background image

MARGIT SANDEMO 

PEWNEJ DESZCZOWEJ NOCY 

Z norweskiego przełożyła 

ELŻBIETA PTASZUŃSKA - SADOWSKA 

POL - NORDICA 

Otwock 1997 

background image

ROZDZIAŁ I 

Helga  pędziła  drogą  w  dół  niczym  spłoszone  dzikie  zwierzę,  oddalając  się  od  domu 

swego dzieciństwa, który teraz stał się dla niej źródłem leku i przerażenia. Choć czuła ból w 

piersiach,  a  nogi  ledwie  ją  już  niosły,  z  rozwianymi  włosami  biegła  na  oślep  dalej.  Jedyna 

myśl, jak kołatała się jej w głowie, to uciec jak najdalej stąd, i to na zawsze. 

- Helga! Dokąd to! 

Stanęła jak wryta. To matka wracała z miasta, wcześniej, niż zapowiedziała. 

Dziewczyna czuła, że robi jej się niedobrze. 

- Co się z tobą dzieje? Wyglądasz, jakbyś spotkała upiora. Co się stało? 

Opanowała się na tyle, żeby móc odpowiedzieć. 

- Nic - wydyszała. - Nic! Chciałam tylko wyjść ci naprzeciw, mamo. 

Matka  popatrzyła  na  nią  w  sposób,  którego  Helga  zdecydowanie  nie  lubiła.  Starsza 

kobieta o zmęczonej twarzy wzięła córkę za rękę i ruszyła po górę w kierunku domu. 

- To już drugi raz w ciągu ostatnich dni. Co cię tak przeraża? 

Helga nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Drżała na całym ciele. 

Matka zamilkła i przez resztę drogi pogrążona była w zadumie. 

Doszły na górę po szerokim nawisie, z którego roztaczał się rozległy widok na fiord. 

Gospodarstwo  było  duże,  należał  do  niego  zadbany  dom  oraz  urodzajne  pola  i  bujne  łąki. 

Głęboko  w  dole  płynęła  rzeka  pełna  pstrągów  i  rozpościerało  się  miasto,  które  Heldze 

wydawało  się  światem  ze  snów.  Kilkakrotne  wyprawy  do  niego  pozostawiły  w  jej  pamięci 

wspomnienie przygody, podniecającego napięcia i niewiarygodnych wprost tłumów ludzi. W 

rzeczywistości  było  to  całkiem  małe  norweskie  miasteczko,  ale  ona  nie  miała  wysokich 

wymagań i nie znała niczego, z czym mogłaby je porównać. 

Był  rok 1895. W owym  czasie młode córki wiejskich gospodarzy niewiele widywały 

poza  swymi  stronami  rodzinnymi.  Matka  Helgi  stanowiła  pod  tym  względem  prawdziwy 

wyjątek: ona była nawet po drugiej stronie morza! 

Drzwi  otworzył  ojczym  Helgi.  Dziewczyna  zdołała  opanować  lęk  i  niechęć  przed 

wejściem  do  domu,  lecz  starsza  kobieta  doskonale  wyczuła  mimowolne  szarpnięcie  w  swej 

dłoni i bardzo się nim zdziwiła. 

- Jak było w mieście? 

Matka  Helgi  odwróciła  twarz  od  swej  ładnej  osiemnastoletniej  córki  ku  mężowi. 

Zrobiło jej się ciepło na sercu. Ottar, ten, który kiedyś uganiał się za spódniczkami, okazał się 

background image

taki dobry! Był jedynym człowiekiem, jaki zajął się nią, kiedy znowu wróciła do wsi. Ożenił 

się  z  nią,  mimo  że  miejscowa  społeczność  potępiła  i  odrzuciła  ją  razem  z  jej  „bękartem”.  A 

Heldze okazywał potem zawsze tyle samo ciepła i miłości, co swym własnym dzieciom, czyli 

młodszemu rodzeństwu dziewczynki. 

Zaczęła opowiadać z ożywieniem o wizycie w miasteczku. Helga zamierzała właśnie 

wyjść z domu, gdy matka zawołała do niej: 

- Bądź tak dobra i zabierz się za kolację! 

- A nie potrzebujecie, matko, pomocy przy dojeniu? Mogłabym... 

- nie, dam sobie radę. 

Sięgnęła po umyty cebrzyk na mleko i skierowała się ku oborze. 

Helga zaczęła nerwowo wyjmować naczynia. Ottar wszedł za nią do kuchni. 

- Posłuchaj mnie! - powiedział cicho i prosząco. - Przecież nie zamierzam wyrządzić 

ci krzywdy. Powiedz, czy nie byłem dla ciebie zawsze dobry? 

- Tak - odrzekła, nie podnosząc wzroku sponad stołu. 

- To może i ty też mogłabyś być choć trochę dla mnie miła, co? 

I to właśnie było w tym wszystkim najtrudniejsze - ta jego dobroć. Wcale nie chciała 

go ranić, ale tak naprawdę to powinna uderzyć go prosto w twarz. 

Nie czuła się jednak zdolna, by uczynić coś takiego. Wszystkie dzieci bowiem zostały 

wychowane w karności i szacunku dla rodziców. 

-  Posłuchaj  mnie  uważnie!  Matka  nie  musi  o  niczym  wiedzieć.  Ja  bardzo  ją  szanuję, 

przecież  widzisz,  ale  ona  jest  już  stara  i  na  nic  nie  ma  ochoty,  czuję  się  przy  niej  strasznie 

samotny. A ty jesteś taka ładna, że aż trudno ci się oprzeć. No, spróbuj mnie tylko zrozumieć! 

Przysunął  się  bliżej  i  objął  ją  mocno  w  pasie.  Helga  nie  zdołała  się  opanować  i 

krzyknęła z odrazą. Uwolniła się z objęcia. 

W tej samej chwili do kuchni weszła matka. 

Od razu zbladła, ale udała, że nic nie zauważyła. Powiedziała spokojnie: 

- Czarna krowa tak wierzga, że nie mogę jej wydoić. Pomożesz mi, Helga? 

Z zarumienionymi policzkami i z opuszczoną głową dziewczyna pospieszyła za matką 

do obory. 

Z  krową  wszystko  było  w  porządku.  Matka  wróciła  tylko  do  kuchni  po  coś,  czego 

zapomniała zabrać. A może miała jakieś przeczucie...? 

Heldze drżały dłonie, zupełnie nie mogła nad nimi zapanować. Do tej pory jakoś sobie 

radziła z całym tym problemem - wymykała się  ojczymowi i po prostu  wychodziła z domu, 

ale  za  każdym  razem  coraz  trudniej  było  bronić  się  przed  jego  odrażającymi  zalotami  i 

background image

jednocześnie nie zachowywać się wobec niego agresywnie. 

-  Posłuchaj  mnie,  córko  -  odezwała  się  z  ociąganiem  matka,  nie  przerywając  swych 

zajęć. - Prosiłaś nas niedawno, żebyśmy ci pomogli wyjechać na zarobek. Nie chcieliśmy się 

zgodzić,  bo  coś  takiego  nie  przystoi  dobrze  zabezpieczonej  najstarszej  chłopskiej  córce. 

Widzę  jednak,  że  nie  podoba  ci  się  ten  chłopak,  którego  ci  wyszukałam,  twój  ojczym  też  o 

tym wie... 

Przygryzła wargi. Teraz już rozumiała, dlaczego Ottar był przeciwny tej znajomości. I 

dlaczego Helga prosiła tak usilnie, niemal z desperacją, by pozwolili jej wyjechać na zarobek. 

O  Boże,  przecież  nie  mogła  utracić  Ottara!  Potrzebowała  go,  w  żaden  sposób  nie 

umiałaby się bez niego obejść! A co z jej dzieckiem, jej młodziutką, bezbronną córeczką? 

Musiała  dokonać  wyboru,  teraz,  natychmiast!  Znalezienie  dziewczynie  posady  w 

pobliskim miasteczku nic by nie dało, mogłoby tylko jeszcze przyspieszyć katastrofę. 

Westchnęła głęboko i zaczęła mówić dalej: 

- Jak widzisz, przyjeżdżał tu, w nasze okolice, na połów łososi szkocki laird

1

. Zabrał 

mnie ze sobą jako swoją służącą do  Londynu,  gdzie mieszkał w zimie. Tam spotkałam jego 

syna, w którym się zakochałam, a kiedy wróciłam znowu do wsi, nosiłam już ciebie w sobie. 

Nikt nic o tym nie wiedział: ani twój ojciec, ani ja, ale kiedy już się upewniłam, napisałam mu 

o tym zrozpaczona. Tymczasem on zdążył się ożenić i nic nie dało się zrobić. Poza tym i tak 

się dla niego nie liczyłam. Ale musisz wiedzieć, że przez te wszystkie lata bardzo się o ciebie 

troszczył. Uznał się za swoje dziecko, pisał i przysyłał pieniądze, dzięki czemu Ottar mógł tak 

powiększyć  gospodarstwo.  Od  paru  lat  żona  twojego  ojca  nie  żyje.  On  już  dawno  prosił, 

ż

ebyś przyjechała do jego zamku w Szkocji. Ale ja nie miałam odwagi wyprawiać się w taką 

drogę, byłaś przecież młodziutka. 

Helga stała w milczeniu, przysłuchując się słowom matki. 

-  Wiesz  pewnie,  że  Mikalsenowie  wyjeżdżają  do  Ameryki?  -  kontynuowała  matka.  - 

Wyruszają  za  parę  dni,  a  ich  statek  płynie  właśnie  przez  Edynburg.  Odłożyłam  trochę 

pieniędzy,  wystarczy  ci  na  drogę,  a  twój  ojciec  opisał  bardzo  dokładnie,  do  kogo  masz  się 

zwrócić  po  pomoc  po  przybyciu  do  Edynburga.  Często  się  dziwiłaś,  po  co  uczę  cię 

angielskiego.  Teraz  już  wiesz,  dlaczego.  Mikalsenowie  na  pewno  zaopiekują  się  tobą  na 

statku, co ty na to? 

Serce  waliło  Heldze  jak  młotem.  Matka  i  córka  przez  chwilę  patrzyły  na  siebie  w 

wielkim  skupieniu.  Żadne  słowa  nie  zdołałyby  wyrazić  smutku  i  bólu,  jaki  obie  odczuwały, 

                                                 

1

 Laird (szkockie) - właściciel ziemski (przyp. tłum.). 

background image

chaosu myśli przemykających im przez głowy. Rozumiały się bez nich. 

- Tak, zgadzam się - powiedziała cicho Helga. 

Dorożka skrzypiąc zatrzymała się w ciemności. 

- To tutaj, dalej już nie jadę - oznajmił opryskliwym tonem szkocki woźnica. 

Helga  wysiadła.  Ze  spowitego  w  wieczorny  mrok  nieba  sączyły  się  melancholijne 

drobne krople. Na wprost przed nią otwierał się parów, a wiodąca przezeń droga gubiła się w 

zasłonie  deszczu.  Zbocza  wąwozu  porastały  wrzosy,  gdzieniegdzie  słabo  połyskiwały 

samotne,  szare  domy,  a  nieco  z  boku,  po  prawej  stronie,  wznosiła  się  ku  niebu  baszta, 

rozłożysta  i  zakończona  u  góry  szerokimi  blankami,  przypominająca  jeden  z  tych  brzydkich 

ś

redniowiecznych zamków, które dawno już padły ofiarą licznych najazdów i nieubłaganego 

działania czasu. 

- Czy to jest Aidan’s Broch? - spytała Helga drżącym głosem. 

- Nie, to zamek Hiss. Boże, miej mnie w opiece! 

Odwrócił  głowę  w  druga  stronę,  jakby  nie  chciał  w  ogóle  widzieć  tej  przedziwnej 

budowli, wyraźnie budzącej w nim niemiłe uczucia. 

Helga  zapłaciła  woźnicy;  wolałaby  oczywiście,  żeby  jeszcze  nie  odjeżdżał,  lecz  nie 

miała  powodu,  by  zatrzymywać  go  dłużej.  Z  przerażeniem  w  oczach  spojrzała  w  stronę 

ponurego parowu. 

- Ale jak ja tam trafię...? 

- Wystarczy iść prosto przed siebie. Aidan’s Broch leży na samym końcu doliny. 

Po czym smagnął konia batem i dorożka ruszyła z miejsca tak szybko, jakby uciekała 

przed bezimiennymi cieniami. 

Helga została sama na drodze z nędzną walizką w ręce. 

Podróż przez Morze Północne dała jej się we znaki: przez cały czas wiał silny wiatr, a 

na  pokładzie  wszyscy  cierpieli  na  morską  chorobę.  Był  koniec  września  -  jesienne  sztormy 

wysyłały już swe pierwsze, ostrzegawcze forpoczty. 

Dopóki  miała  obok  siebie  Mikalsenów,  czuła  się  bezpieczna.  Lecz  w  Edynburgu 

musiała się już z nimi pożegnać; ciarki przechodziły jej po plecach, gdy przypomniała sobie, 

jak  w  obskurnej  i  odrażającej  dzielnicy  portowej  próbowała  odszukać  osobę,  która  miała  jej 

udzielić  pomocy.  Wreszcie  zajął  się  nią  jeden  z  marynarzy  ze  statku  -  zrobiło  mu  się  żal 

młodej,  samotnej  jasnowłosej  dziewczyny  o  szczerym  spojrzeniu  i  smutnym  uśmiechu. 

Znaleziony  przez  nich  po  długich  poszukiwaniach  mężczyzna  zorganizował  dalszy  transport 

Helgi na miejsce przeznaczenia: najpierw łodzią wzdłuż brzegu do małego miasteczka Perth, 

a  następnie  końmi  przez  zielone  wzgórza  i  górskie  zbocza  oraz  samotne  doliny  ku 

background image

północnemu zachodowi. Zmieniali po drodze konie, wozy - aż owego dnia o zmierzchu coraz 

bardziej  opustoszałe  trakty  przywiodły  ją  do  tego  miejsca  oddalonego  od  wszelkiej 

cywilizacji.  Poczucie  osamotnienia,  nie  opuszczające  jej  podczas  długiej  podróży  przez 

szkocką wyżynę, osiągnęło swe apogeum, gdy zobaczyła tę wąską dolinę, w której panowała 

jedynie przytaczająca cisza. 

W  czasie  wyprawy  z  Norwegii  Helga  doświadczyła  wielu  drobnych  przykrości  i 

musiała rozwiązać niejeden poważny problem. Bardzo szybko się przekonała, że niełatwo jest 

podróżować  samotnie  wiejskiej  dziewczynie,  na  dodatek  tak  młodej  i  łatwowiernej  jak  ona. 

Nierzadko obdarzała zaufaniem ludzi, którzy okazywali się potem wilkami w owczej skórze. 

Ale teraz wszystko odsunęło się w cień, Helga zapomniała i to, co wprawiało ją w osłupienie, 

i  to,  co  wywoływało  jej  przerażenie.  Była  to  prawdziwa  lekcja  życia;  najważniejsze,  że 

wyszła z niej cało: żyła, nie okradziono jej i nie pozbawiono cnoty. Nie miała teraz czasu, by 

wspominać  przykre  przeżycia  minionych  dni,  chwila  obecna  stawiała  przed  nią  nowe 

wyzwania. 

Jej  prawdziwy  ojciec,  Angus  MacDunn,  obecny  laird  Aidan’s  Broch,  oczywiście  nie 

spodziewał  się  jej  przyjazdu.  Wszystko  nastąpiło  tak  nagle  i  niespodziewanie.  Na  szczęście 

zabrała ze sobą różne papiery i listy poświadczające, że jest jego córką, i pełne zapewnień, że 

jej przyjazd do Szkocji będzie spełnieniem gorących życzeń ojca. 

Z  ociąganiem  i  niechęcią  ruszyła  wreszcie  przed  siebie.  Robiło  się  ciemno,  a  ona 

chciała dotrzeć na miejsce jeszcze przed nocą. 

Deszcz  padał  coraz  mocniej,  lecz  droga,  usiana  kępami  trawy  między  koleinami, 

wiodła  ją  niczym  szara  wstążka  dalej,  na  wprost.  Woźnica  opowiadał,  że  do  Aidan’s  Broch 

dojeżdża się właśnie od zachodu, ale ponieważ ona przybyła z Perth, musieli wybrać drogę od 

wschodniej  strony,  jak  gdyby  na  przełaj.  Tak  więc  Helga  zmierzała  do  posiadłości  swojego 

ojca niejako od tyłu. 

Woźnica nie dał jednak się namówić, by pojechać dalej niż do rozstajów przy Cross of 

Friars. „Ta dolina to nie jest miejsce dla ludzi” - powiedział, po czym zawrócił i udał się do 

swojego domu, położonego trochę dalej na wschód. 

Ale  przecież  mieszkają  tu  ludzie,  pomyślała  Helga,  próbując  dodać  sobie  otuchy; 

podniósłszy  z  ziemi  ciężką  walizę,  ruszyła  przed  siebie  w  strumieniach  coraz 

intensywniejszego deszczu. 

Na  odcinku  tuż  za  rozstajami  po  obu  stronach  drogi  znajdowały  się  jeszcze  jakieś 

domostwa.  Lecz  im  dalej,  tym  odległości  między  słabymi  punkcikami  światła  stawały  się 

coraz  większe,  aż  wreszcie  w  zapadającym  zmierzchu  można  było  dostrzec  tu  i  ówdzie 

background image

jedynie szare, puste domy z kamienia. 

Helga  zatrzymała  się  przepełniona  trwogą.  Z  jej  piersi  dobyło  się  ciężkie 

westchnienie.  Zawsze  bała  się  ciemności  i  jeszcze  nigdy  w  swoim  życiu  nie  czuła  się  tak 

samotna  i  opuszczona,  tak  wystraszona  i  przygnębiona!  Już  wiele  razy  podczas  tej  podróży 

była  bliska  płaczu,  jednakże  przeciwności,  jakie  spotykała  na  swej  drodze,  sprawiały,  że 

zacisnęła zęby i starała się nie poddawać. Teraz ogarnęła ją przemożna tęsknota. Jej ukochany 

dom  znajdował  się  tak  nieskończenie  daleko  stąd,  gdzieś  w  Norwegii.  Matka,  młodsze 

rodzeństwo, zwierzęta - i ojczym, którego zawsze mogła nazywać ojcem... 

Nie, o nim lepiej nie myśleć! Okazał się takim obrzydliwym człowiekiem! 

Wyprostowała się i poszła dalej. 

Dolina ginęła w ciemnym lesie. Helga była przemoczona do suchej nitki, zmarznięta i 

głodna,  bała  się  też,  że  jej  walizka  nie  przetrzyma  tych  bębniących  kropel  deszczu,  które 

uderzały w nią nie tylko z góry, ale, odbite od ziemi, również od dołu. 

Droga wydała jej się nagle znacznie węższa, prawie niewidoczna. Czyżby zabłądziła? 

Deszcz oślepiał ją całkowicie, a las osaczał; w ciemności nie potrafiła nawet odróżnić, jakie w 

nim rosną drzewa. 

„Idź drogą aż do końca, a ona sama cię doprowadzi do Aidan’s Broch!” 

Nie  zauważyła  żadnej  innej  drogi,  czyli  ta  musiała  być  tą  właściwą.  Nie  zamierzała 

zawracać  i  szukać  jakiegoś  innego  szlaku,  który  przypuszczalnie  w  ogóle  nie  istniał.  Im 

szybciej dotrze do Aidan’s Broch, tym lepiej. Tylko ta jedyna myśl kołatała jej się w głowie. 

Jednakże  świadomość,  że  nikt  na  nią  nie  czeka,  przepełniała  ją  uczuciem  tak 

nieznośnie przygnębiającym, ze nie potrafiła sobie z nim poradzić. 

Drogą, nie szerszą teraz od ścieżki, szło się trudno. Po chwili Helga poczuła, że teren 

zaczyna się nieco wznosić w górę. 

Była  zmęczona  i  zrozpaczona,  lecz  postanowiła  się  nie  poddawać.  W  desperacji 

przedzierała się dalej przez las, walcząc ze szlochem ściskającym jej  gardło i nie odrywając 

wzroku od ziemi, by nie zgubić drogi, której już właściwie nie widziała. Szła po prostu tam, 

gdzie nie było drzew. Z lękiem dotykała raz po raz swej nędznej walizki, chcąc się upewnić, 

czy  jeszcze  się  nie  rozpadła.  Spódnica  z  najlepszego  sukna  i  szal,  o  które  tak  dbała,  żeby 

ładnie wyglądać przy spotkaniu z ojcem, były porwane na strzępy. 

Och,  jakże  chciałaby  się  znaleźć  w  domu!  Czuła  się  nieopisanie  samotna  i 

wystraszona w tym nieznanym lesie, którego właściwie już nie widziała; domyślała się tylko, 

ż

e nadal w nim jest, gdy, posuwając się po omacku przed siebie, dotykała dłońmi pni drzew. 

Szła  dalej;  potknęła  się  o  jakąś  ogromną  gałąź,  pośliznęła  i  przewróciła;  po  chwili 

background image

wstała, ominęła przeszkodę i odnalazłszy to, co wydawało się jej drogą, ruszyła znowu. 

Nagle stanęła jak wryta. 

Droga  się  skończyła.  Zupełnie  nieoczekiwanie  wyrosło  na  niej  coś  ogromnego  i 

czarniejszego niż noc. Jakaś ściana albo mur. Helga nie ruszała się, nasłuchując odgłosów w 

nieprzeniknionej ciemności. Nie było słychać niczego poza donośnym bębnieniem deszczu o 

ziemię.  Na  tle  nieco  jaśniejszego  nieba  udało  jej  się  dostrzec,  że  ściana  wznosi  się 

nieskończenie wysoko ponad jej głową. 

Koniec drogi, pomyślała. Czyli to musi być Aidan’s Broch! 

W środku panowała całkowita ciemność, w żadnym oknie nie odbijał się blask światła. 

No cóż, godzina była już późna, pewnie wszyscy  poszli spać. Ale ona nie powinna przecież 

zostać  tu,  na  zewnątrz,  bała  się,  że  mogłaby  się  poważnie  rozchorować.  Dzwoniła  zębami, 

przemarznięta do szpiku kości. 

Uniósłszy już rękę do góry, zawahała się jeszcze przez chwilę, ale wreszcie zebrała się 

na odwagę i zapukała w drzwi. 

Odgłos  uderzeń  odbił  się  donośnym  echem  w  środku  budowli,  jednakże  nie  było  na 

nie żadnej odpowiedzi: ani jedno okno nie rozbłysło światłem. 

Helga  poczekała  chwilę,  zastukała  powtórnie,  tym  razem  mocniej,  i  pchnęła  drzwi, 

które  z  lekkim  zgrzytem  ustąpiły  i  skrzypiąc  otworzyły  się  na  oścież.  Nie  były  w  ogóle 

zamknięte. 

W środku panowała jeszcze większa ciemność. 

Helga  wytarła  kropelki  deszczu,  które  skapywały  jej  z  nosa,  i,  przepełniona  lękiem, 

weszła do środka. 

- Halo! - zawołała ostrożnie. 

Zrobiła krok do przodu i zamknęła za sobą drzwi. 

Monotonny  odgłos  deszczu  nieco  osłabł.  Jak  to  miło  móc  stanąć  wreszcie  na  czymś 

suchym i czuć, jaj woda spływa powoli z ubrania na ziemię, czyniąc je lżejszym. 

Jednakże pomieszczenie to nie było bynajmniej całkowicie szczelne: na wilgotnych od 

deszczu  ścianach  widniały  liczne  rysy,  a  tu  i  ówdzie  dały  się  zauważyć  niewielkie,  ziejące 

pustką dziury, ukazujące nocne niebo. 

Było zimno i wilgotno w tym pałacu czy też zamku albo zameczku - Helga nigdy nie 

zdołała się dowiedzieć, jak duże jest właściwie Aidan’s Broch. Tu, w środku, panował dziwny 

zapach: pustki, ziemi i rozkładu. I jeszcze czegoś - czegoś obcego, co wszakże wydawało jej 

się skądś znajome. Jakieś nieokreślone wspomnienie z lat dzieciństwa. Nie potrafiła dokładnie 

określić  tej  woni,  a  raczej  stęchlizny,  wiedziała  jedynie,  że  przepełnia  ją  ona  głęboką 

background image

niechęcią, niemal lękiem, który sprawił, że miała ochotę odwrócić się i uciec. 

- Halo! - zawołała znowu, tym razem głośniej. I znów odpowiedziało jej milczenie. 

Coś zajaśniało w ciemnościach. Czuła to, wiedziała! 

Odczekawszy  chwilę,  aby  woda  ściekła  jej  z  ubrania  na  zimną  kamienną  posadzkę, 

posunęła  się  kilka  kroków  do  przodu,  po  omacku  wyciągając  przed  siebie  ręce  w 

nieprzeniknionych  ciemnościach.  Czuła,  że  posadzka  po  stopami  jest  nierówna,  stara  i 

zniszczona. Nagle musiała kichnąć, nie mogła się powstrzymać; trzy kichnięcia odbiły się od 

kamiennych ścian i czegoś metalowego, może rycerskich tarcz albo żeliwnych drzwi. 

Gdy  echo  przycichło,  czekała  nasłuchując,  lecz  nic  się  nie  wydarzyło.  Słyszała  szum 

deszczu na zewnątrz i plusk kropel spadających gdzieś dalej na kamienną posadzkę. Za nic w 

ś

wiecie nie chciałaby teraz wyjść znowu na dwór. Co prawda czuła się w tych murach coraz 

bardziej  nieswojo,  ale  tu  przynajmniej  było  sucho.  Posuwała  się  dalej  naprzód,  dopóki  nie 

natrafiła  na  jakąś  ścianę  -  chropowatą,  nierówną  i  zimną,  zbudowaną  z  wielkich  bloków 

skalnych. 

Choć  był  to  dom  jej  ojca,  mimo  najlepszych  chęci  nie  mogła  powiedzieć,  że  jej  się 

podoba. 

Jedna  dłoń  badała  dalej  po  omacku  ścianę,  druga  zaś  trzymała  kurczowo  walizkę, 

jakby  ona  właśnie  stanowiła  jedyny  bezpieczny  punkt  oparcia  w  tym  przerażającym 

otoczeniu.  Walizka  to  wspomnienie  domu,  matki,  bolesnego  rozstania,  symbol  jej 

dotychczasowego  życia,  tego  wszystkiego,  co  skończyło  się  wraz  z  przyjazdem  tutaj.  Helga 

została rzucona w zupełnie nowy i przerażająco nieznany świat. 

Znowu zaczęła nasłuchiwać, wstrzymując oddech. 

Cisza. 

Cisz i pustka, całkowite bezludzie, odwieczny rozkład - oto jej dominujące wrażenia. 

Nagle wzdrygnęła się i stanęła jak sparaliżowana, nie mając odwagi nawet oddychać. 

Coś  usłyszała.  Jakiś  krótki  szelest,  jakby  szept  albo  odgłos  czegoś,  co  poruszyło  się 

gdzieś  w  głębi  tego  nieznanego  domostwa.  I  znowu  wszystko  się  oddaliło,  równie 

nieoczekiwanie jak napłynęło. 

Dłoń Helgi natrafiła na coś metalowego. 

Zbadała  ostrożnie,  to  były  drzwi  z  ciężkiej  żelaznej  płyty.  Klamka,  gdzie  ona  jest? 

Palce szukały gorączkowo. 

Znalazły, lecz drzwi nie dawały się otworzyć. 

Helga odkryła przyczynę: potężne rygle, solidnie umocowane, blokowały drzwi. 

Jęknąwszy,  odstawiła  walizkę  i  osunęła  się  na  ziemię.  Zmęczenie,  nad  którym 

background image

udawało  jej  się  panować  podczas  długiej  podróży  dorożką,  a  potem  w  czasie  wędrówki 

piechotą  przez  parów,  nagle  zawładnęło  nią  całkowicie,  kazało  jej  się  wreszcie  poddać  i 

wybuchnąć  spazmatycznym  płaczem.  Szlochała  tak  długo  i  mocno,  że  zamilkła  wreszcie  z 

wyczerpania,  po  czym  zapadła  w  niespokojną  drzemkę,  drżąc  z  zimna  na  lodowatej 

kamiennej posadzce w przemoczonym ubraniu. 

Ocknęła się z głową opartą na walizce i rękami zwiniętymi pod sobą. 

Zbudził  ją  jakiś  dźwięk.  Niezbyt  intensywny,  wręcz  przeciwnie.  Uniosła  głowę  i 

zaczęła  nasłuchiwać,  próbowała  ustalić,  co  to  było,  owo  coś,  co  wydawało  się  cichsze  niż 

bicie jej przerażonego serca. 

To nie deszcz; zdaje się, że przestało padać. 

Nie,  nie,  ten  nowy  odgłos  musiał  dochodzić  gdzieś  z  wnętrza  tego  zamku  -  jeśli 

Aidan’s Broch jest zamkiem. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Zaczęła przypuszczać, że 

trafiła  może  do  jednego  z  budynków  gospodarczych,  do  jakiejś  nisko  położonej  stajni  albo 

czegoś w tym rodzaju, i z pewnością dlatego nikt jej tu nie słyszy. 

Ale co to mógł być za dźwięk? 

Słaby,  trudny  do  określenia  zapach  wydawał  się  coraz  intensywniejszy,  zatykał  jej 

nos, utrudniał oddychanie. Zapach stajni był inny, ten tutaj przypominał trochę dym i dławił. 

Dźwięk nieco się nasilił i w tej chwili Helga usłyszała go dokładnie. Był szeleszczący, 

jakby zrodził się w środku roju pszczół. I wysoki gwizd, który się przybliżał i oddalał; ale na 

zewnątrz  było  całkiem  cicho.  Co  jakiś  czas  docierało  też  do  niej  niezwykle  słabe, 

przypominające bębnienie, które jednak szybko mijało. 

Odgłosy  te  dochodziły  albo  gdzieś  z  dołu,  albo  z  góry.  Nie  wiadomo  dlaczego, 

przepełniały  Helgę  nieopisanym  lękiem.  Wydawało  się  jej,  że  jest  w  nich  coś  nieludzko 

groźnego,  jakby  gdzieś  tam,  wewnątrz,  czyhał  jakiś  ogromny  potwór,  leżał  i  zbierał  się  do 

skoku na intruza, czyli na nią. 

Nie  miała  jednak  odwagi  ruszyć  się  w  tych  nieprzeniknionych  ciemnościach.  A  jeśli 

nie uda się jej trafić z powrotem do wyjścia? 

Zapadła cisza. 

Leżała tak chyba z pół godziny, dygocząc ze strachu i zimna, owinięta w szal, gdy do 

jej uszu dobiegły znowu jakieś odgłosy. 

Tym  razem  był  to  czyjś  szept,  coraz  bliższy  i  bliższy,  a  po  chwili  dało  się  słyszeć 

znajome skrzypienie drzwi. 

Helga zdrętwiała ze strachu. Wepchnęła sobie koniec szala do ust, żeby z jej gardła nie 

dobył się żaden pisk ani jęk wywołany przerażeniem. 

background image

Na kamiennej posadzce rozlało się migotliwe światło. Dwaj mężczyźni rozmawiali ze 

sobą, starając się mówić cicho, wręcz szeptać. 

- Spójrz! Te same mokre ślady są i tutaj! 

Ponieważ  porozumiewali  się  ze  sobą  po  szwedzku,  musiała  wytężać  uwagę,  żeby 

zrozumieć ich słowa. 

- Bardzo małe stopy - odparł niższy głos. Heldze od razu bardziej spodobał się właśnie 

ten. - Kto mógł być na tyle bezczelny i głupi, żeby ośmielić się tu wejść? 

- Może jakieś dziecko? Nie, żadne dziecko z okolicy nie odważyłoby się zrobić czegoś 

takiego! 

- Musimy znaleźć tego intruza, zanim będzie za późno, dla niego i dla nas wszystkich. 

Co  za  głos!  Chociaż  jego  ton  był  surowy  i  jakby  wrogi  całemu  światu,  a  w 

szczególności temu bezczelnemu intruzowi, Helga wiedziała, że go nie zapomni. Ten głęboki 

ton  na  zawsze  już  wrył  się  w  jej  duszę,  i  to  w  sposób,  jakiego  jeszcze  nigdy  dotąd  nie 

doświadczyła. 

-  Co  za  szaleniec...  -  zaczął  mężczyzna  o  jaśniejszym  głosie,  lecz  przerwał,  gdy 

podniósł wyżej światło. 

- Popatrz! - szepnął drugi z mężczyzn. - Tam, przy drzwiach! 

- To dziewczyna! 

Szybko  podeszli  bliżej,  a  Helga  skuliła  się  jeszcze  bardziej,  jakby  w  obronie  przed 

ś

miertelnym ciosem. 

Mężczyźni pochylili się nad nią, przyglądając się jej w świetle lampy. 

-  Kim  ty  jesteś?  -  spytał  jeden  z  nich  z  wyraźnym  zdumieniem,  a  jej  ciało  znowu 

przeszły ciarki na dźwięk tego głębokiego głosu. Nie rozumiała jeszcze, że wywoływał on w 

niej zmysłową rozkosz. 

Z twarzą wtuloną w szal zacisnęła mocno powieki; nie miała odwagi spojrzeć w górę. 

- To ktoś obcy - odezwał się ten drugi. - Odpowiedz nam, to poważna sprawa. 

Wreszcie  odważyła  się  podnieść  na  nich  oczy,  ale  ich  twarze  były  niewidoczne  w 

blasku światła. 

-  Nazywam  się  Helga  Solbraten  -  odparła,  przestraszona,  po  angielsku,  najlepiej  jak 

umiała. Jej angielszczyźnie wiele jeszcze brakowało do doskonałości, ale mężczyźni chyba ją 

zrozumieli. W każdym razie nie powtórzyli już pytania. 

- Co tu robisz? - odezwał się ten głęboki głos po chwili przerwy. Oba głosy wydawały 

się młode. 

- Zaproszono mnie tutaj. 

background image

- Tutaj? - wykrzyknęli obaj jednocześnie z wyrazem najwyższego niedowierzania. 

- Tak, do Aidan’s Broch. 

Mężczyźni najpierw nic  nie powiedzieli, po czym ten głęboki głos odezwał się nieco 

groźnie: 

- Do Aidan’s Broch? To nie jest Aidan’s Broch. To the evil castle of Hiss

Helga  znała  angielski  n  tyle,  by  zrozumieć  usłyszane  właśnie  słowa:  „Zły  zamek 

Hiss”. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Czyli  jednak  poszła  niewłaściwą  drogą!  W  lesie  deszcz  tak  zalewał  jej  oczy,  że  w 

ciemności zboczyła z głównego szlaku i znalazła się na starej, niemal już zarośniętej ścieżce 

wiodącej do tego opuszczonego średniowiecznego zamku, a właściwie do ruin po nim. 

Ale  nie  tylko  on  był  opuszczony!  Doskonale  pamiętała  domostwa,  które  mijała  po 

drodze.  Na  początku,  bliżej  rozstajów  przy  Cross  of  Friars,  były  jeszcze  zamieszkane.  Lecz 

wszystkie  w  najbliższej  okolicy  zamku  Hiss  ziały  pustką  tak  samo  jak  on,  zupełnie  jak  w 

jakimś kręgu dotkniętym zarazą, z którego uciekło wszystko, co żyje. 

- Jest przemoczona i zziębnięta - odezwał się ten wyższy głos w trudno zrozumiałym 

dialekcie. - Poza tym chyba płakała, biedaczka. Ale trzeba przyznać, że jest ładniutka, byłaby 

szkoda, gdyby miała się rozchorować i przez tę niepogodę stracić na urodzie. 

Drugi głos odparł surowo: 

-  Niepogoda  nie  jest  tu  najgroźniejsza.  Zabiorę  ją  ze  sobą  do  Aidan’s  Broch.  Chodź, 

dziewczyno! Musimy się spieszyć, poza tym za parę godzin zacznie już świtać. 

Co za dziwne zdanie! „Musimy się spieszyć, poza tym...” Tak jakby ich pośpiech był 

uzasadniony jeszcze innymi powodami niż tylko nadchodzący świt! 

Helga,  ociągając  się  nieco,  wstała.  Mężczyźni  zdjęli  z  niej  szal  i  okryli  ją  peleryną. 

Przez cały czas uważali, aby na ich twarze nie padało światło. 

-  Nie  dałam  rady  otworzyć  tych  drzwi  -  wyjaśniła  Helga,  dygocząc  z  zimna,  i 

wskazała  na  mocno  zaryglowane  wrota,  które  teraz,  w  blasku  światła,  połyskiwały  mokrą 

czernią. 

Ręce zarzucające pelerynę na jej ramiona zatrzymały się na chwilę w tym geście. 

- Powinnaś się cieszyć, że tak się stało! Podziękuj za to Bogu z całego serca! 

- Słyszałam jakieś odgłosy. Bardzo mnie przeraziły, chociaż nie wiem dlaczego. 

- Zapomnij o tym! - odpowiedział krótko mężczyzna. 

Mimo  że  zwracał  się  do  swego  towarzysza  spokojnie  i  uprzejmie,  nie  ulegało 

wątpliwości, że to on tu przewodził. 

- Zabieram dziewczynę ze sobą. Dasz sobie sam radę ze wszystkim? 

-  Oczywiście.  Ale  czy  naprawdę  powinieneś  tam  iść?  Czy  to  nie  jest  zbyt 

niebezpieczne? 

Mężczyzna stojący obok Helgi uśmiechnął się: 

-  Możesz  być  spokojny!  Teraz  ty  weź  lampę.  Ale  zgaś  ją  na  razie!  I  ty  też  bądź 

background image

ostrożny, Joch! Pamiętaj, nie narażaj się! 

- Możesz na mnie polegać - odparł towarzysz. 

Mężczyzna o głębokim, stanowczym głosie wziął Helgę mocno za rękę. 

- Idziemy stąd! To nie jest odpowiednie miejsce dla żadnego żywego stworzenia. 

Helga  ufała  im  obu,  mężczyźni  ci  bowiem  dawali  jej  poczucie  bezpieczeństwa  i 

pewności. 

Widać  było  jednak,  że  zarówno  jeden,  jak  i  drugi  jest  bardzo  napięty,  czujny  aż  po 

granice  wytrzymałości.  Zdradzały  to  ich  głosy  i  mocny  uchwyt  dłoni  zaciśniętej  wokół  jej 

nadgarstka. 

Wszyscy troje opuścili ogromną komnatę i znaleźli się pod ciemnym niebem. 

- Ale ty masz małe ręce - stwierdził ze zdumieniem obcy. - Takie drobne piąstki jak u 

dziecka! 

Helga roześmiała się nieco zawstydzona. 

- Przeszkadzam wam pewnie w waszych sprawach - bąknęła przepraszająco. 

-  Nie,  nie!  Wcale  nie  zamierzaliśmy  tu  wstępować,  zobaczyliśmy  tylko  twoje  ślady, 

odciśnięte w błocie na drodze, i przeraziliśmy się, bo prowadziły prosto do tego złowrogiego 

zamczyska.  W  tym  miejscu  rozstaniemy  się  z  Jochem:  on  ruszy  dalej,  żeby  wypełnić  nasze 

zadanie, a ty pójdziesz ze mną. 

Helga  odwróciła  się  jeszcze  raz  w  stronę  zamku,  ale  ujrzała  tylko  jego  ogromny, 

mroczny  cień  na  tle  ciemności,  skryty  za  drzewami,  również  ginącymi  w  nieprzeniknionej 

czerni. 

Szli w milczeniu. Gdzieś z boku, po prawej stronie, śmignął łoś. Helga nie mogła się 

nadziwić, w jaki sposób jej towarzysz odnajdował drogę w tym gąszczu. Z jej walizką w ręku, 

prowadził ją ostrożnie, ale pewnie nieznanymi ścieżkami, kierując się cały czas na zachód. Za 

ich plecami dawało się już zauważyć słabą poświatę na horyzoncie, niebawem miało wzejść 

słońce. 

Minęli jakieś opuszczone chłopskie gospodarstwo, gdzie lekki poranny wiatr świstał w 

pustych otworach po oknach. 

Ponieważ zamek wciąż jeszcze zajmował myśli Helgi, spytała nieśmiało: 

- Czy Hiss to szkocka nazwa? 

- Nie. Dziś nikt już nie pamięta, jak ten zamek nazywał się kiedyś. Może Heath albo 

Uist,  albo  jakoś  podobnie.  Jest  bardzo  stary  i  od  dawna  opuszczony.  Hiss  to  nazwa,  jaką 

nadali  mu  okoliczni  mieszkańcy.  To  brzmi  jak  syk  węża  lub  okrzyk,  jaki  wydajemy,  żeby 

spłoszyć kota czy też nawet człowieka. 

background image

Tak,  to  przecież  właśnie  syczenie  słyszała  tam,  w  środku!  Zadrżała,  a  jej  opiekun 

natychmiast to zauważył. 

- Zimno ci? 

- Nie, taki szybki marsz rozgrzewa. 

Uśmiechnął się, jakby zrozumiał, dlaczego zadygotała. Po chwili powiedział: 

-  Ten  zamek  nie  jest  wymieniany  w  żadnych  historycznych  źródłach.  Jedynie  jakaś 

stara saga wspomina mimochodem o „martwym zamku w Dolinie Aidana”. 

Helga  przysłuchiwała  się  mężczyźnie,  zafascynowana  jego  głosem.  Głęboki,  ciemny 

ton  tak  zabawnie  wibrował  w  jej  wnętrzu,  jakby  mieściły  się  w  nim  jakieś  ukryte 

rezonansowe struny. 

- Dolina Aidana to właśnie ta dolina, przez którą idziemy, prawda? 

- Tak. Aidan to imię i króla, i mnicha z siódmego wieku. Jeden z nich musiał kiedyś 

przebyć tę dolinę. 

- Albo umarł przy Cross of Friars, przy Rozstajach Mnichów? 

- Możliwe. I może mieszkał w Aidan’s Broch. 

- A co znaczy to „Broch”? 

- Zamek. Coś w rodzaju okrągłej wieży. 

Podobała  jej  się  także  jego  dłoń;  silna  i  niezawodna,  mocno  obejmowała  jej  drobne 

palce. Dolina nie tchnęła już taką grozą jak wtedy, gdy Helga przemierzała ją sama, skulona 

ze strachu. Teraz czuła się odważna i mogła iść choćby i na koniec świata! 

Niebo rozświetlało się coraz bardziej. Wyszli na szerszą drogę, dawno już pozostawili 

za sobą złowrogie wzgórza wokół zamku Hiss. 

- Woźnica, który przywiózł mnie do Cross of Friars, wystraszył się na sam jego widok 

- powiedziała Helga w zamyśleniu. 

-  Wszyscy  się  go  boją  -  oświadczył  krótko  mężczyzna.  -  Nikt  nie  może  mieszkać  w 

jego pobliżu. 

Jej towarzysz sprawiał wrażenie tak silnego i nieustraszonego, że Helga nie mogła się 

powstrzymać od pytania: 

- A was on też przeraża, panie? 

- Śmiertelnie! 

Taka odpowiedź z jego ust zaszokowała dziewczynę. 

- Czy wy wiecie, co kryje się w zamku? 

- Tak, wiem. Chociaż wolałbym nie wiedzieć. Jest to coś tak bardzo przerażającego, że 

nie byłabyś zdolna sobie tego nawet wyobrazić. 

background image

- Ach, tak - odrzekła cicho. 

-  Czy  ty  wiesz,  że  tej  nocy  mogłaś  wywołać  coś  zupełnie  niepojętego?  Mogłaś 

przedostać się za ogrodzenie, nawet nic o tym nie wiedząc. 

-  To  prawda,  w  którymś  momencie  potknęłam  się  i  upadłam  w  błoto  -  przypominała 

sobie. - Myślałam, że to drzewo leży w poprzek drogi. 

Nagle mężczyzna się zatrzymał. 

- Widzisz te domy rysujące się w oddali na tle nieba? 

- Widzę. 

- To jest Aidan’s Broch. Stąd trafisz już bez trudu sama, musimy się tu rozstać. 

- Nie pójdziesz ze mną? Chciałabym opowiedzieć wszystkim o waszej życzliwości. 

-  Nie,  nie  mogę.  A  ty  nie  mów  nikomu  o  tym,  co  wydarzyło  się  dzisiejszej  nocy! 

Pamiętaj,  nikomu!  Ani  w  Aidan’s  Broch,  ani  poza  nim.  Nigdy  nie  byłaś  w  zamku  Hiss,  a 

przede wszystkim: nie spotkałaś ani mnie, ani Jocha. Rozumiesz? 

Helga bardzo się zdziwiła. 

- Zapamiętam to sobie. 

- To dobrze. 

Niebo  rozjaśniło  się  już  na  tyle,  że  Helga  zdołała  dostrzec  zarys  twarzy  swego 

towarzysza. Ale jak naprawdę on wyglądał, tego się nie dowiedziała. Dobrze poznała jedynie 

głoś - i polubiła go. 

Zdjęła  pelerynę  i  oddała  ją  właścicielowi,  on  zaś  czule  i  opiekuńczo  otulił  ją 

wilgotnym szalem. Jego dłoń zatrzymała się nieco dłużej na jej ramieniu. 

-  Nie  wiem,  kim  jesteś  o  co  robisz  w  tym  kraju,  ale  życzę  ci  wszystkiego  dobrego, 

dziecinko. Wydajesz się zbyt czysta i niewinna, by żyć tu, w Dolinie Aidana. 

- Znacie może mieszkańców Aidan’s Broch? 

Mężczyzna uśmiechnął się z wyraźną goryczą. 

- Czy znam? Oczywiście, że znam! To nieszczęśliwa dolina, dziecinko! Nie powinnaś 

była tu przyjeżdżać, wracaj, póki jeszcze nie jest za późno, dobrze ci radzę! 

- Nie mogę wrócić - odrzekła bezradnie. - Nie mam już własnego domu, a tu przyjmą 

mnie z radością, wiem o tym. 

Westchnęła  tak  głęboko,  jakby  pragnęła  zrzucić  ze  swych  ramion  ból  całego  świata, 

ale nie miała wystarczająco dużo siły. 

Helga tak bardzo by chciała zadać jeszcze więcej pytań - o swojego ojca i jego dom, 

lecz mężczyzna odwrócił się od niej i stał tak przez chwilę, zatopiony w swoich myślach. 

Skierowała spojrzenie w tę samą stronę co on i nagle jej ciało przeszył zimny dreszcz. 

background image

Na  jednym  ze  wzgórz  wznosiła  się  wysoko  szubienica,  rysując  się  na  tle  nieba 

mroczną, ostro zarysowaną złowróżbną sylwetka. 

W tej samej chwili mężczyzna rzekł: „Żegnaj!” i szybko zniknął w ciemności. 

Szubienica nie była jedyną rzeczą, jaka przeraziła Helgę. Znacznie gorsze było to, że 

wisiał na niej jakiś człowiek, kołysząc się w nasilającym się porannym wietrze. 

Po raz drugi Helga stała przed furtą i pukała w nią. 

Ale  tym  razem  już  świtało,  a  Aidan’s  Broch  nie  wyglądało  tak  odstraszająco  jak 

poprzednia siedziba. 

Ponieważ  pukanie  nie  przyniosło  żadnego  rezultatu,  Helga  zaczęła  szukać  dzwonka. 

Znalazłszy sznurek od niego, pociągnęła energicznie. 

Moje  życie  w  tym  kraju  składa  się  na  razie  z  lęku,  przerażenia  i  niepewności, 

pomyślała. Początek nie jest najlepszy, jak zatem przyjmą mnie tutaj? 

W  tych  pięknych,  lecz  budzących  grozę  dolinach  odnalazła  jednak  mały  promyk 

nadziei.  Jeszcze  teraz  czuła  uścisk  silnej  i  ciepłej  dłoni  nieznajomego,  jej  ramiona  nadal 

pamiętały jego kojący dotyk. 

Kim  też  on  mógł  być,  ten  mężczyzna,  którego  twarz  pozostała  dla  niej  przesłonięta 

mgłą tajemnicy? Na dodatek nie wolno jej było opowiadać o nim... 

Z zamyślenia wyrwał ją migotliwy blask światła, przesuwający się od okna do okna w 

pogrążonych  w  ciemności  korytarzach  Aidan’s  Broch.  Ów  blask,  przypominający  widmo, 

coraz bardziej przybliżał się do furty i wreszcie dało się słyszeć czyjeś kroki w środku. 

- Kto tam? - zawołał władczo odpychający głos. 

-  Nazywam  się  Helga  Solbraten  i  przybywam  tu  z  Norwegii,  żeby  odwiedzić  lairda 

Aidan’s Broch. 

Jakie  to  szczęście,  że  Helga  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  jak  kiepską 

angielszczyzną  się  posługiwała.  Lecz  ów  mężczyzna  chyba  ją  zrozumiał,  ponieważ  odsunął 

rygiel, zadzwonił kluczami i ciężkie odrzwia uchyliły się nieco. 

-  Dlaczego  przybywasz  o  tak  niewygodnej  porze,  pomiędzy  nocą  a  porankiem?  - 

spytał. Nawet koguty nie piały jeszcze we wsi. 

- Przyjechałam od wschodu, z Edynburga, a potem przez całą noc szłam piechotą. 

-  Od  wschodu?  -  W  głosie  mężczyzny  dało  się  słyszeć  niedowierzanie;  drzwi 

otworzyły się na oścież. - Czyli szłaś przez Dolinę Aidana? 

- Chyba tak, tak ją właśnie nazwał woźnica (by nie wspomnieć o innych!). 

Mężczyzna  sprawiał  wrażenie  zaskoczonego,  wręcz  przerażonego.  W  świetle  lampy 

Helga  dostrzegła,  że  jest  w  średnim  wieku.  Choć  do  tej  pory  nie  spotkała  w  swoim  życiu 

background image

nikogo  innego  poza  chłopami  i  rybakami  z  norweskich  fiordów,  czuła,  że  to  nie  może  być 

zwykły  służący.  Teraz  bowiem,  gdy  wskazał  jej  drogę  przez  dziedziniec  do  głównego 

budynku, zauważyła, że ubrany był w szlafrok. 

- Dolina Aidana! - wymamrotał pod nosem. - Boże, miej nas w opiece! I to na dodatek 

w nocy! Laird jeszcze śpi - objaśnił. - Chodź za mną, to pokażę ci pokój, w którym będziesz 

mogła  odpocząć.  Przyślę  dziewczynę,  żeby  zajęła  się  twoimi  mokrymi  rzeczami  i  bagażem. 

Za parę godzin wszystko będzie znowu suche i czyste. 

-  Dziękuję,  jesteście  bardzo  uprzejmi!  Proszę  nie  robić  sobie  tyle  kłopotu  z  mojego 

powodu! 

Helga  czuła  się  prawdziwie  skrępowana  tym,  że  ktoś  miał  ją  obsługiwać,  ją,  prostą 

wiejską dziewczynę. 

- Przynajmniej tyle możemy dla ciebie zrobić. Na pewno miałaś ciężką podróż. 

Helga nie mogła zaprzeczyć. 

Weszli  do  pięknego  hallu,  gdzie  paliło  się  światło.  Na  ścianach  wokół  ogromnego 

otwartego paleniska wisiały wypchane głowy zwierząt, a szerokie schody wiodły na górę, na 

wyższą  kondygnację.  Jedno  Helga  pojęła  od  razu:  jej  ojciec  musiał  być  zamożnym 

człowiekiem. 

- Poczekaj tu chwilę, a ja... - urwał nagle, słysząc głos z góry: 

- Co tam się dzieje, James? 

- Ma pan gościa, sir - odparł ochmistrz. - Z Norwegii. Właśnie zamierzałem zadbać o 

to, żeby to biedne dziecko mogło się ogrzać i nieco odpocząć. 

-  Z  Norwegii?  -  Na  schodach  rozległy  się  odgłosy  kroków,  a  po  chwili  ukazały  się  i 

zaraz zatrzymały stopy w domowych pantoflach. 

Serce Helgi waliło jak młotem. Oto miała zobaczyć swego prawdziwego ojca. 

Stopy  ruszyły  znowu.  Mężczyzna  wchodził  powoli  w  krąg  światła,  aż  wreszcie 

znalazła się w nim jego cała sylwetka. Helga aż drgnęła z przerażenia. 

Nie, to pomyłka! Przed nią stał młody, dwudziestopięcio - , najwyżej trzydziestoletni 

mężczyzna o kruczoczarnych włosach, brązowych oczach, bujnych brwiach i wąskim, nieco 

bladym obliczu. 

Patrzył pytającym wzrokiem na niespodziewanego gościa. 

Niełatwo  było  znaleźć  właściwe  słowa  komuś,  kto  uczył  się  angielskiego  tylko  w 

mowie od matki, która na dodatek przebywała w Anglii zaledwie rok. 

- Szukam lairda Aidan’s Broch - wydukała wreszcie. 

- Ja jestem lairdem Aidan’s Broch. 

background image

- Angus MacDunn? 

-  Nie,  to  mój  ojciec.  Umarł  miesiąc  temu. Ja  jestem  Ian  MacDunn,  dziewiąty  z  kolei 

laird Aidan’s Broch. 

- Umarł? - To był dla Helgi prawdziwy szok. Po chwili jednak zawołała spontanicznie: 

- Czyli wy musicie być moim bratem! 

- Co takiego? 

- Nazywam się Helga Solbraten - oznajmiła z ożywieniem. - Mój ojciec musiał chyba 

wspominać o mnie. 

Głos młodego mężczyzny stał się chłodny: 

- Obawiam się, że nie pojmuję... 

Heldze pociemniało w oczach. 

- To znaczy, że on nigdy ni mówił... 

- Nie mówił... o czym? 

To straszne! Dziewczyna sięgnęła po walizkę, aby odszukać w niej list. 

-  Sir  raczy  wybaczyć  -  wtrącił  się  dyskretnie  ochmistrz.  -  Wasz  ojciec  często 

rozmawiał ze mną o swej córeczce z Norwegii. A wy, panienko, też zechciejcie mi wybaczyć, 

iż nie zrozumiałem od razu, że pytacie o sir Angusa. Od razu bym się domyślił, kim jesteście. 

Bogu  niech  będą  dzięki!  Helga  czuła  się  głęboko  wdzięczna  Jamesowi.  Znalazła 

właśnie list i inne papiery i wręczyła je swemu przyrodniemu bratu, który, ściągnąwszy brwi, 

zaczął je przeglądać w świetle lampy. Na kilka minut zaległa cisza. 

-  Zgadza  się,  to  jest  charakter  pisma  mojego  ojca!  -  oznajmił,  składając  ostrożnie 

kartki. - Zdumiewacie mnie niepomiernie tym odkryciem. Przykro mi, ale nigdy dotąd o was 

nie słyszałem. 

- To dziwne! - odezwała się Helga. - Miałam wrażenie, że... 

James  wyciągnął  rękę  ku  swojemu  panu,  który  właśnie  zamierzał  włożyć  papiery  do 

kieszeni szlafroka. 

- Pozwól, sir, że ja się nimi zajmę! 

Ian MacDunn z wyraźnym ociąganiem oddał dokumenty. Gdy zaś ochmistrz zniknął, 

Helga wybuchnęła: 

- Ale jest jeszcze jedna rzecz, której nie rozumiem. 

- Co takiego? 

-  Moja  matka  nie  mogła  poślubić  naszego  wspólnego  ojca,  gdyż  właśnie  w  owym 

czasie wziął on sobie za żonę waszą matkę. A przecież wy jesteście znacznie starsi ode mnie! 

Ciemne  oczy  roziskrzyły  się.  Upewniwszy  się,  że  James  jest  dostatecznie  daleko,  by 

background image

nie usłyszeć jego słów, Ian MacDunn spytał: 

- Ile masz lat, panienko? 

- Osiemnaście. 

Uśmiechnął się nieznacznie: 

-  To  niestety  muszę  cię  rozczarować.  Mój  ojciec  po  prostu  okłamał  twoją  matkę. 

Kiedy ją spotkał, był już żonaty od wielu lat i miał trzech małych synów. 

- Ach, tak - odparła Helga cicho. 

Zabolało  ją  to,  że  ktoś  oszukał  jej  ukochaną  mamę,  ale  była  wdzięczna  Ianowi,  iż 

oszczędził jej dodatkowego poniżenia w obecności ochmistrza. 

Właśnie w tym momencie James pojawił się w drzwiach, gdzie zatrzymał się i czekał 

na polecenia. 

Helga zaczęła się zastanawiać: 

- Trzech synów? 

- Mam dwóch młodszych braci - wyjaśnił Ian i zamilkł, dając do zrozumienia, że nie 

chce o nich więcej mówić. Po chwili odezwał się znowu: - Z listu od twojej matki do mojego 

ojca wynika, że matka czuła się zmuszona przysłać cię tutaj. Dlaczego? 

Helga zawahała się najpierw, ale ostatecznie postanowiła nie kryć prawdy. 

-  Mój  ojczym  zaczął  mi  się  naprzykrzać  i  sytuacja  stała  się  nie  do  zniesienia  dla  nas 

wszystkich. Po prostu musiałam wynieść się z domu, a matka nie miała mnie dokąd posłać. 

- Rozumiem - odparł, przyjrzawszy się jej dokładnie. - Tak, rozumiem - powtórzył, nie 

wyjaśniając bliżej, co ma na myśli. 

Wreszcie jego twarz rozjaśniła się w wymuszonym uśmiechu: 

- A więc witaj, młodsza siostrzyczko! James, zadbaj o to, żeby Helga czuła się dobrze 

w  swoim  pokoju!  Jutro,  a  właściwie  to  już  dzisiaj,  wyjeżdżamy,  ale  wieczorem  jesteśmy  z 

powrotem.  Będziesz  zatem  miała  cały  dzień  wyłącznie  dla  siebie.  Wyglądasz  na  zmęczoną, 

powinnaś się chyba przespać. 

Ian  odprowadził  ją  do  schodów,  a  James  wskazał  uprzejmie  drogę  na  piętro,  gdzie 

przez długie korytarze zawiódł ja do niewielkiej izdebki. 

-  Zaraz  przyjdzie  dziewczyna  i  zajmie  się  ubraniem  panienki  -  poinformował.  - 

Pozwolę sobie życzyć panience miłego pobytu u nas. 

-  Dziękuję  -  odpowiedziała  Helga,  wdzięczna  za  życzliwość,  która  nie  wynikała 

bynajmniej z obowiązku. - Mam nadzieję, że nie sprawiam kłopotu? 

- Wręcz przeciwnie, panienko! To panienka musi nam wybaczyć! Przeżywamy akurat 

teraz ciężki czas, nasz laird może wydawać się podejrzliwy i nieufny. Musicie go zrozumieć. 

background image

A ja chciałbym tylko dodać, że ojciec panienki byłby bardzo szczęśliwy, gdyby mógł tu was 

widzieć. Choć nie jestem tutaj długo, nauczyłem się nadzwyczaj cenić panienki ojca, Angusa 

MacDunna. 

Te  słowa  sprawiły  Heldze  ból  i  radość  zarazem.  Ból,  ponieważ  nigdy  już  nie  pozna 

swego ojca, radość zaś z powodu zaufania okazanego jej przez Jamesa. 

Ochmistrz zatrzymał się jeszcze na chwilę w drzwiach. 

-  W  razie  czego  proszę  się  nie  bać  i  śmiało  przychodzić  do  mnie  -  oświadczył  i 

zniknął. 

Helga  zamyśliła  się.  W  jego  głosie  było  coś  w  rodzaju  ostrzeżenia  -  jakby  chciał  jej 

powiedzieć,  że  na  niego  zawsze  może  liczyć...  Czy  zatem  był  ktoś,  na  kim  nie  powinna 

polegać? 

Helga rozejrzała się po wielkim pokoju - tak ładnego pomieszczenia nigdy jeszcze nie 

widziała. W rogu stał komplet do mycia z porcelany  w kwiatki, na oknach wisiały zwiewne 

firanki,  a  pod  jedną  ze  ścian  znajdował  się  zgrabny  kamienny  piec.  Najbardziej  jednak 

zachwycił ją fotel obity suknem w bogate wzory. 

Po  chwili  do  pokoju  weszła  młoda  dziewczyna,  dopiero  co  wyrwana  ze  snu.  Mówiła 

językiem, którego Helga nie rozumiała, prawdopodobnie dialektem. Była jednak miła; zabrała 

ubrania,  które  Helga  i  jej  matka  układały  z  taką  starannością  i  które  tak  wiele  ucierpiały  z 

powodu  deszczu  i  długiej  podróży  z  Norwegii.  Wzięła  również  walizkę,  dając  do 

zrozumienia, że zamierza ją wysuszyć. 

Helga wśliznęła się do pięknego, ogrzanego łóżka, a po chwili z wdzięcznością napiła 

się ciepłego mleka, przyniesionego jej przez służącą. Natomiast za jedzenie podziękowała. Jej 

nerwy  były  napięte  do  granic  wytrzymałości,  dlatego  już  sama  myśl  o  ugryzieniu  grubej 

kromki chleba sprawiała, że zasychało jej w ustach, nie zdołałaby przełknąć choćby kęsa. 

Młoda  Szkotka  sprawiała  wrażenie  wystraszonej  i  zdenerwowanej.  Helga  znowu 

podjęła próbę nawiązania rozmowy. 

-  Dowiedziałam  się  właśnie,  że  przeżywacie  tu,  w  dolinie,  trudny  czas?  -  spytała  na 

próbę. 

Jej  pytanie  wyzwoliło  potok  słów,  wypowiedzianych  niezwykle  gorączkowo,  lecz 

niewyraźnie.  Dziewczyna  rozumiała  angielski,  tyle  tylko  że  od  rozumienia  języka  do 

posługiwania się nim droga daleka. 

- Poczekaj! - przerwała jej Helga. - Nie rozumiem ani słowa. Mogłabyś przetłumaczyć 

to na angielski? 

Dziewczyna  zaczęła  szukać  odpowiednich  słów,  aż  wreszcie,  czerwieniejąc  i  jąkając 

background image

się, ż żarliwością bliską desperacji, powiedziała: 

- Tak, jest trudno! Długo tak nie wytrzymamy. 

Helga ściągnęła brwi: 

- Wyjaśnij to bliżej! 

Nie była to łatwa rozmowa, albowiem ani jedna, ani druga strona nie wykazywała się 

szczególną znajomością jedynego języka, jaki był wspólny im obu, czyli angielskiego. Wiele 

słów wypowiadanych przez młodą Szkotkę trafiało w próżnię, na szczęście Heldze udało się 

zrozumieć to, co najważniejsze. 

-  Miej  się  tu,  w  domu,  na  baczności!  -  powiedziała  dziewczyna  z  naciskiem.  -  Tutaj 

jest niebezpiecznie. Uważaj na to, co mówisz! 

- Co masz na myśli? 

-  Oni  go  zabili,  naszego  jedynego...  (nie  potrafiła  znaleźć  odpowiedniego  słowa). 

Teraz nie ma już dla nas nadziei. 

- Kto zabił kogo? 

Dziewczyna rozejrzała się wokoło i szepnęła: 

- Psss! Bracia! To oni zabili Rodericka MacCullena. 

Potem  nastąpił  długi,  niezrozumiały  wywód,  z  którego  Helga  zdołała  wyłowić  imię 

Mordwin;  zdaje  się,  że  osoba  o  tym  imieniu,  jeśli  chce  ujść  z  życiem,  nie  powinna  się  tu 

pokazywać.  Mowa  też  była  o  jakichś  diabłach  stojących  na  czatach  i  ich  herszcie  oraz  o 

innych tworach będących zapewne wytworem bujnej fantazji Szkotów. 

Nagle dziewczyna się przestraszyła, że tak się rozgadała i, zasłoniwszy z przestrachu 

usta, wybiegła z pokoju. 

Helga  zamknęła  drzwi.  Należała  do  tych  ludzi,  którzy  woleli,  by  drzwi  były  zawsze 

zamknięte. Być może wynikało to stąd, że do tej pory musiała dzielić pokój z kimś jeszcze, że 

nigdy nie miała nic wyłącznie dla siebie. Zamknięte drzwi zapewniały jej spokój. Choć przez 

chwilę mogła być sama. 

Mimo że wiadomość o śmierci ojca tak ją poruszyła, mimo, że powitanie w jego domu 

okazało się wielkim rozczarowaniem, czuła, że zaraz zaśnie. 

Ale  w  chwili  gdy  zapadła  właśnie  w  drzemką,  ocknęła  się  nagle.  Ogromny  dom 

pogrążony  był  jeszcze  we  śnie,  lecz  gdzieś  w  jej  bezpośrednim  sąsiedztwie  dał  się  słyszeć 

jakby  krzyk  sowy.  Był  tak  głośny,  że  musiał  dochodzić  chyba  z  pomieszczenia  nad  jej 

pokojem, ze strychu. 

Nawoływanie  ptaka  rozległo  się  jeszcze  raz,  a  potem  zapadła  długa,  pełna 

wyczekiwania  cisza.  Helga  jednak  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  nie  był  krzyk 

background image

prawdziwej  sowy,  lecz  człowieka  z  dużym  powodzeniem  naśladującego  jej  głos. 

Przywoływał, a potem czekał na odpowiedź, lecz jej nie otrzymał. 

Ponownie rozległy się wibrujące tony. Potem znowu cisza znad Doliny Aidana. 

Nie  zastanowiwszy  się  do  końca  nad  tym,  co  czyni,  Helga  wyśliznęła  się  z  łóżka  i 

wyszła  na  korytarz.  W  tej  samej  chwili  usłyszała  szybkie,  nerwowe  kroki  w  dół  po  wąskich 

schodach w końcu korytarza. Wystraszona, skryła się w mroku wnęki przy drzwiach. Chyba 

nie  uda  jej  się  uniknąć  odkrycia.  Miała  jednak  więcej  szczęścia,  niż  myślała.  Okazało  się 

bowiem,  że  korytarz  nie  kończył  nie  schodami,  lecz  łączył  się  z  większym,  poprzecznym, 

tworząc razem z nim literę  L lub T.  I tam właśnie udał się pospiesznie jakiś mężczyzna, nie 

rzuciwszy nawet okiem w stronę ukrytej Helgi. 

Wszystko  to  działo  się  bardzo  szybko,  ale  ponieważ  przez  jedno  z  okien  w  dużym 

korytarzu  wpadło  już  do  środka  światło  poranka,  Helga  widział  owego  człowieka  dość 

dokładnie. 

Jej  ciało  przeszył  zimny  dreszcz.  Wzburzona  twarz  nieznajomego  miała  w  sobie  coś 

złowrogiego.  W  pewien  sposób  wydawał  się  bardzo  podobny  do  Iana  MacDunna,  jednakże 

mężczyzna,  na  którego  właśnie  patrzyła,  nie  utykał  jak  tamten  i  miał  o  wiele  bardziej 

wyniosłą  postawę.  Poza  tym  wyróżniał  się  charakterystyczną,  nieco  demoniczną  brodą,  a 

także półdługimi, kruczoczarnymi włosami. Na podstawie wyglądu i stroju Helga oceniła go 

jako  mężczyznę  próżnego,  lubującego  się  w  drogocennych  aksamitach  oraz  głębokich, 

wyrazistych barwach. 

Westchnąwszy, przemknęła z powrotem do swojego pokoju i położyła się wreszcie do 

łóżka. 

Gdzieś  powyżej  posiadłości,  na  zboczu  wzgórza,  rozległy  się  o  szarym  brzasku 

nawoływania kruków. Helga naciągnęła kołdrę na uszy, nie  chciała ich słuchać i nie chciała 

nawet myśleć o tym, co się tam działo. 

A  jeszcze  dalej,  głęboko  w  lasach  Doliny  Aidana,  leżał  ów  budzący  grozę  prastary 

zamek Hiss. To z jego powodu przerażeni mieszkańcy opuszczali swe gospodarstwa, a rośli i 

silni mężczyźni, przepełnieni lękiem, mówili o nim szeptem. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Musiało  już  chyba  być  popołudnie,  gdy  Helgę  obudziła  panująca  w  domu  cisza. 

Dopiero  po  chwili  zdołała  przypomnieć  sobie,  gdzie  się  znajduje.  Wyskoczyła  z  łóżka  z 

poczuciem winy, że spała tak długo. 

Jej  wysuszone  ubranie  i  walizka  znajdowały  się  na  zewnątrz,  za  zamkniętymi 

drzwiami. Stała tam również taca z chlebem, zimnym mięsem i czymś do picia. 

Gdy Helga już się umyła, ubrała i najadła, ostrożnie wyszła na korytarz. Dopiero teraz 

zauważyła, że w domu wcale nie jest tak cicho. Usłyszała, że gdzieś leje się woda, pobrzękuje 

szkło  i  od  czasu  do  czasu  rozlega  się  śmiech.  Prawdopodobnie  odgłosy  te  dochodziły  z 

kuchni. Gdy pan przebywał poza domem, służba zachowywała się swobodniej. 

Helga stała przez chwilę, niepewna, niepewna, w którą stronę ma iść, po czym ruszyła 

dużym  korytarzem,  przez  który  przemknął  w  nocy  ten  nieznany  mężczyzna.  Potem  poszła 

dalej,  wiedziona  odgłosami  z  kuchni.  Póki  co,  czuła  większą  wspólnotę  ze  służbą  niż  z 

własnymi  krewnymi.  Ian  MacDunn  miałby  być  jej  bratem?  Niemożliwe!  A  jeszcze  bardziej 

niepojęte  było  to,  ze  ów  dumny,  zły  mężczyzna,  którego  widziała  przemykającego  dziś  w 

nocy, też miałby być jej bratem! Sądząc bowiem po jego podobieństwie do Iana, on również 

należał do rodu MacDunnów. 

„Mordwinowi nie wolno się tu pokazywać...” 

Mordwin  również  musiał  być  jednym  z  trzech  braci,  Helga  czuła  to  niezawodnie. 

Służąca wymieniła jego imię w kontekście, który jednoznacznie na to wskazywał. 

Jedno  z  okien  wychodziło  na  zachód.  Dziewczyna  podeszła  do  niego  i  ku  swemu 

zaskoczeniu  tuż  u  podnóża  Aidan’s  Broch  dostrzegła  niewielkie  jezioro  oraz  wioskę  z 

szarymi, prostymi domkami. Widziała świnie i kury drepczące wkoło zabudowań oraz krowy 

pasące się na zielonych błoniach z tyłu domu. Czysta idylla! Helga wiedziała jednak, że obraz 

ten kłamał. 

Okazało  się,  że  wcale  niełatwo  było  znaleźć  drogę  do  kuchni.  Zorientowała  się 

wprawdzie, że zbłądziła, nie miała jednak ochoty zawrócić. Aidan’s  Broch tworzyło, jak się 

Heldze  zdawało,  czworobok  z  dziedzińcem  pośrodku,  lecz  teraz  dziewczyna  straciła  już 

wszelką orientację. 

Nagle  usłyszała  w  dole  ciche  głosy.  Jeden  rzut  okiem  przez  maleńkie  okienko 

pozwolił  jej  stwierdzić,  że  znajduje  się  w  pobliżu  stajni,  leżących  poza  czworobokiem 

dziedzińca. Poszła kawałek korytarzem, po czym zatrzymała się na podeście ze schodami. 

background image

Niewidoczny  kominek  w  Sali  na  dole  rzucał  ciepłą  poświatę  na  mężczyznę,  który 

stojąc  rozmawiał  z  kimś,  kogo  nie  mogła  dostrzec,  ponieważ  schody  przesłaniały  jej  widok. 

Zatrzymała się zafascynowana. 

Jaki  on  piękny!  pomyślała  naiwnie.  Tej  twarzy  nie  zapomnę  nigdy  w  życiu! 

Mężczyzna  miał  ciemne,  na  wpół  długie  włosy,  skręcone  figlarnie  na  czole,  mocno 

zarysowane brwi i ostre, wyraziste rysy. Sądząc po wyglądzie, długo przebywał poza domem; 

ubranie nosiło wprawdzie ślad wytworności, było jednak wyraźnie znoszone i zużyte. Helgę 

przepełniła  niespodziewana  czułość.  Musiał  chyba  wiele  przejść  w  ostatnim  czasie,  na  jego 

twarzy bowiem rysowało się wyraźnie piętno cierpienia i wyrzeczeń. 

Ocknąwszy się dziewczyna wróciła znowu do rzeczywistości i zaczęła przysłuchiwać 

się jego słowom: 

-  Wiem,  wiem,  że  nie  powinienem  się  tu  pokazywać,  ale  ponieważ  nie  przyszedłeś 

wczoraj wieczorem... 

Helga poczuła, że serce wali jej jak młotem. 

Ten sam głos! Głęboki, męski i pociągający. 

To on, to przecież on pomógł jej wydostać się z zamku Hiss! pomyślała, czerwieniąc 

się aż po uszy. Był taki piękny? 

Jego rozmówca przerwał mu, mówiąc coś, czego Helga nie dosłyszała. 

Jej wybawiciel odparł: 

-  Rozumiem,  że  czasami  jest  ci  ciężko  się  stąd  wyrwać,  ale  dlatego  właśnie  musisz 

mieć tu, w domu, jakiegoś pomocnika, żeby uniknąć takich sytuacji. 

Drugi  zastanowił  się  chyba  nad  propozycją,  ale  gdy  znowu  się  odezwał,  sprawiał 

wrażenie  bardzo  sceptycznego.  Na  koniec  osiągnęli  jakieś  porozumienie.  Do  Helgi  dotarły 

tylko ostatnie słowa: 

- Ona jest jedyną osobą, która cię nie zna. 

„Bohater” Helgi uniósł brwi. 

-  Masz  na  myśli  tę  dziewczynę,  która  przybyła  dziś  w  nocy?  No  właśnie,  a  jak  ją 

przyjęli? 

Mężczyzna  zadał  to  pytanie  obojętnie,  niemal  od  niechcenia,  lecz  Helga  nie  mogła 

wprost uwierzyć własnym uszom! On spytał o nią! Naprawdę spytał o to, jak ją tu przyjęto! 

Co za radość! 

Odpowiedź,  jaką  usłyszała,  brzmiała  „życzliwie”  lub  jakoś  podobnie;  dopiero  teraz 

Helga poznała, że ten niewidoczny rozmówca to James. 

Ów boski mężczyzna na dole rzekł: 

background image

- Przecież jakaś zwykła służąca nie może... 

James powiedział coś szybko, na co jej wybawiciel wykrzyknął z niedowierzaniem w 

głosie: 

- Córka sir Angusa? Jesteś pewny? 

Jego rozmówca potaknął. 

Usłyszawszy  tak  zaskakującą  wiadomość,  jej  wybawiciel  na  moment  zaniemówił,  a 

potem poważnym tonem powiedział: 

-  Ale  to  nic  nie  zmienia.  No  bo  czym  może  zajmować  się  taka  smarkula? 

Kokietowaniem i  chichotaniem. Jest za ładna, żeby mieć trochę  rozumu. A tu, w domu, jest 

wielu przystojnych mężczyzn, którzy bez trudu mogą zawrócić jej w młodej głowie. 

Helgę ogarnęła wściekłość; poczuła się urażona. Jak on śmiał ją tak ocenić? Zdaje się, 

ż

e w ogóle nie ma zbyt wysokiego mniemania o kobietach! 

-  A  właściwie  dlaczego  ona  pojawiła  się  akurat  teraz?  -  kontynuował  wojowniczo.  - 

Ż

eby dostać część spadku? Jeśli tak, to szybko przyjdzie się jej przekonać, że znalazła się w 

jaskini lwa! 

Po chwili odpowiedział Jamesowi na jego ponaglenia: 

-  Dobrze,  dobrze,  już  idę.  Wiem,  że  jeśli  wrócą  i  mnie  tu  zobaczą,  wszystko  będzie 

stracone. 

Gdy  mężczyźni  ruszyli  z  miejsca,  by  skierować  się  do  wyjścia,  Helga  szybko  się 

cofnęła. W chwilę później ujrzała jeźdźca opuszczającego dziedziniec. Ruszył tak szybko, że 

od  pędu  powietrza  powiewała  za  nim  peleryna.  Ta  sama,  którą  w  nocy  miałam  na  swoich 

ramionach, pomyślała dziewczyna. 

Czując nadal urazę z powodu obraźliwych słów, jakie padły z jego ust, prowadziła go 

wzrokiem, dopóki nie zniknął w lesie w Dolinie Aidana. 

Nie  bez  trudu  odnalazła  drogę  do  swojego  pokoju.  Kiedy  siedząc  w  nim  bezczynnie 

wyjrzała po raz kolejny na dziedziniec, dostrzegła dwóch mężczyzn wychodzących z jednego 

z  budynków.  W  ich  ruchach  była  nonszalancja  i  pewność  siebie,  szli  szeroko  rozstawiając 

nogi,  jakby  do  nich  właśnie  należała  cała  posiadłość.  Obaj  nosili  jednakowe,  czarne  i  ściśle 

przylegające do ciała ubrania. nie podobali się Heldze. 

W  chwilę  po  jej  powrocie  do  pokoju  pojawiła  się  służąca  i  wezwała  ją  na  obiad. 

Panowie wrócili do domu i pragnęli spotkać się z nowo przybyłym gościem. 

Na  uginających  się  nogach  wkroczyła  do  ogromnej  Sali  jadalnej,  do  której  drogę 

wskazała  jej  służąca.  Choć  Helga  ubrała  się  w  swoją  najlepszą  suknię  (miała  w  ogóle  tylko 

dwie),  poczuła  się  zawstydzona  widząc,  jakże  jest  pospolita  na  tle  porażającego  przepychu 

background image

jadalni. 

Pomalowane  na  biało  ściany  musiały  być  wyjątkowo  grube,  ponieważ  wnęki 

przyokienne  były  nieprawdopodobnie  głębokie;  mieściły  się  w  nich  okienka  o  szybach 

ujętych w ołów. Na ścianach wisiały cenne malowidła, a klepki parkietowej podłogi skrzypiąc 

dawały świadectwo elegancji. 

Przy  stole,  który  lśnił  srebrem  i  kryształami,  siedziały  trzy  osoby.  Gdy  weszła,  obaj 

mężczyźni podnieśli się na jej widok. 

-  Oto  i  nasza  Helga  -  powiedział  Ian  MacDunn  z  udawaną  swobodą.  -  Podejdź  tu, 

podejdź, i przywitaj się z moją żoną, lady Lynn! 

Witając się, Helga popełniła gafę. Dygnęła bowiem jak przed jakąś szacowną damą, a 

przecież lady Lynn nie była stara! Miała około dwudziestu pięciu lat i chociaż nie należała do 

oszałamiających piękności, to, czego nie dostała w darze od natury, potrafiła zapewnić sobie 

sama,  na  dodatek  w  stylu,  który  czynił  ją  fascynującą.  Miała  na  sobie  połyskującą  zielenią 

jedwabną  sukienkę,  która  w  słońcu  świeciła  niczym  złoto.  Jej  jasne  włosy  były  starannie 

upięte, ale nie wiadomo czemu Helga odniosła wrażenie, że fryzura lady jest zbyt swobodna 

jak dla damy. 

Ś

ciągnąwszy brwi, lady Lynn przyglądała się Heldze. 

-  Słyszałam,  że  jesteś  owocem  drobnej,  niefortunnej  przygody,  jaka  przytrafiła  się 

memu teściowi. Będzie nam bardzo miło gościć cię tutaj przez parę dni. 

Dziękuję, pomyślała Helga. Widzę, że odsyłasz mnie tam, gdzie, twoim zdaniem, jest 

moje miejsce - do domu! 

Zwróciła  się  teraz  do  drugiego  mężczyzny,  rozpoznając  w  nim  owego  naśladowcę 

sowy,  o  ostrych  rysach  i  czarnej,  diabolicznej  brodzie.  Choć  wydawał  się  przychylnie 

nastawiony, dziewczyna poczuła się nieswojo pod spojrzeniem jego drwiących, czarnych jak 

smoła oczu. 

-  To  mój  bliźniaczy  brat,  Corbred  -  przedstawił  Ian.  -  O  dwie  godziny  młodszy  ode 

mnie. 

- Nigdy nie omieszka zwrócić na to uwagi - uśmiechnął się lodowato Corbred. - Dwie 

godziny  dzielące  mnie  od  tytułu  lairda,  czyli  od  blasku,  władzy  i  zaszczytów.  Ale  ja 

wynagradzam  to  sobie  w  inny  sposób.  Muszę  przyznać,  że  wiadomość  o  zyskaniu  na  stare 

lata młodszej siostry zaskoczyła mnie niepomiernie! Nie widziałem twoich papierów, lecz Ian 

mówi, że są bardzo przekonujące. 

Helga znowu poczuła się zdumiona tym, że ojciec nigdy nie wspominał o niej swoim 

synom. 

background image

- Ale ja słyszałam, że mam jeszcze jednego brata - powiedziała ostrożnie, ale nie bez 

przekory. 

- Mordwina! - spytał Ian. - Jego imię nie jest już wymieniane w tym domu. 

- Ach, tak? - zdziwiła się Helga. 

Lady Lynn wyjaśniła ze znękaną miną: 

- Posunął się do tego, żeby zabić nie tylko własnego ojca, ale także niekoronowanego 

bohatera narodowego. Jak to on się nazywał? 

- Roderick MacCullen - odpowiedział krótko jej mąż. 

- Dlatego życie Mordwina nie jest warte tu, we wsi, nawet złamanego szeląga - dodała 

Lynn. 

Helga była oszołomiona. 

- Mordwin zamordował swojego własnego ojca? 

-  Nie  wiemy  -  odparł  z  lekkim  rozdrażnieniem  Corbred.  -  Ludzie  lubią  dużo  gadać. 

Prawdopodobnie nasz ojciec i Roderick MacCullen pozabijali się nawzajem. 

- Nie mówmy już o tym - rzekł niechętnie Ian. - Rozumiesz chyba, że jest to dla nas 

bolesny temat. 

Była  wstrząśnięta.  Chciała  zadać  jeszcze  inne  pytania:  o  człowieka  wiszącego  na 

szubienicy, o czarnych strażników, o zamek Hiss, a także o to, dlaczego  wszyscy w  Dolinie 

Aidana byli tak nieszczęśliwi; nie odważyła się jednak. 

James podawał do stołu; przez ułamek sekundy spotkała jego wzrok, który zdawał się 

mówić: „Nie pytaj więcej!” 

Jak  dobrze  było  czuć  porozumienie  z  Jamesem  w  otoczeniu  tych  chłodnych 

krewniaków. Wiedziała, że ma w nim sprzymierzeńca. 

Westchnęła  lekko,  zatopiła  się  w  swoich  myślach.  Przy  odrobinie  dobrej  woli  mogła 

chyba  sądzić,  że  ma  tu  jeszcze  jednego  przyjaciela...  Zapomniała  już  wypowiedziane  przez 

niego  pogardliwe  słowa,  a  zachowała  w  pamięci  jedynie  jego  opiekuńczość  podczas 

wędrówki  przez  las.  Do  tej  pory  nigdy  nie  była  zakochana  -  jeśli  nie  liczyć  skrywanego 

zadurzenia w koledze szkolnym, gdy miała dziesięć lat, trwającego kilka tygodni. 

Ale  teraz  odezwały  się  w  niej  struny,  które  do  tej  pory  nigdy  jeszcze  nie 

rozbrzmiewały.  Twarz  jej  pokryła  się  rumieńcem  na  samo  wspomnienie  głosu  tego 

nieznanego  mężczyzny,  mimo że  on  tak  niemiło odprawił  ją  jak  głupią  gąskę.  Lecz  ku  swej 

wielkiej  rozpaczy,  nie  potrafiła  jednak  przywołać  przed  oczy  jego  obrazu.  Nie  wiedziała,  że 

jest to zjawisko typowe dla zakochanych: choć upragniony przez nas człowiek wypełnia nam 

wszystkie  myśli,  niezwykle  trudno  jest  ożywić  w  naszej  wyobraźni  jego  postać.  Z  łatwością 

background image

widzimy inne twarze, tylko nie tę wytęsknioną. 

Wypytywano  ją  o  życie  w  Norwegii,  o  jej  matkę,  a  także  o  ojczyma  i  rodzeństwo. 

Helga zauważyła pogardę, z jaką lady Lynn słuchała o jej domu nad fiordem, mimo że starała 

się podkreślić, jak zadbane jest to gospodarstwo. 

- Nic dziwnego - stwierdziła krótko Lynn MacDunn - skoro mój teść włożył w nie tyle 

pieniędzy! 

Z papierów, które Ian przejrzał uprzednio, jasno wynikało, że jego ojciec wydał sporo 

pieniędzy na niewielkie gospodarstwo gdzieś w górach Norwegii. 

Corbred prawie się nie odzywał. Sprawiał wrażenie, jakby myślami był zupełnie gdzie 

indziej,  lecz  Helga  wiedziała,  że  wcale  nie  musiało  tak  być.  Corbred  wydawał  się  jej  osobą 

niezwykle zagadkową. 

Męczący obiad dobiegł wreszcie końca. 

James chrząknął dyskretnie: 

- Przepraszam, lady Lynn, ale kucharka chciałaby ustalić menu na jutro wieczór... 

-  Tak,  tak,  oczywiście!  Chodź,  Corbred,  to  przecież  twoi  goście,  czyli  powinieneś 

najlepiej wiedzieć, co najbardziej lubią! Wybaczcie nam! - zwróciła się do Iana i Helgi. 

Po czym wzięła pod ramię swego szwagra i razem udali się za Jamesem do kuchni. 

- No, siostrzyczko? Jak się tu czujesz? - spytał Ian. 

-  Jeszcze  nie  wiem  -  odrzekła  nieporadnie  -  nie  będąc  pewna,  czy  powinna  znowu 

usiąść czy nie. Na wszelki wypadek wolała więc stać dalej, trzymając swe spracowane ręce na 

oparciu krzesła. - Wszystko jest takie owe i takie ładne. 

Uśmiechnął się. 

- Nie przejmuj się tylko tymi drobnymi przycinkami mojej żony. Ona stara się być za 

wszelką cenę dowcipna i nie ma nic złego na myśli. 

Helga co prawda była odmiennego zdania, lecz zaczęła mówić o czym innym: 

- Tyle tu rzeczy, których nie rozumiem. Kiedy szłam tutaj, widziałam... wiszącego na 

szubienicy człowieka. Czy to tył on, Roderick MacCullen, o którym wszyscy tyle mówią? 

- Nie! Najlepiej przestań o tym myśleć! 

Helga jednak z nieoczekiwanym zdecydowaniem nie pozwoliła się zbyć: 

- Proszę cię! Przecież jedyne, co mogę, to pytać; wszyscy mówią tu tak zagadkowo, że 

czuję  się,  jakbym  błądziła  po  omacku  w  ciemnościach.  Słyszę  upomnienia,  że  mam  być 

ostrożna, ale nie wiem, przed kim powinnam się mieć na baczności. Bądź tak dobry i wyjaśnij 

mi! 

Ian zagryzł wąskie wargi. Mimo ostrych rysów, w jego twarzy było rzeczywiście coś 

background image

miękkiego, może głównie w nieco spłoszonych oczach. 

- Właściwie nie powinienem cię wciągać w tę naszą niedolę, ale rozumiem, że możesz 

się  czuć  zaniepokojona...  Roderick  MacCullen  został  zabity  w  tym  samym  czasie  co  nasz 

ojciec,  czyli  miesiąc  temu...  Obawiam  się,  że  będziesz  musiała  przyzwyczaić  się  do  widoku 

nowych ofiar na szubienicy. 

- Ale... dlaczego? - spytała wzburzona, zauważając jednocześnie, że on nie sprowadzał 

jej wizyty do kilku dni. Przynajmniej tyle na pociechę. 

Ian rzucał nerwowe spojrzenia w stronę hallu. 

- Niedługo wartownicy rozpoczną swój wieczorny obchód - bąknął. - Przejdziemy do 

salonu, tam wypijemy kawę. 

Po czym pokuśtykał przed nią do wyjścia z jadalni. 

Gdy  znaleźli  się  w  przepięknym  salonie,  gdzie  latarnie  sprzed  bramy  rzucały 

kwadratowe  cienie  na  pokryte  jedwabiem  kanapy  i  pozłacane  tapety,  kontynuował 

pospiesznie swój wywód przepraszającym tonem, jakby zostało mu już niewiele czasu: 

- Nasze kłopoty zaczęły  się kilka lat temu. Wszystko to jest zbyt skomplikowane, by 

wyjaśnić  w  paru  zdaniach.  Zaczęło  się  od  tego,  że  my,  z  naszym  ojcem  na  czele, 

sprzeciwiliśmy się władzy. Jak może słyszałaś, szkockie rody zamieszkujące doliny nigdy nie 

uznały mieszania się Anglii w ich rządy. Szkoci poddali się angielskiej władzy mniej więcej 

sto  lat  temu.  Ale  szkockie  rody  nie  uczyniły  tego  nigdy!  My  nie  uznajemy  nawet  naszego 

szkockiego rządu w Edynburgu. Tu, na naszej ziemi, jesteśmy nadal suwerenni, tak jak przez 

tysiąc minionych lat, rozumiesz? Tak uważał mój ojciec, a miejscowi chłopi poszli za nim. 

Helga potakiwała  głową  na znak, że wszystko  rozumie.  Ian, podkręciwszy  płomienie 

w lampach, usiadł i ona zrobiła to samo. W jego twarzy pojawił się wyraz dumy. To on był tu 

teraz  lairdem,  głową  rodu,  dźwigając  od  miesiąca  na  swych  ramionach  całkowicie  nową  dla 

niego godność. 

- Tak więc przed paroma laty, po długim okresie ubóstwa, wręcz nędzy spowodowanej 

nieurodzajem,  zebraliśmy  wreszcie  nadzwyczaj  obfite  plony.  Tymczasem  bieda  dotknęła 

pozostałe  części  kraju.  Edynburg  i  inne  miasta  przeżywały  trudności,  jakie  przez  wiele  lat 

były naszym udziałem. Rząd postanowił wówczas, że musimy oddać właściwie wszystko, co 

mamy,  pozostawiając  sobie  jedynie  tyle,  by  nie  umrzeć  z  głodu.  Odbył  się  wielki  zjazd,  na 

którym  zdecydowaliśmy  nie  usłuchać  rozkazu.  Nasza  niedola  i  głód  trwały  zbyt  długo. 

Dlatego  niemal  całe  plony  zostały  ukryte  przed  wysłannikami  rządu.  Urodzaj  trwał  nadal  i 

przez  kilka  kolejnych  lat  mieliśmy  bogate  zbiory.  I  znowu  powtórzyła  się  ta  sama  historia, 

mimo że już nikt w kraju nie cierpiał biedy. Rząd groził nam represjami, ale teraz zbuntowali 

background image

się także chłopi. Nie zamierzali być posłuszni, a nasz ojciec ich poparł. Rząd wysyłał raz po 

raz  swe  oddziały,  które  choć  postępowały  brutalnie,  niczego  nie  wskórały,  nigdzie  nie 

zdobyły  zboża,  jedynie  jeszcze  bardziej  podsyciły  niechęć  do  władzy.  Lud  bowiem  miał 

swojego bohatera i przywódcę, który był orędownikiem ich sprawy i który ukrywał chłopów 

ś

ciganych przez żołnierzy. 

- To Roderick MacCullen - powiedziała Helga. 

- Tak. Ależ on był uwielbiany! Gdybyś widziała jego pogrzeb! Przyszły go pożegnać 

całe okoliczne wsie. A kondukt sięgał jak stąd do jeziora! Tego dnia lud poprzysiągł schwytać 

jego zabójcę i zgładzić go bez sądu. Ale teraz musimy przenieść się trochę w czasie. Trzy lub 

cztery miesiące temu rząd przysłał tu człowieka, którego zadaniem jest sprawowanie kontroli 

nad  nami,  mieszkańcami  doliny.  Jeśli  chodzi  o  środki,  dano  mu,  zdaje  się,  wolną  rękę. 

Wykształcony  w  Londynie,  całą  duszą  oddany  władzy,  jest  bezwzględny  dla  nas,  chociaż 

wyrósł i wychował się w tych stronach. Ma ze sobą czterech pozbawionych skrupułów ludzi, 

posłusznych  każdemu  jego  rozkazowi.  Szubienica  nie  stoi  bynajmniej  bezużyteczna.  Z 

przykrością  muszę  wyznać,  że  człowiek  ten  jest  moim  bratem.  Pewnie  widziałaś  już  na 

dziedzińcu tych jego czterech chwatów? 

- Takich ubranych na czarno? Tak, dwóch z nich - potwierdziła. 

Mordwin! Ten łotr, który zabił jej ojca i Rodericka MacCullena i który krążył teraz po 

lasach Doliny Aidana, nie zaznając spokoju. 

- Ale może nie będę cię już męczył tymi ponurymi opowieściami. Zajmijmy się lepiej 

tobą! Na razie przedstawimy cię wszystkim jako naszą krewną z Norwegii. Wybacz nam, ale 

chcieliśmy jeszcze trochę poczekać, zanim podamy do wiadomości, kim jesteś naprawdę. To 

wymaga  czasu.  Mój  ojciec  był  człowiekiem  wielce  poważanym,  dlatego  nie  chcielibyśmy 

zaszkodzić jego imieniu zbyt pospiesznym działaniem. 

- Oczywiście, doskonale to rozumiem. 

Były to miłe słowa, lecz Helga miała niejasne przeczucie, że to bynajmniej nie o dobre 

imię ojca troszczył się jej brat. 

W  tej  samej  chwili  wróciła  z  kuchni  lady  Lynn  i  Corbred  i  usiedli  przy  nich.  Kawę 

podano  na  srebrnej  tacy  na  obrotowym  stoliku.  Helga  wciąż  nie  mogła  się  nadziwić 

wszystkim nowym rzeczom, jakie przyszło jej tu poznać w tak wielkiej liczbie. 

Nie  znana  jej  też  była  sztuka  konwersacji.  Odpowiadała  szczerze  i  prostolinijnie  na 

zadawane pytania, siedziała inaczej niż pozostali, spoglądając na swoje ręce, które wydawały 

jej  się  rażąco  czerwone  na  tle  ciemnobrązowej  sukienki.  Wcale  nie  czuła  się  dobrze  w  tym 

domu.  Ian  był  wprawdzie  miły,  ale  pozostała  dwójka  wywoływała  w  niej  lęk.  Nie  podobały 

background image

jej  się  zwłaszcza  złe  spojrzenia  Corbreda,  mające  w  sobie  coś  mrocznego,  czego  nie 

pojmowała. Była bowiem bardzo niedoświadczoną i jeszcze całkiem naiwną dziewczyną. Nie 

potrafiła  skojarzyć  taksującego  wzroku  eleganckiego  światowca  z  prostackimi  umizgami 

ojczyma czy ordynarnymi zaczepkami, na jakie narażona była podczas podróży. 

Z  łatwością  dawało  się  zauważyć,  że  jego  zainteresowanie  osobą  Helgi  drażni  lady 

Lynn. Młoda dama spytała nagle: 

- Powiedz mi, czego ty właściwie od nas chcesz? 

Helga spojrzała na nią wyraźnie zdezorientowana. 

- Czy przyjechałaś tu po pieniądze? 

- Lynn, przestań! - odezwał się Ian. - Przecież wyjaśniałem ci... 

- W tę historię z rabusiami nie uwierzyłam ani przez chwilę! Czyż nie widzicie, jaka 

ona jest przebiegła w tej swojej niewinności? Tak po prostu przyjechać tutaj i powołać się na 

pokrewieństwo a nami! Akurat teraz, kiedy ma być dzielony spadek. To wprost niesłychane! 

A  czy  jest  między  wami  jakieś  podobieństwo?  Wy  wszyscy  trzej  macie  ciemne  włosy, 

arystokratyczne rysy... 

-  Przesadzasz,  Lynn  -  powiedział  łagodnie  Ian.  -  Nie  widziałaś  papierów.  Są 

prawdziwe. 

-  Papiery,  papiery!  Po  pierwsze,  mogła  je  ukraść  jakiejś  innej  dziewczynce,  a  po 

drugie, a po drugie, oddałeś je przecież. Ty głupcze! 

- Lynn ma rację - wtrącił Corbred. 

- Na Jamesie można polegać - odparł Ian, odstawiając głośno filiżankę. - On przecież 

wprost  wielbił  ojca.  Przekaże  papiery  osobie  najbardziej  kompetentnej,  czyli  naszemu 

rejentowi. 

- Czasami jesteś tak naiwny, że wprost wierzyć mi się nie chce, iż jesteśmy braćmi! - 

prychnął Corbred. 

Helga, pragnąc przerwać tę dyskusję, nie bez trudu opanowała się i rzekła: 

- Nie miałam i nie mam żadnych innych zamiarów niż uczynić to, o co mnie proszono. 

Nic nie wiedziałam o śmierci mojego ojca, miałam nadzieję, że się z nim spotkam, ponieważ 

tyle razy pytał o mnie w listach i życzył sobie, żebym przyjechała. 

Czy jej Głos musiał drżeć tak wyraźnie? 

- To dlaczego my nic nie słyszeliśmy o tobie do tej pory? - spytał Corbred. 

- Nie wiem... - odpowiedziała Helga bezradnie. 

Lynn pochyliła się do przodu. Jej przymrużone oczy błyszczały złowrogo. 

- Jeśli liczyłaś na pieniądze, to się przeliczyłaś. Bo jedyne, co tu można odziedziczyć 

background image

to ziemia i władza. Ale przed tobą są jeszcze w kolejności trzej mężczyźni. 

Helga  czuła,  jak  w  obliczu  tego  poniżającego  pomówienia  o  chciwość  i  żądzę 

pieniędzy ogarnia ją wściekłość. Starając się zachować spokój, rzekła stanowczo: 

-  Czy  nie  rozumiecie,  że  ja  naprawdę  niczego  nie  chce?  Nie  potraficie  sobie 

wyobrazić,  jak  może  się  czuć  ktoś,  kto  opuszcza  swój  dom  i  zostaje  przyjęty  z 

podejrzliwością. Gdybym tylko miała się gdzie podziać, wyjechałabym stąd, nie czekając ani 

chwili. Ale na podróż tutaj wydałam ostatnie pieniądze matki, poza tym nikt nigdzie na mnie 

nie czeka. 

-  Jakie  to  wzruszające!  -  bąknęła  lady  Lynn.  -  Ale  jak  słyszę,  nie  zapominasz  o 

pieniądzach. 

Obaj mężczyźni siedzieli w milczeniu. Po chwili odezwał się Ian: 

- Moglibyśmy załatwić ci coś w Glasgow albo jeszcze lepiej Londynie, przecież znasz 

trochę angielski. Może mogłabyś służyć w jakimś lepszym domu lub zdobyć wykształcenie. 

-  Świetny  pomysł,  Ianie!  -  wtrącił  Corbred.  -  Spróbuję  skontaktować  się  z  paroma 

osobami  już  jutro.  Wiem,  że  potrzebna  jest  im  pomoc  w  domu.  No,  moi  drodzy,  zrobiło  się 

trochę późno... 

Nie  spytawszy  Helgi  o  zdanie,  zakończyli  rozmowę.  A  ona  z  prawdziwą  ulgą  mogła 

wreszcie wrócić do swojej małej izdebki. 

Idąc  do  siebie  natknęła  się  na  dwóch  ubranych  na  czarno  mężczyzn,  którzy  szli  po 

schodach na dół. Kroczyli sztywni jak posągi, jedynie w chwili gdy przechodzili obok Helgi 

skierowali w jej stronę surowe i tak przenikliwe spojrzenia, że dziewczynie aż ciarki przeszły 

po  plecach.  Gdy  ją  minęli,  odwróciła  się;  wiodąc  za  nimi  wzrokiem  do  samego  wyjścia, 

dostrzegła, że na twarzy Iana pojawił się na ich widok lęk. 

Złowieszcze straże odbywały swój wieczorny obchód. 

W  nocy  Helga  obudziła  się  znienacka.  Nie  wiedziała,  co  wytraciło  ją  ze  snu,  ale 

usiadła na łóżku i zaczęła nasłuchiwać. 

Coś jednak się działo! 

Tak... na pewno, znowu coś usłyszała. 

Słabe skrzypienie i zgrzyt metalu. Ktoś próbował otworzyć jej drzwi! 

Zdołała  zapanować  nad  pierwszym  odruchem,  nakazującym  zapytać  „Kto  tam”? 

Ktokolwiek  by  to  był,  i  tak  by  nie  odpowiedział.  Została  więc  w  łóżku  i  wpatrywała  się  w 

klamkę, której prawie nie widziała w ciemności. 

Ż

eby tylko haczyk wytrzymał! Był taki mały. 

Ktoś nacisnął klamkę. 

background image

Głuchy odgłos. 

Boże, spraw, żeby wytrzymał! 

Na  szczęście  ten,  kto  usiłował  otworzyć  drzwi,  szybko  zrezygnował.  Ostrożne  kroki 

na korytarzu oddalały się coraz bardziej. 

Helga odetchnęła z ulgą. Zatem był to ktoś, kto starał się ukryć swoje poczynania. 

Czy  to  strażnicy?  Raczej  nie.  Oni  nie  poprzestaliby  na  takiej  próbie.  Jeśli  natrafiliby 

na opór, użyliby przemocy. Przynajmniej tyle dało się wyczytać z ich surowych twarzy. 

Nie, to z pewnością musiał być ktoś inny. 

Ale  czego  mógł  od  niej  chcieć?  Była  przecież  dokładnie  tak  niewinna,  na  jaką 

wyglądała: niedoświadczona dziewczyna z norweskiej wsi. 

Westchnęła. Obiecała matce, że napisze do niej od razu po dotarciu na miejsce. 

Doskonale  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  matka  jest  niespokojna!  Ale  co  miała  jej 

napisać? 

Ż

e ojciec nie żyje, zamordowany przez jakiegoś łotra? Że ma trzech starszych braci - o 

czym matka  w ogóle nie wie - i szwagierkę, i że oni wszyscy woleliby, żeby  Helga się stąd 

wyniosła?  Że  jeden  jedyny  człowiek,  jaki  okazał  jej  życzliwość,  uważa  ją  za  bezmyślną  i 

szaloną? 

Nie,  musi  poczekać  z  tym  listem  przynajmniej  jeden  dzień.  Aż  będzie  miała  jakieś 

dobre wiadomości. 

Leżała zwinięta w kłębek - w obcym łóżku, w obcym domu, gdzie nie była bynajmniej 

mile  widziana;  czuła  się  opuszczona  i  zagubiona.  Ale  co  też  ona  mogła  znaleźć  dobrego  do 

przekazania tego następnego dnia? 

I  tak  zasnęła,  nie  przeczuwając  nawet,  że  jej  przybycie  stanie  się  impulsem 

wyzwalającym tak długo i trwożnie oczekiwany wybuch w udręczonej Dolinie Aidana. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Następne  popołudnie  nie  przyniosło  niczego  interesującego.  Helga  spędziła  je 

wałęsając  się  po  pustych  korytarzach.  Gospodarze  znowu  gdzieś  zniknęli,  prawdopodobnie 

rozjechali się w różnych sprawach po całym majątku, służba zaś, mówiąca w większości tylko 

po szkocku, jedynie uśmiechała się życzliwie do niej. 

Nowo  przybyły  gość  nauczył  się  już  odnajdywać  właściwą  drogę  pośród  labiryntu 

korytarzy, schodów i komnat siedziby rodu. Zamieszkane części domu były przytulne, miały 

pomalowane  na  biało  ściany  i  ciemne,  wywoskowane  do  połysku  drewniane  podłogi,  na 

których  leżały  przepyszne  dywany.  Ale  znajdowało  się  tam  też  wiele  zamkniętych 

pomieszczeń,  wiele  mrocznych  kątów  i  zakamarków  oraz  całe  poddasze,  gdzie  stare 

pajęczyny  wisiały  w  powybijanych  oknach  i  gdzie  wszelkiego  rodzaju  rupiecie  i  śmieci 

piętrzyły się niczym posągi widm. 

Helga,  rozleniwiona  gnuśną  bezczynnością,  wracała  do  swego  pokoju.  Akurat  miała 

otworzyć drzwi, gdy usłyszała, że ktoś ją woła. 

W  końcu  korytarza  stał  jakiś  mężczyzna,  oparty  ręką  o  ścianę.  Nie  znała  go,  lecz 

widząc jego strój, domyśliła się od razu, z kim ma do czynienia. Od stóp do głów ubrany był 

na  czarno,  co  prawdopodobnie  miało  przydawać  dramatyzmu  jego  wyglądowi.  To  jeden  z 

czterech strażników, których służąca nazwała „sługami diabła”; Helga uznała to określenie za 

wyjątkowo trafne. 

Skinął na nią. 

Dziewczyna  zawahała  się.  Strach  przed  nim,  a  także  oburzenie  wywołane  jego 

nieuprzejmym zachowaniem podpowiadały jej, że wbrew wpojonemu jej w rodzinnym domu 

poszanowaniu dla starszych nie powinna go posłuchać. 

Nie odważyła się jednak sprzeciwić. A może chciał od niej coś ważnego? 

Im bardziej się do niego zbliżała, tym silniejsza stawała się jej niechęć. Mężczyzna nie 

był jednym z tych, których wcześniej spotkała na schodach, prawdopodobnie wymienili się na 

służbie.  Ten  nie  wyglądał  już  na  młodego,  a  jego  ciało  nosiło  wyraźnie  oznaki  fizycznego 

upadku:  byczy  kark  był  raczej  obrośnięty  tłuszczem,  a  nie  silny,  oczy  zaś  wygasłe  i  zimne. 

Czarny strój wyglądał na nim jak źle dopasowane przebranie. 

Zatrzymała się parę metrów przed nim. 

- Podejdź tu! - nakazał. - No, ruszaj się! 

Ociągając się, Helga podeszła bliżej. 

background image

- Słuchaj no! - szepnął, ściskając ją za ramię. - Może wejdziesz, co? 

Ostrożnym ruchem Helga uwolniła się z uchwytu. 

- Po co? 

- Wejdź, zobaczysz! 

Bez  dalszych  ceregieli  mężczyzna  wepchnął  ją  do  pokoju,  który  do  złudzenia 

przypominał jej własny. Helga odwróciła się. 

- Czego chcecie ode mnie? - spytała nieco agresywnie, żeby ukryć strach. 

- Tylko spokojnie! - powiedział. - Źle tu posprzątałaś! 

- Ja nie sprzątam pokojów. 

-  Nie  sprzątasz?  -  powtórzył  drwiąco,  jakby  wiedział  o  tym  od  początku.  -  No,  ale 

skoro już tu jesteśmy... 

Helga  dygotała  na  całym  ciele.  Doskonale  znała  ten  ton  i  spojrzenie...  Od  razu 

przypomniał  jej  się  ojczym.  Zrozumiała,  że  znowu  okazała  się  przerażająco  naiwna  i 

bezwolna, jak zwykle bowiem uwierzyła w czyste zamiary drugiego człowieka. 

Mężczyzna stał przed drzwiami, uniemożliwiając jej wyjście z pokoju. 

Helga  nie  należała  do  osób  pewnych  siebie,  nie  potrafiła  zachować  zimnej  krwi  z 

trudnym położeniu. Drżącymi ustami wyszeptała: 

- Wypuśćcie mnie, proszę! 

Mężczyzna roześmiał się szyderczo. 

- Tylko tak mówisz, a naprawdę chcesz czego innego. 

Gdy  jego  dłonie  dotknęły  ciała  dziewczyny,  na  jej  twarzy  odmalował  się  wyraz 

obrzydzenia. Dostrzegłszy to, mężczyzna chwycił ją brutalnie za ramiona i pchnął na łóżko. 

- Będę krzyczeć! - ostrzegła przerażona Helga. 

-  A  krzycz  sobie!  Nie  ma  tu  nikogo  poza  moimi  kompanami.  A  inni  służący  nie 

odważą się nawet pisnąć słówka. 

Jego  odrażająca,  cuchnąca  twarz  znalazła  się  bardzo  blisko  niej.  Ręce  rozrywały  jej 

ubranie. 

Helga, ogarnięta strachem, odważyła się na desperacki krok. 

-  Mylicie  się,  ja  nie  jestem  służącą  -  syknęła.  -  Jeśli  mnie  tkniecie,  powiem  o  tym 

moim braciom! 

-  Braciom?  Jakim  braciom?  Przecież  ty  nie  jesteś  nawet  Szkotką!  -  szydził 

pogardliwie. 

Szarpnęła się z zapamiętaniem, starając się uwolnić z jego objęcia. 

-  Moi  bracia...  nazywają  się  Ian  i  Corbred  MacDunn  -  wycedziła  przez  zęby.  -  I 

background image

Mordwin! 

Poskutkowało. Napastnik otworzył szeroko usta, zupełnie oszołomiony. 

- Kłamiesz - powiedział bez przekonania. 

- To sam ich spytaj! 

Mężczyzna, rzuciwszy jakieś długie, mocne przekleństwo, podniósł się wreszcie. 

-  Słyszałem,  jak  ludzie  gadali  coś  takiego  -  wymamrotał.  -  Nikomu  nic  nie  powiesz, 

co? 

Helga  zerwała  się  na  równe  nogi,  zanim  jego  ociężały  mózg  zdążył  oswoić  się  z 

zaskakującą nowiną. Niczym błyskawica wypadła z pokoju, zbiegła na dół do hallu, a potem 

na dwór, na świeże powietrze. 

Dopiero gdy znalazła się daleko od posiadłości, nad brzegiem jeziora, zatrzymała się i 

odetchnęła z ulga. 

Obejrzała  się  za  siebie  ku  Aidan’s  Broch.  Od  tej  strony  nigdy  jeszcze  nie  widziała 

posiadłości. Dopiero teraz zauważyła, jaka była ogromna, piękna i doskonale zaprojektowana. 

Długie,  białe  zabudowania  o  czarnych  dachach  wplatały  się  harmonijnie  w  krajobraz, 

wznosząc się dostojnie na tle zamglonych niebieskozielonych wzgórz. Widziała także wioskę, 

wypełniającą równinę aż po Aidan’s Broch, rozpościerającą się wysoko aż po sam las. 

W  miejscu,  gdzie  stała,  brzeg  był  całkowicie  goły.  Dopiero  trochę  dalej  w  wodę 

wrzynał się porośnięty drzewami cypel. Ponieważ Helga pragnęła znaleźć się jak najdalej od 

Aidan’s Broch, poszła w tamtą stronę, starając się zapomnieć o nieprzyjaznym epizodzie. 

Bardzo szybko dotarła do małej zatoczki, w której panowała cudowna cisza. Chociaż 

Helga była bardzo cienko ubrana, wcale nie czuła zimna. Na plaży leżała odwrócona do góry 

dnem  łódź  niczym  melancholijne  wspomnienie  ciepłych,  szczęśliwych  letnich  miesięcy 

sprzed wielu lat. 

Usiadła na niej, wygładziła starannie swą ciemną spódnicę i złożyła ręce na kolanach. 

Co  ona,  u  licha,  ma  teraz  począć  ze  swoim  życiem?  Co  ma  do  roboty  tu,  w  Aidan’s 

Broch? 

Gdy siedziała tak, zatopiona w ponurych myślach, nagle wyrwał ją z odrętwienia jakiś 

głos. 

- Ty mnie chyba prześladujesz? 

Dziewczyna obejrzała się gwałtownie. Za nią stał on, ten, który bezustannie niepokoił 

ją w myślach - stał oparty o dąb, przyglądając się jej z kwaśną miną. 

- Nie... miałam pojęcia, że wy też tu jesteście - wybąkała tak zmieszana, że podniosła 

się  nawet,  żeby  dygnąć  przed  nim,  lecz  na  szczęście  w  ostatniej  chwili  się  zreflektowała  i 

background image

ponownie usiadła. - Nie zamierzałam... 

- Wiem - odparł krótko. Żartowałem tylko. 

Ś

wiadoma tego, że jej policzki pokryły się pąsem, spytała nieśmiało: 

- Może usiądziecie tu przy mnie? 

O od razu pożałowała swych słów. 

Mężczyzna pokręcił głowa. 

- Nie mogę wychodzić na otwartą przestrzeń. 

Ale  przycupnął  na  przewróconym  pniu  drzewa.  Czyli  chciał  jednak  zostać.  Helga 

przez  chwilę  nie  wiedziała,  co  począć,  póki  on  nie  dał  jej  znaku  ręką,  aby  przysiadła  się  do 

niego. Nie chciała sprawić wrażenia zbyt mu posłusznej. 

Pień  był  tak  wysoki,  że  z  pewnością  nie  zdołałaby  się  na  niego  wspiąć,  przykucnęła 

więc na kamieniu u boku mężczyzny, nie mając jednak odwagi spojrzeć w jego stronę. 

- No i co? Jak ci się wiedzie? - spytał. 

-  Czy  ja  wiem...  Nie  zdążyłam  jeszcze  na  dobre  się  rozpatrzeć.  Wszystko  jest  takie 

nowe. 

Gdy  Helga  zerknęła  na  swoje  dłonie,  zauważyła,  że  ma  brudne  paznokcie  - 

prawdopodobnie pobrudziły się od tej starej łodzi. Szybko schowała ręce. 

- Dziękuję wam za pomoc w tamtą noc - powiedziała szeptem. 

- Rozpoznałaś mnie? 

- Macie bardzo wyjątkowy głos. 

- Nie wiedziałem. 

Zapadło  niezręczne  milczenie.  Helga  patrzyła  na  jego  dłoń  spoczywającą  na  kolanie 

tuż  obok  jej  twarzy.  Ręka  była  opalona  i  silna  i  wywołała  w  dziewczynie  nieprzeparte 

pragnienie, by oprzeć na niej policzek. Ciekawe, co by powiedział, gdyby to zrobiła? 

Ale oczywiście siedziała nadal bez ruchu. 

- No? - ponaglał ją. - Co powiedzieli w Aidan’s Broch, kiedy się tam zjawiłaś? 

Helga uśmiechnęła się nieznacznie. 

- Byli bardzo zaskoczeni. 

- Ale ucieszyli się chyba? 

Zastanowiwszy się nad tym, co ją do tej pory spotkało, powiedziała ostrożnie: 

- Myślę, że nie. W każdym razie lady Lynn na pewno się nie ucieszyła. 

- Lady Lynn! - wykrzyknął pogardliwie. - No tak, jestem w stanie to sobie wyobrazić. 

Nie pojmuję, jak Ian mógł być tak głupi, żeby się z nią ożenić. 

-  To  przecież  zrozumiałe,  że  chciał  mieć  żonę,  a  ona  jest  bardzo  szykowna  - 

background image

powiedziała Helga. 

-  Małżeństwo  to  w  ogóle  niepojęta  dla  mnie  rzecz  -  rzekł  przekornie.  -  Jak  można 

wytrzymać z kobietą w domu przez cały dzień i noc. Coś takiego nie mieści mi się w głowie. 

Kobiety to takie puste, rozgdakane kwoki! 

Helgę trochę rozzłościło i rozczarowało to kategoryczne stwierdzenie. 

-  Żona  może  znaczyć  bardzo  wiele  da  mężczyzny  -  oświadczyła  z  opanowaniem.  - 

Czy mężczyźni nie potrzebują kogoś, z kim czasami mogliby porozmawiać? 

- Mogę rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi. 

-  Nie  to  mam  na  myśli.  Przecież  istnieje  masa  rzeczy,  o  których  nie  rozmawia  się  z 

przyjaciółmi. Chodzi o to, żeby mieć obok siebie kogoś, kto zawsze się o nas troszczy... Jeśli, 

na  przykład,  obawiamy  się  starości  lub  cierpienia  albo  jeśli  coś  nam  się  nie  powiedzie.  Czy 

też  jeśli  ma  się  wrogów.  Żona  potrafi  zrozumieć  coś  takiego,  pomóc  i  być  oparciem.  Umie 

również  towarzyszyć  mężowi  w  jego  marzeniach  i  myślach,  dodawać  mu  otuchy.  Bo  go 

kocha. 

Jej rozmówca siedział jakiś czas w milczeniu, a potem spytał: 

- I ty w to wierzysz? Mam brata, u którego w domu jest prawdziwe piekło. Jeden Bóg 

wie, ile razy musiałem prosić jego żonę, żeby poszła do... 

Znowu zamilkł, po chwili zaś rzekł: 

-  A  moja  ciotka  wrzeszczy  i  wyżywa  się  na  swoim  mężu  od  rana  do  wieczora.  Ani 

jeden z moich przyjaciół nie jest szczęśliwy w małżeństwie. Weźmy Jocha. Ma śliczną żonę. 

Ale spróbuj wydobyć z niej choćby jedno rozsądne zdanie! Ona potrafi tylko chichotać albo 

paplać o jedzeniu, strojach i niczym więcej. 

- Codzienne życie dla większości ludzi to także jedzenie i ubranie - wtrąciła Helga. - 

Wy  też  uznacie  kiedyś,  że  miło  jest  mieć  kogoś,  z  kim  można  porozmawiać  nawet  o  takich 

zwykłych rzeczach. 

Westchnął, nie poddając się. 

- Popatrz tylko na siebie! Myślisz pewnie, że jesteś wyjątkowo mądra! Jeszcze nigdy 

nie  widziałem  kogoś  tak  bezradnego.  Uważasz,  że  możesz  być  podporą  mężczyzny?  I 

przynosić mu radość? Może tylko w łóżku. To chyba jedyna rzecz, do jakiej się nadajesz! 

-  Nie  macie  prawa  osądzać  mnie  tak  pochopnie.  Może  jestem  głupia  i  naiwna,  ale 

istnieje  też  coś  takiego,  co  nazywa  się  lojalnością.  Gdybym  wyszła  za  mąż,  dałabym 

mężczyźnie wszystko, co mam. 

- Nie - zaprotestował, podnosząc się z pnia. - Można liczyć na lojalność przyjaciół, ale 

nie na lojalność kobiety. 

background image

- Uważam, że wprost przeciwnie - odparła Helga, patrząc w ziemię i nie mając odwagi 

podnieść na niego wzroku. - Nie wiem, czego doświadczyliście w waszym życiu, ale... 

-  Napatrzyłem  się  niemało  na  moich  przyjaciół.  A  kobiety  można  mieć  zawsze,  nie 

trzeba się od razu z nimi żenić! 

Nim  zdążyła  zareagować  na  jego  słowa,  przycisnął  ją  do  drzewa  w  sposób,  który 

jednoznacznie  zdradzał  jego  zamiary.  Helga,  do  tej  pory  zdolna  jeszcze  panować  nad  sobą, 

poczuła się w tej chwili tak nieopisanie zawiedziona, że, zamknąwszy oczy, wybuchła pełnym 

desperacji szlochem. 

- Nie, proszę, nie! I wy też? Czy tylko tego może szukać mężczyzna u kobiety? Mam 

już  dość  opędzania  się  od  natrętnych  rąk.  Dom  musiałam  opuścić  właśnie  z  powodu  takiej 

odrażającej  historii,  w  drodze  musiałam  wciąż  mieć  się  na  baczności,  a  dzisiaj  rzucił  się  na 

mnie  jeden  z  tych  tajemniczych  strażników  z  Aidan’s  Broch.  Na  szczęście  udało  mi  się 

wymknąć i uciec tutaj, żeby znaleźć trochę spokoju i ciszy. Ale i od was nie spotyka mnie nic 

innego! A ja tak was podziwiałam! Teraz nic mi już nie zostało. 

W miarę jak niemalże jednym tchem wyrzucała  z siebie te słowa, mężczyzna powoli 

zwalniał  uścisk.  Jego  twarz  wręcz  skamieniała,  prawdopodobnie  niełatwo  mu  było  znieść 

porównanie z pospolitymi strażnikami. 

- Naprawdę myślałaś, że chcę cię wykorzystać? - spytał, a jego oczy straciły wszelki 

wyraz. - Chciałem cię tylko przestraszyć, zobaczyć, jak zareagujesz. 

-  Żartujecie  sobie  ze  mnie  -  powiedziała  cicho.  -  No  i  co,  zareagowałam  tak,  jak  się 

spodziewaliście? Chyba tak, przecież taka ze mnie głupia gęś. 

- Nie - odparł. - Nie zareagowałaś tak, jak się spodziewałem. Przyznaję, że postąpiłem 

niegodziwie. Przepraszam! 

- Już dobrze - szepnęła. 

- Chciałbym, żebyś o tym zapomniała - poprosił błagalnym tonem. - Nie wiesz, co się 

za tym kryje, a ja nie mogę ci tego wyjaśnić. Ale naprawdę szczerze żałuję. 

- Nie ma o czym mówić - odrzekła. - Myślę, że za mało znamy się nawzajem, i dlatego 

oboje popełniliśmy błąd. 

Jej słowa sprawiły mu wyraźny ból, wyznała przecież, że się na nim zawiodła. 

Nie próbował się jednak bronić. Odsunął się dalej, z wyrazem zmęczenia i goryczy na 

twarzy. 

-  Chyba  lepiej  będzie,  jeśli  już  wrócisz  -  oświadczył  obojętnym  głosem.  -  Mogą 

zacząć cię szukać po całej wsi, a to nie byłoby dobre. 

- Chyba tak. - Próbowała zdobyć się na nieznaczny choćby uśmiech. - Powodzenia! 

background image

Mężczyzna skinął od niechcenia głową, a ona ruszyła przed siebie wzdłuż brzegu. 

W pewnej chwili obejrzała się za siebie. Ujrzała wówczas, że mężczyzna podszedł do 

dębu. Chociaż był odwrócony do niej plecami, doskonale wiedziała, jak w odruchu bezsilnej 

rozpaczy kilka razy uderzył zaciśniętą pięścią w pień drzewa. 

Dlaczego? zastanawiała się. Z jakiego powodu to robi? 

Ale  gdy  tak  szła  powoli  w  kierunku  Aidan’s  Broch,  uświadomiła  sobie  jedno: 

niezależnie od tego, jakby się wobec niej zachował i do jakiego stopnia byłby arogancki, nie 

zmieni  to  jej  stosunku  do  niego.  Bo  chociaż  nie  mogła  zrozumieć  postępowania  tego 

mężczyzny,  widziała  wyraźnie,  że  coś  go  dręczy.  Może  nie  umie  poradzić  sobie  z  samym 

sobą i z tym wszystkim, co dzieje się w Aidan’s Broch? 

W bramie spotkała Jamesa, który wyszedł jej naprzeciw. 

- Ale panienka napędziła mi strachu! Nikt nie wiedział, gdzie się panienka podziewa. 

- Poszłam się przejść nad jezioro - odparła Helga z zarumienionymi policzkami. 

W oczach ochmistrza rozbłysł jasny płomyk światła. 

- Chwała Bogu! - wyrwało mu się z piersi. 

- Co to znaczy? - rzuciła zaciekawiona. 

- Nie, nie, nic takiego. 

- Proszę, powiedzcie mi! 

James rozejrzał się wokoło, po czym spytał przytłumionym głosem: 

- Spotkała tam panienka kogoś? 

Helga zawahała się chwilę: 

- Tak, spotkałam. 

Mężczyzna uśmiechnął się: 

- To teraz rozumiem, dlaczego on tak się spieszył! 

- Co takiego? Teraz ja nie rozumiem... 

- Wybrałem się do lasu, żeby porozmawiać z pewnym młodym człowiekiem. I nagle, 

całkiem nieoczekiwanie, on mówi do mnie: „Przepraszam, James!”, zrywa się i pędzi niczym 

błyskawica w dół przez las, nad jezioro. 

Helga szła do swego pokoju jak ogłuszona. A wiec to nie ona prześladowała jego, jak 

twierdził, lecz on, całkiem świadomie, starał się ją znaleźć! 

Ż

eby ją zranić, wydrwić i poniżyć? 

Biedna Helga, niczego nie rozumiała. 

Kochany James! On jedyny  okazywał jej życzliwość. Bez niego nie zdołałaby znieść 

tego  wszystkiego.  Chciała  wierzyć,  że  jego  zachowanie  było  czymś  więcej  niż  zawodową 

background image

uprzejmością ochmistrza. 

Wyjrzała przez okno na dziedziniec. 

Znowu  ci  wartownicy;  stali  przed  budynkiem,  w  którym  musieli  chyba  mieszkać. 

Helga  patrzyła  na  nich  z  odrazą.  Gdy  ujrzała  mężczyznę,  który  rzucił  się  dziś  na  nią,  miała 

nieprzepartą ochotę splunąć na niego z góry. 

Jedna  ze  służących  przechodziła  właśnie  obok  nich  z  wiadrem  pomyj.  Tłusty 

wartownik powiedział coś do niej i klepnął ją w pośladek. Chluśnij mu tymi pomyjami prosto 

w twarz! pomyślała Helga. Ale dziewczyna odpowiedziała na zaczepki zalotnym chichotem i 

nie stawiając oporu, dała się wciągnąć do środka budynku. 

Helga z grymasem obrzydzenia odwróciła się od okna. 

Wszystko jest takie ohydne, zepsute i wstrętne. 

Pragnęła  stąd  uciec,  nie  zostało  jej  nic,  co  dawałoby  nadzieję  i  o  czym  mogłaby 

marzyć. Wydawało się, że cała ta dolina zatruta jest jakimś osobliwym złem, kryjącym się w 

lasach  Aidan’s  Broch  albo  za  drzwiami  wiejskich  domostw.  A  może  gdzieś  jeszcze  dalej  w 

dolinie? 

Z  niecierpliwym  westchnieniem  przeciągnęła  się  i  wyszła  na  korytarz.  Nigdzie  nie 

mogła  sobie  znaleźć  miejsca.  Owo  dziwne  spotkanie  z  tym  młodym  mężczyzną,  który 

pierwszej  nocy  wydał  się  jej  wyjątkowo  piękny  i  miły,  a  teraz  stał  się  taki  nieprzyjemny, 

wytrąciło ją całkowicie z równowagi. Czuła się nieszczęśliwa i zagubiona, szukała po omacku 

jakiegoś punktu oparcia i wskazówki, w którą stronę powinna się zwrócić. Sama życzliwość 

Jamesa - to za mało. 

Zbliżyła  się  do  okienka  w  dużym  korytarzu,  ale  obraz  wzgórza  z  tkwiącą  na  nim 

szubienicą nie dodał jej bynajmniej otuchy. 

Wisielec  został  już  zdjęty  i  przycichło  przeraźliwe  pokrzykiwanie  kruków. 

Nienawidziła  aż  do  bólu  tego  widoku  szubienicy,  tego  symbolu  zła  panującego  w  Dolinie 

Aidana.  Miała  wrażenie,  że  wszyscy  tutaj  postępują  samowolnie,  nawet  jej  własny  ojciec, 

który  sprzeciwił  się  władzy  i  odmówił  pomocy  głodującym  miastom.  Mimo  wszystko 

rządzący  nie  mieli  prawa  wysyłać  tu  kogoś  takiego  jak  Mordwin,  który  na  własną  rękę 

wymierzał sprawiedliwość swoim ziomkom, wieszając ich! 

Na  myśl  o  tym,  ze  jest  przyrodnią  siostrą  takiego  człowieka,  ogarnęła  ją  gorycz  i 

bezsilność, które nagle przerodziły się w niezwykłą, rozpierającą ją siłę woli. Owładnięta nią, 

ruszyła jak szalona przed siebie, znalazła na dziedzińcu drewutnię, chwyciła siekierę i piłę, po 

czym  zaczęła  wdrapywać  się  na  wysokie  zbocze,  zwieńczone  szubienicą.  Mężczyźni 

układający drewno w stosy wołali za nią zdumieni, ale ona nie zwracała na nich uwagi. 

background image

Nie zdając sobie z tego sprawy, zawsze cicha i posłuszna, poczuła nagle, że ma dość, i 

oto cały tłumiony dotychczas protest przeciwko wszelkiej niesprawiedliwości znalazł ujście w 

potężnym wybuchu. 

Jej  wyprawa  nie  pozostała  nie  zauważona.  Mieszkańcy  wioski  przystawali  grupkami 

lub wyglądali przez okna, a z dziedzińca posiadłości James wylęknionym wzrokiem śledził jej 

kroki. 

Helga  dotarła  na  szczyt  góry.  Starała  się  nie  patrzeć  na  ziemię,  na  której  widoczne 

były  ślady  tego,  co  się  tu  wydarzyło,  zwróciła  oczy  na  odrażającą  drewnianą  konstrukcję, 

wznoszącą się ku niebu. Sznur wciąż jeszcze wisiał, jakby w oczekiwaniu na następną ofiarę. 

- O, nie! - wykrzyknęła Helga. - Nie będzie nikogo następnego! W każdym razie nie 

tutaj! 

- Panie, miej mnie w opiece! - powiedział chłopak przy szopie z drewnem. - Ta mała 

wymachuje siekierą jak prawdziwy chłop! 

Helga miała wprawę w rąbaniu drewna. A na dodatek była ogarnięta gniewem. Czuła 

się rozgoryczona i zdesperowana. I to wszystko razem dawało jej nieopisaną siłę. 

Teraz chwyciła za piłę. 

Nikt jej nie pomagał, ale też nikt nie przeszkadzał. Nikt nie ośmielił się choćby ruszyć 

palcem. Wieść o jej wyczynie rozeszła się po całej wsi - wszyscy jej mieszkańcy przyglądali 

się  teraz  z  zapartym  tchem,  wypatrując  jednocześnie  wroga,  by  móc  na  czas  ostrzec 

dziewczynę. 

Z  przeciągłym  skrzypieniem  szubienica  przechyliła  się  i  przewróciła  na  ziemię. 

Rozległo się głuche plaśnięcie, słyszalne daleko wkoło. 

Do  uszu  Helgi  nie  docierały  odgłosy  wrzawy  i  zgiełku  z  dołu,  ze  wsi.  Położyła 

stryczek na przewróconej szubienicy i tak długo cięła go na drobne kawałki, że wreszcie nic z 

niego nie zostało. 

Wtedy  dopiero  oprzytomniała.  Z  siekierą  i  piłą  w  jednej  ręce,  drugą  zaś  ocierając 

oczy, schodziła po zboczu i zanosiła się gorzkim płaczem. 

Tymczasem  ludzie  we  wsi,  przepełnieni  podziwem  i  lękiem  o  tę  młodą  nieznaną 

dziewczynę, wrócili do swych zajęć. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Gdy  zapadł  zmrok,  na  dziedzińcu,  na  który  wychodziły  okna  pokoju  Helgi, 

zapanowały ruch i ożywienie. Dziewczyna zgasiła lampę i wyjrzała na zewnątrz. 

Przed  dom  zajeżdżał  jeden  powóz  za  drugim,  wysiadali  z  nich  ludzie  i  znikali  w 

ogromnym 

hallu. 

Przemknęła 

wśród 

nich 

charakterystyczna 

postać 

Corbreda; 

prawdopodobnie wyjechał dzisiaj, żeby przywieść swoich gości. 

Wkrótce  potem,  gdy  jego  obszerna  peleryna  zniknęła  we  wnętrzu  domu,  rozległo  się 

pukanie do jej drzwi. 

- Kto tam? 

- To ja, panienko, James. 

Otworzyła natychmiast. James zawahał się nieco, dawał wyraźnie do zrozumienia, że 

chciałby  wejść  do  środka,  lecz  czekał  na  zaproszenie.  Gdy  Helga  to  uczyniła,  bezzwłocznie 

przekroczył próg, patrząc przed siebie wzrokiem pozbawionym wyrazu. 

- Czy mogę coś dla was zrobić? 

- To dziwne pytanie, panienko, ale właśnie chciałem panienkę o coś prosić. 

Helga uśmiechnęła się. 

- Może i wyglądam na głupią i nieuczoną, ale zdążyłam już zrozumieć to i owo w tym 

domu. 

-  Ludzie  we  wsi  są  pod  wrażeniem  -  rzekł  z  nieodgadnioną  miną,  Helga  jednak 

natychmiast zrozumiała, że jest to aluzja do jej wyczynu na wzgórzu. 

James, nie owijając w bawełnę, od razu przeszedł do rzeczy. 

- Przyjechało więcej gości, niż się spodziewaliśmy, i muszę się zająć tym, co do mnie 

należy, a mam do załatwienia pewną sprawę we wsi... 

- Chętnie was wyręczę - przerwała mu bez namysłu Helga. - Ta bezczynność jest tu po 

prostu  nie  do  wytrzymania.  Możecie  powiedzieć,  że  dostałam  gorączki  po  tej  deszczowej 

nocy i nie mogę zejść na kolację. Pewnie odetchną z ulgą. 

- Dziękuję, panienko! Proszę posłuchać: oto klucz do niewielkich drzwi z tyłu domu, 

które zawsze są zamknięte i bardzo rzadko używane. Prawie wszyscy o nich już zapomnieli. 

Niech  panienka  weźmie  ten  list,  ale  proszę  uważać,  żeby  nikt  niepowołany  go  nie 

przechwycił! Musi go panienka dobrze ukryć! 

Helga skinęła głową i wzięła list od Jamesa. 

- Schowam go tak dobrze, że nawet ja go nie znajdę. Komu go oddać? 

background image

- Zaraz panience pokażę, tylko ostrożnie! 

Otworzył  drzwi  na  korytarz,  rozejrzał  się  wkoło  i  zaprowadził  ją  do  okna 

wychodzącego na wieś. 

- Widzi panienka światło tam, w górze, na skraju lasu? 

- Widzę. 

-  Ale  to  nie  tam  ma  panienka  iść,  tylko  do  domu,  który  leży  całkiem  na  prawo  od 

niego. Teraz nie widać go w ciemności. Uda się panience go znaleźć? 

Helga uśmiechnęła się nieznacznie. 

-  Niemałą  część  dnia  spędziłam  dzisiaj  na  wyglądaniu  przez  okno  i  studiowaniu 

okolicy. Dobrze pamiętam, gdzie leży który dom, i na pewno dam sobie radę. 

- To dobrze! - szepnął. - Proszę powiedzieć, że panienka przychodzi od Jamesa, wtedy 

panienkę  wpuszczą.  A  jeśliby...  po  drodze  próbowali  zaczepiać  panienkę  chłopi  ze  wsi,  to 

wystarczy ich pozdrowić ode mnie! 

- Rozumiem. Dziękuję wam za zaufanie. Nikt poza wami mi nie ufa. 

- Jesteście córką naszego pana, ja to wiem. 

Helga  pomyślała,  że  James  musi  być  bardzo  ważną  osobą  we  wsi,  skoro,  jak  się 

okazuje, w razie kłopotów mogła się na niego powołać. Ciekawe, w jaki sposób udało mu się 

osiągnąć taką pozycję. 

- Chociaż pozostali państwo wydają się podejrzliwi wobec panienki, to musi panienka 

wiedzieć  jedno:  kiedy  mówią,  że  nigdy  o  panience  nie  słyszeli,  kłamią!  Bo  panienki  ojciec 

często opowiadał o swojej córce w ich obecności. 

Helga ciężko westchnęła: 

- Czyli Ianowi też nie mogę ufać! 

- Pan Ian chce dobrze, tyle tylko że w ich małżeństwie silniejsza jest lady Lynn. 

Wyraźnie  zmieszany  tym,  że  tak  wiele  powiedział  o  swych  chlebodawcach, 

pospieszył, by pokazać jej drogę do małych drzwi z tyłu domu. 

Wkrótce potem Helga, otulona w szal, znalazła się już na dworze. 

Okazało  się  jednak,  że  trafić  do  określonego  miejsca,  będąc  na  dole,  we  wsi,  wśród 

mrowia niewielkich domków, to wcale niełatwe zadanie. Stąd nie widać było światła, na które 

miała  się  kierować,  toteż  nie  pozostało  jej  nic innego,  jak  orientować  się  według  kierunków 

ś

wiata, co w ciemności przychodziło jej z trudem. 

Helga  poczuła  się  nieswojo  w  otoczeniu  tych  niesamowitych  wzgórz  okalających 

głęboką  Dolinę  Aidana.  Jedyna  pociecha,  że  nie  było  stąd  widać  zamku  Hiss.  Wiedziała 

jednak,  że  leży  on  gdzieś  tam,  za  jednym  ze  zboczy,  i  już  sama  świadomość  tego 

background image

przyprawiała ją o dreszcze. Zrozumiała, że jej krótki pobyt w Hiss wycisnął na niej niezatarte 

piętno.  Właśnie  to,  że  nie  wie,  co  kryje  się  w  jego  ciemnym  wnętrzu,  przerażało  ją  w 

dwójnasób. 

Nie spotkała po drodze wiele osób, jedynie jakiegoś starego wieśniaka i kilku młodych 

chłopców.  Ale  z  domów  dochodziły  liczne  głosy,  a  w  oberży,  której  światło  widać  było  z 

daleka, ktoś prezentował swój talent wokalny - niewątpliwie po paru szklaneczkach whisky. 

Ponieważ  nie  miała  lampy,  żeby  sobie  poświecić,  starała  się  stąpać  jak  najostrożniej 

po nierównej drodze wiodącej przez wieś. Obok niej przemknął jakiś pies, nie zauważywszy 

nawet tak późnego wędrowca. 

W  szczelinie  między  domami  dostrzegła  znowu  światło  w  oknie  stanowiącym  jej 

drogowskaz. A więc zmierzała we właściwym kierunku. 

Kilku  mężczyzn  szło  drogą  z  góry  naprzeciw  niej.  Ukryła  się  w  cieniu  za  domem  i 

poczekała,  by  ją  minęli.  Rozmawiali  ze  sobą  dość  głośno,  lecz  Helga  nie  zrozumiała  ani 

słowa. 

Gdy  znowu  zrobiło  się  cicho,  zaczęła  przemykać  się  dalej,  i  niebawem  znalazła  się 

przed  rozświetlonym  domem.  Tuż  po  jego  prawej  stronie...?  Tak,  rzeczywiście,  dało  się 

dostrzec zarys niskiej ziemianki przylepionej do zbocza wzgórza. 

Helga podeszła bliżej i trzęsącą się ręką zapukała do drzwi. 

W środku było cicho i ciemno. Nikt nie odpowiadał. 

Helga, upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, powiedziała cicho: 

- Przysyła mnie James. 

Drzwi nagle się otworzyły i czyjeś ramię wciągnęło ją do środka. 

- Ktoś ty? - spytał jakiś głos w ciemności. 

- Nazywam się Helga. James prosił mnie... 

-  W  porządku,  Joch  -  odezwał  się  inny  głos,  który  Helga  rozpoznała  od  razu.  - 

Możemy spokojnie zdać się na Jamesa, chociaż ja byłbym raczej ostrożny. 

Pomieszczenie  rozjaśniło  światło  łojowej  świecy.  Helga  zauważyła  teraz,  że  jedyne 

okienko,  jakie  się  tu  znajdowało,  zasłonięto  deskami.  Wyłączne  wyposażenie  tej  izby 

stanowiło niskie łóżko, stojące na klepisku. Sadząc po zapachu, kiedyś był tu kurnik. 

-  To  ta  mała  Norweżka!  Jest  przyjacielem  czy  wrogiem?  Nie,  nie  wrogiem.  A  może 

antagonistą? To chyba najwłaściwsze określenie? 

A więc Helga widziała go znowu, tym razem w świetle niewielkiej lampy. Zrobiła się 

czerwona jak piwonia. Ależ on miał piękne oczy! Postanowiła, że nie da po sobie poznać, iż 

pamięta ich dzisiejszy spór i jego pełną pogardy  niewiarę w jej wartość i wartość kobiety w 

background image

ogóle. 

Teraz zobaczyła także Jocha. Okazał się mężczyzną mniej więcej trzydziestoletnim, o 

brunatnych włosach i pociągłej twarzy. 

Mimo woli jednak jej oczy zwróciły się znowu ku tamtemu mężczyźnie. 

Gdy odezwał się do niej, jego głos był suchy, wręcz surowy: 

- No, z czym przychodzisz? 

Helga  ocknęła  się  wreszcie.  Wpatrywała  się  w  niego  jak  zauroczona,  a  że  ton  jego 

głosu budził w niej lęk, przez moment niemal nie pamiętała, po co tu w ogóle przyszła. 

Drżącymi  rękami  wyjęła  list  z  ukrycia.  Schowała  go  tak  głęboko  za  stanikiem 

sukienki,  że  wydostanie  go  stamtąd  zajęło  jej  trochę  czasu.  Joch  wyszedł  z  izby  przez 

doskonale  ukryte  tylne  drzwi,  które  prawdopodobnie  prowadziły  bezpośrednio  do  korytarza 

wiodącego pod górą prosto do lasu. Pomieszczenie to było zatem czymś na kształt lisiej nory! 

Helga  została  sam  na  sam  ze  swym  bohaterem.  Wiedziała  doskonale,  że  ów  podziw 

jest  jednostronny.  Nie  była  jednak  w  stanie  stłumić  uczuć,  które  kiełkowały  w  jej  sercu. 

Biedna  dziewczyna  nie  chciała  porzucić  próżnej  nadziei,  łudząc  się,  że  być  może  ten  jej 

bohater wreszcie znajdzie w niej coś pozytywnego. 

- Proszę - powiedziała wreszcie, podając mu list od Jamesa. - Mogę już iść? 

- Nie, poczekaj, może będziesz musiała zanieść odpowiedź. 

Helga czekała więc, a gdy on czytał, miała dość czasu, by przyjrzeć mu się dokładnie. 

Im dłużej na niego patrzyła, tym silniej biło jej serce. Był szeroki w ramionach i szczupły w 

biodrach,  co  dostrzegła  od  razu  mimo  grubej  kurtki,  jaką  miał  na  sobie.  Wyraz  jego  twarzy 

zmieniał się nieustannie w trakcie lektury. Był tak pociągającym mężczyzną, że jego widok aż 

zapierał Heldze dech w piersi. 

Nagle opuścił list i podniósł wzrok. Ciemne oczy patrzyły prosto na nią. 

- Słyszałem o twoim dzisiejszym wyczynie. Jesteś chyba dzielniejsza, niż myślałem. 

Ostry ton jego głosu sprawiał jej ból, lecz nie dając tego poznać po sobie, powiedziała 

powoli: 

-  Nigdy  nie  uważałam  odwagi  za  jakąś  wyjątkowo  cenną  właściwość.  Jest  ona  do 

złudzenia podobna zuchwalstwu, chełpliwości i bezwzględności. 

W jego oczach zapaliły się iskierki. Jej bohater podszedł do niej bliżej. 

-  Masz  absolutną  słuszność!  Czy  ty  wiesz,  do  czego  doprowadziłaś  tą  swoją  małą 

demonstracją  zuchwałości  i  odwagi?  Naraziłaś  całą  wioskę  na  ogromne  niebezpieczeństwo! 

Myślisz może, że nasz tyran przejdzie nad tym do porządku dziennego? To go nie znasz! Na 

pewno  zastosuje  najsurowsze  represje.  Możesz  być  pewna,  że  na  wzgórzu  pojawi  się  nowa 

background image

szubienica! I to bardzo szybko! 

Helga pobladła. 

-  Mogę  odpowiadać  za  to,  co  zrobiłam.  Biorę  na  siebie  całą  odpowiedzialność.  Nikt 

nie musi cierpieć za moją głupotę. 

-  I  ty  naprawdę  wierzysz,  że  tak  będzie?  -  spytał  rozgoryczony  mężczyzna.  -  Kogo 

obchodzą  twoje  brewerie?  On  zemści  się  na  dziesiątkach,  setkach  ludzi.  Na  biednych 

tutejszych chłopach. Tyle dała ta twoja odwaga! 

- To nie była ani odwaga, ani żadna demonstracja, to zwykła rozpacz - wyznała Helga, 

bliska płaczu. - On jest przecież moim przyrodnim bratem, myślałam, że ujmę choć trochę z 

hańby  okrywającej moją rodzinę. -  Że też musiała tak kiepsko znać  angielski. Wiedziała, że 

mówi źle, ale nic nie mogła na to poradzić. - Teraz rozumiem, że postąpiłam bezmyślnie. Co 

mogę zrobić, żeby naprawić swój błąd? 

- Nie wiem - rzekł zmęczonym głosem i odwrócił się od niej. - Idź już, odpowiedzi nie 

będzie. 

Z opuszczoną głową dziewczyna zmierzała w stronę drzwi. Wtedy on zawołał: 

- Helga! 

Odwróciła się bez wyrazu radości w oczach. 

Mężczyzna westchnął głęboko. 

-  Wiem,  że  nie  zdawałaś  sobie  sprawy  z  tego,  co  robisz.  Jestem  bardzo  zmęczony  i 

wyczerpany  nerwowo.  Nie  pamiętam  już,  kiedy  ostatnio  spałem.  Czy  możesz  okazać  mi 

wyrozumiałość? 

Twarz Helgi rozjaśniała promiennym uśmiechem. 

- Oczywiście! 

- O Boże! - westchnął zniecierpliwiony. - Jak ty łatwo wierzysz każdemu przyjaznemu 

słowu, tak łatwo cię na nie złapać. A teraz już zmykaj! I zapomnij o tym, że tu byłaś! 

On  był  naprawdę  zmęczony!  Helga,  choć  stała  już  przy  drzwiach,  zawahała  się 

jeszcze. Miał zaczerwienione i podkrążone oczy,  właśnie lekko się zachwiał i musiał oprzeć 

się. Dziewczyna szybko chwyciła go wpół i wsparła. 

-  Musicie  się  położyć  i  wyspać!  -  powiedziała  z  zatroskaniem.  -  Tak  przecież  nie 

można. 

Mężczyzna,  nie  stawiając  oporu,  stał  nadal  oparty  plecami  o  ścianę.  Nawet  nie 

próbował odsunąć dziewczyny od siebie. 

-  Tak  -  odparł  bezbarwnym  głosem.  -  Spij  razem  ze  mną,  Helgo,  potrzebuję  cię. 

Jestem taki samotny. Taki samotny... 

background image

Helga poczuła się dotknięta. 

- Nie, nie mogę. Nigdy jeszcze z nikim nie spałam i... 

-  Chodzi  mi  tylko  o  spanie,  głupia  dziewczyno!  Jedynie  o  to,  żeby  móc  odpocząć, 

odpocząć!  Czuć  drugiego  człowieka  obok  siebie.  Przestać  walczyć  samotnie  przeciwko 

przemocy. Przestać czuwać i dniem, i nocą... 

- Macie przecież Jocha. 

Mężczyzna zdobył się na słaby uśmiech. 

-  Tak,  mam  Jocha.  Ale  on  tu  nie  mieszka,  czasami  tylko  przychodzi.  I  raczej  nie 

nadaje się na niańkę dla śmiertelnie zmęczonego mężczyzny. 

Głowa opadła mu do przodu i spoczęła na jej włosach. 

- Ładnie pachniesz - wymamrotał już niemal na wpół śpiąc. 

Helga roześmiała się spłoszona. 

Powinnam wracać. Ale wy też nie możecie tu tak stać! 

Wzięła go za rękę, żeby zaprowadzić do łóżka, i wówczas mężczyzna się ocknął. 

- Muszę za tobą zamknąć drzwi. Nie mogę się położyć, jest jeszcze tyle do zrobienia... 

Ale dziękuję ci za twoją wyrozumiałość, mały głuptasie! I przestań nazywać mnie panem! 

Niechętnie go zostawiła; drogą do wsi zbiegła niemal jak unoszona na skrzydłach. 

Mogła  naprawdę  czuć  się  choć  trochę  zadowolona!  Co  prawda  nie  interesował  się 

szczególnie  jej  osobą,  ale  coś  w  tym  wszystkim  jednak  było!  Choćby  ta  jego  życzliwość 

pierwszej  nocy.  I  to,  że  śledził  ją  wtedy  nad  jeziorem.  Również  to,  że  pytał  o  jej 

samopoczucie,  kiedy  przybyła  do  Aidan’s  Broch.  A  teraz  to  niechętne  uznanie  dla  jej 

wyrozumiałej postawy i stwierdzenie, że tak ładnie pachnie. 

A reszta? Niestety po stronie minusów. 

Helga  jednak  starała  się  nie  pamiętać  o  doznanych  przykrościach,  chętniej  zajmując 

się w myślach tym, co sprawiało jej radość. 

Na dziedzińcu wyszedł jej naprzeciw James. 

- Wszystko w porządku? 

-  O,  tak  -  odparła,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Nie  wiedziała  nawet,  jak  bardzo  ma 

zaczerwienione policzki. 

James pomógł jej zdjąć szal. W jadalni słychać było gwar, ale oni stali przy bocznym 

wejściu do domu, gdzie nikt nie mógł ich zaskoczyć. Helga miała przecież leżeć w gorączce. 

- Powiedzcie mi, czy to wy próbowaliście wejść dziś w nocy do mojego pokoju? 

James przeraził się nie na żarty. 

-  Nie,  uchowaj  Boże!  A  więc  to  tak...  czyli  oni  nie  wahają  się  nawet  przed...  Proszę 

background image

mnie  posłuchać,  panienko!  Niech  panienka  nie  wychodzi  jutro  ze  swojego  pokoju!  Przecież 

ma  panienka  wysoką  gorączkę.  I  proszę  nie  wpuszczać  nikogo  z  rodziny!  Jedzenie  przyślę 

przez  Molly,  tę  samą,  która  obsługiwała  panienkę  pierwszego  wieczoru.  Niech  panienka  w 

ż

adnym wypadku nie je niczego innego! Proszę mi to obiecać! 

Helga przelękła się nie na żarty. 

- Obiecuję. A dlaczego...? 

- Proszę nie pytać, bo bardzo bym nie chciał odpowiadać na to pytanie. Jeśli panienka 

wytrzyma  jeszcze  zaledwie  trzy  dni,  to  wszystko  chyba  się  ułoży.  W  każdym  razie  my 

wszyscy bardzo na to liczymy. 

Pogrążona  w  zadumie,  patrzyła  za  nim,  gdy  odchodził,  spiesząc  z  powrotem  do 

swoich  obowiązków.  Potem  przemknęła  tylnymi  drzwiami  do  zajmowanego  przez  siebie 

pokoju. 

Usiadła  na  brzegu  łóżka  i  zaczęła  powoli  rozsznurowywać  stanik  sukienki.  Palce, 

jakby nie należące do niej, wywlekały powoi tasiemki. 

„My  wszyscy  bardzo  na  to  liczymy...”  Co  za  my?  Co  miało  się  ułożyć?  I  kto  to  był 

pod jej pokojem dzisiaj w nocy? Próbował do niej wejść? 

Mordwin...? 

Gdzie  on  przebywał,  ten  niegodziwiec,  którego  wszyscy  się  bali?  Czy  znajdował  się 

tutaj, w tym domu? Czy to on przemykał tu po nocach? 

W  jej  głowie  kłębiło  się  tyle  pytań,  na  które  nikt  nie  chciał  udzielić  odpowiedzi. 

Pozostawiono  ją  samej  sobie,  każąc  błądzić  w  nieprzeniknionej  mgle  zagadek  i  nie 

dopowiedzianych do końca zagrożeń. To niesprawiedliwe! Bo chociaż jest osobą z zewnątrz, 

która nie ma nic wspólnego z ich kłopotami, to jednak znajduje się tutaj. 

Następnego  dnia  Helga  obudziła  się  z  poczuciem  głębokiego  zadowolenia.  Na 

wspomnienie  wydarzeń  poprzedniego  dnia  uśmiechnęła  się  sama  do  siebie.  Jej  życie 

otrzymało  nowy  wymiar  po  spotkaniu  z  tym  gburowatym  mężczyzną,  który  z  takim 

zdecydowaniem powiedział, że nie jest dziewczyną taką jak inne. 

Och, gdyby mogła wymyślić coś, co naprawdę skłoniłoby go do zmiany zdania o niej. 

Gdyby udało jej się zrobić coś mądrego albo stać się dla niego osobą niezastąpioną! 

Ale to nie było takie łatwe. 

Do pokoju weszła Molly ze śniadaniem. W jej szeroko otwartych oczach malowało się 

przerażenie. 

-  Czy  panienka  bardzo  źle  się  czuje?  -  spytała  swym  strasznym  angielskim,  który 

zmuszał Helgę do zgadywania, o co jej chodzi. - Bo James powiedział, że panienka może jeść 

background image

tylko to, co on przygotuje. 

Heldze  udało  się  uniknąć  odpowiedzi  na  zadane  pytanie.  Chcąc  odwrócić  uwagę 

Molly, spytała, siadając energicznie w łóżku: 

- Posłuchaj, pierwszego dnia, kiedy tu przyjechałam, spotkałam pewnego mężczyznę. 

Może przypadkiem wiesz, jak on się nazywa? 

Dziewczyna podała jej herbatę i grzanki z marmoladą. 

- A jak wyglądał? 

-  Jest  przystojny  -  odrzekła  Helga  z  trudnym  do  ukrycia  zachwytem.  -  Jakby  był 

szlachetnego  pochodzenia,  ale  musiał  chodzić  w  łachmanach.  Jest  młody,  ciemnowłosy,  o 

przepięknych oczach. 

Molly, rozdziawiwszy usta, zaczęła intensywnie myśleć. 

-  Nie  wiem.  Tu  prawie  wszyscy  mają  ciemne  włosy,  a  dla  mnie  każdy  chłopak  jest 

przystojny. Pat MacFinlay, na przykład, jest bardzo szykowny... 

- Pat MacFinlay? 

- Tak. Tylko że jest żonaty. 

Helga uznała, że to nie mógł być Pat MacFinlay. 

Molly napłynęły nagle do oczu łzy. 

- Ale ja nie umiem już myśleć o chłopcach, nie umiem z niczego się cieszyć. W całej 

wsi nie ma nikogo, kto byłby zadowolony z życia. Wszędzie tylko strach i strach. Dlatego że 

Roderick  MacCullen  nie  żyje  i  nie  została  nam  już  żadna  nadzieja.  Za  to  mamy  tego 

podstępnego Mordwina, co krąży nie wiadomo gdzie po okolicy i wymyśla same złe rzeczy! 

Nikt nie wie, gdzie on jest, wszyscy drżą ze strachu! On też ma ciemne włosy, tak samo jak 

jego bracia. I jest okropnie przystojny. 

Pochyliła  się  do  przodu  i,  pomagając  sobie  energiczną  gestykulacją,  zaczęła  szeptać 

Heldze do ucha: 

-  Pewnego  razu  spotkałam  go,  czyli  pana  Mordwina,  tam  na  końcu  korytarza. 

Wciągnął mnie do jakiegoś pokoju i zaczął mnie rozbierać. Prosiłam go: „Jestem tylko prosta 

dziewczyną, sir...” Ale on był za silny, albo to może ja byłam za słaba, żeby oprzeć się jego 

urokowi,  bo  wreszcie  dopiął  swego,  panienko!  Czułam  się  potem  taka  nieszczęśliwa,  tak 

bardzo nieszczęśliwa. Bo jestem uczciwą dziewczyną. 

- Wiem o tym, Molly, dobrze wiem - zapewniła ją ciepło Helga. - Mnie też wciągnięto 

wczoraj  do  pokoju  w  podobnych  zamiarach,  ale  mężczyzna,  który  to  zrobił,  był  brzydki  i 

gruby,  dlatego  nie  straciłam  zdrowego  rozsądku  i  zdołałam  mu  się  wymknąć.  Ale  dobrze 

wiem, jakie to trudne. 

background image

Molly wydawała się bardzo wdzięczna za okazane jej zrozumienie. 

- Jak to dobrze, że Mordwin stąd zniknął - rzekła Helga. 

Służąca rozejrzała się wokoło. 

-  Niby  tak.  Ale  nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  może  się  pojawić.  Myślę,  że  on  jest  tu 

gdzieś blisko. On i jego wierny kompan, Joch! 

Helga drgnęła gwałtownie. 

- Joch? 

- No tak, zniknął w tym samym czasie co pan Mordwin. Kiedy zabił starszego pana i 

Rodericka. Och, przepraszam, nie powinnam mówić tak źle o Mordwinie. James powiada, że 

to przecież przyrodni brat panienki. 

- Nic nie szkodzi - odparła Helga oszołomiona. - A więc Mordwin ma bardzo ciemne 

włosy? I piękne oczy? 

- Przepiękne, panienko! To przez nie uległam mu wtedy, no, wie panienka... 

Helga skinęła głową. 

- Dziękuję ci, Molly. Chyba muszę się trochę przespać. 

Gdy służąca wyszła, Helga nadal siedziała w łóżku, czując dotkliwy ból w piersi. 

Mordwin  MacDunn.  Nikczemny  morderca  Mordwin,  o  którym  nikt  nie  umiał 

powiedzieć  dobrego  słowa.  Ten,  który  zamordował  własnego  ojca.  I  bohatera  narodowego, 

Rodericka MacCullena. 

To właśnie w nim, w Mordwinie, zakochała się Helga! 

W  jednej  chwili  cały  świat  stanął  na  głowie.  A  zatem  James  jest  sprzymierzeńcem 

Mordwina... Helga odsunęła tacę z jedzeniem, nie miała teraz odwagi  go  tknąć.  Ian potępiał 

Mordwina. A Corbred, to wcale nie jest takie pewne, czy on przypadkiem... 

Czy to nie Mordwina przywoływał wtedy nocą z poddasza? 

To wszystko jest takie pogmatwane, pozbawione sensu! 

Ale  już  po  chwili  Helga  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  jednak  nie  powinna  ufać 

Jamesowi.  Przecież  jedynie  on  był  tutaj  serdeczny  i  życzliwy  dla  niej.  Ociężałym  ruchem 

przysunęła z powrotem do siebie tacę z jedzeniem i, nadal siedząc, nie mogła się zdecydować, 

czy ma coś zjeść. 

A  jeśli  wszyscy  się  mylili?  A  jeśli  to  Mordwin  jest  tym  dobrym  i  sprawiedliwym? 

Helga bardzo chętnie by w to uwierzyła, bo to przecież on pomógł jej wydostać się z zamku 

Hiss. I tak ciepło mówił zawsze o mieszkańcach wioski. 

Nic z tego! 

Bo jeśli nawet zawsze był dobry, a teraz oceniano go fałszywie, to dla Helgi i tak nie 

background image

miało to znaczenia. 

Wszystko  bowiem  przysłoniła  jedna  paląca  myśl.  Mordwin  jest  jej  przyrodnim 

bratem! 

To było gorsze niż wszelkie szalone czyny, jakich mógł się dopuścić, wyjaśniało poza 

tym jego chwiejną postawę wobec niej. 

Człowiek może żałować swoich zbrodni, przyjąć za nie karę i poprawić się. Mogłaby 

przecież  poczekać  na  niego  i  wyjść  mu  naprzeciw,  mogłaby  wesprzeć  go  w  jego  walce  o 

lepsze życie. 

Ale brat to brat. 

Helga  doskonale  wiedziała,  że  nie  ma  dość  siły,  by  pomóc  mu  przebrnąć  przez 

trudności, tak jak młodsza siostra zwykła pomagać swemu bratu. 

Obudził on w niej uczucia nazbyt silne, by było to możliwe. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Tego Helga miała już naprawdę dość! Doświadczyła zbyt wiele jak na ten krótki czas! 

Czuła  się  tak  pusta  w  środku,  o  jedzeniu  nie  mogła  nawet  myśleć,  nie  chciała  też  z 

nikim rozmawiać. Cierpiała z powodu pierwszego w życiu zawodu miłosnego. 

Jakiż to nieopisany ból! 

Ubierając się szybko i pakując walizkę, dokonywała oceny własnego położenia. 

Do  Norwegii  wrócić  nie  mogła.  Ani  nie  byłaby  tam  mile  widziana,  ani  nie  miała 

pieniędzy na bilet. Tutaj, w Aidan’s  Broch, także nikt jej nie chciał, po co więc miałaby się 

upierać i zostawać w miejscu, gdzie nie czuła się dobrze i gdzie na każdym kroku zdawało się 

czyhać niebezpieczeństwo? Te wszystkie zagadki, te niepojęte intrygi przyprawiały ją tylko o 

ból głowy. 

Ale dokąd miała skierować swe kroki? 

Przerwała  pakowanie  w  obliczu  tej  porażającej  świadomości,  że  nie  ma  takiego 

miejsca, do którego mogłaby się udać. I tak brak jej pieniędzy. 

A  propozycja  Corbreda,  który  chciał  znaleźć  dla  niej  pracę  w  jakimś  domu  w 

Londynie... 

O,  nie,  dziękuję.  Nie  ufa  Corbredowi  i  jego  znajomościom.  Woli  sama  spróbować 

jakoś ułożyć sobie przyszłość. Może w najbliższym mieście. 

Tylko gdzie ono mogło leżeć? 

Z rozdartą duszą i sercem przymknęła powieki, aby powstrzymać łzy napływające jej 

do oczu. Musi sobie jakoś poradzić! 

W  pół  godziny  później,  z  walizką  w  ręku,  Helga  schodziła  ukradkiem  po  schodach, 

zostawiwszy w swym pokoju wyjaśniający list z podziękowaniem. 

Zatrzymała  się  nagle.  Przy  bocznych  drzwiach  stało  parę  osób  ze  służby  zajętych 

rozmową. 

Musiała  zatem  skierować  się  do  głównego  wejścia.  O  tej  porze  w  hallu  zwykle  nie 

było nikogo; skończono już poranne porządki, a gospodarze prawdopodobnie towarzyszyli do 

granic majątku gościom, którzy dopiero co wyjechali. 

Przeszła  zadowolona  przez  hall.  Ale  właśnie  w  chwili,  gdy  znalazła  się  już  przy 

drzwiach wyjściowych, dał się słyszeć jakiś głos z biblioteki: 

- Czy to ty, Helgo? 

Helga szybko wsunęła walizkę za stojącą obok skrzynię. 

background image

- Tak, to ja. 

W hallu pojawił się Corbred. 

- Wychodzisz? 

-  Tak,  mam  ochotę  zaczerpnąć  świeżego  powietrza  i  rozejrzeć  się  po  wsi.  Gorączka 

przeszła mi już chyba na dobre. 

Mężczyzna  podszedł  bliżej.  Jego  fascynująca  twarz  wcale  nie  wyglądała  tak 

demonicznie w jasnym świetle dnia. Tym razem nawet uśmiechał się do niej życzliwie. 

-  To  bardzo  nierozsądne  z  twojej  strony.  Czuć  już  jesień  w  powietrzu,  dzisiaj  jest 

przejmująco zimno. Lepiej wejdź do środka i dotrzymaj mi towarzystwa w bibliotece! 

Nie  śmiała  mu  odmówić;  ociągając  się,  niczym  dziecko  spodziewające  się  lania, 

poszła za nim. 

-  Proszę,  usiądź  tu  sobie!  -  powiedział,  wskazując  na  piękne,  obite  skórą  krzesło  za 

nakrytym stolikiem do herbaty. 

- Myślałam, że pojechaliście... odwieźć swoich gości? - odezwała się ostrożnie Helga. 

Nie potrafiła do końca zaakceptować faktu, że Corbred jest jej bratem. Między nimi bowiem 

nie istniało nawet najmniejsze podobieństwo. 

-  Ian  i  Lynn  nalegali,  że  oni  to zrobią.  A  ktoś  przecież  musiał zostać,  żeby  pilnować 

domu. Napijesz się herbaty? Ich filiżanki są czyste. 

- Sama nie wiem... 

Ale Corbred już podawał jej pełną filiżankę. 

- Coś ciepłego na pewno dobrze ci zrobi. 

Jaki on opiekuńczy! Helga patrzyła zdumiona na niego i nagle zdała sobie sprawę, że 

właściwie w ogóle go nie zna. Wie, że Ian jest miły i słaby, a Mordwin szalony, o tym mówili 

wszyscy.  Ale  że  za  demoniczną  powłoką  zewnętrzną  Corbreda  mogła  kryć  się  przyjazna 

istota,  to  nigdy  nie  przyszło  jej  do  głowy.  Nagle  pojęła,  jak  trudna  jest  jego  sytuacja.  Był 

synem numer dwa, drugim z kolei po Ianie, który dziedziczył wszystko. Czy te jego przeróżne 

wymysły  -  peleryny  i  całe  to  przydawanie  sobie  dramatyzmu  -  nie  były  próbą  samoobrony, 

zaznaczenia własnej osobowości? 

Okazuje  się,  że  kiepski  z  niej  znawca  ludzkiej  psychiki!  No  bo  kto  słyszał,  żeby 

oceniać ludzi na podstawie wyglądu i stroju! 

-  Powiedz  mi,  jak  się  czujesz  w  swoim  nowym  domu?  Pewnie  niełatwo  ci  się 

przyzwyczaić? 

To nigdy nie będzie mój dom! pomyślała Helga. Niech no się tylko stąd wydostanę! 

- Dziękuję, dobrze, chociaż brak mi jakiegoś zajęcia. Nie przywykłam, by  przez cały 

background image

dzień nic nie robić - uśmiechnęła się zawstydzona. - Mój dzień powszedni to praca od rana do 

wieczora. Dojenie krów i obrządek... 

Nie,  to  na  pewno  nie  był  odpowiedni  temat  do  rozmowy  z  eleganckim  Corbredem. 

Zaczęła więc mówić o czym innym: 

- Wszyscy okazali się tacy mili, szkoda tylko, że mój ojciec nie żyje. Nie było mi dane 

go poznać. Przybyłam o jeden miesiąc za późno. 

- Tak, to smutne. 

Zwrócone ku niej oczy Corbreda pełne były ciepła i współczucia. 

-  Jak  to  się  właściwie  stało?  -  spytała  Helga  odważnie.  -  Nikt  mi  o  tym  nie 

opowiedział. 

Corbred opuścił wzrok. 

-  Bo  to  rzeczywiście  niewesoła  historia.  Ale  ty  chyba  masz  chrypkę?  Wiesz,  co  ci 

najlepiej zrobi? Odrobina whisky! 

- Och, nie! Nie pijam alkoholu! 

Ale on już się podniósł i poszedł do kredensu, stojącego w drugim końcu biblioteki, za 

szafą z książkami. 

Nalewając whisky, mówił: 

- Nigdy nie uwierzyłem, że to Mordwin ich zabił. Znam go lepiej niż inni, bo to mój 

mały braciszek, którym zupełnie sam zajmowałem się w czasie jego pobytu w Londynie. 

- Ile on miał... ma lat? - zapytała głośno Helga. 

Corbred  wyszedł  zza  półki  z  książkami,  trzymając  w  rękach  dwie  niewielkie 

szklaneczki. Uśmiechnął się do Helgi. 

- Dwadzieścia sześć. Ian i ja mamy po trzydzieści. To prawda, że Mordwin jest trochę 

dziki i szalony, ale nie ma w nim żadnego zła. Dlatego tak bardzo mnie to boli, że zmuszony 

jest dzisiaj błąkać się po okolicy, po tych budzących grozę lasach. 

Helga  czuła  się  wzruszona.  Teraz  nie  miała  już  wątpliwości,  że  to  właśnie  Corbred 

przywoływał swojego brata w jej pierwszą noc tutaj. 

- Gdzie to się stało? Ten podwójny mord? - spytała cicho. 

Mężczyzna  westchnął  i  postawił  szklankę  na  stoliku.  Helga  spojrzała  na  nią  z 

niechęcią. 

- Gdzieś daleko w Dolinie Aidana. Pewnie słyszałaś, że jej dnem płynie potok? 

O, tak, doskonale pamięta. Cała droga do Aidan’s Broch, niemal każdy jej metr, wryła 

się  na  zawsze  w  jej  pamięć.  Była  to  wędrówka  odbyta  w  strachu,  ale  i  w  ufności  do 

mężczyzny,  który  tak  mocno  trzymał  jej  rękę  i  z  taką  pewnością  prowadził  przez  las.  Tak, 

background image

przypomina sobie lekki szum wody w niewidocznym potoku, który przybliżał się i oddalał... 

Helga skinęła głową, a Corbred kontynuował: 

-  Ludzie  mówią,  że  stało  się  to  tak:  laird  i  Roderick  MacCullen  wracali,  idąc  w  dół 

doliny, z ruin... 

- ... zamku Hiss? - wyrwało się Heldze. 

Corbred, zaskoczony, uniósł nieco brwi. 

- Ty go znasz? 

- Widziałam... widziałam go z daleka pierwszej nocy. A potem słyszałam, jak ktoś o 

nim mówił, nie pamiętam kiedy. 

Wilgoć  utrzymująca  się  tego  dnia  na  zewnątrz  przeszła  właśnie  w  lekką  mżawkę. 

Helga drżała z zimna. U siebie w domu, w zachodniej Norwegii, zdążyła się już przyzwyczaić 

do  ciągłych  deszczów,  ale  tutaj  nie  dość  że  nieustannie  padało,  to  jeszcze  było  przeraźliwie 

ponuro. Ale może to wynikało z jej nastroju. Czuła się bowiem smutna, śmiertelnie smutna. 

- W miejscu, gdzie potok jest dość szeroki, a brzegi wysokie, spotkali Mordwina i jego 

przyjaciela,  Jocha  -  opowiadał  dalej  Corbred.  -  Musieli  się  chyba  pokłócić,  Mordwin  i 

Roderick  MacCullen  nie  przepadali  za  sobą,  po  czym,  jak  mówią  ludzie,  Mordwin  pchnął 

ojca,  a  on  wpadł  do  potoku.  Był  to  upadek  z  niemałej  wysokości,  ciało  porwał  prąd  wody. 

Roderick  MacCullen  bez  chwili  zastanowienia  zaatakował  mojego  brata  i  Jocha;  ich  było 

dwóch,  mieli  przewagę,  toteż  MacCullen zginął.  Kilku  jego  ludzi,  którzy  jechali  w  pewnym 

oddaleniu,  zdążyło  zauważyć  tę  walkę  na  śmierć  i  życie.  Niektórzy  puścili  się  w  pościg  za 

Mordwinem i Jochem, którym jednak udało się uciec. Od tamtej pory ukrywają się gdzieś w 

okolicy. Poczekaj, coś ci pokażę, mam wykonaną odręcznie mapę tego szlaku... 

Corbred odszedł w głąb biblioteki. Korzystając z tego, Helga błyskawicznie opróżniła 

szklaneczkę,  wylewając  jej  zawartość  do  najbliższej  doniczki.  Nie  miała  zamiaru  nigdy  w 

ż

yciu  próbować  czegoś  tak  wstrętnego!  Gdy  on  wrócił  na  miejsce,  odstawiła  szklankę  i 

zaczęła gwałtownie kaszleć. 

- Wypiłaś wszystko duszkiem? - roześmiał się jej przyrodni brat. - No, no! 

Helga  łapczywie  chwytała  powietrze,  mając  nadzieję,  jak  się  okazało  bezpodstawną, 

ż

e jej oczy łzawią. 

- Nigdy jeszcze nie piłam czegoś podobnego. No a co z tą mapą? 

-  Już  ci  pokazuję  -  odparł,  rozpościerając  ją  nad  serwisem  do  herbaty,  podczas  gdy 

Helga  wydobyła  jeszcze  z  siebie  kilka  przekonujących  pokasływań.  -  To  nasz  ojciec  ją 

narysował. Tu masz Aidan’s Broch i... 

- Ojej! - wykrzyknęła. - To nie jest żadne jezioro, to fiord! 

background image

- Oczywiście! Nie wiedziałaś o tym? Ta zatoka wychodzi na morze. 

- Czy jest tu jakieś miasto? 

- Tak! Ale daleko. 

Helga była bliska płaczu. Daleko do najbliższego miasta? 

- Wobec tego dokąd jeździcie, jeśli musicie coś załatwić? 

- Do Glasgow. Chociaż ja wolę Londyn. 

- A to? - spytała Helga, wskazując na czarny prostokąt w górnym biegu potoku. - To 

pewnie Hiss. Jak do niego daleko? 

- Mniej więcej ze cztery mile. 

- Dlaczego wszyscy tak boją się tego zamku? 

Corbred zwinął mapę. 

- Hiss to mit - odparł z lekką pogardą. - Kiedy byłem dzieckiem, nie mówiło się o nim 

aż  tyle!  Prawdopodobnie  to  MacCullen  i  jego  ludzie  ukryli  w  nim  broń  albo  coś  w  tym 

rodzaju,  a  potem  wymyślili  jakąś  mrożącą  krew  w  żyłach  historię,  żeby  odstraszyć 

ciekawskich.  Szczerze  mówiąc,  nigdy  się  nie  dowiedziałem,  co  tam  tak  straszy.  To  pusta 

gadanina!  Co  wieśniacy  są  tacy  dziwni!  Teraz  właśnie  paru  z  nich  wpadło  na  pomysł,  żeby 

zrąbać siekierą szubienicę, jakby to cokolwiek miało pomóc! Spytałem ich, kto to zrobił, ale 

wszyscy milczeli jak zaklęci. 

- To ja ją ścięłam - powiedziała Helga z poczuciem winy. 

- Ty? 

-  Tak.  Nienawidziłam  jej.  Widziałam  ją  za  każdym  razem,  kiedy  tylko  wyjrzałam  z 

okna. 

Zaskoczony Corbred wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. 

- Muszę przyznać - rzekł po chwili ze śmiechem - że odważna z ciebie dziewczyna! I 

silna! Ale to nierozsądne z twojej strony i może się dla ciebie źle skończyć. Postaramy się cię 

ochronić. 

Pociągnął łyk whisky. 

- Musisz wiedzieć, że tę whisky robimy sami. 

Helga otworzyła szeroko oczy: 

- Naprawdę? 

- Oczywiście, każdy szanujący się ród wyrabia własną whisky. Chcesz zobaczyć? 

Helga  gorączkowo  szukała  jakiejś  wymówki,  ale  nie  znalazła  żadnej.  Z  całego  serca 

pragnęła jak najszybciej uciec z tego domu, obojętnie dokąd. I tak już nic gorszego nie może 

mnie  chyba  spotkać,  myślała.  Materialny  dostatek,  naokoło  służący,  ale  jaką  to  mogło  mieć 

background image

wartość dla niej, jeśli żyła w próżni, bez więzi z kimkolwiek. 

Teraz  jednak  okazało  się,  że  Corbred  jest  jej  życzliwy.  Dlatego  też  Helga  posłusznie 

podreptała  za  nim  przez  hall;  idąc  rzuciła  szybkie  spojrzenie  za  skrzynię,  ale,  na  szczęście, 

walizka nie była widoczna. 

Corbred otworzył jakieś drzwi. Helga cofnęła się nieznacznie. 

-  Nigdy  jeszcze  nie  byłaś  w  takiej  piwnicy?  -  uśmiechnął  się.  -  Rozumiem,  ale 

naprawdę musisz zobaczyć, jak tam jest! Nasza piwnica jest po prostu przeogromna i mieści 

się w niej mnóstwo różnych rzeczy. 

- No tak, ale może z moim przeziębieniem... 

Jej towarzysz przyniósł natychmiast pelerynę i zarzucił jej na ramiona. Nie miała więc 

wyboru, musiała pójść posłusznie na dół za swoim starszym bratem. 

- Jesteś zmęczona? - spytał troskliwie. 

Helga  bez  wahania  wykorzystała  szansę,  którą  sam  jej  podsunął.  Poza  tym  po  takiej 

„gorączce” powinna być przecież osłabiona. 

- Tak, rzeczywiście jestem trochę zmęczona - odparła z uśmiechem. - Może lepiej... 

- Nie będziemy tam długo. 

Jaki  on  wyrozumiały!  Helga  z  każdą  chwilą  nabierała  do  niego  coraz  większego 

zaufania. 

Znaleźli  się  na  dole  w  długim  korytarzu.  Corbred  niósł  świecę,  która  w  efektowny 

sposób oświetlała jego teatralną postać. 

- Tu mamy spiżarnię - wskazał. - Nie jest wcale mała, możesz mi wierzyć; nie martw 

się, nie będę cię zamęczał takimi drobiazgami, chodźmy prosto do piwnicy z winem. 

Helga  nie  najlepiej  się  czuła  w  tych  przesyconych  stęchlizną,  ciemnych 

pomieszczeniach,  Corbred  zaś  chyba  wprost  odwrotnie.  Gdy  znowu  poskarżyła  się  na 

zmęczenie,  on  okazał  wprawdzie  zrozumienie,  nie  zaproponował  jednak  powrotu  na  górę. 

Wszedł natomiast do kolejnej piwnicy, w której leżały butelki z winem, poukładane w długich 

rzędach. 

- A tutaj wytwarzamy whisky. 

Znaleźli się w rozległej Sali, w której stały dużych rozmiarów pojemniki i dzbany. 

-  A  tam,  w  środku,  mamy  prawdziwą  atrakcję:  dawny  loch  więzienny.  Możesz  być 

spokojna,  tam  nie  pójdziemy!  -  roześmiał  się.  -  Patrzysz  na  mnie  z  taką  trwogą,  jakbyś 

podejrzewała,  że  chcę  cię  tam  zamknąć!  Tak  bardzo  nie  ufasz  własnemu  bratu?  Poza  tym 

niemal od stu lat nikt tam nie siedział. 

Helga poczuła się zawstydzona. Nie mogła jednak się powstrzymać, by nie zerknąć w 

background image

stronę wyciętych w łuk żelaznych drzwi, pokrytych płatami brązowej rdzy. 

- Jestem taka zmęczona - bąknęła, teraz bowiem naprawdę już chciała wracać. 

Corbred spojrzał na nią badawczo. Czy domyślał się, że ona udaje? Otworzył już usta, 

by coś powiedzieć, gdy... 

- Halo - odezwał się jakiś głos w korytarzu. - Kto tu jest? 

-  To  my,  James!  -  odpowiedział  Corbred.  -  Chciałem  tylko  pokazać  Heldze  nasze 

atrakcje, ale ona powinna chyba wrócić do łóżka. 

James wszedł do środka z butelką wina w ręku. 

- Witajcie, panienko! Już na nogach? I to tutaj? - przywitał Helgę. - Jak to dobrze, że 

was  spotykam,  sir  Corbred.  To  wino  burgundzkie  chyba  nie  najlepiej  nadaje  się  do 

dzisiejszego obiadu. Co by pan proponował? 

Helga nie omieszkała skorzystać z okazji. 

-  Niestety  nie  czuję  się  dobrze  -  rzuciła  pospiesznie.  -  Wybaczcie,  ale  muszę  iść  na 

górę i położyć się do łóżka, i to zaraz. Głowa wprost mi pęka... 

Zanim  zdążyli  zareagować,  wyszła  szybko  z  pomieszczenia  i  przemierzywszy 

korytarz,  znalazła  się  na  schodach.  Teraz  albo  nigdy!  Musiała  wykorzystać  tę  chwilę,  kiedy 

obaj znajdowali się jeszcze na dole. 

W  hallu  chwyciła  walizkę  i  wybiegła  na  zewnątrz.  Nikt  jej  nie  widział,  gdy  w 

popłochu ukradkiem wymykała się z Aidan’s Broch. 

Zatrzymała  się  dopiero  wtedy,  gdy  znalazła  się  w  niewielkim  lasku  u  stóp  majątku. 

Stanęła bez tchu. Dokąd ma pójść? 

Najprościej  byłoby  oczywiście  ruszyć  przez  Dolinę  Aidana  do  tego  małego 

miasteczka, które pamiętała z podróży w tę stronę. Tam, gdzie po raz ostatni zmieniła środek 

lokomocji i dostała woźnicę, który nie miał odwagi jechać dalej niż do Cross of Friars. 

Ale decydując się na taki wariant, musiałaby przejść przez zamek Hiss. 

A druga droga, czy wiodła w kierunku morza? 

Czy Corbred nie mówił, że do najbliższego miasta jest daleko? A do Glasgow jeszcze 

dalej.  Bez  jedzenia  i  pieniędzy  nie  uda  jej  się  raczej  przebyć  tylu  mil.  A  tu,  we  wsi,  też  nie 

mogła  zostać.  Była  to  malutka  i  uboga  wioska,  w  której  nikt  poza  mieszkańcami  Aidan’s 

Broch nie mógł nawet pomyśleć o tym, żeby nająć sobie służącą do pomocy... 

Poza tym, gdyby zdecydowała się pójść przez wieś, jej mieszkańcy by ją zobaczyli. 

Znowu zerknęła w stronę Doliny Aidana, w której leżało to bezimienne widmo, skryte 

za zboczem wzgórza. 

A  niech  tam,  jest  przecież  dzień  i  jeszcze  przez  parę  godzin  będzie  widno.  Chyba 

background image

zdąży minąć zamek, zanim zapadnie zmrok. Poza tym droga nie prowadzi tuż przy nim, a tym 

razem z pewnością uda jej się nie zbłądzić. 

Zaczerpnąwszy  głęboko  powietrza,  Helga  zdecydowała  wybrać  drogę  na  wschód 

przez Dolinę Aidana. 

Posuwała  się  starym,  niemal  niedostępnym  szlakiem  wiodącym  przez  dolinę  ku  jej 

wyjściu,  przepełniona  uczuciem  smutku.  Przecież  niespełna  kilka  dni  temu  szła  tędy  -  z 

lękiem, ale i z nadzieją. Teraz nie miała już złudzeń i nie pozostało jej nic. W Aidan’s Broch 

nie ma dla niej miejsca. 

Było coś złowieszczego w tym lesie, co kazało jej nie odrywać ani na chwilę oczu od 

drogi pod stopami i w żadnym wypadku nie patrzeć na boki. Helga doskonale wiedziała, co ją 

tak przeraża. 

Deszcz ustał, lecz powietrze było nadal wilgotne i, jak określił Corbred, przejmujące. 

Z drzew skapywały kropelki wody, a między gałęziami unosił się ledwie widzialny opar. Tuż 

nad  ziemią,  prawdopodobnie  cieplejszą  niż  powietrze,  tworzyły  się  obłoczki  mgły,  które 

pełzały  niczym  biało  -  niebieskie  maski.  Gdzie  spojrzała,  wszędzie  w  głębi  lasu  widać  było 

owe  twory,  sprawiające,  że  czuła  się  bardzo  nieswojo.  Może  jednak  głównie  dlatego,  że 

zdawała sobie sprawę, iż nikt poza nią nie przemierza w tym czasie doliny? 

Potok szemrał cicho gdzieś niedaleko, lecz Helga go nie widziała. 

Ze zdumieniem zauważyła, jak wąski jest ów pas lasu, przez który wiedzie droga. Ian 

opowiadał,  że  lasy  w  Szkocji  zostały  niemal  doszczętnie  wytrzebione.  Dlatego  właśnie  oni 

byli bardzo dumni ze swych dębów i sosen w Dolinie Aidana. 

Znalazła  się  na  niewielkim  wzniesieniu  i  stanęła  jak  wryta.  Oto  na  wprost  niej 

wznosiła się budząca grozę kwadratowa wieża, stanowiąca część ruin zamczyska. Zniszczona 

- i złowrogo bliska. Dzieliło ją od niej może pół mili. 

Helga szła coraz bardziej niepewnym krokiem. Strach wpełznął do jej ciała i rozlewał 

się  po  nim  coraz  szerzej.  Miała  wrażenie,  że  droga  wiedzie  tuż  przy  samym  zamku; 

dostrzegłszy  jednak,  że  skręca  nieco  w  prawo,  poczuła  lekką  ulgę  i  znowu  przyspieszyła 

kroku. 

Przy  drodze  leżało  opuszczone  gospodarstwo.  Helga  zerknęła  nań  ukradkiem  i 

stwierdziła ze zdumieniem, że wygląda na porzucone całkiem niedawno, może kilka lat temu. 

Nad  Doliną  Aidana  zalegała  cisza.  Potok  pozostał  gdzieś  z  tyłu.  Z  oddali  dobiegało 

jedynie  ciche szemranie, nie wiadomo, czy był to szum drzew czy wody. Z ziemi podnosiły 

się mgły, przedziwne i mistyczne, jak w złej bajce. 

Przepełniające  ją  lękiem  poczucie  osamotnienia  znowu  zawładnęło  nią  z  całą  siłą. 

background image

Musi przejść obok zamku Hiss, na szczęście w pewnej odległości; potem pozostanie jej długi 

odcinek  drogi,  aż  wreszcie  dojdzie  do  zamieszkanych  terenów  w  pobliżu  rozstajów  przy 

Cross of Friars. 

Wokół doliny rozpościerała się szkocka wyżyna z niebieszczącymi się łąkami, niezbyt 

dobrze widocznymi w oparach tego deszczowego dnia. Nigdzie ani śladu jakiejkolwiek żywej 

istoty. I oto w tej dolinie śmierci wędruje ona - całkiem sama. 

W  dolinie  śmierci?  Dlaczego  tak  ją  nazwała?  Corbred  mówił,  że  zamek  jest  jedynie 

mitem.  Helga  rzuciła  nań  ukradkowe  spojrzenie  i  pojęła,  że  jej  brat  się  mylił.  Coś  w  tym 

wszystkim  jest,  coś,  czego  Helga  nie  potrafiła  wyjaśnić,  ale  co  wyraźnie  czuła  tamtej  nocy, 

czuła i słyszała. 

A  więc  to  gdzieś  tutaj  niedaleko  mężczyzna,  którego  tak  podziwiała,  zabił  swego 

własnego ojca. Ich wspólnego ojca. 

Ś

wiadomość tego wywoływała ogromny ból w sercu. Helga westchnęła głęboko. 

Otrząsnąwszy  się  z  ponurych  myśli,  stwierdziła,  że  powinna  była  wziąć  ze  sobą  na 

drogę trochę jedzenia. Jeśli bowiem już teraz jest głodna, to jak zdoła dojść tak daleko, do tej 

zamieszkanej okolicy? 

A  gdy  już  się  tam  znajdzie,  co  ma  ze  sobą  zrobić?  Krążyć  po  domach  i  żebrać  o 

jedzenie? Czy może poprosić o pracę i zarobić na nie? 

W tym czasie zdążyłaby pewnie kilka razy umrzeć z głodu. 

Dostrzegła  teraz,  że  Hiss  leży  na  wzniesieniu  niemal  w  samym  środku  doliny.  Z 

miejsca, w którym stała, widać było, że las nie sięga aż po sam zamek, otoczony pasem nagiej 

ziemi.  Gdzieniegdzie  sterczały  świeże  pniaki,  jakby  ktoś  specjalnie  powycinał  rosnące 

najbliżej  niego  drzewa.  Wytężając  wzrok,  żeby  zobaczyć  coś  z  tej  dużej  odległości,  Helga 

zauważyła również ogrodzenie z gałęzi i patyków, a może i kamieni, na granicy między gołą 

ziemią a lasem. To o nim wspominał jej przewodnik tamtej nocy, przypuszczając, że właśnie 

o  nie  się  potknęła.  Na  myśl  o  tym  mężczyźnie  Helga  znowu  poczuła  płomień  w  sobie,  co 

przepełniło  ją  gniewem,  bo  przecież  powinna  była  zdusić  wszelkie  uczucia,  jakie  miała  dla 

niego, gdy tylko się dowiedziała, że to Mordwin. Nadal jednak bardzo za nim tęskniła... 

Ponieważ droga schodziła w dół doliny, Hiss zniknął z pola widzenia. Mimo to Helga 

cały czas była świadoma, że zamek znajduje się w pobliżu, zaraz na lewo od niej. Nie doszła 

jeszcze do rozwidlenia, na którym owej pamiętnej nocy skręciła w złą drogę. 

Szła dalej, zatopiona we własnych myślach. Mimo woli spojrzała ukradkiem w lewo i 

przeraziła  się  tak  bardzo,  że  serce  aż  do  bólu  przyspieszyło  swe  bicie.  Niedaleko,  tuż  za 

drzewami,  niczym  przyczajone  widmo,  stał  ów  budzący  trwogę  zamek.  Widać  było  surowe 

background image

bloki skalne, tu i ówdzie przeświecały między drzewami mroczne mury. 

Jęknąwszy,  przyspieszyła  kroku.  Najchętniej  zamknęłaby  oczy,  ale  przecież  nie 

mogła.  Na  dodatek  tuż  ponad  ziemią  pełzały  przedwieczorne  mgły.  Nie  był  to  bynajmniej 

dodający otuchy widok, o, nie! 

Próbowała  myśleć  o  domach  przy  Cross  of  Friars,  już  niedługo  tam  będzie.  Ale  to 

przecież  nieprawda,  doskonale  wiedziała,  że  daleka  do  nich  droga.  A  jeszcze  dalej  było  z 

powrotem do wsi. poczuła się wyjątkowo samotna w tej przerażającej dolinie. 

Nagle zatrzymała się w pół kroku. 

Coś usłyszała... 

Mimo woli odwróciła gwałtownie głowę i spojrzała w kierunku zamku. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Ogarnięta  panicznym  strachem,  pomyślała  najpierw,  że  odgłosy  dochodzą  z  zamku, 

ledwie widocznego za drzewami. Po chwili stwierdziła, że dobiegają gdzieś z głębi lasu, zza 

jej pleców. To tętent końskich kopyt, dudniących głucho o miękką murawę na drodze. 

Helga, przerażona, rozejrzała się wokoło. Las nie dawał wielu możliwości ukrycia się. 

A na dodatek ucieczkę utrudniała ciężka walizka. 

Zanim  zdążyła  się  zdecydować,  co  robić,  pojawił  się  jakiś  jeździec,  najwyraźniej  w 

pogoni  za  nią.  Helga  chwyciła  więc  walizkę  i  popędziła  przez  las  na  prawo  od  drogi. 

Zachowała jeszcze na tyle przytomność umysłu, że nie pobiegła w stronę zamku. 

Jeździec zeskoczył z konia. 

- Zatrzymaj się, ty szalona dziewczyno! - zawołał i ruszył za nią. 

Usłyszawszy ten głęboki głos, od razu wiedziała, kto ją ściga. O, nie, jego nie chciała 

spotkać na pewno. Nigdy więcej! 

Wpadła  w  gęstwinę  wysokich  paproci,  porastających  rozległe  zbocze.  Przedzierając 

się przez zielony gąszcz, słyszała, że on jest coraz bliżej, mimo to nie zamierzała się poddać. 

Zaplątawszy  się  w  kłącza,  upadła  twarzą  w  wilgotną  ziemię.  Natychmiast  jednak  się 

podniosła i oswobodziła. 

Wydostawszy  się  z  zarośli,  zyskała  przewagę  nad  swym  prześladowcą,  który  zmagał 

się jeszcze z bujnymi krzewami. Ale dalej rozpościerał się janowiec ciernisty, a z nim nie ma 

ż

artów. 

Helga  poczuła  się  bezradna;  starała  się,  jak  mogła,  chronić  ręce  i  nogi,  ale  ciernie 

janowca  wbijały  się  niemal  wszędzie.  Podrapana  i  poraniona,  zatrzymała  się  wreszcie  i  z 

jękiem zasłoniła twarz dłońmi. 

Nie  upłynęło  parę  sekund,  gdy  znalazła  się  w  ramionach  mężczyzny.  Trzymał  ją  tak 

mocno, jakby chciał uniemożliwić nową próbę ucieczki. Helga wiła się niczym piskorz, chcąc 

uwolnić się z jego mocnego uchwytu. 

- Puść mnie, ja chcę stąd uciec! - szlochała. 

- Słów nie rozumiem, ale sens jest dla mnie jasny - odparł z zaciętością. 

Helgę tak bardzo zaskoczyło, że on mówi po norwesku, iż na ułamek sekundy ucichła. 

Po chwili wybuchła jednak znowu głośnym płaczem. 

- I jeszcze to na dodatek! - rzuciła zirytowana. 

Widać było, że poczuł się zakłopotany; zwolnił więc nieco swój żelazny uścisk. 

background image

- Może najpierw spróbujemy wydostać cię z tych zarośli? - zaproponował ze złością. - 

Resztą zajmiemy się później. Tylko nie szarp się, to ci nic nie pomoże. Wyjmuj powoli kolce, 

bo inaczej podrzesz na sobie wszystko, co masz. 

Westchnąwszy, Helga poddała się i zaczęła ostrożnie uwalniać się gałązka po gałązce 

od niebezpiecznej rośliny. On pomagał jej w milczeniu, ale widać było wyraźnie, że jest zły. 

Na  widok  tych  silnych,  opalonych  dłoni,  starannie  usuwających  kolce  z  jej  ubrania, 

Helga  poczuła  się  prawdziwie  zagubiona.  Nie  wiedziała,  co  ma  począć  dalej;  była 

nieszczęśliwa, a także wściekła na samą siebie. 

- No, nareszcie! - powiedział. - Teraz pójdziesz ze mną. 

Chwyciwszy  ją  mocno  za  rękę,  poprowadził  w  dół  przez  gąszcz  paproci  sięgających 

im aż po pas, a potem do drogi. Helga miała wrażenie, że ta przerażająca wieża za drzewami 

po drugiej stronie przez cały czas bacznie ich śledzi. 

Mężczyzna, którego nie wolno jej kochać, szedł przed nią z oczami wbitymi w ziemię. 

Jego wzrok śledził opary pełzające nisko ponad podszyciem lasu. Nietrudno było zauważyć, 

ż

e nawet on czuł się tu trochę nieswojo. 

- Ze wszystkich miejsc musiałaś oczywiście wybrać akurat to - bąknął. - Wracamy. 

Helga zatrzymała się. Nie chciała iść za nim. 

- A to co znowu? - spytał. 

Gdy  Helga  próbowała  mu  się  wymknąć,  znowu  chwycił  ją  za  ramiona  i  zmusił,  by 

stanęła spokojnie w miejscu. 

- Co się właściwie z tobą dzieje? - spytał. 

Dziewczyna,  głęboko  westchnąwszy,  nabrała  powietrza.  Stała  bez  ruchu,  z  twarzą 

zasłoniętą rękami. 

- Ja chcę do domu - powiedziała z płaczem, posługując się znowu swą bardzo kiepską 

angielszczyzną.  -  Tu  mnie  nikt  nie  chce,  chcę  do  domu,  do  Norwegii.  Ale  przecież  tam  nie 

mogę wrócić. 

- Dlaczego? 

Z jej ust zaczął płynąć nieprzerwany potok słów, angielskich i norweskich. 

- Tak bardzo kocham ich wszystkich, mamę i moje młodsze rodzeństwo, psa i nawet 

ojca,  choć  to  tylko  mój  ojczym,  i  na  dodatek  jeszcze  próbował  mnie  wykorzystać,  a  ja 

musiałam się bronić; kiedy mama dowiedziała się o wszystkim, zrobiło jej się przykro, i co ja 

wtedy mogłam zrobić? Tylko wyjechać, czyż nie? 

- Chyba tak - odparł niskim głosem. 

-  No  więc  mam  wysłała  mnie  do  mojego  prawdziwego  ojca,  który  już  tyle  razy 

background image

zapraszał  mnie  do  siebie.  Zupełnie  nie  wiem,  co  mam  teraz  napisać,  obiecałam  jej,  że  się 

odezwę, jak tylko dotrę na miejsce. Na pewno jest niespokojna, ale nie chciałabym sprawiać 

jej  bólu.  Mój  ojciec  nie  żyje,  a  ona  nie  ma  pojęcia  o  istnieniu  mych  przyrodnich  dorosłych 

braci i o tym, że są tacy źli na mnie... 

Nagle  przypomniała  sobie,  kim  on  jest,  i  z  jej  piersi  dobył  się  szloch  zawodu  i 

rozpaczy.  Ponownie  spróbowała  wyrwać  się  swemu  prześladowcy,  który  jednak  tym  razem 

był bardziej czujny. 

Helga  walczyła  niczym  dzikie  zwierzę,  lecz  na  próżno.  Mężczyzna  wykręcił  jej  ręce 

na plecy i nagle jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. Czarne oczy płonęły płomieniem 

wściekłości. 

Wyglądał tak, jakby przestał oddychać. Jego twarz na moment znieruchomiała, potem 

powoli  zaczął  rysować  się  na  niej  spokój.  Tylko  oczy  płonęły,  lecz  teraz  bił  z  nich 

przepełniony  zdumieniem  blask.  Niczym  zaczarowane  przesuwały  się  po  jej  twarzy,  aż 

wreszcie zatrzymały się na ustach. 

Helga drżała. Nie mogła wydobyć ani słowa. On z ociąganiem rozluźnił uścisk wokół 

jej nadgarstków. 

Gdy poczuł, że opór dziewczyny słabnie, spytał ostro: 

- I dokąd zamierzałaś uciec? 

- nie wiem - odparła zmęczona. - Do najbliższego miasta, żeby znaleźć sobie pracę. 

- Czy masz jakieś pieniądze? 

Gdyby  chociaż  nie  był  tak  pociągający!  Gdyby  nie  zdążyła  tak  przywiązać  się  do 

niego  jako  człowieka.  Gdyby  nie  czuła  takiej  bliskości  i  wspólnoty  z  ni,!  Wtedy  umiałaby 

może  zaakceptować  to,  że  powinna  patrzeć  na  niego  jak  na  brata.  Brata,  który  zbłądził  i 

potrzebuje jej wsparcia. 

Ale nie umiała. 

Spuściwszy głowę, odrzekła: 

- Nie, nie mam pieniędzy. 

Łagodnym ruchem skierował ją ku czekającemu na nich koniowi. 

- Musimy wynieść się z tego przeklętego miejsca. I to jak najszybciej! 

- Ale... Skąd wiedziałeś...? 

- Corbred znalazł list w twoim pokoju. 

- Corbred? - spytała, podnosząc wzrok. - Co on tam robił? 

Uśmiechnął się nieznacznie, widząc jej przerażenie. 

-  Chciał  sprawdzić,  czy  wszystko  w  porządku;  podobno  skarżyłaś  się  tak  bardzo  na 

background image

zmęczenie, a potem wybiegłaś znienacka z piwnicy. Pewnie się rozzłościł, kiedy znalazł list, i 

posłał za tobą straże - ale w złym kierunku, w stronę wybrzeża, bo pytałaś go podobno, czy w 

pobliżu  nie  leży  jakieś  miasto.  Kiedy  James  przyszedł  do  mnie,  bez  chwili  zastanowienia 

ruszyłem  w  przeciwną  stronę.  Bo  wiedziałem,  że  jesteś  na  tyle  rozsądna,  żeby  pójść  przez 

Dolinę  Aidana,  choć  nikt  inny  nie  odważyłby  się  tego  uczynić.  Nie  powinienem  pokazywać 

się w świetle dnia, to dla mnie niebezpieczne - zakończył. 

- Dlaczego wszyscy chcą mnie złapać? - mruknęła, pochlipując jeszcze trochę. 

-  Z  bardzo  różnych  powodów,  zapewniam  cię!  W  każdym  razie  to  niedobrze,  że 

wybrałaś się w drogę akurat teraz. Chodź, musimy stąd zniknąć! 

Widziała, że jego oczy  wpatrzone są w mgłę snującą się nad ziemią, jakby  czegoś  w 

niej szukały. Dlatego nie zaprotestowała, gdy dał jej znak ręką, by wsiedli na konia. Przecież 

ona też nie czuła się dobrze w tej ponurej okolicy. Ani na chwilę bowiem nie opuszczało jej 

przerażające  uczucie,  że  zamek  leży  za  lasem  i  spogląda  na  nich  ponad  drzewami.  To 

oczywiście bardzo dziwna myśl, lecz Helga w żaden sposób nie mogła się jej pozbyć. 

Była tak zmęczona i zrezygnowana, że nie chciała nawet myśleć o długiej drodze do 

Cross of Friars i nie wiadomo jak jeszcze daleko, aż do najbliższego dużego skupiska ludzi. 

Podprowadził  konia  do  kamienia.  Usiadł  w  siodle,  umieściwszy  walizkę  przed  sobą, 

po czym wydał Heldze polecenie, by zajęła miejsce za nim i trzymała się go mocno. Żadnego 

romantyzmu, nic z tego! 

Ale dziewczyna usłuchała.  Z lekkim wahaniem objęła go  ramionami, a ponieważ nie 

protestował,  przycisnęła  się  mocniej  do  niego.  Koń  ruszył  i  przez  dobrych  parę  minut 

przemierzali  drogę  w  całkowitej  ciszy.  Gdy  znaleźli  się  już  w  pewnym  oddaleniu,  Helga 

usłyszała, że jej towarzysz odetchnął z ulgą. 

-  To  dobrze,  że  się  stamtąd  wydostaliśmy  -  przyznała.  -  Ale  nie  mogę  powiedzieć, 

ż

ebym się cieszyła z powrotu do Aidan’s Broch, o, nie! 

- Mogłabyś to zrobić, na przykład, dla mnie - rzucił lekko. Zbyt lekko, by przyjąć to 

jako coś naturalnego. 

- Dla ciebie? - odparła z rozgoryczeniem. - A co ty mi dałeś poza rozczarowaniem? Po 

tej  pierwszej  nocy  miałam  o  tobie  takie  dobre  zdanie.  Ale  potem  przez  cały  czas  odzierałeś 

mnie ze złudzeń. 

Jej towarzysz milczał przez długą chwilę. Helga czuła, jak jego mięśnie w ramionach i 

udach napinają się mocno. 

-  Trzeba  przyznać,  że  nie  jesteś  zbyt  zabawna  -  powiedział  na  koniec.  -  Marudna  i 

zarozumiała! Ani cienia pogody! 

background image

- Jesteś niesprawiedliwy! - wybuchła niczym beczka z prochem. - W domu narzekali, 

ż

e  biorę  wszystko  zbyt  lekko,  że  z  wszystkiego  się  śmieję.  A  czy  tu  miałam  się  z  czego 

ś

miać? No, powiedz mi! 

Po długiej, długiej chwili ciszy dało się słyszeć oschłe: 

- Nie miałaś. 

Jego  odpowiedź  nieoczekiwanie  wyzwoliła  w  Heldze  wesołość.  Zaczęła  chichotać,  a 

jej dobry nastrój udzielił się także jemu. 

Przez  chwilę  doznała  poczucia  bliskości  z  nim,  nie  mającej  nic  wspólnego  z 

zakochaniem.  Była  to  czułość,  łącząca  ludzi  ponad  wszelkimi  barierami,  jakie  wzniósł 

człowiek. Teraz mógł być jej bratem albo jeszcze kimś innym, nieważne, w tej chwili bowiem 

byli jedynie dwojgiem ludzi niezwykle sobie bliskich. 

Gdy  dotarli  do  skraju  lasu  w  pobliżu  wsi,  jej  towarzysz  zatrzymał  się  i  pomógł  jej 

zsiąść z konia. 

- Gdzie go trzymasz? - spytała nieśmiało. 

-  W  stajni,  niedaleko.  Ale  to  nie  jest  mój  koń  i  dlatego  nikomu  nie  pomoże  w 

odnalezieniu mnie. Wolno mi go tylko wypożyczać. A teraz wracaj szybko do Aidan’s Broch. 

Ale  staraj  się  uniknąć  spotkania  z  twoimi  krewnymi,  idź  prosto  do  Jamesa,  pamiętaj,  to 

ważne! 

Helga  nie  mogła  oderwać  od  mężczyzny  wzroku.  Wyglądał  równie  pociągająco  jak 

zwykle,  lecz  dzisiaj  patrzyła  na  niego  innymi  oczami  i  usiłowała  stłumić  w  sobie  resztki 

owego  żywiołu,  jaki  rozszalał  się  w  niej  od  chwili,  gdy  tylko  go  ujrzała.  To  jej  pierwsza, 

prawdziwa miłość. Minie z pewnością wiele czasu, nim zdoła zaleczyć tę ranę. 

Ale  również  on  wydawał  się  zmieniony.  Nie  odnosił  się  już  do  niej  z  tak  niemiłym 

lekceważeniem. Wręcz przeciwnie, przyglądał się jej teraz z zadumą i zdziwieniem. 

Gdy zauważył rezerwę w jej zachowaniu, w jego pięknych oczach pojawił się smutek. 

-  Potraktowaliśmy  cię  bardzo  źle  -  powiedział  miękko.  -  Działaliśmy  poza  twoimi 

plecami  i  wykorzystywaliśmy  cię,  a  ty  jesteś  przecież  taka  wrażliwa.  Doskonale  rozumiem 

twą rozterkę i pragnienie, by stąd uciec. Idź teraz do Jamesa i powiedz mu, że już pora... 

Helga spojrzała na niego pytającym wzrokiem. 

- To dlatego James prosił, żebym wytrzymała jeszcze parę dni...? 

- Tak, zamierzał poczekać, aż zjawi się rejent, który ma uregulować sprawę testamentu 

ojca.  Ale  nie  możemy  czekać  tak  długo.  Masz  prawo  poznać  chociaż  część  prawdy.  Kiedy 

sobie  uprzytomnię,  jak  musiałaś  czuć  się  z  tym  wszystkim,  ogarnia  mnie  przerażenie.  Byłaś 

jak  zawieszona  w  próżni  i  znikąd  nie  mogłaś  oczekiwać  wyjaśnień!  Spotkałaś  tylko  ludzi, 

background image

którzy byli zirytowani, źli na ciebie, albo jeszcze gorzej: pragnęli twej śmierci! 

- To prawda - potwierdziła przytłumionym głosem. - Tak było. 

-  Biedna,  mała  dziewczynka!  Czy  możesz  jeszcze  trochę  wytrzymać?  My  cię 

potrzebujemy, rozumiesz? 

- Naprawdę? Ale właściwie jacy „my”? 

Mężczyzna nie odpowiedział na pytanie. 

- I bądź ostrożna! Zamykaj drzwi na noc! 

- Będę pamiętać. 

Ujął  jej  dłoń  i  pocałował,  a  potem  pogłaskał  ją  po  policzku.  W  jego  oczach  było 

tchnące spokojem światło. 

Helga zakryła twarz dłońmi, aby ukryć łzy, które cisnęły się jej do oczu. 

- Dlaczego to robisz! To nie w porządku! To niskie i prostackie, że próbujesz uwieść 

młodą dziewczynę w ten sposób, i ty dobrze o tym wiesz! 

- Ale przecież... 

Wywinęła mu się. 

- Rozmawiałam z Molly - syknęła i uciekła. - Powinieneś się wstydzić, jeśli tak o nas 

myślisz! 

Helga!  -  wołał  za  nią,  lecz  dziewczyna  biegła  już  po  otwartej  przestrzeni,  a  on  nie 

mógł podążyć jej śladem, nie narażając się na niebezpieczeństwo... 

Biegła,  nie  zatrzymując  się,  aż  do  samego  lasu  u  stóp  posiadłości.  Tam  zwolniła 

kroku.  Nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  uniosła  dłoń  i  dotknęła  ustami  miejsca,  które 

pocałował. 

Znowu  zaczęła  iść  szybko,  aby  zgasić  w  sobie  ten  przedziwny,  przytłumiony  ogień, 

który zaczął się żarzyć gdzieś głęboko w jej wnętrzu. Przerażał ją, ponieważ nigdy dotąd nie 

doznała  takiego  uczucia.  Domyślała  się,  że  to  dopiero  zapowiedź  czegoś  znacznie 

silniejszego, czegoś, czego za nic w świecie nie chciałaby przegapić. 

Nim dotarła do wielkiej bramy, odzyskała całkowitą kontrolę nad sobą. Zatrzymała się 

przed wejściem, niepewna, czy ma się odważyć pójść tą drogą. 

Nie  ulegało  dla  niej  wątpliwości,  że  znajdowała  się  teraz  w  niełasce,  a  podobnie  jak 

większość ludzi wolała unikać przykrych sytuacji. 

Zawróciła więc od bramy i ruszyła dookoła wielkiej posiadłości. Tak zatem skończyła 

się jej próba ucieczki. 

James spotkał ją przy tylnym wejściu. 

- Bogu niech będą dzięki, że on was znalazł, panienko! Już myślałem, że zaniedbałem 

background image

powierzony mi obowiązek czuwania nad waszym bezpieczeństwem. 

-  To  moja  wina.  Nie  powinnam  była  opuszczać  pokoju.  James...  posłuchaj,  on 

powiedział, że nadeszła już pora. Że coś trzeba wyjaśnić. Czy rozumiecie, co on mógł mieć na 

myśli? 

James skinął głową. 

-  Całkowicie  się  z  nim  zgadzam.  W  domu  nie  ma  teraz  ani  jednego  z  wartowników. 

Chodźcie ze mną! Nie bójcie się! 

James  wziął  walizkę  i  postawił  ją  na  podłodze.  Następnie  dał  Heldze  znak,  aby  szła 

jego śladem. 

Helga  stała  przez  chwilę  w  bezruchu.  Czuła  się  zupełnie  oszołomiona.  Czy  ów 

przyjazny  James  o  przerzedzonych  włosach,  wyprostowanej  sylwetce  i  spokojnych  ruchach 

mógł naprawdę być aż tak dwulicowy? Nie mogła w to uwierzyć. Z drugiej jednak strony, jest 

on  bez  wątpienia  sprzymierzeńcem  Mordwina,  którego  właśnie  opuściła.  A  Mordwin  nie 

cieszył się przecież szacunkiem. Niczyim... no, może tylko Corbreda... 

A  James  i  Mordwin,  po  czyjej  oni  stali  stronie?  Byli  przeciwko  Ianowi  czy 

Corbredowi,  czy  też  przeciwko  im  obu?  James  miał  się  na  baczności  przed  strażnikami... 

Czyli kim oni byli? 

Co to wszystko właściwie znaczyło? 

-  Nie  wiem,  czy  powinnam  -  odrzekła  na  wpół  poważnie,  na  wpół  żartem.  -  Zostanę 

powieszona czy może...? 

James uśmiechnął się z lekką goryczą. 

- Nie, nie zostanie panienka powieszona! Nadeszła tylko pora, żeby wyjaśnić panience 

dwie albo trzy rzeczy, tak jak panienka słyszała. 

Zabrzmiało to nieco złowieszczo, lecz Helga, która nie miała już wiele do stracenia i 

której nie pozostało nic innego, jak tylko wytrzymać wszystko, ruszyła za Jamesem. 

Nie  uszli  daleko,  gdy  on  zatrzymał  ją  nagle  i  wepchnął  razem  z  walizką  do  jakiejś 

komórki. W pierwszej chwili Helga próbowała protestować, lecz zaraz ucichła, ponieważ dał 

się słyszeć odgłos zbliżających się kroków. Dobrze znała ten chód, to drobne dreptanie. 

Nadchodziła lady Lynn. 

Ze swej kryjówki Helga słyszała całą rozmowę. 

- A, tu jesteście, James! Czy ta mała jeszcze nie wróciła do domu? Tylu ludzi ruszyło 

za nią na poszukiwanie i nikt jej dotychczas nie wytropił! 

- Chyba już ją znaleźli - odparł James. - Ktoś mi mówił, że jest w drodze do domu. 

- No, to dobrze. Ale nie o tym chciałam z tobą rozmawiać. Chodzi mi o papiery, które 

background image

miała ze sobą, kiedy tu przyjechała. Chciałabym je dostać, i to zaraz. 

- Bardzo mi przykro, ale zostały już wysłane do rejenta. 

- Trzeba je koniecznie zatrzymać! Mój mąż i ja mamy przeczucie, że są sfałszowane. 

- Niestety nie mogę już tego zrobić. Poszły z pocztą od razu następnego dnia i pewnie 

już dawno dotarły do celu. 

Lady Lynn zamilkła na chwilę, po czym rzekła ostrym tonem: 

- Postąpiłeś samowolnie, James. Nie omieszkam poinformować o tym mojego męża. 

Jej głośne kroki odbijały się echem w korytarzu, aż wreszcie umilkły całkowicie. 

- Droga wolna! powiedział James, otwierając drzwi. 

Helga wyszła z kryjówki. 

- Będziecie mieć nieprzyjemności? 

- Nie ma obawy! Prawo jest po mojej stronie. A oni chcą zdobyć te dokumenty tylko 

po  to,  żeby  je  zniszczyć.  Lady  Lynn  wolałaby  mieć  jak  najmniej  konkurentów  do  podziału 

spadku. 

James  poprowadził  ją  obok  stajni,  w  których  nigdy  dotąd  nie  była,  do  wozowni. 

Weszli po schodach na górę i znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu z wieloma drzwiami, 

ale  bez  okien.  Belki  stropu  i  cała  konstrukcja  nośna  były  odsłonięte,  wyglądało  to  na 

poddasze albo coś podobnego. Pod sufitem wisiała lampa rzucająca światło nie mocniejsze od 

poświaty księżyca. 

-  Tu  mieszka  część  służby  -  wyjaśnił  James.  -  Woźnice  i  chłopcy  stajenni.  Także  ja 

mam tutaj swój skromny dom. 

James otworzył drzwi prowadzące do małej sieni. Helga zwróciła uwagę  na tablicę z 

umieszczonymi na niej różnymi numerkami i dzwonkami pod każdym z nich. 

A  więc  to  tutaj  rozległ  się  dzwonek  tej  nocy,  kiedy  pierwszy  raz  zawitała  w  Aidan’s 

Broch. 

James otworzył następne drzwi. Znajdował się tu jego pokój, utrzymany w należytym 

porządku, ale wyraźnie nie noszący śladów kobiecej ręki. 

- Tu nie przyjdzie nikt niepożądany - powiedział z dumą. 

W środku były jeszcze jedne, niewielkie drzwi, prawdopodobnie do garderoby. James 

wyjął klucz i otworzył zamek. 

- Proszę, panienko! 

Helga zawahała się nieco. 

- Mam siedzieć zamknięta w środku? 

- Ależ skąd! Proszę tylko wejść na chwilę! 

background image

Schyliła głowę w niskim przejściu. 

Garderoba  była  nieoczekiwanie  duża  i  oświetlona  jasną  lampą.  Helga  dostrzegła 

wstawione  tu  chyba  niedawno  łóżko,  a  w  nim  leżał  mężczyzna  w  średnim  wieku  o  jasnych 

włosach i jasnych oczach. Gdy dziewczyna weszła do środka, usiadł na nim. 

- Helga? - powiedział pytającym tonem. 

James stanął za jej plecami. 

- To jest Helga, wasza łaskawość! 

Mężczyzna wyciągnął ku niej ramiona. 

- Helga! Moje dziecko! Chodź tu do mnie, niechże cię uściskam! 

Dziewczyna odwróciła się oszołomiona w stronę Jamesa. 

- Nic... nic nie rozumiem! 

Ochmistrz uśmiechnął się nieznacznie, a jego głos nieco drżał. 

- To jest mój czcigodny pan, Angus MacDunn. Właściwy laird Aidan’s Broch. I wasz 

ojciec, panienko! 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

- Dlaczego sobie ze mnie kpicie? - odparła Helga urażona. 

Mężczyzna na łóżku uśmiechnął się, lecz w jego oczach były łzy. 

- Chcesz, żebym powiedział coś o twojej matce? Nazywa się Kirsten i ma rude włosy. 

Kiedy  się  śmieje,  w  prawym  policzku  robi  się  jej  mały  dołek;  ma  trochę  nierówne  zęby  i 

dlatego lekko sepleni. Kiedy jest zakłopotana lub się czegoś wstydzi, ma zwyczaj przymykać 

skromnie oczy i okręcać sobie na palcu pukiel włosów... 

Akurat! pomyślała Helga. Włosy matki są bardziej siwe niż rude, dołeczek w policzku 

zamienił się w głęboką bruzdę, a zęby na dodatek jeszcze się popsuły! Ale mimo to wciąż jest 

ładna i nadal nawija sobie na palec wskazujący pukiel włosów. 

Helga skinęła głową zawstydzona. 

- Zgadza się, to jest moja matka. 

-  A  ty  jesteś  moją  córką!  Mam  tutaj  wszystkie  listy  i  papiery,  jakie  przywiozłaś. 

Dostałem  je  od  Jamesa.  Och,  nareszcie  mogę  ci  się  przyjrzeć!  Chodź  no  tutaj,  moja  droga! 

Tak bardzo tęskniłem za tobą! 

Helga z wyraźnym ociąganiem przysiadła na brzegu łóżka, pozwalając zamknąć się w 

objęciach  temu  obcemu  mężczyźnie,  który  chyba  zauważył  jej  wahanie,  lecz  udawał,  że  go 

nie dostrzega. 

- Ale że też przyjechałaś akurat teraz, w ten najgorszy dla nas czas. To szkoda, wielka 

szkoda... Godna jesteś innego powitania! 

Helga, uwolniona już z objęć, siedziała nadal na łóżku. Mężczyzna sprawiał wrażenie 

sympatycznego, chociaż nieco wyniosłego. James stał za nim w pewnym oddaleniu. 

- Zupełnie nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi - rzekła. 

- O tym, że przyjechałaś, dowiedziałem się dopiero wczoraj wieczorem - odparł laird. 

-  James  nie  ośmielił  się  wspomnieć  o  tobie  wcześniej  w  obawie,  że  będę  nalegał,  aby  cię 

zobaczyć, i że zdradzisz moje istnienie. Jaka ty jesteś ładna! 

- Dziękuję. Nie możecie mi wyjaśnić bliżej? - poprosiła Helga. - To wszystko jest dla 

mnie jednym wielkim chaosem. Nie wiem, kto jest kto, kto jest zły, a kto dobry... 

- Doskonale rozumiem, że to musiało być dla ciebie bardzo trudne. Zwłaszcza że my 

wszyscy  musimy  kłamać  albo  milczeć.  Czyż  ona  nie  jest  śliczna,  James?  Taka  słodka  i 

delikatna. 

James skinął głową. 

background image

- Ma bardzo wrażliwą duszę, wasza łaskawość. 

-  Nie  wątpię!  No  więc  tamtego  dnia,  kiedy  Roderick  MacCullen  i  ja  spotkaliśmy 

Mordwina  i  Jocha  na  wysokiej  skarpie  nad  potokiem,  pokłóciliśmy  się  i  doszło  do  bijatyki. 

Mordwin z całej siły popchnął mnie do tyłu, wskutek czego spadłem w dół, do wody. 

- Zrobił to specjalnie? 

- Z pewnością! 

Helga zadrżała. Poczuła w sercu przytłaczający ciężar. 

-  Na  szczęście  paru  wieśniaków  zmierzało  właśnie  w  naszą  stronę,  żeby  wyjść  nam 

naprzeciw.  Szli  wzdłuż  potoku,  ścieżką  nieco  niżej,  i  dzięki  temu  spostrzegli,  że  wodą  coś 

płynie. Zorientowali się, że to człowiek, i wyciągnęli mnie na brzeg. Straciłem przytomność, 

poza  tym  złamałem  nogę;  wieśniacy  wypompowali  mi  wodę  z  płuc  i  ocucili.  Pod  osłoną 

mroku przemycili mnie razem z Jamesem tutaj, do jego garderoby. 

- A kiedy tamci nie znaleźli was w potoku, to pewnie zaczęli coś podejrzewać? 

-  Jak  wiesz,  potok  wpada  do  zatoki,  pomyśleli  więc  pewnie,  że  prąd  zniósł  mnie  do 

morza. 

-  Czyli  leżeliście  tutaj  przez  cały  ten  miesiąc?  Ale  właściwie  dlaczego 

zdecydowaliście się ukrywać? 

-  Z  tą  nogą  jestem  całkowicie  bezradny.  A  oni  z  niczego  bardziej  by  się  nie  cieszyli 

niż  z  mojej  śmierci.  Gdybym  teraz  wrócił,  w  tym  stanie,  rozprawiliby  się  ze  mną  bardzo 

szybko. 

Helga patrzyła na niego osłupiała. 

- Przecież to są wasi synowie! 

Mężczyzna uśmiechnął się gorzko. 

Dziewczyna spojrzała badawczo na niego. 

- Czy mogę coś powiedzieć? 

- Oczywiście! 

- Moim zdaniem, wyglądacie na zbyt młodego, żeby mieć trzydziestoletnich synów! 

Laird roześmiał się głośno. 

- Słyszałeś, James? Ależ tak, masz całkowitą rację! Doskonale wiem, że ci trzej bracia 

podają się za moich rodzonych synów. Ale to nieprawda. Nawet nie nazywają się MacDunn, 

tylko Douglas. Ale udało im się oszukać wszystkich wkoło. Rodzice, wbrew mej woli, ożenili 

mnie z wdową mającą trzech synów. Jej zmarły mąż był bliskim przyjacielem naszego rodu; 

mój  ojciec  i  matka  doprowadzili  więc  do  naszego  małżeństwa  ze  względu  na  dobro  tych 

małych  dzieci.  W  swoim  życiu  kochałem  tylko  jedną  kobietę,  Helgo,  twoją  matkę,  toteż 

background image

bardzo się broniłem przed tym związkiem, ale wszystko już zostało ułożone. To było piekło, 

nie  małżeństwo!  Kiedy  się  więc  dowiedziałem  o  twoim  istnieniu,  robiłem  wszystko,  żeby 

uzyskać  rozwód,  ale  moja  żona  była  katoliczką  i  dlatego  nigdy  się  to  nie  udało.  Mam 

nadzieję, że mimo to nie najgorzej dbałem o ciebie? 

-  Tak,  dziękuję  -  powiedziała.  -  Należy  wam  się  podziękowanie,  bo  dobrze  nam  się 

wiodło. 

Podczas gdy mężczyzna mówił dalej, Helga przez cały czas mimo woli myślała tylko 

o jednym: Mordwin nie jest jej bratem! Niemal zakręciło jej się w głowie z oszołomienia. On 

musi  być  na  pewno  dobrym  człowiekiem,  czuła  to,  wiedziała!  Na  pewno  istniało  jakieś 

wyjaśnienie  jego  zachowania  wobec  ojca  i  wobec  Molly,  przypuszczalnie  niedługo  prawda 

wyjdzie na światło dzienne. 

Ale nagle poraziła ją inna myśl. 

-  Skoro  więc  oni  nie  są  waszymi  synami,  to  dlaczego  mieliby  dziedziczyć  Aidan’s 

Broch i wszystko inne? Gdybyście, rzecz jasna, umarli? 

Angus MacDunn uśmiechnął się. 

-  Rejent  ma  przyjechać  pojutrze,  to  oni  go  wezwali  o  czekają  teraz  w  napięciu,  a  w 

testamencie  wyłożone  jest  czarno  na  białym:  że  w  przypadku  mojej  śmierci  wszystko, 

absolutnie  wszystko,  poza  drobiazgiem  dla  Jamesa,  przechodzi  na  moje  jedyne  dziecko, 

Helgę Solbraten. 

- Och, nie! - wykrzyknęła z przerażeniem Helga. - Nie, ja nie chcę! 

-  Zapewniłem  im  przyzwoite  wychowanie  i  nie  najgorszy  start,  to  chyba  wystarczy  - 

stwierdził  laird  zimnym  tonem.  -  Z  pewnością  będą  zaszokowani  widząc,  że  wszystko 

przechodzi  im  koło  nosa.  Zaplanowałem  sobie,  że  nim  postanowię  objawić  się  im  na  nowo, 

najpierw zawiadomię  rejenta, i wtedy dopiero się zacznie. Tylko że, niestety, moja noga nie 

chce się zrosnąć, wobec czego nie wiem, jak to będzie. 

James dodał: 

- Bardzo się niepokoiłem o panienkę w te ostatnie dni! Jeśli nawet oni nie wiedzą, ile 

panienka dziedziczy, to i tak oznacza panienka zagrożenie dla ewentualnej części ich spadku. 

- Ale ja uważam, że oni są naprawdę całkiem mili! - wtrąciła Helga nieśmiało. - Może 

poza lady Lynn; za to oni dwaj traktowali mnie bardzo przyjaźnie. 

Laird skinął głowa. 

- Ian nie jest wcale zły, i to właśnie ze względu na niego pozwoliłem im tu wszystkim 

zostać.  Na  liście  spadkobierców  znajduje  się  on  rzeczywiście  na  drugim  miejscu  zaraz  po 

tobie,  jeśli  nie  będziesz  miała  własnych  dzieci.  Ale  musisz  pamiętać,  że  Ian  jest  całkowicie 

background image

pod pantoflem Lynn, jego wola właściwie w ogóle się nie liczy. 

Helga  przypomniała  sobie  z  niesmakiem,  że  Ian  istotnie  kłamał  jej  od  samego 

początku - twierdząc, na przykład, że wszyscy trzej są rodzonymi synami Angusa MacDunna. 

A poza tym utrzymywał, że nigdy o niej nie słyszeli. 

Z pewnym ociąganiem spytała: 

- A Mordwin...? Tak mi trudno w to uwierzyć, że on może być tyranem, który dręczy 

całą wieś, każe wieszać prostych ludzi i... 

- Mordwin? - spytali obaj jednocześnie. 

-  A  kto  powiedział,  że  to  Mordwin  jest  tyranem?  -  kontynuował  laird.  -  To  Corbred 

jest tyranem! I to pozbawionym jakichkolwiek skrupułów! 

Helga pobladła. Siedziała przez chwilę, nic nie mówiąc. 

- Ale on był dzisiaj taki miły, zaprosił mnie na herbatę i pokazał mi piwnicę. 

James powiedział oschle: 

-  Na  szczęście  zdążyłem  przyjść  w  ostatniej  chwili.  Zanim  zdążyła  się  panienka 

znaleźć w lochu. 

-  Mylicie  się,  James  -  zaprotestowała  Helga.  -  On  powiedział,  że  do  niego  nie 

pójdziemy. 

- To nie pierwszy raz, panienko, pan Corbred pozbywa się niepożądanych gości w ten 

sposób.  Na  pewno  nie  zamierzał  wtrącać  panienki  do  lochu  siłą...  a  czy  nie  chciało  się 

panience spać po herbacie? Przecież skarżyła się panienka na zmęczenie... 

-  Tylko  udawałam,  że  jestem  zmęczona,  żeby  znaleźć  wymówkę  i  wydostać  się  z 

piwnicy.  Ale...  -  zamilkła  na  chwilę,  wyraźnie  próbując  sobie  coś  przypomnieć.  -  Wlał  mi 

whisky  albo  coś  w  tym  rodzaju  do  szklanki.  Kiedy  się  odwrócił,  wylałam  wszystko  do 

doniczki. Nie lubię alkoholu. 

- Biedny kwiatek - bąknął James. 

- Czy to była trucizna? - spytała, szeroko otwierając oczy. 

- Nie, środek nasenny. To dlatego dopytywał się co chwila, czy panienka nie czuje się 

zmęczona.  Jakby  tylko  panienka  zasnęła  w  piwnicy,  od  razu  zamknąłby  panienkę  w  lochu. 

Cichutko  i  bez  krzyku,  nie  brudząc  sobie  rąk...  Musi  panienka  wiedzieć,  że  potem  pan 

Corbred szybko pobiegł na górę, mając nadzieję, że panienka zasnęła wreszcie pod wpływem 

tego środka, który dodał do whisky. Kiedy zobaczył, że was nie ma, i przeczytał list, wpadł w 

furię. 

- Nie mogę wprost uwierzyć - rzekła Helga drżącym głosem. 

- Corbred to szatan w ludzkim ciele! - powiedział Angus MacDunn. 

background image

-  Przeciwieństwo  Mordwina  -  dodał  James.  -  Mordwin  to  tchórz.  Rozpieszczony  syn 

gminu. Lokaj pana Corbreda. 

- Mordwin to szczur! - rzekł zdecydowanie sir Angus. 

-  Nieprawda!  -  zawołała  ze  wzburzeniem  Helga.  -  To  nieprawda!  Nieokrzesany,  być 

może, ale na pewno dobry i szlachetny, sami dobrze o tym wiecie, James! 

Mężczyźni spojrzeli najpierw na siebie, potem na nią zdziwieni. 

- Przecież spotkałam go kilka razy! - wyjaśniła w desperacji. - Jego i jego przyjaciela 

Jocha. I nic na to nie poradzę, ale bardzo go lubię! Może nawet za bardzo! 

Zaległa cisza. 

-  Dobry  Boże!  -  wyszeptał  James.  -  No  i  proszę:  wyrządziliśmy  temu  dziecku 

krzywdę, bawiąc się w te nasze tajemnice i sekrety. 

Helga uniosła głowę i spojrzała na niego pytającym wzrokiem. 

- Nie ma wyjścia, musimy powiedzieć - rzekł cichym głosem laird. 

-  Proszę  posłuchać,  panienko,  to  jest  tajemnica,  która  zna  zaledwie  garstka  ludzi. 

Musimy  mieć  pewność,  że  to,  co  panienka  teraz  usłyszy,  zachowa  wyłącznie  dla  siebie.  W 

przeciwnym razie może nam grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. 

Helga skinęła głową. 

-  To  prawda,  że  towarzysz  pana  Mordwina  nazywa  się  Joch,  ale  to  jest  imię  bardzo 

tutaj  popularne.  W  samej  wiosce  jest  co  najmniej  dziesięciu  mężczyzn  o  tym  imieniu.  Ten 

Joch, którego panienka spotkała, to na pewno nie był przyjaciel Mordwina. 

- Czy chcecie przez to powiedzieć... że to nie Mordwina spotkałam, tylko...? 

-  Mordwin  nie  żyje.  Jego  towarzysz  także.  Joch  leży  pogrzebany  na  brzegu  potoku 

daleko w dolinie. 

- To kim...? 

-  Mężczyzna,  którego  panienka  spotkała  i  do  którego  poczuła  sympatię,  to  Roderick 

MacCullen. 

Serce Helgi waliło jak młotem. 

- Ale... przecież on został pochowany. Cała wieś uczestniczyła w jego pogrzebie! 

-  Tak  wszyscy  myśleli,  a  w  rzeczywistości  szli  za  trumną  pana  Mordwina.  Bardzo 

dobrze  się  złożyło,  że  nikt  nie  wiedział,  iż  Roderick  żyje.  Nie  odważyliśmy  się  ujawnić 

prawdy,  ponieważ  wtedy  pan  Corbred  wezwałby  posiłki  i  zemściłby  się  w  przerażający 

sposób.  Cała  wieś  musiałaby  za  to  zapłacić.  Nie  mogliśmy  dopuścić  do  cierpień  tylu  ludzi. 

Pan Corbred nie znosi, by mu się sprzeciwiano. 

Roderick  MacCullen!  Od  kiedy  przybyła  tutaj,  słyszała  to  imię  ze  wszystkich  ust! 

background image

Poczuła  w  sobie  falę  gwałtownej  radości.  Teraz  mogła  wreszcie  odważyć  się  i  przyznać  do 

swego uczucia, przynajmniej przed samą sobą. 

Obaj  mężczyźni  od  razu  zauważyli,  że  jej  twarz  nabrała  promiennego  wyrazu,  i 

dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, jak bardzo musiała czuć się do tej pory zagubiona i 

wystraszona. 

- A co będzie dalej? - spytała. 

Jej ojciec uśmiechnął się, widząc tę skrywaną przez córkę radość. 

- Nie wiemy - przyznał. 

- A dlaczego nigdy nie zwróciliście się do władz i nie otrzymaliście od nich pomocy? 

-  Dlatego,  że  Corbred  to  właśnie  człowiek  władz,  w  każdym  razie  oficjalnie.  Jak 

myślisz, komu będą wierzyć, mnie czy jemu? Nie, nie, dopóki jestem przykuty do łóżka, nie 

możemy wiele zrobić. 

- Nie zawołaliście żadnego lekarza, żeby zobaczył nogę? 

-  Baliśmy  się  sprowadzać  tu  kogokolwiek.  Ale  James  zna  się  trochę  na  medycynie  i 

złożył nogę, jak potrafił najlepiej. Chociaż, muszę przyznać, spodziewaliśmy się, że szybciej 

wrócę  do  zdrowia.  Ale  teraz  posłuchaj  mnie  uważnie:  zdaje  się,  że  zaczynają  podejrzewać 

Jamesa,  i  dlatego  nie  możemy  już  dłużej  wykorzystywać  go  jako  szpiega  i  łącznika  między 

mną a Roderickiem. Chcemy ciebie poprosić o pomoc... 

- Mnie? - spytała czerwieniąc się. - Ale przecież... 

- Tak - potwierdził James. - Nie mam do kogo się zwrócić w Aidan’s Broch. Nikt nie 

jest wystarczająco inteligentny. 

-  Uważacie,  że  jestem  na  tyle  mądra,  żeby  dać  sobie  radę?  Ale  Roder...  to  znaczy 

MacCullen nazywa mnie zawsze głupią gęsią! 

-  To  on  podsunął  mi  dzisiaj  tę  myśl,  kiedy  mówiłem  mu  o  ucieczce  panienki  - 

uśmiechnął się James. - Z tą gęsią to chyba tylko taki żart. Niedoświadczona i niekształcona, 

ale bardzo przydatna, to jego własne słowa. 

- To dlatego przywiózł mnie z powrotem? Ponieważ mnie potrzebuje? 

- Częściowo dlatego. Ale także z tego powodu, że ojciec panienki i ja poprosiliśmy go 

o to. I również dlatego, że on sam bardzo bał się o panienkę. 

-  Dziękuję  -  wyszeptała  Helga  uszczęśliwiona.  -  Choć,  mówiąc  prawdę,  był  na  mnie 

dosyć  zły...  Na  początku!  Oczywiście,  z  wielką  ochotą  wam  pomogę,  jeśli  tylko  będę 

potrafiła. 

Angus MacDunn skinął głową. 

-  Słuchaj  uważnie  wszystkiego,  co  mówi  się  w  domu,  i  przekazuj  nam.  Trzymaj  się 

background image

Iana! Nigdy nie zostawaj sama z Corbredem!  Lynn nie musisz się przejmować, to po prostu 

jędza, która we wszystko musi się wtrącić. Jedz tylko to, co da ci James. Jesteś w ogromnym 

niebezpieczeństwie,  rozumiesz?  Bardzo  się  o  ciebie  boimy,  ale  ty  właśnie  możesz  zrobić 

najwięcej, dlatego narażamy cię na to wszystko. Staraj się przebywać z nimi przez cały czas, 

a  nie  tylko  przez  chwilę,  jak  służąca.  Corbred  i  pozostali  nic  nie  wiedzą  o  tym,  że  jesteś 

wyłączną spadkobierczynią, ale niewykluczone, że się tego domyślają. I dlatego nie powinnaś 

spodziewać  się  od  nich  niczego  dobrego.  Ach,  moja  droga,  jaki  ja  jestem  szczęśliwy,  że  cię 

widzę! Jaka szkoda, że nie mogłem zgotować ci lepszego przyjęcia! 

Helga  uśmiechnęła  się  do  ojca,  nie  była  już  tak  powściągliwa.  Wydawało  jej  się,  że 

zna go od dawna i chyba szybko polubi. 

Zauważyła,  że  ma  takie  same  oczy  jak  on.  Zawsze  się  zastanawiała,  po  kim  je  może 

mieć. Teraz już wiedziała. 

- Ale jest jeszcze jedna  zagadka - odezwała się  Helga, przerywając przedłużające się 

nieco milczenie. - Jakie znaczenie w tym wszystkim ma zamek Hiss? 

Obaj mężczyźni spoważnieli. 

- Miałem nadzieję, że może o to nie spytasz - westchnął jej ojciec. - Zamek odgrywa 

główną  rolę  w  całej  tej  historii.  Kiedy  usłyszałem,  że  Roderick  tamtej  nocy,  kiedy  tu 

przybyłaś, znalazł cię właśnie w Hiss, wprost zdrętwiałem. Ten zamek to jest nasz bicz Boży i 

nasza hańba. 

Helga czekała, żeby się uspokoił. Widać było, że sama nazwa „Hiss” przyprawia go o 

drżenie. 

- No więc Roderick i ja wracaliśmy właśnie stamtąd, gdy zostaliśmy napadnięci przez 

Mordwina i Jocha. Musisz wiedzieć, że od dawna już pragnąłem zawrzeć pokój z władzami. 

Epoka wielkich rodów i lairdów już minęła. Jedynie nasz upór każe nam sprzeciwiać się nadal 

szkockiemu rządowi, a Anglicy nie są wcale tacy źli jak myślimy. Roderick znał moje plany i 

je  akceptował;  poparłaby  nas  też  okoliczna  ludność.  Natomiast  nigdy  nie  rozmawialiśmy  o 

tym z moimi przybranymi synami i z Lynn. Na pewno nie spodobałaby się im myśl o utracie 

tak wielkich wpływów. 

Helga wtrąciła nieoczekiwanie: 

- Ale przecież Corbred pracuje dla Anglików czy dla rządu szkockiego, już nie wiem 

sama dla koga, i został tu przez nich wysłany po to, żeby zaprowadzić ład i porządek. 

-  Corbred?  -  prychnął  jej  ojciec.  -  Tę  misję  zlecili  mu  oni,  co  prawda,  kila  miesięcy 

temu  i  prawdopodobnie  otrzymują  od  niego  uspokajające  sprawozdania.  Co  oni  mogą 

wiedzieć  o  jego  poczynaniach  tutaj?  Tych  czterech  osiłków,  których  tu  trzyma,  to  nie  są 

background image

ludzie przysłani przez rząd, tylko jego opryszki. 

-  Czyli  nie  podoba  mu  się  to,  że  pragniecie  pojednać  się  z  władzami  -  powiedziała 

Helga w zadumie. 

-  Raczej  nie.  On  chciałby  mieć  dobre  stosunki  z  rządem  i  jednocześnie  zachować  tu 

władzę,  zajmując  moje  miejsce.  Nie  myślisz  chyba,  że  zrezygnuje  z  niej  na  rzecz  rządu? 

Nigdy! 

Laird zamilkł, a po chwili kontynuował swoją relację: 

-  Szliśmy  więc  doliną,  Roderick  u  ja,  zastanawiając  się  nad  tym,  czy  nie  poprosić 

władz  o  pomoc  w  sprawie  Hiss.  Musisz  wiedzieć,  że  długo  pracowaliśmy  sami  nad 

rozwiązaniem tego problemu; właśnie miesiąc temu byliśmy już prawie gotowi. 

Helga skinęła głową. 

- Widziałam ślady po uderzeniach i barykadę... 

- No właśnie - odparł krótko laird, jakby nie chciał o tym mówić. - Nasi ludzie bardzo 

się  narażali,  pracując  tam.  Ale,  jak  widzisz,  zostałem  wyłączony  z  tej  gry,  Roderick  zaś  nie 

może pokazać się mieszkańcom wioski, a w Hiss z każdym dniem rośnie to okropieństwo. 

- Jakie okropieństwo? 

Laird nie odpowiedział. 

- Corbred uważa, że ludzie Rodericka MacCullena ukryli tam broń - rzekła Helga. 

Obaj mężczyźni zareagowali gwałtownie: 

- Naprawdę tak myśli? 

-  Tak  mi  dzisiaj  mówił.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  nie  bał  się  tam  wyruszyć  i  jej 

poszukać. 

-  Nie!  -  wykrzyknął  Angus  MacDunn.  -  Nie  wolno  mu!  Co  za  idiota!  Helgo,  musisz 

mu przeszkodzić! 

- Ale jak...? No dobrze, zrobię, co będę mogła. 

- W każdym razie musisz nas informować o wszystkich jego zamiarach. 

- Tak jest. Czyli Corbred wcale nie zna tajemnicy zamku? 

- Nie, przez wiele lat był w Londynie. A nikt mu nie mówi prawdy, bo on zaraz by to 

wykorzystał i wpadł na jakiś szatański pomysł. Choć, muszę przyznać, nie pojmuję, jak by się 

to miało mu udać - dodał laird. 

James wyjaśnił: 

- Właśnie dlatego nie możemy nic powiedzieć panience. Bo gdyby sir Corbred poddał 

panienkę  solidnym  torturom,  bez  trudu  wycisnąłby  z  niej  prawdę  o  zamku.  Ale  teraz  już 

chyba pora, żeby panienka wróciła do siebie. Niedługo przyjedzie pan Corbred i jego ludzie. 

background image

Helga  pożegnała  się  ciepło  ze  swym  ojcem  i,  podniesiona  na  duchu  tym,  że  poznała 

chociaż  część  prawdy,  wróciła  do  głównego  budynku.  Z  niepokojem  myślała,  czy  zdoła 

wypełnić  powierzoną  jej  misję.  Ale  przecież  obaj  mężczyźni  przyrzekli,  że  to  potrwa  tylko 

dwa dni. Potem pałeczkę przejmie sam laird. 

Ze  zdumieniem  spostrzegła,  że  na  dworze  zaczęło  już  się  ściemniać.  Nagle 

uświadomiła sobie, jak długi i bogaty w wydarzenia był mijający dzień. 

- Powiem w domu, że panienka wróciła - rzekł James, rozstając się z Helgą. - Powiem, 

ż

e panienka się rozmyśliła i zrezygnowała z ucieczki, kiedy zmarzła i zgłodniała! 

- O, tak...! Strasznie zgłodniałam! 

- Zaraz coś na to poradzimy - uśmiechnął się. 

- Jeszcze jedno - przypomniała sobie Helga, gdy James zamierzał już odejść. - Którejś 

nocy Corbred przyszedł na strych i naśladował nawoływanie sowy. 

James potaknął. 

-  On  ciągle  wierzy,  że  jego  mały  braciszek  żyje.  Mam  nadzieję,  że  nikt  mu  nie 

odpowiedział. 

- Nie, nikt mu nie odpowiedział. 

Gdy w pół godziny później James pukał do drzwi Helgi, jedzenie dla niej miał nie na 

tacy, jak zwykle, lecz zapakowane w koszyku. Wyglądał na zdenerwowanego. 

- Panienka nie może tu  zostać dzisiejszej nocy  - szepnął. - Pan Corbred  zaczął pić, a 

kiedy  pije,  jest  naprawdę  niebezpieczny.  Coś  musiało  się  stać,  tylko  nie  wiem  co. 

Prawdopodobnie to cieczka panienki tak wyprowadziła go z równowagi lub może czegoś się 

dowiedział  o  Mordwinie  lub  o  Rodericku.  Albo  taż  odkrył,  że  panienka  wylała  whisky  ze 

szklaneczki. Pan Corbred, jeśli ktoś mu się sprzeciwia, jest zdolny do wszystkiego; poza tym 

widziałem, że te jego osiłki są w pogotowiu. Proszę wziąć koszyk i zmykać stąd! 

- A mój ojciec? 

-  Będę  na  niego  uważał.  Mam  w  swoim  pokoju  pistolet  i  nikogo  nie  wpuszczę  do 

ś

rodka. Czy panienka ma klucz do tylnych drzwi? To dobrze, proszę pobiec do tego domu we 

wsi,  w  którym  panienka  już  raz  była.  Proszę  tam  zostać  przez  noc  i  wrócić  tutaj,  zanim  się 

rozwidni. 

Helga narzuciła sobie szal na ramiona. 

- A jeśli nie będą mnie tam chcieli przyjąć? - spytała rumieniąc się. 

- Niech się panienka pospieszy. Muszę już wracać do swoich obowiązków. Wystarczy, 

ż

e panienka im powie, jak się sprawy mają, to na pewno nikt panience nie odmówi pomocy. 

-  Tak  mi  przykro,  że  sprawiam  tyle  kłopotu  -  powiedziała  szeptem  Helga,  biorąc 

background image

koszyk do ręki. Wybaczcie mi to. 

James posmutniał: 

- Drogie dziecko! Ty mnie prosisz o wybaczenie? 

Gdy  wyszła  na  korytarz,  usłyszała,  jak  ktoś  głośno  wrzeszcząc  wydaje  jakieś 

polecenia.  Twarz  stężała  jej  ze  strachu.  Bez  chwili  zastanowienia  pobiegła  przez  ciemne 

korytarze do tylnego wyjścia, otworzyła drzwi i wymknęła się na zewnątrz. 

W kilka minut później pukała już ostrożnie do drzwi chaty na skraju lasu. Jak zwykle, 

nikt nie odpowiadał. 

- To ja, Helga - szepnęła. - Przysyła mnie James. 

Ale również i tym razem nikt nie odezwał się w środku. Nikt jej nie otworzył. 

O Boże, co ja teraz zrobię? zastanawiała się. 

W ciemności rozpoznała z trudem, że drzwi są zaryglowane. 

Już nikogo nie ma, pomyślała zawiedziona. Jeszcze nie tak dawno bałam się, że mogę 

go spotkać znowu, a dziś oddałabym wszystko, żeby tylko móc go zobaczyć. 

Zostać tutaj z pewnością nie mogła, to było zbyt niebezpieczne. Ociągając się, ruszyła 

wreszcie powolnym krokiem w stronę lasu. 

Las  wydawał  się  gęsty,  niewątpliwie  można  skryć  się  w  nim  przez  jedną  noc.  Tyle 

tylko że było zimno! 

Ku swemu przerażeniu spostrzegła, że zza obłoku mgły wysuwa się właśnie księżyc. I 

to  niemal  w  pełni.  Już  po  chwili  jego  niebieskawe  światło  rozświetliło  ciemność  nad  lasem, 

uniemożliwiając ukrycie się w nim. Helga dygotała na całym ciele. 

Czyż  nie  tego  dziś  chciałam?  pomyślała.  Czy  nie  chciałam  wynieść  się  stąd,  jak 

najdalej od Aidan’s Broch? Z tego wniosek, że należy myśleć i przewidywać, a nie kierować 

się emocjami! 

Drgnęła.  Coś  poruszyło  się  niedaleko,  przybliżało  się  do  niej.  Zwierzę?  Czy... 

człowiek? Jeden ze strażników Corbreda? 

-  Helga,  czy  ty  oszalałaś?  -  rozległ  się  szept  o  silnym  szkockim  akcencie;  w  blasku 

księżyca  dziewczyna  bez  trudu  rozpoznała  Rodericka  MacCullena.  -  Co  ty  wyprawiasz? 

Spróbuj ukryć się chociaż pod drzewem! 

Helga  poczuła  ogromną  ulgę,  a  jeszcze  większe  było  szczęście,  jakiego  doznała  na 

jego widok. 

- James przysłał mnie do ciebie - szepnęła. - Ale kiedy nie zastałam cię w chacie, nie 

wiedziałam, co mam robić. 

Roderick przez chwilę się zawahał. 

background image

- Chodź - powiedział, biorąc ją za rękę. 

Wszedł  razem  z  nią  nieco  głębiej  w  las;  po  chwili  znaleźli  się  u  podnóża  stromego 

zbocza. Wówczas on pochylił się i wkroczył przed nią do długiego, mrocznego korytarza, do 

którego wejście przesłaniały zarośla. Drugi koniec lisiej nory, pomyślała sobie. 

- Wejście było zaryglowane - rzekła. 

- To tylko kamuflaż. Da się je otworzyć od wewnątrz. 

Choć  jego  dłoń  była  lodowato  zimna,  dla  niej  stanowiła  źródło  ciepła  i 

bezpieczeństwa.  Zatrzymał  się  i  otworzył  niewielkie  drzwi.  Już  po  chwili  znaleźli  się  w 

znanym jej domku z legowiskiem na podłodze. Roderick MacCullen zapalił lampę. 

- Po co przyszłaś? - spytał cicho. 

- Muszę... To znaczy James mówi, że muszę tu dziś przenocować. 

- Tutaj? - wybuchnął. - A ja gdzie? 

Helga wyraźnie się zmieszała. 

- Tego... nie powiedział. 

- A może to ty wpadłaś na ten pomysł? - spytał lodowatym tonem. - Wobec tego jesteś 

bardziej przebiegła, niż myślałem. 

- Ja wpadłam? Nie, to James powiedział... - odparła, zdziwiona jak dziecko. 

- Ale ja muszę spać! 

-  Oczywiście!  Nie  rozumiem,  dlaczego  dwoje  obcych  ludzi  nie  mogłoby  spać  w 

jednym  pomieszczeniu,  gdy  zmusza  ich  do  tego  sytuacja.  Będę  zachowywać  się  cicho  jak 

mysz. 

Wpatrywał  się  w  nią  tak  intensywnie,  jakby  chciał  ustalić,  do  jakiego  stopnia  jest 

naiwna. 

Opuściwszy wzrok, Helga dodała: 

- To dla mnie też wcale nie jest łatwe, że narzucam się tak wbrew swojej woli. Cała ta 

sytuacja jest dla mnie poniżająca. Ale jeśli spróbujemy zrozumieć się nawzajem, to... 

-  Oczywiście  -  rzekł  zdecydowanie  i  zamilkł  na  chwilę.  -  Dlaczego  odesłano  cię  z 

zamku? 

- Oni bali się, że Corbred wpadnie w szał. Upił się i prawdopodobnie jest wściekły na 

mnie, że ośmieliłam się uciec. 

- I za szubienicę! Mogę to sobie wyobrazić. Ale jacy oni? 

- Spotkałam się z moim ojcem. 

- To dobrze. 

Zmniejszył nieco płomień w lampie. Ten zapach kurnika nie jest wcale taki okropny, 

background image

pomyślała  Helga,  można  się  przyzwyczaić.  I  choć  daleko  tu  było  do  luksusu,  miejsce  to 

wydawało się przynajmniej bezpieczne. 

Roderick  MacCullen  poprawił  coś  przy  lampie,  która  zdawała  się  działać  zupełnie 

dobrze. 

- Długo zastanawiałem się nad tym, co ty właściwie miałaś dzisiaj na myśli, kiedy się 

rozstawaliśmy?  Wspomniałaś  coś  o  jakiejś  Molly  czy  kimś  takim  i  że  powinienem  się 

wstydzić. I że my to my, czy coś w tym rodzaju. Co to za Molly? 

Helga wyglądała na bardzo zawstydzoną. 

- Wybacz mi! Myślałam, że jesteś kimś innym. 

- Kim? 

- Mordwinem MacDunnem. 

- Boże drogi! To przecież twój przyrodni brat. W każdym razie ty tak chyba uważałaś. 

Tak, teraz już rozumiem to twoje zachowanie. 

Helga zdobyła się na odwagę i powiedziała: 

-  Ale  ja  nie  rozumiem  twojego.  Jednego  dnia  jesteś  dla  mnie  miły,  a  drugiego  dnia 

obrzucasz mnie obelżywymi słowami i traktujesz z pogardą. 

Roderick wbił w nią wzrok. 

- Jeśli tego nie rozumiesz, to znaczy, że jesteś głupsza, niż myślałem! 

Po czym szybkim ruchem zgasił lampę i odwrócił się do Helgi plecami. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Helga  udawała,  że  nie  zauważa  jego  niechęci.  Nie  rozumiała  jej  i  bardzo  z  tego 

powodu  cierpiała.  Próbowała  policzyć,  ile  razy  spojrzał  na  nią  z  przyjaźnią  i  czułością. 

Niestety, niewiele. 

Wstała i zaczęła bawić się koszykiem; po chwili on rzekł: 

-  Byliśmy  wobec  ciebie  bardzo  okrutni,  nikt  niczego  ci  nie  wyjaśnił.  Przecież  ty  nic 

nie rozumiałaś! Czy wiesz już, kim jestem? 

Nagle Helga znowu rozpromieniała. 

- Tak, jestem z ciebie taka dumna! 

- Nie ma z czego. Pragnąłbym jeszcze tyle zrobić, ale nie mam możliwości. Już dawno 

chciałem ci powiedzieć, kim jestem, ale mi nie pozwalano. 

- Naprawdę chciałeś? 

- O Boże, daj spokój już z tą egzaltacją! - rzucił zniecierpliwiony. 

Choć Heldze zrobiło się przykro, starała się tego nie okazać. 

- Proszę, tu mam coś do jedzenia! 

- Z Aidan’s Broch? - rozchmurzył się. - Ale to pewnie dla ciebie? 

- Podzielimy się! Nawet jeśli jest tego niewiele. 

Spojrzał na nią ciepło. 

-  Dla  mnie  dzisiaj  wszystko  jest  przysmakiem  po  miesiącu  żywienia  się  suchym 

chlebem. 

- Wyobraź sobie, że w koszyku są też same suche skórki od chleba! - żartowała Helga, 

na co on ukazał swe białe zęby w szerokim uśmiechu, a jej zrobiło się miękko w kolanach. 

Usiedli  na  łóżku  i  żartując  podzielili  wszystko  między  siebie.  W  niewielkim 

dzbanuszku była ciepła czekolada, którą wypili po kolei prosto z naczynia, co Heldze wydało 

się niezwykle podniecające i śmiałe, poza tym znaleźli kanapki z różnymi przysmakami. 

-  Opowiedz  mi  trochę  o  sobie  -  poprosiła  Helga.  -  Wiem  jedynie  tyle,  że  w  oczach 

całej  wsi  jesteś  bohaterem,  a  bohaterzy  są  dla  mnie  równie  bezosobowi  jak  jakaś  instytucja 

czy bóstwo. 

-  Ach,  nie  ma  naprawdę  o  czym  mówić  -  odparł  nonszalancko,  Helga  jednak 

zauważyła, że ucieszyło go jej pytanie. - Jestem zwyczajnym wieśniakiem, który po powrocie 

ze służby w wojsku zastał w swej rodzinnej wsi tragedię. Zostałem więc i starałem się pomóc 

twemu ojcu najlepiej jak umiałem. 

background image

- Tragedię? Masz na myśli Corbreda? 

Roderick utkwił wzrok w jakimś odległym punkcie. 

- Nie, Corbred i Mordwin wtedy jeszcze nie stanowili problemu. Mam na myśli Hiss... 

- Otrząsnął się z zadumy. - Dziękuję za jedzenie. Dobrze mi zrobiło. 

Helga, pochylona na koszykiem, do którego zbierała resztki jedzenia, powiedziała: 

- Chyba nic się nie stanie, jeśli prześpimy się razem na tym szerokim łóżku. Każde z 

nas po swojej stronie. 

Roderick przez chwilę milczał, po czym rzekł: 

- Możesz spać sobie wygodnie, bo ja muszę jeszcze iść. 

- Dokąd? - krzyknęła głośno. - Przecież jest noc! 

Po chwili wahania Roderick wyjaśnił: 

- Moja matka jest już bardzo stara i nie daje sobie rady w gospodarstwie. Pomagam jej 

w nocy, kiedy nikt nie widzi. 

- „Jestem zwyczajnym  wieśniakiem”! - powtórzyła Helga z czułością w głosie. - Nic 

dziwnego, że jesteś zmęczony. 

-  Rzeczywiście,  ledwie  chodzę  -  przyznał.  -  Przyjdę  za  kilka  godzin.  Będzie  miło 

wrócić do ciepłego łóżka - zakończył z ironicznym uśmiechem. 

- Odstąpię ci moją ogrzaną połowę - obiecała. 

Gdy  poszedł,  Helga  trzęsącymi  się  rękami  zdjęła  z  siebie  ubranie,  po  czym  w  samej 

koszuli  wśliznęła  się  pod  koc.  Słoma  szeleściła  w  sienniku,  tu  i  ówdzie  kłuły  wystające 

ź

dźbła, wreszcie jednak udało się jej przyjąć jakąś wygodną pozycję. W izbie nie było wcale 

ciepło,  poza  tym  Helga  czuła  się  tak  poruszona  wydarzeniami  minionego  dnia,  że  upłynęło 

sporo czasu, zanim zasnęła. 

Obudził ją dotyk ręki odgarniającej ostrożnie włosy z jej twarzy. Nie otworzyła jednak 

oczu. Chciała się przekonać, co nastąpi dalej. 

Czy on słyszał, jak bije jej serce? Starała się oddychać jak najspokojniej, ale to wcale 

nie było takie łatwe. Czuła przez powieki, że w izbie pali się światło. 

A  więc  Roderick  właśnie  wrócił.  Jak  długo  leżała  nie  śpiąc,  pełna  dławiącego 

oczekiwania? Jak często przychodziła jej do głowy myśl: Pójdę sobie, nie wytrzymam, kiedy 

on się zjawi, to za wiele dla mojego biednego serca, pójdę sobie w swoją stronę, natychmiast! 

Ponieważ jednak godziny mijały, a on nie wracał, poczuła się zmęczona i zasnęła, co 

jej samej wydało się bardzo dziwne. 

Uderzył ją nieoczekiwany zapach - czystej, wysuszonej na wietrze koszuli. Czyli był 

w domu i przebrał się! pomyślała zachwycona. Dla mnie? Tak bardzo chciała w to wierzyć. 

background image

Lekko  i  ostrożnie  głaskał  ją  po  włosach,  wyraźnie  bojąc  się,  by  jej  nie  obudzić. 

Dotknął  policzków,  szepcząc  przy  tym  ciche  słowa,  których  ona  w  ogóle  nie  rozumiała. 

Brzmiały  tak  obco,  że  musiały  pewnie  pochodzić  z  jakiegoś  dialektu.  Jednakże  ton  głosu 

wyrażał  wszystko:  nie  ulegało  wątpliwości,  że  słowa  te  były  pełne  miłości.  Helga  czuła  się 

tak oszołomiona, że jedynie ogromnym wysiłkiem woli zdołała udawać nadal, że śpi. 

A  potem...  Serce  zabiło  jej  mocniej  w  piersi:  poczuła  na  swych  ustach  jego  wargi; 

dotykał ich lekko, delikatnie, nieznacznie przy tym drżąc z lęku lub powściągliwości. 

O Boże, chyba za chwilę umrę! pomyślała. To wszystko jest zbyt nieprawdopodobne i 

zbyt cudowne, żebym mogła to wytrzymać! 

Nadal jednak nie otworzyła oczu, nie poruszyła się. Lekki jak piórko pocałunek trwał 

zaledwie kilka sekund. Roderick cofnął dłoń z jej policzka i po chwili zgasło światło. 

Helga  chętnie  ustąpiłaby  mu  swoje  miejsce,  aby  położył  się  na  ogrzanej  połowie 

łóżka, ale przecież „spała”. Nie sądziła, aby była w stanie rozmawiać z nim teraz normalnie, 

głos na pewno nie byłby jej posłuszny. 

Nigdy jeszcze do tej pory nie była tak promiennie szczęśliwa! W każdym zakamarku 

swego ciała czuła rozpierającą ją radość, z trudem powstrzymywała uśmiech, który czaił się w 

kącikach  ust,  by  ją  zdradzić.  Choć  teraz  Roderick  nie  mógł  widzieć  jej  twarzy,  z  pewnością 

wyczuwał w oddechu ów uśmiech szczęścia. 

Odwrócił  się  do  niej  plecami  i  zwinął  w  kłębek.  Dopiero  teraz  Helga  odważyła  się 

otworzyć  oczy.  W  izbie  było  zupełnie  ciemno,  niczego  więc  nie  mogła  zobaczyć.  Słyszała 

tylko, jak usiłował okryć się kocem, starając się jednocześnie nie ściągnąć go z niej. 

Już  nigdy  więcej  nie  będzie  obawiać  się  jego  ostrych  słów!  Teraz  bowiem  wie,  że 

słowa te jedynie maskują coś, co on wysiłkiem swej woli lub wbrew niej musi chować gdzieś 

głęboko i skrywać przed otoczeniem. Ów delikatny pocałunek, który dla innej dziewczyny w 

ogóle nie miałby znaczenia, dla Helgi oznaczał coś oszałamiająco cudownego. 

Roderick  trząsł  się  z  zimna,  niemal  słychać  było,  jak  szczęka  zębami.  Biedaczek, 

marznie  tak  w  każdą  noc,  kiedy  tu  wraca  i  śpi  samotnie,  pomyślała  ze  współczuciem.  Ale 

przecież  dzisiaj  ona  jest  tutaj.  Nie  powinna  być  taką  egoistką  i  zajmować  ogrzanej  części 

łóżka tylko dla siebie. 

- Zimno ci? - spytała cicho, z lękiem. 

-  Pewnie  cię  obudziłem?  -  odparł  skruszony.  -  Nie,  nie  jest  tak  źle,  zdążyłem  się 

przyzwyczaić do zimna. 

- Przysuń się bliżej mnie - zaproponowała zmieszana. - Tu jest cieplej. 

Przez chwilę panowała całkowita cisza. 

background image

-  Czy  ty  jesteś  tak  naiwna  czy  przebiegła?  -  zdziwił  się.  -  Wolę  myśleć,  że  jesteś 

naiwna. 

Nie bez wahania przybliżył się o kilka centymetrów w jej stronę. Helga zaś przysunęła 

się jeszcze bliżej i objęła go mocno ramionami. 

- Wiem, że Roderick MacCullen to rycerski mężczyzna - uśmiechnęła się z dziecięcą 

pewnością. - Sumienie nie pozwala mi spać, kiedy ty tak marzniesz. 

- To, że walczę z łotrami, wcale jeszcze nie znaczy, że jestem rycerski - bąknął. - Ale 

rzeczywiście jesteś ciepła! 

Przysunął się do niej jeszcze bliżej, wciąż odwrócony plecami. 

-  To  jest  najwspanialsza  rzecz,  jaką  udało  mi  się  poznać  w  ostatnim  czasie.  Nie 

wiedziałem nawet, że kobieta może być taka ciepła. 

Helga,  mocno  przytulona  do  jego  pleców,  uśmiechnęła  się  tkliwie.  Przepełniało  ją 

prawdziwe współczucie. Jakiż on musiał być samotny! 

Wkrótce  dreszcze  przestały  wstrząsać  jego  ciałem,  mimo  to  nadal  nie  zasnął.  Z  jego 

piersi raz po raz dobywały się głębokie westchnienia. 

Ciało  Rodericka  zaczynało  powoli  się  rozgrzewać.  Helgę  łaskotało  coś  w  rękę,  która 

obejmowała  jego  tors,  sięgając  aż  po  brzeg  rozpiętej  koszuli.  Dotykała  dłonią  jego  gładkiej 

skóry,  mając  przy  tym  wrażenie,  że  między  jej  palcami  a  jego  skórą  przepływają  drobne 

elektryczne iskierki. 

Helga  nigdy  jeszcze  do  tej  pory  nie  była  tak  blisko  żadnego  mężczyzny.  Dlatego 

dopiero teraz budziła się w niej - najpierw powoli, potem coraz gwałtowniej, wywołując coś 

na kształt szoku - nowa świadomość. Z trudem łapiąc oddech, cofnęła wreszcie rękę. 

Gdy odwrócił nieco głowę w jej stronę, rzuciła szybko: 

- Chyba już się ogrzałeś. Dobranoc! 

Po czym odsunęła się szybko aż do samej ściany. 

Z drugiego końca łóżka dał się słyszeć cichy, tłumiony śmiech. 

Teraz  z  kolei  ona  w  żaden  sposób  nie  mogła  zasnąć.  Czuła  się  oszołomiona, 

wystraszona  i  zawstydzona.  Ponieważ  zorientowała  się,  że  na  dworze  już  niedługo  powinno 

ś

witać, usiadła cicho na posłaniu i zaczęła ubierać się w ciemnościach. 

Po chwili usłyszała jego głęboki głos: 

- Przecież nic nie widzisz. 

Podniósł się i uchylił nieco okno. Wąska smuga bladego światła wpadła do skromnej 

izby. Helga zadrżała. 

- Świeże powietrze jest dobre, ale czasami lepiej skryć się w ciemności - uśmiechnęła 

background image

się nerwowo. - Pewnie wyglądam okropnie! Nie umyta, nie uczesana... 

Roderick nie powiedział ani słowa, tylko ujął jej twarz w swe dłonie, wplatając palce 

we włosy. On też nie wyglądał świeżo w tym zimnym, bezlitosnym świetle poranka, Heldze 

jednak  wydał  się  nieprawdopodobnie  atrakcyjny  i  pociągający,  do  tego  stopnia,  że  niemal 

zakręciło  się  jej  w  głowie.  W  owej  chwili  czuła  nie  tylko  czysto  fizyczny  pociąg  do  tego 

wspaniałego mężczyzny, ale także coś innego: silną więź duchową. Miała ochotę opowiedzieć 

mu  właśnie  teraz  o  całym  swym  dzieciństwie,  o  marzeniach,  o  tym,  co  zamierzała  począć  z 

tym życiem, jakie otrzymała w darze. Była niemal pewna, że by jej wysłuchał - i zrozumiał. 

Niemal  pewna.  W  jego  oczach  dał  się  bowiem  zauważyć  swawolny  ognik,  który 

ostudził jej zapał. I lekki cień zniecierpliwienia czy irytacji, podkreślony jeszcze ściągnięciem 

brwi. 

-  Dziękuję!  -  bąknęła  pospiesznie,  nie  precyzując,  za  co  właściwie  mu  dziękuje.  - 

Teraz będziesz wreszcie mógł się przespać. 

Wybiegła z chaty i ruszyła szybko przez pustą jeszcze wieś. Ponieważ miała klucz od 

tylnych drzwi, wślizgnęła się nie zauważona do domu. 

W Aidan’s Broch panowały cisza i spokój. O tej porze wszyscy jeszcze spali, również 

groźni strażnicy Corbreda. 

Gdy doszła do swego pokoju, stanęła jak wryta. 

Drzwi  były  wyłamane,  a  stół  i  krzesła  leżały  poprzewracane  na  podłodze. 

Porozrywaną na strzępy pościel porozrzucano po całym pokoju. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  wszystko  to  zrobił  ktoś  w  napadzie  dzikiej  furii.  Helga 

była wdzięczna Jamesowi: to dzięki niemu nie stała się ofiarą tej barbarzyńskiej napaści. 

Ale  co  ona  ma  teraz  ze  sobą  począć?  W  pokoju,  w  którym  nie  można  się  zamknąć, 

zostać nie mogła. Nie mogła także pójść do Jamesa, a tym bardziej do Rodericka, ni wolno jej 

bowiem  było  narażać  ich  na  niebezpieczeństwo  teraz,  kiedy  lada  chwila  obudzą  się 

domownicy.  A innych pokojów znajdujących się w tym samym skrzydle  nie znała, zresztą i 

tak nie byłaby w nich bezpieczna. 

Zabrała  więc  swoją  walizkę,  której  nie  zdążyła  jeszcze  rozpakować  na  nowo  i  która 

leżała ciśnięta w kąt, ale nie tknięta. Ostrożnie wyszła na korytarz. Zawahała się przez chwilę, 

bo chociaż już się zdecydowała, dokąd ma pójść, nie mogła opanować lęku. 

Niedługo zrobi się całkiem widno. 

Zdawała  sobie  sprawę  z tego,  że  może  polegać  wyłącznie  na  sobie.  Czuła  się  bardzo 

samotna. 

Posuwając  się  ostrożnie  w  mroku  zalegającym  jeszcze  korytarz,  doszła  do  schodów 

background image

prowadzących  na  duże  poddasze  i  otworzyła  skrzypiące  drzwi.  Stąpając  na  palcach  po 

surowych, ni heblowanych deskach, błądziła wzrokiem miedzy osnutymi pajęczyną meblami. 

Serce  waliło  jej  mocno  na  samą  myśl  o  tym,  co  mogło  się  kryć  wśród  tych 

przeróżnych  rupieci,  których  nawet  nie  widziała  dokładnie  w  ciemności;  w  jej  wyobraźni 

powstawały  twory  wyposażone  w  kły  i  pistolety,  stanowiące  połączenie  jakichś  bliżej 

nieokreślonych postaci i strażników Corbreda. 

W  jednym  rogu  wisiały  stare  ubrania.  Helga,  rozsuwając  je  po  omacku,  z  duszą  na 

ramieniu  przeszła  dalej  i  znalazła  w  kącie  jakiś  szezlong,  z  którego  kilkoma  uderzeniami 

dłoni usunęła wierzchnią warstwę kurzu. Mógł posłużyć jej na parę godzin jako łóżko. 

Bo  przecież  musiała  się  przespać,  jeśli  miała  wytrzymać  czekający  ją  poranek,  a 

właściwie cały dzień. 

Najpierw jednak uklękła i odmówiła modlitwę. Nagle poczuła dojmujący ból na myśl 

o  tym,  jak  bardzo  daleko  znajduje  się  od  rodzinnego  domu.  Oto  jest  bowiem  w  miejscu,  w 

którym ludzie mają inną wiarę i inny kościół niż ten, jaki poznała u siebie. Nie traciła jednak 

nadziei,  że  Bóg  wysłucha  ją  także  tutaj,  że  na  pewno  widzi  Helgę  Solbraten  tu,  na  tym 

strychu, gdzieś w obcym kraju. Poprosiła go, by podczas jej nieobecności czuwał nad matką i 

rodzeństwem,  a  także  by  dopomógł  jej  ojcu  wrócić  do  zdrowia.  Zmówiła  też  krótką  i  nieco 

nieśmiałą  modlitwę  na  intencję  tego,  aby  Roderick  MacCullen  przestał  już  cierpieć  w 

samotności i nigdy już nie marzł. (I żeby odkrył, że ona istnieje.) Przez chwilę zastanowiła się 

także, czy nie powinna poprosić Boga o to, aby uczynił Corbreda lepszym, ponieważ jednak 

zbytnio  nie  wierzyła,  by  to  pomogło,  odłożyła  tę  modlitwę  do  następnego  wieczoru.  Lepiej 

nie obciążać Wszechmogącego wszystkim naraz. 

Następnie  zwinęła  się  na  szezlongu,  przykryła  aksamitnym  płaszczem,  pachnącym 

jakąś damą. 

Spała  bardzo  niespokojnie,  budząc  się  często  i  nasłuchując  lękliwie,  czy  nikt 

przypadkiem  nie  skrada  się  za  jej  plecami.  Ale  nikogo  nie  było.  Gdy  wreszcie  usłyszała,  że 

dom zaczyna budzić się do życia, wstała i wróciła do swojego pokoju. 

Umyła  się  i  przebrała,  po  czym,  westchnąwszy  kilka  razy  głęboko  i  nabrawszy 

powietrza w płuca, zeszła do jadalni. 

Ian  i  Lynn  byli  już  na  dole.  Brakowało  Corbreda.  Ian,  widząc  ją,  podniósł  się  z 

miejsca i pokuśtykał ku niej, by ją przywitać. 

- Co też w ciebie wstąpiło, drogie dziecko? Kto to słyszał uciekać - spytał z troską w 

głosie. - Jak mogłaś pomyśleć, że nikt cię tu nie chce? Co prawda ciągle nas nie ma w domu, 

ale tak bardzo cieszymy się z tego, że do nas przyjechałaś. Prawda, Lynn? 

background image

Elegancka  młoda  dama  nic  nie  odpowiedziała,  co  przy  dobrej  woli  można  było 

zinterpretować jako „oczywiście”. 

Helga znowu głęboko odetchnęła. 

-  Dziś  w  nocy  ktoś  włamał  się  do  mojego  pokoju  -  powiedziała  zdecydowanym 

głosem. 

Ian i Lynn wymienili między sobą szybkie, niespokojne spojrzenia. 

- Co ty mówisz? - spytał Ian. - A co z tobą? Nic ci się nie stało? 

-  Nie.  Kiedy  usłyszałam  kroki  na  korytarzu,  zdążyłam  się  jeszcze  ukryć  -  odparła.  - 

Ale i pokój, i drzwi są zniszczone. Nie mogę tam mieszkać. Czy to może sprawka jednego z 

tych dziwnych wartowników, którzy tu krążą? 

Lynn rzekła lodowatym tonem: 

-  Raczej  jednego  z  parobków,  którzy  upatrzyli  sobie  ciebie  jako  odpowiedni  cel 

nocnych uciech. Nie spodziewali się, że spotkają się z oporem z twojej strony. 

-  Gdzie  jest  Corbred?  -  spytała  Helga,  czując  w  sobie  tego  dnia  zdumiewającą  siłę  i 

pewność. 

- Śpi - odpowiedziała bez namysłu Lynn. 

- Nie najlepiej się dziś czuje - dodał Ian trochę niezdecydowanie. - Twoje wczorajsze 

zniknięcie  bardzo  nim  wstrząsnęło.  Poza  tym  jego  ludzie  gdzieś  zasłyszeli...  że...  Mordwin 

podobno nie żyje. Wiesz coś może na ten temat? 

-  Ja?  Nie,  przecież  nikogo  tu  nie  znam,  rozmawiam  jedynie  z  wami  i  Jamesem. 

Wszyscy inni mówią językiem, którego nie rozumiem. 

- No, właśnie, James! Gdzie on się podziewa? - spytała Lynn. - Coś mi się wydaje, że 

on zaczyna być zanadto rozkojarzony i zaniedbuje swoje obowiązki. Słyszysz mnie, Ianie? 

- Nie masz racji - odparł Ian. - Trudno znaleźć kogoś bardziej oddanego swej pracy niż 

James! 

-  Przecież  jego  nigdy  nie  ma,  kiedy  jest  potrzebny!  Coraz  częściej  każe  na  siebie 

czekać. Helga, zadzwoń na niego! 

Ian podniósł się natychmiast z miejsca i pokuśtykał ku ścianie, na której wisiał pasek 

do dzwonka. 

- Helga nie jest tu służącą! To moja siostra! 

- Doprawdy? - spytała sucho Lynn. 

Helga zaczęła się bać. Co też ten Corbred mógł zrobić z Jamesem? Ani przez chwilę 

bowiem  nie  wątpiła,  że  to  właśnie  on  dokonał  spustoszenia  w  jej  pokoju  i  teraz  odsypia  ten 

atak dzikiej wściekłości. 

background image

Ale przecież ni mogliby się obyć bez Jamesa - dobrego, cichego i wiernego Jamesa. 

A jeśli coś mu się stało, to co będzie z jej ojcem? 

Heldze  przeszły  ciarki  po  plecach,  zmusiła  się  jednak,  by  z  uśmiechem  na  ustach 

rozmawiać o wyjątkowo chłodnej jesieni tego roku. 

Po chwili, ku jej nieopisanej uldze, do jadalni wszedł James. 

Ian oznajmił natychmiast: 

-  James,  ktoś  zdemolował  pokój  panienki.  Bądź  tak  dobry  i  przygotuj  inny, 

bezpieczniejszy, do którego nie uda się wedrzeć żadnym łobuzom. 

- Tak jest, sir! Mam nadzieję, że nic się panience nie stało? 

- Nie, udało mi się ukryć przed nimi. 

Oboje porozumieli się ze sobą wzrokiem. Jej spojrzenie mówiło: „Tej nocy wszystko 

przebiegło bez kłopotu”. James odpowiedział: „To dobrze. Ale proszę zachować ostrożność! 

Niebezpieczeństwo jest duże”. 

Po  śniadaniu  -  a  właściwie  lunchu,  ponieważ  tego  dnia  obudziła  się  nieprzyzwoicie 

późno - Helga zajęła się przeprowadzką do innego pokoju, położonego bliżej głównej części 

posiadłości i wyposażonego w solidniejszy zamek. 

Gdy już niemal się urządziła, odwiedził ją James. 

Zniżywszy głos, rzekł: 

- Ktoś bardzo chciałby zobaczyć się z panienką. Czeka w stajni. 

-  Tak?  -  odpowiedziała,  spodziewając  się  dokładniejszych  informacji,  lecz  James 

zachował kamienny wyraz twarzy. 

- Proszę uważać, żeby nikt panienki nie zobaczył - przestrzegł. 

Helga zbiegła szybko na dół, rozglądając się przezornie wokoło. Jeden z wartowników 

sterczał  w  drzwiach  któregoś  z  dalszych  zabudowań  gospodarskich,  ponieważ  jednak  nie 

patrzył w jej kierunku, zdecydowała się przemknąć między domem a stajnią. 

Gdy  znalazła  się  w  ciepłym  półmroku,  przepełnionym  parą  końskich  oddechów, 

zwolniła kroku i zatrzymała się niezdecydowana. Ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Roderick 

MacCullen wciągnął ją do niewielkiej narzędziowni, 

Helga wydyszała: 

- Czy ty oszalałeś? Przecież nie wolno ci tu przychodzić! Czy coś się wydarzyło? 

- Nic,  co dotyczyłoby  ciebie - szepnął. -  chciałem tylko sprawdzić, czy  nic ci się nie 

stało. 

Poczuła, że jej policzki pokrywają się rumieńcem szczęścia. 

- Bo mam dla ciebie pewną wiadomość - wyjaśnił pospiesznie, a jego twarz przybrała 

background image

surowy i zdecydowany wyraz. - A właściwie dla twojego ojca. 

Helga  nie  dała  się  zwieść  jego  zachowaniu  pełnemu  rezerwy.  Opowiedziała  mu  o 

włamaniu do pokoju i o tym, że Corbred nie pokazał się jeszcze do tej pory. 

- Posłuchaj, nie wolno ci tu zostać! Przenieś się do naszej chatki, nie chcę, żebyś była 

w  pobliżu  tych  łotrów.  Jeśli  wyobrażasz  sobie,  że  nie  mamy  się  czym  zajmować,  to  się 

mylisz. Nikt z nas nie ma czasu, żeby cię niańczyć. 

Helga nie słyszała tych surowych słów i lodowatego tonu. Zapamiętała bowiem tylko 

jedno  malutkie  słówko  spośród  wszystkich,  jakie  padły  z  jego  ust:  Nasza  chatka!  Ta 

odrażająca nora zamieniła się nagle w przytulne schronienie. 

Na  samą  myśl  o  nocy  spędzonej  przy  Rodericku  zrobiło  jej  się  gorącą,  zdołała  się 

jednak opanować. 

- Obiecałam memu ojcu, że będę szpiegiem i posłańcem. Nie mogę teraz zawieść ani 

jego, ani Jamesa. 

-  Zrozum,  że  Corbred  jest  coraz  bardziej  niebezpieczny,  jego  ludzie  pojmali  wczoraj 

jednego z naszych. Boję się, że jeśli zaczną go torturować, to... 

- Faktycznie! - krzyknęła przerażona. - Ian wspomniał coś o tym, że ludzie Corbreda 

gdzieś,  jak  się  wyraził,  zasłyszeli,  że  Mordwin  podobno  nie  żyje.  Był  taki  dziwny,  kiedy  to 

mówił. 

-  Biedaczysko!  -  westchnął  Roderick.  -  Sprawy  zaczynają  wyglądać  poważnie. 

Naprawdę nie możesz tu dłużej zostać! 

-  Ale  przecież  właśnie  teraz  będziecie  potrzebować  mojej  pomocy.  Ktoś  musi  wam 

donosić o tym, co dzieje się w domu. 

-  No  tak,  ale...  No,  dobrze,  bądź  tu  w  dzień,  ale  w  nocy,  musisz  mi  to  obiecać, 

będziesz przychodzić do mnie! 

Helga uśmiechnęła się nieznacznie. 

- Trzeba przyznać, że nie śpi nam się szczególnie dobrze, jedno z nas... 

- Można się przyzwyczaić. Tylko obiecaj! - nalegał. 

- Obiecuję - powiedziała wreszcie, bojąc się jednocześnie, że on zauważy promienny 

blask jej oczu. 

- Musimy wytrzymać i poczekać, aż twój ojciec będzie na tyle silny, by stawić czoło 

ich intrygom. 

- Jutro chyba przyjeżdża rejent? 

Roderick wykrzywił twarz w grymasie: 

-  On  nic  tu  nie  zdziała. Spowoduje  jedynie,  że  nienawiść  Corbreda  stanie  się  jeszcze 

background image

bardziej zaciekła. Naprawdę boję się ciebie tu zostawić... 

Można było odnieść wrażenie, że pragnął powiedzieć coś więcej, lecz się zawahał. 

- Spałeś? - spytała Helga rzeczowo. 

- Trochę. 

- Musisz spać więcej. Poza tym śmiertelnie się boję, kiedy tu przychodzisz. 

-  W  porządku.  Już  idę.  Ale  jeśli  kiedyś  nadejdzie  taki  dzień,  że  nie  będę  zmęczony, 

brudny i ścigany, to... Nie, zapomnij a tym! 

- Uważam, że i tak ładnie wyglądasz. 

Uśmiechnął się lekko i ujął jej dłonie w swe mocne ręce. 

- Jeśli znajdziesz się w niebezpieczeństwie, to pomyśl wtedy o tym wszystkim, czemu 

nie  było  dane  się  spełnić!  Nie  pozwól  umrzeć  marzeniom,  które  nie  zdążyły  się  jeszcze 

obudzić. Są zbyt piękne. 

Z pewnością nikt nie zdołałby wdzięczniej wyrazić prośby o to, by dbała o swe życie. 

- Roderick, ja... 

- Słucham? 

- Nie, nie, nic takiego - odparła i spojrzała gdzieś w bok. 

- No, powiedz! 

-  Nie,  nie  proś  mnie  o  to,  jest  we  mnie  tylko  wstyd  i  skrucha.  Dziękuję  ci,  że 

przyszedłeś! Teraz jestem silna. 

Przyglądał się jej długo w mroku stajni. Jego ciemne oczy żarzyły się blaskiem i nagle 

Heldze  wydało  się,  że  wszystko  wokół  niej  wiruje.  Pochyliła  głowę,  która  spoczęła  na  jego 

ramieniu.  Zupełnie  jakby  jakaś  magnetyczna  siła  przyciągała  ją  ku  niemu,  bo  przecież  ona 

sama nie zamierzała tego uczynić. 

Roderick  jęknął  i  w  następnej  chwili  Helga  poczuła,  jak  jego  mocne  ramiona 

zamykają ją w żelaznym uścisku. Jego ciało znalazło się tuż przy niej, a jego wargi spoczęły 

na jej włosach. W tej cudownej chwili dziewczyna poddała się całkowicie upojeniu, jakie ją 

ogarnęło, gdy stali tak nieruchomi, nic nie mówiąc, wszystkimi zmysłami chłonąc nawzajem 

swą  bliskość.  Wreszcie  Roderick  odsunął  się  od  niej  nieoczekiwanie  i  spojrzał  na  nią 

nieprzytomnymi oczyma. 

- Te twoje... - zaczął, lecz ona przerwała mu przerażona. 

- Wybacz mi, poczułam się tylko trochę zmęczona - wyjaśniła. - Chwilami jestem jak 

nieprzytomna, dziękuję, że mnie podtrzymałeś. Ja też niewiele spałam w ostatnim czasie. 

Jego  zagniewane  oblicze  rozchmurzyło  się  nieco,  wyrażając  teraz  pełną  zrozumienia 

wdzięczność, że tak zręcznie rozwiązała za niego tę kłopotliwą sytuację. 

background image

- Tak, powinienem nakrzyczeć na ciebie, że zupełnie o siebie nie dbasz. 

Odprowadził ją do drzwi, po czym zatrzymał się przy nich. 

Powiódł palcem po jej brwiach. 

-  Powiedz  mi,  dlaczego  życie  jest  takim  piekłem?  Kim  jest  ten,  kto  wymyśla  nam 

wszystkie komplikacje? 

- Nie sądzisz, że my sami to robimy? 

Roderick  pokręcił  głową.  Zachowywał  się  tak,  jakby  nie  mógł  oderwać  wzroku  od 

twarzy Helgi. Jego ciemne oczy były pełne smutku. 

-  Co  innego  mam  na  myśli.  Chodzi  mi  o  coś  więcej.  No  dobrze,  uważaj  na  siebie! 

Może ty zostaniesz, a ja... Nie, lepiej nie. 

Uścisnął jej ręce i dał znak, żeby już poszła. 

Na  obiedzie  pojawił  się  Corbred.  Jego  ładna  twarz  o  wyraźnie  zaznaczonej 

mefistofelesowskiej  bródce,  otoczona  koroną  półdługich  kruczoczarnych  włosów,  była 

strapiona i zmęczona. 

- Patrzcie, patrzcie, nasze małe niewiniątko zechciało uczynić nam tę łaskę i poświęcić 

małą chwilę swego drogocennego czasu? 

Helga czuła, że się czerwieni. Miała bowiem tę jasną, delikatną karnację, jaka często 

stanowi uzupełnienie złotaworudych włosów i demaskuje każde najmniejsze zawstydzenie. 

- A gdzież to panienka się podziewała? - spytał drwiąco. 

Ian odparł z irytacją: 

- Przecież już ci mówiłem, że wystraszyła się w nocy i gdzieś się schowała. Widocznie 

miała powody, żeby to zrobić! 

Corbred obrzucił brata nienawistnym spojrzeniem, lecz widać było, że tak mocno boli 

go głowa, iż nie jest w stanie prowadzić dalej dyskusji. 

Spożywano obiad w przytłaczającym milczeniu. Helga wciąż nie mogła wyzwolić się 

od  lęku.  Odnosiła  wrażenie,  że  Corbred  jest  jak  drapieżny  ptak,  nieustannie  czyhający  na 

ofiarę.  Wrogość  między  braćmi  ciągle  rosła,  wywołując  wyraźną  radość  Lynn.  Nietrudno 

było zauważyć, że Ian ma dość aroganckiego zachowania Corbreda, a ten z kolei nie zamierza 

dłużej być miły dla siostry. Atmosfera była tak nieznośna, że Helga czuła się wręcz chora. 

Na  domiar  złego  od  strony  wzgórza  dało  się  słyszeć  odgłos  uderzeń  młotka!  Helga 

zdawała  sobie  sprawę,  co  to  znaczy.  Widziała  wcześniej,  jak  dwaj  wartownicy  Corbreda 

zmierzali tam z narzędziami i deskami w rękach. Nie będzie już litości! 

Gdy  wreszcie  wstali  od  stołu,  bąknęła,  że  zamierza  się  położyć,  ponieważ  ostatniej 

nocy bardzo źle spała. 

background image

Corbred zatrzymał ją: 

-  Oczekujemy,  że  zjawisz  się  w  salonie  dzisiaj  o  dziewiątej  wieczorem.  Mam  wam 

wszystkim coś do powiedzenia. 

- Nie możesz tego powiedzieć teraz? - mruknął Ian. 

- Nie. O dziewiątej wieczorem. 

Helga nie miała najmniejszej ochoty na to spotkanie. Chciała pójść do Rodericka. Ale 

Corbredowi nie mogła odmówić. 

- Przyjdę. 

Corbred  nie  podjął  choćby  najmniejszej  próby,  żeby  postarać  się  o  jakieś  zajęcie  dla 

niej  w  Glasgow  czy  Londynie,  nawet  nie  wspomniał  już  o  tym  ani  słowem.  Zupełnie  jakby 

nie wystarczało pozbyć się jej z Aidan’s Broch, jakby Corbred postanowił sobie pozbyć się jej 

na dobre. 

Nie myliła się! Gdy spotkała jego spojrzenie, wyczytała w nim wydany na nią wyrok 

ś

mierci. 

Helga Solbraten stała mu na drodze. Musiał ją usunąć. 

Czy  Corbred  wiedział,  że  ona  jest  jedyną  prawowitą  spadkobierczynią?  Oczywiście, 

musiał  wiedzieć,  przecież  on  nie  był  rodzonym  synem  Angusa  MacDunna.  A  jutro  miał 

przyjechać rejent... 

Powiodła  wzrokiem  po  pozostałych.  Co  oni  myśleli?  Mordwin  nie  żyje,  wiedzieli  o 

tym teraz już wszyscy troje. Ale co się stanie w przypadającą im częścią spadku, gdy pojawiła 

się jego prawowita dziedziczka? Mieli stracić wszystko? 

O  tym,  że  Angus  MacDunn  ocalał,  oczywiście  nie  wiedzieli.  Ani  też  o  tym,  że  tak 

blisko nich jest Roderick MacCullen. 

Helga zdała sobie nagle sprawę ze swego położenia. W ich oczach była zupełnie sama 

i całkiem bezbronna. Nikt by się nie przejął, gdyby zniknęła na dobre. 

Może Ian...? 

Dlaczego miałby jej pomóc? Akurat on, któremu groziła utrata tytułu na jej rzecz. 

Helga wróciła szybko do swojego pokoju i starannie zamknęła drzwi, 

Usiadła  na  brzegu  łóżka.  Musiała  zostać  tu  aż  do  godziny  dziewiątej!  Nie  wiadomo, 

jak  długo  potrwa  spotkanie.  Może  już  nigdy  stąd  nie  wyjdzie?  Może  już  nigdy  nie  zobaczy 

Rodericka!  Ale  jeśli  teraz  ucieknie,  zawiedzie  i  jego,  i  swojego  ojca.  Obaj  potrzebowali  jej 

pomocy. 

Czuła  trudną  do  opanowania  tęsknotę.  Głos  Rodericka  również  dzisiaj  był  ostry  i 

nieprzyjemny, ale Helga nie da się już oszukać? On po prostu nie chciał przyznać się nawet 

background image

przed samym sobą, że... 

Położyła się na łóżku i z oczami utkwionymi w sufit oddała marzeniom o przyszłości. 

Owo  nieznane  wywoływało  w  niej  lęk  i  równocześnie  podniecało.  Roderick...  Brudny, 

zaniedbany,  nie  ogolony  i  na  dodatek  śmiertelnie  zmęczony.  Mimo  to  wydawał  się  tak 

pociągający, że jego widok wprost zapierał dech w piersi. 

Ocknęła się z marzeń. Może powinna zejść na dół? Nie, lepiej poczeka tutaj. 

Na  zewnątrz  obok  jej  drzwi  wisiał  głośno  tykający  zegar.  Helga  wysunęła  głowę  z 

pokoju. 

Dopiero ósma. Jeszcze cała godzina zupełnej bezczynności. 

A potem, co stanie się potem? Helga nie mogła uwolnić się od okropnego przeczucia, 

ż

e  wszelkie  próby,  na  jakie  wystawieni  byli  mieszkańcy  Doliny  Aidana,  miały  wkrótce 

osiągnąć swój punkt kulminacyjny. 

Ale  co  miałoby  to  oznaczać  w  praktyce,  tego  Helga  nie  potrafiła  wyobrazić  sobie 

nawet w najśmielszych snach. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Helga czuła przemożną ochotę, by pójść tam, gdzie powinna być o tej porze. Zmusiła 

się jednak i została na miejscu. 

Powinna  napisać  list  do  matki.  Nie  mogła  już  dłużej  zwlekać  i  kazać  jej  czekać  w 

niepokoju. 

Wyjęła kartkę papieru, pióro i próbowała zacząć. 

Droga Mamo! 

Wybacz, że piszę tak późno, ale... 

I co dalej? Co ma napisać dalej? 

Gdzieś  w  domu  dał  się  słyszeć  przytłumiony  hałas.  Helga  spojrzała  przestraszona  na 

zamek w drzwiach. Czy to wartownicy Corbreda przystąpili do akcji? 

Wyjrzała  ostrożnie  na  dziedziniec.  Nie,  dwaj  z  nich,  zajęci  pogawędką,  stali  pod 

lampą oświetlającą drzwi, a dwaj pozostali nadal pracowali przy nowej szubienicy, przez cały 

czas  bowiem  dochodziły  od  strony  wzgórza  odgłosy  piłowania  i  uderzeń  młotka,  widać  też 

było migające światła pochodni. 

W domu znowu zapanowała cisza. Helga skupiła się nad listem. 

Przeczytała  to,  co  napisała  do  tej  pory:  że  ojciec  przyjął  ją  bardzo  serdecznie,  że 

dostała ładny pokój i poznała ciekawych ludzi i że dokładniej napisze o wszystkim później. 

Ten  fałszywie  pogodny  ton  z  pewnością  nie  zwiedzie  matki.  Zirytowana,  Helga 

zgniotła kartkę i cisnęła ją na podłogę. 

Wybiła dziewiąta, czyli nadeszła pora, by zejść na dół. 

W salonie siedziała tylko lady Lynn. 

- O, jesteś już - powiedziała nieoczekiwanie przyjaźnie. - Siadaj sobie,  Ian i Corbred 

omawiają coś w jadalni. 

W tej samej chwili Corbred zawołał: 

- Lynn, czy to Helga przyszła? 

- Tak. 

- Zaraz do was dołączymy. 

Lynn, przykładając palec do ust, szepnęła: 

- Mówiąc prawdę, to oni wzięli się tam za łby. Ian ma już po prostu dość, nareszcie, i 

daje  bratu  porządną  lekcję.  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam  mojego  męża  tak  rozzłoszczonego 

jak dzisiaj. Naprawdę się wystraszyłam. 

background image

Helga usłyszała cichy pogłos podniesionych, zirytowanych głosów. 

- Porozmawiajmy lepiej o czymś weselszym - rzekła Lynn, prostując się na krześle. - 

W  sobotę  będzie  u  nas  bal.  Pewnie  nie  masz  żadnej  odświętnej  sukni?  Mogłabym  pożyczyć 

ci... 

Nie zdążyła skończyć, ponieważ obie skoczyły na krzesłach jak rażone piorunem. 

Z jadalni dał się słyszeć przerażony głos Corbreda: 

- Nie rób tego, Ian, nie! Czyś ty oszalał? Na pomoc! 

Słychać  było  rumor  przewracanych  krzeseł,  potem  dzikie  wycie  Iana  i  na  koniec  coś 

ciężkiego osunęło się na podłogę. 

Helga i Lynn popędziły ku jadalni. 

Ian stał w drzwiach. Był trupio blady i zarazem czerwony jak pochodnia na twarzy. 

- Na litość boską, Lynn - szepnął. - Co ja teraz zrobię? Zabiłem Corbreda! 

Nie  mógł  się  utrzymać  na  swych  słabych  nogach.  Oparł  się  ciężko  o  framugę  drzwi, 

pozostawiając w miejscu, którego dotknął dłonią, krwawą plamę. 

Corbred zabity! 

Pierwsza  myśl,  jak  przebiegła  Heldze  przez  głowę,  była  niegodziwa:  „Bogu  niech 

będą  dzięki”!  Szybko  jednak  ustąpiła  miejsca  przerażeniu,  jakie  ogarnęło  ją  w  obliczu  tego 

strasznego wydarzenia. 

Lynn pierwsza odzyskała przytomność umysłu. 

- Chodź! - powiedziała zdecydowanie. 

Weszły obie do jadalni, choć Helga nie miała na to ochoty. 

Corbred  leżał  za  dużym  stołem,  na  boku,  z  twarzą  odwróconą,  w  pelerynie 

rozpostartej  na  podłodze,  przykrywającej  częściowo  jego  ładne,  długie  włosy,  i  z  czarną  jak 

heban bródką, odcinającą się ostro od kredowobiałej twarzy. 

Teraz nigdy już się nie dowiedzą, o czym to chciał z nimi porozmawiać. 

Lynn pochyliła się nad nim, by sprawdzić puls. 

- Nie żyje - stwierdziła, podnosząc się. 

Helga dostrzegła rękojeść noża wystającą z jego piersi. Odwróciła się szybko w drugą 

stronę. 

- Jak ja mogłem to zrobić? Jak mogłem? - lamentował Ian, zakrywając twarz dłońmi. 

- Już za późno, żeby o tym myśleć - rzekła trzeźwo Lynn. - Teraz musimy podejść do 

tego praktycznie. On nie może tutaj zostać. 

- A co mamy z nim zrobić? - spytał bezradnie Ian. 

Lynn zastanawiała się, nakrywając Corbreda peleryną. 

background image

- Musimy zawiadomić władze. Ale, oczywiście, będziemy utrzymywać, że zabiłeś go 

w obronie własnej. 

-  Nie,  to  nieprawda!  -  zaprotestował  Ian.  -  Nie  będę  kłamał,  przyznam  się,  że  to  ja 

jestem zabójcą. 

- Corbred zamordował tyle ludzi, nie informując o tym żadnych władz - odparła ostro 

Lynn. - Możesz spokojnie powiedzieć, że to była samoobrona. Prawda, Helgo? 

Helga zawahała się przez chwilę: 

-  Taaak,  myślę,  że  jest  dość  powodów,  by  tak  to  nazwać.  Wszystkim  wiadomo,  jak 

bardzo niebezpieczny był Corbred. 

-  Ale  co  zrobimy  z  jego  ludźmi?  -  spytał  nadal  przerażony  Ian.  -  Zaraz  zaczną 

wieczorny obchód. 

-  Musimy  natychmiast  go  stąd  usunąć.  Zajmij  się  tym,  Ian!  A  ja  pogalopuję  do 

następnej  wsi,  gdzie  rejent  z  Glasgow  miał  przenocować  dzisiaj  w  oberży.  Trzeba  go 

zatrzymać,  przecież  on  nie  może  przyjechać  tu  jutro.  Oboje  musicie  bardziej  panować  nad 

sobą. Helga, jesteś blada jak ściana, idź do siebie i połóż się! 

Helga pomyślała wprawdzie, że Lynn chyba aż  za dobrze panuje nad sytuacją, lecz - 

jeśli  spojrzeć  na  to  od  drugiej  strony  -  jako  żona  Iana  nie  chciała  z  pewnością,  by  męża 

spotkało coś złego za to, że zabił takiego łotra jak Corbred. 

Lynn, widząc wahanie Helgi, ponagliła ją niecierpliwie: 

- Pospiesz się! Zaraz tu mogą być wartownicy, a kiedy zobaczą, że Corbred nie żyje, 

wpadną  w  szał.  Zamknij  się  na  klucz  w  pokoju,  zabarykaduj  drzwi  ciężkimi  meblami  i  pod 

ż

adnym pozorem nie wychodź! Niezależnie od tego, co by się działo! 

Helga już bez sprzeciwu udała się do swojego pokoju. 

Usiadła na łóżku i zacisnęła dłonie. Myśli kłębiły się jej bezładnie w głowie. 

Ale jedno wiedziała na pewno: powinna pobiec do Rodericka, bezzwłocznie. Przecież 

on musi o tym wszystkim wiedzieć. 

W  domu  panowała  cisza.  Nie  było  słychać  wartowników.  Czy  naprawdę  ma  się 

odważyć? Tego wieczoru James dostał wcześniej wolne, nie mogła więc na niego liczyć. 

Chyba nie powinna dłużej zwlekać. Wymknęła się bezszelestnie z pokoju i zatrzymała 

na chwilę za drzwiami. 

Czy to możliwe? Z dużego hallu na dole dochodził odgłos przytłumionych kroków. 

To pewnie  Ian chodził niespokojnie w tę i z powrotem, pełen skruchy i niespokojny. 

Bo Lynn przecież miała pojechać konno do wsi. 

To  jednak  dzielna  kobieta.  Choć  Helga  nawet  podziwiała  ją  w  pewien  sposób,  nigdy 

background image

nie  chciałaby  być  taka  jak  ona,  mimo  że  ta  młoda  dama  dzisiejszego  wieczoru  okazała  się 

nadspodziewanie uprzejma wobec niej. 

Ostrożnie, na palcach, przebiegła do balustrady, doskonale zdając sobie sprawę z tego, 

ż

e naraża się na niebezpieczeństwo. Przykucnęła za jej szerokimi słupkami i przyłożyła oko 

do jednego z niewielkich ozdobnie wyciętych otworów. W hallu nie było nikogo, ale z jadalni 

dochodził wyraźny odgłos czyichś kroków. 

Może  w  tej  sytuacji  powinna  wyjawić  Ianowi  prawdę?  Że  laird  żyje  i  Roderick 

MacCullen także? Corbreda przecież już nie ma, a Ian jest jej przyjacielem. 

Ktoś ciągnął coś ciężkiego po podłodze w jadalni. 

To  pewnie  Ian  wynosił  ciało  Corbreda.  Jeszcze  tego  nie  zrobił?  Powinien  się 

pospieszyć, żeby zdążyć, nim przyjdą strażnicy! 

Bez trudu mogła sobie wyobrazić, że Ian wpadł w panikę i stracił głowę, gdy zabrakło 

przy nim niezawodnej Lynn i jej wsparcia. 

Helga już prawie się podniosła, żeby zejść na dół o ostrzec go przed wartownikami, a 

potem opowiedzieć mu o ojcu, gdy nagle znowu przykucnęła. 

Ian wyszedł do hallu, ciągnąc za sobą starannie okryte ciało Corbreda. 

Ale... zaraz, zaraz... 

Helga wytrzeszczyła oczy i bezwiednie otworzyła usta. Co to miało znaczyć? 

Mężczyzna  zatrzymał  się  i  obszedł  zmarłego  wkoło,  by  poprawić  sukno,  którym  był 

przykryty. 

Nie, na pewno się nie myliła. Ian nie utykał! W ogóle, ani trochę! 

Ale to przecież Corbreda widziała tam, w jadalni, na podłodze! 

Czy też...? 

Wpatrywała  się  w  mężczyznę  na  dole.  Jego  czoło  i  policzki  były  nadal  nienaturalnie 

białe. Broda także, a wokół ust... 

Jakby  dopiero  niedawno  sczesał  sobie  włosy  z  czoła,  obciął  je  krótko  przy  uszach  i 

zgolił brodę! 

Ale przecież ta twarz, którą widziała odwróconą do podłogi... 

Czyżby to był jedynie zarys odwróconej w drugą stronę twarzy z przyklejoną brodą? 

Możliwe. 

Lecz przecież słyszała kłótnię Iana i Corbreda w jadalni. Słyszała bijatykę, w wyniku 

której Corbred zginął... 

Jeśli  ten  mężczyzna,  który  stał  teraz  w  hallu  pochylony  nad  zmarłym,  miałby  być 

Corbredem, to przecież nigdy nie zdążyłby zgolić brody i... 

background image

Helga czuła, że odpływa z niej cała krew. A hałas, jaki słyszała około ósmej? Czy to 

był moment zabójstwa? Chwila śmierci Iana? 

To by wyjaśniało, dlaczego trup na podłodze był tak nienaturalnie biały. 

No tak, a kłótnia, którą słyszała, mogła być udawana. Zastanowiwszy się przez chwilę, 

stwierdziła,  że  nie  przypomina  sobie,  aby  słyszała  dwa  głosy  równocześnie.  Tam  mógł  być 

tylko sam Corbred. Poza tym tylko do nich wołał, ani razu się nie pokazał. 

Mężczyzna na dole wyprostował się teraz. 

Tak,  to  Corbred!  Nie  miała  już  wątpliwości.  Bez  brody  i  długich  włosów 

podobieństwo  między  bliźniakami  było  o  wiele  łatwiej  zauważalne,  ale  to  z  całą  pewnością 

był Corbred. Szybki, mocny chód, typowa gestykulacja, sposób trzymania głowy. 

Helga  trzęsąc  się  wciągnęła  głęboko  powietrze.  Jeszcze  przed  kilkoma  minutami 

spokojna, teraz czuła przerażenie, widząc, że to nie Ian był tym z dwóch braci, który przeżył. 

Musi natychmiast ostrzec Lynn! 

W następnej sekundzie jednak pojęła, że byłaby to najgłupsza rzecz, jaką by uczyniła. 

Corbred bowiem mógł bez trudu oszukać Helgę,  ale  Lynn była przecież żoną  Iana i od razu 

dostrzegłaby różnicę. 

To mogło znaczyć tylko jedno: Lynn także uczestniczyła w spisku. 

Czyli  Corbred  nie  miał  nic  do  powiedzenia  o  godzinie  dziewiątej,  absolutnie  nic! 

Wszystko to zostało zainscenizowane tylko po to, aby zdobyć świadka, który by potwierdził, 

ż

e Ian zabił swego brata w obronie własnej... 

Lynn  o  Corbred.  Oczywiście,  dwa  pędy  z  tego  samego  korzenia!  Ian  zawsze  stał 

Corbredowi na drodze do władzy. „Dwie godziny od tytułu lairda”. 

Helga  nie  miała  odwagi  się  ruszyć.  Powinna  pobiec  do  Rodericka  najszybciej  jak  to 

tylko  możliwe,  lecz  teraz  mogło  to  być  zbyt  niebezpieczne.  Wiedziała  już,  że  Corbred  nie 

cofnie się przed niczym. 

Sama w domu z Corbredem, zimnym, wyrachowanym mordercą. Z mężczyzną, który 

na  pewno  musiał  ją  nienawidzić.  Za  zniszczenie  szubienicy.  Za  to,  że  nie  wypiła  whisky  i 

zamiast  zasnąć,  uciekła.  Za  to,  że  była  dziedziczką  tej  wielkiej  fortuny,  którą  on  wreszcie 

mógłby przejąć w swe władanie. Może na razie potrzebował jej jeszcze jako świadka, ale co 

potem? 

Ktoś wszedł do hallu. To Lynn w stroju do konnej jazdy. 

- Jak ci idzie? - spytała po cichu. - Nie potrzebujesz pomocy? 

- Nie, pospiesz się! - odparł. - Zatrzymaj rejenta, on nie może tu jeszcze przyjechać. 

- Mam użyć wszelkich środków? 

background image

- Nie. Nie teraz, to byłoby za dużo naraz. Nie powinniśmy budzić podejrzeń. Przesuń 

tylko jego wizytę o kilka dni, dzięki temu zyskam trochę czasu, żeby pozbyć się dziewczyny, 

kiedy już wystąpi jako świadek przed koronerem. 

- A James? 

- James jest niebezpieczny, zbyt dobrze znał Iana. Może wystarczy, jeśli go zwolnisz. 

Jeżeli nie, to... To będziemy musieli sięgnąć po bardziej drastyczne środki. Wieczorem muszę 

zająć się zamkiem Hiss. 

Helga aż drgnęła na dźwięk tej nazwy. 

Corbred mówił dalej: 

-  Moi  ludzie  poddali  drobnym  torturom  jakiegoś  wiejskiego  gamonia.  I  wiesz,  czego 

się  dowiedzieli?  Nie  dość  że  Mordwin  nie  żyje,  to  jeszcze  na  dodatek  podobno  ocalał 

Roderick MacCullen. 

- Co ty mówisz? 

-  Ale  ja  ich  wszystkich  zaskoczę!  Kiedy  tylko  zakopiemy  mojego  brata  -  przecież 

koroner  nie  może  zobaczyć  jego  zwłok,  bo  poznałby,  że  to  Ian,  a  nie  ja  -  od  razu  pojadę  z 

moimi czterema ludźmi do Hiss... 

- Teraz, w nocy? 

-  To  jest  moja  noc,  Lynn!  Czekałem  na  nią  przez  tyle  lat,  pozostając  w  cieniu  Iana. 

Wykurzę tego lisa MacCullena z jego nory! Jestem pewien, że właśnie tam tkwili przez cały 

czas  i  że  tam  mają  też  potężny  arsenał  broni,  żeby  w  każdej  chwili  móc  mnie  zaatakować. 

Dlatego wymyślili sobie całą tę historię o duchach i strachach... 

Na chwilę popadł w zamyślenie: 

-  Ten  chłopak  powiedział  poza  tym,  że  podobno  jest  jeszcze  jedna  osoba,  która  nie 

umarła. 

- Kto? 

- Nie, to zbyt szalone, nie mogę w to uwierzyć! Ale jeśli to prawda, oni wszyscy są na 

pewno w zamku Hiss. 

- Myślałam, że tam nie da się mieszkać. 

-  Ani  ty,  ani  ja  nigdy  tam  nie  byliśmy,  skąd  więc  mamy  wiedzieć,  jak  tam  jest 

naprawdę? 

- Musicie porządnie się uzbroić. 

-  Możesz  być  spokojna!  Jest  nas  pięciu  i  całą  piątką  zjawimy  się  tam  całkiem 

nieoczekiwanie. To musi się udać. 

- A co zrobimy z dziewczyną? 

background image

-  Z  Helgą?  To  drobiazg.  Kiedy  już  zrobi  swoje  i  poświadczy,  co  widziała,  trzeba 

będzie skręcić jej kark. 

- Jesteś pewien, że ona śpi? 

- Może nie śpi, ale nie ulega wątpliwości, że nie ruszy się ze swojego pokoju. Siedzi 

tam  i  zdenerwowana  gryzie  paznokcie.  Tak  ja  przestraszyłaś  tymi  rozwścieczonymi 

strażnikami.  Pospiesz  się,  zawołaj  tu  moich  ludzi,  żeby  mi  pomogli,  a  ty  ruszaj  w  drogę. 

Musisz być na miejscu  wczesnym  rankiem, zanim on zdąży wyjechać. Powiedz, że Corbred 

się rozchorował, albo wymyśl coś innego. 

Corbred podszedł do Lynn i ją pocałował. 

- Już wkrótce nastanie nasz czas. Długo na to czekałem. 

Objąwszy go za szyję, Lynn powiedziała: 

- Ale przez resztę swego życia będziesz musiał nazywać się Ian. 

-  To  niewysoka  cena  za  pełnię  władzy.  Angus  chciał  zawrzeć  pokój  z  rządem,  może 

Ian  też  miał  podobne  plany.  Ja  na  to  nie  pójdę.  Jeszcze  przez  wiele  lat  ród  MacDunnów 

będzie  panować  w  Dolinie  Aidana.  A  oni  tam,  na  górze,  będą  przekonani,  że  jestem  ich 

wiernym  poddanym!  Tymczasem  przy  pomocy  moich  czterech  ludzi,  śląc  zwierzchnikom 

uspokajające raporty, zapewnimy tu sobie nieograniczoną władzę. Będziemy bogaci, Lynn! I 

silni! 

Od  siedzenia  w  kucki  Helgę  zaczęły  boleć  nogi.  Była  przerażona  tym,  co  usłyszała, 

chciała  jak  najszybciej  pobiec  do  Rodericka,  nie  była  jednak  w  stanie  ruszyć  nawet  palcem. 

Najbardziej  bała  się  tego,  że  któreś  z  nich  mogłoby  wejść  na  górę.  Ale  przecież  zaraz  mają 

przyjść ci straszni strażnicy. Musiała uciekać, i to natychmiast! Tylko jak? 

Tych  dwoje  na  dole  niechcący  jej  w  tym  pomogło.  Otoczywszy  Lynn  ramieniem, 

Corbred  odprowadził  ją  do  wyjścia.  Wykorzystując  tych  kilka  sekund,  Helga  przemknęła 

przez korytarz, kierując się ku małym, niewidocznym tylnym drzwiom. 

Biegnąc  najciszej  jak  się  dało,  wyjęła  z  kieszeni  klucz.  Wiedząc  już,  które  stopnie 

schodów  najbardziej  skrzypią,  omijała  je,  pokonując  po  dwa  albo  trzy  naraz.  Wreszcie 

otworzyła drzwi i stanęła w jasnym blasku księżyca. 

Ledwie znalazła się na zewnątrz, czyjaś mocna dłoń zakryła jej usta. Gdy próbowała 

się wyrwać, usłyszała tuż przy swym uchu szept Rodericka: 

- Cicho, nie krzycz! 

Helga natychmiast się uspokoiła, a on zwolnił uścisk. 

- Dlaczego nie przyszłaś? - spytał rozgorączkowany. - Tak się denerwowałem, że nie 

mogłem znaleźć sobie miejsca. 

background image

-  Ciszej  -  powiedziała,  ciągnąc  go  w  cień  obok  drzwi.  Niemal  bezgłośnie  wydyszała 

mu  do  ucha:  -  Corbred  zamordował  Iana.  On  i  jego  strażnicy  wybierają  się  dziś  w  nocy  do 

Hiss. 

- Co ty wygadujesz? Czy oni poszaleli? 

-  Myślą,  że  ty  i  twoi  ludzie  ukrywacie  się  tam  i  przechowujecie  broń.  Corbred 

podejrzewa,  że  mój  ojciec  żyje  i  jest  razem  z  wami.  Jak  to  dobrze,  że  tu  przyszedłeś,  bo 

mogłabym nie zdążyć dotrzeć do ciebie na czas. 

- Musimy ostrzec Jamesa i twojego ojca. 

- Tej nocy są jeszcze bezpieczni. W domu nie będzie nikogo. 

Roderick, nie zważając na jej słowa, zawołał cichutko i pod drzewem pojawił się czyjś 

cień. To był Joch, który otrzymał polecenie, by najpierw pójść do Jamesa, a później obudzić 

we wsi wszystkich wtajemniczonych. 

- Tylko nie bierzcie koni! - upomniał Roderick. - Z wyjątkiem czterech do wozów. 

Helga zrozumiała, że wszystko było już zaplanowane dużo wcześniej. 

-  I  uważajcie  jeszcze  na  Lynn!  -  ostrzegł  jeszcze  Jocha.  -  Pewnie  już  galopuje,  żeby 

zatrzymać rejenta. 

- To ona też...? 

- Ona? Z całą pewnością jest kochanką Corbreda. 

Joch zniknął w ciemnościach. 

Było niemal tak widno jak w dzień. Księżyc, tej nocy w pełni, oblewał wszystko swą 

srebrzystą poświatą. 

Gdy  Roderick  i  Helga  przemykali  między  wiejskimi  zabudowaniami,  usłyszeli  tętent 

końskich kopyt, którego echo odbijało się między ścianami domów. Przez moment ujrzeli w 

oddali Lynn, która pędziła konno, kierując się w stronę wybrzeża. 

Idąc szybko dalej, Helga opowiadała o wszystkim, co wydarzyło się w Aidan’s Broch. 

Roderick aż jęknął z przerażenia, uświadomiwszy sobie, co mogło ją spotkać. 

- Mamy jeszcze trochę czasu - uspokoiła go. - Najpierw chcą pogrzebać Iana. 

Doszli do niewielkiego ryneczku. 

- Posłuchaj, pójdziesz teraz do naszej chaty. Wejdź tylnymi drzwiami i nie ruszaj się 

stamtąd przez całą noc. 

- Ale ja chcę być przy tobie! 

- W Hiss? Przenigdy! 

Helga umilkła. 

- Wrócisz? - spytała cicho. 

background image

Jego twarz zasnuł cień bólu. 

- Tak. Mam ci jeszcze tyle do powiedzenia. Zrobię, co będę mógł, żeby tylko wrócić. 

- To znaczy, że nie będzie łatwo, tak? 

- Na pewno. Nie jesteśmy właściwie gotowi, to wszystko stało się trochę za wcześnie. 

Ale dzisiejszej nocy odpowiadam za ludzi, za całą wieś i za tych przy Cross of Friars... Muszę 

dać sobie radę! No, idź już! 

Na  krótką  chwilę  przyciągnął  ją  do  siebie  i  stał,  nic  nie  mówiąc,  z  twarzą  blisko  jej 

włosów. 

-  Tak  dużo  jeszcze...  -  bąknął.  -  Kiedy  to  wszystko  już  się  skończy,  musimy  znaleźć 

trochę czasu, żeby... 

Helgę  ogarnęło  dziwne  uczucie.  Doznała  wrażenia,  jakby  usłyszała:  Jeśli  to 

kiedykolwiek się skończy! 

Wiedziała: w głębi ducha Roderick nie wierzył, że wróci żywy! 

I  to  skłoniło  ją  do  podjęcia  niezłomnej  decyzji:  musi  towarzyszyć  mu  w  drodze  do 

Hiss. Jeśli nawet miałaby się tam doczołgać! 

Ukryła  się  w  ogrodzie  przylegającym  do  ryneczku.  Wokół  dwóch  zaprzężonych 

wozów,  które  wtoczyły  się  na  otwarty  placyk,  w  nieoczekiwanie  krótkim  czasie  zebrał  się 

tłum  mężczyzn.  Panowała  cisza,  w  powietrzu  wyczuwało  się  napięcie.  Gdy  dostrzegła,  że 

wszyscy  zaczynają  zajmować  miejsca  w  wozach,  poczekała,  aż  księżyc  skryje  się  na  chwilę 

za  chmurą,  i  szybko  przemknęła  przez  rynek.  Wykorzystując  chaos  i  zamieszanie,  wdrapała 

się zręcznie na jeden z wozów i przycupnęła przy oparciu wśród mężczyzn. Ponieważ księżyc 

znowu  wysunął  się  zza  chmury,  zdążyła  jeszcze  szybko  zebrać  włosy  i  ukryć  je  za 

kołnierzem,  a  także  podciągnąć  spódnicę,  tak  by  przypominała  nogawki  spodni.  Skuliła  się, 

ż

eby być jak najmniejsza i nikomu nie rzucać się w oczy. 

Naliczyła  około  dwudziestu  mężczyzn.  Na  szczęście  Roderick  był  w  drugim  wozie, 

razem z Jochem. 

Konie  ruszyły  z  miejsca.  Helga  dopiero  teraz  zauważyła,  że  końskie  kopyta  i  koła 

wozów obwiązano szmatami, aby nie było słychać ich stukotu po kamieniach. 

Podniosła  głowę  i  zerknęła  w  stronę  wsi;  zdziwiona  ujrzała,  że  do  domów  wciągano 

psy,  a  kobiety  zamykały  wszystkie  okiennice,  inni  zaś  barykadowali  obory  oraz  owczarnie  i 

malowali krzyże na drzwiach. 

Gdy opuszczali wieś, na dworze nie pozostała żadna żywa istota - ani jeden człowiek, 

ani  jedno  zwierzę.  Wszystko  było  pozamykane  i  zaryglowane,  pogrążone  w  nieopisanym 

strachu. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Księżyc, tkwiąc niewzruszenie na firmamencie, nieubłaganie oblewał swym blaskiem 

całą  Dolinę  Aidana.  Konie  pędziły  starym  traktem;  przydrożne  drzewa  rzucały  zmieniające 

się cienie, które przesuwały się po twarzach siedzących w skupieniu mężczyzn. 

-  To  światło  księżyca  może  nam  i  pomóc,  i  zaszkodzić  -  rzekł  jeden  z  nich,  a  inny 

bąknął coś w odpowiedzi. I na tym skończyła się rozmowa. 

Helga bardzo się starała, żeby nikt jej nie rozpoznał. Spostrzegła jednak, że mężczyzna 

naprzeciw niej aż zmarszczył czoło, starając się ustalić, kim ona jest. Ale widział jedynie jej 

oczy,  bo  podciągnęła  kolana  pod  samą  brodę  i  owinęła  się  szczelnie  szalem,  próbując 

wyobrazić sobie, jak otulałby się kocem zmarznięty młody chłopak. 

Jechali  już  dosyć  długo,  gdy  nagle  -  ku  zdziwieniu  Helgi  -  skręcili  z  drogi.  Chyba 

niemożliwe,  żeby  dotarli  już  do  celu?  Nie  odważyła  się  jednak  zerknąć  przez  burtę  wozu,  a 

patrząc  przed  siebie,  nie  widziała  niczego  poza  woźnicą  i  końmi.  Czuć  było  silny  zapach 

zgniłego siana. 

Droga,  na  której  się  teraz  znaleźli,  okazała  się  jeszcze  bardziej  nierówna  i  wyboista. 

Helga  widziała  pełzające  mgły,  lecz  nigdzie  w  oddali  nie  majaczyła  powycinana  w  zęby 

korona zamku. 

Gdzie oni mogli się znajdować? Przemierzyła przecież tę trasę już dwa razy i potrafiła 

w przybliżeniu ocenić, jak daleko jest ze wsi do Hiss. Coś się tu nie zgadzało. 

Niskie gałęzie drzew dotykały ich głów; Helga pochyliła się nieco. 

W tym momencie wóz się zatrzymał. 

-  Wszyscy  wysiadać!  -  zawołał  głos,  który  ona,  czując  ukłucie  w  sercu,  od  razu  bez 

trudu rozpoznała. - Idźcie na swoje posterunki! A reszta niech zostanie tutaj i załaduje wozy. 

Mężczyźni zeskakiwali na ziemię, jej zaś nie pozostało nic innego, jak tylko pójść w 

ich  ślady.  Ponieważ  chmury  nie  przesłaniały  już  księżyca,  nie  mogła  dłużej  udawać,  że  jest 

chłopcem. 

Znajdowali  się  przy  niewielkiej  opuszczonej  zagrodzie.  Niektórzy  z  mężczyzn 

pootwierali  już  drzwi  budynku  gospodarskiego,  inni  zaś  stali  z  rozdziawionymi  ustami  i 

wlepiali  w  nią  wzrok.  Ponad  pasmem  mgieł,  wcale  nie  tak  daleko  od  miejsca  ich  postoju, 

wznosił się złowieszczo Hiss ze swą wieżą. 

- Helga! - wykrzyknął Roderick, a w jego głosie dało się wyczuć i lęk, i złość. - Co ty 

tu robisz? 

background image

- Chciałam wam pomóc - odparła wystraszona. 

- W ten sposób? Tylko nam utrudniasz! Tu każdy ma coś do roboty, a teraz będziemy 

jeszcze musieli dbać o twoje bezpieczeństwo. 

-  Ale  ja  nie  mogłam  zostać  we  wsi.  W  twoim  głosie  wyczułam  niepewność,  czy  w 

ogóle wrócisz. Nie zniosłabym tego. 

Jego  twarz  przybrała  nieco  łagodniejszy  wyraz.  Machnąwszy  ręką  z  rezygnacją, 

Roderick powiedział: 

- Trudno, stało się, teraz i tak nie możesz już wrócić, bo mogłabyś spotkać po drodze 

Corbreda  i  jego  ludzi.  Zostań  więc...  Tylko  nie  tutaj...  Tu  nie  wolno  ci  zostać  w  żadnym 

wypadku. 

- Dlaczego? Tu jest daleko od drogi. 

-  Od  drogi,  owszem!  Ale  będziesz  tu  całkiem  bezbronna,  zwłaszcza  kiedy  zostaniesz 

zupełnie sama. - Westchnął. - Musisz pójść ze mną. Daj mi rękę! 

Roderick  niemal  wlókł  ją  za  sobą  przez  las,  który  zapełnił  się  teraz  mężczyznami 

spieszącymi w milczeniu ku temu samemu celowi: ku złowieszczej, martwej wieży. 

Od  czasu  do  czasu  Helga  widziała  jej  zarys  między  drzewami.  W  świetle  księżyca 

sprawiała  wrażenie  jeszcze  bardziej  przerażającej  niż  kiedykolwiek.  Była  niczym  niema 

pamiątka  czasu  tak  odległego,  że  nikt  już  nie  potrafił  określić  wieku  zamku.  Stała 

nieodgadniona  i  złowroga,  strzegąc  tajemnicy,  skrytej  głęboko  w  jej  wnętrzu  wśród 

mrocznych cieni, 

Roderick  znał  tę  tajemnicę.  Podobnie  jak  wszyscy  przybyli  z  nim  mężczyźni.  Żaden 

jednak nie mówił o niej, jakby już sama myśl była wystarczająco odpychająca i bolesna. 

Natomiast  Corbred  i  jego  ludzie  nie  znali  jej.  Dla  nich  była  zagadką.  Lecz  ojciec 

wiedział o niej. A Ian? Być może także - w przeciwieństwie do Lynn. 

Helga  przypuszczała,  że  Ian  i  Lynn  chyba  dopiero  niedawno  się  pobrali,  po  czym 

Lynn  bardzo  szybko  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  postawiła  na  złego  konia.  Ian  był 

wprawdzie  dziedzicem  majątku  i  tytułu.  Ale  Corbred  okazał  się  silniejszy  i  bardziej 

bezwzględny od swojego brata. 

Ani Lynn, ani Corbred nie znali słowa „litość”. 

Niepokój Helgi wzbudziło to, że niemal wszyscy mężczyźni byli uzbrojeni, większość 

niosła nawet prawdziwe strzelby. 

Musiała biec, żeby zdążyć za Roderickiem, wiedziała jednak, że mają niewiele czasu 

do przybycia Corbreda, dlatego się nie skarżyła. 

- Czy jesteś na mnie bardzo zły, Rodericku? - spytała nieśmiało. 

background image

-  Czy  mogę  się  złościć  na  ciebie  za  to,  że  chcesz  razem  ze  mną  dzielić 

niebezpieczeństwo?  Nie,  jestem  zdesperowany.  Naprawdę  zrozpaczony.  Bo  nie  powinno  cię 

tu być, powinnaś siedzieć we wsi, zamknięta i bezpieczna. 

- Ale przecież ich będzie tylko pięciu! A was jest co najmniej dwudziestu. 

- Mówisz o Corbredzie? - prychnął. - On niewiele nas obchodzi. 

A więc to zamku tak się bali, teraz już wszystko było jasne. Helga poczuła lodowate 

zimno na plecach, ogarnął ją paniczny strach przed niepojętym. 

- Powiedz mi, tej nocy, kiedy mnie znaleźliście... mówiłeś, że to nie Hiss jest waszym 

celem. Czy szliście wtedy do tego gospodarstwa, które właśnie opuściliśmy? 

-  Tak.  Joch  poszedł  tam  sam  i  robił  dalej  to,  czym  od  pewnego  czasu  się 

zajmowaliśmy. 

- Rozumiem - odparła Helga, w istocie nic nie rozumiejąc. Wiedziała jedynie tyle, że 

ich praca czy zajęcie miały coś wspólnego z zamkiem. 

Po chwili ukazały się ich oczom ruiny  o nic nie  znaczącej nazwie  Hiss, która jednak 

pasowała  do  nich.  Było  w  niej  coś  niesamowitego,  coś,  co  wywoływało  grozę  i  odstraszało, 

coś  mrocznie  nieznanego.  Gdy  wyszli  z  lasu,  owo  monstrum  wyrosło  tuż  ponad  nimi, 

oświetlone od tyłu światłem księżyca. 

Roderick  nie  musiał  wydawać  żadnych  rozkazów.  Wszyscy  mężczyźni  rozbiegli  się 

od  razu  wokół  zamku,  po  czym  zajęli  się  wysokim  i  szerokim  ogrodzeniem  wzniesionym  z 

gałęzi,  chrustu  i  liści,  otaczającym  wykarczowany  pas  ziemi.  Podwyższyli  je  jeszcze trochę, 

sprawdzając jednocześnie, czy jest wszędzie szczelne. 

Helga zauważyła, że oprócz ciężkich drzwi, które pamiętała, były też dwuskrzydłowe 

wrota,  otwarte  teraz  na  oścież.  Dwóch  z  mężczyzn  podbiegło  do  drzwi  i  uchyliło  je  nieco, 

odsuwając  także  kamienie,  które  przytrzymywały  skrzydła  bramy.  Helga  ujrzała  mroczne 

pomieszczenie, w którym przeleżała przez całą noc. 

Spytała z niedowierzaniem: 

- Czy to możliwe, żeby te drzwi wytrzymały przez tyle wieków? 

- Znalazły się tutaj parę lat temu - odparł niechętnie Roderick. Nadal mocno trzymał ją 

za rękę, a Helga nie zamierzała bynajmniej się wyrywać. - Chodź! - powiedział. - Musisz być 

w bezpiecznym miejscu, w każdym razie na tyle bezpiecznym, na ile jest to w ogóle możliwe 

w tym piekle. 

Poprowadził ją ciasnym parowem w dół stromego zbocza, gdzie - ku jej zaskoczeniu - 

płynął,  cicho  szemrząc,  potok.  Dopiero  stąd  widać  było  usytuowanie  zamku.  Leżał  on  na 

wzniesieniu  między  drogą  a  potokiem  -  a  więc  to  dlatego  tej  pierwszej  nocy  nie  musiała 

background image

przechodzić przez wodę. 

Towarzyszyło im kilku mężczyzn. 

- Na drugą stronę! - polecił Heldze Roderick. - Idź za Malcolmem, w razie czego on ci 

pomoże. 

Malcolm, starszy jednoręki mężczyzna, ujął jej dłoń. 

-  Nie  nadaję  się  już,  żeby  walczyć,  czyli  ty  i  ja  jesteśmy  skazani  na  to  miejsce  - 

powiedział przyjaźnie, choć bez uśmiechu; widać było, że jest napięty. - Ale strzelać jeszcze 

potrafię. Podwiń sobie tylko spódnicę do kolan, żebyś mogła przejść przez potok. 

- Helga, poczekaj chwilę! - zawołał Roderick, po czym podszedł do niej z pistoletem 

w ręce. - Weź go! I jeśli to będzie konieczne, użyj! 

Znowu  chciała  zaprotestować:  „Przecież  to  tylko  pięciu  mężczyzn!”,  lecz 

zrezygnowała, posłusznie słuchając wyjaśnień Rodericka, jak należy odbezpieczyć broń. 

Doskonale jednak wiedziała, że nigdy jej nie użyje. Miałaby zastrzelić człowieka? To 

niemożliwe. 

- Malcolm, powierzam ją twojej opiece - rzekł cicho. 

Następnie szybkim ruchem pogłaskał ją po policzku - ten gest lepiej niż słowa wyraził 

jego niepokój i smutek. 

Helga zatknęła dolny kraj spódnicy za pasek w talii i za starym Malcolmem weszła do 

wody, która była tak zimna, że aż zapierało dech. Na szczęście okazała  się niezbyt  głęboka. 

Przeprawili  się  ostrożnie  na  drugi  brzeg.  W  najgłębszym  miejscu  woda  sięgała  Heldze  do 

kolan. Prąd próbował porwać ją ze sobą, ale nie był wystarczająco silny. 

-  Roderick  powiedział  nam,  kim  jesteś  -  rzucił  Malcolm  przez  ramię  w  jej  stronę.  - 

Możesz uważać nas wszystkich za swoich przyjaciół, bo jesteśmy przyjaciółmi twojego ojca. 

Roderick mówił też, że  wyświadczyłaś nam znaczne przysługi i że powinniśmy czuwać nad 

tobą,  ponieważ  niewiele  wiesz  o  życiu.  Jak  on  to  wyraził?  „W  swoim  naiwnym  oddaniu 

często  działa  zupełnie  opacznie  i  bardzo  krótkowzrocznie,  a  czasami  jest  jak  rzep,  którego 

trudno się pozbyć”. 

Mężczyzna  roześmiał  się  życzliwie;  Helga  próbowała  mu  wtórować,  lecz  jej  śmiech 

nie brzmiał całkiem naturalnie. 

A więc to takie zdanie  miał o niej Roderick? No dobrze, wobec tego już ona postara 

się być natrętna. 

Okazuje się zatem, że jest dla niego córką sir Angusa, i nikim więcej. To ze względu 

na  ojca  okazywał  jej  życzliwość.  A  pewnie  najbardziej  by  się  cieszył,  gdyby  po  prostu 

zniknęła z tego świata. 

background image

Nagle  woda  wydała  się  Heldze  jeszcze  zimniejsza,  a  znienawidzony  las  jeszcze 

bardziej wrogi. 

Trzech innych mężczyzn zdążyło już się przeprawić. Stali z bronią gotową do strzału. 

Skinęli  niemo  głowami  w  kierunku  Malcolma,  który  pomagał  Heldze  wspiąć  się  na  stromy 

brzeg. 

Znalazłszy  się  na  nim,  zatrzymali  się  w  cieniu  drzewa.  Helga  doznała  szoku  widząc, 

jak  blisko  jest  zamek,  oddzielony  jedynie  wstęgą  potoku.  Z  miejsca,  w  którym  stała, 

widoczny  był  także  cały  otwarty  plac.  Kilku  mężczyzn  robiło  w  pośpiechu  otwór  w 

ogrodzeniu w miejscu,  gdzie przylegało ono do drogi, a już po chwili dał się słyszeć odgłos 

przybliżających się koni i wozów. 

W  pełnym  pędzie  wjechały  na  plac.  Pierwszy  wóz  wtoczył  się  prosto  do  zamkowej 

sieni,  drugi  zaś  pozostał  na  zewnątrz.  Od  razu  zaroiło  się  od  mężczyzn,  którzy  zaczęli 

rozsypywać na ziemię to, co nimi przywieziono. Domyśliła się, że to samo robiono wewnątrz, 

tyle  tylko  że  znajdujące  się  tam  oba  konie  zrobiły  się  wyjątkowo  niespokojne  i  co  chwila 

rżały przerażone. 

Jeśli czują ten sam zapach co ja wtedy, to wcale im się nie dziwię, pomyślała Helga. 

On był... Jak by tu go opisać? Dławiąco odrażający? 

Z tej odległości nie mogła dostrzec, co rozsypywano wkoło zamku. To coś wyglądało 

jak drobne kamyczki lub gruby żwir, lecz sprawiało wrażenie materiału lżejszego od nich. 

Spytała Malcolma, lecz usłyszała niejasną odpowiedź. 

- Nie zdążyliśmy przygotować wszystkiego do końca - odparł. - Mieliśmy gotowy cały 

plan,  lecz  nagła  decyzja  Corbreda  pokrzyżowała  nam  szyki.  Dlatego  teraz  musimy 

improwizować.  Możemy  jedynie  mieć  nadzieję,  że  wszystko  potoczy  się  po  naszej  myśli. 

Należą  ci  się,  dziewczyno,  wielkie  podziękowania  za  to,  że  odkryłaś  ich  plany  i  nas 

ostrzegłaś.  Corbred  mógłby  spowodować  przerażającą  tragedię.  Jest  to  nadal  możliwe,  jeśli 

się nam nie powiedzie. 

Skończono rozładowywanie. Zamknięto skrzydła wrót. 

- Jedźcie z końmi do Cross of Friars! - zawołał  Roderick. - Szybko!  I ostrzeżcie tam 

wszystkich!  Każcie  pozamykać  inwentarz  i  dobrze  zaryglować  wszystkie  domy!  Niech 

wystawią warty w nocy. 

Dwie  pary  koni  ciągnące  skrzypiące  wozy  wypadły  na  drogę.  Kilku  mężczyzn  w 

nerwowym  pośpiechu  załatało  od  razu  dziurę  w  ogrodzeniu  i  już  po  chwili  na  placu  nie 

pozostała ani jedna żywa istota. W lesie też panowały całkowita cisza i spokój. 

A  jednak  nie,  na  dziedzińcu  Hiss  było  jeszcze  dwóch  mężczyzn.  Przyczaili  się  tuż 

background image

przy murze zamku, każdy po przeciwległej stronie wrót. 

- Oni mają najgorszą robotę - bąknął Malcolm. - Ciągnęliśmy losy i na nich wypadło. 

- A gdzie jest Roderick? - spytała Helga. 

- Na wzgórzu, tam, po lewej. Ty go nie widzisz, ale on ogarnia wzrokiem wszystko. 

Nad lasem zaległa cisza. Księżyc rzucał swe zimne światło na Hiss. Wszystko zamarło 

w oczekiwaniu. Na co? 

- Będzie niebezpiecznie? - spytała Helga. Trzęsła się z zimna, jej stopy zesztywniały 

w przemoczonych trzewikach. 

Malcolm odpowiedział ze spokojem: 

- Żaden z tych mężczyzn nie liczy na to, że zobaczy jeszcze własną rodzinę. 

Helga aż drgnęła z przerażenia. 

- Roderick! - szepnęła. 

-  Myślisz  więcej  o  nim  niż  o  sobie  -  stwierdził  gorzko  Malcolm.  -  To  dużo  mówi  o 

twoim charakterze i o twoich uczuciach. Ale możesz być spokojna: żaden z nich nie zamierza 

sprzedać się tanio. Psst! Ktoś jedzie! 

Helga zamarła i cofnęła się jeszcze głębiej w cień pod drzewami. 

Od  strony  drogi  dał  się  słyszeć  w  lesie  jakiś  ruch.  Paru  mężczyzn  przemykało 

ostrożnie  od  drzewa  do  drzewa.  Wyglądali  dosyć  zabawnie:  skierowali  bowiem  całą  swą 

uwagę  na  zamek,  nie  zauważając  ani  jednego  z  kilkunastu  mężczyzn,  przez  których  byli 

obserwowani. 

Cała piątka przyczaiła się na chwilę przed ogrodzeniem i czekała, po czym rozległ się 

gruby, przytłumiony głos: 

- Jeśli myślą, że powstrzyma nas taka nędzna przeszkoda, to... 

- Cicho! - syknął ktoś, prawdopodobnie Corbred. 

Dał im znać, aby zaczęli się wspinać. 

W świetle księżyca ich postacie i twarze były niebieskawe i rzucały ostro zarysowane 

cienie.  Niezwykle  ostrożnie  przechodzili  przez  wał  gałęzi.  Helga  pomyślała  w  tej  chwili  o 

tych dwóch mężczyznach, którzy leżeli tuż przy  murze, ukryci za specjalnie przyniesionymi 

tam krzakami, i jej serce zabiło mocniej z niepokoju. Wystarczy, że ludzie Corbreda zakradną 

się, żeby przyczaić się za rogiem, wówczas tamci dwaj zostaną natychmiast odkryci. 

Odczekawszy  chwilę,  Corbred  dał  znak  ręką  swoim  kompanom,  aby  podeszli  bliżej 

bramy. 

Przygarbieni, przebiegli otwartą przestrzeń dzielącą ich od niej. 

Corbred  wskazał  na  jednego  z  mężczyzn,  który  miał  prawdopodobnie  poczekać  na 

background image

zewnątrz. Oboje zobaczyli, że odbezpiecza pistolet. 

Malcom szepnął z niedowierzaniem w głosie: 

-  Oni  wchodzą  do  środka!  Przecież  nie  mogą  tego  zrobić!  Ten  idiota  Corbred,  ten 

szaleniec! 

- Czy on wie, co to znaczy? - wyszeptała Helga najciszej jak umiała. Bała się, że tych 

pięciu mężczyzn może ją usłyszeć. 

- Nie, ale został ostrzeżony. Tylko że on nikogo nie chce słuchać. Dobry Boże, co my 

teraz zrobimy? Dlaczego Roderick go nie zatrzyma? 

Skrzydła  bramy  otworzyły  się  łatwo,  a  po  chwili  Helga  usłyszała  głośne  skrzypienie 

drzwi.  Corbred  zamarł  na  moment  z  napięciem,  ponieważ  jednak  nic  się  nie  stało,  czterej 

mężczyźni weszli do środka. 

Nie ośmielili się zapalić pochodni, lecz Helga wiedziała, że to ogromne pomieszczenie 

nie jest szczelne i wystarczy im przedostające się do środka światło księżyca. Dzisiejsza noc 

bowiem  nie  była  tak  deszczowa  i  ponura  jak  tamta  pierwsza  spędzona  tu  przez  nią.  Wtedy 

panowała nieprzenikniona ciemność. 

- Roderick chyba ma nadzieję, że zrezygnują, kiedy natkną się na zaryglowane żelazne 

drzwi - szepnął Malcolm. - Nie ma wyjścia. Oni muszą to zrobić! 

Ktoś  w  środku  zaklął  cicho,  prawdopodobnie  pośliznąwszy  się  na  tym,  co  zostało 

rozsypane na podłodze. To osobliwe, ale czyste i klarowne powietrze zdawało się wzmacniać 

wszelkie dźwięki, również ludzkie głosy. Dlatego Helga uważała, że Malcolm powinien być 

bardziej ostrożny i przestać szeptać. 

Z pewnością dotarli już do zabitych deskami drzwi. Corbred wydał jakieś polecenie i 

po chwili rozległ się trzask łamanej deski. 

Wówczas  dał  się  nagle  słyszeć  donośny  głos  Rodericka,  rozbrzmiewający  ponad 

lasem: 

- Corbredzie Douglas! Cofnij się! Dobrze wiesz, że to niebezpieczne. Wyjdź stamtąd, 

a wtedy ty i twoi ludzie będziecie mogli odejść stąd wolni. 

W środku zaległa cisza. Pozostawiony na zewnątrz wartownik nerwowo zwracał broń 

gotową do strzału raz w tę, raz w drugą stronę, nie mogąc stwierdzić, skąd dochodzi głos. 

Wreszcie odezwał się Corbred: 

-  A  więc  jesteś  tutaj,  Rodericku  MacCullen,  wiedziałem  to  od  razu!  Mnie  nikt  nie 

oszuka.  Ale  zaraz  was  wykurzymy  z  waszej  tajemnej  kryjówki.  A  jeśli  tylko  spróbujesz 

zbliżyć się do zamku, będziemy strzelać! 

-  Corbred!  Ja  mówię  poważnie!  Nie  otwieraj  tych  drzwi!  Po  paru  minutach  będziesz 

background image

martwy. 

Wewnątrz znowu zaległa cisza; prawdopodobnie naradzano się. Wartownik z bronią w 

ręku dreptał nerwowo w miejscu. 

-  Nie  przestraszysz  mnie!  -  zawołał  Corbred.  -  Wreszcie  nadszedł  koniec  twojego 

ż

ałosnego  panowania  nad  tutejszymi  wieśniakami.  Przekonają  się  teraz,  że  Roderick 

MacCullen to zwykły śmiertelnik, mały człowieczek, którego łatwo pokonać. 

Znowu zatrzeszczała wyłamywana deska. 

- Corbredzie Douglas, na litość boską, nie rób tego! Wyjdź i posłuchaj, co mam ci do 

powiedzenia! 

- To ty się wyczołguj! - roześmiał się butnie Corbred. 

- Nawet nie wyobrażasz sobie, co się stanie, kiedy otworzysz drzwi. 

-  Jeśli  uważasz,  że  nie  jesteśmy  przygotowani  na  wszelkie  niespodzianki,  to  się 

mylisz.  Spodziewaliśmy  się,  że  umieściłeś  tu  dynamit,  ale  nie  myśl,  że  sobie  z  nim  nie 

poradzimy. 

- Ty głupcze! - wrzasnął Roderick. 

Wartownik  wystrzelił  na  oślep  w  kierunku,  skąd  dochodził  głos  Rodericka.  Został 

jednak  ostro  zbesztany  przez  Corbreda,  który,  nie  wiedząc,  jak  liczne  są  siły  wroga,  przed 

rozpoczęciem walki chciał koniecznie otworzyć drzwi. 

Wyłamywanie  desek  nie  ustawało.  Helga  przez  moment  przestała  wręcz  oddychać  i 

ż

eby dojść do siebie, musiała kilka razy zaczerpnąć głęboko powietrza. 

- Corbred, ostrzegam cię po raz ostatni! 

- A ostrzegaj sobie, ile chcesz! Jesteś skończony, MacCullen! Czasy twojej wielkości 

minęły. Myślisz, że nie wiem, kogo tutaj ukrywasz? Ale jego czas też już się skończył. 

Mówi o moim ojcu, pomyślała Helga. Corbred sadzi, że mój ojciec jest tam w środku. 

Roderick zdecydowanym głosem wydał rozkaz. 

Rozległ  się  strzał  i  wartownik  przed  bramą  osunął  się  na  ziemię.  W  następnej  chwili 

dwaj  mężczyźni,  przyczajeni  do  tej  pory  za  murem,  ruszyli  biegiem  ku  wrotom  i 

błyskawicznie zamknęli oba ich skrzydła, zabezpieczając je dodatkowo ciężką belką, po czym 

popędzili za ogrodzenie do swych towarzyszy. 

Najpierw w środku zaległa cisza. 

-  Zmusiłeś  nas  do  tego!  -  zawołał  Roderick.  -  Nie  chcieliśmy  was  zabijać,  ale  nie 

daliście nam wyboru. To jest nasza ostatnia szansa. 

-  Jeżeli  uważasz,  że  nas  tu  uwięziłeś,  to  muszę  cię  rozczarować  -  krzyknął  Corbred, 

teraz już zirytowany. - Te mury są tak podziurawione jak sito. 

background image

- Niestety - wymamrotał stary Malcolm i boku Helgi. - W tym właśnie cały szkopuł. 

- Ale te dziury są wysoko - szepnęła. 

-  To  nie  ma  znaczenia.  Tam,  w  środku,  są  jeszcze  pozostałości  schodów  i  kamienne 

występy, po których można się wspinać. Jeśli panienka zna jakąś modlitwę, niech ją szybko 

odmówi! 

Spojrzała  zdumiona  na  niego,  ale  on,  wytężając  wzrok,  wpatrywał  się  w  zamek.  W 

drżącej ręce trzymał niewielki pistolet, który przed chwilą wyjął. 

Można  było  odnieść  wrażenie,  że  wszyscy  mężczyźni  w  lesie  wstrzymali  oddech. 

Helga  dojrzała,  że  trzej  na  brzegu  potoku  mają  odbezpieczoną  broń  i  w  napięciu  kierują  ją 

ponad wodą ku zamkowi. 

-  Malcolm,  co  tam  jest...?  -  zaczęła,  lecz  przerwała,  słysząc  trzask  deski  wewnątrz 

zamku. 

- Boże, zmiłuj się nad nami! - wyszeptał Malcolm. 

Krzyk przerażenia wydany jednocześnie z czterech gardeł rozdarł powietrze i odbił się 

echem  od  ścian  zamku.  Las  nagle  ożył  -  mężczyźni  ze  wszystkich  stron  rzucili  się  ku 

ogrodzeniu, podczas gdy krzyk dochodzący z wewnątrz przerodził się w rozdzierające wycie. 

Rozległo  się  kilka  chaotycznych  strzałów,  które  nie  odniosły  chyba  żadnego  skutku.  Po 

dobiegających ze środka odgłosach można było się domyślić, że uwięzieni mężczyźni biegali 

jak  oszaleli,  wymachując  rękami  i  wrzeszcząc  wśród  dławiącego  szlochu,  wspinając  się  na 

próżno  na  ściany  i  łomocząc  w  drzwi,  aż  wreszcie  ich  krzyk  zaczął  słabnąć,  z  minuty  na 

minutę przycichał, by zamienić się na koniec w bezradny bełkot. 

Zaległa cisza. 

Szok był tak silny, że Helga nie była w stanie opanować drżenia całego ciała. 

Ale na tym nie koniec! 

Wśród  ciszy  podniósł  się  teraz  niesamowity  dźwięk,  ten,  który  już  raz  słyszała, 

sprawiający, że włosy stawały dęba. 

A potem... 

- O Boże! Co to jest? - wyszeptała. 

Nagle szczyt zamku zaczął się ruszać. Tam, na górze, coś się kołysało i przepychało, 

coś  posrebrzonego  światłem  księżyca  rozlewało  się  na  wierzchołku  wieży  i  wytryskiwało  z 

ziejących otworów w murach. Ściany ożyły. Ta posrebrzona żywa masa spływała na ziemię, 

rozlewając się po niej przy akompaniamencie przerażającego popiskiwania. 

Głos  Rodericka  rozbrzmiał  znowu  i  niemal  w  tej  samej  chwili  wokół  zamku  Hiss 

zapłonął ogień. Całe to wielkie ogrodzenie stanęło w płomieniach, a Helga widziała ze swego 

background image

miejsca, że mężczyźni znoszą jeszcze gałęzie na zapas. 

-  Co  to  jest?  -  wydyszała  przerażona.  -  To  wygląda  jak...  Nie,  nie  wiem,  co  to  może 

być. 

-  Szczury  -  odparł  Malcolm.  Gdy  na  niego  spojrzała,  jego  twarz  wydała  się  jej 

bladozielona, i to bynajmniej nie za sprawą światła księżyca. - Tysiące szczurów, ogromnych 

jak koty. 

Helgę ogarnęło dławiące przerażenie. 

Malcolm mówił dalej przygnębiony: 

-  To  właśnie  tu  ukrywaliśmy  zboże  przed  władzami.  Sir  Angus  i  my,  pyszni  i 

wyniośli. Hiss był naszym spichrzem, a stał się naszą hańbą i przekleństwem! 

background image

ROZDZIAŁ XII 

- Roderick! - szepnęła Helga, czując, że powinna być przy nim. - Muszę przedostać się 

do niego na drugą stronę1 

- Zostaniesz tutaj! - syknął Malcolm, trzymając ją swą jedyną ręką. - Tu przynajmniej 

masz jakąś szansę. 

Szansę? W obliczu tego? To brzmiało nieprawdopodobnie. 

Teraz Helga już wiedziała, co to za stęchły zapach czuła tamtej nocy. Odór szczurów. 

I  odgłos...  Odgłos  wielu  tysięcy  szczurów,  które  buszowały  w  ziarnie,  łap,  które  bębniły  o 

drewno,  ziemię  i  kamienie;  ich  popiskiwanie  zlewało  się  w  jeden  przerażający  dźwięk.  To 

właśnie tam spała, tak blisko! 

Poczuła, że robi się jej słabo, chwyciła się więc pnia drzewa. 

Na  murach  aż  roiło  się  od  tych  niepisanie  okazałych  zwierząt,  wypuszczonych  na 

wolność ze swego więzienia, agresywnych, gotowych do obrony przeciwko wszystkiemu, co 

nowe i nieznane na ich drodze. 

Opanowawszy chęć ucieczki, Helga zacisnęła mocno dłonie na pniu i spytała: 

- A co wy tam rozsypaliście? 

- Zatrute resztki jedzenia: chleb, ser i kaszę. Roderick i Joch długo nad tym pracowali. 

Twój ojciec zrobił nam znakomitą truciznę. 

- Ale dlaczego czekaliście aż do tej pory? 

- Myślisz, że ktoś miał ochotę pójść tam i otworzyć drzwi? Przecież to pewna śmierć. 

Zamierzaliśmy  już  je  wysadzić.  Ale  tylko  sir  Angus  mógł  nam  zdobyć  dynamit  i  w  ten  oto 

sposób wszedł w paradę Mordwinowi. 

- Rozumiem. A nie mogliście po prostu włożyć trucizny do środka? - krzyknęła ponad 

trzaskiem ognia. 

- Musielibyśmy zrobić gdzieś otwór. I wtedy już byśmy się ich nie pozbyli. Żeby się 

przed nimi zabezpieczyć, trzeba było zabić każdą najmniejszą dziurę żelaznymi płytkami, bo 

te bestie są w stanie przegryźć się przez drewno. 

Podczas  gdy  mężczyźni  uwijali  się  jak  w  ukropie,  by  zatrzymać  szczury  w  środku 

kręgu  wyznaczonego  przez  ogień,  Malcolm,  dzierżąc  przez  cały  czas  pistolet  gotowy  do 

strzału, wyjaśniał dalej Heldze dygoczącej ze strachu: 

-  Jak  powiedziałem,  to  nasza  wina.  Hiss  od  dawien  dawna  cieszył  się  złą  sławą  jako 

zamek,  w  którym  straszy,  i  dlatego  świetnie  nadawał  się  na  tajny  spichlerz.  Poza  tym  jego 

background image

mury są naprawdę szczelne. Zbieraliśmy obfite plony, rok po roku, i napełnialiśmy nimi ten 

nasz  magazyn.  Jakie  to  wspaniałe,  że  nie  musieliśmy  już  cierpieć  nędzy  i  głodu.  Byliśmy 

jednak zbyt pewni siebie, sir Angus i my. 

Helga patrzyła oniemiała na to odrażające kłębiące się mrowie, pokrywające cały plac 

przed zamkiem. Niektóre zwierzęta próbowały zawrócić, nie mogły jednak przedostać się w 

górę po murach, ponieważ natykały się na te, które dopiero wychodziły z ukrycia. 

- Ale przecież szczur nie może chyba żyć bez wody? 

-  Pośród  licznych  zakamarków  Hiss  znajduje  się  źródełko,  w  którym  zawsze  jest 

trochę  wody.  Oczywiście  po  pewnym  czasie  zauważyliśmy  ślady  jakichś  gryzoni,  ale  to 

przecież  naturalne,  że  tam,  gdzie  jest  zboże,  są  też  i  szkodniki.  Poza  tym  naszą  czujność 

uśpiło  przekonanie,  że  to  myszy.  I  dalej  napełnialiśmy  spichlerz.  Tymczasem  dobry  rok 

temu... 

Malcolm  drżał  na  całym  ciele.  W  lesie  rozlegały  się  nawoływania  mężczyzn;  ogień 

jeszcze nie wygasł. Pas ziemi wokół zamku zdawał się żywą, wciąż pulsującą masą. Z zamku 

przestały już wylewać się potoki dzikich szczurów, teraz pojawiały się już tylko pojedyncze 

sztuki. 

- Widzę, że jedzą przynętę - bąknął Malcolm, rzuciwszy przelotne spojrzenie w tamtą 

stronę. - Zjadły też pewnie to, co wyłożyliśmy w środku. Żeby tylko trucizna zaczęła działać 

przed dopaleniem się ognia! Na tym opiera się nasz cały plan. Nie przewidzieliśmy jednak, że 

jest ich tak dużo! Pewnie nasi ludzie ledwie tam wytrzymują ze zmęczenia i obrzydzenia. 

Helga była pełna podziwu dla nich. Ale myślała także o drugiej stronie. 

- Biedne zwierzęta! - szepnęła. 

-  Ta  trucizna  je  usypia,  nawet  nie  zdążą  niczego  zauważyć.  No  więc,  rok  temu  jakiś 

chłop  przyszedł  wziąć  sobie  trochę  ziarna.  Przed  nim  dłuższy  czas  nikogo  tu  nie  było. 

Otworzył  klapę  i  spojrzał  prosto  w  ślepia  obrzydliwego  szczura,  a  za  nim  dostrzegł  całe 

kłębowisko tych potworów. Przeraził się, na szczęście w ostatniej sekundzie zdołał zatrzasnąć 

klapę, którą potem zabezpieczyliśmy na stałe, i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Akurat 

wtedy  wrócił  z  wojska  Roderick.  To  właśnie  wówczas  wymyśliliśmy  ten  plan.  Tymczasem 

stado  w  zamku  z  każdym  dniem  rosło.  Mieliśmy  nadzieję,  że  pozagryzają  się  nawzajem, 

zamknięte  w  tych  murach.  Ale  zapasy  ziarna  były  nieprzebrane.  Cała  ta  historia  stała  się 

naszą wielką hańbą, nie potrafiliśmy nawet z nikim o tym rozmawiać. 

Helga pomyślała, co by się mogło stać, gdyby te agresywne bestie rozpierzchły się po 

całej  dolinie,  spragnione  czegoś  innego  do  jedzenia.  Z  tego  właśnie  powodu  najbliższe 

gospodarstwa  leżały  całkowicie  opuszczone.  Dlatego  wszyscy  we  wsi  i  przy  Cross  of  Friars 

background image

pozamykali tej nocy swoje zwierzęta i sami pochowali się w domach. 

Nadal  za  wszelką  cenę  starano  się  podtrzymać  ogień.  Nie  wiadomo,  jak  długo  to  już 

trwało.  Helga  była  tak  napięta,  skoncentrowana  i  czujna,  że  nawet  nie  zauważyła  upływu 

czasu. 

- Roderick był dla nas prawdziwą podporą - powiedział Malcolm w zamyśleniu. - Jego 

zasługi polegają na walce nie tylko ze szczurami, ale także z Corbredem i jego zwolennikami. 

To  przez  nich  właśnie  straciłem  rękę.  Na  torturach,  kiedy  nie  chciałem  wydać  Rodericka.  I 

oczywiście tego nie zrobiłem. 

- Tortury... - rzekła Helga. - A jak było z tym, którego wzięli parę dni temu? 

-  Po  wszystkim  wrzucili  go  do  jakiegoś  rowu.  Ale  przeżyje.  To  starszy  człowiek, 

niezbyt odporny na ból. Bojąc się o swoją rodzinę, opowiedział o Mordwinie, Rodericku i sir 

Angusie. Ale żaden z nas nie ma mu tego za złe. 

Noc  zbliżała  się  kresu;  Wydawało  się,  że  ogień  zaczyna  słabnąć.  Już  wcześniej  tu  i 

ówdzie  przygasł,  ale  mężczyźni  rzucali  się  wtedy  w  panice,  by  go  podtrzymać;  teraz  jednak 

sytuacja  stała  się  krytyczna.  Luka  w  płonącym  ogrodzeniu  powstała  naprzeciw  przejścia  do 

potoku,  dlatego  Helga  posunęła  się  instynktownie  nieco  do  tyłu.  W  wielkim 

rozgorączkowaniu starano się zaradzić zagrożeniu. 

Zwierzęta napierały na nowo, a zapasy gałęzi i chrustu były na wyczerpaniu. 

Gdy rozległ się pierwszy strzał, Helga wiedziała, że mur ognia został przełamany. 

Mężczyźni jeden przez drugiego wykrzykiwali polecenia i nagle rzucili się do ucieczki 

w stronę potoku. Helga mimowolnie pobiegła do tyłu i wdrapała się na drzewo. Zdała sobie z 

tego sprawę dopiero w chwili, gdy znalazła się na grubej gałęzi, przyciśnięta do pnia. 

Patrząc z góry dostrzegła coś, na co do tej pory nie zwróciła uwagi: owo mrowie ciał 

na placu przed zamkiem prawie się już nie ruszało. 

- Trucizna poskutkowała! - krzyknęła. 

- To dobrze - zawołał Malcolm. - Tylko czy starczyło jej dla wszystkich? 

Wiadomo  było,  że  nie  wszystkie  szczury  zjadły  przynętę.  Kolejny  strzał  rozległ  się 

bardzo  blisko.  Zwierzęta  przechodziły  wyłącznie  w  tym  jednym  miejscu  i  padały  kolejno. 

Roderick zawołał: 

- Wszyscy na drugi brzeg! 

Przeprawili  się  co  do  jednego,  ścigani  przez  oszalałe  gryzonie.  Helga  wykrzykiwała 

imię  Rodericka,  ale  przejęta  była  lękiem  także  o  jego  ludzi.  Zeszła  z  drzewa,  na  którym 

znalazła sobie schronienie, i pobiegła na sam brzeg. 

Znajdowali  się  już  na  nim  wszyscy  mężczyźni.  Przez  lukę  w  kręgu  ognia  nie 

background image

przedostawał się już ani jeden szczur. Plac wokół zamku pokryty był martwymi ciałami. 

- One są na dole przy potoku - krzyknął jeden z mężczyzn. 

I  nic  dziwnego,  że  tam  były.  Po  obu  stronach  parowu  wznosiły  się  bowiem  wysokie 

skały - gryzonie nie miały więc żadnej innej drogi. Helga domyśliła się, że ów wieniec ognia 

ułożono tak blisko jaru, by w ten sposób zamknąć zwierzętom drogę ucieczki. Ile tych bestii 

jeszcze pozostało, trudno było ocenić; Helga przypuszczała, że około pięćdziesięciu. 

Wąski przesmyk ułatwiał mężczyznom celne oddawanie strzałów, w miarę jak szczury 

schodziły kolejno do wody i zaczęły płynąć. Niektóre unosił prąd. Ponieważ Helga widziała 

je teraz z bardzo bliska, przeraziła się ich ogromnymi rozmiarami. Wyglądały jak małe liski, 

były tylko o wiele bardziej groźne. Nie mogła się nadziwić, jak mężczyźni mogli wytrzymać 

tam, na górze. Ale walczyli w obronie własnych domów i to wyjaśniało wszystko. 

- Boże, zmiłuj się nade mną, nienawidzę zabijania zwierząt, ale teraz muszę to zrobić! 

- wymamrotała do siebie pod nosem, po czym wymierzyła i strzeliła. 

Jeden łeb zniknął pod wodą. 

- Brawo! - powiedział Roderick, stając tuż przy niej. - Daj mi pistolet, bo w moim nie 

mam już amunicji. 

Była mu wdzięczna, że może się pozbyć tego paskudztwa. 

- Och, Rodericku, tak bardzo się o ciebie bałam - westchnęła, gdy on oddawał strzał. 

Zapomniawszy w swej wielkoduszności o tym, że przyrównał ją do rzepu, życzyła mu tylko 

powodzenia. 

Jeden  z  mężczyzn,  biegnąc  wzdłuż  brzegu,  strzelał  do  ostatnich  szczurów,  jakie 

ruszyły jeszcze nad potok. 

- Jakie to okropne, wszystko razem! Niedobrze mi od tego! 

- Można to było zrobić mniejszym kosztem. Ale myślę, że daliśmy sobie z nimi radę. 

Roderick  był  czarny  od  dymu  i  przemoczony  do  suchej  nitki.  Oczy  miał 

zaczerwienione wskutek zmęczenia i intensywnego blasku ognia. Ale jakiż on piękny! 

Strzelanina ucichła. Na drugim brzegu nie widać było oznak żadnego ruchu. 

Nagle  przyszło  odprężenie.  Helga  poczuła,  że  jej  wargi  drżą,  a  w  gardle  dławi  ją 

szloch.  Gdyby  Roderick  otoczył  ją  ramieniem,  chyba  zemdlałaby  z  wrażenia.  Ale  tego  nie 

uczynił. Stał tylko w milczeniu blisko niej. Jakby właśnie tam chciał być. 

- Te na placu koło zamku nie żyją - powiedział Joch, który pojawił się nagle tuż obok. 

- Być może paru udało się wymknąć, ale raczej chyba nie. Czyli zostały jeszcze te w środku. 

Ile ich jest, nie wiadomo. 

-  Należy  przypuszczać,  że  mnóstwo  z  nich  zjadło  zatrute  jedzenie,  które  im 

background image

podłożyliśmy  -  rzekł  Roderick  głosem  lekko  zachrypniętym  od  krzyku  i  dymu.  -  Ale  na 

pewno  cała  masa  tkwi  jeszcze  w  samym  zbożu,  zwłaszcza  młode  w  gniazdach.  Musimy  od 

razu zrobić z nimi porządek. 

Helga chwyciła go za ramię. 

- Przecież nie możecie iść tam teraz! - zaprotestowała przerażona. 

- Musimy. Nie możemy zastawić nie dokończonej roboty. 

Tylko  nie  ty!  chciała  krzyknąć  błagalnie,  lecz  się  nie  odezwała.  Wiedziała,  że 

Roderick nigdy nie chował się za plecami innych. 

Ogień  pod  zamkiem  powoli  dogasał.  Teraz  nie  był  już  potrzebny,  spełnił  swoje 

zadanie. 

Helga  pomyślała  o  czterech  mężczyznach  zamkniętych  w  sieni  zamku.  Spostrzegła 

przed bramą niewielki wzgórek przykryty warstwą nieżywych szczurów i domyśliła się, że w 

tym  miejscu  leżał  prawdopodobnie  wartownik  Corbreda.  Zanim  ta  fala  ogarniętych  paniką 

gryzoni przewaliła się przez niego, na szczęście już nie żył. 

-  Jak  się  czujesz?  -  usłyszała  głos  Rodericka.  -  Muszę  przyznać,  że  nie  wyglądasz 

najlepiej. 

Heldze zbierało się na wymioty, ale zdołała się opanować. Roderick położył dłonie na 

jej ramionach i rzekł: 

- Jeśli chcesz, możesz już wrócić z Malcolmem do wsi - powiedział łagodnym głosem. 

- Niebezpieczeństwo minęło. Będziesz pierwszą osobą, która obwieści tę nowinę we wsi. 

-  Widzę,  że  niczego  nie  zrozumiałeś.  Chcę  być  tam,  gdzie  ty,  bo  ty  jesteś  moim 

najlepszym  przyjacielem,  niezależnie  od  tego,  co  sobie  o  mnie  myślisz.  Poza  tym  sądzę,  że 

Malcolm też wolałby tu zostać, dopóki wszystko nie wyjaśni się do końca. 

- To prawda - potwierdził Malcolm. 

Roderick westchnął, lecz nie wyglądał bynajmniej na rozgniewanego. 

- chciałbym porozmawiać jutro z twoim ojcem - bąknął, nie wyjaśniając bliżej, o czym 

zamierza  z  nim  mówić.  -  No  dobrze,  to  poczekaj  tutaj!  Tylko  nie  przechodź  przez  potok, 

obiecaj! 

- Tyle chyba mogę ci obiecać. 

Roderick  przeprawił  się  z  innymi  na  drugi  brzeg,  a  tym  razem  towarzyszył  im  także 

Malcolm. Helga została zupełnie sama. 

Usiadła  na  przewróconym  pniu.  Kilku  mężczyzn  weszło  już  do  środka  zamku.  To 

niepojęte, jacy oni są odważni! 

W lesie panowała cisza. Oddalone męskie głosy odbijały się głuchym echem od ścian 

background image

zamkowej sieni. Od czasu do czasu rozlegały się strzały. 

A  jeśli...  jeśli  parę  zabłąkanych  szczurów  pojawi  się  tutaj?  pomyślała  Helga,  czując, 

jak  serce  jej  zamiera.  Może  niektóre  zdołały  przedostać  się  na  ten  brzeg?  A  ja  nie  mam  już 

broni. Oddałam ją Roderickowi. 

Szczury  na  ogół  bały  się  ludzi  i  zazwyczaj  przed  nimi  uciekały.  Ale  nie  te.  Te  były 

wystraszone  i  rozdrażnione,  a  poza  tym  przyzwyczajone  do  bycia  w  gromadzie.  Zwierzę  w 

stadzie jest zawsze odważniejsze niż w pojedynkę. 

Helga  rozejrzała  się  niespokojnie  wokoło,  na  szczęście  wszędzie  panowała  cisza.  Na 

wszelki wypadek postanowiła znowu wdrapać się na drzewo. 

Mężczyźni dotarli już na pewno do serca zamku. Nagle dało się słyszeć wołanie: 

- Uważaj! 

Ktoś  krzyknął,  po  czym  rozległo  się  kilka  wystrzałów.  Jeden  z  mężczyzn  wypadł  na 

zewnątrz, lecz po chwili zawrócił. 

Ponieważ  tak  długo  ich  nie  było,  należało  wysnuć  wniosek,  że  bardzo  rzetelnie 

wykonują  swe  zadanie.  Wkrótce  wyszedł  jakiś  inny  mężczyzna,  trzymając  w  ręku  płonącą 

gałąź. Po chwili nad zamkiem zaczął unosić się dym. Ciężki, cuchnący dym. 

Pewnie resztki zboża, pomyślała Helga. Oby tylko nikomu nic się nie stało! 

Mężczyźni  nie  pokazali  się  jeszcze  przez  następne  pół  godziny.  Musieli  chyba  być 

zadowoleni z wyniku swojej pracy. Wreszcie pojawili się, dławiąc się dymem, z łzawiącymi 

oczami  i  okopconymi  twarzami.  Roderick  razem  z  Jochem  zeszli  do  potoku.  Ale  Helga  już 

szła w ich stronę przez zimną wodę, podtrzymując wysoko spódnicę. 

Roderick  wyciągnął  ramię  i  pomógł  jej  wyjść  na  brzeg.  W  jego  oczach  było  tyle 

ciepła, że jej policzki aż pokryły się rumieńcem, chociaż doskonale wiedziała, że to po prostu 

zadowolenie z wyniku akcji czyniło go tak szczęśliwym, iż nie mógł tego ukryć. Nie mówiąc 

ani słowa, przyciągnął ją do siebie, oparł sobie jej głowę na swoim ramieniu i stał tak, wciąż 

milcząc. 

Ponieważ  jednak  wyraźnie  chwiał  się  ze  zmęczenia,  Helga  miała  wątpliwości,  czy 

przypadkiem nie posłużył się nią jako podporą, by nie upaść. 

Była to jednak ocena niesprawiedliwa i Helga uśmiechnęła się sama do siebie. Jakie to 

cudowne mieć go tak blisko i czuć, że choć trochę liczy się dla niego, mimo że do tej pory nie 

powiedział na ten temat ani słowa! Porzucił wreszcie tę niechętną postawę w stosunku do niej 

i dał poznać, że również on nie jest wolny od słabości. Helga bowiem wiedziała, że Roderick 

stał  przy  niej  nie  tylko  po  to,  by  uspokoić  i  pocieszyć  ją,  ale  także  by  znaleźć  ukojenie  dla 

siebie. 

background image

Łączyło  ich  zupełnie  wyjątkowe  poczucie  wspólnoty,  szczególnie  silne  akurat  w  tej 

chwili. 

Z wyraźną niechęcią odsunął ją od siebie. 

- Może pójdziemy do domu? - spytał cicho. - Później zrobimy tu porządek. 

Helga skinęła  głową. Mężczyźni, którzy  czekali  już na nich, ruszyli od  razu, gdy oni 

znaleźli się tylko na wzniesieniu wokół Hiss. 

Wybrali zarośniętą drogę, którą Helga błądziła pierwszej nocy. 

Szła  wciąż  trzymając  Rodericka  za  rękę.  Można  było  odnieść  wrażenie,  że  także  on 

wcale nie ma ochoty rozstawać się z nią, mimo że zagrożenie już minęło. 

Mężczyźni  posuwali  się  w  milczeniu,  wyczerpani,  lecz  spokojni.  Gdy  doszli  do 

głównej  drogi,  Roderick  posłał  kilku  z  nich  do  Cross  of  Friars,  by  zdali  tam  relację  i 

przyprowadzili konie. Inni zaś pod jaśniejącym już niebem pomaszerowali w stronę wsi. 

- Nikomu nic się nie stało? - spytała Helga. 

- Nic poważnego. 

- W pewnej chwili usłyszałam straszny rumor. 

- Pewnie wtedy, kiedy szczury zaatakowały Jocha. Ale na szczęście miał grube buty. 

Helga zastanowiła się i rzekła: 

- Takie „nic poważnego” może czasami okazać się groźne. 

-  Rozumiem,  co  masz  na  myśli,  ale  nikt  nie  został  pogryziony.  Kilka  drobnych 

poparzeń, to wszystko. 

- Chwała Bogu! 

Im bardziej przygasało światło księżyca, tym szerszy stawał się pas jasnego nieba na 

horyzoncie.  Helga  nie  miała  ochoty  patrzeć  za  siebie,  wiedziała,  że  Hiss  zniknął  wśród 

porannych oparów. Nad doliną unosił się jeszcze dym, spowijający ją w ulotną zasłonę. 

Ich  oczom  ukazało  się  wreszcie  Aidan’s  Broch  i  wioska.  W  tym  momencie  Helga 

zdała sobie sprawę z konsekwencji tego, co się wydarzyło. 

- Posłuchaj! - zwróciła się bez tchu do Rodericka. - Mordwin nie żyje.  I  Ian. A teraz 

jeszcze Corbred i jego czterech ludzi. To znaczy, że cały ten koszmar się skończył. Także w 

Aidan’s Broch. Czyli mój ojciec może spokojnie wyjść z ukrycia? 

-  Oczywiście  -  Roderick  uśmiechnął  się  ledwie  zauważalnie,  jakby  nie  miał  siły 

poruszać  ustami.  -  A  prawowita  spadkobierczyni  może  już  bez  obaw  zamieszkać  razem  ze 

swoim  ojcem.  Ależ  on  będzie  szczęśliwy!  Od  kiedy  go  znam,  zawsze  o  tobie  opowiadał. 

Przecież  jesteś  jego  jedynym  dzieckiem.  Nie  domyśliłem  się  tego,  kiedy  spotkaliśmy  się  po 

raz pierwszy. 

background image

Helga przybrała poważny wyraz twarzy. 

-  Proszę  cię,  nie  nazywaj  mnie  spadkobierczynią!  -  rzekła.  -  To  brzmi  jakoś  tak... 

zimno. Chciałabym, żeby mój ojciec żył jeszcze wiele, wiele lat. 

- Wszyscy mu tego życzymy. Powiedz mi, czy nie tęsknisz czasami za domem? 

- Tęsknie - odrzekła cicho. - Od kiedy tu jestem, nieraz było mi go brak. Ale... wiesz 

przecież, jak się sprawy mają. 

- No, tak. A tu też nie było ci wesoło. Musisz jednak wiedzieć, że tak w ogóle jest to 

bardzo miła okolica. I ładna, kiedy ustaną jesienne szarugi. 

Zabrzmiało  to  tak,  jakby  obawiał  się,  że  Helga  wyjedzie.  Uśmiechnęła  się 

melancholijnie. 

-  Wierzę  ci.  Ale  szkoda,  że  nie  widziałaś  mojego  domu  w  Norwegii!  Poświaty  nad 

fiordem, stromej skalnej ściany naprzeciwko i potoku w dolinie. Kiedy byłam mała, bawiłam 

się często na jednym ze wzgórz. Gdy podrosłam, miałam swój własny ogródek z warzywami. 

Ciekawe, kto się teraz nim zajmuje. I psa, z nim najtrudniej było mi się rozstać. Bo był stary 

i... 

Nie mogła skończyć. 

Roderick powiedział ciepło: 

- Czy nie sądzisz, że powinnaś tam wkrótce pojechać i ich odwiedzić? Oczywiście nie 

sama. Co ty na to? 

- Angus MacDunn nie może tam pojechać - odparła szybko. 

- Wcale nie jego miałem na myśli. 

Helga nie była w stanie nic powiedzieć, że szczęścia i dumy coś dławiło ją w gardle. 

Nie  śmiała  wprost  uwierzyć,  ale  chyba  dobrze  zrozumiała  Rodericka.  Ścisnęła  go  mocno  za 

rękę. 

Gdy dotarli do ryneczku, mężczyźni uprzytomnili sobie wreszcie, czego dokonali i co 

to oznacza dla życia wsi. Młodsi oddali nawet kilka strzałów na wiwat i jak szaleni rozbiegli 

się we wszystkie strony, aby rozgłosić tę wielką nowinę. 

-  Joch,  czy  mógłbyś  wstąpić  do  mojej  matki  i  ją  uspokoić?  -  poprosił  Roderick.  -  Ja 

muszę najpierw odprowadzić tę młodą damę do Aidan’s Broch. 

- Oczywiście - odparł Joch. 

- O, nie, chyba najpierw ją powinieneś odwiedzić! - wtrąciła Helga. - Czy mogę pójść 

z tobą? 

- Nie bój się, jeszcze ją zobaczysz - zapewnił Roderick. - Moja matka mieszka daleko 

poza wsią, a Joch jest jej najbliższym sąsiadem. Tak będzie prościej. 

background image

- No dobrze. 

Gdy  już  mieli  ruszyć,  nagle  podbiegło  do  nich  paru  wieśniaków.  Kilka  młodych 

dziewcząt  rzuciło  się  z  okrzykiem  szczęścia  Roderickowi  na  szyję.  Ściskały  go  i  całowały, 

okazując w ten sposób swą radość z tego, że wrócił. 

Roderick  uśmiechnął  się  do  nich  przyjaźnie,  odwzajemniając  uściski.  Obserwując  tę 

scenę,  Helga  ujrzała  nagle  samą  siebie  w  zupełnie  innym  świetle.  Nie  była  dla  niego  nikim 

innym jak tylko jedną z tych zachwyconych dziewczątek, których miał bez liku. Traktował je 

wszystkie jednakowo, ją także. 

Wobec niej bywał nawet bardziej burkliwy niż dla nich, tych, które tutaj były u siebie. 

A ona jest przecież tylko natrętnym intruzem. 

Z opuszczoną głową ruszyła naprzód. Oczywiście, że sama trafi do domu, choć czuła 

ogromny, przeogromny ból. 

-  Helga!  -  zawołał  Roderick,  doganiając  ją.  -  Myślałaś,  że  tak  łatwo  się  mnie 

pozbędziesz? Nie możesz mi odebrać przyjemności opowiedzenia o wszystkim sir Angusowi. 

Uśmiechnęła się do niego niepewnie, ale on tego jakby nie zauważył. 

-  Nie  zamierzam  -  odpowiedziała  słabym  głosem.  -  Czy  Corbred  nigdy  nie  groził 

twojej matce? 

-  Właśnie  dlatego  musiałem  się  ukrywać.  Kiedy  uwierzyli,  że  nie  żyję,  przestała  ich 

obchodzić także ona. 

- Ale na pewno bardzo się o nią bałeś. 

- To był koszmar - przyznał. - A przez ostatni tydzień bałem się śmiertelnie o ciebie. 

O  to,  iż  Corbred  odkryje,  że  Roderick  nie  zginął,  i  o  jego  zainteresowaniu  mną? 

pomyślała Helga. Ale to tylko pobożne życzenia. A może jednak...? A te jego częste wizyty w 

Aidan’s Broch, te wszystkie niebezpieczeństwa, na jaki się narażał? Może jednak po to, żeby 

ją zobaczyć? 

W głębi serca miała nadzieję, że się nie myli. 

Wschód  słońca  był  tuż  -  tuż.  Helga  zatrzymała  się  nagle.  Na  tle  różowego  nieba  jej 

oczom  ukazały  się  w  całej  swej  makabrycznej  grozie  nowe  szubienice  Corbreda.  Nic 

dziwnego,  że  jego  ludzie  pracowali  tak  długo!  Na  wzgórzu  bowiem  wyrosła  nie  jedna 

szubienica, lecz trzy. Zdaje się, że Corbred zamierzał dopiero pokazać, co znaczy jego władza 

i żądza zemsty. 

- Będzie z nich dobre drewno na opał na zimę - stwierdził sucho Roderick. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

Skierowali  swe  kroki  prosto  do  stajni  i  po  schodach  weszli  na  górę  do  części  z 

mieszkaniami dla służby. 

Roderick zapukał do drzwi ochmistrza. 

Wewnątrz  panowała  cisza,  dopiero  po  chwili  dał  się  słyszeć  zdecydowany  głos 

Jamesa: 

- Kto tam? 

- Roderick MacCullen. I Helga. 

Drzwi otworzyły się natychmiast i wciągnięto ich do środka. 

- Czy wyście oszaleli? Przecież mogą was usłyszeć? - szepnął przerażony James. - Nie 

wiem, czy już wrócili czy nie; wczoraj wieczorem wyjechali wszyscy razem. 

Twarz Rodericka pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu. 

- Masz na myśli Corbreda i jego ludzi? Oni nie żyją. Cała piątka. 

- Co wy mówicie? Ale jak ty  wyglądasz, Rodericku!  I  panienka Helga!  Przemoczeni 

do suchej nitki! 

- Czy możemy...? - Roderick wskazał na drzwi do garderoby. 

- Oczywiście! 

James otworzył drzwi rękami drżącymi z podniecenia, po czym zapalił lampę. 

- Wasza łaskawość! Roderick i panienka przynoszą wielkie nowiny. 

Laird usiadł na łóżku, a James podparł mu od razu plecy poduszkami. 

- Co się znowu stało? Kolejnych tragedii chyba już nie przeżyję. 

Na  twarzy  Rodericka  malował  się  teraz  wyraz  skrajnego  wyczerpania  i  zarazem 

spokojnej pewności siebie. Lecz dał się także zauważyć na niej nieznaczny cień smutku. 

- Udało nam się - powiedział. - Hiss jest czysty. 

- Niemożliwe! - wykrzyknął laird. - To wspaniale! 

- Ale pięciu ludzi straciło życie. 

- Pięciu? Nie! Kto? 

- Corbred i jego czterech strażników. 

Laird przez chwilę nie odrywał oczu od Rodericka. 

- Czy to prawda? - spytał wreszcie. 

-  Tak,  nic  się  nie  dało  zrobić.  Może  gdybyśmy  wdarli  się  tam  wcześniej, 

zapobieglibyśmy katastrofie... musieliśmy wybierać i zdecydowaliśmy się ich poświęcić. 

background image

Angus MacDunn skinął głową na znak aprobaty. 

- Opowiedz, jak to się stało... 

Roderick  przystąpił  zatem  do  zdawania  relacji,  żywo  wspierany  przez  Helgę,  która 

uważała, że jest zbyt skromny w przedstawianiu własnych zasług. 

- Wy wszyscy wykonaliście wspaniałą robotę - rzekł laird prawdziwie poruszony, gdy 

zakończyli opowiadanie. - To musiał być koszmar! 

-  Rzeczywiście.  Na  samo  wspomnienie  czujemy  się  chorzy.  To  będzie  w  nas  tkwić 

bardzo długo. 

- Czegoś takiego nigdy się nie zapomina - odezwała się cicho Helga. - Trzeba się po 

prostu nauczyć z tym żyć. 

Angus MacDunn zamyślił się. 

-  Wczoraj  Ian...  Szkoda  go,  ale  może  to  i  lepiej  dla  niego.  Nigdy  nie  zamierzałem 

przekazywać  mu  tytułu.  On  nie  miał  do  niego  żadnego  prawa.  Byłoby  dla  mnie  bolesne, 

gdybym musiał mu go odebrać. A dziś znowu Corbred i te jego diabły w ludzkiej skórze. 

Lairda rozpierała wola działania. 

- James, pomóż mi wstać! Chcę ponownie zająć swoje miejsce w Aidan’s Broch. 

Gdy  James  pomaga  mu  się  ubrać,  Helga  i  Roderick  czekali  w  drugim  pokoju.  Helga 

spotkała  jego  spojrzenie  i  dostrzegła  w  nim  nieśmiały  uśmiech.  Roderick  był  tak  zmęczony, 

ż

e  z  trudem  udawało  mu  się  utrzymać  otwarte  oczy,  ale  wyraźnie  nie  chciał  przestać  na  nią 

patrzeć. Próbowała się domyślić, co pragnął jej w ten sposób przekazać, lecz wolała nie robić 

sobie nadziei. 

James zawołał ich z powrotem do garderoby. 

- Nie musicie mnie nieść - rzekł laird. - Na złamanej nodze nie stanę, ale jeśli oprę się 

na  was  dwóch,  wtedy...  Co  ty  opowiadasz,  Rodericku,  nie  jesteś  wcale  brudny!  Ten  brud 

przynosi ci zaszczyt! Zapamiętaj to sobie! 

Laird,  kuśtykając,  wszedł  triumfalnie  do  hallu  Aidan’s  Broch,  wsparty  na  Jamesie  i 

Rodericku. Helga otwierała przed nimi drzwi. 

- Nareszcie! - westchnął. - Nareszcie jesteśmy znowu wolni! 

-  Zajmę  się  śniadaniem  -  oznajmił  James,  zapalając  świece  w  kryształowych 

ż

yrandolach,  promienie  słońca  bowiem  były  jeszcze  zbyt  wątłe,  by  rozświetlić  ciemne 

komnaty.  -  Nasi  młodzi  goście  chcieliby  się  na  pewno  wykąpać.  Każę  przygotować  ciepłą 

wodę. 

-  Boże,  zmiłuj  się,  jak  ty  wyglądasz  -  westchnął  Angus  MacDunn,  patrząc  na 

Rodericka. - Ale cos mi się zdaje, że Heldze wcale to nie przeszkadza! 

background image

Oboje spojrzeli na siebie i roześmieli się lekko zawstydzeni. 

- Wiesz, James - odezwała się Helga - ani ja, ani chyba Roderick nie bylibyśmy teraz 

w stanie nic przełknąć. 

Roderick zgodził się z nią. 

-  Ale  kąpiel  na  pewno  dobrze  nam  zrobi.  Jeśli  jeszcze  mógłbym  pożyczyć  sobie 

przyrządy do golenia, byłoby wspaniale. 

- Zaraz się tym zajmę - uśmiechnął się James i pospieszył obudzić służbę. 

Helga  zauważyła,  że  Roderick  jest  bardzo  blady.  Zastanawiała  się,  co  też  może  mu 

dolegać.  Parę  razy  nabierał  głęboko  powietrza  i  przełykał  nerwowo,  jakby  się  do  czegoś 

przygotowywał. 

-  Sir  Angusie  -  zaczął  wreszcie  zdecydowanie.  -  Jestem  tylko  prostym  chłopem,  ale 

czy wolno mi będzie... odwiedzać waszą córkę? 

Słysząc to Helga aż podskoczyła. 

-  Po  pierwsze,  nie  jesteś  wcale  jakimś  „prostym  chłopem”  -  rzekł  sir  Angus.  -  A  po 

drugie,  sądząc  po  pełnej  zachwytu  buzi  mojej  córki,  odnoszę  wrażenie,  że  już  wcześniej 

zacząłeś  się  nią  interesować.  Po  trzecie,  mój  drogi,  nie  znam  nikogo,  kogo  widziałbym 

chętniej jako kawalera Helgi. Rozumiesz? 

- Dziękuję! - odparł Roderick, szeroko się uśmiechając i ukazując śnieżnobiałe zęby w 

osmalonej twarzy. 

Zanim Helga zdołała pojąć, o czym oni mówią, do salonu wszedł James. Wyglądał na 

bardzo wzburzonego. 

- Wasza łaskawość, lady Lynn idzie tutaj! 

- O Boże, zupełnie o niej zapomnieliśmy! 

- Te słowa raczej by się jej nie spodobały - powiedział James, pozwalając sobie nagle 

na  niestosownie  poufały  ton.  Lecz  w  tej  pełnej  napięcia  chwili  nikt  nie  zareagował  na  jego 

komentarz. 

Młodzi stali po obu stronach krzesła, na którym siedział laird. Lady Lynn zatrzasnęła 

ciężkie drzwi w hallu. 

- Ian! - zawołała. - Czy jesteś już na górze? 

Wszyscy  spojrzeli  po  sobie.  Lynn  pamiętała,  żeby  nazywać  Corbreda  Ianem!  Cóż  za 

wyrachowanie! 

Gdy  weszła  do  salonu,  stanęła  jak  wryta.  Z  jej  ust  dobył  się  wyrażający 

niedowierzanie szept: 

- Sir Angus! To niemożliwe! 

background image

- Twoje oczy cię nie mylą. 

- A... gdzie jest... Ian? 

-  Masz  chyba  na  myśli  Corbreda?  Przecież  ty  sama  pomogłaś  zamordować  Iana  i 

pogrzebać go. 

- Co mają znaczyć te niedorzeczności?! Co robi tutaj ten włóczęga? Kto to jest? 

- Nigdy nie spotkałaś Rodericka MacCullena? 

Lynn straciła panowanie nad sobą i wykrzyknęła przerażona: 

- Gdzie jest Corbred? 

- Czyli przyznajesz, że szukasz Corbreda, a nie swojego męża, Iana! Corbred nie żyje. 

- To kłamstwo! 

- Bynajmniej. 

Lady  Lynn  wyciągnęła  ręce  przed  siebie  w  geście  niemej  obrony  i  odwróciła  się,  by 

wyjść. 

Laird powiedział ostrym tonem: 

- Strażnicy już ci nie pomogą. Oni też nie żyją. 

Lynn zwróciła się znowu w ich stronę. 

- Zamordowaliście go! Zamordowaliście! 

- Nie - odparł Roderick swym głębokim głosem. - Nie zabiliśmy go. Uczynił to zamek 

Hiss, a Corbred sam do tego doprowadził. 

-  Zamek  Hiss!  -  wykrzyknęła  lady  Lynn  z  pełnym  pogardy  grymasem.  -  Tylko  nie 

próbuj mi tu opowiadać tych bajek! Powiedz mi prawdę! On żyje, tylko wy nie chcecie się z 

tym pogodzić. 

-  Wystarczy  pojechać  do  zamku  i  przekonać  się  na  miejscu!  Nie  sądzę  jednak,  żeby 

tamten widok pani się spodobał, pani Douglas. 

Roderick, zwracając się do Lynn, pominął nienależny jej tytuł „lady”. 

Lynn wpatrywała się w nich dzikimi oczami. 

- Powiedzcie mi prawdę! 

-  Przecież  prawda  nigdy  nie  miała  dla  ciebie  wartości  -  rzekł  spokojnie  laird.  -  Ale 

proszę,  jeśli  chcesz,  powiem  ci  ją  prosto  w  oczy:  Corbred  i  jego  ludzie  zostali  żywcem 

zagryzieni  przez  tysiące  ogromnych  szczurów,  które  żyły  w  zamku  Hiss.  Jesteś  teraz 

zadowolona? 

Helga  uważała,  że  sir  Angus  jest  zbyt  brutalny.  Ale  musiał  pewnie  szczerze 

nienawidzić tych, którzy za jego hojność i dobroć odpłacili mu taką niewdzięcznością. 

Lynn  zachwiała  się.  Dwaj  służący  sir  Angusa,  którzy  stali  za  nią,  chwycili  ją  za 

background image

ramiona. 

- Zaprowadźcie ją do koronera - polecił laird. - Zostanie oskarżona o niedotrzymanie 

przysięgi  małżeńskiej  i  o  zabicie  własnego  męża,  a  także  o  współudział  w  zamordowaniu 

wielu innych we wsi. To od niej Corbred dostawał środki nasenne. Niemożliwe więc, żeby nie 

zdawała sobie sprawy z tego, co tu się dzieje. 

Lynn krzyczała jak oszalała, gdy wyprowadzano ją z salonu. 

-  Kąpiel  gotowa,  Rodericku  -  oznajmił  James.  -  Myślę,  że  jako  pierwszy  powinien 

wykąpać  się  ten,  kto  jest  najbrudniejszy.  A  panienka  Helga  musi  zdjąć  to  przemoczone 

ubranie.  Kąpiel  dla  panienki  będzie  gotowa  za  parę  minut.  A  później  chyba  trochę  się 

prześpicie, prawda? Aż do śniadania? 

-  Raczej  do  obiadu  -  powiedział  sir  Angus,  patrząc  na  zmęczoną  twarz  Rodericka.  - 

Tylko nie zaśnijcie w kąpieli! 

- Które pokoje mam przygotować, sir? 

- Dla Helgi duży pokój gościnny, ten najładniejszy! A dla Rodericka mały obok. 

Ochmistrz uniósł brwi. 

-  Och,  James!  -  rzekł  sir  Angus.  -  Dobrze  wiem,  że  między  pokojami  są  drzwi,  ale 

przecież  Roderick  jest  dżentelmenem.  Poza  tym  zaśnie,  zanim  zdąży  przyłożyć  głowę  do 

poduszki.  Moim  zdaniem,  obojgu  potrzebna  jest  świadomość,  że  są  blisko  siebie.  Nadal 

znajdują się jeszcze w szoku po przeżyciu rzeczy, których pewnie nie jesteśmy w stanie nawet 

sobie wyobrazić. 

Po czym jakby już tylko do siebie bąknął pod nosem: 

- Mam tylko jedno miłe wspomnienie w moim życiu, wspomnienie zakazanej miłości 

do matki Helgi... - Podniósł głos: - Powiem ci, mój młodzieńcze: doskonale wiem, do czego 

może  doprowadzić  formalne  małżeństwo  bez  miłości.  Zapamiętaj  to  sobie.  No,  a  teraz 

zmykajcie! Zobaczymy się przy obiedzie. 

W  pół  godziny  później  Helga,  podciągnąwszy  kolana  pod  brodę,  siedziała  na 

ogromnym  podwójnym  łożu  w  pokoju  gościnnym,  ubrana  w  swą  prostą  nocną  koszulę. 

Pachniała  czystością.  Ponieważ  James  zasunął  zasłony,  przytulny  pokój  pogrążony  był  w 

miłym półmroku. Jesienne słońce za oknem rzucało delikatne, niemal niedostrzegalne światło. 

Nie  zauważyła,  kiedy  Roderick  wszedł  do  środka.  Ubrany  w  pożyczoną  od  lairda 

piżamę z monogramem, był lśniąco czysty, świeżo ogolony i, podobnie jak ona, miał jeszcze 

lekko wilgotne włosy. 

Helga wstrzymała oddech. 

- Roderick, nie powinieneś... Przecież jesteś dżentelmenem! 

background image

- Dlatego właśnie mogę wejść - uśmiechnął się Roderick. - Dobrze wiesz, że potrafię 

zachować się przyzwoicie. Byliśmy już bliżej siebie, nawet razem spaliśmy i nic się nie stało. 

No  więc  nie  drocz  się  teraz  ze  mną,  bo  nie  ma  potrzeby.  Pomyślałem  sobie  tylko,  że  może 

chciałabyś z kimś porozmawiać? 

Helga wśliznęła się pod kołdrę. 

-  O,  tak  -  jęknęła  przygnębiona.  -  Kąpiel  wcale  mi  nie  pomogła.  Nie  da  się  wymyć 

tych obrazów z pamięci. Ciągle tam jestem, wśród tego koszmaru. 

Roderick usiadł na brzegu łóżka i wziął ją za rękę. 

-  Ja  także  nie  wiem,  czy  uda  nam  się  od  tego  wyzwolić  -  odpowiedział  cichym  i 

poważnym głosem. 

Helga westchnęła ciężko. 

- Czy nie powinieneś się przespać? 

- Nie mogę. Tak długo musiałem ciągle czuwać, że teraz moje nerwy są wciąż napięte. 

- Doskonale cię rozumiem. 

Roderick  wyglądał  na  przygnębionego,  jakby  coś  go  męczyło.  Po  długim  wahaniu 

zdecydował się wreszcie i zaczął, przysuwając się do niej nieco: 

- Czy wiesz, jakie mam marzenie, od kiedy zobaczyłem się po raz pierwszy? 

-  Dokuczać  mi  i  poprosić  mnie,  żebym  się  wyniosła  stąd  jak  najdalej  -  wyrwało  się 

Heldze. 

- Nie żartuj sobie! Sam nie wiem, jak mam to powiedzieć. 

Helga, jak pod katowskim toporem, poprosiła stłumionym głosem: 

- No, wykrztuś wreszcie! 

Ale to było za trudne dla niego. Wyciągnął więc powoli rękę w jej stronę i opuszkami 

palców dotknął jej ust. 

- Przestań - krzyknęła gwałtownie i odwróciła głowę. 

Roderick poczuł się zaskoczony i urażony jej reakcją. 

- Ale przecież... Ja myślałem... 

-  Że  jestem  taką,  która  pójdzie  do  łóżka  z  pierwszym  mężczyzną,  jakiego  spotka? 

Dziękuję ci, dobrze wiem, co myślałeś. 

Teraz on się zaczerwienił. 

- Tak było, zanim cię poznałem - przyznał zawstydzony. 

-  No  a  później?  -  spytała  z  wyraźną  goryczą  w  głosie.  -  A  twoja  wielka  pogarda  dla 

kobiet! Czy przez cały czas nie powtarzałeś mi, jaka jestem głupia i nierozgarnięta? Czy nie 

wyśmiewałeś  się  i  nie  szydziłeś  ze  mnie  dlatego,  że  cię  podziwiałam  i  darzyłam  sympatią? 

background image

Przy wszystkich swoich ludziach nazwałeś mnie rzepem uczepionym psiego ogona. 

- Ale to było ciepło powiedziane! 

- Czy nie byłeś przez cały czas pewien, że możesz mnie mieć, kiedy tylko zechcesz? - 

ciągnęła wzburzona. - I uważałeś, że wszystko jest w porządku, że możesz nadal być zimny i 

nieczuły! Myślisz, że mnie to nie bolało? 

Roderick milczał przez dłuższą chwilę. 

-  Moje  ty  maleństwo,  ty  rzeczywiście  niczego  nie  zrozumiałaś!  -  powiedział 

nieszczęśliwy. - Nie wiedziałem, że masz takie wyobrażenie o mnie. Zupełnie opaczne. 

Helga nie odezwała się ani słowem. Było jej przykro i czuła się żałośnie. 

-  Czy  ty  naprawdę  nie  rozumiałaś  mojej  sytuacji?  -  spytał  z  goryczą.  -  Nigdy  nie 

zastanowiłaś się nad tym, kim jesteś? 

- Ja? Helga Solbraten. Norweżka. 

- Nie. Ty jesteś córką lairda. Jedyną spadkobierczynią majątku większego, niż jesteś w 

stanie w ogóle sobie wyobrazić. A ja jestem tylko prostym chłopem. 

Helga spojrzała na niego. 

- Ale twój strój nosi ślady bogactwa i godności. 

Roderick roześmiał się: 

- Dostałem go od twego ojca! 

- Ach, tak - bąknęła zmieszana. 

-  Naprawdę  nie  rozumiesz?  Nie  mogłem  pozwolić  sobie  na  to,  by  zakochać  się  w 

kimś, kto nigdy nie mógłby być mój. Ale moje wysiłki i tak na nic się nie zdały. Stawałem się 

coraz  bardziej  bezradny,  każdego  dnia  musiałem  chociaż  przez  moment  cię  zobaczyć, 

traciłem  panowanie  nad  sobą.  Byłem  wściekły:  na  ciebie,  na  siebie  i  na  całe  społeczeństwo, 

które  podzieliło  ludzi  na  klasy.  Jeśli  myślisz,  że  drwiłem  sobie  z  ciebie,  upojony  własną 

wyższością,  to  proszę  cię  o  wybaczenie.  Musisz  wiedzieć,  że  nigdy  nie  chciałem  cię  zranić. 

Dobrze  wiem,  że,  mówiąc  łagodnie,  byłem  trochę  nieprzyjemny.  Nie  mogłem  inaczej.  Ale 

chciałbym, żebyś zapamiętała jedno: nigdy dotąd nie czułem nic takiego do nikogo. A tamtej 

nocy w małej chatce... To była dla mnie prawdziwa próba. Tuż przy mnie twoje ciało... Tak 

mocno zaciskałem wtedy pięści, że do dziś mam ślady po paznokciach. 

Helga przez dłuższą chwilę wręcz bała się oddychać. 

- Mówisz prawdę? - spytała bezbarwnym głosem. 

-  Tak  bardzo  mi  na  tobie  zależy.  Mam  odwagę  to  teraz  powiedzieć,  ponieważ  twój 

ojciec...  chyba  słyszałaś  jego  słowa?  Nie  będzie  miał  nic  przeciwko  mnie  jako...  jako 

swojemu zięciowi. W każdym razie tak to zabrzmiało. 

background image

Helga skinęła energicznie głową. 

- Tak, tak, na pewno. 

- Bóg mi świadkiem, jak bardzo cię szanuję! I dlatego poczekam, aż upewnisz się co 

do  mnie.  Doskonale  cię  rozumiem,  że  możesz  się  czuć  zraniona.  Tymi  wszystkimi  podłymi 

słowami, jakie ci mówiłem, żeby udowodnić nam obojgu i wszystkim wokół, że nic dla mnie 

nie  znaczysz.  Nic  nie  znaczysz?  O  Boże!  Poczekajmy,  póki  wszystkiego  nie  naprawię. 

Zgadzasz się? 

Helga znowu skinęła głową. 

- Ale uważam, że mimo wszystko łączy nas piękna przyjaźń, prawda? 

-  O,  tak  -  odparł  wzruszony.  -  Najpiękniejsza,  jaką  kiedykolwiek  przeżyłem. 

Dobranoc, moja mała przyjaciółko! 

Pogłaskał  ją  delikatnie  po  lekko  jeszcze  wilgotnych  włosach,  po  czym  zwinął  się  w 

kłębek na drugim łóżku. 

Przez chwilę leżeli w całkowitym milczeniu. Helga próbowała zastanowić się nad tym 

wszystkim,  co  powiedział  Roderick.  Jej  serce  przepełniało  tak  nieopisane  i  niepojęte 

szczęście, że z emocji aż musiała zacisnąć palce na skraju kołdry. Powiedział „poczekajmy”. 

Czyli  teraz  będzie  musiała  panować  nad  sobą  i  nie  okazywać  swego  uczucia  w  sposób  tak 

wyraźny, jak czyniła to do tej pory. Musi wyjść z tego z twarzą! 

Najlepiej zapomnieć, że Roderick leży blisko niej! 

Nie potrafiła jednak. Bo gdy całą siłą swej woli odsunęła myśli o nim, od razu wróciły 

przeżycia  ostatniej  koszmarnej  nocy.  A  gdy  już  się  pojawiły,  nie  mogła  się  ich  pozbyć. 

Męczyły ją jak ponure zmory. 

Po chwili spytała: 

- Myślisz, że one bardzo cierpiały? Chodzi mi o zwierzęta. 

- Nie, widziałem je z bliska. Po prostu zapadały w sen. 

Helga  zamilkła.  Ale  wkrótce  Roderick  usłyszał  szczękanie  jej  zębów  i  spostrzegł,  że 

dziewczyna drży na całym ciele. 

- Helga! 

-  To  tylko  reakcja  na  przeżyte  napięcie  -  wybąkała.  -  Nie  jestem  w  stanie  się 

opanować. 

Przed  jej  oczami  wirowały  obrazy  z  Hiss,  słyszała  tysiące  odgłosów  i  okrzyki 

ś

miertelnego  przerażenia,  czuła  zapach  dymu.  Jęczała,  z  jej  ust  dobywały  się  oderwane 

zdania, wypowiadane pod wpływem wspomnień i doznanych niedawno wrażeń; tkwiąc nadal 

w tym chaosie, trzęsła się niczym liść osiki. Czuła niewyraźnie, że Roderick jest przy niej, że 

background image

jego ciepłe dłonie głaszczą ją, a jego usta wypowiadają kojące słowa. Nie była pewna, lecz to 

chyba ona sama uczepiła się go i prosiła gorąco, by jej nie zostawił. 

-  Już  wszystko  minęło,  mój  skarbie  -  powiedział  cicho  i  jakby  w  pośpiechu.  -  Jesteś 

znowu  w  domu,  całkowicie  bezpieczna  przy  mnie.  Kocham  się  ponad  wszystko  w  świecie! 

Nie płacz już, moje maleństwo! 

Wśród dręczących ją upiornych wizji Helga doznała nagle radosnej pewności, że oto 

Roderick  przestał  się  bać  i  wreszcie  zdołał  głośno  wyznać,  że  ją  kocha;  przekonała  się,  że 

może na nim polegać. Jego uczucia były głębokie i czułe, a on umiał je okazywać! 

- Helga, Helga - szeptał zatroskany. - Nie myśl już o tych okropnościach, odpręż się! 

Słyszałaś,  co  powiedział  twój  ojciec:  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  żebyśmy  się  pobrali,  a  ja 

pragnę  tego  tak  gorąco,  że  nie  obchodzi  mnie,  co  mówią  ludzie.  Niepotrzebne  mi  ani 

pieniądze, ani władza, to nieprawda! Pragnę ciebie, tylko ciebie. Jeśli tylko ty zechcesz mnie! 

Helga  uspokoiła  się  trochę.  Wreszcie  zrozumiała,  dlaczego  Roderick  dotychczas  tak 

bronił się przed miłością do niej. Nie chciał, by uważano, że interesuje się nią z uwagi na jej 

pozycję i majątek. Jak on mógł myśleć, że ludzie osądzą go w ten sposób? 

Helga zakryła twarz rękami, próbując odpędzić wciąż powracające koszmarne obrazy. 

Był  w  niej  lęk,  a  jednocześnie  nie  znane  dotychczas  podniecenie,  rozpalone  dotykiem  jego 

dłoni.  W  pewnym  momencie  poczuła,  że  nocna  koszula  zsunęła  się  jej  do  góry,  a  dłonie 

Rodericka spoczywają na jej nagim ciele. 

Nagle  wszystkie  zmory  gdzieś  się  rozpłynęły.  Napięte  mięśnie  rozluźniły  się, 

przepełnione miłym  ciepłem. Westchnąwszy  głęboko, Helga odsłoniła twarz i opuściła  ręce. 

Roderick zaczął delikatnie całować jej szyję, a ona poddawała się jego pieszczotom z lekkim 

uśmiechem  cudownego  upojenia.  A  gdy  jego  usta  odnalazły  jej  usta,  nie  broniła  się  przed 

pocałunkiem,  leżąc  nadal  z  opuszczonymi  rękami  i  zamkniętymi  oczami.  Było  to  dla  niej 

zupełnie  naturalne,  że  Roderick  niecierpliwymi  dłońmi  pieści  jej  ciało,  i  nagle,  nie  zdając 

sobie z tego sprawy, oplotła rękami jego szyję. 

Tylko przez krótką chwilę czuła niepokój i próbowała uwolnić się z jego objęć. Gdy 

jednak  Roderick  przytulił  ją  mocniej,  nie  pozwalając  jej  unieść  się  z  posłania,  szybko  się 

poddała i szepnęła mu czule do ucha: 

- Kocham cię, Rodericku. 

Wiedziała bowiem teraz, że on nie będzie już się bronił przed tymi słowami. 

Z  oczu  Helgi  płynęły  łzy.  Nieznośny  żar  trawił  jej  ciało.  Nie  stawiając  już  żadnego 

oporu, posłuszna jego życzeniom, dała mu wszystko, czego pragnął. 

Roderick  leżał  cicho.  Słychać  było  jedynie  jego  oddech,  ale  i  on  stawał  się  coraz 

background image

spokojniejszy. Helga z czułością i rozmarzeniem głaskała ciemne włosy ukochanego. 

I tak oto wreszcie zasnął Roderick MacCullen. Z twarzą wtuloną w jej ramiona zapadł 

w sen tak głęboki, że nic nie mogło go obudzić. 

Zaraz potem zasnęła także Helga, spokojna i szczęśliwa. 

Roderick obudził się dopiero późnym popołudniem. Gdy otworzył oczy, ujrzał Helgę 

siedzącą przy komódce z piórem w ręce. 

Była już ubrana, a piękne złote włosy miała związane wstążką. 

Roderick uśmiechnął się i patrzył na nią długo, czując, jak serce przepełnia mu miłość. 

Wreszcie spytał: 

- Co robisz? 

Odwróciła się do niego z promiennym uśmiechem na twarzy: 

-  Już  nie  śpisz?  Piszę  list  do  mamy.  Długi  i  szczegółowy.  Mam  dla  niej  mnóstwo 

radosnych nowin.