background image

 

~ 1 ~ 

 

 

 

 

 

background image

 

~ 2 ~ 

 

 

Rozdział 1 

 

Codie  Marks  zgubiła  się  beznadziejnie.  Samo  myślenie  o  tym  wywołało  dreszcz 

niepokoju przebiegającego wzdłuż jej kręgosłupa. Zgubienie się w Parku Narodowym 
Egypt Wadi el Gemal, na Wschodniej Pustyni, nie mogło być, pod żadnym względem, 
uznane za idealną sytuację dla samotnej kanadyjskiej kobiety. 

Planowała  tę  podróż  od  miesięcy.  Zaciskała  pasa  i  oszczędzała  każdy  dodatkowy 

pens,  jaki  zarobiła,  jako  sekretarka,  żeby  zapłacić  za  te  wakacje.  Wydawało  się,  że 
pomyślała  o  wszystkim,  kiedy  sporządzała  trasę  swojej  podróży  do  Wadi  el  Gemali. 
Zdecydowała  się  spędzić  jeden  tydzień  w  parku  Eco-lodge,  w  obozie  namiotowym 
położonym  w  samym  sercu  parku.  Chciała  iść  na  wycieczkę  z  przewodnikiem  przez 
pustynię  i  być  może  zobaczyć  jednego  z  wielu  sokołów,  żyjących  tutaj.  Jednak 
zgubienie  się  na  środku  pustyni  nie  było  na  jej  liście  rzeczy,  które  chciała  zrobić  w 
Egipcie. 

Unosząc  wyżej  plecak  na  ramionach,  Codie  obróciła  się  wkoło,  mając  nadzieję 

znaleźć jakiś ślad wycieczki, z którą była. Ta dziwna piaskowa burza, która nagle się 
rozpętała, spowodowała, że odłączyła się od reszty grupy. I teraz Codie widziała tylko 
piaszczystą  pustynię,  tak  daleko  jak  tylko  mogła  sięgnąć  okiem.  Wiedziała,  że  jest w 
tarapatach. 

- Nie jest dobrze.  

Czując, jak wpada w panikę, podniosła rękę i zawinęła palce wokół wisiorka, który 

miała na szyi. 

Naszyjnik  z  wisiorkiem  był  prezentem  od  jej  babki  na  trzynaste  urodziny. 

Wisiorek  to  było  złote  Oko  Horusa.  Oko  w  samym  środku  zdobił  duży  turkus  – 
kamień  jej  urodzin.  Codie  nigdy  go  nie  zdjęła.  Od  momentu,  jak  tylko  go  założyła, 
czuła, że tak długo jak go nosi, będzie chroniona. Gdy zrobiła małe śledztwo, na temat 
tego,  co  znaczyło  Oko  Horusa,  Codie  nie  była  wcale  zaskoczona  tym,  że  starożytni 
Egipcjanie używali go, by chronić się przed złem. 

Z  mocnym  uściskiem  na  wisiorku,  Codie  czuła,  jak  jej  panika  się  zmniejsza. 

Zmusiła się do zachowania spokojnego oddechu. 

background image

 

~ 3 ~ 

 

- Uspokój się, Codie. 

Hiperwentylacja  nie  poprawi  jej  sytuacji  na  lepsze.  Wiedziała,  że  przewodnik  w 

końcu  zauważy  jej  zniknięcie.  Kiedy  tak  się  stanie,  zostanie  po  nią  wysłana  ekipa 
poszukiwawcza.  Dlatego  nie  powinna  zapuszczać  się  tak  daleko  na  pustynię. 
Przynajmniej miała nadzieję, że tak nie było. 

Codie zrobiła bilans swojej sytuacji. Szła sama, co najmniej od godziny, zanim w 

końcu  przyznała,  że  się  zgubiła.  Znalazła  się  na  otwartej  przestrzeni  ze  słońcem 
bijącym wprost  na  nią, ale wiedziała, że  w  nocy  temperatura spadnie  i zrobi się dość 
zimno. Miała nikłą szansę, że zostanie uratowana przed zapadnięciem zmroku. Gdyby 
tak  się  stało,  Codie  nie  chciała  utknąć  na  otwartej  przestrzeni  bez  jakiegokolwiek 
schronienia.  Miała  śpiwór  w  plecaku,  ale  nie  miała  namiotu.  Musiała  znaleźć  jakieś 
skupisko  roślinności,  wystarczająco  dużej,  by  ocienić  ją  od  promieni  słonecznych  w 
ciągu  dnia  i  zaoferować  jej  jakieś  schronienie  w  nocy.  To  zostawiło  jej  tylko  jedną 
opcję – musiała zacząć szukać takiego miejsca. 

Wiedziała,  że  będzie  robiła  to,  co  wszyscy  specjaliści  kazali  nie  robić,  gdy  się 

zgubisz,  ale  nie  sądziła,  że  ma  jakąkolwiek  inną  opcję.  Pocierając  kciukiem  po 
powierzchni  turkusa,  Codie  bardziej  opuściła  swoją  bejsbolówkę  na  czoło  i  ruszyła 
przed siebie. 

Dzień stawał się coraz bardziej gorący. Na szczęście, zapobiegliwie założyła lekką 

koszulę  z  długimi  rękawami  i  spodnie.  Mając  naturalne  kasztanowe  włosy,  wraz  z 
nimi otrzymała jasną skórę. Już byłaby spalona  na wiórek,  gdyby  miała koszulkę bez 
rękawów i krótkie spodenki. Pomimo tego, czuła, jak powoli jej twarz się opala. 

Po  następnej  godzinie  spaceru,  Codie  znalazła  to,  co  szukała.  Około 

sześćdziesięciu  stóp  przed  nią  stało  jakieś  wysokie,  krzaczaste  drzewo,  którego  nie 
potrafiła nazwać. Żadnej innej roślinności nie było wokół drzewa. Więc to musiało jej 
wystarczyć. Nie mogła dalej iść przez pustynię. Chciało jej się pić. Na szczęście, rano 
włożyła do plecaka dwie butelki wody, zanim poszła na tę wycieczkę. Gdyby mądrze 
ją sobie racjonowała, woda powinna jej wystarczyć na dzień albo dwa. 

Będąc już w cieniu krzaczastego drzewa, Codie zdjęła plecak i wyciągnęła jedną z 

butelek. Piła ją oszczędnie. Decydując się założyć obóz, odwiązała śpiwór od plecaka i 
rozłożyła  pod  drzewem.  Przeczesała  wzrokiem  teren,  zaskoczona  znalezieniem  tak 
dużej ilości suchych gałęzi leżących na ziemi. A wiedząc, jak zimna staje się pustynia 
w nocy, Codie zawsze nosiła ze sobą zapalniczkę, chociaż nie paliła. Z nią i gałęziami 
będzie mogła rozpalić na noc ogień. 

background image

 

~ 4 ~ 

 

Zbierając  drewno,  Codie  złożyła  je  koło  swojego  śpiwora.  Zorganizowawszy  już 

swój obóz, nic więcej już nie mogła zrobić, jak usiąść i czekać. 

Pozostałe  godziny  dnia  wolno  przemijały.  Jak  tylko  czuła,  że  znowu  ogarnia  ją 

panika, Codie sięgała do swojego naszyjnika z Okiem Horusa. Z turkusem trzymanym 
w  dłoni,  wysyłała  cichą  modlitwę,  żeby  ktoś  ją  znalazł.  Gdy  zaczęła  zapadać  noc, 
zaczęła nawet modlić się do Egipskiego boga, Horusa. 

Zanim  całkowicie  się  ściemniło,  Codie  rozpaliła  mały  ogień.  Wiedząc,  że  będzie 

musiała  budzić  się,  co  kilka  godzin,  by  dodawać  więcej  drzewa  do  ognia,  wczołgała 
się do śpiwora. Stres dnia w końcu dał się jej we znaki. Oczy Codie zatrzepotały i się 
zamknęły. Zanim zapadła w sen, wyciągnęła rękę, by pogłaskać turkus zwisający z jej 
szyi.  Ale  czuła  się  tak  zmęczona,  że  prawie  nie  zauważyła  gorąca,  które  zaczęło 
promieniować  z  niebieskiego  kamienia  i  przesączyło  się  do  koniuszków  jej  palców. 
Trzymając wisiorek w ręce, zapadła w sen. 

 

*** 

 

To  musiał  być  sen.  Codie  rozejrzała  się  po  luksusowym  pokoju,  w  którym  się 

znalazła.  Ściany  były  pomalowane  na  kolor  klejnotu  z  egipskimi  hieroglifami 
wyrytymi  w  kamieniu.  Po  jego  drugiej  stronie,  stało  olbrzymie  łóżko  na 
podwyższeniu,  otulone  zwiewnymi  materiami.  Para  dymiących  koksowników 
wydzielała  zapach  kadzidła,  które  musiało  być  rzucone  na  żar.  Ruszając  w  głąb 
pokoju,  Codie  omiotła  spojrzeniem  stos  kolorowych  poduszek  rzuconych  na  podłogę 
obok  jednego  z  koksowników.  A  potem  zapatrzyła  się  w  daleki  kąt  pokoju.  Stał  tam 
duży tron, podobny do fotela, do tego na podwyższeniu. A na nim siedział mężczyzna, 
który w ciszy jej się przyglądał. 

Kiedy wstał i wolno do niej ruszył, Codie mogła tam tylko stać i się gapić. Nie był 

podobny  do  żadnego  mężczyzny,  jakiego  kiedykolwiek  wcześniej  poznała.  Wyglądał 
tak,  jakby  zszedł  z  jednego  ze  starożytnych  egipskich  obrazów  ze  ściany.  Miał  na 
sobie  tylko  biały  lniany  kilt,  który  pozostawiał  resztę  ciała  obnażoną.  Był  tak 
muskularny, że Codie mogła zobaczyć, jak te mięśnie poruszają się pod jego brązową 
skórą,  gdy  idzie.  Niezdolna  do  odwrócenia  wzroku,  przesunęła  oczami  po  szerokiej 
płaszczyźnie jego klatki piersiowej i w dół do dobrze widocznych mięśni jego brzucha. 
Usta Codie wyschły. Zawsze pociągali ją muskularni faceci, im większe mieli mięśnie 

background image

 

~ 5 ~ 

 

tym  bardziej  podobał  jej  się  mężczyzna.  A  samo  patrzenie  na  jego  pół  nagie  ciało 
sprawiało, że zmiękły jej kolana, chociaż nawet jeszcze nie spojrzała na jego twarz. 

Przesuwając oczy w  górę jego ciała, Codie popatrzyła  na jego twarz, dopiero  gdy 

przed  nią  stanął.  Oddech  zamarł  jej  w  płucach.  Miał  twarz,  która  pasowała  do  jego 
ciała.  Przełykając  mocno,  pozwoliła  swoim  oczom  prześlizgnąć  się  po  mocnych 
płaszczyznach  i  kątach  jego  twarzy.  Składając  go  całego,  zauważyła  sięgające  do 
ramion  proste  czarne  włosy  i  ciemnobrązowe  oczy.  Jego  wargi  były  ułożone  w 
półuśmiechu.  I  wydawał  się  taki  wysoki,  przeszło  metr  dziewięćdziesiąt,  co  również 
podobało  jej  się  w  mężczyźnie.  Mając  prawie  metr  osiemdziesiąt  wzrostu,  rzadko 
znajdowała się w pozycji, kiedy musiała patrzeć w górę na mężczyznę, a to spotkało ją 
właśnie z nim. 

Codie  oblizała  swoje  wyschnięte  wargi.  Jego  oczy  opuściły  się  na  jej  usta  i  tam 

pozostały. 

-  Cześć.  –  Gdy  jej  głos  się  załamał,  odchrząknęła  i  spróbowała  jeszcze  raz.  – 

Cześć.  

-  Cześć.  –  Przemówił  z  ciężkim  angielskim  akcentem.  Unosząc  spojrzenie  do  jej 

oczu, zapytał. – Potrzebujesz mnie? 

Oj,  potrzebowała  go,  jak  należy.  Byłaby  więcej  niż  szczęśliwa,  by  mieć  go  w 

swoim łóżku, zajmującego się jej potrzebami przez całą noc. Zachichotał, jakby czytał 
w  jej  myślach.  Codie  spróbowała  oczyścić  swój  umysł,  ale  zupełnie  nie  mogła  tego 
zrobić,  gdy  stało  przed  nią  to  wspaniałe  męskie  ciało.  Palce  ją  swędzały,  by  dotknąć 
każdego jego centymetra, włącznie z tym, co miał pod swoim kiltem. Gdy zachichotał 
jeszcze raz, zmusiła się do mówienia. 

- Nie jestem pewna. Wiem, że to jest sen, i wymyśliłam sobie to wszystko w mojej 

głowie. 

- Tak, to jest sen. Wezwałaś mnie do siebie. 

-  Naprawdę?  Nawet  nie  wiem,  kim  jesteś.  –  Niewiele  myśląc,  Codie  podniosła 

rękę, żeby dotknąć wisiorka. Jego oczy poszły za jej ruchem. 

- Ależ wiesz. – Odsuwając jej palce, uniósł wisiorek znad jej skóry. – Nosisz moje 

oko. Użyłaś wisiorka, by mnie wezwać.  

background image

 

~ 6 ~ 

 

-  Jesteś  Horus?  Egipski  bóg,  Horus?  –  Teraz  wiedziała  już  na  pewno,  że  to 

wszystko,  to  wytwór  jej  wyobraźni.  Jej  podświadomość  stworzyła  to  miejsce,  żeby 
pomóc jej poradzić sobie z ekstremalną sytuacją, w jakiej się znalazła. 

- To ja. A ty, kim jesteś? 

- Codie. Mam na imię Codie. 

- Minęło wiele lat, odkąd wezwał mnie śmiertelnik, celowo czy niechcący.  

-  Naprawdę?  –  Serce  Codie  zabiło  gwałtowniej,  gdy  zrobił  krok  bliżej  niej. 

Zaledwie  kilka  centymetrów  dzieliło  ich  ciała.  Jak  na  sen,  jej  umysł  zrobił  dobrą 
robotę,  wyobrażając  sobie  Horusa  w  ten  sposób.  Wydawało  się  to  być  właściwe,  że 
egipski bóg miał tak doskonałą twarz i ciało. 

- Więc skoro mnie wezwałaś, przypuszczam, że pilnie potrzebujesz mojej pomocy. 

– Horus popatrzył na nią wymownie z góry na dół. 

Wnętrzności  Codie  zamieniły  się  w  galaretę.  Wiedziała  dokładnie,  co  miał  na 

myśli  – seks. Że facet, jego kalibru,  mógł  być zainteresowany  nią w ten sposób,  mile 
połechtało  jej  miłość  własną.  Zwykle,  w  rzeczywistości,  faceci,  tacy  jak  Horus,  nie 
dawali  jej  najmniejszej  szansy.  Jej  wygląd  można  było  nazwać  przeciętnym,  tak  jak 
większość rzeczy o niej. Jedyną rzeczą, przez którą była dostrzegana, był jej wzrost. 

Zazwyczaj nie skakała na głęboką wodę z facetem, którego przed chwilą poznała, 

ale  to  był  jej  sen  i  będąc  takim,  mogła  zrobić,  co  tylko  chciała  bez  żadnych 
konsekwencji.  A w tej chwili, odkryła, że  jest więcej  niż skłonna, by  Horus zabrał ją 
do łóżka. 

Z  większą  śmiałością,  niż  Codie  miała  w  realnym  świecie,  zniwelowała 

pozostającą  między  nimi  odległość,  dopóki  czubki  jej  turystycznych  butów  nie 
dotknęły jego stóp w sandałach, i położyła rękę na jego twardej piersi. 

- Mam jedną potrzebę, którą jak sądzę, będziesz w stanie zaspokoić. 

Horus przykrył swoją dużą dłonią jej rękę. 

-  Bardziej  niż  sądzisz.  –  Pochylając  się  do  przodu,  łagodnie  otarł  się  swoimi 

wargami o jej. 

Pozwalając  opaść  powiekom,  Codie  westchnęła,  gdy  jego  wargi  wróciły,  by 

całkowicie  zawładnąć  jej  ustami.  Jego  twarde  wargi  poruszały  się  po  jej  z  początku 
łagodnie. Ale kiedy oddała mu pocałunek, stały się bardziej wymagające.  

background image

 

~ 7 ~ 

 

Gdy  jego  język  przesunął  się  wzdłuż  jej  ust,  Codie  rozchyliła  dla  niego  swoje 

wargi. Jego język splótł się z jej, zanim zassał go do swoich ust. Codie jęknęła. Po tym 
dźwięku, Horus puścił jej rękę i zawinął swoje ramiona wokół jej talii, przyciągając ją 
do swojego twardego ciała. Twarda długość jego kutasa przycisnęła się do jej brzucha. 
Chwytając  się  jego  ramion,  przycisnęła  się  jeszcze  bliżej,  czując  narastający  ból 
między swoimi nogami. Jej cipka zwilgotniała w oczekiwaniu na to, co miało przyjść. 

Horus  zostawił  jej  usta  i  podążył  wargami  wzdłuż  jej  szczęki,  w  dół  na  bok  jej 

szyi. Lizał i całował swoją ścieżkę w dół długości jej gardła. Trzymając ją w ciasnych 
objęciach, przegiął ją nieznacznie na swoim ramieniu, dając sobie lepszy dostęp do jej 
piersi.  Dotknął  językiem  jej  sutki  przez  materiał  koszuli.  Sutka  stwardniała  pod  jego 
językiem, a piersi stały się ciężkie. Gwałtowny wdech uciekł z jej ust, gdy Horus wziął 
sutek między swoje zęby i łagodnie pociągnął. 

Chociaż  Horus  wciąż  podsycał  jej  pożądanie,  nagły  chłód  ogarnął  ciało  Codie. 

Przyciągnęła Horusa z powrotem do swoich ust, przytulając się do niego mocniej, tak 
że ich ciała dotykały się od piersi do ud. Gorąco jego ciała wsiąknęło w jej, ale to nie 
powstrzymało jej ciała od drżenia z zimna. Codie jęknęła, ale nie od pożądania. Czuła, 
jak robi jej się zimno. Jej ciało zaczęło drżeć, jak w febrze. 

Wyczuwając, że coś jest nie w porządku, Horus odsunął się, by na nią spojrzeć. 

- Co się dzieje? 

- Zimno. Bardzo zimno. 

Jak  tylko  wypowiedziała  te  słowa,  Codie  poczuła,  jak  odpływa  ze  świata  swoich 

snów. Wiedząc, że obudzi się sama, zagubiona na pustyni, Codie pozwoliła, by strach 
uwidocznił  się  w  jej  oczach.  Brwi  Horusa  ściągnęły  się  z  niepokojem.  Rozpaczliwie 
pragnąc  z  nim  zostać,  próbowała  mocno  się  go  trzymać,  ale  jej  palce  straciły  swoją 
solidność.  Z  jękiem  niezadowolenia,  pokój  się  rozpłynął,  pozostawiając  tylko 
otaczającą ją ciemność. 

 

 

 

 

Tłumaczenie: panda68 

background image

 

~ 8 ~ 

 

 

Rozdział 2 

 

Gdy  Codie  się  obudziła  jej  ciałem  wstrząsały  dreszcze.  Niemiła  rzeczywistość 

bycia  zagubioną  i  samą  uderzyła  w  nią  z  całą  mocą.  Bycie  trzymaną  w  ciepłych 
ramionach  Horusa  przez  jedną  minutę,  nawet  gdy  to  było  sen,  a  potem  wrzucenie  z 
powrotem do jej obecnych okoliczności, sprawiło, że poczuła się jeszcze gorzej. 

Siadając w śpiworze, Codie zacisnęła szczęki, żeby nie szczękały jej zęby. 

- O, do diabła – powiedziała do siebie głośno.  

Zerknęła na małe ognisko, które rozpaliła zanim się położyła. Pozostało tylko kilka 

żarzących  się  węgielków.  Codie  wysunęła  się  ze  śpiwora  i  palcami  sztywnymi  od 
zimna,  niezdarnie  wetknęła  kilka  małych  gałązek,  które  zebrała  wcześniej,  do 
żarzących się resztek. Łagodnie na nie dmuchnęła, zmuszając gałązki do zapalenia się. 
Jak tylko płomienie łakomie je polizały, dołożyła większe kawałki drewna do ognia. 

Teraz,  kiedy  znowu  miała  ognisko,  wyciągnęła  ręce  nad  jego  przyjemne  ciepło. 

Popatrzyła na niebo. Z rozjaśnionego nieba domyśliła się, że musi już blisko być świt. 
Jakoś zdołała przetrwać swoją pierwszą noc na pustyni. 

Usiadła tak blisko ogniska, jak  mogła, a potem Codie wyciągnęła butelkę wody z 

plecaka.  Wypiła  to,  co  zostało  z  poprzedniego  dnia.  I  została  tylko  z  jedną  butelką. 
Jeśli ekipa poszukiwawcza dzisiaj jej nie znajdzie, Codie wiedziała, że znajdzie się w 
poważnych tarapatach. 

Bez wody, jej szanse przeżycia będą bliskie zeru. 

 

*** 

 

Horus opuścił ramiona do swoich boków, skoro nie trzymał już w nich Codie. Jej 

zniknięcie  oznaczało,  że  opuściła  swój  sen  i  wróciła  do  śmiertelnego  królestwa,  ku 
jego  rozczarowaniu.  Jego  kutas  pulsował  pod  kiltem,  który  miał  na  sobie.  Nigdy 
wcześniej, żadna śmiertelniczka nie podnieciła go tak szybko, ani tak mocno. 

background image

 

~ 9 ~ 

 

Skupiając  się  uważnie  w  sobie,  przeszukał  śmiertelne  królestwo  za  Codie.  Coś 

było nie w porządku. Mogła nie wiedzieć, co robiła, gdy wezwała go na pomoc, ale jej 
czyny  nie były spowodowane zwykłym kaprysem.  Strach, jaki zobaczył w  jej oczach 
zanim zniknęła, być zbyt rzeczywisty. 

A  to, że  nosiła turkusowe oko  na szyi, powodowało, że  łatwiej będzie ją znaleźć. 

Skupił  się  na  kamieniu,  mając  klarowny  obraz  Codie  w  swojej  głowie.  Jego  ciało 
zesztywniało, gdy zobaczył jej otoczenie. Łącząc się z nią przez kamień, mógł poczuć 
strach, który nią zawładnął. Dotykając jej umysłu, Horus dowiedział się, że zgubiła się 
na pustyni, była sama, bez jedzenia i prawie bez wody. A to, że nie pozwoliła sobie na 
panikę, dużo mówiło o jej sile wewnętrznej. 

Chciał  pójść  do  niej,  ale  wiedział,  że  nie  może.  Gdyby  pojawił  się  w  jej 

śmiertelnym  królestwie,  przyciągnąłby  tylko  niechcianą  uwagę  swojego  wuja.  Seth  i 
on  zostali  wrogami  w  dniu,  w  którym  jego  wuj  zabił  i  rozdarł  na  kawałki  jego  ojca, 
Ozyrysa. Do dzisiaj pozostali wrogami, wciąż walcząc ze sobą na przestrzeni wieków. 
Gdyby  Horus  pokazał  jakiekolwiek  zainteresowanie  Codie,  w  jakiś  sposób  Seth 
próbowałby wykorzystać ją przeciwko niemu. 

Ponieważ słońce powoli wspinało się po niebie, Horus próbował zmusić Codie do 

snu,  jedyne  miejsce  gdzie  mógł  do  niej  przyjść,  ale  nie  chciała  się  poddać.  Łatwo 
odczytywał  niepokój,  jaki  czuła.  Martwiła  się,  że  gdy  zaśnie,  ci,  którzy  ją  szukali, 
mogą ją przegapić. 

Ale  zanim  słońce  stanie  w  swoim  najgorętszy  czasie,  Horus  nie  może  tak  stać  i 

patrzeć  bezradnie,  jak  Codie  cierpi.  Coś  wyjątkowego  musiało  być  w  tej 
śmiertelniczce, że chciał ją chronić, jakby  należała do  niego. Używając jedynej opcji, 
jaką miał, Horus zamienił się w sokoła. 

 

*** 

 

Dzień  coraz  bardziej  ją  dręczył.  Gorąco  dochodzące  od  piasku,  przelewało  się 

przez  Codie  gorącymi  falami,  wysysając  z  niej  całą  wilgoć.  Chociaż  umierała  z 
pragnienia,  nie  pozwoliła  sobie  na  zmniejszenie  już  i  tak  niewielkiej  ilości  wody,  by 
go ugasić. Kilka łyków wody, które brała za każdym razem, musiało wystarczyć tylko 
na zwilżenie języka. 

background image

 

~ 10 ~ 

 

Ocieniając oczy ręką, Codie rozejrzała się po bezkresnym morzu piasku. 

-  Gdzie  oni  mogą  być?  –  Nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  nikt  po  nią  nie 

przychodzi.  Przecież  na  pewno  już  zauważyli,  że  zniknęła.  Nie  mogła  pozbyć  się 
uczucia, że ktoś, albo coś, celowo zatrzymuje ją na tej pustyni. 

Zamknęła  oczy,  nie  chcąc  niczego  więcej,  jak  tylko  położyć  się  w  śpiworze  i 

zasnąć.  Ale  walczyła  z  tym  pragnieniem.  Nie  mogła  zasnąć,  musiała  wciąż 
wypatrywać oznak ekipy ratunkowej. Teraz już wiedziała, dlaczego  lokalne plemiona 
niczego  nie  robiły  podczas  najgorętszej  części  dnia.  Upał  stawał  się  prawie  nie  do 
zniesienia.  Już  nawet  oddychanie  sprawiało  jej  trudność.  Temperatura  była  tak 
wysoka,  że  miała  wrażenie,  jakby  okropny  ciężar  usiadł  na  jej  klatce  piersiowej,  nie 
pozwalając zrobić głębokiego wdechu. 

Krzyk  sokoła,  przeszukującego  niebo,  przyciągnął  uwagę  Codie.  Gdy  go 

dostrzegła, patrzyła zaskoczona, jak bierze kurs prosto na nią. Zakołował nad nią dwa 
razy,  zanim  wylądował  na  jednej  z  gałęzi  drzewa,  pod  którym  siedziała.  Wyciągając 
szyję, Codie popatrzyła w górę. 

To był sokół śniady. Ich  populację  można  było znaleźć w Wadi  El Gemal Island, 

więc zobaczenie jednego w parku narodowym nie było taką niespodzianką. Jednak to, 
co  naprawdę  ją  zaskoczyło,  było  zobaczenie  go  tak  daleko  na  pustyni.  Sokoły 
zazwyczaj trzymały się skalistego wybrzeża Morza Czerwonego. 

Sokół  przesunął  się  na  koniec  gałęzi,  która  wisiała  nad  nią,  i  popatrzył  na  nią.  Z 

jego  wielkości,  Codie  odgadła,  że  to  był  samiec.  Samice  były  większe  od  samców.  
Uśmiechnęła się do niego, ciesząc się z tego małego zakłócenia spokoju. 

- Hej, tam.  

Sokół  krzyknął  jeszcze  raz,  a  potem  nagle  zeskoczył  z  gałęzi  na  ziemię  u  stóp 

Codie.  

Codie  zamrugała  ze  zdziwieniem.  To  musiał  być  dziki  sokół.  Powinien  uciekać 

przed nią jak najdalej, a nie się zbliżać. Powoli, żeby go nie przestraszyć, podciągnęła 
nogi  i  schowała  pod  siebie.  Cały  czas  patrzyła  na  jego  spiczasty  dziób  i  szpony.  Nie 
chciała,  do  tego  wszystkiego,  jeszcze  zostać  zraniona.  Przecież  całkiem  łatwo  mogły 
rozerwać jej skórę na strzępy. 

Niewiarygodnie, ale sokół podskoczył bliżej. Podszedł tak blisko, że Codie mogła 

wyciągnąć  rękę  i  pogłaskać  szare  pióra  pokrywające  jego  pierś.  Jak  tylko  ta  myśl 
przyszła  jej  do  głowy,  Codie  nabrała  chęci,  by  to  zrobić.  Oblizując  swoje  suche, 

background image

 

~ 11 ~ 

 

popękane wargi, ostrożnie wyciągnęła rękę. Zanim jej palce  nawiązały kontakt, sokół 
wskoczył na jej wyciągnięte ramię. 

Oszołomiona, Codie zamarła. Dziki sokół siedział na jej ramieniu. Czekała aż jego 

szpony  zanurzą  się  w  jej  nadgarstku,  ale  sokół  tylko  lekko  go  chwycił.  W  końcu 
zdrętwiało jej ramię od trzymania go tak długo na wyciągnięcie. Tak płynnie, jak tylko 
mogła,  Codie  przyciągnęła  ramię  do  swojego  boku,  ale  przedramię  nadal  zostawiła 
wyciągnięte. Sokół został tam, gdzie siedział, niewzruszony tym ruchem. 

Codie potrząsnęła głową i się uśmiechnęła. 

- Przyleciałeś dotrzymać mi towarzystwa, czy zgubiłeś się na pustyni, tak jak ja? - 

Sokół przesunął się na jej ramieniu i obrócił głowę, by na nią spojrzeć. – Najwyraźniej 
nie boisz się ludzi. Zastanawiam się tylko dlaczego.  

Zaglądając  w  oczy  sokoła,  Codie  pomyślała,  że  widzi  inteligencję  czającą  się  na 

ich dnie. Potrząsnęła głową. Ten upał musiał źle na nią wpłynąć, skoro już myślała, że 
sokół  rozumie  to,  co  powiedziała.  Ale  bardzo  chciała,  żeby  rozumiał.  O  ile  łatwiej 
rozwiązałaby swoją sytuację, gdyby mogła powiedzieć mu, żeby poleciał i sprowadził 
dla niej pomoc, zamiast siedzieć tu i na nią czekać. 

Kiedy tak mijały minuty, a sokół nie wydawał się być zainteresowany odleceniem, 

Codie  postanowiła,  że  będzie  jej  bardzo  miło  zostać  w  jego  towarzystwie.  Teraz 
potrzebowała  trochę  więcej  wody,  więc  sięgnęła  po  nią  do  plecaka.  Udało  jej  się  go 
rozpiąć i wyjąć butelkę, ale z sokołem, siedzącym na ramieniu, miała trochę trudności 
z  jej  otwarciem.  Przesunęła  się  jeszcze  raz,  teraz  siadając  na  tyłku,  i  Codie 
przytrzymała butelkę między swoimi nogami i odkręciła nakrętkę. 

Po wzięciu kilku  małych  łyków,  uniosła  butelkę do  góry, by zobaczyć  ile jeszcze 

zostało wody. Wypiła już połowę butelki. Codie odwróciła się, by popatrzeć na sokoła. 
Wydawało jej się, jakby on również popatrywał na wodę. Potrząsnęła głową. 

-  Przepraszam,  mój  przyjacielu,  ale  to  wszystko,  co  mam.  Nie  mogę  ci  dać  ani 

kropelki.  Ledwie starcza dla  mnie. Jeśli jesteś spragniony, będziesz  musiał sam sobie 
znaleźć. To samo dotyczy jedzenia. Niczego nie jadłam od wczoraj rana. 

Sokół krzyknął, zanim  wystrzelił w powietrze. Zaskoczona  jego  nagłym  odlotem, 

Codie niemal wyskoczyła ze skóry. Patrzyła na odlatującego sokoła, dopóki nie stał się 
maleńkim punktem na niebie. 

- Co ja takiego powiedziałam? – zawołała za nim. 

background image

 

~ 12 ~ 

 

Przeszedł  kolejny  dzień  i  Codie  musiała  pogodzić  się  z  koniecznością  spędzenia 

następnej  nocy  na  pustyni.  Zebrała  trochę  więcej  drewna  i  przygotowała  je  do 
rozpalenia,  gdy  zapadnie  ciemność.  Brzuch  jej  zaburczał,  protestując  przeciwko 
brakowi jedzenia. Codie nie wiedziała, czy przeżyje kolejny dzień w piekącym słońcu, 
bez  jedzenia  i  prawie  bez  wody.  To  będzie  kwestią  czasu  zanim  załamie  się 
psychicznie. Gdyby tylko wrócił sokół. Nie czułaby się taka samotna, gdyby był blisko 
niej. 

 

*** 

 

Horus  przecinał  powietrze,  szybko  lecąc  w  stronę  wybrzeża  Morza  Czerwonego. 

Sytuacja Codie mogła być przedstawiona tylko, jako tragiczna. Potrzebowała jedzenia 
i  wody,  jeśli  miała  nadzieję  przeżyć  więcej  dni  na  pustyni.  Jako  egipski  bóg  nie 
potrzebował  ani  jedzenia,  ani  wody,  ale  wiedział,  że  śmiertelnicy  potrzebują  obydwu 
rzeczy, żeby podtrzymać swoje życie. 

Widząc  przed  sobą  migoczącą  wodę  morza,  Horus  zwiększył  swoją  prędkość. 

Przeleciał  nad wodą  do  miejsca, gdzie powinna być  najgłębsza. Wisząc w powietrzu, 
użył  swoich  mocy,  by  wezwać  rybę,  żeby  podpłynęła  do  powierzchni.  Prawdziwy 
sokół nie łapał ryb. Przeważnie jadł owady i jaszczurki, ale Horus nie myślał, że Codie 
będzie jadła którekolwiek z tych rzeczy, obojętnie jak byłaby głodna. 

Nie  trwało  długo,  jak  duża  ryby  odpowiedziała  na  jego  wezwanie.  Jako  tylko 

podpłynęła do powierzchni,  uchwycił  ją z  wody swoimi  ostrymi szponami. Machając 
silnymi skrzydłami, wzniósł się w powietrze i użył spiczastego dzioba, by zabić rybę. 

Ciemność  zaczęła  powoli  zapadać,  gdy  pojawił  się  z  powrotem  w  małym  obozie 

Codie.  Siedziała  przed  ogniskiem,  który  zrobiła,  wpatrując  się  ze  smutkiem  w 
płomienie. Na jego krzyk, popatrzyła w górę i uśmiechnęła się promiennie. Obleciał ją 
raz, zanim podleciał bliżej ognia i rzucił rybę na gorące drwa przy samym jego brzegu. 
Zadowolony, że Codie będzie  mogła  łatwo dostać się do ryby, jak się usmaży,  Horus 
ostrożnie  wylądował  na  jej  ramieniu.  Codie  niepewnie  uniosła  rękę  i  pogłaskała  jego 
pierś. 

-  Wróciłeś  i  przyniosłeś  mi  prezent.  Zaczynam  myśleć,  że  jesteś  niezwykłym 

sokołem. 

background image

 

~ 13 ~ 

 

Horus potarł swoją pierzastą głową o jej ucho. Na teraz, pozwoli jej myśleć, że jest 

jednym z wielu dzikich sokołów na tym obszarze.  

Gdy ryba, wystarczająco długo, smażyła się już na drwach, by można było ją zjeść, 

obserwował  jak  Codie  ją  wyjmuje  i  łapczywie  rozrywa  na  części  swoimi  gołymi 
rekami i dostaje się do mięsa. Kiedy jadła, uruchomił swoje zmysły. Coś musiało być 
nie  w  porządku  w  całej  tej  sytuacji.  Wiedział,  że  ten  obszar  należał  do  parku 
narodowego.  Powinni  tu  być  inni  śmiertelnicy,  a  już  przynajmniej  jakieś  lokalne 
plemię, ale wyglądało na to, że nikogo w pobliżu nie było. Przeszukując głębiej, Horus 
zesztywniał. Jego zmysły znalazły coś, czego nie powinno tu być. 

Coś  niewidocznego,  podobnego  do  tarczy,  otaczało  Codie  i  jej  obóz.  Tarcza 

wystarczała, by fizycznie powstrzymywać innych od zbliżania się do niej, a sama była 
niewidzialna, jakby  naprawdę jej tu  nie było. Wychwycił zaklęcie, które było dodane 
do bariery, takie, które sprawiało, że nic i nikt nie podchodził bliżej, tylko się odwracał 
zanim tu dotarł. Cała rzecz śmierdziała sprawką jego wuja. Seth widocznie miał jakiś 
powód, by odizolować Codie. Dlaczego to zrobił, Horus nie wiedział. 

Po  tym,  jak  Codie  skończyła  swój  posiłek,  Horus  zeskoczył  z  jej  ramienia  i 

umościł się na ziemi. Dołożyła więcej drewna do ognia, zanim wsunęła się do śpiwora. 
Jak tylko zapadła w głęboki sen, zamknął oczy i dołączył do niej w jej śnie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tłumaczenie: panda68 

 

background image

 

~ 14 ~ 

 

 

Rozdział 3 

 

Znalazła  się  z  powrotem  w  pokoju,  o  którym  śniła  noc  wcześniej.  Wszystko  w 

nim,  wydawało  się  być  dokładnie  takie  samo,  nawet  bóg  Horus,  który  stał  obok 
dużego  podwyższenia  z  łóżkiem  i  najwyraźniej  na  nią  czekał.  Codie  podniosła  rękę  i 
dotknęła  swojego  wisiorka.  Powiedział  jej  ostatnim  razem,  że  wezwała  go  używając 
do  tego  jego  oka.  Codie  nie  sądziła,  że  zrobiła  to  tym  razem.  Miała  nadzieję,  że 
ponownie zobaczy go w swoich snach, zanim jeszcze zapadła w sen. I mógł być tylko 
jeden powód, dla którego znalazła się tu po raz kolejny. 

Horus wyciągnął do niej rękę. 

- Codie, podejdź do mnie. 

Brzmienie  jego  głębokiego  głosu  z  akcentem,  wypowiadającego  jej  imię,  wysłało 

dreszcze świadomości przez jej ciało. Codie skróciła odległość między nimi i wsunęła 
swoją  rękę  w  jego.  Horus  przyciągnął  ją  bliżej,  ściskając  ją  mocno  w  ramionach. 
Codie  zamknęła  oczy,  ciesząc  się  samym  odczuciem  bycia  trzymaną.  Potrzebowała 
tego  bardziej  niż  czegokolwiek  innego  –  kontaktu,  odczucia  kogoś,  kto  chciał 
opiekuńczo trzymać ją w ramionach. 

Wkrótce  ją  uwolnił  i  popchnął,  by  usiadła  na  łóżku.  A  wtedy,  Horus  zajął  się 

zdejmowaniem jej turystycznych butów i skarpet. Podciągając ją z powrotem na nogi, 
powoli zdjął z niej koszulę i spodnie. Jego oczy łakomie objęły wzrokiem jej postać w 
samym  tylko staniku  i  majtkach.  Kiedy się odsunął  i podszedł do jednego z palących 
się koksowników, Codie zastanowiła się, co Horus kombinuje. 

Podniósł dużą miskę. Szybko wrócił do łóżka i postawił ją na podłodze u ich stóp. 

Codie  zdała  sobie  sprawę,  co  Horus  planował  zrobić,  gdy  zobaczyła  parującą  w  niej 
wodę. Na jej powierzchni pływał kwiat  lotosu,  napełniając powietrze jego zapachem. 
Horus  wyciągnął  tkaninę,  zamoczoną  w  wodzie,  i  wykręcił.  Odwrócił  się  do  niej  i 
łagodnie przesunął mokrą tkaniną po jej twarzy. 

Codie  poczuła,  jak  jej  ciało  wraca  do  życia.  Uzmysłowiła  sobie,  że  tak  proste 

zadanie,  jakie  wykonywał  ten  mężczyzna,  ten  bóg,  jak  mycie  jej  twarzy,  może  być 
bardzo  erotyczne.  Jej  tętno  przyspieszyło,  gdy  powoli  przesunął  tkaninę  w  dół  jej 
gardła  do  piersi.  Ponownie  zamoczył  tkaninę  w  misce  i  wykręcił,  zanim  przeciągnął 

background image

 

~ 15 ~ 

 

nią  przez  jej  klatkę.  Wydawało  się,  jakby  się  zawahał,  gdy  dotarł  do  stanika.  Miała 
przeczucie,  że  chciał  go  usunąć,  ale  nie  miał  pojęcia,  jak  się  do  tego  zabrać.  Codie 
wzięła sprawy w swoje ręce. Sięgnęła za siebie, szybko rozpięła stanik i rzuciła go na 
podłogę. 

Horus przeciągnął mokrą tkaniną po obu jej piersiach. Sutki stwardniały, błagając 

o uwagę. Codie chciała poczuć jego usta na swojej skórze, ale on denerwująco dotykał 
ją nadal tylko tkaniną. 

Dokładnie  umył  każde  jej  ramię  zanim  ponownie  skupił  uwagę  na  jej  piersiach. 

Codie  wzięła  swoją  dolną  wargę  między  zęby,  gdy  Horus  pochylił  się  i  zawirował 
językiem wokół każdego napiętego szczytu. Spróbowała przycisnąć swoje ciało bliżej 
do niego, ale nie pozwolił na to. 

-  Pozwól  najpierw  mi  to  zrobić  dla  ciebie,  Codie.  To  sprawi,  że  poczujesz  się 

lepiej. Połóż się na łóżku. 

Codie  zrobiła  to,  o  co  prosił.  Horus  zamoczył  tkaninę  w  misce  i  dalej  ją  mył.  To 

było wspaniałe  uczucie, ale Codie chciała  więcej.  Kiedy tkanina  przesunęła się  przez 
jej  żebra  i  brzuch,  zacisnęła  pięści  na  prześcieradle,  na  którym  leżała.  Gęsia  skórka 
pojawił się na całej jej skórze, gdy Horus dmuchnął na jej wilgotne ciało. 

Przy  jej  biodrach,  Horus  tkaniną  przetarł  jedną  z  jej  nóg.  Codie  ledwie 

powstrzymała  jęk  frustracji.  Popatrzył  na  nią  i  uśmiechnąć  się  domyślnie,  zanim 
wrócił do przebiegania tkaniną po jej drugiej  nodze. Jak tylko skończył z jej  nogami, 
nakłonił ją, by przewróciła się na brzuch. 

Odsuwając  jej  włosy,  umył  jej  plecy  i  tyły  nóg.  Na  odczucie  tkaniny  dotykającej 

wnętrze  jej  ud,  Codie  wstrzymała  oddech,  czekając,  aby  Horus  dotknął  ją  w  bardziej 
intymnych  miejscach.  Sapnęła,  gdy  koniuszki  jego  palców  otarły  się  o  jej  gorące 
wejście. 

Skończywszy swoje zadanie, Horus wrzucił tkaninę do miski i przewrócił Codie z 

powrotem na plecy. Spojrzał na nią z tęsknotą w swoich oczach. Codie uniosła ramię, 
zawinęła rękę wokół jego szyi i przyciągnęła do siebie. 

Pobudzona  jego  posługą  z  tkaniną,  Codie  przycisnęła  swojego  wargi  do  jego. 

Przekrzywiając  głowę  i  dopasowując  swoje  usta  do  jego,  pocałowała  go  głęboko. 
Wciąż  ją  całując,  Horus  przesuwał  się,  dopóki  nie  leżał  na  boku  tuż  przy  niej.  Codie 
jęknęła w jego usta, gdy jedna z jego dużych rąk przykryła jej pierś. 

background image

 

~ 16 ~ 

 

Horus wzmógł nacisk swoich warg i użył języka, by nakłonić ją do otwarcia się dla 

niego.  Rozdzielając  swoje  wargi,  przesunęła  dłońmi  po  jego  szerokich  ramionach, 
obejmując  go  mocniej.  Pogłaskał  wnętrze  jej  ust,  dokładnie  ją  smakując.  W 
odpowiedzi, jej cipka zapulsowała z potrzeby. 

Odrywając  od  niej  usta,  przesunął  je  niżej  wzdłuż  jej  szczęki  do  gardła.  Gdy 

przycisnął się do niej, Codie poczuła twardą długość jego kutasa przy swoim biodrze. 
A on nadal schodził w dół. Przykrył jej pierś i uniósł do swoich ust. Czubkiem języka, 
podrażnił  kilka  razy  jej  sutek  zanim  zassał  go  głębiej  do  swoich  ust.  Codie  jęknęła 
jeszcze raz. 

Przesuwając  się  do  jej  drugiej  piersi,  Horus  pogłaskał  ręką  jej  płaski  brzuch. 

Wsunął  rękę  pod  gumkę  jej  majtek,  a  potem  zanurzył  ją  głębiej.  Używając  palca, 
pogłaskał  jej  łechtaczkę,  zanim  wepchnął  go  powoli  do  jej  mokrego  wejścia.  Codie 
wygięła biodra. Ściskając jego palec, poruszała się na nim w rytm jego pchnięć. 

Biorąc  w  posiadanie  jej  usta  w  pożądliwym  pocałunku,  Horus  usunął  swój  palec, 

chwycił  za  gumkę  jej  majtek  i  ściągnął  z  niej  całkowicie.  Codie  nie  mogła  się  już 
powstrzymać od dotykania go. Przesuwając się tak, że leżała na boku, sięgnęła między 
nich  i  pogłaskała  jego  kutasa  przez  materiał  kiltu.  Podskoczył  gwałtownie  pod  jej 
palcami. 

Horus podniósł się  nieznacznie, a potem szybko zdjął kilt  i przepaskę, którą nosił 

pod  tym.  Teraz  kompletnie  nagi,  tak  jak  ona,  chwycił  ją  za  rękę  i  poprowadził  do 
swojego  w  pełni  nabrzmiałego  fiuta.  Jęknął,  gdy  Codie  zawinęła  palce  wokół  jego 
grubego członka i go ścisnęła. 

Codie  poruszała  po  nim  ręką,  w  dół  i  w  górę,  jęcząc  na  samą  myśl,  jak  dobrze 

będzie  poczuć  tą  twardą  długość,  zanurzoną  w  głębi  niej.  Wilgoć  wypłynęła 
spomiędzy jej nóg. Zapragnęła gorąco, by ją posiadł. 

Wkrótce  Horus  odsunął  jej  rękę  i  przetoczył  ją  na  plecy.  Uwalniając  jej  usta, 

zsunął  się  w  dół  jej  ciała,  kładąc  pocałunki  na  jej  brzuch  i  biodra.  Używając  górnej 
połowy  ciała,  rozszerzył  jej  nogi,  eksponując  jej  wilgotne  wejście  na  swój  wzrok. 
Przykrywając  jej  pośladki  swoimi  rękach,  podniósł  ją  do  siebie  i  polizał  jej  cipkę 
językiem. 

Codie  opuściła  powieki,  gdy  zaczął  ją  liznąć  i  ssać.  Jęcząc,  kołysała  biodrami, 

kiedy to drażnił jej łechtaczkę językiem, to znowu zasysał ją. Napięcie budowało się w 
niej powoli, dopóki nie wbił w nią dwóch palców, poruszając nimi w tę i z powrotem, 
jednocześnie  ssąc  jej  łechtaczkę.  Codie  wiedziała,  że  nie  potrzebuje  już  wiele,  by 

background image

 

~ 17 ~ 

 

osiągnąć  orgazm.  Ale  nie  chciała  dojść  w  ten  sposób.  Pragnęła  go  wewnątrz  siebie, 
kiedy dozna spełnienia. 

Szarpiąc  Horusa  za  włosy,  podciągnęła  go  w  górę  swojego  ciała.  Przeczesując 

palcami  jego  czarne  włosy,  pocałowała  go  gorąco.  Wolną  ręką,  chwyciła  jego 
twardego kutasa i poprowadziła do swojego wejścia. Horus potarł o  nią  główką  fiuta, 
pokrywając go jej sokami. A potem centymetr po centymetrze, powoli, wszedł w nią. 
Oboje jęknęli, gdy całkowicie schował się w niej aż po rękojeść. 

Codie  rozkoszowała  się  uczuciem  jego  w  sobie,  tym  jak  ją  rozciąga,  jak  ją 

wypełnia.  To  było  takie  cudowne.  A  potem  nagle  poruszył  się  w  niej  i  zapomniała  o 
oddechu.  Przyciskając  stopy  płasko  do  materaca,  odpowiadała  na  każde  jego 
pchnięcie.  Z  początku,  wbijał  się  w  nią  powoli,  dopóki  nie  poczuł  jak  drapie  jego 
plecy. 

Przyspieszając  tempo,  Horus  umieścił  pod  nią  swoje  ręce  i  ustawił  jej  biodra  tak, 

że jego twardy członek pocierał jej łechtaczkę przy każdym pchnięciu. Codie chwyciła 
się  go kurczowo,  gdy ścisnęła swoje wewnętrzne  mięśnie wokół  niego. Czuła, jak jej 
spełnienie pomalutku zbliża się do krawędzi. 

Horus  wbijał  się  w  nią  teraz  jeszcze  szybciej,  czując,  jak  jego  kutas  staje  się 

jeszcze  twardszy.  Zajęczała,  gdy  orgazm  przetoczył  się  przez  nią.  Horus  nadal 
poruszał  się  w  niej,  kiedy  jej  ciało  rytmicznie  ściskało  jego  grubą  długość.  Kiedy  jej 
ciało  zaczęło  już  wracać  z  obłoków,  wbił  się  w  nią  jeszcze  dwa  razy  zanim  znalazł 
swoje  własne  spełnienie.  Jego  fiut  pulsował  głęboko  w  niej,  napełniając  ją  jego 
wytryskiem. 

Przytrzymując ich połączone ciała, Horus przetoczył się na bok. Przyciągnął Codie 

bliżej i pocałował jej spocone czoło. 

- Teraz jesteś moja. 

Codie przytuliła się mocniej, ale teraz, kiedy już się nie kochali, poczuła, jak chłód 

przebiega po jej ciele. Nie chcąc zostawiać Horusa, spojrzała na niego. 

-  Marznę.  Ogień  musiał  przygasnąć.  Nie  chcę,  żeby  ten  sen  się  skończył.  Co 

będzie, jeśli nie będę mogła tu wrócić?  

Horus pogłaskał bok jej twarzy. 

background image

 

~ 18 ~ 

 

- Wrócisz do mnie. – Położył rękę na turkusowym oku, które nosiła na szyi. – Tak 

długo  jak  to  nosisz,  mogę  cię  odnaleźć.  Nie  bój  się,  Codie,  nie  jesteś  sama.  Ile  razy 
zaśniesz, będę tu na ciebie czekał. 

Czuła, jak się oddala. Szybko przycisnęła swoje wargi do jego, mając nadzieję, że 

to,  co  powiedział  Horus,  nie  okaże  się  być  nieprawdziwe.  I  będzie  mogła  wrócić  do 
niego, ile razy zaśnie. Stał się teraz jej życiem. Gdyby go straciła, nie wiedziałaby, co 
robić. 

 

*** 

 

Po tym jak Codie zniknęła, Horus wypuścił jęk frustracji. Chciał ją  mieć na stałe. 

Ten  jeden  raz,  kiedy  ją  miał,  nie  zaspokoi  jego  tęsknoty  za  nią.  Chciał  mieć  ją  tutaj, 
leżącą  w  łóżku  obok  niego,  przyciskającą  swoje  nagie  ciało  do  jego.  Wciąż  czuł  jej 
smak  na  swoim  języku,  czuł  jej  zapach  na  swoim  ciele.  Tak,  jego  turkusowe  oko 
związało ich, ale to było coś o wiele więcej. Codie go dopełniała. Kochanie się z nią, 
udowodniło, jak właściwe było trzymanie jej w ramionach, jak ich ciała łączyły się w 
jedno. 

Horus szybko wstał z łóżka. Nie zabrało mu dużo czasu nałożenie przepaski i kiltu. 

Musiał  wrócić  do  Codie  w  postaci  sokoła.  Jeśli  Seth  miał  jakieś  palny,  co  do  Codie, 
nie  chciał,  by  była  sama.  Musiał  uczynić  ją  swoją.  Nie  mógł  pozwolić  wujowi  by  ją 
miał. 

 

 

 

 

 

 

 

Tłumaczenie: panda68 

background image

 

~ 19 ~ 

 

 

Rozdział 4  

 

Codie  wypiła  resztkę  wody.  Nic  już  nie  zostało.  Wiedziała,  że  zaczyna  poważnie 

się odwadniać. Jej język był gruby, a wargi popękane. Ledwie mogła przełknąć ślinę. 

Odkładając z powrotem do plecaka pustą butelkę, Codie położyła się na śpiworze. 

Straciła  nadzieję,  że  kiedykolwiek  zostanie  znaleziona.  Przez  chwilę  myślała  o  tym, 
żeby  samej  spróbować  odnaleźć  drogę  przez  pustynię,  ale  szybko  ten  pomysł 
zarzuciła.  Bez wody,  na otwartej przestrzeni, to był pewny sposób  na śmierć. Oprócz 
tego, czuła się zbyt słaba, by nawet próbować. Brak wody uczynił ją ospałą. 

Zapatrzyła  się  w  niebo.  Sokół  zniknął,  zanim  się  obudziła.  Musiała  przemóc  łzy, 

które  groziły  wylaniem,  gdy  zauważyła,  że  ją  zostawił.  Płacz  po  ptaku  nie  byłby 
niczym  dobrym.  Choćby  ze  względu  na  utratę,  jeszcze  tej  pozostałej,  wilgoci  w  jej 
ciele  przez  wylanie  niepotrzebnych  łez.  Codie  zamknęła  oczy  i  chwyciła  swój 
wisiorek.  Chciała  zasnąć,  wrócić  do  swojego  wymarzonego  kochanka,  ale  sen  nie 
chciał  przyjść.  Zamiast  tego,  szeptała  imię  Horusa,  chcąc  by  był  tak  rzeczywisty  jak 
Horus,  z  którym  kochała  się  we  śnie.  Gdyby  był  prawdziwym  bogiem,  a  nie  częścią 
urojeniowej fantazji, z pewnością byłby zdolny wyciągnąć ją z tej pustyni. 

Krzyk sokoła sprawił, że szybko usiadła. Nie chcąc rozbudzać w sobie nadziei, że 

to jest jej sokół, jak zaczęła myśleć, Codie ocieniła swoje oczy i patrzyła, jak ciemny 
punkt  coraz  bardziej  się  zbliża.  Widząc,  że  rzeczywiście  to  jest  ten  sam  sokół,  i  w 
dodatku niesie jej kolejną rybę, stłumiła podchodzące do jej oczu łzy ulgi. 

Sokół  zanurkował  i  upuścił  rybę,  tak  że  upadła  na  ziemi  obok  niej.  Zrobił 

okrążenie i wylądował tuż przy niej. Codie wyciągnęła ramię i uśmiechnęła się, gdy na 
nie wskoczył. 

Grzbietem ręki, pogłaskała pióra na jego piersi.  

-  A  więc  tam  byłeś.  Znowu  łowiłeś  dla  mnie  ryby.  –  Tak,  jakby  ją  rozumiejąc, 

sokół przekrzywił na bok głowę. Codie się uśmiechnęła. 

Odwracając się, by spojrzeć na dużą rybę, zastanawiała się, czy ponownie rozpalić 

ogień.  Nie  lubiła  jeść  sushi,  ale  ponieważ  miała  już  mało  drewna,  tak  naprawdę  nie 

background image

 

~ 20 ~ 

 

miała wyboru. Mogła jeszcze połamać gałęzie drzewa, którego używała, jako szałasu. 
Ale nie mogła pozwolić sobie na utracenie cienia. 

Przełykając, Codie chwyciła rybę. Na jej szczęście, sokół już ją zabił. Sięgając do 

plecaka,  wyciągnęła  narzędzie  uniwersalne,  które  miała  ze  sobą.  Po  przejrzeniu 
wszystkich ostrzy i zobaczeniu, w jaki sposób mogą one pomóc w przeżyciu, wybrała 
jeden  z  nich.  Uświadomiła  też  sobie,  że  jedzenie  ryby  na  surowo  pomoże  zachować 
trochę  wilgoci  w  jej  ciele.  Dobrze  było  to  wiedzieć,  ale  z  drugiej  strony  jedzenie 
surowej ryby było całkowicie inną sprawą. 

Otwierając  ostrze,  Codie  powoli  rozkroiła  brzuch  ryby.  Kiedy  to  robiła,  sokół 

znalazł  sobie  wygodniejsze  miejsce  na  jej  ramieniu.  Próbując  nie  zwymiotować, 
wypatroszyła  wnętrzności.  Odrzuciła  je  daleko  od  siebie,  żeby  potem  zakopać  w 
piasku,  razem  z  resztkami  ryby  z  wczoraj.  Jak  tylko  przecięła  brzuch  ryby,  wykroiła 
niewielki  kawałek.  Zanim  naprawdę  pomyślała  o  tym,  co  je,  Codie  wrzuciła  surową 
rybę  do  ust  i  przeżuła  tak  szybko,  jak  mogła.  Kilka  razy  myślała,  że  zwymiotuje,  ale 
jednak przezwyciężyła ten odruch. 

Zdołała  zjeść  ćwierć  ryby  zanim  jej  żołądek  zaczął  się  buntować.  Nie  chcąc 

zwymiotować  tego, co już zjadła, Codie odłożyła rybę. Nie wiedziała, co zrobić z jej 
resztką.  Myśląc,  że  może  sokół  coś  by  zjadł,  odkroiła  kawałek  i  podała  ptakowi. 
Niezainteresowany jedzeniem, odwrócił swoją głowę. 

Wzruszając ramionami, powiedziała. 

- Przynajmniej ty możesz być wybredny.  

Codie  usunęła  cały  bałagan.  Kiedy  skończyła,  użyła  piasku  i  węgla  drzewnego, 

żeby  usunąć  zapach  ryby  z  rąk.  Sokół  krzyknął,  zeskoczył  z  jej  ramienia,  a  potem 
wzniósł się w powietrze. Zastanawiając się, co go zdenerwowało, Codie popatrzyła w 
kierunku  miejsca,  gdzie  poleciał  sokół.  W  oddali,  zobaczyła  coś,  co  wyglądało  jak 
brązowa  fala  kierująca  się  w  jej  stronę.  Kilka  minut  zabrało  jej  mózgowi 
uświadomienie sobie, na co patrzy. Nadchodziła kolejna piaskowa burza. 

Sokół  nurkując  uderzył  w  nią,  popychając  ją  na  śpiwór.  Zdając  sobie  sprawę,  że 

śpiwór  był  jedynym,  dostępnym  jej  nakryciem,  Codie  szybko  weszła  do  niego  i 
zasunęła zamek. Wsuwając się głęboko do środka, dopóki nie nakryła również głowy, 
zasunęła  go  do  końca.  Usłyszała  jeszcze  krzyk  sokoła  zanim  sekundę  później  dotarła 
do  niej  piaskowa  burza.  Leżąc  i  słuchając  wycia  wiatru  wokół  siebie,  Codie  miała 
nadzieję, że sokół zdołał odlecieć na czas. 

background image

 

~ 21 ~ 

 

Codie straciła poczucie czasu. Nie miała pojęcia, jak długo trwała burza. Gdy wiatr 

w  końcu  ucichł  i  już  nie  czuła  walącego  w  nią  piasku,  powoli  rozsunęła  śpiwór  znad 
głowy.  Widok,  który  ukazał  się  jej  oczom,  sprawił,  że  niemal  się  rozpłakała.  Piasek 
zniszczył  jej  obóz,  zacierając  wszystko  po  drodze.  Drzewo,  jej  jedyna  osłona  przed 
palącymi  promieniami  słońca,  doznało  najwięcej  szkód.  Większość  gałęzi  była 
połamana, zostawiając ją odkrytą. 

Zniechęcona,  Codie  naciągnęła  śpiwór  na  swoją  głowę.  Pokonana,  dotknęła 

turkusa na swojej szyi i zapragnęła zasnąć. 

 

*** 

 

Horus natychmiast wyczuł, jak tylko Codie zasnęła. W połowie lotu, chciał jej się 

pokazać. Stała pośrodku sali zagubiona  i opuszczona. Burza piaskowa dała jej się we 
znaki.  Jego  temperament  wybuchł.  Zacisnął  ręce  w  pięści  przy  swoich  bokach.  Jak 
tylko  burza  uderzyła,  wiedział,  że  to  było  dzieło  jego  wuja.  W  jakiś  sposób,  Seth 
musiał  zdać  sobie  sprawę,  że  przyszedł  Codie  na  pomoc  w  postaci  sokoła.  Horus 
szybko odłożył swój gniew, gdy Codie odwróciła się do niego. Na widok samotnej łzy 
spływającej  w  dół  jej  policzka,  rozłożył  dla  niej  ramiona.  Szybko  przemierzyła 
odległość między nimi i rzuciła się w jego objęcia. 

Przytuliła się mocno, tak jakby się bała go puścić. 

- Nie chcę już tego robić, Horus. To zbyt wiele. Nie chcę się już obudzić. 

Łapiąc  ją  za  ramiona,  Horus  odsunął  Codie  od  siebie,  żeby  mógł  spojrzeć  jej  w 

oczy. 

- Nie mów tak. Nie możesz porzucić nadziei. Przeżyjesz to.  

- Jak? Wszystko zniszczone. Nie mam już wody. A burza zabrała jedyny cień, jaki 

miałam. Spalę się na tym słońcu. Proszę. Chcę zostać tutaj z tobą.  

Horus poczuł, jak Codie się wymyka. Nie z powrotem do śmiertelnego królestwa, 

ale  do  miejsca,  które  prowadziło  prosto  do  jej  śmierci.  Wiedząc,  że  ma  tylko  jeden 
sposób na zatrzymanie jej tutaj z nim, przyciągnął ją do siebie i zawładnął jej wargami 
w  przejmującym  pocałunku.  Wlał  w  nią  to  wszystko,  co  do  niej  czuł.  Wiedząc,  jak 
łatwo  może ją stracić, wiedział też, że nigdy  nie  może pozwolić jej odejść. Kochał ją 

background image

 

~ 22 ~ 

 

tak, jak jeszcze nigdy nie kochał niczego w swoim bardzo długim życiu. Sprawiła, że 
czuł rzeczy, jakich nie czuł nigdy wcześniej. Przeżyje to, i jak tylko wróci do zdrowia, 
przyjdzie do niej i zatwierdzi ją, jako swoją partnerkę w realnym świecie. 

Podniósł  ją  w  swoich  ramionach  i  zaniósł  na  łóżko.  Położył  ją  na  nim,  a  potem 

dołączył do niej, na wpół przykrywając swoim ciałem. Nadal ją całując, napierał na jej 
wargi,  by  się  rozdzieliły  i  mógł  poczuć  jej  smak.  Jęknęła  w  jego  usta,  mówiąc  w  ten 
sposób jak bardzo chce cała do niego wrócić. 

Nie  mając  cierpliwości,  by  zrobić  to  w  śmiertelny  sposób,  Horus  sprawił,  że  jej 

ubranie zniknęło. Odczucie jej nagiej skóry przyciśniętej do jego ciała, przyprawiło go 
o  zawrót  głowy.  Przykrywając  jej  pełne  piersi  dłońmi,  zostawił  jej  usta  i  podrażnił 
językiem  jej  naprężony  sutek.  Codie  jęknęła  jeszcze  raz,  chwytając  się  jego  ramion. 
Zabawiał  się  przez  chwilę  językiem  jej  sutkiem,  a  potem  zassał  go  mocno  do  ust. 
Codie  przeczesała  palcami  jego  włosy,  przytrzymując  się  jego  ramion,  gdy  ssał  jej 
pierś. 

Puszczając jej sutek, Horus pociągnął językiem w  górę jej klatki piersiowej aż do 

brody, i uszczypnął zębami. 

- Dotknij mnie, Codie. Muszę poczuć twoje ręce na moim ciele. 

Codie przesunęła palcem wzdłuż jego warg. 

- Chcę cię dotykać. Sama myśl posiadania cię, leżącego na plecach, biorącego cię 

na mój sposób, pociąga mnie jak nic innego. Ostatnim razem nie miałam takiej okazji. 

Jego kogut podskoczył na myśl o Codie, siedzącej na nim i przebiegającej swoimi 

ustami  i  językiem  po  każdym  centymetrze  jego  ciała.  Przekręcając  się  na  plecy, 
pociągnął ją za sobą, więc teraz leżała rozłożona na nim. 

- Teraz masz okazję potorturować mnie tymi swoimi słodkimi ustami. 

Mały uśmiech zaigrał na wargach Codie. 

- Oh, właśnie mam zamiar to zrobić. 

Prostując  się,  usiadła  okrakiem  na  jego  biodrach,  a  potem  Codie  prześledziła 

mięśnie  jego  klatki  piersiowej  głodnymi  oczami.  Odrzuciła  swoje  długie  kasztanowe 
włosy  za  ramiona,  dając  mu  nieograniczony  widok  na  jej  pełne  piersi.  Okrążył 
czubkiem palca jej różowe sutki. Codie odepchnęła jego rękę. 

- Nie będziesz mnie rozpraszał. Nawet jeszcze nie zaczęłam. 

background image

 

~ 23 ~ 

 

Codie  pochyliła się do przodu  i zaczęła wyciskać drobne pocałunki  na szerokości 

jego klatki piersiowej. Gdy dotarła do jego męskich płaskich sutków, przeciągnęła po 
nich językiem.  A potem, z doprowadzającą do szału powolnością, pomalutku zaczęła 
opuszczać się w dół jego ciała. Przyciskała swoje wargi do jego skóry, przesuwając po 
niej językiem. Im niżej schodziła, tym bardziej jego penis pulsował. 

Na  pierwszy  dotyk  jej  palców  na  swoim  twardym  fiucie,  Horus  jęknął.  Niemal 

odczuł to, jak torturę. Oparł się pragnieniu przerzucenia Codie na plecy i wbicia się w 
jej wilgotne gorąco. Ale mógł powiedzieć, że cieszył się tym, co mu robiła. Nie chciał 
zabierać jej tej przyjemności. 

Łagodnie  przeciągnęła  paznokciami  w  górę  jego  pełnej  długości.  Na  czubku, 

używając  palca,  starła  koralik  wilgoci,  który  tam  znalazła.  Oblizała  wargi,  mocniej 
ścisnęła  jego  fiuta  i  pochyliwszy  się  zaczęła  okrążać  główkę  językiem.  Horus  znowu 
jęknął. Odczucie jej ust na nim, dawało mu ogromną przyjemność, taką że omal to nie 
było zbyt wiele. Odczucie jeszcze wzrosło, kiedy Codie otworzyła usta i wzięła go tyle 
ile mogła do swoich ust. Poruszył biodrami, gdy zaczęła to ssać, to wirować językiem 
wokół czubka jego kutasa. 

Ale zanim doszedł do punktu, z którego  nie było już odwrotu,  Horus szarpnął się 

pod Codie. Wiedząc, czego chce, uwolniła go i podniosła się tak, że jego fiut przytulił 
się  do  jej  wilgotnej  cipki.  Przesunęła  się  jeszcze  raz  i  ustawiła.  Gdy  miała  go  tam, 
gdzie chciała, wolno się obniżyła, nadziewając się na jego twardy członek. 

Z  dolną  wargą  między  zębami,  Codie  się  wyprostowała  i  powoli  zaczęła  go 

ujeżdżać.  Znajdując  swoje  tempo,  wygięła  biodra,  gdy  ślizgała  się  po  jego  grubym 
fiucie.  W  tej  pozycji,  wchodził  w  nią  tak  głęboko,  że  główka  jego  koguta  z  każdym 
pchnięciem  uderzała  w  jej  macicę.  Jej  silne  wewnętrzne  mięśnie  zaciskały  się 
kurczowo  wokół  niego,  ściskały  go.  Jej  piersi  podskakiwały  nieznacznie,  gdy  się  na 
nim poruszała. 

Horus  czuł,  jak  buduje  się  w  nim  orgazm,  ale  chciał,  żeby  to  Codie  doszła 

pierwsza.  Kładąc  palec  tam,  gdzie  ich  dwa  ciała  były  złączone,  potarł  jej  łechtaczkę.  
Ruchy Codie stały się bardziej  niespokojne. Niedługo potem, przeciągły jęk  wydobył 
się  z  jej  ust,  gdy  zawładnął  nią  orgazm.  Jak  tylko  jej  mięśnie  zacisnęły  się  na  nim, 
Horus  już  dłużej  nie  mógł  pohamować  swojego  spełnienia.  Mocno  ściskając  biodra 
Codie,  przytrzymał  ją  i  wbił  się  głęboko  ostatni  raz.  Intensywny  orgazm  wstrząsnął 
jego ciałem, wyginając go w górę do niej, prawie unosząc ją nad łóżko. 

background image

 

~ 24 ~ 

 

Codie  upadła  na  niego.  Horus  zawinął  swoje  ramiona  wokół  niej,  mocno 

obejmując.  Powoli  ich  oddechy  wracały  do  normy.  Delikatnie  odsunął  włosy  z  jej 
twarzy.    Codie  odwróciła  głowę  i  pocałowała  jego  pierś.  Oparła  na  niej  brodę,  żeby 
mogła na niego popatrzeć. 

- Nie chcę wracać, Horus. Zbyt dobrze mi tu, z tobą, tak jak teraz. 

-  Niczego  więcej  nie  pragnę  niż  tego,  żebyś  została  tu  ze  mną,  Codie,  ale  musisz 

wrócić. Jesteś moją partnerką. Nie oddam cię bez walki. Nie pozwolę śmierci, żeby mi 
cię zabrała. 

-  Chcę  zostać  twoją  partnerką.  Ale  nikt  mnie  nie  znalazł  i  mój  czasu  ucieka. 

Dlaczego mnie nie znaleźli?  

Zanim  Horus  mógł  jej  odpowiedzieć,  zesztywniał  pod  nią.  Coś  było  nie  tak. 

Wciągnął powietrze, kiedy jakiś obraz ukazał się w jego głowie. Biorąc twarz Codie w 
swoje ręce, wpatrzył się w jej oczy. 

-  Musisz  się  obudzić,  Codie.  Natychmiast.  Jak  tylko  się  obudzisz,  nie  ruszaj  się, 

dopóki nie przyjdę. Rozumiesz?  

Codie  kiwnęła  głową.  Mając  nadzieję,  że  zrobi  to,  o  co  prosił,  Horus  posłał  jej 

umysłowego pchnięcie, które odesłało ją z powrotem do jej ciała i bezsenności. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tłumaczenie: panda68 

background image

 

~ 25 ~ 

 

 

Rozdział 5 

 

Nagle  obudzona,  Codie  znalazła  się  z  powrotem  w  dusznym,  zamkniętym 

śpiworze. Oblana potem, miała wrażenie, że nie ma wystarczająco tlenu. Chociaż w jej 
śnie,  Horus  powiedział,  żeby  się  nie  ruszała,  Codie  potrzebowała  powietrza.    Nie 
bardzo  wiedząc,  dlaczego  Horus  chciał,  by  pozostała  nieruchoma,  wolno  wysunęła 
głowę na zewnątrz śpiwora. Jak tylko jej głowa znalazła się na zewnątrz, zamarła. 

Nie dalej, jak kilkanaście centymetrów od niej, leżała żmija, zwinięta i gotowa do 

ataku. Biorąc płytkie oddechy, żeby nie wywołać ataku żmii, Codie wpatrywała się w 
nią  przerażona.  Żmija  była  jednym  z  największych  jadowitych  węży  w  Egipcie. 
Wiedziała, że jedno jej ugryzienie wystarczy, by zabić. 

Język  żmii  wysunął  się  i  zniknął,  smakując  powietrze.  Jej  mięśnie  stężały  z 

wysiłku, żeby się nie poruszyć. Ale mózg krzyczał, żeby uciekać. Jednak wiedziała, że 
to będzie najgorsza rzecz, jaką zrobi. Horus kazał jej czekać na siebie, że przyjdzie do 
niej,  zanim  ją  stąd  zabierze.  Realnie  rzecz  biorąc,  Codie  nie  myślała,  że  ma  szansę 
zatrzymać  prawdziwego  egipskiego  boga.  Miała  tylko  nadzieję,  że  jeśli  wytrzyma 
nieruchomo w tej pozycji wystarczająco długo, żmija straci zainteresowanie  i pójdzie 
swoją drogą. 

Gdy  żmija  zwinęła  mocniej  swoje  ciało,  Codie  wiedziała  już,  że  jej  szczęście  się 

wyczerpało. Właśnie, kiedy czekała już tylko na atak żmii, jej sokół zanurkował w dół 
i  pochwycił  ją  w  swoje  spiczaste  szpony.  Spadając  na  piasek  niedaleko  od  niej,  wbił 
swój ostry dziób w łeb węża, natychmiast go zabijając. 

Codie  rozpięła  swój  śpiwór  i  usiadła.  Sokół  uniósł  nieżywego  węża  w  dziobie  i 

odrzucił.  Zobaczyła,  jak  to  podskakuje  w  jej  kierunku.  Jednak  sokół  spadł  z  nieba, 
celując  bezpośrednio  w  węża.  Codie  zdała  sobie  sprawę,  że  to  nie  może  być  zwykły 
sokół. 

To  nie  mógł  być  zbieg  okoliczności,  że  nosiła  Oko  Horusa  na  szyi,  i  że  sokół 

przyszedł  do  niej  w  czasie,  kiedy  go  potrzebowała.  Ani  to,  że  za  każdym  razem,  jak 
zasypiała, śniła o  Horusie i w dodatku to  były erotyczne sny. W starożytnej egipskiej 
sztuce Horus był prezentowany, jako bóg o głowie sokoła, albo po prostu, jako sokół. 
Czy ten sokół naprawdę mógłby być Horusem? 

background image

 

~ 26 ~ 

 

Codie  wpatrywała  się  w  sokoła,  kiedy  podszedł  i  wskoczył  na  jej  wyciągnięte 

ramię. 

- Horus? – szepnęła. Sokół przekrzywił głowę i też na nią spojrzał. 

Codie  potrząsnęła  głową  na  swoją  głupotę.  To  musiał  być  dziki  sokół,  który  z 

jakiegoś  powodu  się  do  niej  przywiązał.  Prawdopodobnie  wyczuł,  że  potrzebuje 
pomocy. Dzikie delfiny, jak zauważono, też pomagały tym,  którzy ocaleli z katastrof 
statków  na  oceanie.  I  podobno,  niektóre  z  tych  delfinów  zdołały  nawet  odpędzić 
rekiny,  zanim  te  mogły  zaatakować  ludzi,  których  chroniły.  Sokół  zrobił  to  samo  dla 
niej, gdy zabił żmiję. 

Dzień  się  ciągnął.  Jej  pragnienie  stawało  się  coraz  większe  wraz  z  upływem 

godzin.  Pozbawiona  cienia  drzewa,  upał  wydawał  się  być  jeszcze  gorszy.  Jej 
bejsbolówka  niewiele dawała, by zablokować promienie słoneczne. Codie  nie chciała 
niczego  więcej,  jak  położyć  się  i  zasnąć,  ale  za  każdym  razem,  gdy  próbowała  to 
zrobić,  sokół  krzyczał  ostrzegawczo.  Pierwszy  raz,  kiedy  to  zrobił,  myślała,  że 
znalazła  ją  kolejna  żmija.  Przeszukała  obóz  jak  oszalała,  tylko  po  to,  by  zdać  sobie 
sprawę,  że  niczego  tam  nie  było.  Kiedy  trzeci  raz  spróbowała  zasnąć,  sokół  krzyknął 
jak  tylko  jej  głowa  uderzyła  o  śpiwór.  I  wtedy  zaświtało  Codie,  że  robi  to  dlatego, 
żeby nie dać jej zasnąć. 

Późnym  popołudniem,  Codie  zaczęła  czuć  się  naprawdę  chora.  Czuła,  już  z 

całkowitą  pewnością,  że  jest  bliska  udaru  słonecznego,  jeśli  już  go  nie  ma.  Chociaż 
było  niezwykle  gorąco,  jej  ciało  dręczyły  dreszcze.  I  z  trudnością  już  myślała 
logicznie. 

Sokół,  w  pewnej  chwili,  zeskoczył  z  jej  ramienia  i  usiadł  na  śpiworze  obok  niej. 

Ani razu jej nie opuścił, nawet wtedy, gdy słońce stało w najgorętszym punkcie, i nie 
poszukał  sobie  jakiegoś  schronienia  od  upału.  Niezdolna  już  do  skupienia  myśli  w 
swoim  ogłupiałym  mózgu,  głowa  Codie  opadła,  stała  się  bardziej  ospała.  Sokół 
krzyknął. Tym razem jednak, gdy spojrzała na niego, by powiedzieć, że denerwuje ją 
za każdym razem, jak to robi, z zaskoczeniem stwierdziła, że nie patrzy na nią, ale na 
coś  w  dali.  Próbując  skupić  swoje  oczy,  Codie  przesunęła  spojrzeniem  po  piasku,  by 
zobaczyć, co zainteresowało sokoła. 

Z  początku  nic  nie  zobaczyła.  Dopiero  potem,  powoli,  skupiła  swoje  oczy  na 

czymś,  co  wyglądało  jak  niewielki  komin  wirującego  piasku.  Ocieniając  oczy,  by 
zyskać jeszcze lepsze spojrzenie, nie myślała, że to może być kolejna burza piaskowa. 
To wyglądało na zbyt małe i zbyt zbite. Patrzyła, jak to coś się zbliżało. 

background image

 

~ 27 ~ 

 

- Oh, cholera.  

Sokół zeskoczył ze śpiwora i ustawił się przed nią, u jej stóp. 

Jak tylko wirujący komin piasku się przybliżył, zatrzymał się pośrodku jej obozu. 

To  było  niewiarygodne,  bo  stało  w  jednym  miejscu,  wisząc  w  powietrzu  kilkanaście 
centymetrów  nad  ziemią.  Sokół  rozłożył  swoje  skrzydła,  tak  jakby  chciał  zatrzymać 
komin  i  nie  pozwolić  mu  się  do  niej  zbliżyć.  W  reakcji  na  jego  zachowanie,  komin 
piasku  zaczął  się  zmieniać.  Urósł  w  górę,  ale  piasek  jednocześnie  opadał  na  ziemię. 
Powoli,  z  wirującego  piasku  zaczęła  się  ukazywać  postać  mężczyzny.  Codie  potarła 
swoje  oczy,  myśląc,  że  płatają  jej  figla.  Ale  im  dłużej  patrzyła,  tym  bardziej 
mężczyzna  nabierał  kształtu,  nabierając  spoistości  kawałek  po  kawałku,  by  w  końcu 
stanąć przed nią wysoki i silny. 

Codie  wpatrzyła  się  w  niego.  Mężczyzna  przypominał  starożytnego  Egipcjanina, 

ubranego  podobnie  jak  Horus  w  jej  snach.  Nie  miał  na  sobie  niczego  innego,  oprócz 
nieskazitelnie  białego  lnianego  kiltu.  Pozwalając  swoim  oczom  przemierzyć 
płaszczyznę  jego  ciała,  zauważyła,  że  jest  tak  samo  muskularny  jak  Horus.  Ale  na 
twarzy podobieństwa się kończyły. Mógł być uznany za przystojnego, ale miał okrutne 
spojrzenie. Jego ciemno brązowe oczy spojrzały na nią w dół. Z pewnością widział, w 
jak tragicznej sytuacji się znajdowała, ale z uśmiechu satysfakcji widniejącego na jego 
wargach,  mogła  powiedzieć,  że  to,  w  jakiej  widzi  ją  kondycji,  przyprawia  go  o 
dreszczyk zadowolenia. 

Podskoczyła,  gdy  odrzucił  głowę  do  tyłu  i  się  roześmiał.  A  potem  spojrzał  na 

sokoła. 

-  No,  no,  jaka  miła  niespodzianka.  Chociaż  faktycznie  żadna  niespodzianka. 

Wiedziałem, jak  tylko ją zobaczyłem  i zauważyłem, że  nosi  na szyi  twoje oko,  iż  nie 
będziesz  w  stanie  jej  się  oprzeć.  Ale  to  poszło  nawet  dalej,  niż  myślałem.  Jakie  to 
uczucie,  patrzeć  na  kogoś,  kogo  starasz  się  ochronić,  a  ona  powoli  marnieje  i  nie 
możesz  zrobić  nic,  by  ją  uratować,  Horus?  Z  przyjemnością  będę  patrzył  na  twoje 
żałosne próby utrzymywania jej przy życiu. 

Codie zassała powietrze. Nazwał jej sokoła Horusem.  A ona bardzo chciała, żeby 

to  była  prawda.  Wstrzymała  swój  oddech,  kiedy  postać  sokoła  zaczęła  falować.  A 
potem, w kilka sekund, Horus z jej snów stanął w miejscu sokoła. Stał plecami do niej, 
a twarzą do drugiego mężczyzny. 

- Nie pozwolę ci jej skrzywdzić, Seth. Ona jest moja. 

background image

 

~ 28 ~ 

 

Umysł  Codie  zawirował.  To  Horus  jest  prawdziwy?  Chociaż  jej  umysł  miał 

problemy  z  przyjęciem  tego,  co  było  prawdziwe,  nie  mogła  pominąć  faktu,  że  stał 
przed  nią,  a  raczej  przed  swoim  wujem,  Sethem.  Ale  z  drugiej  strony,  to  mogło  być 
tylko halucynacją. 

- Zatwierdziłeś śmiertelniczkę na swoją partnerkę? Hmm, to zmienia parę planów, 

jakie miałem względem tej kobiety. Sądzę, że teraz zamiast skończyć jej żałosne życie, 
to ci ją zabiorę. 

-  Na  to,  nigdy  nie  pozwolę.  –  Powietrze  zawirowało  i  w  ręku  Horusa  pojawił  się 

miecz. – Tym razem nie wygrasz. 

Seth  uśmiechnął  się,  kiedy  miecz  podobny  do  tego,  który  trzymał  Horus,  pojawił 

się w jego ręce. 

- Zobaczymy, kto będzie zwycięzcą, Horusie. 

Codie  odpełzła  od  dwóch  mężczyzn,  kiedy  ich  miecze  się  zwarły.  Obydwaj 

poruszali  się  ze  śmiertelną  gracją,  obydwaj  mieli  zamiar  jak  najbardziej  zranić 
przeciwnika.  Zapomniana,  mogła  tylko  w  ciszy  patrzeć  i  mieć  nadzieję,  że  to  Horus 
będzie zwycięzcą. Gdyby jednak skończyła w rękach Setha, czuła, że sprawy potoczą 
się o wiele gorzej, niż to, co przeżyła w ciągu ostatnich dni. 

Mężczyźni  zwierali  się  i  odskakiwali.  Dźwięki  ich  szczękających  mieczy 

wypełniały powietrze. Wydawało się, że mają podobną silę i umiejętności. I kiedy już 
wydawało się, że żaden nie zdobywa przewagi, Horus zablokował miecz Setha i rzucił 
się całym ciałem  na swojego wuja.  Horus  przyszpilił Setha do ziemi, obezwładniając 
go i przykładając miecz do gardła Setha. 

-  Poddaj  się.  To  koniec,  Seth.  Usuń  zaklęcie,  które  położyłeś  na  Codie,  i  które 

trzymało ją w pułapce – warknął Horus do swojego wuja. – Są dwa rozwiązania. Albo 
natychmiast  usuniesz  zaklęcie,  albo  pozbawię  cię  głowy,  zapewniając  tym  samym 
bezpieczeństwo Codie. –  Horus skierował  czubek  miecza do jednego z oczu Setha.  – 
Albo nawet lepiej, oddam ci przysługę i zabiorę ci oko, tak jak ty wziąłeś moje. 

Codie wstrzymała oddech. Wiedziała dokładnie, co Horus miał na myśli mówiąc o 

przysłudze. Zgodnie ze starożytnym egipskim  mitem, Seth zabił i rozczłonkował ojca 
Horusa, Ozyrysa, żeby zdobyć dla siebie egipski tron. Pragnąc zemsty, Horus wyzwał 
wuja na pojedynek. Ale podczas rozgrywającej się walki, Seth wyrwał Horusowi jedno 
oko. Po walce, Thot, bóg księżyca, zwrócił i uleczył oko Horusa. Symbol Oka Horusa 
był właśnie na pamiątkę utraty przez Horusa jego oka. 

background image

 

~ 29 ~ 

 

Seth prychnął na swojego bratanka. 

-  Tym  razem  wygrałeś.  Usunę  zaklęcie,  ale  zobaczymy,  czy  nadal  będziesz  mógł 

uratować swoją partnerkę. 

Seth  machnął  ręką  w  kierunku  Codie.  Ból  wstrząsnął  jej  ciałem.  Dreszcze,  które 

dręczyły  jej  ciało  wzrosły  dziesięciokrotnie.  Zaatakowały  ją  zawroty  głowy.  Nie 
zdolna już dłużej utrzymać się prosto, opadła bezwładnie na śpiwór. Zanim zawładnęła 
nią ciemność, Codie wyciągnęła rękę do Horusa i wyszeptała jego imię. 

 

*** 

 

Horus  szybko  obrócił  się,  żeby  spojrzeć  na  Codie.  W  chwili,  gdy  stracił 

zainteresowanie swoim wujem, Seth zniknął. Horus szybko sprawdził i upewnił się, że 
Seth  rzeczywiście  usunął  swoje  zaklęcie,  a  potem  popędził  do  boku  Codie.  Na 
szczęście, już go nie wyczuł. 

Unosząc  Codie  w  swoich  ramionach,  Horus  poczuł  jej  spazmatycznie  drżenie. 

Poczuł  również,  jak  ucieka  z  niej  życie.  Wysyłając  swoje  zmysły,  przeszukał 
przestrzeń,  dopóki  nie  znalazł  grupy  ratunkowej,  która  szukała  Codie,  odkąd  została 
oddzielona od swojej wycieczki. Wysłał im umysłową wskazówkę, żeby zjawili się tak 
szybko, jak mogą. 

Gdy  ratownicy  byli  już  prawie  przy  nich,  Horus  położył  Codie  z  powrotem  na 

śpiwór.  Nie  chciał  jej  tu  zostawiać,  ale  pragnął  też,  by  wróciła  do  swojego  starego 
życia,  zanim  podejmie  ostateczny  krok  i  całkowicie  zrobi  z  niej  swoją  partnerkę. 
Musiał pozwolić jej podjąć decyzję według jej własnej woli. 

Kładąc pocałunek na rozpalonym czole Codie, Horus cicho jej obiecał, że niedługo 

po nią wróci. Zniknął, jako tylko grupa ratunkowa ukazała się w oddali. 

 

 

 

 

Tłumaczenie: panda68  

background image

 

~ 30 ~ 

 

 

Rozdział 6  

 

Codie obudziła się dzień później w szpitalnym łóżku. Kompletnie nie czuła się tak, 

jak  jej  stare  własne  ja,  ale  wiedziała,  że  to  była  tylko  kwestia  czasu,  zanim  zostanie 
zabrana  z  tej  pustyni.  Lekarz  powiedział  jej,  że  miała  szczęście.  Gdyby  ekipa 
poszukiwawcza jej nie znalazła, tylko godziny dzieliły ją od śmierci. 

Tak naprawdę nie pamiętała zbyt dużo z tego, jak ją znaleziono. Jej pamięć z tego 

wydarzenia  była  rozmazana.  Ledwie  zdołali  ją  dobudzić,  by  podać  jej  wodę,  zanim 
opuścili pustynię. To było wszystko, co mogła sobie przypomnieć. 

Teraz  obudzona  i  podłączona  do  kroplówki,  wolno  czuła  jak  wracają  jej  siły.  A 

wraz z nimi przyszła niepewność. Jej sny wydawały się być tak rzeczywiste, jak obraz 
Horusa,  kiedy  przyszedł  obronić  ją  tego  ostatniego  dnia,  po  tym  jak  się  zgubiła.  Tak 
bardzo chciała uwierzyć w to, że to nie był produkt jej wyobraźni. Nie chciała myśleć, 
że  zakochała  się  w  mężczyźnie,  którego  stworzył  sobie  jej  mózg.  Ale  musiała 
przyznać, że będąc tam, bliska śmierci, kiedy jej ciało słabło i było trawione gorączką, 
mogła mieć halucynacje, co do walki między Horusem a Sethem. 

Nie  chciała  stawiać  czoła  rzeczywistości,  odkryć,  że  Horus  nie  istnieje.  Codie 

rozważała,  czy  nie  spróbować  wezwać  go  przy  użyciu  wisiorka,  tak  jak 
prawdopodobnie  zrobiła  to,  gdy  pierwszy  raz  go  zobaczyła.  Ale  w  końcu,  nie  mogła 
nie  wiedzieć.  Czekając  aż  zostanie  sama  w  sali  szpitalnej,  Codie  zacisnęła  kurczowo 
palce  na  swoim  turkusowym  Oku  Horusa  i  zamknęła  oczy.  Skupiła  swój  umysł  na 
obrazie Horusa, który przyszedł do niej w snach, gdy go wezwała. Ale nic się nie stało. 
Turkusowy  kamień  pośrodku  oka  pozostał  chłodny.  To  nie  mogło  było  prawdziwe. 
Czując  się  tak,  jakby  straciła  jedynego  mężczyznę,  jakiego  kiedykolwiek  kochała, 
Codie starła samotną łzę, która spłynęła w dół jej policzka. 

Dwa  dni  później,  lekarz  informował  ją,  że  w  pełni  odzyskała  siły  i  może  iść  do 

domu.  Codie  czuła  się  szczęśliwa,  że  została  zwolniona  ze  szpitala,  ale  wiedziała,  że 
nie może wrócić do parku narodowego. Jedna osoba z personelu życzliwie spakowała 
jej rzeczy i przyniosła, więc naprawdę nie miała żadnego powodu, by tam wrócić. 

Zanim  opuściła  szpital,  Codie  zadzwoniła  na  lotnisko.  Wciąż  miała  jeszcze  jeden 

dzień do odlotu do domu, do Kanady, ale chciała wyjechać już teraz. Niespodziewanie 

background image

 

~ 31 ~ 

 

okazało się, że dość łatwo poszła jej zmiana lotu na późniejszy tego samego dnia. Już 
nawet miała przygotowaną całą ckliwą opowieść o zgubieniu się na pustyni przez kilka 
dni,  gdyby  linia  lotnicza odmówiła zamiany jej  lotu.  Ale okazało się to  niepotrzebne. 
Jak tylko powiedziała kobiecie przez telefon swoje nazwisko, kobieta już wiedziała, co 
jej się przytrafiło. Najwyraźniej jej historię opowiadano w wiadomościach. Codie była 
zadowolona, że nikt z jej rodziny już nie żył. Tylko martwiliby się o nią. 

Codie jednak stwierdziła, że podróż powrotna do Toronto, będzie ciężka. Chociaż 

pozornie wyzdrowiała po tej  męce  na pustyni, czuła, że dużo  łatwiej się teraz  męczy. 
Ale zanim znalazła się w swoim mieszkaniu wszystko, co chciała, to spać. 

Po spędzeniu kolejnej nocy bez zobaczenia Horusa w swoich snach, Codie wzięła 

długi  gorący  prysznic  zanim  zaczęła  buszować  po  kuchni  w  poszukiwaniu  czegoś  do 
zjedzenia na śniadanie. Zanim wyruszyła na wakacje do Egiptu, wysprzątała lodówkę, 
zostawiając tylko takie produkty, które nie zepsują się podczas jej nieobecności. I teraz 
miała całkiem ograniczony wybór. W końcu, zadecydowała się tylko na herbatę, którą 
musiała wypić bez mleka. 

Zanim w czajniku zagotowała się woda, a herbata się zaciągnęła, poszła do salonu 

i  włączyła  telewizor.  Rozsunęła  zasłony,  żeby  dostać  się  do  szklanych  drzwi, 
prowadzących na balkon, i usiadła się na kanapie. 

Przerzucając kanały, skrzywiła się, gdy złapała końcówkę wiadomości o historii jej 

ratunku  w  Egipcie.  Tak  długo  zmieniała  kanały,  dopóki  nie  znalazła  programu  o 
gotowaniu.  Zwykle  nie  oglądała  telewizji  w  ciągu  dnia.  Talk  show  nie  były  jej 
ulubionymi, więc program o gotowaniu będzie lepszy od nich. 

Z  początku  myślała,  że  jej  umysł  płata  jej  figle.  Usłyszała  bowiem  krzyk  sokoła 

dochodzący  od  balkonowych  drzwi.  Jednak,  gdy  Codie  usłyszała  go  po  raz  drugi, 
wiedziała,  że  musi  spojrzeć.  Przemierzywszy  krótki  dystans  do  drzwi  balkonu, 
wyjrzała  przez  szybę.  Zamrugała,  przetarła  oczy  i  zamrugała  jeszcze  raz.  Na 
balustradzie  balkonu  siedział  sokół.  Z  tego,  co  wiedziała,  w  Toronto  nie  było  takich 
sokołów. 

Ostrożnie,  odblokowała  zasuwane  drzwi  i  otworzyła.  Sokół  pozostał  tam,  gdzie 

siedział,  i  spoglądał  na  nią.  Codie  szerzej  otworzyła  drzwi,  żeby  wyjść  na  balkon,  a 
wtedy  sokół  zeskoczył  z  balustrady  i  przelatując  obok  niej  wślizgnął  się  do  jej 
mieszkania. 

Obracając się wkoło, Codie znalazła sokoła na środku salonu, wpatrującego się w 

nią. Codie potrząsnęła głową. 

background image

 

~ 32 ~ 

 

- Oh, nie. Nie  możesz tu zostać. Wylatuj stąd. – Rozsunęła drzwi jeszcze szerzej, 

mając nadzieję, że sokół zrozumie aluzję i wyleci. Nie chciała wyganiać biedactwa ze 
swojego mieszkania. 

Kiedy sokół się nie poruszył, Codie zrobiła krok w jego stronę. Jednak szybko się 

cofnęła,  kiedy  postać  sokoła  zaczęła  się  zmieniać.  Codie  zrobiła  głęboki  wdech,  gdy 
tak  patrzyła,  jak  wymarzony  Horus  zajmuje  miejsce  sokoła.  Potrząsnęła  głową,  nie 
mogąc uwierzyć, że oto stoi prawdziwy w jej mieszkaniu. Odetchnąwszy gwałtownie, 
cofnęła się i zamknęła szklane drzwi balkonu, tak samo jak zaciągnęła zasłony. Gdyby 
miała zemdleć, nie chciała, żeby zobaczył to cały świat. Pomijając fakt, że nikt by tego 
nie zobaczył, bo mieszkała na szesnastym piętrze. 

Horus uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę. 

- Chodź do mnie, Codie?  

Codie potrząsnęła głową. Powietrze uszło z jej płuc, kiedy gwałtownie odetchnęła. 

-  Nie  jesteś  prawdziwy.  Wiem,  że  nie  jesteś  prawdziwy.  Wyobraziłam  cię  sobie. 

Ten cały czas, jaki spędziłam w palącym słońcu, musiał usmażyć mój mózg. 

-  Jestem  prawdziwy,  Codie.  Tak  prawdziwy,  jak  wszystko,  co  zdarzyło  się  na 

pustyni.  Dotknij  mnie  i  będziesz  wiedziała,  że  nie  jestem  wytworem  twojej 
wyobraźnia. 

- Okej. 

Codie  zrobiła  niepewny  krok  w  stronę  Horusa.  Gdy  go  dotknie,  a  on  zniknie, 

będzie wiedziała, że jest stuknięta. Jeśli jednak  go dotknie, a on będzie prawdziwy… 
nie pozwoliła swojemu umysłowi pójść tą drogą jeszcze raz. 

Robiąc  ostatnie  kroki,  zmniejszające  dystans  między  nimi,  czuła  się  tak,  jakby 

wpadła w stan hiperwentylacji. Codie wzięła głęboki wdech, próbując spowolnić swój 
oddech.  Ale  to  nic  nie  pomogło.  Zawahała  się.  Horus  potrząsnął  głową  na  jej 
opieszałość, złapał jej rękę i położył na swojej piersi. 

Na odczucie bicie jego serca pod jej ręką, Codie naprawdę zaczęła tracić kontrolę. 

- O, Boże, o, Boże. Jesteś prawdziwy. 

Horus wciągnął ją w swoje ramiona i przycisnął jej twarz do swojego torsu. 

- Wszystko w porządku, Codie. Oddychaj. 

background image

 

~ 33 ~ 

 

Codie przylgnęła mocniej do Horusa. 

-  Myślałam,  że  już  cię  nigdy  nie  zobaczę.  Tak  bardzo  chciałam,  żebyś  był 

prawdziwy.  Kiedy  próbowałam  się  wezwać,  gdy  byłam  w  szpitalu,  a  ty  nie 
przyszedłeś, wtedy z całkowitą pewnością już wiedziałam, że cię wymyśliłam. 

Podkładając palec pod jej brodę, Horus przechylił jej głowę do tyłu. 

-  Słyszałem,  jak  mnie  wzywałaś,  ale  chciałem  dać  ci  czas  na  odzyskanie  sił. 

Przepraszam,  że  sprawiłem,  iż  myślałaś,  że  cię  nie  słyszałem.  Jesteś  moją  partnerką. 
Nigdy cię nie zostawię. Kocham cię.  

Codie poczuła, jak całe powietrze uchodzi z jej płuc na wyznanie Horusa. 

- Więc dlaczego do mnie nie przyszedłeś?  

- Chciałem, żebyś sama podjęła decyzję, czy pragniesz zostać moją partnerką, czy 

nie. 

- Oczywiście, że chcę być… 

Horus położył palec na jej wargach zanim mogła dokończyć swoje zdanie. 

-  To  nie  jest  decyzja,  którą  możesz  podjąć  ot  tak  sobie,  Codie.  Pragnę  cię,  jako 

prawdziwą  partnerkę.  Musiałabyś  rezygnować  ze  swojego  życia  w  śmiertelnym 
królestwie. Ze swoich przyjaciół, swojej rodziny. Zrobię cię nieśmiertelną, taką jaką ja 
jestem.  Nigdy  nie  pozwolę  ci  odejść,  jeśli  tylko  wybierzesz  życie  ze  mną,  jako  moja 
partnerka. 

Codie odsunęła palec Horusa. 

-  Chcę  być  twoją  partnerką,  Horusie.  Kocham  cię  bardziej  niż  kochałam 

kogokolwiek  wcześniej.  Nie  mam  rodziny.  Wszyscy  odeszli.  Zostałam  wychowana 
przez babcię, która umarła kilka lat temu. Wszystko, co mam, to ty. 

Z jękiem, Horus pochylił głowę i zawładnął ustami Codie w zaborczym pocałunku. 

Chwyciła się  go, rozpaczliwie oddając  mu pocałunek. Jak tylko  ich  ubrania zniknęły, 
Codie szarpnęła za jego gęste czarne włosy i praktycznie wspięła się po ciele Horusa, 
potrzebując poczuć go w sobie. Kiedy podłoga zbliżyła się do niej, a Horus się na niej 
położył, Codie wiedziała, że nigdy nie rozstanie się z tym mężczyzną, z tym egipskim 
bogiem. Na odczucie jego twardego kutasa wbijającego się głęboko w nią, pomyślała, 
że nawet wieczność nie będzie wystarczająco długim czasem.