background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                  

                                             

Ilona Andrews – Magic Gifts

 
                                              

 Kate Daniels „Wikingowie”

                         
                            

                                              

 

 
 
 
                          

 

Romantyczna kolacja po ciężkim dniu pracy - brzmi bosko. Naturalnie, gdy 

randka dotyczy Władcy Bestii i Kate Daniels można się spodziewać, że sprawy nie potoczą 

się zgodnie z planem. Zanim się zorientujesz nieumarli dostają amoku, głowy zostają 
ścięte, prawnicy grożą ekstremalnymi rozwiązaniami, a pijani wikingowie rzucają 

wyzwania ludziom.
         Czytaj na własne ryzyko.

 
 
                                                                                                     

 Tłumaczenie: SairaApril

                                                                                                      Beta: Księgowy

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

 

 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                      

Rozdział  1

 

        

Znajdowałam się w odległości dziesięciu stóp od drzwi biura, gdy 

usłyszałam dzwoniący wewnątrz telefon. Pech chciał, że klucz od biura 

miałam w kieszeni sportowej bluzy - w tym momencie całej pokrytej 
jasnoróżowym śluzem skapującym z macek spoczywających na moich 

barkach. Macki ważyły około siedemdziesięciu funtów, a to moim ramionom 
naprawdę się nie podobało.

        

Za mną Andrea, moja najlepsza przyjaciółka i wspólniczka w 

rozwiązywaniu spraw kryminalnych, przesunęła bulwiastą masę cielska 
będącą tylną częścią reszty stworzenia.

        

- Telefon.

        

- Słyszę.

        

Grzebałam w kieszeni niemal zupełnie zaklejonej przez śluz. Zimna 

wilgotność prześlizgiwała mi się pomiędzy palcami. Ble.

        

- Kate, to może być klient.

       

- Próbuję znaleźć klucz.

        

Klienci oznaczali pieniądze, a pieniędzy brakowało. Cutting Edge 

otworzyło swoje podwoje trzy miesiące temu, a kiedy już trafiała się nam 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

niewielka ilość płatnej pracy, to przeważnie była ona obrzydliwa. Pomimo 

dobrej rekomendacji Czerwonej Gwardii, największej firmy ochroniarskiej w 
mieście, klienci nie walali drzwiami i oknami, żeby nas wynająć.

        

Nasz świat nękany był przez fale magii. Zalewały go na chybił trafił, 

tłamsząc technologię i pozostawiając ożywione magią potwory. W jednej 
chwili miałeś do czynienia z fikającymi koziołki uszminkowanymi magami, 

miotającymi kulami ognia i błyskawicami, a w następnej chwili magia znikała 
i policjanci mogli zastrzelić powyższych magów z broni palnej, która teraz 

znów była sprawna.

        

Na nieszczęście, konsekwencje fal magicznych nie znikały wraz z nimi, 

więc z konieczności w Atlancie namnożyło się mnóstwo agencji zajmujących 

się groźnymi substancjami magicznymi. Wszystkie działały w tym biznesie o 
wiele dłużej niż my: policjanci, Gildia Najemników, multum prywatnych firm, 

no i wielki goryl – Zakon Miłosiernej Pomocy. Zakon i jego rycerze wytyczyli 
sobie misję strzeżenia ludzkości przed wszelkimi zagrożeniami i robili to, tyle 

tylko, że na swoich własnych warunkach. Zarówno Andrea, jak i ja, przez 
pewien czas pracowałyśmy dla Zakonu i obie porzuciłyśmy go w mniej niż 

przyjaznych okolicznościach.

 

Nie wyrobiłyśmy sobie jeszcze dobrej opinii, 

więc gdy dostawałyśmy jakąś pracę, to tylko dlatego, że wszyscy inni byli już 

niedostępni. W tym szybko zmieniającym się biznesie, w Atlancie 
stanowiłyśmy ostatnią deskę ratunku. Niemniej jednak, każde uwieńczone 

powodzeniem zadanie, zwracało uwagę na naszą firmę.

       

Telefon uporczywie dzwonił.

        

Nasze najświeższe zadanie wpadło dzięki uprzejmości HOA - 

Stowarzyszenia Właścicieli Domów „Zielone Pola”, którzy rano pojawili się u 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

naszych drzwi. Twierdzili, że gigantyczna lewitująca meduza włóczyła się po 

ich dzielnicy i bardzo prosili, abyśmy przyszły i załatwiły ją, bowiem zjadała 
miejscowe koty. Najwyraźniej, kiedy przezroczysta meduza unosiła się w 

powietrzu, w jej wnętrzu widać było pływające, na wpół-strawione ciało kota, 
przez co dzieci z sąsiedztwa były bardzo przerażone. Policjanci powiedzieli im, 

że ta sprawa nie jest dla nich priorytetem, ponieważ meduza nie zjadła jeszcze 
żadnego człowieka, a Gildia Najemników - że nie pozbędą się jej za mniej niż 

tysiąc. Stowarzyszenie zaproponowało nam 200 dolarów. Nikt przy zdrowych 
zmysłach nie podjąłby się tego zadania za podobną cenę.

        

Zajęło to nam cały cholerny dzień. A teraz musiałyśmy całkowicie usunąć 

to przeklęte stworzenie, ponieważ, gdy miałeś do czynienia ze zwłokami 
magicznej istoty, to jakbyś grał w rosyjską ruletkę. Czasem nic się nie 

wydarzyło, a czasem zwłoki robiły różne

 

zabawne rzeczy, jak przemienienie się 

w kałużę mięsożernej protoplazmy, bądź też wylęgały się z nich krwiożercze 

pijawki o długości stopy.

        

Ciężar meduzy nagle zniknął z moich ramion. Szperałam w kieszeni aż w 

końcu

 

koniuszki palców dotknęły zimnego metalu. Wyszarpnęłam klucz, 

wsunęłam go w zamek i z rozmachem otworzyłam ciężkie, wzmocnione drzwi. 
Aha! Zwycięstwo.

        

Rzuciłam się przez drzwi, a telefon przestał dzwonić. Sięgnęłam po 

słuchawkę o sekundę za późno i włączyła się automatyczna sekretarka.

        

- Kate – odezwał się głos Jima. – Odbierz telefon.

        

Odskoczyłam, jakby telefon stanął w płomieniach. Wiedziałam dokładnie, 

o co chodzi i nie chciałam mieć z tym nic do czynienia.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Kate, wiem, że tam jesteś.

        

- Nie. Nie ma mnie – powiedziałam.

        

Będziesz musiała zająć się tym prędzej, czy później

        

Potrząsnęłam głową. 

       - Nie, nie będę.

        

- Zadzwoń do mnie. – Jim rozłączył się.

        

Odwróciłam się w stronę drzwi i zobaczyłam wchodzącą Andreę. Za nią 

wciskała się samodzielnie meduza. Zamrugałam. Meduza przecisnęła się, 
obróciła, przez co stało się widoczne wejście, i zobaczyłam Currana 

trzymającego ją w ręku, jakby masa trzystu funtów mięsa nie była cięższa od 
talerza naleśników. Dobrze jest być Władcą Bestii.

        

- Gdzie? – zapytał.

        

- Pokój na zapleczu – powiedziała Andrea. – Tutaj, pokażę ci.

       

Ruszyłam za nimi i obserwowałam Currana ładującego meduzę do 

pojemnika przeznaczonego na stanowiące zagrożenie organizmy. Wsunął 
pokrywę na miejsce, zamknął klamry i zbliżył się do mnie. Trzymając ramiona 

w bezpiecznej odległości, żeby nie pobrudzić go śluzem, przechyliłam się i 
pocałowałam Władcę Bestii. Smakował pastą do zębów i Curranem, a dotyk 

jego warg pozwolił mi zapomnieć o kiepskim dniu, rachunkach, klientach i 
dwóch galonach śluzu pokrywającego moje ubranie. Pocałunek trwał tylko 

kilka sekund, równie dobrze jednak to mogła być i godzina, bo kiedy się 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

skończył, poczułam się tak, jakbym wróciła do domu zostawiając wszystkie 

swoje problemy daleko za sobą.

       

- Hej – powiedział, a szare oczy uśmiechały się do mnie.

        

- Hej.

        

Stojąca za nim Andrea przewróciła oczami.

        

- Co się dzieje? – spytałam go.

        

Curran prawie nigdy nie przychodził z wizytą do mojego biura, a już 

zwłaszcza nie wieczorem. Nienawidził Atlanty z siłą wybuchu supernowej. W 

teorii nie miałam nic przeciwko Atlancie – była wpół-zerodowana przez fale 
magiczne i mocno wypalona – ale miałam coś przeciwko tłumom. Kiedy 

skończył się już dzień pracy, nie ociągałam się i kierowałam prosto do 
Twierdzy, gdzie rezydowali zmiennokształtni i Jego Futrzasta Wysokość.

        

- Pomyślałem, że możemy pójść na obiad – powiedział. – Minęło już 

trochę czasu odkąd wychodziliśmy.

        

Prawdę mówiąc, to nigdy nie wyszliśmy na obiad prywatnie. Och, 

jadaliśmy wspólnie na mieście, ale działo się to zwykle przez przypadek, a 

posiłki te na ogół były zakończeniem jakiegoś niespodziewanego incydentu.

        

- Co to za okazja?

        

Curran ściągnął jasne brwi. 

       - Czy muszę mieć szczególną okazję, żeby zabrać cię na obiad?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Tak. 

       - Nie.

        

Nachylił się do mnie. 

       - Tęskniłem za tobą i sprzykrzyło mi się czekanie, aż wrócisz do domu. 

Chodź ze mną coś przekąsić.

        

Wyjść, żeby coś zjeść - to brzmiało niebiańsko, z tym tylko zastrzeżeniem, 

że Andrea będzie tu tkwiła samotnie.

       

- Muszę poczekać na Biohazard, przyjadą zabrać meduzę.

        

- Załatwię to – zaproponowała Andrea. – Idź, nie ma sensu, abyśmy 

siedziały tu obie. W każdym razie, ja mam trochę spraw, których muszę 
dopilnować.

        

Wahałam się.

        

- Mogę podpisać formularze równie dobrze jak ty – poinformowała mnie 

Andrea. – A mój podpis nie wygląda, jakby nabazgrała go kura pazurem.

        

- Dziękuję ci bardzo. Mój podpis jest w porządku.

        

- Tak, tak. Idź się trochę zabawić.

        

- Muszę wziąć prysznic – powiedziałam do Currana. – Zobaczymy się za 

dziesięć minut.

 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                           

***

 

        

Był piątek, godzina ósma, ciepła wiosenna noc, włosy miałam uczesane, 

ubrania czyste i pozbawione śluzu, i wychodziłam z Władcą Bestii. Curran 

prowadził. Robił to bardzo ostrożnie, koncentrując się na drodze. Odnosiłam 
wrażenie, że nauczył się prowadzić, kiedy był już starszy. Ja również jeździłam 

ostrożnie, głównie dlatego, że spodziewałam się, iż samochód może w każdej 
chwili się zepsuć.

        

Spojrzałam na Currana siedzącego na fotelu kierowcy. Nawet gdy był tak 

spokojny jak w tej chwili, rozluźniony przejażdżką, emanował jakiś rodzajem 
skoncentrowanej siły. Był stworzony do zabijania - jego ciało tworzyło 

mieszaninę twardych, mocnych mięśni i zwinnej szybkości, a coś w sposobie 
jego poruszania sygnalizowało niezwykłe zdolności użycia siły i pewność, że 

ma prawo z tego skorzystać. Zdawał się zajmować sobą znacznie większą 
przestrzeń, niż pozwalało na to jego ciało i nie sposób było go zlekceważyć. Ta 

deklaracja użycia siły przerażała mnie, więc się z nim drażniłam, dopóki jakaś 
część tego nie wyszła na jaw. Teraz po prostu zaakceptowałam to, tak jak on 

zaakceptował moją potrzebę spania z mieczem pod łóżkiem.

        

Curran pochwycił moje spojrzenie. Naprężył się uwypuklając na 

ramionach piękną rzeźbę mięśni i mrugnął do mnie. 

       - Hej, kochanie.

        

Parsknęłam śmiechem. 

       - Więc, gdzie jedziemy?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Arirang – powiedział Curran. – To fajne miejsce, Kate. Przy stołach mają 

grille na węgiel drzewny. Przynoszą ci mięso i przygotowujesz je w taki 
sposób, jak chcesz.

        

Podsumujmy. Pozostawiony własnej pomysłowości, Curran jadał 

wyłącznie mięso, jedynie od wielkiego dzwonu urozmaicając to swoje 
wyszukane menu.

        

- Miłe to dla mnie, ale co będzie jeść Wasza Wegetariańska Wysokość?

        

Curran rzucił mi beznamiętne spojrzenie. 

       - Zamiast tego, zawsze mogę pojechać po burgera.

        

- Och, a więc wrzucisz mi w gardło burgera i będziesz oczekiwać zabawy 

na tylnym siedzeniu.

        

Uśmiechnął się. 

       - Jeśli wolisz, możemy to robić na przednim siedzeniu. Albo na masce 
samochodu.

        

- Nie zrobię tego na masce samochodu.

        

- Czy to jest wyzwanie?

        

Dlaczego ja?

        

- Skup się na drodze, Wasza Futrzastość.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Przejeżdżaliśmy przez miasto, poobijane i posiniaczone, ale nadal 

istniejące. Noc osłaniała miasto ukrywając smutne łupiny, niegdyś potężnych, 
wysokich budynków. Domy, które dzisiaj otaczały ulice, wznoszono ręcznie z 

drewna, kamienia i cegły, aby wytrzymały nacisk szczęk magii.

        

Opuściłam szybę, wpuszczając noc. Wpłynęła do samochodu niosąc ze 

sobą wiosnę i odrobinę dymu z odległego ogniska. Gdzieś w oddali samotnie 

poszczekiwał znudzony pies, każde szczeknięcie poprzedzała dłuższa pauza – 
być może czekał czy właściciele go wpuszczą.

        

Dziesięć minut później wjechaliśmy na długi, pusty parking, otoczony 

przez stare budynki biurowe, w których aktualnie mieściły się azjatyckie 
sklepy. Na samym końcu stał typowy, kamienny budynek z wielką witryną 

sklepową i szyldem, na którym można było przeczytać Arirang.

        

- To jest to miejsce?

        

- Mhm – powiedział Curran.

        

- Myślałam, że to będzie koreańska restauracja. 

        

Z jakiegoś powodu spodziewałam się domu w stylu hanok, z wygiętym, 

pokrytym gontami dachem i szeroką werandą od frontu.

        

- Jest.

        

- Wygląda jak Western Sizzlin. 

       Przypuszczam, że rzeczywiście wykorzystano dawny Western Sizzlin. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Możesz mi zaufać? To miłe miejsce. – Curran zahamował i dżip 

Gromady zatrzymał się z piskiem opon.

        

Przed restauracją siedziały dwa wampiry, chude jak szkielety, przywiązane 

oplatającymi ich szyje łańcuchami do balustrady dla koni. Blade, bezwłose, 

łykowate jak przesuszone mięso, nieumarli spoglądali na nas święcącymi 
szaleństwem oczami. Śmierć pozbawiła ich świadomości i woli, pozostawiając 

bezmyślne ciało, powłokę, kierowaną jedynie żądzą krwi. Pozostawieni samym 
sobie krwiopijcy zabijają wszystko, co żyje i robią to dopóty, dopóki nie 

pozostanie już nic, co oddycha. Ich puste umysły stanowiły doskonałe pojazdy 
dla nawigatorów, którzy telepatycznie kierowali nimi jak zdalnie sterowanymi 

samochodami.

        

Curran patrzył na nieumarłych przez szybę. Dziewięćdziesiąt procent 

wampirów należało do Rodu, dziwnej krzyżówki korporacji i instytutu 

badawczego. Oboje gardziliśmy Rodem i wszystkim, co stamtąd pochodziło.

        

Nie mogłam się oprzeć. 

       - Myślałam, że to miłe miejsce.

        

Odchylił się do tyłu, chwycił kierownicę i wydał długie głębokie warczenie. 

       - Argh.

        

Roześmiałam się.

        

- Kto, do cholery, zatrzymuje się w restauracji w czasie nawigowania – 

Curran ścisnął nieco kierownicę. Wywołało to jękliwy dźwięk.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Wzruszyłam ramionami. 

       - Być może nawigatorzy byli głodni.

        

Rzucił mi dziwne spojrzenie. 

       - Taka odległość od Kasyna oznacza, że są na patrolu. Co sprawiło, że 

nagle poczuli ssanie w żołądku?

        

- Curran, zignoruj tych cholernych krwiopijców. Jakkolwiek by nie było, 

chodźmy na naszą randkę.

        

Wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zabić.

        

Świat mrugnął. Magia zalała nas jak niewidzialne tsunami. 

Dotychczasowy szyld na restauracją zgasł, a zapalił się większy jaskrawo-
błękitny neon, wykonany z ręcznie dmuchanego szkła i wypełniony 

naładowanym powietrzem.

        

Wyciągnęłam rękę i ścisnęłam dłoń Currana.

 

       

- Chodź już, będzie wspaniale - ty, ja i półmisek lekko podpieczonego 

mięsa. Jeśli zobaczymy nawigatorów, możemy pośmiać się ze sposobu, w jaki 

trzymają widelce.

        

Wysiedliśmy z samochodu i skierowaliśmy się do środka. Krwiopijcy 

jednocześnie spojrzeli na nas, ich oczy wyglądały jak dwa tlące się węgle 

zagrzebane w popiele gasnącego ogniska. Wyczuwałam ich umysły – jak dwa 
gorące koniuszki bólu wielkości łebków szpilek - trzymane w ryzach wolą 

nawigatorów. Jeden błąd i te węgielki rozpalą się w nieokiełznany, trawiący 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

wszystko płomień.

        

Wampiry nigdy nie były syte. Nigdy nie były najedzone, nigdy nie 

przestawały zabijać, a gdyby je uwolnić, utopiłyby cały świat we krwi i same 
zginęłyby z głodu, gdy nic już nie pozostałoby do zabicia. 

        

Łańcuchy nie mogły ich zatrzymać – te ogniwa miały, w najlepszym 

przypadku, grubość jednej ósmej cala. Łańcuch, którym były przykute mógł 
powstrzymać dużego psa. Wampir by go rozerwał i nawet tego nie zauważył, 

ale ogół społeczeństwa czuł się lepiej, kiedy krwiopijcy byli przykuci, więc 
nawigatorzy byli do tego zobowiązani.

        

Minęliśmy wampiry i weszliśmy do restauracji.

        

Wnętrze Arirang było przyćmione. Na ścianach rozwieszono magiczne 

lampy, a w miarę jak powietrze we wnętrzu kolorowych rurek reagowało z 
magią, jarzyły się miękkim światłem. Każda ręcznie wydmuchana magiczna 

lampa miała piękne kształty: jasnoniebieski smok, szmaragdowy żółw, 
purpurowa ryba, turkusowy pies z rogiem jednorożca...

        

W kabinach wzdłuż ścian ustawiono zwykłe, prostokątne drewniane stoły. 

Na środku podłogi cztery większe, okrągłe stoły szczyciły się wbudowanymi 
grillami na węgiel drzewny, osłoniętymi metalowymi kapturami.

        

Restauracja była na wpół zapełniona. Dwie kabiny po naszej prawej 

stronie były zajęte; pierwsza - przez parę młodych, ciemnowłosego mężczyznę 
i jasnowłosą kobietę, mniej więcej dwudziestoletnich; druga - przez dwóch 

mężczyzn w średnim wieku. Młoda para rozmawiała cicho. Dobrze ubrani, 
rozluźnieni, swobodni, wypielęgnowani. Dziesięć do jednego, że to byli 

nawigatorzy, którzy zaparkowali krwiopijców na zewnątrz. Kasyno miało 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

siedmiu Panów Umarłych i znałam ich wszystkich z widzenia. Nie 

rozpoznałam ani mężczyzny, ani kobiety. Albo tych dwoje przybyło z wizytą 
spoza miasta, albo byli wyższego szczebla czeladnikami.

        

Obaj starsi faceci w następnej kabinie byli uzbrojeni. Siedzący bliżej mnie 

nosił krótki miecz, który położył na siedzeniu obok siebie, a gdy jego kumpel 
sięgnął po solniczkę, opięta bluza ujawniła przypiętą do boku kaburę z 

pistoletem.

        

Obok mężczyzny w odległym prawym rogu śmiały się zbyt głośno cztery 

kobiety po trzydziestce – prawdopodobnie były pod dobrą datą. Po drugiej 

stronie, rodzina z dwiema nastoletnimi córkami przygotowywała sobie 
jedzenie na grillu. Starsza z dziewcząt przypominała nieco Julie, moją 

wychowankę. Dwie kobiety interesu, jeszcze jedna rodzina z berbeciem i para 
starszych krępych gości. Brak zagrożeń.

        

W powietrzu unosił się kuszący zapach mięsa przyrządzanego na 

otwartym ogniu, podsmażonego czosnku i wonnych przypraw. Ślinka 
napłynęła mi do ust. Nie jadłam nic od rana, od czasu, gdy od ulicznego 

sprzedawcy złapałam kawałek chleba. Żołądek naprawdę mnie bolał.

        

Kelner w zwyczajnych czarnych spodniach i czarnym T-shircie 

zaprowadził nas do stołu na środku pomieszczenia. Usiedliśmy z Curranem 

naprzeciwko siebie – ja widziałam tylne

 

drzwi, a on miał ładny widok na 

frontowe wejście. Zamówiliśmy gorącą herbatę. Trzydzieści sekund później 

dostarczono tacę z ustawionymi na niej dzbankiem i małymi filiżankami.

        

- Głodna? – zapytał Curran.

        

- Umieram z głodu.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Prosimy poczwórną porcję. – zamówił Curran.

        

Jego „głodna” i moje „głodna” były dwoma różnymi pojęciami.

 

        

Kelner odszedł.

        

Curran uśmiechnął się. Był to szczęśliwy, szczery uśmiech, który 

raptownie przerzucił go ze obszaru „atrakcyjny” na obszar „oszałamiający”. 
Nie uśmiechał się zbyt często publicznie. Ten intymny uśmiech był zwykle 

zarezerwowany na chwile prywatne, kiedy to zostawaliśmy sami.

        

Podniosłam rękę, ściągnęłam opaskę z nadal wilgotnego warkocza i 

wsunęłam w niego palce rozplatając włosy. Wzrok Currana przykleił się do 

moich dłoni. Skupił się na moich palcach, jak kot na kawałku folii ciągniętej 
na sznurku. Potrząsnęłam głową i włosy opadły mi ramiona długą, ciemną 

falą. Proszę bardzo. Teraz oboje występowaliśmy jako osoby prywatne.

        

Złote iskierki tańczyły w szarych tęczówkach Currana. Krążyły mu po 

głowie brudne myśli, a łobuzerski uśmieszek w kącikach warg sprawiał, że 

miałam ochotę przesiąść się i go dotknąć.

        

Musieliśmy poczekać. Byłam całkiem pewna, że uprawianie gorącego 

seksu na podłodze Arirang zakończyłoby się zakazem bywania tu do końca 

naszego życia. Chociaż z drugiej strony, to mogło być tego warte.

        

Uniosłam herbatę w toaście. 

       - Za naszą randkę.

        

Podniósł swoją filiżankę i stuknęliśmy się delikatnie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- A więc, jak minął ci dzień?

        

- Po pierwsze, ścigałam olbrzymią meduzę po przedmieściach. Potem 

sprzeczałam się z Biohazardem o przybycie i zabranie jej, ponieważ twierdzili, 
że ten problem leży w gestii „Fish and Game”. Następnie zadzwoniłam do 

„Fish and Game” i poinformowałam ich o rozmowie z Biohazardem, a potem 
wysłuchiwałam jak się awanturowali i wyzywali nawzajem. Naprawdę byli 

pomysłowi.

        

- Potem zadzwonił Jim – powiedział Curran.

        

Skrzywiłam się. 

       - Tak. To też.

        

- Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego unikasz naszego szefa 

ochrony?

        

- Pamiętasz, jak moja ciotka zabiła szefa Gildii Najemników?

        

- O czymś takim się nie zapomina – powiedział.

        

- W Gildii nadal się chandryczą, kto ma tam zarządzać.

        

Curran spojrzał na mnie. 

       - Kiedy to było, pięć miesięcy temu?

        

- Właśnie o to chodzi. Po jednej stronie znajdują się najemnicy, którzy 

mają doświadczenie. Po drugiej stronie znajdują się pracownicy obsługi 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

technicznej. Wolą Salomona było, aby obie grupy miały równy udział w Gildii, 

ale obie strony nienawidzą się wzajemnie.

 

To przypomina stąpanie po polu 

minowym, więc są zmuszeni poddać się czemuś w rodzaju arbitrażu, żeby 

ostatecznie zdecydować, kto ma zarządzać Gildią.

        

- Tyle tylko, że tkwią w martwym punkcie – odgadł Curran.

        

- Tak, tkwią. Najwyraźniej Jim sądzi, że powinnam rozwiązać ten węzeł.

        

Nieżyjący już założyciel Gildii ukrywał swoją zmiennokształtność. 

Przekazywał dwadzieścia procent dochodów Gildii dla Gromady. Tak długo 

jak Gildia tkwiła w martwym punkcie, nikt nie wypłacał pieniędzy, a alfy 
Gromady chciały, żeby strumień dochodów ponownie napływał. Wywierali 

presję na Jima, a Jim wywierał ją na mnie.

        

Spędziłam w Gildii

 

wiele lat i należałam do jej weteranów.

 

Jim był w 

bardzo podobnej sytuacji, lecz w przeciwieństwie do mnie miał więcej 

szczęścia i zachował więcej swobody w życiu prywatnym. 

         

Nie miałam prywatności. Byłam Małżonką Gromady. To była cena, którą 

płaciłam za bycie z Curranem, ale nie musiało mi się to podobać.

        

Jego Królewska Mość wypił herbatę. 

       - Nie cieszy cię rozstrzyganie sporu?

        

- Wolałabym gryźć kamienie.

 

Ta rozgrywka toczy się pomiędzy Markiem a 

weteranami kierowanymi przez Czterech Jeźdźców, a oni gardzą sobą. Nie są 
zainteresowani osiągnięciem porozumienia. Chcą tylko obrzucać się błotem 

nad stołem konferencyjnym.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Złote światełka zaiskrzyły w jego oczach. 

       - Zawsze możesz przejść do planu B.

        

- Tłuc wszystkich na krwawą miazgę, aż się zamkną i zaczną 

współpracować?

        

- Właśnie.

        

To pozwoliłoby mi poczuć się lepiej. 

       - Zawsze mogę zastosować twoją metodę.

        

Curran uniósł jasne brwi.

        

- Ryczeć, aż wszyscy się posiusiają.

        

Cień samozadowolenia mignął mu na twarzy, zastąpiony niewinnością.

        

- To bzdura. Zawsze jestem rozsądny i prawie nigdy nie ryczę. Nawet nie 

pamiętam, jakie to uczucie, stuknąć kilkoma łbami o siebie.

        

Władca Bestii Atlanty, łagodny i światły monarcha. 

        

- Jakiś ty postępowy, Wasza Królewska Mość.

         

Błysnął kolejnym szerokim uśmiechem. 

        

W kabinie obok nas, mężczyzna-nekromanta sięgnął pod stół i wydobył 

prostokątne etui z drzewa różanego. Dziesięć do jednego, że w środku była 
jakaś biżuteria.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Skinęłam na Currana. 

       - Twoja kolej. Jak minął ci dzień?

        

- Był pracowity i pełen nudnych bzdur, z którymi nie chciałem mieć do 

czynienia.

        

Jasnowłosa kobieta otworzyła etui. Oczy jej rozbłysły.

        

- Szczury toczą wewnętrzny spór o kilka mieszkań, które kupili. Cały dzień 

zajęło mi rozwikłanie tego – Curran wzruszył ramionami.

        

Kobieta wyłuskała z etui złoty naszyjnik. Kołnierz wykonany z 

jednakowych, półtoracalowej szerokości segmentów bladego złota, błyszczał w 
świetle magicznych lamp.

        

Nalałam nam więcej herbaty. 

       - Ale odniosłeś zwycięstwo.

        

- Oczywiście. – Curran napił się herbaty. – Wiesz, możemy zatrzymać się 

na noc w mieście.

        

- Dlaczego?

        

- Ponieważ dzięki temu, nie będziemy musieli przez godzinę jechać z 

powrotem do Twierdzy, zanim będziemy mogli pobaraszkować.

        

Heh.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Krzyk poderwał mnie na nogi. W kabinie blond nekromantka zaciskała 

palce na naszyjniku, próbując złapać oddech. Mężczyzna patrzył na nią z 
twarzą zastygłą w przerażoną maskę. Kobieta szarpała gardło, kalecząc ciało. 

Szyja pękła z suchym trzaskiem, a ona sama runęła na podłogę. Mężczyzna 
rzucił się w dół, ciągnąc za naszyjnik.

        

- Amanda! Och, mój Boże!

        Z

a nim widać było dwie pary czerwonych wampirzych oczu 

spoglądających na nas przez okno.

        

O cholera. Wyciągnęłam Zabójcę z pochwy na plecach. Wyczuwając 

nieumarłych blade ostrze zaczarowanego miecza pokryło się wilgocią, 

wysyłając smużki białych oparów w powietrze. Przyćmiony karminowy blask 
źrenic wampira rozgorzał jaskrawym szkarłatem. Cholera. Restauracja 

właśnie uaktualniła swoje menu o świeżego człowieka.

        

Ciało zawrzało na ramionach Currana. Kości rozrastały się, mięśnie 

skręcały jak gładkie liny, skóra porastała futrem. Ogromne pazury wysunęły 

się z nowych łap

 

Currana.

        

Wampiry uniosły się z przysiadu.

        

Curran stanął obok mnie, niemal osiem stóp twardych jak stal mięśni.

        

Ścisnęłam rękojeść Zabójcy, wyczuwając znajomą, uspokajającą teksturę. 

Krwiopijcy reagowali na nagłe poruszenie, jasne światło, głośne dźwięki – 

wszystko to sygnalizowało zdobycz. Cokolwiek mam zrobić, muszę to zrobić 
szybko i skutecznie. Sama krew tego nie zapewni, nie wtedy, gdy każdy stół 

był pełen surowego mięsa.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Okno eksplodowało kaskadą lśniących odłamków. Wampiry 

przeszybowały przez nie jakby miały skrzydła. Lewy wampir wylądował na 
stole, z szyi zwisała mu resztka łańcucha. Prawy wpadł w poślizg na gładkim 

parkiecie i wpadł na inny stół, rozrzucając krzesła.

        

Krzyknęłam i z wyciągniętym Zabójcą rzuciłam się sprintem w stronę 

lewego. Curran warknął i skoczył ku prawemu krwiopijcy, jednym potężnym 

susem przebywając połowę dzielącej ich odległości.

        

Mój wampir utkwił we mnie jarzący się wzrok. Spojrzałam mu w oczy.

        

Głód.

        

Przypominało to spoglądanie w starożytną otchłań. Za tymi oczami wrzał 

umysł uwolniony z łańcucha. Chciałem go dosięgnąć i zmiażdżyć, jak pluskwę 

pomiędzy paznokciami. Ale zrobienie tego mogło mnie zdradzić. Równie 
dobrze mogłam podarować Rodowi próbki swojej krwi ozdobione piękną 

kokardką.

        

- Tutaj! – przekręcałam nadgarstek sprawiając, że refleksy światła z 

magicznych lamp tańczyły na powierzchni klingi Zabójcy.

        

Spójrz. Błyszczy.

        

Wzrok krwiopijcy utkwiony był w ostrzu. Wampir pochylił się, 

rozstawiając szeroko przednie kończyny, wbijając w stół żółte szpony, jak pies 
przed zaatakowaniem. Drewno ugięło się. Łańcuch, pobrzękując, ześlizgnął się 

wzdłuż krawędzi stołu.

        

Nie ma mowy o ucięciu szyi. Pętla łańcucha może zablokować ostrze.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

W bębenki moich uszu uderzył piskliwy krzyk kobiety. Wampir zasyczał i 

szarpnął się w kierunku dźwięku.

        

Wskoczyłam na krzesło obok stołu i pchnęłam w bok i do góry. Ostrze 

Zabójcy wślizgnęło się pomiędzy żebra wampira. Koniec napotkał sztywny 

opór i przeciął go. Trafiłam w serce. Banzai.

        

Krwiopijca zaskrzeczał. Puściłam miecz. Wampir odchylił się do tyłu z 

Zabójcą zatopionym po rękojeść w klatce piersiowej, zatoczył jak pijany i 

runął na podłogę, trzepocząc się jak ryba na suchym lądzie.

        

Po lewej stronie Curran wbił pazury w ciało pod brodą wampira. Ich 

zakrwawione końce ukazały się z tyłu szyi krwiopijcy. Wampir usiłował 

pochwycić go szponami. Curran wbił głębiej monstrualną łapę, drugą 
uchwycił wampira za szyję i oderwał głowę od ciała.

        

Pozer.

        

Gwałtownie obrócił głowę w bok, sprawdzając, czy ze mną wszystko w 

porządku. Wszystko trwało około pięciu sekund, a czułam jakby to była 
wieczność. Oboje byliśmy w jednym kawałku. Odetchnęłam.

        

W restauracji panowała cisza, za wyjątkiem mężczyzny-nekromanty 

szlochającego na podłodze i ochrypłego syczenia wampira rzucającego się 
konwulsyjnie, gdy zatopiony w nim miecz wchłaniał do ostrza substancje 

odżywcze.

        

W odległym rogu mężczyzna porwał berbecia z krzesełka, chwycił żonę za 

rękę i wybiegł. Krępi goście poderwali się równocześnie. Krzesła przewracały 

się, łomotały stopy, ktoś sapał. Rzucili się do drzwi. W mgnieniu oka miejsce 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

opustoszało.

        

Chwyciłam Zabójcę i pociągnęłam. Wysunął się z ciała z łatwością. Brzegi 

rany zapadły się, ciemnobrązowe od krwi rozlanej przez cięcie. Zamachnęłam 
się mieczem i jednym szybkim ciosem odcięłam wampirowi głowę,. Zawsze 

powinieneś skończyć to, co zacząłeś.

        

Płynnie przekształcając się kurczyły się ramiona Currana, szare futro 

topniało na skórze. Normalny zmiennokształtny potrzebowałby drzemki po 

dwukrotnej zmianie postaci w tak krótkim czasie, ale Currana właściwie nie 
dotyczyły zasady typowego zmiennokształtnego.

        

Poszedł do mężczyzny-nekromanty, podciągnął go do pozycji pionowej i 

potrząsnął nim z wyrazem głębokiej pogardy na twarzy. Niemal mogłam 
usłyszeć, jak facetowi zagrzechotały zęby w czaszce.

        

- Spójrz na mnie. Skup się.

        

Nekromanta patrzył na niego szeroko otwartymi oczami i tępą miną.

        

Uklękłam przy kobiecie-nawigatorze i dotknęłam jej nadgarstka, 

trzymając się z dala od szyi i złotej obręczy. Brak tętna. Naszyjnik ściskał 
gardło jak złoty sznur, miał intensywnie ciemnożółtą barwę, niemal 

pomarańczową. Skóra naokoło niego była jaskrawo czerwona i szybko 
zmieniała kolor, przechodząc w fiolet.

        

Podniosłam jej torebkę, wyciągnęłam portfel i otworzyłam. ID Rodu. 

Amanda Sunny, czeladniczka, poziom drugi. Dwadzieścia lat, a teraz nie żyje.

        

Curran badał wzrokiem twarz czeladnika. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       - Co się stało? Co zrobiłeś?

        

Mężczyzna wciągnął głęboki oddech i zalał się łzami.

        

Curran puścił go z obrzydzeniem. Jego oczy zalewało czyste złoto – był 

wkurzony.

        

Podeszłam do biurka gospodyni i znalazłam telefon. Proszę, działaj... 

Sygnał wybierania. Tak!

        

Wybrałam numer biura. Były szanse, że Andrea nadal tam jest.

        

- Cutting Edge – powiedział głos Andrei.

        

- Jestem w Arirang. Dwoje nawigatorów było na obiedzie. Mężczyzna 

podarował kobiecie złoty naszyjnik, a ten zadusił ją na śmierć. Mam przed 
sobą

 

dwa martwe wampiry i jedne zwłoki człowieka.

        

- Trzymaj się. Będę tam w ciągu trzydziestu minut.

        

Rozłączyłam się i wybrałam numer Kasyna.

        

- Kate Daniels do Ghasteka. Pilne.

        

- Proszę poczekać – powiedział kobiecy głos.

        

Telefon zamilkł. Nuciłam do siebie i oglądałam ID. Nie wiedziałam, który 

z Panów Umarłych odpowiadał za Amandę, ale znałam Ghasteka, był 
najlepszym z siedmiu obecnych w mieście. Był też żądny władzy i kandydował 

do objęcia przywództwa nad Rodem w Atlancie. W tej chwili znajdował się w 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

centrum zainteresowania i mogłam liczyć na szybką reakcję.

        

Minęła chwila. Następna.

        

- Co się dzieje, Kate? – odezwał się w słuchawce głos Ghasteka. Musiał być 

czymś zajęty, bo nie udało mu się ukryć irytacji w głosie. – Tylko szybko, 
proszę. Jestem w trakcie ważnej sprawy.

        

- Mam jednego martwego czeladnika, jednego rozhisteryzowanego 

czeladnika, dwa martwe wampiry, jednego wkurzonego Władcę Bestii z 
zakrwawionymi rękami i pół tuzina przerażonego personelu restauracji.

         

Wystarczająco szybko dla ciebie?

        

Głos Ghasteka nagle nabrał dziarskiego tonu. 

       - Gdzie jesteś?

        

- Arirang w Greenpine. Przywieź jednostki odkażania i worki na zwłoki.

        

Odłożyłam słuchawkę. Kelner wyszedł zza drzwi i podszedł do naszego 

stołu – jego twarz była lekko zielonkawa. Reszta personelu prawdopodobnie 
była stłoczona na zapleczu, przerażona, nie wiedząc czy niebezpieczeństwo 

minęło.

        

- Czy to koniec?

        

Curran odwrócił się do niego. – Tak, to koniec. Ród jest w drodze, żeby 

posprzątać ten bałagan. Możesz przyprowadzić wszystkich, jeśli to pozwoli im 

poczuć się lepiej. Gwarantujemy wam bezpieczeństwo.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Kelner wybiegł. Ktoś krzyknął. Chwilę później drzwi się otworzyły i wylali 

się z nich ludzie: starszy koreański mężczyzna, starsza kobieta, która nas 
przywitała, kobieta, wyglądająca na jej córkę oraz kilku mężczyzn i kobiet w 

strojach kelnerów i kucharzy. Młodsza kobieta przyprowadziła chłopca. Nie 
mógł mieć więcej niż pięć lat.

        

Właściciele stłoczyli się w kabinach wokół nas. Chłopiec patrzył na dwa 

wampiry wielkimi jak spodki oczami, ciemnymi jak wiśnie. 

        

Usiadłam na krześle obok Currana. Objął mnie i przyciągnął bliżej do 

siebie.

        

- Przykro mi z powodu kolacji.

        

- W porządku.

        

Patrzyłam na martwą kobietę, Dwadzieścia lat. Ledwo otrzymała szansę, 

by żyć. Widziałam niemało śmierci, ale z jakiegoś powodu widok Amandy na 
podłodze, jej chłopaka szlochającego spazmatycznie, zmroził mnie do szpiku 

kości. Oparłam się o Currana, czując jak ciepło jego ciała przenika przez mój 
T-shirt. Było mi tak zimno i naprawdę potrzebowałam jego ciepła.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                  

                                                   

Rozdział  2

 

 

        

Karawana   czarnych   SUV-ów   wjeżdżała   na   parking,   a   ich   zaczarowane 

wodne   silniki   robiły   ogłuszający   hałas.   Napędzane   magią   samochody   nie 

poruszały się zbyt szybko, a dźwięk jaki im towarzyszył przypominał łoskot 
lawiny skał uderzających w pędzący pociąg, ale było to lepsze niż nic.

        

Obserwowaliśmy   SUV-y   przez   rozbite   okno,   hałas   ucichł,   kiedy 

zaparkowały na odległym końcu i wypluły z siebie ludzi, wampiry i worki na 
zwłoki. Ghastek wysiadł z pojazdu jadącego na czele, wyglądając absurdalnie 

nie   na   miejscu   w   czarnym   golfie   i   czarnych,   szytych   na   miarę   spodniach. 
Wszedł   przez   drzwi,   przez   sekundę   lustrował   wzrokiem   miejsce   zajścia   i 

podszedł do nas.

        

Oczy Currana pociemniały. 

        

-   Założę   się   o   dolara,   że   spieszy   by   mnie   zapewnić,   że   nie   byliśmy   w 

niebezpieczeństwie.

        

- To zakład dla frajera.

        

Między Gromadą a Rodem panował bardzo kruchy pokój. Nikt z nas nie 

chciał zrobić niczego, co mogłoby mu zaszkodzić.

        

Ród działał sprawnie, musiałam im to przyznać. Jedna ekipa podeszła do 

wampirów, druga do ciała kobiety, a trzecia do załamanego czeladnika. Dwie 

kobiety i mężczyzna, ubrani w garnitury, ruszyli prosto w kierunku kabiny, w 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

której siedzieli właściciele.

        

Ghastek podszedł na tyle blisko, by móc być usłyszanym. 

        

-   Chcę,   żeby   to   było   zupełnie   jasne:   to   nie   była   próba   zabicia 

któregokolwiek z was. Czeladnik nie powinien się tutaj znajdować, a osoby 
odpowiedzialne za całe zajście

 

będą surowo ukarane.

        

Curran wzruszył ramionami. 

        

- Nie martw się Ghastek. Wiem, że gdyby usiłowano nas zabić, ściągnięto 

by więcej niż dwa wampiry.

        

- Co tu się wydarzyło? – zapytał Ghastek.

        

-   Byli   na   kolacji   –   powiedziałam.   –   Wydawali   się   szczęśliwi.   Chłopak 

podarował jej naszyjnik, a ten ją zadusił. 

        

- Więc, jak rozumiem, Lawrence sam osobiście jej nie zranił.

        

- Nie – powiedział Curran. – Był w szoku, patrząc jak dziewczyna umiera.

 

        

Ghastek   ponownie   zlustrował   miejsce   zajścia   –   wyglądał,   jakby   chciał 

znaleźć się gdziekolwiek indziej, byle nie tutaj.

        

- Jeszcze raz ogromnie przepraszamy za sprawienie kłopotu.

        

- Przeżyjemy – powiedział Curran.

        

Jeden z członków Rodu odsunął się od ciała Amandy. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Naszyjnik przylgnął do skóry. Nie wydaje się, żeby miał

 

jakiś mechanizm 

blokujący. To lite pasmo złota.

        

- Zostawcie to – powiedział Ghastek. – Zdejmiemy to później.

        

Gdybym była na ich miejscu, przecięłabym to podczas przewagi techniki i 

wsadziła do pojemnika na niebezpieczne substancje.

        

Mężczyzna w średnim wieku wdarł się do restauracji, za nim weszła

 

młoda 

kobieta   i   chłopiec,   wyglądający   na   siedmiolatka.   Spojrzałam   na   kobietę   i 
szczęka mi opadła. Była dojrzałą nastolatką, gdzieś na pograniczu pomiędzy 

dziewczyną a kobietą. Fantastycznie zbudowana: pełne piersi, wąska talia i 
krągłe biodra.

 

Poruszała się z naturalnym wdziękiem na długich smukłych 

nogach. Spływające z głowy włosy miały tak dokładnie złoty kolor, że gdybym 
nie   wiedziała   lepiej,   mogłabym   przysiąc,   że   to   było   złoto.   Miała   anielską, 

owalną twarz o bladej skórze. Spojrzała na mnie przelotnie

.

  Tęczówki były 

intensywnie ciemnoniebieskie, a oczy kilkakrotnie starsze od twarzy.

        

Była piękna.

        

Nie   była   także   człowiekiem.   Ewentualnie   przehandlowała   swoje   ciało 

czemuś nieludzkiemu w zamian za wygląd. 

        

Curran obserwował ją. Jego nozdrza nieco się rozszerzyły, gdy wdychał jej 

zapach i w trzewiach poczułam uderzenie prawdziwej zazdrości. No cóż, to był 

nowy i niepożądany stan rzeczy.

        

Ghastek również skupił uwagę na kobiecie z tym rodzajem klinicznego 

zainteresowania, który zwykle przeznaczony jest dla dziwnego insekta. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Przyszli zbolali rodzice. Spotkałem się z nimi wcześniej.

        

- Czy to jest jej siostra? – zapytałam.

        

- Nie, to jest jej matka, pani Sunny

.

 Chłopiec jest bratem Amandy.

        

Nie człowiek.

        

Mężczyzna   w   średnim   wieku   zobaczył   kobietę-nawigatora,   której   ciało 

Ród właśnie ładował na nosze. 

       - Amanda! Jezu Chryste, Amanda! Dziecinko!

        

Rzucił się do Amandy. 

      - O Boże. O Boże.

        

Złotowłosa kobieta pobiegła za nim, ciągnąc chłopca za sobą. 

        

- Nie podchodź do niej za

 

blisko!

        

Mężczyzna pochwycił rękę Amandy. Złota obręcz otworzyła się trzaskiem. 

Niesamowite, łagodne światło zapłonęło w naszyjniku rozświetlając złoto.

        

-   O   Bo…   -   ojciec   Amandy   zamilkł   w   pół   słowa   sparaliżowany   przez 

naszyjnik. Jego dłoń cal po calu sunęła w kierunku naszyjnika.

        

- Przestań! – warknął Curran. Mężczyzna znieruchomiał powstrzymany 

wyraźnym rozkazem w głosie.

        

Już się poruszałam.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Złotowłosa kobieta przecisnęła się obok mężczyzny, szarpnięciem zerwała 

naszyjnik z szyi Amandy, odwróciła się i pchnęła go w stronę gardła chłopca. 
Złota obręcz zamknęła się na szyi dziecka i przywarła do skóry. 

        

Zabrakło mi pół sekundy.

        

Chłopiec dyszał. Jego ojciec potrząsał głową, jakby budził się ze snu.

        

Złotowłosa kobieta spojrzała na mnie starymi oczami i uśmiechnęła się.

                                                            

***

        

- Co ty sobie myślisz? – warknęłam. – Ten naszyjnik właśnie zabił twoją 

córkę.

        

- To nie twoja sprawa – powiedziała złotowłosa kobieta.

        

- Zdejmij to. Natychmiast.

        

Uśmiechnęła się szyderczo. 

       - Nie mogę.

        

Wiedziała   dokładnie,   co   ten   naszyjnik   robił.   Dokonała   świadomego 

wyboru pomiędzy synem a mężem.

        

Chłopiec   wbił   palce   w   szyję   i   próbował   podważyć   naszyjnik,   żeby   go 

rozluźnić. Naszyjnik ani drgnął. Skóra wokół złotej obręczy stała się różowa. 
Musimy ściągnąć z niego tę rzecz.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Mężczyzna spojrzał na nią. 

        

- Aurellia? Co się dzieje? Co to znaczy?

        

- Nie martw się o to – odpowiedziała mu. – Wyjaśnię ci to później.

        

- Nie, wyjaśnisz to teraz. - Curran stanął obok mnie.

        

- Muszę się z tym zgodzić – powiedział Ghastek.

        

Kobieta uniosła podbródek. 

        

- Nie masz władzy nade mną.

        

- Aurellia, co się dzieje? – dopytywał się jej mąż.

      

-   Wręcz   przeciwnie.   Mamy   wszelkie   pełnomocnictwa,   których 

potrzebujemy. – Ghastek pstryknął palcami. U jego boku, jak za dotknięciem 
czarodziejskiej różdżki, pojawiła się kobieta w garniturze i okularach.

        

-   Naszyjnik   spowodował   śmierć   zatrudnianej   przez   nas   czeladniczki. 

Wydaliśmy znaczne sumy pieniędzy na jej wyszkolenie, nie wspominając już o 
cenie   dwóch   wampirów,   które   straciliśmy   w   rezultacie   jej   śmierci.   Jeśli 

utrudnisz  nasze  śledztwo  w  sprawie   tego  incydentu  poprzez  zabranie  nam 
materiału   dowodowego,   uzyskamy   decyzję   sądową   nakazującą   ci   zwrot 

naszyjnika. A gdy zdecydujemy się prowadzić tę sprawę dalej, znajdziesz się w 
sytuacji podlegającej zaskarżeniu

        

Niektórzy   ludzie   trzymają   agresywne

 

psy.   Ghastek   miał   agresywnych 

prawników. Jeśli dostanie chłopca w swoje ręce, znajdzie sposób na zdjęcie 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

naszyjnika. Nawet, jeśli będzie musiał ściąć głowę dziecku, aby go dostać.

        

Nie mogłam pozwolić, żeby Ród zabrał chłopca.

        

- To miłe – powiedziałam. – Mam prostsze rozwiązanie. Zdejmij naszyjnik 

dziecku natychmiast, a ja cię nie zabiję. 

        

-   Zaczekaj   cholerną   chwilę.   –   Ojciec   Amandy   stanął  pomiędzy   mną   a 

swoją żoną. – Uspokójcie się wszyscy. Po prostu uspokójcie się.

        

- Daj mi dziecko a nikt nie zostanie zraniony – powiedziałam. – Nikt mnie 

nie powstrzyma.

        

- To dziecko ma na sobie nasze dowody – powiedział Ghastek.

        

Oczy   Currana   zapłonęły   złotem.   Spojrzał   na   kobietę   wzrokiem   alfy. 

Wzdrygnęła się.

        

-   Oddaj   mi   dziecko   –   powiedział   Curran,   w   jego   głosie   słychać   było 

głębokie, nieludzkie warczenie.

        

- W porządku. – Aurellia pchnęła chłopca w naszym kierunku. – Bierz go.

        

Curran zgarnął chłopca z podłogi i podniósł do góry. Ghastekowi zrzedła 

mina. Wygraliśmy tę rundę.

        

- Oddaj mi mojego syna – zażądał mężczyzna.

        

Curran tylko spojrzał na niego.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

-   W   najlepszym   interesie   chłopca   jest   pozostanie   pod   naszą   opieką   – 

powiedział Ghastek. – Posiadamy lepszy sprzęt.

        

- To nie w wasz sprzęt

 

wątpię – powiedział Curran. – Powątpiewam w 

waszą etykę i intencje.

        

- Co to ma znaczyć? – Ghastek przymrużył oczy.

       

-   To   znaczy,   że   naszyjnik   jest   dla   ciebie   ważniejszy   niż   chłopiec   – 

powiedziałam. – Utniesz chłopcu głowę, żeby go dostać.

        

- To jest gruba przesada – Pan Umarłych skrzyżował ramiona. – Nigdy nie 

zabiłem dziecka.

        

- Och, kiedy to robisz, to nigdy nie jest zabójstwo – powiedziałam. – To 

zawsze jest godna pożałowania, przypadkowa ofiara.

        

- Nie możesz tego zrobić – Ojciec Amandy stanął przed Curranem. - Nie 

możesz zabrać mojego syna.

        

- Owszem, mogę – powiedział Curran. – Zapewnimy mu bezpieczeństwo. 

Jeśli twoja żona zdecyduje się wyjaśnić, co się dzieje, rozważę zwrócenie go.

        

- Pieprz się – powiedziała złotowłosa kobieta. – Wczołgaj się z powrotem 

do   tej   ciemnej   nory,   z   której   wyszedłeś.   Nie   lubię   ani   ciebie,   ani   twojego 

gatunku

.

        

Odwróciła się i wyszła z restauracji.

        

Jej mąż znieruchomiał na chwilę rozdarty między synem a żoną. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- To nie koniec – powiedział wreszcie i pobiegł za Aurellią.

        

- Daj nam chłopca – powiedział Ghastek tonem pełnym perswazji.

        

-   Ani   myślę   –   powiedział   Curran.   –   Jeśli   chcesz   go   później   wypytać, 

zapraszamy do złożenia wizyty w Twierdzy.

        

Członkowie Rodu wokół nas spięli się. Dwa wampiry w rogu pochyliły się 

do przodu.

        

Wyciągnęłam   ostrze   Zabójcy

.  

Miałam   sporo   praktyki   więc   zrobiłam   to 

szybko.   Kobieta   prawnik   odskoczyła   do   tyłu.   Matowe   ostrze   dymiło, 
wyczuwając nieumarłych. Chodź, Ghastek. Zabawimy się tej nocy

 

        

Ghastek westchnął. 

        

- Dobrze. Później dokonamy niezbędnych ustaleń.

       

Curran ruszył do drzwi. Odczekałam chwilę i poszłam za nim, stawiając 

pierwsze dwa kroki tyłem do Currana

,

 żeby się upewnić, że z ciemności żaden 

nieumarły nie wskoczy mu na plecy.

        

Drzwi Arirang zamknęły się za nami. Głos Ghasteka zawołał: 

      -   Dobra,   ludzie,   z   powrotem   do   roboty.   Ustalmy   przebieg   wydarzeń 

dzisiejszej nocy.

        

- Jak masz na imię? – zapytał Curran.

        

Chłopiec przełknął. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Roderick.

        

-   Nie   bój   się   –   powiedział   Curran,   głosem   w   którym   słychać   było 

nieludzkie   warczenie.   –   Zapewnię   ci   bezpieczeństwo.   Jeśli   coś   ci   zagrozi, 
zabiję to.

        

Chłopiec przełknął ślinę.

        

Ten gigantyczny, straszny mężczyzna z płonącymi oczami i nieludzkim 

głosem, po prostu zabrał go od rodziców, ale ma się nie bać, bo on zabije 
wszystko co się rusza. Kopnąć w tyłek za taką uspokajającą strategię, Wasza 

Wysokość. 

        

- Może bałby się mniej, gdybyś przestał warczeć i wyłączył te reflektorki w 

oczach – mruknęłam.

        

Płomień w oczach Currana zgasł.

        

- Będzie dobrze – powiedziałam do Rodericka. – Chcemy tylko zdjąć ten 

naszyjnik, a potem będziesz mógł wrócić do swoich rodziców. Będzie dobrze. 
Obiecuję.

        

Jeśli naszyjnik ściśnie mu szyję, wówczas to będzie cholerna sprawa, z 

którą   ani   ja,   ani   Curran,   ani   ktokolwiek   inny   nie   będzie   mógł   nic   zrobić. 
Musimy zawieźć go do szpitala w Twierdzy.

        

Przeszliśmy przez parking akurat w chwili, gdy Andrea wysiadała z dżipa 

Gromady.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                  

Rozdział  3

 

 

               

Doolittle  pochylił nad chłopcem i  badał naszyjnik  za  pomocą szkła 

powiększającego.   Ciemnoskóry,   o   włosach   przyprószonych   siwizną,   medyk 

Gromady wyglądał na nieco powyżej pięćdziesiątki. Doolittle był najlepszym 
medyko-magiem,   jakiego   kiedykolwiek   spotkałam.   Ściągał   mnie   z   granicy 

śmierci tak wiele razy, że przestaliśmy z tego żartować. 

        

W   Doolittle’u   było   coś   kojącego.   Czy   sprawiał   to   jego   sposób   bycia, 

życzliwość oczu, czy też miękki południowy akcent zabarwiony nutką akcentu 

z  wybrzeża   Georgii,   tego   nie   wiedziałam.   W   chwili,   gdy   wszedł   do   pokoju 
Roderick   się   odprężył.   W   trzydzieści   sekund   dobili   targu:   jeśli   Roderick 

wytrzyma zachowując się spokojnie, to dostanie lody.

        

Nie   dlatego,   żeby   Rodericka   trzeba   było   przekupywać.   Dotarcie   do 

Twierdzy zajęło nam prawie godzinę, a przez całą tę jazdę nie powiedział ani 

jednego słowa. Nie poruszał się, nie wiercił się, ani nie robił żadnej z rzeczy, 
które   wyprawia   siedmioletni   dzieciak   w   samochodzie.   Po   prostu   siedział 

spokojnie, a jego brązowe oczy były szeroko otwarte, jak oczy małej sówki.

        

Doolittle przycisnął kciuk i palec wskazujący tuż pod i nad naszyjnikiem, 

rozciągając skórę. Zarysowało się naczynie krwionośne. Wyraźnie widoczna 

żyła biegła spod złotej opaski pod skórę i wrastała w mięśnie szyi jak cienki 
korzeń.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Czy to boli, kiedy naciskam tutaj? – zapytał.

        

-   Nie   –   powiedział   Roderick.   Jego   głos   był   tylko   nieco   głośniejszy   od 

szeptu.

        

Doolittle spróbował w innym miejscu. 

       - A teraz?

        

- Nie.

        

Doolittle puścił go i poklepał ramię Rodericka. 

       - Sądzę, że na dzisiejszy wieczór skończyliśmy.

        

- Teraz lody? – zapytał Roderick cichym głosem.

        

- Teraz lody – potwierdził Doolittle. – Lena!

        

Zmiennokształtna kobieta wsadziła czerwoną głowę do pokoju.

        

-   Ten   młody   dżentelmen   musi   dostać   lody   –   powiedział   Doolittle.   – 

Zapracował na nie.

        

- O rany! – Lena zrobiła wielkie oczy i wyciągnęła rękę. – Więc lepiej 

zapłacę. Chodź.

        

Roderick zeskoczył z krzesła i bardzo ostrożnie ujął jej rękę.

        

- Jakie lody lubisz? – spytała Lena wyprowadzając go z pokoju.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Czekoladowe – powiedział cicho chłopiec z lekkim wahaniem w głosie.

        

- Mam mnóstwo czekoladowych…

        

Drzwi zamknęły się za nimi.

        

Doolittle popatrzył na drzwi i westchnął. 

        -   Naszyjnik   zakorzenił   się   w   wyrostku   mostkowo-obojczykowym.   Jeśli 

spróbuję   go   wyciąć,   chłopiec   się   wykrwawi.   Mówiliście,   że   to   jego   własna 
matka zatrzasnęła na nim to paskudztwo?

        

- Tak – powiedział Curran.

        

- Kołnierz rozjarzył się, kiedy jej mąż podszedł blisko – powiedziałam. – 

Sięgał   po   niego   ręką   i   wtedy   ona   szarpnęła   naszyjnikiem   dalej   od   niego   i 
zatrzasnęła na chłopcu.

        

-   Zatem   prawdopodobnie   był   przeznaczony   dla   jej   męża   –   powiedział 

Doolittle.

        

- Albo to, albo równie dobrze nadarzyła się okazja do przestępstwa. – 

powiedziałam. – Wystarczyłaby jakakolwiek szyja, a chłopiec był najbliżej.

        

- I to zabiło dziewczynę natychmiast? – zapytał Doolittle.

        

- Prawie – powiedział Curran.

        

- Dziwne. Nie wydaje się, żeby to w tej chwili czyniło krzywdę chłopcu, 

poza zakorzenieniem się.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Czy to go boli? – zapytałam.

        

-   Wydaje   się,   że   nie   –   Doolittle   oparł   się   o   krzesło.   –   „Korzenie” 

przesuwają   się   pod   naciskiem,   więc   wszelkie   próby   przecięcia   naszyjnika 
mogą sprawić, że się skurczy. Nie chcę przy nim majstrować.

        

- Kobieta – powiedział Curran.

        

Myślałam głośno. 

        - Ona nie znajdowała się pod wpływem blasku. Więc, albo jest odporna, 

albo wie, jak to działa.

        

- Chłopiec nie płakał, kiedy zabierałeś go od matki? – zapytał Doolittle.

        

- Nie – powiedziałam.

       

Medyko-mag ponownie spojrzał na drzwi. 

     - Dziecko jest bardzo bierne i grzeczne. Nie odzywa się, o ile nie zwrócisz 
się do niego. Nie przejmuje inicjatywy. Ten chłopiec robi wszystko, żeby stać 

się niewidocznym. Czasami jest to oznaka nieśmiałości. Czasami to oznaka 
maltretowania   emocjonalnego   lub   zaniedbania.   –   Doolittle   skrzyżował 

ramiona. – Takie oskarżenie nie może być rzucane pochopnie. Jest to tylko 
coś, o czym należy pamiętać przy kontaktach z nią. Jeśli ona jest uczuciowo 

chłodna,   to   może   nie   czuć   żadnego   przywiązania   do   niego.   Pozwólcie   mi 
wykonać   pewne   testy.   Im   szybciej   ustalimy,   czym   jest   ten   naszyjnik,   tym 

lepiej.

        

Wyszliśmy z ambulatorium i szliśmy długim korytarzem, kierując się w 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

stronę schodów prowadzących do naszych pokoi na szczycie wieży. Godziny w 

Twierdzy   przesunięte   były   w   kierunku   nocy.   Dla   większości   ludzi   godzina 
dwudziesta druga oznaczała wieczór i prawdopodobnie porę snu – zarówno 

energia elektryczna, jak i opłaty za naładowane powietrze stanowiły znaczny 
wydatek i ludzie dążyli do jak najlepszego wykorzystania światła dziennego. 

Dla   zmiennokształtnych   godzinna   dwudziesta   druga   oznaczała   raczej 
szesnastą.   Na   korytarzu   panował   ruch.   Napotykani   zmiennokształtni 

pochylali głowy, kiedy ich mijaliśmy.

        

- Coś mi przyszło do głowy. – powiedziałam. - Czy nie wydaje ci się, że gdy 

czeladnik dawał naszyjnik Amandzie, to był on jaśniejszy?

        

Curran zmarszczył brwi. 

       - Tak. Niemal białe złoto.

        

- A teraz jest prawie pomarańczowy.

        

- Myślisz, że żywi się gospodarzem? 

        

- Wydaje się, że to ma sens. Być może odczuwa łaknienie. Dziewczyna 

zmarła natychmiast, bo naszyjnik był głodny. Teraz jest syty, więc czeka na 
odpowiedni moment.

        

- Musimy porozmawiać z czeladnikiem – powiedział Curran. – I kobietą.

        

-   Tak,   kobieta.   Nadnaturalnie   piękna   kobieta   z   długimi,   spływającymi 

włosami… Nie możesz jej zapomnieć.

        

Curran odwrócił głowę, by na mnie spojrzeć. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Co?

        

- To, że to coś, co chciałabym wiedzieć. - Wzruszyłam ramionami. – Jutro 

pomówię z czeladnikiem.

        

- Pójdę z tobą.

        

I   dlaczego   chce   to   zrobić?   Wyobraziłam   sobie   próbę   przesłuchania   w 

obecności Władcy Bestii. Czeladnik spojrzy na niego raz i z krzykiem ucieknie 

gdzie pieprz rośnie.

        

- Nie.

        

- Ciągle powtarzasz to słowo – powiedział. – Czy to coś znaczy?

        

- To znaczy, że nie chcę, żebyś poszedł ze mną. W chwili, gdy wejdziesz do 

pokoju, on zamknie się w sobie z czystego instynktu samozachowawczego. 

Pozwól, że ja się tym zajmę.

        

Zaczęliśmy wchodzić po schodach. Nasze czwarte piętro było na samej 

górze i teraz naprawdę mogłabym skorzystać z windy.

        

Curran zachował spokojny ton głosu.

       - Bez twojej pomocy, przez prawie piętnaście lat jakoś udawało mi się 

całkiem dobrze radzić sobie z Rodem.

        

- Jak sobie przypominam, bez mojej pomocy miałeś niemal wojnę. I nie 

będę   miała   do   czynienia   z   Rodem.   Będę   miała   do   czynienia   z   jednym 

konkretnym   czeladnikiem   stojącym   w   obliczu   sankcji   i   przerażonym   do 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

szaleństwa.        

        

- Jeśli naprawdę myślisz, że beze mnie Ghastek dopuści cię do niego, to 

jesteś szalona – powiedział Curran.

        

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. 

         - Zabiorę swoje boudy i straż osobistą, ubiorę ich na czarno, wsadzę na 
konie i pojadę do Kasyna. Potem wybiorę grupę najbardziej przerażających 

zmiennokształtnych i wyślę ich z informacją, że Małżonka prosi o audiencję. 
Czy naprawdę myślisz, że Ród każe mi długo czekać?

        

To dobrze, że wokół nas nie było żadnej podpałki ani papieru, bo od iskier 

sypiących   się   z   naszego   trykania   głowami   Twierdza   mogłaby   stanąć   w 
płomieniach. Oboje byliśmy zmęczeni i wkurzeni.

       

Ponad   nami   Jim   wyszedł   zza   rogu   na   półpiętro   i   stanął   w   miejscu, 

najwyraźniej sądząc, że mógłby uciec okręcając się na pięcie i udając się w 
zupełnie innym kierunku. Curran odwrócił ku niemu twarz.

        

To prawda, wpadłeś.

        

Jim westchnął i skierował się ku nam dziarskim krokiem.

        

Wysoki, ze skórą koloru mocnej kawy i ubrany na czarno Jim wyglądał 

jakby został wyrzeźbiony z bryły masywnych mięśni. Logika podpowiadała, że 
kiedyś tam musiał być niemowlęciem, a następnie dzieckiem, ale patrząc na 

niego byłeś niemal przekonany, że  jakieś bóstwo  dotknęło  ziemi  różdżką  i 
ogłosiło:   „tutaj   pojawi   się   pieprzony   gnojek”,   no   i   zaistniał   Jim,   w   pełni 

ukształtowany,   ubrany,   gotów   do   działania.   Był   alfą   Klanu   Kotów,   Szefem 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

Bezpieczeństwa Gromady i najlepszym przyjacielem Currana.

        

Zatrzymał się obok nas.

        

- Czy zweryfikowałeś już Wilki z Wyspy? – zapytał Curran.

        

- Nie.

        

- Kim są Wilki z Wyspy? – zapytałam.

        

- To mała wataha z Floryda Keys – powiedział Curran. – Ośmioro ludzi. 

Proszą   o   przyłączenie   się   do   nas,   ale   z   jakiegoś   powodu   nasz   Szef 
Bezpieczeństwa celowo ociąga się ze sprawdzeniem ich przeszłości.

        

Jim machnął trzymanym w ręku plikiem papierów. 

       - Szef Bezpieczeństwa ma do czynienia z dwoma kradzieżami, czterema 

morderstwami i porzuceniem posterunku.

        

- Morderstwa? – zapytałam.

        

Jim skinął głową.

        

- Dałem wilkom słowo – powiedział Curran.

        

- Nie sprzeciwiam się przyjęciu ich – Jim rozłożył ręce. – Jedynie, mówiąc 

to,   chciałbym   mieć   pewność,   że   zanim   kogoś   nowego   przyjmiemy,   ludzie, 

których tu mamy są bezpieczni. A propos, Kate, czy przejrzałaś dokumenty 
Gildii, które ci przesłałem?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Odwracamy uwagę, prawda? Posłałam mu twarde spojrzenie, które odbiło 

się od Jima jak grad od chodnika. 

       - Do pewnego stopnia. Byłam zajęta.

        

- Widzisz? – Jim wskazał na mnie. – Twoja towarzyszka robi to samo, co 

ja. Wyznacza priorytety.

        

Dostanę go za to. O tak.

        

Curran spojrzał na Jima. 

       - Potrzebujesz mojej pomocy przy sprawdzaniu ich przeszłości?

        

Mięśnie na twarzy Jima drgnęły. 

       - Nie. Poradzę sobie.

        

Ha! On też nie chciał mieć Currana na głowie. 

        -   Nie   martw   się.   On   idzie   ze   mną   przeprowadzać   śledztwo   w   pewnej 

sprawie.

        

- Do miasta? – zapytał Jim.

        

- Tak.

        

- To świetny pomysł. Powinniście iść obydwoje. Do miasta.

        

Curran i ja popatrzyliśmy na siebie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- On stara się nas pozbyć – powiedziałam.

        

- Myślisz, że planuje zamach stanu? – zastanawiał się Curran.

        

- Mam nadzieję, że tak – zwróciłam się do Jima. – Czy istnieje szansa, że 

obalisz tyrańskiego Władcę Bestii i jego chorą psychicznie Małżonkę?

        

- Tak, chcę mieć wakacje – powiedział Curran.

        

Jim pochylił się ku nam i powiedział ściszonym głosem 

      - Nie możecie mi wystarczająco zapłacić. To jest wasz bajzel i radźcie sobie 
z nim. Mam dość spraw na głowie.

        

Odszedł.

        

- Szkoda.

        

- Nie wiem, myślę, że moglibyśmy go przekonać do przejęcia steru władzy.

        

Curran potrząsnął głową. 

       - Nie. Jest na to zbyt inteligentny. 

        

W końcu weszliśmy po schodach, przeszliśmy długi korytarz oraz drugą 

kondygnację   schodów   i   weszliśmy   do   naszych   kwater.   Rzuciłam   torbę, 
wzruszeniem ramion pozbyłam się pochwy z mieczem i głęboko odetchnęłam. 

Aaaachch, dom.

        

Najczęściej rzucenie się na kogoś z tyłu jest bardzo skuteczne, ponieważ ta 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

osoba nie wie, że się zbliżasz. Tym niemniej, ofiara przyzwyczaja się do tego, 

będąc zaatakowana kilkanaście razy. I dlatego, gdy Curran zamierzał mnie 
pochwycić, odskoczyłam na bok i podcięłam go. Padając, złapał mnie za ramię 

a   następnie   kilkakrotnie   przeturlaliśmy   się   po   podłodze   i   na   koniec 
wylądowałam rozciągnięta na nim. Nasze twarze dzielił najwyżej cal.

        

Uśmiechnął się. 

       - Jesteś zazdrosna.

        

Przemyślałam to. 

        

- Nie. Ale kiedy patrzyłeś na tę kobietę jakby była zrobiona z diamentów, 

nie czułam się zbyt dobrze.

        

- Patrzyłem na nią, bo pachniała bardzo dziwnie.

        

- Dziwnie jak?

      

- Pachniała jak kamienny pył. Bardzo mocny suchy zapach. – Curran objął 

mnie. – Uwielbiam, gdy stajesz się zrzędliwa i zaborcza.

        

- Nigdy nie staję się zrzędliwa i zaborcza.

        

Uśmiechnął się pokazując zęby. Twarz miał niemal rozpromienioną. 

        

- Więc zachowasz zimną krew, jeśli wyjdę i ją poderwę?

     

-   Pewnie.   Czy   zachowasz   zimną   krew,   jeśli   wyjdę   i   poderwę   tego 

seksownego wilkołaka z trzeciego piętra?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

W   mgnieniu   oka   przeszedł   od   niedbałego   rozbawienia   do   śmiertelnej 

powagi. 

       - Jakiego seksownego wilkołaka?

        

Roześmiałam się.

        

Oczy Currana wyrażały skupienie. Koncentrował się na czymś.

        

-   Tworzysz   pamięciową   listę   wszystkich   ludzi   pracujących   na   trzecim 

piętrze, prawda?

        

Przybrał obojętny wyraz twarzy. Trafiłam w sedno.

        

Ześlizgnęłam się z niego i oparłam głowę na jego bicepsie. Dywan pod 

plecami był przyjemnie miękki i wygodny.

        

- Czy to Jordan?

        

- Po prostu wybrałam losowo piętro – powiedziałam. – Jesteś stuknięty, 

wiesz?

       

Objął mnie ramieniem. 

      - Patrzcie no, i kto to mówi. 

        

Leżeliśmy razem na dywanie.

        

- Nie możemy pozwolić, żeby naszyjnik zabił chłopca – powiedziałam.

        

- Zrobimy wszystko, co możemy – westchnął. – Przykro mi z powodu 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

kolacji.

        

- Najlepsza randka pod słońcem. No cóż, dopóki nie zginął człowiek i nie 

wyskoczyły wampiry. Ale zanim to się stało, było fantastycznie.

        

Poleżeliśmy jeszcze trochę.

        

-   Powinniśmy   pójść   do   łóżka   –   Curran   przeciągnął   się   obok   mnie.   – 

Chociaż, dywan jest miły i miękki, a ja jestem zmęczony.

        

- Chcesz, żebym cię zaniosła?

        

Roześmiał się. 

       - Sądzisz, że dasz radę?

        

- Nie wiem. Chcesz się przekonać?

        

Okazało się, że przenoszenie go do łóżka nie było konieczne. Dotarł tam o 

własnych siłach i wcale nie był tak zmęczony, jak twierdził.

                                          

                                                                

***

 

        

Ranek przyniósł telefon od Doolittle’a, a kiedy tam dotarliśmy Roderick 

siedział na łóżku z tym samym osowiałym wyrazem twarzy. W ciągu nocy 

naszyjnik stracił trochę ze swojej intensywnej żółtej barwy. Teraz wyglądał na 
nieco ciemniejszy od skórki pomarańczowej.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Przykucnęłam przy chłopcu. 

      - Cześć.

        

Roderick spojrzał na mnie wielkimi oczami 

       - Dzień dobry.

        

Jego głosik był słaby. W wyobraźni widziałam, jak naszyjnik zaciska się 

wokół wątłej szyi. Kości trzeszczały.

        

Musieliśmy postarać się to usunąć. Musieliśmy zdjąć to z niego.

        

Doolittle odprowadzał nas w kierunku drzwi i mówił cicho. 

      - Nastąpiła wyraźna zmiana w kolorze metalu. Chłopiec zaczyna doznawać 
uczucia dyskomfortu.

        

- A więc ta rzecz głodnieje – powiedział Curran.

        

- Prawdopodobnie. 

        

Doolittle podniósł mały wydruk. Papier przecinał bladoniebieski pasek. 

M-skan.   M-skaner   rejestrował   kolory   magii:   purpurowy   dla   wampirów, 
zielony   dla   zmiennokształtnych   i   tak   dalej.   Niebieski   oznaczał   zazwyczaj 

ludzką   magię   -   kolorem   niebieskim   rejestrował   magów:   telepatów, 
telekinetyków. To była dla ciebie standardowa wartość domyślna, oznaczająca 

człowieka.

        

- Czy to jest naszyjnik czy Roderick? – zapytał Curran.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- To jest chłopiec. On posiada moc, a to zaciemnia wszelkie magiczne 

sygnały,   które   wysyła   naszyjnik.   –   Doolittle   wskazał   punkt   na   wykresie. 
Zmrużyłam oczy. Seria jaśniejszych iskierek przebijała niebieski kolor.

        

-   To   prawdopodobnie   jest   naszyjnik   –   powiedział   Doolittle.   –   To   nie 

wystarczy,   żeby   kontynuować.   Potrzebny   jest   nam   bardziej   precyzyjny 
przyrząd pomiarowy.

        

Potrzebowaliśmy   Julie.   Miała   wrażliwe   zmysły   –   rozpoznawała   kolory 

magii z większą dokładnością niż jakikolwiek m-skaner. Wychyliłam głowę na 
korytarz i zawołałam. 

        

- Czy ktoś może znaleźć moje dziecko i poprosić ją, żeby tutaj przyszła?

        

Pięć minut później Julie weszła na oddział medyczny. Kiedy ją znalazłam 

była   na   wpół   zagłodzona,   chuda   i   dostawała   napadów   lęku,   gdy   warstwa 
ochronna brudu była usuwana z jej skóry. Teraz w wieku czternastu lat zrobiła 

postępy - z chudej do szczupłej. Jej nogi i ręce, o ile je naprężyła, uzasadniały 
to   określenie.   Była   skrupulatnie   czysta,   chociaż   niedawno   zdecydowała,   że 

stratą czasu był wymysł ze szczotkowaniem, więc jej blond włosy wyglądały 
jak skrzyżowanie zmierzwionego stogu siana i ptasiego gniazda.

        

Wyjaśniłam jej sprawę naszyjnika. Julie podeszła do chłopca. 

        

- Cześć. Popatrzę na tę rzecz na twojej szyi, dobrze?

        

Roderick nic nie powiedział.

        

Julie spojrzała badawczo na metal. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       - Dziwne. To jest blade.

        

- Blado żółte? Blado zielone?

        

Każdy odcień był dobry.

        

- Nie to wygląda na bezbarwne, jak ciepłe powietrze unoszące się nad 

jezdnią.

        

Przezroczysta magia. Teraz widziałam wszystko.

        

- Na tym są runy – powiedziała Julie.

        

- Możesz je przeczytać? – zapytał Curran.

        

Potrząsnęła głową. 

        

- To nie są runy żadnego alfabetu, którego nas uczono.

        

Doolittle wręczył jej kartkę papieru i długopis, a ona narysowała na niej 

pięć symboli. Runy, dawne litery alfabetów staro-nordyckiego i germańskiego, 

przeszły   przez   lata   kilka   zmian,   ale   najstarsze   runy,   wycinane   na   twardej 
powierzchni, wyglądały tak jak te - wszystkie linie proste, żadnych krzywizn, 

żadnych niewielkich ukośnych kresek. Te symbole zdecydowanie pasowały do 
tego   szablonu,   ale   nie   przypominały   jakiejkolwiek   runy,   którą   widziałam. 

Mogłam spędzić dzień czy dwa na grzebaniu w książkach, ale Roderick nie 
miał tyle czasu. Potrzebowaliśmy szybkiej informacji.

        

Curran musiał dojść do takiego samego wniosku. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Czy znamy jakiś ekspertów od run?

        

Popukałam w papier. 

        -   Mogę   wykonać   kilka   telefonów.   Jest   taki   gość.   Dagfinn   Heyerdahl. 

Dawniej należał do Fundacji Dziedzictwa Nordyckiego.

        

Fundacji Dziedzictwa Nordyckiego chodziło nie tyle o dziedzictwo, ile o 

wikingów,   w   najbardziej   banalnym   sensie   tego   słowa.   Pili   ogromne   ilości 

piwa,   awanturowali   się   i   nosili   rogate   hełmy   na   przekór   wszystkim 
przeciwnym dowodom historycznym.

        

- Dawniej należał?– zapytał Curran.

        

- Wykopali go za pijaństwo i agresję.

        

Curran zamrugał. 

       - Dziedzictwo Nordyckie?

        

- Mhm.

        

- Czy nie musisz tylko pić i awanturować się, żeby zostać tam przyjętym? – 

zapytał. – To jakie właściwie chuligańskie wybryki wyprawiał? 

        

- Dagfinn jest twórczą duszą – powiedziałam. – Naprawdę nazywa się Don 

Williams. Zgromadził wiele magii i gdyby mógł wykręcić się z tego na swój 

sposób, nadal byłby w Dziedzictwie Nordyckim. Jego kartoteka przestępcza 
jest tak długa, jak Biblia, a wszystko to błahe, głupie rzeczy. Jest jedynym 

znanym mi najemnikiem, który pracuje za friko, ponieważ karano go grzywną 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

tak wiele razy, że niemało lat zajmie mu wyjście z długów wobec Gildii. Jakieś 

dwa lata temu upił się, rozebrał do naga i włamał się do centrum medytacji 
buddystów   w   południowej   części   miasta.   Na   terenie   znajdowała   się   grupa 

bhikkhunis,   kobiet-mniszek,   pogrążonych   w   głębokiej   medytacji.   Ganiał   je 
wokoło, rycząc coś o ukrywaniu przez nich azjatyckich pań. Myślę, że wziął ich 

za mężczyzn, ze względu na ich szaty i ogolone głowy.

        

- A dlaczego nikt nie wyprowadził z błędu tego durnia? – zapytał Doolittle.

        

-   Być   może   dlatego,   że   są   buddystami   –   powiedział   Curran.   –   W   ich 

społeczności przemoc jest na ogół źle widziana. Jak to się skończyło?

        

-   Dagfinn   ściągnął  szatę   jednej   z  zakonnic   i   wtedy   podszedł   do   niego 

starszy mnich i walnął go w pierś dłonią zwiniętą w pięść. Dagfinn poszybował 
w   powietrze   i   przebił   mur   klasztorny.   Na   jego   twarz   zwaliły   się   cegły   i 

zafundowały  mu szybką  operację  plastyczną.  Starszy  mnich z  własnej  woli 
udał się na odosobnienie, ponieważ podniósł rękę w gniewie. Nadal mieszka w 

lesie w pobliżu Kamiennej Góry. Był bardzo szanowany, więc inni mnisi się 
wkurzyli i poszli zobaczyć się z Fundacją Dziedzictwa Nordyckiego. Nastąpiła 

wymiana   zdań,   a   następnego   ranka   Fundacja   wylała   Dagfinna.   Neo-
wikingowie wiedzą, gdzie on jest. Wykopali go, ale to nadal jest ich chłopak

        

Curran skinął głową. 

        

- Dobrze, weźmiemy dżipa.

        

-   Przez   ostatnie   czternaście   wieków   nie   pozwolili   wejść   na   swoje 

terytorium żadnej technologii. Musisz pojechać konno.

        

Twarz Currana przybrała beznamiętną minę Władcy Bestii. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Nie sądzę.

        

- Możesz pobiec, jeśli chcesz, ale ja biorę konia.

        

Niski pomruk zaczął wzbierać Curranowi w gardle. 

        

- Powiedziałem, że weźmiemy dżipa.

        

- A ja powiedziałam, że oni wbiją ci topór w gaźnik.

        

- Czy ty w ogóle wiesz, co to jest gaźnik?

        

Wiedziałam, że jest to część samochodu. 

       - To nieistotne. 

        

- Doolittle odchrząknął. 

       - Mój Panie, moja Pani.

        

Spojrzeliśmy na niego.

        

- Wyjdźcie na zewnątrz mojego szpitala, zanim coś porozbijacie. 

        

To nie zabrzmiało jak prośba.

        

Rozległ się odgłos ostrożnego pukania do drzwi. Młoda kobieta wsunęła 

głowę do środka. 

        

- Małżonko?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Co znowu? 

        - 

Tak?

        

- Na dole jest wampir, który chce się z tobą widzieć. 

                                            

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                              

Rozdział  4

 

        

W poczekalni siedział w kucki wampir – chuda, wyniszczona potworność. 

Wampiry były nocnymi drapieżnikami. Światło słoneczne paliło ich skórę, ale 
Ród niedawno nauczył się omijać ten problem przez stosowanie 

opatentowanych własnym znakiem firmowym kremów z filtrem 
przeciwsłonecznym. Zaschnięty krem tworzył grubą warstwę i dostępny był w 

wielu kolorach. Ten konkretny wampir paradował w powłoce o barwie jasno 
żółto-zielonej. Krem z filtrem pokrywał nieumarłego całkowicie, każdą 

zmarszczkę, każdą szczelinę, każdy cal skóry. Efekt wywoływał mdłości. 

        

Gdy weszłam, nieumarły odwrócił głowę, skupiając na mnie spojrzenie 

oczu, z których wyzierała inteligencja nawigatora siedzącego w opancerzonym 

pokoju oddalonym o mile.

        

- Kate – powiedział oschły głos Ghasteka. – Curran. Dzień dobry.

        

- Co ty tu robisz? – zapytał Curran.

        

Wampir zgiął się przysiadając na krześle niczym zmumifikowany kot. 

        

- Jestem bezpośrednio zainteresowany odkryciem natury naszyjnika. 

Ponieśliśmy wielkie straty, musimy się z nich wytłumaczyć. Czy znaleźliście 

sposób, żeby go zdjąć?

        

- Nie – powiedziałam.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- A więc życie chłopca jest nadal w niebezpieczeństwie – powiedział 

Ghastek.

        

Dziękuję, Kapitanie Oczywistość.

        

- Naszyjnik będzie usunięty – powiedział Curran

        

- Chciałbym być przy tym obecny.

        

- Jestem pewien, że chciałbyś – powiedział Curran. – Może trudno w to 

uwierzyć, ale całe dni obywam się bez martwienia się

 

o twoje upodobania i 

niechęci. 

        

Wampir otworzył usta naśladując westchnienie. To był niesamowity 

widok: szczęki opadły, pierś unosiła się i opadała, ale nie wydobywało się 

powietrze.

        

- Wierzę w uprzejmą rozmowę, więc proszę mi wybaczyć, gdy zabrzmi to 

zbyt otwarcie: zabrałeś dziecko rodzicom wbrew ich woli. Ostatnim razem, 

gdy sprawdzałem, to było porwanie. Mam bardzo kompetentnych 
pracowników, którzy, daję na to słowo, przedstawią niezbite tego dowody 

PAD-owi.

        

- PAD może mi naskoczyć – powiedział Curran. – Również mam bardzo 

kompetentny personel. Zaleję cię papierzyskami. Jak się poczujesz będąc 

oskarżonym?

        

- Na jakiej podstawie? – wampir spojrzał z oburzeniem

        

- Lekkomyślne narażenie na niebezpieczeństwo. – Curran pochylił się do 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

przodu. – Twoi czeladnicy wypuścili dwa wampiry w środku zatłoczonej 

restauracji.

       

- Istnieją okoliczności łagodzące, a wy wyszliście z tego bez szwanku.

        

W oczach Currana pojawił się niebezpieczny błysk. 

        

- Jestem pewien, że społeczeństwo weźmie to pod uwagę, zwłaszcza, gdy 

moi ludzie zamieszczą szczegóły

 

makabrycznej historii Masakry w Arirang w 

każdej gazecie, którą uda im się znaleźć 

        

Wampir wyszczerzył kły.

        

Górna warga Currana drżała zapowiadając warczenie.

        

Wbiłam nóż do rzucania w blat stołu pomiędzy nimi.

        

Mężczyzna i nieumarły zamilkli.

        

- Na górze jest dziecko, które czeka powolna śmierć przez uduszenie – 

powiedziałam. – Jeśli obydwaj przez chwilkę przestaniecie wyszczerzać na 

siebie zęby, to może nawet przypomnicie sobie o tym.

        

Cisza przeciągała się.

        

- Po prostu chcę pomóc – powiedział Ghastek.

        

Tak, jasne.

        

Twarz Currana wyglądała na wykutą w kamieniu. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       - Nie potrzebujemy cię.

        

- Owszem, potrzebujecie – powiedział Ghastek. – Macie naszyjnik, ale ja 

mam Lawrence’a. Spotykał się z Amandą od ponad roku. Sądzę, że zaciekawi 
was wiadomość, że Colin Sunny, ojciec Amandy, ma siostrę. Jest ona żoną 

Orencio Forney’a.

        

- Orencio Forney’a, Prokuratora Okręgowego?

      

- No właśnie – powiedział Ghastek. – Po wczorajszych wydarzeniach 

pojechali do domu Forney’ów. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę z 

konsekwencji tego faktu. 

        

Aż za dobrze zdawałam sobie sprawę z konsekwencji. Sunny’owie właśnie 

stali się nietykalni. Jeśli Gromada spróbowałaby wziąć się za łby z biurem 

Prokuratora Okręgowego, to fala negatywnego rozgłosu zatopiłaby nas, nie 
mówiąc już o tym, że każdy policjant uznałby za swoją osobista misję 

skomplikowanie życia zmiennokształtnym gdzie tylko byłoby to możliwe.

        

Twarz Currana stwardniała w obojętną, nieprzeniknioną maskę. 

Zrozumiał ostrzeżenie równie dobrze i nie podobało mu się to. 

       - Czy poprosiłeś o zgodę na zobaczenie się z nimi w celu przeprowadzenia 

rozmowy?

        

- Tak ostrożnie i grzecznie jak tylko się dało. Staraliśmy się być 

niezmiernie przekonywujący, ale państwo Sunny okazali się być nieosiągalni.

        

- Nawet nie zapytali o syna, Rodericka?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

O co chodzi do diabła?

        

- Nie, nie zapytali – powiedział Ghastek. – Też uważam to za nader 

dziwne. Dom prokuratora otaczały samochody. Jeśli chcecie zdobyć jakieś 
informacje o chłopcu i jego matce, to pozostaje wam tylko nasz Lawrence. 

Pozwól mi być obecnym przy usuwaniu naszyjnika, a podzielę się Lawrencem.

        

Spojrzałam na Currana. Potrzebne nam były te informacje.

        

Jego twarz była nieprzenikniona. 

        

No dalej, kochanie. 

        

- Dobrze – powiedział.

                                                      

***

        

Pewien mądry człowiek powiedział mi kiedyś, że dom człowieka wiele 

mówi o jego wnętrzu. Z upływem lat doszłam do wniosku, że była to 

kompletna bzdura. Ponure wieże i wielkie wały obronne Twierdzy sprawiały 
złowieszcze wrażenie i być może mówiły coś o potrzebie Currana chronienia 

swoich ludzi. Ale nie mówiły nic o tym, jak wiele odpowiedzialności ciążyło na 
jego barkach. Nic też nie mówiły o tym, że jest on sprawiedliwy i hojny. I 

pewne jak wszyscy diabli, iż nie zdradzały, że pod tym całym ryczącym Władcą 
Bestii kryje się pełen humoru człowiek.

        

Z drugiej strony, Kasyno wyglądało jak piękny miraż zrodzony z pustynnej 

spiekoty i magii. Białe i eleganckie, ozdobione fontannami, posągami i 
kolorowymi latarniami, niemal unosiło się nad ziemią wielkiej parceli. Całe to 

piękno kryło stajnię wampirów. Nieumarli, wiecznie głodni i pochwyceni w 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

stalowe imadła umysłów nawigatorów, nawiedzali smukłe minarety. Kasyno, 

które wyciągało pieniądze z ludzkiej chciwości, zajmowało parter, a głęboko 
wewnątrz budynku Ród knuł plany i machinacje z bezlitosną precyzją 

nowoczesnej korporacji zainteresowanej tylko wynikami i zyskami.

        

Zatrzymałam dżipa na parkingu i przez przednią szybę popatrzyłam na 

pałac Kasyna. Nie miałam ochoty wchodzić do środka. Sądząc po cierpkim 

wyrazie twarzy, Curran również nie chciał tam iść

        

Równocześnie otworzyliśmy drzwi i ruszyliśmy w kierunku Kasyna.

        

- Robimy to dla dziecka – powiedział Curran.

        

- Tak. – Dobrze było o tym pamiętać. – Musimy tylko wejść i 

porozmawiać z nimi.

        

- I nie zabić nikogo – dodał Curran.

        

- Albo czegoś.

        

- I nie niszczyć rzeczy.

        

- Ponieważ nie chcemy dostać olbrzymiego rachunku od Rodu.

        

- Tak. – Twarz Currana była ponura.- Nie zamierzam im dać ani grosza od 

Gromady.

        

Skinęłam głową. 

      - Będziemy grzeczni, nie będziemy musieli płacić żadnego odszkodowania, 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

a potem wyjdziemy i weźmiemy porządny prysznic.

        

- Zmyć ten odór. Mogę stąd poczuć krwiopijców.

        

- Mogę wyczuć ich stąd.

        

Mogłam – iskry wampirzej magii przyciągały mnie z białych gzymsów.

        

- Dzięki za potwierdzenie tego – powiedział Curran.

        

- Dzięki za przyjście ze mną.

        

Wejść, wyjść, nie wywołać gigantycznej wojny pomiędzy Gromadą i 

Rodem. Małe piwo.

        

Przeszliśmy przez wysokie, łukowate wejście, pilnowane przez dwóch 

mężczyzn uzbrojonych w zakrzywione miecze typu jatagan. Strażnicy byli 

ubrani na czarno i wyglądali odpowiednio groźnie. Bardzo uważali, żeby na 
nas nie patrzeć.

        

W środku zaatakował nas potop dźwięków: hałas automatów, które 

przebudowano tak, by działały podczas magii, dzwonienia metalu, muzyki, 
brzęczenia, mieszaniny okrzyków tłumu tracącego swoje ciężko-zarobione 

pieniądze za obietnicę łatwej gotówki. W zimnym powietrzu unosił się zapach 
cytryny – Ród nie pozwalał zasnąć swoim klientom, bo śpiący nie mogli grać.

        

Curran skrzywił się na ten zgiełk.

        

- Jesteśmy prawie na miejscu, kochanie – powiedziałam kierując się do 

drzwi wejściowych dla pracowników

 

na odległym końcu przestronnego 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

pomieszczenia.

        

Bardzo otyły mężczyzna odwrócił się od maszyny i wpadł na Currana. 

       - Hej! Uważaj!

        

Curran szedł dalej nie zwracając na niego uwagi.

        

- Dupek! – warknął mężczyzna za naszymi plecami.

        

- Kocham to miejsce – powiedział Curran.

        

- Jest tu tak pogodnie i spokojnie, i pełno tu delikatnych, uprzejmych 

ludzi. Myślałam, że lubisz tę atmosferę.

        

- Uwielbiam.

        

Przeszliśmy przez wejście dla pracowników. Jeden z czeladników, 

mężczyzna w czarnych spodniach, czarnej koszuli i w purpurowej kamizelce, 

podniósł się zza biurka.

       

- W czym mogę pomóc?

        

- W porządku, Stuart. – Na bocznych schodach pojawiła się kobieta i 

weszła do pokoju. Miała około 160 cm wzrostu i wyglądała jak ucieleśnienie 

snów dorastających chłopców. Szczupła talia, krągłe biodra i zasługujące na 
nagrodę piersi spowite ciemnym jedwabiem. Włosy opadały czerwoną lśniącą 

falą poniżej pośladków, a kiedy uśmiechnęła się do ciebie, czułeś nieodparte 
pragnienie, by zrobić wszystko, o co poprosiła. Miała na imię Rowena, 

pracowała w dziale PR Rodu, a dla zarobku pilotowała nieumarłych.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Miała też dług wobec czarownic, który okrężną drogą został scedowany na 

mnie. Gdybym poprosiła ją o przysługę, musiałaby to zrobić – fakt, który obie 
starannie ukrywałyśmy.

        

- Pan Lennart, pani Daniels. – Rowena błysnęła przepięknym uśmiechem. 

– Lawrence czeka na was na górze. Proszę za mną.

        

Poszliśmy za nią. Gdy wchodziliśmy po schodach idealny, opięty 

błyszczącym jedwabiem tyłek Roweny kołysał się wahadłowo pół metra przed 

nami. Curran heroicznie nie zerkał na niego.

        

Zaprowadziła nas do małego pokoju z lustrem weneckim. Można by się tu 

spodziewać szarych ścian, przykręconych do podłogi krzeseł, ale nie – ściany 

były kremowe, wykończone u góry subtelnie wyrzeźbioną kratką, a 
umeblowanie składało się z nowoczesnej sofy i dwóch wyściełanych krzeseł 

oraz ustawionego pomiędzy nimi stolika do kawy. Lawrence siedział w rogu 
sofy. Był blady i miał przekrwione oczy.

        

Usiedliśmy na krzesłach.

        

- Czy wiesz, kim jesteśmy? – powiedział cicho Curran.

        

Lawrence skinął głową. 

       - Poinformowano mnie. Mam współpracować.

        

Wyjęłam z kieszeni notes. 

       - Jak długo znałeś Amandę?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Lawrence przełknął. 

        - Trzy lata. Została przyjęta tu jako praktykantka zaraz po ukończeniu 

szkoły średniej.

        

- Jak długo się umawialiście? – spytałam.

        

- W przyszłym tygodniu byłoby trzynaście miesięcy – powiedział. Głos 

miał ochrypły. Odchrząknął.

        

- Opowiedz nam o jej rodzinie – powiedział Curran

.

        

Lawrence westchnął. 

       - Ona nie była taka jak oni.

        

- Dlaczego nie? – podpowiedziałam.

        

- Mówiła, że jej matka była bardzo zimna. Aurellia stwarzała pozory 

pilnując, żeby Amanda i jej brat nie chodzili głodni i byli odpowiednio ubrani. 
Opracowała dla nich bardzo szczegółowy harmonogram zajęć. Żelazny 

Kalendarz, jak to nazywała Amanda. Jeśli mieli ustalony termin wizyty u 
lekarza, czy też szkolnej wycieczki, było to zapisywane w kalendarzu i nie 

mogło być mowy o żadnych odstępstwach od niego. Przez całe cztery lata 
szkoły Amanda miała imponującą frekwencję. Nieważne, jak bardzo była 

chora, matka wysyłała ją do szkoły. Żadnych spóźnień. Ale nigdy nie było w 
domu żadnej miłości ani prawdziwego ciepła.

        

- A jej ojciec? – zapytał Curran.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Colin czci ziemię, po której stąpa Aurellia. – Lawrence uśmiechnął się 

gorzko. – Gdy tylko Aurellia znajdowała się w pokoju, jakby stawał się ślepy 
na wszystko dookoła. Amanda mogła z nim porozmawiać jedynie wtedy, gdy 

matka była zajęta czymś innym. Mówiła mi, że to dlatego przyłączyła się do 
Rodu. Praktykanci mieli prawo do własnego pokoju i wyżywienia w Kasynie.

        

- Czy jej matka zdenerwowała się, gdy Amanda to zrobiła? – zapytałam.

      

- Aurellia nie zdenerwowała się. Ona przypomina pięknego robota – 

powiedział Lawrence. – Nigdy nie krzyczy. Nigdy nie traci panowania nad 
sobą. W każdym razie nie sądzę, żeby o to dbała.

        

- Czy nawiązałeś osobiste kontakty z jej rodzicami? – zapytał Curran.

        

- Tak. Raz poszliśmy wspólnie na kolację. Colin wydawał się zwyczajny. 

Aurellia nic nie powiedziała, poza zamówieniem jedzenia. Miałem wrażenie, 
że robiła tylko to, czego od niej wymagano, a rozmawianie ze mną, czy z 

Amandą, nie było jej obowiązkiem.

        

- Co wiesz o naszyjniku? – zapytałam.

        

Laurence złapał kilka szybkich, płytkich oddechów.

        

Czekaliśmy.

        

- Był prezentem – powiedział w końcu. – Został przysłany do ich domu na 

któreś Boże Narodzenie, zaadresowany do Colina. Rozpakował prezent – 

włożony był do szklanej szkatułki – i próbował otworzyć naszyjnik, a wtedy 
Aurellia wyrwała mu go z rąk. Włożyli naszyjnik z powrotem do szklanej 

skrzynki i powiesili na ścianie w holu, naprawdę bardzo

 

wysoko. Amanda 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

wtedy miała około piętnastu lat. Lubiła go. Mówiła, że miała zwyczaj stać w 

holu i patrzeć na niego, ponieważ był taki piękny. Nigdy nie wolno byłe jej go 
dotknąć. Sześć miesięcy temu włamano się do nich. Włamywacze zabrali 

trochę biżuterii, pieniędzy i jakoś udało się im ściągnąć i ukraść naszyjnik. 
Była naprawdę tym zdenerwowana.

        

Lawrence spojrzał na swoje dłonie. 

       - W ubiegłym tygodniu zobaczyłem go w lombardzie. Kupiłem go dla niej. 

Ja... ja ją zabiłem. Była taka miła, taka piękna. Czasami, kiedy rozmyślała o 
czymś, albo, gdy parzyła kawę, podśpiewywała sobie krótkie piosenki. A ja ją 

zabiłem. Założyła go i po prostu... po prostu umarła. Byłem tam i nie mogłem 
nic zrobić...

        

Siedzieliśmy z nim jeszcze z dziesięć minut, ale Lawrence nic więcej nie 

powiedział.

        

Na korytarzu czekał na nas Ghastek.

        

- Powiedz mi proszę, że pilnujecie go, by nie popełnił samobójstwa. – 

powiedział Curran.

        

- Oczywiście – powiedział Pan Umarłych. – Jest pod opieką terapeuty, ma 

dostęp do duchownego i jest obserwowany nawet wtedy, gdy śpi. Jeśli jednak 
naprawdę zechce się zabić, to nikt z nas nie będzie mógł z tym nic zrobić. Jest 

to przykre. Zbliża się koniec jego pięcioletniego okresu czeladniczego. 
Zainwestowaliśmy sporo pieniędzy i czasu w jego naukę.

        

Oczywiście. Co za głuptas ze mnie, żeby o tym nie pomyśleć. Ród nie 

zatrudniał pracowników, ludzie stanowili dla nich tylko majątek, a każda z 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

osób miała przyczepioną metkę z ceną

        

- Zbadałem te wasze skopiowane symbole z naszyjnika – powiedział 

Ghastek. – Mówiliście, że wydają się być pewnego rodzaju pismem 
runicznym, ale te znaki są mi nieznane. Jak bardzo ten rysunek jest wierny? 

        

- Tak wierny, jak tylko leży to w ludzkiej mocy – powiedziałam.

        

Uniósł brwi.

        

- Czy znany ci jest termin „ludzki błąd”?

        

Czy znany ci jest termin „uderzenie pięścią w twarz”?

        

- Osoba, która skopiowała runy z naszyjnika jest ekspertem w tym, co 

robi. To, że nie rozpoznałeś znaków, nie oznacza, że nie są pochodzenia 
runicznego. Starszy alfabet runiczny przeszedł wiele zmian na przestrzeni lat.

        

Ghastek wyjął kopię rysunku Julie. 

       - Studiowałem ten temat obszernie i nigdy nie widziałem runy takiej, jak 

ta. – Ghastek pokazał na znak, który wyglądał jak X z podwójnym lewym 
ukośnym ramieniem.

        

No, oczywiście. On nie znał tego, zatem to w żaden sposób nie mogła być 

runa.

        

- Zarówno runa Fehu, jak i Algiz, mają podwójne oba ramiona. Dlaczego 

ta runa nie może mieć jednego podwójnego? Jeżeli wrzucisz ją do zbioru run

 

powiesz laikowi, żeby wybrał jedną, która nie należy do zbioru, nie wychwyci 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

tej jednej.

        

Ghastek spojrzał na mnie protekcjonalnie.

        

- Termin „laik” odnosi się do nie-eksperta przez samą jego definicję. 

Oczywiście, że nie-ekspert nie będzie potrafił rozróżnić tej pojedynczej runy, 
Kate. Możemy też wymieszać gwiazdy i spirale, wrzucić runę, a będzie mało 

prawdopodobne, że wybierze ją spośród nich. 

        

Ty zarozumiały dupku. 

        

Curran chrząknął.

        

Zdałam sobie sprawę, że zrobiłam krok w kierunku Ghasteka. Nie zabijaj, 

nie uderzaj pięścią, nie niszcz mienia. W porządku.

        

- Zwrócimy się w tej sprawie do eksperta – powiedział Curran.

        

- Myślę, że to rozsądne, biorąc pod uwagę obecną sytuację.

        

No cóż, to bardzo uprzejme z jego strony, że udzielił nam swojej zgody.

        

- Gdzie znajduje się ekspert? – spytał Ghastek.

        

- W Dziedzictwie Nordyckim – powiedziałam.

        

Ghastek zmarszczył twarz na podobieństwo zniesmaczonego szyderczego 

uśmiechu, jakby właśnie wsadził głowę do worka zgniłych ziemniaków.

        

- Pójdziecie do neo-Wikingów?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Tak.

        

- Oni są nieokrzesanymi głośnymi bufonami. Wszystko, co potrafią robić, 

to przesiadywać w miodowym dworze, upijać się i okładać się nawzajem 
pięściami, gdy ich męskość jest zagrożona.

        

- Nie musisz iść – powiedziałam.

        

Ghastek wydał długie, cierpiętnicze westchnienie.

        

- Bardzo dobrze. Wyślę z wami swojego wampira.

 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                      

   

             

Rozdział  5

 

Jechałam   na   koniu   nazywanym   Laluś.   Laluś, 
gdy   miał   życzliwe   nastawienie   podobno 

reagował również na imię Fred, był tym, co w 
stajniach   Gromady   nazywano   ”Tennesee 

Walker   Niebieski   Deresz”.   Część   tej   nazwy   –   niebieski   deresz   –   była   do 
pewnego   stopnia   prawdziwa,   koń   pode   mną   był  ciemnoszary,   a   w  pobliżu 

głowy i pęcin niemal czarny. Część nazwy Tennesee Walker... Cóż, jakaś część 
Tennesee   Walker   prawdopodobnie   była   w   nim,   ale   większość   była 

zdecydowanie zimnokrwistym koniem. Masywnym zimnokrwistym koniem, o 
wadze niemal tony. Stawiałam na perszerona. Siedzenie na grzbiecie Lalusia 

przypominało jazdę na małym słoniu.

        

Obecność wampira postawiła Currana przed dylematem. Nie zgodził się 

jechać konno, ale nie chciał mi pozwolić na podróżowanie w towarzystwie 

wampira   bez   wsparcia,   więc   trzeba   się   było   zdobyć   na   jakiś   kompromis. 
Zatrzymaliśmy się przy biurze Cutting Egde, żeby zabrać Andreę. Niestety, 

wyszła.   Najwidoczniej   jacyś   zmiennokształni   zostali   zamordowani   i   Jim 
ściągnął ją do prowadzenia śledztwa – fakt, o którym oczywiście zapomniał 

choćby wspomnieć. W zamian porwaliśmy Dereka i Ascanio.

        

Derek był naszym trzecim pracownikiem. Niegdyś mój pomagier, potem 

szpieg   Jima,   następnie   szef   straży   osobistej   Currana   –   teraz   pracował   dla 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

Cutting Edge, po to, by nabrać doświadczenia i zdecydować, co chciałby robić. 

Kiedy   spotkałam   go   po   raz   pierwszy   miał   zaledwie   osiemnaście   lat   i   był 
śliczny.   Obecnie   dobiegał   dwudziestki.   Jacyś   dranie   wylali   mu   na   twarz 

roztopione   srebro.   Dranie   byli   już   martwi,   ale   Derek   nigdy   nie   został 
całkowicie wyleczony.

        

Ascanio był naszym stażystą. Miał piętnaście lat, był piękny jak anioł i był 

boudą, czyli hienołakiem. Dzieci boud rzadko przeżywały wiek dojrzewania – 
wiele z nich przegrało walkę o swoje zdrowie psychiczne i stało się loupem, – 

więc   Ascanio   był   ceniony,   rozpieszczany,   i   z   tego   powodu   zepsuty   ponad 
miarę.   Niefortunnie   wpakował   się   w   kabałę   o   jeden   raz  za   dużo   i   dlatego 

przysłano go do mnie, ponieważ zdecydowano, że jestem ostatnią osobą, która 
by go zabiła.

        

Derek i Ascanio jechali przede mną, sprzeczając się

 

o coś cicho. Z przodu, 

wzdłuż   drogi,   sunął   truchtem   w   dziwacznych   podrygach   limonowo-zielony 
koszmar,   który   był   wampirem   Ghasteka.   Większość   wampirów   w   końcu 

traciła   zdolność   poruszana   się   w   pozycji   pionowej.   W   miarę   jak   patogen 
Immortus przekształcał ciało ofiary w nowego nocnego drapieżnika powracali 

do   poruszania   się   na   czworakach.   Spotykałam   już   wcześniej   bardzo   stare 
wampiry. Ich wygląd nawet kształtem nie przypomina ludzkiej sylwetki. Ale 

wampir pilotowany przez Ghasteka miał tylko kilka miesięcy. Sadził susami 
do przodu, przez jedną trzecią susa wlókł nogi za sobą, a następne dwie trzecie 

poruszał   się   w   pozycji   wyprostowanej,   jak   jakaś   groteskowa   marionetka 
pociągana za sznurki przez pijanego lalkarza.

        

Obok   wampira   cwałował   dziwaczny   wielki   czarny   pudel.   Nazywał   się 

Grendel, był moim psem, a kiedy nie zjadał mojego dobytku, kochał mnie i 
bywał przydatny w walce.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       

  Kilkadziesiąt   jardów   za   nami   kłusował   ogromny   lew.   Kiedy 

zmiennokształtni zmieniali postać, ich formy zwierzęce były zawsze większe 
niż   ludzkie   odpowiedniki.   Curran-lew   był   nie   tylko   wielki.   Wyglądał 

prehistorycznie. 

        

Olbrzymi, szary, z nikłymi ciemniejszymi pręgami znaczącymi futro, jakby 

od uderzenia bata, poruszał się wzdłuż drogi w niespiesznym tempie, na pozór 

niestrudzony. To właśnie dlatego wylądowałam na Lalusiu. Poszłam do stajni i 
powiedziałam,  że będę  podróżować  pomiędzy  wampirem a lwem wielkości 

nosorożca i potrzebuję konia, który nie zwariuje ze strachu. Rekomendacja 
koniuszego stajni okazała  się prawdziwa,  Laluś wydawał się  niewzruszony. 

Czasami   Curran   biegł   obok   nas   prychając   nozdrzami,   i   gdy   inne   konie 
wpadały w popłoch, Laluś najzwyczajniej w świecie walił drogą prosto przed 

siebie przeświadczony, że lew jest wytworem jego wyobraźni, a wampir przed 
nim to tylko zdeformowany brat-mutant Grendela.

        

Przedstawialiśmy sobą niezły cyrk

.

  Niestety, nie mieliśmy widowni: po 

naszej lewej stronie postrzępioną linią wyrastał las, a po prawej wznosiło się 
niewysokie wzgórze, same kamienie i trawa, aż po linię drzew rosnących na 

szczycie.

        

- Nigdy nie spotkałem neo-wikingów – powiedział Ascanio.

        

- Duża ich część to najemnicy – powiedziałam przez ramię. – Są wielce 

hałaśliwi,  mocno się  awanturują i  tak  naprawdę  nie  można ich uważać  za 

wiernych   tradycji.   Niektórzy   z   nich   są,   ale   większość   trafiła   do   tej 
społeczności, ponieważ w dzieciństwie widzieli film, czy dwa i myślą, że słowo 

„wiking” jest rzeczownikiem.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- A nie jest? – spytał Derek.

        

- Nie. Pierwotnie był to czasownik „wikingować”, tak jak „iść”. Faceci z 

Dziedzictwa Nordyckiego zakładają rogate hełmy, popijają piwo z ogromnych 
kadzi  i wszczynają bijatyki. Jako wspólnota znajdują się  w lepszej sytuacji 

finansowej niż większość ludzi, więc mogą sobie pozwolić na trochę zabawy.

        

- Skąd biorą pieniądze? – zapytał Derek.

        

Gestem pokazałam na łuk drogi. 

       - Zobaczysz za zakrętem.

        

Kilka   minut   później   minęliśmy   zakręt.   Z   lewej   strony   rozciągało   się 

ogromne jezioro. W oddali niebiesko-zielona woda stawała się niebieskawą 

mgiełką.   Gdzieniegdzie   wychylały   się   z   wody   zielone   wyspy   obrzeżone 
piaskiem. Na prawo, na szczycie niewysokiego wzgórza, niczym opancerzony 

grzbiet   jakiegoś   węża   morskiego,   wznosił   się   ogromny   miodowy   dwór 
zbudowany z potężnych bali. Gdy tak staliśmy, zza najbliższej wyspy wysunęły 

się dwie długie łodzie karve, których dzioby ozdobione pięknie wyrzeźbionymi 
smoczymi głowami wznosiły się wysoko ponad powierzchnią wody.

        

Ascanio podniósł rękę osłaniając oczy.

        

-   Jezioro   Lanier   –   powiedziałam   do   niego.   –   Dziedzictwo   Nordyckie 

zbudowało flotyllę rzecznych Smoczych Okrętów. Ci tutaj, nie są jedynymi 
neo-wikingami w okolicy

.

  Wzdłuż wschodniego wybrzeża znajduje się kilka 

grup Skandynawów i wielu z nich chce odbywać rejsy w górę i w dół wybrzeża 
w przyzwoitej łodzi. Dziedzictwo Nordyckie sprzedaje im te łodzie i szkoli tych 

kiepskich   naśladowców   piratów   do   żeglowania   po   płytkich   wodach.   Za 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

odpowiednią   cenę,   zabierają   też   urlopowiczów   na   rejsy   wycieczkowe.   Nie 

pytałam, co zrobią, jeśli trafią im się grupy dzieci, bo mogliby się wkurzyć.

        

Ascanio uśmiechnął się. 

       - A co, spróbują utopić nas w kadzi piwa? „Spróbują ” jest właściwym 
słowem.

        

Ruszyliśmy  w kierunku miodowego dworu. W połowie drogi  pod górę 

wampir zatrzymał się. Zza brzozy wyszedł na drogę mężczyzna. Miał sześć i 
pół stopy wzrostu i ubrany był w kolczugę. Na ramionach wzdymała mu się 

czarna   futrzana   peleryna.   Wojenny   hełm,   doskonała   replika   Hełmu 
Gjermundbu,   osłaniał  czubek   głowy   i   pół  twarzy.   Hełm  wykonano   ze   stali 

nierdzewnej tak wypolerowanej, że odbijały się od niego promienie słońca, 
tak, iż wyglądał

 

jakby nosił lustro na głowie. Mężczyzna dzierżył pojedynczy 

topór   na   długim   drewnianym   trzonku.   Spróbowałam   raz   podnieść   topór   i 
ważył co najmniej dziesięć funtów. Poruszał się w tym rynsztunku wolniej niż 

melasa w styczniu, ale wyglądał imponująco.

         

Derek skupił uwagę na wielkim mężczyźnie. 

        - Kto to jest?

        

-   To   jest   Gunnar.   Tak,   w   pojęciu   Dziedzictwa   Nordyckiego,   wygląda 

podjęcie środków bezpieczeństwa.

        

- Co, tylko jeden człowiek?

        

Skinęłam głową. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       - Ten jeden wystarczy.

        

Wampir   Ghasteka   patrzył   na   gigantycznego   Wikinga   nieruchomy   jak 

posąg, podczas gdy Pan Umarłych rozważał sytuację. Krwiopijca odwrócił się, 
popędził w naszą stronę i schował się za mojego konia. Widocznie Ghastek 

stwierdził, że wampir jest zbyt cenny, by ryzykować.

        

Podjechaliśmy bliżej.

        

Gunnar zaczerpnął głęboko powietrza i ryknął. 

        

- Vestu heill!

        

Ou. Moje uszy. 

        

- Cześć, Gunnar.

        

Przymrużywszy oczy, popatrzył na mnie przez osłonę na twarzy i zniżył 

głos. – Hej, Kate. – Jego głos wydawał się nieco zdyszany. 

        

- Dobrze cię zobaczyć.

        

Oparł się na toporze, ściągnął hełm, odkrywając zaplecione na skroniach 

rudawe włosy i otarł pot z czoła.

        

- Zmierzcie na górę zobaczyć się z Ragnvald’em?

        

- Tak.

        

- Wszyscy? 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Taaa.

        

- Nawet lew?

        

Lew otworzył paszczę pokazując wielkie zęby. Tak, tak, jesteś zły. Wiemy, 

Wasza Wysokość.

        

- Po co? – spytał Gunnar.

        

- Dagfinn. Widziałeś go w pobliżu?

        

Gunnarowi zajęło chwilę, by splunąć na ziemię, robiąc z tego wielki pokaz 

        

- Nie. I tym lepiej. 

        

Gówno prawda. 

        

- Szkoda.

        

-   Tak.   –   Gunnar   pomachał   hełmem   w   moim   kierunku.   –  Jesteście   w 

porządku, jedźcie.

        

- Dzięki.

        

Pojechaliśmy dalej.

        

- On kłamał – powiedział Ascanio.

        

- Tak. 

        

Gunnar otrzymał wskazówki od Ragnvalda, a ponieważ on nie chciał nic 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

gadać,   jarl   prawdopodobnie   też   nie   będzie   chciał   nic   powiedzieć.   To   nie 

zapowiada się dobrze. 

        

Przejechaliśmy przez drewniane bramy do miodowego dworu. Pozostała 

część   osady   leżała   za   miodowym   dworem   w   dole   wzgórza:   porozrzucane 

bezładnie   tu   i   tam

 

solidne   drewniane   domy.   Pomiędzy   nimi   kręcili   się 

mężczyźni   ubrani   w   wełniane   tuniki   i   płaszcze   oraz   kobiety   w   długich   do 

kostek sukniach i narzuconych na nie nieco krótszych strojnych fartuchach 
hangerock. Stanowili różnorodną zgraję: niektórzy z nich mieli czarną skórę, 

inni   białą,   a   jeszcze   inni   wyglądali   jak   Hiszpanie.   Kilku   po   naszej   prawej 
stronie   wyglądało   na   Chińczyków.   Dziedzictwo   Nordyckie   przyjmowało 

każdego

.

 Wiking, to nie była narodowość – to był sposób na życie. Jeśli tylko 

myślałeś, że jesteś Wikingiem, miałeś miejsce przy ich stole.

        

Gdy przechodziliśmy ludzie gapili się na Currana. Wampir i reszta z nas 

budzili znacznie mniejsze zainteresowanie.

        

Gdy   zsiadaliśmy   przy   ogrodzeniu   dla   koni,   zobaczyłam   na   pastwisku, 

oddzielonego od innych koni, znajomego czarnego ogiera. Ogromny koń miał 

prawie dwa metry wysokości, a nad ogromnymi kopytami długą białą sierść 
przypominającą pióra, która drżała za każdym razem, gdy się poruszył. W 

górę lewej łopatki biegła blada zygzakowata blizna. Cześć Magnus. Gdzie jest 
twój pan?

        

Ogier spojrzał w moim kierunku i wyszczerzył zęby. Teraz nawet konie 

wciskały mi kit.

        

- Uważaj na swoje zachowanie

.

        

- Zachowam się wzorowo - zapewnił mnie Ascanio.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Wyjaśnienie,   że   mówiłam   do   konia,   który   nie   mógł   mnie   usłyszeć, 

zaszkodziłoby totalnie mojemu szefowaniu

,

  więc skinęłam głową i ruszyłam 

do miodowego dworu.

        

Drogę   zagrodziła   mi   wielka   wychudzona   kobieta.   Na   prawym   biodrze 

miała zawieszony duży pistolet, a na lewym mały topór.

        

- Hrefna – pozdrowiłam ją. Uprzednio wpadałyśmy na siebie w Gildii. 

Dobrze władała zarówno nożem, jak i mieczem oraz rzadko traciła panowanie 

nad sobą.

        

- Kate. – Głos miała spokojny. – Lew musi pozostać na zewnątrz.

        

- Nie spodoba mu się to.

        

-   Nie   mogę   pozwolić   mu   wejść   do   środka   -   powiedziała   Hrefna.   – 

Wprowadzisz   go,   a   jacyś   ludzie   narobią   problemów

,

  ot   tak,   żeby   tylko 

zobaczyć czy mogą powiesić jego głowę na ścianie. Wykonuję swoja pracę. To 
twoja decyzja.

        

Spojrzałam na Currana. Lew znikał. Skóra się naprężyła

,

  kości skręciły i 

pojawił się Curran-człowiek. Był zupełnie nagi. Cudownie nagi. 

        

Hrefna uniosła brwi.

        

Curran wyciągnął dżinsy i koszulkę z torby przy moim siodle.

        

- No, no – powiedziała Hrefna. – Zawsze dziwiłam się, dlaczego wybrałaś 

zmiennokształtnego. To wyjaśnia sprawę.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Wampir obok mnie przewrócił krwistoczerwonymi oczami.

        

Weszliśmy do środka miodowego dworu. Wzdłuż sali biegły równolegle do 

siebie   dwa   rzędy   stołów   ustawionych   w   równych   odstępach   od   siebie. 
Pierwotnie wikingowie próbowali połączyć stoły w dwie ciągłe linie, ale nie 

mogli swobodnie przewalać się pomiędzy nimi, więc przeszli do planu B, co 
sprawiło, że ich miodowa sala przypominała kawiarnię barbarzyńców. Ludzie 

porozwalali się wokół stołów. Niektórzy jedli, inni rozmawiali, a jeszcze inni 
czyścili broń. Stoły sięgały do podwyższenia na przeciwległym końcu sali. Na 

podwyższeniu,   na   dużym   krześle   wyrzeźbionym   z   kawałków   drewna 
wyrzuconego na brzeg morza i wyścielonym futrem, siedział mężczyzna. Jego 

ramiona rozciągały niebieską wełnianą tunikę. Ciemna twarz o ostrych rysach 
otoczona była grzywą czarnych błyszczących włosów. Głowę otaczała wąska, 

złota opaska.

        

Spojrzał na nas. Ciemne oczy oceniały nas. Zauważył Currana, zmarszczył 

brwi   i   odwrócił   wzrok   udając,   że   nas   nie   widzi.   Curran   wolał   zachować 

anonimowość. Poza grubymi szychami w mieście, niewielu ludzi wiedziało jak 
wygląda. Ragnvald  próbował zdecydować,  czy  uprzejmiej będzie rozpoznać 

Currana, czy też udawać, że go tu nie ma. 

        

Zanim   wyruszyliśmy   na   tę   radosną   wycieczkę,   przedyskutowaliśmy 

strategię i zgłosiłam się na ochotnika do przejęcia dowodzenia. Gdyby Curran 

zjawił się tu w oficjalnym charakterze Władcy Bestii, odbyłyby się uroczystości 
i cała sprawa trwałaby dłużej niż to było potrzebne. Poza tym znałam neo-

wikingów lepiej niż on, więc ta strategia wydawała mi się bardziej sensowna. 
Curran  postanowił iść  jako Redshirt.  Podobno  to była  jednorazowa  postać 

fikcyjna z jakiegoś starego serialu. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Czy to jest jarl? – szepnął za mną Ascanio.

        

- Tak.

        

- Ale on jest Indianinem.

        

-   Czoktawa   –   wyjaśniłam.   –   Wikingów   nie   obchodzi,   jak   wyglądasz. 

Obchodzi ich, jak dobrze wywijasz toporem. 

        

Skierowałam się do podwyższenia z moim małym orszakiem za plecami. 

Byłoby o wiele łatwiej, gdybym przyszła sama.

        

Około pięciu stóp od podwyższenia Ragnvald zdecydował, że nie może już 

dłużej nas ignorować.

        

- Kate! Vestu heill! Dawno się nie widzieliśmy.

        

Nie dość dawno. 

        

- Cześć, Ragnvald. To są moi towarzysze.

        

Właśnie. Nie wymieniłam Currana po imieniu. To powinno być dla niego 

wskazówką.

        

Ragnvald   powstał   z   fotela.   Wyprostowany   mierzył   ponad   sześć   stóp 

wzrostu. Zrobił krok w stronę zejścia z podwyższenia i skinął na mnie ręką.

        

- Właśnie o tobie myślałem.

        

- Prawdopodobnie dlatego, że zobaczyłeś mnie wchodzącą przez drzwi, a 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

potem przez ostatnie kilka minut udawałeś, że nie ma mnie tutaj.

        

Na twarzy Ragnvalda pojawił się uśmiech.

        

- Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Alfa zmiennokształtnych wpada 

niezapowiedziana. Jestem w szoku.

        

Och,   sukinsyn.   Jednak   próbuje   obrócić   to   w   swego   rodzaju 

przedstawienie.

        

- Nie zjawiłam się tu w tym charakterze.

        

Popukał w swoją opaskę. 

      - To nigdy nie jest zdejmowane. Najlepiej więc o tym nie zapominać. Ale 

podejdź proszę, pomówimy o interesach.

        

Podniósł głos wprawiając w drżenie najbliższe puchary. 

       - Niech ktoś przyniesie napoje dla naszych gości.

        

Dlaczego wszyscy muszą być tak cholernie głośni przez cały czas?

        

Ragnvald wskazał gestem na stół. 

       - Proszę.

        

Usiadł, a ja zajęłam miejsce naprzeciwko niego. Curran dołączył do mnie. 

Również wampir próbował do nas dołączyć, ale drogę zagrodziła mu duża 

kobieta w kolczudze.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

O połowę młodsza ode mnie dziewczyna z rozmachem postawiła na stole 

dwa   kolosalne   kufle   wypełnione   piwem.   Ragnvald   uniósł   swój.   Stuknęłam 
swoim   kuflem   o   jego.   Piwo   chlapnęło.   Podnieśliśmy   kufle   do   ust   i 

udawaliśmy, że bierzemy dużo większe łyki, niż w rzeczywistości. 

        

Curran   pił  swoje  piwo.   Widocznie   objęcie   przeze  mnie   przewodnictwa 

oznaczało, że zachowa milczenie.

         

Młoda   kobieta   kołysząc   biodrami   podeszła   do   Ascanio   i   Dereka   i 

zaprowadziła ich do sąsiedniego stołu. Sądząc po tym, jak mocno pracowały 
jej biodra, była otwarta na propozycje.

        

- Więc, co cię sprowadza do naszego miodowego dworu?

        

- Szukam Dagfinna.

        

Ragnvald skrzywił się. 

        

- Co takiego znowu zmalował?

        

- Po  prostu otrzymałam kilka  dziwnych run i  potrzebuję go,  by  mi  je 

przetłumaczył.

        

Ragnvald rozłożył ręce. 

        

- Nie widzieliśmy tego mężczyzny. O runach powinnaś pomówić z Helgą.

        

Rano odbyłam kilka rozmów telefonicznych. 

        

- Rozmawialiśmy z Helgą. Rozmawialiśmy również z Dorte’m i starym 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

mężczyzną   Rasmus’em.   Nie   mogli   nam   pomóc.   Teraz   pozostał   nam   tylko 

Dagfinn.

        

Do sali wtoczył się olbrzymi starszy mężczyzna. Potężny z powodu ramion 

z kawałami czegoś, co mój przybrany ojciec nazywał bezlitosnym tłuszczem. 

Poruszał się w ten właściwy pijanym ludziom ostrożny sposób, kiedy to nie 
chcą się przewrócić, a mają problemy ze stawianiem jednej nogi przed drugą. 

Skórzana kamizela leżała na nim krzywo, twarz była zarumieniona od mrozu, 
albo   zbyt   dużej   ilości   alkoholu,   a   długie   siwiejące   włosy   splecione   w   dwa 

warkocze   splątane   były   ze   zmierzwioną   siwą   brodą.   Przypominał   pijanego 
Świętego Mikołaja.

        

Pojawienie się Świętego Wikinga zapowiadało koniec zabawy i żartów. 

        

- Nie wiem, co ci powiedzieć. – Ragnvald wypił mały łyk piwa. – Nie ma 

go tutaj. Wyrzuciliśmy go miesiąc temu.

        

- Doprawdy? – powiedział Curran.

        

- Tak jest – upierał się Ragnvald.

        

Zalany   Święty   Mikołajek   skupił   uwagę   na   wampirze   siedzącym   na 

podłodze obok stołu, przy którym zmiennokształtni wpatrywali się w swoje 

piwa.   Pijak   zamrugał   zaczerwienionymi   oczami   i   powlókł   się   w   stronę 
wampira.

        

- Słyszałem, że w Gildii wkrótce ma odbyć się zgromadzenie – powiedział 

Ragnvald.

        

- Tak mi mówiono – powiedziałam.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Starszy Wiking wskazał na wampira. 

       - Co to za gówno?

        

Nikt nie odpowiedział.

        

Święty podniósł głos o oktawę. 

       - Co to za gówno?

        

- Uspokój się, tato – powiedział siedzący w rogu młody mężczyzna.

        

Święty odwrócił się do mówiącego. 

       - Nie mów do mnie „uspokój się”, ty głupi synu dziwki.

        

- Nie wyrażaj się w ten sposób o mamie.

        

- Będę mówił o niej... Będę... co to za gówno?

        

- I słyszałem również, że Gromada została poproszona o poprowadzenie 

mediacji.

        

Ragnvald popatrzył na mnie przez dłuższą chwilę, więc uznałam, że to jest 

dla niego ważne.

        

- Aha.

        

-   Mamy   w   Gildii   piętnastu   pełnoetatowych   członków   –   powiedział 

Ragnvald.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Skinęłam głową.

        

- Wiem. Umieściłeś ich tam jakieś osiem lat temu?

        

-   Siedem,   a   kilkoro   z   nich   zostało   w   międzyczasie   zastąpionych   przez 

innych.

        

Święty bujnął się tył, wziął głęboki oddech i splunął na wampira.

        

Fantastycznie.

        

- Zamierzasz coś z tym zrobić?

        

Ragnvald zerknął prze ramię. 

       - To jest Johan. Tylko trochę się zabawia. A wracając do mediacji, Kate.

        

- O co chodzi?

        

Wampir otworzył paszczę. 

        

- Tylko głupek walczy z pijakami i idiotami – powiedział głos Ghasteka.

        

- Nazwałeś mnie idiotą? – Johan spojrzał zezem

 

na wampira.

        

Ludzie przy innych stołach przestali jeść i powoli przysuwali się bliżej, 

żeby lepiej widzieć. Czuli zapach nadchodzącej walki i nie chcieli przegapić 

przedstawienia. To nie zapowiadało się dobrze.

        

Wampir wzruszył ramionami naśladując gest Ghasteka. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Jeśli pewien pijak znowu splunie na mojego wampira, pożałuje tego.

        

Johan   odchylił   się   do   tyłu   ze   zdezorientowanym   wyrazem   twarzy. 

Najwyraźniej Ghastekowi udało się zbić go z pantałyku.

        

- W którą stronę się skłaniasz, Kate? – powiedział Ragnvald.

        

Niezła próba. 

        

- Gdzie jest Dagfinn, Ragnvald?

        

- Powiedziałem wam już dwa razy, że nie ma go tutaj.

        

- Kpisz sobie ze mnie. Ma tutaj dom, jego matka nadal tu mieszka, a jego 

ogier znajduje się na pastwisku..

        

- Podarował go matce – powiedział Ragnvald.

        

- Podarował Magnusa matce?

        

- Tak.

        

- Ten koń jest cholerną bestią. Z wyjątkiem Dagfinna nikt nie może na 

nim   jeździć.   Jedynym   powodem,   dla   którego   dotychczas   nie   odgryzł 
Dagfinnowi ręki jest to, że za każdym razem, gdy tego próbuje, Dagfinn gryzie 

go w rewanżu. I ty mi mówisz, że Dagfinn podarował go matce? Co ona z nim 
zrobi?

        

Ragnvald rozłożył ramiona. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Nie  wiem, wykorzysta  go do ochrony  domu,  czy czegoś takiego.  Nie 

jestem medium. Nie wiem, co chodzi człowiekowi po głowie.

        

- Masz na myśli mnie? – ryknął Johan. – Myślisz, że pożałuję tego?

        

Och, nie. W końcu załapał.

        

-   Czy   widzisz   tu   jakiś   innych   starych   pijaków   robiących   z   siebie 

przedstawienie? – zapytał Ascanio.

       

Johan bujnął się w stronę Dereka. 

      - Ty! Załóż kaganiec swojej dziewczynie!

        

Derek uśmiechnął się. To było powolne, kontrolowane odsłanianie zębów. 

Zwalczyłam dreszcz. Kilku gości na lewo od nas chwyciło swoje krzesła.

        

- Derek, jesteśmy gośćmi – zawołałam.

        

Curran zachichotał cicho do siebie. Najwidoczniej uznał mnie za zabawną.

        

- Oni potrzebują lekcji gościnności – powiedział Ghastek.

        

- Pokażę ci gościnność – Johan wciągnął trochę powietrza.

        

- Nie rób tego – ostrzegł go Ghastek.

        

Johan odkaszlnął. Wypluta plwocina wylądowała na czole wampira. 

        

- Chrzanię to! – Johan odwrócił się do Dereka. – Ty jesteś następny!

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Ascanio wystrzelił z siedzenia w rozmazanej plamie i walnął Johana nogą. 

Wikingowie zaroili się. Ktoś krzyczał. Krzesło przeleciało nad nami i uderzyło 
w ścianę. Grendel rozszczekał się podskakując w miejscu.

        

Ragnvald wydał zirytowane westchnienie. 

       - W którą stronę się skłaniasz, Kate? Weteranów, czy Marka?

        

- Powiesz mi gdzie jest Dagfinn?

        

- Nie.

        

Sukinsyn. 

        

- Zatem chyba nie wiem, w którą stronę się skłaniam.

        

Ragnvald spojrzał na Currana. 

       - Poważnie?

        

Curran wzruszył szerokimi barami. 

       - To jej impreza.

        

Kufel przeleciał przez pokój i walnął Ragnvalda w plecy. Poderwał się 

gwałtownie i ryknął. 

        

- Dobra, skurwiele, który tym rzucił?

        

Drugi kufel walnął go prosto w czoło. Zatoczył się i skoczył w sam środek 

bijatyki szalejącej na środku miodowego dworu. Pięści latały, ludzie warczeli, 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

a  ponad  tym  wszystkim  wampir  Ghasteka   wspinał  się   po  ścianie   na   sufit, 

ściskając w lewej łapie kostkę nogi wkurzonego Johana.

        

Westchnęłam, wskoczyłam na stół i kopnęłam kilku Wikingów w twarz.

 

                                                

        ***

        

Bolał mnie tyłek, ponieważ któraś z kobiet-wikingów zaszła mnie od tyłu, 

gdy byłam zajęta, i chód konia pogłębiał moje cierpienie. Czerwony ślad na 

ramieniu zapowiadał rozkwit siniaka wielkości piłki  do baseballa, ale poza 
tym wyszłam z tego bez szwanku. Derek paradował z cięciem przez pierś, a 

Ascanio, którego koszulka jakimś tajemniczym sposobem porozrywała się na 
strzępy w ferworze walki, był niebiesko-czarny od szyi w dół. Nie pozostaną w 

tym   stanie   dłużej   niż   kilka   godzin   i   do   wieczora   będą   wyglądać   jak   nowi, 
podczas gdy ja będę pielęgnować bolące ramię.

        

Wiatr  przynosił   woń   chmielu   od  wampira   Ghasteka   sadzącego  susami 

obok   mnie.   Wikingowie   próbowali   utopić   go   w   beczce   piwa   i   większość 
zielonego kremu ochronnego zeszła, więc Ghastek ostatecznie wytaplał go w 

błocie,   by   ograniczyć   do   minimum   uszkodzenia   skóry.   Błoto   wyschło   w 
paskudną skorupę i wampir wyglądał jak coś, co wypada Grendelowi spod 

ogona.

        

Grendel spędził większość walki szczekając i gryząc ludzi na chybił trafił, a 

teraz był usmarowany czyimiś wymiocinami.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Curran   wyszedł   z   tego   nietknięty,   głównie   dlatego,   że   gdy   ludzie   go 

atakowali, uderzał ich raz, a oni już się nie podnosili. Szedł teraz obok mojego 
konia w swojej ludzkiej postaci z szerokim uśmiechem na twarzy.

        

- Co? – zapytałam.

        

- Dobrze, że tym razem przejęłaś dowodzenie – powiedział. – Sprawa 

mogła pójść źle i zamienić się w wielką bijatykę.

        

- Pieprzę cię.

        

- Och, mam nadzieję, że to zrobisz, kochanie.

        

W twoich snach.

        

- I oto, dlaczego nie lubię odwiedzać neo-Wikingów – powiedział Ghastek 

suchym głosem.  – Są idiotami  i dzikusami,  a nigdy  nic  dobrego z  takiego 

połączenia nie wychodzi.

        

- Oni to zaczęli – powiedział Ascanio.

        

- Oczywiście, że to oni zaczęli – warknęłam. – To Wikingowie, tym się 

zajmują.

        

Ghastek odchrząknął.

        

-   Nic   nie   osiągnęliśmy   i   zwracam   uwagę,   że   teraz   Dagfinn   wie,   że   go 

szukacie. Może się ukryć.

        

- Dagfinn nie ukryje się. Jeśli nie jest w to wplątany, pojawi się na moim 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

progu, domagając się wyjaśnień, co się dzieje. Jeśli jest w to wplątany, pojawi 

się na moim progu, wymachując toporem i próbując roztrzaskać mi czaszkę. 
Poskutkuje tak czy inaczej.

        

- Więc czekamy?

        

Zacisnęłam   zęby.   Miałam   nadzieję,   że   złapiemy   Dagfinna   dzisiaj. 

Roderickowi   kończył   się   czas,   a   nie   było   niczego   innego,   co   moglibyśmy 
zrobić.

        

- Jedziemy do domu i czekamy.

                                             

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                      

   

Rozdział  6

 

        

Rozstaliśmy się z Ghastekiem i nasza czwórka, Curran, Derek, Ascanio i ja, 

udała   się   z   powrotem   do   Twierdzy.   Gdy   wjechaliśmy   na   dziedziniec,   na 

kamiennych schodach czekał na nas Jim.

        

- Co się wam przydarzyło?

        

- Pojechaliśmy zobaczyć się z Wikingami – powiedziałam.

        

- To nic – powiedział Curran. – Powinieneś zobaczyć, co przydarzyło się 

wampirowi.

        

Jim uśmiechnął się.

        

Zsiadłam z Lalusia i przekazałam go w ręce chłopca stajennego.

        

- Jest tu kilkoro ludzi, którzy chcą się z tobą zobaczyć.

        

- Co to za ludzie?

        

- Z Gildii.

        

Argh. 

       - Dobrze. Jak chłopiec?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

-   Doolittle   mówi,   że   bez   zmian.   Twoi   goście   są   w  sali   konferencyjnej, 

drugie piętro, trzecie drzwi po lewej.

        

Pomaszerowałam na drugie piętro. Grendel postanowił mi towarzyszyć. W 

małej   recepcji,   w   przedpokoju   przed   trzecią   salą   konferencyjną,   czekało 

pięcioro ludzi pilnowanych przez zmiennokształtną kobietę. Jednym z nich 
był  Mark,   a   pozostała   czwórka   to:   Bob  Carver,   Ivera  Nielsen,   Ken  i   Juke, 

wszyscy   razem   znani   jako   Czterej   Jeźdźcy

.  

Większość   najemników   była 

samotnikami. Czasami, gdy wymagało tego zadanie, pracowali w parach, na 

takiej zasadzie jak Jim i ja

ale zespoły składające się z więcej niż dwóch osób 

należały   do   rzadkości.   Czterech   Jeźdźców   stanowiło   wyjątek   od   reguły. 

Stworzyli zwarty, silny zespół, podejmowali się trudnych zadań, wykonywali je 
sprawnie, a przede wszystkim uczciwie, no i byli poważani przez pozostałych 

najemników.

        

Obie   strony   przestały   spoglądać   na   siebie   groźnie,   żeby   przyjrzeć   się 

mojemu psu.

        

- Co to jest, do cholery? – zapytał Bob.

        

- Mój atakujący pudel. Umówiliście się, że przyjdziecie tu w tym samym 

czasie? 

        

- Psiakrew, nie – powiedziała Juke, potrząsając głową pokrytą kolcami 

czerwonych włosów. – Byliśmy tu pierwsi. On dopiero co się tu pokazał. 

        

- Umówiłem się na wizytę – powiedział Mark. – A wy znowu wszędzie, 

gdzie się nie ruszycie stosujecie tę swoją taktykę zastraszania. 

        

- Jesteś dupkiem – powiedział Ken.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- A ty bandytą.

        

Dlaczego ja?

        

Pierwszy raz usłyszałam o umówionej wizycie. Zanotowałam w pamięci, 

żeby zapytać o to Jima i wyciągnęłam ćwierć-dolarówkę z kieszeni. 

        

- Orzeł – i wskazałam na Czterech Jeźdźców. – Mark, ty reszka.

        

Podrzuciłam   monetę   w   powietrze   i   złapałam   na   grzbiet   swojego 

nadgarstka.

        

- Reszka. 

        

Skinęłam na Marka.

       - Chodźmy.

        

Weszliśmy do sali konferencyjnej i usiedliśmy przy dużym stole z sękatego 

drewna.

        

- Co mogę dla ciebie zrobić? – zapytałam.

        

Mark pochylił się do przodu. Ubrany był w świeżo wyprasowany garnitur i 

konserwatywny   bordowy   krawat.   Ciemnobrązowe   włosy   miał   obcięte   w 

dyrektorsko-politykierskim   stylu:   nie   za   długie,   nie   za   krótkie,   starannie 
utrzymane. Paznokcie były krótkie i wypielęgnowane, podbródek nie wyglądał 

jak ściernisko i pachniał dobrą wodą kolońską. Zapach nie był przytłaczający, 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

ale zdecydowanie wyczuwalny.

        

- Chciałbym porozmawiać z tobą o arbitrażu Gildii – powiedział.

        

A ja myślałam, że odbył tę podróż, żeby porozmawiać o pogodzie. 

        

- Słucham.

        

Mark spojrzał na psa. Grendel posłał mu złowrogie spojrzenie.

        

- Chcę zakończyć tą rywalizację. Chcę przejąć Gildię. 

        

Ambitny, czyż nie? 

       - Po trosze się tego domyślałam. 

        

- Nie jestem popularny. Nie ubieram się w skóry i nie noszę broni. – Splótł 

palce obu dłoni w jedną pięść i położył na stole. – Ale dam radę pokierować 
Gildią. Klienci będą zadowoleni, będą zyski i każdy otrzyma wypłatę na czas. 

Beze mnie to wszystko się zawali.

       

Nie miałam wątpliwości, że tak będzie. 

       - A jaka jest w tym moja rola?

        

-   Twój   głos   będzie   stanowił   dodatkowy   punkt   dla   jednej   ze   stron   w 

głosowaniu.   –   powiedział.   –   Chciałbym   dojść   z   tobą   do   jakiegoś 

porozumienia. 

        

No   pięknie,   po   prostu   wykopał   sobie   przepiękny   dół.  Czekałam,   żeby 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

zobaczyć czy do niego wskoczy.

        

-   Oczywiście   rozumiem,   że   odpowiednia   motywacja   finansowa   jest 

wskazana i musi być korzystna dla obu stron.

        

Zrobił to. Westchnęłam. 

        

- Mark, problemem nie jest to, czy możesz kierować Gildią. Problem tkwi 

w tym, że myślisz jak typowy urzędnik w białym kołnierzyku.

        

Zamrugał, najwyraźniej zaskoczony.

        

- W twoim świecie każdy ma swoją cenę – powiedziałam. – Nie znasz 

mnie, ale uważasz, że możesz zawrzeć ze mną układ. Tak nie będziemy się 
bawić.   Mogłeś   posłużyć   się   innymi   metodami.   Mogłeś   argumentować,   że 

Gildia znajduje się w stanie zawieszenia, nikt nie płaci. Mogłeś zwrócić uwagę, 
że jak dłużej to  potrwa, to Gildia straci większość utalentowanych ludzi, bo 

doświadczeni najemnicy odejdą do nowej pracy, żeby wyżywić swoje rodziny. 
Proponowanie   mi   łapówki   stanowiło   najgorszy   argument,   jakiego   mogłeś 

użyć. Moja opinia nie jest na sprzedaż.

        

- Nie zamierzałem cię obrazić.

        

- Ale obraziłeś i dowiodłeś, że nie masz pojęcia, jak  ze mną  rozmawiać. 

Jest wielu ludzi podobnych do mnie. Tak, potrafisz zarządzać Gildią, ale brak 

ci   elementarnej   wiedzy   o   tym,   co   wkurza   najemników,   prawdopodobnie 
dlatego, że nigdy nie byłeś jednym z nich. Jeśli poparłabym ciebie, – czego nie 

zrobię – musiałabym uzasadnić swoje stanowisko, a w tych okolicznościach 
byłoby to dla mnie trudne.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Rozważał to przez dłuższą chwilę. 

       - W porządku. Zatem zagłosujesz na Jeźdźców?

        

- Jeszcze nie wiem.

        

- Dziękuję za spotkanie. – Mark wstał i wyszedł.

        

Drzwi zaledwie miały szansę zakołysać się, gdy Bob pchnął je ramieniem i 

opadł na jedno z krzeseł przeznaczonych dla klienta. Ivera podążała na nim, 
niespokojna, czujnie mnie obserwując.

        

Bob był przywódcą Jeźdźców. Gdyby nasz świat zrodził jakiegoś weterana 

gladiatorów,   to   byłby   nim   on.   Miał   nieco   powyżej   czterdziestu   lat,   a   jego 
sylwetka   świadczyła   o   dojrzałej   sile   i   wytrzymałości,   która   czyniła   z   niego 

trudnego przeciwnika nawet dla ludzi o połowę młodszych. Może nie był tak 
szybki jak dawniej, ale miał mnóstwo doświadczenia i potrafił je wykorzystać. 

Ivera   była   wysoką,   potężną   Latynoską   W   czasie   walki   była   agresywna   i 
władała magicznym ogniem. 

        

Dwóch   pozostałych   członków   Czterech   Jeźdźców   zostało   na   zewnątrz. 

Ken, węgierski mag, który odmierzał słowa jakby były ze złota i Juke, no cóż, 
Juke   była   zaledwie   dwudziestolatką,   ale   wynagradzała   brak   doświadczenia 

wrodzoną brutalnością i gorącym temperamentem. Była szybka i lubiła pleść 
bzdury.   Rozumiałam   to   pragnienie.   Też   lubiłam   pleść   bzdury,   ale   jako 

dwudziestolatka przeżułabym Juke i wypluła.

        

Popatrzyłam na dwójkę weteranów. 

Co mogę dla was zrobić?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Bob pochylił się do przodu. Krzesło zaskrzypiało i niemal się skrzywiłam. 

Był wielkim facetem, a krzesło nie było zbyt mocne.

        

- Przejdę od razu do rzeczy – powiedział. – Solomon był jednym z nas. 

Najemnikiem. Przeciętnym pracującym człowiekiem.

        

- Tak naprawdę Solomon pracował jako najemnik jedynie przez pierwsze 

trzy lata tworzenia Gildii, i biorąc pod uwagę, że od kilku miesięcy spoczywa w 
ziemi, możemy wykreślić słowo „pracujący” z jego opisu.

        

Bob brnął do przodu.

 

     -

  Niemniej jednak wiedział, co to znaczy działać w terenie. Wiedział jak 

troszczyć się o ludzi. Ten człowiek miał serce, w odróżnieniu od tego kutasa. 
On sprawi, że się wykrwawimy, jeśli mu na to pozwolimy. 

        

- Czy ten kutas oznacza Marka?

        

- A kogo jeszcze?

        

Skinęłam głową. 

       - Tylko się upewniam.

        

Bob   popukał   w   blat   pokiereszowanymi   knykciami,   podkreślając   tym 

samym wagę swoich słów. 

      - Ten urzędas chce rządzić Gildią. Nasza czwórka zrobi to lepiej. Ktoś musi 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

uważać na ludzi.

        

Rozłożyłam ramiona. 

       - Pełnia władzy dla was. Czego oczekujesz ode mnie?

        

Bob gwałtownie pochylił się do przodu. Krzesło jęknęło. 

     - Przez pewien czas Solomon, ty i Mark byliście jedynymi osobami, które 

oprócz   członkostwa   w   Gildii,   oficjalnie   sprawowały   inny   urząd,   pomijając 
pracowników administracji i kadr. Ty byłaś pierwszym najemnikiem, który 

dostał   się   do   Zakonu   i   zrobiłaś   dobrą   robotę   jako   łączniczka.   Ludzie   to 
pamiętają. A teraz jesteś Władcy Bestii… - szukał odpowiedniego słowa.

        

- Towarzyszką – podpowiedziała mu  Ivera.

        

- Tak, to. Twoja opinia jest wiarygodna. Najemnicy nigdy nie pójdą za 

Markiem. Ty to wiesz, ja to wiem, Ivera to wie.

 

        

Spojrzałam na Iverę. 

       - A ty, co myślisz?

        

- To samo, co on mówił – powiedziała ponuro.

        

Odchyliłam   się   na   oparcie.   To   im   się   nie   spodoba,   ale   musiałam   to 

powiedzieć.

        

- Troje najemników dostało zlecenie. Jeden z nich wycofał się w trakcie 

walki,   drugi   zginął,   a   trzeci   stracił   rękę.   Czy   mają   prawo   ubiegać   się   o 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

wynagrodzenie oraz o

 

rentę inwalidzką od Gildii?

        

Bob zastanowił się nad tym. 

     - Facet, który uciekł nie dostaje nic, to porzucenie w trakcie wykonywania 

zadania.   Najbliżsi   krewni   gościa,   który   zginął,   dostają   trzydzieści   procent. 
Gość, który stracił rękę, dostaje rentę inwalidzką.

        

Westchnęłam.

        

- Po pierwsze należy zadać pytanie, jak długo każdy z nich pracował w 

Gildii. Musisz zdać sobie sprawę, że pięć lat oznacza przyznanie prawa do 
renty inwalidzkiej, a siedem lat - do świadczeń na wypadek śmierci. Drugim 

pytaniem jest, kiedy pierwszy gość się wycofał. Jeśli to zrobił, gdy walka się 
już rozpoczęła i  niebezpieczeństwo było  ewidentne,  Gildia  ma  prawo zająć 

jego   wynagrodzenie   jako   wierzytelność,   ponieważ   porzucenie   w   trakcie 
wykonywania   zadania   zmienia   się   w   porzucenie   w   obliczu   bezpośredniego 

niebezpieczeństwa.   Jaką   część   wynagrodzenia  można   zająć

 

na   poczet 

zabezpieczenia należności, Bob?

        

Zadrgały mu mięśnie szczęki. 

       - Nie wiem.

        

- Zatem przejdźmy do inwalidztwa. Ile płacimy? Co to jest „wartość ręki”? 

I czy ma znaczenie, czy ktoś jest prawo-, czy leworęczny?

        

- Nie wiem – powiedział znowu Bob. Jego oczy mi powiedziały, że nie 

podoba mu się to, w jakim kierunku zmierzam.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Ani ja. Ale wiesz, kto wie? Mark. Mogę zadzwonić teraz do Marka, a on 

to   wszystko   wyklepie   bez   namysłu.   Porozmawiajmy   o   kontraktach.   Kto 
zapewnia dostawy amunicji dla Gildii? Jaki rabat dostajemy od nich? Gildia 

zawarła umowę z Avalon Construction na oczyszczenie parceli budowlanych z 
niebezpiecznych substancji magicznych. To lukratywna umowa, więc zdajesz 

sobie sprawę, że w grę wchodziły dodatkowe świadczenia. Łapówki. Prezenty. 
Ile i komu?

        

Bob lekko warknął. 

       - Tych wszystkich rzeczy można się nauczyć.

        

Skinęłam głową. 

    - Pewnie. Ale jak wiele czasu ci to zajmie? Gildia pozostaje bez przywództwa 

od, o ile wiem, już sześciu miesięcy, a ty nadal niczego się nie nauczyłeś. Czy 
nadal ma tak trwać, aż do czasu zakończenia swojej nauki?

        

Bob skrzyżował ramiona. 

        - Ty możesz to zrobić.

        

- Nie, nie  mogę.  Po  pierwsze  to  nie  jest moja  praca.  Mam pełne  ręce 

roboty ze zmiennokształtnymi i własnym biznesem. Po drugie, tę drobną ilość 
tego co wiem, nauczyłam się tylko dlatego, że potrzebowałam tej wiedzy

 

czasie, gdy pełniłam funkcję w Zakonie. Przestudiowanie podręczników Gildii 
zajęłoby mi całe wieki. Na dobre, czy na złe, Solomon uczynił Marka jedynym 

mózgiem tego przedsięwzięcia i Mark ma w tym wieloletnie doświadczenie. Ty 
nie   masz   drygu   do   machinacji,   Bob.   Jesteś   dobrym,   solidnym   taktykiem. 

Wiesz, co jest potrzebne do wykonania zadania, jesteś dobry w dobieraniu do 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

niego właściwych ludzi i wykonaniu. Najemnicy cię szanują. Ale pertraktacje 

nie są twoją mocną stroną. 

        

Bob zmarszczył brwi. 

        - Zatem będziesz popierać Marka?

        

- Powiem ci to, co jemu. Jeszcze nie wiem.

        

Bob   skinął   głową   i   podał   mi   kawałek   papieru.   Zerknęłam   na   niego. 

Imienne   wezwanie   dla   mnie.   W   lewym   górnym   rogu   widniał   kod   X, 

wydrukowany   pogrubioną   czcionką.   Priorytet   dziesiąty.   Albo   pójdę   na   to 
spotkanie, albo Gildia mnie zawiesi.

        

- Nie, żeby to jakieś miało znaczenie – powiedział Bob. – Ale udało się 

nam wszystkim uzgodnić, że musisz wybrać kogoś do poniedziałku.

        

Ivera wstała i położyła rękę na ramieniu Boba. 

        - Powinniśmy iść.

        

Zaczął coś mówić i zmienił zdanie. Przyglądałam się mu, kiedy wstawał. 

Skinął mi głową. 

        - Na razie.

                                                        

***

        

Powlokłam   się   na   górę   do   szpitala.   Roderick   grał   w   warcaby   ze 

zmiennokształtnym   chłopakiem.   Kołnierz   na   jego   szyi   zmienił   barwę   z 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

pomarańczowej   na   żółto-kanarkową.   Weszłam   po   milionie   schodów   do 

naszych   kwater,   poprosiłam   strażników,   żeby   zamówili   w   kuchni   jakieś 
jedzenie   i   wzięłam   prysznic.   Kiedy   wyszłam,   na   olbrzymiej   kanapie   leżał 

rozwalony Curran z zamkniętymi oczami.

        

Zwaliłam się obok niego. 

       - Ratunku.

        

Jasne brwi uniosły się o ćwierć cala. 

       - Mmm?

       

- Najemnicy nie osiągną jednomyślności

.

  – Leżałam przy nim na boku, 

opierając głowę na ręku. – Nie ma znaczenia, kogo jutro wskażę, nie spodoba 

im się to. Mark może zarządzać Gildią, ale najemnicy nim gardzą. Najemnicy 
mogą wykonywać zadania, ale papierkowa robota nadal pozostaje dla nich 

czarną magią.

        

- Spraw, żeby pracowali razem – powiedział Curran.

        

- Nic takiego się nie zdarzy. Nienawidzą się nawzajem.

        

- Jeżeli czternastu alfa może spotykać się co tydzień w tym samym pokoju 

bez pozabijania się nawzajem, to

 

również mogą Mark i najemnicy. Gildia od 

miesięcy   pozostaje   bez   przywództwa.   Ludzie   są   zmęczeni   i   chcą   silnego 
przywódcy. Nie tyrana, ale przywódcy, który wzbudza zaufanie. Musisz tam 

iść i ryczeć dopóty, dopóki nie skulą się ze strachu. Zademonstrować im, że 
jesteś na tyle silna, by pozbawić ich wolności wyboru, upewnić się, że dotarło 

to do ich świadomości, a następnie z powrotem dać im jakiś wybór na swoich 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

warunkach.

        

Hmm.

        

-   Powiąż   to   z   Czerwonym   Solomonem   –   powiedział   Curran.   –   To 

podstawowa   psychologia:   pod   rządami   Solomona   sprawy   posuwały   się   do 
przodu, kiedy umarł, załamały się. Im więcej czasu mija, tym bardziej różowo 

wyglądają   czasy   Solomona   w   oczach   przeciętnego   najemnika.   Więc   jeśli 
zaatakujesz ich od strony „pozwólmy wrócić dobrym, starym czasom”, ugną 

się. Spraw, by myśleli, że pójście za tobą, to jest to, co oni chcą zrobić.

        

- Czasami mnie przerażasz – powiedziałam.

        

Ziewnął. – Jestem zupełnie niegroźny.

        

Ktoś zapukał do drzwi. Trochę za wcześnie na jedzenie.

        

- Tak? – zawołał Curran.

        

Weszła Mercedes, jedna ze strażniczek. 

     - Na zewnątrz jest mężczyzna, mój panie. Jest wielki, ubrany w pelerynę i 
nosi ogromny topór. Jesteśmy też prawie pewni, że jest pijany.

        

Dagfinn.

        

- Czego chce? – zapytał Curran.

        

- Mówi, że chce walczyć z Władcą Bestii.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                    

Rozdział  7

 

        

Stałam   obok   Currana   w   łukowatym   wejściu   na   dziedziniec   Twierdzy. 

Dagfinn stał na polanie na zewnątrz. Miał sześć stóp i osiem cali wzrostu, a 

ważył – oceniając na oko – około trzystu funtów. I nie był to tłuszcz. Dagfinn 
wyglądał na twardego. Szerokie ramiona wypychały tunikę, bicepsy z trudem 

mieściły   się   w   rękawach,   a   umięśnione   nogi   w   zniszczonych   dżinsach 
przyprawiały o drżenie na samą myśl o jego kopniaku. Na ramiona opadały 

mu włosy gęstą, kręconą falą. Miał przystrzyżoną brodę, a rude brwi ocieniały 
oczy.

        

Stał wywijając bitewnym toporem, na którym były wyryte runy pasujące 

do   tatuaży,   które   miał   na   rękach.   Ostrze   topora   rozszerzało   się   na   kształt 
klosza od czubka do nasady, a ostra jak brzytwa krawędź mierzyła pełnych 

dwanaście   cali.   W   połączeniu   z   czterema   stopami   rękojeści   dodającej   mu 
więcej siły, topór przecinał ciało i kości jak ogromny tasak.

        

-   Słuchaj,   walczyłam   wcześniej   z   tym   facetem.   Może   powinieneś 

porozmawiać z nim ze szczytu muru. On jest pijany i nie jest przy zdrowych 
zmysłach.

        

- On mnie wyzwał – powiedział Curran. – Nie będzie żadnych rozmów.

        

- Rób jak uważasz – powiedziałam.

        

Pan   „Nabijający   się   z   Mojego   Dowodzenia”   chciał   załatwić   to   na   swój 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

sposób. Cóż, dostanie za swoje.

        

Na   murach   wokół   nas   tłoczyli   się   zmiennokształtni.   Każdy   balkon   i 

parapet   zwrócony   w   kierunku   Dagfinna   został   zajęty.   Publiczność   była   po 
prostu tym, co było nam potrzebne.

        

- Coś powinienem wiedzieć? – zapytał mnie Curran.

        

- Topór jest magiczny. Nie dotykaj go. Dagfinn posiada również sporo 

magii. Jeśli go zabijesz, będę naprawdę zła na ciebie. Potrzebujemy go, żeby 
odczytał te cholerne runy.

        

Curran naprężył ramiona i wyszedł na polanę.

        

- Słyszałem, że mnie szukałeś – warknął Dagfinn. Głos pasował do niego, 

głęboki i nieco chrapliwy.

        

- Ona ma jakieś runy i chce, żebyś je obejrzał.

        

Dagfinn przychylił głowę na bok, żeby mnie zobaczyć. 

        

- Kate? Co ty tu, do cholery, robisz?

        

- Mieszkam tu.

        

- Dlaczego?

        

- Ponieważ teraz jestem z nim.

        

Dagfinn spojrzał na Currana. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Czy ty i ona jesteście…?

        

- Ona jest moją towarzyszką – powiedział Curran.

        

Dagfinn   zakołysał   toporem   na   ramieniu.   Runy   roziskrzyły   się   jasną 

zielenią. 

        

- No, no, co ty nie powiesz?

 

Wiesz co, nie obchodzi mnie to, nadal chcę ci 

stłuc tyłek, ale lubię ją, więc cię nie zbiję. 

        

Oczy Currana zalało złoto. 

       - Dzięki.

        

Dagfinn machnął na niego ręką. 

       - No dalej, rób tę swoją przemianę. 

        

- Nie potrzeba.

        

- Och, istnieje taka potrzeba. – zapewnił go Dagfinn.

        

-   Czy   będziemy   rozmawiać   cały   dzień?   Jestem   zajętym   człowiekiem  – 

powiedział Curran.

        

- Dobrze. Dostaniesz za swoje. 

        

Szron   pokrył   włosy   Dagfinna.   Jego   skóra   pociemniała.   Rozrósł   się 

zyskując pół stopy wzrostu, ramiona stały się szersze.

        

- Dobrej zabawy, kochanie. – zawołałam.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Blade kosmyki zimna wypływały z ciała Dagfinna. Lodowata mgła tańczyła 

przy jego skórze czepiając się runów wytatuowanych na ramionach i spływając 
lśniącą kaskadą na topór. Broń rozbłysła jaskrawą zielenią.

        

Oparłam się o kamienną ścianę. Dagfinn zamachnął się toporem.

        

Curran odskoczył. Błysk eksplodował na lewo od niego, oślepiająco biały i 

palący.   W   bębenki   moich   uszu   uderzył   grzmot.   Odczułam   też   falę 
uderzeniową. Fala odrzuciła Currana, przeturlał się i stanął na nogi. W trawie, 

gdzie Curran przed chwilą stał, dymiła trzystopowa dziura. Dagfinn ryczał jak 
rozwścieczone tornado. Cisnął w Currana biczem zimnego powietrza. Władca 

Bestii ponownie uchylił się.

        

Dagfinn   stał   w   miejscu   jak   wrośnięty.   Ostatnie   dwa   razy,   gdy   z   nim 

walczyłam, ruszył na mnie i posłałam go na ziemię. Były dziesiątki sposobów, 

by  wykorzystać   ruch  przeciwnika  przeciwko  niemu:  podciąć  go,  wytrącić  z 
równowagi, przejąć kontrolę nad ramieniem lub nogą, i tak dalej. Dagfinn 

widać zdecydował, że nie da Curranowi takiej szansy.

        

Dagfinn zawirował toporem. Wystrzelił grad lodowych pocisków. Curran 

skakał w tył i w przód, okrążając Dagfinna. Na blankach zmiennokształtni wyli 

i ryczeli.

        

-   Jak   wam   idzie,   kochanie?   –   zawołałam.   Masz   za   swoje,   Wasza 

Futrzastość. Następnym razem posłuchaj mnie.

        

- Próbuję nie popisywać się – krzyknął Curran.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Dagfinn rąbnął toporem w ziemię. Uderzył we mnie grom dźwiękowy. 

Curran poleciał do tyłu.

        

- Zabierz to! – ryknął Dagfinn.

        

Zmiennokształtni gwizdali.

        

Curran odbił się do góry i rzucił do przodu.

        

Dagfinn zawirował toporem, ale Władca Bestii był zbyt szybki. Odskoczył 

w lewo, prawo i zderzył się z Dagfinnem. Olbrzymi wiking zatoczył się do tyłu 

od   impetu   uderzenia,   obrócił   wokół   siebie   biorąc   rozmach   i   rzucił   się   do 
ataku.  Rycząc chwycił topór w obie ręce i podniósł go do góry, zamierzając 

zadać cios znad głowy.

        

Ruszaj się, kochanie. Ruszaj się.

        

Curran rzucił się do przodu.

        

Co on robi, do cholery?

        

Dagfinn ciął z całej siły.

        

Curran chwycił topór prawą ręką.

        

Dagfinn zablokowany. 

        

Jasna cholera.

        

Wiking naprężał się, prawą nogę wysunął do przodu, lewą zaparł się od 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

tyłu. Mięśnie na jego ramionach napęczniały. Mróz pochłaniał rękę Currana, 

ale topór ani drgnął.

        

- Skończone? – zapytał Curran.

        

Dagfinn warknął.

        

Curran podniósł lewą rękę. Palce miał zwinięte w pięść.

        

- Nie w głowę! – krzyknęłam. – Potrzebny jest nam jego mózg.

        

Curran   szarpnął   toporem   do   przodu.   Dagfinn   szarpnął   się   do   tyłu, 

próbując utrzymać równowagę, a Curran z rozmachem przesunął pod nim 

lewą nogę. Dagfinn runął jak dąb ścięty u podstawy.

        

Curran wyrwał mu topór z ręki i odrzucił na bok. Dagfinn zamachnął się 

na niego prawą pięścią. Curran zrobił unik i z rozmachem wbił pięść prosto w 

brzuch Dagfinna. 

        

Au.   Zabolało   mnie   tylko   od   samego   patrzenia.   Zmiennokształtni   na 

murach wydawali odgłosy zasysania powietrza.

        

Dagfinn zwinął się w kłębek, próbując napełnić płuca powietrzem, którego 

nagle mu zabrakło.

        

Curran podciągnął Dagfinna do góry, przewiesił go sobie przez ramię i 

przyniósł wikinga do mnie.

        

Och, ty zwariowany sukinsynu.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Curran zrzucił czerwonego na twarzy Dagfinna u moich stóp.

        

- Oto jest twój ekspert, kochanie.

        

Zmiennokształtni na murach gwizdali i wyli. Dlaczego ja?

        

- Dzięki, pozerze – powiedziałam. – Pokaż mi rękę.

        

- Jest dobrze.

        

- Ręka, Curran.

        

Wyciągnął   ją.   Pęcherze   pokrywały   prawą   dłoń.   Odmrożenie, 

prawdopodobnie   drugiego   stopnia.   To   musiało   boleć   jak   cholera.   Lyc-V 
uzdrowi   mu   rękę   w   ciągu   jednego   dnia   czy   coś   koło   tego,   ale   tymczasem 

musiał zaciskać zęby.

        

- Mówiłam, nie dotykaj topora.

        

Pochylił   się   i   pocałował   mnie.   Zmiennokształtni   na   murach   urządzili 

owację.

        

Dagfinnowi w końcu udało się przypomnieć sobie, jak się oddycha i zaklął.

        

Pochyliłam się nad nim.

        

- On wygrał. Teraz odczytaj moje runy.

        

- Wspaniale – warknął Dagfinn. – Daj mi minutę. Myślę, że mam coś 

złamane.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

 

                                                  

***

 

        

Według Doolittle’a, nic nie miał naprawdę złamane. Dagfinn potraktował 

diagnozę   z   jawnym   niedowierzaniem,   ale   biorąc   pod   uwagę   okoliczności, 
zdecydował się z nią pogodzić się. Natomiast Curran nosił zawiązaną wokół 

dłoni plastikową torebkę z jakimś rodzajem gojącego roztworu. Był tym tak 
zachwycony, jak oczekiwałam.

        

- To jest absurdalne.

        

-   Z   torbą,   ręka   będzie   nadawała   się   do   użytku   za   dwie   godziny   – 

poinformował go Doolittle. – Bez torby, może nadawać się do użytku jutro. To 
twój wybór, mój panie.

        

Curran powarczał trochę, ale nie zdjął torby.

        

Położyłam rysunek Julie przed Dagfinnem.

        

Popatrzył na niego spod przymrużonych powiek. 

        

- Och. Czy to znajduje się na broni?

       

-   Nie,   na   naszyjniku,   który   zabija   dziecko.   Wygląda   jak   starszy   alfabet 

runiczny, ale niezupełnie. Czy to jest zaklęcie? – zapytałam.

        

- To dvergr.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Klapnęłam na najbliższe krzesło. 

        - Jesteś pewien?

        

Dagfinn podciągnął rękaw tuniki odsłaniając tatuaż. 

       - Spójrz tutaj.

        

Ostatnie dwa znaki na ramieniu odpowiadały dwóm ostatnim znakom na 

papierze Julie. Dagfinn wodził palcami wzdłuż tatuażu. 

      -   To   informuje:   Władający   Toporem   Aslaug,   zrodzonym   z   krwi   ziemi, 
ukształtowanym   przez   ręce   Ivara

.  

–   Popukał   w   papier.   –   To   powiada: 

terminator Ivara. Tak, jestem pewien.

 

        

- Co to jest dvergr? – zapytał mnie Curran.

        

- Krasnolud – odpowiedziałam. – Staronordycki krasnolud: magia, moc, 

talent   do   metaloplastyki.   Twórca   broni   bogów.   Krasnoludy   często 

przedstawiani są jako uosobienie chciwości – żądni władzy, żądni kobiet, a 
przede wszystkim złota.

        

- Ejże, zaraz! – Dagfinn podniósł rękę. – Większość ekspertów wierzy, że 

to są pomówienia. Mityczne krasnoludy prawdopodobnie mają swoje korzenie 
w duchach natury… 

        

- Krasnoludy jak w Tolkienie? – zapytał Curran.

      

Chciałabym. Przeciągnęłam dłonią po twarzy. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

         

-   Dawno   temu,   żyli   czterej   bracia   krasnoludy,   synowie   Ivaldi,   którzy 

zrobili   dla   bogów   kilka   magicznych   darów.   Dwa   inne   krasnoludy,   bracia 
Brokk i Eiti, stali się zazdrośni o ich chwałę i założyli się z Loki’m, oszustem, 

że   zrobią  znacznie   lepsze   dary.   Loki   postawił   w   zakład   swoją   głowę. 
Krasnoludy wygrały, a potem chciały zabić Loki’ego. Bogowie nie pozwolili im 

na   to,   więc   Brokk   zaszył   wargi   Loki’ego   drutem.   To   nie   są   wesołe   istoty, 
popijające piwo i przeżywające przygody typowych krasnoludów.

        

- Ten, którego spotkałem, był dobrym gościem – powiedział Dagfinn.

        

- Sądzisz, że to ten sam Ivar, który wykonał twój topór? – zapytał Curran.

        

Dagfinn skinął głową. 

      - Miałem piętnaście lub czternaście lat i byłem wówczas dzikusem

,

 nie tak 

jak teraz.

        

Spojrzeliśmy z Curranem na siebie.

       

- Tak więc, mój wuj Didrik – on był wikingiem – zabrał mnie w góry do 

pewnej   doliny.   Spotkaliśmy   tam   kowala   i   mój   wuj   porozmawiał   z   nim,   a 

potem zostawił mnie tam na lato. Na początku nie szło dobrze, ale w końcu 
Ivar i ja zrobiliśmy postępy. Podobało mi się tam. Kiedy Didrik przyjechał po 

mnie, Ivar zrobił mi ten topór i nałożył na mnie runy. Prawa ręka - poklepał 
prawy biceps - kieruje toporem. Lewa ręka jest moim przekleństwem. Nie 

mogę nigdy zabić bezbronnej osoby czy też zniewolić kogoś, bo topór zwróci 
się przeciwko mnie.

        

-   Słyszałem,   że   włamałeś   się   do   klasztoru   szukając   azjatyckich   pań   – 

powiedział Curran.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Azjatyckiego piwa „ale” – powiedział Dagfinn. – Nie szukałem kogoś, by 

go zgwałcić. Szukałem piwa.*) Nikt nie chciał ze mną gadać, więc próbowałem 
złapać któregoś, by stanął spokojnie, żebym mógł zapytać, gdzie jest piwo. 

Tamtego wieczoru chciałem się trochę napić.

        

Oświeciło mnie. 

        

- Dagfinn, oni są buddystami. Nie warzą piwa. Potrzebni ci byli Bracia 

Augustynianie,   dwie   mile   na   północ.   Poszedłeś   do   złego   klasztoru,   ty 

półgłówku.

        

- Powiedz mi coś, czego nie wiem – warknął Dagfinn. – A tak w ogóle, 

mogę zobaczyć ten kołnierz?

        

Zabraliśmy go, by zobaczył chłopca. Roderick trochę się skulił ze strachu.

        

- Nie bój się – powiedział Dagfinn.

        

Wiking oglądał przez chwilę kołnierz i wróciliśmy do drugiego pokoju. 

Dagfinn   usiadł   na   krześle,   a   Curran   oparł   się   o   ścianę,   obserwując   go   i 
promieniując groźbą.

        

- To może być praca Ivara – powiedział Dagfinn. – Tylko nie widzę w tym 

sensu. Krasnolud, którego znałem, nie skrzywdziłby dziecka.

        

- Czy możesz ponownie odnaleźć dolinę? – zapytałam.

*)  W   języku   angielskim   słowa   „ladies”   –   panie   i   „ale”-   gatunek   piwa,   mają   podobne 
brzmienie, więc nietrudno o pomyłkę, zwłaszcza, gdy wymawia je ktoś nietrzeźwy.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       

Potrząsnął głową. 

      -   Tam   istnieje   jakaś   sztuczka.   Miałem   zapytać   Didrika,   na   czym   ona 

polegała, ale umarł. Próbowałem odnaleźć dolinę na własną rękę. Przeszedłem 
całe Smoky Mountains i nic.

        

Trzymał coś w zanadrzu, mogłam to wyczuć. 

        

- Czego mi nie mówisz, Dagfinn?

        

Wahał się.

        

- To zabija dziecko – powiedział Curran.

        

- On może wiedzieć – powiedział Dagfinn.

        

- On, czyli kto?

        

- Wiesz. On.

        

Serce mi zamarło. To zapowiadało się coraz lepiej.

        

- On, czyli kto? – zapytał Curran.

        

Podeszłam bliżej do niego i ściszyłam głos. 

      - Wikingowie znają pewną istotę

.

 Od bardzo długiego czasu jest uwięziony 

na ich ziemi. Nie lubią wymawiać jego imienia, bo może je usłyszeć i zabić ich 
w nocy.

        

- Nie mów mi, że o tym myślisz – powiedział Dagfinn.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Rozłożyłam ręce. 

       - Nie mam innych pomysłów.

        

-   Kate,   powiedz   mi   proszę,   nie   poszłaś   zobaczyć   się   z   nim   wcześniej, 

prawda? Prawda? – zapytał Dagfinn.

        

- Dlaczego? – zapytał Curran.

        

-   On   zapamiętuje   twój   zapach,   gdy   pójdziesz   się   z   nim   zobaczyć   – 

powiedział   Dagfinn.   –   Zajmuje   mu   to   trochę   czasu,   ale   jak   już   raz   pozna 

zapach, to nigdy go nie zapomina. Ludzie, którzy poszli zobaczyć się z nim po 
raz drugi, nigdy już nie powrócili. Ich kości pozostały tam na górze.

        

- Będziemy potrzebować wsparcia – powiedziałam, myśląc na głos.

        

- Nie patrz na mnie – powiedział Dagfinn. – Lubię cię i w ogóle, ale byłem 

tam już raz. Uciekałem jak mała dziewczynka i ledwo się stamtąd wyrwałem. 
Nie mogę tam pójść ponownie.

        

- Wsparcie nie będzie problemem – powiedział Curran.

        

Potrząsnęłam głową. 

        - Nie możemy zabrać naszych ludzi, nie możemy pozwolić by zginęli.

        

-   Ona   ma   rację   –   powiedział   Dagfinn.   –   Wynająłem   drużynę.   Sześciu 

ludzi. Byłem jedynym, który się stamtąd wydostał i to tylko dlatego, że  On 
zjadał ich najpierw

.

 Moja rada – wynająć takich, których nie znasz i uprzedzić 

ich, że to walka na śmierć i życie. Ich ciała po prostu będą stanowić dla niego 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

progi spowalniające.

        

Spojrzał na mnie. 

        - Musisz porozmawiać z Czirokezami.

        

- Tak, wiem.

         

Sama myśl o pójściu tam, by zobaczyć się z Håkonem przejmowała mnie 

lodowatym dreszczem.

         

- Dobra, wynoszę się – Dagfinn wstał. – Dzięki za walkę, miałem zabawę, 

powinniśmy jeszcze kiedyś to powtórzyć.

         

Curran oderwał się od ściany. 

        - Wyprowadzę cię.

        

- Sam mogę znaleźć drogę – powiedział Dagfinn.

        

- Jestem pewien, że możesz. Zaoszczędzę ci trudu. – Złoto przetoczyło się 

przez oczy Currana.

        

Dagfinn westchnął i obydwaj wyszli.

 

                                                   

***

 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

          

Poszłam na górę, na dach. Zrobiliśmy tam sobie mały kącik jadalny: dwa 

krzesła i stół. Ostatnimi czasy, za każdym razem, gdy siadaliśmy w kuchni, 
żeby coś zjeść, ktoś pukał z jakimś kretyńskich nagłym przypadkiem, więc 

kiedy nie mieliśmy ochoty by nam przeszkodzono, wychodziliśmy z Curranem 
na dach i tam jedliśmy w spokoju. Curran groził, że przywlecze tu grilla i 

„przyrządzi mięso” dla mnie. Znając go, grill oznaczał ogromne palenisko, a 
mięso – pół jelenia.

         

Usiadłam na niskim kamiennym murku okalającym szczyt dachu. Było 

późne popołudniesłońce powoli przesuwało się na zachód. Kamienny murek 
pod moim tyłkiem był przyjemnie ciepły. Zbliżało się lato.

        

Siedziałam   otoczona   ciepłym   powietrzem.   To   było   miłe   odczucie,   ale 

powietrze nie było na tyle gorące, by przegnać chłód

 

nagromadzony na moich 

plecach.   Nie   chciałam   odwiedzać   Håkona.   Kilkoro   ludzi,   których   znałam, 

poszło się z nim zobaczyć. Wróciło tylko dwoje, a Dagfinn był jednym z nich.

        

Świat mrugnął. Magia zniknęła. Zgasła jak świeca w przeciągu. Miało to 

wady i zalety: tak długo, jak magia była w dole, naszyjnik nie zaciśnie się 

mocniej na szyi, ale bez niej nie możemy spotkać się z Håkonem.

        

Voron, mój przybrany ojciec, zawsze mnie ostrzegał, że przyjaciele uczynią 

mnie miękką. Kiedy troszczysz się o ludzi, wykuwasz sobie kajdany, a to czyni 

cię przewidywalnym. Przyjaciele byli nie dla mnie. Greg, mój nieżyjący już 
opiekun, poszedł o krok dalej, i dołożył do tego ostrzeżenia zakaz posiadania 

kochanków.

        

Żaden z nich nie przewidział, że odwzajemniona miłość sprawia, iż życie 

nabiera   nowej   jakości.   Podobało   mi   się   moje   obecne   życie.   Miałam   teraz 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

więcej do stracenia.

        

Z drzwi wyłonił się Curran, ściągnął opatrunek z ręki i cisnął go do kosza 

na śmieci, trzymanego tu od czasu, gdy zaczęliśmy jadać na zewnątrz. Szedł w 
kompletnej ciszy, jak tygrys skradający się przez las, spokojny i pewny siebie. 

Lubiłam go obserwować, pod warunkiem, że nie wiedział o tym. Jego ego i bez 
tego zagrażało warstwie ozonowej.

        

Curran  usiadł obok,   otoczył  mnie  lewą  ręką   i  pocałował.  To był  nieco 

zaborczy pocałunek, wyczułam w nim pewne napięcie.

        

- Przez Gildię i nie.

        

- Hmmm? – zapytał.

        

- Zamierzałeś zapytać, jak poznałam Dagfinna i czy kiedykolwiek byliśmy 

czymś więcej niż przyjaciółmi. Tak naprawdę, nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. 

Byłam   frajerką,   wysłaną   dwukrotnie   przez   Gildię   do   sprowadzenia   go. 
Szukano go, by uiścił grzywnę za zniszczenie mienia.

        

Curran skrzywił się. 

     - Nie, nigdy nie przyszło mi na myśl, że mogłaś być z Dagfinnem. On jest 

niezdyscyplinowanym idiotą. Miej trochę wiary we mnie. Znam cię lepiej, niż 
sądzisz.

       

Wzruszyłam ramionami i oparłam się o niego. 

       - To wszystko jest popieprzone.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Tak, jest. Możesz wymyślić inny sposób odnalezienia Ivara?

        

-   Nie.   A   może   Doolittle   spróbuje   usunąć   kołnierz   podczas   przewagi 

techniki?

        

Curran potrząsnął głową. 

        - Pytałem go. Mówi, że to zabije chłopca. Twierdzi, że mamy trzydzieści 
sześć do czterdziestu ośmiu godzin, w zależności od tego, jak długo magia się 

utrzyma.   Istnieje   duża   szansa,   że   następna   fala   magii   będzie   dla   chłopca 
ostatnią.

        

Dwa dni, zanim Roderick z tymi swoimi oczami sówki umrze zadławiony.

        

-   Czy   pamiętasz   jak   kilka   lat   temu   zniknął  oddział  PAD-u?   Jedenastu 

policjantów uzbrojonych po zęby? Czy było o tym w gazetach?

        

- Tak.

        

- To był Håkon. 

        

- Czy tak ma na imię?

        

Skinęłam głową. 

      - Nie mogłam powiedzieć tego w obecności Dagfinna, żeby się rzeczywiście 
nie   wkurzył.   Każdy,   kogo   zabierzemy   ze   sobą   umrze.   Jeżeli   nikogo   nie 

zabierzemy, umrze chłopiec.

        

- Wyjaśnimy całą sprawę i poprosimy o ochotników. – Curran przyciągnął 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

mnie bliżej. – Takie są nasze wybory.

        

- Jestem zmęczona wszawymi wyborami. Jeśli wciągnę w to wszystkich 

ludzi, to jednocześnie zabiję ich, a ich krew utworzy jezioro. Będę brnęła przez 
nie i życzyła sobie, żeby nie stało się głębsze.

        

Siedzieliśmy obok siebie, dotykając się.

        

Jeśli Curran poprosi o ochotników, Gromada wydusi jakiś z siebie. Będę 

widziała   ich   twarze,   będę   świadkiem   ich   śmierci,   a   potem   będę   musiała 
zawiadomić o tym ich rodziny, zakładając, że przeżyję. Zakładając, że przeżyje 

Curran.

        

Wkurzyła  mnie  sama  myśl  o tym.  Zrobimy  to.  Na drugim końcu  tego 

równania było dziecko, więc tak, zaciśniemy zęby i zrobimy to. Ale to czyniło 

mnie   tak   wściekłą.   Mogłabym   udusić   Aurellię,   gdybym   tylko   dostała   ją   w 
swoje ręce. Wiedziała, co ten kołnierz zrobił, z premedytacją dokonała wyboru 

pomiędzy mężem a synem.

        

- Czy Håkona można zabić? – zapytał Curran.

        

- Nie. Czirokezi próbowali przez lata. Wszystko, co udało im się zrobić, to 

zatrzymać go na tamtej górze. Jeśli go porozrywasz, po prostu poskłada się z 

powrotem – warknęłam. – Nie chcę tego robić.

        

- Wiem – powiedział.

        

- Czy myślisz o mnie gorzej?

        

- Nie. – Curran pogłaskał mnie po plecach. – Jak mówiłem, takie są nasze 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

wybory i czasami każdy wybór jest zły, a potem siadasz sobie i przypominasz 

to całe straszliwe gówno, które musiałeś zrobić i zrobiłeś, i starasz się z tym 
jakoś pogodzić, by móc dalej żyć. Zje cię to żywcem, jeśli na to pozwolisz.

        

Wyprostowałam się i dotknęłam jego policzka. 

        

- Cóż, nie musisz już więcej siedzieć sam. Usiądziemy oboje.

        

Chwycił moją dłoń i ucałował. Oczy mu pociemniały. Palce zacisnęły się w 

pięść. Wyglądał drapieżnie.

         

- Chciałbym móc zawrócić czas i zmiażdżyć jej czaszkę zanim założyła 

naszyjnik dziecku.

        

- Wiem. Żałuję, że nie ma sposobu, by do niej dotrzeć.

        

Spojrzał na mnie. 

        - Myślałem o tym. Jeśli podejdziemy do domu Forney’a w nocy...

        

-   Curran,   nie   możemy   włamać   się   do   domu   prokuratora   okręgowego. 

Efekty uboczne dla Gromady byłyby ogromne.

        

-   Wiem,   wiem.   –   Zadrgały   mu   mięśnie   na   szczęce.   Nienawidził   mieć 

związanych   rąk,   a   ja   to   zrobiłam.   –   Ale   jeśli   wykorzystamy   kogoś   spoza 

Atlanty do tego zadania…

         

- To zły pomysł. Nawet ja wiem, że to zły pomysł.

        

Spojrzał na mnie. Nadal o tym myślał.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Nie – powiedziałam.

        

Curran zaklął.

        

Zadarcie z prokuratorem generalnym skończy się dla nas pospiesznym 

polowaniem na czarownice. On to wiedział i ja to wiedziałam. Nie, musiał być 
na to jakiś inny sposób. Jakiś sposób, gdzie chłopiec nie umrze i nasi ludzie 

nie zginą.

        

Westchnęłam. 

       - Czasami zazdroszczę nawigatorom. Wszystko, co robią, to siedzenie w 
Kasynie i popijanie kawy, kiedy krwiopijcy w niebez…

        

Urwałam wpół słowa.

        

Oczy Currana rozbłysły.

        

- Myślisz, że on na to pójdzie?

        

- Och, tak. Tak, pójdzie na to. – Zeskoczył z murku. – Chodź ze mną.

        

- Nie powinniśmy opracować jakiegoś planu? Ghastek nie jest idiotą. Nie 

możemy po prostu zadzwonić do niego i powiedzieć: „cześć, wyruszamy na 
samobójczą   misję,   chcemy   zabrać   kilka   wampirów,   żeby   były   mięsem 

armatnim”. Już sam pomysł wystawienia na niebezpieczeństwo czterech czy 
pięciu z nich przyprawi go o apopleksję.

        

- Mam plan. – Curran uśmiechnął się do mnie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Oświeć mnie proszę, Wasza Wysokość.

        

- Sprawię, żeby Jim coś wykombinował – powiedział Curran.

        

- I to jest to? To jest twój plan?

        

- Tak. Jestem genialny. Chodź.

        

Zeskoczyłam z murku i zeszliśmy po schodach.

        

Jeśli   ktoś   może   wymyślić,   jak   wrobić   Ghasteka   w   tę   intrygę,   to   tym 

człowiekiem   mógłby   być   Jim.   Dobrze   mu   tak,   za   te   wszystkie   razy,   kiedy 
wypychał mnie na pierwszą linię ognia.

        

Zemsta jest słodka.

 

                                                     

***

 

        

Złapaliśmy   w   potrzask   Jima   w   jednej   z   sal   konferencyjnych   i 

wyłuszczyliśmy mu nasz genialny plan.

        

- To jest zemsta, czyż nie tak? – Jim spojrzał na mnie.

        

- Nie bądź śmieszny – powiedziałam. – Jako Małżonka Gromady jestem 

ponad taką drobną zemstę.

        

Jim popukał w opartą na swoim przedramieniu podkładkę do pisania z 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

klipsem przytrzymującym kilka papierów.

        

- Zrobię to, jeśli pójdziesz jutro do Gildii.

        

- Zrobisz to, ponieważ ja proszę cię o to – powiedział Curran.

        

Jim zwrócił się do mnie. 

        

- Załatwisz sprawę Gildii?

       

Miałam na rękach umierające dziecko, a wszystko, o co on się troszczył to 

ta idiotyczna Gildia.

        

- Być może. Nie wiem jeszcze. Właściwie jestem w tej chwili zajęta.

        

Zieleń zalała oczy Jima. Wyszarpnął kartkę papieru z podkładki i dźgnął 

nią we mnie. Widniała na niej długa lista.

        

- Co to jest?

        

- To jest lista wszystkich połączeń telefonicznych, które odebrałem w tej 

gównianej sprawie w ciągu ostatniego tygodnia. Najemnicy napuścili każdego 
cholernego członka Gildii, żeby tu do mnie zadzwonił.

        

Potrząsnął listą w kierunku Currana. 

    -   Chcesz   wiedzieć,   dlaczego   nie   zrobiłem   tego   twojego   sprawdzenia 

przeszłości wilków? To dlatego! Mógłbym to zrobić, jeśli twoja towarzyszka 
przestałaby się opierniczać i po prostu załatwiła to.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Och, jest tak jak kiedyś.

        

-   Wobec   tego   mam   świetny   pomysł.   Ponieważ  wydzwaniają   do   ciebie, 

dlaczego  ty  nie przestaniesz się opierniczać i nie uporasz się z Gildią. Byłeś 
tam tyle samo czasu, co i ja.

        

- Mam pracę!

        

- Ja też! Dlaczego twój czas jest ważniejszy niż mój?

        

Podkładka trzasnęła w palcach Jima. Rzucił ją na ziemię i podniósł ręce. 

       - Wiesz, co ja zrobię? Zrezygnuję.

        

- Och, mój Boże, serio?

        

Jim wytarł jedną dłoń o drugą i pokazał mi je.

        

- Umyłeś ręce?

        

- Tak.

        

-   Naprawdę?   Więc   co,   zamierzasz   przejść   na   emeryturę   i   otworzyć 

kwiaciarnię, o której zawsze marzyłeś?

        

Oczy Jima stały się całkowicie zielone.

        

- Dość – powiedział Curran. Wyraźny rozkaz przesycał jego głos. Jim z 

trzaskiem zamknął usta.

        

Skrzyżowałam ramiona. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

    

-   Przepraszam,   czy   to   jest   ten   moment,   gdzie   padam   na   kolana   i   drżę   ze 

strachu, Wasza Futrzastość? Głupio mi, nie dostałam instrukcji.

        

Curran zignorował zjadliwość. 

        - Jaki masz problem z Gildią?

        

- Jedyny sposób, który to rozwiąże wymaga ode mnie zaangażowania się w 

kierowanie Gildią, a ja nie chcę tego robić – zamachałam rękami. – Mam na 

głowie te wszystkie bzdury związane z byciem Małżonką, mam Cutting Egde i 
inne pierdoły, które obydwaj zrzucacie na mnie Nie chcę co miesiąc chodzić 

do Gildii i na dodatek do tego wszystkiego użerać się jeszcze z ich szajsem.

        

Curran nachylił się do mnie. 

     - Stroję  się  i  spotykam z  tymi  pieprzonymi  truposzczakami  raz  na  trzy 
miesiące, i jestem uprzejmy, kiedy jemy przy tym samym stole. Ty możesz 

uporać się z Gildią.

        

- Ty, stroisz się? Wow, nie miałam pojęcia, że wciągnięcie wizytowych 

spodni od dresów jest takim wielkim brzemieniem.

        

- Kate – warknął Curran. – To nie są spodnie od dresów. Są luźne i mają 

pasek. Muszę nosić do nich buty z tymi cholernymi sznurowadłami.

         

-   Nie   chce   tego   robić!   Nienawidzę   bzdurnej   polityki.   –   Więc   nie 

potrzebowałam polityki Gildii w moim życiu. I bez tego było wystarczająco 

skomplikowane, do cholery. – Nie mam na to czasu.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Wszyscy nienawidzą spraw politycznych – warknął Curran. – Zrobisz to.

        

- Podaj mi jeden powód, dlaczego.

        

- Bo znasz tych ludzi i niektórzy z nich są twoimi przyjaciółmi. Gildia tonie 

i oni utracą pracę.

        

Otworzyłam usta i zamknęłam je bez słowa.

        

- A także dlatego, że ja cię proszę, żebyś to zrobiła – powiedział Curran. – 

Proszę, rozwiążesz ten problem, kochanie?

        

Chciałam go rąbnąć pięścią. Chciałam go uderzyć pięścią prosto w twarz, 

mocno.

        

- Dobrze. Będę potrzebowała dużego wsparcia w Gildii.

        

Curran spojrzał na Jima. 

        - Upewnij się, że ma wszystko, czego potrzebuje.

        

-   Dobrze   –   powiedział   Jim.   –   Podniósł   kawałki   podstawki,   wyciągnął 

kawałek papieru i podał mi razem z długopisem. – Napisz, czego potrzebujesz.

        

Zrobiłam to i oddałam mu z powrotem.

        

Jim przeczytał. 

       - Zadbam o to, Małżonko.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       

- Dziękuję, Alfa.

        

Gdyby padał deszcz nasze głosy zamroziłyby go w grad.

        

- Czy coś jeszcze? – Zapytał Jim Currana.

        

- Nie.

        

Jim skinął głową i odszedł.

        

- Nienawidzę cię – powiedziałam do Currana.

        

Zachichotał. 

     - Nienawidziłabyś mnie bardziej, gdyby Jim to rzucił. Musielibyśmy znaleźć 

zastępstwo.   Nie   ufam   wielu   ludziom.   Tylko   pomyśl   o   ile   więcej   gówna 
musiałabyś z tym znosić.

        

- Nie rób tego – ostrzegłam go.

        

- Mmm, Kate, Szef Bezpieczeństwa. Seksowna. Któż będzie lepiej strzegł 

mojego ciała niż kobieta, która jest jego właścicielką?

        

- Curran, walnę cię pięścią.

        

- Zadziorna sztuka – Curran udawał, że drży ze zdenerwowania.

        

Podniosłam pięść i popukałam lekko w jego biceps.

        

- Wiedziałaś, że to było nieuniknione – powiedział.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Wiedziałam.   W   momencie,   gdy   Jim   przysłał   mi   teczki,   dokładnie 

wiedziałam, jak to się skończy. Jednak dzielnie się broniłam.

        

- Tak, ale nie musi mi się to podobać. Możemy teraz zjeść? Umieram z 

głodu.

        

- Och, więc mi wybaczono? – zapytał.

        

- Pewnie. Następnym razem, gdy postanowisz wysunąć pazury i wystąpić z 

planem   inwazji   domu   wysokiego   rangą   urzędnika   państwowego,   warknę 
„Dość!” i spodziewam się, że będzie to wykonane, co ty na to?

        

- Powiedziałaś mi, nie – powiedział.

        

- I?

        

- I nie podobało mi się to.

        

-   Nie   możesz   napaść   domu   prokuratora   okręgowego,   ty   zwariowany 

draniu!

        

- A ty nie możesz zmierzyć się z bałaganem w Gildii. Oboje musimy robić 

rzeczy, których nie chcemy robić. Traktuję nas równo.

        

Przewróciłam oczami i poszliśmy na górę do naszego zimnego jedzenia.

        

- Wiem, co ten dupek dostanie ode mnie na najbliższe Boże Narodzenie – 

powiedziałam.

        

- Co?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Podkładkę do pisania z klipsem. Całe mnóstwo podkładek.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                            

                                              

Rozdział  8 

 

        

Przed Zmianą i rozpoczęciem się magicznych fal bez trudu można było 

rozpoznać ludzi władzy poprzez markę samochodu, którym jeździli, poprzez 
ubrania, które nosili i towarzystwo, w którym się obracali. Po Zmianie, w 

Atlancie, w niektórych przypadkach wizualne wskazówki nadal bywały 
użyteczne, ale bynajmniej nie tak często. Menel w wytartych dżinsach i 

obszarpanym płaszczu mógł wyjść na ulicę, podnieść ramiona, a niebo się 
rozdzierało i płakało deszczem błyskawic i gradem wielkości orzechów 

kokosowych, zrównując z ziemią wszystko w promieniu trzech mil.

        

To dlatego po Zmianie Atlanta wymyśliła nowe pojęcie - pokaz mocy. To 

była pretensjonalna demonstracja zdolności i siły, mająca na celu 

zastraszenie.

        

Kiedy obudziłam się rano, czekała na mnie para szarych dżinsów, szary T-

shirt i szara skórzana kurtka, wszystko to przykryte szarym płaszczem 

obszytym futrem. Szary był kolorem Gromady. Miałam zamiar odstawić 
przedstawienie dla Gildii, a to był mój kostium do tego. Włożyłam ubrania, 

wciągnęłam buty, dodałam do tego miecz w skórzanym pokrowcu na plecach, 
noże do rzucania i ochraniacze przegubów ze srebrnymi igłami. Zaplotłam 

włosy, odsłaniając twarz i dokładnie obejrzałam się w lustrze. Wyglądałam jak 
medialny pieprzony gnojek - jasno i wyraźnie. Zazwyczaj trzymałam się z 

daleka od ciuchów takich jak te. Im mniej uwagi zwracałam na siebie podczas 
pracy, tym lepiej.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Wmaszerowałam do łazienki, gdzie Curran mył zęby. Jego blond brwi 

uniosły się do góry.

        

- Od teraz, to jest twój strój na spotkania Rady.

        

Roześmiałam się.

        

- Płaszcz, czy bez płaszcza?

        

- Zdecydowanie płaszcz – powiedział.

        

Przymierzyłam płaszcz przed lustrem.

        

Curran podszedł do mnie z tyłu i trącił nosem moją szyję.

        

- Czy to twój pistolet, czy po prostu jesteś szczęśliwy, że mnie widzisz?

        

- Mmm, to wyzwanie – szczypał skórę mojej szyi wysyłając elektryczne 

wstrząsy w dół ciała. Niektórych mężczyzn podniecały białe koronki i 

przezroczysty peniuar. Moje słodkie ciacho podniecała kobieta ubrana jak 
zabójczyni. Przypuszczalnie było w tym coś głęboko pokręconego. Na szczęście 

dla mnie, bo nigdy nie miałam wśród swoich rzeczy peniuarów.

        

Pocałował mnie znowu.

        

- Ostatecznie stałaś się kompletnym pieprzonym gnojkiem.

        

- Zawsze byłam pieprzonym gnojkiem.

        

- Nie, myślałaś, że jesteś pieprzonym gnojkiem i mówiłaś wiele bzdur.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Objął mnie ramionami.

        

Aha. 

       - Puść mnie.

        

- Masz czas. – Pocałował ponownie moją szyję. Każdy nerw w moim ciele 

stanął na baczność.

        

- Nie, nie mam. Ludzie czekają. – Wywinęłam się z objęć i pocałowałam 

go. Przyciągnął mnie bliżej, zamykając w ramionach. Mmm, Curran. 
Naprawdę nie chciałam odchodzić.

        

- Chodź.

        

- Nie. Muszę iść.

        

- To nie potrwa długo. 

        

- Dla kogo właściwie będzie ta zabawa? Twoje techniki uwodzenia 

wymagają pracy.

        

Wyplątałam się z jego ramion i uciekłam, zanim wymyśli, co innego by tu 

powiedzieć, żebym zmieniła zdanie.

        

Po dziesięciu minutach zatrzymałam się na oddziale szpitalnym.

        

Kołnierz Rodericka przygasł do jasnej żółci, skóra wokół niego stała się 

jasno czerwona. Samo patrzenie na to bolało. Przykucnęłam przy nim.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Jak się czujesz?

        

- W porządku. Dziękuję.

        

- Czy to boli, kiedy jesz?

        

- Trochę – powiedział.

        

- Zobaczę się dzisiaj z kimś, żeby dowiedzieć się jak to zdjąć.

        

Tylko patrzył ma mnie tymi swoimi wielkimi oczami. W głębi duszy 

musiał być przerażony. Jego siostra umarła. Jego rodziców nie było. Ale dusił 
to wszystko wewnątrz siebie i nie zamierzał mnie do tego dopuścić.

        

Zanim wyszłam, Doolittle odciągnął mnie na bok. Twarz miał ponurą.

        

- Musisz się pospieszyć.

        

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy – powiedziałam.

        

Kiedy wyszłam na światło poranka, czekało na mnie dziesięć pojazdów 

Gromady. Stojące przed nimi drużyny ubrane były w identyczną szarość. Jim 
stał z boku przyglądając się oddziałom. Podeszłam do niego.

        

- Zadowolona, Małżonko?

        

- Jak długo zamierzasz być wkurzony? – zapytałam. Oboje mówiliśmy 

ściszonymi głosami.

        

Patrzył prosto przed siebie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

- Jim, mieliśmy słowną sprzeczkę. Zachowałam się jak dupek, ale ty 

zataiłeś informacje. Nadal pogrywasz ze mną tak jakbyś sądził, że rzucę się na 
jakiś facetów i zanim ty się ockniesz z pogryzionymi nogami i siniakami na 

całym ciele, to ja już skończę robotę.

         

- Teraz jest inaczej, bo oboje należymy do Gromady. Powiedziałem ci, że 

jest mi przykro z tego powodu. Czy zamierzasz wyciągać to za każdym razem?

         

- To było wredne zachowanie..

        

Zacisnął zęby tak mocno, że jego szczęki stały się kwadratowe.

        

Westchnęłam i ruszyłam w kierunku samochodów. 

       - Rób, jak uważasz.

        

- Zawszę to robię – zawołał.

        

Odwróciłam się i pokazałam mu środkowy palec.

        

Wpatrywał się we mnie.

        

Poszłam dalej.

        

- Kate! – zawołał.

        

Obróciłam się. 

        

- Eduardo jest twoim zastępcą. Musisz z nim porozmawiać. On chce coś 

przećwiczyć.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Skinęłam głową.

        

- Kate!

        

Odwróciłam się. 

        

Jim podszedł do mnie. 

       - Czy potrzebujesz mnie, żebym pilnował twoich pleców w sprawie Gildii?

        

- O to chodzi. Dzięki.

        

- W każdej chwili.

        

Udałam się na poszukiwanie Eduardo. Jim był wrednym sukinsynem, ale 

dawał mi wsparcie. Przynajmniej nie był już wściekły. Prawdopodobnie będę 
musiała, mimo wszystko, zaproponować pokój. Jaguarołaki były trudnymi 

stworzeniami.

        

Muszę poprosić Dali, by pomogła mi wybrać prezent. W ten sposób nie 

będzie nieporozumień.

 

                                                        

***

 

        

Gildia Najemników miała swoją kwaterę główną w przerobionym hotelu 

Sheraton na obrzeżach Buckhead. We wcześniejszym okresie hotel 
zbudowany w kształcie wydrążonej wieży miał solidną szklaną fasadę z 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

obrotowymi szklanymi drzwiami. Teraz wejście wyróżniała masywna stalowa 

brama. Kiedy nasz orszak skręcił w stronę hotelu, mogłam zobaczyć kilku 
najemników, gadających o czymś i palących papierosy. Większość 

pracowników Gildii była już prawdopodobnie w środku. Doskonale.

        

Obok mnie, prowadzący dżipa Eduardo zwrócił się w moją stronę. 

Bizonołak z Klanu Ciężkich miał ponad sześć stóp wzrostu, a jego ciało 

składało się z grubych warstw mięśni. Czarna grzywa włosów opadała mu na 
plecy. Twarz z kwadratowym podbródkiem i głęboko osadzonymi oczami 

sprawiała wrażenie, że wolałby raczej umrzeć, niż się wycofać. To wrażenie 
było w stu procentach prawdziwe. Miałam pewien problem z częścią jego 

planu i wykłócałam się z nim o to, aż spurpurowiała mi twarz, ale on nie 
ustąpił ani o włos. Co było prawdopodobnie powodem, dla którego Jim 

wyznaczył go na mojego zastępcę w tym przedsięwzięciu.

        

- Poczekaj chwilę, aż ustawimy się w szeregu, zanim wkroczysz, Małżonko 

– warknął.

        

- Kate.

        

Od jakiegoś czasu mówiliśmy sobie po imieniu.

        

- Nie dzisiaj, Małżonko.

        

Dziesięć dżipów równocześnie zawróciło, parkując przed frontem 

budynku jeden obok drugiego. Najemnicy przy wejściu zapomnieli o paleniu 
papierosów i patrzyli.

        

Otworzyły się drzwi samochodów. Wysiedli z nich zmiennokształtni z 

pełnymi powagi twarzami i z wojskową precyzją uformowali dwa szeregi. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

Spojrzałam na Eduardo.

        

- Jeszcze nie – powiedział.

        

Zmiennokształtni wkroczyli do Sheraton’a, wyglądając tak, jakby chcieli 

pogryźć każdego, kto byłby na tyle głupi, żeby stanąć im na drodze.

        

- Wysiądę i pójdę przodem. Derek otworzy ci drzwi. Kiedy wysiądziesz, idź 

tak, jakby to miejsce było twoją własnością – powiedział Eduardo. – My 

ruszymy za tobą. 

        

- Uważaj, bizonie – warknęła Jezebel z tylnego siedzenia. Była jedną z 

dwóch boud Ciotki B, alfy hienołaków, przydzielonych mi w charakterze 

ochroniarzy. – Nie mów do niej, jakby była dzieckiem.

        

Podniosłam rękę. 

       - W porządku. Zrozumiałam.

        

- Nie martw się – powiedział Eduardo. – Pójdzie ci świetnie.

        

Było kilka rzeczy, których nienawidziłam bardziej niż bycia w centrum 

uwagi. Zwłaszcza, jeśli tłum był duży.

        

Eduardo wysiadł. Otworzyły się drzwi dla pasażerów i wysiedli Jezebel i 

Derek. Jezebel miała sześć stóp wzrostu i na ciele dostateczną ilość twardych 
mięśni, żebym pomyślała dwa razy o zmierzeniu się z nią. Derek był 

szczuplejszy i młodszy, ale jego twarz i postawa wywierały natychmiastowe 
wrażenie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Derek otworzył drzwi. 

       - Moja Pani.

        

Twarz mojej ciotki zamajaczyła mi przed oczami. Będę Errą na dzisiaj.

        

Eduardo głośno tupiąc szedł w kierunku Sheratona z miną mówiącą „no, 

zrób mi tę przyjemność”

        

Wysiadłam i pomaszerowałam do Gildii wyobrażając sobie, że za plecami 

mam armię.

        

Eduardo przeszedł przez żelazną bramę, nabrał powietrza w płuca i 

ryknął. 

       

- Miejsce dla Małżonki!

        

O rany.

        

Eduardo stanął z boku. Przeszłam przez bramę i szłam dużymi krokami 

przez hol. Eduardo zajął miejsce za mną.

        

Przed Zmianą hotel był wielo-gwiazdkową firmą, na miejscu była 

restauracja, kawiarnia i strefa sprzedawania alkoholu po najniższych cenach 
ulokowana na trzystopowej platformie. Teraz główną podłogę zapełniali 

najemnicy. Dwa szeregi zmiennokształtnych przecięło tłum i zatrzymało się 
tworząc pusty korytarz prowadzący do platformy, stali jak posągi, ręce 

założone za plecami, stopy złączone razem. Na platformie czekał na mnie 
samotny stół. Mark z pobladłą twarzą siedział z lewej strony. Po prawej 

siedzieli Bob i Ivera, gapiąc się na mnie okrągłymi oczami.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Podeszłam do platformy z uniesioną wysoko głową, płaszcz powiewał za 

mną. Cała Gildia skupiła uwagę na mnie. Super.

        

Przed samą platformą Eduardo przyspieszył kroku, wyprzedzając mnie. 

Przyklęknął, zacisnął lewą dłoń na nadgarstku prawej i posunął mi ten 
prowizoryczny schodek.

        

Nie spaść, nie spaść, nie spaść...

        

Bez zmiany rytmu kroków, weszłam na ten stopień, a następnie na 

platformę.

        

Ćwiczyliśmy to co najmniej tuzin razy, zanim wyjechaliśmy do Gildii.

        

Trójka zmiennokształtnych, Derek, Eduardo i Jezebel, odwróciła się tyłem 

do platformy i groźnie patrzyła na tłum. Derek niósł duże, drewniane pudło. 

Dwa szeregi zmiennokształtnych jednocześnie przesunęło o krok lewe nogi, 
przyjmując postawę spocznij.

        

Ktoś gwałtownie łapał powietrze.

        

Czas na przedstawienie.

        

- Przemawiam w imieniu Gromady – powiedziałam, wkładając w głos całą 

swoją siłę. – Jesteśmy właścicielami dwudziestu procent udziałów Gildii. 
Grupa administracji ma ich czterdzieści procent. Pozostałe czterdzieści mają 

weterani.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

Można było usłyszeć spadającą szpilkę.

        

- Mieliście całe miesiące, żeby wybrać przywódcę. Nie udało się to wam i 

poprosiliście Gromadę o przełamanie tego impasu. Oto moja propozycja dla 
Gildii. Słuchajcie uważnie, ponieważ drugiej nie będzie.

        

Słuchali. Dziękuję ci, Wszechświecie, za drobną przysługę.

        

- Czerwony Solomon wyobrażał sobie Gildię jako miejsce dla niezależnych 

mężczyzn i kobiet, w którym będą zarabiać na życie w taki sposób, jaki uznają 
za stosowny. Musimy kontynuować linię postępowania, którą dla nas 

nakreślił.

        

To były bzdury. Czerwony Solomon nie miał żadnej wielkiej wizji, ale 

Curran tak sugerował, więc wysunęłam to na początku swojej przemowy.

        

- Punkt pierwszy. Gildia powoła Dyrektora Administracyjnego do 

nadzorowania codziennych działań i finansowego bezpieczeństwa Gildii. 
Wysuwam kandydaturę Marka na to stanowisko. Punkt drugi. Gildia powoła 

Dyrektora Kadrowego do ochrony interesów najemników, nadzoru podziału 
na strefy i wyznaczania zadań. Wysuwam kandydaturę Boba Carvera na to 

stanowisko. Punkt trzeci. Gildia utworzy stanowisko Oficera Łącznikowego 
Gromady, który będzie reprezentował jej interesy w Gildii jako trzeci 

największy udziałowiec. Ja obejmę to stanowisko. Ta trójka, Dyrektor 
Administracyjny, Dyrektor Kadrowy i Oficer Łącznikowy Gromady, utworzy 

Zarząd Gildii, który będzie się spotykać piętnastego każdego miesiąca. 
Wszelkie kwestie odnośnie spraw polityki Gildii będą rozstrzygane w drodze 

głosowania członków zarządu.

        

Spojrzałam w dół. Zmiennokształtny z końca lewego szeregu podszedł i 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

rozstawił mały stolik. Zmiennokształtny z końca prawego szeregu położył na 

nim wysoki stos kart katalogowych i trzy długopisy. Podszedł Derek i postawił 
na środku stolika drewniane pudło.

        

- Teraz Gildia będzie głosować – oznajmiłam. – Każdy z was napisze na 

karcie swój ID najemnika dodając jedno słowo, TAK lub NIE, i wrzuci kartę 
do pudła. Daję wam ostatnią szansę na uratowanie Gildii i swojej pracy. Nie 

zawalcie sprawy.

        

Dwie godziny później, dwustu czterdziestu sześciu najemników 

zagłosowało „tak”, trzydziestu dwóch zagłosowało „nie”, a sześćdziesięciu 

jeden wrzuciło karty tylko ze swoim ID – ci wstrzymali się od głosu. 
Odstawiłam przedstawienie z pogratulowaniem Bobowi i Markowi i w cholerę 

zabrałam się stamtąd.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                                                         

                               

                                                  Rozdział  9

                                                                         

 

  

         

        Po wyjściu z Gildii poszłam zobaczyć się z Immokalee, szamanką 

Czirokezów. Przez pół godziny sporządzała dla mnie różne substancje, a 
następne pół godziny próbowała mnie przekonać, że zamiar odwiedzenia 

Håkona był Złym Pomysłem. Wiedziałam, że to był Zły Pomysł. Po prostu nie 
wiedziałam, co zamiast tego mogłabym zrobić.

        Dotarłam do biura tuż popołudniu. Na parkingu czekał na mnie Laluś i 

furmanka, na którą załadowano jelenia znajdującego się pod wpływem 
środków uspokajających. Zmiennokształtna kobieta, której nie znałam, 

siedziała na wozie z bardzo kwaśną miną. Zajęło mi tylko chwilę, żeby 
zorientować się, dlaczego. Obok wozu, ukryty w jego cieniu, przykucnął 

wampir. Od stóp po czubek głowy pokryty był purpurowym kremem 
przeciwsłonecznym, jakby eksplodował na nim jakiś olbrzymi bąbel 

winogronowej gumy do żucia.

        Jim załatwił to. Miałam ochotę podskoczyć z radości. Zamiast tego 
rzuciłam wampirowi beznamiętne spojrzenie.

        - W środku jest ich więcej – poinformowała mnie zmiennokształtna 

kobieta.

        Weszłam do biura. Przy moim biurku siedział Curran popijając piwo 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

wzięte z lodówki. Przed nim, na środku podłogi, w równym rządku siedziały 

cztery wampiry. Dwa zachwycająco harmonizowały kolorem z tym na 
zewnątrz, jeden był zielony, a ostatni pałał ognistym pomarańczem.

        - Rozumiem krem przeciwsłoneczny – powiedziałam. – Ale dlaczego 

musieliście pomalować je jak kręgle?

        Pomarańczowy wampir rozdziawił szczęki. 

        - Jaskrawy kolor pomaga upewnić się, że są całkowicie posmarowane – 
powiedział nieznajomy kobiecy głos. – Łatwo jest przegapić jakieś miejsce. 

Kiedy są młode, mają wiele zmarszczek.

        Ugh. 

        - Co to ma znaczyć?

        - Kate – zielony wampir przemówił głosem Ghasteka. – Doszły mnie 
słuchy, że planujecie zobaczyć się z pewną istotą na terytorium Wikingów, 

żeby znaleźć sposób na usunięcie naszyjnika z szyi dziecka. Nieumarłą istotą. 
To wyraźnie narusza warunki naszej umowy o wspólnym rozwiązywaniu tej 

sprawy.

        Spojrzałam na Currana. Wzruszył ramionami.

        - A jak się o tym dowiedziałeś?

        - Mam swoje sposoby.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Jak, u licha, Jim zdołał to zrobić? Muszę mu kupić wszystkie podkładki 

na świecie.

        - Ghastek, to nie jest wycieczka dla zabawy – powiedział Curran.

        - Nie możesz pójść – dodałam.

        - A dlaczego by nie? 

        - Ponieważ nieumarły wymorduje oddział specjalny twoich wampirów, a 
nie mam ochoty dostać za to rachunku – powiedział Curran. – Zrób sobie 

przysługę. Tym razem nie bierz w tym udziału.

        Wow. Podpuszczał go.

        Czerwone oczy wampira wyszły z orbit, próbując odzwierciedlić wyraz 
twarzy Ghasteka.

        - Kate, być może musisz wyjaśnić swojej drugiej połówce, że jego godność 

nie daje mu prawa do wydawania mi rozkazów. Ostatnim razem, gdy 
sprawdzałem jego tytuł Władcy Bestii był subtelnym eufemizmem człowieka, 

który rozbiera się do naga wieczorem i biega tu i tam po lasach polując na 
małe stworzenia. Jestem najważniejszym Panem Umarłych. Będę chodził tam, 

gdzie chcę.

       
                                                                ***

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Znowu jechałam na Lalusiu. Curran wybrał jazdę wozem. 

Podróżowaliśmy obok siebie. Ghastek zajął miejsce na czele, podczas gdy 
trójka jego czeladników otaczała nas po bokach. Czwarty, pomarańczowy 

wampir, kłusował obok mnie. Był pilotowany przez najlepszą czeladniczkę 
Ghasteka. Miała na imię Tracy i jak na osobę będącą nawigatorem, nie była 

taka zła.

        Wampir Ghasteka dotarł do rozwidlenia Gunnara. Jak można się było 
spodziewać, na drogę wytoczył się Gunnar.

        - Znowu jedziecie zobaczyć się z Ragnvaldem?

        - Jedziemy na polanę. – Skinęłam w stronę wozu. Ciemne wilgotne oczy 

jelenia patrzyły na wikinga.

        Kręgosłup Gunnara zesztywniał. 

        - Zobaczyć się z Nim?

        Kiwnęłam potakująco głową.

        - Nie jedźcie – powiedział.

        - Muszę.

        Potrząsnął głową i odsunął się na bok. 

       - Miło mi, że cię znałem.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Potrząsnęłam lejcami i nasz mały orszak potoczył się dalej.

        Ghastek zawrócił zrównując się z Lalusiem. 

        - Skąd ta dyskrecja? 

        - Wikingowie nie lubią wymawiać imienia Håkona. Polana jest niedaleko 

stąd i on może usłyszeć .

        - Kim on jest?

        Obydwaj z Curranem mieli ze sobą coś wspólnego. Pomachaj im przed 
nosem tajemnicą, a z pianą na ustach będą próbowali ją odkryć.

        - On jest draugrem.

        Wampir wskoczył na wóz i przyglądał mi się bacznie. Jego oczy 

znajdowały się tylko kilka cali od mojej twarzy.

        - Draugr? Mityczny nordycki nieumarły rzekomo pilnujący skarbów w 
swoim grobie?

        - Zjeżdżaj z mojego wozu – powiedział Curran.

        Nieumarły zeskoczył. Groteskowa twarz wampira wykrzywiła się w 

dziwnym grymasie: kąciki ust przepastnej gęby uniosły się do góry, podczas 
gdy wargi rozdziawiły się eksponując kły. Spoglądał na mnie czerwonymi 

oczami, a jego głowa kilkakrotnie zakołysała się w tył i w przód.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Co ty wyprawiasz?

        - Śmieję się z ciebie.

        Kopnięcie wampira w twarz przyniosłoby w tym momencie efekt 

przeciwny do zamierzonego.

        - Kiedy byłem czeladnikiem, spędziłem w Norwegii osiemnaście miesięcy, 
poszukując draugra. Koczowałem na cmentarzach przy temperaturach poniżej 

zera, przetrząsałem fiordy, w lodowatej wodzie nurkowałem do podwodnych 
jaskiń. To było najgorsze półtora roku w moim życiu. Przez te osiemnaście 

miesięcy nie znalazłem żadnych wiarygodnych oznak istnienia draugra. Zaufaj 
mi, kiedy mówię: oni nie istnieją. Stąd użycie przeze mnie słowa „mityczny”. 

Jako nierzeczywisty.

        Przez moment rozważyłam rozkwaszenie wampirowi nosa. To nie 
zabolałoby Ghasteka, ale byłoby niezmiernie satysfakcjonujące.

        - Ten draugr istnieje. Widziało go wielu ludzi.

        - Och, nie mam wątpliwości, że kogoś spotkali, ale to nie był draugr. Czy 

nie dostrzegasz oznak tego? Tajemnicza polana, do której ścieżki strzeże 
gigant. Legendarny nieumarły z magiczną mocą, którego można spotkać tylko 

raz, a ci, którzy łamią tę regułę, umierają straszną śmiercią. – Wampir 
zamachał przednimi kończynami rozcapierzając paluchy. – Łuu-łuu... 

Przerażające.

        - Jest jakaś puenta tego?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Ci brodaci bandyci w rogatych hełmach kantują cię, Kate.

        - Chyba żartujesz sobie ze mnie.

        - Nie musisz czuć się podle z tego powodu. Jesteś utalentowaną 

wojowniczką, biegle władasz ostrzem, masz rozum i wytrwałość, ale nie 
pracujesz z nieumarłymi. Dysponujesz bardzo małą znajomością 

podstawowych zasad nekromancji, poza jej najbardziej praktycznymi 
zastosowaniami. Brakuje ci narzędzi, żeby rozpoznać mistyfikację.

        Pragnienie, żeby pochwycić umysł najbliższego wampira i wykorzystać go 

do zamienienia krwiopijcy Ghasteka w krwawą miazgę, było niemal 
nieodparte. Być może, dlatego Voron kładł nacisk na trzymanie mnie z dala od 

nekromancji. Wiedział, że przyszedłby taki czas, w którym pokusa, by się 
popisać byłaby zbyt duża.

        - Nie martw się. To wybaczalny błąd – powiedział Ghastek. – Tym 

niemniej, będzie to nas kosztować cały dzień i wykorzystanie pięciu 
wampirów.

        - Ustąp mi. 

        - Och, tak też zamierzam. Miałem stresujący dzień, a wyprawa na tą 

jawną farsę okaże się wspaniałym sposobem, by dać upust napięciu.

        Wampir oddalił się niespiesznie.

        - On nie lubi się mylić – powiedział wampir Tracy. Wychwyciłam w jej 
głosie cień humoru.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Wszystko mi jedno, czy mu się podobało. Dopóki jego wampiry będą stały 
pomiędzy mną a draugrem, to kupi mi kilka dodatkowych sekund na ucieczkę.

                                                      ***

        Stara droga wiodła coraz głębiej w las. Rosnące drzewa były coraz wyższe 
i grubsze, a ich długie konary trącały się wzajemnie, jakby próbowały 

wypchnąć sąsiadów na drogę. Pomiędzy pniami wirowała mgła, najpierw 
eteryczne opary migotliwie ścieliły się przy ziemi, a potem gęstsza niebieska 

mgła otulała pogrążoną w oczekiwaniu drogę. To pochłaniało dźwięk: tętent 
końskich kopyt, skrzypienie wozu, sporadyczne westchnienia jelenia z tyłu, 

wszystko to wydawało się przytłumione.

        Przed nami ponad ścieżką wznosił się kamienny łuk, szare płyty skalne 
zabarwione mchem. Zatrzymałam Lalusia. Wóz zakołysał się i stanął.

       - Zaraz za łukiem jest ścieżka prowadząca na północ. Stąd pójdziemy 

pieszo. – Wskoczyłam na wóz. – Jedno z was musi ponieść jelenia.

        Purpurowy krwiopijca wczołgał się na wóz. Sierpowate pazury przecięły 
linę zabezpieczającą zwierzę, wampir podniósł jelenia i zarzucił go sobie na 

ramiona.

        - Z której strony on nadejdzie? – zapytał Curran.

        - Polana znajduje się na północny-wschód stąd. – Pokazałam wysoki dąb 
na lewo.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Curran przyciągnął mnie blisko do siebie.

        Wampir Ghasteka przewrócił oczami.

        - Pamiętasz plan? – wyszeptał Curran prosto w moje ucho.

        - Wejść, uzyskać informację i uciekać stamtąd na złamanie karku.

        - Do zobaczenia za kilka godzin.

        Musnęłam jego wargi swoimi. 

        - Do zobaczenia.

        Chwyciłam plecak i ruszyłam w górę ścieżki.

        Mgła gęstniała. W powietrzu wisiała wilgoć zabarwiona zapachem 
gnijących roślin i świeżej ziemi. Gdzieś w oddali rozległ się krzyk ptaka. 

Żadnego ruchu zakłócającego ciszę lasów. Żadnych wiewiórek trajkoczących w 
koronach drzew, żadnej drobnej zwierzyny umykającej w popłochu na nasz 

widok. Nic, z wyjątkiem wampirów sunących wzdłuż ścieżki, ich wychudzone 
kształty przemykały pomiędzy drzewami.

        Ścieżka skręcała w prawo i wychodziła na małą polanę. Otaczały ją 

wysokie drzewa, ich ogromne ciemne pnie sięgały niemal nieba. Ziemię 
pokrywał dywan sosnowych igieł. Gdzieniegdzie z poszycia lasu wystawały 

kamienie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Połóż jelenia dokładnie tam. – Wskazałam na środek polany. Wampir 

rzucił jelenia i odskoczył na bok.

        - Przypuszczam, że poczekamy na magię? – zapytał Ghastek.

        - Masz absolutną rację – usiadłam na zwalonej sośnie.

        Ramiona wampira uniosły się do góry i opadły w dół. Ghastek musiał 
westchnąć.

        - Sądzę, że równie dobrze możemy potraktować to poważnie. – Wampir 

uniósł lewą łapę. Długi, żółty pazur wskazywał na wysoką brzozę z lewej 
strony. – Stąd. – Pazur przesunął się na prawo wskazując na sosnę po drugiej 

stronie polany. – Dotąd. Dostarczcie mi informacji z tego obwodu, żebym 
ocenił sytuację.

        Dwa purpurowe wampiry rozpierzchły się, ruszyły biegiem i wdrapały na 

drzewa. Trzeci pomknął w krzaki. Pozostali tylko Ghastek i Tracy. Jego 
wampir usiadł po mojej prawej stronie, jej po lewej. Kapitalnie.

        Minęła minuta. Następna.

        Wampir Ghasteka położył się. 

       - Jeśli choć połowa rzeczy, które mówią o draugrze jest prawdziwa, 

zrewolucjonizuje to naukę nekromancji. Według legendy, są oni duchami 
wojowników, którzy powstają z grobu, żeby strzec pochowanego z nimi 

dobytku. Widzą przyszłość, władają żywiołami, przyjmują postać zwierząt. Oni 
rozwiewają się w dym i stają się gigantami.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Nie w tym samym czasie – powiedziałam.

        - Co?
        

        - Powiedziałeś, że rozwiewają się w dym i stają się gigantami. Nie w tym 
samym czasie. W postaci giganta mają trwałą formę. 

        - Nadal upierasz się przy tym błędnym przekonaniu?

        Pochyliłam się do przodu. 

        - Co byś zrobił, gdybyś znalazł draugra w Norwegii, Ghastek?

        - Spróbowałbym go schwytać, oczywiście.

        - Załóżmy, że mieszkasz w małej wiosce w Norwegii i wiesz, że draugr jest 

w pobliżu. Raz na jakiś czas zanosisz mu żywą zwierzynę i pokładasz w Bogu 
nadzieję, że pozostawi cię w spokoju, do cholery. Teraz jakiś maniakalny 

cudzoziemski mądrala zjawia się na twoim progu i wyjaśnia, że zamierza pójść 
i rozdrażnić tę straszliwą istotę w imię „nauki nekromancji”. Próbujesz 

wytłumaczyć mu, że to nie jest dobry pomysł, ale on traktuje cię jakbyś był 
zdziecinniałym idiotą.

        - Nigdy nie traktuję ludzi jak zdziecinniałych idiotów – powiedział 

Ghastek.

        Popatrzyłam na niego.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        Tracy starannie odchrząknęła.

        - Dalej – powiedział.

        - Czy zaprowadzisz cudzoziemca do nieumarłego potwora i zaryzykujesz 
rozzłoszczenie go, czy też raczej skierujesz go tak daleko od draugra, jak tylko 

to możliwe i będziesz miał nadzieję, że w końcu sobie pójdzie?

        - To logiczna teoria, z jednym zastrzeżeniem. Nie jestem tak łatwowierny.

        Świetnie. 

        - Załóż się ze mną.

        Wampir spojrzał na mnie. 

        - Słucham?

        - Załóż się ze mną. Jeśli draugr jest mistyfikacją, będę ci winna przysługę.

        - A jeśli jest prawdziwy?

        - Wtedy dasz mi litr krwi wampira.

        - A po co potrzebujesz krwi wampira, Kate?

        Ponieważ muszę poeksperymentować z wytwarzaniem z niej zbroi, po 
to...

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Chcę skalibrować nowe skanery zakupione przez Gromadę.

        W głosie Ghasteka pojawił się cień podejrzliwości. 

        - I do tego potrzebujesz litr krwi wampira?

        - Tak.

        Krwiopijca całkowicie znieruchomiał, gdy Ghastek to rozważał.

        - Jeśli wygram tę durną grę, powiesz mi, dlaczego Rowena poszła się z 
tobą zobaczyć w Twierdzy.

        Frajer. 

        - Stoi.

        - Doskonale. – Położył nacisk na literę „s” i słowo wyszło lekko syczące.

        - Potrzebujesz puszystego białego kota. Możesz go głaskać, kiedy mówisz 

takie rzeczy.

        Wampir Tracy wydał cichy odgłos, który mógł być zarówno 
chrząknięciem, jak i zduszonym śmiechem.

        Z krzaków wynurzył się purpurowy wampir ciągnąc coś za sobą. 

Krwiopijca był naprężony, na plecach napinały się mocne mięśnie, gdy z 
całych sił pociągał coś, co wyglądało jak duży oklapnięty skórzany namiot z 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

szerokim wejściem.

        - Znaleźliśmy ludzkie kości – zameldował wampir.

        - W wąwozie? – spytałam.

        - Tak, proszę pani.

        Wiedziałam o tym miejscu, Immokalee opisała mi je dziś rano, próbując 

wystraszyć mnie, żebym tu nie szła. Kilkadziesiąt jardów na północ grunt 
ostro opadał w wąską rozpadlinę wyścieloną szkieletami ludzi. Niektórzy z 

nich nadal trzymali broń. Kiedy draugr odsysał ciało z kości, robił to szybko, 
tak jakby szarpnięciem ściągnąć z ciała koszulkę.

        - Znaleźliśmy też to. – Wampir wskazał na namiot.

        Wampir Ghasteka uniósł jego górną część, eksponując ciemny otwór i 

zniknął w nim. Skóra przesuwała się odzwierciedlając poruszanie się wampira 
w środku. Krwiopijca pojawił się na zewnątrz.

        - To zostało zaprojektowane całkiem bez sensu. Jest zdecydowanie zbyt 

duże dla jednej osoby, nie ma układu namiotu, nie ma też możliwości, by 
ustawić to w pozycji pionowej, a z tej strony jest całkowicie otwarte dla 

żywiołów. Może to jest jakiś rodzaj wspólnego śpiwora?

        - To nie jest śpiwór – powiedziałam.

        - Zechcesz mnie oświecić? – powiedział Ghastek.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        - Spójrz na to z góry.

        Purpurowy wampir pomknął do najbliższego drzewa i wspiął po pniu na 
gałęzie. Minęła długa chwila, a potem bez słowa zeskoczył na ziemię obok 

mnie.

        - Co to jest? – zapytała Tracy.

        Twarz wampira była równie czytelna jak pusta ściana. 

        - To rękawica.

        Wiatr poruszył gałęziami drzew. Świat mrugnął, gdy znikała technika 
miażdżona naporem magicznej fali. Mróz ścinał polanę. Drugi wampir 

wyprysnął z krzaków i stanął przed Tracy.

        W oddali coś zawodziło nieludzkim głosem, ten samotny płacz unosił się 
wysoko ponad konarami drzew.

                                                             ***

       

        Mrok zasnuwał polanę. Nadciągał powoli, jak melasa, z ciemnych miejsc 
głęboko spomiędzy korzeni, rozmywając się nad drzewami, wypłukiwał 

zieloną barwę mocząc ją dotąd w cieniu, aż krzewy i liście stawały się 
ciemniejsze, prawie szare. Za mrokiem wznosiła się cienkimi pasmami mgła, 

zabarwiona niesamowitą niebieskawą poświatą.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

         W górze wrzasnęła wrona, jej ochrypłe krakanie wydawało się 
nieprawdopodobnie odległe.

        - Wikingowie przygotowali wspaniałe widowisko.

        - Tak – skinęłam głową. – Idą na całość. Efekty specjalne Wikingów są 

nie z tego świata.

        Wyciągnęłam z plecaka płócienne zawiniątko i rozwiązałam 
zabezpieczający je sznurek. W środku były cztery zaostrzone kije, każdy o 

długości trzech stóp. Podniosłam kamień i zaczęłam wbijać pierwszy kij przy 
wylocie ścieżki. To była droga, którą pobiegnę, gdy przyjdzie czas uciekać stąd 

w cholerę.

        Przeszłam wzdłuż brzegu polany wbijając kije w równych odstępach.

        -  W jakim celu to robisz? – zapytał Ghastek.

        - Ochrona.

        - Czy masz powód, żeby powątpiewać w moje kompetencje, Kate?

        - Nie. – Wyciągnęłam z plecaka pudełko, ściągnęłam owijającą go czarną 
tkaninę i wyciągnęłam starą fajkę. Szamanka już ja nabiła tytoniem.

        - Co to jest?

        - Fajka. – Zapaliłam zapałkę, przyłożyłam do fajki, pociągnęłam i do 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

swoich problemów dołożyłam usta pełne dymu. Ostry tytoń drapał mnie w 

gardło. Zakaszlałam i zaczęłam okrążać polanę, wydmuchując dym w miarę 
jak szłam.

        - Co to za magia? – zapytał jeden z czeladników.

        - Czirokezów. Bardzo stara. – Gdyby życie było idealne, miałabym 

Immokalee do odprawienia rytuału. Całe lata praktyki zajęło szamance 
osiągnięcie obecnej mocy, ale żaden z Czirokezów nie podejdzie blisko 

draugra. W przeciwieństwie do mnie, mieli zdrowy rozsądek. Wszystkie 
monotonne śpiewy nad kijami i fajką zostały już odprawione. Jedyne co 

mogłam zrobić, to postępować zgodnie z rytuałem i mieć nadzieję, że magia 
Immokalee była wystarczająco silna, by zadziałać, kiedy aktywuje ją ktoś tak 

niekompetentny jak ja.

        Zatoczyłam pełne koło, odłożyłam fajkę i z powrotem usiadłam na 
kłodzie.

        Na lewo, przy korzeniach dębu, rozjarzyła się para małych oczu. Nie 

widać było tęczówki – całe oko o migdałowym kształcie było szczeliną jasno-
żółtego blasku.

        - Na lewo – powiedziała Tracy. Głos miała zupełnie spokojny.

        - Widzę to – powiedział Ghastek.

        Druga para oczu zaiskrzyła na prawo, trzydzieści centymetrów nad 

ziemią. Potem następna i kolejna. Otaczały nas fluoryzujące oczy, 
zgromadzone wokół pni drzew, patrzące z zarośli, wyglądające zza kamieni.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Co to jest? – zapytała Tracy.

        - Uldra – powiedział Ghastek. – To duchy natury z Laponii. Żyją głównie 
pod ziemią. Nie chcę ich prowokować. Zostań na polanie.

        Oczy patrzyły na nas nieruchomo, bez mrugnięcia.

        Wybuch lodowatego zimna przedzierał się przez polanę. Uldra znikły 

równocześnie. Jeleń na ziemi jęknął.

        No to jedziemy.

        Sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam niedużą skórzaną sakiewkę, małego 
plastikowego misia wypełnionego miodem i manierkę. Teraz nie było już 

odwrotu. Podniosłam się z pnia i przeszłam na środek polany, gdzie czekał na 
mnie duży kamień. Wampiry Ghasteka i Tracy powlokły się za mną.

        Oczyściłam kamień z liści. Na jego środku wydrążono zagłębienie w 

kształcie misy wystarczająco duże, by mogło pomieścić około dziesięciu litrów 
płynu.

        - Kiedy draugr się pojawi, nie rozmawiaj z nim – powiedziałam. – Im 

dłużej mówimy, tym on ma więcej czasu, by namierzyć nasz zapach. I tak 
będziemy musieli walczyć, żeby się stąd wydostać. Nie ma potrzeby, żeby to 

utrudniać. 

        Brak odpowiedzi.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        - Ghastek? Czy mnie rozumiesz?

        - Oczywiście – powiedział.

        - Czirokezi ustawili na górze osłony ochronne. Jeśli dostaniemy się do 
filarów przy drodze, będziemy bezpieczni.

        - Mówiłaś to już wcześniej – oznajmił Ghastek.

        - Tylko ci przypominam.

        To nie pójdzie dobrze.

        Postawiłam manierkę na ziemi i rozluźniłam sznurek, który ją 

zabezpieczał. Rozłożyła się na mojej dłoni w skórzany kwadrat. Wewnątrz 
leżało sześć kamieni runicznych, wyrzeźbionych z kości, i garść zdezelowanych 

monet – dwie z wyrytym mieczem i młotem, a cztery z wikińskim krukiem.

        Wrzuciłam runy do zagłębienia. Zabrzęczały staczając się po bocznej 
ścianie kamiennej misy. Odkręcenie manierki zabrało mi sekundę. Uniósł się 

zapach jęczmienia słodowego i jałowca. Mgła drgnęła na to jak atakujący wąż.

        - Cierpliwości, Håkonie, cierpliwości.

        Wlałam resztę piwa „ale”, dodałam do misy miód i wymieszałam to 
gałęzią. Magia rozprzestrzeniła się od run do miodu i piwa. Wyciągnęłam rękę 

i wyjęłam runy, wszystkie za wyjątkiem dwóch: runy wiążącej wroga oraz 
Þjófastafur, runy chroniącej przed kradzieżą.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Mgła unosiła się przy mnie.

        Wzięłam głęboki oddech, złapałam jelenia za głowę i przerzuciłam jego 
szyję nad zagłębieniem. Patrzyły na mnie wilgotne, brązowe oczy.

        - Tak mi przykro.

        Wyciągnęłam nóż do rzucania i jednym szybkim ruchem przecięłam 

zwierzęciu gardło. Krew chlusnęła do zagłębienia, gorąca i czerwona. Jeleń się 
rzucał, ale trzymałam jego głowę dopóki krew nie przestała płynąć. Misa była 

w jednej trzeciej wypełniona. Cofnęłam się i potrząsnęłam monetami w dłoni. 
Zadzwoniły jednocześnie, iskrząc magią.

        - Wzywam cię, Håkonie. Wyjdź z grobu. Przyjdź skosztować krwawego 

piwa.

        Magia pulsowała poprzez polanę, lodowato zimna i szokująco potężna. 
Przebijała moją skórę rozrywając mięśnie w drodze do kości. Cofnęłam się. 

Panika narastała we mnie jak ogromna fala tsunami. Każdy skrawek instynktu 
krzyczał: „Uciekaj! Uciekaj jak tylko szybko potrafisz!”

        Zacisnęłam zęby.

        Powietrze gęstniało od cuchnącego smrodu rozkładającego się ciała. Na 

języku poczułam obrzydliwy słodki nalot.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

  Mgła zestaliła się z niesamowitym jękiem i 

powstały z niej stwór zbliżył się do zagłębienia w kamieniu. Z ramion zwisał 

mu gruby płaszcz na wpół zgniłego futra, okrywający kolczugę osłaniającą go 
od łokci po kolana. Futro znaczyły długie, zapaćkane brudem, pierzaste 

pasma. Długie bezbarwne włosy wysuwały się z odrażającej plątaniny na jego 
głowie. Skóra była niebieska, jakby cierpiał na skrajny przypadek argyrii.

        Draugr dopadł misy, pochylił głowę i chłeptał krew jak pies. Śmierć 

wyssała z jego ciała wszystkie miękkości. Twarz przypominała pomarszczoną 
skórzaną maskę, nos był zdeformowanym guzikiem, a wargi wyschły do zera 

odsłaniając paszczę pełną długich wampirzych kłów. Miał straszne oczy, 
bladozielone, zupełnie jednolite, jakby zrobione z matowego szkła. Brak 

tęczówki, brak źrenicy, nic. Tylko dwoje martwych oczu za nieprzejrzystą 
zieloną błoną.

        Dałam mu kilka sekund na picie krwi i ścisnęłam runy. Rozgrzały mi 

skórę tworząc więź z dwoma pozostałymi w krwawym piwie.

        - To wystarczy.

        Nieumarły podniósł głowę. Z brody skapywała mu krew. Wydobył głos, 
zachrypnięty jak skrzypienie drzew w lesie.

        - Kim jesteś, mięso?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Nie jest dobrze.

        - Przyszłam dokonać transakcji. Uczciwy handel: świeże mięso za 
odpowiedź.

        Draugr pochylił głowę w kierunku krwi. Magia pulsowała z run. Stwór 

wydał długi dźwięk, coś pomiędzy potwierdzeniem a warczeniem.

        Obok mnie stanął wampir Ghasteka.

        Nieumarły zwrócił się w stronę krwiopijcy. 

        - Przyniosłaś mi martwe mięso?

        - Nie. Martwe mięso jest moim strażnikiem. Martwe mięso nie ma władzy 
nad piwem. Jeżeli chcesz pomówić z martwym mięsem, to jest sprawa 

pomiędzy tobą a nim.

        Draugr uniósł się na zagłębieniem, ramiona mu się przygarbiły. 

        - Martwe mięso mówi?

        Ghastek przesunął wampira o kolejny krok.

        - Nie – powiedziałam do niego.

        Wampir zatrzymał się. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Kim jesteś?

        Czy to by go zabiło, gdyby nie wchrzaniał się w moje sprawy?

        Draugr oparł się na kamieniu.

        - Jestem Håkon, syn Eivinda. Mój ojciec był jarlem, a przed nim również 

jego ojciec. Krwawe piwo mnie wzywa. Kim jesteś, mięso, które przerywa mi 
jedzenie?

        - Jestem Ghastek Sedlak. Pan Umarłych.

        Paszcza draugra rozdziawiła się szerzej. Stwór zakołysał się w tył i w 

przód.

        - Dróttinn Umarłych. Ja jestem umarły. Czy ty również nazywasz siebie 
moim panem, małe martwe mięso?

        Kropka. 

        - Nie odpowiadaj na to. Twoje piwo staje się chłodne, Håkonie. Skosztuj.

        Runy w moim ręku stygły. Nieumarły zrobił krok w moim kierunku, 

potem odwrócił się, jakby przyciągany magnesem, opadł na kolana i pił 
intensywnie, wciągając krew długimi, chciwymi łykami.

        Jak to się stało, że znalazłeś się tutaj? – spytał Ghastek.

        Cholera, niech to wszyscy diabli.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Nieumarły zwrócił nieruchome oczy na wampira i uniósł na chwilę głowę 
znad krwi.

        - Przyszliśmy po złoto.

        - Całą drogę ze Skandynawii?

        Draugr potrząsnął głową i pił.

        - Kate – powiedział Ghastek. – Spraw, żeby rozmawiał. Proszę.

        Co zrobić, żeby to osiągnąć? Ścisnęłam runy. Draugr pochylił się próbując 

polizać krew, ale dwa cale nad powierzchnią został powstrzymany.

        - Z Vinland. Północni skrælingerzy przynieśli do nas złoto pochodzące z 
handlu bronią. Powiedzieli, że wymienili broń na złoto z południowymi 

plemionami. Mówili, że południowi skrælingerzy byli miękcy. Byli rolnikami, 
mówili. Nasz jasnowidz zobaczył w szklanej kuli źródło złota w górach 

niedaleko od wybrzeża. Wzięliśmy dwa okręty i popłynęliśmy go szukać.

        - Czy znaleźliście złoto? – spytał Ghastek.

        Draugr wyprostował plecy wyszczerzając zęby.

        - Znaleźliśmy lasy, olbrzymie ptaki i magię skrælingerów. Wycofywaliśmy 
się, kiedy trafiła mnie strzała skrælingera.

        - Czy to dlatego powstałeś z martwych? Aby ukarać tubylcze plemię? – 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

spytał Ghastek.

        On po prostu nie przestanie mówić.

        Draugr zacisnął pazury rąk drapiąc kamień misy. Magia wystrzeliła od 

niego jak odrażający sztandar. Włosy na moim karku stanęły dęba.

        - Aby ich ukarać? Nie. Powstałem, aby ukarać niewdzięczne psy, które 
wrzuciły mnie do dziury w ziemi jak pospolitego niewolnika. Żadnemu z nich 

nie chciało się nawet zaznaczyć kamieniem mojego grobu. Zabiłem paru z nich 
i zjadłem ich ciała, ale kilku nadal żyło. Szukałem, ale nie mogę ich znaleźć.

        - Nie możesz ich znaleźć, ponieważ nie żyją od tysięcy lat – powiedziałam. 

Cholera, teraz Ghastek zmusił mnie do zrobienia tego.

        Pomarszczoną twarz draugra wykrzywił szyderczy grymas. 

        - Więc mówisz.

 

        Wampir Ghasteka pochylił się do przodu. 

        - Jeżeli jesteś taki potężny, dlaczego po prostu nie odejdziesz?

        - On nie może. Blokują go osłony Czirokezów. Żadnych więcej pytań.

        - W takim razie...

        Walnęłam pięścią łysy łeb wampira. Boże, od razu poczułam się lepiej. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        Wampir odwrócił się gwałtownie, patrząc na mnie z oburzeniem.

        - Zamknij się – powiedziałam do niego i zwróciła się do draugra. – 
Krwawe piwo nieumarły. Jeśli chcesz go więcej, spełnij moją prośbę.

        Draugr powoli uniósł się. Futrzany płaszcz owinął się wokół niego. Zimno 

rozprzestrzeniało się od niego. Mój oddech zamienił się smugę pary.

        - Pytaj.

        - Jak znaleźć Ivara Krasnoluda?

        - Mieszka w ukrytej dolinie – powiedział draugr. – Udaj się w podróż do 
Highlands i znajdź jezioro Cliffside. Na jego północnym brzegu zobaczysz 

szlak prowadzący do góry, na której jest blizna po uderzeniu pioruna. Złóż 
ofiarę ze srebra, złota i żelaza, a krasnolud pozwoli ci wejść.

        Puściłam runy i cofnęłam się. 

        - Krwawe piwo jest twoje.

        - To wystygło.

        Nadal cofałam się.

        Magia gromadziła się wokół draugra jak drugi płaszcz. 

       - Nie chcę tego. Chcę moją krew gorącą. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Mayday, mayday. 

       - Takiej umowy nie zawarliśmy.

        Minęłam kij strzegący drogi.

        - Zawieram umowy i łamię je.

        Drewniany kij pomiędzy nami drżał w ziemi.

        - Stąd nie ma ucieczki, mięso.

        Kokon magii spowijający draugra wybuchnął z lodowatą furią, wyrzucony 
we mnie pstryknięciem ciemnych palców. Kij wystrzelił z ziemi przeszywając 

głowę draugra.

        Pobiegłam.

        Za mną zawodzenie czystej furii przetoczyło się przez las, a głos Ghasteka 
warknął.

        - Asekurować istotę.

        Magia eksplodowała z siłą paraliżującą mózg. Do oczu napłynęły mi łzy. 

Oddech w płucach zamienił się w grudkę lodu. Ścieżka skręcała w prawo. 
Kiedy gnając na złamanie karku brałam zakręt, zobaczyłam draugra 

górującego ponad drzewami, płaszcz ciemnej magii spływał z jego ramion, gdy 
rozrywał wampira na pół olbrzymimi rękami.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Mam twój zapach – ryknął olbrzym. – Nie uciekniesz!

        Przezroczysty strumień magii spiętrzył się na skraju polany, jak fala 
morska i potoczył się w dół ścigając mnie.

        Las zamienił się w rozmazane smugi zieleni, gdy uciekałam przeskakując 

nad korzeniami. Chwasty mnie smagały.

        Usta wypełnił mi ostry odór zgnilizny. Drzewa wokół stękały, jakby 
niewidzialna ręka ciągnęła je do góry. Gardło mi płonęło.

        Niemal nie widziałam drogi przez zarośla.

        Ścieżka zakręcała w lewo i skoczyłam prosto w dół, modląc się, by nie 

odnowił się stary uraz lewego kolana. Zarośla łamały się pod moim ciężarem, 
gdy zjeżdżałam w dół pochyłości wyciskając do ostatniej kropli szybkość 

swojego ciała.

        Głęboki ryk wstrząsnął ziemią.

        Nie sposób było odskoczyć nie zmieniając kierunku w dół.

        Padł na mnie cień. Rzuciłam się do przodu. Przekoziołkowałam raz, dwa, 
dostrzegając kątem oka olbrzymie pazury ręki przegarniającej las za mną.

        Filary zamajaczyły po mojej prawej stronie. Pobiegłam do nich sprintem.

        Powietrze zagwizdało. Coś wielkiego upadło na drogę przede mną, odbiło 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

się i skoczyło na równe nogi. Wampir Ghasteka. Głębokie cięcia znaczyły jego 

boki, wyciekała z nich krew nieumarłego plamiąc krem z filtrem. Wyglądało 
to, jakby przeszedł przez szatkownicę.

        Za mną zatrzeszczały drzewa. Draugr trafił na drogę.

        Pobiegłam jak nigdy wcześniej w swoim życiu.

        Wampir zamarł na ułamek sekundy i puścił się galopem do filarów.

        Moje stopy ledwo dotykały ziemi. W wyobraźni widziałam swoją chorą 

nogę pękającą jak zapałka.

        Smagnęła mnie magia draugra, chłoszcząc moje plecy. Wyskoczyłam w 
powietrze, przekoziołkowałam i twardo uderzyłam w ziemię. Kręciło mi się w 

głowie. Przeturlałam się na nogi.

        Wyższy niż drzewa, ogromny nieumarły górował nade mną, z oczu 
wylewała mu się lodowata zielona mgła. Strzępy kolczugi zwisały z torsu. 

Olbrzymie żelazne naramienniki osłaniały ramiona. Brakowało mu wielkich 
kawałów ciała i przez powstałe dziury widać było kości.

        Cholera.

        Draugr podniósł stopę wielkości samochodu. Magia wirowała wokół niego 

na kształt burzowej chmury.

        Ze szczytu drzewa wystrzelił Curran w postaci wojownika, lecąc przez 
powietrze jak szara plama. Stanęłam nieruchomo robiąc z siebie wyraźny cel 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

dla Håkona.

        Draugr zrobił krok do przodu.

        Curran rąbnął w tył szyi nieumarłego. Zatrzeszczały kości. Draugr obrócił 

się i zobaczyłam Currana rozrywającego pazurami ciało na szyi, żeby dostać 
się do kręgów szyjnych. Poleciały chrząstki nieumarłego.

        Draugr ryknął próbując uderzyć Władcę Bestii. Jego głowa zaczęła 

opadać. 

        Dwie wstęgi zielonej magii skierowały się na plecy draugra, zmierzając do 
Currana.

        O nie, nic z tego. Otworzyłam usta i warknęłam słowo mocy.

        - Ossanda. – Klękaj ty nieumarły sukinsynu.

        Magia wyrwała się ze mnie. Czułam, jakby ktoś wbił mi pazury w brzuch i 

wyrywał mięśnie i wnętrzności. Na małą chwilę świat pociemniał. Włożyłam w 
to wiele magii.

        W powietrzu rozległ się przerażający trzask łamiących się kości. Kościste 

kolana draugra uderzyły o drogę. Las się zatrząsł.

        Zerwałam się i popędziłam do niego.

        Oszołomiony nieumarły uniósł ogromne ręce próbując mnie pochwycić. 
Skręciłam w lewo, unikając wykrzywionych kości palców i wspinając się po 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

kolczudze wdrapywałam się na ogromne ciało.

        Nade mną warknął Curran.

        Draugr walnął się w pierś, chybiając mnie o kilka cali.

 

        Podciągnęłam się na jego ramię i po żelaznej płycie pobiegłam do karku. 

Curran rozrywał chrząstki. Porozrywane kawałki ciała nieumarłego odrzucane 
jego łapami, wskakiwały z powrotem na swoje miejsce, regenerując się.

        Wyciągnęłam Zabójcę i wbiłam miecz w otwór, który zrobił Curran. Miecz 

dymił od kontaktu z nieumarłym ciałem. Poszerzałam rozdarcie. Curran 
chwycił krawędzie dwóch kręgów i z całej siły je rozchylił. Powiększałam 

szczelinę tnąc tkankę łączną.

        Ciąć. Ciąć. Ciąć. 

        Chrząstka chrupnęła.

        Magia parzyła mnie oplatając zieloną nicią.

        - Czekaj! – warknął Curran.

        Zatrzymałam miecz w pół-ciosu. Curran wskoczył do otworu, pazury stóp 
oparł na krawędzi jednego kręgu, pazury łap na drugim. Naprężył się, 

odsuwając je od siebie. Twarde jak stal muskuły wybrzuszyły się na jego ciele, 
drżąc z wysiłku.

        Draugr zawył.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Curran warknął wściekle, krótki dźwięk zrodzony z wysiłku.

        Z przyprawiającym o mdłości zgrzytem, głowa draugra odpadła i stoczyła 
się z jego ciała. Kolosalny tułów runął. Skoczyłam i z mieczem w ręku 

wylądowałam na drodze. Curran zeskoczył obok mnie.

        Pobiegliśmy. Biegliśmy sprintem do filarów.

        Za nami niesamowity, nienaturalny hałas obwieszczał, że draugr 
ponownie się scalał.

        Zielony wampir, który upadł na drogę, podniósł się i pogonił za nami.

        Prawie byliśmy przy filarach.

        Padł na nas cień.

        Curran obrócił się. Jego głowa się rozmywała, przekształcając się w głowę 

lwa. Władca Bestii ryknął. Dźwięk był jak grom. Głęboki, pierwotny, 
wstrząsający, przemroził do szpiku moje kości. Mój instynkt wrzeszczał 

nakazując mi upaść i zwinąć się w małą dygocącą kulkę.

        Draugr zatrzymał się z jękiem.

        Popędziliśmy naprzód.

        Po naszych bokach mignęły filary. Zwolniłam bieg, zatrzymałam się i 
odwróciłam. Bolały mnie żebra.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Nieumarły olbrzym kroczył w naszym kierunku.

        Filary rozbłysły głębokim bursztynowym światłem.

        Draugr uderzył w niewidzialną ścianę. Smugi pomarańczowych błyskawic 
pochwyciły jego ciało. Ogłuszające zawodzenie uderzyło w moje uszy.

        - Zabiję cię! Odgryzę twoje ciało od kości! Będę dłubać w zębach twoimi 

kośćmi udowymi!

        Zwymiotowałam na ziemię.

        Stojący obok mnie Curran poklepał mnie po plecach, jego rzężący oddech 
przechodził w nierówne dyszenie.

        Obok mnie zwalił się wampir. Rany na jego ciele zarastały. W rozcięciach 

pojawiła się nowa blada skóra i zaczęła dymić.

        - Jesteś mi winien krew wampira – powiedziałam do niego.

        - Tak, tak – głos Ghasteka brzmiał kwaśno. – Wyświadcz mi grzeczność i 
nakryj go płótnem, zanim spali się na amen.

        Szarpnięciem ściągnęłam z wozu brezent i uniosłam go do góry.

        - Chcę tylko usłyszeć jak to mówisz...

        Wampir skrzywił się.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Potrząsnęłam nieco brezentem.

        - Dobrze. Draugr istnieje.

        - I miałam rację.

        - Miałaś rację. Płótno, Kate.

        Nakryłam brezentem wampira i spojrzałam na Currana.

        - Słyszałeś to?

        - Słyszałem. – Razem podnieśliśmy wampira i wrzuciliśmy go na wóz. – 
Wciąż nie mogę w to uwierzyć, ale słyszałem.

        Dwa wampiry przebiegły pędem obok rozszalałego draugra, jeden 

purpurowy, drugi pomarańczowy. Pozostałości super-drużyny Ghasteka.

        - Tutaj! – zawołałam. – Kurs na azyl!

  

        - Czy wasza dwójka może upajać się triumfem jeszcze bardziej? – 
powiedział Ghastek. 

        - Och, może – powiedziałam. – Zdecydowanie, może.

        Wampir ściągnął brezent i wyjrzał, patrząc w stronę polany. 

        - Wszystko albo nic.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Co?

        - Wszystko albo nic, Kate. Mogę go pochwycić.

        Ghastek był hazardzistą. Zatkało mnie. Usiadłam na wozie.

        - Wykańczaj się sam – powiedział do niego Curran. – My zaczekamy 
tutaj.

        - Tylko go nie łap zbyt długo

 

– powiedziałam. – Musimy ocalić dziecko.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                         

                                          

                                      

Rozdział  10

  
        Wiedziałam, że coś jest nie tak, po spojrzeniu na twarz wilkołaka, który 

otworzył drzwi do bezpiecznego domu Gromady. Gromada była właścicielem 
kilku nieruchomości w mieście i po tym jak wykonaliśmy taniec radości na 

widok kompletnego fiaska akcji Ghasteka, oboje z Curranem ruszyliśmy 
prosto do najbliższej nieruchomości, żeby zmyć z siebie paskudny zapach 

nieumarłego. Magia opadła i technologia ponownie przejęła panowanie nad 
światem, a Curran nie mógł się doczekać, aby zamienić wóz na dżipa 

Gromady.

        Mężczyzna wilkołak otworzył drzwi, a jego oczy miały to szczególne 
spojrzenie, które oznaczało, że wydarzyło się coś katastrofalnego.

        - Co jest? – warknął Curran.

        Wilkołak oblizał wargi.

        - Gadaj! – powiedział Curran.

        - Widziano na mieście Andreę Nash przeprowadzającą rozmowy z 

właścicielami firm.

        - Ona często bywa w mieście – powiedziałam. – A rozmawianie z ludźmi 
należy do jej obowiązków. Prowadzi dla Gromady dochodzenie w sprawie 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

kilku zabójstw.

        Którym się przyjrzę, jak tylko ściągniemy Roderickowi ten przeklęty 

naszyjnik.

        Wilkołak cofnął się o mały krok.

        - Ona to robi w swojej zwierzęcej formie.

        - Słucham? 

        - Ona przechadza się w swojej zwierzęcej formie. I ledwo przyodziana.

        Wszyscy zmiennokształtni w Atlancie w zasięgu granic Gromady, mieli 
obowiązek stawić się w Gromadzie w ciągu trzech dni. Do tej pory Gromada 

była w stanie z powodzeniem ignorować fakt, że Andrea jest 
zmiennokształtną, głównie dlatego, że Curran manifestacyjnie lekceważył to 

publicznie i nikt nie miał ochoty wyciągać tego na wierzch.

        Cóż, nie może ignorować tego dłużej. Andrea bardzo szybko przekona się 
o tym.

        To nie miało sensu. Andrea prawie nigdy nie używała swojej zwierzęcej 

formy. W rzeczywistości przez większą część czasu udawała, że jest 
człowiekiem. Dla niej wyjście w futrze i uzbrojonej w pazury było 

równoznaczne ze zdjęciem przeze mnie ubrania i paradowanie po mieście 
nago.

        Coś musiało się wydarzyć. Coś naprawdę złego.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Spojrzałam na Currana. 

        - Przypuszczam, że lepiej zrobimy wracając do biura. 

                                                 ***

        Wkroczyłam do biura niosąc łeb wampira wymazany zielonym kremem z 
filtrem. Podniosłam go, gdy draugr wykopał łeb na zewnątrz osłony. Zaczynał 

śmierdzieć i jak najszybciej trzeba go było umieścić w lodzie.

        Andrea siedziała przy swoim biurku. Była w swojej zwierzęcej formie – 
doskonałe połączenie człowieka i hieny. To była postać, która mogła być 

przyczyną jej śmierci. Ojciec Andrei był hienołakiem, zwierzęciem, które 
zamieniło się w człowieka. To czyniło z Andrei zwierzę i wielu starszych 

zmiennokształtnych chciałoby ją zabić na miejscu. 

        Będąc pracownikiem operacyjnym Andrea potrafiła zadbać o siebie, ale 
chciałam jej pomóc, bo Curran jasno dał do zrozumienia, że jej wyczyn 

stanowił naruszenie prawa Gromady, którego nie będzie tolerować. Czekał 
teraz na zewnątrz, na parkingu, przecznicę dalej. Poprosiłam go, żeby dał nam 

kilka minut.

        Andrea opierała stopy na blacie. Jej T-shirt był rozdarty, spodnie w 
strzępach, a mieszanina krwi i tkanek plamiła jedno i drugie. Na mój widok 

pomachała szponiastymi palcami.

        - Cześć.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        - Cześć – Andrea podniosła rękę. Trzymała w niej butelkę. Napiła się.

        Poszłam do kuchni, wyciągnęłam spod zlewu ceramiczne naczynie i 
włożyłam do niego głowę wampira. Potem wróciłam, wzruszeniem ramion 

pozbyłam się pochwy z mieczem i usiadłam na krześle.

        - Co pijesz?

        - Gruzińską mrożoną herbatę brzoskwiniową. Chcesz? – Andrea 
potrząsnęła butelką w moim kierunku.

        - Pewnie. – Pociągnęłam łyk. OGIEŃ. – Co w tym jest, do cholery?

        - Wódka, dżin, rum, coś słodkiego i kwaśnego, i sznaps brzoskwiniowy. 

Dużo brzoskwiniowego sznapsa.
       

        Nigdy wcześniej nie widziałam jej pijącej. 

        - Czy naprawdę odlatujesz od tego?

        - Tak jakby. To trwa około trzydziestu sekund lub coś koło tego, a potem 
potrzebuję następnego łyku.

        Próbowałam myśleć. Derek wrócił do Twierdzy, ale byłam zupełnie 

pewna, że Ascanio powinien stawić się rano w biurze.

        - Gdzie jest zmora mojej egzystencji?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        - Pod prysznicem. Odświeża się.

        Cholera, niech to wszyscy diabli. 

        - O Boże, to kto teraz przypieprzył Ascanio?

        - Nie, nie, on był tylko upaprany krwią.

        - Och, dobrze. – Momencik. – Dzieciak jest upaprany krwią, a my 
czujemy ulgę. Coś jest z nami nie tak.

        - Tak się zastanawiam – Andrea przyglądała mi się. – Nie zamierzasz 

skomentować mojego zwierzęcego wyglądu?

        - Podoba mi się. Podarte spodnie i poplamiona zakrzepłą krwią koszulka 
to miły akcent.

        Pokazała na stopę. 

        - Myślałam o pomalowaniu pazurów na ładny odcień różu.

        Pazury miały trzy cale długości. 

        - Dużo czasu zabierze ci wypolerowanie paznokci. Co myślisz o kilku 

złotych kołach w uszach zamiast tego?

        Andrea uśmiechnęła się odsłaniając rząd ostrych zębów. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       

        - To jest pewna alternatywa.

        Okay, wiesz co, chrzanię to. 

        - Co się stało? 

        - Widziałam się dzisiaj rano z Rafaelem. Zadzwoniłam do niego w nocy, 
bo Jim zwalił na mnie kilka morderstw zmiennokształtnych i musiałam 

Rafaela przesłuchać. Zapytałam o możliwość przeproszenia.

        Rafael, ty rozpieszczony durniu, co ty do cholery zrobiłeś? Wzięłam od 
niej butelkę i napiłam się. Potrzebowałam alkoholu, by móc słuchać tego 

dalej. Smakował ohydnie. W każdym razie przełknęłam to.

        - Jak poszło?

        - Zastąpił mnie lepszym modelem. 

        - On, co?

        - Znalazł sobie inną dziewczynę. Ona ma siedem stóp wzrostu, piersi 
wielkości dorodnych melonów, nogi zaczynające się od szyi, ufarbowane włosy 

sięgające za tyłek, a jej twarz robi wrażenie. – Złączyła razem pazury. – 
Planują zaręczyny.

        Ze wszystkich głupich, idiotycznych rzeczy...

        - On przyprowadził ją tutaj?

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       - Siedziała na tym krześle dokładnie tam. – Pokazała krzesło. – Myślę o 
spaleniu go.

        Andrea kochała Rafaela tak jak ptaki kochały niebo i jeszcze minutę temu 

mogłabym przysiąc, że on skoczyłby dla niej w ogień.

        - Walnęłaś go?

        - Nie – Andrea potrząsnęła głową. - Po tym jak mi powiedział, że 
największą zaletą jego nowej, najwyższej jakości ukochanej jest to, że ona nie 

jest mną, nie wydawało mi się to robić żadnej różnicy.

        - Czy ona jest zmiennokształtna?

        - Człowiek. Nie jest wojowniczką. Ani nie jest też zbytnio rozgarnięta... – 
Fałszywa wesołość zniknęła z jej głosu. – Wiem, co powiesz: to twoja własna 

wina.

        Pragnęłam znaleźć właściwe słowa do wypowiedzenia.

        - Cóż, wymeldowałaś się z jego życia. Wymeldowałaś się z mojego życia na 
chwilę. Jednak to nie zmienia faktu, że wciąż jest dupkiem.

        - Tak, tak – Andrea odwróciła wzrok.

        Rafael był rozpuszczony. Był przystojny i ceniony przez swoją matkę jak i 

w ogóle przez Klan Bouda, ale nigdy nie był złośliwy czy okrutny. Był też 
męskim alfą Klanu Bouda. Musiał zdawać sobie sprawę, jakiego rodzaju 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

ryzyko stwarzało prowokowanie poprzez przyprowadzenie innej kobiety i 

narzucenie jej Andrei. Musiał to zrobić, żeby sprowokować reakcję. 
Następnym razem jak się spotkamy przerobię mu twarz na befsztyk.

        Nadal... nie mogłam uwierzyć, że w tym szaleństwie nie było metody. 

Uganiał się za Andreą przez całe miesiące i zdobył ją. Być może to była jakaś 
głupia próba sprawienia, żeby to ona uganiała się za nim.

        - Czy zamierzasz walczyć o niego, czy przewrócić się na plecy i poddać 

się?

        - Popatrz no, i kto to mówi. Ile czasu ty i Curran potrzebowaliście, by 
doszło do rozmowy po tym całym zamieszaniu z obiadem? Czy to trzy 

tygodnie, czy więcej jak miesiąc?

        Uniosłam brwi. 

        - To, co innego. To było nieporozumienie.

        - Aha.

        - Przyprowadził tutaj swoją nową dziewczynę po twoim telefonie do niego 
z propozycją zawarcia pokoju. To jest policzek.

        - Nie musisz mi tego mówić. Wiem – warknęła Andrea.

        - Więc, co zamierzasz zrobić wobec tego?

        - Nie podjęłam jeszcze decyzji.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Nie byłam pewna, czy czuła, że o Rafaela warto było walczyć. Ale raz, 
kiedy byłam w naprawdę złej sytuacji, Andrea powiedziała mi, że będąc z 

Rafaelem, czuje się jakby ją uzdrowił. Powiedziała, że pozbierał jej połamane 
kawałki i ponownie poskładał. Cóż, teraz wszystkie kawałki ponownie się 

rozsypały i Andrea próbowała poskładać się sama.

        Widziałam walczącą Andreę. Widziałam ją w chwili, gdy władzę nad nią 
przejęła żądza krwi i wściekłość. Rafael powinien postępować bardzo 

ostrożnie, bo gdyby zdecydowała, że chce jego lub zemsty, nic by jej nie 
powstrzymało.

       Próbowałam starannie dobierać słowa.

        - Nic nie ma za darmo. Jeśli czegoś chcesz, musisz o to walczyć.

        - Przemyślę to – powiedziała. – Jak minął dzień?

        Kiwnięciem wskazałam na głowę wampira.

        - To dobre, co?

        - Taaa.

        - Mam dla ciebie ciało wampira – powiedziała Andrea. – Jest w 

zamrażarce.

        Posłałam jej miły uśmiech. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        - Nie powinnaś mieć.

        - To łapówka za wyciągnięcie mnie z psychicznego załamania.

        Zbliżył się warkot silnika. Currana zmęczyło czekanie.

        - Jest moja podwózka – powiedziałam.

        Otworzyły się drzwi i wszedł Curran. Widok jego i Andrei skaczących 
sobie do gardeł, to więcej niż mogłabym znieść.

        Andrea wstała.

        Okazała szacunek dla Władcy Bestii. Zdecydowałam, że oddychanie było 

dobrą rzeczą.

        Curran skinął głową Andrei. Podniosłam się również, podeszłam do niego 
i pocałowałam go, tak na wszelki wypadek, gdyby przychodziły mu do głowy 

jakieś gwałtowne myśli. Mrugnął do mnie.

        - Zaczekaj, pozwól, że zabiorę głowę wampira.

        Przeszłam na zaplecze i wzięłam głowę wampira.

        Kiedy wróciłam niosąc głowę wampira w plastikowej torbie, Curran i 
Andrea nadal znajdowali się w jednym kawałku i dołączył do nich świeżo 

umyty Ascanio.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

       Pomachałam Andrei i poszłam razem z Curranem do samochodu. Ascanio 
próbował ociągać się z wyjściem, ale Curran spojrzał na niego i dzieciak 

postanowił pójść za nami.

        Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy.

        - Jak ci minął dzień? - zapytałam Ascanio.

        Odwrócił się do mnie z rozmarzonym spojrzeniem na pięknej twarzy.

        - Zabijaliśmy stworzenia. Tam była krew. Fontanny krwi. A potem 
zrobiliśmy grilla.

        Dlaczego ja?

                                                             ***

        Kiedy weszliśmy przez drzwi Twierdzy, czekał już na nas Doolittle. 

Naszyjnik Rodericka zamienił kolor na białe złoto. Chłopiec miał trudności z 
oddychaniem. Następna fala magii będzie dla niego ostatnią.

        Dziesięć minut później wyjechaliśmy z Twierdzy w pojeździe Gromady. 

Curran prowadził. Siedziałam na fotelu pasażera trzymając miskę z klejnotami 
i srebrnymi kulami przeznaczonymi na złożenie ofiary. Doolittle i chłopiec 

siedzieli z tyłu. Przy każdym oddechu Rodericka słychać było świst i Curran 
jechał jak wariat do północnej linii geoenergetycznej, ręce zacisnął na 

kierownicy, a jego twarz przypominała ponurą maskę. W rekordowym tempie 
dojechaliśmy do linii geoenergetycznej i nie zwalniając Curran wjechał 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

dżipem po rampie w niewidzialny strumień magii. Magia nas pochwyciła i 

poniosła na północ, w góry. Magia czy technologia, linia geoenergetyczna 
płynęła zawsze i byłam cholernie wdzięczna za jej istnienie.

        Strumień zaniósł nas do Franklin, wypluwając w odległym miejscu linii 

geoenergetycznej, a stamtąd pojechaliśmy krętą drogą do Highlands. Dawniej 
to było eleganckie miejsce - piękne jeziora, wodospady, otoczone 

szmaragdowo-zielonymi lasami spływającymi ze stromych ścian skalnych. 
Domy warte miliony dolarów, łodzie rekreacyjne, rancza-zabawki z 

rozpieszczonymi końmi… Ale magia zniszczyła infrastrukturę i mieszkańcy 
rezydencji szybko nauczyli się, że góry zimą bez elektryczności i wychodzenia 

są znacznie mniej zabawne. Teraz domy stały opuszczone lub zostały przejęte 
przez charakternych miejscowych. Tu i tam pojawiały się małe osady 

niewielkich odosobnionych społeczności, których mieszkańcy spoglądali na 
nas podejrzliwie, gdy przejeżdżaliśmy. 

        Cliffside Labe było piękne, ale nie mieliśmy czasu na zwiedzanie. Po 

ośmiu godzinach od opuszczenia Twierdzy stanęliśmy przy górze poznaczonej 
białymi śladami uderzeń pioruna.

        Spodziewałam się ołtarza lub jakiegoś znaku wskazującego właściwe 

miejsce, ale tu nie było nic. Tylko stroma ściana.

        Cisnęłam klejnoty i pociski w ścianę. Rozsypały się z brzękiem.

        - Ivar?

        Nic się nie wydarzyło.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        Doolittle’owi zrzedła mina.

        - Ivar, wpuść nas!

        Góry milczały. Tylko oddech Rodericka zakłócał ciszę.

        Powinniśmy przybyć tu wcześniej. Może ofiara działała tylko podczas 
magii, ale jeśli tylko magia uderzy, naszyjnik ściśnie szyję Rodericka.

        - Wpuść nas! – wrzasnęłam.

        Brak odpowiedzi.

        - Wpuść nas ty cholerny sukinsynu – rąbnęłam miską w górę. – Wpuść 

nas!

        - Kate – powiedział cicho Curran. – To już koniec, kochanie.

        Doolittle usiadł na kamieniu i uśmiechnął się do Rodericka tym 
uspokajającym pacjenta uśmiechem.

        - Chodź, usiądź ze mną.

        Chłopiec podszedł i wskoczył na skałę.

        Oparłam się bezwładnie o ścianę góry.

        - Tutaj jest pięknie – powiedział Roderick.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        To nie było fair. On był tylko chłopcem… Ukryłam twarz w barku 
Currana. Objął mnie ramionami.

        - Czy słyszysz ptaki? – zapytał Doolittle.

        - Tak – powiedział Roderick.

        - Bardzo tu spokojnie – powiedział Doolittle.

        Poczułam, że Curran napina się i odwraca.

        Ścieżką nadchodził mężczyzna. Barczysty i muskularny, zbudowany tak, 

że mógłby dla zarobku zmagać się z niedźwiedziami, miał szeroką twarz 
pokrytą zmarszczkami, otoczoną krótką ciemną brodą i długimi brązowymi 

włosami. Ubrany był w pobrudzone sadzą dżinsy i tunikę.

        Jego wzrok padł na Rodericka. Gęste, grube brwi ściągnęły się nad jasno 
niebieskimi oczami.

        - Co wy tu ludzie robicie? – zapytał.

        - Szukamy Ivara – powiedział Curran.

        - Zabiorę was do niego. – Mężczyzna spojrzał na Rodericka i wyciągnął do 

niego rękę. – Chodź, mały.

        Roderick zeskoczył ze skały i podszedł do niego. Mężczyzna wziął go za 
rękę. Razem poszli w górę stromą ścieżką. My poszliśmy za nimi.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        Ścieżka skręciła za skałę i zobaczyłam wąską szczelinę, której ściany były 
zupełnie pionowe, jakby ktoś przeciął górę kolosalnym mieczem. Weszliśmy 

do tej szczeliny krocząc po żwirze i kamieniach.

        - Skąd jesteście ludzie? – zapytał mężczyzna.

        - Z Atlanty – powiedziałam.

        - Wielkie miasto – powiedział.

        - Tak. – Żadne z nas nie wspomniało o naszyjniku dławiącym gardło 
chłopca.

        Przed nami przez szczelinę przeświecało słońce. Po chwili przeszliśmy 

przez nią i wyszliśmy na światło słoneczne. Przed nami rozciągała się dolina, 
ziemia łagodnie opadała w kierunku wąskiego jeziora. Na dalekim brzegu ze 

skrzypieniem obracał się młyn wodny. Po prawej stronie, pośrodku zielonego 
trawnika wznosił się dwupiętrowy dom. Kilkadziesiąt jardów z boku stała 

kuźnia, a za budynkami w górę zbocza rozciągał się ogród otoczony 
ogrodzeniem z linek wykonanych z łańcucha. Jeszcze dalej po pastwisku 

biegały jasne konie. 

        Naszyjnik szczęknął i odpadł z szyi Rodericka. Ciemnowłosy mężczyzna 
złapał go i złamał na pół. 

        - Lepiej to zabiorę.

        Roderick wciągnął głęboki oddech. Na szyi, w miejscach gdzie naszyjnik 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

przebił skórę, nabrzmiewały drobne czerwone kropki.

        - Nie martw się – powiedział mężczyzna. – To się zaleczy w czasie 

następnej fali magii.

         Podbiegł do nas szary, kudłaty pies. Wypluł z pyska piłeczkę tenisową i 
wpatrywał się w Rodericka o wielkich oczach.

 
        - To jest Ruckus – powiedział mężczyzna. – On chciałby, żebyś mu rzucił 

piłkę.

        Roderick podniósł piłkę, popatrzył na nią prze chwilę, a potem rzucił ją w 
dół pochyłości. Pies pognał za nią. Chłopiec odwrócił się do nas.

        - No, dalej – powiedział Doolittle.

        Roderick rzucił się pędem w dół zbocza.

        - Więc to ty jesteś Ivar – powiedziałam.

        - Jestem.

        W końcu dotarło to do mnie. Naszyjnika nie było. Roderick był 

bezpieczny. Nogi mi się nieco ugięły i oparłam się o najbliższe drzewo.

        Ivar przyglądał mi się bacznie. 

        - Och, coś marnie się czujesz. Może pójdziemy do domu? Trisha przed 
wyjściem robiła mrożoną herbatę. Powinna być gotowa.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

       Jak we śnie poszliśmy za nim do domu. Usiedliśmy na zadaszonym ganku, 
a Ivar przyniósł dzban herbaty i kilka szklanek.

        - Dlaczego zrobiłeś naszyjnik, który dusił dziecko? – zapytał Curran.

        - To długa historia – westchnął Ivar. – Rozumiem, że wiecie, kim jestem?

        - Krasnoludem – powiedziałam.

        - To prawda – Ivar spojrzał na swoje ręce. Były nieproporcjonalnie duże 

w stosunku do jego ciała. – Pracuję z metalem. Tak długo jak sięgam pamięcią 
metal do mnie przemawiał. Niektóre rzeczy wykonywane przeze mnie są 

nieszkodliwe. Pługi, podkowy, gwoździe. Niektóre są groźne. W swoim czasie 
zrobiłem ostrze, czy dwa. Problemem jest to, że gdy wypuścisz ostrze z rąk, nie 

możesz przewidzieć, jak zostanie wykorzystane. Dokładałem wszelkich starań.

        - Jak z Dagfinnem? – domyśliłam się.

        Ivar skinął głową. 

        - Jak się wiedzie temu chłopcu?

        - Dobrze – powiedział Curran.

        - Miło to słyszeć. Miał chłopak trochę temperamentu. – Ivar spojrzał na 
brzeg rzeki, gdzie ganiali się Roderick i Ruckus. – Trisha jest moją drugą 

żoną. Moja pierwsza, Lisa, dobrze, ona była...  Najkrócej mówiąc, ona była 
elfem. Naturalnie, nie sposób być tego pewnym. Pewnego dnia zjawiła się na 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

moim progu i została. Była piękna. Mieliśmy córkę, ale życie w dolinie nie było 

dla Lisy, więc pewnego dnia obudziłem się, a jej już nie było. Dziecko 
zostawiła ze mną. Robiłem wszystko, żeby ją wychować. Miała włosy jak złoto, 

moja Aurellia. Ale wychowując ją, wykonałem kiepską pracę. Nigdy nie było w 
niej żadnego ciepła, żadnej empatii. Nie wiem, dlaczego. Była już w pełni 

dorosła, kiedy do doliny przyszedł młody mężczyzna. Powiedział, że chce się 
ode mnie uczyć kowalstwa. Nie biorę uczniów, ale chłopak miał talent, więc 

zawarliśmy umowę. Pozostanie u mnie przez dziesięć lat.

        - Dziesięć lat to długi okres czasu – powiedziałam.

        - To wystarczy, żeby nauczyć jak nie czynić krzywdy – powiedział 
Doolittle.

        Ivar rzucił mu pełne wdzięczności spojrzenie. 

        - Ty to rozumiesz. Nie mogę nauczyć rzemiosła w ciągu dziesięciu lat. 

Mam sześćdziesiąt lat i nadal każdego dnia uczę się nowych rzeczy. Ale 
pomyślałem, że dziesięć lat to dosyć, żeby nauczyć go, co należy robić a czego 

nie należy i kiedy. Nie można przekazać tego rodzaju mocy człowiekowi i 
pozwolić, żeby swobodnie biegał po świecie bez wskazówek. Tak więc, Colin i 

ja zawarliśmy umowę. On założy kołnierz i pozostanie tu w dolinie przez 
dziesięć lat, żeby dowiedzieć się wszystkiego, czego go mogłem nauczyć. 

Zrozumiał, że nie będzie odwrotu. Po założeniu kołnierza będzie musiał 
pozostać tu przez dziesięć lat.

        - Aurellia postanowiła odejść? – zapytał Curran.

        Ivar skinął głową. 

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Ona nie ma zdolności. Tu na dole, w Cashiers, jest szkoła i próbowałem 
ją w niej umieścić, ale ona ją porzuciła. Nie dbała o to. Ani nie dbała również o 

pracę w metalu. Uważała, że to prostackie i pospolite. To moja wina. 
Wyjaśniłem jej, czym są pieniądze i że na świecie na zewnątrz nie trzeba tylko 

żyć z ziemi jak my tutaj, że handel wymienny też jest sposobem na życie. Więc 
zdecydowała się zabrać Colina, żeby się nią zaopiekował. Pewnego dnia 

poszedłem w góry do starej kopalni Cooper’a, a kiedy wróciłem, ich już nie 
było. Ostrzegałem Colina, że jeśli zdoła ściągnąć kołnierz, to spróbuję 

odnaleźć go ponownie, a on nie będzie w stanie oprzeć się założeniu go. Myślę, 
że w jakiś sposób Aurellia zdjęła mu kołnierz i oni musieli go sprzedać. 

Kołnierz był z dużej ilości złota. 

        Teraz to wszystko nabrało sensu. Colin oznaczał pieniądze. Musiała 
utrzymać go przy życiu, żeby się nią opiekował. Roderick był po prostu mało 

ważny.

        - Colin już nie pracuje w metalu – powiedziałam do Ivara. – Jest 
księgowym. Nie sądzę, żeby pamiętał czas spędzony tutaj. Wnosząc ze 

sposobu, w jaki zareagował na widok naszyjnika nie sądzę, żeby wiedział, co to 
jest. On i Aurellia mieli córkę. Naszyjnik ją zabił. To jest ich syn – pokazałam 

w kierunku dołu doliny, gdzie chłopiec bawił się z psem. – Aurellia zarzuciła 
naszyjnik na jego szyję, żeby utrzymać go z dala od Colina.

        Twarz Ivara drgnęła. 

        - Naszyjnik nigdy nie był przeznaczony do wyciągania krwi. Jego 

przeznaczeniem było zatrzymać Colina w dolinie.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

        Roderick wszedł po schodach na górę. Twarz miał zarumienioną. 

        - Nie musimy jeszcze iść, prawda?

        Nie zabrałabym go z powrotem do tej suki.

        Ivar spojrzał na swojego wnuka. W spojrzeniu był smutek i żal. Wiele 
żalu. Teraz widziałam podobieństwo pomiędzy nimi: takie same ciemne 

włosy, to samo poważne, posępne spojrzenie oczu.

        - Podoba ci się tutaj? – zapytał Doolittle.

        Roderick skinął głową.

        Medmag spojrzał na krasnoluda. 

        - Drugiej szansy nie dostaje się często.

        Twarz Ivara rozluźniła się.

        - On ma rację – powiedział Curran.

        Ivar wziął głęboki oddech i uśmiechnął się do Rodericka.

        - Roderick, jestem twoim dziadkiem. Czy chcesz zostać tu na dłużej? Ze 
mną?

        Roderick rozważał to.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        - Nigdy wcześniej nie miałem dziadka – powiedział chłopiec.

        - Nigdy wcześniej nie miałem wnuka – odpowiedział Ivar.

        - Czy mogę pójść popływać?

        - Tak – powiedział Ivar. – Twoja babcia szybko powróci z targu. Zjemy 
jakiś obiad i możesz iść popływać. Woda jest zimna, ale może to polubisz. 

Nasz rodzaj to lubi.

        Roderick uśmiechnął się. To był mały, niepewny uśmiech. 

        - Polubię to.

        Ivar podniósł się i wyciągnął do niego rękę. 

        - Czy chcesz zobaczyć moją kuźnię?

        Roderick skinął głową. Razem, ręka w rękę, zeszli z ganku.

        Nasza trójka siedziała na ganku obserwując rzekę i popijając mrożoną 
herbatę.

        - Co z Aurellią? – zapytałam.

        - Nadal jest żoną brata prokuratora okręgowego – powiedział Curran. – 

Pewna kobieta powiedziała mi, że dla Gromady jest nietykalna.

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

        

      - Nie martw się o Aurellię – powiedział Doolittle obserwując Ivara i 
Rodericka idących do kuźni. – Mam przeczucie, że dostanie to, na co 

zasłużyła.

                        

                                                  

background image

                                          

  Magic Gifts   

            

                                                                   

                                                                                       

Epilog

            W szpitalu Avery w Atlancie odnotowano bardzo niepokojący 

przypadek – miejscowa kobieta, Aurellia Sunny, z dnia na dzień postarzała się 
o czterdzieści lat. Profesjonalny medmag wysnuł teorię, że przyspieszone 

starzenie zostało wywołane przez złoty pierścień, który został dostarczony 
pocztą i pozostawiony na werandzie pani Sunny. Pierścień rozpuścił się w jej 

skórze i niemożliwe jest jego usunięcie. Proces starzenia nadal postępuje i 
rodzina została powiadomiona, by uczyniła stosowne przygotowania. 

Detektyw Tsoi z PAD-u, oficer śledczy badający ten przypadek, ma dla 
mieszkańców następująca radę:

„Nie przyjmuj prezentów od anonimowych ofiarodawców. Jeśli nie wiesz, od 
kogo pochodzi przesyłka, nie otwieraj jej”.

                                                         Atlanta Journal-Constitution

 

Wydarzenia   toczące   się   w   tym   opowiadaniu   rozgrywają   się   równolegle   do   przygód  

Andrei Nash w opowiadaniu Gunmetal Magic (Magia Brązu), które ukaże się 31 lipca  
2012 roku.