background image

Adam Głowacki

CZERNIAKÓW WZYWA

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1984

Okładkę projektował: Konstanty M. Sopoćko

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Renata Wojciechowska

background image

Nikt nie rodzi się saperem

Wychylili   ostrożnie   głowy  zza   gęsto   zrytego   pociskami   artyleryjskimi   nasypu.   Przeciwległy  brzeg 

rysował się wyraźnie. Oczom ich ukazał się przerażający widok. Za rzeką broczyło krwią i huczało pożogą 
serce Polski! Miasto zasnute było czarnym, nisko pełznącym dymem jednego wielkiego pożaru. Nad wodą 
niosło   się   głośne   echo   ulicznych   walk.   Pistolety   maszynowe   zachłystywały   się   pospiesznymi   seriami, 
powietrzem   targały   głuche   detonacje,   którym   wtórowały   odgłosy   rozrywających   się   granatów.   Z   nie 
ukrywanym bólem patrzyli na ten tragiczny obraz ginącego miasta. Byli bezsilni.

— Mordują naszą ukochaną Warszawę  — jęknął cicho któryś z leżących  na nasypie żołnierzy i z 

rozpaczą ukrył twarz w dłoniach.

W szerokim korycie rzeki leżały okaleczone przęsła mostu. Cała konstrukcja nośna była dziwacznie 

poskręcana. Niektóre jej części zwisały ku wodzie, tworząc żałosną kompozycją złożoną z betonu i stali. 
Całość tego zbrodniczego pomnika otulały kłąby gryzącego dymu, pchanego zachodnim wiatrem.

— Niemieckie czołgi! — krzyknął nagle jeden z żołnierzy.
— Gdzie?
— O tam, bardziej na prawo. Idą wprost na powstańców. Zetrą ich na miazgę!
Niemal jednocześnie spojrzeli we wskazanym kierunku. Na próżno wytężali wzrok. Czołgów widać nie 

było, ale charakterystyczny odgłos ich ciężko pracujących silników dochodził do nich coraz wyraźniej. Nie 
było wątpliwości. Niemcy rozpoczęli kolejny atak na pozycje powstańcze na Czerniakowie.

— Szlag by ich trafił — zaklął starszy szeregowiec w rogatywce naciśniętej na uszy.
— Pomścimy stolicę, oczyścimy ją z hitlerowskiego plugastwa  — rzucił przez zęby sierżant Witold 

Komar, dowódca patrolu rozpoznania inżynieryjnego z 4 batalionu saperów. — Zobaczycie jeszcze, jak fryce 
będą zwiewać. Niech tylko nasi dostaną się na tamten brzeg.

— Żeby tak można było jeszcze dziś tam popłynąć — westchnął pyzaty saper z naszywkami kaprala. — 

Tyle nocy i dni czekaliśmy na ten moment.

Pragnienie, które jeszcze przed chwilą malowało się na żołnierskich twarzach, ustąpiło nagle miejsca 

wyrazowi uporu i determinacji. Mocniej zacisnęli ręce na kolbach karabinów. Na chwilę zamilkli. Myślami 
byli na tamtym brzegu Wisły, na zachodnim brzegu. Widzieli już siebie walczących na ulicach Powiśla i 
Czerniakowa. Wśród rodaków...

Te   rozmyślania   przerwał   im   nagle   złowieszczy   świst.   Przywarli   ciałami   do   piaszczystego   wału. 

Odruchowo   zasłonili   uszy.   Huknęło   w   pobliżu,   aż   stęknęła   ziemia.   Na   leżących   saperów   posypały  się 
kawałki gałęzi i strącone podmuchem liście. Znów charakterystyczny świst nadlatującego pocisku i kolejna 
eksplozja. W chwilę później trzecia, czwarta... Coraz bliżej posterunku obserwacyjnego.

— Wymacali nas, dranie — rzucił w kierunku podwładnych sierżant Komar i poderwał się z ziemi. — 

Chłopcy, wycofujemy się! — rozkazał.

Ruszyli   gęsiego,   kryjąc   się   za   wysokim   nasypem  ziemnym,   chyłkiem   przeskoczyli   szosę   biegnącą 

wzdłuż wału i skręcili w prawo, do zabudowań Saskiej Kępy. Przez całą drogę goniły ich głuche wybuchy 
rozrywających się pocisków i gęsty deszcz odłamków. W końcu dopadli do bramy na wpół rozwalonej 
kamienicy, oparli się plecami o mur. Z trudem łapali powietrze.

Ostrzał nieprzyjacielskiej artylerii trwał nieprzerwanie. W pewnej chwili grzmotnęło z taką siłą, że z 

sufitu posypały się cegły.

— Panowie wojskowi — dało się słyszeć gdzieś z dołu. — Prosimy do nas. W suterenie bezpieczniej.
Po omacku, kurz i sypiący się tynk ograniczały widoczność, dotarli do schodów wiodących do piwnicy i 

potykając   się   o   leżący   gruz   wolno   zeszli   w   głąb.   Dotarli   do   obszernego   pomieszczenia   z   trudem 
rozświetlanego   kopcącym   kagankiem.   Zajrzeli   do   środka.   Pod   odrapanymi   ścianami   sutereny  siedziała 
ściśnięta gromadka mieszkańców kamienicy. Mężczyźni, kobiety, dzieci...

— Ależ szwaby tłuką — zagadnął przybyłych żołnierzy ukryty w półmroku mężczyzna. — Nie można 

nawet nosa wytknąć. A nasza artyleria milczy...

— Nie milczy, tylko strzela — zirytował się któryś z saperów.  — Nie słyszy pan. O, właśnie w tej 

chwili walą po niemieckich pozycjach.

— A może po stanowiskach powstańców? — przestraszył się warszawiak.
— Nie ma obaw — zapewnił go sierżant Komar. — Może być pan spokojny.
W piwnicy zapanowała cisza. Sierżant zdjął z głowy czapkę i wytarł nią zakurzoną twarz. Przysiadł na 

kupie gruzów i przystąpił do porządkowania notatek sporządzanych na specjalnym formularzu. Uważniej 
spojrzał na szkic rozpoznanego terenu i przekrój poprzeczny rzeki. Mimo woli wzrok jego padł na datę 
rozpoznania inżynieryjnego: 15 września 1944 roku.

Przymknął na chwilę powieki. Niespodziewanie przypomniał sobie wiersz zamieszczony swego czasu 

background image

w dywizyjnej gazecie. Zaraz, zaraz, jak on się zaczynał.... Uśmiechnął się sam do siebie.

Idziemy drogą, która nas do kraju wiedzie,
Idziemy prosto nie zważając na przeszkody
Za nasze pola, nasze łąki, wsie i miedze,
Za polskie niebo, polską ziemię, polskie wody...

Tak właśnie się zaczynał:  „Idziemy drogą, która nas do kraju wiedzie...” Nacisnął czapkę na głowę i 

mocniej przywarł plecami do ściany piwnicy. Zamyślił się głęboko. Kawał żołnierskiej drogi zostawił za 
sobą. A gdzie był jej początek?

*

Wiadomość o utworzeniu w Sielcach nad Oką 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki dotarła do 

Mariańska na Syberii — rodzinnej miejscowości Witolda Komara — z dużym opóźnieniem. Ale gdy dotarła, 
wywołała w siole sporo zamieszania. W czasie długich jesiennych wieczorów toczyły się na jej temat nie 
kończące się Polaków rozmowy.

— Pierwsza dywizja... — szeptali z zachwytem młodzi.
— Imienia Tadeusza Kościuszki — odpowiadali z szacunkiem i powagą starsi.
Któregoś jesiennego ranka Witek Komar spotkał kolegę, który przyjechał właśnie z miasta, gdzie od 

jednej   z   polskich   rodzin   otrzymał   stary   numer  „Nowych   Widnokręgów”  —   gazety   wydawanej   przez 
Związek Patriotów Polskich. Otworzył ją na odpowiedniej stronie i podsunął Witkowi pod nos.

— Masz, czytaj — powiedział. — Tylko uważnie...
Komar wziął do ręki gazetę i czytał na głos:
—   Do   Polski,   do   Kraju,   do   rodzinnych   domów   prowadzi   jedna   droga,   droga   walki   i   pracy   dla 

zwycięstwa. A najkrótsza droga stąd, ze Związku Radzieckiego...

Przerwał na chwilę i spojrzał na kolegę.
— Nie przerywaj — niecierpliwił się tamten. — Zobaczysz, co będzie dalej.
— Na czym skończyłem? — spytał Witek przyjaciela.
— Na tym, że najkrótsza droga do Polski prowadzi ze Związku Radzieckiego.
— Dobrze, już mam. Część Polaków, która znajdowała się na terenie Związku Radzieckiego, wybrała 

inną drogę, drogę tułaczki po dalekich lądach i morzach...

— To andersowcy —- wtrącił kolega; Witek nie zareagował.
— My, którzy zostaliśmy na terytorium Związku Radzieckiego, musimy sobie jasno powiedzieć: prawo 

powrotu do kraju zdobywa się walką i pracą. Walką i pracą musimy udowodnić nasz patriotyzm i naszą 
polskość. Związek Patriotów Polskich od dłuższego czasu czyni starania o utworzenie na terenie Związku 
Radzieckiego polskich oddziałów. Wierzymy, że w najbliższym czasie będziemy mogli ramię w ramię z 
Czerwoną Armią, pod polskim sztandarem, zadokumentować z bronią w ręku naszą miłość do Polski, nasze 
prawo do Polski... Hip, hip, hura! — wrzasnął nagle Witek i chwyciwszy przyjaciela wpół wywinął z nim 
potężnego młyńca.

— Stare chłopy, a takie głuptaki — strofowała ich żartobliwie jakaś starowina.
— Babcia obraża przyszłych żołnierzy Wojska Polskiego! — odpowiedzieli na zaczepkę jednocześnie i 

dokazując zniknęli za rogiem domu.

W ten sposób zrodziła się decyzja: jadą do dalekich Sielc nad Oką.
Przygotowania do podróży nie zajęły im wiele czasu. Każdy z nich zabrał ze sobą dwie zmiany bielizny, 

kubek i zapasy żywności na okres czternastu dni. Obliczyli, że za dwa tygodnie powinni być na miejscu.

Nikt w wiosce nie opływał w dostatki. Jej mieszkańcy pracowali ciężko i żyli nadzwyczaj skromnie. 

Mimo to matki chłopców  — cicho popłakując po kątach  — zdołały w ciągu kilku dni wypełnić podróżne 
tobołki żywnością. Znalazły się w nich suchary, kasza jaglana, trochę soli i cukru. Ojcu kolegi Witka udało 
się także zdobyć kawałek słoniny. Ile go to kosztowało, nie przyznał się nikomu, ale bystry chłopiec wkrótce 
zauważył, że z domu zniknęło całkiem przyzwoite palto taty.

Na   odległej   stacyjce   zebrało   się   kilkudziesięciu   ochotników,   takich   samych   jak   oni   chłopców 

pochodzących z polskich rodzin, pracujących w okolicznych wsiach, i osiedlach. Mimo deszczu i chłodu 
młodych nie opuszczał dobry humor. Dopiero gdy zajęli miejsca w towarowym wagonie, przystosowanym 
do przewozu ludzi, zmarkotnieli nieco. Nieznane pociągało, ale jednocześnie przerażało niejednego z nich.

Długa,   powolna   podróż   sprzyjała   refleksjom,   głośnemu   zastanawianiu   się   nad   czekającą   ich 

przyszłością.   Dyskutowali   o   niej   całymi   godzinami,   nierzadko   zapominając,   iż   czas   już   najwyższy   na 

background image

skromny posiłek. Padały więc te same pytania, na które żaden z nich nie potrafił odpowiedzieć.

— Ciekawe, czy będziemy ubrani w polskie mundury?
— A czapki to chyba przedwojenne, rogatywki...
— Na maszcie będzie zapewne powiewała flaga biało-czerwona...
— A kto z was zgadnie, jakie orzełki będziemy nosili na tych rogatywkach?
Przekrzykiwali się nawzajem, czasem kłócili, by po chwili znów się jednoczyć, gdy myśli wybiegały 

daleko w przyszłość. Zwycięska przyszłość — bo o innej przecież nie myślano — stanowiła ideę łączącą ich 
myśli, serca i umysły.

W ferworze politycznych dyskusji, dialogów i monologów nawet nie zauważyli, iż pociąg utknął na 

jakiejś stacji. Po chwili dopiero otworzyli drzwi i wyjrzeli na zewnątrz.

—   Chłopaki,   popatrzcie!  —   zawołał   jeden   z   nich.  —   Do   naszego   transportu   dołączają   wagony  z 

Polakami.

— Jaka chmara ludzi — dziwuje się stojący obok niego chłopak. — Z kuferkami, węzełkami... Jedni 

wyglądają jak stateczni gospodarze, a inni jak dziady obtargane z lada jakim tobołkiem. I to wszystko do 
polskiego wojska. Gdzie oni nas tam pomieszczą?

— Pomieszczą, pomieszczą — odpowiada ten pierwszy. — Jeszcze miejsca zostanie.
Na peronie ścisk i tłok. Krzyżują się wołania. Ludzie całymi grupami przechodzą z czoła do końca i z 

końca do czoła eszelonu. Jak okiem sięgnąć tłumy rodaków. I wszędzie słychać tylko polską mowę.

To byli ci sami, co żaru odpryski
Na dłoń brali w hutach Uralu,
A czoła opalał im wiatr syberyjski,
A piersi zgorzały od żalu.
Ich ręce spękane od prac nie zawiodły,
Ich kark dźwigał cedry śnieżyste i jodły...

Eszelon posuwał się bardzo wolno — po prostu wlókł się. Prawie na każdej stacji pociąg zatrzymywał 

się.   Nierzadko   na   kilka   godzin,   bywało,   że   nawet   na   cały  dzień.   Postoje   wykorzystywano   na   wspólne 
gotowanie gorącej strawy, toaletę osobistą, sprzątanie wagonu.

— Kto ma list do wrzucenia? — któregoś dnia zawołał usłużnie siedzący obok Witka Komara starszy 

mężczyzna.

— Ja mam.
— I ja...
— Szybciej się decydować, bo już wychodzę — ponaglał współtowarzyszy podróży „listonosz”.
Zebrał sporą paczkę kopert. Widniały na nich różne adresy. Miejskie, wiejskie i z odległych siół, gdzie 

diabeł mówi dobranoc. Jak wiatr jesienne liście, tak okrutna wojna rozniosła Polaków po całym terytorium 
Związku Radzieckiego.

Mija dni, mijały chłodne noce, a pociąg wciąż podążał na zachód. Stłoczeni w wagonach ludzie byli 

zmarznięci i znużeni, podenerwowani i nierzadko głodni. Niektórzy z nich, a wśród nich Witold Komar, 
przejechali już blisko trzy tysiące kilometrów! To się mogło znudzić nawet najcierpliwszym i najbardziej 
odpornym na trudy.

Cel podróży zbliżał się jednak nieuchronnie.  Osiągnęli go pewnego mroźnego, zimowego poranka. 

Właśnie tego dnia któryś z „pasażerów” wlokącego się pociągu  wyjrzał z wagonu i zobaczył niewielką, 
zbombardowaną stacyjkę. Z trudem odczytał jej nazwę; Diwowo. Rozejrzał się zaspany po peronie i nagle 
przestał wierzyć własnym oczom. Dosłownie kilkanaście kroków od niego stało kilku żołnierzy... w polskich 
mundurach!

Narobił w wagonie takiego wrzasku, że inni pozrywali się na równe nogi. Jeden za drugim cisnęli się do 

wyjścia. Witek Komar razem ze swym kolegą należeli do pierwszych, którzy dopadli polskich żołnierzy 
stojących na peronie. Wkrótce zebrał się wokół nich tłum przybyłych z daleka rodaków. Pytaniom nie było 
wprost końca.

Ochotników sformowano w kolumny marszowe. Dalszą drogę mieli przebyć pieszo.
— Jak daleko do Sielc? — spytał Witek Komar idącego obok marszowej kolumny żołnierza.
— Będzie z osiem kilometrów. I dodatkowa atrakcja, przejście przez Okę po lodzie.
Kilka godzin później pierwsze kolumny dotarły na miejsce. Znalazły się w bramie obozu sieleckiego.
— Witek, popatrz! — trącił Komara w bok kolega z wioski. — Spójrz na bramę...
Komar podniósł wzrok. Nad głównym wejściem ujrzał już częściowo zatarty, zniszczony napis: „Witaj 

wczorajszy tułaczu dzisiejszy żołnierzu”. Po bokach napisu umieszczone były biało-czerwone sztandary, a 
nad nimi piastowski orzeł. Nagle obraz ów stracił swą naturalną ostrość. Przesłoniły go napływające do oczu 

background image

łzy.

*

Wysoki barczysty sierżant ze służby mundurowej nie daje zbyt dużo czasu na przymiarki  — kolejka 

przybyłych do obozu ochotników ogromna, a dzień bardzo krótki, fasowanie oporządzenia odbywa się więc 
błyskawicznie. Mundur, czapka, buty...

— Za duże, panie sierżancie — skarży się ktoś w tłumie.
— Nie ma mniejszych — mówi ze stoickim spokojem podoficer i przechodzi do załatwiania kolejnego 

delikwenta.

— Dwa numery za duże — lamentuje pechowiec. — Jak ja będę w tym chodził?
— Przestań zawracać głowę — strofują go stojący za nim w kolejce. — Zamienisz później z kimś na 

mniejsze.

— Ale z kim? — nie daje za wygraną „poszkodowany”.
Głośny śmiech kolegów zagłusza dalsze narzekania. Wkrótce godzi się z losem. Dochodzi nawet do 

wniosku, że w zimie większe buty są po prostu... cieplejsze.

Pierwsi ochotnicy meldują się przed stołem komisji poborowej.
— Nazwisko i imię?
— Komar Witold.
— Rocznik?
— Tysiąc dziewięćset piętnasty.
— Miejsce urodzenia?
— Mariańsk.
— Pójdziesz do trzeciej dywizji piechoty imienia Romualda Traugutta, a ściślej mówiąc do czwartego 

batalionu saperów tej dywizji. To wszystko. Zrozumieliście?

— Tak jest, panie... obywatelu kapitanie.
— Odmaszerować!
— Następny!
Wraz z Komarem skierowano do saperów jeszcze kilku innych żołnierzy. Niebawem cała grupa udała 

się   w   kierunku   miejsca   postoju   pododdziału.   Droga   była   wąska,   zaśnieżona   i   prowadziła   przez 
wysokopienny las iglasty. Szli w milczeniu przyglądając się sobie ukradkiem.

— Chłopaki, a wy dokąd? — dało się słyszeć z kabiny przejeżdżającego samochodu ciężarowego.
— Do czwartego batalionu saperów...
— Dobrze się składa. Właśnie tam jadę. Siadajcie na skrzynię, to was podrzucę. Tylko sprawnie.
Z niemałym trudem wdrapali się pod plandekę wozu.
— Gotowe!
Gaz zaczął toczyć się wolno po zlodowaciałej, miejscami śnieżnej drodze. Z ciekawością rozglądali się 

wokół. Mijali miejsca postoju poszczególnych batalionów i pułków 3 dywizji. Po lewej i prawej stronie 
drogi widać było rzędy dużych, wkopanych głęboko w ziemię i przysypanych śnieżnym puchem ziemianek. 
Nadawały one obozowi charakter miasteczka wojskowego.

Kierowca,  który prowadził  wóz bardzo  ostrożnie,  zwolnił nagle,  gdyż  na śliskiej  nawierzchni  było 

bardzo niebezpiecznie. Wreszcie zatrzymał się naprzeciw kolejnego zgrupowania ziemianek dobrze ukrytych 
wśród ośnieżonych sosen.

— Saperzy, oto wasze królestwo — krzyknął w ich stronę, kierowca. — Wysiadać!

*

Czwarty batalion saperów zaczęto formować na podstawie rozkazu dowódcy 1 Korpusu Polskich Sił 

Zbrojnych   w   ZSRR   z   dnia   27   grudnia   1943   roku   jako   jednostkę   organiczną   3   Dywizji   Piechoty   im. 
Romualda Traugutta. Na miejsce postoju wyznaczono saperom obóz wojskowy w Sielcach nad Oką, a ich 
dowódcą mianowano kapitana Władysława Kusznarowa. Oficer ten, mimo iż nosił z rosyjska brzmiące 
nazwisko,   był  Polakiem,  i   w  dodatku   rodowitym   warszawiakiem.   Dowodzenie   pododdziałem  rozpoczął 
pierwszego dnia nowego 1944 roku od zwiedzenia obozowiska.

Saperzy przybyli do gotowych już pomieszczeń i urządzeń obozowych, do pomieszczeń wykonanych 

przez ich poprzedników  —  żołnierzy 1 i 2 dywizji piechoty. Ziemianki były solidne, zbudowane z sosen, 
głęboko   wkopane   w   ziemię.   Ściany  miały  wzmocnione   deskami   lub   plecionką   z   gałęzi   młodej   brzozy. 
Należało z nich jedynie usunąć nawiany wiatrem śnieg, pozatykać tu i ówdzie dziury oraz ogrzać je.

background image

W   każdej  ziemiance  mogła  się   pomieścić cała  kompania.   Do  spania  przygotowane  były podwójne 

prycze,   a   na   nich   sienniki,   które   należało   wypchać   słomą.   Pośrodku,   między   dwoma   rzędami   słupów 
wspierających dach, umieszczono stojaki na broń i sprzęt osobisty żołnierzy. Wyposażenie uzupełniały stoły 
i ławki oraz piecyki żelazne lub zbudowane z cegły. Do każdej ziemianki prowadziły dwa wejścia, ale tylko 
jedno z nich było czynne, drugie spełniało funkcję wyjścia zapasowego. W każdej ziemiance wydzielono 
niewielkie   pomieszczenie,   w   którym   mieściła   się   kancelaria   i   magazyn   podręczny  kompanii.   Stała   tam 
również beczka z wodą i sprzęt przeciwpożarowy.

Warunki zakwaterowania saperów nie należały do luksusowych. Tym bardziej że panowała surowa zima 

z dużymi opadami śniegu. Dostrzegł to wszystko kapitan Kusznarow i zaraz po lustracji terenu zwołał na 
odprawę dowódców kompanii i plutonów.

—   Każdy   z   was   jest   bezpośrednio   odpowiedzialny   za   warunki   bytowe   swoich   podwładnych  — 

powiedział   na   wstępie.  —  We   własnym  zakresie   musicie   je   zmieniać   i   poprawiać.   Początki   są   zawsze 
najgorsze, ale początki nie mogą trwać zbyt długo. Do wiosny jeszcze daleko. Jak sobie pościelimy, tak się 
wyśpimy...

Przystosowanie pomieszczeń do warunków zimowych nie było w tym czasie przedsięwzięciem łatwym. 

W   obozie   odczuwano   dotkliwy  brak   siekier,   pił   i   innych   narzędzi.   Imano   się   różnych   sposobów,   aby 
wykonać rozkaz dowódcy. Żołnierskie pomysły odegrały tu dosyć dużą rolę.

W pierwszym okresie batalion przeżywał naprawdę trudne dni. Brakowało materiałów budowlanych, 

niezbędnych   do   przeprowadzenia   remontów   obozowych   obiektów,   nie   było   dostatecznej   ilości   sprzętu 
kwatermistrzowskiego, bielizny, prześcieradeł, koców. Jeszcze na początku lutego nie wszyscy żołnierze 
mieli ciepłą bieliznę, ręczniki i buty.

Nie brakowało natomiast optymizmu i ducha bojowego. Saperzy niemal bez przerwy myśleli o kraju, 

dla którego gotowi byli poświęcić swe życie. Wolna Polska była na ustach wszystkich. I choć wiedzieli, że 
droga do niej daleka i nie usłana różami, to byli pewni, że zwyciężą i dojdą. A póki co, mówili o niej, 
wspominali ją — choć jeszcze zniewoloną, przecież najdroższą.

Rozmowy o Polsce toczyły się w każdej wolnej chwili we wszystkich kompaniach saperów. Szczeremu 

żołnierskiemu dialogowi przewodzili oficerowie polityczno-oświatowi. Wracał ów polski temat w ciągu dnia 
i   podczas   wieczornych   pogaduszek.   Niejednokrotnie   przy   okazji   pogadanek   oświatowych   wybuchały 
namiętne dyskusje. Wynikał spór o granice wschodnie Polski i armię Andersa, o ocenę postaci Sikorskiego i 
Sosnkowskiego, o doznane krzywdy, głód i chłód lat ostatnich.

Raz po raz padały z ciasnego żołnierskiego kręgu, utworzonego przy żelaznym piecyku, pytania:
— Więc jaka będzie ta nowa Polska...
— Wolna, niepodległa, demokratyczna, to się wie. Ale z jakimi granicami?
— Czy w Polsce będą kołchozy?
— A ziemia? Ziemię pańską podzieli się między chłopów, czy jak w osiemnastym roku będą to tylko 

puste słowa? Obiecujecie złote góry, bo chłop cierpliwy, tak?

— Będzie inna Polska, inna wieś, inne stosunki. To jest pewne. Takie, jakie ustali sam naród. My tu w 

końcu jesteśmy tylko jego maleńką cząstką — tłumaczyli oficerowie.

Rozpalała się wyobraźnia żołnierzy.
Jednocześnie   z   każdym   mijającym   dniem   powiększał   się   stan   osobowy   batalionu.   Życie   obozowe 

zaczęło nabierać zorganizowanego charakteru. Poszczególne plutony i kompanie stawały się coraz bardziej 
zwarte.   I   to  zarówno   pod  względem  ogólnowojskowym,   jak   i   politycznym.   Różnorodna   masa   cywilów 
przeobrażała się stopniowo, ale systematycznie, w prawdziwą jednostkę wojskową.

Któregoś   dnia,   a   było   to   w   końcu   stycznia   1944   roku,   obiegła   obozowisko   wiadomość,   która 

zelektryzowała wszystkich.

— Na stację Diwowo przybył pierwszy transport broni!
Wieść   ta,   podawana   z   ust   do   ust,   błyskawicznie   obiegła   ziemianki.   Wzbudziła   wśród   żołnierzy  4 

batalionu falę niebywałego entuzjazmu. Nareszcie dostaną do ręki broń, pójdą bić faszystów...

Po entuzjazmie i uniesieniu niepewność. Czy to tylko prawda?
— Prawda, czysta prawda — zaklinał się podoficer dyżurny 1 kompanii saperów.  — Słyszałem na 

własne   uszy,   jak   dowódca   batalionu   przekazywał   wiadomość   naszemu   porucznikowi.   Tylko   sprawa 
przywozu broni ze stacji nastręcza sporo trudności. Wszystkie drogi są zasypane grubą warstwą śniegu. 
Miejscami zalegają ogromne zaspy. A ponadto brakuje odpowiedniego transportu.

Posmutniały żołnierskie twarze. Ale tylko na moment. Już znaleźli rozwiązanie problemu.
— Odśnieżymy  drogę od obozu do stacji kolejowej.
— Dostaniemy się do transportu broni...
— To prawda, że samochodów jak na lekarstwo, ale są jeszcze wozy, można zbudować sanie.

background image

— Już jutro broń znajdzie się w batalionowych magazynach — zapewniali saperzy.
Jak postanowili, tak zrobili. Wyładowali broń z pociągu, załadowali ją na samochody, wozy i sanie i tak 

uszykowana kolumna  ruszyła  w kierunku obozowiska. Na miejsce dotarła późnym wieczorem, gdyż  co 
pewien czas musiała się zatrzymywać. Droga znów zasypana była śniegiem i saperzy nie szczędząc potu 
czynili wszystko, aby stała się przejezdna.

Dzień   wręczenia   broni   stał   się   wielkim   świętem   batalionu.   Było   mroźnie,   ale   słonecznie.   Na   tle 

przysypanych śnieżnym puchem sosen ustawiono stoły nakryte kocami. A na nich równiutko, jeden obok 
drugiego, ułożono karabiny. Lufami w kierunku lasu, kolbami prostopadle do stojących przed ziemiankami 
plutonów i kompanii.

—  Żołnierze!  — przemówił dowódca batalionu kapitan Władysław Kusznarow.  — Za chwilę nastąpi 

uroczysty moment wręczenia broni. Jest ona darem Związku Radzieckiego dla polskiego żołnierza. Z tą 
bronią wyruszymy wkrótce na front. Będzie nam ona służyć w walce z hitlerowcami o wolność Polski. W tej 
walce   nie   jesteśmy   osamotnieni.   Pójdziemy   w   bój   u   boku   niezwyciężonej   Armii   Czerwonej,   naszego 
niezawodnego sojusznika. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wielka to chwila.

Zdawali   sobie   sprawę.   Brali   nieporadnie   broń   jeszcze   nie   oczyszczoną   ze   smarów.   Delikatnie 

przyciskali ją do piersi. Pięciostrzałową. „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz...”

Nie kryli łez podoficerowie, których żołnierską skórę garbowały pociski i odłamki szrapneli już w 

tamtej wojnie. Ani ci, co nosili pod sercem maleńkie odłamki z września i utykali po źle zagojonych w 
niemieckiej niewoli ranach. Ściskało za gardło saperską młodzież, osiemnastolatków, nierzadko mających 
jeszcze mleko pod nosem. Wszyscy byli głęboko wzruszeni. Nie wstydzili się całować lśniącego „ruskiego” 
karabinu.

On im otworzy drogę do kraju.

*

Wręczenie   broni   zakończyło   pierwszy   etap   formowania   4   batalionu   saperów.   Zmieniło   też   tok 

dotychczasowego   szkolenia   bojowego.   Żołnierzy  obowiązywał   teraz   określony  rozkład   dnia,   w   którym 
zajęcia trwały dziesięć godzin. Pododdziały wracały z pola dopiero o zmroku.

Nadchodziła kolejna żołnierska noc w obozie sieleckim. Jednym niosła ulgę i twardy sen po znojnym 

dniu,   innym   szczególnie   dotkliwy   ładunek   trosk.   Wczesnym   rankiem,   mroźnym   i   wietrznym,   znów 
formowali drużyny, plutony i kompanie, by ustawić się z dwulitrowymi kociołkami w ręku po jedzenie.

— Sięgnij tą chochlą głębiej — upraszał kucharza jakiś zgłodnialec.
— Coś ta zupa jakaś dzisiaj  „cienka”  — narzekał inny,  pochłaniając w mgnieniu  oka grubą pajdę 

chleba.

Byle do obiadu. Byle przetrwać ćwiczenia na mrozie przekraczającym dwadzieścia stopni, kiedy to ręce 

same „lepią” się do broni.

W szkoleniu bojowym dowództwo 4 batalionu saperów, zgodnie z otrzymanymi rozkazami, wzorowało 

się na radzieckiej nauce wojennej, na radzieckich doświadczeniach bitewnych, regulaminach i instrukcjach. 
Początkowo program szkolenia (z dnia 1 lutego 1944 r.) przewidywał trzymiesięczny okres zajęć. Później 
jednak, 7 lutego, rozkazem dowództwa 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR skrócono go do sześciu 
tygodni. Decyzja przełożonych stała się przedmiotem specjalnej odprawy.

W   kancelarii   kapitana   Władysława   Kusznarowa   zebrali   się   dowódcy   plutonów   i   kompanii.   W 

niewielkim   pomieszczeniu   każdy   starał   się   znaleźć   jak   najwygodniejsze   miejsce   i   to   jak   najbliżej 
rozpalonego do czerwoności piecyka. Zebranym przedstawiono plan i program szkolenia bojowego.

— Czasu na  ćwiczenia mamy bardzo mało  — stwierdził na wstępie dowódca 4 batalionu.  — Co to 

oznacza w praktyce, nie muszę chyba tłumaczyć w tym gronie. Żądam wzmożonego wysiłku od wszystkich, 
zarówno oficerów jak i szeregowców. Chodzi o to, aby w tak krótkim czasie batalion mógł osiągnąć pełną 
gotowość bojową.

Słowa dowódcy przyjęto ze zrozumieniem. Wiadomo, muszą jak najszybciej ruszyć na front. Ale żeby 

tam iść, trzeba najpierw z podwładnych uczynić saperów. Nikt nie rodzi się saperem, ale można nim zostać. 
Udowodnią, że nawet w tak krótkim czasie.

— Program ćwiczeń obejmuje podstawowe zagadnienia szkolenia saperskiego — kontynuował kapitan 

Kusznarow. — Proszę je dokładnie zanotować i skrupulatnie przestrzegać terminów i godzin poszczególnych 
zajęć. I jeszcze jedno: kompanie szkolić w warunkach zbliżonych do frontowych, zgodnie z wypróbowaną 
zasadą: „im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju”.

Kartki notatników dowódców plutonów i kompanii zaczęły się zapełniać programowymi zleceniami:
„Przeprawy — zapoznanie z elementami parku pontonowego NLP, organizacja przeprawy desantowej i 

background image

promowej oraz budowy mostu pontonowego.

Minowanie   i   rozminowanie   —   budowa   i   działanie   min   wchodzących   w   skład   uzbrojenia   Armii 

Radzieckiej oraz wojsk niemieckich, organizacja minowania i rozminowania z praktycznym udoskonaleniem 
tych umiejętności.

Budowa   mostów   drewnianych  —   przeprowadzenie   rozpoznania   miejsca   budowy,   przygotowanie 

elementów mostu oraz jego budowy.

Fortyfikacja   i   maskowanie   —   budowa   umocnień   inżynieryjnych   wszelkiego   typu   oraz   nauka   ich 

maskowania.

Remont i budowa dróg — budowa dróg w terenie błotnistym i piaszczystym, wzmocnienie i naprawa 

dróg przy użyciu środków podręcznych: faszyn, żerdzi i innego materiału drzewnego.

Musztra, strzelanie, nauka o broni i regulaminy.”
—  W   trakcie   ćwiczeń   należy   zwracać   baczną   uwagę   na   wdrożenie   umiejętności   wykonywania 

podstawowych   prac   inżynieryjnych   i   nie   zapominać   jednocześnie   o   dobrym   przygotowaniu 
ogólnowojskowym — podsumował dowódca batalionu. — Szczególny nacisk trzeba położyć na szkolenie z 
zakresu   budowy   zapór   inżynieryjnych,   prac   minerskich,   budowy   mostów   wojennych   i   przepraw. 
Jednocześnie   intensywnie   przerabiać   taktykę   ogólnowojskową,   musztrę,   strzelania   oraz   pracować   nad 
zgrywaniem plutonów i kompanii.

To wszystko mieli opanować żołnierze 4 batalionu zaledwie w półtora miesiąca. Mieli i musieli. Po to, 

by okrzepnąć i poznać trud pracy sapera.

*

Byli zmęczeni i nieskorzy do rozmów. Dzisiejsze zajęcia z rozpoznania inżynieryjnego dały się im 

porządnie we znaki. A właściwie nie tyle zajęcia, co marznąca mżawka. Przemokli do suchej nitki, a na 
dodatek pozamieniali się w lodowe sople. Nie ma co mówić, ten dzień będą pamiętali długo.

—   Nigdy  nie   przypuszczałem  —   zwierzał   się   dowódcy  drużyny  Witek   Komar  —  że   rozpoznanie 

saperskie, to tak ważna czynność...

— Ważna, to mało, niezbędna — stwierdził kapral. — Pamiętacie, jak mówiłem w toku ćwiczenia, iż 

żadne  działanie   bojowe,   bez   względu  na  jego  rozmiar,  nie   może   być  przeprowadzone  bez   uprzedniego 
rozpoznania.   Rozpoznanie   dostarcza   wiadomości,   bez   których   prowadzenie   natarcia   na   umocnionego 
nieprzyjaciela jest po prostu niemożliwe. A które z elementów rozpoznania saperskiego przypadły wam 
najbardziej   do   gustu?  —   spytał   dowódca   drużyny  podwładnych,   którzy  skupili   sie   wokół   rozgrzanego 
piecyka.

— Wszystko na zajęciach nas ciekawiło, bo nowe i nieznane — zauważył ktoś z boku.
—  Mnie podobała się ta część szkolenia, w czasie której ćwiczyliśmy rozpoznanie terenu sposobem 

obserwacji  — mówił z zapałem wysoki, chudy jak tyczka saper.  — Absorbowała mnie praca w punkcie 
obserwacyjnym,   a   już   zupełnie   zachwyciło   mnie   operowanie   środkami   optycznymi:   lornetką,   lornetą 
nożycową, peryskopem... Mimo dużej odległości wszystko było widać jak na dłoni.

— Przy takiej  widoczności  obiektów nieprzyjaciela  wykonanie szkicu  perspektywicznego  terenu  w 

wycinku obserwacji nie nastręczyło mi żadnych kłopotów — chwalił się jego kolega.

— A pamiętacie obowiązujące na punkcie obserwacyjnym zasady? — zagadnął nieoczekiwanie kapral 

podwładnych.

— Punkty obserwacyjne rozmieszcza się w terenie co pół kilometra, a nawet co kilometr.
Dowódca drużyny skinął aprobująco głową. Ośmieliło to pozostałych.
— Miejsce na punkty obserwacyjne należy wybierać na przednim skraju lub w głębi rejonu własnej 

obrony tak, aby móc obserwować całe przedpole obrony przeciwnika w określonym wycinku...

—   Położenie   zaobserwowanego   obiektu   okeśla   się   za   pomocą   wcięć   dwóch   lub   trzech   punktów 

obserwacyjnych. Sposób ten zapewnia wystarczającą dokładność.

—   Widzę,   że   coś   wam   z   tych   dzisiejszych   zajęć   w   polu   zostało   pod   czapkami  —   stwierdził   z 

zadowoleniem podoficer. — Nauka nie poszła w las.

— Obywatelu kapralu, czy sposobem obserwacji można ustalić granice pól minowych, typy min i ich 

liczbę — zapytał któryś.

— A jak wy sądzicie? — pytaniem na pytanie odpowiedział dowódca drużyny.
Przez moment wśród saperów panowało kłopotliwe milczenie. Jeden oglądał się na drugiego, potem 

wszyscy spojrzeli w kierunku kaprala.

— Pytanie bardzo sensowne, choć wyprzedzające nieco program szkolenia powiedział podoficer. — Ale 

skoro was ten problem interesuje, postaram się zaspokoić waszą ciekawość.

background image

Bliżej przysunęli się do dowódcy  —  żaden nie chciał uronić nawet słówka z jego wywodu. Mimo 

krótkiego okresu obcowania z żołnierskim rzemiosłem zdołali już połknąć saperskiego bakcyla i wszystko, 
co z tą profesją było związane, interesowało ich autentycznie.

— Sposobem obserwacji nie można ustalić granic pól minowych  — wyjaśnił wątpliwości dowódca 

drużyny.  — Ani granic pól minowych — powtórzył  — ani typu min i ich liczby. To samo dotyczy typu 
obiektów umocnionych, liczby znajdujących się w nich strzelnic i rodzaju wejść. Niemożliwe jest również 
sprawdzenie i potwierdzenie taką metodą wiadomości zdobytych uprzednio innymi sposobami rozpoznania. 
Interesujące was dane zdobywają patrole rozpoznawcze wysyłane na przedpole, przeważnie w nocy, jako 
grupy  ogólnego   rozpoznania   bojowego   lub   jako   specjalne   saperskie   grupy   rozpoznawcze.   Ale   na   dziś 
wystarczy tej nauki. Za kilkanaście minut capstrzyk. Pora spać. Jutro skoro świt wyruszymy na równie 
ciekawe zającia.

Szurając buciorami rozeszli się w kierunku swoich pryczy. Dyskusja zamarła. W ziemiance zrobiło się 

cicho i sennie.

— Capstrzyk — rozległo się przeciągłe wołanie dyżurnych.

O mój rozmarynie, rozwijaj się,
O mój rozmarynie, rozwijaj się,
Pójdę do dziewczyny, pójdę do
jedynej,
Zapytam się...

Śpiewali   tę   popularną   piosenkę,   ale   tak   naprawdę   to   wcale   nie   było   im  do  śpiewu.   Dwugodzinna 

przerwa obiadowa całkiem ich rozkleiła. Szli objuczeni saperskim sprzętem, od czasu do czasu łamiąc szyk 
marszowy. Dowódcy plutonów bacznym okiem obserwowali swych podwładnych, nie szczędząc cierpkich 
uwag pod adresem maruderów.

Mieli   już   za   sobą   sześć   godzin   szkolenia   z   fortyfikacji   i   maskowania.   Budowali   umocnienia 

inżynieryjne różnego typu. Ciężka praca fizyczna dała im się porządnie we znaki. Teraz zaś czekał ich 
dodatkowy   wysiłek  —   zajęcia   z   budowy   i   działania   min   wchodzących   w   skład   wyposażenia   Armii 
Radzieckiej i wojsk niemieckich.

Nieśli to wszystko ze sobą, obdzieleni przez dowódców drużyn sprawiedliwie, aby nikt nie narzekał, że 

został pokrzywdzony. Dźwigali niemal cały arsenał min i środków wybuchowych. Były to wypróbowane i 
sprawdzone na polach bitew stoczonych przez wojska radzieckie środki walki saperów. Bardzo skuteczne 
środki, zwłaszcza w walce z czołgami i siłą żywą nieprzyjaciela.

Miny radzieckie charakteryzowały się prostotą konstrukcji i skutecznością działania. Były trudne do 

wyszukiwania i rozminowania. Zapewniały bezpieczeństwo saperów w czasie ich ustawiania i urządzania 
zapór minowych. Można je było produkować bez użycia materiałów deficytowych w każdych warunkach, 
nawet w zwykłych warsztatach rzemieślniczych.

Te walory radzieckich min mieli wkrótce poznać żołnierze 4 batalionu. Program szkolenia przewidywał 

bardzo dokładne zapoznanie się z ich budową i działaniem. Zapowiadały się ciekawe zajęcia.

Obszerny plac ćwiczeń stopniowo zapełniał się ludźmi i sprzętem inżynieryjnym. Gdzie nie spojrzeć 

szkoliły  się   drużyny,   plutony,   kompanie.   Jedne   pododdziały  przerabiały  nowe   tematy,   inne   doskonaliły 
nabyte wcześniej umiejętności.

— Szeregowy Andruszkiewicz! — dowódca drużyny wywołał z dwuszeregu młodego chłopaka.  — 

Opiszcie budowę i działanie drewnianej miny przeciwpiechotnej wzór PMD-6.

Młody saper dość nieporadnie wygramolił się z szeregu, to zwróciło uwagę podoficera, który wprost 

pedantycznie przestrzegał zasad musztry. Nie było rady. Andruszkiewicz musiał wrócić na swoje miejsce i 
pod   kierunkiem   dowódcy   przećwiczyć   wystąpienie   przed   szyk.   Za   trzecim   razem   wyszło   zupełnie 
przyzwoicie i kapral uznał, że starczy na dzisiaj tych dodatkowych ćwiczeń.

Andruszkiewicz odetchnął z ulgą, bo to i wstydu się najadł, i podpadka u dowódcy drużyny wisiała na 

włosku. Złościł się w duchu sam na siebie za tę nieporadność, którą zwalał na wielkie buciory utrudniające 
mu chodzenie. Ale tak naprawdę, to przyczyna była inna  — miał wyraźne luki w szkoleniu z musztry. 
Postanowił więc uratować swe dobre imię w oczach kolektywu przykładną odpowiedzią na zadane mu 
pytanie.

Mówił wolno i dobitnie, a trudniejsze partie wywodu demonstrował na minie ćwiczebnej. Żołnierze z 

zainteresowaniem słuchali kolegi i jednocześnie utrwalali sobie w pamięci niezbędne dane, bez których 
trudno byłoby sobie wyobrazić praktyczne działanie saperów.

background image

— Drewniana mina przeciwpiechotna PMD-6 — dolatywało do ich uszu — składa się z drewnianego 

kadłuba,   czyli   prostokątnego   pudełka  z   okrągłym  otworem  na   zapalnik,   drewnianej   pokrywy,   zapalnika 
MUW i kostki trotylu...

—   A   czy   zamiast   trotylu   można   stosować   jakiś   inny   materiał   wybuchowy?  —   przerwał 

Andruszkiewiczowi kapral.

Odpowiadający saper nie dał się zaskoczyć.
— W niektórych partiach min zamiast kostki trotylu zastosowano odpowiedni  ładunek dynamitu lub 

sproszkowanego   trotylu  —   mówił   pewnie,   jakby   odczytywał   fragment   instrukcji.  —   Materiał   ten 
umieszczony jest w płaskiej szklanej butelce. W szyjce butelki jest tulejka, w którą wstawia się zapalnik. 
Mina wybucha pod naciskiem stopy idącego lub biegnącego człowieka, nie mówiąc już o jakimkolwiek 
pojeździe.

Podoficer z uwagą wysłuchał odpowiedzi podwładnego. Sprawiła mu ona sporą satysfakcję, bo przecież 

zawarta w niej była część jego pracy instruktorskiej. Czuł, że wraz z drużyną znajduje się na dobrej drodze 
do opanowania saperskiego rzemiosła.

Tuż obok jego kolega prowadził ćwiczenia z przygotowania zapalnika lontowego. Łatwa to czynność, a 

jednak nie wszyscy saperzy z tej grupy należycie  ją opanowali. Plutonowy denerwował się i strofował 
podwładnych:

— Pamiętajcie, saper myli się tylko raz —-powiedział głośno i dobitnie. — Więc, żeby się nie pomylił, 

powtórzę  jeszcze raz wszystkie czynności. — Już był opanowany i znów mówił spokojnym głosem. — Po 
ustaleniu potrzebnej długości, a więc trzeba tu wziąć pod uwagę prędkość i czas palenia, lont ucinamy 
nożem prostopadle do osi, by można było włożyć go do spłonki. Drugi koniec ucinamy skośnie, aby uzyskać 
jak największy przekrój rdzenia prochowego...

Spojrzał na stojącą przed nim grupę żołnierzy i, upewniwszy się, że słuchają go wszyscy uważnie, 

powtarzał wolno to, co powinni sobie przyswoić z otrzymanych poprzednio instrukcji.

—   Po   sprawdzeniu,   czy   w   spłonce   nie   ma   zanieczyszczeń,   obcięty   prostopadle   koniec   lontu 

wprowadzamy do spłonki ostrożnie aż do lekkiego zetknięcia się z masą detonującą. W celu umocnienia 
lontu w spłonce zaciska się spłonkę dociskaczem w odległości około pięciu milimetrów od otwartego końca, 
tak aby nie można było wyciągnąć lontu ze spłonki. Dla zabezpieczenia przed wilgocią owija się miejsce 
połączenia spłonki z lontem kawałkiem taśmy izolacyjnej. Należy przy tym trzy centymetry spłonki zostawić 
nie owinięte, aby można było wprowadzić spłonkę do otworu naboju wybuchowego. Jeżeli ścięty skośny 
koniec lontu ma pozostać na powierzchni, należy go również zabezpieczyć taśmą izolacyjną...

Dowódca drużyny w  trakcie  omawiania  po  szczególnych  czynności  demonstrował,   jak  to   powinno 

wyglądać w praktyce. Później do ćwiczeń przystąpili podwładni. Powtarzali je tak długo, aż byli pewni, że 
opanowali proces przygotowania zapalnika lontowego.

— A teraz sprawdzę prawidłowość wykonania zapalnika — zapowiedział plutonowy.
Instruktor wolno przechodził przed szykiem saperów trzymających zapalniki w rękach. Przy każdym z 

żołnierzy przystawał na chwilę i uważnie oglądał jakość saperskiej roboty. Z aprobatą kiwał nad nią głową. 
Stwierdził, że podwładni przyswoili sobie nieźle tę czynność. Co prawda do ideału było jeszcze daleko, ale 
trudno go było wymagać od początkujących adeptów trudnej i niebezpiecznej sztuki inżynieryjnej.

— Cypuk, za głęboki wykopaliście dołek  — dało się nagle słyszeć z pobliskiego punktu, w którym 

szkolili się pozostali koledzy z kompanii, doskonalący praktyczną znajomość ustawiania pojedynczych min. 
Tego dnia miny przeciwpancernej TMD-44.

Ta drewniana niepozorna skrzynka budziła wśród saperów poważny respekt. Znajdowało się w niej od 

6,3 do 7,1 kg trotylu, co zmuszało człowieka do zastanowienia, skupienia wewnętrznego i świadomego 
zdyscyplinowania. Na wyrobienie u żołnierzy nawyków bezpiecznego obchodzenia się z miną instruktorzy 
zwracali szczególną uwagę.

Dołek wykopany przez szeregowego Motyla Cypuka był faktycznie za głęboki. Na tym negatywnym 

przykładzie dowódca plutonu omówił zasady prawidłowego ustawiania min przeciwpancernych TMD-44.

—   Zbyt   głębokie   zakopanie   miny  —   wyjaśnił   saperom  —   może   uniemożliwić   eksplozję.   Gruba 

warstwa ziemi może złagodzić nacisk i wskutek tego okaże się on zbyt słaby, aby uruchomić zapalnik. 
Najlepiej   minę   ustawić   pod   warstwą   maskującą   grubości   pięć   do   ośmiu  centymetrów.   I   koniecznie   za 
pomocą korka miny skontrolować, czy zapalnik nie wystaje nad pokrywą miny. Obrócony do góry korek 
miny  należy  łagodnie   przesunąć   po   pokrywie.   Podczas   tej   czynności   nie   powinien   on   napotkać   nawet 
najmniejszego oporu zapalnika wstawionego do miny. Korek, pamiętajcie o tym, trzeba zakręcać bardzo 
ostrożnie i starannie, bez wywierania nacisku na pokrywę. Zasady maskowania zakopanej miny są już wam 
znane...

Kolejny dzień szkolenia saperów zbliżał się ku końcowi. Przyniósł on dalszy postęp na trudnej drodze 

background image

do żołnierskiego mistrzostwa, którego surowym egzaminatorem miało być już wkrótce najprawdziwsze pole 
walki.

Zbliżała   się   wiosna.   W   ciągu   dnia   czuło   się   już   wyraźnie   jej   ciepły   oddech.   Mrozy   ustępowały 

stopniowo, śniegi zaczęły topnieć, kurczyć się, odsłaniając ciemne plamy terenu. Oka uwalniała się spod 
lodowej pokrywy. Marcowe słońce wznosiło się coraz wyżej nad obozem saperów. Zmiany zachodzące w 
przyrodzie wpływały ożywczo na żołnierzy, wyzwalały w nich energię i aktywność. Coraz śmielej wybiegali 
myślą w przód, snuli różne plany i warianty ich realizacji. Czuli, że długo tu miejsca nie zagrzeją.

Do obozu saperów dochodziły różne wieści. Dyskutowano nad nimi, sprzeczano się, poddawano w 

wątpliwość ich wiarygodność. Przeważały oczywiście informacje z frontu, ale nie brakowało też wiadomości 
z   okupowanego   kraju.   Były   przygnębiające,   nierzadko   tragiczne.   O   łapankach   w   Warszawie,   o 
rozstrzeliwaniu zakładników, pacyfikacjach, torturach i bezprawiu.

Pewnego dnia dotarła do saperów intrygująca wiadomość: w sztabie 8 pułku piechoty rozpoczęły się 

jakieś gorączkowe przygotowania.

— Zwyczajna plotka — powątpiewali żołnierze.
— Coś w tym jednak musi być, skoro w te przygotowania włączono również kwatermistrzostwo  — 

argumentowali inni.

— Pewnikiem opuścimy obóz — snuli przypuszczenia optymiści. — Bo jak długo mamy tu siedzieć...
Z kąta odezwał się mocny głos poparcia:
—   Wiecie,  że   to   jest   całkiem   możliwe.   Pamiętacie,   co   nam   ostatnio   mówiono   podczas   zajęć 

politycznych?

— Co masz na myśli?
— Jak to co? Przypomnijcie sobie: Armia Czerwona przystąpiła do gigantycznej operacji zaczepnej.
— Racja. Pierwsze uderzenie nastąpiło po Leningradem. Odrzuciło ono niemieckie oddziały daleko na 

zachód. To umożliwi Rosjanom rozwinięcie działań prowadzących do wyzwolenia republik nadbałtyckich.

— Podobno ruszyło też natarcie na ogromnym froncie od Prypeci do ujścia Dniepru...
— Nie podobno, to jest fakt. Uderzenie to przyniosło, oprócz zniszczenia potężnych sił niemieckich, 

wyzwolenie   prawobrzeżnej   Ukrainy.   W   ramach   tego   natarcia   rozwinięto   dalsze   działania   w   kierunku 
zachodnim.

— Wszystko staje się jasne. Front zbliża się do Polski, więc i my musimy tam ruszyć...
Logika   wywodu   wprowadziła   saperów   w   stan   podniecenia.   Wiadomo,  nic   co   polskie   nie   było   im 

obojętne.   I   nagle   radość   z   odkrycia   prawdy  ustąpiła   miejsca   zwątpieniu.   Czy  zdążą   się   wyszkolić   tak 
szybko, żeby móc pójść w bój i wnieść konkretny wkład w wyzwolenie ojczyzny? Czy zdążą wziąć udział w 
tym historycznym dziele?

Zdążą! Muszą zdążyć!
Kilka dni później dowódca 4 batalionu Władysław Kusznarow powiedział na zbiórce:
— Obozowi naszemu grozi odcięcie od baz zaopatrzenia mieszczących się na drugim brzegu Oki. 

Dlatego też dowództwo dywizji, w porozumieniu z miejscowymi władzami, postanowiło przenieść jednostki 
z obozu sieleckiego do wsi położonych na prawym, wysokim brzegu rzeki.

Na tę wieść pokraśniały z emocji żołnierskie oblicza. A więc to prawda! Opuszczają obóz i postawią 

pierwszy krok na drodze do Polski.

Jeszcze tego samego dnia wyjechała z obozu grupa rekonesansowa. Udała się nad Okę, aby zapoznać 

się z terenem i przygotować rejon dyslokacji dla poszczególnych kompanii saperów.

Tego dnia dotarła do nich jeszcze jedna przyjemna wiadomość: batalion otrzyma nowe mundury i to 

jeszcze przed wymarszem. Radość dla żołnierzy, ogromny kłopot dla służb kwatermistrzowskich.

W połowie marca 1944 roku 4 batalion saperów wraz z pozostałymi jednostkami 3 DP opuścił obóz 

sielecki. Za plecami żołnierzy została  „Mała Rzeczpospolita”, w której tyle się mówiło i myślało o wolnej 
Polsce. Nadchodziły dni, w czasie których słowa zamienić się miały w czyn.

Dwudziesty szósty marca. Niedziela.
To   już   dzisiaj   podniosą   w   górę   dwa   palce,   by   wypowiedzieć   najważniejsze   żołnierskie   słowo: 

„Przysięgam!”

Ranek wstał słoneczny i ciepły. Jak na zamówienie.
Żołnierze są podnieceni. Ktoś się denerwuje, że nie pamięta słów przysięgi, inny nerwowo obciąga 

mundur, ściera niewidoczny pył z lufy karabinu.

— Do przeglądu, w dwuszeregu zbiórka! — rozlega się głośna komenda dyżurnego.
Stają w odświętnych mundurach. Z bronią przez pierś. Ogarnia ich podniosły nastrój. To dlatego, że 

przysięga   wojskowa   nie   jest   czczą   formalnością.   Wypływa   z   najgłębszego   przekonania   o   autentycznej 
wielkości tej chwili.

background image

Przegląd   batalionu   wypada   dobrze.   Dowódca   nie   kryje   swego   zadowolenia.   Kompanie   ruszają   do 

pobliskiego  Staroletowa. Tu odbędzie  się ten historyczny akt. Na obszernym placu zgromadziły się już 
wszystkie jednostki 3 DP.

Naprzeciw rozwiniętych szyków trybuna honorowa. Na niej dostojni goście: przedstawiciel Kwatery 

Głównej   Armii   Czerwonej   generał   major   Żukow,   delegat   Moskiewskiego   Okręgu   Wojskowego   generał 
pułkownik Artienow i generał major Jestigniejew, reprezentujący wydział stosunków z zagranicą Ludowego 
Komisariatu   Spraw   Wojskowych.   Na   trybunie   znajdują   się   też   przedstawiciele   armii   sprzymierzonych: 
generał Krist i kapitan Hall z misji wojskowej Stanów Zjednoczonych oraz generał Petit, szef francuskiej 
misji   wojskowej.   Generał   Pika   reprezentuje   czechosłowacką   misję   wojskową,   a   pułkownik   Łozić   misję 
jugosłowiańską. Przybyła również delegacja Zarządu Głównego Związku Patriotów Polskich: Andrzej Witos 
—   zastępca   przewodniczącego,   kapitan   Jerzy   Sztachelski  —   sekretarz   generalny,   oraz   szefowie 
poszczególnych wydziałów: Stefan Jędrychowski i Stanisław Skrzeszewski.

Nie opodal trybuny licznie zgromadzeni mieszkańcy wiosek, w których kwaterują jednostki dywizji. 

Przybyli z własnej woli, aby zobaczyć „swoich” żołnierzy w tej uroczystej chwili. Oni zastępują Polakom 
najbliższych, którzy zostali gdzieś w głębi Związku Radzieckiego lub w okupowanej Polsce.

Godzina dziewiąta. Rozlega się komenda:
— Baczność!
Przybywa   dowódca   1   Armii   Polskiej   generał   Zygmunt   Berling.   Przyjmuje   raport   dowódcy   3   DP 

generała brygady Stanisława Galickiego.

Generał Berling w asyście dowódcy 3 DP przechodzi przed prężącymi się szeregami trauguttowców. 

Orkiestra   gra   marsza   powitalnego.   Co   pewien   czas   generałowie   zatrzymują   się   przed   poszczególnymi 
jednostkami dywizji. Wtedy orkiestra milknie i rozlegają się słowa powitania:

— Czołem, czwarty batalion saperów!
— Czołem, obywatelu generale!
Tnie powietrze ostra komenda:
— Baczność! Do przysięgi!
Rozlega się chrzęst broni, obnażają się tysiące głów, wznosi w górę las rąk z wyciągniętymi dwoma 

palcami. Niesie się gromkie echo powtarzanych za generałem Berlingiem słów.

— Składam uroczystą przysięgę ziemi polskiej, broczącej we krwi, narodowi polskiemu, umęczonemu 

w niemieckim jarzmie, że nie skalam imienia Polaka, że wiernie będę służył Ojczyźnie...

Przysięgam dochować wierności sojuszniczej Związkowi Radzieckiemu, który mi dał do ręki broń do 

walki ze wspólnym wrogiem, przysięgam dochować braterstwa broni sojuszniczej Czerwonej Armii.

Przysięgam wierność sztandarowi mojej dywizji i hasłu ojców naszych, które na nim widnieje:  „Za 

naszą wolność i Waszą”...

Przysięgam, że do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchu walczyć będę o wyzwolenie Ojczyzny, abym 

mógł żyć i umierać jako prawy i uczciwy żołnierz polski.

— Pułki, do defilady!

Salut daj na Wschód...

— Coś się szykuje — szeptali po cichu mieszkańcy wiosek położonych w pobliżu Diwowa, spoglądając 

na przyspieszony rytm służby polskiego wojska.

Przeczuwając rychły wyjazd żołnierzy polskich mieszkańcy wioski nie dawali saperom spokoju. Zżyli 

się z nimi i trudno im było oswoić się z myślą, że wkrótce zostaną sami.

— Synku, czy to prawda, że niebawem nas opuścicie? — pytała żałośnie Witka Komara jakaś staruszka.
—  Wiecznie   tu   nie   będziemy  siedzieli  —  odpowiedział   wymijająco.  —  Gdy  tylko  przyjdzie   czas, 

ruszymy na front. Musimy do Polski, tam na nas czekają...

— Do Polski mówisz, synku. A daleko to?
— Kawałek drogi, ale dojdziemy. Na pewno tam dotrzemy u boku waszych wojsk.
O wyjeździe na front mówiło się wśród saperów coraz głośniej. Początkowo były to tylko domysły, ale 

w ostatnich dniach marca 1944 r. nadeszła wreszcie prawdziwa wiadomość, że oddziały 1 Armii Polskiej, a 
wśród nich 3 DP, mają wyjechać w stronę frortu. Wśród żołnierzy zawrzało.

— Ciekawe, gdzie nas przesuną?
— Pewnie gdzieś na Ukrainę...
— A może na Wołyń...
— Obywatelu  poruczniku — zwracano do przełożonych — jak będzie z tą naszą dyslokacją?

background image

Oficerowie 4 batalionu uśmiechali się życzliwie do żołnierzy, rozmawiali z nimi na różne tematy, ale o 

wyjeździe nie chcieli nic mówić. Dokładne miejsce przesunięcia dywizji nie mogło być bowiem podane do 
powszechnej wiadomości. Tajemnica wojskowa to święta rzecz.

— Za pięć dni wyjeżdżamy — zakomunikował któregoś dnia pisarz batalionowy.
— Jemu można wierzyć — stwierdzili saperzy. — On jest blisko dowódcy...
Pisarz się nie pomylił. Wkrótce nieoficjalną wiadomość potwierdzili przełożeni.
— Wyruszamy na front. Rozpocząć przygotowania do wyjazdu!
Żołnierzom słów tych nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ochoczo zabrali się do roboty. A pracy było 

sporo. Dyslokacja jednostki to przedsięwzięcie wymagające przemyślenia i dobrej organizacji.

Przez cały dzień zwozili swe gospodarstwo na stację kolejową Diwowo i składali je w pobliżu dworca, 

bezpośrednio na rampach. Niebawem podstawiono transport do załadunku. Saperzy na wykonanie tej pracy 
mieli 6 godzin, ale uwinęli się znacznie szybciej. Myśl o rychłym wyjeździe w stronę frontu, w kierunku 
Polski, dodawała im sił.

Komendant transportu otrzymał od władz kolejowych dokładne dane o trasie przejazdu. Eszelon został 

zaopatrzony  w   pięciodniowy  zapas   żywności   oraz   inne   niezbędne   środki.   Na   podstawie   odpowiednich 
dokumentów saperzy mogli się zaopatrywać w żywność w punktach kolejowych na trasie przejazdu.

Transport przygotowany był do ewentualnej obrony przeciwlotniczej. Na kilku platformach ustawiono 

cekaemy  i   rusznice   przeciwpancerne.   Wagon   dowództwa   połączono   telefonicznie   z   oficerem   dyżurnym 
zajmującym   miejsce   w   parowozie   i   z   posterunkami   obserwacyjnymi.   W   każdym   wagonie   jeden   z 
podoficerów pełnił obowiązki starszego i miał czuwać nad porządkiem oraz dyscypliną.

Sprawnie zajęli swoje miejsca i ułożyli broń w stojaku. Jeszcze raz spojrzeli na gościnną riazańską 

ziemię, która z taką serdecznością przygarnęła żołnierzy-tułaczy.

— Popatrz, ilu mieszkańców naszej wioski się zebrało — zwrócił się do kolegi wysoki jak tyczka saper 

z 1 kompanii.

— Przyszli  nas  pożegnać —  odpowiedział tamten. — To ładnie z ich strony.
— O, jest i nasza gospodyni...
— Gdzie?
— Tam, bardziej w prawo... Stoi z Iwanem Piotrowiczem. Widzisz?
— Widzę. Jest też ojciec Katii Michajłowej.
Eszelon szarpnęło do tyłu. Podłączono lokomotywę. Powilgotniały oczy żegnających.
— Pozdrówcie naszych na froncie — rozlegało się wołanie z peronu.
— Stanisławie, odszukaj mego Pietkę  i uściśnij go serdecznie  — zwracała się z gorącą  prośbą do 

młodego kaprala matka radzieckiego żołnierza.

Przeciągły gwizd lokomotywy oznajmił, że nadszedł czas odjazdu. Szarpnęło wagonami. Eszelon z 

trudem ruszył z miejsca i zaczął wolno toczyć się po szynach. Przerwane zostały ostatnie pożegnania. W 
jednym z wagonów rozległa się pieśń. Podchwycił ją kolejny wagon, potem następny. Wkrótce śpiewał już 
cały transport. Echo pieśni niosło się daleko, aż nad Okę:

Wczoraj łach, mundur dziś,
Ściśnij pas, pora iść.
Ruszaj, Pierwszy Korpus nasz.
Salut daj na Wschód, na Zachód marsz!

Pociąg   wolno   wtoczył   się   na   dworzec.   Charakterystyczny   pisk   hamulców   zasygnalizował   postój. 

Wyjrzeli przez otwarte drzwi wagonu na peron. W geście przyjaźni i życzliwości podniosło się kilkanaście 
rąk. To miejscowa ludność zgrupowana pod ścianami budynku serdecznie pozdrawiała przyjezdnych.

— Cóż to za stacja? — zwrócił się z pytaniem do starszego wagonu saper Piotr Pędziwiatr.
— Riazań — odparł kapral.
— To niedaleko ujechaliśmy — skwitował ktoś krótko.
— Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów...
Przeciągły gwizd lokomotywy obwieścił koniec krótkiego postoju. Odjazd! Znów szarpnęło wagonami i 

to tak mocno, że aż zatoczyli się ku drewnianym ławom. Szybko pozbierali się jednak i przywarli głowami 
do   uchylonych   drzwi   wagonu.   Przed   ich   oczyma   przesunęły  się   budynki   stacyjne,   przejazd   kolejowy  i 
nastawnia   położona   z   dala   od  dworca.   Eszelon   wszedł   w  łagodny  łuk.   Spojrzeli   do  tyłu.   Wyładowane 
sprzętem saperskim i ogólnowojskowym platformy posłusznie zdążały na zachód.

Mijali tereny równinne, rolnicze, w sporej części zalesione. Jak w rzutniku zmieniały się pejzaże po obu 

stronach torów. Pozostawiali za sobą gęste sosnowe lasy, urocze zagajniki, małe wioski o bielonych ścianach 

background image

domów   i   malowniczo   położone   miasteczka.   Tu   wojna   nie   dotarła.   Męstwo   i   bohaterstwo   radzieckiego 
żołnierza zatrzymało jej druzgocący walec na przedpolach Moskwy.

Eszelon   zwalnia.   Teraz   znacznie   wyraźniej   widzą   przesuwające   się   przed   nimi   ściany   wiejskich 

drewnianych chat, błękitniejących zza rozłożystych krzewów. Za domami rozciągają się niewielkie sady z 
pomalowanymi   wapnem  pniami  drzew.   Czasem  na   tle   budzącej   się   do  życia   przyrody  złociście   błyska 
kopuła starej, bajecznie kolorowej cerkiewki.

— Patrzcie jaki swojski obrazek — krzyknął któryś z saperów zafascynowany znajomym widokiem.
Spojrzeli we wskazanym przez niego kierunku. Nad biegnącą opodal torów szosą wisiało piaszczyste 

urwisko   z   rzadka   porośnięte   sosnami.   Strzeliste,   masztowe   pnie   uwieńczone   były   ciemnozielonymi 
rozłożystymi koronami.

— Jak nasze, mazowieckie... — zachwycał się saperzy.
Z każdym mijanym kilometrem oddalali się od gościnnych Sielc nad Oką. Zbliżali się do celu nowego, 

nie znanego. Zniknął gdzieś bezpowrotnie obraz riazańskiej ziemi. Wjechali na tereny objęte działaniami 
wojennymi. I choć front oddalił się już o setki kilometrów, wciąż ślady wojny budziły przerażenie i grozę.

— Dlaczego znów stoimy? — zadawali sobie pytania, gdy eszelon zatrzymywano przed węzłowymi 

stacjami.

— Pierwszeństwo mają transporty udające się bezpośrednio na front oraz te, które z niego wracają — 

wyjaśniali cierpliwie dowódcy swym podwładnym. — My, którzy wprawdzie jedziemy w kierunku frontu, 
ale jeszcze do walki nie wejdziemy, musimy poczekać.

Kiwali ze zrozumieniem głowami. A po chwili znów zadawali te same pytania.

*

Miarowy stukot kół usypiał. Siedzieli na ławkach i melancholijnie patrzyli na dowódcę plutonu. Na 

środku   wagonu   zgromadzono  pojedyncze   miny,   własne   i   obce,   oraz   niektóre   egzemplarze   uzbrojenia   i 
wyposażenia   wojsk   inżynieryjno-saperskich.   Zmierzający   w   kierunku   frontu   eszelon,   to   nie   pociąg 
turystyczny. Obowiązują tu swoiste prawa.

Dowództwo batalionu, widząc, że czas ucieka i żołnierze mogą zapomnieć to, co zdołali przyswoić 

sobie w obozie, postanowiło kontynuować szkolenie. W ściśle określonym porządku dnia uwzględniono czas 
na   naukę.   Zajęcia   odbywały  się   od   samego   rana.   Prowadzono   naukę   o   broni,   powtarzano   regulaminy, 
odbywały się zajęcia polityczne. I oczywiście sprawdziany ze znajomości sprzętu saperskiego.

Podporucznik Franciszek Czajkowski postanowił sprawdzić stopień przyswojenia przez podwładnych 

programowej wiedzy. Test obejmował szeroki wachlarz tematyczny. Pod wpływem zadawanych pytań pluton 
ożywiał się coraz bardziej. Zajęcia wciągnęły każdego żołnierza.

—   Saper   Andruszkiewicz!   Przedstawcie   charakterystykę   trotylu,   najczęściej   stosowanego   materiału 

wybuchowego.

Wywołany przez dowódcę plutonu żołnierz najpierw rozejrzał się na boki, chrząknął dwa razy, a potem 

wypalił jak z armaty:

—   Używany   jest   w   proszku.   Prasowany   w   kostkach   dwustu-   i   czterystugramowych,   w 

siedemdziesięciopięciogramowych nabojach wiertniczych, wreszcie jako lany do niektórych min i amunicji 
artyleryjskiej. Ma żółty kolor, od ognia zapala się z trudem, pali się powoli, bez wybuchu. Odporny na 
uderzenia,   wstrząsy   i   tarcie.   Wybucha   od   spłonki   pobudzającej   numer   osiem,   lany   od   detonatora 
pośredniego, którym jest trotyl prasowany. Bezpieczny w użyciu i przechowywaniu. W wodzie stosowany 
bez ochrony...

— Dobrze — pochwalił go oficer. — A kto opisze budowę spłonki pobudzającej numer osiem?
Zgłosił się saper Motyl Cypuk. Odszukał spłonkę wśród zgromadzonego na podłodze wagonu sprzętu, 

uniósł ją w górę, aby wszyscy widzieli ją dokładnie, i zaczął recytować:

—   Spłonka   pobudzająca   numer   osiem   stosowana   jest   jako   detonator   nabojów   materiałów 

wybuchowych. Sama wybucha od lontu prochowego oraz od zapału elektrycznego. Istnieją dwa rodzaje 
spłonek...

— Chłopaki! Pociąg z rannymi!
Głośny  okrzyk   któregoś   z   saperów   przerwał   zajęcia   szkoleniowe.   Żołnierze   rzucili   się   do   małych 

okienek umieszczonych przy drzwiach wejściowych. Wszyscy patrzyli na przejeżdżający po sąsiednim torze 
pociąg sanitarny. Oni jechali na zachód, tamci stamtąd wracali. Z linii frontu, z pola bitwy.

Widok, jaki roztoczył się przed ich oczyma, był niezwykle przygnębiający. Tych radzieckich żołnierzy 

los potraktował szczególnie surowo. Wojna, okrutna wojna, nadszarpnęła ich zdrowie, nierzadko okaleczyła 
na całe życie. Oto cena wojny, i to wcale nie najwyższa. W wagonie zapanowała martwa cisza. Na twarzach 

background image

saperów malowało się współczucie.

Nastrój ten przerwał dowódca plutonu:
— Szlak bojowy nie jest radosnym, spontanicznym pochodem — powiedział z zadumą w głosie. — To 

twarda  żołnierska   droga.   Droga   niebezpieczna,   często   nawet   śmiertelnie   niebezpieczna.   Jako   żołnierze 
powinniśmy sobie z tego zdawać sprawę. Musimy sobie z tego zdawać sprawę...

*

— W nocy minęliśmy Kursk...
— Skąd wiesz?
—   Mówił   o   tym   starszy   wagonu.   Słyszałem,   jak   nad   ranem   meldował   podporucznikowi 

Kalinowskiemu...

Wokół dowódcy plutonu zebrało się kilku żołnierzy. Pytają, czy to prawda. Dowódca potwierdza tę 

wiadomość.

— A zatem jedziemy w kierunku południowo-zachodnim — skwitował filozoficznie któryś z saperów.
— Wygląda na to, że wzdłuż trasy Kursk, Biełgorod, Połtawa...
Kursk. To słowo zelektryzowało wszystkich. Dla saperów nie była to obca nazwa. Wieści z frontu 

niosły  się   szerokim   echem,   a   już   zwycięskie  —   spotęgowanym.   O   kurskim   zwycięstwie   mówiono   na 
zajęciach   politycznych,   wysłuchali   też   okolicznościowych   pogadanek.   A   mimo   to   temat   był   wciąż 
interesujący.

Przejazd eszelonu w pobliżu miejsca największej bitwy pancernej drugiej wojny światowej rozpalał 

żołnierską wyobraźnię, pobudzał do refleksji. Nic więc dziwnego, że pod adresem przybyłego właśnie do 
wagonu   zastępcy   dowódcy   batalionu   do   spraw   polityczno-wychowawczych   posypało   się   sporo   pytań. 
Chorąży  Franciszek   Permicki   zadowolony  był   z   aktywności   podwładnych.   Wśród   stukotu   kół   wagonu 
zaczęła płynąć wartka opowieść o historycznym zwycięstwie, które odrzuciło Niemców daleko na zachód.

— Bitwa kurska — rozpoczął chorąży — trwała od piątego lipca do dwudziestego trzeciego sierpnia...
— A więc minęło już od niej ponad siedem miesięcy — wtrącił nieśmiało któryś z saperów.
— Tak, macie rację — potwierdził chorąży. — Tyle właśnie czasu upłynęło od tego zwycięskiego dnia.
Zacieśnił się żołnierski krąg wokół mówiącego. Ci, którzy leżeli na ławach, z ciekawością powytykali 

głowy na środek wagonu. Wszyscy z uwagą słuchali słów chorążego.

—   Bitwa   kurska   rozegrała   się   w   dwóch   etapach.   W   pierwszym   wojska   radzieckie   toczyły   walki 

obronne, w drugim prowadziły przeciwnatarcie.

— Obywatelu chorąży! Może trochę szczegółów — dopraszał się któryś z żołnierzy.
— Szczegółów powiadacie... Dobrze. Mieliśmy, co prawda, rozmawiać dziś na inny temat, ale skoro 

chcecie usłyszeć jeszcze raz o bitwie kurskiej, to nie mam nic przeciw temu.

Przeciągły   gwizd   lokomotywy   rozproszył   uwagę   żołnierzy.   Zapiszczały   hamulce,   wstrząsnęło 

wagonem. Eszelon zwolnił nieco swój bieg. Ale tylko na chwilę. W kilka minut później transport znów 
toczył się równo po szynach.

— Po zwycięskich operacjach w pierwszej połowie tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku — 

kontynuował chorąży —  wojska radzieckie włamały się głęboko w niemieckie ugrupowania. Linia frontu 
oskrzydlała Kursk od północy i południa. Dowództwo Wehrmachtu po zniszczeniu  Armii Czerwonej w 
rejonie Kurska zamierzało wykonać ofensywę na Moskwę. Tak mniej więcej wyglądało położenie obydwu 
stron...  — Chorąży Permicki narysował na zakurzonej podłodze wagonu szkic sytuacji; pochyliły się nad 
nim żołnierskie głowy.  — Siły Niemców były znaczne. Zgromadzili łącznie sześćdziesiąt pięć dywizji, w 
tym siedemnaście pancernych i trzy zmotoryzowane. Ogółem czterysta trzydzieści tysięcy żołnierzy, ponad 
trzy tysiące czołgów i około dwóch tysięcy samolotów...

— Podobno dywizje niemieckie wyposażone były w nowy sprzęt — wtrącił jeden z saperów siedzących 

najbliżej zastępcy dowódcy batalionu do spraw polityczno-wychowawczych.

— Macie rację, hitlerowcy wprowadzili do bitwy sprzęt stanowiący największe osiągnięcie ich techniki 

wojskowej: ciężkie czołgi „Tygrys” i „Pantera” oraz działa pancerne „Ferdynand”. Ale na niewiele im się to 
zdało. Dowództwo radzieckie, przewidując kierunek uderzeń wojsk niemieckich, wyczerpało przeciwnika w 
walkach obronnych na wcześniej przygotowanych i głęboko urzutowanych pozycjach, a następnie wojska 
radzieckie przystąpiły do natarcia...

Znowu   pochyliły   się   żołnierskie   głowy   nad   szkicem   kreślonym   na   podłodze   przez   chorążego 

Permickiego.   W   ich   wyobraźni   rysowała   się   sytuacja   tamtych   dni:   położenie   Frontu   Centralnego, 
Woroneskiego,   nowo   utworzonego   1   Frontu   Stepowego.   Z   uwagą   śledzili   kierunki   radzieckiego 
przeciwnatarcia w wykonaniu Frontów Zachodniego i Briańskiego.

background image

— W wyniku kontrofensywy — podkreślił chorąży — pękły hitlerowskie szyki. W rejonie miasta, które 

mijamy,  wojska radzieckie przerwały linię frontu i wyszły na przedpola Briańska, Sum i na zachód od 
Charkowa, uzyskując dogodne warunki do rozwinięcia ogólnego natarcia strategicznego w celu wyzwolenia 
Zagłębia Donieckiego i wyjścia nad Dniepr w jego środkowym i dolnym biegu...

— I ta ofensywa trwa do dziś — szepnął do ucha koledze saper Motyl Cypuk.
— Skąd wiesz?
— Bo wiem. Zresztą spytaj chorążego...

*

Pociąg wolno wtaczał się na leśną stacyjkę. Lokomotywa ciężko dysząc pociągnęła sznur wagonów pod 

jedną z ramp kolejowych. Rozległ się charakterystyczny pisk hamulców. Eszelon znieruchomiał. Na moment 
zapanowała   cisza   przerywana   rytmicznym   sapaniem   parowozu.   Rozległa   się   ostra   komenda   oficera 
dyżurnego transportu:

— Kiwerce! Wychodzić z wagonów!
— Jesteśmy na miejscu — rozległy się wołania wzdłuż pociągu.
Z trzaskiem zaczęły się odsuwać drzwi wagonów towarowych. Żołnierze tłoczyli się do wyjścia, każdy 

z nich chciał jak najprędzej zobaczyć tę nie znaną stację docelową.

Ściskając kurczowo w dłoniach karabiny wyskakiwali na rampę, prostowali zesztywniałe od długiej 

podróży kończyny,  z zainteresowaniem rozglądali się wokoło. Ze wszystkich  stron  otaczała ich ciemna 
ściana lasu.

— Chłopaki! Dotarliśmy na miejsce — dało się słyszeć wśród saperów.
— Nareszcie — skwitował któryś z nich, z trudem gramoląc się z wagonu. — Nareszcie u celu...
Przebyli długą i męczącą podróż koleją. Transport przesuwał się najpierw w kierunku południowo-

-zachodnim,   wzdłuż   trasy  Riazań,   Kursk,   Biełgorod,   Połtawa.   Później   skręcił   na   zachód.   Jechali   przez 
Kijów, Olewsk, Równe... Cała trasa liczyła około tysiąca kilometrów i w warunkach pokojowych można by 
ją przebyć w ciągu dwóch dni. W warunkach wojennych potrzebowali na to niemal sześć tygodni.

Z   uwagą   przyglądali   się   teraz   leśnej   stacyjce,   która   w   czasie   wojny   została   przystosowana   do 

przyjmowania   dużych   transportów   wojskowych.   Przed   saperami  wyładowywały  się   tu   pułki   piechoty  i 
samodzielne oddziały dywizji. Teraz przyszła kolej na 4 batalion kapitana Kusznarowa.

Pustoszały wagony eszelonu, coraz tłoczniej było na rampie. Z platform zaczęto wyładowywać sprzęt 

inżynieryjno-saperski, na pobliską drogę wytoczono kuchnię polową.

— Przypominasz sobie tę małą stację przed Kijowem — zagadnął kolegę saper Władysław Kamiński, 

pomagając mu taszczyć broń pod drzewa. — Darnica, czy jak jej tam...

— A co nie mam pamiętać — odparł tamten. — Takich widoków się nie zapomina.
— Tam musiało być istne piekło...
— To było przecież widać.
— Podobno atak na węzłową stację kolejową wykonało kilkadziesiąt samolotów niemieckich...
— Ale Niemcy zostali odparci. I to między innymi przez naszych, przez polskich artylerzystów.
— Skąd wiesz?
— Mówił nam o tym dowódca kompanii. W tej walce brał udział pierwszy samodzielny dywizjon 

artylerii przeciwlotniczej. Świetnie się chłopcy spisali.

— A kiedy my pójdziemy w ich ślady?
— Niedługo, to się czuje. Wiesz, że stąd do linii frontu jest około trzydziestu kilometrów.
— Bujasz.
— Słowo daję. Powiem więcej: do granicy Polski nie ma nawet setki.
— Coś ty, tośmy prawie w domu...
Dalszą rozmowę przerwały saperom komendy dowódców plutonów. Sformowali szyki. Rozpoczął się 

przegląd   pododdziałów,   sprawdzanie   ludzi  i   sprzętu.  Niebawem pierwsze   kolumny rozpoczęły  marsz   w 
kierunku pobliskiej szosy. W kilka godzin później saperzy dotarli na miejsce postoju.

Obóz 4 batalionu rozmieszczono w dużym lesie,  w pobliżu którego rozciągały się tereny bagniste. 

Niemal natychmiast żołnierze przystąpili do budowy ziemianek. Doświadczenia z obozu sieleckiego bardzo 
się teraz przydały.

— Franek, co się tak guzdrzecie  — skarcił jednego z oficerów dowódca batalionu.  — Jak tak dalej 

pójdzie, to jesień nas tu zastanie. Pogoń tych swoich chłopaków, bo nie widać, żeby im roboty ubywało.

— Robimy, co możemy— zameldował podporucznik Czajkowski przełożonemu. — Ale brakuje sprzętu 

ciesielskiego...

background image

— Inni jednak sobie jakoś radzą  — stwierdził z wyrzutem kapitan.  — Powinniście przyspieszyć. Za 

kilka dni musimy rozpocząć normalne szkolenie.

Zdążyli. Dwunastego maja w 4 batalionie saperów rozpoczęły się systematyczne zajęcia. Zgodnie z 

planem przystąpiono do ćwiczeń doskonalących i zaczęto przygotowania do zajęć sprawdzających.

— Czeka nas nie lada zadanie — poinformował na odprawie swoich oficerów dowódca batalionu. — 

Nadesłany   z   dywizji   plan   zajęć   wskazuje   jednoznacznie,   że   nadszedł   ostatni   okres   szkolenia   przed 
wyruszeniem do boju. Należy więc tak przygotować poszczególne plutony i kompanie, aby były zdolne do 
wsparcia   rożnych   rodzajów   walk:   natarcia   w   terenie   lesisto-bagnistym,   ataku   na   umocnione   pozycje 
nieprzyjaciela,   pościgu   za   przeciwnikiem,   walki   w   głębi   jego   obrony   i   oczywiście   forsowanie   rzeki. 
Największą uwagę należy zwrócić na przygotowanie pododdziałów do udziału w działaniach zaczepnych. 
Nie wolno tu jednak zapominać o działaniach obronnych...

Przerwał na chwilę i popatrzył na podległych mu oficerów. Twarze mieli skupione. Stłoczeni za stołem 

ważyli każde słowo przełożonego.

— Piszą także na ten temat w „Zwyciężymy” — poinformował zebranych zastępca dowódcy do spraw 

polityczno-wychowawczych, chorąży Franciszek Permicki. To mówiąc wyjął z raportówki najnowszy numer 
żołnierskiej   gazety  i   wskazał   na   artykuł   zatytułowany  „Ćwiczenia   dni   najbliższych”.  —   Pozwólcie,  że 
zacytuję najbardziej interesujący nas fragment. Gdzież on się podział? O, jest!  — Chorąży ujął mocniej 
gazetę,   wstał   i   chrząknąwszy  rozpoczął   spokojnym   głosem:  —   Z   miejsca   naszej   obecnej   koncentracji 
pójdziemy już prosto do Polski...

W namiocie zrobiło się nagle cicho jak makiem zasiał. Oczy wszystkich zebranych oficerów wpatrzone 

były w czytającego.

— Między nami a krajem ciągną się tereny bagniste, pełne mokradeł, moczarów i lasów. Wykorzysta to 

wróg. Musimy nauczyć się nacierać w terenie pokrytym lasami i mokradłami, na takim terenie działać w 
głębi obrony nieprzyjaciela...

Poruszyły się nieruchome dotychczas postacie. Tu i ówdzie wymieniono jakieś uwagi. Powstało lekkie 

zamieszanie.

— Ciszej, żołnierze — uspokoił dowódca najbardziej rozgorączkowanych. — Później będziej dyskusja. 

Permicki, czytajcie...

— Zasadniczym tematem pracy szkoleniowej w tym okresie będą działania zaczepne terenie lesisto-

-bagnistym.  Będziemy się uczyć  wkraczać w lukę dokonaną w obronie niemieckiej, będziemy ćwiczyli 
walkę w głębi tej obrony, omówimy metody niszczenia nieprzyjacielskich czołgów — chorąży przerwał na 
moment, jakby się chciał upewnić, czy wszyscy słuchają go uważnie, i po chwili ciągnął dalej: — Będziemy 
się ćwiczyli wreszcie w utrzymaniu zdobytego terenu i w odpieraniu niemieckiego kontrataku. Wszystko to 
w warunkach lesisto-bagnistych, dniem i nocą, w czasie deszczu i przy pogodzie, jednym słowem w takich 
warunkach, w jakich rzeczywiście niedługo będziemy walczyli.

Kiedy chorąży Permicki skończył czytać, posypały się pytania. Prawie wszystkie z nich dotyczyły roli 

saperów w zbliżającej się walce i ich udziału w działaniach ogólnowojskowych.

Na odprawie szkoleniowej kapitan Kusznarow wyznaczył szczegółowe zadania dowódcom kompanii i 

plutonów.  Wszystkie  przedsięwzięcia,  które  winni  zrealizować,  miały na celu doskonalenie  żołnierskich 
umiejętności w podstawowych działaniach inżynieryjno-saperskich.

— A co z przeprawami? — zapytał któryś z chorążych.
— Warunki są wymarzone — odpowiedział dowódca batalionu. — Niedaleko stąd przepływa Styr. Tam 

będziemy ćwiczyli wiosłowanie, przeprawianie wojsk i sprzętu, budowę promów i mostów.

Od tego dnia nad Styrem spędzali żołnierze „czwartego” wiele godzin. Zgromadzono tu etatowy sprzęt 

inżynieryjno-saperski, który wykorzystywano podczas intensywnych zajęć praktycznych. W czasie ćwiczeń 
główny nacisk kładziono na utrwalanie pożądanych w działaniach bojowych nawyków.

— Nie tak nerwowo! — uspokajał swoich podwładnych kapral Aleksander Chyła. — Wiosłowanie, to 

nie bezładne machanie wiosłami...

— Kiedy nie wychodzi — próbowali się usprawiedliwiać saperzy.
— Nie wychodzi, bo nie słuchacie komend — spokojnym głosem skarcił ich kapral. — Wiosła muszą 

się zanurzać w wodę na komendę. Inaczej łódź desantowa będzie poruszała się  „skokami” i nie utrzyma 
kursu. Zaczynamy od początku. Do łodzi!

Saperzy dwójkami skoczyli w kierunku wody. Nisko pochyleni dopadli saperskich łodzi, zepchnęli je z 

piaszczystej łachy i zajęli w nich miejsca. Wiosła miarowo zanurzały się w wodzie. Łodzie wzięły kurs na 
przeciwległy brzeg.

*

background image

Rozległa polana tonęła w soczystej zieleni. Jak okiem sięgnąć różnokolorowy kobierzec traw. A na nim 

w   zwartym   szyku   oddziały   3   DP   im.   Romualda   Traugutta.   Na   lewym   skrzydle   wśród   samodzielnych 
pododdziałów 4 batalion saperów. Trzy kompanie po trzy plutony,  z dowódcą kapitanem Władysławem 
Kusznarowem na czele.

Na tę uroczystą zbiórkę wszyscy trauguttowcy czekali z niecierpliwością. Do saperów wiadomość o niej 

dotarła dopiero w ostatnich dniach maja. Przywiózł ją z odprawy dowódca batalionu. Wkrótce obiegła całe 
obozowisko. Podawano ją sobie z ust do ust. Wręczenie sztandaru, to przeżycie niezapomniane, toteż gdy 
nadszedł   30   maja   1944   roku,   tak   długo   oczekiwany   dzień,   trauguttowcy   stanęli   w   żołnierskim   szyku 
wzruszeni, a jednocześnie ciekawi wszystkiego, co działo się dokoła.

—  Co to za generał stoi na trybunie honorowej?  — pytał żołnierz z ostatniej czwórki najbliższego 

kolegę.

— Który?
— Ten obok dowódcy armii.
— To dowódca pierwszej dywizji, generał Wojciech Bewziuk.
— A ten z boku?
— Dowódca drugiej, generał Antoni Siwicki.
— A ci cywile? —- nie dawał za wygraną młody, niewielkiego wzrostu chłopczyna w przydługim 

mundurze.

—   A   skąd   miałbym   wiedzieć?   To   przedstawiciele   Krajowej   Rady   Narodowej,   przybyli   prosto   z 

okupowanej Polski. Za wcześnie jeszcze na ujawnianie ich nazwisk. Nie czytałeś, co pisano o nich w gazecie 
„Zwyciężymy”?

Tylko   nieliczni   z   wyższego   szczebla   dowódczego   i   ZPP   znali   tych   delegatów:   Edwarda   Osóbkę-

-Morawskiego,   Mariana   Spychalskiego,   Jana   Hanemana   i   Kazimierza   Sidora.   Dla   ogromnej   większości 
pozostawały tylko ich pseudonimy, oczywiście do czasu.

— Baczność! Prezentuj broń! — padła nagle komenda.
Orkiestra   dywizyjna   zaczęła   grać   Mazurka   Dąbrowskiego.   Powilgotniały  oczy  saperów.   Wzrok  ich 

utkwiony był  w jeden punkt  — w narodową flagę na maszcie. Odbita od ciemnej ściany lasu melodia 
powracała na polanę. Zawładnęła sercami i umysłami stojących żołnierzy. „Jeszcze Polska nie zginęła...”

— Baczność! Na prawo patrz!
Dowódca 3 dywizji, generał Stanisław Galicki, dokonał zwrotu przez lewe ramię i sprężystym krokiem 

udał się na spotkanie generała Berlinga.

— Obywatelu generale! Melduję oddziały Trzeciej Dywizji Piechoty imienia Romualda Traugutta na 

uroczystej zbiórce do wręczenia sztandaru — rozległo się przed szykiem.

Generał Berling przyjął meldunek od dowódcy 3 DP i dokonał przeglądu wojsk. Przechodził przed 

frontem i kolejno witał się z żołnierzami. Wreszcie stanął przed saperami.

— Czołem, żołnierze czwartego batalionu saperów! — pozdrowił ich gromkim głosem.
— Czołem, obywatelu generale! — wydobyło się z saperskich piersi.
Zbliża się najważniejszy punkt uroczystości. Na polanie zalega cisza. Dowódca armii wręcza sztandar 

generałowi Galickiemu. Na moment biel i czerwień narodowych barw wznoszą się wysoko i padają mocne 
słowa dowódcy trauguttowców:

—   Przyrzekam,  że   sztandar   ten   nigdy  nie   wypadnie   z   naszych   rąk!  —   Zwracając   się   do   swoich 

podwładnych powiedział: — Żołnierze! Pamiętajcie, że to jest nasz sztandar i należy bronić jego honoru do 
ostatniej kropli krwi. Niech żyje, silna, demokratyczna Polska!

A potem z wielu tysięcy piersi buchnęło tłumione wołanie, śpiew-grzmot:

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród,
Nie damy pogrześć mowy,
Polski my naród, polski lud...

Poczet sztandarowy ustawia się przed trybuną. W oddziałach słychać komendy, po których następuje 

zmiana  szyku.  To  już  przygotowanie  do  defilady.  Pułki   i  bataliony  odchodzą,  aby  za   chwilę   wrócić   w 
idealnie wyrównanych kolumnach. Orkiestra gra marsza i oto już widać czoło 7 pułku piechoty. Rytmiczny 
krok, wyprostowane  sylwetki żołnierzy i połyskująca  broń. Goście z kraju nie mogą ukryć  wzruszenia. 
Jeszcze kilka dni temu byli wśród partyzantów słabo uzbrojonych i różnie ubranych, a tu idzie potęga: cała 
dywizja piechoty jednolicie umundurowana, w tradycyjnych rogatywkach, dobrze wyszkolona.

Oczu nie można oderwać od tych żołnierzy, od ich świetnej broni, tylu pistoletów maszynowych i 

erkaemów, które tam, w kraju, były snem chłopców z lasu. Maszeruje 8 pułk, po nim 9, też piechoty. Za 

background image

poszczególnymi batalionami suną cicho armaty przeciwpancerne i moździerze. Krótka przerwa i kolejna 
kolumna: to już saperzy,  „czwarty” w pełnym składzie. W porównaniu z piechurami jest ich mniej, ale 
prezentują się równie dobrze. Potem idzie pododdział łączności i wreszcie ogniowy taran dywizji, pułk 
artylerii lekkiej. Dywizjon haubic 122 mm i dwa dywizjony armat 76 mm, wszystkie zmotoryzowane. Z 
daleka narasta huk silników i metaliczny jazgot. Czyżby jeszcze czołgi? Nie, to działa pancerne SU-76, 
trzynaście wozów bojowych z białymi orłami na burtach, nowiutkich i jeszcze nie użytych w walce. Wlecze 
się za nimi mgiełka  spalin, kiedy ostatnia maszyna  mija trybunę honorową, a także pył z rozjeżdżonej 
murawy.

— To prawdziwa armia — mówi któryś m z przedstawicieli KRN do generała Berlinga.  — !Ę Tylu 

żołnierzy, tyle sprzętu.

— Nie, to tylko jedna dywizja piechoty — prostuje z uśmiechem zagadnięty. — Defilada całej naszej 

armii trwałaby znacznie dłużej. Mamy co pokazać, mamy z czym iść do walki...

— Do zwycięskiej walki — dodaje z przekonaniem delegat.

Tak blisko, a tak daleko

— Alarm!
Zerwali się na równe nogi. Nie było nawet czasu na przetarcie zaspanych oczu. Wskakiwali w buty 

niemal prosto z pryczy. W pośpiechu okręcali owijacze na łydkach, ściągali mundury pasami. Po omacku 
sięgali po broń.

Czerwcowa noc była ciepła i spokojna. Gwiezdna kopuła przytłaczała swym ogromem, rozświetlała 

nieco czerń mroku. Gdzieś w oddali błyskały ręczne latarki. To dowódcy plutonów i kompanii ustalali 
między sobą drogę marszruty.

Z ziemianek i namiotów wyskakiwali przykuleni żołnierze. Niezdarnie poruszali się w ciemnościach 

objuczeni bronią i sprzętem wojskowym. Pojedynczo i małymi grupkami udawali się w rejon zbiórki. Z 
trudem przedzierali się przez gęste krzewy. Deptali sobie po piętach.

— Jak leziesz, lebiego — strofował kolegę Mikołaj Żukowski. — Oczu nie masz, czy co...
Ledwo utrzymał się na nogach po potężnym ciosie w plecy. Za nim, jak długi, rozłożył się któryś z 

saperów. Pomógł mu się pozbierać. Zajrzał w twarz. Rozpoznał pod hełmem charakterystyczny owal twarzy 
swego najbliższego kolegi.

— Wacek, to ty? — upewnił się.
— A kto ma być, wiadomo, że ja — odparł tamten.
— Coś się tak rozpędził?
— Chciałem zdążyć za tobą i się potknąłem.
— Otwieraj szeroko oczy, nie patrz pod nogi tylko przed siebie.
— Dobrze ci radzić, gdy masz buty na miarę. A moje o dwa numery za duże.
— Ale za to cieplejsze.
— Mikołaj, daj spokój.
Biegli teraz obok siebie. Co chwila któryś z nich poprawiał ręką spadający na oczy hełm. Gałęzie drzew 

boleśnie smagały ich po twarzach. Nawet tego nie czuli, pochłonięci myślą, żeby jak najszybciej dotrzeć do 
wyznaczonego rejonu zbiórki.

Dopadli go jako jedni z pierwszych. Na miejscu było już całe dowództwo 4 batalionu z kapitanem 

Władysławem   Kusznarowem.   Wkrótce   leśny   dukt   zapełniać   się   zaczął   żołnierzami.   Dowódcy   drużyn 
pośpiesznie sprawdzali obecność i meldowali stan dowódcom plutonów. Ci z kolei dowódcom kompanii.

Dowódca   batalionu   wezwał   do   siebie   oficerów.   Wystąpili   z   szyku   i   równym   krokiem  udali   się   w 

kierunku   przełożonego.   Stanęli   w   szeregu   kilka   kroków   przed   nim.   Zasalutowali.   Kapitan   Kusznarow 
rozpoczął krótką analizę tej części alarmu próbnego.

—   To   wszystko   przebiega   za   wolno   —   powiedział.  —   Wiem,  że   jest   ciemno,   że   trudne   warunki 

terenowe.   Ale   to   nie   usprawiedliwia   ludzi,   którzy   poruszają   się   jak   żółwie.   Czas   zbiórki   batalionu 
przekroczony został o siedem minut. To dużo, bardzo dużo. W warunkach bojowych  każda minuta ma 
ogromne znaczenie. Każde siedem minut może oznaczać wóz albo przewóz. Żołnierz musi to zrozumieć.

Dowódcy kompanii i plutonów słuchali krytycznych uwag przełożonego w nie najlepszym nastroju. Nie 

mieli żadnego usprawiedliwienia. Tym bardziej że poprzedni alarm próbny wypadł pomyślnie. Wydawało się 
więc, że dziś będzie jeszcze lepiej. A tymczasem norma bojowa została przekroczona. Trudno, trzeba będzie 
ćwiczyć, doskonalić gotowość bojową. I to bardzo intensywnie. Czasu bowiem pozostało niewiele. Termin 
wyruszenia dywizji, a w jej składzie 4 batalionu saperów, na front zbliżał się nieuchronnie.

background image

*

Wokół   chorążego   Tadeusza   Maciejewskiego,   zastępcy   dowódcy   1   kompanii   do   spraw   polityczno-

-wychowawczych,   zgromadziło   się   kilkunastu   saperów.   Wkrótce   dołączyli   inni.   Wykorzystując   chwilę 
przerwy w zajęciach chorąży omawiał sytuację na froncie.

—   Komunikat   z   siódmego   lipca   donosi,  że   wojska   pierwszego   Frontu   Białoruskiego,   któremu 

podporządkowani jesteśmy i my, zajęły Kowel, ważny punkt oporu i węzeł kolejowy. Ósmego lipca zdobyte 
zostały Oszmiana i Mir, dziewiątego lipca Baranowicze...

Żołnierze   uważnie   słuchali   słów   wypowiadanych   przez   chorążego.   Rozumieli,   że   każdy  zwycięski 

komunikat   z   walk   Armii   Radzieckiej   przybliża   dzień   wyzwolenia   Polski.   Szczelnie   otoczyli   więc 
przełożonego, aby nie uronić żadnej radosnej wieści.

— Posłuchajcie, co o tym piszą w „Zwyciężymy” — powiedział chorąży Maciejewski, wyjmując gazetę 

armijną z torby polowej. Rozłożył ją i zaczął czytać.

— Zwycięskie natarcie Armii Czerwonej w kierunku na Brześć i Białystok oraz wyzwolenie Kowla 

otwiera   przed   radzieckimi   siłami   zbrojnymi   bezpośrednie   drogi   ku   zachodniej   granicy   Związku 
Radzieckiego i do Polski. Zbliża się dzień wyzwolenia narodu polskiego spod faszystowskiej tyranii. Dnia 
tego   oczekują   ze   wzruszeniem   miasta   i   wsie   męczeńskiej   Polski.   Wiedzą   one,   że   pomoc   nadejdzie   ze 
wschodu, od bratnich narodów państwa radzieckiego. Ręka w rękę z Armią Czerwoną idą dzielne dywizje 
generała Berlinga. Wspólnym zadaniem wyzwoleńczych armii jest odrodzenie Polski silnej i niepodległej, 
demokratycznej, odbudowanie niezależnego państwa polskiego, które by raz na zawsze zostało uwolnione 
od groźby nowego, rozbójniczego napadu niemieckiego.

Mocno   zapadły   w   żołnierskie   serca   i   umysły   słowa   artykułu   przedrukowanego   z   moskiewskiej 

„Prawdy”. Polska, niepodległość, demokracja... Na ten temat przegadano w ziemiankach niejedną wolną 
chwilę. I oto teraz wszystko stawało się bliskie i realne.

— A co z Wilnem? — wyrwało się któremuś ze słuchających.
—   Komunikat   z   czternastego   lipca   donosi,  że   wojska   trzeciego   Frontu   Białoruskiego   w   wyniku 

pięciodniowych walk zniszczyły otoczony w Wilnie garnizon niemiecki i zdobyły miasto. Z każdą godziną 
droga do kraju staje się coraz bliższa...

*

Z   daleka   niosło   się   echo.   Z   niepokojem   wsłuchiwali   się   w   te   odgłosy  żołnierze.   Dudniły  działa, 

eksplodowały bomby i pociski artyleryjskie. Niebo rozświetlały rakiety. Front przemawiał bólem i gniewem, 
bohaterstwem i chwałą.

Linia   walk  oparła   się  o  Wisłę.  W   niektórych  miejscach   przekroczyła   jej  nurt   i  przebiegała  lewym 

brzegiem   rzeki.   Uchwycone   przez   żołnierzy   radzieckich   przyczółki   krwawiły,   ale   trwały   w   bojach 
zaciekłych i śmiertelnych. Nie ustępowały pola wściekle atakującym jednostkom niemieckim.

Trzecia dywizja, a wraz z nią 4 batalion saperów wciąż gonił front. Trauguttowcy ześrodkowali się w 

rejonie Żerdź, Jaworzna i Marianka. Znajdowali się w drugim rzucie 1 armii WP.

Wieczór lipcowy nastał wyjątkowo ciepły i duszny. Po pracowitym dniu kolacja smakowała saperom 

jak nigdy. Małymi grupkami usiedli wokół wysokopiennych drzew. Jedli w milczeniu. Każdy z nich zajęty 
był własnymi myślami. Minione dni dostarczyły im dużo emocji i wrażeń. Było nad czym rozmyślać.

Najdalej od polowej kuchni usadowili się saperzy, którzy ze sporym opóźnieniem przybyli na posiłek. 

Dowodził nimi sierżant Witold Komar. Do tej pory rozpoznawali oni zasoby leśne rejonu stacjonowania. 
Obeszli spory kawał terenu w poszukiwaniu odpowiedniego budulca na środki przeprawowe. Przybyli do 
obozu zmęczeni, ale zadowoleni z rekonesansu. Wokół znajdowało się sporo drewna do budowy.

— To było jakby wczoraj. Bug, Manifest Lipcowy, spalone wsie i lipiec od kurzu spopielały...
Sierżant Komar spojrzał znad menażki na mówiącego.
— Coś ty dzisiaj taki romantyczny? — zapytał uśmiechając się przyjaźnie.
— Przypominam sobie właśnie osiem ostatnich dni i tak jakoś się rozmarzyłem.
— A pamiętacie nasz marsz w kierunku Bugu? — wtrącił się do rozmowy Motyl Cypuk.
—   Jak   moglibyśmy   nie   pamiętać,   wszak   to   przeżycie,   którego   nie   zapomina   się   do   śmierci  — 

odpowiedział mu ktoś z boku. — Raz tylko wkracza się do ojczyzny...

— Na tym kawałku zaminowanego terenu mocno się napociliśmy — zmienił temat saper Władysław 

Kamiński.

— Masz na myśli to pole minowe zagradzające nam drogę? — zorientował się sierżant Komar.
—   Tak   jest,   panie   sierżancie  —   odpowiedział   tamten   służbowo.  —   Wydobyliśmy   wtedy  z   ziemi 

background image

kilkadziesiąt   niemieckich   min   przeciwpiechotnych   typu   PMD-6   i   tyle   samo   min   talerzowych 
przeciwpancernych.

— Część pola minowego była zniszczona przez radziecką artylerię, ale reszta się ostała  — zauważył 

stojący pod drzewem kapral.

— Nie był to dla nas normalny marsz — westchnął Cypuk. — Oprócz przejścia w polu minowym przez 

cały czas wykonywaliśmy prace zabezpieczające przemarsz pułków.

— Największy kłopot mieliśmy jednak z tym niepozornym mostkiem  — stwierdził z przekonaniem 

niski, pucołowaty żołnierz z dystynkcjami starszego sapera.

— Masz na myśli te dźwigary, których szukaliśmy bezskutecznie po całej okolicy? — spytał dowódca 

drużyny.

— To właśnie mam na myśli,  panie kapralu. Ale się wtedy nałaziliśmy.  I gdyby nie ta rozwalona 

stodoła, nie wiem, w jaki sposób wykonalibyśmy zadanie. Tymczasem kantówka pasowała w moście jak 
ulał, nawet nie trzeba jej było przycinać.

— A przypominasz sobie ten wypadek w maszerującej przed nami kolumnie?  — zainteresował się 

plutonowy Kazimierz Krajewski.

Jak mogli o tym zapomnieć. Wstrząsnął przecież nimi do głębi. Zobaczyli wówczas na własne oczy, do 

czego prowadzi brak zdyscyplinowania, czym grozi samowolne odłączenie się od kolumny marszowej.

Nieszczęśliwy wypadek zdarzył się w 1 batalionie 8 pułku piechoty. Maszerujący żołnierze zatrzymali 

się w drodze za wyludnioną i zaminowaną wioską na krótki wypoczynek. Nie opodal rósł owies. Jeden z 
kompanijnych woźniców wszedł na pole, skosił trochę owsa i wracając wpadł na minę. Nastąpił wybuch, 
woźnica   był   ranny  w   obie   nogi.   Widząc   to   kolega   pospieszył   mu   z   pomocą.   Zdawał   sobie   sprawę   z 
grożącego niebezpieczeństwa, toteż szedł ostrożnie po śladach pierwszego. Dotarł szczęśliwie do rannego i 
wziął go ostrożnie na ręce. W drodze powrotnej trafił jednak na minę. I o dziwo, nic mu się nie stało. 
Wybuch zerwał mu tylko część buta. Natomiast ranny został trafiony po raz drugi. Tym razem śmiertelnie.

— Tak, to był smutny widok — powiedział z żalem w głosie plutonowy Krajewski.
—   A   mnie   najbardziej   utkwił   w   pamięci   ten   marsz  —   powiedział   głośno   saper   o   twarzy 

kilkunastoletniego chłopca. — Radosny marsz ze śpiewem po drewnianym moście na Bugu. Marsz wśród 
szpalerów wiwatujących rodaków i sypiących się kwiatów... To było wspaniałe.

*

Prace przy budowie stanowiska dowodzenia dowódcy dywizji nie należały do łatwych. Grunt był tu 

sypki, trudny do uprofilowania. Mimo to roboty ziemne posuwały się dość sprawnie.

— Obserwator! Co tam u was? — zapytał telefonicznie dowódca batalionu, kapitan Kusznarow.
— Melduję, że bez zmian...
Dowódca „czwartego” odłożył wolno słuchawkę na polowy aparat. Zamyślił się przez moment. Mieli 

szczęście. Naloty ustały, a i rozpoznanie lotnicze nieprzyjaciela już ich nie nękało. Trzeba podgonić robotę. 
Wykorzystać maksymalnie czas przed „burzą”.

— Łącznościowiec, połączcie mnie z SD dowódcy dywizji.
— Łączę, obywatelu kapitanie.
— Melduje się dowódca drugiej kompanii podporucznik Stanisław Kelner.
— Co tam u was słychać? — zapytał kapitan.
—   Prace   przebiegają   planowo  —   padła   krótka   odpowiedź.  —   Wykonaliśmy  pomieszczenie.   Teraz 

bierzemy się za maskowanie.

— A jak z terminem? Zdążycie oddać SD na czas?
— Tak jest, obywatelu kapitanie.
Kusznarow   z   zadowoleniem   przyjął   zapewnienie   dowódcy   kompanii.   Postanowił   jednak   osobiście 

zapoznać się z postępem robót. Zapiął guziki kurtki pod szyją, docisnął pas z pistoletem, na głowę włożył 
rogatywkę i kierując się do wyjścia rzucił przez ramię do dyżurnego.

— Jestem na budowie SD dowódcy dywizji. Gdyby coś było ważnego, wiecie, gdzie mnie znaleźć.
Polowy łazik ruszył wolno wąskimi, piaszczystymi duktami. Po obu stronach drogi rósł wysokopienny 

mieszany las, z przewagą drzew iglastych. Wierzchołki niektórych z nich zwisały żałośnie czubkami ku 
ziemi.  Okaleczone  zostały  przez  pociski   i  odłamki   bomb  lotniczych.  Tu  i  ówdzie  głębokie  leje   i  zryta 
artyleryjską nawałą ziemia przypominała, że jeszcze nie tak dawno toczyły się tu zaciekłe walki.

Dowódca batalionu przybył na miejsce budowy SD w odpowiednim momencie. W chwilę później na 

polnej drodze, w tumanach kurzu, ukazało się kilka terenowych wozów. Zataczając lekki łuk zatrzymały się 
przed samochodem Kusznarowa.

background image

Z pierwszego łazika wysiadł dowódca 3 DP generał Stanisław Galicki w towarzystwie kilku oficerów 

sztabu. Kapitan Kusznarow zameldował saperów podczas prac fortyfikacyjnych przy SD.

— Widzę, że roboty zbliżają się do końca — stwierdził z zadowoleniem generał Galicki, przyglądając 

się dokonanemu dziełu. — Zbudowaliście stanowisko dowodzenia jak się patrzy. Wejdźmy do środka...

Mimo   południowej   pory   w   pomieszczeniu   panował   półmrok.   Przez   wąskie   szczeliny   niewielkimi 

smużkami sączyło się światło dzienne. Powietrze przesiąknięte było zapachem ściętego drzewa i świeżą 
ziemią.   Była   to   solidna   budowla   odporna   na   uderzenia   pocisków.   Stąd   miał   generał   Galicki   kierować 
działaniami trauguttowców w rejonie przyczółka warecko-magnuszewskiego.

Dowódca dywizji był zadowolony z pracy saperów. Po wyjściu z SD podszedł do żołnierzy 4 batalionu. 

Rozpoczął z nimi serdeczną rozmowę. Natychmiast zasypano go pytaniami: co słychać na froncie, jakie 
zadanie czeka dywizję?

—   Nasza   armia   została   wprowadzona   do   pierwszego   rzutu   Frontu   Białoruskiego  —   oznajmił.  — 

Zajęliśmy obronę nad Wisłą w pasie Dęblin—Puławy i tam przystąpiono do forsowania rzeki...

— A my? — padło niecierpliwe pytanie.
— My jesteśmy w drugim rzucie armii. Poszlibyśmy na lewy brzeg, gdyby powiodło się uderzenie 

pierwszej   i   drugiej   dywizji.   Niestety,   rezultat   forsowania   był   inny.   Część   pododdziałów   uchwyciła 
wprawdzie niewielki przyczółek,  ale  do jego utrzymania nie starczyło  sił, mówiąc  dokładniej: środków 
przeprawowych. Wy, jako saperzy, wiecie najlepiej, co to oznacza...

—   To   znaczy   klęska?   Aż   trudno   uwierzyć  —   dorzucił   ktoś   ponurym   głosem.  —   Tyle   sobie 

obiecywaliśmy, i taki początek.

— Jaka klęska? — odparował ostro generał Galicki. — O czym wy mówicie? Forsowanie nie powiodło 

się, to fakt, ale związaliśmy znaczne siły nieprzyjaciela i odwróciliśmy jego uwagę od rejonów pod Warką i 
Kazimierzem,   a   właśnie   tam   uderzyły   radzieckie   oddziały   z   pełnym   powodzeniem.   Mamy   już   dwa 
przyczółki na zachodnim brzegu Wisły i to jest najważniejsze.

*

Uderzenia   siekier   słychać   było   z   daleka,   saperzy   pracowali   w   pocie   czoła.   Pościągali   mundury   i 

poukładali w „kostkę” pod drzewami, ale karabiny mieli pod ręką. Mimo spokoju, w każdej chwili można 
było spodziewać się najgorszego. O kilkanaście kilometrów stąd trwała wojna, heroiczny bój nad brzegami 
Wisły.

— Podcinaj drzewo tylko z jednej strony — irytował się dowódca drużyny, widząc nieporadość jednego 

z saperów.

— Uwaga, tam...
Wysokopienna sosna, łamiąc rozłożystą koroną pomniejsze drzewka, z trzaskiem zwaliła się na ziemię. 

Natychmiast otoczyli ją saperzy z siekierami w rękach. Obcinanie  gałęzi  i korowanie nie sprawiało  im 
najmniejszych kłopotów. Widać, że nauki wyniesione z sieleckiego obozu i kiwerckiej leśnej  „szkoły” nie 
poszły na marne.

— Będą z tego drewna tratwy jak się patrzy — stwierdził ze znawstwem któryś z saperów.
— A i łodzie z takich desek wyjdą nie najgorsze — dorzucił ktoś z boku.
— Panie sierżancie, jak wygląda ta nasza Wisła  — dopytywał się Piotr Pędziwiatr.  — Ja nie z tych 

stron. Urodziłem się w Rosji...

— Jak wygląda Wisła, pytasz...
Dowódca drużyny chwilę się zastanowił, jakby go to pytanie zaskoczyło, a później rzekł:
— Przypomnij sobie Okę. Pamiętasz, jak śpiewaliśmy: Płynie, płynie Oka, jak Wisła szeroka, jak Wisła 

głęboka... Ot, i masz odpowiedź...

— Panie plutonowy,  czy będziemy ją forsować? — dopytywał się ktoś inny.
— A jak wyzwolić resztę kraju bez sforsowania Wisły? — pytaniem na pytanie odpowiedział dowódca 

drużyny.

Zastanowili się. Wychodziło, że nie można. A więc będą ją forsować. To już pewne. Tylko kiedy?

Saper godziny nie wybiera

Nadbrzeżne   lasy   w   rejonie   wsi   Wilga   i   Skurcza   pełne   były   trauguttowców.   Zgodnie   z   rozkazem 

dowódcy 1 armii WP 3 DP stłoczona została nad Wisłą. Rejon wyczekiwania do przeprawy zajął tu również 
4   batalion   saperów.   Wszyscy   z   niecierpliwością   czekali   na   rozkazy,   wiedząc,   że   już   wkrótce   zapadną 

background image

najważniejsze dla nich decyzje.

Napięcie rosło, nie dlatego, że nie zdawali sobie sprawy, co ich czeka. Trwali w podnieceniu — kiedy to 

nastąpi.

Grupka   żołnierzy   z   karabinami   w   rękach   chyłkiem   przemknęła   przez   otwarte   pole.   Wpadli   w 

przybrzeżne wikliny i oczom ich ukazała się rzeka. Szeroko rozlana, leniwie toczyła spokojny nurt. Letnie 
upały obniżyły jej poziom. Przeszli jeszcze kilka kroków, z trudem przedostali się przez gęstwinę krótkich 
gałęzi, pod żołnierskimi butami zachlupotała woda.

— Wisła, nasza kochana Wisła  — dał upust swej nieokiełznanej radości któryś z saperów i zanurzył 

dłonie w płytkiej zmąconej wodzie. — Ale ciepła, jak podgrzana...

— Ciszej tam! — rozkazał sierżant Władysław Komar.
Skinął   ręką.   Skupili   się   wokół   niego.   Przez   rozsunięte   wikliny   znów   obserwowali   rzekę.   Wolno 

przesuwali wzrok po powierzchni wody, z uwagą lustrowali przeciwległy brzeg.

Przyczółek warecko-magnuszewski rysował się przed nimi całkiem wyraźnie. Od 31 lipca żył walką. 

Zdobyła   go   ósma   armia   gwardii   generała   Czujkowa.   Niezwyciężeni   stalingradczycy   prowadzili   o   jego 
utrzymanie i poszerzenie mordercze walki. Nocą i dniem.

Niemcy   zdawali   sobie   sprawę,   że   uchwycenie   przyczółka   przez   wojska   radzieckie   stwarza 

zdecydowanie niedogodną dla nich sytuację. Starali się więc zlikwidować go za wszelką cenę. Do walki na 
tym   odcinku   wprowadzili   doborowe   jednostki:   19   dolnosaksońską   dywizję   pancerną,   45   dywizję 
grenadierów i jedną z najlepszych spadochronowo-pancerną dywizję  „Hermann Göring”. Wszystko to na 
próżno. Przyczółek trwał, tkwił jak gwóźdź w linii obronnej Niemców.

Z   prawego   brzegu   Wisły  saperzy  nie   mogli   dostrzec   całego   broczącego   żołnierską   krwią   skrawka 

nadwiślańskiej ziemi, skrawka w kształcie nieforemnego czworoboku, który od wschodu okalała Wisła, a od 
północy Pilica wpadająca  pod Mniszewem do Wisły.  Od zachodu linia frontu  przebiegała lasami, a od 
południa opierała się o Radomkę.

Przyczółek   warecko-magnuszewski...   35 kilometrów   wzdłuż   frontu,   15 kilometrów głębokości.   Tak 

mało, a jednocześnie tak dużo.

Pojedynczo,   ubezpieczając   się   wzajemnie,   wycofali   się   saperzy   z   przybrzeżnych   wiklin.   Jednym 

skokiem pokonali otwartą przestrzeń i wpadli w wysokopienny las. Znanymi duktami dotarli do obozu.

W namiocie dowódcy batalionu zapalono już światło. Nad mapą sztabową pochylało się kilku oficerów. 

Sytuację na przyczółku referował szef sztabu 4 batalionu podporucznik Stanisław Jotko. Oficerowie kręcili 
głowami,   fakty,   które   im  przedstawiano,   nie   napawały  optymizmem.  Przyczółek   bronił   się   nadludzkim 
wysiłkiem, Niemcy wściekle atakowali. Pozycje przechodziły z rąk do rąk.

— Dziś, dziewiątego sierpnia, przeprawiła się przez Wisłę część naszej dywizji — mówił podporucznik 

Jotko.  — Pierwszy dostał się na przyczółek dziewiąty pułk piechoty, za nim poszedł ósmy,  a na końcu 
siódmy.   Forsowanie   rzeki   odbyło   się   szybko   i   sprawnie.   Co   prawda   samoloty   niemieckie   starały   się 
bombardować przeprawę, ale dzięki naszej artylerii przeciwlotniczej przebiegała ona w sposób prawie nie 
zakłócony.   Zmuszone   do   lotów   na   wysokich   pułapach   maszyny   wroga   zrzucały  bomby  niecelnie.   Nie 
wyrządziły one większych szkód przeprawiającym się wojskom.

Wśród   zebranych   dowódców   kompanii   i   plutonów   nastąpiło   pewne   odprężenie.   Wiadomość   o 

pomyślnym forsowaniu Wisły przez dywizyjną piechotę wprawiła ich w dobry nastrój. W chwilę później 
wyraz zatroskania znów pojawił się na ich twarzach. To było dziś, a jak będzie jutro?

Szef sztabu, zdawało się, odgadywał ich myśli. Podniósł wzrok znad mapy i spojrzał na stojących 

naprzeciw niego oficerów.

— Jutro czas na nas, przed nami pierwsze poważne zadanie — powiedział zdecydowanym głosem. — 

Skoro  świt   przeprawia   się   batalion   szkolny.   My  forsujemy  Wisłę   po   nim.  Przeprawę   osłania   pierwsza 
brygada saperów i siódmy zmotoryzowany batalion saperów. W towarzystwie naszych kolegów po fachu 
będzie nam zapewne raźniej — zakończył żartobliwie i po chwili dorzucił: — Czy są pytania?

Zgłosił się dowódca pierwszej kompanii porucznik Józef Bulda:
— Jakie jest zadanie naszej dywizji?
Szef sztabu czwartego batalionu spojrzał na mapę, poprosił oficerów, aby podeszli jeszcze bliżej, i 

zaczął wyjaśniać:

— Trzecia dywizja piechoty ma zluzować mocno zdziesiątkowane w walkach dwie radzieckie dywizje. 

Na prawym skrzydle siedemdziesiątą czwartą dywizję gwardii luzuje dziewiąty pułk piechoty, a dwudziestą 
siódmą dywizję piechoty gwardii ósmy pułk. Z prawej strony bronić będziemy pasa: odnoga Pilicy na północ 
od   Mniszewa,   z   lewej   folwark   Bagna,   Zakrzew.   Przedni   skraj   obrony  przechodzi   wzdłuż   wschodniego 
brzegu   Pilicy.   Zadanie   dywizji:   opierając   się   na   zorganizowanym   systemie   przeciwpiechotnego   i 
przeciwpancernego ognia nie dopuścić Niemców do przedniego skraju obrony, a w wypadku przerwania się 

background image

jego oddziałów przez przedni skraj zniszczyć go kontratakiem drugich rzutów pułku i dywizji. Decyzja: 
zbudować system obrony z silnie wzmocnionym lewym skrzydłem, rzutując w pierwszej linii dwa pułki, w 
drugiej jeden pułk piechoty. Obrona opierać się będzie na batalionowych punktach obrony i kompanijnych 
punktach   oporu.   Na   lewym   skrzydle   stworzony   zostanie   najsilniej   rozbudowany   system   obrony 
przeciwczołgowej.

Uprzedzając   dalsze   pytania   podporucznik   Jotko   poinformował   zebranych   o   ogólnych   zadaniach 

czwartego batalionu na przyczółku:

—   Naszym   zadaniem   będzie   odtworzenie   zniszczonych   w   czasie   walk   obiektów   fortyfikacyjnych. 

Wykorzystując   doświadczenia   z   tego   brzegu   zbudujemy   tam   SD   dowódcy   dywizji.   Ponadto   będziemy 
nieustannie rozpoznawali teren pod względem inżynieryjnym. Czeka nas także bojowy egzamin na polu 
minowym przeciwnika. Jak widać, otrzymaliśmy niełatwe zadania. Musimy im jednak sprostać.

Noc z 9 na 10 sierpnia nie należała do spokojnych. Saperzy nie zmrużyli nawet oka. Niemcy wściekle 

atakowali z powietrza rejon wyjściowy 3 dywizji. Dziesiątki bomb spadały z ciemnogranatowego nieba na 
stłoczonych w lasach ludzi i sprzęt bojowy. Eksplozje zwalały drzewa, płonące gałęzie spadały na okopy, w 
których kryli się żołnierze. W powietrzu unosił się swąd spalenizny. Dopiero nad ranem ucichła bitewna 
wrzawa. Wstawał dzień pierwszej saperskiej próby, którą mieli przejść żołnierze 4 batalionu.

— Czwarty do przeprawy! — rozległy się głośne wołania.
Pierwsza   kompania   porucznika   Buldy   ruszyła   do   przodu.   Saperzy   objuczeni   bronią   i   sprzętem 

inżynieryjno-saperskim biegli ociężale. Dopadli wreszcie piaszczystego brzegu Wisły. Brodząc po kolana w 
wodzie zaczęli się ładować do stalowych pudeł pontonów. Ostatni z trudem pomagali je spychać na głębszą 
wodę i w biegu czepiali się ich burt. Do środka wciągały ich krzepkie ręce kolegów.

Pontony wzięły kurs na przeciwległy, zachodni brzeg rzeki.

*

Czołgając   się   dotarli   do   przybrzeżnych   szuwarów.   Jeszcze   przez   moment   tulili   się   do   ziemi. 

Nasłuchiwali. Wokoło panowała cisza. Zaryzykowali i pojedynczo, skokami, przemierzyli niewielki odcinek 
terenu dzielący ich od gęstych krzaków rosnących tuż nad wodą. Cicho przycupnęli pod gałęziami. W dole 
pluszcząc toczyła swe wody Pilica.

Na jej przeciwległym brzegu byli Niemcy. Gołym okiem widać było zasieki z drutu kolczastego. Za 

nimi przypuszczalnie znajdowało się pole minowe. A dalej, w głębi, pozycje obronne hitlerowców.

— Szeroko, będzie ponad sto metrów — szepnął do sierżanta Komara jeden z saperów.
—  Szybkość   prądu   chyba   niecały  metr  —  powiedział   do  siebie   podoficer,   bystro   przyglądając   się 

nurtowi rzeki.

— Brzegi płaskie i piaszczyste  — analizował wyniki obserwacji wzrokowej saper Motyl Cypuk.  — 

Zarówno po jednej jak i po drugiej stronie brzegu pełno gęstych krzaków...

Rozejrzeli się uważnie dookoła. Sierżant dał znak lekkim ruchem głowy. Przesunęli się bezszelestnie w 

lewo. Z tego miejsca widok był znacznie lepszy. Rozłożyli lornetę nożycową, uważając, by nie zdradzić się 
przed wrogiem. Rozpoczęli wnikliwą obserwację terenu.

Podoficer bacznie lustrował rejon obrony Niemców. Tak jak przypuszczali, tuż za Pilicą znajdował się 

długi rząd zasieków z drutu kolczastego. Za nimi była pusta przestrzeń porośnięta trawą.

— Podejrzanie mi to wygląda — zwrócił się do stojącego obok sapera sierżant Komar.
Podwładny przemilczał uwagę podoficera, ale skierował lornetkę we wskazaną stronę. Długo przyglądał 

się dziwnej łące.

— Ani chybi pole minowe — rzekł w końcu. — W niektórych miejcach widać ślady świeżej ziemi, a to 

znak, że niedawno zakopywano tu pospiesznie miny. Trzeba to nanieść na szkic perspektywiczny terenu.

Przenieśli wzrok na kolejną rubież terenu zajętego przez Niemców. Przez szkła lornetek widać było 

wyraźnie zygzakowatą linię okopów i stanowiska ogniowe broni maszynowej.

—   Z   lewej   dozór,   wysokie   drzewo,   uszkodzone   zapory   inżynieryjne  —   meldował   któryś   z 

obserwatorów.

Sierżant Komar spojrzał w tym kierunku. Faktycznie w zasiekach z drutu kolczastego widniała sporych 

rozmiarów wyrwa. Porozrzucane drewniane kozły i zorana pociskami ziemia wskazywały, iż wstrzelała się 
tu nasza artyleria.

— Położenie wyrwy należy określić za pomocą wcięć z kilku punktów obserwacyjnych — powiedział 

podoficer. — Wtedy zapewniona zostanie pożądana dokładność.

— Dziwne, że jeszcze Niemcy tego nie naprawili — zauważył jeden z saperów.
— Widocznie mają inne, znacznie poważniejsze kłopoty — odpowiedział sierżant.

background image

Miał zamiar jeszcze coś dodać, już otwierał usta, gdy nagle tuż nad przybrzeżnymi krzakami przeleciał 

ze świstem pocisk artyleryjski i rozerwał się za nimi. Głucha detonacja wstrząsnęła powietrzem. Gdzieś z 
boku rozgorzała gwałtowna wymiana ognia.

— Lotnik, kryj się!
Rzucili się natychmiast na wilgotną ziemię. W powietrzu pojawił się niemiecki samolot rozpoznawczy, 

zwany popularnie „ramą”. Krążył wysoko nad polskimi pozycjami. Zachłysnęły się działka przeciwlotnicze. 
Maszyna wykonała gwałtowny skręt w prawo i zniknęła z pola widzenia.

Od strony pozycji obronnych 8 pułku piechoty doszło obserwatorów głośne echo bitewnej wrzawy.
— Nasi kontratakują — powiedział któryś z saperów.
— A może Niemcy? — zaniepokoił się jego kolega.
— Nie, nasi, słyszę wyraźnie, jak grają pepeszki...

*

Pełniący obowiązki dowódcy 4 batalionu kapitan Anatol Sandler uważnie patrzył na twarze stojących 

przed nim żołnierzy. Pluton saperów składał się z dobrych fachowców. Nie mieli jedynie obycia w walce. 
Teraz przyszła kolej na uzyskanie i tej żołnierskiej wartości.

— Jutro o  świcie weźmiecie udział w akcji na terenie nieprzyjaciela  — poinformował saperów.  — 

Wzmocnicie   dziewiątą   kompanię   ósmego   pułku   piechoty   dowodzoną   przez   podporucznika   Grzegorza 
Gonczarowa. Dołączy do was także pluton cekaemów z trzeciej kompanii pułku. Nie ukrywam, że jest to 
trudne, niebezpieczne zadanie. Wierzę jednak, że wypełnicie je z powodzeniem.

Nazajutrz, 19 sierpnia, pododdział trauguttowców wyruszył skrycie w kierunku Pilicy. Bez przeszkód 

dotarli   do   rzeki   i   zalegli   na   brzegu.   W   odległości   kilkudziesięciu   metrów   płynęła   ocieniona   wikliną   i 
sitowiem nieduża odnoga rzeki, a zaraz za nią Pilica. Dalej rozciągało się szerokie pasmo łąk, dochodzące do 
wysokiej stromej skarpy, na której znajdowały się już niemieckie pozycje. W głębi rysowały się ledwie 
dostrzegalne sylwetki wież kościoła we wsi Pilica. To był cel ich wyprawy.

Podporucznik Gonczarow zwołał krótką naradę. Postawił zadania piechocie, saperom i cekaemistom.
—   Pamiętajcie   o   głównym   celu   naszej   akcji  —   powiedział   na   zakończenie.  —   Wzięcie   jeńców   i 

zdobycie dokumentów wroga, oto po co idziemy wspólnie za rzekę.

Pojedynczo dopadli wody. Pierwsi z nich odważnie weszli w jej nurt, reszta ubezpieczała z brzegu 

czołową   grupę,   w   skład   której   wchodzili   również   saperzy.   Przeprawiali   się   na   podręcznych   środkach 
znalezionych przy brzegu, ale starczyło ich tylko dla nielicznych. Większość przemierzała koryto rzeki na 
własnych  nogach, z rękoma, w których  dzierżyli  broń, wysoko uniesionymi  nad głową. Zbliżyli  się do 
nieprzyjacielskiego brzegu. Saperzy dali znak do zatrzymania. Musieli sprawdzić, czy wychodząc z wody 
nie trafią na miny.

Poszli, krok za krokiem. Ostrożnie. Z tyłu obserwowały ich baczne oczy kolegów. Już wykrywacze min 

znajdowały się w położeniu roboczym. Ramki poszukujące zaczynają wykonywać nad ziemią małe, później 
coraz większe kręgi. Napięcie wzrosło. W słuchawkach saperów ton jednak się nie zmieniał.

— Naprzód, droga wolna!
Tyraliera trauguttowców stąpa już po piaszczystej plaży, wychodzi na przeciwległy brzeg, zalega w 

dogodnym miejscu, kryje się w trawie. To ubezpieczenie mające czuwać nad bezpieczeństwem tych, którzy 
właśnie opuszczają przyczółek i wchodzą do wody.

Cicha   i   skryta   przeprawa,   to   połowa   sukcesu.   Grupa   bojowa   trauguttowców   zaskakuje   Niemców. 

Wyrwani nagle ze snu, wieją z okopów.

Podporucznik Gonczarow podrywa żołnierzy do ataku.
— Naprzód, chłopcy! — woła stając na ich czele.
Ale Niemcy otrząsnęli się już z zaskoczenia. Organizują obronę, by natychmiast przejść do kontrataku. 

Teraz odgrywa rolę każdy karabin. Saperzy wiedzą o tym. Biją się jak piechota.

Dochodzi   do   gwałtownej   walki.   Serie   broni   maszynowej   tną   powietrze.   Trauguttowcy   walczą   z 

determinacją. Mają przed sobą jeden cel — ująć jeńców.

— Dopuścić bliżej Niemców! — rozlegają się nawoływania dowódców.
Pomysł dobry, ale jakże trudny do zrealizowania. Gdy podejdą blisko, istnieje szansa na walkę wręcz i 

pochwycenie   jeńca   żywcem.   Istnieje   jednak   również   możliwość   dostania   się   samemu   do   niewoli   i 
poniesienia większych strat. To jest ten żołnierski wóz albo przewóz.

Nie udaje się. Niemcy wciąż naciskają. Metr po metrze spychają trauguttowców ku rzece.
— Wycofujemy się! — rozkazuje podporucznik Gonczarow. — Podać po linii, wycofujemy się...
Trauguttowcy chyłkiem przemykają obok zabudowań wsi. Goni ich huraganowy ogień niemieckich 

background image

moździerzy. Odłamki gwiżdżą nad głowami żołnierzy, ze świstem przelatują nad drewnianymi chatami.

Pod dowódcą grupy nagle ugięły się nogi. Zawirowało mu przed oczyma. Ujrzał to któryś z saperów. 

Dopadł oficera i wsparł go pomocnym ramieniem.

— Chyba oberwałem — powiedział przez zaciśnięte z bólu zęby podporucznik Gonczarow.
— Dowódca ranny! — rozległo się wołanie.
— Do tyłu z nim...
— Gdzie sanitariusz?
— Sanitariusz!
— Dopóki kompania nie przeprawi się przez rzekę, nie odejdę  — oznajmił oficer otaczającym go 

żołnierzom.

Gorzki smak przeprawy

Przyczółek   warecko-magnuszewski.   Skrawek   ziemi   nad   Wisłą.   Obszar   pokryty   pajęczą   nicią 

zygzakowatych   okopów   i   rowów   łączących.   Pełen   stanowisk   ogniowych,   punktów   oporu,   obiektów 
fortyfikacyjnych. Nasycony ludźmi i sprzętem wojskowym. Zabłocony, ciasny, śmiertelnie niebezpieczny.

Ziemia zorana pociskami wzdłuż i wszerz, przesiąkła żołnierską krwią. Naszpikowano ją setkami, ba, 

tysiącami min przeciwpiechotnych, przeciwpancernych i min pułapek. Płacząca okaleczonymi drzewami, 
spalonymi domostwami i zbożami. Przegrodzona kilometrami zapór inżynieryjnych, omotana zasiekami z 
drutu kolczastego.

W tej wojennej scenerii, zmagając się dniem i nocą z nieprzyjacielem, trwał polski żołnierz. Przez 

ponad miesiąc bronił zaciekle każdej piędzi tej ziemi. Nie oddał wrogowi pola. Mieli w tym swój konkretny 
udział   żołnierze   3   DP   im.   Romualda   Traugutta,   a   w   ich   składzie   saperzy.   Po   trzydziestu   paru   dniach 
aktywnej obrony zluzowały ich jednostki radzieckiej 82 dywizji piechoty.

Warszawa   wzywała.   Szli   do   niej   marszem   przyspieszonym.   Nie   szczędzili   wysiłku.   Chcieli   jak 

najszybciej znaleźć się u wrót stolicy.

W kompaniach „czwartego” zarządzono przerwę w marszu. Żołnierze utrudzeni drogą ciężko przysiedli 

na piaszczystej ziemi z rzadka porośniętej kępami traw. Plecami oparli się o drzewa. Przymknęli z lubością 
powieki. Oddychali głęboko, pełną piersią.

Do jednej z grupek saperów przysiadł oficer polityczno-wychowawczy chorąży Franciszek Permicki. 

Wierzchem dłoni wytarł pot z czoła. Zagadnął najbliższego żołnierza:

— Coś taki markotny? Ciężko, co?
— Nie tyle człowiek zmęczony fizycznie  — odparł żołnierz  — co psychicznie. Ciężko, obywatelu 

chorąży, na sercu...

— Wiem, co was boli. Wy jesteście warszawiakiem, prawda?
Zdziwiony żołnierz spojrzał uważnie na przełożonego:
— A skąd obywatel chorąży wie?
— Skąd wiem? Czytam to z waszej twarzy.
— Dobrze obywatel chorąży czyta — wtrącił siedzący pod drzewem żołnierz. — Bo Franek faktycznie 

pochodzi ze stolicy.

— Martwię sią o najbliższych — szepnął warszawiak. — Zostawiłem tam całą rodzinę...
— Nie martw się — zaczęli go pocieszać koledzy. — Są na pewno cali i zdrowi. Już niedługo się z nimi 

zobaczysz.

— Jak przeżyją powstanie — odpowiedział z zadumą w głosie warszawiak.
— Co mają nie przeżyć. Na pewno przeżyją.
— Obywatelu chorąży, jak to jest z tym powstaniem — zapytał nagle jeden z saperów. — Co prawda 

mówili nam jeszcze na przyczółku o jego wybuchu, ale różne o tym chodzą słuchy.

— Macie rację, chodzą, ale my też nie znamy jeszcze wszystkich okoliczności, które spowodowały 

wybuch powstania. Jedno jest pewne: decyzję podjęli ludzie z Londynu i cała odpowiedzialność za ten 
pochopny rozkaz spada na nich. Jaki był jej cel? Odpowiem krótko: wyłącznie polityczny.

— A co to za polityka? — zdziwił się któryś z żołnierzy. — Co chcieli osiągnąć?
— Otóż właśnie, co? Pytanie bardzo słuszne. Chcieli po prostu zademonstrować swoją odrębność w 

sytuacji, kiedy utworzony został PKWN jako organ władzy odrodzonej Polski. Nie wyrzekli się jeszcze 
nadziei, że tu wrócą. Tym podyktowany został rozkaz ruszenia na Niemców w Warszawie. Łatwo go wydać, 
ale znacznie trudniej wykonać. Z tego, co wiemy, atut zaskoczenia upadł, a walka z uzbrojonym po zęby 
wrogiem to rzecz trudna...

background image

— Pomożemy im? — zapytał ktoś niepewnie.
—  Na   pewno.   Tam  gdzie   leje   się   polska   krew,   nasza   pomoc   jest   potrzebna.   Mówię   oczywiście   o 

powstańcach i o ludności, a nie o tych, którzy spowodowali tę tragedię. W głowie się nie mieści, że nie 
chcieli nawiązać kontaktu ani z naszym dowództwem, ani z Armią Czerwoną. Oto macie dowód ślepoty tych 
polityków z Londynu. Im nic nie grozi, a Warszawa płonie, giną tysiące ludzi. W imię czego? Kto dał tym 
bankrutom prawo pchnięcia stolicy do tak nierównej walki?

Zapadła cisza. Żołnierze pogrążyli się w zadumie, targani bólem i gniewem. Z podziwem dla tych, 

którzy stanęli na barykadach, rodził się niemy protest przeciwko sprawcom dramatu.

— Czy znane są siły powstańców? — padło pytanie po długiej chwili milczenia.
— Nie, dokładnych danych nie mamy — odpowiedział chorąży.  — W naszej gazecie „Zwyciężymy” 

piszą tylko, że obok powstańców walczy również ludność, każdy, kto ma jakąś broń...

— Jakąś broń — podchwycił ktoś z zebranych. — Pistolety przeciw czołgom, przecież to masakra!
— I w tym główny problem. Widzieliście, co się działo pod Studziankami. Nam broni nie brakuje, 

mamy jej pod dostatkiem, a jak ciężko było walczyć z Niemcami. A cóż dopiero zmierzyć się z nimi bez 
takiej broni, bez zapasu amunicji, na dodatek w mieście. Wyobrażacie sobie?

Skinęli głowami, wszak to oczywiste.
— Obywatelu chorąży — odezwał się kapral, dowódca jednej z drużyn. — A jak będzie zorganizowana 

ta pomoc? Co będziemy robić?

— O tym zadecyduje dowództwo armii. Przypuszczam, że będą zrzuty broni, a może nawet forsowanie 

Wisły...

— Tak na wprost? Z praskiego brzegu do Warszawy? Paskudne ryzyko, wytłuką nas na rzece. To kawał 

wody.

— A jak dostać się na drugi brzeg? Innego sposobu nie ma. Nie wiem, gdzie rozpocznie się desant. 

Może ruszymy z Pragi, może z jakiegoś rejonu na północnym lub południowym krańcu miasta? Tego nie 
mogę wam wyjaśnić. Dowiecie się, jak padnie rozkaz; myślę, że już wkrótce.

— Czy nawiązano jakąś łączność z powstańcami?
—   Nic   o   tym   nie   słyszałem.  Przynajmniej   dotychczas,   bo   ta   sprawa   nie   do   nas   należy.   Jesteśmy 

saperami i mamy inne zadania.

Znowu zaległa cisza. Na twarzach żołnierzy pojawił się jakby cień zdziwienia: więc jak to właściwie 

jest?  Pomoc   bez   łączności?  Chorąży  odczytał   to  pytanie  w  ich  oczach,  wyczuł  niepokój   i  uzasadnioną 
przecież obawę, że w takich warunkach forsowanie skazane będzie na fiasko.

—   Cóż,   położenie   jest   piekielnie   trudne,   ale   jestem   przekonany,   że   bez   nawiązania   kontaktu   z 

powstańcami nie ruszymy  — powiedział, żeby dodać im otuchy.  — Czuwa nad tym dowództwo, decyzja 
zapadnie po przygotowaniu wszystkich elementów naszej akcji.

Chciał jeszcze coś dodać, lecz przerwała tę rozmowę nagła zbiórka wszystkich kompanii.

*

—   Gdzie   ten   sierżant   Komar   i   jego   ludzie?  —   denerwował   się   dowódca   kompanii,   nerwowo 

spoglądając na zegarek.

— Biegną! — zameldował obserwator usadowiony w rozwalonym oknie kamienicy.
Wpadli zdyszani. Twarze ich pokryte były potem i sadzą. Ubrudzone, podarte mundury świadczyły, iż 

przebyli trudną drogę.

— Szlag by to trafił  — rozpoczął sierżant.  — Wpadliśmy pod silny ostrzał. Musieliśmy przeczekać 

nawałę ognia w piwnicy...

— O tym później — przerwał mu oficer. — Teraz referujcie, co tam zauważyliście!
Sierżant   Komar   przekazał   dowódcy   dane   z   rozpoznania   inżynieryjnego   terenu   i   Wisły.   Porucznik 

skrupulatnie notował wszystkie uwagi i spostrzeżenia podoficera oraz towarzyszących mu saperów.

— Połączcie mnie z dowódcą batalionu — rozkazał telefonicznie.
Wkrótce informacje przekazane przez Komara i jego ludzi znalazły się u kapitana Edwarda Utyłły, by 

po chwili dotrzeć do szefa saperów dywizji. Nie były one pełne, toteż kapitan Władysław Kusznarow nie 
kwapił się zbytnio z przekazaniem ich dowódcy 3 DP. Oto jak wspomina ten moment w książce „Żołnierska 
droga” generał Jerzy Bordziłowski.

„Tymczasem   generał   Galicki   polecił   swemu   szefowi   saperów,   kapitanowi   Kusznarowowi, 

przeprowadzić   rozpoznanie   inżynieryjne.   Oficer   ten,   mimo   iż   nosił   z   rosyjska   brzmiące   nazwisko,   był 
Polakiem i w dodatku rodowitym warszawiakiem.

— Dane z rozpoznania zameldujcie mi za trzydzieści minut — zakończył generał Galicki. Kusznarow 

background image

zasalutował i wyszedł (...)

Po niespełna półgodzinie zjawił się Kusznarow.
— No, jak z tą Wisłą, kapitanie?
— Płynie — odpowiedział Kusznarow.
— Co? Co? — zaniepokoił się Galicki.
— Płynie — powtórzył kapitan.
Może to był z jego strony żart nie na miejscu, ale cóż można rozpoznać w ciągu 30 minut, gdy nawet na 

brzeg nie da się wyjść  — nieprzyjaciel ciągle go ostrzeliwał. Oficer uznał więc za wskazane lapidarnie 
stwierdzić: rzeka ani zamarzła, ani wyschła, po prostu płynie.

Z kolei kapitan Kusznarow podał szerokość rzeki, poinformował, że brak brodów, a obecność mielizn 

utrudnia przeprawy promowe.

Odjechaliśmy z Lisowskim (dowódca wojsk inżynieryjno-saperskich 1 armii WP — przyp. aut.), gdy 

zapadał zmrok, w nastroju  nie  bardzo  wesołym,  mimo że rozśmieszył  nas  zabawny meldunek  kapitana 
Kusznarowa. Wiedziałem, że rozkaz nakazujący pośpieszne działanie — a Wisłę nakazano forsować w tym 
samym   dniu,   15   września  —   nie   pozwoli   ani   na   przemyślenie   samej   decyzji,   zwłaszcza   niezbędnych 
szczegółów, ani na organizację współdziałania, ani na rozpoznanie i organizację walki w dolnych ogniwach. 
Po prostu brak było na to czasu”.

*

Kapitan Edward Utyłło spojrzał uważnie na mapę sztabową, poprosił dowódców kompanii, aby zbliżyli 

się do niego i wskazując palcem na rejon Saskiej Kępy powiedział:

—   Nasza   dywizja   obsadza   Wisłę   na   odcinku:   most   Poniatowskiego,   śluza,   kilometr  na   zachód   od 

Zbytek.   Naprzeciw   Żoliborza   zajęła   obronę   druga   dywizja   piechoty,   na   południe   od   niej,   do   mostu 
Poniatowskiego, pierwsza brygada kawalerii. Pierwsza dywizja piechoty przeszła do drugiego rzutu armii i 
ześrodkowała się w rejonie Rembertowa.

Dowódcy   kompanii   batalionu   saperów   porucznik   Józef   Bulda,   podporucznik   Stanisław   Kelner   i 

porucznik Paweł Wierzbicki spojrzeli po sobie wymownie. Wiedzieli, co takie słowa przełożonego mogą 
oznaczać. Odgadując ich myśli kapitan Utyłło wyjaśnił szczegóły czekających saperów zadań.

— Nasza dywizja została ugrupowana w dwa rzuty  — tłumaczył.  — Zadanie na dzisiejszą noc to 

forsowanie Wisły z rejonu Saskiej Kępy w kierunku Czerniakowa. Zaczyna dziewiąty pułk piechoty, siódmy 
jest w osłonie, ósmy w odwodzie. Jasne?

Nie padła żadna odpowiedź. Byli jakby zaskoczeni prostotą ujęcia tego, co miało nastąpić. Przecież 

forsowanie to kawał trudnej roboty. W jaki sposób pułk przedostanie się na drugi brzeg, skoro nie mają 
żadnych środków? Na rybackich łódkach, które zapobiegliwie ściągnęli?

— Zadanie dla naszego batalionu — ciągnął Utyłło. — Na przydzielonych łodziach desantowych DSŁ 

przerzucimy przez rzekę kompanię zwiadowców dywizyjnych, mamy też wyznaczyć zapasowych wioślarzy 
do   obsługi   pontonów   NLP.   Ponadto   pomożemy   piechocie   przy   załadunku   i   będziemy   czuwać   nad 
zachowaniem porządku i bezpieczeństwa na przeprawie.

— A kto przydzieli sprzęt? — zapytał porucznik Józef Bulda.
— Forsowanie zabezpiecza dziesiąty batalion brygady armijnej, szósty batalion pontonowo-mostowy i 

siódmy zmotoryzowany batalion saperów...

Odetchnęli, to już było coś bardziej pocieszającego.
— Jak widzicie, dowódca armii rzucił prawie wszystko, czym dysponuje. Niewykluczone, że pomogą 

nam również saperzy z jednostek radzieckich, ale jeszcze nie dzisiaj. Kolumny z ciężkim sprzętem przyjadą 
po zapadnięciu zmroku.

— Ruszy od razu cały dziewiąty pułk?
— Nie, najpierw zwiadowcy, to znaczy robota dla nas, a potem pierwszy batalion. Na jednorazowy 

przerzut wszystkich pododdziałów pułku zabraknie pontonów...

— Czyli na zaskoczenie nie ma co liczyć?
— Niestety — potwierdził Utyłło.  — Może tylko nam uda się skrycie przerzucić zwiadowców, ale 

batalion   to  nie   szpilka.   Właśnie   dlatego   będzie   wsparty  ogniem  naszej   artylerii   i,   jak   tego   domaga   się 
dowódca dywizji, chyba także atakiem bombowców. To już nie do nas należy, naczalstwo przygotowuje 
plan.   Będzie   z   nami   kapitan   Kusznarow,   jak   zwykle,   i   może   od   niego   dowiemy   się,   co   tam   jeszcze 
wykombinowali. Ja mogę wam obiecać jedno: robota będzie gorsza niż pod Magnuszewem, tu Niemcy 
kontrolują cały lewy brzeg...

background image

*

Wrześniowa noc pokryła welonem czerni Pragę i plażę. Po drugiej stronie Wisły, nad dachami miasta, 

snuły się kłęby dymów i w kilku miejscach pożar trawił domy. Nikt już tego ognia nie gasił, szalał od 
poprzedniej nocy, może nawet celowo podsycany przez Niemców.

Za   wałem   czekali   w   pogotowiu   piechurzy.   Samochody  z   ciężkim   sprzętem   były  już   rozładowane, 

pontony przeniesione na wodę, łodzie na skraj brzegu. Krzątali się tam wioślarze j i oficerowie z przybyłych 
batalionów. Panowała cisza i mrok, krojony jednak rakietami, które wyskakiwały w niebo na całej szerokości 
warszawskiego brzegu. Te natrętne światła doprowadzały ludzi do pasji, ale świadczyły zarazem o tym, że 
wróg nie wie, gdzie może wylądować jakaś grupa desantowa. Były typowym dla pory nocnej środkiem 
zapobiegawczym przed ewentualną niespodzianką, rodzajem narkozy dla uspokojenia napiętych nerwów...

Kapitan   Utyłło   rozmawiał   właśnie   z   oficerami   6   batalionu   pontonowo-mostowego,   kiedy   za   jego 

plecami stanął Kusznarow, który wrócił z odprawy w sztabie dywizji.

— A, witam kolegów pontoniarzy — powiedział z ulgą w głosie. — Bez was nie zrobilibyśmy nic...
— Dlatego jesteśmy — odparł któryś. — Czasu mało, gnaliśmy na złamanie karku, ale jakoś poszło. I 

co tam w sztabie uradzili? Kiedy zaczynamy?

—   Gdzieś   koło   północy  —   wyjaśnił.  —   Bez   sygnałów   z   przyczółka   nie   ruszymy.   Kategorycznie 

przypomniał o tym pułkownik Galicki. To ciebie przede wszystkim dotyczy — zwrócił się wprost do Utyłły.

— Wiem, pamiętam. Swoje już zrobiliśmy, łodzie na miejscu, załogi w pogotowiu, zwiadowcy czekają 

w ukryciu na rozkaz. Najtrudniej będzie tam — dodał, wskazując na rzekę.

— Wy na tych  łodziach to pestka  — wtrącił chorąży Józef Knieja z 6 batalionu.  —  Żaden problem. 

Gorzej będzie nam, Wisła szeroka, łajby niemrawe, mała prędkość na wodzie...

Miał absolutną rację. Ponton NLP był olbrzymem w porównaniu z desantową łodzią, zabierał więcej 

ludzi i w ogóle ładunku, ale poruszał się wolniej i był celem łatwiejszym do wykrycia.

— A co na przyczółku? — zainteresował sim Utyłło. — Sztab ma jakieś dokładniejsze informacje?
Kusznarow nie od razu odpowiedział. Widać było, że coś go gnębi. Jako rodowity warszawiak, właśnie 

z tamtej strony Wisły, odczuwał chyba najbardziej cały dramat powstańczego zrywu.

— Pytasz o informacje? — odezwał się po chwili jakby innym głosem. — Nic nowego. Jest źle, nawet 

bardzo   źle...   Mały   przyczółek,   mało   ludzi,   uzbrojenie   kiepskie,   brakuje   amunicji,   żarcia,   bandaży, 
wszystkiego. Nie brakuje tylko woli walki. Bronią się twardo.

— Skąd te wiadomości?
— Od naszych zwiadowców, wreszcie z pierwszej ręki. Przeprawili się sami i nawiązali kontakt z 

powstańcami. Część wróciła, kilku zostało. Sygnały będą od nich.

— To pogratulować — ucieszył się Utyłło. — Duża rzecz i dla nas, i dla nich...
—  Żebyś wiedział, to już znaczy wiele. Aha, razem z naszymi chłopakami przepłynął rzekę oficer z 

powstańczego zgrupowania, będzie teraz przewodnikiem twojego rzutu.

To już zakrawało na sensację. Człowiek stamtąd razem z nimi!
— Niech cię kule biją  — uniósł się dowódca batalionu.  — Dopiero teraz o tym mówisz? Gadałeś z 

nim? Gdzie on jest?

— Porwali go od razu do sztabu pułku, coś tam uzgadnia z Mierzwińskim. Dla nich jest on na pewno 

ważniejszy...

— A czy ja zaprzeczam? Jasna sprawa, ale co on sam mówi?
— Wyobraź sobie, że niewiele  — uspokoił go Kusznarow.  — Dostał rozkaz, poszedł na barykady, 

walczył jak inni... Co jeszcze chcesz? Rozkaz to rozkaz, oni w swojej konspiracji mają ostrą dyscyplinę, 
prawie jak w wojsku. Był w jakimś zgrupowaniu na Śródmieściu, potem Niemcy odrzucili ich na Solec, 
trzymają się ostatkiem sił...

— To rzeczywiście niewesoło.
—  A   coś   ty  myślał?   Cała   nadzieja   to  my:   albo   zdążymy  i  oni   połączą   się   z   nami,  albo...  —  nie 

odpowiedział, sam najwidoczniej gubiąc się w przypuszczeniach, które od dawna nurtowały wszystkich 
żołnierzy.  —   Coś   jeszcze   mogę   tylko   dorzucić  —   Kusznarow   zmienił   temat.  —   Jak   nas   zobaczył,   to 
zdębiał...

Nie zrozumieli. Ani Utyłło, ani inni oficerowie przysłuchujący się rozmowie. Dlaczego zdębiał? Co 

mogło go aż tak zdziwić czy zaskoczyć? Kusznarow intuicyjnie wyczuł te pytania, choć nie padło ani jedno 
słowo.

— Co was tak zamurowało? Wcale nie przesadzam. Sam to widziałem i sam słyszałem, jak dziwił się w 

sztabie: „Tyle polskiego wojska, takie uzbrojenie, taki sprzęt”. Pojęcia o tym nie miał.

Znowu spojrzeli na Kusznarowa z niedowierzaniem.

background image

— Jak to? — spytał Utyłło. — Nic o nas nie słyszał, nie wiedział, że jesteśmy na Pradze?
— Coś tam słyszał, ale nie za wiele. Kto miałby mu o tym powiedzieć? Niemcy o nas nie wspominają, 

dla nich nie istniejemy. Czort z nimi, choć tak jest. A ci z komendy powstania... — zawahał się, jakby szukał 
odpowiednich   słów.  —   Nie   ma   co   ukrywać,   oni   też   nabrali   wody   w   usta,   mówią   o   nas   półgębkiem, 
przypinają różne łatki, że niby nie jesteśmy tym prawdziwym wojskiem polskim. Zapatrzeni w Londyn nie 
chcą widzieć, co się dzieje wokół nich, całkiem już blisko...

Kusznarow mówił prawdę. Pamiętali przecież, jakie wrażenie zrobili na mieszkańcach Pragi. Dla tych 

ludzi   widok   polskich   żołnierzy  był   ogromnym   zaskoczeniem.   Patrzyli   na   nich   z   niedowierzaniem,   nie 
brakowało nawet łez, bo skąd aż tyle wojska? Mało kto o tym wiedział, krążyły o nich wieści zniekształcone, 
często wręcz fałszywe. Miała być rzekomo tylko jedna dywizja, a tu pojawiła się armia, nie żaden atut 
propagandy na pokaz, lecz wojsko już silne, stworzone do walki, z własnym szlakiem bojowym.

— Ale w końcu uwierzył? — zapytał podporucznik Wierzbicki.
— Ten powstaniec? Tak, przekonał się, że to, co o nas słyszał, było zaledwie domysłem... Ale zostawmy 

na  razie  te  sprawy.  Grunt,  że  mamy przewodnika.  Facet  z  głową  na  karku,  zna  przyczółek   jak  własną 
kieszeń, przyda się na pewno...

Wrócili do najważniejszego, do zadania, które ich czekało. Utyłło już zorientowany w sytuacji jeszcze 

raz wspomniał o niewielkiej liczbie środków przeprawowych. Trafił w sedno, bo to był problem centralny i 
zarazem najtrudniejszy do rozwiązania. Trzy bataliony, skierowane do dyspozycji 3 DP, to pomoc niemała, 
jeśli wziąć pod uwagę ich sprzęt etatowy. Niestety takiego wyposażenia nie miał żaden; dały o sobie znać 
straty poniesione w dotychczasowych walkach nad Wisłą. Zapasowych środków brakowało, na dostawę 
nowych pontonów i łodzi nikt nie mógł liczyć, przynajmniej w ciągu najbliższych tygodni. W identycznym 
położeniu znajdowały się również radzieckie jednostki pontonowo-mostowe, ich park sprzętowy miał takie 
same luki, forsowanie w rejonie przyczółka warecko-magnuszewskiego kosztowało drogo. Do wyrównania 
poniesionych dotkliwych strat potrzebny był czas, a tego wieczora już tylko godziny dzieliły saperów od 
wyruszenia na Wisłę...

—   A   co   ty  sam  przygotowałeś?  —   zapytał   Kusznarow,   kiedy  Utyłło  przedstawił   mu   ocenę   stanu 

faktycznego.

— Ściągnęliśmy kilkanaście łodzi, ale to zbieranina, nie wszystkie nadają się do użytku. Naprawiamy, 

co się da, roboty powyżej uszu. Do północy nie zdążymy...

— Skoro tak, to nie będę ciebie ponaglał. Już jest za późno. Trzymaj ten kram w rezerwie. Przyda się 

do przerzutu zaopatrzenia i ewakuacji rannych z przyczółka. Pierwszy batalion popłynie i tak na pontonach, 
ty masz się zająć tylko kompanią zwiadu. Desantowe łodzie dostałeś, więc zadanie wykonasz.

— Żeby nas tylko Niemcy nie wypatrzyli w tym pierwszym podejściu pod przyczółek — zaniepokoił 

się Utyłło.

— Tego ci nikt nie zapewni. Niby nic na to nie wskazuje, tak meldują zwiadowcy i powstaniec, ale 

wiesz, jak to jest... Wystarczy jedna rakieta i nasz desant jak na dłoni, a wtedy...

Nietrudno odgadnąć, wtedy będzie kiepsko. Na ziemi każdy żołnierz znajdzie jakiś dołek, rów czy 

pagórek, skryje się przed ogniem, przeczeka jego natężenie. Na wodzie takich możliwości nie ma, trzeba 
zacisnąć zęby i pchać się wprost pod lufy, licząc tylko na łut szczęścia. Jak więc będzie, kiedy łodzie znajdą 
się na rzece? Pytanie to dręczyło wszystkich.

Dobrze chociaż, że na przyczółku są już zwiadowcy i dadzą sygnał świetlny. To był pierwszy jaśniejszy 

punkt w mroku niewiadomych. Nie pójdą po omacku, lecz po wstępnym przynajmniej rozpoznaniu sytuacji 
na   małym   skrawku   drugiego   brzegu.   Już   wiedzieli,   że   na   Górnym   Czerniakowie   walczy  zgrupowanie 
„Radosława”, natomiast inne dzielnice Warszawy pozostawały zagadką. Kusznarow miał  w głowie plan 
miasta i domyślał się tylko, w których miejscach mogą być powstańcy. Rozpoznanie położenia nie do nich 
zresztą należało, zajmował się tym sztab dywizji i  — na  szczeblu wyższym  — sztab armii, ten ostatni 
korzystał   z   pomocy   lotnictwa.   Tam   mieli   informacje   bardziej   precyzyjne,   choć   i   one   ulegały   ciągłym 
zmianom. Skoro zapadła decyzja forsowania Wisły w mieście, to najwidoczniej — jak sobie tłumaczyli —- 
te dane musiały być wiarygodne i jakąś nadzieję z nimi wiązano. Rodziło się jednak na tym tle inne pytanie, 
dlaczego komenda powstania uchylała się od nawiązania bezpośredniej łączności z dowództwem 1 armii 
WP, nie bacząc na coraz mniejsze szanse stawiania Niemcom oporu? Wszak tylko z tej jednej strony mogła 
nadejść szybka i skuteczna pomoc, tylko zespolenie wysiłku powstańców i żołnierzy mogło być wyjściem z 
impasu, który zaciążył nad losem miasta i jego mieszkańców. Pora była najwyższa, aby górę wziął rozsądek, 
a nie skazana na fiasko polityczna gra. W batalionie Utyłły nikt nie mógł zrozumieć, co się za tym kryje...

Kusznarow   upewnił   się,   czy  saperzy  znają   znaki   sygnalizacyjne.   Padła   odpowiedź   twierdząca.   Nic 

trudnego do zapamiętania. Zwiadowcy mieli latarkami wskazać rejon desantowania, dokładniej mówiąc — 
określić  punktami świateł  jego krawędzie na dwóch skrzydłach. Odcinek między nimi był właśnie tym 

background image

miejscem, dokąd powinni dopłynąć i wysadzić zwiadowców z kompanii dywizyjnej, prawie setkę żołnierzy 
z bronią maszynową i radiostacjami. Po nich miał ruszyć pierwszy batalion.

Piechurzy zalegli za wiślanym wałem, zwiadowcy zajęli jego szczyt, obserwując zachodni brzeg. Tkwili 

w bezruchu, klnąc wolno upływający czas. Kusznarow i Utyłło ulokowali się bliżej swoich saperów, też 
zniecierpliwieni przeciągającą się bezczynnością. Ich sąsiadem z lewej była grupka oficerów z batalionu 
pontonowo-mostowego. Rosło napięcie: kiedy? Za kilka minut czy za godzinę, a może jeszcze nie w tę noc? 
Może w ostatniej chwili jakaś siła wyższa pokrzyżuje cały plan forsowania? Tego nikt nie chciał. Skoro ma 
się zacząć, to są gotowi. Każda zwłoka demobilizuje tylko ludzi, dezorganizuje robotę. Komu to potrzebne?

Dochodziła dwudziesta trzecia i nagle Utyłło drgnął.
— Widzisz? — szepnął do Kusznarowa. — O, tam, z prawej...
— Z prawej? Tak, jest światło, sygnalizują z dwóch miejsc. No to jazda, możesz zaczynać!
Cicha komenda wyrwała saperów z męczącego letargu. Poszła błyskawicznie w dół, do wioślarzy i 

zwiadowców, którzy też dostrzegli umówione znaki na drugim brzegu. Momentalnie zawrzało na plaży. Z 
wału spłynęła galopem jedna drużyna, tuż po niej druga i trzecia. Razem ze zwiadowcami biegł przewodnik, 
uzbrojony w pepeszę i granaty. Utyłło nie zdążył z nim porozmawiać, za długo trzymali go w sztabie pułku. 
Cóż,   taki   gość   to   wyjątek,   jego   relacja   musiała   wzbudzić   duże   zainteresowanie.   Skoro   dołączył   do 
zwiadowców, na pewno zna swoje zadanie.

Saperzy ostrożnie zepchnęli do wody składane łodzie desantowe, każda musiała pomieścić od dziesięciu 

do dwunastu żołnierzy i jedną lub dwie pary wioślarzy. Załadunek nie trwał długo, wszystko poszło sprawnie 
i oto już są na rzece, powoli oddalając się od brzegu.

Wiosła miarowo zanurzają się w wodę. Cichy plusk towarzyszy każdemu mocniejszemu pociągnięciu. 

Oczy wszystkich skierowane są na wąski skrawek przyczółka, który mruga światłami. Dosłownie skrawek, 
bo liczący zaledwie trzysta metrów szerokości. Gdyby zeszli z kursu... Nie, takiej pomyłki nie będzie. Nie 
może być, bo z lewej i z prawej strony czyha wróg, więc za wszelką cenę musi być utrzymany właściwy 
kierunek, choć wartki prąd Wisły spycha łodzie na północ...

Na   razie   wszystko   przebiega   planowo.   Gdzieś   w   środku   Warszawy   stuknie   od   czasu   do   czasu 

karabinowy   strzał,   ale   tu,   na   środku   rzeki,   panuje   dziwna   cisza.   Słychać   tylko   monotonny   plusk, 
przytłumiony zgrzyt  dulek  i przyspieszone  oddechy wioślarzy.  Coś niewiarygodnego: albo rzeczywiście 
Niemcy ich nie widzą, albo czekają na dogodny moment, żeby nacisnąć spusty.

Znów kilka  krótkich  błysków. Sygnały idą z dwóch stron, środek to przyczółek, teraz jakby nieco 

większy. Są dokładnie na kursie, pierwsza łódź z przewodnikiem celuje w jego centralny punkt.

Odległość   maleje:   100...   80...   60...   metrów   i  wreszcie   wyłaniają   się   kontury  brzegu.   Wyczuwa  się 

płyciznę, gołym okiem widać grzbiety i ławice piaszczystego dna, od czoła wyrastają z wody jakieś krzewy, 
które szorują o burty desantowych łodzi.

Już dobili, lekkie drgnięcie sprawia mimowolną ulgę saperom. Teraz pałeczkę przejmują zwiadowcy. 

Bez komendy jeden po drugim wyskakują z łodzi. Buty grzęzną w piasku, ale to lepiej dla nich: po prostu nic 
nie słychać. Przewodnik wskazuje drogę, pierwszy wspina się na stromy brzeg. Reszta metr po metrze za 
nim. Mozolne jest forsowanie tej skarpy, ciążą plecaki wyładowane amunicją i żywnością. Upływa czas i 
wreszcie otwiera się przed nimi płaszczyzna jezdni, niesamowicie zrytej pociskami. Jeszcze jeden skok i 
znowu przeszkoda: pręty jakiejś żelaznej bariery, tu i ówdzie powyginane. Za nimi sylwetki ludzi. Moment 
wahania, swój czy wróg?

Przewodnik jest na miejscu, zna tutaj każdy kąt.
— Tędy! — podpowiada, podnosząc rękę. — Tu jest przejście...
Wślizgują się szczupakiem w wąski otwór, wybity zapewne bliską eksplozją artyleryjskiego granatu. 

Jeszcze chwila i dochodzi do spotkania twarzą w twarz. Coś na kształt zdziwienia i wzruszenia ogarnia ludzi 
z obu stron. Jedni w poniemieckich „panterkach”, wytłamszonych  i brudnych ciuchach najrozmaitszego 
pochodzenia, z mozaiką broni różnych typów, ale z orłami na czapkach i zdobycznych hełmach. Drudzy w 
drelichowych  mundurach WP, z pełnym oporządzeniem, w hełmach radzieckiego  wzoru i rogatywkach, 
uzbrojeni   w   pistolety   maszynowe,   erkaemy   i   granaty.   Ta   właśnie   broń   wywołuje   podziw   i   zazdrość 
powstańców, gdyby taką mieli, gdyby nie brakowało amunicji, gdyby... Cóż, można jedynie westchnąć z 
goryczą,   że   takiej   nie   dali   im   do   ręki   ci,   którzy   zbyt   pochopnie   spowodowali   wybuch   powstania   w 
Warszawie, nie bacząc na rażącą dysproporcję sił i środków. Gorzka prawda, ale z kręgu wyższej polityki, a 
tu, nie da się ukryć, jest tylko mały przyczółek, wróg o krok i wreszcie oni razem, żołnierze i powstańcy 
ramię w ramię we wspólnej walce.

Zwiadowcy   już   urządzają   swój   punkt   dowodzenia   w   piwnicy   zrujnowanego   domu,   już   ustawiają 

radiostację   na   jego   zapleczu.   Reszta   drużyn   idzie   z   przewodnikami   na   linię   ognia,   żeby   dokładniej 
zorientować się w położeniu. Dopiero po tych czynnościach pójdzie radiowy meldunek na praski brzeg, a po 

background image

nim rakiety sygnalizacyjne...

Po drugiej stronie Wisły czekają na powrót łodzi. Niby wszystko gra, były światła  na przyczółku, 

pierwszy rzut wyruszył, wokół panuje cisza, wróg tylko od czasu do czasu zapala swoje żyrandole nad rzeką, 
ale jakiś znak zapytania pozostał...

Kusznarow   wraz   z   innymi   oficerami   obserwuje   lustro   wody.   Zebrała   się   spora   grupka   saperów   i 

piechurów. Każdy chce wiedzieć, jak poszło i jaka jest Wisła przy tamtym brzegu.

Mijają minuty i ktoś obdarzony bystrym wzrokiem rzuca jedno słowo:
— Płyną!
Rzeczywiście, jakiś ciemny punkt sunie w stronę brzegu, za nim kilka następnych. Wątpliwości nie ma, 

to na pewno oni. Oficerowie schodzą tuż nad wodę. Z mroku wyłaniają się saperzy, którzy zaliczyli pierwszy 
kurs po Wiśle.

— No i jak? — pyta Kusznarow.
— Nieźle, wysadziliśmy ich w nakazanym miejscu  — odpowiada  śmiało kapral, dowódca jednej z 

łodzi. — Dopłynęli wszyscy...

— Dojście do brzegu dobre?
— Można wytrzymać, woda płytka, ale dobiliśmy bez kłopotu. Gorzej będzie z pontonami.
— A co na samym brzegu?
— Cisza, jakby żywego człowieka tam nie było. Aż wierzyć się nie chce...
— Tym lepiej dla nas — powiedział któryś z pontoniarzy.
Początek zatem udany. Bez hałasu, skrycie, kompania zwiadowców znalazła się na przyczółku. Dla tych 

żołnierzy nic nadzwyczajnego, zawsze tak działali, bezszmerowa robota to ich specjalność. Pora jednak na 1 
batalion   porucznika   Kononkowa.   Tym   razem  pracy  będzie   więcej.   Piechurzy  płyną   na   pontonach   NLP, 
pojemnych pudłach o nośności użytecznej około pięciu ton. Z armijnych jednostek przydzielono 19 takich 
„transporterów”, poruszanych wiosłami. Dojdą do tego jeszcze łodzie desantowe DSŁ i DDP o jednakowej 
prawie nośności, w każdej pomieścić się mogła co najwyżej drużyna strzelecka.

Park  środków  przeprawowych  jest  już  przygotowany.  Saperzy kierują  załadunkiem  poszczególnych 

kompanii i plutonów. Raz po raz komenda „padnij” ścina piechurów z nóg, gdy mrok pęka w łunie rakiet 
nieprzyjaciela. W takich chwilach ruch momentalnie zamiera, aby nabrać jeszcze większego wigoru, gdy te 
przeklęte światła zgasną.

Kusznarow ma w pamięci harmonogram załadunku, cóż z tego, skoro Niemcy nie próżnują. Gdyby nie 

ta iluminacja, już miałby z głowy cały kram. On sam i inni oficerowie wyznaczeni do kierowania przeprawą. 
Przyjechali tu w porę ze swymi jednostkami, ściągnęli ciężki sprzęt, którego saperzy dywizyjni etatowo nie 
posiadali.   Niestety,   czas   ucieka,   a   część   1   batalionu   ciągle   tkwi   za   wałem.   Jego   dowódca,   porucznik 
Kononkow, też spogląda na zegarek z twarzą jak burza gradowa. Właśnie przed chwilą pchnął na brzeg 
kompanię moździerzy. Dowodzi nią kobieta, podporucznik Janina Błaszczak, znana w całym pułku.

— Szybciej, chłopcy — zwraca się do swoich żołnierzy. — Razem przeprawimy się do Warszawy...
To „razem” znaczy na śmierć lub życie, bo tam, na przyczółku, wszystkiego mogli się spodziewać, bez 

wyboru ona czy oni, blisko setka jej podwładnych.

Jeszcze   kilka   takich   ruchów,   jeszcze   parę   komend   i   oto   batalion   siedzi   na   rzece,   na   pontonach   i 

łodziach. Nie w komplecie, rzecz jasna, ale podstawowe jego elementy, trzon sił bojowych, są już zebrane i 
wreszcie gotowe do forsowania.

Ruszyli...
Z   warszawskiego   brzegu   nadeszło   wezwanie   zwiadowców.   Dla   lepszej   orientacji   odpalili   po   kilka 

kolorowych  rakiet z krawędzi przyczółka. Desantowa fala wolno przemieszcza  się w tamtym kierunku, 
ciągle w ciszy, choć każdy wie, co niebawem nastąpi, co musi nastąpić, kiedy Niemcy wytropią pontony na 
wodzie. Ich światła są jeszcze niezbyt groźne, zapalają się i znikają w oddalonych od siebie miejscach. 
Mijają minuty i nagle rozkwita nad rzeką jaskrawy blask. Jeszcze chwila i już warknął karabin maszynowy 
gdzieś z wieżyczek mostu Poniatowskiego, a po nim kilka innych wprost z Czerniakowa. Tam, gdzie sunęły 
pontony,   widoczne   teraz   gołym   okiem,   zaczęły   wytryskiwać   wysokie   gejzery,   nieomylny   znak,   że 
niemieckie moździerze przyłączyły się do tego koncertu.

Na ten moment czekała artyleria, wszystkie lufy w pasie 3 DP przygotowane do otwarcia zmasowanego 

ognia. Przeciągły grzmot targnął powietrzem, setki granatów potężnym młotem spadły na wykryte już w 
poprzednich dniach stanowiska wroga. Piechurzy na rzece widzieli serie rozbłysków, obejmujących szerokie 
odcinki drugiego brzegu. Salwy szły strumieniem, miażdżąc wysunięty skraj pozycji nieprzyjaciela. Potem 
przemieszczono ogień na krawędzie przyczółka i jego przedpole. Jeszcze trwała ta orka, gdy z nieba doleciał 
pomruk silników. To nocne bombowce pułku „Kraków” ruszyły do akcji, żeby do gradu pocisków dołączyć 
swoje ładunki.

background image

Wydawać się mogło, że po takim nokaucie Niemcy zamilkną. Niestety, przeczekali nawałnicę w ukryciu 

i odpowiedzieli. Ucierpiał zarówno praski brzeg, jak i piechurzy. Byli już w pobliżu Powiśla, saperzy nie 
żałowali krzepy, usiłując przyspieszyć ruch na wodzie, i wtedy rozszczekały się karabiny maszynowe. Wróg 
bił ogniem w twarz, jeszcze raz doszły do głosu jego moździerze. Na pontonach zapalano świece dymne, 
jedyną szansę ratunku, ale i ta kurtyna zawiodła. Niemcy tłukli w środek kudłatej chmury, bez wybierania 
celów, seriami z dwóch stron.

W   ciągłym   huku   nikt   nie   słyszał   krzyku   rannych   i   tonących,   nikt   nie   mógł   udzielić   im   pomocy. 

Ratunkiem był brzeg, już bliski, więc niektórzy wyskakiwali do wody, licząc na własne siły i umiejętności 
pływackie. Każdy myślał o jednym: kiedy wreszcie skończy się ten morderczy rajd po Wiśle.

Śmierć zebrała okrutne żniwo na samej plaży. Już lądowali, już ściągali z pontonów ciężką broń, już 

rosła nadzieja, że najgorsze za nimi... Wszystko prawda, ale w pobliżu był ukryty wróg, świetnie wstrzelany 
i postawiony na nogi. Niemcy widzieli, co się dzieje, wiedzieli też, z kim mają do czynienia. Desant na tym 
brzegu Wisły to dla nich groźne ostrzeżenie, zapowiedź zażartych walk na dalsze dni. Rzucili więc wszystko 
na jedną kartę, żeby zablokować dopływ świeżych sił na przyczółek czerniakowski. Bariera ognia na Wiśle 
tej pewności nie dawała, postawili więc drugą na styku wody z ziemią, na pierwszych skrawkach terenu. W 
tym miejscu lądował desant i tam jeszcze raz polała się żołnierska krew, byli zabici i ranni, z niektórych 
plutonów pozostała tylko garstka ludzi...

Saperzy   przed   świtem   powrócili   na   praski   brzeg.   Z   rozkazu   dowódcy   3   DP,   generała   Stanisława 

Galickiego, forsowanie przerwano. Ryzyko dalszych strat było zbyt duże, a to przecież dopiero początek. 
Jeszcze będzie następna taka sama noc i kolejne. Teraz pora na podsumowanie, wyciągnięcie wniosków, 
sprecyzowanie najbliższych zadań...

Kapitan   Utyłło   dwoił   się   i   troił   w   ciągu   tych   godzin.   Chciał   być   wszędzie,   gdzie   pracowali   jego 

żołnierze i saperzy z jednostek armijnych, którym teraz przypadła główna rola. Mieli oczywiście swoich 
przełożonych,   ale   na   plaży  zajmowanej   przez   oddziały  3   DP   on   czuł   się   gospodarzem,   wszak   to   jego 
dywizja, jego wioślarze przerzucili kompanię zwiadu na przyczółek, oni też dołączyli po kilku do obsługi 
pontonów.   Rozmawiał   z   każdym,   dodawał   im   otuchy,   chwalił   za   odwagę.   Takich   słów   oczekiwali   po 
powrocie z drugiego brzegu. Jego oficerowie z batalionu też nie zmrużyli oka w tę noc. Dopiero około 
szóstej zebrali się wreszcie razem, żeby zjeść śniadanie w polowej kuchni: kociołek parującej zupy i pajdę 
razowca.

— Wioślarzom wydać podwójne porcje  — polecił, kiedy zajęli miejsca w ziemiance.  — Do obiadu 

mogą spać. Naharowali się i muszą odpocząć. Resztę przydzielić pontonierom do pomocy. Sprzęt trzeba 
zamaskować. Ty — zwrócił się do porucznika Buldy — zajmiesz się naszymi łodziami. Weź ludzi ze swojej 
kompanii i do roboty. Remont tego szmelcu to zadanie na dzisiaj.

—   W   porządku  —   odparł   Bulda.  —   A   te  łodzie   to   rzeczywiście   do   chrzanu,   podziurawione, 

spróchniałe...

— Chciałbyś, żeby ci Niemcy lepsze zostawili? Rozmawiałem z miejscowym piaskarzem, powiedział 

mi, że wszystkie sprawne łodzie ściągnęli na swój brzeg.

Utyłło wyjął z torby notatnik i w tym momencie w drzwiach pojawił się Kusznarow. Machnął ręką na 

składany mu meldunek, usiadł ciężko, spojrzał na ich zmęczone twarze i zapytał:

— Jakie mamy straty?
— Dwóch zabitych, saper Mikołaj Żukowski i saper Wacław Janowicz, trzech zaginionych, sierżant 

Władysław   Zając,   kapral   Michał   Sierożenko   i   saper   Franciszek   Żurek  —   padła   odpowiedź   dowódcy 
batalionu.

— To nawet niewielkie. Szkoda ludzi, ale myślałem, że będzie gorzej. Batalion po śniadaniu?
— Właśnie kończymy...
— Pytam o batalion, a nie o was — odpalił bez namysłu. — Przecież widzę, że już wrąbaliście swoją 

zupę.

— Tak jest — pospieszył z odpowiedzią podporucznik Stanisław Jutko, najmłodszy w tym gronie i od 

niedawna   zastępca   dowódcy   batalionu   do   spraw   polityczno-wychowawczych.  —   Sam   dopilnowałem 
dostarczenia strawy.

Utyłło   potwierdził   jego   słowa   i   w   kilku   zdaniach   przedstawił   zadania   saperów   na   bieżący   dzień. 

Kusznarow słuchał uważnie.

— W porządku — powiedział. — Wszystko zatwierdzam. Wyznacz tylko nową zmianę wioślarzy, niech 

ćwiczą na sucho za wałem pod okiem pontonierów. Mogą być potrzebni.

— Załatwione — obiecał Utyłło. — O tym samym myślałem. A jak w dywizji oceniają naszą robotę?
— Naszą, to znaczy czyją?
—  No,  wszystkich   saperów,   mojego   batalionu   i   tych  przydzielonych   z  odwodu.  Wiem,  że   główne 

background image

zadanie do nich należy, ale trochę im pomagamy...

Kusznarow wzruszył ramionami.
— A czego ty oczekujesz? Swoje zrobiłeś i cześć. To dopiero początek, na pochwały za wcześnie.
— Właśnie to chciałem usłyszeć i przekazać ludziom. A co na przyczółku? Jak wypadło forsowanie?
— Przecież sam widziałeś, co tam się działo. Batalion  Kononkowa poniósł straty.  Udało się tylko 

zwiadowcom, pozostali wpadli w ogień. Mamy już meldunek z drugiego brzegu, łącznie wylądowało około 
czterystu dwudziestu naszych żołnierzy...

— Tylko? — zdziwił się Utyłło.
— Tak, nie licząc rannych. Kononkow domaga się ich ewakuacji, w walce mu nie pomogą. Żąda też 

pomocy. Siły powstańców ocenia na czterystu ludzi, źle uzbrojonych...

Kusznarow niczego przed nimi nie ukrywał, niczym nie mógł ich pocieszyć. Z prostych kalkulacji 

wynikało niezbicie, że ta pierwsza fala desantu niewiele zdziała na Czerniakowie.

— W takim razie, co dalej? — zapytał Utyłło.
— A co może być? Dzisiaj jest...
— Szesnasty września — ktoś podpowiedział.
— Zgadza się, już szesnasty, więc w nocy znowu ruszymy. Pójdzie na przeprawę trzeci batalion majora 

Olechnowicza,   wzmocniony  artylerią   pułkową.   Plan   forsowania   będzie   taki   sam,   przerzutem   zajmą  się 
pontonierzy z szóstego i brygady armijnej. Pomożesz im na plaży i w razie potrzeby wydzielisz swoich 
wioślarzy. Na razie tyle. Gdyby wypadło coś nowego, powiadomię cię niezwłocznie.

Rozstali się po godzinie. Zatem akt drugi na rozkładzie dnia. Kolej na Olechnowicza i jego piechurów. 

Z piętnastego na szesnasty września mogli jeszcze liczyć na zdezorientowanie wroga, teraz już nie, ten atut 
przepadł bezpowrotnie. Zaalarmowany nieprzyjaciel nie dawał żadnej szansy.

Dzień upływał bez szczególnych wydarzeń. Kilka razy odezwała się artyleria po obu stronach Wisły, 

klucze radzieckich i polskich szturmowców co jakiś czas pojawiały się nad dymami Warszawy, atakując z 
małej   wysokości   stanowiska   Niemców   w   głębi   miasta.   Na   samym   przyczółku   parokrotnie   doszło   do 
gwałtownej wymiany ognia. Na wezwanie porucznika Kononkowa biły haubice z praskiego brzegu, po raz 
pierwszy   ze   wskazaniem   konkretnych   celów.   Salwami   tych   granatów   powstrzymywano   wroga,   który 
usiłował podejść pod barykady. Tylko dzięki tej pomocy, natychmiastowej i skutecznej, przyczółek mógł żyć 
i walczyć...

Zapadająca noc była bliźniaczo podobna do poprzedniej. Trochę chmur, rojowisko gwiazd i znowu pęki 

rakiet nad Wisłą. Najwięcej w rejonie Czerniakowa, bo tam nieprzyjaciel spodziewał się kolejnego desantu. 
Nie było sposobu, żeby go wyłączyć na czas przeprawy. Tkwił w głębokich schronach, wryty w ziemię, 
drwiąc jakby z ognia artylerii. W piwnicach pod wysokimi stertami gruzu mógł bez szwanku znieść każdą 
nawałę pocisków, każdy atak z powietrza. Wykurzyć go stamtąd to utopia.

Przed północą zaczął się ruch na praskim brzegu. Piechurzy majora Olechnowicza zajmowali miejsca w 

pontonach i łodziach. Drużyny, plutony, kompanie, po prostu cały batalion. Najłatwiej poszło strzelcom, 
kilka skoków, przerzut przez burtę i po wszystkim. Gorzej było z moździerzystami, w pocie czoła targali 
swoją broń, płyta osobno, lufa osobno i na dodatek skrzynki z amunicją. Kości trzeszczały z wysiłku, gdy 
ładowali ten ciężar do wnętrza pontonów. Artyleryjskie działony to już szczyt mordęgi. Musieli saperzy 
pomóc kanonierom, bo tamci nie dawali rady. Ot, taka armata przeciwpancerna o kalibrze 45 milimetrów, na 
oko szczeniak,  „muchobojka”  — jak nazywali ją Rosjanie  — niby nic, a swoje ponad pół tony miała, 
dokładnie 560 kilogramów. Wywindować takie coś na wysokość burty i delikatnie osadzić na dnie wielkiego 
pudła to nie lada wyczyn. A były jeszcze do załadowania armaty pułkowe o kalibrze 76 milimetrów o 
większej masie własnej, też oczywiście z amunicją. Żołnierze rąk nie czuli po tej zaprawie już tutaj, a co 
będzie na drugim brzegu?

Tym razem w planie przeprawy pierwszeństwo miała artyleria. Desant ruszył w momencie, kiedy padła 

pierwsza salwa z setek luf. Ten huk był sygnałem dla saperów, żeby chwycili za wiosła. Artyleria biła 
metodycznie, przenosząc ogień z miejsca na miejsce na dużej szerokości i głębokości warszawskiego brzegu. 
Nie zabrakło też samolotów, dwupłatowych „kukuruźników”, z bombami. Przecinały przestrzeń nad Wisłą 
pojedynczo lub parami, ukryte w mroku, choć zdradzał ich obecność warkot silników. Milkły dopiero w 
rejonie celu, gdy szybowały w dół, aby po zrzuceniu ładunku wyrwać się nagle w górę, pozostawiając za 
sobą grzmot wybuchu. Odgłos tych detonacji przenikał na praski brzeg i był pocieszeniem dla piechurów na 
pontonach. Obiecywano im wsparcie przed wyruszeniem i wsparcie jest, z ziemi i z powietrza. Z wody będą 
strzelali sami, ale dopiero na podejściu do przyczółka. Na razie Niemcy ich tolerują, na pewno widzą w 
światłach rakiet, lecz siedzą cicho w ogniu artylerii.

Kusznarow   spogląda   na   zegarek:   dochodzi   23.50,   można   więc   w   przybliżeniu   określić   miejsce,   w 

którym teraz znajduje się desant. Czas wyjściowy jest znany, prędkość poruszania się po wodzie także, więc 

background image

dla oficera saperów to żadna zagadka. Powinni być w połowie szerokości Wisły, już w zasięgu dobrego, 
niestety, wglądu nieprzyjaciela. Z tego dystansu Niemcy otworzyli ogień poprzedniej nocy, zatem uwaga, 
zaraz chyba zaczną...

Stojący obok Utyłło odczytuje jego myśli. Przestudiował dokładnie bieg rzeki między Saską Kępą a 

Czerniakowem,   rozpytał   wioślarzy   o   szybkość   prądu   i   siłę   kątowego   znoszenia,   zapamiętał,   co   mu 
powiedzieli   o   zawirowaniach   wody  na   środku   Wisły  i   płyciznach   przed   samym   przyczółkiem.   Z   jego 
kalkulacji też wynika, że fala desantu już osiągnęła strefę bezpośredniego zagrożenia. Właśnie teraz chciałby 
usłyszeć spotęgowaną kanonadę własnej artylerii, ale spotyka go zawód. Owszem, działa biją, lecz bez tej 
zaciekłej furii, która wczoraj rozsadzała bębenki w uszach.

— Co jest z tą artylerią? — pyta Kusznarow. — Dlaczego taki słaby ogień?
— Brak amunicji, muszą oszczędzać...
— Dlaczego?
— Jesteśmy saperami, nie nasza sprawa, ale tak dzisiaj rano na odprawie w sztabie dywizji powiedział 

pułkownik Frankowski, dowódca artylerii. Norma z nadwyżką została zużyta w ostatnich dniach, rezerwa 
jest niewielka, dowóz utrudniony i skąpy, bo i w magazynach Frontu są braki.

I tak faktycznie było. Lipcowa ofensywa po niezwykle zaciętych walkach osiągnęła krańcową rubież, 

wydłużyły się drogi dowozu, transport kolejowy jeszcze nie ruszył. Kwatermistrzostwo armii stawało na 
głowie,   żeby   nie   dopuścić   do   głębszego   kryzysu,   ale   trudności   rosły   z   każdym   dniem.   Kolumny 
samochodowe kursowały noc w noc, kierowcy padali z nóg, wysiłek był nieludzki, a jednak wąskie gardło 
istniało. Dowieziony zapas amunicji starczył  na jedną dobę, kalkulacyjna jednostka  ognia zmalała,  a w 
kalibrach ciężkich spadała minimum.

— Weź jeszcze paliwo  — mówił   Kusznarow.  — Z tym też nie jest najlepiej. W kwatermistrzostwie 

wykłócają się o każdy litr benzyny, o każdą beczkę ropy...

— Wiem, słyszałem — zgodził się Utyłło.
— Więc pozostał tylko transport kolejowy. Robota przy remoncie torów idzie na całego, ale zniszczenia 

są duże...

Gwarzyli  tak półgłosem, sięgając raz po raz do lornetek. W powiększających szkłach  rysowała się 

pomarszczona tafla wody i kilkanaście czarnych kropek na jej tle. W głębi podnosił się wiślany brzeg z 
konturami domów na swym grzbiecie. Na przyczółku i jego skrzydłach panował spokój, jeśli nie liczyć 
rzadkich wybuchów. Nękający ogień trwał nadal i co kilkanaście minut mruczał gdzieś w górze kolejny 
„kukuruźnik”,   obdarzony   mianem   nocnego   bombowca.   Operował   nad   Warszawą   polski   pułk   i   trzy 
radzieckie, te ostatnie zrzucały także powstańcom broń, amunicję i żywność.

Sceneria jeszcze normalna, zgoła monotonna, ale to tylko pozory. W ułamku sekundy spokój pryska. 

Chlusnął   potok   światła   z   drugiego   brzegu   i   poszło   echo   karabinowych   strzałów.   Czerniaków   huczał   i 
jazgotał, przygotowany na spotkanie wróg wyszczerzył kły. Kto kogo? — oto najważniejsze pytanie. Wokół 
pontonów kłębił się dym, utrudniając odległą obserwację tej nierównej walki. Można tylko domyślać się, co 
tam się dzieje, co w tych chwilach przeżywają piechurzy majora Olechnowicza i on sam razem z nimi.

Artyleria łapie jakby drugi oddech, bije już ogniem szybkim po skrzydłach przyczółka, dokładnie tak 

jak wczoraj. Bije na pewno celnie, bo na tamtym brzegu ma swoich obserwatorów i oni kierują nawałami.

Kusznarow nie odrywa oczu od lornetki.
— Coraz lepiej — mówi do Utyłły. — Pukali na wiwat, a teraz zobacz, walą jak szatany!
— Robota z głową. Wiedzieli, na co czekają. Nie chcieli marnować amunicji...
Pół godziny trwała ta kanonada. Wymiana ciosów szła z dwóch stron, bo i Niemcy uruchomili swoją 

artylerię,  a potem działa  zamilkły i rozszalał się ogień z broni maszynowej. To był już początek lądowania. 
Wyobraźnia podpowiadała, że w tych właśnie minutach piechurzy wysypują się z pontonów na plażę, a wraz 
z nimi kanonierzy wyciągają z pudeł swoje armaty. Czy wszyscy dopłynęli do celu, czy cały trzeci batalion 
wejdzie do walki, czy zdoła poprawić położenie na przyczółku?

Pytania,   domysły,   nadzieje   i   wątpliwości.   Powrót   saperów   jest   kubłem  lodowatej   wody.   Przynoszą 

wieści złe. Znowu niepokojąco duże straty, znowu morderczy ogień nieprzyjaciela na końcowym odcinku 
podejścia i na plaży. Poharatane pontony są świadectwem reakcji Niemców, nie wszystkie zresztą wróciły.

Oficerowie   łudzą   się   jeszcze,   że   w   tych   gorączkowych   meldunkach   i   relacjach   wioślarzy,   którzy 

przeżyli piekło, tkwi jakaś przesada. Wiadomo, jak to jest: noc, dym, krzyki, strzały, wybuchy... Trzeba mieć 
nerwy ze stali, żeby nie stracić głowy. Nie każdego na to stać, więc może nie było aż tak źle...

Ponad godzinę męczyła ich ta niepewność. Robili swoje, jak zawsze w porządku, choć każdy sięgał 

myślą i sercem do przyczółka. Zmęczeni wioślarze udali się na odpoczynek, zastąpili ich przy pontonach i 
łodziach saperzy z 10 batalionu. Sprzęt miał być zamaskowany i wyremontowany. Sam dowódca 1 brygady 
saperów, pułkownik Bronisław Lubański, wraz z kilkoma swoimi oficerami przyszli obejrzeć te pontony, 

background image

żeby określić stan uszkodzeń i sposób ich usunięcia. Utyłło przyłączył się do nich.. Oględziny nie wypadły 
pomyślnie.   Podziurawione   seriami   burty,   pogięta   blacha,   potrzaskane   wręgi   były  świadectwem   celnego 
ognia nieprzyjaciela, budziły niemy ból. Martwy metal przemawiał językiem żywych ludzi, którzy tu, w 
tych ogromnych pudłach, oddawali swe ostatnie tchnienie. Kilku nawet wróciło, leżeli teraz w bezruchu na 
dnie pontonów, z bronią w zastygłych dłoniach. O losie innych świadczyły liczne ślady krwi, porzucone 
czapki i hełmy.

Przed   szóstą   Kusznarow   znał   już   wyniki   desantu.   Zameldował   o   tym   major   Olechnowicz   z 

Czerniakowa.   Na  przyczółku   wylądowało   czterystu  pięćdziesięciu   ludzi   i   pięć   armat.  Siły  obrońców   w 
ogólnym podsumowaniu znacznie wzrosły, ale znowu za cenę dotkliwych strat. Niemcy postawili blokadę 
ogniową na podejściu do brzegu i na skraju plaży, ta ostatnia — zdaniem Olechnowicza — była trudniejsza 
do pokonania. Według jego oceny wsparcie artyleryjskie było dobre, ale nalegał na pogłębienie ognia w 
rejonie przyczółka ze zwróceniem głównej uwagi na lewe skrzydło. Identyczną prośbę przekazał wczoraj 
Kononkow. Przypuszczalnie tam wróg rozmieścił najbardziej dokuczliwe gniazda karabinów maszynowych. 
Na podstawie tych informacji sztab 3 DP doszedł do wniosku, że położenie przerzuconych sił  — mimo 
pomocy artylerii z praskiego brzegu — będzie nadal ciężkie.

Oficerowie   z  batalionu   Utyłły  przyjęli  te  wiadomości  z   mieszanymi   uczuciami.  Rodził   się  szczery 

podziw dla ludzi, którzy stanęli do walki w tak trudnych warunkach, nie szczędząc krwi, ale w ślad za tym 
wyłaniało się pytanie, co dalej? Ile jeszcze będzie tych desantów i w jakim stopniu wpłyną one na zmianę 
sytuacji   w  stolicy?   Nieprzyjaciel  już   zlokalizował   miejsce   lądowania,   ześrodkował   na   nim  swój   ogień, 
obserwował   kierunek,   skąd   mogły   wyjść   kolejne   rzuty.   W   porze   dziennej   ruch   na   Wiśle   musiał   być 
ograniczony, właściwie w ogóle zamierał, pozostawała tylko noc, też rozjaśniana rakietami.

Sztab armii nie zamierzał rezygnować. Tym razem dla odwrócenia uwagi Niemców od Czerniakowa 

zaplanowano przeprawę demonstracyjną na Żoliborz w pasie działania 2 DP, która do tej pory tylko ogniem 
własnej artylerii wspierała obrońców przyczółka. Na drugi brzeg miały być przerzucone pododdziały 6 pułku 
piechoty.

Utyłło dowiedział się o tym w południe.
— Jeśli ten wypad będzie udany — poinformował go Kusznarow — to być może uderzymy większymi 

siłami.

— A co z naszym przyczółkiem?
— Na razie bez zmian, musi  wytrwać. Z ostatnich meldunków  wynika,  że zdołali rozszerzyć  jego 

granice, ale ze Śródmieściem nie mają łączności i w tym cały problem.

— Żadnej łączności?
—  Żadnej. W sztabie dywizji spodziewali się, że po naszym desancie powstańcy uderzą z tamtego 

kierunku i dojdzie do połączenia sił. Niestety, nadzieja upadła. Jak dotąd, nie zanosi się na współdziałanie...

— Jasna krew! — zaklął Utyłło. — Na co oni jeszcze czekają?
— Ich zapytaj. W sztabie też nikt tego nie rozumie. Wygląda na to, że cały wysiłek spadnie na nas.
— My sobie, oni sobie, w głowie się nie mieści! Zrezygnować z takiej szansy...
Tej   nocy  kursowały  tylko   samotne   łodzie   na   drugi   brzeg.   Przerzucano   posiłki,   resztki   strzeleckich 

drużyn z 1 i 3 batalionu. Przeprawił się wraz z nimi major Stanisław Łatyszonek, szef sztabu 9 pułku 
piechoty,  który miał  zająć się organizowaniem obrony.  Major Olechnowicz  i porucznik Kononkow byli 
równorzędnymi   dowódcami,   toteż   ktoś   z   wyższego   szczebla   musiał   koordynować   ich   współdziałanie   i 
kierować dalszą walką. Na praski brzeg ściągano łodziami rannych powstańców i żołnierzy, wielu w ciężkim 
stanie. Saperzy przenosili ich na noszach za wiślany wał do samochodów sanitarnych.

Niemcy nie dostrzegli tego ruchu, zachowywali się biernie, żadnych strat nie poniesiono. Czerniaków 

milczał, ale w tym samym czasie na Żoliborzu tłukły działa i karabiny maszynowe. Demonstracyjny desant 
nie trafił w próżnię, wróg i tam stawił opór. W batalionie Utyłły wszyscy byli ciekawi, jak powiodła się ta 
przeprawa.   Wiadomości,   które   dotarły   do   nich   nazajutrz   w   godzinach   porannych,   nie   były   dobre. 
Wylądowała zaledwie jedna kompania strzelecka, nie nawiązując kontaktu z powstańcami. Wdarli się po 
prostu   na   brzeg   i  tam  zalegli   w   silnym  ogniu.   Bez   szybkiej   pomocy  groziła   im  zagłada,   ale   mogli   na 
wsparcie liczyć dopiero w nocy.

— A nas czeka nowe zadanie — oznajmił Kusznarow na odprawie w ziemiance Utyłły.  — Nas, to 

znaczy dywizję, bo tym razem pozostaniemy w odwodzie. Dokładniej mówiąc, na kierunku Czerniakowa 
będziemy   wykonywali   to   samo,   co   minionej   nocy.   Na   przeprawę   pójdą   dwa   bataliony   ósmego   pułku 
piechoty,   rejon   forsowania   wyznaczono   w   innym   miejscu:   między   mostem   Poniatowskiego   a   mostem 
kolejowym linii średnicowej...

Oficerowie  słuchali  z  rosnącą  uwagą.  Kusznarow  rozłożył mapę   i odręczny szkic,  żeby  dokładniej 

przedstawić pozycję wyjściową i odcinek lewego brzegu Wisły, gdzie miał być utworzony nowy przyczółek.

background image

— Będzie to próba decydująca — kontynuował. — Dwa bataliony w jednym rzucie, czyli kilkadziesiąt 

obrotów pontonów aż do przerzucenia ostatniego żołnierza. Żadnej przerwy, ruch ciągły. Desant wyruszy 
jeszcze w świetle dziennym, a więc coś nowego. Godziny na razie nie ustalono, ale na pewno po południu...

— Odkryty? — zdziwił się Utyłło. — W dzień? To może powiększyć straty.
— Nie, postawiona będzie zasłona dymna na całej szerokości forsowania. Nie pojedyncze świece, tylko 

fumatory syfonowe, a co to znaczy, to sami wiecie. Chemicy obiecują, że pół Warszawy zniknie z oczu...

— No, jak z tym ruszą, to na pewno — wtrącił któryś z oficerów.
—   I   do   tego   wsparcie   artylerii,   naszej   i   radzieckiej.   Zmasowany   ogień   na   kierunku   desantu   ze 

wszystkich luf. Swoją działkę będzie orać lotnictwo. Krótko mówiąc, naczalstwo stawia na sukces...

*

Nie spełniły się, niestety, słowa Kusznarowa. Saperzy z armijnej brygady przerzucili dwa bataliony — 

1056   ludzi,   6   armat   przeciwpancernych,   22   ciężkie   karabiny   maszynowe,   9   moździerzy,   spory   zapas 
amunicji, żywności i innych środków — ale wróg pchnął do walki siły znacznie większe. W zaciekłym boju, 
który przeciągnął się do późnych godzin nocnych, lądujące pododdziały poniosły wysokie straty. W lawinie 
ognia ginęły drużyny, plutony i kompanie, rwało się dowodzenie, przemieszały szyki. Niemcy zorientowali 
się widocznie, że ten desant  — największy z dotychczasowych  — może spowodować zmianę sytuacji na 
lewym brzegu Wisły, zapoczątkować serię następnych. Tym zapewne podyktowany był spotęgowany nacisk 
na niewielki przyczółek. O świcie następnego dnia, 20 września, walka nieco przygasła, lecz położenie 
wykrwawionych batalionów stało się beznadziejne. Gdyby nie ogień własnej artylerii, odcinającej wroga od 
stanowisk obrońców, doszłoby do kompletnej klęski. Tak więc decydująca próba zawiodła, powiększając 
jedynie bilans strat.

Podobnie potoczyły się wydarzenia na przyczółku żoliborskim. Przeprawione w niepełnym składzie 

dwa bataliony 8 pułku piechoty utknęły na plaży, atakowane z trzech stron. Tu także straty były poważne.

Przyczółek   na   Czerniakowie   dogorywał.   W   rękach   żołnierzy  i   garstki   powstańców   pozostało   kilka 

zaledwie domów, za plecami była skarpa i Wisła. Odwrót czy nawet płytki odskok stał się niemożliwy, 
musieli walczyć w miejscu. Pod ruinami jednego z tych domów przy ulicy Zagórnej 6 poległ śmiercią 
walecznych chorąży Borys Kunysz z 3 pułku artylerii lekkiej. Kierował ogniem dział z praskiego brzegu, 
wskazując współrzędne celów, a kiedy Niemcy wtargnęli na parter, wezwał salwę na siebie. Jego czyn stał 
się wkrótce głośny w całej armii, on sam wpisany został na zawsze do księgi jej bohaterów.

Tak oto zbliżał się nieuchronny finał walk na lewym brzegu. W dniu 23 września dowódca 1 armii WP 

wydał rozkaz ewakuacji resztek oddziałów, które z heroicznym uporem tkwiły na przyczółkach, stając w 
obliczu całkowitej likwidacji bądź w najlepszym razie niewoli. Przerzut dalszych posiłków — jak wykazały 
doświadczenia ostatnich dni  — byłby już tylko ofiarą bez taktycznego sensu, przelewem krwi na darmo. 
Przyczółki związały bez wątpienia Niemców, zmuszając ich do przesunięcia znacznych sił z innych dzielnic 
Warszawy, ale podstawowy cel desantów nie został osiągnięty. Tej surowej prawdzie trzeba było spojrzeć w 
oczy.   Nie   doceniono   wroga   i  —   poza   Czerniakowem   —   nie   nawiązano   szerszego   współdziałania   z 
oddziałami powstańczymi. Z rozkazu Komendy Głównej AK nie wyciągały one dłoni do żołnierzy, którzy 
im   właśnie   spieszyli   z   pomocą.   Ten   fakt   najdobitniej   świadczył,  że   za   kulisami   decyzji   o   wywołaniu 
powstania kryły się motywy polityczne.

W nocy 23 września saperzy 4 batalionu po raz ostatni przeprawiali się na Czerniaków, aby ocalić tych, 

którzy wytrwali na straconej pozycji. Z dwóch batalionów piechoty i kompanii zwiadu pozostały szczątki, 
garstka   zmęczonych  i  wyczerpanych  do cna  ludzi.  Zabrano  też  nieliczną   grupę   powstańców  i  rannych. 
Przepadły wszystkie armaty, moździerze i cekaemy, nie pozostawiono tylko amunicji. Żołnierze w porywie 
rozpaczy, pojmując dramat doznanej klęski, wystrzelali ją do ostatniego naboju. Już na łodziach odwracali 
głowy, żeby jeszcze raz ogarnąć wzrokiem skrawek ziemi, która wchłonęła tyle krwi...

Poza sztabem 1 armii WP nikt wtedy nie znał liczby poległych na przyczółkach. Mówiło się tylko, że 

straty były bardzo ciężkie. Odkryli tę liczbę dopiero po latach historycy: 3764 ludzi, ponad siedem razy tyle, 
co w bitwie pod Lenino, bilans wręcz wstrząsający. Z dwóch batalionów, które forsowały Wisłę między 
mostami, powróciło na Pragę zaledwie 164 żołnierzy. Oto najbardziej wymowne świadectwo zaciekłości i 
napięcia walk. A przecież ten przyczółek nie był wyjątkiem.

*

Upływały dni. Nastała jesień, potem zima. Saperzy z batalionu Utyłły wiedzieli, że jest to cisza przed 

burzą.   Szły   zakłady,   rosły   stawki,   krążyły   wieści:   kiedy   wreszcie?   I   doczekali   się,   grzmot   armatniej 

background image

kanonady   oznajmił   początek   tego   wielkiego   dnia.   Szesnastego   stycznia   1945   roku   otrzymali   rozkaz 
zbudowania przeprawy na skutej lodem Wiśle w rejonie Kępy Konarskiej. Tędy jako pierwszy przeszedł do 
Warszawy 9 pułk piechoty, bohaterski od czasu walk na Czerniakowie. Tym piechurom przypadł zaszczyt 
wkroczenia w czołówce do miasta, które było kamienną pustynią. Saperzy znaleźli się w nim na końcu, 
kontrolując przemarsz długich kolumn po kruchym lodzie.

Nie dane im było uczestniczyć w defiladzie na Marszałkowskiej po zajęciu stolicy. W składzie swojej 

dywizji ruszyli od razu na północny zachód. Na drodze był Wał Pomorski, potem Kołobrzeg i krótki pobyt 
nad Bałtykiem w drugim rzucie armii. Podczas walk o to miasto, zamienione przez Niemców w twierdzę, 
poległ między innymi sierżant Witold Komar. Z dalekiej Syberii doszedł aż tu i tutaj spoczął w żołnierskiej 
mogile.

Ostatni   etap   bojowy  szlaku   to   operacja   berlińska.   Pułki   trauguttowców   uderzyły  z   przyczółka   pod 

Kostrzynem na lewym skrzydle 1 armii WP. Nacierała piechota, wspierana artylerią i lotnictwem. Saperzy 
szli za nią, co nie oznacza, że byli bezczynni. W tej specjalności nikt nie miał prawa narzekać na brak roboty, 
jakże często niebezpiecznej. Ot, przykład pierwszy z brzegu — przejścia w polach minowych. Kto miał się 
tym   zająć?   Tylko   oni   jako   fachowcy.   A   przeszkody  wodne,   doraźna   naprawa   dróg,   budowa   stanowisk 
dowodzenia, kopanie rowów strzeleckich, usuwanie barykad... Im zawdzięczali  piechurzy to wszystko i 
potrafili docenić ten trud. Tak więc do ostatniego dnia wojny w pocie czoła pracowali ludzie z batalionu 
Utyłły, zwarcie lub w rozczłonkowaniu na plutony, wysunięci na przedni skraj bądź na tyłach, w dzień i w 
nocy, ale zawsze solidnie. W pościgu za wrogiem doszli aż do Łaby, nie przypuszczając wówczas, że kiedyś 
ta rzeka podzieli dwa światy. Nie, wtedy była radość ogromna, były salwy na cześć zwycięstwa i głęboka 
wiara, że już nigdy więcej...

Po powrocie do kraju rozkazem Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego z dnia 21 czerwca 1945 roku 3 

Dywizja Piechoty im. Romualda Traugutta w uznaniu zasług oraz męstwa w stoczonych bojach odznaczona 
została Orderem Krzyża Grunwaldu II klasy. Mieści się w tych zasługach także czyn bojowy żołnierzy 4 
batalionu saperów.

background image

W latach 1982-1983 ukazały się następujące tomiki z biblioteczki „żółtego tygrysa”.

Rok 1982

J. Malczewski – Bój pod Rietschen
I. Czyżewski – Nocne zjawy
A. Śmirski – Śmierć przychodzi z gór
Z. Strześniewski – Gorący las
J. Besala – W pajęczynie podsłuchu
R. Zgórecki – Z ostatnim rozkazem
K. Szeląg – Na pancerzach do Belgradu
K. Hofman – Na ścieżkach pożogi
W. Malten – Piekło Iwo-Dzimy
W. Król – Mustangi nad kontynentem
W. Fuglewicz – Kurs bojowy Praha
T. Konecki – Sygnał „Stal”
R. Brzeski – Enigma ląduje w Normandii
Z. Damski – 382 dni „Kujawiaka”
A. Fryszkiewicz – Wieniec dla wroga
R. Szubański – Upadek Corregidoru
M. Ślifierz – Cień swastyki nad Bosforem
A. Krawczyk – Operacja „Drawa”
A. Wójtowicz – Sercem zbrojne
S. Majewski – Diabły Adriatyku
J. Malczewski – Różan broni się jeszcze
B. Gaczkowski – Z polowego lotniska
A. Kowalczyk, L. Grzegórska – Światło w mroku

Rok 1983

Cz. Stempniewicz – Tron dla faworyta
Z. Kozakiewicz – Odejście na rozkaz
S. Jankowski - „Monte”
K. Szeląg – Alarm dla Belgradu
A. Głowacki – Brandenburski węzeł
R. Szubański – Osaczona wyspa
A. Błażej – Ślady na granicy
B. Jagielski – Przeprawy leśnych ludzi
J. Rakowski – Pod osłoną nocy
Z. Damski – Tak zginął ORP „Orkan”
A. Fryszkiewicz – Chindici atakują z dźungli
M. Golik – Przed zamkniętym semaforem
B. Zakrzewski – Orlęta bez skrzydeł
E. Obertyński – Statek wierny banderze
B. Kaznowski – Krach pruskiej twierdzy
T. Pląskowski – Strzały na Podhalu
J. Magnuski – Ruchome twierdze
K. Wójtowicz – Dziewczęta w rogatywkach
E. Walczuk – Na gruzach Berlina