background image

Bułhakow Michał

Psie serce

Zakład Nagrań i Wydawnictw

Związku Niewidomych

Warszawa 1996

background image

Auuuu. Spójrzcie na mnie, przecież umieram. Zamieć wyje mi w bramie modlitwę za konających, a 
ja wyję razem z nią. 
Przepadłem,   przepadłem.   Łajdak   w   brudnej   białej   czapie   -   kucharz   ze   stołówki   racjonalnego 
żywienia pracowników Centralnej Rady Gospodarki Narodowej - chlusnął wrzątkiem i oparzył mi 
lewy bok. Co za kanalia, a podobno proletariusz. O Boże mój, jak boli! Przeżarło wrzątkiem do 
kości. Wyję teraz i wyję, ale czy to wycie coś pomoże?
No i co ja mu takiego zrobiłem? Czy Rada Gospodarki Narodowej zbiednieje, jeżeli pogrzebię w 
jej   śmietniku?     Zachłanne   bydlę!   Proszę   kiedyś   spojrzeć   na   jego   pysk   -   szerszy   niż   dłuższy. 
Złodziej z mordą jak patelnia. Och, ludzie, ludzie. W południe ugościł mnie wrzątkiem, a teraz już 
się zmierzcha, będzie pewnie około czwartej, sądząc po zapachu cebuli z komendy straży ogniowej 
na Preczystience.  Strażacy,  jak powszechnie  wiadomo,  na kolację jadają kaszę. To wyjątkowe 
świństwo - w rodzaju grzybów.   Nawiasem mówiąc, znajome psy z Preczystienki opowiadały, 
jakoby na Nieglinnym w restauracji „Bar” jada się dyżurne żarcie - grzyby plus sos pikantny za 
trzy ruble siedemdziesiąt pięć kopiejek porcja. Potrawa dla amatora, równie dobrze można lizać 
kalosze... Uuuu...
Bok piecze nie do wytrzymania, dalszy ciąg mojej kariery życiowej widzę najzupełniej wyraźnie: 
jutro pojawią się rany i pytanie, czym je będę leczyć?  Latem poleciałbym na Sokolniki, rośnie tam 
także specjalne bardzo dobre ziele, w dodatku można się nażreć bezpłatnie piętek od kiełbasy, 
wylizać zatłuszczone papiery, które wyrzucają tam obywatele. I gdyby nie jakaś wydra, która na 
łące pod księżycem śpiewa „Boska Aido” tak, że aż serce zamiera, byłoby naprawdę wspaniale. 
Ale zimą dokąd mam iść? Dostawałeś kopniaki w tyłek? Dostawałeś. A cegłą po żebrach? A jakże. 
Dostałem już za swoje. 
Wszystkiego  doświadczyłem,  pogodziłem się z losem i jeśli teraz  rozpaczam,  to wyłącznie  za 
przyczyną fizycznego bólu i zimna, ponieważ duch mój nie osłabł jeszcze do końca...  Żywotny jest 
duch sobaczy.
Ale za to ciało moje udręczone, poranione, pastwili się nad nim ludzie zupełnie wystarczająco. A 
najgorsze, że kiedy chlusnął na mnie, wrzątek dostał się pod sierść, a to znaczy, że nic już nie 
chroni lewego boku. Z łatwością mogę się nabawić, powiedzmy, zapalenia płuc, a z zapaleniem 
płuc, to proszę obywateli, po prostu zdechnę z głodu. Z zapaleniem płuc należy leżeć na frontowej 
klatce pod schodami, a kto wtedy zamiast mnie, samotnego, obłożnie chorego psa, będzie biegać po 
śmietnikach   w   poszukiwaniu   jedzenia?   Choroba   zaatakuje   płuco,   zacznę   pełzać   na   brzuchu, 
osłabnę, a wtedy byle hycel zatłucze mnie kijem na śmierć. A dozorcy z blachami na piersiach 
złapią moje zwłoki za nogi i rzucą na furmankę...
Ze   wszystkich   proletariuszy   dozorcy   są   najpaskudniejsi.     Wyrzutki   społeczeństwa,   najniższa 
kategoria  ludzkości.   Kucharze   jeszcze  zdarzają   się rozmaici.   Na  przykład  nieboszczyk   Włas   z 
Preczystienki.   Niezliczonym   uratował   życie.   Ponieważ   w   czasie   choroby   najważniejsze,   żeby 
dorwać coś do żarcia. No więc, zdarzało się, jak opowiadają stare psy, rzuci czasem Włas kość, a 
na kości jeszcze i pół ćwiartki mięsa.  Niechaj mu ziemia lekką będzie za to, że to był naprawdę nie 
byle   kto,   nadworny   kucharz   hrabiów   Tołstojów,   a   nie   Rady   Racjonalnego   Żywienia.   Co   oni 
wyprawiają w tym Racjonalnym Żywieniu, to się po prostu w psiej głowie nie mieści.  Przecież ci 
dranie na cuchnącym solonym mięsie gotują kapuśniak, a stołownicy, biedactwa, o niczym nie 
mają pojęcia.  Przybiegają, jedzą, chłepcą.
Niektóre maszynistki otrzymują według IX grupy cztery i pół czerwońca, no, co prawda jeszcze 
kochanek podaruje czasem pończochy z fil de Perse. Ale jakie poniżenie musi wycierpieć za te 
fildepersy. Przecież nie żeby tak normalnym sposobem, tylko przymusza do francuskiej miłości. 

background image

S... syny ci Francuzi, mówiąc między nami. Chociaż jadają bogato i zawsze z czerwonym winem. 
Tak...  Przybiegnie taka maszynistka do stołówki, przecież za cztery i pół czerwońca do „Baru” nie 
pójdzie. Jej nawet na kinematograf nie wystarcza, a kinematograf to dla kobiety jedyna pociecha w 
życiu. Drży, krzywi się, ale zjada...  Pomyśleć tylko, płaci czterdzieści kopiejek za obiad z dwóch 
dań, a te obydwa dania nawet i piętnastu niewarte, bo pozostałe dwadzieścia pięć ukradł kierownik. 
A czy w ogóle powinna się tak odżywiać? Ma zajęty wierzchołek prawego płuca i kobiecą chorobę 
na francuskim tle,  w pracy potrącili  z pensji, w stołówce nakarmili  cuchnącym  mięsem,  o, to 
właśnie ona biegnie,  to ona... Wbiega do bramy w  pończochach  od kochanka.    Nogi marzną, 
brzuch podwiewa, dlatego że sierść ma na sobie mniej więcej taką jak moja i majtki nosi leciutkie, 
koronkowe,   aby   nic.   To   dla   kochanka:   niechby   spróbowała   włożyć   flanelowe,   zaraz   zacznie 
wrzeszczeć: jakaś ty nieelegancka! Obrzydła mi moja Matriona, namordowałem się z flanelowymi 
majtkami, aż doczekałem się, nadeszły moje czasy. Jestem przewodniczącym i ile bym nie nakradł, 
wszystko wydam na kobiece ciało, na szyjki rakowe, na Abrau Durco.  Dosyć się nagłodowałem w 
młodości, w zupełności mi wystarczy, a życie pozagrobowe nie istnieje.
Żal mi jej, żal serdecznie.  Ale siebie samego żal mi jeszcze bardziej. Mówię tak nie przez egoizm, 
a tylko dlatego, że naprawdę nie mamy jednakowych warunków. Jej przynajmniej w domu będzie 
ciepło, a mnie...  Dokąd mam iść? Uuuuu!...
- Chodź tu, piesku, chodź! 
Szarik, Szarik... Dlaczego skomlisz, biedaku? Kto cię skrzywdził? Och...
Zamieć sucha wiedźma zatrzasnęła bramę i walnęła miotłą dziewczynę po uszach.   Zadarła do 
kolan spódniczkę, obnażyła kremowe pończochy i wąski rąbek nie dopranej koronkowej bielizny, 
zdusiła słowa, obsypała psa śniegiem.
Boże mój, co za pogoda...  Och... A jeszcze do tego boli brzuch. Pewnie przez tamto mięso! Kiedy 
się to wreszcie skończy?
Pochylając głowę dziewczyna rzuciła się do ataku, sforsowała bramę, na ulicy zaczęło nią kręcić, 
kręcić, ciskać we wszystkie strony, wreszcie zawirowała w śnieżnym wichrze i przepadła z oczu.
A pies został w bramie, dokuczał mu poraniony bok, więc przywarł do zimnej ściany, wstrzymał 
oddech   i   kategorycznie   postanowił,   że   nigdzie   się   stąd   nie   ruszy  i   że   w   tej   bramie   zdechnie. 
Rozpacz   pognębiła   go   dostatecznie.   Tak   boleśnie   i   gorzko   mu   było   na   duszy,   tak   samotnie   i 
strasznie, że z oczu popłynęły malutkie psie łezki, spadały kropelkami i natychmiast wysychały. Z 
uszkodzonego boku sterczały zamarznięte kłaki skołtunionej sierści, a pomiędzy nimi przezierały 
złowieszcze   czerwone   placki   oparzeń.   Ach,   jacy   bezmyślni,   głupi   i   okrutni   bywają   kucharze. 
Zawołała: 
„Szarik”... Jaki on tam, u diabła, Szarik. Szarik to znaczy okrągły, dobrze odżywiony, głupi, żre 
owsiankę,   syn   świetnych   rodziców,   a   on   jest   kosmaty,   kościsty,   obszarpany,   włóczęga   z 
zapadniętym brzuchem, bezdomny kundel. Zresztą dzięki i za dobre słowo.
Trzasnęły drzwi na przeciwległej stronie ulicy w jasno oświetlonym sklepie i z tych drzwi wyszedł 
obywatel.   Właśnie obywatel, a nie towarzysz, a nawet, mówiąc ściśle, wielmożny pan. Bliżej - 
jaśniej - wielmożny pan.  Myślicie, że twierdzę tak ze względu na jego palto? Nonsens.  Bardzo 
wielu proletariuszy nosi teraz palta. Co prawda kołnierze mają inne, nawet nie ma porównania, ale 
mimo wszystko z daleka można się pomylić. Za to jeśli chodzi o oczy, to już nie ma mowy o 
pomyłce ani z bliska, ani z daleka. O, oczy to coś niezwykłego, niczym barometr.  Widać wszystko, 
kto ma wielką pustynię zamiast duszy, kto ni z tego, ni z owego może kopnąć czubkiem buta 
między żebra, a kto się boi. Takiego właśnie lękliwego gnojka miło jest ugryźć w łydkę. Boisz się, 
to masz za swoje. Jeśli się boisz, widocznie masz powody... wrrr...  hau_hau...
Wielmożny pan pewnym krokiem przeszedł jezdnię w śnieżnym słupie zamieci i ruszył do bramy. 

background image

Tak, tak, w tym wypadku wszystko widać gołym okiem. Ten nie będzie jadł cuchnącego mięsa, a 
jeśli mu gdziekolwiek takie zaserwują, zrobi potworny skandal, napisze do gazet...   mnie, Filipa 
Filipowicza, chciano otruć.
Jest coraz bliżej i bliżej.  Widać, że zwykł jadać obficie i że nie kradnie, taki psa nie kopnie, ale 
sam   też   nikogo   się   nie   boi,   a   nie   boi   się   dlatego,   że   stale   jest   najedzony.   Zajmuje   się   pracą 
umysłową, ma ostrą bródkę w stylu francuskim, a także wąsy siwe, puszyste i zawadiackie niczym 
francuscy rycerze,  ale śnieżna kurzawa niesie od niego zapach paskudny,  szpitalny.  Oraz woń 
cygara.
Po kiego czorta, ciekawe, zaniosło go do spółdzielni Centrochozu? Przystanął niedaleko... Na co on 
czeka?  Uuuu... Co też mógł kupić w takim nędznym sklepiku, czy już mu nie wystarcza Ochotnyj 
Riad?  Co to jest? Kiełbasa. Drogi panie, gdybyś zobaczył, z czego oni robią tę kiełbasę, omijałbyś 
ten sklep z daleka. Lepiej niech pan ją odda mnie.
Pies zebrał resztkę sił i w przypływie desperacji wyczołgał się z bramy na chodnik. Zadymka 
wystrzeliła   nad   głową   z   karabinu,   załopotała   ogromnymi   literami   płóciennego   plakatu   „Czy 
odmładzanie jest możliwe?”
Oczywiście,   że   możliwe.   Zapach   kiełbasy   odmłodził   mnie,   podniósł   z   brzucha   na   nogi, 
płomiennymi falami zmarszczył mój pusty od dwóch dni żołądek, pogromca szpitala, rajski zapach 
mielonej kobyły z czosnkiem i pieprzem. Czuję i wiem, w prawej kieszeni futra ma kiełbasę. Już 
jest nade mną. O władco mój!   Spójrz na mnie. Ja umieram.   Sprzedajna jest moja dusza i dola 
paskudna.
Pies pełznął na brzuchu jak żmija, zalewając się łzami.  Proszę zwrócić uwagę na dzieło kucharza. 
Ale nie, pan przecież za żadne skarby nie da mi tej kiełbasy. Och, bardzo dobrze znam bogatych 
ludzi! A tak naprawdę do czego ona panu potrzebna? Na co panu cuchnący koń? Takie trujące 
konie sprzedają tylko w Mosselpromie.   A pan luminarz światowej sławy jadł dzisiaj śniadanie 
dzięki męskim gruczołom płciowym.   Uuu... Co to się dzieje na tym świecie? Widać jeszcze za 
wcześnie na umieranie, a rozpacz zaprawdę jest grzechem. Nie zostaje nic innego, jak tylko lizać 
mu ręce.
Zagadkowy i wielmożny pan pochylił się nad psem, błysnął złotym obramowaniem oczu i wyjął z 
prawej kieszeni białą, podłużną paczkę. Nie zdejmując brązowych rękawiczek rozwinął papier, 
który niezwłocznie zagarnęła zamieć, oderwał kawałek kiełbasy zwanej „specjalną krakowską”. 
Rzucił psu... O szlachetna osobo! Uuu!
- Fit_fit - zagwizdał pan i dodał surowym głosem. - Na!  Szarik, Szarik!

Znowu Szarik. Ochrzcili. A niech pan nazywa mnie, jak chce, zgadzam się na wszystko. Za pański 
nadzwyczajny uczynek.
Pies błyskawicznie zdarł flak, ze szlochem wgryzł się w krakowską i pożarł ją w okamgnieniu. A 
przy   tym   prawie   się   udławił   kiełbasą   i   śniegiem,   aż   łzy   popłynęły   mu   z   oczu,   ponieważ   z 
zachłanności   omal   nie   pożarł   sznurka.   Jeszcze,   jeszcze,   liżę   pańską   rękę.     Spodnie   całuję, 
dobroczyńco mój!
- Na razie wystarczy... - Pan mówił urywanymi zdaniami, jakby wydawał komendy. Pochylił się 
nad Szarikiem, badawczo popatrzył mu w oczy i nieoczekiwanie, z intymną serdecznością dłonią w 
rękawiczce przejechał po psim brzuchu.
- Aha - powiedział znacząco - obroży nie masz, no i bardzo dobrze, właśnie ty jesteś mi potrzebny. 
Maszeruj za mną - pstryknął palcami. - Fit_fit!

background image

Mam iść za panem? A choćby i na koniec świata. Może mnie pan kopać swoimi butami z filcu, a ja 
słowa nie powiem.
Na   całej   Preczystience   świeciły   latarnie.   Bok   bolał   nie   do   wytrzymania,   ale   Szarik   chwilami 
zapominał o bólu pochłonięty jedną jedyną myślą, żeby tylko w ciżbie nie stracić z oczu cudownej 
zjawy w futrze, żeby jakimkolwiek sposobem wyrazić jej miłość i oddanie. I ze siedem razy od 
Preczystienki do Zaułka Obuchowa wyraził.  Ucałował w śniegowiec przy uliczce Martwej, torując 
drogę straszliwym wyciem tak wystraszył  jakąś paniusię, że aż usiadła na słupie, ze dwa razy 
zaskowyczał, żeby podtrzymać litość dla siebie.
Jakiś łajdacki, robiony pod syberyjskiego, kot włóczęga wyskoczył zza rynny i pomimo zamieci 
wywęszył krakowską.  Szarik zapomniał o bożym świecie na myśl, że bogaty dziwak, zbierający 
po bramach poranione psy, również i tego złodzieja zabierze ze sobą, a wtedy przyjdzie dzielić się 
produktem Mosselpromu. Dlatego tak wyszczerzył zęby na kota, że ten z sykiem podobnym do 
syczenia dziurawego szlauchu wdrapał się po rynnie na pierwsze piętro.  Rrr... hau... u! Won! Nie 
wystarczy Mosselpromu dla wszystkich łachmytów, co się włóczą po Preczystience.
Pan ocenił oddanie i pod samą strażą ogniową, pod oknem, z którego dobiegał przyjemny pomruk 
waltorni, nagrodził psa drugim, trochę mniejszym kawałkiem, tak z pięć łutów.
Ech, co za dziwak. Chce mnie zwabić. Może się pan nie obawiać. Sam nie mam zamiaru uciekać. 
Pójdę wszędzie, gdzie pan rozkaże.
- Fit fit fit! Tędy!

Na Obuchowa? Jak pan sobie życzy. Znamy tę ulicę całkiem nieźle.
Fit fit! Tutaj? Z przyjem... 
E, nie, bardzo mi przykro. Nie.  Tu jest szwajcar. Nie ma nic gorszego na świecie. Po wielekroć 
niebezpieczniejszy od dozorcy. Absolutnie znienawidzony gatunek. 
Paskudniejszy od kotów. Hycel w liberii z lampasami.
- No, nie bój się, chodź.
- Kłaniam się nisko, Filipie Filipowiczu.
- Dzień dobry, Fiodorze.

To jest ktoś. Boże mój, komuś ty mnie podrzuciła, dolo moja pieska! Cóż to za osobistość, która 
może uliczne psy wprowadzać do domu spółdzielni mieszkaniowej w obecności szwajcara? A ten 
drań - proszę tylko popatrzeć - stoi bez ruchu i bez słowa! Co prawda oczy ma chmurne, ale 
ogólnie rzecz biorąc patrzy obojętnie spod swojej czapki ze złotym szamerunkiem. Jakby wszystko 
było w porządku. To się nazywa poszanowanie i to jakie, panowie! No, a ja z nim i za nim. I co? 
Możesz mnie pocałować. Żeby tak capnąć za tę proletariacką, spracowaną nogę.   Za wszystkie 
świństwa twoich kolegów po fachu. Ile razy tłukłeś mnie szczotką po mordzie, co?
- No chodź, chodź.

Rozumiem, rozumiem, pan będzie łaskaw się nie niepokoić. Gdzie pan, tam i ja. Proszę mi tylko 
pokazywać drogę, a na pewno nie zostanę w tyle, nie bacząc na mój przerażający bok.
Ze schodów na dół.
- Nie było do mnie listów, Fiodor?

Z dołu na schody, z 

background image

szacunkiem.

- Nie było, Filipie 
Filipowiczu   (intymnie,   półgłosem   do   góry),   a   do   mieszkania   pod   trzecim   towarzyszy 
dokwaterowali.
Dostojny   dobroczyńca   psów   odwrócił   się   gwałtownie   na   stopniu   i   przechylony   przez   poręcz 
zapytał ze zgrozą:
- No i co?

Jego oczy stały się okrągłe, a wąsy stanęły dęba.
Szwajcar na dole zadarł głowę, przyłożył dłoń do warg i potwierdził.
- Tak jest, całe cztery sztuki.
- O mój Boże! Wyobrażam sobie, co teraz się będzie działo w mieszkaniu. A co na to lokatorzy?
- A nic.
- A Fiodor Pawłowicz?
- Pojechał po cegły i parawan. 
Będą stawiać ścianki działowe.
- Diabli wiedzą, co tu się dzieje!
- Do wszystkich, oprócz pańskiego, mieszkań, Filipie 
Filipowiczu,  będą dokwaterowywać. Właśnie było  zebranie, wybrali  nowy zarząd, a poprzedni 
pogonili.
- Co to się wyrabia. Ajaj, ajaj... Fit fit.

Idę,  idę, nie  zostaję. Bok, proszę  łaskawie  zauważyć,  daje znać  o sobie. Pan pozwoli  polizać 
buciczek.
Zniknął na dole lampas szwajcara. Na marmurowym podeście powiało ciepłem od kaloryferów, raz 
jeszcze skręcili - i oto półpiętro.

II

Nie ma żadnego powodu uczyć się czytać, jeśli mięso i tak pachnie na wiorstę. Mimo to (jeśli 
państwo mieszkacie w Moskwie i macie chociaż odrobinę oleju w głowie) chcąc nie chcąc musicie 
się nauczyć i do tego bez żadnych tam kursów. Spośród czterdziestu tysięcy moskiewskich psów 
chyba tylko jakiś kompletnie skretyniały idiota nie potrafi ułożyć z liter słowa „kiełbasa”.
Szarik zaczął uczyć się według kolorów. Jak tylko ukończył cztery miesiące, w całej Moskwie 
rozwieszono błękitnozielone szyldy z napisem Mspo - handel mięsem. Powtarzamy, że nie ma to 
najmniejszego   sensu,   ponieważ   mięso   i   tak   można   wywąchać.   A   raz   zaszło   nieporozumienie: 
kierując   się   na   jadowicie   zielony   kolor,   Szarik,   któremu   zmylił   powonienie   benzynowy   dym 

background image

silnika, zamiast do jatki wlazł do sklepu z towarami elektrotechnicznymi braci Gołubizner na ulicy 
Miasnickiej. I tam, u braci, pies zapoznał się z kablem izolacyjnym, który przewyższa nawet bat 
dorożkarski. Tę niezwykłą, niezapomnianą chwilę należy uważać za początek szkoły. Od razu na 
trotuarze do Szarika dotarło, że „błękitny” nie zawsze oznacza „mięsny”, i wtulając ogon między 
tylne łapy oraz wyjąc z powodu okropnego bólu, przypomniał sobie, że na wszystkich jatkach 
pierwsza od lewej jest taka złota albo ruda pokraka podobna do sanek.
Dalej poszło jeszcze sprawniej. „A” opanował na „Centralrybie” na rogu Mochowej, a potem także 
„B”.   Łatwiej   mu   było   podbiegać   od   ogona   słowa   „ryba”,   dlatego   że   na   początku   słowa   stał 
milicjant.
Kwadratowe kafelki na narożnikach moskiewskich domów zawsze i nieuchronnie znaczyły „Ser”. 
Czarny   kranik   samowara   oznaczał   byłego   właściciela   „Czyczkina”,   kule   czerwonego 
holenderskiego   -   bestialskich   subiektów,   którzy   nienawidzili   psów,   trociny   na   podłodze   i 
obrzydliwy, wstrętnie śmierdzący bachstein.
Jeśli  gdzieś  grał  akordeon, co było  niewiele  lepsze  od „Boskiej  Aidy”  - i pachniały  parówki, 
pierwsze litery na białych plakatach nadzwyczaj wygodnie składały się na słowo „nieprzyzwo... „, 
co oznaczało „nieprzyzwoitymi wyrazami się nie wyrażać, napiwków nie dawać”. Tutaj czasami 
jak wiry na rzece skłębiały się bójki, ludzi bito pięściami po mordach, czasami, niezmiernie rzadko, 
serwetkami albo butami.
Jeśli w oknach wisiały nieświeże szynki i leżały  mandarynki... hau_hau... de...   delikatesy. Jeśli 
ciemne butelki z paskudną cieczą... Wi... wi...  wino... Bracia Jelisiejew niegdysiejsi.
Nieznajomy pan, który przywlókł psa pod drzwi swojego wspaniałego mieszkania na półpiętrze, 
zadzwonił, a pies niezwłocznie podniósł oczy na wielką, czarną ze złoconymi literami wizytówkę, 
która wisiała na boku szerokich, przeszklonych różową, laną szybą drzwi. Trzy pierwsze litery 
złożył od razu: Pe_er_o, Pro.  Ale dalej było zębate, wysokie draństwo niewiadomego znaczenia. 
Czyżby proletariusz - pomyślał Szarik ze zdziwieniem... To być nie może. Uniósł do góry nos, raz 
jeszcze obwąchał futro i absolutnie pewny swego pomyślał. 
- Nie, proletariuszem tu nie pachnie. Słowo uczone i Bóg raczy wiedzieć, co ono znaczy.

Za różową szybą zapłonęło niespodziewane i wesołe światło, jeszcze bardziej uwydatniając czarną 
wizytówkę.   Drzwi   otworzyły   się   absolutnie   bezszelestnie   i   śliczna   młoda   kobieta   w   białym 
fartuszku  i koronkowym  czepeczku  pojawiła  się przed  psem  i jego panem.    Tego pierwszego 
owiało boskie ciepło, a spódniczka kobiety zapachniała konwaliami.
To rozumiem, to mi się podoba 
- pomyślał pies.
- Niech pan będzie łaskaw, Szarik - powiedział ironicznie pan i Szarik, machając ogonem, wszedł z 
nabożnym zachwytem.

Nieprzebrana mnogość przedmiotów zagracała bogaty przedpokój. Natychmiast zapadało w pamięć 
lustro   do   samej   podłogi,   które   niezwłocznie   odzwierciedliło   drugiego   złachmanionego   i 
obszarpanego Szarika, straszne rogi jelenie na wysokościach, nieprzeliczone futra i kalosze oraz 
opalizujący tulipan ze światłem elektrycznym pod sufitem.
- Gdzie pan takiego znalazł, Filipie Filipowiczu? - z uśmiechem pytała kobieta i pomagała zdjąć 
ciężkie, podbite srebrnym lisem futro. - O Boże!  Ale sparszywiały!
- Głupstwa gadasz. Gdzie sparszywiały? - surowo i urywanie wypytywał pan.

background image

Po zdjęciu futra okazało się, że jest w czarnym garniturze z angielskiego sukna, na brzuchu zaś 
radośnie i matowo połyskuje mu złoty łańcuszek.
- Czekaj no, nie kręć się, głuptasie. Hm. To nie parchy...   no stójże, u diabła... Hm. Aha.   To 
oparzenie. Co za drań cię tak urządził? Co? Stój ty spokojnie!

Kucharz, katorżnik kucharz! - żałosnymi ślepiami mówił pies z lekka skowycząc.
- Zina - wydał komendę pan - jego natychmiast do laboratorium, a mnie fartuch.

Kobieta gwizdnęła, pstryknęła parę razy palcami i pies po chwili wahania ruszył za nią. We dwoje 
trafili  do wąskiego,  słabo oświetlonego  korytarza,  minęli  jedne lakierowane drzwi, przeszli  do 
końca, następnie w lewo i znaleźli się w ciemnej komórce, która od razu nie spodobała się psu z 
powodu   złowieszczego   zapachu.   Ciemność   pstryknęła   i   błyskawicznie   przemieniła   się   w 
oślepiający dzień, a do tego ze wszystkich stron zalśniło, zaiskrzyło się, zabielało.
E, nie - zawył w myśli pies - przykro mi, ale się nie dam!  Teraz rozumiem, niech ich diabli wezmą 
razem z kiełbasą. Okazuje się, że zwabili mnie do psiej lecznicy. Zaraz zmuszą do picia rycyny, 
bok pokroją nożem, kiedy i tak boli, że dotknąć nie sposób.
- Ej, ty dokąd? - krzyknęła ta, którą nazwano Ziną.

Pies   wyrwał   się,   zakręcił   i   nagle   uderzył   o   drzwi   zdrowym   bokiem,   aż   trzasnęło   w   całym 
mieszkaniu. Potem odleciał z powrotem, zawirował jak fryga pod batem, przewracając przy tym na 
podłogę białe wiadro, z którego poleciały strzępy waty.   Kiedy tak kołował, wokół przelatywały 
ściany   obstawione   szafami   z   błyszczącymi   instrumentami   w   środku,   migał   biały   fartuszek   i 
wykrzywiona kobieca twarz.
- Co ty wyprawiasz, czorcie kudłaty? - rozpaczliwie krzyczała Zina. - Oszalał!

Gdzie tu mogą być kuchenne schody? - zastanawiał się pies.  Rozpędził się i jak pocisk uderzył na 
chybił trafił w szybę w nadziei, że są za nią drugie drzwi. Chmura odłamków wyleciała z hukiem i 
brzękiem, wyskoczył pękaty słój z rudym paskudztwem, które błyskawicznie zalało całą podłogę i 
buchnęło smrodem.  Rozwarły się prawdziwe drzwi.
- Stój, b_bydlaku! - krzyczał pan, skacząc w fartuchu włożonym na jedną rękę i łapiąc psa za nogi. 
- Zina, łap go za kołnierz, łobuza.
- Bo... Boże, to ci pies!

Drzwi otworzyły się szerzej i wbiegł jeszcze jeden osobnik płci męskiej w fartuchu.  Rozdeptując 
potłuczone szkło rzucił się nie do psa, tylko do szafy, otworzył ją i cały pokój wypełnił słodkawy, 
mdlący zapach. Następnie osobnik własnym brzuchem przydusił psa do podłogi, przy czym pies 
capnął go z satysfakcją powyżej sznurowadeł. Osobnik jęknął, ale nie stracił orientacji. Mdlący 
płyn zaparł psu dech, potem nogi mu odpadły i pojechał gdzieś w bok po krzywiźnie. Dziękuję, 
wszystko skończone - pomyślał w rozmarzeniu, padając wprost na ostre szkło. - Żegnaj, Moskwo! 
Nie zobaczę już więcej Czyczkina ani proletariuszy, ani krakowskiej kiełbasy. Idę do psiego nieba 
za wszystko, co wycierpiałem. Bracia oprawcy, za co mnie tak?
I wtedy ostatecznie upadł na bok i zdechł.

Kiedy zmartwychwstał, troszeczkę kręciło mu się w głowie, odrobinę mdliło w brzuchu, ale boku 

background image

jakby nie było, bok rozkosznie milczał.  Pies otworzył prawe melancholijne oko i kątem tego oka 
zobaczył,   że   jest   ciasno   zabandażowany   w   poprzek   boków   i   brzucha.   Jednak   mnie   załatwili, 
sukinsyny - pomyślał niejasno. - Ale trzeba im oddać sprawiedliwość - sprytnie.
- „Od Sewilli do Grenady... w ciepłym zmroku cichych nocy” - zanucił nad nim roztargniony i 
fałszywy głos.

Pies zdziwił się, otworzył do reszty oboje oczu i o dwa kroki od siebie zobaczył męską nogę na 
białym   taborecie.   Nogawka   i   kalesony   na   tej   nodze   były   podwinięte,   a   goły,   żółty   goleń 
wysmarowany zaschniętą krwią i jodyną.
Święci pańscy! - pomyślał pies 
- okazuje się, że to ja go ugryzłem. Moja robota. No, dostanę lanie!
-   „Rozbrzmiewają   serenady,   zewsząd   słychać   mieczy   brzęk.   A   dlaczego   ugryzłeś   doktora, 
włóczykiju? Co? Dlaczego rozbiłeś szybę? Co?
- Uuu - żałośnie zaskowyczał pies.
- Już dobrze, obudziłeś się, to teraz leż, bałwanie.
- Jak się panu udało, Filipie Filipowiczu, zwabić takiego nerwowego psa? - zapytał sympatyczny 
męski   głos   i   trykotowa   nogawka   kalesonów   opadła   w   dół.   Zapachniało   tytoniem   i   w   szafie 
zadźwięczało szkło.
- Serdecznością. Jedynym sposobem możliwym w obcowaniu z żywą istotą. Terrorem nie można 
zrobić ze zwierzęciem niczego, niezależnie od szczebla rozwoju, na jakim się to zwierzę znajduje. 
Zawsze tak twierdziłem, twierdzę i będę twierdzić. Oni całkowicie błędnie rozumują, sądząc, że 
terror im pomoże. Nie, nie pomoże,  jakikolwiek by był,  biały,  czerwony czy nawet brunatny! 
Terror doszczętnie paraliżuje system nerwowy. Zina!  Kupiłem temu łajdakowi kiełbasę krakowską 
za rubla i czterdzieści kopiejek. Bądź tak dobra i nakarm go, kiedy mu przejdą mdłości.

Zachrzęściło wymiatane szkło i kobiecy głos kokieteryjnie zauważył:
-  Krakowskiej!  Boże,   trzeba  mu  było   kupić  okrawków   za  dwudziestkę  w   jatce.  A   krakowską 
kiełbasę to lepiej sama zjem.
- Tylko spróbuj! Ja ci zjem! 
To   trucizna   dla   ludzkiego   żołądka.   Dorosła   dziewczyna,   a   jak   dziecko   pakuje   do   ust   każde 
świństwo. Ani mi się waż!   Uprzedzam, nie licz ani na mnie, ani na doktora Bormentala, kiedy 
rozboli cię brzuch... „Jeśli powie ktoś, że inna równie piękna jest jak ty...”
Łagodne, perliste dzwoneczki sypały się po całym mieszkaniu, a w oddali z przedpokoju co chwila 
dochodziły głosy. Dzwonił telefon. Zina znikła.
Filip Filipowicz rzucił do wiadra niedopałek papierosa, zapiął fartuch, przed lustrem na ścianie 
wygładził puszyste wąsy i zawołał psa.
- Fit_fit. No nic, nic się nie stało. Idziemy przyjmować pacjentów.

Pies wstał na niepewne łapy, zachwiał się, chwilę dygotał, ale szybko wrócił do równowagi i ruszył 
w ślad za powiewającymi połami Filipa Filipowicza.  Ponownie szedł wąskim korytarzem, ale teraz 
zobaczył, że jest jasno oświetlony rozetą pod sufitem. Kiedy zaś otworzyły się lakierowane drzwi i 
pies wszedł z Filipem Filipowiczem do gabinetu, oślepił go blask.   Przede wszystkim wszędzie 
płonęły światła: płonęły pod stiukami na suficie, płonęły na biurku, płonęły na ścianie, w szybach 

background image

oszklonych   szaf.   Światło   zalewało   bezmiar   przedmiotów,   z   których   najbardziej   interesująca 
okazała się ogromna sowa siedząca na ścianie na konarze.
- Leżeć - rozkazał Filip Filipowicz.

Rzeźbione drzwi po przeciwnej stronie otworzyły się i wszedł tamten, nadgryziony, który teraz w 
jaskrawym świetle okazał się bardzo przystojny, młody ze spiczastą bródką, podał kartkę papieru i 
powiedział:
- Dawny...

Natychmiast bezszelestnie zniknął, a Filip Filipowicz poprawił poły fartucha, usiadł za olbrzymim 
biurkiem i od razu stał się niezwykle dostojny i imponujący.
Nie, to nie lecznica, trafiłem w jakieś zupełnie inne miejsce - w popłochu pomyślał pies i opadł na 
wzorzystość dywanu obok ciężkiej skórzanej kanapy. - A tę sowę to jeszcze wyjaśnimy...
Drzwi   otworzyły   się   miękko   i   wszedł   ktoś,   kto   do   tego   stopnia   wstrząsnął   psem,   że   ten   aż 
szczeknął, ale bardzo nieśmiało...
- Milczeć! Ba, zmienił się pan nie do poznania, drogi panie.

Przybyły nieśmiało i z nadzwyczajnym szacunkiem ukłonił się Filipowi Filipowiczowi.
- Chi_chi! Pan jest magiem i czarodziejem, profesorze - powiedział skonfundowany.
- Niech pan zdejmie spodnie, kochaneczku - rozkazał Filip Filipowicz i wstał.

Chryste Panie - pomyślał pies 
- to ci ananas!

Na głowie ananasa rosły absolutnie zielone włosy, które na karku przechodziły w rdzawy kolor 
tytoniu; twarz ananasa pokrywały zmarszczki, ale cerę miał różową jak noworodek. Lewa noga nie 
zginała się, musiał ciągnąć ją po dywanie, za to prawa podrygiwała jak nakręcana zabawka. W 
klapie wspaniałej marynarki niczym oko tkwił drogocenny klejnot.
Psa nawet mdlić przestało z ciekawości.
- Hau_hau - zaszczekał 
cichutko.
- Milczeć! Jak tam sen, drogi panie?
- He_he. Czy jesteśmy sami, profesorze? To coś nieopisanego 
- wstydliwie zaczął przybyły. - Parole d’honneur, od dwudziestu pięciu lat nie pamiętam czegoś 
podobnego. - Indywiduum ujęło guzik od spodni. - Czy pan uwierzy, profesorze, co noc śnią mi się 
nagie dziewczyny i to całymi stadami. Doprawdy jestem oczarowany. Jest pan cudotwórcą.
- Hm - mruknął z troską Filipowicz, wpatrując się w źrenice gościa.

Ten   wygrał   wreszcie   walkę   z   guzikami   i   zdjął   pasiaste   spodnie.   Pod   spodniami   ukazały   się 
niesłychane   wręcz   kalesony.     Były   kremowego   koloru   w   haftowane   jedwabiem   czarne   koty  i 
pachniały perfumami.
Pies jedwabnych kotów nie zdzierżył i szczeknął tak, że indywiduum aż podskoczyło.

background image

- Oj!
- Dostaniesz lanie! Niech pan się nie boi, on nie gryzie.

Ja nie gryzę? - zdumiał się pies.
Przybyłemu z kieszeni spodni wypadła na dywan mała koperta, na której widniała dziewczyna z 
rozpuszczonymi włosami.   Indywiduum podskoczyło, pochyliło się, podniosło zgubę i strasznie 
poczerwieniało.
- Proszę jednak uważać - ostrzegawczo i posępnie powiedział Filip Filipowicz grożąc palcem. - 
Pomimo wszystko niech pan uważa i nie nadużywa!
- Ja nie nadu... - wymamrotało stropione indywiduum rozbierając się. - Ja tylko, drogi profesorze, 
przeprowadzałem doświadczenie.
- No i co? Jakie były wyniki? 
- spytał surowo Filip 
Filipowicz.
Indywiduum ekstatycznie machnęło ręką.
- Od dwudziestu pięciu lat, przysięgam na Boga, nie zdarzyło mi się nic podobnego. Ostatni raz w 
1899 roku w Paryżu na rue de la Paix.
- A dlaczego pan pozieleniał?

Twarz przybysza zachmurzyła się.
- Przeklęty „Kościotłuszcz”! 
Nie może pan sobie wyobrazić, profesorze, co te obiboki podsunęły mi zamiast farby.  Proszę tylko 
popatrzeć - mamrotał szukając oczami lustra. 
- Za takie rzeczy należy bić po mordzie! - dodał wpadając w furię. - I co mam teraz począć, 
profesorze? - zapytał rozpaczliwie.
- Hm, niech pan ogoli głowę.
- Profesorze - żałośnie wykrzyknął gość - przecież znowu odrosną mi siwe! A oprócz tego nie będę 
się mógł pokazać w biurze. I tak już trzeci dzień nie jeżdżę do pracy. Ech, profesorze, gdyby pan 
odkrył sposób na odmładzanie włosów.
- Nie wszystko naraz, mój drogi - mruczał Filip Filipowicz.

Pochylił się i błyszczącymi oczami obejrzał goły brzuch pacjenta.
- No cóż, wyśmienicie, 
wszystko   w   zupełnym   porządku.     Prawdę   mówiąc,   nawet   nie   oczekiwałem   takiego   rezultatu. 
„Wiele krwi i wiele pieśni.” Może się pan ubierać, drogi panie!
- „Mam dla tej, co 

najpiękniejsza!” - brzękliwym 
niczym patelnia głosem 
podchwycił pacjent i 

promieniejąc zaczął się ubierać.   Kiedy już się oporządził, podskakując i woniejąc perfumami, 
odliczył Filipowi Filipowiczowi paczkę białych banknotów i zaczął czule ściskać mu obie dłonie.
- Dwa tygodnie może mi się pan nie pokazywać - powiedział Filip Filipowicz - ale jednak bardzo 
proszę, niech pan będzie ostrożny.

background image

- Profesorze! - krzyknął już za drzwiami głos pełen ekstazy - może pan być absolutnie spokojny - 
po czym chutliwie zachichotał i przepadł.

Sypki dzwonek przeleciał przez mieszkanie, otworzyły się lakierowane drzwi. Wszedł ugryziony, 
wręczył kartkę Filipowi Filipowiczowi i oznajmił:
-   Wiek   podała   nieprawdziwy.   Ma   jakieś   pięćdziesiąt   cztery,   pięćdziesiąt   pięć   lat.   Tony   serca 
przytłumione.

Znikł, a zamiast niego pojawiła się szeleszcząca dama w zawadiacko zsuniętym na bok kapeluszu i 
w iskrzącej się kolii na wiotkiej, pomiętej szyi. Pod jej oczami wisiały dziwaczne czarne worki, a 
policzki miała różowe jak lalka. 
Dama była strasznie 
zdenerwowana.

- Szanowna pani! Ile ma pani lat? - bardzo surowo zapytał Filip Filipowicz.

Dama przeraziła się i nawet pobladła pod skorupą różu.
- Przysięgam, profesorze, gdyby pan wiedział, jaki dramat przeżywam!
- Ile ma pani lat, szanowna pani? - jeszcze surowiej powtórzył Filip Filipowicz.
- Słowo honoru!... No, 
czterdzieści pięć.
- Szanowna pani - zaapelował Filip Filipowicz - pacjenci czekają. Proszę nie zabierać mi czasu. 
Nie jest pani jedyna!

Pierś damy burzliwie falowała.
- Tylko panu, jako luminarzowi nauki. Ale przysięgam, to coś tak okropnego...
- Ile ma pani lat? - wściekle i piskliwie zapytał Filip Filipowicz, a jego okulary zabłysły.
- Pięćdziesiąt jeden! - skręcając się ze strachu odparła dama.
- Proszę zdjąć majtki, łaskawa pani - z ulgą powiedział Filip Filipowicz i wskazał na wysoki, biały 
szafot w kącie.
- Profesorze, przysięgam - wymamrotała dama, drżącymi palcami rozpinając jakieś zatrzaski na 
pasie. - Ten Moryc... Przysięgam jak na spowiedzi...
- „Od Sewilli do Grenady...” - z roztargnieniem zanucił Filip Filipowicz i nacisnął pedał przy 
marmurowej umywalce. Zaszumiała woda.
-   Przysięgam   na   Boga!   -   mówiła   dama   i   żywe   plamy   przedzierały   się   przez   sztuczne   na   jej 
policzkach.   -   Ja   wiem,   to   moja   ostatnia   namiętność.   Przecież   to   taki   łajdak!   Profesorze!   To 
karciany szuler, o tym wie cała Moskwa. Nie potrafi przepuścić najostatniejszej modystce! Jest taki 
diabelnie młody - mamrotała dama i wyrzucała spod szeleszczących spódnic zmięty koronkowy 
kłąb.

Psu ostatecznie zamąciło się w głowie i przewróciło do góry nogami.
A idźcież wy do diabła - pomyślał mętnie i położył głowę na łapy, zapadając w drzemkę ze wstydu. 

background image

- Nawet nie będę się starał pojąć, o co tu chodzi, i tak nie zrozumiem.
Ze snu wyrwał go brzęk i wtedy zobaczył, że Filip Filipowicz rzucił do miski jakieś połyskujące 
rurki.
Plamista  dama  przyciskając ręce do piersi z nadzieją patrzyła  na Filipa Filipowicza.    Ten zaś 
godnie nachmurzony usiadł za biurkiem i coś zapisał.
- Ja pani przeszczepię jajniki małpy - oznajmił i popatrzył surowo.
- Ach, profesorze, czy 
naprawdę małpy?
- Tak - bezapelacyjnie 
odpowiedział Filip Filipowicz.
- A kiedy operacja? - blednąc pytała dama słabym głosem.
- „Od Sewilli do Grenady...” 
Uhm... w poniedziałek. Rano położy się pani do kliniki. Mój asystent przygotuje panią.
- Ach, kiedy ja nie chcę do kliniki. Czy nie można tu, u pana, profesorze?
- Widzi pani, operuję u siebie tylko w wyjątkowych przypadkach.  To będzie kosztowało bardzo 
drogo, pięćdziesiąt czerwońców.
- Zgadzam się, profesorze!

Znowu poleciała woda, zakołysał kapelusz z piórami, potem pojawiła się łysa jak talerz głowa i jej 
właściciel   uścisnął   Filipa   Filipowicza.     Pies   drzemał,   mdłości   minęły,   więc   rozkoszował   się 
uspokojonym bokiem i ciepłem, nawet chrapnął sobie i zdążył zobaczyć kawałeczek uroczego snu - 
wyrywał sowie cały pęk piór z ogona... a potem zdenerwowany głos kłapnął nad głową.
- Jestem zbyt znany w Moskwie, profesorze. Co mam zrobić?
- Panowie - z oburzeniem krzyczał Filip Filipowicz - przecież tak nie można. Trzeba się hamować. 
Ile ona ma lat?
- Czternaście, profesorze... 
Pan rozumie, rozgłos mnie zgubi.  W najbliższych dniach mam jechać na zagraniczną delegację.
- Ale przecież ja nie jestem prawnikiem, łaskawco... Niech pan poczeka jakie dwa lata i ożeni się z 
nią.
- Jestem żonaty, profesorze.
- Ach, panowie, panowie!

Drzwi   otwierały   się,   zmieniały   twarze,   brzęczały   instrumenty   i   Filip   Filipowicz   pracował   bez 
chwili wytchnienia.
Obleśne mieszkanie - myślał pies - ale jak mi tu dobrze! Po kiego diabła jestem mu potrzebny? A 
może chce mnie zatrzymać? Dziwak! Przecież wystarczy mu okiem mrugnąć, a będzie miał takiego 
psa,   że   tylko   zwariować!   A   może   ja   jestem   ładny?   Widać   mam   szczęście!   A   ta   sowa   to 
paskudztwo... Bezczelna.
Ostatecznie pies obudził się późnym wieczorem, kiedy dzwonki umilkły, dokładnie w chwili, w 
której drzwi wpuściły szczególnych gości. Było ich od razu czworo. Wszyscy młodzi i ubrani 
bardzo skromnie.
A ci czego tu szukają? - ze zdziwieniem pomyślał pies.  Znacznie bardziej nieprzyjaźnie powitał 

background image

przybyłych Filip Filipowicz. Stał przy biurku i patrzył na przybyłych jak dowódca na nieprzyjaciół. 
Nozdrza jego jastrzębiego nosa rozdymały się. Goście dreptali w miejscu stojąc na dywanie.
- Przyszliśmy do pana, 
profesorze - zaczął ten, który miał na głowie wysoką na ćwierć arszyna szopę wyjątkowo gęstych, 
kędzierzawych włosów - w następującej sprawie...
- Chyba niesłusznie panowie w taką pogodę chodzicie bez kaloszy - przerwał mu mentorskim 
tonem Filip Filipowicz. - Po pierwsze, możecie się przeziębić, a po drugie, zabłociliście mi dywan, 
a ja mam wyłącznie perskie dywany.

Ten z szopą umilkł i cała czwórka ze zdumieniem zagapiła się na Filipa Filipowicza.  Milczenie 
trwało   kilka   sekund   i   przerywał   je   tylko   stuk   palców   Filipa   Filipowicza   po   malowanym 
drewnianym talerzu na biurku.
- Po pierwsze, nie jesteśmy panami - powiedział wreszcie najmłodszy z całej czwórki, podobny do 
brzoskwini.
- Po pierwsze - przerwał mu Filip Filipowicz - jest pan kobietą czy mężczyzną?

Czterej znowu umilkli i otworzyli usta. Tym razem pierwszy opamiętał się ten z szopą.
- Co za różnica, towarzyszu? - zapytał dumnie.
-   Jestem   kobietą   -   przyznał   się   brzoskwiniowy   młodzieniec   w   skórzanej   kurtce   i   mocno 
poczerwieniał.

W ślad za nim nie wiadomo dlaczego poczerwieniał jeden z przybyłych, blondyn w papasze.
- Wobec tego może pani zostać w czapce, a pana, szanowny panie, poproszę o zdjęcie nakrycia 
głowy - mentorskim tonem powiedział Filip Filipowicz.
- Nie jestem dla pana 
szanownym panem - ostro odparował blondyn zdejmując papachę.
- My przyszliśmy do was - znowu zaczął czarny z szopą.
- Przede wszystkim, jacy my?
- My, nowy zarząd naszego domu 
-   z   powstrzymywaną   furią   przemówił   czarny.   -   Ja   jestem   Szwonder,   ona   Wiaziemska,   on, 
towarzysz Piestruchin i Szarowkin. I my...
- Czy to was dokwaterowali do mieszkania Fiodora Pawłowicza Sablina?
- Nas - odpowiedział Szwonder.
- Boże, przepadł Kałabuchowski dom! - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz i załamał ręce.
- Czy to ma być żart, 
profesorze?
- Jaki tam żart?! Jestem w zupełnej rozpaczy! - krzyknął Filip Filipowicz. - Co teraz będzie z 
centralnym ogrzewaniem?
- Pan kpi czy o drogę pyta, profesorze Preobrażeński?
- W jakiej sprawie 
przyszliście, państwo, do mnie?  Proszę o pośpiech, mój obiad czeka.
- My, komitet domowy - z nienawiścią zaczął Szwonder - przyszliśmy do pana po zebraniu, w 

background image

którym uczestniczyli  wszyscy mieszkańcy naszego domu, na którym stał problem zagęszczenia 
mieszkań w tym domu...
- Kto stał na kim?! - krzyknął Filip Filipowicz. - Będzie pan łaskaw formułować swoje myśli trochę 
jaśniej.
- Stał problem zagęszczenia.
- Starczy! Zrozumiałem! 
Wiadomo panu, że decyzją z dwunastego sierpnia tego roku moje mieszkanie zwolnione jest od 
wszelkich zagęszczeń i dokwaterowań?
- Wiadomo - odpowiedział Szwonder - ale walne zebranie po rozpatrzeniu pańskiej sprawy doszło 
do wniosku, że globalnie i w szczególności zajmuje pan zbyt duży metraż. Zdecydowanie zbyt 
duży. Sam jeden mieszka pan w siedmiu pokojach.
- Sam jeden mieszkam i pracuję w siedmiu pokojach - odpowiedział Filip Filipowicz. - I bardzo 
przydałby mi się ósmy.  Jest mi niezbędny na bibliotekę.

Wszyscy czworo oniemieli.
- Ósmy! E_he_he - powiedział blondyn pozbawiony nakrycia głowy. - Całkiem nieźle.
- To nie do opisania! - zawołał młodzieniec, który okazał się kobietą.
- Mam poczekalnię i zwracam uwagę, że mieści się tam również biblioteka; jadalnia, mój gabinet, 
to razem trzy.  Laboratorium - cztery. 
Operacyjny - pięć. Moja sypialnia - sześć i pokój dla służby - siedem. Więc za mało...  Zresztą, to 
nieważne. Moje mieszkanie jest zwolnione, nie mamy o czym mówić. Czy mogę wreszcie zjeść 
obiad?
- Pan daruje - powiedział czwarty, podobny do krępego żuka.
-   Pan   daruje   -   przerwał   mu   Szwonder   -   myśmy   przyszli   porozmawiać   w   sprawie   jadalni   i 
laboratorium. Walne zebranie prosi, aby pan dobrowolnie, w trybie dyscypliny pracy, zrezygnował 
z jadalni. Nikt w Moskwie nie ma jadalni.
- Nawet Isadora Duncan - dźwięcznie zawołała kobieta.

Coś się działo z Filipem 
Filipowiczem, coś, wskutek czego twarz delikatnie spurpurowiała, ale nie wydał z siebie żadnego 
dźwięku, czekając na dalszy ciąg.
- I z laboratorium również - kontynuował Szwonder. - Laboratorium spokojnie można połączyć z 
gabinetem.
- Uhm - powiedział Filip Filipowicz trochę dziwnym głosem. - A gdzie ja będę jadał?
- W sypialni - chórem 
odpowiedzieli wszyscy czworo.
Purpura na Filipie Filipowiczu przybrała nieco szarawy odcień.
- Jadać w sypialni - 
powiedział z lekka zduszonym głosem - w laboratorium czytać, ubierać się w poczekalni, operować 
w pokoju dla służby, w jadalni badać pacjentów. Bardzo możliwe, że Isadora Duncan tak właśnie 
postępuje. Być może jada w gabinecie, a w łazience kroi króliki. Być może. Ale ja nie jestem 
Isadorą Duncan! - zaryczał nagle, a purpura jego pożółkła. - Ja będę jadał w jadalni, a operował w 

background image

operacyjnym.   Możecie   to   przekazać   walnemu   zebraniu   i   proszę   uprzejmie   zająć   się   własnymi 
sprawami,  mnie  zaś umożliwić  jedzenie  obiadu tam,  gdzie jadają wszyscy normalni  ludzie,  to 
znaczy w jadalni, a nie w poczekalni i nie w pokoju dziecinnym.
- Wobec tego, profesorze, z powodu pana uporczywych przeciwdiziałań - powiedział wzburzony 
Szwonder - złożymy na pana skargę do wyższych instancji.
- Aha - powiedział Filip Filipowicz - więc to tak? - i głos jego przybrał podejrzanie uprzejmy 
odcień. - Poproszę, żebyście państwo chwileczkę zaczekali.

To ci facet - z zachwytem pomyślał pies - no, po prostu podobny do mnie jak kropla do kropli. 
Och, capnie ich zaraz, och, capnie. Jeszcze nie wiem, jakim sposobem, ale tak capnie... Bierz ich! 
Złapać by tego długonogiego nad cholewą za ścięgno podkolanowe... wrrr...
- Proszę... tak... dziękuję. 
Poproszę Piotra Aleksandrowicza.   mówi profesor Preobrażeński.   Piotr Aleksandrowicz? Cieszę 
się,   że   pana   zastałem.   Dziękuję,   z   moim   zdrowiem   wszystko   w   porządku.   Piotrze 
Aleksandrowiczu, muszę odwołać pańską operację. Co? W ogóle odwołać. Podobnie jak wszystkie 
pozostałe operacje. A oto dlaczego przerywam swoją pracę w Moskwie i w ogóle w Rosji...  Przed 
chwilą pojawiło się u mnie czworo, w tym jedna kobieta przebrana za mężczyznę, dwaj uzbrojeni 
w rewolwery, i sterroryzowali mnie w moim mieszkaniu w celu odebrania jego części.
- Pan pozwoli, profesorze - zaczął Szwonder zmieniając się na twarzy.
- Pan daruje... nie widzę możliwości, żeby powtórzyć wszystko, co oni tu wygadywali.  Nonsensy 
to nie moja specjalność. Wystarczy,  jeśli powiem, że zaproponowali mi, żebym zrezygnował z 
mojego laboratorium. Innymi słowy zmuszają mnie, abym operował tam, gdzie do tej pory kroiłem 
króliki.   W   takich   warunkach   ja   nie   tylko   nie   mogę,   ale   nie   mam   prawa   pracować.   Dlatego 
zaprzestaję praktyki, zamykam mieszkanie i wyjeżdżam do Soczi. 
Klucze mogę zostawić 
Szwonderowi. Niech on operuje.
Wszyscy czworo zastygli. Śnieg topniał na ich butach.
- Co robić... Mnie samemu jest bardzo przykro... Jak? O nie, Piotrze Aleksandrowiczu! O nie. 
Więcej się na to nie zgodzę. 
Moja cierpliwość się wyczerpała.   To już drugi taki przypadek od sierpnia. Jak? Hm... Jak pan 
uważa. Chociażby tak. Ale jeden warunek: obojętne kto, obojętne kiedy, obojętne co, ale żeby to 
był taki papier, na podstawie którego ani Szwonder, ani ktokolwiek inny nie będzie mógł nawet 
zbliżyć się do drzwi mojego mieszkania. Dokument ostateczny. Faktyczny. 
Najprawdziwszy! Żelazny. Żeby zapomniano o moim nazwisku.  Skończone. Umarłem dla nich. 
Tak, tak. Bardzo proszę. Kto? 
Aha... To co innego. Aha...  Dobrze. Oddaję słuchawkę. Pan będzie łaskaw - głosem żmii zwrócił 
się Filip Filipowicz do Szwondera - ktoś chce z panem porozmawiać.
- Pan pozwoli, profesorze - powiedział Szwonder to rozpłomieniając się, to gasnąc - pan wypaczył 
nasze słowa.
- Poprosiłbym o nieużywanie tego rodzaju określeń.

Szwonder wziął słuchawkę i niepewnie powiedział:

background image

- Tak, słucham. Tak... 
Przewodniczący komitetu domowego... My postępowaliśmy zgodnie z przepisami... Ale profesor i 
tak jest w zupełnie wyjątkowej sytuacji... 
Słyszeliśmy o jego pracach...  Chcieliśmy mu zostawić całych pięć pokoi... No dobrze... jeśli tak to 
wygląda... Dobrze...
Potwornie czerwony odwiesił słuchawkę i odwrócił się.
Jakby wylał  na nich  spluwaczkę!  Niezły numer!  - z zachwytem  pomyślał  pies. - Czy on zna 
czarodziejskie zaklęcie, czy jak? No, teraz możecie nawet mnie bić, jak tam sobie chcecie, ale ja się 
stąd nie ruszę.
Pozostała trójka z otwartymi ustami patrzyła na oplutego Szwondera.
- To po prostu haniebne! - nieśmiało wykrztusił opluty.
- Gdyby teraz była dyskusja - zaczęła kobieta płonąc rumieńcem wzburzenia - ja bym udowodniła 
Piotrowi Aleksandrowiczowi...
- Przepraszam, czy pani właśnie w tej chwili zamierza rozpocząć tę dyskusję? - grzecznie zapytał 
Filip Filipowicz.

Oczy kobiety rozgorzały.
- Rozumiem pańską ironię, profesorze, zaraz sobie pójdziemy... Ja tylko jako kierownik sektora 
kulturalnego domu...
- Kie_row_nicz_ka - poprawił Filip Filipowicz.
- Chcę panu zaproponować - i kobieta wyciągnęła zza pazuchy kilka jaskrawych i mokrych od 
śniegu czasopism - kilka czasopism na rzecz niemieckich dzieci. Po pół rubla.
- Nie, nie wezmę - krótko odparł Filip Filipowicz spojrzawszy na czasopisma.

Niesłychane zdumienie odbiło się na twarzach, a kobieta pokryła się żurawinowym nalotem.
- Dlaczego?
- Nie chcę.
- Nie współczuje pan 
niemieckim dzieciom?
- Współczuję.
- Żałuje pan pół rubla?
- Nie.
- Więc dlaczego?
- Nie chcę.

Przez chwilę wszyscy milczeli.
- Wie pan co, profesorze - powiedziała dziewczyna z ciężkim westchnieniem - gdyby nie był pan 
europejskim luminarzem i gdyby nie ujęły się za panem w wyjątkowo oburzający sposób (blondyn 
pociągnął   ją   za   brzeg   kurtki,   machnęła   na   niego   ręką)   osoby,   które,   jestem   pewna,   jeszcze 
wyjaśnimy, należałoby pana aresztować.
- A za co? - z ciekawością zapytał Filip Filipowicz.
- Bo pan nienawidzi proletariatu - dumnie odpowiedziała kobieta.

background image

- Owszem, nie lubię 
proletariatu - ze smutkiem zgodził się Filip Filipowicz i nacisnął guziczek.
Gdzieś w głębi zadzwoniło. 
Otwarły się drzwi do korytarza.
- Zina - zawołał Filip 
Filipowicz - podawaj obiad. 
Państwo pozwolą?
Wszyscy czworo w milczeniu wyszli z gabinetu, w milczeniu minęli poczekalnię i było słychać, jak 
ciężko i głośno zatrzasnęły się za nimi frontowe drzwi.
Pies stanął na tylnych łapach i wykonał przed Filipem Filipowiczem coś w rodzaju muzułmańskiej 
modlitwy.

III

Na malowanych w rajskie kwiaty talerzach z szeroką obwódką leżały cieniutko pokrojone plasterki 
siomgi,   marynowany   węgorz.   Na   ciężkiej   desce   kawałek   sera   z   łezką,   w   srebrnym   wiaderku 
obłożonym śniegiem - kawior. Między talerzami kilka cieniutkich kieliszków i trzy kryształowe 
karafki   z   różnego   koloru   wódką.   Wszystkie   te   przedmioty   znajdowały   się   na   maleńkim 
marmurowym stoliku przytulonym do ogromnego kredensu z rzeźbionej dębiny.  Kredens tryskał 
strumieniami   przeszklonego   srebrzystego   światła.   Na  środku  pokoju  -   stół  ciężki   jak  katafalk, 
zasłany białym obrusem, a na nim dwa nakrycia, serwetki zwinięte na kształt papieskiej tiary i trzy 
ciemne butelki.
Zina wniosła srebrny półmisek z pokrywą. W środku coś powarkiwało. Zapach od półmiska szedł 
taki, że pysk psa natychmiast wypełniła rzadka ślina. Ogrody Semiramidy - pomyślał i niczym 
pałką zastukał ogonem w podłogę.
- Dawać je tutaj - zachłannie polecił Filip Filipowicz. - Doktorze Bormental, błagam pana, niech 
pan zostawi kawior w spokoju. I jeśli chce pan usłuchać dobrej rady, to proszę sobie nalać nie 
angielskiej, tylko zwyczajnej rosyjskiej wódki.

Przystojny   ugryziony   -   był   już   bez   fartucha,   w   przyzwoitym   czarnym   garniturze   -   wzruszył 
szerokimi ramionami, uśmiechnął się uprzejmie i nalał sobie przezroczystej.
- Ostatnia nowinka? - zapytał.
- A niech Bóg broni! - 
odżegnał się gospodarz. - To spirytus. Daria Pietrowna sama świetnie robi wódkę.
-   Nie   powiedziałbym,   Filipie   Filipowiczu,   wszyscy   twierdzą,   że   trzydzieści   stopni   to   całkiem 
przyzwoicie.
- A wódka powinna mieć 
czterdzieści stopni, nie trzydzieści, to po pierwsze - pouczająco przerwał Filip Filipowicz - a po 

background image

drugie, jeden Bóg wie, czego oni tam dolewają.   Czy potrafi pan zgadnąć, co im przyjdzie do 
głowy?
- Dosłownie wszystko - z przekonaniem powiedział ugryziony.
-   Jestem   tego   samego   zdania   -   dodał   Filip   Filipowicz   i   jednym   chluśnięciem   wlał   do   gardła 
zawartość kieliszka. - Mm...  doktorze Bormental, błagam pana, niech pan natychmiast... i jeśli pan 
powie, że to... będę pańskim nieprzejednanym wrogiem do końca życia. „Od Sewilli do Grenady.”

Mówiąc te słowa schwycił łapiastym srebrnym widelcem coś, co przypominało malutki, ciemny 
chlebek. Ukąszony poszedł za jego przykładem. Oczy Filipowicza zabłysły.
- Niedobre? - żując wypytywał Filip Filipowicz. - Niedobre?   Proszę odpowiedzieć, szanowny 
panie doktorze.
- Wyśmienite - szczerze odpowiedział ugryziony.
- Ja myślę... Niech pan zauważy,  Iwanie Arnoldowiczu, piją wódkę pod zupę i zimne zakąski 
wyłącznie nie dorżnięci przez bolszewików obszarnicy.   Każdy chociażby trochę szanujący się 
człowiek stosuje zakąski gorące. A w Moskwie najpierwsza z gorących zakąsek to właśnie to. 
Kiedyś znakomicie przyrządzano je w „Słowiańskim Bazarze”. No.
- Karmi pan psa w jadalni - rozległ się kobiecy głos - a później wołami się go stąd nie wyciągnie.
- Nie szkodzi. Biedak się nagłodował. - Filip Filipowicz na końcu widelca podał psu zakąskę, 
przyjętą z magiczną zręcznością, widelec zaś z brzękiem wrzucił do miseczki z wodą.

Po   chwili   z   talerzy   buchnęła   pachnąca   rakami   para.   Pies   siedział   w   cieniu   obrusa   z   miną 
wartownika przy składzie prochu.   A Filip Filipowicz  zatknął koniec serwetki za kołnierzyk  i 
wygłaszał filipikę:
- Jedzenie, Iwanie 
Arnoldowiczu, to sztuka nieprosta. Jeść trzeba umieć, a niech pan sobie wyobrazi, że większość 
ludzi w ogóle nie umie jeść. Należy nie tylko wiedzieć, co zjeść, ale kiedy i jak (Filip Filipowicz 
znacząco potrząsnął łyżką). I o czym przy tym rozmawiać. Taaak. Jeżeli pan dba o swój system 
trawienny, to moja rada: nie mówić przy obiedzie o bolszewikach i medycynie. I niech Pan Bóg 
broni czytać przed obiadem radzieckie gazety.
- Hm... Ale przecież innych nie ma.
- No więc niech pan żadnych nie czyta. Wie pan, przeprowadziłem trzydzieści obserwacji u siebie 
w klinice. I co pan myśli? Pacjenci, którzy nie czytają gazet, czują się wspaniale. Za to ci, których 
umyślnie zmusiłem do czytania „Prawdy”, tracili na wadze.
- Hm... - z zaciekawieniem mruknął nadgryziony, różowiejąc od zupy i alkoholu.
- Mało tego. Osłabiony odruch kolanowy, marny apetyt, upadek ducha.
- Do diabła...
- Tak. A zresztą, co też ja? 
Sam zacząłem mówić o medycynie.
Filip Filipowicz usiadł wygodniej, zadzwonił i w wiśniowej portierze pojawiła się Zina. Pies dostał 
gruby i blady plaster jesiotra, który mu nie smakował, i zaraz potem kawał krwistego rostbefu. 
Kiedy to pożarł, nagle poczuł, że jest śpiący i już więcej nie może patrzeć na żadne jedzenie. 
Dziwne uczucie - myślał zamykając ciężkie powieki - nie chcę patrzeć na nic, co można zjeść. A 
palenie po obiedzie to głupota.

background image

Jadalnię zapełnił nieprzyjemny sinawy dym. Pies drzemał, położywszy głowę na przednich łapach.
- Saint Julien to przyzwoite wino - usłyszał przez sen - tyle tylko, że go teraz nigdzie nie ma.

Głuchy, przytłumiony sufitami i dywanami chorał doleciał skądś z góry i z boku.
Filip Filipowicz zadzwonił i weszła Zina.
- Zina, co to wszystko znaczy?
- Znowu walne zebranie 
zrobili, Filipie Filipowiczu - odparła Zina.
- Znowu - zawołał z goryczą Filip Filipowicz. - No, teraz się zacznie, przepadł dom Kałabuchowa. 
Trzeba będzie się wyprowadzić. Tylko pytanie, dokąd. Pójdzie jak po maśle.   Najpierw śpiewy 
każdego   wieczora,   następnie   w   ubikacjach   zamarzną   rury,   potem   pęknie   kocioł   centralnego 
ogrzewania i tak dalej. Koniec z Kałabuchowem.
- Filip Filipowicz się 
zamartwia - zauważyła z uśmiechem Zina i wyniosła stos talerzy.
- Jak tu się nie zamartwiać?! 
- zakrzyknął Filip Filipowicz. - Trzeba zrozumieć, co to był za dom!
- Pan zbyt ponuro patrzy na rzeczywistość - zaoponował przystojny i ugryziony. - Oni się teraz 
bardzo zmienili.
- Chyba pan mnie zna, prawda, mój drogi? Jestem człowiekiem faktu, człowiekiem obserwacji. I 
wrogiem nie potwierdzonych hipotez. Wiadomo o tym bardzo dobrze nie tylko w Rosji, ale i w 
Europie.   Jeżeli   coś   mówię,   to   znaczy,   że   mówię   na   podstawie   konkretnego   faktu   z   którego 
wyciągam wnioski. Proszę, oto fakt: wieszak i stojak na kalosze w naszym domu.
- Ciekawe...

Kalosze, głupstwo. Nie w kaloszach szczęście - pomyślał pies. - Ale to osobistość wybitna.
- Weźmy stojak na kalosze. Od 1903 roku mieszkam w tym domu. I oto przez cały ten czas do 
marca 1917 roku nie było ani jednego wypadku - podkreślam czerwonym ołówkiem - ani jednego, 
żeby z klatki schodowej od frontu zginęła choć jedna para kaloszy.  Proszę pamiętać, dwanaście 
mieszkań, a ja przyjmuję pacjentów. W marcu, siedemnastego, pewnego pięknego dnia zginęły 
wszystkie kalosze, w tym dwie pary moich, trzy laski, palto i samowar szwajcara. Od tej chwili 
stojak na kalosze przestał istnieć. Mój drogi! Nie wspominam już o centralnym ogrzewaniu. Nie 
wspominam. Niechaj będzie, ponieważ mamy rewolucję społeczną, nie trzeba palić pod kotłem. 
Pytam tylko, dlaczego, kiedy zaczęła się ta cała historia, wszyscy zaczęli chodzić w brudnych 
koszulach i walonkach po marmurowych schodach? Dlaczego jeszcze do tej pory trzeba zamykać 
kalosze na klucz? I do tego stawiać przy nich na warcie żołnierza, bo inaczej ktoś je ukradnie? 
Dlaczego   zabrano   chodnik   z   frontowych   schodów?   Czy   Karol   Marks   zabrania   trzymania 
chodników   na   schodach?   Czy   Karol   Marks   napisał   gdzieś,   że   wejście   do   drugiej   oficyny 
Kałabuchowskiego domu należy zabić deskami i chodzić dookoła od tyłu przez podwórze? Komu 
to potrzebne? Dlaczego proletariusz nie może zostawić swoich kaloszy na dole, tylko musi brudzić 
marmur?
- Przecież proletariusz, Filipie Filipowiczu, w ogóle nie ma kaloszy - zająknął się ugryziony.
- Nic podobnego! - głosem gromu odpowiedział Filip Filipowicz i nalał sobie szklankę wina. - 
Hm... nie uznaję likierów po obiedzie, powodują ociężałość i paskudnie wpływają na wątrobę... Nic 
podobnego! Proletariusz chodzi teraz w kaloszach... w moich kaloszach! To są te same kalosze, 
które znikły wiosną 1917 roku. Powstaje pytanie: kto je gwizdnął? Ja? Być to nie może. Burżuj 

background image

Sablin? (Filip Filipowicz dziabnął palcem w sufit). Śmieszne przypuszczenie.  Właściciel cukrowni 
Połczow?   (Filip Filipowicz pokazał w bok). W żadnym wypadku! Taaak!   Ale żeby je chociaż 
zdejmowali na schodach (Filip Filipowicz zaczął purpurowieć). Po jakiego diabła zabrano kwiaty z 
podestów?   Dlaczego   elektryczność,   która   gasła,   o   ile   dobrze   pamiętam,   dwa   razy   w   ciągu 
dwudziestu lat, teraz gaśnie dokładnie raz na miesiąc?  Statystyka, doktorze Bormental, to straszna 
rzecz. Pan, który zna moją ostatnią pracę, wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny.
- Chaos, Filipie Filipowiczu.
- Nie - z absolutnym 
przekonaniem   zaprzeczył   Filip   Filipowicz   -   Nie.   Pan   pierwszy,   drogi   Iwanie   Arnoldowiczu, 
powinien się powstrzymać od używania tego słowa. To złudzenie, dym, fikcja. - Filip Filipowicz 
szeroko rozczapierzył krótkie palce i dwa cienie podobne do żółwi poruszyły się na obrusie. - Co to 
takiego ten wasz chaos, stara baba z kosturem? Wiedźma, która wytłukła wszystkie szyby i zgasiła 
wszystkie latarnie?  Przecież ona w ogóle nie istnieje. Jaki sens pan wkłada w to słowo? - zapytał z 
furią Filip Filipowicz nieszczęsną kaczkę z kartonu, wiszącą do góry nogami obok kredensu i sam, 
zamiast niej, odpowiedział. - Wyjaśniam: jeśli zamiast co wieczór operować, zacznę w swoim 
mieszkaniu   śpiewać   chórem,   nastanie   u   mnie   chaos.   Jeżeli   wchodząc   do   ubikacji   zacznę, 
przepraszam za wyrażenie, odlewać się obok muszli i to samo będą robić Zina i Daria Pietrowna, to 
w ubikacji zacznie się chaos. Jak z tego wynika, chaos istnieje nie w klozetach, tylko w głowach. A 
więc kiedy te barytony ryczą: „Precz z chaosem”, zbiera mi się na śmiech (twarz Filipa Filipowicza 
wykrzywiła się tak, że nadgryziony otworzył usta). Mnie to śmieszy, przysięgam panu. To znaczy, 
że każdy z nich powinien dostać w ucho od samego siebie!   I kiedy wreszcie wybije z siebie 
wszelkie halucynacje i zajmie się tym, co do niego należy, sprzątaniem piwnic na przykład, chaos 
zniknie sam z siebie. Nie można służyć dwóm bogom naraz!  Nie można jednocześnie, powiedzmy, 
zajmować   się   podmiataniem   tramwajowych   szyn   i   losem   hiszpańskich   oberwańców!     To   się 
jeszcze nikomu  nie udało, doktorze,  a tym  bardziej  ludziom,  którzy w  ogóle są zapóźnieni  w 
rozwoju w porównaniu z  Europą o jakieś  dwieście  lat  i do tej  pory jeszcze  niezbyt  sprawnie 
potrafią zapinać własne spodnie!
Uniósł się Filip Filipowicz.   Jego jastrzębie nozdrza były rozdęte. Nabrał sił po sytym obiedzie, 
grzmiał niczym pradawny prorok, a głowa jego pobłyskiwała jak srebro.
Słowa padały na drzemiącego psa niczym głuchy podziemny łoskot. To sowa o głupich żółtych 
ślepiach  wyskakiwała   w  sennych   widziadłach,  to   odrażająca  morda  kucharza  w   brudnej  białej 
czapce, to zawadiacki wąs Filipa Filipowicza oświetlony ostrą elektrycznością pod abażurem, to 
opasłe sanie skrzypiały i przepadały, a w psim żołądku rozpadał się pływając w sokach poszarpany 
kawał rostbefu.
Mógłby spokojnie zarabiać forsę na wiecach - mętnie marzył pies. - Kombinator pierwszej klasy. 
Zresztą pewnie i tak śpi na pieniądzach.
- Posterunkowy! - krzyczał 
Filip Filipowicz. - 
Posterunkowy! Uhu_hu_hu! - jakieś bąble pękały w psim mózgu... - Posterunkowy! To i tylko to! I 
absolutnie nieważne, czy będzie z blachą, czy też w czerwonym kepi. Postawić policjanta obok 
każdego człowieka i zmusić tego policjanta, aby hamował wokalne zapędy naszych obywateli. 
Chaos, pan powiada. A ja panu powiem, doktorze, że nic nie zmieni się na lepsze w naszym domu, 
ani w jakimkolwiek innym domu, dopóki nie uspokoi się tych śpiewaków!  Jak tylko zaprzestaną 
swoich koncertów, sytuacja sama z siebie zmieni się na lepsze.
- Kontrrewolucyjne rzeczy pan mówi, Filipie Filipowiczu - żartobliwie zauważył nadgryziony. - 
Nie daj Boże, jeszcze ktoś usłyszy.
-   To   całkiem   bezpieczne   -   żarliwie   zaprzeczył   Filip   Filipowicz.   -   Nie   ma   mowy   o   żadnej 

background image

kontrrewolucji.   Nawiasem   mówiąc,   to   jeszcze   jedno   słowo,   którego   wyjątkowo   nie   cierpię. 
Absolutnie nie wiadomo, co się pod nim kryje. Diabli wiedzą! A więc nadal twierdzę, że w moich 
słowach nie ma żadnej kontrrewolucji. Jest w nich zdrowy rozsądek i doświadczenie.

Filip  Filipowicz  wyciągnął  zza  kołnierzyka   ogon  lśniącej,  pozałamywanej   serwetki,  zmiął   ją  i 
położył obok szklanki z nie dopitym winem. Ukąszony natychmiast wstał i podziękował: 
Merci.
-   Chwileczkę,   doktorze   -   zatrzymał   go   Filip   Filipowicz   wyjmując   portfel   z   kieszeni   spodni. 
Zmrużył oczy, odliczył białe papierki i wręczył je ugryzionemu ze słowami: - Dzisiaj należy się 
panu, Iwanie Arnoldowiczu, czterdzieści rubli. Proszę.

Pokaleczony   przez   psa   grzecznie   podziękował   i   czerwieniejąc   wsunął   pieniądze   do   kieszeni 
marynarki.
- Czy dzisiaj wieczorem jestem panu potrzebny, Filipie Filipowiczu? - zapytał.
- Nie, dziękuję panu, mój drogi. Nic dzisiaj robić nie będziemy. Po pierwsze, królik zdechł, a po 
drugie, dzisiaj w Teatrze Wielkim „Aida”. A ja jej dawno nie słyszałem. Lubię...   Pamięta pan? 
Duet... 
Tari_ra_rim...
- Jak się panu udaje wszędzie zdążyć, Filipie Filipowiczu? - z podziwem zapytał lekarz.
-   Zdążyć   wszędzie   może   ten,   kto   nigdzie   się   nie   spieszy   -   pouczająco   wyjaśnił   gospodarz.   - 
Oczywiście, gdybym  zaczął biegać po zebraniach i śpiewać całymi dniami jak słowik, zamiast 
wykonywać   moje   bezpośrednie   obowiązki,   nigdzie   bym   nie   zdążył.   -   Pod   palcami   Filipa 
Filipowicza   w   kieszeni   niebiesko   zagrała   pozytywka.   -   Ósma   minęła...   Pojadę   na   drugi   akt... 
Jestem zwolennikiem podziału pracy. W Teatrze Wielkim niechaj śpiewają, a ja będę operować. I 
bardzo   dobrze.   Żadnego   chaosu.     Jeszcze   jedno,   Iwanie   Arnoldowiczu,   niech   pan   koniecznie 
dopilnuje, jak tylko trafi się odpowiedni zgon, natychmiast wprost ze stołu w płyn odżywczy, i do 
mnie!
- Może pan być spokojny, Filipie Filipowiczu, patolodzy już mi obiecali.
- Świetnie, a my na razie poobserwujemy tego ulicznego neurastenika. Niech mu się tymczasem 
bok zagoi.

Troszczy się o mnie - pomyślał pies. - To bardzo dobry człowiek. Wiem, kto to jest.  Czarodziej, 
mag, cudotwórca z bajki dla psów... Bo chyba niemożliwe, żebym to wszystko widział we śnie. A 
jeśli to sen? 
- Pies we śnie zadygotał. - A kiedy się obudzę... wszystko zniknie. I lampy w jedwabiu, i ciepło, i 
sytość. Znowu zaczną się bramy,  obłąkańcze zimno, oblodzony asfalt, głód, źli ludzie... Śnieg, 
stołówka...  Boże, jak mi będzie ciężko!

Ale nic podobnego się nie stało. Właśnie brama rozwiała się jak ohydny koszmar i już więcej nie 
powróciła.
Widocznie nie taki groźny jest chaos. Nie bacząc na nic dwa razy dziennie szare harmonijki pod 
parapetami rozgrzewały się i ciepło falami płynęło po całym mieszkaniu.
Jasne i oczywiste - pies wyciągnął najwspanialszy pieski los. W jego oczach nie mniej niż dwa razy 

background image

dziennie wzbierały łzy wdzięczności pod adresem mędrca z Preczystienki. Poza tym wszystkie 
lustra w salonie i w poczekalni między szafami odbijały pięknego psa - szczęściarza.
Jestem piękny.  A być  może jestem nieznanym  księciem  incognito - rozmyślał  pies patrząc na 
kosmatego psa koloru kawy, który z zadowoloną mordą spacerował w lustrzanych dalach.  Bardzo 
możliwe, że moja babka zgrzeszyła z wodołazem. Stąd zapewne na moim pysku ta biała łata. Bo 
niby   skąd   jeszcze?     Filip   Filipowicz   jest   człowiekiem   o   wyjątkowym   guście   i   na   pewno   nie 
przygarnie pierwszego lepszego skundlonego psa.
W ciągu tygodnia pies zeżarł tyle, ile w ciągu sześciu poprzednich głodowych tygodni na ulicy. 
Oczywiście, jeżeli liczyć na kilogramy. No, a już o jakości jedzenia u Filipa Filipowicza nawet nie 
ma co mówić. Jeśli nawet nie brać pod uwagę tego, że Daria Pietrowna codziennie kupowała za 
osiemnaście   kopiejek   górę   okrawków   na   rynku   Smoleńskim,   wystarczy   wspomnieć   obiady   o 
siódmej wieczorem w jadalni, przy których pies asystował pomimo protestów wytwornej Ziny.  W 
czasie tych obiadów Filip Filipowicz ostatecznie uzyskał rangę bóstwa. Pies stawał na tylnych 
łapach i żuł marynarkę, pies poznawał dzwonek Filipa Filipowicza - dwa pełnodźwięczne krótkie 
naciśnięcia pana domu - i ze szczekaniem wybiegał go witać do przedpokoju. Pan wchodził w 
srebrzystej lisiurze, rozjarzony milionem śnieżnych gwiazdek, pachnący mandarynkami, cygarami, 
perfumami,  cytrynami,  benzyną,  wodą kolońską, i jego głos jak trąba bojowa huczał w całym 
mieszkaniu.
- Ty świnio, dlaczego 
rozszarpałeś sowę? Przeszkadzała ci? Przeszkadzała, pytam? A profesora Miecznikowa dlaczego 
rozbiłeś?
- Temu psu, Filipie 
Filipowiczu,   trzeba   choćby   raz   przyłożyć   pejczem   -   z   oburzeniem   mówiła   Zina   -   bo   inaczej 
rozpuści się jak dziadowski bicz. Proszę zobaczyć, co zrobił z pana kaloszami.
- Nikogo nie wolno bić - denerwował się Filip Filipowicz 
- zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Na człowieka i na zwierzę należy wpływać wyłącznie siłą 
przekonywania. Czy dostał już dzisiaj mięso?
- O Boże, przecież obżarł nas wszystkich. Jak pan nawet może pytać, Filipie Filipowiczu.  Dziwne, 
że się jeszcze nie rozpękł.
- No i niech je na zdrowie... 
Co ci zrobiła sowa, bandyto?
- Uuu! - skowyczał pies lizus i pełzał na brzuchu wykręcając łapy.

Następnie wleczono go za kołnierz przez poczekalnię do gabinetu. Pies wył, odgryzał się, wczepiał 
w dywan, jechał na zadzie jak w cyrku. Pośrodku gabinetu, na dywanie leżała szklistooka sowa z 
rozprutym brzuchem, z którego sterczały jakieś czerwone szmaty śmierdzące naftaliną. Na biurku 
spoczywał doszczętnie roztrzaskany portret.
- Naumyślnie nie posprzątałam, żeby pan mógł sam zobaczyć - meldowała zmartwiona Zina - 
przecież ten drań wskoczył na biurko i cap ją za ogon! Zanim się połapałam, już było po niej. 
Niech pan mu wsadzi sowę w mordę, Filipie Filipowiczu, żeby popamiętał, co to znaczy niszczyć 
rzeczy.

I zaczynało się wycie. Psa wczepionego w dywan ciągnięto do sowy, a pies szlochał przy tym 
gorzkimi łzami i myślał: Bijcie, tylko nie wyrzucajcie z mieszkania.
-   Sowę   odesłać   do   wypchania   jeszcze   dzisiaj.   Oprócz   tego   masz   tu   osiem   rubli   i   oddzielnie 

background image

osiemnaście kopiejek na tramwaj, pojedź do Miura i kup mu przyzwoitą obrożę z łańcuchem.

Następnego dnia psu założyli szeroką, błyszczącą obrożę.   Kiedy spojrzał w lustro, w pierwszej 
chwili bardzo się zmartwił, podwinął ogon i poszedł do łazienki rozważając, jak się jej pozbyć, 
zaczepić o kufer czy lepiej o skrzynię. Ale bardzo prędko zrozumiał, że jest po prostu głupi. Zina 
wyprowadziła   go   na   spacer   po   Zaułku   Obuchowa.   Szedł   jak   aresztant,   mało   nie   spalił   się   ze 
wstydu, ale kiedy już doszli Preczystienką do cerkwi Zbawiciela, zdążył już świetnie zrozumieć, 
czym jest w życiu obroża. Wściekła zawiść gorzała w ślepiach wszystkich napotkanych psów, a 
przy   uliczce   Martwej   jakiś   długonogi   kundel   z   obciętym   ogonem   obszczekał   go   nazywając 
„obszarniczym   ścierwem”   i   „cwelem”.   Kiedy   przechodzili   przez   szyny   tramwajowe,   milicjant 
popatrzył na obrożę z szacunkiem i satysfakcją, a kiedy wrócili, stała się rzecz nieprawdopodobna - 
szwajcar Fiodor własnoręcznie otworzył frontowe drzwi i wpuścił Szarika, a do Ziny powiedział: 
„Uch, ty, ale kudłacza sprawił sobie Filip Filipowicz. A jaki nadzwyczajnie tłusty!”
- Ja myślę - wyjaśniła śliczna i rumiana od mrozu Zina - żre za sześciu.

Obroża   znaczy   dokładnie   to   samo   co   teczka   -   zażartował   w   myśli   pies   i   kręcąc   zadem 
pomaszerował na półpiętro jak panisko.
Doceniwszy obrożę zgodnie z jej wartością pies udał się z pierwszą wizytą do najważniejszego 
sektora raju, tam gdzie do tej pory wstęp był mu najsurowiej zakazany, a mianowicie do królestwa 
kucharki Darii Pietrowny. Całe mieszkanie nie było warte nawet dwóch piędzi jej królestwa. Dzień 
w   dzień,   w   czarnej,   wyłożonej   od   góry   białymi   kaflami   kuchni   huczał   i   buzował   płomień. 
Potrzaskiwało w palenisku pod płytą. W purpurowych odblaskach gorzała odwieczną płomienną 
udręką i nieukojoną namiętnością twarz Darii Pietrowny. Twarz jej lśniła tłusto, połyskiwała w 
modnej fryzurze na uszy, z koszyczkiem jasnych włosów na karku, jarzyły się dwadzieścia dwa 
fałszywe   brylanty.   Na   hakach   wbitych   w   ściany   wisiały   złote   rondle,   w   całej   kuchni   kipiało 
zapachami, bulgotało i syczało w zakrytych naczyniach...
- Won! - wrzasnęła Daria Pietrowna. - Won, przybłędo, doliniarzu. Ciebie tu tylko brakowało! Jak 
wezmę pogrzebacz!...

No, o co ci chodzi? No, czego krzyczysz? - pies przymilnie mrużył ślepia. - Jaki tam ze mnie 
doliniarz? Czy nie zauważyła pani obroży? - I właził bokiem w drzwi wsuwając do środka mordę.
Pies Szarik posiadał tajemnicę zjednywania ludzkich serc. Już po dwóch dniach leżał w kącie obok 
kosza z węglem i patrzył, jak pracuje Daria Pietrowna.  Ostrym, wąskim nożem odrąbywała głowy 
i łapki bezradnym jarząbkom, następnie niczym rozwścieczony oprawca zdzierała z kości mięso, 
kurom wyrywała wnętrzności, coś tam przekręcała przez maszynkę do mięsa, a tymczasem Szarik 
znęcał się nad ptasią głową. Z miski mleka Daria Pietrowna wyciągała kawałki rozmoczonej bułki, 
ugniatała   je   na   desce   z   mięsną   miazgą,   zalewała   to   wszystko   śmietanką,   posypywała   solą   i 
formowała na deseczce kotlety.  Pod płytą huczało niczym przy pożarze, a na patelni skwierczało, 
pieniło   się   i   podskakiwało.   Z   łoskotem   odskakiwały   fajerki,   obnażając   straszliwe   czeluści,   w 
których klekotał i buzował płomień.
Wieczorem   gasła   kamienna   paszcza,   w   oknie   kuchni   nad   białą   zazdrostką   trwała   dostojna   i 
zawiesista noc z Preczystienki, odznaczona samotną gwiazdą. Kuchenna podłoga była wilgotna, 
tajemniczo i mgliście błyskały rondle, na stole leżała strażacka czapka. Szarik spoczywał na ciepłej 
płycie niczym lew w bramie i z ciekawości stawiając na sztorc jedno ucho patrzył, jak nadzwyczaj 
wzburzony   czarnowąsy   człowiek   z   szerokim   skórzanym   pasem,   za   przymkniętymi   drzwiami 
pokoju Ziny i Darii Pietrowny obejmuje Darię Pietrownę. Cała jej twarz, z wyjątkiem martwo 
upudrowanego nosa, płonęła namiętnością i udręką. 

background image

Świetlista szczelina leżała na portrecie czarnowąsego i zwisał z niego rozan - ręcznik wielkanocny.
- Przyczepił się dosłownie jak demon - mruczała w półmroku Daria Pietrowna. - Odczep się!  Zina 
zaraz przyjdzie. Ty co, całkiem, jakby cię odmłodzili?
-   Nam   to   niepotrzebne   -   kiepsko   panując   nad   sobą,   ochryple   mówił   czarnowąsy.   -   Jakżeś   ty 
płomienna!

Wieczorami gwiazda 
Preczystienki znikała za ciężkimi portierami i jeżeli w Teatrze Wielkim nie szła akurat „Aida” i nie 
było   posiedzenia   Wszechrosyjskiego   Towarzystwa   Chirurgicznego,   bóstwo   znajdowało   się   w 
gabinecie w głębokim fotelu. Nie płonęły ognie pod sufitem. Paliła się tylko jedna zielona lampa na 
biurku. Szarik leżał na dywanie w cieniu i oglądał rzeczy przerażające. W obrzydliwej, mętnej i 
gryzącej  cieczy  leżały  ludzkie   mózgi.   Ręce  bóstwa  obnażone  po łokcie,  w  rudych   gumowych 
rękawiczkach,   śliskie,   obłe   palce,   grzebały,   gmerały   w   zwojach.   Od   czasu   do   czasu   bóstwo 
uzbrajało się w malutki, błyszczący nożyk i ostrożnie przecinało żółte, sprężyste mózgi. „Aż do 
najświętszych brzegów Nilu” - cichutko nuciło bóstwo, przygryzając wargi i wspominając złociste 
wnętrze Teatru Wielkiego.
O tej godzinie kaloryfery nagrzewały się do ostatecznych granic. Ciepło od nich płynęło pod sufit, 
stamtąd   rozchodziło   się   po   całym   pokoju,   a   w   psich   kudłach   ożywała   ostatnia,   jeszcze   nie 
wyczesana osobiście przez Filipa Filipowicza, ale już skazana na zagładę pchła.  Dywany tłumiły 
dźwięki w mieszkaniu. A później gdzieś daleko zadźwięczały drzwi wejściowe.
Zinka poszła do kinematografu 
- myślał pies - a to znaczy, że kiedy wróci, będziemy jeść kolację. Dzisiaj, jak należy przypuszczać, 
będą sznycle cielęce!

   *         *        *

W ten straszny dzień jeszcze rano Szarika ukłuło coś w rodzaju przeczucia. Wskutek czego nagle 
zaskomlał i pierwsze śniadanie - pół miski owsianki i wczorajszą baranią kość - zjadł w ogóle bez 
apetytu. Smętnie przespacerował się do poczekalni i tam cichutko powył do swojego odbicia. Ale 
w  ciągu  dnia, już potem,  kiedy Zina  wyprowadziła  go na spacer  na bulwary,  dzień  mijał  jak 
zwykle. Pacjentów dzisiaj nie było, ponieważ, jak wiadomo, we wtorki przyjęć nie ma, i bóstwo 
siedziało w gabinecie, rozłożywszy na biurku jakieś ciężkie księgi z barwnymi obrazkami. Czekano 
na obiad.   Pies nieco się ożywił,  kiedy sobie przypomniał, że jak dokładnie dowiedział  się w 
kuchni,   na   drugie   danie   będzie   indyczka.   Idąc   korytarzem   usłyszał,   jak   w   gabinecie   Filipa 
Filipowicza nieoczekiwanie i nieprzyjemnie zadzwonił telefon.  Filip Filipowicz wziął słuchawkę, 
posłuchał i nagle bardzo się zdenerwował.
- Wyśmienicie - powiedział - niech pan natychmiast przywiezie, natychmiast!

Śpiesznie zadzwonił, a kiedy weszła Zina, polecił niezwłocznie podawać obiad.
- Obiad! Obiad! Obiad!

background image

W jadalni od razu zadźwięczały talerze, Zina zakrzątnęła się, z kuchni doleciało zrzędzenie Darii 
Pietrowny, że indyczka jeszcze niegotowa. Pies znowu poczuł niepokój.
Nie lubię zamieszania w domu - pomyślał... I jak tylko pomyślał, zamieszanie przybrało jeszcze 
bardziej  nieprzyjemny charakter.  Przede wszystkim  dzięki  pojawieniu  się ugryzionego  niegdyś 
doktora Bormentala, który przywiózł ze sobą brzydko pachnącą walizkę i nie rozbierając się nawet 
poszedł z nią korytarzem wprost do laboratorium. Filip Filipowicz porzucił filiżankę z nie dopitą 
kawą,   co   mu   się   nigdy   nie   zdarzało,   i   wyszedł   na   spotkanie   Bormentala,   co   również   się   nie 
zdarzało.
- Kiedy umarł? - zawołał.
- Trzy godziny temu - 
odpowiedział Bormental, nie zdejmując zaśnieżonej czapki i otwierając walizeczkę.
Kto znowu umarł? - ponuro i niechętnie pomyślał pies i wlazł pod nogi. - Nie znoszę, kiedy tak 
latają.
- Nie plącz się pod nogami! 
Prędzej, prędzej, prędzej! - krzyknął Filip Filipowicz na wszystkie strony i jak się wydało psu, 
zaczął naciskać wszystkie dzwonki. Przybiegła Zina. - Zina! Do telefonu Darię Pietrownę, niech 
zapisuje, nikogo nie przyjmę! Ty będziesz potrzebna. Doktorze Bormental, błagam pana, prędzej, 
prędzej, prędzej!
Nie podoba mi się, nie podoba 
- pies zasępił się urażony i zaczął łazić po mieszkaniu, a tymczasem krzątanina skoncentrowała się 

laboratorium. Zina nagle ukazała się w fartuchu podobnym do całunu i biegała teraz z kuchni do 
laboratorium i z powrotem.
Pójść może coś zjeść czy co?  Pies z nimi - pomyślał pies i tu go spotkała niespodzianka.
- Szarikowi nic nie dawać - zagrzmiała komenda z laboratorium.
- A kto go tam upilnuje!
- Zamknąć!

I Szarika podstępem zamknięto w łazience.
Chamstwo - pomyślał Szarik siedząc w mrocznej łazience - i zwyczajna głupota...
Przesiedział w łazience około kwadransa w dziwnym stanie ducha - ni to w furii, ni to w ciężkiej 
depresji. Wszystko było smętne, niejasne...
Dobra, zobaczy pan jutro swoje kalosze, wielce szanowny Filipie Filipowiczu - myślał pies. - Już 
dwie pary musiał pan kupić, kupi pan jeszcze jedną. Żeby pan psów nie zamykał.
Ale nagle coś przerwało jego gniewne myśli. Znienacka, nie wiadomo dlaczego, przypomniał sobie 
kawałek   swojej   najwcześniejszej   młodości   -   słoneczne,   ogromne   podwórze   przy   Rogatce 
Preobrażeńskiej, odłamki słońca w potłuczonych butelkach, rozbite cegły, wolne psy włóczęgi.
Nie, gdzie tam, na żadną wolność stąd nie wyjdę, nie ma co się okłamywać  - smucił się pies 
pociągając nosem. - Jestem psem mojego pana, kulturalnym stworzeniem, zaznałem już lepszego 
życia.   Zresztą   czym   jest   wolność?   Dymem,   fikcją,   ułudą...   Majakami   tych   nieszczęsnych 
demokratów...
Potem półmrok w łazience stał się przerażający, pies zawył, rzucił się na drzwi i zaczął je drapać.
Uuu! - jak w beczkę poleciało przez mieszkanie.

background image

A   sowę   znowu   rozszarpię   -   wściekle,   lecz   bezsilnie   pomyślał   pies.   Następnie   osłabł,   chwilę 
poleżał, a kiedy wstał, sierść mu się nagle zjeżyła i nie wiadomo dlaczego w wannie przywidziały 
się odrażające wilcze ślepia.
W apogeum jego udręki drzwi się otworzyły. Pies wyszedł, otrząsnął się i ponuro ruszył do kuchni, 
ale Zina za obrożę powlokła go do laboratorium.  Chłód ścisnął mu serce.
Po co tam jestem potrzebny? - pomyślał podejrzliwie. - Bok już się zagoił, nic nie rozumiem.
I pojechał na łapach po śliskim parkiecie i tym sposobem został doprowadzony do laboratorium. A 
tam od razu wstrząsnęła nim niesłychana jasność. Biała kula pod sufitem lśniła tak, że aż biło po 
oczach.   W   białym   blasku   stał   kapłan   i   przez   zęby   nucił   o  świętych   brzegach   Nilu.   Tylko   po 
niewyraźnym zapachu można było poznać Filipa Filipowicza. Jego podstrzyżoną siwiznę ukrywała 
biała czapka, przypominająca kłabuk patriarchy. Bóstwo było całe w bieli, a na tę biel niczym 
epitrachelion nałożony był wąski, gumowy fartuch. 
Dłonie - w czarnych 
rękawiczkach.

Również i nadgryziony był w kłabuku. Długi stół był rozstawiony, a do niego z boku przysunięto 
maleńki, czworokątny na lśniącej nodze.
Teraz  pies  najbardziej  znienawidził  ugryzionego  i  najbardziej  za jego dzisiejsze oczy.  Zwykle 
odważne   i  prostoduszne,  teraz  uciekały   we  wszystkie   strony  przed  ślepiami   psa.   Były  czujne, 
fałszywe, a w ich głębi przyczaiło się coś niedobrego, jakieś obrzydlistwo, jeśli nie zbrodnia. Pies 
spojrzał na niego ciężko, ponuro i odszedł w kąt.
- Zina, obroża - niegłośno powiedział Filip Filipowicz - tylko go nie zdenerwuj.

Oczy   Ziny   błyskawicznie   stały   się   równie   paskudne   jak   nadgryzionego.   Podeszła   do   psa   i 
pogłaskała go jawnie fałszywie.  Pies spojrzał na nią ze smutkiem i pogardą.
No cóż... jest was troje... 
Jeśli zechcecie, to weźmiecie.  Tylko że powinno być wam wstyd... Żebym chociaż wiedział, co ze 
mną zrobicie...
Zina zdjęła obrożę, pies potrząsnął łbem i parsknął.   Przed nim wyrósł nadgryziony i mdlący, 
wstrętny zapach rozprzestrzeniał się wokół niego.
Tfu, paskudztwo... Dlaczego tak mnie mdli i dlaczego mi tak straszno... - pomyślał pies i cofnął się 
przed ugryzionym.
- Prędzej, doktorze - 
niecierpliwie powiedział Filip Filipowicz.
Mocno i słodko zapachniało powietrze. Ugryziony nie spuszczając z psa łajdackich czujnych oczu, 
wyciągnął zza pleców prawą rękę i szybko podsunął psu pod nos kawał wilgotnej waty. Szarik 
osłupiał, leciutko zakręciło mu się w głowie, ale jeszcze zdołał odskoczyć. Ugryziony skoczył za 
nim i nagle zalepił mu watą całą mordę. Psu z miejsca zaparło oddech, ale jeszcze raz zdołał się 
wyrwać. Złoczyńca... - przeleciało przez głowę. - Za co? - Jeszcze raz oblepiono watą i wtedy 
znienacka   w   środku   laboratorium   ukazało   się   jezioro,   a   na   nim   w   łódkach   bardzo   wesołe, 
pozagrobowe, niebywale różowe psy. Pozbawione kości nogi ugięły się.
- Na stół! - wesoło runęły gdzieś słowa Filipa Filipowicza i rozpłynęły się w pomarańczowych 
strugach.   Przerażenie zniknęło, nastało wesele. Przez jakieś dwie sekundy gasnący pies kochał 
ugryzionego.  Następnie cały świat przewrócił  się do góry nogami.  Zdążył  jeszcze poczuć pod 

background image

brzuchem chłodną, ale przyjemną dłoń. Potem - już nic.

IV

Na wąskim stole operacyjnym leżał na plecach pies Szarik, a jego głowa bezradnie uderzała o białą 
ceratową  poduszkę. Brzuch miał  już wygolony,  a teraz  doktor Bormental,  sapiąc z pośpiechu, 
wgryzał się maszynką w sierść na łbie Szarika. Filip Filipowicz, wsparty dłońmi o krawędź stołu, 
oczami   lśniącymi   niczym   złota   oprawka   jego   okularów   obserwował   tę   procedurę   i   mówił 
wzburzony:
-   Najważniejszy   moment,   Iwanie   Arnoldowiczu,   będzie   wtedy,   kiedy   dostanę   się   do   siodełka 
tureckiego.  Błagam pana, niech pan mi wtedy błyskawicznie  poda infundibulum i natychmiast 
szyjemy. Jeżeli mi się tam zacznie krwawienie, stracimy czas i psa też stracimy. Zresztą on i tak nie 
ma najmniejszych szans. - Zamilkł, zmrużył oko, zajrzał w jakby ironicznie na wpół przymknięte 
oko psa i dodał: - A wie pan, żal mi go.   Proszę sobie wyobrazić, że zdążyłem  się do niego 
przyzwyczaić.

I jednocześnie wznosił ręce, jakby błogosławił na trudną drogę nieszczęsnego psa Szarika.  Starał 
się, żeby nawet pyłek nie spadł na czarną gumę.
Spod wystrzyżonej sierści zabłysła biaława skóra psa.  Bormental odrzucił maszynkę i uzbroił się 
w brzytwę. Namydlił bezsilny łebek i zaczął golić.  Pod ostrzem głośno chrzęściło, gdzieniegdzie 
wystąpiła   krew.     Ogoliwszy   głowę   ugryziony   przetarł   ją   tamponem   zmoczonym   w   benzynie, 
następnie rozciągnął goły brzuch psa i powiedział odsapując: „Gotowe”.
Zina odkręciła kran nad umywalką i Bormental rzucił się do mycia rąk. Zina polała je spirytusem z 
butelki.
- Czy mogę już iść, Filipie Filipowiczu? - zapytała, bojaźliwie zezując na ogolony psi łeb.
- Możesz.

Zina przepadła. Bormental krzątał się nadal. Lekkimi serwetkami z gazy obłożył  łeb Szarika i 
wtedy na poduszce ukazała się nigdy dotąd nie widziana łysa psia czaszka i dziwaczna brodata 
morda.
Wtedy poruszył się kapłan.  Wyprostował się, spojrzał na psi łeb i powiedział:
- No to pobłogosław nas, Panie Boże. Skalpel.

Bormental z błyszczącego stosu na stoliku wyjął maleńki, brzuchaty nożyk i podał go kapłanowi. 
Następnie przyoblekł się w takie same czarne rękawiczki jak i kapłan.
- Śpi? - zapytał Filip 
Filipowicz.
- Śpi.

background image

Zacisnęły się zęby Filipa Filipowicza, oczka nabrały ostrego, kłującego blasku, a kiedy machnął 
nożykiem,   wyrysował   na   brzuchu   Szarika   precyzyjną   i   długą   ranę.   Skóra   rozstąpiła   się,   we 
wszystkie strony trysnęła krew. Bormental rzucił się jak drapieżnik i zaczął kawałami gazy uciskać 
ranę Szarika, a następnie maleńkimi szczypczykami przypominającymi szczypce do cukru zacisnął 
brzegi   i   rana   wyschła.   Na   czole   Bormentala   wystąpiły   pęcherzyki   potu.   Filip   Filipowicz   ciął 
ponownie i obaj zaczęli rozrywać ciało Szarika hakami, nożycami, jakimiś klamrami. Wyskoczyły 
różowe i żółte tkanki, płaczące krwawą rosą. Filip Filipowicz wiercił i ciął skalpelem, a potem 
krzyknął: „Nożyczki!”.
Instrument mignął w rękach ugryzionego jak w rękach magika.  Filip Filipowicz sięgnął do środka i 
po kilku obrotach wyrwał z ciała Szarika jego jądra z jakimiś strzępkami.   Bormental zupełnie 
mokry z zapału i wzburzenia podbiegł do szklanego naczynia i wyjął z niego inne mokre i obwisłe 
gruczoły płciowe. W dłoniach profesora i asystenta skręciły się skacząc krótkie wilgotne struny. 
Zamigotały półokrągłe igły w klemach i jądra zostały wszyte zamiast poprzednich psich. Kapłan 
odsunął się od rany, dotknął jej kawałkiem gazy i wydał komendę:
- Niech pan, doktorze, 
błyskawicznie szyje skórę. - A potem spojrzał na okrągły zegar ścienny.
- Zrobiliśmy w czternaście minut - przez zaciśnięte zęby wycedził Bormental i wbił zakrzywioną 
igłę w zwiotczałą skórę.

Następnie obaj zaniepokoili się jak mordercy, którym spieszno.
- Skalpel - krzyknął Filip Filipowicz.

Skalpel wskoczył mu do ręki jakby sam z siebie i wtedy twarz Filipa Filipowicza stała się straszna. 
Wyszczerzył   porcelanowe   i   złote   koronki   i   jednym   ruchem   nałożył   na   łeb   Szarika   czerwony 
wianek. Skórę ogoloną z włosów odrzucono jak skalp. Obnażono kości czaszki. 
Filip Filipowicz krzyknął:
- Trepan!

Bormental podał mu błyszczącą korbkę. Gryząc wargi Filip Filipowicz wetknął wiertło i zaczął 
borować w czaszce Szarika maleńkie dziurki w odległości centymetra jedna od drugiej dookoła 
całej czaszki. Na każdą dziurkę tracił nie więcej niż pięć sekund. Potem zaczął piłować piłą o 
niesłychanym   kształcie,   wsuwając   jej   pysk   w   pierwszą   dziurkę   -   tak   piłuje   się   drzewo   na 
pudełeczko  do robót ręcznych.  Czaszka cichutko popiskiwała i trzęsła się. Po trzech minutach 
pokrywa czaszki Szarika została zdjęta.
I wtedy obnażyła się kopuła mózgu - szara w niebieskawych żyłkach i czerwonych plamach.  Filip 
Filipowicz wgryzł się nożyczkami w opony i otworzył je. Raz trysnęła cienka fontanna krwi i omal 
nie trafiła profesora w oko, skropiła biały kaptur. Bormental ze skręconą pincetą rzucił się jak 
tygrys, żeby zacisnąć, i zacisnął. Z Bormentala spełzał strumieniami pot, a jego twarz stała się 
mięsista i wielobarwna. Jego oczy latały od dłoni profesora do tacy z narzędziami, stojącej na 
stoliku   instrumentacyjnym.     Filip   Filipowicz   zaś   stał   się   doprawdy   przerażający.   Z   jego   nosa 
wylatywało syczenie, zęby obnażyły się do samych dziąseł.  Zdarł opony z mózgu, wdarł się gdzieś 
bardzo głęboko, wydobywając z otwartej jamy półkule mózgu. W tejże chwili Bormental zaczął 
blednąć. Objął jedną ręką pierś Szarika i ochryple powiedział:
- Tętno gwałtownie spada...

background image

Filip Filipowicz spojrzał na niego jak dzikie zwierzę, coś wymamrotał i wdarł się jeszcze głębiej. 
Bormental z chrzęstem ułamał koniec szklanej ampułki, wyciągnął z niej wszystko do strzykawki i 
podstępnie ukłuł Szarika w okolice serca.
-   Wchodzę,   idę   do   tureckiego   siodła   -   zaryczał   Filip   Filipowicz   i   zakrwawionymi   śliskimi 
rękawiczkami   wyjął   z   czaszki   szarożółty   mózg   Szarika.     Na   sekundę   zwrócił   oczy   na   mordę 
Szarika i Bormental natychmiast ułamał koniec drugiej ampułki z żółtym płynem, który wciągnął 
do długiej strzykawki.
- W serce? - zapytał 
nieśmiało.
- Pan się jeszcze pyta? - wściekle zaryczał profesor. - Wszystko jedno, on już i tak zdechł panu co 
najmniej pięć razy. Niech pan kłuje! Czy to do pomyślenia? - Jego twarz wyglądała jak twarz 
natchnionego rozbójnika.

Doktor z rozmachu łatwo wbił igłę w serce psa.
- Żyje, ale ledwie ledwie - wyszeptał nieśmiało.
- Nie ma czasu na dyskusje, żyje czy nie żyje - wychrypiał straszny Filip Filipowicz. - Jestem w 
siodle. Zdechnie tak czy inaczej... ach, ty... „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” Niech pan mi 
poda przysadkę.

Bormental podał mu szklane naczynie, w którym pływała na nitce biała grudka. Jedną ręką (Nie ma 
sobie równych w Europie... jak Boga kocham! - niejasno pomyślał Bormental) profesor wyciągnął 
rozhuśtaną   grudkę,   a   drugą   nożyczkami   wystrzygł   identyczną   gdzieś   tam   w   głębi   między 
rozwartymi półkulami. Tę Szarika rzucił na talerz, a nową wsunął do mózgu razem z nitką i swoimi 
krótkimi palcami, które cudownym sposobem stały się nagle cienkie i wrażliwe, zamotał ją tam 
bursztynową   nitką.   Następnie   wyrzucił   z   mózgu   jakieś   rozpórki,   pincetę,   schował   mózg   z 
powrotem w kościaną czaszkę, odsunął się i już spokojniej zapytał:
- Oczywiście zdechł?
- Tętno nitkowate - 
odpowiedział Bormental.
- Powtórzyć adrenalinę.

Profesor zasłonił mózg oponami, odpiłowaną pokrywę przyłożył na swoje miejsce, naciągnął skalp 
i zaryczał:
- Niech pan szyje!

Bormental zaszył głowę w ciągu pięciu minut, łamiąc przy tym trzy igły.
I oto na poduszce pojawiła się na krwawym tle zmartwiała, zagasła morda Szarika z okrężną raną 
na   głowie.   Wtedy   też   Filip   Filipowicz   odpadł   ostatecznie   niczym   syty   wampir,   zerwał   jedną 
rękawiczkę,   wyrzucając   z   niej   obłok   przepoconego   talku,   drugą   rozdarł,   rzucił   na   podłogę   i 
zadzwonił naciskając guzik w ścianie. W progu pojawiła się Zina, odwrócona, żeby nie patrzeć na 
Szarika we krwi.  Kapłan zdjął kredowymi dłońmi zakrwawiony kłabuk i krzyknął:
- Zina, natychmiast podaj mi papierosa. Potem wanna i czysta bielizna.

Oparł   podbródek   o   krawędź   stołu,   dwoma   palcami   uniósł   prawą   powiekę   psa,   zajrzał   w 
niewątpliwie umierające oko i powiedział:

background image

- No tak, u diabła. Nie zdechł. Ale zdechnie tak czy inaczej. Ech, doktorze Bormental, żal mi psa, 
był taki serdeczny, chociaż straszny chytrus.

V
Z pamiętnika 
doktora Bormentala

Cienki zeszyt formatu papieru listowego. Zapisany pismem doktora Bormentala. Na pierwszych 
dwóch stronach jest ono bardzo staranne, wyraźne, zwarte, a na dalszych zamaszyste, niespokojne, 
z mnóstwem kleksów.

22 grudnia 1924. Poniedziałek.

Historia choroby

Pies laboratoryjny mniej więcej dwuletni. Samiec.  Rasa_kundel. Imię - Szarik.  Sierść rzadka, w 
kępkach, maść - bura podpalana. Na prawym boku blizny po całkowicie zagojonym oparzeniu. 
Odżywianie przed przybyciem do profesora - złe; po tygodniowym pobycie - wyjątkowo utuczony. 
Waga - 87kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura...
23   grudnia.   O   godz.   #/8#30   wieczorem   przeprowadzona   została   pierwsza   w   Europie   operacja 
według metodyki prof. 
Preobrażeńskiego: pod narkozą (chloroform) usunięto Szarikowi jądra, a na ich miejsce zostały 
przeszczepione jądra wraz z nasieniowodami i przydatkami pobrane od dwudziestoośmioletniego 
mężczyzny, który zmarł 4 godziny i 4 minuty przed operacją, przechowane w sterylnym płynie 
fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego.
Bezpośrednio   po   tym   została   usunięta   przysadka   (po   trepanacji   czaszki)   i   zastąpiona   ludzką, 
pobraną od wyż. wym.  mężczyzny.
Zastosowano 87cm chloroformu, 1 iniekcję kamfory, dwie iniekcje adrenaliny dosercowo.
Cel operacji: eksperyment  prof. Preobrażeńskiego  polegający na jednoczesnym  przeszczepieniu 
przysadki   i   jąder   w   celu   wyjaśnienia   problemu   przyrastania   przysadki   oraz   jej   wpływu   na 
odmładzanie ludzkiego organizmu.
Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński.
Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental.
Noc   po   operacji:   powtarzające   się   niebezpieczne   zanikanie   tętna.   Oczekiwanie   za   zejście. 

background image

Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego.
24 grudnia, rano. Poprawa. 
Oddech dwukrotnie przyspieszony.  Tętno ledwie wyczuwalne, temperatura 42 stopnie. Kamfora, 
kofeina podskórnie.
25   grudnia.   Ponownie   pogorszenie.   Tętno   ledwie   wyczuwalne,   kończyny   zimne,   źrenice   nie 
reagują. Adrenalina dosercowo, kamfora wg Preobrażeńskiego, dożylnie płyn fizjologiczny.
26   grudnia.   Nieznaczna   poprawa.   Tętno   180,  oddech   92,   temperatura   41.   Kamfora,   odżywcze 
lewatywy.
27 grudnia. Puls 152, oddech 50, temperatura 39,8, źrenice reagują, kamfora podskórnie.
28   grudnia.   Znaczna   poprawa.   W   południe   znienacka   zlewne   poty,   temperatura   37.   Rany 
pooperacyjne bez zmian.  Opatrunek. Pojawia się apetyt. 
Odżywianie płynne.
29   grudnia.   Stwierdzone   nagłe   wypadanie   sierści   na   czole   i   bokach   tułowia.   Wezwani   na 
konsylium   -   profesor   katedry   chorób   skórnych   Wasilij   Wasilewicz   Bundariow   i   dyrektor 
moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego.  Uznali, że przypadek nie jest opisany w 
literaturze. Diagnoza pozostała nie ustalona.  Temperatura normalna.

Notatka ołówkiem:
Wieczorem pojawiło się pierwsze szczeknięcie (godz.  #/8#15). Zwraca uwagę gwałtowna zmiana 
tembru i obniżenie tonacji. Szczekanie zamiast wyrazów  „hau_hau” brzmi „a_o”, swoją barwą 
bardzo niewyraźnie przypomina jęk.
30   grudnia.   Wypadanie   sierści   przybrało   charakter   ogólnego   wyłysienia.   Ważenie   dało 
nieoczekiwany rezultat: waga 307kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży.
31 grudnia. Apetyt kolosalny.

Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano:
O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A_B_yr.

Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano:
1 grudnia (przekreślone, poprawione) 1 stycznia 1925.  Rano sfotografowaliśmy go. Ze szczęścia 
szczeka „Abyr”, powtarzając to słowo głośno i jakby radośnie. O #/3#00 po południu (dużymi 
literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny.  Wieczorem powtórzył osiem razy z 
rzędu: „Abyrtnec”.
Ukośnymi literami ołówkiem - profesor rozszyfrował słowo „Abyrtnec”, znaczy ono „Centryba”... 
Coś potwor...

Do zeszytu włożono kartkę.
Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty.

background image

Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego.
O godz. #/1#13 - głębokie omdlenie. Prof. Preobrażeński padając uderzył  głową o poprzeczkę 
krzesła. Tinctura Valeriana.
W obecności mojej i Ziny pies (o ile oczywiście można go nazwać psem) zwymyślał profesora 
Preobrażeńskiego najgorszymi słowami.
Przerwa w notatkach.
     

6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem).
Dzisiaj, po tym, kiedy odpadł mu ogon, powiedział najzupełniej wyraźnie słowo „knajpa”. Pracuje 
fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego.

Nie wiem, co o tym myśleć.
            

Profesor przestał przyjmować pacjentów. Od godziny #/5#00 z laboratorium, w którym spaceruje 
to stworzenie, wyraźnie słychać wulgarne przekleństwa i słowa „jeszcze raz podwójne”.
7 stycznia. Wymawia bardzo wiele słów: „drynda”, „miejsc brak”, „gazeta wieczorna”, „najlepszy 
prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją w rosyjskim leksykonie.
Wygląda   dziwnie.   Sierść   została   mu   tylko   na   głowie,   podbródku   i   piersiach.   W   pozostałych 
miejscach jest łysy i obciągnięty zwiotczałą skórą.  Organy płciowe stają się męskie. 
Głowa znacznie powiększona.  Czoło niskie, ustawione pod kątem.

Jak Boga kocham, chyba 
zwariuję.

Filip   Filipowicz   ciągle   jeszcze   czuje   się   nie   najlepiej.     Obserwację   prowadzę   przeważnie   ja 
(fonograf, fotografie).

Po mieście rozpełzły się plotki.

Skutki nieobliczalne. Dzisiaj w dzień cała ulica była zatłoczona jakimiś nierobami i staruchami. 
Gapie jeszcze do tej pory stoją pod oknami. W porannych gazetach pojawiła się zdumiewająca 
informacja: „Plotki o Marsjaninie w Zaułku Obuchowa są niczym nie uzasadnione.  Roznoszą je 
przekupnie z Sucharowki i będą surowo karani”. Jaki, u diabła, Marsjanin? Przecież to koszmar.

background image

Jeszcze   lepiej   napisali   w   „Wieczornej”,   że   mianowicie   urodziło   się   dziecko,   które   gra   na 
skrzypcach. Obok rysunek: skrzypce i moja fotografia z podpisem: „Prof. Preobrażeński, który 
zrobił matce cesarskie cięcie”. To coś niewyobrażalnego... On wymawia nowe słowo: „milicjant”.
          

Okazuje się, że Daria 
Pietrowna   była   we   mnie   zakochana   i   gwizdnęła   zdjęcie   z   albumu   Filipa   Filipowicza.   Kiedy 
przepędziłem reporterów, jeden z nich jednak wkręcił się do kuchni itd.

Co się dzieje w godzinach przyjęć! Dzisiaj były 82 dzwonki. Telefon jest wyłączony.  Bezdzietne 
kobiety zwariowały i pchają się...

Komitet domowy w pełnym składzie ze Szwonderem na czele.  Po co - sami nie wiedzą.
      

8 stycznia. Późnym wieczorem postawiliśmy diagnozę. Filip Filipowicz, jako prawdziwy uczony, 
przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a całkowite uczłowieczenie 
organizmu (podkreślone trzy razy).  Ale nie pomniejsza to jednak znaczenia jego niebywałego, 
wstrząsającego odkrycia.
Tamten dzisiaj po raz pierwszy przespacerował się po mieszkaniu. W korytarzu pękał ze śmiechu 
patrząc na żarówkę.   Następnie w towarzystwie Filipa Filipowicza i moim udał się do gabinetu. 
Dobrze się trzyma na tylnych  łapach (przekreślone)...   na nogach i sprawia wrażenie małego i 
kiepsko zbudowanego mężczyzny.
Śmiał się również w gabinecie.  Uśmiech ma nieprzyjemny i jakby sztuczny. Następnie podrapał 
się w kark, rozejrzał i zapisałem nowe wyraźnie wypowiedziane słowo, „Burżuje”. Klął. Klnie 
metodycznie, bez najmniejszej przerwy i niewątpliwie absolutnie bezmyślnie. 
Przekleństwa mają trochę fonograficzny charakter - jakby to stworzenie słyszało gdzieś dawno 
temu nieprzyzwoite słowa, które podświadomie automatycznie zarejestrowało w swoim mózgu, a 
teraz wypluwa je na pęczki.  Niech mnie diabli wezmą, a zresztą nie jestem psychiatrą.
Na Filipie Filipowiczu te przekleństwa wywierają zdumiewająco przygnębiające wrażenie. Bywają 
chwile, kiedy przestaje być opanowanym, chłodnym obserwatorem nowych zjawisk i jakby traci 
cierpliwość. I na przykład w czasie tego pomstowania nagle wykrzyknął nerwowo: „Przestań!”
Efekt był równy zeru.
Po przechadzce do gabinetu wspólnym wysiłkiem umieściliśmy Szarika w laboratorium.
A  następnie  odbyliśmy  z Filipem  Filipowiczem  naradę.    Muszę  przyznać,  że po raz  pierwszy 
widziałem, jak ten pewny siebie i zdumiewająco mądry człowiek nie wiedział, co począć. Swoim 
zwyczajem nucąc zapytał: „No i co my teraz zrobimy?” I sam sobie odpowiedział, dosłownie tak: 
„Moskonfekcja,   tak...   od   Sewilli   do   Grenady.   Moskonfekcja,   drogi   doktorze...   „   Nic   nie 
zrozumiałem. Profesor wyjaśnił: 

background image

„Bardzo pana proszę, Iwanie Arnoldowiczu, aby pan kupił psu bieliznę, spodnie i marynarkę”.
9 stycznia. Leksykon wzbogaca się co pięć minut (przeciętnie) o nowe słowo; od dzisiejszego rana 
mówi  też zdaniami. Wygląda na to, że zamrożone  w świadomości  odmarzają  i wychodzą. Od 
wczorajszego wieczora fonograf nagrał: „nie pchać się”, „drań”, „nie czepiać się tramwaju”, „ja ci 
pokażę”, „uznanie Ameryki”, „prymus”.
10   stycznia.   Odbyło   się   ubieranie.   Podkoszulek   pozwolił   sobie   włożyć   bardzo   chętnie,   nawet 
wesoło   chichotał.   Na   kalesony   nie   zgodził   się,   wyrażając   protest   ochrypłymi   wrzaskami:   „Do 
kolejki, sucze dzieci, do kolejki!” Został ubrany. Skarpetki są za duże.
W zeszycie jakieś schematyczne rysunki według wszelkich oznak ukazujące przekształcanie się 
psiej nogi w ludzką.
Wydłuża się tylna część szkieletu stopy (planta).  Wydłużają się palce. Pazury.
Powtórna systematyczna nauka używania toalety. Służba straszliwie przygnębiona.
Ale należy podkreślić, że stworzenie jest pojętne. Robi znaczne postępy.
11 stycznia. Już całkowicie pogodził się ze spodniami.  Wypowiedział długie, wesołe zdanie: „Daj 
papierosa ze swej łaski, bo masz dziś spodnie w szerokie paski”.
Sierść na głowie - słaba, jedwabista. Łatwo pomylić  z włosami. Ale na ciemieniu nadal jakby 
podpalany. Dzisiaj wylazła resztka puchu z ucha. Apetyt kolosalny. Pasjami żre śledzie.
O   godzinie   piątej   po   południu   wydarzenie   -   po   raz   pierwszy   słowa,   które   wypowiedziało 
stworzenie, nie były oderwane od otaczających zjawisk, lecz stały się reakcją na nie. A mianowicie 
- kiedy profesor rozkazał mu: 
„Nie rzucaj resztek na podłogę”, niespodziewanie odpowiedziało: 
„Odwal się, gnido”.
Filip Filipowicz był wstrząśnięty, potem opanował się i powiedział: „Jeśli jeszcze raz pozwolisz 
sobie nawymyślać mnie albo doktorowi, to oberwiesz”.
W tym momencie fotografowałem Szarika. Ręczę, że zrozumiał słowa profesora. Ponury cień legł 
na jego twarz. Popatrzył spode łba, dosyć niechętnie, ale ucichł.
Hurra, rozumie!
12 lutego. Wkłada ręce do kieszeni spodni. Oduczamy od przeklinania. Gwizdał: „Ech, jabłoczko”. 
Podtrzymuje rozmowę.
Nie mogę się powstrzymać od 
paru hipotez, niech chwilowo 
diabli wezmą odmładzanie. Co 
innego jest nieporównywalnie 
ważniejsze - niebywały 
eksperyment profesora 
Preobrażeńskiego odsłonił jedną z tajemnic ludzkiego mózgu. Od tej chwili zagadkowa funkcja 
przysadki - gruczołu dokrewnego umieszczonego w mózgu - została wyjaśniona. Przysadka określa 
ludzką   osobowość.   Jej   hormony   można   uznać   za   najważniejsze   w   organizmie   -   to   hormony 
osobowości. Nowa dziedzina nauki - bez retorty Fausta stworzono homunkulusa. Skalpel chirurga 
powołał do życia nową jednostkę ludzką. Profesor Preobrażeński jest kreatorem. Kleks.
Zresztą, zboczyłem z tematu...  A więc Szarik podtrzymuje rozmowę. Według moich przypuszczeń 
sprawa wygląda następująco: wszczepiona przysadka zaktywizowała ośrodek mowy w psim mózgu 
i   popłynął   potok   słów.   Moim   zdaniem   mamy   do   czynienia   z   rozwijającym   się   ożywionym 

background image

mózgiem, a nie z mózgiem stworzonym od nowa. Cóż za cudowne potwierdzenie teorii ewolucji! 
O wy, wspaniałe szczeble ewolucji, od psa do chemika Mendelejewa! Jeszcze jedna moja hipoteza 
- mózg Szarika w okresie jego psiego życia zgromadził nieprzebrane mnóstwo pojęć. Wszystkie 
słowa, których zaczął używać w pierwszej kolejności - słowa ulicy - słyszał je i zachował w swoim 
mózgu. Teraz, idąc ulicą, z ukrytym przerażeniem patrzę na napotkane psy. Jeden Bóg wie, co 
kryje się w ich mózgach.
           

Szarik czyta. Czytał (trzy wykrzykniki). To ja się tego domyśliłem. Po „Centrorybie”. Że czytał od 
końca. I nawet znam rozwiązanie tej zagadki - tkwi ono w specyfice nerwów wzrokowych psa.

            

Co się w Moskwie wyrabia, tego ludzki rozum nie ogarnie.  Siedmiu handlarzy z Sucharowki już 
siedzi za rozpowszechnianie plotek o końcu świata spowodowanym przez bolszewików. 
Opowiadała o tym Daria Pietrowna 
i nawet wymieniła dokładną datę 
- 28 listopada 1925 roku, w dzień świętego Stefana Męczennika ziemia zderzy się z osią niebios... 
Jacyś  szarlatani wygłaszają już odczyty.  Takie pandemonium wynikło z tej przysadki, że choć 
zwiewaj, gdzie pieprz rośnie. Przeniosłem się do Preobrażeńskiego na jego prośbę i sypiam w 
poczekalni razem z Szarikiem. Rolę poczekalni pełni teraz laboratorium. Szwonder miał jednak 
rację. Komitet domowy triumfuje. W szafach nie ma ani jednej szyby, ponieważ skakał. Z trudem 
oduczyliśmy.

            

Z Filipem dzieje się coś dziwnego. Kiedy mu opowiedziałem o swoich hipotezach - mam nadzieję, 
że rozwój psychiczny Szarika osiągnie bardzo wysoki poziom - chrząknął i zapytał: 
„Tak pan myśli?” Ton był złowieszczy. Czyżbym się mylił?  Stary coś wymyślił... W czasie kiedy 
prowadzę historię choroby, Filip Filipowicz siedzi nad historią człowieka, od którego wzięliśmy 
przysadkę.
            

Kartka włożona do zeszytu.
Klim   Grigoriewicz   Czugunkin,   lat   25,  kawaler.   Bezpartyjny,   sympatyk.   Trzykrotnie   sądzony  i 
uniewinniony.  Pierwszy  raz   z  powodu  braku  dostatecznych  dowodów,  drugi  raz   uratowało  go 
pochodzenie społeczne, trzeci raz wyrok 15 lat katorgi z zawieszeniem. Kradzieże. Zawód - gra po 
knajpach na bałałajce.
Wyjątkowo niskiego wzrostu, źle zbudowany. Wątroba powiększona (alkohol). Przyczyna śmierci 

background image

- cios nożem w serce w knajpie („Sygnał Stop”) na Rogatce Preobrażeńskiej.
            

Stary bez chwili przerwy siedzi nad historią choroby Klima. O co chodzi - nie rozumiem. Coś 
mruczał,   że   trzeba   było   dokładnie   obejrzeć   w   prosektorium   całe   zwłoki   Czugunkina.   Nie 
rozumiem, o co chodzi. A bo to nie wszystko jedno, czyja przysadka?
17   stycznia.   Kilka   dni   nie   notowałem   -   chorowałem   na   influenzę.   W   tym   czasie   ostatecznie 
ukształtował się wygląd zewnętrzny:
a)

budowa ciała dokładnie jak u człowieka,

b)

waga około trzech pudów,

c)

maleńkiego wzrostu,

d)

głowa malutka,

e)

zaczął palić,

f)

je ludzkie jedzenie,

g)

sam się ubiera,

h)

rozmawia bez żadnych trudności.

A to ci przysadka (kleks).
Nna tym kończę historię choroby. Przed nami nowy organizm - obserwację musimy prowadzić od 
początku.
Załączniki: stenogramy rozmów, nagrania na płytach, otografie.
Podpis: asystent profesora 
Filipa Filipowicza 
Preobrażeńskiego

doktor Borental

VI

Był zimowy wieczór. Koniec stycznia. Pora przedobiednia, przed przyjmowaniem pacjentów.  Na 
framudze drzwi do poczekalni wisiała biała kartka papieru, na której ręką Filipa Filipowicza było 
napisane:

background image

Zabraniam jedzenia pestek słonecznikowych w mieszkaniu.
F. Preobrażeński
i niebieskim ołówkiem, wielkimi jak ciastka literami, ręką Bormentala:
Gra na instrumentach muzycznych od #/5#00 po południu do #/7#00 rano jest zabroniona.
Następnie ręką Ziny:
Kiedy  pan  wróci,  proszę  powiedzieć   Filipowi  Filipowiczowi:   Ja  nie  wiem,   dokąd  on  poszedł. 
Fiodor mówił, że ze Szwonderem.
Ręką Preobrażeńskiego:
Mam sto lat czekać na 
szklarza?

Ręką Darii Pietrowny 
(drukowanymi literami):

Zina poszła do sklepu, powiedziała, że przyprowadzi.
W   jadalni   było   już   zupełnie   wieczornie,   dzięki   lampie   pod   jedwabnym   abażurem.   Światło   z 
kredensu było przepołowione, lustrzane szybki zaklejone ukośnie na krzyż od jednej fasetki do 
drugiej. Pochylony nad stołem Filip Filipowicz zagłębił się w rozłożonych ogromnych płachtach 
gazety.  Błyskawice bruździły jego twarz, a przez zęby wyskakiwały urywane, gruchające krótkie 
słowa. Filip Filipowicz czytał notatkę.
„Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to z nieprawego łoża (jak mawiano w zgniłym burżuazyjnym 
społeczeństwie) zrodzony jego syn. Oto jak zabawia się nasza pseudonaukowa burżuazja. Siedem 
pokoi każdy potrafi zajmować do czasu, kiedy lśniący miecz praworządności nie błysnął nad nim 
czerwonym płomieniem.
Szw...r”
Bardzo uporczywie, wprawnie, zawadiacko ktoś grał na bałałajce za dwoma ścianami i dźwięki 
zręcznej wariacji na temat „Świeci miesiąc” zbełtały się w głowie Filipa Filipowicza ze słowami 
notatki w nienawistną kaszę. Kiedy doczytał, splunął sucho przez lewe ramię i machinalnie zanucił 
przez zęby:
-„ Świeeci miesiąc... świeeci miesiąc... świeeci miesiąc...” Tfu, przyczepiła się przeklęta melodia!

Zadzwonił. Twarz Ziny wysunęła się spomiędzy fałd portiery.
- Powiedz mu, że jest już piąta godzina, niech przestanie, i proszę, zawołaj go tutaj.

Filip   Filipowicz   siedział   w   fotelu   za   biurkiem.   Między   palcami   lewej   dłoni   sterczał   brązowy 
niedopałek cygara. Pod portierami, oparty o framugę stał założywszy nogę na nogę mężczyzna 
maleńkiego wzrostu o nieprzyjemnej aparycji. Twarde włosy na jego głowie rosły kępkami jak 
krzaki na wykarczowanym polu, a twarz pokrywał nie zgolony puszek.  Czoło było zdumiewająco 
wąskie.   Nieomal bezpośrednio nad szeroko rozrzuconymi pędzelkami brwi zaczynała się gęsta 
szczotka uwłosienia.
Marynarka rozerwana pod lewą pachą była cała w słomie, pasiaste spodnie na prawym kolanie 
podarte, a na lewym upaćkane liliową farbą. Na szyi mężczyzny wisiał jadowicie niebieski krawat 
ze   szpilką   z   fałszywym   rubinem.   Kolor   krawata   był   tak   agresywny,   że   chwilami,   zamykając 

background image

umęczone oczy, Filip Filipowicz w całkowitej ciemności to na suficie, to na ścianie widział płonącą 
pochodnię w błękitnej koronie. A kiedy podnosił powieki, ślepł ponownie, ponieważ z podłogi 
rozbryzgując półkręgi światła atakowały oczy lakierowane sztyblety i białe getry.
Jak w kaloszach - z nieprzyjemnym uczuciem pomyślał Filip Filipowicz, westchnął, zasapał się i 
zajął się zgasłym cygarem. Człowiek pod drzwiami mętnawymi oczami spoglądał na profesora i 
palił papierosa brudząc gors popiołem.
Zegar   na   ścianie   obok   drewnianego   jarząbka   wydzwonił   pięć   razy.   Jeszcze   coś   pojękiwało   w 
środku, kiedy Filip Filipowicz przystąpił do rozmowy.
- Zdaje się, że już dwukrotnie prosiłem, żeby nie spać na piecu, tym bardziej w ciągu dnia?

Człowiek zakaszlał ochryple, jakby się udławił kością, i odpowiedział:
- W kuchni jest lepsze 
powietrze.
Głos miał niezwykły, stłumiony, a zarazem rozgłośny niczym z beczułki.
Filip Filipowicz pokręcił głową i zapytał:
- Skąd się wzięło to 
paskudztwo? Mówię o krawacie.
Człowieczek śledząc wzrokiem palec spojrzał bokiem poprzez odstającą wargę i miłośnie popatrzył 
na krawat.
- Dlaczego paskudztwo? - zapytał. - Elegancki krawat.  Daria Pietrowna podarowała.
-   Daria   Pietrowna   podarowała   ci   obrzydliwość   w   rodzaju   tych   butów.   Co   to   za   błyszczący 
idiotyzm? Skąd? O co prosiłem?  Żeby kupić przy_zwo_i_te trzewiki, a co to jest? Czyżby doktor 
Bormental wybrał właśnie takie?
- A to ja mu kazałem, żeby były lakierki. Co to, ja jestem gorszy od innych? Niech pan pójdzie na 
Kuźniecki, wszyscy w lakierkach.

Filip Filipowicz pokręcił głową i powiedział z naciskiem:
- Koniec ze spaniem na piecu. 
Jasne? Co za bezczelność! 
Przecież przeszkadzasz tam. 
Kobietom.
Twarz mężczyzny pociemniała, wargi odęły się.
- E tam, kobiety. Nie wiesz czasem, wielmożne panie.   Zwyczajne garkotłuki, a robią z siebie 
bógwico. A wszystko ta Zinka, skarżypyta.
- Żebyś nie śmiał na Zinę mówić Zinka! Jasne?

Milczenie.
- Pytam, czy to jasne?
- Jasne.
- Zdjąć z szyi to 
obrzydlistwo.   Niech   pan...   ty   popatrz   na   siebie   w   lustrze   i   przyjrzyj   się,   jak   wyglądasz. 
Podwórkowy komediant. Nie rzucać na podłogę niedopałków, setki razy prosiłem. I żebym więcej 

background image

nie słyszał w mieszkaniu ani jednego nieprzyzwoitego słowa!  Nie pluć! Tam stoi spluwaczka. W 
pisuarze zachowywać się odpowiednio. Zaprzestać wszelkich rozmów z Ziną.   Skarżyła się, że 
czatujesz na nią po ciemku. Zapamiętaj to sobie! Kto odpowiedział pacjentowi „cholera go wie”? 
Nie jesteś w szynku, zrozumiano?
- Chyba tata za bardzo mnie sztorcuje - nagle płaczliwie powiedział mężczyzna.

Filip Filipowicz poczerwieniał, okulary błysnęły.
- Kto tu jest twoim tatą? Co to za poufałość? Żebym więcej tego słowa nie słyszał! Zwracać się jak 
należy: Filipie Filipowiczu!

Na twarzy mężczyzny rozgorzała zuchwałość.
- Co pan tak ciągle... To nie pluć. To nie palić. Tam nie chodzić... Co to ma być? Całkiem jak w 
tramwaju. Czego pan mi żyć nie daje?! A jak o „tatę” chodzi, nie ma się co obrażać.   Czy ja 
prosiłem, żeby mnie operować? - Mężczyzna zaszczekał z oburzeniem. - Ładna historia!  Złapał 
stworzenie boskie, pokroił nożem głowę, a teraz się mnie wypiera. A ja może w ogóle nie dawałem 
zgody na żadną operację. Także samo (mężczyzna wzniósł oczy do sufitu, jakby przypominając 
sobie sformułowanie), także samo jak moi krewniacy. Ja, może nawet mam prawo zaskarżyć do 
sądu.

Oczy   Filipa   Filipowicza   zrobiły   się   kompletnie   okrągłe,   cygaro   wypadło   z   ręki.   Ale   typek   - 
przeleciało mu przez głowę.
- Raczysz być niezadowolony, że zostałeś przeistoczony w człowieka? - zapytał mrużąc oczy. - 
Być może wolisz znowu biegać po śmietnikach? Zamarzać w bramach? No cóż, gdybym tylko 
wiedział...
- A co mi pan tak bez przerwy wypomina? Śmietniki i śmietniki.  Miałem swój kawałek chleba? 
Miałem. A gdybym tak umarł pod nożem? Co na to powiecie, towarzyszu?
-   Filipie   Filipowiczu!   -   z   irytacją   krzyknął   Filip   Filipowicz.   -   Nie   jestem   dla   ciebie   żadnym 
towarzyszem! To przerażające!

Koszmarny koszmar - pomyślał.
- No chyba, a jak inaczej... - ironicznie powiedział człowiek i zwycięsko wystawił nogę do przodu. 
- To  się rozumie.  Jacy my  tam dla  pana  towarzysze!    Gdzie  tam  nam.  Nie uczyliśmy  się na 
uniwersytetach, w mieszkaniach po piętnaście pokoi z łazienką też nie mieszkaliśmy.   Tylko że 
teraz pora by z tym skończyć. W teraźniejszym czasie każdy ma swoje prawo...

Filip  Filipowicz  blednąc  słuchał  dywagacji  mężczyzny.  Ten przerwał  mowę  i  demonstracyjnie 
ruszył   do   popielniczki   ze   zżutym   papierosem   w   ręku.   Poruszał   się   trochę   jak   kaczka.   Długo 
rozgniatał niedopałek w popielniczce muszli z miną jasno wyrażającą: „Masz! Masz!” Zgasiwszy 
papierosa, nagle kłapnął zębami i wsadził nos pod pachę.
- Palcami łapać pchły! 
Palcami! - krzyknął z furią Filip Filipowicz. - Nie rozumiem, skąd ty je bierzesz?
- Znów się coś nie podoba, hoduję je czy co? - obraził się mężczyzna. - Widocznie pchły mnie 
lubią. - Pogrzebał palcami pod podkładką rękawa i puścił w powietrze kłak lekkiej, rudej waty.

background image

Filip Filipowicz wzniósł wzrok ku girlandom na suficie i zabębnił palcami po stole.  Mężczyzna po 
zamordowaniu pchły odszedł i siadł na krześle, ręce przy tym rozwiesił wzdłuż klap marynarki, a 
dłonie opuścił.  Jego oczy zezowały na klepki parkietu. Filip Filipowicz spojrzał tam, gdzie kładł 
się ostry odblask na tępych noskach lakierków, zmrużył oczy i zapytał:
- O jakiej sprawie chciałeś mnie zawiadomić?
- Jaka tam sprawa! Bardzo prosta sprawa. Potrzebny mi jest, Filipie Filipowiczu, dokument.

Filipa Filipowicza jakby trochę skręciło.
- Hm... Do diabła! Dokument! 
Rzeczywiście... Hm... a być może jakoś można... - Jego głos brzmiał niepewnie i smętnie.
- Za pozwoleniem - z pewnością siebie odpowiedział mężczyzna - jakże to tak, bez dokumentu? 
Bez tego ani rusz, bardzo przepraszam. Sam pan wie, że człowiekowi bez dokumentów jest surowo 
zabronione w ogóle istnieć. Po pierwsze, komitet domowy...
- Co ma do tego komitet domowy?
- Jak to, co ma? Spotykam ich, ciągle pytają, a kiedy ty, wielce szanowny obywatelu, wreszcie się 
zameldujesz?
- O mój ty Boże - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz. - Spotykają, pytają się...  Wyobrażam sobie, 
co im opowiadasz. Przecież zabroniłem ci łazić po schodach.
- A bo to ja jestem katorżnik, czy co? - zdziwił się człowiek i przekonanie o własnej słuszności 
rozgorzało nawet w jego rubinie. 
- Co to znaczy „łazić”? Dosyć przykre są pańskie słowa. Chodzę jak wszyscy ludzie.

I przy tym zastukał lakierowanymi butami po parkiecie.
Filip Filipowicz zamilkł, spojrzenie jego uciekło w bok.  Jednak muszę się hamować - pomyślał. 
Podszedł do kredensu i duszkiem wypił szklankę wody.
-   Wyśmienicie   -   powiedział   trochę   spokojniej.   -   Nie   chodzi   o   słowa.   A   więc,   co   mówi   twój 
przeuroczy komitet?
- A co ma mówić... I w ogóle bez racji wymyśla mu pan od przeuroczych. Komitet broni interesów.
- Poinformuj mnie łaskawie, czyich interesów?
- Wiadomo czyich, pracującego elementu.

Filip Filipowicz wybałuszył oczy.
- Ty jesteś pracujący? 
Dlaczego?
- Bo nie jestem nepman. Chyba jasne.
- No dobrze. Więc czego chce komitet w twoim rewolucyjnym interesie?
- Wiadomo  czego,  chce mnie  zameldować.  Mówią, kto to widział,  żeby człowiek mieszkał  w 
Moskwie nie zameldowany. To raz. Ale najważniejsze, to książeczka wojskowa. Nie życzę sobie 
być dezerterem. No i jeszcze tego... związek zawodowy, giełda pracy...
-   Chciałbym   wiedzieć,   na   podstawie   czego   mam   cię   zameldować?   Tego   obrusa   czy   mojego 
dowodu osobistego?  Przecież trzeba chociaż trochę liczyć się z sytuacją. Nie zapominaj, że jesteś... 

background image

E...     hm...   że   tak   powiem,   istotą   niespodziewanie   stworzoną   w   laboratorium   -   mówił   z   coraz 
mniejszym przekonaniem Filip Filipowicz.

Mężczyzna milczał zwycięsko.
- Wyśmienicie. Co koniec końców jest potrzebne, żeby cię zameldować i w ogóle zrobić wszystko 
zgodnie   z   planami   tego   twojego   komitetu   domowego?     Przecież   nie   masz   ani   imienia,   ani 
nazwiska.
- Tu jest pan niesprawiedliwy. 
Imię mogę sobie zupełnie spokojnie wybrać. Wydrukuję w gazecie i spokój.
- Więc jak się chcesz nazywać?

Mężczyzna poprawił krawat i odpowiedział:
- Poligraf Poligrafowicz.
- Nie udawaj głupiego - ponuro powiedział Filip Filipowicz - to poważna rozmowa.

Jadowity uśmieszek wykrzywił wąsiki mężczyzny.
- Ja tu czegoś nie rozumiem - powiedział wesoło i sensownie.
- Mnie kląć nie wolno. Pluć nie wolno. A od pana słyszę bez przerwy „głupi” albo „dureń”.  Widać 
tylko profesorom wolno przeklinać w Eresefeser.

Filipowi Filipowiczowi krew uderzyła do głowy i kiedy napełniał szklankę, rozbił ją.  Napił się z 
następnej i pomyślał: Jeszcze chwila, a on zacznie mnie pouczać i będzie miał absolutną rację. Nie 
potrafię trzymać się w garści.
- Prze_epraszam. Mam 
rozstrojone nerwy. To imię wydało mi się dziwne. Chciałbym wiedzieć, gdzieś ty je wygrzebał?
- Komitet domowy poradził. 
Szukaliśmy w kalendarzu. Które ci się podobają, pytają? No to wybrałem.
- W żadnym kalendarzu czegoś takiego być nie może.
- Dosyć dziwne - uśmiechnął się mężczyzna - kiedy on wisi w pańskim laboratorium.

Nie wstając Filip Filipowicz przygniótł guziczek w tapecie i na dzwonek pojawiła się Zina.
- Kalendarz z laboratorium.

Chwilę trwała cisza. Kiedy Zina wróciła z kalendarzem, Filip Filipowicz zapytał:
- Gdzie?
- Imieniny czwartego marca.
- Pokaż... Hm... Do diabła... 
Wrzuć to do pieca, Zina, natychmiast.
Zina z przerażeniem wytrzeszczając oczy odeszła z kalendarzem, a mężczyzna z wyrzutem pokręcił 
głową.
- Bądź łaskaw podać nazwisko.
- Zgadzam się na rodowe nazwisko.

background image

- Co? Rodowe? A konkretnie?
- Szarikow.

   *        *        *        

W gabinecie przed biurkiem stał przewodniczący komitetu Szwonder w skórzanej kurtce.  Doktor 
Bormental siedział w fotelu. I na zaczerwienionych od mrozu policzkach doktora (właśnie przed 
chwilą   wrócił)   malowało   się   identyczne   zakłopotanie   jak   i   na   twarzy   siedzącego   obok   Filipa 
Filipowicza.
- Więc jak mam pisać? - zapytał niecierpliwie.
- No cóż - powiedział Szwonder 
- sprawa nie jest skomplikowana. 
Niech pan napisze zaświadczenie, obywatelu profesorze. Że tak i tak, okaziciel niniejszego to jest 
rzeczywiście Szarikow Poligraf Poligrafowicz, zaistniały w pańskim mieszkaniu.
Oszołomiony Bormental poruszył się w fotelu. Filipowi Filipowiczowi podskoczył wąs.
- Hm... u diabła! Nic 
głupszego nie można sobie wyobrazić. Wcale nie zaistniał, a po prostu... jednym słowem...
- To już pańska sprawa - spokojnie i ze złośliwą satysfakcją powiedział Szwonder. 
- Zaistniał czy też nie... 
Globalnie i w szczególności, to przecież właśnie pan przeprowadzał doświadczenie, profesorze! No 
i stworzył pan obywatela Szarikowa.
-   Bardzo   proste   -   zaszczekał   Szarikow   od   szafy   bibliotecznej.     Wpatrywał   się   w   krawat 
odzwierciedlony w lustrzanej otchłani.
- Bardzo bym prosił - odgryzł się Filip Filipowicz - o nie wtrącanie się do rozmowy. I niesłusznie 
mówisz, że to proste. To nawet bardzo nieproste.
- Jak to, mam się nie wtrącać 
- zaburczał obrażony Szarikow.

Szwonder niezwłocznie go poparł.

- Przepraszam, profesorze, 

obywatel   Szarikow   ma   najzupełniejszą   rację.   To   jego   prawo   uczestniczyć   w   dyskusji   o   jego 
własnym   losie,   w   szczególności   wtedy,   kiedy   sprawa   dotyczy   dokumentów.     Dokumenty   to 
najważniejsza rzecz na świecie.
W   tym   momencie   ogłuszające   dzwonienie   za   uchem   przerwało   rozmowę.   Filip   Filipowicz 
powiedział do słuchawki „Tak”...  poczerwieniał i wrzasnął:
-   Proszę   nie   zawracać   mi   głowy  głupstwami.   A   co   to   pana   obchodzi?   -   Z   całej   mocy   rzucił 
słuchawkę na widełki.

Niebiańska radość spłynęła na oblicze Szwondera.
Filip Filipowicz purpurowiejąc krzyknął:

background image

- Jednym słowem kończmy to wszystko.

Wyrwał kartkę z notesu, wypisał kilka słów, a następnie z irytacją przeczytał na głos:
- „Niniejszym stwierdzam...” 
Diabli wiedzą, co to takiego...  Hm... „Okaziciel poniższego jest człowiekiem otrzymanym metodą 
laboratoryjnego   doświadczenia   w   rezultacie   operacji   przeprowadzonej   na   mózgu   i   wymaga 
dokumentów.” Do diabła!  Ja w ogóle jestem przeciwny, żeby otrzymał te idiotyczne dokumenty. 
„Podpis: profesor Preobrażeński.”
- To dosyć dziwne, profesorze 
- obraził się Szwonder. - Jak to, mówi pan o dokumentach „idiotyczne”? Ja nie mogę dopuścić, 
żeby w domu przebywał nie udokumentowany lokator, i do tego nie wciągnięty do wojskowej 
ewidencji przez milicję. A jeśli nagle wybuchnie wojna z imperialistycznym drapieżcą?
- Ja tam nigdzie wojować nie pójdę! - nagle ponuro szczeknął Szarikow od szafy.

Szwonder osłupiał, ale szybko oprzytomniał i grzecznie przywołał Szarikowa do porządku.

- Wy, obywatelu Szarikow, 

wypowiadacie się w sposób wyjątkowo nie uświadomiony.  Bezwarunkowo musicie wciągnąć się 
do wojskowej ewidencji.
- Do ewidencji się wciągnę, ale żeby walczyć, figa z makiem 
- nieprzyjaźnie odpowiedział Szarikow poprawiając krawat.

Teraz   z   kolei   zmieszał   się   Szwonder.   Preobrażeński   wymienił   złośliwe   i   smętne   spojrzenie   z 
Bormentalem: „No, proszę - oto jego moralność”. Bormental znacząco pokiwał głową.
- Jestem ciężko ranny po operacji - posępnie zawył Szarikow. - Widzisz, jak mnie urządzili. - 
Pokazał na głowę.  Wzdłuż czoła ciągnęła się świeża blizna pooperacyjna.
- Jesteście indywidualistą anarchistą? - zapytał Szwonder wysoko unosząc brwi.
- Mnie się należy biały bilet 
- odparł na to Szarikow.
- No dobrze, to na razie nieważne - odpowiedział zdumiony Szwonder - teraz chodzi o to, że 
zaświadczenie profesora wyślemy na milicję i wtedy wydadzą nam dokument.
- Ale, ale, e... - znienacka przerwał mu Filip Filipowicz, najwidoczniej dręczony jakąś myślą - czy 
nie macie w waszym domu wolnego pokoju? Jestem skłonny go kupić.

Żółte iskry pojawiły się w piwnych oczach Szwondera.
- Nie, profesorze, ku mojemu ogromnemu żalowi nie mamy. I nie przewidujemy, żebyśmy mieli.

Filip Filipowicz zacisnął wargi i nic nie powiedział.  Znowu jak szalony zagrzmiał telefon. Filip 
Filipowicz nie pytając o nic w milczeniu zrzucił słuchawkę z widełek tak, że najpierw przez chwilę 
się   kręciła,   a   potem   zawisła   na   niebieskim   sznurze.   Wszyscy   wzdrygnęli   się   jednocześnie. 
Nadenerwował się stary - pomyślał Bormental, a Szwonder błyskając oczami skłonił się i wyszedł.
Szarikow poskrzypując stebnówką sztybletów ruszył w ślad za nim.
Profesor został sam z 

background image

Bormentalem. Po chwili milczenia Filip Filipowicz szybko pokiwał głową i powiedział:
- To jakiś koszmar, słowo honoru. Czy pan widzi? 
Przysięgam, drogi doktorze, że zmordowałem się przez te dwa tygodnie bardziej niż przez ostatnie 
czternaście lat! Powiem panu, że to jest niezły typek...
W   oddali   głucho   trzasnęło   szkło,   wzleciał   przygłuszony   pisk   kobiecy   i   natychmiast   ucichł. 
Nieczysta siła przemknęła po tapetach w korytarzu, wpadła do laboratorium, tam coś łupnęło i 
błyskawicznie   poleciało   z   powrotem.   Trzasnęły   drzwi,   w   kuchni   rozległ   się   niski   krzyk   Darii 
Pietrowny. Potem zawył Szarikow.
- Boże mój, jeszcze coś nowego! - krzyknął Filip Filipowicz rzucając się do drzwi.
- Kot! - domyślił się 
Bormental i wybiegł za profesorem. Popędzili korytarzem do przedpokoju, z przedpokoju skręcili 
w korytarz do ubikacji i łazienki. Z kuchni wyskoczyła Zina i wpadła prosto na Filipa Filipowicza.
- Ile razy mówiłem, żeby tu nie było kotów! - z wściekłością krzyczał Filip Filipowicz. - 
Gdzie on jest?! Iwanie 
Arnoldowiczu, niech pan, na miłość boską, uspokoi pacjentów w poczekalni.
- W łazience, w łazience siedzi, czort przeklęty - łapiąc powietrze krzyczała Zina.

Filip Filipowicz naparł na drzwi łazienki, ale drzwi się nie poddawały.
- Natychmiast otwierać!

W odpowiedzi w łazience coś zaczęło skakać po ścianach, spadły miednice i dziki głos Szarikowa 
zaryczał za drzwiami:
- Zabiję na miejscu...

Woda zaszumiała w rurach, a potem chlusnęła. Filip Filipowicz naparł na drzwi i zaczął je szarpać. 
Zgrzana Daria Pietrowna z okropnym grymasem na twarzy zjawiła się na progu kuchni. Następnie 
wysoka szyba, oddzielająca pod sufitem kuchnię od łazienki, rozpękła się krętym pęknięciem, z 
góry wyprysnęły dwa odłamki szkła, a za nimi ogromnych rozmiarów, tygrysio pręgowany kot z 
błękitną  kokardą na szyi,  podobny do policjanta.   Spadł prosto do stojącego na dole długiego 
półmiska, roztrzaskując go wzdłuż, z półmiska zeskoczył na podłogę, zakręcił na trzech łapach, 
prawą machnął jak gdyby w tańcu i w okamgnieniu czmychnął przez wąską szparę na kuchenne 
schody.  Szpara rozszerzyła się i kota zastąpiła fizjonomia staruszki w chusteczce. Spódnica starej, 
usiana białym groszkiem, znalazła się w kuchni. Starucha kciukiem i wskazującym palcem otarła 
zapadłe usta, jej kłujące, opuchnięte oczy omiotły kuchnię, po czym oświadczyła z ciekawością:
- O Panie Jezu!

Pobladły Filip Filipowicz ruszył przez kuchnię i groźnie zapytał staruchę:
- Czego pani tu chce?
- Ciekawość byłaby gadającego pieska zobaczyć - odparła przymilnie starucha i przeżegnała się.

Filip Filipowicz pobladł jeszcze bardziej, podszedł bardzo blisko do staruchy i wyszeptał bez tchu:
- W tej chwili won z kuchni!

background image

Starucha cofnęła się do drzwi i powiedziała urażona:
- Cosik jakby pan za ostry, profesorze.
- Won, powiedziałem! - 
powtórzył   Filip   Filipowicz   i   jego   oczy   stały   się   okrągłe   jak   u   sowy.   Własnoręcznie   trzasnął 
kuchennymi drzwiami za staruchą.
- Dario Pietrowno, przecież prosiłem.
- Filipie Filipowiczu - z rozpaczą odpowiedziała Daria Pietrowna, zaciskając w pięści obnażone 
ręce - co ja mam zrobić? Ludziska pchają się od rana do nocy, tylko się powiesić.

Woda   w   łazience   huczała   groźnie   i   głucho,   ale   głosu   już   nie   było   słychać.   Wszedł   doktor 
Bormental.
- Iwanie Arnoldowiczu, bardzo pana proszę... hm... ilu pacjentów czeka?
- Jedenastu - odpowiedział Bormental.
- Niech pan wszystkich odwoła, nie będę dziś przyjmować.

Filip Filipowicz zapukał w drzwi i krzyknął:
- Proszę natychmiast wyjść! 
Dlaczego drzwi są zamknięte?
- Gu_gu! - żałośnie i 
bezbarwnie odpowiedział głos Szarikowa.
- Do diabła! Nie słyszę, zakręć wodę.
- Hau! Hau!
- Zakręć wreszcie wodę! Nie rozumiem, co on tam nabroił... - wpadając w furię zawołał Filip 
Filipowicz.

Zina   i   Daria   Pietrowna   wyglądały   z   kuchni   otworzywszy   drzwi.   Filip   Filipowicz   jeszcze   raz 
załomotał pięścią w drzwi.
- O, tu jest! - zawołała z kuchni Daria Pietrowna.

Filip Filipowicz popędził tam.  W rozbitym oknie pod sufitem ukazała się i wyjrzała na kuchnię 
twarz Poligrafa Poligrafowicza. Malowało się na niej przerażenie, oczy spoglądały płaczliwie, a 
wzdłuż nosa ciągnęło się płomieniejące świeżą krwią zadrapanie.
- Czyś ty oszalał? - zapytał Filip Filipowicz. - Dlaczego nie wychodzisz?

Szarikow smutny i przestraszony zerknął za siebie i odparł:
- Zatrzasnąłem się.
- Otwórz zamek. Czy ty nigdy zamka nie widziałeś?
- Kiedy się nie otwiera, przeklęty - strachliwie odparł Szarikow.
- O Boże! Na pewno spuścił bezpiecznik! - krzyknęła Zina i plasnęła w dłonie.
- Tam jest taki guziczek! - wołał Filip Filipowicz, starając się przekrzyczeć  wodę - trzeba go 
nacisnąć w dół. W dół, mówię.

background image

Szarikow przepadł i po chwili pojawił się znowu.
- Ni psa nie widać - 
wyszczekał ze zgrozą przez okno.
- To zapal lampę. On się chyba wściekł!
- Kot przeklęty lampę rozwalił 
- odpowiedział Szarikow - a ja go chciałem, drania, złapać za nogi, przekręciłem kran, a teraz nie 
mogę znaleźć.

Wszyscy troje załamali ręce i w takiej pozycji zamarli.
Gdzieś   po   pięciu   minutach   Bormental,   Zina   i   Daria   Pietrowna   siedzieli   rzędem   na   mokrym 
dywanie zwiniętym w rulon u podnóża drzwi, a szwajcar Fiodor z zapaloną ślubną świecą Darii 
Pietrowny przełaził po drewnianej drabinie przez dymnik. Jego zad w wielką szarą kratkę mignął w 
powietrzu i znikł w otworze.
- Du... u_u! - wykrzykiwał coś Szarikow poprzez ryk wody.

Rozległ się głos Fiodora.
- Filipie Filipowiczu, tak czy inaczej otworzyć trzeba, niech się rozpłynie, wygarniemy z kuchni.
- Otwierać! - gniewnie 
krzyknął Filip Filipowicz.
Wszyscy troje wstali z dywanu, drzwi łazienki popchnięto od środka i woda natychmiast runęła do 
korytarza. I popłynęła trzema strumieniami: prosto - do ubikacji naprzeciwko, w prawo - do kuchni 
i w lewo - do przedpokoju. Brodząc i podskakując Zina zatrzasnęła drzwi do niego. Po kostki w 
wodzie wyczłapał Fiodor, uśmiechając się nie wiedzieć czemu. Wyglądał, jakby był w ceracie - 
cały mokry.
- Ledwie zatkałem, okropne ciśnienie.
- Gdzie jest... ten? - zapytał 
Filip Filipowicz i z przekleństwem podniósł jedną nogę.
- Boi się wyjść - z głupawym uśmiechem wyjaśnił Fiodor.
- Tata będzie bić? - doleciał z łazienki płaczliwy głos Szarikowa.
- Bałwan! - krótko 
odpowiedział Filip Filipowicz.
Zina i Daria Pietrowna w zakasanych do kolan spódnicach, z gołymi nogami, oraz Szarikow ze 
szwajcarem na bosaka, w podwiniętych spodniach, plaskali mokrymi szmatami po podłodze kuchni 
i wyżymali je nad brudnymi wiadrami i do muszli klozetowej. Huczał osamotniony piec kuchenny. 
Woda wypływała przez drzwi na schody i z podestu spadała prosto do piwnicy.
Bormental, wspinając się na palce i stojąc w głębokiej kałuży na parkiecie przedpokoju, prowadził 
rokowania przez ledwie uchylone drzwi.
- Dzisiaj nie ma przyjęć, profesor źle się czuje. Pękła u nas rura, niech pan będzie łaskaw odsunąć 
się od drzwi.
- A kiedy profesor przyjmie? - domagał się głos za drzwiami. - Ja tylko na chwileczkę.
- Nie mogę - Bormental zamiast na obcasach stanął na palcach.

background image

- Profesor leży i pękła rura. 
Zaprasza na jutro. Zina! Moja droga! Wycieraj tutaj, bo się wyleje na frontowe schody.
- Szmatami nie daje rady...
- Zaraz wybierzemy kubkami - odezwał się Fiodor - zaraz.

Dzwonki następowały jeden po drugim i Bormental już całą podeszwą stał w wodzie.
- Więc kiedy będzie operacja? 
- nie dawał za wygraną głos i ktoś próbował wcisnąć się w szparę.
- Pękła rura...
- Ja mogę przejść w 
kaloszach...
Za drzwiami pojawiły się niebieskawe sylwetki.
- Proszę jutro, dzisiaj nie można.
- Jestem zapisany.
- Jutro. Katastrofa z 
wodociągiem.
U nóg doktora Fiodor taplał się w jeziorze, czerpał kubkiem, a podrapany Szarikow wymyślił nowy 
sposób. Ogromną szmatę zwinął w rulon, położył się na brzuchu i popędził wodę z przedpokoju z 
powrotem do ubikacji.
- Czego ty, czorcie, ganiasz ją po całym mieszkaniu? - gniewała się Daria Pietrowna. - Wylewaj do 
sedesu.
- Co tam do sedesu - łowiąc rękami mętną wodę odpowiadał Szarikow. - Przecież wylezie od 
frontu.

Z korytarza ze zgrzytem wyjechała ławeczka, a na niej wyprostowany, łapiąc równowagę, Filip 
Filipowicz w pasiastych granatowych skarpetkach.
-   Iwanie   Arnoldowiczu,   niech   pan   przestanie   im   odpowiadać.     Proszę   do   sypialni,   dam   panu 
pantofle.
- To drobiazg, Filipie 
Filipowiczu, naprawdę nic nie szkodzi.
- Niech pan wskoczy w kalosze.
- Drobnostka. Nogi i tak już mam mokre.
- O mój Boże! - zamartwiał się Filip Filipowicz.
- Co za wredne zwierzę! - odezwał się nagle Szarikow i wyjechał przykucnięty z wazą na zupę w 
ręku.

Bormental zatrzasnął drzwi, 

nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nozdrza Filipa Filipowicza rozdęły się, błysnęły okulary.
- Bądź łaskaw wyjaśnić - zapytał Szarikowa z wysokości - o kim mówisz?
- O kocie mówię. Co za ścierwo 
- odpowiedział Szarikow, a oczka mu biegały.
- Wiesz, Szarikow - powiedział Filip Filipowicz nabierając powietrza w płuca - doprawdy jeszcze 

background image

nie widziałem kogoś równie bezczelnego.

Bormental zachichotał.
- Jesteś po prostu bezwstydny 
- kontynuował Filip Filipowicz. 
- Jak śmiesz mówić coś takiego? 
To wszystko przez ciebie i jeszcze pozwalasz sobie... No nie! Diabli wiedzą, co to takiego!
- Powiedz mi, proszę, Szarikow 
- zaczął Bormental - jak długo jeszcze będziesz latał za kotami? Wstyd! Przecież to po prostu 
skandal! Dzikus!
- Jaki ja tam dzikus? - ponuro zapytał Szarikow. - Wcale nie jestem dzikus. Nie sposób wytrzymać 
z nim w mieszkaniu.  Tylko szuka, co by ukraść. Darii zeżarł farsz. Chciałem mu dać nauczkę.
- Tobie samemu warto dać nauczkę! - odparł Filip Filipowicz. - Lepiej obejrzyj w lustrze swoją 
fizys.
- Mało oka nie straciłem - mrocznie powiedział Szarikow, macając oko mokrą, brudną ręką.

Kiedy czarny od wody parkiet nieco podsechł, wszystkie lustra pokrył łaziebny nalot i dzwonki 
umilkły. Filip Filipowicz stał w przedpokoju w czerwonych safianowych pantoflach.
- To dla ciebie, Fiodor.
- Najpokorniej dziękuję.
- Przebierz się natychmiast. I jeszcze jedno, napij się wódki u Darii Pietrowny.
- Dziękuję najpokorniej - Fiodor zawahał się przez chwilę, potem powiedział: - Tu jeszcze, Filipie 
Filipowiczu... 
Przepraszam, wstyd powiedzieć, ale jeszcze za szybę spod siódemki... Obywatel Szarikow rzucał 
kamieniami...
- W kota? - zapytał Filip Filipowicz, chmurząc się jak obłok.
- O to właśnie chodzi, że w lokatora. On już nawet grozi, że poda do sądu.
- Do diabła!
- Szarikow objął tamtejszą kucharkę, a tamten go pogonił.  No, posprzeczali się.
- Na miłość boską, proszę mnie natychmiast zawiadamiać o takich rzeczach! Ile?
- Półtora.

Filip Filipowicz wydobył trzy błyszczące półrublówki i wręczył je Fiodorowi.
- Za takiego drania jeszcze półtora rubla płacić - doleciał głuchy głos od drzwi - a on sam...

Filip Filipowicz odwrócił się, przygryzł wargę, w milczeniu naparł na Szarikowa, wypchnął go do 
poczekalni i zamknął na klucz. Szarikow od środka od razu załomotał pięściami w drzwi.
- Ani się waż! - niewątpliwie chorym głosem krzyknął Filip Filipowicz.
- No, to już faktycznie - znacząco zauważył Fiodor - takiego bezczelnego w życiu nie widziałem.

Jak spod ziemi wyrósł 
Bormental.

background image

- Filipie Filipowiczu, proszę, 

niech się pan nie denerwuje.
Energiczny eskulap otworzył drzwi i z poczekalni dobiegł jego głos.
- Co to ma być? Jesteś w knajpie czy gdzie?
- Właśnie tak z nim trzeba... 
- dodał stanowczo Fiodor - dokładnie tak... I jeszcze w ucho go...
- Ależ, co ty mówisz, Fiodor - smutnie burknął Filip Filipowicz.
- Najmocniej przepraszam, pana mi szkoda, Filipie Filipowiczu.

VII

- Nie, nie i nie! - uparcie powtarzał Bormental. - Bądź łaskaw założyć.
- A co tam, jak Boga... - zaburczał niezadowolony Szarikow.
- Dziękuję, doktorze - 
serdecznie powiedział Filip Filipowicz - bo mnie już obrzydło zwracanie mu uwagi.
- Tak czy inaczej nie pozwolę jeść, aż nie założysz. Zina, zabierz Szarikowowi majonez.
- Jak to zabierz? - 
zdenerwował się Szarikow. - Zaraz założę.
Lewą   ręką   zasłonił   półmisek   przed   Ziną,   a   prawą   wepchnął   serwetkę   za   kołnierz   i   zrobił   się 
podobny do klienta razury.
- I widelcem, proszę - dodał Bormental.

Szarikow westchnął przeciągle i zaczął łowić kawałki jesiotra w gęstym sosie.
- Jeszcze wódeczki bym wypił - oznajmił pytająco.
- A może już wystarczy? - zainteresował się Bormental. - Jakoś ostatnio za bardzo cię ciągnie do 
wódki.
- Żałuje mi pan? - zapytał Szarikow i popatrzył spode łba.
- Głupstwa gadasz... - wtrącił się surowo Filip Filipowicz, ale Bormental przerwał mu.
-   Proszę   się   nie   kłopotać,   Filipie   Filipowiczu,   ja   sam.   Ty,   Szarikow,   gadasz   bzdury,   ale   co 
najbardziej  oburzające,  wypowiadasz  je bezapelacyjnie  i  z głębokim  przekonaniem.  Wódki mi 
oczywiście nie szkoda, tym bardziej że nie jest moja, tylko Filipa Filipowicza. Po prostu wódka 
szkodzi. To po pierwsze, a po drugie, i bez wódki zachowujesz się nieprzyzwoicie.

Bormental pokazał na zaklejony kredens.

background image

- Zina, podaj mi, proszę, jeszcze rybę - powiedział profesor.

Tymczasem Szarikow sięgnął po karafkę, zerknął na Bormentala i nalał sobie kieliszek.
- Innym też wypada 
zaproponować   -   powiedział   Bormental   -   i   to   w   następujący   sposób:   najpierw   Filipowi 
Filipowiczowi, później mnie, a na samym końcu sobie.
Wargi Szarikowa wykrzywił ledwie dostrzegalny satyryczny uśmieszek, po czym rozlał wódkę do 
kieliszków.
- Zawsze tu wszystko jak na paradzie - powiedział. - Serwetkę tu, krawat tam, i wciąż przepraszam 
i proszę, merci, ale żeby coś tak naprawdę, bez lipy, co to, to nie. Sami siebie męczycie jak przy 
carskim reżimie.
- Naprawdę, to znaczy jak? 
Bądź łaskaw mi wytłumaczyć.
Szarikow nic na to nie 
odpowiedział Filipowi 
Filipowiczowi, tylko uniósł kieliszek i zaproponował:
- No, życzę wszystkim...
- Tobie również - z niejaką ironią odezwał się Bormental.

Szarikow wlał sobie w gardło zawartość kieliszka, skrzywił się, przyłożył do nosa kawałek chleba, 
powąchał, a następnie połknął, przy czym łzy napłynęły mu do oczu.
- Staż - nagle jakby 
nieobecnym głosem powiedział Filip Filipowicz.
Bormental spojrzał ze 
zdziwieniem

- Staż! - powtórzył Filip Filipowicz i gorzko pokiwał głową. - Nic się już nie da zrobić. Klim.

Bormental z nadzwyczajnym zainteresowaniem ostro wpatrzył się w oczy Filipa Filipowicza.
- Tak pan przypuszcza, Filipie Filipowiczu?
- Nie ma co przypuszczać, jestem pewien.
- Czyżby... - zaczął Bormental i przerwał spojrzawszy na Szarikowa.

Szarikow zasępił się 
podejrzliwie.

- Sp~ater (niem. później) - niegłośno powiedział Filip Filipowicz.
- Gut - przytaknął asystent.

Zina wniosła indyczkę. 
Bormental nalał Filipowi Filipowiczowi czerwonego wina i zaproponował Szarikowowi.
-   Nie   chcę.   Ja   lepiej   się   wódeczki   napiję.   -   Oczka   miał   już   maślane,   na   czole   wystąpił   pot, 
poweselał. Również Filip Filipowicz stał się nieco życzliwszy po alkoholu. Oczy mu się ożywiły, 

background image

przychylniej   spoglądał   na   Szarikowa,   którego   czarna   głowa   tkwiła   w   serwetce   jak   mucha   w 
śmietanie.

Bormental zaś, kiedy się pokrzepił, ujawnił skłonność do działania.
- No więc, co będziemy robić dzisiejszego wieczoru? - zapytał Szarikowa.

Ten zamrugał oczami i 
odpowiedział:

- Najlepiej chodźmy do cyrku.
- Tak codziennie do cyrku - dobrodusznie zauważył Filip Filipowicz. - To dosyć nudne. Ja bym na 
twoim miejscu chociaż raz poszedł na przykład do teatru.
- Do teatru nie pójdę - nieprzyjaźnie powiedział Szarikow i przeżegnał usta.
-   Czkanie   przy   stole   odbiera   innym   apetyt   -   automatycznie   oznajmił   Bormental.   -   Proszę 
wybaczyć... Ale właściwie dlaczego nie podoba ci się teatr?

Szarikow spojrzał przez pusty kieliszek jak przez lornetkę, pomyślał i odął wargi.
- Bo tam udają głupich... 
Rozmawiają i rozmawiają... 
Czysta kontrrewolucja.
Filip Filipowicz opadł na gotyckie oparcie fotela i zaśmiał się tak, że w jego ustach zaiskrzył złoty 
częstokół. Bormental tylko pokręcił głową.
- Poczytałbyś cokolwiek - zaproponował - no, bo wiesz...
- Ja już i tak czytam i czytam... - odpowiedział Szarikow i znienacka szybko i pożądliwie nalał 
sobie pół szklanki wódki.
-   Zina   -   trwożnie   zawołał   Filip   Filipowicz   -   zabierz,   dziecko,   wódkę.   Nie   będzie   już   więcej 
potrzebna. A więc, co ty czytasz?

Przez   głowę   przeleciał   mu   obraz   -   bezludna   wyspa,   palma,   człowiek   w   zwierzęcej   skórze   i 
szlafmycy. „Trzeba będzie dać Robinsona”.
- Tę... jak jej tam... 
korespondencję Engelsa z tym...  no, jak mu tam czortowi... z Kautskym.
Widelec Bormentala z kawałkiem białego mięsa zatrzymał się w pół drogi, a Filip Filipowicz rozlał 
wino na obrus. Szarikow w tym czasie chytrze przełknął wódkę.
Filip Filipowicz oparł łokcie na stole, wpatrzył się w Szarikowa i zapytał:
- Chciałbym wiedzieć, jeśli wolno, co masz do powiedzenia na temat tej lektury?

Szarikow wzruszył ramionami.
- No, że się nie zgadzam.
- Z kim? Z Engelsem czy z Kautskym?
- A z obydwoma.
- To nadzwyczajne, przysięgam na Boga. „Jeśli powie ktoś, że inna.” A co mógłbyś zaproponować 

background image

ze swojej strony?
-   A   co   tu   proponować?   Tylko   piszą   i   piszą...   kongres,   jacyś   tam   Niemcy...   Głowa   puchnie. 
Wszystko wziąć i podzielić...
-   Tak   też   myślałem   -   zawołał   Filip   Filipowicz   i   uderzył   dłonią   w   obrus.   -   Właśnie   tak 
przypuszczałem.
- A może nawet znasz sposób? - zapytał z ciekawością Bormental.
- Jaki tam sposób - objaśnił bardzo rozmowny po wódce Szarikow. - Sprawa jest prosta.  Bo jak to 
jest: jeden rozsiadł się w siedmiu pokojach, ma ze czterdzieści par spodni, a kto inny włóczy się, 
szuka czegoś do jedzenia po śmietnikach.
-   Tych   siedem   pokoi   to   do   mnie   aluzja,   naturalnie?   -   mrużąc   wyniośle   oczy   zapytał   Filip 
Filipowicz.

Szarikow nastroszył się i umilkł.
- No cóż, bardzo dobrze; nie jestem przeciwny podziałowi.  Doktorze, ilu pacjentów odesłaliśmy 
wczoraj?
- Trzydziestu dziewięciu - niezwłocznie odpowiedział Bormental.
- Hm... trzysta 
dziewięćdziesiąt rubli. No, podzielmy grzech na trzech mężczyzn. Kobiet - Ziny i Darii Pietrowny - 
nie będziemy liczyć.  Od ciebie, Szarikow, należy się sto trzydzieści rubli. Bądź łaskaw wypłacić.
- Ładna historia - odparł Szarikow przestraszywszy się. - A to znowu za co?
- Za kran i za kota - 
zagrzmiał nagle Filip Filipowicz wychodząc ze stanu ironicznego spokoju.
- Filipie Filipowiczu - z trwogą zawołał Bormental.
- Chwileczkę. Za ten skandal, coś go wywołał, aż musiałem odwołać pacjentów. To przecież nie do 
zniesienia. Człowiek jak jaskiniowiec skacze po całym mieszkaniu, wyrywa krany. A kto zabił 
kotkę madame Połasucher?  Kto...
- Ty, Szarikow, trzy dni temu ugryzłeś kobietę na schodach - dołożył Bormental.
- Kosztujesz mnie... - ryczał Filip Filipowicz.
- Bo ona mnie w mordę 
trzasnęła - zaskowyczał Szarikow - a to moja morda, nie państwowa!
- Dlatego że ją uszczypnąłeś w pierś - krzyknął Bormental i przewrócił kieliszek z winem. - Ty 
stoisz...
- Stoisz na najniższym 
szczeblu   rozwoju   -   przekrzykiwał   doktora   Filip   Filipowicz.   -   Jesteś   zaledwie   formującym   się 
stworzeniem o zaczątkach rozumu.   Wszystkie twoje zachowania są czysto zwierzęcej natury, a 
pozwalasz   sobie   w   obecności   dwóch   ludzi   z   uniwersyteckim   wykształceniem   z   absolutnie 
niewyobrażalną nonszalancją wysuwać jakieś projekty na miarę kosmiczną, komicznie idiotycznie, 
o tym, jak wszystko należy podzielić... a jednocześnie zeżarłeś proszek do zębów...
- Trzy dni temu - potwierdził Bormental.
- No właśnie - grzmiał Filip Filipowicz - zakarbuj to sobie na nosie...~ a propos, dlaczego starłeś z 
nosa maść cynkową?...  że masz milczeć i słuchać, co się do ciebie mówi. Masz uczyć się i starać 
zostać choćby elementarnie znośnym członkiem socjalistycznego społeczeństwa.  I jeszcze jedno: 

background image

co za łajdak podsunął ci tę książkę?
- Dla pana każdy jest 
łajdakiem - z przestrachem odpowiedział Szarikow, oszołomiony napaścią z dwóch stron.
- Domyślam się - czerwieniejąc ze złości zawołał Filip Filipowicz.
- No, co takiego. No, Szwonder mi dał. On nie jest łajdakiem...  Po to, żebym się rozwijał...
- Widzę, jak się rozwijasz po Kautskym - żółknąc krzyknął piskliwie Filip Filipowicz i gwałtownie 
nacisnął guziczek w ścianie. - Dzisiejsza historia pokazała to, że lepiej już nie można. Zina!
- Zina! - krzyczał Bormental.
- Zina! - wydzierał się przerażony Szarikow.

Zina przybiegła pobladła.
- Zina, tam w poczekalni... 
Ona jest w poczekalni?
- W poczekalni - pokornie odpowiedział Szarikow, zieleniejąc jak murawa.
- Zielona książka...
- No, zaraz palić - 
rozpaczliwie zawołał Szarikow. - Ona jest państwowa, z biblioteki!

- Korespondencja, nazywa się, 

tego, jak mu tam, Engelsa z tym czortem... Do pieca!
Zina uleciała.
- Ja bym  tego Szwondera powiesił, słowo honoru, na pierwszej suchej gałęzi! - zawołał Filip 
Filipowicz, nienawistnie wbijając zęby w skrzydło indyczki. - Ta zdumiewająca kanalia siedzi w 
domu jak wrzód. Mało tego, że wypisuje w gazetach bezmyślne paszkwile...

Szarikow złośliwie i ironicznie zaczął zezować na profesora. Filip Filipowicz zaś z kolei spojrzał 
na niego z ukosa i umilkł.
Och, chyba nic dobrego z tego w naszym mieszkaniu nie wyniknie - nagle proroczo pomyślał 
Bormental.
Zina wniosła na okrągłym półmisku rudą z prawego, a rumianą z lewego boku babę i maszynkę do 
kawy.
- Ja nie będę tego jadł - groźnie i nieprzyjaźnie oznajmił z miejsca Szarikow.
- Nikt ci nie proponuje. 
Zachowuj się przyzwoicie. 
Doktorze, pan będzie łaskaw.
Obiad zakończył się w 
milczeniu.

Szarikow wyciągnął z kieszeni zmiętego papierosa i zadymił. Po wypiciu kawy Filip Filipowicz 
spojrzał na zegarek, nacisnął pozytywkę i delikatnie zagrało kwadrans po ósmej. Filip Filipowicz 
swoim zwyczajem opadł na gotyckie oparcie i sięgnął po gazetę ze stołu.
- Doktorze, bardzo pana proszę, niech pan z nim pojedzie do cyrku. Tylko, na miłość boską, trzeba 
sprawdzić w programie, czy nie ma tam kotów?

background image

- I jak takie draństwo 
wpuszczają do cyrku - posępnie zauważył Szarikow kręcąc głową.
- No, mało to kogo wpuszczają do cyrku - dwuznacznie powiedział Filip Filipowicz. - Co tam dają?
-  U  Salomońskiego  -  zaczął   czytać   Bormental   - jakieś   cztery...  Jussems   i  człowiek  martwego 
punktu.
- Co to za Jussems? - 
podejrzliwie zainteresował się Filip Filipowicz.
- Bóg raczy wiedzieć. Pierwszy raz widzę takie słowo.
- No, a w takim razie niech pan lepiej zobaczy u Nikitinów.  Koniecznie wszystko musi być jasne.
- U Nikitinów... U 
Nikitinów... hm... słonie i granice ludzkiej zręczności.
- Taaak. Co powiesz na temat słoni, drogi Szarikow? - nieufnie zapytał Szarikowa Filip Filipowicz.

Ten się obraził.
-   Co   to,   ja   nie   rozumiem   czy   co?   Kot   -   inna   rzecz.   Słonie   to   zwierzęta   pożyteczne   -   odparł 
Szarikow.
- No to wyśmienicie. Jeśli są takie pożyteczne, to jedź i obejrzyj je sobie. Masz się słuchać Iwana 
Arnoldowicza.   I   żadnych   rozmów   w   bufecie!   Iwanie   Arnoldowiczu,   najpokorniej   proszę   nie 
częstować Szarikowa piwem.

Po  dziesięciu   minutach  Iwan  Arnoldowicz   i  Szarikow  w   kaczonosej   cyklistówce   i  w   palcie  z 
flauszu, z podniesionym kołnierzem pojechali do cyrku. W mieszkaniu ucichło. Filip Filipowicz 
znalazł się w swoim gabinecie. Zapalił lampę pod ciężkim zielonym kołpakiem. W ogromnym 
gabinecie   zrobiło   się   bardzo   spokojnie   i   Filip   Filipowicz   zaczął   przemierzać   pokój.   Długo   i 
płomiennie świecił bladym, zielonkawym ognikiem koniuszek cygara. Ręce profesor wsadził do 
kieszeni spodni i posępna zaduma dręczyła jego uczone, łysiejące czoło.  Cmokał, nucił przez zęby: 
„Aż do najświętszych brzegów Nilu...” i coś mamrotał. Wreszcie odłożył cygaro do popielniczki, 
podszedł   do   szafy   składającej   się   wyłącznie   ze   szkła   i   cały   gabinet   oświetlił   trzema 
najmocniejszymi światłami pod sufitem. Z szafy, z trzeciej szklanej półki Filip Filipowicz zdjął 
wąski słoik i nachmurzony zaczął oglądać go pod światło. W przejrzystej, gęstej cieczy pływała nie 
opadając na dno maleńka biała grudka, wydobyta z głębi mózgu Szarika. Wzruszając ramionami, 
krzywiąc wargi i pochrząkując, Filip Filipowicz pożerał ją wzrokiem, jakby w białej niezatapialnej 
grudce   chciał  wykryć  przyczynę  zdumiewających  wydarzeń,   które  wywróciły   do  góry  nogami 
życie w mieszkaniu na Preczystience.
Niewykluczone, że niezmiernie uczony człowiek wykrył tę przyczynę. W każdym razie, kiedy już 
do woli napatrzył się na przysadkę, schował słoik do szafy, zamknął ją na klucz, klucz schował do 
kieszonki kamizelki, a sam, z rękami głęboko w kieszeniach, z głową wciśniętą w ramiona, opadł 
na skórę kanapy. Długo palił następne cygaro, doszczętnie rozgryzając jego koniec, wreszcie w 
zupełnej samotności, ubarwiony na zielono niczym posiwiały Faust, zawołał:
- Jak Boga kocham, chyba się zdecyduję.

Nikt mu na to nie odpowiedział. W mieszkaniu ucichły wszelkie dźwięki. W Zaułku Obuchowa, 
jak wiadomo,  o godzinie  jedenastej  wieczorem  ruch zamiera.  Z rzadka  rozbrzmiewały odległe 
kroki   zapóźnionego   przechodnia,   stukały   gdzieś   za   storami   i   cichły.   W   gabinecie   delikatnie 

background image

dzwoniła pozytywka w kieszeni Filipa Filipowicza... Profesor niecierpliwie oczekiwał na powrót z 
cyrku doktora Bormentala i Szarikowa.

VIII

Nie wiadomo, na co zdecydował się Filip Filipowicz. Niczego szczególnego w ciągu następnego 
tygodnia   nie   przedsięwziął   i,   być   może,   za   przyczyną   jego   bezczynności   życie   w   mieszkaniu 
wypełniły najrozmaitsze wydarzenia.
Mniej więcej w sześć dni po historii z wodą i kotem do Szarikowa przyszedł z komitetu domowego 
młody   człowiek,   który  okazał   się   kobietą,   i   wręczył   dokumenty,   które   Szarikow   niezwłocznie 
schował do kieszeni i równie niezwłocznie zawołał doktora Bormentala.
- Bormental!
- Proszę zwracać się do mnie 
Iwanie Arnoldowiczu! - powiedział Bormental, zmieniając się na twarzy.
Należy tu dodać, że przez tych  sześć dni chirurgowi udało się osiem razy pokłócić ze swoim 
wychowankiem, więc atmosfera na pokojach w Kałabuchowskim była duszna.
- No to do mnie proszę mówić tak samo! - najzupełniej absolutnie logicznie odparł Szarikow.
- Nie! - zagrzmiał w drzwiach Filip Filipowicz - takiego imienia w moim mieszkaniu nikomu nie 
pozwolę wymówić. Jeśli życzysz sobie, aby przestano nazywać cię poufale Szarikowem, i ja, i 
doktor Bormental będziemy się do ciebie zwracać per „panie Szarikow”.
- Nie jestem żadnym panem, wszyscy panowie są w Paryżu! - odszczeknął Szarikow.
- To robota Szwondera! - krzyczał Filip Filipowicz. - Dobra, ale poczekajcie, już ja się policzę z 
tym łajdakiem. Nie będzie nikogo oprócz pań i panów w moim mieszkaniu, dopóki ja się w nim 
znajduję!   W   przeciwnym   wypadku   jeden   z   nas,   ja   albo   ty,   będzie   musiał   się   wynieść,   i   to 
najprawdopodobniej ty. Jeszcze dzisiaj dam ogłoszenie do gazety i możesz mi wierzyć, że znajdę 
dla ciebie pokój.
- Jeszcze czego, co ja głupi, żeby się stąd wyprowadzać - bardzo jasno odpowiedział Szarikow.
- Jak? - zapytał Filip 
Filipowicz i zmienił się na twarzy do takiego stopnia, że Bormental podbiegł do niego i z trwogą, 
delikatnie ujął go za rękaw.
- Radzę, nie bądź zbyt 
bezczelny, monsieur Szarikow! - Bormental bardzo podniósł głos.
Szarikow cofnął się, wyciągnął z kieszeni trzy papierki - zielony, żółty, biały - i stukając w nie 
palcami powiedział:
- Macie. Członek 
stowarzyszenia mieszkaniowego i 
należy mi się powierzchnia 
mieszkaniowa konkretnie w 

background image

mieszkaniu pod numerem 5 u 
głównego lokatora 
Preobrażeńskiego w rozmiarze 16 
arszynów kwadratowych, jeśli pan 
- Szarikow pomyślał i dodał 
słowo, które Bormental odnotował 
automatycznie w mózgu jako nowe 
- łaskaw.

Filip Filipowicz przygryzł wargę i nieostrożnie powiedział:
- Przysięgam, że ja tego Szwondera w końcu zastrzelę.

Szarikow w najwyższym stopniu uważnie i ostro przyjął te słowa, co widać było po jego oczach.

- Filipie Filipowiczu, 

vorsichtig (niem. ostrożnie) - ostrzegawczo zaczął Bormental.
- No, to już wie pan... Jeśli taką podłość! - zawołał po rosyjsku Filip Filipowicz. - Zapamiętaj 
sobie,   Szarikow...     panie,   że   ja,   jeśli   pozwolisz   sobie   na   jeszcze   jeden   bezczelny   wyskok,   to 
pozbawię cię obiadu i w ogóle wiktu w moim domu.  Szesnaście arszynów to doprawdy uroczo, ale 
przecież nie mam obowiązku cię karmić na podstawie tego żabiego dokumentu!

Tu Szarikow przestraszył się i otworzył usta.
- Nie mogę zostać bez jedzenia 
- wymamrotał. - Gdzie się będę odżywiał?
- W takim razie zachowuj się przyzwoicie! - zgodnym chórem oświadczyli obaj eskulapi.

Szarikow   znacznie   przycichł   i   tego   dnia   nikomu   nie   zrobił   nic   złego,   z   wyjątkiem   siebie   - 
wykorzystując   krótką   nieobecność   Bormentala,   przywłaszczył   jego   brzytwę   i   rozpruł   sobie 
policzek tak, że Filip Filipowicz i doktor Bormental nałożyli mu na ranę szwy, na skutek czego 
Szarikow długo wył zalewając się łzami.
Następnej   nocy   w   gabinecie   profesora   siedzieli   we   dwóch   -   sam   Filip   Filipowicz   i   wierny, 
przywiązany   do   niego   doktor   Bormental.   W   domu   już   spali.     Filip   Filipowicz   był   w   swoim 
lazurowym szlafroku i czerwonych  pantoflach, a Bormental w koszuli i granatowych szelkach. 
Między lekarzami  na okrągłym  stole,  obok opasłego  albumu  stała  butelka  koniaku,  talerzyk  z 
plasterkami cytryny i pudełko cygar. Uczeni, zapełniwszy cały pokój dymem cygar, z zapałem 
omawiali ostatnie wydarzenie.   Tego wieczora Szarikow przyswoił sobie dwa czerwońce leżące 
pod suszką w gabinecie  Filipa  Filipowicza,  przepadł  z mieszkania,  wrócił  późno i kompletnie 
pijany.   Mało   tego.     Razem   z   nim   zjawiło   się   dwóch   nieznanych   osobników,   którzy   najpierw 
hałasowali   na   frontowej   klatce,   a   następnie   wyrazili   życzenie   spędzenia   nocy   w   gościnie   u 
Szarikowa. Wymienieni osobnicy oddalili się dopiero wtedy, kiedy Fiodor, obecny przy tej scenie 
w jesionce narzuconej na bieliznę, zatelefonował na czterdziesty piąty komisariat milicji. Osobnicy 
błyskawicznie znikli, jak tylko Fiodor odwiesił słuchawkę. Po odejściu osobników nie wiadomo 
gdzie   zniknęła   popielniczka  z  malachitu,  stojąca  pod lustrem  w  przedpokoju, bobrowa  czapka 
Filipa Filipowicza, a także jego laska, na której złotymi, przeplecionymi literami było napisane: 
„Drogiemu   i   szanownemu   Fiiipowi   Filipowiczowi   wdzięczni   ordynatorzy   w   dniu...”   i   dalej 
widniała rzymska liczba XXV.
- Co to za jedni? - zaciskając pięści nacierał na Szarikowa Filip Filipowicz.

background image

Ten zaś, chwiejąc się i przypadając do futer, mamrotał coś w tym sensie, że osobnicy są mu nie 
znani, ale są w porządku, to nie jakieś tam sukinsyny.
- Najbardziej  zdumiewające,  że  przecież  obaj  byli  pijani.  Jak im się  udało?  - dziwił  się  Filip 
Filipowicz, patrząc na to miejsce w stojaku, gdzie niegdyś tkwiła jubileuszowa pamiątka.
- Fachowcy - wyjaśnił Fiodor oddalając się spać, z rublem w kieszeni.

Dwóch czerwońców Szarikow wyparł się kategorycznie i przy tym wypowiedział się niejasno, że 
niby nie on jeden jest w mieszkaniu.
- Aha, być może doktor 
Bormental   gwizdnął   czerwońce?   -   zainteresował   się   Filip   Filipowicz   cichym,   ale   strasznym 
głosem.

Szarikow zachwiał się, 

otworzył absolutnie nieprzytomne oczy i wypowiedział przypuszczenie:
- A być może Zinka wzięła...
-   Co   takiego?!   -   krzyknęła   Zina,   która   właśnie   pojawiła   się   w   drzwiach   niczym   widziadło, 
przykrywając ręką rozpiętą na piersi bluzkę. - Jak ten...

Szyja Filipa Filipowicza zabarwiła się na czerwono.
- Spokojnie, Zina, moja droga 
- powiedział wyciągając do niej rękę - nie denerwuj się, my tu wszystko załatwimy.

Zina niezwłocznie rozszlochała się wykrzywiając wargi i dłoń Filipa Filipowicza zadygotała na jej 
obojczyku.
- Zina, jak ci nie wstyd? Kto by mógł pomyśleć coś takiego?  Tfu, co za hańba! - mówił speszony 
Bormental.
- Zina, głupia jesteś, jak Boga kocham - zaczął Filip Filipowicz.

Ale w tym momencie Zina przestała płakać sama z siebie i wszyscy umilkli. Szarikowowi zrobiło 
się niedobrze. 
Uderzywszy głową w ścianę wydał dźwięk: ni to „i”, ni to „je” - coś w rodzaju „eee”. Jego twarz 
zbladła, a szczęka poruszyła się spazmatycznie.
- Dać mu, łajdakowi, wiadro z laboratorium!

I wszyscy zakrzątnęli się przy pielęgnowaniu chorego Szarikowa.  Kiedy prowadzono go do łóżka, 
zataczał się w rękach Bormentala oraz niezmiernie tkliwie i melodyjnie przeklinał najgorszymi 
wyrazami, wymawiając je z ogromnym trudem.
Cała ta historia wydarzyła się około pierwszej, a teraz była trzecia nad ranem, lecz ci dwaj w 
gabinecie nie spali, podekscytowani koniakiem z cytryną. Nadymili tak, że dym przesuwał się w 
powolnych, gęstych warstwach i nawet nie falował.
Doktor Bormental blady, z nadzwyczaj zdecydowanym wyrazem oczu, uniósł kieliszek o talii osy.
- Filipie Filipowiczu - zawołał z uczuciem - nigdy nie zapomnę, jak przyszedłem do pana, kiedy 

background image

byłem głodującym studentem, a pan wziął mnie do siebie na katedrę. Proszę mi wierzyć, Filipie 
Filipowiczu,   jest   pan   dla   mnie   czymś   znacznie   więcej   niż   profesorem   i   nauczycielem...   Mój 
bezgraniczny szacunek dla pana... Proszę mi pozwolić ucałować pana, drogi Filipie Filipowiczu.
- Tak, mój  kochaneczku - wybełkotał  speszony Filip Filipowicz i wstał. Bormental  objął go i 
pocałował w puszyste, mocno przesiąknięte nikotyną wąsy.
- Jak Boga kocham, Filipie Filipowiczu...
- Tak mnie pan wzruszył, tak wzruszył... Dziękuję... - mówił Filip Filipowicz. - Kochaneczku, 
czasami krzyczę na pana w czasie operacji. Niechże mi pan wybaczy starczą impulsywność. W 
gruncie rzeczy jestem taki samotny...  „Od Sewilli do Grenady...”
- Filipie Filipowiczu, czy nie wstyd panu?... - wykrzyknął szczerze płomienny Bormental. - Jeżeli 
nie chce pan mnie urazić, proszę nigdy więcej nie mówić w ten sposób...
- Dziękuję panu, dziękuję... 
„Aż   do   najświętszych   brzegów   Nilu...”   Dziękuję...   I   ja   polubiłem   pana   jako   utalentowanego 
lekarza.
- Powiadam panu, Filipie Filipowiczu! - zawołał z pasją 
Bormental, zerwał się, dokładniej zamknął drzwi do korytarza, a kiedy wrócił na miejsce, mówił 
już dalej szeptem. - Przecież to jest jedyne wyjście. Nie śmiem panu oczywiście udzielać rad, ale, 
Filipie Filipowiczu, niech pan popatrzy na siebie, jest pan kompletnie wyczerpany, tak przecież nie 
sposób dalej pracować!
- Absolutnie nie sposób - westchnąwszy potwierdził Filip Filipowicz.
- No właśnie, to nie do pomyślenia - szeptał Bormental. 
- Zeszłym razem mówił pan, że to z obawy o mnie, i gdyby pan wiedział, drogi profesorze, jak 
mnie to poruszyło. Nie jestem przecież dzieckiem i świetnie rozumiem, jaka z tego może wyniknąć 
okropna historia. Ale według mojego najgłębszego przekonania nie ma innego wyjścia.

Filip Filipowicz wstał, 

zamachał na niego rękami i zawołał:
- Niech mnie pan nie kusi i w ogóle o tym nie wspomina. - Profesor zaczął spacerować po pokoju 
w rozkołysanych falach dymu. - Nie chcę tego nawet słuchać. Proszę pomyśleć, co będzie, jeśli nas 
nakryją? Ani panu, ani mnie nie pomoże „biorąc pod uwagę pochodzenie”, chociaż pierwszy raz w 
życiu staniemy przed sądem. Nie ma pan przecież odpowiedniego pochodzenia, mój drogi?
- A skądże znowu, u diabła. 
Mój ojciec był sędzią śledczym w Wilnie - z goryczą odparł Bormental dopijając koniak.
- No właśnie, proszę bardzo. 
To   przecież   jak   choroba   dziedziczna.   Trudno   wyobrazić   sobie   coś   paskudniejszego.     Zresztą, 
przepraszam, ze mną jest jeszcze gorzej. Ojciec: protojeriej przy katedrze.  Merci. „Od Sewilli do 
Grenady...  W cichym zmroku ciemnych nocy...” niech to diabli wezmą.
-   Filipie   Filipowiczu,   jest   pan   światowej   sławy   uczonym   i   przez   jakiegoś,   przepraszam   za 
wyrażenie, sukinsyna... Proszę mi wybaczyć, ale oni nie poważą się pana ruszyć!
- Tym bardziej ja na to nie pójdę - powiedział zadumany Filip Filipowicz, przystając i wpatrując się 
w oszkloną szafę.
- Ależ dlaczego?
- Dlatego, że pan przecież nie jest światową sławą.

background image

- Gdzie mi tam...
- Otóż to. A zostawić kolegę w czasie katastrofy i samemu wykręcić się światową sławą, pan 
daruje... Jestem moskiewskim studentem, a nie Szarikowem.

Filip Filipowicz dumnie uniósł ramiona i zrobił się podobny do pradawnego króla Francji.
- Ech, Filipie Filipowiczu... 
- zawołał z goryczą Bormental - to znaczy że co? Teraz będzie pan czekał, aż uda się z tego 
chuligana zrobić człowieka?

Filip Filipowicz powstrzymał go gestem ręki, nalał sobie koniaku, possał cytrynę i powiedział:
-   Iwanie   Arnoldowiczu,   czy   ja   według   pana   znam   się   na   anatomii   i   fizjologii,   powiedzmy, 
ludzkiego mózgu? Co pan sądzi na ten temat?
- Filipie Filipowiczu, pan jeszcze pyta! - z ogromnym uczuciem odpowiedział Bormental i rozłożył 
ręce.
- No dobrze. Bez fałszywej skromności. Ja też uważam, że w tej dziedzinie nie należę do ostatnich 
w Moskwie.
- A ja uważam, że pan jest pierwszy nie tylko w Moskwie, ale i w Londynie, i w Oxfordzie! 
- gniewnie przerwał Bormental.
- No dobrze, niech tak będzie. 
No więc, przyszły profesorze Bormental, to się nikomu nie uda. Koniec. Nawet nie ma nad czym 
się  zastanawiać.  Proszę  się  powołać  na  mnie,  powiedzieć,  że  tak  mówi  Preobrażeński.  Finita! 
Klim!   -   nagle   triumfująco   zawołał   Filip   Filipowicz   i   szafa   odpowiedziała   mu   dźwięcznym 
brzęczeniem. - Klim - powtórzył. 
- A więc tak, doktorze 
Bormental, jest pan pierwszym uczniem mojej szkoły, a także, jak się dzisiaj przekonałem, moim 
przyjacielem. Tak więc panu jako przyjacielowi zdradzę w tajemnicy - rzecz jasna wiem, że nie 
wyda mnie pan na pośmiewisko - że stary osioł Preobrażeński naciął się na tej operacji jak student 
trzeciego roku. Co prawda dokonałem odkrycia, i sam pan wie jakiego - w tym miejscu Filip 
Filipowicz gorzko wskazał oburącz na zasłonięte okna, najwidoczniej mając na myśli Moskwę - ale 
jednak   proszę,   Iwanie   Arnoldowiczu   wziąć   pod   uwagę,   że   jedynym   rezultatem   tego   odkrycia 
będzie to, że teraz wszyscy będziemy mieć tego Szarikowa, o, tutaj. - Preobrażeński poklepał się po 
stromym i skłonnym do apopleksji karku. - O to może być pan spokojny! Jeśliby ktokolwiek - 
kontynuował  z masochistyczną  przyjemnością  Filip  Filipowicz  - położył  mnie  tu i wychłostał, 
przysięgam, zapłaciłbym mu z pięć czerwońców! „Od Sewilli do Grenady...” Niech mnie diabli 
wezmą... Przez pięć lat siedziałem, wydłubywałem przysadki z mózgów... Pan wie, jaką robotę 
odwaliłem: w głowie się nie mieści. A teraz oto powstaje pytanie: po co? Żeby pewnego pięknego 
dnia sympatyczne zwierzę przemienić w takiego łotra, że włos się jeży?
- Rzeczywiście, w 
niesłychanego.
- W pełni się z panem zgadzam. 
Oto, doktorze, co się dzieje, kiedy eksperyment zamiast iść ostrożnie i równolegle z naturą, forsuje 
problem i zrywa zasłony.  No i mamy teraz Szarikowa z całym dobrodziejstwem inwentarza.
- Filipie Filipowiczu, a gdyby mózg Spinozy?
- Tak! - zaryczał Filip Filipowicz. - Tak! Jeśli tylko nieszczęsny pies nie zdechnie mi pod nożem, a 
widział   pan,   jaka   to   operacja.   Krótko   mówiąc,   ja,   Filip   Preobrażeński,   w   życiu   nie   robiłem 

background image

trudniejszej. Można wszczepić przysadkę Spinozy albo jakiegokolwiek innego czorta i przerobić 
psa na coś niebywałego. Pytanie tylko, po jakiego diabła? Niech mi pan wytłumaczy, proszę, po co 
sztucznie fabrykować Spinozę, kiedy zwykła baba może go urodzić w każdej chwili.   Przecież 
madame Łomonosowa urodziła w Chołmogorach tego swojego wspaniałego. Ludzkość, doktorze, 
sama   zatroszczy   się   o   to   w   trybie   ewolucji,   uporczywie   wyodrębniając   z   nikczemnej   masy 
przeciętności dziesiątki niezwykłych geniuszy, którzy są chlubą naszej planety. Teraz pan rozumie, 
doktorze,   czemu   uznałem   za   nieprzydatne   pańskie   wnioski   z   historii   choroby   Szarika.   Moje 
odkrycie, niech się nim diabli udławią, i nad którym się tak pan trzęsie, ma wartość dokładnie 
jednego złamanego szeląga. Tak, niech się pan ze mną nie spiera, Iwanie Arnoldowiczu, ja już to 
zrozumiałem. I nigdy nie rzucam słów na wiatr, świetnie pan o tym wie. Teoretycznie to bardzo 
ciekawe. No dobra! Fizjolodzy będą zachwyceni. Moskwa oszalała... No, a w praktyce?  Kogo ma 
pan przed sobą? - Preobrażeński pokazał palcem na drzwi laboratorium, za którymi spoczywał 
Szarikow.
- Niespotykany łobuz.
- Ale kto to taki? Klim, Klim 
-   zawołał   profesor   -   Klim   Czugunkin   (Bormental   otworzył   usta),   a   więc,   dwukrotnie   karany, 
alkoholizm,   „wszystko   rozdzielić”,   czapka   i   dwa   czerwońce   przepadły   (tu   Filip   Filipowicz 
przypomniał sobie jubileuszową laskę i spurpurowiał), cham i świnia...   No, tę laskę odzyskam. 
Słowem, przysadka to zamknięta komora określająca osobowość konkretnego człowieka. 
Konkretnego! „Od Sewilli do Grenady...” - okrutnie przewracając oczami krzyczał Filip Filipowicz 
- a nie ogólnoludzką. Przysadka to cały mózg w miniaturze, który mnie w ogóle nie interesuje i w 
ogóle   pies   z   nim   tańcował.   Myślałem   o   czymś   zupełnie   innym,   o   eugenice,   o   poprawieniu 
ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan naprawdę myśli, że ja to robię 
dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym.
- Jest pan wielkim uczonym, ot co! - oznajmił Bormental łykając koniak. Oczy nabiegły mu krwią.
- Chciałem tylko przeprowadzić małe doświadczenie po tym,  jak dwa lata temu otrzymałem z 
przysadki   wyciąg   hormonów   płciowych.   A   co   wyszło   zamiast   tego?   O   mój   Boże!   A   tych 
hormonów w przysadce, o Chryste... Doktorze, przede mną kompletna beznadziejność, przysięgam, 
zagubiłem się.

Bormental zakasał nagle rękawy, oczy zbiegły mu się u nasady nosa i powiedział:
- W takim razie, drogi 
nauczycielu, jeśli pan nie chce, ja sam na własne ryzyko nakarmię go arszenikiem. Do diabła z 
ojcem, byłym  sędzią śledczym.   Przecież koniec końców, to jest pana własne eksperymentalne 
stworzenie.

Filip Filipowicz przygasł, 

zwiotczał, opadł w fotel i powiedział:
- Nie, ja na to nie pozwolę, mój drogi chłopcze. Mam sześćdziesiąt lat i mogę udzielić panu rady. 
Niech  pan nigdy nie  popełnia  przestępstwa,  niezależnie  od tego,  przeciwko  komu  byłoby ono 
skierowane.  Dożyje pan starości, mając czyste ręce.
- Na litość, Filipie 
Filipowiczu, jeśli nad nim jeszcze trochę popracuje ten Szwonder, to co z niego wyrośnie? Mój 
Boże, teraz dopiero zaczynam rozumieć, co może wyniknąć z tego Szarikowa!
- Aha! Teraz pan zrozumiał? A ja zrozumiałem dziesięć dni po operacji. No więc Szwonder jest 
największym durniem ze wszystkich. Nie pojmuje, że 

background image

Szarikow jest znacznie niebezpieczniejszy dla niego niż dla mnie. Teraz wszelkimi sposobami stara 
się poszczuć go na mnie, nie rozumiejąc, że jeżeli ktoś z kolei poszczuje Szarikowa na niego, ze 
Szwondera zostanie mokra plama.
- Ja myślę! Same koty ile są warte! Człowiek z psim sercem.
- O nie, nie - przeciągle odpowiedział Filip Filipowicz - popełnia pan, doktorze, ogromny błąd, 
niech pan, na Boga, nie obraża psa. Koty to tylko chwilowe... To sprawa karności i dwóch, trzech 
tygodni. Zapewniam pana. Jeszcze jakiś miesiąc i przestanie się na nie rzucać.
- A dlaczego nie teraz?
- Iwanie Arnoldowiczu, to przecież elementarne...  Doprawdy, po co pan pyta?  Przecież przysadka 
nie zawisła w powietrzu. Przecież została wszczepiona właśnie w psi mózg, trzeba czasu, żeby się 
przyjęła.   Teraz Szarikow zachowuje tylko resztki tego, co psie, i proszę zrozumieć, że koty to 
jeszcze   najmniej  straszne   z  tego,   co  on  robi.  Niech   pan  sobie  uświadomi,   najstraszniejsze,   że 
Szarikow   ma   już   nie   psie,   a   właśnie   ludzkie   serce.   I   to   najparszywsze   ze   wszystkich,   jakie 
stworzyła natura!

Podekscytowany do najwyższego stopnia Bormental zacisnął w pięści silne, chude dłonie, poruszył 
ramionami i twardo przemówił:
- Skończone. Ja go zabiję.
- Zabraniam! - kategorycznie odpowiedział Filip Filipowicz.
- Na litość...

Filip Filipowicz podniósł nagle palec i zaczął nadsłuchiwać.
- Niech pan poczeka... Chyba słyszałem kroki.

Obaj nadsłuchiwali, ale w korytarzu było cicho.
- Zdawało mi się - powiedział Filip Filipowicz i z zapałem zaczął mówić po niemiecku. W potoku 
zagranicznych słów kilkakrotnie zabrzmiało po rosyjsku słowo „kryminał”.
- Chwileczkę - nagle czujnie odezwał się Bormental i ruszył do drzwi.

Wyraźnie   było   słychać   kroki   zbliżające   się   do   gabinetu.   I   jeszcze   buczenie   jakiegoś   głosu. 
Bormental otworzył drzwi i odskoczył zdumiony. Doszczętnie zaskoczony Filip Filipowicz zastygł 
w fotelu.
W oświetlonym czworokącie korytarza pojawiła się w samej tylko nocnej koszuli Daria Pietrowna 
z płonącym bojowo obliczem. Zarówno lekarza, jak i profesora oślepiła obfitość ogromnego i, jak 
im się ze strachu wydało, zupełnie gołego ciała. W potężnych rękach Daria Pietrowna wlokła coś i 
to coś zapierało się, siadało na zadzie, a jego pokryte czarnym puchem niewielkie nóżki plątały się 
na parkiecie. „Coś”, rzecz jasna, okazało się Szarikowem, kompletnie zdezorientowanym, jeszcze 
pijanym, rozkudłanym i w samej tylko koszuli.
Daria Pietrowna, goła i imponująca, potrząsnęła Szarikowem jak workiem kartofli i powiedziała, 
co następuje:
- Jak się panu podoba, panie profesorze, nasz gość Telegraf Telegrafowicz? Ja już byłam zamężna, 
ale Zina to niewinna dziewczyna. Szczęście, że się obudziłam.

Zakończywszy przemówienie Daria Pietrowna zawstydziła się, krzyknęła, zasłoniła pierś dłońmi i 

background image

uleciała.
-   Dario   Pietrowna,   na   miłość   boską,   przepraszam   -   krzyknął   w   ślad   za   nią   czerwony   Filip 
Filipowicz, kiedy się opamiętał.

Bormental zakasał wyżej rękawy koszuli i ruszył na Szarikowa.  Filip Filipowicz zajrzał mu w oczy 
i przeraził się.
- Panie doktorze! Zakazuję panu...

Bormental  prawą ręką ujął Szarikowa za kołnierz  i potrząsnął tak, że płótno koszuli z przodu 
trzasnęło.
Filip   Filipowicz   rzucił   się   na   ratunek   i   zaczął   wydzierać   szczupłego   Szarikowa   z   wprawnych 
chirurgicznych rąk.
- Bić nie ma pan prawa - krzyczał na wpół zaduszony Szarikow, siadając na ziemi i trzeźwiejąc.
- Doktorze! - krzyczał Filip Filipowicz.

Bormental trochę się opamiętał i wypuścił Szarikowa, który natychmiast zaskowyczał.
-   W   porządku   -   wysyczał   Bormental   -   poczekamy   do   rana.     Urządzę   mu   benefis,   jak   tylko 
wytrzeźwieje.

I   chwyciwszy   Szarikowa   pod   pachy   powlókł   go   do   laboratorium   spać.   Szarikow   próbował 
wierzgać, ale nogi nie chciały go słuchać.
Filip Filipowicz rozstawił nogi, na skutek czego lazurowe poły szlafroka rozsunęły się, wzniósł 
oczy i ręce do lampy pod sufitem korytarza i powiedział:
- No, no...

IX

Benefis Szarikowa, który obiecał mu doktor Bormental, nie odbył się jednakże następnego ranka, z 
tej   mianowicie   przyczyny,   że   Poligraf   Poligrafowicz   przepadł   z   domu.     Bormental   wpadł   we 
wściekłą   furię,   nazwał   sam   siebie   osłem   za   to,   że   nie   schował   klucza   od   drzwi   frontowych, 
krzyczał, że nigdy sobie tego nie daruje i zakończył życzeniem, żeby Szarikow trafił pod autobus. 
Filip Filipowicz siedział w gabinecie i zanurzając palce w czuprynie mówił:
- Wyobrażam sobie, co się będzie działo na ulicy...  Wyobrażam sobie. „Od Sewilli do Grenady...” 
mój Boże.
- Może jest w komitecie domowym - szalał Bormental i gdzieś biegał.

background image

W   komitecie   domowym   pokłócił   się   z   przewodniczącym   Szwonderem   do   tego   stopnia,   że 
przewodniczący Szwonder zasiadł do pisania skargi do sądu ludowego rejonu chamowniczeskiego, 
krzycząc przy tym, że nie jest stróżem wychowanka profesora Preobrażeńskiego, tym bardziej że 
ów wychowanek, Poligraf, nie dalej jak wczoraj okazał się oszustem, biorąc z komitetu domowego 
siedem rubli, rzekomo na zakup podręczników w spółdzielni.
Fiodor, który z tej okazji zarobił trzy ruble, przeszukał dom od góry do dołu. Nigdzie nie było 
nawet śladu Szarikowa.
Tylko jedno stało się jasne - Poligraf opuścił mieszkanie o świcie w cyklistówce, palcie i szaliku, 
zabierając ze sobą z kredensu butelkę jarzębiaku, rękawiczki doktora Bormentala i wszystkie swoje 
dokumenty. Daria Pietrowna i Zina nie ukrywały burzliwej radości oraz nadziei, że Szarikow nigdy 
już nie wróci.  Od Darii Pietrowny Szarikow pożyczył poprzedniego dnia trzy ruble i pięćdziesiąt 
kopiejek.
-   Dobrze   wam   tak!   -   ryczał   Filip   Filipowicz   potrząsając   pięściami.   Przez   cały   dzień   dzwonił 
telefon, dzwonił również dnia następnego. Lekarze przyjmowali niezwykle wielu pacjentów, a na 
trzeci dzień w gabinecie jasno i wyraźnie stanął problem zawiadomienia milicji, która to milicja 
powinna odnaleźć Szarikowa w moskiewskich odmętach.

Jak tylko zostało wypowiedziane słowo „milicja”, nabożną ciszę uliczki Obuchowskiej rozszarpał 
chrzęst ciężarówki i zadrżały okna w całym domu. Następnie zabrzmiał pewny siebie dzwonek i z 
niezwykłą godnością wkroczył Poligraf Poligrafowicz, w całkowitym milczeniu zdjął cyklistówkę, 
powiesił palto na jelenich rogach i objawił się w zupełnie nowym kształcie. Miał na sobie skórzaną 
kurtkę, wyraźnie kupioną na kogoś innego, również skórzane wytarte spodnie i wysokie angielskie 
buty,  sznurowane pod kolana.   Niewyobrażalny koci zapach  natychmiast  rozprzestrzenił  się w 
całym przedpokoju. 
Preobrażeński i Bormental jak na komendę skrzyżowali ręce na piersiach, stanęli we framudze 
drzwi,   oczekując   pierwszych   informacji   od   Poligrafa   Poligrafowicza.   Ten   zaś   przygładził 
szczeciniaste włosy, odkaszlnął i rozejrzał się w taki sposób, że było jasne - swoje zakłopotanie 
Poligraf stara się zamaskować nonszalancją.
- Ja, Filipie Filipowiczu - zaczął wreszcie mówić - dostałem posadę.

Obaj   lekarze   wydali   z   siebie   suche,   nieokreślone   chrząknięcie   i   poruszyli   się.   Preobrażeński 
oprzytomniał pierwszy, wyciągnął przed siebie rękę i wyrzekł:
- Papiery.

Było napisane na maszynie: 
„Okaziciel   niniejszego,   Poligraf   Poligrafowicz   Szarikow,   jest   kierownikiem   pododdziału 
oczyszczania miasta z bezdomnych zwierząt (kotów itp.) w wydziale Moskiewskiej Gospodarki 
komunalnej.”
- Tak - ciężko powiedział Filip Filipowicz - a któż to ci załatwił? Ach, zresztą sam się domyślam.
- No tak, Szwonder - 
odpowiedział Szarikow.
- Pozwól, że zapytam: dlaczego tak ohydnie śmierdzisz?

Szarikow z zatroskaniem powąchał kurtkę.

background image

- No to co, że śmierdzi...  wiadomo, jak od specjalisty.  Wczoraj dusiliśmy te koty, dusiliśmy...

Filip Filipowicz wzdrygnął się i spojrzał na Bormentala. Oczy Bormentala przypominały dwie 
czarne lufy skierowane wprost na Szarikowa. Bez zbędnych słów ruszył na Szarikowa i z łatwością 
złapał go za gardło.
- Ratunku! - zapiszczał Szarikow blednąc.
- Doktorze!
- Nie pozwolę sobie na nic złego, Filipie Filipowiczu, proszę się nie niepokoić - żelaznym głosem 
powiedział Bormental i wrzasnął: - Daria Pietrowna, Zina!

Obie pojawiły się w 
przedpokoju.

- No, powtarzaj - powiedział Bormental i odrobinę przycisnął gardło Szarikowa do wiszącego na 
wieszaku futra - proszę mi wybaczyć...
- No dobrze, powiem - odparł zachrypłym  głosem absolutnie wstrząśnięty Szarikow, ale nagle 
nabrał powietrza, szarpnął się i spróbował krzyknąć ratunku, krzyk się jednak nie udał i głowa 
Poligrafa całkowicie utonęła w futrze.
- Doktorze, błagam pana.

Szarikow pokiwał głową, dając do zrozumienia, że poddaje się i będzie powtarzać.

- ... Proszę mi wybaczyć, 

szanowna Dario Pietrowna i Zinaido?
- Prokofiewna - wyszeptała z przestrachem Zina.
- Uf, Prokofiewna... - mówił łapiąc powietrze zachrypły Szarikow -... że pozwoliłem sobie...
- Sobie na paskudne zachowanie w nocy w stanie pijackiego zamroczenia.
- Pijackiego zamroczenia...
- Nigdy więcej nie będę...
- Nie bę...
- Niech pan go puści, Iwanie Arnoldowiczu - chórem poprosiły obie kobiety - przecież pan go 
zadusi.

Bormental puścił Szarikowa i powiedział:
- Ta ciężarówka czeka na ciebie?
- Nie - z szacunkiem 
powiedział Poligraf - tylko mnie przywiozła.
- Zina, proszę odesłać 
samochód.   A   teraz   weź   pod   uwagę,   co   następuje:   znowu   wróciłeś   do   mieszkania   Filipa 
Filipowicza.
- A dokąd mam jeszcze iść? - nieśmiało zapytał Szarikow, błądząc wokół wzrokiem.
-   Znakomicie.   Masz   siedzieć   jak   mysz   pod   miotłą.   W   przeciwnym   razie   za   każde   wykonane 
świństwo będziesz miał ze mną do czynienia. Jasne?

background image

- Jasne - odparł Szarikow.

Filip Filipowicz przez cały czas rozprawy z Szarikowem zachowywał milczenie. Jakoś żałośnie 
przytulony   do   futryny   obgryzał   paznokieć   patrząc   w   parkiet.   Potem   nagle   podniósł   wzrok   na 
Szarikowa i zapytał mechanicznie, głuchym głosem:
- A co potem się dzieje z tymi... zabitymi kotami?
- Idą na paltoty - odparł Szarikow. - Zrobią z nich wiewiórki na kredyt dla robotników.

Następnie w mieszkaniu zapadła cisza i trwała dwie doby.  Poligraf Poligrafowicz rano odjeżdżał 
ciężarówką,   pojawiał   się   wieczorem,   cicho   zjadał   obiad   w   towarzystwie   Filipa   Filipowicza   i 
Bormentala.
Chociaż   Bormental   i   Szarikow   spali   w   jednym   pokoju   -   w   poczekalni   dla   pacjentów   -   nie 
rozmawiali ze sobą i Bormental pierwszy się znudził.
Chyba po jakichś dwóch dniach 
w mieszkaniu pojawiła się 
chudziutka panienka z 
podmalowanymi oczami, w 
kremowych pończochach, 
niezmiernie zmieszana 
wspaniałością mieszkania. Szła w wytartym paletku w ślad za Szarikowem i w przedpokoju wpadła 
na profesora.
Profesora zamurowało, zmrużył oczy i zapytał:
- Przepraszam, a to kto?
- Żenię się z nią, to nasza maszynistka, będzie ze mną mieszkać. Trzeba Bormentala wykwaterować 
z poczekalni. Ma własne mieszkanie - wyjątkowo nieprzyjaźnie i ponuro wyjaśnił Szarikow.

Filip   Filipowicz   zamrugał   oczami,   zamyślił   się   patrząc   na   poczerwieniałą   panienkę,   po   czym 
poprosił ją nader uprzejmie:
- Pozwoli pani na chwileczkę do mojego gabinetu.
- Ja z nią pójdę - szybko i podejrzliwie oświadczył Szarikow.

Wtedy momentalnie wynurzył się spod ziemi Bormental.
- Przykro mi - powiedział - profesor porozmawia z panią, a my obaj zostaniemy tutaj.
- A ja nie chcę - złym głosem powiedział Szarikow, próbując udać się w ślad za płomieniejącą ze 
wstydu panienką i Filipem Filipowiczem.
- Raczej nie - Bormental ujął Szarikowa za rękę i zaprowadził do laboratorium.

Przez jakieś pięć minut z gabinetu nic nie było słychać, a potem rozległ się głuchy szloch panienki.
Filip Filipowicz stał przy biurku, a panienka łkała w brudną koronkową chusteczkę.
- Powiedział, łajdak, że był ranny na polu walki - zaszlochała panienka.
- Kłamie - nieustępliwie odpowiadał Filip Filipowicz.  Pokręcił głową i powiedział: - Szczerze mi 
pani   żal,   ale   przecież   nie   można   tak   z   pierwszym   lepszym   tylko   z   powodu   jego   służbowego 
stanowiska...  Dziecko, zapewniam panią, że to okropne. A więc tak... - otworzył szufladę biurka i 

background image

wyjął trzy banknoty po trzydzieści rubli.
- Otruję się - płakała 
panienka   -   w   stołówce   codziennie   solone   mięso...   a   on   grozi...     mówi,   że   jest   czerwonym 
dowódcą... Ze mną, mówi, będziesz mieszkać w luksusach...   psychikę, mówi, mam szlachetną, 
tylko kotów nienawidzę...  Pierścionek mi zabrał na pamiątkę...
- No, no, szlachetna 
psychika... „Od Sewilli do Grenady...” - mamrotał Filip Filipowicz - trzeba jakoś przez to przejść... 
Pani jest taka młoda...
- Czyżby w tej właśnie bramie?
- Niech pani bierze pieniądze, kiedy pożyczają - zaryczał Filip Filipowicz.

Następnie uroczyście otwarły się drzwi i Bormental na zaproszenie Filipa Filipowicza wprowadził 
Szarikowa. Szarikow miał rozbiegane oczy i sierść na jego głowie sterczała jak szczotka.
- Łajdak - powiedziała 
panienka, błyskając rozmazanym i zapłakanym okiem i pasiastym upudrowanym nosem.
- Skąd masz bliznę na czole? 
Bądź łaskaw wyjaśnić tej pani - serdecznie zaproponował Filip Filipowicz.
Szarikow zagrał va banque.
- Byłem ranny na froncie kołczakowskim - wyszczekał.

Panienka wstała i wyszła z głośnym płaczem.
- Niech pani przestanie! - krzyknął za nią Filip Filipowicz. - Chwileczkę, proszę oddać pierścionek 
- zwrócił się do Szarikowa.

Ten zaś pokornie zdjął z palca tombakowy pierścionek ze szmaragdowym oczkiem.
-   Dobra   -   powiedział   raptem   z   wściekłością   -   ty   mnie   jeszcze   popamiętasz.   Urządzę   ci   jutro 
kompresję etatów.
- Niech się pani go nie boi - krzyknął do panienki Bormental. 
- Nie pozwolę mu nic pani zrobić! - odwrócił się i tak popatrzył, że Szarikow cofnął się i uderzył 
głową o szafę.
- Jej nazwisko? - zapytał Bormental. - Nazwisko! - zaryczał i nagle stał się dziki i przerażający.
- Wasniecowa - odpowiedział Szarikow, szukając wzrokiem, gdzie by tu zwiać.
- Codziennie - ujmując go za klapy kurtki powiedział Bormental - sam osobiście będę 

sprawdzał w zakładzie 
oczyszczania, czy nie 
zredukowano obywatelki 

Wasniecowej. I jeżeli ty...  jeśli się dowiem, że jest zredukowana, to... własnoręcznie cię zastrzelę. 
Strzeż się, Szarikow, do ciebie mówię!
Szarikow nie mógł oderwać oczu od nosa Bormentala.
-   Sami   też   umiemy   strzelać   z   rewolweru...   -   wymamrotał   Poligraf,   ale   jakoś   słabo   i   nagle 
wykorzystał moment, by prysnąć w drzwi.

background image

- Strzeż się! - biegł za nim krzyk Bormentala.

Przez całą noc i połowę następnego dnia wisiała cisza jak burzowa chmura. Wszyscy milczeli. Ale 
następnego   dnia,   kiedy   Poligraf   Poligrafowicz,   którego   tknęło   ponure   przeczucie,   odjechał 
ciężarówką do pracy, profesor Preobrażeński poza zwykłymi godzinami przyjął jednego ze swoich 
byłych   pacjentów,   tęgiego,   wysokiego   mężczyznę   w   wojskowym   mundurze.     Człowiek   ten 
uporczywie  domagał  się spotkania i w końcu dopiął swego. Wchodząc do gabinetu uprzejmie 
stuknął obcasami.
- Czyżby bóle powróciły, drogi panie? - zapytał mizerny Filip Filipowicz. - Proszę, niech pan siada.
-   Merci.   Nie,   profesorze   -   odpowiedział   gość   stawiając   szłyk   na   rogu   biurka.   -   Jestem   panu 
niezmiernie zobowiązany...   Hm... Przyjechałem w zupełnie innej sprawie, Filipie Filipowiczu... 
żywiąc wielki szacunek... hm... ostrzec.   Oczywiste głupstwo. To zwyczajny łajdak... - Pacjent 
sięgnął do teczki i wyjął papier. - Dobrze, że trafiło bezpośrednio do mnie...

Filip Filipowicz wsadził dodatkowo binokle na okulary i zaczął czytać. Długo mamrotał do siebie 
zmieniając się na twarzy.
„... a także grożąc, że zabije przewodniczącego komitetu domowego, towarzysza Szwondera, z 
czego jawnie wynika, że przechowuje broń palną. Wygłasza kontrrewolucyjne przemówienia, a 
nawet Engelsa kazał swojej socjalsłużącej Zinaidzie Prokofiewnie Buninej spalić w piecu, jako 
wyraźny   mienszewik   ze   swoim   asystentem   Bormentalem   Iwanem   Arnoldowiczem,   który 
potajemnie,   nie   zameldowany,   przebywa   w   jego   mieszkaniu.     Podpis   kierownika   pododdziału 
oczyszczania   P.   P.   Szarikowa   potwierdzam.   Przewodniczący   komitetu   domowego   Szwonder, 
sekretarz Piestruchin.”
- Pan pozwoli mi zatrzymać u siebie? - zapytał Filip Filipowicz pokrywając się plamami. - Czy to, 
być może, jest panu potrzebne dla nadania sprawie urzędowego biegu?
- Pan daruje, profesorze - nadzwyczaj obraził się pacjent rozdymając nozdrza. - Chyba naprawdę 
przesadnie pan nami gardzi. Ja... - i zaczął nadymać się jak indyk.

- Przepraszam, przepraszam, 

mój drogi! - wymamrotał Filip Filipowicz. - Jeszcze raz przepraszam, naprawdę nie chciałem pana 
urazić. Niech pan się nie gniewa, mój drogi, on mnie tak udręczył...
- Myślę - powiedział zupełnie uspokojony pacjent. - Ale co za łajdak! Swoją drogą chciałbym go 
zobaczyć. W Moskwie opowiadają o panu legendy, profesorze...

Filip Filipowicz z rozpaczą machnął tylko ręką. I wtedy pacjent zobaczył, że profesor zgarbił się i 
nawet jakby posiwiał w ostatnim okresie.

   *        *        *          

Przestępstwo dojrzało i spadło jak kamień, jak zresztą przeważnie bywa. Z sercem ściśniętym złym 
przeczuciem wrócił ciężarówką Poligraf Poligrafowicz. Głos Filipa Filipowicza  poprosił go do 
laboratorium. Zdumiony Szarikow przyszedł i z niejasnym strachem spojrzał w lufy na twarzy 

background image

Bormentala, a następnie na Filipa Filipowicza. Chmura krążyła wokół asystenta, a jego lewa ręka z 
papierosem lekko drżała na niklowanym pręcie krzesła ginekologicznego.
Filip Filipowicz z bardzo złowieszczym spokojem powiedział:

- Natychmiast zabieraj rzeczy, 

spodnie, palto, wszystko, co ci jest potrzebne, i won z mieszkania.
- Jakże to tak? - szczerze zdumiał się Szarikow.
- Won z mieszkania i to dziś - monotonnie powtórzył Filip Filipowicz, patrząc spod zmrużonych 
powiek na swoje paznokcie.

Jakaś nieczysta siła opanowała chyba Poligrafa Poligrafowicza, zagłada już czatowała na niego i 
nieubłagany wyrok został wydany.  Sam Poligraf rzucił się w objęcia nieuniknionego, bo szczeknął 
wściekle i ostro:
- Znowu zaczynacie? Co to ja mocnych na was nie znajdę? Jak tu siedzę na szesnastu arszynach, 
tak będę siedział.
- Wynoś się z mieszkania - serdecznie szepnął Filip Filipowicz.

Szarikow   sam   zaprosił   swoją   śmierć.   Podniósł   lewą   rękę   i   pokazał   Filipowi   Filipowiczowi 
obgryzioną nie do zniesienia, cuchnącą kotami figę. A następnie prawą ręką wyciągnął z kieszeni 
rewolwer i skierował go w stronę Bormentala. Papieros Bormentala zatoczył łuk niczym spadająca 
gwiazda,   a   po   kilku   sekundach   Filip   Filipowicz   biegając   po   rozbitych   szklanych   szybach   w 
przerażeniu   miotał   się   od   szafki   do   kozetki.   Na   kozetce   zaś   leżał   chrypiąc   rozkrzyżowany 
kierownik pododdziału oczyszczania, a ulokowany na jego piersiach chirurg Bormental dusił go 
malutkim białym jaśkiem.
Po kilku minutach doktor 
Bormental z twarzą zmienioną nie do poznania otworzył drzwi frontowe i obok guziczka dzwonka 
nakleił karteczkę:
„Z powodu choroby profesora przyjęć dzisiaj nie będzie. 
Prosimy nie niepokoić 
dzwonkiem.”

Lśniącym scyzorykiem doktor przeciął kabel dzwonka, obejrzał w lustrze swoją podrapaną do krwi 
twarz   i   pokaleczone,   drżące   dłonie.   Następnie   pojawił   się   w   drzwiach   kuchni   i   powiedział 
wystraszonej Zinie i Darii Pietrownie:
- Profesor prosi, żebyście nie wychodziły z mieszkania.
- Dobrze - nieśmiało 
odpowiedziały Zina i Daria Pietrowna.
- Pozwólcie, że zamknę drzwi kuchenne na klucz - powiedział Bormental, chowając się za drzwi w 
ścianie i zasłaniając twarz dłonią. - To tylko na krótko i nie z powodu braku zaufania do was. Ale 
ktoś może przyjść, nie wytrzymacie, otworzycie, a nam nie wolno przeszkadzać. Jesteśmy zajęci.
- Dobrze - odpowiedziały kobiety i niezwłocznie pobladły.

Bormental   zamknął   drzwi   kuchenne,   zamknął   także   frontowe   oraz   drzwi   z   korytarza   do 
przedpokoju. Potem kroki jego zamarły w laboratorium.

background image

Cisza   spłynęła   na   mieszkanie   i   wpełzła   we   wszystkie   kąty.     Nadciągnął   zmierzch,   wstrętny   i 
czujny,   słowem   mrok.   Co   prawda   później,   kiedy   już   było   po   wszystkim,   sąsiedzi   z   domu 
naprzeciwko mówili, że w oknach od podwórza u Preobrażeńskiego paliły się wszystkie światła, i 
nawet podobno można było zobaczyć biały kłobuk samego profesora... Trudno to sprawdzić. Co 
prawda   również   i   Zina,   kiedy   wszystko   się   skończyło,   plotkowała,   że   w   gabinecie   przed 
kominkiem, już potem, kiedy profesor i Bormental wyszli z laboratorium, przeraził ją śmiertelnie 
Iwan Arnoldowicz. Podobno siedział w kucki przed kominkiem w gabinecie i własnoręcznie palił 
zeszyt,  w którym  zapisywał  historie  chorób pacjentów  profesora! Podobno twarz doktora była 
zupełnie zielona i cała, caluteńka okropnie podrapana. A Filip Filipowicz też tego wieczora był 
niepodobny do siebie. I jeszcze jakoby...   zresztą być może niewinna panienka z mieszkania na 
Preczystience zwyczajnie kłamie...
Za jedno można zaręczyć - w mieszkaniu tego wieczoru panowała absolutna i przerażająca cisza.

Epilog

Dokładnie w tę właśnie noc, która nastąpiła w dziesięć dni po bitwie w laboratorium, w mieszkaniu 
profesora Preobrażeńskiego, tym w Zaułku Obuchowa, ostro zadzwonił dzwonek:
- Milicja kryminalna i 
śledczy. Proszę otworzyć.
Kroki   biegnących   ludzi,   potem   stukot   i   do   roziskrzonego   lampami   laboratorium   ze   świeżo 
oszklonymi   szafkami   weszło   mnóstwo   ludzi.   Dwaj   byli   w   milicyjnych   mundurach,   jeden   w 
czarnym   palcie,   z   teczką,   przepełniony   złośliwą   satysfakcją   przewodniczący   Szwonder, 
młodzieniec_kobieta,  dozorca   Fiodor, Zina,   Daria   Pietrowna,  niekompletnie   ubrany Bormental, 
wstydliwie zasłaniający szyję bez krawata.
Drzwi gabinetu przepuściły Filipa Filipowicza. Wyszedł w swym znanym wszystkim lazurowym 
szlafroku i wszyscy mogli się od razu przekonać, że Filip Filipowicz bardzo się poprawił przez 
ostatni   tydzień.   Dawny   władczy   i   energiczny   Filip   Filipowicz,   pełen   godności,   stanął   przed 
nocnymi gośćmi i przeprosił za swój szlafrok.
- Proszę się nie krępować, profesorze - powiedział nadzwyczaj zmieszany mężczyzna w cywilu, 
ociągał się jeszcze przez chwilę i wreszcie przemówił: - Bardzo mi przykro.  Mamy nakaz rewizji 
w   pańskim   mieszkaniu,   a   także   -   mężczyzna   spojrzał   z   ukosa   na   wąsy   Filipa   Filipowicza   i 
zakończył: - aresztowania w zależności od rezultatu.

Filip Filipowicz zmrużył oczy i zapytał:
- A o co jestem oskarżony, jeśli mogę zapytać, i przez kogo?

Mężczyzna podrapał się w policzek i wyczytał z kartki wyciągniętej z teczki.
- Oskarża się 
Preobrażeńskiego,   Bormentala,   Zinaidę   Buniną   i   Darię   Iwanową   o   zabójstwo   kierownika 

background image

pododdziału   oczyszczania   Moskiewskiej   Gospodarki   Komunalnej,   Poligrafa   Poligrafowicza 
Szarikowa.
Szloch Ziny zagłuszył jego ostatnie słowa.
- Nic nie rozumiem - 
powiedział  Filip Filipowicz,  po królewsku wzruszając ramionami  - jakiego znowu Szarikowa? 
Ach, przepraszam, chodzi o tego psa... którego operowałem?
- Pan daruje, profesorze, nie psa, tylko kiedy był już człowiekiem. O to właśnie chodzi.
- Dlatego, że mówił? - zapytał Filip Filipowicz. - Ale to jeszcze nie znaczy, że się jest człowiekiem. 
Zresztą to nieistotne. Szarik istnieje nadal i nikt go nie miał zamiaru zabijać.
- Profesorze - z ogromnym zdumieniem powiedział czarny człowiek i uniósł brwi - w takim razie 
będzie go pan musiał okazać. Przepadł już dziesięć dni temu i pan daruje, ale wygląda to bardzo 
nieładnie.
-   Doktorze   Bormental,   pan   będzie   łaskaw   okazać   Szarika   panu   śledczemu   -   polecił   Filip 
Filipowicz, zabierając nakaz rewizji.

Doktor Bormental uśmiechnął się krzywo i wyszedł.
Kiedy wrócił i zagwizdał, za nim z gabinetu wyszedł pies dziwacznej postury. Miejscami łysy, 
miejscami   zarastający   sierścią.   Wyszedł   jak   w   cyrku,   na   tylnych   łapach,   potem   stanął   na 
wszystkich   czterech   i   rozejrzał   się.   Grobowe   milczenie   jak   galareta   zastygło   w   laboratorium. 
Koszmarny pies z purpurową blizną na czole ponownie stanął na tylnych łapach, uśmiechnął się i 
usiadł w fotelu.
Drugi milicjant nagle przeżegnał się, zamaszyście zrobił krok w tył i nadepnął Zinie na obie nogi 
jednocześnie.
Człowiek w czarnym nie zamykając ust powiedział słowa następujące:
- Jakże to tak, na litość? 
Przecież on pracował w zakładzie oczyszczania?
- Ja go tam nie posyłałem - odparł Filip Filipowicz. - Rekomendował go pan Szwonder, o ile się nie 
mylę.
- Nic nie rozumiem - niepewnie powiedział czarny i zwrócił się do pierwszego milicjanta: - To ten?
- Ten - bezdźwięcznie 
odpowiedział milicjant. - Formalnie ten.
- Ten sam - rozległ się głos Fiodora - tylko, że drań znowu zarasta.
- Przecież mówił...
- On i teraz jeszcze mówi, tyle tylko, że coraz mniej i rzadziej, tak że korzystajcie z okazji, bo 
niedługo w ogóle umilknie.
- Ale dlaczego? - cicho zapytał czarny człowiek.

Filip Filipowicz wzruszył ramionami.
- Nauka jeszcze nie zna sposobu na przekształcenie zwierzęcia w człowieka.  Spróbowałem, ale nie 
udało mi się, jak widzicie. Porozmawiał i teraz powraca do stanu pierwotnego. Atawizm.
- Nieprzyzwoitymi słowami nie wyrażać się - nagle wrzasnął pies z fotela i wstał.

background image

Czarny człowiek raptem pobladł, wypuścił teczkę i zaczął padać bokiem na podłogę, milicjant 
podtrzymał go z boku, a Fiodor od tyłu. Powstało zamieszanie i w tym zamieszaniu najwyraźniej 
można było usłyszeć trzy zdania.
Filipa Filipowicza: - Krople walerianowe. To omdlenie.
Doktora Bormentala: - 
Własnoręcznie zrzucę Szwondera ze schodów, jeśli raz jeszcze pojawi się w mieszkaniu profesora 
Preobrażeńskiego.
Szwondera: - Proszę wnieść te słowa do protokółu.
Szara   harmonijka   kaloryfera   dyszała   ciepłem.   Story   skryły   zawiesistą   noc   Preczystienki   i   jej 
samotną gwiazdę. Najwyższa istota, dostojny dobroczyńca psa, siedział w fotelu, a pies Szarik leżał 
na dywanie, przytulony do skórzanej kanapy.    Marcowa mgła przyprawiała go o poranne bóle 
głowy, wędrujące wzdłuż świeżej blizny. Ale wieczorem, w cieple, ból przechodził. I teraz było 
coraz lepiej i lepiej, a myśli w psiej głowie płynęły ciepłe i składne.
Tak mi się powiodło, tak powiodło - myślał wpadając w drzemkę - wprost nieopisanie powiodło. 
Utrwaliłem się w tym mieszkaniu. Nie ma wątpliwości, że z moim pochodzeniem jest sprawa 
nieczysta. Tu nie obeszło się bez wodołaza. Puszczalska była moja babunia, niech jej ziemia lekką 
będzie, staruszce.  Wprawdzie całą głowę mi schlastali nie wiadomo po co, ale do wesela się zagoi. 
Nie będziemy się tym przejmować.

             

W oddali głucho zadźwięczało szkło. Ugryziony sprzątał w laboratoryjnych szafach.
Siwy czarodziej siedział zaś i nucił:
- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...”

Pies   oglądał   rzeczy   straszne.     Poważny   człowiek   dłonie   w   śliskich   gumowych   rękawiczkach 
zanurzał w naczyniu, wyjmował mózg - uparcie, niestrudzenie, wciąż czegoś szukał, coś kroił, 
wypatrywał, mrużył oczy i nucił:
- „Aż do najświętszych 
brzegów Nilu...”

11)
21)
31)
41.
l1.1.1.1.1.1
rI.A.1.a
 


Document Outline