background image

Kaye Marilyn 

 

Nieoczekiwane spotkanie 

 

Replika 06 

 
 
 
 
 
 
 
 

Dla kuzynów z listopada 1998:

 

Alice Clerc, Augustina Clerc,

 

Zoe Huybrechts

 

background image

Rozdział pierwszy

 

a  stole  kuchennym  stały  talerze  z  resztkami  nie-
dzielnego śniadania, ale Erie nie zauwaŜał ich, mimo 

Ŝ

e  on  i  Tasha  juŜ  dawno  powinni  byli  zanieść  je  do 

zlewu.  Chłopiec  oglądał  rozłoŜony  na  blacie  prospekt 
reklamowy. Jego treść znał juŜ praktycznie na pamięć, 
ale  nie  mógł  się  napatrzyć  na  zamieszczone  w  nim 
kolorowe zdjęcia.

 

Jedno zafascynowało go szczególnie. Widać było na 

nim przechylony ponton, unoszący się na rwącej rzece. 
Dwaj  chłopcy  i  dziewczyna,  z  wiosłami  w  rękach, 
przedzierali  się  przez  wzburzoną  kipiel.  Fotografowi 
znakomicie  udało  się  uchwycić  napiętą  atmosferę 
chwili.  Po  plecach  Erica  przeszedł  przyjemny  dreszcz 
emocji.

 

Siostra zajrzała mu przez ramię.

 

7

 

background image

-

 

Co ci ludzie robią? - spytała. 

-

 

Spływają  górską  rzeką.  Kurczę,  nie  mogę  się 

doczekać, kiedy i ja zrobię coś takiego. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Bo to jest rewelacyjne! Niesamowite przeŜycie! 

-

 

E  tam,  niesamowite  -  skwitowała  dziewczyna.  -

Ten  ponton  wygląda,  jakby  miał  się  zaraz  wywrócić. 
Pewnie dwie sekundy po zrobieniu zdjęcia te dzieciaki 
wpadły do wody i się utopiły. 

Erie Ŝachnął się.

 

-

 

Wcale  się  nie  utopiły,  Tasba.  Jeszcze  nikt  nie 

zginął na obozach Dzikiej Przygody. 

-

 

Jak dotąd - rzuciła jego siostra posępnym tonem. -

Zawsze  musi  być  ten  pierwszy  raz.  A  propos,  będę 
mogła wziąć sobie twoją wieŜę, jeśli się utopisz? 

Chłopiec  puścił  to  pytanie  mimo  uszu  i  wskazał  jej 

inne zdjęcie.

 

-

 

Widzisz  tę  dziewczynę?  Na  pewno  nie  jest  od 

ciebie starsza, a zobacz tylko, co robi. 

-

 

Wspina się. No i co z tego? 

-

 

Nie chciałabyś zdobywać najwyŜszych szczytów? 

-  Nie - ucięła rozmowę Tasha i wyszła z kuchni. 
Erie westchnął. W gruncie rzeczy nie obchodziło

 

go, czy siostra pojedzie na ten obóz, czy nie, lecz Amy 
uparła się, by wziąć ją ze sobą. Nie miał więc wyjścia i 
od dłuŜszego czasu usilnie starał się namówić Tashę do 
wyjazdu. Niestety, była zdeklarowaną doma-torką.

 

Po  raz  pierwszy  usłyszał  o  Dzikiej  Przygodzie  we 

wrześniu, od kolegów ze szkoły, którzy właśnie wrócili 
z letniej wyprawy, w czasie której chodzili po górach i 
skałach.  Od  tamtej  pory  trwał  w  postanowieniu,  by 
doświadczyć tego samemu. Dzika Przygoda propono-

 

8

 

background image

wata nastolatkom wyjazdy w góry, na pustynię, a takŜe 
spływy pontonami, odbywające się na obszarze całych 
Stanów Zjednoczonych i Kanady. Wśród oferowanych 
atrakcji były wspinaczki górskie, nurkowanie, jazda na 
nartach  i  pływanie  na  wszelkiego  rodzaju  łodziach. 
Wyprawy  mogły  trwać  od  jednego  weekendu  aŜ  po 
cały miesiąc.

 

Erie  nie  od  razu  zaczął  namawiać  rodziców,  by 

pozwolili  mu  na  taki  wyjazd.  Dokładnie  wszystko 
zaplanował. Najpierw zebrał dostępne informacje o Dzi-
kiej  Przygodzie  oraz  pochlebne  opinie  na  jej  temat, 
wydane  przez  znane  organizacje  młodzieŜowe.  Udało 
mu się nawet znaleźć film dokumentalny, przedstawia-
jący uroki wakacji spędzonych na łonie natury. Uzbro-
jony w to wszystko oraz w numery telefonów rodziców, 
których  dzieci  uczestniczyły  juŜ  w  wyjazdach  organi-
zowanych  w  ramach  Dzikiej  Przygody,  przedstawił 
rodzicom swój plan.

 

Nakreślił  cele  tych  imprez,  opowiedział  o  nacisku 

kładzionym przez organizatorów wypraw na rozwijanie 
ambicji,  pewności  siebie,  zaradności  i  odpowiedzial-
ności uczestników. Rodzice byli  pod wraŜeniem. Erie 
przezornie  nie  wspomniał,  Ŝe  on  osobiście  zamierza 
przede wszystkim dobrze się bawić.

 

Ktoś  zapukał  w  szybę.  Chłopiec  podniósł  głowę  i 

otworzył tylne drzwi. Na progu stała Amy.

 

-

 

Co robisz? - spytała, wchodząc do kuchni. 

-

 

Oglądam prospekt -przyznał, nieco zawstydzony. 

-

 

Znowu?  -  Jej  uśmiech  świadczył  o  tym,  Ŝe  dos-

conale go rozumiała. Podsunęła sobie krzesło, usiadła 
obok  Erica  i  zaczęła  przeglądać  zdjęcia.  -  Pony  śl, 
jeszcze tydzień, i to my będziemy na ich niejscu. 

9

 

background image

-

 

Ciągle  jeszcze  trudno  mi  uwierzyć,  Ŝe  matka 

puściła cię na ten obóz. 

-

 

Szczerze mówiąc, nadal niejest zbyt zadowolona -

powiedziała  Amy.  Nancy  Candler  była  nieco  nadopie-
kuńcza,  bardziej  niŜ  inne  matki,  ale  Erie  znał  tego 
przyczynę. Jej córka nie była zwyczajną dziewczyną. 

-

 

Wiesz,  prawdopodobnie  będziesz  bezpieczniejsza 

na  tym  odludziu  niŜ  tu,  w  Los  Angeles  -  zauwaŜył.  -
Znajdziemy  się  na  zupełnym  pustkowiu.  Te  bandziory 
nie będą mogły cię obserwować. 

-

 

To  prawda  -  przyznała  Amy.  --  Ale  moja  mama 

denerwuje  się  z  tych  samych  powodów  co  zwykli 
rodzice.  ŁaŜenie  po  skałach,  spływ  pontonem...  to 
niebezpieczne sporty. 

-

 

Dla ciebie? - spytał chłopiec z niedowierzaniem. -

NiemoŜliwe. 

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.

 

-  MoŜliwe,  moŜliwe.  Wiesz,  nie  jestem  nieznisz 

czalna.

 

-' Tylko Ŝe trochę trudniej cię uszkodzić niŜ innych 

ludzi  -  przekomarzał  się  z  nią  Erie.  -  Co  stanie  się  z 
klonem, który spadnie w przepaść?

 

-  Połamie  sobie  kości  jak  wszyscy.  W  końcu  jestem 

człowiekiem. Tyle Ŝe... tyle Ŝe... - Zająknęła się, jakby 
nie  mogła  znaleźć  odpowiedniego  słowa,  którym  mog 
łaby siebie opisać.

 

Erie pospieszył jej z pomocą.

 

-  Silniejsza.  Mądrzejsza  i  szybsza.  śe  nie  wspo 

mnę  o  tym,  Ŝe  masz  lepszy  słuch  i  wzrok  niŜ  zwykli 
ludzie.   ,

 

Amy nie mogła temu zaprzeczyć.

 

-

 

Mów trochę ciszej - szepnęła. 

-

 

Moich rodziców nie ma - zapewnił ją chłopiec. - 

10

 

background image

Zostałem sam z Tashą. Nie bój się, nie wydam nikomu 
twojego sekreciku.

 

Amy uniosła brwi.

 

- Mojego „sekreciku"?

 

Erie rozumiał jej zdziwienie. To, Ŝe ktoś nie przyszedł 

na świat w normalny sposób, lecz został sklonowany z 
najwyŜszej  jakości  materiału  genetycznego  -  no  cóŜ, 
trudno to nazwać „sekrecikiem". Było to wielką tajem-
nicą  i  bynajmniej  nie  dlatego,  Ŝe  Amy  wstydziła  się 
swojego pochodzenia.

 

Erie  do  tej  pory  pamiętał,  'jak  zareagował,  kiedy 

opowiedziała  jnu  o  sobie.  To  dopiero  było  zasko-
czenie!  Jak  się  okazało,  jego  ładna  sąsiadka,  dzie-
wczyna,  którą  znał  praktycznie  od  zawsze,  najlepsza 
przyjaciółka  jego  siostry,  była  prześladowana  przez 
ludzi  pragnących  stworzyć  przy  jej  udziale  wyŜszą 
rasę.

 

Nie była nawet pewna, kim oni są. Wiedziała tylko, 

Ŝ

e naleŜą do organizacji, która dwanaście lat wcześniej 

finansowała  eksperyment  z  klonowaniem.  Prowadzący 
go naukowcy byli przekonani, Ŝe ich badania pomogą 
w  rozpoznaniu  przyczyn  i  umoŜliwią  eliminację  wad 
genetycznych. Kiedy poznali prawdziwe motywy  dzia-
łania  organizacji,  natychmiast  zniszczyli  laboratorium 
i wszystkie efekty swojej pracy - z wyjątkiem małych 
klonów. Niemowlęta zostały rozesłane po całym świecie 
w  nadziei,  Ŝe  -  adoptowane  i  wychowane  na  normal-
nych  ludzi  -  nigdy  nie  poznają  prawdy  o  sobie.  Nikt 
nic  przewidział,  Ŝe  po  wejściu  w  okres  dojrzewania 
dwanaście  sklonowanych  Amy  zacznie  uświadamiać 
sobie swoją inność.

 

Amy znalazła się pod opieką Nancy Candler, jednej 

z uczestniczek tajnego projektu. Podobnie jak jej współ-

 

11

 

background image

pracownicy,  Nancy  była  przekonana,  Ŝe  organizacja 
uwierzy,  iŜ  wszystkie  klony  zginęły  w  wybuchu  labo-
ratorium.  Jednak  wydarzenia  ostatnich  miesięcy  do-
wodziły, Ŝe podstęp naukowców się nie udał. Amy nie 
mogła czuć się w pełni bezpieczna.

 

Nic więc dziwnego, Ŝe Erie był nieco zaskoczony, iŜ 

pani  Candler  pozwoliła  córce  pojechać  na  tę  letnią 
wyprawę.

 

-

 

ZałoŜę  się,  Ŝe  dokładnie  sprawdziła  Dziką  Przy-

godę - stwierdził. 

-

 

A  Ŝebyś  wiedział  -  przytaknęła  Amy.  -  Całe 

szczęście,  Ŝe  to  taka  znana  firma.  A  mimo  to  mama 
dzwoniła  chyba  do  tryliarda  osób,  zanim  nabrała  pew-
ności,  Ŝe  wszystko  gra.  Teraz  ciągle  mi  powtarza, 
Ŝ

ebym była ostroŜna. 

-

 

TeŜ  się  ma  czym  martwić!  PrzecieŜ  to  jasne,  Ŝe 

będziesz  najlepiej  wysportowana  w  całej  grupie.  -W 
głosie chłopca brzmiała nieskrywana duma. 

-

 

I  na  tym  polega  cały  problem  -  przypomniała  mu 

Amy.  -  Wiesz,  co  mama  zawsze  mi  powtarza.  „Nie 
bądź  za  dobra",  „Nie  wyróŜniaj  się".  Nie  wolno  mi 
ś

ciągać na siebie uwagi. 

Erie juŜ nieraz słyszał tę skargę z jej ust.

 

-

 

No cóŜ, jeśli w naszej  grupie nie będzie jakiegoś 

superbohatera, ty i tak będziesz najlepsza - powiedział 
z przekonaniem. 

-

 

Niewykluczone. Ale muszę pamiętać, Ŝeby się nie 

popisywać. Nikt nie moŜe się dowiedzieć, Ŝe jestem w 
stanie robić rzeczy, których inni nie potrafią. 

-

 

A jeśli będziesz musiała się popisać swoimi umie-

jętnościami? - spytał Erie. 

-  Jak to? 

-

 

Powiedzmy, Ŝe właśnie weszliśmy na szczyt góry 

12

 

background image

i  stoimy  na  krawędzi  przepaści.  Nagle  potykam  się, 
tracę  równowagę  i  lecę  w  przód.  JuŜ  mam  runąć  w 
otchłań,  na  spotkanie  ze  śmiercią,  kiedy  ty  łapiesz 
mnie  za  nogę  i  wciągasz  z  powrotem  na  górę.  Nor-
malna dwunastolatka nie miałaby dość sił, by to zrobić, 
zgadza się? Wszyscy dowiedzieliby się więc, Ŝe jesteś 
inna. Amy powoli pokiwała głową.

 

-

 

To prawda. 

-

 

Chyba  nie  pozwoliłabyś  mi  spaść  tylko  dlatego, 

Ŝ

eby zachować swoją tajemnicę? - spytał z udawanym 

niepokojem. 

Dziewczyna*zrobiła  powaŜnąminę,  jakby  rzeczywiś-

cie rozwaŜała ten dylemat.

 

-

 

Mam lepsze rozwiązanie. - Nagle uśmiechnęła się 

szeroko. - Nie potykaj się. 

-

 

Wielkie dzięki. - Erie roześmiał się. - Mam jesz-

cze  jedno  pytanie.  Czy  ktoś,  kto  został  sklonowany  z 
doskonałego  materiału  genetycznego,  jest  superod-
porny  na  łaskotki?  -  Nie  czekając  na  odpowiedź,  po-
stanowił sam się przekonać. 

-

 

Przestań! - Piszcząc i chichocząc, Amy odepchnę-

ła go, po czym siadła mu na kolana. 

-

 

Co  was  tak  bawi?  -  spytała  Tasha,  wchodząc 

niespiesznie do kuchni. 

-

 

Erie  jest  zły,  bo  myśli,  Ŝe  nie  uratowałabym  go, 

gdyby  spadł  w  przepaść  -  wyjaśniła  jej  Amy.  -  A, 
twoim zdaniem, co powinnam zrobić? 

Tasha  nie  zastanawiała  się  nad  odpowiedzią  ani 

sekundy.

 

-  Nic- rzuciła.

 

Erie  spojrzał  na  nią  spode  łba.  Amy  pieszczotliwie 

zmierzwiła mu włosy.

 

13

 

background image

-

 

Nie  bój  się,  Erie,  zaopiekuję  się  tobą.  Nawet 

gdyby przez to wszyscy mieii dowiedzieć się, Ŝe wśród 
nich jest klon. 

-

 

Ile osób będzie w waszej grupie? - spytała Tasha. 

-

 

Nie  wiemy  jeszcze  na  pewno  ~  odparła  Amy.  -

Według  tego,  co  piszą  w  prospekcie,  grupy  na  ogół  są 
małe,  nie  większe  niŜ  ośmioosobowe.  Plus  opiekuno-
wie.  Jeden  na  trzech  uczestników.  Podobno  są  dosko-
nale  wykwalifikowani.  Zanim  zostają  wysłani  w  teren, 
przechodzą cała, masę jakichś strasznie cięŜkich testów. 

-

 

A  gdyby  ktoś  naprawdę  spadł  w  przepaść?  -

myślała Tasha na głos. 

-

 

Nie,  coś  takiego  nie  moŜe  się  zdarzyć  -  powie-

działa  jej  przyjaciółka  bez  wahania.  -  Jest  mnóstwo 
zabezpieczeń, liny  i  inne  rzeczy.  Nie spadłabyś,  nawet 
gdybyś skoczyła. 

-

 

No dobrze, ale przecieŜ ktoś mógłby się potknąć i 

rozwalić sobie głowę o kamień - zauwaŜyła Tasha. 

-

 

Wszyscy  opiekunowie  przechodzą  takie  samo 

szkolenie  jak  członkowie  jednostek  ratowniczych  -
oświadczyła  Amy.  -  Tak  jest  napisane  w  prospekcie. 
Zresztą, Tasha, przecieŜ moŜesz rozbić sobie głowę na 
schodach  przed  własnym  domem!  Na  obozie  będziesz 
pewnie nawet bezpieczniejsza niŜ tutaj, bo tam w razie 
potrzeby opiekunowie od razu ci pomogą. 

-

 

Na  schodach  nie  mogę  wypaść  z  pontonu  i  się 

utopić. 

Amy jęknęła.

 

 -  Tasha,  zastanów  się.  Myślisz,  Ŝe  tysiące  ludzi 

wysyłałyby  swoje  dzieci  na  takie  obozy,  gdyby  to  nie 
było bezpieczne?

 

Erie  wiedział,  co  Amy  knuje.  Nadal  próbowała 

przekonać jego siostrę, by pojechała z nimi. Ta na

 

14

 

background image

pewno teŜ zdawała sobie z tego sprawę, ale zignorowała 
słowa przyjaciółki i otworzyła lodówkę.

 

-

 

Chcecie coś? - spytała. 

-

 

Dopiero co jedliśmy śniadanie - rzekł Erie. 

-

 

Tak,  wiem  -  mruknęła  jego  siostra  i  zamknęła 

lodówkę. 

-

 

Tasha  -  odezwała  się  Amy  przymilnym  tonem.  -

Posłuchaj,  czy  to  nie  brzmi  super?  -  Wzięła  prospekt 
ze  stołu  i  zaczęła  czytać  na  głos:  -  „Wznieście  się  na 
wyŜyny  swoich  umiejętności!  Stawiajcie  sobie  nowe 
wyzwania!  Zrealizujcie  swój  potencjał!  Osiągnijcie 
sukces i poznajcie samych siebie!". 

-

 

Właściwie to chętnie napiłabym się soku pomarań-

czowego  -  powiedziała  Tasha,  ponownie  otwierając 
lodówkę. 

Amy czytała dalej:

 

-  „Rozwijajcie  umiejętności,  o  których  nawet  nie 

wiedzieliście, Ŝe je macie. Podejmujcie ryzyko, ojakim 
nigdy się wam nie śniło". Tasha, słuchasz mnie?

 

Tym  razem  jej  przyjaciółka  zatrzasnęła  z  hukiem 

drzwi lodówki.

 

-

 

A  ty  mnie  słuchasz?!  -  krzyknęła.  -  To  nie  dla 

mnie! Nie jestem wysportowana! 

-

 

A kto mówi, Ŝe musisz być? - upierała się Amy. -

Posłuchaj. - Znów zaczęła czytać. - „Wyprawy Dzikiej 
Przygody  przeznaczone  są  dla  młodych,  zdrowych 
ludzi  o  przeciętnej  kondycji.  Nie  są  wymagane  Ŝadne 
szczególne  umiejętności".  Widzisz,  wystarczy,  Ŝebyś 
by lii normalna! 

Normalna? - powtórzył Erie. - E, Tasha, to rze-

czywiście nie dla ciebie. Au!

 

Amy  uszczypnęła  go  w  ramię  tak  mocno,  jakby 

zapomniała, jak bardzo jest silna. A moŜe pamiętała

 

15

 

background image

o tym. Tak czy inaczej chłopiec postanowił juŜ nie

 

włączać się do dyskusji.

 

Ona jednak nie zamierzała się poddać. Wstała, wciąg-

nęła  Tashę  do  sąsiedniego  pokoju  i  zasunęła  drzwi. 
Erie nie słyszał rozmowy przyjaciółek.

 

MoŜe i lepiej. Choć wmawiał sobie, Ŝe nie obchodzi go, 

czy  siostra  z  nimi  pojedzie,  czy  nie,  tak  naprawdę  był 
nieco  poirytowany  jej  tchórzostwem.  Jej  zachowanie 
wydawało  mu  się  dziwne,  Tasha  potrafiła  bowiem  w 
pewnych  sytuacjach  wykazać  się  nie  lada  odwagą.  Nie 
bała  się  pisać  kontrowersyjnych  artykułów  do  gazetki 
szkolnej, bronić swojego punktu widzenia czy przeciwsta-
wiać się osobom, które ją obraŜały. Przypomniała mu się 
ich wizyta w Nowym Jorku, w czasie której Amy została 
otruta.  Kiedy  Tasha  nabrała  podejrzeń,  Ŝe  przyjaciółka 
jest w niebezpieczeństwie, była gotowa przypuścić szturm 
na szpital, w którym ją trzymano. Jednak co prawda to 
prawda: siostra Erica nie była sportsmenką. Nie lubiła 
wuefu, a niedawno zrezygnowała z uprawiania gimnasty-
ki, poniewaŜ ćwiczenia stały się dla niej za trudne.

 

Dlatego  teŜ  Erie  miał  wraŜenie,  Ŝe  rozumie,  czemu 

siostra  nie  chce  jechać  na  obóz.  Nie  chodziło  jej  o 
Ŝ

adne  rzeczywiste  czy  wydumane  zagroŜenia.  Przede 

wszystkim bała się, Ŝe inni będą się z niej śmiali. Amy 
traciła czas.

 

Tym  większe  było  jego  zaskoczenie,  kiedy  dziew-

częta wyłoniły się z jadalni i Amy oznajmiła;

 

-

 

Tasha jedzie z nami. 

-

 

ś

artujesz! - krzyknął Erie. 

Siostra nie śmiała spojrzeć mu w oczy.

 

-  Amy  powiedziała,  Ŝe  mi  pomoŜe,  kiedy  tylko 

będę tego potrzebowała, choćby miała przez to ujawnić 
swoje umiejętności.

 

16

 

background image

-  Ach  tak?  -  Erie  spojrzał  na  Amy.  -  Mam  przez 

to  rozumieć,  Ŝe  dla  niej  jesteś  gotowa  zdradzić  swoją 
tajemnicę, a dla mnie nie?

 

Amy objęła jego siostrę.

 

-  Wiesz,  była  moją  najlepszą  przyjaciółką  na  długo 

przed tym, jak ty zostałeś moim chłopakiem.

 

Erie zwrócił się do Tashy;

 

-

 

I to wszystko? Zmieniłaś zdanie tylko dlatego, Ŝe 

obiecała ci pomóc? 

-

 

No,  jest  coś  jeszcze  -  przyznała  jego  siostra.  -

Powiedziała, Ŝe jeśli ja nie pojadę, to ona teŜ nie. 

-

 

Co  takiego?!  -  wykrzyknął  Erie  z  niedowierza-

niem. 

-

 

Dlatego  powinieneś  całować  mnie  po  rękach  z 

wdzięczności  za  to,  Ŝe  zmieniłam  zdanie.  Muszę 
sprawdzić, czy te stare traperki nadal na mnie pasują. -
Tasha zostawiła brata i przyjaciółkę w kuchni i pobiegła 
na górę. 

Erie wbił wzrok w Amy.

 

-  Chyba  nie  mówiłaś  tego  serio,  co?  Nie  zostawi 

łabyś mnie samego, ot tak!

 

Dziewczyna uśmiechnęła się słodko.

 

-  Czy to waŜne? Tasha jedzie z nami, więc wszyst 

ko gra.

 

Chłopiec przewrócił oczami.

 

-

 

Niech  ci  będzie.  -  Zaraz  jednak  uderzyła  go  inna 

myśl.  -  Chwileczkę,  przecieŜ  moŜe  nie  być  dla  niej 
miejsca  w  naszej  grupie.  ZałoŜę  się,  Ŝe  wszystkie  juŜ 
są zajęte. 

-

 

O  to  się  nie  martw  -  odparła  Amy,  wyraźnie  z 

siebie zadowolona. - Tasha została wciągnięta na lisię 
razem  z  nami.  Powiedziałam  twoim  rodzicom,  Ŝe  ją 
namówię. 

17

 

background image

-

 

Jak mogłaś być tego pewna? 

Amy uśmiechnęła się szeroko. 
-

 

Jestem superprzekonująca, i tyle. 

Po  raz  nie  wiadomo  który  Erie  pokręcił  głową  z 

podziwem  i  pomyślał  o  tym,  jakie  ma  szczęście.  Iłu 
chłopaków mogłoby poszczycić się tym, Ŝe ich dziew-
czyny bezustannie czymś ich zadziwiają?

 

background image

Rozdział drugi

 

 my  wyjrzała  przez  szybę  furgonetki  winnebago, 
pędzącej  autostradą.  Ruch  był  niewielki,  a  ostatnie 

zabudowania  miasta  zostały  daleko  z  tyłu.  Siedząca 
obok kierowcy młoda kobieta w drucianych okularach, 
o  twarzy  okolonej  aureolą  jasnych  kręconych  włosów, 
odwróciła się i spojrzała na grupkę zajmującą miejsca z 
tyłu.

 

-

 

Jak  się  czujecie?  -  spytała  z  szerokim,  ciepłym 

uśmiechem. 

-

 

Ś

wietnie - odparło sześć osób unisono. 

-

 

Nikomu nie jest niedobrze? 

-

 

Nie - odpowiedział chór. 

-

 

To macie szczęście - stwierdziła młoda kobieta. -

Dla mnie to najtrudniejszy etap kaŜdej wyprawy. Mogę 
przejść po rozhuśtanej  linie wiszącej  kilkadziesiąt 

19

 

background image

metrów nad skałami, ale kiedy długo jadę samochodem, 
kręci  mi  się  w  głowie.  A  wy  wszyscy  sporo  się  dziś 
najeździliście, prawda?

 

Amy  mogła  z  czystym  sumieniem  przytaknąć  w 

imieniu  swoim,  Tashy  i  Erica.  Wyjechali  z  domu  o 
ósmej  rano.  Matka  Amy  zawiozła  ich  na  lotnisko, 
gdzie wsiedli do samolotu lecącego do San Francisco. 
Tam  czekali  na  nich opiekunowie z Dzikiej Przygody, 
Flora  i  Dallas,  a  takŜe  trzej  inni  uczestnicy  wyprawy. 
W  dalszą  drogę  ruszyli  furgonetką  i  jechali  przez 
siedem godzin. W tej chwili przekraczali granicę stanu 
Oregon.

 

-

 

Kiedy będziemy na miejscu? - spytała ładna dzie-

wczyna, siedząca naprzeciwko Amy. 

-

 

Za  niecałe  dwie  godziny  wysiądziemy  z  wozu  -

powiedziała  Flora.  -A  potem  czeka  nasjeszcze  dziesięć 
kilometrów marszu. 

Amy  zauwaŜyła,  Ŝe  Tasha  z  trudem  tłumi  jęk  roz-

paczy.  Flora  najwyraźniej  teŜ  to  spostrzegła  i  znów 
błysnęła ciepłym uśmiechem.

 

-

 

Nie martw się, to nie jest trudna trasa. 

-

 

To  prawda  -  przytaknął  Dallas,  który  siedział  za 

kierownicą.  -  Pod  warunkiem,  Ŝe  nie  masz  nic  prze-
ciwko wspinaniu się na pionowe ściany. 

Flora  parsknęła  śmiechem  i  iekko  uderzyła  go  w 

ramię.

 

-

 

Przestań  -  skarciła  go  Ŝartobliwym  tonem,  po 

czym zwróciła się znów do grupy: - Nie słuchajcie go, 
pierwszy  raz  jest  opiekunem.  Tak  naprawdę  droga  do 
obozu  jest  łatwa,  prawie  przez  cały  czas  biegnie  po 
równym  terenie.  Nie  chcemy  was  zamęczyć  od  razu 
pierwszego dnia. 

-

 

A potem? - To pytanie zadał wysoki, chudy chło- 

20

 

background image

pak  o  cerze  niezwykle  bladej  jak  na  mieszkańca  Ka-
lifornii.

 

-  No cóŜ, jesteś tutaj po to, by stawić czoło własnej 

słabości, prawda? - spytała go Flora.

 

Nie odpowiedział, ale z jego oczu wyzierał niepokój.

 

-

 

Skorzystajmy  z  okazji,  by  lepiej  się  poznać  -

zaproponowała Flora. -Najpierw sprawdzę, czy dobrze 
zapamiętałam wasze imiona. - Kiwnęła głową w stronę 
ładnej dziewczyny. - Ty jesteś Brooke, zgadza się? 

-

 

Tak. 

Następnie zwracała się po kolei do pozostałych.

 

-

 

Andy, Willard, Amy, Erie i Tanya. Nie pomyliłam 

się? 

-

 

Tasha - poprawiła ją Tasha. - Nie Tanya. 

-

 

Przepraszam.  Ale  mogę  cię  zapewnić,  Ŝe  więcej 

się to nie powtórzy. To jedna z zasad Dzikiej Przygody. 
KaŜdy  moŜe  się  pomylić,  ale  nikomu  nie  wolno  dwa 
razy popełnić tego samego błędu. 

-

 

Od jak dawna jesteś opiekunką? - spytała Amy. 

-

 

Od sześciu lat - powiedziała Flora i dodała z nie-

skrywaną dumą; - Zaliczyłam pięćdziesiąt wypraw! W 
tym cztery w ramach tego programu. 

-

 

To  twoja  pierwsza  ekspedycja,  Dallas?  -  spytał 

Erie. 

-

 

Och,  nie  -  odrzekł  szybko  Dallas.  -  AŜ  takim 

Ŝ

ółtodziobem  to  ja  nie  jestem!  Ale  pełnoprawnym 

opiekunem  zostałem  dopiero  pół  roku  temu  i  to  mój 
pierwszy wyjazd na tę trasę. Dlatego przydzielono mi 
do  pomocy  bardziej  doświadczonego  członka  organi-
zacji. 

Amy miała przeczucie, Ŝe nie był to jedyny powód, 

dla którego  właśnie tych dwoje  wyznaczono do opieki 
nad tą grupą, nie umknęły jej uwagi bowiem spojrzenia,

 

21

 

background image

jakie  co  pewien  czas  wymieniali.  W  taki  sam  sposób 
ona i Erie patrzyli na siebie, kiedy nikt ich nie widział. 
Zdaniem Amy, opiekunów łączyło coś więcej niŜ tylko 
Dzika  Przygoda.  Tym  lepiej;  moŜe  będą  wyrozumiali, 
jeśli  ona  i  Erie  od  czasu  do  czasu  odłączą  się  od 
pozostałych.

 

Jak dotąd, wszyscy robili na niej korzystne wraŜenie. 

Brooke,  o  roziskrzonych  oczach  i  rozjaśnionych  słoń-
cem  włosach  spiętych  w  kucyk,  wyglądała  na  wyspor-
towaną, Amy nie spodobało się to, jak jej nowa koleŜan-
ka  wpijała  się  wzrokiem  w  Erica,  kiedy  przedstawiali 
się  sobie,  ale  cóŜ,  najwyraźniej  była  typem  kokietki. 
Zresztą, Brooke tak samo spojrzała na Andy'ego.

 

Tylko  na  Willarda  tak  nie  patrzyła.  On  jednak  nie 

prezentował  się  zbyt  imponująco.  Wysoki  i  chudy, 
wyglądał tak, jakby z dnia na dzień urósł o kilkanaście 
centymetrów  i  stracił  panowanie  nad  swoimi  rękami  i 
nogami.  Na  brodzie  miał  pryszcze.  Amy  nie  uznawała 
tego za jakąś wielką wadę - nawet Ericowi od czasu do 
czasu  coś  wyskakiwało.  Miała  nadzieję,  Ŝe  jej 
wyjątkowe geny ochronią ją przed trądzikiem.

 

Andy pryszczy nie miał. Był przystojnym chłopakiem 

o  ciemnoniebieskich,  przysłoniętych  cięŜkimi  powie-
kami  oczach  i  jasnych  włosach  ze  spłowiałymi  od 
słońca pasemkami. Niewiele mówił w czasie podróŜy, 
ale pozostali teŜ właściwie się nie odzywali. Uznała, Ŝe 
to  rezultat  nerwowości,  strachu  przed  nieznanym  i 
naturalnej nieśmiałości wobec obcych.

 

-  Niech  kaŜdy  z  was  powie  coś  o  sobie  -  zapropo 

nowała Flora. - Willard, skąd jesteś?

 

Willard  podał  nazwę  miasta,  o  którym  Amy  nigdy 

nie słyszała, ale opiekunka pokiwała głową z aprobatą.

 

-  Wymarzone miejsce dla narciarzy!

 

22

 

background image

-

 

Być moŜe - powiedział Willard. - Ja nie jeŜdŜę na 

nartach. 

-

 

A co lubisz robić? 

-

 

Grać  na  komputerze  -  odparł.  -  Zbieram  teŜ  ko-

miksy. 

-

 

Jakie? - spytał Erie. 

-

 

Z Supermanem, Batmanem i Spider-Manem. 

-

 

Czyli interesują cię superbohaterowie - stwierdziła 

Hora. 

-

 

No. 

Brooke zwróciła się twarzą do Willarda.

 

-  Czy  to  dlatego  postanowiłeś  się  zgłosić  do  Dzi 

kiej  Przygody?  śeby  samemu  poczuć  się  superboha- 
terem?

 

Amy miała wraŜenie, Ŝe Brooke nabija się z Wil larda, 

choć  w  jej  głosie  nie  słychać  było  ironii.  Niezdrowo 
blada  cera  chłopca  świadczyła  o  tym,  Ŝe  spędzał  nie-
wiele  czasu  na  powietrzu.  Amy  domyślała  się,  Ŝe 
pewnie w ogóle nie chciał jechać na obóz, Ŝe zmusili 
go do tego rodzice. Tak czy inaczej, w odpowiedzi na 
pytanie  Brooke  tylko  wzruszył  ramionami,  dając  do 
zrozumienia, Ŝe nie ma ochoty na rozmowę.

 

Flora taktownie zmieniła temat.

 

-  Brooke, moŜe ty powiesz nam coś o sobie? 
Dziewczyna najwyraźniej lubiła mówić. W ciągu

 

następnych  kilku  minut  jej  współpasaŜerowie  dowie-
dzieli  się,  Ŝe  jest  ósmoklasistką  z  miasta  połoŜonego 
niedaleko San Francisco i Ŝe interesuje się wszystkim 
od nurkowania po gimnastykę.

 

-

 

Od niedawna zajmuję się speleologią- dodała. 

-

 

Co to takiego? - spytała Amy. 

-

 

Badanie jaskiń - wyjaśniła Brooke. 

-

 

To chyba dość niebezpieczne -wykrztusiła Tasha. 

23

 

background image

-  Kocham  ryzyko  -  powiedziała  Brooke.  -  Niebez 

pieczeństwo to coś dla mnie.

 

Amy niemalŜe poczuła, jak przyjaciółkę przechodzi

 

dreszcz.  Myślała,  Ŝe  Flora  będzie  zadowolona  ze  słów 
Brooke, ale opiekunka, o dziwo, lekko spochmur-niała.

 

-

 

Czasami  trzeba  ryzykować,  ale  tylko  wtedy,  gdy 

jest  choćby  niewielka  szansa  na  sukces  -  rzekła.  -Nikt 
nie  powinien  rozmyślnie  naraŜać  się  na  niebez-
pieczeństwo.  Pamiętajcie,  Ŝe  jest  ogromna  róŜnica 
między odwagą a głupotą. Co o tym sądzisz, Erie? 

-

 

Spróbuję  nie  zachowywać  się  zbyt  głupio  -  po-

wiedział  chłopiec  i  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Ale  nie 
wiem, jak bardzo będę odwaŜny! 

-

 

Nikt tego nie wie, dopóki jego odwaga nie zostanie 

poddana próbie - wtrącił Dallas, nie odwracając się. 

Flora skinęła głową.

 

-

 

Co jeszcze moŜesz nam o sobie powiedzieć, Erie? 

-

 

No  cóŜ, lubię biegać. Jestem w szkolnej druŜynie 

lekkoatletycznej.  Gram  teŜ  w  druŜynie  koszykarskiej 
na pozycji skrzydłowego. 

Brooke spojrzała na niego błyszczącymi oczami.

 

-

 

W liceum? 

-

 

Nie, w gimnazjum. 

-

 

Aha. - Odwróciła wzrok. 

Erie  zaczerwienił  się  lekko.  Ku  zadowoleniu  Amy, 

Brooke  najwyraźniej  przestała  się  nim  interesować. 
Flora tymczasem pokiwała głową z aprobatą.

 

-

 

Umiejętność  pracy  zespołowej  bardzo  się  przyda 

w  czasie  naszej  przygody  -  powiedziała  do  Erica.  -
Andy, a co ty powiesz o sobie? 

-

 

Chodzę do drugiej klasy liceum w San Francisco -

zaczął chłopiec. - Sporo gram w tenisa. 

24

 

background image

-

 

Wiedziałam! - oznajmiła triumfalnie Brooke. -Od 

razu pomyślałam, Ŝe jesteś tenisistą. 

-

 

Czemu? - spytała ją Tasha. 

-

 

Spójrz  na  jego  ręce!  Masz  świetnie  rozwinięte 

mięśnie, Andy. 

Amy  przemknęło  przez  myśl,  Ŝe  ta  dziewczyna 

narobi  mu  wstydu,  aie  sama  musiała  przyznać,  Ŝe 
chłopiec  jest  zbudowany  lepiej  od  przeciętnego  na-
stolatka.

 

Andy tylko się uśmiechnął.

 

-

 

Nie jestem zawodowcem czy kimś takim. Mój tata 

trzyma w piwnicy hantle, którymi czasami się bawię. 

-

 

Kiedyś mieszkałam w San Francisco -napomknęła 

Brooke. - Do której szkoły chodzisz? 

-

 

Clayton Academy. 

-

 

Och!  -  Otworzyła  szeroko  oczy,  ale  nie  powie-

działa nic więcej. 

Potem przyszła kolej na Tashę.

 

-

 

Chodzę do siódmej ki asy gimnazjum Parkside w 

Los Angeles. Piszę artykuły dla szkolnej gazetki i... i... 
nie wiem, co jeszcze o sobie powiedzieć. 

-

 

Jest moją najlepszą przyjaciółką -wtrąciła Amy. -

1 siostrą Erica. I bardzo fajną dziewczyną. 

Tasha uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością.

 

-  Chyba  powinnam  wszystkich  od  razu  uprzedzić, 

Ŝ

e  jestem  dość  fajtłapowata.  Długo  chodziłam  na  gim 

nastykę,  ale  nie  znoszę  wuefu.  Dlatego  trochę  się 
denerwuję.

 

Fiora próbowała dodać jej otuchy.

 

-  To  normalne  -  rzekła.  -  Ta  wyprawa  będzie  dla 

ciebie  wyzwaniem,  ale  dzięki  niej  nabierzesz  więcej 
pewności  siebie,  niŜ  wydawałoby  ci  się  to  moŜliwe. 
Amy?

 

25

 

background image

-  Ja  teŜ  chodzę  do  siódmej  klasy  gimnazjum  Park- 

side  w  Los  Angeles  -  oznajmiła  Amy.  -  Tak  jak 
Tasha.

 

Flora uśmiechnęła się.

 

-  I czy tak jak ona powiedziałabyś o sobie, Ŝe jesteś 

fajtłapowata?

 

Dziewczyna umknęła przed wzrokiem Erica i zaczęła 

się  zastanawiać  nad  odpowiedzią.  Opiekunka  jednak 
ź

le zinterpretowała jej milczenie.

 

-  To  dla  ciebie  wspaniała  okazja,  by  wspiąć  się  na 

wyŜyny  swoich  umiejętności  -  powiedziała.  -  Obie 
cuję  wam  jednak,  Ŝe  nikogo  nie  będziemy  zmuszać 
do  robienia  czegoś,  czego  nie  potrafi.  Pamiętajcie, 
najwaŜniejsze  dla  nas  jest  to,  Ŝebyście  się  dobrze 
bawili.

 

W tej chwili Dallas zjechał z autostrady i zatrzymał 

wóz na parkingu obok małego sklepu.

 

-  Wysiadka!  -  krzyknął.  -  Ubikacje  są  za  sklepem. 

Pamiętajcie,  Ŝe  musimy  zaopatrzyć  się  w  zapas  wody 
na dzisiejszą wędrówkę.

 

Amy,  Tasha  i  Brooke  stanęły  razem  przy  umywal-

kach  i  zaczęły  myć  ręce.  Amy  szukała  w  myślach 
jakiejś  błahej  uwagi,  która  pozwoliłaby  na  nawiązanie 
rozmowy.

 

-  Nasza  grupa  jest  mała  -  zauwaŜyła  w  końcu.  - 

Mniejsza, niŜ się spodziewałam.

 

Brooke pokiwała głową.

 

-  Miały  z  nami  jechać  dwie  moje  koleŜanki,  ale 

zachorowały  na  grypę  i  musiały  w  ostatniej  chwiii 
zrezygnować.

 

Amy nie chciała, by dziewczyna poczuła się osamot-

niona.

 

-  I tak będziesz się dobrze bawić.

 

26

 

background image

-

 

Na pewno. Wygląda na to, Ŝe mamy fajną, grupę. 

Ten Willard to oferma, ale Erie wydaje się w porządku. 

-

 

To za mało powiedziane - mruknęła Amy. 

-

 

A  Andy  jest  super  -  zachwycała  się  Brooke.  -To 

niesamowite, Ŝe chodzi do Clayton Academy. 

-

 

Dlaczego?  -  spytała  Tasha.  -  To  jakaś  niezwykła 

szkoła? 

Brooke skinęła głową.

 

~  Dla  wybitnie  uzdolnionych.  śeby  się  do  niej 

dostać, trzeba zdać strasznie trudne egzaminy. Zawsze 
myślałam,  Ŝe  tam  chodzą  same  kujony.  Ale  on  na 
takiego nie wygląda.

 

-

 

MoŜe  nie  oceniajmy  innych  tylko  na  podstawie 

wyglądu  -  powiedziała  Amy,  myśląc  o  nieszczęsnym 
Willa rdzie. 

-

 

Ja  znam  się  na  ludziach  -  poinformowała  ją 

Brooke.  -  Wszyscy  mi  tak  mówią.  Bardzo  szybko  ich 
rozszyfrowuję.  Dlatego  nikt  niczego  przede  mną  nie 
ukryje. - To rzekłszy, wytarła ręce i wyszła z łazienki. 

Tasha spojrzała na przyjaciółkę z niepokojeni.

 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  będzie  próbowała  ciebie 

rozszyfrować.

 

Amy nie wyglądała na przejętą.

 

-  Myślę,  Ŝe  zajmie  się  raczej  rozszyfrowywaniem 

Andy'ego.

 

Po powrocie na parking uczestnicy wyprawy zauwa-

Ŝ

yli, Ŝe ich plecaki zostały wyjęte z furgonetki. Ponie-

waŜ przed  wyjazdem kaŜdy  otrzymał ścisłe instrukcje, 
co  kupić  i  wziąć  ze  sobą,  wyglądały  identycznie: 
zielone, z nylonu, z aluminiowym stelaŜem. Amy była 
przekonana, Ŝe pozostali mają w plecakach to co ona -
ubrania, jedzenie i sprzęt do gotowania w duŜej prze-

 

27

 

background image

gródce;  przybory  do  higieny  osobistej,  jak  mydło  i 
szczoteczki  do  zębów,  w  mniejszych  kieszonkach.  Do 
stelaŜy  przypięte  były  zwinięte  w  rulon  śpiwory. 
Ustawione  na  ziemi,  plecaki  wydawały  się  wielkie  i 
nieporęczne,  ale  kiedy  Amy  wzięła  swój  na  plecy, 
okazało  się,  Ŝe  jest  całkiem  wygodny;  był  niezbyt 
cięŜki  i  dopasowany  kształtem  do  linii  kręgosłupa  i 
bioder.

 

-

 

No i co, dacie radę? - spytał Dallas. 

-

 

Na razie - powiedział Erie. - Zapytaj mnie o to za 

godzinę! 

Opiekun uśmiechnął się szeroko.

 

-

 

Mówisz jak doświadczony wędrowiec! 

-

 

Przez  najbliŜsze  dwa  tygodnie  -  zaczęła  Flora  -

zauwaŜycie,  Ŝe  między  wami  a  waszymi  plecakami 
powstanie  bardzo  interesująca  więź.  Jesteście  od  nich 
całkowicie  uzaleŜnieni,  potrzebujecie  ich,  by  przeŜyć, 
więc musicie je kochać. Z drugiej strony, noszone przez 
dłuŜszy  czas,  staną  się  dla  was  cięŜarem.  Będą 
przygniatać barki i ocierać się boleśnie o plecy. Wtedy 
obudzi się  w was nienawiść. Minie trochę  czasu,  zanim 
się do nich przyzwyczaicie i niekiedy będziecie w nich 
widzieć  najgorszych  wrogów,  ale  z  czasem  zrozumiecie, 
Ŝ

e tak naprawdę są waszymi najlepszymi przyjaciółmi. 

Amy przysunęła się do swojej prawdziwej najlepszej 

przyjaciółki.

 

-

 

Nie jest ci za cięŜko? - spytała. 

-

 

Nie  -  odparła  Tasha,  ale  nie  miała  zbyt  pewnej 

miny. 

-

 

W  razie  czego  znajdziemy  jakiś  sposób,  Ŝeby 

przerzucić  część  twoich  rzeczy  do  mojego  plecaka  -
szepnęła  jej  Amy  na  ucho.  -  Mogę  dźwigać  większe 
cięŜary niŜ większość ludzi. 

28

 

background image

Tasha zdobyła się na uśmiech.

 

-

 

Nie mów o tym reszcie, bo skończysz z sześcioma 

plecakami na grzbiecie. 

-

 

Wszyscy gotowi? - spytała Flora. 

-

 

Tak - odpowiedzieli, ale w ich głosach bnzmiała 

niepewność. 

-

 

No to w drogę! - krzyknął Dallas i poprowadził 

ich szeroką ścieŜką w głąb lasu. 

background image

 

rzez  pierwszą  godzinę  marszu  ścieŜka  była  na  tyle 
szeroka,  Ŝe  cała  grupa  mogła  iść  razem.  Potem 

jednak  leśna  dróŜka  zwęziła  się,  więc  uczestnicy 
wyprawy  musieli  ustawić  się  parami.  Pół  godziny 
później  szli  juŜ  gęsiego.  Flora  była  na  czele,  a  Dallas 
na  końcu.  Amy  zajęła  miejsce  za  Tashą,  w  samym 
ś

rodku  grupy,  tam  gdzie  powinna  być,  zdaniem  jej 

matki. Przeciętni ludzie nie ściągają na siebie uwagi.

 

Amy  nie  sądziła  jednak,  by  wśród  drzew  ukrywali 

się członkowie organizacji, zajęci wypatrywaniem nad-
chodzących  klonów.  Prawdę  mówiąc,  juŜ  dawno  nie 
czuła się tak wolna od wszelkich trosk jak w tej chwili, 
kiedy  szła  przed  siebie  w  przedzierających  się  przez 
liściaste sklepienie jasnych promieniach słońca. Powie-

 

30

 

background image

trze miało czysty i świeŜy zapach, pogoda była idealna -
ciepło, ale nie gorąco - a do tego wiał łagodny wietrzyk. 
Wszyscy szli w milczeniu. Tasha obejrzała się przez 
ramię.

 

-

 

Zupełnie  jak  na  koloniach  -powiedziała.  -Tylko 

ś

e  powinniśmy  coś  śpiewać.  Wiesz,  coś  w  stylu  „Jak 

dobrze  nam  zdobywać  góry"  czy  „Gdzie  strumyk 
płynie z wolna". 

-

 

MoŜe później, kiedy poczujemy się trochę swobod-

niej  w  swoim  towarzystwie.  -  Amy  nie  miała  nic 
przeciwko  temu,  Ŝe  nikt  się  nie  odzywa.  Dzięki  temu 
słyszała  trzask  zeschłych  gałązek  pod  nogami,  cichy 
szelest  liści,  śpiew  ptaków.  Tu,  z  dala  od  odgłosów 
ulicy, wycia syren, alarmów czy głośnej muzyki, spły-
wało na nią poczucie głębokiego ukojenia. 

Po pewnym czasie jednak trzaski i szmery nieco jej 

się znudziły, a wolne tempo marszu zaczęło działać na 
nerwy.  Okazało  się,  Ŝe  Flora  lubi  obserwować  ptaki, 
więc gdy tylko wypatrzyła jakiś ciekawy okaz, mówiła

 

0  tym  Andy'emu,  a  on  przekazywał  tę  informację 
osobie  idącej  za  nim,  Kiedy  wiadomość  docierała  do 
Amy, ptaka juŜ nie było.

 

Obejrzała się na Erica.

 

-

 

Jak twoje buty? - spytała. Kupił przed wyjazdem 

nowe  traperki  i  przez  ostatni  tydzień  praktycznie  ich 
nie zdejmował, Ŝeby je rozchodzić. 

-

 

W  porządku.  Przynajmniej  mnie  nie  uwierają. 

Szkoda tylko, Ŝe tak się wleczemy. 

Amy spojrzała w kierunku czoła szeregu.

 

-  To  chyba  Wiliard  wszystkich  wstrzymuje.  Strasz 

nie wolno idzie.

 

Po kilku minutach ścieŜka znowu się rozszerzyła

 

1 nie trzeba juŜ było iść gęsiego. Erie poszedł na

 

31

 

background image

tył, by porozmawiać z Dallasem o programie wyprawy. 
Tashy  zrobiło  się  Ŝal  ponurego  i  powolnego  Willarda, 
próbowała  więc  wciągnąć  go  do  rozmowy.  Brooke  i 
Flora  zawzięcie  o  czymś  dyskutowały,  a  przed  nimi 
szedł  Andy.  Amy  przyspieszyła  kroku  i  podeszła  do 
nich.

 

Jak się okazało, Brooke i Flora odkryły, Ŝcobie lubią 

jeździć na nartach.

 

-

 

A  byłaś  na  stokach  Mount  Coral?  -  spytała  ta 

pierwsza. - Kolejki do wyciągu są strasznie długie, ale 
warto poczekać. 

-

 

Tak,  to  znakomite  miejsce  -przytaknęła  opiekun-

ka.  -Niestety,  szwendało  się  tam  za  duŜo  dzieciaków, 
które  jeździły  na  snowboardach,  chociaŜ  tego  nie 
potrafiły. 

-

 

Och,  mnie  teŜ  denerwują  niektórzy  snowboar-

dziści.  Powinno  się  im  zakazać  wstępu  na  najlepsze 
stoki. 

Amy nigdy w Ŝyciu nie jeździła na nartach, więc nie 

mogła  włączyć  się  do  rozmowy.  Dlatego  teŜ  wy-
przedziła  Florę  i  Brooke,  po  czyni  podeszła  do  An-
dy'ego.

 

-  Widzę, Ŝe nie interesują cię narty - rzekł z uśmie 

chem.

 

Dziewczyna potrząsnęła głową.

 

-

 

Jestem z południowej Kalifornii. Nie lubię zimna. 

-

 

Ja  teŜ  nie  przepadam  za  sportami  zimowymi. 

Wolę  letnie.  Nie  ma  to  jak  świeŜe  powietrze  i  palące 
słońce. 

-

 

Grasz w baseball? - spytała Amy. 

-

 

Kie.  Prawdę  mówiąc,  nie  przepadam  za  sportami 

zespołowymi. 

-

 

To tak jak ja. -Amy zniŜyła głos. -Mam nadzieję, 

32

 

background image

Ŝ

e poradzę  sobie  na  tej wyprawie. W  prospekcie  było 

napisane,  Ŝe  organizatorzy  kładą  nacisk  na  pracę  ze-
społową.

 

-

 

Mnie  teŜ  to  zaniepokoiło  -  przyznał  Andy.  -Zwy-

kle wszystko robię sam. 

-

 

Ja teŜ. 

Przez chwilę szli obok siebie w milczeniu.

 

-

 

Uprawiasz jakiś sport? -spytał wreszcie chłopiec. 

-

 

Lubię pływać - odparła Amy. - Kiedyś chodziłam 

na gimnastykę. 

-

 

Czemu przestałaś? 

Takich właśnie pytań nie znosiła - tych, na które nie 

mogła  udzielić  szczerych  odpowiedzi.  Nie  mogła 
powiedzieć  Andy'emu,  Ŝe  była  wspaniałą  gimnastycz-
ką,  obdarzoną  tak  wielkim  talentem,  Ŝe  trener  chciał 
wystać ją na zawody. I Ŝe z tego właśnie powodu mama 
kazała  jej  zrezygnować.  Za  wszelką  cenę  musiała 
unikać rozgłosu: nie wolno jej było publicznie demon-
strować swoich umiejętności.

 

Musiała jednak jakoś odpowiedzieć na pytanie.

 

-

 

No  cóŜ,  rywalizacja  w  gimnastyce  jest  bardzo 

ostra, a... 

-

 

A ty nie lubisz rywalizacji? - Chłopiec spojrzał na 

nią  z  zainteresowaniem.  -  Ja  teŜ.  Dla  mnie  sport  to 
zabawa. Nie muszę zdobywać medali. 

-

 

No właśnie - powiedziała Amy z ulgą, choć wcale 

się  z  nim  nie  zgadzała.  Tak  naprawdę  uwielbiała 
rywalizację, lecz musiała jej unikać, by nie naraŜać się 
na niebezpieczeństwo. 

-

 

Mój  ojciec  mnie  nie  rozumie  -  ciągnął  Andy.  -

Kiedy był w moim wieku, zdobył sporo medali w pływa-
niu. Pewnie jest mną trochę zawiedziony, tym bardziej 
Ŝ

e jestem jego jedynym dzieckiem. 

33

 

background image

-

 

Ja  teŜ  jestem  jedynaczką.  Nie  jest  lekko,  kiedy 

cała uwaga rodziców skupiona jest na tobie, co? 

-

 

A Ŝebyś wiedziała. W dodatku ja mam tylko ojca. 

Mama umarła, kiedy byłem mary. 

-

 

Naprawdę? Mnie teŜ wychowuje tylko jedno z ro-

dziców. Moja mama. 

-

 

Czy twój ojciec umarł? 

Taka  była  oficjalna  wersja  wydarzeń,  więc  Amy 

skinęła głową.

 

-

 

Wydaje  mi  się,  Ŝe  dla  jedynaków  to  szczególnie 

trudna  sytuacja  -  powiedziała,  -  Rodzic  nie  ma  part-
nera, o którego mógłby się martwić. 

-

 

Dlatego wszystkie jego niepokoje skupiają się na 

tobie - stwierdził Andy. 

-

 

No  właśnie.  -  Wymienili  znaczące  uśmiechy.  -A 

ja muszę martwić się o swoją mamę. Na przykład o to, 
czy czuje się samotna, kiedy mnie nie ma? 

Chłopiec pokiwał energicznie głową.

 

-

 

A  kiedy  wychodzi  na  randkę,  martwisz  się,  kim 

jest człowiek, z którym się umówiła. 

-

 

To prawda - powiedziała Amy z naciskiem, wspo-

minając  pewnego  męŜczyznę,  z  którym  spotykała  się 
jej matka, a który, jak się okazało, bardziej interesował 
się córką. Amy i Andy znowu uśmiechnęli się do siebie. 

-

 

Hej,  wy!  -  dobiegł  głos  zza  ich  pleców.  -  Zwol-

nijcie trochę! 

Zatrzymali się i odwrócili. W ich stronę biegł zasa-

pany Dallas.

 

-  Gdzie się pali? - spytał.

 

Amy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nie  widzi  pozostałych 

uczestników  wyprawy.  Jej  towarzysz  teŜ  był  zasko-
czony.

 

-  Nie wiedziałem, Ŝe idziemy tak szybko - rzekł.

 

34

 

background image

-  Co  wy,  trenujecie  chód  sportowy  czy  jak?  -burk 

nął Dallas. - Mamy się trzymać razem.

 

Oddychał  cięŜko,  a  jego  policzki  były  czerwone  z 

wysiłku. Wyglądał na silnego i zdrowego męŜczyznę, 
ale  Amy  zaczęła  powątpiewać,  czy  rzeczywiście  ma 
dobrą kondycję. PrzecieŜ nie mogli iść aŜ tak szybko. 
Ona była w stanie jeszcze przyspieszyć tempo marszu, 
ale wtedy Andy nie dotrzymałby jej kroku. Ani on, ani 
nikt inny. MoŜe z wyjątkiem drugiej Amy.

 

-

 

Zaczekamy  tu  na  pozostałych  -  zwróciła  się  do 

opiekuna.  Zapewne  jednak  widać  było  po  niej,  jak 
bardzo nie ma na to ochoty, bo Dallas zmiękł. 

-

 

No cóŜ, stąd do obozu jest prosta droga - stwier-

dził. - Nic się nie stanie, jak pójdziecie tam razem. 

-

 

Dzięki - powiedział Andy i ruszyli przed siebie w 

normalnym tempie. - Dallas wydaje się sympatyczny - 
zauwaŜył.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  łamie  jakiegoś 
powaŜnego  przepisu,  pozwalając  nam  odłączyć  się  od 
grupy. Nie chciałbym, Ŝeby miał przez to jakieś kłopoty. 
W  końcu  dopiero  od  niedawna  jest  opiekunem  grup 
młodzieŜowych, 

Amy pomyślała, Ŝe to miło z jego strony, Ŝe martwi 

się takimi sprawami.

 

-

 

Nie  będzie  miał  kłopotów  -  zapewniła  go.  -

przynajmniej nie ze strony Flory. 

-

 

Skąd wiesz? 

-

 

Widzę,  jak  na  siebie  patrzą.  -  ZauwaŜyła,  Ŝe 

chłopiec  nadal  nie  rozumie,  w  czym  rzecz.  -  Jestem 
prawie pewna, Ŝe chodzą ze sobą. 

-

 

O  kurczę,  nigdy  bym  nie  zgadł.  Dziewczyny  

rzeczywiście  są  bardziej  wraŜliwe  na  uczucia  niŜ 
chłopaki. 

35

 

background image

-

 

No,  nie  wiem.  MoŜe  po  prostu  nam  jest  łatwiej 

mówić o tym, co czujemy. Nie zgrywamy twardzieli. 

-

 

Tak,  to  prawda  -  przyznał  Andy.  -  Chłopcy  za-

wsze próbują, pokazać, jacy to oni są silni. Trudno mi 
to  zrozumieć.  -  Uśmiechnął  się  z  lekkim  wstydem.  -
Pewnie głupio robię, mówiąc dziewczynie takie rzeczy. 
Teraz pomyślisz sobie, Ŝe jestem jakimś mięczakiem. 

-

 

Gdzie  tam!  Dziewczyny  lubią  wraŜliwych  chło-

paków.  -  Amy  pomyślała  o  Ericu.  Zwykle  nie  miał 
kłopotów  z  rozpoznawaniem  uczuć  innych  ludzi.  Po 
prostu  nie  lubił  o  tym  mówić.  Powiedział  jej,  Ŝe  ją 
kocha, tylko raz, kiedy śmierć zaglądała im w oczy. A 
potem udawał, Ŝe o tym zapomniał. 

-

 

Patrz, to pewnie  obóz  - powiedział  Andy,  wycią-

gając  przed  siebie  rękę.  Znaleźli  się  na  polanie,  na 
której  leŜały  linki,  maszty  i  płachty.  -Umiesz  rozbijać 
namiot? 

-

 

Nie,  ale  szybko  się  uczę.  -  Przyjrzała  się,  jak 

chłopiec  łączy  ze  sobą  rurki  i  przywiązuje  do  nich 
płachtę. Następnie powtórzyła wszystkie te czynności. 

-

 

UwaŜaj,  te  maszty  są  dość  cięŜkie  -  ostrzegł  ją 

Andy,  kiedy  podniosła  jeden  z  nich.  Oczywiście,  nie 
wydał jej się cięŜki, ale uznała, Ŝe na wszelki wypadek 
nie powinna dać tego po sobie poznać. Stęknęła głośno, 
ale jej nowy kolega nie zwrócił na to uwagi. Doszła do 
wniosku, Ŝe nie moŜe bez końca ukrywać przed innymi 
swoich zdolności. Chciała po prostu dobrze się bawić. 

Dallas,  Flora  i  pozostali weszli na  polanę  w  chwili, 

kiedy Amy i Andy skończyli rozbijać czwarty namiot.

 

-  Szybko  się  uwinęliście-  powiedziała  opiekunka 

po  tym,  jak  obeszła  obozowisko  i  obejrzała  efekty  ich 
pracy. - 1 dobrze się spisaliście.

 

36

 

background image

Dailas,  mimo  Ŝe  teŜ  patrzył  na  nich  z  podziwem, 

nie byt aŜ tak skory do komplementów.

 

-

 

Powinniście byli zaczekać na resztę. 

-

 

Niekoniecznie  -  powiedziała  Flora.  -  Jak  widać, 

ci  dwoje  mają  duŜe  doświadczenie  w  stawianiu  na-
miotów. Praca zespołowa nie zawsze oznacza dzielenie 
się pracą. Czasami polega na pracy dla dobra grupy. 

Dallas nie odezwał się, ale Amy odniosła wraŜenie, 

Ŝ

e  opiekun  nie  lubi,  gdy  ktoś  się  z  nim  nie  zgadza. 

Wyglądał  na  jednego  z  tych  twardzieli,  o  których 
rozmawiała z Andym,

 

Flora podniosła oczy ku niebu.

 

-  Właściwie  to  dobrze,  Ŝe  namioty  są  juŜ  rozsta 

wione.  Szliśmy  dłuŜej,  niŜ  się  spodziewałam,  zaraz 
zrobi się ciemno.

 

Brooke spojrzała znacząco na Willarda i zmarszczyła 

czoło. Erie teŜ był zasępiony, ale nie z powodu Willarda. 
Podszedł do Amy i odciągnął ją na bok,

 

-

 

Zwariowałaś? - rzucił. 

-

 

O co ci chodzi? 

-  Wiesz, jak szybko szłaś? 
Amy przewróciła oczami.

 

-

 

Och, Erie,  nie przesadzaj.  Andy  dotrzymywał  mi 

kroku. 

-

 

Tak,  ale  to  chłopak.  Jest  dwa  razy  większy  od 

ciebie  i  przynajmniej  trzy  lata  starszy.  Szkoda,  Ŝe  nie 
słyszałaś, co mówili inni. 

-

 

Co, na przykład? 

-

 

Dallas  powiedział,  Ŝe  jeszcze  nigdy  nie  widział 

tak szybko chodzącej dziewczyny. Flora na to, Ŝe jesteś 
doskonale  wysportowana  jak  na  swój  wiek  i  budowę 
ciała. 

Amy, której próŜność została mile połechtana, nic

 

37

 

background image

mogła  się  powstrzymać  od  uśmiechu.  Bruzdy  przeci-
nające czoło Erica pogłębiły się.

 

-  To  nie  jest  Ŝart  -  powiedział  surowym  tonem.  - 

Wiesz, co mówi twoja matka. Lepiej, Ŝeby inni o tobie 
nie rozmawiali.

 

Dziewczyna uniosła brew.

 

-

 

Od kiedy to stajesz po stronie mojej matki? 

-

 

Odkąd  poprosiła  mnie,  Ŝebym  miał  cię  na  oku  -

odparł. 

Teraz to Amy się nachmurzyła. Miała ochotę przypo-

mnieć mu, Ŝe to ona raczej będzie jego pilnować, a nie na 
odwrót, ale się nie odezwała. Nie powiedziałaby, Ŝe Erie 
udaje twardziela, ale zachowywał się jak typowy facet.

 

-

 

Dobrze,  juŜ  dobrze  -  powiedziała,  dając  za  wy-

graną. - Spróbuję być ostroŜniejsza. 

-

 

Widzieliście  tę  platformę  na  drzewie?  -  spytała 

Tasha, która właśnie do nich dołączyła. 

Amy  podniosła  głowę.  Były  tam  dwie  platformy, 

jedna  na  wysokości  około  trzech  i  pół  metra,  druga 
metr  niŜej.  Do  górnej  przyczepiona  była  drabinka 
sznurowa, której drugi koniec leŜał na ziemi.

 

-

 

Jak  myślisz,  do  czego  to  słuŜy?  -  spytała  Tasha 

nerwowo. 

-

 

Nie  mam  najmniejszego  pojęcia.  Ale  jestem  pew-

na,  Ŝe  kiedyś  się  tego  dowiemy.  O,  spójrzcie  tam.  -
Amy pokazała im gruby, długi kloc, zawieszony między 
dwoma  drzewami  na  wysokości  około  dwóch  i  pół 
metra. 

Jej przyjaciółka tak wyglądała, jakby ją zemdliło.

 

-  Chyba nie będziemy musieli po tym chodzić, co? 
Amy próbowała dodać jej otuchy.

 

-  Pamiętasz,  co  mówiła  Flora?  Jeśli  nie  chcesz 

czegoś robić, to nie musisz. Powinnaś jednak stawić

 

38

 

background image

czoło  własnej  słabości.  W  razie  czego  spróbuj  sobie 
wmówić,  Ŝe  jesteś  na  równowaŜni.  Ja  będę  na  dole  i 
złapię cię, gdybyś spadła.

 

-

 

Właśnie  czegoś  takiego  nie  powinnaś  robić  -

ostrzegł ją Erie. -Nie popisuj się! 

-

 

Dobrze,  dobrze  -  mruknęła  Amy.  Czy  on  będzie 

jej o tym przypominał przez cały tydzień? 

Następne  pół  godziny  zajęły  sprawy  organizacyjne. 

Okazało  się,  Ŝe  namioty  zostały  z  góry  rozdzielone 
między uczestników i Amy miała zamieszkać z Brooke, 
Tasha nie miała chyba nic przeciwko temu. Trafiła do 
namiotu Flory, którą bardzo polubiła. Erie zamieszkał 
z Dallasem, a Andy z Willardem. Amy i Brooke weszły 
do swojego namiotu, by się rozpakować.

 

-  O  czym  rozmawiałaś z Andym,  kiedy  byliście  tu 

sami?  -  spytała  Brooke,  kładąc  duŜą  latarkę  w  kącie 
namiotu.

 

Amy nie dała się zwieść jej niedbałemu tonowi.

 

-

 

O niczym szczególnym. Jest miły. 

-

 

I  przystojny  -  powiedziała  Brooke,  a  kiedy  jej 

współlokatorka przytaknęła, dodała: - Wiesz, wszystko 
moŜe się świetnie ułoŜyć. Ty jesteś z Erikiem, ja będę 
z Andym, a Tasha moŜe sobie wziąć Willarda. 

Amy  nie  sądziła,  by  jej  przyjaciółka  poszła  na  taki 

układ. Uklękła, by rozłoŜyć śpiwór, i snop światła padł 
na jej wisiorek.

 

-  Jaki  ładny  -  zachwyciła  się  Brooke.  -  Co  to? 

KsięŜyc?

 

Amy skinęła głową.

 

-

 

PółksięŜyc. Zrobił go dla mnie przyjaciel rodziny. 

On juŜ nie Ŝyje, więc to bardzo cenna pamiątka. 

-

 

Na  twoim  miejscu  zdjęłabym  go  i  gdzieś  scho-

wała - poradziła jej nowa koleŜanka. - Mógłby się 

39

 

background image

o  coś  zaczepić  i  wpaść  w  jakieś  krzaki  albo  do  rzeki. 
JuŜ byś go nie znalazła.

 

Amy  uśmiechnęła  się,  ale  nie  zdjęła  naszyjnika. 

Nigdy się z nim nie rozstawała. Towarzyszył jej w sy-
tuacjach  o  wiele  trudniejszych  niŜ  wspinaczka  po 
skałach czy jazda na rowerze górskim.

 

Kiedy wyszły z namiotu, zauwaŜyły, Ŝe reszta grupy 

zebrała się wokół ogniska. Flora mieszała coś w garnku. 
Amy poczuła znajomy zapach.

 

-

 

Mmm, chili - powiedziała. 

-

 

Czujesz  to  z  takiej  odległości?  -  zdziwiła  się 

Brooke. 

Amy przygryzła wargę.

 

-  No  bo...  tego...  mam  bardzo  dobry  węch.  -  Nie 

przyszłojej dotąd do głowy, Ŝe oprócz wzroku i słuchu 
takŜe  inne  jej  zmysły  mogą  być  bardziej  wyostrzone 
niŜ  u  zwykłych  ludzi.  Zadowolona  z  tego,  Ŝe  poznała 
kolejną  swoją  zaletę,  usiadła  przy  ognisku  i  wzięła 
ciepłą miskę chili. Wszyscy  wyglądali na zmęczonych, 
ale tylko Willard narzekał.

 

-  Nogi mnie bolą. Jak długi dystans przeszliśmy? 
Dallas wbił wzrok w mapę.

 

-

 

Jedenaście  kilometrów  -  oznajmił.  -  Kilometr  to 

trochę więcej niŜ pół mili, 

-

 

Dokładnie  sześćdziesiąt  dwie  setne  -  dodała  Flo-

ra. - To oznacza, Ŝe licząc w milach, przeszliśmy... Ma 
ktoś kartkę i ołówek? Albo kalkulator? 

-

 

Sześć osiemdziesiąt dwie setne mili - powiedziała 

Amy bez namysłu. Ogień dawał niewiele światła, lecz 
mimo to zauwaŜyła karcące spojrzenie, jakim obrzucił 
ją Erie. 

Po posiłku padła sugestia, by zagrać w gry słowne, 

ale większość uczestników wyprawy była zbyt zmę-

 

40

 

background image

czona,  by  mieć  siły  na  cokolwiek  poza  jedzeniem  i 
spaniem. Jeden po drugim wymykali się do namiotów 
-  najpierw  Tasha,  potem  Brooke,  a  następnie  Erie  i 
Willard.

 

Flora  grzebała  w  palenisku,  gasząc  resztki  Ŝaru. 

Dallas zwrócił się twarzą do Amy.

 

-  Jesteś  geniuszem  matematycznym?  -  spytał 

uprzejmym tonem.

 

Dziewczyna  nie  była  pewna,  co  powiedzieć,  ale  na 

szczęście  w  tym  właśnie  momencie  rozległ  się  okrzyk 
Andy'ego.

 

-  O rany, spójrzcie na te gwiazdy!

 

Podniosła  głowę  i  zaparło  jej  dech  w  piersi.  Nigdy 

jeszcze nie widziała czegoś tak zachwycającego. Niebo 
upstrzone  było  grupkami  drobnych  światełek,  przypo-
minających  brylanty  rozrzucone  po  granatowym  ak-
samicie.

 

-

 

Dlatego  właśnie  lubię  spędzać  czas  na  łonie  na-

tury  -  powiedział  Andy.  -  W  mieście  nie  zobaczy  się 
takiego widoku. 

-

 

Rzeczywiście  robi  wraŜenie  -  przyznała  Flora.  -

Ale niebo najpiękniejsze jest w czasie pełni. 

Po chwili Andy poszedł do swojego namiotu, a Dallas 

wstał od ogniska zaraz po nim. Amy teŜ była juŜ dość 
ś

piąca, lecz nie mogła napatrzyć się na niebo.

 

Tej nocy wisiał na nim półksięŜyc. Dłoń dziewczyny 

powędrowała odruchowo do wisiorka.

 

-  Amy, lepiej to zdejmij -poradziła jej opiekunka. - 

Naszyjnik mógłby się zaczepić o jakiś krzak i pęknąć. 
Albo  nawet  cię  udusić.  Uczestnicy  Dzikiej  Przygody 
nie noszą biŜuterii.

 

To  było  juŜ  drugie  ostrzeŜenie.  Dziewczyna  wes-

tchnęła.

 

41

 

background image

-  Dobrze,  zdejmę  to.  -  Ziewnęła.  -  Chyba  lepiej 

juŜ pójdę spać.

 

-  Dobranoc! -krzyknęła Flora, kończąc gasić ogień. 
Brooke spała juŜ, kiedy jej współlokatorka wśliznęła

 

się do namiotu. Na zewnątrz panowały nieprzeniknione 
ciemności.  Amy  wymacała  zacisk  na  karku  i  rozpięła 
naszyjnik. Czuła się bez niego naga, ale nie chciała go 
zgubić.  WciąŜ  pamiętała  słowa  wypowiedziane  przez 
córkę doktora Jaleskiego w chwili, kiedy wręczała Amy 
naszyjnik:  „Zrobił  to  dla  ciebie,  Ŝebyś  nigdy  nie 
zapomniała, kim jesteś".

 

No cóŜ, przynajmniej nadal miała znak na plecach -

półksięŜyc,  taki  sam  jak  ten,  który  trzymała  w  dłoni. 
Wiedziała,  Ŝe  nigdy  się  z  nim  nie  rozstanie.  Przed 
dwunastoma  laty,  kiedy  Amy  zostały  stworzone,  znak 
ten został zakodowany w ich skórze i uwidocznił się w 
okresie  dojrzewania.  Dziewczyny,  które  widziały 
półksięŜyc  na  plecach  Amy,  gdy  ta  przebierała  się 
przed  wuefem,  myślały,  Ŝe  to  tatuaŜ.  Sama  zawsze 
mówiła,  Ŝe  to  znamię  -  co  w  pewnym  sensie  było 
prawdą.

 

Schowała  naszyjnik  do  kieszeni  plecaka,  włoŜyła 

koszulę nocną i wśliznęła się do śpiwora. JuŜ zapadała 
w sen, gdy nagle usłyszała jakiś dźwięk.

 

Otworzyła  oczy.  CzyŜby  wyobraźnia  płatała  jej 

figle?  Nie,  w  pobliŜu  namiotu  rozlegał  się  wyraźny 
szelest.

 

Usiadła  z  bijącym  sercem.  Oczami  duszy  zobaczyła 

wielkie  czarne  niedźwiedzie...  A  moŜe  w  tej  okolicy 
Ŝ

yły  pumy?  Nigdy  jeszcze  nie  miała  okazji  sprawdzić 

swoich sił w walce z dzikim zwierzęciem.

 

Tej nocy jednak los jej tego oszczędził.

 

-  Amy! - rozległ się szept. - Spisz?

 

42

 

background image

Wygrzebała się ze śpiwora i wyszła z namiotu.

 

-

 

Erie, co się stało? 

-

 

Nic - odparł. - Chciałem ci tylko powiedzieć, Ŝe... 

-

 

ś

e  co?  -  CzyŜby  miał  zaproponować  jej  roman-

tyczny spacer w blasku księŜyca? 

-

 

No,  Ŝe  niepotrzebnie  na  ciebie  nakrzyczałem. 

Obiecuję, Ŝe więcej nie będę się czepiać. 

-

 

Nic sie nie stało.WiemŜe robisz to z troski o mnie. 

-

 

Do zobaczenia rano - rzucił chłopiec i poszedł w 

stronę swojego namiotu, 

-

 

Dobranoc.  -  Amy  posłała  mu  całusa,  którego 

pewnie  nawet  nie  zauwaŜył.  Następnie  wśliznęła  się 
do  namiotu  i  wczołgała  do  śpiwora.  Spacer  w  blasku 
księŜyca byłby całkiem miły, ale to nie w stylu Erica. 

background image

Rozdział czwarty

 

astępnego  ranka  po  śniadaniu  w  grupie  toczyły  się 
oŜywione  rozmowy.  Wszyscy  czekali  niecierpliwie 

na pierwszą prawdziwą przygodę. Amy była tak podeks-
cytowana,  Ŝe  cokolwiek  zaplanowaliby  Flora  i  Dallas, 
zrobiłaby to z entuzjazmem; jednak w głębi ducha miała 
nadzieję, Ŝe tego dnia będzie mogła przelecieć się lotnią. 
Bezustannie  przypominała  Ericowi  i  Tashy,  źe  mimo 
swojej  niezwykłej  siły  i  innych  zdolności  nie  jest 
superbohaterką.  Jej  umiejętności  nie  miały  nic  wspól-
nego  z  magią.  Nie  potrafiła  czytać  w  myślach  ani 
przepowiadać  przyszłości.  Nie  mogła  zmieniać  prze-
szłości  ani  latać.  Była  w  stanie  robić  tylko  to  co 
wszyscy ludzie, tyle Ŝe  o wiele lepiej. Jednak  czasami 
marzyła  o  tym,  by  wzbić  się  w  niebo,  nad  zaśnieŜone 
wierzchołki gór, wyŜej i wyŜej, w chmury...

 

44

 

background image

Nie sądziła jednak, by juŜ teraz, bez Ŝadnego przy-

gotowania,  opiekunowie  pozwolili  uczestnikom  obozu 
wyruszyć  na  podbój  przestworzy.  Tym  bardziej  Ŝe 
nieszczęsna  Tasha  zdecydowanie  nie  miała  ochoty  na 
coś tak śmiałego. Amy właściwie było wszystko jedno, 
co  przewidziano  na  dzisiaj.  I  tak  na  pewno  będzie  to 
bardzo emocjonujące.

 

A moŜe nie. Flora rozwiała jej nadzieje, oznajmiając, 

Ŝ

e  ten  dzień  poświęcony  zostanie  na  ćwiczenia.  Potem 

opiekunka  roześmiała  się,  słysząc  jęk  zawodu,  który 
wyrwa! się z ust jej podopiecznych.

 

-

 

Nie chodzi mi o przysiady i podskoki - wyjaśniła. 

-  Będą  to  ćwiczenia  przygotowujące  do  czekających 
was  przygód  i  obydwoje  uwaŜamy,  Ŝe  uznacie  je  za 
bardzo interesujące. 

-

 

O  ile  przeŜyjecie  -  dodał  Dallas  ze  złośliwym 

uśmiechem.  Reakcją  na  jego  słowa  był  nerwowy 
chichot. 

Flora uśmiechnęła się, ale posłała mu lekko karcące 

spojrzenie.

 

-  Nie  straszmy  ich  -  powiedziała.  -  Tak  naprawdę 

nie  ma  się  czego  bać.  Nie  zamierzamy  sprawdzać,  czy 
jesteście  wysportowani.  Dziś  bardziej  zaleŜy  nam  na 
tym,  Ŝebyście  się  ze  sobą  zgrali,  nauczyli  działać 
w  grupie.  A  do  tego  nade  wszystko  potrzebne  jest 
zaufanie.  Zanim  Dallas  i  ja  postawimy  przed  wami 
prawdziwe wyzwania, musimy być pewni, Ŝe moŜecie 
na sobie polegać.

 

Amy nie bardzo wiedziała, o czym Flora mówi. Po 

co mają sobie nawzajem ufać? Rozejrzała się i zauwa-
Ŝ

yła,  Ŝe  wszyscy  tak  jak  ona  łypią  oczami  na  boki. 

Nikt nie miał zbyt pewnej miny.

 

-  A teraz popatrzcie - ciągnęła opiekunka - mam

 

45

 

background image

do  Dallasa  pełne  zaufanie.  -  Podeszła  do  niego  i  od-
wróciła  się  plecami.  -  Ufam  mu  na  tyle,  Ŝe  mogę  się 
przewrócić,  bo  wiem,  Ŝe  złapie  mnie,  nim  upadnę  na 
ziemię.  -  Wyprostowała  się  i  opuściła  ręce.  A  potem 
powoli przechyliła się do tyłu.

 

Dallas  ją  złapał.  Członkowie  grupy  popatrzyli  po 

sobie,  niepewni,  jak  zareagować.  W  końcu  to,  co 
zrobili, nie wydawało się aŜ tak trudne.

 

-  Kto  zgłosi  się  na  ochotnika  na  moje  miejsce?  - 

spytała  Flora.  -  Kto  ufa  Dallasowi  równie  mocno 
jak ja?

 

Tasha podeszła do przyjaciółki.

 

-  Łatwo jej mówić -mruknęła. -On jest jej facetem, 

na pewno nie pozwoli, by rozwaliła sobie głowę.

 

Brooke najwyraźniej uznała, Ŝe Dallas jest godny jej 

zaufania.  Wyszła  przed  szereg  i  przyjęła  tę  samą 
pozycję co Flora. Jednak kiedy przechyliła się do tyłu, 
odruchowo  poruszyła  ręką,  by  zamortyzować  upadek  -
na wypadek gdyby opiekun jej nie złapał.

 

Oczywiście,  zrobił  to,  ale  Flora  jasno  dała  jej  do 

zrozumienia, Ŝe dziewczyna źle wykonała ćwiczenie.

 

-  Kiedy  wyciągasz  rękę  w  tył,  oznacza  to,  Ŝe  nie 

wierzysz,  źe  on  cię  złapie  -  rzekła.  -  A  chodzi  nam 
o  to,  Ŝebyś  nauczyła  się  w  pełni  polegać  na  innych. 
Rozumiesz? Wstańcie wszyscy.

 

Dobrała  ich  w  pary  -  Brooke  z  WiUardem,  Amy  z 

Andym,  Tashęz  Erikiem.  Amy  usłyszała  westchnienie 
ulgi,  które  wyrwało  się  z  piersi  przyjaciółki.  Choć 
często  kłóciła  się  z  bratem,  najwyraźniej  była  pewna, 
Ŝ

e nie pozwoli, by roztrzaskała sobie głowę o kamienie.

 

Amy  teŜ  była  spokojna.  Nie  znała  Andy'ego  tak 

dobrze  jak  Tasha  Erica,  ale  poprzedniego  dnia  zrobił 
na niej dobre wraŜenie. Teraz tylko musiała pamiętać,

 

46

 

background image

Ŝ

eby nie wyciągnąć odruchowo ręki w tył w obronnym 

geście.

 

Stanęła prosto, tak jak Tasha i Brooke.

 

-  Wszyscy  gotowi?  -  spytała  Flora.  -  Raz,  dwa, 

trzy, upadamy!

 

Nie było to łatwe, lecz Amy powstrzymała się przed 

próbą  zamortyzowania  upadku.  Do  tej  pory  uczucie 
bezbronności  było  jej  nieznane  i  na  chwilę,  kiedy 
leciała  w  tył,  ogarnął  ją  autentyczny  strach,  taki  sam, 
jaki czuła w o wiele groźniejszych sytuacjach. Dlatego 
ulga, która spłynęła na nią w chwili, kiedy pochwyciły 
ją silne ręce Andy'ego, była równie wielka jak zawsze, 
gdy zagroŜenie mijało, Tyle Ŝe zwykle sama ratowała 
się  z  wszelkich  opresji.  Dziwnie  się  czuła,  zmuszona 
na kimś polegać.

 

Potem dziewczyny zamieniły się miejscami z chło-

pakami. Willard był wyraźnie zaniepokojony.

 

-

 

Brooke  jest  mniejsza  ode  mnie  -  poskarŜył  się.  -

Nie udźwignie mnie. 

-

 

Nie  będzie  musiała  dźwigać  całego  twojego  cię-

Ŝ

aru  -  wyjaśniła  mu  Flora.  -  Ma  za  zadanie  tylko 

zamortyzować twój upadek. 

-

 

Ale skąd mogę wiedzieć, Ŝe to zrobi? 

-

 

Musisz jej zaufać - tłumaczyła cierpliwie opiekun-

ka. - Taki jest cel tego ćwiczenia. 

Amy  i  Andy  uśmiechnęli  się  do  siebie.  Było  coraz 

bardziej oczywiste, Ŝe z Willarda jest nie lada maruda.

 

-

 

Nie  bój  się  -  zwróciła  się  Amy  do  swego  part-

nera. - Złapię cię. 

-

 

Wiem. 

Zabrzmiało to bardzo sympatycznie -jakby napraw-

dę jej ufał. Kiedy poleciał do tyłu sztywno, nie próbując 
amortyzować upadku, poczuła, Ŝe wytworzyła się mię-

 

47

 

background image

dzy  nimi  więź.  Potem  uczestnicy  wyprawy  dwukrotnie 
zmieniali  partnerów,  tak  by  kaŜdy  łapał  i  był  łapany 
przez  wszystkich  pozostałych.  Amy  nie  bała  się,  kiedy 
przyszło jej ćwiczyć z Tashą i Erikiem, ale stojąc przy 
Willardzie  i  Brooke  odczuwała  lekki  niepokój.  Oby-
dwoje  co  prawda  złapali  ją  w  porę,  ale  nie  odniosła 
wraŜenia,  by  zadzierzgnęła  się  między  nimi  jakaś 
szczególna więź.

 

Następnie  opiekunowie  zaprowadzili  ich  pod  kloc 

umieszczony między dwoma drzewami, który poprzed-
niego  dnia  zwrócił  uwagę  Amy.  Wisiał  na  wysokości 
około dwóch i pół metra, miał trzydzieści centymetrów 
ś

rednicy i na oko pięć metrów długości. Tasha bała się, 

Ŝ

e wszyscy będą musieli po nim przejść, ale ćwiczenie 

polegało nie na tym.

 

-  Będzie  to  sprawdzian  pracy  zespołowej  -  wyjaś 

niła  Flora.  -  Celem  jest  przeprowadzenie  całej  grupy 
górą na drugą stronę kloca.

 

Willard stanął pod nim i podniósł ręce.

 

-

 

To niemoŜliwe - oświadczył. - Jestem tu najwyŜ-

szy i nie sięgam tego kloca. 

-

 

Istnieje  pewne  rozwiązanie  tego  problemu  -  po-

wiedziała  opiekunka.  -  Ale  nic  więcej  nie  powiem. 
Sami  musicie  do  niego  dojść.  -  Odeszli  z  Dallasem 
kilka metrów dalej, usiedli na duŜym kamieniu i zaczęli 
przyglądać się podopiecznym. 

Uczestnicy  obozu  stanęli  w  kręgu.  Przyjrzeli  się 

przeszkodzie w milczeniu.

 

-  MoŜe  dałoby  się  wdrapać  na  to  drzewo?  -  za 

stanawiała się Brooke na głos.

 

Andy podszedł bliŜej i je obejrzał.

 

-  Nie  -  stwierdził  autorytatywnie.  -  Gałęzie  są  za 

wysoko, Nikt z nas ich nie dosięgnie.

 

48

 

background image

-

 

MoŜe  przeskoczylibyśmy  nad  klocem  za  pomocą 

tyczki  -  zasugerował  Erie,  -  Trzeba  by  tylko  znaleźć 
odpowiednio długi i solidny kij. 

-

 

Nie,  to  nic  nie  da  -  powiedziała  Amy.  -  Nawet 

gdybyśmy  umieli  skakać  o  tyczce,  po  drugiej  strome 
nie  ma  nic  miękkiego,  na  co  moŜna  by  spaść.  Po-
zabijalibyśmy się. 

-

 

Staram  się  tylko  pomóc  -  burknął  Erie  i  Amy 

zaczęła  się  zastanawiać,  czy  nie  była  dla  niego  zbyt 
surowa. 

-

 

Muszą  gdzieś  tu  być  jakieś  połamane  gałęzie  -

włączyła  się  do  rozwaŜań  Tasha.  -  Moglibyśmy  na-
zbierać  ich  trochę,  dorzucić  kamienie  i  usypać  stos. 
Potem  wdrapalibyśmy  się  na  jego  szczyt  i  przeszli  na 
drugą stronę. 

Był to ciekawy pomysł, ale zanim uczestnicy obozu 

zdołali wcielić go w Ŝycie, usłyszeli głos Flory.

 

-  Zapomniałam  wam  powiedzieć:  wolno  wam  po 

sługiwać się tylko własnymi ciałami. śadnych drabin, 
sznurów  czy  innego  sprzętu.  Ale  moŜecie  skorzystać 
z Dallasa i ze mnie.

 

Grupa zamilkła i popadła w zamyślenie. Nagle Amy 

przyszedł do głowy pewien pomysł.

 

Nie  był  całkowicie  oryginalny.  Prawdę  mówiąc, 

opierał się na propozycji Tasby, by zbudować stos, na 
który  moŜna  by  się  wspiąć,  lecz  zamiast  kawałków 
drewna  i  kamieni  uczestnicy  wyprawy  wykorzystaliby 
własne ciała. Po chwili namysłu doszła do wniosku, Ŝe 
to niegłupia myśl, ale zawahała się, czy przedstawić ją 
innym.  Musiała  ukrywać  przed  nimi  zarówno  swoją 
niezwykłą siłę, jak i błyskotliwy umysł.

 

-  A  co  powiecie  na  coś  takiego?  -  rzekł  powoli 

Andy. - Moglibyśmy się wspiąć po sobie samych.

 

49

 

background image

-

 

To znaczy? - spytał Erie. 

-

 

Utworzymy piramidę. Cztery osoby staną na ziemi. 

Dwie wejdą im na ramiona. Pozostałe dwie wdrapią się 
po  nich  na  kloc.  Potem  ci,  którzy  będą  juŜ  na  klocu, 
pomogą podnieść pozostałych. 

Amy  wciągnęła  powietrze  do  ust.  To  niesamowite  -

wpadł  na  dokładnie  ten  sam  pomysł  co  ona!  MoŜe 
wcale nie była taka bystra, jak jej się wydawało.

 

Po  krótkiej  dyskusji  ustalili,  jak  piramida  będzie 

wyglądać. Przyj ej formowaniu trzeba było uwzględnić 
wagę  i  wzrost  poszczególnych  osób.  Andy  zawołał 
opiekunów,  po  czym  wziął  się  za  ustawianie  wymyś-
lonej przez siebie konstrukcji.

 

Dallas, Willard, Flora i Erie znaleźli się pod klocem. 

Erie  i  Flora  pochylili  się,  by  Amy  mogła  wejść  im  na 
ramiona,  a  Dallas  i  Willard  wzięli  na  barki  Tashę. 
Brooke  i  Andy  wspięli  się  na  szczyt  piramidy,  dzięki 
czemu  mogli  bez  trudu  sięgnąć  kloca.  Usiedli  na  nim 
okrakiem,  po  czym  wyciągnęli  ręce  do  Amy.  Wspól-
nymi siłami udało im się ją podnieść.

 

-  No i co teraz? - Amy usiadła na klocu.

 

-  Dasz radę stąd zeskoczyć? - spytał Andy. 
Kloc znajdował się raptem dwa i pół metra nad

 

ziemią,  ale  była  to  wystarczająco  duŜa  wysokość,  by 
ktoś,  kto  źle  wyląduje,  mógł  zrobić  sobie  krzywdę. 
Ona nie musiała się jednak tego obawiać.

 

-  śaden problem. -Zsunęła się z kloca i wylądowała 

po drugiej stronie.

 

Tasha miała z tym więcej kłopotów. Brooke i Andy 

złapali ją za ręce, ale mimo to musiała długo wierzgać 
nogami,  zanim  wreszcie  wgramoliła  się  na  górę:  I  nie 
była zbyt zachwycona, gdy usłyszała, Ŝe ma zeskoczyć 
w dół.

 

50

 

background image

-

 

Zamortyzuję twój upadek - obiecała Amy. 

To nie uspokoiło jej przyjaciółki. 
-

 

A złapiesz mnie? - spytała, przeraŜona. 

Amy  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Oczywiście,  Ŝe 

byłaby w stanie ją złapać - mogła przyjąć na siebie jej 
cięŜar  i  nawet  nie  przewróciłaby  się  na  ziemię.  Ale 
wtedy  zademonstrowałaby  wszystkim  swoje  umiejęt-
ności - i co by sobie pomyśleli?

 

Chciała powiedzieć Tashy, Ŝe nic jej się nie stanie, 

ale ta miała tak przeraŜoną minę...

 

-  No dobrze. - Amy dała za wygraną. - Złapię cię.

 

Tashą,zacisnęła powieki i zsunęła się z kloca. Przy-

jaciółka złapała ją i od razu postawiła na ziemi. Miała 
nadzieję, Ŝe zrobiła to na tyle szybko, Ŝe nikt niczego 
nie zauwaŜył. Wyglądało na to, Ŝe się udało - Ŝaden z 
uczestników  wyprawy  nie  skomentował  jej  wyczynu. 
Przez ułamek sekundy miała jednak wraŜenie, Ŝe Dallas 
spogląda na nią dziwnie.

 

Potem  Willard  wdrapał  się  na  ramiona  opiekuna,  a 

Flora  stanęła  na  barkach  Erica.  Andy  i  Brooke 
wyciągnęli ręce w dół i przenieśli najpierw ją, a potem 
jego  na  drugą  stronę.  Wreszcie  Erie  wgramolił  się  na 
ramiona  Dallasa  i  bez  większego  trudu  wspiął  się  na 
kloc, a następnie zeskoczył zeń z drugiej strony.

 

-  A  ja?  -  spytał  Dallas.  -  Pamiętajcie,  wszyscy 

muszą przejść przez kloc.

 

Rzeczywiście,  był  to  pewien  kłopot.  Jednak  i  tym 

razem  Andy  znalazł  rozwiązanie.  Przez  chwilę  na-
radzał  się  z  Brooke.  Następnie  powoli  przeszli  na 
przeciwne  strony  kloca  i  zwiesili  się  z  niego,  wy-
ciągając ręce w dół.

 

-  Złap  nas  za  nadgarstki  -  zwrócił  się  chłopiec  do 

opiekuna. - Wciągniemy cię.

 

51

 

background image

Dallas, z wyrazem powątpiewania na twarzy, zrobił, 

co mu kazano. Jednak kiedy się unosił, był przechylony 
w bok - Brooke nie miała dość siły, by go podźwignąć.

 

Erie wpadł na pewien pomysł.

 

-

 

Wejdę  z  powrotem  na  górę  i  zajmę  miejsce 

Brooke! - krzyknął. 

-

 

Nie - odparł Andy. - Dam sobie radę. Dallas, puść 

ją  i  złap  mój  drugi  nadgarstek.  -  Ku  zdumieniu 
wszystkich,  chłopcu  udało  się  podnieść  opiekuna  na 
taką wysokość, Ŝe ten mógł chwycić kloc i prze gramolić 
się  na  drugą  stronę.  Potem  Andy  i  Brooke  zeskoczyli 
na ziemię, a pozostali zamortyzowali ich upadek. 

Grupa zaczęła wiwatować.

 

-  Udało nam się! Udało się!

 

Brooke  spojrzała  na  Andy'ego  z  nieskrywanym 

podziwem.

 

-  AleŜ ty jesteś silny!

 

Flora teŜ była pod wraŜeniem.

 

-

 

Chyba  jeszcze  nikt  nie  rozwiązał  tego  problemu 

w taki sposób. 

-

 

No - przytaknął Dallas, patrząc na chłopca w za-

myśleniu. - To było niesamowite. 

Andy zarumienił się lekko.

 

-  Chodzę na siłownię - wymamrotał.

 

Przeszli  do  następnego  ćwiczenia.  Po  przybyciu  do 

obozu  Tasha  zastanawiała  się,  do  czego  słuŜą  dwie 
platformy  zamontowane  na  drzewie.  Teraz  się  to 
wyjaśniło.

 

-  Musicie  wejść  po  drabinie  na  górną  platformę  - 

powiedziała  Flora.  -  Stamtąd  będziecie  zeskakiwać  na 
dolną.

 

Amy  nie wydało się to zbyt trudne. Platformy  były 

blisko siebie, więc skok nie powinien sprawić nikomu

 

52

 

background image

trudności.  Nawet  Tasha  nie  wyglądała  na  zbyt  zanie-
pokojoną.

 

-  Chcesz  być  pierwsza?  -  spytał  ją  Dallas  z  uśmie 

chem.

 

Tasha zaróŜowiła się.

 

-

 

Dobrze. - Weszła po drabinie na górną platformę. 

-

 

Gotowa do skoku?! - krzyknęła Flora. 

Ale  Tasha  nawet  nie  drgnęła.  Stała  w  bezruchu, 

patrząc w dół.

 

-  No, skacz! - zawołał opiekun.

 

Amy była ciekawa, czy ktoś oprócz niej widzi strach 

wypisany na twarzy przyjaciółki.

 

-  Skacz,  skacz,  skacz!  -  zaczęli  wołać  pozostali 

członkowie grupy.

 

Ale Tasha nie chciała - albo nie mogła - się ruszyć. 

Odsunęła  się  od  krawędzi  platformy,  powoli  osunęła 
się na kolana i chwyciła drabinkę sznurową. Dygocząc, 
zeszła na dół.

 

-  Co się stało? - spytała Brooke.

 

Tasha  nie  odpowiedziała;  odeszła  na  bok.  Amy 

zastanawiała  się,  czy  ktoś  prócz  niej  słyszy  szloch 
przyjaciółki.  Natychmiast  ruszyła  w  stronę  Tashy,  ale 
Flora dotknęła jej ramienia.

 

-  Niech Dallas z nią pomówi - szepnęła. 
Opiekun podszedł do Tashy, objął ją i zaczął po

 

cichu coś mówić.

 

-  MoŜe  teraz  ty  wejdziesz  na  górę,  Amy?  -  za 

proponowała Flora.

 

Amy niepewnie rzuciła okiem na przyjaciółkę, lecz 

ta była juŜ wyraźnie spokojniejsza.

 

-  Dobrze - powiedziała Amy i weszła na drabinę. 
Kiedy znalazła się na górnej platformie, od razu

 

zorientowała się, dlaczego Tasha wpadła w panikę.

 

53

 

background image

Z dołu wydawało się, Ŝe zadanie jest dziecinne proste. 
Jednak patrząc z góry, odnosiło się wraŜenie, Ŝe dolna 
platforma nagle się skurczyła. Miała nie więcej niŜ pół 
metra  długości  i  tyle  samo  szerokości.  Wydawało  się, 
Ŝ

e jest bardzo daleko. I Ŝe moŜna w nią nie trafić.

 

Nawet  Amy  poczuła,  Ŝe  serce  zaczyna  jej  szybciej 

bić.  Platforma,  na  której  stała,  wisiała  na  o  wiele 
większej  wysokości  niŜ  kloc.  Dziewczyna  odetchnęła 
głęboko, skoncentrowała się i skoczyła.

 

Wylądowawszy  na  dolnej  platformie,  uświadomiła 

sobie, Ŝe zadanie jest o wiele łatwiejsze, niŜ wydawało 
się  na  pierwszy  rzut  oka.  Obserwując  pozostałych 
członków grupy, widziała jednak, jak rzedną im miny, 
kiedy  patrzyli  z  góry  na  dolną  platformę.  Najbardziej 
denerwował  się  nieszczęsny  Willard.  Trafiwszy  w  cel, 
przykucnął i przytrzymał się krawędzi platformy, jakby 
się bał, Ŝe spadnie.

 

   ..  '  .'.

 

Erie  był  następny.  Amy  chciała  udzielić  mu  kilku 

wskazówek.

 

-  Wyciągnij  ręce  w  bok,  nie  trzymaj  ich  za  blisko 

ciała  -powiedziała.  -Wtedy  łatwiej  ci  będzie  utrzymać 
równowagę i nie zaczniesz się chwiać jak Willard.

 

Ale chłopiec nie podziękował jej za te rady.

 

-

 

Porównujesz mnie z nim? - spytał. 

-

 

Nie,  mówię  ci  tytko,  co  zrobić,  Ŝeby  ci  dobrze 

wyszedł skok. 

-

 

Poradzę sobie sam. 

Czemu  on  się  tak  zachowuje?  -  zastanawiała  się 

Amy. CzyŜby chciał pokazać, jaki jest męski?

 

Wszyscy  wykonali  zadanie  -  z  wyjątkiem  Tashy. 

Kiedy  jednak  Dallas  przyprowadził  ją  z  powrotem  do 
grupy, oświadczyła drŜącym głosem, Ŝe spróbuje jesz-
cze raz. Wdrapała się na platformę. Amy i tym razem

 

54

 

background image

wyczytała  z  jej  twarzy  strach.  Jednak  przyjaciółka 
znalazła  w  sobie  dość  odwagi,  by  skoczyć.  I  cała  i 
zdrowa wylądowała.

 

Członkowie  grupy  zgotowali  jej  prawdziwą  owację. 

Po zejściu na ziemię Tasha wciąŜ jeszcze drŜała, ale z 
jej twarzy biła duma. Amy podbiegła do niej i wzięła ją 
w ramiona.

 

-  Wspaniale! - powiedziała. - Gratulacje! 
Oczy Tashy błyszczały.

 

-

 

To dzięki  Dalłasowi. Namówił mnie do tego. Jest 

taki cudowny! 

-

 

Nie, to ty jesteś cudowna- powiedziała Amy. -To 

ty to zrobiłaś! 

Szybko  jednak  stało  się  jasne,  Ŝe  Tasha  jest...  cóŜ, 

jeśli nie zakochana, to na pewno zauroczona. Patrzyła 
na opiekuna z nieskrywanym uwielbieniem. W drodze 
do  miejsca,  w  którym  miało  się  odbyć  następne  ćwi-
czenie, nie odstępowała go ani na krok. Amy spojrzała 
na  Florę,  która  uśmiechnęła  się  i  z  Ŝalem  pokręciła 
głową.

 

-  Dallas świetnie radzi sobie z dziewczętami. Wszyst 

kie  go  uwielbiają  i  są  dla  niego  gotowe  dać  z  siebie 
wszystko.

 

-  To chyba dobrze - stwierdziła Amy. 
Opiekunka potrząsnęła głową.

 

-  Lepiej,  Ŝeby  dawały  z  siebie  wszystko  z  własnej 

inicjatywy,  kierując  się  poczuciem  własnej  wartości. 
To  dobrze,  Ŝe  pomógł  Tashy,  ale  nie  powinna  robić 
czegoś tylko po to, by zyskać w jego oczach.

 

Amy wiedziała, o co jej chodzi. Postanowiła później 

porozmawiać o tym z przyjaciółką.

 

Grupa zatrzymała się pod sporym głazem.

 

-  Teraz potrenujemy wspinaczkę - powiedziała Flo-

 

55

 

background image

ra.  -  A  jutro  zaczniemy  się  wdrapywać  na  prawdziwe 
skały.

 

-

 

Myślałem, Ŝe jutro będzie spływ - rzucił Erie. 

-

 

Na  razie  taki  jest  plan.  -  Flora  spojrzała  na  za-

chmurzone  niebo.  -  Ale  wygląda  na  to,  Ŝe  dziś  wie-
czorem  będzie  padać,  przez  co  poziom  wody  w  rzece 
moŜe jutro okazać się za wysoki. Poczekamy, zobaczy-
my. Teraz zajmiemy się wspinaczką i asekuracją. 

-

 

Ase-czym-acją?  -  spytał  Willard  z  pełną  obaw 

miną, do której wszyscy juŜ zdąŜyli się przyzwyczaić. 

Dallas  wyjaśnił  podopiecznym,  Ŝe  wspinający  prze-

wiązuje  się  liną  w  biodrach,  a  asekurujący  go  stoi  na 
szczycie  skały,  wciąga  linę  i  baczy,  by  partner  nie 
zsunął  się  ze  ściany.  Opiekunowie  zademonstrowali 
członkom  grupy,  na  czym  to  polega.  Flora  wdrapała 
się  na  szczyt  głazu,  a  Dallas  zszedł  na  dół,  na  półkę 
skalną, i zaczął się wspinać.

 

Kiedy przyszła kolej na nią, Amy uświadomiła sobie, 

jak waŜna jest rola asekurującego. Znalazła się w parze 
z Wiłlardem i to on napręŜał iinę - a przynajmniej miał 
to robić. Nie wysilał się jednak za bardzo, przez co sznur 
co  chwila  wiotczał.  Dziewczyna  przytrzymywała  się 
skały, lecz partner ani trochę jej nie pomagał.

 

Na  szczęście  Flora  pokazała  mu,  co  robi  źle.  Amy 

zaczęła wspinać się po pionowym występie skalnym.

 

Kiedy to jej przypadła rola asekurującego, obok niej 

stał Erie. Z jej pomocą Brooke wdrapała się na szczyt 
głazu. Potem Erie miał asekurować WiHarda.

 

-

 

Lina  musi  być  napręŜona  -  poinstruowała  swego 

chłopaka Amy. - Willard nie jest zbyt silny. 

-

 

Wiem - odburknął Erie. 

Willardowi  szło  jeszcze  gorzej,  niŜ  moŜna  się  tego 

było spodziewać.

 

56

 

background image

-

 

Zaraz spadnę! - zawołał. Erie 

zaczynał się denerwować. 
-

 

Nie spadniesz! -odkrzyknął. -Trzymaj się i tyle! 

-

 

Lina jest za luźna! - skarŜył się Willard. 

Amy sprawdziła, jak Erie trzyma linę. 

 

-

 

Wiesz,  gdybyś  obrócił  nadgarstek,  mógłbyś  ją 

mocniej chwycić - powiedziała. 

-

 

Od kiedy to jesteś ekspertem od trzymania liny? 

-

 

Próbuję ci tylko pomóc. 

-

 

Tak, wiem, Ŝe potrafisz wszystko lepiej ode mnie -

powiedział Erie przez zaciśnięte zęby. - Ale nie musisz 
okazywać tego przy wszystkich! 

Amy przewróciła oczami.

 

-

 

Och,  przepraszam.  -  Co  go  ugryzło?  -  zastana-

wiała się. PrzecieŜ zawsze był dumny z jej umiejętności. 

-

 

Spadam! - pisnął Willard. 

Amy złapała linę i zaczęła ją ciągnąć.

 

-  Hej!  -  rzucił  Erie.  -  PrzecieŜ  wiem,  co  robię!  - 

I odtrącił Amy łokciem.

 

Dziewczyna była zaszokowana.

 

-  Erie!  -  krzyknęła.  On  jednak  zajęty  wciąganiem 

Willarda  na  głaz,  zignorował  ją.  Jak  rzadko  kiedy, 
czuła się bezbronna i zdezorientowana.

 

background image

 

ego wieczoru Brooke rozpływała się w namiocie w 
zachwytach nad Andym.

 

-  Widziałaś,  jak  podniósł  Dallasa?  Od  razu  zauwa 

Ŝ

yłam, Ŝe jest świetnie zbudowany, ale nie wyobraŜałam 

sobie,  Ŝe  moŜe  być  aŜ  tak  silny!  PrzecieŜ  Dallas  teŜ 
swoje waŜy. Wyglądali jak akrobaci na trapezie. A do 
tego jest bardzo inteligentny. Nigdy nie przyszłoby mi 
do głowy, Ŝeby stworzyć piramidę z ludzi.

 

Ainy mruknęła coś pod nosem na znak, Ŝe słucha, i 

włoŜyła  koszulę  nocną.  Andy  i  na  niej  zrobił  duŜe 
wraŜenie, ale w tej chwili myślała o czym innym.

 

-

 

Ciekawe, czy ma dziewczynę - ciągnęła Brooke. -

Wiesz, mieszka niedaleko ode mnie. Mam koleŜankę w 
San Francisco. Czasami jeŜdŜę do niej na weekend. 

-

 

Mmm - wymamrotała Amy, wsuwając się do 

58

 

background image

ś

piwora. Miała nadzieję, Ŝe współlokatorka nie będzie 

trajkotać  przez  całą  noc.  Dzień  był  długi  i  wyczer-
pujący.

 

Na szczęście, rzuciwszy jeszcze kilka uwag na temat 

urody  i  przecudnych  niebieskich  oczu  Andy'ego, 
Brooke  zabrakło  komplementów  i  wkrótce  rozległ  się 
jej głęboki, równy oddech. Ani chybi zapadła w sen.

 

Amy,  choć  strasznie  zmęczona,  nie  mogła  zasnąć. 

Pod  powiekami  zamkniętych  oczu  widziała  wykrzy-
wioną  gniewem  twarz  Erica.  WciąŜ  była  zdumiona 
jego zachowaniem. PrzecieŜ pogodził się juŜ z faktem, 
Ŝ

e  jest  od  niego  lepsza  we  wszystkim,  i  nigdy  nie 

zazdrości?jej  umiejętności.  A  ona  nie  popisywała  się 
na tyle, by narazić się na niebezpieczeństwo. Dlaczego 
więc zdenerwował się na nią? Musiał istnieć jakiś inny 
powód...

 

Wiedziała,  Ŝe  nie  zaśnie,  dopóki  nie  uzyska  od-

powiedzi  choć  na  część  intrygujących  ją  pytań.  Wy-
gramoliła się ze śpiwora, narzuciła sweter na ramiona 
i chyłkiem wymknęła się na zewnątrz.

 

Namiot, w którym mieszkali Erie i Dallas, znajdował 

się  po  przeciwnej  stronie  polany.  Amy  ostroŜnie  omi-
nęła  wygaszone  ognisko,  na  wypadek,  gdyby  popiół 
był  jeszcze  gorący.  Nie  wiedziała,  jak  wywołać  Erica, 
by  nie  usłyszał  jej  opiekun,  i  zaczęła  się  zastanawiać, 
jak to zrobić, gdy nagle uświadomiła sobie, Ŝe problem 
sam  się  rozwiązał.  Obydwaj  mieszkańcy  namiotu  nie 
spali.  Słyszała  ich  szepty.  Zatrzymując  się,  przypo-
mniała  sobie,  Ŝe  juŜ  jakiś  czas  temu  postanowiła  nie 
podsłuchiwać rozmów. Choć było to kuszące, wiedziała, 
Ŝ

e  nie  ma  prawa  wykorzystywać  swojego  doskonałego 

słuchu do mieszania się  w cudze sprawy.  O czymkol-
wiek by rozmawiali, to nie twój interes, ostrzegła się

 

59

 

background image

w  duchu.  Jak  poczułaby  się,  gdyby  to  Erie  zaczął  ją, 
szpiegować?

 

Wtedy  jednak  usłyszała  swoje  imię.  I  choć  chciała 

postępować  fair,  była  tylko  człowiekiem  -  w  pewnym 
sensie. Więc z pewnym wysiłkiem uciszyła sumienie i 
nadstawiła uszu.

 

Mówił Dallas.

 

-

 

Jest twoją dziewczyną, tak? 

-

 

No. 

-

 

Ma silny charakter, co? 

-

 

Co masz na myśli? 

-

 

Wygląda  mi  na  pewną  siebie.  No  i  jest  silna  jak 

na dziewczynę o takiej budowie ciała. 

Amy  z  trudem  dosłyszała  potwierdzający  pomruk  z 

ust  Erica.  Nie  obawiała  się.  Wiedziała,  Ŝe  nie  powie 
opiekunowi,  dlaczego  jest  tak  silna.  Mogła  być  pewna 
jego  lojalności.  Nawet  gdyby  był  na  nią  nie  wiadomo 
jak wściekły, nie zdradziłby jej.

 

-

 

Jest teŜ bystra - ciągnął Dallas. - Nie do wiary, jak 

szybko potrafi robić obliczenia w pamięci. Jest jakimś 
geniuszem czy kimś takim? 

-

 

Nie - powiedział szybko Erie. - Jest dobra z mat-

my. Ma same piątki. 

-

 

Pewnie jest ci cięŜko - stwierdził Dallas., 

Erie albo nie odpowiedział, albo zrobił to tak cicho, 

Ŝ

e Amy tego nie usłyszała.

 

-  Wiem,  jak  to  jest-ciągnął  opiekun.  -Trudno  jest 

wytrzymać  z  dziewczyną,  która  zachowuje  się  tak, 
jakby  wszystko  wiedziała  najlepiej.  Zwłaszcza  kiedy 
robi to przy innych.

 

Tym razem Amy usłyszała mruknięcie Erica: „Uhm".

 

A więc chodziło o to. Erie nie uznawał jej zdolności

 

za coś okropnego. Po prostu nie chciał, by inni wiedzieli,

 

60

 

background image

Ŝ

e  jest  od  niego  silniejsza,  mądrzejsza  i  lepsza  we 

wszystkim. Pokręciła głową. Ach, te chłopaki!

 

No cóŜ, przynajmniej poznała odpowiedź, o którą 

jej chodziło. Mogła wrócić do namiotu i zacząć myśleć, 
jak  wprawić  Erica  w  lepszy  humor.  Nie  oparła  się 
jednak  pokusie,  by  jeszcze  przez  chwilę  posłuchać 
Dallasa.

 

-  Coś  ci  poradzę,  Erie.  Nie  moŜesz  pozwolić,  by 

twoja  dziewczyna  była  zbyt  zarozumiała.  Wierz  mi, 
znam się na tym. Flora rozstawia mnie po kątach, bo 
ona tu jest szefową. Nie cierpię jednak, kiedy okazuje 
to przy was.

 

Amy  była  nieco  zdumiona.  Słowa  opiekuna  nie 

zaskoczyły jej -w końcu zauwaŜała ponure spojrzenia, 
jakimi  od  czasu  do  czasu  obrzucał  Florę.  Dziwne 
jednak było to, Ŝe zwierza się ze swoich uczuć właśnie 
Ericowi.  Ani  chybi  się  zaprzyjaźnili.  Amy  miała  na-
dzieję, Ŝe jej chłopak pod wpływem Dallasa nie zacznie 
zgrywać twardziela.

 

Musiała się zastanowić, jak uśmierzyć jego frustrację. 

Mogła  go  przeprosić,  ale  nie  była  pewna,  czy  to 
pomoŜe.  Kto  wie,  moŜe  w  ten  sposób  tylko  przypo-
mniałaby mu, Ŝe zawsze będzie od niego lepsza. MoŜe 
przez pewien czas powinna zachowywać swoje poglądy 
dla siebie...

 

Zatopiona w myślach, nie od razu zwróciła uwagę 

na cichy dźwięk. Kiedy w końcu uświadomiła sobie, 
Ŝ

e coś słyszy, zatrzymała się i rozejrzała. Był to ludzki 

głos, dochodzący od strony głazu, na który uczestnicy 
wyprawy wspinali się tego dnia. Amy miała nadzieję, 
Ŝ

e  jest  tam  Flora,  i  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  nie 

miałaby nic przeciwko temu, by porozmawiać o chło-
pakach ze starszą, bardziej doświadczoną kobietą.

 

61

 

background image

Podeszła ścieŜką do głazu. Kiedy zza gałęzi wyłoniła 

się wysoka skała, Amy od razu zauwaŜyła, Ŝe siedzi na 
niej nie Flora, lecz Andy.

 

Obserwowała  go  przez  chwilę.  Wpatrywał  się  w 

niebo,  nucąc  cicho  jakąś  melodię.  Potem  spojrzał  na 
Amy  z  uśmiechem  na  twarzy.  Znowu  poczuła  więź, 
która  zdawała  się  ich  łączyć.  Jego  uśmiech  był  wręcz 
hipnotyzujący. Dziewczyna podeszła do głazu.

 

Nie okazał zdumienia na jej widok.

 

-

 

Cześć. TeŜ nie mogłaś zasnąć? 

Skinęła głową. 
-

 

Co robisz? 

Uśmiechnął się do niej z lekkim wstydem.

 

-

 

Obserwuję gwiazdy. To tak jakby moje hobby. 

-

 

Naprawdę? Masz w domu teleskop? 

 

-

 

Nie,  nie  traktuję  tego  aŜ  tak  powaŜnie.  Lubię 

patrzeć na gwiazdozbiory, A ty? 

-

 

Kiedyś  byłam  na  wycieczce  w  planetarium  ze 

swoją  klasą-powiedziała  Amy.  -Ale  prawdę  mówiąc, 
miałam kłopoty z wypatrzeniem jakichkolwiek wzorów 
na  niebie.  Przypominało  mi  to  zabawę  w  łączenie 
kropek,  niestety  nie  mogłam  uŜyć  ołówka,  więc  wi-
działam mnóstwo świetlnych punkcików i nic poza tym! 

Andy parsknął śmiechem.

 

-  Chodź tu na górę, pomogę ci je połączyć. 
Amy wdrapała się na głaz, a chłopiec przesunął się,

 

by zrobić jej miejsce.

 

-

 

Słyszałaś o Wielkim Wozie, prawda? - spytał. 

-

 

No pewnie. 

 

-

 

Dobrze, więc spójrz tam. Widzisz siedem jasnych 

gwiazd? 

-

 

Widzę. 

62

 

background image

-

 

Tworzą kontury wozu. Trzy z nich składają się na 

dyszel, a pozostałe cztery to sam wóz. 

-

 

Aha.  -  Amy  wytęŜyła  wzrok,  próbując  wyłowić 

spośród  morza  gwiazd  konstelację,  o  której  mówił 
Andy. - Rzeczywiście! 

-

 

A  tam,  po  lewej,  jest  Mały  Wóz.  A  tamta  grupa 

gwiazd  to  Orion,  widać  teŜ  Pas  Oriona.  A  te  pięć 
gwiazd w kształcie litery W to Kasjopeja. 

Ku swojemu zdumieniu, Amy odkryła, Ŝe jest w sta-

nie odróŜnić kształty, które chłopiec opisuje.

 

-

 

Ojej, wspaniałe! 

-

 

A  tam  jest  moja  ulubiona  konstelacja.  Plejady. 

Widzisz fe siedem gwiazd? 

Amy policzyła je.

 

-

 

Jeden,  dwa,  trzy,  cztery,  pięć,  sześć,  siedem... 

rzeczywiście! 

-

 

Widzisz wszystkie siedem? 

-

 

No pewnie. Czemu pytasz? 

-

 

Większość ludzi widzi tylko sześć - rzekł An-dy. 

-

 

No... mam dobry wzrok. 

-

 

To tak jak ja. Wiesz, co jest ciekawe? Te wzory, 

które widzimy na niebie, wcale nie są rzeczywiste. To 
znaczy, w kosmosie gwiazdy ułoŜone są w inny sposób, 
niŜ nam się wydaje, kiedy patrzymy na nie z powierzch-
ni Ziemi. 

-

 

Czy moŜna by jakoś zobaczyć prawdziwe kształty 

gwiazdozbiorów? - spytała Amy. 

-

 

Nie  sądzę.  Nawet  najdoskonalszy  wzrok  nic  nie 

pomoŜe. 

Przez dłuŜszą chwilę milczeli, wpatrzeni w światełka 

na niebie. Ciszę przerwał Andy.

 

-  Co myślisz o dzisiejszych ćwiczeniach?

 

63

 

background image

-

 

W  porządku  -  powiedziała  Amy.  -  Ta  próba  za-

ufania, czy jak to się nazywa, była trochę dziwna. 

-

 

Tak, wiem, o co ci chodzi. Najgorzej było, kiedy 

musiałem  upaść  na  Willarda.  Wydawał  się  tak  zde-
nerwowany, Ŝe przez chwilę bałem się, Ŝe odsunie się 
w bok! 

Amy  parsknęła  śmiechem.  Ona  teŜ  nie  czuła  się 

pewnie, ćwicząc z Willardem.

 

-

 

Trochę  się  niepokoiłem  o  twoją  przyjaciółkę, 

Tashę  -  ciągnął.  -  Jest  dość  drobna.  Bałem  się,  Ŝe  ją 
przewrócę. 

-

 

Jest silniejsza, niŜ się wydaje -zapewniła go Amy. 

-

 

Tak  jak  ty  -  skwitował  Andy.  -  Kiedy  byłaś  za 

moimi  plecami,  nie  bałem  się,  Ŝe  upadnę  na  ziemię. 
Wiedziałem, Ŝe mnie złapiesz. 

-

 

Ach  tak?  -  Amy  figlarnie  uderzyła  go  w  ramię.  -

Skąd ta pewność? 

-

 

Ufam ci - odparł krótko. - Nie wiem dlaczego, po 

prostu  czuję  się  tak,  jakbym...  jakbym  cię  znał. 
Jakbyśmy byli przyjaciółmi czy coś w tym stylu. 

Amy nie była pewna, co powiedzieć.

 

-

 

To tak jak ja -wypaliła, ku swojemu zaskoczeniu. 

-

 

Naprawdę? 

-

 

Mam wraŜenie, Ŝe kiedyś juŜ się spotkaliśmy. Ale 

to  niemoŜliwe.  Zapamiętałabym  cię.  -Zawiesiła  głos.  -
MoŜe to przez naszą wczorajszą rozmowę. 

-

 

MoŜe  -  powtórzył  za  nią,  lecz  nie  zabrzmiało  to 

przekonująco. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, ale nie czuli się 

niezręcznie. Mimo to Amy miała wraŜenie, Ŝe to trochę 
dziwna  sytuacja:  w  końcu  była  sam  na  sam  z  chłopa-
kiem, którego prawie nie znała, nawet jeśli nie wydawał 
jej się obcy.

 

64

 

background image

-

 

Dobrze  sobie  dziś  radziłeś  z  asekurowaniem  -

zagaiła, by przerwać ciszę. - Najlepiej ze wszystkich. 

-

 

Dzięki.  Mam  w  tym  trochę  doświadczenia.  Od 

czasu do czasu łazimy z ojcem po skałach. 

-

 

Jesteście sobie bliscy, prawda? 

-

 

Tak - przyznał chłopiec. - Mimo Ŝe całkowicie się 

od  siebie  róŜnimy.  Słowo  daję,  czasami  patrzymy  na 
siebie, jakbyśmy pochodzili z róŜnych planet. 

Amy roześmiała się.

 

-

 

Moja mama teŜ czasem tak na mnie patrzy, ale ja 

odpłacam  jej  się  pięknym  za  nadobne.  Większość 
moich  znajomych  uwaŜa,  Ŝe  przynajmniej  jedno  z  ich 
rodziców jest kosmitą. 

-

 

W  moim  przypadku  jest  inaczej  -  powiedział 

Andy.  -  Zostałem  adoptowany.  Więc  właściwie  nie 
jestem spokrewniony z ojcem. 

To było ciekawe. W pewnym sensie Amy teŜ została 

adoptowana,  a  przynajmniej  z  matką  nie  łączyły  jej 
więzy  krwi.  Nie  mogła  jednak  powiedzieć  o  tym 
Andy'emu. Gdyby to zrobiła, jemu na pewno nasunęło-
by się wiele pytań. Takich jak te, które ona chciała mu 
zadać w tej chwili.

 

-

 

Wiesz  cokolwiek  o  swoich  biologicznych  ro-

dzicach? 

-

 

Nie, nic. 

-

 

Kiedyś oglądałam w telewizji film o adoptowanej 

dziewczynie,  która  szukała  swojej  biologicznej  matki. 
Nie myślałeś o tym, Ŝeby zrobić coś takiego? 

-

 

Raczej nie. 

-

 

Nie ciekawi cię to? 

-

 

Nie. 

Nagle zrobiło jej się głupio, Ŝe zadaje tyle pytań.

 

65

 

background image

Musiał o niej pomyśleć, Ŝe jest strasznie wścibska. Czy 
chciał, Ŝeby zostawiła go w spokoju?

 

Najwyraźniej nie, bo' to on zadał następne pytanie.

 

-

 

Ten Erie... jest bratem Tashy, prawda? 

-

 

Tak - odparła Amy. Andy 

milczał przez chwilę. 
-

 

I twoim chłopakiem, zgadza się? -rzekł wreszcie. 

-  Tak.  -  Powiedziała  to  ostrzejszym  tonem,  niŜ 

zamierzała.

 

Andy  spojrzał  na  nią  z  nieskrywanym  zaintere-

sowaniem.

 

-

 

Nie  zachowuje  się  fair  wobec  ciebie  -  zauwaŜył 

oschłym tonem. Amy nic nie powiedziała, więc dodał: -
Przepraszam, to nie moja sprawa. 

-

 

Nic się nie stało - rzuciła odruchowo. 

-

 

Przypadkiem  usłyszałem,  jak  się  do  ciebie  zwra-

cał -  wyjaśnił Andy. -  Wtedy, kiedy pokazywałaś mu, 
jak trzymać linę. 

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

 

-

 

Chyba było mu głupio, Ŝe pouczam go na oczach 

wszystkich. Wiesz, jakie są chłopaki. 

-

 

Nie  -  stwierdził  Andy.  -  Nie  wiem.  Co  go  właś-

ciwie gryzie? 

-

 

Nic. - Czuła się niezręcznie, rozmawiając o Ericu 

z Andym. 

-

 

Gdybym to ja był twoim chłopakiem, nie zwracał-

bym się do ciebie tak jak on. 

Amy  pomyślała,  Ŝe  powinna  przytrzeć  mu  nosa, 

powiedzieć  coś  w  stylu  „No  cóŜ,  nie  jesteś  moim 
chłopakiem".  Jednak,  nie  wiedzieć  czemu,  nie  mogła 
wydobyć z siebie nawet słowa.

 

-  Andy?  Andy,  to  ty?  -  z  dołu  dobiegł  dźwięczny 

głos. U podnóŜa głazu stała Brooke.

 

66

 

background image

-

 

Tak, to ja - odparł chłopiec. 

-

 

I ja - dodała Amy. 

Głos Brooke zmienił się lekko.

 

-  Aha. Cześć, Amy. Co robicie?

 

Patrzymy na gwiazdy - powiedział Andy. 

Amy próbowała nieco odromantycznić obraz przy 
wołany przez te słowa.

 

-  Interesujesz  się  astronomią,  Brooke?  Andy  zna 

wszystkie  gwiazdozbiory.  Właśnie  pokazuje  mi,  jak  je 
odróŜnić. Patrzymy na Plejady.

 

-

 

Nie wątpię -rzuciła Brooke głosem pełnym ironii. 

Wtedy £v twarz Amy uderzył snop jasnego światła. 
-

 

Brooke! Zgaś latarkę! 

Ale to nie Brooke ją trzymała.

 

-

 

Co wy tam robicie? - Do głazu zbliŜał się Dallas, 

ś

wiecąc Andy'emu i Amy prosto w oczy. 

-

 

Rozmawiamy - powiedział Andy. 

-

 

Powinniście  być  w  swoich  namiotach.  -  Opiekun 

przesunął  wzrokiem  po  ich  twarzach.  -  Przed  wami 
cięŜki dzień, musicie się wyspać. Zresztą zaraz zacznie 
padać.  -  Nawet  nie  próbował  ukryć  irytacji  brzmiącej 
w  jego  głosie.  -  A  poza  tym  na  Dzikiej  Przygodzie 
obowiązują  pewne  zasady.  Nie  wolno  robić  głupstw. 
Dlatego dziewczęta i chłopcy mieszkają oddzielnie. 

Amy wbiła się w niego wzrokiem.

 

-

 

Nie  robiliśmy  Ŝadnych  głupstw  -  oświadczyła  z 

godnością. - Jeśli tak bardzo cię to ciekawi, to wiedz, Ŝe 
obserwowaliśmy gwiazdy. Wielki Wóz i tak dalej. 

-

 

Tak, jasne - Ŝachnął się Dallas. - Jest tyle chmur, 

Ŝ

e prawie nie  widać księŜyca. -Jakby na potwierdzenie 

jego  słów  z  oddali  dobiegł  cichy  grzmot,  a  niebo 
przecięła błyskawica. Po kilku sekundach spadły pierw-
sze krople deszczu. 

67

 

background image

Amy i Andy zeszli ze skały i wszyscy razem rzucili 

się  biegiem  w  stronę  obozu.  Amy  wpadła  do  namiotu 
tuŜ przed swoją współlokatorką.

 

-

 

O rany, ale zmokłam - powiedziała. Wzięła sobie 

ręcznik, a drugi rzuciła koleŜance. 

-

 

Co  tak  naprawdę  robiliście  na  tej  skale?  -  dopy-

tywała się Brooke. 

-

 

Patrzyliśmy na gwiazdy, i tyle. I rozmawialiśmy. 

Nie robiliśmy Ŝadnych głupstw. 

Brooke pociągnęła nosem.

 

-  No, ja myślę. Myślałam, Ŝe masz juŜ chłopaka.

 

-  Bo mam. - Amy wczołgała się do śpiwora. 
A przynajmniej tak jej się wydawało.

 

background image

 

   Następnego  ranka  Amy  spotkała  Tashę  nad  strumy-
kiem, gdzie obie umyły się i wyszorowały zęby. Ziemia 
była  rozmokła  od  deszczu.  Tasha,  ubrana  w  kostium 
kąpielowy,  niepewnie  weszła  do  strumyka  i  się 
skrzywiła.

 

-

 

Co, woda za zimna? - spytała ją przyjaciółka. 

-

 

Nie, boję się, Ŝe zaraz wdepnę w jakieś ohydztwo. 

- Tasha westchnęła. –Wiesz jaka jest największa zaleta 
wanny? Nie ma w niej ryb. 

Amy weszła do wody kostką mydła.

 

-

 

Fajnie  jest  myć  się  pod  gołym  niebem.  Zupełnie, 

jakbyśmy trafiły do epoki kamienia łupanego. 

-

 

Dziękuję,  wolę  ucywilizowany  świat  -  odparła 

Tasha. 

-

 

No  co  ty!  Nie  mów,  Ŝe  ci  się  tu  zupełnie  nie 

podoba. 

69

 

 

Rozdział szósty

 

background image

-

 

No, aŜ tak źle to nie jest - przyznana przyjaciółka 

A my. - Co mamy dzisiaj robić? 

-

 

Zdaje  się,  Ŝe  będziemy  pływać  pontonami  po 

rzece. Pamiętasz to zdjęcie w prospekcie? 

-

 

Oj, tak. - Ton Tashy wskazywał, Ŝe nie jest to dla 

niej miłe wspomnienie. - Wyglądało to dość groźnie. 

-

 

Emocjonująco  -  poprawiła  ją  Amy.  ~  Zobaczysz, 

spodoba ci się. 

-

 

Pod  warunkiem,  Ŝe  będę  w  tym  samym  pontonie 

co ty. 

-

 

ZaleŜy, jak nas podzielą na grupy. 

-

 

Amy, proszę cię, bądź ze mną w pontonie -błagała 

ją  Tasha.  -  Zrób  duŜo  szumu.  Powiedz,  Ŝe  wpadnę  w 
panikę albo przeŜyję załamanie nerwowe. 

-

 

Załamanie nerwowe? Nie przesadzasz? 

-

 

Niekoniecznie.  No  dobrze,  moŜe  załamanie  to  za 

duŜo  powiedziane.  Ale  jeśli  będziemy  się  kolebać  na 
wodzie, to na pewno się porzygam. To nie wystarczy? 

Amy wybuchnęła śmiechem.

 

-

 

Ś

wietnie.  Chcesz,  Ŝebyśmy  były  razem,  bo  wtedy 

będziesz mogła mnie obrzygać. 

-

 

No wiesz, wolę obrzygać ciebie niŜ kogoś obcego. 

-

 

Na przykład Dal łasa? - spytała Amy z łobuzerskim 

mrugnięciem. 

Tasha zarumieniła się.

 

-

 

Ojej,  a  gdybym  tak  porzygała  się  przy  nim? 

Chyba umarłabym ze wstydu. 

-

 

Nie  mów,  Ŝe  się  w  nim  zakochałaś!  Nie  jest  dla 

ciebie trochę za stary? 

-

 

KaŜdemu  wolno  marzyć,  nie?  Nie  sądzisz,  Ŝe  jest 

seksowny? 

-

 

Nie za bardzo - odparła szczerze Amy. Dallas 

70

 

background image

stracił w jej oczach przez to, jak w nocy zachowywał 
się wobec niej i Andy'ego. Jej opinia nie uraziła 
Tashy.

 

-  Tak  to  pewnie  jest,  jak  się  ma  chłopaka.  Inni 

faceci przestają się wydawać seksowni.

 

Amy nie wiedziała, co powiedzieć.

 

-  Oczywiście,  nie  miałabym  nic  przeciwko  temu, 

Ŝ

eby  znaleźć  się  w  tym  samym  pontonie,  co  Dallas  - 

ciągnęła  Tasha.  -  Gdybym  wpadła  do  rzeki,  mógłby 
mnie uratować. - Zrobiło jej się ciepło koło serca.

 

Wyglądało jednak na to, Ŝe tego dnia z pływania nici.

 

-

 

W nocy spadł duŜy deszcz - oznajmiła Flora przy 

ś

niadaniu.  -  Poziom  wody  jest  za  wysoki.  W  takich 

warunkach  nie  wolno  pływać  pontonami.  -  Podniosła 
rękę,  by  uciszyć  jęki  obozowiczów.  -  Zamiast  tego 
połazimy po skałach. A  jeśli przez najbliŜsze dwa dni 
nie  będzie  padać,  woda  opadnie  do  poziomu,  przy 
którym moŜna będzie spuścić na rzekę pontony. 

-

 

Chwileczkę  -  wtrącił  Dallas.  -  Dopuszczalny  po-

ziom  przekroczony  jest  tylko  nieznacznie.  Nie  rozu-
miem, czemu nie moŜemy dziś popływać. PrzecieŜ nie 
robi  to  wielkiej  róŜnicy.  Pływałem  po  bardziej  wzbu-
rzonych rzekach i nie miałem Ŝadnych kłopotów. 

Twarz  opiekunki  zachmurzyła  się  na  chwilę,  ale  jej 

głos był spokojny.

 

-

 

Ja teŜ, ale zasady to zasady. Poziom wody wynosi 

dwa przecinek pięć, a według przepisów Dzikiej Przy-
gody  spływ  moŜe  się  odbyć  tylko  przy  poziomie  nie 
większym niŜ dwa przecinek trzy. 

-

 

No  coś  ty!  -  zaprotestował  Dallas.  -  Dwa  prze-

cinek trzy, dwa przecinek pięć, co za róŜnica? Czepiasz 
się. 

-

 

No właśnie - wtrącił się Erie. - Dlaczego nie 

71

 

background image

nagiąć  przepisów?  Nie  przeszkadza  mi  to,  Ŝe  poziom 
wody jest za wysoki o dwie dziesiąte. A wam?

 

Andy  i  Brooke  wydali  z  siebie  przeczące  pomruki. 

Flora jednak nadal kręciła głową.

 

-

 

Przykro  mi  -  zaczęła,  ale  zanim  zdołała  powie-

dzieć cokolwiek więcej, Dallas wziąłjąza rękę. Odeszli 
od  ogniska,  Ŝeby  nikt  nie  słyszał  ich  rozmowy.  Nie 
mogli  wiedzieć,  Ŝe  jedna  z  ich  podopiecznych  ob-
darzona  jest  doskonałym  słuchem.  Amy  nadstawiła 
uszu. 

-

 

To  idiotyzm  -  mówił  opiekun.  -  Cały  plan  diabli 

wezmą.  We  wtorek  mają  przywieźć  lotnie,  zapom-
niałaś? Poza tym, jeśli dziś spadnie deszcz, to poziom 
wody  rzeczywiście  stanie  się  za  wysoki  i  do  końca 
tygodnia nie wróci do normy. 

-

 

Ale, Dallas... 

-

 

Słuchaj,  moŜe  i  jesteś  tu  szefową,  ale  ja  jestem 

bardziej doświadczony w pływaniu po górskich rzekach. 
Pamiętasz  wakacje  w  Kolorado?  Pamiętasz,  jak  sobie 
radziłem na kataraktach? Co, nie zgodzisz się, Ŝe wiem 
o tym więcej od ciebie? 

Amy nie widziała twarzy opiekunów, ale domyślała 

się,  Ŝe  Flora  ma  rozdarte  serce;  z  jednej  strony  wie-
działa, Ŝe musi przestrzegać przepisów, a z drugiej nie 
chciała  zranić  dumy  Dallasa.  Amy  doskonale  ją  rozu-
miała. Spojrzała na Erica, a on na nią. Szybko odwrócił 
wzrok.

 

PogrąŜona  w zamyśleniu  dziewczyna  nie  wysłuchała 

dalszego ciągu rozmowy dwójki opiekunów. Najwyraź-
niej Flora dała za wygraną, poniewaŜ kiedy wrócili do 
grupy,  oświadczyła,  Ŝe  jednak  będą  dzisiaj  pływać  na 
pontonach.

 

Na brzegu rzeki Amy musiała przyznać, Ŝe woda

 

72

 

background image

wcale nie wygląda groźnie. Jej powierzchnia była 
gładka jak jedwab, przejrzysta i spokojna. Dallas zajął 
się nadmuchiwaniem pontonów, a Flora rozdała człon-
kom grupy pomarańczowe kamizelki ratunkowe. Erie 
zaprotestował.

 

-

 

Musimy  to  nosić?  Spójrz  na  wodę!  Trzeba  by 

wskoczyć do niej z bryłą betonu u szyi, Ŝeby się utopić! 

-

 

Przykro mi -powiedziała spokojnie Flora. - Prze-

pisy  obowiązują  wszystkich.  A  w  dole  rzeki  woda 
moŜe być bardziej wzburzona. 

Amy  zauwaŜyła,  Ŝe  Erie  wymienia  porozumiewaw-

cze spojrzenia z Dallasem. Była trochę zaniepokojona 
wpływem, jaki opiekun wywiera na jej chłopaka. Ko-
niecznie musiała porozmawiać z Erikiem na osobności.

 

Zanim  członkowie  grupy  weszli  do  pontonów,  mu-

sieli  wysłuchać  instrukcji.  Flora  powiedziała  im,  co 
robić, gdyby ktoś wpadł do wody.

 

-  Najlepiej, Ŝebyście płynęli na plecach, nogami do 

przodu,  tak  by  odrzucać  na  bok  kamienie.  Dallas, 
mógłbyś im pokazać, jak posługiwać się wiosłem?

 

Opiekun podniósł wiosła.

 

-

 

To  jest  uderzenie  zwykłe  -  powiedział,  demon-

strując. - Gdybyście musieli ominąć przeszkodę, prze-
ciągacie  je  przez  wodę  o  tak,  pod  prąd.  Starajcie  się 
nie wypuszczać go z ręki, bo kiedy wpadnie do rzeki, 
trudno je będzie wyciągnąć, zwłaszcza gdyby nurt był 
zbyt wartki. Musicie mocno trzymać wiosło, oburącz i... 

-

 

Dallas  -  przerwała  mu  Flora.  -  Odstęp  między 

dłońmi powinien być większy. Wtedy ma się większą 
swobodę ruchów. 

Przez twarz opiekuna przebiegł cień, ale Flora albo 

tego  nie  zauwaŜyła,  albo  postanowiła  zignorować. 
Szybko podzieliła podopiecznych na dwie grupy. Tasha

 

73

 

background image

miała  szczęście.  W  jej  pontonie  mieli  być  i  Amy,  i 
Dallas.  Czwartym  członkiem  załogi  był  Erie.  Chłopcy 
bez słowa zasiedli z przodu, a dziewczęta z tylu. Amy 
była  zirytowana,  Ŝe  ci  dwaj  od  razu,  bez  pytania, 
uznali,  Ŝe  to  im  naleŜą  się  lepsze  miejsca,  ale  nic  nie 
powiedziała.  Nie  chciała  znowu  kłócić  się  z  Erikśem, 
zwłaszcza w obecności jego nowego idola.

 

Rozsiadła  się  wygodnie.  Świeciło  słońce,  powietrze 

było  świeŜe,  a  ona  przyjechała  tu,  Ŝeby  dobrze  się 
bawić.  Ten  spiyw  w  niczym  jednak  nie  przypominał 
tego  ze  zdjęcia  w  prospekcie.  Pontony  nie  płynęły 
szybko - nikt nie wiosłował gwałtownie. Amy czuła się 
tak, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie.

 

Drugi  ponton  podpłynął  na  odległość  półtora  metra. 

Amy uśmiechnęła się do Andy'ego, który siedział obok 
Brooke,  za  plecami  Flory  i  Willarda.  Jak  widać,  nie 
wszystkim chłopakom zaleŜało na tym, by być z przodu.

 

Brooke  była  rozpromieniona.  Na  widok  Amy  skrzy-

wiła  usta  w  triumfalnym  uśmiechu.  Ta  odpowiedziała 
jej tym samym. Nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek 
zepsuł jej ten dzień.

 

-

 

To mi się podoba - oświadczyła Tasha. 

-

 

Jest przyjemnie. Niezbyt to emocjonujące... 

-

 

Wiem - powiedziała Tasha radośnie. - Dlatego mi 

się  podoba.  -  Wychyliła  się  i  powiodła  dłonią  po 
powierzchni wody. 

-

 

Trzymaj wiosło - ostrzegła ją Amy, 

-

 

Mam  taki  zamiar  -  powiedziała  jej  przyjaciółka 

rozmarzonym  tonem.  -  Właściwie  to  i  tak  ich  nie 
potrzebujemy. 

-

 

Na razie. Ale jeśli woda zacznie się burzyć, wiosła 

będą nam potrzebne do sterowania pontonem. 

-

 

Mhm - mruknęła Tasha. Jej oczy były na wpół 

74

 

background image

zamknięte,  a  na  twarzy  malował  się  wyraz  spokoju  i 
zadowolenia.  Właśnie  dlatego  Amy  nie  wspomniała 
ani słowem, Ŝe słyszy jakiś dziwny dźwięk.

 

Oczywiście,  mogła  się  mylić.  Jej  słuch  był  wyjąt-

kowy, lecz czasami płatał figle. Ten niewyraźny szum -
to  mógł  być  tylko  wiatr.  Ale  po  kilku  sekundach 
dziewczyna nabrała pewności, Ŝe to co innego.

 

Poklepała opiekuna po plecach.

 

-  Dallas, czy przed nami są katarakty?

 

Właśnie  opowiadał  Ericowi,  jak  to  kiedyś  był  na 

spływie, który o mało co nie zakończył się katastrofą, 
i zdawał się jej nie słyszeć.

 

-

 

Dallas - powtórzyła, tym razem głośniej. 

-

 

Co? - spytał. 

Jeszcze raz zapytała go o katarakty na rzece.

 

-  Niczego  nie  widzę  -  powiedział.  -  Spokojnie! 

Znasz takie powiedzenie: nie wywołuj wilka z lasu?

 

Jak  mogła  się  przyznać,  Ŝe  słyszy  coś,  czego  nie 

słyszał nikt inny? Delikatnie dotknęła ramienia Erica i 
pochyliła się do jego ucha.

 

-  Erie? - szepnęła. - Coś słyszę. - Na pewno wyczuł 

niepokój  w  jej  głosie.  Wiedział  o  zdolnościach  Amy, 
musiał więc potraktować ją powaŜnie.

 

Był  jednak  całkowicie  pochłonięty  opowieścią  Dal-

lasa.  Amy  nie  mogła  ostrzec  ich  przed  tym,  co  się 
zbliŜało, nie ujawniając swoich niezwykłych zdolności. 
A kiedy przed pontonem pojawiła się spieniona woda, 
było juŜ prawic za późno.

 

Z drugiego pontonu dobiegł okrzyk ledwo słyszalny 

wśród ryku wody.

 

-  Katarakta  z  przodu!  -  krzyczała  Flora  na  cały 

głos. - Wygląda groźnie!

 

Amy ścisnęła wiosło. W tej samej chwili ponton

 

75

 

background image

runął w spienioną wodę. Siła uderzenia rzuciła wszyst-
kich  do  tyłu.  Amy  usłyszała  pisk  przyjaciółki.  Ze 
wszystkich  stron  widać  było  tylko  rozszalały  Ŝywioł. 
Ponton  przedzierał  się  przez  ogromne  fale.  Tasha  nie 
przestawała  krzyczeć.  Amy  zorientowała  się  dlaczego, 
dopiero  gdy  woda  nieco  się  uspokoiła.  Erie  wpadł  do 
rzeki.

 

Zerwała się na nogi i juŜ miała wskoczyć do wody, 

kiedy Dallas złapał ją za rękę. Mogła mu się wyrwać, 
ale nie było to konieczne. Dallas rzucił Ericowi linę, a 
niedoszły  topielec  złapał  ją  oburącz.  Powierzchnia 
rzeki była juŜ niemal gładka. Erie bez trudu utrzymywał 
głowę  ponad  lustrem  wody,  a  Dallas  go  wciągał. 
Przemoczony do suchej nitki chłopak wgramolił się do 
pontonu,  ale  nie  wyglądał  na  zbyt  przejętego  całym 
tym  zdarzeniem. Wręcz przeciwnie, sprawiał  wraŜenie 
dumnego z siebie.

 

-

 

Dzięki,  stary  -  zwrócił  się  do  opiekuna.  -  Myś-

lałem, Ŝe dam radę przypłynąć, ale nurt był za silny. 

-

 

Jak się czujesz? - spytała Amy z niepokojem. 

-  Dobrze - odparł chłopiec. - To nic takiego. 
Amy uznała, Ŝe dobrze zrobiła, nie wskakując za

 

nim  do  rzeki.  Sądząc  po  tym,  jak  się  ostatnio  za-
chowywał,  pewnie  obraziłby  się  na  nią  za  to,  Ŝe  pró-
bowała go ratować.

 

-

 

Czy  coś  takiego  jeszcze  się  powtórzy?  -  spytała 

Tasha  głosem  pełnym  lęku.  -  Czy  rzeka  będzie  juŜ 
spokojna? 

-

 

Nie  sądzę  -powiedział  Dallas.  -Ale  nie  przejmuj 

się,  wystarczy  nam  liny!  A  jeśli  nie  dasz  rady  jej 
złapać, ja cię uratuję. 

Słowa  chyba  uspokoiły  dziewczynę,  ale  rysy  jej 

twarzy pozostawały napięte. Woda nie była juŜ tak

 

76

 

background image

spokojna.  Z kaŜdą chwilą, pojawiało się  coraz więcej 
piany,  a  Ŝywioł  miotał  pontonem  na  wszystkie  strony. 
Huk wzburzonej wody był coraz głośniejszy.

 

-  UwaŜajcie na śpiochy! - krzyknęła Flora. 
Amy nachyliła się do ucha Dallasa.

 

~ Co to jest śpioch?! - krzyknęła.

 

-  Kamień zanurzony tuŜ pod powierzchnią, wody! - 

odkrzyknął.

 

Widziała  jego  twarz  tylko  przez  ułamek  sekundy, 

ale  to  wystarczyło,  by  wyczytać  z  niej  niepokój.  Po 
chwili uświadomiła sobie, Ŝe nikt nie uŜywa wioseł -to 
nurt pchał ponton w dół rzeki.

 

Drugi ponton znalazł się z przodu. Wśród strzelają-

cych  w  górę  fontann  spienionej  wody  Amy  zauwaŜyła 
Florę.  Opiekunka  odwróciła  się  do  niej  i  zaczęła  coś 
krzyczeć.  Jednak  ogłuszający  huk  wzburzonej  rzeki 
sprawił,  Ŝe  nawet  Amy  nie  była  w  stanie  niczego 
usłyszeć. Jedno słowo odczytała z ruchu warg Flory -
wydawało  jej  się,  Ŝe  to  „katarakta".  Ponton  w  szaleń-
czym  tempie  przewalał  się  przez  fale;  uczestnikami 
spływu rzucało na wszystkie strony.

 

Amy  uświadomiła  sobie  z  przeraŜeniem,  Ŝe  nie 

widać  juŜ  drugiego  pontonu,  ale  nie  miała  czasu,  by 
się  tym  przejmować,  zaczęli  bowiem  spadać  w  dół, 
jakby  po  pionowej  ścianie.  Wszędzie  było  mnóstwo 
wody-  wypełniała  oczy,  uszy,  nos.,.  Dziewczyna  ze 
wszystkich sił trzymała się Tashy i miała nadzieję, Ŝe 
załoga drugiego pontonu jakoś sobie poradzi.

 

W chwili, kiedy  woda zaczęła nieco się uspokajać, 

do uszu Amy dobiegły okrzyki.

 

-  Flora za burtą! Jest pod wodą! Nie moŜe sięgnąć 

liny!

 

Andy stał prosto, gotowy do skoku.

 

77

 

background image

-  Nie  ruszaj  się!  -  warknął  na  niego  Dallas;  sam 

rzucił  się  do  rzeki  i  zaczął  młócić  rękami  rozhukaną 
wodę, kierując się w stronę unoszącej się na powierzch 
ni głowy Flory. Potem wszystko zakryła ściana piany.

 

Amy  i  Erie  zaczęli  wiosłować  w  stronę  brzegu. 

Drugi  ponton  ruszył  za  nimi.  Nie  wiedzieć  który  juŜ 
raz  Amy  w  duszy  podziękowała  losowi  za  swoją 
wyjątkową siłę- bez niej ich zmagania z silnym nurtem 
byłyby  bezowocne.  Bała  się,  Ŝe  członkowie  drugiej 
załogi nie poradzą sobie z Ŝywiołem.

 

Jakoś im się jednak udało i dwa pontony uderzyły o 

brzeg  niemal  w  tej  samej  chwili.  Amy  wyskoczyła  i 
wciągnęła ponton na brzeg, nie zwaŜając na to, Ŝe są w 
nim  Erie  i  Tasha.  Miała  nadzieję,  Ŝe  nikt  na  nią  nie 
patrzy.  Dwunastolatka  obdarzona  tak  wielką  siłą  z 
pewnością wzbudziłaby niezdrowe zainteresowanie.

 

Na  szczęście  Brooke  i  Willard  byli  zajęci  krzycze-

niem  na  Andy'ego,  który  właśnie  wskakiwał  do  roz-
szalałej wody. Nie widać było opiekunów.

 

Wszyscy zwalili się na ziemię, ale nikt nie odczuwał 

ulgi  -  do  chwili,  kiedy  z  wody  wyłonił  się  Dallas, 
obejmując  Florę  ramieniem.  Potem  pojawił  się  Andy. 
Obydwaj  wytoczyli  się  na  brzeg.  Dallas  połoŜył  Florę 
na ziemi i zaczął jej robić sztuczne oddychanie.

 

Uczestnicy  obozu  podeszli  do  nich,  nie  odzywając 

się ani słowem. Dallas przyciskał usta do ust Flory. Po 
chwili  zaczął  rytmicznie  walić  ją  pięścią  w  pierś,  a 
następnie znów wdmuchnął powietrze do jej ust.

 

Amy nie miała pojęcia, jak długo to trwało. W końcu 

jednak  Dallas  dał  za  wygraną.  Bezwładne  ciało  Flory 
przypominało  sfatygowaną  szmacianą  lalkę.  Wszyscy 
domyślili się prawdy, zanim usłyszeli jąz ust opiekuna.

 

-  Ona nie Ŝyje.

 

78

 

background image

NOTATKA DO SEKRETARZA: ZAPIS 

ROZMOWY TELEFONICZNEJ Z D

 

-

 

MASZ COŚ DO ZAMELDOWANIA? 

-

 

WSZYSTKO IDZIE ZGODNIE Z PLANEM. 

-

 

TO DOBRZE. PODEJRZEWAJĄ COŚ? 

-

 

NIE.  BYŁA  PEWNA  PRZESZKODA,  ALE  ZO-

STAŁA USUNIĘTA. 

-

 

JAKI BĘDZIE TWÓJ NASTĘPNY KROK? 

-

 

ZAMIERZAM  ZAARANśOWAĆ  SYTUACJE, 

W  KTÓRYCH  ZOSTANĄ  SPRAWDZONE  ICH 
UMIEJĘTNOŚCI. 

-

 

DOSKONALE. 

background image

 

   Brooke  próbowała  rozniecić  ogień  przy  uŜyciu  su-
chych  gałązek.  DrŜała  na  całym  ciele,  mimo  Ŝe  wciąŜ 
było  bardzo  ciepło.  Amy  to  nie  dziwiło.  PrzeraŜające 
wydarzenie,  którego  byli  świadkami,  jej  teŜ  zmroziło 
krew w Ŝyłach.

 

Była  pora  obiadu,  ale  nikt  nie  myślał  o  jedzeniu. 

Andy stał z boku, wpatrzony w dal, zatopiony w myś-
lach.  Erie  siedział  na  pniaku,  machinalnie  odłupując 
korę  z  gałęzi.  Obok  niego  była  Tasha,  która  kuliła  się 
pod drzewem, obejmując kolana rękami.

 

-  Przypomniał  mi  się  prospekt  Dzikiej  Przygody  -

mruknęła.  -  Pamiętacie,  było  w  nim  napisane,  Ŝe  na 
organizowanych  przez  tę  firmę  wyjazdach  jeszcze 
nikomu nie stało się nic złego.

 

Nikt nie wiedział, co powiedzieć.

 

80

 

 

Rozdział siódmy

 

background image

-  Zawsze musi być pierwszy raz - wykrztusił Erie. 
Brooke grzebała kijem w ogniu.

 

-  Jeszcze nigdy nie widziałam martwego człowieka.

 

A Amy owszem. śałowała, Ŝe nie moŜe jej powie-

dzieć,  Ŝe  kiedy  zobaczy  się  jednego  nieboszczyka, 
wcale nie jest łatwiej znieść widok następnego.

 

Sama wciąŜ jeszcze była w szoku. Wiedziała, Ŝe  na 

tego  typu  obozach  istnieje  ryzyko  wypadków,  ale  nie 
spodziewała się tak wielkiej tragedii. Wróciła myślami 
do  tej  pierwszej  chwili,  kiedy  do  wszystkich  dotarło, 
Ŝ

e Flora odeszła.

 

;

 .*'

 

Opiekunowie  prawdopodobnie  przeszli  szczegółowe 

szkolenie,  jak  radzić  sobie  w  nagłych  wypadkach  i 
sytuacjach kryzysowych, bo Dallas zachował kamienny 
spokój.  Od  razu  przystąpił  do  działania.  Polecił 
wszystkim, by nie ruszali się z obozu. Następnie wziął 
bezwładne ciało Flory na ręce i ruszył w stronę ścieŜki 
prowadzącej do szosy.

 

-  Ktoś  musi  mi  pomóc  ją  nieść  -  oświadczył,  zro 

biwszy kilka kroków. PołoŜył zwłoki na ziemi.

 

Andy zrobił krok do przodu, lecz opiekun patrzył na 

Willarda.

 

-

 

Dlaczego  ja?  -  zaczął  marudzić  Willard,  ale 

Brooke zgromiła go spojrzeniem, 

-

 

Zrób, co ci kaŜe - syknęła. - Nie widzisz, jak mu 

jest cięŜko?

 

=- 

Dallas  jednak  dobrze  ukrywał  swoje  uczucia.  Amy 

miała  wręcz  wraŜenie,  Ŝe  zachowuje  stoicki  spokój. 
Doszła  do  wniosku,  Ŝe  opiekun  nie  ujawnia  swoich 
prawdziwych  emocji,  by  nie  wywołać  paniki  u  pozo-
stałych. W głębi duszy musiał być zrozpaczony. W koń-
cu, mimo ich drobnych nieporozumień, Flora była dla 
niego kimś więcej niŜ tylko współpracownicą.

 

81

 

background image

Willard posłusznie powlókł się w stronę ciała. Razem 

z  Dallasem  podnieśli  Florę  i  weszli  w  las.  Od  tamtej 
pory  minęły  prawie  dwie  godziny,  ale  obozowicze 
wciąŜ jeszcze nie mogli dojść do siebie.

 

-

 

Nie  rozumiem,  jak  to  się  mogło  stać  -  mówiła 

Tasha. - Ona miała na sobie kamizelkę ratunkową, jak 
my wszyscy. 

-

 

To  przez  prąd  podpowierzchniowy  -  wyjaśnił 

Erie. - Wciągnął ją pod wodę. 

-

 

Nie od razu - stwierdziła Amy. - Jej głowa unosiła 

się na powierzchni. 

-

 

Nie zauwaŜyłam - rzuciła Brooke. 

Amy wzruszyła ramionami. Nie miała ochoty znowu 
opowiadać wszystkim o swoim dobrym wzroku. Wtedy 
Andy odezwał się po raz pierwszy od wypadku.

 

-  Ja teŜ coś widziałem.

 

Ton, jakim wypowiedział te słowa, sprawił, Ŝe wszys-

cy spojrzeli na niego wyczekująco. Chłopiec przebiegł 
oczami  po  ich  twarzach,  jakby  nie  był  pewien,  jak 
zareagują na to,  co miał im do powiedzenia. Mimo to 
zaryzykował.

 

-  Flora  trzymała  się  na  powierzchni,  dopóki  nie 

dopłynął  do  niej  Dallas.  Wepchnął  ją  pod  wodę  i 
uderzył kamieniem w głowę.

 

Amy  wbiła  w  niego  wzrok,  nie  mogła  wydobyć  z 

siebie  głosu.  Tak  samo  zareagowali  pozostali.  Erie 
pierwszy wyraził ich myśli,

 

-  Zwariowałeś?! To ma być Ŝart?! 
Andy nie obraził się. Nawet nie mrugnął.

 

-

 

Zabił ją. Dallas zabił Florę. Nie zapominajcie, Ŝe 

ja teŜ wskoczyłem do wody. Widziałem, co się stało. 

-

 

Pleciesz  głupoty!  -  krzyknęła  Tasha.  -  Flora  była 

jego dziewczyną! Po co miałby ją zabić? 

82

 

background image

-  Nie wiem! MoŜe o coś się pokłócili. MoŜe przestał 

ją kochać.

 

Brooke  najwyraźniej  odebrało  mowę.  Patrzyła  na 

Andy'ego  w  najwyŜszym  zdumieniu.  Amy  zdawała 
sobie  sprawę  z  jej  kłopotliwej  sytuacji.  Brooke  nie 
chciała  sprzeciwić  się  chłopakowi,  w  którym  się  za-
bujała, ale jednocześnie bała się, Ŝe postradał zmysły.

 

Tasha nie posiadała się z oburzenia.

 

-

 

Nawet  gdyby  juŜ  nie  kochał  Flory,  nie  zabiłby 

jej! On nie jest taki! 

-

 

Skąd wiesz? - spytał zimno Andy. - Znamy go od 

przedwczoraj. Nie wiemy, jakim jest człowiekiem. 

-

 

Jesteś  chory  -  oświadczył  twardo  Erie.  -  Dallas 

nie jest mordercą. 

-

 

Mówię  wam  tylko  to,  co  widziałem  -  odparł 

spokojnie Andy. 

Erie  był  wściekły.  Zaciskając  pięści,  zrobił  krok  w 

jego  stronę.  Amy  zaniepokoiła  się,  widząc  minę 
swego chłopaka, i stanęła między nimi,

 

-  Andy  tylko  ma  wraŜenie,  Ŝe  coś  widział  -  uspo 

koiła  Erica.  -  Wiesz,  jak  to  jest  pod  wodą.  Wszystko 
jest zniekształcone. W dodatku woda była wtedy mętna 
i  spieniona.  -  Następnie,  przybierając  łagodny  ton, 
zwróciła  się  do  Andy'ego.  -  Nie  mogłeś  niczego  zo 
baczyć. To po prostu fizycznie niemoŜliwe.

 

Andy  wpatrywał  się  w  nią  w  skupieniu,  a  w  jego 

niebieskich  oczach  było  coś,  czego  nie  potrafiła  od-
czytać. Czy zraniła go swoimi słowami? Czy uznał, Ŝe 
zarzuciła mu kłamstwo?

 

-  Andy, wyobraziłeś to sobie, i tyle -mówiła dalej. - 

To nic nadzwyczajnego. Moja wyobraźnia bez przerwy 
płata mi figle.

 

Nie zamierzał ustąpić.

 

83

 

background image

-  Wiem, co widziałem.

 

Tasha straciła panowanie nad sobą.

 

-

 

Przestań,  przestań!  Nie  mów  tego!  Jak  moŜesz 

nawet  o  tym  myśleć?  1  ani  mi  się  waŜ  obwiniać 
Dallasa.  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  wielki  musi  być 
jego ból, jak bardzo on musi cierpieć? 

-

 

Nic  mi  nie  jest,  Tasha.  -  Dallas  wyłonił  się  nie-

spodziewanie  z  cienia.  -  Uspokój  się.  -  Podszedł  do 
niej i ją_ objął. 

-

 

Nie wiesz, co on mówił - załkała Tasha. 

-

 

To  nie  ma  znaczenia.  -  Głos  opiekuna  brzmiał 

kojąco.  -  Wszyscy  jesteśmy  wstrząśnięci  i  zdenerwo-
wani,  a  ludzie  w  takim  stanie  mówią  rzeczy,  których 
wcale nie mają na myśli. 

Spojrzał na Andy'ego, który nie odwrócił wzroku.

 

-  Co  teraz  będzie?  -  spytała  Brooke,  rozładowując 

napięcie.

 

-

 

Dalej robimy swoje - odparł krótko Dallas. 

Erie nie ukrywał zdumienia. 
-

 

To znaczy, Ŝe obóz nie zostanie przerwany? 

-  Nie, to byłoby wbrew zasadom Dzikiej Przygody. 

Na  obozach  takich  jak  ten  uczymy  się  radzić  sobie 
z nieprzewidzianymi trudnościami i przeszkodami. Nie 
poddajemy się, cokolwiek by się stało.

 

Tasha,  juŜ  spokojna,  patrzyła  na  Dallasa  z  nieskry-

wanym podziwem.

 

-  Ale...  ale  jak  moŜesz  się  z  tym  pogodzić?  -  spy 

tała. - Na pewno okropnie się czujesz!

 

Dallas  skinął  głową  i  przybrał  na  twarz  smutny 

uśmiech.

 

-  Dlatego  właśnie  chcę,  Ŝebyśmy  tu  zostali.  Muszę 

się czymś zająć.

 

Coś przyszło Amy do głowy.

 

84

 

background image

-

 

Gdzie Willard? 

-

 

Postanowił nas opuścić - oznajmił opiekun. - Był 

w  głębokim  szoku.  Wiecie,  on  nie  jest  zbyt  silny  ani 
fizycznie,  ani  psychicznie.  Poprosił  mnie,  Ŝebym  po-
zwolił mu wrócić do domu, a ja się zgodziłem. 

Amy  była  nieco  zaskoczona.  Willard  nie  był  zbyt 

entuzjastycznie  nastawiony  do  Dzikiej  Przygody,  ale 
nie wydawał się bardziej poruszony śmiercią Flory niŜ 
pozostali. Z drugiej strony, rzeczywiście sprawiał wra-
Ŝ

enie słabeusza...

 

-  Wszyscy jedli juŜ obiad? - spytał Dallas.

 

-  Nie - odparła Tasha. - Nie byliśmy głodni. 
Pokiwał ze zrozumieniem głową.

 

-  WaŜne  jest,  Ŝebyśmy  zachowali  siły.  Niewiele 

zdziałamy  o  pustym  Ŝołądku.  MoŜe  pomoŜecie  mi 
przygotować posiłek?

 

Tasha  była  gotowa  zrobić  wszystko,  byle  go  za-

dowolić. Po kilku minutach na kocu leŜały juŜ salami, 
suszone owoce i orzechy. Wszyscy ustawili się wokół. 
Nawet Andy,

 

'— Dokąd ją zabrałeś? - spytała Brooke.

 

-

 

Do  sklepu,  przy  którym  zostawiliśmy  wóz  -  po-

wiedział  Dallas.  -  Zadzwoniłem  na  pogotowie  i  do 
głównej  siedziby  Dzikiej  Przygody.  Przyjechała  ka-
retka. 

-

 

A policja? - spytał Andy.

 

 

-

 

Policja? - Opiekun zachowywał się tak, jakby nie 

wiedział, co to słowo znaczy. 

Tasha zacisnęła usta.

 

-  A  po  co  tu  policja?  To  był  wypadek.  Flora  się 

utopiła.

 

Amy  spojrzała  na  Andy'ego  z  niepokojem.  Miała 

nadzieję, Ŝe nie powtórzy swoich oskarŜeń. Dallas tak

 

85

 

background image

bardzo starał się opanować sytuację i uspokoić wszyst-
kich.  A  Amy  była  przekonana,  Ŝe  kolejny  wybuch 
histerii jej przyjaciółki mu w tym nie pomoŜe.

 

-  A ten siniak? - spytał Andy.

 

Dallas znów zdawał się go nie rozumieć.

 

-

 

Jaki siniak? 

-

 

Ten na głowie Flory. 

Amy  przeszyła  go  oczami.  Pozostali  spojrzeli  na 

niego, jakby postradał zmysły.

 

-  Nie  było  Ŝadnego  siniaka  -  stwierdził  opiekun.  - 

Czy ktoś z was widział jakiegoś siniaka?

 

Tasha i Erie przecząco pokręcili głowami.

 

-  Niczego  takiego  nie  zauwaŜyłam  -rzekła  Brooke 

i  przysunęła  się  do  Andy'ego.  -  MoŜe  pójdziesz  sobie 
odpocząć?  -  spytała  go.  -  Od  razu  wszystko  stanie  się 
jaśniejsze.

 

Chłopiec potrząsnął głową i zerwał się na nogi.

 

-

 

Idę na spacer - oświadczył. 

-

 

Pójdę  z  tobą  -  zaofiarowała  się  Brooke,  podry-

wając się z ziemi. - MoŜe rozmowa ci pomoŜe. 

Andy  był  rozkojarzony,  ale  zdobył  się  na  prze-

praszający uśmiech.

 

-

 

Nie,  dzięki,  wolę  zostać  sam.  -  Odwrócił  się  i 

poszedł. 

-

 

Biedak  -  rzuciła  Brooke.  -  Jest  tak  zdezorien-

towany i zdenerwowany. Wolałabym, Ŝeby nie był sam. 

-

 

Wszyscy  jesteśmy  zdenerwowani  -  zauwaŜył 

Dallas. 

-

 

Tak, ale on się dziwnie zachowuje. Mam nadzieję, 

Ŝ

e nie zrobi nic nierozsądnego. 

-

 

MoŜe powinienem z nim pójść - powiedział Erie 

z ociąganiem, jakby miał nadzieję, Ŝe ktoś wybije mu to 
z głowy. 

86

 

background image

-  Nie  -  rzuciła  Amy.  -  Ja  pójdę.  -  I  zanim  ktokol 

wiek  zdąŜył  zaprotestować,  wstała  i  szybkim  krokiem 
ruszyła w tę samą stronę co Andy.

 

Była  zaskoczona,  Ŝe  nie  widzi  go  w  oddali.  Naj-

wyraźniej  szedł  bardzo  szybko,  a  moŜe  zaczął  biec. 
Nie, wtedy słyszałaby tupot nóg. Przyspieszyła kroku 
i, świadoma, Ŝe w tej chwili nikt jej nie widzi, zaczęła 
iść w tempie, które pozwoliłoby jej wygrać maraton.

 

Wreszcie zmniejszyła dzielącą ich odległość na tyle, 

Ŝ

e usłyszała kroki Andy'ego. Ruszyła za ich dźwiękiem. 

Chłopak  siedział  na  niskim  głazie  przy  strumieniu,  w 
którym  uczestnicy  obozu  myli  się  kaŜdego  ranka. 
Odwrócił się i powiódł wzrokiem za Amy. Jego twarz 
była nieprzenikniona, ale w oczach nie miał złości.

 

Usiadła  przy  nim  na  kamieniu.  Nie  odezwał  się. 

Czeka, aŜ mu powiem, po co tu przyszłam, pomyślała 
Amy. Miała powód, by chcieć z nim porozmawiać -ale 
trochę bała się go wyjawić.

 

-  Widziałam.,.  -  zaczęła,  po  czym  się  poprawiła:  - 

Wydaje mi się, Ŝe widziałam siniaka na czole Flory.

 

Chłopiec uniósł brwi, ale wciąŜ milczał.

 

-  MoŜe to mi się przywidziało - powiedziała szybko, 

choć  w  tej  chwili  wiedziała  juŜ,  Ŝe  to  nie  było  złudze 
nie.  -Był  ledwie  widoczny.  -  Koncentrując  się,  mogła 
przywołać  przed  oczy  obraz  niewyraźnej  fioletowej 
plamy  na  skórze  Flory.  Nic  dziwnego,  Ŝe  inni  jej  nie 
zauwaŜyli - sama teŜ wtedy nie zwróciła na nią uwagi. 
Dopiero  teraz,  przywoławszy  obraz  twarzy  zmarłej 
opiekunki, widziała niemal niedostrzegalną skazę, która 
nie zdąŜyła zmienić się w prawdziwego siniaka.

 

Spodziewała się, Ŝe Andy będzie zadowolony z tego, 

Ŝ

e  ktoś  potwierdził  jego  słowa.  Jednak  twarz  chłopca 

nie wyraŜała wdzięczności. W jego spojrzeniu było

 

87

 

background image

coś  dziwnego  -  mieszanka  podejrzliwości,  powątpie 
wania  i  czegoś  jeszcze.  Strachu?  Nie,  najwyraźniej 
zawiodło ją wyczucie.

 

   . .   

 

-  Oczywiście, Flora mogła walnąć głową w kamień 

na dnie rzeki - powiedziała. - To nie znaczy, Ŝe Dallas 
celowo ją uderzył. Andy, to naprawdę nie jest moŜliwe, 
Ŝ

ebyś  zobaczył,  jak  on  robi  coś  takiego.  Kiedy  wsko 

czyłeś do rzeki, byłeś od nich daleko. Poza tym woda 
była mętna.

 

.  - Widziałem to - upierał się chłopiec.

 

Co  mogła  powiedzieć?  Nie  miała  wątpliwości,  Ŝe 

nie będzie w stanie go przekonać. Nie potrafiła jednak 
ot  tak  odejść  i  zostawić  go  samego.  Nie  wiedziała 
dlaczego.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  coś  ją  tu  trzyma,  wbrew 
jej woli.

 

Nie  -  nie  wbrew  jej  woli.  Chciała  z  nim  zostać. 

Wiedziała,  Ŝe  kieruje  nią  coś  więcej  niŜ  tylko  więź, 
jaka powstała między nimi. Nie potrafiła tego nazwać. 
I  nie  miało  to  za  grosz  sensu.  Dlatego  dalej  siedziała 
przy nim, a wokół panowała cisza. Martwa cisza. Wiatr 
ustał,  więc  nie  słychać  było  nawet  szelestu  liści. 
Powietrze  było  nieruchome  i  gorące.  Słońce  wisiało 
nad  ich  głowami.  Po  policzku  Amy  spłynęła  struŜka 
potu.  Nawet  ptaki  ukryły  się  chyba  gdzieś  przed 
upałem;  ich  trele  ucichły.  Cisza  była  tak  głęboka,  Ŝe 
Amy słyszała bicie swojego serca. A moŜe to było jego 
serce?

 

Spojrzała  na  strumyk.  Zdawał  się  zapraszać  ją  do 

kąpieli, obiecywać chłód i relaks. Pod szortami i koszulą 
Amy  miała  na  sobie  kostium  kąpielowy.  Mogłaby 
wejść do wody...

 

Wyglądało na to, Ŝe Andy czyta jej w myślach.

 

-  Idę popływać - oznajmił. Zeskoczył z głazu i,

 

88

 

background image

odwrócony  plecami  do  dziewc2yny,  zdjął  koszulę. 
Następnie podbiegł do strumyka i wskoczył do wody. 

Amy nie poszła w jego ślady. Nie mogła się ruszyć. Nie 

było jej juŜ gorąco. Chłód, który zrodził się gdzieś w głębi 
jej duszy, powoli przenikał całe jej ciało. Czy to moŜliwe? 
Czy naprawdę zobaczyła to, co do tej chwili miała przed 
oczami? A moŜe to wyobraźnia płatała jej figle? 

Andy  wstał.  Amy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  tego,  co 

zobaczyła, nie da się złoŜyć na karb bujnej wyobraźni. Na 
plecach  chłopca,  na  prawej  łopatce,  widniał  znak 
półksięŜyca. 

background image

 

o  niemoŜliwe,  niemoŜliwe,  niemoŜliwe.  Raz  po  razie 
powtarzała  to  słowo  w  myślach.  Wzrok  jej  jednak  nie 
mylił.

 

Amy  zsunęła  koszulę,  odsłaniając  górę  dwuczęś-

ciowego  kostiumu  kąpielowego  i  coś  jeszcze.  Zsunęła 
się z głazu i ruszyła w stronę strumienia. Nogi niosły ją 
do  przodu,  wydawało  się,  bez  Ŝadnego  wysiłku,  ale 
dziewczyna  miała  wraŜenie,  Ŝe  porusza  się  w  zwol-
nionym  albo  przyspieszonym  tempie  -  sama  nie  była 
pewna.

 

Weszła do wody po biodra. Andy przestał się pluskać 

i wyprostował się w oczekiwaniu na nią. Stanęła przed 
nim,  nie  odzywając  się  ani  słowem.  Odwróciła  się,  by 
pokazać mu znak na jej plecach.

 

Spodziewała się, Ŝe usłyszy okrzyk zdumienia albo

 

90

 

 

Rozdział ósmy

 

background image

przeraŜenia. Andy jednak milczał. Dziewczyna zwróciła 
się do niego twarzą..

 

-

 

Andy? 

-

 

Wiem  -  powiedział  krótko.  -  Widziałem  to,  kiedy 

pływaliśmy pontonami. Nie ukrywasz tego, prawda? 

-

 

Nie  -  odparła  Amy.  -  Inni  myślą,  Ŝe  to  znamię 

albo tatuaŜ. 

-

 

No  właśnie.  Ze  mną  jest  tak  samo.  -  Po  chwili 

dodał: - Ale to nie jest znamię. Ani tatuaŜ. 

-

 

Wiem. 

Bez słowa wyszli ze strumienia i skierowali kroki w 

stronę  kamienia,  na  którym  siedzieli  wcześniej.  Amy 
miała  tak  wiele  pytań,  tak  wiele  chciała  powiedzieć, 
lecz głos uwiązł jej w gardle. Nie mogła dojść do ładu 
z pytaniami i myślami, które kłębiły się w jej głowie, i 
nie wiedziała, od czego zacząć.

 

Nie musiała. To Andy przerwał milczenie.

 

-  Wiesz,  byłem  ciekaw,  kiedy  zobaczyłem  cię  po 

raz pierwszy... To, jak chodziłaś, twój wzrok i słuch...

 

Amy zbladła.

 

-

 

O  rany.  Staram  się  nie  ściągać  na  siebie  uwagi. 

Czy to wszystko aŜ tak rzuca się w oczy? 

-

 

Tylko innym klonom. 

Wreszcie padło to słowo. Teraz nie było juŜ odwrotu.

 

-

 

Czyli... jesteś taki jak ja. 

-

 

Tak.  -  Uśmiechnął  się  do  niej  kwaśno.  -  Nie, 

prawdę  mówiąc,  to  ty  jesteś  taka  jak  ja.  Jestem  od 
ciebie prawie cztery lata starszy. Ja byłem pierwszy. 

-

 

Myślałam, Ŝe projekt PółksięŜyc obejmował tylko 

klonowanie dziewczyn. 

 

-

 

Jak widać, myliłaś się. Pewnie miał kilka etapów. 

Amy zasępiła się. 
-

 

Ale moja mama... nic mi o tym nie mówiła. 

91

 

background image

-

 

Twoja mama? 

-

 

Uczestniczyła  w  projekcie.  Mówiła,  Ŝe  była  to 

pierwsza próba klonowania ludzi. 

-

 

MoŜe tak jej powiedziano - zauwaŜył Andy. -Nie 

wydaje mi się, Ŝeby ci naukowcy wiedzieli, o co w tym 
wszystkim  naprawdę  chodziło.  -  Spojrzał  na  niąz 
zaciekawieniem.  -  Czyli  twoja  mama  brała  udział  w 
projekcie? To znaczy, Ŝe pewnie wiesz o nim więcej niŜ 
ja. 

-

 

A  co  ty  wiesz?  -  spytała.  -  I  jak  się  tego  do-

wiedziałeś? 

Nie  od  razu  jej  odpowiedział.  Wyglądało  na  to,  Ŝe 

jeszcze  nigdy  z  nikim  o  tym  nie  rozmawiał,  więc  nie 
było mu łatwo. Amy milczała, czekając cierpliwie.

 

-

 

Chyba  zawsze  wiedziałem,  Ŝe  jestem  inny  -  rzekł 

wreszcie.  -  To  znaczy,  Ŝe  jest  we  mnie  coś  innego. 
Nawet  kiedy  byłem  mały,  potrafiłem  robić  rzeczy, 
których inne dzieci nie umiały. Z tobą było tak samo? 

-

 

Nie  całkiem.  Nigdy  nie  chorowałam,  ale  tylko  to 

odróŜniało mnie od innych. Silna stałam się dopiero... -
Zawahała  się.  Nie  wiedzieć  czemu,  wstydziła  się  uŜyć 
przy  chłopaku  słowa  „dojrzewanie".  -  No,  dopiero 
niedawno - dokończyła wymijająco. 

-

 

Moja mama umarła, kiedy byłem mały -ciągnął. -

Wiedziałem, Ŝe byłem adoptowany, ojciec wyjawił mi 
to dość wcześnie. Ale kilka lat temu dostałem od niego 
list  napisany  przez  matkę  przed  śmiercią.  Powiedziała 
ojcu,  Ŝeby  wręczył  mi  go  w  dzień  moich  dwunastych 
urodzin. 

-

 

I co w nim napisała? 

 

-

 

Nie domyślasz się? Amy 

potrząsnęła głową. 
-

 

Napisała, Ŝe jestem owocem eksperymentu z klo- 

92

 

background image

nowaniem.  śe  mój  genotyp  został  sklonowany  z  wy-
sokiej  jakości  materiału  genetycznego.  Znała  kierow-
nika projektu, jakiegoś doktora...

 

-

 

Jaleskiego? 

-

 

Tak, tak się nazywał. W kaŜdym razie on wiedział, 

Ŝ

e moi rodzice chcą adoptować dziecko, więc oddał im 

mnie. Matka przekazała mi tę wiadomość na wypadek, 
gdyby  przyszło  mi  do  głowy  szukać  biologicznych 
rodziców. Widać nie chciała, Ŝebym tracił czas. 

-

 

Bo nie masz biologicznych rodziców. 

-  Zgadza się. 
Amy przemyślała to.

 

-

 

Pewnie wtedy doktor Jaleski nie znał prawdziwych 

celów projektu. 

-

 

Nie rozumiem. 

Amy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  Andy  niewiele  wie,  i 

postanowiła  mu  wszystko  opowiedzieć.  Najpierw 
wyjaśniła,  Ŝe  naukowcy  biorący  udział  w  projekcie 
PółksięŜyc  byli  przekonani,  Ŝe  ich  najwaŜniejszym 
zadaniem  jest  eliminacja  wad  genetycznych.  Potem 
dowiedzieli  się,  Ŝe  właściwym  celem  ich  prac  było 
stworzenie rasy nadludzi, wobec których ludzie kieru-
jący badaniem - organizacja - mieli bardzo niepokojące 
zamiary.

 

-  Naukowcy  rozesłali  wszystkie  Amy  po  całym 

ś

wiecie i zniszczyli laboratorium, by organizacja uznała, 

Ŝ

e dzieci nie Ŝyją. - Miała zamiar powiedzieć chłopcu, 

Ŝ

e są jednak ludzie, którzy wiedzą, iŜ klony przetrwały, 

i  w  związku  z  tym  i  jemu,  i  jej  moŜe  grozić  niebez 
pieczeństwo, ale postanowiła zaczekać, aŜ Andy oswoi 
się z tym, co usłyszał do tej pory.

 

A były to dla niego zupełnie nowe wiadomości.

 

-  To znaczy... Ŝe jest więcej takich chłopaków jak ja?

 

93

 

background image

-

 

Tak  myślę.  Jeśli  twój  eksperyment  był  taki  jak 

mój. 

-

 

To  pewne  -  stwierdził  Andy.  -  Nosimy  ten  sam 

znak. - Po chwili wypuścił powietrze z ust. - O kurczę. 

Amy  pokiwała  głową.  Pamiętała,  jak  zareagowała, 

kiedy  poznała  prawdę  o  sobie.  Ale  dla  Andy'ego  nie 
mogło  to  być  tak  wielkim  wstrząsem,  jak  dla  niej.  W 
końcu wiedział juŜ od dłuŜszego czasu, Ŝe jest klonem.

 

-  Ten  doktor,  który  wszystkim  kierował...  -odezwał 

się powoli.

 

-

 

Doktor Jaleski? Chłopiec 

skinął głową. 
-

 

Chciałbym go poznać. 

 

-

 

Nie  moŜesz,  On  nie  Ŝyje.  -  Amy  druchowo  pod-

niosła  rękę  do  szyi,  na  której  zwykle  nosiła  wisiorek 
podarowany  jej  przez  doktora  Jaleskiego,  po  czym 
przypomniała sobie, Ŝe go zdjęła. 

-

 

Spotkałaś inne Amy? - spytał Andy. 

-

 

Tak. 

-

 

Gdzie? Jak? Co wtedy czułaś? 

Nie  mogła  mieć  mu  za  złe,  Ŝe  ma  do  niej  milion 

pytań,  ale  nie  chciało  jej  się  opowiadać  o  swoich 
kontaktach  z  innymi  Amy.  Nie  były  to  dla  niej  miłe 
wspomnienia. Musiała jednak coś powiedzieć.

 

-  To było... dziwne. Wyglądałyśmy tak samo, lecz... 

nie  byłyśmy  takie  same.  Mimo  to  czułam,  Ŝe  coś  nas 
łączy. Tak jakbyśmy były siostrami.

 

Andy  wydawał  się  usatysfakcjonowany  jej  wyjaś-

nieniami.

 

-  Czułem  to  samo  -  powiedział.  -  Do  ciebie. 

W  chwili,  kiedy  cię  poznałem,  poczułem,  Ŝe  coś  nas 
łączy. Ty teŜ?

 

94

 

background image

Amy  przypomniała  sobie  podróŜ  furgonetką,  roz-

mowę  na  ścieŜce.  Od  razu  go  polubiła,..  Tak,  było 
między  nimi  coś,  czego  w  tej  chwili  nie  potrafiła 
nazwać.

 

-

 

Ale nie  czuję  się tak, jakbym  była  twoją siostrą  -

powiedziała. 

-

 

Nie - odparł. - To nie tego rodzaju więź. 

Po  plecach  dziewczyny  przeszedł  dreszcz...  a  wła-

ś

ciwie było to mrowienie, dziwnie przyjemne uczucie, 

którego doznała do tej pory tylko raz w Ŝyciu. I  choć 
była świadoma, Ŝe przewidywanie przyszłości nie jest 
jedną  z  jej  zdolności,  wiedziała,  co  stanie  się  za 
chwilę.

 

Nachylili się ku sobie... i pocałowali.

 

Nie był to długi pocałunek,  ale  wystarczył,  by Amy 

ogarnęło głębokie poczucie winy. Co ona robiła? Tak 
nie  wolno.  Gorączkowo  próbowała  przywołać  na  pa-
mięć  pocałunki  Erica,  ale  nie  potrafiła  przypomnieć 
sobie  nawet  jego  twarzy.  ZbliŜyła  się  do  Andy'ego  i 
znów się pocałowali. Potem się odchyliła.

 

Kręciło jej się w głowie. Co się z nią działo? MoŜe 

zbyt  wiele  przeŜyła  jak  na  jeden  dzień?  A  moŜe 
uczucia  klonów  są  bardziej  wyraziste,  silniejsze  od 
doznań  zwykłych  ludzi?  Skoro  lepiej  słyszała,  lepiej 
widziała, moŜe teŜ intensywniej wszystko odczuwała.

 

Andy wbił wzrok w jej twarz.

 

-  Przepraszam.  Chyba  nie  powinienem  był  tego 

zrobić.

 

Nie  mogła  przytaknąć.  W  końcu  wina  nie  leŜała 

tylko po jego stronie.

 

-

 

Jesteś zdenerwowana - powiedział. 

-

 

Myślę o Ericu. 

-

 

Twoim chłopaku? 

95

 

background image

Amy  skinęła  głową,  po  czym  ukryła  twarz  w  dło-

niach.

 

-  Nie powinnam była tego zrobić.

 

Andy delikatnie oderwał jej ręce od twarzy.

 

-

 

Nie mogłaś się powstrzymać - rzekł. 

Zmusiła się do słabego uśmiechu. 
-

 

Dlaczego? Bo tobie Ŝadna się nie oprze? 

-

 

Nie. Dlatego, Ŝe jesteśmy dla siebie stworzeni. 

Spojrzała na niego z powątpiewaniem. Jego słowa 

zabrzmiały jak cytat z przesłodzonej piosenki.

 

-  Nie,  mówię  powaŜnie  -  powiedział.  -  Zastanów 

się, Amy. Sama mówiłaś, Ŝe celem eksperymentu było 
stworzenie  rasy  nadludzi.  Dwanaście  Amy  i  dwunastu 
Andych... to jeszcze nie rasa.

 

Jeśli  wcześniej  kręciło  jej  się  w  głowie,  to  teraz 

miała wraŜenie, Ŝe cały jej umysł wiruje w szaleńczym 
tańcu. Oczywiście. Dlaczego na to nie wpadła?

 

-

 

Czyli, czyli to... to, co... - Wskazała ręką na siebie 

i  chłopca  -  o  to  w  tym  wszystkim  chodzi?  Jesteśmy... 
jesteśmy  zaprogramowani,  Ŝeby...  Ŝeby...  -Nie  mogła 
znaleźć odpowiedniego słowa. 

-

 

ś

eby się rozmnaŜać - dokończył. 

Amy  skrzywiła  się.  To  zabrzmiało  tak  okropnie  -

jakby byli zwierzętami, misiami panda zamkniętymi w 
zoo tylko po to, by wydać na świat potomstwo.

 

-  MoŜe  jest  w  naszych  genach  coś,  co  przyciąga 

nas do siebie - powiedziała.

 

Odgarnął z jej twarzy kosmyk włosów.

 

-  Cokolwiek się dzieje... mnie wydaje się to natural 

ne. A tobie?

 

Amy utkwiła w nim przenikliwe spojrzenie.

 

-

 

Skąd mamy w ogóle wiedzieć, co jest naturalne? 

-

 

Na przykład to - powiedział łagodnym tonem. 

96

 

background image

Przysunął się do niej i pocałował ją znowu. Po chwili 
jednak się odchylił.

 

Amy  otworzyła  oczy.  Chłopiec  patrzył  na  coś  nad 

jej ramieniem. Odwróciła się.

 

Z  krzaków  wyłoniła  się  Brooke,  a  za  nią  stał  Erie. 

Amy  nie  potrzebowała  swoich  nadzwyczajnych  zdol-
ności, by wiedzieć, co zobaczyli. Mieli to wypisane na 
twarzach.

 

Z oczu Brooke wyzierała czysta złość. Twarz Erica 

wyraŜała coś innego. Gniew, owszem, ale i szok, ból, 
zdumienie.  Nie  dał  Amy  dość  czasu,  by  zdołała  roz-
poznać wszystkie ogarniające go uczucia.

 

-

 

Chodź!  -  rzucił'  szorstko  do  Brooke.  -  Wygląda 

na  to,  Ŝe  nic  tu  po  nas.  –Pociągnął  ją  za  rękę. 
Odwrócili się i zniknęli w zaroślach. 

-

 

Och,  nie  -  jęknęła  Amy.  -  O  nie,  o  nie,  o  nie.  -

Zeszła z głazu. - Muszę go dogonić. 

-

 

Czekaj  -powiedział  Andy,  stając  u  jej  boku.  -Co 

mu powiesz? 

-

 

Nie wiem! - Od wstydu i Ŝalu kotłowało jej się w 

Ŝ

ołądku. - Muszę mu wszystko wyjaśnić. Jeśli zobaczy 

twój znak... 

-

 

Mój znak? 

-

 

Erie  wie,  kim  jestem.  Jeśli  się  dowie,  Ŝe  ty  teŜ 

jesteś klonem, moŜe mnie zrozumie. 

Andy spojrzał jej w oczy.

 

-  Ale, Amy... 'to byłoby nie w porządku. Nie chcę, 

by ktokolwiek poznał prawdę o mnie.

 

Miał rację. To byłoby nie fair. Ale cóŜ innego mogła 

powiedzieć Ericowi? Jak sprawić, by ją zrozumiat? By 
jej wybaczył? Musiała się zastanowić...

 

Próbowała  się  skupić,  lecz  nie  pozwoliła  na  to 

pewna myśl, która nagle zatliła się wjej głowie. Amy

 

97

 

background image

chciała  ją  odpędzić,  bezskutecznie.  Z  jej  piersi  nagle 
wyrwał się okrzyk.

 

Andy spojrzał na nią z niepokojem.

 

-

 

Co? 

-

 

Ty naprawdę widziałeś, Ŝe Dallas uderzył Florę! 

-

 

To właśnie mówiłem. 

-

 

Tyle Ŝe ci nie wierzyłam! Nie obraź się, Andy, ale 

byłam  pewna,  Ŝe  normalny  człowiek  nie  mógłby 
zobaczyć tego, o czym opowiadałeś. Za to ja pod wodą 
widzę doskonale. Co znaczy, Ŝe... 

Andy dokończył za nią.

 

-

 

ś

e ja teŜ. 

-

 

Ale  dlaczego?  Dlaczego  on  miałby  ją  zabić?  To 

nie ma najmniejszego sensu. 

-

 

MoŜe mu przeszkadzała - powiedział Andy. 

 

-

 

W czym? Wzruszył 

ramionami. 
-

 

Nie wiem. MoŜe on coś knuje? 

-  Ale co? - Z piersi Amy znów wyrwał się okrzyk. - 

Och, Andy! Myślisz, Ŝe... ma to związek z nami? O mój 
BoŜe! On moŜe być członkiem organizacji!

 

Andy spojrzał na nią wzrokiem bez wyrazu.

 

-  Hę?

 

Amy przypomniała sobie, Ŝe jeszcze nie powiedziała 

mu wszystkiego.

 

-  Jednym  z  ludzi,  którzy  nas  poszukują!  Widzisz, 

oni  jeszcze  nie  dali  za  wygraną.  -  Pospiesznie  opo 
wiedziała  mu  o  swoich  przejściach  z  tajemniczą  or 
ganizacją.

 

Przyjął  te  informacje  ze  spokojem.  Nie  okazał  lęku 

nawet  wtedy,  gdy  Amy  dała  mu  do  zrozumienia,  Ŝe 
jemu  teŜ  w  kaŜdej  chwili  moŜe  grozić  niebez-
pieczeństwo.

 

98

 

background image

-

 

MoŜe  to  wszystko  jest  mistyfikacją-powiedział.  -

MoŜe  Dallas  pracuje  dla  nich.  Jest  opiekunem  od 
niedawna,  pamiętasz?  Mógł  zacząć  pracować  w  Dzikiej 
Przygodzie, Ŝeby zbliŜyć się do nas, do ciebie i mnie. 
Flora stała mu na przeszkodzie. 

-

 

Tak  jak  pozostali!  -  krzyknęła  Amy.  -  Musimy 

ich ostrzec, Andy! Chodź! 

Złapał ją za rękę.

 

-  Czekaj  -  powiedział.  -  Lepiej,  Ŝeby  się  nie  do 

wiedział  o  naszych  podejrzeniach.  Ja  pójdę  pierwszy 
i  postaram  się  porozmawiać  z  Erikiem  na  osobności. 
PokaŜę^mu znak i powiem, kim jestem. Wtedy będzie 
musiał mi uwierzyć.

 

Amy spojrzała na niego z wdzięcznością. Wiedziała 

z  własnego  doświadczenia,  jak  wielki  strach  budzi 
myśl o wyjawieniu komuś tej tajemnicy.

 

-  Dobrze, zaczekam dziesięć minut.

 

Andy  wszedł  w  zarośla.  Zanim  Amy  skierowała 

kroki w stronę obozu, minęło chyba najdłuŜsze dziesięć 
minut w jej Ŝyciu.

 

Kiedy  wróciła,  nigdzie  nie  było  widać  Andy'ego. 

Pozostali  -  Brooke,  Erie  i  Tasha  -  siedzieli  wokół 
Dallasa i studiowali jakąś mapę.

 

-  Podejdziemy  do  góry  od  tej  strony  -  mówił  opie 

kun.  -  Wspinaczka  jest  łatwa.  Ale  zejdziemy  tym 
stokiem,  który  jest  dość  stromy,  i  wtedy  będziemy 
musieli posłuŜyć'się linami.

 

Amy  próbowała  zwrócić  na  siebie  ich  uwagę.  Wi-

dząc,  Ŝe  Tasha  podnosi  głowę,  kiwnęła  na  nią  ręką. 
Jednak  reakcja  przyjaciółki  wypełniła  jej  serce  smut-
kiem. Tasha tylko spojrzała na nią ze złością, po czym 
odwróciła  wzrok.  Erie  i  Brooke  najwyraźniej  powie-
dzieli jej o tym, co widzieli. Choć Tasha bezustannie

 

99

 

background image

kłóciła się z bratem, łączyły ją z nim więzy krwi i była 
wobec  niego  lojalna.  Niewątpliwie  zawiodła  się  na 
przyjaciółce.

 

Potem wszyscy zauwaŜyli Amy.

 

-  Cześć  -  powiedziała,  starając  się  zachowywać 

naturalnie. - Co robicie?

 

Dallas uśmiechnął się ciepło.

 

-

 

Postanowiliśmy dziś po południu poćwiczyć zjazd 

na linie. Amy, włóŜ buty do wspinaczki. 

-

 

Dobrze.  -  Była  ciekawa,  gdzie  jest  Andy,  ale  nie 

chciała  wypowiadać  jego  imienia  przy  Ericu  i  pozo-
stałych.  Skierowała  kroki  do  swojego  namiotu.  Od-
chyliwszy  połę,  weszła  do  pogrąŜonego  w  półmroku 
wnętrza. 

To  stało  się  niesamowicie  szybko,  bez  najmniej-

szego ostrzeŜenia. Nawet znakomity refleks nie uchro-
nił  jej  przed  przenikliwym  bólem.  Z  ust  Amy  wyrwał 
się  cichy  okrzyk.  Coś  zacisnęło  się  na  jej  stopie. 
WytęŜając  siły,  uwolniła  się  z  zimnych  metalowych 
szczęk. Oszołomiona, upadła na ziemię i zaczęła trzeć 
obolałą stopę.

 

Poła namiotu odchyliła się i do środka zajrzał Andy.

 

-  Słyszałem  twój  krzyk!  -  powiedział.  -  Co  się 

stało?

 

Amy,  wciąŜ  roztrzęsiona,  pokazała  mu  brzydkie 

metalowe urządzenie.

 

-

 

Co to jest? Chłopiec obejrzał je. 

-

 

Sidła czy coś takiego. Dobrze się czujesz? 

Skinęła głową, juŜ spokojniejsza. 

 

-

 

Gdybym nie była tak silna i nie miała tak dobrego 

refleksu, to diabelstwo zmiaŜdŜyłoby mi stopę. 

-

 

Nie dałabyś nawet rady ściągnąć tego z nogi -- 

100

 

background image

mruknął Andy. - Skąd coś takiego wzięło się w twoim 
namiocie?

 

-  Przedtem tego tu nie było. Ktoś musiał to pod 

łoŜyć. - Spojrzała na urządzenie i zadrŜała.

 

Chłopiec powoli pokiwał głową.

 

-  I raczej nie chodziło o schwytanie jakiegoś zwie 

rzęcia.

 

background image

 

   Amy znów uświadomiła sobie, jak unikalna więź 
łączy ją z Andym. Obydwoje wypowiedzieli bez-
głośnie słowo „Dallas".

 

Jak na zawołanie, w tej samej chwili dobiegł ich głos 

opiekuna.

 

-

 

Amy! Andy! No, chodźcie juŜ! 

-

 

Zachowuj się jakby nigdy nic - szepnął chłopiec i 

wyszedł z namiotu. 

Amy ruszyła w ślad za nim.

 

-  Rozmawiałeś z Erik i em? - spytała półszeptem. 
Andy nie zatrzymał się, jakby jej nie usłyszał. Kiedy

 

dołączyli  do  pozostałych,  stało  się  oczywiste,  Ŝe  nie 
miało  znaczenia,  czy  Erie  znał  juŜ  prawdę,  czy  nie. 
Nawet nie spojrzał na Amy.

 

Tasha zerknęła na nią zmruŜonymi oczami, zacis-

 

102

 

 

Rozdział   dziewiąty

 

background image

kając  wargi  w  wąską  kreskę.  Brooke  obrzuciła  Amy 
pełnym  nienawiści  spojrzeniem.  Co  jej  nie  zdziwiło. 
Ta  dziewczyna  „zarezerwowała"  Andy'ego  dla  siebie 
juŜ  pierwszego  dnia  i  z  pewnością  uwaŜała,  Ŝe  Amy 
odbiła jej niedoszłego chłopaka. CóŜ, w tej chwili nie 
to było najwaŜniejsze.

 

-  Liny,  karabinki  i  reszta  sprzętu  sąjuŜ  w  waszych 

plecakach  -  powiedział  Dallas.  -  ŚcieŜka,  którą  bę-
dziemy  szli,  jest  dość  szeroka,  ale  kręta  i  w  kilku 
miejscach się rozgałęzia. MoŜna się zgubić, więc chcę, 
Ŝ

ebyście trzymali się razem. Niech nikt nie wyrywa się 

za  bardzo  do  przodu,  dobrze?  -  Spojrzał  znacząco  na 
Andy'ego,  a  potem  na  Amy.  -  Gdyby  ktoś  nie  mógł 
nadąŜyć,  niech  krzyknie,  to  zwolnimy.  Chcę  mieć 
wszystkich na oku.

 

Wydał  te  polecenia  powaŜnym,  ale  ciepłym  tonem, 

tak  jak  uczyniłby  to  kaŜdy  przewodnik.  Amy  jednak 
słyszała w głosie opiekuna coś jeszcze, coś co nadawało 
słowom inne - złowrogie - znaczenie. Dallas nie chciał 
ich tylko chronić - pragnął mieć pewność, Ŝe nikt mu 
nie ucieknie.

 

Amy  była  zdecydowana  w  taki  czy  inny  sposób 

odciągnąć Tashę i Erica od reszty grupy. Miała im tak 
wiele do wyjaśnienia, tyle do powiedzenia. Nie mogła 
jednak zrobić tego w tej chwili. Erie i Dallas szli obok 
siebie,  a  Andy  znajdował  się  półtora  metra  za  nimi. 
Dobra pozycja, pomyślała Amy. Andy  usłyszy  wszyst-
ko, co powie opiekun.

 

Tasha  szła  z  Brooke,  a  Amy  zamykała  szereg.  Nie 

miała  nic  przeciwko  samotności.  Musiała  przemyśleć 
tyle spraw. Nie zdąŜyła jeszcze w pełni dojść do siebie 
po wypadku Flory,  gdy  dowiedziała się, Ŝe dziewczęta 
imieniem Amy nie były jedynym wytworem projektu

 

103

 

background image

PółksięŜyc. Stanąć twarzą w twarz z takim chłopakiem 
jak  Andy...  a  potem  przeŜyć  to,  co  spotkało  ją  w  na 
miocie...

 

 

Ale  przede  wszystkim  myślała  o  Andym.  To  dziwne,  Ŝe  nigdy 

nie  zastanawiała  się  nad  tym,  czy  istnieją  inne  grupy  klonów. 
Czyjej 

matka 

naprawdę 

nie 

wiedziała 

wcześniejszych  eksperymentach?  W  końcu  nie  wy-
kazywała  zbyt  wielkiej  ochoty  do  wyjawienia  prawdy 
o samej Amy.

 

A doktor Jaieski? Dlaczego nie powiedział o istnieniu 

sklonowanych  chłopców?.  Wróciła  pamięcią  do  ich 
pierwszego  spotkania.  Było  to  wkrótce  po  tym,  jak 
poznała prawdę o sobie. Wiedziała o istnieniu doktora, 
a przynajmniej znała jego nazwisko - to on podpisał się 
pod  jej  fałszywym  aktem  urodzenia  i  wszystkimi 
zaświadczeniami  medycznymi,  których  potrzebowała, 
by  przyjęto  ją  do  szkoły.  Kiedy  jednak  Amy  zaczęła 
poznawać  konsekwencje,  korzyści  i  zagroŜenia  wyni-
kające  z  jej  sytuacji,  Nancy  Candler  uznała,  Ŝe  córka 
powinna osobiście porozmawiać z doktorem Jaleskim.

 

Był  z  nią  szczery,  mówił,  Ŝe  chce,  by  poznała 

wszystkie  fakty,  by  dokładnie  wiedziała,  kim  jest. 
Opowiedział  jej  o  pracach  naukowców,  o  tym,  jak 
badali chromosomy i struktury komórkowe, by znaleźć 
sposób,  za  pomocą  którego  moŜna  by  zapobiec  po-
wstawaniu  w  zapłodnionym  jaju  wad  genetycznych. 
Opisał,  jak  „hodowano"  Amy  w  kontrolowanym  śro-
dowisku,  jak  znakowano  je  półksięŜycami  dla  iden-
tyfikacji,  jak  wnikliwie  je  obserwowano.  Wyjaśnił,  Ŝe 
naukowcy  poniewczasie  poznali  prawdziwe  motywy 
działania  agencji  rządowej,  organizacji,  która  chciała 
stworzyć  rasę  panów,  mającą  zdobyć  władzę  nad 
ś

wiatem.

 

104

 

background image

Odtwarzając  tę  rozmowę  w  pamięci,  przypomniała 

sobie coś jeszcze. Zapytała doktora Jaleskiego wprost, 
czy istnieją sklonowani chłopcy! Pamiętała do tej pory, 
z  jakim  wstydem  zadała  to  pytanie.  „Jeśli  chcieli 
stworzyć nową rasę, to dlaczego klonowali tylko dziew-
częta? Trzeba męŜczyzny i kobiety, Ŝeby, ten... no..."

 

I pamiętała jego odpowiedź. Była wymijająca. Doktor 

Jaleski  powiedział  tylko,  Ŝe  naukowcy  sami  zastana-
wiali się, czy równocześnie nie był prowadzony podob-
ny  projekt  obejmujący  klonowanie  męskich  chromo-
somów.

 

Jednak  według  słów  Andy'ego,  doktor  Jaleski  brał 

udział  takŜe  w  tym  drugim  eksperymencie.  Musiał 
więc  wiedzieć  o  istnieniu  klonów  płci  męskiej.  I  nie 
powiedział jej o tym.

 

Dlaczego? CzyŜby chciał ją przed czymś ochronić? 

A  moŜe  uznał,  Ŝe  jest  za  młoda,  by  powiedzieć  jej  o 
tym, Ŝe gdzieś tam czeka na nią chłopak, któremu jest 
przeznaczona?

 

Spojrzała  na  idącego  z  przodu  Andy'ego.  Była  cie-

kawa, czy i jemu cięŜko jest iść w tak wolnym tempie. 
Koszula zasłaniała jego znak. Amy syciła się widokiem 
jego  szerokich  ramion,  złocistych  pasemek  w  jasnych 
włosach,  jego  pewnego  kroku.  Jakie  organizacja  miała 
wobec  nich  zamiary?  Chciała  zaaranŜować  ich  mał-
Ŝ

eństwo? MoŜe jednak nie z tym Andym, tylko z któ-

rymś z pozostałych...

 

Skarciła się w duchu. O czym ona w ogóle myślała? 

MałŜeństwo! Na litość boską, miała dopiero dwanaście 
lat. Poza tym, ma juŜ chłopaka. A przynajmniej miała,

 

I zamierzała uratować ten związek.

 

Tasha  i  Brooke  zaczęły  rozmawiać  ze  sobą  i  choć 

zniŜyły głosy, Amy usłyszała, Ŝe mówią o niej.

 

105

 

background image

-

 

Nie  zamierzam  dłuŜej  z  nią  mieszkać  -  powie-

działa  Brooke.  -  Mogę  przenieść  się  do  twojego  na-
miotu? 

-

 

Pewnie  -  odparła  Tasha.  -  Nie  chcę  sama  spać. 

Ciągle nie mogę uwierzyć, Ŝe Flora nie Ŝyje. 

-

 

Rozumiem  cię.  To  straszne.  Szczęście  w  nie-

szczęściu, Ŝe obóz nie został przerwany. 

-

 

Dallas  jest  niesamowity,  prawda?  -  powiedziała 

Tasha.  -  Nie  wiem,  jak  on  to  znosi.  Musi  być  taki 
silny. Nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. 

-  Jest rewelacyjny - zgodziła się z nią Brooke. 
To zabawne, Ŝe obie uznawały zachowanie Dallasa

 

za godne podziwu. Zdaniem Amy, było raczej dziwne. 
Z  drugiej  strony,  jeśli  ten  człowiek  zamordował  swoją 
dziewczynę,  od  razu  wszystko  zaczynało  nabierać 
sensu.

 

-

 

Jest  taki  przystojny  -  ciągnęła  Brooke.  -  Szkoda, 

Ŝ

e za stary jak dla nas. 

-

 

Tak. - Tasha westchnęła. - Szkoda. 

-

 

Sprawy nie układają się po mojej myśli - burknęła 

Brooke. - Myślałam sobie, Ŝe skoro Amy chodzi z Eri-
kiem, a Dallas z Florą, to ja sobie wezmę Andy'ego. 

-

 

A co ze mną? - spytała Tasha z oburzeniem. 

-

 

Dla ciebie zostałby Willard. 

-

 

Wielkie dzięki. 

-

 

Dziwna  sprawa  z  tym  Willardem,  co?  Zostawił 

nas bez słowa poŜegnania. 

-

 

To  pewnie  często  się  zdarza  na  takich  obozach  -

powiedziała  Tasha.  -  Zwłaszcza  po  całym  dniu  dźwi-
gania plecaka. To diabelstwo uwiera mnie w plecy. 

Przez chwilę obie milczały.

 

-  Zdawało  mi  się,  Ŝe  Amy  jest  twoją  najlepszą 

przyjaciółką - odezwała się wreszcie Brooke.

 

106

 

background image

-

 

Bo  jest.  Znamy  się  od  zawsze.  Mieszka  po  są-

siedzku. 

-

 

Pewnie nie uwaŜasz jej juŜ za przyjaciółkę. 

Amy  ucieszyła  się,  Ŝe  Tasha  nic  na  to  nie  powie-

działa. Brooke jednak nie zamierzała dać za wygraną.

 

-

 

Dopiero co zerwała z twoim bratem! 

-

 

To prawda - przyznała Tasha. - Jestem na nią zła, 

Ŝ

e  zrobiła  to  za  jego  plecami.  Widać  po  nim,  Ŝe  jest 

wściekły. Ale... 

-

 

Ale co? 

-

 

Nadal jest moją najlepszą przyjaciółką. Nieraz juŜ 

się  kłóciłyśmy.  Pewnie  i  tym  razem  w  końcu  nam 
przejdzie. 

Amy  zrobiło  się  lekko  na  sercu.  Tasha  musiała 

zdawać  sobie  sprawę,  Ŝe  jej  przyjaciółka  wszystko 
słyszy.  W  ten  sposób  dała  jej  do  zrozumienia,  Ŝe  w 
końcu  się  pogodzą.  A  to  miało  nie  lada  znaczenie  -
poniewaŜ  w  tej  chwili  najwaŜniejsze  byk),  by  inni 
dowiedzieli  się,  Ŝe  Andy  nie  kłamał.  Dallas  naprawdę 
zabił  Florę.  Tasha  mogła  przekazać  tę  wiadomość 
Brooke  i  Ericowi  oraz  dać  im  do  zrozumienia,  Ŝe 
muszą uciec opiekunowi i pokrzyŜować jego szatańskie 
plany.

 

CóŜ,  przynajmniej  Dallas  nie  kłaniał,  twierdząc,  Ŝe 

wspinaczka  będzie  łatwa.  Stok  był  tak  łagodny,  Ŝe 
Amy  długo  nie  zdawała  sobie  sprawy,  Ŝe  idzie  pod 
górę. Czuła się tak, jakby szła po równym terenie.

 

Tasha jednak miała kłopoty. Słysząc przyspieszony 

oddech przyjaciółki, Amy uprzytomniła sobie, Ŝe cięŜki 
plecak dajejej się we znaki. Po chwili Tasha zatrzymała 
się.

 

-  Nie mogę tego dłuŜej dźwigać - zwróciła się do

 

107

 

background image

Brooke. - WaŜy chyba z tonę! - W jej głosie brzmiał

 

strach.

 

Amy przyspieszyła kroku, by dogonić dziewczyny i 

zaproponować,  Ŝe  weźmie  plecak  przyjaciółki  na 
swoje barki.

 

Ale  Brooke  juŜ  zawołała  Dallasa,  a  on  podszedł  do 

Tashy,  by  sprawdzić,  co  się  stało.  Nie  skarcił  jej; 
pokiwał  głową  ze  zrozumieniem  i  przywołał  po-
zostałych gestem ręki.

 

-

 

Tasha  jest  najdrobniejsza  z  nas  wszystkich  i  ma 

trudności  z  dźwiganiem  plecaka  z  dodatkowym 
sprzętem  -  oświadczył.  -  Ale  sprzęt  ten  jest  nam 
potrzebny.  Kto  zaproponuje  rozwiązanie  tego  pro-
blemu? 

-

 

Mój plecak nie jest zbyt cięŜki –powiedział Erie. -

I zostało w nim jeszcze trochę miejsca. Mogę wziąć od 
Tashy część rzeczy. 

-  Ja teŜ - włączył się Andy. 
Dallas rozpromienił się.

 

-  Doskonale!  Właśnie  na  taką  reakcję  liczyłem. 

Jedną  z  zasad  Dzikiej  Przygody  jest  ta,  Ŝe  naleŜy 
pomagać  członkom  grupy,  którzy  są  słabsi  od  pozo 
stałych.

 

Tasha nie miała zbyt zadowolonej miny.

 

-  Ale  to  nie  fair,  Ŝeby  jedni  nieśłi  więcej,  a  inni 

mniej.

 

Opiekun objął ją ojcowskim gestem.

 

-  Nie  przejmuj  się  -  rzekł  ciepłym  tonem.  -  To 

nie  twoja  wina,  Ŝe  jesteś  tu  najniŜsza!  Zresztą  nad 
rabiasz ten niedobór swoim Ŝywym usposobieniem.

 

Ku rozŜaleniu Amy, przyjaciółka dała się złapać na 

ten Ŝałosny komplement. Spojrzała na Dallasa cielęcymi 
oczami. On tymczasem zdjął plecak z jej ramion,

 

108

 

background image

otworzył go i rozdzielił większą część jego zawartości 
między Andy'ego, Erica i siebie.

 

-  Ja  teŜ  mogę  wziąć  parę  rzeczy  -  zaofiarowała 

się Amy.

 

Opiekun potrząsnął głową.

 

-  Jesteś  niewiele  wyŜsza  od  Tashy.  Myślę,  Ŝe  ja 

i  chłopcy  poradzimy  sobie.  -  Zawiesił  na  niej  wzrok 
dość  długo,  by  dać  jej  do  zrozumienia,  Ŝe  wie,  iŜ 
udźwignęłaby o wiele większy cięŜar niŜ ten, który ma 
na plecach.

 

Zwróciła wzrok na Andy'ego, a ten ledwo zauwaŜal-

nie  skinął  głową  na  znak,  Ŝe  pomyślał  o  tym  samym 
co  ona.  Amy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  Erie  teŜ  to  spo-
strzegł. Zmarszczył czoło i się odwrócił.

 

To zabolało, ale Amy nie mogła sobie zawracać tym 

głowy. W tej chwili jej najwaŜniejszym zadaniem było 
przekonanie  pozostałych,  Ŝe  Dallas  stanowi  dla  nich 
zagroŜenie. Dopiero kiedy uwierzą, zrobi wszystko, co 
w jej mocy, by pogodzić się ze swoim chłopakiem.

 

Ruszyli pod górę.

 

-

 

To Ŝadna wspinaczka - mruknął Erie. - Nawet się 

nie pocę. 

-

 

Zjazd  na  linie  to  nie  wspinaczka  -  powiedział 

Dallas. - Nie chodzi o to, by wejść na szczyt. Rzecz w 
tym, Ŝeby z niego zejść. 

Amy nie miała pojęcia, jak to moŜliwe, by zejście z 

góry  było  trudniejsze  od  wejścia  na  nią.  Do  chwili 
kiedy  stanęła  na  szczycie.  Przed  nią  rozwierało  się 
urwisko.

 

Cała  grupa  zamilkła  na  ten  widok.  Tasha  pierwsza 

przerwała ciszę.

 

-  Mamy  zejść  tędy?  -  Jej  głos  drŜał.  -  PrzecieŜ 

pospadamy!

 

109

 

background image

Amy nie mogła mieć jej za złe tego, Ŝe jest przera-

Ŝ

ona. Od szczytu góry do podnóŜa ciągnęła się pionowa 

ś

ciana. Wysoka.

 

-

 

Na jakiej wysokości jesteśmy? - spytała. 

-

 

Około sześćdziesięciu metrów - odparł Dallas. -W 

sam  raz  dla  początkujących.  Jak  ośla  łączka  dla 
narciarzy. 

-

 

Jeszcze  nie  widziałam  takiej  oślej  łączki  -  skwi-

towała Brooke. -Jesteś pewien, Ŝe początkujący  dadzą 
sobie radę? 

-

 

Brooke,  jestem  wykwalifikowanym  opiekunem  ~ 

oznajmił spokojnie Dallas. - A teraz skupcie się wokół 
mnie. PokaŜę wam, jak to się robi. 

Zrzucił liny z urwiska i  zademonstrował, jak za ich 

pomocą, przy wykorzystaniu mechanicznych urządzeń, 
kontrolować tempo schodzenia w dół stromego zbocza. 
Obrazowo  przedstawił  im  radość  i  poczucie  triumfu, 
jakie ich ogarnie, kiedy staną na ziemi.

 

-  Jeśli  dotrzemy  tam  w  jednym  kawałku  -  burknęła 

Tasha.

 

Dallas uśmiechnął się.

 

-  Nie pozwolę, by ci się cokolwiek stało, Tasha. 
Ś

wietnie, pomyślała Amy. A co z resztą grupy? Na

 

ogół  nie  bała  się  wysiłku.  Ale  nawet  najdoskonalszy 
klon  zrobiłby  sobie  krzywdę,  spadając  z  wysokości 
sześćdziesięciu metrów na twardy grunt. Była przeko-
nana,  Ŝe  to  moŜe  być  częścią  planu  Dallasa  -  ale  na 
czym  on  mógł  polegać?  Gdyby  ten  podejrzany  typ 
naleŜał  do  organizacji,  na  pewno  nie  chciałby,  by  jej 
czy Andy'emu spadł włos z głowy.

 

Jednak nie zawahał się przed zamordowaniem Flory, 

gdy uznał, Ŝe moŜe mu przeszkodzić w urzeczywist-

 

110

 

background image

nieniu jego planu. Kto wie, jakie miał zamiary wobec 
Erica, Tashy i Brooke?

 

Kiedy więc spytał, kto chce zejść jako pierwszy, od 

razu zgłosiła się na ochotnika.

 

Oczami wyobraźni widziała karcące spojrzenie mat-

ki. Tym razem jednak nie chodziło jej o to, by popisać 
się  swoimi  umiejętnościami.  Chciała  sprawdzić,  jak 
wytrzymałe  są  liny,  zanim  przyjdzie  kolej  na  kogoś 
słabszego i obdarzonego gorszym refleksem.

 

Kiedy przygotowania do zjazdu dobiegły końca, liny 

przyczepione  do  jej  pasa  wydawały  się  mocne  i  bez-
pieczne.  Amy  zaczęła  centymetr  po  centymetrze  wy-
suwać się za krawędź urwiska.

 

Było to dziwne uczucie. Widziała wiele wystających 

kamieni,  których  mogła  się  przytrzymać,  i  zdawała 
sobie sprawę, Ŝe nawet gdyby jej się to nie udało, liny 
zabezpieczą ją przed upadkiem. Mimo to, schodząc w 
dół  po  pionowej  ścianie,  co  chwila  przełykała  ślinę. 
Ogarniał ją lęk. W dodatku nie widziała tego, co dzieje 
się na szczycie. A gdyby Dallas nagle wyciągnął nóŜ i 
przeciął linę? Miała nadzieję, Ŝe Andy nie spuszcza z 
niego oka.

 

Kiedy  stanęła  na  ziemi,  nie  była  pewna,  czy  to,  co 

czuje,  jest  radością  z  odniesionego  sukcesu  czy  teŜ 
najzwyczajniejszą w świecie ulgą. Poodpinała karabinki 
i  puściła  liny.  Spojrzawszy  w  górę,  zauwaŜyła,  Ŝe 
następny  będzie  Erie.  Wreszcie  będzie  mogła  z  nim 
zamienić kilka słów na osobności -jeśli cały zejdzie na 
dół...

 

Obserwując go uwaŜnie, zastanawiała się, co zrobiła-

by,  gdyby  lina  pękła.  Próbowała  go  złapać?  Ale  spa-
dając,  poobijałby  się  o  skały  i  mógłby  zginąć,  zanim 
runąłby na ziemię. A moŜe wdrapałaby się szybko na

 

111

 

background image

górę,  by  go  uratować?  MoŜe...  Ale  gdyby  wyszedł  z 
tego  cało,  pewnie  zabiłby  ją  za  to,  Ŝe  zrobiła  z  niego 
pośmiewisko w oczach innych.

 

Na  szczęście  nie  musiała  nic  robić.  Erie  doskonale 

sobie poradził i bezpiecznie zszedł na ziemię.

 

Podbiegła do niego, kiedy zaczął odpinać liny.

 

-

 

Erie, musisz mnie wysłuchać - zaczęła. 

-

 

Nic  nie  muszę.  Amy,  widziałem,  co  widziałem. 

Nic, co powiesz, tego nie zmieni. 

Ś

cisnęła go za ramię, by nie odszedł.

 

-  Erie, Andy nie jest zwykłym chłopakiem. Jest taki 

jak ja.

 

Chłopiec zamrugał.

 

-  To znaczy, Ŝe jest klonem? 
Amy pokiwała głową.

 

-

 

Były  dwa  projekty  o  kryptonimie  PółksięŜyc. 

Najpierw stworzeni zostali chłopcy, potem dziewczęta. 
Zaprojektowano nas tak, Ŝebyśmy byli razem i mogli... 

-

 

Chyba  domyślani  się  reszty.  I  to  ma  być  twoje 

wytłumaczenie'.'

1

 Co, tak  was zaprogramowano, Ŝebyście 

nie mogli się sobie oprzeć? Ze waszym przeznaczeniem 
jest być razem czy coś takiego? 

-

 

Tak, mniej więcej - przyznała Amy. - Słuchaj, to 

nie  znaczy,  Ŝe  Andy  i  ja  musimy  się  pobrać,  ale  na 
pewno coś zawsze będzie nas łączyć. To nie musi mieć 
wpływu na nas, ciebie i mnie, Erie. Chcę, Ŝebyśmy byli 
razem  i...  -  Jej  głos  się  załamał.  Jeszcze  nigdy  nie 
patrzył na nią tak zimnymi oczami. - Jest jeszcze coś - 
powiedziała  pospiesznie.  -  Nam  wszystkim  moŜe 
grozić  niebezpieczeństwo.  Nie słyszałeś,  co mówiłam? 
Andy  jest  klonem,  tak  jak  ja,  a  to  znaczy,  Ŝe  wtedy, 
pod wodą, naprawdę widział to, co mówi. Dallas zabił 
Florę. Nie wiem, o co w tym wszystkim 

112

 

background image

chodzi,  ale  musimy  stąd  uciec  jak  najdalej  od  tego 
człowieka.

 

Chłopiec  nawet  na  nianie  patrzył;  skierował  wzrok 

w górę.

 

-  Albo ten twój nowy chłopak okłamuje ciebie, albo 

ty mnie. Bo, szczerze mówiąc, w tej chwili nie wygląda 
mi na klona.

 

Amy  odwróciła  się  i  wstrzymała  oddech.  Andy 

wisiał na linie w połowie zbocza i nie miał w zasięgu 
ręki nic, czego mógłby się złapać.

 

-

 

Sam  widzisz!  -  krzyknęła  do  Erica.  -  To  przez 

Dallasa, za szybko popuszczał linę! Chce, Ŝeby spadłt 

-

 

No  to  czym  się  martwisz?  Skoro  jest  klonem,  to 

najwyŜej wybije sobie palec u nogi, nie? 

-

 

Nie  gadaj  głupot!  -  krzyknęła  Amy.  Rzuciła  się 

biegiem  w  stronę  góry.  Nie  wiedziała,  co  robić,  ale 
była  pewna,  Ŝe  coś  wymyśli.  Nawet  gdyby  miała 
ujawnić swoje niezwykłe umiejętności... 

Nie musiała jednak robić nic nadzwyczajnego. Andy 

rozbujał  linę  tak,  by  zbliŜyć  się  do  pionowej  ściany, 
po  czym  złapał  się  występu  skalnego.  Amy  wypuściła 
powietrze  z  ust  dopiero  wtedy,  gdy  spokojnie  zsunął 
się na ziemię. Podbiegła do niego.

 

-  Wszystko w porządku? 
Andy skinął głową.

 

-  Widziałaś  to?  -  spytał.  -  Jestem  pewien,  Ŝe  on 

chciał mnie strącić. Amy, musimy stąd uciec. I to juŜ.

 

-  A reszta? Nie moŜemy ich zostawić. 
Chłopiec westchnął.

 

-  Dasz  radę  namówić  ich  do  ucieczki?  Amy,  nie 

ma mowy, Ŝeby się zgodzili.

 

Spojrzała na Erica i wyczytała z jego oczu zimny

 

113

 

background image

gniew. Wiedziała, Ŝe Andy ma rację. Erie im nie zaufa. 
Podobnie jak Brooke, co do tego nie miała wątpliwości.

 

A co do Tashy... Amy podniosła głowę. Jej najlepsza 

przyjaciółka  właśnie  schodziła  na  dół.  Zsuwała  się 
centymetr po centymetrze, a Dallas dodawał jej otuchy, 
wykrzykując  słowa  zachęty.  Tasha  nie  dałaby  powie-
dzieć  o  nim  złego  słowa.  Ten  człowiek  stał  się  jej 
idolem.

 

Andy miał rację. Nie byli najpopularniejszymi człon-

kami  grupy.  Nikt  im  nie  uwierzy.  Ale  jak  mogła 
opuścić  swoją  najlepszą  przyjaciółkę,  skoro  mogło  jej 
grozić wielkie niebezpieczeństwo? A Erie... czy on jej 
kiedykolwiek wybaczy? Czy zrozumie?

 

-  Chodź  -  rzucił  Andy.  -  Musimy  uciec,  zanim  on 

tu  zejdzie.  Pomyśli,  Ŝe  wróciliśmy  do  obozu,  i  dzięki 
temu nie od razu zacznie nas szukać. Zyskamy na czasie.

 

Amy przemyślała to szybko.

 

-

 

Dobrze.  Wezwiemy  pomoc  i  wrócimy  po  po-

zostałych. 

-

 

No  właśnie.  -  Chłopiec  wziął  ją  za  rękę  i  razem 

odeszli. 

Amy  nie  poŜegnała  się  z  Erikiem.  Zabrakło  jej 

odwagi.  Bo  nawet  ona,  najsilniejsza  dziewczyna  na 
ś

wiecie, nie mogła powstrzymać łez.

 

background image

 

   Szli szybko, ale na dobre przyspieszyli kroku dopiero 
wtedy, gdy znaleźli się poza zasięgiem wzroku Dallasa.

 

-  Pójdziemy  w  stronę  szosy  -  powiedział  Andy.  - 

Potem znajdziemy sklep, przy którym został samochód. 
Stamtąd zadzwonimy po pomoc.

 

Amy  juŜ  sobie  wyobraŜała  reakcję  matki.  Nancy 

Candler  zgodziła  się  na  wyjazd  córki  z  wyraźnymi 
oporami,  no  i  okazało  się,  Ŝe  jej  obawy  były  w  pełni 
uzasadnione. Amy będzie miała szczęście, jeśli po tym, 
co się stało, mama kiedykolwiek spuści ją z oka.

 

Okolica,  w  której  znaleźli  się  uciekinierzy,  nie  wy-

glądała znajomo.

 

-  Powinniśmy  poszukać  ścieŜki,  którą  szliśmy  do 

obozu - zaproponowała dziewczyna.

 

115

 

 

Rozdz

 

background image

-  Nie, lepiej nie. Dallasowi byłoby za łatwo nas

 

znaleźć.

 

-

 

Andy, on jest sam i wcale nie wygląda na siłacza. 

We dwoje dalibyśmy sobie z nim radę. 

-

 

Ale nawet we dwoje nie zatrzymamy kuli - odparł 

chłopiec ponuro. 

-  On ma broń? 
Skinął głową.

 

-

 

Nosi ją w plecaku, zauwaŜyłem to juŜ pierwszego 

dnia.  Nawet  go  o  to  spytałem.  Powiedział,  Ŝe  zabiera 
pistolet na kaŜdą ekspedycję dla własnego bezpieczeń-
stwa,  na  wypadek  gdyby  się  natknął  na  jakieś  dzikie 
zwierzęta. 

-

 

Jakie  dzikie  zwierzęta?  -  spytała  Amy  z  niepo-

kojem. 

-

 

Pewnie  te  same,  które  miały  wpaść  w  pułapkę 

zastawioną w twoim namiocie. 

-

 

Czyli my - szepnęła. 

-

 

No. 

Wziął ją za rękę, a ona nie zaprotestowała. Pozwoliła 

nawet,  by  ją  prowadził,  co  było  dla  niej  nowym  do-
ś

wiadczeniem.

 

-

 

Jesteś pewien, Ŝe idziemy w dobrym kierunku? 

-

 

Tak. 

-

 

Naprawdę? Nie mamy kompasu, mapy ani niczego 

takiego. Skąd wiesz, Ŝe tam jest szosa? 

Andy nie okazał zniecierpliwienia, nawet się uśmiech-

nął.

 

-  Posłuchaj.

 

Amy nadstawiła uszu. Ale oprócz ich kroków i szeles-

tu odgarnianych gałęzi nie słyszała nic niezwykłego.

 

-

 

Co ty właściwie słyszysz? - spytała. 

-

 

Ruch uliczny. Samochody, cięŜarówki, coś jesz- 

116

 

background image

cze. Odgłosy dochodzą z dość duŜej odległości, ale 
kiedy idziemy w tym kierunku, są coraz głośniejsze. 
Spojrzała na niego z podziwem.

 

-

 

0 rety! Masz lepszy słuch niŜ ja. 

-

 

Na pewno są rzeczy, które ty potrafisz lepiej ode 

mnie -rzekł uspokajająco. -Jak szybko umiesz biegać? 

-

 

Nie  jestem  pewna  -  przyznała.  -  Nigdy  nie  mie-

rzyłam  sobie  czasu.  Wiem,  Ŝe  biegam  szybko.  I  mam 
doskonały  wzrok.  Widzę  trzy  razy  lepiej  niŜ  zwykli 
ludzie.  -  Uprzytomniła  sobie,  Ŝe  jeszcze  nigdy  nie 
mówiła o sobie z taką swobodą. Nawet z Tashą i Eri-
kiem, którzy znali prawdę o niej, nie mogła rozmawiać 
tak  szczerze.  Nie  chciała,  by  pomyśleli,  Ŝe  się  prze-
chwala. 

Ale Andy w pełni ją rozumiał.

 

-

 

To masz lepsze oczy niŜ ja - powiedział. 

-

 

To  chyba  normalne,  Ŝe  nie  jesteśmy  zupełnie 

identyczni  -  stwierdziła  Amy.  -  W  końcu  jesteś  ode 
mnie kilka lat starszy. 

-

 

I  innej  płci  -  dodał  chłopiec.  -  To  znaczy,  nasze 

ciała się róŜnią. 

-

 

I  to  jak  -  palnęła  Amy  bez  namysłu,  po  czym 

zarumieniła się. 

-

 

Przepraszam,  nie  chciałem  wprawić  cię  w  za-

kłopotanie.  -  Zatrzymał  się  i  mocniej  ścisnął  ją  za 
rękę. 

-

 

Co się stało? - spytała. 

-

 

Ciii. Posłuchaj. Coś jest za nami. 

Tym  razem  słuch  jej  nie  zawiódł.  Nie  potrafiła 

jednak rozpoznać tego dźwięku. ZniŜyła głos do szeptu.

 

-

 

To nie brzmi jak kroki. 

-

 

Nie. A przynajmniej nie ludzkie. 

-

 

Myślisz, Ŝe to zwierzę? MoŜe to tylko zając. 

-

 

Nie, coś większego. 

117

 

background image

Amy spojrzała na swojego towarzysza.

 

-

 

No to czemu tu stoimy? Powinniśmy uciekać! 

-

 

Lepiej byłoby wejść na  drzewo. Jeśli to wilk czy 

pantera, dogoni nas bez trudu. 

-

 

No dobra, ale zróbmy coś! 

Niestety,  było  juŜ  za  późno.  ZbliŜało  się  coś  wiel-

kiego  i  czarnego.  Ledwie  Amy  uzmysłowiła  sobie,  Ŝe 
to niedźwiedź, a zwierzę rzuciło się na nią.

 

Pochwyciły ją potęŜne włochate łapy. Próbowała  się 

uwolnić,  ale  niedźwiedź  był  zbyt  silny.  Z  twarzą 
przyciśniętą  do  jego  piersi,  dziewczyna  nie  mogła 
oddychać.

 

Nagle  poczuła  coś  jeszcze  -  jakby  jakaś  siła  ode-

pchnęła  rozszalałe  zwierzę.  Niedźwiedź  zamruczał, 
puścił ofiarę i zwrócił się w stronę Andy'ego. Chłopiec 
stał w takiej samej pozycji jak postać z jednego z pla-
katów wiszących w pokoju Erica. Kiedy zwierzę pode-
szło  do  niego,  Andy  zaatakował.  Podniósł  nogę  za-
dziwiająco  wysoko  i  kopnął  je  w  pierś.  Niedźwiedź 
zatoczył się do tyłu. Chłopiec bez zwłoki przypadł do 
niego.  Kolejne  kopniaki  trafiały  w  masywne  ciało. 
Niedźwiedź  wyglądał  na  oszołomionego.  Andy  złapał 
Amy za rękę i razem rzucili się do ucieczki.

 

Dziewczyna  nie  miała  pojęcia,  jak  długo  biegli,  ale 

kiedy  wreszcie  się  zatrzymali,  była  przekonana,  Ŝe 
niedźwiedź  został  daleko  z  tyłu.  Dwaj  uciekinierzy 
upadli  na  ziemię,  nie  puszczając  swoich  rąk.  Pędzili 
tak, Ŝe - ku zdumieniu Amy - zabrakło jej tchu, podob-
nie jak jej towarzyszowi.

 

-

 

Byłeś  niesamowity!  -powiedziała,  kiedy  wreszcie 

odzyskała głos. - Co ty właściwie zrobiłeś? 

-

 

To był kick boxing - wydyszał Andy. - Chodzę na 

kurs. Karate, judo, kung-fu, tai chi i tak dalej. 

118

 

background image

-

 

O rety! Dla kondycji? 

-

 

I własnego bezpieczeństwa. San Francisco to duŜe 

miasto. Nie tak niebezpieczne, jak niektóre, ale mimo 
to lepiej być przygotowanym na wszystko. 

-

 

Ale  po  co  ci  znajomość  sztuk  walki  do  obrony 

własnej? - spytała. 

-

 

Dzięki niej poradziłem sobie z niedźwiedziem. 

-

 

No tak, ale w San Francisco raczej nie spotyka się 

grizzly.  Jesteśmy  silniejsi  od  ludzi.  Mógłbyś  zno-
kautować kaŜdego, kto cię zaatakuje. 

-

 

Tak, wiem. Wolę jednak walczyć tak, jak zwykli 

ludzie. Dzięki temu czuję się bardziej normalny. 

Uśmiechnęła się do chłopca. Jej matka byłaby z niego 

zadowolona, zwłaszcza Ŝe przed chwilą uratował Amy 
Ŝ

ycie.

 

Zresztą sama teŜ była zadowolona. Spodobało jej się 

w  nim  to,  Ŝe  choć  jest  obdarzony  niezwykłymi 
zdolnościami, nie polega wyłącznie na nich. Wszystko 
jej się w nim podobało.

 

Pozwolili sobie tylko na kilka minut odpoczynku.

 

-  Musimy wydostać się z lasu i znaleźć szosę przed 

zmierzchem  -powiedział  Andy.  -Wiem,  Ŝe  obydwoje 
dobrze widzimy w ciemnościach, ale, szczerze mówiąc, 
wolałbym w tym gąszczu nie sprawdzać, na ile dobrze.

 

Amy przytaknęła.

 

-  No to którędy pójdziemy?

 

Andy  przechylił  głowę  na  bok  i  wytęŜył  słuch.  Po 

chwili wskazał kierunek.

 

-  Tędy.

 

 

Niesamowite, pomyślała nie wiadomo który juŜ raz

 

tego dnia. WciąŜ nie słyszała Ŝadnych samochodów. 
Po chwili jej uszu dobiegł inny dźwięk.

 

-  śaby - powiedziała.

 

119

 

background image

-

 

Hę? 

-

 

Słyszę  rechot  Ŝab.  To  znaczy,  Ŝe  w  pobliŜu  jest 

woda. 

Andy nachmurzył się.

 

-

 

Pewnie  to  jakaś  odnoga  rzeki.  Mam  nadzieję,  Ŝe 

nie ma tam wirów. Być moŜe będzie trzeba przepłynąć 
na drugi brzeg. 

-

 

Nie słyszę huku -rzekła dziewczyna. -Nie powin-

no być Ŝadnych trudności. 

Po  części  miała  rację.  Woda,  którą  zobaczyli,  była 

spokojna. Niestety, leŜała na dnie głębokiego na trzydzie-
ś

ci metrów wąwozu, a nie mieli Ŝadnych lin, za pomocą 

których mogliby zejść na dół po stromym brzegu.

 

Amy obliczyła w myśli, Ŝe od rzeki dzieli ich około 

piętnastu  metrów.  Na  szczęście  nad  wąwozem  wisiał 
most. Ruszyli brzegiem w jego stronę.

 

-

 

Przechodziłaś  kiedyś  po  wiszącym  moście?  -spy-

tał Andy. 

-

 

Nie. 

-

 

A ja tak. To dziwne uczucie, bo most nie wydaje 

się solidny. Ale nie bój się, jest trwalszy, niŜ się wydaje. 

Amy  miała  taką  nadzieję.  Most,  dyndający  między 

dwoma  drzewami  po  przeciwnych  stronach  wąwozu, 
nie  wyglądał  zachęcająco.  Na  szczęście  nie  spędzą  na 
nim zbyt wiele czasu.

 

Byt wąski, musieli więc iść gęsiego.*

 

-

 

Chcesz,  Ŝebym  poszedł  pierwszy  i  sprawdził,  czy 

wszystko gra? - spytał Andy. 

-

 

Myślisz,  Ŝe  ten  most  wytrzyma  nasz  cięŜar?  -

zaniepokoiła  się  Amy.  Woda  wydawała  się  niezbyt 
głęboka, ale wystawało z niej sporo duŜych głazów. 

Chłopiec  złapał  jedną  z  lin  i  potrząsnął  nią.  Most 

zakołysał się, lecz nie spadł.

 

120

 

background image

~ Tak, jest w porządku.

 

OstroŜnie,  trzymając  się  lin  po  obydwu  stronach, 

Amy  weszła  na  rozchybotany  most;  jej  towarzysz 
ruszył za nią.

 

-

 

Dobrze się czujesz? - spytał. 

-

 

Jak dotąd - odparła niepewnie. 

-

 

Patrz przed siebie, nie oglądaj się. Mogłoby ci się 

zakręcić w głowie. 

Amy nie miała zamiaru patrzeć za siebie, w dół czy 

w jakiekolwiek inne miejsce, nie będące drugim końcem 
mostu.

 

-  Ciekawe,  jak  długo  on  tu  wisi  -  myślał  na  głos 

Andy. - Pewnie setki lat.

 

Dziewczyna jęknęła.

 

-

 

Andy, wcale nie dodajesz mi otuchy. 

-

 

Chodzi mi o to, Ŝe skoro wytrzymał tak długo... 

-

 

Andy! 

-

 

Dobrze, dobrze, nic juŜ nie będę mówił. -Chłopiec 

parsknął śmiechem. 

Poczuła  się  pewniej,  słysząc  jego  śmiech.  Miała 

nadzieję,  Ŝe  się  przed  nim  nie  zbłaźniła.  Idąc  po 
niepewnej  powierzchni,  czuła  ucisk  w  Ŝołądku,  ale  w 
połowie  drogi  zaczęło  jej  się  robić  lŜej  na  sercu.  T 
wtedy most zaczął się kołysać.

 

-

 

Andy?  Co  robisz?!  -  krzyknęła  Amy,  zaciskając 

dłonie na linach. 

-

 

Nic. To. pewnie podmuch wiatru. 

-

 

PrzecieŜ  nie  wieje  -  rzuciła.  Nagłe  cały  most 

zafalował. - Andy, co się dzieje? 

-

 

Nie wiem - odparł. 

Amy popatrzyła przed siebie. Nie dostrzegła tam nic 

podejrzanego. Zbierając odwagę, odwróciła się, ale zza 
szerokich ramion swego towarzysza nie widziała dru-

 

121

 

background image

giego  końca  mostu.  Pod  wpływem  nagłego  ruchu 
zakręciło jej się w głowie. Most znów zafalował, tym 
razem silniej.

 

-  Andy! Czy coś się dzieje za twoimi plecami? 
Chłopiec odwrócił się.

 

-

 

Nie widzę, słońce świeci mi w oczy. Czekaj, coś 

jest na tamtym drzewie! 

-  Co to? 

-

 

Nie wiem! 

Most  kołysał  się  coraz bardziej  gwałtownie;  wręcz 

rzucało nim na wszystkie strony. Do uszu Amy dobiegł 
złowieszczy  odgłos  rytmicznych  uderzeń.  2  piersi 
Andy'ego wyrwał się krzyk.

 

Chłopiec odwrócił Amy twarzą do siebie i opasał 

jej rękami swoje biodra.

 

-  Amy, trzymaj się mnie! 
Runęli w dół.

 

background image

Rozdział jedenasty

 

 my  trzymała  się  Andy'ego  z  całej  siły  i  myślała 
tylko o tym, Ŝe roztrzaskają się o skały, ich szczątki 

wpadną do wody i na zawsze zostaną razem... Dziwne, 
Ŝ

e czuła taki spokój. W tej chwili bowiem, kiedy lecieli 

ku wieczności, nie mogła juŜ nic zrobić...

 

Podniosła  głowę,  pragnąc  po  raz  ostatni  zobaczyć 

jego  twarz.  Wtedy  jej  oczom  ukazał  się  niesamowity 
widok.

 

Ręce Andy'ego były wyciągnięte do góry i zaciśnięte 

na  grubej  linie.  I  nagle  dwaj  uciekinierzy  przestali 
spadać.  Zakolysaii  się  niczym  akrobaci  w  cyrku.  Co 
najwaŜniejsze, Ŝyli. A w dodatku zwisali z liny raptem 
półtora metra nad rzeką.

 

Amy  puściła  się  i  wpadła  do  płytkiej  wody.  Andy 

poszedł w jej ślady. Brnąc po kolana w wodzie, wy-

 

123

 

background image

gramolili  się  na  brzeg  i  runęli  na  ziemię.  Tam,  na 
wilgotnej,  błotnistej  ziemi,  przytulili  się  do  siebie  bez 
słowa.

 

Po  twarzy  Amy  popłynęły  łzy.  Wyszła  juŜ  cało  z 

wielu  niebezpieczeństw,  wybrnęła  z  powaŜnych  kło-
potów, ale jeszcze nigdy nie była tak blisko śmierci.

 

Przywykła do tego, Ŝe to ona jest tą silną, bystrą, tą, 

która ratuje innych. Miło było dla odmiany znaleźć się 
w ramionach kogoś równie - jeśli nie bardziej -silnego. 
Kolejne  nowe  doznanie.  Prawdziwy  związek  dusz. 
Amy  jeszcze  nigdy  nie  czuła  się  tak  bezpieczna, 
nikomu tak bardzo nie ufała.

 

-

 

Co się stało? - spytała. 

-

 

Liny pękły. 

-

 

Pękły? Czy zostały przecięte? 

-

 

Nie wiem. Wydawało mi się, Ŝe widziałem kogoś 

na drzewie, do którego były przymocowane. 

-

 

Dallasa? 

-

 

MoŜe. Równie dobrze mogło to być jakieś zwierzę, 

które  przegryzło  linę.  Mieliśmy  szczęście,  Amy.  Ja 
tylko złapałem za sznur, licząc na to, Ŝe będzie na tyle 
krótki, Ŝe nie uderzymy w ziemię. 

-

 

Jak  w  czasie  skoku  na  bungee  -  mruknęła.  Ten 

sport nigdy jej nie pociągał. 

-

 

To  prawda.  Wiesz,  zawsze  się  zastanawiałem,  co 

ludzie w tym widzą. 

Byli do siebie tak bardzo podobni.

 

-  Nie moŜemy tu zostać -  powiedział Andy. - Jeśli 

to  Dallas  przeciął  linę,  wkrótce  zorientuje  się,  Ŝe  nie 
udało mu się nas zabić.

 

Amy zerwała się na nogi.

 

-  Wiesz,  wydaje  mi  się,  Ŝe  słyszę  samochody.  - 

Po chwili uświadomiła sobie, Ŝe to tylko poboŜne

 

124

 

background image

Ŝ

yczenie. Tak naprawdę jej uszu nie dochodził Ŝaden

 

dźwięk. Ale chłopiec skinął 

głową.

 

-  To  juŜ  niedaleko.  -  Ruszył  przed  siebie  pewnym 

krokiem, prowadząc ją przez cierniste krzaki i wielkie 
głazy. - Patrz!

 

Przed  nimi  była  ta  sama  ścieŜka,  którą  szli  przed 

dwoma dniami. Amy zauwaŜyła znajomą grupę skał i 
drzewo  o  gałęziach  zwieszających  się  tak  nisko,  Ŝe 
trzeba było przechodzić nad nimi.

 

Miała  dobrą  pamięć  do  kierunków.  Bez  trudu  od-

najdywała  drogę  do  miejsc,  w  których  juŜ  raz  była. 
Sama jednak nie odszukałaby tej ścieŜki.

 

-  Jesteś  niesamowity  -  zwróciła  się  do  swego 

towarzysza.

 

Nie zaprzeczył.

 

-  Obydwoje  jesteśmy  niesamowici  -powiedział.  - 

Dlatego tak nam ze sobą dobrze.

 

Przeszedł  ją  miły  dreszcz.  Naukowcy  pracujący 

przy projekcie PółksięŜyc wiedzieli, co robią. Z nikim 
jeszcze  nie  łączyła  jej  tak  silna  więź.  Wreszcie  czuła, 
Ŝ

e nie jest sama.

 

Przed jej oczami  mignęła  twarz  Erica,  ale  Amy  nie 

zamierzała czuć się winna. Nie mogła nic zrobić. Ona 
i Andy - to było przeznaczenie.

 

Szli w milczeniu, trzymając się za ręce. Od czasu do 

czasu  dziewczyna  słyszała  odgłosy  przejeŜdŜających 
samochodów,  coraz  głośniejsze.  Wkrótce  para  ucieki-
nierów  wyszła  z  lasu,  prosto  na  autostradę.  Słońce 
chyliło  się  juŜ  ku  zachodowi,  lecz  niedaleko  widać 
było tylną ścianę sklepu.

 

Jak  na  komendę  rzucili  się  biegiem  w  jego  stronę. 

Furgonetka wciąŜ stała na parkingu. AŜ trudno było

 

125

 

background image

uwierzyć, Ŝe raptem parę dni minęło od chwili, kiedy z 
niej wysiadali, podekscytowani i pełni nadziei.

 

Pod drzwiami sklepu stanęli jak wryci.

 

Wnętrze tonęło w ciemnościach, a za szybą wisiała 

tabliczka  z  napisem:  „Zamknięte  z  powodu  urlopu". 
Widniejące  na  niej  daty  wskazywały  na  to,  Ŝe  sklep 
zostanie otwarty dopiero za dwa tygodnie.

 

Ze smutkiem wpatrywali się w tabliczkę.

 

-  No  to  świetnie  -  jęknął  Andy.  -  Co  teraz  zro 

bimy?

 

Amy  nie  odpowiedziała;  nie  odrywała  wzroku  od 

tabliczki.

 

-

 

Andy, który jest dzisiaj? 

-

 

Czternasty. 

-

 

Sklep jest zamknięty od wczoraj - powiedziała. 

-

 

No to co? 

-

 

Dallas  powiedział,  Ŝe  przynieśli  tu  z  Willardem 

ciało  Flory.  Stąd  wezwali  pogotowie.  To  było  dziś 
rano, czyli sklep wtedy był juŜ zamknięty. 

Chłopiec zamyślił się.

 

-  MoŜe na tyłach jest automat telefoniczny.

 

Byt ale zepsuty. Pokrywająca go warstwa kurzu 
wskazywała na to, Ŝe od dawna go nie uŜywano. Amy 
spojrzała na pustą autostradę.

 

-

 

Jak daleko jest do najbliŜszego miasta? - spytała. 

-

 

Nie  mam  pojęcia.  Pamiętam,  Ŝe  po  drodze  za-

trzymaliśmy się na stacji benzynowej. 

-

 

Tak,  a  potem  jechaliśmy  jeszcze  przez  godzinę  -

stwierdziła  Amy.  -  Nie  przypominam  sobie  Ŝadnych 
zabudowań. Proponuję więc, Ŝebyśmy poszli w przeciw-
nym kierunku. MoŜe z tamtej strony stacja benzynowa 
będzie bliŜej. 

126

 

background image

-  Zgoda - przytaknął Andy. - Ale po co iść pieszo, 

skoro moŜna jechać?

 

-  Chcesz ukraść furgonetkę? 
Potrząsnął głową.

 

-  Na  pewno  jest  zamknięta,  a  nawet  gdybyśmy 

dostałi się do środka, nie umiałbym jej uruchomić.

 

Amy uśmiechnęła się.

 

-

 

Cieszę się, Ŝe nie jesteś doświadczonym złodzie-

jem samochodów. No, to czym chcesz jechać? 

-

 

Autostopem. 

Amy  zawahała  się.  Obiecała  matce,  Ŝe  nigdy  nie 

wsiądzie do samochodu z obcym człowiekiem. Gazety 
były pełne przeraŜających historii o młodych ludziach, 
dla których takie przejaŜdŜki kończyły się tragicznie.

 

Jednak po tym, co przeszła tego dnia, nic nie mogło 

jej przerazić. Poza tym nie była sama. Towarzyszył jej 
Andy. A razem mogli dać sobie radę niemal z kaŜdym.

 

-  Dobra - powiedziała i ruszyli w stronę autostrady.

 

Chciała  wystawić  kciuk  w  tradycyjnym  geście  auto-

stopowicza, ale w zasięgu jej wzroku nie było Ŝadnego 
samochodu. Z oddali nie dobiegał jakikolwiek dźwięk.

 

Kiedy wreszcie nadjechał jakiś wóz, oboje wystawili 

kciuki.  Samochód  nie  zatrzymał  się,  ba,  nawet  nie 
zwolnił. Po kilku minutach pojawił się następny, ale i 
jego kierowca najwyraźniej nie miał ochoty ich zabrać.

 

Amy  uzmysłowiła  sobie,  Ŝe  ani  ona,  ani  Andy  nie 

budzą zaufania swoim wyglądem. Obydwoje byli prze-
moczeni i umorusani.

 

-  Lepiej chodźmy stąd - zaproponowała.

 

-

 

Zaczekaj chwilę - rzucił chłopiec. - Coś jedzie. 

Był to czarny samochód, jadący dość wolno. 
-

 

Chyba się zatrzymuje - powiedziała Amy z oŜy- 

127

 

background image

wieniem.  Wystawiła  kciuk  i  przywołała  na  usta  pro-
mienny uśmiech.

 

Samochód zjechał na pobocze i zatrzymał się przed 

dwójką  autostopowiczów.  Amy  podbiegła  do  spusz-
czonej szyby po stronie pasaŜera. Andy ruszył za nią.

 

-

 

Proszę  pana,  czy  mógłby  nas  pan  podwieźć...?  -

zaczęła i nagle uświadomiła sobie, Ŝe zna kierowcę. 

-

 

Pan Devon! 

-

 

Wsiadaj - powiedział. 

Poczuła na ramieniu rękę Andy'ego i odwróciła się. 

On teŜ patrzył na kierowcę, ale na jego twarzy malowało 
się przeraŜenie.

 

-  Uciekaj! - wrzasnął. - Amy, uciekaj!

 

NOTATKA DO SEKRETARZA: ZAPIS 

ROZMOWY TELEFONICZNEJ Z D

 

-

 

JAK WYGLĄDA SYTUACJA? 

-

 

MIAŁA MIEJSCE UCIECZKA. 

-

 

CZY STANOWI TO PROBLEM? 

-

 

BYNAJMNIEJ.  WSZYSTKO  JEST  POD  KON-

TROLĄ. 

-

 

GDZIE OBIEKT JEST W TEJ CHWILI? 

-

 

NA AUTOSTRADZIE 61. JEST OBSERWOWA-

NY. 

background image

 

   Prawdopodobnie  to  instynktowne  zaufanie,  jakim 
darzyła  Andy'ego,  łącząca  ją  z  nim  więź  sprawiła,  Ŝe 
Amy  posłuchała  go  bez  wahania.  Zza  jej  pleców 
dobiegł  krzyk  pana  Devona:  „Amy,  Amy,  wracaj!". 
Dźwięk  jego  głosu  niósł  się  za  nimi,  kiedy  wpadli  do 
lasu.  Biegli  i  biegli,  aź  krzyki  ucichły.  Dopiero  wtedy 
Andy się zatrzymał.

 

-

 

Zostań  tu  -  nakazał  jej.  Podskoczył  i  oburącz 

złapał  się  gałęzi.  Podciągając  się,  wszedł  wyŜej.  Amy 
nie miała pojęcia, co jej towarzysz robi. 

-

 

Nie  widzę  go  -  rzekł,  schodząc  na  dół.  -  Chyba 

nas nie goni. 

-

 

Mogłam  powiedzieć  ci  to  samo  bez  wchodzenia 

na  drzewo  -  stwierdziła  Amy.  -  Gdyby  nas  ścigał, 
słyszałabym jego kroki, - Po chwili dodała: - Ty teŜ. 

129

 

 

Rozdział dwunasty

 

background image

-

 

No wiesz, chciałem się upewnić. - Chłopiec wciąŜ 

cięŜko oddychał. Osunął się na ziemię i oparł piecami 
o drzewo. 

-

 

Palisz? - spytała go Amy z głupia frant. 

-

 

Nie, czemu pytasz? 

-

 

Jesteś taki zasapany. 

-

 

Dziwisz  się?  -  rzucił  Andy.  -  To  był  prawdziwy 

szok! Będę szczery: strasznie się przestraszyłem. 

Dziewczyna usiadła przy nim.

 

-  Czemu?

 

Andy wyglądał na zaskoczonego jej pytaniem.

 

-  „Czemu?"  PrzecieŜ  widziałaś,  kto  to  był.  Rozpo 

znałaś go.

 

Skinęła głową.

 

-  Pan Devon.

 

Chłopiec roześmiał się gorzko.

 

-

 

Raczej pan Demon. 

-

 

Co takiego? 

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.

 

-  Pewnie nie miałaś z nim takich przejść jak ja. 
Zastanawiała się przez chwilę.

 

-

 

Owszem,  spotykałam  go  w  dziwnych  okolicz-

nościach  -  przyznała.  -  Ale  zawsze  wydawało  mi  się, 
Ŝ

e jest po mojej stronie. To znaczy, naszej - poprawiła 

się. 

-

 

Nie wątpię, zechciał, byś tak myślała -powiedział 

Andy cierpkim tonem. 

-

 

Skąd go znasz? 

Chłopiec milczał. Odwrócił wzrok.

 

-  To  musi  być  dla  ciebie  nieprzyjemne  wspomnie 

nie  -  odezwała  się  Amy  łagodnym  tonem.  -  Byłam 
zaskoczona,  kiedy  go  zobaczyłam.  Ale  ty  wpadłeś 
w panikę.

 

130

 

background image

Andy  nie  zdobył  się  na  to,  by  spojrzeć  jej  w  oczy, 

ale przynajmniej zaczął mówić.

 

-

 

Niełatwo  jest  patrzeć  w  twarz  człowiekowi,  który 

cię porwał. 

-

 

Pan Devon cię porwał? 

Chłopiec wreszcie zwrócił na nią wzrok.

 

-

 

Miałem  wtedy  cztery  tata.  Zjawił  się  w  moim 

przedszkolu  i  chyba  jakoś  przekonał  przedszkolankę, 
Ŝ

e  jest  przyjacielem  mojego  ojca.  W  kaŜdym  razie 

zabrał mnie... - Jego głos załamał się. 

-

 

Dokąd? 

-

 

Nie  wiem,  ale  pamiętam,  Ŝe  wszystko  wokół  było 

białe.  To  musiał  być  szpital.  Oglądali  mnie  jacyś 
ludzie. Mieli strzykawki. - Andy zadygotał. - Widzę to 
wszystko jak przez mgłę. Jakby to było snem. Tylko Ŝe 
to nie sen, Amy. To zdarzyło się naprawdę. Nigdy nie 
zapomnę  tej  twarzy.  Nie  masz  nawet  pojęcia,  jak 
często od tamtej pory wydawało mi się, Ŝe ją widzę. - 
Po chwili dodał: - MoŜe widziałem ją naprawdę. 

-

 

Kiedyś wydawało mi się, Ŝe widziałam go w szpi-

talu  -  powiedziała  wolno  Amy.  Pamięć  podsunęła  jej 
nieprzyjemny  obraz...  szpital  w  Nowym  Jorku,  inne 
Amy, zła doktor Markowitz, która prowadziła na nich 
eksperymenty. Pan Devon, pojawiający się w gabinecie 
lekarza...  Przez  chwilę  myślała,  Ŝe  on  teŜ  jest  z  or-
ganizacji. Kiedy jednak wyskoczyła przez okno szpitala, 
uratował  ją...  Czy  aby  na  pewno?  Wszystko  to  było 
pogmatwane  i  niewyraźne,  tak  jak  wspomnienia  An-
dy'ego.  Tyle  Ŝe  Amy,  w  odróŜnieniu  od  niego,  nie 
wiedziała, czy to był sen, czy jawa. 

-

 

To zły człowiek, Amy. Wszystko zaczyna nabierać 

sensu. Na pewno jest jednym z tych łudzi, którzy chcą 

131

 

background image

stworzyć wyŜszą rasę. Śledził nas, obserwował. A moŜe 
miał swoich szpiegów. Dallas mógł być jednym z nich! 
Dziewczyna usilnie starała się dojść z tym wszystkim 
do ładu. Coś jednak nie dawało jej spokoju.

 

-

 

Ale  on  mi  pomagał  -  powiedziała.  -  Zawsze  po-

jawia  się  jak  spod  ziemi,  kiedy  zaczyna  się  dziać  coś 
dziwnego, i za kaŜdym razem dzięki niemu dowiaduję 
się  czegoś  nowego.  Dawał  mi  informacje  i  ostrzegał, 
kiedy  groziło  mi  niebezpieczeństwo.  Raz  uratował  mi 
Ŝ

ycie. 

-

 

Krótko  mówiąc,  zawsze  był  w  pobliŜu  -  pod-

sumował chłopiec. - Co znaczy, Ŝe cię obserwuje. 

Amy  przyłoŜyła  rękę  do  skroni.  Jeszcze  trochę,  a 

cały  ten  bałagan  przyprawi  ją  o  ból  głowy.  Miała  teŜ 
inne zmartwienie. Zaburczało jej w Ŝołądku tak głośno, 
Ŝ

e  jej  towarzysz  usłyszałby  to,  nawet  gdyby  nie  był 

klonem.

 

-

 

Jesteś głodna - powiedział. - Ja teŜ. 

-

 

Co zrobimy? - myślała na głos. Zapadł juŜ zmrok, 

-  Moglibyśmy  poszukać  jagód  i  orzechów.  Pewnie 
gdzieś tu rosną grzyby... 

-

 

Mogą  być  trujące.  Potrafisz  odróŜnić  jadalne  od 

niejadalnych? 

-

 

Nie - przyznała Amy. 

. - To bez znaczenia. Po ciemku i tak nic byśmy nie 

znaleźli. Dziewczyna spojrzała na niego ze 
zdziwieniem.

 

-

 

Naprawdę? Nie widzisz w ciemnościach? 

-

 

Nie aŜ tak dobrze. 

Amy  rozejrzała  się.  Widziała  wszystko  wyraźnie. 

Jej towarzysz wstał,

 

-

 

Musimy zdobyć coś do jedzenia - rzekł. 

-

 

Gdzie? 

132

 

background image

-

 

W sklepie. Zaczekaj tutaj, zaraz wrócę. Amy 

otworzyła usta ze zdumienia. 
-

 

Zamierzasz włamać się do sklepu? 

 

-

 

Amy,  jesteś  głodna?  Kiedy  będziemy  mieli  to 

wszystko  za  sobą,  zapłacę  właścicielowi  za  wszelkie 
szkody. Nie mamy wyboru. 

-

 

Raczej nie - mruknęła. 

Andy ruszył w stronę szosy, a ona oparła się plecami 

o pień drzewa i popadła w zamyślenie.

 

Dlaczego  tak  ją  niepokoił  stosunek  Andy'ego  do 

pana Devona? PrzecieŜ sama nie do końca ufała temu 
człowiekowi. Był tajemniczy, to nie ulegało wątpliwo-
ś

ci. Kiedy jednak przypomniała sobie, jak mocno Andy 

był przeraŜony.., Ona nigdy nie bała się pana Devona. 
Z drugiej strony tak naprawdę wcale go nie znała.

 

Tak  naprawdę  Andy'ego  teŜ  nie  znasz,  usłyszała 

cichy głos płynący z głębi jej duszy.

 

Nie,  z  nim  jest  inaczej.  Jesteśmy  ze  sobą  tak  jakby 

spokrewnieni.  Łączy  nas  to  samo  pochodzenie,  oby-
dwoje nosimy znak.

 

To  jednak  nie  uciszyło  głosu.  KaŜdy  moŜe  zrobić 

sobie tatuaŜ w kształcie półksięŜyca.

 

Uświadomiła  sobie,  Ŝe  serce  zaczyna  jej  bić 

mocniej. Jakie miała dowody na to, Ŝe Andy naprawdę 
jest  klonem?  Czy  zrobił  coś  niezwykłego?  Szybko 
chodził... No i co z tego? To samo moŜna powiedzieć 
o  wielu  ludziach.  Twierdził,  Ŝe  w  głębi  lasu  słyszy 
odgłosy  ruchu  ulicznego,  ale  autostradą  jeździ 
niewiele 

samochodów. 

Niedźwiedzia 

pokonał, 

wykorzystując  sztuki  walki,  a  nie  siłę  fizyczną.  MoŜe 
wcale  nie  był  silny.  MoŜe  trenował  sztuki  walki  nie 
dlatego,  Ŝe  chciał  wyglądać  na  normalnego  chłopaka, 
ale dlatego, Ŝe był normalny.

 

133

 

background image

Amy coraz bardziej kręciło się w głowie.

 

A  Flora?  Tylko  ktoś  obdarzony  doskonałym  wzro-

kiem mógł dostrzec ją w mętnej wodzie.

 

Andy  twierdził,  Ŝe  widział  na  własne  oczy,  jak 

Dallas ją zabił. A skąd wiadomo, Ŝe mówił prawdę?

 

A więź, która ich łączyła? MoŜe ją sobie uroiła?

 

A jeśli nie był taki jak ona? To kim był? Jednym z 

nich?

 

Przebiegła pamięcią wszystko, co zdarzyło się, odkąd 

go  poznała,  wszystkie  ich  rozmowy,  szukała  wskazó-
wek...

 

Kiedy  usłyszała  jego  kroki,  jej  wątpliwości  wciąŜ 

pozostawały  nierozstrzygnięte.  Przestrzegła  się  w  du-
chu,  by  ich  nie  okazywać.  Nie  mogła  pozwolić,  by 
Andy  poznał  jej  myśli.  Była  z  tym  chłopcem  sam  na 
sam  w  środku  lasu  i  nie  miała  pojęcia,  czego  się  po 
nim spodziewać.

 

Andy rzucił na ziemię duŜy wór.

 

-

 

Gotowa  na  królewską  ucztę?  Przyniosłem  same 

rarytasy.  -  Zaczął  wykładać  na  ziemię  torebki  wypeł-
nione czipsami, batonami i napojami w kubkach. Amy 
starała się przybrać na twarz zadowoloną minę. Uprzy-
tomniła sobie, Ŝe straciła apetyt. 

-

 

Miałeś  kłopoty  z  dostaniem  się  do  sklepu?  -

spytała. 

-

 

Właściwie  to  nie  -  odparł.  -  WywaŜyłem  tylne 

drzwi. 

Dziewczyna  starała  się  dyskretnie  pociągnąć  go  za 

język, by nie wzbudzić jego podejrzeń.

 

-  Pewnie pierwszy raz zrobiłeś coś takiego. 
Uśmiechnął się szeroko.

 

-  Kiedyś  zapomniałem  szyfru  otwierającego  moją 

szafkę i musiałem się do niej włamać, Ŝeby wyjąć

 

134

 

background image

ksiąŜkę,  która  była  mi  potrzebna  na  jakąś  tam  lekcję. 
Szkoda,  Ŝe  nie  widziałaś  miny  woźnego.  Myślał,  Ŝe 
wybuchła tam bomba.

 

Amy  wbrew  woli  odwzajemniła  jego  uśmiech,  jak 

zawsze zaraźliwy. Wydawało się niemoŜliwe, by w tej 
chwili groziło jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Z dru-
giej strony... gdyby tylko mogła go jakoś sprawdzić...

 

-

 

Co to było? - spytała nagle. 

-

 

Co? 

-

 

Coś usłyszałam. 

Jego czoło zmarszczyło się.

 

-

 

Tak, ja teŜ coś słyszę. 

-

 

Patrz!  -  krzyknęła,  wyciągając  rękę.  -  Och,  juŜ 

zniknęło! 

Spojrzał we wskazanym przez nią kierunku.

 

-  To  tylko  jeleń  -  powiedział.  -  Nie  ma  się  czym 

przejmować.

 

Nie  ma  się  czym  przejmować.  A  juŜ  na  pewno  nie 

Ŝ

adnym jeleniem. Amy bowiem niczego nie zobaczyła 

ani nie usłyszała. Andy kłamał.

 

Próbowała jeść, przez cały czas rozmyślając, snując 

plany.  Jednym  uchem  słuchała  swego  towarzysza, 
który zastanawiał się na głos, co Dallas zrobił z ciałem 
Flory  i  jaki  los  spotkał  Willarda.  Po  pewnym  czasie 
ziewnęła przeciągle.

 

-

 

Ale jestem zmęczona - powiedziała. 

-

 

Ja teŜ. To był szalony dzień. Nawet jak dla dwóch 

klonów. 

-

 

Mhm - mruknęła Amy i połoŜyła się, - Dobranoc. 

-

 

Dobranoc - odparł Andy. Wyciągnął się na ziemi 

i zamknął oczy. 

Dziewczyna  zaczekała,  aŜ  jego  oddech  stanie  się 

równy i głęboki. Wtedy usiadła.

 

135

 

background image

-  Andy?  -  odezwała  się  cicho.  Nie  zareagował. 

OstroŜnie się podniosła... i nadepnęła na gałązkę, która 
złamała się z trzaskiem. Wstrzymała oddech.

 

Andy nie drgnął. I to ma być supersłuch? - pomyślała 

Amy.

 

Pospiesznie  ruszyła  ścieŜką  w  stronę  szosy.  Na 

pewno  ktoś  ulituje  się  nad  umorusaną  dziewczyną  w 
łachmanach, stojącą na poboczu w środku nocy. A co do 
zaufania do obcych ludzi... cóŜ, będzie musiała zdać się 
na swój instynkt.

 

Autostrada była pusta, z oddali nie dochodziły Ŝadne 

dźwięki.  Dziewczyna  zobaczyła  jednak  coś,  co  pod-
niosło  ją  na  duchu.  Na  parkingu  przed  sklepem,  obok 
furgonetki  winnebago,  stał  czarny  samochód.  Pan  De-
von na nią czekał.

 

Przebiegła na drugą stronę autostrady.  ZbliŜając się 

do  samochodu,  zauwaŜyła  sylwetkę  człowieka  siedzą-
cego za kierownicą. Tak, to był pan Devon!

 

Zapukała w szybę. Nie zareagował. Kiedy otworzyła 

drzwi, nawet nie drgnął.

 

Nie mógł. Był martwy.

 

background image

 

  Amy  siedziała  skulona  na  schodku  przed  drzwiami 
sklepu.  Błyskające  koguty  dwóch  wozów  policyjnych 
rozświetlały parking.

 

Wszystko  zdarzyło  się  tak  szybko.  Po  odnalezieniu 

pana  Devona  dziewczyna  zatrzymała  przejeŜdŜającą 
cięŜarówkę. Kierowca zadzwonił z komórki na policję.

 

- Wygląda na to, Ŝe ktoś kopnął go w splot słonecz-

ny - dobiegł ją głos jednego z policjantów. - Ten, kto to 
zrobił, uprawia sztuki walki.

 

Przy  samochodzie  walały  się  batony  -  najwyraźniej 

wypadły  z  worka  z  jedzeniem.  Dlatego  teŜ,  kiedy 
policjant zaczął przesłuchiwać Amy, ta powiedziała mu 
o chłopaku czekającym na nią w lesie.

 

Spomiędzy  drzew  wyłonił  się  Andy,  prowadzony 

przez dwóch policjantów.

 

137

 

 

Rozdział dwunasty

 

background image

-

 

To ten? - spytał jeden z nich. 

-

 

Tak - odparła i szybko odwróciła wzrok. 

-

 

Amy!  Co  się  dzieje?  Powiedz  im,  Ŝe  nic  nie 

zrobiłem! 

Dziewczyna  wbiła  wzrok  w  swoje  buty,  zaczęła 

dłubać  w  zaschniętym  błocie  i  bezskutecznie  starała 
się nie słyszeć głosu policjanta.

 

-  ...podejrzany  o  morderstwo.  Masz  prawo  milczeć. 

Wszystko, co powiesz, moŜe być i będzie wykorzystane 
przeciwko tobie w sądzie.

 

Usłyszała  szczęk  kajdanek,  trzaśniecie  zamykanych 

drzwi samochodu. Coś zmusiło ją do podniesienia oczu 
na tylną szybę wozu policyjnego. ZauwaŜyła Andy'ego, 
patrzącego  na  nią.  Mimo  panujących  wokół  ciemności 
dokładnie  widziała  jego  twarz.  Nie  malowała  się  na 
niej nienawiść czy złość - tylko smutek.

 

Wiedziała,  Ŝe  chłopiec  nie  widzi  jej  twarzy.  To 

wykraczało  poza  jego  umiejętności.  Nic  nie  powie-
działa, ale to nie miało znaczenia, bo i tak nie usłyszałby 
jej słów.

 

Chyba Ŝe usłyszy odgłos pękającego serca.

 

Kiedy wóz policyjny zniknął w oddali, Amy usłyszała 

rozmowę dwóch policjantów, którzy zostali na miejscu 
zbrodni.

 

-

 

Co z dziewczyną? 

-

 

Sprawdź,  czy  ma  jakieś  dokumenty,  i  skontaktuj 

się  z  jej  rodzicami.  Jeśli  nie  jest  stąd,  zadzwoń  do 
Towarzystwa  Przyjaciół  Dzieci,  niech  zawiozą  ją  do 
schroniska. 

Na szczęście w tej chwili przyjechała karetka, która 

odwróciła  uwagę  policjantów  od  Amy.  NiezauwaŜona, 
dziewczyna wśliznęła się za sklep.

 

Biegnąc w stronę lasu, wytęŜała swój doskonały

 

138

 

background image

wzrok. Nie dość, Ŝe otaczały ją nieprzeniknione ciem-
ności,  to  jeszcze  jej  oczy  były  mokre  od  łez.  Biegła  i 
biegła, aŜ wreszcie zabrakło jej sił i padła na ziemię.

 

Zaczął  siąpić  drobny  deszcz.  Schroniwszy  się  pod 

grubymi  konarami  obficie  porośniętego  liśćmi  drzewa, 
Amy, skulona, przywarła do pnia. Była przemoczona, 
przemarznięta  i  bolały  ją  nogi,  ale  nic  jej  to  nie 
obchodziło. Ból ściskający jej serce był o wiele bardziej 
dotkliwy.

 

Andy...  Tak  się  cieszyła,  Ŝe  go  znalazła,  a  on  ją 

zdradził.

 

Dotknęła  twarzy.  Była  mokra  -  nie  od  deszczu,  ale 

od  łez  płynących  strumieniem  po  policzkach.  Dziew-
czyna płakała nad panem Devonem, nad Andym. Nad 
sobą.  AŜ  wreszcie  zapadła  w  sen  i  nic  jej  się  nie 
przyśniło.

 

Przed świtem obudziły jąptaki. Blada róŜowa smuga 

na  szarym  niebie  zapowiadała  rychły  wschód  słońca, 
ale  Amy  nie  miała  czasu  na  podziwianie  widoków. 
Rozejrzała  się  i  zauwaŜyła  ścieŜkę,  którą  szli  pierw-
szego dnia.

 

ZbliŜając  się  do  obozu,  zwolniła  kroku.  Nie  miała 

pojęcia, co tam zastanie. Kiedy wyłoniła się z zarośli, 
jej  oczom  ukazały  się  namioty.  Na  polanie  panowała 
cisza i nie widać było Ŝywej duszy. O tej porze wszyscy 
pewnie jeszcze spali.

 

Amy  podkradła  się  do  namiotu  Dallasa  i  Erica  i 

delikatnie  odchyliła  połę  słuŜącą  za  drzwi.  Eric  był 
sam.  Spał,  ale  musiał  wyczuć  jej  obecność,  bo 
otworzył oczy.

 

-

 

Wróciłaś - mruknął. 

-

 

Tak. 

Poruszył się, po czym jęknął.

 

139

 

background image

-

 

Au. 

-

 

Co się stało? 

-

 

Wczoraj wieczorem zrobiłem sobie coś w kostkę. 

Chyba jest zwichnięta. 

Amy weszła do namiotu i usiadła.

 

Erie  z  trudem  podniósł  się  do  pozycji  siedzącej. 

Przez jego twarz przebiegł grymas. Dziewczyna wolała 
nie wiedzieć, była to reakcja na ból czy na jej widok.

 

-

 

Gdzie twój chłopak? - spytał. 

-

 

Kto? 

-

 

Andy. 

-

 

On  nie  jest  moim  chłopakiem,  Erie,  i  nigdy  nie 

był. Nie ma go tu. 

-

 

Aha. - Ale jego oczy pozostały zimne. 

-

 

Jak się tak urządziłeś? - spytała. 

Erie  prawie  się  uśmiechnął  się,  lecz  zaraz  na  jego 

twarz powróciła obojętna mina.

 

-

 

Przez  własną  głupotę.  Dwa  razy  zjechałem  z  tej 

góry  bez  Ŝadnych  kłopotów.  A  potem  w  drodze  po-
wrotnej do obozu potknąłem się o przewrócony pień. 

-

 

Erie?  -  z  zewnątrz  dobiegł  głos  Brooke.  -  Jest  z 

tobą Tasha? 

-

 

Nie! - odkrzyknął chłopiec. 

Brooke  weszła  do  namiotu.  Na  widok  Amy  na-

chmurzyła się.

 

-  To ty.

 

Amy nie wiedziała, jak zareagować.

 

-

 

Gdzie Tasha? - spytała w końcu. 

-

 

Nie  wiem  -  powiedział  Erie.  -  Pewnie  poszła 

gdzieś  z  Dallasem.  Chciał  wypróbować  jeden  z  ro-
werów górskich. 

-

 

No  jasne  -  Brook  naburmuszyła  się.  -Podlizywała 

mu się od samego początku. 

140

 

background image

Erie z Ŝalem obejrzał swoją stopę.

 

-

 

Ciekawe,  czy  będę  mógł  pedałować.  Kostka  mi 

spuchła. 

-

 

MoŜe  dzisiaj  polatamy  na  lotniach  -  powiedziała 

Brooke. - To ci nie powinno zaszkodzić. 

Wzrok  Amy  wędrował  od  Brooke  do  Erica  i  z  po-

wrotem. Jej i Andy'ego nie było tu przez całą noc. Czy 
ich zniknięcie nikogo nie zaniepokoiło?

 

Nie mogła się oprzeć pokusie, by zapytać:

 

-  Co powiedział Dallas, kiedy się dowiedział, Ŝe ja 

i Andy uciekliśmy?

 

Brooke spojrzała na nią wyniośle.

 

-  Był niezadowolony. Dla  opiekuna  grupy ucieczka 

dwóch  podopiecznych  nie  jest  powodem  do  chluby. 
Zostawił  nas  i  poszedł  was  szukać,  ale  dość  szybko 
dał  sobie  spokój.  Szczerze  mówiąc,  chyba  nie  za 
bardzo obchodziło go to, co się z wami dzieje.

 

Amy  nie  wierzyła  własnym  uszom.  Ani  ona,  ani 

Andy  nie  skończyli  jeszcze  osiemnastu  lat  i  nie  było 
ich  przez  cały  dzień.  Chyba  coś  takiego  nie  zdarzało 
się często na obozach Dzikiej Przygody!

 

Brooke ze znudzoną miną zaczęła oglądać paznokcie.

 

-

 

Gdzie Andy? - spytała jakby nigdy nic. 

-

 

Nie  wiem.  -  Amy  chciała  opowiedzieć  Ericowi 

całą historię, ale nie przy niej. 

Brooke uśmiechnęła się z zadowoleniem.

 

-

 

Co, zerwaliście? 

-

 

W ogóle nie chodziliśmy ze sobą - odparła Amy. 

-

 

Nie  gadaj  -  powiedziała  Brooke.  -  PrzecieŜ  was 

widzieliśmy, pamiętasz? 

-

 

To był błąd, Brooke. Wielki błąd. Chcesz wiedzieć, 

jak  wielki?  Powiem  ci,  gdzie  Andy  jest  w  tej  chwili. 
W więzieniu. Tam, gdzie jego miejsce. 

141

 

background image

Dopiero  teraz  Erie  zrzucił  z  twarzy  maskę  obojęt-

ności. Jego oczy zapłonęły gniewem.

 

-

 

Nic ci się nie stało? Nie zrobił ci krzywdy? 

-

 

Nie,  nie  chodzi  o  to,  co  myślisz  -  powiedziała 

pospiesznie. - Ale... on nie jest tym, za kogo go brałam. 
Proszę,  nie  chcę  o  tym  rozmawiać.  Muszę  tylko 
znaleźć  Tashę.  -  Wiedziała,  Ŝe  przyjaciółka  ją 
zrozumie. - Nie wiecie, dokąd poszła z Dallasem? 

-

 

Pewnie na tę górę, z której wczoraj zjeŜdŜaliśmy 

na linie - rzekł Erie. - Mieliśmy tam dzisiaj jeździć na 
rowerach górskich. 

-

 

Dobra. - Amy ruszyła w stronę wyjścia. 

-

 

Amy? 

Odwróciła się do Brooke.

 

-

 

Co? 

-

 

Przepraszam za tę pułapkę. 

-

 

Jaką pułapkę? 

-

 

Tę,  którą  zostawiłam  w  naszym  namiocie.  Nie 

chciałam  zrobić  ci  nic  złego.  Zamierzałam  cię  tylko, 
no wiesz, nastraszyć. 

Amy  westchnęła.  No  cóŜ,  przynajmniej  o  to  nie 

musiała obwiniać Andy'ego.

 

-  Nic się nie stało.

 

Kiedy wyszła z namiotu, usłyszała, jak Erie krzyczy 

na  Brooke,  ganiąc  ją  za  ten  idiotyczny  wybryk.  CóŜ, 
pomyślała Amy, to szczęście w nieszczęściu, Ŝe wciąŜ 
nie jestem mu obojętna.

 

Szybkim  krokiem  ruszyła  w  stronę  góry,  z  której 

dzień wcześniej zjeŜdŜali na linie. Na ścieŜce widoczne 
były  ślady  opon  roweru.  MoŜe  Dallas  wiózł  Tashę. 
Amy musiała się jakoś przed nim wytłumaczyć, a potem 
porozmawiać  na  osobności  z  przyjaciółką  i  wyznać  jej 
całą prawdę.

 

142

 

background image

Zaczęła  biec  pod  górę.  Wkrótce  zauwaŜyła  Dałłasa; 

stal  na  krawędzi  urwiska.  Jego  usta  poruszały  się. 
Musiał rozmawiać z Tashą, choć Amy nigdzie jej nie 
widziała.

 

Dopiero  gdy  była  jakieś  dziesięć  metrów  od  niego, 

uświadomiła sobie, Ŝe opiekun jest sam. Rozmawiał z 
kimś przez telefon komórkowy.

 

-  Nie,  pogoda  jest  w  porządku  -  mówił.  -  Zostało 

jeszcze trochę mgły, ale powinna podnieść się za kilka 
minut.  Wtedy  widoczność  będzie  dobra.  Na  kiedy 
moŜesz załatwić helikopter?

 

Amy  była  zaskoczona.  Skoro  Dallas  miał  telefon 

komórkowy, dlaczego nie posłuŜył się nim wcześniej, 
po śmierci Flory? Czemu nie wezwał pomocy z miej sca 
wypadku,  zamiast  nieść  ciało  do  oddalonego  o  spory 
szmat drogi sklepu?

 

Sklepu, który był zamknięty. PogrąŜona w rozpaczy 

po  stracie  pana  Devona  i  zdradzie  Andy'ego,  prawie 
zupełnie  o  tym  zapomniała.  W  jaki  sposób  Dallasowi 
udało  się  wezwać  karetkę  i  powiadomić  dyrekcję  Dzi-
kiej Przygody? Przez komórkę?

 

Następne słowa Dallasa sprowadziły ją na ziemię.

 

-  Słuchaj,  oni  muszą  być  gdzieś  w  lesie.  W  ciem 

nościach nie mogli daleko zajść. Wystarczy, Ŝe polatasz 
chwilę nad okolicą i pewnie ich zauwaŜysz. Dają nam 
za nich kupę forsy, szkoda by było... Halo? Halo? Nie 
słyszę cię, tracę zasięg. Zadzwonię później.

 

Wrzucił telefon do plecaka. I spostrzegł Amy.

 

-  Hej!

 

Krew  zastygła  w  jej  Ŝyłach,  ale  dziewczyna  nie 

uciekła.

 

-

 

Gdzie Tasha? 

-

 

Gdzieś tu się kręci. - Bacznie jej się przyglądał, 

143

 

background image

jakby  próbował  odgadnąć,  co  usłyszała  z  jego  roz-
mowy.  -  Gdzie  Andy?  Niepokoiłem  się  o  was.  Nie 
było  was  przez  całą  noc.  -  Uśmiechnął  się  do  niej 
obleśnie.  -Nie  zamierzam  pytać,  co  robiliście.  WaŜne, 
Ŝ

e wróciliście.

 

Amy podeszła do niego.

 

-

 

Kto cię wynajął? - spytała. 

-

 

Co? 

-

 

Kto zapłacił ci za mnie i Andy'ego? 

Jego powieki drgnęły. 
-

 

Nie wiem, o czym mówisz. 

 

-

 

Po  co  ściąłeś  ten  wiszący  most?  -  spytała.  -  To 

była  głupota.  Nie  wiesz,  Ŝe  ci  ludzie  chcą  nas  mieć 
Ŝ

ywcem?  ZałoŜę  się,  Ŝe  dostałbyś  mniej  pieniędzy, 

gdybyśmy się utopili. 

-

 

To nie był mój pomysł, tylko... - Urwał. 

-

 

Czyj? ~ spytała Amy. -  Twojego partnera, z któ-

rym właśnie rozmawiałeś przez telefon? 

-

 

Nie  twój  interes.  -  Czuł  się  wyraźnie  nieswojo, 

choć nie wyglądał na wystraszonego. - Chodź, wraca-
my do obozu. - Pociągnął ją za rękę. 

Amy  wyrwała  mu  się.  Zaskoczony  jej  siłą,  Dallas 

nie od razu zareagował. Po chwili podszedł do dziew-
czyny.

 

-  Dość tej zabawy, mała. Pójdziesz ze mną.

 

Z  całej  siły  nadepnęła  na  jego  nogę,  świadoma,  Ŝe 

dzięki swojej sile moŜe połamać mu palce. Przeczucie 
jej  nie  zawiodło.  Dallas  zawył,  złapał  się  za  bolącą 
stopę i zaczął skakać w kółko. Amy cofnęła się o krok, 
by usunąć mu się z drogi, i runęła w dół.

 

Prosto w pustkę.

 

Jej  krzyk  przeciął  powietrze,  ale  wydarzenia  ostat-

niego dnia nie pogorszyły refleksu dziewczyny. Złapała

 

144

 

background image

się  półki  skalnej  wystającej  ze  zbocza.  Pod  nią  było 
urwisko,  na  dnie  którego  czekała  pewna  śmierć.  Tym 
razem nie zabezpieczały jej Ŝadne liny.

 

Dallas wychylił się zza krawędzi. Mimo bólu, szcze-

rzył zęby w grymasie ledwo przypominającym uśmiech.

 

- Masz szczęście, Amy, a wiesz dlaczego? Dlatego, 

Ŝ

e  miałaś  rację.  Więcej  mi  za  ciebie  zapłacą,  jeśli 

dostarczę cię całą i zdrową. - Rzucił jej linę.

 

Złapała  ją  i  pociągnęła  mocno,  po  czym  ostroŜnie 

postawiła nogę na występie. Kiedy wróciła na szczyt, 
Dallas  złapał  ją  za  ręce  -  tym  razem,  nauczony  do-
ś

wiadczeniem, o wiele mocniej - i związał je sznurem. 

Dziewczyna  próbowała  mu  się  wyrwać,  ale  było  za 
późno. Nie mogła uŜywać rąk.

 

Za  to  umysł  zaczął  pracować  intensywnie.  Pamięć 

podsunęła jej obraz Andy'ego, walczącego z niedźwie-
dziem.  I  zanim  jej  prześladowca  zorientował  się,  co 
się  dzieje,  zamachnęła  się  nogą  i  trafiła  go  prosto  w 
twarz.

 

Oszołomiony, rzucił się na nią, ale w porę wykonała 

unik. Tym razem to Dallas wypadł za krawędź urwiska. 
Tyle Ŝe nie miał tak dobrego refleksu jak Amy.

 

Nie zdołał złapać się występu.

 

background image

Rozdział czternasty

 

e związanymi rękami Amy zbiegła na dół łagodnym 
stokiem.  Potem  skierowała  się  w  miejsce,  gdzie 

wylądował Dallas.

 

Jedno spojrzenie  wystarczyło, by  doszła do  wniosku, 

Ŝ

e  nic  juŜ  nie  moŜe  dla  niego  zrobić.  Ten  człowiek 

więcej  nie  będzie  terroryzował  uczestników  Dzikiej 
Przygody.

 

Obok  leŜał  jego  plecak.  Wokół  walały  się  przed-

mioty,  które  zeń  wypadły.  Amy  rozpoznała  szczątki 
telefonu  komórkowego,  z  którego  nie  mogło  juŜ  być 
poŜytku.  ZauwaŜyła  teŜ  leŜącą  kilka  kroków  dalej 
teczkę  i  sięgnęła  po  nią,  ale  podmuch  wiatru  rozrzucił 
papiery  na  wszystkie  strony  świata.  Nigdzie  natomiast 
nie widać było pistoletu, o którym wspominał Andy.

 

146

 

background image

A Amy nie miała ochoty na spotkanie ze wspólnikiem 

Dallasa, zaczęła więc biec.

 

Nie  mogła  poruszać  rękami,  więc  biegła  o  wiele 

wolniej  niŜ  zwykle,  ale  mimo  to  dość  szybko  dotarła 
do  obozu.  Brooke  wciąŜ  siedziała  w  namiocie  Erica. 
Amy z daleka słyszała jej narzekania.

 

-

 

Wiesz, moi rodzice nie po to wydali tyle pieniędzy, 

Ŝ

ebym  sterczała  tu  i  nic  nie  robiła  -  jęczała.  Amy 

wpadła do namiotu i usiadła przy Ericu. 

-

 

RozwiąŜ mnie - rzuciła. 

-

 

Co  się  stało?  -  spytał,  uwalniając  ją  z  więzów.  -

Gdzie,Tasha? 

-

 

Nie wróciła do obozu? 

-

 

Nie.  Nie  było  jej  z  Dallasem?  -  Chłopiec  był 

wyraźnie  zaniepokojony.  Spróbował  wstać  i  skrzywił 
się,  kiedy  przeniósł  cały  cięŜar  ciała  na  kontuzjowaną 
nogę. - Musimy ją znaleźć. 

-

 

Powinniśmy  zaczekać  na  Dallasa  -  powiedziała 

Brooke. 

-

 

Długo by to trwało - stwierdziła posępnym tonem 

Amy.  -  LeŜy  u  stóp  na  dnie  urwiska.  I  nieprędko  się 
podniesie. 

-

 

Amy! - krzyknął Erie. - Czy ty...?! 

-

 

Nie, nie zepchnęłam go, sam spadł- wyjaśniła ze 

zniecierpliwieniem.  -  Chodźcie,  musimy  znaleźć 
Tashę i wydostać się z lasu. 

Brooke nie drgnęła.

 

-

 

Biedny Dallas! -jęknęła. - Był taki przystojny! 

-

 

No cóŜ - rzuciła Amy. - Był bardzo przystojnym 

oprychem. Zamierzał porwać mnie i Andy'ego. - Spoj-
rzała znacząco na Erica i od razu zauwaŜyła, Ŝe wszyst-
ko zrozumiał. Oczywiście, nie dało się tego powiedzieć 
o Brooke. 

147

 

background image

-

 

Po co miałby porywać ciebie i Andy'ego? 

-

 

Hrranm... to znaczy, chciał porwać nas wszystkich. 

Umówił  się  nawet  z  kimś,  kto  miał  przysłać  po  nas 
helikopter. Dlatego pospieszcie się! 

Erie stał prosto, ale ból wyraźnie mu doskwierał.

 

-

 

Dasz radę iść? - spytała Amy z niepokojem. 

-

 

Raczej kuśtykać. 

Ruszyli  przed  siebie  ścieŜką  prowadzącą  do  lasu. 

Przez kontuzję Erica nie mogli iść szybko. Brooke była 
przeraŜona.  Przez  cały  czas  patrzyła  w  niebo,  wypat-
rując nadlatującego śmigłowca.

 

-

 

Nigdy stąd nie uciekniemy! - biadoliła. Erie 

był blady jak ściana. 
-

 

Idźcie dalej beze mnie. 

 

-

 

Dobra  -  powiedziała  Brooke,  ale  Amy  zaprotes-

towała. 

-

 

Nie zostawię cię. 

-

 

Amy, nie mogę chodzić. - Chłopiec skrzywił się. - 

A porywaczowi tak naprawdę zaleŜy tylko na tobie. 

-

 

Ciii!  -  Amy  zerknęła  z  ukosa  na  Brooke.  Ta 

jednak była zbyt przejęta, by zastanawiać się, dlaczegóŜ 
to porywacz miałby woleć Amy od niej. 

Amy przykucnęła.

 

-

 

Erie, wejdź mi na plecy. 

-

 

Co? 

-

 

Będę cię niosła. 

-

 

Amy!  -  pisnęła  Brooke.  -  On  jest  od  ciebie  dwa 

razy większy! 

-

 

Mam  silne  plecy.  -  Amy  miała  nadzieję,  Ŝe  to 

wytłumaczenie  wystarczy.  Bardziej  niepokoiła  się  tym, 
czy Erie przystanie na jej propozycję. Czyjego męskie 
ego uzna ją za upokarzającą? 

148

 

background image

Brooke patrzyła z otwartymi ustami na chłopca

 

który wgramolił się na plecy Amy, objął ją nogami w 
talii i połoŜył dłonie na ramionach.

 

Teraz  mogli  juŜ  iść  szybciej.  Po  drodze  wołali 

Tashę,  a  Amy  przy  okazji  odkryła  u  siebie  kolejną 
zdolność,  o  której  nie  wiedziała.  Jej  głos  był  donoś-
niejszy niŜ głosy Erica i Brooke razem wzięte. Zdawała 
sobie  sprawę, Ŝe  nie  powinna  demonstrować  tylu  nie-
zwykłych  umiejętności  w  obecności  dziewczyny,  która 
nie  znała  -  i  znać  nie  mogła  -  prawdy  o  niej.  Nie 
przejmowała  się  jednak  tym  za  bardzo.  Tasha  i  Erie 
znaczyli dla niej więcej niŜ jakakolwiek tajemnica.

 

Zaabsorbowana  poszukiwaniami  przyjaciółki,  starała 

się nie myśleć o kimś, wobec kogo była niesprawied-
liwa.  O  Andym.  O  chłopcu,  który  nie  powinien  był 
trafić  do  więzienia.  Który  jej  nie  zdradził.  Który,  jak 
dowodziły  działania  Dallasa,  był  tym,  za  kogo  się 
podawał. Klonem. Tak jak ona.

 

Zatopiona  w  myślach,  dopiero  po  dłuŜszej  chwili 

dosłyszała słaby, dobiegający z oddali dźwięk. Był to 
ni to warkot, ni to brzęczenie, cichy, chrapliwy szum.

 

-

 

Słyszę helikopter - powiedziała. 

-

 

Schowajmy  się!  -  krzyknęła  Brooke.  -  Musimy 

się schować! 

Nie było na to czasu. Wszyscy juŜ widzieli i słyszeli 

nadlatujący  śmigłowiec.  Zdawali  sobie  sprawę,  Ŝe 
człowiek, który nim leciał, musiał ich teŜ dostrzec. Nie 
mieli dokąd uciec, gdzie się ukryć.

 

Brooke nie przestawała zawodzić.

 

-  Zamknij  się!  -  nakazała  jej  Amy.  -  Próbuję  się 

skupić! - Jeśli helikopterem leciał tylko jeden człowiek, 
moŜe dałaby mu radę. Ale on pewnie był uzbrojony...

 

149

 

background image

-  Przepraszam  -  szepnął  jej  Erie  na  ucho.  -  Prze 

praszam, Ŝe byłem takim głupkiem.

 

Mimo  narastającej  grozy  sytuacji  Amy  uśmiechnęła 

się.

 

-  Wybaczamci.  -Po  chwili  dodała:  -Przepraszam, 

Ŝ

e pocałowałam Andy'ego.

 

-  Wybaczam ci - powtórzył za nią Erie. 
Helikopter wisiał juŜ nad ich głowami i powoli

 

opadał ku ziemi. Powietrze wypełniło się warkotem 
wirników. A mimo to Amy usłyszała szept Erica.

 

-  Kocham cię.

 

Tym  razem  to  ona  powtórzyła  jego  słowa.  Miała 

tylko nadzieję, Ŝe będzie mogła wypowiedzieć je jesz-
cze raz, tak by ją usłyszał.

 

Po  chwili  usłyszała  coś  jeszcze.  Głos,  słaby,  nie-

wyraźny, ale znajomy. Głos osoby, która wiedziała, Ŝe 
Amy  jest  w  stanie  usłyszeć  ją  wśród  warkotu 
helikoptera.

 

Wysłuchała instrukcji.

 

-

 

Musimy wrócić na polanę! - krzyknęła. 

-

 

Co? - pisnęła Brooke. - Zwariowałaś? 

Ale  posłusznie  poszła  za  Amy,  niosącą  Erica  na 

plecach.

 

Helikopter,  którym  przyleciała  Tasha,  wylądował  na 

terenie obozu.

 

background image

 

   Podpierając się na kuli, Erie, kuśtykając, wszedł do 

pokoju. Matka przytrzymała mu drzwi.

 

-

 

Usiądź  tu  -  poleciła  synowi  pani  Morgan,  wska-

zując  miękki  fotel  z  dopasowanym  do  niego  podnóŜ-
kiem. - Podnieś nogi. Jesteś głodny? Chcesz coś zjeść? 

-

 

Nie, mamo, dziękuję. 

-

 

A moŜe czegoś się napijesz? Przynieść ci gazetę? 

A moŜe włączyć telewizor? 

Erie uznał, Ŝe jeszcze trochę, a dojdzie do wniosku, 

Ŝ

e  warto  było  sobie  zwichnąć  kostkę.  Fajnie  być  roz-

pieszczanym.

 

-

 

Wszystko  jest  w  porządku,  mamo  -  powiedział 

ciepłym tonem. 

-

 

Gdybyś czegoś potrzebował, będę w kuchni - 

151

 

 

RozdziaŁpi

ę

tnasty

 

background image

odparła pani Morgan. - Na obiad będą twoje ulubione 
kotlety mielone.

 

-  Dzięki,  mamo.  -  Był  ciekaw,  jak  długo  będzie 

mógł  wykorzystywać  swoją  kontuzję  i  na  jak  wiele 
moŜe  sobie  pozwolić.  Przemknęło  mu  przez  myśl,  Ŝe 
w  tej  sytuacji  warto  byłoby  wspomnieć  rodzicom 
o kupnie PlayStation.

 

Do pokoju weszła Tasha.

 

-

 

Co powiedział lekarz? 

-

 

To  tylko  zwichnięcie  -  odparł  chłopiec,  po  czym 

szybko  dorzucił:  -  Bardzo  skomplikowane  zwichnię-
cie. - Lubił, gdy okazywano mu współczucie. 

Dziewczyna opadła na sofę.

 

-

 

Powiedziałeś coś mamie? 

-

 

ś

artujesz? - odparował. 

Uśmiechnęli się do siebie jak dwoje spiskowców.

 

Ich rodzice, wraz z mamą Amy, przyjechali po nich 

do  małego  miasteczka  w  pobliŜu  obozu  Dzikiej  Przy-
gody.  Według  oficjalnej  wersji  wydarzeń,  obydwaj 
opiekunowie  zginęli  w  tragicznych  okolicznościach  i 
program został zawieszony.

 

Morganowie  byli  wzburzeni,  ale  ulga,  jaką  odczuli 

na  wieść,  Ŝe  ich  dzieciom  nic  nie  grozi,  sprawiła,  Ŝe 
nie  zrobili  awantury  i  nie  zadawali  zbyt  wielu  pytań. 
Tasha i Erie zachowali wszystkie szczegóły dla siebie. 
Oczywiście,  kiedy  przyjdzie  rachunek  za  wynajęcie 
helikoptera, będą musieli jakoś się z tego wytłumaczyć.

 

Wrócili do domu poprzedniego wieczoru. Sami Mor-

ganowie. Amy i jej matka zostały na północy.

 

Erie wyjrzał przez wielkie okno, wychodzące na dom 

jego dziewczyny. Tasha wyczuła, co leŜy mu na sercu.

 

-  Jeszcze nie wróciły. 
Chłopiec zasępił się.

 

152

 

background image

-

 

JuŜ prawie szósta. Co je zatrzymało? 

-

 

PrzecieŜ  wiesz  -  powiedziała  Tasha.  -  Muszą 

wyciągnąć  Andy'ego  z  więzienia.  Teraz,  kiedy  juŜ 
wiadomo,  Ŝe  to  Dallas  był  wszystkiemu  winien,  Amy 
jest  przekonana,  Ŝe  Andy  mówił  prawdę.  Erie,  nie 
moŜesz mieć jej za złe, Ŝe się o niego martwi. To wcale 
nie znaczy, Ŝe jest w nim zakochana. Ona pewnie widzi 
w nim kogoś w rodzaju brata. 

Erie skrzywił się.

 

-

 

Nie  widziałaś,  jak  się  całowali.  Wierz  mi,  nie 

pocałowałbym cię tak nigdy w Ŝyciu. 

-

 

Ona uratowała ci Ŝycie — zauwaŜyła Tasha. 

-

 

Tak,  wiem.  -  Chłopiec  westchnął.  -  A  ty  urato-

wałaś nas wszystkich. 

Jego siostra napuszyła się.

 

-  Nie ma za co.

 

Erie  spojrzał  na  nią  z  niezwykłym  jak  na  niego 

zaciekawieniem.

 

-

 

Skąd wiedziałaś, Ŝe grozi nam niebezpieczeństwo? 

PrzecieŜ  byłaś  największą  fanką  Dallasa.  Czemu  mu 
uciekłaś? 

-

 

Miałam przeczucie - powiedziała Tasha wzniosłe. 

- Wiesz, mam doskonały instynkt. 

Chłopiec przewrócił oczami.

 

-

 

Jeśli  to  prawda,  to  dlaczego  nie  poznałaś  się  na 

tym  facecie  od  razu?  Jeszcze  trochę,  a  zaczęłabyś  go 
całować po nogach! 

-

 

Tylko  udawałam  -  zapewniła  go  siostra.  -  Pró-

bowałam  się  do  niego  zbliŜyć,  Ŝeby  sprawdzić,  kim 
jest naprawdę. 

-

 

Nadal  nie  rozumiem  -  zaczął  Erie,  ale  zanim 

dokończył, coś rzuciło mu się w oczy. Amy i jej matka 
wysiadały z taksówki. 

153

 

background image

Tasha podeszła do okna i pomachała im. Po sekun-

dzie Amy była juŜ pod drzwiami Morganów.

 

-

 

Co  się  stało?  -  spytała  ją  przyjaciółka.  -  Znalaz-

łyście Andy'ego? Wyciągnęłyście go z więzienia? 

-

 

JuŜ  go  tam  nie  było.  -  Amy  usiadła  na  poręczy 

fotela  zajmowanego  przez  Erica.  -  Uciekł  tej  samej 
nocy.  Nie  pojawił  się  w  San  Francisco  i  nikt  nie  wie, 
gdzie go szukać. 

-  W jaki sposób udało mu się uciec? - spytał Erie. 
Amy uśmiechnęła się lekko.

 

-  Nie  wiadomo.  Zdarzyło  się  to  w  chwili,  kiedy 

zdejmowano  mu  kajdanki  w  więzieniu.  Policjanci  mó 
wili,  Ŝe  jeszcze  nigdy  nie  widzieli  tak  szybkiego  czło 
wieka.

 

Tasha skinęła głową.

 

-

 

Czyli on teŜ jest klonem. 

-

 

MoŜe  i  tak.  W  tej  chwili  niczego  juŜ  nie  jestem 

pewna. Nic wiem nawet, jak brzmiało jego nazwisko. 

-

 

Ale ja wiem - powiedziała Tasha. - Denker. 

-

 

Skąd wiesz? - spytała Amy. 

-

 

Nno... - Jej przyjaciółka  wyglądała na nieco spe-

szoną. - Wczoraj rano mieliśmy z Dallasem jeździć na 
rowerach  górskich.  On  wrócił  po  coś  do  namiotu  i 
zostawił plecak. Zajrzałam do środka. 

Erie nie posiadał się ze zdumienia.

 

-  Grzebałaś w jego plecaku? Dlaczego? 
Tasha uśmiechnęła się wstydliwie.

 

-

 

Byłam  ciekawa.  Chciałam  się  dowiedzieć  o  nim 

czegoś więcej. W kaŜdym razie była tam jakaś teczka, 
a  w  niej  list  Dotyczący  Amy  i  Andy'ego.  Wtedy  się 
dowiedziałam, Ŝe Dallas coś knuje. 

-

 

Czyli twój wspaniały instynkt nie miał z tym nic 

wspólnego - rzekł Erie. 

154

 

background image

-  Zgadza  się.  Było  mi  głupio,  Ŝe  tak  bardzo  pomy 

liłam się co do niego.

 

Amy próbowała pocieszyć przyjaciółkę.

 

-  Ja  teŜ  zachowałam  się  głupio  wobec  Andy'ego. 

Ale  ty  wykazałaś  się  prawdziwą  odwagą,  kiedy  sama 
pobiegłaś po pomoc.

 

Erie przytaknął.

 

-

 

Nie spodziewałem się, Ŝe stać cię na coś takiego. 

-

 

Ja  teŜ  nie  -  powiedziała  Tasha  w  zamyśleniu.  -

Wiecie, to ironia losu. Pamiętacie, co było napisane w 
prospekcie  o  stawianiu  sobie  wyzwań,  wykorzystaniu 
swojego  potencjału,  przezwycięŜaniu  lęków  i  tak 
dalej?  -  Uśmiechnęła  się  szeroko.  -  Chyba  to 
doświadczenie  coś  mi  dało.  Nigdy  więcej  nie  wy-
zywajcie mnie od mięczaków. 

Amy zerwała się z poręczy i wzięła przyjaciółkę w 

ramiona.

 

-  Nigdy - obiecała.

 

Erie  patrzył,  jak  siostra  i  jego  dziewczyna  ściskają 

się,  i  cieszył  się  ich  szczęściem.  Miał  tylko  nadzieję, 
Ŝ

e między nim a Amy będzie tak jak kiedyś,

 

-  Ach,  byłabym  zapomniała.  Przywiozłam  coś  - 

powiedziała  Amy.  WłoŜyła  rękę  do  torby  i  po  chwili 
wyjęła  z  niej  coś,  co  wyglądało  na  kartkę  wyrwaną 
z  gazety.  -Znalazłam  to  na  posterunku.  To  z  jakiegoś 
lokalnego pisma. - Zaczęła czytać na głos: - W płytkim 
grobie przy autostradzie 61 odnaleziono kobiece zwłoki. 
Zmarła  to  Flora  Mulcahy,  opiekunka  grup  młodzieŜo 
wych  uczestniczących  w  obozach  organizowanych 
przez  Dziką  Przygodę.  Zdaniem  policji,  została  zamor 
dowana".

 

Erie pomyślał o młodej kobiecie w drucianych oku-

larach, z aureolą blond włosów. Jak to się stało, Ŝe tak

 

155

 

background image

miła osoba związała się z takim draniem jak Dallas? Z 
drugiej  strony,  kto  wie,  co  przyciąga  ludzi  do  siebie? 
On  sam  nigdy  w  Ŝyciu  nie  przypuszczał,  Ŝe  pewnego 
dnia zakocha się w dziewczynie klonie.

 

-

 

A  teraz  posłuchajcie  tego  -  ciągnęła  Amy.  -„W 

lesie  odnaleziono  zbłąkanego  nastolatka.  Podawał  się 
za  na  wpół  człowieka,  na  wpół  dzikusa,  który  od 
przeszło  stu  lat  Ŝyje  w  głuszy,  gdzie  uwaŜany  jest  za 
superbohatera.  Jak  dotąd  nie  ustalono  jego  prawdziwej 
toŜsamości' 

-

 

Willard! - krzyknęli Erie i Tasha. 

-

 

Przynajmniej  wiemy,  Ŝe  przeŜył-  powiedziała 

Amy.  Ponownie  usiadła  na  poręczy  fotela  Erica.  -  No 
to wszystkie zagadki mielibyśmy rozwiązane. 

-

 

Została  jeszcze  sprawa  Andy'ego  -  przypomniał 

Erie. 

Tak. - Amy skinęła głową. - Andy'ego Denkera. 

W jej głosie zabrzmiał smutek, który poruszył naj 
czulsze struny serca Erica.

 

-  MoŜemy  go  poszukać-zaproponował  chłopiec.  - 

Przez  Internet.  Moglibyśmy  teŜ  wynająć  prywatnego 
detektywa.

 

Amy uśmiechnęła się.

 

-

 

Myślę, Ŝe któregoś dnia pojawi się znowu. Wtedy, 

kiedy będzie chciał. Przynajmniej wiem, Ŝe gdzieś tam 
są sklonowani chłopcy o imieniu Andy. 

-

 

No  tak.  -  Erie  próbował  przybrać  spokojny  ton, 

ale Amy wyczuła w jego głosie coś jeszcze. Wzięła go 
za rękę i ścisnęła ją. 

-

 

Ale jeszcze milej jest wiedzieć, Ŝe jest tylko jeden 

Erie - powiedziała. 

Znów ścisnęła dłoń chłopca, on odwzajemnił uścisk. 

Nawet leniuchowanie pod troskliwą opieką matki nie

 

background image

działało na niego tak kojąco. Dla tej chwili naprawdę 
warto było zwichnąć sobie kostkę. 

NOTATKA OD DYREKTORA

 

DO WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH: 

ODNOŚNIE DO OSTATNIEGO PRZEDSIĘWZIĘCIA, 
PRAGNĘ OGŁOSIĆ, CO NASTĘPUJE: D ZOSTAŁ 
ZLIKWIDOWANY.