background image
background image

WALENTIN KATAJEW

Samotny biały żagiel

Przełożyła Melania Kierczyńska

1968

background image

 

 

BIELEJET PARUS ODINOKIJ 
Gosudarstwiennoje izdatielstwo Dietskoj litieratury 1953

Okładkę projektował JANUSZ GRABIANSKI

background image

Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1968 r. 
Wydanie VI. Nakład 120 000 + 257 egz. Ark. wyd. 16, 
ark. druk. 15,25. Papier druk. mat. kl. V, 65 g, 
70X100 z f-ki we Włocławku. Oddano do składania 
w styczniu 1968 r. Druk ukończono w listopadzie 1968 r. 
Łódzka Drukarnia Dziełowa, Łódź, ul- Rewolucji 1905 r. nr 45. 
Zam. nr 92/A/68. N-41. 
Cena zł 9.—
 

Pożegnanie

Około godziny piątej z rana na podwórzu folwarku rozległ się dźwięk 

trąbki.

Przeszywający jej głos rozszczepił się jak gdyby na mnóstwo włókien 

muzycznych, przepłynął przez sad morelowy, wybiegł w pusty step ku 
morzu i długo i smutnie rozbrzmiewał w urwiskach zamierającym echem.

Był to pierwszy sygnał do odjazdu dyliżansu.
Wszystko się skończyło. Nadeszła gorzka chwila pożegnania.
Właściwie nie było się z kim żegnać. Przestraszeni wydarzeniami, 

nieliczni letnicy zaczęli rozjeżdżać się w środku lata.

Obecnie spośród przyjezdnych pozostawała w folwarku jedynie 

rodzina pewnego nauczyciela z Odessy, nazwiskiem Baczej, złożona z ojca 
i dwóch chłopców: jeden miał trzy i pół, drugi osiem i pół roku. Starszy 
nazywał się Pietia, młodszy Pawlik. Ale i oni opuszczali dzisiaj letnisko.

To im grała trąbka, dla nich wyprowadzono ze stajni duże, kare konie.

background image

Pietia obudził się dużo wcześniej, nim trąbka zagrała. Spał 

niespokojnie. Obudził go świergot ptaków. Ubrał się i wyszedł na 
powietrze.

Ogród, step, podwórze — wszystko pogrążone było w chłodnym 

cieniu. Słońce wychodziło z morza, zasłonięte jeszcze wysokim 
urwiskiem.

Pietia miał na sobie miejskie ubranie od święta, z którego wyrósł 

bardzo w ciągu lata: wełnianą granatową bluzę marynarską z naszytymi 
wzdłuż kołnierza białymi tasiemkami, krótkie spodenki, długie 
fildekosowe pończochy, buciki zapinane na guziki i okrągły słomkowy 
kapelusz z dużym rondem.

 Kuląc się z zimna Pietia obszedł z wolna fermę dokoła i żegnał 

wszystkie miejsca i zakątki, gdzie tak mile spędził lato.

Podczas miesięcy letnich Pietia biegał prawie nago. Opalił się jak 

Indianin, Przywykł chodzić boso po kłujących ostach, kapał się trzy razy 
na dzień. Nad brzegiem morza smarował się od stóp do głowy czerwoną 
gliną, rysował nią sobie na piersi desenie i stawał się w ten sposób 
rzeczywiście podobny do czerwonoskórego, szczególnie kiedy wtykał w 
kędziory niebieskie pióra owych zadziwiająco pięknych, bajecznych 
ptaków, które wiły sobie gniazda w urwiskach. I oto teraz, po owym 
wolnym życiu, po owej swobodzie — chodzić w ciasnej wełnianej 
marynarskiej bluzie i drapiących pończochach, w niewygodnych bucikach, 
w dużym słomkowym kapeluszu, którego gumka ociera uszy i ściska 
gardło!...

Pietia zdjął kapelusz i zarzucił go na plecy. Teraz kapelusz kołysał się 

na plecach jak koszyk.

Dwie grube kaczki minęły go kwakając z ożywieniem i spojrzawszy 

pogardliwie na wyelegantowanego chłopca jak na obcego wsunęły się 
jedna za drugą pod płot.

Czy zrobiły to demonstracyjnie, czy też go istotnie nie poznały — tak 

czy owak Pietię ogarnęło takie przygnębienie i taki smutek, że o mało się 
nie rozpłakał.

Poczuł się aż do głębi duszy obcy w tym zimnym i pustym świecie 

wczesnego poranku. Nawet dół w kącie ogrodu warzywnego — wspaniały, 
głęboki dół, na którego dnie tak przyjemnie i tak tajemniczo można było 
piec kartofle w ognisku, nawet ten dół wydawał
się dziwnie obcy, nieznajomy. Słońce wznosiło się coraz wyżej.

Jakkolwiek podwórze i ogród były wciąż jeszcze pogrążone w cieniu, 

wczesne promienie, jaskrawe i zimne, złociły już różowe, żółte i niebieskie 
dynie, rozłożone na trzcinowym dachu chaty, w której mieszkali dozorcy.

background image

Zaspana kucharka w kraciastej samodziałowej spódnicy i w płóciennej 

koszuli, wyszywanej w czarne i czerwone krzyżyki, z żelaznym 
grzebykiem w nie czesanych włosach, uderzając o próg samowarem 
wytrząsała z niego pozostałe od wczoraj węgle.

Pietia stał przez chwilę przed kucharką i przypatrywał się koralom 

podskakującym na jej starczej, pomarszczonej szyi.

— Odjeżdżacie? — zapytała obojętnie.
— Odjeżdżamy — odrzekł chłopiec i głos mu zadrżał.
— Szczęśliwej podróży.
Podeszła do beczki, w której wożono wodę, omotała rękę rąbkiem 

kraciastej spódnicy i wyciągnęła kołek.

Gruba struga trysnęła łukiem uderzając o ziemię. Potoczyły się 

okrągłe, lśniące krople wody obrastając szarym proszkiem kurzu.

Kucharka podstawiła samowar pod strugę. Samowar jęknął napełniając 

się świeżą, ciężką wodą. Nie, doprawdy, znikąd współczucia!

Na krokietowym placyku, na polance, w altanie — wszędzie ta sama 

niechętna cisza, ta sama pustka.

A przecież jakże wesoło, jak świątecznie było tu całkiem niedawno 

jeszcze. Ile ślicznych dziewczynek i łobuzów chłopaków! Ile figli, ile 
skandali, zabaw, bijatyk, kłótni, przeprosin, całusów przyjaźni!

Jaką wspaniałą uroczystość urządził dla letników właściciel folwarku 

pan Rudolf w dniu urodzin swojej małżonki, Luizy.

Pietia nigdy nie zapomni tego święta.
Z rana zastawiono pod morelami ogromny stół, ozdobiony bukietami 

polnych kwiatów. Środek jego zajmował słodki kołacz wielkości koła 
roweru. We wspaniałe ciasto, grubo posypane cukrem, wetknięto 
trzydzieści pięć zapalonych świec, które wskazywały na liczbę lat 
solenizantki.

Wszyscy letnicy byli zaproszeni na poranną herbatę, podaną pod 

morelowymi drzewami.

Dzień tak uroczyście rozpoczęty miał i dalej przebieg podobny i 

zakończył się dziecięcym balem kostiumowym z muzyką i fajerwerkami.

Dzieci włożyły przygotowane uprzednio kostiumy maskaradowe. 

Dziewczynki zamieniły się w rusałki i Cyganki, a chłopcy w Indian, 
zbójców, chińskich mandarynów, marynarzy. Wszyscy mieli piękne, 
jaskrawe, różnokolorowe kostiumy z papieru albo introligatorskiego 
płótna.

Szeleściła bibułka spódniczek i płaszczy, na drucianych łodyżkach 

chwiały się sztuczne róże, powiewały jedwabne wstęgi bębna. Ale 
najpiękniejszy kostium — jakżeby mogło być inaczej ? — dostał Pietia. 

background image

Ojciec szył go własnoręcznie przez dwa dni, gubiąc co chwila binokle. 
Miał krótki wzrok, przewracał raz po raz flaszeczkę z gumą arabską i 
mamrotał pod nosem straszliwe przekleństwa pod adresem organizatorów 
„tego szaleństwa” i w ogóle wszelkimi sposobami starał się podkreślić, 
jaki wstręt budzi w nim ów „idiotyczny pomysł”.

Ale był to oczywiście tylko fortel. Bał się po prostu, że kostium 

wyjdzie marnie i że będzie musiał się go wstydzić. Jakże się starał! Ale za 
to kostium — niech mówią, co chcą — wyszedł wspaniałe.

Był to prawdziwy rynsztunek rycerski, sklejony znakomicie ze złotego 

i srebrnego papieru, naciągniętego na druciany szkielet. Hełm, przybrany 
wspaniałym pióropuszem, wyglądał zupełnie tak jak u rycerzy Walter 
Scotta. Nawet przyłbicę można było podnosić i opuszczać.

Całość była tak piękna, że Pietię postawiono w drugiej parze obok Zoi, 

najładniejszej dziewczynki na letnisku, ubranej w różowy kostium dobrej 
wróżki.

Trzymając się pod ręce dzieci obeszły wokoło ogród przystrojony 

chińskimi lampionami. To tu, to tam czerwone i zielone światła ogni 
bengalskich wyrywały nieprawdopodobnie wyraziście krzaki i drzewa z 
tajemniczej ciemności ogrodu. W altanie przy świetle świec, 
umieszczonych pod szklanymi kloszami, dorośli jedli kolację. Ćmy 
zlatywały się zewsząd do światła i z opalonymi skrzydełkami spadały na 
obrus.

Cztery rakiety z sykiem wypełzły z gęstwiny bengalskiego dymu i z 

trudem posuwały się w górę.

Ale istniał jeszcze gdzieś na świecie księżyc. Ujawniło się to wtedy 

dopiero, kiedy Pietia i Zoja znaleźli się w głębi ogrodu. Poprzez listowie 
drzew sączyło się światło księżyca tak jaskrawe i tak fantastyczne, że 
nawet białka oczu dziewczynki lśniły jak niebieskawa stal i taki sam 
połysk miała stojąca w beczce pod starą brzoskwinią ciemna woda, po 
której pływała czyjaś łódeczka — zabawka.

Tu właśnie chłopczyk i dziewczynka zupełnie nieoczekiwanie dla 

samych siebie pocałowali się i tak się tym zmieszali, że z przesadnie 
głośnymi okrzykami pobiegli, dokąd oczy poniosą, i biegli tak długo, aż 
znaleźli się na podwórzu poza domem. Tam bawili się fornale, którzy 
przyszli powinszować gospodyni.

Na sosnowym stole, wyniesionym z czeladnej kuchni na powietrze, 

stała beczka piwa, ćwierć wiadra monopolowej wódki, miska smażonej 
ryby i pszenny kołacz. Pijana kucharka w nowej perkalowej bluzce z 
falbankami ze złością podawała bawiącym się fornalom porcje ryby i 
napełniała kubki. Harmonista w rozpiętym tużurku, rozstawiwszy nogi, 

background image

kiwał się na krześle i przebierał palcami po basowych klawiszach tracącej 
oddech harmonii.

Dwóch wyprostowanych chłopaków o obojętnym wyrazie twarzy 

wywijało polkę ująwszy jeden drugiego za boki. Kobiety w nowych nie 
pranych chusteczkach, z policzkami wymalowanymi z kokieterii i dla 
zmiękczenia skóry sokiem pomidorowym, stały w ciasnych bucikach z 
koźlej skóry obejmując się ramionami.

Pan Rudolf i pani Luiza cofali się przed następującym na nich 

fornalem.

Fornal był zupełnie pijany. Kilku ludzi trzymało go za ręce. Wyrywał 

się. Krew ciekła mu z nosa na odświętną, rozerwaną przez pół koszulę. 
Wymyślał okropnymi słowami.

Szlochając i zachłystując się swoim gniewnym, niemal wściekłym 

łkaniem, krzyczał zgrzytając zębami jak we śnie:

— Trzy ruble pięćdziesiąt kopiejek za dwa katorżne miesiące!... Uch, 

morda bezwstydna!... Puśćcie mnie do tego drania! Bądźcie ludźmi, 
puśćcie mnie do niego: duszę z niego wyciągnę! Dajcie mi zapałki, puśćcie 
mnie na słomę; zaraz im urządzę imieniny... Och, nie ma tu Griszki 
Kotowskiego, ten zrobiłby z tobą porządek, ty draniu!

Światło księżyca lśniło w jego wywróconych oczach.
— No, no, no — bełkotał gospodarz cofając się — uważaj, Gawriła, 

nie pozwalaj sobie zanadto, bo wiesz, że za takie słowa mogą teraz 
powiesić.

— No to wieszaj! — krzyczał fornal bez tchu. — Dlaczego nie 

wieszasz? Masz! Pij krew, pij!

Było to takie straszne, takie niepojęte, a co najważniejsza tak nie 

harmonizowało z całą tą wspaniałą uroczystością, że dzieci rzuciły się do 
ucieczki krzycząc, iż Gawriła chce zarżnąć pana Rudolfa i podpalić 
folwark. Trudno wyobrazić sobie, jaki popłoch wszczął się wśród 
zgromadzonych. Rodzice zabierali dzieci do pokojów. Wszędzie 
zamykano okna i drzwi jak 
przed burzą. Naczelnik ziemski, Czuwiakow, który przyjechał na parę dni 
z wizytą do rodziny, przeszedł przez placyk krokietowy wywracając 
nogami bramki, odrzucając z drogi młotki i kule. We wzniesionej ręce 
trzymał dubeltówkę.

Daremnie pan Rudolf prosił, żeby się letnicy uspokoili. Na próżno 

zapewniał, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Gawriłę związano i 
wtrącono do piwnicy, a następnego dnia miała przyjechać po niego policja.

background image

Pewnej nocy gdzieś daleko nad stepem ukazała się krwawa łuna. 

Rankiem rozeszła się pogłoska, że spłonął sąsiedni folwark. Mówiono, że 
to fornale go podpalili.

Przybysze z Odessy opowiadali, że w mieście są rozruchy. Krążyły 

pogłoski, że w porcie płonie molo.

Po zabawie przyjechał o świcie policjant i zabrał Gawriłę. Nad rankiem 

Pietia słyszał nawet przez sen dzwoneczki jego zaprzęgu.

Letnicy rozjeżdżali się. Wkrótce folwark opustoszał zupełnie.
Pietia zatrzymał się na chwilę obok tajemniczej beczki pod starą 

brzoskwinią, popluskał witką po wodzie. Nie. I beczka była nie ta sama, i 
woda nie ta sama, i stara brzoskwinia nie ta sama.

Wszystko, wszystko dokoła stało się obce, wszystko utraciło swój czar, 

wszystko spoglądało na Ppetię jak gdyby z dalekiej przeszłości. Czy i 
morze powita Pietię po raz ostatni równie zimno i obojętnie ? Pietia 
pobiegł ku urwisku.

Morze

Niskie słonce oślepiło blaskiem oczy. Pod nim na całej przestrzeni 

morze płonęło jak magnezja. Step urywał się nagle.

Srebrzyste krzaki dzikich oliwek drżały w rozpalonym powietrzu nad 

przepaścią.

Stroma dróżka wiodła zygzakami w dół. Pietia przywykł zbiegać po 

niej na bosaka. Teraz buciki przeszkadzały chłopcu. Podeszwy ślizgały się. 
Nogi niosły go same. Nie sposób było je powstrzymać.

Aż do pierwszego zakrętu chłopiec walczył jeszcze jako tako z siłą 

przyciągania ziemi. Wbijał w ziemię obcasy i chwytał za suche strzępy 
korzeni zwisłych nad dróżką. Ale zgniłe korzenie rwały się, spod obcasów 
sypała się glina. Chłopca otaczał obłok kurzu brązowego jak proszek 
kakao.

Nos był zapchany kurzem, w gardle drapało. Pietia miał dosyć tego. A 

niech się dzieje, co chce!

Krzyknął na cały głos, zamachał rękami i popędził w dół na złamanie 

karku.

Wiatr rozbujał kapelusz na plecach. Kołnierz marynarski powiewał. W 

pończochy wpiły się kolce. Robiąc straszliwe skoki po ogromnych 
stopniach naturalnych schodów chłopiec zbiegł z rozmachem na suchy i 
zimny, nie nagrzany jeszcze przez słońce piasek wybrzeża. Piasek ten był 
niezwykłe biały i delikatny. Był grząski i głęboki, pełen zagłębień po 

background image

wczorajszych śladach, zatartych już trochę i nieforemnych, podobny do 
kaszy manny w najlepszym gatunku.

Pochyły brzeg niemal niedostrzegalnie spadał ku wodzie. Pas, który 

lizały co chwila szerokie języki białośnieżnej piany, był wilgotny, gładki, 
twardy i chodziło się po nim lekko.

Najcudowniejsza w świecie plaża ciągnęła się pod urwiskami na sto 

wiorst od Karolino-Bugaza do Dunaju, ówczesnej granicy Rumunii; o tej 
wczesnej godzinie wydawała się dzika i zupełnie bezludna.

Uczucie samotności ogarnęło chłopca z nową siłą. Ale teraz była to 

całkiem inna samotność: dumna i mężna samotność Robinsona na 
bezludnej wyspie.

Przede wszystkim zaczął przyglądać się śladom. Patrzył okiem 

doświadczonego i przewidującego poszukiwacza przygód.

Ślady otaczały go dokoła. Czytał je jak książkę Mayne Reida.
Czarna plama na ścianie urwiska i szare węgle mówiły o tym, że 

mieszkańcy tych okolic nocą przybijali do brzegu na łódce i gotowali sobie 
jedzenie przy ognisku. Rozchodzące się promieniście ślady mew 
świadczyły o sztilu i obfitości drobnych rybek u wybrzeża.

Długi korek z francuską marką i wyrzucony przez fale na brzeg 

plasterek cytryny, który zbielał w wodzie, nie pozostawiały żadnych 
wątpliwości co do tego, że przed paru dniami przepływał po otwartym 
morzu zagraniczny okręt.

Tymczasem słońce podniosło się nieco wyżej nad horyzont. Teraz 

lśniła już nie cała powierzchnia morza, lecz długi pas na krańcu 
widnokręgu i na fali łagodnie kładącej się na piasek zapalały się dziesiątki 
migocących lśnień rażących oczy.

Pozostała część bezbrzeżnej tafli morza połyskiwała takim delikatnym, 

takim smutnym błękitem sierpniowego sztilu, że mimo woli stawały w 
pamięci słowa:

Samotny żagiel w niebios toni 
Bieleje na błękicie fal...

chociaż żagla nie było nigdzie widać, a i morze nie wydawało się 
bynajmniej zamglone. Pietia patrzy na nie z zachwytem.

Na morze można patrzeć bez końca  — nie sprzykrzy się nigdy. Jest 

coraz to inne, nowe i nie widziane. Zmienia się w oczach co chwila.

Niekiedy bywa ciche, jasnoniebieskie, tu i tam przerżnięte białymi 

niemal pasami sztilu. To znów jaskrawoniebieskie, płomienne, migotliwe. 
Czasem kołyszą się na nim białe baranki. Przy chłodnym wietrze woda 

background image

nabiera barwy ciemnego indygo i wtedy przypomina wełnę gładzoną pod 
włos.

Gdy nadchodzi burza, morze staje się groźne. Wiatr gna potężne fale. 

Pod ołowianym niebem latają z krzykiem mewy. Wzburzone fale wloką i 
ciskają wzdłuż brzegu ciało jakiegoś zdechłego delfina. Jaskrawa zieleń 
widnokręgu stoi niby ściana zębata ponad burymi chmurami sztormu. 
Zielonkawe fale przypływu, ozdobione ruchomymi zygzakami piany, z 
armatnim hukiem rozbijają się o brzeg. Ogłuszone powietrze odpowiada 
spiżowym echem. Delikatna mgła rozpryśniętych kropel zwisa jak muślin 
na całej ogromnej wysokości wstrząśniętego urwiska.

Ale główny czar morza tkwi w jakiejś tajemnicy, która od zawsze kryła 

się w jego bezmiarze.

Czyż nie był tajemnicą jego fosforyczny blask, kiedy ręka zanurzona w 

wodzie w bezksiężycową lipcową noc rozjaśniała się nagle, cała obsypana 
niebieskimi iskrami ? Albo ruchome światła niewidocznych okrętów i 
blade, powolne błyski dalekiej latarni morskiej? Lub też liczba ziarnek 
piasku niedostępna dla ludzkiego umysłu? A wreszcie czyż nie pełne 
tajemnic było widmo zbuntowanego pancernika, który zjawił się pewnego 
dnia gdzieś bardzo daleko na morzu?

Jego pojawienie się poprzedził pożar w porcie odeskim. Łuna była 

widoczna w promieniu czterdziestu wiorst. Natychmiast zaczęły krążyć 
pogłoski, że to płonie molo. Potem zostało wymówione słowo: 
„Potiomkin”.

Tajemniczy i samotny pojawił się kilkakrotnie na widnokręgu 

zbuntowany pancernik, dostrzegany u besarabskich wybrzeży.

Fornale rzucili pracę w folwarkach i szli nad urwiska starając się 

dojrzeć daleki dym. Niekiedy wydawało im się, że widzą go. Wówczas 
zrywali czapki i koszule i wymachując mmi zaciekle, witali buntowników.

Ale Pietia nadaremnie mrużył oczy i wytężał wzrok — mówiąc 

szczerze, nie widział nic na pustym bezmiarze morza.

Tylko raz jeden przez lunetę, którą udało mu się wyprosić na chwilę od 

jakiegoś chłopca, dostrzegł jasnozieloną sylwetkę pancernika o trzech 
kominach, z czerwoną chorągiewką na maszcie.

Okręt płynął szybko na zachód, w kierunku Rumunii. A następnego 

dnia widnokrąg zasnuł się nagle ciężkim, ponurym dymem. To cala 
eskadra czarnomorska szła śladem „Potiomkina”.

Rybacy, którzy przypłynęli na swoich dużych, czarnych łodziach do 

ujścia Dunaju, przywieźli wiadomość, że „Potiomkin” przybył do 
Konstancy, gdzie zmuszony był poddać się rządowi rumuńskiemu. Załoga 
wysiadła na brzeg i rozeszła się — każdy w swoją stronę. Minęło jeszcze 

background image

kilka niespokojnych dni. I oto o świcie widnokrąg zasnuł się ponownie 
dymem. To z Konstancy do Sewastopola powracała eskadra czarnomorska 
holując na linie jak na arkanie schwytanego buntownika.

Opustoszały, bez załogi, z maszynami zalanymi wodą, z opuszczoną 

chorągwią powstańczą, zanurzając się ciężko w wysokich falach 
„Potiomkin” płynął powoli, otoczony ścisłym konwojem dymów. Długo 
sunął wzdłuż wysokich urwisk Besarabii, skąd w milczeniu ścigali go 
wzrokiem robotnicy z folwarków, żołnierze straży pogranicznej, rybacy, 
fornalki. Patrzyli, póki cała eskadra nie znikła im z oczu.

I znowu morze stało się tak łagodne i ciche, jakby oblano je niebieską 

oliwą.

Tymczasem na drogach stepowych zjawiły się oddziały strażników na 

koniach, wysłane do granic Rumunii dla schwytania uciekinierów z 
„Potiomkina”.

Pietia postanowił na pożegnanie wykąpać się naprędce.
Ale zaledwie chłopiec buchnął z rozpędu do morza i popłynął bokiem, 

odpychając chłodną wodę gładkim jak atłas, brązowym ramieniem, 
natychmiast zapomniał o wszystkim na świecie.

Najpierw, przepłynąwszy głębię nadbrzeżną, dotarł do pierwszej 

mielizny.

Wszedł na nią i zaczął przechadzać się w wodzie po kolana oglądając 

w przezroczystej tafli wodnej wyraźnie widoczne, przypominające łuskę, 
piaszczyste dno.

Na pierwszy rzut oka wydawać się mogło, że dno to jest nie 

zamieszkane. Ale wystarczyło przyjrzeć się dobrze, aby w zmarszczkach 
piasku dostrzec życie. Poruszały się tam, to zjawiając się, to pogrążając w 
piasku, malusieńkie dzbanuszki raka pustelnika. Pietia dobył z dna taki 
jeden dzbanuszek i zręcznie wyciągnął z niego, podobne z kształtu do raka 
— miało nawet maleńkie kleszcze — ciało mięczaka.

Dziewczynki nawlekały chętnie te muszelki na jedwabną nitkę. 

Powstawały w ten sposób śliczne korale. Ale to nie było zajęcie godne 
mężczyzny.

Później chłopiec spostrzegł w wodzie meduzę i pognał za nią. Meduza 

wisiała niby przezroczysty abażur ze zwisającymi przezroczystymi 
mackami. Wydawało się, że jest nieruchoma. Ale to się tylko tak zdawało. 
Cienkie brzegi jej grubego dzwonu dyszały i drżały niebieskim 
żelatynowym obrzeżeniem niby skraj spadochronu. Macki poruszały się. 
Meduza cofała się skośnie w głąb, jak gdyby czuła zbliżające się 
niebezpieczeństwo.

background image

Ale Pietia dopędził ją. Ostrożnie, aby nie dotknąć jadowitego brzeżka, 

parzącego jak pokrzywa, chłopiec chwycił meduzę obiema rękami za 
dzwon i wyciągnął jej masywne, ale nietrwałe ciało z wody. Z rozmachem 
rzucił stworzenie na brzeg.

Gubiąc w locie macki, które się oderwały, meduza opadła na mokry 

piasek. Słońce zapłonęło natychmiast na śluzie niby srebrzysta gwiazda.

Pietia wydał okrzyk zachwytu i rzuciwszy się z mielizny w głębinę 

oddał się swojemu ulubionemu zajęciu — nurkowaniu z otwartymi 
oczami.

Co to była za rozkosz!
W głębinie otwarł się przed zdumionymi oczami chłopca przedziwny 

świat podwodnego królestwa. Poprzez masę wodną, jak przez lupę, w 
zwiększeniu wyraźnie były widoczne różnokolorowe kamyczki żwiru. 
Pokrywały dno, podobne do kamieni bruku.

Źdźbła podwodnych roślin tworzyły jakby las z bajki, do którego 

przenikały z góry mętnozielone promienie słońca bladego jak księżyc.

Wśród korzeni, rozstawiwszy niby rogi straszliwe kleszcze, przesuwał 

się bokiem wielki, stary krab. Na swoich pajęczych nogach niósł wzdęte 
pudło karku, pokryte wapiennymi brodawkami mięczaków.

Pietia nie zląkł się go ani trochę. Wiedział dobrze, jak należy 

obchodzić się z krabami. Trzeba je śmiało chwytać dwoma palcami z góry 
za tułów. Wtedy krab nie może w żaden sposób uszczypnąć.

Zresztą krab nie zainteresował chłopca. Niech sobie pełznie — nie 

takie rzadkie z niego stworzenie. Cała plaża usiana jest zeschłymi 
kleszczami i purpurowymi skorupkami.

Bardziej interesujące były koniki morskie.
Właśnie niewielka ich gromadka pojawiła się wśród wodorostów. 

Miały toczone mordeczki — przypominały zupełnie koniki szachowe — i 
ogonki zakręcone do przodu; jakby stojąc płynęły wprost do Pieti, 
rozsunąwszy błoniaste pływaki — niczym maleńkie podwodne smoki.

Nie przypuszczały widocznie wcale, że mogą o tak wczesnej porze 

natknąć się na myśliwego.

Serce chłopca zadrżało z radości. Miał w kolekcji swojej jednego tylko 

morskiego konika, i to jakiegoś pomarszczonego zdechlaka. A z tych 
każdy był duży i ładny.

Szaleństwem byłoby nie skorzystać z takiej wyjątkowej okazji.
Pietia wynurzył się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć jak najwięcej 

powietrza i jak najprędzej zacząć polowanie. Ale w tej samej chwili ujrzał 
na urwisku ojca.

background image

Ojciec wymachiwał słomkowym kapeluszem i coś krzyczał. Urwisko 

było tak wysokie i głos rozlegał się tak grzmiąco, że do Pieti dochodziło 
tylko donośne:

— ...cze — cze — cze — cze!...
Jednakże Pietia doskonale zrozumiał znaczenie owego „cze — cze — 

cze!” Oznaczało ono, co następuje:

— Gdzie ty przepadasz, wstrętny chłopaku! Szukam ciebie po całym 

letnisku. Dyliżans czeka! Chcesz, żebyśmy się przez ciebie spóźnili na 
statek? Wyłaź natychmiast z wody, niegodziwcze!

Głos ojca przywrócił Pieti owo gorzkie uczucie rozstania, z którym się 

dziś obudził. I chłopiec zaczął wołać tak strasznie głośno, że aż mu w 
uszach huczało:

— Zaraz idę! Zaraz!
A w urwisku rozległo się grzmiące:
— ...az — ...az — az!...
Pietia szybko włożył ubranie wprost na mokre ciało — co, trzeba 

przyznać, było bardzo przyjemne — i zaczął wdrapywać się na górę.

Na stepie

Dyliżans stał już na drodze obok bramy. Woźnica wlazł na koło i 

umocowywał na dachu składane łóżka z żaglowego płótna odjeżdżających 
letników i okrągłe kosze z granatowymi bakłażanami, które wysyłano przy 
okazji z folwarku do Akermanu.

Mały Pawlik, ubrany z racji podróży w nowy niebieski fartuszek, w 

nakrochmalonym pikowym kapelusiku, przypominającym foremkę do 
galarety, stał w przezornej odległości od koni, z powagą badając wszystkie 
szczegóły ich uprzęży.

Bezmiernie dziwiło go, że uprząż ta, prawdziwa uprząż prawdziwych 

żywych koni, zrobiona jest zupełnie niepodobnie do uprzęży jego 
ślicznego tekturowego konia Kudłatki. (Kudłatki nie zabrano na letnisko, 
czekała ona teraz na swojego pana w Odessie).

Chyba sprzedawca, od którego kupiono Kudłatkę, coś tam poplątał!
W każdym razie trzeba nie zapomnieć natychmiast po przyjeździe 

poprosić tatusia, żeby wyciął z czegokolwiek i przyszył do oczu Kudłatki 
te czarne, bardzo ładne zasłony — nie wiadomo, jak się nazywają.

Przypomniawszy sobie w ten sposób o Kudłatce, Pawlik zaczął się 

niepokoić. Jak ona tam żyje w komórce podczas jego nieobecności? Czy 
ciocia daje jej owsa i siana? Czy myszy nie zjadły jej ogona? Prawdę 

background image

mówiąc z ogona zostało już niewiele — dwa-trzy włoski i gwoździk — ale 
jednak.

Pawlika ogarnęło niezwykłe zniecierpliwienie, wysunął język i pobiegł 

do domu, żeby przynaglić ojca i Pietię.

Ale mimo iż niepokoił go tak bardzo los Kudłatki, nie zapomniał ani 

przez chwilę o swojej podróżnej torebce, która wisiała na tasiemce na jego 
ramieniu. Trzymał ją mocno obiema rączkami

Oprócz tabliczki czekolady i kilku słonych placuszków marki 

„Kapitan” leżał w niej jego główny skarb: skarbonka zrobiona z puszki 
„Kakao Einem”. Tam przechowywał pieniądze, które zbierał na kupno 
welocypedu.

Pieniędzy było już dosyć dużo: trzydzieści osiem — trzydzieści 

dziewięć kopiejek.

Tatuś i Pietia, którzy napili się świeżego mleka prosto od krowy i 

najedli się wiejskiego pszennego chleba, szli już do dyliżansu.

Pietia niósł ostrożnie pod pachą swoje skarby: słoik z 

zakonserwowanymi w spirytusie morskimi jeżami i kolekcje motyli, 
Żukow, muszelek i krabów.

Wszyscy troje pożegnali się serdecznie z gospodarzami, którzy wyszli, 

aby odprowadzić ich do bramy, po czym wsiedli do dyliżansu i pojechali. 
Droga okrążała folwark.

Dyliżans brzęcząc przywiązanym wiadrem przejechał obok 

owocowego sadu, obok altanki, obok podwórza, gdzie mieściło się bydło, 
oraz innego, gdzie mieściło się domowe ptactwo. Wreszcie zrównał się z 
klepiskiem — równym, gładkim i dobrze ubitym placykiem, na którym 
młóci się i czyści zboże.

Zaraz za wałem drogowym, gęsto porosłym siwymi od kurzu krzakami 

z mnóstwem jagód podłużnych, podobnych do żółtych kropelek, zaczynał 
się słomiany, świat klepiska.

Sterty starej i nowej słomy, wielkie i wysokie jak domy, tworzyły całe 

miasto. Były tu prawdziwe ulice, zaułki i ślepe uliczki. Gdzieniegdzie pod 
nawarstwionymi, niemal czarnymi ścianami bardzo starej słomy, torując 
sobie drogę z twardej, jakby żelaznej ziemi, płonęły turkusowe knociki 
pszenicznych kiełków, zadziwiająco czyste i jaskrawe.

Z komina parowego silnika waliły kłęby gęstego, opalowego** dymu. 

Słychać było wycie i postukiwanie niewidocznej młockarni. Maleńkie 
baby z widłami chodziły po 
wierzchołku świeżej sterty brodząc po kolana w pszenicy. Cienie zboża 
przenoszonego na widłach biegły po chmurze plew, którą przebijały 
skośne ruchome snopy słonecznego światła.

background image

Zamigotały worki, wagi, odważniki.
Potem przepłynął wysoki pagórek dopiero co wymłóconego ziarna 

nakrytego brezentem, i dyliżans wyjechał na otwarty step.

Słowem, z początku wszystko było tak jak w poprzednich latach. 

Dokoła na dziesiątki wiorst ciągnęło się otwarte, puste rżysko. Samotny 
kurhan. Podobny do połysku miki blask liliowych nieśmiertelników. Suseł 
siedzący obok swojej norki. Kawałek sznurka, przypominający 
rozdeptanego gada. Ale nagle wzbił się przed nimi kurz i obok dyliżansu 
truchtem przejechał niewielki oddział konnych strażników.

— Stój!
Dyliżans zatrzymał się.
Jeden z jeźdźców zbliżył się do dyliżansu.
Krótka kolba karabinu podskakiwała nad zielonym naramiennikiem z 

cyfrą.

Skakała zakurzona, zsunięta na ucho czapka. Siodło skrzypiało i 

pachniało nagrzaną skórą.

Koń chrapał, morda jego zatrzymała się na poziomie otwartego okna. 

Duże jego zęby gryzły białą stal munsztuka. Trawiastozielona piana kapała 
z czarnych, jakby gumowych warg. Gorący oddech delikatnych, cielisto-
różowych nozdrzy owionął wilgotnym tchnieniem pasażerów dyliżansu.

Czarne wargi wyciągnęły się do słomkowego kapelusza Pieti.
— Kogo wieziesz? — rozległ się skądsiś z góry głos żołnierza.
— Letników na statek — odparł nie do poznania cienki, spieszny, jakiś 

służalczy głos woźnicy. — Jadą do Akermanu, a tam prosto na statek — i 
do Odessy. Tu całe lato w folwarku mieszkali. Od samego początku 
czerwca. Teraz jadą z powrotem do domu.

— No, pokaż.
I przez okno zajrzała czerwona twarz o żółtych wąsach i żółtych 

brwiach, z podbródkiem oskrobanym na czysto i z owalną odznaką na 
zielonym otoku czapki.

— Ktoście tacy?
— Letnicy — odparł ojciec z uśmiechem.
Widocznie żołnierzowi nie spodobał się ten uśmiech i owo zanadto 

swobodne słowo „letnicy”, które mu się kpinami wydawało.

— Widzę, że letnicy — rzekł z wyraźnym niezadowoleniem, — To 

mało, że letnicy! A coście za letnicy?

Dolna szczęka ojca drgnęła, bródka zadygotała. Zbladł z oburzenia i 

drżącymi rękami zapiął na wszystkie guziki letni płaszcz, poprawił binokle 
i zawołał ostrym falsetem:

background image

— Jak śmiesz mówić ze mną takim tonem? Jestem wykładowcą 

średnich zakładów naukowych, radca departamentu Baczej, a to są moje 
dzieci — Pietia i Pawlik. Jedziemy do Odessy.

Na czole ojca wystąpiły różowe plamy.
— Przepraszam, wasza wielmożność — rzekł żołnierz i 

wybałuszywszy zbielałe ze strachu oczy, wzniósł rękę z nahajką do czapki. 
— Omyliłem się!

Był widocznie śmiertelnie przerażony nazwą nie znanej mu wprawdzie 

dotychczas, ale tak groźnie brzmiącej rangi cywilnej „radca 
departamentu”.

„Do diabła z nim! Jeszcze jakieś nieprzyjemności wyjdą z tego. 

Doczekasz się jeszcze, że ci w pysk dadzą”.

Zaciął koma ostrogami i ruszył galopem.
— Dureń — rzekł Pietia, kiedy żołnierze byli już daleko. Ojciec 

zawrzał znowu:

— Zamilcz! Ile razy ci mówiłem, żebyś nie odważył się wymawiać 

tego słowa. Ten, kto często mówi „dureń”, sam jest nie bardzo mądry. 
Zapisz to sobie w pamięci.

Kiedy indziej Pietia zacząłby oczywiście spierać się, ale teraz milczał. 

Zbyt dobrze rozumiał zdenerwowanie ojca.

Ojciec, który zawsze z irytacją i pogardą mawiał o rangach i orderach, 

który nigdy nie nosił urzędowego galowego fraka i nigdy nie zawieszał 
swojej „Anny trzeciego stopnia”*, który nie uznawał żadnych przywilejów 
stanowych i uparcie twierdził, że wszyscy mieszkańcy Rosji nie są niczym 
innym, jak tylko „obywatelami”, nagle, w rozdrażnieniu nagadał Bóg wie 
co. I to komu? Pierwszemu lepszemu żołnierzowi.

„Wykładowca średnich zakładów naukowych”... „Radca 

departamentu”... „Jak śmiecie mówić takim tonem”...

— Ech, co za idiotyzm — mówiła zmieszana twarz ojca. — Ech, jaki 

wstyd!

Tymczasem woźnica, jak to zwykle bywa podczas długich przejazdów 

końmi, wśród ogólnego zamieszania zdążył już zgubić rzemyczek od bata i 
macając biczyskiem chodził wśród przydrożnych krzaków piołunu, siwych 
od kurzu.

Wreszcie znalazł rzemyczek i przywiązawszy go ściągnął węzeł 

zębami.

— A niech ich kule biją!...— rzekł podchodząc do dyliżansu. — Jeżdżą 

ci strażnicy po wszystkich drogach i jeżdżą, tylko ludzi straszą.

— Po co jeżdżą ? — spytał ojciec.

background image

— Kto ich wie po co? Polują na kogoś czy co. Tu przedwczoraj, o 

trzydzieści wiorst stąd, folwark dziedzica Bałabanowa spalono. Mówią, że 
to podpalił jakiś zbiegły z „Potiomkina” marynarz. I teraz wciąż jeżdżą, 
chcą złapać tego zbiegłego marynarza. Podobno gdzieś tu na stepie ukrywa 
się. Takie to sprawy. Cóż, pojedziemy?

Mówiąc to woźnica wlazł na swój wysoki kozioł, ujął lejce i dyliżans 

ruszył dalej.

Mimo iż poranek był bardzo piękny, wszystkim popsuł się już nastrój.
Widocznie w tym cudownym świecie błękitnego nieba, pokrytego 

dzikimi tabunami białogrzywych obłoków, w świecie liliowych cieni, 
biegnących faliście z kurhanu na kurhan po stepowych trawach, wśród 
których zamigoce raz po raz końska czaszka albo rogi wołu, w świecie, 
który był stworzony, zdawało się, wyłącznie dla ludzkiej radości i 
szczęścia — w tym świecie nie wszystko działo się tak, jak należy.

O tym myśleli w dyliżansie i ojciec, i woźnica, i Pietia.
Tylko Pawlik myślał o czymś innym, o czymś swoim.
Zmarszczywszy mocno okrągłe, kremowe czoło na które opadał spod 

kapelusika starannie podstrzyżony lok, chłopczyk siedział patrząc ze 
skupieniem w okno swoimi uważnymi, piwnymi oczami.

— Tatusiu — rzekł nagle nie odrywając wzroku od okna — tatusiu, a 

kto to jest cesarz ?

— Jak to, kto to jest cesarz?
— No, kto? 
— Hm... Człowiek.
— Ależ nie. Ja sam wiem, że człowiek. Jakiś ty! Nie człowiek, lecz 

kto? Rozumiesz.: kto?

— Nie rozumiem, czego chcesz.
— Ja się pytam: kto?
— Ależ na Boga... Kto i kto... No, jeżeli chcesz, pomazaniec.
— Czym pomazaniec?
— Co-o?
Ojciec spojrzał na syna surowo.
— No — jak? Jeżeli pomazaniec, to czym? Rozumiesz: czym?
— Nie gadaj głupstw!
I ojciec odwrócił się ze złością.

Wodopój

background image

O dziewiątej z rana wjechali do dużej na pół mołdawskiej, na pół 

ukraińskiej wsi, żeby napoić konie.

Ojciec wziął Pawlika za rękę i poszedł kupić melony. A Pietia pozostał 

przy koniach, chciał być obecny przy ich pojeniu.

Woźnica podprowadził konie, ciągnące za sobą olbrzymi wóz 

dyliżansowy, do wodopoju. Była to studnia, tak zwany „żuraw”.

Woźnica wsunął bat za cholewę i chwycił wiszącą pionowo bardzo 

długą żerdź, na końcu której umocowany był na łańcuchu ciężki dębowy 
cebrzyk. Przesuwając rękoma po żerdzi, zaczął opuszczać ją w głąb studni. 
Żuraw zaskrzypiał. Jeden koniec ogromnego nosidła zaczął się pochylać, 
jak gdyby pragnął zajrzeć do studni, a drugi — z przywiązanym do niego 
dla zachowania równowagi wielkim, porowatym kamieniem — unosił się 
lekko w górę.

Pietia oparł się mocno o brzeg studni i spojrzał w nią jak w lunetę.
Okrągły szyb, wyłożony głazami, pokryty miękkim, ciemnobrązowym 

aksamitem pleśni, biegł daleko w głąb. I tam w zimnej ciemności błyszczał 
maleńki krążek wody z wyraźnym jak na fotografii odbiciem jego 
kapelusza.

Chłopiee krzyknął i studnię niby dzban gliniany napełnił grzmiący 

głos.

Cebrzyk szedł bardzo długo w dół, stał się zupełnie maleńki, a wciąż 

jeszcze nie sięgał wody. Wreszcie rozległ się daleki plusk. Cebrzyk 
zanurzył się w wodzie, zachłysnął się i zaczął unosić się w górę.

Duże krople spadały do wody. Strzelały jak kapiszony.
Żerdź, wytarta przez mnóstwo rąk, tak że lśniła jak szkło, szła długo w 

górę, póki nie ukazał się wreszcie mokry łańcuch. Żuraw zaskrzypiał po 
raz ostatni. Woźnica chwycił silnymi rękami pudowy cebrzyk, by całą jego 
zawartość wylać do kamiennego koryta.

Najpierw jednak sam napił się wody. Po woźnicy napił się również 

Pietia. Na tym właśnie polegał główny urok wodopoju.

Chłopiec zanurzył nos i podbródek w doskonale przezroczystej, zimnej 

jak lód wodzie. Cebrzyk obrósł od wewnątrz zielonym szlamem. Coś 
niesamowitego, niemal zaczarowanego było w tym cebrzyku i szlamie. 
Coś prastarego, tajemniczego, niezwykłego, coś, co dziecięcej wyobraźni 
mówiło o młynie wodnym, o czarowniku-młynarzu, o wirach i o żabie-
królewnie. Od lodowatej wody aż zabolało w skroniach. Ale dzień był 
gorący, więc Pietia wiedział, że ból minie szybko.

Pietia wiedział też bardzo dobrze, że trzeba ośmiu, dziesięciu wiader, 

żeby napoić konie. Zejdzie z tym co najmniej pół godziny. Można 
pospacerować.

background image

Chłopiec przedostał się ostrożnie przez czarne jak szuwaks błoto 

wodopoju, pełne śladów racic świńskich. Później skierował się wzdłuż 
poiska po łączce pełnej gęsiego puchu.

Wodopój doprowadził go do mokradła zarosłego wysoką jak las 

trzciną, turzycą i chwastami.

Tu nawet w najbardziej słoneczne południe panował mroczny chłód. 

Mnóstwo odurzających zapachów z całą siłą uderzyło w nozdrza.

Szczególny, bardzo silny zapach mieszał się ze słodką, jak gdyby 

orzechową wonią, od której zaczynała boleć głowa.

Krzaczki dziędzierzawy o ostrych liściach, pokryte czarno-zielonymi 

torebkami, o mięsistych kolcach i długich, niezwykle delikatnych i 
niezwykle białych, cuchnących kwiatach rosłym obok belaadony, lulka i 
tajemniczej „sennej trawy”.

Na ścieżce duża ropucha siedziała z zamkniętymi oczami jak 

zaczarowana i Pietia z całej siły starał się nie patrzeć na nią, żeby nie 
ujrzeć nagle na jej głowie maleńkiej, złotej korony. W ogóle wydawało się, 
że wszystko jest tu zaczarowane jak w jakimś lesie z bajki.

Może tu gdzieś w pobliżu szczupła Alonuszka o wielkich oczach 

błąkała się rozpaczliwie opłakując swojego braciszka Iwanuszkę?

I gdyby w tej chwili wybiegł z gęstwiny biały baranek i zabeczał 

dziecięcym, cienkim głosikiem, Pietia zemdlałby chyba ze strachu.

Chłopiec postanowił nie myśleć o baranku. Ale im bardziej usiłował 

nie myśleć, tym więcej myślał. A im więcej myślał, tym straszniej było mu 
samemu wśród czarnej zieleni tego przeklętego miejsca.

Z całej siły zmrużył oczy, żeby nie krzyknąć, i zaczął uciekać od tych 

jadowitych zarośli. Biegł tak długo, aż dobiegł od tyłu do jakiegoś 
niewielkiego obejścia.

Za płotem, na którym sterczało mnóstwo glinianych dzbanków, Pietia 

spostrzegł jakieś ładne klepisko. Pośrodku tej maleńkiej areny, zasłanej 
świeżą, dopiero co zwiezioną pszenicą, stała owiązana po babsku zsuniętą 
na oczy chustką może dziesięcioletnia dziewczynka w długiej, fałdzistej 
spódnicy i krótkiej perkalowej bluzeczce z bufiastymi rękawami.

Zasłaniając oczy łokciem od słońca, bosa, przestępując z nogi na nogę, 

poganiała po kole dwa koniki zaprzęgnięte jeden za drugim na długim 
postronku. Miękko rozrzucając słomę kopytami, koniki ciągnęły po grubej 
warstwie błyszczącej pszenicy pokryty nacięciami kamienny wałek. Wałek 
podskakiwał twardo, bez hałasu.

Za kamiennym wałkiem wlokła się dość szeroka deska, wygięta z 

przodu jak narty.

background image

Pietia wiedział, że w dolną powierzchnię tej deski wrzynało się wiele 

ostrych krzemieni koloru bursztynu, krzemienie te wybijały szczególnie 
dokładnie ziarno z kłosów.

Na tej szybko sunącej desce, utrzymując z trudem równowagę, stał 

zawadiacko jak na saneczkach chłopaczek — rówieśnik Pieti, w rozpiętej 
spłowiałej koszuli i w czapce z daszkiem zsuniętym na ucho.

Maleńka dziewczyneczka z jasną jak len główką trzymała się 

kurczowo obiema rączkami nogawicy brata przykucnąwszy u nóg jego jak 
myszka.

Po kole biegał starzec poruszając drewnianymi widłami pszenicę i 

podrzucając ją koniom pod nogi. Jakaś stara kobieta długą, umocowaną na 
kiju deską wyrównywała koło, podgarniając rozsypującą się słomę i 
ziarno.

Nieco dalej, obok sterty, baba z czarnymi od słońca i żylastymi jak u 

mężczyzny rękami kręciła z wysiłkiem korbą wialni. W okrągłym otworze 
bębna migotały czerwone śmigła. Wiatr wywiewał z wialni lśniącą chmurę 
plewy. Lekko jak muślin osiadała na ziemi, na łopuchach, sięgała grządek 
warzywnych, gdzie między zeschniętymi krzakami zupełnie już dojrzałych 
żółto-czerwonych pomidorów stepowych, rozpostarłszy szeroko łachmany, 
tkwiło straszydło na wróble w podartej czapce z czerwonym daszkiem.

Tu, na tym maleńkim klepisku, pracowała widocznie cała rodzina 

chłopska oprócz samego gospodarza. Gospodarz był na wojnie w 
Mandżurii i bardzo możliwe, że siedział w owej chwili w kaoliangu, a 
Japończycy strzelali do niego pociskami napełnionymi szimozą.

Ta młocka nędzna i mozolna nie była ani trochę podobna do owej 

hałaśliwej, bogatej młocki, jaką Pietia przywykł widzieć na folwarku. Ale 
nawet i ta skromna młocka miała dla Pieti swoisty urok. Bardzo pragnąłby 
na przykład przejechać się na desce z krzemieniami albo przynajmniej 
pokręcić korbą wialni. I kiedy indziej na pewno poprosiłby chłopczyka, 
żeby wziął go ze sobą na deskę, ale trzeba było niestety śpieszyć się.

Pietia zawrócił.
Wraziły mu się w pamięć na zawsze wszystkie proste, wzruszające 

szczegóły chłopskiej pracy: jasny połysk świeżo zżętej słomy i czysto 
wybielona tylna ściana chaty, pod nią lalki z gałganków i malusieńkie, 
wysuszone dynie, tak zwane „tarakucki”, jedyne zabawki chłopskich 
dzieci; a na trzcinowym dachu bocian stojący na jednej nodze obok 
swojego wielkiego, niedbale skleconego gniazda.

Szczególnie mocno utkwił Pieti w pamięci bocian, jego kusa 

marynareczka z pikową kamizelką, czerwona trzcina jego nogi (drugiej, 

background image

podwiniętej wcale nie było widać) i długi, czerwony dziób, który wydawał 
drewniany klekot, podobny do klekotu kołatki nocnego dozorcy.

Obok chatki z niebieskim szyldem „Zarząd Gminny” stały przywiązane 

do słupków ganku trzy osiodłane kawaleryjskie konie.

Żołnierz z szablą tkwiącą między kolanami, w zakurzonych butach 

siedział na stopniach w cieniu i kurzył machorkę zawiniętą w kawałek 
gazety.

— Przepraszam, co wy tu robicie? — spytał Pietia.
Żołnierz leniwie obejrzał od stóp do głowy miejskiego chłopca, z 

rozmachem daleko w bok splunął przez zęby żółtą śliną i rzekł obojętnie:

— Polujemy na marynarza.
„Co to za tajemniczy, straszny marynarz, który ukrywa się tu gdzieś w 

pobliżu, na stepie, który podpala folwarki i którego chcą chwycić 
żołnierze?” — myślał Pietia schodząc w dół po upalnej pustej ulicy do 
jaju, do źródła. — „Może ten straszny rozbójnik napada na dyliżanse?”

Jasne, że Pietia nie powiedział nic o swoich obawach ani ojcu, ani 

bratu.

Po co trwożyć ludzi na próżno ? Ale on sam wolał mieć się na 

baczności i przezornie wsunął swoje kolekcje pod ławkę, bliżej ściany. 
Zaledwie dyliżans ruszył i zaczął wspinać się pod górę, Pietia przywarł do 
okna i począł rozglądać się na wszystkie strony, czy nie ukaże się gdzie 
rozbójnik.

Pietia postanowił, że aż do przyjazdu do miasta za nic w świecie nie 

opuści swego stanowiska.

W tym czasie ojciec i Pawlik, którzy nie podejrzewali widocznie 

niebezpieczeństwa, zajęli się melonem.

W powłoczce z surowego płótna z wyszytymi w rogach czterema 

bukietami, wyblakłymi od prania, leżało z dziesięć melonów kupionych po 
kopiejce za sztukę. Ojciec wyciągnął jeden z nich, ścisły, szarozielony, 
pokryty delikatną siateczką pęknięć i rzekł: „No, spróbujmy, jak smakują 
te słynne melony”, po czym rozkroił go wzdłuż i otworzył jak pisankę. 
Cudowny zapach napełnił dyliżans.

Ojciec wykroił scyzorykiem wnętrzności melona i silnym, zgrabnym 

ruchem wyrzucił je za okno. Potem podzielił melon na cienkie, apetyczne 
kawałki i ułożył je na czystej chusteczce do nosa mówiąc:

— Zdaje się, że niezły melonik.
Pawlik, który wiercił się niecierpliwie na swoim miejscu, chwycił 

obiema rączkami największy kawałek i wgryzł się w niego po uszy. Aż 
zasapał z rozkoszy i mętne krople soku zawisły na jego podbródku.

background image

Ojciec natomiast wsunął do ust nieduży kawałek, żuł go przez chwilę, 

zmrużył oczy z lubością i powiedział:

— Rzeczywiście doskonały!
— Rozkosz! — potwierdził Pawlik.
Teraz i Pietia, za którego plecami działy się te wszystkie sprawy, 

wobec których nie sposób było pozostać dłużej obojętnym, nie wytrzymał, 
zapomniał o niebezpieczeństwie i rzucił się na melon.

Zbieg

Na jakieś dziesięć wiorst przed Akermanem ukazały się winnice. 

Ojciec i chłopcy dawno już zjedli melon i wyrzucili skórki przez okno. 
Ogarnęła ich nuda. Zbliżało się południe.

Lekki wiatr poranny, który chłodem swoim przypominał o zbliżającej 

się jesieni, ustał teraz zupełnie. Słońce paliło jak w połowie lipca, nawet 
jakoś goręcej, bardziej sucho i szeroko.

Konie z trudem wlokły masywny dyliżans po piasku głębokim co 

najmniej na trzy ćwierci arszyna. Przednie małe koła zapadały się w piasku 
aż po tuleje. Tylne — duże, obracały się powoli, rozgniatając z chrzęstem 
niebieskie muszelki.

Podróżni jechali w kłębach duszącego pyłu. Brwi i rzęsy posiwiały. 

Piasek trzeszczał w zębach. Pawlik wybałuszał swoje jasnopiwne, 
przejrzyste oczy i kichał straszliwie.

Woźnica przemienił się w młynarza.
A dokoła ciągnęły się nieskończone winnice.
Węzłowate łodygi starej latorośli winnej rosły na suchej ziemi, szarej 

od domieszki kurzu, uszeregowane jak pola na szachownicy. Wyglądały 
jak poskręcane od reumatyzmu. Może wydawałyby się szkaradne, gdyby 
natura nie upiększyła ich klasycznie pięknymi liśćmi. Ostro wycięte, 
pokryte wyraźną siatką wijących się żyłek i turkusowymi plamami 
koperwasu, liście te w promieniach południowego słońca przeświecały 
miodową zielenią.

Młode pędy winne biegnące stromo w górę owijały się dokoła 

wysokich tyczek. Stare pędy gięły się pod ciężarem kiści.

Ale trzeba było mieć bystre oczy, żeby dojrzeć te kiście ukryte w 

gęstwinie. Człowiek niedoświadczony mógł obejść całą dziesięcinę ziemi i 
nie zauważyć ani jednej kiści, podczas gdy dosłownie każdy krzak był 
pełen gron, które krzyczały: „Tu przecież jesteśmy, ty dziwaku! Masz nas 
dokoła siebie chyba z dziesięć pudów. Bierz nas, jedz! Ech, ty ofermo!” I 

background image

nagle oferma spostrzegał tuż pod nosem jedną kiść, potem drugą, potem 
trzecią... I cała winnica dokoła płonęła kiśćmi, które wyłoniły się jak przy 
dotknięciu czarodziejskiej różdżki.

Ale Pietia był człowiekiem doświadczonym w tych sprawach. Kiście 

winogron ukazywały mu się od razu. Nie tylko zauważył je natychmiast, 
ale przejeżdżając dyliżansem obok, określał nawet ich gatunek.

Pietia znał mnóstwo gatunków winogron.
Duże, jasnozielone grona „czaus” o mętnych zarysach ziarenek, 

widocznych przez grubą skórkę, zwisały w długich podobnych do piramid 
dwu-i trzyfuntowych kiściach. Doświadczone oko nie pomyli ich nigdy z 
takimi na przykład „damskimi paluszkami”, również jasnozielonymi, ale 
bardziej jeszcze podłużnymi i błyszczącymi.

Delikatna, lecznicza „szaszla” w istocie nie różniła się niemal niczym 

od różowego „muskatu”, ale jakaż była między nimi różnica! Okrągłe 
gronka szaszły stłoczone były tak ciasno w maleńką, pełną wdzięku kiść, 
że zatracały kształt stając się prawie sześciankami i w swoich 
miodoworóżowych pęcherzykach jaskrawię odbijały słońce, podczas gdy 
gronka różowego „muskatu” pokryte matowym, ametystowym pyłem nie 
odbijały słońca wcale.

Ale wszystkie one — i granatowoczarna „Izabela”, i „czaus”, i 

„szaszła”, i „muskat” — były tak kuszące w swojej dojrzałej, przejrzystej 
krasie, że nawet wybredne motyle siadały na nich jak na kwiatach 
zatapiając swoje wąsiki w zielonych wąsach winogron.

Gdzieniegdzie wśród krzewów można było spotkać namiot. Obok 

niego stała zawsze beczka z siarczanem, jabłoń albo brzoskwinia rzucała 
na nią plamy cienia.

Pietia z zazdrością spoglądał na przytulną słomianą budkę. Wiedział on 

bardzo dobrze, jak przyjemnie siedzi się w takim szałasie na suchej, 
gorącej słomie w upalnym cieniu popołudnia.

Nieruchome, duszne powietrze nasycone jest ostrą wonią kminku. 

Ledwie dosłyszalnie trzaskają wysychające strączki groszku. Jakże 
przyjemnie!

Krzaki winnej latorośli drżały i lśniły, obolałe przejrzystym szkliwem 

upału.

I nad tym wszystkim rozpościerał się blady błękit niemal zupełnie 

wypłowiałego wskutek żaru stepowego, omglonego nieba. Było cudownie.

I nagle wydarzyło się coś tak dalece nieoczekiwanego i niezwykłego, 

że trudno było nawet uprzytomnić sobie, co zaszło najpierw, a co później.

background image

W każdym razie najpierw rozległ się strzał. Ale nie był to dobrze 

znany, niegroźny, dźwięczny wystrzał ze śrutówki, który tak często daje 
się słyszeć w winnicach. Nie, to był złowrogi, straszliwy huk.

Jednocześnie na drodze zjawił się strażnik na koniu, z karabinem w 

ręku.

Raz jeszcze wzniósł broń celując w głąb winnicy, ale widocznie 

rozmyślił się i postanowił nie strzelać. Opuścił karabin w poprzek siodła, 
spiął konia ostrogami, pochylił się i skoczył przez rów i przez wysoki wał 
wprost między krzaki winnicy. Nacisnąwszy dłońmi czapkę pomknął 
przed siebie łamiąc krzaki i po chwili znikł z oczu.

Dyliżans jechał dalej.
Przez pewien czas pusto było dokoła.
Nagle z tyłu, na wale otaczającym winnice, krzaki zachwiały się. Ktoś 

zeskoczył do rowu, potem wygramolił się znowu na drogę.

Jakaś postać ludzka, osłonięta gęstym obłokiem kurzu, zaczęła szybko 

doganiać dyliżans.

Prawdopodobnie woźnica siedzący wyżej zauważył ją wcześniej od 

innych. Jednakże nie tylko nie zatrzymał koni, ale przeciwnie, stanął na 
koźle, wzniósł bat i zatoczył nim wściekle koło ponad głową. Konie 
poniosły.

Ale obcy człowiek zdążył już wskoczyć na stopień i otworzywszy tylne 

drzwiczki zaglądał do wnętrza dyliżansu.

Dyszał ciężko, nie mógł złapać tchu.
Był to człowiek o krępej postaci, o młodej, bladej z przestrachu twarzy, 

z piwnymi oczami, które wydawały się i wesołe, i śmiertelnie przerażone.

Na jego okrągłej, dużej, ostrzyżonej na jeża głowie tkwiła niezręcznie 

nowiutka czapka z guziczkiem, taka jakie rzemieślnicy noszą od święta. 
Jednocześnie wyzierająca spod jego obcisłej kurtki wyszywana fornalska 
koszula nasuwała myśl, że jest fornalem.

Ale grube spodnie z gwardyjskiego sukna, którym kurz nadawał 

aksamitny połysk, nie pasowały ani do rzemieślnika, ani do fornala.

Jedna nogawica nieco podarta odsłaniała cholewę ordynarnego 

marynarskiego buta z podwójnym szwem.

„Marynarz” — przemknęła przez głowę Pieti straszliwa myśl i w tejże 

chwili na ręku obcego człowieka, ściskającego klamkę, Pietia spostrzegł 
niebieską wytatuowaną kotwicę.

Obcy człowiek nie mniej niż pasażerowie był zmieszany swoim 

nagłym wtargnięciem.

background image

Spojrzawszy na pana w binoklach, osłupiałego ze zdumienia, i na 

dwoje wystraszonych dzieci, poruszy bezdźwięcznie wargami, jakby chciał 
przywitać się czy przeprosić.

Ale tylko grymas podobny do wstydliwego uśmiechu zastygł na jego 

twarzy.

Wreszcie machnął ręką i chciał już zeskoczyć ze stopnia na drogę, gdy 

nagle ukazał się przed nimi oddział żołnierzy na koniach.

Obcy człowiek wyjrzał ostrożnie spoza karoserii dyliżansu, a 

dostrzegłszy w kłębach kurzu żołnierzy, wskoczył szybko do środka 
pojazdu i zatrzasnął za sobą drzwi.

Błagalnie spojrzał na pasażerów, potem nie mówiąc ani słowa, ku 

przerażeniu Pieti, na czworakach wlazł pod ławkę, akurat tam, gdzie 
chłopiec ułożył swoje kolekcje.

Pietia z rozpaczą spojrzał na ojca, ale ten z lekka przybladły siedział 

najzupełniej nieruchomo, z twarzą obojętną i bródką wysuniętą 
zdecydowanie naprzód. Ręce splótł na brzuchu i kręcił młynka wielkimi 
palcami.

Postawą swoją zdawał się mówić: nic się nie zdarzyło, o nic nie należy 

pytać, tylko siedzieć na miejscu jakby nigdy nic i jechać.

Nie tylko Pietia, ale nawet malutki Pawlik zrozumieli ojca natychmiast.
Niczego nie dostrzegać! W sytuacji, jaka się wytworzyła, było to 

najprostsze i najlepsze.

Co do woźnicy, o nim nawet mówić nie trzeba. Poganiał konie nie 

odwracając się nawet.

Słowem była to jakaś dziwna ale jednomyślna, powzięta w milczeniu 

zmowa.

Dyliżans zrównał się z żołnierzami.
Kilka głów żołnierskich zajrzało do okien. Ale marynarz leżał głęboko 

pod ławką. I w ogóle nie było go widać.

Widocznie żołnierze nie zauważyli nic podejrzanego w tym spokojnym 

dyliżansie z dziećmi i bakłażanami.

Pojechali nie zatrzymując się.
Co najmniej pół godziny trwało ogólne milczenie. Marynarz leżał 

nieruchomo pod ławką. Dokoła panował najzupełniejszy spokój.

Wreszcie w rzadkiej zieleni akacji ukazały się przed nimi pierwsze 

domki miejskie.

Wtedy ojciec przerwał milczenie. Patrząc obojętnie w okno rzekł jakby 

sam do siebie, jednakże umyślnie głośno:

— Oho, zdaje się, że już dojeżdżamy. Już widać Akerman. Co za 

straszliwy upał! Na drodze ani żywej duszy!

background image

Pietia od razu domyślił się intencji ojca. - Dojeżdżamy! Dojeżdżamy! 

—zawołał.

Chwycił Pawlika za ramiona i zaczął go popychać ku oknu krzycząc z 

udanym wzburzeniem:

— Patrz, Pawliku, patrz, jaki ładny ptaszek leci!
— Gdzie leci ptaszek? — spytał Pawlik z zainteresowaniem 

wysuwając język.

— Ach Boże, jakiś ty głupi! Przecież tutaj, tutaj.
— Nie widzę.
— Jesteś widocznie ślepy.
W tej samej chwili usłyszeli za sobą jakiś szmer i natychmiast 

zatrzasnęły się drzwi. Pietia obejrzał się szybko. Ale wszystko dokoła 
pozostało bez zmian. Tylko but nie sterczał już spod ławki.

Pietia zajrzał pod ławę w obawie, czy aby nie ucierpiały jego kolekcje. 

Ale pudełka były nienaruszone. Wszystko było w porządku. A Pawlik 
kręcił się w dalszym ciągu przy oknie chcąc zobaczyć ptaszka.

— Gdzie ten ptaszek ? — popłakiwał krzywiąc buzię. — Pokażcie 

ptaszka. Pie-e-e-e-tia, gdzie pta-a-a-szek.

— Nie drzyj się! — powiedział Pietia mentorskim tonem. — Nie ma 

ptaszka, odleciał. Odczep się!

Pawlik westchnął głęboko: zrozumiał, że go po prostu oszukano, i 

zdumiony zaczął zaglądać pod ławkę. Nikogo tam nie było.

— Tatusiu — wyrzekł wreszcie drżącym głosem — a gdzie ten pan? 

Gdzie się podział?

— Nie gadaj — rzekł ojciec surowo.
I Pawlik umilkł posmutniały, łamiąc sobie głowę nad tajemniczym 

zniknięciem ptaszka i nie mniej tajemniczym zniknięciem nieznajomego.

Koła zaturkotały po bruku. Dyliżans wjechał w cienistą ulicę, 

wysadzoną akacjami.

Przemknęły szare, krzywe pnie słupów telefonicznych, czerwone 

dachy z dachówek i niebieskie z blachy, w oddali mignęła przez chwilę 
mętna woda.

Cienistą stroną przeszedł lodziarz w malinowej koszuli ze swoją 

skrzyneczką na głowie.

Sądząc po słońcu było już po pierwszej. A statek „Turgieniew” 

odpływał o godzinie drugiej.

Ojciec rozkazał, ażeby nie zatrzymując się w hotelu pojechano wprost 

na przystań, skąd w tej samej chwili dobiegł długi i gruby gwizd 
parostatku.

background image

Parostatek „Turgieniew”

Nie należy zapominać, że wypadki opisane w tej książce wydarzyły się 

przeszło trzydzieści lat temu. A parostatek „Turgieniew” nawet jak na owe 
czasy był mocno przestarzałym statkiem.

Dość długi, lecz wąski, o dwu kolach, których czerwone śmigła były 

widoczne w nacięciach długiego kadłuba, o dwu kominach, przypominał 
raczej duży kuter aniżeli mały parostatek. Ale dla Pieti był on zawsze 
istnym cudem budownictwa okrętowego i przejażdżka na nim z Odessy do 
Akermanu wydawała mu się co najmniej przejazdem przez Ocean 
Atlantycki.

Bilet drugiej klasy kosztował dosyć dużo: rubla i dziesięć kopiejek. 

Kupowano dwa bilety: Pawlik jechał bezpłatnie.

Jednakże płynąć statkiem było znacznie taniej, a co najważniejsze 

przyjemniej aniżeli wlec się trzydzieści wiorst w duszącym kurzu, w tzw. 
„omnibusie”. Omnibusem nazywano żydowski pojazd-klekot z woźnicą w 
podartym małomiasteczkowym chałacie, przepasanym z fantazją 
czerwonym szalem, jaki nosili woźnice. Otrzymawszy pięć rubli i 
wypróbowawszy zębami, czy dobre, ponury, rudy woźnica, z wiecznie 
chorymi, zaróżowionymi oczami, zamęczał pasażerów karmiąc owsem co 
dwie wiorsty swoje na pół martwe ze starości szkapy.

Ledwie zdążyli zająć miejsca i rozłożyć pakunki w ogólnej kajucie 

drugiej klasy, gdy Pawlika zmęczonego zaduchem i drogą zmorzył sen. 
Trzeba go było natychmiast położyć spać na czarnej ceratowej kanapce, 
nagrzanej słońcem, wpadającym przez czworokątne okna.

A chociaż okna te okute były wyczyszczoną, lśniącą miedzią, jednakże 

psuły one mocno wrażenie.

Jak wiadomo, na statku bezwzględnie powinny być okrągłe 

iluminatory, które podczas burzy morskiej należy „uszczelniać”.

Pod tym względem bez porównania lepiej stały sprawy w mieszczącej 

się na przodzie statku kajucie trzeciej klasy, gdzie były prawdziwe 
iluminatory, jakkolwiek nie było tam wyściełanych kanap, jedynie zwykłe 
drewniane ławki jak w konnym tramwaju.

Jednakże uważano, że jeździć trzecią klasą „nie wypada”, a pierwsza 

klasa zanadto nadweręża kieszeń.

Ze względu na swoją pozycję społeczną rodzina nauczyciela z Odessy, 

Baczeja, należała właśnie do owej średniej kategorii pasażerów drugiej 
klasy. Było to w równej mierze przyjemne i wygodne w pewnych 

background image

wypadkach, jak niewygodne i poniżające w innych. Wszystko zależało od 
tego, w której klasie jechali znajomi.

Toteż pan Baczej, żeby nie narazić się na niepotrzebne poniżenie, jak 

mógł unikał odjazdów z letniska w towarzystwie bogatych sąsiadów.

Rozpoczął się właśnie najgorętszy sezon pomidorów i winogron. 

Ładowanie trwało niesłychanie długo.

Pietia kilkakrotnie wychodził na pokład, żeby dowiedzieć się, kiedy 

wreszcie odbiją od brzegu. Ale za każdym razem wracał z 
przeświadczeniem, że sprawa nie posuwa się wcale naprzód. Tragarze szli 
po schodkach nie kończącym się sznurem jeden za drugim ze skrzynkami i 
koszami na ramionach, a ładunek na przystani wciąż jeszcze się nie 
zmniejszał.

Chłopiec podchodził do pomocnika kapitana, który pilnował 

ładowania, kręcił się koło niego, stawał przy nim, zaglądał z góry do 
ładowni, dokąd spuszczano ostrożnie na łańcuchach beczki z winem — po 
trzy, cztery sztuki naraz, związane ze sobą.

Niekiedy nawet, jakby niechcący, trącał pomocnika kapitana łokciem, 

żeby zwrócić na siebie uwagę.

— Chłopcze, nie plącz się tu pod nogami — mówił pomocnik kapitana 

na pół obojętnie, na pół gniewnie.

Ale Pietia nie obrażał się na niego. Chłopcu zależało bowiem tylko na 

tym, żeby jakoś nawiązać rozmowę.

— Przepraszam, niech pan powie, czy prędko pojedziemy?
— Prędko.
— A kiedy prędko?
— Gdy załadujemy, to pojedziemy.
— A kiedy załadujemy?
— Wtedy, kiedy pojedziemy.
Pietia niby to śmiał się chcąc przypodobać się pomocnikowi.
— Nie, niech pan powie naprawdę, kiedy?
— Chłopcze, uciekaj i nie plącz się pod nogami!
Pietia odchodził z miną ożywioną i zadowoloną, jakby nie było między 

nimi żadnych nieporozumień — oto, po prostu, porozmawiali i rozeszli się.

Oparłszy brodę o poręcz zaczynał rozglądać się po przystani, która już 

sprzykrzyła mu się śmiertelnie.

Oprócz „Turgieniewa” ładowano tu jeszcze mnóstwo barek. Cała 

przystań była zastawiona wozami pszenicy.

Z suchym, jedwabnym szelestem spływało ziarno po drewnianych 

wyżłobieniach do kwadratowych luk ładowni.

background image

Białe, rozpalone słońce wisiało z bezlitosną nudą nad tym zakurzonym 

placem, pozbawionym w najmniejszym nawet stopniu poezji i piękna.

Zdawało się, że wszystko tu było aż do udręczenia szkaradne.
Cudowne pomidory, które do niedawna tak płomiennie i kusząco lśniły 

w cieniu przywiędłych liści na grządkach, były tutaj stłoczone w tysiącach 
jednakowych skrzynek.

Najdelikatniejsze gatunki winogron, których każda kiść w winnicy 

wydawała się dziełem sztuki, wciśnięte zostały brutalnie w plecione z łozy 
koszyki i obszyte w pośpiechu parcianką, na którą nalepiono zachlapane 
klajstrem etykiety.

Pszenica, uprawiona i wyhodowana z takim trudem — dorodna, 

burszanowa, przesycona zapachem gorącego pola — leżała na brudnym 
brezencie i ludzie chodzili po niej depcząc ją butami.

Pośród worków, skrzynek i beczek spacerował akermański stójkowy w 

białym płóciennym kitlu, z pomarańczowym sznurem od rewolweru na 
czarnej szyi i z wielką szablą.

Nieruchomy upał nadrzeczny, kurz, leniwy, lecz bezustanny szum 

powolnego ładowania zmorzyły Pietię i zachciało mu się spać.

Chłopiec, na wszelki wypadek, podszedł raz jeszcze do zastępcy 

kapitana, żeby dowiedzieć się, czy prędko wreszcie pojadą, i raz jeszcze 
otrzymał odpowiedź, że „kiedy załadujemy, to pojedziemy, a załadujemy 
wtedy, kiedy pojedziemy”.

Ziewając i rozmyślając sennie o tym, że widocznie wszystko na 

świecie jest towarem: i pomidory to towar, i barki — towar, i domki na 
wybrzeżu — towar, i cytrynowożółte sterty obok tych domków — również 
towar i bardzo możliwe, że nawet tragarze to też towar — Pietia skierował 
się leniwym krokiem do kajuty i umieścił się obok Pawlika. Nie zauważył 
nawet, kiedy zasnął, a gdy obudził się, okazało się, że statek był już w 
drodze.

Położenie kajuty zmieniło się jakoś, nie wiadomo czemu. Zrobiło się w 

niej o wiele jaśniej. Po suficie przebiegało lustrzane odbicie fali. Maszyna 
pracowała. Słychać było pośpieszny stukot kół.

Pietia przegapił najciekawszą chwilę odpływania statku: przegapił 

trzeci dzwonek, komendę kapitana, zdjęcie schodków.

Było to tym bardziej okropne, że ani ojca, ani Pawlika w kajucie nie 

było. Oni prawdopodobnie przyglądali się temu wszystkiemu.

— Dlaczegoście mnie nie obudzili? — krzyknął Pietia. Miał uczucie, 

jak gdyby podczas snu okradziony został z czegoś bardzo cennego.

Biegnąc z kajuty na pokład uderzył się niemiłosiernie w nogę o 

miedziany ostry próg, ale nie zwrócił nawet uwagi na taki drobiazg.

background image

— Obrzydliwcy!
Zresztą Pietia denerwował się zupełnie niepotrzebnie.
Chociaż statek rzeczywiście odbił już od przystani, jednakże wciąż 

jeszcze szedł nie według właściwego swego kursu. A więc to, co 
najciekawsze, nie dokonało się jeszcze.

Przed sobą mieli i „mała naprzód” „stop” i „w tył”, i „mała w tył”, i 

całe mnóstwo najbardziej interesujących rzeczy, które chłopiec znał 
doskonale.

Przystań oddalała się, stawała się maleńka i zostawała na uboczu. 

Pasażerowie, których, jak się okazało, był pełen statek, stłoczyli się 
wszyscy przy tej samej burcie. Wymachiwali w dalszym ciągu chustkami i 
kapeluszami z takim szalonym zapałem, jak gdyby udawali się Bóg wie 
dokąd, na kraj świata, podczas gdy naprawdę przebyć mieli zaledwie 
trzydzieści wiorst licząc w linii prostej.

Ale takie już były tradycje podróży morskich oraz gorący temperament 

mieszkańców południa.

Byli to przeważnie pasażerowie trzeciej klasy i tak zwani 

„pokładowcy”, mieszczący się na dolnym przednim pokładzie, obok 
ładowni. Nie mieli oni prawa przebywać na górnych pokładach 
przeznaczonych wyłącznie dla „czystej” publiczności pierwszej i drugiej 
klasy.

Pietia dojrzał ojca i Pawlika na górnym pokładzie. Niestrudzenie 

wymachiwali kapeluszami.

W pobliżu nich stał kapitan i cała załoga statku: zastępca kapitana i 

dwóch bosych marynarzy. Z całej załogi tylko kapitan i jeden z marynarzy 
zajęci byli rzetelną pracą kierowania statkiem. Pomocnik kapitana i drugi 
marynarz sprzedawali bilety. Trzymając w ręku różnokolorowe rulony i 
zieloną kasę drucianą w rodzaju tych, jakie najczęściej spotkać można w 
piekarniach, obchodzili pasażerów, którzy nie zdążyli nabyć biletów na 
przystani.

Kapitan dawał komendę przechadzając się w poprzek pokładu — 

między dwoma mostkami na skrzydłach statku. Jednocześnie marynarz 
budzący zainteresowanie wśród pasażerów zaglądał do miedzianego kotła 
dużego kompasu i obracał koło sterowe pomagając sobie od czasu do 
czasu bosą nogą. Koło skrzypiało przy tym niemiłosiernie i łańcuchy 
sterowe z hukiem przesuwały się z wolna w tył i w przód wzdłuż burty 
grożąc co chwila nieostrożnym damom oberwaniem trenów przy sukniach.

Statek szedł do tyłu, skręcając powoli.
— W prawo, na burtę! — wołał kapitan do sternika ochrypłym, 

skrzypiącym głosem żarłoka i grubianina, nie zwracając najmniejszej 

background image

uwagi na pasażerów, którzy z szacunkiem skupili się wokół kompasu. — 
W prawo, na burtę! Bardziej na prawo. Jeszcze troszeczkę. Jeszcze 
maleńką odrobinę. Dobrze! Tak trzymać!

Przeszedł na prawy mostek, zdjął pokrywkę tuby, od której szła w dół 

rura, i zaczął stukać nogą w pedał. W głębi rozległo się dyń-dyń 
dzwoneczka. Pasażerowie unieśli z powagą brwi w górę i w milczeniu 
spoglądali na siebie. Zrozumieli, że kapitan zadzwonił do oddziału 
maszyn.

Co robić? Czy wybiec na mostek, by popatrzeć, jak kapitan będzie 

mówił przez tubę? Czy pozostać obok marynarza i kompasu? Pietia gotów 
był rozerwać się.

Ale przeważyła tuba.
Chłopiec chwycił Pawlika za rękę i powlókł go ku mostkowi krzycząc 

w podnieceniu, nie bez tajemniczego zamiaru zaimponowania dwóm 
prześlicznym dziewczynkom swoją znajomością morskich spraw.

— Patrz, Pawliku, patrz, zaraz będzie mówił przez tubę: „naprzód”.
— Mała w tył — rzekł kapitan do tuby.
I natychmiast z dołu odezwał się dzwoneczek. Oznaczało to, że rozkaz 

został przyjęty.

Fotografia

Oto Akerman już zniknął z oczu. Nie widać ruin starodawnej twierdzy 

tureckiej. A statek szedł w dalszym ciągu niezmiernie szerokim limanem 
Dniestru i zdawało się, że nigdy nie skończy się ta obrzydliwa woda koloru 
kawy, oblana ołowianym blaskiem słońca. Woda była tak mętna, że cień 
statku leżał na niej jak na glinie. Podróż wciąż jeszcze nie zaczęła się 
nawet na dobre. Wymęczeni drogą przez liman, wszyscy czekali chwili 
wypłynięcia na morze. Minęło półtorej godziny i parowiec zaczął 
wypływać na pełne morze. Pietia przylgnął do burty bojąc się przegapić 
najmniejszy choćby szczegół tej uroczystej chwili. Woda była już 
wyraźnie jaśniejsza, chociaż wciąż jeszcze dosyć brudna.

Fale stawały się coraz większe i wyższe. Czerwone pałki bojek, 

wskazujące farwater, sterczały z wody chwiejąc się na wszystkie strony 
ostro zakończonymi grzybkami kapeluszy.

Czasami przepływały tak blisko burty, że Pietia widział wyraźnie 

wewnątrz takiego grzybka żelazną klateczkę, do której na noc wstawiają 
latarkę.

background image

„Turgieniew” wyprzedził kilka czarnych łodzi rybackich i dwie barki z 

mocno naciągniętymi, ciemnymi żaglami.

Łodzie zachwiały się, wzniosły i opuściły się na fali, jaką statek po 

sobie zostawił.

Obok piaszczystego przylądka Karolino-Bugaz, z koszarami i z 

masztem kordonu, wiodła w otwarte morze szeroka droga, wyznaczona 
dwoma szeregami bojek.

Kapitan zaglądał co chwila do kompasu wskazując osobiście kurs 

sternikowi.

Widocznie sprawa była poważna.
Woda stała się jeszcze jaśniejsza. Teraz była już wyraźnie zmieszana z 

czystą, niebieskawą wodą morską.

— Wolniej! — rozkazał kapitan przez tubę.
Przed nimi odcinając się wyraźnie od żółtej wody limanu leżała 

czarno-granatowa smuga wzburzonego morza.

— Mała naprzód.
Z otwartego morza wiał chłodny wiatr.
— Wolniej, wolniej!
Maszyna przestała niemal oddychać. Łopatki kół ledwie uderzały o 

wodę. Płaski brzeg rozpostarł się tak blisko, że wydawało się, iż łatwo 
można by dojść do niego w bród.

Malutka, oślepiająco biała latarnia kordonu; jej wysoki maszt 

przystrojony w girlandy różnokolorowych flag morskich, które wiatr 
porywał w jedną stronę; kanonierk, tkwiąca nisko wśród trzciny, maleńkie 
postaci żołnierzy straży pogranicznej, piorących bieliznę w płytkiej, 
przezroczystej wodzie — wszystko to, dokładnie oświetlone słońcem, 
niemal bezszelestnie przepływało obok parostatku, wyraźne i przejrzyste 
jak obrazek na kalkomanii

Bliskość morza przywróciła światu świeżość i czystość, jakby w jednej 

chwili kurz zdmuchnięty został z pasażerów i ze statku.

Nawet skrzynie i kosze, które dotychczas były obrzydliwie nudnym 

towarem, przeistaczały się z wolna w ładunek i w miarę zbliżania się do 
morza zaczęły, jak przystoi ładunkowi, skrzypieć nieco.

— Wolniej!
Linie kordonu były już poza rufą, odwracały się, odchodziły w dal. 

Statek otaczała czysta, ciemnozielona, głęboka woda. Zaledwie wypłynęli 
na nią, natychmiast zaczęło się kołysanie i silny wiatr chlusnął pyłem 
wodnym.

— Cała naprzód!

background image

Ponure kłęby sadzy buchnęły obficie z syczących rur. Ukośny cień legł 

na płóciennej zasłonie na rufie.

Walka z silną falą otwartego morza nie była widocznie łatwa dla 

staruszki-maszyny. Zasapała jeszcze ciężej.

Miarowo skrzypiało zwiotczałe poszycie. Kotwica kłaniała się fali.
Wiatr zdążył już zerwać komuś z głowy słomkowy kapelusz, który 

odpływał poza rufą chwiejąc się na szerokiej smudze piany.

Czterech niewidomych Żydów w ciemnych okularach szło gęsiego w 

górę po schodkach przytrzymując jarmułki.

Usadowiwszy się na ławce na górnym pokładzie uderzyli nagle 

smyczkami o struny. Rozdzierająco fałszywe dźwięki marsza „Na sopkach 
Mandżurii” zmieszały się natychmiast z ciężkim sapaniem starej maszyny.

Po tychże schodkach wbiegł, na pokład jeden z dwu kelnerów, 

usługujących na statku; poły jego fraka rozwiewały się, na dłoniach miał 
niciane, względnie białe rękawiczki. Ze zręcznością kuglarza wymachiwał 
lilipucią tacuszką z gazującą butelką lemoniady.

Tak rozpoczynało się morze.
Pietia zdążył już obejść cały statek. Okazało się, że wśród dzieci nie 

znalazł takich, z którymi miałby chęć nawiązać bliższą znajomość.

Z początku co prawda miał trochę nadziei na owe dwie dziewczynki, 

wobec których tak niefortunnie popisał się swoimi morskimi 
wiadomościami.

Ale nadzieja ta okazała się złudna.
Przede wszystkim dziewczynki jechały pierwszą klasą i od razu, 

rozmawiając z guwernantką po francusku, dały do zrozumienia, że 
chłopiec jadący drugą klasą to nie dla nich towarzystwo.

Następnie, gdy tylko wypłynęli na morze, jedna z nich dostała morskiej 

choroby. Leżała — Pietia widział to przez nie domknięte drzwi — na 
aksamitnej kanapie w niedostępnej, z przepychem urządzonej kajucie 
pierwszej klasy i ssała cytrynę, co było nie do zniesienia wstrętne.

A wreszcie druga dziewczynka, która pozostała na pokładzie, okazała 

się nieznośną kapryśnicą i beksą mimo swojej niewątpliwej urody i 
elegancji (miała na sobie krótki płaszczyk ze złotymi guzikami z rzeźbą 
kotwicy i marynarską czapeczkę z czerwonym francuskim pomponem). 
Sprzeczała się bez przerwy ze swoim ojcem, wysokim, niesłychanie 
flegmatycznym panem z bokobrodami i w pelerynie. Był on jak dwie 
krople wody podobny do lorda Glenarvana z książki „Dzieci kapitana 
Granta”. Między ojcem a córką toczył się następujący dialog:

— Tata, mnie się chce pić.

background image

— Chce się, odechce się, wytrzymasz — flegmatycznie odpowiadał 

lord Gienarvan nie przestając patrzeć przez lunetę morską.

Dziewczynka tupała kapryśnie nogą i wołała jeszcze głośniej:
— Mnie się chce pić.
— Chce się, odechce się, wytrzymasz — z jeszcze bardziej 

niezmąconym spokojem odpowiadał ojciec. Dziewczynka powtarzała z 
zaciekłym uporem.

— Tata, mnie się chce pić. Tata, mnie się chce pić. Tata, mnie się chce 

pić.

Ślina pieniła się na jej wykrzywionych złością wargach. Ciągnęła do 

znudzenia głosem zdolnym przyprawić każdego o mdłości:

— Ta-a-a-ta, mnie się chce p-i-i-i-ić!
Na co lord Glenarvan odpowiadał jeszcze bardziej obojętnie, nie 

śpiesząc się i nie podnosząc głosu:

— Chce się, odechce się, wytrzymasz.
Był to straszliwy pojedynek dwóch uparciuchów, który rozpoczął się 

niemal już w Akermanie.

Jasne, że o zawarciu znajomości nawet nie można było marzyć.
Wówczas Pietia znalazł ciekawe zajęcie: zaczął chodzić krok w krok za 

jednym z pasażerów. Dokąd ruszy się pasażer, tam i Pietia.

Było to tym bardziej ciekawe, że ów pasażer od dawna już zwrócił na 

siebie uwagę chłopca pewną dziwacznością swojego zachowania.

Inni pasażerowie nic może nie zauważyli. Ale uwagę Pieti zwrócił 

pewien szczegół i mocno go zaintrygował.

Oryginalność sprawy polegała na tym, że pasażer ten jechał bez biletu. 

A przecież pomocnik kapitana doskonale o tym wiedział.

Jednakże, nie wiadomo czemu, nie tylko nic nie powiedział dziwnemu 

pasażerowi, ale nawet jakby na mocy milczącej umowy pozwolił mu 
chodzić, gdzie chce, nawet do kajuty pierwszej klasy.

Pietia widział dokładnie, co się wydarzyło, kiedy pomocnik kapitana 

podszedł do dziwnego pasażera ze swoją drucianą kasą.

— Pański bilet — powiedział zastępca kapitana.
Pasażer szepnął mu coś na ucho. Pomocnik kapitana skinął głową i 

rzekł:

— Proszę bardzo.
Potem nikt już me nagabywał dziwnego pasażera. A pasażer zaczął 

przechadzać się po statku zaglądając wszędzie: do kajut, do oddziału 
maszyn, do bufetu, do ustępu i do ładowni.

Kim on właściwie był?

background image

Właścicielem ziemskim ? Nie. Właściciele ziemscy nie ubierali się tak 

i nie zachowywali się w ten sposób.

Właściciel ziemski w Besarabii nosił zawsze płócienny płaszcz od 

kurzu i białą czapkę podróżną z daszkiem zbrudzonym od chwytania 
palcami.

Najczęściej miał też wąsy, przypominające kukurydzę stepową, i 

niewielki pleciony koszyczek z kłódeczką. W koszyczku tym znajdowała 
się zwykle puszka wędzonej skumbrii, pomidory, bryndza i dwie-trzy 
kwarty młodego białego wina w zielonej butelce.

Właściciele ziemscy jeździli dla oszczędności drugą klasą, trzymali się 

razem, nie wychodzili z kajuty i cały czas spędzali przy zakąskach i grze w 
karty.

Pietia nie widział w ich kompanii owego dziwnego pasażera. Nosił on, 

co prawda, letnią czapkę, ale nie miał za to ani płaszcza od kurzu, ani 
koszyka.

Nie, z całą pewnością to nie był właściciel ziemski.
Może był jakimś urzędnikiem pocztowym albo nauczycielem.
Chyba nie.
Wprawdzie miał pod marynarką czesuczową koszulę z wykładanym 

kołnierzem, spod którego zamiast krawata zwisał sznureczek z 
pomponami, ale za to jaką wymowę miały podkręcone, czarne jak smoła 
wąsy i wyskrobany podbródek.

A już absolutnie do żadnej kategorii pasażerów nie pasowały 

niezwykle wielkie, ciemne binokle na mięsistym, wulgarnym nosie, z 
którego nozdrzy wyglądały kępki długich włosków.

A w dodatku te spodnie w drobną krateczkę i sandały z mechanicznej 

fabryki obuwia włożone na grube, białe, jakieś sołdackie skarpetki.

Nie, z całą pewnością coś w tym się kryło.
Z rękami wsuniętymi w kieszenie — a było mu to najsurowiej 

zakazane — Pietia z miną człowieka niezależnego przechadzał się po 
całym statku nie odchodząc ani na krok od dziwnego pasażera.

Najpierw dziwny pasażer stał przez chwilę w wąskim przejściu obok 

oddziału maszyn tuż przy kuchni.

Z kuchni płynął gorzki czad, a z otwartych dymników oddziału maszyn 

szedł gorący powiew, nasycony wonią przegrzanej pary, żelaza, wrzątku i 
oliwy.

Szklana rama luku była podniesiona. Można było zajrzeć z góry do 

oddziału maszyn i Pietia uczynił to z prawdziwą rozkoszą.

background image

Znał tę maszynę jak swoje pięć palców. Ale za każdym razem 

wywoływała w nim zachwyt. Chłopiec gotów był godzinami przypatrywać 
się jej pracy.

Chociaż wszyscy wiedzieli, że maszyna ma przestarzałą konstrukcję, 

że jest niewiele warta, jednakże nawet taka, jaka była, działała na 
wyobraźnię swoją niezwykłą druzgocącą siłą.

Stalowe wały korbowe, oblane gęstą, zieloną oliwą, poruszały się tam i 

z powrotem z lekkością zadziwiającą przy ich stupudowym ciężarze.

Tłoki szurgały. Migały korby z lanego żelaza. Miedziane tarcze 

obrotowe mimośrodów ocierały się jedna o drugą, wywierając tajemniczy 
wpływ na niedostrzegalną, drobiazgową pracę skromnych, ale niezmiernie 
ważnych suwaków.

Nad całym tym chaosem, od którego kręciło się w głowie, unosiło się 

nieproporcjonalnie wielkie koło rozpędowe, które obracało się na pierwszy 
rzut oka powoli, ale po bliższym przyjrzeniu się — z potworną szybkością, 
powodując jednostajny, gorący wiatr.

Strach przejmował, gdy się patrzyło na maszynistę, który chodził 

wśród tych wszystkich poruszających się z nieubłaganą jednostajnością 
spoideł i pochylony przytykał do nich długi nos swej oliwiarki.

Ale najbardziej niezwykła była w oddziale maszyn żarówka 

elektryczna, jedyna na statku.

Wisiała pod blaszanym talerzem w siatce z grubego drutu. Jakże 

niepodobna była ona do dzisiejszych płonących oślepiającym światłem 
stuwatówek!

W jej sczerniałej szklanej gruszce świeciła się słabo, rozżarzona do 

czerwoności, druciana, drżąca pętelka, grożąca pęknięciem przy każdym 
silniejszym wstrząsie.

Ale jednak wydawała się istnym cudem. Związana była z 

czarodziejskim słowem „Edison”, które w umyśle chłopca zatraciło już od 
dawna znaczenie nazwiska, a nabrało tajemniczego znaczenia zjawiska 
przyrody, jak np. „magnetyzm” czy „elektryczność”.

Później dziwny człowiek nie spiesząc się obszedł dokładnie pokłady.
Chłopcu zdawało się, że nieznajomy niepostrzeżenie, ale z wielką 

uwagą ogląda pasażerów, którzy ulokowali się na swoich tobołach i 
koszach dokoła masztu, przy burtach, pomiędzy pakami. Pietia gotów był 
pójść o zakład — co zresztą było również najsurowiej zabronione — że ten 
człowiek szuka kogoś potajemnie.

Nieznajomy przestępował dosyć bezceremonialnie przez śpiących 

Mołdawian. Przeciskał się przez grupy Żydów, którzy spożywali na obiad 

background image

oliwki. Podnosił ukradkiem brzegi brezentu, którym nakryte były skrzynki 
z pomidorami.

Jakiś człowiek spał na deskach pokładu zasłoniwszy twarz czapką i 

wtuliwszy głowę w sznurkową poduszkę, którą spuszcza się zwykłe z 
burty, ażeby osłabić uderzenie statku o przystań. Leżał rozrzuciwszy we 
śnie ręce i całkiem po dziecinnemu podwinąwszy nogi.

Chłopiec spojrzał niechcący na te nogi w zagiętych do góry spodniach i 

zdębiał: śpiący miał na nogach dobrze znane chłopcu marynarskie buty z 
rudymi cholewami. Były to bez wątpienia te same buty, które Pietia 
widział tegoż ranka pod ławeczką w dyliżansie.

Ale jeśli to był tylko przypadek, to nie mogła być przypadkiem inna 

okoliczność. Na ręku pogrążonego we śnie człowieka, akurat na tym 
samym mięsistym trójkącie, poniżej wielkiego i wskazującego palca, 
dojrzał Pietia wyraźnie małą, niebieską kotwicę. Chłopiec o. mało nie 
krzyknął, tak nieoczekiwane było to wszystko. Pohamował się jednak: 
zauważył, że wąsaty pasażer również zwrócił uwagę na śpiącego. Wąsacz 
przeszedł parokrotnie obok niego usiłując przyjrzeć się zasłoniętej czapką 
twarzy. Ale nie udawało mu się to w żaden sposób. Wówczas przechodząc 
obok nastąpił niby niechcący na rękę śpiącego. — Przepraszam. Śpiący 
drgnął, następnie usiadł patrząc dokoła nic nie rozumiejącymi, zaspanymi 
oczami.

— Cóż to takiego ? Dokąd ? — mamrotał bez sensu i tarł ręką 

policzek, na którym widniał czerwony ślad odciśniętej liny. To był on, to 
był ten sam marynarz!

Pietia ukrył się za występem ładowni i powstrzymując oddech zaczął 

obserwować, co będzie dalej.

Ale nie zaszło nic szczególnego. Wąsacz przeprosił raz jeszcze i 

poszedł dalej, a marynarz przewrócił się na drugi bok, lecz już nie spał, 
tylko rozglądał się trwożnie — tak przynajmniej zdawało się Pieti — z 
jakimś gniewnym zniecierpliwieniem.

Co zrobić? Czy pobiec do ojca? Czy opowiedzieć o wszystkim 

pomocnikowi kapitana? Nie, nie!

Chłopiec dobrze pamiętał zachowanie się ojca w dyliżansie. Widocznie 

w całym tym wydarzeniu było coś takiego, o czym nie trzeba było nikomu 
mówić. Nikogo nie należało rozpytywać, tylko milczeć i udawać, że się o 
niczym nie wie.

Chłopiec postanowił tedy odszukać wąsacza i zobaczyć, co on robi.
Znalazł go na pustym niemal pokładzie pierwszej klasy. Stał oparty o 

łódź ratunkową, obciągniętą sznurowanym mocno brezentem.

background image

Spod rufy dobiegał szum niewidocznego koła, które bałwaniło czarną 

prawie wodę, pokrytą białą koronką piany. Panował tu hałas jak we 
młynie. Dość długo już cień statku ślizgał się po lśniących falach, których 
kolor, w miarę jak oddalały się od statku, stawał się wyraźnie granatowy.

Za rufą powiewała prześwietlona słońcem biało-granatowo-czerwona 

flaga handlowa.

Za parostatkiem, rozszerzając się wciąż i gubiąc się gdzieś w dali, 

biegła biała, szeroka i gładka droga jakby usłana śniegiem.

Z lewej strony ciągnęło się już wysokie, gliniaste wybrzeże Noworosji.
A wąsacz trzymał w ręku i ukradkiem oglądał jakiś przedmiot.
Pietia zbliżył się z tyłu niepostrzeżenie, wspiął się na palce i zobaczył 

ów przedmiot — niedużą fotografię marynarza w pełnym umundurowaniu, 
w zsuniętej zawadiacko marynarskiej czapce z napisem na wstążce;

KSIĄŻĘ POTIOMKIN TAURYDZ KI

Marynarzem tym był ów podróżny z kotwicą na ręku.
I naraz myśl, biegnąca niepojętymi drogami, naprowadziła Pietię z całą 

jasnością na to, co zwracało uwagę, w powierzchowności wąsacza: wąsaty, 
podobnie jak i tamten z kotwicą był przebrany.

„Człowiek za burtą”

Chłodny wiatr dął w kierunku, w którym jechali. Aby pomóc maszynie 

i nadrobić czas stracony przy długotrwałym ładowaniu, kapitan rozkazał 
rozpiąć żagiel.

Żadne święto, żadne podarunki nie zrodziłyby w Pieti zachwytu 

równego temu, jaki wzbudził w nim ten drobiazg. Zresztą, ładny drobiazg!

Na tym samym statku jednocześnie i maszyna, i żagiel. Parowiec i 

fregata jednocześnie!

Sądzę, że i wy, czytelnicy, bylibyście zachwyceni, gdyby nagle 

spotkało was szczęście przejechania się po morzu prawdziwym parowcem 
z rozpiętym żaglem.

Nawet i w owych czasach żagle rozpinano jedynie na bardzo starych 

parowcach, i to nadzwyczaj rzadko. A teraz nigdy się to już nie zdarza.

Łatwo więc sobie wyobrazić, jak Pietia przeżywał to wydarzenie.
Rzecz jasna, że chłopiec zapomniał natychmiast o wąsaczu i o 

uciekinierze.

background image

Stał na dziobie jak zaczarowany nie spuszczając wzroku z bosego 

marynarza, który krzątał się dość leniwie kolo luku wyciągając złożony 
starannie żagiel.

Pietia wiedział doskonale, że to kliwer . Mimo to zbliżył się do 

zastępcy kapitana, który — jako że innych marynarzy na statku nie było — 
pomagał napinać żagiel.

— Przepraszam, niech pan powie, proszę, czy to kliwer?
— Kliwer — odrzekł zastępca niezbyt przyjaźnie.
Ale Pietia nie obraził się na niego ani trochę. Rozumiał doskonale, że 

prawdziwy wilk morski powinien nawet być trochę grubiański. W 
przeciwnym razie jaki byłby z niego marynarz?

Pietia w poczuciu własnej wyższości spojrzał na pasażerów z 

powściągliwym uśmiechem i znowu, nieco niedbałym tonem, jak 
rozmawiają równi sobie, zwrócił się do pomocnika kapitana:

— A niech pan powie, proszę, jakie jeszcze bywają żagle? Zdaje się, 

grot-żagle i fok-żagte?

— Chłopcze, nie plącz się pod nogami — rzekł pomocnik z miną, 

jakby go nagle zaczęły boleć zęby — idź stąd z Bogiem, do mamy, do 
kajuty.

— Moja mama umarła — odparł Pietia z urażoną dumą grubianinowi. 

— Jedziemy z tatusiem.

Ale starszy pomocnik nic na to nie odpowiedział i rozmowa urwała się. 

Wreszcie rozpostarli kliwer.

Stateczek płynął teraz jeszcze szybciej. Widoczne już było, że zbliżają 

się do Odessy. Przed nimi ciągnęła się biała mierzeja Suchego Limanu.

Jego płytka woda była tak gęsta i granatowa, że aż chwilami 

przybierała czerwonawy odcień.

Potem ukazały się kryte dachówką domy niemieckiej kolonii Lustdorf i 

wysoka, z gruba ciosana kircha z chorągiewką na iglicy.

A jeszcze dalej ciągnęły się letniska, ogrody, kąpieliska, wieże, latarnie 

morskie...

Najpierw słynna wieża Kowalewskiego, z którą związane jest nawet 

następujące znane podanie.

Pewien bogacz, pan Kowalewski, postanowił wybudować na własne 

ryzyko wodociąg miejski. Oczywiście przyniosłoby mu to bajeczne zyski. 
Pomyśleć tylko. Za każdy łyk wody ludzie musieliby płacić panu 
Kowalewskiemu, ile by tylko zażądał. Albowiem w Odessie na ziemi 
należącej do pana Kowalewskiego znajdowało się jedyne na całą okolicę 
źródło wody do picia. Trudność polegała na tym, że woda ta była bardzo 
głęboko i aby ją wydobyć, trzeba było zbudować ogromną wieżę ciśnień. 

background image

W pojedynkę trudno podołać takiemu przedsięwzięciu. Ale pan 
Kowalewski nie chciał z nikim dzielić się przyszłymi zyskami. Zaczął 
budować wieżę sam jeden. Budowa wypadła o wiele drożej, aniżeli 
wynikało z kosztorysu. Krewni błagali go, żeby zrezygnował z tego 
szaleńczego pomysłu, ale Kowalewski włożył już w to przedsięwzięcie 
zbyt wiele pieniędzy i za późno było cofać się. Kontynuował więc budowę. 
Wybudował wieżę w trzech czwartych, kiedy zabrakło mu środków na 
dalszą robotę. Wówczas zastawił wszystkie swoje domy i ziemie, i 
wreszcie udało mu się doprowadzić prace do końca. Była to olbrzymia 
budowla, przypominająca rozrośniętą potwornie wieżę wiertniczą. 
Mieszkańcy Odessy w niedzielę całymi rodzinami chodzili oglądać owo 
cudactwo. Ale sama wieża, oczywiście, nie rozwiązywała sprawy. Trzeba 
było sprowadzić z zagranicy maszyny, drążyć grunt, przeprowadzać rury. 
Pan Kowalewski, zrozpaczony, zaczął szukać pieniędzy u odeskich 
kupców i bankierów. Proponował im ogromne procenty. Błagał ich, 
poniżał się, płakał. Bogacze, którzy nie chcieli mu wybaczyć tego, że 
przedtem nie raczył dopuścić ich do spółki, byli teraz nieugięci. Nikt z nich 
nie dał mu ani kopiejki. Kowalewski był doszczętnie zrujnowany, 
zniszczony, zmiażdżony. Wodociąg stał się jego idee-fixe . Chodził całymi 
dniami jak szalony wokół wieży, która pochłonęła cały majątek, i łamał 
sobie głowę, skąd wziąć pieniędzy. Tracił powoli zmysły. Wreszcie 
pewnego razu wdrapał się na sam szczyt przeklętej wieży i rzucił się w dół. 
Wydarzyło się to przed pięćdziesięciu laty, ale dotychczas wieża, 
sczerniała ze starości, stoi nad morzem w pobliżu bogatego handlowego 
miasta jako ponura przestroga i straszliwy pomnik nienasyconaj chciwości 
ludzkiej.

Z kolei ukazała się nowa biała latarnia morska, a za nią stara — 

nieczynna.

Obie, oświetlone różowym słońcem, zachodzącym za złoty obłok 

letniskowych akacji, stały nad urwiskiem takie wyraźne, takie bliskie, a co 
najważniejsze, takie znajome, że Pietia gotów był dmuchać z całej siły w 
kliwer, żeby tylko prędzej dojechać. Tutaj znał już każdy cal wybrzeża aż 
do najdrobniejszych szczegółów. Wielka Fontanna, Średnia Fontanna, 
Mała Fontanna, wysokie, urwiste brzegi, porosłe bzem i głogiem. W 
wodzie, u brzegów, skały do połowy zielone od nalotu, a na tych skałach 
łowiący ryby z bambusowymi wędkami i kąpielowicze. A oto i „Arkadia”, 
restauracja na palach, podium dla orkiestry — z daleka maleńkie, nie 
większe od budki suflera — różnokolorowe parasolki, obrusy, z którymi 
igrał wiejący z morza wiatr. Wszystkie te niezapomniane szczegóły 
ukazały się oczom chłopca, jeden wyraźniejszy od drugiego, jeden od 

background image

drugiego ciekawszy. Nie! Nigdy w życiu niepodobna byłoby zapomnieć 
ich, jak niepodobna zapomnieć własnego imienia. Wymknęły się jakoś 
tylko z pamięci na pewien czas. Teraz wracały pędem, jak wraca się do 
domu z samowolnej eskapady.

Biegły jeden za drugim. Było ich coraz więcej i więcej. Wyprzedzały 

się wzajemnie. Zdawało się, że wołają do chłopca na wyścigi.

— Witaj, Pietia! Nareszcie przyjechałeś! A nam wszystkim tak tęskno 

było za tobą! Czyżbyś nas nie poznawał? Przypatrz się dobrze: przecież to 
ja jestem, twoje ulubione letnisko, Marazli. Tak lubiłeś chodzić po moich 
ślicznie przystrzyżonych, turkusowych trawnikach, chociaż było to jak 
najsurowiej zabronione. Tak lubiłeś oglądać moje marmurowe posągi, po 
których pełzały duże ślimaki o czterech rożkach, tak zwane „Ławriki-
Pawliki”, zostawiając za sobą dróżkę, jakby zrobioną z miki. Popatrz, jak 
wyrosłem w ciągu lata! Spójrz, jakie gęste są teraz moje kasztany! Jakie 
wspaniałe georginie i piwonie kwitną na moich klombach! Jakie cudowne 
sierpniowe motyle siadają w mrocznym cieniu moich alei!

— A to ja jestem, „Radosna”! Niemożliwe, żebyś zapomniał o moich 

kąpieliskach, mojej strzelnicy, mojej kręgielni! Spojrzyj tylko: podczas 
gdyś ty zapodział się gdzieś, tu postawiono wspaniałą karuzelę z 
łódeczkami i konikami. Niedaleko stąd mieszka twój przyjaciel i kolega, 
Gawrik. Doczekać się nie może twojego przyjazdu. Prędzej więc, prędzej!

— A oto i ja! Witaj, Pietia! Nie poznajesz Langeronu? Patrz, ile barek 

o płaskim dnie leży na moim brzegu, ile sieci rybackich suszy się na 
zestawionych w kozły wiosłach! Przecież to na moim właśnie piasku 
znalazłeś w zeszłym roku dwie kopiejki i wypiłeś potem — chociaż ci już 
przez gardło przejść nie chciały — cztery kubki orzeźwiającego 
chlebowego kwasu, od którego szczypało w język i kręciło w nosie. Czy 
naprawdę nie poznajesz tego kiosku z kwasem? Stoi przecież, jakby nigdy 
nic, na urwisku wśród burzanu, który rozrósł się w ciągu lata. Nawet 
lunety nie potrzeba, żeby go zobaczyć.

— A oto i ja! I ja! Witaj, Pietia! Och, co tu było w Odessie podczas 

twojej nieobecności! Witaj, witaj!

Im bardziej zbliżali się do miasta, tym łagodniejszy i cieplejszy stawał 

się wiatr.

Słońce już zaszło, jedynie wierzchołki masztu z maleńkim, czerwonym 

kołpakiem wiatraczka świeciły się w przejrzystym, różowawym niebie. 
Zdjęto żagiel.

Stuk maszyn na statku rozlegał się echem wśród skał i urwisk 

nabrzeżnych. Po maszcie w górę pełzało bladożółte światło.

Wszystkie myśli Pieti skupiły się tu, na wybrzeżu, w Odessie.

background image

Nie uwierzyłby za nic, gdyby mu przypomniano, że tak niedawno, bo 

nawet dziś z rana o mało nie płakał, żegnając się z folwarkiem.

Jaki folwark? Co za folwark? Zapomniał już o nim. Nie istniał już dla 

niego... aż do przyszłego lata.

Prędzej, prędzej do kajuty, przynaglić ojca, zebrać pakunki!
Pietia odwrócił się, żeby pobiec, i nagle zlodowaciał ze zgrozy... 

Marynarz z kotwicą na ręce siedział na stopniach schodków na przodzie 
statku, a wąsacz bez binokli, z rękami w kieszeniach, skrzypiąc głośno 
butami szedł wprost na niego.

Stanął tuż przed marynarzem, pochylił się i spytał półgłosem:
— Żukow?
— Czego Żukow? — cicho, jakby z wysiłkiem wyrzekł marynarz 

blednąc wyraźnie i podnosząc się ze stopnia.

— Usiądź! Cicho bądź! Usiądź, mówię ci.
Marynarz stał w dalszym ciągu. Słaby uśmiech drżał na jego 

poszarzałych wargach. Wąsacz nachmurzył się.

— Z „Potiomkina”? Serwus, mój drogi. Mógłbyś choć buty zmienić. A 

myśmy czekali tu na was, czekali... No, co powiesz, Rodionie Żukow? 
Przyjechaliście?

Mówiąc to wąsacz mocno ujął marynarza za rękaw. Twarz marynarza 

wykrzywiła się.

— Nie ruchaj! — zakrzyknął straszliwym głosem, szarpnął się i z 

całych sił pchnął wąsacza pięścią w pierś. - Nie ruchaj chorego człowieka, 
ty morrrda!

Rękaw zatrzeszczał.
— Stój!
Ale było już za późno.
Marynarz wyrwał się i biegł po pokładzie przemykając się i klucząc 

pomiędzy koszami, skrzyniami i ludźmi. Za nim biegł wąsacz.

Patrząc z boku można było pomyśleć, że tych dwóch dorosłych ludzi 

bawi się w gonitwę.

Jeden za drugim wpadli do przejścia wiodącego do oddziału maszyn. 

Potem wynurzyli się z innej strony. Pobiegli w górę po schodkach stukając 
obcasami i ślizgając się na miedzianych stopniach.

— Stój, trzymaj! — krzyczał wąsacz sapiąc z wysiłku.
W ręku marynarza zjawiła się oderwana skądsiś w biegu listwa.
— Trzymaj, trzyma-a-a-aj!
Pasażerowie, ciekawi i przerażeni, stłoczyli się na pokładzie. Rozległ 

się przeszywający gwizdek.

background image

Marynarz przeskoczył w biegu przez wysoką pokrywę luku. Wymknął 

się z rąk wąsacza, który zabiegł mu drogę z boku, nagły obrót — i 
przeskoczył z powrotem przez luk wskakując na ławkę, z ławki — na 
poręcz burty, po czym chwycił za drzewce flagi na rufie, z całej siły huknął 
wąsacza między oczy i skoczył do morza.

Woda bryznęła nad rufą. 
— Ach!
Wszyscy pasażerowie, co do jednego, cofnęli się, jakby pchnął ich w 

tył podmuch wiatru.

Wąsacz trzymając się ręką za twarz miotał się obok burty i krzyczał 

ochrypłym głosem:

— Trzymajcie, ucieknie! Trzymajcie, ucieknie!
Pomocnik kapitana z kołem ratunkowym w ręku biegł po schodkach 

przeskakując po trzy stopnie naraz.

— Człowiek za burtą!
Pasażerowie pochylili się ku nim, jakby wiatr dmuchnął na nich z tyłu.
Pietia przecisnął się do burty. W dość dużej już odległości od statku, 

pośród burzliwej, białej piany, chwiała się na fali niby boja głowa 
płynącego człowieka.

Ale nie płynął on w kierunku statku, tylko oddalał się od niego 

pracując z całej siły rękami i nogami. Po każdych trzech-czterech 
wyrzutach rąk odwracał twarz o złym, naprężonym wyrazie.

Pomocnik kapitana domyślił się, że człowiek za burtą wcale nie 

pragnie, żeby go „ratowano”. Przeciwnie, stara się on wszelkimi siłami 
możliwie jak najbardziej oddalić od „wybawców”. Poza tym pływa 
doskonale, a do brzegu jest już stosunkowo niedaleko.

A więc wszystko w porządku.
Denerwować się nie ma czym.
Daremnie wąsacz chwytał zastępcę kapitana za rękaw, miotał się w 

złości, by zatrzymano statek i spuszczono szalupę.

— To przestępca polityczny! Będziecie za to odpowiadali. 
Zastępca wzruszał flegmatycznie ramionami.
— Nie moja wina. Nie mam rozkazu. Zwróćcie się do kapitana.
Ale kapitan machnął tylko ręką. — I tak opóźniamy się. Gdzie tam, 

łaskawy panie! Czyż ponadto nie mam pilniejszych spraw! Za pół godziny 
przybijemy, wtedy łapcie sobie waszego politycznego. My natomiast 
jesteśmy żeglugą handlową i prywatną. Polityką nie zajmujemy się i nie 
mamy żadnych odnośnych instrukcji.

background image

Wówczas wąsacz z pokiereszowaną mordą klnąc przez zęby zaczął 

przeciskać się przez tłum gotowych do wyjścia pasażerów trzeciej klasy aż 
do miejsca, gdzie podstawiono schodki.

Brutalnie rozpychał wystraszonych ludzi, deptał po nogach, trącał 

koszyki i wreszcie znalazł się przy samej burcie, aby gdy tylko przybiją, 
wyskoczyć na przystań.

Tymczasem głowa marynarza była już ledwie widoczna na falach 

pośród chorągiewek, kołyszących się ponad rybackimi sieciami.

W Odessie nocą

Brzeg ciemniał szybko, stawał się niebieski, granatowy, liliowy. Na 

lądzie zapadł już wieczór. Na morzu było jeszcze jasno. W lśniących, 
drobnych falach odbijało się czyste niebo. Ale i tu czuło się bliskość 
wieczoru.

Na skrzydłach statku, nie wiadomo kiedy, zapalono sygnalizacyjne 

latarnie o wypukłych szkłach tak ciemnych i grubych, że w dzień 
niepodobna było rozróżnić, jakiego są koloru. Teraz przeświecały zielono i 
czerwono, i chociaż światło ich nie odcinało się jeszcze wyraziście na tle 
półmroku, przecież widać je było wyraźnie.

Pietia wiedział, że właśnie tam w górze za Mikołajewskim Bulwarem 

jaśniało i szumiało w najwyższym stopniu kuszące, niedostępne, 
fantastyczne owo coś, o czym w rodzinie Baczeja mówiono z odcieniem 
pogardliwego szacunku: „w centrum”.

W centrum mieszkali „bogaci”, to znaczy ci uprzywilejowani ludzie, 

którzy jeździli pierwszą klasą, codziennie chodzili do teatru, obiad jadali 
nie wiadomo czemu o godzinie siódmej wieczorem, zamiast kucharki mieli 
kucharza, a zamiast niańki bonę; wielu z nich posiadało własną karetę, co 
po prostu nie mieściło się już w wyobraźni zwykłego człowieka.

Jasne, że Baczejowie mieszkali bynajmniej nie w centrum.
Dorożka turkocąc po jezdni przejechała dołem ulicę Karantyńską, 

następnie skręciwszy na prawo drogą pod górę wjechała do miasta.

W ciągu lata Pietia odwykł od miasta.
Ogłuszał go stukot końskich podków, krzeszących iskry z bruku, turkot 

kół, dzwonki konnych tramwajów, tupot butów i dźwięczne stukanie lasek 
o trotuar, wyłożony granatowymi płytami asfaltu.

W folwarku, na zżętych polach, na otwartym, rozległym stepie od 

dawna złociła się już chłodna i smutna jesień. Tutaj, w mieście, panowało 
jeszcze w całej pełni wspaniałe lato.

background image

Nużący nocny upał zwisał nieruchomo w dusznym powietrzu ulic 

wysadzanych akacjami.

W otwartych drzwiach niewielkich sklepików żółciły się blade języczki 

lamp naftowych oświetlając słoje z farbowanymi landrynkami.

Wprost na trotuarze pod akacjami leżały góry arbuzów — 

czarnozielonych, lśniących „tumanów” o woskowatych łysinach oraz 
długich „klasztornych”, jasnych, w podłużne paski.

Gdzieniegdzie na rogu ukazywała się świetlana zjawa owocarni. W 

oślepiającym, nie do zniesienia jaskrawym świetle dopiero co 
wprowadzonych elektrycznych żarówek Persowie odkurzali 
szeleszczącymi pióropuszami z angielskiej bibułki prześliczne owoce 
krymskie — duże liliowe śliwki, pokryte turkusowym pyłem, i delikatne, 
brązowe, bardzo drogie gruszki „bera Aleksander”.

Za żelazną kratą oplecioną dzikim winem widać było w ogródkach 

klomby, na które padało światło z okien will. Na wspaniałych wielkich 
georginiach, begoniach, nasturcjach trzepotały ogromne ćmy.

Od strony dworca słychać było gwizdki lokomotyw.
Przejechali obok znanej im apteki.
Za wielką szybą wystawową ze złotymi, szklanymi literami jaśniały 

dwie kryształowe bańki, pełne fioletowego i zielonego płynu. Pietia był 
pewien, że to była trucizna. Z tej apteki przynoszono dla umierającej 
mamy straszne worki tlenowe. Ach, jakiż okropny, jak gdyby ochrypły 
dźwięk wydawały one obok maminych warg, sczerniałych od lekarstw!

Pawlik spał na dobre. Ojciec wziął go na ręce. Główka dziecka chwiała 

się i podskakiwała. Jego ciężkie, gołe nożyny zwisały z kolan ojca. Ale 
paluszki mocno trzymały torebkę z upragnioną skarbonką.

Śpiącego odebrała z rąk ojca oczekująca państwa kucharka Dunia, gdy 

dorożkarz zatrzymał się wreszcie przy bramie z trójkątną latarką, w której 
słabo świecił wycięty numer.

— Witamy! Witamy!
Czując wciąż jeszcze pod nogami chwiejny pokład Pietia wbiegł do 

frontowej sieni.

Jaka ogromna, pusta klatka schodowa, jak jasno oświetlona i 

dźwięczna! Ile lamp! Na ścianie każdego piętra naftowa lampa, nad którą 
kołysze się sennie daszek w jasnym kręgu światła.

Wyczyszczone aż do blasku miedziane tabliczki na drzwiach. 

Kokosowe maty do wycierania nóg. Wózeczek dziecinny.

Wszystkie te do cna zapomniane rzeczy stanęły nagle przed 

zdumionymi oczami Pieti w swoim pierwotnym wyglądzie.

Trzeba znowu przyzwyczaić się do nich.

background image

Oto gdzieś w górze zgrzytnął klucz, zatrzasnęły się z hałasem drzwi i 

w całej klatce schodowej rozległ się huk i dźwięczne głosy. Każdy okrzyk 
grzmiał jak wystrzał z pistoletu.

Zza ściany dobiegły dźwięki fortepianu, lekkie, brawurowe, nieco 

przygłuszone. To muzyka upartymi akordami przypominała chłopcu o 
swoim istnieniu.

I wreszcie... Boże!... Kto to?
Z drzwi wejściowych wybiega zapomniana, ale tak ogromnie znajoma 

dama w granatowej sukni z koronkowym kołnierzykiem i koronkowymi 
mankietami. Oczy jej są zaczerwienione od łez, radosne wargi uniesione w 
górę naprężone są od śmiechu. Podbródek jej drży — od śmiechu, a może 
od łez.

— Pawlik!
Wyrywa Pawlika z rąk kucharki.
— Boż-że! Jaki się zrobił ciężki!
Pawlik otwiera czarne ze snu oczy i z bezgranicznie obojętnym 

zdumieniem mówi:

— O! Ciocia?
I znowu zasypia.
No tak, wiadomo, wiadomo, że to ciocia! Doskonale znana, droga, 

kochana, trochę tylko zapomniana ciocia. Jak można było jej nie poznać?

— Pietia! Chłopcze! Jaki duży!
— Ciociu wiesz, co było z nami? — zaczął Pietia od razu. — Ciociu, 

ty o niczym nie wiesz! Ależ ciociu! Niech ciocia tylko posłucha, co z nami 
było. Ciociu, ty wcale nie słuchasz! Ależ ciociu, posłuchaj tylko!

— Dobrze, dobrze, tylko nie wszystko naraz. Idź do pokoju. A gdzie 

Wasilij Pietrowicz?

— Tutaj, tu jestem...
Po schodach wchodzi ojciec.
— Jesteśmy. Dzień dobry, Tatjano Iwanowno...
— Witamy! Witamy! Prosimy! Nie chorowaliście na statku?
— Ani trochę. Dojechaliśmy świetnie. Może macie drobne? Dorożkarz 

nie ma reszty z trzech rubli.

— Zaraz, zaraz. Proszę nie szukać. Pietia, nie plącz się pod nogami... 

Później opowiesz. Duniu, moja droga, proszę zbiec na dół odnieść 
dorożkarzowi... Proszę wziąć tam u mnie na toalecie.

Pietia wszedł do przedpokoju, który wydawał mu się wielki, mroczny i 

tak niezmiernie obcy, że nawet ów smagły, duży chłopiec w słomkowym 
kapeluszu, który zjawił się nagle nie wiadomo skąd w orzechowej ramie 

background image

zapomnianego, ale znanego lustra, oświetlonego zapomnianą, ale znaną 
lampą, nie od razu został rozpoznany.

A jego właśnie mógł Pietia poznać bez trudu, bo to przecież był on 

sam,

W domu

Tam na folwarku był maleńki, czysto wybielony pokoik, a w nim trzy 

płócienne składane łóżeczka, zasłane lekkimi pledami.

Żelazna umywalka. Stolik sosnowy. Stół. Świeca pod szklanym 

kloszykiem. Zielone kraty żaluzji. Malowana podłoga, wytarta od ciągłego 
mycia.

Jak przyjemnie zasypiał, ukołysany szumem morza, w tym pustym, 

smutnym, chłodnym pokoju najadłszy się zsiadłego mleka z wiejskim 
pszennym chlebem.

Tutaj było zupełnie inaczej!
Tutaj było obszerne mieszkanie, oklejone starymi tapetami i 

zastawione meblami w pokrowcach.

W każdym pokoju deseń był inny i meble były inne. Wzorzyste tapety 

jak gdyby zmniejszały wielkość pokoju. Umeblowanie, nazywane tu 
„urządzeniem”, tłumiło kroki i głosy. Z pokoju do pokoju przenoszono 
lampy.

W bawialni stały fikusy o twardych, woskowych liściach. Ich młode 

pędy sterczały niby ostre strączki, zawinięte w safianowe futeraliki.

Światło przenoszonych lamp przebiegało z lustra na lustro. Na 

fortepianie zadrżał wazonik, to dorożka przejechała ulicą. Turkot kół łączył 
miasto z domem.

Pietia miał ogromną ochotę zaraz po wypiciu herbaty wybiec, choćby 

na chwilę, na podwórze — dowiedzieć się, czy się co zmieniło, a nade 
wszystko zobaczyć się z chłopcami.

Ale było już bardzo późno, po dziewiątej. Wszyscy chłopcy na pewno 

śpią już od dawna.

Chłopiec dałby wiele za to, żeby opowiedzieć o zbiegłym marynarzu 

ciotce albo chociażby Duni. Ale wszyscy byli zajęci; słali łóżka, 
przygotowywali poduszki, wyjmowali z komody ciężkie, śliskie 
prześcieradła, przenosili z pokoju do pokoju lampy.

Pietia chodził za ciocią następując na tren jej sukni i nudził:
— Ciociu, dlaczego mnie ciocia nie słucha? Posłuchajże!
— Widzisz, że jestem zajęta.

background image

— Ciociu, no, co ci to szkodzi? — Jutro opowiesz.
— Oj, jaka ciocia jest, doprawdy! Nie da opowiedzieć. No, cio-o-ciu!
— Nie plącz się pod nogami. Opowiedz Duni.
Pietia powlókł się ponuro do kuchni, gdzie na oknie w drewnianej 

skrzynce rósł szczypiorek.

Na desce obszytej żołnierskim suknem Dunia prasowała spiesznie 

powłoczkę. Spod żelazka szła gęsta para,

— Duniu, proszę posłuchać, co się wydarzyło nam... — zaczął Pietia 

żałosnym głosem, patrząc na goły, żylasty łokieć Duni z mocno 
naciągniętą lśniącą skórą.

— Odejdź, paniczu, bo nie daj Boże oparzę cię żelazkiem.
— Ależ, proszę posłuchać tylko.
— Idź, opowiedz cioci.
— Ciocia nie chce. Już lepiej Duni opowiem. No, Du-u-niu.
— Idź, opowiedz panu.
— Och, Boże! Co za głupstwa Dunia mówi. Przecież tatuś wie.
— Jutro, paniczu, jutro.
— Ale ja chcę dzisiaj...
— Nie plącz się pod nogami. Mało macie pokojów, czy co, że jeszcze 

do kuchni włazicie?

— Dunieczko, opowiem i zaraz pójdę, słowo honoru, jak Boga 

kocham!

— Dopust boski z tym chłopcem! Przyjechał na moje utrapienie. 
Dunia ze złością postawiła żelazko na konsolce . Chwyciła 

wyprasowaną powłoczkę i z takim impetem pobiegła w głąb mieszkania, 
że wiatr przeleciał po kuchni.

Pietia smętnie tarł oczy kułakiem — opanowało go nagle tak 

uporczywe ziewanie, że dowlókł się z trudem do swojego łóżka i nie 
mogąc oczu otworzyć, jak ślepy, zaczął ściągać z siebie kurtkę.

Zaledwie przyłożył rozpalony policzek do poduszki, zasnął 

natychmiast tak mocno, że nie czuł nawet dotknięcia brody ojca, który 
przyszedł, jak zwykle, pocałować go przed snem.

Natomiast z Pawlikiem było nieco więcej kłopotu. W dorożce rozespał 

się do tego stopnia, że ojciec i ciocia z trudem zdołali go rozebrać.

Ale gdy tylko ułożono go w łóżku, chłopczyk szeroko otworzył 

wyspane oczy, rozejrzał się ze zdumieniem i rzekł:

— Czy my jeszcze jedziemy?
Ciocia pocałowała go czule w gorącą, zarumienioną buzię.
— Nie, już przyjechaliśmy. Śpij, dziecinko.

background image

Okazało się jednak, że Pawlik wyspał się już i nabrał chęci do 

rozmowy.

— Ciociu, to ciocia?
— Ja, kociaku. Śpij.
Pawlik leżał długo z otwartymi szeroko, uważnymi, ciemnymi jak 

oliwki oczami przysłuchując się nieznajomym miejskim odgłosom 
mieszkania.

— Ciociu, co tu tak szumi? — spytał wreszcie wystraszonym szeptem.
— Gdzie szumi?
— Tam. Chrapie.
— To, dziecinko, woda w kranie,
— Czy ona nos wyciera ?
— Wyciera, wyciera, śpij.
— A co tam gwiżdże?
— To lokomotywa gwiżdże.
— A gdzie ?
— Cóż to, zapomniałeś? Na dworcu. Tu, naprzeciwko nas, jest 

dworzec. Śpij.

— A dlaczego muzyka?
— To na górze grają na fortepianie. Czyż nie pamiętasz już, jak to się 

gra na fortepianie?

Pawlik milczał długą chwilę.
Zdawało się, że śpi. Ale oczy jego błyszczały wyraźnie w zielonawym 

świetle stojącej na komodzie nocnej lampki. Śledził z przerażeniem długie 
promienie, które przesuwały się tam i z powrotem po suficie.

— Ciociu, co to takiego?
— Dorożkarze jadą z latarkami. Zamknij oczka.
— A to co?
Ogromna ćma, „trupia główka”, trzepotała się złowieszczo pod 

sufitem.

— Motyl. Śpij.
— A on gryzie?
— Nie, nie gryzie. Śpij.
— Nie chcę spać. Ja się boję.
— Czegóż się boisz? Ubzdurałeś sobie coś. Taki duży chłopiec.
Pawlik westchnął głęboko — przejął go słodki dreszcz. Obiema 

gorącymi rączkami chwycił rękę cioci i szepnął;

— Ciocia widziała Cygana? 
— Nie, nie widziałam.
— A wilka ciocia widziała?

background image

— Nie widziałam. Śpij.
— Kominiarza ciocia widziała?
— Kominiarza także nie widziałam. Możesz spać zupełnie spokojnie. 
Chłopiec westchnął raz jeszcze głęboko, przewrócił się na drugi bok i 

podłożył pod policzek stulone dłonie. Przymykając oczy powiedział:

— Ciociu, daj gańkę!
— Widzieliście państwo! A ja myślałam, żeś dawno odwykł od ganki.
„Gańką” nazywała się czysta, specjalnie na ten cel przeznaczona 

chusteczka, którą Pawlik przywykł ssać w łóżku i bez której nie mógł w 
żaden sposób usnąć.

— Ga-a-ańkę... — wołał przeciągle chłopczyk kaprysząc. Jednakże 

ciocia nie dała „ganki”. Taki duży chłopczyk. Czas już odwyknąć.

Wówczas Pawlik kaprysząc w dalszym ciągu wpakował sobie do ust 

róg poduszki, oślinił go, uśmiechnął się słabo, klejącymi się jak pierożki 
oczami. Ale nagle ze zgrozą przypomniał sobie skarbonkę: a nuż ją 
złodzieje ukradli? Ale martwić się nie miał już sił.

I chłopczyk usnął spokojnie

Gawrik

Tego samego dnia inny chłopiec, Gawrik — ten sam, o którym 

opisując wybrzeża odeskie wspomnieliśmy już przelotnie — obudził się o 
świcie z zimna.

Spał na brzegu morza obok łodzi, podłożywszy pod głowę gładki 

kamień morski i zakrywszy twarz starą marynarką dziadka. Na nogi 
marynarki nie starczyło.

Noc była ciepła, ale nad ranem zrobiło się chłodno. Bose nogi zziębły. 

Gawrik przez sen ściągnął marynarkę z głowy i owinął stopy. Wówczas 
zmarzła mu głowa.

Gawrik zaczął dygotać, lecz nie chciał się poddać. Postanowił przemóc 

chłód. Ale nie mógł już zasnąć.

Nie da rady, do diabła, z tym spaniem; trzeba wstać.
Gawrik otworzył niechętnie oczy. Widział lśniące, cytrynowe morze, i 

mroczną, ciemnowiśniową zorzę na niezwykle czystym, szarym niebie. 
Dzień będzie upalny. Ale zanim słońce wzejdzie, o cieple nie ma nawet co 
myśleć. Rzecz jasna, że Gawrik mógł sobie spać spokojnie wraz z 
dziadkiem w chatce. Tam było ciepło i miękko. Ale który chłopiec 
zrezygnowałby z rozkoszy przenocowania raz jeszcze na brzegu morza pod 
gołym niebem?

background image

Fala uderza o brzeg z rzadka, ledwie dosłyszalnie. Uderzy i cofa się 

leniwie, wlokąc za sobą żwir.

Poczeka chwilę — i znowu taszczy żwir z powrotem, i znowu uderza.
Srebrzyścieczarne niebo całe usiane sierpniowymi gwiazdami. 

Rozdwojona Droga Mleczna wisi nad głową jak fatamorgana rzeki.

Niebo odbija się w morzu tak doskonale, tak wspaniale, że leżąc na 

ciepłym żwirze, zadarłszy do góry głowę nie rozróżnisz w żaden sposób, 
gdzie niebo, a gdzie morze. Jak gdybyś był zawieszony w środku 
gwiaździstej przepaści.

Na wszystkie strony rozpłomieniając się lecą gwiazdy spadające. W 

burzanie cykają świerszcze. Gdzieś bardzo daleko szczekają psy.

Zdawałoby się, że gwiazdy są nieruchome. Ale nie. Gdy przyjrzysz się, 

widzisz wyraźnie, że cały firmament obraca się z wolna. Jedne gwiazdy 
opuszczają się za dachy letnisk. Inne, nowe, wyłaniają się z morza.

Ciepły wietrzyk staje się chłodniejszy.
Niebo jest coraz bielsze, bardziej przejrzyste. Morze ciemnieje. 

Gwiazda poranna odbija się w ciemnej wodzie niby maleńki księżyc. Na 
letniskach pieje sennie trzeci kur. Świta. Jakże można w taką noc spać pod 
dachem?

Gawrik wstał, rozprostował z rozkoszą ręce, podwinął spodnie i 

ziewając wszedł w wodę po kostki.

Zwariował, czy co? Nogi mu i tak zsiniały z zimna, a on włazi w 

morze, którego sam widok wywołuje w człowieku dreszcz!

Jednakże chłopiec wiedział dobrze, co robi. Woda tylko wydawała się 

zimna. W rzeczywistości była bardzo ciepła, o wiele cieplejsza od 
powietrza. Chłopiec po prostu grzał w niej nogi.

Potem umył się i tak głośno wysiąkał nos w morze, że kilka maleńkich 

rybek, śpiących beztrosko u brzegu, poruszyło się gwałtownie, bryzgając 
wodą na wszystkie strony — wywróciły koziołka i znikły w głębinie.

Ziewając i patrząc zmrużonymi oczami na wschodzące słońce Gawrik 

wytarł koszulą do sucha drobną, piegowatą twarz z sinoróżowym noskiem, 
z którego złaziła skóra czyniąc go podobnym do młodego kartofelka.

— Och-och-och — rzekł zupełnie jak dorosły, powoli nakreślił znak 

krzyża koło ust, gdzie dotychczas brak jeszcze było dwóch przednich 
zębów, zakasał marynarkę i powlókł się na górę rozkołysanym, mocnym 
krokiem odeskiego rybaka.

Przedzierał się przez gęste, bujne zarośla burzanu, który mokre jego 

nogi i spodnie osypał żółtym pyłem swoich kwiatów.

Chałupka ich stała o trzydzieści kroków od brzegu na wzgórku z 

czerwonej gliny, w której migotały kryształki łupku.

background image

Była to właściwie nieduża szopa, sklecona z różnych odpadów 

drewnianych: z kawałków pomalowanych desek rybackich łodzi, skrzynek, 
dykty, masztów. Płaski dach był pokryty gliną, rosły na nim burzany i 
pomidory.

Kiedy babka żyła jeszcze, bieliła ściany chatki dwa razy na rok — na 

Wielkanoc i na Boże Narodzenie, żeby chatka nie raziła tak ludzkich oczu 
swoim nędznym wyglądem. Ale babka umarła i oto już od trzech lat nikt 
nie bielił chatki. Ściany jej pociemniały, a wapno odprysło. Jednakże 
gdzieniegdzie pozostały jeszcze ślady kredy, wżartej w stare drzewo. 
Przypominały one zawsze Gawrikowi babkę i jej życie, jeszcze mniej 
trwałe niż kreda.

Gawrik był zupełnym sierotą. Ojca swojego nie pamiętał wcale. Matkę 

przypominał sobie jak przez sen, jakieś buchające parą koryto, czerwone 
ręce, kijowski tani pierścionek na śliskim, nabrzmiałym palcu i mnóstwo 
tęczowych baniek mydlanych, które unosiły się dokoła jej żelaznych 
grzebyków.

Dziadek wstał już. Chodził po malusieńkim, zaśmieconym ogródku, 

porosłym chwastami Jaskrawą plamą odcinało się kilka dużych, późnych 
kwiatów dyni — pomarańczowych, mięsistych, włochatych, ze słodkim 
płynem na dnie przezroczystego kielicha.

Dziadek zbierał pomidory do podołka swojej starej — prastarej 

koszuli, zupełnie wypłowiałej, a teraz różowej od wschodzącego słońca.

Między zadartą koszulą a workowatymi spodniami widoczny był 

zapadły, brązowy brzuch z czarnym wgłębieniem pępka.

Pomidorów było już w ogrodzie bardzo niewiele. Prawie wszystkie już 

zjedli. Dziadek zdołał zebrać osiem sztuk — malutkich, żółtawych. Więcej 
nie było.

Starzec chodził po ogródku z opuszczoną siwą głową. Wtuliwszy 

wyskrobany po żołniersku podbródek, raz po raz rozchylał bosą nogą 
krzaki burzanu — czy nie znajdzie tam jeszcze czegoś ? Ale nic tam już 
nie było. Duży kurczak ze strzępem szmatki na nodze biegł za dziadkiem i 
dziobnąwszy tu i ówdzie ziemię, powodował lekkie drżenie dzwoneczków 
koperku.

Dziadek i wnuczek nie przywitali się z sobą, nie powiedzieli sobie 

dzień dobry. Ale nie oznaczało to bynajmniej, że się pokłócili. Przeciwnie, 
byli wielkimi przyjaciółmi.

Po prostu ranek, który się rozpoczął, nie zapowiadał nic prócz pracy i 

trosk. Nie było powodu okłamywać się wzajemnie próżnymi życzeniami.

background image

— Wszystko zjedliśmy, nic nie zostało — mamrotał dziadek, jakby 

kontynuując wczorajszą rozmowę. — Pomyślcie tylko! Osiem pomidorów 
— czy to możliwe? Czyste kpiny!

— Pojedziemy chyba? — spytał Gawrik patrząc na słońce i osłaniając 

oczy dłonią.

— Trzeba jechać — rzekł dziadek wychodząc z ogródka.
Weszli do chatki i napili się statecznie z wiadra, starannie nakrytego 

czystą deszczułką.

Starzec odchrząknął i Gawrik odchrząknął. Dziadek ściągnął mocniej 

pasek od spodni i Gawrik uczynił to samo. Potem dziadek zdjął z półki 
kawałek wczorajszego sitkowego chleba wraz z pomidorami zawiązał go 
w perkalową chusteczkę w czarne kółka.

Prócz tego wzięli pod pachę płaską beczułkę z wodą, wyszli z chałupy 

i zawiesili kłódkę na drzwiach.

Była to zbytnia przezorność. Po pierwsze, niczego tam nie było, co 

można by ukraść, po drugie, kto miałby sumienie okradać nędzarzy?

Gawrik zdjął z dachu wiosła i zarzucił je sobie na drobne, ale silne 

ramię.

Dzisiaj dziadek i wnuczek mieli dużo roboty. Przedwczoraj szalała 

burza. Fale podarły sieci. Ryby nie brały. Nie złowili nic. Nie mieli już ani 
grosza.

Wczoraj morze uspokoiło się i na noc rozpięli sieci z haczykami..
Dzisiaj trzeba je zdjąć, zanieść na czas ryby do hal, nałożyć przynętę 

na haczyki, żeby nie zmarnować pomyślnej pogody.

Z wysiłkiem ściągnęli po żwirze łódź do wody i ostrożnie zepchnęli ją 

na fale.

Stojąc po kolana w morzu Gawrik postawił na dziobie skrzynkę na 

ryby w kształcie małej zamkniętej łódeczki z dziurkami, pchnął mocno 
łódź i z rozpędu upadł brzuchem na burtę; nad sunącą pod nim wodą 
zwisały nogi, z których spadały lśniące krople. 

Dopiero kiedy łódź odsunęła się o trzy-cztery sążnie, chłopiec wlazł do 

niej, usiadł i razem z dziadkiem zabrał się do wiosła.

Każdy z nich pracował jednym wiosłem. Było to łatwe i zabawne: kto 

kogo prześcignie?

Jednakże obaj siedzieli obojętnie, nachmurzeni i tylko pochrząkiwali.
Gawrika przyjemnie paliły dłonie. Wiosło zanurzone w przezroczystej, 

zielonej wodzie sprawiało wrażenie przełamanego. Jego wąska łopatka 
prężnie poruszała się pod wodą tworząc na powierzchni małe leje.

Łódź sunęła szarpiąc się z nagła, zwracając się to na prawo, to na lewo. 

To dziadek naciśnie, to wnuczek naciśnie.

background image

— Ech-ch! — stękał dziadek przechylając się mocno w tył. I łódź 

szarpała się w lewo.

— Ech-ch-ch! — z jeszcze większym wysiłkiem stękał Gawrik. I łódź 

wyrównywała nagle chód i skręcała w prawo.

Dziadek opierał się mocno o przednią ławeczkę swoją bosą nogą z 

wykrzywionym wielkim palcem i szarpał wiosło nagłym ruchem. Ale i 
wnuczek nie pozostawał w tyle. Obiema nogami opierał się i przygryzał 
wargi.

— Zobaczycie, dziadku, nie nadążycie za mną — cedził przez 

zaciśnięte zęby Gawrik oblewając się potem.

— A zobaczysz, że nadążę — stękał dziadek łapiąc ciężko oddech.
— Jak Boga kocham, nie nadążycie.
— To się pokaże.
 

 
— To się pokaże!
I choć dziadek napierał, jak tylko mógł, efektu żadnego nie było. Takie 

to już lata. A i wnuczek wyrósł jak się patrzy. Mały, maleńki, a proszę, jaki 
uparty! Z własnym dziadkiem się spiera!

Dziadek chmurzył się gniewnie, spoglądając z ukosa spod siwych brwi 

na malca, który sapał u jego boku. I w jego starczych, wodnistych oczach 
iskrzyło się radosne zdumienie. W ten sposób, nie pokonawszy jeden 
drugiego, oddalili się co najmniej o wiorstę od brzegu. Tu pośród fal 
kołysały się na korkach wypłowiałe chorągiewki ich sieci.

Teraz już całe morze pokryło się rybackimi łodziami, które wypłynęły 

na połów.

Podskakując wysoko i wrzynając się z rozpędu w fale płaskim, 

zębatym dnem, na jedną trzecią sterczącym z wody, przemknęła z 
rozpostartymi żaglami nowiutka, niebieska ślicznotka — łódź „Nadia i 
Wiera”.

Na jej rufie leżał niedbale rozwalony dobrze znany Gawrikowi rybak z 

Małej Fontanny, Fiedia. Do warg jego przylgnęła czarna łuska słonecznika.

Spod ceratowego daszka granatowej czapki patrzały prześliczne 

marzące oczy, przysłonięte kosmykiem włosów pociemniałych od 
bryzgów wody.

Muskularnymi plecami przyciskał sterczący ostro drąg steru nie racząc 

nawet rzucić spojrzenia na nędzną łódź dziadka.

background image

Ale brat Fiedi, Wasia, w pasiastym trykocie z krótkimi rękawkami, 

dostrzegł Gawrika, przestał rozkręcać linkę i osłaniając dłonią oczy od 
słońca, zdążył krzyknąć:

— Hej, Gawriuszka, nic się nie bój, trzymaj się wody, to nie utoniesz! I 

łódź „Nadia i Wiera” przemknęła obok nich bryzgając na dziadka i 
wnuczka całą fontanną wody.

Nie było w tym oczywiście nic obraźliwego. Zwykły, przyjacielski 

żart. Ale dziadek zrobił na wszelki wypadek taką minę, jak gdyby nie 
dosłyszał. Lecz w głębi duszy pozostała jednakże uraza.

Toć i on, dziadek, posiadał niegdyś prześliczną łódź z nowiutkim, 

mocnym żaglem. Łowił na niej makrele, I jak jeszcze łowił! Bywały dni, 
że nieboszczka babka niosła ich do hal ze dwie albo i ze trzy setki.

Ale życie minęło... I dziadkowi pozostała tylko nędzna chałupa na 

brzegu i stara łódź bez żagla.

Sprzedali żagiel podczas choroby babki. Nadaremnie: i tak umarła. 

Teraz już nigdy dziadek nie dorobi się takiego żagla.

A co wart połów bez żagla? Czyste kpiny! Trochę byczków na haczyki 

— to wszystko. Smutny los!

Gawrik wiedział doskonale, o czym dziadek rozmyśla. Ale nie zdradzał 

się z tym. Przeciwnie. Aby odwrócić uwagę starca od gorzkich myśli, 
zakrzątnął się rzeczowo koło sieci i wyciągnął pierwszą chorągiewkę.

Dziadek przelazł natychmiast przez ławeczki, stanął obok wnuczka i 

czterema rękami zaczęli przesuwać mokry koniec sieci.

Wkrótce wyciągnęli haczyki. Ale byczków było na nich niewiele i w 

dodatku sam drobiazg.

Gawrik chwytał trzepocącą się rybkę mocno za śliskie skrzela, zręcznie 

wyrywał haczyk z jej chciwych szczęk i rzucał ją do spuszczonej na morze 
skrzyneczki.

Ale zaledwie na trzech z dziesięciu haczyków znajdowała się 

prawdziwa zdobycz — na pozostałych kołysał się nic niewart drobiazg 
albo kraby.

— Nie łowią się na krewetki — mruczał dziadek zmartwiony. — 

Widziane to rzeczy! Sam drobiazg. Trzeba mięsa na przynętę. Na mięso 
pójdą z pewnością. Ale skąd go wziąć, tego mięsa, jeżeli w halach biorą po 
jedenaście kopiejek za funt. Czyste kpiny.

Lecz w tej samej chwili napłynęło coś wielkiego z brązowym dymem. 

Po falach przemknęły dwa ukośne cienie... Woda zaszumiała straszliwie i 
tuż koło łodzi przepłynął statek parowy z obracającymi się niestrudzenie 
czerwonymi łopatkami kół. Łódka najpierw skoczyła, potem opadła i 
znowu ją podrzuciło.

background image

Chorągiewki sieci znalazły się niemal pod kołami. Jeszcze troszkę, a 

zostałyby zdruzgotane.

— Hej tam, na „Turgieniewie”! — wrzasnął dziadek jakimś nieswoim 

głosem i rozcapierzył ręce, jakby chciał powstrzymać konia, który poniósł. 
— Co się tam dzieje? Zmysły postradaliście? Sieci, parszywce, nie 
widzicie, czy co?

Ale statek przemknął już szczęśliwie.
Oddalał się z hałasem, z trójkolorową chorągwią na rufie, z kołami i 

szalupami ratunkowymi, z pasażerami, z kłębami burego dymu, jaki daje 
węgiel kamienny — pozostawiając za sobą śnieżnobiałą koronkę na 
czystej, ciemnozielonej wodzie.

Była już więc siódma godzina.
„Turgieniew” zastępował rybakom zegar. O siódmej wieczór szedł z 

powrotem z Akermanu do Odessy. Trzeba było się śpieszyć, żeby nie 
spóźnić się z byczkami do hal.

Dziadek i wnuczek zjedli w pośpiechu śniadanie — chleb i pomidory.
Zapili je wodą, która stała się już ciepła i nabrała dębowego posmaku, i 

zabrali się spiesznie do sieci.

Tez mi koń!

Około dziewiątej Gawrik szedł już drogą do miasta. Na ramieniu 

dźwigał skrzynkę z byczkami. Można było oczywiście przełożyć byczki do 
koszyka, ale skrzynka robiła lepsze wrażenie. Wskazywała na to, że ryby 
są świeżutkie, żywe, prosto z morza.

Dziadek pozostał, aby naprawić sieci.
Chociaż Gawrik dopiero co skończył dziewięć lat, dziadek powierzał 

mu tak ważną sprawę jak sprzedawanie ryby. Polegał na wnuczku 
całkowicie. Chłopiec ma swój rozum, nie jest dzieciakiem.

Na kimże zresztą miał dziadek polegać, jeśli nie na własnym wnuku?
W pełni zdając sobie sprawę z wagi i odpowiedzialności zlecenia 

Gawrik stąpał poważnie, nawet nieco ponuro, po nagrzanej słońcem 
ścieżce wśród pachnącego burzanu. W kurzu drogi pozostawały wyraźne 
odbicia jego drobnych stóp wraz ze wszystkimi pięcioma palcami.

Skupionym, wzbudzającym zaufanie wyglądem zdawał się mówić: 

„Wy tam, jak sobie chcecie — kąpcie się w morzu, leniuchujcie na plaży, 
jeźdźcie na rowerach, pijcie przy budce wodę sodową — ja mam swoje 
rybackie sprawy — łowić byczki na sieć z haczykami i sprzedawać je w 
halach — reszta mnie nie obchodzi”.

background image

Obok kąpieliska nad okienkiem kasy wisiała zamazana czarna 

deseczka, a na niej wypisane było kredą: 18 stopni. Gawrik przechodząc 
obok uśmiechnął się nawet pogardliwie: taki wstręt budziło w nim białe 
ciało grubasa, który chusteczką nakrył łysinę. Grubas zatkał sobie palcami 
nos i uszy, zanurzył się w zamulonej wodzie przybrzeżnej nie odchodząc 
od liny ratunkowej, obrosłej brodą szlamu.

Wejść na urwisko można było dwojako: długim, łagodnym 

wzniesieniem o trzech zakrętach albo też stromymi i niemal pionowymi 
schodami o nadgniłych stopniach.

Jasne, te Gawrik wolał schody.
Przygryzając wargi chłopiec nabrał rozpędu. Dobiegł do samej góry nie 

zatrzymując się ani razu dla nabrania tchu.

Pełną kurzu, ale cienistą uliczką wyszedł obok „Zakładu ciepłych 

kąpieli morskich” wprost na szkołę kadetów. Tu znalazł się już prawie w 
mieście.

Otwarty tramwaj konny wlókł się przez Bulwar Francuski pod 

poplamionymi cieniem platanami do „Arkadii”. Od strony słonecznej okna 
miały płócienne zasłony. Na tylnej platformie sterczał pęk trzcinowych 
wędek z pływakami czerwono-granatowymi. Trzy raźne koniki stukały 
podkowami po miałkim żwirze. Hamulec zgrzytał na zakrętach. Uwagę 
chłopca przykuła przede wszystkim budka z kwasem. Była to skrzynia z 
opadającym na dwie strony dachem, wzniesiona na dwóch palach. Od 
zewnątrz pomalowana była olejną farbą na zielono, a od wewnątrz taką 
samą — gęstą i lśniącą farbą — na biało.

Właściciel budki był uosobieniem nieprześcignionej, jakby świątecznej 

urody i Gawrik, widząc go, za każdym razem nie mógł nie przystanąć na 
rogu z uczuciem zachwytu i zazdrości.

Gawrik nie zastanawiał się nigdy nad tym, kim będzie, kiedy dorośnie. 

Ale jeżeli ma już wybierać, oczywista, że chce sprzedawać kwas.

Wszyscy odescy właściciele budek z kwasem byli strojni i piękni jak z 

obrazka. A ten szczególnie. Prawdziwy Wańka-klucznik.

No, bo proszę. Wysoka czapka z cienkiego granatowego sukna, jakie 

nosili kupcy, blond kędziory, cholewy butów lśniące i sztywne jak butelki. 
A koszula! Boże, w taką koszulę ubrać się można w pierwszy dzień 
Wielkanocy — błyszcząca, czerwona, z rękawami jak banie, długa aż do 
kolan, z mnóstwem granatowych szklanych guziczków!

A na koszuli czarna kamizelka sukienna ze srebrnym łańcuszkiem od 

zegarka, umocowanym na srebrnej pałeczce w pętlicy.

background image

Na sam widok jego płomiennej koszuli człowiek nabierał ochoty do 

wypicia zimnego kwasu! A jak on pracuje! Zręcznie, szybko, czysto... Oto 
zbliża się kupujący.

— Poproszę o szklaneczkę.
— Jakiego pan sobie życzy? Kwaśnego, słodkiego? Słodki po kopiejce 

za kufel, kwaśny — dwa kufle za kopiejkę.

— Proszę kwaśnego.
— Proszę bardzo!
I momentalnie jedna ręka chwyta za kółko okrągłej skrzyni i zanurza 

się w głęboki, lodowaty mrok, żeby wydostać stamtąd butelkę, podczas 
gdy druga ręka wyciera gałgankiem i bez tego białą ladę, płucze w wiadrze 
ogromny kufel z oszukańczym grubym dnem, elegancko wywraca ów 
kufel i stawia go z hałasem przed kupującym.

Maleńki korkociąg wkręca się w korek. Butelka wciśnięta między buty 

strzela z hukiem. Ruda piana pełznie z butelki na kształt długich loków.

A nasz chwat przechyla butelkę nad kuflem napełniając ćwierć kufla 

żółtocytrynowym kwasem, a trzy czwarte pianą.

Kupujący zdmuchuje chciwie pianę i pije, pije, pije... a Wańka-

klucznik wyciera już z fantazją ladę i strąca mokrą kopiejkę z orłem do 
blaszanego pudełeczka od landrynek firmy „B-ci Krochmalnikow”.

To mi człowiek! To mi życie!
Gawrik miał oczywiście ogromną ochotę napić się kwasu, ale nie miał 

pieniędzy. Może w drodze powrotnej, ale i to było mocno wątpliwe. 
Chodziło o to, że wprawdzie w skrzynce leżało około dwóch setek 
byczków, ale dziadek był bardzo dużo winien handlarce, której zawsze 
sprzedawali ryby. W zeszłym tygodniu wziął od niej trzy ruble na korki i 
haczyki do sieci, a oddał tylko rubel czterdzieści pięć. W ten sposób 
pozostało przeszło półtora rubla długu — suma ogromna.

Dobrze, jeżeli handlarka zgodzi się zatrzymać niecałą sumę. Ale jeżeli 

całą? Wtedy trzeba będzie dziękować Bogu, jeśli starczy na mięso na 
przynętę i na chleb, a o kwasie nie ma nawet co marzyć!

Gawrik splunął zupełnie tak, jak spluwali dorośli rybacy, kiedy 

dokuczyła im troska.

Przełożył skrzynkę z jednego ramienia na drugie i poszedł dalej, 

unosząc w wyobraźni obraz wystrojonego Wańki-klucznika i pachnący 
chłód kwasu, którego nie udało mu się skosztować.

Dalej zaczynało się już prawdziwe miasto z wysokimi domami, 

sklepami, składami i bramami.

Wszystko było upstrzone cieniem akacji, przez których srebrne liście 

przeświecało słońce.

background image

Na jezdni turkotała ciężka platforma. Plamy cienia przesuwały się z 

góry na dół po koniach w wysokich niemieckich chomątach, po woźnicy, 
po białych ściankach platformy z napisem: „Fabryka sztucznego lodu”. 
Kucharki szły z koszykami. I po nich ześlizgiwał się cień. Psy z 
wysuniętymi językami podbiegały do blaszanek, specjalnie umocowanych 
na pniach drzewnych. Z zadartymi ku górze ogonami chłeptały ciepłą 
wodę, bardzo wdzięczne Zarządowi Miejskiemu Odessy za to, że 
zatroszczył się o nie, żeby nie wściekały się z pragnienia. Wszystko to było 
dobrze znane i mało zajmujące.

Ale zdumienie Gawrika wzbudził wózek zaprzężony w pony. Podobnie 

maleńkiego konika nie widział Gawrik jeszcze nigdy w życiu. Konik był 
nie większy od cielaka, a jednocześnie zupełnie taki jak dorosły koń.

Koloru piaskowożółtego, tłuściutki, z jasnobrązową grzywką i 

maleńkim, ale puszystym ogonem, w słomkowym kapelusiku z otworami 
na uszy pony stał przed sienią w cieniu akacji, uniósłszy w górę kosmate 
rzęsy, cicho i spokojnie jak dobrze wychowana panienka.

Konika otaczały dzieci.
Gawrik zbliżył się i długo stał w milczeniu, nie wiedząc jak 

ustosunkować się do tego niezwykłego okazu. Nie ma co mówić, konik mu 
się spodobał. Ale jednocześnie budził w nim jakieś nieprzyjemne uczucia. 
Gawrik obszedł konika ze wszystkich stron. Koń jak koń: kopytka, 
grzywka, ząbki. Ale jakiż maleńki! Aż budzi wstręt.

— Myślałby kto, że to koń! — powiedział z pogardą i zmarszczył nos.
— To nie koń, to nie koń — spiesznie przygadywała dziewczynka z 

dwoma warkoczykami kucając z zachwytu i klaszcząc w ręce. — To wcale 
nie koń, to tylko pony.

— A właśnie że koń — rzekł pomiro Gawrik i natychmiast nadąsał się 

ze wstydu, że się nie powstrzymał i poniżył się do rozmowy z takim 
smykiem z kokardkami.

— A właśnie pony, a właśnie pony!
— Z cyrku — ochrypłym basem odparł Gawrik nie zwracając się jakby 

do nikogo — zwyczajny z cyrku.

— A właśnie że nie z cyrku, właśnie że nie z cyrku. Pony. Rozwożą na 

nim naftę Nobla, na pony. Widzisz, tam są blaszanki.

Istotnie. Na wózku stały czyściutkie blaszanki z naftą. Dla Gawrika 

było to czymś zupełnie nieoczekiwanym. Wszyscy wiedzą, że naftę kupuje 
się w sklepiku po kopiejce kwarta do własnego naczynia.

Ale żeby rozwozić ją do domów na wózku, i to jeszcze na wózku 

zaprzężonym w jakiegoś wystrojonego pony — to było już za wiele.

— Zwykły koń — gniewnie odciął Gawrik odchodząc.

background image

— A właśnie że pony! pony! pony! — krzyczała za nim dziewczynka 

jak papuga i klaskała w ręce kucając.

„Sama jesteś pony” — pomyślał Gawrik, ale nie miał niestety czasu na 

porządną kłótnię.

Okrążając skwer przy dworcu, gdzie poza żelaznymi sztachetami 

pachniały sucho i gorąco mirt i tuja o cierpkich, malutkich szyszkach, 
chłopiec zatrzymał się, zadarł głowę do góry i patrzał dosyć długo na 
tarczę zegara.

Całkiem niedawno nauczył się wreszcie poznawać godziny na zegarze. 

Teraz nie mógł przejść obok zegara, żeby nie zatrzymać się i nie policzyć.

Na palcach jeszcze liczył te dziwne pałeczki rzymskich cyfr, tak 

bardzo niepodobnych do zwykłych cyfr z arytmetyki. Wiedział tylko, że ta 
z góry to dwanaście i że od niej należy zaczynać liczenie.

Gawrik postawił skrzynkę u nóg i zaczął poruszać wargami zaginając 

mocno palce”.

— Jedna, dwie, trzy, cztery... — szeptał marszcząc czoło. Mała 

wskazówka stała na dziewiątce, a duża na szóstce.

— Dziewięć i połówka — rzekł chłopiec wzdychając z zadowoleniem i 

ocierając koszulą pot z nosa.

Tak by się zdawało. Ale nie wadziło sprawdzić.
— Proszę pana, która godzina?
Pan w czesuczowej marynarce przytknął do swojego o klasycznej linii 

nosa złote binokle, zadarł do góry siwą bródkę, spojrzał przelotnie na 
tarczę i rzekł szybko:

— Pół do dziesiątej.
— A jak tam, proszę pana, napisane — dziewięć i pół?
— To znaczy, że jest pół do dziesiątej — rzekł pan surowo nie patrząc 

na chłopca, wsiadł do dorożki i odjechał oparłszy o kolana laskę z kościaną 
główką.

Gawrik stał przez chwilę z półotwartymi ustami, w których brakowało 

dwóch zębów, starając się pojąć, czy pan zażartował sobie z niego, czy też 
tak jest istotnie.

Wreszcie postawił skrzynkę ha ramieniu, podciągnął spodnie i poszedł 

dalej, kręcąc głową i uśmiechając się z niedowierzaniem.

Okazuje się, że dziewiąta i pół to to samo, co pół do dziesiątej. 

Dziwne, bardzo dziwne. W każdym razie nie szkodziłoby zapytać kogoś, 
kto się na tym zna.

Madame Storożenko

background image

— Raki! Raki! Raki! Raki!
— Fladry! Fladry! Fladry!
— Makrele żywe! Makrele! Makrele!
— Byczki! Byczki! Byczki!
Spośród wszystkich przekupek najbardziej ostre i krzykliwe głosy 

miały sprzedawczynie z rybnych hal.

Trzeba było być tak nieustraszonym jak gospodynie i kucharki odeskie, 

żeby przejść bez pośpiechu tą aleją między stołami, koszykami i 
skrzynkami, zawalonymi stosami ryb morskich, muszli i raków.

Pod olbrzymimi parasolami z żaglowego płótna i pod daszkami z desek 

leżały wywalone na pokaz żywe skarby Morza Czarnego, lśniące i 
dygocące.

Cóż za różnorodność form, barw i rozmiarów!
Natura uczyniła wszystko, co tylko mogła, żeby uchronić od zagłady 

swoje przedziwne twory. Postarała się o to, aby były jak najmniej 
dostrzegalne dla ludzkiego oka. Nadała im barwy wszystkich odcieni 
morza.

Oto na przykład szlachetna i droga ryba, makrela, królowa Morza 

Czarnego. Jej prężne ciało proste i gładkie jak wrzeciono połyskuje 
najdelikatniejszymi odcieniami mory od jasnoniebieskiego do 
ciemnogranatowego.

Gawrik wiedział, że zupełnie takiej samej barwy — niebieskiej z 

granatowymi zmarszczkami fal — bywa morze daleko od brzegu, właśnie 
tam, gdzie spotyka się przeważnie ławice makreli.

Patrzcie, jak przebiegłe są makrele!
Chociaż Gawrik codziennie widywał ryby, przywykł do nich i umiał z 

odległości pół wiorsty wykryć w morzu ławicę makreli, jednakże za 
każdym razem zachwycało go ich piękno i zdumiewała ich przemyślność,

A byczki. Przebywają u wybrzeża wśród skał, a także w piasku, nieco 

głębiej. Toteż mają łuskę burego koloru albo żółtawą jak piasek.

Duże, płaskie fladry, które zwykły gnieździć się w szlamie na dnie 

maleńkich, cichych zatok, zadziwiają czarnozielonym kolorem swojej 
grubej skóry usianej płaskimi kościanymi cierniami, przypominającymi 
muszelki. Oboje oczu mają umieszczone po jednej strome ciała, toteż 
fladry przypominają dziecięce rysunki spotykane na płocie: głowa z 
profilu, ale z dwojgiem oczu.

Prawda, brzuch mają fladry woskowego, prosięcego koloru, ale 

przecież ryba ta nie pokazuje nigdy brzucha, bo leży zawsze na dok, 
mocno wciśnięta w piasek.

background image

I chłopca zachwycała przemyślność flader.
Były tam jeszcze maleńkie, czerwono-czarne, garbate rybki o dużej, 

jakby skrwawionej łusce, Takie duże, różowe muszelki migocą w zatokach 
o najczystszej wodzie.

Stada srebrzystego drobiazgu roją się na powierzchni morza kolo 

brzegu zlewając się ze srebrnymi blaskami rannego słońca.

Nie ma co mówić, natura jest przebiegła. Ale Gawrik wiedział, że 

człowiek jest jeszcze bardziej przebiegły. Niech tylko pozastawia 
najprzeróżniejsze sieci, niech zarzuci przejrzyste sznureczki wędek, ich 
cynowe blaszki, pstre piórka — i oto wszystkie te ryby, zupełnie 
niedostrzegalne w morzu, zaczną cudownie połyskiwać swoimi 
czarodziejskimi barwami w koszykach i na ladach! Byleby tylko były 
pieniądze na dobry sprzęt rybacki! Szukając znajomej handlarki chłopiec 
szedł obok koszy, w których roiło się od przezroczystych, jasnozielonych 
raków.

Szeleszcząc wyciągały one w górę swoje kleszcze, rozwarte 

konwulsyjnie na kształt nożyc. Płonęły stosy srebrzystego drobiazgu.

Sprężyste krewetki mlaskały pod mokrą siatką i bryzgały solą na 

wszystkie strony.

Łuski jak z miki przylepiały się do bosych nóg. Pięty ślizgały się na 

rybich wnętrznościach.

Wynędzniałe koty bazarowe z nieruchomymi, obłąkanymi oczami, 

stuliwszy uszy i wystawiwszy drapieżnie łopatki, pełzały po ziemi w 
poszukiwaniu zdobyczy.

Gospodynie ze sznurkowymi torbami w ręku, z których sterczała 

marchewka, podrzucały na dłoni grube kawałki porąbanej fladry. Słońce 
paliło. Ryby zasypiały.

Znajoma handlarka siedziała na dziecięcej ławeczce pod olbrzymim, 

płóciennym parasolem, otoczona koszami z towarem.

Ogromna, ubrana mimo upału w zimowy żakiet z bufami, z 

przewiązaną na krzyż piaskową chustką, z ciężką, zwisającą przez ramię 
torebką, w tej chwili właśnie targowała się z kupującą.

Gawrik stanął z uszanowaniem opodal, czekając, aż będzie wolna. 

Rozumiał doskonale, że obydwaj z dziadkiem są całkowicie zależni od tej 
kobiety. Musi więc być jak najbardziej skromny i grzeczny. Zdjąłby na 
pewno czapkę, gdyby ja posiadał. Ale nie miał czapki.

Więc zadowolił się tym, że postawił cichutko swoją skrzynkę na ziemi, 

opuścił ręce i patrzał na swe bose nogi, aż po kostki pokryte szarym, 
zamszowym kurzem

background image

Mimo iż chodziło tylko o dwa dziesiątki byczków, handel trwał 

strasznie długo.

Dziesięć razy kupująca odchodziła i dziesięć razy wracała. Dziesięć 

razy handlarka chwytała miedziane szalki wagi, oblepione rybią łuską, i 
dziesięć razy rzucała je z powrotem do koszyka z makrelami.

Gestykulowała szybko pulchnymi rękami w czarnych, nicianych 

mitenkach , nie zapominając o wytwornym odchyleniu małych palców.

Ocierała rękawem sinoczerwoną, lśniącą twarz z czarnymi wąsikami i 

z siwymi włoskami na podbródku. Konwulsyjnie wtykała wielkie żelazne 
szpilki w granatowe, zatłuszczone włosy. Krzyczała ochrypłym głosem:

— Madame, o czym tu mówić? Takich byczków nie dostanie pani 

nigdzie! Czy to byczki? To czyste złoto!

— Sam drobiazg — odpowiadała kupująca odchodząc z pogardą — nie 

ma nawet co smażyć.

— Madame, niech pani wróci! Jeśli pani o tej rybie mówi, że „nie ma 

co smażyć”, to ja nie wiem, gdzie pani znajdzie większą! Może u 
Żydów!... To niech pani idzie do Żydów! Przecie pani mnie dobrze zna! 
Nie śmiałabym nigdy wsunąć drobiazgu stałej klientce!

— Takie byczki — dziesięć kopiejek za dziesięć sztuk? Nigdy — 

najwyżej osiem kopiejek.

— Niech pani weźmie dwa dziesiątki za dziewiętnaście.
— Lepiej wezmę za te pieniądze od kogo innego droższej ryby.
— Madame — ostateczna cena — osiemnaście. Nie chce pani, to już 

trudno... Madame, więc dokąd pani idzie?

Wreszcie dobito targu i wydawszy rybę handlarka wsypała pieniądze 

do torebki.

Gawrik czekał cierpliwie, aż go zauważą. Ale handlarka, choć już 

dawno spostrzegła chłopca, udawała w dalszym ciągu, że go nie widzi. 
Taki był zwyczaj na bazarze. Komu potrzebne są pieniądze, ten niechaj 
czeka. Nic mu się nie stanie. Nie zdechnie z tego, że postoi.

— Komu świeżej ryby? Żywe byczki! Makrele, makrele, makrele! — 

krzyczała handlarka nabrawszy tchu i nagle nie patrząc na Gawrika 
odezwała się: — No? Pokaż!

Chłopiec otworzył nieco skrzynkę i podsunął ją handlarce.
— Byczki — rzekł z szacunkiem.
Zanurzyła dłoń w skrzynce i wyciągnęła zręcznie kilka byczków, 

przelotnie spojrzała na nie i wpatrzyła się w Gawrika okrągłymi oczami, 
które były tak samo granatowoczarne jak winogrona „Izabela”.

— No, gdzie są twoje byczki? 

background image

Gawrik milczał.
— Pytam się ciebie: gdzie byczki?
Chłopiec przestępował w udręce z nogi na nogę i uśmiechał się 

skromnie, chcąc obrócić w żart nieprzyjemną rozmowę.

— Przecież tu są byczki. Trzyma je pani w ręku. Czy pani nie widzi?
— Gdzie byczki? — krzyknęła nagle handlarka czerwieniąc się z 

gniewu jak burak. — Gdzie byczki? Pokaż mi, gdzie? Ja nie widzę. Może 
to, co trzymam w ręku? To wszy, a nie byczki! Czy tu jest co smażyć? Tu 
nawet nie ma co smażyć! Dlaczego nosicie mi wciąż sam drobiazgi Żydom 
noście drobiazg!

Gawrik milczał.
Nie można naturalnie powiedzieć, żeby byczki były duże, ale w 

każdym razie nie był to taki drobiazg, jak krzyczała handlarka. Jednakże 
nie należało jej przeczyć. Wykrzyczawszy się, handlarka zaczęła 
najspokojniej przekładać byczki ze skrzynki Gawrika do swojego kosza 
odliczając zręcznie po dziesięć sztuk.

Ręce jej migały tak szybko, że Gawrik nie nadążył śledzić, jak liczyła. 

Zdawało mu się, że go nabiera. Ale nie miał żadnej możliwości 
sprawdzenia. W jej koszu leżały przecież także inne byczki.

Zorientuj się tu!
Groza ogarnęła Gawrika. Aż się spocił ze zdenerwowania.
— Okrągłe dwie i pół setki — rzekła handlarka przykrywając kosz 

rogoża. — Bierz swoją skrzynkę. Do widzenia! Powiedz dziadkowi, że 
będzie mi się należało od niego jeszcze osiemdziesiąt kopiejek. Niech 
pamięta. I niech nie przysyła więcej drobiazgu, bo nie będę brała.

Chłopiec zdębiał. Chciał coś powiedzieć, ale gardło ścisnęło mu się w 

skurczu.

A handlarka krzyczała już znowu nie zwracając na niego najmniejszej 

ii wagi:

— Fladry! Fladry! Byczki! Byczki! Byczki!
— Madame Storożenko — wyrzekł wreszcie chłopiec z wysiłkiem — 

madame Storożenko...

Obróciła się niecierpliwie.
— Jeszcze jesteś tutaj? No, co?
— Madame Storożenko, ile też pani daje za setkę?
— Trzydzieści kopiejek setka, więc siedemdziesiąt pięć kopiejek, a 

wyście winni mi rubla pięćdziesiąt pięć i należeć mi się będzie od was 
jeszcze osiemdziesiąt kopiejek. Tak powiedz dziadkowi. Do widzenia!

— Trzydzieści kopiejek setka!

background image

Gawrik miał ochotę krzyczeć ze złości i obrazy. Gdyby tak można było 

dać jej z całej siły kułakiem w mordę, tak żeby z nosa juszka popłynęła! 
Albo ugryźć...

Ale zamiast tego uśmiechnął się przymilnie i wyrzekł bliski płaczu:
— Madame Storożenko, pani dawała zawsze po czterdzieści pięć.
— Podziękuj, że ci za taką lichotę po trzydzieści dałam. Idź z Bogiem!
— Madame Storożenko, przecie pani sama targuje po osiemdziesiąt...
— Idź, idź, nie zawracaj mi głowy! To mój towar. Po ile trzeba, po tyle 

targuję. Ty mi uwagi nie zwracaj. Makrele, makrele, makrele!

Gawrik spojrzał na madame Storożenko. Siedziała na swojej dziecięcej 

ławeczce — ogromna, nieprzystępna, majestatyczna.

Mógłby jej powiedzieć, że obydwaj z dziadkiem nie mają ani grosza, 

że trzeba koniecznie kupić chleba i mięsa na przynętę, że potrzeba na to 
tylko piętnaście — dwadzieścia kopiejek, nie więcej — ale czy warto było 
poniżać się?

W chłopcu odezwała się nagle duma rybaka.
Otarł rękawem łzy, które szczypały jego oblazły nosek, wysiąkał nos 

dwoma palcami w rynkowy kurz, zarzucił na ramię lekką skrzynkę i 
odszedł swoim mocnym, czarnomorskim krokiem.

Szedł i myślał, gdzie by tu zdobyć chleba i mięsa.

Niższe szarże

Chociaż życie Gawrika było, jakeśmy widzieli, pełne pracy i trosk, tak 

jak życie dojrzałego człowieka, jednakże nie należy zapominać, że miał on 
tylko dziewięć lat.

Miał przyjaciół, z którymi lubił bawić się, biegał, bił się, łapał wróble, 

strzelał z procy i w ogóle zajmował się tym wszystkim, czym zajmowali 
się wszyscy chłopcy z niezamożnych domów.

Należał do kategorii tak zwanych „chłopców z ulicy”, toteż znajomości 

miał bardzo szerokie.

Nikt nie bronił mu chodzić po najrozmaitszych podwórkach i bawić się 

gdziekolwiek na ulicy.

Był wolnym ptakiem. Całe miasto należało do niego.
Jednakże, najbardziej wolny ptak ma swoje ulubione miejsca. Gawrik 

zadomowił się głównie w rejonie nadmorskich ulic Radosnej i Małej 
Fontanny. Tutaj panował on niepodzielnie wśród chłopców; z lękiem i 
zachwytem spoglądali na jego niezależne życie.

background image

Kolegów miał Gawrik wielu, lecz prawdziwego przyjaciela tylko 

jednego — Pietię.

Najprościej byłoby pójść do Pieti i poradzić się w sprawie mięsa i 

chleba. Pieniędzy oczywiście Pietia nie miał, a zwłaszcza tak dużej sumy 
— piętnastu kopiejek. O tym nie można było marzyć. Ale Pietia mógł 
ściągnąć z kuchni kawałek mięsa i wziąć z kredensu nieco chleba.

Gawrik był raz jeden z wizytą u Pieti podczas ubiegłego Bożego 

Narodzenia i wiedział doskonale, że mają oni kredens, a w nim dużo 
chleba, na który nikt nie zwraca specjalnej uwagi. Bardzo łatwo jest więc 
wynieść pół bochenka. Tam u nich z tym się nie liczą.

Cała trudność polegała na tym, że nie wiadomo, czy Pietia wrócił już 

ze wsi. Zdaje się, że już czas, żeby wrócił. Parokrotnie w ciągu lata 
zachodził Gawrik do Pieti na podwórko dowiedzieć się, co słychać. Ale 
Pieti wciąż jeszcze nie było i nie było.

Ostatnim razem kucharka Dunia powiedziała, że wrócą niedługo. To 

było przed pięciu dniami. Może już przyjechali?

Gawrik udał się z hal na podwórko do Pieti. Na szczęście miał blisko: 

na wprost dworca znajdowało się Kulikowe Pole, róg Kanatnej, tam obok 
sztabu stał wielki, czteropiętrowy dom o dwu frontowych wejściach. Był to 
bardzo piękny dom, świetnie przystosowany do wygodnego życia.

Przede wszystkim był niezastąpiony dla walk ulicznych, miał dwie 

bramy. Jedna wychodziła na Kulikowe Pole, czyli po prostu Kuliczki, 
druga na wspaniałe pustkowie, z krzakami i ze śmietnikiem niedużym co 
prawda, ale za to wyjątkowo bogatym.

Jeśli poszukało się dobrze, można było znaleźć tam zawsze mnóstwo 

użytecznych przedmiotów, poczynając od buteleczki od lekarstw, a 
kończąc na zdechłym szczurze. Pietia miał szczęście! Nie każdy chłopiec 
ma obok domu taki śmietnik! Po drugie, w pobliżu domu przechodziły 
małe podmiejskie pociągi z lokomotywą przezywaną samowarkiem. Aby 
więc podłożyć pod koła petardę czy kamień, nie trzeba było chodzić 
daleko. Po trzecie — sąsiedztwo sztabu.

Tam, za wysoką kamienną ścianą, która wychodziła na polankę, 

znajdował się tajemniczy świat ochraniany dniem i nocą przez 
wartowników.

Tam huczały maszyny sztabowej drukarni. Wiatr przywiewał przez 

sztachety mnóstwo najrozmaiciej obciętych papierowych skrawków, 
wstążeczek, pasków.

Na tę właśnie polankę wychodziły okna mieszkań. Wdrapawszy się na 

kamień można było zajrzeć przez kratę i zobaczyć, jak mieszkają 

background image

kanceliści, ci niesłychanie piękni, pewni siebie i zuchowaci młodzi ludzie, 
w długich oficerskich spodniach, chociaż z żołnierskimi epoletami.

O kancelistach było wiadomo niezbicie, że to są najzwyklejsze „niższe 

szarże”, a więc zwykli żołnierze. Ale jaka olbrzymia różnica była między 
nimi a żołnierzami.

Poza właścicielami budek z kwasem — kanceliści byli to chyba 

najbardziej eleganccy i strojni pięknisie w mieście.

Pokojówki z sąsiednich domów na widok kancelisty drżały i bladły, 

gotowe lada chwila zemdleć. Paliły sobie niemiłosiernie skronie i włosy 
szczypcami, pudrowały nos proszkiem do zębów i barwiły policzki 
papierkami od cukierków. Ale kanceliści nie zwracali na nie uwagi.

Jeśli dla przeciętnego odeskiego żołnierza pokojówka była istotą 

niedostępną i wyższą, to dla kancelisty była ona jedynie „wiejską 
dziewuchą”, niegodną przelotnego nawet spojrzenia.

Kanceliści siedzieli samotnie i melancholijnie za okratowanymi 

oknami na swoich żelaznych łóżkach i zdjąwszy mundury grali cicho na 
gitarach. Nosili długie spodnie z wysokim, stębnowanym czerwonym 
pasem, czyste koszule i czarny oficerski krawat.

Jeżeli zaś kancelista zjawił się na ulicy w niedzielę wieczór, to 

najczęściej pod ręką z dwiema modystkami o wysokich fryzurach z 
wałkiem.

Kanceliści byli niesłychanie bogaci. Gawrik widział na własne oczy, 

jak kancelista jechał pewnego razu dorożką.

A jednakże, chociaż to jest bardzo dziwne, kanceliści byli tylko „niższą 

szarżą”. I Gawrik widział na własne oczy, jak pewnego razu na rogu 
Pirogowskiej i Kulikowego Pola generał ze srebrnymi epoletami bił 
takiego kancelistę po twarzy i krzyczał groźnie:

— Jak ty stoisz, kanalio! Jak s-sto-o-isz!
I kancelista, wyprostowany, kręcąc głową i wybałuszając jak prosty 

żołnierz jasne, chłopskie oczy, mamrotał:

— Zawiniłem, wasza wysokość! To po raz ostatni!
Ta właśnie dwojaka sytuacja sprawiła, że kanceliści uchodzili za istoty 

dziwne, wspaniałe, a jednocześnie pożałowania godne, niby upadłe anioły 
za karę strącone z nieba na ziemię.

Bardzo ciekawe było również życie zwykłych żołnierzy z warty, którzy 

mieszkali razem z kancelistami. Żołnierze ci mieli też dwojaką naturę.

Jedna przejawiała się, kiedy stali parami, w pełnym rynsztunku przed 

alabastrowymi schodami prowadzącymi do sztabu; co chwilę naśladując 
kaprali prężyli się i prezentowali bron, to znaczy odchylali nieco w bok 
natłuszczony bagnet przed wchodzącym lub wychodzącym oficerem.

background image

Druga ich natura była zwykła, domowa, chłopska; przejawiała się 

wówczas, kiedy siedzieli w koszarach, przyszywając guziki, czyszcząc 
szuwaksem buty lub też grając w warcaby, albo jak mówili, w „damki”.

Na parapetach okien suszyli wiecznie miski i drewniane łyżki; leżało 

tam mnóstwo nie dojedzonych kawałków czarnego, żołnierskiego chleba, 
który chętnie oddawali żebrakom.

Skwapliwie korzystali z okazji, by porozmawiać z chłopcami, ale 

pytania ich i wyrazy, jakich używali, były tego rodzaju, że chłopcom uszy 
płonęły i rozbiegali się przejęci grozą.

Oba asfaltowane podwórza nadawały się doskonale do gry w „klasy”. 

Asfalt pozwalał świetnie kreślić węglem lub kredą przegródki z cyframi. 
Gładkie kamyczki morskie ślizgały się po nim wspaniałe.

A kiedy stróż nie mając już cierpliwości do tego dziecięcego harmideru 

miotłą przeganiał graczy, bardzo wygodnie można było przenieść się zaraz 
na sąsiednie podwórze.

Prócz tego w kamienicy znajdowały się cudowne, tajemnicze piwnice 

pełne drzewa.

Niezwykłą rozkosz sprawiało ukrywanie się w nich pośród drew i 

wszelakich rupieci, w mroku pełnym suchego kurzu, podczas gdy na 
podwórzu w całej pełni jaśniał dzień. Słowem, dom, gdzie mieszkał Pietia, 
był pod każdym względem doskonały.

Gawrik wszedł na podwórze i stanął pod oknami mieszkania Pieti, 

mieszczącego się na trzecim piętrze.

Podwórko, przecięte na ukos ostrym południowym cieniem, było 

zupełnie puste. Ani jednego chłopca. Widocznie wszyscy byli albo na wsi, 
albo nad morzem.

W większości okien okiennice były zamknięte. Upalna, leniwa cisza 

południa. Ani jednego dźwięku.

Tylko skądsiś z dala — być może aż z ulicy Botanicznej — dochodziło 

skwierczenie i strzelanie smażącego się tłuszczu na rozpalonej patelni. 
Sądząc po zapachu, smażyła się gdzieś ryba na słonecznikowym oleju.

— Pietia! — krzyknął Gawrik do góry, przykładając dłonie do ust. 

Milczenie.

— Pie-et’-ka!
Okiennice dalej zamknięte.
— Pie-e-e-e-t'ka-a-a!
— Pie-e-e-et'ka-a-!
W kuchni otworzono lufcik i wyjrzała stamtąd owiązana białą chustką 

głowa kucharki Duni.

— Jeszcze nie przyjechali — powiedziała prędko.

background image

— A kiedy przyjadą?
— Oczekujemy dziś wieczór.
Chłopiec splunął i roztarł nogą. Przez chwilę milczał.
— Jak tylko przyjedzie, proszę powiedzieć, że Gawrik przychodził.
— Według rozkazu, wasza wielmożność.
— Przyjdę jutro wcześnie z rana.
— Nie masz po co przychodzić. Nasz Pietia pójdzie do gimnazjum. 

Skończą się wszystkie wasze łobuzerki.

— Dobrze — burknął Gawrik posępnie — najważniejsze, żeby mu 

powiedzieć. Pani powie?

— Powiem, nie płacz.
— Do widzenia.
— Do widzenia, piękne stworzenie!
Widocznie Duni tak bardzo uprzykrzyła się letnia bezczynność, że 

zniżyła się do żartobliwej rozmowy z malutkim oberwańcem. Gawrik 
podciągnął spodnie i powlókł się do domu. Sprawy stały źle. Co teraz 
począć?

Gawrik mógł oczywiście pójść do starszego brata Tierientrja na Bliskie 

Młyny. Ale przede wszystkim te Bliskie Młyny leżały Bóg wie gdzie — 
tam i z powrotem nie mniej niż cztery godziny. A po drugie, nie wiadomo 
wcale, czy Tierientij teraz po rozruchach jest w domu. Bardzo być może, 
że ukrywa się gdzieś albo sam nie ma co jeść.

Po co zrywać nogi daremnie, nogi nie są rządowe.
Chłopiec wyszedł na polankę i przechodząc zajrzał w okna do 

żołnierzy.

Dopiero co zjedli obiad i płukali łyżki przy parapecie okiennym. Stos 

nie dojedzonych kawałków chleba sechł na upalnym słońcu.

Muchy pełzały po czarnych, gąbczastych kromkach z kasztanową, 

kwaśnawą skórką.

Gawrik stanął za oknem, olśniony widokiem taj obfitości.
Przez chwilę milczał i nagle, nieoczekiwanie dla samego siebie, rzekł 

szorstko:

— Dajcie trochę chleba!
Ale natychmiast opamiętał się, chwycił swoją skrzynkę i poszedł dalej 

rzuciwszy żołnierzom swój „szczerbaty” uśmiech.

— Ech nie, ja tylko tak! Nie trzeba!
Ale żołnierze stłoczyli się przy oknie wołając i gwiżdżąc na chłopca:
— Hej! Pss... Dokąd uciekasz? Wracajże! 
Wyciągali do niego przez kratę kawałki chleba.

background image

W tych okrzykach i w tym hałasie było tyle wesołej dobroduszności, że 

Gawrik zrozumiał, iż nie będzie w tym nic poniżającego, jeżeli weźmie od 
nich chleba. Podszedł i podstawił koszulę.

Poleciały kawałki.
— To nic! Spróbujesz naszego żołnierskiego, kazionnego. Przywykaj! 
Do chleba, którego rzucili około pięciu funtów, żołnierze dołożyli 

jeszcze porządną porcję wczorajszej kaszy.

Chłopiec ułożył to wszystko starannie w skrzynce. Grube żarty na 

temat skutków żołnierskiego jadła towarzyszyły mu, gdy odchodził do 
domu, żeby pomóc dziadkowi naprawiać sieci.

Pod wieczór wypłynęli znowu na morze.

Łódź na morzu

Spostrzegłszy, że statek nie zatrzymał się i nie spuścił szalupy, ale 

płynie w tym samym co poprzednio kierunku, marynarz uspokoił się 
trochę i przyszedł nieco do siebie.

Przede wszystkim postanowił zrzucić odzież, która przeszkadzała mu 

w pływaniu.

Pomagając sobie nagłymi zwrotami i wypluwając słoną i gorzkawą 

wodę, zrzucił trzema ruchami marynarkę, ciężką od wody jak żelazo.

Marynarka z rozrzuconymi rękawami płynęła jakiś czas za nim, jak 

gdyby była żywa, i jakby nie chcąc rozstać się z gospodarzem, usiłowała 
owinąć się dokoła jego nóg.

Marynarz pchnął ją parokrotnie, pozostała w tyle i zaczęła tonąć 

powoli, kołysząc się i zanurzając coraz bardziej, aż znikła w głębinie, 
dokąd słabo docierały mętne snopy przedwieczornego światła. Najtrudniej 
było ż butami. Przylgnęły, jak gdyby napełniono je klejem.

Marynarz z zawziętością zdzierał jedną nogą z drugiej te grube buty z 

rudymi cholewami, które go zdradzały. Wiosłując rękami zdawał się 
tańczyć w wodzie, to pogrążając się z głową, to wynurzając się z fali aż po 
ramiona.

Buty nie poddawały się. Wówczas nabrał w płuca zapas powietrza i 

chwycił but rękami. Zanurzywszy się z głową w falę szarpał go za śliski 
obcas wymyślając najgorszymi słowami i przeklinając na czym świat stoi. 
Wreszcie udało mu się ściągnąć przeklęty but. Z drugim poszło łatwiej. 
Jednakże kiedy Rodion zdjął już oba buty i spodnie, poczuł wraz z ulgą 
niesłychanie silne zmęczenie. W gardle paliło go od wody morskiej, której 

background image

mimo wszystko niemało się nałykał. Na domiar złego skacząc ze statku 
uderzył się porządnie w nogę.

Nie spał już prawie dwie doby, przeszedł pieszo czterdzieści czy 

pięćdziesiąt wiorst, przeżył tyle wzruszeń. Jak gdyby pociemniało mu w 
oczach. Może zresztą dlatego, że szybko zapadał wieczór.

Woda straciła swoją dzienną barwę i stała się jakaś inna, chociaż 

błyszcząca i jasnoheliotropowa  na powierzchni, ale straszna, niemal 
czarna w głębi.

Z dołu, z powierzchni morza, nie było wcale widać brzegu. Horyzont 

zwęził się niesłychanie. Jedynie czyste niebo na skraju świeciło się 
przejrzystą, zieloną barwą zachodu z ledwie widoczną, niewyraźną 
gwiazdeczką.

Tam więc znajduje się brzeg, tam trzeba płynąć.
Marynarz miał na sobie już tylko koszulę i kalesony. Nie 

przeszkadzały mu prawie zupełnie. Ale kręciło mu się w głowie, łamało w 
stawach rąk i nóg i płynąć było coraz trudniej.

Chwilami wydawało mu się, że traci przytomność. Chwilami mdliło 

go. To znowu ogarniał go nagły lęk. Samotność i głębina napawały go 
strachem.

Przedtem nie zdarzało mu się to nigdy. Najpewniej zachorował.
Zdawało mu się, że jego mokre włosy są tak suche, gorące i twarde, że 

aż kłują go w głowę.

Dokoła nie było żywej duszy. W górze, w pustym przedwieczornym 

powietrzu przeleciał jakiś ptak trzepocąc grubymi skrzydłami, sam gruby 
jak kot. W długim, zakrzywionym na końcu dziobie trzymał maleńką 
rybkę.

Marynarza ogarnęło ponownie uczucie lęku. Bał się, że lada chwila 

pęknie mu serce i że pójdzie na dno. Chciał krzyknąć, ale nie mógł 
rozewrzeć warg.

Nagle usłyszał słaby plusk wioseł i po chwili ujrzał czarną sylwetkę 

łodzi. Zebrał siły i ruszył za nią odpychając rozpaczliwie wodę nogami. 
Dogonił łódź i zdołał uchwycić się wysokiej rufy.

Chwytając łódź rękami przysunął się jakoś do burty tam, gdzie 

spuszczała się nieco niżej, i zajrzał do łodzi.

— No, nie wygłupiaj się! — krzyknął Gawrik ponurym basem 

ujrzawszy mokrą głowę, która wysunęła się spoza rozkołysanej nagle 
burty.

Pojawienie się tej głowy nie zdziwiło chłopca ani trochę. Odessa była 

znana ze swoich pływaków.

background image

Niektórzy z nich wypływali niekiedy o trzy, cztery wiorsty od brzegu i 

wracali późnym wieczorem. Był to zapewne jeden z nich.

— Ale jeżeli jesteś już takim bohaterem, to nie chwytaj się cudzej łodzi 

i nie odpoczywaj, tylko płyń o własnych siłach, bo ludzie są i bez ciebie 
zmęczeni, wracają z pracy.

— No, no, nie rób głupstw, odczep się! Bo jak cię wiosłem poczęstuję! 

I żeby skuteczniej odstraszyć go, chłopiec udawał, że podnosi wiosło, 
zupełnie tak samo jak to czynił dziadek w podobnych okolicznościach.

— Ja... jestem chory... — rzekł płynący prawie bez tchu. Zza burty 

wysunęła się drżąca ręka w przylepionym do niej wyszywanym rękawie 
koszuli.

I nagle Gawrik zrozumiał, że to nie pływak. Pływacy nie pływają po 

morzu w wyszywanych koszulach.

— Co to, czyś ty tonął?
Marynarz milczał. Jego ręce i głowa jak nieżywe zwisały na stronę 

wewnętrzną łodzi, podczas gdy nogi w kalesonach wlokły się na zewnątrz, 
po wodzie. Zemdlał.

Gawrik i dziadek rzucili wiosła i z trudem wciągnęli do łodzi 

bezwładne, straszliwie ciężkie ciało.

— Uch, jaki gorący — rzekł dziadek łapiąc oddech. Rzeczywiście, 

chociaż zemdlony dygotał na całym ciele i był mokry, cały płonął w 
suchej, chorobliwej gorączce.

— Chcecie może pić? — zapytał Gawrik.
Marynarz nie odpowiedział. Jego oczy powleczone mgłą patrzyły 

bezmyślnie, spieczone usta poruszyły się.

Chłopiec podał mu dębową beczułeczkę. Lecz ten odsunął ją słabym 

ruchem ręki, z grymasem wstrętu przełknął ślinę i natychmiast 
zwymiotował.

Głowa jego opadła uderzając o ławeczkę.
Po chwili jednak przyczołgał się do beczułki, namacał ją jak ślepy i 

szczękając zębami o dębową listewkę napił się wody. 

Dziadek pokręcił głową.
— To ci historia!
— Skąd jesteście? — spytał chłopiec.
Marynarz znów przełknął ślinę, chciał odpowiedzieć, ale tylko 

wyciągnął rękę przed siebie, lecz ręka natychmiast opadła bezsilna.

— Oj, do diabła z tym! — wymamrotał szybko i niewyraźnie. — Nie 

pokazujcie mnie ludziom... Marynarz jestem... ukryjcie mnie jakoś... bo 
powieszą... jak Boga kocham, prawdę mówię na Święty...

background image

Widocznie chciał się przeżegnać, ale nie mógł podnieść ręki. Chciał 

uśmiechnąć się w zupełnej swojej bezsilności, ale zamiast uśmiechu na 
ustach w oczach zjawiło się znów mętne szkliwo. I zemdlał ponownie,

Dziadek i wnuczek spojrzeli po sobie, ale nie rzekłi jeden do drugiego 

ani słowa.

Czasy były takie, że najlepiej — wiedzieć i milczeć.
Położyli marynarza ostrożnie na dnie łodzi na kracie, gdzie chlupotała 

nie wybrana woda, podsunęli mu pod głowę beczułeczkę i wzięli się do 
wioseł.

Wiosłowali powoli, bez pośpiechu, tak ażeby dopłynąć do wybrzeża 

wtedy, gdy będzie już zupełnie ciemno. Im ciemniej, tym lepiej. Pokręcili 
się nawet trochę wśród znajomych skał, zanim dobili do brzegu.

Na szczęście nie było tam nikogo.
Panował ciepły, głęboki mrok, pełen świerszczy i gwiazd.
Dziadek i wnuczek wciągnęli łódź na brzeg. Żwir szeleścił tajemniczo.
Dziadek pozostał przy chorym, a Gawrik pobiegł, żeby popatrzeć, czy 

nie ma nikogo w pobliżu.

Po chwili powrócił tak cicho, że prawie nie było słychać jego kroków. 

Po krokach tych dziadek poznał, że wszystko jest w porządku. Ostrożnie, 
choć z wielkim wysiłkiem, wyciągnęli marynarza z łodzi j postawili go na 
nogi podtrzymując z obu stron.

Marynarz objął Gawrika za szyję i przycisnął do swojego niezwykle 

gorącego ciała, które zdążyło już obeschnąć. Całym ciężarem obsunął się 
na chłopca, widać nie rozumiejąc nawet, co się z nim dzieje.

Gawrik rozstawił nogi, żeby łatwiej zachować równowagę, i szepnął:
— Chodzić możecie?
Marynarz nic nie odpowiedział, ale zrobił jak lunatyk kilka chwiejnych 

kroków.

— Powolutku, powolutku — przygadywał dziadek ująwszy marynarza 

wpół przez plecy.
— Tu niedaleczko, dwa kroki.

Weszli wreszcie na górę. Nikt ich nie widział. A jeśliby nawet teraz 

zobaczył, najpewniej nie zwróciłby w ogóle uwagi na białą, chwiejącą się 
postać, którą prowadzili starzec i chłopczyk.

Był to zwykły widok: pijanego rybaka prowadzą krewni do domu. A że 

przy tym nie wymyśla i wyśpiewując nie drze się na całe gardło, to po 
prostu dlatego, że łyknął zbyt wiele gorzałki.

Ledwo marynarza wprowadzili w gorącą, wonną ciemność izdebki, 

natychmiast opadł ciężko na drewnianą pryczę.

background image

Dziadek zasłonił okienko kawałkiem dykty ze skrzynki i zamknął 

szczelnie drzwi. Dopiero potem zapalił maleńką naftową lampkę bez 
szkiełka, przykręcając knot jak można było najniżej.

Lampka stała w kącie na półce wyłożonej gazetą.
Leżał tu również chleb żołnierski, zawinięty w mokrą szmatkę, żeby 

się nie zesechł, kubek zrobiony z puszki od konserw, blaszana miseczka z 
żołnierską kaszą, dwie drewniane łyżki, trochę grubej, szarej soli w dużej, 
granatowej muszli — słowem, całe ich nędzne, ale niezwykle starannie 
utrzymane gospodarstwo.

Stara, sczerniała od kopcia ikona świętego Mikołaja-Cudotwórcy — 

patrona rybaków — zawieszona w kącie nad półką, spoglądała podłużną 
kawową plamą prastarego oblicza i niesamowitymi oczami kijowskiego 
malowidła.

W tej chwili po odwiecznym obliczu pełzały z dołu ku górze kopeć i 

światło lampki. Zdawało się, że twarz świętego żyje, że święty oddycha.

Dziadek nie wierzył już od dawna ani w Boga, ani w diabła. W życiu 

swoim nie doznał od nich ani dobrego, ani złego. Ale w Mikołaja-
Cudotwórcę wierzył.

Jakże nie wierzyć w świętego, który człowiekowi pomaga w jego 

ciężkim i niebezpiecznym rzemiośle? Toć w życiu dziadka nie było nic 
bardziej ważnego aniżeli jego rybackie rzemiosło.

Ale trzeba przyznać, że w ostatnich czasach święty jakoś nie 

dopisywał.

Kiedy dziadek był młodszy, miał siły, dobry sprzęt rybacki, żagiel, 

Cudotwórca pomagał wtedy, owszem, owszem. Był z niego nie najgorszy 
pożytek w gospodarstwie.

Ale im starszy był dziad, tym mniej pomocny stawał się święty.
Jasne, że jeżeli w gospodarstwie rybackim brak żagla i starzec z 

każdym dniem coraz mniej ma sił, jeśli nie starcza pieniędzy na mięso na 
przynętę, to żebyś był Cudotwórcą — ryba łowić się będzie drobna, do 
niczego... Czegóż tu można żądać?

Widocznie i dla Cudotwórcy niełatwą jest sprawą przemóc biedę i 

starość.

Zdarzało się jednak, iż majestatyczny, ale bezużyteczny święty rodził 

w starcu uczucie goryczy i zawodu. Prawda, jeść nie prosi, wisi sobie 
cichutko w kącie. No, niechaj już tam wisi: może kiedyś jeszcze 
dopomoże. Z biegiem czasu starzec zaczął traktować Cudotwórcę raczej 
pobłażliwie, a nawet jakby z pewną ironią.

Wracając z połowu do izdebki — a połów bywał teraz najczęściej 

niesłychanie marny — dziadek gderał:

background image

— No i co, stary pierniku, znowu leżymy z tobą na obie łopatki? Taki 

drobiazg przywieźliśmy, że aż wstyd zanieść to do hal. Nie byczki, ale 
wszy.

I dobrodusznie dodawał, żeby nie poniżać już tak strasznie 

Cudotwórcy:

— Ale bo i prawda! Czy porządny, duży byczek pójdzie na krewetkę? 

Prawdziwy, syty byczek gwiżdże sobie na krewetkę. Mięsa trzeba dla 
porządnego, sytego byczka. A jak je zdobyć, owo mięso? Za cuda go się 
nie kupi! Takie to dzieje!

Jednakże w tej chwili starzec nie miał głowy do świętego.
Marynarz niepokoił go bardzo. I nie tyle to, że gorączkował, że stracił 

przytomność, ile przeczucie śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie groziło 
marynarzowi z niewiadomych rąk.

Rzecz jasna, że dziadek coś niecoś miarkował, czegoś domyślał się. 

Ale żeby człowiekowi pomóc, trzeba było wiedzieć o wiele więcej.

A marynarz jak na złość leżał nieprzytomny, wyciągnięty na zeszytej 

ze skrawków kołdrze i patrzał przed siebie szeroko rozwartymi, nic nie 
rozumiejącymi oczami.

Jedna jego teka zwisała z łóżka, a druga leżała na piersi. Na tej ręce 

dziadek dostrzegł niedużą, niebieską kotwicę.

Od czasu do czasu marynarz jęcząc i oblewając się potem usiłował 

gwałtownie podnieść się z łóżka, gryzł nieprzytomnie rękę, jak gdyby 
chciał wygryźć kotwicę, jakby miał doznać natychmiastowej ulgi, gdyby 
mu się to udało.

Dziadek przemocą układał go z powrotem na łóżku, a ocierając mu 

czoło powtarzał:

— No, kładź się... Leż, mówię ci... I śpij, nie bój się, śpij!
W ogródku Gawrik gotował wodę w kociołku, żeby napoić chorego 

herbatą. Właściwie nie herbatą, lecz raczej wywarem z pachnącego ziela, 
które dziadek zbierał w maju na okolicznych wzgórzach, suszył i naparzał 
zamiast herbaty.

„Działo na wieży, ognia?”

Noc minęła ogromnie niespokojnie. Marynarz rwał koszulę na piersi. 

Było mu duszno. Dziadek zgasił lampkę i otworzył drzwi, żeby wpuścić 
trochę świeżego powietrza.

Marynarz ujrzał gwiaździste niebo, ale nie rozumiał, co to takiego. 

Nocny wietrzyk wpadł do izdebki i przyjemnie chłodził mu głowę.

background image

Gawrik położył się w burzanie koło drzwi wsłuchując się w każdy 

szelest. Aż do rana chłopiec nie zmrużył oczu. Ścierpła mu ręka. Dziadek 
ułożył się na glinianej podłodze izby — i on -nie spał nasłuchując cykania 
świerszczy, szumu fal i jęków chorego, który zrywał się raz po raz 
wzburzony, krzycząc słabym, urywanym głosem-:

— Działo na wieży, ognia! Koszuba! Bijcie z wieży!... 
I inne różności od rzeczy.
Wówczas dziadek ujmował go mocno za ramiona, potrząsał nim 

ostrożnie i szeptał mu w same usta, z których buchał żar:

— Leż, nie krzycz. Na rany samego Pana Boga nie podnoś gwałtu. 

Legnij tu i milcz. Skaranie!

I marynarz stopniowo przycichał zgrzytając zębami. Kim był ten 

dziwny chory?

Wśród siedmiuset marynarzy, którzy opuścili pancernik „Potomkin” na 

wybrzeżu Rumunii, był Rodion Żukow.

Spośród innych marynarzy zbuntowanego okrętu niczym się nie 

wyróżniał.

Od pierwszej godziny powstania, od owej chwili, kiedy dowódca 

pancernika w grozie i rozpaczy rzucił się na kolana przed załogą, kiedy 
rozbrzmiały pierwsze salwy karabinowe i trupy niektórych oficerów 
poleciały za burtę, kiedy marynarz Matiuszenko z hałasem wyważał drzwi 
admiralskiej kajuty, tej samej kajuty, obok której dotychczas strach było 
nawet przejść, od owej chwili Rodion Żukow żył, myślał i działał tak 
samo, jak i większość zbuntowanych marynarzy — w lekkim zamroczeniu, 
w upojeniu i w gorączce aż do chwili, gdy musieli poddać się Rumunom i 
zejść na brzeg w Konstancy.

Nigdy dotychczas nie postała noga Rodiona na cudzej ziemi. A cudza 

ziemia jak bezpłodna siła szeroka jest i gorzka.

„Potiomkin” stał tuż obok przystani.
Wśród feluk  i statków towarowych, szary, o trzech kominach, w 

otoczeniu czółen, jachtów i kutrów, obok nędznego rumuńskiego 
krążownika był on niedorzecznie wielki.

Wysoko ponad wieżami działowymi, ponad szalupami i rejami wisiała 

wciąż jeszcze andriejewska flaga, przecięta na ukos niebieskim krzyżem 
jak paczka sznurkiem.

Ale oto flaga drgnęła, opadła, i powoli zaczęła się opuszczać.
Obiema rękami zdjął wówczas Rodion swoją marynarską czapkę i 

skłonił się tak nisko, że końce nowych gieorgijewskich wstążek legły 
miękko na piasku jak pomarańczowo-czarne kwiaty.

background image

— Po prostu wstyd... całkiem wstyd! Dwunastocalowe działa, naboi aż 

po uszy, celowniczowie — chłopcy na schwał. Źle, żeśmy nie posłuchali 
Koszuby. Dorofiej Koszuba mówił słusznie: konduktorów, parszywców za 
burtę! „Gieorgija Pobiedonosca” zatopić! Iść na Odessę, desant wysadzić. 
Cały garnizon odeski poruszylibyśmy, wszystkich robotników, całe Morze 
Czarne! Hej, Koszuba, Koszuba, gdybyśmy ciebie byli wtedy posłuchali... 
A tymczasem nic z tego wszystkiego...

Po raz ostatni skłonił się Rodion przed swoim rodzimym okrętem...
— Dobra — wycedził przez zęby — dobra. Sprawy nie zaprzepaścimy. 

I tak całą Rosję dźwigniemy.

W kilka dni później kupił za ostatnie pieniądze cywilne ubranie i nocą 

przeprawił się przez Dunaj, koło Wilkowa, na rosyjską stronę.

Miał następujący plan: najpierw stepem dostać się do Akermanu, 

stamtąd barką lub statkiem do Odessy, a z Odessy do rodzinnej wsi 
Nierubajskie — dwa kroki. Tam zaś — zobaczy się...

Jedno wiedział Rodion z całą pewnością, że wszystkie drogi do 

przeszłości są odcięte, że do jego dotychczasowego życia, niewolniczego 
żyda marynarza na carskim pancerniku, i do ciężkiego, choć takiego 
swojskiego, chłopskiego życia w domu, w chałupce sino bielonej z 
granatowymi okienkami, pośród żółtych i różowych malw — nie ma 
powrotu,

Teraz albo na szubienicę, albo ukrywać się, zorganizować powstanie, 

palić majątki dziedziców, iść i odszukać w mieście komitet.

W drodze czuł się źle. Ale nie można było się już zatrzymać! Szedł, 

mimo iż był chory.

I ot teraz... Co się z nim dzieje? Gdzie on leży? Dlaczego w drzwiach 

kołyszą się gwiazdy? I czy to są gwiazdy? Noc otoczyła Rodiona czarnym 
morzem.

Gwiazdy stłoczyły się, rozgorzały i płonęły przed jego oczami niskimi 

światłami z okien kwarantanny. Zaszumiało miasto, zapłonęło w porcie 
molo, ludzie pobiegli plącząc się w ogniu buntu. Wzdłuż jezdni salwy 
karabinowe legły długimi szynami.

Noc jakby rozkołysała się na okręcie. Lustrzany krąg reflektora 

przebiegał po falistym wybrzeżu rozżarzając do białości narożniki domów, 
zapalając się w szybach, wyrywając z ciemności biegnących żołnierzy, 
czerwone kawałki sztandarów, skrzynie z pociskami, lawety, powalone w 
poprzek ulicy tramwaje konne. I oto Rodion widzi siebie przy armacie w 
wieży.

Celowniczy przypadł oczami do dalekomierza. Wieża kręci się sama 

kierując na miasto pustą lufę, lśniącą od wewnątrz lustrzanymi nacięciami. 

background image

Stop! Akurat na wprost granatowej kopuły teatru, gdzie okazały generał 
odbywa radę wojenną przeciwko buntownikom.

Na wieży rozległ się długi, ostry dzwonek telefoniczny.
A może to świerszcze cykają w stepie?
Nie, to telefon. Elektryczny dźwigar z powolnym zgrzytaniem wynosi 

z piwnicy pocisk — kołysze się on na łańcuchach — wprost do rąk 
Rodiona.

A może to nie pocisk, lecz orzeźwiająca dynia? Ach, jak dobrze byłoby 

napić się! Ale nie, nie, to pocisk. — Działo na wieży, ognia!

I w tej samej chwili zadzwoniło w uszach, jak gdyby uderzyło coś z 

zewnątrz o pancerz wieży jak o bęben. Zapłonął ogień i buchnęła woń 
palonego żwiru.

Zadrżała reda na całej swojej szerokości. Zakołysały się szalupy. 

Żelazny pas legł między pancernikiem a miastem. Pocisk padł za daleko.

Rodiona palą ręce. Ale oto znowu świerszcze jak kryształowy strumyk 

wciskają się między przejrzyste gwiazdy a burzan, A może to telefon 
dźwięczy?

I drugi pocisk sam lezie z dźwigam do rąk marynarza. Wykończymy 

generała, poczekaj!

— Działo na wieży, ognia!
— Legnij! Nie krzycz!... Może dać ci się napić? Leż cicho!
...I drugi raz padł w wodę zatoki. Znowu padł za daleko. To nic! Chyba 

już za trzecim razem nie spudłujemy! Pocisków nie zabraknie. Mamy 
pełne komory amunicji.

Lżejszy od puchu, a jednocześnie cięższy niż cały gmach, legł trzeci 

pocisk w osłabionych dłoniach.

Aby go tylko jak najprędzej rzucić! Aby tylko jak najszybciej buchnął 

dym z granatowej kopuły. A potem już pójdzie, pójdzie!

Ale jakoś nie odzywa się telefon, przestały cykać świerszcze... Pomarli 

tam wszyscy na górze, czy co ?

A może to poranek nastaje, taki cichy i taki różowy?
Wydaje się, że wieża sama obraca się w tył.
„Zaprzestać ognia” — i pocisk wyśliznął się z rąk, które opadły, i 

potoczyły się z powrotem do piwnicy zgrzytając łańcuchami dźwigam. 
Nie, nie, to kubek wymknął się z palców i woda ścieka powoli z łóżka na 
podłogę.

I cisza, cisza...
„Ale cóż to takiego? Ech, sprzedali, sprzedali wolność, diabły rogate! 

Stchórzyli! Jak już bić, to bić do końca, żeby kamienia na kamieniu nie 
zostawić!”

background image

— Ognia, działo na wieży, ognia!
— Och, Boże, Boże, Mikołaju, Cudotwórco święty! Połóż się, wypij 

jeszcze wody. Utrapienie z nim!

Bladoróżowa cisza poranka przylgnęła delikatnie i uspokajająco do 

rozpalonego policzka Rodiona. Gdzieś daleko na złocistym urwisku piały 
koguty.

Właściciel strzelnicy

Dziadek i wnuczek omówili sytuację i zadecydowali, że chorego nie 

trzeba tymczasem nikomu pokazywać. Tym bardziej nie należy odsyłać go 
do miejskiego szpitala, gdzie na pewno zażądają paszportu.

Dziadek orzekł, że marynarz ma zwyczajną, niezbyt nawet silną 

gorączkę, która wkrótce minie. A potem niech sam o sobie pomyśli.

Tymczasem rozwidniło się już na dobre i trzeba było znowu wypłynąć 

na morze. Chory nie spał.

Osłabiony po nocnych potach, leżał nieruchomo na wznak patrząc 

żywymi, przytomnymi oczami na obraz Cudotwórcy z pękiem świeżych 
bławatków wetkniętych za zgiętą, poczerniałą ze starości deskę.

— Czy ty mnie słyszysz? — spytał dziadek zbliżając się do chorego. 

Marynarz poruszył słabo wargami, jakby chciał wymówić: „Słyszę”.

— Ulżyło ci?
Chory przymknął powieki na znak potwierdzenia.
— Może chcesz jeść?
Dziadek spojrzał z ukosa na półkę z chlebem i z kaszą. Marynarz 

ledwie poruszył głową. „Nie”.

— No, jak chcesz... Słuchaj, synku... My musimy iść na połów, po 

byczki, słyszysz? Więc ciebie zostawimy tu samego i zamkniemy na klucz. 
Możesz nam ufać. Jesteśmy takimi ludźmi jak i ty — czarnomorcy. 
Słyszysz? Leż sobie tu cichutko i odpoczywaj. A jeżeli ktoś zastuka, to 
tylko milcz i nic więcej. My z Gawrikiem załatwimy szybko i prędziutko 
wrócimy. Postawię tu wody w kubeczku, zechcesz, to się napij. I nie myśl 
o niczym, możesz zupełnie polegać na nas, słyszysz?

Starzec rozmawiał z chorym jak z niemądrym dzieckiem, powtarzając 

co dwa słowa: czy słyszysz?

Marynarz spoglądał na niego usiłując uśmiechać się oczami i raz po raz 

przymykał je, jak gdyby mówił: bądź spokojny, rozumiem, dziękuję.

background image

Rybacy zamknęli marynarza, udali się na połów i po czterech 

godzinach wrócili znalazłszy wszystko w domu w zupełnym porządku. 
Chory spał.

Tym razem szczęście im sprzyjało.
Zdjęli z sieci trzy i pół setki pięknych, dużych byczków i dziadek 

spojrzawszy życzliwie na Cudotwórcę żuł przez chwilę pomarszczonymi 
wargami, po czym powiedział:

— Nieźle. Dzisiaj nieźle. Choć na krewetkę tylko, ale duże. Daj ci 

Boże zdrowie.

Lecz Cudotwórca mając pełną świadomość swojej mocy spoglądał na 

dziadka surowo, a nawet z góry, jak gdyby chciał powiedzieć: „A tyś 
jeszcze wątpił, starym piernikiem mnie nazywałeś. Sam jesteś stary 
piernik”.

Dziadek postanowił, że sam pójdzie z byczkami do hal. Trzeba było 

wreszcie uregulować stosunki z madame Storożenko. Bo i cóż to 
ostatecznie — choćby nie wiem ile towaru przynosić, zawsze jeszcze 
pozostaje dług, a gotówki ani kopiejki! W takim razie co za sens łowić 
ryby?

Dzisiaj nadarzyła się właśnie najlepsza okazja. Takiego towaru me ma 

potrzeby się wstydzić. Byczki — jeden w drugiego.

Gawrik też miał ochotę pójść dzisiaj do hal, żeby w drodze powrotnej 

zobaczyć się z Piet’ką i napić się wreszcie kwasu na rogu.

Ale niebezpiecznie było pozostawiać marynarza samego, ponieważ 

była to niedziela: na wybrzeże przyjedzie na pewno dużo ludzi z miasta

Dziadek dźwignął na ramię mokrą jeszcze skrzynkę, a Gawrik zmienił 

wodę w kubku, okrył marynarzowi nogi, żeby go muchy nie gryzły, i 
zawiesiwszy kłódkę na drzwiach, wyszedł przespacerować się trochę. 
Całkiem niedaleko stąd na wybrzeżu znajdowały się różne budy 
rozrywkowe: restauracyjka z ogrodem i kręgielnią, strzelnica, karuzela, 
budki z wodą sodową i wschodnimi słodyczami, automaty-siłomierze — 
słowem, maleńki jarmark. Pospacerować tam i pogapić się trochę 
sprawiało chłopcu najżywszą przyjemność.

Msze nie skończyły się jeszcze. W górze nad urwiskami płynęły 

dźwięki dzwonów nadmorskich cerkwi.

Wiatr, którego w dole nie czuło się wcale, lekko przesuwał od czasu do 

czasu po niebie śnieżnobiały obłok, równie okrągły i wyraźny jak i owe 
dźwięki.

Zabawa nie rozpoczęła się jeszcze na dobre: kilku wystrojonych 

przybyszów z miasta kręciło się już w pobliżu karuzeli czekając, aż zdejmą 
z niej wreszcie płócienny pokrowiec.

background image

Z kręgielni dobiegał powolny, żelazny hurkot ciężkiej kuli puszczonej 

po wąskiej desce. Kula toczyła się straszliwie długo. Łoskot malał z każdą 
chwilą, aż nagle po krótkiej ciszy spoza zarosłego żółtymi akacjami 
ogrodzenia dolatywał słaby, melodyjny stuk przewracających się kręgli.

Na strzelnicy od czasu do czasu ktoś strzelał. Niekiedy po zupełnie 

słabym, urwanym wystrzale słychać było brzęk stłuczonej butelki albo 
zaczynał szumieć mechanizm poruszającej, się tarczy strzelniczej.

Strzelnica przyciągała do siebie ludzi jak magnes.
Gawrik podszedł do budy i stanął przy drzwiach wdychając chciwie 

zapach prochu nie dający się z niczym porównać. Charakterystyczny, 
kwaskowaty i duszny smak wystrzału czuło się nawet na języku.

Och, te strzelby rozstawione tak kusząco na specjalnych stojakach! 

Maleńkie, jakby odlewane kolby wyrobione starannie z ciężkiego jak 
żelazo drzewa, z siateczką ostrych nacięć w miejscach, gdzie trzymało się 
je ręką, aby się nic wyślizgiwały. Gruba, ale długa, szlifowana lufa z 
niebieskiej hartowanej stali z maleńkim jak ziarno grochu wylotem. 
Niebieska stalowa muszka. I zamek, który podnosił się tak prosto i łatwe.

Nawet najbogatsi chłopcy marzyli o takiej strzelbie. Słowo 

„montechristo” wymawiano z biciem serca. Było ono ucieleśnieniem 
bajecznego bogactwa, szczęścia, sławy i męstwa. Posiadać montechristo 
było to nawet czymś więcej, aniżeli mieć własny rower.

Chłopcy, którzy je posiadali, znani byli daleko poza granicami swojej 

dzielnicy. Tak właśnie mówiono o nich: „Ten Wołodia z Riszeliewskiej 
ulicy, który ma montechristo”.

Jasne, że Gawrik nie śmiał marzyć o własnym montechristo,. Nie śmiał 

nawet marzyć, żeby wystrzelić z tego tu, strzał bowiem kosztował 
niegodziwie drogo: pięć kopiejek. Na taki strzał mógł sobie pozwolić tylko 
bardzo zamożny człowiek.

Gawrik mógł jedynie marzyć o tym, żeby wycelować z tej cudownej 

strzelby. Właściciel strzelnicy sprawiał mu czasami tę przyjemność.

Ale obecnie w strzelnicy znajdował się gość, teraz więc nie mogło być 

nawet mowy o tym. Może kiedy klient odejdzie, Gawrik poprosi 
właściciela i wtedy...

Ale gość nie śpieszył się z odejściem. Stał rozstawiwszy grube nogi w 

topornych sandałach i nie strzelał, tylko rozmawiał z właścicielem 
strzelnicy.

Gawrik skorzystał z chwili, kiedy właściciel obejrzał się, i powitał go 

grzecznie:

— Szczęść Boże. Wesołych świąt.

background image

Gospodarz odpowiedział z godnością skinieniem głowy, jak przystoi 

na właściciela tak niezwykłego przedsiębiorstwa rozrywkowego. Był to 
dobry znak. Właściciel jest, widać, w dobrym humorze i bardzo a bardzo 
możliwe, że da potrzymać w ręku montechristo.

Chłopiec odważył się przybliżyć, a nawet stanął na progu strzelnicy.
Z cichym zachwytem oglądał zawieszone nad ladą pistolety, nakręcane 

zabawki, służące jako cel, z których jedna szczególnie podobała się 
chłopcu.

Był to pancernik japoński z armatami i z flagą pośród ostrozielonych 

fal blaszanego morza. Z morza sterczał na kijku malutki krążek. Gdy się 
trafiło w niego, wówczas pancernik rozłupywał się z hałasem na pół i 
tonął, a zamiast niego wyskakiwał blaszany wachlarz wybuchu.

Zrozumiałe, że wśród zajączków grających na bębnie, wśród baletnic, 

rybaków z butem na wędce i butelek sunących jedna za drugą na 
nieskończonej taśmie japoński pancernik zajmował pierwsze miejsce ze 
względu na wspaniały pomysł i artystyczne wykonanie.

Wszystkim było wiadomo, że Japończycy dopiero niedawno zatopili 

pod Cuszimą całą flotę rosyjską, i wśród „strzelców” zawsze znalazł się 
ktoś, kto miał ochotę zemścić się na Japończykach.

W strzelnicy była jeszcze prawdziwa malutka fontanna. Puszczano ją w 

ruch na specjalne zamówienie. Właściciel kładł na wodną strugę 
celuloidową kulkę. Woda podrzucała ją, obracała nią na wszystkie strony i 
to opuszczała, to nagle podnosiła. Był to istny cud, zagadka natury.

Niesłychanie trudno było trafić w tę kulkę. Amatorzy wpadali w 

hazard, wysyłali po dziesięć — piętnaście kul i najczęściej odchodzili z 
niczym. Ale jeśli komuś udało się, mimo wszystko, trafić w kulkę, miał 
prawo do dodatkowego wystrzału bezpłatnie.

— Więc nic takiego nie wydarzyło się wczoraj u was? — kontynuował 

rozmowę gość bawiąc się elegancką strzelbą, która wydawała się całkiem 
mała w jego wielkich łapach.

— Zdaje się, że nie.
— T-tak.
Strzelec szukał przez chwilę oczami i ważył, w co by tu wycelować. 

Zdjął niebieskie binokle, które pozostawiły na jego mięsistym nosie dwa 
koralowe odciski, i zaczął mierzyć w zająca z bębnem. Ale potem 
rozmyślił się i opuścił strzelbę.

— I tutejsi rybacy nic takiego nie opowiadali?
— Nie opowiadali.
— Hm...
Gość wzniósł ponownie montechristo i znowu je opuścił.

background image

— A ja słyszałem, jakoby wczoraj wieczorem na wprost tego brzegu 

wypadł z „Turgieniewa” jakiś człowiek. Nic pan nie słyszał?

— Nic.
Gawrikowi oddech zamarł, jak gdyby wylano na niego z nagła całe 

wiadro lodowatej wody. Serce tak się mu ścisnęło, że nie słyszał prawie 
jego uderzeń. Nogi ugięły się pod nim. Bał się poruszyć.

— A ja słyszałem, że tutaj skoczył ze statku jakiś człowiek, którego 

ściga policja. O tu, na wprost tego brzegu. Nie wie pan?

— Od pana słyszę po raz pierwszy.
Widać było, że właścicielowi strzelnicy sprzykrzył się ten wąsaty 

gaduła. Właściciel grzecznie i z godnością kręcił w ręku zielone pudełko z 
nabojami i o mało me zaczął ziewać. Uważał on, zresztą zupełnie słusznie, 
że do strzelnicy przychodzi się po to, żeby strzelać. A jeśli masz ochotę 
porozmawiać z człowiekiem, to — czemu nie? — można i porozmawiać 
między jednym strzałem a drugim. Oczywiście, można by porozmawiać na 
jakiś ciekawy temat: na przykład o wyścigach cyklistów na cyklodromie 
albo też o rosyjsko-japońskiej wojnie.

Na jego zmiętoszonej, zbrużdżonej tajoną namiętnością twarzy 

pechowca malowała się dręcząca nuda.

Gawrikowi było go żal z całego serca. Jak wszystkie inne dzieci, 

Gawrik nie wiadomo czemu bardzo lubił tego człowieka z ukośnie 
podstrzyżonynri baczkami, krzywymi jak u jamnika nogami, z włochatą, 
tatuowaną piersią, przeświecającą przez siatkową koszulę.

Gawrik wiedział, że właściciel strzelnicy nie miał nigdy grosza przy 

duszy, chociaż zarobki jego były wcale przyzwoite. Stale był komuś 
winien, zawsze był czymś niesłychanie zatroskany. Krążyły o nim 
pogłoski, że niegdyś był słynnym dżokejem, ale pewnego razu za jakąś 
podłość uderzył właściciela cyrku szpicrutą po twarzy. Wypędzono go. 
Pozbawiony kawałka chleba, z wilczym biletem  w kieszeni, zaczął grać w 
totalizatora i gra go zgubiła. Teraz grał we wszelkie gry hazardowe nie 
gardząc nawet grą z chłopakami w „klipę” po kopiejce.

Straszliwy hazard dręczył go ustawicznie.
Wiedziano, że nieraz przegrywał wszystko, co miał na sobie. Na 

przykład trzewiki, które nosił, nie były jego własnością. Przegrał je jeszcze 
na początku lata w „oko” i teraz, zamykając swój zakład na noc, 
zdejmował je i szedł do domu na bosaka trzymając pod pachą skrzynkę ze 
strzelbami i pistoletami, które oddawał aż do rana na przechowanie 
znajomemu dozorcy z Małej Arnauckiej ulicy, bał się bowiem, że może je 
przegrać.

background image

Pewnego razu — Gawrik widział to na własne oczy — założył się o 

pół rubla z jakimś panem spacerującym nad brzegiem morza, że z 
montechristo trafi wróbla w locie. Oczywiście spudłował.

Gawrik przyglądał się niemal ze łzami, jak zawstydzony, długo, z 

udanym zdziwieniem przypatrywał się strzelbie, wzruszał ramionami i 
wreszcie wsunął rękę gdzieś za podszewkę swej łatanej marynarczyny. 
Wyciągnął stamtąd pół rubla i blady podał go owemu panu, który począł 
ze śmiechem wymawiać się twierdząc, że to był żart tylko. Ale właściciel 
strzelnicy spojrzał na niego nagle takimi obłąkanymi, budzącymi litość, a 
jednocześnie groźnymi oczami, że tamten wziął spiesznie półrublówkę i 
wsunął ją z zakłopotaniem do kieszeni swojej czesuczowej marynarki.

Tego dnia właściciel strzelnicy nie zamknął swojego zakładu w 

obiadowej porze.

— ... Radzę panu wystrzelić w baletnicę. Zobaczy pan, jaki pikantny 

fuch zrobi nóżkami — rzekł gospodarz chcąc przerwać rozmowę, która mu 
się znudziła, i zwrócić uwagę gościa na strzelanie.

— Jednakże to dziwne, że nikt o niczym nie wie — rzekł gość i w tejże 

chwili zauważył Gawrika.

Obrzucił go od stóp do głowy przelotnym spojrzeniem.
— Chłopcze, tyś tutejszy?
— Tutejszy — rzekł chłopiec nieoczekiwanie cienkim głosikiem.
— Rybacki?
— Rybacki.
— Czego się wstydzisz? Chodź tu, nie bój się.
Gawrik patrzał na sztywne, mocno zakręcone, czarne jak smoła wąsy, 

na podłużny plaster nalepiony w poprzek policzka i przestępując 
machinalnie z nogi na nogę zbliżał się, zdjęty trwogą, do nieznajomego 
pana.

Pytania i odpowiedzi

— Masz ojca i matkę?
— Ni.
— Z kim mieszkasz ?
— Z dziadkiem?
— A dziadek kto taki
— Staruszek.
— Wiadomo, że stary, a nie młody, A co on robi?
— Ryby łowi,

background image

— Więc jest rybakiem.
— Ano, rybak.
— A ty co?
— Chłopiec.
— To jasne, że chłopiec, a nie dziewczyna. Pytam się ciebie, co ty 

robisz.

— A nic, dziadkowi pomagam.
— Więc razem łowicie ryby?
— Aha.
— T-ak. Rozumiem. Jakże wy łowicie?
— Tak, po prostu. Na noc stawiamy sieci, a potem z rana wyciągamy 

byczki.

— Więc wyjeżdżacie w morze na łodzi? 
— Aha!
— Co dzień?
— Jak to? O co pan pyta, bo nie rozumiem.
— Co za dureń z ciebie! Pytam cię, czy co dzień wyjeżdżacie w morze 

na lodzi,

— A jakżeby inaczej?
— Rano i wieczór?
— Ni,
— Co ni?
— Tylko rano,
— A wieczór?
— I wieczorem też,
— Więc dlaczego mówisz, że tylko z rana, kiedy wieczorem także?
— Ni. Wieczorem stawiamy tylko sieci. A byczki to wyciągamy 

raniutko.

— Rozumiem. Więc wieczorem też wyjeżdżacie.
— Ni. Wieczorem tylko stawiamy.
— Och, Panie Boże! Ale żeby postawię przecie trzeba przedtem 

wyjechać na morze?

— A jakżeby inaczej?
— Więc wieczorem też wyjeżdżacie?
— Ni. Wieczorem nie wyciągamy. Wyciągamy tylko z rana.
— A wieczorem wychodzicie stawiać?
— A jakże!
— A więc wieczorem też wyjeżdżacie?
— Aha!

background image

— No widzisz, jakiś ty dureń! Żeby się z tobą dogadać, trzeba 

przedtem najeść się porządnie. Dlaczegoś ty taki durny?

— Ja mały.
Wąsaty pan spojrzał na Gawrika z nie ukrywanym szyderstwem i niby 

z lekka, choć w gruncie rzeczy dosyć mocno prztyknął go w głowę.

— Ech, ty rybaczysko!
Ale chłopiec nie był bynajmniej durniem.
Wyczuł on natychmiast w wąsaczu chytrego i niebezpiecznego wroga. 

Chodzi po wybrzeżu, wypytuje o marynarza. Udaje tylko, że przyszedł 
strzelać. Na pewno jakiś tajniak. Jeszcze zwącha, że właśnie u nich w 
chałupie ukrywa się zbieg. Może już wyśledził, nie daj Boże!

Gawrik od razu postanowił udawać małego głuptasa. Od głuptasa 

niewiele można się dowiedzieć.

Chłopiec zrobił natychmiast głupią minę, taką, jaką jego zdaniem 

powinien mieć mały dureń, wybałuszył bezmyślnie oczy i zaczął z 
przesadnym zawstydzeniem przestępować z nogi na nogę drapiąc liszaj na 
wardze.

Wąsacz widząc, że ma do czynienia z głupkiem, postanowił najpierw 

pozyskać go sobie, a potem rozpytać o wszystko.

Nie bez podstawy sądził, że dzieci to ród ciekawski i spostrzegawczy i 

że lepiej aniżeli dorośli wiedzą, co się dzieje dokoła.

— A jak się nazywasz, chłopcze?
— Gawrik.
— T-ak. A więc Gawriucha?
— Aha, Gawriucha.
— Słuchaj, Gawriucha, a chciałbyś wystrzelić?
Chłopiec zaczerwienił się aż po uszy. Jednakże opanował się 

natychmiast i udając w dalszym ciągu głupiego zapiszczał cieniutkim 
głosikiem:

— Ale ja nie mam pięciu kopiejek.
— Pewnie, że nie masz kapitałów. To nic. Możesz jeden raz 

wystrzelić, ja zapłacę.

— Oj, czy pan się nie śmieje ze mnie?
— Nie wierzysz mi? No, dobrze... Widzisz?
I mówiąc to wąsacz położył na ladzie dużą, nowiutką 

pięciokopiejkówkę.

— Pal!
Z zapartym ze szczęścia oddechem Gawrik spojrzał niezdecydowanie 

na właściciela strzelnicy. Ale twarz tego ostatniego przybrała już surowy, 

background image

oficjalny wyraz, który wyłączał całkowicie jakąkolwiek możliwość 
przyjacielskiego porozumienia.

Spojrzał na chłopca jak na nieznajomego i schyliwszy się grzecznie 

nad ladą spytał:

— Z czego wolisz strzelać, młody człowieku, z pistoletu czy ze 

strzelby? W tej chwili Gawrik poczuł się naprawdę głupi — tak go 
zmieszało niespodziewane szczęście.

Uśmiechnął się idiotycznie i jąkając się niemal wymamrotał:
— Z montechristo.
Gospodarz eleganckim ruchem nabił strzelbę i podał ją chłopcu. 

Gawrik sapiąc rzucił się na ladę i zaczął mierzyć w butelkę. Miał 
oczywiście największą ochotę wystrzelić w japoński pancernik. Ale bał się 
spudłować, a butelka była duża.

Starał się, jak tylko mógł, przedłużyć rozkosz celowania.
Przez chwilę mierzył w butelkę, potem w zająca, później w pancernik, 

potem znowu w butelkę. Przesuwał muszkę z krążka na krążek łykając 
ślinę i myśląc z przerażeniem, że oto zaraz wypali — i skończy się ta 
niebiańska rozkosz.

Gawrik westchnął głęboko, położył strzelbę i patrząc z miną 

winowajcy na właściciela rzekł do wąsacza:

— Proszę pana, ja już nie będę strzelał, bo się już i tak nacelowałem, 

niech mnie pan lepiej poczęstuje w budce wodą sodową. To przecież taniej 
wypadnie.

Wąsacz nie miał nic przeciwko temu i obaj starając się nie patrzeć na 

właściciela, na jego pogardliwą, a jednocześnie szyderczo-obojętną minę, 
udali się do budki.

Tu wąsacz okazał się nagle tak szczodry, że Gawrik aż krzyknął ze 

zdumienia. Zamiast wody z syropem, która kosztowała dwie kopiejki, 
wąsaty pan zażądał ni mniej, ni więcej, tylko całej dużej butelki wody 
„fiołek” za osiem kopiejek.

Chłopiec nie chciał wierzyć własnym oczom, kiedy budkarz wyjął 

białą butelkę z fioletową etykietką i odkręcił cieniutki drucik, którym 
przymocowany był korek.

Korek wystrzelił, ale nie tak gwałtownie jak kwas, lecz cichutko, 

zdecydowanie, delikatnie. I natychmiast przezroczysta woda zapieniła się, 
a z szyjki zaczął się wydobywać lekki dymek, który rozprzestrzeniał 
delikatny zapach najprawdziwszych fiołków.

Gawrik ujął ostrożnie obiema rękami, jak drogocenny przedmiot, 

zieloną, musującą szklankę i zmrużywszy oczy od słońca pił czując, jak 
pachnący gaz uderza w nos przez gardło.

background image

Chłopiec łykał ten czarodziejski napój bogatych i wydawało mu się, że 

na jego triumf patrzy cały świat: słońce, obłoki, morze, ludzie, psy, 
cykliści, drewniane koniki karuzeli, kasjerka miejskiego kąpieliska... I 
wszyscy mówią: „Patrzcie, patrzcie, ten chłopiec pije wodę «fiołek»!”

Nawet maleńka, turkusowa jaszczurka, która wyskoczyła z burzanu, 

żeby ogrzać na słońcu swój paciorkowaty kark, wisiała zawieszona na 
kamieniu i patrzała na chłopca zmrużonymi oczami, jak gdyby mówiła; 
„Patrzcie na tego szczęśliwego chłopca. Pije wodę «fiotek»”

Gawrik pił, a jednocześnie obmyślał, jak się będzie wyłgiwał, jeżeli 

wąsacz zacznie znowu piłować go pytaniami

W głowie chłopca dojrzał odpowiedni plan.
— No co, Gawriucha, smakowała ci woda „fiołek”?
— Dziękuję panu, w życiu nie piłem takiej smacznej wody.
— Myślę. A powiedz mi teraz: Wyjeżdżaliście na morze wczoraj 

wieczorem?

— Wyjeżdżaliśmy.
— Parowiec „Turgieniew” widzieliście?
— A jakżeby nie? O mało nam sieci nie poharatał swoimi kołami
— A z parowca nikt nie skoczył?
Wąsacz patrzał na chłopca przenikliwymi, czarnymi oczami
Gawrik uśmiechnął się z wysiłkiem i zaczął mówić z przesadnym 

wzburzeniem:

— Jak Boga kocham, skoczył! Bodajbym zginął! On ja-ak skoczy, a 

bryzgi na wszystkie strony ja-ak polecą! A on jak popłynie, raz-dwa!

— Czekaj! Czy nie łżesz? Dokądże on popłynął?
— Jak Boga kocham, że nie łżę!
I Gawrik, chociaż wiedział, że to grzech, przeżegnał się pośpiesznie 

cztery razy z rzędu.

— Jak popłynął, jak popłynął...
Rozmachując rękami chłopiec zaczął pokazywać, jak płynął marynarz.
— Ale dokąd?
— Tam — chłopiec machnął ręką w kierunku morza.
— A gdzie podział się potem?
— Potem jakaś łódź go zabrała.
— Łódź? Jaka?
— Taka, wie pan, duża, ogromna, oczakowska łódź z żaglem.
— Tutejsza?
— Ni.
— A jaka?

background image

— Z Dużej Fontanny... Albo może z Lustdorfu. Taka cała 

niebieściutka, a na pół czerwona, ogromna. Jak go zabrała, tak od razu 
poszła dalej i szła, i szła prosto na Lustdorf. Jak Boga kocham...

— Nie zauważyłeś nazwy łódki?
— A jakże, widziałem: „Sonia”.
— „Sonia”? Doskonale. A czy ty nie łżesz?
— Na Krzyż Święty przysięgam, żebym szczęścia w życiu nie widział, 

albo „Sonia”, albo „Wiera”

— „Sonia” albo „Wiera”?
— Albo „Sonia”, albo „Wiera”... albo „Nadia”.
— No, pamiętaj...
I zamiast zapłacić za wodę, wąsacz szepnął kioskarzowi na ucho coś 

takiego, od czego mina mu natychmiast zrzedła. Po czym skinął na chłopca 
i zaczął spiesznie biec pod górę w kierunku miasta — jak się chłopiec 
domyślił — na podmiejski pociąg.

Gawrik tylko na to czekał.

Półtora funta żytniego

Trzeba czym prędzej uprzedzić marynarza.
Ale Gawrik był ostrożnym i sprytnym chłopcem. Najpierw poszedł za 

wąsaczem obserwując go z daleka, aż przekonał się na własne oczy, że 
tamten udał się rzeczywiście na górę i zniknął w zaułku.

Dopiero wówczas chłopiec pobiegł do chałupki.
Marynarz spał. Ale zaledwie szczęknął zamek, zerwał się i siadł na 

łóżku obróciwszy do drzwi twarz z przerażonymi, błyszczącymi oczami.

— Nie bójcie się, to ja. Połóżcie się. Chory legł znowu na posłaniu.
Chłopiec długo krzątał się w kącie udając, że ogląda haczyki sieci 

ułożonej w okrągłym, wiklinowym koszyku. Nie wiedział, jak przystąpić 
do rzeczy, żeby nie zaniepokoić zbytnio chorego.

Wreszcie podszedł do łóżka i przez chwilę stał niezdecydowany 

pocierając nogę o nogę.

— Lepiej wam?
— Lepiej.
— Rozumiecie wszystko?
— Rozumiem. 
— Dać wam jeść?

background image

Chory, wyczerpany do cna nawet tą krótką rozmową, poruszył głową i 

zamknął oczy. Chłopiec pozwolił mu odpocząć. Po pewnym czasie rzekł 
cicho z łagodną natarczywością:

— To wy wczoraj skakaliście ze statku „Turgieniew”?
Chory otworzył oczy i spojrzał na chłopca uważnie, ż wielkim 

wysiłkiem, ale nic nie odpowiedział,

— Baczcie, co wam powiem — mówił Gawrik szeptem przysiadając 

obok niego na łóżku. — Tylko nie ruchajcie się, leżcie cicho...

I chłopiec jak najostrożniej opowiedział marynarzowi o swoim 

spotkaniu z wąsaczem.

Chory zerwał się znowu i usiadł na łóżku uchwyciwszy mocno za 

deski. Nie spuszczał z chłopca rozszerzonych, nieruchomych oczu. Czoło 
jego zwilgotniało. Wciąż jednak milczał.

Raz tylko przerwał milczenie, a mianowicie wtedy, kiedy Gawrik 

powiedział, że wąsacz miał plaster na twarzy.

W tym miejscu opowiadania w oczach chorego zamigotał jakiś dziki i 

z ukraińska wesoły błysk, i chory wycedził ochryple przez zęby:

— To na pewno kot go podrapał.
Jednakże nagle zaniepokoił się i trzymając się poręczy stanął na 

drżących nogach.

— Dawaj — mamrotał pochylając się bezwładnie to na jedną, to na 

drugą stronę — dawaj... byle gdzie... Na Chrystusa Pana!

— Połóżcie się! Toć chorzy jesteście!
— Dawaj... dawaj... Dawaj moje ubranie... Gdzie rzeczy?
Zapomniał zapewne, że zrzucił zwierzchnie ubranie na morzu i teraz 

macał niezaradnie wychudłą ręką po łóżku, nie golony, straszny, podobny 
do wariata w swojej białej koszuli i kalesonach.

Taka litość brała na jego widok, a jednocześnie wyglądał tak groźnie, 

że Gawrik gotów był uciec ze strachu.

Przemógł jednakże lęk, objął mocno tułów chorego i próbował ułożyć 

go z powrotem na łóżko. Chłopiec o mało nie płakał.

— Zlitujcie się nad sobą. Połóżcie się!
— Puść! Zaraz pójdę.
— Dokąd pójdziecie w kalesonach?
— Daj ubranie...
— Co wy też mówicie? Jakie ubranie? Kładźcie się z powrotem. 

Niczego nie mieliście na sobie!

— Puść! Pójdę.
— Co za skaranie mam z wami, gdybyście tylko wiedzieli! Zupełnie 

jak dziecko! Kładźcie się, powiadam wam! — krzyknął nagłe chłopiec 

background image

gniewnie, zniecierpliwiony. — Co się tu będę cackał z wami jak z 
dzieciakiem!

Chory położył się pokornie i Gawrik spostrzegł, że oczy jego 

przesłoniły się znowu szkliwem gorączki.

Marynarz zamruczał cichutko, marszcząc czoło i przeciągając się.
— Na Chrystusa Pana!. Niech mnie ktoś ukryje! Puśćcie mnie do 

komitetu... Nie wiecie, gdzie jest Odeski Komitet?... Nie strzelajcie, do 
diabła z wami, bo całą winnicę wystrzelacie...

I zaczął gadać od rzeczy.
„Źle” — pomyślał Gawrik. W tej samej chwili z zewnątrz dały się 

słyszeć kroki. Ktoś zmierzał prosto do chałupki przez burzan, z hałasem 
łamiąc krzaki.

Chłopiec skulił się nie śmiać nawet odetchnąć. Mnóstwo 

najstraszliwszych myśli przemknęło mu przez głowę.

Ale wkrótce usłyszał znany mu kaszel. Do chałupki wszedł dziadek.
I po tym, jak starzec rzucił u progu pustą skrzynkę, jak nos wytarł i jak 

długo i jadowicie żegnał się przed ikoną Cudotwórcy, Gawrik poznał bez 
cienia wątpliwości, że dziadek wypił.

Zdarzało się to staruszkowi bardzo rzadko, najczęściej po jakimś 

nadzwyczajnym wydarzeniu — wszystko jedno, po radosnym czy po 
smutnym.

Tym razem sądząc z tego, jak zwrócił się stary do Mikołaja 

Cudotwórcy, wydarzenie było raczej smutne.

— No co, dziadku, kupiliście mięso na przynętę?
— Mięso na przynętę?
Starzec spojrzał na Gawrika jakimś nieprzyjemnym wzrokiem i 

podsunął mu pod nos figę.

— Masz mięso! Naczepiaj! I podziękuj naszemu piernikowi-

Cudotwórcy. Pomódl się do niego, durnego, bodajby pękł! Nałowić dużych 
byczków — to on potrafi, ale ceny zrobić w halach odpowiednie — to nie 
jego rzecz! Co powiecie, moi państwo? Za takiego byczka — trzydzieści 
kopiejek za setkę! Czy to widziane rzeczy?

— Po trzydzieści kopiejek! — wykrzyknął chłopiec ze zgrozą.
— Po trzydzieści, żebym się z tego miejsca nie ruszył! Ja do niej: „Za 

taki towar po trzydzieści kopiejek? Bójcie się Boga, madame Storożenko!” 
A ona do mnie: „Wasz Bóg się do cen w halach nie wtrąca. My mamy 
swoje ceny, a Bóg swoje. A jeżeli się nie zgadzacie, to idźcie do Żydów, 
może oni wam dadzą o jakąś kopiejkę więcej, tylko zwróćcie mi najpierw 
moje osiemdziesiąt kopiejek długu”. Widzieliście coś podobnego ? No, czy 
za to nie plunąć babie w jej paskudne ślepia? A więc wyobraźcie sobie 

background image

państwo, żem jednak plunął! Nie bacząc na całe hale, plunąłem! Jak Boga 
kocham. Pełne oczy jej naplułem!

Słowom tym towarzyszyły pośpieszne znaki krzyża.
Oczywiście skłamał. Nikomu naturalnie w oczy nie napluł. Zatrząsł się 

tylko cały, zbladł i zaczął przerzucać ryby ze skrzynki do kosza madame 
Storożenko mamrocząc: „Bierzcie i udławcie się; żeby wam te byczki 
bokiem wylazły!”

A madame Storożenko najspokojniej przeliczyła ryby i podała 

dziadkowi dwanaście kopiejek lepkimi miedziakami rzucając krótko: 
„Jesteśmy kwita”.

Dziadek wziął pieniądze i natychmiast, płonąc od bezsilnego gniewu, 

poszedł do monopolu i kupił za sześć kopiejek niebieską buteleczkę z 
czerwoną główką. Odbił lak o specjalną tarkę, przybitą do akacji obok 
szynku i trzęsącą się ręką wybił koreczek, zawinięty w cienką bibułkę.

Jednym haustem wlał wódkę do gardła i na zakąskę huknął cienką 

butelkę o bruk rozbijając ją na drobne kawałki, chociaż mógłby dostać za 
nią kopiejkę kaucji.

Potem idąc do domu, kupił po drodze dla wnuczka za kopiejkę 

czerwonego lizaka — kogutka na sosnowym patyczku, zdawało mu się 
bowiem wciąż, że Gawrik jest jeszcze malutkim chłopczykiem — i kupił 
jeszcze dwa bardzo białe i bardzo kwaśne obarzanki dla chorego 
marynarza.

Za pozostałe pieniądze nabył półtora funta żytniego chleba.
W drodze taka nim złość trzęsła, że dziesięć razy zatrzymywał się i 

spluwał z wściekłością przed siebie, pewny, że pluje w podłe ślepia 
madame Storożenko.

— Przysięgam na Święty Krzyż — powtarzał dysząc w twarz Gawrika 

słodkawym zapachem wódki i wsuwając mu do ręki lizaka. — Spytaj, 
kogo chcesz w halach, całe hale widziały, jak jej w te podłe ślepia 
naplułem. A ty, dziecinko, zjedz kogutka, dobry. Taki dobry jak piernik.

W tej chwili starzec przypomniał sobie chorego i zaczął mu podsuwać 

obarzanki.

— Nie ruszajcie go dziadku. On dopiero co zasnął. Niech odpoczywa. 
Dziadek położył ostrożnie obarzanki na poduszce obok głowy 

marynarza i powiedział szeptem:

— Tss! Tss! Niech sobie odpoczywa. A potem, jak się obudzi, będzie 

jadł. Żytniego nie wolno mu teraz: ma kiszki bardzo słabe, a obarzanki 
może jeść, nie zaszkodzą.

Popatrzywszy z upodobaniem na obarzanki i na chorego, stary pokiwał 

głową i rzekł z czułością:

background image

— Śpi i o niczym nie wie. Ech, marynarzu, marynarzu, kiepsko z tobą!
Posłał sobie w kącie marynarkę i ułożył się na spoczynek.
Gawrik wyszedł z chałupki, obejrzał się na wszystkie strony i mocno 

zamknął za sobą drzwi. Postanowił nie tracąc ani chwili udać się na Bliskie 
Młyny do starszego brata, Tierientija.

Decyzja ta zrodziła się w owej chwili, kiedy chłopiec usłyszał, jak 

chory wymawiał w malignie słowo „Komitet”. Gawrik nie wiedział 
dokładnie, co to znaczy Komitet. Ale kiedyś słyszał to słowo z ust 
Tierientija.

Ranek

Pietia obudził się i zdumienie go ogarnęło, gdy ujrzał, że jest w 

miejskim pokoju pośród zapomnianych mebli i obić.

Promień słoneczny przeciął pokój wcisnąwszy się przez szparę w 

okiennicy. Pełne kurzu powietrze było jakby ukośnie przecięte od góry do 
dołu. Oświetlony rzęsiście, zawieszony w powietrzu pył, niteczki, 
ździebełka, poruszające się, a jednocześnie nieruchome, tworzyły na pół 
przezroczystą ścianę.

Wielka mucha jesienna przelatując przez tę smugę świetlną rozjarzyła 

się nagle i zgasła natychmiast.

Nie było słychać ani kwakania kaczek, ani histerycznego gdakania 

kury, która zniosła jajko za domem, ani głupiej paplaniny indyków, ani 
świeżego świergotu wróbla, kołyszącego się na cieniutkiej gałązce drzewa 
morwowego, która wygięła się pod nim na kształt łuku.

Inne zupełnie, miejskie dźwięki dobiegały z zewnątrz i z wewnątrz 

mieszkania.

W jadalni szurgały niegłośno wiedeńskie krzesła, brzęczała miseczka, 

w której myto dźwięczącą melodyjnie szklankę. Rozlegał się „brodaty” — 
w wyobraźni chłopca — głos ojca, męski i jakoś po miejsku obcy. 
Dzwonek elektryczny rozbrzmiewał w korytarzu, Trzaskały drzwi to 
frontowe, to kuchenne i Pietia rozpoznawał nagłe po dźwięku, które z nich 
stuknęły.

A tymczasem z jakiegoś pokoju, którego okno wychodziło na 

podwórze — ach tak, to z pokoju cioci! — dobiegały bez chwili przerwy 
śpiewne podwórzowe wołania przekupniów. Zjawili się jeden za drugim ci 
podwórzowi artyści, przybywający na występy gościnne, i każdy 
wykonywał swoją krótką arię.

background image

— Węgiel! Węgiel! — śpiewał skądsiś z daleka rosyjski tenor, jakby 

opłakując swą minioną dziarskość i minione szczęście.

— Węgle-e!
Zastępował go niski, komiczny bas szlifierza:
— Ostrzę noże — nożyczki, brzytwy!... Ostrzę noże — nożżż, 

brzytwww!... Nożenożżż... Brzytw...

W ślad za szlifierzem zjawił się blacharz napełniając podwórze 

potężnymi ruladami aksamitnego barytonu:

— Lutuję, reperuję wiadra, rondle! Lutuję, reperuję wiadra, rondle.
Wbiegała pozbawiona głosu handlarka napełniając upalne powietrze 

miejskiego ranka gardłowym recitatiwern:

— Gruszki, jabłka! Grass... Jabł... Pomidorrr!
Smutny handlarz starzyzną wyśpiewywał żydowskie kuplety:
— Stare rzeczy, stare rzeczy Starszcz... Starszsz...
I wreszcie wieńcząc cały ten koncert, prześliczną neapolitańską 

canzonettą występowała nowiutka katarynka firmy „Nieczada” i rozlegał 
się krzykliwy głos ulicznej śpiewaczki:

Ledwie zadrżą listeczki na wietrze, 
skądsiś trele słowi-i-cze słychać, 
wczoraj jeszcze chodziłaś w chusteczce, 
dziś jedwabie na siebie włożyłaś. 
Jaskółeczko, śpiewaj, co sercu dolega...

— Węgiel, węgiel! — zaśpiewał tenor rosyjski, gdy tylko katarynka 

odeszła.

I koncert zaczął się od nowa.
Jednocześnie z ulicy dobiegał turkot dorożek, szum podmiejskiego 

pociągu, dźwięki orkiestry wojskowej.

I nagle wśród całego tego harmideru rozległ się jakiś niesłychanie 

znajomy syk, coś zgrzytnęło, zadźwięczało i jeden po drugim 
rozbrzmiewały wyraźnie, jak gdyby wyliczając coś, miarowe, czysto 
brzmiące dźwięki. Co to? Ależ słuchajcie, to przecież zegar! Ten sam 
słynny stołowy zegar, który, jak głosiła legenda rodzinna, ojciec wygrał na 
loterii-allegri  będąc jeszcze narzeczonym mamy.

Jak mógł Pietia zapomnieć o nim ? Ależ rzeczywiście, to on! To on 

„uderzał” czas. Jednakże chłopiec nie zdążył obliczyć ile. W każdym razie 
jakoś bardzo dużo: może dziesięć, a może jedenaście. Mój Boże! Na 
letnisku Pietia wstawał o siódmej... Zerwał się i ubrał się czym prędzej, 

background image

umył się — w łazience! — i wszedł do jadalni mrużąc oczy od słońca, 
padającego na posadzkę gorącymi pasami.

— Oj, jak ci nie wstyd! — zawołała ciocia kiwając z wyrzutem głową, 

jednocześnie uśmiechając się radośnie do siostrzeńca, który tak bardzo 
wyrósł i opalił się. — Jedenasta. Umyślnie nie budziliśmy ciebie. 
Chcieliśmy zobaczyć, jak długo będziesz się wylegiwał, ty wiejski 
leniuszku. No, nic strasznego! Po podróży wolno. Siadaj czym prędzej. Z 
mlekiem ci nalać czy bez? Do szklanki czy do twojej filiżanki?

Ach, prawda! Jakże mógł zapomnieć? Jego filiżanka! No tak, przecież 

miał „swoją filiżankę” porcelanową z niezapominajkami i ze złotym 
napisem: „W dniu imienin” — zeszłoroczny upominek Duni.

Ale spójrzcie, drodzy, nasz samowar! Okazuje się, że i o nim Pietia 

zapomniał. I obarzanki grzały się, zawieszone na jego rączkach! I 
cukierniczka z białego metalu w kształcie gruszki, i szczypce w kształcie 
czapli!

Czekajcie, a żołądź dzwonka na sznurku pod wiszącą lampą... I zresztą 

sama lampa: kula z drobniutkimi wisiorkami pod białym kloszem!

A tu co takiego ojciec trzyma w ręku? Toć to gazeta! Co prawda, to 

prawda, Pietia zapomniał najzupełniej, że na świecie istnieją gazety. 
„Odeskie Wiadomości” z malutką dymiącą lokomotywą nad rozkładem 
jazdy pociągów i dymiącym stateczkiem nad rozkładem jazdy parowców. 
(I dama w gorsecie w ogłoszeniach!) Ech, „Niwa”! „Serdeczne słowa”! Oj, 
ile opasek nazbierało się w ciągu lata!

Słowem, Pietię otoczyło tyle „starych” nowości, że nie wiedział, na co 

wpierw patrzeć.

A Pawlik zerwał się o świcie i już oswoił się najzupełniej z nowym 

starym otoczeniem. Napił się już dawno mleka i teraz zaprzęga Kudłatkę 
do zestawionego z krzeseł dyliżansu.

Od czasu do czasu przebiegał zafrasowany przez pokoje, trąbił na 

swojej trąbce, niby to zwołując pasażerów.

W tej chwili Pietia przypomniał sobie o wczorajszych wydarzeniach i 

aż zerwał się od stołu.

— Oj, ciotuchno! Przecież nie zdążyłem opowiedzieć cioci wczoraj! 

Ach, co się nam przydarzyło, tego ciocia nie może sobie wyobrazić! Ja 
zaraz opowiem! Tylko ty, Pawliku, nie przerywaj mi, proszę cię...

— Ależ ja już wiem, już wiem. 
Pietia aż przybladł.
— I o dyliżansie ciocia wie?
— Wiem, wiem.
— I o parowcu?

background image

— I o parowcu.
— I jak on skoczył wprost do morza?
— Wiem wszystko.
— Kto cioci opowiedział?
— Tatuś.
— No, tatusiu! — krzyknął Pietia zrozpaczony i aż tupnął obiema 

nogami. — No, kto cię prosił, żebyś opowiadał, kiedy ja umiem opowiadać 
lepiej od ciebie! Widzisz, zepsułeś mi wszystko! — Pietia o mało nie 
płakał. Zapomniał nawet, że już jest dorosły i że jutro ma pójść do 
gimnazjum.

Zaczął utyskiwać.
— Oj, ciotuchno, lepiej opowiem jeszcze raz, mnie wyjdzie o wiele 

ciekawiej.

Ale cioci nagle poczerwieniał nos, oczy napełniły się łzami i 

przyciskając palce do skroni powiedziała zbolałym głosem:

— Na Boga, na Boga! Nie trzeba! No, nie mogę tego słuchać 

obojętnie; że też ludzie, którzy nazywają siebie chrześcijanami, mogą tak 
męczyć się wzajemnie.

Odwróciła się wycierając nos malutką, koronkową chusteczką. Pietia 

przerażony spojrzał na ojca. Ojciec patrzał poważnie i całkiem nieruchomo 
w okno. Chłopcu zdawało się, że i w jego oczach również błyszczą łzy.

Pietia nie zrozumiał nic, prócz tego, że nie uda się chyba opowiedzieć 

raz jeszcze wczorajszej historii. Wypił więc czym prędzej herbatę i pobiegł 
na podwórko, żeby tam poszukać słuchaczy.

Dozorca całkiem obojętnie wysłuchał opowiadania i oświadczył:
— No cóż, zwykła sprawa. Bywa jeszcze inaczej.
A więcej nie było już komu opowiadać. Nusik Kogan, syn sklepikarza 

z tego samego domu, pojechał jak na złość w odwiedziny do wuja na 
Kujalnicki Liman. Wołodia Dybski przeprowadził się dokądś. Inni nie 
wrócili jeszcze z letnisk.

Gawrik kazał Duni powiedzieć, że zajdzie dzisiaj, ale wciąż jeszcze go 

nie było. Gdyby tak jemu opowiedzieć! A może by tak pójść do Gawrika 
na wybrzeże?

Pieti nie wolno było chodzić samemu nad morze, ale pokusa była zbyt 

silna.

Chłopiec wsunął ręce do kieszeni, obojętnie pokręcił się przez chwilę 

pod oknami, a później równie obojętnie, żeby nie wzbudzić podejrzeń, 
wyszedł na ulicę, dla zachowania pozorów przespacerował obok domu, 
następnie skręcił za róg i popędził nad morze.

background image

Ale pośrodku uliczki, na której znajdowały się ciepłe kąpiele morskie, 

natknął się na bosego chłopaka. Coś znajomego... Któż to? Spójrzcie, 
przecież to Gawrik!

Uczciwe słowo honoru

— O, Gawrik!
— O, Piet’ka!
Tymi dwoma okrzykami zdumienia i radości zakończył się właściwie 

moment spotkania przyjaciół od serca.

Chłopcy nie całowali się, nie ściskali sobie rąk, nie zaglądali w oczy, 

co bez wątpienia uczyniłyby na ich miejscu dziewczynki.

Nie rozpytywali o zdrowie, nie wyrażali głośno zachwytu. Postąpili, 

jak przystało na mężczyzn, na czarnomorców, wyrazili swoje uczucia 
krótkimi, powściągliwymi okrzykami i natychmiast przeszli do 
konkretnych spraw, jak gdyby rozstali się dopiero wczoraj.

— Dokąd idziesz?
— Nad morze. A ty?
— Na Bliskie Młyny do brata.
— Po co?
— Trzeba. Pójdziesz?
— Na Bliskie Młyny?
— No to co?
— Bliskie Młyny...
Pietia nigdy nie był na; Bliskich Młynach. Wiedział, tylko, że to 

strasznie daleko, gdzieś na krańcu świata.

Bliskie Młyny były w jego wyobrażeniu smutną krainą wdów i sierot. 

Istnienie Bliskich Młynów ujawniało się zawsze, w wyniku jakiegoś 
nieszczęścia.

Najczęściej pojęcie „Bliskie Młyny” towarzyszyło czyjejś nagłej 

śmierci. Mówiono: „Słyszeliście, co za zmartwienie? Mąż Anżeliki 
Iwanowny umarł nagle i pozostawił ją zupełnie bez środków do życia. 
Przeprowadziła się z Marazlijewskiej na Bliskie Młyny”.

Z Bilskich Młynów nie było powrotu. Jeśli nawet wracał człowiek 

stamtąd, to jedynie jako cień, ale i wtedy nie na długo, na godzinę; nie 
więcej.

Mówiono: „Wczoraj przyszła do nas z Bliskich Młynów Anżelika 

Iwanowna, której mąż umarł, nagle, posiedziała godzinę, nie więcej. 
Trudno ją poznać. Cień...”

background image

Kiedyś Pietia był z ojcem na pogrzebie pewnego nauczyciela, który 

umarł nagle, i Pietia słyszał dziwne, straszne słowa, które duchowny 
mówił nad grobem — o jakichś „siołach sprawiedliwych, jako że pokój 
znajdą”... czy coś takiego.

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że „sioła sprawiedliwych” to nic 

innego jak właśnie Bliskie Młyny, gdzie potem „spokój znajdą” krewni 
nieboszczyka.

Pietia wyobrażał sobie wyraźnie te smutne sioła z mnóstwem 

wiatraków, wśród których „spokój znajdą” cienie wdów w czarnych 
chustkach i sierot w połatanych sukienkach.

Rozumie się, że pójście bez pozwolenia na Bliskie Młyny było 

straszliwym przestępstwem. Było to bezwzględnie czymś o wiele gorszym 
aniżeli dobrać się do kredensu po konfitury czy nawet przynieść do domu 
w zanadrzu zdechłego szczura. To było prawdziwe przestępstwo. I 
chociaż. Pietia miał ogromną ochotę pójść z Gawrikiem do zaczarowanej 
krainy bolesnych młynów i na własne oczy zobaczyć cienie wdów 
jednakże zdecydował się nie od razu.

Przez dziesięć minut męczyło go sumienie. Wahał się.
Zresztą nie przeszkadzało mu to od dawna, już kroczyć obok Gawrika 

przez miasto i zachłystując się opowiadać o swoich przygodach w 
podróży.

A więc kiedy w straszliwej walce z sumieniem zwyciężył bądź co bądź 

Pietia, i głos sumienia został ostatecznie zduszony, przeszli już dobry 
kawał drogi.

Zasady dobrego tonu nakazywały czarnomorskim chłopcom wszystko 

na świecie traktować jak najobojętniej.

Jednakże opowiadanie Pieti wywarło, wbrew wszelkiemu oczekiwaniu, 

ogromne wrażenie na Gawriku. Gawrik ani razu nie splunął pogardliwie 
przez ramię i ani razu nie powiedział „łżesz”. Pieti wydawało się nawet, że 
Gawrik przeląkł się. Ale Pietia przypisał to natychmiast swemu talentowi 
narratora.

Poczerwieniał i krzyczał na całą ulicę, odtwarzając jak w teatrze tę 

straszną scenę:

— Wtedy ten ja-ak palnie go po mordzie deszczułką z gwoździem! 

Uczciwe słowo honoru! A wówczas on ja-ak krzyknie na cały statek: Stó-
ój! Stó-ój! Możesz mi napluć w oczy, jeżeli kłamię. A wtedy ten ja-ak 
skoczy na poręcz i jak nie skoczy do morza — ba-bach! — aż poleciały 
bryzgi, wysokie, do czwartego piętra, żebym tak jutra nie doczekał, na 
Święty Krzyż!...

background image

Pietia tak straszliwie wymachiwał rękami i tak podskakiwał, że aż 

wywrócił przed jakimś sklepikiem kosz z rogalikami i chłopcy musieli biec 
z wysuniętym językiem przez kilka ulic ratując się ucieczką przed 
właścicielem kosza.

— A ten był jaki? — spytał Gawrik. — Z kotwicą na ręku czy jak?
— No tak! To zrozumiałe! — wrzeszczał podniecony Pietia dysząc 

ciężko.

— Tu miał kotwicę?
— No chyba! A ty skąd wiesz?
— Marynarzy nie widziałem, czy co? — odburknął Gawrik i splunął 

zupełnie jak dorosły.

Pietia spojrzał z zazdrością na swojego przyjaciela i splunął również. 

Ale nie wyszło to wcale tak elegancko. Ślina nie odleciała daleko, lecz 
kapnęła leniwie na kolano Pieti i trzeba było wycierać ją rękawem.

Wówczas Pietia postanowił sobie, że musi wyćwiczyć się nieco w 

spluwaniu, i wprawiał się przez całą drogę tak energicznie, że nazajutrz 
popękały mu wargi i bolały go, kiedy jadł melon.

— A tamten — spytał Gawrik — był w sandałach i w okularach?
— W binoklach.
— Niech i tak będzie.
— A ty skąd wiesz?
— Tajniaków nic widziałem, czy co ?
Skończywszy swoją historię Pietia oblizał pośpiesznie wargi i 

natychmiast, bez chwili odpoczynku zaczął opowiadać ją znowu od 
początku.

Trudno wyobrazić sobie, jaką mękę przeżywał przy tym Gawrik. W 

porównaniu z tym, co sam wiedział, wszystkie przygody Pieti nie były 
warte złamanego szeląga! Gdyby napomknął tylko, że ten sam tajemniczy 
marynarz jest teraz w ich chałupce, Piet’ce natychmiast zrzedłaby mina.

Ale trzeba było milczeć i wysłuchiwać po raz drugi jego historii. I to 

było nie do zniesienia.

A może jednak napomknąć? Tylko jednym słówkiem. Nie, nie, za nic 

w świecie! Piet’ka rozpaple na pewno. A gdyby tak wziąć od niego 
uczciwe słowo honoru? Nie, nie, i tak rozpaple. Albo kazać mu przysiąc na 
cerkiew? Może, jeżeli kazać się przeżegnać — przysiąc na cerkiew — to 
nie wypaple...

Słowem, Gawrika dręczyły wątpliwości.
Język swędził go tak bardzo, że chwilami chłopiec ściskał sobie wargi 

palcami, żeby nie zacząć mówić.

background image

Jednakże nic nie pomagało. Ogarniała go coraz bardziej nieprzeparta 

chęć ujawnienia tajemnicy. A tymczasem Pietia opowiadał gorączkowo w 
dalszym ciągu, malując jak jechał dyliżans, jak z krzaków winorośli 
wyskoczył straszny marynarz i napadł na woźnicę, jak Pietia zaczął na 
niego krzyczeć i jak tamten schował się pod ławką...

Tego było już za wiele. Gawrik nie wytrzymał.
— Daj uczciwe słowo honoru, że nikomu nie powiesz!
— Uczciwe słowo honoru — rzekł Pietia szybko bez mrugnięcia 

okiem.

— Przysięgnij.
— Jak Boga kocham, na Święty Krzyż. A bo co?
— Powiem ci coś.
— No co?
— Ale nie powiesz nikomu?
— Żebym się z tego miejsca nie ruszył! 
— Przysięgnij na szczęście!
— Żebym w życiu szczęścia nie zaznał! — z gotowością wyrzekł 

Pietia przełykając z zaciekawieniem całą masę śliny i dodał dla większej 
pewności: — Niech oślepnę! No co?

Gawrik szedł przez chwilę w milczeniu. Wciąż jeszcze walczył z 

pokusą. Ale pokusa zwyciężała.

— Piet’ka — rzekł ochryple — przysięgnij na cerkiew!
Pietia, który płonął z niecierpliwości, by czym prędzej usłyszeć 

tajemnicę, zaczął szukać oczami cerkwi.

Chłopcy przechodzili właśnie obok starego cmentarza. Nad wapiennym 

murem, wzdłuż którego ulokowali się sprzedawcy wianków i nagrobków, 
widać było wierzchołki starych akacji i marmurowe skrzydła smutnych 
aniołów.

A więc Bliskie Młyny leżały rzeczywiście w bezpośrednim sąsiedztwie 

ze śmiercią, skoro droga ku nim wiodła obok cmentarza.

Za akacjami i aniołami na bladoliliowym, omglonym niebie widniała 

kopuła cmentarnej cerkwi.

Pietia pomodlił się żarliwie, zwrócony do złotego krzyża z łańcuchami, 

i wyrzekł z przekonaniem.

— Jak Boga kocham, że nie powiem! No?
— Słyszysz, Piet’ka...
Gawrik zaciskał wargi i gryzł sobie rękę. W oczach miał łzy.
— Słyszysz Piet’ka... Jedz ziemię, że nie powiesz!
Pietia rozejrzał się uważnie na wszystkie strony i zobaczył pod murem 

odpowiednią, dosyć czystą ziemię. Wydrapał paznokciem szczyptę i 

background image

wysunąwszy język, świeży i różowy jak siekana kiełbasa, położył na nim 
szczyptę ziemi. Uczyniwszy to zwrócił na przyjaciela pytające, 
wybałuszone oczy.

— Jedz! — rzekł Gawrik ponuro.
Pietia zmrużył oczy i zaczął starannie żuć ziemię. Ale w tej samej 

chwili chłopcy usłyszeli na drodze dziwne, niezbyt głośne dzwonienie.

Dwaj żołnierze-konwojenci z czarnymi epoletami prowadzili pod 

obnażonymi szablami aresztanta w kajdanach. Trzeci żołnierz kroczył za 
nimi z rewolwerem i ciężką książką z pokwitowaniami w marmurkowej 
okładce. Aresztant szedł ze spuszczoną głową w czapeczce z żołnierskiego 
sukna i w takiej samej kapocie, spod której widać było szare kalesony.

Kajdany na nogach były niewidoczne — brzęczały one głucho w 

nogawkach kalesonów — ale długi łańcuch kajdan od rąk zwisał z przodu i 
dzwoniąc delikatnie, uderzał o kolana.

Aresztant podnosił go raz po raz ruchem, jakim duchowny podnosi 

sutannę, przechodząc przez kałużę. Ogolony, z poszarzałą twarzą, 
przypominał czymś żołnierza albo marynarza.

Widać było, że wstyd mu bardzo iść tak w biały dzień przez ulicę. 

Starał się nie patrzeć ani w prawo, ani w lewo.

Żołnierzom było widocznie, również wstyd, ale nie spoglądali oni w 

dół, przeciwnie, patrzyli gniewnie w górę, tak aby nie spotykać się ze 
wzrokiem przechodniów.

Chłopcy zatrzymali się i stali z otwartymi ustami oglądając nasunięte 

ukośnie czapki żołnierzy, granatowe sznury od rewolwerów i jaskrawo-
białe ostrza bujających się w rozkołysanych rękach szabel, na których 
końcach migotały blaski słońca.

— Przechodzić, nie zatrzymywać się — rzekł gniewnie żołnierz z 

książką. — Nie wolno patrzeć.

Konwojenci z aresztantem przeszli. Pietia otarł język rękawem i rzekł:
— No co?
— Czego?
— No, powiedz teraz.
Gawrik spojrzał nagle ze złością na przyjaciela, zgiął z pasją rękę i 

podsunął załatany łokieć pod sam nos Pieti.

— Masz! Ugryź!
Pietia nie wierzył własnym oczom. Wargi jego drgnęły.
— Przecież jadłem ziemię — wyrzekł niemal ze łzami. Oczy Gawrika 

błysnęły jakimś dzikim blaskiem, przysiadł na piętach, zakręcił się jak bąk 
krzycząc obraźliwym tonem:

— Głupca oszukali, szturchańca mu dali i patyków pęk, bodajbyś pękł!

background image

Pietia zrozumiał, że dał się nabrać: Gawrik nie miał pewno żadnej 

tajemnicy, chciał sobie tylko zażartować z niego, zmusić go, żeby jadł 
ziemię. To gniewa oczywiście, ale znów nie tak strasznie.

Kiedy indziej Pietia spłata Gawrikowi takiego psikusa, że Gawrik 

pożałuje. Zobaczymy jeszcze!

— To nic, popamiętasz, draniu! — rzekł Pietia z godnością i 

przyjaciele szli dalej, jakby nigdy nic.

Tylko od czasu do czasu Gawrik zaczynał wybijać bosymi piętami takt 

i nucić:

Głupca oszukali,
szturchańca mu dali
i patyków pęk.
bodajbyś pękł!

Bliskie Młyny

Wędrówka była bardzo interesująca.
Pietia nie przypuszczał nigdy, że miasto jest takie duże. Ulice, których 

dotąd nie znał, stawały się coraz bardziej biedne. Czasami napotykali 
sklepy z towarem wyłożonym wprost na chodnik.

Pod akacjami stały tanie łóżka żelazne, pasiaste materace, stołki 

kuchenne. Leżały stosy dużych, czerwonych poduszek, mioteł z prosa, 
szczotek, sprężyn materacowych. Wszystkiego dużo i wszystko wielkie, 
nowe i widocznie tanie.

Za cmentarzem zaczęły się składy drzewa, od których płynął dziwnie 

przyjemny, gorący, ale nieco kwaśnawy zapach dębu.

Potem ciągnęły się magazyny — owies, siano, otręby — z zabawnie 

wielkimi wagami na żelaznych łańcuchach. Stały tam odważniki, 
olbrzymie jak w cyrku.

Dalej — składy desek ze schnącymi tarcicami. I tutaj przeważał gorący 

zapach rozpiłowanego drzewa. Ale ponieważ była to sosna, więc zapach 
nie wydawał się kwaśny, lecz przeciwnie: suchy, terpentynowy, 
aromatyczny.

Na pierwszy rzut oka uderzało, że im bliżej Bliskich Młynów, tym 

świat stawał się bardziej ordynarny i brzydszy.

Gdzie podziały się eleganckie „Bufety sztucznych wód mineralnych”, 

połyskujące niklowymi kołowrotami z mnóstwem różnokolorowych soków 
? Zastąpiły je teraz sklepiki spożywcze z granatowymi szyldami — śledź 

background image

na widelcu — i knajpy, gdzie przez otwarte drzwi widać było półki z 
owalnymi, białymi imbrykami z namalowanymi na nich ordynarnie 
kwiatami przypominającymi warzywa raczej aniżeli kwiaty.

Zamiast eleganckich dorożek po kiepskiej jezdni, zasypanej sianem i 

otrębami, turkotały wozy ciężarowe.

Za to przedmiotów, które można było znaleźć na bruku, było tu bez 

porównania więcej aniżeli w znanych Pieti dzielnicach. Raz po raz błyśnie 
w kurzu ulicznym podkowa albo nakrętka, to znów pudełko od 
papierosów.

Spostrzegłszy tego rodzaju przedmiot chłopcy rzucali się ku niemu na 

wyścigi popychając się i krzycząc:

— Zamawiam bez podziału! 
Albo:
— Zamawiam do podzału!
I w zależności od tego, kto pierwszy wykrzyknął, znaleziony przedmiot 

stawał się święcie i bezwzględnie własnością osobistą albo też wspólną.

Chłopcy znajdowali tyle przedmiotów, że w końcu przestali je 

podnosić robiąc wyjątek tylko dla pudełek od papierosów.

Pudełka były niezbędne do gry w „tekturki”. Każde z nich miało swoją 

wartość, zależnie od obrazka. Postać ludzka liczyła się za piątkę, zwierzę 
— za jeden, dom — za pięćdziesiąt.

Każdy chłopiec odeski nosił w kieszeni talię takich tekturek.
Grano również w papierki od cukierków, ale to już przeważnie 

dziewczynki i całkiem mali chłopcy, do pięciu lat.

Co do Gawrika i Pieti, wiadomo było, że od dawna odnosili się do 

papierków z najgłębszą pogardą i grali jedynie w tekturki.

W dzielnicach nadmorskich palono nie wiadomo czemu wyłącznie 

„Cygankę” i „Jaskółkę”.

Co pociągającego znajdowali nadmorscy palacze w tych papierosach 

— było nierozwiązalną zagadką. Wstrętne papierosiska!

Na jednych — jaskrawy, lakierowany portret czarnomorskiej Cyganki: 

dymiący papierosik w koralowych usteczkach i róża w granatowych 
włosach. „Cyganka” liczyła się wszystkiego za piątkę, a i to było 
naciągnięte, bo postać Cyganki była namalowana tylko do pasa.

Na innych pudełkach — trzy nędzne jaskółki. Te warte były jeszcze 

mniej: wszystkie razem trójkę.

Niektórzy dziwacy palili nawet „Zefiry”, bez żadnego w ogóle 

obrazka, jedynie z napisem, tak że tekturka wcale nie liczyła się w grze. A 
co najdziwniejsze, te właśnie papierosy były w sklepiku najdroższe.

background image

Trzeba być kompletnym durniem, żeby kupować taką lichotę. Chłopcy 

aż spluwali, kiedy natknęli się na pudełko po „Zefirach”.

Pietia i Gawrik niecierpliwie pragnęli stać się dorosłymi, żeby móc 

palić papierosy. Nie ma obawy, oni już nie będą robili głupstw i będą 
kupowali wyłącznie „Kercz” — świetne papierosy, gdyż na pokrywce 
pudełka wymalowany był obrazek: miasto nadmorskie i port z mnóstwem 
parowców.

Najlepsi nawet specjaliści od tekturek nie wiedzieli dokładnie, jak 

powinno się liczyć „Kercz”, były bowiem rozbieżności w ocenie 
parowców. W każdym razie „Kercz” notowany był na ulicznej giełdzie dla 
równego rachunku jako pięćset.

Szczęście dopisywało chłopcom niezwykle.
Można było pomyśleć, że wszyscy palacze z dzielnicy cmentarza 

postanowili wzbogacić Pietię i Gawrika: palili oni wyłącznie „Kercz”.

Chłopcy nie nadążali podnosić cennych pudełek. Z początku nie 

wierzyli własnym oczom. Było to zupełnie tak jak we śnie, kiedy idzie się 
drogą i co trzy kroki znajduje trzy ruble.

Wkrótce kieszenie ich były wypełnione po brzegi. Bogactwo tak 

wielkie że aż przestało cieszyć. Nastąpił przesyt.

Pod wysokim i wąskim murem jakiejś fabryki, na którym na 

poczerniałych od kopcia cegłach namalowane były tak wielkie drukowane 
litery, że z bliska nie można ich było wcale odczytać, chłopcy rozegrali 
kilka partii podrzucając tekturkę i śledząc, jaką stroną upadnie.

Lecz tym razem w grze nie było żądnego hazardu. Zbyt wiele tekturek 

posiadał każdy z nich. Nie szkoda było przegrywać. Co za przyjemność 
mogła sprawiać, taka gra?

Tymczasem miasto ciągnęło się i ciągnęło, a każda jego część miała 

inny wygląd i charakter.

Najpierw przeważał w nim jakiś odcień cmentarny, więzienny. Potem 

jakiś, „hurtowy” i zarazem szynkarski. Jeszcze dalej fabryczny.

Obecnie nad krajobrazem panowała niepodzielnie, kolej. Jeden za 

drugim zjawiały się pakhauzy, blokposty, semafory... Wreszcie zastąpił 
drogę szlaban, który opuścił się tuż przed ich nosem.

Z budki wyszedł zwrotniczy z zieloną chorągiewką Rozległ się 

gwizdek. Spoza drzew wypłynął w górę obłoczek śnieżnobiałej pary i obok 
zachwyconych chłopców przebiegła, tyłem duża lokomotywa, popychając 
przed sobą tender.

Och, co za, widowisko! Już choćby, dlatego tylko warto było wyjść z 

domu bez pozwolenia.

background image

Jakże szybko i zawzięcie, stukały korbowody, jakże śpiewały, szyny, z 

jaką niepokonaną, czarodziejską siłą pociągały z zawrotną szybkością 
obracające się lane koła, omotane gęstą, a jednocześnie niemal przejrzystą 
parą!

Duszę oczarowaną ogarnia szaleńczy poryw, wciąga ją nieludzki, 

niepowstrzymany bieg maszyny, podczas gdy ciało z największym 
wysiłkiem walczy z pokusą, opiera się i kamienieje ze zgrozy, opuszczone 
na tę jedną chwilę przez duszę, która rzuciła się pod kola!

Chłopcy stali zacisnąwszy piąstki i rozstawiwszy nogi, bladzi, drobni, z 

błyszczącymi oczami, z uczuciem jakby marzły im włosy na głowie. Och, 
jakie to straszne było, a zarazem jakie wesołe! Gawrik, co prawda, znał to 
uczucie już nie od dzisiaj, ale Pietia przeżywał je po raz pierwszy, Z 
początku nie zwrócił nawet uwagi na to, że zamiast maszynisty z owalnego 
okienka lokomotywy, wyglądał żołnierz w czapce bez daszka z czerwoną 
obwódką i że na tendrze również stał żołnierz z ładownicą i karabinem. 
Zaledwie lokomotywa znikła za zakrętem, chłopcy pobiegli, pędem; na 
nasyp i przywarli uszami do gorących, aż do biała wytartych szyn, 
huczących jak orkiestra.

Czyż nie warto było uciec bez pozwolenia z domu i znieść, potem 

każdą karę za szczęście przywarcia, uchem do szyny, po której dopiero co, 
właśnie przed chwilą — przeszła prawdziwa lokomotywa?

— Dlaczego stał na niej żołnierz zamiast maszynisty? — spytał Pietia, 

kiedy nacieszyli się już słuchaniem szumu szyn i nabrawszy kamyczków z 
podsypki toru poszli w dalszą drogę.

— Widocznie kolejarze znowu: strajkują — odpowiedział Gawrik 

niechętnie.

— Co to znaczy: strajkują ?
— Strajkują — to znaczy: strajkują — bardziej jeszcze ponuro rzekł 

Gawrik. — Nie idą do pracy. Wtedy zdarza się,, że zamiast nich prowadzą 
pociąg żołnierze.

— A żołnierze nie strajkują?
— Żołnierze nie strajkują. Nie mają prawa. Naszego brata za to — 

oho! — mogą do rot aresztanckich. Bardzo zwyczajnie.

— A inaczej toby strajkowali ?
— Co za pytanie!
— A twój brat Tierientij strajkuje?
— Jak czasem...
— Dlaczego strajkuje?
— Dlatego, że dlatego. Nie zawracaj głowy. Patrzaj lepiej: „Odessa 

Towarowa”.. A za nią już Bliskie Młyny.

background image

Pietia daremnie wyciągał szyję wpatrując, się w dal. Absolutnie 

nigdzie nie było ani wiatraków; ani żadnych młynów wodnych.

Były tam: wieża ciśnień, żółty parkan kolejowego podwórza Odessy 

Towarowęj, czerwone wagony, pociąg sanitarny z chorągiewką 
Czerwonego Krzyża, stosy ładunków nakrytych brezentem, wartownicy.

— Gdzie są młyny? Gdzie?
— Tutaj są, tam za warsztatami kolejowymi, dziwaku!
Pietia nic nie odpowiedział, żeby nie okazać się znowu głupim.
Z takim zapałem kręcił na wszystkie strony głową, że aż otarł sobie 

szyję o kołnierzyk, ale młynów nigdzie nie dostrzegł.

— Dziwne to!
Jednakże Gawrik nie zdradzał najmniejszego zdziwienia z tego 

powodu. Kroczył energicznie wąską dróżką wzdłuż długiego, zakopconego 
muru obok ogromnych okien o drobnych szybkach, wśród których było 
niezmiernie wiele stłuczonych.

Pietia, który zmęczył się już porządnie, wlókł się za nim szurgając 

bucikami po trawie ciemnej od kurzu i od sadzy. Niekiedy chrzęściły pod 
nogami żelazne wiórki, wyrzucone widocznie przez okno. Gawrik wspiął 
się na palce i zajrzał do środka.

— Patrz, Piet’ka, warsztaty kolejowe. Tu pracuje Tierientij. Nie 

widziałeś nigdy? Chodź tutaj. Pietia wspiął się obok przyjaciela na palce i 
zajrzał przez wybitą szybę. Ujrzał rozległe, mroczne wnętrze i maleńkie, 
mętne kwadraciki przeciwległych okien. Wisiały szerokie rzemienie, stały 
jakieś wielkie, martwe, żelazne przedmioty z kółeczkami. Wszędzie pełno 
było żelaznych wiórków. Przez zakurzone szyby przedzierało się światło 
słoneczne i rzucało na olbrzymią podłogę blade, pokratowane, świetlne 
pasy. Na całej tej wielkiej, dziwnej przestrzeni, nie było widać żywej 
duszy. Od góry do dołu panowała taka niema, taka grobowa cisza, że Pietię 
lęk ogarnął i szepnął prawie niedosłyszalnie: — Nie ma nikogo.

I Gawrik pod wrażeniem jego szeptu jeszcze ciszej, samymi tylko 

wargami. 

— Pewnie znowu strajkują. 
— Hej, wy tam, nie łobuzować pod oknami! — rozległ się nagle ponad 

chłopcami szorstki glos.

Drgnęli i obejrzeli się. Obok nich stał uzbrojony żołnierz z płaszczem 

wojskowym zwiniętym w rulon i przewieszonym przez ramię. Stał tak 
blisko, że Pietia czuł wyraźnie okropny zapach żołnierskiego kapuśniaku i 
szuwaksu.

Jasnożółta skórzana ładownica — ciężka, skrzypiąca, na pewno pełna 

naboi — sterczała tuż obok chłopców groźna i bliska i żołnierz wydawał 

background image

się tak olbrzymi, że dwa rzędy miedzianych guzików wznosiły się z dołu 
do góry na zawrotną wysokość, aż do nieba.

„Przepadłem” — pomyślał naraz Pietia przejęty grozą, czując, że lada 

chwila wydarzy mu się owa haniebna nieprzyjemność, która zdarza się 
zwykle bardzo małym dzieciom, gdy się nagle ogromnie przestraszą.

— Wiejmy! — krzyknął Gawrik cienkim głosem i przemknąwszy obok 

żołnierza, dał z całych sił drapaka. Pietia rzucił się w ślad za przyjacielem 
co siły w nogach. Zdawało mu się, że słyszy poza sobą tupot ciężkich, 
żołnierskich butów.

Dał jeszcze gazu, ile tylko miał sił. Ale buty tupotały wciąż tak samo 

blisko. Oczy nie widziały nic prócz migających przed nim brązowych pięt 
Gawrika.

Serce stukało głośno i mocno. Żołnierz nie oddalał się. Wiatr szumiał 

w uszach.

Dopiero przebiegłszy co najmniej wiorstę, Pietia uświadomił sobie 

wreszcie, że to nie tupot butów żołnierskich, że to uderza go po plecach 
słomkowy kapelusz, który zsunął mu się z głowy.

Chłopcy z trudem chwytali oddech. Po skroniach i szyi spływały 

krople gorącego potu.

Ale zaledwie przekonali się, że żołnierza w pobliżu nie było, 

natychmiast przybrali najzupełniej obojętne miny i wsunąwszy niedbale 
ręce do kieszeni, poszli bez pośpiechu w dalszą drogę.

Udawali jeden przed drugim, że w ogóle nic się nie wydarzyło, a jeśli 

nawet było inaczej, to przecież w zasadzie chodziło o takie głupstwo, że 
mówić nawet nie warto.

Teraz szli już szeroką, nie brukowaną ulicą. Jakkolwiek na furtkach i 

na domkach wisiały miejskie latarnie z numerami i szyldy sklepików i 
warsztatów, a na jednym rogu widniała nawet apteka z różnokolorowymi 
karafkami i złotym orłem, jednakże ulica ta sprawiała raczej wrażenie 
wiejskiej aniżeli miejskiej.

— No, gdzie są te twoje Bliskie Młyny ? — zapytał Pietia kwaśno.
— A to jest podług ciebie co ? Może nie Młyny ?
— Gdzie?
— Jak to gdzie? Tutąj.
— Gdzie tutaj?
— No, tu, gdzie jesteśmy.
— A same młyny?
— Och, ty dziwaku! — rzekł Gawrik pobłażliwie. — Alboś widział 

kiedy na Fontannie fontannę? Jakbyś był małym dzieckiem! Pytasz, a nic a 
nic sam nie rozumiesz.

background image

Pietia nie odpowiedział. Gawrik miał świętą rację. Istotnie Mała 

Fontanna, Duża Fontanna, Średnia Fontanna. A żadnej fontanny, jak się 
okazuje, tam nie ma. Po prostu „tak się nazywa”.

Nazywa się „Młyny”, a naprawdę żadnych młynów tam nie ma.
Zresztą młyny to nieistotny drobiazg. Ale gdzie są cienie niepodobnych 

do siebie wdów i małe, blade sierotki w połatanych sukienkach? Gdzie 
szare niebo i wierzby płaczące ? Gdzie bajkowo smutna kraina, skąd nie 
ma powrotu ?

 Nie warto nawet pytać Gawrika o to!
Pietia rozczarował się do cna: nie widział tu ani wdów, ani wierzb 

płaczących, ani szarego nieba. Przeciwnie, niebo było gorące, wietrzne, 
jaskrawe jak farbka do bielizny.

Na podwórzach połyskiwały morwy i akacje. W ogródkach jaśniały 

spóźnione kwiaty dyni. Po szarej trawie szły gęsi zwracając głupie głowy 
to na prawo, to na lewo, jak żołnierze na Kulikowym Polu. W kuźni 
dzwoniły młotki i huczał miech kowalski. Oczywiście, że to wszystko też 
było bardzo ciekawe. Ale trudno było rozstać się z wyobrażeniem 
widmowego świata, gdzie jakoś tajemniczo znajdują „odpocznienie” 
krewni zmarłych nagłą śmiercią mężczyzn.

I długo jeszcze walczył w duszy Pieti widmowy obraz bajecznych 

młynów, miejsce „odpocznienia”, z żywym, różnobarwnym obrazem 
kolejarskiego osiedla „Bliskie Młyny”, w którym mieszkał brat Gawrika 
Tierientij.

Stryjek Gawrik

— Tutaj!
Gawrik pchnął nogą furtkę i chłopcy weszli do przywiędłego ogródka, 

obsadzonego wkoło liliową grzebionatką. Natychmiast rzucił się ha nich 
wielki pies o jasnych brwiach,

— Tss, Rudko — krzyknął Gawrik — nie poznałeś ?
Pies obwąchaJ go, poznał i uśmiechnął się kwaśno. Niepotrzebnie się 

zaniepokoił. Zadarł kudłaty ogon zwijając go na kształt obarzanka, zwiesił 
język i dysząc, szybko pobiegł w głąb podwórza, wlokąc źa sobą po 
przeciągniętym wysoko drucie brzęczący łańcuch. Z drewnianej sieni 
chatki osiedla wyjrzała wylękła kobieta. Spostrzegła chłopców i 
wycierając ręce o perkalowy fartuch rzuciła poza siebie:

— To nic. To braciszek do ciebie przyszedł.

background image

Spoza pleców kobiety wysunął się duży mężczyzna w pasiastym 

marynarskim trykocie, z rękawami obciętymi aż do ramion grubych jak u 
atlety.

Wyraz jego zmieszanej twarzy, pokrytej drobniutkimi kropelkami potu, 

nie odpowiadał ani trochę jego atletycznej postaci. O ile postać jego była 
silna, a nawet niejako groźna, o tyle twarz wydawała się dobroduszna, 
niemal babska.

Podciągnąwszy rzemyk u spodni mężczyzna zbliżył się do chłopców.
— To Piet’ka z Kanatnej, róg Kulikowego Pola — rzekł Gawrik 

skinąwszy niedbale głową w stronę przyjaciela — chłopak nauczyciela. 
Nie bój się.

Tierientij spojrzał przelotnie na Pietię i bacznie przyglądał się 

Gawrikowi swoimi niewielkimi oczami, w których migotały wesołe błyski.

— No, no, a gdzie te buty, co ci kupiłem na Wielkanoc? Dlaczego 

chodzisz, jak nie przymierzając włóczęga z Diukowskiego Ogrodu?

Gawrik gwizdnął przeciągle i smutnie.
— E-e-ech! Gdzie tamte bu-u-ty!.. 
— Ech ty, oberwaócze!
Tierientij pokiwał głową z wyrzutem i udał się na tyły domu, dokąd 

poszli za nim również chłopcy.

Tutaj ku nieopisanemu zachwytowi Pieti na starym stole kuchennym, 

pod morwą, urządzony był kompletny mechaniczny warsztat ślusarski. 
Syczała nawet lampa do lutowania. Z krótkiej lufy jak z armatki wybiegał 
lazurowy płomień.

Dziecięca cynkowa wanienka oparta o drzewo dnem do góry i kolba do 

lutowania w ręku Tierientija świadczyły o tym, że gospodarz zajęty jest 
pracą.

— Majstrujesz? — spytał Gawrik spluwając zupełnie jak dorosły.
— Aha.
— A warsztaty stoją?
Tierientij jakby nie dosłyszał pytania, wsunął kolbę w płomień 

lutownika i zaczął śledzić uważnie, jak się rozżarza. Mruczał przy tym:

— To nic. O nas możecie się nie bać. Kawałek chleba zawsze sobie 

wymajstrujemy.

Gawrik usiadł na taborecie. Bose nogi nie sięgające ziemi założył jedną 

na drugą. Ręce wcisnął pod kolano i kołysząc się powoli, zaczął prowadzić 
ze starszym bratem stateczną gospodarską rozmowę.

Marszcząc oblazły nosek i ściągając brwi, wyblakłe zupełnie od słońca 

i od soli, Gawrik oddawał pozdrowienia od dziadka i informował o cenach 
na byczki, oburzał się na madame Storożenko, która — „takie ścierwo” — 

background image

cały czas trzyma za gardło i nie daje ludziom odetchnąć, i o wielu innych 
jeszcze sprawach.

Tierientij potakiwał przesuwając ostrożnie nosek rozżarzonej kolby po 

bryłce cyny, która pod jego dotknięciem topniała jak masło.

Na pierwszy rzut oka nie było w tym nic szczególnego, a tym bardziej 

dziwnego, że brat przyszedł w gościnę do brata i rozmawia z nim o swoich 
sprawach. Ale wziąwszy pod uwagę zatroskaną minę Gawrika, a w 
dodatku przestrzeń, jaką musiał przebyć specjalnie po to, żeby tu przyjść, 
nietrudno było domyślić się, źe Gawrik miał do niego ważną sprawę.

Tierientij spoglądał kilkakrotnie na Gawrika pytającym spojrzeniem, 

ale Gawrik mrugał niedostrzegalnie w stronę Pieti i kontynuował 
rozmowę, jakby nigdy nic.

A Pietia zapomniał o wszystkim na świecie, pochłonięty czarującym 

widokiem lutowania. Nie odrywając wzroku śledził ruch olbrzymich 
nożyc, które cięły gruby cynk jak papier.

Jednym z najbardziej zajmujących zajęć chłopców odeskich było 

przypatrywanie się czarodziejskiej sztuce blacharza stojącego pośrodku 
podwórza. Ale tamten — to nieznajomy człowiek, artysta na gościnnych 
występach, kuglarz na scenie: szybko i zręcznie robił, co do niego należało 
— zalutował czajnik, następnie przerzucał przez ramię zwinięte w rurkę 
zrzynki blachy, chwytał fajerkę i odchodził sobie z podwórza wołając: 
„Lutu-uu-ję, reperu-u-ję”

A tutaj był znajomy, brat przyjaciela, artysta pokazujący swoją sztukę 

w domu jedynie wybranym. W każdej chwili można było go spytać: „A co 
tam jest w blaszanej puszce, kwas czy co?” nie narażając się na szorstką 
odpowiedź? „Idź sobie, chłopcze, skąd przyszedłeś. Nie przeszkadzaj 
człowiekowi pracować”. Tu zupełnie co innego.

Z zachwytu Pietia aż język wysunął, co bynajmniej nie wypadało 

takiemu dużemu chłopcu. Zapewne nigdy w ogóle nie odszedłby od stołu, 
gdyby nie zauważył nagle dziewczynki, która z dzieckiem na ręku zbliżyła 
się do morwy.

Dziewczynka nie bez wysiłku uniosła w górę grubego rocznego 

dzieciaka z dwoma śnieżnobiałymi ząbkami w koralowych usteczkach i 
zbliżyła się do Gawrika.

— Popatrz, kto przyszedł, aha! Gawrik przyszedł, aha! Powiedz 

stryjkowi Gawrikowi: „Dzień dobry, stryjku Gawriku! Aha!”

Gawrik wsunął niezwykle poważnie rękę w zanadrze i ku 

bezmiernemu zdziwieniu Pieti wyciągnął stamtąd czerwonego kogutka na 
patyczku.

background image

Przez trzy godziny mieć przy sobie taki przysmak i nie tylko nie 

skosztować go, ale nawet nie pokazać, to mógł zrobić jedynie człowiek o 
niesłychanej sile woli! Gawrik podał dziecku kogutka.

— Masz!
— Weź, Żeniu — zakrzątnęła się dziewczynka przysuwając dziecko do 

samego kogutka. — Weź rączką. Widzisz, jaki upominek przyniósł ci 
stryjek Gawrik. Weź kogutka rączką. O tak, o tak. Powiedz teraz 
stryjkowi: „Dziękuje, stryjaszku!” No, powiedz: „Dziękuję, stryjaszku”!

Dziecko mocno trzymało pulchną, pobrudzoną rączką patyczek z 

kolorowym cukierkiem na końcu i puszczało duże bańki śliny nie 
odrywając od stryjka bezmyślnych, błękitnych oczu.

— Słyszycie, mówi: „Dziękuję, stryjaszku!” — trajkotała dziewczynka 

i utkwiła zazdrosne spojrzenie w cukierku. — Po co wpychasz to do buzi? 
— Poczekaj, pobaw się najpierw. Najpierw trzeba zjeść kaszkę, a wtedy 
dopiero będzie można jeść kogutka... — ciągnęła dalej statecznie i 
rozsądnie rzucając raz po raz szybkie, ciekawe spojrzenia na nieznajomego 
ładnego chłopczyka w nowych bucikach na guziczki i w słomkowym 
kapeluszu.

— To Pietia z Kanatnej, róg Kulikowego Pola. Idź pobaw się z nim, 

Motiu.

Dziewczynka aż pobladła ze wzruszenia.
Przyciskając dziecko do siebie i patrząc spode łba na Pietię, cofała się, 

aż przywarła plecami do nóg ojca.

Tierientij pogłaskał dziewczynkę po ramieniu, poprawił na jej 

ostrzyżonej na zero główce biały czepeczek z falbankami i powiedział:

— Idź, Motiu, pobaw się z chłopczykiem, pokaż mu te swoje rosyjsko-

japońskie obrazki, które ci kupowałem, kiedy leżałaś chora. Idź, dziecko, a 
Żeniusia oddaj mamie.

Motia ocierała się przez chwilę o nogę ojca. Twarzyczka jej 

poczerwieniała ze zmieszania. W oczach jej stanęły łzy, a w uszach drżały 
malutkie, turkusowe kolczyki.

Pietia zauważył, że takie kolczyki noszą najczęściej mleczarki.
— Nie bój się, dziecinko, chłopczyk nie zacznie bijatyki, nie bój się. 
Motia zaniosła posłusznie dziecko do domu i wróciła wyprostowana, 

jakby kij połknęła, z wciągniętymi policzkami, okropnie poważna. 
Zatrzymała się o cztery kroki od Pieti i łyknąwszy powietrza rzekła 
nienaturalnie cienkim głosikiem zacinając się i zezując:

— Chłopczyku, chcesz, pokażę ci rosyjsko-japońskie obrazki.

background image

— Pokaż — rzekł Pietia owym ostrym, niedbałym głosem, jakiego 

według przepisów dobrego tonu należało używać w rozmowie z 
dziewczynkami. Splunął przy tym zręcznie przez ramię.

— Chodź, chłopczyku.
Dziewczynka z pewną kokieterią odwróciła się plecami do Pieti i 

poruszając nienaturalnie ramionami pobiegła w podskokach w głąb 
podwórza, za piwnice, gdzie urządziła gospodarstwo dla swoich lalek.

Pietia szedł za nią niedbałym krokiem. Patrząc na jej chudą szyjkę z 

wgłębieniem i trójkątnym cypelkiem włosów chłopiec czuł, się tak 
wzruszony że nogi uginały się pod nim.

Trudno powiedzieć; żeby to była gorąca miłość. Ale że sprawa skończy 

się poważnym romansem, co do tego nie było dwóch zdań.

Miłość

Prawdę powiedziawszy Pietia kochał już w życiu wiele razy. Po 

pierwsze, kochał tę malutką, czarniawą dziewczynkę, zdaje się, Wieroczkę, 
z którą zapoznał się w zeszłym roku na choince u jakiegoś kolegi tatusia. 
Kochał ją przez cały wieczór, siedział obok niej przy stole, potem czołgał 
się po ciemku pod zgaszoną choinką po podłodze, śliskiej od opadłych 
igieł.

Pokochał ją od pierwszego wejrzenia i był zrozpaczony, kiedy o wpół 

do dziesiątej zaczęła wybierać się do domu. Kaprysił nawet i beczał, kiedy 
jej warkoczyki i wstążeczki zaczęły znikać pod kapturkiem i szubką.

Natychmiast poprzysiągł sobie w myśli kochać ją aż do grobu i 

podarował jej na pożegnanie otrzymaną z choinki tekturową mandolinę i 
cztery orzechy: trzy złote i jeden srebrny.

Ale minęły dwa dni i z miłości jego nie pozostało nic prócz gorzkiego 

żalu, że tak bezsensownie utracił mandolinę.

Później na letnisku, kochał ową Zoję w różowych pończochach wróżki, 

z którą nawet całował się pod brzoskwinią obok beczki z wodą. Ale miłość 
ta okazała się pomyłką, ponieważ następnego dnia Zoja tak bezczelnie 
oszukiwała przy krokiecie, że musiał kropnąć ją porządnie po nogach 
młotkiem od krokieta, po czym oczywiście o żądnym romansie nie mogło 
już być mowy.

Jeszcze później była chwilowa namiętność do owej ładnej dziewczynki 

na parowcu, która jechała pierwszą klasą i przez całą drogę kłóciła się ze 
swoim ojcem, lordem Glenarvanem.

background image

Ale to wszystko, oczywiście nie liczy się. Któż bowiem nie przeżywał 

takich nierozsądnych pasji?

Jeśli chodzi o Motię, jest to zupełnie coś innego. Nie dość tego, że była 

dziewczynką, że w uszach jej kołysały się błękitne kolczyki, że tak 
niezwykle bladła i czerwieniła się i tak mile poruszała chudymi łopatkami 
poza tym wszystkim była jeszcze siostrą przyjaciela. Właściwie nie siostrą, 
lecz bratanicą. Ale wobec wieku Gawrika — właśnie siostrzyczką! Siostra 
kolegi! Gzy może być w dziewczynce coś bardziej pociągającego i miłego 
aniżeli to, że jest siostrą przyjaciela? Czy nie zawiera się już w tym 
zarodek nieuniknionej miłości?

Pietia poczuł się od razu pokonany. Zanim doszli do celu, zakochał się 

ostatecznie.

Jednakże, aby Motia nie domyśliła się tego, chłopiec przybrał 

natychmiast pozory niesłychanej wyniosłości i obojętności.

Motia zaczęła mu grzecznie pokazywać swoje lalki, ułożone starannie 

w łóżeczkach, i malutką kuchnię z najprawdziwszymi malusieńkimi 
rondelkami, które ojciec zrobił jej ze zrzynków cynku — a które mówiąc 
prawdę, ogromnie podobały się Pieti. Jednakże chłopiec splunął zaraz 
niedbale przez zęby i chichocąc obraźliwie spytał:

— Mot’ka, dlaczegoś taka ostrzyżona?
— Miałam tyfus — odrzekła Motia głosikiem cieniutkim z urazy i 

westchnęła tak głęboko, że aż zapiszczało jej w gardle jak u ptaszka. — 
Co? Chcesz obejrzeć obrazki?

Pietia zgodził się pobłażliwie.
Usiedli obok siebie na ziemi i zaczęli oglądać kolorowe tanie litografie 

o patriotycznej treści, przedstawiające przeważnie bitwy morskie.

Wąskie promienie reflektorów przecinały we wszystkich kierunkach 

ciemnogranatowe, kleiste niebo. Padały złamane maszty z japońskimi 
flagami. Z ostrych fal wylatywały białe fontanny wybuchów. W powietrzu 
na kształt gwiazd pękały szimozy.

Japoński krążownik cały ogarnięty żółtoczerwonym płomieniem 

pożaru tonął, zadarłszy do góry ostry dziób. W kaskadę wodną sypali się 
malutcy ludzie o żółtych twarzach.

— Japończycy! —- szeptała dziewczynka zachwycona czołgając się na 

kolanach obok obrazka.

— Nie Japończycy, lecz Japoszki — poprawił ją surowo Pietia, który 

znał się na polityce.

Na innym obrazku zawadiacki kozak z czerwonymi lampasami, w 

czarnej zsuniętej na ucho papasze, przed chwilą odrąbał nos Japończykowi, 
który wysunął się zza wzgórza.

background image

Z Japończyka biła łukiem w górę struga krwi. A krótki, pomarańczowy 

nos z dwoma czarnymi nozdrzami leżał na wzgórku zupełnie oddzielnie, 
budząc w dzieciach niepohamowany śmiech.

— Nie pchaj się do nas, nie pchaj się! — wołał Pietia śmiejąc się na 

całe gardło i uderzając dłonią o suchą ziemię, całą zasypaną przez domowe 
ptactwo wapiennymi gwiazdeczkami.

— Nie pchaj się! — powtarzała Motia spoglądając przez ramię na 

ładnego chłopczyka i marszczyła drobny, ostry nosek, tak samo upstrzony 
piegami jak nos Gawrika.

Trzeci obrazek przedstawiał tegoż Kozaka i to samo wzgórze. Teraz 

zza wzgórza widać było kamasze uciekającego Japończyka. Napis pod 
obrazkiem głosił:

GENERAŁ   JAPOŃSKI NOGI
OJ LUDZIE.
LEDWIE UNIÓSŁ WŁASNE NOGI
OJ LUDZIEI

— Nie pchaj się, nie pchaj! — zaśmiewała się Motia przytulając się 

ufnie do Pieti. — Prawda, niech się ten też nie pcha.

Pietia nachmurzony czerwienił się coraz bardziej i milczał starając się 

nie patrzeć na chudziutką, gołą rączkę dziewczynki z dwoma lśniącymi na 
przedramieniu krążkami po ospie, jasnocielistej barwy, podobnymi do 
opłatków.

Ale stało się. Był już po uszy zakochany.
A kiedy okazało się, że oprócz rosyjsko-japońskich obrazków Motia 

ma jeszcze doskonałe kamyczki, orzechy do gry w „króla-księcia”, 
papierki od cukierków i nawet tekturki, miłość Pieti osiągnęła zenit.

Ach, co to był za szczęśliwy, wspaniały, jedyny w swoim rodzaju 

dzień!

Pietia nie zapomni go nigdy w życiu!
Pietię zaciekawiło, w jaki sposób trzymają się kolczyki w uszach, i 

dziewczynka pokazała mu przekłute niedawno uszy. Pietia zdecydował się 
nawet dotknąć ucha Moti, które było w tym miejscu delikatne i nabrzmiałe 
jak cząstka mandarynki.

Potem bawili się trochę w tekturki, przy czym Pietia ograł 

dziewczynkę do nitki. Ale na twarzy jej odmalował się taki smutek, że 
Pieti zrobiło się jej żal, i nie tylko zwrócił wszystkie wygrane tekturki, ale 
podarował jej również wspaniałomyślnie swoje własne. Niechaj wie!

background image

Następnie przywlekli dużo suchego burzanu i szczapek i napalili pod 

lalczyną kuchnią. Było wiele dymu, ale ognia wcale. Więc zostawili to i 
zaczęli bawić się w dyrdyra, czyli w chowanego.

Chowając się jedno przed drugim włazili do odległych i głuchych 

miejsc, w których nawet trochę strasznie było siedzieć samemu.

Ale za to z jaką palącą radością, siedząc w zasadzce i zaciskając 

obiema rękami usta i nos, żeby nie parsknąć śmiechem, nasłuchiwali 
ostrożnego zbliżania się nieśmiałych kroków.

Jakże dziko tłukło się serce, jakże straszliwie dzwoniło w uszach!
I nagle zza rogu wyłania się z wolna połowa bladej ze wzruszenia, 

szczupłej twarzy z zaciśniętymi mocno wargami. Oblazły nosek, okrągłe 
oko, ostry podbródek, czepeczek z falbankami...

Oczy spotykają się. Oboje tacy wylękli, że lada chwila stracą 

przytomność. I natychmiast niemożliwy, rozdzierający duszę krzyk 
triumfu i zwycięstwa:

— Piet’ka! Dyr-dyra!
I oboje pędzą pełnym gazem — kto prędzej? — do miejsca, gdzie leży 

pałeczka-stukałeczka.

— Dyr-dyra!
— Dyr-dyra!
W pewnej chwili dziewczynka schowała się tak daleko, że chłopiec 

szukał jej całe pół godziny, póki wreszcie nie domyślił się, żeby przeleźć 
przez płot w tyle domu i pobiec na wygon.

Motia przysiadła na piętach, na pół martwa ze strachu, w jamie zarosłej 

zielskiem. Oparłszy swój chudy podbródek o podrapane kolana, patrzyła w 
górę na niebo, po którym płynął przedwieczorny obłok.

Dokoła cykały świerszcze i dreptały krowy. Było nieopisanie strasznie.
Pietia zajrzał do jamy. Dzieci długo patrzyły sobie wzajemnie w oczy 

czując niepojęte palące zmieszanie, niepodobne zupełnie do zmieszania 
przy zabawie.

„Dyr-dyra, Mot’ka!” chciał krzyknąć chłopiec, ale nie mógł wymówić 

ani słowa. Nie, to już na pewno nie była gra, ale coś zupełnie innego.

Motia wylazła ostrożnie z jamy i poszli zmieszani na podwórze, jakby 

nigdy nic, popychając się ramionami, ale jednocześnie starając się nie 
trzymać za ręce.

Chłodny cień obłoku prześlizgiwał się po nieśmiertelnikach miejskiego 

wygonu.

Zresztą gdy tylko przeleźli z powrotem przez płot, Pietia ocknął się.

background image

— Dyr-dyra! — zawołał podstępny chłopiec na całe gardło i rzucił się 

ku pałeczce-stukałeczce, żeby „zadyrkać” czym prędzej dziewczynkę, 
która się zagapiła.

Słowem, wszystko było takie niezwykłe, takie pociągające, że Pietia 

nie zwrócił nawet uwagi na Gawrika, który zbliżył się w chwili, kiedy 
zabawa była w całej pełni.

— Piet’ka, jak nazywa się tamten marynarz? — zapytał Gawrik 

zafrasowany.

— Jaki marynarz?
— Co skoczył z „Turgieniewa”.
— Nie wiem...
— Tyś przecie opowiadał, że go jakoś tam nazwał na statku ten wąsaty 

diabeł za śledczego?

— No tak... Ach tak!... Żukow. Rodion Żukow. Nie przeszkadzaj, my 

się bawimy.

Gawrik odszedł zakłopotany, a Pietia natychmiast zapomniał o tym, 

pochłonięty całkowicie nową miłością. Wkrótce przyszła mama Moti, aby 
zawołać ich na kolację.

— Motiu, zaproś swojego kawalera, zje z nami kaszę, bo na pewno jest 

głodny.

Motia zaczerwieniła się bardzo, potem zbladła, wyprostowała się mów, 

jakby przełknęła kij, i rzekła stłumionym głosem:

— Chłopczyku, chcesz z nami jeść kaszę?
Dopiero teraz Pietia poczuł, że jest głodny. Przecie nie jadł dziś 

obiadu!

Ach, nigdy w życiu nie jadł takiej smacznej, gęstej kaszy z 

twardawymi, przydymionymi, wspaniałymi kartoflami i z maleńkimi 
sześciankami słoniny!

Po tej najcudowniejszej kolacji, pod tą samą morwą, pod gołym 

niebem, chłopcy wyruszyli do domu. Do miasta poszedł także i Tierientij.

Na chwilę wbiegł do domu i wrócił w krótkiej marynarce i 

szewiotowej czapce z guziczkiem trzymając w ręku cienki żelazny pręcik 
od parasolki, taki sam, z jakim spacerowali przeważnie odescy robotnicy w 
święto.

— Tieriasza, nie idź, późno już — powiedziała żona błagalnie, 

odprowadzając męża do furtki.

Spojrzała na niego z takim lękiem, że Pietię aż dreszcz przebiegł.
— Siedź lepiej w domu! Co wszystko...
— Muszę coś załatwić.
— Jak chcesz — rzekła pokornie. Tierientij mrugnął wesoło.

background image

— Nic strasznego.
— Nie idź przez Towarową.
— Ma się rozumieć!
— No, szczęśliwej drogi!
Tierientij i chłopcy poszli w stronę miasta.
Jednakże teraz bynajmniej nie szli tą drogą, którą chłopcy przyszli. 

Tierientij prowadził ich przez jakieś pustkowie, zaułki, ogródki. Droga ta 
okazała się o wiele krótsza i bardziej bezludna.

Zupełnie nieoczekiwanie wyszli na znajomy im plac Sienny. Tutaj 

Tierientij rzekł do Gawrika:

— Wpadnę do was dziś jeszcze. Skinął głową i zniknął w tłumie.
Słońce zaszło już. W niektórych sklepikach zapalono lampy. Pietię 

ogarnęła groza: co też będzie w domu!

Szczęście skończyło się. Zbliżała się chwila zapłaty. Pietia usiłował nie 

myśleć o tym, ale na próżno.

Boże, jak strasznie wyglądają nowe buciki! A pończochy! Skąd się 

wzięły te wielkie, okrągłe dziury na kolanach! Z rana nie było ich wcale. O 
rękach nie ma nawet co mówić — ręce jak u szewca. Na policzkach ślady 
dziegciu. Boże, Boże!

Nie, doprawdy, strach wracać do domu!
No, żeby przynajmniej zbili. Ale najgorsze jest przecież to, że bić nie 

będą, natomiast będą jęczeć, utyskiwać, mówić, rozdzierające duszę, 
gorzkie ale — niestety! — zupełnie słuszne uwagi.

A w dodatku ojciec schwyci może za ramiona i zacznie trząść z całych 

sił i krzyczeć: „Niegodziwcze, gdzieś ty się wałęsał? Chcesz mnie do 
grobu wpędzić”, co jest, jak wiadomo, sto razy gorsze niż najokropniejsze 
bicie.

Te i temu podobne gorzkie myśli sprawiły, że chłopiec wpadł w 

zupełną rozpacz, którą zwiększał jeszcze żal z powodu tekturek oddanych 
tak głupio w porywie namiętności pierwszej, spotkanej przypadkowo 
dziewczynce.

„Mnie ukradziono”

Zdawało się, że nie ma takiej siły na świecie, która mogłaby uratować 

Pietię od niesłychanego, skandalu. Jednakże nie na próżno miał na głowie 
nie jeden, czubek, jak większość chłopców, lecz dwa, co, jak wiadomo, 
jest najpewniejszą oznaką szczęściarzy. Los wybawił Pietię w sposób 
najzupełniej nieoczekiwany..

background image

Możną było spodziewać się raczej wszystkiego aniżeli, tego właśnie.
Niedaleko od placu Siennego po ulicy Staroportofrankowskiej biegi 

Pawlik. Biegł sam jeden.

Z jego zamorusanej twarzy spływały łzy jak z wyżętej szmatki. W 

otwartych, kwadratowych usteczkach drżał smutnie koniuszek języka. Z 
nosa sączył się śluz.

Nie przestawał beczeć krzycząc bezustannie „a”, ale że jednocześnie 

biegł nie zatrzymując się, wychodziło nic ciągłe „a-a-a”, lecz urywane „a! 
a! a!”

— Pawlik?!
Dziecko spostrzegło Pietię, rzuciło się ku niemu czym prędzej i 

uczepiło się obiema rączkami marynarskiej kurtki brata.

— Pietia! Pietia! — wołało drżąc i zachłystując się. — Pietiuszka!
— Co ty tu robisz, brzydki chłopaku? — spytał Pietia surowo. 

Chłopiec dostał czkawki i nie mógł wymówić ani słowa.

— Pytam, co ty tu robisz? No! Niegodziwcze, gdzieś ty się wałęsał? 

Chcesz mnie widać do grobu wpędzić! Nabiję ci mordę, to nabierzesz 
rozumu.

Pietia chwycił Pawlika za ramiona i zaczął nim trząść dopóty, aż 

Pawlik począł mówić poprzez czkawkę.

— Mnie... i!... mnie uk... ukradli!
I znowu zalał się łzami.
Co się stało?
Okazuje się, że nie tylko Pieti przyszła do głowy genialna myśl 

odbycia samodzielnego spaceru nazajutrz po przyjeździe do miasta. Pawlik 
również marzył o tym od dawna.

Nie miał oczywiście zamiaru iść tak daleko jak Pietia. Plany jego nie 

wykraczały poza odwiedziny śmietnika i wyprawę na róg, aby zobaczyć, 
jak obok wejścia do sztabu żołnierze salutują karabinami.

Ale jak na złość właśnie wtedy przyszedł na podwórze Jasiek-Rutiutiu, 

inaczej mówiąc Pietruszka.

Wraz z innymi dziećmi Pawlik przyjrzał się całemu przedstawieniu, 

które wydawało mu się zbyt krótkie. Zresztą rozeszły się pogłoski, że w 
sąsiednim podwórzu będą pokazywali więcej.

Dzieci powędrowały za Jaśkiem-Rutiutiu na inne podwórze. Ale 

okazało się, że przedstawienie tam było jeszcze krótsze, zakończyło się 
ono tym, że Jasiek-Rutiutiu — długonosa lalka w kołpaku podobnym do 
strączka czerwonego pieprzu i z drewnianą szyjką paralityka — zabił pałką 
stójkowego. A wszyscy przecie wiedzą, że potem musi jeszsze koniecznie 
zjawić się straszny potwór — coś pośredniego między żółtą, kudłatą 

background image

kaczką a krokodylem — i chwyciwszy Jaśka-Rutiutiu zębami za głowę, 
powlec go do czyśćca.

A tego właśnie nie pokazano. Może dlatego, że zbyt mało miedziaków 

padało z okien. Bez wątpienia na sąsiednim podwórzu sprawy będą 
wyglądały lepiej.

Patrząc chciwym wzrokiem na pleciony koszyk z tajemniczo 

schowanymi w nim lalkami dzieci przechodziły w ten sposób jak 
zaczarowane z podwórza na podwórze, postępując za kobietą w pstrym 
ubraniu, która dźwigała na plecach katarynkę, i za mężczyzną bez czapki, 
który niósł pod pachą parawan.

Pawlika pożerała nieprzeparta ciekawość, tupał więc na swoich 

mocnych nożynach w gromadzie innych dzieci. Z wysuniętym językiem i 
szeroko otwartymi jasnoczekoladowymi oczami o wielkich czarnych 
źrenicach szedł zapomniawszy o wszystkim na świecie: o cioci, o tatusiu, a 
nawet o Kudłatce, której nie zdążył odstawić do stajni i nakarmić 
porządnie owsem i sianem. Chłopiec stracił zupełnie poczucie czasu i 
oprzytomniał dopiero wtedy, kiedy spostrzegł ze zdziwieniem, że jest już 
wieczór i że idzie za katarynką po zupełnie nie znanej ulicy. Wszystkie 
dzieci pozostały w tyle i rozeszły się już dawno. Był sam jeden.

Pstro ubrana kobieta i mężczyzna z parawanem szli szybko śpiesząc się 

widocznie do domu. Pawlik ledwie mógł nadążyć za nimi. Miasto stawało 
się coraz bardziej obce, podejrzane. Pawlikowi wydawało się, że 
mężczyzna i kobieta złowrogo szepcą o czymś ze sobą.

Skręcając za róg odwrócili się oboje i Pawlik zaniepokojony ujrzał w 

ustach kobiety papierosa. Zgroza go ogarnęła. Przez głowę przemknęła mu 
nagle myśl, od której zadrżał. Wiadomo było przecież, że kataryniarze 
zwabiają małe dzieci, kradną je, wyłamują im ręce i nogi, a potem 
sprzedają je akrobatom do budy.

Och, jakże mógł zapomnieć o tym! Prawda ta była równie dobrze 

znana jak to, że cukierkami „B-ci Krochmalnikow” można się otruć albo 
że lodziarze wyrabiają lody z mleka, w którym kąpano chorych.

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że tylko Cyganki i inne 

złodziejki porywające dzieci palą papierosy. Zaraz złapią go, zatkają mu 
buzię szmatą i zaniosą gdzieś do osady Romanówki, gdzie będą mu 
wyłamywali ręce i nogi robiąc z niego maleńkiego akrobatę.

Z głośnym bekiem rzucił się Pawlik do ucieczki i biegł tak długo, aż 

natknął się nieoczekiwanie na Pietię.

Pietia zbił braciszka jak należy i przywlókł go uroczyście za rękę do 

domu, gdzie panowała najzupełniejsza panika. Dunia szeleszcząc 
nakrochmaloną spódnicą biegała z jednego podwórza na drugie. Ciocia 

background image

nacierała skronie ołówkiem od migreny. Ojciec kładł już płaszcz, żeby iść 
do cyrkułu i zawiadomić o zaginięciu dzieci.

Ujrzawszy Pawlika zdrowego i całego ciocia rzuciła się ku niemu, nie 

wiedząc, co robić, — płakać czy śmiać się.

Rozpłakała się i roześmiała jednocześnie. Potem przetrzepała mu 

porządnie skórę. Później obcałowała całą jego zabeczaną mordkę i znowu 
go zbiła.

I dopiero wtedy zwróciła się groźnie do Pieti:
— A ty, mój drogi?
— A ty gdzieś się wałęsał, zbóju?! — krzyczał ojciec chwytając 

chłopca za ramiona.

— Szukałem Pawlika — odrzekł Pietia skromnie. — Podziękujcie mi.
I Pietia opowiedział natychmiast niezwykłą historię, jak gonił 

kataryniarza, jak kataryniarz uciekał przed nim przez domy przechodnie, 
jak on złapał go jednakże za kołnierz i zaczął wołać stójkowego. Wówczas 
kataryniarz zląkł się i oddał Pawlika, ale sam zdołał zbiec.

— Inaczej wsadziłbym go do cyrkułu, przysięgam!
Chociaż opowiadanie Pieti wbrew oczekiwaniu nie wywołało w nikim 

najmniejszego zachwytu, a tatuś zmrużył nawet oczy z grymasem wstrętu 
mówiąc: „Jak ci nie wstyd tak mleć językiem, aż uszy puchną!”, jednakże 
pozostawało faktem, że właśnie Pietia przyprowadził do domu zaginionego 
Pawlika. Dzięki temu udało się Pieti szczęśliwie uniknąć niesłychanego 
skandalu.

Nie na próżno był szczęściarzem.

Tymczasem Gawrik powrócił do chałupki, gdzie zastał dziadka i 

marynarza ogromnie wzburzonych. Okazało się, że właśnie przed chwilą 
była u nich jakaś komisja, rzekomo z Zarządu Miejskiego, żeby sprawdzić 
pozwolenie na połów ryb. Wszystkie papiery zastali w porządku.

— A kto to leży tu u ciebie? — spytał nagle pan z teczką spostrzegłszy 

marynarza.

Dziadek zmieszał się.
— Chory, czy co? Jeżeli chory, to dlaczego nie odwieziesz go do 

szpitala?

— Nie — rzekł dziadek udając wesołą obojętność — on nie chory, 

tylko pijany.

— Aha, pijany! Syn, czy jak?
— Ni.
— Obcy?
— Przecież mówię, wasza wielmożność, że pijany!

background image

— Rozumiem, że pijany, ale skąd wziął się u ciebie?
— Jak to skąd ? — wymamrotał dziadek udając zdziecinniałego 

zupełnie starca. — No, pijany, to pijany, wiadome rzeczy. Leżał w 
burzanie i tyla.

Pan przyjrzał się bacznie marynarzowi.
— Cóż to, leżał w burzanie tak tylko w kalesonach ?
— Tak leżał.
— Hej, ty tam, chuchnij no! — krzyknął pan pochylając się całkiem z 

bliska nad marynarzem,

Żukow udawał, że nic nie słyszy, i odwrócił się do ściany zakrywając 

głowę poduszką.

— Pijany, a nie czuć go wódką — zauważył pan i dodał spoglądając 

surowo na dziadka: — Pamiętaj!

I komisja odeszła.
Gawrikowi nie podobało się to wszystko.
Przechodząc obok restauracji zobaczył przy stoliku policjanta. 

Policjant pił piwo stawiając kufel na grubym krążku tekturowym z 
napisem: „Piwo Sanzenbachera”. Ale zajęty był nie tyle piwem, ile 
spoglądaniem na srebrny zegarek.

Marynarz czuł się o wiele lepiej. Widocznie kryzys minął. Już nie 

gorączkował.

Siedział na łóżku trąc nie golone policzki i mówił:
— Nie ma innej rady, tylko muszę się natychmiast ukryć.
— Dokądże pójdziesz bez spodni? — rzekł dziadek ze smutkiem. — 

Póki nie ściemni się, trzeba siedzieć w chacie. Gawrik, chcesz jeść ?

— Jadłem u Tierientija.
Dziadek wysoko uniósł brwi. To tak. Więc wnuczek zdążył już być u 

Tierientija. Zuch!

— Co tam słychać?
— Wybiera się do nas wieczorem.
Starzec poruszał przez chwilę wargami, dziwując się, jakim mądralą 

stał się ten jego wnuczek, wszystko rozumie lepiej aniżeli ktokolwiek z 
dorosłych. I co najważniejsze — sprytny, oj sprytny!

Mimo iż miał dopiero dziewięć i pół roku, Gawrik w wielu sytuacjach 

życiowych orientował się lepiej aniżeli niejeden dorosły. Nic zresztą 
dziwnego. Od najmłodszych lat chłopiec rósł wśród rybaków, a odescy 
rybacy faktycznie niewiele się różnili od marynarzy, palaczy, robotników 
doków, tragarzy portowych, od tej części ludności miejskiej najbardziej 
nędzarskiej, która najbardziej kochała wolność.

background image

Wszyscy ci ludzie nałykali się w życiu dosyć złego i doświadczyli na 

własnej skórze, jak smakuje bieda, zarówno dorośli, jak i dzieci. Dzieciom 
było może nawet gorzej aniżeli dorosłym.

Był to rok tysiąc dziewięćset piąty, rok pierwszej rewolucji rosyjskiej.
Wszyscy nędzarze, wszyscy upośledzeni i pozbawieni praw stawali do 

walki z caratem. Rybacy zajmowali wśród nich nieostatnie miejsce. A 
walka rozpoczynała się straszliwa: na śmierć i życie. Walka uczyła, jak 
trzeba być sprytnym, przenikliwym, śmiałym.

Wszystkie te cechy rozwijały się z wolna i zupełnie niepostrzeżenie w 

maleńkim rybaku.

Brat Gawrika, Tierientij, zajmował się również rybołówstwem, ale 

potem ożenił się i zaczął pracować w warsztatach kolejowych. Z wielu 
rzeczy Gawrik wnioskował, że jego starszego brata łączy coś z tym, co w 
owych czasach głucho nazywano „ruchem”.

Odwiedzając Tierientija na Bliskich Młynach Gawrik słyszał często, 

jak brat mówił takie słowa, jak „komitet”, „frakcja”, „podpunkt”.,. I 
chociaż Gawrik nie rozumiał ich sensu, czuł, że są związane z innymi, dla 
każdego zrozumiałymi: „strajk”, śledczy”, „odezwa”.

Szczególnie dobrze wiedział Gawrik, co to są odezwy — te karteczki 

marnego papieru o drobnym, szarym druku. Pewnego razu na prośbę brata 
Gawrik roznosił je nawet nocą po wybrzeżu i kładł je do łodzi rybackich, 
tak żeby nikt nie widział.

Tierientij rzekł wówczas:
— A jeśli ktoś zobaczy — rzuć je wprost do wody i wiej. A jak złapią, 

powiesz, żeś znalazł w burzanie.

Ale wszystko udało się szczęśliwie.
Oto dlaczego Gawrik postanowił opowiedzieć o marynarzu swojemu 

bratu Tierientijowi. Chłopiec wiedział, że Tierientij na pewno znajdzie 
rade na wszystko. Rozumiał jednak, że należy poradzić się kogoś jeszcze, 
pójść jeszcze gdzieś, może właśnie do owego „komitetu”,

Tymczasem więc trzeba zaczekać. Ale czekanie zaczynało być 

niebezpieczne.

Kilkakrotnie marynarz uchylał drzwi i wyglądał ostrożnie na zewnątrz.
Było już dosyć ciemno, jednak nie na tyle, żeby można wyjść w takim 

stanie bez zwrócenia czyjejś uwagi, tym bardziej że na wybrzeżu 
pozostawało jeszcze wiele ludzi, a od strony morza słychać było pieśni 
jadących na łódkach.

Marynarz siadał znowu na łóżku i nie krępując się już obecnością 

starca i Gawrika powtarzał głośno:

background image

— Dranie... Krwiopijce... No, niech tylko wpadną mi kiedy w ręce! Nie 

wiem, co z nimi zrobię... — I stukał cichutku w łóżko mściwą pięścią.

Pogoń

Zmierzch już zapadał, kiedy drzwi chałupki otworzyły się 

nieoczekiwanie i wszedł barczysty człowiek zasłaniając sobą na chwilę 
gwiazdy. Marynarz zerwał się z łóżka.

— To nic, to nic, siedźcie, to nasz Tierientij —rzekł Gawrik. Marynarz 

usiadł usiłując w ciemności przyjrzeć się twarzy wchodzącego.

— Dobry wieczór — rzekł Tierientij. — Kto tu jest, nikogo nie widzę. 

Dlaczego nie zapalacie lampy, nafty nie macie, czy co?

— Trochę będzie jeszcze — wystękał dziadek i zapalił lampkę.
— Jak się macie, dziadku, jak tam wasze sprawy? A ja wybrałem się 

dzisiaj do miasta i myślę sobie, wpadnę do swoich krewniaków. Ech, 
widzę, że jeszcze ktoś tu jest u was w chacie! Witajcie!

Tierientij pośpiesznie, ale bardzo uważnie przyjrzał się marynarzowi 

przy słabym świetle rozpalającej się lampki.

— Nasz topielec — objaśnił dziadek z uśmieszkiem.
— Słyszałem.
Marynarz spoglądał na Tierientija z mroczną nieufnością.
— Rodion Żukow? — zapytał Tierientij niemal wesoło.
Marynarz drgnął, ale opanował się. Jeszcze mocniej wparł się dłońmi 

w łóżko i mrużąc oczy wyrzekł z zuchwałym uśmiechem:

— Przypuśćmy, że Żukow. A wy kim jesteście, że mam obowiązek 

wam odpowiadać? Ja, być może, jedynie przed Komitetem powinienem 
odpowiadać.

Z ospowatej twarzy Tierientija znikł uśmieszek. Gawrik nigdy nie 

widział swego brata tak poważnego.

— Możesz uważać mnie za Komitet — odrzekł Tierientij po chwili 

namysłu i usiadł obok marynarza na łóżku.

— W jaki sposób możecie to udowodnić? — spytał marynarz uparcie, 

odrzucając przyjacielskie „ty” i odsuwając się.

— To wy musicie najpierw udowodnić — odparł Tierientij.
— Zdaje się, że te okoliczności są dość wymowne. — I chory wskazał 

gniewnie oczami na swoje nogi w kalesonach.

— To jeszcze nie dowód.
Tierientij podszedł do drzwi, uchylił je i rzekł z cicha przez szparę:
— Ilja Borysowicz, zajdźcie na chwilę!

background image

Natychmiast dał się słyszeć szelest burzanu i do chałupki wszedł 

maleńki, bardzo szczupły młody człowiek w binoklach z czarną założoną 
za ucho tasiemką. Pod starym, rozpiętym tużurkiem widać było czarną, 
satynową koszulę przepasaną rzemykiem. Na kędzierzawej głowie tkwiła 
mała, przypłaszczona czapka.

Marynarzowi zdawało się, że widział już gdzieś tego „studenta”.
Młody człowiek stanął, poprawił binokle i spojrzał na marynarza 

jednym okiem.

— No co? — spytał Tierientij.
— Widziałem towarzysza piętnastego czerwca z rana na Płatonowskim 

nabrzeżu podczas warty honorowej przy zwłokach marynarza 
Wakulińczuka bestialsko zamordowanego przez oficerów — rzekł młody 
człowiek szybko, jednym tchem. — Byliście tam, towarzyszu?

— Fakt!
— Widzicie: Więc nie omyliłem się.
Wówczas Tierientij wyciągnął w milczeniu spod poły marynarki 

paczkę i położył ją na kolanach marynarza.

— Para spodni, pasek, tużurek. Pantofli, niestety, nie dostaliśmy, 

będziecie na razie tak chodzili, a potem kupicie. Ubierajcie się, nie traćcie 
czasu, my możemy odwrócić się — powiedział jednym tchem młody 
człowiek dodając: — bo mam wrażenie, że ten dom jest śledzony.

Tierientij mrugnął.
— Ano, Gawrik.
Chłopiec zrozumiał od razu i wyszedł cichutko z chałupki w ciemność 

nocy. Stanął. Nasłuchiwał. Wydawało mu się, że w ogródku trzeszczy 
sucha nać kartoflana.

Schylony, zrobił kilka kroków i oswoiwszy się z ciemnością spostrzegł 

nagle pośrodku ogródka dwie nieruchome postacie.

Chłopcu zaparło oddech. Zaszumiało mu w uszach tak, że przestał 

słyszeć szum morza. Zagryzłszy mocno wargi, przeszedł niesłyszalnymi 
krokami za chałupkę, aby popatrzeć, czy na ścieżce nie ma nikogo. Na 
ścieżce stali jeszcze dwaj, bielała bluza jednego z nich. Gawrik poczołgał 
się na górkę i ujrzał na niej kilku stójkowych. Poznał ich od razu po 
białych bluzach. Chałupa była otoczona.

Chłopiec chciał biec z powrotem, gdy nagle poczuł gorącą rękę, 

chwytającą go mocno za kark. Szarpnął się, ale natychmiast dostał 
kopniaka i padł twarzą w burzan.

Mocne ręce chwyciły go. Wydarł się i ku niezmiernemu swemu 

przerażeniu ujrzał tuż przed swoim nosem wąsacza, jego otwarte usta, z 

background image

których buchał zapach mięsa pieczonego, jego twardy jak sosnowa deska 
żołnierski podbródek.

— Oj-oj-oj! — umyślnie cienkim głosikiem zapłakał Gawrik.
— Milcz, smarkaczu... — zasyczał wąsacz.
— Pu-u-śćcie!
— No, no, pokrzycz ty mi tylko, draniaszku — wycedził wąsacz przez 

zęby, ująwszy chłopca za ucho żelaznymi palcami.

Gawrik skulił się i krzyknął dzikim głosem zwróciwszy twarz do 

chałupki;

— Uciekajcie!
— Milcz! Zabiję!
Wąsacz tak bardzo szarpnął za ucho, że zatrzeszczało. Chłopcu 

wydawało się, że pękła mu głowa. Straszliwy ból, którego z niczym nie 
można porównać, przeszył mózg. Jednocześnie poczuł Gawrik, jak zalewa 
go fala nienawiści i wściekłości, od której pociemniało mu w oczach.

— Uciekajcie! — krzyknął raz jeszcze z całych sił, kurcząc się z bólu. 

Wąsacz zwalił się na Gawrika, szarpiąc nadal jedną ręką jego ucho, a 
drugą zatykając mu usta. Ale chłopiec tarzał się po ziemi, kąsał spoconą, 
znienawidzoną, włochatą rękę i oblewając się łzami wrzeszczał jak 
opętany:

— Uciekajcie! Uciekajcie! Ucie-ka-a-ajcie!
Wąsacz z wściekłością odepchnął chłopca i skoczył ku chałupce. 

Rozległ się przeciągły gwizdek policyjny.

Gawrik podniósł się i zrozumiał od razu, że krzyk jego został 

usłyszany. Trzy postacie — dwie duże i jedna maleńka — wyskoczyły z 
chałupki i potykając się biegły przez ogródek.

Dwie białe bluzy zagrodziły im drogę. Zbiegowie chcieli zawrócić, ale 

spostrzegli, że są okrążeni.

— Stój! — krzyknął w ciemności nieznajomy głos.
— Ilja Borysowicz, strzelajcie! — usłyszał chłopiec rozpaczliwe 

wołanie Tierientija.

W tej samej chwili zabłysły światełka i rozległy się jeden po drugim 

trzy strzały rewolwerowe, podobne do trzaskania z bicza. Po krzykach i 
szamotaniu się Gawrik poznał, że w ciemności toczy się bójka.

Czyżby mieli ich schwytać? Przejęty grozą tak straszną, że nie 

pozwalała mu niczego zrozumieć, Gawrik rzucił się naprzód, jak gdyby 
mógł czymś pomóc.

Nie zdążył przebiec nawet dziesięciu kroków, kiedy zobaczył, że z 

szamocącej się grupy wyrwały się znowu te same trzy postacie — dwie 

background image

duże i jedna maleńka — rzuciły się w kierunku urwiska i przepadły w 
ciemności.

— Trzymaj! Trzyma-a-aj!
Czerwony słup ognia wzniósł się w górę. Uderzył grzmiący wystrzał z 

policyjnego Smith-Wessona. W górze na urwiskach rozbrzmiewały 
gwizdki policyjne. Wyglądało na to, że całe wybrzeże było obstawione.

Chłopiec zrozpaczony wsłuchiwał się w hałas pogoni. Nie mógł 

zrozumieć, dlaczego Tierientij wybrał ten kierunek dla ucieczki. Trzeba 
było być niespełna rozumu, żeby uciekać pod górę: tam czekała zasadzka i 
tam schwycą ich na pewno. Lepiej było prześliznąć się wzdłuż wybrzeża.

Gawrik biegł jeszcze przez chwilę i wydawało mu się, że widzi, jak po 

stromym i prawie pionowym urwisku wdrapują się trzy postacie. Tam 
pewna zguba!

— Och, Tierientij, dokądże on polazł — szeptał chłopiec zrozpaczony 

gryząc palce, żeby nie zapłakać; palące, tłumione łzy szczypały w nosie i 
bulgotały w gardle.

I nagle w jednej sekundzie chłopiec zrozumiał, dlaczego uciekający 

wdrapywali się na Urwisko. Nie wziął zupełnie pod uwagę... A to przecie 
takie proste! Chodzi o to, że... Ale w tej chwili wąsacz dobiegł do 
Gawrika, schwycił go pod pachę i rwąc na nim koszulę, powlókł go z 
powrotem, Z całej siły wepchnął chłopca do chałupki, obok której stali już 
dwaj stójkowi. Gawrik uderzył dotkliwie szczęką o framugę i upadł w kąt 
na dziadka, który siedział na ziemi.

— Jeżeli uciekną — łby wam pourywam! — krzyknął wąsacz do 

stójkowych i wybiegł z chałupki.

Gawrik usiadł obok dziadka podwinąwszy tak jak i tamten nogi. 

Siedzieli w milczeniu, nasłuchując gwizdków i krzyków, które cichły 
stopniowo w oddali.

Wreszcie hałas umilkł zupełnie.
Wówczas Gttwrik poczuł swoje ucho, o którym już przedtem 

zapomniał. Bolało straszliwie. Zdawało się, że płonie. Strach było go 
dotknąć.

— Och, drań, caluśkie ucho mi oderwał — wyrzekł Gawrik 

powstrzymując się od łez i usiłując zachować pozory obojętności.

Dziadek spojrzał z ukosa. Oczy starca wydawały się być nieruchome, 

straszna była ich głucha pustka. Wargi poruszały się miękko. Milczał 
długo. Wreszcie pokiwał głową i rzekł z wyrzutem:

— Widzieliście, państwo, coś podobnego, żeby dzieciom ucha 

obrywać? Czy to tak wolno ?

background image

Westchnął ciężko i znowu zaczął żuć wargami. Nagle schylił się 

nieporadnie do Gawrika, spojrzał z lękiem na drzwi — czy kto nie 
podsłuchuje — szepnął:

— Nic nie słychać — czy poszli, czy zostali ?
— Wdrapali się na urwisko — szybko i cicho odparł chłopiec. — 

Tierientij poprowadził ich do katakumb. Jeżeli ich po drodze nie postrzelą, 
wymkną się na pewno.

Dziadek zwrócił się twarzą do Cudotwórcy, przymknął powieki i 

przeżegnał się z wolna, ale z rozmachem, wciskając mocno złożone palce 
w czoło, w brzuch, w oba ramiona. Maleńka, ledwie dostrzegalna łza 
potoczyła się po policzku i zginęła w zmarszczce.

Dziadek

Pod wielu miastami w świecie znajdują się katakumby. Istnieją one w 

Rzymie, w Neapolu, w Konstantynopolu, w Aleksandrii, w Paryżu, 
Odessie.

Kiedyś, przed pięćdziesięciu laty, odeskie katakumby były 

kamieniołomami, z których wybierano wapniaki do budowy. Obecnie 
kamieniołomy te ciągną się zawikłanym labiryntem pod całym miastem, w 
kilku miejscach wyjścia prowadzą poza jego granice.

Mieszkańcy Odessy wiedzieli o istnieniu katakumb, ale tylko nieliczni 

schodzili do nich, a jeszcze mniej liczni znali dobrze ich rozmieszczenie. 
Katakumby stanowiły w pewnej mierze tajemnicę miasta, jego legendę.

Jednakie Tierientij nie na darmo był kiedyś rybakiem. Wspaniale znał 

wybrzeża odeskie i doskonale poznał wszystkie wyjścia prowadzące z 
katakumb do morza.

Jedno z takich wyjść znajdowało się o sto kroków od chałupki, 

pośrodku urwiska. Stanowiło ono wąską szczelinę, całą zarośniętą 
głogiem. Ze szczeliny sączył się maleńki strumyk i zbiegał w dół po 
urwisku wprawiając w drżenie niskie trawy i burzan.

Odparłszy pierwsze natarcie stójkowych i tajniaków Tierientij powiódł 

towarzyszy wprost do znanej sobie jaskini.

Prześladowcy nie mieli pojęcia o jej istnieniu. Sądzili, że zbiegowie 

chcą przedostać się do miasta przez podmiejskie letniska. Było to na rękę 
policjantom. Cała okolica była otoczona. Uciekinierzy mieli nieuniknienie 
wpaść w pułapkę.

Toteż po pierwszym wystrzale stójkowi otrzymali rozkaz nieużywania 

broni.

background image

Po kwadransie czekania naczelnik policji Aleksandrowskiego cyrkułu, 

który kierował osobiście obławą, posłał stójkowego, aby dowiedział się, 
czy schwytano przestępców.

Stójkowy udał się wygodną okólną drogą i po kwadransie wrócił 

oznajmiając, że zbiegowie wcale nie zjawili się na górze. Nie było ich więc 
ani na górze, ani na dole. Zatem gdzie się podzieli? Zupełnie 
nieprawdopodobne było, żeby siedzieli gdzieś pośrodku urwiska w 
krzakach, czekając, aż zostaną schwytani.

Niemniej jednak naczelnik rozkazał policjantom wleźć na górę i 

przetrząsnąć każdy krzaczek. Klnąc na czym świat stoi, ślizgając się co 
chwila po trawie i po glinie w swoich lakierowanych butach, polazł sam na 
urwisko nie wierząc już „tym durniom”.

Przetrząsnęli po ciemku całe urwisko od dołu do góry i nic nie znaleźli. 

Wyglądało to na istny cud. No, bo zbiegowie nie zapadli się przecież pod 
ziemię!

— Wasza wielmożność! — rozległ się nagle z góry wystraszony głos.

Niech pan pozwoli tutaj!
— Co tam takiego?
— Ta tu są, wasza wielmożność, katakumby!
Naczelnik policji w białych rękawiczkach uchwycił za kolczaste 

gałęzie. Ujęły go zaraz mocne łapy wciągając na malutki placyk.

Wąsacz zapalał zapałkę po zapałce. Przy ich świetle można było 

dostrzec zarośniętą krzakami czarną, wąską szczelinę w skale.

Naczelnik policji zorientował się natychmiast, że sprawa jest 

przegrana. Wymknęła im się taka zdobycz! Zatrząsł się z wściekłości, 
zatupał ciasnymi butami i waląc pięściami w białych rękawiczkach, gdzie 
popadło, w mordy, w szczęki, wąsy, wrzeszczał głośno ochrypłym od 
krzyku głosem:

— Czego stoicie, du-urnie! Naprzód! Obszukać wszystkie katakumby! 

Łby wam pourywam, mor-r-dy wam rozmiażdżę, do stu tysięcy diabłów! 
Macie złapać tych łajdaków! Marsz!

Ale rozumiał sam, że rozkaz ten jest niewykonalny; żeby obszukać 

wszystkie katakumby, trzeba było przynajmniej dwóch tygodni czasu. I to 
na próżno, gdyż minęło więcej niż pół godziny i zbiegowie są już na 
pewno od dawna w innym krańcu miasta.

Kilku stójkowych wlazło niechętnie w rozpadlinę i zapalając zapałki 

jedna po drugiej, dreptało w pobliżu wejścia oglądając wilgotne wapienne 
ściany podziemnego korytarza, który ginął gdzieś w mogilnym mroku.

background image

Naczelnik policji splunął gwałtownie i pobiegł w dół pobrzękując 

ostrogami. Wściekłość dusiła go. Szarpnął zbyt sztywno nakrochmalony 
kołnierzyk pikowej bluzy z taką siłą, że oderwał haftki.

Stąpając wielkimi krokami po trzeszczącym burzanie zbliżył się do 

chałupki i rozjuszony szarpnął drzwi. Stójkowi wyprostowali się 
wystraszeni.

Naczelnik wszedł do izdebki i zastygł w bezruchu, stanąwszy w 

szerokim rozkroku. Palce jego założonej w tył dłoni poruszały się 
konwulsyjnie. Za naczelnikiem natychmiast wlazł wąsacz.

— Wasza wielmożność pozwoli sobie zameldować — szepnął 

tajemniczo, wskazując okrągłymi oczami na dziadka — właściciel 
konspiracyjnego mieszkania, a to jego chłopak.

Naczelnik nie patrząc na wąsacza wyciągnął ku niemu rękę, ujął go po 

omacku wszystkimi pięcioma rozcapierzonymi palcami za spoconą mordę 
i odepchnął go ze wściekłą odrazą.

— Ciebie, du-ur-rnia, nie pytam. Sam wiem.
Gawrika przejęła groza. Czuł, że zaraz stanie się coś okropnego. Blady 

i maleńki, z czerwonym opuchniętym uchem spoglądał bez mrugnięcia 
okiem na zgrabnego, barczystego oficera w niebieskich spodniach z 
czarną, lakierowaną koalicyjką, przewieszoną przez ramię.

Naczelnik policji stał tak co najmniej minutę, która Gawrikowi wydała 

się całą godziną, po czym usiadł bokiem na łóżku. Nie spuszczając wzroku 
z dziadka wyciągnął nogę w lakierowanym bucie, wydobył z przylegającej 
ściśle kieszeni srebrną papierośnicę i zapalił żółtego papierosa.

„Fabryki Asmołowa” — pomyślał Gawrik.
Naczelnik policji wypuścił dym nosem, wyrzekł:
— No-no — i wrzasnął na cały głos tak, że aż w uszach zadzwoniło: 

— Wstań, łajdaku, w obecności oficera.

Dziadek zerwał się skwapliwie. Podkurczał czarne, bose nogi i 

obciągał na swoim wątłym ciele koszulę wpatrując się w naczelnika policji 
bezmyślnymi sołdackimi oczami.

Gawrik widział, jak drżała wyciągnięta szyja dziadka, jak napinała się 

niczym lejce pod brodą sucha skóra z dawną szramą.

— Ukrywasz nielegalnych — wyrzekł naczelnik policji lodowatym 

głosem.

— Ależ nie — wyszeptał dziadek.
— Gadaj: kto to był u ciebie przed chwilą?
— Skąd ja mogę wiedzieć.
— Aha, nie wiesz! — I oficer podniósł się z wolna.

background image

Zacisnąwszy wargi palnął starca w ucho krótkim i dokładnie 

wymierzonym ciosem tak silnie, że ten zachwiał się i uderzył całym ciałem 
o ścianę.

— Mów, kto tu był?
— Skąd ja mogę wiedzieć... — rzekł starzec stanowczo, poruszając 

szczękami.

Znowu mignęła pięść w białej rękawiczce. Z nozdrzy dziadka 

popłynęły dwie wąskie strużki krwi. Starzec przymknął oczy, wtulił głowę 
w ramiona i zaszlochał.

— Za co mnie wasza wielmożność bije? — rzekł dziadek cicho, ale 

groźnie, wycierając nos i pokazując naczelnikowi policji rękę zbroczoną 
krwią.

— Milczeć! — wrzasnął oficer.
Duża, aksamitna brodawka czerniała na jego gipsowej twarzy. Z 

odrazą spoglądał na swoją zniszczoną rękawiczkę.

— Mów, kto tu był?
— Skąd ja mogę .wiedzieć...
Starzec zdążył zasłonić twarz rękami i odwrócić się. Cios spadł na 

głowę. Spodnie obwisły na kolanach. Dziadek począł z wolna osuwać się 
na ziemię.

— Niech go pan nie bije, on jest stary! — zawołał Gawrik ze łzami 

rozpaczy, przyskakując do naczelnika policji.

Ale ten ostatni wychodził już z chałupki z krzykiem.
— Wziąć tego szelmę! Zawieźć go!
Stójkowi rzucili się na starca i chwycili go wyłamując mu łokcie. 

Powlekli go z chałupki jak snop słomy. Gawrik usiadł na podłodze i gryząc 
piąstki zapłakał, pełen gniewu i wściekłości.

Przez pewien czas siedział bez ruchu, nasłuchując jednym uchem 

szumów i szelestów nocy. Na drugie ucho ogłuchł.

Chwilami chłopiec umyślnie zatykał sobie zdrowe ucho. Wówczas 

ogarniała go ze wszystkich stron głucha, niema cisza. Przejmował go lęk, 
jak gdyby w ciszy tej czyhało na niego jakieś niebezpieczeństwo.

Wówczas odkrywał ucho, jak gdyby chciał spiesznie wypuścić na 

wolność zamknięte w nim dźwięki. Ale jedno ucho nie mogło pomieścić w 
sobie całej ich różnorodności.

Chwilami słychać było rzadkie, potężne westchnienia morza i nic poza 

tym. To znowu rozpoczynała się przeczysta muzyka świerszczy i wtedy 
ustawał szum morza. To ciepły wietrzyk przebiegał po burzanie 
napełniając noc szelestem, który nie pozostawiał miejsca ani dla 

background image

świerszczy, ani dla morza. Słychać było jedynie trzaski w lampce, w której 
wypaliła się nafta.

Nagle chłopcu straszna wydała się samotność. Zdmuchnął pośpiesznie 

płomyk i pobiegł za dziadkiem.

Cudowna noc sierpniowa zawisła nad światem. Czarne, migotliwe 

niebo obsypało biegnącego chłopca gwiazdami. Cykanie świerszczy 
rozlewając się w krąg wznosiło się aż do samej Drogi Mlecznej.

Ale co obchodziło udręczonego i skrzywdzonego chłopczyka obojętne 

piękno, które nie mogło uczynić go szczęśliwym?

Gawrik biegł tak szybko, jak tylko pozwalały mu siły.
Dopiero w mieście na Staroportofrankowskiej ulicy dogonił dziadka 

tuż obok cyrkułu.

Dwóch stójkowych — jeden siedząc, a drugi stojąc — wieźli dziadka 

dorożką. Starzec ześliznąwszy się z siedzenia leżał u nóg stójkowego w 
poprzek dorożki. Głowa jego podskakiwała uderzając silnie o stopień. Po 
jego twarzy, brudnej od krwi i kurzu, przesuwało się światło latarni 
ulicznych.

Gawrik rzucił się ku dorożce, lecz zatrzymała się ona już przy bramie 

cyrkułu. Stójkowi wlekli potykającego się starca do bramy.

— Dziadku! — zawołał chłopiec.
Stójkowy uderzył z lekka Gawrika pochwą szabli po karku. Brama 

zamknęła, się. Chłopiec został sam jeden.

 
 
Uparta ciocia

Dla Pieti nastała chwila najwyższego triumfu i radości.
Już przed godziną pierwszą Pietia zdążył obiec wszystkich znajomych 

w całym domu pokazując swoją nowiutką czapkę uczniowską i 
opowiadając w podnieceniu, jak zdawał przed chwilą egzamin.

Naprawdę to Pietia nie bardzo miał co opowiadać. Nie było właściwie 

żadnego egzaminu — było to łatwe wstępne przepytywanie, trwające 
piętnaście minut. Zaczęło się o wpół do jedenastej, a pięć minut po 
jedenastej sprzedawca mieszczącego się obok gimnazjum sklepu wręczał 
już chłopcu z eleganckim uśmiechem jego stary słomkowy kapelusz, 
zapakowany w papier.

Czapkę włożył Pietia w sklepie przed lustrem i nie zdjął jej już z głowy 

aż do wieczora.

— Ech, jak świetnie zdałem egzamin! — powtarzał Pietia podniecony, 

krocząc szybko po ulicy.

background image

Przeglądał się po drodze w każdej szybie, żeby jeszcze i jeszcze raz 

ujrzeć siebie w czapce.

— Moj drogi — mówiła ciocia (a podbródek jej drżał od śmiechu) — 

uspokój się. To nie był egzamin, tylko przepytywanie.

— Ależ ciociu! Jak możesz tak mówić? — czerwieniejąc z gniewu i 

tupiąc nogami wrzeszczał Pietia na całą ulicę, gotów rozbeczeć się z urazy. 
— Przecież ciocia nie widziała, a mówi! To był najprawdziwszy egzamin, 
a ciocia siedziała wtedy w poczekalni i nie ma prawa tak twierdzić. Mówię 
cioci, że to był egzamin!

— Oczywiście. Ja jestem głupia, a ty mądry! To było przepytywanie.
— A właśnie że egzamin!
— Ja jemu golone, a on mnie strzyżone.
Te słowa cioci były przejrzystą aluzją do starej ukraińskiej anegdoty o 

pewnym uparciuchu, który posprzeczał się z żoną: czy pisarz gminny ma 
brodę goloną czy strzyżoną. Uparciuch wbrew oczywistej prawdzie 
krzyczał „strzyżone”, aż rozwścieczona żona wrzuciła go do rzeki. Tonąc, 
wciąż jeszcze pokazywał palcami nad wodą: strzyżone.

Ale Pietia nie zwrócił wcale uwagi na tę aluzję, tylko powtarzał ze 

łzami w glosie:

— A właśnie że egzamin, a właśnie że egzamin!
Ciocia miała dobre serce. Żal jej się zrobiło, że odbiera siostrzeńcowi 

najdroższą część jego triumfu. „Egzamin” — ile warte jest samo to słowo! 
Niech się chłopiec cieszy. Po co martwić go w tak uroczystym dniu.

Ciocia postanowiła więc jakoś zręcznie wybrnąć z sytuacji.
— Zresztą — rzekła z uśmieszkiem — może to ja się mylę. Zdaje się, 

że to był rzeczywiście egzamin.

Pietia rozpromienił się.
— Oho, jeszcze jaki egzamin!
Ale w głębi duszy gryzło Pietię zwątpienie. Wszystko odbywało się 

jakoś zbyt prędko i zbyt łatwo jak na prawdziwy egzamin.

Dzieci ustawiono co prawda parami i poprowadzono do klasy. Tam stał 

istotnie długi stół, zasłany granatowym suknem. Siedzieli rzeczywiście 
surowi nauczyciele w granatowych mundurach ze złotymi guzikami, z 
orderami. Mieli złote okulary, a nakrochmalone mankiety samym swoim 
widokiem wskazywały na to, że są twarde jak skorupa. Za stołem 
egzaminatorów zwracała na siebie uwagę sutanna z mory i kobiece loki 
popa.

Żołądek jakby osuwał się, nogi wilgotniały, lodowaty pot perlił się na 

skroniach... Wszystko było tak, jak bywało od wieków.

background image

Ale sam egzamin... Nie, teraz Pietia zrozumiał to doskonale, że jednak 

to było tylko przepytywanie.

Zaledwie chłopcy usiedli w ławkach, jeden z nauczycieli wetknął 

natychmiast nos w wielki papier, leżący na stole, i powiedział pięknie, 
wyraźnie, zaokrąglając każde wymawiane słowo:

— No, cóż, rozpoczniemy. Aleksandrów Borys, Aleksandrów Mikołaj, 

Baczej Piotr. Prosimy tu.

Usłyszawszy swoje imię i nazwisko, które zabrzmiało tak obco i tak 

płomiennie zarazem w pustej i rozległej klasie, Pietia uczuł się tak, jakby 
go znienacka uderzono w dołek pięścią. Nie przypuszczał bynajmniej, że 
straszliwa chwila nastąpi tak szybko.

Był zaskoczony. Poczerwieniał i tracąc niemal przytomność zbliżył się 

po śliskiej podłodze do stołu.

Trzej chłopcy oddani zostali nauczycielom do rozporządzenia. Pietia 

dostał się w ręce popa.

— No-no — rzekł olbrzymi starzec zakasując szeroki rękaw sutanny.
Następnie zatknął na wąskiej piersi sztylet krzyża, który nosił na 

srebrnym łańcuszku. Łańcuszek zrobiony był z płaskich ogniw naciętych 
jak ziarenka kawy.

— Podejdź, młodzieńcze. Jak się nazywasz?
— Pietia.
— Piotr, mój drogi, Piotr. Pietia został w domu. Nazwisko jakie?
— Baczej.
— Syn Wasyla Pietrewicza? Nauczyciela szkoły rzemieślniczej?
— Tak.
Duchowny odchylił się na poręcz krzesła przybierając niedbałą pozę 

rozleniwionego, jak to czynią palacze.

Przymrużył oczy i spojrzał na Pietię z niepojętym dla chłopca 

uśmieszkiem.

— Znam go, a jakże. Liberalny pan. N-no... — Pop przechylił się 

jeszcze bardziej w tył.

Teraz maleńkie krzesło kołysało się na dwóch tylnych nogach,
— Jakie znasz modlitwy? „Wierzę” umiesz? 
— Umiem.
— Mów.
Pietia nabrał pełne usta powietrza i zaczął pędzić bez znaków 

przestankowych, chcąc wyrzucić modlitwę jednym tchem:

— Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego Jezusa Chrystusa Syna Jego 

jedynego narodził się z Marii Panny...

Tu wyczerpało się powietrze i Pietia zatrzymał się.

background image

Bojąc się, że duchowny pomyśli, że zapomniał, chłopiec nabrał 

szybko, z chlipiącym dźwiękiem, nową porcję powietrza, ale duchowny 
machnął ręką przestraszony.

— Dosyć, dosyć, idź dalej.
Chłopiec stanął następnie przed matematykiem.
— Do ilu umiesz liczyć?
— Do ilu trzeba — powiedział Pietia, któremu triumf na egzaminie z 

religii dodał odwagi.

— Doskonale. Licz do miliona.
Pieti zdawało się, że wpadł do przerębli, zrobił nawet całkiem mimo 

woli taki ruch ustami, jakby się zachłysnął. Spojrzał zrozpaczony w prawo 
i w lewo, szukając pomocy. Ale wszyscy dokoła byli zajęci, a matematyk 
patrzał gdzieś w bok przez okulary. W jego szkłach odbijały się bardzo 
wypukłe i bardzo wyraźne dwa duże okna klasy z zielenią ogrodu 
gimnazjalnego, z niebieskimi kopułami Pantelejmonowskiego soboru i 
nawet z wieżą Aleksandrowskiego cyrkułu, na której wisiały dwie czarne 
kulki, oznajmiające, że gdzieś w rejonie drugim wybuchł pożar. Liczyć do 
miliona!... Pietia przepadł z kretesem!

— Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem... — zaczął chłopiec 

starannie zaginając ukradkiem palce i uśmiechając się niby łobuzersko, ale 
w rzeczy samej smutnie. — Osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście...

Matematyk patrzał obojętnie w okno. Kiedy udręczony chłopiec 

wyrzekł „siedemdziesiąt dziewięć”, nauczyciel powiedział:

— Dosyć. Tabliczkę mnożenia znasz?
— Jeden razy jeden — jeden, jeden razy dwa — dwa, jeden razy trzy 

— trzy — zaczął Pietia szybko i dźwięcznie lękając się, żeby mu nie 
przerwano, ale nauczyciel skinął głową.

— Dosyć.
— Umiem jeszcze dodawanie, odejmowanie, mnożenie i dzielenie.
— Dosyć. Idź dalej.
„Co to znaczy, nie dają ust otworzyć? To wprost gniewa”. Pietia 

przeszedł do następnego nauczyciela z orderem na piersi przeświecającym 
poprzez gęstą brodę.

— Czytaj od tego miejsca.
Pietia z szacunkiem wziął do ręki książkę w marmurkowej oprawie i 

spojrzał na gruby, żółty paznokieć leżący na wydrukowanym dużymi 
literami tytule: „Lew i piesek”.

— „Lew i piesek — zaczął Pietia dosyć żywo, chociaż jąkał się ze 

wzruszenia. — Lew i piesek. W pewnym zwierzyńcu znajdował się lew. 

background image

Był on bardzo krwiożerczy. Dozorcy bali go się. Lew pożerał ogromnie 
wiele mięsa. Właściciel zwierzyńca nie wiedział, co począć...”

— Dosyć.
Pietia o mało się nie rozpłakał. Nie doszło jeszcze nawet do pieska, a 

on już — „dosyć”...

— Wiersz jakiś umiesz na pamięć?
Tej chwili Pietia oczekiwał z drżeniem tajemnego triumfu. Tu 

nareszcie zabłyśnie pełnym blaskiem!

— Umiem „Żagiel”, wiersz M. Lermontowa.
— No, powiedz.
— Czy mam zadeklamować ?
— Jeśli potrafisz.
— Zaraz.
Pietia szybko cofnął nogę w tył, co było niezbędnym warunkiem 

wyrazistej deklamacji, i przechylił dumnie głowę.

— Żagiel, wiersz M. Lermontowa — wygłosił przeciągając śpiewnie.

Samotny żagiel w niebios toni 
Bieleje na błękicie fal 
Skąd płynie? Dokąd? Za czym goni? 
Ku jakim brzegom biegnie w dal?
 
Uczyniwszy szybko obiema rękami znak zdziwienia i pytania chłopiec 

mówił dalej, śpiesząc się, żeby powiedzieć jak najwięcej, zanim go 
zatrzymają;

Wrą fale, wicher oszalały
Ze skrzypem czoło masztu gnie...
I nie od szczęścia żagiel biały
Ucieka, nie ku szczęściu mknie!

Pietia pośpiesznie podkreślił gestem słowa — ale nauczyciel zdążył 

zamachać rękami.

— Dosyć.
— Zaraz skończę, jeszcze tylko troszeczkę — wyjęczał chłopiec.

Najcichsze pod nim lśnią lazury...

— Dosyć, dosyć. Idź do domu.

background image

— A więc nic już nie trzeba? Jeszcze umiem „Wyrusza w pochód” 

wiersz A. Puszkina.

— Nic więcej nie trzeba. Możesz powiedzieć rodzicom, że jesteś 

przyjęty. To wszystko.

Pietia był oszołomiony. Ze dwie minuty stał pośrodku klasy nie 

wiedząc, co począć ze sobą.

Wydawało się rzeczą zupełnie nieprawdopodobną, żeby dokonało się 

już owo straszliwe i zagadkowe wydarzenie, do którego przygotowywał się 
z bijącym sercem przez całe lato.

Wreszcie chłopiec szurgnął niezręcznie nogą, potknął się i wybiegł z 

klasy.

Ale po sekundzie wpadł z powrotem jak opętany i spytał głosem 

urywającym się ze wzruszenia.

— Czy można już kupić czapkę uczniowską?
— Można, można. Idź już.
Pietia wybiegł do poczekalni, gdzie na złoconym krześle pod 

gipsowym biustem Łomonosowa1 siedziała ciocia w letnim kapeluszu z 
woalką i w długich rękawiczkach.

Krzyczał tak głośno że słyszeli go na pewno dorożkarze na ulicy. — 

Ciociu, chodźmy prędzej! Powiedzieli, żeby kupić już uczniowską czapkę!

Aleksandrowski cyrkuł

Ach, co to była za rozkosz — kupować czapkę!
Najpierw długo przymierzali ją, potem targowali się, potem wybierali 

znaczek, tę wykwintną srebrną ozdobę. Tworzyły ją dwie skrzyżowane 
iglaste gałązki, a wśród nich „O. 5. G.” — monogram odeskiego piątego 
gimnazjum.

Znaczek wybrali największy i najtańszy — za piętnaście kopiejek.
Sprzedawca przekłuł szydłem dwie dziurki w twardym otoku filcowej 

czapki i umocował znaczek zagiąwszy od wewnątrz mosiężne łapki.

W domu czapka ze znaczkiem wywołała powszechny zachwyt. 

Wszyscy pragnęli jej dotknąć. Ale Pietia nie pozwalał. Podziwiać ją — i 
owszem, ale w ręce nie brać!

Tatuś, Dunia, Pawlik, wszyscy pytali jeden przez drugiego: „Ile 

kosztuje”, jak gdyby to było najważniejsze.

Pietia odpowiadał wszystkim z zapałem:

background image

— Rubel czterdzieści pięć czapka i piętnaście orzełek, ale nie o to 

chodzi. Gdybyście widzieli, jak ja egzamin zdawałem, tobyście dopiero 
wiedzieli!

Pawlik zezował zawistnie w kierunku czapki i sapał, gotów lada chwila 

rozbeczeć się.

Następnie Pietia pobiegł pokazać czapkę na dole, w sklepiku, 

Nusikowi Koganowi.

Nusik Kogan był znowu z wizytą na limanie. Utrapienie!
Nową czapką zainteresował się za to niezmiernie ojciec Nusika, stary 

Kogan, sklepikarz.

Włożywszy okulary oglądał długo czapkę ze wszystkich stron, cmokał 

językiem — „c-c-c” i wreszcie zapytał;

— Ile kosztuje?
Obiegłszy w kamienicy wszystkich znajomych Pietia udał się na 

polankę i pokazał czapkę żołnierzom. Żołnierze również spytali, ile 
kosztuje. Najgorsze, że nie było już komu pokazywać, a nie minęła jeszcze 
polowa dnia! Pietia był zrozpaczony.

Nagle ujrzał Gawrika, który szedł obok płotu przytułku położniczego. 

Pietia wybiegł na spotkanie przyjaciela, napełniając powietrze krzykiem i 
wymachując czapką.

Ale co się stało z Gawrikiem? Jego maleńkie oczy były podkrążone 

sińcami. Mrocznie i gniewnie lśniły na chudej, nie mytej twarzy. Koszulę 
miał podartą. Jedno ucho liliowoczerwone, opuchnięte, rzucało się od razu 
w oczy budząc grozę swoim nieprawdopodobnym wyglądem.

„Ech, jak wspaniale zdałem egzamin” — chciał zawołać Pietia, ale 

słowa uwięzły mu w gardle.

Wyszeptał:
— Oj, z kim się biłeś?? Kto cię pobił? 
Gawrik uśmiechnął się ponuro, spuszczając oczy.
— Pokaż no — rzekł zamiast odpowiedzi i wyciągnął rękę ku czapce. 

— Ile kosztuje?

Chociaż danie czapki komuś do rąk wymagało wielkiego 

przezwyciężenia, Pietia, co prawda z bólem serca, pozwolił Gawrikowi 
wziąć ją do obejrzenia.

— Tylko nie zepsuj!
— Nie strachaj się.
Chłopcy usiedli pod krzaczkiem obok śmietnika i zaczęli dokumentnie 

oglądać czapkę.

Gawrik wykrył w niej natychmiast moc tajemnic i możliwości, których 

nie dostrzegły oczy Pieti.

background image

Okazało się przede wszystkim, że można wyjąć cieniutkie stalowe 

kółko, które usztywniało dno. Kółko było oklejone zardzewiałym papierem 
i wyciągnięte z czapki było cenne samo przez się.

Bardzo łatwo było połamać je na mnóstwo malutkich stalowych płytek, 

które przydać się mogły choćby na to, by je kłaść na szyny pod pociąg 
podmiejski — ciekawe, co się z nimi wówczas stanie!

Po drugie, w czapce była czarna satynowa podszewka z 

wydrukowanym złotym napisem: „Br. Guralnik”. Gdyby nadpruć ją 
cokolwiek, można by chować za nią różne drobiazgi — nikt nie znajdzie 
nigdy w życiu!

Po trzecie, skórzany daszek, pokryty od zewnątrz czarnym lakierem, 

można było zrobić jeszcze bardziej błyszczącym, nacierając go mocno 
zielonymi strączkami drzewa, które wśród chłopców nosiło nazwę 
„lakierowego”.

Co do znaczka, to trzeba natychmiast wygiąć go zgodnie z modą i 

nawet podciąć troszeczkę gałązki.

Chłopcy wzięli się zaraz z zapałem do roboty i pracowali dopóty, aż 

wyczerpali wszystkie możliwe przyjemności, jakich czapka mogła im 
dostarczyć.

Było to niejaką rozrywką dla Gawrika.
Ale gdy czapka utraciła ostatecznie ludzki wygląd i sprzykrzyła im się, 

Gawrik stał się znowu ponury.

— Słuchaj, Piet'ka, wynieś kawałek chleba i dwa kawałki cukru — 

rzekł nagle z udaną szorstkością. — Zaniosę dziadkowi.

— Dokąd?
— Do cyrkułu.
Pietia patrzał na przyjaciela szeroko otwartymi, nic nie rozumiejącymi 

oczami.

Gawrik uśmiechnął się mrocznie i splunął pod nogi.
— No, czego patrzysz? Nie rozumiesz czy co? Malec z dębie? Naszego 

dziadka wzięli wczoraj do cyrkułu. Trzeba zanieść wałówkę.

Pietia w dalszym ciągu nic a nic nie rozumiał.
Słyszał, że do cyrkułu zabierają pijaków, awanturników, złodziei, 

włóczęgów. Ale Gawrikowego dziadka? Nie mieściło mu się to w głowie.

Pietia doskonale znał starca: chłopiec często przychodził w odwiedziny 

do Gawrika na wybrzeże.

Ileż razy dziadek brał go wraz z Gawrikiem na morze na połów 

byczków! Ile razy częstował go swoją szczególną, aromatyczną i 
przydymioną herbatą, zawsze przepraszając, że nie ma cukru. Ile razy Pieti 

background image

przyczepiał ołowiankę i uczył go, jak należy przywiązywać sznurek do 
wędki...

A jakie śmieszne przysłowia ukraińskie przechowały się w jego 

pamięci dla najrozmaitszych sytuacji życiowych, jakie mnóstwo historii 
znał z czasów kampanii tureckiej, jaką moc żołnierskich anegdot!

Bywało, siedzi podwinąwszy jak Turek nogi pod siebie, reperuje sieć 

drewnianą igłą specjalnie w tym celu wystruganą i opowiada a opowiada. 
Za brzuch trzeba się było trzymać ze śmiechu. I o tym, jak żołnierz 
gotował siekierę, i o kanonierze, który dostał się do raju, i o ordynansie, 
który tak sprytnie oszukał pijanego oficera...

W życiu swoim Pietia nie spotkał bardziej uprzejmego, gościnnego 

gospodarza. Sam opowiada chętnie, ale i innych słucha z przyjemnością, z 
radością.

Nieraz bywało Pietia zacznie coś opowiadać, zapali się, pocznie 

wymachiwać rękami, załga się tak, że aż uszy puchną, a dziadek jakby 
nigdy nic — siedzi i kiwa poważnie głową.

— A cóż sobie myślicie, nawet bardzo zwyczajnie mogło się coś 

takiego przydarzyć!

I takiego człowieka zabrali do cyrkułu! Coś nieprawdopodobnego!
— Ależ za co? Za co?
— A właśnie za to!
Gawrik westchnął poważnie jak dorosły, milczał przez chwilę i nagle 

przywarłszy do przyjaciela ramieniem szepnął tajemniczo:

— Słuchaj...
I opowiedział Pieti, co wydarzyło się w nocy.
Opowiedział oczywiście nie wszystko. Nie wspomniał ani słowem o 

marynarzu ani o Tierientiju. Z jego opowiadania wynikało, że w nocy 
przybiegli do nich, do chałupki, jacyś trzej ludzie, którzy ukryli się przed 
stójkowymi. Poza tym wszystko odpowiadało ściśle temu, co się naprawdę 
wydarzyło.

— I wtedy ten sam podlec ja-ak zacznie wykręcać mi ucho!
— Ja bym mu tak dał, tak dał!... — krzyknął Pietia wzburzony 

błysnąwszy oczami. — Już ja bym mu tam wtedy pokazał!

— Zamknij się — rzekł Gawrik ponuro i ująwszy mocno za daszek 

czapkę Pieti nasunął mu ją do połowy twarzy tak, że mu uszy sterczały.

Po czym Gawrik ciągnął dalej opowiadanie. Pietia słuchał go ze 

zgrozą. — Kto to byli tamci? — spytał, kiedy Gawrik skończył. — 
Złodzieje?

— Skądże? Mówię ci, przecie, kto: prości ludzie, komitetowi. +Pietia 

nie rozumiał.

background image

— Jacy?
— Ech, żeby z tobą rozmawiać, trzeba najpierw żytniego chleba się 

najeść. Mówię ci przecie: komitetowi. To znaczy, że z komitetu.

Gawrik pochylił się całkiem blisko nad Pietią i wyszeptał dysząc mu w 

same usta zapachem cebuli:

— Którzy robią strajki. Z partii. Rozumiesz?
— Więc dlaczego bili dziadka i odwieźli go do cyrkułu? 
Gawrik uśmiechnął się pogardliwie.
— Ja mu sto, a on mi dwieście. Za to, że on ich ukrył. Ech, ty głowa! 

Mnie by też wzięli, ale nie mają prawa: jestem mały. Wiesz, na jak długo 
pakują do ciupy tych, którzy ukrywają? Oho! Tylko, żebyś...

Gawrik zniżył jeszcze bardziej głos i wyszeptał najcichszym, ledwie 

dosłyszalnym szeptem rozglądając się na wszystkie strony;

— Tylko wiesz co, on nie posiedzi więcej niż tydzień. Tamci wszyscy 

pójdą niedługo cyrkuły w całej Odessie rozbijać. Tych draniów powrzucają 
co do jednego do Morza Czarnego, żebym tak szczęścia nie widział! Jak 
Boga kocham!

Gawrik splunął znowu pod nogi i zupełnie innym już, rzeczowym 

tonem powiedział:

— Więc wyniesiesz?
Pietia pobiegł do domu i po dwóch minutach wrócił z sześcioma 

kawałkami cukru i pół bochenkiem sitkowego chleba w zanadrzu 
marynarskiej bluzy.

— Wystarczy — rzekł Gawrik policzywszy cukier i zważywszy chleb 

na dłoni. — Pójdziesz ze mną do cyrkułu?

Chociaż cyrkuł był niedaleko, jasne, że chodzić tam było bezwzględnie 

zakazane. A Pietię, jak na złość, ogarnęła nagle nieopisana chęć, żeby iść 
do cyrkułu.

I znowu w duszy chłopca rozpoczęła się zacięta walka z sumieniem i 

walka ta trwała przez całą drogę.

A kiedy sumienie w końcu zwyciężyło, było już za późno: chłopcy 

doszli właśnie do cyrkułu.

Wszystkie pojęcia i rzeczy w obecności Gawrika zatracały natychmiast 

swoje zwykłe pozory i ujawniały mnóstwo cech dotychczas przed Pietią 
ukrytych. Bliskie Młyny ze smutnego osiedla wdów i sierot przeistaczały 
się w robotnicze osiedle z liliową grzebionatką w ogródkach, stójkowy 
stawał się draniem, w czapce znajdowało się stalową obręcz.

I teraz oto cyrkuł.
Czym był on dotychczas w wyobrażeniu Pieti? Imponującym gmachem 

rządowym na rogu Riszeliewskiej i Noworybnej, naprzeciwko 

background image

Pantelejmonowskiego soboru. Ile razy przejeżdżał Pietia obok niego 
tramwajem konnym!

Najistotniejszą rzeczą w tym budynku była wysoka, czworokątna 

wieża z maleńkim strażnikiem na górze. Dniem i nocą, obejmując z góry 
spojrzeniem miasto, chodził człowiek w baranim kożuchu po balkoniku 
dokoła masztu z poprzeczną belką. Maszt ten przypominał Pieti zawsze 
wagę albo trapez. Wisiało na nim stale kilka złowróżbnych, czarnych 
kulek, których liczba wskazywała na to, w której dzielnicy miasta wybuchł 
pożar. A miasto było tak wielkie, że zawsze gdzieś się paliło.

U podnóża wieży mieściła się remiza odeskiej straży ogniowej. 

Składała się ona z całego szeregu olbrzymich, okutych bram.

Od czasu do czasu, przy rozdzierających krzykach trąb, wyrywały się 

stamtąd jedna za drugą czwórki szalonych koni-smoków z rozwiewającymi 
się śnieżnobiałymi grzywami i ogonami.

Czerwony wóz straży ogniowej, złowróżbny, a jednocześnie 

wyglądający jak zabawka, mknął przez jezdnię. Towarzyszyły mu 
nieprzerwanie dzwony, a pozostawały po nim w powietrzu pomarańczowe 
języki płomieni, które odrywały się od pochodni. Ogień odbijał się w 
miedzianych hełmach. Widmo nieszczęścia unosiło się nad niefrasobliwym 
miastem. Poza tym cyrkuł w oczach Pieti nie odznaczał się niczym 
szczególnym.

Ale wystarczyło, żeby zbliżył się do niego Gawrik — i cyrkuł jak za 

dotknięciem czarodziejskiej różdżki obrócił się do Pieti wąskim zaułkiem, 
na który wychodziły zakratowane okna aresztu.

Cyrkuł okazał się po prostu więzieniem.
— Poczekaj tutaj — rzekł Gawrik.
Przebiegł przez mokrą jezdnię i nie zauważony wśliznął się obok 

stójkowego w bramę cyrkułu. Widać i tu Gawrik był jak u siebie w domu.

Pietia pozostał sam w niezbyt wielkim tłumie ludzi naprzeciwko 

cyrkułu. Byli to krewni aresztowanych, z którymi usiłowali porozumieć się 
przez ulicę.

Pietia nie przypuszczał, że w cyrkule może „siedzieć” tyle ludzi. Było 

ich co najmniej stu.

Zresztą nie siedzieli bynajmniej. Jedni stali na parapetach trzymając się 

krat otwartych okien, inni wyglądali wymachując rękami, jeszcze inni 
podskakiwali starając się zobaczyć ulicę spoza głów i ramion.

Ku wielkiemu zdziwieniu Pieti nie było tu ani złodziei, ani pijaków, 

ani włóczęgów. Przeciwnie: zwyczajni, prości, bardzo przyzwoici ludzie, 
jakich można było spotkać codziennie obok dworca, na Langeronie, w 
Aleksandrowskim parku, w tramwaju... Było również kilku studentów. 

background image

Jeden z nich zwracał ogólną uwagę czarną kozacką burką narzuconą na 
białą bluzę ze złoconymi guzikami. Przyłożywszy dłonie do chudych 
policzków krzyczał do kogoś w tłumie ogłuszającym, gardłowym głosem:

— Dajcie znać, proszę was, do Stowarzyszenia Krajan, że dzisiaj w 

nocy towarzyszy Łordkipanidze, Krasikowa i Burowego wywołano z celi z 
rzeczami. Potwarzam: Łordkipanidze, Krasikowa i Burowego. Dziś w 
nocy! Zorganizujcie protestacyjną demonstrację! Pozdrowienia dla 
towarzyszy!

Jakiś człowiek w tużurku i koszuli z rozpiętym kołnierzem, który 

przypominał trochę Tierientija, wołał z innego okna:

— Niech Sierioża pójdzie do kantoru po moją wypłatę.
Rozlegały się głosy, które usiłowały przekonać się wzajemnie;

 Nie ufajcie Afanasjewowi! Słyszysz, Afanasjewowi nie ufajcie!

— Kola siedzi w Bulwarnym!

 U Pawła Iwanowicza w skrzynce za szafą!

— Najpóźniej — w środę!
Krewni krzyczeli również podnosząc ponad głową koszyki i dzieci. 

Pewna kobieta trzymała na ręku dziewczynkę z takimi samymi jak u Moti 
kolczykami. Wołała ona:

— O nas się nie bój! Ludzie nas nie opuszczają. Mamy co jeść. Patrz, 

jaka nasza Wieroczka zdrowiutka!

Od czasu do czasu zbliżał się do tłumu stójkowy trzymając oburącz 

szablę.

— Proszę nie zatrzymywać się naprzeciwko okien i nie rozmawiać z 

aresztowanymi.

Ale natychmiast rozlegało się z okien przeszywające gwizdanie, 

nieopisane przekleństwa i krzyki. Na stójkowego sypały się skórki od 
arbuza, kukurydzane głąby, ogórki.

— Drań!
— Baszybuzuk!
— Idź bić Japończyków!
I stójkowy z szablą pod pachą wracał powoli pod bramę udając, że nic 

szczególnego się nie zdarzyło.

Nie, stanowczo nie wszystko na świecie idzie tak dobrze, jak by to 

mogło wydawać się na pierwszy rzut oka!

Gawrik wrócił ponury i zły.
— No co, widziałeś dziadka?
Gawrik nie odpowiedział ani słowa. Chłopcy poszli z powrotem. Obok 

dworca Gawrik zatrzymał się.

background image

— Biją go dzień w dzień — rzekł głucho, ocierając twarz podartym 

rękawem. — Do zobaczenia.

I odszedł.
— Dokąd ty?
— Na Bliskie Młyny.
Przez Kulikowe Pole powlókł się Pietia do domu. Wiatr pędził obłoki 

szarego, smutnego kurzu.

Chłopcu była tak ciężko na duszy, że nawet spłaszczona gilza, od 

naboju karabinowego, którą znalazł na drodze, nie ucieszyła go ani trochę-.

We wstępnej klasie

Nastała jesień.
Pietia uczęszczał już do gimnazjum. Włożywszy mundurek Pietia z 

dużego, opalonego chłopca z długimi nogami w fildekosowych 
pończochach przeistoczył się w maleńkiego, ostrzyżonego na zero 
wstępniaka z odstającymi uszami.

Długie spodnie sukienne i kurtka uczniowska, kupiona za trzydzieści 

sześć rubli w sklepie z ubraniami Landesmana, wisiały na nim jak worek i 
były bardzo niewygodne. Szeroki kołnierz ocierał delikatną szyję, 
przywykłą do swobodnego wykroju marynarskiej bluzy.

Nawet pas, prawdziwy pas gimnazjalny z klamrą z melchioru , którego 

Pietia po czapce najgoręcej pragnął — nawet pas zawiódł. Przesuwał się 
wciąż pod pachę, klamra zjeżdżała na bok, koniec paska zwisał jak język.

Nie przydając jego postaci męskości — na co chłopiec tak bardzo 

liczył — pasek, jak się okazało, stał się źródłem ciągłych kłopotów, które 
wywoływały całkiem niestosowne kpiny ze strony dorosłych.

Ale za to jak dużo nieoczekiwanej radości przyniosło Pieti kupno 

zeszytów, podręczników, materiałów piśmiennych!

Jak poważna okazała się cichą księgarnia niepodobna do innych, 

znanych już chłopcu, sklepów z nic nie mówiącymi drobiazgami na ulicy 
Riszeliewskiej albo w Pasażu! Była ona może nawet poważniejsza od 
apteki, w każdym razie o wiele bardziej inteligentna.

Już sam jej widok, jej skromny szyld z napisem „Oświata” nakazywał 

dla niej najgłębszy szacunek. W ciemny wieczór jesienny Pietia udał się z 
ojcem do „Oświaty”. Było to senne królestwo grzbietów książek, 
zielonkawo, jakoś po uniwersytecku oświetlonych płomieniami gazowymi, 

background image

co przypominało uniwersytet, i uwieńczonych kolorowymi głowami 
przedstawicieli czterech ras ludzkich: czerwonej, żółtej, czarnej i białej.

Pierwsze trzy głowy odpowiadały ściśle nazwie danej rasy. Indianin 

był rzeczywiście zupełnie czerwony. Chińczyk żółty jak cytryna, Murzyn 
czarniejszy od smerfy. I tylko przedstawicielowi białej, panującej rasy 
zrobiono ustępstwo: był on nie biały, ale jasnoróżowy, z karbowaną blond 
bródką. Oczarowany Pietia oglądał niebieskie globusy z miedzianymi 
południkami, czarne mapy gwiezdnego nieba, straszne, a zarazem 
uderzająco jaskrawe tablice anatomiczne.

Wydawało się, że cała mądrość wszechświata zebrana w tym 

przybytku udzielała się kupującym. Przynajmniej Pietia wracając 
tramwajem do domu czuł się już niezwykle wykształcony. A przecież 
spędzili w księgarni nie więcej niż pięć minut i kupili wszystkiego pięć 
książek, z których najgrubsza kosztowała czterdzieści dwie kopiejki.

Potem kupiono prawdziwy tornister z cielęcej skóry z sierścią od 

zewnątrz i mały koszyczek do śniadań.

Później wybrali najpiękniejszy piórnik z obrazkiem odbitym na 

wspaniałej przykrywce. Ściśle dopasowana przykrywka skrzypiała jak 
drewniane jajko. Wszystkie przedziały piórnika starannie i ze smakiem 
zapełnił Pietia przyborami, dla których były przeznaczone, starając się 
usilnie, żeby żadna przegródka nie pozostała pusta.

Zostały zatem ułożone różne rodzaje stalówek: niebieska z trzema 

dziurkami, „kossodo”, „rondo”, „numer osiemdziesiąt sześć”, „Puszkin” z 
kędzierzawą głową znakomitego pisarza — i mnóstwo innych.

Potem gumka ze słoniem, dwa ołówki — jeden do pisania, drugi do 

rysowania, scyzoryk w oprawie z masy perłowej, droga obsadka za 
dwadzieścia kopiejek, różnokolorowe pieczątki, pluskiewki, spinacze, 
obrazki.

A wszystko to nowiutkie, lakierowane, upajająco pachnące — 

wszystkie te drobne, wykwintne narzędzia pilności!

Przez cały wieczór Pietia obkładał gorliwie podręczniki i zeszyty w 

granatowy papier sklejając go pieczątkami.

W rogach bibuł nalepiał obrazki. Lakierowane bukiety i aniołki mocno 

przyciskały jedwabne wstążeczki.

Na wszystkich zeszytach widniał staranny napis:

Zeszyt ucznia klasy wstępnej O. 5. G. Piotra Baczeja

background image

Pietia zaledwie mógł doczekać się ranka. Na dworze było jeszcze 

prawie ciemno, a w domu paliła się lampa, kiedy chłopiec pobiegł do 
gimnazjum, wyekwipowany od stóp do głowy jak na wojnę.

No, teraz żadna nauka nie oprze się Pieti! Przez trzy tygodnie chłopiec 

z niesłychaną cierpliwością — w gimnazjum i w domu — zajmował się 
ulepszaniem swojego naukowego gospodarstwa. Kilkakrotnie już odrywał 
i przyklejał obrazki, obkładał ponownie podręczniki, zmieniał stalówki w 
piórniku, aby było najładniej i najlepiej.

Bywało, że ciocia odezwała się;
— Lepiej byś lekcje odrabiał. 
Pietia jęczał zrozpaczony:
— Oj, ciociu, dlaczego mówisz takie głupstwa? Jakież mogę odrabiać 

lekcje, kiedy nic jeszcze nie jest gotowe?

Słowem, wszystko układało się cudownie.
Jedno tylko rzucało cień na radość uczenia się. Pieti nie wywołano do 

odpowiedzi jeszcze ani razu i w zeszycie jego nie było jeszcze ani jednego 
stopnia. Prawie wszyscy chłopcy w klasie poza Pietią mieli już oceny.

W każdą sobotę przynosił ze smutkiem swój pusty dziennik, ślicznie 

obłożony w różowy papier, oklejony złotymi i srebrnymi gwiazdkami, 
upiększony różnokolorowymi zakładkami. Aż oto pewnej soboty Pietia 
wbiegł do jadalni nie rozbierając się, promieniejący, wzruszony, czerwony 
ze szczęścia. Wymachiwał swoim nowiutkim dziennikiem krzycząc na całe 
mieszkanie:

— Ciociu! Pawlik! Duniu! Chodźcie tu prędzej! Patrzcie, postawiono 

mi stopnie! Ach, jaka szkoda, że tatuś ma teraz lekcje.

I rzuciwszy uroczyście dziennik na stół chłopiec odsunął się dumnie i 

skromnie na bok, jak gdyby nie chciał przeszkadzać w przeglądzie stopni.

— Ano, ano! —-zawołała ciocia wbiegając do pokoju z wykrojoną z 

papieru formą w ręku. — Pokaż swoje stopnie.

Wzięła zeszyt ze stołu i przebiegła go szybko oczami.
— Religia — dwa, rosyjski — dwa, arytmetyka — dwa, uwaga — trzy 

i pilność — trzy — rzekła ciocia ze zdziwieniem kiwając głową. — Nie 
rozumiem, co ciebie cieszy ? Same dwójki!

Pietia tupnął nogą ze złością.
— Wiedziałem, że tak będzie! — krzyknął o mało nie płacząc z 

obrazy. — Jakżeż ciocia nie rozumie? Ważne to, że stopnie! Rozumiecie 
— stopnie! A wy nie chcecie tego zrozumieć... Zawsze tak!...

I schwyciwszy gniewnie ów niezwykły zeszyt, Pietia pomknął na 

podwórze, by pokazać stopnie chłopcom.

background image

Tak zakończył się pierwszy świąteczny okres nauki Pieti. Potem 

nastąpiły surowe dni powszednie, nudny okres kucia.

Gawrik nie przychodził i Pietia zapomniał o nim prawie, całkowicie 

pochłonięty szkołą.

Na pewien czas i Gawrik zapomniał o istnieniu Pieti. Obecnie mieszkał 

on na Bliskich Młynach, u Tierientija.

Dziadka jeszcze nie wypuścili. Siedział to w cyrkule 

Aleksandrowskim, to w policji śledczej, dokąd wozili go często w nocy 
dorożką. Alę starzec umiał widocznie trzymać język za zębami, albowiem 
Tierientija do tej pory nie ruszano.

Gawrik nie wiedział dokładnie, gdzie podział się marynarz. Nie uważał 

za potrzebne rozpytywać o to Tierientija. Zresztą z różnych szczegółów 
mógł wnosić, że marynarz jest bezpiecznie ukryty i znajduje się gdzieś w 
pobliżu.

Czyż mało było na Bliskich Młynach zakamarków i zakątków, w 

których człowiek mógł zaszyć się, zniknąć, przepaść. I czyż mało było 
takich ludzi, którzy na pewien czas znikali w dzielnicy Bliskich Młynów?

Nie było zgodne z zasadami Gawrika, żeby wściubiać nos w cudze 

sprawy. I własnych okazało się aż nadto.

Tierientijowi i jego rodzinie było ciężko. Kolejarze strajkowali prawie 

przez cały czas. Tierientij radził sobie jako tako biorąc do domu drobne 
roboty ślusarskie. Ale po pierwsze, roboty było niewiele, a po drugie, 
wiele czasu zajmowały nie cierpiące zwłoki sprawy, o których z rodziną 
mówiło się jedynie półsłówkami.

Tierientij należał jak gdyby nie tylko do siebie. Czasami przychodzono 

po niego nocą. Nie mówiąc ani słowa ubierał się i wychodził nieraz na całą 
dobę.

W domu siedzieli ciągle jacyś przyjezdni, którym trzeba było warzyć 

kaszę, gotować wodę w imbryku. W sieni nie wysychało jesienne błoto, a 
pokój był stale pełen machorkowego dymu.

Chłopiec nie miał sumienia siedzieć na karku obarczonego rodziną 

brata, należało wyżywić się samemu. Nie jest przecież dzieckiem. Trzeba 
było również nosić wałówki dziadkowi do cyrkułu. O łowieniu ryb bez 
dziadka nie można było oczywiście nawet marzyć. I pogoda była zresztą 
marna — co drugi dzień burza.

Gawrik poszedł na wybrzeże, przetaszczył łódkę do sąsiadów i 

zamknął chałupinę na kłódkę.

Teraz wałęsał się całymi dniami po mieście w starych butach swego 

brata, szukając zarobku. Oczywiście najbardziej opłacałoby się żebrać. Ale 

background image

Gawrik gotów był raczej zdechnąć, aniżeli rękę wyciągnąć do przechodnia. 
Jego krew rybaka wrzała na samą myśl o tym.

Nie! Przyzwyczajony był zdobywać chleb pracą. Nosił kucharkom 

koszyki z hal do domu za dwie kopiejki. Pomagał tragarzom na stacji 
Odessa Towarowa. Biegał do monopolu po flaszeczkę wódki dla 
dorożkarzy, którym pod groźbą kary nie wolno było oddalać się od konia.

A jeśli już w żaden sposób nie mógł znaleźć roboty, a jeść mu się 

chciało, udawał się na cmentarz do cerkwi i czekał na pogrzeb, żeby dostać 
do czapki garść pogrzebowego dania, składającego się z gotowanego ryżu, 
posypanego miałkim cukrem i obłożonego marmoladkami.

Rozdawanie ryżu na pogrzebach było odeskim zwyczajem, z którego 

jak najszerzej korzystali żebracy cmentarni. Niektórym z nich mordy 
rzetelnie pęczniały. Ale ponieważ jedli go nie tylko żebracy, ale i wszyscy 
obecni na pogrzebie, więc Gawrik nie uważał za poniżające korzystać z tak 
dogodnego obyczaju. Tym bardziej że marmoladki, trafiające się w ryżu, 
można było zanieść dzieciom Tierientija jako upominek, bez którego 
Gawrikowi nie wypadało przychodzić na nocleg.

Niekiedy Tierientij posyłał go, aby odniósł jakąś paczkę pod adresem, 

którego należało się koniecznie nauczyć na pamięć i w żadnym razie nie 
wolno było notować na papierze. Gawrikowi podobały się bardzo te 
polecenia, które bez wątpienia miały jakiś związek z owymi sprawami, 
jakimi nieustannie zajęty był Tierientij,

Paczkę — przeważnie były to papiery — Gawrik wsuwał głęboko w 

kieszeń i przygładzał z góry, żeby nie sterczała. Wiedział on: „W razie 
czego powiedzieć, że paczkę znalazł”.

Odszukawszy człowieka, trzeba powiedzieć koniecznie: „Dzień dobry 

wujku, Zofia Iwanowna kłania się wam”. Człowiek odpowie: „Jak zdrowie 
Zofii Iwanowny?” I dopiero wówczas można oddać paczkę, ale nie 
wcześniej! Bardzo często człowiek otrzymawszy paczkę dawał całą 
dziesiątkę „na tramwaj”.

Och, jak strasznie i jak wesoło było iść z takim zleceniem. Wreszcie 

zdobywał sobie Gawrik pieniądze grą w „uszka”. Gra ta dopiero co weszła 
w modę. Zapalały się do niej nie tylko dzieci, ale i dorośli. Grało się 
guzikami od najrozmaitszych mundurów.

Ogólnie rzecz biorąc gra polegała na tym, że gracze kładli guziki w 

polu zakreślonym linią, a potem kolejno rzucali w nie specjalnym 
guzikiem-bitką, starając się przewrócić je orłem do góry. Każdy 
przewrócony w ten sposób guzik uważany był za wygraną.

Gra w uszka nie była trudniejsza ani bardziej zajmująca od innych gier 

ulicznych, ale był w niej szczególny diabelski czar: uszka nabywało się za 

background image

pieniądze. Można je było zawsze kupić i sprzedać. Na giełdzie ulicznej 
miały swój kurs.

Gawrik grał w uszka wyśmienicie. Miał twarde, silne uderzenie i 

bardzo celny wzrok. W krótkim czasie zyskał sobie sławę mistrza. 
Woreczek jego był zawsze pełen najwspanialszych, drogich guzików. 
Kiedy sprawy jego wyglądały szczególnie źle, sprzedawał część swojego 
zapasu.

Ale woreczek jego nigdy nie był pusty. Następnego dnia Gawrik 

wygrywał jeszcze więcej guzików, aniżeli ich sprzedawał w przeddzień.

W ten sposób to, co dla innych było rozrywką, dla chłopca stało się 

czymś w rodzaju opłacalnego zawodu. Cóż robić? Trzeba jakoś wydobyć 
się z matni!

Skrzynia na lawecie

Przybliżały się dni obfite w wydarzenia. Zdawało się, że nadciągają 

ogromnie powoli. W rzeczywistości zbliżały się z niesłychaną szybkością 
pociągu pośpiesznego.

Jakże dobrze znał Gawrik, mieszkaniec Bliskich Młynów, owo uczucie 

oczekiwania na pędzący pociąg!

Pociąg jest jeszcze gdzieś daleko, nie widać go jeszcze i nie słychać, 

ale przeciągłe terkotanie sygnalizującego dzwonka na stacji Odessa 
Towarowa zapowiada już jego nadejście. Droga wolna. Zwrotnica otwarta. 
Szyny lśnią nieruchomo. Dokoła najzupełniejsza cisza. Jednakże wszyscy 
już wiedzą, że pociąg się zbliża i żadna siła nie może go zatrzymać.

Na przejeździe opuszcza się powoli szlaban. Chłopcy włażą prędko na 

parkan stacyjny. Wylękłe ptaki sfruwają gromadnie z drzew i krążą nad 
wieżą ciśnień. Z wysokości na pewno widzą już pociąg.

Z oddali dobiega ledwie dosłyszalny dźwięk trąbki zwrotniczego; I oto 

całkiem niepostrzeżenie w ciszę wkrada się nikły szum. Nawet nie to. To 
nie jest jeszcze szum. Jest to jak gdyby przeczucie szumu, najdelikatniejsze 
drżenie szyn nasyconych nieuchwytnym szmerem, ale niemniej jednak jest 
to drżenie, jest to dźwięk, jest to szum.

Teraz słychać go już wyraźnie: powolne wydechy pary, każdy następny 

wyraźniejszy od poprzedniego.

A jednak wciąż jeszcze trudno uwierzyć, że za chwilę przemknie 

pośpieszny. Lecz oto nagle z przodu ukazuje się niespodziewanie 
lokomotywa omotana obłokiem pary. Zdaje się, że obłok ten tkwi 
nieruchomo w końcu zadrzewionej alei.

background image

Tak, nie ulega wątpliwości, zatrzymał się.
Ale wobec tego dlaczego zwiększa się tak potwornie z każdą sekundą? 

Jednakże brak już czasu, by odpowiedzieć na to pytanie.

Odrzucając w bok kuliste obłoki pary przemknął pośpieszny pociąg, 

owiewający zawrotnym wichrem kół, platform, szprych, buforów...

Wałęsający się po mieście całymi dniami Gawrik nie mógł nie czuć 

zbliżania się wydarzeń. Znajdowały się jeszcze gdzieś w drodze — może 
w połowie drogi między Odessą i Sankt-Petersburgiem — ale wkradał się 
już do ciszy oczekiwania dający się nie tyle słyszeć, ile odgadnąć szum 
nieuniknionego ruchu.

Chwiejąc się na nowiutkich kulach chodzili po ulicach zarośnięci ranni 

w czarnych, włochatych mandżurskich papachach i w narzuconych na 
ramiona płaszczach wojskowych z Krzyżami Świętego Jerzego.

Robotnicy przyjeżdżający z Rosji środkowej przywozili pogłoski o 

strajku powszechnym. W tłumach obok cyrkułu mówiono o gwałtach. W 
tłumach obok uniwersytetu i wyższych kursów dla kobiet mówiono o 
wolności. W tłumach obok fabryki Gcna mówiono o zbrojnym powstaniu.

Pewnego razu w końcu września do portu wszedł duży, biały parowiec 

ze zwłokami generała Kondratienki, który został zabity w Port Arturze.

Prawie cały rok wędrowała olbrzymia sześćdziesięciopudowa skrzynia 

z ołowianą trumną po obcych ziemiach i morzach, aż dotarła wreszcie do 
ojczyzny.

Tutaj w porcie postawiono ją na lawecie i powieziono przez szerokie 

aleje odeskich ulic na dworzec.

Gawrik widział ponurą uroczystą procesję oświetloną bladym 

wrześniowym słońcem i pogrzebowe sutanny duchownych, konnicę, 
stójkowych w białych rękawiczkach, wstążki z krepy na gazowych 
ulicznych latarniach.

„Mortusy”  w czarnych, trójkątnych czapkach obszytych srebrnym 

galonem nieśli na kijach szklane latarnie z bladymi językami świec, niemal 
niewidocznymi przy dziennym świetle. Orkiestry wojskowe grały 
nieprzerwanie i straszliwa ich muzyka mieszała się z chórem śpiewaków 
archijerejskich.

Głosy dziecięce, nie do zniesienia wysokie, aż jękliwe, a jednocześnie 

przygnębiające, wznosiły się w górę doskonale zgrane, drżąc pod 
listowiem przywiędłych akacji, Blade słońce przeświecało przez liliowy 
dym kadzidła. I niesłychanie powoli ciągnęła przez Puszkińską ulicę 
laweta z ustawioną na niej wysoko ogromną, czarną skrzynią, zarzuconą 
wieńcami i wstęgami.

background image

Kiedy laweta zrównała się ze skwerem obok dworca, na żelaznych 

sztachetach zjawił się student. Nad kędzierzawą głową machał czapką 
studencką z całkowicie wyblakłym niebieskim lampasem i krzyknął:

— Towarzysze!
W tym olbrzymim tłumie milczącego ludu głos jego wydawał się 

całkiem słaby, ledwie dosłyszalny. Ale słowo, które wykrzyknął — 
„towarzysze” — było tak nieprawdopodobne, niezwykłe, wyzywające, że 
usłyszeli je wszyscy i wszystkie głowy, ile ich tam było, zwróciły się ku 
maleńkiej postaci zawisłej na masywnym ogrodzeniu skweru.

— Towarzysze! Pamiętajcie o Port Arturze, pamiętajcie o Cuszimie! 

Pamiętajcie o krwawych dniach dziewiątego stycznia ! Car i jego 
poplecznicy doprowadzili Rosję do niebywałej hańby, do niesłychanej 
ruiny i nędzy! Ale wielki naród rosyjski żyje i żyć będzie! Precz z 
samowładztwem!

Stójkowi ściągali już studenta. Lecz on zaczepiał nogami o ogrodzenie, 

wymachiwał czapką i wołaj szybko jak opętany chcąc za wszelką cenę 
zakończyć przemówienie:

— Precz z samowładztwem! Niech żyje wolność! Niech żyje rc... 
Gawrik widział, jak go ściągnęli i poprowadzili trzymając za ręce. 

Dzwony pogrzebowe płynęły nad miastem. Szczękały podkowy konnicy. 
Trumnę ze zwłokami generała Kondratienki umieszczono w żałobnym 
wagonie sankt-petersburskiego pociągu. Po raz ostatni zagrzmiały 
orkiestry.

— Ba-a-aczność! Pociąg ruszył.
Żałobny wagon przepłynął z wolna poza jasnym ogrodzeniem 

wyprężonych bagnetów unosząc czarną skrzynię z krzyżem na wieku, 
przepłynął obok Odessy Towarowej, obok przedmieść zapchanych 
tłumami stojących nieruchomo ludzi, obok milczących stacji i przystanków 
— przez całą Rosję, na północ, do Petersburga. Widmo przegranej wojny 
sunęło przez Rosję wraz z tym smutnym pociągiem.

Pieti zdawało się w ciągu tych kilku dni, że w domu ich jest 

nieboszczyk. Stąpano cicho. Mówiono mało. Na ciocinej toaletce leżała 
zmiętoszona chusteczka. Zaraz po obiedzie ojciec w milczeniu zasłaniał 
lampę zielonym abażurem i do późnej nocy poprawiał zeszyty, przy czym 
raz po raz spadały mu z nosa binokle, które przecierał podszewką tużurka.

Pietia przycichł. Rysował w specjalnym „zeszycie rysunkowym” 

zamiast zadanych kul i ostrosłupów bitwę pod Tiurenczenką i krążownik 
„Retwizan” o ostrym dziobie, otoczony fontannami wybuchających 
japońskich min. Tylko niezmordowany Pawilk wprzęgał często Kudłatkę 
do przewróconego krzesła i trąbiąc bezlitośnie w pomalowaną blaszaną 

background image

trąbkę, woził po przedpokoju „pogrzeb Kondratienki”. Pewnego razu 
kładąc się spać Pietia usłyszał z jadalni głosy ojca i cioci.

— Nie można, nie można żyć — mówiła ciocia przez nos, jak gdyby 

miała katar. Ale chłopiec wiedział doskonale, że jest zdrowa,

Pietia zaczął przysłuchiwać się.
— Dosłownie nie ma czym oddychać — mówiła dalej ciocia ze łzami 

w głosie. — Na ich miejscu nie miałabym sumienia spojrzeć ludziom w 
oczy, a oni — mój Boże! — jakby to było zupełnie w porządku. Idę przez 
Bulwar Francuski i własnym oczom nie wierzę. Wspaniałe lando, rumaki 
szarej maści, na koźle żołnierz-woźnica w białych rękawiczkach, hałas, 
brzęk, blask... Dwie damy w białych chusteczkach z czerwonymi 
krzyżami, w aksamitnych sobolowych rotundach, na palcach takie oto 
brylanty, lornetki, brwi uczernione, oczy błyszczą od belladony, a 
naprzeciw nich dwóch wykwintnych adiutantów z lustrzanymi szablami, z 
papierosami w białych zębach. Śmiech, gwar.., I kto to? Madame Kaulbars 
z córką i z wielbicielami pędzi do Arkadii, podczas kiedy Rosja spływa 
dosłownie krwią i łzami! No, co można powiedzieć na to? Nie, pomyśleć 
tylko — takie wielkie brylanty! A skąd, jeżeli spytać wolno? Nakradli, 
nagrabili, napchali kieszenie... Och, jakże strasznie nienawidzę tego 
całego, przepraszam za wyrażenie — draństwa! Trzy czwarte kraju 
głoduje,.. Całe powiaty wymierają... Nie mogę już więcej, nie jestem w 
stanie, proszę zrozumieć to!

Pietia usłyszał gwałtowne łkanie.
— Na Boga, Tatjano Iwanowno... Ale co robić? Co robić?
— Ach, skądże mam wiedzieć, co robić? Protestować, żądać, krzyczeć, 

wyjść na ulicę...

— Błagam... Rozumiem... Ale proszę powiedzieć, co my możemy...
— Co my możemy? — krzyknęła naraz ciocia wysokim i czystym 

głosem. — Możemy wszystko, wszystko! Jeżeli tylko zechcemy i nie 
ulękniemy się. Możemy powiedzieć draniowi w oczy, że jest draniem, 
złodziejowi, że jest złodziejem, tchórzowi, że jest tchórzem... A zamiast 
tego siedzimy w domu i milczymy! Mój Boże, mój Boże, aż strach 
pomyśleć, do czego doszła nieszczęśliwa Rosja! Generałowie — niedołęgi, 
ministrowie — niedołęgi; car — niedołęga...

— Na Boga, Tatjano Iwanowno, dzieci usłyszą!
— I doskonale będzie, jeżeli usłyszą. Niech wiedzą, w jakim kraju 

mieszkają. Podziękują nam za to w przyszłości. Niech wiedzą, że ich car 
jest głupcem i pijakiem, i w dodatku bity w ciemię bambusową pałką. 
Wyrodek! A najlepsi w kraju ludzie, najuczciwsi, najbardziej 
wykształceni, najmądrzejsi gniją po więzieniach, po katorgach...

background image

Ojciec przeszedł ostrożnie do dziecinnego pokoju — zajrzał, czy 

chłopcy śpią. Pietia zamknął oczy i zaczął oddychać głęboko i miarowo, 
udając, że śpi. Ojcięc pochylił się nad nim, pocałował go drżącymi 
wargami w policzek i wyszedł na palcach szczelnie zamykając za sobą 
drzwi.

Ale długo jeszcze dobiegały głosy z jadalni.
Pietia nie spał. Po suficie przesuwały się tam i sam smugi nocnych 

świateł. Szczękały podkowy. Ledwie dosłyszalnie drżały szyby.

I chłopcu wydawało się, że to jeździ wciąż pod oknami tam i z 

powrotem lśniące lando madame Kaulbars, która nakradła (wyobraźnia 
rysowała Pieti okutą skrzynię na kołach) rządowych pieniędzy i brylantów.

Mgła

Tego wieczoru odsłoniło się przed Pietią wiele takich spraw, których 

istnienia dotąd nie podejrzewał.

Dawniej istniały pojęcia o tyle powszechnie znane i nie 

kwestionowane, że Pietia nigdy nawet o nich nie myślał.

Na przykład — Rosja. Było zawsze sprawą najzupełniej jasną i nie 

ulegającą wątpliwości, że Rosja — to najlepszy, najpotężniejszy i 
najpiękniejszy kraj na świecie. W przeciwnym razie dlaczego mieszkaliby 
w Rosji?

Potem — tatuś. Tatuś — najmądrzejszy, najlepszy, najbardziej 

odważny i wykształcony człowiek na ziemi.

Potem — car. O carze nie ma nawet co mówić. Car — to car. 

Najmądrzejszy, najbardziej potężny i bogaty. W przeciwnym razie czym 
wytłumaczyć, że Rosja należy właśnie do niego, a nie do jakiegoś innego 
cesarza czy króla, na przykład do francuskiego?

No i oczywiście Bóg, o którym już w ogóle nie ma co mówić — 

wszystko jest jasne.

I nagle cóż się okazało ? Okazało się, że Rosja jest nieszczęśliwa, że 

oprócz tatusia są jeszcze jacyś najlepsi ludzie, którzy gniją po katorgach, 
że car to głupiec i pijak i jeszcze w dodatku bity bambusową pałką po 
głowie. Oprócz tego ministrowie — niedołęgi, generałowie — niedołęgi, 
okazuje się, że nie Rosja zwyciężyła Japonię, co nie budziło dotychczas 
najmniejszej wątpliwości, ale właśnie Japonia Rosję.

A najważniejsze, że o tym mówili tatuś i ciocia. Zresztą pewnych 

rzeczy domyślał się również Pietia sam.

background image

W cyrkule siedzieli porządni, trzeźwi ludzie, nawet taki niezwykły 

starzec jak dziadek Gawrika, którego jeszcze ponadto bito. Marynarz 
skoczył z parowca. Żołnierze zatrzymali dyliżans. W porcie stała warta. 
Płonęło molo. Z pancernika ostrzeliwano miasto.

Nie, z tego wynika, że życie nie jest bynajmniej taką wesołą, 

przyjemną, beztroską rzeczą, jaką wydawało się jeszcze całkiem niedawno.

Pietia miał ogromną ochotę spytać cioci, kto i dlaczego bił cara pałką 

po głowie. A przede wszystkim dlaczego właśnie bambusową? Ale 
chłopiec rozumiał już, że istnieją sprawy, o których lepiej nie mówić, tylko 
milczeć, udając, że się nie wie o niczym. Tym bardziej że ciocia była w 
dalszym ciągu tą samą uprzejmą, troszkę ironiczną, rzeczową ciocią, jaką 
była dawniej, nie ujawniając niczym uczuć, które wyraziła tak szczerze raz 
tylko owego wieczoru. Był już październik.

Akacje stały prawie nagie. Na morzu huczały burze. Wstawano i 

ubierano się przy świetle lampy.

Całymi tygodniami mgła unosiła się ponad miastem. Sylwetki ludzi i 

drzew rysowały się na jej tle jak na matowym szkle.

Lampy zgaszone o dziewiątej z rana zapalano znowu o piątej po 

południu. Deszcz mżył. Czasami ustawał. Wiatr rozpędzał mgłę. Wówczas 
rubinowa zorza płonęła długo na czystym jak lód niebie poza dworcem, za 
halami, za płotami, za nagimi gałęziami drzew, które obsiadły gęsto 
wronie gniazda — wielkie i czarne jak mandżurskie papachy.

Ręce marzły bez rękawiczek. Ziemia stawała się twarda. Ponad 

strychami zwisała straszliwa przezroczysta pustka. W ciągu tych krótkich 
godzin panowała cisza od ziemi do nieba. Cisza zalegała jakby 
przezroczystym murem między miastem i Kulikowym Polem. Miasto 
oddalało się nieskończenie ze swoimi trwożnymi pogłoskami, 
tajemnicami,  ze swoim oczekiwaniem wydarzeń, zarysowywało się 
wyraźnie, niemal ostro, a zarazem straszliwie daleko, jakby przez 
odwróconą lornetę. Ale pogoda psuła się, niebo szarzało, od morza 
nadciągała gęsta mgła.

O dwa kroki nic nie było widać. Nastawał straszny, ślepy wieczór, 

potem — noc.

Od morza dął przenikliwy wiatr. Z portu dochodził mroczny, budzący 

grozę dźwięk syreny. Zaczynał się od niskich, basowych nut i nagle z 
zawrotną szybkością przebiegał całą gamę chromatyczną, aż do 
przeszywającego, chociaż miękkiego wycia, straszliwie wysokiego i 
ponurego.

W takie wieczory strach ogarniał Pietię, kiedy podchodził do okna, 

żeby uchylić okiennice i wyjrzeć na ulicę.

background image

Na całej olbrzymiej i dzikiej przestrzeni Kulikowego Pola było ciemno, 

choć oko wykol. Mrok przesycony mgłą łączył je ściśle z miastem. W 
Kulikowe Pole przenikały tajemnice miasta. Wydawało się, że przesuwają 
się one niedostrzegalnie od latarni do latarni, dławione przez mgłę.

Przemykały cienie nielicznych przechodniów. Czasami słychać było w 

ciemności przeciągły, słaby gwizdek policyjny. Obok sztabu stał 
wzmocniony posterunek. Rozbrzmiewały głośne kroki przechodzącego 
patrolu.

Za każdym węgłem mógł się ktoś ukrywać, lada chwila mogło 

wydarzyć się coś strasznego, coś nieoczekiwanego.

I pewnego razu wydarzyło się istotnie.
Około dziesiątej wieczorem Dunia, która poszła po naftę do sklepiku, 

nie zdejmując chustki wpadła do jadalni z wiadomością, że przed pięciu 
minutami na pustkowiu pod ścianą sztabu zastrzelił się wartownik. 
Opowiedziała okropne szczegóły: żołnierz zdjął but, włożył lufę karabinu 
do ust i wielkim palcem bosej nogi nacisnął cyngiel. Zmiażdżyło mu tył 
głowy. Dunia stała śmiertelnie blada, ze spopielałymi wargami, wciąż 
rozwiązując i zawiązując ciepłą chustkę z frędzlami.

— Najważniejsze, nawet karteczki, mówią, żadnej nie zostawił — 

wyrzekła wreszcie. — Na pewno niepiśmienny.

Ciocia z całej siły ścisnęła skronie rękami.
— Ach, co tam karteczka... — krzyknęła ze łzami gniewu i złożyła 

głowę na obrusie obok spodeczka z herbatą, w której odbijała się jak 
najdokładniej, choć w ogromnym zmniejszeniu kołysząca się lampa 
stołowa z białym abażurem. — Co tam karteczka! I tak jest wszystko 
jasne...

Z kuchennego okna, wychodzącego na pustkowie, Pietia widział, jak 

poruszały się latarnie karetki pogotowia i cienie ludzi.

Drżąc ze strachu i z zimna chłopiec siedział na lodowatym parapecie 

okiennym w pustej kuchni, przytulony do zalanej deszczem szyby i nie był 
w stanie oderwać oczu od ciemności, w której jak gdyby czuło się jeszcze 
obecność śmierci.

Tej nocy Pietia długo nie mógł zasnąć. Przejęty grozą, wyobrażał sobie 

wciąż bosego żołnierza, w całkowitym umundurowaniu wartownika, ze 
zmiażdżoną tylną częścią głowy i siną, zagadkowo nieruchomą twarzą.

A jednak następnego ranka, pomimo całej grozy, Pietia nie mógł 

oprzeć się pokusie spojrzenia na okropne miejsce.

Niepojęta siła ciągnęła go na pustkowie. Idąc do gimnazjum zboczył 

tam i ostrożnie, na palcach, jak w cerkwi, zbliżył się po nadgniłej, mokrej 
od deszczu i mgły trawie do miejsca, gdzie stało już kilku ciekawych.

background image

Pod ścianą chłopiec zobaczył odciśnięty w wilgotnej ziemi nieduży 

dołek wielkości ludzkiej głowy. Dołek był pełen deszczowej wody, 
bladoróżowej od domieszki rozwodnionej krwi. W tym miejscu żołnierz 
uderzył widocznie tyłem głowy o ziemię. To było wszystko, co zostało po 
nocnym wydarzeniu. Pietia podniósł kołnierz uczniowskiego płaszcza 
chroniący przed wilgocią powietrza i stał przez chwilę w miejscu drżąc z 
zimna. Naraz spostrzegł u stóp jakiś niewielki krążek. Podniósł go i 
zadrżał z radości. Była to pięciokopiejkówka czarna, cała w plamach, z 
turkusowym liszajem śniedzi zamiast orła.

Znalezienie monety było oczywiście przypadkowe i nie pozostawało w 

żadnym związku z wydarzeniem. Pięciokopiejkówka przeleżała tu 
najpewniej od lata, kiedy zgubili ją robotnicy grający tu w orła czy reszkę 
albo upuściła żebraczka, która nocowała tu pod krzakiem. Jednakże ta 
moneta nabrała dla Pieti natychmiast znaczenia jakby zaczarowanej, nie 
mówiąc już o tym, że było to duże bogactwo: pięć kopiejek!

Ojciec nie dawał Pieti nigdy pieniędzy do ręki. Uważał, że pieniądze 

mogłyby z łatwością zdemoralizować chłopca. Znalazłszy pięć kopiejek 
Pietia nie posiadał się z radości.

Cały ten dzień, czarodziejsko opromieniony znalezieniem pieniędzy, 

stał się dla chłopca jednym wielkim świętem.

W klasie moneta przechodziła z rąk do rąk. Wśród kolegów znaleźli się 

ludzie doświadczeni w tego rodzaju sprawach. Przysięgali żegnając się na 
kopułę Pantelejmonowskiej cerkwi, że to z całą pewnością nic innego jak 
nierozmienna pięciokopiejkówka, młodsza siostra nierozmiennego rubla. 
Powinna przynieść Pieti niesłychane bogactwo.

Jeden z chłopców proponował nawet Pieti zamianę tego talizmanu na 

śniadanie wraz z koszyczkiem i scyzorykiem na dodatek. Ale Pietia 
oczywista odmówił z szyderczym śmiechem. Tylko skończony dureń 
zgodziłby się na taką zamianę!

Pietia biegł bez tchu z gimnazjum do domu. Musiał czym prędzej 

pokazać znalezioną monetę w domu i na podwórzu.

Jakaż była jego radość, kiedy ujrzał na podwórzu Gawrika!
Gawrik klęczał, dzieci otoczyły go siedząc w kucki. Gawrik uczył je 

modnej gry w uszka.

Pietia nie zdążył jeszcze przywitać się, jak by należało po tak długim 

niewidzeniu z przyjacielem, a już dał się ponieść hazardowi. Rozegrali na 
próbę jedną partię guzikami Gawrika. Ale to podnieciło Pietię jeszcze 
bardziej.

background image

— Gawrik, daj mi dziesięć sztuk na początek — rzekł Pietia 

wyciągając rękę drżącą z niecierpliwości. — Oddam ci, jak się tylko 
odegram, jak Boga kocham!

— Nie ruchaj, nie kupisz — odrzekł Gawrik ponuro, wsypał guziki w 

szary bajowy woreczek i związał go starannie sznureczkiem. — Guziki to 
nie tekturki. To się kupuje za pieniądze. Mogę sprzedać, jeżeli chcesz.

Pietia nie obraził się na Gawrika ani trochę i nie nadąsał się. Rozumiał 

doskonale, że przyjaźń przyjaźnią, a każda gra ma swoje nienaruszalne 
zasady. Jeżeli guziki się kupuje, trzeba za nie zapłacić pieniędzmi i żadna 
przyjaźń nie pomoże. Takie jest żelazne prawo ulicy.

Ale jak to zrobić?
Tak bardzo pragnął zagrać. Burza rozpętała się w duszy chłopca. 

Wahał się krótką chwilę, wsunął rękę do kieszeni i podał Gawrikowi swoją 
czarodziejską pięciokopiejkówkę.

Gawrik obeirzał uważnie ze wszystkich stron podejrzaną monetę i 

pokiwał głową.

— Nikt tego nie weźmie.
— A właśnie że weźmie.
— A właśnie że nie weźmie!
— Głupiś!
— Sam jesteś głupi! Idź do sklepiku rozmienić.
— Idź ty rozmienić.
— Jeszcze co! Twoje pieniądze.
— Twoje guziki!
— Nie chcesz, to nie trzeba!
— Nie trzeba!
Gawrik wsunął spokojnie woreczek do kieszeni i splunął obojętnie 

przez zęby daleko w bok. Wówczas Pietia popędził do sklepiku i poprosił 
o zmianę pięciokopiejkówki na drobne. W czasie gdy sklepikarz zbliżał do 
chorych oczu podejrzaną monetę, chłopiec przeżył mnóstwo najbardziej 
poniżających uczuć, wśród których dominowała tchórzliwa niecierpliwość 
złodzieja, który sprzedaje kradzione.

Pietia nie zdziwiłby się może wcale, gdyby w tej chwili zjawili się w 

sklepiku stójkowi z szablami i odwieźli go dorożką do cyrkułu za 
współudział w jakiejś tajemniczej i hańbiącej zbrodni.

Nareszcie sklepikarz opuścił monetę do skrzynki i obojętnie rzucił na 

szalkę wagi pięć kopiejek drobnymi. Chłopiec pośpieszył na podwórze, 
gdzie Gawrik sprzedawał już guziki innym chłopcom. Pietia kupił od niego 
za wszystkie pieniądze kilka sztuk różnej wartości. Zaczęli grać. Pietia 
zapomniał o wszystkim na świecie. Na podwórzu ściemniło się zupełnie, 

background image

kiedy Pietia nie miał już ani jednego guzika. Było to tym przykrzejsze, że 
początkowo szczęście szalenie mu dopisywało i wygrane guziki nie 
mieściły się już w kieszeni. A teraz niestety ani pieniędzy, ani guzików.

Pietia o mało nie płakał. Był w zupełnej rozpaczy. Gawrik zlitował się 

nad przyjacielem. Pożyczył mu do odegrania się dwa guziki z tych 
zwyczajnych. Ale Pietia zbytnio hazardował się i niecierpliwił — w ciągu 
pięciu minut znowu przegrał wszystkie. Z Gawrikiem trudno było się 
mierzyć.

Gawrik wsypał niedbale całą swoją wielką wygraną do woreczka i 

odchodząc oświadczył, że jutro znowu przyjdzie.

Guziki

O jakże wiele ich było!
Dęte studenckie dziesiątki z nakładanymi orłami, Złote oficerskie 

piątki z orłami wytłaczanymi. Brązowe — szkoły rzemieślniczej, z berłem 
Merkurego opasanym wężami i z czapeczką o filuternych rożkach. Jasne 
żeglarskie, na których krzyżowały się kotwice. Pocztowotelegraficzne z 
pozieleniałymi błyskawicami i trąbkami. Artyleryjskie z armatami. 
Sądowe z wytłoczonymi na nich kodeksami prawnymi.   Miedziane 
liberyjne, wielkości półrublówki, ozdobione heraldycznymi  lwami.  Grube 
trójki galowych urzędniczych mundurów.   Cieniutkie „cytrynki” 
kancelistów z ostrymi, rżniętymi brzegami, które przy grze brzęczały jak 
komary. Grube pospolitaki płaszczy gimnazjalnych, których srebrne 
talerzyki były pośrodku całkowicie starte.

Fantastyczne skarby, cała heraldyka cesarstwa rosyjskiego skupiła się 

na jedno szczęśliwe oka mgnienie w rękach Pieti. Dłonie chłopca czuły 
wciąż jeszcze różnorodność form guzików oraz ich solidną ołowianą wagę. 
A tymczasem był już doszczętnie zrujnowany, ogołocony i puszczony z 
torbami.

Oto masz twoją czarodziejską, nierozmienną pięciokopiejkówkę!
Chłopiec myślał o guzikach, jedynie i wyłącznie o guzikach. Widniały 

nieustannie przed oczami jak zjawa bogactwa, która przyśni się nocą Przy 
obiedzie patrzał z roztargnieniem na talerz zupy, gdzie w oczkach tłuszczu 
odbijało się co najmniej trzysta maluśkich abażurów wiszącej nad stołem 
lampy, ale on widział w nich trzysta błyszczących guzików ze złotymi 
orłami.

Z odrazą spoglądał na guziki ojcowskiego tużurka, obszyte suknem i 

nie przedstawiające najmniejszej wartości.

background image

W ogóle dzisiaj dopiero spostrzegł, że żyje w nędznej rodzinie, która 

nie ma w całym domu ani jednego przyzwoitego guzika.

Ciocia od razu zwróciła uwagę na dziwne zachowanie się chłopca.
— Co się dzisiaj z tobą dzieje? — spytała wpatrując się przenikliwie w 

niezwykle wzburzoną twarz Pieti. — Może chłopcy na podwórzu pobili 
cię?

Pietia ze złością zaprzeczył ruchem głowy.
— A może znowu nałapałeś dwój? To powiedz lepiej wprost, zamiast 

siedzieć tak i męczyć się.

— Ale gdzie tam! I nie rozumiem, dlaczegoście się do mnie 

przyczepili.

— A czyś ty czasem nie chory?
— Oj, mój Boże!...
Pietia o mało nie rozpłakał się od tych pytań.
— No, jak chcesz. Nie chcesz powiedzieć, to nie trzeba. Mecz się.
I Pietia męczył się rzeczywiście łamiąc sobie głowę nad tym, skąd 

wziąć pieniędzy niezbędnych do jutrzejszej gry. Nawet spał niezbyt 
dobrze, dręczony pragnieniem jak najprędszego odegrania się. Z rana 
zdecydował się na subtelny wybieg. Długo i czule wiercił się obok ojca 
wsuwając głowę pod jego łokieć, całował czerwoną, porowatą szyję, 
pachnącą świeżością po umyciu. Ojciec gładził „kolącą” główkę 
malutkiego gimnazjalisty i przyciskał ją do tużurka z wstrętnymi guzikami.

— No co, Pietiusza, no co, malutki?
Chłopiec czekał tylko na to pytanie, na to lekkie drżenie w głosie ojca, 

wskazujące na to, że ojciec niczego mu teraz nie odmówi, o cokolwiek by 
go prosił.

— Tatusiu! — rzekł chłopiec kręcąc się koło ojca i z udaną 

nieśmiałością poprawiając pasek. — Tatusiu, daj mi pięć kopiejek!

— Po co? — spytał ojciec, który nigdy, nawet w chwilach największej 

serdeczności nie rezygnował z surowych zasad wychowania.

— Bardzo mi potrzebne.
— Nie, powiedz na co.
— Nie, daj mi.
— Nie, powiedz. Muszę wiedzieć, na co masz zamiar wydać te 

pieniądze. Na coś pożytecznego dam ci z przyjemnością, a na rzecz 
szkodliwą nie dam. Więc powiedz mi, na co potrzebne ci są pieniądze?

Jakże miał Pietia powiedzieć ojcu, że pieniądze są mu niezbędne do 

hazardowej gry? Jasne, że było to zupełnie niemożliwe. Wówczas Pietia 
zrobił niewinną minkę dobrze wychowanego chłopczyka, któremu 
zachciało się łakoci.

background image

— Kupię sobie czekoladkę — rzekł cicho.
— Czekoladkę? Wyśmienicie! Trudno mieć coś przeciwko temu. Pietia 

rozpromienił się.

Ojciec podszedł bez słowa do biurka, otworzył je i podał 

oszołomionemu chłopcu tabliczkę czekolady z ruchomym obrazkiem na 
opakowaniu, zapieczętowaną na kształt listu pięcioma lakowymi 
pieczęciami.

Pietia ze łzami w oczach wziął czekoladę i wymamrotał:
— Dziękuję, tatusiu.
Z ciężkim sercem poszedł do gimnazjum.
Jednakże było to więcej niż nic. Można było spróbować zamienić 

czekoladę na guziki. Ale nie sądzone mu było grać tego dnia.

Zaledwie chłopiec minął Kulikowe Pole i wyszedł na Noworybną, 

gdzie mieściło się gimnazjum, spostrzegł natychmiast, że w mieście dzieje 
się coś ważnego, że wydarzyło się coś uroczystego i radosnego.

Mimo wczesnej godziny ulice były pełne ludzi. Wszyscy czynili 

wrażenie niesłychanie podnieconych i zajętych, chociaż nikt się nigdzie nie 
śpieszył. Ludzie stali gromadkami obok bram albo zatrzymywali się na 
rogach otaczając kioski. Wszędzie rozwijano gazety. Mżył deszcz czyniąc 
ich szare płachty jeszcze bardziej szarymi.

Na wszystkich bramach zawieszone były flagi narodowe, biało-

granatowo-czerwone. Pietia zwykł był wnioskować z nich o zamożności 
właściciela domu. Niektóre były niewielkie, wyblakłe, na krótkich kijach, 
byle jak przymocowanych do bramy. Inne były całkiem nowe, ogromne, 
obszyte trójkolorowym sznurem ze wspaniałymi trójkolorowymi 
chwastami aż do samego trotuaru.

Wiatr z trudem obracał te ciężkie, wilgotne płótniska, które wyraźnie 

pachniały farbą.

Okazało się, że gimnazjum jest zamknięte. Naprzeciw biegli uradowani 

gimnazjaliści. Woźny gimnazjalny, w białym fartuchu włożonym na 
zimowe palto z barankowym kołnierzem, przeciągał cienki drut wzdłuż 
fasady od drzewa do drzewa. A więc wieczorem będzie iluminacja! 
Iluminowano zawsze podczas galówek. Na przykład w dniu imienin cara.

Te trzy magiczne słowa — iluminacja, galówka oraz imieniny — 

stanowiły dla chłopca jakby trzy płaszczyzny szklanego wisiorka. Takie 
wisiorki od cerkiewnych kandelabrów były bardzo cenione wśród odeskich 
chłopców. Wystarczyło zbliżyć do oczu ten maleńki graniastosłup, a świat 
jarzył się natychmiast patriotyczną tęczą „carskiego dnia”.

Ale czy dziś jest carski dzień ? Nie. O carskim dniu zawsze wiadomo z 

góry z kalendarza. A dziś na tatusia kalendarzu do wydzierania kartek 

background image

cyfra była czarna, nie zapowiadająca ani iluminacji, ani galówki, ani 
imienin.

Co się zatem stało ? Czy carowi znowu, jak w ubiegłym roku, urodził 

się następca tronu? Nie, nie! Nie może być, żeby co roku chłopak! Na 
pewno to coś innego. Ale co w takim razie?

— Powiedzcie — zapytał Pietia woźnego — co jest dzisiaj takiego ?
— Wolność — odpowiedział woźny.
Chłopcu wydało się, że woźny nie powiedział tego na serio.
— Nie, bez żartów.
— Co za żarty? Mówię, że wolność.
— Jak to — wolność ?
— A właśnie tak, że wolno wam dzisiaj iść do domu, bo nie będzie 

lekcji. Odwołane.

Pietia obraził się.
— Słuchajcie, pytam was poważnie — rzekł surowo, utrzymując jak 

tylko mógł najlepiej powagę gimnazjalisty odeskiego piątego gimnazjum.

— A ja mówię poważnie, że idź sobie do domu do rodziców, którzy się 

nie mogą ciebie doczekać, a nie pętaj się pod nogami pracującego 
człowieka.

Pietia wzruszył pogardliwie ramionami i z miną człowieka 

niezależnego, jakby spacerował sobie, odszedł od woźnego, który nabrał 
wstrętnego przyzwyczajenia rozmawiania z gimnazjalistami tonem 
wychowawcy klasowego.

Stójkowy, do którego Pietia zwrócił się ze swoim zapytaniem jako do 

przedstawiciela władzy, spojrzał z góry na smagłego chłopaczka i bez 
pośpiechu rozprostował rude wąsy.

Nagle nieoczekiwanie, zupełnie z żydowska kalecząc słowo, rzekł:
— Wolnoszcz!
Chłopiec obrażony do reszty powlókł się do domu.
Na ulicach było coraz bardziej rojno. Migały czapki studenckie, 

karakułowe mufeczki kursistek, duże ronda kapeluszy liberałów. 
Kilkakrotnie Pietia usłyszał niezupełnie zrozumiałe słowo „wolność”.

Wreszcie na ulicy Kanatnej zwróciła na siebie jego uwagę gromadka 

ludzi skupionych obok arkusza, nalepionego na deskach parkanu przy 
składzie drzewa.

Pietia przecisnął się bliżej i przeczytał drukowane słowa:

MANIFEST NAJWYŻSZY

background image

„...My, z Bożej łaski, Mikołaj Drogi, Imperator i Samowładca 

Wszechrosyjski, Król Polski, Wielki Książę Finlandzki... i tak dalej, i 
tak dalej, i tak dalej.
Nieporządki i rozruchy w stolicy i w wielu miejscowościach Naszego 
Wielkiego Imperium napawają serca Nasze wielkim i ciężkim 
smutkiem. Dobro Cesarza Rosyjskiego jest nierozłączne od dobra 
narodu i smutek narodu jest Jego smutkiem.
Z rozruchów ninie powstałych może wyniknąć głębokie rozdwojenie 
narodu i groźba dla całości i jedności Naszej Dzierżawy .
Służba dla dobra Ojczyzny, na co przysięgaliśmy, skłania Nas, aby 
wszystkimi siłami rozumu i władzy Naszej dążyć do najrychlejszego 
powstrzymania tak niebezpiecznych dla państwa nieporządków”.

Pietia doczytał nie be z trudu do tego miejsca zacinając się na trudnych 

i mglistych słowach: „ninie powstałych”, „skłania Nas”, „najrychlejszego 
powstrzymania” i na mnóstwie wielkich liter, które sterczały z wierszy 
wbrew wszelkim zasadom pisowni i w najzupełniej nieoczekiwanych 
miejscach jak osmalone pnie po pożarze.

Chopiec nie zrozumiał nic, prócz tego, że z carem jest widocznie źle i 

że prosił wszystkich, żeby mu przyszli z pomocą, czym kto może.

Wyznać trzeba, że w głębi duszy chłopcu zrobiło się nawet nieco żal 

biednego cara, szczególnie gdy Pietia przypomniał sobie, że car dostał 
bambusową pałką po głowie.

Ale dlaczego wszyscy dokoła cieszą się i rozwieszają flagi — to było 

niezrozumiałe. Może coś wesołego napisane jest jeszcze dalej ? Jednakże 
chłopiec nie miał dość wytrwałości, żeby przeczytać do końca ten smutny 
carski list.

Zauważył zresztą, że prawie każdy podchodzący do afisza wyszukiwał 

w nim przede wszystkim w środku miejsce, które nie wiadomo czemu 
najbardziej się wszystkim podobało. Miejsce to każdy prawie czytał na 
głos i zwracał się triumfująco do innych wołając:

— Aha! Rzeczywiście, czarne na białym: dać nietykalność osobistą, 

wolność sumienia, słowa, zebrań i związków.

Przy tym niektórzy nie zwracając uwagi na to, że znajdują się na ulicy, 

wołali „hura!” i całowali się jak na Wielkanoc. I nagle chłopiec stał się 
świadkiem sceny, która wstrząsnęła nim do głębi duszy.

Do tłumu podjechała dorożka, z której wyskoczył zręcznie jakiś pan w 

nowiutkim, ale już wklęśniętym cylindrze, przeczytał szybko słynne 
miejsce przytknąwszy do nosa krzywe binokle, potem pocałował 
trzykrotnie ogłupiałego woźnicę w miedzianoczerwoną brodę, bęcnął na 

background image

dorożkę i wrzeszcząc na całą ulicę: „Pół rubla na wódkę! pędź, bydlę!” — 
przepadł z oczu równie szybko, jak się zjawił. Słowem, był to dzień 
niezwykły pod każdym względem. Chmury przetarły się. Deszczyk ustał. 
Przeświecało słońce podobne do masy perłowej.

Po podwórzu spacerował Nusik Kogan w swojej czarnej kurtce 

gimnazjalnej z haftkami zamiast guzików i w czapce bez znaczka 
gimnazjalnego marząc o tym, jak to on teraz wobec nadania wolności 
wyznania wstąpi do gimnazjum i jaki piękny znaczek będzie nosił na 
czapce.

Pietia długo grał z nim w klasy zatrzymując się po każdym skoku i nie 

przestając opowiadać straszliwych rzeczy o gimnazjum. Straszył:

— A potem on ciebie ja-ak wyrwie i ja-ak zacznie pytać, a ty ja-ak nie 

będziesz umiał ani w ząb, a wtedy on ci ja-ak powie: „możesz iść na 
miejsce, siadaj” — i jak wlepi ci pałę, to wtedy będziesz wiedział!

Na co rozsądny Nusik odpowiadał promieniejąc wewnętrznie:
— Dlaczego? A jeżeli będę dobrze odrabiał lekcje? 
I wzruszył ramionami.
— Wszystko jedno — rżnął Pietia nielitościwie, skacząc na jednej 

nodze i usiłując wyrzucić noskiem bucika kamyczek z komórki „niebo”. 
— Wszystko jedno! Ja-ak wlepi pałę!

Potem Pietia poczęstował Nusika czekoladą, a Nusik pobiegł do 

sklepiku i przyniósł „ot taką garść rodzynków”.

Pietię zawołano na śniadanie. Zaprosił do siebie Nusika. Ojciec był już 

w domu.

— A! — zawołał wesoło ujrzawszy Nusika. — Należy spodziewać się, 

że będziemy mieli wkrótce przyjemność widzieć cię gimnazjalistą, młody 
człowieku! Winszuję, winszuję!...

Nusik szurgnął nogą grzecznie i godnie.
— Czemu nie? — rzekł spuszczając z nieśmiałą godnością oczy i 

poczerwieniał mocno z radości.

Ciocia promieniała. Ojciec promieniał. Pawlik hałasował w korytarzu 

bawiąc się w „wolność”, przy czym przewrócone i ustawione rzędem 
krzesła nakrywał nie wiadomo dlaczego dywanikiem i czołgał się pod nimi 
dmąc niemiłosiernie w trąbkę, bez której, ku utrapieniu wszystkich, nie 
obchodziła się żadna zabawa.

Ale dziś nikt nie zabraniał chłopczykowi, więc hałasował, ile dusza 

zapragnie.

Co chwila przybiegała z podwórza Dunia opowiadając ze wzruszeniem 

miejskie nowiny. To widziano obok dworca tłum z czerwonym sztandarem 
— ”ani przejść tamtędy!” To na Riszeliewskiej podrzucano w górę 

background image

żołnierzyka: „On biedaczek tylko tak podlatuje, tylko tak podskakuje!” To 
ze wszystkich stron biegli ludzie do cyrkułu, gdzie, jak mówią, 
wypuszczano aresztowanych. „Jakaś kobieta biegnie z dziewczynką na 
rękach, a łzy jej z oczu kapią i kapią”. To postawiono przy sztabie wartę z 
kadetów — nikogo z obcych do żołnierzy sztabowych nie dopuszczają, 
nawet odpędzają od okien. Ale jeden zdążył jednakie dobiec do okna, 
stanął na kamieniu i jak zawołał:

„Niech żyje wolność!” A tamci żołnierze ze swoich okienek do niego 

znowu: „Niech żyje wolność!”

Wszystkie te nowiny przyjmowano z radością, ze skwapliwymi 

pytaniami:

— A co policja?
— A co on?
— A co ona?
— A co oni?
— A co na Greckiej?
Od czasu do czasu dorośli otwierali balkon i nie zważając na chłód 

wychodzili popatrzeć, co się dzieje na ulicy. W końcu Kulikowego Pola 
można już było rozróżnić ciemną masę ludu i czerwony sztandar.

Wieczorem przyszli goście, co się już dawno nie zdarzało: koledzy 

tatusia, kursistki — znajome cioci. Wieszak w przedpokoju był pełen 
czarnych palt, mantylek, kapeluszy o szerokim rondzie, karakułowych 
czapek.

Pietia widział, jak krajano w kuchni siekaną kiełbasę, świetną wędlinę i 

bochenki chleba.

A zasypiając po tym męczącym, ale wesołym dniu słyszał dobiegający 

z jadalni wesoły gwar obcych głosów, śmiechy, brzęk łyżeczek.

Wraz z jasnym światłem lampy przenikał z jadalni do dziecinnego 

pokoju niebieskawy dym papierosów, który wprowadzał do świeżego i 
ciepłego powietrza coś tchnącego męskością i swobodą, czego w domu nie 
było, albowiem ojciec nie palił.

Za oknem było o wiele jaśniej niż zazwyczaj; ze słabym światłem 

latarni ulicznych mieszały się różnobarwne, jakby żelatynowe świetlne 
kreski iluminacji.

Pietia wiedział, że zamiast flag rozwieszone są teraz po całym mieście, 

na drutach, sześciograniaste lampiony ze szkiełkami zakopconymi od 
palącej się wewnątrz świecy.

Podwójne pasma jednakowych światełek ciągną się w głąb prostych i 

długich ulic odeskich. Wabią one coraz dalej i dalej w tajemniczą dal 
zmienionego nie do poznania miasta, z ulicy na ulicę, jak gdyby obiecując 

background image

gdzieś, może tuż-tuż obok, tu oto za rogiem, jakieś wspaniałe, 
różnobarwne widowisko niezwykłej piękności i blasku.

Ale za rogiem wciąż ta sama długa ulica, te same jednostajne, choć 

różnobarwne pasma lampionów, które są tak samo zmęczone paleniem się, 
jak człowiek spacerowaniem wśród nich.

Czerwone, zielone, liliowe, żółte, niebieskie smugi światła, obracając 

się we mgle spadają na przechodniów, prześlizgują się po fasadach 
domów, łudzą obietnicą ukazania za rogiem czegoś o wiele piękniejszego i 
nowego.

Cała ta męcząca różnorodność, która zawsze nazywała się 

„imieninami”, „galówką”, „carskim dniem”, dzisiaj nazywa się równie 
wielobarwnym słowem: „konstytucja”.

Słowo „konstytucja” rozlegało się raz po raz w jadalni wśród rozgwaru 

obcych basów i srebrzystego brzękania łyżeczek od herbaty.

Pietia zasnął ukołysany gwarem gości, którzy rozeszli się niezwykle 

późno — na pewno około godziny dwunastej.

W piwnicy

Zaledwie rozeszła się na Bliskich Młynach pogłoska, że wypuszczają 

aresztowanych, Gawrik pobiegł natychmiast do cyrkułu.

Tierientij, który w ostatnim tygodniu nie nocował w domu i nie 

wiadomo skąd zjawił się wczesnym rankiem, odprowadził Gawrika do 
rogu, ponury, chwiejący się na nogach ze zmęczenia.

— Ty, Gawriucha, idź na spotkanie starego, tylko nie prowadź go, broń 

Boże, tutaj! Bo przy tej całej po stokroć przeklętej wolności na pewno 
obok cyrkułu pełno jest tych łajdaków. Przyciągniesz mi tu ze sobą 
jakiegoś szpicla i „zasypiecie” mi mieszkanie i ludzi. Słyszysz?

Gawrik skinął głową.
— Słyszę,
Mieszkając na Bliskich Młynach chłopiec nauczył się wiele rozumieć i 

dowiedział się o wielu sprawach. Nie było już tajemnicą dla niego, że w 
mieszkaniu Tierientija zbiera się Komitet Strajkowy.

Ile razy Gawrik musiał przesiedzieć całą noc na ławeczce przy furtce 

cicho gwiżdżąc, kiedy obok domu zjawiali się obcy ludzie!

Kilkakrotnie widział nawet marynarza, który skądsiś przychodził o 

świcie i znikał szybko. Ale był niemal nie do poznania... Nosił teraz 
przyzwoite palto sukienne, czapkę z młoteczkami, a co najważniejsze — 
niewielkie, kokieteryjne wąsiki i bródkę, które odmieniły go tak bardzo, aż 

background image

chłopiec wierzyć nie chciał, że to istotnie ten sam człowiek, którego 
wyratował i razem z dziadkiem na morzu.

Wystarczyło jednakże wpatrzyć się w jego piwne, wesołe oczy, w jego 

kapryśny uśmiech, w kotwicę na ręce, a natychmiast znikały wszelkie 
wątpliwości.

Zgodnie z niepisanymi, lecz niewzruszonymi zasadami Bliskich 

Młynów — nigdy nie dziwić się niczemu, nigdy nikogo nie poznawać i 
trzymać język za zębami — Gawrik spotykając marynarza udawał, że go 
widzi po raz pierwszy. Podobnie postępował również marynarz wobec 
Gawrika.

Raz tylko Żukow odchodząc skinął chłopcu głową jak dobremu 

znajomemu, mrugnął do niego i uderzywszy go po ramieniu, zupełnie jak 
kogoś dorosłego, zaśpiewał:

Nie płacz mi, Marusiu, nie płacz mi niebogo...

Po czym schyliwszy głowę, znikł w ciemnej sieni.
Ale Gawrik domyślał się, że spośród wszystkich, którzy przychodzili 

do Tierientija, wśród przedstawicieli fabryki Gena, mechanicznego młyna 
Wajnsztajna, doków, fabryki Brodskiego i wielu, wielu innych, marynarz 
był najbardziej groźnym i najbardziej niebezpiecznym gościem.

Należał on bez wątpienia do owej słynnej i tajemniczej „organizacji 

bojowej”, o której tak wiele mówiono ostatnio nie tylko na Bliskich 
Młynach, ale i w całym mieście.

— Słyszę — rzekł Gawrik. — Ale dokąd mam zaprowadzić naszego 

staruszka na taki ziąb, jeżeli nie na Bliskie Młyny.

Tierientij zamyślił się.
— Słuchaj, co ci powiem — rzekł wreszcie — najpierw zaprowadź go 

nad morze do chałupki. Na wypadek gdyby nawet ktoś was śledził, niechaj 
widzi, gdzieście poszli. Przeczekacie w waszej budzie do wieczora, a jak 
się tylko ściemni, idźcie wprost pod taki adres... Zaraz ci powiem, a ty 
zapamiętaj sobie dobrze: Mała Arnaucka, numer piętnasty. Wejdziesz do 
dozorcy i zapytasz o Józefa Karłowicza. Powiesz mu, zapamiętaj sobie 
dobrze: „Dzień dobry, Józefie Karłowiczu, Zofia Pietrowna przysłała, żeby 
dowiedzieć się, czy dostaliście list z Mikołajewa”. Wtedy on ci odpowie: 
„Już od dwóch miesięcy nie ma listów”. Rozumiesz?

— Rozumiem.
— Potrafisz powtórzyć? Ano, to powiedz.
Gawrikowi z naprężenia uwagi sfałdowato się czoło. Zmarszczył nosek 

i wyrzekł w skupieniu jak na egzaminie:

background image

— A więc, Mała Arnaucka piętnaście, zapytać dozorcę o Józefa 

Karłowicza, powiedzieć: „Dzień dobry, Józefie Karłowiczu, przysłała do 
was Zofia Pietrowna, żeby dowiedzieć się, czy dostaliście list z 
Mikołajewa”. Wtedy tamten ma mi odpowiedzieć: „Już od dwóch miesięcy 
nie ma listów”. 

— Dobrze. Potem możesz śmiało powiedzieć mu, że cię przysłał 

Tierientij i niech on naszego staruszka weźmie tymczasem do siebie i 
nakarmi go, a potem się zobaczy. Wpadnę tam... Rozumiesz?

— Rozumiem.
— No to bądź zdrów.
Tierientij zawrócił do domu, a Gawrik pobiegł do cyrkułu. Biegł 

pędem, przedzierając się przez tłum, który w miarę zbliżania się do dworca 
stawał się coraz bardziej zwarty.

Poczynając od placu Siennego spotykał zwalnianych z cyrkułu 

aresztantów. Szli albo jechali dorożką, z koszykami jak z dworca, 
wymachując czapkami, w towarzystwie krewnych, znajomych, 
towarzyszy.

Tłumy ludzi biegły jezdnią odprowadzając ich, krzycząc bez przerwy:
— Niech żyje wolność! Niech żyje wolność!
Obok Aleksandrowskiego cyrkułu, otoczonego wzmocnionymi 

patrolami konnej i pieszej policji, stał tłum tak olbrzymi i zwarty, że nawet 
Gawrik nie zdołał przecisnąć się przezeń! Tutaj można było z łatwością 
rozminąć się ze starcem.

Na samą myśl o tym, że w wypadku, gdyby istotnie się rozminęli, 

dziadek może przyprowadzić za sobą na Bliskie Młyny „szpika”, poty 
uderzyły na chłopca.

Z bijącym sercem pobiegł w zaułek, ażeby obejść jakoś tłum, za 

wszelką cenę przedostać się do cyrkułu i złapać dziadka. Nieoczekiwanie 
spostrzegł go o dwa kroki od siebie.

Ale mój Boże! Co się stało z dziadkiem! Gawrik z trudnością go 

poznał.

Naprzeciw chłopca, trzymając się bliżej murów, chwiejąc się na 

zgiętych nogach, jak gdyby były z waty, ciężko szurgając podartymi 
butami po żwirze i przystając co trzy kroki, szedł zgrzybiały starzec ze 
srebrną szczeciną brody, o niebieskich, wyblakłych, łzawiących oczach i o 
wpadniętych bezzębnych ustach. Gdyby nie koszyk huśtający się w drżącej 
ręce starca, Gawrik za nic w świecie nie poznałby dziadka.

Ale ten doskonale znany trzcinowy, pleciony koszyk, obszyty brudnym 

płótnem, rzucił mu się od razu w oczy i serce chłopca ścisnęło się 
nieopisanym bólem.

background image

— Dziadku! — krzyknął przerażony — dziadku, czy to wy?
Dziadek nie drgnął nawet na to nieoczekiwane wołanie. Zatrzymał się 

bez pośpiechu i z wolna zwrócił w stronę Gawrika twarz z obojętnie 
żującymi wargami, nie wyrażającymi ani radości, ani wzruszenia — nic, 
prócz pokornego, spokojnego oczekiwania.

Można by pomyśleć, że nie widzi wnuka, tak dalece nieruchome były 

jego załzawione oczy spoglądające gdzieś w przestrzeń.

— Dziadku, dokąd idziecie? — zapytał Gawrik głośno, jakby pytał 

głuchego.

— Na Bliskie Młyny.
— Tam nie można — rzekł Gawrik szeptem rozglądając się ostrożnie. 

— Tierientij powiedział, żeby na Bliskie Młyny, broń Boże, nie 
przychodzić.

Starzec rozejrzał się również na wszystkie strony, ale jakoś nazbyt 

powoli, obojętnie, machinalnie.

— Dziadku, chodźmy tymczasem do domu, potem się zobaczy. 
Dziadek, drepcząc pokornie w miejscu, zawrócił w przeciwną stronę i 

bez słowa zaczął posuwać się naprzód, z wysiłkiem stawiając nogi.

Gawrik podsunął dziadkowi ramię i starzec oparł się o nie mocno. 

Powolutku przeszli przez wzburzone miasto nad morze niby ślepiec z 
przewodnikiem: chłopiec na przodzie, dziadek cokolwiek z tyłu.

Starzec często przystawał i odpoczywał. Dwie godziny szli od cyrkułu 

do wybrzeża. Drogę tę Gawrik przebiegał zwykle w piętnaście minut.

Pogięta i zardzewiała kłódka leżała w brązowym burzanie obok 

chałupki. Drzwi wisiały ukośnie na górnym zawiasie i skrzypiały kołysane 
przez wiatr. Jesienne ulewy spłukały z poczerniałych desek ostatnie ślady 
babcinej kredy. Dach był cały usiany łopuchami, gospodarowali tu 
widocznie łowcy ptaków, którzy w pustej chałupce urządzali sobie 
zasadzkę.

W izdebce wszystko było przewrócone do góry nogami. I zszyta ze 

skrawków kołdra i poduszka — wilgotne, powalane gliną — poniewierały 
się w kącie. Jednakże skrzynka stała nietknięta na swoim miejscu. Starzec 
nie śpiesząc się wszedł do swojego domu i przysiadł na skraju łóżka.

Postawił koszyk na kolanach i patrzył obojętnie w kąt, nie zwracając 

najmniejszej uwagi na zniszczenia w mieszkaniu.

Mogło się zdawać, że wszedł tutaj, żeby odpocząć, posiedzi oto ze 

dwie minuty, odsapnie i pójdzie sobie powolutku dalej.

Przez stłuczoną szybę dął ostry, zimny wiatr, przesycony wodnym 

pyłem z przypływu. Burza szalała wzdłuż pustego wybrzeża. Białe płaty 

background image

mew i piany unosiły się z wiatrem ponad huczącymi skałami Uderzenia fal 
odbijały się echem w nadbrzeżnych pieczarach.

— Po co siedzicie, dziadku? Kładźcie się!
Dziadek położył się posłusznie. Gawrik podał mu poduszkę i okrył go 

kołdrą. Starzec skurczył nogi. Miał dreszcze.

— Jakoś to będzie, dziadku. Słuchajcie, co wam powiem. Kiedy się 

zmierzchnie, pójdziemy stąd w jedno miejsce. A tymczasem leżcie.

Dziadek milczał i cały jego wygląd zdradzał najzupełniejszą 

obojętność i pokorę. Nagle zwrócił na Gawrika podpuchnięte, jakby 
wychodzące z orbit oczy, długo żuł zapadniętymi ustami i wyrzekł 
wreszcie:

— A łodzi nie uniesie?
Gawrik pośpiesznie uspokoił go mówiąc, że łódź znajduje się w 

bezpiecznym miejscu, u sąsiadów. Starzec z aprobatą skinął głową i 
umilkł. W godzinę później przewrócił się na drugi bok i jęknął z cicha.

— Dziadku, boli was ?
— Odbili... — wyrzekł dziadek i uśmiechnął się nieśmiało, odsłaniając 

różowe, bezzębne dziąsła. — Caluśką wątrobę odbili...

Gawrik odwrócił się. Do samego wieczora starzec nie wyrzekł już ani 

słowa. Skoro się tylko ściemniło, chłopiec powiedział:

— Chodźmy, dziadku.
Starzec podniósł się, wziął swój koszyk i poszli obok zabitych deskami 

will, obok zamkniętej strzelnicy i restauracji do miasta, na Małą Arnaucka 
piętnaście.

Wypytawszy dozorcę Gawrik bez trudu odnalazł w ciemnej piwnicy 

mieszkanie Józefa Karłowicza i zastukał do drzwi obitych podartym 
wojłokiem.

— Kto tam? — rozlegał się głos, który wydawał się Gawrikowi 

znajomy.

— Czy to mieszkanie Józefa Karłowicza?.
— A czego chcecie ?
— Otwórzcie proszę. Ja do was od Zofii Pietrowny.
Drzwi otworzyły się natychmiast i chłopiec ujrzał ku najwyższemu 

swemu zdumieniu właściciela strzelnicy, który stał na progu z lampą 
naftową w ręce. Spojrzał na chłopca z niewzruszonym spokojem nieco z 
góry i rzekł nie ruszając się z miejsca:

— Jestem Józef Karłowicz. No, a co dalej?
— Dzień dobry, Józefie Karłowiczu — wyrzekł chłopiec starannie, 

niby dobrze wyuczoną lekcję. — Przysłała do was Zofia Pietrowna, żeby 
dowiedzieć się, czy dostaliście list z Mikołajewa.

background image

Ogarnąwszy chłopca zdziwionym spojrzeniem od stóp do głowy, co 

trwało ze dwie minuty, chociaż chłopiec był wcale nieduży, właściciel 
strzelnicy wyrzekł jeszcze bardziej wyniośle:

— Już od dwóch miesięcy nie ma listów.
Milczał przez chwilę, po czym dodał kiwając z wyrzutem głową:
— Widzicie, jaka niesłowna paniusia! Aj — aj — aj!
I nagle przybrał nader uprzejmą minę polskiego magnata, 

przyjmującego w swojej posiadłości nuncjusza. Nie pasowało to w 
najmniejszej mierze do jego bosych nóg i braku koszuli pod marynarką.

— Uprzejmie proszę, młody człowieku. Zdaje się, że odwiedzaliście 

nieraz mój zakład? Co za przyjemne spotkanie! A ten staruszek, jeśli się 
nie mylę, to wasz dziadek? Wejdźcie, proszę, do pokoju.

Dziadek i wnuczek znaleźli się w norze, która nawet ich uderzyła 

swoim nędznym wyglądem.

Och, nie tak, zupełnie nie tak wyobrażał sobie Gawrik życie tego 

potężnego, najbogatszego człowieka, właściciela strzelnicy i — pomyśleć 
tylko — czterech montechristo!

Chłopiec zdziwiony oglądał puste, zielonawe od wilgoci ściany. 

Myślał, że zobaczy rozwieszone na nich strzelby i pistolety. Ale zamiast 
tego wszystkiego ujrzał jeden jedyny gwóźdź, na którym wisiały 
niesłychanie zniszczone szelki, podobne zresztą do lejców.

— A gdzie są pana strzelby? — zawołał Gawrik niemal ze zgrozą. 

Józef Karłowicz udał, że nie dosłyszał tego pytania.,

Szerokim gestem zaprosił, by usiedli na krześle, i odchodząc w kąt 

rzekł głucho:

— Czy macie mi coś zakomunikować?
Gawrik w imieniu brata poprosił go o tymczasowe schronienie dla 

dziadka.

— Powiedz bratu, że wszystko będzie zrobione, niechaj nie wątpi — 

rzekł szybko Józef Karłowicz. — Mam znajomości w mieście. Myślę, że w 
końcu uda mi się urządzić go jako nocnego stróża.

Gawrik zostawił dziadka u Józefa Karłowicza, przyrzekł zachodzić od 

czasu do czasu i wyszedł. Przy drzwiach dogonił go właściciel mieszkania.

— Powiedz Tierientijowi — rzekł szeptem — że Zofia Pietrowna 

prosiła o powtórzenie mu, iż ma porządny zapas orzechów, tylko, niestety, 
nie bardzo dużych. Nie greckich. On zrozumie. Niech zorganizuje 
transport. Zrozumiałeś mnie?

— Zrozumiałem — rzekł Gawrik, który już przywykł do podobnych 

poruczeń. — Nie greckich, i żeby sam po nie przysłał.

— Tak właśnie.

background image

Józef Karłowicz wsunął rękę gdzieś za podszewkę swojej strasznej 

marynarki, poszperał tam i podał Gawrikowi dziesiątkę.

— Proszę, weź na cukierki. Niestety, nic więcej nic mogę dać. 

Podarowałbym ci z przyjemnością montechristo, daję słowo, ale...

Józef Karłowicz rozłożył ze smutkiem ręce i jego pooraną bruzdami 

twarz przebiegł konwulsyjny skurcz

— Ale niestety wskutek mojego nieszczęsnego charakteru nie mam już 

ani jednej sztuki.

Gawrik poważnie i z prostotą przyjął dziesiątkę, podziękował i wyszedł 

na ulicę, oświetloną pełgającym światłem lampionów.

Honorowy dług

Z rana Pietia wyniósł z alkierza dwie pary letnich skórzanych sandałów 

i po drodze do gimnazjum sprzedał je handlarzowi starzyzny za cztery 
kopiejki.

Kiedy w ciągu dnia zjawił się Gawrik, chłopcy natychmiast ustawili 

guziki. Pietia przegrał wszystkie, które dopiero co kupił od Gawrika, 
jeszcze szybciej aniżeli poprzednim razem.

Było to zupełnie zrozumiałe: w grze siły przyjaciół były rażąco 

nierówne.

Niemal wszystkie guziki nadmorskiej dzielnicy znajdowały się w 

woreczkach Gawrika. Mógł on ryzykować wiele, podczas kiedy Pietia 
musiał drżeć nad każdą „dwójką” i decydował się tylko na nędzne stawki, 
co prowadzi, jak wiadomo, do szybkiej przegranej.

Następnego dnia straciwszy już całkowicie panowanie nad sobą wziął 

po kryjomu szesnaście kopiejek — resztę, którą Dunia zostawiła na 
kredensie.

Postanowił zachować się tym razem mądrzej i ostrożniej. Przede 

wszystkim dla pomyślności gry niezbędna była prawdziwa, porządna bitka.

Bitka Pieti — duży i bardzo ładny na oko liberyjny guzik z lwami i 

hrabiowską koroną — mimo, że taka piękna, była do niczego: zbyt lekka. 
Należało uczynić ją cięższą. Pietia udał się na dworzec, przedostał się na 
zapasowy tor i na dalekim odcinku za składami, na wpół żywy ze strachu, 
ściął plombę z towarowego wagonu.

W domu wbił ją młotkiem w tarczę bitki, potem wyszedł na Kulikowe 

Pole i położył bitkę pod pociąg podmiejski. Podniósł ją z szyn wspaniale 
spłaszczoną, gorącą, ciężką. Teraz nie ustępowała już najlepszym bitkom 
Gawrika.

background image

Wkrótce  nadszedł   Gawrik i rozpoczęła  się gra. Chłopcy walczyli 

długo i zacięcie.

Jednakże okazało się, że mieć dobrą bitkę — to jeszcze nie wszystko. 

Trzeba być mistrzem! Koniec końców Pietia przegrał nie tylko wszystko, 
co posiadał, ale jeszcze pozostał winien.

Gawrik zapowiedział, że nazajutrz przyjdzie odebrać dług.
Dla Pieti zaczęły się godziny ciężkie jak zły sen.
— Na kredensie leżała reszta, szesnaście kopiejek — spokojnie 

powiedział ojciec przed wieczorem. — Czyś ty jej nie brał ?

Pietia uczuł nagły przypływ krwi do serca i natychmiast krew 

odpłynęła znowu.

— Nie — rzekł, jak mógł najobojętniej.
— Spójrz mi w oczy.
Ojciec ujął chłopca za podbródek i odwrócił ku sobie jego twarz.
— Uczciwe słowo honoru — rzekł Pietia starając się ze wszystkich sił 

patrzeć ojcu prosto w oczy. — Jak Boga kocham.

Lodowaciejąc z przerażenia chłopiec zwrócony do ikony przeżegnał 

się. Sądził, że w tejże sekundzie grom przebije sufit i uderzy w niego. 
Przecież Bóg powinien go ukarać niezwłocznie za takie bezczelne 
krzywoprzysięstwo! Jednakże dokoła panował spokój.

— To bardzo dziwne — odparł ojciec z zimną krwią. — Mamy zatem 

złodzieja w domu, Ja i ciocia nie mamy oczywiście potrzeby brać 
potajemnie pieniędzy z kredensu. Pawlik bawi się cały dzień na oczach 
dorosłych i też nie mógł tego zrobić. Tyś dał słowo honoru. Pozostaje 
zatem tylko przypuszczenie, że uczyniła to Dunia, która służy u nas pięć 
lat...

Dunia czyściła, w owej chwili lampę w przedpokoju.
Położyła natychmiast szkiełko i ściereczkę na konsolce lustra i stanęła 

w drzwiach. Nie tylko szyja jej, ale nawet ręce obnażone do łokci stały się 
czerwone. Duża, dobroduszna twarz była cała w plamach, malowała się na 
niej udręka.

— Żebym tak w życiu szczęścia nie zaznała — krzyknęła — jeżeli tej 

reszty z rynku panicz nie przegrał do Gawrika w guziki!

Ojciec spojrzał na Pietię.
Chłopiec zrozumiał, że musi natychmiast błyskawicznie powiedzieć 

coś szlachetnego, wzniosłego, sprawiedliwego, a jednocześnie strasznego, 
co zdjęłoby z niego w tejże chwili wszelkie podejrzenia.

Przed minutą mógłby się jeszcze może przyznać. Ale teraz, kiedy 

sprawa dotyczy guzików — za nic!

background image

— Nie macie prawa tak mówić! — wrzasnął Pietia ochrypłym głosem i 

jaskrawy rumieniec kłamliwego oburzenia zjawił się na jego twarzy. — 
Kłamiecie!

Ale zdawało mu się, że i tego mało.
— Wy... wy... sami jesteście na pewno złodziejką! — krzyknął Pietia 

tupiąc nogami.

Ojciec kiwał głową z wyrzutem, poważnie i smutnie, nie będąc w 

stanie zrozumieć, co dzieje się w duszy chłopca.

Podczas gdy Dunia krzątała się bezmyślnie po kuchni zbierając swoje 

rzeczy i żądając zwolnienia, Pietia wybiegł do dziecinnego pokoju i tak 
strasznie trzasnął drzwiami, że na poręczy łóżka zakołysał się emaliowany 
wizerunek Anioła-Stróża.

Chłopiec gniewnie odmówił, gdy mu oświadczono, że powinien 

przeprosić Dunię. Położył się do łóżka udając chorego. Zostawiono go w 
spokoju.

Ojciec nie pocałował go na noc.
Pietia słyszał, jak ciocia namawiała Dunię, żeby pozostała, i jak Dunia 

szlochając zgodziła się wreszcie.

W nocy Pietia budził się często przejęty grozą swojego postępowania. 

Gotów był biec do kuchni i całować nogi Duni błagając ją o przebaczenie. 
Ale jeszcze większy niepokój ogarniał chłopca na myśl o Gawriku, który 
zażąda jutro pieniędzy.

Z rana korzystając z chwili, kiedy ojciec zaprowadził Pawlika do 

łazienki, by go umyć, Pietia wyjął z szafy stary, urzędowy mundur ojca.

Legenda rodzinna głosiła, że mundur ten kazał sobie ojciec uszyć zaraz 

po skończeniu uniwersytetu i miał go na sobie raz jeden w życiu, kiedy 
uległ naleganiom przesądnych krewnych mamy, którzy żądali, aby w 
chwili gdy ojciec szedł z mamą do ślubu, wszystko było jak u ludzi. Od 
owego czasu mundur wisiał w szafie zapomniany przez wszystkich.

Okazało się, że guzików jest na nim bardzo wiele, ale w większości 

były one zbyt drobne i nie nadawały się do gry.

Dużych było tylko cztery, ale i one zawiodły nadzieje Pieti, Grube, 

białe trójki, które wyszły już prawie z użycia, nie przedstawiały zbyt 
wielkiej wartości.

Przyszyte sumiennie do cienkiego sukna przez starannego odeskiego 

krawca z ubiegłego wieku, nie poddawały się nożyczkom. Pietia wydarł je 
niecierpliwie zębami wraz z kawałkami sukna.

Czy warto mówić, że i tym razem spotkało Pietię najzupełniejsze 

niepowodzenie w grze?

Dług jego wobec Gawrika wzrósł straszliwie.

background image

Pietia zaplątał się ostatecznie, Gawrik spoglądał na przyjaciela z 

ponurym współczuciem, nie zapowiadającym nic dobrego.

— No, Piet’ka, jakże to będzie? — zapytał surowo.
Trudno było omylić się co do znaczenia tych słów. Sens ich był mniej 

więcej taki: „Cóż to takiego, bracie? Nabrałeś na kredyt guzików i nie 
zwracasz? To smutne. Trzeba ci będzie nabić mordę. Przyjaźń — 
przyjaźnią, ale na to nie ma rady. Musowo tak. Sam rozumiesz. Guziki — 
to nie jakieś tam tekturki, za guziki płaci się pieniędzmi. Już się za to na 
mnie nie gniewaj”.

Pietia nie gniewał się zresztą. Rozumiał on, że Gawrik ma 

najzupełniejszą rację. Westchnął tylko ciężko i poprosił, żeby Gawrik 
troszeczkę jeszcze poczekał. Gawrik zgodził się,

Pietia przemęczył się cały wieczór. Od natężenia umysłu zaczęły go 

nawet tak strasznie palić uszy, że w padającym na nie świetle lampy robiły 
wrażenie rubinowych.

Chłopiec rozważył tysiące sposobów szybkiego wzbogacenia się, ale 

wszystkie one albo były zanadto fantastyczne, albo zanadto zbrodnicze. 
Wreszcie przyszedł mu do głowy pomysł zadziwiająco prosty, a 
jednocześnie wspaniały. Toż nieboszczyk dziadek, tatuś mamy, był 
majorem! O, jakże mógł zapomnieć o tym?

Nie tracąc ani chwili Pietia wyrwał kartkę z zeszytu arytmetycznego i 

zaczął pisać do babci, do mamusinej mamy, list do Jekatierynosławia.

Obsypując babcię pieszczotliwymi nazwami i donosząc jej o swoich 

wspaniałych sukcesach w gimnazjum — co było, prawdę powiedziawszy, 
wielką przesadą — Pietia prosił babcię o przesłanie mu pamiątki, i to jak 
najprędzej — oficerskiego munduru nieboszczyka dziadka.

Sprytny chłopiec doskonale zdawał sobie sprawę, czym najłatwiej 

zjednać serce dobrej staruszki, która tak samo święcie czciła pamięć 
dziadka, jak mocno kochała Pietię, swojego najstarszego wnuczka.

Chłopiec donosił jej dalej, że idąc za przykładem dziadka-bohatera, 

postanowił nieodwołalnie stać się bohaterem, i dlatego wybiera karierę 
wojskową, a mundur jest mu niezbędny dla podtrzymywania w sobie stale 
ducha rycerskiego.

Pietia żywił nadzieję, że na mundurze majora będzie mnóstwo guzików 

— ze dwadzieścia, jeżeli nie ze trzydzieści sztuk, świetnych oficerskich 
piątek z wytłaczanymi orłami.

Według obliczeń Pieti przesyłka powinna nadejść z pewnością najdalej 

za tydzień, nie później.

Pietia opowiedział o wszystkim Gawrikowi i uzyskał jego 

najzupełniejszą aprobatę. Chłopcy wspinając się na palce wrzucili razem 

background image

list do dużej, żółtej skrzynki z wizerunkiem poleconej przesyłki z pięcioma 
łąkowymi pieczęciami i dwoma skrzyżowanymi trąbkami pocztowym.

Teraz nie pozostało nic innego, tylko spokojnie czekać.
W przeczuciu niezmierzonych bogactw Gawrik otworzył Pieti nowy, 

nieograniczony kredyt i Pietia przegrywał niefrasobliwie przyszły spadek 
po dziadku.

Ciężki tornister

Minął tydzień i drugi, a przesyłka od babci nie nadchodziła.
Chociaż car ogłosił „wolność”, rozruchy wzmagały się. Poczta 

pracowała marnie. Ojciec nie otrzymywał już z Moskwy gazety 
„Wiadomości Rosyjskie” i siedział wieczorami w milczeniu, 
zdenerwowany, nie wiedząc, co dzieje się na świecie i co należy sądzić o 
wydarzeniach.

Wstępną klasę zwolniono z lekcji na czas nieokreślony. Pietia pętał się 

całymi dniami bez zajęcia. W ciągu tego czasu zdążył już przegrać do 
Gawrika na kredyt tyle guzików, że aż strach brał pomyśleć.

Pewnego razu przyszedł Gawrik i powiedział ze złowieszczym 

uśmiechem:

— No, nie oczekuj teraz tak prędko swoich guzików. W tych dniach 

zacznie się powszechny.

Miesiąc temu Pietia nie zrozumiałby może jeszcze, o czym Gawrik 

mówi. Ale teraz było to zupełnie jasne: jeśli powszechny, zatem „strajk”.

A nowiny, jakie przynosił Gawrik, nie budziły wątpliwości. Pietia 

zauważył już dawno, że na Bliskich Młynach, nie wiadomo czemu, wiedzą 
o wszystkim o wiele wcześniej niż w mieście. Wiadomość ugodziła go w 
serce.

— A może zdążą nadejść?
— Chyba nie. 
Pietia aż pobladł.
— A jak będzie z długiem? — spytał Gawrik uparcie. .
Drżąc z niecierpliwości, by jak najprędzej rozpocząć grę, Pietia dał z 

pośpiechem uczciwe słowo honoru i przysiągł na Święty Krzyż, że jutro, 
tak czy inaczej, na pewno skwituje się.

— Pamiętaj, bo jak nie, to wiesz... — rzekł Gawrik, rozstawiając po 

marynarsku nogi w szerokich spodniach koloru liliowego.

Wieczorem tegoż dnia Pietia wykradł ostrożnie słynną skarbonkę 

Pawlika. Zamknąwszy się w łazience, nożem stołowym wyciągnął ze 

background image

skarbonki wszystkie oszczędności — czterdzieści trzy kopiejki miedzią i 
srebrem.

Uskuteczniwszy zadziwiająco zręcznie i szybko tę skomplikowaną 

operację chłopiec nawrzucał do opustoszałej blaszanki wszelakiego 
brzęczącego śmiecia: gwoździków, plomb, kościanych guzików, 
kawałków żelaza.

Było to absolutnie niezbędne, albowiem oszczędny i porządny Pawlik 

dwa razy dziennie — z rana i wieczorem — sprawdzał całość kasy: 
podnosił blaszankę do ucha i z wysuniętym językiem grzechotał 
kopiejkami rozkoszując się dźwiękiem i wagą swoich skarbów. Można 
sobie wyobrażę, jaki ryk podniósłby, gdyby wykrył kradzież! Ale 
wszystko udało się pomyślnie.

Kładąc się spać Pawlik potrząsnął blaszanką pełną śmiecia i stwierdził, 

że kasa znajduje się w zupełnym porządku.

Wiadomo zresztą, że nieuczciwie zdobyte bogactwa nie przynoszą 

człowiekowi korzyści. W ciągu trzech dni Pietia przegrał pieniądze 
Pawlika.

Nie było nadziei na szybkie otrzymanie munduru dziadka. Gawrik 

zaczął znowu energicznie domagać się zwrotu długu.

Codziennie, siedząc na parapecie okiennym, czekał Pietia na Gawrika.
Z przerażeniem myślał o tyra okropnym dniu, kiedy wykryje się 

wszystko: i guziki, i sandały, i mundur ojca, i skarbonka Pawlika. A 
przecież — wcześniej czy później — musi się to wykryć z wszelką 
pewnością. O, wtedy stanie się coś straszliwego!

Ale chłopiec usiłował nie myśleć o tym, męczyło go wieczne i 

bezpłodne marzenie niefortunnych graczy — marzenie o odegraniu się!

Chodzenie po ulicach było niebezpieczne, jednakże Gawrik zjawiał się 

regularnie i zatrzymywał się pośrodku podwórza kładąc dwa palce do ust. 
Rozlegał się wspaniały gwizd. Pietia z pośpiechem kiwał przyjacielowi 
przez okno i zbiegał schodami kuchennymi w dół.

— Dostałeś guziki? — pytał Gawrik.
— Uczciwe słowo honoru, jutro będą na pewno! Dalibóg! Ostatni raz! 

Pewnego pięknego dnia Gawrik oświadczył, że nie ma zamiaru dłużej 
czekać. Oznaczało to, że odtąd Pietia, jako niewypłacalny dłużnik, staje się 
niewolnikiem Gawrika dopóty, dopóki nie spłaci całego długu.

Takie było okrutne, ale najzupełniej sprawiedliwe prawo ulicy, Gawrik 

z lekka uderzył Pietię po ramieniu niby błędny rycerz, który mianuje sługę 
swoim giermkiem,

— Teraz będziesz wszędzie ze mną chodził — rzekł dobrodusznie i 

dodał surowo: — przynieś tornister.

background image

— Po co... tornister?
— Dziwaku, a guziki w czym będziesz nosił? 
I oczy Gawrika błysnęły chytrze i wesoło.
Co prawda Pieti podobała się bardzo perspektywa takiej wesołej 

niewoli. Od dawna już miął ochotę powałęsać się z Gawrikiem po mieście. 
Ale chodziło o to, że Pieti wobec wydarzeń zakazano jak najsurowiej 
wychodzić poza bramę. Teraz zaś mógł mieć zupełnie spokojne sumienie: 
to nie jego wina, taka jest wola Gawrika, którego musi słuchać koniecznie. 
Chętnie by nawet nie poszedł, ale nie może: takie już są zasady gry.

Pietia pobiegł do domu i przyniósł tornister.
— Włóż go — rzekł Gawrik.
Pietia włożył posłusznie. Gawrik obejrzał ze wszystkich stron małego 

gimnazjalistę w długim aż po pięty szynelu z pustym tornistrem na 
plecach. Oględziny wypadły widocznie zadowalająco.

— Masz legitymację uczniowską?
— Mam.
— Pokaż!
Pietia wyjął legitymację. Gawrik otworzył ją i wysylabizował pierwsze 

słowa:

„Dbając o swój honor, gimnazjalista nie może nie dbać o honor swojej 

uczelni”...

— Dobrze — powiedział zwracając legitymację. — Schowaj. Może się 

przydać.

Potem Gawrik obrócił Pietię plecami do siebie i naładował tornister 

ciężkimi woreczkami guzików.

— Teraz przejdziemy wszędzie bardzo swobodnie — rzekł Gawrik 

zapinając tornister i z zadowoleniem poklepał jego wierzch z cielęcej 
skóry.

Pietia niezupełnie zrozumiał znaczenie tych słów, ale 

podporządkowując się powszechnemu prawu ulicy — jak najmniej pytać 
się i jak najwięcej wiedzieć — milczał. Chłopcy opuścili ostrożnie 
podwórze.

Tak zaczęły się ich wspólne wędrówki po mieście ogarniętym przez 

rozruchy.

Chodzenie po ulicach stawało się z dniem każdym coraz bardziej 

niebezpieczne. Jednakże Gawrik nie przerywał swojego tajemniczego i 
pociągającego życia wędrownego mistrza. Im bardziej niespokojnie, im 
straszniej było w mieście, tym uporczywiej łaził Gawrik do najgłuchszych, 
najbardziej niebezpiecznych zakątków. Czasami Pieti zaczynało się nawet 

background image

wydawać, że między Gawrikiem a rozruchami istnieje jakiś 
niewytłumaczony związek.

Od rana do wieczora chłopcy wałęsali się po jakichś drugich i trzecich 

podwórkach, gdzie Gawrik załatwiał z chłopakami najprzeróżniejsze 
interesy, dotyczące nabywania, sprzedaży i zamiany guzików. Na jednych 
podwórzach odbierał długi. Na innych grał. Jeszcze na innych załatwiał 
jakieś tajemnicze rachunki z dorosłymi, którzy ku najwyższemu zdumieniu 
Pieti widocznie zajmowali się tak samo gorliwie guzikami, jak i dzieci.

Taszcząc na plecach ciężki tornister Pietia szedł wszędzie pokornie za 

Gawrikiem. I znowu w obecności Gawrika miasto w czarodziejski sposób 
przeistaczało się przed zdumionymi oczami Pieti ukazując swoje 
przechodnie domy, piwnice, dziury w parkanach, drewniane szopy, 
oszklone galerie, wszystkie swoje tajemnice.

Pietia widział przeraźliwą, a zarazem malowniczą nędzę odeskich 

ruder, o których istnieniu nie miał aż do tej chwili najmniejszego 
wyobrażenia.

Kryjąc się w bramach przed strzałami i obchodząc leżące w poprzek 

jezdni wozy tramwajowe chłopcy kluczyli po mieście, aż po jego najdalsze 
peryferie.

Dzięki gimnazjalnemu mundurowi Pieti udawało im się z łatwością 

przenikać do dzielnic obstawionych przez wojsko i policję. Gawrik 
nauczył Pietię podchodzić do naczelnika posterunku i mówić jęczącym 
tonem.

— Panie oficerze, niech pan pozwoli nam przejść na tamtą stronę, my z 

kolegą mieszkamy tam, w tym szarym domu, mama jest na pewno bardzo 
niespokojna, że tak długo nie wracamy.

Chłopiec wyglądał tak dobrodusznie i tak przyzwoicie w mundurze, z 

tornistrem z cielęcej skóry, że najczęściej oficer nie mający prawa 
wpuszczać kogokolwiek do podejrzanej dzielnicy, robił wyjątek dla 
dwojga przestraszonych dzieciaków.

— Wiejcie, tylko ostrożnie. Trzymajcie się bliżej ścian. I żebym was 

więcej nie widział. No, fora!

W ten sposób chłopcy mogli zawsze przedostać się do każdej 

dzielnicy, absolutnie niedostępnej dla innych.

Parokrotnie byli na Małej Arnauckiej w starym greckim domu z 

wewnętrznym podwórzem. Tam była fontanna w kształcie piramidy z 
porowatych kamieni morskich, z zieloną żelazną czaplą u góry. Z dzioba 
ptaka ongiś biła woda.

Gawrik zostawiał Pietię na podwórzu, a sam biegł dokądś, w dół do 

piwnicy, skąd przynosił mnóstwo woreczków z niezwykle ciężkimi 

background image

guzikami. Z pośpiechem napychał nimi tornister Pieti i chłopcy uciekali 
szybko z tego cichego podwórza, otoczonego starożytnymi, 
przekrzywionymi galeriami.

Na tym właśnie podwórzu Pietia spostrzegł dziadka Gawrika. Na 

zgiętych nogach szedł on z wolna przez podwórze ku śmietnikowi.

— O! Dziadek! — krzyknął Pietia. — Co pan tutaj robi! Myślałem, że 

pan jest w cyrkule.

Ale dziadek popatrzył na chłopca nie poznawszy go. Przełożył wiadro 

z jednej ręki do drugiej i wymamrotał głucho:

— Ja tu tera... stróżuję... Dozorca nocny... tak... I poszedł powolutku 

dalej.

Chłopcy chodzili do portu, na Czumkę, do Diukowskiego Ogrodu, na 

Peresyp, do fabryki Gena. Byli wszędzie, oprócz Bliskich Młynów.

Na Bliskie Młyny Gawrik powracał sam po dniu pracy.
Ciocia i tatuś oszaleliby chyba, gdyby mogli sobie tylko wyobrazić, 

jakie zakątki zwiedził przez ten czas Pietia.

Bomba

Ale pewnego dnia przyszedł kres tego cudownego, choć straszliwego 

życia włóczęgi.

Owego pamiętnego dnia Gawrik przyszedł wcześniej niż zwykle i 

chłopcy udali się natychmiast do miasta.

Gawrik miał twarz szarą, skupioną, nieruchomą, ze zsiniałymi z zimna, 

mocno zaciśniętymi wargami. Szedł szybko i zamaszyście, wsunąwszy 
ręce głęboko w kieszenie swoich szerokich spodni — malutki, zgarbiony, 
zdecydowany. Tylko jego przezroczyste jak u dziadka nieruchome oczy 
migotały chwilami niespokojnym, złym blaskiem. Pietia ledwie nadążał za 
przyjacielem. Chłopcy niemal biegli ulicą taką bezludną, jaką widzimy 
jedynie we śnie,

W szarym powietrzu wisiało napięte oczekiwanie czegoś. Kroki 

dźwięcznie rozbrzmiewały na płytach trotuaru. Pękała pod obcasem, niby 
odłamek szyby, tafelka lodu, który pokrył płytką kałużę.

Naraz gdzieś daleko w centrum rozległ się niegłośny łoskot. Można 

było pomyśleć, że to wieziona na ciężarowej platformie piramida pustych 
skrzynek nagle rozpadła się i skrzynki posypały się na jezdnię. Gawrik 
przystanął, nasłuchując słabych odgłosów echa.

— Co to? — spytał Pietia szeptem. — Skrzynki?
— Bomba — rzekł Gawrik sucho i pewnie. — W kogoś rzucili.

background image

O dwie ulice dalej wybiegła naprzeciw chłopców kobieta z 

koszyczkiem, z którego sypał się węgiel drzewny i owoce pigwy.

— Oj, Jezu Chryste Panie, oj, Bogurodzico, Matko Święta!... — 

mamrotała kobieta bezmyślnie, usiłując drżącą ręką naciągnąć chustkę, 
która zsunęła się z głowy. — Oj, Boże, co to się dzieje, na kawałeczki 
rozerwało

— Gdzie?
— Na Policyjnej... Tak oto idę, a on tak oto jedzie... I jak szarpnie... na 

drobne kawałki... Boże, zlituj się... Konie pozabijało, powóz na drobne 
kawałki...

— Kogo?
— Naczelnika policji... Z Aleksandrowskiego cyrkułu... Oto tak — ja, 

a oto tak — on... A tamten bojowiec naprzeciwko, a w ręku trzyma, 
wyobraźcie sobie, zwykłą paczuszkę, nawet zawiniętą w gazetę...

— Złapali?
— Niby tego bojowca? Ale gdzie tam! Jak nie rzucą się wszyscy w 

różne strony — już i śladu po nim nie ma... po bojowcu, po tamtym — 
mówią, że to jakiś marynarz przebrany...

Kobieta pobiegła dalej. Gawrik, chociaż tak bardzo był opanowany, 

schwycił Pietię za ramię i przytupnął nogami.

— To tego samego, który bił dziadka pięścią w mordę — zaczął 

szeptać gorąco i prędko. — A niechaj trzyma ręce przy sobie, prawda ?

— Prawda — rzekł Pietia lodowaciejąc.
Tego dnia chłopcy wstępowali dwukrotnie na Małą Arnaucka ulicę, na 

podwórze z fontanną i z czaplą.

Po raz pierwszy, zabrawszy „towar”, jak wyraził się Gawrik, udali się 

w Aleje Aleksandrowskie, otoczone przez wojsko. Przepuszczono ich bez 
szczególnych trudności.

Minęli kilka domów i oto Gawrik wciągnął Pietię do jakiejś bramy. 

Chłopcy przeszli przez rozległe, bezludne podwórze obok Kozackiej 
stąpając po pustych magazynkach i karabinowych gilzach, wdeptanych 
żołnierskimi obcasami w twardą, zamarzła ziemię.

Zeszli do piwnicy i posuwali się długo w wilgotnym mroku obok szop 

z drzewem, aż wyszli na inne podwórze. Z tego podwórza wąską szczeliną 
między dwoma wysokimi, ponurymi murami można było przedostać się na 
inne znowu podwórze.

Gawrik znał tu widocznie doskonale wszystkie przejścia i zakamarki.
Szczelina była tak wąska, że Pietia, przeciskając się za Gawrikiem, raz 

po raz ocierał się tornistrem o mury. Wydostali się wreszcie na owo trzecie 
podwórze, wąskie, wysokie i ciemne jak studnia.

background image

Wnioskując z tego, jak długo wypadło im tu się przedzierać, ile zrobić 

zakrętasów i zygzaków, dom na tym podwórzu powinien był wychodzić na 
jakąś inną ulicę.

Podwórze było calutkie zasłane tłuczonym szkłem i tynkiem. Okna 

domu, wznoszącego się dokoła podwórza, miały szczelnie zamknięte 
okiennice. Dom robił wrażenie nie zamieszkanego.

Dźwięczna cisza panowała dokoła.
Ale poza tą ciszą po drugiej stronie domu na nie znanej ulicy można 

było nie tyle słyszeć, ile domyślać się niespokojnego hałasu, jakiegoś 
ruchu.

Oprócz tego z góry, jak gdyby z nieba, rozlegały się z rzadka głośne 

strzały, napełniając podwórze studziennym bulgotem. Pietia z tornistrem 
przywarł do muru i zmrużył oczy drżąc na całym ciele. Natomiast Gawrik 
wsadził bez pośpiechu dwa palce do ust i gwizdnął.

Gdzieś w górze stuknęła okiennica i rozległ się głos:
— Zaraz!
Po chwili, która Pieti wydawała się godziną, z sieni kuchennych 

schodów wyskoczył czerwony, spocony człowiek bez palta, w powalanej 
tynkiem marynarce.

Pietia zobaczył go i zdumiał się. Był to Tierientij.
— Dawaj, dawaj, dawaj! — mruczał Tierientij ocierając rękawem 

mokrą twarz.

Nie zwracając uwagi na Pietię, rzucił się do jego tornistra.
— Daj prędzej! Dziękuję, w samą porę! Bo już nic a nic nie mieliśmy. 

Rozpiął niecierpliwie rzemyki, sapiąc przełożył woreczki z tornistra do 
kieszeni i rzucił się z powrotem wołając:

— Niech Józef Karłowicz natychmiast przyśle jeszcze. Taszczcie, co 

tylko jest. Inaczej nie utrzymamy się.

— Dobra  —  rzekł Gawrik — przyniesiemy.
Nagle w mur pod dachem uderzyła kula i chłopców osypał ceglasty 

pył.

Pośpieszyli tą samą drogą z powrotem na Małą Arnaucka i wzięli 

drugą partię „towaru”. Tornister był tym razem taki ciężki, że Pietia ledwie 
mógł go dźwigać,

Teraz chłopiec rozumiał już doskonale, co to za guziki. Kiedy indziej 

rzuciłby wszystko i uciekłby do domu. Ale tego dnia opanował go aż do 
dna duszy hazard niebezpieczeństwa o wiele potężniejszy aniżeli hazard 
gry i Pietia nie zgodziłby się za nic w świecie zostawić towarzysza 
samego. Poza tym nie mógł zrezygnować ze sławy, jaka przypadnie w 
udziale Gawrikowi. Myśl, że nie miałby potem prawa opowiadać o swoich 

background image

przygodach, kazała mu natychmiast zlekceważyć wszelkie 
niebezpieczeństwo.

Gawrik i Pietia ruszyli w powrotną drogę. Ale jakże zmieniło się 

miasto w tym czasie! Wrzało w nim teraz!

Ulice pełne łudzi biegnących w różne strony nagle pustoszały, 

wymiecione żelazną miotłą salwy.

Chłopcy podchodzili już do posterunku, gdy naraz Gawrik schwycił 

Pietię za rękę i wciągnął go szybko do najbliższej bramy.

— Stój!
— Bo co?
Nie wypuszczając ręki Pieti, Gawrik wyjrzał ostrożnie z bramy i 

natychmiast gwałtownie się cofnął, przyciskając się plecami do muru pod 
czarną tablicą z nazwiskami lokatorów.

— Słuchaj, Piet’ka... Dalej nie przejdziemy... Tam chodzi ten sam 

czort, który mi ucho wykręcał... Patrzaj...

Pietia podszedł na palcach do wylotu bramy i wyjrzał. Przy posterunku, 

obok powyłamywanych żelaznych sztachet skwerku i ustawionych w kozły 
karabinów, przechadzał się pan w czarnym palcie sukiennym, w 
karakułowej sterczącej czapce. Odwrócił się i Pietia ujrzał ogoloną, 
ordynarną twarz o mięsistym nosie. Było coś bardzo znanego w tej 
nieznajomej twarzy. Pietia widział ją już gdzieś. Ale gdzie? Coś 
przeszkadzało chłopcu przypomnieć sobie. Może przeszkadzał mu 
niebieskawy cień nad górną wargą?

I nagle przypomniał sobie. Oczywiście, to ten sam wąsacz z parowca 

„Turgieniew”, tylko ogolony, bez wąsów. Zapamiętał go sobie wtedy na 
całe życie. Pietia poznałby go wśród tysiąca innych, nawet ogolonego.

— Wąsacz — szepnął Pietia stając przy Gawriku tornistrem do muru 

— ten, co łapał marynarza. Tylko teraz bez wąsów. Pamiętasz, mówiłem 
ci, a ty się jeszcze śmiałeś.

— Widzisz go, zgolił, żeby go nie poznali... Drań... On mnie zna jak 

zły szeląg — rzekł Gawrik gniewnie. — Jak amen w pacierzu, nie 
przedostaniemy się.

— A może przedostaniemy się?
— Kpisz sobie ?
Gawrik wyjrzał z bramy.
— Chodzi.
Gawrik ścisnął piąstkę i zaczął ze złością gryźć pałce.
— A oni siedzą tamoj i czekają... Och, ścierwo!

background image

W zupełnej i głębokiej ciszy, jaka zapadła na chwilę, słychać było 

dalekie strzały. Odgłosy ich przetaczały się gdzieś daleko po dachach 
miasta.

— Słuchaj, Piet’ka — rzekł naraz Gawrik — rozumiesz, oni siedzą 

tamoj i na próżno czekają... bez towaru... Ich tamoj powystrzelają 
wszystkich, ot tak zwyczajnie... A ja nie mogę pójść, bo ten czort na 
pewno przyczepi się do mnie!

Gniewne łzy zabłysły w oczach Gawrika. Pociągnął mocno nosem, 

wysiąkał go na ziemię i ze złością spojrzał Pieti w oczy.

— Słyszysz, co ci powiadam?
— Słyszę — wyrzekł Pietia samymi tylko wargami, blednąc pod tym 

gniewnym, przyjacielskim, upartym, a jednocześnie błagalnym 
spojrzeniem towarzysza.

— Będziesz mógł pójść sam? Nie zestrachasz się?
Wzburzenie nie pozwoliło Pieti słowa wymówić. Przełknął mocno 

ślinę, skinął głową. Rozglądając się jak złodziej na wszystkie strony i 
wyglądając za bramę Gawrik począł napychać kieszenie Pieti swoimi 
woreczkami.

— Słyszysz, oddasz wszystko, cały towar. To, co jest w tornistrze, 

oddasz i co w kieszeniach. A jeżeli się wsypiesz, milcz i odpowiadaj, żeś 
znalazł na ulicy i o niczym nie wiesz, zrozumiałeś ?

— Zrozumiałem.
— Jak tylko oddasz, biegnij tutaj z powrotem, będę czekał na ciebie tu 

w bramie. Zrozumiałeś?

— Zrozumiałem.
Z kieszeniami tak wypchanymi, że aż przeszkadzały, skamieniały 

niemal ze strachu i wzruszenia Pietia zbliżył się do posterunku.

— Gdzie idziesz? Nie widzisz, czy co? — krzyknął wąsacz 

przyskakując do chłopca.

— Proszę pana — wyjęczał Pietia zwykłym, cieniutkim głosikiem 

Gawrika — proszę, niech pan mnie przepuści, mieszkamy tu w pobliżu 
Alei Aleksandrowskiej, w tym dużym, szarym domu, mama bardzo 
niespokojna: na pewno myśli, że mnie zabili.

I całkiem naturalne łzy trysnęły mu z oczu spływając po 

zamorusanych, pulchnych policzkach. Wąsacz spojrzał z odrazą na 
malutką postać wstępniaka i ujął za tornister.

Podprowadził chłopca do trotuaru i popchnął z lekka kolanem.
— Wiej!
Nie czując nóg Pietia pobiegł do znanego mu domu.

background image

Sztab bojowców

Chłopiec wpadł do bramy, zaczął przeciskać się przez podwórze.
Przechodząc tędy przed godziną z Gawrikiem, Pietia nie odczuwał 

zbytniego niepokoju. Czuł wówczas, że znajduje się pod niezawodną 
opieką przyjaciela sprytnego i doświadczonego. Nie musiał myśleć 
samodzielnie, był jedynie posłusznym towarzyszem wyprawy, 
pozbawionym własnej woli. Myślał i działał za niego tamten, silniejszy.

Teraz chłopiec był sam jeden. Mógł liczyć tylko na siebie, poza tym na 

nikogo.

I natychmiast pod nieobecność Gawrika otaczający Pietię świat stał się 

groźny, olbrzymi i pełen ukrytych niebezpieczeństw.

Niebezpieczeństwo taiło się w kamiennych arkadach wewnętrznej 

galerii, wśród złowróżbnych skrzynek i starych, połamanych mebli. 
Tkwiło nieruchome w środku podwórza za morwą, ogryzioną zębami koni. 
Wyzierało z czarnego otworu śmietnika.

Wszystkie przedmioty dokoła chłopca urosły do przesadnych 

rozmiarów. Olbrzymie konie kozackie tłoczyły się nacierając na Pietię 
złocisto-atłasowymi, tańczącymi zadami. Potworne ogony ze świstem 
uderzały o tornister.

Kozacy w granatowych szarawarach z czerwonymi lampasami skakali 

na jednej nodze wsunąwszy drugą nogę w strzemię.

— Kolu-umna-a tró-ójkowa w pra-a-wo! — krzyczał ochrypłym 

głosem chorąży.

Wyciągnięta z pochwy szabla zawisła lustrzanym łukiem w powietrzu 

nad przypłaszczonymi, zsuniętymi na bakier czapkami dońskich Kozaków. 
Pietia zszedł do piwnicy.

Długo posuwał się po omacku w dusznym, choć zimnym mroku, 

oddychając przesyconym kurzem powietrzem. Groza ogarniała chłopca za 
każdym razem, kiedy o rzęsy jego ocierała się pajęczyna, która wydawała 
mu się skrzydłem nietoperza.

Wreszcie wydostał się na drugie podwórze. Było tu pusto.
Teraz dopiero, wśród tej niezwykłej pustki, odczuł Pietia w całej pełni 

swoją straszliwą samotność. Gotów był pędem biec z powrotem, ale 
tysiące wiorst i tysiące strachów dzieliło go od ulicy, od Gawrika.

W ciasnym przejściu między drugim a trzecim podwórzem panowała 

cisza, przekraczająca pojęcie ludzkie, taka, że chciało się krzyczeć z całej 
siły, nie szczędząc gardła. — Krzyczeć przeraźliwie, z pasją, opętańczo, 
byleby tylko nie słyszeć tej ciszy.

background image

Taka cisza bywa jedynie w przerwie między dwoma wystrzałami.
Teraz należało wsunąć do ust dwa palce i gwizdnąć. Ale Pietia 

uświadomił sobie nagle, że nie umie gwizdać dwoma palcami. Spluwać 
przez zęby nauczył się już dawno, a gwizdać — nie. Nie pomyślał o tym. 
Zapomniał.

Chłopiec wsunął niezręcznie dwa palce do ust i dmuchnął, ale świstu 

nie było słychać. Zrozpaczony dmuchnął raz jeszcze, z całej siły. Tylko 
ślina i syk.

Wówczas Pietia natężył wszystkie swe siły i krzyknął mrużąc oczy:
— E-e!
Zabrzmiało to całkiem słabo. Ale dźwięczne echo wypełniło 

natychmiast pustą studnię podwórza.

Jednakże nikt nie odpowiedział. Cisza była jeszcze straszliwsza.
W górze zgrzytnęło coś ogłuszająco i na dół zleciał kawał strąconej 

rynny pociągając za sobą odłamki cegły, drzazgi, tynk.

.

— E-e! E-e! — krzyczał chłopiec na całe gardło. 
Na górze ktoś uchylił okiennicy i wyjrzała nieznajoma twarz.
— Czego krzyczysz? Przyniosłeś? Biegiem tu na górę! Prędziutko! 
I twarz znikła.
Pietia rozejrzał się niezdecydowanie. Ale był sam. Nie było z kim 

naradzić się. W górze znowu zgrzytnęło coś i znowu spadł w dół duży 
kawał otynkowania rozsypując się tuż u nóg Pieti.

Kurcząc się skoczył chłopiec jednym susem do sieni kuchennych 

schodów. Plącząc się w połach zbyt długiego, uszytego „na wyrost” 
płaszcza, zaczął wspinać się w górę po hałaśliwych żelaznych schodach

— Prędzej, prędzej! — wołał z góry głos.
Ciężki tornister obijał się boleśnie o plecy. Napchane kieszenie 

przeszkadzały przy każdym kroku. Zrobiło mu się nagle gorąco. Czapka 
stalą się od wewnątrz gorąca i mokra. Pot spływał na brwi, na oczy. Twarz 
płonęła.

A rozdrażniony, błagalny głos nie przestawał wołać:
— Daj, dajże już, do diabła tam z tobą!
Zaledwie Pietia dysząc ciężko, z wysuniętym z natężenia językiem 

dotarł na czwarte piętro, natychmiast chwycił go za ramiona człowiek w 
porządnym, ale brudnym palcie z barankowym kołnierzem, bez czapki, z 
mokrymi, lepiącymi się do czoła włosami.

Jego kokieteryjne wąsiki i bródka nie odpowiadały ani trochę osypanej 

wapnem, rozpalonej, prostej twarzy o zadartym nosie.

Jego zuchwałe oczy, wesołe, a zarazem jakby przerażone, jasno lśniły 

pod krzaczastymi brwiami, pobielonymi wapnem. Robił wrażenie 

background image

człowieka zajętego jakąś bardzo trudną, a co najważniejsze, bardzo pilną 
pracą, od której go oderwano. Śpieszył się niesłychanie. Chwycił Pietię 
silnymi rękami za ramiona.

Chłopcu zdawało się, że będą nim trząść za chwilę, jak to czynił ojciec, 

kiedy go ogarniała wściekłość. Aż kucnął ze strachu. Ale ów człowiek 
zajrzał mu łagodnie w- oczy.

— Przyniosłeś? — spytał prędkim szeptem i nie czekając odpowiedzi 

wciągnął chłopca do pustej kuchni jakiegoś mieszkania, w którego głębi — 
Pietia wyczuł to od razu — zachodziło coś wielkiego i straszliwego, co 
normalnie nie mogłoby się dziać w mieszkaniu.

Człowiek obrzucił Pietię przelotnym spojrzeniem i natychmiast, nie 

mówiąc ani słowa, wsunął ręce w jego odstające kieszenie. Zaczął 
wyciągać z nich z pośpiechem pękate woreczki. Pietia stał przed nim 
rozłożywszy ręce.

W tym człowieku z wąsikami i z bródką było coś bardzo znajomego. 

Pietia widział go gdzieś na pewno, Ale gdzie i kiedy ?

Chłopiec natężał pamięć z całych sił, lecz nie mógł sobie przypomnieć. 

Coś przeszkadzało mu, coś go dezorientowało. Może wąsiki i bródka?

Tymczasem człowiek ów zręcznie wyciągnął z kieszeni Pieti wszystkie 

cztery woreczki.

— Wszystko ? — zapytał.
— Nie, jeszcze mam w tornistrze.
— Zuch chłopak! — krzyknął człowiek. — Oj, dziękuję! I to 

gimnazjalista!

Zachwycony ujął mocno za daszek czapki Pieti i nasunął ją chłopcu aż 

do połowy uszu.

W tej samej chwili Pietia ujrzał tuż koło swojego nosa zakopconą, 

nieprzyjemnie pachnącą prochem, krępą rękę z maleńką, niebieską 
kotwicą.

— Marynarz — krzyknął Pietia.
Ale w tejże chwili w głębi mieszkania coś runęło. Powietrze 

zafalowało.

Z półki spadł rondel. Marynarz miękkim, kocim ruchem rzucił się do 

korytarza, zdążywszy jednak krzyknąć:

— Siedź tutaj!
Po minucie gdzieś tuż obok rozległo się sześć kolejnych wystrzałów. 

Pietia rzucił czym prędzej tornister i zaczął go rozpinać drżącymi palcami.

W tej samej chwili z korytarza do kuchni przeszedł chwiejnym 

krokiem Tierientij. Był bez marynarki, w samej tylko koszuli z oderwanym 

background image

rękawem. Rękawem tym była przewiązana jego głowa. Spod opatrunku 
spływała po skroni krew. W prawej ręce trzymał rewolwer.

Ujrzawszy Pietię chciał coś powiedzieć, ale machnął ręką i najpierw 

napił się wody nachyliwszy twarz pod kran.

— Przyniosłeś? — spytał zduszonym głosem między dwoma łykami 

wody bijącej z szumem w jego nieprawdopodobnie białą twarz. — Gdzie 
Gawriuszka? Żyje?

— Żyje.
Ale Tierientij nie miał widocznie czasu na rozpytywanie. Nie ocierając 

twarzy zaczął natychmiast wydobywać woreczki z tornistra.

— Tak czy owak nie utrzymamy się — mamrotał ledwie stojąc na 

nogach. — Będziemy uciekać po dachach... Oni tamoj armatę stawiają. A 
ty, chłopaczku, wiej, bo cię tutaj postrzelą... Wiej prędko. Dziękuję ci, 
bądź zdrów.

Tierientij usiadł na chwilę na taborecie, ale zaraz zerwał się i 

wycierając rewolwer o kolano pobiegł przez korytarz, skąd słychać było 
bezustanne trzaski strzałów i dźwięk tłukących się szyb.

Pietia schwycił lekki tornister i rzucił się ku drzwiom. Ale ciekawość 

kazała mu zatrzymać się na chwilę i spojrzeć w głąb korytarza. Przez 
otwarte na oścież drzwi Pietia ujrzał pokój zawalony połamanymi 
meblami.

Pośrodku ściany, oklejonej tapetą w brązowe bukiety, Pietia zauważył 

dużą dziurę z obnażoną cegłą.

Kilku ludzi przywarłszy do parapetów wyrwanych okien raz po raz 

strzelało w dół z rewolwerów.

Pietia dostrzegł przewiązaną głowę Tierientija i barankowy kołnierz 

marynarza. Migała jeszcze jakaś czarna włochata burka i studencka 
czapka.

A wszystko to płynęło i tonęło w niebieskawych włóknach dymu.
Marynarz przyklęknął na jedno kolano u parapetu okna, na którym 

leżała metalowa podstawa, i co chwila wysuwał na zewnątrz rękę, która 
drgała przy każdym wystrzale. Krzyczał wściekłym głosem:

— Ognia! Ognia! Ognia!
Wśród tego całego ruchu, nieporządku, krzątaniny, dymu jeden tylko 

człowiek z żółtą, obojętną woskową twarzą i czarną dziurką nad 
zamkniętym okiem — był zupełnie spokojny.

Leżał niewygodnie na podłodze w poprzek pokoju, pośród pustych 

magazynków i gilz, twarzą zwrócony do sufitu.

Stłuczone binokle, których czarny sznurek zaczepił się o jego twarde i 

białe ucho, leżały tuż przy głowie na przyprószonej tynkiem posadzce. 

background image

Obok na podłodze, jak gdyby specjalnie tam umieszczona, leżała bardzo 
zniszczona czapka technika z pękniętym daszkiem.

Pietia spojrzał na tego człowieka i zrozumiał nagle, że to trup.
Chłopiec odskoczył w tył. Nie pamiętał, jak wydostał się i dobiegł do 

bramy, gdzie czekał na niego Gawrik.

— No jak, odniosłeś?
— Odniosłem.
Pietia zachłystując się opowiedział o wszystkim, co widział w 

dziwnym mieszkaniu.

— Oni nie utrzymają się tak czy owak. Będą uciekać po dachach... — 

szeptał dysząc ciężko — tam armatę przeciwko nim stawiają...

Gawrik zbladł i przeżegnał się. Po raz pierwszy w życiu widział Pietia 

swojego przyjaciela tak bardzo przerażonego.

Całkiem blisko, niemal tuż przy nich, zagrzmiał wystrzał armatni. 

Żelazne echo odbiło się o dachy.

— Przepadło! — krzyknął Gawrik zrozpaczony. — Wiej!
Chłopcy wyskoczyli na ulicę i pobiegli przez miasto, które odmieniło 

się po raz trzeci w ciągu tego ranka.

Teraz Kozacy byli już niepodzielnymi gospodarzami. Wszędzie 

słychać było nieprzerwane szczękanie podków koni.

Sotnie  kozackie ukryte w podwórzach wyskakiwały nagle z bram 

łupiąc nahajkami na prawo i na lewo.

Nie było gdzie ukryć się przed nimi: wszystkie sienie frontowe i bramy 

zamknięte były na głucho, pilnowane przez posterunki wojska i policji. 
Każdy zaułek stał się pułapką.

Resztki rozproszonych demonstrantów biegły w rozsypce, gdzie oczy 

poniosą, bez żadnej nadziei na ocalenie. Kozacy doganiali ich i siekali 
pałaszami jednego po drugim.

Na Małej Arnauckiej przebiegł obok chłopców środkiem jezdni 

człowiek o krzywych nogach, bez palta i bez czapki. Pod pachą trzymał 
żerdź z czerwonym sztandarem. Był to właściciel strzelnicy. Biegł 
utykając i klucząc, rzucając się to tu, to tam.

Być może kiedy indziej zrodziłoby to w chłopcach zdziwienie, teraz 

budziło jedynie grozę.

Co chwila Józef Karłowicz odwracał straszliwie bladą, wymęczoną 

twarz z obłąkanymi oczami. Za nim pędzili truchtem dwaj dońscy Kozacy.

Podkowy dźwięcznie ślizgały się, krzesząc na granitowym bruku iskry, 

blade przy dziennym świetle.

Po chwili Józef Karłowicz znalazł się pomiędzy końmi. Przepuścił je, 

wymknął się i rzuciwszy się w bok chwycił za klamkę frontowego wejścia.

background image

Drzwi były zamknięte. Szarpał je w rozpaczy, bił w nie z całej mocy 

nogami, napierał na nie ramieniem. Drzwi nie ustępowały. Kozacy 
zawrócili konie i wjechali na trotuar.

Józef Karłowicz zgarbił się, schylił głowę i obiema rękami przycisnął 

sztandar do piersi. Szabla zalśniła. Plecy drgnęły. Marynarka pękła na 
ukos. Właściciel strzelnicy szarpnął się i odwrócił.

Przez sekundę widać było jego wykrzywioną bólem twarz z ukośnie 

podciętymi baczkami.

— Łajdaki! Satrapi! Kaci! — krzyczał z pasją na całą ulicę. — Precz z 

samowładztwem!

Ale w tejże samej chwili — ostro i jednocześnie — błysnęły dwie 

szable. Upadł, przyciskając w dalszym ciągu sztandar do odsłoniętej, 
włochatej piersi z granatowym tatuażem.

Jeden z Dońców schylił się nad nim i coś z nim zrobił.
Po chwili obaj Kozacy pędzili dalej wlokąc za sobą na sznurku ciało 

człowieka, które na martwoszarym bruku pozostawiało długi, czerwony, 
niezwykle jaskrawy ślad.

Z zaułka wysypał się tłum i rozłączył chłopców.

Pogrom

Tego dnia Pietia stracił zupełnie poczucie czasu.
Kiedy dotarł wreszcie do domu, wydawało mu się, że to już zmierzch, 

a w rzeczywistości nie było jeszcze nawet godziny drugiej. W okolicy 
Kulikowego Pola i sztabu było zupełnie cicho i spokojnie.

Wypadki w mieście dochodziły tutaj w postaci pogłosek i oddalonych 

wystrzałów. Ale do pogłosek i do strzałów przyzwyczajono się już od 
dawna.

Pod niskim, niemal czarnym niebem czuć było surowy chłód 

zbliżającego się śniegu. Przy takiej pogodzie wieczór rozpoczyna się od 
rana. W mętnym, niebieskawym powietrzu przeleciało już kilka maleńkich 
śnieżynek. Ale twarda ziemia była wciąż jeszcze zupełnie czarna, bez 
śladów siwizny.

Pietia wszedł kuchennymi schodami, zrzucił w kuchni pusty tornister i 

ostrożnie przeszedł do dziecinnego pokoju. Ale było tak wcześnie, że nikt 
nie zaczął się jeszcze niepokoić z powodu nieobecności chłopca.

Zobaczył ciche, spokojne pokoje, usłyszał niemal bezdźwięczne 

brzęczenie rozpędzonej maszyny do szycia, poczuł zapach gotującego się 
barszczu i nagle ogarnęła go ochota, aby rzucić się tatusiowi na szyję, 

background image

przytulić się policzkiem do jego tużurka, rozpłakać się i opowiedzieć o 
wszystkim.

A pragnienie to zrodziło się we wstrząśniętej duszy chłopca jedynie na 

krótką chwilę, ustępując miejsca innemu, nowemu — opanowanemu i 
milczącemu poczuciu odpowiedzialności i tajemnicy. Pierwszy raz w życiu 
chłopiec zrozumiał po prostu i poważnie, że bywają w życiu sprawy, o 
których nie należy mówić nawet najbliższym krewnym i kochanym 
ludziom, lecz tylko wiedzieć o nich samemu i milczeć, choćby to było nie 
wiem jak trudne.

Ojciec kołysał się na bujaku zdjąwszy binokle i założywszy ręce za 

głowę. Pietia podszedł i usiadł obok niego na krześle trzymając statecznie 
ręce na kolanach.

— I cóż synku? Znudziło ci się próżnowanie? Nie szkodzi, ponudź się 

trochę. Wkrótce unormuje się wszystko i w zakładach naukowych 
rozpoczną się znowu zajęcia. Pójdziesz do gimnazjum. Nałapiesz dwój. 
Lżej ci będzie na duszy.

I uśmiechnął się swoim miłym uśmiechem.
W kuchni trzasnęły drzwi, w przedpokoju rozległy się szybkie kroki. 

Na progu jadalni stanęła Dunia. Oparła się bez sił o drewnianą framugę, 
mocno przyciskając ręce do piersi.

— Oj, proszę pana...
Więcej nie mogła wymówić ani słowa.
Oddychała szybko, łykając z wysiłkiem powietrze półotwartymi 

ustami. Spod zsuniętej chustki na jej niezwykle bladą twarz opadł kosmyk 
włosów z wetkniętą w nie szpilką.

W ostatnich czasach w domu przyzwyczajono się do tego, że tak nagle 

wpadała do pokoju. Co dzień prawie przynosiła jakąś nowinę z miasta. Ale 
tym razem jej obłąkane oczy, konwulsyjny oddech, cały jej niepoczytalny 
wygląd wskazywały na to, że zaszło coś zupełnie niezwykłego, okropnego.

Wniosła ze sobą ciszę tak mroczną i złowieszczą, że wydawało się, 

jakoby zegar zaczął tikać dziesięć razy głośniej, a w okna wstawiono szyby 
z matowego szkła. Stukot maszyny do szycia urwał się natychmiast. Ciocia 
wbiegła przykładając palce do skroni o lazurowych żyłkach.

— Co?... Co się stało?
Dunia milczała poruszając bezdźwięcznie wargami.
— Na Kanatnej biją Żydów — wyrzekła wreszcie ledwie dosłyszalnie 

— pogrom.

— To niemożliwe! — krzyknęła ciocia i usiadła na krześle trzymając 

się za serce.

background image

— Niech mnie śmierć nagła! Żydowskie sklepiki wszystkie na amen 

rozbijają. Komodę z drugiego piętra wyrzucili na bruk. Za jakieś dziesięć 
minut dojdą do nas.

Ojciec zerwał się z fotela blady, z trzęsącą się szczęką, usiłując 

nieposłuszną ręką włożyć binokle.

— Co to się dzieje, Boże!
Wzniósł oczy ku ikonie i przeżegnał się dwukrotnie. Dunia wzięła to za 

jakiś znak. Ocknęła się, weszła na krzesło i zaczęła gwałtownie zdejmować 
ikonę.

— Co Dunia robi?
Ale Dunia nie odpowiadając biegała po pokojach i zbierała ikony. 

Rozstawiała je skrzętnie na parapetach, zwracając je ku ulicy i podkładając 
pod nie książki, pudełka, puszki od herbaty — wszystko, co jej tylko w 
ręce wpadło.

Ojciec śledził z roztargnieniem jej ruchy.
— Nie rozumiem... Co Dunia robi?
— Oj, proszę pana, a jakżeby? — mamrotała przerażona. —- A 

jakżeby? Żydów biją... A Rosjan nie ruszają... Kto ma ikony na oknach — 
do tych nie wchodzą!

Twarz ojca wykrzywiła się nagle.
— Nie wolno! — krzyknął wysokim, załamującym się głosem i zaczął 

z całej siły walić pięścią w stół. — Nie wolno!... Zabraniam!... Słyszy 
Dunia? Natychmiast proszę przestać... Ikony istnieją nie po to... To jest... 
świętokradztwo... Natychmiast...

Okrągłe, wykrochmalone mankiety wysunęły się z rękawów. Twarz 

zbladła śmiertelnie, różowe plamy wystąpiły na wysokim, sklepionym 
czole.

Pietia nigdy jeszcze nie widział ojca takiego: trząsł się cały i był 

przerażający. Rzucił się do okna i chwycił ikonę.

Ale Dunia trzymała ją mocno i nie puszczała jej.
— Panie! Co pan robi? — krzyczała w rozpaczy. — Toż oni pozabijają 

wszystkich na amen! Tatjano Iwanowno! Pozabijają wszystkich na amen! 
Na nic zważać nie będą!...

— Milczeć! — wrzasnął ojciec; żyły na czole nabrzmiały mu 

straszliwie. — Milczeć! Ja tu jestem gospodarzem! Nie pozwolę u siebie w 
domu... Niech przychodzą! Niech zabijają wszystkich!... Bydło!... Dunia 
nie ma prawa... Nie ma...

Ciocia załamywała z chrzęstem palce.
Ale ojciec stał już bez ruchu. Przywarł głową do tapet i zasłonił twarz 

rękami.

background image

— Idą! — krzyknęła Dunia. 
Zapadła cisza.
Z ulicy słabo dobiegał zgrany śpiew. Można było pomyśleć, że gdzieś 

bardzo daleko stąd przechodzi procesja albo pogrzeb.

Pietia wyjrzał ostrożnie przez okno. Na ulicy ani żywej duszy. Nad 

bezludnym Kulikowym Polem wisiało ołowiane niebo jeszcze bardziej 
ciemne, jeszcze niżej opuszczone.

Kilka długich nitek śniegu, nawianego przez wiatr i lekkiego jak puch 

łabędzi, leżało w bruzdach gołej ziemi.

Tymczasem śpiew stawał się coraz wyraźniejszy. Wówczas Pietia 

zobaczył zupełnie wyraźnie, że owa niska i ciemna chmura, widoczna na 
horyzoncie Kulikowego Pola na prawo od dworca, nie była wcale chmurą, 
lecz zbliżającym się z wolna tłumem.

W domu zatrzaskiwano lufciki.
W kuchni słychać było czyjeś przygłuszone, bardzo ciche kroki, 

dreptanie, szelest spódnic i w przedpokoju zjawiła się zupełnie 
nieoczekiwanie starsza kobieta trzymając za rękę zapłakaną, jaskraworudą 
dziewczynkę.

Kobieta ubrana była jakby przyszła z wizytą: w czarnej spódnicy z 

mory, w mantylce i w fildekosowych mitenkach. Na głowie sterczał 
zsunięty nieco na bok malutki, ale wysoki, czarny kapelusik z kogucimi 
piórami. Zza jej ramienia wyglądała matowoblada, okrągła twarz Nusika i 
cylinder męża jej, Borysa.

Była to madame Kogan z całą swoją rodziną.
Nie ważyła się przekroczyć progu pokoju i długo robiła reweranse  w 

drzwiach unosząc jedną ręką spódnicę, a drugą przyciskając do serca. 
Słodki, uprzejmy, a zarazem obłąkany uśmiech widniał na jej ruchliwej, 
pomarszczonej twarzyczce.

— Panie Baczej! — zawołała przeszywającym, ptasim głosikiem 

wyciągając ku ojcu obie drżące ręce w mitenkach. — Panie Baczej! 
Tatjano Iwanowno! Zawsze byliśmy dobrymi sąsiadami! Czyż ludzie są 
winni, że wierzą w innego Boga!

Nagie upadła na kolana.
— Uratujcie moje dzieci! — krzyczała jak opętana, łkając. — Niech 

rozbijają wszystko, ale niech oszczędzą dzieci!

— Mamo, nie waż się poniżać! — krzyknął gniewnie Nusik wsuwając 

ręce do kieszeni i odwrócił się, aż było widać jego podgoloną z tylu, 
niebieskawą szyję.

— Naumie, czy ty będziesz wreszcie milczał? — zasyczał Borys. — 

Czy chcesz, żebym cię uderzył w twarz? Twoja matka wie, co robi. Ona 

background image

wie, że pan Baczej jest inteligentnym człowiekiem. On nie dopuści do 
tego, żeby nas zabito.

— Na Boga, madame Kogan, co pani robi? — mamrotała ciocia 

zrywając się i podnosząc Żydówkę. — Jak pani nie wstyd? Oczywiście, 
oczywiście! Ach Boże, proszę, wejdźcie... Panie Kogan... Nusiku... 
Doreczko... Co za nieszczęście!

Podczas kiedy madame Kogan szlochając, obsypując tatusia i ciocię 

tysiącem wyrazów dziękczynienia, wobec których gotowi byli zapaść się 
pod ziemię ze wstydu, wpychała dzieci i męża do dalszych pokoi — śpiew 
za oknem wzmagał się i zbliżał z każdym krokiem.

Przez Kulikowe Pole szedł w kierunku domu niewielki tłum, 

rzeczywiście przypominający procesję.

Na przedzie szli dwaj siwi starcy w zimowych paltach, ale bez czapek, 

niosąc na ręczniku z haftowanymi rogami portret cara. Pietia poznał 
natychmiast tę niebieską wstęgę biegnącą przez ramię i podobny do 
żołędzia owal carskiej twarzy. Za portretem kołysały się chorągwie 
cerkiewne, wzniesione wysoko w zimnym, jak gdyby niebieskawym 
powietrzu.

Dalej widać było mnóstwo dobrze, ciepło ubranych kobiet i mężczyzn, 

kroczących statecznie w kaloszach, butach, botach. Z szeroko rozwartych 
ust buchała biała para. Śpiewali: „Zbaw, Pa-a-nie, lu-u-dzie Twoje i 
błogosław mie-e-nie Twoje...”'

Wyglądali tak pokojowo i tak statecznie, że na twarzy ojca zjawił się 

nawet na chwilę niezdecydowany uśmiech.

— No, widzicie — powiedział — idą sobie ludzie cicho, spokojnie, nie 

ruszają nikogo, a wy...

Ale w tej właśnie chwili orszak zatrzymał się naprzeciwko domu po 

drugiej stronie ulicy. Z tłumu wybiegła wysoka, wąsata kobieta o 
czerwonawofioletowych policzkach, przewiązana na krzyż dwiema 
chustkami. Jej wypukłe, czarne oczy, koloru winogron „Izabela”, 
wpatrzyły się w okna energicznym, okrutnym spojrzeniem. Szeroko, po 
męsku rozstawiła grube nogi w białych wojłokowych pończochach i 
pogroziła domowi pięścią.

— A, żydowskie mordy! — krzyknęła przeszywającym straganiarskim 

głosem — ukryliście się? To nic, zaraz was znajdziemy! Prawosławni 
ludzie, wystawiajcie ikony!

Z tymi słowami, uniósłszy z przodu spódnicę, przebiegła 

zdecydowanie przez jezdnię podnosząc w biegu duży kamień ze stosu 
przygotowanego do remontu bruku.

background image

W ślad za nią wyszło z tłumu ze dwudziestu długorękich dryblasów o 

bujnych czuprynach, z trójbarwnymi kokardami na paltach i kurtkach. Nie 
śpiesząc się przeszli przez ulicę jeden za drugim i każdy z nich mijając stos 
kamieni pochylał się nisko i zręcznie.

Gdy przeszedł ostatni, na miejscu, gdzie wznosił się stos, była gładka 

ziemia.

Zapadła martwa cisza. Zegar nie tikał już, ale strzelał, a okna miały 

czarne szyby. Cisza trwała tak długo, że ojciec zdążył powiedzieć:

— Nie rozumiem... Gdzież wreszcie jest policja?... Dlaczego nie 

wysyłają ze sztabu żołnierzy?

— Ach, jaka tam policja! — krzyknęła ciocia z histeryczną pasją. Głos 

jej urwał się.

Cisza stała się jeszcze straszliwsza. Borys, który przysiadł na brzeżku 

krzesła pośrodku bawialni, w zsuniętym na czoło cylindrze, chorymi 
oczami patrzał nieruchomo w kąt pokoju.

Nusik chodził tam i z powrotem po korytarzu z rękami w kieszeniach. 

Teraz stanął nasłuchując. Jego mięsiste wargi wykrzywiał wzgardliwy, 
sztuczny uśmiech.

Cisza trwała jeszcze przez jedną, nie do zniesienia długą chwilę i 

pękła. Gdzieś na dole palnął o szybę pierwszy kamień. I wówczas orkan 
rzucił się na dom. Szyby poleciały na chodnik. Zagrzmiała żelazna blacha 
zerwanego szyldu. Rozległ się trzask rozbijanych szyb, drzwi i okien. 
Widać było, jak wytaczano na bruk puszki z landrynami, beczułki, 
konserwy.

Zezwierzęcony tłum otoczył dom gwiżdżąc i wyjąc.
Portret w złotej ramie z koroną podnosił się ukośnie to tu, to tam. 

Wydawało się, że oficer w epoletach z niebieską wstęgą poprzez ramię, 
otoczony chorągwiami, wspina się raz po raz na palce, chcąc zajrzeć przez 
głowy.

— Panie Baczej. Pan widzi, co się dzieje? — szeptał Kogan załamując 

z cichym chrzęstem palce — za dwieście rubli towaru!

— Tata, przestań! Nie waż się poniżać! — krzyknął Nusik. — To nie 

ma nic wspólnego z pieniędzmi!

Pogrom trwał w dalszym ciągu.
— Proszę pana! Chodzą po mieszkaniach, szukają Żydów! 
Madame Kogan krzyknęła i zatrzepotała się w ciemnym korytarzu jak 

kura, kiedy ujrzy nóż.

— Dora! Naum! Dzieci!
— Proszę pana! Idą po naszych schodach!...

background image

Na schodach słychać było donośny, hałaśliwy zgiełk głosów, 

zdziesięciokrotniony w pudle frontowej klatki schodowej.

Ojciec trzęsącymi się rękami, ale niezwykle prędko zapiął się na 

wszystkie guziki i rzucił się do drzwi rozdzierając obiema rękami pod 
brodą wykrochmalony kołnierzyk, który dusił mu gardło. Ciocia nie 
zdążyła krzyknąć, kiedy już był na schodach.

— Na Boga, Wasiliju Pietrowiczu!
— Panie, niech pan nie idzie, zabiją!
— Tatusiu! — krzyknął Pietia Trzucił się za ojcem. Wyprostowany, 

sprężysty, ze skamieniałą twarzą, w czarnej marynarce ojciec chrzęszcząc 
mankietami biegł szybko w dół po schodach.

Naprzeciw niego rozstawiając szeroko nogi wspinała się ciężko kobieta 

w białych wojłokowych pończochach. Jej ręce w rucianych mitenkach 
trzymały mocno wielki brukowiec. Ale oczy jej były teraz nie czarne, lecz 
niebieskawobiałe, powleczone matową błoną jak u zdechłego wołu. Za nią 
wchodziły spocone dryblasy w granatowych sukiennych czapkach.

— Moi panowie — krzyczał ojciec wysokim falsetem zupełnie 

niestosownie i szyja jego spurpurowiała — kto wam dał prawo wdzierania 
się do cudzych domów? To grabież. Nie pozwalam!

— A ty kto jesteś? Właściciel domu?
Kobieta przełożyła kamień z prawej ręki do lewej i nie patrząc na ojca 

palnęła go z całej siły pięścią w ucho.

Ojciec zachwiał się, ale nie pozwolono mu upaść: czyjaś czerwona, 

piegowata ręka złapała go za jedwabną klapę marynarki i szarpnęła go 
naprzód. Stare sukno zatrzeszczało i rozlazło się.

— Nie bijcie go, to nasz tatuś! — krzyknął Pietia nieswoim głosem 

zalewając się łzami. — Nie macie prawa! Durnie!

Ktoś ze złością szarpnął nagle ojca z całej siły za rękaw. Rękaw 

oderwał się. Okrągły mankiet ze spinką potoczył się po schodach. Pietia 
spostrzegł na nosie ojca zadraśnięcie, z którego sączyła się krew, widział 
jego krótkowzroczne oczy pełne łez — binokle mu strącono — jego 
roztrzepane włosy, rozwiane na obie strony.

Ból nie do wytrzymania objął serce chłopca. W owej chwili gotów był 

umrzeć, byleby nie ważyli się już dotknąć ojca.

— Uch, bestie! Bydło! Zwierzęta! —jęczał ojciec przez zęby. A z góry 

ciocia i Dunia biegły już z ikonami w rękach.

— Co wy robicie, panowie, bójcie się Boga! — powtarzała ciocia ze 

łzami w oczach.

Dunia podnosząc jak najwyżej ikonę Zbawiciela z woskową gałązką 

pomarańczowego kwiatu za szkłem krzyczała gniewnie:

background image

— Oszaleliście, czy co? Już prawosławnych chrześcijan bijecie? Wy 

się najpierw dobrze przypatrzcie, a potem zaczynajcie, leźcie sobie, 
skądeście przyszli. Nie ma tu żadnych Żydów. Idźcie sobie z Bogiem!

Na ulicy rozległy się gwizdki stójkowych, którzy zjawili się jak zwykle 

akurat w pół godziny po pogromie. Kobieta w białych pończochach 
złożyła brukowiec na stopniach, wytarła starannie ręce o rąbek spódnicy i 
skinęła głową.

— No, dosyć tu tego. Nie za wiele dobrego naraz. Czy słyszycie, jak 

się tam nasze stójkusy denerwują. Hajda tera na Żyda na Małofontańską 
róg Botaniczej.

I stękając uniosła ciężkie spódnice i zaczęła schodzić ze schodów.

Mundur oficerski

W ciągu kilku najbliższych dni chodnik przed domem zasłany był 

kamieniami, tłuczonym szkłem, odłamkami skrzyń, zdeptanymi kulkami 
farbki, ryżem, gałganami i najrozmaitszymi domowymi rupieciami.

Na polance w krzakach można było znaleźć niespodziewanie album z 

fotografiami, bambusową etażerkę, lampę albo żelazko.

Przechodnie obchodzili starannie te rupiecie, jakby samo zetknięcie się 

z nimi mogło uczynić człowieka uczestnikiem pogromu i splamić go na 
całe życie.

Nawet dzieci, które z ciekawością i ze zgrozą schodziły do 

rozgromionego sklepiku, wsuwały umyślnie ręce do kieszeni, żeby nie 
skusiły ich poniewierające się na podłodze miętowe pierniki albo 
rozdeptane pudełko papierosów „Kercz”.

Ojciec chodził całymi dniami po pokojach jakiś odmłodniały, surowy, 

bardziej sprężysty niż zwykle, z wyraźnie posiwiałymi skroniami, z 
podbródkiem energicznie wysuniętym naprzód. Surdut zaszyto po 
mistrzowsku — uszkodzeń nie było widać.

Życie wracało do normalnego biegu.
Na ulicach nie strzelano już. W mieście panował spokój i cisza. Obok 

domu przejechał pierwszy po strajku tramwaj-kareta, ogromny, 
bezsensowny pojazd, w rodzaju miejskiego dyliżansu z olbrzymimi 
tylnymi i z maleńkimi przednimi kołami.

Na dworcu gwizdnął parowóz.
Przyniesiono „Wiadomości Rosyjskie”, „Niwę” i „Serdeczne Słowo”.

background image

Pewnego razu Pietia spojrzawszy w okno spostrzegł obok bramy 

wjazdowej żółtą pocztową karetę. Serce chłopca oblało się żarem i 
zamarło. Pocztylion otworzył tylne drzwiczki i wyjął z karety przesyłkę.

— Od babci! — zawołał Pietia i zaczął bębnić pięścią po parapecie. 

Ach! przecie zapomniał o tym zupełnie! Ale teraz na widok żółtej karety 
przypomniały mu się naraz i guziki, i zniszczony zupełnie mundur, i 
sprzedane sandały, i skarbonka Pawlika — słowem, wszystkie jego 
przestępstwa, które mogły zostać lada chwila wykryte. Rozległ się 
dzwonek. Pietia wpadł do przedpokoju.

— Nie ważcie się ruszać! — krzyczał podniecony. — To do mnie! To 

do mnie!

Rzeczywiście, ku ogólnemu zdumieniu na płótnie widniał wypisany 

dużymi literami napis: „Dla Pieti Baczeja do rąk własnych”.

Łamiąc sobie paznokcie chłopiec zdarł płótno żaglowe, zaszyte mocno 

surowymi nićmi. Nie miał cierpliwości starannie zdjąć skrzypiącego 
wieka, przybitego długimi, cienkimi gwoździkami.

Pietia chwycił tasak kuchenny i otworzył byle jak skrzynkę, lekką jak 

skrzypce. Wyjął coś troskliwie zawiniętego w bardzo stary numer gazety 
„Inwalida Rosyjski”. Był to surdut oficerski.

— Mundur dziadka — oznajmił Pietia uroczyście. — Oto on! 
Nic więcej przesyłka nie zawierała.
— Nie... nie rozumiem... — wybąkała ciocia.
— Dziwna fantazja przesyłać dziecku jakieś wojskowe relikwie  — 

zauważył sucho ojciec wzruszając ramionami. — Zadziwiająco... 
niepedagogicznie!

— Ach, przestańcie mówić, jeżeli nie rozumiecie! Zuch babcia! — 

zawołał chłopiec zachwycony i pobiegł z upragnioną paczką do 
dziecinnego pokoju.

Spod najcieńszej bibułki angielskiej błysnęły starannie owinięte złote 

guziki. Pietia zaczął je pośpiesznie rozwijać.

Ale mój Boże, co to takiego? Guziki są bez orłów!
Guziki były całkiem gładkie i nie różniły się niczym od najtańszych 

żołnierskich pospolitaków. Pietia naliczył ich, co prawda, szesnaście sztuk. 
Ale za to wszystko nie można było otrzymać więcej niż trzy piątki.

Jak to wytłumaczyć? Później, po wielu latach, Pietia dowiedział się, że 

za czasów cara Aleksandra II guziki oficerskie nie miały orłów. Ale kto to 
mógł przewidzieć? Chłopiec był zupełnie zgnębiony. Siedział na 
parapecie, opuściwszy na kolana niepotrzebny mundur.

Za oknem obok termometru leciały płatki śniegu. Chłopiec śledził je 

obojętnie nie odczuwając wcale radości na widok pierwszego śniegu.

background image

Przed oczami jego jeden za drugim wyłaniały się obrazy wydarzeń, 

których uczestnikiem i widzem był całkiem niedawno. Ale obecnie to 
wszystko wydawało się chłopcu takie dalekie, takie mgliste, 
nieprawdopodobne jak sen. Jakby to wszystko wydarzyło się gdzieś w 
zupełnie innym mieście, może nawet w innym kraju.

A jednak Pietia wiedział, że to nie był sen. To było tam oto, całkiem 

blisko, za Kulikowym Polem, za mlecznym dymem śniegu, który unosił 
się między niebem a ziemią.

Gdzie jest teraz Gawrik? Co się stało z Tierientijem i z marynarzem? 

Czy udało się im ujść po dachach? Ale na te pytania nie było odpowiedzi.

A śnieg nie przestawał padać, coraz bardziej gęsty, pokrywał czarną 

ziemię Kulikowego Pola czystą, radosną pierzyną zimy, która wreszcie 
nadeszła.

Choinka

Przyszło Boże Narodzenie.
Pawlik obudził się przed świtem. Wigilia była dla niego podwójnym 

świętem: w tym dniu przypadały jego urodziny.

Łatwo sobie wyobrazić, z jaką niecierpliwością chłopiec oczekiwał 

nadejścia owego radosnego, ale zarazem dziwnego dnia, od którego mieć 
będzie nagle cztery lata!

Dlaczego wczoraj miał trzy, a dzisiaj już cztery? Kiedy to się zdąży 

zrobić ? Chyba w nocy.

Pawlik od dawna postanowił podpatrzyć owo tajemnicze oka mgnienie, 

od którego dzieci stają się o rok starsze. Obudził się wśród nocy, szeroko 
otworzył oczy, ale nie zauważył nic szczególnego. Wszystko było jak 
dawniej: komoda, lampka nocna, sucha gałązka palmowa za ikoną.

Ile ma teraz, trzy czy cztery lata?
Chłopczyk zaczął uważnie oglądać swoje ręce i poruszać pod kołdrą 

nogami. Nie, ręce i nogi są takie same, jakie były wieczorem, kiedy kładł 
się spać. Ale może głowa troszeczkę urosła? Pawlik obmacał uważnie 
głowę — policzki, nos, uszy... Wydawały się takie same jak wczoraj.

Dziwne to.
Tym bardziej dziwne, że z rana będzie miał już na pewno cztery. To 

wie z całą pewnością. Ile więc ma teraz? Nie może być, żeby dotychczas 
wciąż jeszcze było trzy. Ale z drugiej strony i na cztery jakoś nie wygląda.

Dobrze byłoby obudzić tatusia. Kto jak kto, ale on na pewno wie. 

Jednakże wyłazić spod ciepłej kołderki i stąpać boso po podłodze... nie, 

background image

dziękuję pięknie! Lepiej udawać, że się śpi, i z zamkniętymi oczami 
oczekiwać przeistoczenia.

Pawlik zamknął oczy i natychmiast nie zdając sobie z tego sprawy 

zasnął, a kiedy obudził się, spostrzegł od razu, że nocna lampka zgasła już 
dawno i w szczelinie okiennicy świta niebieskawo ciemne światło brzasku 
zimowego poranka.

Teraz nie było najmniejszej wątpliwości, że już — cztery.
W mieszkaniu wszyscy spali jeszcze mocno i nawet w kuchni nie 

słychać było krzątaniny Duni. Czteroletni Pawlik zeskoczył zręcznie z 
łóżeczka i „ubrał się sam”, to znaczy nałożył tyłem na przód staniczek z 
płóciennymi guziczkami i wsunął bose nóżki w buciki.

Otwierając ostrożnie obiema rękami ciężkie, skrzypiące drzwi, 

skierował się do bawialni. Była to wielka podróż malutkiego człowieka po 
pustym mieszkaniu. Tam po ciemku, napełniając cały pokój mocnym 
zapachem choiny, stało coś ogromnego, mglistego, co opuściło aż do 
samej posadzki ciemne gałęzie z obwisłymi papierowymi łańcuchami.

Pawlik wiedział już, że to choinka. Potem, gdy oczy jego przywykły do 

mroku, obszedł ostrożnie aksamitne drzewo, ledwie dostrzegalnie 
migocące srebrnymi nićmi.

Na każdy drobny krok chłopczyka choinka odpowiadała czujnie 

delikatnym, papierowym szumem, drżeniem, szelestem tekturek i 
pukawek, najdelikatniejszym brzękiem szklanych kul.

Gdy oczy Pawlika przywykły do mroku, spostrzegł w kącie stolik z 

upominkami i natychmiast rzucił się ku niemu zapominając na chwilę o 
choince. Podarunki były wspaniałe, daleko ładniejsze, aniżeli oczekiwał: 
łuk i strzały w aksamitnym kołczanie, przepyszna książka z barwnymi 
obrazkami — „Ptasia ferma babci Tatjany”, prawdziwa „dorosła” loteryjka 
i koń — większy jeszcze, ładniejszy, a co najważniejsze bez porównania 
„nowszy” aniżeli Kudłatka. Prócz tego leżały blaszane pudełeczka z 
landrynkami „George Borman”, czekoladki z przesuwanymi obrazkami i 
malutki torcik w okrągłym pudełku.

Pawlik nigdy w życiu nie oczekiwał takich bogactw. Pełen stół 

zabawek i słodyczy — i wszystko to należy wyłącznie do niego.

Jednakże chłopcu wydawało się, że wszystkiego jeszcze za mało. 

Przetaszczył powoli z dziecinnego pokoju do bawialni swoje stare 
zabawki, między innymi też obszarpaną Kudłatkę i dołączył je do nowych. 
Teraz było dużo zabawek, tak dużo jak w sklepie, ale i ta ilość wydawała 
mu się niedostateczna.

Pawlik przyniósł swoją słynną skarbonkę i postawił ją pośrodku stołu, 

na bębnie, jako główny symbol swojego bogactwa.

background image

Zbudowawszy tę triumfalną wieżę z zabawek i nacieszywszy się nią do 

syta, chłopczyk wrócił znowu do choinki. Dawno już niepokoił go pewien 
niezwykły duży piernik oblany różowym lukrem, zawieszony zupełnie 
niewysoko na włóczkowej nitce. Piernik ten w kształcie gwiazdy z dziurką 
pośrodku był tak piękny, że rodził nieprzepartą chęć zjedzenia go czym 
prędzej.

Nie widząc wielkiego nieszczęścia w tym, że na choince będzie o jeden 

piernik mniej, Pawlik odczepił go od gałązki i wsunął do buzi. Odgryzł 
porządny kawałek, ale ku zdziwieniu swojemu zauważył, że piernik wcale 
nie jest tak smaczny, jak można było tego oczekiwać. Więcej nawet, 
piernik był wprost wstrętny: twardy, żytni, niesłodki, mocno pachnący 
melasą . A przecież jego wygląd zewnętrzny kazał przypuszczać że 
właśnie takie pierniki jedzą śnieżnobiałe, gwiazdkowe anioły, śpiewające z 
nut w niebie.

Pawlik z odrazą zawiesił z powrotem na gałązce nadgryziony piernik. 

Było jasne, że to jakieś nieporozumienie. Prawdopodobnie w sklepie 
przypadkiem włożyli taki nic niewarty piernik.

W tej samej chwili Pawlik zauważył inny piernik, jeszcze ładniejszy, 

polany niebieskim lukrem. Wisiał on dosyć wysoko i Pawlik musiał 
przystawić krzesło. Nie zdejmując piernika z gałązki, chłopczyk odgryzł 
róg i natychmiast wypluł go — tak dalece nieprzyjemny okazał się i ten 
piernik.

Mimo to trudno było pogodzić się z myślą, że wszystkie pozostałe 

pierniki są również do niczego.

Pawlik postanowił skosztować po kolei wszystkie pierniki, które 

wisiały na choince. I zaraz wziął się do dzieła. Z wysuniętym na bok 
językiem, sapiąc i stękając chłopczyk wlókł ciężkie krzesło dokoła 
choinki, wdrapywał się na nie, nadgryzał piernik, przekonywał się, że to 
świństwo, złaził i taszczył krzesło dalej.

Wkrótce Pawlik popróbował już wszystkich pierników oprócz dwóch 

widzących pod samym sufitem — gdzie nie można było dotrzeć. Pawlik 
stał długo zamyślony, zadarłszy główkę do góry. Pierniki wabiły go swoim 
pięknem tym więcej, że nie mógł ich dosięgnąć.

Chłopczyk był pewny, że te pierniki nie zawiodą jego nadziei. Myślał 

już nawet o tym, jakby postawić krzesło na stół i w ten sposób spróbować 
dosięgnąć ich.

Ale w tej samej chwili dał się słyszeć szelest świątecznej sukni i ciocia 

z promiennym uśmiechem zajrzała do bawialni.

— A-a, nasz solenizant wstał wcześniej od wszystkich! Co ty tu 

robisz?

background image

— Chodzę kolo drzewka — odparł skromnie Pawlik patrząc na ciocię 

ufnymi, szczerymi oczami dobrze wychowanego dziecka.

— Ach, ty mój kociaku serdeczny! „Koło”! Nie koło, lecz dokoła! 

Kiedy ty się wreszcie tego oduczysz! No, winszuję ci, winszuję!

I chłopczyk znalazł się w gorących, uperfumowanych ramionach cioci.
A z kuchni biegła pośpiesznie czerwona ze zmieszania Dunia niosąc 

przed sobą delikatną, niebieską filiżankę ze złotym napisem: „W dniu 
imienin”.

Tak rozpoczął się ten wesoły dzień, któremu sądzone było zakończyć 

się w sposób zupełnie nieoczekiwany i straszny.

Wieczorem przyprowadzono do Pawlika gości — chłopców i 

dziewczynki. Wszyscy byli tacy mali, iż Pietia uważał za rzecz niegodną 
siebie nie tylko bawić się, ale nawet rozmawiać z nimi.

Czując na sercu przytłaczający ciężar Pietia siedział w ciemnym 

dziecinnym pokoju na parapecie okiennym i patrzał w strojne, zamarznięte 
okna, gdzie pośród lodowatych paproci lśnił złoty orzech latarni ulicznej.

Złowieszcze przeczucie omraczało duszę Pieti.
A z bawialni płynęło gorejące, trzaskające światło choinki, która 

płonęła mnóstwem świec i złotego deszczu. Słychać było porywające 
dźwięki fortepianu. To ojciec z wykrochmalonymi mankietami, 
wygładziwszy fałdy surduta, grał zawadiacką polkę. Mnóstwo mocnych 
nóżek dziecięcych bezładnie tupotało dokoła choinki.

— Trudna rada, przecierp, Kozacze — rzekła ciocia przechodząc obok 

Pieti. — Nie zazdrość. Przyjdzie i na ciebie kolej.

— Ach, ciociu, ty zupełnie nic nie rozumiesz — rzekł chłopiec 

żałośnie. — Idź sobie!

Lecz oto nastąpiła długo oczekiwana chwila rozdawania orzechów i 

pierników. Dzieci obstąpiły choinkę i wspinając się na palce wyciągnęły 
ręce do pierników błyszczących jak ordery. Choinka zachwiała się, 
zaszeleściły łańcuchy.

I naraz rozległ się dźwięczny, przerażony głosik:
— Oj, patrzcie, mój piernik jest nadgryziony!
— Oj, i mój!
— Ja mam dwa i oba objedzone...
— Ej — rzekło któreś z dzieci tonem rozczarowania — one nie są już 

wcale nowe. Ktoś je już jadł.

Ciocia siała czerwona aż po uszy wśród nadgryzionych pierników, 

wyciągniętych ku niej ze wszystkich stron. Wreszcie zatrzymała spojrzenie 
na Pawliku.

— Toś ty zrobił, brzydki chłopaku?

background image

— Ja tylko, ciotuchno, troszeczkę skosztowałem — rzekł Pawlik 

niewinnie, spoglądając na rozgniewaną ciocię szeroko otwartymi oczami, 
bursztynowymi od świateł choinki. I dodał z westchnieniem: — Myślałem, 
że są smaczne, a okazało się, że to tylko dla gości.

— Będziesz ty cicho, łobuzie? — krzyknęła ciocia załamując ręce i 

pobiegła do kredensu, gdzie było na szczęście jeszcze wiele słodyczy. 
Każdy z pokrzywdzonych został natychmiast zaspokojony i skandal był 
zatuszowany.

Wkrótce zaczęto odnosić sennych gości do domów. Uroczystość 

skończyła się. Pawlik zajął się doprowadzeniem do porządku swoich 
skarbów.

Jednocześnie w drzwiach dziecinnego pokoju stanęła z tajemniczą 

miną Dunia i przywołała Pietię.

— Paniczu, na kuchennych schodach czeka na ciebie ten przeklęty 

Gawrik — szepnęła rozglądając się.

Pietia skoczył do kuchni.
Gawrik siedział na wysokim parapecie opierając się plecami o 

lodowate okno, które połyskiwało niebieskawym światłem księżyca. Spod 
baszłyka błyszczały maleńkie, gniewne oczy. Chłopiec sapał ciężko.

W pierwszej chwili Pietia pomyślał, że Gawrik przyszedł po odbiór 

długu. Miał już na końcu języka relację o nieszczęściu, jakie przytrafiło mu 
się z guzikami dziadka, i gotów był dać uczciwe słowo honoru, że nie 
później jak za dwa dni zwróci dług.

Ale Gawrik wyciągnął spiesznie z zanadrza watowanej kurtki cztery 

dobrze znane woreczki i podał je Pieti.

— Schowaj je i będziemy kwita — rzekł cicho i stanowczo. — Po 

Józefie Karłowiczu zostały, po nieboszczyku.

Po tych słowach Gawrik przeżegnał się.
— Schowaj i trzymaj, aż się przydadzą.
— Schowam — odparł Pietia szeptem.
Gawrik milczał długo.   Wreszcie zdecydowanym ruchem wytarł nos 

pięścią i zlazł z parapetu. — No, Piet'ka... Bywaj zdrów...

— A tamci? Uszli wtedy?
— Uszli po dachach. Teraz szukają ich wszędzie.
Gawrik zastanowił się, czy nie powiedział czegoś  zbytecznego,  lecz 

potem pochylił się ufnie do samego ucha Pieti i szepnął:

— Oj, ile ludzi złapali! No, ale ich nie złapią. Mówię ci to. Oni 

posiedzą sobie do czasu w katakumbach. Wszystkie ichnie bojowce są 
tamoj. A żonę Tierientija z maleńkimi dziećmi — z Żenią i z Motieczką — 
właściciel domu wyrzuca z mieszkania. Takie to dzieje...

background image

Gawrik potarł frasobliwie brwi.
— Nie wiem, co mam z nimi teraz zrobić. Będziemy pewnie musieli 

wszyscy razem przeprowadzić się z Bliskich Młynów do chałupki dziadka. 
A dziadek, wiesz, stał się zupełnie do niczego. Pewnie zemrze niedługo. 
Ty do nas kiedyś, Pietia, wpadnij przecie. Tylko nie teraz — przeczekaj 
trochę. Najważniejsze, schowaj dobrze woreczki. No nic. Nie płacz mi, 
Marusiu, nie płacz mi, niebogo. Dawaj łapę.

Gawrik sztywno wyciągnął do Pieti dłoń i pobiegł szybko, stukając po 

schodach swoimi rozłażącymi się bucikami.

Pietia wrócił do dziecinnego pokoju i ukrył woreczki w tornistrze pod 

książkami.

Ale w tej samej chwili drzwi otworzyły się na oścież z niezwykłym 

hałasem i do pokoju wszedł szybko ojciec trzymając w rękach swój 
pokiereszowany mundur.

— Co to znaczy? — spytał takim cichym głosem, że chłopiec o mało 

nie zemdlał.

— Jak Boga ko... — wybąkał Pietia nie mając siły przeżegnać się.
— Co to znaczy! — wrzasnął ojciec i zatrząsł się, cały purpurowy.
I w tej samej sekundzie jak gdyby w odpowiedzi na gniewny głos ojca 

z bawialni rozległ się rozdzierający duszę ryk Pawlika.

Malec wbiegł chwiejąc się na słabych z przerażenia nożynach i objął 

ojca za kolana. Jego czworokątne usteczka były tak szeroko rozwarte, że 
wyraźnie widać było wrzeszczące gardziołko. Maleńki języczek dygotał. 
Łzy płynęły. W pulchnej rączce podrygiwała otwarta skarbonka 
wypełniona zamiast pieniędzmi wszelakim brzęczącym śmieciem.

— T-ta-t-ta!... — bąkał Pawlik poprzez czkawkę. — Pie-et'-t’ka mnie 

o... ik...o... okradł!

— Uczciwe słowo ho... — zaczął Pietia, ale ojciec trzymał go już 

mocno za ramiona.

— Niegodziwy chłopaku, łobuzie — krzyczał — wiem o wszystkim! 

Ty grasz w hazardowe gry! Kłamczuchu!

Zaczął trząść Pietią z taką wściekłością, jakby chciał wytrząsnąć z 

chłopca duszę. Dolna szczęka ojca drgała i na czarnym sznurku 
podskakiwały binokle, które ześliznęły się ze spoconego, porowatego jak 
korek nosa.

— W tej chwili dawaj tu te... jak je tam nazywacie... uszka, czuszka, 

duszka czy jak...

— Uszka... — wybąknął Pietia z nieszczerym uśmiechem w nadziei, że 

wszystko jeszcze da się jakoś obrócić w żart.

background image

Ale usłyszawszy słowo „uszka” z ust syna, ojciec zawrzał jeszcze 

bardziej.

— Uszka? Doskonale... Gdzie one są? W tej sekundzie dawaj je tu. 

Gdzie jest to paskudztwo uliczne? Gdzie te mikroby? W ogień! Pod 
blachę! Żeby śladu po nich nie zostało.

Ogarnął pokój gwałtownym spojrzeniem i skoczył ku tornistrowi.
Pietia szlochając biegł za nim przez cały korytarz aż do samej kuchni, 

dokąd ojciec szerokim, nerwowym krokiem szybko i z odrazą niósł 
woreczki jak zdechłe kocięta.

— Tatuśku! tatuśku! — wołał Pietia chwytając go za łokcie — tatuśku!
Ojciec odtrącił Pietię szorstko, potem odsunął z hałasem rondel i z 

pasją, walając mankiety sadzą, wsunął woreczki do ognia pod blachę. 
Chłopiec zamarł ze zgrozy.

— Uciekajcie! — zawołał nieswoim głosem.
Ale w tej samej chwili pod blachą zaczęło strzelać. Rozległ się 

niewielki wybuch.

Z fajerki buchnął różnobarwny płomień. Makaron wyleciał z rondelka i 

przylgnął do sufitu. Blacha kuchenna pękła. Ze szczelin wydobywał się 
gryzący dym, który w jednej chwili napełnił kuchnię.

Kiedy zalano blachę wodą i wygrzebano popiół, znaleziono w nim 

mnóstwo wypalonych gilz do naboi rewolwerowych.

Ale Pietia nie pamiętał już wszystkiego. Stracił przytomność. Położono 

go do łóżka. Płonął cały. Założono mu termometr. Miał trzydzieści 
dziewięć i siedem.

Kulikowe Pole

Zaledwie skończyła się szkarlatyna, zaczęło się zapalenie płuc. Pietia 

przechorował całą zimę. Dopiero w połowie Wielkiego Postu zaczął 
chodzić po mieszkaniu.

Zbliżała się wiosna. Najpierw wczesna wiosna, zupełnie jeszcze 

wczesna. Już nie zima, ale jednak jeszcze nie wiosna.

Nietrwały śnieg południa, którym chłopcu nie udało się nacieszyć w 

tym roku, stopniał już dawno. Były suche, szare dni odeskiego marca.

Pietia wałęsał się na słabych nogach po pokojach, które stały się nagle, 

skoro tylko wstał z łóżka, maleńkie i bardzo niskie. Stawał na pakach 
przed lustrem w ciemnym przedpokoju i ogarniał go nieznośny żal, gdy 
przyglądał się swojej wychudłej, bladej twarzy, z ciemnymi sińcami pod 
zmienionymi do niepoznania oczami, jakimiś wylękłymi i zdumionymi.

background image

Od rana do południa chłopiec pozostawał w mieszkaniu sam: ojciec 

biegał na lekcje, ciotka wychodziła z Pawlikiem na przechadzkę.

Nastrój pustych pokoi przyprawiał o lekki zawrót głowy. Ostre tykanie 

wahadła budziło lęk swoją upartą, nieubłaganą nieustannością. Pietia 
podchodził do okien. Były jeszcze po zimowemu szczelnie opatrzone — z 
wałkiem pożółkłej waty między ramami, posypanej warstwą drobniutkich 
papierowych ścinków.

Chłopiec widział całą nędzę suchego, szarego bruku, czerstwą ziemię 

Kulikowego Pola, szare niebo z niedostrzegalnymi, prawie wodnistymi 
śladami błękitu. Z okna kuchni widać było niebieskie gałązki bzu na 
polance. Pietia wiedział, że jeśli oderwie się zębami ich gorzki naskórek to 
odsłoni się zadziwiająco zielony, pistacjowy  miąższ.

W powietrzu dźwięczał z rzadka pogrzebowym tonem niski bas 

wielkopostnego dzwonu, rodząc w sercu uczucie pustki i przygnębienia.

A jednakże w tym ubogim świecie tkwiły już — czekając tylko swojej 

godziny — potężne moce wiosny. Dawały się odczuć we wszystkim. Ale 
najsilniej — w cebulkach hiacyntów.

Pokojowa wiosna była jeszcze ukryta w ciemnej komórce. Tam, wśród 

rupieci, wśród pachnących myszami domowych gratów ciocia 
porozstawiała wzdłuż ścian wąskie doniczki. Pietia wiedział, że 
holenderskie cebulki muszą rozwijać się w ciemności. W ciemności 
komórki dokonywała się tajemnica wegetacji.

Z jedwabistej, wyschniętej łupiny cebulki wydostawał, się młody, ale 

mocny, strzelisty pęd. I chłopiec wiedział, że właśnie na samą Wielkanoc 
w cudowny sposób pojawią się na grubej nóżce kwiatostany 
bladoróżowych, białych i liliowych hiacyntów.

A tymczasem dziecięce serce Pieti dręczyło się i tęskniło w tym 

pustym, szarym świecie przedwiośnia.

Dnia przybywało i chłopiec nie miał już czym wypełnić godzin między 

obiadem a wieczorem, które się niemożliwie rozciągnęły. Och, jakie były 
długie te nużące godziny oczekiwania wiosny! Były jeszcze dłuższe niż 
puste ulice biegnące w nieskończoną dal w kierunku Bliskich Młynów.

Pieti wolno już było spacerować w pobliżu domu.
Chodził powoli tam i z powrotem po suchym trotuarze mrużąc oczy od 

blasku słońca, które zachodziło za dworcem.

Jeszcze rok temu dworzec wydawał się Pieti krańcem miasta. Za 

dworcem zaczynała się już geografia. A teraz chłopiec wiedział, że za 
dworcem ciągnie się dalej miasto, biegną długie, pełne kurzu ulice 
przedmieść. Wyobrażał je sobie wyraźnie, biegnące na zachód. Tam w 
perspektywie, wypełniając sobą szeroką szczelinę między jednostajnymi 

background image

domami z cegły, wisi niesamowita tarcza czerwonego przedpotopowego 
słońca, pozbawionego promieni, a jednakże oślepiającego jaskrawym, 
posępnym światłem.

Na dwa tygodnie przed Wielkanocą furmani przywieźli budulec na 

Kulikowe Pole. Zjawili się cieśle, kopacze, dziesiętnicy. Po ziemi 
przeciągnięto we wszystkich kierunkach taśmy miernicze. Dziesiętnicy ze 
składanymi żółtymi arszynami w zewnętrznych kieszeniach odmierzali 
działki. Rozpoczynano budowę wielkanocnych bud jarmarcznych.

Dla Pieti największą przyjemnością było wałęsanie się po Kulikowym 

Polu wśród skrzynek z wielkimi gwoździami, wśród szkieł, pił, desek, 
wiórów! Usiłował odgadnąć, gdzie co wybudują. Każdy nowy rząd 
wbitych pali, nowy rów, każda odmierzona taśmą i oznaczona palikami 
działka nie dawała spokoju wyobraźni.

Rozbudzona fantazja rysowała budy nieopisanej piękności, pełne 

cudów i tajemnic, podczas kiedy doświadczenie przekonywało rozsądnie, 
że wszystko będzie dokładnie takie samo jak w ubiegłym roku. Nie lepsze, 
nie gorsze. Ale fantazja nie mogła się z tym pogodzić — żądała czegoś 
nowego, niebywałego. Pietia podchodził do robotników, do dziesiętników, 
kręcił się koło nich, pragnąc dowiedzieć się czegoś.

— Przepraszam, czy pan nie wie, co tu będzie?
— Wiadomo co. Buda.
— Wiem, że buda, ale jaka?
— Wiadomo jaka, drewniana.
Chłopiec udawał, że chichoce, chcąc się przymilić.
— Ja przecież sam wiem, że drewniana. Ale dowcipniś z pana. Ale co 

w niej będzie? Cyrk?

— Cyrk.
— Jakże cyrk, kiedy cyrk jest okrągły, a to nie jest okrągłe.
— A więc nie cyrk.
— Może panopticum ?
— Panopticum.
— Takie malutkie?
— A więc nie panopticum.
— Nie, na serio, co? 
- Ustęp.
Pietia spąsowiał na dźwięk nieprzyzwoitego wyrazu, ale śmiał się 

jeszcze głośniej, gotów znieść wszelkie upokorzenia, żeby choć 
czegokolwiek się dowiedzieć.

— Cha-cha-cha! Nie, naprawdę, powiedzcie, co tu będzie.
— Idź, chłopcze, idź, tu nie miejsce dla ciebie. Spóźnisz się do szkoły.

background image

— Ja nie chodzę jeszcze do gimnazjum. Miałem szkarlatynę, a potem 

zapalenie płuc.

— To idź, połóż się do łóżka, a nie plącz się pod nogami. Nie zawracaj 

ludziom głowy!

I Pietia odchodził uśmiechając się z przymusem i łamiąc sobie w 

dalszym ciągu głowę nad nie rozwiązanym zagadnieniem

Jedno było wiadomo: tak czy owak, póki nie pokryją bud u góry 

płótnem i nie pozawieszają obrazków, niczego się nie dowie. Było to tak 
niemożliwe, jak niemożliwe jest odgadnąć, jakiego koloru będzie kwiat 
hiacyntu, który rozwinie się z bladej łodygi pierwszego dnia Wielkanocy.

Wiedziano również, że w jednym z tych kuferków znajduje się kobieta-

rusałka z biustem kobiety i pokrytym łuskami ogonem zamiast nóg. Ale 
jak ona tam żyje bez wody? A może w tym kufrze znajduje się wanna? 
Albo też kobietę-rusałkę zapakowano w mokry szłam? Co do tego 
wszystkiego można było jedynie snuć przypuszczenia.

W Wielką Sobotę przywieziono do bud jakieś w najwyższym stopniu 

tajemnicze zielone skrzynki i kuferki z napisem: „Ostrożnie”. Ale żaden z 
odeskich chłopców nie wiedział, co zawierają te skrzynki. Można było 
tylko przypuszczać, że są to figury woskowe, czarodziejskie stoliki 
kuglarzy lub też ciężkie, płaskie żmije o mętnych oczach i rozdwojonym 
żądle.

Pietia szalał z niecierpliwości oczekując rozpoczęcia się odpustu. 

Zdawało mu się, że nic jeszcze nie ma gotowego, że wszystko przepadło, 
że może w tym roku wcale odpustu nie będzie.

Ale obawy jego okazały się płonne. Na pierwszy dzień świąt wszystko 

było gotowe: obrazy pozawieszane, słupy flag wybielone, plac obficie 
polany z długich, zielonych beczek, które poprzedniego dnia jeździły od 
rana do nocy pomiędzy budami, czerniąc suchą ziemię lśniącymi 
grzebieniami wody.

Słowem, Wielkanoc zjawiła się i zakwitła właśnie tego dnia, kiedy 

przypadała według kalendarza.

Dzwony dzwoniły aż do umęczenia, wśród puszystych obłoków 

unosiło się wypoczęte słońce. Ciocia w białej koronkowej sukni krajała 
wędlinę zagiąwszy skórkę szynki, grubą i okrągłą jak futerał od 
rewolweru.

Na ciastach stały cukrowe baranki. Różowy Chrystus wznosił w górę 

papierową chorągiew. Dokoła zielonego pagórka rzeżuchy leżały barwne 
pisanki, natarte aż do glansu masłem, odbijając wypukłe, wymyte okna.

Kędzierzawe hiacynty, w wazonach owiniętych różową karbowaną 

bibułką, napełniały pokój swoim dusząco słodkim, a zarazem trupim, 

background image

pogrzebowym aromatem, tak mocnym, że aż gęstym, i miało się wrażenie, 
jakby te liliowe włókna w promieniach słońca dymiły nad wielkanocnym 
stołem.

Ale ten pierwszy właśnie dzień Wielkanocy był dla Pieti szczególnie 

nieznośnie długi i nudny. Pierwszego dnia Wielkanocy zakazane były 
bowiem wszystkie bez wyjątku widowiska i zabawy. Dzień ten policja 
poświęcała Bogu. Ale za to o godzinie dwunastej następnego dnia — 
korzystając z zezwolenia władz — ludzie zaczynali weselić się.

Z uderzeniem dwunastej rozległ się gwizdek dyżurnego stójkowego i 

pośrodku Kulikowego Pola na wysokim, bielonym maszcie rozwinęła się 
trójkolorowa chorągiew.

I natychmiast zaczęło się dziać coś przekraczającego ludzkie 

wyobrażenie. Zagrzmiały tureckie bębny orkiestr wojskowych. Rozległy 
się dźwięki katarynek i organków na karuzelach. Rozbrzmiały 
przeszywające, gardłowe, małpie okrzyki kuglarzy zwołujących 
publiczność z wybielonych pomostów bud. Zawirowała karuzela, 
pomknęły pojazdy i koniki.

W zawrotnie niebieskie o rzadkich obłokach niebo uderzały wątłe 

stateczki huśtawek. Wszędzie walono uporczywie, bez wytchnienia w 
niewielkie miedziane dzwony i trójkątne blachy.

Wśród ciżby przechadzał się sprzedawca niosąc na głowie lśniący 

szklany dzban z lodowatą, zabarwioną wodą, w której pływało kilka 
plasterków cytryny, kawałek lodu i wszystko było opromienione srebrem 
słońca.

Ospowaty żołnierz spod Port Artura, we włochatej, czarnej papasze, 

zrzuciwszy zręcznie buty wdrapywał się już, otoczony tłumem ludzi, na 
namydlony słup, na którego wierzchołku leżała nagroda: brzytwa i pędzel.

W ciągu siedmiu dni od południa do zachodu huczała zawrotna 

karuzela Kulikowego Pola napełniając mieszkanie Baczejów wielogłosym 
zgiełkiem przedmieść, które przyszły, żeby się zabawić.

Cały dzień od rana do nocy Pietia spędzał na Kulikowym Polu. Nie 

wiadomo czemu był pewny, że tu właśnie spotka się z Gawrikiem. Bardzo 
często ujrzawszy w tłumie liliowe spodnie i marynarską czapkę z 
kotwicami na guzikach — tak Gawrik ubrany był ubiegłej Wielkanocy — 
Pietia biegł pędem rozpychając ludzi, ale zawsze nadaremnie.

Coś wspólnego z Bliskimi Młynami miała ta zabawa ludowa: w rękach 

wielu mężczyzn widziało się, podobnie jak u Tierientija, cieniutkie żelazne 
laseczki, a mnóstwo dziewczynek miało takie same turkusowe kolczyki jak 
Motia.

background image

Ale oczekiwania Pieti były płonne. Skończył się ostatni dzień 

jarmarku. Orkiestry zagrały po raz ostatni marsz „Tęsknota za ojczyzną”. 
Opuszczono flagę. Wszędzie słychać było trele gwizdków policyjnych. 
Plac opustoszał. Wszystko skończyło się aż do następnej Wielkanocy.

Smutny zachód płonął długo i posępnie poza strojnymi budami, za 

żelaznymi kołami nieruchomych wózków, za pustymi słupami.

Z rzadka tylko, wśród niewypowiedzianie smutnej ciszy świąt, które 

już przeminęły, rozlegał się wstrząsający, głuchy ryk lwa i ostry chichot 
hieny.

Nazajutrz z rana przyjechali furmani z platformami i w dwa dni później 

nie pozostało śladu po odpuście. Kulikowe Pole przemieniło się znowu w 
czarny, nudny plac, skąd całymi dniami dobiegały przeciągłe głosy kaprali 
musztrujących żołnierzy:

— W pra-a-wo! Az, dwa!
— W le-e-e-e-wo! Az, dwa! — Zwr-o-o-o-ot! Az, dwa!
A dni stawały się coraz dłuższe, coraz trudniejsze do zapełnienia. I oto 

pewnego razu Pietia wybrał się nad morze z wizytą do Gawrika.

 
Żagiel

Dziadek umierał.
I Gawrik, i Motia, i mama Moti, i Pietia, który spędzał teraz nad 

morzem niemal całe dni — wszyscy wiedzieli, że dziadek umrze wkrótce. I 
dziadek również wiedział o tym.

Od rana do wieczora leżał na zapadającym się żelaznym łóżku, które 

wyniesiono z chałupki na świeże powietrze, na ciepłe kwietniowe słońce,

Kiedy Pietia podszedł do niego po raz pierwszy, żeby się przywitać, 

zmieszała go ostrość rysów i zupełna niemal przejrzystość twarzy dziadka, 
której delikatny podskórny lazur odbijał od czerwonej poduszki.

Twarz obrośnięta dość długą, białą brodą, spokojna i jasna, uderzyła 

Pietię swoim pięknem i powagą. Ale najdziwniejsze i najstraszniejsze było 
w niej to, że nie miała ona jak gdyby wieku, że znajdowała się już poza 
czasem.

— Dzień dobry, dziadku — rzekł Pietia.
Starzec zwrócił ku niemu oczy o bezkrwistych, fioletowych 

powiekach, długo patrzał na małego gimnazjalistę, ale go widocznie nie 
poznał.

— Toż to ja, Pietia, z Kanatnej, róg Kulikowego. 
Dziadek patrzał nieruchomo w dal.

background image

— Wyście mu, dziadku, zeszłego, roku jeszcze pion odlewali z plomby 

— przypomniał Gawrik. — Nie przypominacie sobie?

Cień dalekiego niby obłok wspomnienia przemknął po twarzy starca. 

Uśmiechnął się świadomym, jasnym uśmiechem odsłaniając dziąsła i 
wyrzekł cicho, ale bez szczególnego wysiłku:

— Pion. Tak. Robiłem. Ołowiany.
I spojrzał przyjaźnie na Pietię, poruszając wargami.
— Tak, tak. Wyrósł. Idź sobie, dziecinko. Idź. Pobaw się kamyczkami 

na brzegu. Pobaw się. Tylko uważaj, żebyś nie wpadł do wody.

Widocznie Pietia wydawał mu się zupełnie jeszcze małym 

dzieciątkiem, takim jak prawnuk jego Żenia, który pełzał tuż obok wśród 
żółtych dmuchawców. Od czasu do czasu starzec podnosił głowę chcąc 
nacieszyć się swoim gospodarstwem.

Po sprowadzeniu się rodziny Tierientija wszystko zmieniło się tu nie 

do poznania. Można było pomyśleć, że przywieźli tu ze sobą kawałek 
Bliskich Młynów.

Żona Tierientija wygładziła na Wielkanoc glinianą podłogę, pobieliła 

chatę wewnątrz i na zewnątrz.

Odmłodzona chatka lśniła wesoło w słońcu wymytymi oknami, 

obrzeżonymi niebieską farbką.

Dokoła niej zieleniały dmuchawce, gotowe lada chwila zakwitnąć, a 

wśród nich rozmieszczone były lalki Moti niby wielkie panie, które 
wyjechały na letnisko.

Na sznurkach suszyła się różnokolorowa bielizna. Motia z chłopięco 

ostrzyżoną główką polewała grządki przyciskając obiema rękami do 
brzucha ogromną polewaczkę. Na drucie między dwoma słupami biegł z 
kwaśnym uśmiechem pies Rudko. Obok ogródka dymił gliniany piec, z 
wstawionym zamiast fury żelaznym garnczkiem bez dna. Smacznie 
pachniała przydymiona kasza.

Mama Moti w fałdowanej spódnicy stała schylona nad korytem. 

Dokoła niej unosiły się w powietrzu bańki mydlane.

I dziadkowi wydawało się niekiedy, że czas cofnął się, że on, dziadek, 

ma znowu czterdzieści lat. Nieboszczka babka pobieliła właśnie chałupkę. 
Po żółtych dmuchawcach czołga się wnuczek Tierientij. Na dachu leży 
maszt z nawiniętym na nim nowiutkim, dopiero co kupionym żaglem. I oto 
zwali sobie maszt na ramię, chwyci pod pachę wiosła, drewniany ster 
zaszpachlowany minią, i pójdzie na brzeg przygotować łódź.

Ale pamięć wracała szybko. Starca zaczynały nagle dręczyć 

gospodarskie troski. Z wysiłkiem unosił się na łokciu i przywoływał 
Gawrika.

background image

— Co wam trzeba, dziadku?
Starzec długi poruszał wargami gromadząc siły.
— Czy nie uniosło łodzi? — pytał wreszcie i brwi jego podnosiły się 

na kształt trójkąta.

— Nie uniosło, dziadku, nie uniosło. Połóżcie się lepiej.
— Trzeba by ją smołą...
— Zrobię dziadku, nie bójcie się. Legnijcie.
Dziadek kładł się pokornie, ale po chwili przywoływał Motię.
— Co ty tam robisz, dziecinko?
— Podlewam kartofle.
— Dobrze robisz. Podlewaj. Nie żałuj wody. A perz wyrywasz?
— Wyrywam, dziadku.
— Bo inaczej wszystko zagłuszy. No idź, dziecinko, odpocznij, pobaw 

się swoimi laleczkami.

Dziadek opadał znów ciężko na wznak.
Ale nagle Rudko zaczynał szczekać i starzec zwracał ku niemu 

gniewne oczy z obwisłymi brwiami. Wydawało mu się, że krzyczy bardzo 
głośno, po gospodarska, na rozbrykanego psa: „Ano, Rudko, cisz... Ot 
przeklęły! Do budy! Cisz...!

A w rzeczy samej wychodziło ledwie dosłyszalne;
— Ćć, ćć, ćć...
Alę przeważnie dziadek patrzał nieruchomo w dal. Tam, między 

dwoma nadbrzeżnymi wzgórzami, widniał niebieski trójkąt morza z 
mnóstwem rybackich żagli. Spoglądając na nie starzec mówił powoli sam 
do siebie;

— Tak. To prawda. Wiatr lubi żagiel. Z żaglem to zupełnie nie to co 

bez żagla. Z żaglem płyniesz sobie, dokąd chcesz. Chcesz — idź do 
Dofinówki, chcesz, to do Lustdorfu. Z żaglem można iść i do Oczakowa, i 
do Chersonia, i nawet do Eupatorii. A bez żagla z samymi tylko wiosłami 
to co! Czyste kpiny! Do Wielkiej Fontanny w cztery godziny nie 
dowiosłujesz. I z powrotem cztery godziny. Nie, skoro jesteś rybakiem, to 
musisz mieć żagiel. A bez żagla lepiej nie wypływać na morze. Wstyd i 
tyla. Łódź bez żagla, a człowiek bez duszy to jedno. Tak.

Przez cały czas dziadek nie przestawał myśleć o żaglu.
Kiedyś nocą bowiem wstąpił na chwilę Tierientij, żeby zobaczyć się z 

rodziną. Przyniósł dzieciom upominki, żonie zostawił trzy ruble na 
sprawunki i powiedział, że w najbliższych dniach postara się o nowy 
żagiel.

Od tego czasu dziadek przestał się smucić.

background image

Bezustannie marzył o nowym żaglu. Tak dokładnie, tak wyraźnie 

widział przed sobą ten nowy żagiel, jakby stał już przed nim — mocny, 
szorstki, wydęty od świeżego wiatru.

Osłabiony nieodstępną myślą o żaglu, dziadek na pół tracił 

przytomność. Przestawał pojmować, gdzie jest i co się z nim dzieje, 
pozostawało mu jedynie czucie.

Świadomość oddzielająca go od wszystkiego, co nie było nim, 

zatracała się z wolna. Rozpływał się jak gdyby w otaczającym go świecie 
przeistaczając się w zapachy, dźwięki, barwy...

Kołując w górę i w dół przeleciał motyl kapustnik cytrynowymi 

żyłkami na kremowych skrzydełkach. I dziadek był jednocześnie motylem 
i jego lotem.

Rozbijała się o żwir fala — był jej świeżym pluskiem. Czuł na wargach 

słony smak przyniesionej przez wiatr kropelki — był wietrzykiem i solą. 
Wśród jaskrów siedziało dziecko — był tym dzieckiem, a jednocześnie był 
owymi lśniącymi, żółciutkimi kwiatkami, ku którym wyciągały się 
dziecięce rączki.

Był żaglem, słońcem, morzem... Był wszystkim.
Ale nie doczekał się żagla.
Pewnego dnia Pietia przyszedł nad morze i nie zastał starca koło 

chałupki. W miejscu gdzie zwykle stało jego łóżko, teraz były ustawione 
kozły, a na nich strugał deskę obcy wysoki starzec z kijowskim 
krzyżykiem na czarnej szyi.

Długie strużyny spiralą zwijały się giętko, wypełzały spod hebla.
Obok stała Motia w nowej, ale nieładnej, nie pranej ani razu płóciennej 

sukience i w ciasnych bucikach.

— U nas dzisiaj dziadek umarł — rzekła podchodząc tuż do chłopca — 

chcesz popatrzeć?

Dziewczynka zimną ręką ujęła rękę Pieti i starając się nie skrzypieć 

bucikami wprowadziła go do izby.

Dziadek leżał z zamkniętymi oczami i z podwiązanym chustką 

podbródkiem na tym samym marnym łóżku. W jego dużych rękach, 
ułożonych wysoko na piersi nad ikoną świętego Mikołaja, tkwiła żółta 
świeczka. Przez wymytą szybę wpadał snop takiego jaskrawego i gorącego 
słonecznego światła, że płomienia świeczki nie było wcale widać. Nad 
stopionym wydrążeniem wosku widać było jedynie czarny knocik, dokoła 
którego powietrze drżało wskazując na to, że świeca się pali.

Na trzeci dzień pochowano dziadka.

background image

Nocą w wigilię pogrzebu zjawił się Tierientij, który nic nie wiedział o 

śmierci dziadka. Na ramieniu trzymał ogromną, ciężką paczkę. Był to 
obiecany żagiel.

Tierientij rzucił go w kąt i przez pewien czas stał przed dziadkiem, 

którego złożono już w sosnową, nie malowaną trumnę. Potem, nie 
przeżegnawszy się, mocno pocałował starca w twarde, lodowate wargi i 
odszedł w milczeniu.

Gawrik odprowadził brata wybrzeżem do Małej Fontanny. Tierientij 

wydał kilka zarządzeń w sprawie pogrzebu, na który oczywiście przyjść 
nie mógł, uścisnął młodszemu bratu rękę i znikł.

Czterech jasnowłosych rybaków niosło dziadka na ramionach, w 

lekkiej, otwartej trumnie.

Na przodzie obok mortusa w podartym mundurze, który dźwigał na 

ramieniu z gruba ciosany krzyż, szedł czyściutki, umyty Gawrik. Na 
ręczniku niósł ogromną miskę pogrzebowego ryżu.

Za trumną szli: mama Moti z Żenią na ręku, Motia, Pietia i kilku 

sąsiadów-rybaków w odświętnych ubraniach, razem osiem osób. Ale w 
miarę zbliżania się do cmentarza ludzi zbierało się coraz więcej.

Wiadomość o pogrzebie starego rybaka, którego pobito w cyrkule, 

obleciała w niepojęty sposób całe wybrzeże od Langeronu do Lustdorfu.

Z nadmorskich zaułków wychodzili rybacy całymi rodzinami — 

małofontańscy, średniofontańscy, z letniska Waltucha, z Arkadii, ze 
Złotego Brzegu — łącząc się z konduktem.

Teraz za nędzną trumną dziadka w głębokim milczeniu kroczył tłum 

liczący około trzystu ludzi.

Był to ostatni dzień kwietnia. Zbierało się na deszcz. Wróble 

rozpostarłszy skrzydła kąpały się w miękkim kurzu zaułków. Szare, 
asfaltowe niebo unosiło się nad ogrodami. Szczególnie ostro odcinała się 
na jego tle młoda, jednostajna zieleń, przywiędła, zwisająca w oczekiwaniu 
deszczu.

Na podwórkach sennie piały koguty. Ani jeden promień słońca nie 

przenikał przez skłębione chmury, od których biło dusznością.

Tuż koło cmentarza do rybaków zaczęli przyłączać się robotnicy i 

kolejarze z Czumki, Sachalińczyka, Odessy Towarowej, Mołdawianki, 
Bliskich i Dalszych Młynów, Cmentarny stójkowy spoglądał z 
niespokojnym zdziwieniem na olbrzymi tłum walący przez bramę.

Cmentarz, podobnie jak miasto, miał swoją główną ulicę, plac 

kościelny, centrum, bulwar, przedmieścia. Wydawało się, że nawet śmierć 
jest bezsilna wobec władzy bogactwa. Nawet po śmierci człowiek był w 
dalszym ciągu bogaty albo biedny.

background image

Tłum przeszedł w milczeniu przez główną aleję obok marmurowych, 

granitowych rodzinnych grobów — tych maleńkich,   ale pełnych 
przepychu will, gdzie za żelaznymi sztachetami wśród czarnej zieleni 
cyprysów i mirtów stały z opuszczonymi skrzydłami wyniosłe kamienne 
anioły. Tutaj każda działka ziemi, kupiona za bajońskie sumy,  stawała się
drogą spadku własnością całych dynastii bogaczów. Tłum minął centrum i 
skręcił na mniej bogatą alejkę, gdzie nie było grobów rodzinnych i 
mauzoleów.   Za żelaznymi sztachetami  leżały tu marmurowe płyty 
otoczone krzakami bzu i żółtej akacji.  Deszcze zmyły pozłotę z 
wytłoczonych liter i maleńkie ślimaki cmentarne pokrywały poszarzałe z 
biegiem czasu marmurowe tablice. Potem zaczęły się drewniane 
ogrodzenia i pagórki z darni. Dalej — smutne roty gołych mogił 
żołnierskich z krzyżami podobnymi jeden do drugiego, jak trzymane na 
baczność karabiny.

Ale nawet i ta dzielnica okazała się nadto bogata dla dziadka. Dziadka 

zakopano na wąskiej łączce, usianej liliowymi skorupkami wielkanocnych 
kraszanek, tuż koło muru, za którym przesuwały się już czapki konnej 
policji. Ludzie zwartym pierścieniem okrążyli mogiłę, w którą opuszczała 
się z wolna na ręcznikach lekka, nędzna trumna.

Pietia widział wokół pochylone głowy oraz ręce, które mięły czapki i 

kaszkiety.

Cisza była zupełna i posępna, a niebo duszne, aż chłopcu wydawało 

się, że jeśli rozlegnie się jakikolwiek ostry dźwięk, w przyrodzie zajdzie 
coś straszliwego — huragan, orkan, trzęsienie ziemi.

Ale wszystko dokoła było przytłaczająco ciche.
Motia, podobnie jak Pietia, przygnębiona tą ciszą, trzymała się jedną 

ręką za uczniowski pasek Pieti, a drugą za spódnicę matki patrząc 
nieruchomo, jak nad mogiłą wyrasta żółty gliniany wzgórek.

Wreszcie wśród tłumu zaczął się lekki, niemal bezdźwięczny ruch. 

Ludzie podchodzili do świeżej mogiły jeden za drugim, nie śpiesząc się i 
nic popychając, żegnali się znakiem krzyża, kłaniali się w pas i podawali 
rękę najpierw mamie Moti, następnie Gawrikowi.

A Gawrik, który dał Pieti do trzymania miskę z ryżem, 

zmarszczywszy, jak wypadało po gospodarsku brwi, nabierał ryż nowiutką 
drewnianą łyżką, każdemu po trochu, żeby starczyło dla wszystkich i kładł 
go w złożone dłonie i do czapek. Ludzie wsypywali ryż do ust, ostrożnie, z 
szacunkiem, starając się nie upuścić ani ziarenka i odchodzili ustępując 
miejsca następnym.

To było wszystko, co rodzina dziadka mogła zaofiarować przyjaciołom 

i znajomym dzielącym jej smutek.

background image

Niektórym z rybaków, gdy zbliżali się po ryż, Gawrik mówit kłaniając 

się:

— Kazał wam się pokłonić Tierientij, prosił, żebyście nie zapomnieli: 

jutro o dwunastej godzinie majówka na własnych łodziach naprzeciwko 
Arkadii.

— Przyjedziemy.
Wreszcie w pustej misce pozostały tylko cztery marmoladki. Wówczas 

Gawrik ukłonił się z godnością tym, dla których nie starczyło, i 
powiedział: „Wybaczcie” — i rozdał cztery smakowite kąski Żeni, Pieti i 
Moti, nie zapominając jednakże o sobie. Dając Pieti marmoladkę rzekł:

— Nie bój się, to dobra, Braci Krochmalnikow. Zjedz za spokój duszy. 

Pojedziesz jutro z nami na majówkę?

— Pojadę — odparł Pietia i pokłonił się w pas mogile tak samo, jak to 

czynili wszyscy inni.

Tłum rozszedł się bez pośpiechu. Cmentarz opustoszał. Gdzieś daleko 

za murem dał się słyszeć samotny głos, który zanucił pieśń. Podchwycono 
ją chórem.

„Więc żegnaj nam, druhu, przeszedłeś uczciwie i mężnie szlachetną 

swą drogę!”

Ale natychmiast rozległ się gwizdek policyjny. Pieśń urwała się. Pietia 

usłyszał tupot mnóstwa nóg biegnących za murem. I wszystko ucichło.

Kilka kropel deszczu zrosiło mogiłę. Ale deszczyk jak gdyby straszył 

tylko — ustał nie zdążywszy rozpadać się na dobre. Zrobiło się jeszcze 
bardziej duszno, ponuro.

Motia z mamą, Gawrik i Pietia po raz ostatni przeżegnali się i poszli do 

domu. Pietia pożegnał przyjaciół koło Kulikowego Pola.

— Więc nie zapomnij! — rzekł Gawrik znacząco.
— Ale skądże! — skinął głową z godnością.
Potem, jakby nienaumyślnie, podszedł do Moti. Czerwieniąc się od 

uczucia poniżenia, że musi zwracać się z pytaniem do dziewczynki, spytał 
prędko:

— Słuchaj, Motiu, co to jest majówka?
Motia przybrała poważny, nieco uroczysty wyraz twarzy i 

odpowiedziała :

— Robotnicza Wielkanoc. 

Majówka

background image

Przez całą noc padał ciepły deszczyk. Zaczął się w kwietniu, a 

skończył się w maju. O dziewiątej z rana wiatr uniósł ostatnie krople.

Nad morzem wisiała parna mgła zlewając się z zachmurzonym jeszcze 

niebem. Widnokręgu nie było... Kąpieliska zawisły jak gdyby w mlecznym 
powietrzu. Tylko faliste i lśniące odbicia kołków kołysały się na wodzie 
koloru butelkowego szkła.

Gawrik i Pietia wiosłowali zanurzając z rozkoszą wiosła w wodzie, 

która nawet na oko była ciepła.

Najpierw wiosłowali usilnie — kto kogo prześcignie? Ale Pieti trudno 

było mierzyć się z Gawrikiem. Maleńki rybak bez trudu pokonywał 
małego gimnazjalistę i łódka kręciła się wciąż.

— No, chłopcy, nie róbcie głupstw — nawoływał Tierientij, który 

siedział na dziobie bawiąc się swoją żelazną laseczką — przewrócicie 
łódź!

Chłopcy przestali rywalizować, ale natychmiast wymyślili inną grę — 

kto będzie mniej pryskał.

Dotychczas pryskali niewiele. Ale gdy zaczęli się o to starać, woda jak 

na złość poczęła pryskać spod wioseł. Wówczas chłopcy zaczęli popychać 
jeden drugiego ramionami i łokciami.

— Odejdź, pętaku! — wołał Pietia śmiejąc się na całe gardło.
— Sam jesteś pętak — mruczał Gawrik zagryzając wargi i nagle puścił 

niechcący spod wiosła taką fontannę, że Tierientij ledwie zdążył uchronić 
się, przysiadając na dnie.

Obaj chłopcy dusili się. ze śmiechu, na wargach Pieti zjawiły się aż 

bańki śliny.

— Czemu pryskasz, ty diable?
— Odczep się...
Tierientij chciał już rozgniewać się nie ma żarty, ale nagle i jego 

ogarnęła niepowstrzymana chłopięca wesołość. Zrobił wściekłą minę, 
uchwycił się rękami za obie burty i zaczął kołysać łódź z całej siły.

Chłopcy przewrócili się jeden na drugiego, stuknęli się głowami i 

wrzasnęli przeraźliwie. Potem poczęli wściekle tłuc wiosłami wodę, 
oblewając Tierientija z obu stron całą fontanną bryzgów.

Tierientij nie pozostał dłużny: nachylił się zręcznie nad wodą, odwrócił 

twarz mrużąc oczy i zaczął błyskawicznie pracować dłońmi, oblewając 
chłopców. Po chwili wszyscy trzej byli przemoczeni od stóp do głów. 
Wówczas śmiejąc się do rozpuku i sapiąc powalili się na ławeczki z 
bezsilnym jękiem.

Wietrzyk rozpraszał mgłę. Z wody chlusnęło nagle w oczy słońce, jak 

gdyby naraz podstawiono pod łódkę lustro.

background image

Brzeg wyłaniał się z mgły jak obrazek kalkomanii.
Jasny dzień majowy zagrał wszystkimi swoimi niebieskimi, liliowymi i 

zielonymi barwami.

— No, nadokazywaliśmy się dosyć — rzekł surowo Tierientij ocierając 

rękawem mokre czoło z białą atłasową szramą. — Jedźmy dalej.

Chłopcy spoważnieli i zabrali się do wioseł.
Pietia równomiernie sapał wysunąwszy język. Mówiąc prawdę, 

zmęczył się trochę. Ale za nic w świecie nie przyznałby się do tego wobec 
Gawrika.

Poza tym niezmiernie niepokoiło chłopca pytanie: czy to już majówka, 

czy jeszcze nie majówka? Jednakże nie miał ochoty pytać, żeby się znów 
nie okazać głupim, jak wtedy z Bliskimi Młynami.

Motia powiedziała, że majówka to robotnicza Wielkanoc. Ale płyną 

już oto chyba więcej niż pół godziny wzdłuż wybrzeża, a dotychczas 
jeszcze nie widać ani ciasta, ani szynki, ani kraszanek. Zresztą być może, 
że to tak być powinno. Przecież to nie zwykła Wielkanoc, ale robotnicza.

Jednakże w końcu chłopiec nie wytrzymał.
— Powiedzcie — odezwał się do Tierientija — czy to już prawdziwa 

majówka, czy jeszcze nie?

— Jeszcze nie majówka.
— A kiedy będzie? Czy prędko?
Powiedziawszy to Pietia przygotował natychmiast przesadnie wesoły, 

przymilny uśmiech.

Na podstawie długoletniego doświadczenia rozmów z dorosłymi 

wiedział, że odpowiedzą mu zaraz: „Jak się zacznie, to będzie”. „A kiedy 
się zacznie?” „Jak będzie, to się zacznie”.

Ale ku zdziwieniu Pieti Tierientij odparł mu zupełnie jak dorosłemu:
— Najpierw pojedziemy do Małej Fontanny, weźmiemy pewnego 

człowieka, a potem już zaczniemy majówkę.

Istotnie, na Małej Fontannie skoczył do łodzi wyelegantowany pan z 

laseczką i z plecioną sznurkową torbą. Z rozmachem usiadł koło 
Tierientija, obejrzał się niepewnie na brzeg i rzekł:

— No, do wiosła.
Był to marynarz. Ale, mój Boże, jakżeż był wystrojony.
Chłopcy patrzyli na niego z na pół otwartymi ustami, zachwyceni i 

zmiażdżeni jego nieoczekiwaną wspaniałością. Nawet nie przypuszczali 
dotychczas, że człowiek może być tak piękny.

Nie dość, że miał na sobie kremowe spodnie, zielone skarpetki i 

olśniewająco białe pantofle.

background image

Nie dość, że z kieszeni granatowej marynarki wyłaniała się jedwabna 

pąsowa chusteczka, a w krawacie o deseniu „pawie oko” iskrzyła się 
podkówka z szafirów.

Nie dość, że na piersi wydymał się sztywno nakrochmalony 

półkoszulek, a szczęki marynarza opierały się o wysoki wykrochmalony 
kołnierzyk, którego rogi były zagięte jak rogi wizytówki.

I wreszcie nie dość, że sztywny kapelusz słomkowy „canotier” z 

pasiastą wstążką zsunięty był jak u jakiego eleganta na tył głowy.

Nie dość tego wszystkiego.
Na brzuchu jego chybotał się łańcuszek z mnóstwem breloków, a na 

wykwintnie rozsuniętych palcach widniały szare niciane rękawiczki. To 
już dobijało ostatecznie.

Jeżeli dotychczas chłopcy niezupełnie jeszcze rozstrzygnęli 

zagadnienie, kto jest na świecie najwspanialszy — kanceliści czy 
właściciele budek z kwasem — to teraz śmiesznie byłoby nawet pomyśleć 
o tym

Można było śmiało — z zamkniętymi oczami — oddać wszystkich 

właścicieli budek z kwasem i wszystkich kancelistów tylko za zakręcone 
wąsiki marynarza.

Chłopcy aż przestali wiosłować zapatrzeni w eleganta.
— Oj, Piet’ka! — krzyknął Gawrik — patrz, on nosi rękawiczki. 
Marynarz splunął przez zęby tak daleko, jak chłopcy nigdy nawet we 

śnie nie spluwali, i spojrzawszy gniewnie na Gawrika rzekł:

— A komu to potrzebne, żeby każdy jeden wybałuszał oczy na moją 

kotwicę? Włożyłem na nią pokrowiec. No, braciszkowie, dosyć już tych 
głupstw.

Marynarz nagle przybrał pełną godności pozę, podkręcił wąsy spojrzał 

groźnie na Tierientija, który dusił się ze śmiechu, i wrzasnął:

— Hej, na kutrze! Słuchać mojej komendy! Wio-sła-a-a... na wodę! 

Az! Az! — zaśpiewał udając bosmana. — Prawe kontruj, lewe — napieraj! 
Az! Az!

Chłopcy napierali. Łódź skręciła w otwarte morze, które gorzało przed 

nimi płomiennym srebrem południa.

Tam, o pół wiorsty od brzegu, widać było skupisko łodzi rybackich.
Pietię ogarnęło palące uczucie radosnego lęku. Z podobnym uczuciem 

szedł po raz pierwszy za Gawrikiem jesienią poprzez otoczone przez 
policję dzielnice miasta.

Ale wówczas chłopcy byli sami. Teraz byli z nimi potężni i tajemniczy 

dorośli, którzy nie zdradzali niczym, że kiedyś przedtem widzieli Pietię.

background image

A jednakże chłopiec rozumiał, że doskonale znają go i pamiętają. 

Marynarz mrugnął nawet raz do Pieti, jakby chciał powiedzieć: Jakoś 
żyjemy, bracie!

Pietia również udawał, że widzi marynarza pierwszy raz w życiu.
I było to wesołe, chociaż nieco straszne. W ogóle wszyscy w łodzi byli 

w jakimś podnieconym, podniosłym, w jakimś nazbyt radosnym nastroju.

Wkrótce łódź znalazła się wśród mnóstwa innych łodzi rybackich, 

które kołysały się na wodzie naprzeciw Arkadii, w miejscu z góry 
umówionym.

Cała flotylla różnobarwnych łodzi otoczyła starą, odrapaną łódź 

nieboszczyka dziadka.

Wszyscy rybacy, którzy wczoraj szli za trumną starca — 

małofontańscy, średniofontańscy, z letniska Waltucha, z Arkadii, ze 
Złotego Brzegu — zebrali się dziś tutaj. Przyszli i z dalszych okolic, z 
Lustdorfu i Dofinówki. Znalazł się nawet któryś z Oczakowa. Wszystko to 
byli starzy znajomi — sąsiedzi i przyjaciele. Korzystając z okazji rybacy 
rozmawiali zwiesiwszy za burtę ręce i czupryny. Panował hałas niczym w 
halach targowych. Każdą nową łódź witano okrzykami, bryzgami, 
pluskiem wioseł.

Zaledwie łódź dziadka uderzając o burty wjechała w krąg, gdzie 

pływało już kilka pustych butelek od piwa „Sanzenbacher”, gdy ze 
wszystkich stron rozległy się okrzyki:

— Witaj, Tierientjju!
— Ostrożnie! Nie zatop naszych pudeł swoim pancernikiem.
— Oj, włóczęgi! Przepuśćcie głównego politycznego!
— Tieriocha, miły druhu! Skąd wytrzasnąłeś tego młodego człowieka? 

Toć on zabójczy! — kamizelka pikowa, blamanże,  parle-franse...

Tierientij wydał grube policzki i z pełnym godności zażenowaniem 

kłaniał się na wszystkie strony, wymachując czapeczką z guziczkiem.

— Siła złego na jednego! — wołał cienkim głosem. — Walcie 

przynajmniej nie od razu, ale kolejno: Bywaj, Fiedia, bywaj, Stiepan! 
Witaj, dziadku Wasiliju! O, Mitia! Cały i zdrowy! Myślałem, że cię już 
dawno małofontańskie byczki zjadły. No, ilu was tu na funt suszonych! 
Sasza! Zachodź od lewej!

Odcinając się w ten sposób nacierającym na niego druhom-

towarzyszom Tierientij mrużył oczy i uśmiechał się rozciągając usta od 
ucha do ucha. Rozglądał się z zadowoleniem i czytał na głos nazwy 
otaczających go łodzi.

— „Sonia”, jeszcze jedna „Sonia” i jeszcze „Sonia”, i znowu „Sonia”, i 

„Sonia” z Lustdorfu, i jeszcze trzy „Sonie” z Langeronu. To dopiero! 

background image

osiem Soń, a ja jeden! „Nadia”, „Wiera”, „Luba”, „Szura”, „Motia” Oj, 
mamo, mamusiu!... Gdzieżeśmy wjechali?... Zawracaj! — wołał 
zasłaniając twarz czapką z udanym przestrachem.

Oprócz tych łodzi były jeszcze cztery „Ole”, sześć „Natasz”, nie mniej 

niż dwunastu „Trzech króli” i jeszcze jedna oczakowska łódź z trochę 
dziwną, ale interesującą nazwą: „Aj, zuch Puszkin!”

Kiedy zapanowała cisza i porządek, Tierientij pchnął marynarza 

łokciem:

— Rozpoczynaj, Rodia.
Marynarz zdjął bez pośpiechu kapelusz, położył go na kolanach i 

malutkim grzebykiem rozczesał wąsiki. Potem wstał, rozstawił nogi, żeby 
łatwiej zachować równowagę, i rzekł wyraźnie i głośno tak, by go wszyscy 
słyszeli:

— Witajcie, towarzysze, odescy rybacy. Pozdrawiam was w dniu 

Pierwszego Maja! — Twarz jego stała się naraz energiczna, mocno 
uwydatniły się szczęki i zadarty nos.

— Słyszałem, iż ktoś zainteresował się, kto to taki tu do was przyjechał 

— elegancki wykrochmalony paniczyk w rękawiczkach, parle-franse. Na 
to mogę wam odpowiedzieć, że jestem członkiem Rosyjskiej 
Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej, frakcji bolszewików, przysłanym 
do was przez Odeski Zjednoczony Komitet. I jestem takim samym 
człowiekiem pracy i marynarzem jak wy wszyscy. A co się tyczy 
kamizelki pikowej i białych spodni, to na to pytanie mogę wam też bardzo 
chętnie odpowiedzieć jednym pytaniem. Wy tu przecie wszyscy odeskie 
rybaki i z pewnością wiecie: dlaczego ryba skumbria ma na sobie taką 
ładną niebieską skórę z granatowymi paskami, jak gdyby z mory? Nie 
wiecie? To mogę wam to bardzo łatwo objaśnić. Chodzi o to, aby owej 
skumbrii nie było widać w naszym niebieskim Morzu Czarnym i żeby nie 
tak prędko można ją było złapać na nasz rybacki haczyk. Zrozumiałe?

Na łodziach rozległ się śmiech. Marynarz mrugnął porozumiewawczo, 

potrząsnął głową i rzekł:

— A więc i ja jestem jak owa ryba, która ubiera się specjalnie w taką 

skórę, żeby od razu nie można jej było zauważyć.

Na łodziach roześmieli się jeszcze głośniej.
— Dobra ryba!
— Cały delfin!
— A czy się nie boisz złapać kiedy na haczyk? 
Marynarz poczekał, aż umilkną okrzyki, i odezwał się:
— Ano, chwyć mnie. Śliski jestem. 
Potem ciągnął dalej:

background image

— Oto patrzę dokoła, towarzysze, i myślę o naszej wodzie i ziemi. 

Słoneczko świeci. W morzu wszelakiej ryby do diabła i trochę. Na polach 
ile chcesz pszenicy. W sadach różny owoc: jabłka, morele, wiśnie, 
czereśnie, grusze. Rosną winogrona. Na stepie konie, woły, krowy, 
owieczki. W ziemi srebro, złoto, żelazo — wszelakie różne metale. 
Używać mógłbyś, ile dusza zapragnie. Zdawałoby się, że dla wszystkich 
wystarczy. Zdawałoby się, że wszyscy mogliby być zadowoleni i 
szczęśliwi. Ale co się okazuje? Nie! Wszędzie muszą być bogacze, którzy 
nie pracują wcale, lecz zagarniają dla siebie wszystko, i wszędzie są ludzie 
biedni, nędzarze, którzy pracują dzień i noc jak przeklęci i mają z tego tyle, 
co brudu za paznokciem. No i dlaczego tak się dzieje? Mogę wam na to 
odpowiedzieć całkiem zwyczajnie. Weźmy rybaka. Co robi rybak ? Łowi 
ryby. Nałowi i idzie do hal. Ile też mu na ten przykład dają za setkę 
byczków? Trzydzieści — czterdzieści kopiejek! 

Marynarz przerwał i rozejrzał się dokoła.
— Jeszcze podziękujesz, jeżeli dadzą ci trzydzieści — rzekł podobny 

do dziadka starzec, który ułożył się na dziobie niezgrabnej łodzi „Delfin”. 
Przywiozłem przedwczoraj cztery setki, a ona nie chce mi płacić więcej jak 
po dwadzieścia pięć, żebyś nawet pękł! A sama sprzedaje je zaraz po 
osiemdziesiąt kopiejek.

Wszyscy ożywili się. Marynarz uderzył w najbardziej czułą strunę. 

Każdy chciał wypowiedzieć swoje żale. Jeden uskarżał się, że bez żagla to 
nie życie. Inni mówili, że hale duszą człowieka.

Podczas gdy dorośli hałasowali, chłopcy nie próżnowali również. 

Niektórzy rybacy wzięli z sobą na majówkę dzieci. W łodziach siedziały 
dobrze wychowane dziewczynki w nowiutkich płóciennych sukienkach i 
bose zasępione chłopaczki z łuszczącą się od opalenizny skórą na 
morelowych policzkach. Mieli na sobie satynowe koszulki i rybackie 
czapeczki z kotwicami na guzikach. Jasne, że wszyscy oni byli druhami-
towarzyszami Gawrika.

Dzieci nie pozostawały w tyle za dorosłymi.
Natychmiast zaczęły się zaczepiać wzajemnie i nie upłynęły dwie 

minuty, jak zawrzała istna bitwa morska, przy czym Gawrik dostał po 
twarzy zdechłym byczkiem, a Pietia upuścił czapkę do wody i o mało mu 
nie utonęła.

Zaczął się taki zgiełk i poleciały takie bryzgi, że Tierientij musiał 

krzyknąć:

— No, dosyć tego dokazywania, bo wam wszystkim uszy poobrywam! 
A marynarz mówił dalej usiłując przekrzyczeć hałas:

background image

— Okazuje się więc, że burżuje zabierają nam trzy czwarte naszej 

pracy... A my co? Jak tylko podniesiemy głowę, to oni — szablą po 
czaszce — trach! Biją nas jeszcze wciąż, towarzysze, mocno biją. 
Wznieśliśmy czerwony sztandar na „Potiomkinie” — nie utrzymaliśmy go 
w ręku. Zrobiliśmy powstanie — i znowu to samo. Be naszej robotniczej 
krwi polało się w całej Rosji— aż strach pomyśleć! Ilu nas zginęło na 
szubienicach, w carskich katowniach, w ochranie. Nie trzeba mówić wam 
o tym, sami wiecie. Wczoraj, zdaje się, chowaliście jednego ze swoich, 
dobrego staruszka, który cicho i niepostrzeżenie oddał życie za szczęście 
wnuków i prawnuków. Przestało bić jego stare, szlachetne, robotnicze 
serce. Odeszła jego droga nam wszystkim dusza. Gdzie ona jest, owa dusza 
? Nie ma jej i nigdy już nie będzie... A może teraz buja nad nami jak mewa 
i cieszy ją to, że nie zaprzepaszczamy naszej sprawy i gotujemy się wciąż i 
wciąż do walki o naszą wolność, póki nie zrzucimy ostatecznie z naszego 
karku znienawidzonej władzy.

Marynarz umilkł i zaczął wycierać chusteczką spocone czoło. Wiatr 

igrał pąsową małą szmatką niby maleńkim sztandarem.

Najzupełniejsza, głęboka cisza unosiła się nad łodziami.
A od strony wybrzeża słychać było już trwożne gwizdki stójkowych. 

Marynarz spojrzał w tamtą stronę i mrugnął:

— Nasi przyjaciele zaniepokoili się. To nic. Gwiżdż, gwiżdż! Może co 

wygwiżdżesz, draniu!

Ze złością zgiął rękę wyciągając ramię w kierunku brzegu, usłanego 

mnóstwem strojnych parasolek i panam.

— Masz figę!
I natychmiast piękny Fiedia, który rozłożył się na rufie swojej 

wspaniałej lodzi „Nadia i Wiera”, zagrał na harmonii marsz „Tęsknota za 
ojczyzną”.

Nie wiadomo skąd na wszystkich łodziach zjawiły się kraszanki, małe 

rybki, chleb, butelki.

Marynarz wsunął rękę do swojej plecionej torby, wydobył zakąskę i 

rozdzielił ją równo pomiędzy wszystkich w łodzi. Pietia dostał wyborną 
suchą rybkę, dwa klasztorne obarzanki i liliowe jajko.

Okazało się, że majówka to istotnie wesoła robotnicza Wielkanoc.
Stójkowi gwiżdżąc biegali po wybrzeżu. Łodzie zaczęły oddalać się we 

wszystkie strony.

Obłoki podniosły spoza widnokręgu swoje gipsowe głowy.
Fiedia zwrócił oczy ku niebu, spuścił rękę za burtę i zaśpiewał czystym 

i dźwięcznym tenorem znaną pieśń marynarzy.

background image

Rozpostarło się morze szeroko
skłębione falami sinemi
towarzyszu, jedziemy daleko, 
odjeżdżamy od ojczystej ziemi.

Iskrzyły się wiosła. Odpływała pieśń.

Towarzyszu, na wachcie stać brak mi już sił — 
do palacza się palacz odezwie...

Pieśń już było ledwie słychać. 
Wówczas marynarz dał chłopcom komendę: 
— Wiosła-a-a... na wodę!... Az! A-a-a-az! Az! 
I uderzywszy Tierientija w plecy zanucił:

Czarne nasze morze, 
biały okręt nasz, 
pływa mój najmilszy 
już od czterech lat.

— No, łobuzy! Dalejże pomagać!
I Tierientij, i obaj chłopcy podchwycili wesoło:

Nie płacz mi, Marusiu, 
Nie płacz mi niebogo, 
do ciebie powrócę, 
ożenię się z tobą.

Biała mewa przemknęła bezdźwięcznie tuż nad łodzią na nieruchomo 

rozpostartych skrzydłach. Zdawało się, że pochwyciła w locie wesołą 
piosenkę i uniosła ją w koralowym dziobie niby trzepocącą się srebrną 
rybkę.

Chłopcy długo ścigali ptaka wzrokiem myśląc, że to może śnieżnobiała 

dusza dziadka przyleciała popatrzeć na jego łódź i na swoich wnuków.

Majówka była zakończona.
Ale do brzegu przybili nieprędko — ze dwie godziny jeszcze kluczyli 

po morzu czekając na odpowiednią chwilę.

Najpierw wysadzili Tierientija koło Złotego Brzegu, a potem odwieźli 

marynarza na Langeron.

background image

Marynarz długo rozglądał się na wszystkie strony, zanim zeszedł na 

brzeg. Wreszcie skinął ręką: „Jakoś nic — może jakoś się uda”... — 
chwycił pod pachę swoją elegancką laseczkę z melchiorową gałką w 
kształcie końskiej głowy i wyskoczył z łodzi.

— Dziękuję, chłopaczki! — mruknął spiesznie — do miłego 

zobaczenia się!

I z tymi słowami znikł w tłumie spacerowiczów.
Pietia wrócił do domu w obiadowej porze z pęcherzami na dłoniach i z 

czerwoną, w ciągu jednego dnia opaloną twarzą.

Pomyślny wiatr

Minął tydzień. W ciągu tego czasu Pietia nie był ani razu nad morzem. 

Był zajęty przygotowaniami do odjazdu na folwark. Musiał to z tatusiem, 
to z ciocią chodzić do miasta po sprawunki.

Wszystko dokoła było już letnie.
Maj w Odessie nie różni się niczym od czerwca. Miasto dusiło się w 

trzydziestostopniowym upale. Nad balkonami i nad sklepami spuszczone 
były pasiaste markizy  z czerwonymi draperiami . Odcinał się od nich ostro 
cień zakwitających akacji.

Psy biegały z wysuniętymi językami w poszukiwaniu wody. W 

wylotach między domami wyłaniało się nagle rozpłomienione morze. W 
„centrum” przy zielonych stolikach pod wielkimi płóciennymi parasolami 
siedzieli wekslarze  i kwiaciarki.

Obcasy więzły w rozmiękłym asfalcie. Na jezdni gotowano w wielkich 

kotłach smołę.

Cóż to była za rozkosz — przez cały dzień chodzić po sklepach i 

załatwiać przyjemne wakacyjne sprawunki: serso, sandały, siatki na 
motyle, wędki, piłki, fajerwerki... a potem z lekkimi paczkami o 
dziwacznych kształtach wracać do domu letnim otwartym tramwajem.

Ciało Pieti męczyło się jeszcze w dusznym mieście, lecz niecierpliwa 

dusza wybiegała już daleko naprzód i jechała parowcem, na wskroś owiana 
błękitnym wiatrem podróży.

Ale pewnego dnia wczesnym rankiem rozległ się na podwórzu 

znajomy świst. Chłopiec pobiegł do okna i zobaczył pośrodku podwórka 
Gawrika.

Po chwili Pietia był już na dole. Gawrik miał minę niezwykle 

zatroskaną. Jego szarawa twarz, zaciśnięte energicznie wargi i gniewne, 
błyszczące oczy świadczyły o tym, że stało się jakieś nieszczęście.

background image

Pieti ścisnęło się serce.
— No co — rzekł zniżając mimo woli głos aż do szeptu — no co ? 
Gawrik odwrócił się zasępiony.
— Nic. Chcesz pojechać z nami łodzią?
— Kiedy?
— A zaraz. Ja, Motia i ty. Pod żaglem.
— Szczekasz.
— Pies szczeka.
— Pod żaglem?
— Możesz mi w oczy plunąć, jeżeli nie.
— Na spacer?
— Niechaj będzie na spacer. Chcesz?
— Co za pytanie!
— No to — szybko! Jechać łodzią pod żaglem!
Byłoby zbyteczne dodawać, że Pietia nie pobiegł na górę po czapkę. W 

dziesięć minut chłopcy byli już na brzegu.

Łódź, z umocowanym masztem i zwiniętym żaglem zsunięta do 

połowy na morze, kołysała się na lekkiej fali.

Motia krzątała się boso na dnie łodzi układając w skrzynce pod rufą 

beczułkę z wodą i bochenek żytniego chleba.

— Piet’ka, pchnij — rzekł Gawrik napierając ramieniem na rufę. 

Chłopcy wparli się w burtę i bez zbytniego wysiłku zepchnęli łódź skacząc 
do niej już w biegu.

— Naprzód!
Gawrik zręcznie rozwiązał i napiął nowy czworokątny żagiel. Słaby 

wietrzyk wydął go natychmiast. Łódź pociągnęło bokiem. Klęknąwszy na 
rufie Gawrik z trudem założył ster.

Łódź poczuła ster i zaczęła sunąć prościej.
— Uwaga!
Pietia ledwie zdążył przysiąść i pochylił się.
Przekręcony wiatrem przeszedł żagiel nad samą głową od lewej strony 

ku prawej odsłaniając iskrzące się morze i zamykając widok na gliniasty 
brzeg, na którym mama Moti stała po kolana w burzanie i dzikiej 
pietruszce osłaniając ręką oczy.

Gawrik nacisnął rękojeść steru i przywarł do niej plecami. Maszt 

pochylił się z lekka. Woda dźwięcznie zaszemrała po burcie. Podskakując i 
pluszcząc płaskim dnem po fali łódź wyszła na otwarte morze i popłynęła 
wzdłuż brzegu.

— Dokąd jedziemy ? — spytał Pietia.
— Zobaczysz.

background image

— A daleko?
— Dowiesz się.
W oczach Gawrika zalśnił znowu ten sam zły, skupiony błysk.
Pietia spojrzał na Motię. Dziewczynka siedziała na dziobie, bose nogi 

zwiesiła za burtę i patrzyła nieruchomo przed siebie. Policzki miała mocno 
zapadnięte; wiatr targał jej włosy nie dość jeszcze odrosłe, żeby można 
było zapleść je w warkoczyki.

Przez pewien czas wszyscy milczeli.
Nagle Gawrik wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął z niej duży zegarek 

z czarnej stali. Z powagą przyłożył go do ucha, słuchał przez chwilę, jak 
tika, a następnie otworzył nie bez trudu pokrywkę swoim marmurkowym 
paznokciem, usianym mnóstwem białych plamek, które, jak wiadomo, 
przynoszą człowiekowi szczęście.

Gdyby Gawrik wyciągnął z kieszeni żywą żmiję albo garść 

drogocennych kamieni, Pietia nie byłby bardziej zdziwiony.

Własny zegarek kieszonkowy! To było prawie to samo, co własny 

rower albo własne montechristo. Może nawet więcej.

Pieti dech zaparło. Nie wierzył swoim oczom. Był zgnębiony.
A Gawrik zaczął tymczasem w skupieniu liczyć wskazującym palcem 

cyfry mrucząc pod nosem:

— Jedna godzina, dwie, trzy, cztery, pięć... Dziewięć i jeszcze trochę. 

To nic. Zdążymy.

— Pokaż! — krzyknął Pietia nie posiadając się ze zdumienia.
— Nie rusz, nie kupisz.
— To twój?
— Nie.
I ciągnąc Pietię za rękaw do siebie szepnął mu tajemniczo:
— Partyjne. Z Komitetu. Rozumiesz?
— Rozumiem — szepnął Pietia, chociaż nawet nie zaczynał rozumieć.
— Słuchaj, co ci powiem — ciągnął dalej Gawrik spoglądając z ukosa 

na Motię. — Naszego marynarza złapali. Słyszysz? Siedzi teraz w 
więzieniu. Szósty dzień. Po tamtej majówce złapali go na Langeronie. Ale 
dokumet ma on oczywiście na inne nazwisko. Jak dotychczas nic 
strasznego. Lecz jeżeli tamte dranie wykryją, to już módl się i postaw 
Bogu świeczkę — zaraz go powieszą. Słyszysz? A oni mogą lada chwila 
wykryć. Zgolą mu wąsy. Znajdą jakiegoś judasza, postawią oko w oko i 
wykryją. Teraz rozumiesz, jaka to brzydka sprawa?

— Łżesz! — krzyknął Pietia przerażony.
— Jeżeli ci mówię, to znaczy, że wiem. Więc teraz słuchaj dalej. Póki 

on siedzi tamoj, jeszcze nie wykryty, jemu na wolności urządzają ucieczkę. 

background image

Komitet urządza. Dzisiaj właśnie równo o dziesiątej i pół będzie uciekał z 
więzienia prosto na Wielką Fontannę, a stamtąd na naszej łodzi pod 
żaglem z powrotem do Rumunii. Teraz rozumiesz, dokąd jedziemy? Na 
Wielką Fontannę. Przeprawiamy łódź. A zegarek przyniósł mi Tierientij z 
Komitetu, żeby nijakiego spóźnienia nie było.

Gawrik wyjął znowu zegarek i zaczął patrzeć na niego uważnie.
— Bez ździebka dziesiąta. Zdążymy w samą porę.
— A jakże on ucieknie? — szeptał Pietia. — Przecież go tam pilnują i 

dozorcy, i wartownicy.

— To nic. O dziesiątej i pół ma właśnie spacer. Wyprowadzają ich na 

spacer na podwórze więzienne. Musi tylko przez ogródek przebiec, a na 
małofontańskiej drodze czeka już na niego Tierientij z dorożką. I w te pędy 
do łodzi. Rozumiesz?

— Rozumiem. Ale jakżeż on przelezie przez mur więzienny? Toć mur 

wysoki! O, taki! Do drugiego piętra. Zanim przelezie, zastrzelą go z 
karabinu.

Gawrik skrzywił się.
— Ależ nie! Słuchaj przecie. Po co ma leźć przez mur. Tierientij mur 

wysadzi.

— Jak to wysadzi?
— Dziwaku! Mówię, że wysadzi. Zrobi w nim wyłom. Nocą jeden 

człowiek z Komitetu podłoży tanamid, a dzisiaj o dziesiątej i pół z rana, 
akurat kiedy marynarz zacznie spacer, Tierientij podpali lont z tamtej 
strony i w te pędy do dorożki. I będzie czekał. Tanamid ja-ak wy-bu-chnie!

Pietia spojrzał surowo na Gawrika.
— Co wybuchnie?
— Tanamid.
— Co takiego?!
— Tanamid — powtórzył Gawrik cokolwiek mniej pewnie. — A co? 
— Nie tanamid, lecz dynamit! — rzekł Pietia pouczająco.
_ Niech będzie dynamit. Nieważne, byleby mur rozerwało.
Pietia teraz dopiero uświadomił sobie w całej pełni sens słów Gawrika. 

Poczuł, jak plecy jego pokryły się „gęsią skórką”. Spojrzał na przyjaciela 
wielkimi, ciemnymi oczami.

— Daj słowo honoru, że to prawda.
— Juści, że słowo honoru.
— Przeżegnaj się.
— Na Święty Krzyż, na cerkiew.

background image

Gawrik szybko z przejęciem przeżegnał się na klasztorne kopuły 

Wielkiej Fontanny. Ale Pietia wierzył mu i tak. Kazał mu przeżegnać się 
tylko dla porządku. Całą duszą swoją Pietia czuł, że to prawda.

Gawrik zwinął żagiel. Łódź uderzyła o maleńkie molo dla łódek. Brzeg 

był pusty i dziki.

— Czy nie masz chusteczki ? — spytał Gawrik Pietię.
— Mam.
— Pokaż!
Pietia wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa, na widok której ciocia z 

pewnością zemdlałaby. Ale Gawrika zadowoliła ona w zupełności. Skinął 
poważnie głową.

— Dobra. Schowaj.
Potem spojrzał na zegarek. Była „dziesiąta i ździebełko”.
— Ja zostanę w łodzi — rzekł Gawrik — a ty i Motia biegnijcie na 

górę i stójcie tam w zaułku. Będziecie czekali. Jak tylko podjadą, 
zamachajcie chusteczką, żebym rozwinął żagiel. Rozumiesz dobrze, 
Piet’ka?

— Rozumiem dobrze... A jeżeli wartownik postrzeli ich?
— Spudłuje — rzekł Gawrik z przekonaniem i uśmiechnął się z 

powagą. — Wartownik jest akurat z Dofinówki, znajomy. Leć, Piet’ka. Jak 
tylko zauważysz ich, zaraz zacznij wymachiwać. Potrafisz?

— Co za pytanie!
Pietia i Motia wyleźli z łodzi i pobiegli na górę.
Tutaj, jak i na całym wybrzeżu od Lustdorfu do Langeronu, dzieci 

znały każdą ścieżkę. Przedzierając się przez kwitnące krzaki dzikiego bzu, 
chłopiec i dziewczynka wdrapali się na wysokie urwisko i zatrzymali się w 
zaułku między dwiema willami. Było widać stąd szosę i morze.

Daleko w dole malutka łódź kołysała się koło lilipuciego mola. A sam 

Gawrik był ledwie widoczny.

— Motia, słuchaj, co ci powiem — rzakł Pietia rozejrzawszy się 

dokoła. — Ja wlezę na morwę — stamtąd dalej widać — a ty chodź po 
zaułku i też patrz i uważaj. Kto pierwszy spostrzeże.

Mówiąc prawdę, można było nie wdrapywać się na morwę, bo i z 

urwiska również wszystko było doskonale widać. Ale Pietia poczuł się już 
zwierzchnikiem. Miał ochotę dokonywać wyczynów i komenderować.

Chłopiec z rozbiegu wdrapał się z trudem na drzewo rozdzierając przy 

tym spodnie na kolanach. Ale to nie tylko nie zmieszało go, lecz na 
odwrót, uczyniło go jeszcze bardziej groźnym i dumnym.

Usiadł na gałęzi jak na koniu i nachmurzył się.
— No, czego stoisz? Masz chodzić!

background image

— Zaraz.
Dziewczynka podniosła na Pietię wylękłe oczy, pełne oddania, 

obciągnęła obiema rękami spódniczkę i poszła z powagą zaułkiem ku 
drodze.

— Stój! Zaczekaj! 
Motia zatrzymała się.
— Słuchaj, co ci powiem. Jak tylko ich zobaczysz, zaraz wołaj do 

mnie. A jak tylko ja zobaczę, zaraz będę wołał do ciebie. Chcesz?

— Chcę — odparła cieniutkim głosikiem dziewczynka.
— No, idź już.
Motia odwróciła się i poszła w głębokim cieniu zielonawomlecznych 

akacji, gotowych lada chwila zakwitnąć. Na pokrytej kurzem drodze 
zostawały ślady jej maleńkich, bosych pięt.

Doszła do rogu, postała tam i zawróciła.
— Jeszcze nie jadą. A u ciebie?
— I u mnie jeszcze nie jadą. Przechadzaj się dalej. 
Z początku zabawa ta bardzo się chłopcu podobała.
Ogromnie przyjemnie było siedzieć wysoko na drzewie wpatrując się z 

natężeniem w koniec zaułka — czy nie ukaże się pędząca dorożka.

O jakże wyraźnie wyobrażał sobie Pietia spienionego konia i woźnicę 

wymachującego nad głową świszczącym batem! Dorożka nadjeżdża 
pędem! Z rewolwerami w ręku wyskakują z niej Tierientij i marynarz. Za 
nimi biegną dozorcy. Tierientij i marynarz odstrzeliwują się. Dozorcy 
jeden za drugim padają zabici. Pietia, ile sił w rękach, wymachuje 
chusteczką, zeskakuje zręcznie z drzewa i przeganiając wszystkich pędzi 
do łodzi, żeby pomóc rozwinąć żagiel. A Motia dopiero teraz domyśliła 
się, że to oni przyjechali. Nic dziwnego — toż to dziewczynka. Ale czas 
mijał, a nikogo nie było. Zaczęło być trochę nudno. Pieti sprzykrzyło się 
spoglądanie na olśniewająco białą szosę — toczyła się po niej kareta z 
angielskim woźnicą, ubranym jak Eugieniusz Oniegin, to przejeżdżała z 
hałasem fura wioząca sztuczny lód. Wówczas stawało się szczególnie 
gorąco i szczególnie chciało się pić.

Chłopiec zdążył już dawno i ze wszystkimi szczegółami obejrzeć 

sąsiednią willę: jaskrawozielone trawniki, żwir na dróżkach, statuę 
poplamioną liliowymi kleksami cienia, wazon, z którego zwisały długie, 
ostre liście aloesu i artystę malującego krajobraz.

Artysta z podkręconymi wąsikami, z bródką hiszpańską, w aksamitnym 

berecie siedział pod parasolem na składanym płóciennym krzesełku i 
odchylając się w tył, uderzał długim pędzlem o płótno na sztalugach. 

background image

Uderzy — przyjrzy się z zadowoleniem, znowu uderzy i znowu się 
przyjrzy.

A na odchylony w bok duży palec lewej ręki nasunięta jest paleta, owa 

bez porównania ładniejsza od samego obrazu owalna deszczułka, na której 
zmieszane są w obłędnym, ale czarodziejskim chaosie wszystkie barwy, 
wszystkie odcienie morza, nieba, gliny, bzu, trawy, obłoków, łodzi...

Tymczasem dawno już przyjechała zakurzona dorożka i zaułkiem szli z 

wolna dwaj ludzie. Przed nimi biegła Motia wołając: — U mnie już 
przyjechali! Machaj! Machaj!

Pietia o mało nie spadł z drzewa. Wyciągnął chustkę z kieszeni i zaczął 

gwałtownie wywijać nią nad głową.

Łódź zakołysała się silniej i Pietia ujrzał, jak Gawrik skoczył i 

wymachuje rękami.

Pod morwą, na której siedział Pietia, przeszli Tierientij i marynarz. Po 

ich pąsowych twarzach spływał pot. Chłopiec słyszał ich ciężki oddech.

Marynarz szedł bez czapki utykając mocno. Jego eleganckie kremowe 

spodnie — te same, w których Pietia widział go ostatni raz na majówce, 
były rozdarte i zabrudzone ceglastym pyłem.

Brudny, na pół rozdarty półkoszulek odsłaniał wypukłą, lśniącą od 

potu pierś.

Zaciśnięte pięści były jakby omotane niebieskimi sznurkami żył. 

Wąsiki zwisały. Na obrośniętej twarzy mocno uwydatniały się szczęki. 
Oczy iskrzyły się suchym blaskiem. Grdyka poruszała się. 

— Dzień dobry! Witajcie! — krzyknął Pietia.