolisz, pójdę już spać. 

- Oczywiście. Dobranoc - odpowiedziała, zdziwiona jego tonem i spojrzeniem. 

Skinął głową i ruszył korytarzem. Obserwowała go oczami pełnymi łagodnej zadumy i 

żalu. Miłość to nie tylko to słodkie uczucie, które pokazują w kinie, pomyślała gorzko. Bywa 

bolesna, przysparza cierpień. 

Odwróciła  się  i  weszła  do  sypialni,  oglądając  się  w  lustrze.  Wyglądała  mizernie, 

dostrzegła zmarszczki na twarzy. 

background image

Otworzyła  szufladę  komódki  i  wyjęła  z  niej  zdjęcie,  które  mu  zrobiła  w  przeddzień 

tamtych zdarzeń,  kiedy ojciec odnalazł  ich  na wzgórzach. Westchnęła,  gładząc palcami  jego 

twarz.  Jakie  to  wszystko  wydawało  się  odległe,  jak  nie  spełnione!  Kochała  go,  ale 

wspomnienie  tego  wywoływało  tylko  ból.  Gdyby  i  dla  niej  miał  choć  trochę  uczucia, 

pomyślała.  Ale  może  on  nie  potrafi  kochać?  Schowała  fotografię  i  zamknęła  szufladę. 

Marzenia nie zastąpią rzeczywistości. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Joyce  i  Melissa  wybrały  małą,  przytulną  restaurację  z  kuchnią  francuską.  Melissa 

zamówiła  naleśnik z nadzieniem z  kurczaka  i brokułów oraz świeżego melona, Joyce wolała 

befsztyk z przystawkami. 

-  Jesteś  dosyć  milcząca,  jak  na  osobę,  która  umówiła  się  na  zwierzenia  -  zauważyła 

Joyce po piętnastu minutach cichego skupienia nad talerzem. 

- Mam kłopot. - Melissa westchnęła. 

- Kto ich nie ma? - Joyce uśmiechnęła się. 

-  Zgoda.  Mój  sprowadza  się  do  tego,  że  nie  wiem,  czy  nie  spakować  walizki  i  nie 

wyjechać z Chicago. 

- W takim razie słucham uważnie. - Joyce odłożyła widelec. 

- Matthew jest synem  Diega - powiedziała. - Zanim  uciekłam od niego pięć lat temu, 

powiedziałam mu, że straciłam dziecko. 

- I to ma być kłopot? - spytała Joyce ze zdziwieniem. 

- Nie myślałam, że wie o wszystkim. Na początku wydawało się, że nie lubi Matta, a 

później  stali  się  nierozłącznymi  przyjaciółmi.  Wczoraj  znalazłam  w  jego  biurku  odpis  aktu 

urodzenia Matthew. 

-  Jeśli  już  o  tym  wie,  wszystko  się  dobrze  ułoży.  Czemu  miałoby  być  inaczej?  - 

spytała Joyce. 

- O to właśnie chodzi - powiedziała Melissa z westchnieniem. - Zależało mi, aby sam 

się  domyślił,  że  jest  ojcem  Matta  i  nie  szukał  dowodów;  powinno  mu  wystarczyć 

przekonanie, że nie byłabym w stanie go zdradzić. Ostatnio zachowuje się tak, jakby mnie nie 

chciał przy sobie. I chyba wiem, dlaczego. Poznał prawdę o Matthew i teraz nienawidzi mnie 

za to, że go okłamałam. 

- Nadal nic nie rozumiem - przerwała Joyce. 

- Bo to długa historia. Kiedyś wydawało mi się, że będzie lepiej, jeśli ukryję prawdę i 

zniknę mu z oczu. 

-  Może  miałaś  rację  -  powiedziała  łagodnie  Joyce.  -  Nie  możesz  się  obwiniać  o 

wszystko. 

- Tak uważasz? - Melissa podniosła strapione oczy. - Prawdę mówiąc, wina leżała po 

obu stronach. Teraz, kiedy zna prawdę, pewnie ma do  mnie żal, że rozłączyłam  go z synem. 

Obawiam się, że będzie chciał zabrać mi Matta. 

background image

-  To  już  czysta  histeria  -  powiedziała  stanowczo  Joyce.  -  Dziewczyno,  weź  się  w 

garść. Tym razem nie możesz uciekać. Musisz zostać i walczyć o syna. Pomyśl również o tym 

-  dodała  -  że  może  warto  także  zacząć  walczyć  o  męża.  Poślubił  cię.  To  znaczy,  że  mu  na 

tobie zależało. 

Melissa skrzywiła się. 

- Diego nie chciał  się ze mną żenić. Przyłapano nas w dwuznacznej sytuacji - myślał 

zresztą,  że  to  był  mój  podstęp  -  i  został  zmuszony  do  ożenku.  Traktowali  mnie,  on  i  jego 

rodzina, jak trędowatą. Kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży, nie mogłam znieść myśli, 

że  dziecko  przyjdzie  na  świat  w  atmosferze  nienawiści.  Upewniłam  go,  że  straciliśmy 

potomka i uciekłam. 

- Jesteś pewna, że cię nie kocha? 

- Powiedział mi kiedyś, że nie wierzy w miłość, że to luksus, na który nie może sobie 

pozwolić. Pociągam go fizycznie. I to wszystko. 

Joyce przypatrywała się zgnębionej twarzy koleżanki. 

- Żadna z  nas  nie ma  szczęścia w miłości - powiedziała po  chwili wahania. - Pracuję 

dla mężczyzny, który mnie nienawidzi, a ty żyjesz z mężczyzną, który cię nie kocha. 

- Ty także nienawidzisz Apolla - przerwała Melissa. 

- Tak uważasz? - Joyce uśmiechnęła się z bólem. 

- Aha - Melissa odstawiła filiżankę. – Teraz rozumiem. 

- Odpłacam mu pięknym za nadobne, aby się nie  domyślił, co naprawdę czuję. Spójrz 

na  mnie  -  mruknęła.  -  On  jest  przystojny,  bogaty,  odnosi  sukcesy.  Czy  chciałby  kogoś  tak 

zwykłego i mało atrakcyjnego jak ja? Gdybym była tak piękna, jak ty... 

- Ja? Piękna? - Melissa była autentycznie zdziwiona. 

- Kochasz Diega? - Joyce patrzyła na nią długo. 

Trudno było uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, ale w końcu musiała. 

- Tak, zawsze go kochałam - wyznała - i myślę, że zawsze będę. 

- Dlaczego zatem uciekasz, dlaczego nie starasz się zbliżyć do niego? - spytała Joyce. 

- Ucieczki nie przyniosły ci wiele, prawda? 

- Tak, czuję się całkiem nędznie. 

- Musisz sprawić, żeby cię chciał. 

- Masz rację. 

- A więc spróbuj. Nie pozwól, aby was rozdzieliła przeszłość. 

- Nie bardzo wiem, jak uwieść mężczyznę. 

- Ja również. - Joyce wzruszyła ramionami. - I co z tego? Nauczymy się razem. 

background image

Pomysł wydawał się Melissie coraz bardziej pociągający. 

- Możemy spróbować. A jak nie wyjdzie... 

- Zaufaj mi. Musi się udać. 

-  Jeśli  mnie,  to  i  tobie.  -  Melissa  zacisnęła  wargi.  -  Czy  wiesz,  że  pracowałam  w 

wielkim  sklepie  z  odzieżą?  Mam  niezły  gust  i  wiem,  co  na  kim  dobrze  leży.  Może 

wybrałybyśmy się na zakupy? 

- A po co? - Joyce zmarszczyła brwi. 

-  Musisz  trochę  popracować  nad  sobą,  a  efekt  będzie  piorunujący,  gwarantuję. 

Wyobraź sobie Apolla klęczącego przy twoim biurku i wpatrzonego w ciebie z uwielbieniem 

- przymilała się. 

- Jedyny sposób, żeby klęknął przy moim biurku, to kopniak w żołądek - skrzywiła się 

Joyce. 

- Pesymistka. Przecież sama mnie namawiałaś do działania. 

- Zgoda. W końcu co mamy do stracenia? 

- Niewiele, jeśli o mnie chodzi. Co robisz w sobotę przed południem? Wybierzmy się 

razem na zakupy. 

-  Mam  trochę  oszczędności  -  mruknęła  Joyce.  -  W  porządku.  Przystępujemy  do 

działania. 

-  Cudownie.  -  Melissa  zabrała  się  do  deseru.  -  Wiesz,  nagle  wszystko  zaczęło  mi 

smakować. Już czuję się lepiej. 

- I ja też. Ale jeśli Apollo wyrzuci mnie przez okno, nie daruję ci tego. 

- Nie wyrzuci. 

Wiele pomysłów chodziło Melissie po głowie. A wszystko przez Joyce. 

Tego  przedpołudnia  kupiła  Mattowi  grę  rozwijającą  pamięć.  Kiedy  Diego  wrócił 

wieczorem  do  domu,  zastał  ich  rozciągniętych  na  dywanie.  Była  w  beżowej  bluzce  bez 

rękawów  i  opiętych  dżinsach.  Diego  zatrzymał  się  na  moment  w  progu.  Na  jego  widok 

obróciła się na bok, w zalotnej pozie. 

- Dobry wieczór, señor Laremos - przywitała go. - Matthew dostał nową grę. 

-  I  już  pamiętam,  gdzie  jest  jabłko  -  wykrzyknął  Matthew,  podrywając  się  na  nogi  i 

rzucając  w  objęcia  ojca.  Później  paplał  z  przejęciem,  na  czym  polega  nowa  gra,  i że  już  raz 

pobił mamę. 

-  Jest  pojętny  -  zauważył  Diego,  przyglądając  się  dużej  kupce  kart  leżących  obok 

Matta i małej pod ręką Melissy. 

-  Niezwykle  -  zgodziła  się,  patrząc  z  uśmiechem  na  zadowoloną  minę  Matta.  -  I 

background image

skromny. 

-  Wiem  już  wszystko  -  powiedział  Matthew  ze  szczerym  przekonaniem.  -  Tato, 

zagrasz z nami? 

- Po obiedzie - zgodził się Diego. 

- W porządku. - Matthew znów zajął się grą. 

Teraz  była  kolej  Melissy.  Zauważyła,  że  Diego  nie  może  oderwać  oczu  od  dekoltu 

bluzki, którą nałożyła na gołe ciało. 

Usiadła i skierowała wzrok na męża. 

- Stało się coś? 

-  Nie,  nic.  Przepraszam  was  na  moment.  -  Zmarszczył  brwi,  odwrócił  się  na  pięcie  i 

wyszedł do sypialni. 

Przy  obiedzie  było  wiele  zamieszania,  ponieważ  wcześniej  pani  Albright  zabrała 

malca na dół do holu, gdzie spotkali jej córkę i wnuczka, którzy właśnie wrócili z Meksyku i 

przywieźli  Mattowi  zabawkę:  drewnianą  kulkę  na  sznurku  przyczepionym  do  podstawki,  w 

której trzeba ją było umieścić. 

-  O,  znam tę  zabawkę  -  uśmiechnął  się  Diego.  - Jest  bardzo popularna  w  stronach,  z 

których  pochodzimy,  ja  i  twoja  mama  -  dodał  uśmiechając  się  do  Melissy.  -  Prawda, 

kochanie? 

- Tam, gdzie mieszkaliśmy,  nie było sklepów z zabawkami  -  powiedziała do Matta. - 

Żyliśmy  daleko  od  świata,  w  pobliżu  wulkanu,  a  naokoło  były  starożytne  ruiny  Majów.  - 

Zarumieniła się lekko na myśl o jednym z tych pomników. Popatrzyła na Diega i odnalazła w 

jego ciemnych oczach to samo wspomnienie. 

- Tak - powiedział łagodnie. - Ruiny były... imponujące. 

Zamyśliła się. 

- To już pięć lat. - Była bardziej elokwentna, niż się tego spodziewała. - A wydaje się, 

że minęło tylko kilka dni. 

- Mnie nie - odpowiedział gwałtownie. - Za dużo było trudnych chwil. 

Matthew próbował bawić się kulką, ale Melissa odebrała mu zabawkę i położyła koło 

swojego talerza, na znak, że powinien zająć się posiłkiem. 

-  Nigdy  nie  myślałaś  o  tym,  żeby  się  ze  mną  skontaktować?  -  spytał  nieoczekiwanie 

Diego.  Ta  myśl  coraz  bardziej  nie  dawała  mu  spokoju.  Nawet  jeśli  był  w  stanie  zrozumieć 

postępowanie  Melissy,  świadomość  rozłąki  z  synem  nie  dawała  spokoju.  Tak  bardzo  chciał 

być częścią  życia Matta, doświadczyć tego, co inni ojcowie przechowują przez lata w czułej 

pamięci. Pierwsze słowa Matta, pierwsze samodzielne kroki, pierwsze wspólne chwile, które 

background image

spajają rodziców i dzieci na zawsze. Wszystkiego został pozbawiony. 

Melissa  westchnęła  ze  smutkiem,  wspominając  moment  narodzin  Matthew.  Jak 

desperacko  potrzebowała  wtedy  Diega!  Ale  on  jej  nie  chciał.  Dał  to  jasno  do  zrozumienia, 

zaraz  po  ślubie,  i  nawet  potem,  kiedy  spadła  ze  schodów,  nie  sposób  było  się  do  niego 

zbliżyć. 

- Myślałam o tym kiedyś - powiedziała cicho. - Ale przecież było oczywiste, Diego, że 

nie ma dla mnie miejsca w twoim życiu. 

-  Nigdy  nie  brałaś  pod  uwagę,  że  uczucia  potrafią  być  zmienne?  I  że  może  gorzko 

wszystkiego żałowałem? 

- Nie - odparła uczciwie. - Uznałam, że lepiej będzie, jeśli sama zadbam o siebie... i o 

Matta. 

- Musiało być ci ciężko, kiedy się urodził. - Starał się wydobyć z niej jak najwięcej. 

- Coś było nie tak. Musiałam mieć cesarskie cięcie. 

- Mój Boże. I nie miałaś nikogo przy sobie. 

Spojrzała ciepło na Matta. 

-  Dałam  sobie  świetnie  radę.  Miałam  uczynnych  sąsiadów,  a  firma,  w  której 

pracowałam, okazała wiele zrozumienia. 

Palce  Diega zacisnęły  się  na  filiżance z taką  siłą,  że omal  nie pękła. Nie mógł dłużej 

tego słuchać. Melissa przeszła prawdziwe piekło, sama z maleńkim dzieckiem, które musiała 

wychować. Gdyby ją inaczej potraktował, mogliby razem dzielić kłopoty. 

-  Nie  było  tak  źle,  Diego  -  powiedziała  cicho,  zauważywszy  ból  na  jego  twarzy.  - 

Naprawdę. Matt był najsłodszą nagrodą... 

-  Mam  kilka  telefonów  do  załatwienia.  Przepraszam  was  na  chwilę.  -  Diego  wstał 

gwałtownie. 

Melissa obserwowała go, tęskniła za nim rozpaczliwie. 

Diego  poszedł  do  gabinetu,  zamknął  drzwi  i  oparł  się  o  nie  całym  ciężarem.  Nie 

potrafił  znieść  myśli,  że  tyle  wycierpiała  przez  niego.  Gdyby  mógł  wcześniej  z  nią 

porozmawiać.  Otworzyć  serce.  Powiedzieć,  co  naprawdę  czuje,  jak  wiele  znaczą  dla  niego 

ona i chłopiec. Miał za sobą burzliwą przeszłość; niewiele było tam miejsca na czułość. Teraz 

odkrywał,  co  to  właściwie  znaczy,  u  boku  dziecka  i  Melissy,  która  stopniowo  stawała  się 

najcudowniejszą  sprawą  w  jego  życiu.  Im  dłużej  byli  razem,  tym  trudniej  przychodziło 

ukrywać rosnącą potrzebę tej kobiety. To już nie  było wyłącznie  fizyczne pożądanie, tak  jak 

na początku, w Gwatemali. Ale ciągle nie był jej pewny. 

Być może czuła się zobowiązana; za to, że zaopiekował się Mattem i nią, że stworzył 

background image

im  dom,  kiedy  potrzebowała  kąta,  aby  dojść  do  siebie.  Ale  czy  tak  było  naprawdę?  Czy  to 

była tylko wdzięczność, czy coś więcej? Trudno powiedzieć. 

Melissa  poszła  z  Mattem  do  bawialni  i  rozłożyła  karty  na  podłodze.  Kiedy  wrócił 

Diego,  zaczynali  już  drugą  kolejkę.  Zdjął  marynarkę  i  krawat,  podwinął  rękawy  białej 

koszuli.  Była rozpięta pod szyją. Oczy Melissy zatrzymały się  na owłosionym muskularnym 

torsie. 

Dostrzegł to spojrzenie i zachwyt w jej oczach. Żadna inna kobieta nie budziła w nim 

takiego poczucia męskości i dumy jak Melissa. Pragnie go; tylko tego był pewien. 

- Zagraj z nami, tatusiu - zawołał Matt, zapraszając ojca do siebie na dywan. 

- Zrobimy ci miejsce - powiedziała Melissa z ciepłym uśmiechem. 

- Ale tylko na chwilę - zgodził się Diego. Zdjął buty i położył się obok Melissy. 

- Jak się w to gra? 

Matt  i  Melissa  wytłumaczyli  mu  zasady  i  obserwowali,  czy  zauważy,  że  dwie  karty 

pasują do siebie. Matthew zaśmiał się, a Melissa jęknęła, kiedy zgarnął je i ułożył koło siebie. 

Uśmiechnął się do Melissy ze złośliwą iskierką w oku. 

-  Obserwowałem  was  od  progu.  Może  nie  tyle  karty...  -  przesunął  wzrokiem  po 

krągłych pośladkach Melissy, które rysowały się pod ciasnymi dżinsami. 

Melissa zarumieniła się, ale jej wzrok ani drgnął. 

- Zbereźnik - szepnęła drocząc się. 

Był  zaskoczony  i  wniebowzięty.  Patrzył  na  jej  usta  rozchylone  w  uśmiechu.  Nagle 

podniósł się i musnął je delikatnie. 

-  Tata  i  mama  Bobby'ego  całują  się  w  ten  sposób,  tylko  Bobby  mówi,  że  to  mama 

całuje tatę. - Matthew zaśmiał się radośnie. 

Diego obruszył się. 

- Mama nie może mnie całować, jest osłabiona po wypadku. 

Melissa spojrzała na niego złośliwie. 

- Matt, czy mógłbyś iść do kuchni i przynieść mi coś zimnego do picia? - zwróciła się 

do chłopca. 

- Dobrze. - Podniósł się i wybiegł z pokoju. 

Melissa spojrzała kpiąco na Diega. 

-  A  więc  jestem  za  słaba,  żeby  cię  pocałować,  tak?  -  Obróciła  się,  popychając  go 

łagodnie na dywan. Oniemiał z wrażenia, kiedy pochyliła się nad nim i wpiła w jego usta tak 

żarliwie, że aż jęknął w ekstazie. 

- Za słaba, tak? - Melissa szeptała w rozchylone usta. 

background image

Zanurzył  rękę  w  jej  jasne  falujące  włosy,  obrócił  ją  łagodnie  i  ułożył  na  dywanie. 

Oplotła  go  ramionami,  słyszała  szaleńczy  rytm  jego  serca,  szeptała  i  wzdychała  w 

nienasycone usta Diega. 

Gwałtownie  uniósł  głowę,  we  wpatrzonych  w  nią  ciemnych  oczach  dostrzegła  dziką 

żądzę. 

- Ostrożnie! - mruknął. - Kusisz los. 

- Nie los - szepnęła z trudem łapiąc oddech. - Ciebie, señor. - Jej dłoń  wślizgnęła się 

pod koszulę Diega, zanurzyła w gęstych włosach, pieściła gorący, naprężony tors. Nagle cały 

zesztywniał,  a  ona  westchnęła  urażona.  -  Jeśli  nie  chcesz  mnie  wystawiać  na  pokusę,  miej 

zawsze zapiętą koszulę. 

- Co się stało z moją wstydliwą, dziką orchideą? 

- Dorosła. - Jej łagodny wzrok szukał jego oczu. - Nie masz o to żalu...? 

- Nie - powiedział cicho. Przycisnął jej rękę do piersi. - Rób, na co masz ochotę, moja 

mała. Ale zdajesz sobie sprawę z nieuniknionych konsekwencji takiego zachowania? Prawda? 

- Tak - szepnęła. 

Przyciągnęła  jego  rękę  i  usiadła  zgrabnym  ruchem.  Patrzyła  mu  w oczy  i  prowadziła 

dłoń Diega tam, gdzie materiał bluzki nie osłaniał jędrnego ciała. 

Westchnął głęboko, ręka w pieszczocie posuwała się coraz dalej. 

- Czy i to zaplanowałaś? - spytał. 

-  O,  tak  -  westchnęła,  pochylając  głowę,  kiedy  dotyk  stawał  się  coraz  słodszy.  - 

Diego... 

- Nie. Nie tutaj. - Uwolnił rękę. 

- Nie masz ochoty? 

Obruszył się. 

-  Słodki  głuptasie  -  westchnął.  -  Jeśli  będę  cię  nadal  trzymał  w  ramionach,  moja 

ochota stanie się jeszcze bardziej widoczna. Ale to nie jest zajęcie na tę chwilę. 

Przytaknęła ze zrozumieniem. 

-  Tak,  masz  rację.  -  Uśmiechnęła  się,  unikając  jego  spojrzenia  i  odwróciła  się  na 

widok Matta, który wbiegł do pokoju z butelką lemoniady. Otworzyła ją, dziękując chłopcu. 

Diego  przysiadł  w  pobliżu,  obserwując  ich,  ale  nie  uczestnicząc  w  zabawie.  Przez 

resztę wieczoru nie spuszczał wzroku z Melissy. Był zatopiony w swoich myślach. 

Przyszedł czas,  żeby położyć Matthew. Melissa starała się ukryć przed Diegiem swój 

stan  ducha,  ale  czuła,  jak  drżą  jej  kolana  za  każdym  razem,  kiedy  się  do  niej  zbliżał. 

Pożegnała  się  z  Matthew  i  Diegiem  i  poszła  do  sypialni.  Zamknęła  drzwi  na  klucz,  po  raz 

background image

pierwszy od kiedy tu zamieszkała. Wstrzymała oddech na odgłos kroków w korytarzu, ale one 

nawet nie zawahały się u jej progu. 

 

Melissa i Joyce spędziły całą sobotę na zakupach i u fryzjera. Melissa namówiła Joyce 

na jasne, żywe kolory, które podkreślały jej zgrabną figurę i przyciągały uwagę. 

-  To  jest  za  bardzo  seksy  -  powiedziała  Joyce,  pełna  obaw,  mierząc  sukienkę  z 

gorsetem,  który  przywierał  do  jej  smukłego  ciała  niczym  bluszcz.  W  mieszance  czerwieni, 

żółci, pomarańczowego i bieli było jej niezwykle do twarzy. - Nie potrafię tego z siebie zdjąć. 

- Oczywiście, że potrafisz - zapewniała Melissa. 

Joyce  zaśmiała  się  nerwowo,  ale  kiedy  ujrzała  swoje  odbicie  w  jednym  z  wielkich 

luster butiku, aż jej odjęło dech. Czuła się jak nowo narodzona. Ruszyła do przodu, najpierw z 

wahaniem,  później  z  coraz  większym  luzem,  aż  wreszcie  dała  z  siebie  wszystko,  na  co  stać 

zgrabną dziewczynę z Indii Zachodnich. 

- Tak -  zaśmiała się Melissa. - Dokładnie taką sobie ciebie wyobrażałam. Masz wiele 

naturalnego  powabu,  który  skrywałaś  pod  fatalnymi  luźnymi  kieckami.  Masz  piękną  figurę. 

Uwidocznij ją! 

Joyce  nie  wierzyła  własnym  oczom.  Przymierzyła  następny  strój.  Włożyła  do  niego 

kolorowy turban i z zaskoczeniem wpatrywała się w elegancką damę, która spoglądała na nią 

z lustra. 

- Czy to ja? - mruknęła. 

- Ależ tak - zapewniła Melissa. - Chodź. Stroje już mamy, teraz pora na resztę. 

Zaprowadziła  Joyce  do  fryzjera,  który  przystrzygł  jej  modnie  włosy  i  tym  samym 

odmłodził o kilka lat. 

- I jeszcze ostatnia rzecz - mruknęła Melissa, zabierając ją do kosmetyczki. 

Tam  znów  odmieniono  jej  twarz,  doradzono  kolor  pudru,  szminki,  cieni  do powiek  i 

błyszczka, podkreślających kremową, gładką karnację Joyce. 

- To niemożliwe. - Wpatrywała się w siebie, kiedy dzieło było już skończone. 

- Biedny Apollo - powiedziała Melissa z uśmiechem. - Już przepadł. 

- Tak myślisz? - Serce Joyce zabiło mocniej. 

-  Jestem  tego  pewna  -  zapewniła  ją  Melissa.  -  Teraz  zajmiemy  się  moimi  strojami,  a 

później  popracujemy  nad  menu  na  poniedziałkowe  party.  Ale  obiecaj,  że  wcześniej  nie 

nałożysz  żadnej  z  nowych  sukien,  ani  nie  zdradzisz  makijażu  -  ostrzegła.  -  To  musi  być 

niespodzianka. 

- Trudno mi będzie wytrzymać - skrzywiła się Joyce. 

background image

- Mnie również. 

Melissa miała jeszcze trochę oszczędności w banku. Poprosiła Diega, aby je przelał z 

Tucson  do  Chicago.  Wyjęła  je  teraz  na  zakupy.  Poszła  do  fryzjera  i  kosmetyczki.  I,  pełna 

obaw,  nie  mogła  się  doczekać  premiery.  Diego  już  nie  był  tym  beztroskim  mężczyzną, 

którego znała z Gwatemali. Był dużo dojrzalszy i jego doświadczenie onieśmielało ją. 

Kiedy  uporały  się  z  zakupami,  było  już  prawie  ciemno.  Melissa  wróciła  do  domu 

lekko utykając. 

- Za bardzo sforsowałaś nogę - martwiła się Joyce. 

-  To  tylko  podrażnienie  -  zapewniła  ją  Melissa.  -  A  ile  było  uciechy!  Poczekaj  do 

następnego tygodnia, wtedy im pokażemy. 

-  Postaram  się  doprowadzić  Apolla  do  nerwowego  załamania  -  obiecała  Joyce.  - 

Wracam do domu ćwiczyć wężowe ruchy. Jestem ci taka wdzięczna, Melisso. 

-  Od  czego  mamy  przyjaciół?  -  Melissa  uśmiechnęła  się.  -  Podtrzymałaś  mnie  na 

duchu. Chciałam ci się choć zrewanżować. Swoją drogą, wyglądasz wspaniale. 

Joyce rozpromieniła się. 

- Mam nadzieję, że ten dziki człowiek z biura będzie tego samego zdania. 

- Na pewno. Wspomnisz moje słowa. Dobranoc. 

Melissa  weszła  do  mieszkania.  Pani  Albright  miała  wolny  wieczór.  Melissa  ze 

zdziwieniem  spostrzegła  Diega  i  syna  w  kuchni,  wśród  apetycznych  ostrych  zapachów 

dobywających się z piekarnika. 

Diego  miał  na  sobie  długi,  biały  fartuch  pani  Albright,  a  Matthew  z  zacięciem 

przygotowywał sałatę. 

- Co tu robicie? - wykrzyknęła Melissa, położywszy zakupy w bawialni. 

-  Obiad,  querida  -  powiedział  Diego  z  uśmiechem.  -  Twój  syn  szykuje  sałatę,  a  ja 

wołowinę w chili. Udała się wyprawa z Joyce? 

- Wspaniale. Mój Boże, mogę wam w czymś pomóc? 

-  Oczywiście,  nakryj  do  stołu,  jeśli  możesz.  I  nie  przeszkadzaj  kucharzom  -  dodał  z 

przekorą. 

Uśmiechnęła  się  i  podeszła  do  niego.  Podniosła  się  na  palcach  i  ucałowała  go  w 

policzek. 

-  Jesteś  kochany.  Czy  możemy  zaprosić  na  poniedziałek  van  Meersów,  Brettonów, 

Apolla i Joyce? 

Diego łapał oddech, zaskoczony jej bliskością i niespodziewanym pocałunkiem. 

- Kochanie, możesz zaprosić nawet cały klub zapaśniczy, jeśli odmiana, jaka zaszła w 

background image

tobie, ma trwały charakter. 

- Naprawdę się zmieniłam? - spytała cicho. 

- Bardziej, niż ci się wydaje. Noga już nie boli? 

- Tylko trochę sztywnieje, to wszystko. 

- Tato, coś się przypala - stwierdził Matthew. 

Diego znów skupił uwagę  na ciężkim, żeliwnym rondlu i ze zdwojoną energią zaczął 

mieszać mięso. 

-  Kucharz  niech  się  lepiej  zajmie  chili,  albo  zostaniemy  bez  obiadu.  Deser  musi 

zaczekać - dodał takim tonem, że przeszył ją dreszcz. 

-  Jak  sobie  życzysz,  señor  -  uśmiechnęła  się  miło  i  z  ociąganiem  poszła  układać 

talerze i zastawę. 

To  był  wspaniały  posiłek.  Przywołał  wspomnienia  pikantnej  gwatemalskiej  kuchni. 

Rozmawiała z Diegiem o pracy i o zakupach, o tym, jak bardzo udała się wycieczka z Mattem 

do zoo i jak chłopiec wpadł w zachwyt na widok prawdziwego lwa. 

Kiedy malec poszedł spać, Melissa ułożyła się na kanapie, a Diego, przeprosiwszy ją, 

zajął się dokumentami z biura. 

- Wiesz - mruknął znad notatek - polubiłem pracę dla Apolla, to dla mnie prawdziwe 

wyzwanie uczyć biznesmenów, jak sobie radzić z terroryzmem. 

Odgarnęła włosy z twarzy. 

- Diego... jak myślisz, czy Apollo coś czuje do Joyce? 

Podniósł wzrok. 

- O, nie - pogroził jej palcem z pobłażliwym uśmiechem. - Nie wyciągniesz tego ode 

mnie. Nie mogę się z tobą dzielić sekretami Apolla. 

Zarumieniła się lekko. 

- Skoro tak, to ja ci nie wyjawię tajemnic Joyce. 

- Wyglądasz tam samo, jak wtedy, kiedy miałaś szesnaście lat - powiedział obserwując 

ją bacznie - a ja  nie chciałem zabrać cię ze sobą na walkę byków. Pamiętasz? Nie odzywałaś 

się później do mnie przez dłuższy czas. 

- Poszłabym wtedy za tobą do jaskini zaklinacza węży - wyznała cicho - tak bardzo cię 

uwielbiałam. 

- Wiedziałem o tym. Dlatego tak konsekwentnie trzymałem cię na dystans. I udawało 

mi  się  to  całkiem  nieźle  do  czasu,  kiedy  odcięła  nas  od  świata  banda  guerrillas  i  zmusiła, 

abyśmy  się  schronili  w  ruinach  Majów.  Tam  straciłem  głowę  i  zaspokoiłem  głód,  który  we 

mnie narastał od dawna. 

background image

- I słono za to zapłaciłeś - dodała cicho. 

-  Ty  zapłaciłaś  jeszcze  więcej.  Nigdy  nie  powinienem  cię  oskarżać,  że  zastawiłaś  na 

mnie sidła. 

- Tyle było uraz z przeszłości - powiedziała. - A ty mnie nie kochałeś. 

Zmarszczył brwi. 

- Powiedziałem ci kiedyś, że ukryłem uczucia pod grubą skorupą. 

-  Tak.  Pamiętam.  Nie  musisz  się  martwić,  Diego - powiedziała  ledwo dosłyszalnie.  - 

Wiem, że nie masz mi nic do ofiarowania, i nie proszę cię o nic. Tylko o dach nad głową i o 

pomoc  w  wychowaniu  syna,  abyśmy  nie  musieli  zwracać  się  do  opieki  społecznej.  -  Jasne 

oczy szukały jego napiętej twarzy. - Chętnie pójdę do pracy i odciążę cię. 

Wpatrywał się w nią. 

- Czy wymagam od ciebie takiego poświęcenia? 

- Nie masz z nas żadnego pożytku. Przybyły ci dwie osoby do utrzymania i przyniosły 

ze sobą stare wspomnienie, gorzkie i niemiłe. 

Wstał gwałtownie, trzymając biurowe dokumenty w zaciśniętej pięści. Spojrzał na nią 

ze złością. 

- Staram  się zburzyć mur między  nami, a ty odbudowujesz go na  nowo. Mamy przed 

sobą jeszcze wiele dobrego. Ale zanim zaczniemy wszystko od nowa, musisz nabrać do mnie 

zaufania. 

- Nie przychodzi mi to łatwo - odparła patrząc na niego. - Już raz mnie zdradziłeś. 

- Zgoda. A czy ty nie zdradziłaś mnie z ojcem Matta? 

Chciała  mu odpowiedzieć,  ale  nie  potrafiła.  Odwróciła  się  i  wyszła  z  pokoju.  Mocne 

postanowienie, że podejmie próbę pojednania, utonęło w bezbrzeżnej złości. Oddalali  się od 

siebie  każdego  dnia,  nie  mogła  pokonać  bariery,  która  oddzielała  ją  od  Diega,  mimo  że 

naprawdę się starała. 

Może poniedziałkowe przyjęcie otworzy jakąś  furtkę. Będzie  liczyć  godziny  i modlić 

się. Musi mu choć trochę  na  niej  zależeć. Jeśli było inaczej, czy przeszłość ciążyłaby  mu aż 

tak bardzo? Ta myśl przyniosła na moment ukojenie. Przynajmniej tyle. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Jedyną  pociechą,  jaką  przyniosła  Melissie  bezsenna  noc,  były  przekrwione  oczy 

Diega. Wczorajszy spór zmartwił go, jak się zdaje, w tym samym stopniu, co ją. A wszystko 

szło tak dobrze! Czy Diego miał rację? Czy to ona wznosiła mury? 

Ubrała  się  do  kościoła  i  pomogła  Matthew  włożyć  piękne,  niebieskie  ubranko,  które 

kupili na skutek nalegań Diega. 

Nie  zapukała  do  jego  pokoju,  kiedy  wchodzili  do  salonu.  Był  tam  już,  ubrany  w 

bardzo dobrze uszyty beżowy garnitur. 

- Wyglądasz ślicznie - powiedział. 

-  Wyglądałabym  lepiej,  gdybym  była  wypoczęta  -  odparła.  -  Za  bardzo  się  ostatnio 

spieramy, Diego. 

Westchnął  i  podszedł  do  niej.  Matthew  wykorzystał  chwilę  ich  nieuwagi  i  włączył 

program dla dzieci, reagując radosnym śmiechem na niektóre wierszyki. 

-  I  to  w  czasie,  kiedy  powinniśmy  przegnać  demony  przeszłości,  sil  -  zapytał.  Jego 

szczupłe  ręce  dotykały  lekko  ramion  Melissy,  pieszcząc  je  poprzez  delikatną  tkaninę. 

Wpatrywał się z niepokojem w jej oczy. 

- Trochę ufności, to wszystko, czego nam potrzeba. 

Uśmiechnęła się z rozrzewnieniem. 

- A czego w żadnym z nas nie ma...  

Nachylił się, żeby musnąć ustami jej wargi. 

- Niech to przyjdzie samo - wyszeptał. - Mamy jeszcze czas, prawda? 

Czułość w głosie Diega sprawiła, że łzy  napłynęły  jej do oczu. Objęła  go ramionami, 

dotykając włosów nad karkiem. 

- Mam nadzieję - szepnęła z bólem. - Ze względu na Matthew. 

- Na Matthew, a nie na nas? - zapytał spokojnie. - Żyjemy oddzielnie. To nie może tak 

trwać. 

- Wiem. - Oparła czoło o jego podbródek i zamknęła oczy. - Nigdy mnie nie chciałeś 

tak naprawdę. Sądzę, że powinnam być ci wdzięczna za twój przyjazd po katastrofie. 

- Jakże mógłbym cię tak zostawić? - zapytał. 

- Sądziłam, że to zrobisz, kiedy dowiesz się o dziecku - wyznała. 

-  Melisso,  byłem  samotny  przez  całe  życie.  Spędzałem  każdy  dzień  tak,  jak  gdyby 

śmierć stała u drzwi. Nigdy nie zamierzałem wiązać się z tobą. Ale pragnąłem cię, maleńka - 

background image

powiedział  cicho  ochrypłym  głosem.  -  Pragnąłem  cię  obsesyjnie,  aż  stałaś  się  całym  moim 

życiem.  To  ja  utraciłem  kontrolę  nad  sobą,  to  była  moja  wina,  to  ona  nas  rozdzieliła.  - 

Wzruszył  ramionami.  -  Dlatego  opuściłem  dom.  Dlatego  właśnie  kłamałem  tej  nocy,  kiedy 

wybiegłaś  na  deszcz  i  zostałaś  odwieziona  do  szpitala.  Odepchniesz  mnie?  -  zaśmiał  się  z 

goryczą. 

Serce Melissy zaczęło bić mocniej, ponieważ poczuła  lekkie drżenie  jego szczupłego 

ciała. Ale było to tylko pożądanie. A ona potrzebowała znacznie więcej. 

- Czy pragnienie wystarczy? - zapytała, patrząc na niego uważnie, ze smutkiem. 

Dotknął jej delikatnego policzka. 

- Melisso, cieszą nas te same rzeczy. Lubimy tych samych ludzi. Zgadzamy się nawet 

w sprawach polityki. Obydwoje kochamy dziecko. - Uśmiechnął się. - I co ważniejsze, znamy 

się od tak dawna, niña. Znasz mnie na wylot, ze wszystkimi moimi wadami. Czy to nie lepszy 

fundament  małżeństwa  niż  pożądanie,  o  którym  sądzisz,  że  jest  jedynym łącznikiem  między 

nami? 

- Być może zakochasz się w kimś... - zaczęła. 

Położył palec na jej ustach. 

- Dlaczego nie  zmusisz mnie, abym zakochał  się  w tobie? - zapytał cicho. - Te nowe 

stroje i sposób, w jaki się zachowujesz, wywierają większe wrażenie, niż jesteś w stanie sobie 

wyobrazić. 

- Mógłbyś? - Uśmiechnęła się. 

- Mógłbym co? - szepnął. 

- Zakochać się we mnie. 

- Dlaczego nie skusisz mnie i nie sprawdzisz? 

Patrzył  na  nią  w  taki  sposób,  że  poczuła  falę  czystej  radości  i  słodyczy,  ale  zanim 

zdążyła odpowiedzieć, Matt wdarł się między  nich, żeby  stanowczo zapytać, czy  zamierzają 

w ogóle wyjść do kościoła. 

Po mszy wybrali się na obiad, a potem na film, który Matt chciał koniecznie obejrzeć. 

Nie  było  już  więcej  ani  oskarżeń,  ani  sporów.  Bawili  się  z  Mattem  i  przygotowywali  razem 

kolację.  Tej  nocy,  kiedy  Matt  znalazł  się  w  łóżeczku,  Melissa  powiedziała  Diegowi 

„dobranoc" i poszła niechętnie do swego pokoju. 

-  Chwileczkę  -  zatrzymał  ją  i  stanął  w  drzwiach.  Bez  słowa  przyciągnął  Melissę  do 

siebie i pochylił się, żeby pocałować ją z pełną bólu czułością. - Śpij dobrze. 

- Ty też... - W jej oczach malowało się pytanie, którego nie umiała mu jeszcze zadać. 

Krępowała się. 

background image

-  Jeszcze  nie  moja...  -  wyszeptał.  Odszukał  oczami  jej  oczy.  -  Dopiero  wtedy,  kiedy 

wszystkie  bariery  znikną,  zrobimy  ostatni,  słodki  krok  razem.  Goście  przychodzą  jutro 

wieczorem? 

Nagła  zmiana  tematu,  coś  jak  gdyby  zwolnienie  rytmu  silnika,  pomyślała  z 

rozbawieniem, ale dostroiła się. 

- Tak. Pani Albright i  ja spędzimy bez wątpienia cały dzień w kuchni, ale zaprosiłam 

także Gabby, Danielle i Joyce. Przyjdą. Mam nadzieję, że inne panie przyjdą także. Lubię je. 

- A ja lubię ciebie - powiedział niespodziewanie z uśmiechem. - Niech ci się przyśnię - 

szepnął, szukając ustami jej warg po raz ostatni. 

Melissa weszła do sypialni, ale nie po to, żeby spać. Marzyła o nim. 

 

Następny  dzień  był  dość  napięty.  Melissa  ubrała  się  wieczorem  w  jedną  ze  swoich 

nowych  sukni.  Była  to  słodka  kompozycja  koloru  fiołkoworóżowego  i  lawendy  z 

dopasowanym  gorsetem,  bluzką  i  bufiastymi  rękawami.  Ujęła  jej  pięć  lat,  jeszcze  bardziej 

rozjaśniła włosy i wyszczupliła zgrabną figurę. 

Wychodząc z sypialni mocowała się z zapinką bransoletki. 

Diego czekał w salonie, sącząc brandy. 

-  Pozwól  -  powiedział,  odstawiając  kieliszek,  żeby  pomóc  jej  zapiąć  zameczek. 

Zapiawszy zatrzymał jej rękę w swojej i zmarszczył brwi, patrząc na biżuterię. 

Natychmiast domyśliła się, dlaczego tak się zachowuje. Bransoletka była cieniuteńkim 

kółkiem  z  białego  złota,  wysadzanym  szmaragdami.  Kosztowny  drobiazg,  który  Diego 

podarował jej, kiedy ukończyła szkołę średnią. Zarumieniła się lekko. 

-  Dałem  ci  to  tak  dawno  temu  -  powiedział  miękko.  Podniósł  jej  dłoń  do  ust  i 

pocałował. - Czy to dalej znaczy coś dla ciebie? Dlatego przechowujesz kółko tyle lat, mimo 

że mnie nienawidziłaś? - dociekał. 

Zamknęła oczy, kiedy kruczoczarna głowa pochylała się nad jej ręką. 

- Nigdy nie byłam zdolna do tego, aby cię znienawidzić, mimo wszystko - powiedziała 

z  gorzkim  uśmiechem.  Łzy  napłynęły  jej do oczu.  -  Starałam  się,  ale  nawiedzałeś  mnie,  jak 

dobry duch. Cały czas. 

- Tak jak ty nawiedzałaś mnie - westchnął. - A teraz? Zależy ci jeszcze choć trochę na 

mnie, mimo przeszłości? 

-  Nie  musisz  udawać,  że  nie  wiesz,  co  do  ciebie  czuję  -  powiedziała,  a  jej  bródka 

zaczęła  drgać.  -  Jesteś  jak  nałóg,  z  którego  nie  mogę  się  wyrwać.  Dałam  ci  wszystko,  co 

miałam, a i tak było jeszcze za mało. 

background image

Łzy spłynęły jej po policzkach. 

-  Melisso,  nie...  -  przygarnął  ją  do  siebie  delikatnym  ruchem.  -  Nie  płacz,  mała,  nie 

mogę tego znieść. 

- Nienawidzisz mnie! 

Zanurzył palce w jej włosach i zamknął oczy. 

- Mój Boże, jakże mógłbym cię nienawidzić? 

Policzkiem  potarł  jej  policzek,  szukając  ust.  Całował  je,  starając  się  oszukać 

nienasycony głód. Pieścił dłońmi jej plecy i przytulał mocno do siebie. 

-  Jakaś  część  mnie  umarła,  kiedy  odeszłaś.  Zabrałaś  barwę  mojego  życia  i 

pozostawiłaś mnie z poczuciem winy i smutku. 

Prawie go nie słyszała. Usta były wciąż głodne, a ona potrzebowała Diega, chciała go 

zatrzymać.  Wtem  rozległ  się  głośny  dzwonek  u  drzwi.  Cofnął  niechętnie  głowę,  a  ramiona, 

którymi ją obejmował, zaczęły lekko drżeć. 

-  Bez  dalszych  podstępów  - powiedział  cichym  głosem.  -  Musimy  być  teraz  uczciwi 

wobec siebie. Dziś, kiedy goście wyjdą, porozmawiamy. 

- Zdobędziesz się na całkowitą uczciwość, Diego? 

- Zdaje się, że mnie nie doceniasz. 

- Czy zawsze tak było? - spytała z westchnieniem. 

Usłyszał  głosy  w  holu  i  puścił  Melissę,  aby  wziąć  ją  za rękę  i  poprowadzić  w  stronę 

gości. 

-  Kiedy  wyjdą,  będzie  mnóstwo  czasu  na  rozmowę.  Matthew  poszedł  do  łóżka,  ale 

mogłabyś  zajrzeć  do  niego,  a  ja  zrobię  drinki.  Pani  Albright  wspomniała,  że  miał  jakieś 

kłopoty z żołądkiem. 

- Zajrzę. 

Melissa czuła  jego palce  na swoich; przeniknął ją przyjemny dreszcz,  kiedy  na  niego 

spojrzała.  Uśmiechnął  się.  Upłynęło  bardzo  wiele  czasu  od  chwili,  kiedy  po  raz  ostatni  byli 

tak  blisko  siebie.  Oddała  mu  uścisk  dłoni,  kiedy  witali  się  ze  zdenerwowanym  Apollem  i  z 

zadowoloną z siebie Joyce. Miała na sobie jedną z sukienek, które kupowały wraz z Melissa. 

Był  to  cynamonowordzawy  szyfon,  który  opinał  jej  smukłą  figurę.  Ściągnęła  włosy  do  tyłu, 

wpięła  drobne  kolczyki,  a  do  makijażu  użyła  kosmetyków  z  butiku.  Wszystko  razem 

powodowało piorunujący efekt. Apollo zarejestrował ten fakt z niechęcią i złością w oku. 

- I cóż ci teraz powiem? - zapytała Melissa, wskazując suknię Joyce. - Jesteś po prostu 

urocza. 

- To prawda. - Diego podniósł  jej dłoń do ust i uśmiechnął  się,  kiedy  niezadowolony 

background image

Apollo zrobił krok w tył burcząc „dobry wieczór". 

- Zajrzę do Matthew i zaraz wracam - obiecała Melissa, przepraszając ich na chwilkę. 

Chłopczyk  spokojnie  zasypiał.  Melissa  pogładziła  go  po  ciemnych  włosach  z 

uśmiechem i spytała: 

- Czujesz się dobrze? 

- Mój brzuszek źle się czuje. Boli. 

- Gdzie cię boli, dziecinko? - spytała czule. Pokazał sam środek. Zadała szereg pytań i 

doszła  do  wniosku,  że  jest  to  albo  wirusowa  infekcja,  albo  zatrucie.  Mógł  to  być  również 

wyrostek. Ale gdyby tak było rzeczywiście stan musiałby się pogorszyć bardzo szybko. 

-  Staraj  się  zasnąć  -  powiedziała  łagodnie,  z  serdecznością.  -  Jeśli  do  rana  nie 

poczujesz się lepiej, pójdziemy do lekarza, dobrze? 

- Nie chcę do lekarza - powiedział Matthew buntowniczo. - Lekarze kłują ludzi igłami. 

-  Nie  zawsze.  A  ty  chcesz  czuć  się  lepiej,  prawda?  Tata  mówił,  że  może  znowu 

pojedziemy  do  zoo  w  przyszłą  niedzielę  -  szepnęła  konspiracyjnie.  -  Nie  podoba  ci  się  ten 

pomysł? 

- Bardzo. Tam są misie. 

- Więc będziemy musieli coś zrobić, żebyś wyzdrowiał. Staraj się pospać trochę i rano 

poczujesz się lepiej. 

- Dobrze, mamo. 

-  Będę  na  dole,  w  holu.  Zostawię  ci  szparę  w  drzwiach.  Kiedy  mnie  będziesz 

potrzebował, zawołaj, dobrze? - Pocałowała go w czoło i uśmiechnęła się. Była pewna, że to 

wirus. Wnuczek pani Albright przyszedł z tym dwa dni temu. Matthew  zszedł wtedy  na dół, 

żeby się z nim pobawić. 

Zafrasowanie zniknęło z jej twarzy, kiedy weszła do salonu. 

-  Przyjechali  już  Gabby  i  J.D.Brettman.  -  Diego  podał  Melissie  kieliszek  brandy,  po 

czym  objął  ją  ramieniem,  kiedy  rozmawiali  o  Chicago  i  o  interesach.  Lubiła  czuć  jego 

bliskość.  Miłość  do  niego  gwałtownie  rosła  przez  ostatnie  tygodnie.  Zadawała  sobie  nawet 

pytanie,  czy  mogłaby  teraz  w  ogóle  istnieć  bez  niego.  Kilka  chwil  później  przyszli  Erie  van 

Meer  z  żoną,  pięknie  uśmiechniętą  brunetką  w  okularach.  Melissa  była  zaskoczona. 

Spodziewała się Dutcha raczej w towarzystwie jakiejś pięknej panienki z wyższych sfer. Ale 

kiedy  poznała  Danielle,  przyczyny  jego  zainteresowania  stały  się  oczywiste.  Dani  była 

wyjątkowa. Podobnie jak Gabby. 

- Pozwólmy  naszym paniom porozmawiać przez chwilę o modzie, bo ja mam coś do 

omówienia  z  wami  dwoma,  zanim  zacznie  się  kolacja.  -  Apollo  powiedział  to  nagle, 

background image

uśmiechając się do pań. Wyraźnie zignorował przy tym Joyce, podszedł do panów i zabrał ich 

na drugą stronę pokoju. 

-  Ot  i  mężczyźni  -  westchnęła  Gabby,  odprowadzając  pełnym  zadumy  spojrzeniem 

ogromne plecy swego męża. 

- Któregoś dnia uduszę go - mruknęła Joyce do siebie. - Pewnego dnia wywieszę go za 

oknem na sznurze od telefonu, który przetnę z uśmiechem na ustach. 

- Ojej, to nie jest zdrowa postawa - zaśmiała się Danielle. 

- Nienawidzę  go - powiedziała z  jadem w  głosie. - Oto co jest zdrowe. - Oczy Joyce 

stały się jeszcze czarniejsze. 

Gabby wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 

- Jest wystraszony, nie zauważyłaś? - szepnęła do Joyce. - Boi się ciebie. Pochodzi ze 

skromnej  rodziny  dzierżawców  ziemi.  Z  Południa.  A  twoi  rodzice  to  dobrze  prosperująca 

familia.  W  pewien  sposób,  choć  inaczej,  J.D.  był  podobny,  dopóki  nie  pobraliśmy  się. 

Wydawało  się,  że  mnie  nienawidzi  i  cokolwiek  bym  zrobiła,  zawsze  był  niezadowolony. 

Kłócił  się  i  awanturował.  A  Apollo  w  jeszcze  mniejszym  stopniu  niż  Dutch  skłonny  jest 

myśleć  o  małżeństwie.  Dani  mogłaby  napisać  książkę  o  niechętnych  mężach.  Dutch 

nienawidził kobiet. 

- Myślał, że nienawidzi - skorygowała Dani, posyłając sympatyczne spojrzenie swemu 

przystojnemu  mężowi.  -  Jedyne,  czego  oni  zapewne  potrzebują,  to  impuls,  który  może 

pobudzić instynkty mężowskie i ojcowskie. 

Melissa przytaknęła. 

- Diego jest bardzo dobry dla Matthew. Nawet nie wiedziałam wtedy w Gwatemali, że 

lubi dzieci. 

-  Wychowywać  się  w  Ameryce  Środkowej,  to  musi  być  ekscytujące  -  powiedziała 

Gabby. 

Po oczach Melissy było widać, że ma co wspominać. 

- Żyć w pobliżu Diega  Laremosa to było ekscytujące - poprawiła. - Był całym  moim 

światem. 

- A mimo to dość długo żyliście oddzielnie. 

-  To było  małżeństwo  nie  chciane.  Wyjechałam,  ponieważ  sądziłam,  że  mnie  już  nie 

chce,  a  teraz  staramy  się  pozbierać  i  złożyć  wszystko  w  całość.  Nie  jest  łatwo  -  wyznała 

Melissa. 

-  To dobry  człowiek  -  powiedziała  Gabby,  patrząc  przyjaźnie  spokojnymi,  zielonymi 

oczami.  –  Uratował  mi  życie  w  Gwatemali,  kiedy  staraliśmy  się  wydostać  z  opałów  siostrę 

background image

J.D. W krytycznej sytuacji jest to najbardziej opanowany mężczyzna, jakiego znam. 

-  Przypuszczam,  że  oni  musieli  w  ten  sposób  żyć  -  zauważyła  Joyce.  Powędrowała 

spojrzeniem  ku miejscu, w  którym  stał Apollo i przez moment wszystko, co do niego czuła, 

malowało się na jej twarzy. 

- Przepraszam - powiedziała pani Albright, stając w drzwiach. - Kolacja na stole. 

- Dziękuję, pani Albright - Melissa uśmiechnęła się i podeszła do Diega. 

- Kolacja, kochanie - powiedziała lekko. 

-  Przez  cały  czas,  jaki  byliśmy  razem  -  powiedział,  kiedy  przechodzili  do  elegancko 

urządzonej jadalni - nie pamiętam, abyś kiedykolwiek użyła tego słowa. 

-  A  ty  używasz  go  ciągle  -  zauważyła  z  zuchwałym  uśmiechem.  -  Jeśli  nie  po 

angielsku, to po hiszpańsku. 

-  To  przychodzi  samo.  -  Przycisnął  jej  rękę  do  siebie  i  popatrzył  na  nią  z  głębokim 

uczuciem. 

Inni  mężowie,  idąc  za  nimi,  wymieniali  ze  swoimi  żonami  porozumiewawcze 

uśmiechy.  Zamykająca  pochód  Joyce  dotykała  rękawa  Apolla,  jak  gdyby  były  tam  kolce.  A 

Apollo kroczył sztywno jak człowiek, który połknął kij. 

- Rozluźnij się, dobrze? - mruknął do Joyce. 

- Dobrze ci mówić, człowieku z żelaza. 

Zwrócił ku niej głowę. Popatrzyli na siebie z dzikim pragnieniem. 

- Boże, nie patrz tak na mnie - warknął prawie. - Nie tutaj. 

- Niby dlaczego? 

Szarpnął ją za sobą do stołu. Był przerażająco surowy. 

Kolacja  była  dobra,  ale  goście  -  przynajmniej  dwoje  z  nich'  -  sprawili,  że  napięcie 

utrzymywało się. 

- Stoisz mi na nodze - powiedziała nagle najeżona Joyce do Apolla. 

- Jak możesz czuć cokolwiek, mając nogę tego rozmiaru? - odciął się. 

Joyce  starała  się  coś  powiedzieć,  ale  nie  mogła.  Chwyciła  swoją  torebkę  i  rzucając 

niemal z płaczem w głosie krótkie „dobranoc" wybiegła na dwór. 

- Cholera - warknął Apollo i poszedł za nią, trzaskając drzwiami. 

Kiedy  wrócił  w  końcu  do  salonu,  aby  się  pożegnać,  był  sam.  Twarz  wykrzywiał  mu 

grymas,  widać  było  lekkie  zaczerwienienie  na  jednym  z  policzków,  ale  jego  przyjaciele 

okazali się na tyle uprzejmi, że tego nie zauważyli. Pozostali goście wyszli wkrótce po nim. 

Drzwi zamknęły się i Diego poprowadził Melissę do salonu. 

-  Wypijmy  jeszcze  po  łyku  kawy  -  powiedział  -  zanim  pani  Albright  pozbiera 

background image

naczynia. 

Melissa napełniła filiżankę. 

- Dobrze poszło, prawda? 

Uniósł brwi i uśmiechnął się. 

- Masz na myśli Apolla i Joyce? Kiedy ją odpowiednio ubrać, ma świetną prezencję i 

unikalną urodę. 

-  Tak  też  sądziłam.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Wydaje  mi  się,  że  go  uderzyła.  Zwróciłeś 

uwagę na jego policzek? 

-  Ale  zauważyłem  także  ślad  szminki  na  jego  ustach  -  powiedział  z  zadumą  i 

tłumionym śmiechem. - Biedak. Ożeni się, zanim zda sobie sprawę z tego, co się dzieje. 

Postawiła spodeczek i filiżankę na kolanie. 

- To w taki sposób myślisz o małżeństwie? Czy jest to coś, co sprawia, że mężczyźnie 

należy współczuć? 

- Tak, w pewnym okresie myślałem dokładnie w ten sposób - przyznał. Zapalił cygaro 

i otoczył się chmurą dymu. - Nawet mówiłem ci o tym. 

-  Pamiętam  -  uśmiechnęła  się  do  swojej  kawy,  upijając  łyk.  -  Byłam  zbyt  młoda  i 

naiwna, aby uważać, że mogę skłonić cię do zmiany zdania. 

- Gdybym dał ci szansę, być może tak by i było - powiedział, przymykając oczy. - Nie 

mogę sobie przypomnieć ani jednego momentu w moim życiu, kiedy myślałbym o dzieciach i 

domu,  wiesz?  I  nawet  gdy  byłem  z  tobą,  myślałem  tylko  o  twoim  zachwycającym  ciele.  I 

nagle  straciłem  głowę  i  przywiązałem  się  do  ciebie  w  najbardziej  stały  i  trwały  sposób. 

Znienawidziłem za to ciebie i twojego ojca. 

- Zauważyłam to - powiedziała żałośnie. 

-  Dopiero  kiedy  poroniłaś,  wrócił  mój  rozsądek  -  kontynuował  patrząc  jej  w  twarz.  - 

Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak wiele odrzuciłem. Zdawałem sobie sprawę z niechęci 

mojej  babki  do  ciebie.  Nawet  chyba  sądziłem,  że  chłód  mojej  rodziny  sprawi,  iż  mnie 

porzucisz.  -  Opuścił  głowę  i  popatrzył  na  czubki  butów.  -  Bardzo  długo  żyłem  samotnie, 

mogłem  robić  to,  co  chciałem.  Ale  tygodnie  ciągnęły  się  bez  końca.  Brakowało  mi  ciebie.  I 

zawsze  przypominał  mi  się  ten  dzień  w  deszczu  i  nasze  łoże  z  liści.  -  Westchnął  głęboko. - 

Wróciłem  do domu  z  nadzieją,  że  zdołam  cię  wypędzić,  zanim  przyjdzie  mi  skapitulować.  I 

wtedy  przyszłaś  do  mnie,  a  ponieważ  byłem  tak  bardzo  ciebie  spragniony,  powiedziałem  ci, 

że mnie odpychasz. I odrzuciłem cię. 

Odczuwała  współczucie  dla  jego  przeżyć,  choć  przecież  jej  własne  wcale  nie  były 

lżejsze. 

background image

- Jak sobie radziłaś, kiedy wyjechałaś? - zapytał. 

-  Siłą  woli  przede  wszystkim  -  westchnęła.  -  Musiałam  poddać  się  wielu 

biurokratycznym  procedurom,  żeby  pozostać  w  USA.  A  ponieważ  pojechałam  z  Matthew, 

było ciężko. Zarabiałam dość dobrze, ale trzeba było dużo pieniędzy, aby  go ubrać i wynająć 

dla niego opiekunkę. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie pani Grady. 

Podniósł brodę i popatrzył na nią półprzymkniętymi oczami. 

- Nigdy cię nie interesowało, co się dzieje ze mną? 

-  Owszem,  na  początku  chciałam  to  wiedzieć.  Bałam  się,  że  zechcesz  mnie  szukać.  - 

Przekręciła  obrączkę  ślubną  na  palcu.  -  A  później,  kiedy  przezwyciężyłam  depresję, 

interesowało mnie, czy jesteś z inną kobietą, czy jest ci dobrze beze mnie. 

Nachmurzył się. 

- Uważasz mnie za dość płytkiego człowieka. 

-  Sam  powiedziałeś,  że  mnie  ani  nie  kochasz,  ani  nie  potrzebujesz,  że  jestem 

narzuconą ci przykrością. 

Pociągnął cygaro i wypuścił chmurę dymu. 

-  Kiedy  zacząłem  sprzedawać  moje  usługi  za  granicą,  robiłem  to,  aby  się  utrzymać  i 

aby pomóc rodzinie w spłacie długów - zaczął. - Ponieważ twoja matka uciekła z moim ojcem 

zabierając  nam  swój  posag,  rodzina  znalazła  się  w  tarapatach.  Po  krótkim  czasie 

uświadomiłem  sobie,  że  to,  co  robię,  jest  ekscytujące.  Polubiłem  ryzyko.  Najważniejszą 

przyczyną,  dla  której  z  oddaniem  pracowałem,  była  potrzeba  przygody  oraz  umiłowanie 

wolności i niebezpieczeństwa. Przypuszczam, że żywiłem się adrenaliną. 

-  Jest  coś,  czego  twoja  rodzina  nigdy  nie  wiedziała  o  posagu  mojej  matki,  Diego  - 

powiedziała Melissa. - Matka go nie miała. 

- Co to znaczy? - Zmarszczył brwi. - Mój ojciec powiedział... 

-  Twój  ojciec  nie  wiedział.  Mój  dziadek  miał  trudności  finansowe.  Miał  nadzieję,  że 

uda się połączyć jego kompanię z plantacją bananów twojej rodziny. Myślał, że w ten sposób 

stanie na nogi. - Uśmiechnęła się ironicznie. - Posag nigdy nie istniał. To była właśnie jedna z 

przyczyn  jej  ucieczki  z  moim  ojcem:  czuła  się  winna,  że  jej  ojciec  stara  się  wykorzystać 

własną córkę do nieuczciwego robienia pieniędzy. Ojciec mojego ojca umarł wkrótce potem i 

tata odziedziczył jego fortunę. Oto źródło naszych pieniędzy, a nie posag. 

-  Mój  Boże  -  wyszeptał,  chowając  twarz  w  dłoniach.  -  Dios,  a  moja  rodzina  przez 

wszystkie te lata oskarżała twojego ojca o nasze kłopoty finansowe. 

-  Uważał,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  wam  tego  nie  powie  -  rzekła.  -  Rany  były 

dostatecznie  głębokie,  a  twój  ojciec  powiedział  mu  coś  bardzo  przykrego  po  ich  ślubie. 

background image

Myślę, że dosypał soli do ran, ponieważ mój ojciec nigdy mu nie wybaczył. 

- Zawstydziłaś mnie, Melisso, - powiedział w  końcu podnosząc  głowę. - Wygląda  na 

to, że przyniosłem ci jedynie smutek i zgryzotę. 

- Nie byłam bez skazy - powiedziała. - Wiersze i list napisane pod wpływem impulsu 

były  prawdziwe,  chyba  wiesz.  Brakowało  mi  jedynie  odwagi,  aby  ci  je  wysłać.  Nie  byłam 

nawet piękna - powiedziała ze smutkiem. 

-  Ależ  byłaś  śliczna  -  zaprotestował.  -  Róża  herbaciana  w  pąku,  nie  tknięta  ani  przez 

fałsz,  ani cynizm.  Uwielbiałem cię.  I  kiedy  skosztowałem tej  słodyczy,  okazało się, że  mnie 

odurzyła. 

- Tak, zauważyłam to - westchnęła z goryczą. 

- Walczyłem przeciwko małżeństwu, to prawda przyznał. - Broniłem się przed twoim 

wpływem i w jakiejś mierze wygrałem. Ale kiedy uciekłaś z mojej sypialni tej ostatniej nocy, 

wiedziałem,  że  to  porażka.  Wybiegłem  za  tobą,  żeby  ci  wyjaśnić,  że  nie  miałem  na  myśli 

tego,  co  powiedziałem.  Miałem  zamiar  prosić,  żebyśmy  postarali  się  uczynić  nasze 

małżeństwo  normalnym  związkiem,  Melisso.  I  starałbym  się.  Przecież  lubiłem  cię  i 

pragnąłem. Mieliśmy więcej niż trzeba, by zbudować małżeństwo. 

- Byłam przecież zbyt młoda - powiedziała. - Pragnęłabym czegoś, czego nie mógłbyś 

mi dać. Byłeś moim idolem, a nie człowiekiem z krwi i kości. Byłeś większy niż życie, a jak 

kobieta  śmiertelna  mogłaby  żyć  z  wzorem  doskonałości?  Och,  nie.  Wolę  cię  takim,  jakim 

jesteś teraz. Ciało i krew, tu i ówdzie skaza. Potrafię postępować z człowiekiem, który jest tak 

samo ludzki, jak ja. 

Zaczął się uśmiechać spokojnie i zaborczo. 

- Potrafisz, kochanie? - zapytał. - No to chodź tu i pokaż. 

Serce Melissy zabiło z radości. 

-  Na  kanapie?  -  spytała  podnosząc  brwi.  -  Przy  otwartych  drzwiach?  Kiedy  pani 

Albright jest w kuchni? 

-  Widzisz,  w  jaki  sposób  działasz  na  mój  mózg,  Melisso.  Najwyraźniej  przestaje 

funkcjonować, kiedy jestem w tym samym pomieszczeniu, co ty. 

-  Wszystko  posprzątane,  z  wyjątkiem  serwisu  do  kawy  -  powiedziała  pani  Albright 

pogodnie, wchodząc do pokoju. 

-  Proszę  zostawić  filiżanki  do  jutra  - powiedział  Diego  z  uśmiechem.  -  Napracowała 

się pani dosyć. A teraz proszę iść do domu i odpocząć wraz z rodziną. Buenas noches

-  Dziękuję,  señor  i  buenas  noches  także  państwu.  -  Skinęła  głową  Melissie,  wyjęła 

płaszcz z szafy i wyszła z mieszkania. 

background image

Oczy Diega pociemniały. 

- Teraz - powiedział miękko - chodź do mnie, malutka. 

Wstała,  serce  łomotało  jej  w  piersiach.  Podeszła  do  niego.  Diego  objął  ją  w  talii  i 

pociągnął  na  kolana.  Jej  blond  głowa  znalazła  się  w  zgięciu  mocnego  ramienia,  a  oczy 

szukały oczu. 

-  Nie  ma  już  barier  -  wyszeptał,  nachylając  się.  -  Nie  będzie  więcej  forteli  ani  gier. 

Jesteśmy mężem i żoną i będziemy teraz jednym umysłem, jednym sercem, jednym ciałem...! 

Jego  zgłodniałe  usta  wdarły  się  w  nią,  a  ona  przywarła  do  niego  rozpalona  w 

zachwycie,  z  pragnieniem,  które  odczuwała  zmysłami  i  duszą.  Chciał  ją  wziąć,  ale  nie  była 

już  dwudziestoletnią  dziewczyną  z  gwiazdami  w  oczach.  Była  kobietą  świadomą  własnych 

pragnień i potrzeb. 

-  A  więc  jesteś  wystarczająco  dorosła,  aby  być  namiętną.  To  właśnie  chcesz  mi 

powiedzieć  prowokującą  pieszczotą.  Uważaj  zatem,  bo  w  tej  materii  moja  wiedza  jest 

bogatsza od twojej. 

Zaczęła oddychać szybciej. 

-  Pokaż  mi  -  wyszeptała,  zanurzając  palce  w  jego  gęstych  włosach  nad  karkiem.  - 

Naucz mnie. 

-  To  nie  będzie  tak  delikatne  i  czułe  jak  za  pierwszym  razem,  amada  -  powiedział 

szorstko i coś ciemnego błysnęło mu w oczach. - To będzie dzika miłość. 

- Dzika miłość to coś, co czuję do ciebie - wyszeptała zbliżając usta do jego warg. 

- To spróbuj mnie - wyszeptał, otwierając  jej wargi swoimi. - Niech to będzie święto 

namiętności.  -  Przygarnął  ją do  siebie.  Poczuła  ręce  na  biodrach  i  wściekłą  zuchwałość  jego 

ciała.  Zaczęła  drżeć.  Przez  lata  żyła  marzeniami,  a  teraz  czuła  tak  dobrze  zapamiętaną 

rozkosz. Pragnął  jej. I ona go pragnęła; tak bardzo, że tracili  niemal przytomność. Przywarła 

do niego, usta ustom przekazały jęk, zatraciła się zupełnie, kochając go bardziej, niż można to 

wyrazić słowami. 

-  To  będzie  straszna  noc  -  wyszeptał.  -  Tej  nocy  nie  okażę  ci  litości.  Czeka  cię 

spełnienie, które dasz także i mnie. Będę cię kochać tak, jak kocha się kobietę w marzeniach. 

Drżała z emocji, słuchając jego wyznania. 

- Nie wierzysz w miłość - szepnęła, idąc na niepewnych nogach. 

-  Rzeczywiście?  Przekonasz  się.  Do  rana  dowiesz  się  o  mnie  znacznie  więcej,  niż 

sądziłaś, że wiesz. 

I nagle dziecięcy głos zapłakał w ciemnościach. Słychać było nie budzące wątpliwości 

odgłosy, informujące, że ktoś cierpi po kolacji. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Matthew  wymiotował  dwukrotnie.  Melissa  zaopiekowała  się  malcem,  wykąpała  go, 

zmieniła ubranie i pościel. 

Chłopiec płakał, upokorzony z powodu tych chwil słabości. 

- Przepraszam - westchnął. 

- Za co, synku? - odpowiedziała łagodnie, całując go w czoło. - Kochanie, wszyscy od 

czasu  do  czasu  mamy  takie  kłopoty.  Przyniosę  ci  trochę  lodu,  a  tata  zostanie  przy  tobie, 

dopóki nie wrócę. 

-  Oczywiście  -  powiedział  Diego,  a  kiedy  przechodziła  obok,  złapał  ją  za  rękę  i 

pocałował z oddaniem. - Naparz dla nas dzbanek kawy, kochanie. 

- Nie musisz tu siedzieć - powiedziała. - Ja się nim zajmę. 

- A od czego są ojcowie? Czyż nie są na dobre i złe? 

Wróciła  z  kawą,  która  napełniła  aromatem  całą  kuchnię,  z  kruszonym  lodem  i 

łyżeczką.  Diego  cicho  rozmawiał  z  Mattem.  Rozpoznała  historię,  którą  opowiadał  chłopcu. 

To była „Piękna i bestia", jedna z jego ulubionych opowieści. 

-  A  później  także  żyli  szczęśliwie?  -  dopytywał  się  Matthew,  blady  i  osłabiony,  ale 

trzymający się dzielnie. 

-  Szczęście  w  prawdziwym  świecie  nie  przychodzi  samo,  synku  -  powiedział  Diego, 

kiedy Melissa pochyliła się nad łóżkiem i podawała chłopcu do ust kawałki lodu. 

Uśmiechnęła  się  do  niego.  Siedział  przy  łóżku  chłopca,  w  rozpiętej  koszuli  z 

podwiniętymi  rękawami  –  klasyczny  Latynos,  wspaniale  zbudowany,  pod  koszulą  i 

spodniami rysował się wyraźnie każdy mięsień silnego ciała. 

Podała  chłopcu  jeszcze  jeden  kawałek  lodu  i  z  ulgą  spostrzegła,  że  go  połknął.  Po 

chwili  już  spał.  Melissa  odgarnęła  potargane  ciemne  włosy  z  jego  czoła  i  pieściła  go 

wzrokiem. 

-  Świetny  facet  -  powiedział  ciepło  Diego. -  Ma  charakter,  już  za  młodu.  Dobrze  się 

spisałaś.  Długo  czekałem,  kiedy  mi  wreszcie  wszystko  powiesz.  Czy  nie  uważasz,  że 

przyszedł  na  to  czas?  Tej  nocy,  kiedy  będziemy  się  kochali  w  mojej  sypialni  i  kiedy 

ostatecznie runie to, co nas oddziela od siebie? 

- Czy wiedziałeś o tym od samego początku? - spytała. 

-  Nie  -  odpowiedział  zgodnie  z  prawdą  i  uśmiechnął  się.  -  Byłem  chorobliwie 

zazdrosny  o  mitycznego  ojca  Matthew.  Ale  kiedy  was  poznawałem,  jego  i  ciebie,  zacząłem 

background image

nabierać podejrzeń. Dlatego wysłałem list z prośbą o metrykę chłopca. 

- Wiem, znalazłam ją przypadkiem w twoim biurku - wyznała. 

- Ale zanim  ją dostałem - ciągnął dalej - Matthew opisał mi fotografię ojca, którą mu 

pokazałaś  -  uśmiechnął  się,  obserwując  rumieńce  na  jej  twarzy.  -  Tak,  niña.  Tę  samą 

fotografię,  którą  odkryłem,  nic  ci  o  tym  nie  mówiąc,  w  twojej  szufladzie,  przykrytą 

ubraniami.  Przywołała  wspomnienia.  I  dała  choć  trochę  nadziei,  że  jeszcze  coś  do  mnie 

czujesz. 

-  Tak  się  bałam,  że  ją  zobaczysz.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Matt  był  twoim  synem  - 

westchnęła - i pewnie chciałbyś go mieć. 

- A ciebie  nie? - spytał cicho. Pochylił  się do przodu, obserwując ją. - Nie byłem dla 

ciebie  dobry,  Melisso.  Wzięliśmy  ślub  w  tak  złych  okolicznościach,  że  gorsze  trudno  sobie 

wyobrazić,  i  nawet  kiedy  cię  znów  odnalazłem,  chciałem  zachować  wolność.  Ale  teraz...  - 

Uśmiechnął się czule. - Budziłem się każdego dnia z myślą, że zobaczę cię przy śniadaniu. W 

nocy  nie  mogłem  zasnąć,  czując,  że  jesteś  tak  blisko.  Moje  dnie  zaczynały  się  i  kończyły 

myślą o tobie. Zależy mi na synu, Melisso, ale ty  jesteś dla mnie wszystkim na tym świecie. 

Czymś więcej niż Matthew. 

Zagryzła wargi, bliska łez. Odetchnęła głęboko. 

-  Chciałam  ci  powiedzieć,  że  nie  straciliśmy  dziecka,  jeszcze  zanim  opuściłam 

Gwatemalę.  Ale  nie  mogłam  pozwolić,  aby  się  urodziło  i  wychowało  w  atmosferze 

nienawiści.  -  Spuściła  wzrok.  -  Był  wszystkim,  co  mi  zostało  po  tobie  i  pragnęłam  go 

zatrzymać  za  wszelką  cenę.  Ale  nie  było  dnia  ani  nocy,  nie  było  ani  sekundy,  abym  nie 

myślała o tobie i nie tęskniła za tobą. Nigdy nie przestałam cię kochać. I nigdy nie przestanę. 

- Matthew jest twoim synem - dodała, walcząc ze łzami. - Przykro mi, że nie ufałam ci 

na tyle, żeby to wcześniej powiedzieć. 

- Przepraszam, że ci to utrudniłem. - Przybliżył się do niej, ujął jej dłonie, podniósł do 

ust i całował łagodnie i żarliwie. - Mamy pięknego chłopca - powiedział patrząc jej w oczy. - 

Ma z nas to, co najlepsze. 

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  wziął  w  ramiona.  Tulił  ją  i  kołysał,  szeptał  do  ucha 

hiszpańskie zaklęcia, a ona musiała wypłakać z siebie całą gorycz, samotność i ból. 

- Diego, jak mogliśmy stracić tyle lat. 

-  Teraz  wreszcie  możemy  wszystko  zacząć  od  nowa  powiedział.  Mamy  przed  sobą 

wspólne życie i przyszłość. 

- Nie myślałam o tym w najskrytszych marzeniach - mówiła przez łzy. - Znów bliska 

byłam ucieczki. Na  szczęście Joyce uświadomiła  mi, że już raz uciekłam  i to nie rozwiązało 

background image

niczego. 

-  Kiedy  cię  poślubiłem  w  Gwatemali,  byłaś  dzieckiem.  Nie  spodziewałem  się,  że  w 

Tucson odnajdę kobietę. - Zaśmiał się radośnie. 

-  Kiedy  cię  tam  ujrzałam,  nie  mogłam  uwierzyć  własnym  oczom  -  powiedziała.  - 

Śniłam  o  tobie,  pragnęłam  cię  tak  strasznie  i  oto  się  pojawiłeś.  Ale  myślałam,  że  mnie 

nienawidzisz, więc nie miałam odwagi dać ci poznać, co czułam. No i był Matt. 

- Dlaczego nie powiedziałaś mi prawdy na samym początku? - spytał cicho. 

-  Bo  nie  byłam  pewna,  czy  mi  go  nie  zabierzesz.  -  Westchnęła.  -  Chciałam,  żebyś 

okazał  mi  zaufanie  i  sam  z  siebie  doszedł  do  tego,  że  nie  mogłam  cię  zdradzić  z  innym 

mężczyzną. 

- Wstyd mi, ale na początku myślałem inaczej - wyznał. - I oskarżałem siebie, że moje 

okrutne  postępowanie  doprowadziło  cię  do  ucieczki.  Wina  była  i  po  mojej  stronie; 

pozwoliłem, aby moje pragnienie wzięło górę nad zdrowym rozsądkiem. - Westchnął ciężko. 

- Ulegliśmy pożądaniu, nie myśląc o konsekwencjach, czyż nie tak? 

-  Ta  konsekwencja  okazała  się  cudowna,  nie  sądzisz,  mój  mężu?  -  Z  uśmiechem 

odwróciła się w stronę śpiącego syna. 

Obrócił się i on. 

- Jest zachwycający. - Pieścił ją wzrokiem. - Tak jak jego piękna mamusia. 

Matthew poruszył się, usiadła obok niego na łóżku, patrząc w zaspane oczy. 

- Czujesz się lepiej? - zapytała cicho. 

- Jestem głodny - mruknął. 

-  Na  razie  nie  możesz  nic  jeść,  mój  mały  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Najpierw 

żołądek musi się uspokoić. Może ci przynieść trochę lodu? 

- Tak, przynieś - poprosił. 

W  progu  słyszała  miękki  głos  Diega,  który  tłumaczył  chłopcu,  że  jest  jego 

prawdziwym tatą. 

Było  już późno, ale obydwoje czuwali przy chłopcu. Melissa zwinęła  się w  kłębek w 

nogach łóżka i w końcu przysnęła, Diego też zasnął, zatopiony w fotelu. Pani Albright zastała 

ich tak następnego rana i uśmiechnęła się na progu. Ale po Matthew nie było ani śladu. 

Zaskoczona weszła do kuchni, skąd wydobywały się podejrzane zapachy. 

- Matthew! - krzyknęła od drzwi. 

- Jestem głodny - odpowiedział chłopiec - a mama i tata nie chcą się obudzić. 

Stał przy kuchni, w piżamie i na bosaka, i smażył jajecznicę. 

- Przygotuję ci śniadanie, mój kurczaczku. Dlaczego jesteś taki głodny? 

background image

- Bo wczoraj kolacja sama ze mnie wyszła - wytłumaczył. 

Pani Albright skinęła głową ze zrozumieniem. 

- Kłopoty żołądkowe. 

- Wielkie - zgodził się. - Mój tatuś jest prawdziwym tatusiem, wiesz, powiedział mi to 

i zostaniemy z nim na zawsze. Czy możesz mi dać jajecznicę? 

- Tak, kurczaczku, za sekundę - odpowiedziała ze śmiechem. 

Diego ziewnął i przetarł oczy na widok chłopca gramolącego się do łóżka. 

- Gdzie pani go znalazła? - spytał; był zarośnięty i miał podkrążone oczy. 

- W kuchni. Szykował sobie śniadanie - wytłumaczyła pani Albright. - Przygotuję mu 

jajecznicę i grzankę, jeśli mu to nie zaszkodzi. Wygląda na zdrowego. 

-  Trzeba  go  było  widzieć  wczoraj  wieczorem  -  powiedziała  zaspana  Melissa.  -  Ale 

jeśli jest głodny, jajecznica mu dobrze zrobi. 

-  A  państwo  niech  się  trochę  prześpią  -  powiedziała  pani  Albright  tonem  nie 

znoszącym  sprzeciwu.  -  Matthew  czuje  się  już  dobrze  i  zajmę  się  nim.  Zadzwonię  do 

pańskiego biura, señor, i powiem, co pana zatrzymało. 

-  Jest  pani  bardzo  miła  -  ziewnął,  ujmując  rękę  Melissy.  -  Chodź  ze  mną,  señora 

Laremos, dopóki jeszcze potrafię odnaleźć drogę do łóżka. 

Buenos noches! - mruknął Matthew. 

Buenos dias! - poprawiła  go z uśmiechem Melissa. - I nie jedz zbyt dużo, dobrze? - 

Posłała mu całusa. - Do zobaczenia, kochanie. 

Poszła  za Diegiem  do  sypialni  i  położyła się  do  łóżka,  kiedy  zamykał  drzwi.  Ledwie 

czuła, jak rozbiera ją do snu. Po chwili już spała. 

 

Kiedy  przecierała  oczy,  jasne  słońce  leniwie  oświetlało  pokój;  z  zaskoczeniem 

odkryła, że nie ma na sobie niczego. 

Diego wszedł do sypialni z ręcznikiem na biodrach i z mokrymi włosami. 

- Zbudziłaś się wreszcie - mruknął. Pochylił się i ściągnął z niej przykrycie. Studiował 

z zachwytem każdy cal jej delikatnego różowego ciała. Po raz pierwszy od pięciu lat widział 

ją znów nagą. Nie mógł ukryć wrażenia, jakie na nim zrobiła. 

- Co za piękny widok - westchnął,  z uśmiechem  obserwując rumieniec wstydu na  jej 

twarzy. Kiedy to mówił, ściągnął ręcznik z bioder i niedbałym ruchem rzucił go na podłogę. - 

Nareszcie  -  westchnął  układając  się  koło  niej.  -  Tak  miała  wyglądać  nasza  wczorajsza  noc, 

prawda, querida

Spuściła  wzrok,  otoczyła  go  ramionami  i  przygarnęła  ku  sobie.  Poczuła  falę  ciepła  i 

background image

przygniatający  ją  ciężar  muskularnego  ciała.  Dygotała  w  objęciach  Diega,  jej  piersi  prężyły 

się  pod  dotykiem  jego  szorstkiego,  owłosionego  torsu,  splecione  nogi  kochanków  toczyły 

czuły pojedynek. 

- Cudownie - szepnęła łamiącym się głosem i wtuliła się w niego. Całowała jego usta, 

pieściła je, błagała. - To cudowne, mieć cię tak blisko. 

-  Masz  rację,  nie  ma  nic  wspanialszego  –  szepnął  w  jej  rozchylone  pożądliwe  wargi. 

Jego łagodne ręce wędrowały po jej ciele. - Tutaj, kochanie? - spytał czule. - Delikatnie, w ten 

sposób?  -  Drgnęła  pod  jego  palcami  i  naprężyła  się  cała.  To  była  uczta  zmysłów,  po  latach 

głodówki. 

-  Ty...  bestio  -  droczyła  się.  Wczepiła  się  paznokciami  w  jego  plecy;  twarz  mu 

pociemniała, oczy błyszczały. 

- Co za rozkosz - szeptał, wędrując pocałunkami po zakątkach jej ciała, wzdłuż piersi, 

brzucha i bioder. 

Reagowała całym ciałem na zaborczy dotyk jego rąk, rozpalał w niej ogień pragnienia, 

jej oczy stawały się ciemne i dzikie. Kiedy na moment spotkała jego wzrok, odczytała w nim 

nienasycony głód pożądania. Wtedy wszedł w nią po raz pierwszy od ponad pięciu lat. 

Wydała  z  siebie  krzyk  ostry,  gwałtowny,  zdławiony;  krzyczały  jej  oczy,  wielkie  i 

dzikie,  i  całe  ciało, oddające  się  posłusznie  kochankowi.  Krzyczała  z  rozkoszy  i  z  bólu,  jaki 

jej zadawał. 

-  To  już  tyle  czasu,  prawda?  -  szeptał  łagodnie,  zachwycony  uczuciem  błogości 

wypisanym na jej twarzy. - Rozluźnij się, kochanie. - Zastygł w bezruchu, dając jej czas, aby 

przywykła  do  niego,  aby  przyjęła  go  bez  skrępowania.  -  Spokojnie.  Tak,  tak...  -  Przymknął 

oczy  i  zagryzł  zęby  w  przypływie  dzikiej  namiętności.  Przeszył  go  dreszcz.  -  Cudownie  - 

westchnął,  na  powrót  otwierając  oczy.  -  Cudownie,  robić  to...  z  tobą...  dzielić  to  razem.  - 

Oczy zamknęły się bezwiednie, ruchy stały się nagle ostre i gwałtowne. - Wybacz mi...!  

Ale  ona  była  razem  z  nim,  przemierzała  z  nim  każdy  etap  tej  dzikiej  podróży,  jej 

młode  gibkie  ciało  oddawało  się  wspólnym  uniesieniom  i  nie  pozostawało  dłużne.  Powolna 

mu,  wtopiona  w  niego,  obserwująca  na  jego  twarzy  wybuch  spełnienia  na  krótko  przed  jej 

wzlotem, ze zduszonym krzykiem ukryła głowę pod ramieniem Diega. 

Muskularne  ramiona,  trzymające  ją  w  uścisku,  całe  wilgotne,  lekko  drżały;  napięcie 

powoli ustępowało. Ugryzła go delikatnie w ramię i uśmiechnęła się odprężona, czując się po 

raz pierwszy jak stuprocentowa kobieta, jak żona. 

-  Spróbuj  mnie  teraz  zdradzić  -  szepnęła  mu  do  ucha.  -  Tylko  spróbuj,  a  wycisnę  z 

ciebie wszystkie soki, nie będziesz miał siły wyczołgać się z mojego łóżka. 

background image

-  Czy  mógłbym  dotknąć  innej  kobiety?  Po  tobie?  -  westchnął.  -  Ślubowałem  ci 

wierność  i  traktuję  tę  przysięgę  poważnie,  tak  jak  ty.  Nie  dałyby  mi  spokoju  wyrzuty 

sumienia i strach, że mógłbym cię utracić. Kocham cię - powiedział cicho i musnął lekko jej 

wargi. - Nie  chcę  nikogo innego. Od pierwszej  naszej  nocy,  kiedy twoja dusza połączyła  się 

na zawsze z moją. Gdy mnie opuściłaś, zabrałaś cząstkę mojego życia. 

- Przepraszam. 

-  To  ja  chciałem  cię  przeprosić.  Wszystko  co  złe  mamy  już  za  sobą.  Słodkie 

zespolenie  naszych  ciał  to  dopiero  początek.  Będziemy  razem  dzielić  życie,  Melisso. 

Wszystkie smutki i radości. Śmiech i łzy. Bo na tym polega związek dwojga ludzi. 

- Tak bardzo cię kocham. - Uniosła się i pocałowała go w policzek. 

- Ja ciebie też. - Bawił  się jej  jasnym  lokiem, okręcał  go wokół palca. Przysunął się  i 

odnalazł  jej  usta.  W  chwilę  potem  znów  przyciągnęła  go  ku  sobie;  westchnął  w  przypływie 

pożądania,  które  opanowało  ich  na  nowo  i  powiodło  w  słodkie  zatracenie  z  jeszcze  większą 

siłą niż poprzednio. 

Prosto  spod  prysznica,  odświeżeni,  wymieniając  czułe  spojrzenia,  zjawili  się  w 

kuchni. Pani Albright nakrywała do kolacji. 

Matthew  został  w  swoim  pokoju.  Po  posiłku  poszli  go  zobaczyć,  zachwyceni  sobą, 

synem i nowym związkiem, który ich połączył tego popołudnia. 

-  Kiedy  jutro  wrócę  z  pracy,  przyniosę  ci  prezent.  Co  byś  chciał?  -  spytał  chłopca 

Diego. 

- Tylko ciebie, tato - zaśmiał się malec wyciągając ramiona. 

-  W  takim  razie  to  będzie  okręt  z  całą  załogą  -  zawyrokował  Diego  i  z  uśmiechem 

spojrzał na Melissę, która przytuliła się do niego. 

Następnego  dnia  rano  Diego  poszedł  do  pracy  bez  entuzjazmu.  Apollo  miotał  się  po 

biurze  jak  kocur  z  przetrąconą  łapą,  a  Joyce  była  tak  chłodna,  jakby  dwie  ostatnie  doby 

spędziła w lodówce. 

- Jak się czuje Matthew? - spytał Apollo na widok Diega. 

-  On  dużo  lepiej,  ale  my  mamy  duże  zaległości  w  spaniu  -  uśmiechnął  się  Diego, 

opowiadając, jak to Matthew zabrał się za przygotowywanie śniadania. 

Joyce wybuchnęła śmiechem. 

- Mam nadzieję, że mieszkanie jest ubezpieczone od pożaru. 

Apollo spojrzał na nią z nie ukrywaną złością. 

- Nie masz nic do roboty? - spytał chłodno. 

- Oczywiście, a zamiast tego muszę odwalać pracę za ciebie - powiedziała ze słodkim 

background image

uśmieszkiem.  Miała  na  sobie  kolejną  nową  kreację  i  wyglądała  niezwykle  ponętnie.  Apollo 

resztką  woli  udawał,  że  nie  robi  to  na  nim  większego  wrażenia,  co  zapowiadało  kolejny 

trudny i konfliktowy dzień pracy. 

Tego  popołudnia,  kiedy  Diego  poszedł  już  do  domu,  Apollo  był  u  kresu 

wytrzymałości.  Spoglądał  na  Joyce  spode  łba,  a  ona  na  niego  i  widać  było,  że  coś  muszą  z 

tym zrobić; inaczej groził kataklizm. 

- Ładnie wyglądasz - powiedział z ociąganiem.  

- Dziękuję - odpowiedziała równie uprzejmie. 

Westchnął ze złością. 

-  Do  cholery,  już  nie  mogę  z  tym  wytrzymać  -  mruknął,  nerwowo  przemierzając 

przestrzeń  wokół  jej  biurka.  Wreszcie  złapał  ją  za  ramiona,  przyciągnął  do  siebie  i 

zaskoczony  swoim  odruchem  skonstatował,  że  sięga  mu  ledwie  ramion.  -  Słuchaj,  nie 

możemy dłużej udawać, że przedwczoraj u Laremosów nic się nie stało. Zaraz zwariuję. 

Wzięła głęboki oddech, bo i on robił na niej podobne wrażenie. 

- Co w związku tym proponujesz? - spytała pewna, że chodzą mu po głowie poważne 

zamiary. 

Przyciągnął  jej  usta  do  swoich  i  pocałował  ją  długo  i  żarliwie.  Westchnęła 

przysuwając się bliżej i przywierając do niego. Oplótł ją ramionami, aż jęknęła. 

-  Nie  chcę  ci  sprawiać  bólu  -  obiecał  skwapliwie,  patrząc  jej  głęboko  w  oczy.  - 

Potrzebujemy na wszystko czasu... 

- Co? 

-  Wynajmę  ci  lepsze  mieszkanie.  W  tym  samym  budynku  co  moje  -  ciągnął  dalej.  - 

Będziemy  razem  spędzać...  prawie  wszystkie  noce.  I  jeśli  się  okaże,  że  wszystko  dobrze  się 

układa... może zamieszkamy razem. 

- Co? Chcesz, żebym została twoją kochanką? - Zmrużyła oczy. 

-  Kochanką?  Co  przez  to  rozumiesz?  Mieszkamy  w  Ameryce.  Ludzie  tutaj  żyją  ze 

sobą bez ślubu... 

- Pochodzę z dobrego domu, więc  nie będziemy  żyć ze  sobą - powiedziała z dumą. - 

Weźmiemy ślub, będziemy mieli dzieci i staniemy się normalną rodziną! Moja matka ubiłaby 

cię na miejscu, gdybyś chciał mnie uwieść! 

-  Kim  jest  twoja  matka?  Samotnym  Jeźdźcem?  -  ironizował.  -  Posłuchaj,  skarbie, 

mogę  mieć  prawie  każdą  kobietę,  na  którą  mam  ochotę.  I  nie  mam  zamiaru  cierpieć  z  tego 

powodu, że moja cnotliwa sekretarka ma purytańskie zahamowania... 

Joyce  wbiła  mu  kolano  w  żołądek  i  obserwowała  uważnie,  jaki  to  przyniesie  efekt. 

background image

Poczerwieniał, ledwo łapiąc oddech - i dobrze mu tak. 

-  Odchodzę  stąd,  chyba  cię  to  nie  dziwi  -  powiedziała  z  uśmieszkiem,  którego  nie 

mógł nie zauważyć. Obróciła się  na pięcie  i zaczęła porządkować szuflady biurka i pakować 

swoje drobiazgi do torebki. Żałowała, że tak się wszystko potoczyło, bo przecież kochała tego 

stukniętego faceta. 

-  Żegnam,  szefie  -  powiedziała  zmierzając  do drzwi.  -  Mam  nadzieję,  że  lepiej  ci  się 

ułoży z nową sekretarką. 

- Gorzej już być nie może! - odciął się z wahaniem w głosie. 

-  Miło  było  -  powiedziała  z  kpiną,  zatrzymując  się  na  moment  w  drzwiach.  -  Mam 

nadzieję, że wystawisz mi wspaniałą opinię. 

- Nie poleciłbym cię nawet diabłu! 

- To wspaniale, bo nie chcę trafić gdzieś, gdzie mogłabym natknąć się na ciebie! 

Zapłakana pospieszyła do mieszkania Melissy. Diego przyjrzał  się jej uważnie  i  nalał 

drinka, a później zostawił obie kobiety razem i pospiesznie wyszedł zagrać w karty z synem. 

- Opowiedz mi wszystko po kolei - powiedziała spokojnie Melissa, kiedy Joyce udało 

się powstrzymać łzy. 

-  Chciał,  żebym  została  jego  kochanką  -  wydobyła  z  siebie  i  szybko  ukryła  twarz  w 

chusteczce. 

- Moje ty biedactwo! I domyślam się, co mu odpowiedziałaś. 

-  Nie  tyle  powiedziałam,  co  zrobiłam  -  wyznała  Joyce.  -  Kopnęłam  go  w  żołądek. 

Opowiadał, ile to kobiet może mieć na jedno skinienie, naigrawał się ze mnie, że zachowałam 

cnotę. Moja matka umarłaby ze wstydu, gdyby miała tego wszystkiego wysłuchać. 

-  Nie  musisz  się  tłumaczyć  -  powiedziała  łagodnie  Melissa.  -  Powiem  ci  coś, 

nauczyłam  się  na  błędach,  że  lepiej  intymne  chwile  pozostawić  na  po  ślubie.  Jestem  może 

staroświecka.  Ale  tam,  gdzie  dorastałam,  rodzina  cieszyła  się  szczególnym  poważaniem. 

Żaden z jej członków nie odważyłby się skalać jej dobrego imienia. Teraz honor jest pustym 

słowem, i czy ludzie stali się przez to szczęśliwsi? 

-  Rzeczywiście,  jesteś  staroświecka  -  westchnęła  Joyce.  -  Tak, prawdziwy  dinozaur  - 

westchnęła Melissa. 

- I co teraz masz zamiar zrobić? 

- To, co zrobiły dinozaury. Zginąć, w każdym razie dla Apolla Blain. Zrezygnowałam 

z pracy - oczy Joyce powilgotniały - i nie zobaczę go nigdy więcej. 

- Tego jestem pewna. Zostań u nas na  kolacji, a później zastanowimy się, jak znaleźć 

ci nową pracę. 

background image

- To miło z twojej strony - powiedziała Joyce. - Ale chyba lepiej będzie, jeśli wrócę do 

Miami.  Albo  do  domu,  do  mamy.  -  Wzdrygnęła  się.  -  Nie  sądzę,  abym  pasowała  do  tego 

wspaniałego świata. Równie dobrze mogę powrócić tam, gdzie są moje korzenie. 

- Nie będę miała do kogo się odezwać, ani z kim robić zakupów - westchnęła Melissa. 

-  Nie  możesz  wyjechać.  Słuchaj,  wykopiemy  birmańską  pułapkę  na  tygrysy  tuż  przed 

drzwiami Apolla... 

-  Jesteś  dobrą  przyjaciółką  -  powiedziała  Joyce  i  uśmiechnęła  się.  -  Ale  i  to  nie 

pomoże. Musimy pomyśleć o czymś solidniejszym, czego nie przegryzie. 

- Najpierw zjedzmy kolację. A później o tym porozmawiamy. 

Joyce potrząsnęła głową. 

- Nie przełknę niczego. Chcę już wrócić do domu i porządnie się wypłakać, a później 

zadzwonić do mamy. Porozmawiamy jutro, zgoda? 

- Jeśli ci będzie bardzo źle, zadzwoń do mnie, dobrze? 

- Dobrze. - Joyce wstała i uśmiechnęła się z trudem. 

Melissa odprowadziła ją do drzwi. A później oparła się o nie ciężko i westchnęła. 

Zatrwożony Diego zajrzał do przedpokoju. 

- Jakieś kłopoty? 

- Odeszła z pracy. Wcześniej dała  szefowi  kopniaka - wyjaśniła Melissa. - Myślę, że 

Apollo będzie  do  końca tygodnia  w  cudownym  nastroju,  ale  to  tylko  moje  przypuszczenie  - 

dodała z grymasem. 

Podszedł do niej, ujął jej twarz w obie dłonie. Uśmiechnął się. 

- Robi się gorąco - powiedział z kpiną. 

- Nie tylko im - westchnęła z zaproszeniem w oczach.  - Zbliżył się  i sięgnął jej ust. - 

Chodź do mnie - szepnęła, zarzucając mu ramiona na szyję i przyciągając go do siebie. 

Był  jej  posłuszny;  w  ciężkim  oddechu,  w  dzikim  rytmie  serca,  w  naprężeniu  ciała 

mogła  odczytać  to  samo  pragnienie,  które  i  ją  popychało  ku  niemu.  Rozwarła  usta  pod 

naporem jego warg. 

- Tato! - Diego odwrócił głowę z ociąganiem. 

-  Za  chwilę  -  odkrzyknął.  -  Ustalamy  z  twoją  mamą  plany  -  westchnął  i  dokończył 

pocałunku. 

- Jakie plany, tato? Wycieczki do zoo? - nalegał Matthew. 

- Niezupełnie. Za chwilę wrócę, zgoda? 

Odpowiedziało mu długie westchnienie. 

- Zgoda. 

background image

Diego wzruszył ramionami i uśmiechnął się obserwując bezradną minę Melissy. 

- Myślę, że dzisiaj wszyscy wcześnie położymy się spać - powiedział. - Aby nadrobić 

wczorajsze zaległości - dodał. 

- Jestem tego samego zdania - mruknęła Melissa, kiedy jego usta pozwoliły jej mówić. 

Z każdą sekundą napierały coraz natarczywiej i dopiero głośne zaproszenie pani Albright, że 

kolacja już gotowa, przywołało ich do porządku. 

- Czasami tęsknię za ruinami Majów - westchnął Diego i wypuścił ją z objęć. 

- Z guerrillas uzbrojonymi po zęby,  którzy  się  na nas zasadzili, z pająkami  i wężami 

naokoło,  z  grzmotami  piorunów  -  przekomarzała  się.  Pokręciła  głową.  -  Chyba  już  wolę 

Chicago. 

-  Trudno  się  z  tym  nie  zgodzić.  Zjedzmy  kolację,  a  później  porozmawiamy  o 

wyprawie do zoo, inaczej Matthew nie da nam spokoju. 

 

W  biurze  pojawiła  się  nowa  sekretarka,  wynajęta  do  końca  tygodnia.  Apollo  zakopał 

topór wojenny. Wyglądał na przybitego i znużonego. 

- Może weźmiesz urlop? - zaproponował Diego. 

- Na pewno by nie zaszkodził - przytaknął Dutch, pochylając się nad biurkiem Apolla 

z papierosem w dłoni. 

- Dokąd miałbym pojechać? - Apollo spojrzał na nich bezradnie. 

Diego oglądał paznokcie. 

-  Może  na  Ferris  Street  -  powiedział  szybko.  -  Panuje  tam  niezła  pogoda o  tej  porze 

roku. 

Przy  Ferris  Street  mieszkała  Joyce,  Apollo  dobrze  o  tym  wiedział,  więc  spojrzał  na 

Diega wściekle. 

-  Zaparkujesz  samochód  i  możesz  się  nieźle  zabawić  -  wtórował  Dutch.  -  Poczytasz 

książkę albo wypożyczysz przenośny telewizor i będziesz mógł spokojnie oglądać seriale. 

- Ferris Street leży  na  końcu świata  - powiedział  Apollo. - Czy mam spędzić urlop  w 

cholernym samochodzie? O co wam chodzi? 

- Możesz poprosić jakąś miłą panią, żeby  się do ciebie przysiadła. Ferris Street może 

się  okazać  całkiem  romantycznym  miejscem,  jeśli  się  znajdzie  odpowiednie  towarzystwo. 

Jesteś specjalistą od antyterroryzmu. Wiesz, jak oceniać ludzi. 

-  To  prawda  -  zgodził  się  Diego.  -  Umiał  przewidzieć,  że  damy  sobie  radę  w  kilku 

rozmaitych przedsięwzięciach, na które nie mieliśmy ochoty. 

- No właśnie - powiedział Dutch. - Kiedyś byłem taki jak ty. I miałem o wiele więcej 

background image

cholernych  powodów  niż  ty,  żeby  nienawidzić  kobiet.  Ale  odkryłem,  że  być  z  kobietą  to 

diabelnie bardziej interesujące, niż odrzucać ją. 

-  Poprosiłem,  aby  była  ze  mną,  jeśli  chcesz  wiedzieć,  panie  Opiekunie  Społeczny  - 

mruknął Apollo. - I dostałem od niej kopa. 

- Zaproponowałeś jej małżeństwo? - dopytywał się Dutch. 

- Nie chcę się żenić - powiedział Apollo. 

-  A  więc  miała  rację,  że  się  ciebie  pozbyła  -  odparł  Diego  ze  spokojem.  -  Znajdzie 

innego, który się z nią ożeni i będzie miał z nią dzieci... 

-  Zamknij  się  do  cholery  -  przerwał  Apollo  wyprowadzony  z równowagi.  -  Pójdę  na 

spacer! 

Ruszył w stronę drzwi. 

-  Idź  na  Ferris  Street  -  krzyknął  za  nim  Dutch.  - Słyszałem,  że  pełno  tam  kwiatów.  - 

Może spotkasz jakąś znajomą twarz - dodał Diego z krzywym uśmiechem. 

Apollo rzucił im na odchodnym wściekłe spojrzenie i trzasnął drzwiami. 

- Pogodzi się z tym - rzucił Dutch. - Tak jak ja to zrobiłem. 

- Jak my wszyscy - powiedział Diego. - Przyprowadź do nas w sobotę Dani. I dzieci. 

Matthew się ucieszy. 

Dutch popatrzył na niego uważnie. 

- U was wszystko w porządku, jak widzę. 

-  Przyjacielu,  gdyby  szczęście  miało  postać  ziaren  piasku,  mieszkałbym  na 

bezbrzeżnej pustyni. Świat należy do mnie. 

-  Czułem,  że  Matthew to  twój  syn  -  powiedział  nieoczekiwanie  Dutch.  -  Melissa  nie 

wyglądała na taką, która mogłaby zdradzić. 

-  Jesteś  przenikliwy,  jak  za  starych  dobrych  czasów  -  odpowiedział  Diego  i 

uśmiechnął  się  do  przyjaciela.  -  A  twoja  Dani?  Czy  jest  zadowolona,  że  siedzi  w  domu  i 

zajmuje się dziećmi, zamiast iść do pracy? 

-  Zanim  dzieci  nie  poszły  do  szkoły,  było  jej  z  tym  dobrze.  Później  coraz  częściej 

zaczęła  mi  opowiadać,  że  chciałaby  otworzyć  mały  antykwariat  -  skrzywił  się  Dutch.  - 

Trudno, skoro tak chce. Wolę ustąpić pierwszy. Tak było i tak będzie. Moja duma nie cierpi z 

tego powodu. 

Diego  myślał  o  tych  słowach  w  drodze  do  domu.  Dutch  miał  rację.  Jeśli  Melissa 

zechce wrócić do pracy, kiedy Matthew pójdzie do szkoły, to czemu nie? Powiedział jej o tym 

w nocy, kiedy leżała w jego ramionach, obserwując światła wielkiego miasta, które igrały na 

suficie w półmroku pokoju. Uśmiechnęła się  i pocałowała  go. I wtedy poczuł, że  warto było 

background image

jej o tym powiedzieć.