background image

 

Christine Merrill 

 

Dama do towarzystwa 

 

Intrygi i tajemnice 02 

background image

Rozdział pierwszy 

 

Londyn, luty 1814 roku 

 

Powietrze  domu  gry  Four  Circle  było  przesycone  dymem  tytoniowym,  oparami 

whisky i ostrym zapachem potu, który już od dawna Nathanowi Wardale'owi kojarzył się 

z przegraną. Na szczęście cudzą przegraną. Nate podniósł wzrok znad trzymanych w rę-

ku kart i spojrzał na młodego człowieka siedzącego jak na rozżarzonych węglach po dru-

giej  stronie  zielonego  stolika.  Ni  to  chłopiec,  ni  to  mężczyzna,  miał  właśnie  pobrać 

pierwszą lekcję dorosłości. 

Młodzieniec odchrząknął. 

- Gdyby zechciał pan zrozumieć... 

-  Nie  zechciałbym  -  odpowiedział  zimno  Nate,  tasując  karty.  -  Jeśli  pańska  sa-

kiewka jest pusta, powinien pan odejść od stolika. Tak będzie najlepiej. 

Przeciwnik obruszył się. 

- Sugeruje pan, że moje słowo nie jest wystarczająco dobre? 

- Nic podobnego. Skoro nie ma pan przy sobie niczego wartościowego, gra skoń-

czona. Doświadczenie nauczyło mnie nie przyjmować skryptów dłużnych. 

- To wyjątkowo nie fair z pańskiej strony kończyć grę, kiedy karta mi nie idzie. - 

Młody  człowiek,  który  dopiero  co  osiągnął  pełnoletność,  był  markizem,  od  dziecka 

przyzwyczajonym do stawiania na swoim, zwłaszcza wobec takich ludzi jak Nate. 

- Przeciwnie. - Nate wzruszył ramionami. - To wyjątkowo nie fair z pańskiej strony 

oczekiwać, że potraktuję obietnicę zapłaty jako stawkę w grze. Nie wątpię, że postąpiłby 

pan jak należy, ale nie raz i nie dwa przekonałem się, że przyparci do muru dżentelmeni 

bywają nierozważni. Później żałują tego, co obiecali w ferworze rozgrywki. 

Młodzieniec uśmiechnął się szyderczo, jakby to, co robią inni, nic dla niego nie zna-

czyło. 

- W takim razie czego oczekuje pan ode mnie? Że przy następnym rozdaniu posta-

wię sygnet? 

- Jeśli takie jest pańskie życzenie. 

T L

 R

background image

- Należy do rodziny. 

- W takim razie dla pana gra się skończyła.   

Młody markiz wyzywająco zadarł podbródek. 

- To ja decyduję, kiedy skończę. - Ściągnął pierścień z palca i rzucił go na stolik. - 

Jego wartość równoważy wszystko, co leży przed panem. Jeszcze jedno rozdanie. 

- W porządku. - Nate ziewnął i rozdał karty.   

Gra  potoczyła  się  zgodnie  z  jego  przewidywaniami.  Kilka  minut  później  zgarnął 

pierścień ze stołu i wraz z resztą wygranej wrzucił go do sakiewki. 

-  Nie  może  pan  -  zaprotestował  młody  arystokrata.  -  Ten  pierścień  nie  należy  do 

mnie. 

- W takim razie dlaczego go pan postawił? - Nate spojrzał na niego, nie mrugnąw-

szy okiem. 

- Myślałem, że wygram. 

- A ja udowodniłem, że się pan pomylił. Dla nas obu dobrze się stało, że postawił 

pan jedynie taki  drobiazg.  Na pewno  będzie  go  łatwo  zastąpić.  Dla  pańskiej  rodziny  to 

przecież tylko symbol, a ja dodam go do mojej kolekcji, na którą składają się rzeczy, w 

których posiadanie wszedłem, grając z ludźmi takimi jak pan, głuchymi na głos rozsąd-

ku. 

Młodzieniec smutnym spojrzeniem odprowadził sakiewkę, która znikła w kieszeni 

Nate'a, zupełnie jakby przyglądał się swojej niepewnej przyszłości. 

- A co powiem ojcu? 

-  To  nie  moja  sprawa.  Na  pańskim  miejscu  powiedziałbym  mu,  że  ma  głupca  za 

syna. 

Młodzieniec raptownie uderzył pięścią w stół, po czym zerwał się na równe nogi, 

miotając  przekleństwa.  Wydawało  się,  że  za  chwilę  wyzwie  Nate'a  na  pojedynek.  Za-

chowywał  się  jak  wielu  innych  rozjuszonych  hazardzistów,  którym  nie  dopisało  szczę-

ście,  i  Nate  już  sposobił  się  do  przywołania  wykidajłów,  których  zatrudniał  właściciel 

domu  gry,  Dante  Jones.  Patrząc  w  oczy  młodego  człowieka,  dostrzegł,  że  ich  wyraz 

zmienia się. Gniew zaczął ustępować ostrożnej kalkulacji. Najwyraźniej arystokrata brał 

T L

 R

background image

pod uwagę możliwość, że Nate jest równie biegły w posługiwaniu się bronią, jak w grze 

w karty. 

Wreszcie młody człowiek ochłonął i bez słowa odszedł od stolika. 

Nate powoli wypuścił z płuc powietrze, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi. Czuł w 

kieszeni  ciężar  sygnetu.  Nie  był  to  jednak  dobry  moment  na  oglądanie  zdobyczy.  Ktoś 

mógłby  pomyśleć,  że  chełpi się  wygraną,  a  choć  osławiony  hazardzista  Nate  Dale  miał 

wiele wad, nigdy nie postępował w ten sposób. 

Był  pewien,  że  klejnot  stanowi  jedynie  kopię  oryginału.  Rodowy  sygnet,  przeka-

zywany z pokolenia na pokolenie, Nate wygrał od ojca młodzieńca nie dalej niż dwa lata 

temu. Pierścień spoczywał w szkatułce stojącej na komodzie w garderobie przy sypialni 

Nate'a. Stał się jednym z eksponatów kolekcji składającej się z trofeów, które miały mu 

przypominać,  do  czego  zdolny  jest  człowiek  ogarnięty  gorączką  hazardu  i  do  końca 

przekonany, że jego karta wreszcie się odwróci. 

Sam  nigdy  nie  doświadczył  tego  uczucia,  ale  niejednokrotnie  usiłował  je  sobie 

wyobrazić, co było tym trudniejsze, że wszyscy bez wyjątku znali go jako największego 

szczęściarza w Anglii. Od wielu lat nie miał wątpliwości co do tego, że karta mu sprzyja. 

Zdarzały się złe rozdania, naturalnie. Czasem nawet złe dni. Jednak sytuacja wracała do 

normy, zanim zdołał odczuć stratę. Musiał tylko zachować spokój i czekać, aż los znów 

się do niego uśmiechnie. 

Tak było także w odniesieniu do gry w kości. A co do reszty? Nic nie wskazywało 

na to, by jego życie miało się zmienić na gorsze. Potrafił to docenić. 

Rozejrzał się po sali, lustrując wzrokiem gości zgromadzonych przy zielonych sto-

likach. Hałas i zamęt, przegrani i zwycięzcy. Kilka wdów, które wolały gry bardziej in-

tymne niż faraon. Jedna z nich rzuciła mu prowokujące spojrzenie, na które odpowiedział 

bladym uśmiechem i przeczącym ruchem głowy. Jaki musiał być stan jego umysłu, skoro 

nie miał ochoty, by jej niewątpliwe wdzięki przedłożyć nad wieczór spędzony samotnie 

w domu? Czuł jednak, że atmosfera panująca w sali pozbawia go energii i z narastającym 

znużeniem myślał o tym, że następny wieczór nie będzie się niczym różnił od poprzed-

nich. 

T L

 R

background image

Przynajmniej  dzisiejszy  dobiega  końca.  Nate  zamierzał  właśnie  wstać  od  stolika, 

kiedy padł na niego czyjś cień. Uniósł głowę i zobaczył, że na krześle zwolnionym przez 

młodzieńca, który przegrał sygnet, usiadł kolejny gracz. Nieznajomy miał ciemne włosy, 

czarne oczy i smagłą skórę. Choć się uśmiechał, był ponury, a wyraz jego twarzy przy-

pominał chmurę gradową. Być może był to efekt bólu, jaki odczuwał wskutek niedawno 

odniesionej rany. Lewą rękę nosił bowiem na temblaku. 

Nate ledwie zerknął na jego twarz, skupiając całą uwagę na tasowanych przez sie-

bie kartach. 

- Ma pan ochotę na partyjkę? 

Nieznajomy skinął głową. 

Nate pożegnał się z perspektywą wypicia rozgrzewającego drinka przy kominku i 

szansą rysowania piórkiem dla własnej przyjemności. Kiedy tylko próbował ograniczyć 

grę, godziny spędzane przy zielonym stoliku wydłużały się. Zupełnie jakby los znał jego 

zamiary i drwił z nich. A przecież nie było to miejsce, które przyciąga bogaczy. Suffolk 

Street  dzieliła  daleka  droga  od  ekskluzywnego  klubu  White'a.  Klientela  Fourth  Circle 

była  mieszaniną  wyjątkowych  szumowin,  przedstawicieli  arystokracji,  którzy  utracili 

honor wskutek hazardu, nałogowych graczy i poszukiwaczy oryginałów. 

I  był  tu  on,  Nate.  To  on  był  tym  oryginałem,  którego  szukali,  znanym  ze  swego 

nadnaturalnego  szczęścia.  Jedni  przychodzili  przekonani,  że  można  pokonać  nie-

pokonanego, że to jego biegłość ostatecznie okaże się mniejsza od ich własnej. Z naiwną 

nadzieją,  że  osiągnąwszy  sukces,  zyskają  rozgłos.  Inni  grę  z  nim  uważali  za  swego  ro-

dzaju rytuał. W rezultacie wyglądało na to, że każdy w Londynie przynajmniej raz stracił 

zawartość sakiewki na rzecz Nate'a Dale'a. 

Nate zastanawiał się, do jakiej kategorii należy ten mężczyzna, i doszedł do wnio-

sku, że jest on albo nałogowym graczem, albo miejscowym awanturnikiem. Może akto-

rem. Wprawdzie nosił się jak arystokrata, ale na jego ubiór składał się osobliwy zestaw 

na  tyle  ekstrawagancki,  że  w  salonie  by  go  wyśmiano.  Niebieski  aksamitny  surdut  był 

dobrze  skrojony,  ale  niemodnie  luźny.  Fular  zastąpił  jedwabny  szalik  w  pasy.  Pod  ko-

ronkowym mankietem połyskiwała srebrna bransoleta - oryginalna biżuteria jak na męż-

czyznę. Całości dopełniał gruby złoty kolczyk tkwiący w jego lewym uchu. 

T L

 R

background image

Głowy  ludzi  zebranych  w  sali  zwróciły  się  z  zainteresowaniem  ku  nowo  przyby-

łemu.  Mężczyźni,  w  zależności  od  swojej  natury,  chwytali  za  sakiewki  albo  za  broń, 

jakby chcieli się upewnić, że są bezpieczni. Natomiast ze strony kobiet rozległ się szmer 

aprobaty  wywołany  urodą  nieznajomego  i  jego  egzotycznym  ubiorem.  Nate  z  rozdraż-

nieniem skonstatował,  że także  wdowa,  która  zaledwie  kilka  chwil  wcześniej  sprawiała 

wrażenie bardzo rozczarowanej jego odmową, teraz aż nadto się ożywiła. 

Nate spojrzał na mężczyznę z obojętną miną kogoś, kto żyje z tego, że potrafi oce-

nić przeciwnika. Sądząc po biżuterii, Cygan z pieniędzmi, a więc chętnie widziany przy 

stoliku. Nate rozdał karty. 

Przeciwnik grał w milczeniu, odzywając się tylko wtedy, kiedy było to absolutnie 

niezbędne, tracąc zawartość  wypchanej  sakiewki szybko  i bez emocji  w  kolejnych  roz-

daniach.  Takie  zachowanie  okazało  się  jednak  nudniejsze  niż  nieustanne  jęki  poprzed-

niego gracza. Pocieszające było jedynie to, że Cygan nie zadał sobie trudu zdjęcia biżu-

terii po  ostatnim  rozdaniu. Jak  widać, nie  był  na  tyle  pochłonięty  grą,  by  nie wiedzieć, 

kiedy się wycofać. 

Nate  z  ulgą  patrzył,  jak  mężczyzna  sięga  do  kieszeni,  jakby  szukał  ostatniego 

banknotu  czy  może  suwerena,  który  zaplątał  się  pod  podszewkę  surduta  i  tkwił  tam  na 

wypadek kryzysu. 

-  Jeśli  nie  ma  pan  pieniędzy  -  powiedział  przeciągle  -  lepiej  skończmy.  Powinie-

nem był pana ostrzec, kiedy zaczynaliśmy, że nie przyjmę skryptu dłużnego. 

- Posiadam coś lepszego, jestem pewien. - Nieschodzący z ust mężczyzny uśmiech 

miał  w  sobie  coś  wyjątkowo  niepokojącego.  Z  dotychczasowych  doświadczeń  Nate'a 

wynikało, że przegrywający na ogół nie bywają w tak dobrym nastroju. - Jeszcze jedno 

rozdanie.  Posiadam  coś,  co  pan  ode  mnie  przyjmie,  bo  nie  ma  pan  wyboru.  -  Po  tych 

słowach Cygan sięgnął do kieszeni surduta i rzucił tę rzecz na stolik. 

Szkarłatny  jedwabny  sznur  leżał  zwinięty  niczym  wąż.  Jego  koniec  był  starannie 

zawiązany na kształt stryczka. Nate'owi przez chwilę wydawało się, że nie różnił się ni-

czym od tego, który widział wiele lat temu - w dniu, w którym powieszono jego ojca. 

Wstał  od  stolika  tak  szybko,  że  omal  go  nie  przewrócił,  a  sznur,  kieliszki  i  karty 

zsunęły  się,  tworząc  bezładny  stos  na  podłodze.  Cygan  nie  zwrócił  uwagi  na  nieporzą-

T L

 R

background image

dek. Wciąż patrzył na niego ze znaczącym uśmiechem, najwyraźniej zadowolony z reak-

cji, którą wywołał. 

Nate  wbił  wzrok  w  jego  smagłą  twarz,  uważnie  analizując  zmarszczki,  kształt 

oczu, ułożenie warg. Znał tę twarz - chociaż kiedy rozmawiali po raz ostatni, nie było w 

niej ani zimnej kalkulacji, ani ostrości rysów. 

Wreszcie zdołał przypomnieć sobie chłopca, który stał się tym mężczyzną. 

-  Stephen?  -  Głos,  który  z  siebie  wydobył,  był  ochrypły  od  doznanego  szoku.  - 

Stephen Hebden. To ty, prawda? 

Mężczyzna przytaknął i w tym samym momencie przestał się uśmiechać, zupełnie 

jakby  chciał  dać do zrozumienia,  że ich  spotkanie nie będzie  należało do  przyjemnych, 

bez względu na to, jak bliscy byli sobie w dzieciństwie. 

- Teraz nazywam się Stephano Beshaley. A ty każesz się nazywać Nate Dale, choć 

obydwaj wiemy, że twoje prawdziwe imię i nazwisko brzmi Nathan Wardale. 

- Nathan Wardale zmarł w Bostonie parę lat temu. 

-  A  Stephen  Hebden  zginął  w  pożarze  jako  dziecko.  -  Mężczyzna  po  przeciwnej 

stronie stolika rozłożył szeroko ręce. - A jednak jesteśmy tu obaj. 

Zginął w pożarze? Nate'owi zrobiło się wstyd, że tak mało uwagi poświęcił myśli, 

co  mogło  się  stać  z  jego  najlepszym  przyjacielem  z  dzieciństwa  po  tym,  jak  ojcowie 

obydwóch odeszli z tego świata. Okoliczności sprawiły, że między ich rodzinami nastąpił 

wówczas  gwałtowny  i  całkowity  rozłam.  Nate  zmusił  się  do  zignorowania  przeszłości, 

tak jak to robił wiele razy przedtem. 

- Dobrze więc, panie Beshaley. Co cię sprowadza tutaj po tylu latach? Od naszego 

ostatniego spotkania upłynęło przecież blisko dwadzieścia lat. 

- To było na pogrzebie mojego ojca - podsunął Stephen. - Pamiętasz Christophera 

Hebdena, lorda Framlinghama? Zamordował go twój ojciec. 

Nate udał, że szuka w pamięci. 

- Nazwisko brzmi znajomo. Naturalnie moja rodzina była tamtego roku bardzo za-

jęta  z  powodu  procesu  i  egzekucji.  Ale  pamiętam  pogrzeb.  Szkoda,  że  nie  odpłaciłeś 

grzecznością  za  grzeczność  i  nie  przyszedłeś  na  pogrzeb  mojego  ojca.  -  Przerwał,  cie-

kaw,  czy  mężczyzna  siedzący  naprzeciwko  zareaguje  na  te  słowa.  Może  przynajmniej 

T L

 R

background image

przyzna, że Nate również poniósł bolesną stratę. Nic takiego nie nastąpiło, więc ciągnął: 

- Kiedy go powieszono, musieliśmy poczekać, aż go odetną, i zapłacić za wydanie ciała. 

Ponieważ zabrano nam tytuł, miejsce w rodzinnym grobowcu nie wchodziło w gre. Po-

chowano  go  w  małym  nieoznaczonym  grobie  przy  wiejskim  kościele,  gdzie  pastor  nie 

wiedział o naszej hańbie. Rzadko tam bywam. - Wbił wzrok w twarz mężczyzny, licząc 

na to, że tamten okaże mu choćby cień współczucia albo przynajmniej zrozumienia. Na 

próżno. - Pogrzeb odbył się w kameralnym gronie, bo wszyscy przyjaciele nas opuścili. 

Chociaż wystarczająco duży tłum zgromadził się, by zobaczyć, jak mój ojciec zawisa na 

szubienicy.  Myślałem,  że  całe  miasto  stawiło  się  popatrzyć,  jak  dynda  lord.  A  potem 

twoja  szalona  cygańska  matka  rzuciła  klątwę  z  okna  budynku  znajdującego  się  za  szu-

bienicą, po czym powiesiła się na oczach wszystkich. To dopiero było widowisko. 

Udało  mu  się.  Przez  chwilę  Stephen  sprężył  się,  jakby  był  gotów  go  uderzyć,  a 

oczy  zapłonęły  mu  gniewem.  Nate  się  ucieszył,  bo  dawało  mu  to  okazję  do  bijatyki  i 

uwolnienia dziecięcej wściekłości, którą czuł tamtego dnia. 

Stephen  jednak  opanował  wzburzenie,  a  jego  twarz  znów  stała  się  chłodna  i  nie-

przenikniona. Mimo spontanicznego wybuchu emocji w reakcji na znieważenie matki w 

jego śniadej twarzy nie pozostało nic, co mogłoby świadczyć o tym, że słowa Nate'a od-

niosły  trwały  skutek.  Gdyby  wciąż  grali  w  karty,  Nate  znalazłby  w  nim  godnego  prze-

ciwnika, bo nie sposób było przewidzieć, jaki będzie jego następny ruch. 

W końcu Nate pohamował gniew i przerwał ciszę. 

- Po co przyszedłeś, Stephen? 

- Przypomnieć ci o przeszłości.   

Nate zaśmiał się gorzko, urywanie. 

- Przypomnieć mi? - Rozłożył szeroko ramiona. - Spójrz na moje otoczenie, przy-

jacielu, tak jak robię to ja, gdy odczuwam potrzebę pamiętania o tym, co minęło. Czy oni 

nie  są  wystarczająco  prymitywni?  Czy  to  mi  było  przeznaczone?  Odebrano  nam  tytuł, 

dwór,  ziemie.  Ta  tragedia  rozpędziła  moją  rodzinę  na  cztery  wiatry.  Ty  przynajmniej 

odnalazłeś swoich  ziomków.  Czy  wiesz,  kiedy  ja po  raz  ostatni  widziałem  matkę  i sio-

stry? Czy wiesz, jak to jest stać bezradnie, kiedy wieszają ci ojca? 

T L

 R

background image

- Nie lepiej, niż mieć świadomość, że został zamordowany, tak sądzę. I wiedzieć, 

że potomkowie mordercy gdzieś żyją. 

Nate roześmiał się. 

-  Po  tylu  latach  to  naprawdę  jest  istotne?  Czuję  się,  jakbym  był  martwy,  zapew-

niam cię. Nie mam nic, ty jednak chciałbyś wziąć jeszcze więcej. 

Stephen parsknął. 

- Masz pieniądze. 

- I ładny dom - dodał Nate. - Właściwie dwa domy i jeszcze konie i powozy. Wy-

starczająco duży majątek jak na jednego człowieka. Zdobyłem to wszystko kosztem ho-

noru. Nie gramy w klubie Boodle'a, jak nasi ojcowie, Stephen. Bo nie jesteśmy chętnie 

widziani  wśród  dżentelmenów.  Bękart  zrodzony  z  Cyganki  i  syn  mordercy.  Wytworne 

towarzystwo nie chce żadnego z nas. Wylądowaliśmy w rynsztoku. 

Jego przeciwnik zesztywniał na słowo „bękart", choć przecież była to prawda. 

- Żałuję, że nie cierpię wystarczająco dotkliwie, by cię zadowolić - ciągnął Nate. - 

Jeśli sobie  życzysz, możemy  wyjść  na zewnątrz, do  parku, i pozwolę ci naprawić sytu-

ację. A może zamierzasz postraszyć mnie, żebym przegrał? - Popchnął nogą sznur leżący 

na ziemi, aż ten wylądował u stóp jego dawnego przyjaciela. - Mam prawdziwy sznur, na 

którym powieszono mi ojca. Moja rodzina kupiła go, nie chcąc dopuścić, by wpadł w rę-

ce  tych upiorów  zgromadzonych  wokół  szubienicy.  Nie możesz  zrobić nic,  co by  mnie 

przeraziło, a ponieważ ironia raczej nie zabija, proponuję, żebyś przestał uprawiać tę grę. 

Nie jesteśmy już dziećmi. A jeśli naprawdę chcesz ujrzeć mnie martwym, bądź mężczy-

zną i zastrzel mnie. 

Przez  moment  wydawało  się,  że  szyderstwo  wreszcie  dotarło  do  celu.  Stephano 

skinął głową i uśmiechnął się, zupełnie jakby od lat marzył o zabiciu Nate'a i położeniu 

kresu temu spotkaniu. Po chwili jednak powiedział: 

- Obawiam się, że to nie jest takie łatwe, Nathanie Wardale'u. 

Nate wzdrygnął się. Poczuł dawny lęk, że ktoś może usłyszeć jego nazwisko i roz-

poznać w nim syna mordercy i zdrajcy. Mógłby zostać wyrzucony jako niegodny nawet z 

Fourth Circle. Gdzie by się wówczas udał? Zebrał się więc w sobie i spytał: 

- O co w takim razie chodzi? 

T L

 R

background image

-  Nie  mnie  o  tym  decydować.  Jestem  tylko  posłańcem.  Przynoszę  ci  sznur,  a  los 

zdecyduje, w jaki sposób zostaniesz ukarany. 

- Ja?... Ukarany? - Nate omal nie wybuchnął śmiechem. - Za co? Kiedy doszło do 

morderstwa, miałem dziesięć lat. Nie byłem kryminalistą, zapewniam cię. 

- Jesteś synem mordercy. 

- A więc twoje przyjście tutaj nie ma sensu, Stephen. Moje słowa to tylko dywaga-

cje. Gdyby coś znaczyły, przysiągłbym ci, że moja rodzina nie ponosi odpowiedzialności 

za to, co się stało. 

- Twój ojciec... 

- Został powieszony za coś, czego nie zrobił. Tuż przed egzekucją wyznał, że kiedy 

znalazł  Kita  Hebdena,  ten był  umierający.  Mój  ojciec nie  zadał  mu śmiertelnego  ciosu. 

To  samo  powiedział  mnie,  mojej  matce  i  siostrom.  Nie  miał  najmniejszego  powodu 

okłamywać nas u kresu życia. Nic by mu to nie dało, a nam nie przyniosłoby pociesze-

nia. 

Przez  chwilę  wydawało  mu  się,  że  dostrzegł  w  twarzy  mężczyzny  błysk  emocji, 

który mógłby świadczyć o zrozumieniu, wierze czy odrobinie litości. Słowa, które padły 

z jego ust, były jednak beznamiętne. 

- Jeśli prawdą jest, że jesteś bez winy, okoliczności wkrótce to potwierdzą. Wtedy 

zdejmę z ciebie klątwę i uczynię cię wolnym. 

Nate roześmiał się. 

-  Trochę  za późno  mówić  o  wolności, Stephen. Jestem bogaty,  ale nie mam  się  z 

kim dzielić mym bogactwem. Nikt mi nie ufa. Żadna uczciwa kobieta mnie nie chce. W 

trakcie gry zrujnowałem wielu ludzi, nakłaniając ich do robienia niewyobrażalnych rze-

czy, przekonany, że jeszcze jedno rozdanie uwolni mnie od tego wszystkiego. Czy jesteś 

w stanie wymazać pamięć czynów, których się dopuściłem? Czy udasz się do Izby Lor-

dów i będziesz nalegał, by oczyszczono dobre imię mojej rodziny? Przywrócisz mi mój 

tytuł?  I  mego  ojca?  Potrafisz  wskrzeszać  zmarłych,  Cyganie?  Chciałbym  widzieć,  jak 

próbujesz to robić. 

Stephano splunął na podłogę i uniósł dłoń, jakby bronił się przed tym pomysłem. 

T L

 R

background image

- Twój ojciec był mordercą i zasłużył na to, co go spotkało. A ja zamierzam dopil-

nować, żebyś przyjął na siebie swoją część kary. 

Nate  dawno  temu  nauczył  się  patrzyć  na  swoją  przeszłość  jak  na  mroczny  cień, 

który jeszcze bardziej podkreślał pustkę teraźniejszości. Teraz, kiedy cień wysunął się na 

pierwszy  plan,  obraz,  który  ukazał się  jego  oczom, był  tak  absurdalny,  że  Nate  zaśmiał 

się serdecznie po raz pierwszy od wielu lat. 

-  Moją  część  kary?  -  Pochylił  się  do  przodu,  patrząc  w  twarz  mężczyzny,  który 

kiedyś był Stephenem Hebdenem, wyzywając go, by dostrzegł żart i dołączył się. - Cóż, 

mam  dla  ciebie  nowinę.  Wzbogaciłeś  mnie  o  sto  funtów,  zanim  wyjąłeś  ten  przeklęty 

sznur i zacząłeś mówić bzdury. Jeśli na tym polega klątwa, wielu powitałoby ją z rado-

ścią. Jeśli chcesz ukarać mnie naprawdę, zabierz ze sobą moje szczęście. Wówczas bę-

dziemy mogli uznać, że rachunki zostały wyrównane. 

Wskazał palcem na sznur leżący na podłodze. 

- Nie przychodź tu, udając, że jesteś w stanie utrudnić mi los mętnymi groźbami i 

przepowiedniami nieszczęścia. Nie stanie się nic, co uczyniłoby moje życie gorszym, niż 

jest obecnie. 

Cygan uśmiechnął się z prawdziwą satysfakcją. 

- Naprawdę wierzysz w to, co mówisz? Zobaczymy, stary przyjacielu. Zobaczymy. 

- Po tych słowach podniósł się z krzesła i wyszedł z sali, zostawiając jedwabną pętlę na 

podłodze. 

W  swoim  śnie  Nate  znów  był  w  Newgate,  w  otoczeniu  gniewnych  olbrzymów. 

Śmiali się. Dźwięk ich śmiechu był nieszczery i okrutny, wydawał się odbijać echem od 

otaczających go kamiennych ścian. Nate usiłował przebić się przez tłum. Był jednak za 

mały i za słaby, a nikt nie chciał zrobić mu miejsca. Wszyscy przybyli wcześniej, żeby 

mieć dobry widok. 

Przyszedł  późno,  bo  musiał  wymknąć  się  z  domu.  Matka  powiedziała,  że  to  nie 

miejsce  dla  najbliższych  i  ojciec  sobie  tego  nie  życzy.  Ale  czyż  Nathan  nie  był  teraz 

głową  rodziny?  Jego  obowiązkiem  było  tam  być,  towarzyszyć  mu  do  samego  końca. 

Wreszcie przepchnął się przez tłum na sam przód i zobaczył ojca prowadzonego na szu-

bienicę. 

T L

 R

background image

Zawołał do niego i William Wardale podniósł głowę, szukając, skąd dochodzi głos. 

Miał  puste  oczy  i  Nathan był  pewien,  że  czuje  się  bardzo samotny.  W drodze na  tamtą 

stronę nie było przy nim przyjaciela. Spojrzał na Nathana z miłością i ulgą, wyciągnął do 

niego rękę, jakby chciał przygarnąć go do siebie po raz ostatni. Po chwili dłoń mu opadła 

i  przeszedł  przez  niego  dreszcz,  bo  wiedział  to,  o  czym  wówczas  nie  wiedział  Nathan. 

Choć  był  rad,  że  odejdzie  z  tego  świata  z  obrazem  syna  pod  powiekami,  zdawał  sobie 

sprawę, co taki widok oznacza dla dziecka. 

Kat związał mu ręce, a duchowny odklepał modlitwy. Ludzie zgromadzeni wokół 

szubienicy krzyczeli, trącali się łokciami i przeklinali tych, którzy nie zdjęli nakryć gło-

wy,  żeby  stojący  z  tyłu  mogli  lepiej  widzieć.  Handlarze  uliczni  sprzedawali  ulotki,  ale 

Nate nie miał pensa, by kupić jedną z nich. Podniósł więc z ziemi pognieciony papier i 

zobaczył obrzydliwą karykaturę przedstawiającą ojca i jego domniemane przyznanie się 

do winy. 

Każde  słowo  było  kłamstwem.  Ojciec  nie  zrobił  tego,  o  co  go  oskarżono.  Nie 

przyznał  się  do  winy,  bo  nie  był  winien.  Słowa  napisane  na  papierze  były  kłamstwem, 

kiedy jednak Nathan je czytał, łzy wstydu szczypały go pod powiekami. 

Kat założył skazańcowi kaptur i jakaś kobieta zaczęła krzyczeć. Przez chwilę Nate 

miał nadzieję, że to jego matka przyszła zabrać go do domu, zanim zobaczy więcej. To 

była obca kobieta o smagłej skórze. Wychylała się z okna nad szubienicą. Krzyczała nie 

ze strachu, ale z poczucia triumfu. Była piękna. Wyglądała jak bogini zemsty, kiedy tak 

patrzyła  na  związanego  mężczyznę  i  śmiejący  się  tłum.  Odnalazła  wzrokiem  Nathana  i 

wpatrywała  się  w  niego,  zupełnie  jakby  go  znała.  A  potem  zawołała  tak  wyraźnie,  że 

motłoch się uciszył: 

- Niech poczucie winy pochłonie cię za życia i zatruje ci krew. Dzieci będą płacić 

za grzechy ojców, dopóki sprawiedliwość nie dosięgnie przeklętych. 

Wskazała na niego, mówiąc o dzieciach. Dorosły Nathan krzyknął do chłopca, by 

odwrócił wzrok. Ta kobieta była szalona. Nie powinien się nią przejmować. Trzeba uciec 

z tego miejsca. Jeśli tego nie zrobi, będzie za późno. 

T L

 R

background image

Po chwili rozległ się głuchy odgłos, zapadnia się otworzyła i ciało jego ojca zawi-

sło na szubienicy. W tym samym momencie kobieta wyskoczyła z okna i zawisła na je-

dwabnym szalu owiniętym wokół szyi. 

W swoim dziecięcym umyśle Nathan sądził, że najgorsze ma już za sobą. Dorosły 

Nathan  podczas  służby  w  marynarce  widział  wystarczająco  dużo,  by  rozumieć,  co  się 

działo  z  powieszonym,  jeśli  nie  było  nikogo,  kto  pociągnąłby  go  za  nogi  i  pomógł  mu 

umrzeć. 

Zaczęło się konanie. Jego ojciec i kolorowa sylwetka kobiety zwisającej z okna nad 

nim... W konwulsyjnych drgawkach. 

Wydawało się, że upłynęły całe godziny, zanim ciała znieruchomiały, tłum zaczął 

się rozchodzić, a po niego przyszła matka. 

Kiedy Nate się obudził, jego pościel była mokra od potu i łez. A na komodzie przy 

łóżku  leżał  jedwabny  sznur  od  Cygana.  Dlaczego  zabrał  go  i  przyniósł  do  domu?  Ten 

gest był makabryczny i miał na celu wyprowadzenie go z równowagi. Był głupi, godząc 

się brać w tym udział. Stephenowi Hebdenowi udało się przywołać stary koszmar, który 

latami prześladował Nate'a. 

Stephen nie był już Stephenem. Dawny przyjaciel nie istniał. Mężczyzna, który go 

odwiedził, był wrogiem, rozgniewanym Cyganem, który znał mnóstwo sztuczek, tak jak 

jego  matka.  Nie  wolno  mu  nigdy  o  tym  zapomnieć,  bo  w  przeciwnym  razie  Stephano 

Beshaley i jego klątwa zatrują mu teraźniejszość, tak jak własna matka zatruła mu dzie-

ciństwo. 

Może  nie  będzie  w  stanie  zapobiec  nocnym  koszmarom,  ale  za  dnia  postara  się 

myśleć trzeźwo i bez emocji, tak jak przy stoliku do gry. Jego życie na jawie nie zmieni 

się z powodu wizyty Cygana. Od czasu do czasu Nate doznawał uczucia wstydu, straty, 

głodu  i  znosił  cierpienia  fizyczne.  Niewiele  było  rzeczy,  które  mogłyby  go  przerazić, 

rozzłościć  czy  uradować.  Trzymał  w  ręku  stryczek jeszcze  jako  dziecko.  Barwny  sznur 

na nocnym stoliku i towarzyszący mu koszmar senny nie umywały się do grozy tamtego 

dnia. 

Pomyślał jednak o tych, których Stephen będzie chciał odszukać, kiedy jego plany 

wobec Nate'a się nie powiodą. Helena i Rosalind... 

T L

 R

background image

Nawet Cygan nie mógłby upaść tak nisko, żeby skrzywdzić niewinne dziewczęta. 

Matka  Beshaleya  patrzyła  wprost  na  Nate'a,  rzucając  przekleństwo.  Poczuł  się  nazna-

czony jej słowami, jakby wypalono mu znak. Z pewnością to on miał spłacić cały dług. 

Jego siostry są bezpieczne. 

Musiało tak być. Zresztą, w jaki sposób Cygan by je odnalazł? Kiedy Nate widział 

je po raz ostatni, opiekowały się słabnącą matką, czekając, aż on wróci do domu. Zgubił 

je jednak w tłumie najemnych pracowników w Londynie, a jego poszukiwania skończyły 

się niepowodzeniem. Matka była bardzo chora jeszcze przed jego zniknięciem i na pew-

no umarła, nie wiedząc, co się z nim stało, a Helena i Rosalind były dla niego stracone, 

tak jakby się nigdy nie narodziły. Na myśl o tym odczuwał ból, choć czerpał pewną po-

ciechę z faktu, że dzięki temu były zabezpieczone przed klątwą. 

Do kogo w takim razie zwróci się Cygan, skoro nie uda mu się z rodziną Warda-

le'ów? Czy Nate powinien ostrzec bliskich hrabiego Narborough? 

Oni też słyszeli o przekleństwie, ale potraktowali je jak ponury żart. Nie naznaczy-

ło  ich  życia i nic  nie  wskazywało  na  to,  że  Marcusa  Carlowa dopadł  lęk.  Teraz, skoro 

przejął tytuł, Nate powinien myśleć o nim jako o wicehrabim Stanegate. Jak wynikało z 

okazjonalnych  wzmianek  w  „Timesie",  Marcus  wyrósł  na  takiego  mężczyznę,  jakiego 

chciał w nim widzieć jego ojciec. Prawy, godny szacunku, uczciwy. 

Jeśli  była  tu  gdzieś  wina,  ani  Marcus,  ani  jego  rodzeństwo  nie  mieli  z  nią  nic 

wspólnego.  To  ich  ojciec  powinien  ponieść  odpowiedzialność.  Hrabia  Narborough 

twierdził, że jest przyjacielem ojca Nate'a, ale zamknął drzwi przed rodziną Wardale'ów, 

kiedy potrzebowała pomocy. 

I to Narborough był tym, który zrzucił winę na Williama Wardale'a, gdy doszło do 

morderstwa. Nie tracąc czasu, błyskawicznie doprowadził do jego pojmania i uwięzienia. 

To wszystko zdarzyło się tak szybko. Zbyt szybko, jak podejrzewał. Zupełnie jak-

by Narborough potrzebował kozła ofiarnego i wybrał Williama Wardale'a. Nate był pe-

wien, że jego ojciec nie był mordercą. Niemniej ktoś dopuścił się tej zbrodni. A jeśli ten, 

kto znał prawdę, jeszcze żył, najprawdopodobniej był to George Carlow, hrabia Narbo-

rough.  Przecież  morderstwo  zostało  popełnione  tuż  pod  oknem  jego  gabinetu.  On  był 

tym,  który  najgłośniej  domagał  się  szybkiego  procesu  i  równie  szybkiej  egzekucji.  Za-

T L

 R

background image

łóżmy, że ojciec przypadkowo pojawił się tam chwilę po tym, jak George Carlow zadał 

śmiertelny cios... 

Nathan próbował wzbudzić w sobie złośliwą satysfakcję, że Cygan teraz odwiedzi 

rodzinę  Carlowów.  Należało  im  się  to.  Ta  myśl  nie  sprawiła  mu  jednak  przyjemności. 

Stary Carlow był wprawdzie nędznym grzesznikiem, ale Cygan deklarował, że kara ma 

dotknąć następne pokolenie. Czy byłoby w porządku patrzyć, jak klątwa spada na Mar-

cusa i jego dobrodusznego brata Hala? A co z ich siostrami, Honorią i Verity? 

Nate znów pomyślał o swoich siostrach ukrywających tożsamość, by nie wiązano 

ich  z  nazwiskiem  Wardale.  Czy  córki  George'a  Carlowa  zasługiwały  na  taki  sam  los, 

nawet jeśli to ich  ojciec był  mordercą?  Jeśli Stephano  Beshaley  doprowadzi do  upadku 

rodziny, co się z nimi stanie? 

Nawet jeśli hrabia Narborough w pełni zasłużył na to, by wymierzono mu sprawie-

dliwość,  czy  nie  dałoby  się  tej  chwili  nieco  opóźnić?  Dziewczęta  muszą  być  teraz  w 

wieku stosownym do zamążpójścia. Może udałoby mu się powstrzymać Cygana na mie-

siąc czy dwa, tak by bezpiecznie wyszły z ojcowskiego domu i założyły własne rodziny, 

zanim nadejdzie kara. 

Marcus Carlow zasługiwał na ostrzeżenie o tym, co nadchodziło, żeby móc lepiej 

pilnować sióstr. Bawili się razem jako dzieci i byli dobrymi przyjaciółmi - aż do procesu, 

kiedy  ich  świętoszkowaty  ojciec  zakazał  synom  jakichkolwiek  kontaktów  z  rodziną 

Wardale'ów. 

Stephen też był z nimi, naturalnie. Kiedyś byli sobie bliscy jak bracia. Nate zmusił 

się,  by  przestać  o  tym  myśleć.  Nostalgii  zazwyczaj  towarzyszy  współczucie  i  żal,  a  po 

tym:  słabość  i  strach.  Nie  mógł  pozwolić  sobie  na  żywienie  takich  uczuć  wobec  męż-

czyzny,  który  był  wrogiem.  Stephen  Hebden  zginął  w  pożarze  sierocińca.  A  Stephano 

Beshaley  był  łajdakiem,  który  zniszczy  ich  wszystkich,  gdy  tylko  nadarzy  się  po  temu 

okazja. 

Mężczyzna,  który  kiedyś  był  Nathanem  Wardale'em,  nie  pozwoli  sobie  na  to,  by 

dalej rządziły nim klątwy i urazy i te wszystkie zabobonne bzdury. Carlowowie nie ucie-

szą  się  na  jego  widok,  tak  samo  jak  jemu  wizyta  u  nich  nie  sprawi  radości.  Nie  chciał 

T L

 R

background image

jednak, by odwiedził ich Stephano, skoro wbił sobie do głowy, by wskrzesić przeszłość i 

wymierzyć zemstę, na którą żadne z nich nie zasługiwało. 

Nate ubrał się starannie jak ktoś, kto udaje się z wizytą do przyszłego hrabiego, i 

wepchnął jedwabny sznur związany w pętlę do kieszeni surduta. 

 

Rozdział drugi 

 

Diana  Price  z  trudem  powstrzymała  się  od  płaczu.  Córki  George'a  Carlowa,  hra-

biego  Narborough,  były  sympatyczne  i  widziała  w  nich  bardziej  przyjaciółki  niż  pod-

opieczne. Czasami jednak praca damy do towarzystwa dawała jej się we znaki. 

- W końcu będziesz musiała się na kogoś zdecydować, Verity. Cała istota sezonu 

polega na tym, żeby znaleźć odpowiednią partię. Nie ma sensu jeszcze przed jego rozpo-

częciem odrzucać kandydatów. 

Określiłaby minę Verity jako nadąsaną, gdyby dziewczyna była skłonna do takich 

zachowań. 

- Wiem, po co przyjechałyśmy do Londynu, Diano. Liczyłam jednak na to, że jeśli 

Honoria wypełni swoje zobowiązania i znajdzie męża, przestaniecie mnie dręczyć. My-

ślisz, że Marcus zmusi mnie do wyjścia za mąż w tym roku, chociaż już widzę, że żaden 

z potencjalnych konkurentów nie jest dla mnie odpowiedni? 

- Twój brat nie zrobi niczego takiego, Verity. Twierdzisz, że żaden dżentelmen w 

Londynie ci nie odpowiada, a skoro tak, jesteś stanowczo zbyt wybredna. 

-  Ależ,  Diano, nie  dalej jak  wczoraj  krytykowałaś  Honorię  za  to,  że nie jest  dość 

wymagająca. 

-  Bo  nie jest.  Nie  warto  zachęcać  każdego  mężczyzny,  który  okaże  ci  zaintereso-

wanie. 

-  Czy  będę  zmuszona  poślubić  kogoś,  kogo  nie  kocham,  tylko  dlatego,  że  mi  się 

oświadczył? - chciała się upewnić Verity. 

Diana wyciągnęła ręce i uściskała dziewczynę, która była tak samo czarująca, jak 

jej starsza siostra. Brakowało jej jedynie pewności siebie. 

T L

 R

background image

-  Wcale  nie  o  to  mi  chodzi,  kochanie. Po  prostu  nie  chcę, byś  odrzucała dżentel-

menów, nie dając im najmniejszej szansy. Jesteś jeszcze bardzo młoda. Myślisz, że naj-

ważniejsze jest zauroczenie, ale tak nie jest. 

- A ty, Diano, nie jesteś tak stara, by nie rozróżniać pojęcia miłości i zauroczenia. 

Nie mają ze sobą nic wspólnego. 

-  Może  i  nie.  Jednak  kiedy  jest  się  bardzo  młodym,  można  je  łatwo  pomylić.  Na 

pewno  z  czasem  uznasz, że  rozważając  przyjęcie  oświadczyn, należy  wziąć pod uwagę 

wiele różnych czynników. 

Verity westchnęła. 

- Na przykład pieniądze, tak? 

- Byłoby to miłe, przyznaję, ale nie sądzę, byś musiała się interesować stanem ma-

jątkowym zalotników. 

Dopóki Diana była na posterunku, dopóty łowcy fortun nie mieli wielkich szans na 

zawarcie bliższej znajomości z żadną z dziewcząt. 

- Myślałam raczej o uprzejmości, niezmienności charakteru, rozsądku... 

- Jestem pewna, że wszystkie te przymioty pojawiają się z wiekiem - odparła Veri-

ty. - Nie jest wymagane ani nawet zalecane, by mąż był równie młody, jak żona. W nie-

których przypadkach byłoby lepiej, gdyby doświadczony mężczyzna... 

-  Fuj.  -  Verity  zatkała  uszy  dłońmi.  -  Nie mów  mi  więcej  o potrzebie znalezienia 

rozsądnego starca, który by zrównoważył moją młodość i brak doświadczenia. 

- Nie, z pewnością nie, ale... 

-  Jeśli  właśnie  takiego  mężczyzny  pragniesz,  lepiej  będzie,  jak  znajdziesz  go  dla 

siebie.  Co  do  mnie,  wybiorę  męża  sama  i  we  właściwym  czasie.  Gdy  mnie  pokocha, 

przyjmę jego oświadczyny, nawet jeśli będzie lekkomyślny albo niezbyt mądry. Rozwagi 

będziemy uczyć się wspólnie. 

Diana westchnęła. Ta rozmowa kończyła się tak samo, jak wcześniejsze, bo Verity 

była przekonana, że w jej przypadku miłość przezwycięży wszystkie przeszkody. Nato-

miast z obserwacji Diany wynikało, że miłość rzadko wychodzi zwycięsko w starciu ze 

słabym charakterem czy nieregularnymi dochodami. 

T L

 R

background image

-  Tak  czy  inaczej  nie  musimy  się  martwić  w  tej  chwili.  Jeśli  w  tym  sezonie  spo-

tkasz kogoś, kto wzbudzi twoje zainteresowanie... 

- Co się nie stanie. 

-  ...porozmawiamy  o  jego przymiotach,  zanim podejmiesz  ostateczną decyzję. Na 

razie twojemu ojcu sprawi radość, że tańczysz i śmiejesz się, nawet jeśli jest zbyt chory, 

by to widzieć. 

Verity westchnęła. 

-  Tu  mnie  masz,  Diano.  Wiesz, że nie odmówię,  skoro  to tak  ważne dla  rodziny. 

Dopóki nie będę musiała się związać z tym wstrętnym Alexandrem Veryanem tylko po 

to,  by  was  wszystkich  zadowolić.  Przysięgam,  że  to  największy  nudziarz  na  świecie. 

Kiedy tańczyliśmy ostatnio, przez pół nocy deptał mi po palcach i wpatrywał się we mnie 

z cielęcym zachwytem. 

Diana uśmiechnęła się ze współczuciem na myśl o niezdarnym młodym człowieku 

i jego żałosnych próbach zdobycia względów Verity. 

-  Choć  pan  hrabia  z  radością  powitałby  twoje  wejście  do  rodziny  Veryanów, 

przyzwoitość nie może być jedynym przymiotem kandydata na męża. Jestem pewna, że 

jeśli się wspólnie zastanowimy, znajdziemy ci o wiele odpowiedniejszego narzeczonego 

niż młody Alex. 

Rozległo się ciche pukanie do drzwi garderoby i po chwili weszła pokojówka. 

-  Panno  Verity,  przyszedł  jakiś  dżentelmen.  Chce  rozmawiać  z  pani  braćmi,  ale 

żadnego  nie  ma  w  domu  i  nie  spodziewamy  się  ich  w  najbliższym  czasie.  A  panienka 

Honoria jest... - Służąca przerwała z szacunkiem. 

- Niedysponowana. - Verity spojrzała bezradnie na Dianę. 

Obie wiedziały, że Honoria, która nie miała takich jak Verity obiekcji co do mał-

żeństwa,  większość nocy  spędzała na tańcach.  Do  południa,  jeśli nie dłużej,  nie będzie 

nadawała się do przyjmowania gości. 

- Nie jestem odpowiednio ubrana, ale zejdę na dół, jak tylko będę mogła - zdecy-

dowała Verity. - Tymczasem, Diano, zechciałabyś...? 

Postarać się go zatrzymać, zanim Verity skończy pić poranną czekoladę, uzupełniła 

w myśli Diana, która była na nogach od kilku godzin. Choć nie miała pretensji do sióstr 

T L

 R

background image

Carlow  o  to,  że  późno  wstają,  odrobinę  ją  irytowało,  kiedy  ich  zalotnicy  pojawiali  się 

przed  lunchem.  Zwłaszcza  gdy  z  powodu  nieobecności  braci  dziewcząt  musiała  podej-

mować się niewygodnej roli zwiastunki niepomyślnych wieści. Ani Honoria, ani Verity 

nie okazywały na razie szczególnej skłonności do któregoś z młodych ludzi, poznanych 

na balach i wieczorkach. 

Diana  poprawiła  swoją  prostą  suknię  i  przywołała  na  twarz  marsową  minę  przy-

zwoitki. 

-  Dowiem  się,  o  co  chodzi,  Verity.  Jeśli  to  coś  pilnego,  przyślę  po  ciebie.  Nato-

miast jeśli nie przyślę, możesz zejść na dół, kiedy ci to będzie odpowiadało. Dżentelmen, 

który przybył o tej godzinie, z pewnością zasłużył na takie potraktowanie. 

Podopieczna uśmiechnęła się z ulgą. 

- Dziękuję ci. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.   

Diana wyszła z pokoju i zeszła do salonu. Widok czekającego tam mężczyzny za-

skoczył ją, bo nie był to nikt znajomy. Jego włosy nie miały młodzieńczej żywej barwy, 

lecz charakterystyczny srebrzysty połysk. Kiedy jednak przyjrzała mu się dokładniej, do-

strzegła wyprostowane plecy i opaloną gładką skórę. 

Reasumując, nie wyglądał na dużo więcej niż jej własne dwadzieścia siedem lat, a 

jednak  robił  wrażenie doświadczonego.  Ze  spojrzenia zielonych  oczu  biła  życiowa  mą-

drość, jakby niejedno widziały. 

Oto  typ  mężczyzny,  jakiego  pragnęła  dla  Verity:  ktoś,  kto  wzbudzał  zaufanie,  a 

zarazem przyprawiał o szybsze bicie serca. Jak widać, nawet ona nie pozostała odporna 

na jego wdzięk, bo nie zdołała się powstrzymać od ciepłego uśmiechu na powitanie. 

- Przykro mi, że muszę pana rozczarować. Lord Stanegate jest nieobecny. Podob-

nie jak jego brat. Mogę spytać o powód pańskiej wizyty, panie...? - Nie dokończyła zda-

nia, chcąc tym samym przypomnieć mu, że nie dopełnił formalności i się nie przedstawił. 

Przekrzywił głowę na bok i popatrzył uważnie w twarz Diany, jakby szukał czegoś 

w pamięci. 

-  Verity?  A  może  Honoria?  Nie  jestem  pewien...  -  Urwał  i  przyjrzał  się  uważnie 

Dianie, a na jego wargach pojawił się lekki uśmiech. 

T L

 R

background image

Bezwiednie  uniosła  rękę  i dotknęła  włosów,  gotowa  odsunąć  zbłąkany  lok  z twa-

rzy, gdyby jakiś nieopatrznie się wymknął. 

- Nie, sir. Jestem damą do towarzystwa sióstr Carlow. Nazywam się Diana Price. 

Chyba jednak błędnie oceniła jego siły. Po jej słowach zachwiał się, wyciągnął rę-

kę  i  chwycił  poręcz  najbliższego  fotela,  po  czym  opadł  nań  chwiejnie,  łapiąc  spazma-

tycznie powietrze. 

- Sir? - Podeszła bliżej, gotowa zaoferować pomoc. - Źle się pan czuje? 

- Nie, wszystko w porządku. To nic. 

-  Może  kieliszek  wina?  Albo  brandy?  -  Było  o  wiele  za  wcześnie na  alkohol, ale 

mężczyzna potrzebował czegoś na wzmocnienie. 

- Tylko wody, proszę. To z gorąca... 

- W takim razie niech będzie woda. Jedną chwileczkę - powiedziała, udając, że nie 

zwraca uwagi na jego zachowanie. 

Zima jeszcze nie dobiegła końca. Nie mogło być mowy o upale, ale jeśli ten męż-

czyzna chciał usprawiedliwić swój dziwny stan, nie zaszkodzi mu na to pozwolić. Pode-

szła do pobliskiego stołu, na którym stała karafka z wodą, napełniła szklaneczkę i podała 

mu. Kiedy ją brał z jej dłoni, poczuła delikatne drżenie, jakby dotknięcie jej palców za-

szokowało go. Wypił łapczywie. Odstawił szklankę na stolik przy fotelu, a na jego opalo-

ną twarz powrócił naturalny rumieniec. 

Usiadła  w  fotelu naprzeciwko,  żeby  nie  podkreślać swoim  zachowaniem pogwał-

cenia  etykiety,  jakiego  się  dopuścił.  Spojrzał  na  nią  i  posłał  jej  uśmiech  wyrażający 

wdzięczność. 

- Dziękuję za życzliwość. Proszę o wybaczenie... panno Price. - Zaczerpnął tchu. - 

Nazywam się... Dale. Jestem dawnym przyjacielem rodziny, ale minęło wiele czasu, od-

kąd miałem powód do odwiedzin w tym domu. Choć wiedziałem, że obie panny Carlow 

mają już za sobą debiut w towarzystwie... widok pani wstrząsnął mną, bo uświadomiłem 

sobie, jak wiele lat upłynęło od tamtego czasu. Czy u dziewcząt wszystko w porządku? 

- Tak, sir. Obie są dobrze wychowanymi i starannie wykształconymi młodymi da-

mami. 

T L

 R

background image

-  I czarującymi, jestem tego pewny. Tak samo jak tego, że ich maniery to dowód 

pani  dobrego  wpływu.  -  Wiercił  się  w  fotelu,  jakby  uprzejma  salonowa  rozmowa  była 

ponad jego siły. Nagle znieruchomiał i wyjaśnił: - Mam sprawę do ich braci. Powiedziała 

pani, że są nieobecni. Czy wrócą wkrótce? 

- Lord Stanegate wybrał się w podróż poślubną do Northumberland. 

- Marcus się ożenił, tak? - Pan Dale spojrzał w przestrzeń i mruknął pod nosem: - 

Powinszowania. A Hal? 

- Jest gdzieś na Półwyspie Iberyjskim. Odbywa służbę jako porucznik dragonów. 

Mężczyzna skinął głową. 

- To do niego pasuje: mundur i wojsko. No, cóż. Obaj są daleko, z pewnością bez-

pieczni, więc nie muszę się o nich martwić. 

Miło było słyszeć, że troszczy się o Marcusa i Hala, uznała Diana. Dlaczego jednak 

odczuwa taką potrzebę? Dlaczego myślał, że Hal jest mniej zagrożony, stając do walki z 

Napoleonem, niż pozostając w Londynie? 

Teraz znów na nią patrzył, jakby nagle sobie przypomniał, że jest z nim w pokoju, i 

nie wiedział, co robić dalej. Po chwili powiedział: 

-  Gdyby  mogła  mi  pani  dać  kartkę  papieru  i  pióro,  napisałbym  wiadomość  dla 

Marcusa. 

- Jeśli to ważna sprawa, mogę panu podać adres, pod którym pan go zastanie - za-

proponowała. 

Pan Dale machnął ręką. 

- Jeżeli jest szczęśliwy i nie ma go w mieście, nie śmiałbym go niepokoić. 

- Może Honoria... 

-  Nie  -  powiedział  nieco  zbyt  pospiesznie.  -  Proszę  nie  kłopotać  dziewcząt.  To 

sprawa, którą mężczyźni powinni załatwić między sobą. Poza tym nie zniósłbym myśli, 

że stałem się dla nich przyczyną zmartwienia. Krótki list do Marcusa powinien wystar-

czyć.  Gdyby  mogła  mu  pani  przekazać  go  po  jego  powrocie,  byłbym  niepomiernie 

wdzięczny. - Obdarzył ją kolejnym uśmiechem. 

Teraz była pewna, że celowo usiłuje ją oczarować. Najprawdopodobniej chciał, by 

zapomniała o jego dziwnym zachowaniu. Zezłościła się w duchu, bo udało mu się. Miał 

T L

 R

background image

miły  uśmiech, przyjazny  i  łagodny.  Nie  wiedziała,  w jakich  kręgach  i  gdzie  się  obraca, 

była jednak przekonana, że jest to coś o wiele bardziej ekscytującego niż salon. 

Kiedy  Diana  wstała, aby  przygotować  przybory  do  pisania, poczuła  wypływający 

na  policzki  rumieniec  wywołany  myślą,  że  mężczyzna  prawdopodobnie  ją  obserwuje. 

Umożliwiłaby mu napisanie listu, nawet gdyby krzywił się na jej widok, pomyślała. Nie-

długo on stąd wyjdzie, a ona zostanie sama i przekaże jego list Marcusowi jak służąca, 

którą w gruncie rzeczy jest. 

Pan Dale przeszedł przez salon i usiadł na miejscu, które dla niego przygotowała, 

przy  maleńkim biurku przy  oknie.  Przez  moment  się zastanawiał, po  czym  nakreślił na 

kartce kilka słów, złożył ją i przez chwilę patrzył na wosk. Po czym odsunął pudełko z 

woskiem  i  spojrzał  jej  prosto  w  twarz.  Zielone  światełko  w  jego  oczach  zabłysło  jak 

szmaragdy, a uśmiech zastąpiła troska. 

-  Panno  Price,  nie  chciałbym  niepokoić  dziewcząt  powodem  mojej  wizyty.  Moje 

obawy o te rodzinę mogą być nieuzasadnione. Pani jest ich damą do towarzystwa, praw-

da? Strażniczką ich honoru i reputacji?   

Diana przytaknęła. 

-  W  takim  razie,  jeśli  w  pobliżu  pojawi  się  dżentelmen  o  smagłej  skórze,  który 

przedstawi się jako Stephano Beshaley, proszę mieć się na baczności. Proszę nie spusz-

czać z niego oka. Z dziewcząt też, bo to taki typ, który może próbować zawrócić im w 

głowach. Proszę także niezwłocznie wezwać Marcusa albo Hala i powiedzieć im o nim. 

Zrobi to pani dla mnie? 

Znów przytaknęła, jeszcze bardziej zaintrygowana. 

- Bardzo dobrze. - Wręczył jej złożoną kartę papieru. - Może pani oddać to Stane-

gate'owi albo porucznikowi Carlowowi, kiedy któryś z nich wróci do domu. Lepiej Mar-

cusowi, bo jest najstarszy i odpowiada za wszystkich. Ale obydwaj zrozumieją znaczenie 

tego listu. Dziękuję, że poświęciła mi pani tyle czasu, panno Price. - Pan Dale skłonił się 

i zwrócił do wyjścia. 

-  Proszę  zaczekać.  -  Uniosła  rękę,  zanim  uświadomiła  sobie,  że  przecież  nie  ma 

powodu  go  zatrzymywać,  że  kieruje  nią  irracjonalne  pragnienie,  by  nie  pozwolić  mu 

odejść. 

T L

 R

background image

Odwrócił się z wyczekującą miną. 

- Jeśli będą chcieli odpowiedzieć na list, dokąd mam przesłać odpowiedź? A może 

pan tu wróci? 

Leciutko pokręcił głową. 

- Proszę się tym nie niepokoić. Nie będą chcieli mi odpowiedzieć, podobnie jak nie 

będą  chcieli  gościć  Beshaleya.  Mam  czyste  sumienie  na  tyle,  na  ile  to  możliwe.  Przy-

najmniej jeśli idzie o tę sprawę. - Znów spojrzał na nią dziwnie, jakby ją za coś przepra-

szał, choć przecież nie uczynił jej nic złego. - Do widzenia, panno Price. 

Z  kartką  w  ręku  zaczęła powoli  wchodzić po schodach,  zastanawiając się, co  po-

winna  z  nią  zrobić.  Pewnie mogła  posłać ją  do  Marcusa,  który  bawił  z  Nell  w  podróży 

poślubnej.  Planowali  wrócić  z  Northumberland  dopiero  za  kilka  tygodni  i  bardzo  nie 

chciała ich martwić. Przed ślubem mieli wystarczająco dużo stresów. Z pewnością zasłu-

giwali na parę tygodni spokoju. 

Papier  w  jej  ręku  nie  był  zapieczętowany;  pan  Dale  zawierzył  jej  dyskrecji.  W 

zwykłych okolicznościach pod żadnym pozorem nie zajrzałaby do poczty Marcusa, jed-

nak może tym razem lepiej będzie, jeśli przeczyta wiadomość i sprawdzi, czy to coś pil-

nego. 

Na kartce widniały tylko cztery słowa: 

 

Marcusie! Cygan powrócił. 

                                        Nathan 

 

Na moment zabrakło jej tchu. Te słowa brzmiały złowieszczo: czarne przypomina-

jące pajęczynę pismo na tle białej kartki papieru. Nie było w nich jednak nic, czego by 

już nie wiedziała. Marcus też nie byłby zaskoczony. Przed odjazdem wyjaśnił jej, co się 

wydarzyło.  Opisał  walkę,  podczas  której  padł  pojedynczy  strzał,  i  to,  jak  Cygan,  który 

przedstawiał  się jako  Salterton,  wpadł do  lodowatej  wody  i utonął.  Marcus  ostrzegł,  by 

zachowała  czujność  i  dobrze  pilnowała  dziewcząt  na  wypadek,  gdyby  się  mylił.  Jeśli 

mężczyzna przeżył, w każdej chwili mógł wrócić. 

T L

 R

background image

Gdyby  mogła  wezwać  pana  Dale'a  i  spytać  go,  jak  świeża  jest  jego  informacja. 

Możliwe,  że  spotkał  Cygana  przed  paroma  tygodniami,  zanim  tamten  wpadł  pod  lód. 

Marcus przykazał jej przed wyjazdem, by uważała na wszystkich obcych, zwłaszcza tych 

o ciemnych włosach i oczach. Polecił, żeby wezwała go natychmiast, gdy tylko wydarzy 

się coś nieoczekiwanego. 

Dzisiejsza  poranna  wizyta  była  z  pewnością  niezwykła,  ale  Nathan  Dale  nie  był 

ciemnowłosy ani groźny. Próbował pomóc i nawet przyniósł strzęp informacji, która była 

już znana rodzinie. Gdyby obecnie coś im groziło, z pewnością powiedziałby więcej albo 

byłby bardziej zaniepokojony. A on nawet się uśmiechał. Jak poważna mogła być sytu-

acja? 

Postanowiła  zaczekać,  robiąc  dokładnie  to,  o  co  prosił  Marcus.  Będzie  pilnowała 

dziewcząt jeszcze bardziej niż dotychczas. Jeśli pan Dale wróci, znajdzie sposób, by go 

gdzieś zaprosić i zdobyć więcej szczegółów - nie zdradzając, że otworzyła jego list. 

Bardzo  liczyła  na  to,  że  pan  Dale  ponownie  ich  odwiedzi.  Podejrzewała,  że  jest 

wyjątkowo interesującym dżentelmenem. Zaintrygował ją na tyle, że chciała dowiedzieć 

się  o nim  czegoś  więcej.  Patrząc  na niego,  odniosła  wrażenie,  że trudy  życia starły  zeń 

delikatność i subtelność, pozostawiając czystą witalność. Otaczała go aura pewności sie-

bie, zupełnie jakby widział i przeżył tak wiele, by nie niepokoić się czymś, co nie było 

naprawdę poważne. 

Może już zajął się Cyganem i jedynie dla porządku próbował tylko się upewnić, że 

mężczyzna nie będzie mógł wyrządzić krzywdy gdzie indziej. Jeśli będzie potrzebowała 

jego pomocy podczas nieobecności Marcusa, na pewno znajdzie się jakiś sposób... 

Spojrzała  na  kartkę  i  na  podpis.  Nathan.  Zadrżała.  Dobrze,  że  rozmawiała  z  nim 

przedtem, bo doświadczenie nauczyło ją bać się tego imienia i wszystkiego, co się z nim 

wiązało. Gdyby wiedziała, że nieznajomy ma na imię Nathan, nieracjonalne uprzedzenia 

mogłyby  wpłynąć  negatywnie na jej  opinię  o nim,  a  wówczas byłaby  pozbawiona  jego 

wspaniałego uśmiechu. 

Kiedy weszła do garderoby, Verity uniosła głowę. 

- Kto to był? 

Diana wetknęła kartkę do kieszeni sukni. 

T L

 R

background image

- Niezwykły mężczyzna. - Nie zdając sobie z tego sprawy, westchnęła z przyjem-

nością. 

Nie ma powodu się bać Nathana, uznała. Nie wyglądał jak mężczyzna, przed któ-

rym  ostrzegł ją  ojciec przed dziesięcioma  laty.  Pan  Dale  nie był  zimny  ani  okrutny. Jej 

spontaniczna sympatia do niego została wywołana otwartością, bezpośredniością i troską 

o innych. Był silny i miał zdrową cerę kogoś, kto lubi świeże powietrze, a nie przygar-

bioną sylwetkę, skrzywioną twarz i anemiczną bladość cechującą nałogowego gracza. 

Krótko mówiąc, był całkowitym przeciwieństwem Nathana Wardale'a. 

T L

 R

background image

Rozdział trzeci 

 

Nate pospiesznie wyszedł z miejskiej rezydencji Carlowów i ruszył ulicą. Czuł, jak 

na czole perli mu się zimny pot. Dlaczego trafił właśnie na Dianę Price? Bardzo się oba-

wiał wizyty w tym domu. I rzeczywiście, gdy tylko pojawił się na Albemarle Street, po-

wróciły  wspomnienia  młodości.  Jako  mały  chłopiec  biegał  po  ułożonej  w  szachownicę 

posadzce holu, śmiejąc się i bawiąc. To miejsce było jego drugim domem. 

Młoda kobieta była czarująca z tymi ciemnymi włosami i drobnymi wargami, które 

jakby  czekały  na  pocałunek.  Duże  brązowe  oczy  wyrażały  inteligencję,  ale  były  pełne 

niewinności, której nigdy nie widział u bywalczyń Fourth Circle. Spojrzała na niego bez 

osądzania,  ze  śladem  zainteresowania.  Nate  poczuł  się  jak  mężczyzna,  którym  kiedyś 

miał  nadzieję  zostać.  Przez  te  kilka  chwil  był  zwykłym  dżentelmenem,  który  spotkał 

ładną kobietę w salonie. Zapomniał, jak bardzo przesiąkł atmosferą domu gry. 

Gdy dowiedział się, kim ona jest, wszystko się zmieniło. Dzięki Bogu, nie zdecy-

dował się posłużyć prawdziwym nazwiskiem, bo gdyby sobie uświadomiła... 

Na  Piccadilly  przywołał  dorożkę  i  kazał  się  zawieźć  na  Covent  Garden  i  Suffolk 

Street,  w  ulubione  miejsca  spotkań  Nate'a  Dale'a  hazardzisty.  Jeśli  mężczyzna,  którego 

szukał, był gdzieś w pobliżu, na pewno czekał na niego w miejscu, w którym widzieli się 

po raz ostatni. 

Nate  z  mrocznej  ulicy  wszedł  do  równie  mrocznej  gospody  połączonej  podziem-

nym korytarzem z domem gry Fourth Circle. 

- Pan Dale, tak szybko z powrotem? I to za dnia? - Dante Jones widział w nim nie 

tyle  przyjaciela,  co  atrakcję  lokalu,  zwabiającą  gości  do  zielonych  stolików.  -  Czemu 

zawdzięczamy ten zaszczyt? 

- Witam, panie Jones - odparł Nate z ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy. Nie 

podobało mu się spojrzenie właściciela Fourth Circle. Poczuł się tak, jakby był talonem 

na posiłek. - Gdzie jest ten przeklęty Cygan? 

- Chodzi o mężczyznę, z którym wygrał pan ostatniej nocy? W tym samym miej-

scu, które wczoraj pan zajmował. Cieszy mnie to, bo jego gra przyciąga tłumy. Ma pra-

wie tyle samo szczęścia, co pan. 

T L

 R

background image

- Już nie. 

Nate wielkimi krokami wyminął Dantego i wszedł do sali gier. Stephano Beshaley, 

czy jakkolwiek kazał się dziś nazywać, siedział na krześle, które zwykle zajmował Nate, 

jakby do niego należało. Wydawał się nie dostrzegać zamieszania wokół siebie, popijał 

drinka, a długie nogi wyciągnął przed siebie w swobodnej pozie. 

Nate wyciągnął z kieszeni jedwabny sznur i rzucił go na stół przed Cyganem. 

- Zabierz to. 

Stephano nieznacznie się uśmiechnął i dalej sączył drinka. 

- Skoro go dałem, nie mogę przyjąć go z powrotem. 

- Zabieraj go. Już się zabawiłeś. 

- Zabawiłem? - Dawny przyjaciel Nate'a obdarzył go gorzkim skrzywieniem ust i 

uniesieniem brwi. - Naprawdę myślisz, że to dla mnie zabawa? 

- Uważam, że czerpiesz przyjemność ze znęcania się nade mną, więc dowiedz się, 

że zrobiłeś już wystarczająco dużo. 

- Bardzo się zmieniłeś przez tę parę krótkich godzin. Ostatniego wieczoru powie-

działeś, że nic nie jest w stanie cię zranić. 

- Myliłem się. Udało ci się.   

Beshaley roześmiał się. 

- Życzę ci, żebyś otrzymał to, na co zasługujesz. 

-  Wiedziałeś,  dokąd  pójdę  po  naszym  spotkaniu.  Miałeś  świadomość,  że  zastanę 

tam Dianę Price. 

- Kogo? - Cygan wyglądał na zaskoczonego.   

Nate sięgnął do kieszeni i wyjął zniszczony kawałek papieru, który przez dziesięć 

lat nosił  przy  sobie jak sędziwy  marynarz  z  wiersza  Coleridge'a  swojego  albatrosa.  Po-

łożył go na stoliku przed dawnym przyjacielem, który przeczytał na głos: 

 

Jeśli przegram  następne  rozdanie,  jako  zapłatę oferuję to,  co  mam najcenniejsze-

go: dziewictwo mojej córki Diany. 

Edgar Price   

3 czerwca 1804 

T L

 R

background image

Beshaley skrzywił się. 

- Wczoraj przez chwilę ci wierzyłem. Jednak mężczyzna, który weźmie coś takiego 

jako kwit dłużny w grze w karty, zasługuje na każde cierpienie, jakie przyniesie mu los. 

Nate rozejrzał się wokół w obawie, że ludzie w pobliżu usłyszą, co zrobił w chwili 

szaleństwa. 

-  Byłem  młody,  głupi  i  na  dodatek  pijany.  Edgar  Price  był  moją  pierwszą  grubą 

rybą. Oczywiście, że byłem zbyt pewny sukcesu, żeby myśleć o tym, co mój czyn może 

oznaczać dla innych. Zabrałem temu człowiekowi wszystkie pieniądze i dom, w którym 

mieszkam do dziś. Spłukał się przy moim stoliku do takiego stopnia, że miał do wyboru 

więzienie dla dłużników albo samobójstwo. A jednak nie przerwał gry. Jak każdy hazar-

dzista myślał, że karta się odwróci, jeśli zagra jeszcze jedną partię. Chciałem go zaszo-

kować, zawstydzić. Doprowadzić do tego, że wymknie się chyłkiem, gdy nacisnę go wy-

starczająco mocno. Tymczasem on to podpisał. 

Nate  zabrał  papier  i  wepchnął  go  do  sakiewki,  żeby  dłużej  na  niego  nie  patrzeć. 

Czytanie tych słów wciąż sprawiało mu ból. 

- Płakał po przegranej partii. Błagał mnie o litość. Wówczas powiedziałem, że nie 

chcę  go  więcej  widzieć,  a  jeśli usłyszę,  że  gra  gdzieś  w  Londynie,  odnajdę  go  i dziew-

czynę i wezmę to, co jest mi winien. Od tamtego dnia nigdy go nie spotkałem ani o nim 

nie słyszałem. Trzymam ten dokument, żeby mi przypominał, co może się stać, jeśli przy 

stoliku  doprowadzi  się  kogoś  do  ostateczności.  Od  tamtej  pory  nie  przyjąłem  żadnego 

kwitu dłużnego. 

- Jakie to szlachetne z twojej strony. - Cygan wyglądał, jakby za chwilę miał splu-

nąć  z  obrzydzenia.  -  Jesteś  gorszy,  niż przypuszczałem,  Nathanie.  Po tym,  co zobaczy-

łem, czuję się znacznie mniej winien temu, że przyniosłem sznur. - Popchnął jedwabny 

sznur przez stół w kierunku Nate'a. 

W głębi serca Nate zgadzał się z tym, co usłyszał: zasługiwał na karę. Wciąż jed-

nak próbował usprawiedliwić to, co było nie do usprawiedliwienia. 

- Minęło dziesięć lat. Aż do dziś myślałem, że dziewczyna dawno wyszła za mąż. 

Poszedłem  ostrzec  Carlowów  przed  tobą  i  tam  ją  zastałem.  Jest  damą  do  towarzystwa 

Honorii i Verity. Wiedziałeś o tym. 

T L

 R

background image

Cygan uśmiechnął się z zadowoleniem. 

-  Nie  wiedziałem nic poza tym,  że mam  przynieść  ci sznur i  zobaczyć,  co  z tego 

wyniknie. Zazwyczaj los nie jest tak szybki. Nie obwiniaj mnie. Piekło zgotowałeś sobie 

sam. Nadszedł dzień, w którym diabeł upomniał się o ciebie. 

- Bez względu na to, czy zainscenizowałeś moje spotkanie z dziewczyną, czy nie, 

zamierzam zostawić Dianę Price w spokoju. Zabieraj to, ale już! 

Stephano ze zdziwieniem uniósł brwi. 

- A co się stanie, jeśli to zrobię? Czy dziewczyna zniknie w obłoku dymu? To ty 

stworzyłeś problem, Wardale. I ty musisz go rozwiązać. 

-  Trudno  obwiniać  mnie  o  to,  co  się  stało  z  jej  ojcem.  Przyszedł  do  mnie  i  nie 

chciał odejść. Jestem graczem. Nie planowałem, że nim zostanę. To wina twojej matki i 

twoich ziomków. 

- Wygrałeś czyjąś córkę w faraona i oskarżasz o to moją matkę? 

- Czy kiedyś uważałeś mnie za hazardzistę? 

- Daj spokój. Miałeś dziesięć lat. 

-  Jednak  zrujnowałem  pierwszego  gracza,  zanim  zacząłem  się  golić.  I  tak  jest  od 

początku. To z powodu klątwy, którą rzuciła na mnie twoja matka. 

Cygan roześmiał się. 

- Wierzysz w szczęście? 

- A który gracz nie wierzy? Wygrywam o wiele za często, by myśleć, że zawdzię-

czam to wyłącznie talentowi. - Skinął ręką w kierunku stolików do faraona. - Widzisz te 

stoły? Wszystkie ustawione. Dante oszukuje. Grywają tu tylko głupcy. Ale jeśli chcesz, 

ogram  wszystkich.  Bez  względu na to, jak  Dante będzie  oszukiwał, mnie  nie pokona.  - 

Rozejrzał  się  ze  skruchą.  -  Nikt  nie  miał  takiego  szczęścia.  Nikt  poza  mną.  To  nie  jest 

normalne. Jeśli z powodu klątwy nie mogę przegrać ani razu, to gra z innymi niewiele się 

różni od rabunku. 

- W takim razie przestań grać albo im powiedz, żeby przestali. 

- Nie potrafię. Każdej nocy przysięgam, że to koniec, a gdy przychodzi następna, 

wracam do stolika. Chcę grać dopóty, dopóki nie przegram. Nie chodzi o jedno rozdanie 

czy  jeden  rzut  kośćmi.  Chcę  przegrać  wszystko,  co  kiedykolwiek  wygrałem,  by  zrozu-

T L

 R

background image

mieć, jak musieli się czuć ci, których doprowadziłem do ruiny. Tylko wtedy będę mógł z 

tym skończyć. 

Cygan wybuchnął śmiechem. 

-  Na  początku  myślałeś,  że  wyczarowałem  tę  dziewczynę,  Dianę  Price.  A  teraz 

chcesz  mnie  oskarżyć  o  swoje  nadmierne  szczęście.  To  najbardziej  szalona  rzecz,  jaką 

kiedykolwiek słyszałem. 

- Nie wierzysz we własną moc? 

- Nie muszę, jeśli ty w nią wierzysz. Przyszedłem tu przypomnieć ci o krzywdzie, 

jaką twoja rodzina wyrządziła mojej. Ty sam dokonasz reszty. Nie minął dzień, a ty już 

dręczysz się poczuciem winy. Jeśli chcesz wolności, Nathanie, użyj tego sznura do celu, 

któremu ma służyć. - Potrzymał stryczek na poziomie oczu, póki nie nabrał pewności, że 

Nathan zrozumiał  znaczenie  tego  gestu,  a potem  rzucił  go na powrót  na stolik.  -  Wów-

czas moje sprawy z twoją rodziną dobiegną końca, a ty nie będziesz dłużej musiał mar-

twić się o bliskich swoich ofiar. 

Po wysłuchaniu tego oskarżenia Nathana ogarnęła dawno zapomniana złość. 

- Mojego ojca powieszono za zbrodnię, której nie popełnił. Zdejmij tę klątwę, Be-

shaley. 

- Nie. 

- Ty brudny Cyganie! Zdejmuj klątwę! - W napadzie furii Nathan wyciągnął rękę, 

chwycił dawnego przyjaciela za chore ramię i ścisnął. Dotknął żywej rany. 

Stephano Beshaley pobladł, a ból spowodowany uciskiem sprawił, że zsunął się z 

krzesła  i  padł  na  kolana.  Nate'a  ogarnęła  żenująca  satysfakcja  na  widok  tego,  jak  jego 

wróg poniżył się przed nim. Przypomniał sobie, dlaczego należy w trakcie gry panować 

nad emocjami. Kiedy zawsze jest się górą, zbyt łatwo czerpać radość z cierpienia, które 

się sprawia. Stłumił uczucie gniewu i znów zacisnął dłoń z chłodną precyzją, obserwując, 

jak twarz Beshaleya wykrzywia ból. 

- Weź sznur. Uwolnij mnie, a ja puszczę twoją rękę. Masz na to moje słowo. 

Cygan wziął głęboki oddech, jakby próbował siłą woli opanować cierpienie. Potem 

wyzywająco uniósł pobladłą twarz. 

T L

 R

background image

- Twój ojciec był tchórzem i mordercą. A ty jesteś typem, który gotów jest grać o 

honor dziewczyny. Twoje słowo nic dla mnie nie znaczy. 

Chociaż  pierwsze  twierdzenie  rozgniewało  Nate'a,  drugie  było  tak  prawdziwe,  że 

poluzował uścisk. Obserwował, jak na twarz Cygana powoli wracają rumieńce. 

- Przepraszam za wszystko, Stephen. Uwolnij mnie, proszę. 

Przez  chwilę  mężczyzna  klęczący  przed  Nathanem  był  Stephenem  Hebdenem, 

równie zranionym i oszołomionym, jak Nathan. 

- Nie mogę. Jestem takim samym niewolnikiem tej klątwy jak ty. Jeśli twój ojciec 

był  niewinny,  jesteś już  wolny,  a  to,  co uważasz  za  klątwę,  jest  rezultatem  twoich  wła-

snych  działań.  A  jeśli  nie?  -  Wzruszył  zdrowym  ramieniem.  -  Nic  nie  mogę  dla  ciebie 

zrobić. 

T L

 R

background image

Rozdział czwarty 

 

- Muszę przyznać, że to było wyjątkowo udane popołudnie - oświadczyła Honoria, 

kiedy zakupy na Bond Street miały się ku końcowi. - Może następnym razem uda nam 

się namówić Dianę, żeby kupiła coś dla siebie. 

- Niczego nie potrzebuję - zapewniła Diana, chcąc przekonać zarówno dziewczęta, 

jak  i  siebie.  Za  każdym  razem  podczas  wypraw  do  magazynów  kusiło  ją,  by  sobie  coś 

nabyć. 

-  Mogłybyśmy  zjeść  lody.  To  byłoby  bardzo  odświeżające  po  tak  długiej  prze-

chadzce. - Honoria zerknęła tęsknie w kierunku cukierni. 

- Przechadzka wcale nie była długa i nie powinna cię zmęczyć - zaoponowała Dia-

na. - Ruch korzystnie wpływa na zdrowie. Jestem pewna, że herbata w domu wystarcza-

jąco nas odświeży. 

- Czasami, Diano, jesteś zbyt rozsądna. 

- Tak musi być. W przeciwnym razie ulegałabyś każdej pokusie i wkrótce stałabyś 

się zbyt pulchna, by zmieścić się w nową suknię. 

- Czy to nie jest przypadkiem ten mężczyzna, który wczoraj nas odwiedził? - Veri-

ty Carlow, co zupełnie nie przystało damie, usiłowała pokazać palcem nad górą pakun-

ków, które trzymała w rękach, dżentelmena widocznego na końcu kwartału budynków. - 

To na pewno on. Tak przystojny, jak go opisałaś. 

Diana w duchu przygotowała reprymendę, której powinna udzielić Verity, a potem 

zerknęła w kierunku, w którym patrzyła podopieczna, i ujrzała lśniące w słońcu srebrzy-

ste włosy mężczyzny, z którym rozmawiała poprzedniego dnia w salonie miejskiej rezy-

dencji  Carlowów.  W  ciągu  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin  wiele  razy  o  nim my-

ślała i teraz odniosła wrażenie, że go wyczarowała. Dziś wyglądał na wolnego od trosk. 

Nie  miał  kapelusza,  włosy  targał  mu  wiatr,  a  zielone  oczy  mrużył  od  słońca.  Stał  na 

chodniku tak pewnie, jakby podbił połowę Londynu. Snute przez nią od wczoraj fantazje 

z  nim  w  roli  głównej bladły  wobec  rzeczywistości.  Kiedy  Diana uświadomiła sobie,  że 

mężczyzna idzie w ich kierunku, zabrakło jej tchu. 

T L

 R

background image

-  Tak  -  powiedziała  powoli,  starając  się  panować  nad  głosem.  -  To  rzeczywiście 

pan Dale. Ciekawe, co tu robi? 

-  Prawdopodobnie  wyszedł  po  zakupy  -  zauważyła  Honoria.  -  Tak  jak  wszyscy. 

Może zmierza do trafiki albo do banku. - Najwyraźniej władcza mina mężczyzny zrobiła 

na niej wrażenie, bo popatrzyła badawczo na Dianę. - Wczoraj opisałaś jego zachowanie 

jako  bardzo tajemnicze,  ale nie dostrzegłaś  w  nim nic  takiego,  co  by  nie pozwoliło  mu 

bywać w towarzystwie, prawda? 

- Nie - odparła Diana. Chodziło o to, że nie przypominała sobie, by go kiedyś wi-

działa. Była pewna, że gdyby tak było, rozpoznałaby go natychmiast. 

Wątpiła,  czy  przyjaźń  Marcusa  z  tym  mężczyzną  wymaga  utrzymywania  kontak-

tów z jego siostrami. Gdyby jednak tak było, to Marcus powinien wybrać stosowny mo-

ment,  aby  przedstawić  ich  sobie  jak  należy.  Na  wszelki  wypadek  przygotowała  się,  by 

przeprowadzić Verity i Honorię na drugą stronę ulicy. 

-  Masz pewnie słuszność.  Robi  zakupy  albo  załatwia sprawy.  Wątpię  jednak, czy 

zamierza spotykać się z nami na gruncie towarzyskim. Podczas wczorajszych odwiedzin 

był nad wyraz skrępowany i pospiesznie wyszedł. 

Verity spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami. 

- Nie sprawiał wrażenia, że żywi do nas urazę, prawda? 

- Oczywiście, że nie, ale nie mam też powodu sądzić, że miałby dziś ochotę na na-

sze towarzystwo. 

-  Bzdura  -  powiedziała  Honoria.  -  Przecież  nie  chcemy  zrobić  mu  krzywdy.  Bez 

względu na to, jak pochlebny był twój opis, nie będziemy starały się zwrócić jego uwagi 

na siebie. Ani ja, ani Verity. Będziemy się zachowywać po przyjacielsku, i tyle. 

Verity osłoniła oczy ręką, by lepiej widzieć. 

-  On  jest  wyjątkowo  przystojny,  prawda?  -  Uśmiechnęła  się  szeroko  do  Diany.  - 

Gdybyśmy spotykając na ulicy dawnego przyjaciela naszego brata, zignorowały go, wy-

glądałoby to na wyjątkowy brak chrześcijańskich uczuć. 

Honoria  już  machała  chusteczką  w  kierunku  dżentelmena,  o  którym  właśnie  roz-

mawiały. 

T L

 R

background image

-  Tutaj,  panie  Dale!  Tutaj!  -  Ruszyła  szybkim  krokiem  w  kierunku  dżentelmena, 

który po chwili zainteresował się, kto go wzywa. Zaraz też rozpoznał Dianę postępującą 

tuż za Honorią. Nagle jakby skurczył się w sobie, a w jego oczach pojawił się lęk. 

-  Honorio!  -  powiedziała  karcąco  Diana,  spiesząc  za  dziewczyną.  -  Nie  zostałaś 

przedstawiona temu panu. 

Honoria zignorowała jej ostrzegawczy ton. 

- Bzdura. Powiedział ci przecież, że przyjaźnił się z Marcusem, prawda? W takim 

razie z pewnością nie musimy się sztywno trzymać etykiety. Skoro jednak cię to martwi, 

przedstaw nas sobie. 

Nie czekając na reakcję Diany, żywo zwróciła się do mężczyzny: 

- Pan Dale? Jak rozumiem, jest pan dawnym przyjacielem naszej rodziny. Bardzo 

żałuję, że byłam niedysponowana, kiedy wczoraj zjawił się pan u nas z wizytą. - Obda-

rzyła go olśniewającym uśmiechem i rzuciła znaczące spojrzenie w kierunku Diany. 

Diana poddała się i powiedziała zrezygnowanym głosem: 

- Panie Dale, czy mogę przedstawić lady Honorię i lady Verity Carlow? 

Skłonił się nieco sztywno. 

- Panna Price i ja zastanawiałyśmy się, co pan robi na Bond Street - odezwała się 

Verity. - Nie pamiętam, żebym widziała tu pana wcześniej. 

Diana zarumieniła się i lekko pokręciła głową w niemym proteście wobec tej zbyt 

bezpośredniej  uwagi.  Ostatnie,  czego  chciała,  to  zdradzić  prawdziwy  charakter  ich  do-

ciekań.  Była  przy  tym  pewna,  że  efekt  jej  dezaprobaty  nie  umywał  się  do  tego,  który 

osiągnęła Verity, potrząsając w słońcu swoimi złotymi lokami. 

Nathan  Dale  zrobił  tę  samą  osłupiałą  minę,  którą  mężczyźni  przybierali  prawie 

zawsze, kiedy siostry Carlow próbowały na nich swoich sztuczek. 

-  Krawiec  -  mruknął,  jakby  z  trudem  przypominał  sobie,  co  sprowadziło  go  na 

Bond Street. 

- A więc bywa pan tutaj? - Verity spojrzała triumfalnie na Dianę. - Przypuszczam, 

że  już  tu  pana  widziałyśmy,  a  odnowiona  znajomość  naszych  rodzin  nadaje  temu  do-

świadczeniu świeże oblicze. Teraz, kiedy się poznaliśmy, będziemy wpadać na siebie bez 

przerwy. 

T L

 R

background image

Diana  była  przekonana,  że  ten  niezwykle  przystojny  mężczyzna  zwróciłby  jej 

uwagę,  gdyby  go  kiedykolwiek  wcześniej  spotkała.  Natomiast  pan  Dale  wyglądał  na 

przerażonego uwagą, że będzie je wciąż widywał. Verity kontynuowała: 

-  Teraz,  kiedy  pana  odnalazłyśmy,  czy  mogłybyśmy  prosić  o pomoc?  Mamy  bar-

dzo dużo pakunków. Czy byłby pan tak miły i pomógł nam dotrzeć do powozu? 

Żaden dżentelmen nie mógłby  odmówić takiej  prośbie,  chociaż  ten  wyglądał  tak, 

jakby  miał  na  to  ochotę.  Rozglądał  się  wokół  przez  chwilę,  zupełnie  jakby  był  skrępo-

wany faktem, że zobaczą ich razem. Wreszcie skłonił się ponownie i wziął pakunki, po 

czym ruszył w kierunku powozu. Kiedy się przy nim znaleźli, okazało się, że Verity nie 

zadowoliła pomoc służących, bo poprosiła pana Dale'a, żeby towarzyszył im w drodze do 

domu. 

Diana  widziała,  że  nie  był  tym  zachwycony  i  usiłował  wymyślić  uprzejmą  wy-

mówkę, a w końcu utkwił w niej wzrok z niemym błaganiem o pomoc. W tym momencie 

Honoria wsunęła mu rękę pod ramię i niemal zmusiła, by usiadł w powozie obok niej. 

- Zrobione - powiedziała, westchnąwszy z zadowoleniem. - Tak jest o wiele lepiej, 

prawda? 

Wprawdzie pan Dale uprzejmie skinął głową, ale Diana - gdy tylko zajęła miejsce 

naprzeciwko  i  ujrzała  jego  przygnębioną  minę  -  zyskała  pewność,  że  nie  chciał  się  tu 

znaleźć. Milczał,  podczas  gdy  zazwyczaj  cicha  Verity  paplała  o  cenach  wstążek  i  trud-

nościach  ze  znalezieniem  wystarczająco  ozdobnego  koguciego  pióra,  odpowiadającego 

odcieniem jej niebieskiemu nakryciu głowy. 

Diana  nie  miała  pojęcia,  co  wstąpiło  w  tę  dziewczynę,  podejrzewała  jednak,  że 

miało  to  coś  wspólnego  ze  srebrzystymi  włosami  i  zielonymi  oczami.  Była  na  dobrej 

drodze, by zwrócić jej uwagę, zwłaszcza że pan Dale zdradzał oznaki zniecierpliwienia. 

Zaczął  się  wiercić  na  kanapie  powozu,  jakby  chciał  jednym  szarpnięciem  otworzyć 

drzwiczki  i  wyskoczyć,  przedkładając ryzyko  upadku pod  końskie  kopyta  nad powolną 

śmierć wskutek słuchania o damskich kapeluszach. 

Honoria nie była lepsza. Przykleiła się do ramienia pana Dale'a. W ten sposób, być 

może  świadomie,  uniemożliwiła  mu  ucieczkę.  Gdyby  dziewczyna  naprawdę  chciała 

zdobyć  zainteresowanie  tego  mężczyzny,  musiałaby  podejść  do  tego  zupełnie  inaczej, 

T L

 R

background image

pomyślała Diana i, ku swemu przerażeniu, stwierdziła, że nie ma ochoty pomóc żadnej z 

nich.  Jeśli  dzisiejsza  przejażdżka  wywoła  w  mężczyźnie  gwałtowną  niechęć  do  sióstr 

Carlow, zapobiegnie to ryzyku dalszych spotkań. Nie będzie wspólnie spędzanych wie-

czorów,  podczas  których  -  jako  zapatrzona  uważnie  w  robótkę  dama  do  towarzystwa  - 

musiałaby znosić ich powłóczyste spojrzenia i pełne czułości szepty. 

Czy  to  zaledwie  wczoraj  z  niecierpliwością  oczekiwała  pierwszego  prawdziwego 

konkurenta Verity? Kochała tę dziewczynę i życzyła jej dobrze, widząc, jak się męczy w 

cieniu  starszej  siostry.  Jeśli  Verity  w  końcu  dokonała  wyboru,  Diana  powinna  odczuć 

ulgę, nie poirytowanie. 

Nie  podobało  jej  się  także,  że  Honoria,  która  potrafiła  oczarować  każdego  dżen-

telmena, wybrała na obiekt swych zabiegów właśnie zagadkowego pana Dale'a. Wpraw-

dzie  prezentował  on  typ  mężczyzny,  który,  zdaniem  Diany,  wywarłby  temperujący 

wpływ na każdą z nich, ale nie chciała, żeby zajął się którąś z córek Carlowa. Obserwo-

wanie, jak  Nathan  Dale jest  coraz  bardziej  zadurzony  w  Honorii  lub  Verity, byłoby  nie 

do zniesienia. 

Pan  Dale  wyglądał  na  coraz bardziej  wytrąconego  z  równowagi.  Znów  zaczął się 

wiercić. Wyciągnął przed siebie długie nogi. Diana drgnęła zaskoczona, kiedy jego łydka 

dotknęła jej łydki, a wtedy on wyprostował się gwałtownie, mamrocząc przeprosiny. 

Honoria,  siedząca  naprzeciwko  Verity,  trąciła  siostrę  czubkiem  pantofelka  i  obie 

dziewczęta zaczęły cichutko chichotać, aż Diana znacząco zakaszlała. Pan Dale sprawiał 

wrażenie,  że  próbuje  się skurczyć, usiłując  zajmować  jak  najmniej  miejsca i nie powo-

dować kolejnych incydentów. 

Wreszcie powóz zajechał pod miejską rezydencję Carlowów i jeszcze zanim stanął, 

Nathan Dale otworzył drzwiczki i wyskoczył. Podał dłoń Verity, a potem Honorii. Kiedy 

już stały bezpiecznie na ziemi, odwrócił się do Diany. Otarł dłoń o połę surduta i skinął z 

zakłopotaniem głową, jakby nie chciał spojrzeć jej w oczy. Podniósł ją w ostatnim mo-

mencie, a jego zadziwiające zielone oczy uchwyciły jej spojrzenie i tak pozostali. Potem 

jego dłoń dotknęła jej dłoni. Odwrócił się, gdy jej stopy znalazły się na ziemi. Diana do-

znała  osobliwego uczucia, że  przed chwilą  wydarzyło  się  coś niezwykle  ważnego,  cho-

T L

 R

background image

ciaż nie umiała  tego  nazwać.  Poczuła wstyd,  bo  pomyślała,  że  bardzo  chciałaby  zacho-

wać w pamięci ten krótki moment, w którym jej ręka spoczywała w jego ręce. 

Ledwo doszła do siebie, zmówiwszy w milczeniu dziękczynną modlitwę za to, że 

podróż dobiegła końca, usłyszała, jak Verity nalega, żeby pan Dale został na herbacie. Jej 

zaproszenie poparła Honoria, przypominając, że nadeszła pora podwieczorku. Zaraz też 

wyciągnęła rękę i wzięła mężczyznę pod ramię, zanim zdołał uciec na ulicę. 

Skoro  zaciągnęły  go  tak  daleko,  było  najzupełniej  logiczne,  że  zapraszają  go  na 

poczęstunek.  Diana  powinna  pochwalić  dziewczęta  za  gościnność,  ale  dotychczasowe 

wypadki nadszarpnęły jej nerwy i była pewna, że jej filiżanka będzie drżała na spodecz-

ku tak głośno, że zagłuszy rozmowę. 

Tymczasem pan Dale, niech go diabli, nie potrafił zdobyć się na to, by powiedzieć 

nie. Jeśli nie miał ochoty przebywać w ich towarzystwie, dlaczego nie odmówił dziew-

czętom  i  nie  zakończył  w  ten  sposób  jej  męczarni?  Pozwolił  się  zaprowadzić  pokornie 

jak baranek do pokoju dziennego na herbatę i ciasteczka. 

Ledwie wszyscy czworo zdążyli usiąść, kiedy Verity skoczyła na równe nogi. 

-  Ciekawa  jestem,  czemu  to  tak  długo  trwa?  Kucharka  zazwyczaj  jest  znacznie 

szybsza. Może ktoś powinien pójść i sprawdzić dlaczego. 

Diana rozważała w myśli różne możliwości. Nie wypadało zostawić dziewcząt sa-

mych w pokoju z gościem. Jeśli Verity miała taki plan, nie doceniła swej damy do towa-

rzystwa. Powie dziewczynie, by zadzwoniła na Wellowa, lokaja, a później pouczy obie, 

że należy siedzieć spokojnie, kiedy ma się gości. 

Zanim jednak zdołała zareagować, Honoria zadeklarowała: 

- Pójdę i zobaczę, co się dzieje. - Po tych słowach podeszła do drzwi i się odwróci-

ła. - Verity, musisz pójść ze mną. 

Siostra wstała. 

- Nie wiesz, jak dojść do kuchni? 

- Oczywiście, że wiem, ale obawiam się, że zjem wszystkie kanapki, zanim tu do-

trą. Umieram z głodu. Jeśli nie pójdziesz i mnie nie przypilnujesz, przysięgam, że nic nie 

zostawię dla pana Dale'a. 

T L

 R

background image

- Naprawdę, ja... niczego nie potrzebuję - wtrącił pan Dale, ale nim skończył, drzwi 

zamknęły się za wychodzącymi dziewczętami. 

Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy, a potem pan Dale przemówił: 

- Panna Verity jest osóbką nad wyraz gadatliwą. 

- Nie wiem, co w nią wstąpiło. - Diana miała nadzieję, że nie zabrzmiało to jak su-

rowe potępienie podopiecznej. 

Najwyraźniej on również nie chciał być źle zrozumiany, bo wyjaśnił: 

- Nie zamierzałem być nieuprzejmy. Mimo tej paplaniny jest bardzo miła, tak samo 

jak jej siostra. Od dawna je pani zna? 

-  Przybyłam  do  ich  rodziny  tuż  przed  piętnastymi  urodzinami  Verity.  Teraz  ma 

dziewiętnaście lat. 

- A Honoria dwadzieścia. Rodzina musi być z nich bardzo dumna. - Jego spojrze-

nie stało się nieobecne, jakby wspominał przeszłość. Po chwili znów skupił się na Dia-

nie. - Czy przed zamieszkaniem tutaj miała pani inną posadę? 

- Byłam damą do towarzystwa pewnej starszej damy w hrabstwie Kent. 

Pochylił się do przodu, jakby jej niezbyt interesujące życie przykuło jego uwagę. 

- Wolała pani tamtą posadę od tej?   

Uśmiechnęła się, zaskoczona tymi pytaniami. 

- Jedna posada jest bardzo podobna do drugiej, tak myślę, ale ogólnie rzecz biorąc, 

wolę zajmować się kimś młodszym. Niełatwo patrzyć, jak ktoś, kogo ma się pod opieką, 

więdnie i umiera,  choć to naturalna  kolej  rzeczy.  O  wiele przyjemniej  obserwować,  jak 

rozkwitają, tak jak mała Verity. - Westchnęła lekko. - Wkrótce dziewczęta nie będą po-

trzebowały przyzwoitki. Wyjdą za mąż i będą miały własne domy. 

- A pani znajdzie się na ulicy. - Sprawiał wrażenie, że ta perspektywa go zaniepo-

koiła. 

Roześmiała  się  krótko,  uspokajająco,  chcąc  złagodzić  ostry  sposób,  w  jaki  opisał 

jej zbliżającą się przyszłość. 

-  To  mało  prawdopodobne.  Hrabia  i  hrabina  Narborough  są  dla  mnie  wyjątkowo 

dobrzy. Na pewno dopilnują, żebym znalazła odpowiednią posadę. Ufam, że mi pomogą, 

kiedy nie będę potrzebna tutaj. 

T L

 R

background image

- Oby się pani nie zawiodła. - Wymamrotał te słowa pod nosem i przez chwilę po-

dejrzewała,  że  jego  życzliwość  dla  tej  rodziny  nie  jest  tak  wielka,  jak  wydawało  się  z 

początku. 

-  Cóż,  tak  czy  inaczej,  nie  zamierzam  się  zbytnio  martwić  -  skłamała.  -  Kiedy  ta 

praca dobiegnie końca, poszukam innej rodziny, która będzie potrzebowała moich usług. 

Rozsądne  kobiety  w  pewnym  wieku  zawsze mogą  liczyć  na pracę.  -  Chociaż może  nie 

być tak przyjemna jak obecna, dodała w myśli. 

-  Rozsądna  kobieta  w pewnym  wieku, rozumiem.  -  Zmarszczył  czoło.  -  A  gdyby 

nie  znalazła  pani  odpowiedniego  zatrudnienia,  czy  ma  pani  rodzinę,  do  której  mogłaby 

się udać?   

Pokręciła przecząco głową. 

- Od blisko pięciu lat jestem zupełnie sama, ale moje położenie wcale nie jest wy-

jątkowe. Pod pewnymi względami jest to dla mnie łatwiejsze niż dla innych. Wprawdzie 

matka umarła, kiedy byłam dzieckiem, ale zaczęłam pracować, zanim zmarł mój ojciec. 

Obyło się bez nagłego zamętu, bo ani chwili nie byłam bezdomna i sama jedna, bez pla-

nów na przyszłość. - Prawdę mówiąc, zamęt miał miejsce wiele lat wcześniej i jej gniew 

na ojca wygasł, zanim utraciła go na zawsze. 

- I nie ma pani nikogo? Chodzi mi o brak innych możliwości poza posadą? 

Spojrzała na niego ostro. Czyżby badał, czy w jej życiu jest jakiś mężczyzna? 

- Nie. 

Chyba uświadomił sobie, jak zabrzmiało to pytanie, bo zamilkł. Po dłuższej chwili 

podjął: 

-  Przepraszam,  jeśli  moja  ciekawość  wydała  się  niestosowna.  Gdyby  pani  kiedy-

kolwiek znalazła się w trudnej sytuacji i mógłbym coś zrobić, by pomóc... 

- Nie, panie Dale - odparła stanowczo Diana, tak by nie było żadnych wątpliwości 

co do znaczenia jej słów. - Mogę pana zapewnić, że bez względu na okoliczności nie bę-

dę potrzebowała pomocy. 

Wkrótce wróciły Honoria i Verity, a wraz z nimi lokaj z herbatą. Najwyraźniej czas 

spędzony w kuchni uspokoił nerwy Verity, choć Honoria uśmiechała się równie enigma-

tycznie, jak wcześniej. Zabrały się do nakrywania do stołu dla pana Dale'a, niczym do-

T L

 R

background image

świadczone panie domu. Zatroszczyły się o niego bez brzękania naczyniami i rozmawia-

ły bez denerwującego szczebiotu, który niepokoił Dianę w powozie. 

To umożliwiło jej wycofanie się do kąta z filiżanką herbaty, wyłączenie się z roz-

mowy i danie dziewczętom okazji do bliższego poznania dżentelmena. Jeśli rzeczywiście 

miały  do  czynienia  z  dżentelmenem.  Zachowywał  się  zbyt  bezpośrednio  wobec  niej  i 

zdecydowanie  bardziej  niż  dziwnie.  Zastanawiała  się,  czy  po  pierwszym  spotkaniu, 

zwiedziona jego wdziękiem i urodą, nie udzieliła mu zbyt dużego kredytu zaufania. 

Ta  chwila  milczenia  pozwoliła  jej  na  dalsze  obserwacje  pana  Dale'a.  Nie  sądziła, 

by to zauważył, a poza tym trudno ją było za to winić. Uznała, że jest bardzo przystoj-

nym  mężczyzną.  Miała  szczerą  nadzieję,  że  źle  zrozumiała  jego  zamiary  wobec  niej. 

Rozmawiał dość swobodnie z dziewczętami teraz, kiedy zeszła im z drogi. W jego mo-

wie i zachowaniu nie znajdowała niczego niewłaściwego. Opanował to dziwne wzburze-

nie, które przejawiał w każdym z najzwyklejszych pytań, jakie jej zadawał. Kiedy pod-

niósł się gotów do wyjścia, podziękował po kolei Verity i Honorii, po czym zatrzymał się 

i spojrzał  w jej  stronę.  Wydawało się,  że musiał powstrzymać tremę,  zanim  zwrócił się 

do niej z takimi samymi słowami podziękowania i sztywnym ukłonem. 

Po  wyjściu  pana  Dale'a  zapadła  chwila  ciszy.  Verity  najwyraźniej  chciała  się 

upewnić, że mężczyzna jej nie usłyszy. Tak jakby przez grube mury dzielące ich od ulicy 

mogło  przeniknąć  choć  jedno  słowo  zdradzające  jej  opinię.  Potem  posłała  figlarny 

uśmiech Honorii. 

- Dobrze? 

Honoria odpowiedziała uśmiechem i skinęła głową. 

- O tak. Myślę, że nawet bardzo. A co ty myślisz o tym dżentelmenie, panno Price? 

- zwróciła się do Diany. 

Najwyraźniej to od niej oczekiwano wydania ostatecznego werdyktu. Nie miała na 

to ochoty. Postarała się jednak nie brać pod uwagę własnych uczuć i zrobiła, co mogła, 

by spojrzeć na pana Dale'a jak na każdego potencjalnego konkurenta. 

-  Cieszę  się,  że  obie  jesteście  tak  jednomyślne,  jeśli  chodzi  o  osobę  pana  Dale'a. 

Sprawia wrażenie pełnego ogłady dżentelmena. Był bardzo uprzejmy. Zaproszenie go do 

domu nie było niewłaściwe, choć zupełnie nieplanowane. Jeśli wasze rodziny rzeczywi-

T L

 R

background image

ście kiedyś pozostawały w przyjaźni, wasz postępek nie był całkiem niestosowny. Mimo 

to tak naprawdę  nie  znamy  go  zbyt  dobrze.  Wątpię,  czy  wasz  ojciec albo bracia  byliby 

zadowoleni, gdyby sprawy doszły do punktu, w którym mógłby się oświadczyć którejś z 

was, zanim będziemy mogły się z nimi skonsultować. 

- Nas? - Verity usiadła, śmiejąc się z całego serca. - Och, Diano. Jeśli nie widzisz 

tego,  co  się  dzieje,  musisz  być  ślepa.  Swoją  drogą,  czy  możemy  ci  ufać,  jeśli  chodzi  o 

doradztwo w sprawie naszej przyszłości, skoro nie potrafisz zająć się własną? 

- A co moja przyszłość ma z tym wspólnego? - zdumiała się Diana. 

Honoria uśmiechnęła się szeroko. 

-  Słyszałyśmy,  w  jaki  sposób  mówiłaś  o  nim  po  jego  wczorajszej  wizycie.  Twój 

barwny  plastyczny  opis  wystarczył,  by  Verity  rozpoznała  go  w  tłumie  na  Bond  Street. 

Najwyraźniej nie widziałaś, w jaki sposób patrzył na ciebie, kiedy się spotkaliśmy. Śle-

dził cię wzrokiem, jakbyś była jedyną kobietą na ziemi, a więc zatrzymałyśmy go i po-

starałyśmy się wydać tak męczące, jak się da. Potem, jak tylko było to możliwe, zosta-

wiłyśmy was samych. Nie spodziewałaś się, że zabawimy się w swatki, prawda? 

- Ja...? 

-  Tak,  ty,  gąsko  -  potwierdziła  Verity.  -  Zastanawiałam  się,  co  się  z  tobą  stanie, 

kiedy poślubię kogoś. Dla mnie byłoby o wiele lepiej, gdybyś wyszła dobrze za mąż i nie 

pracowała  już  jako  dama  do  towarzystwa  w  innej  rodzinie.  Bo  wówczas  mogłybyśmy 

zostać przyjaciółkami i widywać się tak często, jak miałybyśmy ochotę. 

- Ja? Za mąż? 

-  Za  pana  Dale'a.  -  Honoria  dokończyła  myśl.  -  Masz  słuszność,  Verity.  To  naj-

wspanialszy pomysł na świecie. 

-  Ja...  -  Teraz,  kiedy  siostry  ją  zasiały,  ta  myśl  utkwiła  w  jej  głowie  i  nie  chciała 

wyjść.  -  Zamężna...  -  Minęło  tyle  czasu,  odkąd  Diana  ostatni  raz  złączyła  to  słowo  z 

własną osobą, że nie potrafiła ułożyć z nim zdania. - Z panem Dale'em... 

Gdyby któraś z jej podopiecznych wykazała zainteresowanie tym mężczyzną, wy-

głosiłaby wykład o tym, jak ważne jest dogłębne poznanie dżentelmena przed podjęciem 

ostatecznej decyzji. Zainteresowane strony powinny często się spotykać. 

T L

 R

background image

Sympatia  i  miłość  to  uczucia,  które  należy  długo  pielęgnować,  zanim  zacznie  się 

myśleć o bardziej trwałym związku, i tak dalej. Tymczasem nagle poczuła się tak głupia 

jak każda inna młoda dziewczyna. Wyobraziła sobie własny dom, męża i dzieci, wszyst-

kich z iskrzącymi się zielonymi oczami Nathana Dale'a. 

Gdyby myślała jasno, pewnie powiedziałaby dziewczętom, że jeśli skłonność pana 

Dale'a ku niej byłaby rzeczywiście tak duża, jak to sobie wyobraziły, oferta, którą by jej 

złożył, byłaby zupełnie inna. Co on sobie o niej musi myśleć? Na pewno podejrzewa, że 

zaaranżowała ich rozmowę sam na sam, manipulując dziewczętami. Wszystko po to, by 

zdobyć go dla siebie. Jak byłaby w stanie rozmawiać z tym mężczyzną przy następnym 

spotkaniu, jeśli głowę miała pełną romantycznych bzdur, a jego pomysły były  znacznie 

bardziej przyziemne? 

Nie chciała dalej zagłębiać się w swoje uczucia i obawy z nimi związane. Spojrzała 

na  panny,  przybierając  jedną  z  najsurowszych  i  najrozsądniejszych  min  ze  swojego  re-

pertuaru. 

-  Nie,  przykro  mi.  Ten  pomysł  nie  przemawia  do  mnie  w  najmniejszym  stopniu. 

Jeśli  dzisiejsza  wizyta  pana  Dale'a  została  zaaranżowana  dla  mojego  dobra,  to,  choć 

dziękuję wam za troskę, zapewniam was, że żadne dalsze plany tego rodzaju nie są ko-

nieczne. - Przełknęła ślinę i skłamała: - Jestem całkiem zadowolona z mojej obecnej sy-

tuacji. 

T L

 R

background image

Rozdział piąty 

 

Nate  wracał  do  swego  domu  na  Hans  Place,  czując  narastający  niepokój.  Kiedy 

dotarł do frontowych drzwi i wszedł do środka, miał wrażenie, że po skórze chodzą mu 

ciarki. 

Źle się złożyło, że natknął się na tę dziewczynę, pomyślał zmartwiony. Jak to moż-

liwe, że stało się to tak nagle, po latach uników? To z pewnością kolejny element prze-

klętej klątwy Cyganki. W innych okolicznościach ogromnie cieszyłby się z tych kontak-

tów.  Wyglądało  na to, że  ona też.  Wskazywał  na  to uroczy  rumieniec,  który  okrasił  jej 

policzki, kiedy dziewczęta zostawiły ich samych. 

Wtedy on zaczął robić z siebie durnia, wściubiając nos w jej życie prywatne i wy-

pytując ją o sprawy, które nie powinny obchodzić obcych. Pozostawił po sobie wrażenie, 

że jest człowiekiem, który przypuszcza atak na bezbronną kobietę, gdy tylko znajdzie się 

z nią sam na sam. Do diabła, chciał tylko naprawić krzywdę, którą wyrządził przed laty. 

Tymczasem jego słowa zabrzmiały tak, jakby zamierzał wynająć apartament na mieście i 

zainstalować ją w nim jako swoją kochankę. 

Chociaż, gdy tylko ten pomysł przyszedł mu do głowy, musiał przyznać, że z jego 

realizacji wyniknęłyby pewne korzyści. Jaką miałby satysfakcję, obserwując, jak w reak-

cji na jego dwuznaczne sugestie jej oczy rozszerzają się w udawanym zdumieniu, a po-

tem - gdy przystąpiłby do działania - mrużą z doznawanej przyjemności. Odkryłaby swą 

kocią naturę. Przecież Diana musi zdawać sobie sprawę z tego, że sposób, w jaki sznuru-

je  w  dezaprobacie  pełne  wargi,  czyni  ją  tylko  bardziej  kuszącą.  Podejrzewał,  że  gdyby 

złożyła ręce pod pełnymi piersiami albo oparła je na delikatnie zaokrąglonych biodrach, 

niejeden silny mężczyzna padłby na kolana. 

To wszystko było beznadziejne. Nawet jeśli nie okazałaby się damą w każdym ca-

lu, za jaką ją uważał, była córką Edgara Price'a, a tym samym ostatnią kobietą w Londy-

nie,  której  powinien  pożądać.  Naturalnie,  mógł  przez  chwilę  udawać  przed  nią,  że  jest 

Nate'em  Dale'em.  Jedynie  kwestią  czasu  było,  kiedy  Hal  albo  Marcus  pojawią  się  w 

Londynie i zdemaskują mężczyznę, który zaleca się do przyzwoitki ich sióstr. Znając je-

T L

 R

background image

go  szczęście,  które  ograniczało  się  do  gry  przy  zielonym  stoliku,  mogło  wcześniej  wy-

mknąć mu się jakieś słowo, które zdradzi Dianie Price jego prawdziwą tożsamość. 

Zaledwie  parę  dni  temu  dość  łatwo  przychodziło  mu  myśleć  o  sobie  jako  o  panu 

Dale'u i uważać Nathana Wardale'a za odległe wspomnienie. Nagle ujrzał swoje obecne 

życie jako szyte grubymi nićmi oszustwo. Kiedy prawda wyjdzie na jaw, wątpliwe, by w 

jego  słowniku  znalazło  się  wystarczająco  dużo  słów,  aby  wykaraskać  się  z  tej  sytuacji. 

Rozejrzał się po holu wejściowym. Chociaż dom należał do niego od lat i już od dawna 

nauczył  się  myśleć  o  nim  jak  o  swoim,  nagle  poczuł  się  tu  jak  intruz.  W  myśli  dzielił 

rzeczy na te, które kupił, i te, które były w domu, kiedy go wygrał. Nawet służbę przejął 

po  Price'ach.  Ci,  którzy  nie chcieli  widzieć  w  nim swego pana,  wypowiedzieli  pracę  w 

dniu,  w  którym  zajął  nieruchomość.  Większość  służących  była  całkiem  zadowolona, 

kiedy dotarło do nich, że nowy pan z łatwością zapłaci im zaległe wynagrodzenia, a na-

wet stać go na podwyżki. 

Człowiek, którego wynajął, by zajmował się rachunkami, wolał nie wtrącać się w 

prozaiczne szczegóły związane z prowadzeniem gospodarstwa. Służba odetchnęła z ulgą. 

Chaos, który panował za czasów poprzedniego pana, dobiegł końca. A to, że nowy pra-

codawca był również graczem? Wygrywał. Ich posady były bezpieczne. Nawet jeśli ktoś 

się zastanawiał, co się stało z Dianą Price czy z jej ojcem, nikt nie wspominał o tym gło-

śno w jego obecności. 

Potem  Nathan nagle  zniknął na sześć  lat.  W  tym  czasie służba mogła  równie do-

brze uważać się za jedynych właścicieli domu. 

Teraz,  gdziekolwiek  spojrzał,  dostrzegał  ślady  świadczące  o  tym,  że  wydarł  ten 

dom kobiecie, która zatrudniła się u Carlowów. Wszedł po schodach na górę i pospieszył 

korytarzem do swojego pokoju. Było to jedyne miejsce w domu, które nie przypominało 

mu  o  poprzednim  właścicielu.  Kupił  całe  jego  wyposażenie,  a  nawet  zdarł  jedwab  ze 

ścian i kazał pozdejmować dywany, by duch Edgara Price'a nie wdzierał się w jego sny. 

Jak tylko znajdzie się w środku, odzyska spokój. 

Aby tam dotrzeć, musiał minąć zamknięte drzwi u szczytu schodów. Prawdę mó-

wiąc, nauczył się nie patrzeć w ich kierunku. Starał się wyobrażać je sobie jako ścianę. 

Dziś ta sztuka się nie udała. 

T L

 R

background image

Kiedy znalazł się w swoim pokoju, zadzwonił na lokaja. Zjawił się niemal natych-

miast. 

- Słucham, panie? 

- Benton, czy masz klucz do pokoju na szczycie schodów? 

- Chodzi o pokój panny Diany, sir?   

Mężczyzna był  lokajem  w tym domu na długo przed pojawieniem  się  w  nim Na-

te'a.  I  choć  sprawiał  wrażenie  lojalnego,  nie  zadał  sobie  najmniejszego  trudu,  by  ukryć 

fakt, że w domu wciąż jest miejsce, które tak naprawdę nie należy do nowego właścicie-

la. Kiedy Nate wrócił z Ameryki, jedynie ten pokój pozostał zamknięty. Zupełnie jakby 

nikt nie mógł zmusić się do przejrzenia jego zawartości. Teraz zaś w głosie Bentona wy-

czuwało się niepokój, jakby lokaj obawiał się, że wreszcie nadszedł czas, by to zmienić. 

Nathan potwierdził skinieniem głowy. 

- Pokój panny Diany. 

Lokaj, nie mówiąc nic więcej, zdjął klucz z kółka i podał chlebodawcy, jakby nie 

chciał brać udziału  w tym,  co  się miało  wydarzyć,  ani być  świadkiem reperkusji,  które 

spadną na głowę jego pana w wyniku tych działań. 

Nate westchnął. 

- Dziękuje, Benton. To wszystko. 

Mężczyzna  wycofał  się,  a  Nate przeszedł  korytarzem, prosto do  zamkniętego po-

koju.  Szybko  obrócił  klucz  w  zamku  i  jednym  szarpnięciem  otworzył  drzwi,  po  czym 

wszedł do środka, zostawiając je otwarte, by móc widzieć pokój w świetle padającym z 

korytarza. Drzwi garderoby były szeroko otwarte, jakby jej właścicielka została zmuszo-

na do spakowania się w pośpiechu. Duża część pomieszczenia stała pusta, pozostały je-

dynie suknie balowe. Diana już wtedy wiedziała, że jej dni debiutantki dobiegły końca. 

Ktoś, kto zamierzał szukać posady, nie potrzebował strojnych toalet. 

Rozejrzał się dookoła, sprawdzając, czego brakuje, a co dziewczyna wzięła ze so-

bą.  Szczotki  do  włosów  zniknęły,  ale  ozdoby  pozostały.  Pudełko  na  biżuterię  było 

otwarte, a zawartość porozrzucana, jakby zamierzała wziąć wszystko, a potem doszła do 

wniosku,  że  straciła  to  wraz  z  całą  resztą  i  zadowoliła  się  zabraniem  wyłącznie  kilku 

drobiazgów, które miały jej przypominać o dawnym życiu. 

T L

 R

background image

Na  stoliku  przy  łóżku  leżała  książka;  miejsce,  w  którym  przerwano  lekturę,  było 

zaznaczone skrawkiem wstążki. Ciekawe, czy ją znudziła, a może zapomniała o tomiku 

w ferworze pakowania? 

Przypomniał sobie swój wyjazd z Leybourne House. Matka powiedziała mu, żeby 

zabrał  tylko  najpotrzebniejsze  rzeczy.  Właśnie  skończył  dziesięć  lat  i  wciąż  uważał,  że 

ołowiane żołnierzyki i drewniane miecze są absolutnie niezbędne. Na widok góry zaba-

wek matka usiadła przy nim i wyjaśniła, że od teraz ich życie będzie wyglądać zupełnie 

inaczej. Wtedy po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich strasznych tygodni usłyszał jej 

płacz. 

Ponownie  rozejrzał  się  po  pokoju.  Pamiętał,  jakie  to  uczucie  być  wyrwanym  ze 

swojego  miejsca.  A  jednak  to  samo  zgotował  komuś  innemu.  Dziewczynie  o  słodkiej 

twarzy,  która  wycofała  się  z  rozmowy  prowadzonej  przez  niego  z  siostrami  Carlow, 

ujawniając niezwykły talent do wtapiania się w tło. Powinna tańczyć na balach obok Ve-

rity i Honorii, bawić się, a nie siadywać w kącie z książką lub robótką. 

To jego wina. Pogrzebał jej szanse. Do tej pory powinna być mężatką, mieć dzieci i 

służbę,  która  troszczyłaby  się  o  jej  potrzeby.  Przez  lata  powtarzał  sobie,  że  w  sprawie 

Diany  Price zrobił  wszystko,  co  mógł, bo nie  ścigał  jej  z tym  przeklętym  kwitem dłuż-

nym. Zdawał sobie sprawę, że zło stało się, gdy go wziął, ale przecież mógł postąpić o 

wiele gorzej: zażądać zapłaty. Nie zrobił tego, próbując udowodnić, że w gruncie rzeczy 

ma dobre serce. Myślał do tej pory, że to wystarczy. 

Niewielkie pocieszenie dla Diany Price: fakt, nie uczynił z niej dziwki. Zostawił ją 

i jej cnotę w spokoju. Odmówił jej jednak życiowych perspektyw. 

Usiadł na skraju łóżka i rozejrzał się. Była tu szczęśliwa, to pewne. Ten pokój był 

mniejszy  niż  jego,  naturalnie,  ale  porządnie  urządzony  i  wesoły.  Pasował  do  niej.  Nie-

wiele myśląc, wyciągnął się na łóżku i wziął do ręki książkę. 

Obudził  się  prawie  godzinę  później.  Pamiętał,  że  przed  zaśnięciem  miał  w  ręku 

książkę, tomik sonetów Szekspira. Czytał je i zachwycał się nimi wiele razy wcześniej. 

Może powinien był wybrać ten pokój dla siebie zamiast apartamentów pana domu. Pod-

czas tej krótkiej drzemki odpoczął lepiej niż we własnym łóżku. Naraz uprzytomnił so-

bie,  że  śniła  mu  się  Diana  -  ładna  dziewczyna  z  dużymi  ciemnymi  oczami,  siedząca  w 

T L

 R

background image

wykuszu okiennym w tym właśnie pokoju, z półuśmiechem na oświetlonej słońcem twa-

rzy  i  książką  na  kolanach.  Spojrzała  na  niego,  odłożyła  książkę  i  podeszła  do  łóżka. 

Błysk w jej oczach był tak serdeczny, jakby tego sobie życzył w rzeczywistości. I wtedy 

się ocknął. 

Wstał  pospiesznie,  próbując  odzyskać  jasność  umysłu,  po  czym  szybko  opuścił 

pokój,  zamknął  drzwi,  a  klucz  schował  do  kieszeni.  Mijając  swoją  sypialnię,  zszedł  na 

dół, do gabinetu. A może to był gabinet Edgara Price'a? Niczego już nie był pewien. Był 

dumny z siebie, kiedy wygrał dom. Wyobrażał sobie, że będzie w nim miejsce dla Hele-

ny, Rosalind i dla matki. Nie wątpił, że będzie im się tu dobrze mieszkało. Musiał je tyl-

ko przekonać, że zdobył go uczciwą drogą. 

Zamierzał  przekazać  im  tę  wiadomość  delikatnie,  przedtem  upewniwszy  się,  że 

wszystko  jest  zgodne  z  prawem,  a  dom  został  przygotowany  na  ich  przybycie.  Matka 

nigdy  nie  pochwalała  sposobu,  w  jaki  zdobywał  środki  na  życie.  Chciała,  żeby  znalazł 

uczciwe zajęcie, które zapewniłoby rodzinie byt. Co by było, gdyby sobie uświadomiła, 

jak wysoko podnosił stawki i jak szybko to robił? Skoro denerwowała się, że ogrywał z 

kilku  pensów  prostych  ludzi  i  z  paru  funtów  pijanych  urzędników?  Byłaby  przerażona, 

dowiadując się, co wygrał od Price'a. 

Nie  mógł  zainstalować  rodziny  w  domu pełnym  porozrzucanych  wszędzie  rzeczy 

dawnych  właścicieli  i  fajki  Price'a  wciąż  żarzącej  się  na  kominku.  Obszedł  dom  i 

wszystko zorganizował tak, żeby matka i siostry już nigdy nie musiały się martwić, czym 

zapłacą rachunki. Na dodatek zwiększył zasoby finansowe gospodarstwa o parę znaczą-

cych  wygranych  przy  zielonym  stoliku.  Miał  nadzieję, że matka już nie będzie  musiała 

myśleć o tym, ile on czasu spędza, grając o pieniądze, czy marnować swą słabnącą ener-

gię na współczucie dla tych, którzy stanowili źródło ich bogactwa. 

Wówczas los jeszcze raz sprzysiągł się przeciwko nim. Nie dotarł do matki i sióstr, 

bo pochwycił go oddział werbowników. Odzyskał przytomność jako marynarz na statku 

płynącym do Francji. 

Kiedy udało mu się wrócić do domu, zastał go w takim stanie, w jakim go zostawił. 

Jego  życie  znowu  było  całkiem  wygodne,  a  dalsza  gra  uczyniła  je  jeszcze  wy-

godniejszym. To wszystko nic jednak nie znaczyło, bo nie miał tego z kim dzielić. 

T L

 R

background image

Usiadł przy biurku. Nie mógł pozbyć się uczucia, że do tej pory żył nie tyle swoim 

życiem, co należącym do kogoś innego. Wziął papier i pióro i zaadresował w pośpiechu 

list do panny Diany Price. 

Co właściwie zamierzał jej napisać? Jedno słowo „przepraszam"  - to z pewnością 

za mało, a dłuższe tłumaczenie nie przyniosłoby niczego dobrego. Wyglądałoby na to, że 

użala  się  nad  sobą,  zamiast  zrozumieć  jej  cierpienie.  Wątpił  zresztą,  czy  trudy  życia 

można porównywać. W końcu dał sobie spokój z pisaniem. Opróżnił zawartość sakiewki, 

porządnie ułożył złożone banknoty na papierze, owinął je, sięgnął po wosk i zapieczęto-

wał  list  przed  wysyłką.  W  ostatniej  chwili  zrezygnował  ze  złożenia  podpisu.  Diana  nie 

musiała wiedzieć, kim był nadawca, ani znać powodów tego postępku. Poza tym od pana 

Dale'a  nie  zechciałaby  przyjąć  ani  jednego  pensa.  Obawiałaby  się,  że  go  tym  zachęci. 

Gdyby zaś odkryła prawdziwy powód, dla którego to zrobił, jej odpowiedź mogła go do-

głębnie zranić. 

Czy mógł choć częściowo zrekompensować szkodę, którą jej wyrządził? Pieniądze 

w kopercie to za mało. Może jednak znajdzie jakiś sposób, by jej pomóc, gdy jej praca u 

sióstr  Carlow  dobiegnie  końca.  Oczywiście  nie  wywierając  mylnego  wrażenia,  że  stara 

się o jej względy. 

T L

 R

background image

Rozdział szósty 

 

Siedząc  przy  porannej  filiżance  herbaty  w  małej  jadalni  w  towarzystwie  Verity, 

Diana próbowała nie myśleć o wczorajszym dniu. Zainteresowanie pana Dale'a jej osobą 

nie mogło być zbyt głębokie. Była pewna, że nie powróciłby do domu Carlowów, gdyby 

Verity i Honoria tego na nim nie wymusiły. 

Jednak  bardzo  chętnie  z  nią  rozmawiał.  O  wiele  bardziej  wymowne  było  to,  że 

słuchał.  Każdy  jest  w  stanie  rozmawiać,  gdy  zostanie  uwięziony  w  pokoju  z  obcym 

człowiekiem,  choćby  po  to,  by  wypełnić  kłopotliwą  ciszę.  Tymczasem  on  powiedział 

bardzo niewiele o sobie, za to dołożył starań, by wysłuchać jej zwierzeń. 

Na  koniec  złożył  jej  osobliwą  propozycję  pomocy.  Być  może  źle  go  zrozumiała, 

przywiązała  do  jego  słów  niewłaściwe  znaczenie.  Po  latach  pilnowania  cnoty  swojej  i 

dziewcząt mogła uznać nawet najbardziej niewinne i spontaniczne uwagi za niestosowne 

umizgi. Wiele razy przypominała sobie, co powiedział pan Dale, próbując przyjrzeć się 

temu z różnych punktów widzenia. Miała jednak coraz większy zamęt w głowie. 

Zresztą, bez względu na to, czy znów go zobaczy, czy nie, Verity i Honoria będą 

jej bez końca dokuczać tylko po to, by zobaczyć, jak jej twarz pokrywa się rumieńcem na 

samą wzmiankę o panu Dale'u. A co będzie, jeśli naprawdę go spotka? Jeśli go zobaczy, 

na pewno  zrobi z siebie  kompletną idiotkę.  Potencjalne  zainteresowanie jej  osobą prze-

rodzi się natychmiast w niechęć. Była o tym przekonana. 

Podniosła filiżankę herbaty, uśmiechając się do Verity, i pozdrowiła Honorię, gdy 

ta, ziewając i przeglądając poranną pocztę, pojawiła się w drzwiach. 

- Proszę, Diano. List do ciebie. - Honoria wyciągnęła rękę w jej stronę, po czym ją 

cofnęła i przyłożyła list do czoła, zupełnie jakby chciała odgadnąć jego zawartość. - Za 

gruby na słodki bilecik. Ciekawe, co to jest? 

-  Kompletna  bzdura,  Honorio.  Doprawdy,  jesteś  wobec  mnie  wyjątkowo  niespra-

wiedliwa. Jeśli się nie zmienisz, zapamiętam to sobie, a kiedy ty otrzymasz liścik, odpo-

wiem tym samym. 

Diana starała się nie pokazać po sobie podniecenia, ale rzadko otrzymywała pocztę. 

Dodatkowo  tego  dnia  żadnej  się  nie  spodziewała,  nie  miała  więc  pojęcia,  co  to  mogło 

T L

 R

background image

być.  Przejechała  palcem  po  brzeżku  złożonego  papieru,  żeby  oderwać  wosk,  i  w  tym 

momencie banknoty pofrunęły na stolik. Było to tak zaskakujące, jakby z otwartego listu 

wyleciała chmara moli.  Odchyliła  się do  tyłu na  fotelu,  jakby  się bała, że  banknoty do-

tkną jej sukni. 

Verity, która nie czuła lęku, podeszła do niej, pozbierała banknoty i ułożyła na sto-

le, licząc je w trakcie tego zabiegu. 

- Tu jest trzydzieści cztery funty. Kto je przysłał?   

Diana miała zbyt wielką pustkę w głowie, by złajać podopieczną za bezczelne py-

tanie. Prawdę mówiąc, sama była ciekawa odpowiedzi. Wzięła kartkę i przyjrzała się jej 

uważnie w poszukiwaniu informacji. 

- Nie wiem. Tu jest tylko mój adres. Nie ma adresu zwrotnego - odwróciła kartkę - 

i żadnej wiadomości. 

- Dlaczego ktoś miałby przysłać akurat taką kwotę? - spytała Honoria. - Czy ktoś 

był ci coś winien? 

Diana wpatrywała się w pieniądze leżące na stole. 

- Nikt nie był mi nic winien. 

Ojcu też raczej nie, pomyślała. W jego przypadku chodziłoby raczej o dług, który 

powinien był spłacić. Jeśli jednak ktoś był mu winien pieniądze, dlaczego przysłał je do-

piero teraz, a nie wtedy, gdy naprawdę mogły się przydać? 

- Cóż, do twoich urodzin jeszcze daleko. Do Bożego Narodzenia również - zauwa-

żyła Verity. 

-  Nie  wygląda  na  to,  że  ten  ktoś  udał  się  po  pieniądze  do  banku.  Banknoty  mają 

różne nominały, są pomięte i zużyte - oceniła Honoria. 

Dziewczęta  Carlowów  przywykły  do  pieniędzy  czystych  i  starannie  złożonych, 

przechodzących wprost z ręki ich brata do ozdobnych torebek, z którymi wychodziły na 

zakupy. Nigdy nie były zmuszone przeszukiwać kieszeni ojca po całonocnej grze, mając 

nadzieję, że została resztka, by zapłacić sklepikarzowi. 

To  wspomnienie  zaszokowało  Dianę.  Minęło  już  tyle  czasu.  Myślała,  że  zapo-

mniała, ale widok pomiętych banknotów sprawił, że przeszłość powróciła falą i przynio-

sła  ze  sobą  gorycz.  Funty  pospiesznie  zgarniane  i  chowane  do  kieszeni  albo  sakiewki. 

T L

 R

background image

Nie  ułożone  równiutko,  ale  do  góry  nogami.  Ta  kwota  stanowiła  niemal  roczne  wyna-

grodzenie damy do towarzystwa, a tymczasem ktoś zawinął banknoty w papier, jakby nic 

nie znaczyły, i zaadresował list do niej. Popatrzyła na pismo, próbując ustalić, czy cha-

rakter  pisma  jest  damski,  czy  męski.  Litery  były  nakreślone  niedbale,  jakby  piszący 

chciał ukryć swoją tożsamość. 

- Cóż, ktokolwiek to był, uznał, że wyjątkowo ważne jest, byś je dostała - zauwa-

żyła Verity. - Naprawdę nie masz pojęcia, kim jest ta osoba? 

- Najmniejszego. 

- Spóźniony podarunek od rodziców chrzestnych? - zgadywała Verity. 

- Moi rodzice chrzestni nie żyją. 

- A może to od rodziny, która wyjechała na kontynent albo do kolonii, by dorobić 

się majątku? - zasugerowała Honoria. 

Diana podsunęła jej kartkę pod nos. 

- To stempel poczty z Londynu, a nie z egzotycznego miejsca. 

- Spadek po bogatym wuju?   

Diana roześmiała się. 

- Oczywiście, że nie. Wiecie przecież, że nie mam rodziny. A nawet gdybym mia-

ła, nikt nie byłby aż tak tajemniczy. 

-  W  takim  razie przesyłka  musi pochodzić  od  wielbiciela  -  orzekła  Verity.  -  Ktoś 

cierpi,  widząc,  jak  tkwisz  w  cieniu  i  trudzisz  się,  dbając  o  nasze  dobre  imię.  Ten  ktoś 

chce dać ci szansę poprawienia własnej sytuacji. Znam kogoś takiego. To pan Dale. 

- Verity! - Diana poczuła, że jej policzki zalewa rumieniec. - O tym nie może być 

mowy. Zakazuję ci powtarzania takich bzdur. Pan Dale nie miałby powodu przysyłać mi 

dużej kwoty pieniędzy, ot tak, dla kaprysu. A nawet gdyby to uczynił, nie byłby to wcale 

miły  gest.  Byłoby  to...  -  Urwała,  zastanawiając  się  gorączkowo  nad  słowami,  którymi 

powinna  określić  takie  postępowanie,  nie  potwierdzając  zarazem  najgorszych  obaw 

związanych  z  tym  mężczyzną.  -  Byłoby  to  wyjątkowo  niewłaściwe.  Tylko  jeden  typ 

mężczyzn daje pieniądze kobiecie i tylko jeden rodzaj kobiet je przyjmuje. 

- Myślisz, że on chce z ciebie zrobić swoją kochankę? - Honoria otworzyła szeroko 

oczy z niezdrowej ciekawości. 

T L

 R

background image

- Damie nie wypada nawet myśleć o takich rzeczach - skarciła podopieczną Diana. 

- Jeśli dżentelmen ofiarowałby mi tak znaczną sumę jak ta, nie przyszłoby mi do głowy, 

że czyni to w trosce o moją przyszłość albo pomyślność. Natychmiast bym ją zwróciła, 

bo przypuszczałabym, że on oczekuje z mojej strony tego, czego nie zamierzałabym mu 

dać. 

Honoria wpatrywała się w stosik banknotów na stole. 

-  W  takim  razie  byłby  to  wyjątkowo  beznamiętny  i  głupi  kandydat  na  kochanka. 

Prawdziwy  mężczyzna  z  pewnością  wie,  że  dla  kobiety,  która  ma  rozstać  się  ze  swym 

honorem,  lepszą  pokusę  stanowią  klejnoty.  A  brak  adresu  zwrotnego?  -  Machnęła  ręką 

nad  pieniędzmi.  -  Trudno  żądać  podziękowań,  jeśli  ten,  kto  wysyła  podarunek,  się  nie 

przedstawi. Wątpię także w to, Diano, że podczas najbliższego spotkania z żalem cię po-

informuje, że zapomniał do przesyłki dołączyć swoją kartę wizytową, a następnie zaofe-

ruje ci status kochanki. Myślę raczej, że pana Dale'a poruszyła twoja sytuacja i doszedł 

do wniosku, że potrzebujesz pomocy. Nieśmiałość i dystans, jakie wykazał wobec ciebie, 

rozmawiając z nami, nie pozwoliły mu upewnić się, jaki rodzaj pomocy byłby najlepszy. 

Wysłał  ci  więc  zawartość  sakiewki,  a  ponieważ  obawiał  się,  że  potraktujesz  to  właśnie 

tak, jak  zasugerowałaś, i  rzucisz  mu te pieniądze  w twarz, nie podał  adresu zwrotnego, 

by temu zapobiec. 

Diana bardzo chciała, żeby słowa Honorii okazały się prawdą. To mogłoby rozwiać 

podejrzenia, które się narodziły w jej umyśle podczas ostatniego spotkania z panem Da-

le'em. Dlaczego jednak, jeśli naprawdę zamierzał zaoferować jej pomoc, nie napisał sto-

sownego wyjaśnienia i nie wysłał go wraz z przeprosinami? 

Może nie chciał widzieć jej ponownie albo dać jej powodu do przekonania, że za 

jego zainteresowaniem jej osobą kryje się coś romantycznego. 

-  Cóż,  bez  względu  na  to,  kto  przysłał  pieniądze,  z  pewnością  nie  mogę  ich  za-

trzymać.  Nie  potrzebuję  pomocy  finansowej.  Moja  obecna  posada  daje  mi  za-

bezpieczenie materialne. 

-  Dopóki  obie nie  wyjdziemy  za mąż  - zauważyła  Verity  -  co, jak  przypuszczam, 

wkrótce  nastąpi.  Honorio,  musisz  dokonać  wyboru  między  licznymi  wielbicielami,  bo 

T L

 R

background image

okrucieństwem jest zmuszać ich do czekania. A co do mnie? - Westchnęła ciężko. - Po-

zostaje mi znaleźć odpowiedniego dżentelmena. Jeśli tylko postaram się... 

- Co do tego, że założysz własny dom, nie ma najmniejszych wątpliwości. - Diana 

przerwała Verity, bo wyglądało na to, że ta wcale nie ma ochoty wyjść za mąż. - Zrobisz 

to  w  odpowiednim  czasie.  Nie musisz martwić się tym,  co  stanie  się  ze  mną, kiedy nie 

będziesz mnie już dłużej potrzebowała. Mam trochę oszczędności, które pozwolą mi się 

utrzymać dopóty, dopóki nie znajdę kolejnej posady. 

Verity znów spojrzała na pieniądze. 

-  Nie  będziemy  się  martwić,  bo  wiemy,  że  masz  przynajmniej  trzydzieści  cztery 

funty. Dość na przeżycie wielu czarnych godzin. 

- Nie mogę ich zatrzymać - powtórzyła stanowczo Diana, jakby chciała przekonać 

samą siebie. - To w najwyższym stopniu niestosowne. Może jakaś instytucja dobroczyn-

na... 

- To, co mówisz, jest śmieszne. - Despotyczny charakterek Honorii znów dał o so-

bie  znać.  -  Nie  pozwolimy  ci  unosić  się  ambicją  i  oddać  tych  pieniędzy.  Naprawdę  ni-

czego nie potrzebujesz? Nie masz marzeń, które mogłabyś spełnić z ich pomocą? 

- Marzeń? - Diana żachnęła się. Przez ostatnie dziesięć lat bardzo ciężko pracowa-

ła, by pozbyć się marzeń. Ale teraz na widok leżących przed nią pieniędzy... - Nie - po-

wiedziała stanowczo. - Nie ma niczego takiego. 

-  Nieprawda  - powiedziała triumfalnie Honoria.  -  Twoje  oczy  mówią  zupełnie  co 

innego. 

- Na to nie wystarczy pieniędzy. Poza tym to bez znaczenia. 

Verity trąciła ją w ramię. 

- Mów, przecież wiesz, że chcesz to zrobić. 

- Dom - wyznała Diana. - Właściwie domek. Nie musiałby być duży, ale tylko mój. 

Chciałabym  mieć  wystarczająco  dużo  pieniędzy,  by  w  nim  zamieszkać.  -  Z  drzwiami, 

które można zamknąć na klucz, dodała w myśli. 

Honoria przyglądała się jej jak ktoś, kto nigdy nie poznał uczucia straty. 

- Dobrze, choć nie tego się spodziewałam. Nie ma w tym nic ekscytującego. 

T L

 R

background image

Diana  wróciła  myślami do dnia,  kiedy  musieli  opuścić dom na  kilka  minut przed 

przybyciem nowego właściciela. 

-  Nie  zawsze  tęsknimy  za  czymś  ekscytującym,  Honorio.  To  wcale  nie  musi  być 

przyjemne. 

Zdezorientowana Verity zrobiła wielkie oczy. Rozpieszczana i otoczona troską, nie 

zrozumiała  Diany.  Mając  jednak  z  natury  dobre  serce,  szybko  przybrała  minę  pełną 

współczucia. 

-  Jakie  to  głupie  z  naszej  strony.  Choć  twoje  marzenia  bardzo  różnią  się  od  na-

szych, są bardzo ważne, czyż nie? - Wyciągnęła obie ręce do Diany. - Wybacz nam. Jeśli 

naprawdę marzysz o małym domku, nie zaszkodzi, jeśli zachowasz te pieniądze, prawda? 

To za mało, ale z pewnością się przyda wtedy, gdy nie będziesz miała pod opieką głupich 

dziewcząt. 

Diana znów spojrzała na banknoty, pozwalając, by słowa Verity ją skusiły. A może 

rzeczywiście  zatrzymać pieniądze,  póki  nie dowie się,  kto je przysłał?  Może jest jakieś 

logiczne wytłumaczenie, o którym nie pomyślała. Byłaby wyjątkowo nierozważna, gdy-

by oddała podarunek. 

- Macie rację. Nie będzie nic złego w tym, że zachowam pieniądze i nie wydam ich 

na głupstwa. 

- Takie jak kolejna wyprawa na Bond Street? - zasugerowała Honoria. 

Chcąc nie chcąc, Diana musiała się z tym zgodzić. Zbyt łatwo byłoby przeznaczyć 

część przysłanej sumy na nowy czepek, choć go nie potrzebowała. 

- O wiele lepiej będzie, jeśli udamy się na spacer do parku i zaczerpniemy świeże-

go powietrza. 

T L

 R

background image

Rozdział siódmy 

 

Nate uniósł twarz ku niebu, patrząc na światło przesączające się przez liście drzew 

rosnących w Hyde Parku. Słońce świeciło dziś intensywnie i dobrze było pobyć na dwo-

rze. Po tych wszystkich długich miesiącach na pokładzie „Endeavour", spalony na brąz i 

niemal  oślepiony,  Nate  był  przekonany,  że  ma  serdecznie  dość  słońca.  Dzisiaj  jednak 

było  inaczej.  Poczuł,  że  coś  się  zmieniło  po  tym,  jak  wczoraj  posłał  Dianie  pieniądze. 

Choć grał niemal do świtu, odczuwał na duchu niezwykłą lekkość, która jeszcze się spo-

tęgowała,  kiedy  rzucił  garść  monet  dzieciom  żebrzącym  na  ulicy.  Nie  był  w  stanie  po-

prawić losu tej dziewczyny, ale przynajmniej zrobił cokolwiek. Może z czasem przyjdzie 

mu do głowy lepsze rozwiązanie. 

Wracając na Hans Place wynajętym powozem, dał znak woźnicy, by zatrzymał się 

przy  parku.  Resztę  drogi  postanowił  odbyć  pieszo.  Chciał  odetchnąć  świeżym  powie-

trzem i  wystawić twarz  na  wiosenne promienie.  Tego potrzebował:  spaceru  za  dnia  za-

miast  wkradania  się  do  domu  tuż  przed  świtem  i  przesypiania  wielu  godzin.  Chciał  się 

poczuć  jak  normalny  człowiek,  nawet  jeśli  miało  to  trwać  tylko  przez  ten  jeden  ranek. 

Potrzebował dowodu, że jego życie mogłoby się zmienić. 

- Panie Dale! 

Słodki głos Verity Carlow wdarł się w jego uszy i przywołał go do rzeczywistości. 

Jak widać, lekkomyślnością było spacerować po Hyde Parku o tej godzinie. Jeśli była tu 

panna Carlow, to musiało oznaczać... Odwrócił się w kierunku, z którego dochodził głos, 

ze zbolałym uśmiechem. 

- Lady Verity. Lady Honoria. I panna Price. Jak miło widzieć was wszystkie. 

Panie dygnęły i Verity znów zwróciła się do niego: 

-  A  nam  pana,  panie  Dale.  Jest  dokładnie  tak,  jak  podejrzewałam.  To  spotkanie 

było nam pisane. 

- Tak, zapewne taki już nasz los. Pozwalam sobie mieć nadzieję, że wszystkie pa-

nie czują się dobrze. 

- Bardzo dobrze, sir. 

T L

 R

background image

Zerknął na Dianę Price, której cera wyraźnie poróżowiała we wczesnym porannym 

słońcu. 

- A pani, panno Price, jak mniemam, czuje się lepiej? 

-  Lepiej?  -  Spojrzała  na  niego  bacznie,  z  lekkim  uśmiechem.  -  Nie  przypominam 

sobie, żebym była chora. 

- Dobrze, chciałem powiedzieć. Tak dobrze jak lady Verity. O to chodzi. Po prostu 

dobrze. - Język zaczął mu się plątać. W końcu zamilkł na dobre. 

Młodsza z sióstr zachichotała cicho, a lady Honoria odezwała się: 

-  Po  spacerze idziemy  na  Bond Street, żeby  panna  Price mogła  sobie  kupić nową 

suknię. 

- Albo i nie. - Panna Price najwyraźniej jeszcze się nie zdecydowała, bez względu 

na  to,  co  myślała  o  tym  Honoria.  A  potem  odwróciła  się  do  Nate'a.  -  A  odpowiedź  na 

pańskie pytanie brzmi: tak. Tak, dziękuję. Czuję się wyjątkowo dobrze. A pan, sir? 

Chichoczące panny oraz ich ciemnowłosa dama do towarzystwa - to było za dużo 

jak na możliwości Nate'a. 

- W porządku, dziękuję. 

Nie  powinny  wymagać  od  niego  więcej.  Tymczasem  lady  Verity  wytropiła  nie-

opodal jakieś znajome. 

-  Penelope  i  Charlotte  Veryan  idą  tamtą  alejką.  Od  wieków  chciałam  z  nimi  po-

rozmawiać. Ty też, Honorio. 

- Ja? - Honoria wydawała się zaskoczona.   

Siostra chwyciła ją za rękaw sukni. 

-  Oczywiście,  że  tak.  Chodź  szybko,  bo  się  z  nimi  rozminiemy.  Nie  będzie  miał 

pan nic przeciwko temu, żeby chwilę pospacerować z panną Price, prawda? 

Nate  wcisnął  głowę  w  kołnierz  i  odwrócił  się,  by  zyskać  pewność,  że  siostry 

Veryan go nie rozpoznają nawet z profilu. Nie przypominał sobie wprawdzie, żeby były 

już  na  świecie,  kiedy  miał  miejsce  tamten  skandal,  ale  niefortunnie  by  się  stało,  gdyby 

opowiedziały  o  nim  swojemu  ojcu,  lordowi  Keddintonowi,  zatrudnionemu  w  Minister-

stwie  Spraw  Wewnętrznych.  Ten  człowiek  był  najlepszym  łowcą  szpiegów  w  kraju,  a 

wyrobił sobie reputację, pohańbiwszy i powiesiwszy hrabiego Leybourne'a. Tylko Bogu 

T L

 R

background image

wiadomo,  co by  zrobił,  gdyby  się  dowiedział, że  jego  syn,  Nathan  Wardale, powrócił i 

kręci się przy rodzinie Carlowów. 

Nate uśmiechnął się do Verity, potem do Diany i skłamał: 

- Czy mam coś przeciwko towarzystwu panny Price? Nic a nic. 

Prawdę mówiąc, było to prawie tak krępujące jak spotkanie z córkami lorda Ked-

dintona. Nie mógł jednak uciec jak spłoszony królik i zostawić Dianę samą, podczas gdy 

panny Carlow oddaliły się pospiesznie. 

Zakłopotanie musiało być widoczne na jego twarzy, bo zaśmiała się nerwowo. 

-  Doprawdy,  panie  Dale.  Nie  jest  tak  źle,  żeby  pana  skazywać  na  moje  towarzy-

stwo. Może pan odejść, jeśli takie jest pańskie życzenie. 

Zwiesił głowę, zakłopotany, że został przyłapany na tej myśli. 

- Proszę o wybaczenie, panno Price. To nie pani towarzystwo mnie niepokoi. Cóż, 

niezupełnie. Chodzi tylko o to, że... - Urwał w obawie, że wyjawi jej prawdę. - Przepra-

szam  za  wczorajszą rozmowę.  Obawiam się,  że  moja nadmierna ciekawość  była  wyjąt-

kowo niestosowna. 

- W takim razie ja też nie będę przywiązywała do tego wagi. 

Diana  uśmiechnęła  się,  choć  w  jej  oczach  pojawiło  się  leciutkie  rozczarowanie. 

Czemu?  Może  jego  zainteresowanie spodobało się jej i  chciała,  żeby  ich  rozmowa  była 

czymś  więcej  niż  zwyczajową  wymianą  banałów?  Stał  jak  oniemiały,  próbując  odgad-

nąć, o czym ona myśli. W tym momencie uświadomił sobie, że z jego winy zapadło nie-

zręczne milczenie. Odchrząknął więc i powiedział z uśmiechem: 

- Znów zachowuję się dziwnie. 

- Czasami tak się zdarza - zgodziła się. - Jeśli ktoś jest z natury powściągliwy albo 

nienawykły  do  rozmowy  z  osobnikami  przeciwnej  płci,  rozmowa  może  mu  sprawiać 

trudność. 

Myślała, że jest nieśmiały? I że krępuje się kobiet? Ten pomysł był tak absurdalny, 

że omal się nie roześmiał. Niedobrze byłoby, gdyby ktoś tak ładny jak Diana Price uznał 

go za niezdolnego do konwersacji z kobietą. 

- To nie... - Chciał zaprotestować, lecz w tym momencie uprzytomnił sobie, że ko-

biet, z którymi zwykle rozmawiał, nie można było określić mianem dam. Z całą pewno-

T L

 R

background image

ścią  nie  mógł  też  wyjaśnić  Dianie  Price,  że  istnieje  oczywisty  powód,  dla  którego  tak 

trudno mu z nią konwersować. Wzruszył więc tylko ramionami i dodał: - To nie jest ła-

twe do wytłumaczenia. 

- Jeśli zechciałby pan spróbować, znajdzie pan we mnie wyrozumiałą słuchaczkę. 

Znów to samo. Ten błysk w jej oku i sugestia, że jego zainteresowanie sprawia jej 

przyjemność. Rzucił jej spojrzenie z ukosa. 

- Wyobrażam sobie, że to też pani świetnie potrafi, skoro jest pani zawodową damą 

do towarzystwa. 

Skinęła głową, nawet nie próbując się odezwać. 

Milcząc, droczyła się z nim dalej. W końcu odprężył się na tyle, by odpowiedzieć 

jej uśmiechem. Niewiele myśląc, wskazał alejkę w sporej odległości od Verity i Honorii. 

Ruszyli, łatwo dotrzymując sobie kroku. 

-  Może powinienem  nakłonić panią do mówienia.  Proszę  opowiedzieć mi  o sobie 

więcej, panno Price. 

Wydawała się zaskoczona faktem, że ponownie skierował rozmowę na jej osobę. 

- Niewiele jest do powiedzenia, czego by już pan nie słyszał. Zajmowałam się in-

nymi,  odkąd ukończyłam  siedemnaście lat.  Zdaje  się, że mówiliśmy  o tym  podczas na-

szego ostatniego spotkania. 

- A przedtem? - spytał łagodnie. 

- Miałam zwyczajne dzieciństwo. Moja matka umarła, kiedy byłam siedmioletnim 

dzieckiem. Jestem jedynaczką. - Zmarszczyła ledwo dostrzegalnie czoło. - Ojciec bardzo 

mnie  kochał,  ale  nie  był  zbyt  mądry.  Stracił  majątek  i  dom,  więc  byłam  zmuszona  po-

szukać posady.  -  Spojrzała na niego  szybko.  -  Nie  chcę  przez to powiedzieć, że  go  nie 

kochałam, i to bardzo mocno. Ani że nie był dla mnie dobry, tyle że... 

-  Naturalnie  -  pospieszył  z  zapewnieniem.  -  Czasami,  kiedy  ktoś  jest hazardzistą, 

dopiero po wszystkim uświadamia sobie, co uczynił. 

Szybko uniosła głowę. 

- Nie powiedziałam, że był hazardzistą. 

T L

 R

background image

- Nie? - Rzeczywiście nie powiedziała. Jak miał teraz wyjaśnić swoje słowa? - Tak 

mi  przykro,  jeśli  poczyniłem  fałszywe  założenie,  ale  to  częsty  powód  nagłych  odmian 

losu. 

Westchnęła. 

- Odgadł pan, panie Dale. To wszystko wydarzyło się jednak dawno i już mnie nie 

martwi. To nie było złe życie, naprawdę. Po tej nocy, kiedy ojciec wszystko stracił... rzu-

cił grę. 

Nate zadał sobie w duchu pytanie, jak dużo Diana wiedziała o tym, co się stało. 

- Kiedy ojciec się upewnił, że mam dobrą posadę, pojechał na północ. Często mnie 

odwiedzał. Nasze życie stało się trudniejsze niż przed tym, naturalnie, ale lepsze. 

Czy  znała powód tej nagłej  odmiany?  -  zastanawiał  się  Nate. Jeśli  nie  znała  całej 

prawdy, to może niechcący wyświadczył jej przysługę. Jednak on wiedział, co rozegrało 

się owej nocy, i nie odzyska spokoju sumienia, jeśli idzie o tę sprawę. 

- A więc wszystko dobrze się skończyło. Miło to słyszeć. 

Odwróciła głowę i spojrzała czule w kierunku Verity i Honorii. 

- Jestem całkiem szczęśliwa w domu Carlowów, ale będę bardzo zadowolona, kie-

dy uda mi się dziewczęta dobrze wydać za mąż. Ich brat, lord Stanegate, właśnie się oże-

nił. Może ten przykład je zainspiruje. 

- W takim razie Marcus ożenił się pierwszy z nas. Widać znalazł się w takim punk-

cie życia, kiedy mężczyzna myśli o przyszłości. 

- Wspomniał pan, że znał pan go w dzieciństwie, prawda? 

- Tak, był ode mnie trochę młodszy. Wciąż jest... To znaczy młodszy, oczywiście. 

- I już się ożenił... 

Stało  się  oczywiste,  w  jakim  kierunku  zmierza  konwersacja.  Nie  mając  tego  na 

myśli,  prawie  jej  się  oświadczył.  Nic  dziwnego,  bo  Diana  była  zachwycająca.  Idealnie 

nadawała  się  na  jego  żonę,  gdyby  była  inną  kobietą  i  gdyby  on  był  innym  mężczyzną. 

Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, by otrzeć pot z czoła i usłyszał głuchy odgłos. 

Tuż przed nimi na  ziemi  leżał  tomik poezji  z sypialni  Diany  Price,  ze  wstążką  w 

roli zakładki. Musiał bezmyślnie wsunąć go do kieszeni, wychodząc z jej pokoju. Usłuż-

T L

 R

background image

na jak zawsze Diana spojrzała na książkę, po czym, ubiegając go, schyliła się i wzięła ją 

do ręki. 

- Zdaje się, że coś panu wypadło, panie Dale. - W tym momencie zobaczyła tytuł i 

zawołała: - Szekspir! Czy to pana ulubiony poeta? 

- Tak. Bardzo go lubię. 

- Ja też. Kiedyś miałam własny egzemplarz sonetów i czytałam go wiele razy. 

Oczywiście,  że  go  czytywała.  W  książce  wciąż  tkwiła  jej  wstążka  do  włosów  w 

miejscu,  w  którym  ją  zostawiła.  Wstrzymał  oddech,  oczekując  chwili  objawienia.  Nic 

takiego  nie  nastąpiło.  Diana  otworzyła  tomik  i  zaczęła  go  kartkować.  W  trakcie  tej 

czynności  wyjęła  wstążkę  i  przełożyła  na  koniec.  Była  to  zwykła  niebieska  satynowa 

wstążka, podobna do wielu innych, jak przypuszczał. 

- To samo wydanie, które pamiętam. 

- W takim razie musi je pani wziąć. 

- To nie jest konieczne - pospieszyła z zapewnieniem. - Jeśli miałabym ochotę, bi-

blioteka... 

-  To  doprawdy  drobiazg.  -  Oddać  jej  coś,  co  dawało  jej  tyle  radości...  To  było 

słuszne, choć mogła rozpoznać tomik. Poczuł się lepiej, mimo że wątpił, czy ten postę-

pek przybliży  moment,  w  którym  ich  rachunki  zostaną  wyrównane.  -  Proszę. Nalegam. 

Nie jest nowa. Byłbym zaszczycony, rozstając się z nią, skoro pani się podoba. 

Niewiele myśląc, wyciągnął rękę, ujął książkę i zacisnął na niej dłonie Diany ob-

leczone w rękawiczki z koźlęcej skórki. Były drobne i ciepłe. Spojrzał jej w oczy, które 

lśniły  szczęściem.  Po  chwili  skromnie  opuściła  głowę  i  utkwiła  wzrok  w  otwartym  to-

miku i miejscu, w którym zetknęły się ich dłonie. 

- Wiek książki nie jest ważny. Słowa w niej zawarte są tak prawdziwe jak zawsze. 

Dziękuję. 

Tyle  radości  z  drobiazgu!  Wyraz  jej  twarzy  sprawił,  że  Nate  poczuł  się  niczym 

Galahad. Uniósł głowę, rozpaczliwie szukając ratunku. 

- Ach, widzę, że damy wracają ze spotkania. - Z trudem oderwał wzrok od Diany. 

Dziewczęta podeszły do nich, najwidoczniej mocno podekscytowane. 

- Mam wspaniałą nowinę, Diano - oznajmiła z ożywieniem Verity. 

T L

 R

background image

- Zostałyśmy zaproszone na przyjęcie u lorda Daveringa - dodała Honoria. - Będą 

tam wszyscy, którzy się liczą, jestem pewna. Mamy towarzyszyć lordowi Keddintonowi i 

jego córkom. 

Diana natychmiast zapomniała o książce trzymanej w ręku i mężczyźnie stojącym 

przed nią. Bez trudu weszła z powrotem w rolę przyzwoitki. 

- Czy to przypadkiem nie jest spotkanie karciane? - Musiała wiedzieć, że przyjęcia 

u Daveringa były znane w środowisku graczy. 

-  Tylko  niskie  stawki  -  zaznaczyła  Verity.  -  Kilka  partyjek  black  jacka  w  salonie 

dla kobiet na pewno nie przyniesie nam szkody. 

- Kilka partyjek? - Diana uniosła brwi. - Rzadko kończy się na kilku. 

-  To  nic takiego  -  włączyła  się  Honoria.  -  Lord  Keddinton  jest  ojcem  chrzestnym 

Verity i nie widzi w tym niczego niewłaściwego, bo inaczej nie pozwoliłby swoim cór-

kom uczestniczyć w przyjęciu. Wszystkie inne dziewczęta... 

- Mogą robić, co im się podoba - wpadła jej w słowo Diana, zamykając gwałtownie 

trzymany  w  ręku  tomik.  -  Będą  to  jednak  robić  bez  waszej  pomocy.  Nie  pójdziecie  na 

karciane przyjęcie. To moje ostatnie słowo na ten temat. 

Dziewczęta  zwróciły  się  do  Nate'a,  który  nieświadomie  cofnął  się  o  krok,  jakby 

połączony wdzięk obu sióstr był dla niego zbyt trudny do zniesienia. 

-  Panie  Dale?  -  Honoria  zatrzepotała  rzęsami.  -  Błagam,  niech  pan  nam  pomoże 

przekonać  pannę  Price,  że  nie  ma  się  czego  obawiać.  Jest  wyjątkowo  niemądra,  jeśli 

chodzi o karty. Kiedy siedzimy w domu, nie pozwala nam nawet grać na guziki, 

-  A  gdyby  pan nam towarzyszył?  -  zasugerowała  Verity.  -  Jestem przekonana,  że 

wtedy nic by nam się nie stało. 

- Nie! 

Protest  Nate'a  zaskoczył  gwałtownością  wszystkich,  nie  wyłączając  jego  samego. 

Davering  znał  jego  reputację  i  wciąż  zapraszał  go  na  te  przeklęte  przyjęcia,  mając  na-

dzieję, że będzie główną atrakcją nocnej gry. Co można powiedzieć o kimś, kto znajduje 

radość w obserwowaniu przyjaciół przegrywających w karty? Posłał dziewczętom suro-

we spojrzenie. 

- W żadnych okolicznościach nie ujrzą mnie panie na tego rodzaju przyjęciu. 

T L

 R

background image

Dziewczęta były wyraźnie rozczarowane. Zaczerpnął tchu, wziął się w garść i po-

wiedział: 

- Przepraszam za ostry ton, ale obawiam się, że w tej sprawie muszę się zgodzić z 

panną  Price.  Nie  chadzam na takie przyjęcia, bo  nie cierpię hazardu  i nigdy  nie  zachę-

całbym do niego młodych dam. Zwłaszcza tych, w których mam zaszczyt widzieć przy-

jaciółki. Lepiej panie zrobią, zdając się w tej sprawie na damę do towarzystwa. - Uniósł 

głowę i spojrzał w niebo, by określić czas po położeniu słońca. Było późno, a on zmęczył 

się do takiego stopnia, że zaczynał mówić bzdury. - Teraz proszę o wybaczenie, na mnie 

już czas. Miłego dnia. - Po tych słowach Nate odwrócił się i odszedł. 

- Jakie to dziwne - zauważyła Verity, obserwując nagłe odejście pana Dale'a. 

- Jak mogłyście próbować nakłonić go, by towarzyszył wam na przyjęciu?! - obu-

rzyła  się  Diana.  -  Wasze  zachowanie  jest  godne  potępienia,  mam  na  myśli  was  obie.  I 

całkowicie żenujące. 

Czy  ich  bezczelność  go  zaszokowała?  -  zastanawiała  się  Diana.  A  może przejrzał 

ten oczywisty podstęp? Pomyślał, że dziewczęta wiedzą, jak kuszące dla ich przyzwoitki 

jest jego towarzystwo? Każda z tych możliwości była wyjątkowo krępująca. 

- Nic nie przekona mnie, że on nie polubił naszej Diany - dodała Verity. - Widzi-

cie, jak szybko pospieszył bronić jej przed nami? 

- Kolejny dowód na to, jak dobrze do siebie pasują - zgodziła się Honoria. - Jego 

reakcja była dokładnie tak samo ostra jak twoja, Diano. 

Panna Price zadała sobie w duchu pytanie, czy nie chodziło o coś więcej niż zdo-

bycie  jej  aprobaty.  Skoro  był  tak  zażartym  przeciwnikiem  kart,  może  miał  za  sobą  po-

dobne jak ona doświadczenia, które odcisnęły piętno na jego psychice? Czyżby ojciec, a 

może brat, był nałogowym hazardzistą? 

Poczuła  przyspieszone  bicie  serca.  Nie  wiedziała,  czy  mógłby  być  jakiś  lepszy 

dowód,  że  do  siebie  pasują.  Dzisiejsze  spotkanie  ujawniło  zarówno  wspólne  antypatie, 

jak  i  upodobania.  Trzymała  mocno  książkę  w  dłoniach  i  nie  zdołała  powstrzymać 

uśmiechu. 

T L

 R

background image

- Widzisz, Honorio, jak na Dianę podziałało dzisiejsze spotkanie. - Verity zwróciła 

się do siostry. - Wygląda na to, że nie uda nam się zorganizować ich spotkania przy kar-

cianym stoliku, ale z pewnością znajdzie się inna okazja, byśmy skojarzyły tę parę. 

Gdyby taka okazja się nadarzyła, Diana wątpiła, czy oparłaby się ich wysiłkom. 

- Cóż, w takim razie Diana na pewno powinna sprawić sobie nową suknię - orzekła 

Honoria. - Teraz, kiedy już zażyłyśmy ruchu, chyba możemy pójść na Bond Street. 

Diana, ściskając książkę, patrzyła w kierunku, w którym udał się pan Dale. 

- A później może wpadniemy na lody do Guntera. Ten jeden raz - zdecydowała. 

 

Nathan, chcąc jak najszybciej zejść damom z oczu, pospiesznie szedł alejką. Czuł, 

jak pot na jego czole robi się zimny od marcowego powietrza. Nagle tuż za sobą usłyszał 

męski śmiech, a kiedy się odwrócił, zobaczył Cygana opierającego się o pobliskie drze-

wo. 

- A więc nie cierpisz gry, czy tak? - Wyraz twarzy Beshaleya był iście diabelski. - 

Zadziwia mnie, że byłeś w stanie powiedzieć to głośno, na dodatek z kamienną twarzą. 

Nate'owi  przyszła  do  głowy  ta  sama  myśl,  jak  tylko  wypowiedział  te  słowa.  Nie 

mógł jednak dopuścić do tego, by dziewczęta wybrały się do Daveringa. A przybycie tam 

w jego asyście oznaczałoby ich towarzyską śmierć. Nie mógł też teraz wyjaśnić, co nim 

kierowało, żeby nie dać Cyganowi do ręki argumentów, które ten mógłby później wyko-

rzystać przeciwko pannom Carlow. Zamiast tego skupił się na sobie. 

- Nie wybierałem tego zajęcia z wielkiej miłości do kart. Jestem pewien, że wiesz, 

jak wiele strasznych rzeczy staje się do przyjęcia, kiedy sytuacja do tego zmusza. 

Kącik ust Stephana zadrżał, jakby Cygan wiedział o tym nawet lepiej niż Nate. 

-  Jeśli  niepokoiłeś  mnie,  chcąc,  żebym  zrobił  z  siebie  głupca,  to  powinieneś  być 

zadowolony. Nie tylko skłamałem z kamienną twarzą, ale dałem jej tę książkę. 

Cygan uśmiechnął się szeroko, a Nate przeklął siebie, że powiedział tak dużo. 

- Myślisz, że za to, co jej zrobiłeś, możesz zdobyć przebaczenie marnym podarun-

kiem? 

T L

 R

background image

- Nic podobnego. Wszystko stało się przypadkiem. Czytałem tę książkę i musiałem 

ją bezwiednie włożyć do kieszeni, z której wypadła. Kiedy Diana Price powiedziała, że 

to jej ulubiona, co innego mogłem zrobić? 

Mógł  powiedzieć,  że  należy  do  niego,  i  schować  ją  z  powrotem  do  kieszeni.  Za-

miast tego stał tam jak chory z miłości głupek i wciskał jej tomik do rąk. Gdyby zdradził 

ten fakt przeciwnikowi, nie przyniosłoby mu to nic dobrego. Posłał więc Cyganowi znu-

dzony uśmiech, jakby to, co Diana Price mogłaby wiedzieć albo pomyśleć, nic dla niego 

nie znaczyło. 

- Była wdzięczna, naturalnie. Nie zamierzam jednak widzieć się z nią ponownie. 

Stephano uśmiechnął się zagadkowo. 

- Cieszę się, że pokładasz takie zaufanie w planach, Nathanie. Zapewne dzieje się 

tak dlatego, że twoje w przeszłości odniosły sukces. - Po tych słowach odwrócił się i od-

szedł. 

T L

 R

background image

Rozdział ósmy 

 

-  Diano,  kolejny  list  do  ciebie.  -  Honoria  przyniosła  pocztę  do  małej  jadalni, 

uśmiechając się szeroko. 

- Czy też jest pełen banknotów? - spytała Verity z nadzieją w głosie. 

Honoria z wprawą ścisnęła list. 

- Za cienki. Moim zdaniem, to pojedyncza kartka. 

- Fatalnie. Nie uda nam się wyciągnąć Diany na zakupy. 

- Pewnie to liścik miłosny od pana Dale'a. 

- Daj mi go. - Diana powiedziała to ostrzej, niż zamierzała, bo nie chciała okazy-

wać niestosownego zainteresowania. 

- Nie, dopóki nie obiecasz, że zdradzisz nam jego treść. - Honoria trzymała list po-

za jej zasięgiem. 

- Jeśli uznam, że treść może was zainteresować, naturalnie podzielę się nią z wami. 

Wyglądało na to, że te słowa usatysfakcjonowały Honorię, bo podała jej przesyłkę, 

ale nie ruszyła się z miejsca. Diana, chcąc przeczytać spokojnie list, musiała cofnąć się o 

krok. 

 

Panno Price! 

Spotkajmy się dziś o dziesiątej w miejscu, w którym widzieliśmy się po raz ostatni. 

Chciałbym z panią przedyskutować pewną ważną kwestię. Proszę przyjść samej. 

 

Kolejny  tajemniczy  liścik.  Uśmiechnęła  się,  bo  z  łatwością  wyobraziła  sobie  sło-

wo, którego brakowało na dole strony: Nate. 

Chciał się z nią spotkać. Sam na sam. Tym razem nie będzie udawania, że intere-

sują  go  panny  Carlow.  Będą  tylko  oni  dwoje,  spacerujący  po  parkowej  alejce.  Przyci-

snęła kartkę do piersi, żeby nikt nie mógł odczytać słów. 

- No i? - Honoria wciąż stała z wyczekującą miną. 

-  Nic  ważnego  -  skłamała  Diana, bo  przecież  w  paru  słowach  zawarł  wszystko.  - 

Tak czy inaczej, was nie dotyczy. - To już było bliższe prawdy.   

T L

 R

background image

Nie  chciała  dzielić  się  ani  tą  wiadomością,  ani  Nathanem  Dale'em.  Nawet  jeśli 

miałoby  się  skończyć  na  tym  jednym  spotkaniu,  tym  razem  on  będzie  należał  tylko  do 

niej. 

Honoria uśmiechnęła się znacząco. 

-  Chyba  nie  musisz  nam  nic  mówić,  wyraz  twoich  oczu  cię  zdradza.  List  jest  od 

pana Dale'a, a słowa sprawiły ci przyjemność. Kiedy będziesz na to gotowa, może wtedy 

gdy  będziemy  stare  i  będziemy  miały  dzieci,  pokażesz  liścik.  -  Wyciągnęła  ramiona  i 

uścisnęła Dianę. - Na razie wystarcza nam to, że jesteś szczęśliwa. 

Diana  ubrała  się  starannie  na  spotkanie  i  przez  chwilę  żałowała,  że  nie  ma  mod-

nych  dziennych  sukien.  Stan  jej  garderoby  jednoznacznie  wskazywał,  że  przez  ostatnie 

lata  kierowała  się  wyłącznie  rozsądkiem.  To  było  prawdziwe  przekleństwo.  A  kiedy 

wreszcie pozwoliła sobie na rozrzutność podczas ich ostatniej wyprawy na Bond Street, 

co jej strzeliło do głowy, że dała się namówić Honorii na zakup toalety wieczorowej? O 

wiele lepiej byłoby kupić jedną czy dwie proste suknie i parę wstążek, które posłużyłyby 

do odświeżenia sfatygowanego czepka. Gdyby, wybierając się gdzieś z wizytą, włożyła 

suknię z zielonego jedwabiu, którą wybrała zamiast tych praktycznych rzeczy, wygląda-

łoby na to, że próbuje przyćmić siostry Carlow. 

Chociaż czasami miło być zauważaną. Zerknęła w lustro, wygładzając włosy i za-

wiązując stare wstążki czepka w porządny węzeł. Może jej zwyczajny wygląd nie ma dla 

niego znaczenia. Poświęcił czas, by dowiedzieć się, że dziś miała wolne. Skoro ktoś za-

daje sobie trud, musi być bardziej niż trochę zainteresowany kobietą ukrywającą się pod 

niemodnym czepkiem. 

Udała  się  do  parku,  starając  się  iść  równym  krokiem,  tak  by  nie  przybyć  ani  za 

wcześnie, ani za późno. Pewnie nie było nic niezwykłego w tym, że młoda kobieta spa-

ceruje sama po parku, ale byłoby stanowczo zbyt podejrzane, gdyby ktoś odniósł wraże-

nie, że na kogoś czeka. 

Niepotrzebnie się martwiła. Punktualnie o dziesiątej zobaczyła, jak pan Dale wiel-

kimi krokami maszeruje alejką w jej kierunku, tak jakby jego też nie obchodziło, że ktoś 

zobaczy go krążącego po parku. 

- Pan Dale. 

T L

 R

background image

Domyśliła  się, że  rozpoznał jej  głos, bo natychmiast  poderwał  głowę,  rozglądając 

się  wokół.  Nie  dostrzegła  jednak  serdecznego  uśmiechu,  ale  niepokój.  Patrząc  w  jego 

błyszczące  zielone  oczy,  odniosła  wrażenie,  że  czuł  się  tak,  jakby  schwytano  go  w  pu-

łapkę, a ona była ostatnią osobą, którą spodziewał się spotkać. 

- Panna Price. Co za zbieg okoliczności - rzekł opanowanym głosem, jakby naiw-

nie zakładał, że jego początkowa reakcja pozostała niezauważona. 

- Zbieg okoliczności? - Coś było nie w porządku. Może źle odczytała godzinę na 

liście. Albo, co bardziej prawdopodobne, błędnie odgadła tożsamość nadawcy. Poczuła, 

jak rumieniec oblewa jej policzki, i szybko pochyliła głowę, mając nadzieję, że nie jest 

zbyt późno, by go przed nim ukryć. 

- Najwyraźniej spieszy się pan. Proszę się mną nie przejmować, nie będę pana za-

trzymywać. Miłego dnia życzę. - Po tych słowach próbowała go wyminąć. 

- Proszę zaczekać. - Wyciągnął rękę i chwycił ramię Diany. Patrzył na nią życzli-

wie, jakby wyczuwał jej zmieszanie i chciał ją uspokoić. - To nie jest przypadkowe spo-

tkanie, prawda? Nie wydaje się pani zaskoczona moim widokiem. 

-  Myślałam,  że  chciał  pan...  Ale  najwidoczniej  nie...  -  Teraz  była  pewna,  że  jest 

purpurowa  z  zażenowania.  -  Przepraszam.  Powinnam  już  iść.  -  Znów  się  od  niego  od-

wróciła,  zerkając  desperacko  w  głąb  alejki  prowadzącej  prosto  do  miejskiej  rezydencji 

Carlowów. 

Zacieśnił uścisk na jej ramieniu. 

- Proszę się zatrzymać. Coś jest nie tak, prawda? Proszę mi to wyjaśnić. 

Sięgnęła do torebki po liścik i podała mu go. 

- Przysięgam, że nie spotykam się sam na sam z dżentelmenami. Sądziłam, że sko-

ro list jest od pana, nie będzie w tym nic złego. 

- Jest niepodpisany - zauważył. 

- Wiem. Nie pan go przysłał, prawda? 

- Nie. 

-  Zbłaźniłam  się,  pochopnie  wyciągając  wnioski  na  podstawie  liściku,  który  jest 

najwyraźniej jakimś żartem. 

T L

 R

background image

-  Myślę,  że  to  całkiem  usprawiedliwiona  pomyłka.  Miło  nam  się  spacerowało, 

kiedy byliśmy tu ostatnio, prawda? Nie dokończyliśmy tej rozmowy, bo się spieszyłem. 

-  Owszem.  -  Postukała  palcami  w  liścik.  -  Niemniej  jestem  bardzo  zła  na  dziew-

częta, bo podejrzewam, że to ich sprawka. 

- Tak pani uważa? - Wyglądał na zaskoczonego jej przypuszczeniem zapewne dla-

tego,  że  nie  chciał  myśleć  źle  o  damach.  -  To  rzeczywiście  chyba  najbardziej  logiczne 

wytłumaczenie - dodał, choć nie wydawał się przekonany. 

- Naturalnie charakter pisma wygląda na męski - powiedziała Diana. 

Przytaknął. 

- Nie winię panią za omyłkę, bo przypomina moje pismo. Wygląda na to, że lady 

Honoria ma wspólnika. Może to lokaj? 

Nie mogła się z tym zgodzić, bo lokaj nie potrafił pisać. 

- Chociaż rzeczywiście to żart, który pasuje do Honorii. Jeśli zamierzała zrobić mi 

psikusa, na pewno namówiła Petersa albo Richardsa do pomocy, a może stangreta Johna. 

- Diana niedbale machnęła listem, mając nadzieję, że mniej oczywiste będzie, jak ślęcza-

ła nad nim, odczytywała go co i rusz na nowo, doszukiwała się znaczeń w paru krótkich 

słowach. 

Po chwili poczuła, jak nakrył dłonią jej dłoń, by powstrzymać drżenie. 

- Nieważne. Gdybym miał przy sobie pióro, rozwiązałbym sprawę, podpisując się i 

udając, że list jest ode mnie. 

Jego  uśmiech  był  tak  ciepły,  a  dotyk  tak  kojący,  że  poczuła,  jak  zaczyna  się roz-

luźniać. 

- Przecież nie planował pan spotkania ze mną. 

- To nie znaczy, że nie sprawia mi ono przyjemności. 

-  Dziękuję  panu.  -  Po  chwili dodała impulsywnie:  -  Mnie też dobrze się z panem 

rozmawiało. 

- W takim razie ustalone. Oboje cieszymy się, że jesteśmy w parku w taki piękny 

wiosenny dzień. Zwłaszcza po ciężkiej zimie. Przejdźmy się. 

Oczy pana Dale'a wydały się Dianie jeszcze bardziej zielone, a intensywność, z ja-

ką na nią patrzył, sprawiła, że zrobiło się jej gorąco. W tym momencie uświadomiła so-

T L

 R

background image

bie,  że  ich  spotkanie  nie  jest  właściwe.  Powinni  byli  się  rozstać  po  krótkiej  wymianie 

grzeczności. 

-  Obawiam  się,  że nie  jest rozsądne, by  widziano nas  razem.  Ktoś  mógłby  podej-

rzewać, że się umówiliśmy. 

Pokiwał głową ze zrozumieniem. 

- Zawsze byłem zdania, że dowodem na małe umysły ludzi jest łatwość, z jaką im 

przychodzi myśleć źle o damie, która ma tak niezłomny charakter jak pani. Jeśli to panią 

uspokoi,  możemy  trzymać się mniej uczęszczanych ścieżek,  z dala  od  wścibskich spoj-

rzeń. 

Właśnie  tego  powinna  unikać.  Mężczyzna,  który  nie  byłby  dżentelmenem,  na-

tychmiast  wykorzystałby  takie  odosobnienie.  Pan  Dale  z  pewnością  jednak  by  tak  nie 

uczynił, więc powiedziała: 

-  Dziękuję  za  wyrozumiałość.  Może  jestem  przeczulona.  Moja  praca  polega  na 

dbaniu o reputację innych, dokładam więc starań, by dawać przykład własnym zachowa-

niem. 

- W takim razie ja dołożę starań, by nie działo się nic, co mogłoby panią narazić na 

jakiekolwiek zarzuty - odparł Nathan, podając ramię Dianie. 

Schowała  kartkę  do  torebki,  po  czym  ostrożnie  wyciągnęła  rękę  i  wsunęła  ją  w 

zgięcie męskiego ramienia. Nathan zawrócił i poprowadził ją w boczną alejkę. Po chwili 

podjął: 

- O czym będziemy rozmawiać? Może o poezji? Bo skoro oboje się tym interesu-

jemy...   

- Nie - odparła stanowczo. - Dziś chciałabym, żeby opowiedział mi pan coś o so-

bie.  Panu  udało  się  wyciągnąć  informacje  ode  mnie,  i  to  takie,  których  zazwyczaj  nie 

zdradzam obcym. To nie fair. Proszę dać mi coś w zamian. 

-  Rzeczywiście  powinienem  opowiedzieć  pani  o  sobie.  Chociaż  obawiam  się,  że 

nie będzie to przyjemna historia. - Przycisnął mocniej jej rękę do swojego boku. - Wła-

ściwie nie wiem, od czego zacząć. 

Zachęcająco ścisnęła mu ramię. 

T L

 R

background image

- Proszę w takim razie zacząć od rodziny. Czy żyją? A może jest pan sam? - Jak ja. 

Omal nie wypowiedziała tych słów, ale nie chciała sprawiać wrażenia, że doszukuje się 

podobieństw między nimi. 

- Mój ojciec... nie żyje. Zmarł, kiedy byłem mały. - To wydawało się trudnym wy-

znaniem. Czyżby byli sobie tak bliscy, że wciąż odczuwał smutek z tego powodu? 

- A pańska matka? 

- Nie widziałem jej od wielu lat, sióstr też nie. 

- Zerwał pan z nimi kontakty? 

- Nie z mojej winy, zapewniam panią. Codziennie się za nie modlę. 

Poruszyło ją głęboko, że cierpiał z powodu przypuszczenia, iż mógł być zdolny do 

porzucenia rodziny. Był to kolejny dowód, iż pan Dale jest przyzwoity i wrażliwy. 

- Po śmierci ojca przyszły na nas ciężkie czasy - kontynuował. - Nie mieliśmy pie-

niędzy. Siostry i ja musieliśmy zacząć zarabiać i każde z nas przyczyniało się do utrzy-

mania domu najlepiej, jak umiało. Pewnej nocy, gdy byłem już młodzieńcem i wracałem 

z... pracy, dopadli mnie werbownicy. 

- A więc był pan w marynarce? - To wyjaśniało jego władczą postawę. Wydawało 

się, że ziemia mogła się pod nim zatrząść, a on by się nie zachwiał. 

Posłał jej uśmiech pełen smutku. 

-  W pani ustach brzmi to jak bohaterstwo.  Byłem tam  wbrew  mojej  woli.  Odbili-

śmy  od  wybrzeża  i  popłynęliśmy  do  Francji,  potem  do  Ameryki.  Spędziłem  pierwsze 

miesiące, chorując.  Desperacko  próbowałem skontaktować się  z  rodziną,  wyjaśnić,  dla-

czego nie mogę wrócić do domu. Myślę, że moje listy do nich nie dotarły, bo nie dosta-

łem żadnej odpowiedzi.   

Urwał i milczał dłuższą chwilę. 

- Sześć lat życia, zmarnowane - orzekł. Spojrzał na nią ponuro. - Teraz dowie się 

pani, jaki jestem naprawdę. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wyskoczyłem ze statku. 

- Jest pan dezerterem? - To było wyjątkowo szokujące i zupełnie nie pasowało do 

mężczyzny, jakiego sobie wyobraziła. 

- Obwinia mnie pani? Prawo, zezwalające na działalność werbowników wśród wy-

trawnych marynarzy, nie powinno mieć na celu porywania na morze niedoświadczonych 

T L

 R

background image

młodzików,  tak  by  posyłali  królewską  rację  chleba  i  grogu  za  burtę  za  każdym  razem, 

gdy  statek  wspinał  się  na  falę.  Byłem  beznadziejnym  marynarzem  od  dnia,  w  którym 

mnie pochwycono, do dnia ucieczki. - Otworzył dłonie i wpatrywał się w ich wewnętrzną 

stronę. - Proszę spojrzeć. Widzi pani te blizny? Wypuściłem z ręki żagle i sznur omal nie 

zdarł mi skóry z dłoni. Równie dobrze mógłbym pokazać pani ślady po chłoście, którą za 

to dostałem. I miejsca, gdzie słońce przepaliło mi skórę tak, że pokryła się pęcherzami. 

To było ciężkie życie i cieszyłem się, gdy się od niego uwolniłem. 

- Ale ucieczka... - Było to tak różne od tego, czego Diana się po nim spodziewała, 

że właściwie nie wiedziała, co myśleć. 

- Nie mieli prawa mnie zabrać, a ich bezduszna głupota zagroziła bezpieczeństwu 

mojej rodziny. Bóg jeden wie, co się z nimi stało bez mojej opieki. - Zmarszczył czoło. - 

Wciąż  powtarzam  sobie,  że  siostry  najprawdopodobniej  są  mężatkami,  ale  nie  mam 

pewności. Wielka szkoda. Przez te lata mój los się odmienił. Gdybym zdołał je odnaleźć, 

mógłbym zapewnić im luksus i zrekompensować biedę, w jakiej je zostawiłem. 

Wiedząc, co może się przydarzyć samotnej kobiecie wskutek postępowania kogoś 

takiego jak jej własny ojciec, musiała się z tym zgodzić. 

- Miał pan powód do zmartwienia i rozumiem, że próbował pan za wszelką cenę do 

nich wrócić. Życie z piętnem dezercji nie jest jednak łatwe. Może gdyby się pan odwołał 

do admiralicji, zwolniliby pana ze służby. 

- Może, ale mam niezbyt pochlebną opinię o angielskich sądach. Nie były przyjaz-

ne  wobec mojej rodziny.  Wprawdzie sąd  mógłby  orzec,  że miałem prawo tak postąpić, 

ale byłaby  to  wątpliwa pociecha,  gdyby  jednak  mnie powieszono.  Wybrałem  więc  inną 

drogę. Jak tylko udało mi się zarobić w Bostonie na tyle dużo pieniędzy, by zapłacić za 

powrót do Anglii, łatwiejsze wydawało się zacząć wszystko od początku. Ukryłem swoją 

tożsamość. 

Nastąpiła długa pauza, aż się upewnił, że Diana zrozumiała. 

-  Nie jestem  takim  mężczyzną,  za  jakiego  mnie pani brała, panno  Price.  Ani jeśli 

idzie o postępowanie, ani nawet o nazwisko. 

Może nie znałam go tak dobrze, jak myślałam, rozważała Diana, ale gdy popatrzyła 

mu w oczy i poczuła jego dłoń w swojej, zyskała pewność, że dobrze go oceniła. 

T L

 R

background image

- To nie ma znaczenia. - Wyciągnęła drugą rękę i położyła ją na rękawie jego sur-

duta, ściskając mu ramię w spontanicznym geście otuchy, który najwyraźniej go zasko-

czył. 

- Nie chciałem, żeby moja historia zabrzmiała jak żałosna próba wzbudzenia w pa-

ni litości. 

- Nie podejrzewam pana o to. To tragiczna historia, tak czy inaczej. Pana życie by-

ło trudne. Zrobił pan z nim, co mógł najlepszego. Rozumiem. 

Uwolnił rękę z uścisku i ramieniem objął Dianę w pasie. 

- Nie wie pani, ile pani słowa dla mnie znaczą, panno Price. Są jak balsam na stare 

rany. Nie przypuszczałem, że usłyszę je właśnie z pani ust. - To mówiąc, przyciągnął ją 

bliżej i pocałował. 

Zamknęła  oczy  i  wstrzymała  oddech,  jakby  w  ten  sposób  mogła  zatrzymać  czas. 

Już dawno temu porzuciła marzenie, że coś podobnego mogłoby się jej przydarzyć, a w 

ciągu ostatnich lat wielokrotnie udaremniała starania zalotników Honorii, przerywając im 

tego typu próby. Teraz czuła skruchę na myśl o tym, że pozbawiła Honorię płynącej stąd 

przyjemności. 

Po  chwili  Nathan  oderwał  głowę  i  pospiesznie  rozejrzał  się  wokół,  jakby  chciał 

upewnić się, że są w alejce sami i nikt nie widział, co między nimi zaszło. Cofnął ramię i 

powiedział: 

-  Przepraszam.  Nie  zamierzałem  pozwolić  na  coś  takiego.  Pani  wielkoduszność 

poruszyła  mnie tak,  że nie  zdołałem się  oprzeć.  Dziękuję  pani.  -  Uścisnął dłoń  Diany  i 

cofnął się o krok. 

Poczuła się zdezorientowana. Udawanie oburzenia było raczej niemożliwe, prośba, 

by to powtórzył, również nie wydawała się właściwa. Na dodatek była pewna, że jej po-

liczki są czerwone. 

Zajrzał jej w oczy. 

- Panno Price? 

- Panie Dale. - Położyła dłoń na piersi, zupełnie jakby próbowała odzyskać oddech 

po wyczerpującym ćwiczeniu. 

Pochylił głowę, czekając, aż ona dojdzie do ładu ze swymi odczuciami. 

T L

 R

background image

- Dobrze się pani czuje? Skoro już tyle mi pani wybaczyła, czy zdoła mi pani wy-

baczyć moje karygodne zachowanie? 

Wzięła głęboki oddech i wypuściła go z westchnieniem. Po czym uśmiechnęła się. 

- To było cudowne, prawda?   

Odpowiedział jej szerokim uśmiechem. 

- Dla pani też? 

-  Może  to  dlatego,  że  nie  znam  się  na  tych  sprawach.  Nie  wiedziałam,  czego  się 

spodziewać. Widzi pan, to był mój pierwszy pocałunek. 

- Skłamałbym, gdybym powiedział to samo o sobie. Ten pocałunek różnił się jed-

nak w sposób zasadniczy od innych. Zastanawiam się, czy od ostatniego razu nabrałem 

umiejętności,  czy  pani  ma ukryte talenty.  A  może to niezwykły  przypadek?  -  Znów  się 

rozejrzał, upewniając się, czy są sami. - Zróbmy pewien eksperyment. - Bez ostrzeżenia 

odciągnął ją z alejki za pobliski dąb, a potem pochylił się i ponownie ją pocałował. 

Tym razem dotknął jej warg równie delikatnie, ale dłonie oparł na jej ramionach w 

taki  sposób,  że  wyglądało  to  jak  naukowe  studium  pocałunku.  Niespiesznie  dopasował 

swą pozycję pod kątem, który wydawał się dawać najwięcej przyjemności. Potem odsu-

nął się, patrząc na nią badawczo, jakby zamierzał skatalogować jej odpowiedź, i pozostał 

tak, dopóki nie wybuchnęła śmiechem. 

Wówczas też się roześmiał i znów ją pocałował, szybciej i mniej sprawnie, a ona 

westchnęła i objęła go za szyję, tuląc do siebie. 

Kiedy tym razem się rozdzielili, jego przenikliwe zielone oczy były mniej skupio-

ne,  a twarz  wyrażała  zadowolenie.  Poprawił surdut i  odgarnął  kilka zbłąkanych pasm  z 

twarzy Diany, upewniając się, że czepek nie sprawia wrażenia przekrzywionego. Potem 

mocno przycisnął jej rękę do swego boku, wyjrzał zza drzewa, by sprawdzić, czy nikt ich 

nie  obserwuje, i  poprowadził  ją z powrotem  do  alejki tak, by  mogli spacerować  razem, 

obok siebie, jakby nic nie zaszło. 

Po chwili odezwał się tonem swobodnej konwersacji: 

-  To  był  wyjątkowo  interesujący  poranek,  panno  Price.  Myślę,  że  konieczne  są 

dalsze eksperymenty tego rodzaju. 

T L

 R

background image

- A ja myślę, że skoro sprawy między nami tak wyglądają, Nathanie, powinien pan 

się do mnie zwracać „Diano". 

Zatrzymał się jak wryty, a jego przystojna twarz nagle spochmurniała. 

- Skąd pani zna moje imię? 

- Pańskie imię? 

- Moje imię. Jestem pewien, że nigdy się nim nie posłużyłem w pani obecności. 

Cofnęła  się  o  krok,  bardziej  skonfundowana tymi słowami niż pocałunkami.  Jeśli 

jego zachowanie wobec niej tego ranka nie czyniło ich na tyle bliskimi, by mówili sobie 

po imieniu, to rzeczywiście nie znała go tak dobrze, jak sądziła. 

-  Tak  był  podpisany  liścik,  który  zostawił  pan dla  wicehrabiego  Stanegate'a.  Nie-

zapieczętowany  liścik.  Przyznaję,  że  choć  to  naganne,  przeczytałam  go.  Chciałam  się 

upewnić,  czy  sprawa  jest  pilna  i  poważna.  -  Spłoniła  się  z  zakłopotania,  bo  całkowicie 

zapomniała o swojej niedyskrecji. 

Przyjął jej wyznanie z jawną ulgą. 

- Naturalnie. To całkiem rozsądne. - Jego gniew minął tak szybko, jak się pojawił. 

- Wybacza mi pan wścibstwo? Jeśli to pana uspokoi, Marcus już zna fakt, o którym 

pan go zawiadomił. 

- Marcus? Jemu też mówi pani po imieniu? 

Spodziewała się, że będzie indagował ją na okoliczność listu, ale po błysku w jego 

oczach zorientowała się, iż bardziej niepokoi go powód zażyłości z innym mężczyzną. 

Nie  przypominała  sobie,  kiedy  ostatnio  była  obiektem  męskiego  zainteresowania. 

Ta myśl sprawiła, że przeszedł ją dreszcz podniecenia. 

- Jestem z nim po imieniu, bo znam go od lat. Bardzo mu zależy na dobru sióstr, a 

ponieważ jego ojciec jest chory, Marcus wziął na siebie rolę ich prawnego opiekuna. 

Wydawało się, że pan Dale się odprężył. 

- W takim razie wy dwoje nie jesteście... 

-  To  mój pracodawca i szczęśliwie  żonaty  mężczyzna.  On nigdy  by... ja też  nie  - 

dodała szybko. 

-  Jestem zazdrosnym  głupcem.  -  Powiedział  to  cicho, jakby  zdradzał  osobisty  se-

kret,  a  potem  spojrzał  na  nią  ponownie.  -  Proszę  o  wybaczenie,  na  ogół  nie  jestem 

T L

 R

background image

skłonny do takich podejrzeń, bezpodstawnej zazdrości czy nieuprzejmości. Naturalnie do 

dziś nie byłem także skłonny do całowania młodych dam w parku. 

- Jeśli pan nie chciał...   

Uniósł rękę w niemym proteście. 

-  Zacznijmy  od  nowa  albo  przynajmniej  wróćmy  do  tej  chwili,  kiedy  chciałaś mi 

mówić „Nathanie", a ja miałem zwracać się do ciebie „Diano". Sprawy naprawdę dobrze 

się układały... - W jego oczach zobaczyła psotne figliki. 

Położył jej rękę na swoim przedramieniu i ruszyli razem, obok siebie, aleją. Przy-

szło jej do głowy, że kojące milczenie było niemal tak dobre jak całowanie. Dzięki nie-

mu poczuła jeszcze większą bliskość, zupełnie jakby byli tak do siebie podobni, że słowa 

nie były już im potrzebne. Zrozumiała, że szczypta zazdrości, którą Nate objawił pod ko-

niec spotkania, świadczyła o stopniu jego zaangażowania. Chciał jej tylko dla siebie. O 

tym samym mówiło ociąganie, z jakim puścił jej rękę, gdy dotarli do końca alei i przy-

szedł czas na jej powrót do domu Carlowów. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  pojęcia,  co  powiedzieć  przy  rozstaniu.  Czy 

niegrzecznie  byłoby  okazać  zainteresowanie  kolejnym  spotkaniem?  Gdzie  zresztą  mia-

łoby się odbyć? Nie mogła udać się do niego, nie mogła mu też pozwolić odwiedzić sie-

bie. 

Zrozumiał ją bez słów. 

- Domyślam się, że teraz musimy się rozstać, panno Price. Do zobaczenia? 

Spojrzała na niego z zakłopotaniem i skinęła głową. 

- Może znów spotkamy się w parku. Za tydzień o tej samej porze? 

- To mi odpowiada. Nawet bardzo. 

- Świetnie. Napiszę do pani tego dnia, żeby przypomnieć o spotkaniu. 

Zupełnie jakby była w stanie zapomnieć. 

- Tym razem podpiszę się, aby pani wiedziała, że to naprawdę ja - dokończył żar-

tobliwie. Ujął jej dłoń, pochylił się i przycisnął jej palce do warg. 

Kiedy  Diana  odwróciła  się,  by  przejść  przez  ulicę  i  udać  się  do  domu,  czuła,  jak 

Nathan odprowadza ją wzrokiem. 

T L

 R

background image

Rozdział dziewiąty 

 

Kiedy Nate wrócił do domu, pokoje wydały mu się bardziej słoneczne niż zwykle. 

Może to dlatego, że na ogół sypiał do późna i rzadko widywał je w dziennym świetle. A 

może  słońce  stało  wyżej  na  niebie?  A  może  był  w  radosnym  nastroju  i  na  otaczający 

świat patrzył innym okiem? 

Przyglądając się Dianie zmierzającej ku domowi Carlowów, poczuł ucisk w gardle. 

Niemądrze zapragnął, żeby zdjęła czepek, bo wówczas mógłby widzieć słońce lśniące w 

jej ciemnych włosach i twarz, kiedy znikała za rogiem. Na samą myśl o tym uśmiechnął 

się jeszcze szerzej. 

Unikał tak długo Diany Price, przekonany, że ich spotkanie byłoby czymś pomię-

dzy  głupotą  a  katastrofą.  Tymczasem  odkrył  bratnią  duszę.  Jej  współczucie  dla  niego, 

delikatny dotyk rąk nie przypominały niczego, co kiedykolwiek znał. Nie przyszło mu do 

głowy, że będzie aż tak piękna, inteligentna i pełna wdzięku. Po swym wyznaniu ograni-

czył się do najbardziej niewinnych tematów, a ona chłonęła każde jego słowo, jakby były 

niezwykle  interesujące.  Zamierzał  opowiedzieć  jej  wszystko  do  końca  i  uwolnić  się  od 

tego ciężaru raz na zawsze. Z taką kobietą u boku łatwo było zapomnieć o przeszłości, a 

wkrótce  niemożliwe  będzie  wyobrażać  sobie  przyszłość  bez  niej.  Od  szczęścia  dzieliła 

ich tylko jedna mała przeszkoda. Nathan Wardale. 

Czy ten człowiek zrobił coś dobrego dla któregoś z nich? Diana z całą pewnością 

nie chciałaby go widzieć. Nate'owi sprawiał więcej kłopotów, niż był wart. To Wardale 

musiałby się tłumaczyć, gdyby królewska marynarka upomniała się o niego, i to on żył z 

piętnem hańby ojca. Wardale utracił siostry i matkę. 

Gdyby był jakiś sposób ich odnalezienia, warto byłoby się ujawnić i podjąć ryzyko 

aresztowania.  Czy  jednak,  jeśli  wróci  do  swego  nazwiska,  siostry  się  o  tym  dowiedzą? 

Czy  będą  chciały  się  z  nim  skontaktować  po  tym,  jak  pozostawił  je  własnemu  losowi? 

Nie był nawet pewien, czy żyją. Poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. Spektakularne 

pojawienie się  po  tylu  latach mogło  równie dobrze  skomplikować  życie jego sióstr,  jak 

przynieść im korzyść. Jeśli żyją, na pewno sądzą, że on umarł. Prawdopodobnie przestały 

T L

 R

background image

rozpaczać  po  nim  dawno  temu.  Jeśli  Diana  w  ogóle  myślała  o  Nathanie  Wardale'u,  na 

pewno wolała, żeby nigdy się nie urodził. 

Pozostawał  jeszcze  problem  źródła  jego  pieniędzy,  naturalnie.  Diana  nie  znosiła 

hazardu i trudno mu było ją za to winić. Miał wewnętrzne przeświadczenie, że jego nałóg 

to skutek klątwy Cyganki, i dlatego nie był w stanie z nim zerwać. Ale czy kiedykolwiek 

naprawdę próbował? 

Beshaley powiedział, że skuteczność klątwy zależy tylko i wyłącznie od tego, czy 

ktoś w nią wierzy, czy nie. Od tej chwili nie będzie w nią wierzył. Skończy z grą. Nathan 

rozejrzał się wokół. Będzie musiał się stąd wyprowadzić. Wystawi miejską rezydencję na 

sprzedaż  i  przeniesie  się  do  domu  na  wsi,  gdzie  nikt  nie  zna  źródła  jego  przychodów. 

Wszystko w jego życiu będzie nowe i inne. 

Dla służących to miejsce było domem o wiele dłużej niż dla niego. Może mógłby 

przekonać  nowego  właściciela,  żeby  ich  zatrzymał.  Byłoby  dla  nich  łatwiej,  gdyby  mu 

się to udało. Tak czy inaczej, musiał się ich pozbyć. Nie można było nic na to poradzić. 

Nie  mógł  wprowadzić  Diany  do  domu,  w  którym  kamerdyner  znał  całe  życie  pana,  i 

spodziewać się, że pewne fakty nie wyjdą na jaw. 

Ten właśnie kamerdyner pojawił się teraz przed nim, najwyraźniej poruszony. 

- Proszę pana. W salonie... - wyrzucił z siebie bez tchu. - Jest pewien dżentelmen. 

Nie zdołałem go powstrzymać... 

Ton  ostatniego  zdania  wskazywał,  że  w  opinii  kamerdynera  tak  naprawdę  to  nie 

był dżentelmen. Może to ktoś poznany w Fourth Circle. Dante Jones nie składał mu wi-

zyt, a niewielu innych miałoby czelność iść za panem Dale'em, by dowiedzieć się, gdzie 

mieszka. Jeśli jednak ktoś tak zrobił, był to jeszcze jeden powód do tego, żeby opuścić to 

miejsce i zacząć nowe życie z Dianą gdzie indziej. 

- Nie denerwuj się. Zajmę się tym - powiedział, uspokajając nieszczęsnego sługę, 

po czym przeszedł pewnym krokiem hol w kierunku drzwi do salonu. 

Kiedy  wszedł,  zobaczył  Stephana  Beshaleya  popijającego  brandy  przy  kominku, 

jakby  to  on  był  właścicielem  domu.  Gość  miał  na  sobie  sfatygowany  zielony  surdut  z 

zaśniedziałymi  miedzianymi  guzikami,  pasiaste  spodnie,  kolorowy  szalik  zawiązany  na 

ciemnych włosach i duży złoty kolczyk lśniący w lewym uchu. Wszystko to zupełnie nie 

T L

 R

background image

pasowało  do  otoczenia.  Wydawało  się,  że  Stephano,  zanim  sforsował  frontowe  drzwi, 

dołożył starań, by ubrać się jak Cygan z opery komicznej. 

Beshaley nie zadał sobie trudu, żeby wstać. 

- Nathan. Drogi przyjacielu - powiedział, unosząc kieliszek w powitalnym geście. 

-  Co  tutaj  robisz?  Powinieneś  wiedzieć,  że  nie  jesteś  chętnie  widziany  w  moim 

domu. 

- Twoim domu? - Cygan najwyraźniej uznał to stwierdzenie za zabawne. 

- W moim domu - potwierdził Nathan, posyłając mu takie samo obojętne spojrze-

nie, jakim posługiwał się przy zielonym stoliku. 

-  Zważywszy,  że  znamy  się  od  tak  dawna,  nie  przypuszczałem,  że  twoje  drzwi 

kiedykolwiek będą przede mną zamknięte. 

-  Skoro  przyszedłeś  mi  grozić,  przyjmij,  że  są  zamknięte.  Czego  znów  ode  mnie 

chcesz? 

- Tylko ci pogratulować. Obserwowałem cię w parku z panną Price. Rozkwitająca 

miłość. Wzruszające, Nathanie. Naprawdę wzruszające. - Cygan westchnął z ironią i po-

łożył dłoń na sercu. - Taki widok to balsam na moją duszę. 

- Widziałeś? - Opanowanie Nate'a prysło.   

Nie spostrzegł nikogo w alejce po swojej niespodziewanej chwili słabości. Złudne 

poczucie odosobnienia sprawiło, że pocałował Dianę po raz drugi. 

- Czy widziałem? Każdą minutę waszego czułego sam na sam. Słyszałem też twą 

smutną historię. 

-  Ty  to  zorganizowałeś,  prawda?  -  Nate  wskazał  oskarżycielskim  palcem  na  Ste-

phana. 

- A jak niby miałbym to zrobić? - Beshaley niewinnie wzruszył ramionami, co zu-

pełnie nie pasowało do jego diabolicznego uśmiechu. 

- Postarałeś się, żebym zamarudził przy stoliku aż do świtu i wrócił do domu póź-

niej  niż  zwykle.  Wysłałeś  też  liścik  Dianie.  Sprowadziłeś  ją  do  parku  pod  fałszywym 

pretekstem. Wzbudziłeś w niej przekonanie, że jestem nią zainteresowany. 

- Jeśli nie jesteś, okazujesz to w dziwny sposób. To, co daje jej powód do nadziei, 

nie ma nic wspólnego z liścikiem, który jej posłałem. Pocałowałeś niewinną przyzwoitkę 

T L

 R

background image

w  biały  dzień  w  publicznym  parku,  gdzie  każdy  mógł  was  zobaczyć.  Biedaczka  może 

stracić posadę, jeśli ktoś powie o tym temu świętoszkowatemu hrabiemu Narborough. - 

W głosie Stephana zabrzmiała ukryta groźba. 

- Ani się waż - powiedział ostro Nate. - Jeśli wskutek twojego wtrącania się w mo-

je życie stanie się jej krzywda, przysięgam na wszystko, co święte, że poślę cię do diabła 

i odpowiesz za to przed nim. 

Stephano roześmiał się. 

-  Myślisz,  że  możesz  straszyć  mnie  diabłem,  Nathanie.  To  ty  powinieneś  się  go 

bać. Ja tylko próbuję tę dziewczynę chronić przed tobą. 

- Przede mną? 

- Wygląda na to, że chcesz ją skrzywdzić. Ty ją dziś pocałowałeś i ukrywasz przed 

nią  prawdziwą  tożsamość.  Ty  kłamiesz,  opowiadając  historyjki  o  swojej  przeszłości  i 

udając bardziej niewinnego, niż jesteś. 

-  Wyjawię  jej  wszystko,  kiedy  przyjdzie  czas.  -  Powiedział  to  bez  wahania,  bo 

wiedział, że właściwa chwila nigdy nie nadejdzie, a kłamstwa umrą razem z nim. 

Cygan pokręcił głową. 

- Nie próbuj mnie zwieść. Widziałem uśmiech na twojej twarzy, kiedy się rozstali-

ście. Spodziewasz się, że uciekniesz od przeszłości, zalecając się do niej jak dżentelmen i 

poprawiając jej sytuację finansową? Przypuszczasz, że unikniesz pokuty? 

-  Zapłaciłem  dość  -  odparł  Nathan,  mając  nadzieję,  że  zdoła  poruszyć  dawnego 

przyjaciela. 

- Powiem ci, kiedy będzie dość. Może wtedy, kiedy Diana Price pozna całą praw-

dę... 

Nie  mógł  do tego dopuścić. Przez  moment  wyobrażał sobie,  że zaciska  dłonie  na 

gardle Beshaleya i czuje z zadowoleniem, jak tamten milknie w pół słowa. Powoli nabrał 

powietrza,  próbując  odzyskać  panowanie  nad  sobą.  Wyprowadzenie  w  pole  kogoś  tak 

nawykłego do wykorzystywania emocji innych wymagało opanowania i spokoju. Wresz-

cie,  kiedy  Nate  przekonał  sam  siebie,  że ta rozmowa nie  znaczy  więcej niż  każda inna, 

wiedział, że może się bezpiecznie odezwać. 

T L

 R

background image

- Nie będę błagał o litość, jeśli o to ci chodzi. Mój ojciec poszedł na szubienicę z 

podniesioną  głową.  Czym  jest dla  mnie  kilka  czczych  gróźb?  Chcesz  zadośćuczynienia 

za dawne błędy? Dam ci wszystko, czego sobie życzysz. 

- Dasz mi? 

- Ile chcesz? 

- Myślisz, że możesz mnie kupić, bo jestem Cyganem? Zapłacisz mi, a ja zostawię 

cię  w  spokoju?  Mam  więcej  pieniędzy  niż  ty.  Chcę  jedynie  sprawiedliwości  dla  mojej 

rodziny, dla siebie. 

-  W  takim  razie  obaj  chcemy  tego  samego.  Moja  rodzina  została  potraktowana 

równie niesprawiedliwie, jak twoja. 

- Jeśli twój ojciec był niewinny. 

- Zawsze trudniej jest znaleźć winnego, niż skazać niewinnego. Wiesz o tym. 

Przez twarz Beshaleya przemknął cień wątpliwości, jednak pozostał przy swoim. 

- Jeśli potraktuję każdego tak samo, będę pewien, że winni zostali ukarani. 

- To nie fair. 

-  Ale  skuteczne.  Najpierw  skończę  z  tobą.  Potem  odnajdę  resztę  waszej  rodziny. 

Nie jesteś jednym żyjącym Wardale'em. 

Spokój Nate'a ulotnił się na myśl o siostrach żywych, lecz w niebezpieczeństwie. 

- Nie wiem, czy jesteś szalony, czy tylko bezwzględny, ale to nie ma znaczenia. Je-

śli ci życie miłe, trzymaj się z daleka od tych kobiet. - Sięgnął po nóż do listów, leżący 

na pobliskim biurku. - Przed chwilą rozważałem, czy użyć go przeciwko tobie, bękarcie. 

Jednak morderstwo zostawia ślady. Jeśli tak bardzo pragniesz pomścić swego ojca, zrób 

to. - Z tymi słowy Nathan wepchnął nóż w dłoń Cygana. - Wbij mi go w serce i skończ z 

tym, tchórzu. 

Sprowokowany  Stephano  stracił panowanie nad sobą  i z nożem  w  ręku  rzucił się 

do przodu. Zanim jednak uderzył, sprężył się i odskoczył do tyłu tak nagle jak pies, po-

ciągnięty  mocno  za  smycz.  Rozłożył  konwulsyjnie  ramiona,  odrzucając  nóż  na  bok,  a 

potem obiema rękami objął głowę. Opadł na fotel, ledwo chwytając oddech, i spojrzał na 

Nathana oczami zasnutymi mgłą bólu. 

T L

 R

background image

- Zrobiłbym to, gdybym mógł. Skończyłbym z tobą raz na zawsze dawno temu, ale 

to nie jest dozwolone. 

Nathan stał nad nim, założywszy z satysfakcją ręce na piersi. Cygan, wyczerpany, 

nadal siedział w fotelu. 

- Nie jest dozwolone? Rozumiem, że nie chodzi ci o angielskie prawo? 

Stephano powoli pokręcił głową, jakby każdy ruch sprawiał mu mękę. 

- Słyszałeś wyrażenie: To boli mnie bardziej niż ciebie? Mogę się śmiać, kiedy sam 

doprowadzasz się do zguby, ale zabicie cię wiąże się z cierpieniem, którego nie byłbym 

w  stanie  znieść.  -  Uniósł  głowę  i  spojrzał  w  oczy  dawnego  przyjaciela.  -  Masz  okazję 

uderzyć, Nathanie. Nie mogę cię powstrzymać. Jeśli chcesz, przejdziemy na posadzkę w 

holu, by oszczędzić twój dywan - dodał, po czym roześmiał się z goryczą. To był upior-

ny, głuchy dźwięk, który wydawał ktoś, kto wiedział, że został pokonany. 

Nathan  czuł  się  tak  jak  przy  stole  do  gry,  gdy  jakiś  nieszczęśnik  przeszarżował  i 

doprowadził się do bankructwa. Nie mógł się zdobyć na współczucie ani nawet na litość. 

Ogarniał go jedynie smutek, bo bez względu na to, czy tamten zasłużył na taki koniec, on 

przyczynił się do upadku drugiego człowieka. 

- Ja też nie mogę cię zabić. Nie jestem mordercą, podobnie jak nie był nim mój oj-

ciec. Czy zostawisz mnie i moją rodzinę w spokoju, jeśli zdołam ci to udowodnić? 

- Po tylu latach? 

Co szkodzi  spróbować?  Nathan  od  początku podejrzewał, że  Narborough skłamał 

w sprawie zabójstwa. Nie mógł jednak nic zrobić, bo był dzieckiem. Teraz może się po-

liczyć z hrabią. A jeśli starcie z nim to jedyny sposób, by zdobyć Dianę? 

- Nie wiem, czy zdołam coś znaleźć. Skoro jednak tak długo wstrzymywałeś się z 

wymierzeniem  sprawiedliwości,  możesz  jeszcze  trochę  zaczekać.  Proszę  o  zawieszenie 

broni. Możesz wyjść stąd, nie napotykając przeszkód, jeśli obiecasz mi dwa tygodnie bez 

naprzykrzania  się.  Jeśli  znajdę  dowody,  które  oczyszczą  mego  ojca,  będziesz  musiał 

odejść na zawsze. 

Cygan zastanawiał się. 

- W rewanżu za pozostawienie mnie dziś przy życiu daję ci czternaście dni spoko-

ju. 

T L

 R

background image

- Czy w tym czasie będziesz unikał Diany Price? 

-  Tylko  przez dwa  tygodnie. Jeśli nawet zdejmę  klątwę i zostawię  cię  w spokoju, 

musisz powiedzieć jej prawdę. Jeśli, jak twierdzisz, jesteś niewinny i zasługujesz na mi-

łość, to przeszłość nie będzie miała znaczenia dla Diany. Jeśli zaś jesteś winny, będziesz 

cierpiał,  wiedząc,  że  to,  czego  pragniesz  najbardziej  na  świecie,  pozostanie  na  zawsze 

poza  twoim  zasięgiem.  A  ja  będę  zadowolony.  Cokolwiek  jednak  zamierzasz  zrobić, 

Nathanie,  masz  tylko  dwa  tygodnie.  Po  upływie  tego  czasu  podejmę  decyzję  za  ciebie, 

jeżeli niczego nie osiągniesz. - Z tymi słowami Stephano podniósł się chwiejnie z fotela i 

pozostawił Nathana samego. 

 

Diana wróciła do domu szczęśliwa, że żadna z dziewcząt nie zepsuje jej radości z 

tego, co się wydarzyło. Sekret był słodki. Należy jednak wyjaśnić wszystkie okoliczno-

ści.  Jeśli  dziewczęta  wysłały  liścik,  to  będzie  musiała  udzielić  im  stosownej  nagany. 

Skłoniły ją bowiem podstępem do poważnego uchybienia, chociaż doświadczenie, które 

było jej udziałem, okazało się przyjemne. 

Była pewna, że odgadła dobrze. Gdy tylko Verity uniosła wzrok znad haftu, na jej 

twarzy zamiast umiarkowanej dociekliwości pojawił się znaczący szeroki uśmiech. 

- Co tam słychać u pana Dale'a, Diano?   

Zrobiła, co mogła, by wyglądać surowo. 

- Skąd pomysł, że go dziś widziałam? 

- Twoja mina o tym świadczy. 

- W wyrazie mojej twarzy nie ma niczego niezwykłego, zapewniam. - Pospiesznie 

zerknęła w lustro wiszące nad kominkiem, sprawdzając, czy jakiś kosmyk nie wymknął 

się z surowo upiętego koka. 

- Panno Price, czyżbyś się rumieniła? 

- Nie. Nic podobnego. - Zaprzeczanie właściwie nie miało sensu, widziała bowiem 

swój wyraźny rumieniec w lustrze. 

Verity zachichotała. 

T L

 R

background image

- No, no. Honorio, chodź, zobacz! - zawołała do siostry, która przechodziła koryta-

rzem. - Diana wróciła właśnie ze spaceru po parku. Powietrze musi być dziś szczególnie 

ożywcze. Wprost tryska energią. 

Honoria  weszła  do  pokoju  i  zerknęła  w  kierunku  Diany,  a  potem  popatrzyła  po-

nownie, jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu. 

- Kim on jest, Diano? 

- Nie ma nikogo... 

-  Odbyła  spotkanie  z  panem  Dale'em,  to  oczywiste.  Czyżby  cię  pocałował?  Wi-

dzisz wyraz jej oczu, Verity? Była całowana. Jestem tego pewna. 

- Honorio! - Wielokrotnie wypróbowany ostrzegawczy ton Diany zagłuszył chichot 

Verity. 

Honoria śmiała się także. 

-  Ależ,  Diano.  To  nic  wielkiego.  Cieszymy  się  razem  z  tobą,  naprawdę.  Bardzo 

martwi  nas  myśl,  że  kiedy  my  będziemy  mężatkami,  ty  pozostaniesz  samotna.  A  teraz 

zdradź, jaki on jest? 

Popatrzyła surowo na siostry Carlow. 

-  Nie  zamierzam  mówić  wam  takich  rzeczy.  Dowiecie  się  wszystkiego  w  swoim 

czasie, kiedy się już zaręczycie. 

- Ale było cudownie - naciskała Honoria. - Mam rację? 

Choć musiała w duchu przyznać, że tak było w istocie, nie mogła tego powiedzieć 

dziewczętom. Nie mogła też pozwolić, by zauważyły uśmiech, który czaił się w kącikach 

jej  ust  na  samo  wspomnienie  upojnych  chwil.  To  tylko  utwierdziłoby  podopieczne  w 

przekonaniu,  że  takie  zachowanie  jest  od  przyjęcia.  Diana  przybrała  jeszcze  surowszą 

minę i zmieniła temat. 

-  Nieważne.  Chcę  wiedzieć,  co  macie  do  powiedzenia  w  tej  sprawie  -  oznajmiła, 

wyjęła liścik z torebki i położyła na stole przed nimi. 

-  To  list,  który  dostałaś  rano,  prawda?  Ten,  którego  nam  nie  chciałaś  pokazać.  - 

Honoria obejrzała go uważnie. - Od pana Dale'a, tak jak podejrzewałyśmy. 

Diana spojrzała na podopieczną z rozczarowaniem, które na ogół pokonywało me-

chanizm obronny Honorii, kiedy ta coś ukrywała. 

T L

 R

background image

- Kiedy przypadkowo spotkaliśmy się w parku, pan Dale nic nie wiedział o liście. 

Ja zaś przypuszczam, że to wy maczałyście w tym palce, bo tak bardzo chcecie nas wy-

swatać. 

- On nie miał nic wspólnego z listem? - spytała Honoria. - Co za bzdura. Może jest 

zbyt nieśmiały, by to przyznać. 

- Tak twierdził, i to z całą stanowczością. - Diana założyła ramiona na piersi i cze-

kała na wyjaśnienia. 

Na twarzy Honorii malował się głęboki namysł. 

- Nie masz sposobu sprawdzenia, czy on nie kłamie, tak? Nie widziałaś jego pisma. 

-  Może  widziałam.  Kiedy  pan  Dale  przyszedł  tu  z  wizytą,  zostawił  liścik  dla wa-

szego brata - odparła Diana.   

To  irytujące,  że  uprzytomniła  sobie  to  teraz,  o  wiele  za  późno.  Mogła  porównać 

charakter pisma przed wyjściem. 

- W takim razie zobaczmy - zdecydowała Verity. 

- List nie jest zaadresowany do was. 

- A jednak ty go przeczytałaś - wytknęła jej Honoria.   

Prawda bolała. 

- Tylko po to, by zorientować się, czy teraz, kiedy Marcus i Nell są wreszcie sami, 

powinnam zawracać głowę twemu bratu. 

-  A  może  po  prostu  chciałaś  poznać  treść.  -  Honoria  machnęła  ręką.  -  Nieważne. 

Nie będziemy patrzyć, jeśli przez to poczujesz się lepiej. Weź list i sprawdź sama, a po-

tem powiedz nam, czy obydwa pisała ta sama osoba. 

Diana  poszła  do  swojego  pokoju  po  list,  po  drodze  uświadamiając  sobie,  że  nie 

powinien  się  tam  znaleźć.  Dlaczego  uznała  za  dopuszczalne  umieścić  go  gdziekolwiek 

indziej niż na biurku w gabinecie Marcusa? Niemniej wzięła list z ręki Nathana i poszła 

prosto do swojej sypialni, żeby go przeczytać, jakby była to wiadomość przeznaczona dla 

niej,  a  nie  sprawa  do  wicehrabiego  Stanegate'a.  Ostatnio  przekraczała  granice  w  tylu 

sprawach, że powrót na dobrą drogę wymagał całej samodyscypliny, na jaką była w sta-

nie się zdobyć. 

T L

 R

background image

Po uważnym obejrzeniu wykradzionej notki musiała przyznać, że obydwa charak-

tery pisma nie miały ze sobą nic wspólnego, i poczuła się jeszcze bardziej głupio, że tak 

pochopnie  wyciągnęła  wnioski.  Położyła  list  w  gabinecie  Marcusa,  gdzie  było  jego 

miejsce, i wróciła do dziewcząt. 

Nie wierzyły w to, co usłyszały, mimo dowodu w postaci listu. 

-  Pan  Dale  był  tam,  kiedy  przyszłaś  -  powiedziała  Verity.  -  Osoba,  która  wysłała 

list, znała jego plany, a my nie mamy pojęcia, czym się zajmuje... 

- Kiedy nie ugania się za tobą - dodała Honoria. 

-  W  takim  razie  to  dowód  naszej  niewinności.  Poza  tym  ten  liścik  wygląda  tak, 

jakby pisał go mężczyzna. 

-  Chociaż  to  byłby  wspaniały  podstęp,  gdybyśmy  o  tym  pomyślały  -  wyznała  z 

szerokim uśmiechem Honoria. - To wielka ulga dla mnie, że działają na ciebie takie same 

romantyczne  porywy  jak  na  innych  ludzi,  Diano.  Choć  stanowisz  dla  nas  wspaniały 

przykład, czasami zastanawiam się, czy jestem tak słaba, jak twierdzi moja matka, czy ty 

jesteś  tak niezwykła.  Ale  nieważne. Przyjrzyjmy  się temu  listowi i  zobaczmy, czy  zdo-

łamy odgadnąć, kto go napisał. 

Wyrwała przesyłkę z ręki Verity i popatrzyła na nią pod światło, ale w papierze nie 

było niczego niezwykłego. Następnie zbadała charakter pisma. 

- Czy zostawiłaś papier, w który zapakowano banknoty? 

To było interesujące pytanie i Diana próbowała się nie spieszyć, kiedy tym razem 

dziewczęta udały się za nią do sypialni. Podeszła do szafy i wyciągnęła plik banknotów. 

Niestety,  wyrzuciła  kartkę,  w  którą  były  zawinięte,  ponieważ  nie  było  na  niej  nic  poza 

adresem. 

- To musi być to - powiedziała Verity. - Gdybyś zostawiła ten papier i mogła po-

równać oba pisma, przekonałabyś się, że obydwa pisała ta sama ręka. Skoro nie jest nim 

pan  Dale,  wygląda  na to, że masz sekretnego  dobroczyńcę,  Diano.  Kogoś,  kto  troszczy 

się o ciebie na tyle, by dopilnować, żebyś miała z czego żyć i zamieszkała we własnym 

domu. Masz dużo szczęścia, słowo daję. 

A choć wspaniale było myśleć, że po tych wszystkich latach jest ktoś, komu leży 

na sercu jej dobro, Diana nie miała pojęcia, kto to może być. 

T L

 R

background image

Rozdział dziesiąty 

 

Nathan Dale przysłał Dianie liścik przypominający o spotkaniu, tak jak obiecał, ale 

list  nie  zawierał  żadnych  romantycznych  głupstw,  na  które  w  cichości  ducha  liczyła. 

Tylko kilka słów z prośbą o rozmowę. Może spacery nie były dla niego tak ważne jak dla 

niej,  zastanawiała  się,  stojąc  w  umówionej  alejce  w  parku.  A  może  zapomniał?  Albo 

zmienił  zdanie i  został  w domu?  Na  szczęście nie było  świadków jej  rozczarowania.  O 

tak wczesnej porze nie rozpoznała w parku nikogo znajomego. 

Natomiast  punktualnie  o  dziesiątej  zobaczyła,  jak  Nate  maszeruje  w  jej  stronę 

wielkimi  krokami.  Gdyby  szedł  na  spotkanie  jednej  z  sióstr  Carlow,  zmierzyłaby  go 

wzrokiem doświadczonej przyzwoitki i orzekła, że chce zdobyć przychylność damy. Za-

chowywał się jednak tak, jakby nie miał nadziei na sukces. 

Próbowała  ukryć  podniecenie  wywołane  jego  niepewnością.  Dobrze  było  sobie 

wyobrazić nawet tylko przez chwilę, że mogła pozwolić sobie na to, by zachowywać się 

kapryśnie. 

- Panna Price? 

Dygnęła, a on wziął ją za rękę tak jak w ubiegłym tygodniu. Ten gest był tak natu-

ralny, jakby pan Dale nie widział w nim niczego niezwykłego. Natomiast dla niej było to 

wspaniałe:  jej  dłoń  w  jego  dłoni.  Po  chwili  ułożył  jej  dłoń  w  zgięciu  swojego  łokcia  i 

znalazła się w siódmym niebie. Ruszyli razem pustą alejką w kierunku ławki, na której 

usiedli tuż obok siebie. 

- Bałem się, że pani zapomniała. 

Jakie to dziwne słyszeć własne myśli, wychodzące z jego ust. 

- A ja się obawiałam, że pan nie przyjdzie - odparła z lekkim uśmiechem. 

- Przecież obiecałem. - Również się uśmiechnął, choć w jego oczach gościł smutek. 

- Nie mogłem nie przyjść, choć powinienem... Są pewne trudności. 

-  Miał  pan  inne  spotkanie?  -  Widząc  poważną  minę,  pomyślała,  że  jest  jakaś  ko-

bieta, która domaga się jego uwagi. 

- Nie. Mój czas należy do mnie. Chodzi o to, że pani powinna przebywać w towa-

rzystwie kogoś, kto jest tego godny. 

T L

 R

background image

-  Pan?  Niegodny?  -  Roześmiała  się.  -  Z  pewnością  nie  ma  pan  racji. Jestem dość 

skromna i wiem, że nie należy mierzyć za wysoko. - Zorientowała się nagle, że jej słowa 

mogą zostać źle zinterpretowane, i zarumieniła się. - To musiało zabrzmieć jak zniewaga 

albo jakbym  zakładała,  że nasze spotkanie do  czegoś  doprowadzi.  Zapewniam pana,  że 

ani jedno, ani drugie nie przyszło mi do głowy. 

Spojrzał na nią dziwnie. 

- Z pewnością ma pani prawo sądzić, że z naszego spotkania coś wyniknie. Pozwo-

li pani sobie przypomnieć, że kiedy widzieliśmy się ostatnio, pocałowałem panią. 

Poczuła, jak policzki jej płoną, co dowodziło, że pamięta aż nazbyt dobrze. Przez 

większość tygodnia nie była w stanie myśleć o niczym innym. 

- Nie planowałem tego, proszę mi wierzyć.   

Diana przygotowała się dzielnie na nieuniknione rozczarowanie. 

Wbił wzrok w ziemię, unikając jej spojrzenia. 

- Zamierzałem powiedzieć pani o tym wcześniej, wyjaśnić, dlaczego się panią za-

interesowałem, i dać do zrozumienia, że nie możemy się więcej spotykać. 

Nie możemy? Wszystko wokół niej zawirowało, jakby spadała z dużej wysokości i 

zbliżała się do nieuniknionej katastrofy. Zakasłała nerwowo. 

- Jeśli tak ma być, wolałabym, żeby pan niczego nie wyjaśniał, dziękuję bardzo. 

Pan Dale zamilkł, zupełnie jakby cieszył się, że może przestać mówić. Teraz to ona 

bała się spojrzeć mu w oczy, niepewna tego, co w nich zobaczy. W końcu powiedział: 

- Naprawdę kusi mnie, by zastosować się do pani prośby, panno Price. 

- Miało być: Diana - przypomniała mu. - W ubiegłym tygodniu byłam Dianą. A ja 

chciałam mówić do pana: Nathanie. 

Usłyszała, jak westchnął cicho na dźwięk własnego imienia, ale odpowiedział: 

- Nie jestem dla pani odpowiednim towarzystwem, panno Price. W mojej przeszło-

ści  miały  miejsce  wydarzenia,  które  -  znów  usiłował  znaleźć  odpowiednie  słowa  -  są 

mroczne. To złe uczynki. Wahałem się, czy pani o tym mówić, bo wiedziałem, jak pani 

zareaguje. Nie chciałem zepsuć tego, co się działo między nami. 

Próbowała utrzymać lekki ton. 

T L

 R

background image

- Lepiej więc niech pan mi nie mówi niczego, co spowodowałoby, że więcej pana 

nie  zobaczę.  Od  tamtego  czasu  zmienił  się  pan  na  lepsze,  prawda?  Tamte  wydarzenia 

należą do przeszłości? 

- Próbowałem, Bóg mi świadkiem. Najgorsze błędy popełniłem wiele lat temu. A 

jeśli chodzi o panią? Dla pani odrzuciłbym największe grzechy, byłbym na pani rozkazy, 

całkowicie  i  na  zawsze,  bo  bardzo  pragnę,  by  pani  należała  do  mnie.  Dłużej  nie  mogę 

ukrywać przed panią prawdy, bo gdyby sama odkryła ją pani później... 

Diana wyciągnęła rękę i położyła dłoń na jego ustach, zanim odzyskał głos na tyle, 

by dokończyć zdanie. Już myślała, że odepchnie jej rękę i wyrzuci z siebie całą prawdę. 

Zamiast tego podniósł głowę i ujął jej obleczoną rękawiczką dłoń w swoją, przytrzymał 

przy  ustach  i  pocałował  żarliwie.  Poczuła,  jak  jej  ciało  przebiega  przyjemny  dreszcz. 

Wiedziała,  że  bez  względu na  to,  co  Nathan powiedział,  zasługuje na  to, by  mieć  męż-

czyznę, którego będzie darzyła miłością i szanowała i który będzie ją namiętnie kochał. 

Pomyślała  o  własnym  sekrecie.  Czy  byłaby  w  stanie  wyznać  ukochanemu  męż-

czyźnie prawdę o zakładzie, który zrobił jej ojciec? Już dawno temu doszła do wniosku, 

że to tylko jej sprawa, i zamierzała zabrać tę tajemnicę do grobu. Chociaż nie było w tym 

jej winy, czuła się splamiona. W głębi duszy wciąż martwiła się, że pewnego dnia na jej 

progu  pojawi  się  Nathan  Wardale  i  zażąda  zapłaty,  chociaż  Nell  powiedziała,  że  brat 

pewnie nie żyje. Może wreszcie powinnam przestać się bać, zdecydowała Diana. 

-  Ja  też  mam  sekret  -  wyznała.  -  Taki,  którego  nie  chciałabym  zdradzić  nikomu. 

Nawet panu. Kiedyś odsunęłam od siebie przeszłość równie stanowczo, jak pan chce od-

rzucić swoją. Co najlepiej zrobić, jeśli każda ze stron chowa jakąś tajemnicę i wie, że nie 

należy  jej  odkrywać?  Może  obiecajmy  sobie  nawzajem,  że  to,  co  jest  za  nami,  nie  ma 

znaczenia? Takie zawierzenie będzie prawie równoznaczne z powiedzeniem całej praw-

dy. 

Wciąż nie patrzył na nią, kiedy mocno ścisnął jej rękę. 

- To nie miałoby znaczenia? To byłoby zupełnie tak, jakby pani dawała siebie je-

dynie połowie mężczyzny. 

Uśmiechnęła się. 

T L

 R

background image

- Jeśli to ta lepsza połowa? W takim razie zgadzam się, byłabym bardziej niż chęt-

na. 

Wreszcie na nią spojrzał i Diana dostrzegła, że jest wzruszony. 

- Chcę ci wierzyć. Gdybyśmy byli ostatnimi ludźmi na ziemi... albo mógłbym za-

brać cię daleko stąd, tak byśmy nigdy nie spotkali nikogo, kto znał nas kiedyś... Niestety, 

to nie jest takie łatwe. Jest ktoś, kto chce mnie zdemaskować. Przysięgam, nie uczyniłem 

mu  nic  złego.  On  jednak  myśli,  że  zasługuję  na  karę  za  sprawę,  w  której  nie  brałem 

udziału. Obawiam się, że będzie usiłował skompromitować mnie w twoich oczach. Pró-

buję  znaleźć  sposób,  by  temu  zapobiec  -  wyjaśnił  Nathan.  -  Jeśli  nie  chcesz  usłyszeć 

prawdy od kogoś innego, muszę zrobić coś, co sprawi, że z jego strony nic ci nie będzie 

grozić.  Możesz  uznać,  że  moje  obecne  działanie  będzie  równie  odrażające,  jak  moja 

przeszłość.  Przysięgam  ci,  że  choć  to,  co  zrobię,  może  wydawać  się  straszne,  jestem 

przekonany, że jest słuszne. 

- Jeśli jest coś, czego potrzebujesz, pomogę ci.   

Uśmiechnął się łagodnie, a potem pokręcił głową. 

- Nie wiesz, o czym mówisz. 

- To ja o tym zadecyduję. - Chciała być częścią jego życia w każdy możliwy spo-

sób. - Jak mogę ci pomóc? 

Spojrzał na nią badawczo. 

- To będzie dotyczyło hrabiego Narborough. 

- A co to ma wspólnego z tobą czy ze mną? 

- Jest twoim pracodawcą, a dziewczęta uważasz za swoje przyjaciółki, prawda? 

- Naturalnie. 

-  Załóżmy,  że  mógłbym  pogrzebać  przeszłość,  ale  wiązałoby  się  to  z  upadkiem 

Carlowów. Co byś na to powiedziała? 

To nie pasowało do zachowania człowieka, którego pokochała. 

- Zrujnowałbyś tę rodzinę dla swojej korzyści?   

Pokręcił głową. 

- Jeśli to, co podejrzewam, jest prawdą, Narborough okrył się hańbą wiele lat temu. 

Ja tylko odkryłbym jego sekrety, by zachować moje. 

T L

 R

background image

- Po tym, jak zgodziliśmy się nie patrzyć wstecz, by unikać nieporozumień, ty wy-

rządziłbyś  drugiemu  to,  czego  nie  życzysz  sobie?  -  To  było  nie  tylko  zagadkowe,  lecz 

także niezgodne z jej oczekiwaniami. 

-  To  całkiem  coś  innego,  zapewniam  cię.  Chociaż  przyznaję,  że  moja  przeszłość 

mnie  zawstydza,  nie  doprowadziłem  do  niczyjej  śmierci  bezpośrednio  ani  pośrednio. 

Natomiast  George  Carlow,  hrabia  Narborough,  jest  odpowiedzialny  przynajmniej  za 

dwie śmierci, jedną z własnej ręki, a drugą w wyniku zdrady przyjaźni. 

-  Hrabia  Narborough?  -  Diana  omal  nie  wybuchnęła  śmiechem.  -  To  słaby  stary 

człowiek. 

- Najprawdopodobniej uda się do grobu wraz ze swoją tajemnicą, jeśli nie zadzia-

łam w miarę szybko. 

Pokręciła głową. 

- Zawsze był mi życzliwy, nie widziałam też, żeby się nad kimkolwiek znęcał. 

- Niektórzy ludzie z wiekiem zmieniają się na lepsze. Dwadzieścia lat temu mógł 

być kimś zupełnie innym, a ty nie możesz o tym wiedzieć. 

-  Dwadzieścia  lat  to  szmat  czasu  -  zgodziła  się.  -  Jednak  coś,  co  wydarzyło  się 

dawno temu, nie może mieć znaczenia teraz. 

-  Dla  niektórych  jest  tak  żywe  jak  wtedy  -  zaprotestował  Nathan.  -  Lepiej,  żebyś 

nie umniejszała cudzego bólu. 

Dianę zaskoczyła gwałtowność jego reakcji. 

- Może byłoby mi łatwiej, gdybym wiedziała, o czym mówisz. 

- O zamordowaniu Christophera Hebdena, barona Framlinghama, i o powieszeniu 

Williama Wardale'a, hrabiego Leybourne'a. 

- Uważasz, że hrabia Narborough jest w to w jakiś sposób wplątany? 

-  Jestem  tego  pewien.  Hebden  zmarł  na  terenie  jego  posiadłości,  tuż  pod  oknem 

jego gabinetu. Hrabia Narborough rzucił oskarżenie na Leybourne'a. 

- Ale on był winny. 

- Skąd ta pewność? 

- Jeśli był niewinny, dlaczego znaleziono go przy umierającym człowieku? Czy nie 

mógł  zrobić niczego,  by  powstrzymać zabójcę?  Znając  rodzinę  Wardale'ów, tak  jak  ich 

T L

 R

background image

znam, wierzę, że są zdolni do wszystkiego. - Te słowa łatwo wypłynęły z jej ust. Zasko-

czyło ją to, bo nie zamierzała zdradzać swojej przeszłości. 

-  Nic nie  wiesz  o  tej  rodzinie.  Wyrzucono ich  z  domu  w niełasce i bez  wątpienia 

zaznali  cierpień  niewspółmiernych  do  rzekomo  popełnionej  zbrodni.  Pomyśl  o  tym, 

Diano. Matka i troje dzieci. Dwie dziewczynki i chłopiec. Bóg jeden wie, co się z nimi 

stało. A jeśli ich ojciec był niewinny... 

Postarała się zdystansować do swojej historii i pomyślała o żonie Marcusa, Helenie 

Wardale, i o jej przeszłości, o której tak bardzo nie chciała mówić. 

- Może masz rację. Niektórzy członkowie tej rodziny cierpieli niezasłużenie. 

- Jakie to łaskawe z twojej strony, że to przyznajesz - rzekł cierpkim tonem Nathan, 

ale zorientował się, jak zabrzmiały jego słowa, bo zaraz się opanował. - Proszę, wybacz 

mi. Masz słuszność, mówiąc, że to odległa przeszłość, ale wypadki sprzed dwudziestu lat 

właśnie  powracają,  by  prześladować  rodziny,  których  dotyczą.  Przyszedłem  ostrzec 

Marcusa Carlowa, żeby miał się na baczności, bo w niedalekiej przyszłości prawda może 

wyjść  na  jaw.  Oczywiście  dla  wszystkich  zainteresowanych  byłoby  lepiej,  żeby  hrabia 

Narborough, jeśli naturalnie odegrał bardziej znaczącą rolę w tym, co się stało, przyznał 

się do tego sam. Tak by rodzina mogła się na to przygotować. 

- Dlaczego tak myślisz i co to ma wspólnego z tobą? 

- Obawiam się, że mogę wyjaśnić bardzo niewiele. Wiedz jednak, że jestem pewien 

tego, co mówię, i zamierzam to udowodnić. - Ścisnął jej rękę, jakby chciał się upewnić, 

że Diana wciąż jest z nim. - Czy to bardzo złe? 

- Jeśli hrabia Narborough naprawdę jest mordercą? W takim razie sądzę, że nie, nie 

jest. Ale, Nathanie... - Ścisnęła mu dłoń. - On jest niewinny. Jestem tego tak pewna, jak 

ty jesteś pewien jego winy. 

- W takim razie udowodnij to. Jeśli jest niewinny, tak jak Leybourne, popełniłbym 

niewybaczalny błąd, oskarżając go. Może jest jakiś dokument, jakiś ślad... Jesteś bliska 

tej rodzinie... 

Cofnęła dłoń. 

- Prosisz mnie, bym szpiegowała przyjaciół? 

Wyglądał na zatrwożonego. 

T L

 R

background image

-  Nie.  Nie  zamierzałem  sugerować  niczego  podobnego.  Chciałbym  po  prostu  do-

mysły zamienić w dowody. Mówiłem na początku, odrzucając twoją pomoc, że to byłoby 

dla  ciebie  zbyt  trudne.  I  być  może  niebezpieczne,  gdyby  okazało  się,  że  miałem  słusz-

ność. To byłoby tak, jakbym prosił cię, byś zamiast mnie stanęła twarzą w twarz z mor-

dercą. Już i tak źle się czuję z tym, że u nich mieszkasz. Nie jestem pewien ich intencji. 

-  Uważasz,  że  stanowią  dla  mnie  zagrożenie?  Z  pewnością  nie.  Hrabia  i  hrabina 

Narborough zawsze byli dla mnie dobrzy, podobnie jak reszta rodziny. 

Uspokajająco dotknął jej ramienia. 

-  Mój  problem  nie  dotyczy  reszty  rodziny.  Nie  są  bardziej  winni  niż  rodzina 

Wardale'ów. Te dziewczęta nie różniły się niczym od Honorii i Verity. Były bardzo ma-

łe, kiedy to wszystko się wydarzyło i Bóg jeden wie, co się z nimi stało. 

Znów pomyślała o zalęknionym wyrazie oczu Nell, kiedy się u nich pojawiła. 

- Jeśli ich ojciec był niewinny, zasługiwały na lepszy los. 

Twarz mu się zachmurzyła. 

- Ty też zasługujesz na lepszy los. Na życie bez trosk, nie na harówkę. Jesteś za-

dowolona, bo twoja praca jest godna szacunku. Może z nimi jest tak samo. 

-  A  może  nie  -  zauważyła  i  obserwowała, jak  wyraz jego twarzy  staje się jeszcze 

bardziej ponury.  Czyżby  był  zainteresowany  rodziną  Wardale'ów  ze  względu na siostrę 

Nell? Może był jej narzeczonym? Czy obwiniał siebie? Może tajemniczy nieznajomy, o 

którym wspomniał, to ich brat, pan Wardale. 

-  Wydaje  mi  się,  że  rozumiem,  skąd  twoja  obsesja  zbrodnią  i  jej  następstwami.  - 

Chociaż  przysięgła  mu,  że  nie  będzie  podejrzliwa  i  nie  będzie  wypytywać  go  o  prze-

szłość,  trudno jej  było  oprzeć  się  ciekawości. Jeśli jej  domysł  był  słuszny,  obawiała  się 

wizyty tajemniczego nieznajomego niemal tak samo jak Nathan. - Teraz, kiedy zaraziłeś 

mnie  tym  pomysłem,  wątpię,  czy  spocznę,  dopóki  nie  dowiem  się  prawdy  o  hrabim 

Leybournie.  Chociaż  jestem  przekonana,  że  hrabia  Narborough  nie  zrobił  krzywdy  ani 

jednemu,  ani  drugiemu.  Myślę  też,  że  jest  sposób,  by  to  sprawdzić,  który  nikogo  nie 

skrzywdzi. 

- Nikogo nie skrzywdzi? Jesteś pewna? Nie narażę cię na ryzyko. 

T L

 R

background image

-  Jakie  ryzyko?  Wkrótce  zabieram  dziewczęta  do  wiejskiego  domu  hrabiego  Na-

rborough,  w  odwiedziny  u  rodziców.  Dzisiaj  miałam  powiedzieć  ci,  że  przez  kilka  dni 

nie będzie mnie w Londynie na wypadek, gdybyś rozważał następne spotkanie. - Pochy-

liła głowę, by ukryć twarz pod rondem czepka, bo poczuła się zakłopotana tym, że dała 

mu do zrozumienia, jak bardzo czekała na ich spacer w tym tygodniu i że już planowała 

kolejny. - Wyjeżdżamy jutro. Jak tylko znajdę się w Stanegate Court, będę miała szansę 

obalenia twojego twierdzenia. 

- Nie chcę, byś myszkowała po szufladach i przeszukiwała strychy jak jakiś pospo-

lity złodziejaszek. 

Uśmiechnęła się. 

- Nie będzie takiej potrzeby. Hrabia Narborough przez większość dorosłego życia 

prowadził dziennik. Wszystkie tomy są wyraźnie opisane i stoją w małej bibliotece. Hra-

bia traktuje ją jak swój gabinet, ale ja nie nazwałabym go prywatnym. Nikt nie będzie się 

dziwił, jeśli pójdę tam po południu poczytać. A jak już się tam znajdę, na pewno wzięcie 

dziennika  z  roku,  w  którym  zmarł  Christopher  Hebden,  nie  sprawi  mi  trudności.  Jeśli 

znajdę dowody na poparcie twojego twierdzenia, nie omieszkam ci o tym powiedzieć. 

-  Zrobiłabyś  to  dla  mnie?  -  Dotknął  jej  twarzy.  -  Nie  próbuję  namawiać  cię,  byś 

zwróciła  się przeciwko  pracodawcy.  Nie  oczekuję  też,  że będziesz ślepo  mnie słuchała. 

Nie  znam  cię  na  tyle  długo,  by  zasłużyć  na  twoje  zaufanie.  Chcę  tylko,  żebyś  użyła 

zdrowego  rozsądku  i  obiektywizmu  wobec  wszystkiego,  co  uda  ci  się  odkryć  w  spra-

wach, o których rozmawialiśmy. Spójrz na to tak, jak mógłby to uczynić obcy. Jeśli od-

kryjesz,  że  jestem  w  błędzie,  masz  pełne  prawo  skorygować  moje  przypuszczenia.  Ale 

jeśli znajdziesz choć skrawek dowodu, który je potwierdzi? Nie będziesz nielojalna wo-

bec pracodawcy, jeśli on nie zasługuje na lojalność. 

Na pewno niczego nie znajdę, pomyślała Diana. Jeśli dziennik zawierałby coś poza 

przyziemnymi informacjami, nie tkwiłby w ogólnie dostępnym pomieszczeniu. Obejrzy 

go jednak, bo będzie wówczas mogła upewnić Nathana, że zrobiła, co mogła. Ale co bę-

dzie, jeśli on jej nie uwierzy? Załóżmy, że jego upór to jakaś chora obsesja i będzie po-

tem nalegał na kolejne poszukiwania? 

Zupełnie jakby czytał jej w myślach, powiedział: 

T L

 R

background image

- Daję ci słowo, że zaufam wynikom twoich poszukiwań, jeśli to cię martwi. Ofe-

rując mi pomoc, zrobiłaś więcej, niż na to zasługuję. Ufam, że nie ukryjesz przede mną 

prawdy,  bo  w  trakcie  tych  naszych  kilku  rozmów  przekonałem  się,  że  jesteś  uczciwa  i 

bezstronna. Nie będę cię też więcej niepokoił, jeśli po przyjeździe do ich wiejskiej rezy-

dencji zmienisz zdanie. Ja będę kontynuował poszukiwania i zobaczymy się znów, kiedy 

zaspokoję swoją potrzebę wiedzy co do hrabiego Narborough. 

I to, bardziej niż cokolwiek innego, przekonało Dianę. Towarzystwo Nathana zbyt 

ją cieszyło, by szybko się poddać. Gdyby przejrzała dziennik, miałaby zagwarantowane 

przynajmniej jeszcze jedno spotkanie z Nathanem po powrocie do Londynu. 

- Nie zaszkodzi po prostu przejrzeć dzienniki. Są na widoku i łatwo dostępne. 

- Jesteś za dobra, Diano. Nie zasługuję na twoją pomoc i przyjaźń. - Wziął głęboki 

oddech i rozejrzał się wokół, jakby się chciał upewnić, że nikt ich nie śledzi. - Dość mó-

wienia o przeszłości. Obiecaliśmy sobie, że będziemy patrzeć tylko w przyszłość, praw-

da? - Podniósł jej obleczone rękawiczkami dłonie do warg i znów ucałował. - To piękny 

dzień, a my przez jakiś czas nie będziemy się widzieć. Cieszmy się tymi chwilami, które 

nam pozostały. 

T L

 R

background image

Rozdział jedenasty 

 

Podróż do Stanegate Court mogłaby być nawet całkiem miła, gdyby nie zły humor 

jednej z pasażerek. Verity była zrównoważona i chętna do pomocy jak zazwyczaj. Za to 

Honoria podeszła do wyprawy z entuzjazmem skazańca. Zaspała, guzdrała się z pakowa-

niem - najpierw zabrała za mało, a potem za dużo na tygodniowy pobyt. Gdy zaś znala-

zły się w powozie, zapadła w ponure milczenie. Diana na próżno próbowała ją rozchmu-

rzyć, zwracając jej uwagę na mijane obiekty, które zresztą widziały dziesiątki razy. 

Nie  mogła  winić  podopiecznej.  Częste  upomnienia,  jakich  jej  nie  szczędzili  w 

Londynie Marcus i Diana, były niczym w porównaniu z krytyką, która na pewno spotka 

Honorię ze strony matki. Nawet jeśli będzie zachowywała się najlepiej jak na siebie, było 

mało prawdopodobne, że zasłuży na takie same pochwały, jak jej młodsza siostra. Diana 

była pewna, że ustawiczne krytyczne uwagi hrabiny Narborough doprowadzą do tego, iż 

zachowanie Honorii po powrocie do stolicy pogorszy się, zamiast poprawić. 

Wyciągnęła dłoń i w przyjacielskim geście położyła na dłoniach dziewczyny, zło-

żonych skromnie na kolanach. 

- Wiem, że nie masz ochoty na tę wyprawę, Honorio, ale pomyśl, ile radości spra-

wisz ojcu. 

- Jeśli nasza wizyta go ucieszy. 

- Jestem pewna, że tak. 

- Ale nie zostaniemy tam długo, dobrze? 

- Dobrze. 

Diana zaczęła się martwić, czy rzeczywiście zniosą ten krótki pobyt bez szwanku 

od  chwili  przyjazdu.  Kłopoty  rozpoczęły  się,  ledwo  przekroczyły  próg  domu.  Hrabina 

Narborough powitała ciepło obie córki, robiąc uwagi na temat ich wyglądu, wypytując o 

najdrobniejsze  szczegóły  każdego  tańca  na  każdym przyjęciu  i  komentując  każdy  prze-

jaw zainteresowania ze strony światowych dżentelmenów. Podczas gdy Verity otrzymała 

pochwałę  za rozsądek  przejawiający  się  w  tym,  że nie spieszy  się  z podjęciem  decyzji, 

Honoria została delikatnie skarcona za to, że jest flirciarką. Suknia Verity była wyjątko-

T L

 R

background image

wo twarzowa, lecz suknia Honorii odrobinę za luźna. Na dodatek, ku zgrozie matki, jej 

pantofelki były zniszczone. 

Diana poczuła się winna, bo to ona zaleciła ten strój. Powiedziała obydwu dziew-

czętom, że wyprawa do rodziny nie wymaga ich najwytworniejszych ubrań, a ponieważ 

Honoria  podczas  pobytu  na  wsi  przejawiała  całkiem  normalną  skłonność  do  spacerów, 

lepiej było do reszty zużyć stare pantofle, niż zniszczyć nowe. Diana nauczyła się w ta-

kich sytuacjach trzymać język za zębami. Hrabina Narborough, wygłaszając te komenta-

rze,  nie  miała nic złego  na  myśli,  a nie  do  Diany  należało  wyjaśnianie jej, jak  ranią jej 

starszą córkę. 

Po przesłuchaniu ze strony matki przyszedł czas na odwiedziny u ojca. Hrabia Na-

rborough nie był już przykuty do łóżka, ale według listów, które otrzymywały w Londy-

nie,  rzadko  opuszczał  swoje  apartamenty.  Diana  musiała  przyznać,  że  był  dość  blady  i 

wyglądało  na  to,  że  apetyt  również  mu  nie  dopisywał.  Zawartość  tacy  z  jego  lunchem 

była prawie nietknięta. 

Poczucie winy? - pomyślała i zaraz się złajała, bo nigdy przedtem nie przychodziło 

jej do głowy, że jego podupadające zdrowie to coś więcej niż słabnięcie z wiekiem. 

- Co słychać u moich małych dziewczynek, panno Price? - Oczy hrabiego zabłysły 

na widok córek i przez chwilę przypominał siebie z dawnych czasów. Żona czuwała przy 

nim, jakby się obawiała, że najmniejsze wzruszenie może go zabić. 

- Dobrze, sir. - Dała znak dziewczętom, by się przybliżyły. 

Obie  ciepło  powitały  ojca.  Zapewniły  go,  że  miło  spędzają  czas  w  Londynie,  i 

opowiedziały o balach i kolacjach, na których bywają, i ludziach, których tam spotykają. 

Honoria  zachowywała  się  wzorowo,  zgodnie  z  przewidywaniami  Diany.  Dziew-

czyna  potrafiła  sprawić,  że jej pobyt  w  Londynie robił  wrażenie niewinnego, a  po  paru 

ciekawszych  przygodach  prześliznęła  się  z  taką  swadą,  że  ojciec  wybuchnął  głośnym 

śmiechem. Nawet hrabina nie mogła negować zmiany na lepsze, jaką odwiedziny córek 

spowodowały u hrabiego. 

Kiedy Diana upewniła się, że jest już niepotrzebna i że rodzina jest wyjątkowo za-

dowolona,  spędzając  czas  razem,  przeprosiła  całe  towarzystwo  i  wyszła.  Udała  się  do 

małego pokoju, w którym przechowywano dzienniki. Były dokładnie tam, gdzie pamię-

T L

 R

background image

tała,  ustawione  równo  w  rzędzie  za  oszklonymi  drzwiczkami  biblioteki,  oprawione  w 

skórę, z datami wytłoczonymi złotem na grzbietach. To było dzieło mężczyzny z preten-

sjami  do  wielkości.  Hrabia  Narborough  najwidoczniej  myślał,  że  każda  jego  myśl  jest 

warta  lektury.  Chociaż  jej  nie  przychodził  do  głowy  nikt,  kto  chciałby  je  czytać.  Przez 

wszystkie te lata, które spędziła w tym domu, nie widziała, by księgi zdejmowano z pół-

ek.  Nie  wspominał  o  nich  nawet  mężczyzna,  który  je  spisał,  a  jego  dzieci,  kiedy  im  o 

nich mówiono, w milczeniu wywracały oczami, traktując je jako dziwactwo. 

Kiedy  Diana  chciała  otworzyć  drzwiczki, stało się dla niej  jasne,  dlaczego  dzien-

ników nie ruszano. Oszklone drzwiczki były zamknięte na klucz. Dziwne. Czy ich autor 

obawiał się, że ktoś, czytając je, odkryje coś szokującego, czy po prostu chciał, by zapi-

ski pozostały czyste i uporządkowane? 

Potrząsnęła głową, by uwolnić się od podejrzeń. Po rozmowie z Nathanem nawet 

najzwyklejsze działania wydawały się najeżone poczuciem winy. Jakikolwiek był powód 

zamknięcia woluminów, nie miała ochoty prosić o klucz i zwracać uwagi swoim zacho-

waniem. Musiałaby wówczas podać jakieś wytłumaczenie nagłego zainteresowania, a nic 

nie przychodziło jej do głowy. 

Na szczęście albo na nieszczęście, taka interwencja nie była konieczna. Ostrożnie 

wciągnęła szpilkę z włosów i poprawiła loki tak, by nikt nie zauważył jej braku, a potem 

zaczęła  majstrować  przy  zamku  zagiętym  drucikiem  i  nożykiem  do  otwierania  listów, 

wziętym z pobliskiego stolika. Teraz przekona się, czy dziesięć lat wyjątkowej cnoty nie 

stępiło jej umiejętności włamywaczki. Zdobyła je w dzieciństwie, kiedy szukała pienię-

dzy  przeznaczonych  przez  ojca  na  hazard,  które  ukrywał  w  zamkniętych  na  klucz  szu-

fladach biurka. 

Usłyszała  znany  trzask  w  zamku,  kiedy  zapadka  odskoczyła,  a  potem  otworzyła 

drzwiczki  i przejechała  palcem po  tomach,  jakby  odbywała  podróż  w  czasie do  punktu 

odległego o dwadzieścia lat, po czym wyjęła tom oznaczony jako 1794. Informacja, jeśli 

gdzieś się znajdowała, to tylko tam. Odłożyła go na chwilę na bok i starannie uporząd-

kowała  pozostałe  księgi,  żeby  wyrwa  w  latach  nie  rzucała  się  w  oczy.  Następnie  za-

mknęła drzwiczki. 

T L

 R

background image

Przed opuszczeniem pomieszczenia zatrzymała się, nasłuchując odgłosów, a ulga, 

którą poczuła, kiedy nic nie zakłóciło ciszy, wprawiła ją w zakłopotanie. Skoro nie robiła 

nic złego, dlaczego czuła się tak bardzo winna? 

Biblioteczka była  zamknięta na  klucz. To  była  odpowiedź, naturalnie.  Zamierzała 

wziąć  książkę  z  półki  w  ogólnie  dostępnym  pokoju  i  przejrzeć  ją  na  miejscu.  Zamek 

ostrzegał, że zawartość nie była przeznaczona do wyjmowania. Kiedy więc upewniła się, 

że  nikt  jej  nie  widzi,  zabrała  książkę  do  siebie,  zamknęła  drzwi  na  klucz  i  otworzyła 

dziennik na pierwszej stronie. 

Kiedy  doszło  do  tego  morderstwa?  Czy  Nathan  podał  datę?  Diana  szybko  prze-

kartkowała relacje z pierwszych paru miesięcy, zaskoczona tym, jak niewiele zmienili się 

członkowie  tej  rodziny.  Były  tam historyjki  o  Marcusie, poważnym  i spokojnym nawet 

jako dziecko, i o małym rozrabiace Halu. Honoria była niemowlęciem, a Verity jeszcze 

nie  pojawiła  się  na  świecie.  Znalazła  też  szczegółowe  opisy  prezentów  od  chłopców, 

które hrabina Narborough wciąż trzymała na pokaz w zakurzonych pudłach i oszklonych 

gablotkach w całym domu. 

A potem natrafiła na zdanie napisane tak, jakby piszący nie był w stanie panować 

nad emocjami. 

 

Nie  wiem,  co  powinno  się  zrobić  z  Willem.  Jego  zachowanie  staje  się  coraz  bar-

dziej lekkomyślne. Nie jest lepszy od Hebdena. Obaj są wstrętni i robi mi się niedobrze w 

ich towarzystwie. 

 

Mógł znać tuzin Willów i Williamów. Te słowa nie były na tyle charakterystyczne, 

by  można  je  było  z  całą  pewnością  powiązać  z  Williamem  Wardale'em,  hrabią 

Leybourne'em.  Nie  wyjaśniały  też, na  czym  polegało to  lekkomyślne  zachowanie.  Czy-

tała dalej. 

 

Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz trudniejsza. Cygański bękart Kita bawi się 

teraz  z  moimi  chłopcami.  Kit  do  tego  zachęca.  Zdaje  się,  że  kontakty  z  tym  smagłym 

chłopakiem uważa za zabawne i traktuje go tak, jakby nie było w tym nic dziwnego. Nie 

T L

 R

background image

mogę uwierzyć, że jego żona, Amanda, przymyka na to wszystko oko i wychowuje chło-

paka jak własnego. 

 

Usiłowała sobie  przypomnieć, co  słyszała  o  tym skandalu.  Kit to na pewno  Chri-

stopher Hebden. Po jego śmierci mówiło się coś o zaginionym dziecku. Bękarcie, które-

go  odesłano  z  domu.  I  o  Amandzie  Hebden  pogrążonej  w  rozpaczy  z  powodu  całej 

sprawy. Diana przewróciła kolejne karty. 

 

Szokujące  odkrycie.  Nic  dziwnego,  że  Amanda  nie  wyrzuca  z  domu  tego  cygań-

skiego śmiecia. Jest zbyt zajęta Leybourne'em. Jak Will może jadać kolacje z nami w klu-

bie, a potem wychodzić i rżnąć żonę Hebdena? Czy Kit jest zbyt zajęty swoimi dziwkami, 

by o to dbać? Śmieją się i rozmawiają, a potem idą do swych grzesznych łóżek, jakby to 

nic nie znaczyło. 

Byli  przyjaciółmi  mojej  młodości.  Ale  teraz  czuję  się  zbrukany  na  samą  myśl  o 

kontaktach z nimi. 

 

Tom zadrżał w jej dłoni, kiedy próbowała wyobrazić sobie słabowitego mężczyznę 

na górze przelewającego na papier te gniewne słowa. Chociaż przywiązywał wyjątkową 

uwagę  do  reputacji  swojej  i  swoich  dzieci,  nigdy  nie  widziała,  żeby  był  na  kogoś  zły, 

przez cały ten czas, kiedy mieszkała z tą rodziną. Może dwadzieścia lat temu był innym 

człowiekiem. Z niecierpliwością czytała dalej. 

 

Kolejna awantura  z Kitem  w sprawie  szyfru. Za dużo whisky i za  mało  rozsądku. 

Nazwał  mnie  zdrajcą.  Wyzwałem go, powiedziałem  mu, żeby  złamał ten przeklęty  szyfr, 

jeśli tak bardzo chce znaleźć szpiega wśród nas. Ale on nie potrafi. Ten szyfr nie da się 

złamać. 

Gdyby nie Will, pobilibyśmy się. Bardzo krępujące. Wszystkim puszczają nerwy. To 

nie może tak dłużej trwać. 

T L

 R

background image

Zdrajca?  Zawsze  myślała  o  hrabim  Narborough  jako  o  uczciwym  i  dumnym 

obrońcy kraju, a tymczasem on nie zaprzeczył temu oskarżeniu. Kolejny zapis, zupełnie 

jak postscriptum do poprzedniego. 

 

Hebden  mówi, że  złamał  szyfr.  Teraz prawda wyjdzie  na  jaw.  Nie  da  się tego po-

wstrzymać. 

 

Z  następnej  strony  pozostał  tylko  postrzępiony  brzeg  kartki.  Ktoś  wyrwał  ją  z 

książki.  Przejechała palcami  wzdłuż poszarpanego  brzegu i  policzyła  pozostałe  skrawki 

kart:  jedna, dwie, trzy  brakujące  strony.  A  na  górze  kolejnej  karty  pozostał pojedynczy 

wers, jakby zapomniany. 

 

Boże, przebacz mi. 

 

To  niczego  nie  dowodziło,  ale  cokolwiek  się  wydarzyło,  było  gorsze,  niż  podej-

rzewała. Oskarżenia o niewierność i zdradę z obydwu stron. Brakujące karty, jakby ktoś 

chciał wszystko zatuszować. 

I ostatni zapisek, który mógł oznaczać cokolwiek, ale w kontekście całej reszty ro-

bił wielkie wrażenie. Co zrobić z tą informacją? Wyglądało na to, że Nathan mógł mieć 

rację, a jej pozostawało dokonać trudnego wyboru. Żyła w tej rodzinie nieświadoma jej 

problemów  i  znała  hrabiego  Narborough  jako  życzliwego  starszego  człowieka,  bardzo 

troszczącego się o żonę i dzieci. Po pojawieniu się Nell, a następnie Cygana jego zdrowie 

nagle się pogorszyło. Może bał się, że prawda wyjdzie na jaw? 

Gdyby znalazła tę informację przed tygodniem, nie zwróciłaby na nią uwagi. My-

ślałaby, że lepiej zostawić wszystko w spokoju i odłożyć książkę z powrotem na półkę, 

zamiast rozgrzebywać stare problemy. Ale teraz? 

Wzięła książkę, umieściła ją na dnie kufra i przykryła stosem złożonych pończoch. 

Będzie się modliła, by podczas ich pobytu nikt nie zauważył jej braku, a potem zabierze 

ją  do  Londynu i  pokaże  Nathanowi. Jeśli  on czuje przemożną potrzebę  zdemaskowania 

mordercy Hebdena, ona mu w tym pomoże. Nie miało znaczenia, czy chodziło mu o po-

T L

 R

background image

mszczenie  utraconej  miłości,  czy  o  uwolnienie  się  od  mężczyzny,  którego  widmo  ją 

prześladowało.  Zrobi  to,  bo  w  ciągu tych paru  tygodni pokochała  go i  zaufała  mu, a to 

znaczyło więcej niż lojalność, jaką mogła odczuwać względem rodziny Carlowów. 

 

Rozdział dwunasty 

 

Podczas  tygodniowej  nieobecności  Diany  w  Londynie  Nathan  myślał  niemal  wy-

łącznie  o  jej powrocie.  Chociaż było  mało  prawdopodobne, że  zobaczy  ją przed  kolej-

nym wtorkiem, nawet jeśli pozostałaby w Londynie, dopiero teraz zdał sobie sprawę, ja-

ką pociechą dla niego była świadomość, że mogą się spotkać przypadkiem. Kiedy wyje-

chała, każda dzieląca ich mila wydawała się nie do przebycia. 

Co wieczór grał, jednak bez zapału, niemal nie zwracając uwagi na mężczyzn i ko-

biety przy zielonym stoliku. Niegdyś obserwował bez emocji, jak jego przeciwnicy ban-

krutowali. Teraz, kiedy karta im nie szła, nie potrafił pohamować obrzydzenia. 

Następny  zrujnowany  głupiec  zaczął  grzebać  po  kieszeniach,  szukając  jakiegoś 

ukrytego rodzinnego skarbu, który mógłby rzucić na stół. Nathan wstał i oświadczył na 

tyle głośno, by słyszeli go wszyscy, że wolałby raczej grać w karty z kuchennym kotem, 

niż patrzeć, jak kolejny żałosny typ ośmiesza się publicznie jego kosztem, po czym opu-

ścił salę kilka godzin wcześniej niż zazwyczaj. 

Kiedy  torował  sobie  drogę  przez  tłum,  słyszał,  jak  damy  mówią  między  sobą,  że 

choć  pan  Dale  nie  przestał  być  atrakcyjnym  mężczyzną,  ostatnimi  czasy  nie  jest  ani  w 

połowie tak zabawny, jak można byłoby się spodziewać. 

Uśmiechnął się do siebie na te słowa. Nieobecność Diany upewniła go, że w Lon-

dynie jest tylko jedna kobieta, którą chce adorować. Czy powinien wystąpić z inicjatywą 

spotkania, czy poczekać, aż sama zechce się z nim zobaczyć? Jeśli napisze parę linijek, 

by powitać ją w Londynie, z pewnością nie zostanie to uznane za narzucanie się. Ale czy 

już  wróciła  ze  Stanegate  Court?  Kiedy  się  rozstawali,  nie  była  w  stanie  podać  mu  do-

kładnej daty powrotu. Jak zawsze, jej plany zależały od zamiarów rodziny Carlowów. 

W milczeniu przeklął ich wszystkich za tę władzę nad jego życiem. Siebie też, bo 

to on postawił ją w tej sytuacji. Tydzień bez widzenia z nią wydawał mu się wiecznością. 

T L

 R

background image

Miał  aż  za  wiele  czasu,  by  odtwarzać  poprzednie  spotkania  i  wyobrażać  sobie,  jakie 

możliwości  przyniosą  kolejne.  Założywszy,  że  będą  kolejne.  A  jeśli  Diana  postanowiła 

odstąpić od ich ustaleń i doszła do wniosku, że lepiej będzie, jak się usunie? Z pewnością 

na to zasługiwał. Niewykluczone, że spotkała innego dżentelmena, którego towarzystwo 

odpowiadało jej bardziej. A może po prostu przyjdzie do parku we wtorek. 

Było tak wiele możliwości, że doprowadzało go to do szaleństwa i w rezultacie nie 

potrafił wybrać żadnej spośród nich. W końcu doszedł do wniosku, że nie zaszkodzi, jeśli 

uda się do parku na spacer we wtorek, i posunął się na tyle daleko, że zrezygnował z po-

niedziałkowego wieczoru przy kartach, by być wypoczęty i wstać rankiem. 

Pojawił  się  na  ich  zwykłej  trasie  przy  jeziorze  punktualnie  o  dziesiątej,  by  zoba-

czyć, że Diana Price już chodzi tam i z powrotem z widocznym wzburzeniem. Przeszedł 

go dreszcz na myśl o tym, że przybyła tak wcześnie w obawie, że się rozminą. Chyba że 

był inny powód jej niepokoju. 

Kiedy go zobaczyła, przystanęła, a on pospieszył ku niej. Uścisnął jej dłoń, chcąc 

upewnić się, że bezpiecznie wróciła i nie jest tylko tworem jego wyobraźni. 

-  Nie  byłem  pewien,  czy  przyjdziesz.  Myślałem,  że  jesteś  jeszcze  w  podróży,  a 

może uznałaś, że moja prośba była zbyt daleko posunięta. Postanowiłem jednak, że będę 

tu czekał każdego wtorku, póki nie wrócisz. 

-  Miałam  nadzieję,  że  tak  zrobisz.  -  Diana  odetchnęła  z  ulgą.  -  Gdybyś  nie  przy-

szedł, przynajmniej nie zobaczyłbyś mnie czekającej na ciebie. 

Uśmiechnął się szeroko. 

- Pomyślałem to samo. - Wszystkie jego obawy wyparowały. - Chodźmy, przespa-

cerujemy się - zaproponował. 

- To byłoby cudowne. - Ujęła podane ramię i zrobiło mu się ciepło na sercu. - Czy 

moglibyśmy  znaleźć  bardziej  odosobnione  miejsce?  Mam  ze  sobą  coś,  co  chciałam  ci 

pokazać. 

Skinął  głową  i  poprowadził  ją boczną alejką, daleko  od innych  porannych space-

rowiczów, śmiejąc się w duchu z własnej głupoty. Przez chwilę zapomniał o prawdziwej 

przyczynie  ich  spotkania  i  słyszał  tylko  to,  co  gorąco  pragnął  usłyszeć.  Jej  słowa  za-

T L

 R

background image

brzmiały tak, jakby chciała być z nim sam na sam, by powtórzyć intymne chwile. W porę 

przypomniał sobie o dzienniku i potrzebie zachowania tej sprawy w sekrecie. 

Do diabła! Wciąż chciał go zobaczyć, ale o wiele bardziej, z czego do tej chwili nie 

zdawał sobie sprawy, chciał ujrzeć tę, która go przyniosła. Kiedy był pewien, że są z dala 

od wścibskich oczu, pociągnął ją w cień pobliskiego drzewa, gdzie oboje przystanęli. 

Wtedy wyjęła z kieszeni sukni niewielki tom oprawny w skórę. 

- Myślę, że to cię zainteresuje. Przeczytaj go, zaczynając od miejsca, które zazna-

czyłam. Zwróć uwagę na wyrwane strony. Obawiam się, że brak dowodów może być tak 

samo przeklęty jak nadmiar prawdy. Bo z jakiego powodu miałby usuwać te kartki, jeśli 

nie dlatego, że żałował słów, które napisał o tamtych wydarzeniach? 

Nathan  szybko  kartkował  dziennik,  zaszokowany  jadem  wyczuwalnym  w  niektó-

rych  zapiskach.  George  Carlow  nie  był  prawdziwym  przyjacielem  jego  ojca,  to  pewne. 

Wpisy brzmiały tak, jakby więź między nimi zerwała się na wiele miesięcy przed śmier-

cią Hebdena. 

Wreszcie dotarł do brakujących stron i policzył urwane skrawki papieru w miejscu 

szycia.  Cała  historia  powinna  być  opisana  tutaj.  Czy  zostały  wydarte  w  gniewie?  Ze 

wstydu? Z poczucia winy? Mógł to być każdy z tych powodów. Ale jedno było oczywi-

ste - Carlow nie chciał, żeby ktokolwiek poznał prawdę, więc usunął zapis. 

Uniósł głowę i spojrzał na Dianę. 

- To rzeczywiście dziwne. Potwierdza moje podejrzenia, prawda? 

- Obawiam się, że tak. 

- Muszę zdecydować, co zrobię z tą informacją.   

Zmarszczył czoło z niechęcią, kiedy przyszła mu do głowy pewna możliwość. Lord 

Keddinton zaszedł daleko od czasów, kiedy był skromnym Robertem Veryanem i ubiegał 

się  o szansę  kolacji  w  towarzystwie  Wardale'ów.  Za pomoc przy  przeprowadzeniu pro-

cesu hrabiego Leybourne'a dostał tytuł, odbierając go Nathanowi. 

- Jest ktoś, kto mógłby pomóc, gdyby chciał. To dawny znajomy mojej rodziny. - 

Uśmiechnął  się  gorzko.  -  Uważam,  że  jest  mi  winien  przysługę.  Zabiorę  dziennik  do 

niego i przekonam się, jak zareaguje. - Ledwie wypowiedział te słowa, pomyślał, że hra-

T L

 R

background image

bia  Narborough  z  pewnością  dowie  się  o  dochodzeniu  i  ukarze  każdego,  kogo  uzna  za 

nielojalnego. Spojrzał z niepokojem na Dianę. 

- Zanim jednak to uczynię, muszę ci pomóc uciec. 

- Uciec? - Omal nie wybuchnęła śmiechem. - Skąd uciec? 

- Z domu Carlowów, naturalnie. 

-  Jestem  bezpieczna  w  Londynie  z  Verity  i  Honorią.  Nie  muszę  się  niczego  oba-

wiać z ich strony. 

- Sytuacja się zmieni, gdy informacja o dzienniku przecieknie do ogółu i dowiedzą 

się, jak wszedłem w jego posiadanie. - Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. - Nie dopuszczę, 

by coś ci się stało, Diano. 

Po chwili wciągnął ją głębiej w cień i sięgnął do wstążek, które podtrzymywały jej 

czepek. 

- Co robisz? 

-  Jestem  bardzo  impertynencki,  tak  się  zdaje.  -  Rozwiązał  kokardę,  która  przy-

trzymywała czepek, a potem zdjął go delikatnie z jej włosów.   

Pochylił się bardziej, by poczuć ich słodki zapach, i wyszeptał: 

-  Marzyłem  o  tym,  by  zobaczyć  słońce  na  twoich  włosach.  Byłem  ciekaw,  czy 

światło nada im złotą barwę. Myliłem się. Mają odcień głębokiej czerwieni hiszpańskie-

go wina. 

- Och. 

Obwiódł  językiem  krzywiznę  ucha,  zębami  złapał  jego  płatek  i  delikatnie  ssał. 

Diana była słodka i cudowna. Nie miała pojęcia, jak mogą wpłynąć na mężczyznę tajem-

nice jej ciała. Sposób, w jaki westchnęła w odpowiedzi na najlżejsze muskanie jej ucha, 

wróżył dobrze na przyszłość. 

- Nie wolno nam - udało jej się wykrztusić po kilku czarownych chwilach. Jednak 

ton jej głosu sugerował, że choć była pewna, że im nie wolno, pragnęła o wiele więcej. 

- Nie martw się - szepnął. - Nie będziemy. W każdym razie na pewno nie teraz. Nie 

obwiniaj mnie zbytnio o to, co robię. - Przyciągnął ją bliżej, by ucałować szyję i uroczy 

karczek. Poczuł, jak jej oddech staje się płytki, urywany. - Nie obwiniaj mnie, że pragnę 

rozpuścić twoje włosy, by przegarnąć je palcami. - Dotknął bardzo delikatnie, jakby nie 

T L

 R

background image

chciał  zepsuć  fryzury.  -  Może  mógłbym  wyjąć  jedną  szpilkę.  To  mógłby  być  lok  spły-

wający luźno na wietrze. Nic więcej. Ale nie. Bo jak już zacznę, nie będę w stanie prze-

rwać. 

Był pewien, że na rozpuszczeniu włosów by się nie skończyło. Za chwilę kładłby 

ją w świeżej trawie i błagał, by się kochali spowici aromatami budzącej się wiosny. To 

byłaby słodka klęska, bo związałaby ją z nim w sposób, który jej odmowę czyniłby nie-

możliwą, gdyby dowiedziała się prawdy. 

Uwolnił  Dianę dla jej  dobra i dla  własnego  spokoju.  Tymczasem  ona ujęła  go  za 

brodę  i  zmusiła  go,  by  wargami  dotknął  jej  ust.  Nagrodziła  go  pocałunkiem,  który  on 

pragnął jej dać: namiętnym i niewinnym zarazem. Całkowicie zachwycającym. 

Oddał się przyjemności i zawładnął ustami Diany. W pewnym momencie jej cze-

pek spadł na ziemię, a wtedy przytulił ją i przeciągnął rękami od ramion przez plecy na 

pośladki. Przylgnął do Diany, czując jak narasta w nim pragnienie. 

Powinna  walczyć,  opierać  się,  dać  jakiś  znak,  że  chce,  by  przestał.  Jeśli  tego  nie 

zrobi, pomyślał, nic nie uchroni ich oboje przed szaleństwem. Zamiast tego objęła go w 

pasie, przylgnęła do niego, pozwoliła, by brał wszystko, czego chciał. 

To całkowite poddanie z jej strony dało mu siłę, by przerwać pocałunek i odsunąć 

ją  delikatnie.  Uśmiechnął  się,  by  ją  uspokoić,  a  potem  rozejrzał  się  szybko,  chcąc  się 

upewnić, że wciąż są sami. 

- Och, kochanie, jestem głupi, że ryzykuję twoją reputację. Co pomyślisz o mnie, 

kiedy uświadomisz sobie, dokąd zaszliśmy? - Pochylił się i podniósł z ziemi jej wygnie-

ciony czepek. 

Diana  skoncentrowała  się  na  wygładzaniu  spódnicy,  a  on  zastanawiał  się,  co  ją 

zraniło: jego bezpośredniość czy nagłe odrzucenie? 

- Wszystko w porządku, panie Dale. Byłam w pełni świadoma tego, co robiłam. 

-  Rzuciłaś  się  na  nicponia,  nie  dbając  o  reputację...  Na  swoje  usprawiedliwienie 

mogę powiedzieć, że oczarowałaś mnie swoją pięknością, panno Price. Jedno pełne dez-

aprobaty skrzywienie tych kształtnych warg, a ja zapominam o wszelkiej przyzwoitości. 

Muszę  je  mieć.  Muszę  mieć  ciebie.  Przysięgam,  zmarszczka  na  twojej  twarzy  jest  bar-

dziej czarująca niż sto uśmiechów innej kobiety. 

T L

 R

background image

Kiedy  Diana nałożyła  czepek,  który  prawdopodobnie już nigdy  nie  odzyska daw-

nego wyglądu, i zawiązała pod brodą solidną kokardę, kąciki jej ust leciutko się uniosły. 

-  Twoja  pochwała  byłaby  bardziej  przekonująca,  Nathanie,  gdyby  nie  była  tak 

przesadna. 

Oparł się o pień drzewa, z zamkniętymi oczami i dłońmi za głową i roześmiał się, 

czekając, aż bicie jego serca zwolni, a rozum powróci. 

-  Dziękuję  ci,  Panie,  ona  znów  nazywa  mnie  Nathanem.  -  Otworzył  jedno  oko  i 

zerknął na Dianę. - I uśmiecha się. Rumieniec na jej policzku jest doskonalszy od róży. - 

A potem powiedział, powoli i miękko, tak by mogła mu uwierzyć: - Wybacz moją nad-

mierną elokwencję. Nigdy dotąd nie byłem zakochany, a więc zupełnie nie wiem, jak po-

stępować. 

„Zakochany". Powiedział to słowo głośno, a teraz zobaczy, jak ona na nie zareagu-

je. Nagle zalękniony, ciągnął, nie dając jej czasu na odpowiedź: 

-  Nauczę  się  tego,  jestem  pewien.  Znajdę  taki  sposób,  który  będzie  odpowiadał 

twojej  praktycznej,  skromnej  naturze.  Jeśli  wolisz,  będę  mówił  komplementy  o  twoim 

hojnym sercu, chwalił wspaniałe maniery i nie zdradzę głośno podejrzeń, że jesteś samą 

Wenus skrytą za pruderyjną fasadą. - Poklepał kieszeń, w której ukrył dziennik. - Kiedy 

zajmę się tym, nie będziemy musieli ukrywać się w parkach, kradnąc pocałunki i kusząc 

los.  Zabiorę cię ze sobą.  A  gdy  to zrobię, dopilnuję, byś była  bezpieczna, i  uczynię cię 

szczęśliwą. Wszystko naprawię, zobaczysz. 

Podniosła  wzrok,  zaskoczona  jego  ostatnimi  słowami  i  uświadomił  sobie,  że  nie 

mają sensu. Niby dlaczego Nathan Dale miałby naprawiać jej przeszłość, jeśli nie miał z 

nią  nic  wspólnego?  Czekał,  by  zobaczyć,  czy  zrozumiała.  Jeśli  go  spyta,  wyzna  jej 

prawdę i pójdzie tam, dokąd ona go zaprowadzi. 

Zamiast tego Diana oznajmiła: 

- Bardzo by mi się to podobało. 

Wciąż więc był wolny od przeszłości, jeśli w ukrywaniu się była wolność. Ale ja-

kie  to  miało znaczenie, jeśli  Diana  go  chciała?  A  choć  nie  zapewniła  słowami o  swojej 

miłości, mówiło to jej ciało. Wszystko się między nimi ułoży, uznał. 

T L

 R

background image

- Mam więc dużo pracy. Muszę zapewnić nam bezpieczną przyszłość. - Wyciągnął 

rękę i ucałował koniuszki jej palców, po czym znów podał jej ramię. - Pozwoli się pani 

odprowadzić do domu, panno Price? 

- Z przyjemnością, sir. 

 

Rozdział trzynasty 

 

Tego  popołudnia  Nathan  wrócił  do  Fourth  Circle,  upojony  sukcesem  spaceru  z 

Dianą. Odprowadził ją do drzwi miejskiego domu Carlowów i pożegnał się z nią czule. 

Wydawało mu się to czymś najnaturalniejszym na świecie, a nie ryzykownym przedsię-

wzięciem. Postanowił na razie nie martwić się tym, jak nie zaszkodzić jej nieskazitelnej 

opinii. Cieszył  się  chwilami,  które  zostały  im dane.  Ostrożność  jest  właściwa  i  słuszna, 

ale  nie  należy  z  nią  przesadzać.  Jeśli  jednak  pragnął,  by  jego  przyszłość  była  choć  w 

dziesiątej części tak szczęśliwa jak dzisiejszy poranek, przyszedł czas na działanie, nawet 

kosztem przegranej. 

Dante  wskazał  ledwie dostrzegalnym  skinieniem  głowy,  że  znajdzie  Cygana przy 

tym  samym  stoliku,  co  zwykle.  Nathan  podchodził  powoli,  oceniając  jego  nastrój.  Nie 

widział śladu po bólu głowy sprzed dwóch tygodni. Stephano wyglądał niemal beztrosko. 

Być  może  potraktował  ten  czas jako  wakacje  od swoich poszukiwań.  W  pewnej  chwili 

odchylił  głowę  i  roześmiał  się  z  czegoś,  co  szepnęła  mu  dziewczyna,  którą  trzymał  na 

kolanach.  Dziewka  pocałowała  Stephana,  a  potem,  przytulając  się  do  niego,  też  się  ro-

ześmiała. 

Została  obdarzona  zazdrosnymi  spojrzeniami  innych  kobiet,  które  patrzyły  na  ra-

dosną parę tak, jakby miały ochotę zamienić się miejscami z wybranką Cygana. 

Ledwie jednak Stephano ujrzał Nathana, jego dobry nastrój znikł, przystojne rysy 

skryła  maska.  Mruknął  coś  pod  nosem  i  zepchnął  dziewczynę  z  kolan,  a  potem  uniósł 

kieliszek, mówiąc ironicznie: 

- Witaj. 

T L

 R

background image

Nathan, zajmując krzesło po przeciwnej stronie stolika, zauważył, że Beshaley przy 

powitaniu  nie  wypowiedział  żadnego  nazwiska.  Widać  nie  podjął  jeszcze  decyzji.  Bez 

słowa wyjął dziennik z kieszeni i położył na blacie przykrytym zielonym suknem. 

Cygan uniósł brew. 

- Co to takiego? 

- Dowód na to, że powinieneś zostawić mnie w spokoju. Wpisy w tym dzienniku 

świadczą o tym, że Narborough nie był przyjacielem ani mojego ojca, ani twojego. Jeśli 

szukasz sprawiedliwości, zostaw mnie w spokoju i jego nękaj. 

Stephano otworzył dziennik na zaznaczonej stronie i zaczął czytać. Kiedy dotarł do 

brakujących kart, uniósł głowę. 

- Nie ma tu nic o nocy, podczas której popełniono zabójstwo. 

- Czy to nie dziwne? Czy to wydarzenie nie było na tyle znaczące, by opisać je ze 

szczegółami? A może George Carlow przedstawił całą prawdę pod wpływem impulsu, a 

potem zmienił zdanie i wyrwał zapiski? 

Stephano zamknął tomik i przesunął go w stronę Nathana. 

- Kiedy przyniesiesz mi brakujące kartki, powiem ci, co o tym myślę. 

-  Do  niedawna nie  byłem  w stanie  znaleźć  ani jednej informacji. Chcesz brakują-

cych stron? W takim razie znajdź je sam. Dałem ci aż nadto powodów do zwątpienia. 

Beshaley spojrzał na niego sceptycznie. 

- Stephenie Hebdenie - zaapelował Nathan - dajmy spokój bzdurnej klątwie twojej 

matki.  I  tobie,  i  mnie  zależy  na  tym,  by  wykryć  sprawcę  śmierci  twojego  ojca.  Ten 

dziennik powinien uczynić nas raczej sprzymierzeńcami niż przeciwnikami. 

Mężczyzna  siedzący  naprzeciwko,  słysząc  swoje  dawne  nazwisko,  utkwił  w  Na-

thanie nieobecne spojrzenie, jakby Nate niczego nie powiedział. 

-  Dobrze,  Stephanie  Beshaleyu.  -  Nathan  zrozumiał  nieme  przesłanie.  -  Jeśli  mój 

ojciec został powieszony za zbrodnię, której nie popełnił, czy ja nie mam równie ważne-

go powodu do wściekłości? Straciłem ojca, tytuł, majątek i swoją reputację, tak samo jak 

ty.  Swoją  rodzinę  też.  Wygląda  jednak  na  to,  że  ty  znalazłeś  nową,  bo  powróciłeś  do 

ziomków. Ja utraciłem siostry na zawsze. 

T L

 R

background image

Przez twarz jego starego przyjaciela przemknął cień, który znikł równie szybko, jak 

się pojawił. 

-  Nie  kocham  Carlowów.  Udowodniłem  ci  to.  Czy  nie  możesz  zdjąć  klątwy  z 

Wardale'ów? - kontynuował Nathan. 

- Powtarzam ci, że decyzja w tej sprawie nie należy do mnie. Klątwa to swego ro-

dzaju sprawdzian. Zostałem wezwany, by go przeprowadzić. Zwyciężysz albo przegrasz, 

zgodnie z twoją naturą. Jeśli jesteś niewinny, nic, co zrobię, ci nie zaszkodzi. Wystąpią 

pewne trudności, ale wszystko dobrze się skończy. Być może to przybliży mnie od celu. 

- Znałem cię kiedyś, Stephenie Hebdenie. Jesteś nim, choć wolisz się tego wypie-

rać. I lubiłem cię. Byłeś miłym chłopcem, dobrym przyjacielem i gdyby wydarzenia po-

toczyły się inaczej, wyrósłbyś na uczciwego człowieka. A teraz jesteś skłonny zniszczyć 

mi życie dla „być może". 

Cygan potrząsnął głową. 

- Przypisujesz mi zbyt wielką władzę, Nathanie. Tylko Bóg może zniszczyć czło-

wieka, bo on go stworzył. Nie jestem nim, a więc nie mam takiej mocy. To on zadecydu-

je o twoim losie. 

- Niewielkie pocieszenie. Kiedy byłem młody, przeżyłem tragedię. To ona uczyniła 

mnie takim, jakim jestem, osobą, której postępki nie napawają dumą. Teraz, kiedy życie 

ograbiło mnie z wszelkiego dobra, pojawiłeś się ty i masz nadzieję, że Bóg dalej będzie 

mnie karał. 

Cygan uśmiechnął się krzywo. 

-  Nie  czerpię  z tego radości, jeśli  o to chodzi.  Kiedyś ja też  cię  lubiłem.  Odwagi, 

Nathanie. Cokolwiek ma się wydarzyć, wkrótce się skończy. Zresztą dla nas obydwu. - 

Sięgnął po dziennik, gotów schować go do kieszeni. 

Nathan wyciągnął rękę. 

- Zaraz, zaraz. Jeśli to nie kończy spraw między nami, oddaj mi go. 

Cygan wzruszył ramionami, ale zwrócił dziennik. 

- Co chcesz z nim zrobić? Spytać o niego hrabiego Narborough? 

T L

 R

background image

- To sprawiłoby, że stałbym się podobny do ciebie. Jeśli myślisz, że mój los jest w 

ręku Boga, w takim razie zaniosę dziennik odpowiednim władzom i zobaczę, czy potra-

fią coś wywnioskować z jego treści. 

Beshaley prychnął. 

- Bo angielska sprawiedliwość potraktowała cię dobrze w przeszłości? 

-  Bo  to  jest  słuszne.  W  każdym  razie  tak  postąpiłby  mój  ojciec,  gdyby  żył.  Jeśli 

naprawdę wierzę, że był niewinny, powinienem zacząć się zachowywać tak, jakby było 

to prawdą. Udam się do lorda Keddintona i pozwolę mu wykorzystać tę informację tak, 

jak uzna za stosowne. Znał naszych ojców i zajmuje ważne stanowisko w Ministerstwie 

Spraw Wewnętrznych. Jeśli ktokolwiek jest w stanie doprowadzić tę sprawę do końca, to 

właśnie  on.  -  Kiedy  napomknął  o takim  rozwiązaniu  Dianie,  nie był  przekonany  o  jego 

słuszności.  Teraz  zyskał  pewność,  że  to  dobry  pomysł.  Nagle  poczuł  się  jak  hrabia 

Leybourne, którym, gdyby sprawy potoczyły się inaczej, zostałby w dniu śmierci ojca. 

Na Stephenie Hebdenie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. 

-  Powodzenia,  stary  przyjacielu.  Niech  ci  się  uda.  Naprawdę  ci  tego  życzę.  Jeśli 

twój  ojciec był  niewinny,  może się  okazać,  że  świat jest mniej zainteresowany  prawdą, 

niż sądzisz. 

 

-  Nazywam  się  Nathan  Wardale.  Chcę  się  widzieć  z  lordem  Keddintonem.  -  Tak 

dawno nie używał swojego nazwiska, że zabrzmiało obco nawet w jego uszach. 

Może ta obcość dała się wyczuć w jego głosie, bo kamerdyner w wiejskiej posia-

dłości  Roberta  Veryana  uniósł  brwi,  jakby  wątpił  w  jego  słowa.  Nathan  nie  mógł  wrę-

czyć mu karty wizytowej, by zapewnić go, że jest tym, za kogo się podaje, a więc nie ru-

szył się z miejsca i popatrzył tak, jakby wciąż był lordem i nie nawykł do tego, by trzy-

mano go na progu. 

Kamerdyner  był  na  tyle  stary,  aby  pamiętać  skandal,  ale  zbyt  zdyscyplinowany, 

żeby  okazać niechęć.  Odsunął się na bok  i  wpuścił  Nathana  do  środka, a następnie za-

prowadził do saloniku niedaleko frontowych drzwi. Po chwili przyszedł lokaj, który po-

prowadził niezapowiedzianego gościa do gabinetu Keddintona. 

T L

 R

background image

Podczas  prezentacji  Nathan  powstrzymywał  się  od  nerwowego  przestępowania  z 

nogi na nogę, ale i tak czuł się jak zbłąkany chłopiec wezwany do dyrektora szkoły ce-

lem  ukarania.  Chociaż  Keddinton  został  powiadomiony  o  jego  przybyciu,  nie  przerwał 

pracy i gdy lokaj wyszedł, dalej przeglądał leżące przed nim dokumenty. Nathan musiał 

w milczeniu stać na dywanie przed jego biurkiem. Było to celowe zagranie służące temu, 

żeby gość zrozumiał, że ani on, ani sprawa, z którą przyszedł, nie są na tyle ważne, by 

gospodarz poświęcił mu dłuższą chwilę. 

Nathan  odprężył  się,  kiedy  to  zrozumiał.  To  posunięcie  nie  było  lepsze  niż  blef 

niedoświadczonego gracza w karty. Czy ktoś z dobrą kartą musiał się aż tak wysilać? Jak 

widać, lord Keddinton miał się przed nim na baczności. Może nawet się go przestraszył. 

Czego  Keddinton  miałby  się  obawiać?  Był  przyjacielem  ojca  Nathana,  zanim  ich 

rodzina popadła w niełaskę. Ani przed procesem, ani po nim nie zaszło nic, co by suge-

rowało,  że  Keddinton  nie  zachował  wystarczającej  obiektywności  w  swoich  poczyna-

niach. Z pewnością wysłucha prośby odwołującej się do tej przyjaźni. 

Robert Veryan nie musiał się bać zemsty, bo nie zrobił niczego, by na nią zasłużyć. 

Niech  Beshaley  dręczy  każdego  tą  głupią  cygańską  klątwą,  skoro  ma  ochotę.  Jeśli  Na-

than chciał załatwić sprawę, powinien zacząć się zachowywać jak rozsądny dżentelmen, 

który nie ma się czego obawiać. Rehabilitacja po tych wszystkich latach mogłaby ozna-

czać przywrócenie tytułu i dobrego imienia, a ogłoszenie tego faktu mogłoby mu pomóc 

odzyskać rodzinę. 

Ale  też  odebrać  miłość.  Jeśli  ujawni  się  jako  Nathan  Wardale,  Diana  od  niego 

odejdzie.  Chyba  że  publiczna  próba  oczyszczenia  nazwiska  pokaże  jej,  że  się  zmienił  i 

nie  chciał  wyrządzić  jej  krzywdy.  W  każdym  razie  będzie  wobec  niej  uczciwy.  Podej-

rzewał, że prawda byłaby łatwiejsza do przyjęcia, gdyby usłyszała ją z ust nowego hra-

biego Leybourne'a, a nie od Nate'a Dale'a, albo jeszcze gorzej: od Cygana. 

Czekał  więc  cierpliwie przed biurkiem,  aż  wreszcie  Keddinton uniósł  głowę  znad 

papierów, nie wykazując zbytniego zainteresowania. 

- Witam, panie Wardale. 

- Witam, lordzie Keddinton. Mam nowe wiadomości w starej sprawie. 

- Zakładam, że dotyczy to pańskiej rodziny.   

T L

 R

background image

Nathan skinął głową. 

- Dotarły do mnie nowe informacje o śmierci Christophera Hebdena. 

- Dotyczące udziału pańskiego ojca w tych wydarzeniach? 

- Mój ojciec nie brał w nich udziału. Zaufał jedynie niewłaściwym ludziom. Myślę 

to samo, co zawsze. Nastąpiła pomyłka sądowa. Mój ojciec nie popełnił zbrodni, o którą 

go oskarżono. 

Keddinton odchylił się do tyłu. 

- I czekał pan dwadzieścia lat, by z tym przyjść? 

- Wystąpiły trudności, które nie pozwoliły mi uczynić tego wcześniej. 

Czy  Keddinton  mnie  sprawdził?  -  zadał  sobie  w  duchu  pytanie  Nathan.  Prawdo-

podobnie było to w jego mocy. Czy dowiedział się o dezercji? Czy malująca się na jego 

twarzy dezaprobata świadczyła o tym, że było to coś, czego mógłby oczekiwać po kimś, 

kto nosi nazwisko Wardale? 

-  Ostatnio  na  światło  dzienne  wyszło  coś,  co  może  zmienić  pański  pogląd  na  tę 

sprawę. 

Nathan  wyjął dziennik i  położył  go  na biurku,  tak by  Keddinton  mógł przeczytać 

tytuł wypisany złotymi literami na grzbiecie. 

- A co to może wnieść nowego? 

- Proszę przeczytać. Zwłaszcza strony zapisane do dnia śmierci Christophera Heb-

dena i następujące po nim. 

Keddinton  otworzył  dziennik  i  zaczął  go  kartkować,  zatrzymując  się  przy  zazna-

czonej stronie. Kiedy skończył lekturę, uniósł głowę, ale wyraz jego twarzy się nie zmie-

nił. 

- Uważa pan, że to ma jakieś znaczenie? 

- To oczywiste. Przyjaciele George'a Carlowa podejrzewają go o zdradę, a on nie 

mówi nic, by odeprzeć ich zarzuty. 

- Niewinny człowiek nie czułby takiej potrzeby. 

- Brak stron świadczy o czymś innym. 

T L

 R

background image

-  Równie dobrze mógł to być  rozlany  atrament.  Można też  założyć,  że  wyrwał  je 

pan sam, chcąc zrzucić winę pańskiego ojca na hrabiego Narborough. Czy prosił go pan 

o wyjaśnienie? 

- Oczywiście, że nie. 

- W takim razie to nie on dał panu ten dziennik? 

- Nie, ja... 

- A w jaki sposób dostał się w pańskie ręce? 

Zasypany  gradem pytań  Nathan  zrozumiał,  dlaczego  lord  Keddinton  zdobył  repu-

tację  jednego  z  najbystrzejszych  szefów  siatki  szpiegowskiej,  bo  rzeczywiście  trudno 

było zbić go z tropu. 

- To nie jest istotne. - Nathanowi nie przyszło wcześniej do głowy, że wina może 

spaść na Dianę. 

Keddinton  odsunął  dziennik  na  bok,  westchnął,  a  jego  surowość  zmieniła  się  we 

współczucie. 

-  Rozumiem,  że  zależy  ci  na  oczyszczeniu  ojca  z  oskarżeń  o  morderstwo.  Wiele 

przez to straciłeś i na pewno chciałbyś zmazać hańbę. Kochałeś go jak dobry syn powi-

nien i nie chcesz uwierzyć, że był zdolny do uczynienia zła. Niestety, w ciągu dwudzie-

stu  długich  lat  nie  zdobyłem  dowodów,  że  ktoś  jeszcze  spiskował  przeciwko  Koronie. 

Chociaż ty nie chcesz w to uwierzyć, działalność szpiega ustała wraz ze śmiercią twojego 

ojca.  Musisz  też  zrozumieć,  że  nie  działam  na  podstawie  domysłów  i  przypuszczeń. 

Zajmę się tą kwestią, naturalnie, bo jeśli się myliłem, a zdrajca uniknął kary... - Potrzą-

snął głową. - To byłaby wyjątkowo poważna sprawa.   

Przerwał, uważnie obserwując Nathana, jakby coś rozważał. W końcu pochylił się 

do przodu i powiedział:   

-  Kiedy  przyszedłeś do mnie,  miałem nadzieję...  Nawet nie powinienem  ci  o  tym 

mówić, bo to sprawa bezpieczeństwa państwa i fakt, o którym wie niewielu. Nie brałeś 

jednak udziału w tej zbrodni, a ja chciałbym wierzyć, że pomógłbyś, bez względu na to, 

czy  twój  ojciec  był  winny,  czy  nie.  Przedłożyłbyś  dobro  kraju  nad  swoje  potrzeby, 

prawda? 

T L

 R

background image

- Naturalnie, sir - zapewnił Nathan i znów zadał sobie pytanie, jak dużo Keddinton 

wie o jego służbie w marynarce.   

Czy gdyby znał fakt o jego dezercji, tak łatwo by mu zaufał? 

Keddinton wnikliwie analizował jego reakcję. Wreszcie skinął głową, jakby to, co 

zobaczył, usatysfakcjonowało go, i powiedział: 

-  W  tamtym  okresie  mieliśmy  problem  z  tajnymi  informacjami,  które  regularnie 

wyciekały  do  naszych  wrogów  za  granicę.  Wiadomości,  które  przechwytywaliśmy, 

przekazywano szyfrem  tak  trudnym,  że  tylko  najbardziej doświadczeni  kryptolodzy  by-

liby w stanie go złamać. Nie znając klucza do szyfru, nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. 

Hebden miał otwarty umysł i fascynował się takimi sprawami. Zabrał się do pracy i mie-

liśmy nadzieję na postęp. 

-  Może  to  on  był  szpiegiem  -  podsunął  Nathan.  -  Jeśli  problem  znikł  po  śmierci 

mojego ojca, mogło się tak stać równie dobrze dlatego, że Hebden też odszedł na zawsze. 

-  To  niewykluczone  -  przyznał  Veryan.  -  Kiedy  widzieliśmy  go  po  raz  ostatni na 

kolacji przed nocą, podczas której zginął, Hebden zapewnił nas wszystkich, że jest bliski 

rozwiązania. Gdyby był winny, po co zawracałby sobie głowę? Mógł kluczyć w nieskoń-

czoność i wmawiać nam, że szyfru nie da się złamać. Nie bylibyśmy przez to mądrzejsi. 

Nathan próbował powstrzymać zniecierpliwienie. 

- A więc był szyfr i Hebden go złamał. Co to ma wspólnego ze mną? 

-  Może  to  klucz  do  wszystkiego,  Nathanie.  Znałem  obu.  Wątpię,  czy  Hebden 

chwaliłby się po próżnicy. Nie powiedział całej prawdy o kodzie, bo czuł, że zdrajca jest 

z nami w pokoju. Może chciał go ostrzec, oczekując, że ten skończy życie z honorem al-

bo ucieknie z kraju. Byliśmy przyjaciółmi, jak wiesz. Wątpię, czy chciałby widzieć, jak 

wieszają jego przyjaciela. 

-  W  takim  razie miał  lepsze  serce niż cała  reszta  -  odparł  Nathan.  -  Pan i  Carlow 

nie mieliście z tym problemu. 

Wspomnienie musiało być  bolesne, bo nieprzejednany  Keddinton się  wzdrygnął  i 

minęła dobra chwila, zanim odzyskał panowanie nad sobą. 

- To było trudniejsze, niż myślisz. Kit Hebden też był dla nas niczym brat. Co in-

nego mieliśmy zrobić?   

T L

 R

background image

-  Mogliście  uwierzyć  mojemu  ojcu,  kiedy  powiedział,  że  jest  niewinny.  A  choć 

widzę, że musiało pana boleć, gdy patrzył pan na jego śmierć, brak mi braterskich uczuć 

w dzienniku George'a Carlowa. 

Keddinton rozłożył bezradnie ręce. 

-  To  są  przecież  prywatne  zapiski  znacznie  młodszego  człowieka.  Carlow  miał 

wówczas gorącą głowę. Ulegał impulsom. 

- Co tym bardziej czyni z niego mordercę.   

Keddinton pokręcił głową. 

- Mężczyzna o gorącym temperamencie nie zawsze staje się zabójcą. W dzienniku 

nie widzę niczego, co przekonałoby mnie, że jest inaczej. 

- A więc co by pana przekonało? 

-  Jeśli  przyniósłbyś  klucz  do  szyfru,  to  by  nam  wiele  powiedziało.  Szukałem  go 

tamtej nocy,  spodziewając się, że  Hebden trzymał  go  przy  sobie,  ale  w  kieszeniach nie 

miał niczego, co mogłoby być kluczem. Jeśli twój ojciec go ukradł... - Keddinton uniósł 

rękę, chcąc uprzedzić sprzeciw Nathana - nie miałby czasu go zniszczyć. Carlow był tam 

w  parę  chwil  po  tym,  jak  zadano  cios.  -  Spojrzał  poważnie  na  Nathana.  -  Z  pewnością 

twój  ojciec  miał  sekretne  miejsca  w  swoim  gabinecie  albo  gdzie  indziej  w  domu.  Jeśli 

ukrył szyfr przy sobie, miałby czas go schować, zanim zabrano go do Newgate. Może dał 

go  twojej  matce,  a  może  wetknął  między  karty  książki?  Nie  sądzę,  żeby  było  to  coś 

większego  od  pojedynczej  kartki  papieru.  Może  nawet  pół  kartki.  A  nawet  mniej,  jeśli 

pismo  było  drobne.  Czy  przypominasz  sobie,  żeby  coś  w  jego  rzeczach  wyglądało  na 

nietypowe? Coś nie do odczytania, rzędy cyfr albo język, którego nie rozumiałeś? 

-  Niczego  takiego  nie  pamiętam.  To  było  tak  dawno  temu.  Wyposażenie  domu 

sprzedano na aukcji tuż po wykonaniu wyroku. Jak może pan oczekiwać... 

Przypomniał sobie strony wyrwane z dziennika. 

-  Przyniosłem dziennik hrabiego  Narborough. Może  gdybyśmy  znaleźli  brakujące 

karty, byłaby w nich odpowiedź. Może Carlow tam zapisał klucz? 

Veryan znów potrząsnął głową. 

-  Spróbuję  się  dowiedzieć,  dlaczego  dziennik  został  uszkodzony,  ale  jestem  pe-

wien, że to do niczego nie doprowadzi. 

T L

 R

background image

- A jeśli jednak? 

Keddinton  wstał, dając do  zrozumienia,  że  rozmowa  zbliża  się  do  końca,  obszedł 

biurko i ojcowskim gestem położył Nathanowi dłoń na ramieniu. 

-  Jestem  tak  samo  zainteresowany  odkryciem  prawdy,  jak  ty,  mam  tylko  lepszy 

powód:  bezpieczeństwo  Anglii  jest  zagrożone.  Zostaw  swój  adres  służącemu.  Skontak-

tuję się z tobą, jeśli coś znajdziemy, a ty musisz skontaktować się ze mną, jeśli odkryjesz, 

co  twój  ojciec  zrobił  z  kluczem  do  szyfru.  Do  tego  czasu  powinieneś  mi  zaufać.  Będę 

postępował  z  ostrożnością  i  wyczuciem.  Jeśli  dowiemy  się  czegoś  nowego  po  tych 

wszystkich  latach,  nie  zrobimy  tego,  wykradając  dzienniki  czy  rzucając  bezpodstawne 

oskarżenia. Rozumiesz? 

Prawdę mówiąc, Nathan nie rozumiał. Co dobrego daje zatrudnianie szpiegów, je-

śli uparcie śledzą tylko tych ludzi, których podejrzewają. Nie chciał jednak podawać w 

wątpliwość słów tak ważnego człowieka, więc powiedział: 

- Oczywiście. 

-  W  takim  razie  do  widzenia.  -  Keddinton  cofnął  się  o  krok  i  przywołał  lokaja, 

który wskazał gościowi drogę do wyjścia. 

T L

 R

background image

Rozdział czternasty 

 

Diana obudziła się i spostrzegła, że znowu zaspała. Trzeci raz w ciągu dwóch ty-

godni.  Musiała  pospieszyć  się  z  toaletą,  jeśli  chciała  zejść  do  pokoju  śniadaniowego 

przed  Verity.  Upieranie się,  że takie  zachowanie jest zupełnie  do niej niepodobne, było 

niewielką pociechą, bo obawiała się, że błąd popełniony trzeci raz z rzędu musi wskazy-

wać na zmianę w charakterze. 

Naturalnie w ciągu ostatnich tygodni zbyt wiele się wydarzyło, żeby wszystko mo-

gło  pozostać  jak  dawniej.  Zapiski  w  dzienniku  zachwiały  jej  wiarą  w  hrabiego  Narbo-

rough,  a  tym  samym  opieka  nad  jego  córkami  zaczęła  jej  się  wydawać  znacznie  mniej 

interesującym zajęciem niż dotychczas. 

Po pocałunkach w parku i rozmowie z Nathanem uświadomiła sobie, że jej własne 

sekrety wróciły, by ją prześladować. Do niedawna zazwyczaj spokojny sen zakłócały ro-

jenia, a nawet koszmary. Nie była pewna, które określenie jest lepsze. Kiedy budziła się 

w  środku  nocy,  była  raczej  niespokojna  niż  przestraszona,  a  czasem  wstawała  i  spraw-

dzała zasuwkę w drzwiach sypialni. Śniło się jej, że rozlega się pukanie do drzwi, które 

potem  gwałtownie  się  otwierają.  Staje  w  nieb  smagły  mężczyzna,  który  jednym  susem 

wpada do jej sypialni, nachyla się nad łóżkiem i szepcze:   

- Czas spłacić dług. 

Nathan  Wardale.  Gdyby  żył,  na  pewno  coś  by  o  nim  usłyszała.  Jego  siostra  wie-

działaby,  gdzie  się  podziewa.  Jeśli  do  tej  pory  nie  przyszedł,  już  się  nie  zjawi.  To  bli-

skość  z  innym  Nathanem  sprawiła,  że  dawne  lęki  ożyły.  O  ile  we  wczesnej  młodości 

walczyła,  by  utrzymać  cień  na  dystans,  i  budziła  się  zaplątana  w  pościel,  teraz  smagły 

mężczyzna przychodził i zostawał jej drzwi niezamknięte na zasuwkę, a kiedy jej dopa-

dał, nie walczyła. Całował ją, a ona oddawała pocałunki. A dziś pchnął ją tak, że upadła 

plecami na łóżko... 

Dzięki Bogu obudziła się, zanim sen dobiegł końca. Co by zrobiła, gdyby sprawy 

poszły w takim kierunku na jawie? Czy zdecydowałaby się na ślub z jednym mężczyzną 

i oddawanie się drugiemu we śnie, noc po nocy? Co gorsza, mogłoby jej się to spodobać, 

T L

 R

background image

bo po  przebudzeniu pozostawało  mgliste  wspomnienie  tego,  co się  wydarzyło,  i  gorące 

pragnienie ponownego zamknięcia oczu i powrotu w sen. 

Przypuśćmy jednak, że z cienia wyszedłby pazerny człowiek, którego opisał jej oj-

ciec. Byłby brzydki i blady i śmiałby się, zabierając jej wszystko, co miała, nie zważając 

na jej szczęście czy przyszłość, tak samo jak postąpił wobec jej ojca. 

Chcąc  pozbyć  się tego strasznego  obrazu,  Diana szybko  wstała  z  łóżka.  Porządne 

mycie i filiżanka herbaty wybiją jej z głowy głupoty. I może energiczny spacer po parku, 

jeszcze przed śniadaniem. 

Nie był to wtorek, dzień przeznaczony na spotkanie z Nathanem. Uśmiechnęła się 

na  myśl  o  swoim  sekrecie.  Przez  wszystkie  lata  pracy  nie  tęskniła  za  wolnym  od  obo-

wiązków dniem tygodnia. Odkąd mieszkała z Carlowami, sprawy, którymi się wówczas 

zajmowała,  rzadko  różniły  się  od  tego,  co  robiła  podczas  dni  pracy.  Zapewne  było  tak 

dlatego, że lubiła towarzystwo dziewcząt, a one nie miały nic przeciwko temu, żeby brała 

sobie wolne w inne dni, jeśli tego potrzebowała. Wątpiła, czy jeśli wyjdzie tego ranka na 

spacer, Verity będzie bardzo brakowało jej towarzystwa przy śniadaniu. 

Dopiero  od  czasu  pojawienia  się  Nathana  Dale'a  odczuła  potrzebę  prywatności  i 

pragnienie trzymania niektórych działań w tajemnicy. Pewnie dlatego poczuła mrowienie 

na  karku,  kiedy  tego  ranka  podążała  alejką.  Czy  spowodował  je  dzisiejszy  sen,  czy 

wspomnienie  wtorkowych  pocałunków?  A  może  poczucie  winy  z  powodu  kradzieży 

dziennika? 

Nie  chciała  o  tym  myśleć.  Nie  mogło  być  nic  tak  strasznego  w  zabraniu  jednego 

tomu  dzienników,  które  latami  stały  nietknięte  w  bibliotece.  Gdyby  hrabia  Narborough 

naprawdę chciał ukryć swoje sekrety, z pewnością spaliłby dziennik. 

Gdyby to jednak zrobił, brak tomu, jednego z wielu ustawionych według kolejno-

ści  lat,  w  których  były  pisane,  i  oznaczonych  na  grzbietach  wytłoczonymi  cyframi, 

mógłby  się rzucać  w  oczy. Już to  samo  stanowiłoby  wskazówkę.  Może  dlatego  ograni-

czył się do usunięcia stron.   

W  domu  Carlowów  z  pewnością  było  coś  nie  tak.  Może  złe  przeczucia,  które  jej 

towarzyszyły,  nie  wynikały  z  jej  własnych  działań,  ale  były  efektem  narastających  po-

dejrzeń,  że  cała  rodzina  wkrótce  znajdzie  się  w  kłopotach.  A  może...  Rzuciła  trwożne 

T L

 R

background image

spojrzenie w bok. Czy mężczyzna stojący przy tamtych kasztanowcach przed chwilą pa-

trzył w jej kierunku, a teraz nagle się odwrócił? 

Bzdura,  powiedziała  sobie,  ale  przyspieszyła  kroku  i  skręciła  przy  najbliższym 

rozwidleniu  alei,  zakładając,  że  on  pójdzie  dalej  prosto,  a  wówczas  ona  się  upewni,  że 

coś jej się przywidziało. 

Tymczasem niebawem zobaczyła go ponownie. Wciąż był za nią, bliżej niż przed-

tem.  Kiedy  to  samo  zdarzyło  się  przy  kolejnym  zakręcie,  spojrzała  prawdzie  w  oczy. 

Nieznajomy ją śledził. 

Był przeciętnego wzrostu, szczupły i smagły, ze złotym krążkiem w uchu i uśmie-

chem przyklejonym do twarzy. Cygan, przed którym ostrzegał ją Marcus. Nie próbował 

się  przed  nią  kryć.  Kiedy  tak  szła  między  drzewami,  podchodził  ją  w  sposób,  w  jaki 

mógłby tropić zająca. 

Czego Marcus się obawiał? Nie była pewna, ale miała nadzieję, że nie chodziło o 

śmiertelne zagrożenie. Jej ruch okazał się błędem, bo dróżka, którą wybrała, była rzadko 

uczęszczana.  Bezmyślnie  oddaliła  się  od  innych  spacerowiczów.  Rozejrzała  się  wokół, 

szukając wzrokiem kogoś, kto mógłby przyjść jej z pomocą, gdyby ten człowiek próbo-

wał wyrwać jej sakiewkę albo ją napastować. Na ścieżce nie było nikogo. 

Cygan  musiał  odgadnąć  jej  myśli.  Uśmiechnął  się szeroko,  ręce  oparł  na bokach, 

rozpostarł dłonie i stanął twarzą do niej, jakby chciał dać jej do zrozumienia, że nie za-

mierza wyrządzić jej nic złego. 

- Panna Price? 

- Skąd pan mnie zna? 

- Wystarczy, że panią znam. Nie zamierzam zrobić pani krzywdy. 

- Wicehrabia Stanegate swego czasu ostrzegł mnie przed panem. 

- To, co chcę pani powiedzieć, nie ma nic wspólnego z Marcusem Carlowem ani z 

jego rodziną. Ta sprawa dotyczy wyłącznie pani. 

Poczuła osobliwe ssanie w żołądku. Przychodziło jej do głowy kilka powodów, dla 

których  ktoś  obcy  mógłby  pragnąć  rozmawiać  właśnie  z  nią,  i  żaden  z  nich  się  jej  nie 

podobał. 

- Dlaczego miałabym uwierzyć w to, co mi pan powie? 

T L

 R

background image

Roześmiał się. 

- Tak naprawdę to nie przywiązuję do tego najmniejszego znaczenia. Mam dla pani 

pewne informacje. Nic więcej. Zapewniam, że nie podejdę bliżej, a jeśli pani nie będzie 

na mnie patrzyć, nikt się nie domyśli, że rozmawiamy, jeśli będzie się nam przyglądał z 

daleka. 

- W takim razie proszę mi powiedzieć, co ma pan do powiedzenia, i odejść. 

- W pani życiu niedawno pojawił się pewien mężczyzna. Nie jest taki, na jakiego 

wygląda. Proszę mu nie ufać. 

- To pan jest mężczyzną, który niedawno pojawił się w moim życiu, a więc korzy-

stając z pańskiej rady, lepiej się stąd oddalę. - Zrobiła taki ruch, jakby chciała odejść, ale 

zorientowała się, że idąc w kierunku domu, musiałaby przejść tuż obok Cygana, choćby 

tylko po to, by go minąć. 

Uświadamiając sobie jej rozterkę, zszedł ze ścieżki i zostawił jej wolną drogę. 

- Dobrze w takim razie. Przyszedłem do pani, bo mamy wspólnego wroga. Czy oj-

ciec mówił pani kiedykolwiek o panu Wardale'u? 

Zaskoczona zwolniła kroku. 

- Proszę złożyć niespodziewaną wizytę w swoim starym domu, wówczas wszystko 

stanie się dla pani jasne. - Po tych słowach zawrócił i znikł między drzewami, zostawia-

jąc jej wolną drogę.   

Szła  powoli,  noga  za  nogą,  świadoma,  że  po  wyjściu  z  parku  przywoła  powóz  i 

każe się zawieźć na Hans Place, tak jak sugerował Cygan. Nie wiedziała, co zrobi, jeśli 

zastanie tam Nathana Wardale'a, ale musiała wiedzieć, czy ten mężczyzna żyje. 

A  co  do  ostrzeżenia  Cygana  przed  mężczyzną,  który  pojawił  się  niedawno  w  jej 

życiu? Możliwość, która przyszła jej do głowy, była zbyt straszna, by brać ją pod uwagę. 

 

Nathan  siedział  przy  biurku  w  gabinecie,  przygryzając  wargę  i  z  roztargnieniem 

przestawiał  kolejność pozycji  wymienionych na  leżącej przed nim  kartce papieru.  Cho-

ciaż nie powinien ociągać się z wypełnianiem obowiązków, nie było powodu, dla które-

go nie mógłby zabrać się do nich we właściwym porządku. Choć bardzo chciałby ruszyć 

T L

 R

background image

na  poszukiwanie  tajemniczego  szyfru  Roberta  Veryana,  ta  sprawa  została  umieszczona 

na samym końcu. 

Ważną rzeczą było podjąć działanie. Nie może spędzać kolejnego dnia na siedze-

niu przy biurku, rozmyślaniu, szkicowaniu na bibułce, podczas gdy życie ucieka. Po la-

tach ukrywania się i wyrzutów sumienia dobrze byłoby coś zrobić. Niemal czuł, jak jego 

umysł analizuje różne możliwości, jakby budził się po długim śnie. Położył się jako Nate 

Dale, ale wstał jako Nathan Wardale. 

Czy  nie  powinien  najpierw  udać  się  do  dowództwa  marynarki?  Bardzo  by  go 

uspokoiło,  gdyby  wiedział,  że  nie  musi  się  obawiać  aresztowania,  że  nie  zamkną  go  w 

jakiejś ładowni i nie wyślą znowu do Ameryki. Jak tylko będzie bezpieczny przed rosz-

czeniami wojska, umieści w „Timesie" ogłoszenie i poszuka informacji o Rosalind, He-

lenie i matce. 

A w najbliższy wtorek... 

Nie. To nie może czekać tak długo. Na pierwszym miejscu jego listy musi znaleźć 

się Diana Price. Napisze do niej natychmiast i wyjaśni ze szczegółami, kim jest i co się 

wkrótce wydarzy. Otworzy przed nią duszę, zanim zacznie działać, tak by nic jej nie za-

skoczyło. Będzie zła, oczywiście. Może nawet będzie się go bała. 

Diana nie jest pozbawiona serca. Patrzył jej w oczy i widział w nich tylko miłość. 

Powiedziała, że przeszłość się nie liczy. Teraz się okaże, czy rzeczywiście. On powie jej 

prawdę,  zda się  na  osąd.  Obieca, że będzie  czekał  każdego  wtorku  rano  w  Hyde  Parku 

dopóty, dopóki ona nie wróci. Będzie czekał tak długo, aż pewnego dnia, był tego pew-

ny, ona do niego przyjdzie. 

Nagle z korytarza dobiegły go jakieś hałasy. Po chwili ci, którzy je spowodowali, 

zbliżyli się do drzwi gabinetu. Kamerdyner Benton uniósł swój zazwyczaj łagodny głos 

najpierw w pozdrowieniu, a potem w sporze, zaś kobiecy głos protestował. 

Kiedy drzwi się otworzyły, uświadomił sobie, że jego plany uratowania przyszłości 

właśnie się zawaliły, bo sporządził je o dzień za późno. 

- To ty. - Diana stała w progu, w przekrzywionym czepku i zmiętym żakiecie, jak-

by tak jej się spieszyło, by znaleźć się z nim twarzą w twarz, że nie dbała o wytworność, 

która przystoi damie. - Ty jesteś graczem, przed którym ostrzegł mnie mój ojciec? 

T L

 R

background image

-  Diano.  -  Omal  się  nie  zadławił,  wypowiadając jej imię.  -  Mogę  wszystko  wyja-

śnić  -  zapewnił,  ale  nie  było  wytłumaczenia  tego,  co  kiedyś  uczynił.  Ani  możliwości 

obrony. 

- Myślę, że całkiem oczywiste jest, co się stało. Odkryłeś, że pracuję jako dama do 

towarzystwa  w  rodzinie  Carlowów.  Chciałeś  skompromitować  hrabiego  Narborough  i 

wykorzystałeś moje rodzące się uczucie, by mną manipulować. 

-  Nie  zrobiłem tego.  Idąc do tego  domu, nie miałem pojęcia,  że  cię  spotkam. Nie 

mogłem też przewidzieć, jak się to wszystko zakończy. 

- Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Wypytałeś mnie o przeszłość i przyszłość. A po-

tem wykorzystałeś moje potrzeby i pragnienia przeciwko mnie. 

- Pytałem cię, bo chciałem wiedzieć o tobie więcej. Nie zamierzałem... 

Miała wypisane na twarzy, że mu nie ufa. 

-  Dlaczego  musiałeś  być  tak  okrutny?  Czy  bawiło  cię,  że  wzbudzasz  we  mnie 

uczucie? Dlaczego po prostu nie wykorzystałeś weksla mojego ojca, by nakłonić mnie do 

uległości? Na pewno wiedziałeś, że zrobiłabym wszystko, żeby go odzyskać. 

- Miałem nadzieję, że zapomniałaś. 

-  Zapomniałam?  -  Położyła  dłoń  na ustach, jakby  miała za  chwilę  wymiotować.  - 

Całe moje życie kręci się wokół tamtej nocy. To, gdzie jestem. Kim jestem. Myślałeś, że 

zapomnę, iż gracz trzyma mój honor jak lichą monetę? 

- Twój ojciec go przehandlował. - Nie powinien tego mówić, zdawał sobie bowiem 

sprawę, że sprawi Dianie ból. Ale dlaczego to on ma płacić, kiedy głupcy przychodzą z 

nim grać? 

-  Nie  potrafił  przerwać,  a  ty  wykorzystałeś  jego  słabość  tak,  jak  wykorzystałeś 

mnie. Skłoniłeś mnie podstępem, bym zwróciła się przeciwko rodzinie, która przez lata 

okazywała mi wyłącznie życzliwość. 

-  Nie  nakłaniałem  cię  do  wykradzenia  dziennika.  Sama  tego  chciałaś  i  kiedy  go 

przeczytałaś, zgodziłaś się ze mną. 

- Tylko dlatego, że zasiałeś ziarno niepewności w mym umyśle. Obiecałeś, że bę-

dziemy razem, jak tylko to zostanie załatwione. A ja? - Roześmiała się gorzko. - Ja głu-

pio przekonałam siebie samą, że kierowały tobą uczciwe zamiary. Nie miałam pojęcia, że 

T L

 R

background image

gdyby  ci  zależało,  byśmy  byli  razem  -  wzdrygnęła  się  -  wystarczyło,  żebyś  wyciągnął 

weksel mojego ojca i zażądał tego, co w nim napisano. 

- Dobrze mnie zrozumiałaś. Zamierzałem poprosić cię o rękę. Nie myślałem w taki 

sposób, jak to przedstawiasz. Proszę. - Po omacku grzebał w kieszeni. - Jeśli to tyle dla 

ciebie znaczy, weź ode mnie ten przeklęty papier teraz. 

- Nosisz go przy sobie? Miałeś go przy sobie przez cały ten czas? 

- Tak. - Ponownie wyciągnął go w jej stronę. - Weź go. 

Podniosła rękę i nagle zatrzymała dłoń o parę cali od kartki. 

- Bawisz się moim kosztem, prawda? Co chcesz w zamian? 

- Bawię się? Z pewnością nie. Zabierz to. 

- Mogę dać ci pieniądze. Niedużo... 

- Myśl sobie o mnie, co chcesz, Diano, bo zasługuję na twoją pogardę, ale nie mów 

mi, że twoja cnota da się przeliczyć na pieniądze. A nawet gdyby tak było, na pewno by-

łaby warta więcej niż trzydzieści cztery funty. 

Diana  zamilkła,  kiedy  znaczenie  tych  słów  dotarło  do  jej  świadomości,  a  Nathan 

zapragnął  cofnąć  je  i  zacząć  od  nowa.  Może  wtedy  potrafiłby  ująć  to  tak,  by  ten  gest 

wydał się mniej pospolity i bezmyślny, a bardziej szlachetny. 

Wreszcie przemówiła, a jej głos był niewiele głośniejszy od szeptu. 

- To też byłeś ty. Nikt z wyjątkiem Nathana Wardale'a się mną nie interesował. 

- Chciałem pomóc. 

- Sądziłam, że znam rozmiar swoich długów wobec ciebie. Teraz widzę, że muszę 

jeszcze dodać trzydzieści cztery funty. Jaka głupia byłam, że dziesięć już wydałam. Będę 

musiała sięgnąć do swoich niewielkich oszczędności, by zwrócić ci całą sumę. 

- Nie zrozumiałaś mnie, Diano. Nie chcę od ciebie pieniędzy... 

- W takim razie jest tylko jedna rzecz, której ode mnie chcesz. - Jej oczy płonęły, 

skóra przybrała barwę ciemnego różu, a drżenie warg sprawiało, że tym bardziej chciało 

się je całować. 

Gdyby nie był wytrawnym graczem, nie utrzymałby nerwów na wodzy. Jej niechęć 

do niego pobudziła go w tym samym stopniu, co rozgniewała. Pamiętał smak tych warg, 

dotyk  jej  dłoni  na  swojej  twarzy,  jej  pełne  niepokoju  spojrzenie,  kiedy  opowiedział  o 

T L

 R

background image

przeszłości.  Kiedy  trzymał  ją  w  ramionach  w  Hyde  Parku,  była  gotowa  wybaczyć  mu 

wszystko i nie zwracać uwagi na wady. Czyżby aż tak się zmienił? Wyrzucił ręce do gó-

ry w geście poddania. 

- W porządku. Przyznaję się do wszystkiego, niech Bóg ma mnie w opiece. Przede 

wszystkim nigdy nie chciałem tego weksla. Prosiłem twojego ojca, by przestał grać, za-

nim do tego doszło. A kiedy odmówił, chciałem go zaszokować zakładem, którego żaden 

zdrowy na umyśle człowiek by nie przyjął. To był błąd. Diano Price, twój ojciec był zbyt 

szalony na punkcie kart, by dbać o honor własnej córki. 

Zatkała dłońmi uszy, jakby nie chciała tej prawdy przyjąć do wiadomości. 

- Zrobił coś nie do pomyślenia, a ja cię nie szukałem. Przez całe dziesięć lat. Nie 

zamierzałam robić tego, do czego uprawniał mnie weksel nawet wtedy, kiedy cię całkiem 

przypadkowo spotkałem. Dałem ci te pieniądze, mając nadzieję, że w ten sposób złago-

dzę swoją winę, która naprawdę jest wielka. - Zaśmiał się z własnej głupoty. - Wydawało 

się,  że  to  skutkuje.  Myślałem  nawet  przez  chwilę,  że  wszystko  zostało  mi  wybaczone. 

Przekonałem siebie samego, że będę mógł oświadczyć się o twoją rękę jak należy i ukryć 

to, co  zrobiłem.  Byłabyś  szczęśliwa ze swoim  wyobrażeniem pana  Dale'a.  Dopilnował-

bym  tego.  Wówczas  Cygan  zagroził,  że  powie  ci  prawdę,  a  ja  byłem  skłonny  zrobić 

wszystko, by  temu  zapobiec.  Ale  on i tak  to uczynił, prawda?  Bo  jak  inaczej byś  mnie 

odnalazła? 

W duchu przeklął najpierw Stephana Beshaleya, a potem własną głupotę. Jak mógł 

uwierzyć, że ten człowiek, niegdyś jego przyjaciel, ma odrobinę litości? 

- Przyszłaś do tego domu - ciągnął Nathan - który kiedyś należał do ciebie, i zażą-

dałaś  prawdy.  Nie  będę  dłużej  zaprzeczał.  Jestem  Nathanem  Wardale'em,  mężczyzną, 

który zrujnował twojego ojca i twoje życie. Pragnę cię całkowicie i bez reszty. W sposób, 

którego nie potrafisz sobie Wyobrazić i który nie ma nic wspólnego z tym głupim skraw-

kiem  papieru.  Twój  widok,  głos,  smak...  Słodka  twarz,  miękka  skóra.  Sposób,  w  jaki 

przekrzywiasz głowę na bok, kiedy się zamyślasz. To, jak udajesz, kiedy się uśmiechasz, 

że marszczysz brwi, tak by móc sprawiać wrażenie surowej przyzwoitki, nie tak młodej i 

czarującej jak dziewczęta, którymi się zajmujesz. Na samą myśl o tobie zapiera mi dech. 

A pocałunki w parku? - Powoli pokiwał głową. - Ich pamięć mnie prześladuje. 

T L

 R

background image

-  Ty  łajdaku!  -  Wyciągnęła  rękę  gotowa  go  uderzyć,  ale  złapał  ją  z  łatwością  i 

przyciągnął Dianę.   

Była  tak  słodka, jak pamiętał.  Wdarł się  w  jej usta i po  chwili  poczuł, że  z pasją 

oddała pocałunek. 

Nagle odepchnęła go i wytarła usta, jakby to, co zrobili, budziło w niej odrazę. 

- Nienawidzę cię. 

- Nawet mnie nie znasz. - Popatrzył na nią z żalem, mając nadzieję, że to złagodzi 

jej wzburzenie. - Chciałbym, żeby to się zmieniło. Moglibyśmy zapomnieć o przeszłości. 

Zacząć wszystko od nowa, tak jak planowaliśmy. 

- Nie, dopóki istnieje weksel. 

- W takim razie proszę bardzo. - Wsunął jej zobowiązanie do ręki i zacisnął na nim 

jej palce.   

Pomyślał,  że  wreszcie  się  stało.  Ona  miała  ten  papier,  a  nie  on.  Po  to  przecież 

przyszła. Mogą zacząć od nowa. 

W tym momencie zobaczył wyraz jej oczu. Wciąż go podejrzewała, spodziewając 

się  pułapki.  Nie  było  sposobu  przekonania  jej,  że  nie  liczył  na  wynagrodzenie.  Gdyby 

zostawił  ją  w  spokoju,  żyłaby,  czekając  na  niego.  A  jeśli  nie?  Podczas  ich  pierwszej 

wspólnej nocy byłaby w stanie myśleć tylko o tym. 

- Czego ode mnie chcesz? - spytała Diana głosem pozbawionym wyrazu. 

-  A  na  co  zasługuję,  jak  myślisz?  -  Jeśli  uważa  go  za  potwora,  niech  to  powie. 

Niech pośle go do diabła. 

Podeszła do sofy stojącej przy kominku i położyła się na niej, zadzierając spódnice 

i rozkładając nogi. 

- Przestań natychmiast! - wykrzyknął Nathan.   

Upuściła weksel na podłogę, a on niewiele myśląc, znów go podniósł. 

-  Nie  chcę  ani  minuty  dłużej  znosić  świadomości  niespłaconego  długu.  Jak  mam 

żyć, wiedząc, że możesz przyjść po mnie w każdej chwili? To nie do zniesienia. 

Zbliżył się do niej, a ona się nie podniosła, ale odsunęła, jakby myśl, że on mógłby 

skorzystać z tego, co mu oferowała, była dla niej wstrętna. 

T L

 R

background image

- Pytałem cię. - Oskarżycielsko wskazał na nią palcem. - Pytałem, czy jesteś zado-

wolona,  wykonując pracę  damy  do  towarzystwa.  Zapewniłaś mnie, że  jest ci  z  tym do-

brze, że jesteś szczęśliwa. Kłamałaś? 

- To było, zanim dowiedziałam się, kim jesteś. 

-  Rozumiem,  że nie możesz być szczęśliwa  ze mną.  Ale  wydawało  mi  się, że za-

czynałaś lubić Nathana Dale'a. Czy to też było kłamstwo? 

- To była pomyłka. - Leżała nieruchomo na kanapie, pierś jej wznosiła się, a spód-

nice były w takim nieładzie, że pod nimi mógł dostrzec smukłe kostki i kształtne łydki. 

Każdy  ruch  i  oddech  wydawał  się  zaproszeniem.  Był  pewien,  że  ona  go  pragnie, 

choć przysięgała, że tak nie jest. 

- To błąd, który można szybko naprawić. Nathan Dale, którego kochałaś, odszedł i 

nigdy nie wróci. Czy naprawdę czujesz, że między tobą a Nathanem Wardale'em nie ma 

niczego? 

Zawahała się, po czym odrzekła: 

- Między nami nie ma niczego poza tym papierem.   

Nathan nie dał za wygraną. Spojrzał jej głęboko w oczy i uznał, że Diana blefuje. 

Złamał jej serce swoją niedbałością. Była rozczarowana i zła. Bała się. Nie jego się 

bała, ale tego, co była gotowa zrobić, gdyby jej znów dotknął. Miała nadzieję, że jedno 

słabe kłamstwo sprawi, że on rzuci karty i odejdzie od stołu. Między nimi było o wiele 

więcej, niż Diana była skłonna przyznać. Jeśli on pozwoli jej uciec, nigdy go nie zrozu-

mie.  Wziął płytki  oddech  i  przeczytał  kartkę,  jakby  słowa były  dla  niego nowe,  ale nie 

miały znaczenia. A potem schował ją na powrót do kieszeni. 

- W takim razie kłamałem, kiedy powiedziałem, że nie chcę go zrealizować. Jeśli 

między nami nie ma miłości, to dlaczego mam oddać go bez zapłaty?  - Poklepał się po 

kieszeni. - Wciąż go mam, tak jak przez ostatnie dziesięć lat. W tym czasie nie próbowa-

łem cię krzywdzić, ścigać, upokarzać. I tak pozostanie, jeśli chcesz zniknąć z mojego ży-

cia. Skoro to dla ciebie takie ważne, w takim razie musisz wziąć weksel z mojego noc-

nego  stolika.  Wróć  tu  o  ósmej  wieczorem.  Uporządkujemy  sprawy  między  nami.  Jeśli 

potem  będziesz  chciała  odejść,  zabierzesz  zobowiązania  swego  ojca  ze  sobą  i  będziesz 

T L

 R

background image

mogła  z  nim  zrobić,  co  ci  się  żywnie  podoba.  Jak  stąd  wyjdziesz,  nie  zobaczysz  mnie 

więcej. Miłego dnia, panno Price. 

Zostawił ją, wychodząc wielkimi krokami z gabinetu, i udał się na górę do swojej 

sypialni.  Diana  wciąż  leżała  na  kanapie.  Gdyby  pozostał  jeszcze  chwilę  w  jej  towarzy-

stwie, mógłby ulec pożądaniu i rzucić się na nią jak zwierzę, za jakie go uważała. 

Jego własne słowa zaszokowały go. Jaki dżentelmen powiedziałby cos takiego da-

mie?  Zwłaszcza  kobiecie,  którą  kocha.  Jeśli  jednak  nie  dostrzegła  jego  obrzydzenia  do 

samego  siebie, mogła  sobie  myśleć, co jej  się  podoba. Skoro  oczekiwała podłego  uwo-

dziciela, będzie nim. Zagra w jej grę i pokona ją, bo co jak co - ale w grach był naprawdę 

dobry. 

Czym  zresztą  była  miłość  jak  nie  kolejną  hazardową  rozgrywką?  Był  pewien,  że 

Diana Price wróci do tego domu, gotowa dokonać ostatecznego poświęcenia, by zakoń-

czyć  swoje  sprawy  z  Nathanem  Wardale'em.  Czy  jednak tak się  stanie,  kiedy  drzwi się 

zamkną i światła zgasną, to już zupełnie inna kwestia. 

Kochała  go  przed  tym  porankiem.  Gdyby  jako  Nathan  Dale  zwabił  ją  do  siebie 

przed  dwoma  dniami  i  poprosił  o  to,  o  co  teraz  się  targowała,  ofiarowałaby  to  chętnie. 

Jeśli więc będzie miała czelność przyjść do niego wieczorem, da jej taką noc, jaką każdy 

mężczyzna chciałby dać kobiecie, którą kocha, a potem zobaczy, czy ona będzie gotowa 

go zostawić. 

T L

 R

background image

Rozdział piętnasty 

 

Jak mogła być tak głupia? 

Te słowa odbijały się niekończącym echem w głowie Diany, kiedy siedziała z Ve-

rity i Honorią w Białym Salonie, machinalnie wbijając i wyciągając igłę z robótki. Czy 

ojciec nie ostrzegał jej przed takim dniem jak ten? Czy nie spędziła całego dorosłego ży-

cia  w  nieustannym  napięciu,  podejrzewając,  że  pewnego  dnia  rozlegnie  się  pukanie  do 

drzwi i pojawi się w nich mężczyzna, który będzie wiedział, co jest mu winna? 

Naturalnie, Nathan Dale nie przyszedł jako uwodziciel. Chciał spotkać się z Mar-

cusem  i  jej  widok  najwyraźniej  go  zaskoczył.  Jego  ciekawość  stanowiła  od  początku 

wskazówkę i zarazem ostrzeżenie. Kto miałby powód, by się zainteresować damą do to-

warzystwa?  Uwierzyła  jednak  podszeptom  własnej próżności.  Wyobraziła  sobie,  że mu 

się spodobała. 

Naturalnie mężczyzna z opisu jej ojca różnił się diametralnie od tego, który zapu-

kał do drzwi Carlowów. Ojciec opisał Wardale'a jako niedorostka. Bladego, chudego, o 

zimnych  oczach.  Kiedy  zaś  poznała  Nell,  założyła,  że  brata  i  siostrę  łączy  większe  ro-

dzinne podobieństwo, niż miało to miejsce w rzeczywistości. 

Jeśli życie Nathana Wardale'a było tak ciężkie jak to opisywane przez Nate'a Da-

le'a, w takim razie osoba, którą widział jej ojciec, była zaledwie zarysem człowieka, któ-

rego  poznała.  Czy  podobało  mu się  to, czy  nie, służba  na  morzu  wyrobiła  mu mięśnie, 

zmieniła  karnację i  chód.  Trudy  sprawiły,  że  spoważniał i  stał  się  wrażliwy  na  uczucia 

innych.  Dopatrzyła  się  w  sobie  współczucia,  więc  je  odpędziła.  To  wszystko  nie  miało 

znaczenia. Wciąż ponosił odpowiedzialność za jej obecne położenie. 

Widocznie rozterki odbiły się na jej twarzy, bo Verity odłożyła robótkę i z niepo-

kojem przyjrzała się Dianie. 

- Na pewno dobrze się czujesz? 

- Wszystko w porządku. - Jej głos zabrzmiał fałszywie nawet we własnych uszach, 

a  uśmiech  zapewne  wyglądał  podobnie,  bo  teraz  z  kolei  Honoria  wbiła  spojrzenie  w 

twarz Diany. 

T L

 R

background image

-  Cóż,  z  pewnością  nie  wyglądasz  dobrze.  Może  będzie  lepiej,  jeśli  na  dzisiejsze 

przyjęcie udamy się bez ciebie. 

Przyjęcie. Dając pochopną obietnicę Nathanowi Wardale'owi, zapomniała, że mia-

ła towarzyszyć pannom Carlow na wieczorze muzycznym. Będzie musiała kłamać, żeby 

się z tego wyplątać. 

-  Chyba  masz  słuszność.  To  prawdopodobnie  początek  migreny.  Powinnam  się 

dziś  wcześniej  położyć.  W  takim  razie  pozostałybyście  bez  przyzwoitki,  a  ja  nigdy...  - 

Zostawiła tę myśl niedokończoną, czekając, aż któraś z dziewcząt połknie haczyk. 

-  Będziemy  całkiem  bezpieczne  w  towarzystwie  lorda  Keddintona  -  powiedziała 

Honoria. - Obiecuję, że będę się wzorowo zachowywać, bo byłoby wyjątkowo nie w po-

rządku cię martwić. 

Verity przytaknęła. 

- Nie sprawimy ci kłopotu i nie narobimy hałasu po powrocie, tak by nie zakłócić 

ci snu. 

Albo  zauważyć moją nieobecność,  gdybym  do tej pory  nie  wróciła,  dodała  w du-

chu Diana. 

- Dziękuję wam - odparła z uśmiechem, ignorując poczucie winy, które dało o so-

bie znać na myśl o tym, jak łatwo przychodzi jej oszukiwanie przyjaciół. 

To sprawka Nathana Wardale'a. Ciężko pracowała na swoją reputację, a gdy poja-

wił się w jej życiu, zaczęła kłamać, a nawet posunęła się do kradzieży. Teraz zaś przy-

gotowywała się do wymknięcia z domu, na zimno rozważając utratę cnoty z mężczyzną, 

którego przecież nie znosiła. Ile jeszcze grzechów popełni, zanim on z nią skończy? Czy 

niekontrolowany gniew stanowił jakąś rekompensatę? 

Czuła  gniew.  Nigdy  w  życiu  nie  była  tak  wzburzona.  Nawet  kiedy  ojciec  stracił 

dom, kazał jej usiąść i ze łzami w oczach tłumaczył, dlaczego muszą szybko wyjechać i 

dlaczego ona, za wszelką cenę, musi unikać kontaktów z mężczyzną o nazwisku Warda-

le. 

Gdy go wysłuchała, doznała szoku i potem przez długi czas była na niego zła, ale 

tę  złość  złagodziła miłość  i  przebaczenie.  Co dobrego  przyszłoby  jej  z  gniewu na  ojca, 

nawet gdyby jego zachowanie się nie zmieniło? 

T L

 R

background image

Nathan Wardale stał się człowiekiem, którego mogłaby kochać i szanować, gdyby 

nie przeszłość.  Czy  nie  wystarczała  mu  świadomość,  że należy  do  niego  jej ciało?  Czy 

koniecznie musiał również wygrać jej serce? 

Roztopiła się niczym wosk pod wpływem jego pocałunków i tęskniła za dotykiem 

jego dłoni. Nawet tego ranka, kiedy była na niego wściekła, zdołał przemienić jej gniew 

w namiętność. Postępowała tak irracjonalnie i impulsywnie tylko wobec niego. Zupełnie 

jakby  na jego  widok traciła  rozsądek i spokój,  które  z  niej emanowały  w  obecności in-

nych ludzi. Chciała go zranić, by cierpiał tak jak ona. 

Znała miejsce pobytu Heleny Wardale. 

Czy kiedykolwiek wymieniła imię tej kobiety podczas ich rozmów? Najwyraźniej 

nie, ponieważ Nathan jakoś by to skomentował. Gdyby cokolwiek podejrzewał, zapytał-

by ją bezceremonialnie o nazwisko panieńskie żony Marcusa. Gdyby wiedział, jak blisko 

jest rozwiązanie zagadki, porzuciłby tę farsę i błagał ją, żeby powiedziała mu całą praw-

dę. Z podobną determinacją doprowadzi dzisiejszego wieczoru do jej upokorzenia, kiedy 

będzie chciała odzyskać wolność. 

Ale teraz? Ona wykorzysta jego jedyną słabość dla swojej korzyści. 

Zaczekała, aż dziewczęta opuszczą dom w towarzystwie lorda Keddintona, reagu-

jąc  na  ich  troskę  słabym  podziękowaniem  i  obietnicą,  że  postara  się  dobrze  wypocząć 

podczas ich nieobecności. 

Kiedy  drzwi  się  za  nimi  zamknęły,  pobiegła  do  swojego  pokoju.  Rzuciła  w  kąt 

suknię,  którą  nosiła  jako  zwyczajna  Diana  Price, dama do  towarzystwa,  i  wyciągnęła  z 

garderoby zieloną jedwabną kreację, kupioną za pieniądze, które dał jej Nathan. Brudne 

pieniądze, które miały uspokoić jego sumienie. 

Zapięła  ją  i  odwróciła  się,  by  podziwiać  swoje  odbicie  w  lustrze.  Suknia  miała 

głęboki  zielony  kolor  jego  oczu  i  była  nieprzyzwoicie  wycięta.  Piersi  omal  nie  wysko-

czyły z obcisłego stanika, mlecznobiałe i piękne. Będzie chciał dotykać tych piersi, była 

tego pewna, i poczuła, jak przebiegł przez nią dreszcz. Zabrała się do czesania włosów, 

wyciągając  szpilki  i  rozplatając  warkocze,  aż  loki  sprawiały  wrażenie,  że  przy  najlżej-

szym dotknięciu rozsypią się na ramiona. Kolejny sposób, by złapać go w pułapkę, jeśli 

jego słowa w parku były prawdziwe. 

T L

 R

background image

Od lat wyobrażała sobie, co by było, gdyby została zmuszona udać się do Nathana 

Wardale'a i złożyć mu w ofierze swoje dziewictwo. Ale teraz? Pójdzie jako zdobywczy-

ni. Kiedy będzie próbował ją wziąć, ona będzie brała od niego na równych prawach. Bę-

dzie kusiła go, sprawdzała, do czego jest skłonny się posunąć, żeby odzyskać siostrę. 

Potem zobaczą, kto jest panem, a kto niewolnikiem. Po skończonych przygotowa-

niach  narzuciła  pelerynę  i  wymknęła  się  tylnymi  drzwiami  na  ulicę,  gdzie  przywołała 

dorożkę.  W  czasie  jazdy  oparła  się  wygodnie  o  poduszki,  upajając  się  okrucieństwem 

tego,  co  zamierzała  zrobić.  Jak  najskuteczniej  go  zranić?  Jeśli  zaatakuje  od  razu,  szok 

wytrąci  go  z  równowagi  i  zakłóci  resztę  jego  planów  wobec  niej.  Wówczas  zgodzi  się 

wymienić weksel na jej informacje o Helenie. 

Może  mogłaby  delektować  się  tą  chwilą.  Będąc  przez  cały  czas  panią  sytuacji, 

pozwoli mu myśleć, że to on ją kontroluje. Może nawet nie zdradzi sekretu. Wyjawi je-

dynie jakieś strzępki prawdy. Nic więcej. Sprawi, że będzie cierpiał tak jak ona, nie bę-

dąc pewnym, czy się czegoś w ogóle dowie i kiedy to nastąpi. Zatajenie dobrej nowiny 

będzie równie dotkliwe, jak zawieszenie wyroku. 

Dorożka zajechała przed budynek, który kiedyś był jej domem. Otuliła się szczel-

nie peleryną i naciągnęła kaptur, by zasłonić twarz przed woźnicą, dała mu znak, by za-

czekał,  wysiadła i pospieszyła  do  frontowych  drzwi.  Na  jej pukanie  odpowiedział  Ben-

ton.  Wyglądał  tak  samo,  jak  zapamiętała  go  z  dzieciństwa.  Kiedy  otwierał  jej  drzwi 

wcześniej tego dnia, nie był  w  stanie  opanować radosnego  okrzyku  „Panienka  Diana!", 

zupełnie jakby jej wściekłość na niego i na Wardale'a nie mogły stłumić jego szczęścia, 

że widzi ją w dobrym zdrowiu. 

-  Jestem  oczekiwana  -  powiedziała,  na  co  zareagował  beznamiętnym  skinieniem 

głowy. 

Nie  dała  mu  innego  wyjaśnienia,  ale  na  pewno  się  domyślił,  co  wkrótce  nastąpi. 

Zalała ją fala wstydu, bo było to tak, jakby ojciec dożył chwili jej hańby. Benton chciał 

wziąć od niej pelerynę, ale cofnęła się gwałtownie, zupełnie jakby nawet najlżejsze do-

tknięcie było atakiem. 

Kamerdyner skulił się i ręce mu opadły. Po chwili mamrocząc, że zawiadomi pana, 

poprowadził ją do salonu i zamknął drzwi przed wścibskimi oczami. 

T L

 R

background image

Dom wydawał się bardzo cichy, bo prócz Bentona w zasięgu wzroku nie było żad-

nego  lokaja,  pokojówki  czy  innego  służącego.  Wystarczyło,  by  tylko  jedna  para  oczu 

widziała ją wchodzącą do środka. Ile osób dowie się o jej upadku, zanim ten wieczór do-

biegnie końca? Czy po przestąpieniu tego szczególnego progu będzie mogła powrócić do 

dawnego życia? To chyba niemożliwe. Niecały tydzień temu była szczęśliwie zakochaną 

kobietą. Teraz do tego mężczyzny czuła jedynie odrazę, a tamto uczucie wydawało jej się 

odległym wspomnieniem. 

Widok  domu  wywołał  w  niej  niejasne  uczucia.  Przypominał  jej  nocną  marę. 

Gdziekolwiek spojrzała, widziała coś znajomego. Znała te pokoje, ale wszystko było nie 

tak. Zauważyła mały stolik z marmurowym blatem, pod którym bawiła się jako dziecko. 

Kiedyś był w górnym holu. Jak to się stało, że znalazł się tutaj? Gdzie z kolei podział się 

zegar z kurantem, który stał na gzymsie kominka? Wazon z ciętymi kwiatami wyglądał 

bardzo ładnie, ale czy nie powinien zdobić holu? 

Było tak, jakby czas odmienił dom, podobnie jak przypływy i odpływy zmieniają 

piach  na  plaży.  Nic  nie  wyglądało  tak,  jak  to  sobie  wyobrażała,  marząc,  że  wraca  tu 

triumfująca i wyrzuca uzurpatora. 

To  nie  był  jej  salon,  choć  robił  przyjemne  wrażenie,  a  w  innych  okolicznościach 

mogłaby nawet uznać go za wygodny. Ogień w kominku i wazon z kwiatami, ustawiony 

na  gzymsie,  wydawały  się  milsze  niż  beznamiętne  tykanie  zegara.  Zmarszczyła  czoło. 

Spodziewała się, że poczuje coś więcej. Szczęście albo smutek, albo, co bardziej praw-

dopodobne,  słuszny  gniew  na  mężczyznę,  który  zabrał  jej  dom  i  dołożył  starań,  by  ze-

trzeć z niego ślady poprzednich właścicieli. 

Tymczasem było tak, jakby jakaś część jej gniewu znikła wskutek tej zmiany. To 

już nie był jej dom. Nawet gdyby wróciła, proste przestawienie mebli nie przywróciłoby 

przeszłości. Nie mogło też zmienić niczego, co już się zdarzyło. 

Drzwi się otworzyły i bez zapowiedzi wszedł Nathan Wardale. Uśmiechnął się do 

niej, jakby nic się między nimi nie zmieniło. 

-  Witaj,  Diano.  -  Wyciągnął  rękę.  -  Benton nie  wziął  od  ciebie  peleryny?  Proszę, 

pozwól mi to zrobić. Może kieliszek wina? 

T L

 R

background image

Wściekłość zakipiała w niej na nowo. Jak on śmiał udawać, że to zwyczajna wizyta 

i że ona oczekuje jego gościnności? 

-  Wino  nie  będzie  konieczne.  Załatwmy  nasze  interesy  -  powiedziała  przez  zaci-

śnięte zęby. - Dorożka czeka, a ja zamierzam wrócić do domu przed dziesiątą. 

-  Powiedziałaś  woźnicy,  żeby  zaczekał?  -  Spojrzał  na  nią  dziwnie,  a  potem 

uśmiechnął się, jakby z litością. - Odeślę go. Posłałbym służącego, ale prawie wszystkim 

dałem wolne na ten wieczór. Pomyślałem, że tak będziesz wolała. 

- Wieczór? - Bezczelność tego mężczyzny była zdumiewająca. - Nie potrzebuję ty-

le czasu, żeby załatwić sprawę. 

- A jednak potrzebujesz. - Nathan znów się uśmiechnął. - Jesteś wyjątkowo naiw-

na. Musisz jednak uznać, że jestem bardziej doświadczony w sprawach, które zajdą dzi-

siejszego wieczoru, i pozwolić, żebym to ja ustalał warunki. 

Zanim zdołała się odezwać, wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Diana od-

ciągnęła  zasłonę  i  wyjrzała przez  frontowe  okno  w samą porę, by  zobaczyć, jak  podaje 

woźnicy banknot, po czym daje mu znak, by odjechał. Ulica wyglądała tak, jak zapamię-

tała, ale czerwony jedwab, z którego uszyto zasłony, nie miał nic wspólnego z zielonym, 

którego  się  spodziewała.  Zamknęła  oczy  na  widok  tego  dysonansu  i  próbowała  ustalić, 

czy  władcze  zachowanie  Nathana  doprowadza  ją  do  większej  furii,  czy  też  powoduje 

wzrost nerwowości. 

Łatwo  było  spiskować  przeciwko  niemu,  kiedy  się  nie  patrzyło  w  ciemnozielone 

oczy.  Można  było  zapomnieć,  że  ten  mężczyzna  jest  mistrzem  hazardu  i  potrafi  ukryć 

prawdziwe uczucia. Inaczej nie zdołałby odzierać innych z ich skarbów. Musiała zacho-

wać czujność, bo  gdyby  zaczęła  myśleć  o nim jako  o prawowitym  właścicielu tego do-

mu, jak mogłaby być na niego zła? 

Kiedy powrócił, znów się uśmiechał, zupełnie jakby uznał jej nieuchronnie zbliża-

jący się upadek za zabawny. 

- Chciałaś zatrzymać dorożkę, jakbyś załatwiała drobną sprawę. Ile czasu może to 

zająć, jak uważasz? 

Zastanawiała  się,  czy  to  pytanie  miało  ukryty  cel,  czy  stanowiło  jedynie  próbę 

przeciągnięcia spotkania. 

T L

 R

background image

W  podobny  sposób  rozmyślała  nad  jego  wszystkimi  innymi  pytaniami  od  dnia, 

kiedy się poznali. 

- Najmniej jak to możliwe. Już zabrało mi dziesięć lat życia. Nie zamierzam stracić 

nawet chwili więcej, niż to konieczne. 

Chciała, by te słowa go zabolały, ale jeśli tak było, nie pokazał tego po sobie. 

Wzruszył ramionami. 

- Zajmie tyle, ile trzeba. Nie tak mało, jak ty byś chciała. Nie tak dużo, jak ja bym 

chciał. Gdybym  był  niezdarny,  samolubny  albo  okrutny,  już teraz  mogłabyś  siedzieć  w 

dorożce. Moglibyśmy załatwić nasze interesy tutaj na dywanie albo przy ścianie i nawet 

nie musielibyśmy sobie zawracać głowy rozbieraniem. 

Nathan  objął  Dianę  czułym  spojrzeniem  i  przez  chwilę  osłabła,  pragnąc,  by  ten 

mężczyzna mógł stać się na powrót Nathanem Dale'em. 

- Słyszałem opowieści o sułtanach w seraju, którym ta sprawa zajmowała całe dnie, 

a nawet tygodnie. Powolne zdejmowanie szat, pozbywanie się zahamowań, przygotowa-

nie umysłów i ciał obojga uczestników, wyostrzanie zmysłów. A wszystko po to, by do-

cenić finał. To nie jest coś, z czym należy się spieszyć. 

Ściszył głos i mówił coraz wolniej, zatrzymując się na każdym słowie. Czy to jej 

wyobraźnia,  czy  naprawdę  czuła  zapach  trociczek,  słyszała  egzotyczną  muzykę  i  sma-

kowała daktyle? Widziała siebie leżącą na jedwabnych poduszkach, a on pochylał się nad 

nią, pieszcząc i perfumując jej nagie ciało. 

Wstrzymała oddech, bo ten obraz był przyjemny, i próbowała ponownie przywołać 

gniew.  Spostrzegła,  jak  wyraz  twarzy  Nathana  zmienił  się,  jakby  odgadł,  co  sobie  wy-

obraziła, i spodobało mu się to. 

- Wrócisz do domu przed świtem. Nie za późno, by zniszczyć sobie reputację, jeśli 

udało  ci  się  ukryć  nieobecność.  -  Przerwał  i  po  chwili  dodał:  -  Naturalnie  jeśli  wciąż 

chcesz przez to przejść. Nie zamierzam zmuszać cię do robienia czegokolwiek, co uwa-

żasz za wstrętne. Nie jest za późno, żebyś zmieniła zdanie. 

- Nie. Jestem zdecydowana. - Głos nie zabrzmiał pewnie nawet w jej uszach.   

T L

 R

background image

Dał  jej  szansę  wycofania  się.  Dlaczego  z  niej  nie  skorzystała  i  nie  uciekła?  Albo 

nie  potraktowała  jej  jak  zwycięstwa?  Wystarczyło  powiedzieć:  „Tylko  mnie  dotknij,  a 

nigdy nie zobaczysz Heleny". 

Tymczasem  jej  zdradziecki umysł  zastanawiał się  nad tym, jak by  to  było,  gdyby 

nieuchronnie zbliżający się rytuał zajął całe tygodnie. Nathan działał tak metodycznie, że 

każda myśl, każdy uśmiech, każde słowo wydawało się zajmować godziny, zanim dotar-

ło do niej. Upłynęło jeszcze parę uderzeń serca, nim powiedział: 

- W porządku. W takim razie zaczynajmy.   

Położył dłonie na jej ramionach i zsunął pelerynę. 

Kiedy się odwrócił i zobaczył Dianę w zielonej sukni, zamarł w bezruchu, jedynie 

jego spojrzenie wędrowało po całym jej ciele, zatrzymując się dłużej na ramionach i na 

wpół obnażonych piersiach. 

- Taka piękna, ale za dużo, za szybko - szepnął. - Jesteś jak uczta, a ja umieram z 

głodu.  Przychodzisz  tak  do  mnie,  wiedząc,  że  poza  przypadkowym  muśnięciem  pierw-

szego dnia nigdy nie dotknąłem twojej dłoni bez rękawiczki? 

Z czułością położył ręce na ramionach Diany, powiódł nimi do dłoni i uniósł je do 

ust. Następnie powoli zsunął długie białe rękawiczki, odsłaniając wrażliwą skórę przed-

ramion cal po calu. Rękawiczki upadły na podłogę, a on znów uniósł jej dłonie. Potarł je 

zamkniętymi  wargami,  a  potem  otaczając  palcami  nadgarstki,  całował  ich  wnętrza. 

Wreszcie  dotarł  ustami  do  jej  nadgarstka  i  językiem  dotykał  jej  skóry  w  rytmie  pul-

sowania krwi. 

Gdzieś głęboko w niej pojawił się nieoczekiwany dreszcz rozkoszy. 

Uśmiechnął się. 

-  To  dlatego nie  wolno  się  zbytnio  spieszyć.  -  Trzymał  ją  za  czubki  palców,  idąc 

tyłem do drzwi. - Musimy tak wiele się nauczyć. - Ani na moment nie odrywał od niej 

wzroku,  kiedy  prowadził,  pociągając  ją  za  sobą  po  schodach  i  dalej  korytarzem,  aż  do 

apartamentów pana domu. 

Diana poszła za nim, nie będąc w stanie się opierać, jakby pocałunki składane na 

jej  rękach  przywiązały  ją  do  niego  bardziej  niż  jakiekolwiek  okowy.  Rozglądając  się 

wokół,  zobaczyła,  że  w  ciągu  tych  dziesięciu  lat  wystrój  holu  też  się  zmienił.  Kolory, 

T L

 R

background image

meble i ozdoby wiszące na ścianach były inne albo stały w innych miejscach. Dom różnił 

się  od  tego,  który  kiedyś  opuściła,  tak  samo  jak  ona  nie  była  tamtą  osobą.  Również 

Nathan Wardale był innym człowiekiem od tego, którego spodziewała się tu znaleźć. 

Jednak  nie.  To  mężczyzna,  który  zrujnował  jej  ojca.  Nie  wolno  jej  o  tym  zapo-

mnieć. Opowieści Nathana Dale'a o ciężkim życiu i stracie rodziny nic dla niej nie zna-

czyły. Nie usprawiedliwiały tego, co zrobił. Różni ludzie cierpieli, a jednak nie kupowali 

i nie sprzedawali niewinnych dziewcząt przy karcianym stoliku. 

Tymczasem on wciąż patrzył na nią w zachwycie, jakby nic takiego się nie wyda-

rzyło. Patrzył tak, jak mógłby patrzeć zakochany mężczyzna, zupełnie jakby nie istniała 

przeszłość ani przyszłość poza ramionami kochanki. 

Przestąpili próg i weszli do sypialni. Nathan puścił dłonie Diany i zamknął drzwi, 

odcinając ich  od  reszty  świata.  Po chwili  wrócił.  Stanął bardzo blisko  i  pocałował  ją  w 

kark  tak  jak  wtedy  w parku.  To było  słodkie  i delikatne.  Na pewno nie  tak  wyobrażała 

sobie pocałunki tego, który miał ją ograbić z cnoty. 

- Chciałbym dotknąć twoich włosów.   

Podeszła do lustra stojącego na wysokiej toaletce i wyciągnęła pozostałe szpilki z 

włosów, gotowa je uwolnić. Napotkała jego odbicie. Patrzył na nią jak zahipnotyzowany. 

Pławiła się w cieple tego spojrzenia, bo było tak łagodne jak dotyk jego rąk, kiedy ją tu 

prowadził.  Chociaż  słowa  były  uwodzicielskie,  wszystko  w  jego  działaniach  było  obli-

czone na to, by ją uspokoić. Nie grozić, a stopniowo nakłaniać do reakcji. Gdy obserwo-

wała Nathana, poczuła, jak gniew ją opuszcza, a on wyczytał to w jej spojrzeniu, bo za-

czerpnął głęboki oddech i zaproponował: 

- Rozbierzmy się. 

Ogarnął ją niepokój i złość. Jak ma zastawić pułapkę, skoro sama staje się przynę-

tą? Wprawdzie wyjęcie kilku szpilek i zdjęcie rękawiczek nie czyniło szkody na jej ho-

norze, ale jak długo jeszcze będzie bawić się w tę grę, zanim ją zakończy? Nie spostrze-

gła nigdzie weksla, po który przyszła. Coraz trudniej jej też było widzieć przeciwnika w 

mężczyźnie stojącym przed nią z takim szacunkiem. Zebrała się na odwagę i sięgnęła do 

tyłu, by rozpiąć pierwszy z maleńkich haczyków stanika sukni. 

- Rozbierzmy się nawzajem - zaproponował Nathan i ujął dłonie Diany.   

T L

 R

background image

Zbliżył  je  do swoich  warg i tak  długo je nimi drażnił, aż  poczuł, jak jej  palce się 

odprężają, a potem poprowadził je do swojego fularu. 

Zastygła w bezruchu, niepewna, wciąż czekając na atak, który dałby jej powód do 

odepchnięcia Nathana. Po chwili ujęła fular pewniej i pociągnęła delikatnie, patrząc, jak 

elegancki węzeł znika, a pasek jedwabiu upada na podłogę. 

Nigdy przedtem nie przyszło jej do głowy przyglądać się męskiej szyi. Wyciągnęła 

rękę. Miał gładką skórę, dokładnie ogoloną, choć był późny wieczór. Może zrobił to dla 

niej? Rozpięła kołnierzyk jego koszuli i pozwoliła sobie dotknąć palcami wgłębienia po-

niżej gardła. 

Zamknął  oczy  i  napawał  się  urokiem  chwili.  Znów  pocałował  Dianę,  jedną  ręką 

przytrzymując  jej  kark.  Tym  razem  był  śmielszy,  otworzył  jej  usta  i  zaczął  pieścić  ich 

wnętrze językiem, a potem wciągał jej język w swoje usta. Nie powinno jej się to podo-

bać,  a  jednak  się  podobało.  Wciąż  opierała  dłoń  na  jego  szyi  i  czuła,  jak  puls  Nathana 

przyspieszył, kiedy stał się bardziej namiętny. Oderwał się, by ucałować zagłębienie po-

niżej jej szyi, a potem odchylił jej głowę do tyłu, by oprzeć policzek o jej dekolt i przy-

cisnąć usta do wzgórków piersi. To było oszałamiające. Ledwo zdała sobie sprawę z le-

ciutkiego  dotknięcia  palców na plecach.  A  kiedy  się  wycofał,  jej  suknia  była  rozpięta  i 

nie przylegała do ciała, a rękawy zsuwały się z ramion. 

Uniósł jej brodę tak, by ich usta znowu się zetknęły. Gdy pocałunek dobiegł końca, 

szepnął: 

-  Jesteś  taka  piękna.  Równie  piękna  w  tej  jedwabnej  sukni,  jak  pod  nią.  Przysię-

gam,  że  jeśli  mi  się  oddasz,  nie  będziesz  tego  żałowała.  -  Obsypał  pocałunkami  twarz, 

włosy i szyję Diany, obejmując ją mocno ramionami. 

W pewnym momencie poprosił: 

- Pomożesz mi zdjąć surdut? 

Nie było trudno przejechać dłońmi w górę jego ciała, dotrzeć do ramion i zrzucić z 

nich surdut. Upadł na podłogę. 

- To nieważne - odezwał się Nathan, widząc, że Diana zamierza podnieść surdut. 

T L

 R

background image

Trzymał dłonie na jej plecach. Rozpostarł palce, by objąć nimi jak najwięcej i po-

cierał delikatnie, a drugą ręką gładził ją po karku i włosach. Guziki jego kamizelki uci-

skały ją w pierś, więc odpięła je, jeden po drugim. 

Całował  ją,  przejeżdżając  językiem  po  jej  zamkniętych  wargach,  aż  znów  je  roz-

chyliła. Wyglądało na to, że nie może się nim nasycić. Kiedy Diana przerwała pocałunek, 

by zaczerpnąć tchu, uświadomiła sobie, że przez ten czas zdążył ściągnąć jej suknię do 

bioder, a jego kamizelka poszła w ślad za surdutem i znalazła się na podłodze. 

Spojrzał w dół i roześmiał się niepewnie. 

- Mój lokaj będzie zdegustowany. - Znów przygarnął ją do siebie. - Żartuję. Jeste-

śmy sami. Całkiem sami. - Zsunął suknię. - Nikt niczego nie zobaczy ani nie usłyszy. A 

ja nie zdradzę się słowem o tym, co tu zajdzie. - Sięgnął ku jej plecom i rozwiązał sznu-

rówkę gorsetu. 

Przez chwilę  zatęskniła za jego  pierwszą  sugestią,  żeby  zrobili  to szybko, nie za-

wracając sobie głowy zdejmowaniem ubrania. To wymykało się spod kontroli, a jej my-

śli skupiały się tylko po to, by znów się rozproszyć. Niewiele myśląc, powędrowała dło-

nią  po  ciele  Nathana i przez  płótno  poczuła  miękkość  włosów,  gładkość  skóry i twarde 

płaskie brodawki jego piersi. 

Uśmiechnął się do niej i westchnął. 

- Twój dotyk jest tak delikatny. Nie jestem przyzwyczajony do delikatności. 

Zastanowiła się, czy chciał przez to powiedzieć, by była śmielsza. Zaskoczyła sa-

mą siebie, że dba o to, czego on sobie może życzyć. W ich umowie nie było niczego, co 

by ją obligowało do działania. 

- Dotykaj mnie tak, jak ty chciałabyś być dotykana, tak bym wiedział, co ci spra-

wia przyjemność. - Położył dłonie na jej piersiach, ale nie próbując robić niczego więcej. 

To  było  nie  do  wytrzymania.  Skóra  pod  jego  dłońmi  zaczęła  ją  palić,  a  sutki  na-

pięły  się, jakby  jej  ciało  wyobrażało  sobie dotknięcia jego palców i ich  siłę.  Na  twarzy 

Nathana pojawił się leniwy uwodzicielski uśmiech, gdy pochylił się, by pocałować Dia-

nę, chwytając jej dolną wargę zębami i delikatnie ją ssąc. 

T L

 R

background image

W Dianie rozgorzała namiętność. Właśnie tego chciała. Poczuć, jak Nathan jej do-

tyka, jak ją bierze. Uchyliła się od pocałunku i ukryła twarz na jego torsie. Przytknęła do 

niego wargi, liżąc płótno koszuli, aż zrobiło się wilgotne i przylgnęło do jego skóry. 

Wziął  głęboki  oddech  i  zaczął  intensywniej  pieścić  jej  piersi.  Po  chwili  oderwał 

dłonie i ujął nimi twarz Diany, przyciągając ją do swoich ust i całując je z oszałamiającą 

siłą, napierając, aż poczuła to wtargnięcie w głębi swego ciała. Uczucie oczekiwania na-

rastało. W pewnym momencie Nathan zdarł z Diany halkę, a potem przyciągnął jej bio-

dra do swoich. Uświadomiła sobie, że to, co robili, jest niczym w porównaniu z tym, co 

zrobią. 

Wtedy  doznała  wrażenia,  że  tonie.  Ciało  jej  drżało,  mięśnie  same  się  napinały, 

jakby  chciała  całkiem  poddać  się  temu  uczuciu,  zagarnąć  je  w  siebie  i  zatrzymać  na 

zawsze.  Nathan  ujął  jej  pierś  i  pieścił  ją  tak  długo,  aż  Diana  doświadczyła  rozkoszy. 

Kiedy uniesienie przeminęło, osłabła szepnęła: 

- Co się ze mną dzieje? 

Uniósł głowę i uśmiechnął się do niej. 

- Nic, co nie powinno się dziać. I nic, co nie stanie się znów. Oto powód, dla któ-

rego  uznałem,  że  nie  ma  potrzeby  kazać  woźnicy  czekać.  Nie  chciałem,  żeby  to  nasze 

sam na sam ograniczyło się do kilku minut, podczas których tylko brałbym, zamiast da-

wać. - Padł przed nią na kolana, pozwalając, by dłonie zsuwały się wzdłuż jej ciała, aż do 

kostek, a potem  powoli przesuwał  je  w  górę nóg, dotykając pończoch, aż dotarł  do  ich 

końca. - Rozumiem twoje poświęcenie i chcę stać się go wart. 

Rozpinał podwiązki, od czasu do czasu gładząc odsłonięte nogi. Za każdym razem 

Diana czuła, jak przechodzi przez nią dreszcz, jakby ciało pamiętało spełnienie, którego 

niedawno  doświadczyła.  Nathan  zsunął  powoli  pończochy  do  kostek,  nie  szczędząc  jej 

przy  tym  pieszczot,  a  potem  uniósł  jedną  nogę  i  po  chwili  drugą,  by  zdjąć  pantofle  i 

pończochy. 

Zanim znów zdołał ją pocałować, Diana sięgnęła do jego koszuli i ściągnęła mu ją 

przez głowę, by móc go podziwiać w pełni. Wciąż klęczał przed nią i przez chwilę wy-

obrażała  go  sobie bezbronnego,  jakby  istotnie  byli  w  seraju,  a  on  istniał jedynie dla jej 

T L

 R

background image

przyjemności. Na próbę uniosła gołą stopę i przesunęła nią po wewnętrznym szwie jego 

spodni, czując, jak napinają się mięśnie jego uda. 

Pogładził lekko jej podbicie, aż się roześmiała, i pozwolił, by wyrwała stopę, uni-

kając dalszego łaskotania. Oparła ją o jego ciało, musnęła nią jego męskość. Patrzyła, jak 

twarz Nathana zmienia się pod wpływem tych doznań. 

Nagle pochylił się, złapał Dianę pod kolanami, zagarnął w objęcia i wielkim kro-

kami przeszedł przez pokój do łóżka, gdzie położył ją na stosie poduszek. Koszulka pod-

jechała wysoko, odsłaniając jej nogi i on stał, patrząc na nią - leżącą z rozsuniętymi uda-

mi i piersiami napierającymi na delikatną tkaninę. 

W ciągu godziny sam na sam z tym mężczyzną stała się rozpustnicą. Podobało jej 

się to. Chwyciła brzeżek koszuli, by pociągnąć ją wyżej w niemym zaproszeniu. 

Uniósł dłoń, by ją powstrzymać, a potem oparł się o jeden ze słupków łóżka, ścią-

gając buty i pończochy i sięgając do guzików spodni. 

- Rozumiesz, co ze mną robisz, panno Price? Jeszcze trochę tej zabawy i dojdę, za-

nim cię dotknę. A wtedy będziemy musieli zaczynać od nowa. 

Stał przed nią nagi, podniecony, a ona zrzuciła z siebie ostatnią część garderoby i 

ulokowała się na powrót na poduszkach, czekając na to, co nastąpi. 

Ukląkł  na  łóżku, a  potem nakrył  ją  swoim  ciałem,  całując  jej usta,  oczy,  podbró-

dek, powoli wytyczając gorący szlak aż do nabrzmiałych piersi, a kiedy niemal oszalała z 

pożądania, zsunął się jeszcze niżej, by pieścić ją, aż nie była w stanie się bronić i całe jej 

ciało drżało w falach ekstazy, błagając o to, by je napełnił. Zrobił to ze słowami: 

- Moja miłości. 

T L

 R

background image

Rozdział szesnasty 

 

Gdzie się podziały jej rękawiczki? 

Na podłodze, gdzie je rzuciła? Nerwowo obmacywała dywan. Salon był pogrążony 

w mroku. Świece się dawno wypaliły, ogień w kominku wygasł i było jej zimno, a świt 

jeszcze nie nadszedł. 

- Dobrze się pani czuje, panno Diano?   

Drgnęła  i  próbowała  odruchowo  poprawić  włosy,  suknię,  cokolwiek...  bezładnie 

trzepotała rękami wokół siebie niczym spłoszony ptak, rozpaczliwie starając się zapew-

nić samą siebie, że nic w jej powierzchowności się nie zmieniło, a kwit dłużny spoczywa 

bezpiecznie w jej kieszeni, gdzie wcisnęła go, zanim wyśliznęła się z sypialni w poszu-

kiwaniu peleryny. 

Głos  dochodził  zza  jej  pleców,  z  holu.  Jeśli  kamerdyner  nie  domyślił  się  celu  jej 

wizyty, kiedy się pojawiła, teraz nie powinien mieć wątpliwości. Odwróciła się do niego, 

próbując się uśmiechnąć. Udawała, że jest opanowana, choć było jej do tego daleko. 

- Czy dobrze? Oczywiście, Benton. Nic mi nie jest.   

Patrzył na nią, ale w jego wzroku nie wyczytała dezaprobaty, tylko niepokój. 

- Jest pani pewna, panno Diano? Nie zrobił pani krzywdy? 

Nagle  nabrała  pewności,  że  wystarczyłoby  tylko  podnieść  głos  i  wszcząć  alarm. 

Nathan zostałby wyciągnięty z łóżka i pobity do krwi przez własnych służących. 

Posłała Bentonowi kolejny fałszywy uśmiech. 

-  Czy  nie  zrobił  mi  krzywdy?  Oczywiście,  że  nie.  Nie  musisz  się  martwić,  ale 

mógłbyś mi sprowadzić dorożkę, jeśli łaska. Chciałabym wrócić do domu hrabiego Na-

rborough. Dyskretnie, o ile to możliwe. 

-  Bardzo  dobrze, panienko.  Nie trzeba wołać  dorożki, powóz  pana  Wardale'a  jest 

do pani dyspozycji. Natychmiast się tym zajmę. A druga rękawiczka leży pod stolikiem. 

Proszę bardzo. 

Schylił się i podał rękawiczkę, po czym poprowadził Dianę do frontowych drzwi i 

wyszedł na zewnątrz, żeby przywołać woźnicę. 

T L

 R

background image

Jak tylko znalazła się w powozie, opadła bezwładnie na siedzenie, z nogami osła-

błymi z ulgi. Była zadowolona, że ojciec nie dożył tego dnia: jego jedyna córka stała się 

kochanką mężczyzny, który go doprowadził do ruiny. 

Tymczasem  Nathan  Wardale  spał  w  swoim  łóżku,  nie  mając  pojęcia,  że  jedna  z 

jego sióstr jest cała i zdrowa. Diana nie powiedziała mu o tym nawet w formie złośliwej 

aluzji.  Zaledwie  parę  godzin  temu  czerpała  wielkie  zadowolenie  z  faktu,  że  kontroluje 

stopień  jego  cierpienia,  ale  stała  się  tak  samo  winna  wszystkiemu,  co  się  między  nimi 

wydarzyło. Mogła udawać, że to zostało na niej wymuszone przez złego człowieka, który 

zasługiwał  na  najgorsze  nieszczęścia,  jakie  mogła  na  niego  sprowadzić.  Za  pierwszym 

razem, być może. 

Ale to, co wydarzyło się później... 

Znów poczuła słabość w nogach. Nie rozdzielając się, drzemali w swoich objęciach 

przez  krótki  czas.  Potem  ona  obudziła  się,  niespokojna,  a  wszystkie  myśli  o  zemście 

pierzchły. Trąciła go w ramię żartobliwie i przekręciła się tak, że Nathan znalazł się pod 

nią.  Pocałowała  go  w  usta,  a  on  oddał  pocałunek,  ale  nie  zrobił  żadnego  ruchu,  by  ją 

przytrzymać,  choć  czuła,  jak  rośnie  w  niej.  Usiadła  na  nim  i  zaczęła  się  kołysać,  a  on 

zgiął  kolana,  podtrzymując  jej  plecy.  Po  falach  ekstazy  zacisnęła  uda  na  jego  ciele,  aż 

odpowiedział  krótkimi,  mocnymi  pchnięciami,  uśmiechając  się,  kiedy  doprowadzał  się 

do spełnienia. 

Patrząc, jak zapada w sen, leżąc pod nią, poczuła się mocna, a ta moc nie miała nic 

wspólnego z zemstą. Gdyby to była bitwa, wyszłaby z niej zwycięsko. A gdyby chciała, 

mogłaby uczcić to zwycięstwo, biorąc go znów. 

Wówczas  wkradły  się  wątpliwości.  Kiedy  była  pewna,  że  on  się  nie  obudzi, 

ostrożnie  ześliznęła  się  z  łóżka,  ubrała  się,  jakby  nic  się  nie  zmieniło,  i  wzięła  skrypt 

dłużny. Leżał na nocnym stoliku, tak jak obiecał Nathan. Zamknęła drzwi tak cicho, jak 

zdołała, i zeszła do salonu. 

Mało brakowało, a rozpadłaby się na kawałki. Na szczęście Benton był pomocny, 

stangret grzeczny, a podróż krótka. Wśliznęła się do domu Carlowów, nie napotykając po 

drodze  ani  służby,  ani  nikogo  z rodziny.  Bezpiecznie dotarła do swojego pokoju.  Przez 

szyby zaczynał sączyć się świt. Mogła poleżeć jedynie przez parę chwil, a powinna zo-

T L

 R

background image

stać w łóżku przynajmniej na tyle długo, by pognieść pościel. Inaczej na pewno pojawią 

się pytania o to, gdzie spędziła noc. Umyje się i wróci do dawnego życia, jakby nic się 

nie wydarzyło. 

Najpierw  jednak  wyrzuci  ten  przeklęty  kawałek  papieru  do  kominka  i  będzie  pa-

trzyć, jak płonie. Będzie trącać w niego pogrzebaczem, aż zostanie z niego popiół, a po-

tem porozrzuca popiół i zostanie tylko pył. 

Wreszcie będzie wolna. 

Zamknęła  drzwi  za  sobą,  po  czym  wyjęła  papier  z  kieszeni  i  spojrzała  na  drżące 

pismo zrozpaczonego ojca. Uświadomiła sobie, tak samo jak poprzednio Nathan, że nie 

może go wyrzucić. Nie był to dług honorowy; danie go czy wzięcie nie miało nic wspól-

nego z honorem. Było to osobliwe, smutne przypomnienie nocy, podczas której wszystko 

się zmieniło. To dlatego Nathan go zatrzymał, była tego pewna. Nie jako groźbę i nie ja-

ko  karę.  Rzeczywiście  nigdy  nie  zamierzał  jej  odnaleźć  i  domagać  się  spłaty.  Trzymał 

go, bo nie chciał zapomnieć o tym, co się stało, bo nie chciał powtórzyć tego błędu. 

Obracała zobowiązanie ojca w rękach, składając wzdłuż dawnych zagięć. Teraz to 

ona  nie  chciała  zapomnieć.  Ten  papier  doprowadził  ją  do  Nathana  Wardale'a.  Byłoby 

wyjątkową  głupotą  wrócić  do niego i poświęcić  się niepoprawnemu  hazardziście,  który 

nie był lepszy od jej ojca. Nie chciała jednak zapomnieć chwil, które z nim spędziła, tak 

jak nie chciała powtórzyć błędu i zakochać się w nieodpowiednim mężczyźnie. 

Wzięła  głęboki  oddech na  wspomnienie  głębokiej satysfakcji,  jakiej doznała pod-

czas minionych godzin. Tego, jak się czuła, kiedy po wszystkim czule ją obejmował, pa-

trząc jej w oczy. Było to równie przerażające, co słodkie. Jak dobrze byłoby mieć życie 

pełne podobnych doznań. 

Jednak co bardziej prawdopodobne, gdyby wróciła do Nathana Wardale'a, jej życie 

wypełniłoby  się  samotnymi  nocami,  wrzeszczącymi  dziećmi,  złym  i  zdystansowanym 

mężem,  który  dbałby  bardziej  o  karty  niż  o nią.  Pamiętała,  jak jej matka płakała,  kiedy 

myślała, że nikt jej nie słyszy, i jak rozpaczała, gdy ojciec nie chciał odejść od zielonego 

stolika.  Szczęście  Nathana  w  końcu  się  od niego  odwróci.  Potem pojawią  się długi,  lu-

dzie, który je egzekwują, i całkowita ruina. Wystarczyło tylko spojrzeć na ten papier, by 

wiedzieć, dlaczego nie może być z Nathanem. 

T L

 R

background image

Schowa go gdzieś. W szafie, razem z banknotami, a może między stronami książki, 

gdzie  będzie  tkwił  zapomniany.  Na  nocnym  stoliku  leżał  tomik  poezji.  Nie  musiała 

otwierać  go  ponownie,  by  zdać  sobie  sprawę,  skąd  pochodził,  czy  się  upewnić,  że 

wstążka służąca jako zakładka jest jej własnością. Nathan wziął książkę z jej dawnej sy-

pialni. 

Próbował powiedzieć jej prawdę. Przed tą notką, nim odszukała dla niego dziennik. 

Nawet przed pierwszym pocałunkiem. Szukał sposobu, żeby jej wyjawić tak delikatnie, 

jak się da, kim jest, i zapewnić, że ona nie musi się go bać. To ona nie widziała tego, co 

było przed samym nosem, bo była zaślepiona wyobrażeniami związanymi z jego osobą. 

Nawet jeśli nie mogła przebaczyć mu tego, co stało się dawniej, zasługiwał przecież 

na odrobinę zaufania i życzliwości za to, że próbował być miły. W jej mocy było położyć 

kres przynajmniej części jego cierpienia. I cierpienia Nell. Jednak tego nie uczyniła. 

Ogarnął ją wstyd. Cokolwiek się zdarzy w przyszłości, nic dobrego nie przyjdzie z 

zachowywania urazy albo wymierzania kary za dawne błędy. Kiedy Marcus i Nell wrócą 

z  Northumberland,  ona  znajdzie  sposób,  by  powiedzieć  na  tyle  dużo,  żeby  Nell  mogła 

odnaleźć brata. Bez względu na to, kim się stał, on i jego siostra wystarczająco długo byli 

rozdzieleni, nie wiedząc o sobie nawzajem. Ona, Diana, nigdy go już nie zobaczy, natu-

ralnie. To byłoby zbyt bolesne. Nie może jednak być tą, która pozostawi ich w nieświa-

domości. 

Wcisnęła  weksel  w  książkę  wraz  z  resztą  pieniędzy  i  obwiązała  całość  wstążką, 

jakby było można zamknąć ten rozdział jej życia, a może po to, by otworzyć go znowu w 

dniu, w którym cała historia nie będzie tak świeża i bolesna. 

 

Nathan  poderwał  się  ze  snu  nagle,  jakby  brak  Diany  dotarł  do  jego  świadomości. 

Zamierzał się  zdrzemnąć,  a  zasnął jak kamień.  Tymczasem  Diana  wymknęła się z jego 

łóżka. Pomacał prześcieradło obok siebie, próbując ocenić, czy jest jeszcze ciepłe od do-

tyku jej ciała. Weksel z szafki nocnej zniknął. 

Wyskoczył z łóżka i otworzył drzwi na oścież, gotów złapać Dianę, zanim dojdzie 

do frontowych drzwi. 

- Zaczekaj! 

T L

 R

background image

Pokojówka  wrzasnęła  zaskoczona  widokiem nagiego  pana stojącego  w  korytarzu. 

Skonfundowany, cofnął się o krok i zatrzasnął drzwi, mamrocząc przez nie przeprosiny. 

Następnie poprosił tak łagodnie, jak zdołał, by pokojówka natychmiast przysłała do nie-

go Bentona. Zakłopotany własnym zachowaniem, wrócił do łóżka, owinął się prześciera-

dłem i zadzwonił po osobistego służącego. 

Czyżby  Diana nie zrozumiała po  tym,  co  razem zrobili,  że  chodziło  o  coś  więcej 

niż  kilka słów naskrobanych pospiesznie  przez jej  ojca  całe  lata przed  ich spotkaniem? 

Przecież uczynił wszystko, co w jego mocy, by jej to okazać, kochać ją i udowodnić, że 

nie  kłamał.  A  jednak  zostawiła  go.  Poczuł  się  bardziej  samotny  niż  po  nocy  spędzonej 

przy stoliku do gry. 

Podczas gdy lokaj pomagał Nathanowi się ubrać, Benton wyjaśnił, że panna Price 

w nadzwyczajnym pośpiechu opuściła dom przed świtem. Twierdziła, że nic jej nie jest i 

że  nie  ma  najmniejszego  powodu do  niepokoju.  Kamerdyner  wygłosił  swoje  kwestie z 

wyraźną  dezaprobatą.  Zupełnie  jakby  i  bez  tego  nie  było  wystarczająco  jasne,  że  uznał 

postępowanie swojego pana wobec młodej damy za wysoce naganne. 

Nathan  wyobraził  sobie,  że  jego  umiejętności  kochanka  wystarczą,  by  zatrzymać 

Dianę.  Tymczasem  odchodząc,  dała  mu  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  nim  gardzi,  i  nie 

wybaczy mu tego, co zrobił. Jeśli przypuszczał, że ona odrzuci te głęboko zakorzenione 

przekonania po paru godzinach spędzonych z nim w łóżku, musi być tak podły, za jakie-

go go uważała. 

Do  diabła  z  obietnicą,  że  nie  będzie  szukał  Diany,  kiedy  ona  odejdzie.  Jeśli  miał 

odrobinę honoru, nie mógł cofnąć danego słowa, lepiej było błagać o wybaczenie na sa-

mym początku. Powinien był paść przed nią na kolana i poprosić o jeszcze jedną szansę. 

To nie byłoby takie trudne, bo kiedy ją zobaczył, olśniewającą w zielonym jedwabiu, z 

pełnymi  ustami  i  wielkimi,  niewinnymi  oczami,  był  gotów  błagać.  A  potem  ona  z  nim 

pograła... 

Była aniołem czy dręczycielką?   

Nieważne. Była ideałem. Nie powinien pozwolić jej odejść. 

Nie  najlepszą  opinię,  jaką  miał  o  sobie,  potwierdził  mimowolnie  lokaj,  który  tak 

mocno pociągnął  za  fular, zawiązując  go  wokół  szyi  Nathana,  że  o  mało  go nie  udusił. 

T L

 R

background image

Choć ten mężczyzna nie był służącym w domu Price'a, bo przybył tu razem z Nathanem, 

widać dołączył do pozostałych. Z drugiej strony, bez trudu przychodziło im brać od nie-

go  pieniądze,  kiedy nadchodził czas  wypłaty.  A  on  wciąż  grał,  mówiąc sobie, że  od  tej 

gry zależy ich wynagrodzenie. To był jego obowiązek, od którego nie mógł odstąpić. 

Czy  naprawdę  tak  wiele  potrzebował?  Jego  postępowanie  było  niemal  uczciwe, 

kiedy  miał  matkę  i  siostry,  którymi  się  opiekował,  najlepiej  jak  potrafił.  Ale  odkąd  je 

stracił? Zarobił wystarczająco dużo, by żyć w luksusie przez resztę swoich dni. Gra stała 

się niczym więcej jak sposobem spędzania czasu i będzie tak aż do chwili, gdy jakiś nie-

szczęsny gracz postanowi wpakować mu kulkę. 

Co mu zostało w życiu bez Diany? Może nie potrafił przestać grać, ale mógł prze-

stać  gromadzić  swoją  kolekcję.  Spojrzał  na  pudełko  na  komodzie  pełne  sygnetów,  bre-

loków  i  innych  klejnotów,  które  stały  się  symbolami.  Każdy  przedmiot  stanowił  wspo-

mnienie czyjegoś losu, który zmienił. 

Nie było to jego winą. Grał i wygrywał, naturalnie. Oni też grali, chociaż wiedzieli, 

że przegrana jest nieunikniona. Czy zasługiwali na to, by ponosić odpowiedzialność za 

swoje postępowanie? A jeśli nie było w tym jego winy, dlaczego zatrzymał te rzeczy? Co 

dobrego mogło przynieść mu przechowywanie świecidełek, które nic dla niego nie zna-

czyły? I ten przeklęty weksel. Gdyby go nie przyjął albo gdyby go oddał? Nie byłby te-

raz w takiej sytuacji. 

Może nigdy nie spotkałby Diany, ale też nie straciłby jej z powodu tych bzdur. 

- Benton, przynieś mi papier i sznurek. Może też kilka małych pudełek. Chcę wy-

słać kilka paczek. 

Wziął pudło i usiadł przy biurku w swoim gabinecie. Nie było trudno przypomnieć 

sobie  właścicieli  tych  rzeczy.  W  wielu  przypadkach  nazwiska  były  wygrawerowane  na 

przedmiotach.  Jeszcze  mocniej  wyryte  były  w  jego  pamięci  okoliczności  towarzyszące 

przegranej. Brylantowe spinki księcia, który przysiągł, że potem się zastrzeli. Rubinowy 

naszyjnik markizy. Przy kolejnym rozdaniu chciała postawić swoje wdzięki, a kiedy za-

miast nich zażądał naszyjnika, tupnęła nogą i wydęła wargi. 

Dostanie go z powrotem. Wszyscy mogli zabrać te cholerne rzeczy. Nie dbał o to, 

czy  ich  zwrot  będzie  dla  nich  błogosławieństwem,  czy  przekleństwem.  Nie  będzie  się 

T L

 R

background image

tym  przejmował  dopóty,  dopóki  nikogo  z  nich  ponownie  nie  zobaczy.  Z  każdą  paczką 

robiło mu się lżej na sercu, a kiedy pudło było puste, została tylko jedna rzecz do zrobie-

nia. 

Uniósł głowę, spojrzał na kamerdynera i uśmiechnął się szeroko. 

- Benton, przynieś mi z sejfu akt własności domu. 

Kamerdyner  wyglądał  na  zaniepokojonego,  ale  zrobił,  co  mu  polecono.  Kiedy 

wrócił  z  dokumentem,  Nathan  przepisał  go  na  pannę  Dianę  Price.  Następnie  go  zapie-

czętował,  zaadresował  do  domu  Carlowów  i  odłożył  na  stosik  wraz  z  resztą  przesyłek, 

czekających na poranną pocztę. 

T L

 R

background image

Rozdział siedemnasty 

 

Po  kilku  godzinach  snu  Diana  nie  czuła  się  wypoczęta.  Dziewczęta  musiały  się 

położyć  niemal  równie  późno,  jak  ona,  bo  gdy  wstała  o  dziewiątej,  w  domu  panowała 

cisza. Dało jej to odrobinę czasu na przygotowanie się do nowego dnia, a przede wszyst-

kim  na  wymazanie  siadów  nocnych  przeżyć.  Ubrała  się  skromnie,  wetknęła  szpilki  we 

włosy, aż były tak ciasno i gładko ułożone, że nawet jedno pasmo nie śmiało się wysu-

nąć. Kiedy skończyła, była pewna, że wygląda dokładnie tak samo jak układna, opano-

wana kobieta, która opiekuje się nimi od lat. 

Nagle  rozległo  się  głośne pukanie do drzwi sypialni.  Po chwili  do pokoju  wszedł 

Peters, który oznajmił, że wicehrabia Stanegate życzy sobie widzieć ją w swoim gabine-

cie, i to natychmiast. 

Marcus tutaj? Czyżby przyjechał, kiedy spała? A może przybył w nocy, zanim ona 

wróciła? Należało się liczyć z tym, że powrót do domu bez żadnego kłopotu był niemoż-

liwy.  Wyglądało  na  to,  że  czeka  ją  rozmowa  z  synem  pracodawcy.  Właśnie  tego  dnia, 

kiedy potrzebowała jeszcze kilka godzin, aby zrozumieć zmiany w swoim życiu. 

Kiedy zeszła na parter, w domu panowało zamieszanie z powodu nagłego przyjaz-

du,  jakby  służba  bała  się,  że  we  wzorowym  prowadzeniu  domu  można  znaleźć  błędy. 

Było  to  niecodzienne  zachowanie.  A  fakt,  że  osobą,  która  tak  ich  przestraszyła,  był 

Marcus Carlow, czynił całą sytuację niezwykłą. Pospieszyła do gabinetu, by dowiedzieć 

się, o co w tym wszystkim chodzi. 

Drzwi do pokoju były otwarte. Gdy przestąpiła próg, zobaczyła Marcusa. Nie był 

już tym szczęśliwym nowożeńcem, który tak niedawno wyjeżdżał z Londynu. Przeszył ją 

wzrokiem i polecił ostrym tonem: 

- Proszę zamknąć drzwi, panno Price. Musimy porozmawiać na osobności. 

Zaniepokojona,  że  nie  zwraca  się  do  niej  po  imieniu  jak  dawniej,  zrobiła,  jak  jej 

kazano, i podeszła do biurka, za którym siedział. 

- Czy coś się stało? Mam nadzieję, że nie chodzi o Nell? 

-  Zostawiłem  ją  w  Northumberland.  Ta  sprawa  dotyczy  pani,  panno  Price,  i  pani 

zachowania podczas mojej nieobecności. 

T L

 R

background image

- Nie rozumiem... - skłamała Diana. 

Marcus sięgnął do szuflady biurka i wyjął dziennik, który zabrała ze Stanegate Co-

urt. 

- Wie pani, co to jest? 

- T... tak. - Była pewna, że jąkanie wystarczyło, by ją zdradzić. 

- Może mi pani wyjaśnić, dlaczego ten tom nie stoi wraz z innymi na półce w do-

mu mojego ojca? 

Gdy  poznała  Nathana  jako  Wardale'a,  zrozumiała,  że  jego  obsesja  na  punkcie 

dziennika miała większy sens. Mimo to bała się pomyśleć, że wziąwszy go od niej, po-

pędził do hrabiego Narborough, by dokonać konfrontacji. 

- Skąd go masz? 

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie, panno Price. - Znów posłużył się jej na-

zwiskiem, jakby była kimś obcym, a nie zaufaną przyjaciółką. - Dostałem go od przyja-

ciela rodziny, który pracuje w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Podejrzewam, że on 

otrzymał go od mężczyzny, który od lat jest wrogiem naszej rodziny. Tego samego męż-

czyzny, za przyczyną którego moja biedna Nell tyle wycierpiała. W jaki sposób dziennik 

opuścił Stangate Court, panno Price? 

W jaki sposób Cygan wszedł w posiadanie dziennika? Czy Nathan był jego przyja-

cielem?  Czy  działał,  nie  wiedząc,  że  przyniesie  szkodę  siostrze?  Dlaczego  nic  nie  po-

wiedziałam, kiedy miałam szansę? Bo to było zbyt okrutne... 

- Panno Price, czekam na odpowiedź. 

Nie było powodu udawać. Wiedział, że to ona go ukradła. Odgadł albo zdołał wy-

czytać to w jej oczach. 

- Kiedy brałam go z półki, nie miałam pojęcia...   

Marcus pokręcił głową. 

- To wystarczy. Mógłbym wybaczyć ci tę kradzież, Diano, i uszkodzenie książki... 

- Ale ona już była... 

Ciągnął, nie zważając na jej słowa: 

T L

 R

background image

-  Wygląda  na  to,  że  zostawiłem  siostry  pod  opieką  kobiety,  która  daje  się  łatwo 

nabrać  takiemu  mężczyźnie,  przed  jakim  chciałem  chronić  siostry.  -  Pokręcił  głową.  - 

Proszę natychmiast opuścić ten dom, panno Price. Pani praca u nas dobiegła końca. 

- Ale mogę wyjaśnić... - Miała mu tak wiele do powiedzenia.   

Ważniejsze  jednak  było,  żeby  mogła  wytłumaczyć  wszystko  Nell,  która  byłaby 

znacznie mniej skłonna do potępienia, gdyby poznała szczegóły. 

- Wyobrażam sobie, że możesz. - Spojrzenie jego oczu było smutne, bo oznaczało 

kres ich przyjaźni. - Nie zmienię mojej decyzji. - Patrzył na nią teraz tak, jakby czytał w 

otwartej księdze. - Jesteś zaangażowana uczuciowo, prawda? 

- Tak - wyszeptała, pozwalając mu myśleć, co mu się podobało.   

Lepiej, jeśli będzie podejrzewał Cygana niż mężczyznę, który był teraz jego szwa-

grem. 

-  W  takim  razie  dokonałaś  wyboru.  Znam  cię  na  tyle  dawno,  by  zdawać  sobie 

sprawę, że nie oddałabyś serca łatwo. Chociaż nie jest to twoja sprawa, panno Price, mo-

ja rodzina jest z tym mężczyzną w stanie wojny. Nie opowiedziałaś się za nami. Proszę, 

idź do swego pokoju i spakuj rzeczy. Sam wyjaśnię wszystko siostrom. Jesteś zwolniona. 

Diana powoli poszła do siebie. Co mogłaby powiedzieć Marcusowi, żeby naprawić 

sytuację? Już wystarczająco złe było to, że podejrzewał ją o kradzież. A jeśli myślał, że 

nie  zachowała  cnoty?  Jakiego  rodzaju  referencji  mogła  się  spodziewać  w  takim  przy-

padku? 

A dlaczego nie pomyślała, że Nathan Wardale mówił o Cyganie, kiedy powiedział, 

że wróg odkryje jego przeszłość? Był tak samo zagrożony przez tego człowieka jak Car-

lowowie. 

Sięgnęła do szafy i wyjęła kuferek. Postawiła go na łóżku i zaczęła do niego wrzu-

cać te nieliczne rzeczy, które miała. 

W drzwiach pojawił się cień, a po chwili rozległo się z daleka wołanie Marcusa: 

- Nie, Verity. 

- Jak mogłaś, Diano? - Verity westchnęła rozdzierająco, a potem wybuchnęła łza-

mi. - Myślałam, że ty nigdy... A ojciec jest taki chory... 

Honoria pojawiła się przy niej i wzięła siostrę w objęcia. 

T L

 R

background image

- Traktowałyśmy cię jak członka rodziny. Byłaś dla nas jak siostra. A ty tak za to 

odpłaciłaś. Chodź, Verity. - Powiedziała te słowa na tyle głośno, by Marcus je usłyszał, a 

potem odwróciła się do Diany i podała jej list. 

Diana niemal  wyrwała  go  jej  z  ręki,  ledwo  dostrzegalnie  skinęła  z  wdzięcznością 

głową  i  pomachała  na  pożegnanie.  Dziewczęta  jej  odpowiedziały,  jakby  rozumiały,  że 

sprawy nie są takimi, jakimi się wydają. Honoria wyciągnęła siostrę z pokoju do wtóru 

mamrotanych protestów. 

Diana  powróciła  do  pakowania.  Verity  miała  rację.  Hrabia  Narborough  był  zbyt 

chory, by zmierzyć się z najnowszym problemem, i bolało ją, że stała się tego przyczyną. 

Może to on zabił Hebdena, a może tylko fałszywie oskarżył ojca Nathana. Cokolwiek się 

wydarzyło,  to  on  ponosił  winę  za  los  rodziny  Wardale'ów.  To  z  jego  powodu  cierpieli, 

zarówno Nell, jak i Nathan. 

Marcus  miał  rację,  kiedy  oskarżył  ją  o  to,  że  opowiedziała się po drugiej stronie. 

Nie mając takiego zamiaru, oddała swoje serce i lojalność Nathanowi Wardale'owi. Bez 

względu na to, jak była przywiązana do rodziny Carlowów, nie chciała z nimi zostać aż 

do wyjaśnienia prawdy. 

Podeszła powoli do szafy i popatrzyła na stosik rzeczy, które zgromadziła w ciągu 

paru  lat spędzonych  w tym  domu.  To był  cały  dorobek jej  życia,  które jeszcze  wczoraj 

wydawało się stabilne. Dziś wyglądało na to, że musi zacząć od nowa. 

Zaczęła  wpychać  suknie  do  torby  podróżnej,  nie  myśląc  o  tym,  że  je  pogniecie. 

Wzięła do ręki piękną toaletę, którą nosiła ubiegłego wieczoru, i wzdrygnęła się. Bardzo 

głupio  z jej  strony,  że  roztrwoniła  część  pieniędzy  przeznaczonych  na  czarną godzinę i 

kupiła coś, czego nie miała powodu nosić. Został jeszcze mały tomik na dnie szafy. 

Wszystko, co jej dał, dało się zapakować w paczuszkę. I był jeszcze list, który Ho-

noria przed chwilą jej wręczyła. Była pewna, że napisał go Nathan. Nie był tak gruby, by 

zawierać plik banknotów, które pewnie by jej się przydały, skoro straciła pracę. 

Żałowała, że nie ma na tyle siły, by wrzucić go w ogień, pokazać, co myśli o po-

darunkach mężczyzny takiego jak Nathan: gracza, kłamcy, zdrajcy... 

Pohamowała  gniew.  Jeśli  była  choć  odrobina  nadziei,  że  list  jednak  zawiera  pie-

niądze,  będzie  musiała  go  otworzyć.  Kwota,  którą  zaoszczędziła  podczas  dziesięciu  lat 

T L

 R

background image

pracy,  była  mniejsza  od  podarunku  Nathana.  Przewidując,  że  taki  dzień  jak  dzisiejszy 

może nadejść, ofiarował jej tym samym czas niezbędny dla zdobycia nowej posady. 

Wzdrygnęła  się.  Jeśli  list  zawierał  pieniądze,  będzie  to  wyglądało  jak  zapłata  za 

ostatnią noc. Zbytnia duma jednak nie popłaca. Potrzebowała w tej chwili wszelkiej po-

mocy. Przy swoich ograniczonych możliwościach nie miała wyboru. 

Przygotowała się, by go odczytać, świadoma, że będzie bolało. Niezależnie od te-

go,  czy  słowa  będą  zawierać  zapewnienia  miłości,  przeprosiny  czy  komentarz  łajdaka. 

To było bez znaczenia. 

Kartka była czysta tak samo jak za pierwszym razem. Wysunął się z niej i upadł na 

podłogę jeszcze jeden papier. Ręce jej drżały, kiedy brała go do ręki. Akt własności do-

mu jej ojca przepisany na nią, Dianę Price. Oddał jej dom! 

Na pewno nie  zamierzał  dawać  go jej bez zobowiązań, bo był  zbyt  duży  i cenny. 

Coś  musiałby  dostać  w  zamian.  Chociaż  podejrzewała,  że  Nathan  był  zadowolony  z 

ostatniej nocy, jej pragmatyczny umysł wątpił, by to, co zrobiła, było warte całego domu. 

Próbował przyciągnąć ją do siebie, i to działało. 

Jak we śnie wstała, odwróciła się i wyszła z pokoju, zostawiając swoje rzeczy. Ze-

szła po schodach i opuściła frontowymi drzwiami dom Carlowów, nie zawracając sobie 

głowy mówieniem komukolwiek dlaczego. Marcus jasno dał jej do zrozumienia, że chce, 

by odeszła. Jak i dokąd było nieważne. 

Nie byłoby mądrze wrócić do Nathana Wardale'a. Na dodatek tak szybko. Musiała 

jednak dowiedzieć się, dlaczego przepisał dom. Czy oczekiwał, że będzie jego oficjalną 

kochanką?  Z  pewnością  nie.  Przekonała  się,  że  takie  zachowanie  do  niego  nie  pasuje. 

Czegokolwiek Nathan chciał od niej, nie mogła przyjąć aktu własności domu. 

Przebyła  drogę  z  Albermarle  Street  na Hans  Place,  nawet  o tym  nie  myśląc, cho-

ciaż długo unikała tej okolicy z powodu bolesnych wspomnień, które się z nią wiązały. I 

oto  wyrosły  przed  nią  jej  dawne  frontowe  drzwi,  takie  same  jak  przed  dziesięciu  laty, 

kiedy  opuszczała  dom,  i  takie  same  tego  ranka,  kiedy  ponownie  przez  nie  wyszła.  Bez 

wahania uniosła rękę, ujęła kołatkę i pozwoliła, by ta głośno uderzyła o drewniane drzwi. 

Benton  otworzył  i  ruchem,  który  zupełnie  do  niego  nie  pasował,  wciągnął  ją  do 

środka, obejmując ojcowskim uściskiem, zanim zdołała przemówić. 

T L

 R

background image

- Panienka Diana. Nareszcie w domu! Kiedy powiedział mi, co zrobił, nie ośmiela-

łem się mieć nadziei. Ale jest pani tutaj. - Wypuścił Dianę, wyprostował się i powiedział 

z pełnym szacunku ukłonem: - Pani. 

- Chciałabym rozmawiać z panem Wardale'em. 

- To jest niemożliwie, przykro mi. 

- Jeśli nie ma go w domu, zaczekam.   

Benton pokręcił głową. 

- Czekanie na nic się zda, panno Diano. Dzisiejszego ranka dał nam do zrozumie-

nia, że zakończył  sprawy  związane  z  tym  miejscem  i  że  nie  wróci.  Powiedział,  że pani 

jest właścicielką tego domu i że mamy słuchać pani. 

Benton poprowadził Dianę do salonu i pomógł jej usiąść w fotelu. 

- Odszedł i zostawił mi dom - powiedziała zdumiona Diana. 

- Powiedział mi: „Przez cały ten czas należał do niej". Odesłał rzeczy, które wygrał 

od  innych.  Pamiętał  właścicieli,  więc szybko  spakował  je  wszystkie i  wysłał  z  poranną 

pocztą. Potem wyszedł w tym, co miał na sobie, i z niewielką torbą. 

Uważał,  że  dom  należy  do  niej?  Chciała  mieć  dom,  a  raczej  mały  domek,  gdzie 

mogłaby  czuć się bezpiecznie,  nie będąc  zależna  od nikogo.  Ale ten  budynek?  To  była 

niemal  rezydencja.  W  dzieciństwie  słyszała,  jak  rodzice  rozmawiają,  że  jest  o  wiele  za 

duży  dla  małżeństwa  z  jedną  córką.  Z  tymi  wszystkimi  sypialniami  był  odpowiednim 

miejscem dla dużej rodziny. Rodziny, której nigdy nie będzie miała. Spojrzała bezradnie 

na kamerdynera. 

- Nie mogę sobie pozwolić na utrzymanie tego domu. Nie jestem w lepszej sytuacji 

niż służąca. 

Poklepał ją po ręku. 

- Proszę się o to nie martwić. Już na początku pan Wardale wszystko uporządko-

wał. Mamy takie zapasy, że przez całe lata nieobecności pana dom funkcjonował bardzo 

dobrze.  Podejrzewam,  że  w  pani  przypadku  może  to  trwać  jeszcze  dłużej,  bo  pani  po-

trzeby  na  pewno  są  mniejsze  niż  pana  Wardale'a.  Tak  czy  inaczej,  nie  ma  powodu  do 

zmartwienia. Nawet gdyby nie było gotówki, są tu rzeczy, które są sporo warte i jeszcze 

za  czasów  pani  ojca  zostałyby  sprzedane,  żeby  utrzymać  to  miejsce,  gdyby  dawny  pan 

T L

 R

background image

nie  przegrał  domu  na  rzecz  pana  Wardale'a.  Teraz  znów  należą  do  pani  i  może  z  nimi 

zrobić, co się pani podoba. Znajdzie pani jakiś sposób, a ja we wszystkim pomogę. 

- Benton, nie rozumiem, dlaczego pan Wardale tak postąpił, i nie chcę nic od nie-

go. To byłoby tak, jakbym przyznawała... - Pokręciła głową i spróbowała wstać, ale nogi 

odmówiły jej posłuszeństwa. Była wyczerpana, bo za dużo się działo. - Na razie muszę 

wrócić tam, gdzie pracowałam, i zabrać swoje rzeczy. Potem zostanę tu dopóty, dopóki 

wszystkiego nie uporządkuję. To był wyjątkowo męczący dzień, a ja nie mam już sił. 

-  Pani.  -  Skłonił  się  krótko.  -  Poślę  lokaja  i  rzeczy  zostaną  przeniesione  do  pani 

dawnego  pokoju.  Powinna  pani  się  napić  herbaty  i  zjeść  niewielki  lunch,  a  później 

smaczną  kolację  dla  uczenia  powrotu.  Jeśli  gust  się  pani  nie  zmienił,  kucharka  będzie 

wiedziała, co sprawi pani największą przyjemność. 

-  Kucharka?  Wciąż  tutaj?  -  Na  wspomnienie  szczęśliwych  chwil  z  dzieciństwa 

Dianę ogarnęło wzruszenie. 

- Znajdzie tu pani wiele znajomych twarzy, panienko. Pan Wardale nie mieszkał tu 

długo.  Myślę,  że podróżował.  Nawet będąc  w  Londynie,  rzadko tutaj  zaglądał.  Domem 

zarządzał jego człowiek, który nie widział potrzeby zmiany personelu w większym stop-

niu, niż było to konieczne. Zaraz przyniosę herbatę. 

- Benton! - zawołała Diana odchodzącego kamerdynera. - Jaki on był? 

- Pan Wardale? - Benton wyglądał na zaskoczonego jej pytaniem. 

- Tak. Znam go od niedawna. To wszystko było bardzo zagmatwane. Jaki on był? 

Kamerdyner posłał  jej  pełne namysłu spojrzenie, jakby  próbował  zdecydować,  co 

jest winien mężczyźnie, który nie jest już jego pracodawcą. 

-  Płacił  regularnie.  Był  uprzejmy  dla  służby.  Chociaż  bywał  w  domu  o  różnych 

porach,  nie  wymagał  od  nas,  byśmy  byli  na  każde  jego  zawołanie.  W  jedzeniu  i  piciu 

zachowywał umiar, tak samo jak w stroju i zachowaniu. 

- Taki był jako wasz pan. Ale jakim był człowiekiem? - spytała niecierpliwie. 

- Był... - Benton zmarszczył czoło. - Nie taki, jak się spodziewałem. Już wcześniej 

spotykałem ludzi tej samej profesji. - Lekko odchrząknął. - Kiedy pracowałem u pani oj-

ca. 

T L

 R

background image

- Czy mój ojciec miał innych wrogów? - Nie przypominała sobie żadnego, ale była 

młodziutka i chroniono ją przed najgorszym. 

-  Tak,  panienko  Diano,  bo  tracił  więcej,  niż  wygrywał.  Podejrzani  dżentelmeni, 

którzy grywali dla rozrywki, przychodzili tutaj i brali weksle albo sygnety, a potem zo-

stawiali  go  w  spokoju.  Ale  mężczyźni,  dla  których  hazard  był  jedynym  zajęciem?  Prę-

dzej zabraliby kawałek ciała, niż dopuścili do niezapłacenia długu. Podejrzane typy co do 

jednego. Brutalni. Twardzi. Nieodpowiedni, by wchodzić frontowymi drzwiami takiego 

domu jak ten. To byli ludzie pozbawieni honoru. Widziałem ich zbyt często pod koniec, 

bo  -  pani  wybaczy,  że  to  powiem,  panienko  -  pani  ojciec  nie  należał  do  tych,  którym 

rozsądek nie pozwoli usiąść przy stoliku do gry. 

Tak długo winą za ruinę ojca obarczała wyłącznie Nathana Wardale'a, że nigdy nie 

przyszło jej do głowy, iż nie był pierwszym, który zagroził jej ojcu przytułkiem dla ubo-

gich. Nie mogła też oskarżyć go o to, że posłużył się podstępem, by nakłonić ojca do gry, 

która okazała się ostatnią. Korzystał chętnie z każdej okazji. 

Zmarszczka Bentona pogłębiła się. 

- Pan Wardale był inny. Może to dlatego, że zanim rozpoczęły się kłopoty jego ro-

dziny,  został  wychowany  jako  dżentelmen.  Znał  życie  z  obydwu  stron.  Był  głęboko 

świadomy wpływu, jaki jego gra miała na innych, i to go martwiło. Wątpię, czy spędził 

choć  jedną  spokojną  noc  w  tym  domu,  wiedząc,  w  jaki  sposób  go  zdobył.  Krótko  mó-

wiąc, panienko Diano, był nieszczęśliwy. Nie miał przyjaciół, za to wielu wrogów. Nie 

wyglądało  na  to,  że  czerpie  zadowolenie  ze  swoich  dokonań,  ale  było  to  jedyne  życie, 

jakie  mógł  prowadzić.  Dopiero  ostatnio  zauważyłem  w  nim  zmianę.  Wydawał  się  po-

godniejszy. 

Z mojego powodu? - zadała sobie w duchu pytanie Diana.   

Pomyślała  o  spacerach  w  parku i  o tym, jak  szybko  biło  jej serce na jego  widok. 

Zastanowiła się, czy odczuwał to samo. A może dla niego było to trudniejsze? Kiedy za-

uroczony  nią  siedział  w  Białym  Salonie  domu  Carlowów  i  potem  naprzeciwko  niej  w 

powozie, wiedząc, kim ona jest, i myśląc, jak zareagowałaby na wiadomość, kim on jest 

naprawdę.  Nic  dziwnego,  że był  tak  skrępowany  podczas  ich pierwszych spotkań.  Zro-

zumiała, że traktował ją z najwyższą troską i niepokojem o jej dobro, nie zdradzając ni-

T L

 R

background image

czego.  Otwierał  się  przed  nią  stopniowo,  przewidując,  jak  to  najprawdopodobniej  się 

skończy. 

Pamiętała,  jak  podczas  ostatniej  nocy  powiedział  „Nie  znałem  dotąd  delikatno-

ści...". 

Nagle  ogarnęło  ją  pragnienie,  by  zostać  razem  z  Nathanem  w  łóżku  i  siedzieć 

wspólnie przy kominku w salonie tak długo, jak pozwoli życie. Wybrała się na wędrów-

kę  po  domu,  wspominając  przeszłość  -  szczęśliwe  chwile  z  matką,  niewinną  młodość. 

Ale były też ślady jej ojca, tu czy tam. Jego ulubiony fotel wciąż znajdował się w salonie, 

chociaż Nathan chyba wolał nowy, stojący najbliżej kominka. 

Doszła do gabinetu. Wzięła głęboki oddech i pchnęła drzwi. Ślady, jakie tutaj mo-

gła znaleźć, zostawił wyłącznie mężczyzna, którego chciała zapomnieć. Ściany miały ten 

sam przydymiony złoty kolor, jaki pamiętała z młodości, także biurko i półki były te sa-

me,  ale  ich  zawartość była  inna. Jej  ojciec  lubił  atlasy,  oglądał je, jakby  chciał uciec  w 

nieznane. Wyglądało na to, że Nathan Wardale ma dość podróży. Mapy zastąpiły prace 

historyczne i książki o sztuce i rysowaniu. 

Podeszła do biurka. Na blacie nie było papierów, a stary szklany kałamarz ojca za-

stał zastąpiony ciężkim srebrnym zestawem. To tutaj nauczyła się, jak ważna jest umie-

jętność  otwierania  prostych  zamków,  kiedy  próbowała  znaleźć  pieniądze  na  opłacenie 

bieżących  rachunków.  W biurku była  mała  zamknięta szuflada,  w  której  ojciec  trzymał 

sakiewkę i pamiątki. Były tam listy, miniaturowy portret w srebrnej ramce i pukiel wło-

sów matki przewiązany jedwabną nitką. 

Niewiele myśląc, wyjęła szpilkę z włosów i zaczęła ją wyginać na kształt klucza. 

Potem wsunęła ją do zamka i poruszała przez chwilę, aż poczuła, że mechanizm się ob-

raca. 

Zastanowiło ją, czemu to zrobiła. Czy chciała udowodnić, że nadal to potrafi? Nie 

było przecież potrzeby przeglądania biurka Nathana Wardale'a, skoro w banku zostawił 

dla  niej pieniądze.  Może to  ta sama  ciekawość,  która nakłoniła  ją  do przeczytania  jego 

liściku  do  Marcusa.  Wprawdzie  utrzymywała,  że  nie  chce  od  niego  więcej,  ale  wciąż 

pragnęła poznać stan jego umysłu. 

T L

 R

background image

W szufladzie leżała jedynie talia kart. Jak widać, pod tym względem nie różnił się 

od jej ojca. W miejscu, gdzie ojciec ukrywał swoje najcenniejsze skarby, Nathan trzymał 

karty. Wzięła je do ręki i pogładziła, myśląc ze smutkiem o mężczyźnie, który był wła-

ścicielem tego domu. Potem usiadła, potasowała je i zaczęła stawiać pasjansa. 

Kiedy  odwróciła  pierwszą  kartę,  zatrzymała  się  zdumiona.  Najwyraźniej  Nathan 

był artystą. Przekształcił karty, zostawiając małe rysunki wzdłuż symboli. Ogrody kwia-

towe otaczały trefle, psy i koty biegały wśród kar, piki zmieniły się w ryby. 

I kiery. To była ona. Była tego pewna. Podobieństwo nie było idealne, ale to była 

ona, w dawnej sypialni, czytająca książkę, z sercami fruwającymi wokół niej jak wspo-

mnienia.  Na piątce,  z sercami ukrytymi  wśród  kwiatków, był  czepek,  który  nosiła  pod-

czas ich spotkań w Hyde Parku. Na dziesiątce jej wyciągnięta ręka z sercem na dłoni. 

Kiedy przyglądała się tej ostatniej karcie, narastało w niej przekonanie, że to jego 

serce tak trzyma. Nie uwierzyłaby, gdyby powiedział jej to prosto w oczy. Ściskała kartę 

w dłoni jeszcze przez chwilę, a potem zgarnęła talię i wrzuciła z powrotem do szuflady, 

tak by nikt ich nie zobaczył. To był sekret Nathana. Wybiegła do holu i zawołała kamer-

dynera. 

Benton pospieszył na jej wezwanie, najwyraźniej obawiając się, że coś się stało. 

- Panienka Diana? 

- Dokąd on poszedł? Gdybym chciała go odszukać... 

- To nie byłoby rozsądne, panienko. 

- Niewiele rzeczy, które robiłam ostatnio, było rozsądne. Zamierzam zrobić to, tak 

czy inaczej. Proszę, powiedz mi, Benton. Gdzie jest Nathan Wardale? 

- Jeśli nie ma go tutaj, myślę, że jest tam gdzie zawsze, panienko Diano. Wrócił do 

domu gry. 

T L

 R

background image

Rozdział osiemnasty 

 

Nathan spojrzał na idealny układ kart przed sobą i przeniósł wzrok na zaszokowaną 

minę mężczyzny siedzącego po drugiej stronie stołu. Po chwili uśmiechnął się krzywo i 

powiedział: 

- Jeszcze jedno rozdanie? 

- Jedno rozdanie za dużo, tak sądzę. - Przeciwnik skrzywił się lekko. - Powinienem 

być mądrzejszy, Nathanie. Ty i twoje przeklęte szczęście. - Westchnął i dodał z nadzieją: 

- Może w przyszłym tygodniu? 

Nathan skinął głową, zagarniając wygraną na równy stosik przed sobą. 

- Może - potwierdził, z ulgą przyjmując koniec gry. 

Szkoda,  że  nie  ma  więcej  graczy  takich  jak  ten,  pomyślał.  Mężczyzna  siedzący 

przed nim wiedział, kiedy odejść od stolika. Może któregoś dnia wróci w poszukiwaniu 

rozrywki. Albo i nie. Na pewno nie pojawi się tu przygnany przemożną potrzebą odegra-

nia  się  czy  wyrównania  rachunków.  Dzisiejszą  wygraną  Nathan  mógł  zagarnąć  z  czy-

stym sumieniem. 

Jak  tylko  miejsce na  krześle się  zwolniło,  zajął je  kolejny  mężczyzna.  Kiedy  Na-

than uniósł głowę, zobaczył Cygana. 

- W jakiej roli dziś występujesz? Hebdena czy Beshaleya? - spytał. 

- Jak wolisz. - Cygan ledwie dostrzegalnie skinął głową na powitanie. 

- Wolę, byś odszedł, żebyście obaj odeszli. Jeśli musisz zostać, w takim razie za-

grajmy o coś, co ma dla ciebie wartość. Bardzo chciałbym widzieć, jak cierpisz, kiedy to 

stracisz. 

- Mścisz się, Nathanie? 

- Jeśli zdołam. 

- Jak udało się spotkanie z lordem Keddintonem? 

- Dokładnie tak jak podejrzewałeś. Zapiski w dzienniku nie zrobiły na nim wraże-

nia, bo wcale nie chciał mi pomóc. Prawdę mówiąc, oczekiwał, że będę dla niego praco-

wał  i  jeszcze  bardziej,  o  ile  to  możliwe,  splamię  imię  mojego  ojca.  Zamierzam  wziąć 

T L

 R

background image

sprawy  we  własne  ręce  i  dopaść  George'a  Carlowa,  jak  tylko  Diana  opuści  jego  dom  i 

będzie bezpieczna. 

-  Zemsta  nie  jest  ani  łatwa,  ani  prosta.  Gdy  twierdzę,  że  zabiera  tak  samo  dużo 

skrzywdzonemu, jak i krzywdzącemu, przemawia przeze mnie doświadczenie.   

-  Ciekawe stwierdzenie,  Beshaley,  jednak  w twoim  przypadku  pozbawione treści. 

Po  tym  wszystkim,  co mi  zrobiłeś, mówisz  tak, jakby  moja przyszłość  miała dla  ciebie 

znaczenie. 

Cygan przyjrzał mu się bacznie. 

- A więc nic się nie zmieniło? Wciąż dopisuje ci szczęście? 

- Jak zawsze - odparł Nathan. - Nie dziękuję za to tobie i twoim ludziom. 

- A więc klątwa działa w dalszym ciągu. - Cygan wydawał się tym zaskoczony. 

- Myślałeś, że przestanie? 

- Szczerze mówiąc, tak. 

- Może w takim razie mam szczęście w kartach i to wszystko było bzdurą. Jeśli tak, 

nie mam ochoty się z nim rozstawać. Zabranie mi ojca, rodziny, domu i kobiety powinno 

wystarczyć dla zaspokojenia chęci zemsty twojej matki. Zrujnowałeś lepszą część moje-

go życia i pozostawiłeś mnie bez nadziei na przyszłość. Zostaw mi przynajmniej karty. 

Cygan uniósł ręce w geście poddania. 

- Jeśli chodzi o mnie, zapłaciłeś wystarczająco dużo. Jesteś wolny w każdy sposób, 

w jaki ja mogę cię uwolnić. To, co zostało - szczęście czy pech - zależy od ciebie. 

- Za mało i za późno, ale to już coś. 

Grali w milczeniu przez jakiś czas i przed Nathanem wyrósł stos monet. 

- Czy są inni, którzy teraz dostaną twój „dar"?   

Cygan potarł skroń, jakby bolała go głowa. 

- Niestety, tak. Chociaż dla ciebie ta sprawa może być zamknięta, dla mnie wciąż 

pozostaje do  załatwienia.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Cień przesuwa  się  wraz ze słońcem. 

Pójdę tam, gdzie poprowadzi mnie los, a sprawa się zakończy wtedy, gdy przyjdzie na to 

czas. 

- A jeśli znajdziesz dowód, że Narborough wiedział, iż mój ojciec był niewinny? 

T L

 R

background image

- To będzie znaczyło, że zamordował mojego. Myśl sobie, co chcesz, ale jego dług 

wobec mnie jest większy niż wobec ciebie. To zakończy się krwawo. 

-  Jeśli  zdołasz udowodnić, że George Carlow  maczał  w  tym  palce,  powiedz mi  o 

tym. Dopadniemy go razem. 

Cygan wykrzywił usta. 

- Razem? Niczym przyjaciele? 

- Nazwanie cię przyjacielem to za dużo po tym, co uczyniłeś. Może sojusznikiem. 

Powiedzmy, że mamy wspólny cel. 

Stephano uniósł kieliszek. 

- Za honor i sprawiedliwość dla naszych rodzin.   

Nie  dałoby  się  wywnioskować  z  jego  miny,  którą  rodzinę  miał  na  myśli,  Hebde-

nów czy Beshaleyów, więc Nathan odparł: 

- Za nasze rodziny. Kimkolwiek są.   

Cygan się zaśmiał. 

-  Bardzo  dobrze.  Jeśli  będę  miał  dla  ciebie  jakieś  informacje,  nie  omieszkam  ich 

przekazać.  -  Po  chwili  dodał,  zerkając  z  ukosa:  -  O  ile,  kiedy  nadejdzie  czas,  będziesz 

wciąż chętny ryzykować życie w imię przeszłości. - Rzucił karty na stół i wstał. Uniósł 

rękę w dziwacznym geście i dodał: - Niech Bóg cię strzeże, Nathanie. Może zatańczę na 

twoim weselu. - Szybko odszedł, więc nie usłyszał, jak Nathan zaklął w odpowiedzi. 

Potarł skronie,  zastanawiając się,  czy ból  głowy  Cygana nie  jest  przypadkiem za-

raźliwy. Powietrze było męczące, ciężkie od dymu tytoniowego, zapachu whisky i wielu 

rozgrzanych ciał. Zatęsknił za świeżym zapachem parku, chłodnym powiewem wiatru. 

Gdyby był uczciwy, przyznałby także, że tęskni za bliskością pewnej kobiety. Nie 

ośmielał się jednak wracać do przeszłości. Nie miał już niczego, co mógłby jej zaofero-

wać. Dał wszystko i nie doczekał się podziękowań. Musi się z tym pogodzić. Jego dom 

jest teraz tutaj, w Fourth Circle. 

Od wejścia do sali dobiegł go sprośny śmiech, a potem tłum się rozdzielił i do jego 

stolika nieśmiało podeszła kobieta. 

- Diana! 

T L

 R

background image

Karty wysunęły się Nathanowi z ręki. Pozbierał je szybko i zaczął tasować, zręcz-

nie i nonszalancko, żeby nie dostrzegła, jak się zdenerwował na jej widok. Dlaczego tu 

przyszła  akurat  wtedy,  gdy  próbował  pogodzić  się  z  jej  stratą?  Pragnął  zerwać  się  na 

równe nogi, ukryć karty za plecami i wyjąkać przeprosiny, że przyłapała go w tak pod-

łym miejscu. 

Nie przyniosłoby to jednak niczego dobrego. Skoro wiedziała, gdzie go szukać, nie 

było sposobu, aby jej wmówić, że jego obecność tutaj jest najzupełniej przypadkowa. Nie 

mógł udawać,  że nie jest nałogowym  graczem,  który  czuł się  w salonie  gry  tak  samo u 

siebie, jak ona przy kominku w salonie swojego domu. 

- Proszę o wybaczenie, panno Price. 

Wstał, aby przywitać się jak należy, skłonił się i uśmiechnął, dokładając starań, by 

patrzący na nich nie odnieśli wrażenia, że ona jest dla niego kimś więcej niż zwykłą zna-

jomą. 

- Panie Dale. 

Zauważył,  że  wygląda  na  zdenerwowaną.  Czy  to sala  gry  spowodowała,  że  czuła 

się nieswojo, czy jego obecność? Tęsknił za widokiem Diany, ale widok jej nieszczęśli-

wej miny bardzo go zmartwił. 

- Wardale - poprawił. - Jeśli pani łaskawa. 

- A więc zdecydowałeś się powrócić do dawnego nazwiska? - Jej wargi ułożyły się 

w coś, co od biedy można było potraktować jak uśmiech aprobaty. 

-  Już  czas,  nie sądzi pani?  W  końcu tamto nazwisko  przysporzyło  mi  więcej pro-

blemów, niż było warte. 

- A co z twoimi problemami z marynarką wojenną? 

-  Zamierzam  dopilnować,  aby  stały  się  problemami  marynarki  ze  mną.  Nie  mieli 

prawa mnie wziąć, muszą to uznać. 

Skinęła głową. 

- Cieszy mnie, że jesteś gotów zmierzyć się ze swoją przeszłością. 

Co dobrego przychodziło mu z tego, że ją to cieszyło? 

- Zapewniam panią, to nie magiczna transformacja mojego charakteru. Bez wzglę-

du na to, co sądzę o mojej przeszłości, teraźniejszość najpewniej będzie wyglądała wła-

T L

 R

background image

śnie tak. - Zatoczył ręką krąg po sali, by przypomnieć jej, w jakim otoczeniu się znajdują. 

- Nie spodziewałem się, że zobaczę panią znowu, a już z pewnością nie w takim miejscu. 

Mam nadzieję, że nie uznała pani mojej obecności tutaj za złamanie wcześniejszej obiet-

nicy, że zostawię panią w spokoju. Wyjadę z miasta, jeśli to stanowi problem. 

- To nie będzie konieczne. Londyn jest bardzo dużym miastem, prawda? 

Diana  usiadła  naprzeciwko  Nathana  na  wolnym  krześle.  Miała  na  sobie  suknię  z 

zielonego jedwabiu, którą włożyła, by go uwieść. Zastanawiał się, czy zrobiła to z jakimś 

ukrytym  zamiarem,  czy  tylko  próbowała  dostosować  się  w  ten  sposób  do  krzykliwego 

wyglądu otoczenia. 

Pochyliła się ku przodowi, niemal w zaufaniu, a sądząc po niewinnym wyrazie jej 

oczu, nie zdawała sobie sprawy, jak wyglądał w tym momencie jej dekolt. 

- W Londynie jest aż nadto miejsca dla nas dwojga. Nas dwojga.   

Gdyby choć raz jego życie ułożyło się tak, jak tego chciał, potrzebowaliby bardzo 

niewiele miejsca. Odpowiedział jej spojrzeniem, starając się pamiętać, że dom gry to nie 

najlepsze  miejsce  do  okazywania  emocji.  Patrzył  jej  prosto  w  oczy,  czekając,  aż  prze-

mówi. 

Wówczas, bez słowa, wyjęła plik złożonych banknotów z ozdobnej torebki, poło-

żyła je na stole i przesunęła w jego stronę. 

- Zdaje się, że należą do ciebie. 

- Już nie. Kiedyś należały do twojego ojca, a ja nie zamierzam ich zatrzymać. 

- Jeśli chciałeś wynagrodzić mi to, co mój ojciec przegrał do ciebie, to za mało. 

Wzruszył ramionami. 

- Miałem wydatki. - Po tych słowach przesunął wygraną tego wieczoru przez stół 

w jej kierunku. - Jeśli chcesz więcej, weź. Mogę też wypisać ci czek. 

-  Nie  dlatego  tu  jestem.  Przyszłam  oddać  to,  co  mi  przekazałeś,  bo  wygrałeś  to 

uczciwie. - Sięgnęła głębiej do torebki i wyciągnęła akt własności domu. - To też. 

- Dom należy do ciebie. 

- Należał do mnie, a właściwie do mojego ojca, ale dawno temu. 

- Jak się szczęśliwie złożyło, że znów go masz - powiedział, udając, że ta sprawa 

go nie dotyczy. 

T L

 R

background image

- Nie chcę go już. To dlatego próbuję ci go zwrócić. - Patrzyła prosto na niego, a 

jej stworzone do pocałunków usta ułożyły się w uśmiech. 

- Ja też nie. Dlatego nie wezmę go z powrotem. 

- Rozumiem, co próbujesz zrobić, oddając mi go. Nie musisz. Miło z twojej strony, 

że chcesz odmienić mój los, ale na to za późno. Możesz nauczyć się z tym żyć, ale nie 

możesz zmienić przeszłości, Nathanie. 

Nazwała  go  Nathanem.  Inne  słowa  stały  się  nieważne,  zostało  tylko  słodkie 

brzmienie jej głosu i dźwięk jego imienia... 

- Jeśli jest jakiś sposób przytłumienia pamięci o minionych dniach, spróbuję. Albo 

sprawię,  że  zapomnisz  o  nich  całkiem.  -  Zmarszczył  czoło.  -  Choć  chciałbym,  byś  pa-

miętała w każdym szczególe przebieg pewnej nocy. 

Na jej policzkach nie pojawił się nawet ślad rumieńca. Może pozbyła się wstydu, a 

może była to oznaka jej opanowania i umiejętności zachowania spokoju w każdej sytu-

acji. 

Zignorowała jego uwagę i kontynuowała: 

- Twoje życie było trudniejsze niż moje i jesteś z niego mniej zadowolony niż ja ze 

swojego. Z pewnością też chodzi o coś więcej niż jedną noc. Nie można przywiązywać 

zbyt wielkiej wagi do wydarzeń jednego dnia, bez względu na to czy były dobre, czy złe. 

Czy  miała na myśli  noc,  którą spędzili razem?  Czy  tę  noc, podczas  której dopro-

wadził jej ojca do ruiny przy stoliku do gry? A może obie? 

- Cokolwiek działo się między nami w przeszłości, ofiarowanie mi domu i pienię-

dzy nie oznacza niczego. Nie o to chodzi. Takie posunięcie nie świadczy o tym, że czyjś 

charakter się zmienił. - Pchnęła pieniądze i papier przez stół. 

Spojrzał  na  papier  i  wstrząsnął  nim  dreszcz  na  widok  dokumentu  leżącego  przed 

nim na zielonym suknie tak samo jak przed laty. 

- Mój charakter zmienił się na lepsze w porównaniu z tym, co było kiedyś. Przykro 

mi, jeśli ta zmiana jest dla ciebie niewystarczająca i nie podobam ci się taki, jaki jestem. 

Jeśli nie wierzysz w moją stałość, powiedz mi, co mam zrobić, by cię przekonać. 

- Z pewnością nie musisz robić... - machnęła ręką nad dokumentem - ... tego. 

- A jednak muszę. - Znowu rozbolała go głowa.   

T L

 R

background image

Chciał, żeby wzięła papier i zostawiła go z tą resztką spokoju, jaka mu pozostała, 

zamiast  przychodzić  i  od  nowa  przypominać  mu,  że  jest  dla  niej  nieodpowiedni.  -  Nie 

wezmę go. Żałuję, że nie dałem ci go od razu pierwszego dnia, kiedy uświadomiłem so-

bie, kim jesteś. To, ten przeklęty weksel i wszystko inne. Potem mógłbym odejść od cie-

bie, nic nie mówiąc, z czystym sumieniem. 

Zdaje się, że to wreszcie wywarło na niej wrażenie. Nie zdołał się powstrzymać i 

pospieszył złagodzić cios. 

- Nie zrozum mnie źle. Moja znajomość z tobą była miła. Bardziej niż miła. Ale to 

był  błąd.  Czuję  ból  na  samą  myśl  o  wspólnych  chwilach,  bo  wiem,  że  należą  do  prze-

szłości. Zaoszczędziłbym wiele cierpienia nam obojgu, gdybym podarł weksel twego oj-

ca w noc, kiedy mi go dał. - Wskazał gestem na pieniądze i akt własności domu. - Zosta-

ło mi tylko tyle i chcę ci to dać. Proszę, weź to ze stołu. Jeśli nie są stawkami w grze, nie 

tu jest ich miejsce. 

- Stawkami? - W jej oczach pojawił się błysk. - Tym to wszystko jest dla ciebie? 

Niczym więcej? W takim razie ja... chcę je postawić. 

Roześmiał się. 

- Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Nie wiesz nic o kartach i grze. 

- Przeciwnie. Może nie znam się na kartach, ale o grze i graczach wiem więcej, niż 

myślisz. Przyjmiesz moje wyzwanie, bo nie zdołasz się powstrzymać. To jest jak szaleń-

stwo, prawda? Nie masz nad tym kontroli. 

Jednak był w stanie nad tym zapanować, gdyby usiłował, był tego pewny. Tyle że 

rzadko miał powód, by próbować.   

- Nie napracowałeś się, kiedy za pierwszym razem wygrałeś dom od mojej rodziny. 

Boisz się,  że  za drugim  razem  ci się  nie uda?  -  Jej  głos nie  przypominał  już układnego 

głosu damy do towarzystwa; był zmysłowy. 

Zebrani wokół stołu mężczyźni wybuchnęli śmiechem. Diana zmusiłaby do reakcji 

każdego mężczyznę, zarzucając mu tchórzostwo. Nathan słyszał coraz głośniejsze szme-

ry, bo tłum zaczął się gromadzić, by popatrzeć na spektakl, w którym jakaś nieznajoma 

przyszła rzucić wyzwanie słynnemu niepokonanemu hazardziście. Nie mógł pozostawić 

tej zniewagi bez odpowiedzi, ale nie chciał też grać przeciwko Dianie. 

T L

 R

background image

-  Po  prostu  nie  chcę  ci  go  odebrać.  To  byłoby  nie  w  porządku.  -  Słowa,  które  w 

zamyśle  miały  wyrażać  pewność  siebie,  wypowiedziane  na  głos,  zabrzmiały  pyszałko-

wato i lekceważąco. 

- Od kiedy to porzuciłeś grę? - Była teraz słodka i przymilna. Gdyby wzywała go 

do  łóżka,  poszedłby  natychmiast.  -  To  wyjątkowo  nie  fair  twierdzić,  że  ograsz  mnie  w 

losową grę. Chyba że zamierzasz oszukiwać. 

Tłum westchnął. 

Znów go obraziła. Choć była kobietą, nie mógł puścić tego płazem. 

- Dobrze więc - powiedział ostrzej, niż zamierzał. Po chwili zapytał, już spokojniej: 

- W co chcesz grać? 

- Co proponujesz? 

-  Panno  Price,  pierwsza  lekcja,  której  musisz  się  nauczyć,  to  nie  pozwolić,  bym 

wybrał  sposób  zniszczenia  ciebie.  -  Tasował  szybko  karty,  mając nadzieję,  że  ta  zręcz-

ność ją odstraszy. - Zagramy w makao. Zakładam, że znasz zasady? Twój dom i pienią-

dze przeciwko zawartości mojej sakiewki. 

- To mi odpowiada. Dziękuję. 

Do  diabła!  Gdyby  chciał  wygrać,  ten  zakład  byłby  wyjątkowo  nie  fair.  Dlaczego 

Diana się nie wycofała? Wprawdzie należała jej się nauczka, bo go obraziła. Mógłby jej 

zabrać wszystko. Była zbyt zielona, by zdawać sobie sprawę z przebiegu gry. Jeśli mu się 

uda, przegra na jej rzecz. A jeśli nie? Przynajmniej wszystko skończy się szybko. 

- Możemy zaczynać? 

Był  gotów  zagrać  tak  niewprawnie,  jak  to  możliwe  bez  wzbudzania  podejrzeń. 

Tymczasem  okazało  się  to  niepotrzebne.  Niewiarygodne  szczęście  nagle  go  opuściło; 

karty nie ułożyły się na jego korzyść. Za to jej sprzyjały i Diana z łatwością go pobiła. 

Uśmiechnął się z ulgą, że jego sumienia nie obciąży wina. Teraz mogła wziąć wszystko, 

co jej dał do tej pory, wiedząc, że na to zarobiła. Opróżnił zawartość sakiewki na stosik 

banknotów leżących na stole. 

-  Proszę  bardzo.  Pokonałaś  mnie.  Dom  i  pieniądze  są  twoje,  wygrane  uczciwie  i 

możesz zrobić z nimi, co ci się podoba. 

T L

 R

background image

Zmarszczyła czoło na widok pieniędzy przed sobą i jej mina nie różniła się od tych, 

które  widział  przez  te  wszystkie  lata.  Pierwszy  raz  jednak  wyrażała  niezadowolenie  z 

wygranej, a nie - jak wszystkie inne - z przegranej. 

- Nawet nie próbowałeś. 

-  Nie  wystarczy  ci,  że  grasz  własnymi  kartami?  Musisz  grać  też  moimi?  -  Odpo-

wiedział  nieco  zgryźliwie,  bo  w  końcu  nie  miał  okazji  nauczyć  się  przegrywać.  Zagrał 

najlepiej, jak się dało kartami, które sam rozdał, i mimo to nie był w stanie jej pokonać. - 

Starałem się wystarczająco jak na grę z tak niedoświadczonym przeciwnikiem jak ty. Na 

tyle, że mogłaś mieć szansę zwycięstwa jedynie wówczas, gdyby dopisało ci szczęście. I 

tak się stało. - Pchnął plik banknotów z powrotem na jej stronę stołu. 

- Obrażasz mnie. Nie posłużyłeś się wszystkim swoimi umiejętnościami przy sto-

liku. To nie jest o wiele lepsze od oszukiwania. 

Znów padło to słowo. 

- Oszukuję? Ja? 

- Skoro celem jest wygrana, a ty próbowałeś przegrać, to tak. Żądam, żebyśmy za-

grali jeszcze jedną rundę. 

- Partię - poprawił. - Nie oszukuję w kartach, zapamiętaj to sobie. 

- W takim razie jeszcze jedna partia. Jeśli nie oszukujesz, to znaczy, że nie jesteś w 

tej grze tak dobry, jak się spodziewałam. Rozdawaj, panie Wardale. 

-  Teraz  pani  kolej,  panno  Price,  co  powinno  pomóc  pani  przekonać  się,  że  nie 

oszukuję. - Powiedział to na tyle głośno, by wszyscy obecni w sali go usłyszeli. - Słowo 

daję, nigdy nie miałem takich kłopotów z powodu przegranej partii. 

Zebrani  roześmieli  się,  kiedy  Diana  zaczęła  żmudnie  powolny  proces  tasowania 

kart i ostrożnego rozdawania. Uniosła głowę i spojrzała na Nathana. 

- Chcę postawić wszystko, co mam. - Pchnęła stosik w jego stronę. 

- W takim razie ja postawię coś o takiej samej wartości, tym razem, by udowodnić, 

że traktuję naszą grę poważnie. - Myślał przez chwilę. - Prócz domu w mieście mam dom 

na wsi. Chciałem tam osiąść na stare lata. Dostaniesz go, kiedy ta partia dobiegnie końca. 

- Jeśli przegrasz - zastrzegła. - Spodziewam się, że zrobisz wszystko, by mnie po-

konać. 

T L

 R

background image

- Wszystko? 

Nie rozumiała, o co go prosi. 

- Nie obrażaj mnie. Graj tak, jakbyś grał z nieznajomym, i pozwól, by los zadecy-

dował o zwycięstwie. 

Los ma zadecydować? Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, co mówi? Ostatnia gra 

to fuks. Nie było szans na kolejny, był tego pewien. 

- Jeśli zmusisz mnie, bym przy tym stole zrujnował kolejną osobę o nazwisku Pri-

ce, to nie rozumiesz, ile tamta gra mnie kosztowała. 

Spojrzała na niego. 

- Nie doprowadzisz mnie do ruiny, bo ja, w przeciwieństwie do mego ojca, mam na 

tyle  rozsądku,  by  przerwać,  kiedy  będę  zadowolona  z  wyników.  Zostawisz  mnie  taką, 

jaką  mnie znalazłeś,  z moimi niewielkimi  oszczędnościami.  Ostatnio nie  byłam  sobą,  a 

zmiana nastąpiła w chwili, kiedy otworzyłam pierwszą kopertę od ciebie. 

Myślała, że to pieniądze spowodowały w niej zmianę, a nie co innego? Nathan ży-

wił  nadzieję,  że  tak  jak  jego,  odmienił  ją  dzień,  w  którym  się  spotkali.  Nie  mówiąc  o 

dalszym przebiegu wydarzeń. W porównaniu z tym pieniądze były nieważne. Westchnął. 

Jeśli chciał być całkiem uczciwy, musiał przyznać, że nie było sposobu, aby ją zostawił 

taką, jaką znalazł. 

-  Jeśli naprawdę  zależy  ci  na tym, by  ponownie przegrać dom, jestem pewien, że 

kolejna partia załatwi sprawę. - Pochylił się w skupieniu nad kartami. 

I znów przegrał. 

To niesłychane, przegrać dwa rozdania z rzędu. Niesłychane dla niego, naturalnie. 

Diana miała rację: to gra losowa. Wszystko może się zdarzyć. 

Diana była wściekła. 

- Jak śmiesz?! Wystawiasz na próbę moją... moją cierpliwość. 

Wpatrywał się w karty, które wybrały sobie najdziwniejszy czas na zdradę. 

- Nic podobnego. Naprawdę lubiłem ten dom. Gdybym wiedział, że karty nie ułożą 

się po mojej myśli, postawiłbym coś innego. Na przykład stajnię. Parę siwków, faeton i 

kurykiel. Wszystko na stół, panno Price. Proszę zrobić mi tę przysługę i zatrzymać to, co 

pani postawiła na początku, ale proszę dać mi szansę odzyskania domu na wsi. 

T L

 R

background image

- Wszystko albo nic, sir. 

- Do diabła! 

Syknęła, słysząc przekleństwo. 

-  Proszę  o  wybaczenie,  panno  Price.  -  Przeszył  ją  wzrokiem,  co  prawdopodobnie 

zepsuło cały efekt przeprosin.   

Pokusa, by pozwolić jej wygrać jeszcze raz, znikła. Oddanie londyńskiego domu to 

jedno, ale nie mieć domu w ogóle? Nie tak widział swoją karę. Po tylu latach gry złościło 

go, że straci dom podczas gry w karty na rzecz niewprawnej kobiety. I to w makao, grę 

niegodną  jego  umiejętności.  Poza  tym  musiał  mieć  na  względzie  swoją  reputację.  Ich 

pojedynek przyciągnął spory tłum gapiów. Jeśli teraz zrezygnuje, nie pozwolą mu zapo-

mnieć o klęsce. 

Szczęście na pewno wróci do niego przy kolejnym rozdaniu, tak jak zawsze, uznał 

Nathan. 

- W takim razie zgoda. Moja stajnia przeciwko pani domom. 

Rozdał karty i popatrzył na te, które trzymał w ręku, nienadające się do niczego. W 

duchu  pożegnał  się  z  końmi  i  domami.  Ona  zaś  odłożyła  karty  bez  radości  i  zawołała 

„Makao!", jakby wymawianie tego słowa sprawiło jej ból. Jeśli już musiała pobić go ze 

szczętem, mogła przynajmniej okazać zadowolenie, pomyślał z goryczą. 

- Proszę tylko nie ważyć się mówić, że uknułem to dla pani korzyści, panno Price. 

Nie zasługuję na taki kredyt zaufania. 

Spojrzała na niego wyraźnie zaniepokojona. 

- Jeśli to nie dla mojej korzyści, to dlaczego tak się dzieje? 

- Nie mam pojęcia. Proszę rozdawać. 

- Nie. To zaszło za daleko i nie tak, jak planowałam. - Wstała, gotowa odejść. 

- Proszę siadać! - rzucił rozkazującym tonem Nathan. 

Diana  natychmiast  go  posłuchała.  Usiłował  opanować  emocje,  próbując  przypo-

mnieć sobie, czy kiedykolwiek był tak zdenerwowany przy stoliku do gry. Kłopoty przy-

trafiały się jego przeciwnikom, a nie jemu. Wziął głęboki oddech. 

-  Przepraszam.  Proszę  siedzieć.  Musi  pani  dać  mi  szansę  rewanżu,  przynajmniej 

tyle. Jeszcze jedno rozdanie, proszę. 

T L

 R

background image

Pokręciła przecząco głową. 

- Przypuszczam, że tak właśnie powiedział mój ojciec, kiedy grał z panem. Zakła-

dał do samego końca, że jego szczęście wróci. 

Tak  właśnie  myśleli  wszyscy  przeciwnicy  Nathana,  ale  nie  wiedzieli  tego  co  on: 

nie  ma  nadziei,  żeby  którykolwiek  z  nim  wygrał,  dopóki  działa  klątwa.  Ta  gra  też  nie 

będzie trwała długo. Jeszcze jedno rozdanie i sprawy potoczą się na jego korzyść, tak jak 

zawsze. 

Chyba że... 

- Proszę - powiedział z naciskiem. - Jeszcze jedna partia, panno Price. Dla zaspo-

kojenia  mojej  ciekawości,  jeśli  nie  z  innego  powodu.  Zawartość  mojego  konta  banko-

wego przeciwko wszystkiemu, co pani ma. 

Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- A co panu zostanie, jeśli wygram? 

- Bardzo mało, jak sądzę. - Uśmiechnął się do niej szeroko. - Jednak nie ma to dla 

mnie najmniejszego znaczenia. 

- Z czego będzie pan żył? 

-  Znajdę  kogoś,  kto  mi  pożyczy,  i  zagram  z  kimś  innym.  Dopóki  będę  miał  coś 

wartościowego, dopóty będę wracał do stolika i grał, panno Price. 

Odpowiedziała mu spojrzeniem, w którym malowało się niekłamane przerażenie. 

- Pan jest szalony. 

-  Musiałem,  decydując  się  na  życie  hazardzisty.  Kiedy  już  zacząłem,  niemożliwe 

było powiedzieć „stop". Ale nie lubiłem tego. - Spojrzał na nią bardzo poważnie. - Jedy-

ne szczęście, jakiego doznałem, zdarzyło się niedawno. I to, obawiam się, było przemi-

jające. Najwyraźniej moje uczucia dla pewnej młodej damy nie zostały odwzajemniane. 

Nie spodobał jej się mój zawód. 

- To nie jest zawód godny szacunku. 

- Wiem o tym. Chcę mieć powód, by położyć kres grze, tak jak zrobił to pani oj-

ciec.  Stało  się  to  dopiero  wówczas,  kiedy  stracił  wszystko  i  postawił  coś  bezcennego, 

czego nie miał prawa oferować, a potem uświadomił sobie, co zrobił, i zmienił swoje ży-

cie. 

T L

 R

background image

- Tak było  - przyznała, zupełnie jakby nigdy nie przyszło jej do głowy, że to ona 

była powodem tej przemiany. 

- Przypuszczam, że ostatecznie wpłynęło na niego pani gorące oddanie. Jest w pani 

coś takiego, panno Price, co może spowodować, że mężczyzna zmieni wszystko. Teraz, 

jeśli łaska, proszę rozdać karty. 

Ręce jej drżały, kiedy popychała prostokątne kartoniki na jego stronę stołu. Marze-

nie  Nathana  się  ziściło.  Nie  miał  w  ręku  żadnej  dobrej  karty,  nie  miał  też  sposobu,  by 

udać przed nią, że jest inaczej. Uśmiechnięty i przygotowany do przegranej, rozsiadł się 

wygodniej. 

- Proszę się tak do mnie nie uśmiechać. To mnie niepokoi. 

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

- Wygląda na to, że nie przeszkadza pani w grze. 

- To po prostu szczęście i pan o tym wie. 

- Ponieważ nigdy nie widziałem go po drugiej stronie stołu, nie poznaję go. - Rzu-

cił karty na stół. - Stało się, panowie. Ta dama mnie zrujnowała. 

Diana wyglądała tak, jakby miała się rozpłakać. 

- Nie chciałam tego. Chciałam tylko oddać ci dom i pieniądze. Pomyślałam, że tak 

będzie najłatwiej. 

- Przykro mi, kochanie, że sprawy między nami nigdy nie układały się gładko. Od 

początku  uczyniłem  twoje  życie  ciężkim  i  z  tego  powodu  ucierpiałem.  To,  co  stało  się 

tutaj, to sprawiedliwość losu. - Zebrał karty i znów zaczął tasować, patrząc na właściciela 

lokalu. - Proszę o pióro i papier. Jeśli dama zagra jeszcze jedną partię, przeciwko memu 

wekslowi, zobaczymy, czy szczęście całkiem mnie opuściło. 

- Nie! Nie chcę tego! Dość już graliśmy. Pozwól mi odejść. 

Nathan wiedział, że musi przemówić jak najłagodniej do Diany, żeby go posłucha-

ła. Odłożył karty i przykrył swoją dłonią jej ręce, zanim zdążyła wstać od stolika. 

-  Diano,  błagam.  Nie  odchodź. Jeszcze  nie.  Mam do  zaoferowania  jeszcze jedno. 

Chociaż, ośmielam się twierdzić, to jest już twoje. A skoro należy do ciebie, nic złego się 

nie stanie. - Wziął pióro i przez chwilę skrobał na brzeżku karty, próbując znaleźć odpo-

wiednie słowa. 

T L

 R

background image

- Do Diany Price. Obiecuję, że jeśli przegram tę partię, będę cię czcił, i zapisuję ci 

wszystkie moje doczesne dobra. - Uniósł głowę. - Chociaż wygląda na to, że już to zro-

biłem. Nieważne. Rozumiesz, o co chodzi. 

- Nathanie Wardale, nie kpij ze mnie. 

-  Nie  kpię,  kochanie.  Moje  serce  należy  do  ciebie,  czy  tego  chcesz,  czy  nie,  tak 

samo jak mój majątek. Złożę wszystko u twoich stóp, jeśli mi pozwolisz. Jeśli wątpisz w 

szczerość daru, to weź karty, które rozdałem, i wygraj go ode mnie. - Spojrzał na ludzi 

zgromadzonych  wokół  stołu.  -  Wszyscy  tutaj  mogą  za  mnie  zaświadczyć.  Kiedy  gram, 

moje słowo jest coś warte. Jeśli znów wygrasz, będziesz mogła odejść od tego stolika, a 

ja pójdę za tobą, posłuszny każdemu twojemu życzeniu. 

Bał się, że ona nie chce ani jego, ani jego serca. Nie chciała nawet jego pieniędzy. 

A teraz udowodni mu to przed tymi ludźmi. Odepchnie karty na bok i wyjdzie. Utkwiła 

w  nim  wzrok,  szukając  w  jego  twarzy  oznak,  że  blefuje,  i  próbowała  przełamać  jego 

skupienie,  tak  jak  on  przez  lata  robił  ze  swymi  przeciwnikami.  Poczuł,  że  zaczyna  się 

pocić. Chciał zamknąć oczy i odwrócić się przed jej bacznym wzrokiem. Był gotów za-

wołać,  że powinna  mieć  litość  i skończyć  z  nim, jeśli nie  chce  grać,  że powinna  wziąć 

wszystko, co wygrała, i odejść, a on będzie udawał, że nigdy nie złożył tej oferty i nigdy 

więcej nie będzie próbował się z nią skontaktować. Wreszcie, że przykro mu, iż w ogóle 

zawracał jej głowę. I jej ojcu też. I komukolwiek w tej sali.   

Kiedy pomyślał, że ta męka nigdy się nie skończy usłyszał jej pytanie: 

- Odszedłbyś od stolika? 

- Jeśli takie jest twoje życzenie. 

- I nigdy nie wrócił? 

Odruchowo  otworzył  usta,  gotów  zaprotestować,  bo  myśl,  że  mógłby  przestać, 

nigdy dotąd nie postała mu w głowie. Nie widział zresztą, dokąd mógłby pójść. 

Diana ciągnęła: 

- Nie ma miejsca w moim życiu na gracza, panie Wardale. A już z pewnością nie 

pragnę związać się z mężczyzną, który doprowadziłby nas oboje do ruiny. 

Nagle stało się dla niego jasne, jak trudną decyzję podjęła, przychodząc tutaj, i jak 

bardzo  się  bała,  że  jej  życie  jako  mężatki  byłoby  powtórzeniem  losu  jej  matki.  Nathan 

T L

 R

background image

zrozumiał,  że stoi  na rozdrożu.  Mógł  zatrzymać  życie, jakie  znał, i  spędzić  kolejne  dni 

przy stolikach i kolejne noce w samotności. Albo mógł iść z Dianą w nieznane, nie wie-

dząc,  jak  będzie  zarabiać  na  utrzymanie,  jeśli  pieniądze,  które  zarobił  dotychczas,  nie 

starczą na pokrycie wydatków. Czy miał jakieś umiejętności prócz gry w karty i kości? 

Na pewno nie był żeglarzem. I nie mógł być hrabią. Dopóki znów nie odnajdzie swego 

miejsca  w świecie,  każdy  dzień będzie grą.  Przecież  od zawsze był  graczem,  pocieszył 

się w duchu. 

- Ten budynek był dla mnie niczym kościół przez wiele lat. Kiedy jestem przy sto-

liku,  chociaż  mogę  blefować,  nie  kłamię,  nie  oszukuję  i  wywiązuję  się  z  zakładu.  Jeśli 

wygrasz, odejdę stąd i przysięgam, że nigdy nie wrócę. 

Diana skinęła głową, a potem uśmiechnęła się i sięgnęła po karty. 

- W takim razie zgoda. To przecież gra losowa. Nie ma gwarancji wyniku. Powie-

działeś, że dopisuje ci szczęście. Zobaczymy, jak się potoczy tym razem. 

Spojrzał  na  karty  i  wiedział,  że  nie  zdoła  nic  z  nimi  zrobić.  Poczuł  narastające 

uczucie ulgi, że czeka go ostateczna przegrana. 

- Myślę, że mam naprawdę wielkie szczęście.   

Popatrzyła w swoje karty i nie zrobiła niczego, by ukryć zaskoczenie, które mógłby 

wykorzystać na swoją korzyść, gdyby pomyślał, by posłużyć się blefem. Gra się rozpo-

częła i tak samo jak w poprzednich rozdaniach, Diana pokonała go z łatwością. Patrzyła 

na kartkę na stole, zaszokowana. 

- Wygrałam. 

-  Tak.  -  Uśmiechnął  się  do  niej  szeroko,  czując  lekkość  ducha,  której  brakowało 

mu od dzieciństwa, jakby ktoś zdjął mu z pleców wielki ciężar. 

-  Ale  to  nie  znaczy...  Naprawdę  wciąż  chcesz...  -  Diana  nie  wiedziała,  co  powie-

dzieć. 

- Bardzo. Panno Price, czy uczyni mi pani ten honor i przyjmie moją ofertę? Diano, 

zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby stać się takim mężem, jakiego mogłabyś sobie 

życzyć. - Wstał od stolika i zbliżył się do niej, podając jej rękę. 

- Ja... tak. Przyjmuję. 

T L

 R

background image

Pomógł jej wstać z krzesła i wziął ją w objęcia, a potem ją pocałował. Zrazu deli-

katnie,  potem  żarliwie,  namiętnie.  Poczuł,  jak  odpowiada  mu  pocałunkiem,  początku  z 

wahaniem, a potem tak jak wczorajszej nocy, którą spędzili razem, jakby nie chciała, by 

ta chwila dobiegła końca. Kiedy się rozdzielili, uniosła głowę i spojrzała na niego z bły-

skiem w oku. 

-  Panie  Wardale,  doprawdy.  Jesteśmy  w  miejscu  publicznym.  To  wyjątkowo  nie-

właściwe. 

Roześmiał się. 

-  To  miejsce jest  również  wysoce niewłaściwe, panno  Price.  Jeśli pani  chce  mnie 

stąd wyrwać, moje zachowanie się zmieni. Chodźmy, wróćmy do wielkiego świata. Jeśli 

sobie  życzysz,  stanę  się  kimś  w  rodzaju  fajtłapy,  który  nie  ośmieli  się  wziąć  cię  w  ra-

miona i całować do utraty zmysłów. 

Pochyliła się i zagarnęła wygraną do swojej torebki. Po namyśle wzięła jego kwit, 

złożyła go starannie i wsunęła za stanik sukni. 

-  Mam  nadzieję,  że  tak  nie  będzie,  panie  Wardale.  Dla  dobra  nas  obojga.  Mamy 

wiele do omówienia. Sprawę Nell, na przykład. 

- A kto to jest? 

Wydawała się zaskoczona jego reakcją, ale po chwili powiedziała: 

- Może znasz ją pod imieniem Heleny, chociaż go nie lubi. 

- Helena? Skąd ją znasz? I skąd wiesz, co lubi? Z pewnością nic ci nie mówiłem. 

Dotknęła jego ramienia i przytuliła się do niego, szepcząc mu do ucha: 

- Jest bezpieczna. Wyszła za mąż za mojego przyjaciela. Chociaż pogodzenie się z 

nim  może być  trudne  ze  względu  na  ostatnie  wypadki.  Ale  jeśli się  weźmie  pod  uwagę 

to, co zaszło między nami, wszystko jest możliwe, czyż nie? 

- Moja siostra bezpieczna? - Nathan spróbował się opanować, bo uczucie ulgi omal 

nie zwaliło go z nóg. 

- Muszę ci wiele wyjaśnić. Przepraszam, że trzymałam to w sekrecie. Wiedziałam 

przecież,  jakie  to  dla  ciebie  ważne,  ale  przez  czas  jakiś  chciałam,  żebyś  cierpiał,  a  po-

tem... To wszystko jest tak bardzo skomplikowane... 

Powstrzymał jej słowa pocałunkiem. 

T L

 R

background image

-  Nie  zamartwiaj  się.  Jestem  ostatnim  człowiekiem,  który  mógłby  wyrzucać  ci 

ukrywanie trudnej prawdy. - Znów ją pocałował. - Jeśli Helena jest bezpieczna, ta świa-

domość  jest  dla  mnie  darem.  Powiesz  mi  resztę  w  swoim  czasie.  A  wkrótce  będziemy 

mieli tyle czasu, ile zechcemy. Wyjdź za mnie, Diano Price, a ja stanę się najszczęśliw-

szym człowiekiem w Anglii. 

Nathan zerknął na stojącą w cieniu postać w pobliżu drzwi i objął swoją przyszłą 

żonę  opiekuńczym  ramieniem.  Cygan  skinął  głową  z  aprobatą,  wzruszył  ramionami  i 

wykonał gest, który mógł być pożegnaniem, i odszedł. 

T L

 R

background image

Epilog 

 

Diana  szła  korytarzem  do  gabinetu  świeżo  poślubionego  męża.  Spędzał  tu  mnó-

stwo czasu zajęty przeglądaniem starych papierów w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby 

naprowadzić  go  na  ślad  prawdziwego  mordercy  Christophera  Hebdena,  albo  prowadził 

dyskretne  śledztwo,  mające  na  celu  odnalezienie  zagubionej  siostry,  Rosalind.  Czasem 

posyłał pełne oddania listy do Nell, próbując nie zasmucać jej podejrzeniami, które żywił 

wobec jej nowej rodziny. 

Diana miała nadzieję, że Nathanowi się powiedzie. Niemniej nieliczne informacje, 

które udało jej się zebrać, nie wróżyły Carlowom dobrze. Chociaż dziewczęta otrzymały 

zakaz  kontaktowania  się  z  Dianą,  Verity  zignorowała  polecenie  Marcusa  i  przysłała  jej 

kilka  krótkich  liścików,  nakłaniając  ją  do  poszukania  sposobu  szybkiego  pojednania 

obydwu  rodzin.  Pod nieobecność  Diany  Honoria  robiła się  coraz bardziej  lekkomyślna. 

Wprawdzie  w  obecnym  stanie  rzeczy  Diana  nie  mogła  powrócić  jako  ich  przyzwoitka, 

ale może łagodzący wpływ dawnej przyjaciółki wystarczyłby, by sprawy poszły właści-

wym torem. 

Pewną pociechą był dla niej fakt, że i Nathana, i ją w takim samym stopniu mar-

twiła przyszłość tej rodziny. Gdyby nie jego miękkie serce, nie byłby lepszy od Cygana. 

Na pewno dobrze mu zrobi, kiedy dowie się, co znalazła, bez względu na to, jak mogło 

to być dla niego nieprzyjemne. 

-  Nathanie  -  stanęła  w  drzwiach  gabinetu  i  wyciągnęła  rękę  do  męża  -  chodź  ze 

mną. Chciałabym ci coś pokazać. 

Uśmiechnął się do niej i posłusznie ruszył za żoną na piętro. Kiedy zatrzymał się 

przy drzwiach do sypialni, poczuła, że krew jej się burzy, ale musieli iść dalej. 

- Później - szepnęła.   

Uniósł brwi, zaskoczony. 

- Oczywiście, że później, ale teraz też byłoby miło. 

- Później. 

- Dokąd w takim razie idziemy? Włożyłaś zieloną suknię, a wiesz, jak to na mnie 

działa. 

T L

 R

background image

- To codzienna suknia i nie ma w niej nic nadzwyczajnego - pouczyła go. - Często 

noszę zielony, bo twierdzisz, że lubisz ten kolor. Jeśli to ci przeszkadza, przebiorę się. 

- Nie określiłbym tego w ten sposób. Moje odczucia na twój widok można napra-

wić najłatwiej pod słońcem. Jeśli jednak chcesz się przebrać, pozwól, że coś zasugeruję. 

Wyglądasz bardzo apetycznie w zielonej sukni, ale jeszcze apetyczniej bez niej. - Objął 

ją czule. 

Jak mogła kiedykolwiek się obawiać, że Nathan będzie wolał grę w karty czy kości 

od żony i rodziny? To, że dawał jej pierwszeństwo, było oczywiste, zaś jego entuzjazm 

sprawił, że stworzenie rodziny było nieuniknione. Diana pozwoliła się objąć mężowi, po 

czym odsunęła jego ręce i powiedziała: 

- Stanowczo później. Przede wszystkim musimy coś zobaczyć. 

Westchnął. 

- Twój ton nie wróży dobrze, kochanie. Podejrzewam, że włożyłaś zieloną suknię, 

żeby złagodzić coś na kształt ciosu. 

Spojrzała na niego z niepokojem. 

- Obawiam się, że możesz mieć rację. Wiem jednak, że to coś, co cię zainteresuje, 

a skoro to znalazłam, muszę ci o tym powiedzieć. Wreszcie nie ma między nami sekre-

tów. 

- Żadnych - zapewnił ją. 

Poprowadziła go do końca korytarza i na schody wiodące na strych. 

- A jaki powód mamy, by tam iść? 

-  Wzięłam  klucze  od  Bentona i  ruszyłam na poszukiwania. Pomyślałam, że  może 

są tam jakieś  rzeczy,  które pamiętam  z  dzieciństwa,  i miło byłoby  znów je zobaczyć.  - 

Starała się, aby ta sugestia brzmiała zdawkowo, bo nie chciała, by Nathan myślał, że ona 

zatapia się we wspomnieniach o przeszłości, którą mu, tak jak obiecała, wybaczyła. 

- Jeśli chcesz je widzieć, nie pozwolę, byś krążyła wśród rupieci i pogrążała się w 

melancholii. Jednak utrzymujesz, że nie chcesz zmienić wystroju domu... 

- Nie chcę. Jest uroczy taki jak teraz i pasuje do twojego charakteru. - Choć nie był 

to dom, jaki pamiętała, był to port mężczyzny, którego kochała najbardziej na świecie. 

T L

 R

background image

-  W  takim  razie  będziemy  musieli  przenieść  twoje  skarby  w  miejsce,  gdzie  bę-

dziesz mogła cieszyć się nimi w pełni. 

- Do wiejskiego domu? 

Pojechali tam w podróż poślubną. Dom był równie czarujący, jak rezydencja przy 

Hans  Place.  Choć  Diana  cieszyła  się  jazdą  konną  i  spacerami  po  polach,  wydawał  się 

bardzo odległy od tego, do czego przywykła. 

Nathan pokręcił przecząco głową. 

- Jakiś czas temu pomyślałem, że moglibyśmy kupić wiejski domek. Znalazłem ta-

kie  miejsce,  Hammersmith.  Jest  tam  zaledwie  kilka  pokoików,  ale  także  piękny  ogród. 

Akt własności jest na twoje nazwisko. Jeśli zechcesz przenieść swoje znaleziska tam, bę-

dziesz mogła je odwiedzać, kiedy tylko przyjdzie ci na to ochota. 

- Domek? - spytała zakłopotana. - Dla mnie? 

-  I  dla  mnie  też,  jeśli  mnie  wpuścisz.  Albo  nie,  jeśli  takie  będzie  twoje  życzenie. 

Tak czy inaczej, w świetle prawa należy tylko do ciebie. 

- Skąd wiedziałeś, że... 

- Szukałem godnego ciebie prezentu ślubnego, a ponieważ zupełnie nie znam się na 

tym, co może spodobać się dobrze wychowanej młodej damie, spytałem siostrę, która z 

kolei  spytała  panny  Carlow,  a  one  wydawały  się  sądzić,  że  ten  pomysł  ci  się  spodoba. 

Biorąc pod uwagę moją historię, to ma sens. Wprawdzie nie zamierzam wracać do kar-

cianego stolika, ale niech ten podarunek będzie dowodem dla ciebie i dla tych, którzy cię 

kochają, że nigdy nie staniesz się bezdomna z mego powodu. - Sięgnął do kieszeni i wy-

jął najzwyklejszy w świecie klucz, który wsunął jej w dłoń, po czym zacisnął na nim jej 

palce. - Czy ten prezent ci się podoba? 

Przełknęła  łzy  wdzięczności  i  rzuciła  mu  się  w  ramiona,  całując  go  namiętnie,  a 

potem wyszeptała: 

- Jak długo będzie tam wystarczająco dużo miejsca dla nas dwojga, bardzo mi się 

podoba.  -  Wsunęła  klucz  do  kieszeni.  -  Wkrótce  się  tam  wybierzemy,  a  kiedy  tam  bę-

dziemy,  będę  nosiła  wyłącznie  zielone  stroje.  Najpierw  jednak  muszę  ci  coś  pokazać. 

Obawiam się, że nie jest to tak przyjemne jak podarunek od ciebie. 

T L

 R

background image

Diana  zauważyła,  że  mąż  się  zawahał,  zanim  ruszył  za  nią  na  górę.  Biorąc  pod 

uwagę to,  jak  wyglądało  do tej pory  jego  życie, nie chciał  widzieć  więcej  nieszczęścia, 

chociaż była pewna, że zrobiłby to, gdyby ona go poprosiła. 

Poprowadziła go do pokoiku na tyłach, gdzie pod oknem stał mały kufer z inicja-

łami NW wyrzeźbionymi w skórze pokrywającej wierzch. 

- Szukając własnej przeszłości, znalazłam część twojej. 

Zatrzymał się i wpatrzył w kufer. 

- Myślałem, że zaginął. - Spojrzał na nią, nagle zmartwiony. - Czy wiesz, co jest w 

środku? 

Przytaknęła, bo ciekawość już wcześniej skłoniła ją do otwarcia wieka. 

- Lepiej stanąć z tym twarzą w twarz, prawda? Tam są dokumenty. 

- Jeśli chcę udowodnić niewinność ojca, powinienem je zobaczyć - stwierdził Na-

than, uśmiechając się do żony. - Cieszę się, że nie muszę tego robić sam. - Pochylił się i 

przyciągnął ją do siebie tak, by móc oprzeć podbródek na jej skroni. - Razem? 

- Tak. - Usiadła na podłodze obok niego i obserwowała, jak przygląda się niewiel-

kiemu kufrowi. 

Pogładził drewno i przejechał palcami po miedzianych okuciach. 

- Nie widziałem go od lat. Był wszystkim, co mi zostało, zanim wcielono mnie siłą 

do  marynarki.  Nawet  nie  pamiętam,  jak  przyniosłem  go  do  domu,  ale  najwyraźniej  tak 

zrobiłem. 

- Benton go tutaj schował. Czekał na ciebie. 

- Cieszę się, że nie wiedziałem. To, czego szuka Veryan, może się kryć jedynie tu-

taj. 

Diana patrzyła, jak Nathan otwiera skrzynię. 

Na  samym  wierzchu  leżał  czarny  sznur.  Jakże  inny  od  kolorowej  imitacji,  którą 

dostał od Cygana i pokazał Dianie. Po tych wszystkich latach znów trzymał go w ręku. 

Dla  Diany  nie  różnił  się  od  innych sznurów.  Wyciągnęła palec i dotknęła  go ostrożnie. 

Był miękki w dotyku, prawdziwy jedwab. 

Nathan uśmiechnął się smutno. 

T L

 R

background image

-  Zupełnie  jakby  było  lepiej  być  powieszonym  delikatnie.  Ciekaw  jestem,  czy  ci, 

którzy wymyślili, by szlachtę wieszać na jedwabnym sznurze, rozumieli ironię. A może 

naprawdę myśleli, że to oznaka szacunku? 

Wzdrygnęła się. 

- Tak czy inaczej, to obrzydliwe. 

- Lepiej go zatrzymać, niż widzieć, jak jest cięty na kawałki i sprzedawany kolek-

cjonerom.  To  jedyne  dziedzictwo,  które  mi  zostało  do  przekazania  naszym  dzieciom.  - 

Wziął go do ręki i odłożył ostrożnie na bok, by dostać się do rzeczy leżących pod nim. 

Była tam srebrna spinka do kołnierzyka, z wygrawerowaną literą L, nóż do papieru 

i fajka. Wyjął wszystko, przytknął fajkę do nosa i poczuł zapach stęchłego tytoniu. 

-  To  należało  do  ojca.  -  Uśmiechnął  się  z  nostalgią,  a  Diana  położyła  mu  współ-

czująco dłoń na ramieniu. 

- A to do mnie. - Obok nich leżał samotny mały ołowiany żołnierzyk.   

Wziął go do ręki i odłożył na bok z innymi rzeczami. 

Wreszcie znalazł plik dokumentów. 

- Po to przyszliśmy. - Szybko podzielił je na dwa stosiki, w zależności od charak-

teru  pisma,  jakim  je  napisano.  Potem  wskazał  na  jeden  z  nich.  -  To  są  papiery  pisane 

przez ojca. Wśród reszty nie widzę niczego, co mógłby napisać Hebden. Obawiam się, że 

nasze poszukiwania niczego nie przyniosły. Tak zresztą przypuszczałem. - Szybko prze-

rzucał  papiery.  -  Na  pewno  kiedyś  czytałem  je  wszystkie,  szukając  pocieszenia.  Nie 

przypominam sobie niczego, co skojarzyłoby mi się z szyfrem. - Wzruszył ramionami. - 

Oczywiście byłem wtedy bardzo młody. Niemal wszystko, co pisali dorośli, mogło mi się 

wydawać swego rodzaju szyfrem, jeśli się weźmie pod uwagę to, co z tego rozumiałem. - 

Nathan  położył  sobie  listy  ojca  na  kolanach,  by  czytać  je  przy  świetle  padającym  z 

okienka na strychu. 

Czytał  w milczeniu, zatopiony  we  własnej  przeszłości.  Diana, nie  mając  wiele do 

zrobienia, zajęła się całą resztą. Serce jej pękało na myśl o małym chłopcu, który zebrał 

wszystko,  co zdołał  znaleźć,  w  nadziei zachowania  kilku  wspomnień  o  ojcu.  Był  tu ra-

chunek  od  krawca.  Liścik  od  dawnego  przyjaciela  z  podziękowaniem  za  weekend  spę-

T L

 R

background image

dzony na polowaniu w posiadłości Leybourne'a. I liścik pisany kobiecą ręką. Przeczytała, 

a potem powiedziała: 

- Nathan, to od Amandy. 

Zobaczyła, jak jej mąż drgnął na dźwięk tego imienia. 

- Żony Kita Hebdena. Widziałaś dziennik. Musisz wiedzieć, co o nich wtedy mó-

wiono.  Ta  notka  nie  przyniesie  nam  nic  dobrego,  o  ile  dobrze  pamiętam.  Napisała  do 

niego, kiedy był w więzieniu. Myślę, że chciała, by się przyznał. Dał mi list i kazał obie-

cać, że matka się o nim nie dowie, bo, jak mówił, mogłoby ją to zmartwić. Ukryłem więc 

list wśród moich rzeczy. 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Byłeś małym chłopcem, kiedy go czytałeś. Na pewno przerwałeś po przeczytaniu 

linijki  czy  dwóch.  Co  mogłeś  wówczas  wiedzieć  o  takich  sprawach?  Powiedz  mi,  czy 

teraz nie widzisz tego inaczej. - Wzięła list do ręki i zaczęła czytać na głos. 

 

Powiedz im, Williamie. Mój mąż nie żyje, a mnie nie obchodzi, kto o tym wie. Nie 

ma  powodu,  byś  musiał  dochowywać  sekretu  w  sprawie  tego,  co  wydarzyło  się  między 

nami tamtej nocy.  Nie, jeśli dla  ciebie oznacza to  śmierć.  Kit  nie  miałby  do ciebie o to 

pretensji, bo wiesz równie dobrze, jak ja, że znał prawdę i nie zrobił w tej sprawie nic za 

życia. Możesz myśleć, że dochowywanie sekretów jest honorowe, ale jeśli to oznacza, że 

zachowam reputację po to tylko, by zobaczyć, jak zawisasz na sznurze, w takim razie, co 

wart jest mój honor dla nas obojga? 

 

Nathan ze zdziwieniem spojrzał na żonę. 

- Nie rozumiesz tego nawet teraz? - zapytała. - Był z nią w noc morderstwa. Przy-

najmniej część nocy. To dlatego twój ojciec tak chciał, byś ukrył list. Próbował chronić i 

Amandę, i twoją matkę. Ona pisze, że Kit Hebden nie miał nic przeciwko temu, a więc 

nie była to zbrodnia z namiętności. Cokolwiek chodziło twojemu ojcu po głowie tamtej 

nocy, nie miało to nic wspólnego z szyframi, kluczami do szyfru ani szpiegowaniem. Nie 

miał powodu zabijać męża swojej kochanki. Ta sytuacja odpowiadała im wszystkim. 

Nathan sięgnął po list. 

T L

 R

background image

- Masz rację, Diano. Nie wiem, co zrobi z tym Veryan, jeśli cokolwiek zrobi. Nie 

wiem także, czy odważę się pokazać list Cyganowi, bo jeśli została mu odrobina uczucia 

dla macochy, nie przyjmie tej informacji z radością. Ale masz rację. Nic tutaj nie wyka-

zuje, że mój ojciec był zdrajcą. 

Uśmiechnęła się. 

- A ty myślałeś, że tu nic nie będzie.   

Odpowiedział uśmiechem. 

-  To  tylko  strzępek  informacji,  ale  wystarczy,  by  na  tym  budować  poszukiwanie 

prawdy o wydarzeniach sprzed lat. - Nathan wstał i otrzepał spodnie z kurzu. - Na nowo 

budzi we mnie nadzieję. Mój ojciec był niewinny, tak jak mówił. 

- A jeśli to jest prawda... 

- W takim razie cokolwiek ludzie o nim mówią, jestem dumny, będąc jego synem. 

Oczyszczę swoje imię, jego też. Choćby mi to miało zająć całe życie, zrobię z ciebie hra-

binę  Leybourne,  moja  droga.  -  Wyciągnął  rękę,  pomógł  Dianie  wstać  i  poprowadził  w 

dół schodów do ich apartamentów. 

 

 

T L

 R


Document Outline