background image
background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.

background image
background image

Copyright © for the translation by Stowarzyszenie Centrum Badań nad

Zagładą Żydów Copyright © for this edition by Stowarzyszenie Centrum

Badań nad Zagładą Żydów

Tłumaczenie z języka jidysz i redakcja merytoryczna: Monika Polit Redaktor

prowadzący:

Jakub Petelewicz Projekt graficzny serii:

Marianna Cielecka

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów ul. Nowy Świat 72,

pok. 120

00-330 Warszawa

Informacje i zamówienia: 

stowarzyszenie@holocaustresearch.pl

www. holocaustresearch.pl

Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma ul. Tłomackie

3/5

00-090 Warszawa 

www.jhi.pl

ISBN: 978-83-63444-08-2

Redakcja i korekta oraz opracowanie typograficzne i skład:

Marianna Cielecka

Projekt okładki: Marianna Cielecka

Fotografie na 1. i 4. stronie okładki oraz na ss. 8, 33, 35, 72, 82, 88, 145,

146, 147, 148, 151, 152, 158, 187, 190, 196 znajdują się w zbiorach Działu

Dokumentacji Żydowskiego Instytutu Historycznego. Opisy pochodzą z kart

archiwalnych.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

background image

Spis treści

Wstęp
AUTOR I JEGO TEKSTY
REPORTAŻE Z WARSZAWSKIEGO GETTA

DOM NUMER 21

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

background image

Wstęp

Wbrew oczekiwaniom, wbrew potocznym wyobrażeniom, wbrew regułom

prawdopodobieństwa  pisanych  świadectw  z  czasów  Zagłady  ocalało  dużo.
Ci,  którzy  nadludzkim  wysiłkiem  podejmowali  próbę  pisania  o  katastro e
podczas  trwania  katastrofy,  najczęściej  adresowali  swoje  zapiski  „do
przyszłego  czytelnika”.  Chcieli,  aby  świat  ich  usłyszał.  Nie  możemy
pozwolić,  aby  ich  świadectwa  pozostały  nieme  –  przysypane  kurzem
archiwów.

BIBLIOTEKA  ŚWIADECTW  ZAGŁADY  zrodziła  się  z  przeświadczenia,  iż

pomimo  różnych  inicjatyw  edytorskich  wciąż  zbyt  mało  tekstów,
w stosunku do istniejących zasobów archiwalnych, zostało opublikowanych
i  udostępnionych  czytelnikom.  Zbyt  mało  wobec  potrzeb  badawczych
i  czytelniczych  zainteresowań,  a  także  wobec  obecnych  niemal  w  każdym
ocalałym  zapisie  apeli,  nakładających  na  nas  wszystkich  moralną
powinność lektury.

BIBLIOTEKA  ŚWIADECTW  ZAGŁADY  skupia  się  na  prezentacji

dzienników, zapisów pamiętnikarskich, relacji pozostających w kręgu form
autobiogra cznych  i  spisywanych hic  et  nunc,  tzn.  w  gettach  bądź
w  ukryciu  poza  murami,  ale  jeszcze  w  czasie  trwania  wojny  i  okupacji.
Teksty  publikowane  są  w  ich  kształcie  integralnym,  według  jednolitych
zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum
Żydowskiego  Instytutu  Historycznego  w  Warszawie  oraz  Archiwum
Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

BIBLIOTEKA  ŚWIADECTW  ZAGŁADY  jest  wydawana  przez

Stowarzyszenie  Centrum  Badań  nad  Zagładą  Żydów,  we  współpracy
z Żydowskim Instytutem Historycznym w Warszawie.

background image

Portret Pereca Opoczyńskiego autorstwa Herszla Anselewicza

background image

AUTOR I JEGO TEKSTY

Perec Opoczyński

1

  urodził  się  15  października  1892  roku  w  podłódzkim

Lutomiersku jako syn chasyda, zwolennika cadyka z Góry Kalwarii. Ojciec
pisarza  Beniomen  Lejzer  łączył  chasydzką  pobożność  z  zainteresowaniem
ówczesną  świecką  literaturą  i  kulturą.  Po  jego  śmierci  chłopiec  został
wysłany przez matkę do jesziwy w Łasku, a następnie do Kosowa na Litwie.
W  tamtejszej  postępowej  uczelni  talmudycznej  o cjalnie  zapoznawał  się
z  literaturą  haskaliczną,  uczył  się  rosyjskiego  i  polskiego.  Ta  nowoczesna
edukacja  sprawiła,  że  w  rodzinnym  miasteczku  okrzyknięto  Pereca
Opoczyńskiego apikorsem,  to  znaczy  odstępcą  od  wiary.  Zniechęcony
porzucił  naukę  religii,  postanawiając  wyuczyć  się  jakiegoś  fachu.  Bez
powodzenia  terminował  u  kamasznika  i  w  sklepie  z  bawełną.  Wszędzie
zarzucano  mu  brak  zaangażowania,  praktycznych  zdolności,  a  przede
wszystkim przedkładanie lektury pobożnych ksiąg i książek świeckich nad
powierzone mu obowiązki. Opoczyński raz jeszcze podjął próbę kształcenia
się  w  jesziwie.  Wyjechał  do  Frankfurtu  nad  Menem,  ale  cierpiąc  tam  na
brak  pieniędzy,  musiał  wrócić  do  Polski.  Tra ł  do  Kalisza,  do  fabryki
wyrobów tekstylnych i zamieszkał w komunie żydowskiej młodzieży tak jak
on wywodzącej się z tradycyjnych rodzin chasydzkich, ale otwierającej się
na świecką – żydowską i nieżydowską – edukację i kulturę.

W  Kaliszu  zetknął  się  też  z  młodymi  żydowskimi  literatami,  między

innymi  z  Herszele  Danielewiczem

2

  i  poetą-żołnierzem  Oszerem

Szwarcmanem

3

.  Pod  wpływem  tego  ostatniego  zaczął  tworzyć  w  jidysz.

Wcześniej  (od  12.  roku  życia)  podejmował  literackie  próby,  pisząc  po
hebrajsku.  Po  wybuchu  wojny  Opoczyński  został  powołany  do  armii
carskiej.  Ranny  na  froncie,  tra ł  na  cztery  lata  do  obozu  jenieckiego  na
Węgrzech.  Tam  wraz  z  krewnym  Awromem  Opoczyńskim  redagował

background image

żydowską gazetkę jeniecką, pisał też opowiadania i szkice. Po zakończeniu
wojny był prywatnym nauczycielem hebrajskiego w Kłodawie, gdzie poznał
swoją żonę Mindlę Rrzeszewską. Po ślubie młoda para wyjechała do Łodzi.
Przez  pewien  czas  Opoczyński  próbował  utrzymać  się  tam  z  prowadzenia
maleńkiego  warsztatu  szewskiego,  w  którym  dość  nieudolnie  wykonywał
i naprawiał obuwie. Wreszcie dzięki przyjaźni i protekcji redaktora Jeszaji
ungera,  oczarowanego  jego  literackim  talentem,  otrzymał  w  1926  roku
pracę  w  gazecie  „Lodżer  Tageblat”,  w  której  prawie  co  tydzień  drukował
swoje teksty. Wydawał też cieszący się powodzeniem „Lodżer Wochnblat”.
Jego poezje zamieściło awangardowe pismo „Jung Jidysz”.

W  dość  zasobnym  wówczas  mieszkaniu  Opoczyńskich  bywali  wybitni

żydowscy  artyści  i  twórcy.  Niestety,  po  śmierci  dwojga  dzieci,  które
zachorowały na polio, pisarz przeżył załamanie psychiczne. W takim stanie
w  1935  roku  przeniósł  się  do  Warszawy,  gdzie  zaproponowano  mu  pracę
w  gazecie  „Dos  Wort”,  organie  partii  Poalej  Syjon  Prawica,  której
Opoczyński  był  od  1927  roku  żarliwym  członkiem

4

.  Mieszkając  w  stolicy,

swoje reportaże i opowiadania zamieszczał też w „Folksblat” i „Ekspresie”,
podpisując  się  pseudonimami  Perec  Opoczyner  i  Mojsze  Mechujew.  Wraz
z  żoną  i  kilkuletnim  synkiem  Danielem  cierpiał  w  Warszawie  biedę.  Nie
pozwalała  mu  ona  się  wynieść  z  dusznego  i  wilgotnego  mieszkania  przy
Wołyńskiej  21,  z  ulicy  żydowskiej  nędzy.  Tam  zastała  go  wojna,  a  potem
uwięziły  mury  getta,  w  którym  stracił  nawet  ów  skromny  dziennikarski
dochód.  Nie  przerwał  jednak  pracy  pisarskiej,  a  stało  się  tak
najprawdopodobniej  z  inicjatywy  jego  partyjnego  i  redakcyjnego  kolegi
Elijahu  Gutkowskiego

5

,  redaktora  Biuletynu  Ojneg  Szabes

6

,  czyli

konspiracyjnego  Archiwum  getta,  powołanego  do  życia  przez  historyka
Emanuela Ringelbluma.

Współpraca Opoczyńskiego z Ojneg Szabes była tak ścisła i wydajna, że

Rachela  Auerbach,  ocalała  członkini  zespołu  archiwistów,  nazwała  go
w  swoim  powojennym  wspomnieniu  „Najpilniejszym  ze  wszystkich”

7

.  Na

zamówienie Archiwum pisał reportaże i raporty. Ojneg Szabes wspierał go

background image

w  tym  niewielkimi  stypendiami.  Kiedy  Opoczyński  zachorował  na  tyfus,
Menachem Kon – skarbnik Archiwum – zdobył dla niego drogie lekarstwa,
a także postarał się o dodatkowe przydziały jedzenia, by pisarz wrócił do
zdrowia

8

.  Być  może  to  właśnie  dzięki  zaangażowaniu  w  prace  Archiwum

Opoczyński  dostał  co  prawda  kiepsko,  ale  regularnie  opłacaną  posadę
listonosza  w  getcie

9

.  Osłabiony  głodem,  z  torbą  pocztowca  na  ramieniu

przemierzał  getto  wzdłuż  i  wszerz.  Nagrodą  za  jego  mozół  był  zebrany
w czasie tych wędrówek drogocenny faktogra czny materiał wykorzystany
potem, między innymi, w reportażach.

Perec Opoczyński przeżył wielką lipcową akcję deportacyjną z 1942 roku.

Pracował  w  szopie  obw  (Ostdeutsche  Bautischlerei-Werkstätte).  Zginął
prawdopodobnie  schwytany  w  obławie  w  styczniu  1943  roku

10

.  Los  jego

żony  i  synka  jest  nieznany.  Jego  teksty  wraz  z  innymi  świadectwami
pozostawionymi  lub  zebranymi  przez  członków  Ojneg  Szabes  zostały
ukryte

11

.

Przed  II  wojną  światową  Opoczyński  zdołał  opublikować  tylko  jedną

książkę,  prozę  na  motywach  chasydzkich  zatytułowaną Nawenad

12

.  Nie

zdążył  już  wydać  przygotowanych  do  druku  przeżyć  z  okresu  i  wojny
światowej i reportaży z życia warszawskich Żydów. Po II wojnie staraniem
i  sumptem  siostry  Opoczyńskiego  Riny  ukazał  się  w  usa  opatrzony
obszernym  wstępem  jej  autorstwa  zbiór  opowiadań,  reportaży,  miniatur
i poezji Opoczyńskiego

13

. W Polsce pięć spośród jego gettowych reportaży

odnalezionych  w  zbiorach  podziemnego  Archiwum  Ringelbluma  wydał
w  1954  roku  Bernard  Mark

14

.  Niestety,  opublikowane  wówczas  teksty

znacznie  się  różniły  się  od  swej  archiwalnej  podstawy.  Ich  edytor
i  ówczesny  dyrektor  Żydowskiego  Instytutu  Historycznego  Bernard  Mark
arbitralnie je skracał, nie zaznaczając zmian dokonanych w tekście, a także
najwyraźniej  cenzurował  ich  treść,  usuwając  poszczególne  passusy  lub
łagodząc  ich  wymowę

15

.  Zbiór  reportaży  Opoczyńskiego  wydano  również

po hebrajsku

16

. Niektóre z nich przetłumaczono na język angielski

17

.

background image

Ogromną i niezwykle wartościową spuściznę Opoczyńskiego przechowuje

Żydowski  Instytut  Historyczny  w  Warszawie.  Na  wnikliwą  lekturę
i staranną edycję czeka, między innymi, prowadzony przez Opoczyńskiego
w  getcie  od  maja  1942  do  stycznia  1943  roku  dziennik

18

.  Nie  mniej

interesujące  są  raporty  i  sprawozdania  sporządzane  na  zlecenie  Ojneg
Szabes,  a  także  spisane  w  jidysz  lub  po  hebrajsku  jego  przedwojenne
i wojenne poezje, opowiadania oraz nowele.

*

Powołując  do  życia  Ojneg  Szabes,  Emanuel  Ringelblum  wystrzegał  się

angażowania  w  jego  prace  dziennikarzy.  Pisał  o  celowym  ich  pomijaniu
w procesie rekrutowania współpracowników Archiwum. Obawiał się przede
wszystkim  tego,  że  zawodowi  dziennikarze  nie  ustrzegą  się  pokusy
literaturyzowania de niowanego przez niego jako naddatek fałszujący opis
nader  dramatycznej  rzeczywistości  domagającej  się  jak  największej
formalnej  dyscypliny,  prostoty  i  rzetelności.  Ringelblum  oceniał  też  nisko
zdolność  dziennikarzy  do  dochowania  tak  ważnej  dla  istnienia  Archiwum
i losu ludzi z nim związanych tajemnicy

19

.

A jednak w gronie stałych jego współpracowników znalazł się zawodowy

dziennikarz,  człowiek  żyjący  przed  wojną  wyłącznie  z  honorariów
prasowych

20

.  Był  to  właśnie  Perec  Opoczyński,  znany  zarówno  z  łamów

prasy  partyjnej,  jak  i  z  popularnych  dzienników

21

.  Ów  osobliwie

przychylny  (w  świetle  relacjonowanej  powyżej  opinii)  stosunek  twórcy
Ojneg  Szabes  do  Opoczyńskiegodziennikarza  wynikał  zapewne  z  kilku
przesłanek.  Jedną  z  nich  mógł  być  fakt,  że  Opoczyński  wywodząc  się
z „ludu”, dzięki własnemu wysiłkowi i samozaparciu stał się jednym z tak
cenionych  przez  Ringelbluma  żydowskich  inteligentów-samouków

22

zwracających  się  z  serdecznym  zatroskaniem  ku  światu,  który  ich  wydał.
Inteligentem,  który  głównym  tematem  swych  publikacji  czynił  kwestie
społeczne,  a  zbiorowym  bohaterem  „żydowski  lud”,  czyli  ubogą,  mówiącą
w  jidysz  ludność  miast  i  miasteczek.  Dodatkowym  jego  atutem  były
doskonałe  referencje  jako  oddanego  i  aktywnego  działacza  partyjnego

23

background image

w przedwojennej Łodzi i w Warszawie.

Gwarancją  znakomitego  wywiązania  się  z  powierzonego  przez  Ojneg

Szabes  zadania  był  przedwojenny  dorobek  Opoczyńskiego,  dla  którego
żydowska spauperyzowana Warszawa nie była egzotyczną terra incognita,
ale  doskonale  rozpoznaną,  bo  zamieszkiwaną  przestrzenią.  Od  1935  roku
zajmował  przecież  obskurne  i  wilgotne  dwupokojowe  mieszkanie
w  dzielnicy  żydowskiej  biedoty  na  warszawskim  Muranowie  przy
nędzarskiej ulicy Wołyńskiej, w kamienicy oznaczonej numerem 21. O tym,
jak wpłynęło to na ducha pisarza, wspominała jego siostra Rina: „Bardzo
cierpiał z powodu swego wielkiego ubóstwa w domu przy ulicy numer 21,
a  także  z  powodu  całej  biedy  otoczenia.  Napisał  wtedy,  że  ilekroć  wraca
z redakcji i widzi obdarte, głodne dzieci z warszawskiego podwórka, jest po
prostu  chory”

24

.  Postaci  z  przedwojennych  reportaży,  takich  jak Szmates

(„Szmaty”), Af  di  treplech  („Na  schodkach”)  czy Gandis,  zaludniły  też
gettowe  teksty  Opoczyńskiego.  Tak  dobrze  mu  znane  dzieci  z  biednych
podwórek,  szmaciarze  z  targowiska  starzyzną  –  Wołówki,  czy  też  drobni
rzemieślnicy  z  kamienic  przy  Wołyńskiej,  Stawki,  Niskiej,  Lubeckiego  czy
Ostrowskiej nie zmienili swoich adresów. Wojna i getto zastały ich w tych
samych  kamienicach,  tam,  gdzie,  jak  pisał  Opoczyński,  „Świat  jest  […]
mały,  ludzie  niczym  się  nie  wyróżniający”,  gdzie  każda  ulica  „jest  jak
sztetl”

25

.  To  na  jednym  z  owych  istniejących  od  pokoleń  podwórzy

żydowskiej Warszawy szczególnie skupił swoją uwagę Opoczyński. W trzech
odsłonach  opowiedział  historię  mikrosztetla  Wołyńska.  Czasowe  granice
jego  opowieści  wytyczyły  z  jednej  strony  –  ujęte  w  retrospektywie  –
bombardowania Warszawy w 1939, z drugiej zaś wydarzenia z końca 1942
roku.

Reportaż zatytułowany „Dom numer 21” wprowadza czytelnika in medias

res,  w  sam  środek  gorączkowej  ludzkiej  krzątaniny  towarzyszącej  próbie
odbudowywania  normalności  w  częściowo  zbombardowanej  kamienicy,
w  warunkach  zaczynającej  się  właśnie  niemieckiej  okupacji.  Wzmożona
aktywność, mobilizacja przemyślności i przebiegłości lokatorów domu przy

background image

Wołyńskiej 21 są tłem, na którym wyraźnie zarysowuje się kilka, obecnych
również  w  innych  reportażach,  sylwetek.  O  każdej  z  nich  można  by
powiedzieć,  że  doskonale  wciela  się  w  typ  postaci  znanej  z  klasyki
literatury  jidysz.  Krawcowa  Perele  –  bezczelna  i  swarliwa  –  to  nie  tylko
krewna  szolemalejchemowskich  złośnic  i  plotkarek,  ale  i  realizacja
kulturowego stereotypu żydowskiej Ksantypy, wiecznie niekontentej, nigdy
nie milknącej, nieprzejednanej Jente.

Natomiast  jej  mąż,  krawiec  wojskowy,  wraz  z  przybyszem  z  prowincji,

zwanym  Żelechowerem,  którzy  wybierają  się  na  „tamtą  stronę”,  czyli  na
okupowane  przez  Związek  Radziecki  wschodnie  tereny  Rzeczypospolitej,
przypominają  chociażby  niefortunnych  bohaterów Podróży  Beniamina
Trzeciego  Mendele  Mojchera  Sforima  oraz,  może  nawet  wyraziściej,
zdeterminowanych, ale bardzo nieporadnych uciekinierów z Motl Pejsi dem
chazns  („Motl  Pejsi,  syn  kantora”)  Szolema  Alejchema,  próbujących
pokonać  granicę  rosyjsko-austriacką,  by  wyrwać  się  ze  sztetlowego
skrajnego  ubóstwa  i  dotrzeć  do  wymarzonej,  rzekomo  mlekiem  i  miodem
płynącej  „goldene  medin”  (złotej  krainy),  jak  zwano  w  jidysz  Amerykę.
Krawiec i Żelechower z reportażu Opoczyńskiego oraz tysiące warszawskich
i  innych  Żydów  uwierzyli  na  początku  niemieckiej  okupacji  w  Polsce,  że
nowym żydowskim Eldorado są Sowiety. Dramatyczne, grożące utratą życia
doświadczenia zarówno na granicy, jak i po jej przekroczeniu rozwiały ich
nadzieję  na  dostatnie  i  bezpieczne  życie  w  „komunistycznym  raju”.  Ów
zawód  zbiegł  się  w  czasie  z  wydarzeniem,  które  zadało  potężny  cios
mozolnie  odbudowywanej  domowej  normalności.  Na  podwórze  przy
Wołyńskiej  21,  tak  jak  i  na  inne  podwórza  żydowskich  ulic,  wkroczyły
oddziały  sanitarne  przeprowadzające  na  zlecenie  niemieckich  władz
parówkę,  czyli  akcję  dezynfekcyjną  mającą  zapobiec  epidemii  tyfusu.
Dezynfekcję  obszernie  i  w  najdrastyczniejszych  szczegółach  przedstawił
Opoczyński  w  reportażu  „Księga  parówki”

26

.  Jego  tekst  jest  porażającą

ilustracją  opinii  wyrażonej  przez  Ludwika  Hirszfelda  w Historii  jednego
życia.  Słynny  lekarz  zapisał  w  niej,  że  „Niemieckie  zarządzenia

background image

przeciwepidemiczne  były  gorsze  od  samej  epidemii”

27

.  Wierna  detalowi

narracja i sugestywny język reportażu unaoczniają czytelnikowi cierpienie
lokatorów pędzonych na mrozie do łaźni, świadomych, że oto na podwórzu
płonie  właśnie  cały  ich  dobytek  zakwali kowany  przez  bezwzględnych
dezynfektorów jako groźne siedlisko tyfusu.

Opoczyński,  pisząc  swój  reportaż,  nie  miał  wątpliwości,  że  parówka  to

nowoczesna,  bo  mechaniczna,  forma  starego  jak  świat  nękania,
prześladowania,  a  nawet  wytracania  Żydów

28

.  Jak  większość  kronikarzy

Zagłady, zaświadczając współczesną gehennę swego narodu, szukał dla niej
analogii w długiej historii utrwalonego na piśmie żydowskiego cierpienia.
Archetyp  akcji  dezynfekcyjnych  odnalazł  przede  wszystkim  w  żydowskiej
literaturze  pogromowej

29

.  Pod  jego  piórem  w  nowej  scenerii  ożyły  więc

stare  pogromowe  toposy.  Tak  jak  niegdyś  w  sztetlu,  tak  teraz  przy
Wołyńskiej 21 w Warszawie leżała zdeptana, zabłocona pościel wywleczona
z  domów,  a  żydowskie  kobiety  zakrywały  chustkami  głowy  na  znak
pohańbienia, tym razem fryzjerską golarką. W jego opowieści nie zabrakło
też podstawowego dla żydowskiego piśmiennictwa odniesienia do Pisma –
pierwsza  część  tytułu  reportażu  „Księga  parówki”  (w  oryginale Megilas
parówke) oraz rozproszone w tekście cytaty wiążą go silnie z dramatyczną
opowieścią  o  próbie  wytępienia  Żydów  przez  okrutnego  wezyra  Hamana
zawartą w biblijnej Megilas Ester (Księdze Estery)

30

. Współczesna tragedia

narodu  widziana  oczami  reportażysty  przerastała  jednak  poprzednie,
opisane i utrwalone w żydowskiej tradycji. Porażał stopień uwikłania w nią
i  współuczestnictwa  w  niej  samych  Żydów  szukających  uznania  w  oczach
prześladowców,  po  to  by  utrzymać  się  na  powierzchni  egzystencji.
Opoczyński nie znajdował słów potępienia chociażby dla żydowskiej policji
–  okrutnych  i  przekupnych  siepaczy.  Z  podobną  surowością  oceniał  też
innych  żydowskich  uczestników  dezynfekcyjnego  procederu:  lekarzy  i  ich
pomocników,  którzy  wykorzystując  pełnione  przez  siebie  funkcje,  miast
pomóc nękanym, wyłudzali od nich pieniądze. Niezwykle krytyczny był też
wobec  członków  komitetu  domowego  wykorzystujących  swoją

background image

uprzywilejowaną  pozycję,  a  także  kosztem  ogółu  zdobyte  pieniądze,  do
tego,  by  łapówką  uwolnić  się  od  dezynfekcji.  Ostatnia,  trzecia  część
reportażowej trylogii, której miejscem akcji uczynił Opoczyński mikrosztetl
–  podwórze  przy  Wołyńskiej  21  –  przedstawia  dzieje  owego  niesławnego
komitetu.  Nie  ma  w  nich  budujących,  a  znanych  skądinąd

31

,  przykładów

sprawnego  funkcjonowania  tej  obywatelskiej  instytucji.  Komitet  na
Wołyńskiej  był  jej  zaprzeczeniem.  Niczym  dawny  oligarchiczny
i skorumpowany sztetlowy kahał, stanowił raczej intratne przedsięwzięcie
garstki  zamożniejszych  lokatorów  niźli  owoc  demokratycznego
i  solidarnościowego  myślenia.  Jego  niedbale  organizowane  i  nieudolnie
prowadzone  akcje  zawsze  kończyły  się  niepowodzeniem.  Wszelkie  próby
reformowania  go  lub  wzniecania  buntu  ostatecznie  ponosiły  klęskę,
ponieważ 

najbardziej 

niezadowoleni, 

najgłośniejsi 

podwórzowi

opozycjoniści,  którym  w  końcu  udało  się  dostać  do  komitetu,
posmakowawszy władzy i przywilejów z nią związanych, cichli nagle i nie
próbowali  już  forsować  zmian.  Interesujące,  że  w  tym  samym  1942  roku,
w  którym  powstał  reportaż  o  komitecie  domowym  z  Wołyńskiej,
Opoczyński spisał dzieje podobnej instytucji działającej przy Muranowskiej.
W  czasie  lektury  trudno  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Muranowska  6  leży  na
świetlistych antypodach mrocznej Wołyńskiej 21, że to zupełnie inny sztetl,
ponieważ  dom  przy  Muranowskiej  zamieszkiwali  w  większości  Żydzi
zamożni  i  syci,  zawsze  jednak  gotowi  nieść  pomoc  uboższym  sąsiadom.
Kierowani humanitarnym odruchem i nakazem religijnym, wspierali ich bez
względu  na  czas  i  okoliczności.  Wojna  jedynie  wzmogła  ich  hojność.
Z najofiarniejszych i najaktywniejszych wyłonił się powszechnie szanowany
zarząd  komitetu  domowego,  który  nie  trwonił  wspólnotowych  pieniędzy,
pilnie dbał o interesy domu i o dobro wszystkich jego mieszkańców. Jednak
mimo nagromadzonych pozytywów Opoczyński nadał swemu tekstowi tytuł
„Tragedia  komitetu”.  Nieszczęściem  zarządzających  wspólnotą  przy
Muranowskiej  nazywał  paraliżujące  ich  bezmierne  zaufanie  lokatorów,
którzy uparcie nie dopuszczając do zmian w łonie komitetu, mieli go czynić

background image

mniej  rzutkim  i  walecznym  w  codziennym  zmaganiu  z  okropnościami
wojny.  Trudno  się  jednak  oprzeć  wrażeniu,  że  autor  (sam  entuzjasta  idei
komitetów domowych i aktywny jej propagator

32

) bronił się w ten sposób

przed  sformułowaniem  wprost  śmielszej,  prawdziwszej  i  bardziej
pesymistycznej  tezy:  oto  żaden  ani  uczciwy,  ani  przekupny  komitet
domowy  nie  był  w  stanie  zapobiec  postępującemu  wyniszczeniu  Żydów
Warszawy.  Nawet  najszlachetniejsze  intencje  domowych  działaczy  nie
mogły  ochronić  lokatorów  przed  chorobami,  głodem,  morderczymi
parówkami i wywózkami do obozów pracy.

Kapitulacja  wspólnotowej  inicjatywy  wobec  potęgi  zbrodniczej  polityki

okupanta  nie  oznaczała  rezygnacji  Żydów  z  walki  o  przetrwanie,
szczególnie  dramatycznej  po  utworzeniu  getta.  Jednym  ze  sposobów  na
przeżycie  w  zamkniętej  dzielnicy,  w  odcięciu  od  przedwojennych  źródeł
zarobkowania  oraz  bez  dostępu  do  większości  produktów  żywnościowych,
stał  się  przerzut  towarów  przez  mury  getta  –  szmugiel.  Perec  Opoczyński
poświęcił  mu  i  ludziom  zeń  związanym  wiele  uwagi.  Z  niezwykłą  wprost
drobiazgowością  opisał  jeden  dzień  z  życia  warszawskich  szmuglerów  na
granicznej uliczce getta Koźlej. Pozostanie rzeczą nierozstrzygniętą, skąd się
wzięła  jego  znajomość  szczegółów  utajonych  i  bardzo  niebezpiecznych
szmuglerskich  akcji.  Większość  sportretowanych  przez  niego  w  reportażu
przedstawicieli  poszczególnych  szmuglerskich  kast  również  przed  wojną
należała do półświatka

33

, prowadziła czarne interesy i ryzykowała życiem

dla zdobycia pieniędzy. Toteż na Koźlą w getcie altruizm i społecznikowskie
idee  nie  miały  wstępu.  Zapewne  dlatego  Opoczyński  nie  skrywał  swej
niechęci  żywionej  do  bohaterów  –  wszystkie  uwiecznione  przez  niego
postaci wydają się jednakowo odpychające. Jednak w końcowych zdaniach
reportażu  Opoczyński  zaskakująco  zmienił  ton  swojej  opowieści.  Surowa
moralna ocena szmuglerów najpierw ustąpiła miejsca rzeczowej konstatacji,
że  bez  Koźlej  i  załatwianych  na  niej  czarnych  interesów  Żydzi  Warszawy
pomarliby z głodu, a następnie przeszła nawet w patetyczne wezwanie do
uwiecznienia  szmuglerskiej  nieustraszoności

34

.  Podobnej  wolty  w  ocenie

background image

i  moralnej  kwali kacji  zjawiska  dokonał  Opoczyński  w  reportażu  „Goje
w  getcie”.  Już  sam  fakt  użycia  w  tytule  nacechowanego  negatywnie,
a  nawet  pogardliwego  w  swej  wymowie  słowa  „goje”  sugeruje  krytyczny
stosunek autora do opisywanych postaci. Zaludniający jego reportaż Polacy
handlujący  z  Żydami  podobni  są  sępom  lub  hienom  krążącym  wokół
wycieńczonych  wędrowców.  Zachłanni,  nienasyceni  i  pozbawieni
skrupułów,  żerują  na  tragedii  Żydów  wtłoczonych  w  ciasne  granice  getta
i  pozbawionych  środków  do  życia.  Na  potęgę  skupują  i  szmuglują  na
aryjską  stronę  wyprzedawane  w  getcie  za  równowartość  kawałka  chleba
ubrania,  pościel  i  kosztowności.  I  choć  wydawałoby  się,  że  owej  polskiej
bezdusznej pazerności nic nie zdoła ocalić przed ostatecznym potępieniem,
to  Opoczyński,  tak  zresztą  jak  i  Emanuel  Ringelblum,  znajdują  dla  niej
usprawiedliwienie.  Wedle  obu  kronikarzy  Zagłady,  trzeźwo  przecież
oceniających  sytuację,  te  z  gruntu  egoistyczne,  nastawione  na  uzyskanie

nansowej  korzyści  działania  polskich  szmuglerów  zyskiwały  w  rezultacie

niezamierzony  ponadindywidualny  wymiar,  wymiar  niesienia  pomocy
głodującemu gettu oraz mimowolnie stawały się znakiem polsko-żydowskiej
solidarności w opieraniu się zbrodniczej polityce okupanta

35

.

Na  Koźlą  i  na  inne  ulice  getta  skierowała  Opoczyńskiego  nie  tylko

reporterska  ciekawość.  Przede  wszystkim  zawiodły  go  tam  obowiązki
pracownika  gettowej  poczty.  Schodząc  do  suteren  albo  pnąc  się  po
chybotliwych  schodach  na  najwyższe  piętra,  dostarczał  korespondencję
najuboższym, tym, którzy nie byli w stanie wyłożyć nawet 20 lub 30 groszy
obowiązkowej  opłaty  za  dostarczenie  listu.  Na  bogatsze,  zatem  czystsze
i  wciąż  dość  syte  ulice  getta  zachodził  rzadko,  nie  należał  bowiem  do
pocztowej  elity,  czyli  do  środowiska  polskojęzycznych  zasymilowanych
Żydów,  którzy  podporządkowawszy  sobie  organizację  poczty  w  getcie,
przydzielali do obsługi zamożniejszych rejonów wyłącznie ludzi z własnego
kręgu. Ów podział na uprzywilejowanych asymilantów i upośledzoną resztę
reprezentowaną  przez  jidyszowojęzyczne  masy  nie  był  specy czny  dla
funkcjonowania  poczty.  Istniał  przed  wojną,  a  w  getcie  stał  się  bardzo

background image

wyraźny w każdej niemal instytucji. Opoczyński zarzucał „szmendrikom”

36

egoizm,  bezwzględność,  skorumpowanie  i  złą  wolę.  Twierdził,  że
zdominowali  wszystkie  żydowskie  instytucje,  w  tym  te,  które  szczególnie
w najmłodszych miały krzewić miłość do kultury żydowskiej, i w ten sposób
sabotowali  wysiłki  czynione  na  rzecz  przetrwania  narodu

37

.  Tę  być  może

nie  zawsze  sprawiedliwą  ocenę  roli  asymilantów  w  getcie  warszawskim
tłumaczyć  można  silnym  ideowym  zaangażowaniem  Opoczyńskiego
łączącego  syjonizm  z  silną  fascynacją  „żydowskimi  masami”

38

.

W  „Żydowskim  listonoszu”,  reportażu  nagrodzonym  w  rozpisanym  pod
koniec  1941  roku  konkursie  literackim  Ojneg  Szabes,  Opoczyński  splótł
dramatyczne  dzieje  instytucji  –  gettowej  poczty  –  z  przejmującą  historią
ludzkiej  nadziei,  która  nigdy  nie  chcąc  zgasnąć,  we  wszystkim  upatruje
dobrego znaku. Dla większości mieszkańców zamkniętej dzielnicy pomyślną
wróżbą  na  przyszłość  było  utworzenie  na  początku  1941  roku  gettowej
poczty. W radosnej przesadzie skłonni byli widzieć w tym zdarzeniu nawet
namiastkę  żydowskiej  autonomii.  Z  entuzjazmem  pomieszanym
z niedowierzaniem przyjmowali żydowskiego listonosza, który przynosił im
upragnione  listy  lub  bardziej  jeszcze  od  listów  wyczekiwane  paczki
żywnościowe  słane  z  innych  miast  i  państw.  Niestety,  tryby  pocztowej
machiny  szybko  się  zatarły.  Zła  organizacja  pracy  i  panoszące  się
złodziejstwo sprawiły, że poczta przestała sprawnie funkcjonować. Listy nie
dochodziły na czas, z paczek ginęły produkty. Rozwścieczeni klienci ciskali
gromy  na  zazwyczaj  niewinne  głowy  wcześniej  tak  serdecznie
podejmowanych  listonoszy.  Gniew  i  rozżalenie  na  żydowską  pocztę  rosły
wraz  z  postępującym  zbiednieniem  i  wygłodzeniem  getta.  Z  biegiem
wojennych  miesięcy  każdy  list  z  przemyconym  między  arkusikami
banknotem, a przede wszystkim każda paczka żywnościowa były już nie na
wagę  złota,  ale  na  wagę  życia.  List  anonsujący  nadejście  paczki  stał  się
heroldem  i  symbolem  nadziei  na  przetrwanie.  W  szczególnym  napięciu
gettowe  ulice  oczekiwały  listonosza  niosącego  wieści  z  terenów
okupowanych przez Sowiety, na które zbiegło wielu warszawskich Żydów.

background image

To od nadsyłanych przez nich produktów zależał los setek, jeśli nie tysięcy
mieszkańców  getta.  Kres  tej  pomocy  położył  wybuch  wojny  sowiecko-
niemieckiej.  Opoczyński,  czuły  na  najsubtelniejsze  nawet  zmiany
zachodzące  w  nastrojach  getta,  spostrzegł  wówczas  i  odnotował,  że  wraz
z  tym  ciosem  nieustępliwa  dotąd  i  na  przekór  wszystkiemu  tląca  się
w warszawskich Żydach (również i w nim) nadzieja na przetrwanie zaczęła
wygasać.  Nie  miał  złudzeń,  że  sytuacja  mieszkańców  zamkniętej  dzielnicy
z  dnia  na  dzień  stawała  się  coraz  bardziej  dramatyczna,  że  od  tej
systematycznie  niszczonej  społeczności  niewiele  już  zależało.  Nie  potra ł
jednak  wybaczyć  jej  tego,  że  z  obojętnością  patrzyła  na  los  tysięcy
porzuconych,  osieroconych,  głodnych  i  żebrzących  dzieci  getta.  Być  może
naiwnie, ale szczerze wierzył, że zarówno warszawscy, jak i w ogóle polscy
Żydzi  przy  odrobinie  samodyscypliny,  dobrej  woli  i  chęci  zorganizowania
się  mogli  w  porę  zapobiec  pladze  głodowej  śmierci  wśród  najmłodszych.
W  gniewnym  i  jednocześnie  rozpaczliwym  w  tonie  reportażu  „Dzieci  na
bruku” napisanym w listopadzie 1941 roku zarzucił żydowskiej wspólnocie,
że ani nie pojęła lekcji tysięcy lat żydowskiej historii, ani też nie wczytała
się  uważnie  w  słowa  XIX-wiecznych  autorytetów  kultury  jidysz

39

upominających  się  o  ochronę  żydowskiego  dziecka,  którego  zyczny
i psychiczny dobrobyt stanowił warunek i gwarancję przetrwania narodu.

*

Pochylając się nad gettowymi tekstami Pereca Opoczyńskiego, warto się

zastanowić nad ich gatunkową kwali kacją. Bez wątpienia są to reportaże,
bowiem  ich  „przedmiotem  są  fakty  zyczne,  które  zdarzyły  się,
urzeczywistniły,  są  nieodwracalne,  niepowtarzalne  i  sprawdzalne  […],
mają  metrykę  autentyczności  i  najwyżej  w  makroskali  podlegają  prawom
probabilistyki”

40

.  Nie  sposób  jednak  nie  dostrzec  w  nich  jeszcze  jednego

elementu,  mianowicie  literackiej  kreacji.  Znakomity  badacz  literatury
Zagłady  David  Roskies  pisze  o  reportażach  Opoczyńskiego  jako
o gatunkowej hybrydzie, w której to, co osobiste, miesza się z obiektywnie
sprawozdawanym, a to, co faktyczne, z  kcjonalnym; w której zaciera się

background image

granica między dziennikarstwem a pisarstwem. Dlatego właśnie klasy kuje
je  jako documentary  ction

41

  –  dokumentalną  kcję.  Jej  autor  jawi  się

czytelnikowi  jednocześnie  jako  obecny  tam  i  wtedy  świadek  konkretnych
zdarzeń  oraz  jako  wszechwiedzący,  oceniający  i  generalizujący  narrator.
Z jednej strony odbiorca ufa podawanym przez Opoczyńskiego szczegółom
faktogra cznym:  datom,  liczbom,  nazwiskom,  z  drugiej  zaś  pozwala  się
uwodzić  beletrystycznej  frazie.  Wspominany  już  David  Roskies  zauważa
w swoim studium

42

, że ów typ mieszanej subiektywno-obiektywnej narracji

jest  niezwykle  charakterystyczny  dla  literatury  żydowskiej.  Używał  jej
w swoich na poły dokumentalnych satyrach i scenkach podróżnych ojciec
literatury  jidysz  Salomon  Rabinowicz  piszący  w  XIX  wieku  pod
pseudonimem Szolem Alejchem. Bardzo udanie zastosował ją też w swoich
Bilder  fun  a  prowincrajze  in  tomaszower  powiat  Icchak  Lejbusz  Perec.
Wydaje  się,  że  właśnie  ten  zbiór  fabularyzowanych  reportaży  mógł  być
jedną  z  ważniejszych  wskazówek  dla  Pereca  Opoczyńskiego

43

.  Z  klasyki

literatury jidysz czerpał Opoczyński nie tylko wzorzec narracji, ale i modele
świata swych reportażowych opowieści. Nie bez kozery historia żydowskiej
kamienicy  w  okupowanej  Warszawie,  a  potem  w  getcie  utrzymana  jest
w  konwencji  opowiadania  o  sztetlu.  Niezrównany  w  swej  badawczej
dociekliwości David Roskies odkrył również, że Opoczyński niejednokrotnie
stylizował  język  swych  utworów  na  potoczystą,  kolokwialną  i  jowialną
szolemalejchemowską frazę

44

. Dziewiętnastowieczna literatura jidysz, która

wywarła  tak  silny  wpływ  na  pisarstwo  Opoczyńskiego,  nie  była  jedynym
źródłem jego inspiracji. Dużą rolę w kształtowaniu społecznej, a co za tym
idzie językowej wrażliwości Opoczyńskiego odegrał też dorobek żydowskich
(jidyszowych)  pisarzy  międzywojnia,  twórców  żydowskiego  realizmu
społecznego.  Przedstawiciele  tego  nurtu,  wśród  których  wymienić  można
chociażby Icyka Meira Weissenberga, autora Miasteczka, już nie sielskiego,
ale  wstrząsanego  rewolucyjnymi  drgawkami  1905

45

  roku,  lub  Ozera

Warszawskiego,  opisującego  dzieje  szmuglerów  w  okupowanej  przez
Niemców w latach 1915-1918 Warszawie

46

, dążyli do jak najwierniejszego

background image

sportretowania  złożonej  polsko-żydowskiej  rzeczywistości,  nakreślenia
specy ki  poszczególnych  warstw  i  grup  społecznych  oraz  biegnących
między  nimi  ideologicznych  i  klasowych  podziałów.  Autentyczności  opisu
sprzyjała  stosowana  przez  realistów  zasada  indywidualizacji  i  specy kacji
języka  poszczególnych  bohaterów.  Pilnie  przestrzegał  jej  też  Perec
Opoczyński.  Jego  teksty  rezonują  żywym  dialektalnym,  idiomatycznym
jidysz, szmuglerskim żargonem, tajnymi kodami półświatka, słownictwem,
którego  częstokroć  nie  notują  żadne  słowniki.  Wszystko  to  sprawia,  że
Reportaże  jawią  się  nie  tylko  jako  unikatowy  zapis  żydowskiego
doświadczenia, ale i jako bezcenne świadectwo lingwistyczne

47

.

*

Wszystkie  teksty  umieszczone  w  niniejszym  tomie  pochodzą  ze  zbiorów

Żydowskiego  Instytutu  Historycznego,  z  zespołu  Archiwum  Ringelbluma
(arg).  Każdy  z  opublikowanych  tu  reportaży  opatrzony  jest,  widniejącą
w  górnym  lewym  rogu  tytułowej  stronicy,  archiwalną  sygnaturą.
W  przypadku  siedmiu  reportaży  przekładu  dokonano  na  podstawie
sporządzonych  po  wojnie  maszynopisów.  Wyjątek  stanowi  tekst
zatytułowany „Szmugiel w getcie”, którego rękopis ocalał.

Tytuł zbioru zapożyczono (w tłumaczeniu) od Bera Marka, który w 1954

wydał w jidysz pięć reportaży Pereca Opoczyńskiego.

Poszczególne teksty ułożono w porządku tematyczno-chronologicznym.
W  edycji  opuszczono  poszczególne  słowa  lub  (wyjątkowo)  większe

fragmenty  zdań,  które  były  zupełnie  nieczytelne  lub  wytarte.  Te  luki
w  tekście  zaznaczono  znakiem  opuszczenia  […],  a  wszelkie  uzupełnienia
redakcyjne wpisano w nawias kwadratowy, np. [warszawscy].

W tekście zastosowano uproszczoną, zgodną z fonetyką języka polskiego,

transkrypcję słów pochodzących z języków hebrajskiego i jidysz.

*

Tłumaczka  i  edytorka  gorąco  dziękuje  za  cenne  sugestie  i  pomoc

w  opracowaniu  tomu:  Magdalenie  Bendowskiej,  Natiemu  Cohenowi,
Barbarze  Engelking,  Janowi  Jagielskiemu,  Arturowi  Kuciowi,  Jackowi

background image

Leociakowi,  Awromowi  Nowerszternowi,  Szymonowi  Rudnickiemu
i Maciejowi Wójcickiemu.

Monika Polit

background image

REPORTAŻE Z WARSZAWSKIEGO GETTA

background image

DOM NUMER 21

Na  podwórze  wjeżdża  chłop  z  wózkiem  kapusty,  chleba  i  karto i.  Za

karto e zapłacił wcześniej jeden z lokatorów, którzy wyczekiwał chłopa na
drodze  Wolskiej.  Ile  mu  za  nie  wtedy  dał,  nie  wiadomo,  ale  ledwo  pięć
minut  później  żądał  za  te  karto e  tyle,  że  oko  bielało…  Sąsiedzi  kupują
więc chleb – kapustę i chleb. Panuje ogólny zamęt, ludzie się cisną, pchają,
szarpią.  Płacą  chłopu,  ile  sobie  tylko  zażyczy.  Po  złotówce  za  kilogram
gliniastego  czarnego  chleba  i  tyleż  za  kilogram  kapusty.  Jednak  w  tym
handlowym ferworze oszukują go. Za jego plecami biorą sobie bocheneczek
chleba albo i główkę kapusty i niosą do domu, nie płacąc ani grosza. Kiedy
chłop  orientuje  się  wreszcie,  że  go  okradają,  bierze  orczyk  z  wozu
i  w  straszliwym  gniewie  zamierza  się  na  głowy  cisnącej  się  dookoła
klienteli. Dopiero wtedy tłum się cofa. Kto sobie wziął, to sobie wziął i tyle,
cicho  sza.  Chłop  stoi  ze  swoim  wozem,  a  oczy  ma  jak  dwa  sztylety.  Jego
żona przeklina i pomstuje na Żydów, i krzyczy, że wszystko, co ich spotyka,
to jeszcze mało.

Żelechower

48

  złapał  na  lewo  kilka  główek  kapusty  i  zaciera  ręce

z uciechy: nie zginie ci on nawet w takich opałach… teraz ma dobrą passę –
jego  dom  się  buduje,  ściany  są  już  obmurowane,  ale  dach  jeszcze  nie
pokryty.  Padają  teraz  jesienne  deszcze  i  woda  płynie  przez  zniszczone
stropy  na  głowy  lokatorów  z  niższych  pięter;  dosięgła  już  parteru
i u handlarza jajami stoi na podłodze.

Właścicielka  domu  wstaje  teraz  o  piątej  rano  i  sama  czyści  posesję;  jej

mąż  śpi  sobie  w  najlepsze,  ale  ona  nie  może  spocząć.  Po  tym,  jak  stróż
odmówił  wykonywania  swoich  obowiązków,  naszła  ją  dziwna  chętka
samodzielnej pracy, harówki. Praca ją cieszy.

Przypominają się jej młode lata, kiedy w znoju i w pocie czoła własnymi

rękami dorabiała się tego domu.

background image

Ale  napawać  się  tą  radością  jej  nie  dają.  Co  rusz  z  zalanych  mieszkań

wbiega  inny  lokator  i  uświadamia  jej,  że  własnymi  rękami  niszczy  swój
dobytek,  że  przecież  cały  dom  będzie  zrujnowany,  jeśli  czym  prędzej  nie
dopilnuje, żeby odbudowano piętro.

Właścicielka  wysłuchuje  pretensji  i  podnosi  się  z  miejsca.  Tylko  nie  to,

tylko  nie  to!  Jej  dom  pójdzie  w  ruinę,  jej  krew  i  pot?!  Przyrzeka  szybko
zakończyć  prace  budowlane,  niech  tylko  przyjdą  murarze,  już  ona  będzie
naciskać,  no,  i  przy  okazji  –  myśli  sobie  po  cichu  –  zacznie  domagać  się
komornego,  mało  to  kosztuje  odbudowanie  piętra?  Wie,  że  Żelechower
z  szewcem  i  Perele  wywlekli  ze  swoich  zniszczonych  mieszkań  całe  belki
z dachu i ścian, wszystko, i poukładali je pod łóżkami w „schronie”, żeby
zimą mieć czym palić. Ale nie mówi im o tym wcale, wie, że gdzie diabeł
nie może, tam babę pośle… Z Perele nie zadrze… ale nie szkodzi, komorne
to  już  oni  zapłacą…  Wyciera  sobie  usta  i  pracuje  dalej,  czyści,  zamiata,
znosi na podwórko porozrzucane cegły i sprząta swoje wielkie mieszkanie,
cały dom.

Chłopi  zjeżdżają  ze  wszystkich  stron  z  wózkami  zieleniny,  karto i,

kapusty,  drewna,  a  nawet  węgla,  bo  Żydzi  nie  dostają  opału  na  kolei.
Przypuszczalnie nie są to żadni chłopi, ale mieszkańcy podmiejskich okolic,
którzy chcą zarobić na życie, handlując z Żydami. Jak dostają pozwolenia
na  wjazd  wózkami  do  miasta,  trudno  orzec,  ale  prawdopodobnie  lokalna
władza  jest  bardziej  skłonna  do  ustępstw  w  tym  względzie.  Niemiecki
komendant z takiej małej miejscowości też chce żyć.

Cała  Miła  jest  zapełniona  chłopskimi  wózkami.  Zabłądziły  też  na

Lubeckiego, Wołyńską, są w całej dzielnicy, szczególnie te z węglem.

background image

Ul. Wołyńska (widok w kierunku wschodnim)

Przed  sklepami  Wedla  na  Marszałkowskiej,  a  także  na  Bielańskiej  stoją

długie kolejki, stoją, niby tak sobie, bo każdy ma się na baczności. Przystaje
przechodzień i pyta, za czym ta kolejka, odpowiada się mu, że samemu się
nie wie, ot, tak się stoi. Ale przecież wiadomo, że za dwa złote dostaje się
u Wedla tabliczkę przedwojennej czekolady z torebką cukierków. Kupować
–  nie  kupuje  się  tego  dla  siebie,  ale  na  handel,  bo  jest  sporo  Żydów,  co
mogą  sobie  pozwolić  na  zjedzenie  tabliczki  dobrej  czekolady,  chociaż  jest
i dużo, o wiele więcej Żydów, którzy zaczynają padać z głodu na ulicach.
Niechże więc będzie czekolada – aby tylko żyć!

W  sklepach  dzielnicy  chrześcijańskiej,  jak  na  przykład  gdzieś  het  w  dół

na  Marszałkowskiej,  można  kupić  mleko  i  cukierki.  Kuśnierka  z  córką
rękawiczarki i z szewcową dowiedziały się o tym i wystają tam w kolejce
całe dnie, aż przyniosą do domu kilka tabliczek czekolady i trochę taniego
mleka.  Mleko,  które  przywożą  teraz  chłopi  z  wiosek,  tak  jak  masło,  ser
i śmietana, są drogie.

Nagle pokazują się w mieście mężczyźni z żółtymi gwiazdami Dawida na

background image

rękawach

49

  i  kobiety  w  chustkach  na  głowie,  z  naszytymi  na  ubraniach

żółtymi  łatami.  Nadjeżdżają  wielkie  platformy  z  mężczyznami,  kobietami
i z dziećmi o noskach zsiniałych od jesiennego chłodu i wilgoci. Hę? Co to
jest, kim oni są? Na ulicach, którymi przejeżdżają, krzyczą do nich: – Skąd
jesteście?  –  A  Żydzi  odpowiadają,  rozdrażnieni  niekończącymi  się
pytaniami: – Z Raciąża, z Sierpca.

Do domu numer 21 przybyło czterdziestu sierpeckich Żydów i ulokowało

się  od  frontu,  w  pustym  sklepie.  Właścicielka  nie  mówi  im  złego  słowa,
przeciwnie,  rozmawia  z  komendantem

50

,  że  trzeba  im  jakoś  pomóc.  Jest

czwartek  po  południu  i  zrodził  się  plan,  żeby  zapewnić  im  czulent

51

  na

szabas.  Komendant  chwali  się  potem,  że  ten  czulent  kosztował  całe  sto
złotych.  Po  szabasie  biega  po  sąsiadach,  którzy  chcą  wziąć  sublokatorów,
i lokuje tych czterdziestu sierpczan w domu. Właścicielka konotuje to sobie:
Aha, skoro od sierpczan bierze się już pieniądze za te wydzielone im kąciki
w  kuchniach  przy  zlewach,  to  czy  i  jej  nie  wolno  by  dopominać  się
komornego?…

Cztery  tysiące  Żydów  z  Sierpca  i  tyle  samo  z  Raciąża  jest  już

zakwaterowanych w mieście, ale słyszy się, że dalej wysiedla się z innych
miejscowości. Żydzi [warszawscy] nagle przestają robić zapasy – Kac złożył
wóz węgla w piwnicy i o drugi nie chce się już starać; rzeźnik i właścicielka
przestali  skupować  karto e  i  kapustę  na  zimę,  kiszkarz  nie  kupuje  soli,
a szewc skóry. Dlaczego? A bo to wiadomo, co z nami będzie?

Już  od  samego  rana  na  podwórzu  stoi  chłop  z  wozem  karto i.  Zamiast
osiemdziesięciu złotych za korzec, jak sprzedawał wczoraj, żąda dziś tylko
siedemdziesięciu. W południe nie chce już więcej niż pięćdziesiąt, ale stoi aż
do  wieczora,  prosi,  żeby  u  niego  kupić.  Niech  już  będzie  czterdzieści  pięć
złotych  za  korzec  –  ale  nikt  nie  kupuje.  Chłop  nocuje  na  podwórku,  rano
odjeżdża,  przeklinając  Żydów,  w  których  nagle  chyba  jakiś  zły  duch
wstąpił, nie chcą żreć czy co?…

background image

Sprzedawca śledzi w żydowskiej dzielnicy. Ul. Wołyńska numery 6 i 8

Zamęt  trwa  dzień,  dwa  i  nagle  zaczyna  się  konspirowanie,  jeden

drugiemu  szepcze  w  ucho:  idzie  Ruski…  jest  już  niedaleko  Pragi…  już
otwarto granice. Żydzi przechodzą swobodnie na „tamtą stronę”

52

.

Sąsiadom zaczyna się robić na podwórku jakoś ciasno. Nie tylko rzeźnik,

Żelechower  i  rozgorączkowany  komendant,  ale  i  pozostali  przenoszą  się
z podwórza na ulicę. Gromadnie wystaje się przed bramą i przekazuje się
nowiny, i nie tylko przed naszą bramą – przed wszystkimi bramami na ulicy
jest tak samo, wszędzie podwórka zrobiły się za małe. Na ulicy szybciej się
można  dowiedzieć  czegoś  nowego,  można  zagadnąć  przechodnia:  No,  co
tam? Naprawdę idzie?

– Pytanie! Zobaczycie, jutro będzie w Warszawie.
Żelechower  czeka  tylko  na  mieszkanie,  a  potem  już  będzie  wiedział,  co

robić. O, w ciemię bity to on nie jest… mruga sprytnym skośnym oczkiem,
nisko osadzone potężne, szerokie, kwadratowe plecy prostują się jak struna,
zaciąga pasek u spodni: He, he!…

I  krawiec  wojskowy  nie  przestaje  konspirować.  Nie  zdradza  się  nawet

background image

przed  własną  żoną,  Perele,  planuje  przejść  na  „tamtą  stronę”  razem
z Zalmanem, ale Perele wykrywa to szybko i można być pewnym: Zalmana,
swojego  jedynaka,  nie  wypuści  z  domu,  o  tym  może  on  –  jej  mąż  –
zapomnieć,  a  poza  tym  po  prostu  nie  podoba  się  jej  ta  cała  rzecz.  Tu  też
można żyć i, przypuszczalnie, u Niemca lepiej niż tam.

Komendant  niby  to  rozmyśla  nad  wyjazdem  do  szwagra  do  Tel  Awiwu,

ale wie dobrze, że to tylko gadanie. Wprawdzie za dobre pieniądze Niemcy
pozwalają  wyjechać  z  kraju,  a  włoscy  Żydzi  dają  wizy,  włoski  konsulat
w Warszawie nie robi problemów, jeszcze nie.

Po spotkaniu Hitlera z Duce na przełęczy Brenner

53

 będzie inaczej, ale na

razie  trzeba  tylko  wkupić  się  w  łaski  Niemca,  to  znaczy  kupić  je  sobie  za
duże sumy.

Komendant wie to od Żydów, którzy już pojechali do Erec Izrael i którzy

dalej  jeżdżą,  ale  za  dużą  sumę  pieniędzy,  na  przykład  za  dwadzieścia
tysięcy złotych. Ma się tyle i nie trzeba już żadnego certy katu. Do Ameryki
też się jeździ. Jak? Nie pytajcie! Są od tego specjaliści… ale co z tego – on,
komendant,  nie  jest  z  tych  Żydów,  co  mają  pieniądze,  jest  człowiekiem
z  przeszłością.  1905.  Nic  to  jednak,  myśli,  żeby  wysłać  swoich  synów  na
„tamtą stronę” – w Małkini też ma szwagra…

Niemiec  rozkazuje,  żeby  żydowskie  sklepy  miały  szyldy  z  napisami

w jidysz, nie, jednak z hebrajskimi, tak jak wtedy, gdy „Po drugiej stronie
Rzeki mieszkali wasi przodkowie”

54

.

Dziwić  –  to  nie  dziwi.  Widać  w  tym  kontynuację  polskiego  zarządzenia

z  czasów  Ozonu

55

,  wedle  którego  trzeba  było  wieszać  na  każdym  sklepie

szyldzik  z  prawdziwym  żydowskim  nazwiskiem

56

.  Zatem  nie  Hela

Wierzbicka czy Bernard Łęczycki, ale prawdziwie, biblijnie: Chana i Baruch.
I oto wyroili się nagle wykonawcy hebrajskich szyldów, zapełniający ulice
komicznie  brzmiącymi  napisami:  „Wszystkie  rodzaje  różnego  jedzenia  do
spożywania”, „Z drugiej ręki kupuję żelastwo”, „Szycie ubrań osobistych”

57

oraz  podobnymi  językowymi  niedorzecznościami.  Wajnbojm  wywiesza
szyld:  „Dostawca  chleba,  jedzenia  i  wszystkiego  do  spożywania”,  a  jego

background image

nowa  żona,  siostra  zmarłej  [pierwszej]  żony,  którą  wziął  zamiast  jakiejś
obcej, wbrew temu, co prorokowała Ruchcze piekarka, klaruje jidyszyście,
trykotażnikowi, który śmieje się z niej, pytając, dlaczego nie zrobiła szyldu
po żydowsku, że na nic się jej cały ten szyld, czy to po żydowsku, czy po
hebrajsku, nie zda, tylko cóż z tego, pójdzie zadzierać z Niemcem? Chce po
hebrajsku  –  niech  będzie  po  hebrajsku,  niech  robi,  co  chce,  byle  tylko
pozwolił żyć!

Zabroniono  już  Żydom  podróżować  pociągami

58

,  ale  tymczasem  nie

przestrzega się tego zakazu tak surowo. Dla warszawskich Żydów nie jest to
jeszcze  takim  nieszczęściem.  Podróżować  pociągiem  na  „tamtą  stronę”  –
podróżowały  tylko  jednostki,  większość  jechała  autobusami,  wozami  albo
szła  piechotą.  Jeździć  dokądkolwiek  indziej  to  się  nie  jeździło,  chyba  że
wielcy  ryzykanci,  szmuglerzy  i  inni  spryciarze  z  zakazanymi  pyskami,
którzy za dobre pieniądze zdobywali papiery, aby móc podróżować prawie
po całej Polsce.

W mojej klatce huczy. Córka poborcy, której narzeczony zginął w czasie

obrony miasta, zaciągając się na ochotnika do oddziału „Dzieci Warszawy”,
zakochała się w złodzieju i wyszła za niego. Ojciec, chasyd, uciekł od niej
jeszcze w czasie bombardowań, ponieważ sprowadziła do mieszkania kilku
złodziei  jako  sublokatorów.  Teraz  wychodzi  za  mąż  za  jednego  z  nich.  Ze
zgryzoty ojciec się rozchorował i odszedł z tego świata.

Perele opowiada o tym wszystkim z detalami i krzyczy:
– A nie wiadomo to było od razu, że tak będzie? Ten parch to przecież

córka chasyda! Żadna nasza by tego nie zrobiła, tylko córka chasyda może
ci się połaszczyć na złodzieja!

Szewcowa słyszy to i rozpływa się w uciesze i Żelechower też wysila swój

ciężko pracujący mózg, aby dojść do wniosku, że oni, ci chasydzi, te ofermy,
są od nas gorsi… tak, wie to jeszcze z Żelechowa.

Perele będzie tak jeszcze mówić i  mówić  w  „schronie”,  w  którym  wciąż

mieszka  razem  z  Żelechowerem  i  szewcem.  Pozostanie  tam  aż  do  chwili,
w której skończy się remont jej mieszkania (po cichutku szykuje się do tego,

background image

by  lada  dzień  wziąć  tych  parę  rzeczy  i  wprowadzić  się  do  swojego
odświeżonego lokum). Kuchnię ma już gotową i zaczęła już tam przyrządzać
obiady, sąsiedzi ze „schronu” nie muszą wiedzieć, co ona je. Zleciła już też
malowanie. Każdego dnia stoi na Wołówce

59

 i sprzedaje kurtki. Klepie się

więc  po  udach:  Ha,  jak  się  ma  głowę  na  karku,  to  ma  się  wszystko!
I  mieszkanie  będzie  miała  nowe,  i  belki  na  opał,  a  komornego  płacić  nie
będzie.

Starszy syn piekarza Brodskiego dostał się na „tamtą stronę” autobusem.

Na  Nalewkach  stoją  autobusy,  które  wożą  do  samego  Białegostoku  za
dwieście  złotych.  Ale  gdzie  na  Nalewkach?  Na  którym  podwórzu?
Komendant  wie,  gdzie.  Też  chce  posłać  swojego  najstarszego  syna
autobusem,  ale  przemyśliwa  nad  lepszym  planem  –  sam  go  odwiezie  do
Małkini pociągiem.

Syn  Rywki,  pracownik  „gandi”

60

,  też  pojechał  w  tych  dniach.  Spośród

lokatorów  wyjeżdża  po  kilka  osób  każdego  dnia.  We  wszystkich  izbach
mówi  się  tylko  o  jechaniu,  wyruszaniu  w  drogę.  Krawiec  wojskowy
i Żelechower, którzy niecierpliwie czekają, aż ich mieszkania będą gotowe,
są  jak  dzieci  i  całymi  dniami  marzą  o  wyjeździe,  o  jechaniu  do  Rosji,
dotarciu  do  dużych  miast,  Moskwy,  Leningradu,  Charkowa,  gdzie  można
dostać wielkie, białe bochny chleba, pełne miski ryżu, ryby i mięso.

–  S-słyszy  pp-an,  sąsiedzie,  słyszy  pp-an  –  jąka  się  Żelechower  –

rozmawiałem  z  chłopakiem  spod  dziesiątki,  co  wczoraj  wrócił  stamtąd  po
żonę i dzieci. Mówi, że ten, kto dostanie się na posadę u bolszewików, może
zarobić do pięciuset rubli na tydzień, jedzenia ma w bród, tylko trzeba mieć
szczęście.

– A jak się nie dostanie posady? – pyta krawiec wojskowy.
– Śpi się w bejt ha-midraszu

61

 – odpowiada Żelechower – i też się dostaje

jedzenie. Dają trzy razy dziennie porcję chleba z zupą i się żyje.

Krawiec  wojskowy  przystałby  już  na  wszystko,  chociaż  przeżył  wielką

wojnę światową i nie wierzy zbytnio w łatwe szczęście, ale boi się żony –
Perele.  Będzie  się  musiał  jeszcze  sporo  napracować,  zanim  uda  mu  się  ją

background image

przekonać, żeby pozwoliła mu jechać.

Żelechower  i  wojskowy  krawiec  nie  mogą  usiedzieć  w  izbie.  Co  rusz

wybiegają przed bramę i słuchają toczących się tam rozmów.

Nagle  wjeżdża  w  ulicę  wóz,  taki,  jakie  widać  na  ulicach  miasteczek

w  Lubelskiem  –  wypełniony  Żydami  i  Żydówkami.  Żydzi  wyglądają  jak
weselni  goście  –  kobiety  pięknie  wystrojone,  trzymają  walizki  na
podołkach, mają rozpalone twarze. Dokąd to jadą?!

– Na tamtą stronę!
– Tak? Nie wierzę!
Wierz pan czy nie wierz, ale to prawda. Jadą na „tamtą stronę”.
Teraz  będą  się  już  z  dnia  na  dzień  mnożyć  na  ulicy  te  naładowane

pasażerami wozy jadące na „tamtą stronę”. Żaden z sąsiadów nie może już
wysiedzieć  w  domu,  nie  handluje  się,  nie  pracuje  się,  wyprzedaje  się
z  domu,  co  tylko  się  da,  i  marzy  się  tylko  o  przejściu  na  „tamtą  stronę”.
Krawiec  wojskowy,  co  bywał  w  świecie,  wie  już  wszystko:  przez  Małkinię
pociągiem,  przez  Otwock  kolejką,  a  potem  pociągiem,  przez  Hrubieszów
i Zamość albo przez Siedlce pociągiem i przez Sokołów i Białą autobusem.
Autobus od Bonifratrów jedzie prosto do Sokołowa, ale co z tego – po bilet
trzeba stać w kolejce cały tydzień i zapłacić za niego podwójną cenę.

Syn  Rywki,  który  nie  ma  pieniędzy,  poszedł  na  Pragę.  Straż  na  moście

przepuściła  go  za  piątaka,  którego  dał  w  łapę  polskiemu  policjantowi.
Niemiec  udał,  że  nie  widzi,  i  tak  chłopak  doszedł  pieszo  do  Małkini,
a stamtąd prosto przez granicę. Co prawda, przeleżał przy niej, na „ziemi
niczyjej”, cały tydzień, ale potem przyszedł lepszy czas i żołnierze zawołali:
„Towariszczi,  perechoditie!”,  to  znaczy:  „Towarzysze,  przechodźcie”,
i  przeszedł.  Teraz  jest  nie  w  Białymstoku,  ale  zupełnie  gdzie  indziej,
w  jakimś  małym  miasteczku  i  jest  mu  bardzo  dobrze.  Pracuje  i  pisze  do
matki, że ją tam zabierze.

List od syna Rywki krąży po całym domu. Czyta się go i dotyka z każdej

strony, jak cudownego talizmanu, jak czarodziejskiego pierścienia. Co rusz
biegnie do niej inny sąsiad:

background image

– Dzień dobry, Ryweczka.

background image

Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment

pełnej wersji całej publikacji.

Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji 

kliknij tutaj

.

Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie
rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez
NetPress Digital Sp. z o.o., operatora 

sklepu na którym  można

nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji

. Zabronione są

jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody
NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej 
od-sprzedaży, zgodnie z 

regulaminem serwisu

.

Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie

internetowym 

e-booksweb.pl - audiobooki, e-booki

.