background image

ANNE RICE

PANDORA

Pandora

New Tales of the Wampires

Tłumaczył Jacek Spólny

background image

Dedykowane

Stanowi, Christopherowi i Michele Rice,

Suzanne Scott Quiroz

i Victorii Wilson

Pamięci Johna Prestona

Irlandczykom z Nowego Orleanu,

którzy w połowie XIX wieku wznieśli

na Constance Street wspaniały kościół św. Alfonsa,

przekazując nam, przez wiarę, architekturę i sztukę,

wspaniały pomnik „chwały Grecji i wielkości Rzymu”.

background image

O   pani   Moore   i   echach   w   jaskiniach   Marabar:   „[…]   ale   echo   zaczynało   w   jakiś 

nieokreślony sposób osłabiać jej więź z życiem. Odezwawszy się w chwili, kiedy odczuwała 

szczególne   znużenie,   zdołało   wyszeptać:   »Patos,   pobożność,   odwaga   -   one   istnieją,   ale   są 

tożsame i takie jest plugastwo. Wszystko istnieje, nic nie ma wartości”.

E.M. Forster, Droga do Indii

*1

Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą.

List św. Jakuba Apostoła 2,19

„Jakże   godzien   drwiny  i   dziwaczny   jest   człowiek,   który  dziwi   się   czemukolwiek,   co 

zdarza się w życiu”.

Marek Aureliusz, Rozmyślania

1

*

 E.M. Forster, Droga do Indii, tłum. K. Tarnowska, A. Konarek, Czytelnik, Warszawa 1979.

background image

„Kolejnym artykułem naszej wiary jest to, że wiele stworzeń zostanie potępionych; na 

przykład anioły, wygnane z nieba wskutek pychy i zmienione w diabły; i ci spośród ludzi na 

ziemi, którzy żyją nie objęci Świętą Wiarą Kościoła, to znaczy poganie; oraz ci z ochrzczonych, 

którzy wiodą życie niechrześcijańskie i umierają poza zasięgiem miłości - wszyscy oni zostaną 

skazani na wieczne męki piekielne, jak naucza Kościół Święty. Wobec czego nie mogłem pojąć, 

w jaki sposób wszystko  może skończyć  się dobrze, co ukazywał  mi  wówczas Pan. Lecz na 

pytanie to otrzymałem jedną tylko odpowiedź: »Co niemożliwe dla was, nie jest niemożliwym 

dla   mnie.   Dotrzymam   każdego   danego   słowa,   tak   by   wszystko   skończyło   się   dobrze«.   Tak 

pouczyła mnie łaska Boża…”

Julian z Norwich, Objawienia Bożej miłości

background image

1

Nie minęło jeszcze dwadzieścia minut od chwili, gdy zostawiłeś mnie w tej kawiarni, 

odmówiłam twej prośbie oraz oświadczyłam, że nie spiszę historii swego śmiertelnego życia i 

tego,   jak   stałam   się   wampirem   -   jak   zetknęłam   się   z   Mariuszem,   który   niewiele   przedtem 

zakończył ludzkie życie.

I   oto   siedzę   i   mam   przed   sobą   twój   otwarty   notatnik,   trzymam   jedno   z   ostro 

zakończonych   wiecznych   piór,   które   mi   zostawiłeś,   i   napawam   się   zmysłowym   spływaniem 

czarnego atramentu na kosztowny, nieskazitelnie biały papier.

To zrozumiałe, Davidzie, że zostawiłeś mi coś eleganckiego, kuszącą stronę papieru. Ten 

oprawny   w   czarną,   lakierowaną   skórę   notatnik,   ozdobiony   na   okładce   wybujałymi,   a 

pozbawionymi cierni różami, czyż nie jest to wzór jedynie w ostatecznym rozrachunku, czyż nie 

bije z niego autorytet? To, co spisane między ciężkimi oprawami księgi, będzie mieć swą wagę - 

zdaje się mówić okładka.

Gruby papier pokryty jasnoniebieskimi liniami - jesteś praktyczny, o wszystkim myślisz. 

Wiesz zapewne, że prawie nigdy niczego nie piszę.

Nawet przenikliwy zgrzyt pióra jest pokusą: przypomina najlepsze pióra w starożytnym 

Egipcie, gdy przykładałam je do pergaminu i pisałam listy do ojca, gdy wylewałam swe żale w 

dzienniku… ach, ten dźwięk. Brakuje tylko woni atramentu, za to mamy doskonałe plastikowe 

pióro,   które   wystarczy   na   wiele   ksiąg,   pozostawiając   na   papierze   eleganckie   ślady,   których 

głębokość zależy wyłącznie ode mnie.

Rozmyślam   na   piśmie   o   twej   prośbie.   Widzisz   już   więc,   że   coś   ze   mnie   jednak 

wydobędziesz. Powoli jej ulegam, niemal tak, jak stopniowo poddają się nasze ludzkie ofiary. 

Być może zresztą odkrywam (gdy za oknami nie ustaje deszcz, a we wnętrzu kawiarni słychać 

ciągły szmer rozmów), że nie czeka mnie wcale męka, jakiej się spodziewałam - trud sięgania 

pamięcią przez dwa tysiące lat - lecz przyjemność, jak samo picie krwi.

Wyciągam ręce ku ofierze, z którą nie pójdzie mi łatwo: ku mojej przeszłości. Możliwe, 

że umknie i nie będę jej w stanie dogonić. Tak czy owak, staję przed ofiarą, z jaką jeszcze nigdy 

się nie zmierzyłam. I odzywa się instynkt myśliwego, podniecenie tym, co świat współczesny 

określa mianem śledztwa.

Bo chyba jedynie tym można wytłumaczyć fakt, że tak wyraźnie widzę tamte czasy? Nie 

podałeś mi żadnego magicznego napoju, który przyspieszyłby bieg myśli. Dla nas istnieje zresztą 

background image

tylko jeden napój, i jest nim krew.

W pewnym momencie, gdy szliśmy do kawiarni, stwierdziłeś:

- Na pewno będziesz wszystko pamiętała.

Ty, który jesteś pośród nas młodzieńcem, starcem zaś wśród śmiertelników, który byłeś, 

jako   śmiertelnik,   tak   uczony.   Być   może   nie   ma   w   tym   nic   dziwnego,   że   z   taką   śmiałością 

próbujesz zebrać nasze opowieści.

Ale po co zastanawiam się nad twą ciekawością, zuchwałą w obliczu przesiąkniętej krwią 

prawdy?

Jak udało ci się rozpalić we mnie pragnienie powrotu dwa tysiące lat wstecz, niemal 

dokładnie   tyle   -   bym   opowiedziała   o   swych   śmiertelnych   dniach   na   ziemi   w   Rzymie,   gdy 

przyłączyłam się do Mariusza, który nie miał szans w pojedynku z fatum.

Dlaczego owe dawno zasypane i wyschnięte źródła wołają teraz z taką siłą? Drzwi się 

nagle rozwierają. Wpada przez nie światło. Wejdź.

Siedzę wygodnie w kawiarni.

Piszę,   lecz   od  czasu  do  czasu  odrywam   wzrok  od  kartki   i  omiatam   nim  ludzi  w   tej 

paryskiej   kawiarni.   Widzę   monotonne,   bezpłciowe   tkaniny   tej   epoki,   młodą   Amerykankę   w 

oliwkowym, wojskowym stroju, z całym dobytkiem w plecaku; widzę starego Francuza, który 

przychodzi  tu od lat  tylko  po to, by oglądać  obnażone nogi i ręce młodych,  karmić  się ich 

gestami,   jak   gdyby   był   wampirem.   Czekać   na   egzotyczny   klejnot   chwili,   gdy   jakaś   kobieta 

wybuchnie śmiechem, odchyli się do tyłu, trzymając w ręku papierosa, syntetyczna bluzka ciasno 

opnie jej piersi i będzie widać sutki.

Ach,   starzec.   Jest   siwy   i   ma   na   sobie   drogi   płaszcz.   Jest   zupełnie   niegroźny.   Żyje 

wyłącznie zmysłem wzroku. Wieczorem wróci do skromnego, acz gustownego mieszkania, które 

utrzymuje  od ostatniej  wielkiej  wojny światowej, i będzie  oglądał  filmy z młodą  pięknością 

zwaną Brigitte Bardot. Żyje w swych oczach. Nie tknął kobiety od dziesięciu lat.

Ja   nie   dryfuję,   Davidzie.   Zarzucam   tu   kotwicę.   Bo   nie   chcę,   żeby   moja   opowieść 

wylewała się niczym z upojnej wyroczni.

Zwracam na tych śmiertelnych baczniejszą uwagę. Tacy są świeży, egzotyczni, a zarazem 

soczyści; wyglądają tak, jak musiały wyglądać tropikalne ptaki oglądane oczami śmiertelnego 

dziecka:   tryskają   trzepoczącym,   buntowniczym   życiem,   chciałam   łapać   je   razem   z   ich 

witalnością, żeby biły skrzydłami w mych rękach, chciałam pochwycić lot, mieć go na własność, 

background image

wziąć choćby jego część. Ach, ta okropna chwila dzieciństwa, kiedy przypadkowo zdusi się życie 

jaskrawoczerwonego ptaka.

Jednak śmiertelnicy w ciemniejszym odzieniu sprawiają bardziej złowrogie wrażenie: jak 

zwykle handlarz kokainy - a kręcą się wszędzie, to najsmakowitsze dla nas kąski - który zaszyty 

w   najodleglejszym   kącie   czeka   na   klienta   w   długim,   skórzanym   płaszczu   skrojonym   przez 

włoskiego  projektanta.  Włosy przycięte  krótko na bokach  i bujne  na środku czaszki,  co ma 

przydawać   mu   dystynkcji,   i   przydaje,   chociaż   nie   ma   takiej   potrzeby,   o   czym   łatwo   się 

przekonać, patrząc na twardy wyraz ust, którym natura nie szczędziła swych darów. Trzymając w 

ręku zapalniczkę, wykonuje nią szybkie, niecierpliwe ruchy, znak szczególny narkomana: kręci 

się, obraca, nie umie spokojnie usiedzieć. Nie wie, że już nigdy w życiu nie zazna spokoju. Ma 

ochotę wyjść i zażyć kokainę, niecierpliwi się, ale musi czekać na klienta. Buty ma zbyt lśniące, 

a długie, szczupłe ręce nigdy się nie zestarzeją.

Myślę, że umrze dzisiaj. Zaczynam nabierać ochoty, żeby go zabić. Tylu ludziom podał 

truciznę.   Tropiąc   go,   biorąc   go   w   ramiona,   nie   musiałabym   nawet   spowijać   go   w   wizje. 

Wystarczyłoby przekonać go, że śmierć przybrała postać kobiety zbyt bladej, by mogła być z 

krwi i kości, zbyt wygładzonej przez mijające stulecia, by była czym innym niż ożywiony posąg, 

ale może ci, na których czeka, uknuli spisek na jego życie? Po co miałabym interweniować?

Jak   wyglądam   w   oczach   tych   ludzi?   Kobieta   o   falach   długich,   czystych,   brązowych 

włosów, które spowijają ją niczym kwef zakonnicę, o twarzy tak białej, że wygląda na stworzoną 

przez kosmetyka, i niezwykle błyszczących oczach, lśniących nawet zza okularów w złotych 

oprawkach.

Tak, winniśmy być wdzięczni za tak liczne modele okularów w dzisiejszych czasach - bo 

gdyby przyszło je zdjąć, musiałabym chyba siedzieć z pochyloną głową, żeby nie wystraszyć 

ludzi samą grą refleksów żółci, brązów i złota w oczach, które z biegiem czasu coraz bardziej 

upodabniają się do szlachetnych  kamieni,  tak że wyglądam jak niewidoma,  która w miejscu 

źrenic ma topazy, starannie ukształtowane gałki oczne z topazów, szafirów, nawet akwamaryny.

Widzisz, zapisałam już tyle stron, a wszystko sprowadza się do wyrażenia zgody: Tak, 

opowiem, jak to się zaczęło.

Tak, opowiem ci o swoim śmiertelnym życiu w starożytnym Rzymie, jak pokochałam 

Mariusza, jak się związaliśmy, a potem musieliśmy rozstać.

Jaka zaszła we mnie przemiana, pojawiła się nieznana dotąd stanowczość.

background image

Jaką moc czuję, trzymając to pióro, jak bardzo pragnę rzucić na nas jasne, ostre światło, 

by dopiero potem zacząć spełniać twą prośbę.

Oto   Paryż,   czasy   pokoju.   Pada   deszcz.   Wzdłuż   bulwaru   ciągną   się   wysokie, 

majestatyczne,   szare   budowle   o   podwójnych   oknach   i   balkonach   z   żelaznymi   balustradami. 

Ulicami pędzą hałaśliwe, malutkie, niebezpieczne auta. W kawiarniach takich jak ta tutaj pełno 

turystów z całego świata. Fasady starożytnych kościołów stoją zasłonięte kamienicami, pałace 

zmieniono w muzea, po których błąkam się całymi godzinami, nie mogąc oderwać wzroku od 

przedmiotów   z   Egiptu   i   Sumeru,   starszych   nawet   ode   mnie.   Wszędzie   panuje   architektura 

rzymska, wierne repliki świątyń służą tu jako banki. Język angielski zalewają słowa zaczerpnięte 

z   mojej   łaciny.   Owidiusz,   mój   ukochany   Owidiusz,   który   przepowiadał,   że   jego   wiersze 

przetrwają rzymskie imperium, miał rację.

Starczy wejść do pierwszej lepszej księgarni, by znaleźć go w schludnych, niewielkich 

tomikach, które mają przyciągać uczącą się młodzież.

Rzymskie   wpływy   rozprzestrzeniają   się   same,   wyrastają   potężnymi   dębami   we 

współczesnych lasach komputerów, cyfrowych dysków, mikrowirusów i łączy satelitarnych.

Łatwo tu - jak zawsze - o możliwe do przyjęcia zło, o rozpacz wartą czułego spełnienia.

W   moim   przypadku   zawsze   trzeba   czuć   odrobinę   litości,   miłość   dla   ofiary:   muszę 

wmówić sobie, że śmierć, którą niosę, nie szpeci wielkiego całunu przeznaczenia, utkanego z 

drzew, ziemi i gwiazd, i ludzkich zdarzeń, który bez chwili przerwy unosi się nad nami, gotów 

spowić całe stworzenie, cały znany nam świat.

Gdy znalazłeś  mnie wczoraj w nocy,  jak mnie oceniłeś? Szłam samotna mostem nad 

Sekwaną, w ostatnim, niebezpiecznym mroku przed świtem.

Ujrzałeś   mnie,   zanim   zdałam   sobie   sprawę   z   twej   obecności.   Nałożyłam   kaptur   i 

pozwoliłam, by w mętnym blasku latarni oczy nacieszyły się swym momentem chwały. Ofiara 

stała   na  balustradzie,   jeszcze   dziecko,   ale   zbite   i  okradzione  przez  setkę   mężczyzn.  Chciała 

umrzeć w wodzie. Nie wiem, czy głębokość Sekwany w tamtym miejscu pozwala umrzeć. Tak 

blisko Wyspy Świętego Ludwika. I katedry Notre Dame.  Być  może  pozwala, jeśli człowiek 

potrafi w takiej chwili nie walczyć o życie.

Ale   czułam,   że   dusza   tej   ofiary   jest   jak   popiół,   jak   gdyby   duch   został   spalony, 

pozostawiając samo ciało, znużoną, schorowaną powłokę. Objęłam ją, a gdy zobaczyłam w jej 

małych, czarnych oczach lęk, gdy dostrzegałam w nich pytanie, spowiłam ją wizjami. Smoła, 

background image

która okrywała mi skórę, nie zamaskowała podobieństwa do Matki Boskiej, i kobieta utonęła w 

pobożnych   modłach,   a   gdy   mi   uległa,   ujrzała   moje   zasłony   w   barwach,   które   pamiętała   z 

kościołów dzieciństwa. Ja - wiedząc, że muszę się napić, a jednocześnie pragnąc jej, pragnąc 

bólu, jakim mogłaby emanować u kresu, spragniona smakowitej, czerwonej krwi, która napełni 

mi usta i pozwoli na chwilę poczuć się człowiekiem mimo całej potworności mego bytowania - ja 

uległam jej wizjom, zgięłam jej kark, przebiegłam palcami po bolącej, delikatnej skórze, i wtedy, 

gdy zatopiłam w niej zęby, gdy zaczerpnęłam z niej napoju, wtedy zdałam sobie sprawę z twojej 

obecności. Obserwowałeś.

Wiedziałam, czułam to, i moją uwagę odwrócił nasz obraz w twych oczach, gdy mimo 

wszystko zalewał mnie strumień rozkoszy, dając poczucie życia i jakiejś łączności z koniczyną 

albo drzewami, których korzenie były dłuższe niż konary wyciągnięte w stronę firmamentu.

W   pierwszej   chwili   odczułam   do   ciebie   niechęć.   Widziałeś   mą   ucztę.   Widziałeś,   jak 

uległam. Nie miałeś pojęcia o moim wielomiesięcznym głodzie, ascezie, wędrówce. Zobaczyłeś 

tylko nagłe objawienie się nieczystej żądzy wyssania z niej całej duszy, tak by serce podeszło jej 

do gardła, żądzy wyciągnięcia z jej żył każdej cząstki tego, co chce jeszcze przetrwać.

Rzeczywiście   chciała   przeżyć.   Otulona   świętymi,   niespodziewanie   śniąca   o   piersiach, 

które ją karmiły, opierała mi się swym młodym ciałem, walczyła, taka miękka, z moją twardą, 

posągową postacią, której bezmleczne, marmurowe sutki nie dawały pociechy. Niech spotka się z 

matką, zmarłą i wyczekującą. Może ujrzę w jej oczach światło, przez które mknęła na spotkanie 

pewnego zbawienia.

Potem   o   tobie   zapomniałam.   Nikt   nie   będzie   mnie   okradał.   Zwolniłam   tempo   picia, 

pozwoliłam jej westchnąć, napełnić płuca chłodnym nadrzecznym powietrzem, gdy matka była 

coraz bliżej, a śmierć  zdawała się bezpieczna niczym  łono. Zabrałam wszystko, do ostatniej 

kropli.

Zwisła bez życia, jak ktoś, kogo ocaliłam, jakaś osłabła, chorowita, pijana dziewczyna. 

Wniknęłam w jej ciało, palce, mimo że takie delikatne, przebijały się z łatwością do serca, które 

wyciągnęłam i zaczęłam ssać; pochyliłam się i ssałam je jak owoc, aż w żadnej komorze i w 

żadnym włóknie nie pozostała ani kropla krwi, po czym wolno - możliwe, że już na twój użytek - 

uniosłam ją i upuściłam do rzeki, której tak mocno pragnęła.

Teraz   płuca   dziewczyny   miały   napełnić   się   wodą.   Nie   będzie   szamotania   się   ani 

ostatniego, rozpaczliwego machania rękami. Raz jeszcze przystawiłam serce do ust, aż straciło 

background image

nawet kolor krwi, wreszcie cisnęłam je - zmiażdżone grono - w ślad za nią, biednym dzieckiem, 

dzieckiem setki mężczyzn.

Wtedy odwróciłam się do ciebie, dając do zrozumienia, że wiem o twojej obecności na 

bulwarze. Chyba próbowałam cię nawet wystraszyć. W przypływie szału uświadomiłam ci twą 

słabość, dałam do zrozumienia, że cała krew, jaką otrzymałeś od Lestata, nie da ci sił, by mi 

sprostać, gdybym postanowiła rozerwać cię na strzępy, przeniknąć śmiertelnym żarem i spalić na 

stosie lub tylko ukarać przenikającą do głębi raną - za samo to, że mnie podglądałeś.

Mówiąc szczerze, jeszcze nigdy nie zrobiłam czegoś takiego komuś młodszemu. Żal mi 

was, gdy patrzycie na nas, starców, i przebiega was dreszcz grozy. Powinnam - znając samą 

siebie - rozpłynąć się w mrokach nocy tak, żebyś nie mógł mnie znaleźć.

Ujęło mnie coś w twoim zachowaniu, sposobie, w jaki podszedłeś do mnie, młodym, 

opalonym, anglo - hinduskim ciele obdarzonym gracją młodości śmiertelnika. Jakbyś pytał mnie 

samą pełną pokory postawą:

- Czy moglibyśmy porozmawiać, Pandoro?

Duchem zawędrowałam gdzieś daleko. Być może o tym wiedziałeś. Nie pamiętam, czy 

pozbyłam się myśli o tobie, wiem również, że twoje zdolności telepatyczne nie są rewelacyjne. 

Myśli odbiegły daleko, nie wiem, czy z mojej własnej woli, czy za twoją sprawą. Zastanawiałam 

się nad wszystkim, co mogłabym ci powiedzieć, nad opowieściami tak odmiennymi od historii o 

Lestacie   i   o   Mariuszu,   przekazanymi   nam   przez   Lestata,   chciałam   cię   też   przestrzec   przed 

starożytnymi wampirami Dalekiego Wschodu, które zabiłyby cię za to, że znalazłeś się na ich 

terytorium.

Chciałam,  żebyś  raz na zawsze pojął to, z czym  wszyscy musimy się godzić:  źródło 

naszego wampirycznego głodu tak naprawdę biło w dwóch istotach - Mekare i Maharet - tak 

starożytnych, że ich widok jest dziś czymś okropnym, poza pięknem i brzydotą. A jeżeli same się 

unicestwią, wszyscy zginiemy wraz z nimi.

Chciałam   opowiedzieć   ci   też   o   innych,   którzy   nie   znali   naszego   plemienia   ani   jego 

dziejów, którzy przeżyli straszliwy ogień, jaki sprowadziła na swe dzieci nasza Matka Akasha. 

Chciałam ci powiedzieć, że po Ziemi chodzą stworzenia do nas podobne, lecz nie będące ani 

nami, ani ludźmi. I znienacka zachciało mi się wziąć cię pod swoje skrzydła.

Chyba jednak działo się to za twoją sprawą. Stałeś przede mną jak angielski dżentelmen, 

emanujący dobrym wychowaniem w stopniu większym niż inni znani mi mężczyźni. Zdumiewał 

background image

mnie twój wykwintny ubiór, to, że pozwoliłeś sobie na czarny płaszcz z wełny czesankowej, a 

nawet na luksus czerwonego, jedwabnego szalika - zupełnie inaczej niż zaraz po stworzeniu.

Zrozum, nie byłam przytomna w noc, gdy Lestat przemienił cię w wampira.

Cały   nadprzyrodzony   świat   na   wiele   tygodni   przedtem   drżał   jednak   od   wieści,   że 

śmiertelnik przemieścił się w ciało innego śmiertelnika: my wiemy o takich sprawach, jakby 

mówiły   nam   o   nich   gwiazdy.   Jeden   nadprzyrodzony   umysł   wychwytuje   te   falowania, 

rozchodzące się od nagłego cięcia w tkaninie normalności, drugi umysł odbiera obraz i dalej 

wszystko toczy się jak lawina.

David   Talbot,   którego   nazwisko   kojarzyliśmy   z   szanowanym   zakonem 

psychodetektywów,   zdołał   przenieść   całą   swą   duszę   i   ciało   eteryczne   w   innego   człowieka, 

którego ciało zostało z kolei owładnięte przez złodzieja ciał wypędzonego stamtąd przez ciebie. I 

gdy   zamieszkałeś   w   młodym   osobniku,   ty,   ze   wszystkimi   skrupułami   i   wyznawanymi 

wartościami,   z   gromadzoną   przez   siedemdziesiąt   cztery   lata   wiedzą,   zakorzeniłeś   się   w 

młodzieńczych komórkach.

Tak   powstał   David   Odrodzony,   David   o   lśniącej   urodzie   Indii   i   pierwotnej, 

wypielęgnowanej sile brytyjskiego pochodzenia, David, którego Lestat zmienił w wampira, z 

ciałem i duszą, łącząc cud z Ciemną Sztuką, raz jeszcze dopuszczając się grzechu, na wieść o 

którym osłupieli zarówno jego rówieśnicy, jak i starsi.

I spotkało cię to z ręki najlepszego przyjaciela!

Witamy   w   ciemnościach,   Davidzie.   Witamy   w   krainie   szekspirowskiego   „niestałego 

księżyca”.

Dzielnie szedłeś ku mnie po moście.

- Wybacz, Pandoro - powiedziałeś cicho.

Uderzająca była twa nienaganna wymowa brytyjskiej arystokracji i ten dezorientujący, 

angielski rytm, tak uwodzicielski, jakbyś mówił: „my wszyscy zbawimy świat”.

Zachowywałeś uprzejmy dystans, jak gdybym była dziewiętnastowieczną dziewicą, a ty 

nie chciałbyś niepokoić mnie i mej wrażliwej duszy. Uśmiechnęłam się.

Wtedy   pozwoliłam   sobie   na   chwilę   przyjemności.   Zlustrowałam   cię   uważnie,   pisklę 

jeszcze, które Lestat - wbrew nakazowi Mariusza - odważył się stworzyć. Ujrzałam, z czego się 

składasz: ogromna dusza ludzka, nieulękła, choć zakochana po trosze w rozpaczy, i ciało, które 

Lestat   niemal   z   narażeniem   życia   wyposażył   w   potęgę.   Ryzykował,   oddając   ci   w   trakcie 

background image

przemiany   tak   wiele   krwi.   Próbował   dać   ci   odwagę,   inteligencję,   przebiegłość;   próbował 

przetransportować we krwi cały swój arsenał.

Spisał się dobrze. Twa siła płynęła z wielu źródeł i natychmiast rzucała się w oczy. Krew 

Lestata zawierała domieszkę krwi naszej Matki Królowej Akashy. Krwi dodał mu także Mariusz, 

mój starożytny kochanek. Czegóż nie mówią o Lestacie - nawet że pił krew Jezusa Chrystusa.

Zaczęłam od tej sprawy, gnana ciekawością, ponieważ obserwacja świata w poszukiwaniu 

wiedzy często prowadzi do odkrycia tragedii, których strasznie nie lubię.

- Powiedz mi całą prawdę - zaczęłam - o tej opowieści, o szatanie Memnochu. Lestat 

utrzymywał, że był w niebie i piekle. Wrócił z chustą świętej Weroniki. Z obliczem Chrystusa! 

Tysiące   nawróciły   się   na   chrześcijaństwo,   uleczyły   z   alienacji,   pozbyły   rozgoryczenia.   Inne 

Dzieci   Ciemności   wyciągały   ramiona   ku   zabójczemu   światłu   jutrzenki,   jak   gdyby   słońce 

naprawdę było boskim ogniem.

- Tak,  wszystko  przebiegało   tak,  jak  opisałem  -  odparłeś,  pochylając  głowę  w  geście 

uprzejmej, choć umiarkowanej skromności. - Wiesz również, że kilku z nas… zginęło w swej 

zapalczywości, a dziennikarze i naukowcy zebrali nasze prochy w celach badawczych.

Zdumiewał   mnie   twój   spokój.   Dwudziestowieczna   wrażliwość.   Umysł   zalany 

nieogarnioną   obfitością   informacji,   wymowny,   wiecznie   poszukujący   syntezy, 

prawdopodobieństw, a wszystko  na tle potwornych  doświadczeń, wojen i masakr, być  może 

najokropniejszych w historii świata.

- To wszystko się wydarzyło - ciągnąłeś. - Rzeczywiście poznałem starożytne Mekare i 

Maharet, i niepotrzebnie obawiasz się, że nie wiem, jak wiotki jest korzeń. Bardzo miło z twej 

strony, że zamierzałaś mnie chronić.

Pozostawałam pod jego dyskretnym urokiem.

- Jakie jest twoje zdanie na temat Świętej Zasłony? - spytałam.

- Matka   Boska   Fatimska   -   odparłeś   cicho.   -   Całun   turyński,   kaleka   wychodzący   z 

cudotwórczych wód w Lourdes! Łatwa wiara w te sprawy z pewnością przynosi pociechę.

- A ty nie uwierzyłeś? Potrząsnąłeś głową.

- Lestat w gruncie rzeczy również nie. To ta śmiertelniczka, Dora, wykradła mu chustę i 

ogłosiła jej istnienie światu. Muszę jednak przyznać, że była to rzecz wykonana z niezmierną 

starannością, być może najbardziej na świecie warta miana relikwii.

W twym głosie niespodziewanie pojawiła się nuta przygnębienia.

background image

- Jest dziełem jakiejś potężnej woli.

- A wampir Armand, delikatny, chłopięcy Armand, czy on uwierzył? Armand popatrzył 

na nią i dostrzegł oblicze Chrystusa? - zaryzykowałam, oczekując potwierdzenia.

- Przynajmniej   na   tyle,   że   gotów   był   umrzeć   -   odparłeś   uroczystym   tonem.   -   Gotów 

rozewrzeć ramiona na powitanie wschodzącego słońca.

Odwróciłeś głowę i zamknąłeś oczy. Była to prosta, pozbawiona ozdobników prośba, by 

nie zmuszać cię do mówienia o Armandzie strawionym porannym ogniem.

Wydałam   z   siebie   westchnienie   -   zdziwiona,   nawet   zafascynowana   jasnością   i 

sceptycyzmem twej postawy, przy jednoczesnym szczerym i bolesnym przywiązaniu do innych.

Rzekłeś drżącym głosem:

- Armand. - Ciągle stałeś odwrócony. - Co za rekwiem. I czy zdążył się dowiedzieć, czy 

Memnoch   istnieje,   a   Bóg   Wcielony,   który   kusił   Lestata,   naprawdę   jest   Synem   Boga 

Wszechmogącego? Kto to może wiedzieć?

Ujęła mnie twa szczerość, powaga, pasja. Nie byłeś zblazowany ani cyniczny. Uderzała 

wyrazistość twych uczuć wobec tamtych zdarzeń, istot i pytań, które zadałeś.

- Wiesz, że trzymają chustę w zamknięciu - podjąłeś. - W Watykanie. Przez dwa tygodnie 

na Piątej Alei trwało szaleństwo, ludzie przychodzili do katedry św. Patryka popatrzeć w oczy 

Boga, spoglądali i zanosili owo spojrzenie do swych domostw. Wątpię, żeby istniał na Ziemi 

naród, który byłby w stanie popatrzeć na to choćby przez chwilę.

- A Lestat. Gdzie on teraz jest?

- Obezwładniony, milczący - odrzekłeś. - Leży na posadzce pewnej kaplicy w Nowym 

Orleanie. Nie porusza się. Nic nie mówi. Przybyła doń matka. Znałaś ją - Gabrielle - zmienił ją w 

wampira.

- Tak. Pamiętam.

- Nawet ona nie potrafi wydobyć z niego ani słowa. Tak czy owak, nie zna prawdy na 

temat tego, co zobaczył podczas podróży do nieba i piekła. Próbował wyznać wszystko Dorze! 

Kilka nocy po tym, jak spisałem całą jego opowieść, zapadł w taki stan. Ma nieruchomy wzrok i 

wiotkie ciało. W tym opuszczonym klasztorze i przyległej kaplicy stworzyli z niego i z Gabrielle 

osobliwą Pietę. Jego umysł jest zamknięty albo, co gorsza, pusty.

Twój sposób opowiadania niezmiernie przypadł mi do gustu. Zupełnie mnie rozbroił.

- Pozostawiłem Lestata, ponieważ nie byłem mu w stanie pomóc ani go dosięgnąć. Muszę 

background image

się też dowiedzieć, czy istnieją starcy, którzy chcą mnie unicestwić; muszę odbyć pielgrzymki i 

wędrówki, poznać zagrożenia świata, do którego mnie dopuszczono.

- Jesteś bardzo otwarty. Nie ma w tobie ani krzty przebiegłości.

- Wręcz przeciwnie. Skrywam przed tobą swoje największe atuty. - Na twoich ustach 

powoli zagościł uprzejmy uśmiech. - Twa uroda wprowadza mnie w stan pomieszania. Czy jesteś 

do tego przyzwyczajona?

- Jak najbardziej. Nawet znużona. Otrząśnij się. Muszę cię tylko przestrzec, że żyją starcy, 

starożytni starcy, których natury nikt nie zna i nie potrafi wytłumaczyć. Doszły mnie wieści, że 

poznałeś  Maharet i Mekare. One są teraz najstarszym  źródłem, z którego wszyscy bierzemy 

początek. Najwyraźniej nas porzuciły, wycofały się ze świata i skryły w jakimś tajemniczym 

miejscu, nie mając ochoty na sprawowanie władzy.

- Masz   najzupełniejszą   rację   -   odparłeś.   -   Moja   audiencja   u   nich   była   piękna,   lecz 

wyjątkowo krótka. Nie chcą nikim rządzić, Maharet zaś - dopóki istnieje świat i jej fizyczne na 

nim potomstwo, tysiące ludzkich potomków, których zrodziła w epoce tak starożytnej, że nie 

istnieją miary czasu na jej oznaczenie - Maharet nie zniszczy siebie i siostry, bo oznaczałoby to 

destrukcję nas wszystkich.

- Tak - potwierdziłam - ona tak uważa, wierzy w wielką rodzinę pokoleń, których rozrost 

śledziła przez całe tysiąclecia. Widziałam ją, gdy się wszyscy zebraliśmy. Nie dostrzega w nas 

zła - we mnie, tobie, w Lestacie - tylko siły natury, na podobieństwo wulkanów czy pożarów, 

które pustoszą lasy, albo piorunów, które powalają człowieka.

- Właśnie - odpowiedziałeś. - Nie istnieje żadna Królowa Przeklętych. Obawiam się tylko 

jeszcze   jednego   nieśmiertelnego,   twojego   ukochanego,   Mariusza.   Bo   to   on   przed   swym 

odejściem ustanowił zasadę, że nie wolno już tworzyć żadnych nowych istot pijących krew. Jego 

oczom jawię się jako stworzenie pospolitego pochodzenia. To znaczy tak by to ujął, gdyby był 

Anglikiem.

- Nie sądzę, żeby chciał zrobić ci krzywdę. - Potrząsnęłam głową. - Czyż nie przybył do 

Lestata, żeby na własne oczy ujrzeć chustę?

Na obydwa pytania odpowiedziałeś przecząco.

- Posłuchaj mej rady: gdy wyczujesz jego obecność, zacznij do niego przemawiać. Mów 

do niego tak jak do mnie. Rozpocznij rozmowę, której nie odważy się zakończyć.

- Bardzo zręcznie powiedziane - uśmiechnąłeś się.

background image

- Nie sądzę jednak, żebyś miał powody się go obawiać. Gdyby chciał pozbyć się ciebie z 

powierzchni   Ziemi,   już   by   cię   tu   nie   było.   Trzeba   się   raczej   bać   tego   samego   co   ludzie   - 

osobników własnego gatunku, o zróżnicowanej mocy i przekonaniach, co do których nigdy nie 

można mieć całkowitej pewności, kim są ani co robią. Taką mogę ci dać radę.

- W swej dobroci poświęcasz mi tyle czasu. Zbierało mi się na płacz.

- Nic podobnego. Nie masz pojęcia o ciszy i samotności, w jakiej wędruję, i módl się, 

żebyś ich nigdy nie poznał. Dałeś mi ciepło bez śmierci, pokarm bez krwi. Cieszę się z naszego 

spotkania.

Spojrzałeś w niebo. Nawyk młodzieży.

- Wiem, musimy się już rozstać. - Błyskawicznie odwróciłeś się w moją stronę.

- Spotkajmy się jutro w nocy - powiedziałeś błagalnym tonem. - Nie kończmy tak naszej 

rozmowy! Przyjdę do kawiarni, w której spędzasz każdy wieczór na rozmyślaniach. Znajdę cię. 

Porozmawiamy.

- Czyli mnie tam widziałeś.

- Ach, i to często - odparłeś. - Tak. - Znowu odwróciłeś wzrok. Chciałeś skryć swoje 

uczucia. Po chwili twe ciemne oczy skierowały się w moją stronę.

- Pandoro, do nas należy świat, prawda? - wyszeptałeś.

- Nie wiem, Davidzie, ale będę na ciebie jutro czekać. Czemu nie zjawiłeś się w kawiarni, 

gdzie jest ciepło i jasno?

- Zdawało   mi   się,   że   wyszedłbym   na   jeszcze   bardziej   natarczywego   intruza,   gdybym 

zaczepił cię w świątyni zadumy zatłoczonej kawiarni. Ludzie chodzą tam chyba w poszukiwaniu 

samotności?  Myślałem,  że tak bardziej wypada,  a nie zamierzałem cię podglądać. Jak wielu 

młodych,   muszę   żywić   się   co   noc.   Tylko   przypadkiem   natknęliśmy   się   na   siebie   w   takim 

momencie.

- Jesteś uroczy, Davidzie - oznajmiłam. - Już bardzo dawno nikt mnie nie oczarował. Do 

zobaczenia jutro, w kawiarni.

I wtedy porwał mnie nikczemny impuls. Podeszłam do ciebie, objęłam cię, wiedząc, że 

twarda i zimna powłoka mego starożytnego ciała przejmie cię najgłębszą grozą, ciebie, niemal 

noworodka, którego tak łatwo wziąć za śmiertelnika.

Ale nie odsunąłeś się. I odwzajemniłeś pocałunek w policzek.

Zastanawiam się, siedząc tutaj w kawiarni i pisząc… starając się przekazać słowem być 

background image

może   więcej,   niż   sam   byś   chciał…   co   bym   zrobiła,   gdybyś   mnie   nie   pocałował,   gdybyś 

wzdrygnął się ze strachu, który ogarnia w takich chwilach wszystkich młodych.

Davidzie, jesteś naprawdę zagadkowy.

Jak widzisz, spisuję nie swoją przeszłość, lecz wszystko, co zaszło między nami w ciągu 

dwóch ostatnich nocy.

Zgódź się, Davidzie. Pozwól mi pisać o nas, a może wtedy zdołam odzyskać utracone 

życie.

Gdy wszedłeś dziś wieczorem do kawiarni, nie zwróciłam szczególnej uwagi na notatniki. 

Niosłeś dwa. Grube.

Skóra ich oprawy pachniała ładnie i staro, i dopiero wtedy, gdy położyłeś je na stoliku, w 

twym   zdyscyplinowanym   i   pełnym   umiaru   umyśle   zauważyłam   przebłysk   informacji,   że 

notatniki mają coś wspólnego ze mną.

Wybrałam   stolik   w   środku   tłocznej   sali,   jak   gdybym   chciała   znaleźć   się   w   wirze 

zapachów i krzątaniny śmiertelnych. Wydawałeś się zadowolony, pozbawiony lęku, swobodny.

Włożyłeś   kolejny   imponujący   garnitur   nowoczesnego   kroju,   na   to   pelerynę   z   wełny, 

bardzo gustowną, acz  staroświecką.  Widok twej  złotej  skóry i promiennych  oczu  przyciągał 

wzrok wszystkich kobiet i części mężczyzn.

Uśmiechnąłeś się. Musiałam sprawiać wrażenie ślimaka schowanego w skorupie opończy 

i kaptura. Złote okulary zasłaniały większą część mej twarzy, na wargach miałam ślady taniej 

szminki,   bladopurpurowego   różu,   który   kojarzył   mi   się   z   siniakami.   W   sklepowym   lustrze 

wyglądało to bardzo ponętnie, w ogóle bardzo się ucieszyłam, że nie muszę kryć ust, które są 

niemal pozbawione koloru. Pod szminką mogłam się nimi uśmiechać.

Nałożyłam te swoje rękawiczki z czarnej koronki, z obciętymi koniuszkami palców, przez 

które wystawały paznokcie poczernione sadzą, żeby nie skrzyły się niczym kryształ. Podałam ci 

rękę i ty ją ucałowałeś.

Biła od ciebie ta sama mieszanka zuchwałości i dobrych manier. Po chwili pojawił się 

niezmiernie   ciepły   uśmiech,   w   którym   wyrażała   się   chyba   twa   dawna   fizjologia,   ponieważ 

emanowała  od ciebie  mądrość  nie przystająca  do osoby w tak młodym  wieku i o tak silnej 

budowie ciała. Zdumiał mnie idealny obraz siebie samego, jaki stworzyłeś.

- Nawet się nie domyślasz, jaką radość sprawia mi - zacząłeś - że cię tu oglądam, że mogę 

usiąść z tobą przy jednym stoliku.

background image

- Sprawiłeś,  że poczułam na  to chęć.  - Uniosłam ręce,  spostrzegłam,  że  olśniewa cię 

krystaliczność mych paznokci, widoczna nawet spod sadzy.

Wyciągnęłam ku tobie rękę, oczekując, że się odsuniesz, lecz ty powierzyłeś swą ciepłą, 

ciemnoskórą dłoń zimnemu marmurowi moich palców.

- Odkrywasz we mnie żywą istotę? - zapytałam.

- Bez wątpienia, doskonałą istotę promieniującą życiem.

Zamówiliśmy kawę, bo tego spodziewają się po nas śmiertelnicy. Czerpaliśmy z samego 

ciepła i aromatu rozkosz, jakiej oni nie potrafiliby sobie wyobrazić. Przyniesiono mi czerwony 

deser. Naturalnie cały czas tu jest. Wybrałam go tylko dlatego, że był czerwony - polanę syropem 

truskawki - i wydzielał mocną, słodką woń, która zwabiłaby pszczoły.

Uśmiechałam się na twoje komplementy. Podobały mi się.

Naigrawałam się z nich. Opuściłam kaptur, z którego wysypały się ciemnobrązowe włosy, 

lśniące drżącym blaskiem.

Naturalnie   nie   jest   to   żaden   sygnał   wysyłany   śmiertelnym,   jak   choćby   blond   pukle 

Mariusza albo Lestata, ale uwielbiam swoje włosy, lubię, gdy opadają mi zasłoną na ramiona. 

Spodobało mi się też to, co ujrzałam w twych oczach.

- Gdzieś w głębi mojej duszy tkwi kobieta - oświadczyłam.

Gdy   piszę   o   tym   w   notatniku,   zwyczajna   chwila   obrasta   architektoniczną   strukturą, 

nabiera cech potwornego wyznania.

Davidzie, im dłużej piszę, tym bardziej pociąga mnie pomysł narracji, tym mocniej wierzę 

w powagę niejakiej spójności, możliwej na papierze, lecz nie w życiu, ale nie zapominajmy, że 

początkowo w ogóle nie miałam zamiaru brać do ręki tego twojego pióra. Rozmawialiśmy:

- Pandoro, ten, kto nie wie, że jesteś kobietą, jest głupcem - mówiłeś.

- Mariusz dopiero by się gniewał, że takie słowa sprawiają mi przyjemność. Nie, nie, 

raczej uznałby to za silny argument przemawiający na korzyść jego stanowiska. Porzuciłam go, 

odeszłam bez słowa po naszym ostatnim spotkaniu - jeszcze zanim Lestat wstąpił w ludzkie ciało 

i   ruszył   na   swoją   małą   eskapadę,   podczas   której   napotkał   szatana   Memnocha   -   porzuciłam 

Mariusza, a teraz chciałabym się z nim skontaktować! Chciałabym porozmawiać z nim tak, jak 

rozmawiam z tobą.

Wyglądałeś na przejętego moim stanem, i nie bez racji. Gdzieś w głębi duszy wiedziałeś 

pewnie, że nie okazywałam takiego zapału od wielu ponurych lat.

background image

- Zechciałabyś o sobie napisać, Pandoro? - spytałeś znienacka.

Byłam zupełnie zbita z tropu.

- Napisać w tych notatnikach - naciskałeś. - Napisać o czasach, kiedy żyłaś, kiedy byłaś 

związana z Mariuszem, o samym Mariuszu, ale najbardziej zależy mi na opowieści o tobie.

Osłupiałam.

- Po co ci coś takiego? Bez odpowiedzi.

- Davidzie, nie powróciłeś chyba do tego zakonu istot ludzkich, Talamasca. Oni wiedzą za 

dużo…

Uniosłeś rękę.

- Nie wróciłem i nigdy nie wrócę; i jeżeli miałem co do tego jakiekolwiek wątpliwości, 

zostały one rozproszone w archiwach Maharet.

- Dopuściła cię do swych archiwów, ksiąg, które zgromadziła w ciągu dziejów?

- Tak, widok był imponujący - magazyn pełen tabliczek, zwojów, pergaminów - książki i 

poematy kultur, o których świat chyba nie ma pojęcia. Księgi zagubione przez czas. Oczywiście 

zabroniła mi mówić o moich znaleziskach i zdradzać szczegóły naszego spotkania. Powiedziała, 

że nie należy z niczym  zbyt  lekkomyślnie igrać, potwierdziła też twoją obawę, że mógłbym 

wrócić   do   Talamasca   -   starych   psychoznajomych.   Nie   wróciłem.   Nie   wrócę,   ale   takiego 

przyrzeczenia bardzo łatwo dotrzymać.

- Jak to?

- Pandoro, gdy ujrzałem wszystkie te stare pisma, dowiedziałem się, że nie jestem już 

człowiekiem. Zrozumiałem, że leżące przede mną i czekające na zebranie dzieje nie są już moje! 

Nie należę do rodu śmiertelników! - Ogarnęła wzrokiem pomieszczenie. - Na pewno tysiące razy 

wysłuchiwałaś   takich   słów   od   nowo   stworzonych   wampirów!   Ale   ja   mocno   wierzyłem,   że 

filozofia   i   rozum   zbudują   most,   po   którym   będę   mógł   przechodzić   pomiędzy   obydwoma 

światami, ale mostu nie ma. Zniknął.

Otoczyła cię drżąca aura smutku, błyszczącego w młodych oczach i delikatnym ciele.

- Czyli wiesz o tym - powiedziałam. Nie miałam takiego zamiaru. Słowa wymknęły się 

same. - Wiesz. - Cicho i gorzko się roześmiałam.

- Wiem.   Wiedziałem,   trzymając   dokumenty   z   twoich   czasów,   tyle   ich   było,   z   epoki 

imperium rzymskiego, i inne kruszące się jak odłamki skał, których pochodzenia nie byłbym w 

stanie   określić.   Wiedziałem.   Nie   zależało   mi   na   nich,   Pandoro!   Ważne,   kim   jesteśmy,   jacy 

background image

jesteśmy teraz.

- Zadziwiające. Nawet nie wiesz, jak bardzo cię podziwiam.

- Cieszę się, że tak mówisz. - Pochyliłeś się ku mnie: - Nie oznacza to, że nie nosimy w 

sobie ludzkich dusz, swoich historii; wręcz przeciwnie. Pamiętam, jak Armand opowiadał mi 

dawno temu, że spytał Lestata: „Jak mam pojąć ludzkość?” Lestat odpowiedział: „Przeczytasz 

lub obejrzysz sztuki Szekspira i dowiesz się o ludziach wszystkiego, co potrzeba”. Armand go 

posłuchał. Pochłonął wiersze, przesiedział na wszystkich spektaklach, obejrzał nowe, błyskotliwe 

filmy   z   Laurence’em   Fishburnem,   Kennethem   Branaghiem   i   Leonardo   DiCaprio.   I   podczas 

naszej ostatniej rozmowy tak mówił o swej nauce: „Lestat miał rację. Dał mi nie księgi, lecz 

dostęp do zrozumienia. Ten Szekspir pisze…” - i tu zacytuję Armanda i Szekspira w wersji 

Armanda, jak gdyby słowa wypływały z mego serca:

Jutro - i jutro - i jutro - i jutro:

Tak życie pełznie z dnia w następny dzień

Aż do ostatniej zgłoski w księdze czasu;

A każde „wczoraj” zostaje za nami

Niby ogarek, co przyświecał głupcom

W drodze ku prochom śmierci. Zgaśnij, zgaśnij,

Nietrwała świeczko! Życie jest jedynie

Przelotnym cieniem; żałosnym aktorem,

Co przez godziną puszy się i miota

Na scenie, po czym znika; opowieścią

Idioty, pełną wrzasku i wściekłości,

A nie znaczącą nic

*

.

„Tak pisze ten człowiek - powiedział Armand - i wszyscy wiemy, że jest to bezwzględnie 

prawda, wobec której prędzej czy później ustępują inne rewelacje, a jednak cały czas chcemy 

kochać   tak,   jak   on   to   opisał,   chcemy   to   znów   usłyszeć!   Chcemy   zapamiętać!   Nie   chcemy 

zapomnieć ani jednego słowa”.

Zapanowało milczenie. Spuściłeś wzrok, wsparłeś brodę na knykciach. Wiedziałam, że 

*  W. Shakespeare,  Makbet  (akt V, sc. 5), przet.  S. Barańczak, „W drodze”, Poznań 1992. (Wszystkie 

przypisy pochodzą od tłumacza).

background image

ciężar odpowiedzialności za wyjście Armanda na słońce spoczywa wyłącznie na tobie, ale mnie 

tak podobała się twa recytacja, i same słowa, które powtórzyłeś.

Wreszcie odezwałam się:

- I to sprawia mi przyjemność. Pomyśl tylko, przyjemność. Że deklamujesz teraz przede 

mną takie słowa.

Uśmiechnąłeś się.

- Chcę   przekonać   się,   czego   możemy   się   dowiedzieć,   co   możemy   zobaczyć!   Dlatego 

przybywam do ciebie, Dziecięcia Mileniów, wampira, który pił z samej Królowej Akashy, który 

przeżył dwa tysiące lat. I proszę cię, Pandoro, byś zechciała spisać dla mnie historię swojego 

życia, napisać wszystko, co zechcesz.

Przez dłuższą chwilę milczałam.

Po czym odparłam stanowczo, że nie mogę. Ale coś się we mnie zbudziło. Wróciły spory 

i tyrady sprzed stuleci, wzniosłe światło poety padające na epoki, które poznałam dogłębnie, z 

miłością.   I   inne   epoki,   których   w   ogóle   nie   znałam,   przemierzając   je   jako   niczego   nie 

zauważające widmo.

Tak, należało spisać opowieść. Należało. Ale w tamtej chwili nie mogłam się do tego 

przyznać.

Cierpiałeś, bo przypomniałeś sobie Armanda. Wspominałeś, jak szedł wprost w poranne 

słońce. Opłakiwałeś go.

- Czy między wami istniała jakaś więź? - zapytałeś. - Wybacz zuchwałość, ale pytam o 

więź, która łączyła  was w momencie poznania, wynikającą z tego, że Mariusz obdarzył  was 

Mrocznym Darem. Wiem, że nie ma mowy o zazdrości, to czuję. Nie wymieniałbym imienia 

Armanda, gdybym  odkrył w tobie uraz, ale wszystko inne pogrążone jest w nieobecności, w 

ciszy. Czy istniała taka więź?

- Łączy nas tylko żal. Wszedł w słońce. A żal to najłatwiejsza i najbezpieczniejsza z 

więzi.

Zaśmiałeś się cicho.

- Co zdoła sprawić, że zechcesz zastanowić się nad mą prośbą? Litości, najłaskawsza 

pani, powierz mi swoją pieśń.

Uśmiechnęłam się z pobłażaniem, ale pomyślałam, że to niemożliwe.

- Jest pozbawiona wszelkiej harmonii, mój drogi. Jest zbyt…

background image

Zamknęłam oczy.

Chciałam powiedzieć zbyt bolesna.

Ni stąd, ni zowąd uniosłeś wzrok. Zmienił się wyraz  twej twarzy.  Wyglądało  to tak, 

jakbyś starał się sprawić wrażenie wchodzącego w trans. Powoli odwróciłeś głowę. Nie unosząc 

zbyt wysoko ręki, wskazałeś jakiś punkt, potem dłoń zwiotczała.

- Co to, Davidzie? - zapytałam. - Co widzisz?

- Duchy, Pandoro, zjawy.

Otrząsnąłeś się, jakbyś chciał pozbyć się niedobrych myśli.

- Ależ   to   niesłychane   -   zauważyłam.   Wiedziałam   jednak,   że   powiedział   prawdę.   - 

Mroczny   Dar   odbiera   tę   zdolność.   Mówiły   o   tym   nawet   starożytne   czarownice,   Maharet   i 

Mehare: gdy weszła w nie krew Akashy i zmieniły się w wampiry, przestały słyszeć i widzieć 

duchy. Spotkałeś się z nimi niedawno. Opowiedziałeś im o tej zdolności?

Przytaknął. Najwyraźniej jakaś przysięga zobowiązywała go do niewyjawiania, że one nie 

mają   tej   zdolności,   ale   ja   o   tym   wiedziałam.   Ujrzałam   to   w   jego   umyśle,   zresztą   sama 

dowiedziałam się już dawno temu, gdy spotkałam starożytne bliźniaki, które powaliły Królową 

Przeklętych.

- Widzę duchy, Pandoro - oznajmiłeś niezmiernie zmartwiony. - Widzę je wszędzie, gdy 

się postaram, albo w konkretnych miejscach, które same sobie upatrzą. Lestat widział ducha 

Rogera, swojej ofiary w Szatanie Memnochu.

- Ale   to   był   wyjątek,   przypływ   miłości,   która   przezwyciężyła   śmierć   lub   opóźniła 

wygaśnięcie duszy - sami tego nie pojmujemy.

- Widzę duchy, ale nie przyszedłem, żeby cię tym kłopotać lub wystraszyć.

- Musisz mi o tym opowiedzieć. Co widziałeś przed chwilą?

- Jakiegoś słabego ducha. Nie zdołałby zrobić nikomu krzywdy. Jeden z tych smutnych, 

bardzo smutnych ludzi, którzy nie wiedzą, że umarli. Oni tworzą atmosferę, która okala planetę. 

Określa się ich mianem „przykutych do ziemi”. Ale są we mnie jeszcze inne sprawy, które należy 

zbadać. Wszystko wskazuje na to, że z każdym stuleciem rodzą się nowe wampiry. Można to też 

ująć inaczej: nasz rozwój nie został ustalony z góry, tak samo jak postęp ludzkości. Może którejś 

nocy   powiem   ci   o   wszystkim,   co   widzę   -   o   duchach,   których   jako   śmiertelnik   nigdy   nie 

dostrzegałem wyraźnie - opowiem ci o czymś, co wyznał mi Armand, o barwach, które widział, 

przyjmując życie, o tym, jak dusza opuszczała ciało falami promiennych kolorów!

background image

- Nigdy o niczym podobnym nie słyszałam!

- Ja także to dostrzegam - powiedziałeś. Mówienie o Armandzie wyraźnie sprawiało ci 

nieznośny ból.

- Ale co opętało Armanda, że uwierzył  w chustę? - spytałam, nagle zdumiona własną 

pasją.  -  Czemu  wszedł  w   słońce?   Jak  coś   takiego   mogło  unicestwić  rozum  i  wolę   Lestata? 

Weronika. Chyba wiedzieli, że samo to imię oznacza vera ikon, że taka osoba nigdy nie istniała, 

że nie odnalazł jej osobnik przeniesiony do starożytnej Jerozolimy w dzień, w którym Jezus niósł 

swój krzyż; była wymysłem kapłanów. Nie wiedzieli o tym?

Wtedy   chyba   wzięłam   obydwa   notatniki,   bo   spuściłam   głowę   i   zobaczyłam,   że   je 

trzymam. Co więcej, przyciskałam je do piersi i przyglądałam się jednemu z piór.

- Rozum   -   wyszeptałam.   -   Bezcenny   rozum!   I   świadomość   zawieszona   w   próżni.   - 

Potrząsnęłam głową, ciepło się do ciebie uśmiechając. - I wampiry,  które rozmawiają dziś z 

duchami! Ludzie przemieszczający się z ciała do ciała.

Mówiłam z zupełnie nieoczekiwaną energią.

- Rozwijający się, modny współczesny kult aniołów, rozkwitająca wszędzie pobożność. 

Ludzie   wstający   z   operacyjnych   stołów   i   mówiący   o   życiu   po   śmierci,   o   tunelu,   o 

wszechogarniającej miłości! Tak, zostałeś stworzony w przełomowym czasie! Sama nie wiem, co 

o tym myśleć.

Te słowa, a raczej zawarty w nich punkt widzenia, wywarły na tobie duże wrażenie. Na 

mnie także.

- Dopiero zacząłem - mówiłeś - i zamierzam obracać się zarówno wśród Dzieci Mileniów, 

jak i ulicznych wróżbiarzy z kart tarota. Mam ochotę patrzeć w kryształowe kule i zaciemnione 

lustra. Będę szukał pośród tych, których uważa się za szalonych, pośród nas - albo takich jak ty, 

którzy oglądali coś, czym ich zdaniem nie powinni się dzielić! Bo o to chodzi, dobrze odgaduję? 

Ale proszę cię o podzielenie się ze mną. Minął już dla mnie czas zwyczajnej ludzkiej duszy. 

Minął   czas   nauk   ścisłych   i   psychologicznych,   mikroskopów,   może   nawet   wymierzonych   w 

gwiazdy teleskopów.

Byłam zafascynowana. Ile siły włożyłeś w te słowa! Czułam, jak twarz mnie pali, jak usta 

otwierają się ze zdumienia.

- Sam zdaję się sobie cudem - oznajmiłeś. - Jestem nieśmiertelny, a chcę nas poznawać! 

Masz swoją historię, jesteś bardzo stara i głęboko zraniona. Czuję do ciebie miłość i szanuję to 

background image

uczucie.

- O dziwnych mówisz sprawach!

- Miłość. - Wzruszyłeś ramionami. Uniosłeś wzrok, po czym wpiłeś go we mnie. - I przez 

miliony lat padał i padał deszcz, wrzały wulkany i chłodziły się oceany, aż wreszcie nastała 

miłość? - Wzruszyłeś ramionami na niedorzeczność takiej myśli.

Nie   mogłam   nie   roześmiać   się   z   twego   żartu.   Zbyt   doskonałego,   myślałam.   Zbyt 

wewnętrznie rozdartego.

- To dopiero niespodzianka - rzekłam. - Bo jeśli mam do opowiedzenia historię, małą 

historyjkę…

- Tak?

- Moja historia, jeśli istnieje, jest bardzo na temat. Ma związek ze wszystkim, o czym 

mówiłeś.

Nagle coś mnie tknęło. Zaśmiałam się cicho.

- Rozumiem! Nie chodzi o widzenie duchów, bo to odrębny temat, ale dostrzegam źródło 

twej siły. Przeżyłeś całe ludzkie życie. W odróżnieniu od Mariusza, ode mnie, nie zabrano cię w 

kwiecie   wieku.   Odszedłeś   tuż   przed   chwilą   naturalnej   śmierci,   nie   dasz   się   więc   pokonać 

perypetiom   i   przewinom   przykutych   do   ziemi!   Masz   zamiar   przeć   przed   siebie   z   odwagą 

człowieka,   który  zmarł   ze   starości,   po   czym   powstał   z   grobu.   Cisnąłeś   na   bok   pogrzebowe 

wieńce. Gotujesz się na górę Olimp, prawda?

- Lub   na   spotkanie   Ozyrysa   w   otchłaniach   mroku.   Albo   cieni   Hadesu.   Z   pewnością 

przygotowałem się na duchy, na wampiry, na tych, co znają przyszłość i twierdzą, że poznali 

żywoty w przeszłości, na ciebie, obdarzoną imponującym  intelektem w pięknej szacie, która 

przetrwa całe lata, intelektem, który zniszczył być może twe serce.

Westchnęłam zdumiona.

- Wybacz. Nie powinienem był tego mówić.

- Nic się nie stało, tylko wytłumacz, co miałeś na myśli.

- Zawsze wydzierasz ofiarom serca, prawda? Pragniesz serca.

- Być może. Nie oczekuj po mnie mądrości Mariusza i starożytnych bliźniąt.

- Pociągasz mnie.

- Dlaczego?

- Bo tkwi w tobie opowieść, wyraźnie ukształtowana i czekająca na spisanie - skryta za 

background image

twym milczeniem i bólem.

- Jesteś zbyt romantyczny, przyjacielu.

Czekałeś cierpliwie. Zapewne wyczuwałeś moje wewnętrzne zmieszanie, drżenie duszy w 

obliczu tylu nowych emocji.

- To   taka  mała   opowieść   -  powiedziałam.   -  Widziałam  obrazy,   wspomnienia,  chwile, 

sprawy,   które   mogą   pobudzić   duszę   do   działania   i   tworzenia.   Dostrzegłam   cień   możliwości 

wiary.

Przypuszczam,   że   znałeś   już   odpowiedź.   Wiedziałeś,   co   zrobię,   gdy   sama   tego   nie 

wiedziałam. Uśmiechałeś się dyskretnie, ale siedziałeś jak na szpilkach. Spojrzałam na ciebie i 

pomyślałam, żeby spróbować napisać, spisać to…

- Życzyłabyś sobie, żebym odszedł, prawda? - stwierdziłeś.

Wstałeś, zabrałeś zmoczoną deszczem pelerynę, pochyliłeś się z wdziękiem i pocałowałeś 

mnie w rękę. Ściskałam notatniki.

- Nie - odezwałam się. - Nie mogę. Nie spieszyłeś się z osądem.

- Wróć za dwie noce - poprosiłam. - Obiecuję, że przyniosę notatniki, nawet gdyby były 

zupełnie puste albo zawierały trafniejsze wyjaśnienie przyczyn, dla których nie mogę przywrócić 

straconego życia. Nie zawiodę, ale nie spodziewaj się niczego ponad to, że przyjdę i oddam ci te 

dwie książeczki.

- Dwie noce - powtórzyłeś - i wtedy znów się tutaj zobaczymy.

Milcząc, patrzyłam,  jak wychodzisz z kawiarni. I widzisz, że się zaczęło, Davidzie. I 

widzisz,   Davidzie,   że   z   naszego   spotkania   uczyniłam   wstęp   do   historii,   którą   zamierzam 

opowiedzieć.

background image

2

OPOWIEŚĆ PANDORY

Urodziłam się w Rzymie za panowania cezara Oktawiana Augusta w roku nazywanym 

teraz 15 p.n.e. albo 15 przed Chrystusem.

Wszystkie   przedstawione   poniżej   fakty   z   dziejów   Rzymu   i   nazwiska   Rzymian   są 

prawdziwe; nie fałszowałam ich, nie zmyślałam ani nie tworzyłam nieprawdziwych wydarzeń 

politycznych. Wszystko ma znaczenie dla ostatecznego losu, jaki spotkał mnie i Mariusza. Nie 

mówię tu o niczym z perspektywy miłośniczki przeszłości.

Pominęłam swoje nazwisko, ponieważ moja rodzina jest znana i wolałabym nie wiązać jej 

starożytnej   sławy,   czynów   i   epitafiów   ze   swoją   opowieścią.   Mariusz   także,   zwierzając   się 

Lestatowi,   nie   podał   nazwiska   swojej   rzymskiej   rodziny.   Szanuję   jego   wybór   i   również   nie 

ujawniam niczego poza imionami.

August panował na cesarskim tronie od ponad dziesięciu lat. W tym cudownym okresie 

wykształcone Rzymianki cieszyły się niezmierną swobodą. Moim ojcem był zamożny senator, 

miałam pięciu braci, którym wiodło się w życiu; wychowałam się bez matki, choć pod czułą 

opieką greckich preceptorów i nianiek, którzy spełniali wszystkie moje zachcianki.

Tak,   gdybym   naprawdę   chciała   utrudnić   ci   życie,   Davidzie,   pisałabym   w   klasycznej 

łacinie. Ale nie uczynię tego. Muszę ci też wyznać, że w odróżnieniu od twojej moja nauka 

angielskiego była chaotyczna i bynajmniej nie oparta na sztukach Szekspira.

Zaprawdę w swych wędrówkach przez epoki historyczne i literackie przebyłam  wiele 

stadiów rozwoju języka angielskiego, lecz najdokładniej zapoznawałam się z nim w tym stuleciu, 

dlatego piszę codzienną angielską mową.

Istnieje   po  temu   jeszcze   jeden   powód,  który  z   pewnością   zrozumiesz,   jeżeli   czytałeś 

współczesne   tłumaczenia  Satyrikonu  Petroniusza   lub   satyr   Juwenala.   Bardzo   nowoczesny 

angielski stanowi dość dobry odpowiednik łaciny moich czasów.

Nie dowiesz się tego z oficjalnych pism cesarstwa rzymskiego. Za to widać to dokładnie 

w   napisach   na   pompejańskich   murach.   Posługiwaliśmy   się   wymyślnym   językiem, 

naszpikowanym niezliczonymi, dowcipnymi skrótami i wyrażeniami potocznymi.

Dlatego   będę   używać   takiej   odmiany   angielskiego,   która   wydaje   mi   się   naturalnym 

odpowiednikiem swobodnej łaciny.

background image

Pozwól, że powiem pospiesznie - dopóki nie ruszyła akcja - że nie byłam, jak utrzymywał 

Mariusz, grecką kurtyzaną. Być może zachowywałam się tak, gdy Mariusz dał mi Mroczny Dar, i 

być może dlatego, wiedziony szacunkiem dla pewnych starych tajemnic śmiertelników, tak mnie 

opisał. Zresztą możliwe, że był to z jego strony wyraz pogardy. Nie wiem.

Ale Mariusz wiedział o moim rzymskim rodowodzie, wiedział, że pochodziłam z rodziny 

senatorskiej, dorównującej koligacjami i przywilejami jego familii, a ród mój wywodził się z 

czasów Remusa i Romulusa, podobnie jak Mariuszowy. Mariusz nie uległ mi dlatego, że miałam 

„piękne ramiona”, jak mówił Lestatowi. Być może takie określenie było prowokacją.

Nie mam im niczego za złe - ani Mariuszowi, ani Lestatowi. Nie wiem, który i gdzie się 

pomylił.

Moje uczucie dla ojca jest tak wielkie, że gdy tak siedzę w kawiarni i piszę dla ciebie, 

Davidzie,   zdumiewa   mnie   potęga   pisania   -   stawiania   słów   na   papierze   i   tak   dokładnego 

wyobrażania sobie twarzy kochającego ojca.

Ojca czekał  okropny  koniec.  Nie  zasługiwał  na  to.  Ale  część  rodziny  ocalała,  dzięki 

czemu ród nie wyginął.

Ojciec, naprawdę bogaty, był jednym z prawdziwych milionerów swego czasu, i swoje 

kapitały inwestował w różnych dziedzinach. Częściej niż musiał, uczestniczył  w kampaniach 

wojennych, potem został senatorem, choć miał naturę cichą i zamyśloną. Po strasznej wojnie 

domowej   stał   się   wielkim   zwolennikiem   cezara   Augusta,   u   którego   zaskarbił   sobie   zresztą 

wielkie łaski.

Marzył   oczywiście   o   powrocie   republiki,   jak   my   wszyscy.   Lecz   August   przyniósł 

cesarstwu jedność i pokój.

Za   młodu   widywałam   Augusta   wielokrotnie,   zawsze   na   jakichś   tłocznych 

uroczystościach. Spotkania bez znaczenia. Wyglądał tak jak na portretach: chudy mężczyzna o 

długim,   cienkim   nosie,   krótkich   włosach,   przeciętnym   obliczu;   z   natury   dość   rozsądny   i 

pragmatyczny, nieskłonny do nienormalnego okrucieństwa. Pozbawiony próżności.

Miał biedak szczęście, że nie znał przyszłości - nie przeczuwał nawet grozy i szaleństwa, 

które   rozpętały   się   za   czasów   Tyberiusza,   jego   następcy,   i   trwały   za   panowania   licznych 

członków jego rodziny.

Dopiero potem w pełni pojęłam wyjątkowość i osiągnięcia długiego panowania Augusta. 

Zdaje się, że zapewnił czterdzieści cztery lata pokoju w miastach całego imperium.

background image

Biada, urodzić się w tamtych czasach oznaczało żyć w epoce twórczości i powodzenia, 

gdy Rzym nazywany był  caput mundi,  czyli stolicą świata. Kiedy o tym myślę, uświadamiam 

sobie siłę takiego połączenia tradycji i ogromnych pieniędzy, starych wartości i nowej potęgi.

Nasze   życie   rodzinne   było   tradycyjne,   surowe,   nawet   nieco   sztywne,   a   przecież 

opływaliśmy   we   wszystko.   Ojciec   z   wiekiem   stawał   się   coraz   spokojniejszy   i   bardziej 

konserwatywny. Bardzo lubił wnuki, które urodziły się, gdy był jeszcze pełen sił i energii.

Mimo że walczył  głównie w kampaniach na Północy, nad Renem, przez pewien czas 

stacjonował również w Syrii. Studiował w Atenach. Był tak gorliwym i sumiennym wojskowym, 

że jeszcze za mego dzieciństwa przyznano mu prawo do wcześniejszego zakończenia służby i 

wycofania się z życia towarzyskiego, które koncentrowało się w pałacu cesarskim. Wtedy jednak 

nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Byłam  młodsza  od wszystkich  pięciu braci. Po moich narodzinach nie nastąpiła więc 

żadna „rzymska żałoba”, o której opowiada się, że panowała u Rzymian, gdy przychodziła na 

świat dziewczynka. Nie było o tym mowy.

Ojciec   stawał   pięciokrotnie   w   atrium   -   głównym   dziedzińcu   wewnętrznym,   zwanym 

inaczej perystylem, z kolumnami, schodami i wspaniałymi marmurami - pięciokrotnie trzymał 

przed   zgromadzoną   rodziną   nowo   narodzonego   syna,   oglądał   niemowlę   i   oznajmiał,   że   jest 

idealnie zbudowane i może uznać je za swoje, co było ojcowską prerogatywą. Od tego momentu 

miał nad synami władzę życia i śmierci.

Gdyby ojciec z jakiegoś względu nie chciał tych chłopców, mógłby ich, jak to się mówiło, 

„obnażyć” tak, że pomarliby z głodu. Prawo zabraniało kradzieży takiego dziecka i czynienia z 

niego niewolnika.

Po pięciu synach ludzie spodziewali się, że ojciec natychmiast się mnie pozbędzie. Komu 

potrzebna dziewczyna? Ale ojciec nie obnażył ani nie odrzucił żadnego z potomków matki.

I słyszałam, że gdy przyszłam na świat, płakał z radości.

- Dzięki niech będą bogom! Mała kruszynka. - Wysłuchiwałam tego w nieskończoność od 

braci,   którzy,   gdy   tylko   zaczynałam   dokazywać   -   gdy   zrobiłam   coś   nieprzewidywalnego, 

niemądrego lub nieprzyzwoitego - szydzili: „Dzięki niech będą bogom! Mała kruszynka”. W ten 

sposób trochę się ze mną drażnili.

Matka zmarła, gdy miałam dwa lata, i zachowałam po niej wspomnienia łagodności i 

słodyczy. Straciła tyle samo dzieci, ile urodziła, a przedwczesna śmierć nie była wtedy niczym 

background image

dziwnym. Ojciec napisał piękne epitafium, jej pamięć czczono przez całe moje życie. Ojciec 

nigdy nie wziął sobie innej kobiety. Sypiał z kilkoma niewolnicami, lecz nie było w tym nic 

nadzwyczajnego. Bracia postępowali tak samo. W rzymskich domach zdarzało się to na każdym 

kroku. Ojciec nie sprowadził z innej rodziny kobiety, która by mną rządziła.

Nie ma we mnie żalu po matce, ponieważ byłam po prostu za młoda i nie pamiętam, czy 

płakałam, kiedy matka nie wracała.

Pamiętam za to, jak królowałam w dużym, starym, prostokątnym, iście królewskim domu, 

z licznymi kwadratowymi izbami wbudowanymi, jedna za drugą, w główny prostokąt okolony 

olbrzymim  ogrodem w górnej  części  stoku wzgórza zwanego Palatynem.  Było  to domostwo 

marmurowych  posadzek  i obficie  malowanych  ścian, pokoi otoczonych  rozpościerającym  się 

wszędzie ogrodem.

Byłam   prawdziwym   oczkiem   w   głowie   ojca   i   pamiętam,   jak   doskonale   się  bawiłam, 

obserwując   braci,   którzy   ćwiczyli   na   zewnątrz   szermierkę   krótkimi   mieczami,   lub   słuchając 

instrukcji ich nauczycieli; potem i do mnie przychodzili wykwintni preceptorzy, którzy nauczyli 

mnie czytać całą Eneidą Wergiliusza, gdy miałam pięć lat.

Kochałam słowa. Uwielbiam je śpiewać i wypowiadać, i nawet teraz, przyznaję, dałam się 

ponieść rozkoszy ich pisania. Nie mogłam ci o tym powiedzieć, Davidzie. Coś mi przyniosłeś, 

więc   musiałam   wszystko   wyznać.   Ale   nie   wolno   mi   pisać   zbyt   szybko   w   tej   kawiarni 

śmiertelników, żeby nie zwrócić na siebie uwagi.

Idźmy więc dalej.

Ojciec   uważał   za   rewelację,   że   w   tak   młodym   wieku   potrafię   deklamować   wiersze 

Wergiliusza,   dlatego   z   upodobaniem   popisywał   się   mną   na   bankietach   urządzanych   dla 

konserwatywnych   i   nieco   staroświeckich   przyjaciół   -   senatorów,   czasem   nawet   z   udziałem 

samego cesarza Augusta. Cesarz był sympatycznym człowiekiem. Nie sądzę jednak, żeby ojciec 

naprawdę chciał widywać go u siebie. Przypuszczam, że zwyczaj nakazywał ugaszczać od czasu 

do czasu władcę.

Przybiegałam ze swoją nianią, dawałam ekscytujący recital i byłam odsyłana, żebym nie 

widziała, jak rzymscy senatorowie raczą się mózgami pawi i garum - na pewno wiesz, co to jest 

garum. To obrzydliwy sos, którym Rzymianie polewali wszystko, coś w guście współczesnego 

ketchupu. Bez wątpienia z takim dodatkiem traciły smak węgorze i kałamarnice na talerzach, 

mózgi strusi, nie narodzone jagnięta i inne niedorzeczne specjały, które wnoszono całymi tacami.

background image

Sęk w tym, że - jak wiesz - Rzymianie mieli autentyczną słabość do obżarstwa i bankiety 

nieodmiennie kończyły się kompromitacją. Goście szli do vomitorium, gdzie wyrywali z siebie 

pięć pierwszych dań, żeby być w stanie chociaż przełknąć pozostałe. Ja leżałam w łóżku na 

piętrze, chichocząc i słuchając wszystkich tych śmiechów i wymiotowania.

Potem   następowało   gwałcenie   całej   złożonej   z   niewolników   służby   kuchennej, 

dziewczynek, chłopców i mieszańców.

Posiłki   rodzinne   przebiegały   zupełnie   inaczej.   Wtedy   stawaliśmy   się   starymi 

Rzymianami. Wszyscy siadali do stołu; ojciec był niekwestionowanym panem domu i nie znosił 

ani cienia krytyki  cesarza Augusta, który, jak wiesz, był bratankiem Juliusza Cezara i raczej 

bezprawnie przyjął cesarski tytuł.

- Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, ustąpi - oświadczał ojciec. - Wie, że teraz nie 

może tego zrobić. Znużenie i mądrość przewyższają wszystkie jego ambicje. Komu potrzebna 

jeszcze jedna wojna domowa?

W rzeczywistości czasy były tak pomyślne, że ludzie znaczący nie chcieli wywoływać 

buntu.

August strzegł pokoju. Darzył głębokim szacunkiem senat. Odbudował stare świątynie, 

ponieważ według niego ludzie potrzebowali pobożności z czasów republiki.

Biednym  rozdawał zboże z Egiptu. Nikt w Rzymie  nie głodował. Utrzymał  zawrotną 

liczbę starych świąt, zabaw i widowisk - aż robiło się od nich niedobrze. Często jednak, jako 

patrioci, musieliśmy się na nich pojawiać.

Naturalnie na arenach szalały okrucieństwa. Odbywały się brutalne egzekucje. Trwało 

bezlitosne niewolnictwo.

Lecz   dzisiejsi   ludzie   nie   rozumieją,   że   temu   wszystkiemu   towarzyszyło   poczucie 

niezależności, obecne nawet u najbiedniejszych.

Sądy nie spieszyły się z orzeczeniami. Odwoływały się do starych praw. Kierowały się 

logiką i kodeksem. Ludzie mogli w miarę swobodnie wypowiadać swoje myśli.

Mówię o tym, gdyż jest to klucz do mej opowieści: oboje z Mariuszem urodziliśmy się w 

czasach, gdy prawo rzymskie, jak mawiał Mariusz, opierało się na rozumie, a nie na boskim 

objawieniu.

Jesteśmy całkowicie odmienni od pijących krew, którzy zostali wprowadzeni w ciemność 

w krainach magii i tajemnicy.

background image

Za życia nie tylko ufaliśmy Augustowi, lecz również wierzyliśmy w namacalną potęgę 

senatu rzymskiego. Wierzyliśmy w cnotę w życiu publicznym i siłę charakteru; wiedliśmy żywot, 

w   którym   obrzędy,   modły   i   magia   były   obecne   jedynie   powierzchownie.   Cnota   znajdowała 

oparcie   w   charakterze.   Na   tym   polegało   dziedzictwo   republiki   rzymskiej,   wspólne   mnie   i 

Mariuszowi.

W domu roiło się rzecz jasna od niewolników. Żyli z nami błyskotliwi Grecy, stękający 

robotnicy i gromada kobiet, które uwijały się, polerując popiersia i wazy. W samym mieście było 

też pełno wyzwoleńców, którzy bywali bardzo bogaci.

Byli naszymi ludźmi, naszymi niewolnikami.

Razem z ojcem nie spaliśmy przez całą noc, gdy umierał mój stary nauczyciel  Grek. 

Trzymaliśmy go za rękę, dopóki ciało zupełnie nie ostygło. Chłosty w naszym majątku odbywały 

się   jedynie   na   polecenie   ojca.   Nasi   wiejscy   niewolnicy   wylegiwali   się   pod   drzewami 

owocowymi. Nadzorcy byli zamożni, co widać było po ich strojach.

Pamiętam, że w pewnym momencie w ogrodzie przebywało tylu greckich niewolników, 

iż mogłabym siedzieć tam cały dzień i słuchać ich sporów. Nie mieli nic innego do roboty. Wiele 

się od nich nauczyłam.

Dzieciństwo miałam więcej niż szczęśliwe. Jeśli sądzisz, że przesadnie ukazuję szeroką 

skalę swojej wiedzy, przeczytaj listy Pliniusza albo inne pamiętniki lub korespondencje tamtych 

czasów.   Dobrze   urodzone,   młode   dziewczęta   były   świetnie   wykształcone;   współczesnym 

Rzymiankom mężczyźni nie przeszkadzali w życiu. Mogłyśmy robić to samo co oni.

Na przykład zaledwie skończyłam ósmy rok życia, zabrano , mnie pierwszy raz do cyrku 

wraz z żonami braci, by dostarczyć mi wątpliwej przyjemności oglądania egzotycznych stworzeń 

w rodzaju żyraf, miotających się jak szalone po arenie, by lec od strzał. Po tym przedstawieniu 

grupka gladiatorów poćwiartowała na kawałki inną grupkę, wreszcie gromada zbrodniarzy była 

rzucana na żer zgłodniałym lwom.

Davidzie, słyszę ryki tych zwierząt, jakby to było wczoraj. Nic nie oddziela mnie od 

tamtej chwili, gdy siedziałam na drewnianej ławce, jakieś dwa rzędy od areny - miejsce dla 

uprzywilejowanych - i z przyjemnością, której się po mnie spodziewano, mającą być oznaką siły 

charakteru, odwagi w obliczu śmierci, a nie zwyczajnego zwyrodnienia, patrzyłam, jak bestie 

pożerają żywych ludzi.

Publiczność   wrzeszczała   i   śmiała   się,   gdy   mężczyźni   i   kobiety   umykali   przed 

background image

drapieżnikami.   Niektóre   ofiary   nie   zamierzały   dawać   widzom   takiej   satysfakcji.   Po   prostu 

stawały w bezruchu, czekając na atakujące lwy; pożerani żywcem niemal bez wyjątku popadali w 

stan swego rodzaju odrętwienia, jak gdyby dusza opuściła już ciało, mimo że lew jeszcze nie 

sięgnął gardła.

Do dziś czuję tamten zapach. Ale najwyraźniej pamiętam wrzawę tłuszczy.

Wytrzymałam próbę charakteru, potrafiłam na to wszystko patrzeć. Mogłam oglądać, jaki 

koniec spotyka mistrza gladiatorów, który leży skrwawiony na piachu, a pierś przeszywa mu 

miecz.

Pamiętam jednak doskonale, jak ojciec szeptał, że cały spektakl jest obrzydliwy. Szczerze 

mówiąc,   wszyscy   znajomi   podzielali   tę   opinię.   Ojciec   wierzył,   podobnie   jak  inni,   że   prosty 

człowiek potrzebuje całej tej krwi. My, dobrze urodzeni, musieliśmy czuwać nad przebiegiem 

igrzysk dla przyjemności szarego człowieka. Całe to widowiskowe okrucieństwo miało w sobie 

coś religijnego.

Organizacja tych okropnych spektakli uważana była za społeczny obowiązek.

Życie   Rzymianina   przebiegało   na   zewnątrz:   mieliśmy   się   angażować,   brać   udział   w 

uroczystościach i widowiskach, pokazywać się i interesować, uczestniczyć w zgromadzeniach.

Zbierali   się   wszyscy   wysoko   i   nisko   urodzeni   mieszkańcy   miasta,   zbijali   w   masę   i 

oglądali   tryumfalny   przemarsz,   wielką   ofiarę   na   ołtarzu   Augusta,   starożytną   uroczystość, 

igrzyska sportowe, wyścigi rydwanów.

Gdy żyję w dwudziestym wieku i oglądam nieskończoną procesję intryg i śmierci w kinie 

czy telewizji, na całym Zachodzie, zastanawiam się, czy ludzie tego jednak nie potrzebują, czy 

nie jest im niezbędny widok morderstwa, masakry, wszelkich postaci śmierci. Czasami program 

telewizyjny   zmienia   się   w   nieprzerwany   łańcuch   gladiatorskich   potyczek   lub   morderstw. 

Wystarczy popatrzeć, ilu jest klientów na zapisy wideo z rzeczywistej wojny.

Obrazy wojny stały się sztuką i rozrywką.

Narrator mówi cicho, podczas gdy kamera przesuwa się po stosie martwych ciał lub po 

chudych jak szkielety dzieciach, przytulonych do szlochających matek. Trudno oderwać wzrok. 

Człowiek może rozkoszować się śmiercią, jednocześnie kiwając głową z dezaprobatą. Noce w 

telewizji to czas starych filmów o mężczyznach ginących z bronią w ręku.

Myślę, że patrzymy na to, bo się boimy. Jednak w Rzymie trzeba było patrzeć, żeby się 

zahartować, i odnosiło się to zarówno do mężczyzn, jak i kobiet.

background image

Chodzi   mi   przede   wszystkim   o   to,   że   nie   zamykano   mnie   w   alkierzu   jak   niektóre 

Greczynki   w   domach   epoki   hellenistycznej.   Nie   trzymano   mnie   w   okowach   obyczajowych 

początków rzymskiej republiki.

Jak   dziś   pamiętam   niezmierne   piękno   tamtych   czasów,   pochodzące   z   głębi   serca 

zapewnienia ojca, że August jest bogiem, a Rzym jeszcze nigdy tak bardzo nie sprzyjał swym 

bóstwom.

Pozwól, że zapiszę jedno bardzo ważne wspomnienie.  Najpierw  zarysuję  tło  sytuacji. 

Przyjrzyjmy   się   kwestii   Wergiliusza   i   jego   poematu,  Eneidy,  w   którym   rozwodził   się   nad 

przygodami   Eneasza,   Trojańczyka   umykającego   przed   groźnymi   konsekwencjami   tryumfu 

Greków, którzy wyszli ze sławnego konia trojańskiego, by spustoszyć miasto Heleny, Troję.

Czarująca   opowieść.   Zawsze   bardzo   mi   się   podobała.   Eneasz   opuszcza   ginącą   Troję, 

dzielnie pokonuje trudy podróży do pięknej Italii i daje początek naszemu narodowi.

Chodzi   jednak   o   to,   że   August   lubił   i   popierał   Wergiliusza   przez   całe   jego   życie. 

Wergiliusz   był   poetą   szanowanym,   wykwintnym,   którego   wiersze   można   było   cytować   bez 

obaw,   autorem   aprobowanym   i   patriotycznym.   Nikomu   nie   przeszkadzało,   że   lubi   się   jego 

poezję.

Wergiliusz umarł, zanim się urodziłam. Ale wkrótce przeczytałam wszystkie jego utwory, 

przeczytałam również Horacego, Lukrecjusza, większość tekstów Cycerona i wszystkie greckie 

rękopisy w naszym posiadaniu, a było ich mnóstwo.

Ojciec nie budował biblioteki na pokaz. Członkowie rodziny spędzali tam wiele długich 

godzin. Ojciec pisywał w bibliotece listy - czym zajmował się niemal bez przerwy - pisma w 

imieniu senatu, cesarza, sądów, przyjaciół itp.

Ale   wracajmy   do   Wergiliusza.   Czytałam   także   innego   rzymskiego   poetę,   jeszcze 

żyjącego, który na swoje nieszczęście popadł w niełaskę boga Augusta. Nazywał się Owidiusz, 

był autorem Metamorfoz oraz kilkunastu innych wesołych i sprośnych dzieł.

Gdy byłam jeszcze bardzo młoda, tak młoda, że nie mogę tego pamiętać, August zwrócił 

się przeciwko Owidiuszowi i skazał go na wygnanie do jakiegoś okropnego miejsca nad Morzem 

Czarnym. Może zresztą nie było tam wcale najgorzej, ale takim miejscom kulturalni Rzymianie z 

Wiecznego Miasta przypisują same paskudne cechy - z dala od stolicy i pełno barbarzyńców.

Owidiusz   spędził   tam   długi   czas   i   jego   księgi   były   zakazane   w   całym   Rzymie.   Nie 

znalazłoby się ich w księgarniach i publicznych bibliotekach ani na straganach z książkami w 

background image

rynku.

Wiesz, że ludzie dużo wtedy czytali: książek było wszędzie pełno - w formie zwojów i 

kodeksów, czyli  oprawnych kart - i liczni księgarze zatrudniali grupy greckich niewolników, 

którzy całymi dniami przepisywali książki dla klientów.

Wracając   do   tematu:   Owidiusz   utracił   łaski   Augusta   i   został   wygnany,   ale   ludzie 

autoramentu mego ojca nie mieli zamiaru palić swoich egzemplarzy  Metamorfoz  ani żadnych 

innych utworów poety, za którym nie wstawiali się jedynie ze strachu. Cały skandal był związany 

z córką Augusta, Julią, znaną powszechnie rozpustnicą. Nie mam pojęcia, jak Owidiusz wplątał 

się w jej romanse. Możliwe, że uznano, iż jego wczesne, zmysłowe poezje, Miłostki, wywarły na 

dziewczę   niedobry   wpływ.   Za   panowania   Augusta   dużo   mówiło   się   także   o   „odnowie”,   o 

powrocie do starych wartości.

Raczej   wątpię,   by   ktokolwiek   wiedział,   co   tak   naprawdę   zaszło   między   Augustem   a 

Owidiuszem, w każdym razie Owidiusz został dożywotnio wygnany z cesarskiego Rzymu.

Do   czasu   incydentu,   z   którego   chcę   zdać   relację,   przeczytałam   porządnie   wytarte 

egzemplarze  Miłostek  i  Metamorfoz.   Wielu   znajomych   ojca   ciągle   przejmowało   się   losem 

Owidiusza.

Czas na konkrety. Miałam dziesięć lat, wróciłam do domu po zabawie, ubrudzona od stóp 

do głów, z rozwianym włosem, podartą szatą, i wpadłam do obszernego pokoju gościnnego ojca; 

położyłam   się   koło   jego   sofy,   żeby   posłuchać,   o   czym   rozmawiał,   leżąc   z   całą   rzymską 

godnością, z kilkoma innymi rozpartymi wygodnie mężczyznami, którzy przyszli z wizytą.

Nie   znałam   tylko   jednego   z   nich,   wysokiego   blondyna   o   niebieskich   oczach,   który 

podczas rozmowy - złożonej z szeptów i skinięć głowami - odwrócił się i mrugnął do mnie 

okiem.

Był to Mariusz, z lekką opalenizną nabytą w czasie wojaży i pięknym błyskiem w oku. 

Jak wszyscy inni posługiwał się trzema imionami. Ale powtarzam, że nie zamierzam zdradzać 

nazwiska. Znałam je. Wiedziałam, że jest „niegrzecznym” intelektualistą, „poetą” i „włóczęgą”. 

Za to nikt nie mówił, że jest urodziwy.

Poznałam Mariusza za życia, piętnaście lat przed jego przemianą w wampira. Co oznacza, 

że miał dopiero dwadzieścia pięć lat. Chociaż nie jestem tego pewna.

Mężczyźni   nie   zwracali   na   mnie   uwagi,   a   mój   wiecznie   ciekawski   umysł   szybko 

zorientował   się,   że   przekazują   ojcu   nowiny   na   temat   Owidiusza.   Wysoki   blondyn   o 

background image

zdumiewająco błękitnych oczach, zwany Mariuszem, wrócił właśnie znad wybrzeża Bałtyku i 

przywiózł  ojcu kilka  prezentów, na które składały się egzemplarze  nowych  i dawnych  pism 

poety.

Mężczyźni przekonywali ojca, że udanie się do Augusta i lanie łez nad losem Owidiusza 

jest wciąż zbyt niebezpieczne, a on godził się z tym stanem rzeczy. Jeśli się jednak nie mylę, 

przekazał blondynowi, Mariuszowi, trochę pieniędzy dla Owidiusza.

Gdy   wychodzili,   popatrzyłam   na   Mariusza   w   atrium,   zmierzyłam   wzrokiem   całą 

postawną   sylwetkę   o   wzroście   wyjątkowym   u   Rzymianina,   po   czym   westchnęłam   i 

wybuchnęłam śmiechem. Znowu mrugnął do mnie.

Mariusz miał wówczas krótkie włosy, przycięte na rzymskiego wojskowego, z kilkoma 

zaledwie skromnymi kędziorami nad czołem; w tamtych czasach takie nudne, rzymskie fryzury 

były powszechne, choć gdy stawał się wampirem, włosy miał już długie tak jak i teraz. Jednak w 

atrium w blond włosach igrało słońce, i wydawał mi się najbardziej błyskotliwym i imponującym 

mężczyzną,  jakiego kiedykolwiek  widziały moje  oczy.  Patrzył  na mnie  pełnym  serdeczności 

wzrokiem.

- Czemu jesteś taki wysoki? - zapytałam.

Ojciec wziął to naturalnie za dowcip i było mu wszystko jedno, co ludzie myślą o jego 

staroświeckiej córeczce, która wisi mu na ramieniu i przemawia do czcigodnego towarzystwa.

- Moja złota  - odparł blondyn  - jestem wysoki,  bo jestem barbarzyńcą!  - Wybuchnął 

zalotnym śmiechem, odnosząc się do mnie jak do małej damy, co nie zdarzało się zbyt często.

Znienacka zakrzywił ręce na podobieństwo szponów i natarł na mnie jak niedźwiedź!

Natychmiast go pokochałam!

- Nie,   nieprawda!  -  zawołałam.   -  Nie  możesz   być  barbarzyńcą.  Znam  twojego  ojca   i 

wszystkie siostry; mieszkają na tym samym wzgórzu. Rodzina cały czas rozmawia na twój temat 

przy stole, mówiąc oczywiście same miłe rzeczy.

- Z   całą   pewnością   -   potwierdził   ze   śmiechem.   Wiedziałam,   że   ojciec   zaczyna   się 

niepokoić.

Nie wiedziałam natomiast, że dziesięcioletnia dziewczynka może być zaręczona.

Mariusz   wyprostował   się   i   powiedział   łagodnym,   niezmiernie   eleganckim   głosem, 

nawykłym zarówno do retoryki, jak i miłosnych wyznań:

- Po kądzieli pochodzę z ludu Keltoi, moja piękna mała muzo. Wywodzę się z wysokich 

background image

ludów   Północy   o   blond   włosach,   ludów   galijskich.   Matka   była   u   nich   księżniczką,   tak 

przynajmniej słyszałem. Wiesz, o kim mówię?

Odparłam, że naturalnie wiem, i zaczęłam deklamować słowo po słowie relację Juliusza 

Cezara z podboju Galii, czyli ziemi Keltoi: „Cała Galia złożona jest z trzech części…”

Mariusz   był   szczerze   zdumiony.   Podobnie   reszta   zebranych.   Więc   nie   ustawałam: 

„Ziemię Keltoi oddziela od Akwitanów rzeka Garonna, od plemienia Belgów zaś rzeki Marna i 

Sekwana…”

Ojciec, nieco już zakłopotany tym, że córka lubi zwracać na siebie uwagę, wtrącił się i 

zapewnił wszystkich, iż jestem radością jego życia, że jestem rozpuszczona i nie należy się mną 

zbytnio przejmować.

Na co ja - jako zuchwała specjalistka od kłopotów - powiedziałam:

- Przekaż me pozdrowienia Owidiuszowi! Boja również życzę mu powrotu do Rzymu.

Po czym wyrecytowałam kilka gorących wersów z Miłostek:

Zaśmiała się, posłała z całego serca pocałunki,

Co wytrąciłyby trójzębny Jowiszowy piorun.

Że też akurat jemu trafiły się najlepsze!

Gdyby tylko nie były w tym samym gatunku!

Roześmieli się wszyscy oprócz ojca, Mariusz nie posiadał się wprost z uciechy, klaszcząc 

w dłonie. To starczyło mi za zachętę, by rzucić się na niego jak niedźwiedź, podobnie jak on 

przedtem; nie przestawałam wyśpiewywać przy tym namiętnych słów Owidiusza:

Nie dosyć: nie wiem, skąd znajomość tych pocałunków w niej się bierze,

Jakby z jakiegoś źródła czerpała nową wiedzę.

Takie rozkoszne - zły to omen! Użyła w nich języka,

I mój w tych pocałunkach bez obaw jej dotykał.

Ojciec złapał mnie za przedramię i nakazał:

- Już dosyć, Lidio, przestań! - Mężczyźni roześmieli się jeszcze głośniej, współczując mu, 

obejmując go i nie przestając rechotać.

background image

Ale ja musiałam przypieczętować swoje zwycięstwo nad tą gromadą dorosłych.

- Proszę,   ojcze,   pozwól   wyrecytować   na   koniec   kilka   mądrych   i   patriotycznych   słów 

Owidiusza:   „Gratuluję   sobie,   że   nie   przyszedłem   na   ten   świat   wcześniej.   Dzisiejsza   epoka 

odpowiada mym gustom”.

To jakby bardziej  zdumiało,  niż rozbawiło Mariusza. Ale ojciec przyciągnął  mnie do 

siebie i bardzo wyraźnie powiedział:

- Lidio,  Owidiusz dziś  by tak  nie  napisał, a  ty,  jako… taka uczona  i  filozof, winnaś 

zapewnić najdroższych przyjaciół swego ojca, iż doskonale zdajesz sobie sprawę, że Owidiusz 

został przez Augusta wygnany z Rzymu nie bez powodu i że nie wolno mu nigdy wrócić do 

domu.

Innymi słowy nakazywał: „Ani słowa o Owidiuszu”.

Lecz   niczym   nie   zniechęcony   Mariusz   upadł   na   kolana,   chudy   i   przystojny,   z 

magnetycznie niebieskimi oczami, ujął mnie za rękę, pocałował ją i zapewnił:

- Przekażę Owidiuszowi twe pozdrowienia, Lidio. Ale twój ojciec ma rację. Musimy się 

wszyscy   godzić   na   Augustowe   wyroki.   Jesteśmy   przecież   Rzymianami.   -   Wtedy   zrobił   coś 

osobliwego   -   przemówił   do   mnie   jak   do   dorosłej:   -   Moim   zdaniem   Oktawian   August   dał 

Rzymowi znacznie więcej, niż ktokolwiek się spodziewał. I on też jest poetą. Napisał kiedyś 

wiersz pod tytułem Ajaks, który własnoręcznie spalił, twierdząc, że jest niedobry.

Jeszcze nigdy się tak nie bawiłam. Chętnie natychmiast uciekłabym z Mariuszem!

Mogłam   jednak   tylko   pląsać   wokół   niego,   gdy   przemierzał   westybul   i   wychodził   za 

bramę.

Pomachałam mu na pożegnanie.

Zwlekał z odejściem.

- Do widzenia, mała Lidio. - Potem szepnął coś ojcu, który odparł:

- Oszalałeś!

Ojciec odwrócił się tyłem do Mariusza, który posłał mi smutny uśmiech i zniknął.

- O co mu chodziło? Co się stało? - zasypywałam ojca pytaniami. - Coś złego?

- Posłuchaj, Lidio, czy w trakcie swych lektur zetknęłaś się ze słowem „zaręczona”?

- Naturalnie, ojcze.

- Otóż   tego   rodzaju   wędrowcy   i   marzyciele   najbardziej   lubią   zaręczać   się   z 

dziesięcioletnimi   dziewczętami,   nie   zdatnymi   jeszcze   do   małżeństwa,   ponieważ   wtedy   mają 

background image

przed sobą wiele lat swobody i nie muszą obawiać się cesarskiego gniewu. To ich stały zwyczaj.

- Nie, ojcze, nie! - wołałam. - Nigdy o nim nie zapomnę. Zdaje się, że zapomniałam 

nazajutrz.

Nie widziałam Mariusza przez pięć kolejnych lat.

Pamiętam, bo miałam wtedy piętnaście lat i powinnam już wyjść za mąż. Wykręcałam się 

jednak rok po roku, udając chorobę, obłęd, niewyjaśnione ataki, ale czas nie stał w miejscu. Do 

małżeństwa nadawałam się już w wieku dwunastu lat.

Owego dnia staliśmy wszyscy u stóp Palatynu i oglądaliśmy niezmiernie podniosłe święto 

- Lupercalia - jedną z wielu uroczystości stanowiących integralną część życia Rzymianina.

Lupercalia   były   bardzo   istotne,   chociaż   człowiekowi   przyzwyczajonemu   do 

chrześcijańskiej   koncepcji   religii   trudno   to   wyjaśnić.   Uczestnictwo   w   święcie   było   aktem 

pobożności ze strony zarówno obywatela, jak i cnotliwego Rzymianina.

Do tego dochodziło sporo przyjemności.

Stałam   więc   dość   blisko   pieczary   Lupercala   i   wraz   z   innymi   młodymi   kobietami 

patrzyłam, jak dwóch wybranych mężczyzn było smarowanych krwią ze złożonych w ofierze 

kozłów, a następnie odziewanych w ociekające krwią skóry zarżniętych zwierząt. Nie wszystko 

widziałam dokładnie, ale nie był to mój pierwszy raz, a kiedy przed laty biegaczami zostali moi 

dwaj bracia, przepchnęłam się do przodu i wszystkiemu się przyjrzałam.

Tym razem miałam dość dobry ogląd sytuacji, gdy każdy z dwóch młodzieńców zebrał 

towarzyszy i rozpoczął bieg wokół podnóża Palatynu. Posunęłam się naprzód, bo tak nakazywał 

obyczaj. Mężczyźni lekko uderzali paskami z koźlej skóry w ramię każdej młodej kobiety, co 

miało nas oczyścić. Uczynić płodnymi.

Postąpiłam krok naprzód i otrzymałam ceremonialne uderzenie, po czym cofnęłam się, 

żałując, że nie jestem mężczyzną i nie mogę pobiec z innymi wokół wzgórza - takie pomysły nie 

były niczym niezwykłym w moim śmiertelnym życiu.

Ogarnęły   mnie   różne   sarkastyczne   myśli   na   temat   „oczyszczenia”,   ale   w   tym   wieku 

występowałam już publicznie i pod żadnym pozorem nie chciałam sprowadzić hańby na ojca ani 

braci.

Jak wiesz, Davidzie, te paski koźlej skóry nosiły nazwę februa, od której pochodzi miano 

miesiąca  Februarius,  luty. Tyle na temat języka i całej magii, którą w sobie, chcąc nie chcąc, 

niesie.   Lupercalia   z   pewnością   miały   jakiś   związek   z   Remusem   i   Romulusem;   możliwe,   że 

background image

nawiązywały do jakiejś starożytnej ofiary z ludzi. Przecież głowy mężczyzn smarowano krwią 

kozłów. Na samą myśl o tym przebiegały mnie ciarki, bo w czasach Etrusków, na długo przed 

moim przyjściem na świat, ceremonia przybierała być może o wiele okrutniejszy kształt.

Może właśnie wtedy Mariusz zobaczył moje ramiona, które obnażyłam dla otrzymania 

ceremonialnego   bata,   zresztą,   jak   się   orientujesz,   w   ogóle   lubiłam   się   wówczas   popisywać. 

Śmiałam się ze wszystkimi, gdy tymczasem mężczyźni biegli wokół wzgórza.

Ujrzałam Mariusza w tłumie. Nasze spojrzenia spotkały się, po czym on przeniósł wzrok 

na książkę. Bardzo dziwne. Zobaczyłam, że stoi oparty o pień drzewa i coś pisze. Nikt nie robił 

niczego takiego - nie stawał plecami do pnia, trzymając książkę w jednej ręce i pisząc drugą. 

Obok stał niewolnik z flaszą atramentu.

Włosy Mariusza były długie i bardzo piękne. Zwichrzone.

Zwróciłam uwagę ojca:

- Spójrz, tam stoi nasz znajomy barbarzyńca, wysoki Mariusz, i coś pisze.

Ojciec odparł z uśmiechem:

- On ciągle pisze. Do tego nadaje się z pewnością. Odwróć się, Lidio. Stój spokojnie.

- Ale on na mnie popatrzył, ojcze. Chcę z nim porozmawiać.

- Nic z tego, Lidio! Nie zaszczycisz go najmniejszym nawet uśmiechem!

W drodze powrotnej do domu spytałam ojca:

- Skoro zależy ci na wydaniu mnie za kogoś - i przed tym obrzydliwym zdarzeniem nie 

uchroni mnie nic prócz samobójstwa - czemu nie wydasz mnie za Mariusza? Nie rozumiem. 

Jestem bogata. On jest bogaty. Słyszałam, że jego matka była księżniczką Keltoi, ale ojciec go 

zaadoptował.

- Skąd o tym wszystkim wiesz? - spytał lodowatym tonem ojciec. Zastygł w bezruchu, co 

nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Tłum omijał nas łukiem.

- No   cóż;   wszędzie   się   o   tym   słyszy.   -   Odwróciłam   się.   Mariusz   krążył   w   pobliżu, 

zerkając w moją stronę. - Ojcze, pozwól mi z nim porozmawiać!

Ojciec przykląkł. Prawie wszyscy już sobie poszli.

- Lidio,  wiem,  że będzie  to dla ciebie  straszne. Ugiąłem  się przed wszystkimi  twymi 

zastrzeżeniami w stosunku do zalotników, ale uwierz mi, samemu cesarzowi nie spodobałoby się, 

gdybyś wyszła za takiego obłąkanego dziejopisa jak Mariusz! Nie służył w wojsku, nie może 

zasiadać w senacie, sprawa jest zupełnie beznadziejna. Wyjdziesz za mąż, ale dobrze.

background image

Gdy   odchodziliśmy,   odwróciłam   się,   chcąc   odszukać   wzrokiem   Mariusza,   który,   ku 

mojemu zdumieniu, stał jak skamieniały.  Ze spływającymi  na ramiona włosami do złudzenia 

przypominał wampira Lestata. Jest wyższy od niego, lecz tej samej, zgrabnej budowy ciała, ma te 

same niebieskie oczy i muskularną siłę, kwadratową, niemal ładną twarz.

Oderwałam się od ojca i podbiegłam do Mariusza.

- Cóż, chciałam za ciebie wyjść - oznajmiłam - lecz ojciec zabronił.

Nigdy   nie   zapomnę   wyrazu   jego   twarzy.   Nie   zdążył   jednak   wymówić   słowa,   gdy 

podszedł ojciec, rozpoczynając zdawkową, uprzejmą rozmowę:

- Co tam, Mariuszu, jak wiedzie się twemu bratu w wojsku? I jak postępuje praca nad 

twymi dziejami? Słyszałem, że spisałeś trzynaście tomów.

Ojciec odszedł, niemal ciągnąc mnie za sobą.

Mariusz   nie   poruszył   się   i  nie   odpowiedział.   My  zaś   niebawem   dogoniliśmy   innych, 

którzy spiesznie podążali ku wierzchołkowi wzgórza.

Ta chwila zmieniła bieg naszego życia. Ale ani ja, ani Mariusz nie mogliśmy wtedy mieć 

o tym pojęcia.

Dane nam było spotkać się znowu po dwudziestu latach.

Miałam ich wtedy trzydzieści pięć. Można powiedzieć, że przyszło nam się spotkać w 

krainie pod wieloma względami mrocznej.

Kilka słów o tym, co zdarzyło się do tego czasu.

Dwukrotnie   wychodziłam   za   mąż,   ulegając   naciskom   domu   cesarskiego.   Augustowi 

zależało,   żebyśmy   wszyscy   mieli   dzieci.   Ja   nie   spełniłam   jego   oczekiwań.   Za   to   mężowie 

spłodzili liczne z niewolnicami. Byłam dwukrotnie pełnoprawnie rozwiedziona i wolna, po czym 

postanowiłam wycofać się z życia towarzyskiego, żeby cesarz Tyberiusz, który wstąpił na tron w 

wieku pięćdziesięciu lat, nie wtrącał się do mojego życia w stopniu większym niż August jako 

purytanin w życiu publicznym i dyktator w prywatnym. Jeśli będę siedziała w domu, nie będę 

chodziła na przyjęcia, bankiety i nie będę zadawała się z cesarzową Liwią, żoną Oktawiana 

Augusta i matką Tyberiusza, być może nie zmuszą mnie do przyjęcia funkcji czyjejś przyrodniej 

matki! Wolałam zostać w domu. Musiałam opiekować się ojcem. Zasłużył sobie na to. Mimo że 

cieszył się doskonałym zdrowiem, był w końcu stary!

Z całym szacunkiem dla mężów, których imiona zapisały się w annałach dziejów Rzymu, 

żoną byłam więcej niż złą.

background image

Miałam dużo pieniędzy od ojca, nie słuchałam nikogo, a miłosnemu aktowi ulegałam 

jedynie na własnych warunkach, które wymuszałam jako kobieta urodziwa, umiejąca zadawać 

mężczyznom cierpienie.

Stałam się wyznawczynią kultu Izydy na złość mężom i żeby przed nimi uciec, dzięki 

czemu   spędzałam   mnóstwo   czasu   w   świątyni   bogini   w   towarzystwie   innych   interesujących 

kobiet, których śmiałość i niekonwencjonalność często przewyższały moje najbardziej zuchwałe 

marzenia.   Pociągały   mnie   prostytutki.   Uważałam,   że   te   błyskotliwe,   rozpustne   kobiety 

przełamały barierę, której ja, kochająca córka ojca, nigdy nie pokonam.

Stałam   się   bywalczynią   świątyni.   W   końcu   zostałam   wtajemniczona   w   sekretną 

ceremonię i uczestniczyłam w każdej procesji Izydy w Rzymie.

Mężowie   tego   nie   znosili   i   może   dlatego   po   powrocie   do   domu   i   zajęciu   się   ojcem 

porzuciłam kult. Być może zresztą był to słuszny krok. Tak czy owak, fatum nie miało zamiaru 

ulegać moim kaprysom.

Izyda była obcą boginią, oczywiście z Egiptu, i starzy Rzymianie odnosili się do niej z 

taką samą podejrzliwością jak do potwornej Kybele, Wielkiej Matki z Dalekiego Wschodu, która 

skłaniała czczących ją mężczyzn do samokastracji. W mieście roiło się od owych „kultów ze 

Wschodu”, które napełniały grozą ludność miasta.

Nie były one racjonalne; raczej ekstatyczne lub euforyczne.

Typowy konserwatywny Rzymianin był na to istotą zbyt  praktyczną. Gdy pięcioletnie 

dziecko nie orientowało się, że bogowie są istotami zmyślonymi, a mity fikcjami, uznawało się je 

za głupca.

Lecz Izyda posiadała cechę charakterystyczną, która odróżniała ją od okrutnej Kybele. 

Była   kochającą   matką   i   boginią.   Czcicielom   wybaczała   wszystko.   Powstała   przed   resztą 

Stworzenia. Była mądra i cierpliwa.

Dzięki   temu  nawet  najbardziej   zbezczeszczona  kobieta   mogła  modlić  się  w  świątyni. 

Dlatego żadnej nigdy nie odrzucono.

Podobnie   jak   Matka   Boska,   znana   dziś   doskonale   na   całym   Zachodzie   i   Wschodzie, 

Matka Izyda poczęła swe dziecię drogą nadprzyrodzoną. Swoją potęgą wydobyła z martwego i 

wykastrowanego Ozyrysa żywe nasienie. Na obrazach i posągach częstokroć przedstawiano ją z 

synem Horusem na kolanach. Obnażała w niewinnym geście pierś, by nakarmić małego boga.

Ozyrys zaś panował w krainie umarłych, jego fallus pozostał na zawsze w Nilu, gdzie 

background image

płynął z niego strumień życiodajnego nasienia, co roku nawadniającego imponujące pola Egiptu, 

gdy wylewała rzeka.

W   naszej   świątyni   rozbrzmiewała   niebiańska   muzyka.   Graliśmy   na  sistrum,  swego 

rodzaju niewielkiej, sztywnej, metalowej lirze, na fletach i tamburynach. Tańczyliśmy, wspólnie 

śpiewaliśmy. Wykwintna poezja litanii do Izydy była zachwycająca.

Izyda była Królową Żeglugi, podobnie jak potem Matkę Boską zwano „Matką Boską - 

Gwiazdą Mórz”.

Gdy rokrocznie niesiono nad morze jej posąg, procesja była tak wspaniała, że cały Rzym 

wylęgał,   by   obejrzeć   egipskich   bogów   o   głowach   zwierząt,   obfitość   kwiecia   i   posąg   samej 

Królowej Matki. W powietrzu rozbrzmiewały hymny. Kapłani i kapłanki szli odziani w białe, 

płócienne szaty. Ona sama, marmurowa, niesiona wysoko w górze ze świętym sistrum w dłoni, 

była odziana po królewsku w grecką tunikę.

Taka była moja Izyda. Odeszłam od niej po ostatnim rozwodzie. Ojcu nie podobał się 

obcy kult, ja też miałam dosyć tej zabawy. Jako kobieta wolna nie durzyłam się w prostytutkach. 

Przypadł mi w udziale nieskończenie lepszy los. Prowadziłam dom ojca, który, mimo czarnych 

włosów i sokolego wzroku, był w takim wieku, że cesarz zostawił mnie w spokoju.

Nie powiem, żebym wspominała Mariusza czy o nim rozmyślała. Przez całe lata nikt o 

nim  nie  wspominał.   Zapomniałam  o  nim   po  tamtych  Lupercaliach.  Żadna  siła   na  ziemi   nie 

mogłaby rozdzielić mnie i ojca.

Braciom dopisało szczęście. Pożenili się, mieli dzieci i wrócili do domów po ciężkich 

wojnach o utrzymanie granic imperium.

Najmłodszego, Lucjusza, niezbyt lubiłam, bo był wiecznie niespokojny, miał skłonność 

do picia i, zdaje się, do hazardu, co drażniło jego żonę.

Ją kochałam, podobnie jak wszystkie bratowe, bratanice i bratanków. Bardzo lubiłam, gdy 

spadali na dom jak wrzeszcząca horda, szalejąca „z błogosławieństwem cioci Lidii”, na co nigdy 

nie pozwolono by im w domu.

Mój najstarszy brat, Antoniusz, zapowiadał się na człowieka wybitnego. Los przekreślił 

jego szansę, ale miał wszystkie atuty, dobrą szkołę i przygotowanie praktyczne, był niezwykle 

mądry.

Jedynym   niemądrym   postępkiem   Antoniusza   było   powiedzenie   mi,   że   Liwia,   żona 

Augusta, otruła męża, żeby władzę objąć mógł jej syn Tyberiusz. Ojciec, jedyna poza nami osoba 

background image

w pokoju, zganił go surowo:

- Antoniuszu, już nigdy o tym nie wspominaj! Ani tutaj, ani nigdzie indziej! - Ojciec 

wstał i, niespodziewanie dla samego siebie, streścił swój i mój tryb życia: - Trzymaj się z dala od 

pałacu cesarskiego, od cesarskich rodzin, zasiadaj w pierwszych rzędach podczas świąt i zawsze 

przychodź do senatu, ale nie mieszaj się do ich kłótni i intryg!

Antoniusz był bardzo zły, ale złość nie dotyczyła bynajmniej ojca.

- Powiedziałem to jedynym osobom, którym mogę powiedzieć, tobie i Lidii. Nie znoszę 

jadać kolacji z kobietą, która otruła własnego męża! Szkoda, że August nie przywrócił republiki. 

Przeczuwał nadejście śmierci.

- Tak,   ale   wiedział   też,   że   nie   zdoła   przywrócić   dawnego  ustroju.  Było   to   po  prostu 

niemożliwe. Imperium sięgnęło Brytanii na Zachodzie i Partii na Wschodzie; obejmuje północną 

Afrykę.   Jeżeli   chcesz   być   dobrym   Rzymianinem,   Antoniuszu,   wypowiedz   swoje   zdanie   w 

senacie. Jest to mile widziane przez Tyberiusza.

- Wielce się mylisz, ojcze.

Wtedy ojciec zakończył spór.

Ale bardzo trafnie opisał nasze życie.

Tyberiusz z miejsca nie przypadł do gustu wrzaskliwym tłumom Rzymian. Był za stary, 

zbyt oschły, pozbawiony poczucia humoru. Zarazem purytanin i tyran.

Ratowała go jedna rzecz: był świetnym żołnierzem. A to uważano za najważniejszy i 

wręcz obowiązkowy przymiot cesarza.

Legiony go szanowały.

Wzmocnił straż pretoriańską wokół pałacu, do prowadzenia wszystkich spraw zatrudnił 

człowieka o nazwisku Sejan. Ale nie wprowadził do Rzymu legionów i miał coś konkretnego do 

powiedzenia na temat praw i wolności obywatela, oczywiście pod warunkiem, że się nie usnęło i 

wysłuchało jego słów. Sprawiał wrażenie melancholika.

Senat   piekielnie   się   niecierpliwił,   gdy   cesarz   nie   chciał   podejmować   decyzji.   To   nie 

należało do nich! Ale sytuacja nie wyglądała zbyt groźnie.

Potem zdarzył się okropny wypadek, po którym z całego serca znienawidziłam cesarza i 

straciłam wszelką wiarę w jego umiejętność rządzenia.

Incydent był związany ze świątynią Izydy. Jakiś sprytny łotr, podający się za egipskiego 

boga Anubisa, zwabił dobrze urodzoną czcicielkę Izydy do świątyni,  gdzie poszedł z nią do 

background image

łóżka, zupełnie zamydlając jej oczy, choć nie mam zielonego pojęcia, jak mu się to udało.

Do dziś wspominam ją jako najgłupszą niewiastę w Rzymie. Chociaż prawdopodobnie 

gra toczyła się o coś więcej.

Tak czy siak, wszystko odbyło się w świątyni.

Po   czym   ten   człowiek,   fałszywy   Anubis,   stanął   przed   arystokratką   i   oznajmił,   że   ją 

nabrał! Pobiegła z krzykiem do męża. Skandal wybuchł jak wielka bomba.

Wtedy już od wielu lat moja noga nie stanęła w świątyni i miałam wszelkie powody do 

radości.

Ale nigdy w życiu nie pomyślałabym, że cesarz postąpi tak okropnie.

Świątynię   zrównano   z   ziemią.   Czcicieli   wygnano   z   Rzymu,   niektórych   stracono. 

Kapłanów   i   kapłanki   ukrzyżowano,   ich   ciała   zawisły   na   drzewie,   jak   mówi   stare   rzymskie 

przysłowie, żeby wolniej umierali i gnili na publicznym widoku.

Ojciec wszedł do mojej sypialni, do niewielkiej świątyni Izydy. Wziął posąg i roztrzaskał 

go o marmurową posadzkę. Potem brał co większe odłamki i je miażdżył. Starł posąg na proch.

Kiwałam głową.

Spodziewałam się potępienia za stare nawyki. Wstrząsające wydarzenia napełniły mnie 

smutkiem. Prześladowano wyznawców innych wschodnich kultów. Cesarz miał zamiar odebrać 

prawo azylu różnym świątyniom na terenie imperium.

- Ten   człowiek   nie   chce   być   cesarzem   Rzymu   -   stwierdził   ojciec.   -   Skłonił   się   ku 

okrucieństwu i zniszczeniu. Jest sztywny, nudny i cały czas drży o własne życie! Człowiek, który 

nie chce być cesarzem, nie będzie cesarzem. Przynajmniej nie w naszych czasach.

- Może ustąpi - zauważyłam ze smutkiem. - Zaadoptował młodego generała Germanika 

Juliusza Cezara. Co oznacza chyba, iż Germanik zostanie jego następcą, prawda?

- Jaki pożytek mieli z adopcji wcześniej wybierani następcy Augusta? - - zapytał ojciec.

- To znaczy?

- Rusz głową. Nie możemy cały czas udawać, że jesteśmy republiką. Musimy określić 

granice władzy cesarza! Musimy wybrać drogę sukcesji inną niż morderstwo!

Próbowałam go uspokoić.

- Ojcze, wyjedźmy z Rzymu. Do naszego domu w Toskanii. Tam jest zawsze tak pięknie.

- Sęk w tym,  że nie możemy,  Lidio. Musimy zostać. Muszę okazać lojalność swemu 

cesarzowi. Dla dobra całej rodziny. Zabiorę głos w senacie.

background image

Po   kilku   miesiącach   Tyberiusz   wysłał   swojego   młodego   i   przystojnego   siostrzeńca, 

Germanika Juliusza Cezara, na Wschód, żeby go nie zepsuły nadmierne pochlebstwa Rzymian. 

Jak już wspomniałam, ludzie wówczas mówili, co myśleli.

Germanik miał zostać następcą Tyberiusza! Lecz Tyberiusza zżerała zazdrość i nie mógł 

słuchać, jak tłumy wiwatują na cześć Germanika za jego tryumfy w bitwach. Chciał usunąć go z 

Rzymu.

Tym   sposobem   uroczy  i   dość   ponętny  młody   generał   pojechał  na   Wschód,  do  Syrii; 

zniknął sprzed oczu kochających go Rzymian, z serca imperium, w którym miejskie pospólstwo 

mogło decydować o losach świata.

Prędzej czy później zdarzy się kolejna kampania północna, myśleliśmy sobie. W czasie 

ostatniej wojny Germanik dał się mocno we znaki plemionom germańskim.

Moi bracia rozwodzili się nad tą wojną przy kolacji.

Opowiadali,   że   powrócili   zemścić   się   za   wymordowanie   generała   Warrusa   i   jego 

legionistów w Lesie Teutoburskim. Byli gotowi dokończyć dzieła, gdyby ich znowu powołano. 

Tacy staroświeccy patrycjusze zawsze chętnie szli na wojnę.

Tymczasem zaczęły rozchodzić się pogłoski, iż delatores, otoczeni ponurą sławą szpiedzy 

gwardii   pretoriańskiej,   otrzymywali   jedną   trzecią   majątków   tych,   na   których   donosili.   Coś 

okropnego. Ojciec potrząsnął głową i powiedział:

- Zaczęło się już za Augusta.

- Tak, ojcze, ale wtedy zdradą stanu były czyny, a nie słowa.

- Tym bardziej nie należy nic mówić. - Ojciec opadł znużony na krzesło. - Zaśpiewaj mi, 

Lidio. Weź lirę. Wymyśl jakąś komiczną epopeję. Tak dawno żadnej nie słuchałem.

- Jestem na to za duża. - Jednocześnie przypomniałam sobie idiotyczne, sprośne satyry na 

Homera, które wymyślałam na poczekaniu i z łatwością wprawiającą wszystkich w podziw. Ale 

podchwyciłam pomysł  ojca. Wspomnienia tamtej  nocy są we mnie  tak świeże, że nie mogę 

oderwać się od pisania, chociaż wiem, jakie rany przyjdzie mi rozdrapywać.

Co znaczy pisać? To pytanie, Davidzie, będzie powtarzać się coraz częściej, bo z każdą 

kartą coraz więcej rozumiem - dostrzegam prawidłowości, które mi przedtem umykały i skłaniały 

do ucieczki przed życiem.

Stworzyłam bardzo zabawny epos. Ojciec się zaśmiewał. Przysnął na sofie. Po chwili, jak 

gdyby w transie, odezwał się:

background image

- Lidio, nie marnuj życia ze względu na mnie. Wyjdź za mąż z miłości! Nie wolno ci się 

poddawać!

Gdy się odwróciłam, na powrót głęboko oddychał.

Dwa tygodnie, może miesiąc później nasze życie gwałtownie dobiegło końca.

Pewnego   dnia   wróciłam   do   opustoszałego   domu,   w   którym   pozostali   jedynie   dwaj 

przerażeni   niewolnicy   należący   do   mojego   brata   Antoniusza;   wpuścili   mnie   do   środka   i   w 

popłochu zaryglowali drzwi.

Przemierzyłam ogromny westybul, potem perystyl, wreszcie weszłam do jadalni, gdzie 

oczom moim ukazał się zdumiewający widok.

Ojciec stał w pełnym bojowym rynsztunku, uzbrojony w miecz i sztylet, brakowało mu 

jedynie tarczy. Założył nawet czerwoną pelerynę. Lśnił wypolerowany pancerz.

Wzrok wbijał w podłogę, i nie bez powodu. Została rozkopana. Odkryto stare palenisko 

sprzed pokoleń. Była to pierwsza izba domu, powstała w zamierzchłym okresie dziejów Rzymu. 

To przy tym ognisku gromadziła się, modliła i posilała rodzina.

Nigdy go nie widziałam. Mieliśmy domowe świątynie, ale coś takiego, krąg osmalonych 

kamieni! Między nimi leżał nawet popiół. Co za złowróżbny i święty widok.

- Co się tu dzieje, na bogów?! - zawołałam. - Gdzie są wszyscy?

- Poszli - odparł ojciec. - Uwolniłem niewolników, odesłałem ich precz. Czekałem na 

ciebie. Musisz odejść!

- Bez ciebie nigdzie się nie ruszę!

- Masz   mnie   posłuchać,   Lidio!   -   Jeszcze   nigdy   nie   widziałam   na   jego   twarzy   tak 

błagalnego, a jednocześnie pełnego godności wyrazu. - Za domem czeka wóz, który zawiezie cię 

na wybrzeże, i żydowski kupiec, mój zaufany przyjaciel, który wywiezie cię statkiem z Italii. 

Masz jechać! Twoje pieniądze znalazły się na pokładzie statku. I ubrania. Wszystko. Ufam tym 

ludziom. Na wszelki wypadek weź sztylet.

Podał mi leżący na stole przedmiot.

- Obserwowałaś braci wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak go użyć. I jeszcze to. - 

Wziął jakiś mieszek. - To złoto, pieniądz przyjmowany na całym świecie. Weź i idź.

Zawsze   nosiłam   przy   sobie   sztylet   w   pochwie   przypiętej   do   przedramienia,   ale   nie 

chciałam wytrącać go tą wieścią z równowagi, więc wsadziłam drugi za pas i wzięłam mieszek.

- Ojcze, nie brak mi odwagi, by z tobą zostać! Kto obrócił się przeciw nam? Ojcze, jesteś 

background image

rzymskim   senatorem.   W   razie   oskarżenia   o   jakieś   przestępstwo   masz   prawo   do   procesu   w 

senacie.

- Moja droga, bystra córeczka! Myślisz, że Sejan i jego  delatores  wytaczają publiczne 

procesy?   Jego  speculatores  zaskoczyli   już   twych   braci,   ich   żony   i   potomstwo.   Ci   dwaj   to 

niewolnicy   Antoniusza.   Posłał   ich   z   ostrzeżeniem,   gdy   ginął   w   walce.   Widział,   jak   synowi 

rozbijają głowę o ścianę. Idź już, Lidio.

Naturalnie znałam ten zwyczaj - zamordować całą rodzinę, zabić żonę i dzieci skazańca. 

Mówiły o tym nawet przepisy prawa. A w tego rodzaju okolicznościach, gdy rozniosła się plotka, 

że cesarz komuś nie sprzyja, wrogowie danego człowieka mogli uprzedzić zabójców.

- Chodź ze mną - powiedziałam. - Po co zostajesz?

- Umrę jak Rzymianin, we własnym domu. Idź już, jeśli mnie kochasz, moja poetko, 

śpiewaczko,   myślicielko.   Moja   Lidio.   Idź!   Nie   zniosę   nieposłuszeństwa.   Ostatnią   godzinę 

swojego życia poświęciłem na ocalenie ciebie. Pocałuj mnie i spełnij moją prośbę.

Podbiegłam do niego, pocałowałam w usta i niewolnicy pospiesznie wyprowadzili mnie 

do ogrodu.

Znałam swojego ojca. Nie mogłam zbuntować się przeciwko jego ostatniemu życzeniu. 

Wiedziałam, że w starym  rzymskim stylu odbierze sobie życie,  zanim  speculatores  wyłamią 

drzwi wejściowe.

Gdy doszłam do bramy i ujrzałam hebrajskiego kupca i jego wóz, nogi odmówiły mi 

posłuszeństwa.

Odwróciłam się i oto, co zobaczyłam.

Ojciec podciął sobie żyły na obydwu nadgarstkach i krążył wokół ogniska domowego, a 

krew spływała na ziemię. Nie żartował. Stawał się coraz bledszy. Wyraz jego oczu miałam pojąć 

dopiero później.

Rozległ się łomot. Wyłamywano drzwi wejściowe. Ojciec zastygł w bezruchu. Pojawili 

się dwaj żołnierze gwardii pretoriańskiej, szydząc:

- Może byś nas wyręczył, Maximusie, oszczędził nam wysiłku? Śmiało.

- Jesteście z siebie dumni?! - zawołał ojciec. - Tchórze. Lubicie mordować całe rodziny? 

Ile za to dostajecie? Stawaliście kiedy do prawdziwej bitwy? Dalej, umierajcie wraz ze mną!

Odwrócił się od nich, po czym z niespodziewanym zamachem natarł na nich mieczem i 

sztyletem, zabijając obydwu. Zadał im wiele ciosów.

background image

Później zachwiał się, jakby miał zaraz zemdleć. Był  blady jak płótno. Z nadgarstków 

płynęły strugi krwi. Oczy zwróciły się do wewnątrz, widać było tylko białka.

Przez głowę przebiegały mi szaleńcze plany. Wsadzić go na wóz? Rzymianin pokroju 

ojca nigdy dobrowolnie by na to nie przystał.

Nagle Hebrajczycy, jeden młody, drugi starszy, wzięli mnie pod pachy i zaczęli odciągać 

od domu.

- Przysiągłem, że cię uratuję - powiedział starszy. - Nie chcę z twego powodu okłamywać 

starego przyjaciela.

- Puśćcie mnie - wyszeptałam. - Chcę doczekać do końca.

Odpychając onieśmielonych mężczyzn, odwróciłam się i ujrzałam w oddali leżące przy 

palenisku ciało ojca. Dokończył dzieła własnym sztyletem.

Wrzucili mnie na wóz z zamkniętymi oczami i ustami zasłoniętymi dłonią. Upadłam na 

miękkie poduszki, pośród beli delikatnych tkanin, podskakując wraz z wozem, który zjeżdżał 

powoli krętą drogą w dół Palatynu.

Żołnierze krzyczeli, żebyśmy ustępowali im z drogi.

Starszy Hebrajczyk pytał:

- Jestem niemal głuchy, co raczyłeś powiedzieć, panie?

Był to doskonały wybieg. Minęli nas bez dalszych zaczepek.

Hebrajczyk potrafił zachować się roztropnie. Nie zważając na spieszące obok nas tłumy, 

utrzymywał powolne tempo jazdy.

Młody przeszedł do mnie na tył zaprzęgu.

- Mam na imię Jakub - zagadnął. - Nałóż te białe szaty. Wyglądasz jak prawdziwa kobieta 

Wschodu. Gdyby pytali cię o coś przy bramie, unieś zasłonę i udawaj, że nic nie rozumiesz.

Przebyliśmy bramy Rzymu z zadziwiającą łatwością. Słyszałam tylko:

Ave, Dawidzie i Jakubie, jak poszła podróż?

Wsadzili  mnie  na pokład dużego statku kupieckiego, z niewolnikami  przy wiosłach i 

żaglami, nic nadzwyczajnego, po czym zaprowadzili mnie do niewielkiej, pustej kajuty.

- Tyle tylko mogliśmy dla ciebie przygotować - oznajmił Jakub - ale za to już odbijamy 

od brzegu. - Miał długie, faliste, kasztanowe włosy i brodę. Nosił pasiaste szaty, sięgające do 

samej ziemi.

- W ciemności? - zdziwiłam się. - Będziemy płynąć po ciemku?

background image

To było niezwykłe.

Ale w miarę jak odpływaliśmy od brzegu, gdy wiosła zanurzyły się w wodzie, a statek 

oddalał się na odpowiednią odległość od lądu, zaczynałam pojmować, o co w tym wszystkim 

chodzi.

Całe przepiękne, południowo - zachodnie wybrzeże Italii było oświetlone przez setki iście 

królewskich willi. Na skałach płonęły latarnie.

- Już nigdy nie ujrzymy republiki - oświadczył ze znużeniem Jakub, jakby był rzymskim 

obywatelem, co było zresztą dość prawdopodobne. - Ale wypełniliśmy ostatnie życzenie twego 

ojca. Nic ci już nie grozi.

Starszy podszedł do mnie i przedstawił się jako Dawid. Przepraszał wylewnie, że nie mają 

dla mnie żadnych sług - - kobiet. Byłam na pokładzie jedyną niewiastą.

- Proszę, nie zaprzątaj sobie głowy takimi myślami! Dlaczego podjęliście to ryzyko?

- Od lat robiliśmy z twym ojcem interesy - rzekł Dawid. - Kiedyś piraci zatopili nasze 

okręty i twój ojciec spłacił za nas długi. Zaufał nam i odpłaciliśmy mu po pięciokroć. Odłożył dla 

ciebie fortunę. Kosztowności płyną wśród innych towarów, jak jedna z jego partii.

Poszłam   do   kabiny   i   padłam   na   wąskie   łóżko.   Starzec,   odwracając   wzrok,   przyniósł 

nakrycie dla mnie.

Stopniowo   uświadamiałam   sobie,   że   od   samego   początku   spodziewałam   się   po   nich 

zdrady.

Brakowało mi słów. Byłam wyprana z uczuć. Odwróciłam się do ściany.

- Śpij, pani - powiedział.

Przyśnił mi się koszmar, sen, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie śniłam. Byłam nad rzeką. 

Chciałam napić się krwi. Czaiłam się w wysokiej trawie na jednego z nieszczęsnych wieśniaków, 

a gdy go schwytałam, złapałam go za bary i zanurzyłam kły w jego szyi. Usta wypełniły się 

smakowitą krwią. Jej słodycz i moc były nie do opisania, o czym wiedziałam nawet we śnie. Ale 

musiałam iść dalej. Mężczyzna był bliski śmierci. Puściłam go, upadł na ziemię. Ścigały mnie 

bardziej niebezpieczne istoty. Memu życiu groziło coś jeszcze straszniejszego.

Znalazłam   się   w   ruinach   świątyni,   z   dala   od  mokradeł.   Byłam   na   pustyni   -  pstryk   i 

przejście z grzęzawiska na piasek. Bałam się. Zbliżał się świt. Musiałam się ukryć. Poza tym 

trwała pogoń za mną. Przetrawiłam wyborną krew i weszłam do świątyni. Żadnej kryjówki! 

Przywarłam do zimnych ścian, na których wyryto jakieś obrazy, ale nie widziałam żadnej małej 

background image

izdebki, żadnego miejsca, gdzie można by się skryć.

Przed   wschodem   słońca   musiałam   dotrzeć   na   wzgórza,   lecz   było   to   niemożliwością. 

Szłam wprost ku słońcu!

Znienacka nad szczytami wzgórz wybuchło zabójcze światło. Strasznie bolały mnie oczy. 

Jakby płonęły.

- Moje oczy! - krzyknęłam i chciałam je zakryć. Otoczyły mnie płomienie. Ryknęłam: - 

Amonie Ra, przeklinam cię! - Wykrzyknęłam jeszcze inne imię. Wiedziałam, że oznacza ono 

Izydę, ale z mych ust spłynęło jakieś inne słowo.

Obudziłam się. Usiadłam, cała się trzęsąc.

Obrazy we śnie były bardzo ostro zarysowane, niczym w wizji. Silnie kojarzyły mi się ze 

wspomnieniami. Czy żyłam już kiedyś przedtem?

Wyszłam na pokład. Podróż przebiegała dość spokojnie. Nadal widać było linię brzegową 

i latarnie, lecz parliśmy naprzód. Wpatrywałam się w morze, a miałam ochotę na krew.

- Nie może być. To jakiś zły omen, jakiś wybuch żalu - powtarzałam. Czułam tamten żar. 

Nie mogłam zapomnieć smaku krwi. Zdawał mi się naturalny, dobry, idealny do zaspokojenia 

pragnienia. Na powrót ujrzałam wykręcone cierpieniem ciało wieśniaka.

Nie było ucieczki przed tym,  czego przed chwilą doświadczyłam.  Byłam  podniecona, 

trawiła mnie gorączka.

Podszedł   do   mnie   Jakub,   młody   i   wysoki.   Prowadził   jakiegoś   młodego   Rzymianina. 

Młodzieniec   zaczął   się   już   golić,   ale   pod   innymi   względami   wyglądał   jak   zarumienione, 

promienne dziecko.

Zastanawiałam   się   znużona,   czy   osiągnęłam   już   wiek,   w   którym   każdy   młodzieniec 

zdawał mi się urodziwy.

- Moja rodzina także została zdradzona! - krzyknął. - Matka nakazała mi uciekać!

- Komu zawdzięczamy naszą wspólną katastrofę? - zapytałam. Położyłam rękę na jego 

wilgotnych policzkach. Usta miał dziecinne, lecz ogolona broda była szorstka. Szerokie, silne 

bary okrywała jedynie lekka, prosta tunika. Czy na morzu nie było mu zimno?

Potrząsnął głową. Stał nieruchomy. Kiedyś będzie przystojny. Ciemne włosy uroczo się 

kręciły. Nie wstydził się łez, nie przepraszał za nie.

- Matka   jeszcze   żyła   i   wszystko   mi   opowiedziała.   Leżała,   ciężko   dysząc,   gdy 

przyszedłem. Gdy delatores oznajmili ojcu, że spiskował przeciwko cesarzowi, ojciec tylko się 

background image

roześmiał. Naprawdę wybuchnął śmiechem. Oskarżyli go o konspirację z Germanikiem! Matka 

wytrzymała, dopóki wszystkiego mi nie opowiedziała. Mówiła, że ojca oskarżono tylko o to, że 

rozmawiał z innymi mężczyznami, jak to będzie służył pod dowództwem Germanika, gdy znowu 

poślą ich na Północ.

Skinęłam głową ze znużeniem.

- Rozumiem.   Mój   brat   prawdopodobnie   powiedział   to   samo.   Germanik   jest   następcą 

cesarza i władcą Imperium Maius na Wschodzie. Ale mówienie o służbie pod rozkazami ładnego 

generała jest zdradą stanu.

Odwróciłam się. Zrozumienie sytuacji nie dawało nam żadnej pociechy.

- Wieziemy was do innych miast - wtrącił się Jakub - do innych przyjaciół. Lepiej zbyt 

dużo nie mówić.

- Nie zostawiaj mnie - poprosił chłopiec. - Przynajmniej nie dzisiaj.

- Dobrze. - Zaprowadziłam go do kajuty i zamknęłam drzwi, dyskretnie skinąwszy głową 

Jakubowi, który oglądał wszystko z sumiennością stróża. - Czego pragniesz? - spytałam.

Chłopiec   patrzył   na   mnie   szeroko   rozwartymi   oczyma.   Potrząsnął   głową.   Otworzył 

ramiona. Przytulił się do mnie i pocałował. Całowaliśmy się jak szaleni.

Zdjęłam   tunikę   i   położyłam   się   z   nim   do   łóżka.   Był   w   każdym   calu   mężczyzną, 

niezależnie od młodzieńczego oblicza.

A gdy osiągnęłam moment ekstazy, co nie było trudne wobec jego fenomenalnej energii, 

poczułam smak krwi. Zmieniłam się w pijącą krew istotę ze snu. Zwiotczałam, lecz nie miało to 

znaczenia. Potrafił zadowolić się bez mojego czynnego udziału. Wstał.

- Jesteś boginią - oświadczył.

- Nie - szepnęłam. Ogarniało mnie senne marzenie. Usłyszałam świst wiatru na pustyni. 

Poczułam woń rzeki. - Jestem bogiem… bogiem, co pije krew…

Odbywaliśmy miłosne rytuały aż do wyczerpania sił.

- Bądź ostrożny i obyczajny wobec naszych hebrajskich gospodarzy - upomniałam go. - 

Oni nie pojmą takiego zachowania.

Skinął głową.

- Uwielbiam cię.

- Niepotrzebnie. Jak masz na imię?

- Marcellus.

background image

- Dobrze, Marcellusie, idź spać.

Przepędzaliśmy   odtąd   z   Marcellusem   wszystkie   noce,   aż   wreszcie   ujrzeliśmy   sławne 

światło latarni w Faros i wiedzieliśmy już, że dobijamy do brzegów Egiptu.

Wszystko wskazywało na to, że Marcellus miał zostać w Aleksandrii. Wyjaśnił, że babka 

od strony matki, Greczynka, mieszkała tu wraz z całym rodem.

- Nie musisz mi o tym wszystkim opowiadać. Po prostu idź. Bądź mądry i ostrożny.

Błagał, żebym z nim wysiadła. Mówił, że się we mnie zakochał. Że się ze mną ożeni. 

Nieważne, że nie będę mieć dzieci. Że mam trzydzieści pięć lat. Śmiałam się cicho, litując się 

nad jego naiwnością.

Dawid stał obok ze spuszczoną głową. Jakub odwrócił wzrok.

Za Marcellusem powędrowało do Aleksandrii całkiem sporo kufrów.

- Powiesz mi teraz - zwróciłam się do Jakuba - dokąd mnie zabieracie? Być może będę 

miała inne zdanie, choć wątpię, bym zdołała wymyślić coś lepszego niż ojciec.

Ciągle   nie  byłam  pewna,  czy zachowają  się  wobec  mnie   uczciwie.   Tym   bardziej,  że 

widzieli,   iż   obchodzę   się   z   tym   chłopcem   niczym   prostytutka,   a   byli   ludźmi   niezwykle 

religijnymi.

- Zmierzasz do wielkiego miasta - oznajmił Jakub. - To najlepsze z możliwych miejsc. 

Twój ojciec ma przyjaciół wśród tamtejszych Greków.

- Gdzie może być lepiej niźli w Aleksandrii?

- Ach, tam jest o niebo lepiej - odparował Jakub. - Pozwól, że najpierw naradzę się z 

ojcem.

Ruszyliśmy w drogę. Ląd odpływał. Egipt. Zapadał zmrok.

- Nie bój się - pocieszał Jakub. - Wyglądasz na przerażoną.

- Nie boję się. Ale muszę cały czas leżeć w łóżku, myśleć, wspominać i śnić. - Spojrzałam 

na niego, na co on nieśmiało odwrócił głowę. - Tuliłam tego chłopca jak matka, co noc.

Było to chyba największe kłamstwo w moim życiu.

- Był   w   mych   ramionach   jak   dziecko!   -   Całkiem   spore   dziecko!   -   A   teraz   boję   się 

koszmarów. Musisz mi powiedzieć, jakie jest nasze miejsce przeznaczenia. Jaki czeka nas los?

background image

3

- Antiochia - odparł Jakub. - Antiochia nad Orontesem. Oczekują cię przyjaciele ojca, 

którzy są również przyjaciółmi Germanika. Może z czasem… lecz będą wobec ciebie lojalni. 

Masz wyjść za zamożnego, dobrze urodzonego Greka.

Mąż! Grek z prowincji? Grek z Azji! Stłumiłam śmiech i płacz. Nic z tego. Biedak! Jeżeli 

istotnie był Grekiem z prowincji, przyjdzie mu przeżyć raz jeszcze podbój Rzymu.

Żeglowaliśmy od portu do portu. Obracałam sobie to wszystko w myślach.

Rzecz jasna właśnie tego rodzaju przyprawiające o mdłości detale miały uchronić mnie 

przed żałobą i wstrząsem wyniesionym z niedawnych zdarzeń. Przejmować się, czy szata jest 

dobrze opięta. Nie widzieć ojca, leżącego z własnym sztyletem w piersiach.

Byłam tak po uszy zanurzona w sprawy Rzymu, że nie wiedziałam o Antiochii właściwie 

nic.   Jeżeli   Tyberiusz   wysłał   tam   swojego   „następcę”,   Germanika,   żeby   nie   przysparzać   mu 

popularności w Rzymie, to Antiochia musi leżeć na krańcu cywilizowanego świata, myślałam 

sobie.

Czemu, na bogów, nie wymknęłam się na ląd w Aleksandrii? Aleksandria była zaraz po 

Rzymie   najwspanialszym   miastem   imperium.   Młodym,   wzniesionym   przez   Aleksandra,   na 

którego cześć zostało nazwane; było wspaniałym portem. W Aleksandrii nikt nie ośmieliłby się 

zburzyć świątyni Izydy. Była ona boginią egipską, małżonką potężnego Ozyrysa.

Ale co to miało wspólnego ze mną? Zapewne gdzieś w głębi duszy już coś knułam, ale 

nie pozwalałam, żeby jakikolwiek tajny zamysł przedarł się do świadomości i splamił moralną 

naturę dobrze urodzonej Rzymianki.

W duchu gratulowałam mym hebrajskim stróżom inteligencji, ukrywania tej informacji 

nawet   przed   młodym   Marcellusem,   drugim   człowiekiem,   którego   ocalili   przed   cesarskimi 

zabójcami, i poprosiłam o szczere odpowiedzi na pytania dotyczące losu braci.

- Wszyscy   zostali   zaskoczeni   -   oznajmił   Jakub.   -  Delatores,  szpiedzy   gwardii 

pretoriańskiej,   działają   błyskawicznie,   a   twój   ojciec   miał   tylu   synów.   Niewolnicy   twego 

najstarszego brata na rozkaz pana przeskoczyli mur i pobiegli was ostrzec.

Antoniuszu,   mam   nadzieję,   że   przelałeś   trochę   ich   krwi.   Wiem,   że   walczyłeś   do 

ostatniego tchu. A moja bratanica, mała Flora, czy uciekała z krzykiem, czy potraktowali ją z 

litością? Gwardia pretoriańska i miłosierdzie! Co za niemądra myśl.

Wszystko to zachowałam dla siebie. Tylko westchnęłam.

background image

W końcu gdy ci dwaj żydowscy kupcy na mnie patrzyli, ich oczom jawiła się twarz i 

postać kobiety; w naturalnym odruchu myśleli zatem, że wewnątrz również znajduje się kobieta. 

Rozziew między zewnętrznymi pozorami a wewnętrzną naturą nie dawał mi całe życie spokoju. 

Po co dręczyć Jakuba i Dawida? W drogę do Antiochii!

Ale   nie   miałam   zamiaru   żyć   w   jakiejś   staroświeckiej   greckiej   rodzinie,   jeśli   takowe 

istniały jeszcze w greckim mieście Antiochii, w familii, gdzie kobiety spędzały czas z dala od 

mężczyzn i całymi dniami przędły wełnę, w ogóle nigdzie nie wychodząc i nie biorąc udziału w 

światowym życiu.

Niańki i guwernantki wyuczyły mnie wszystkich sztuk potrzebnych cnotliwej niewieście i 

rzeczywiście potrafiłam z przędzą, nitką i krosnem zrobić to, co inne kobiety, lecz aż za dobrze 

znałam „starogreckie obyczaje”, miałam też w pamięci mglisty obraz matki mojego ojca, która 

zmarła, gdy byłam bardzo mała - zacna rzymska matrona, która wiecznie przędła wełnę. Tak 

przynajmniej   napisali   w   jej   epitafium.   Zresztą   epitafium   mej   matki   brzmiało   podobnie: 

„Prowadziła dom. Przędła wełnę”.

Takie słowa na temat mojej matki! Te same, nużące słowa.

Nie, w moim epitafium nie mogło znaleźć się nic podobnego. (Aż zabawnie pomyśleć 

dzisiaj, po tysiącach lat, że nie doczekałam się żadnego nagrobnego napisu).

W swym przygnębieniu nie zdawałam sobie w ogóle sprawy, że imperium rzymskie jest 

ogromne, a jego wschodnie połacie kompletnie różne od ziem barbarzyńców na Północy, gdzie 

walczyli bracia.

Cała   Azja   Mniejsza,   ku   której   płynęliśmy,   została   kilkaset   lat   temu   podbita   przez 

Aleksandra Macedońskiego. Jak wiesz, Aleksander był  uczniem  Arystotelesa.  Chciał  zanieść 

całemu światu grecką kulturę. Jednak w Azji Mniejszej idee i style Grecji napotkały nie zwykłe 

mieściny i prostych rolników, lecz starożytne cywilizacje, na przykład Królestwo Asyryjskie, 

gotowe przyjąć nowe myśli, wdzięk i piękno greckiego oświecenia i dostosować do nich swoją 

liczącą setki lat literaturę, religię, sposób życia i ubierania się.

Antiochia została wzniesiona przez jednego z dowódców Aleksandra Wielkiego, który 

chciał,   by   mogła   rywalizować   z   innymi   pięknymi   miastami   helleńskimi   dzięki   wspaniałym 

świątyniom,  budowlom administracyjnym,  bibliotekom  z księgozbiorami  w  języku  greckim  i 

szkołom,   w   których   wykładano   grecką   filozofię.   Ustanowiono   hellenistyczne   rządy   -   dość 

oświecone w porównaniu ze starożytnym wschodnim despotyzmem, jednak pod tym wszystkim 

background image

pulsowała wiedza, obyczaje, mądrość mistycznego Wschodu.

Rzymianie podbili Antiochię wcześnie, ponieważ stanowiła ogromny ośrodek handlowy. 

Była  jedyna w swoim rodzaju, jak dowodził Jakub, rysując mokrym  palcem na drewnianym 

blacie   stołu   prymitywną   mapę.   Antiochię   uznawano   za   port   śródziemnomorski,   gdyż   leżała 

zaledwie dwadzieścia mil w górę rzeki Orontes od wybrzeża.

Jednak od wschodu otwierała się na pustynię: w Antiochii zbiegały się wszystkie stare 

szlaki   karawan.   Przybywali   kupcy   na   wielbłądach,   którzy   przywozili   fantastyczne   towary   z 

bajkowych ziem - znamy je obecnie pod mianem Chin i Indii - jedwab, dywany i klejnoty, które 

nie docierały na rynki w Rzymie.

Przez Antiochię przewijało się całe mnóstwo innych handlarzy. Doskonałe drogi łączyły 

miasto z rzeką Eufrat na wschodzie i leżącym jeszcze dalej imperium Partów, na południe można 

było dotrzeć do Damaszku i Judei, na północy leżały naturalnie wszystkie miasta założone przez 

Aleksandra, które rozkwitły pod panowaniem Rzymu.

Rzymskim   legionistom   bardzo   się   tam   podobało.   Wiedli   ciekawe   i   wygodne   życie. 

Antiochia kochała Rzymian, którzy chronili szlaki handlowe i karawany oraz utrzymywali spokój 

w porcie.

- Zobaczysz otwarte place, arkady, świątynie, wszystko, czego dusza zapragnie, i targi, o 

jakich   nawet  nie  śniłaś.  Wszędzie   roi  się  od  Rzymian.  Modlę   się  do  Najwyższego,  byś   nie 

spotkała kogoś znajomego! To jedyne niebezpieczeństwo, jakiego nie miał czasu przewidzieć 

twój ojciec.

Machnęłam ręką.

- Czy są tam nauczyciele i stragany z książkami?

- Wszędzie. Znajdziesz tam księgi, których nikt nie potrafi odczytać. I wszyscy mówią po 

grecku. Trzeba by iść na wieś i poszukać jakiegoś biednego chłopa, żeby nie znał greki. Coraz 

powszechniejsza   staje   się   też   łacina.   Ciągle   toczą   się   filozoficzne   debaty,   padają   nazwiska 

Platona i’ Pitagorasa, które mi nic nie mówią. Swoje wpływy ma chaldejska magia z Babilonu. 

Są też świątynie wszystkich możliwych bogów.

Ciągnął dalej, zastanawiając się na głos:

- Co do Hebrajczyków, moim zdaniem są zbytnio przywiązani do ziemskich spraw - : 

chcą kręcić się w krótkich tunikach pośród Greków i chodzić do publicznych łaźni. Za bardzo 

interesują się grecką filozofią. Całe to greckie myślenie wszędzie się wdziera. Niedobrze. Lecz 

background image

greckie miasto to ciekawy świat.

Uniósł wzrok. Jego ojciec nas obserwował, zwłaszcza że siedzieliśmy blisko siebie przy 

stole na pokładzie.

Jakub pospiesznie poinformował mnie o ogólnej sytuacji:

Germanik   Juliusz   Cezar,   następca   tronu   cesarskiego,   oficjalnie   adoptowany   syn 

Tyberiusza, otrzymał w Antiochii tytuł władcy  Imperium Maius.  Co oznacza, że panował nad 

całym tym terytorium. A Gnejusz Kalpurniusz Pizon był gubernatorem Syrii. Zapewniłam go, że 

oni   nie   słyszeli   o   mnie   ani   o   mojej   staroświeckiej   rodzinie   i   starym,   spokojnym   domu   na 

Palatynie, ściśniętym między takim mnóstwem nowych, ekstrawaganckich rezydencji.

- Wszystko jest utrzymane w rzymskim stylu! - zawołał Jakub. - Sama zobaczysz. Na 

dodatek przyjeżdżasz z pieniędzmi. I wybacz, że to mówię, ale jesteś jeszcze piękna mimo swego 

wieku; masz jędrną skórę i poruszasz się jak dziewczyna.

Westchnęłam i podziękowałam Jakubowi. Powinien odejść, jeśli nie chce, żeby znowu 

nakrył nas ojciec.

Patrzyłam na przetaczające się nieustannie błękitne fale.

W głębi ducha byłam wdzięczna rodzinie, że nie brała udziału w pałacowych bankietach i 

przyjęciach,   lecz   po   chwili   robiłam   sobie   wyrzuty   za   tę   wdzięczność,   gdyż   odosobnienie   z 

pewnością przyczyniło się do naszego upadku.

Widziałam Germanika w tryumfalnej procesji przez Rzym: urodziwy młodzieniec, bardzo 

pod   tym   względem   podobny   do   Aleksandra,   i   wiedziałam   od   ojca   i   braci,   że   Tyberiusz, 

obawiając się popularności swego następcy, odesłał go na Wschód, by był z dala od rzymskiego 

pospólstwa.

Gubernator Pizon? Jego nie widziałam na oczy. Plotka głosiła, że pojechał na Wschód, 

żeby utrudniać życie Germanikowi. Co za marnotrawstwo talentów i myśli!

Wrócił Jakub.

- Przybywasz   więc   do   tego   miasta   bezimienna   i   nieznana.   Masz   szlachetnych 

protektorów, kochanych przez Germanika. On jest młody i tworzy w mieście atmosferę energii i 

radości.

- A Pizon? - spytałam.

- Wszyscy   go   nie   cierpią.   Zwłaszcza   żołnierze,   a   wiesz,   co   to   oznacza   na   rzymskiej 

prowincji.

background image

Stojąc na pokładzie przy relingu, można bez końca, a przynajmniej bardzo długo, patrzeć 

na rozbijające się i rozchybotane fale.

Tej nocy miałam kolejny sen o krwi. Niezmiernie podobny do pierwszego. Chciałam się 

napić krwi. I ścigali mnie nieprzyjaciele, którzy wiedzieli, że jestem demonem i należy mnie 

zniszczyć. Biegłam. Krewniacy mnie porzucili, zostawili na łaskę i niełaskę zabobonnego ludu. 

Potem ujrzałam pustynię i domyśliłam się, że umrę; zbudziłam się z krzykiem, siedząc, i szybko 

zakryłam usta, żeby nikt nie usłyszał.

Największym  przerażeniem  napełniało  mnie  pragnienie  krwi. Nie potrafiłam go sobie 

nawet wyobrazić na jawie, ale w snach byłam potworem, zwanym przez Rzymian Łamią. Tak mi 

się przynajmniej zdawało. Krew była słodka, starczała za wszystko. Czy stary Grek Pitagoras 

miał rację? Dusze wędrują z ciała do ciała? Ale w dawnym życiu miałam duszę potwora.

Za dnia od czasu do czasu zamykałam oczy i znajdowałam się niebezpiecznie blisko snu, 

który stał się jakby czyhającą w głowie pułapką, gotową pochwycić mą świadomość. Ale sny 

były najsilniejsze w nocy. „Już mi kiedyś służyłaś”. Co to miało znaczyć? „Chodź”.

Pragnienie krwi. Kuliłam się w łóżku, zamykałam oczy i modliłam się: „Matko Izydo, 

oczyść mą duszę z tego krwawego obłędu”.

Następnie uciekłam się do starej dobrej erotyki. Próbowałam zaciągnąć Jakuba do łóżka! 

Bez skutku. Nie miałam pojęcia, że Hebrajczyków  bardzo trudno uwieść - i już zawsze tak 

będzie.

Dano mi to do zrozumienia z niezmiernym wdziękiem i taktem.

Zastanawiałam się nad niewolnikami. Nie ma mowy. Niewolnicy przy wiosłach, wśród 

których   nie   znalazł   się   żaden   skuty   łańcuchami   „Ben   Hur”   czekający   tylko,   żebym   go 

wyswobodziła, były to zwykłe męty wywodzące się z kryminalistów i biedoty, skuci na rzymską 

modłę,   tak   że   poszliby   na   dno   razem   z   galerą.   Konali   powoli,   jak   wszyscy   niewolnicy   na 

galerach, od monotonii i bata. Widok tych mężczyzn, siedzących w ładowni i zginających plecy, 

nie należał do przyjemnych.

Moje oczy były jednak tak samo zimne jak wzrok Amerykanina oglądającego kolorowe 

filmy o głodujących w Afryce dzieciach, czarnych szkieletach z wielkimi głowami, które krzyczą 

o wodę. Przerwa na wiadomości, przerwa na reklamę, chwila muzyki, przenosimy się teraz do 

Palestyny: rzucanie kamieniami, gumowe kule. Telewizyjna krew.

Ponadto   na   pokładzie   znajdowali   się   nudni   marynarze   i   dwóch   starych,   pobożnych 

background image

kupców hebrajskich, którzy gapili się na mnie, jakbym była kobietą lekkich obyczajów albo kimś 

jeszcze   gorszym,   i   odwracali   głowy,   gdy   wychodziłam   na   pokład   w   długiej   tunice   i   z 

rozpuszczonymi włosami.

Musiałam się nieźle kompromitować! Rzeczywiście zachowywałam się jak idiotka, żyjąc 

w odrętwieniu. Podróż wydawała mi się nawet przyjemna - a to dlatego, że prawdziwy smutek i 

wściekłość jeszcze do mnie nie dotarły. Wszystko działo się zbyt szybko.

Rozwodziłam się nad obrazem ojca, który pozbawiał życia żołnierzy Tyberiusza, tanich 

zbirów wysłanych przez tchórzliwego, niezdecydowanego cesarza. Co do reszty - wymazałam ją 

z pamięci, przybierając pozę zahartowanej w obliczu śmierci Rzymianki.

Współczesny poeta irlandzki, Yeats, najtrafniej charakteryzuje rzymski stosunek do klęski 

i tragedii:

Rzuć chłodnym okiem na życie, na śmierć.

Nie stawaj, jeźdźcu!

Nie było chyba Rzymianina, który by się pod tym nie podpisał.

W takiej znalazłam się sytuacji - jedyna ocalała z wielkiego domu, której ojciec nakazał 

„żyć”.   Wolałam   nie   rozmyślać   nad   losem   braci,   ich   ślicznych   żon   i   dzieci.   Nie   potrafiłam 

wyobrazić sobie rzezi niewinnych maleństw - przecinanych mieczami chłopców czy rozbijanych 

o ściany niemowląt. Ach, Rzymie, ty i twoja cholerna mądrość. Trzeba zabić potomstwo. Zabić 

całą rodzinę!

W samotne noce leżałam nękana coraz okropniejszymi snami o krwi. Sprawiały wrażenie 

okruchów   utraconego   życia,   wspomnień   zagubionej   krainy.   Dominowała   w   nich   głęboka, 

dudniąca muzyka, jak gdyby ktoś uderzał w gong, a jego towarzysze w obciągnięte miękką skórą 

bębny. Jak przez mgłę widziałam świat sztywnych, płaskich i obcych malowideł na ścianach. 

Otaczały mnie malowane oczy. Piłam krew! Wypijałam krew małego, trzęsącego się człowieka, 

który klęczał przede mną, jakbym była Matką Izydą.

Zbudziłam się, wzięłam stojący przy łóżku duży dzban wody i cały wychyliłam. Piłam 

wodę, by ugasić i pokonać pragnienie ze snu. Było mi niedobrze.

Szukałam w pamięci. Czy w dzieciństwie miałam takie sny?

Nie. A te sny niosły w sobie żar wspomnień. Wspomnień o inicjacji w przeklętej świątyni 

background image

Izydy, która była wtedy jeszcze modna. Zostałam upojona winem, skąpana we krwi zabitego 

byka i wirowałam jak szalona. W głowie szumiało mi od litanii do Izydy. Przyrzeczono nam 

powtórne narodziny! „Nigdy nie mów, nigdy nie mów, nigdy nie mów…” Jak nowicjusz mógł 

powiedzieć cokolwiek na temat rytuałów, kiedy był tak pijany, że mało co pamiętał?

Izyda   przyniosła   mi   wspomnienia   uroczej   gry   lir,   fletów,   tamburynów,   wysokich, 

magicznych   dźwięków   metalowych   strun  sistrum,  które   trzymała   sama   Matka.   Przez   głowę 

przemykały   niejasne   wspomnienia   o   tamtym   nagim   tańcu   krwi,   o   nocy   wzniesienia   się   do 

gwiazd,   ujrzenia   życia   w   obrębie   gwiezdnych   cyklów,   pogodzenia   się   na   małą   chwilkę   z 

nieustannymi   zmianami   księżyca,   wschodami   i   zachodami   słońca.   Objęcia   kobiet.   Miękkie 

policzki, pocałunki, kołyszące się w jednym rytmie ciała.

- Życie, śmierć, powtórne narodziny to nie żaden szereg cudów - mówiła kapłanka. - 

Cudem jest pojęcie tego i pogodzenie się z tym. Dokonanie przemiany we własnym sercu.

Z całą pewnością nie piliśmy żadnej krwi! A byk był jedynie ofiarą dla celów inicjacji. 

Nie   prowadziliśmy   bezradnych   zwierząt   do   ukwieconych   ołtarzy,   nie,   nasza   Błogosławiona 

Matka nie prosiła nas o nic takiego.

Teraz, na morzu, leżałam i starałam się nie usnąć, żeby uniknąć tych snów.

Gdy ulegałam znużeniu, nadchodził sen, a z nim marzenia, które jak gdyby tylko czekały 

na chwilę, kiedy zamknę oczy.

Leżałam w złotej komnacie. Piłam krew, krew z gardła boga, takie miałam wrażenie, 

chóry   śpiewały   czy   zawodziły   -   był   to   głuchy,   monotonny   dźwięk,   nie   do   końca   godzien 

nazwania   muzyką,   a   gdy   się   nasyciłam,   bóg,   czy   kimkolwiek   była   owa   dumna   istota   o 

jedwabistej skórze, uniósł mnie i złożył na ołtarzu.

Wyraźnie czułam chłód marmuru. Uświadomiłam sobie, że nie mam nic na sobie. Nie 

czułam   żadnego   zawstydzenia.   Gdzieś   z   oddali,   odbijając   się   echem   od   ścian   ogromnych 

pomieszczeń,   dobiegł   kobiecy   płacz.   Byłam   pełna   krwi.   Zawodzący   zbliżyli   się,   trzymając 

niewielkie lampki oliwne z gliny. Otaczające mnie twarze były ciemne, na tyle ciemne, że mogły 

należeć   do   mieszkańców   odległej   Etiopii   lub   Indii.   Albo   Egiptu.   Patrz.   Malowane   oczy! 

Obejrzałam swoje dłonie  i ramiona.  Ciemne.  Byłam  jednak osobą, która leżała  na ołtarzu,  i 

mówię „osoba”, bo zdałam sobie sprawę, co bynajmniej nie zaburzyło przebiegu snu, że byłam 

mężczyzną. Czułam rozdzierający ból. Bóg rzekł:

- Teraz wypijesz po trosze krwi każdego z nas.

background image

Dopiero   po   obudzeniu   błyskawiczna   przemiana   w   mężczyznę   napełniła   mnie 

zdumieniem.  Ogarniało mnie  przeczucie  egipskiej  tajemnicy - widzianej  w złotych  posągach 

wystawianych na sprzedaż na targowisku, gdy tancerki z Egiptu występowały na bankietach, z 

czarnymi konturami oczu i w czarnych perukach z warkoczami, podobne do żywych posągów 

szepczących w swym tajemniczym języku. Co myślały o naszej Izydzie w rzymskim stroju?

Dręczyła mnie tajemnica; coś tu sprzeciwiało się rozumowi. Ogarnęło mnie dokładnie to, 

czego rzymscy cesarze tak bardzo obawiali się w egipskich i orientalnych kultach: tajemnica i 

emocje, które walczą o lepsze z rozumem i prawem.

Moja Izyda była w gruncie rzeczy rzymską, uniwersalną boginią, Matką nas wszystkich, a 

jej kult rozprzestrzeniał się w świecie greko - rzymskim na długo przed pojawieniem się w samej 

stolicy. Nasi nieszczęśni kapłani byli Grekami i Rzymianami. Zbór też składał się z Greków i 

Rzymian.

Coś  odezwało  się w  głębi  umysłu.  Mówiło:  „Pamiętaj”.  Był  to cichutki,  rozpaczliwy 

głosik, który błagał mnie o „pamiętanie” dla mojego własnego dobra.

Lecz   pamiętanie   rodziło   tylko   pomieszanie   myśli.   Znienacka   między   rzeczywistością 

kajuty na okręcie i kołyszącego morza a jakimś mrocznym i przerażającym światem świątyń, 

pokrytych magicznymi słowami, opadła zasłona. Długie, wąskie, jakby wykute z pięknego brązu 

twarze. Usłyszałam szept: „Strzeż się kapłanów Ra: to kłamcy”.

Zadrżałam. Zamknęłam oczy. Królowa Matka związana i przykuta łańcuchami do tronu! 

Płakała! To jej płacz słyszałam. Nie do wiary. „Sama rozumiesz, ona zapomniała, jak się rządzi. 

Rób, jak ci mówimy”.

Zbudziłam   się.   Chciałam,   a   zarazem   nie   chciałam   wiedzieć.   Królowa   w   strasznych 

okowach łkała. Nie widziałam jej zbyt wyraźnie. Działo się coś złego. Zamieszanie.

- Bo widzisz, u Króla jest Ozyrys.  Patrzy;  gdy pijesz czyjąś  krew, oddajesz tę osobę 

Ozyrysowi; każdy staje się Ozyrysem.

- Ale dlaczego Królowa krzyczała?

Nie, to jakiś obłęd. Nie mogłam pozwolić sobie na uleganie tej dezorientacji. Nie mogłam 

świadomie   popadać   w   takie   fantazje   czy   wspomnienia,   zakładając,   że   miały   one   jakieś 

rzeczywiste źródło.

To   na   pewno   niedorzeczność,   wypaczone   obrazy   żalu   i   poczucia   winy,   wyrzutów 

sumienia, że nie popędziłam do ogniska i nie wbiłam sobie w piersi sztyletu.

background image

Próbowałam sobie przypomnieć kojący głos ojca, tłumaczącego, jak krew gladiatorów 

zaspokaja pragnienie umarłych, manes.

- Są tacy, którzy utrzymują, że zmarli piją krew - mówił ojciec przy pewnej kolacji przed 

laty.  - Dlatego taki lęk ogarnia nas w te przynoszące nieszczęście  dni, kiedy umarli chodzą 

podobno po ziemi. Osobiście uważam, że to bzdury. Powinniśmy czcić przodków…

- Gdzie przebywają umarli, ojcze? - zapytał mój brat Lucjusz.

Któż wtedy odezwał się z drugiego końca stołu, żeby zacytować Lukrecjusza smutnym, 

kobiecym głosikiem, który zwracał jednak uwagę wszystkich obecnych mężczyzn? Oczywiście 

Lidia:

Co z ziemi, niech powraca w ziemię, ale cząstka

Zesłana z nieba musi w niebo wrócić

Przywołana w wysokie świątynie niebiosów,

A śmierć nie niszczy najmniejszych cząsteczek

Materii, tylko rozrywa ich związki.

- Nie - zareplikował łagodnie ojciec - zacytuj lepiej Owidiusza: „Duchy pragną niewiele; 

pobożność cenią nad kosztowne dary”. - Napił się wina. - Duchy żyją w Podziemiu, gdzie nie 

mogą zrobić nam krzywdy.

Najstarszy brat, Antoniusz, odezwał się: ;

- Zmarli nie przebywają nigdzie i nie są nikim. Ojciec wzniósł puchar.

- Za Romę - rzekł, i tym razem on zacytował Lukrecjusza: „Zbyt wiele razy religia rodzi 

podłości i zbrodnie”.

Wzruszanie ramionami i westchnienia. Rzymska postawa. Nawet kapłani i kapłanki Izydy 

z chęcią przyłączyliby się do Lukrecjusza, piszącego te słowa:

Nasze lęki i nasze ciemności umysłu

Muszą zatem rozproszyć nie słońca promienie,

Nie te błyszczące strzały z świetlistych kołczanów,

Lecz poznanie natury, jej głębi, i plany

Systematycznej kontemplacji.

background image

Upojenie?   Oszołomienie?   Krew   byka?   Systematyczna?   Wszystko   sprowadzało   się   do 

jednego i tego samego. Zaiste powiadam wam! Przykrawajcie poezję do własnych potrzeb. A 

fallus Ozyrysa  żyje wiecznie w nurcie Nilu, którego wody zawsze zapładniają Matkę Egipt, 

śmierć rodzi życie z błogosławieństwem Matki Izydy. Zwykły przypadek planu i swego rodzaju 

systematyczna odmiana kontemplacji.

Statek pruł fale.

Wiłam się na tych mękach kolejne osiem dni, często nie śpiąc po nocach i zasypiając w 

dzień, żeby uniknąć snów.

Pewnego ranka nagle zaczął walić do mych drzwi Jakub.

Przebyliśmy już Orontesem połowę dystansu do miasta.

Jesteśmy dwadzieścia mil od Antiochii. Możliwie najstaranniej uczesałam włosy (czego w 

domu nigdy nie robiłam bez niewolnicy), formując z nich  chignon,  nakryłam rzymskie szaty 

wielką, czarną opończą i byłam gotowa do zejścia na brzeg - kobieta Wschodu z zasłoniętą 

twarzą, pod opieką Hebrajczyków.

Gdy   ukazało   się   miasto   -   powitała   nas   olbrzymia   zatoka,   objęły   wszystkie   maszty, 

wrzawa, zapachy i krzyki - wybiegłam na pokład, żeby na nie spojrzeć. Było wspaniałe.

- Widzisz - powiedział Jakub.

Zasiadłam   w   lektyce   i   zostałam   szybko   przeniesiona   przez   ogromne,   nadmorskie 

targowiska, by znaleźć się na otwartym, przestronnym placu, gdzie roiło się od ludzi. Wszędzie 

mijałam świątynie, portyki, księgarnie, nawet wysokie mury amfiteatru - wszystko, czego można 

by się spodziewać w Rzymie. Nie, nie było to byle jakie miasteczko.

Młodzieńcy   cisnęli   się   przed   zakładami   balwierzy,   sposobiąc   się   do   obowiązkowego 

golenia   i   formowania   wymyślnych   kędziorów   na   czołach,   które   spopularyzowała   fryzura 

Tyberiusza.   Widziałam   liczne   winiarnie.   Targi   niewolników   były   zatłoczone.   Dostrzegałam 

wejścia   na   uliczki   zamieszkane   przez   rzemieślników   jednego   fachu   -   ulicę   wytwórców 

namiotów, zaułek jubilerów srebrnych.

A w samym centrum Antiochii znajdowała się cudowna świątynia Izydy!

Moja   bogini,   Izyda,   i   rzesze   wyznawców,   którym   nikt   nie   zakłócał   spokoju.   Przy 

drzwiach stało kilku skromnych kapłanów w szatach z płótna. W świątyni było ludno.

Pomyślałam sobie, że mogę uciec od męża tutaj.

background image

Stopniowo   zorientowałam   się,   że   na   forum,   w   centrum   miasta,   panował   wielki 

rozgardiasz. Słyszałam, że Jakub nakazuje niosącym lektykę pospieszne zejście z szerokiej ulicy 

targowej i skręcenie w jakiś zaułek. Tragarze puścili się biegiem. Jakub zasłonił okna, żebym nie 

mogła wyjrzeć na zewnątrz.

Głoszono   nowiny   po   grecku,   łacinie,   chaldejsku:   morderstwo,   morderstwo,   trucizna, 

zdrada.

Odchyliłam zasłonę i dyskretnie wyjrzałam.

Ludzie zawodzili i przeklinali Rzymianina Gnejusza Kalpurniusza Pizona i jego żonę, 

Placinię.   Dlaczego?   Żadnej  z  tych  osób nie  darzyłam  szczególną   sympatią,   ale  o co  w  tym 

wszystkim chodziło?

Jakub znowu krzyknął na tragarzy, żeby się spieszyli.

Sprawnie   wpuszczono   nas   przez   bramę   do   westybulu   pokaźnego   domostwa,   nie 

różniącego   się   ani   konstrukcją,   ani   stylem   od   naszego   domu   w   Rzymie,   tyle   że   znacznie 

mniejszego. Widziałam takie same wygody, odległy perystyl, zalanych łzami niewolników.

Po   chwili   postawiono   lektykę,   z   której   wyszłam,   przejęta,   że   nie   stanęliśmy   przed 

drzwiami, żebym umyła nogi, jak nakazywał dobry obyczaj. Włosy spływały mi na plecy.

Nikt jednak nie zwracał na mnie uwagi. Obracałam się dookoła, zdumiona widokiem 

orientalnych   zasłon   i   chwostów   nad   odrzwiami,   mnóstwa   klatek,   w   których   śpiewały   ptaki, 

tkanych dywanów leżących jeden na drugim na podłogach.

Podeszły do mnie dwie panie domu.

- Co się dzieje? - spytałam.

Ubrane   były   tak   samo   modnie   jak   kobiety   w   Rzymie,   uginały   się   od   bransolet   i 

zakończonych złotymi falbanami szat.

- Błagam cię - odezwała się jedna z kobiet - dla twojego własnego dobra, odejdź! Wsiądź 

z powrotem do lektyki.

Próbowały mnie wepchnąć do małej celi z zasłonami. Ani mi się śniło. Wzbierała we 

mnie wściekłość.

- Nie wiem, gdzie jestem - zaczęłam - i nie znam was! Przestańcie mnie popychać!

Pan domu, a przynajmniej człowiek sprawiający wrażenie kogoś takiego, podbiegł do 

mnie zalany łzami, z potarganymi, krótkimi, siwymi włosami - które rwał z głowy, jak gdyby na 

znak żałoby. Podarł długą tunikę. Pomazał twarz ziemią! Był starcem o zgarbionych plecach i 

background image

dużej głowie, obwisłej od fałdów skóry i zmarszczek.

- Twój ojciec był za młodu moim towarzyszem - zaczął po łacinie, chwytając mnie za 

ramię. - Ucztowałem u was, gdy byłaś niemowlęciem. Widziałem, jak raczkowałaś.

- To urocze - rzuciłam.

- Studiowaliśmy z ojcem w Atenach, spaliśmy pod jednym dachem.

Kobiety stały przerażone, zakrywając usta dłońmi.

- Uczestniczyliśmy   w   pierwszej   kampanii   Tyberiusza   przeciwko   tym   obmierzłym 

barbarzyńcom.

- Co za odwaga.

Opadła   ze   mnie   wierzchnia,   czarna   opończa,   ukazując   rozwichrzone,   długie   włosy   i 

prosty strój. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

- Germanik bywał w tym domu, żeby mówić o twoim ojcu.

- Ach, rozumiem.

Jedna z kobiet dała mi znak, bym siadła do lektyki. Gdzie Jakub? Starzec nie ustępował.

- Stałem z twym ojcem i Augustem, gdy nadeszły wieści o klęsce w Lesie Teutoburskim, 

gdzie   zginął   Warrus   i   wszyscy   jego   legioniści.   Moi   synowie   walczyli   z   twymi   braćmi   w 

legionach Germanika, gdy wymierzał karę tamtym plemionom Północy! O Boże!

- Tak, to bardzo piękne - rzekłam z powagą.

- Wsiadaj z powrotem do lektyki i uciekaj - odezwała się jedna z kobiet.

Starzec przytrzymał mnie.

- Walczyliśmy z tym obłąkanym królem Arminiuszem! Mogliśmy zwyciężyć! Twój brat 

Antoniusz był przeciwny poddaniu się i wycofaniu, prawda?

- Ja… nie…

- Wynoś   się!   -   krzyknął   młody   patrycjusz,   który  także   zalewał   się   łzami.   Podszedł   i 

pchnął mnie w stronę lektyki.

- Odsuń się, głupcze! - warknęłam i dałam mu po twarzy. Tymczasem Jakub rozmawiał z 

niewolnikami i orientował się w sytuacji.

Teraz stanął przy mnie, gdy siwowłosy Grek szlochał i całował mnie po policzkach.

Jakub przejął inicjatywę i poprowadził mnie do lektyki.

- Przed chwilą zamordowano Germanika - szepnął mi do ucha. - Wszyscy lojalni wobec 

niego ludzie podejrzewają, że Tyberiusz zlecił to zabójstwo gubernatorowi Pizonowi. Trucizna. 

background image

Wieść niesie się po mieście niczym pożar.

- Tyberiuszu, ty durniu! - szepnęłam, wytrzeszczając oczy. - Jeden tchórzliwy krok za 

drugim!

Usiadłam w mroku. Uniesiono lektykę. Jakub ciągnął:

- Gnejusz Kalpurniusz Pizon ma, rzecz jasna, sprzymierzeńców. Trwa powszechna walka. 

Wyrównywanie rachunków. Koniec świata. Ta grecka rodzina była z Germanikiem w Egipcie. 

Rozpoczynają się zamieszki. Uciekamy!

- Żegnaj,   przyjacielu!   -   zawołałam   do   starego   Greka,   gdy   oddalaliśmy   się   od   domu. 

Wątpię, żeby mnie słyszał. Padł na kolana. Przeklinał Tyberiusza. Krzyczał o samobójstwie i 

błagał o sztylet.

Znowu znaleźliśmy się na zewnątrz, przemykając przez ulice.

Leżałam   w   poprzek   lektyki,   tępo   rozmyślając.   Germanik   nie   żyje.   Otruty   przez 

Tyberiusza!

Wiedziałam,   że   niedawna   wyprawa   Germanika   do   Egiptu   bardzo   rozzłościła   cesarza. 

Egipt   był   prowincją   jedyną   w   swoim   rodzaju.   Rzym   był   do   tego   stopnia   uzależniony   od 

tamtejszych dostaw zboża, że nawet senatorowie nie mieli tam prawa wstępu, jednak Germanik 

pojechał „obejrzeć starożytne zabytki”, jak mówili jego przyjaciele na rzymskich ulicach.

- Zwykła wymówka! - myślałam zdesperowana. - Gdzie proces i wyrok? Trucizna!

Tragarze już biegli. Ludzie dookoła wrzeszczeli i zawodzili.

- Germanik! Germanik! Oddajcie nam pięknego Germanika!

Antiochia oszalała.

Znaleźliśmy się w końcu w jakiejś wąskiej uliczce, niemal zaułku - wiesz, o co mi chodzi, 

całą   ich   sieć   odkryto   w   ruinach   Pompei.   Czuć   było   mocz   mężczyzn,   cuchnący   z   dzbanów 

ustawionych   na   rogach   ulic.   Z   wysokich   kominów   dobywał   się   zapach   gotowanej   strawy. 

Niosący lektykę biegli, potykając się o wystające brukowce.

Raz   musieliśmy   gwałtownie   ustąpić   rydwanowi,   który   mknął   wąskim   przejazdem, 

znajdując w bruku koleiny dla swych kół.

Uderzyłam głową w mur. Byłam wściekła i wystraszona, ale Jakub powiedział:

- Jesteśmy przy tobie, Lidio.

Szczelnie   okryłam   się   opończą,   tak   że   tylko   jednym   okiem   widziałam   smugi   światła 

między zasłonami po obydwu bokach. Rękę trzymałam na rękojeści sztyletu.

background image

Lektykę postawiono na ziemi. Znaleźliśmy się w jakimś chłodnym wnętrzu. Usłyszałam 

głos ojca Jakuba, Dawida, który o coś się spierał. Nie znałam hebrajskiego. Nie miałam zresztą 

pewności, czy mówi w tym języku.

Wreszcie Jakub przeszedł na grekę i zdałam sobie sprawę, że kupują mi porządny dom z 

całym wyposażeniem i pięknymi meblami, własność zmarłej niedawno, zamożnej wdowy, która 

mieszkała tu sama, lecz, na moje nieszczęście, wyprzedała niewolników. Dom bez niewolników. 

Szybka transakcja gotówkowa.

Wreszcie usłyszałam Jakuba:

- Lepiej mów prawdę, do diaska.

Gdy lektyka na powrót się uniosła, zwróciłam się do mężczyzny:

- Już dwukrotnie ocaliliście mi życie. Co do greckiej rodziny, która miała udzielić mi 

schronienia, czy jest w realnym niebezpieczeństwie?

- Oczywiście.   Gdy   wybuchną   rozruchy,   wszystko   się   może   zdarzyć.   Pojechali   z 

Germanikiem   do   Egiptu!   Ludzie   Pizona   o   tym   wiedzieli!   Każdy,   kto   znajdzie   po   temu 

najmniejszą wymówkę, chętnie kogoś zabije i splądruje mu dom. Patrz, gdzieś się pali. - Nakazał 

ludziom pośpiech.

- W porządku - rzekłam. - Nie wypowiadaj już mego prawdziwego imienia. Od tej pory 

mam na imię Pandora. Jestem Greczynką z Rzymu i zapłaciłam ci, żebyś mnie tu przywiózł.

- Masz   na   to   moje   słowo,   droga   Pandoro   -   odparł.   -   Nie   brakuje   ci   siły   ducha.   Akt 

własności twego nowego domu zostanie sporządzony na inne fałszywe nazwisko, nieco mniej 

czarujące.   Dokument   potwierdza   jednak,   że   jesteś   wolną   wdową   i   rzymską   obywatelką. 

Otrzymamy  go, gdy zapłacimy  w złocie,  co nastąpi dopiero wtedy,  kiedy znajdziemy  się w 

domu. A jeżeli ten człowiek nie da nam dokumentu ze wszystkimi informacjami, które mają cię 

chronić, uduszę go własnymi rękami!

- Jesteś bardzo inteligentny, Jakubie - stwierdziłam ze znużeniem.

Niewygodna   podróż   w   ciemności   wreszcie   dobiegła   końca.   Usłyszałam   zgrzyt 

metalowego klucza w bramie, po czym weszliśmy do obszernego westybulu.

Powinnam   była   poczekać   ze   względu   na   swoich   opiekunów,   lecz   zamiast   tego 

gorączkowo wydobyłam się z ciasnej lektyki, odrzuciłam opończę i głęboko zaczerpnęłam tchu.

Staliśmy w szerokim westybulu ładnego domu, uroczego i wymyślnie ozdobionego.

W roztargnieniu ujrzałam fontannę z głową lwa obok bramy, przez którą tu weszliśmy, i 

background image

umyłam sobie nogi w chłodnej wodzie.

Pokój przyjęć, czyli atrium, był ogromny, z tyłu dostrzegłam obszerne sofy jadalni po 

przeciwległej stronie dość sporego, zamkniętego ogrodu - perystylu.

Nie był to co prawda mój stary, bogaty, obszerny dom na Wzgórzu Palatyńskim, który z 

pokolenia na pokolenie, kosztem wielkiego ogrodu, rozrastał się o nowe pokoje i korytarze.

Ten   był   nieco   zbyt   dopieszczony.   Ale   i   tak   wspaniały.   Wszystkie   ściany   niedawno 

pomalowano na modłę, jak sądzę, orientalną - więcej spiral i serpentyn. Jak mogłam być tak 

wymagająca? Mało nie zemdlałam od poczucia ulgi. Czy tutaj ludzie naprawdę dadzą mi spokój?

W atrium stało biurko, a obok niego książki! Pod okalającymi ogród portykami widziałam 

liczne   drzwi;   uniosłam   wzrok   i   ujrzałam   zamknięte,   wychodzące   na   ganki   okna   drugiej 

kondygnacji. Majestat. Bezpieczeństwo.

Mozaikowe posadzki były stare; znałam ten styl. Odświętnie odziane postacie idące w 

procesji podczas Saturnaliów. Mozaikę na pewno sprowadzono z Italii.

Niedużo   prawdziwego   marmuru,   tynkowane   kolumny,   za   to   wiele   porządnie 

wykonanych, dużych malowideł ściennych, a na nich obowiązkowo szczęśliwe nimfy.

Weszłam na miękką, wilgotną trawę perystylu i spojrzałam na błękitne niebo.

Chciałam  tylko  oddychać,  ale przecież  nadeszła  pora zorientować się w mojej  nowej 

sytuacji majątkowej. W oszołomieniu nie pytałam, co jest moje. Jak się jednak okazało, nie było 

to konieczne.

Jakub i Dawid sporządzili najpierw spis całego wyposażenia domowego, które dla mnie 

kupowali,   podczas   gdy   ja   stałam   nieopodal,   przecierając   oczy   ze   zdumienia   na   widok   ich 

cierpliwości i troski o szczegóły.

A   gdy   obejrzeli   już   każde   pomieszczenie:   sypialnię   po   prawej   i   niewielki,   otwarty 

ogródek z lewej strony, za kuchnią, i weszli na piętro, nie mieli żadnych zastrzeżeń i zaczęli 

wyładowywać moje rzeczy, kufer za kufrem.

Potem, co mną kompletnie wstrząsnęło, ojciec Jakuba, Dawid, wyciągnął zwój i zabrał się 

do spisywania wszystkiego, co należało do mnie, od spinek do włosów po atrament i złoto.

Jednocześnie Jakub wyszedł w jakiejś sprawie.

Widziałam pospieszne pismo ojca, które odczytywał Dawid.

- Rzeczy   do   higieny   osobistej   -   -   podsumował   Dawid   jedną   z   części   inwentarza.   - 

Ubrania, raz, dwa, trzy kufry - do największej sypialni! Naczynia do kuchni. A książki tutaj?

background image

- Tak, poproszę. - Widok jego uczciwości i drobiazgowości odebrał mi mowę.

- Aż tyle książek!

- W porządku, nie musisz ich liczyć.

- Nie mogę, choćbym chciał, sama rozumiesz, te kruche…

- Tak, wiem. Dalej.

- Czy pragniesz ustawić meble z hebanu i kości słoniowej w salonie?

- Doskonała myśl.

Opadłam   na   podłogę,   z   której   natychmiast   podnieśli   mnie   dwaj   chętni   do   pomocy 

azjatyccy   niewolnicy,   sadowiąc   mnie   na   zadziwiająco   miękkim   rzymskim   krześle   z 

krzyżowanymi nogami. Dostałam filiżankę świeżej, czystej wody. Wychyliłam ją, przypomniała 

mi się krew. Zamknęłam oczy.

- Atrament, przybory do pisania na biurko? - zapytał starzec.

- Jeśli można - westchnęłam.

- Teraz   wszyscy   wyjdźcie   -   zakomenderował   mężczyzna,   hojnie   rozdając   monety 

niewolnikom, którzy zginali się w pół w ukłonach i wycofywali z komnaty, o mało na siebie nie 

wpadając.

Zbierałam się do wyrażenia jakoś swojej wdzięczności, gdy do pokoju wpadła kolejna 

grupa  niewolników   - prawie  zderzając  się  z  wychodzącymi   - z  koszami  wszelkiego   rodzaju 

żywności, jaką można było znaleźć na targu. Było tam co najmniej dziewięć rodzajów chleba, 

dzbany oliwy, melony, zielone jarzyny i wędzonki, które mogły leżeć wiele dni - ryby, wołowina 

i egzotyczne, morskie stworzenia, wysuszone tak, że wyglądały jak pergamin.

- Wszystko do kuchni, z wyjątkiem talerza oliwek, sera i chleba dla pani, na stół po jej 

lewej ręce. Przynieść wino przysłane przez ojca pani!

Nie do wiary. Wino mego ojca.

Potem wszyscy zostali znów wyproszeni, otrzymując ze szczodrobliwej ręki monety, i 

starzec natychmiast wrócił do swojego spisu.

- Jakubie,   chodź,   będziesz   liczył   to   złoto.   Talerze,   monety,   znowu   monety,   klejnoty 

niezmiernej wartości! Monety, sztaby złota. Tak…

I tak dalej, w wielkim pośpiechu.

Gdzie ojciec ukrył tyle złota? Nie mieściło mi się to w głowie.

Co z tym pocznę? Czy naprawdę zamierzają mi wszystko zostawić? To uczciwi ludzie, 

background image

ale przez ich ręce przechodziła fortuna.

- Musisz odczekać, aż wszyscy wyjdą - radził Dawid - i wtedy ukryć złoto w różnych 

punktach domu. Na pewno znajdziesz odpowiednie miejsca. Nie możemy cię wyręczyć, bo w ten 

sposób znalibyśmy skrytki. Klejnoty? Część zostawiam, żebyś je także schowała, gdyż są zbyt 

cenne, by można się było z nimi obnosić w pierwszych dniach twego tutaj pobytu.

- Otworzył szkatułkę. - Widzisz ten rubin? Wspaniały. Spójrz na jego wielkość. Gdybyś 

sprzedała go uczciwemu człowiekowi za połowę wartości, nie głodowałabyś  do końca życia. 

Każdy kamień w tej szkatułce jest wyjątkowy.  Ja się na tym znam. To klejnoty najlepsze z 

najlepszych.   Widzisz   te   perły?   Nieskazitelne.   -   Włożył   rubin   i   perły   do   pudełka   i   zamknął 

wieczko.

- Tak - wyszeptałam osłabłym głosem.

- Perły,   jeszcze   złoto,   srebro,   zastawa   -   mruczał.   -   Wszystko   jest   tutaj!   Powinniśmy 

bardziej uważać, ale…

- Nie, nie, dokazaliście cudu - zaoponowałam. Wbiłam wzrok w chleb i wino w czarze. 

Butelki mego ojca.

Jego amfory w całej izbie.

- Pandoro - zwrócił się do mnie z wielką powagą Jakub - to jest akt własności domu. I 

drugi dokument, mówiący o twoim oficjalnym zawinięciu do portu pod nowym nazwiskiem Julii 

itepe. Pandoro, musimy już odejść.

Starzec pokręcił głową i przygryzł wargę.

- Musimy płynąć do Efezu, dziecko - powiedział. - Wstyd  mi cię tutaj zostawiać, ale 

niebawem port zostanie zablokowany.

- W zatoce płoną już statki - rzucił ściszonym głosem Jakub. - Zburzono posąg Tyberiusza 

na forum.

- Transakcja dobiegła końca - zwrócił się do mnie stary mężczyzna. - Sprzedawca tego 

domu nie widział cię i nie zna twego prawdziwego nazwiska, podobnie jak inni mieszkańcy tego 

miasta. To nie jego niewolnicy cię tutaj przynieśli.

- Dokazaliście dla mnie cudów.

- Zostajesz sama, moja piękna rzymska księżniczko - stwierdził Jakub. - Porzucam cię 

tutaj z bólem duszy.

- Tak trzeba - wtrącił starzec.

background image

- Przez trzy dni nie opuszczaj domu - mówił Jakub, podchodząc do mnie blisko, bardzo 

blisko, jak gdyby zamierzał złamać wszystkie zasady i ucałować mnie w policzek. - W mieście 

stacjonują legiony, które mogłyby stłumić bunt, ale raczej pozwolą mu się wypalić, nie chcąc 

mordować rzymskich obywateli. Zapomnij o greckich przyjaciołach. W ich domu rozpętało się 

już piekło.

Odwrócili się ku drzwiom.

- Czy   otrzymaliście   godziwą   zapłatę?   -   spytałam.   -   Możecie   wziąć   tyle   złota,   ile 

zechcecie. Nalegam!

- Nawet o tym nie myśl - upomniał mnie starzec. - Dla spokoju duszy posłuchaj: twój 

ojciec poręczył za mnie dwukrotnie, gdy piraci zatapiali me statki na Adriatyku. Połączył swoje 

pieniądze z moimi i pomnażałem zyski nas obydwu. Tamten Grek też był dłużnikiem ojca. Nie 

przejmuj się już takimi sprawami. Ale na nas czas!

- Bóg z tobą, Pandoro - dodał Jakub.

Klejnoty. Gdzie były klejnoty? Zerwałam się i otwarłam szkatułkę. Leżały ich tam setki, 

nieskazitelnych,   olśniewająco   czystych   i   doskonale   oszlifowanych.   Pojęłam   ich   wartość,   ich 

czystość i troskliwość szlifu. Wzięłam duży rubin w kształcie jaja, który pokazywał mi Dawid, i 

drugi podobny, i wcisnęłam im po jednym do ręki.

Unieśli ręce w geście odmowy.

- Ależ musicie - upierałam się. - Okażcie mi przynajmniej tyle szacunku. Udowodnijcie, 

że jestem wolną Rzymianką i że żyję tak, jak nakazał ojciec! To doda mi odwagi! Weźcie.

Dawid nieustępliwie potrząsnął głową, za to Jakub wziął rubin.

- Tu są klucze, Pandoro. Wyjdź z nami i zamknij bramę od ulicy i drzwi do westybulu. 

Nie obawiaj się. Wszędzie palą się lampy. Dużo oliwy…

- Idźcie już! - zachęciłam ich, gdy przestępowali próg. Zamknęłam bramę i przywarłam 

do   krat,   odprowadzając   ich   wzrokiem.   -   Jeżeli   nie   będziecie   mogli   wydostać   się   z   miasta, 

gdybyście mnie potrzebowali, wracajcie.

- Mamy tu swoich ludzi - uspokajał Jakub. - Z głębi serca dziękuję za przepiękny rubin, 

Pandoro! Dasz sobie radę. Wracaj do środka, zarygluj drzwi.

Dobrnęłam do krzesła, lecz nie tyle na nim usiadłam, ile opadłam na nie i zaczęłam się 

modlić: „Lares familiares… Duchy tego domu. Powinnam odnaleźć wasz ołtarz. Spojrzyjcie na 

mnie  przychylnym  okiem,  błagam,  nie żywię  żadnych  złych  zamiarów. Obsypię  wasz ołtarz 

background image

kwiatami i zapalę wam lampkę. Dodajcie mi cierpliwości. Pozwólcie na… odpoczynek”.

Nie ruszałam się jednak z miejsca; siedziałam oszołomiona na podłodze, odrętwiała, wiele 

godzin, gdy tymczasem zapadał zmierzch, gdy obcy, mały dom pogrążał się w mroku.

Zaczął się sen o krwi, ale miałam go dosyć. Miałam dosyć tamtej obcej świątyni. Nie 

chcę! I dosyć krwi. Zastąpiłam ten obraz wyobrażeniem domu.

Byłam małą dziewczynką. Śnij o tym, nakazałam sobie, jak słuchasz najstarszego brata, 

Antoniusza, który opowiada o wojnie na Północy, o wypieraniu szalonych Germanów nad morze. 

Darzył wielką miłością Germanika. Tak samo jak pozostali bracia. Lucjusz, najmłodszy, był z 

natury taki słaby. Z bólem serca wyobrażałam sobie, jak błaga o litość, gdy żołnierze przecinają 

nić jego życia.

Imperium   było   całym   światem.   Za   jego   granicami   rozciągał   się   chaos,   nieszczęścia, 

niezgoda i wojna. Byłam żołnierzem. Walczyłam. Śniło mi się, że zakładam zbroję. Brat mówił:

- Co za ulga, że jesteś jednak mężczyzną. Zawsze tak sądziłem.

Zbudziłam się nazajutrz.

Wtedy też po raz pierwszy do głębi uczułam moc żalu i cierpienia.

Zwróć na to uwagę. Znałam bowiem całą absurdalność fatum,  fortuny i natury,  nagą 

prawdę   o   nich.   Nie   jest   jej   w   stanie   znieść   żaden   człowiek.   Być   może   opis   mojego   stanu 

przyniesie   innym   ludziom   pociechę.   Wszystko,   co   najgorsze,   przychodzi   niespiesznie,   ale   z 

czasem mija.

Prawda wygląda tak, że nikogo nie można na to przygotować, nie można też wyrazić tego 

językiem. Trzeba poznać samemu, a nie życzę tego nikomu.

Byłam sama. Chodziłam po pokojach tego niewielkiego domu, waląc pięściami w ściany, 

płacząc z zaciśniętymi zębami, kręcąc się w kółko. Nie przyszła żadna Matka Izyda.

Nie było żadnych bogów. Filozofowie okazali się głupcami! Poeci opiewali kłamstwa.

Szlochałam i rwałam włosy z głowy; rozdzierałam szatę tak machinalnie, jak gdybym 

robiła to od momentu narodzin. Przewracałam krzesła i stoły.

Czasami   napływała   fala   uniesienia,   uczucia   wolności   od   wszystkich   zafałszowań   i 

konwenansów, sposobów na uwięzienie ciała i duszy.

Później ukazała się moim oczom potworność takiej swobody, jak gdyby nie istniał żaden 

dom, a mrok wdzierał się wszędzie.

Takie męki trwały trzy dni i trzy noce.

background image

Zapomniałam o jedzeniu. Zapomniałam o wodzie.

Nie   zapalałam   lamp.   Dochodzący   pełni   księżyc   dostatecznie   oświetlał   bezsensowny 

labirynt malowanych izb.

Na wieki utraciłam zdolność snu.

Serce biło szybko. Kończyny napinały się, rozluźniały, by znowu stężeć.

Czasami zlegałam na dobrej, wilgotnej ziemi na dziedzińcu, za ojca, bo nikt nie złożył 

jego ciała na dobrej, wilgotnej ziemi, co powinno stać się tuż po śmierci i przed pogrzebem.

Wiedziałam już, czemu ta hańba miała taką wagę: przeorane ranami ciało, nie złożone na 

ziemi. Pojęłam wagę tego zaniedbania tak, jak mało kto rozumie cokolwiek na świecie. Było to 

niezmiernie istotne, ponieważ nie miało najmniejszego znaczenia!

„Lidio, żyj”.

Spojrzałam   na   listowie   małych   drzewek   w   ogrodzie.   Poczułam   przypływ   osobliwej 

wdzięczności, że moje oczy oglądały mroki Ziemi wystarczająco długo, by ujrzeć takie rzeczy.

Deklamowałam Lukrecjusza:

„Co z ziemi, niech powraca w ziemię”?

Szaleństwo!

Biada, przez trzy dni i trzy noce błąkałam się, pełzałam, łkałam i płakałam.

background image

4

Wreszcie jednego ranka, gdy słońce wlało się do środka przez otwarty dach, rozejrzałam 

się po zgromadzonych w pokoju przedmiotach i przez chwilę nie wiedziałam, czym są ani po co 

zostały wykonane. Nie znałam ich pospolitych nazw ani definicji. Nie wiedziałam nawet, gdzie 

jestem.

Usiadłam i zorientowałam się, że spoglądam na Lararium, świątynię bogów domowych.

Znajdowałam się oczywiście w jadalni, dalej stały sofy i majestatyczne łoże małżeńskie!

Lararium prezentowało się jak świątynka o trzech wysokich ścianach i trzech frontonach, 

we wnętrzu stały figury starych bogów. Nikt w tym pogańskim mieście nie wyniósł ich wraz ze 

zmarłą.

Kwiaty zwiędły. Ogień po prostu zgasł. Nikt nie ugasił go winem, jak nakazywał obyczaj.

W podartych szatach pełzałam na czworakach po ogrodzie w perystylu, zrywając kwiaty 

dla tych bogów. Zebrałam trochę drewna i roznieciłam święty ogień.

Nie   odrywałam   oczu   od   bóstw   domowych.   Całymi   godzinami.   Można   było   odnieść 

wrażenie, że już nigdy się nie poruszę.

Nadeszła noc.

- Nie   śpij   -   szepnęłam.   -   Czuwaj   w   nocy!   Ci   Egipcjanie   czają   się   w   ciemnościach. 

Księżyc, patrz, jest niemal okrągły, za jedną, dwie noce będzie w pełni.

Lecz minął już czas najstraszniejszych mąk, byłam wyczerpana i sen wyciągał ku mnie 

ramiona, jakby chciał powiedzieć:

- Zbądź wszelkich trosk. Przyszło senne marzenie.

Widziałam mężczyzn w złoconych szatach.

- Zostaniesz teraz zabrana do sanktuarium. - Ale co tam było? Wolałam nie widzieć. - 

Nasza Matka, ukochana Matka Smutku - rzekł kapłan. Na ścianach znajdowały się malowidła. 

Całe rzędy ukazanych z profilu Egipcjan, do tego obrazkowe pismo. Wokół unosiła się woń 

palonej mirry.

- Chodź - powiedzieli ci, co mnie trzymali. - Wyzbyłaś się już nieczystości i zaczerpniesz 

ze świętego Źródła.

Słyszałam płacz i jęki jakiejś kobiety. Stanęłam przed wejściem do wielkiej komnaty i 

zerknęłam do środka. Na tronach zasiadali tam Król i Królowa, Król patrzący nieruchomo jak w 

ostatnim   śnie,   Królowa   usiłująca   zerwać   złote   okowy.   Na   głowie   miała   koronę   Górnego   i 

background image

Dolnego Egiptu. I płócienną zasłonę w kratę. Prawdziwe warkocze, nie perukę. Płakała, białe 

policzki miała splamione krwią. Czerwień plamiła jej naszyjnik i piersi. Wyglądała na brudną, 

zbezczeszczoną.

- Moja Matko, bogini - zaczęłam - to przecież niegodziwe.

Obudziłam się z wielkim wysiłkiem.

Usiadłam i położyłam rękę na Lararium, po czym spojrzałam na widoczne w promieniach 

wschodzącego słońca pajęczyny pośród gałęzi drzew w ogrodzie.

Zdawało mi się, że słyszę szepty w starożytnym języku egipskim.

Nie pozwolę na to! Nie mogę zwariować.

Dosyć! Jedyny mężczyzna, którego kochałam, mój ojciec, powiedział: „Żyj!”

Nadeszła pora działania. Trzeba wstać i zabrać się do roboty. Poczułam niespodziewaną 

siłę i wiarę w sens swego postępowania.

Długie noce żałoby i płaczu były odpowiednikiem inicjacji w świątyni Izydy; upojono 

mnie śmiercią; zrozumienie przyniosło przemianę.

Było po wszystkim, a bezsensowny świat wydawał się znośny i nie wymagał tłumaczenia. 

Tak miało już pozostać, a ja jak idiotka myślałam, że jest inaczej.

Sytuacja wymagała czynu.

Nalałam wina do czary, którą zaniosłam do bramy wejściowej.

Miasto zdawało się pogrążone w spokoju. Mijali mnie ludzie odwracający wzrok od na 

poły obnażonej kobiety w łachmanach.

Wreszcie przystanął jakiś robotnik uginający się pod ładunkiem cegieł.

Podsunęłam mu wino.

- Przez trzy dni byłam  chora - zagadnęłam.  - Co wiadomo o śmierci Germanika?  Co 

dzieje się w mieście?

Mężczyzna  był  pełen wdzięczności  za wino. Trud fizycznej  pracy go postarzył.  Miał 

chude ręce. Dłonie mu drżały.

- Dziękuję   ci,   pani   -   powiedział.   Wychylił   wino   łapczywie,   jak   gdyby   nie   mógł   się 

powstrzymać.   -   Naszego   Germanika   wystawiono   na   placu   na   widok   publiczny.   Jaki   był 

urodziwy! Ludzie porównywali go do wielkiego Aleksandra. Trudno było rozpoznać, czy został 

otruty, czy nie. Jedni mówili, że tak, inni inaczej. Legioniści przepadali za nim. Gubernatora 

Pizona, dzięki niech będą bogom, nie ma w mieście i nie zamierza wracać. Żona Germanika, 

background image

łaskawa Agrypina, nosi jego prochy w urnie przy piersi. Zamierza odpłynąć do Egiptu, by szukać 

kary na Tyberiusza.

Oddał czarę.

- Pokorne dzięki.

- W mieście wszystko po staremu?

- Tak, tak, któż mógłby zatrzymać to osławione targowisko? - oświadczył. - Handel nie 

ustaje.   Lojalni   żołnierze   Germanika   pilnują   pokoju   i   czekają   sprawiedliwości.   Nie   pozwolą 

niegodziwemu Pizonowi na powrót, Sentius zaś gromadzi wszystkich, co służyli pod komendą 

Germanika. Miasto jest szczęśliwe. Wszyscy są za Germanikiem. Jeżeli dojdzie do wojny, to na 

pewno nie tutaj. Proszę się nie troskać.

- Dziękuję, bardzo mi pomogłeś.

Wzięłam puchar, zamknęłam bramę, drzwi i przeszłam do czynu.

Żując dla przywrócenia sił kęs chleba i mrucząc pod nosem Lukrecjuszowe mądrości, 

obchodziłam   dom.   Na   prawo   od   dziedzińca   natrafiłam   na   dużą,   luksusową   łaźnię,   jasno 

oświetloną.   Delikatna   woda   płynęła   z   trzymanych   przez   nimfy   muszli   do   otynkowanego 

zbiornika. Nie trzeba było rozpalać ognia dla jej podgrzania.

Ubrania znalazłam w komnacie sypialnej.

Rzymskie stroje były, jak wiesz, proste, składały się z długiej, prostej tuniki; zakładaliśmy 

je dwie, trzy, na to tunikę wyjściową,  stolę,  na nią  pallę,  czyli opończę sięgającą do kostek i 

zapinaną na pasek poniżej piersi.

Wybrałam najlepsze stroje, układając trzy warstwy delikatnego jak babie lato jedwabiu i 

jasnoczerwoną pallę, która osłaniała mnie od stóp do głów.

Jeszcze nigdy w życiu nie musiałam sama zakładać sobie sandałów. Było to niezmiernie 

zabawne i irytujące zajęcie.

Wszystkie   przybory   toaletowe   położono   na   stołach,   które   stanowiły   podstawy 

polerowanych zwierciadeł. Ale bałagan!

Usiadłam   na   jednym   z   wielu   złoconych   krzeseł,   przysunęłam   lustro   z   polerowanego 

metalu i próbowałam przystąpić do pracy z barwidłami tak, jak zawsze robili niewolnicy.

Zdołałam   przyciemnić   brwi,   lecz   powstrzymało   mnie   pełne   grozy   wspomnienie 

malowanych oczu Egipcjan. Uróżowiłam usta, nałożyłam odrobinę białego pudru na policzki i 

nic więcej. Nawet nie brałam się do pudrowania ramion, w czym wyręczono by mnie w Rzymie.

background image

Nie wiem, jak wyglądałam. Musiałam zapleść te przeklęte włosy, co mi się udało o tyle, 

że ułożyłam warkocze w wielki kok z tyłu głowy. Zużyłam tyle spinek, że starczyłoby ich dla 

dwudziestu kobiet. Opuszczając nie związane kędziory na twarz, czoło i policzki, ujrzałam w 

zwierciadle   skromną   i   niczym   nie   wyróżniającą   się   Rzymiankę,   z   przedziałkiem   na   środku 

brązowych włosów, czarnymi brwiami i zaróżowionymi ustami.

Najwięcej   kłopotu   sprawiło   mi   zebranie   całej   tej   materii.   Próbowałam   dopasować 

długości, wyprostować jedwabną stolę i zapiąć ją poniżej biustu. Mnóstwo składania, drapowania 

i przypinania. Zawsze dotąd asystowały mi młode niewolnice. Nareszcie, ubrana w dwie spodnie 

tuniki   i   długą,   czerwoną,   elegancką  stole,  wzięłam   dużą,   jedwabną  pallę  obszytą   złotymi 

ozdobami.

Założyłam pierścienie i bransolety, chociaż chciałam skryć jak najwięcej biżuterii pod 

opończą. Pamiętałam, jak ojciec dzień w dzień narzekał, że musi nosić togę - oficjalny strój 

wierzchni dobrze urodzonego Rzymianina. Wśród kobiet togi nakładały tylko prostytutki. Ja nie 

musiałam się z tym borykać.

Skierowałam się wprost na targ niewolników.

Jakub nie mylił się w opisie tutejszej ludności. W mieście pełno było ludzi ze wszystkich 

stron świata. Wiele kobiet chodziło parami, trzymając się pod ramiona.

Powszechne były tu luźne greckie szaty, jak również egzotyczne suknie z Fenicji czy 

Babilonu, noszone zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn. Wielu mężczyzn miało długie włosy i 

brody. Niektóre kobiety chodziły w tunikach nie dłuższych niż mężczyźni. Jeszcze inne były 

okryte od stóp do głów, widać było tylko oczy, gdy szły w otoczeniu strażników i służby.

Ulice były czystsze niż w Rzymie, ścieki spływały do szerszych rynsztoków pośrodku 

dróg, skąd biegły szybszym nurtem do miejsca przeznaczenia.

Nie zdążyłam jeszcze dotrzeć na forum, czyli do centralnego placu miasta, gdy w co 

najmniej trojgu drzwi zauważyłam eleganckie kurtyzany, szyderczo targujące się z zamożnymi 

Grekami i Rzymianami.

Gdy przechodziłam, jedna mówiła właśnie do przystojnego młodzieńca:

- Chcesz pójść do łoża ze mną? Marzenia. Możesz mieć każdą, już ci mówiłam. Ale jeśli 

chcesz mnie, idź do domu i najpierw wszystko sprzedaj.

Bogaci Rzymianie  w togach stali przed narożnymi  winiarniami  i odwzajemniali moje 

ukradkowe spojrzenia krótkimi skinięciami.

background image

Byle tylko żaden mnie nie poznał! Było to mało prawdopodobne, znaleźliśmy się bardzo 

daleko   od   Rzymu,   a   ja   mieszkałam   tak   długo   zamknięta   w   domu   ojca,   nie   uczestnicząc   w 

bankietach, wieczerzach, a nawet odświętnych zgromadzeniach.

Rozmiary   forum   znacznie   przewyższyły   moje   wspomnienia   z   pierwszego,   krótkiego 

przezeń przejścia. Gdy stanęłam po jednej stronie i ogarnęłam cały wielki, zalany słońcem plac, 

okolony świątyniami, portykami lub budowlami imperium, nie posiadałam się ze zdumienia.

Na  straganach  pod  baldachimami   można   było  naleźć  wszystko,   co  było   na  sprzedaż: 

jubilerzy handlujący srebrem w jednej grupie, w innym miejscu tkacze, rozstawieni w rzędzie 

kupcy jedwabni. Zorientowałam się, że uliczka, która dobiegała do rynku po mojej prawej ręce, 

przeznaczona była do handlu niewolnikami - tymi lepszymi, których raczej nie wystawia się w 

dybach na licytacji.

W   oddali   dostrzegłam   maszty   statków.   Poczułam   zapach   rzeki.   Tam   znajdowała   się 

świątynia Augusta, w niej płonęły ognie, przed wejściem stali w leniwych, lecz czujnych pozach 

legioniści.

Było mi gorąco i trochę się bałam, bo wszystkie te jedwabne stroje jakby ciągle gdzieś się 

zsuwały   i   ześlizgiwały.   Widziałam   dużo   otwartych   ogródków   za   winiarniami,   gdzie   przy 

stolikach plotkowały grupy kobiet. Mogłam usadowić się blisko nich i napić wina.

Ale musiałam zorganizować dom. Musiałam mieć wierną służbę.

Oczywiście w Rzymie nigdy nie byłam na targu niewolników. Nie było takiej potrzeby. 

Ponadto w naszym majątku w Toskanii i w Rzymie żyło tyle rodzin niewolników, że rzadko 

kiedy kupowaliśmy nowych. Co więcej, ojciec miał w zwyczaju dziedziczyć po przyjaciołach 

niewolników nie nadających się do pracy, lecz mądrych, i często podrwiwaliśmy sobie z jego 

akademii w ogrodzie, gdzie niewolnicy zajmowali się tylko sporami na tematy historyczne.

Teraz jednak musiałam zachować się jak przebiegła kobieta światowa. Szybko omiotłam 

wzrokiem   wszystkich   wystawianych   na   sprzedaż   niewolników   domowych   dobrej   jakości   i 

zdecydowałam  się na dwie siostry,  bardzo młode  i przerażone,  że w południe  będą musiały 

stanąć na licytacji i sprzedadzą je do zamtuza. Nakazałam przynieść stołki i usiadłyśmy.

Rozmawiałyśmy.

Pochodziły z niewielkiego domostwa pewnej szlachetnej rodziny zamieszkałej w Tyrze; 

urodziły się już niewolnicami. Mówiły przyzwoicie po grecku i łacinie. Znały aramejski. Były 

słodkie jak aniołki.

background image

Miały nieskazitelne ręce. Wykazały się wszystkimi pożądanymi umiejętnościami. Umiały 

ufryzować   włosy,   umalować  twarz,  gotować.  Recytowały  przepisy na  wschodnie  potrawy,  o 

jakich nigdy nie słyszałam; wymieniały różnego rodzaju pomady, róże. Jedna zarumieniła się ze 

strachu i rzuciła:

- Pani, mogę szybko i doskonale pomalować twą twarz! Co oznaczało, że mnie wyszło to 

fatalnie.   Zorientowałam   się   też,   że   jako   niewolnice   z   małego   domu   były   o   wiele   bardziej 

wszechstronne niż nasza służba w Rzymie.

Ich   modły   zostały   wysłuchane,   kupiłam   obie;   zażądałam   dla   nich   czystych   tunik 

przyzwoitej   długości,   dostałam   dwie   z   błękitnego   płótna,   choć   niezbyt   eleganckie,   potem 

znalazłam sprzedawcę z naręczem  palli,  od którego kupiłam każdej z sióstr błękitną mantylę. 

Wyglądały na uszczęśliwione. Były skromne i wolały chodzić z okrytymi głowami.

Nie wątpiłam, że chętnie oddałyby za mnie życie.

Nie   przyszło   mi   do   głowy,   że   mogą   być   wygłodniałe,   dopóki   w   trakcie   poszukiwań 

innych niewolników nie usłyszałam, jak jakiś podły handlarz upomina wykształconego Greka, że 

dostanie jeść dopiero wtedy, gdy zostanie sprzedany.

- Okropność - oświadczyłam. - Jesteście pewnie głodne, dziewczęta. Idźcie do jadłodajni 

na forum. Spójrzcie w głąb ulicy. Widzicie tych kilka ław i stołów?

- Same? - zapytały, zdjęte grozą.

- Słuchajcie, dziewczęta. Nie mam czasu karmić was z ręki jak ptaki. Nie patrzcie w oczy 

mężczyznom; najedzcie i napijcie się do syta. - Dałam im sumę pieniędzy, która wywarła na nich 

wstrząsające wrażenie. - I nie odchodźcie z jadłodajni, póki po was nie przyjdę. Jeżeli zbliży się 

do was mężczyzna, udajcie przestrach, pochylcie głowy i krzyczcie najlepiej, jak potraficie, że 

nie rozumiecie jego języka. W najgorszym wypadku schrońcie się w świątyni Izydy.

Pobiegły wąską uliczką w kierunku czekającej je uczty, ich mantyle nadmuchane przez 

wiatr  jak  balony były   w  pięknym,  niebieskim  kolorze;  do  dziś  pamiętam   ten  widok,  smugę 

błękitnego nieba przemykającą pośród spoconego tłumu i labiryntu markiz. Mia i Lia. Łatwo 

zapamiętać, choć nigdy nie mogłam ich rozróżnić.

Zaskoczył   mnie   cichy,   szyderczy   śmiech.   Śmiał   się   grecki   niewolnik,   któremu   pan 

zagroził przed chwilą zagłodzeniem.

Odpowiedział:

- Proszę   bardzo,   zagłódź   mnie.   I   co   wtedy   sprzedasz?   Schorowanego,   konającego 

background image

człowieka, a nie niezwykle wybitnego uczonego.

Niezwykle wybitny uczony!

Zwróciłam się w jego stronę. Nie wstał na mój widok ze swego stołka. Miał na sobie 

wyłącznie brudną przepaskę biodrową, co było wyjątkowym idiotyzmem ze strony handlarza, 

lecz dzięki temu zaniedbaniu można było przekonać się, że niewolnik jest bardzo przystojnym 

mężczyzną o urodziwej twarzy, delikatnych, brązowych włosach, zielonych oczach w kształcie 

migdałów i sarkastycznym wyrazie ładnych ust. Miał najwyżej trzydzieści lat. Był, jak przystało 

na Greka, sprawny fizycznie, obdarzony solidną muskulaturą.

Brązowe włosy miał tłuste i niedbale ścięte, na szyi zawieszono mu podłą deseczkę, na 

której ktoś nagryzmolił mnóstwo łacińskich literek.

Unosząc   mantylę,   zbliżyłam   się   do   jego   pięknej,   obnażonej   piersi,   nieco   rozbawiona 

buńczucznym spojrzeniem, i spróbowałam odczytać treść napisu.

Można było odnieść wrażenie, że mógł nauczać każdej filozofii, wszystkich języków, 

całej matematyki, potrafił wszystko zaśpiewać, znał wszystkich poetów, umiał przygotować całe 

bankiety,   cierpliwie   opiekował   się   dziećmi,   walczył   wraz   ze   swym   panem   w   rzymskich 

kampaniach na Bałkanach, mógł służyć jako uzbrojony strażnik, był posłuszny, zacny i całe życie 

przebywał w jednym i tym samym domu w Atenach.

Czytałam to z wyrazem niejakiej wzgardy, na której widok obrzucił mnie zuchwałym 

spojrzeniem. Z całą bezczelnością skrzyżował ręce tuż pod tabliczką i oparł się o ścianę.

Wtem zorientowałam się, dlaczego kręcący się w pobliżu kupiec nie nakazał Grekowi 

powstać. Niewolnik miał tylko jedną sprawną nogę. Lewa poniżej kolana została wykonana ze 

starannie wyrzeźbionej kości słoniowej, kończąc się pięknie sklepioną stopą i sandałem. Idealne 

palce.   Rzecz   jasna,   noga   i   stopa   zostały   złożone   z   trzech   proporcjonalnych   części,   każdej 

zdobionej, osobno wykonano wyraźne paznokcie i płaskorzeźby pasków do sandałów.

Nigdy w życiu nie widziałam takiej sztucznej kończyny, takiego oddania rzemiosłu.

- Jak straciłeś nogę? - zapytałam po grecku. Bez odpowiedzi. Wskazałam nogę. Żadnego 

odzewu.

Powtórzyłam po łacinie. Z tym samym skutkiem. Handlarz stawał na palcach i skręcał się 

z niecierpliwości.

- Pani, on umie wszystko spisywać, prowadzić interesy; ma piękny charakter pisma, nie 

fałszuje rachunków.

background image

Hmm… Ani słowa o uczeniu dzieci? Nie wyglądam na matkę i żonę. Niedobrze.

Grek   zaśmiał   się   drwiąco   i   odwrócił   głowę.   Wyszeptał   rozczulającą   łaciną,   że   jeśli 

wydam   na   niego   pieniądze,   wyrzucę   je   na   trupa.   Miał   piękny,   łagodny   głos,   pełen   jednak 

znużenia i pogardy, mówił wykwintnie i bezpretensjonalnie.

Straciłam cierpliwość. Przemówiłam szybko po grecku:

- Słuchaj, ty zarozumiały kretynie z Aten! - zaczęłam, czerwona na twarzy, wściekła, że 

tak niesprawiedliwie osądza mnie zarówno niewolnik, jak i handlarz. - Jeżeli w ogóle umiesz 

pisać po łacinie i po grecku, jeżeli istotnie studiowałeś pisma Arystotelesa i Euklidesa, w którego 

nazwisku robisz zresztą błąd, jeżeli uczyłeś się w Atenach i widziałeś wojnę na Bałkanach, jeżeli 

prawdą   jest   choćby   połowa   tej   pysznej   epopei,   czemu   nie   chcesz   należeć   do   jednej   z 

najinteligentniejszych   kobiet,   jakie   zdarzy   ci   się   kiedykolwiek   poznać,   która   w   zamian   za 

lojalność będzie odnosić się do ciebie z godnością i szacunkiem? Czy wiesz coś więcej ode mnie 

o Platonie i Arystotelesie? Nigdy w życiu nie uderzyłam niewolnika. Odrzucasz panią, w służbie 

której mogłaby spotkać cię każda nagroda, jaką możesz sobie wymarzyć. Ta tabliczka to stek 

kłamstw, prawda?

Niewolnik osłupiał, choć nie rozgniewał się. Pochylił się, próbując dyskretnie otaksować 

mnie wzrokiem. Kupiec machał z furią rękami, żeby niewolnik wstał; usłuchał i okazało się, jak 

znacznie góruje nade mną wzrostem. Nogi, nie licząc protezy z kości słoniowej, miał zdrowe i 

mocne.

- Może byś raczył powiedzieć mi, co tak naprawdę umiesz? - zapytałam już po łacinie. 

Zwróciłam się do handlarza: - Daj mi pióro, to poprawię ortografię tych nazwisk. Takie błędy 

niweczą wszelkie szansę tego człowieka na zostanie nauczycielem. Wychodzi w ich świetle na 

głupca.

- Miałem za mało miejsca! - odezwał się nagle niewolnik, tryskając prawdziwie łacińską 

furią. Pochylił się w moją stronę, jakby chciał, żebym go lepiej zrozumiała. - Skoro jesteś taka 

bystra, przyjrzyj się tej tabliczce! Zdajesz sobie zapewne sprawę z ignorancji tego handlarza. Ma 

w posiadaniu szmaragd, a bierze go za kawałek zielonego szkła. To poniżające. Upakowałem na 

tej tabliczce wszystkie komunały, jakie przyszły mi do głowy.

Roześmiałam się. Podbił moje serce, zaintrygował. Nie posiadałam się ze śmiechu. Ale 

zabawa!   Handlarz   nie   wiedział,   co   o   tym   myśleć.   Skarcić   niewolnika   i   obniżyć   cenę?   Czy 

pozwolić, żebyśmy sami doszli do porozumienia?

background image

- Co miałem począć - podjął tym samym poufnym szeptem, przechodząc tym razem na 

grekę - krzyczeć do każdego przechodnia: „Tutaj siedzi wielki nauczyciel, wybitny filozof?

- Uspokoił się nieco, wyładowawszy gniew. - Imiona mych dziadów wyryto na ateńskim 

Akropolu.

Kupiec nie wiedział, co się dzieje, lecz ja okazywałam nieskrywaną radość.

Znowu zsunęła mi się z ramion mantyla i mocno ją szarpnęłam. Co za odzież! Dlaczego 

nikt nigdy nie powiedział mi, że jedwab ślizga się po jedwabiu?

- A co powiesz o Owidiuszu? - spytałam, zaczerpnąwszy tchu. Mało nie popłakałam się 

ze śmiechu. - Bo umieściłeś tu jego imię. Owidiusz. Czy cieszy się tu popularnością? W Rzymie 

nikt nie ośmieliłby się wypisać go na takiej tabliczce. Nie wiem nawet, czy on jeszcze żyje, aż 

wstyd. Owidiusz uczył  mnie  całować, gdy miałam dziesięć  lat i czytałam  Miłostki.  Czytałeś 

kiedy Miłostki?

Cała jego postawa uległa zmianie. Złagodniał i już, już nabierał nadziei, że mogę okazać 

się dla niego dobrą panią, ale nie śmiał w to uwierzyć.

Handlarz czekał na najmniejszy znak, jak ma się zachować. Widać było, że nie rozumiał, 

o czym mówimy.

- Słuchaj,   bezczelny,   chromy   niewolniku!   -   powiedziałam.   -   -   Gdybym   uwierzyła,   że 

możesz   czytywać   mi  wieczorem   Owidiusza,   kupiłabym   cię   bez  wahania.  Ale  z   tej  tabliczki 

wynika, że jesteś sławnym Sokratesem i Aleksandrem Macedońskim w jednej osobie. W jakiej 

wojnie   bałkańskiej   brałeś   udział?   Jakim   sposobem   trafiłeś   do   rąk   tego   nędznego   handlarza, 

zamiast  znaleźć  się od razu w jakimś  eleganckim  domu?  Jak można  dać temu  wszystkiemu 

wiarę? Gdyby ślepy Homer śpiewał takie niedorzeczne pieśni, wszyscy by wstali i wyszli z 

tawerny.

Narastał w nim gniew i zawód.

Kupiec wyciągnął rękę, jak gdyby dla powstrzymania niewolnika.

- Gdzie, na wszystkich bogów, podziała się twa noga? - zapytałam. - Jak ją straciłeś? Kto 

wykonał tę wspaniałą protezę?

Mówiąc pełnym złości, lecz zdecydowanym szeptem, niewolnik oznajmił:

- Straciłem   ją   podczas   polowania   na   dzika,   w   którym   uczestniczyłem   wraz   ze   swym 

rzymskim panem. Często polowaliśmy. Stało się to na Pentelikonie, górze…

- Wielkie dzięki, wiem, gdzie jest Pentelikon - weszłam mu w słowo.

background image

Miał   wykwintny   wyraz   twarzy.   Nie   wiedział   już,   co   ma   o   mnie   sądzić.   Oblizał 

spierzchnięte wargi i powiedział:

- Każ temu kupcowi przynieść pergamin i atrament. - Mówił po łacinie tak pięknie jak 

aktor lub retor, choć bez żadnego widocznego wysiłku. - Będę cytował  Miłostki  Owidiusza z 

pamięci. - Błagał łagodnie przez zaciśnięte zęby, co jest nie byle sztuką. - Potem zapiszę całą 

opowieść   Ksenofonta   o   Persach,   jeżeli   masz   dosyć   czasu,   naturalnie   po   grecku.   Mój   pan 

traktował mnie jak syna; walczyłem u jego boku, uczyłem się, studiowałem. Pisałem jego listy. 

Otrzymałem takie samo jak on wykształcenie, ponieważ taka była jego wola.

- Ach - odparłam, pełna dumy i ulgi.

Sprawiał wrażenie arystokraty z krwi i kości, rozgniewanego sytuacją bez wyjścia, lecz 

wciąż zachowującego godność i rozsądek, które wspierały męstwo duszy.

- A w łożu? Stać cię na coś także w łożu? - zapytałam. Nie wiem, jaka desperacja czy 

furia podsunęła mi takie pytanie.

Był święcie oburzony. Dobry znak. Wytrzeszczył oczy. Na czole pojawiły się bruzdy.

Tymczasem handlarz przyniósł stołek, stół, pergamin, atrament i postawił wszystko na 

rozgrzanym bruku.

- Masz, pisz - zwrócił się do niewolnika. - Pisz listy dla tej kobiety, bo jak nie, to zabiję 

cię i sprzedam twoją nogę.

Znów nie mogłam stłumić wybuchu śmiechu. Popatrzyłam na niewolnika, który sprawiał 

wrażenie oszołomionego. Oderwał wzrok ode mnie i przeniósł pogardliwe spojrzenie na kupca.

- Czy można trzymać cię razem z młodymi niewolnicami? - pytałam protekcjonalnie. - 

Czy lubisz chłopców?

- Jestem całkowicie godny zaufania! - oznajmił niewolnik. - Nie jestem zdolny popełnić 

przestępstwa dla żadnego pana.

- A gdybym zapragnęła, żebyś przyszedł do mego łoża? Jestem panią domu, wdową po 

dwóch mężach i Rzymianką.

Twarz mu pociemniała. Nie potrafiłabym  nazwać emocji, które malowały się na jego 

obliczu: smutek, wahanie, dezorientacja i ostateczna desperacja.

- No i…?

- Ujmijmy to w ten sposób, pani. Większą  przyjemność  sprawiłaby ci moja  recytacja 

Owidiusza niźli próby realizacji jego wierszy.

background image

- Wolisz chłopców - stwierdziłam, kiwając głową.

- Urodziłem   się   niewolnikiem,   pani.   Byłem   zmuszony   zadowalać   się   chłopcami.   Nic 

więcej nie wiem. I nie potrzebuję wiedzieć. - Twarz mu spurpurowiała, spuścił głowę.

Urocza, ateńska skromność.

Dałam mu ręką znać, żeby usiadł.

Co też uczynił ze zdumiewającą prostotą i wdziękiem, zadziwiającą zwłaszcza w tych 

okolicznościach: żar, brud, tłok, niepewny stołek i rozchwierutany stół.

Pospiesznie ujął pióro i napisał nienaganną greką:

- Czy w swej  głupocie  uraziłem  tę uczoną panią  wyjątkowej  cierpliwości?  Czy przez 

lekkomyślność ściągnąłem sobie na głowę zagładę? - Przeszedł na łacinę. - Czy Lukrecjusz mówi 

prawdę, że nie należy obawiać się śmierci? - Zastanowił się przez chwilę i napisał po grecku: - 

Czy   Wergiliusz   i   Horacy   rzeczywiście   dorównują   naszym   mistrzom   poezji?   Czy   Rzymianie 

szczerze w to wierzą, czy tylko mają taką nadzieję, wiedząc, że ich osiągnięcia przyćmiewają 

nasze w innych dziedzinach?

Odczytałam wszystko w głębokiej zadumie, ciepło się uśmiechając. Zakochałam się w 

nim.   Patrzyłam   na   szczupły   nos,   dołek   w   brodzie,   spoglądałam   w   zielone   oczy,   które   nie 

odwracały się od moich.

- Jak się tu znalazłeś? - spytałam. - Stragan z niewolnikami w Antiochii… Rzeczywiście 

kształciłeś się w Atenach, tak jak mówisz?

Próbował wstać. Popchnęłam go z powrotem na stołek.

- Na ten temat muszę milczeć - odparł. - Mogę rzec tylko tyle, że mój pan bardzo mnie 

miłował, że zmarł w łóżku, otoczony przez rodzinę. I że znalazłem się tutaj.

- Czemu nie uwolnił cię w testamencie?

- Uczynił tak, pani, zostawiając mi też mały majątek.

- Co się stało?

- Nie mogę nic więcej powiedzieć.

- Dlaczego? Kto cię sprzedał, dlaczego?

- Pani, doceń moją lojalność wobec domu, w którym służyłem całe życie. Nie powiem 

więcej ani słowa. Jeżeli zostanę twym sługą, obdarzę cię taką samą wiernością. Twój dom stanie 

się moim miejscem świętym. Wszystko, co zdarzy się w jego czterech ścianach, nie wyjdzie poza 

nie. Mówię o cnotach i dobroci mego pana, ponieważ tak nakazuje przyzwoitość. Nie pytaj o nic 

background image

więcej.

Wzniosła, starogrecka etyka.

- Pisz dalej, szybko! - upomniał go handlarz.

- Cicho - uspokoiłam go. - Tyle zupełnie mi wystarczy.

Przystojny, brązowowłosy niewolnik. Ten ponętny, jednonogi mężczyzna popadł w jakieś 

głębokie   przygnębienie   i   patrzył   w   stronę   odległego   forum   na   postacie   przemykające   we 

wszystkie strony u wylotu ulicy.

- Czym zajmowałbym się jako człowiek wolny? - zwrócił się do mnie, zastanawiając się z 

punktu widzenia wyzbytego wszelkich trosk samotnika. - Kopiowałbym całymi dniami książki, 

dostając za to parę marnych groszy? Pisałbym za drobniaki listy? Mój pan z narażeniem życia 

uratował   mnie   przed   tym   dzikiem.   Służyłem   pod   komendą   Tyberiusza   w   Illiricum,   gdzie   z 

piętnastoma legionami stłumił wszystkie bunty. Odciąłem człowiekowi głowę, żeby ocalić pana. 

I co mi teraz pozostało?

Przepełniał mnie żal.

- I co mi teraz pozostało? - powtórzył smutno. - Na wolności żyłbym z dnia na dzień, a 

gdybym zasnął na schodach jakiejś brudnej kamienicy, odcięto i ukradziono by mi nogę!

Westchnęłam, zakryłam usta dłonią. W oczach zakręciły mu się łzy, głos jeszcze bardziej 

złagodniał, pozostał mimo to wyraźny:

- Tak, mógłbym tam pod łukami nauczać filozofii, gadać o Diogenesie i udawać, że z 

przyjemnością  chodzę w łachmanach,  jak robią to jego naśladowcy.  Widziałaś  tamten  cyrk? 

Nigdy   w   życiu   nie   spotkałem   tylu   filozofów   co   w   tym   mieście!   Rozejrzyj   się   w   drodze 

powrotnej.   Wiesz,   co   jest   tutaj   potrzebne   nauczycielowi   filozofii?   Trzeba   kłamać.   Z   jak 

największą szybkością zarzucać młodych słowami bez znaczenia, zamyślać się, gdy nie zna się 

odpowiedzi, paplać bzdury i przypisywać je dawnym stoikom.

Urwał, starając się zapanować nad sobą. O mały włos sama się nie rozpłakałam.

- Ale rozumiesz, zupełnie nie potrafię kłamać. To przypieczętowało mój los w wyniku 

naszej rozmowy, dostojna pani.

Byłam rozbita, wewnętrzne rany na nowo się otwierały. Fala śmiałości, która wyniosła 

mnie z zamkniętego domu, ustępowała. Z pewnością widział łzy w moich oczach.

Znów spojrzał w kierunku forum.

- Marzę o czcigodnym panu lub pani, o domu pełnym szacunku. Czy poprzez refleksję 

background image

nad honorem niewolnik może  stać się człowiekiem  honoru? Prawo stanowi, że nie. Dlatego 

każdy niewolnik  - świadek w  procesie  sądowym  musi  zostać  poddany torturom,  bo nie  jest 

człowiekiem honoru. Rozum twierdzi inaczej. Nauczyłem się śmiałości i honoru i mogę je wpoić. 

Tak, na tej tabliczce jest sama prawda. Nie miałem czasu i szansy na utemperowanie chełpliwego 

stylu.

Spuścił   głowę   i   popatrzył   jeszcze   raz   na   forum,   jakby   ku   utraconemu   światu. 

Wyprostował się na taborecie. Usiłował wstać.

- Nie, siedź - powiedziałam.

- Pani   -   zaczął   -   jeżeli   potrzebujesz   mych   usług   w   domu   złych   obyczajów,   powiem 

otwarcie… jeżeli mam męczyć i zmuszać do czegokolwiek młode dziewczęta, takie jak przed 

chwilą zakupiłaś, jeżeli rozkażesz kupczyć ich urokami, nie zrobię tego. Są to dla mnie czyny 

równie niegodne co kradzież i kłamstwo. Na co jestem ci potrzebny?

Łzy zatrzymały się gdzieś między powiekami a obrazem świata, w jaki wierzył. Twarz 

zachował pogodną.

- Czy   wyglądam   na   prostytutkę?   -   zapytałam   przerażona.   -   Na   bogów,   włożyłam 

najlepszy strój. Z całych sił staram się wyglądać na straszliwie przyzwoitą osobę. Narzuciłam na 

siebie tyle  jedwabiu! Czy dostrzegasz w mych  oczach okrucieństwo? Nie wierzysz, że może 

wyglądać z nich zahartowana dusza, która nie poddaje się żalowi? Nie trzeba zaraz walczyć w 

bitwie, żeby nauczyć się odwagi.

- Nie, pani, o nie! - pospieszył z odpowiedzią. Był bardzo stropiony.

- To dlaczego obrzucasz mnie takimi obelgami? - pytałam z urazą. - Zresztą zgadzam się 

z tym, co napisałeś, nasi poeci nie dorównują największym Grekom. Nie znam przeznaczenia, ku 

któremu zmierza nasze imperium, i ta nieświadomość ciąży mi tak mocno, jak memu ojcu i jego 

przodkom.   Dlaczego?   Nie   wiem!   -   Odwróciłam   się,   jakbym   zbierała   się   do   odejścia,   choć 

bynajmniej nie miałam takiego zamiaru. Doprawdy, posunął się za daleko!

Nachylił się w moją stronę nad stołem do pisania.

- Pani   -   wyszeptał   jeszcze   ciszej   i   z   jeszcze   większą   prośbą   w   głosie   -   wybacz 

lekkomyślne   słowa.   Jesteś   jedynym   w   swoim   rodzaju   paradoksem.   Masz   ekscentrycznie 

umalowaną twarz, zdaje mi się, że róż nie został nałożony właściwie. Nie pomalowałaś różem 

zębów. Nie upudrowałaś ramion. Włożyłaś trzy jedwabne tuniki, wszystkie przeźroczyste. Włosy 

zaplotłaś w dwa barbarzyńskie warkocze opadające ci na ramiona, gubisz srebrne i złote spinki. 

background image

Spójrz   na   wszystkie   te   spadające   zapięcia.   Zaraz   się   o   nie   skaleczysz.   Tunika,   bardziej 

odpowiednia na wieczór, opadła ci z ramion, obrąbek wala się o bruk.

Nie burząc rytmu  swej  przemowy,  zręcznie  nachylił  się i uniósł  pallę,  błyskawicznie 

wstał i mi ją oddał, kuśtykając, obszedł stolik i nałożył mi ubranie na ramiona.

- Mówisz ze zdumiewającą  szybkością i pozwalasz sobie na ostre docinki - ciągnął  - 

jednak nosisz za pasem olbrzymi sztylet. Winien być skryty pod rękawem na przedramieniu. I 

sakwa. Jest ogromna, wyjmujesz ją i dajesz dziewczętom złoto. To strasznie rzuca się w oczy. 

Twe   ręce   -   pięknością   dorównują   grece   i   łacinie,   którymi   się   posługujesz,   lecz   są   pokryte 

smugami brudu, jak gdybyś kopała nimi w ziemi. Uśmiechnęłam się. Przestały płynąć łzy.

- Jesteś  bardzo   spostrzegawczy  -  stwierdziłam   radośnie.  Byłam  oczarowana.  -  Czemu 

musiałam ciąć tak głęboko, żeby dotrzeć do duszy? Czemu nie możemy po prostu się przed sobą 

obnażyć?  Potrzebny mi  silny służący,  stróż zdolny władać  bronią, prowadzić  mój  dom i go 

chronić, ponieważ jestem sama. Czy cały ten jedwab jest naprawdę przezroczysty?

Skinął głową.

- No, gdy mantyla leży już na ramionach i kryje… kryje sztylet i pas… - Zarumienił się. 

Uśmiechnęłam się do niego, starając się odzyskać spokój, oprzeć się ciemności, która chciała 

pochłonąć całą pewność siebie, całą wiarę w wypełniane zadanie, gdy tymczasem on podjął:

- Pani, uczymy się skrywać dusze, ponieważ inni nas zdradzają, ale tobie powierzyłbym 

duszę! Wiem o tym, gdybyś tylko raczyła nie osądzać mnie tak pochopnie! Mogę cię chronić, 

prowadzić dom. Nie będę dręczył  młodych  dziewcząt. Zauważ jednak, że nogi nie straciłem 

wcale w Illirii. Powróciłem po trzech latach krwawych wojen, by oddać nogę dzikowi tylko 

dlatego, że niedbale  wykonana  i źle zahartowana  włócznia  złamała  się, gdy cisnąłem nią w 

zwierza.

- Jak masz na imię?

- Flawiusz. - Rzymskie imię.

- Flawiusz - powtórzyłam.

- Pani, palla znów się zsuwa, a te ostre szpileczki są wszędzie, zaraz któraś cię skaleczy.

- Nie przejmuj się tym - odparłam, choć pozwoliłam się otulić, jak gdybym  była jego 

Galateą, a on Pigmalionem. Robił wszystko koniuszkami palców. Lecz palla już się ubrudziła.

- Te dziewczęta - powiedziałam - na które zwróciłeś uwagę, należą od pół godziny do 

mego domostwa. Musisz być dla nich wyrozumiałym panem. Ale gdyby zachciało ci się znaleźć 

background image

w łóżku jakiejś kobiety pod mym dachem, niech będzie to moje łoże. Jestem z krwi i ciała!

Pokiwał głową, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć.

Wyjęłam z sakiewki sumę, którą uważałabym za rozsądną w Rzymie, gdzie niewolnicy 

zawsze chełpili się swą ceną. Położyłam złoto, nie zważając na wybite na monetach słowa, tylko 

szacując ich wartość.

Niewolnik patrzył na mnie coraz bardziej zaintrygowany, po czym przeniósł wzrok na 

kupca.

Oślizgły, pozbawiony skrupułów, łasicowaty handlarz niewolników nadął się jak ropucha 

i oświadczył, że ten bezcenny grecki uczony zostanie sprzedany za wysoką cenę. Interesowało się 

nim   kilku   bogaczy.   Za   godzinę   miała   zjawić   się   cała   szkolna   klasa,   żeby   go   przepytywać. 

Rzymscy urzędnicy przysyłali na rekonesans swoje sługi.

- Nie mam już na to siły - powiedziałam i sięgnęłam do sakwy.

Wtem mój nowy niewolnik Flawiusz wyciągnął rękę, żeby mi przeszkodzić.

Spojrzał na kupca z wyższością i nieulękłą pogardą.

- Za człowieka z jedną nogą! - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Ty złodzieju! Żądasz od 

mej pani tyle, i to w Antiochii, skąd wozi się niewolników do Rzymu, byle tylko nie ponieść strat 

na ich sprzedaży!

Byłam pod wrażeniem. Wszystko poszło jak najlepiej. Ciemność znów odpłynęła i przez 

chwilę w słonecznym blasku królował boski sens.

- Oszukujesz mą panią, doskonale o tym wiesz! Jesteś mętem tej Ziemi! - nie ustawał. - 

Pani, czy przyjdziemy jeszcze kiedyś po zakupy do tego nikczemnika? Moim zdaniem nigdy!

Handlarz   uśmiechnął   się   jak   ostatni   idiota,   twarz   wykrzywił   mu   grymas,   będący 

mieszanką tchórzostwa i głupoty, skłonił się i zwrócił jedną trzecią tego, co mu dałam.

Ledwie powstrzymałam się od kolejnego wybuchu śmiechu. Znowu musiałam podnieść z 

ziemi mantylę. Wyręczył mnie Flawiusz. Tym razem zawiązałam ją jak trzeba, w supeł z przodu.

Spojrzałam na odzyskane złoto, zgarnęłam je i powierzyłam Flawiuszowi. Ruszyliśmy w 

drogę.

Gdy zanurzyliśmy się w gęstym tłumie na środku forum, nie mogłam przestać śmiać się z 

całego zajścia.

- Cóż,   Flawiuszu,   zacząłeś   mnie   już   chronić,   oszczędzasz   moje   pieniądze,   dajesz 

doskonałe rady. Gdyby w Rzymie było więcej takich ludzi, świat wyglądałby inaczej.

background image

Zatkało go. Odebrało mowę. Z trudem wyszeptał:

- Pani, możesz rozporządzać mą duszą i ciałem.

Stanęłam na palcach  i ucałowałam  go w  policzek.  Uświadomiłam  sobie, że całą  swą 

nagość, brud przepaski na biodrach, cały ten wstyd znosił bez słowa protestu.

- Masz - dałam mu trochę pieniędzy.  - Zaprowadź dziewczęta do domu, wyszukaj im 

jakieś   zajęcie,   a   potem   idź   do   łaźni.   Umyj   się.   Jak   Rzymianin.   Weź   sobie   chłopca,   wedle 

życzenia. Nawet dwóch. Później kup sobie elegancką odzież, nie dla niewolnika, pamiętaj, tylko 

strój, jakiego nie wstydziłbyś się kupić dla młodego Rzymianina.

- Błagam cię, ukryj tę sakwę - mówił, biorąc monety. - A jak nazywa się ma pani? Gdyby 

pytano, to do kogo należę?

- Do Pandory z Aten. Chociaż będziesz musiał nakreślić mi sytuację w mym rodzinnym 

mieście, bo nigdy tam naprawdę nie byłam.  Greckie imię doskonale mi odpowiada. Idź już. 

Dziewczęta patrzą.

Patrzyło   mnóstwo   innych   ludzi.   Tak,   ten   czerwony   jedwab!   I   wspaniała   męskość 

Flawiusza.

Znowu go ucałowałam i szepnęłam z wyrachowaniem, jak mała diablica:

- Potrzebuję cię, Flawiuszu. - Spojrzał na mnie z czcią. - Jestem na wieki twój, pani - 

szepnął.

- Jesteś pewien, że nie zechciałbyś lec ze mną w łożu?

- Uwierz, że próbowałem tego niejeden raz! - wyznał zarumieniony.

Zacisnęłam dłoń w pięść i uderzyłam go w muskularne ramię.

- Bardzo dobrze - powiedziałam.

Panienki już wstawały. Zorientowały się, że go po nie posyłam.

Dałam mu klucz, opisałam drogę do domu, cechy szczególne bramy i starą fontannę z 

brązu w kształcie głowy lwa zaraz za bramą.

- A ty, pani? - spytał. - Zapuszczasz się w tłum bez towarzystwa? Z tą wielką sakiewką 

pełną złota?

- Poczekaj, aż zobaczysz złoto w domu. Uważaj się za jedynego człowieka, który może 

otwierać kufry, a następnie schowaj je w różnych miejscach. Wymień meble, które zniszczyłam 

w swojej… swojej samotności. W pokojach na piętrze stoi wiele zapasowych.

- Złoto w domu! - zawołał przerażony. - Skrzynie złota!

background image

- O mnie się nie martw. Wiem już, gdzie szukać pomocy. A jeżeli mnie zdradzisz, jeżeli 

ukradniesz moje dziedzictwo i po powrocie zastanę dom splądrowany, cóż, będzie to znaczyć, że 

zasłużyłam  na taki los. Nakryj  kufry ze złotem dywanami.  W domu leży mnóstwo perskich 

dywanów. Zajrzyj na górę. I opiekuj się ołtarzem!

- Spełnię wszystkie twe prośby, i to z naddatkiem.

- Tak   też   myślałam.   Ktoś,   kto   nie   umie   kłamać,   nie   potrafi   też   kraść.   Żar   robi   się 

nieznośny. Idź już do dziewcząt. Czekają.

Odwróciłam się.

Powstrzymał mnie, stając mi na drodze.

- Pani, muszę ci o czymś powiedzieć.

- O   czym?!   -   spytałam   z   przestrachem.   -   Chyba   nie   o   tym,   że   jesteś   eunuchem? 

Eunuchowie nie mają takich mięśni rąk i nóg.

- Nie - odrzekł z niespodziewaną powagą. - Wspomniałaś o Owidiuszu. Owidiusz nie 

żyje. Zmarł dwa lata temu w zapomnianej przez bogów i ludzi mieścinie Tomi na północnym 

wybrzeżu Morza Czarnego. Taką placówkę wybrano mu na miejsce wygnania.

- Nikt mi o tym nie mówił. Co za obrzydliwa zmowa milczenia. - Zakryłam twarz rękami. 

Spadła mantyla. Podniósł ją z ziemi. Nie zwracałam na to uwagi. - A ja tak się modliłam, żeby 

Tyberiusz zezwolił Owidiuszowi powrócić do Rzymu! - Pomyślałam w duchu, że w tym miejscu 

i czasie nie wolno się nad tym rozwodzić. - Owidiusz. Nie czas na żale…

- Z pewnością znajdzie się tu wiele jego ksiąg. W Atenach jest ich cała obfitość.

- Dobrze, być może znajdziesz czas, żeby mi ich kilka kupić. Muszę iść; co mi tam spinki, 

spadająca   tunika   albo   warkocze.   Nie   martw   się.   Wychodząc,   zamknij   na   klucz   dom   z 

dziewczętami i złotem.

Gdy się odwróciłam, on podążył z wdziękiem ku młodym niewolnicom. Promienie słońca 

uroczo odbijały się na mięśniach jego pleców. Włosy miał brązowe i kręcone, dość podobne do 

moich.   Przystanął   na   chwilę,   gdy   zaczepił   go   sprzedawca   z   naręczem   tanich   tunik,   sukien, 

peleryn  i tym  podobnych,  najprawdopodobniej  kradzionych  rzeczy,  nasączonych  farbą, która 

rozpuściłaby się przy pierwszym  deszczu, zresztą kto wie? Flawiusz spiesznie kupił tunikę i 

włożył ją przez głowę, przewiązał się w pasie czerwoną wstęgą.

Co za przemiana! Tunika sięgała mu do połowy ud. Włożenie czegoś czystego na pewno 

sprawiło mu ogromną ulgę. Aż wstyd, że wcześniej o tym nie pomyślałam.

background image

Podziwiałam go. Bez pielęgnacji żadne ciało, ubrane czy nagie, nie promieniowałoby taką 

urodą i godnością. Emanował uczuciem, którym darzył go dawny pan, widocznym również w 

artyzmie, z jakim wykonano sztuczną nogę.

Podczas naszego krótkiego spotkania zadzierzgnęła się między nami więź po wsze czasy.

Przywitał się z dziewczętami. Objął je ramionami i wyprowadził z tłumu.

Skierowałam się wprost do świątyni Izydy, robiąc pierwszy stanowczy krok na drodze ku 

nikczemnie   zdobytej   nieśmiertelności,   pozbawionego   chwały,   i   niezasłużonego   życia 

nadprzyrodzonego, ku wiecznotrwałej i zupełnie bezsensownej zagładzie.

background image

5

Gdy tylko znalazłam się w pobliżu świątyni, serdeczne przywitanie zgotowało mi kilka 

bogatych Rzymianek. Wszystkie umalowane jak należy: biel na ramionach i twarzach, dobrze 

zarysowane brwi i usta - dopracowane detale, które sknociłam przed wyjściem z domu.

Wyjaśniłam,   że   jestem   zamożna,   lecz   samotna.   Były   gotowe   udzielić   mi   wszelkiej 

pomocy. Na wieść, że inicjację przechodziłam w samym Rzymie, nabrały respektu.

- Dzięki niech będą Matce Izydzie, że cię nie odkryli i nie zabili - stwierdziła jedna z 

kobiet. - Wejdź do kapłanki - poradziła.

Wiele z nich nie przechodziło jeszcze tajemnych ceremonii i czekało na wezwanie bogini.

Kręciło się tu mnóstwo innych kobiet, Egipcjanek, chyba Babilonek. Mogłam się tylko 

domyślać.   Wszędzie   królowały   klejnoty   i   jedwabie.   Niektóre   niewiasty   miały   na   mantylach 

wymyślne, złote obręby; inne wolały proste suknie.

Odniosłam jednak wrażenie, że wszystkie mówiły po grecku.

Bałam   się   przekroczyć   próg   świątyni.   Uniosłam   wzrok   i   oczyma   duszy   ujrzałam 

kapłanów Izydy krzyżowanych w Rzymie.

- Dzięki Bogu nie rozpoznano cię - stwierdziła jedna.

- Niektórzy uciekli do Aleksandrii - dodała druga.

- Unikałam rozgłosu - powiedziałam przybita. Rozległ się chór współczujących głosów.

- Jak mogło być inaczej pod rządami Tyberiusza? Kto mógł, to uciekał.

- Nie   bierz   na   siebie   odpowiedzialności   -   poradziła   niebieskooka   Greczynka,   bardzo 

przyzwoicie ubrana.

- Zerwałam   kontakty   z   czcicielami   Izydy   -   powiedziałam.   Znowu   reakcją   były 

pocieszające, łagodne głosy.

- Wejdź do środka - rzekła jedna z kobiet - i proś o pozwolenie na modlitwę w samym 

sanktuarium Naszej Matki. Zostałaś wtajemniczona, a większość z nas nie ma tego za sobą.

Skinęłam głową.

Weszłam po schodach do wnętrza świątyni.

Przystanęłam, żeby otrząsnąć się ze wszystkiego, co światowe, czyli spraw, o których 

mówiłyśmy przed chwilą. Skupiłam się na myśli o bogini, żarliwie chciałam w nią uwierzyć. 

Nienawidziłam obłudy, z jaką wykorzystywałam świątynię i kult, choć wtedy nie wydawało mi 

się to istotne. Rozpacz tamtych trzech nocy przeniknęła mnie do szpiku kości.

background image

W środku czekało mnie wstrząsające przeżycie.

Świątynia   była   o   wiele   starsza   od   rzymskiej,   ściany   pokrywały   egipskie   malowidła. 

Natychmiast przeszył mnie dreszcz. Zobaczyłam kolumny w stylu egipskim, bez żłobkowania, 

gładkie   i   krągłe,   pomalowane   na   jaskrawopomarańczowy   kolor   i   zwieńczone   gigantycznymi 

liśćmi lotosu. Wszędzie unosiła się woń kadzidła, z sanktuarium dobiegła muzyka. Słyszałam 

wysokie nuty liry, odgłos pociąganych strun sistrum i wyśpiewywanej litanii.

Całą budowlę przenikał duch Egiptu, który otulił mnie tak samo szczelnie jak sny o krwi. 

Mało nie zemdlałam.

Sny wróciły - paraliżujące uczucie, że znajduję się w jakimś egipskim sanktuarium, z 

duszą wchłoniętą przez inne ciało!

Wyszła do mnie kapłanka. Zupełnie się tego nie spodziewałam.

W stolicy nosiłaby strój rzymski, ewentualnie z małym, egzotycznym nakryciem głowy, 

sięgającym najwyżej do ramion.

Ale ta kobieta miała na sobie egipskie szaty z plisowanego płótna, w starym stylu, na 

głowie wspaniały egipski turban i perukę. Gąszcz sztywnych, czarnych warkoczy opadał jej na 

plecy. Wyglądała tak ekstrawagancko, jak mogła wyglądać Kleopatra.

Słyszałam   o   romansie   Juliusza   Cezara   z   Kleopatrą,   potem   ojej   miłości   do   Marka 

Antoniusza i śmierci. Wszystko to działo się przed mymi narodzinami.

Wiedziałam   jednak,   że   bajeczny   wjazd   Kleopatry   do   Rzymu   przeraził   hołdujących 

tradycyjnym zasadom moralnym Rzymian. Rzymskie rodziny zawsze obawiały się starej magii 

egipskiej. W czasie niedawnej odwetowej masakry, którą opisywałam, słyszało się okrzyki na 

temat   wyuzdania   i   lubieżności   czcicieli   Izydy;   za   tymi   słowami   czaił   się   jednak 

niewypowiedziany lęk przed tajemnicą i potęgą skrytą poza świątynnymi wrotami.

I gdy patrzyłam teraz na kapłankę, na jej malowane oczy, czułam w głębi duszy tę samą 

obawę. Wiedziałam o tym. Mimo że kobieta wyglądała, jakby wyszła wprost z moich snów, nie 

to   było   główną   przyczyną   mojego   strachu,   bo   czymże   są   w   końcu   sny?   Stała   przede   mną 

Egipcjanka - całkowicie obca i nieprzenikniona.

Moja Izyda była greko - rzymska. Nawet jej posąg w rzymskim sanktuarium ozdobiono 

przepięknie udrapowaną grecką szatą i delikatną, starogrecką fryzurą. W rękach bogini trzymała 

sistrum i urnę. Była to Izyda zromanizowana.

Możliwe, że podobny los spotkał w Wiecznym Mieście boginię Kybele. Rzym wszystko 

background image

pochłaniał i przerabiał na swoją modłę.

Za   kilka   stuleci,   chociaż   wtedy   jeszcze   o   tym   nie   myślałam,   Rzym   miał   pochłonąć 

wyznawców Jezusa z Nazaretu i stworzyć z chrześcijan kościół rzymskokatolicki.

Znasz prawdopodobnie powiedzenie, że w Rzymie musisz być Rzymianinem

*

.

Ale w tym czerwonawym półmroku, wśród pełgających świateł i głębokiego, piżmowego 

aromatu   kadzidła,   byłam   na   siebie   zła   za   własną   bojaźliwość.   Potem   nadeszły   sny,   niczym 

zasłony otulające mnie jedna po drugiej. W przebłysku ujrzałam płaczącą  królową: „Nie!” - 

krzyczała. Wołała o pomoc.

- Oddalcie   się   ode   mnie   -   wyszeptałam   -   uciekajcie,   wszystkie   byty   złe   i   nieczyste. 

Zostawcie mnie, gdy wchodzę do domostwa mej Błogosławionej Matki.

Kapłanka wzięła mnie za rękę. Słyszałam, jak głosy ze snu wdały się w gwałtowny spór. 

Wytężyłam wzrok w poszukiwaniu czcicieli, którzy wychodziliby lub wchodzili do sanktuarium, 

by oddać się medytacji, złożyć ofiarę, poprosić o łaskę. Usiłowałam wmówić sobie, że jest tu 

duży, zabiegany tłum, niewiele różniący się od tego w świątyni rzymskiej.

Lecz dotyk kapłanki odbierał mi siły. Widok jej pomalowanych oczu przejmował grozą. 

Patrzyłam na szeroki, złoty naszyjnik. Na wiele rzędów płaskich klejnotów.

Zaprowadziła  mnie  do prywatnego  mieszkania  w obrębie świątyni,  na wygodną  sofę. 

Położyłam się wyczerpana.

- Odejdźcie, wszystkie złe byty - szeptałam - razem ze snami.

Kapłanka usiadła obok i wzięła mnie w jedwabiste objęcia. Uniosłam głowę i spojrzałam 

na maskę!

- Mów   do   mnie,   cierpiąca   -   odezwała   się   po   łacinie,   głosem   zgrubiałym   od   obcej 

wymowy. - Powiedz wszystko, co musi wyjść na jaw.

Znienacka - nie mogłam się powstrzymać - opowiedziałam jej o rodzinie, o unicestwieniu 

domu, swoich wyrzutach sumienia, trudach.

- A jeżeli stałam się przyczyną upadku rodziny - to znaczy moje odwiedziny w świątyni 

Izydy?   A   jeżeli   Tyberiusz   zapamiętał   to   sobie?   Co   ja   zrobiłam   najlepszego?   Krzyżowano 

kapłanów, a ja nie ruszyłam palcem. Czego chce ode mnie Matka Izyda? Chciałabym umrzeć.

- Tego od ciebie nie żąda - oznajmiła kapłanka, wbijając we mnie wzrok.

Oczy miała olbrzymie, chociaż może to wszystko przez farbę? Nie, widziałam białka jej 

* Odpowiednik polskiego powiedzenia: „Jeśli wszedłeś między wrony, musisz krakać jak i one”.

background image

oczu, błyszczące i czyste. Z umalowanych ust wydobywały się monotonne słowa.

Zaczynałam majaczyć, odchodziłam od zmysłów. Mruczałam coś o inicjacji, podawałam 

szczegóły, które można było powierzyć kapłance, mającej dostęp do pilnie strzeżonej tajemnicy. 

Potwierdziłam, że w trakcie obrzędów narodziłam się ponownie.

Wypływała ze mnie cała wzbierająca słabość.

Potem wyznałam swoją winę. Przyznałam się, że dość wcześnie porzuciłam kult Izydy, że 

w ostatnich latach brałam udział tylko w publicznych procesjach nad morze, podczas których 

bogini błogosławiła statki. Izyda, bogini żeglugi. Nie odznaczałam się pobożnością.

Nie uczyniłam nic, gdy krzyżowano kapłanów Izydy, lecz tak jak inni wyrażałam swe 

zdanie po cichu za plecami cesarza. Zgadzałam się z Rzymianami, którzy uważali Tyberiusza za 

potwora, ale nikt z nas nie protestował głośno w obronie bogini. Ojciec kazał mi  zachować 

milczenie. Usłuchałam. On również nakazał mi żyć.

Odwróciłam się i zsunęłam z sofy na posadzkę. Nie wiem, po co. Przycisnęłam policzek 

do   zimnej   płyty.   Chłód   sprawił   mi   przyjemność.   Byłam   obłąkana,   lecz   potrafiłam   nad   tym 

zapanować. Leżałam z szeroko otwartymi oczami.

Wiedziałam jedno: chciałam wydostać się z tej świątyni! Nie podobało mi się tutaj. Tak, 

to był bardzo niedobry pomysł.

Nagle nieznośna stała się myśl, że obnażyłam się przed tą kobietą, zupełnie mi nie znaną. 

Powracała atmosfera snów o krwi.

Otwarłam oczy. Kapłanka pochylała się nade mną. Ujrzałam łkającą Królową ze snów. 

Zamknęłam oczy.

- Bądź   spokojna   -   rzekła   wyuczonym,   wyrachowanym   tonem.   -   Nie   dopuściłaś   się 

niczego złego.

Zakrawało na absurd, że taki konkretny, materialny głos wydobywa się z pomalowanej 

postaci.

- Po pierwsze - ciągnęła kapłanka - musisz uświadomić sobie, iż Matka Izyda wszystko 

wybacza. To Matka Miłosierdzia. Z twych słów wynika, że doznałaś inicjacji pełniejszej niż 

większość wyznawców. Długo pościłaś. Kąpałaś się w świętej krwi byka. Najprawdopodobniej 

piłaś napój. W snach ujrzałaś swe odrodzenie.

- Tak   -   potwierdziłam,   pragnąc   ożywić   dawną   ekstazę,   bezcenny   dar   wiary.   -   Tak. 

Widziałam gwiazdy i wielkie, ukwiecone łąki…

background image

Nic z tego. Bałam się tej kobiety i chciałam się stamtąd wydostać.  Wrócę do domu, 

wyznam wszystko Flawiuszowi i wypłaczę się w jego objęciach.

- Nie jestem pobożna z natury - wyznałam. - Byłam młoda. Odpowiadała mi swoboda 

kobiet, które tam chodziły, które spały, z kim im się podobało. Polubiłam rzymskie prostytutki, 

właścicielki   przybytków   rozkoszy;   podobały   mi   się   kobiety,   które   myślały   samodzielnie   i 

śledziły bieg wydarzeń w imperium.

- Tutaj również znajdziesz takie towarzystwo - odparła kapłanka bez zmrużenia powiek. - 

I nie obawiaj się, że twe dawne związki ze świątynią spowodowały upadek rodziny. Mamy dużo 

informacji   potwierdzających,   że   Tyberiusz   po   zburzeniu   świątyni   nie   prześladował   dobrze 

urodzonych. Jak zwykle najbardziej cierpią nędzarze: ulicznica i prosty tkacz, golarz, murarz. 

Żadna szlachetna rodzina nie doznała prześladowań ze względu na Izydę. Wiesz o tym. Część 

kobiet uciekła do Aleksandrii, ponieważ nie chciała zrezygnować z kultu, lecz nic im nie groziło.

Nadchodziły sny.

- Matko Boga - szepnęłam.

Kapłanka nie ustawała:

- Tak jak Matka Izyda padłaś ofiarą tragedii. Toteż, wzorem bogini, musisz zaczerpnąć sił 

i iść dalej sama, tak jak Matka Izyda po zamordowaniu jej Ozyrysa. Kto jej dopomógł, gdy 

szukała w całym Egipcie ciała męża? Wędrowała sama. To największa ze wszystkich bogiń. Gdy 

odzyskała   ciało   Ozyrysa   i   nie   znalazła   żadnego   organu   rozrodczego,   którym   mogłaby   się 

zapłodnić, wydobyła nasienie wprost z jego ducha. Tym sposobem bóg Horus narodził się z 

kobiety i boga. To potęga Izydy odnalazła ducha w zmarłym. Sama Izyda przechytrzyła boga Ra, 

który wyjawił jej swoje imię.

Wszystkie elementy starej opowieści się zgadzały.

Odwróciłam głowę. Nie mogłam patrzeć na ozdobione oblicze kapłanki. Z pewnością 

czuła mój wstręt. Nie wolno jej obrazić. Miała dobre zamiary. To nie jej wina, że mym oczom 

jawiła się jako potwór. Po co tu przyszłam, do kroćset demonów?!

Leżałam oszołomiona. W komnacie panował łagodny, złocisty blask, wpadający przede 

wszystkim przez troje drzwi w egipskim stylu, zwężających się ku szczytowi; pozwoliłam, by 

światło zamgliło obraz. Poprosiłam je o to.

Uczułam dotyk dłoni kapłanki. Jedwabiste ciepło. Uroczy dotyk, istna słodycz.

- Czy wierzysz w to wszystko? - wyszeptałam ni stąd, ni zowąd.

background image

Nie zwróciła na to pytanie najmniejszej uwagi. Pomalowana maska starczała za wyznanie 

wiary.

- Musisz być  jak Matka Izyda.  Samodzielna.  Nie ciąży na tobie zadanie  odnalezienia 

utraconego męża ani ojca. Jesteś wolna. Wedle  woli przyjmuj  mężczyzn  w miłosne  objęcia. 

Należysz   tylko   do   Matki   Izydy.   Pamiętaj:   to   bogini   kochająca,   przebaczająca,   bogini   o 

nieskończonej wyrozumiałości, bo ona też cierpiała!

- - Cierpiała! - westchnęłam. Jęknęłam, co zdarzało mi się w całym życiu niezmiernie 

rzadko. Ale ujrzałam łkającą Królową ze snów przywiązaną do tronu. - Posłuchaj opowieści o 

moich snach - zaczęłam - a potem wytłumacz mi, o co w nich chodzi. - Zdawałam sobie sprawę, 

że mój głos robi wrażenie gniewnego. Było mi przykro. - Sny te nie biorą się z wina lub napojów 

ani z długiego czuwania, które wypacza duszę.

Po czym opowiedziałam jej o snach z krwią, snach o starożytnym Egipcie, w których 

piłam krew - o ołtarzu, świątyni, pustyni, wschodzącym słońcu.

- Amon Ra! - powiedziałam. Tak brzmiało egipskie imię boga słońca, którego, o ile wiem, 

nigdy nie wypowiedziałam. - Tak, Izyda go przechytrzyła i objawił swoje imię, lecz zabił mnie i 

piłam krew. Słyszysz mnie? Należałam do spragnionego boga!

- Nie!   -   odparła   siedząca   w   bezruchu   kapłanka.   Zamyśliła   się   na   dłuższą   chwilę. 

Wyglądała na poruszoną, co napełniło mnie z kolei jeszcze większym przerażeniem.

- Czy znasz starożytne pismo obrazkowe Egipcjan? - spytała.

- Nie.

Wtedy podjęła już spokojniejszym i pewniejszym tonem:

- Mówisz o bardzo starych  podaniach, zagubionych  w dziejach naszego kultu Izydy  i 

Ozyrysa  i wspominających,  że dawno temu bogowie rzeczywiście  przyjmowali  krew swoich 

ofiar. Mamy tu zwoje, które o tym mówią, ale odczytać potrafi je tylko jeden…

Głos zamarł jej w krtani.

- Kto taki? - Wsparłam się na łokciach. Zorientowałam się, że rozplatały mi się warkocze. 

Dobrze. Rozpuszczone włosy wydawały się czyste. Przeczesałam je obiema rękami.

Jak mogła czuć się kapłanka ukryta pod grobowcem z farby i peruki?

- Powiedz, kim jest ten, kto potrafi odczytać starożytne podania? Mów!

- To   złe   opowieści   -   odparła   -   o   tym,   że   Izyda   i   Ozyrys   trwają   jeszcze   gdzieś   w 

materialnej postaci, pijąc krew. - Jej twarz wyrażała odrazę. - Ale to nie jest zgodne z naszym 

background image

wyznaniem!   Nie   składamy   żadnych   ofiar   z   ludzi!   Egipt   był   stary   i   mądry   jeszcze   przed 

narodzinami Rzymu!

Kogo starała się przekonać? Mnie?

- Nigdy przedtem nie zdarzał mi się ciąg takich snów na ten sam temat.

Coraz bardziej ponosiły ją emocje:

- Nasza Matka Izyda nie lubi krwi. Pokonała śmierć i ustanowiła swego męża Ozyrysa 

Królem Umarłych, lecz dla nas jest samym życiem. To nie ona wywołała w tobie sny.

- Prawdopodobnie nie! Zgadzam się z tobą. Ale jeśli nie ona, to kto? Skąd się wzięły? 

Czemu prześladowały mnie na morzu? Kim jest ten, kto potrafi odczytać stare pisma?

Była wstrząśnięta. Puściła mnie i odwróciła głowę. Ze względu na czarne linie jej oczy 

nabrały złudnego wyrazu zapalczywości.

- Możliwe, że w dzieciństwie słyszałaś jakąś starożytną historię, być może z ust jakiegoś 

egipskiego kapłana. Zapomniałaś o niej, a teraz wybuchnęła płomieniem w twym schorowanym 

umyśle. Karmi się ogniem, do którego nie ma żadnych praw - śmiercią twojego ojca.

- Tak, być może, mam taką nadzieję, ale nigdy nie znałam żadnego starego Egipcjanina. 

Kapłani   w   świątyni   byli   Rzymianami.   Czy   w   snach   daje   się   dostrzec   jakiś   logiczny   układ 

zdarzeń? Dlaczego Królowa płacze? Czemu słońce mnie zabija? Królowa została skuta okowami, 

jest uwięziona. Ona cierpi męki!

- Dosyć. - Kapłanka się trzęsła. Przytuliła mnie, jak gdyby to ona mnie potrzebowała. 

Uczułam dotyk sztywnego płótna i gęstych włosów peruki, pod nimi pospieszne walenie serca.

- Zostałaś opętana przez demona, którego możemy wypędzić!

- orzekła. - Być może demon zdołał się w ciebie wedrzeć, gdy ujrzałaś, jak mordują ojca 

przy domowym ognisku.

- Naprawdę sądzisz, że to możliwe?

- Posłuchaj - powiedziała już spokojnie, całkiem jak tamte kobiety na zewnątrz - udaj się 

teraz  do łaźni,  nałóż  świeże  szaty.  Ile pieniędzy  możesz  mi  dać?  Jeśli nic,  sami  pokryjemy 

wszystkie koszty. Niczego nam tu nie brakuje.

- Mam   mnóstwo   pieniędzy.   Nie   zależy   mi   na   nich   -   mówiłam,   wyjmując   zza   pasa 

sakiewkę.

- Zajmę się wszystkim. Potrzebne ci nowe szaty. Ten jedwab jest zbyt delikatny.

- Zauważyłam!

background image

- Mantyla podarta. Włosy nie uczesane. Wysypałam kilkanaście złotych monet, więcej niż 

zapłaciłam za Flawiusza.

Zdumiała się, lecz błyskawicznie to ukryła. Nagle wpiła we mnie oczy, a jej malowana 

maska przybrała żywszy wyraz: zmarszczyła czoło. Myślałam, że lada chwila pęknie.

Zdawało mi siei że się rozpłacze. Zaczynałam dochodzić do wprawy w doprowadzaniu 

ludzi do płaczu. Płakały Mia i Lia. Tak samo Flawiusz. A teraz ta kapłanka. Królowa ze snu też 

płakała!

Zaśmiałam się jak szalona, odchyliłam głowę, lecz wtedy zobaczyłam Królową! Zjawiła 

się w odległym,  rozedrganym  wspomnieniu i jej widok napełnił mnie takim żalem, że sama 

gotowa byłam się rozpłakać. Moja kpina równała się bluźnierstwu. Oszukiwałam samą siebie.

- Weź złoto na potrzeby świątyni - powiedziałam. - Taka jest wola Izydy. Ona nie pragnie 

krwi. Nie! Nie! Żadnej krwi!

Pomogła mi wstać. Zastygłam bez ruchu.

- We śnie widać, że ona płacze. Nie podoba jej się picie krwi, protestuje, oponuje. Ona 

sama nie pragnie krwi!

Zdezorientowana przez chwilę kapłanka kiwnęła głową:

- Tak, to zrozumiałe, prawda?

- Ja również buntuję się i cierpię - oświadczyłam.

- Tak,   chodź.   -   Wiodła   mnie   przez   wysokie,   grube   drzwi.   Zostawiła   pod   opieką 

świątynnych niewolników. Czułam ulgę. I znużenie.

Zaprowadzono mnie do ceremonialnej łaźni, gdzie świątynne służące oczyściły mnie i 

starannie ubrały.

Co za rozkosz, gdy ktoś robi to za mnie i tak jak trzeba.

Przez chwilę myślałam bezradna, że przystroją mnie w białe falbany i czarne warkocze, 

wybrały jednak strój rzymski.

Fryzura składała się z porządnego kręgu, który nie miał się rozsypać, twarz okalały liczne 

kędziory.

Odzież,   którą   dostałam,   była   nowa   i   wykonana   z   delikatnego   płótna.   Na   obrąbkach 

wyszyto kwiaty. Ta precyzyjna, miniaturowa ozdoba zdawała się cenniejsza od złota.

Z pewnością sprawiła mi więcej radości niż ono.

Czułam takie zmęczenie! I tyle wdzięczności.

background image

Następnie  dziewczęta  umalowały mi  twarz z biegłością,  o której  osiągnięciu  mogłam 

tylko marzyć, w stylu bardziej egipskim, aż wzdrygnęłam się na swój widok w zwierciadle. Nie 

był to pełny makijaż kapłanki, ale oczy podkreślono czarnymi liniami.

- Jak śmiem narzekać? - wyszeptałam. Odstawiłam zwierciadło. Na szczęście nie musimy 

się oglądać. W wielkiej hali świątyni zjawiłam się już jako przyzwoita Rzymianka o twarzy 

pokrytej ekstrawagancką wschodnią maską. Widok w Antiochii pospolity.

Kapłankę zastałam w towarzystwie dwóch innych, równie oficjalnie odzianych kobiet, 

oraz kapłana z takim samym, staro - egipskim nakryciem głowy, bez peruki, za to w kapturze w 

pasy. Tunikę miał krótką, plisowaną. Odwrócił się i wbił we mnie wzrok.

Ogarnął mnie lęk. Przygważdżający lęk. Umykaj stąd! Ofiara nie ma znaczenia, niech 

złożą ją za ciebie. Do domu. Flawiusz czeka. Już!

Stałam jak sparaliżowana. Pozwoliłam kapłanowi odciągnąć się na bok.

- Uważaj - zaczął łagodnie. - Zaprowadzę cię teraz do świętego miejsca. Będziesz mogła 

pomówić z Matką, ale po wyjściu musisz natychmiast przyjść do mnie! Nie wychodź, zanim się 

ze mną nie rozmówisz. Musisz przyrzec, że będziesz tu przychodzić co dzień, a jeśli sny będą się 

powtarzać,   będziesz   je   nam   opowiadać.   Jest   ktoś,   komu   trzeba   je   opowiedzieć,   chyba   że 

przedtem bogini wypędzi je z twej duszy.

- Oczywiście, opowiem je każdemu, kto może mi pomóc. Nie cierpię tych snów. Ale 

czemu jesteś taki niespokojny? Boisz się mnie?

Potrząsnął głową przecząco.

- Nie lękam się ciebie, choć muszę ci coś wyznać. Chcę porozmawiać z tobą dzisiaj albo 

jutro. Muszę z tobą pomówić. Teraz idź do Matki, a potem przyjdź do mnie.

Zaprowadzili  mnie   do  sanktuarium;  przed   świętym   miejscem  wisiały  białe,  płócienne 

zasłony.   Ujrzałam   swą   ofiarę:   wielką   girlandę   wonnych   kwiatów   i   ciepły   bochenek   chleba. 

Uklękłam.  Niewidoczne ręce odsunęły zasłony i zostałam na klęczkach sama wobec  Regina 

Coeli, Królowej Nieba.

Kolejny wstrząs.

Miałam   przed   sobą  starożytny   egipski   posąg   Izydy,   wyrzeźbiony   z   czarnego   bazaltu. 

Włosy tworzyły długą, wąską fryzurę, zaczesaną za uszy. Między rogami na głowie miała wielki 

krąg. Obnażone piersi. Na kolanach siedział dorosły faraon, jej syn Horus. Podawała mu do 

ssania lewą pierś.

background image

Ogarnęła mnie rozpacz. Ten wizerunek nic dla mnie nie znaczył! Próżno szukałam w nim 

natury Izydy.

- Czy to ty zesłałaś na mnie sny, Matko? - wyszeptałam. Położyłam kwiaty. Przełamałam 

chleb.

Z pogodnego, starożytnego posągu nie dochodził żaden dźwięk.

Rzuciłam się na podłogę, wyciągając ręce przed siebie. Usiłowałam odnaleźć w głębi 

duszy słowa: Godzę się, wierzę, jestem twoja, potrzebuję cię, potrzebuję!

Zamiast   tego  zapłakałam.   Wszystko   przepadło.   Nie  tylko   Rzym  i   rodzina,   lecz   także 

Izyda. Ta bogini stanowiła wcielenie wiary innego ludu, innego narodu.

Bardzo powoli ogarniał mnie spokój.

No tak, myślałam. Kult Matki istnieje wszędzie, we wszystkich czterech stronach świata. 

Moc nadaje mu duch religii. Nie muszę zaraz całować stóp tego posągu. Nie o to chodzi.

Powoli uniosłam głowę, przykucnęłam. Doznałam prawdziwego olśnienia. Nie potrafię 

spisać go na papierze.

Wiedziałam, że wszystko, czego doświadczamy, jest symbolem czegoś innego, że rytuały 

polegają   na   odgrywaniu   innych   wydarzeń.   Wiedziałam,   że   nasze   praktyczne   umysły 

wyprowadziły obrzędy z głębi duszy na świat, żeby nie był on kompletnie pozbawiony sensu.

A   ten   posąg   przedstawiał   miłość.   Zwycięstwo   miłości   nad   okrucieństwem.   Nad 

niesprawiedliwością, samotnością i potępieniem.

I tylko to jedno miało jakiekolwiek znaczenie. Spojrzałam w twarz bogini i poznałam ją. 

Wpatrywałam się w małego faraona przystawionego do piersi.

- Jestem twoja! - wymówiłam chłodno.

Proste, egipskie rysy twarzy nie stanowiły przeszkody dla mojego serca; spoglądałam na 

prawą rękę, którą podtrzymywała pierś.

Miłość. Ona wymaga od nas siły, wytrwałości, zgody na wszystko co nieznane.

- Odegnaj ode mnie sny, Matko Niebios - prosiłam - lub odkryj przede mną ich cel. I 

drogę, jaką winnam pójść. Proszę.

Po czym wypowiedziałam starą łacińską litanię:

Tyś jest, któraś rozdzieliła Niebo i Ziemią.

Tyś jest, która wstajesz z Psią Gwiazdą.

background image

Tyś jest, co dodajesz siły ludziom prawym.

Tyś jest, co każesz dziecku miłować rodziców.

Tyś jest, któraś się litowała nad błagalnikami.

Wierzyłam w te słowa, choć bez krzty pobożności. Wierzyłam, ponieważ pojęłam, że kult 

Izydy wyzwolił w duszach kobiet i mężczyzn najlepsze myśli, do jakich byli zdolni. Do takiej 

roli została powołana bogini; z takiego ducha czerpała życiowe siły.

Zagubiony fallus Ozyrysa żyje w Nilu, a Nil zapładnia pola Egiptu. Tak, to cud.

Cała   rzecz   polegała   nie   na   odrzuceniu,   do   którego   skłaniałby   się   Lukrecjusz,   lecz 

zrozumieniu sensu obrazu Izydy. Tak by wyzwolił on najlepsze części mojej duszy.

Gdy spojrzałam na piękne, białe kwiaty, pomyślałam: „W swojej mądrości, Matko, każesz 

im rozkwitać”. A chodziło mi tylko o to, że świat pełen jest spraw, które należy cenić, szanować, 

że przyjemność sama w sobie jest pochwałą świata - ona zaś, Izyda, była wcieleniem tych idei, 

zbyt głębokich, by można nazwać je myślami.

Kochałam ją - wyraz dobroci nazwany Izydą.

Im dłużej wpatrywałam się w jej kamienne oblicze, tym  mocniej utwierdzałam się w 

przekonaniu, że mnie widzi. Stara sztuczka. Im dłużej klęczałam, tym wyraźniej zdawało mi się, 

że do mnie mówi. Pozwalałam na to, świadoma, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Sny 

oddaliły się. Przypominały zagadkę, dla której znajdzie się przecież jakieś mniej lub bardziej 

idiotyczne rozwiązanie.

W przypływie szczerego zapału poczołgałam się i ucałowałam jej stopy.

Oddałam cześć.

Wyszłam odrodzona, rozpromieniona.

Sny już się więcej nie powtórzą. Był jeszcze dzień. Czułam się szczęśliwa.

Na świątynnym dziedzińcu zawarłam liczne znajomości, siedząc pod drzewami oliwnymi, 

wyciągałam z tych ludzi wszystkie informacje potrzebne mi w codziennym życiu: jak znaleźć 

kucharzy, fryzjerów i tym podobne. Gdzie się co kupuje.

Krótko mówiąc, nowi znajomi zaopatrzyli mnie w wiadomości konieczne do prowadzenia 

bogatego domu  bez armii  niewolników, której nie potrzebowałam.  Wystarczy mi  Flawiusz i 

dwójka dziewcząt. Doskonale. Wszystko inne można wynająć lub kupić.

Wreszcie, bardzo zmęczona, z głową pękającą od nowych imion i miejsc, do których 

background image

drogę   należy   zapamiętać,   ubawiona   dowcipami   i   historiami,   jakie   opowiadały   te   kobiety, 

zachwycona swobodą, z jaką posługiwały się greką - którą zawsze bardzo lubiłam - usiadłam i 

pomyślałam: „Mogę wracać do domu”.

Mogę zaczynać od nowa.

W świątyni roiło się jeszcze od ludzi. Spojrzałam na odrzwia. Gdzie był kapłan? Nic to, 

wrócę jutro. Nie chciałam ożywiać  snów, tego byłam  pewna. Kręciło  się tu mnóstwo  ludzi, 

przynosili kwiaty, chleb i ptaki, które miały zostać uwolnione dla bogini i ulecieć przez wysokie 

okna jej sanktuarium.

Tak tu ciepło. Ściany okrywała tęcza kwiatów. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że jakieś 

miejsce może dorównać urodą Toskanii, ale tutaj było naprawdę pięknie.

Wyszłam na dziedziniec, zeszłam po schodach i znalazłam się na forum.

Podeszłam   do   mężczyzny,   który   pod   łukami   wykładał   grupie   młodzieży   poglądy 

Diogenesa, byśmy wyrzekli się ciała i jego rozkoszy, byśmy prowadzili życie czyste, odwracając 

się od zmysłów.

Wszystko zgadzało się z opisami Flawiusza, ale ten człowiek był  szczery i oczytany. 

Mówił o wolności wynikającej z rezygnacji. Przypadł mi do gustu. Zdawało mi się bowiem, że 

taki stan osiągnęłam w świątyni: wolność wynikającą z rezygnacji.

Słuchający go chłopcy byli na to za młodzi. Ale ja wiedziałam. Polubiłam go. Miał siwe 

włosy i prostą, długą tunikę. Nie okrył się ostentacyjnie łachmanami.

Natychmiast weszłam mu w słowo. Przedstawiłam zdanie Epikura, że nie dano by nam 

zmysłów, gdyby nie były dobre. Czyż nie tak?

- Czy musimy odmawiać sobie wszystkiego? Spójrz na dziedziniec świątyni Izydy,  na 

kwiaty zdobiące jej ściany. Czyż nie jest to uczta dla oczu? Spójrz na ognistą czerwień kwiatów! 

Same te kwiaty wystarczą, żeby pocieszyć człowieka w smutku. A skąd wiadomo, że oczy są 

lepsze od rąk czy ust?

Młodzieńcy zwrócili się w moją stronę. Wszczęłam z kilkoma rozmowę. Jacy byli młodzi 

i   ładni!   Stali   tu   długowłosi   mężczyźni   z   Babilonu   i   nawet   kilku   dobrze   urodzonych 

Hebrajczyków, wszyscy z bardzo owłosionymi piersiami i rękami, jak również liczni Rzymianie 

z prowincji, olśnieni mą argumentacją, że w chlebie i winie znajduje się prawda o życiu.

- Kwiaty, gwiazdy, wino, pocałunki kochanki, to wszystko należy z pewnością do Natury. 

- Byłam, rzecz jasna, rozpłomieniona, przed chwilą opuściłam świątynię, wyzbyłam się obaw i 

background image

wątpliwości. Czułam się w tej chwili niezwyciężona. Świat wydawał się odrodzony.

Nauczyciel o imieniu Marcellus wyszedł spod arkady i przywitał się ze mną.

- Ach, dostojna pani, zdumiewasz mnie - zagaił. - Od kogo nauczyłaś się wszystkiego, w 

co wierzysz? Czyż nie od Lukrecjusza? A może z doświadczenia? Jesteś zapewne świadoma, że 

nie wolno zachęcać ludzi do podlegania zachciankom zmysłów!

- Czy ja mówiłam coś o podleganiu? - zdziwiłam się.

- Ulegać   to   nie   to   samo,   co   podlegać.   Znaczy   to   oddawać   cześć.   Mówię   o   życiu 

roztropnym,   o   słuchaniu   mądrości   własnego   ciała.   Mówię   o   ostatecznej   inteligencji   dobroci, 

radości. Skoro jesteś ciekawy, nie nauczył mnie tego Lukrecjusz. Zawsze wydawał mi się zbyt 

oschły. Nauczyłam się miłości dla chwały życia od poetów w rodzaju Owidiusza. Rozległy się 

oklaski chłopców.

- Od Owidiusza! - rozbrzmiało kilka krzyków.

- Wszystko   to   pięknie,   ale   pamiętajcie   nie   tylko   o   teorii,   lecz   również   o   dobrych 

manierach - upomniałam stanowczo.

Kolejna   owacja.   Następnie   kilku   młodzieńców   zaczęło   recytować   wersy   z 

Owidiuszowych Metamorfoz.

- Cudownie - oświadczyłam.  - Ilu was tutaj stoi? Piętnastu. Zapraszam wszystkich do 

siebie   na   wieczerzę.   Za   pięć   dni,   wszystkich.   Potrzebny   mi   jest   czas   na   przygotowania. 

Chciałabym   pokazać   wam   trochę   książek.  Obiecuję  udowodnić,   co  wyśmienita  uczta  potrafi 

zrobić z duszą!

Zaproszenie zostało przyjęte salwami śmiechu. Podałam adres domu.

- Jestem wdową. Mam na imię Pandora. Zapraszam was, jak nakazują dobre obyczaje, 

uczta   czeka.   Nie   spodziewajcie   się   tancerzy,   bo   pod   mym   dachem   ich   nie   znajdziecie. 

Spodziewajcie   się   pysznego   jedzenia.   Poezji.   Który   potrafi   śpiewać   Homera?   Naprawdę 

śpiewać? Kto zaśpiewa coś z pamięci?!

Śmiech,   rubaszne   okrzyki.   Tryumf.   Można   było   odnieść   wrażenie,   że   wszyscy   znali 

Homera i przyjęli zaproszenie. Ktoś wspomniał o innej zamieszkałej w Antiochii Rzymiance, 

która nie ucieszy się na wieść o konkurencji.

- Bzdura   -   odparował   inny   -   przy   jej   stole   jest   zawsze   pełno   gości.   Pani,   czy   mogę 

ucałować twą dłoń?

- Powiedzcie, kto to jest, muszę ją zaprosić. Chcę ją poznać i czegoś się od niej nauczyć.

background image

Nauczyciel uśmiechał się. Wsunęłam mu do ręki trochę pieniędzy.

Zapadał   zmierzch.   Westchnęłam.   Popatrzyłam   na   wschodzące   gwiazdy   barwnego 

wieczoru, który poprzedza ciemność.

Przyjęłam skromne pocałunki chłopców i potwierdziłam zaproszenie.

Ale coś się zmieniło. Coś nieznacznego jak mrugnięcie oka. Ach, malowane oko.

Być może chodziło tylko o okropny całun nadchodzącego półmroku.

Poczułam dreszcz. „To ja cię wezwałam”. Kto tak mówił? „Strzeż się, bo nie pozwolę, 

żeby mi cię wykradziono”.

Oniemiałam. Ściskałam dłoń nauczyciela. Mówił o życiu umiarkowanym.

- Spójrz na mą prostą tunikę - powiedział. - Ci chłopcy mają tyle pieniędzy. Bogactwo 

może ich zdeprawować.

Młodzieńcy zaoponowali.

Wszystko   dochodziło   do   mnie   jakby   z   oddali.   Próbowałam   się   skupić.   Błądziłam 

wzrokiem. Skąd dobiegał ten głos? Kto mnie wezwał i kto będzie próbował wykraść?

Wtem, ku swemu milczącemu zdumieniu, dostrzegłam mężczyznę w todze zakrywającej 

mu głowę, który mnie obserwował. Natychmiast poznałam go po oczach i czole. Rozpoznałam 

chód, gdy się powoli oddalał.

Mój najmłodszy brat, Lucjusz, którym gardziłam. Z całą pewnością. I jak chytrze skrył się 

w cieniu.

Znałam go. Lucjusz. Czekał na końcu długiego portyku.

Stałam  jak przykuta  do ziemi,  a  robiło się  ciemno.  Zniknęli  wszyscy  kupcy,  których 

stragany są czynne tylko za dnia. Z gospod wynoszono latarnie i pochodnie. Otwarta była jeszcze 

jedna księgarnia wystawiająca w blasku lamp mnóstwo ksiąg.

Lucjusz - tak pogardzany najmłodszy brat - nie przybiegł ze łzami na powitanie, tylko 

czaił się w mroku. Dlaczego?

Obawiałam się odpowiedzi.

Tymczasem   chłopcy   błagali,   żebym   poszła   z   nimi   do   pobliskiej   winiarni,   uroczego 

zakątka. Kłócili się, kto zapłaci za mą wieczerzę.

Pomyśl tylko, Pandoro. To urocze zaproszenie stanowi próbę określenia granic, do jakich 

zdolna   jesteś   posunąć   swą   zuchwałość   i   swobodę.   A   nie   powinnam   chodzić   do   pospolitej 

gospody z małymi chłopcami! Za chwilę zostanę sama.

background image

Na   forum   zapadała   cisza.   Przed   świątyniami   paliły   się   ognie.   Jednak   obszar   mroku 

rozszerzał się. Człowiek w todze czekał.

- Nie, muszę już iść. - Myślałam zrozpaczona, kto poniesie przede mną pochodnię. Czy 

odważę się poprosić tych młodzieńców, by odprowadzili mnie do domu? Widziałam wokół nich 

niewolników, niektórzy zapalali już lampy i pochodnie.

Ze świątyni Izydy dobiegły śpiewy.

„To ja cię wezwałem. Strzeż się… mnie i moich zamysłów!”

- Czyste szaleństwo - mruknęłam, żegnając się z młodzieńcami, którzy zbierali się już do 

odejścia grupkami po dwóch, trzech. Zmusiłam się do uśmiechu i kilku miłych słów.

Obrzuciłam wzrokiem odległą sylwetkę Lucjusza, który przycupnął na krańcu portyku 

przed zamkniętymi na noc drzwiami. Sama jego postawa sugerowała skrytość i tchórzostwo.

Ni stąd, ni zowąd poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Natychmiast ją strąciłam, chcąc 

ukrócić nadmierną poufałość, wtedy usłyszałam męski szept:

- Kapłan świątyni błaga o powrót, pani. Pragnie z tobą porozmawiać. Nie chciał, żebyś 

odchodziła bez spotkania z nim.

Odwróciłam się i ujrzałam kapłana w egipskim nakryciu głowy, w nieskazitelnie białych, 

płóciennych szatach i z medalionem bogini na szyi.

Dzięki niech będą bogom.

Nie zdążyłam  jednak opanować się ani odpowiedzieć,  gdy stanął przed nami  kolejny 

człowiek, zamaszyście stawiający nogę z kości słoniowej. Towarzyszyli  mu ludzie z dwoma 

pochodniami. Otoczyło nas ciepłe światło.

- Czy moja pani pragnie porozmawiać z tym kapłanem? - spytał.

Flawiusz wysłuchał mych poleceń. Ubrał się, jak przystało na rzymskiego arystokratę, w 

długą tunikę i luźną pelerynę. Jako niewolnik nie mógł włożyć togi. Czyste, utrefione włosy 

niczym nie ustępowały fryzurom ludzi wolnych. Lśnił czystością, biła od niego pewność siebie.

W pobliżu kręcił się jeszcze Marcellus, filozof - nauczyciel.

- Pandoro,   wielce   dostojna   pani,   zapewniam,   że   w   tawernie,   dokąd   zapraszali   cię 

młodzieńcy, może jeszcze narodzić się Platon lub Arystoteles, nie jest to jednak odpowiednie dla 

ciebie miejsce.

- Wiem   -   odparłam.   -   Nie   martw   się.   Nauczyciel   ostrożnie   przyjrzał   się   kapłanowi   i 

przystojnemu Flawiuszowi. Objęłam Flawiusza w pasie.

background image

- To mój sługa, który powita was, gdy zjawicie się na wieczerzy. Dziękuję, że pozwoliłeś 

przerwać sobie wykład. Dobry z ciebie człowiek.

Nauczyciel zesztywniał, po czym nachylił się w moją stronę.

- Tam pod portykiem jest jakiś mężczyzna; nie patrz na niego teraz, ale na przyszłość 

będzie ci potrzeba więcej niewolników. To skłócone, niebezpieczne miasto.

- Tak, czyli ty także go widzisz. I jego wspaniałą togę, znak arystokratycznego urodzenia!

- Robi się ciemno - odezwał się Flawiusz. - Wezmę więcej pochodni i lektykę. Tędy.

Podziękował nauczycielowi, który oddalił się z ociąganiem. Kapłan czekał. Flawiusz dał 

znak   dwóm   nosicielom   pochodni,   którzy   podbiegli   do   nas.   Byliśmy   rzęsiście   oświetleni. 

Zwróciłam się do kapłana:

- Zjawię się zaraz w świątyni, lecz najpierw muszę rozmówić się z tamtym człowiekiem. 

Człowiekiem w cieniu. - Ostentacyjnie wskazałam ręką kierunek. Stałam w potokach światła, jak 

gdybym była na scenie.

Zobaczyłam, że odległa postać kuli się, jakby chciała wtopić się w ścianę.

- Dlaczego?   -   spytał   Flawiusz   z   pokorą   godną   rzymskiego   senatora.   -   Ten   człowiek 

bardzo mi się nie podoba… Ciągle się tu kręci. Nauczyciel miał rację.

- Już ja wiem swoje. - Usłyszałam echo stłumionego kobiecego śmiechu. Na bogów, jeśli 

chciałam   dostać   się   do   domu,   musiałam   zachować   zdrowy   rozsądek.   Rzuciłam   okiem   na 

Flawiusza. Nie słyszał żadnego śmiechu.

Był na to tylko jeden sposób.

- Chodźcie ze mną, wy wszyscy z pochodniami - zwróciłam się do czterech mężczyzn. - 

Flawiuszu, zostań tu z kapłanem i obserwuj moją rozmowę z tym człowiekiem. Ja go znam. 

Przyjdźcie tylko na moje wezwanie.

- Wcale mi się to nie podoba - oznajmił Flawiusz.

- Mnie również - dołączył się kapłan. - Pani, czekamy na ciebie w świątyni, i jest u nas 

dość strażników, którzy odprowadzą cię do domu.

- Nie   zawiedziecie   się   -   odparłam,   lecz   skierowałam   się   wprost   ku   odzianej   w   togę 

postaci, przemierzając kolejne dziedzińce, otoczona łuną pochodni.

Mężczyzna w todze zerwał się na równe nogi, odszedł kilka kroków od muru.

Stanęłam jeszcze na otwartym placu.

Musiał się zbliżyć. Nie zamierzałam zrobić ani kroku dalej. Cztery pochodnie syczały i 

background image

pełgały na lekkim wietrze. Było nas widać na całym forum. Stanowiliśmy tu najjaśniejszy punkt.

Mężczyzna podchodził z początku wolno, potem coraz szybciej. Światło padło na jego 

twarz. Rozsadzała go wściekłość.

- Lucjuszu - wyszeptałam - widzę cię, choć nie wierzę własnym oczom.

- Ja też nie. Co ty tu robisz?

- Jak to? - Zupełnie wybił mnie z równowagi.

- Nasza rodzina popadła  w niełaskę w Rzymie,  a ty dajesz przedstawienie  na środku 

antiocheńskiego rynku. Spójrz na siebie! Umalowana, uperfumowana, z włosami lśniącymi od 

olejków! Jak prostytutka.

- Lucjuszu!   -   zawołałam.   -   O   czym   ty   myślisz,   na   bogów?   Ojciec   nie   żyje!   Bracia 

zapewne też. Jak umknąłeś? Dlaczego nie cieszysz się na mój widok? Czemu nie zapraszasz 

mnie do siebie?

- Cieszyć się! - syknął. - My się tu ukrywamy, dziwko!

- Wy? Kto? Co z Antoniuszem? Co z Florą?

- Zamordowani,   Lidio,   a   jeżeli   nie   skryjesz   się   w   jakimś   cichym   zakątku,   gdzie   nie 

bywają rzymscy obywatele, też możesz pożegnać się z życiem. Jak mogłaś znaleźć się akurat 

tutaj   i  głosić   swoje   filozofie!   W   gospodach   wszyscy   o   tobie   mówią!   Do  tego   niewolnik   ze 

sztuczną nogą. Widziałem cię w południe, nie ma przez ciebie ani chwili spokoju. Niech cię 

porwą demony, Lidio!

Wyraz czystej, krystalicznej nienawiści.

Znów rozległo się wyraźne echo śmiechu. Naturalnie nie słyszał go. Tylko ja słyszałam.

- Gdzie twoja żona? Chcę się z nią zobaczyć! Weź mnie do siebie!

- Nie.

- Lucjuszu, jestem twoją siostrą. Chcę zobaczyć się z bratową. Masz rację. Głupio się 

zachowałam. Nie przemyślałam swojego postępowania. Jesteśmy tyle mil morskich od Rzymu. 

Nie przyszło mi do głowy…

- Właśnie, Lidio, nigdy nie myślisz o niczym rozsądnym ani praktycznym. Jak zwykle. 

Jesteś bezkompromisową marzycielką, a do tego idiotką.

- Co ja na to poradzę?

Otaksował wzrokiem niosących pochodnie.

Zmrużył  oczy.  Czułam jego nienawiść. Ojcze, obyś  nie widział tego z niebios ani ze 

background image

świata podziemnego. Własny brat życzy mi śmierci!

- Tak - rzekłam - cztery pochodnie na środku forum. Na dodatek człowiek ze sztuczną 

nogą   i   kapłan.   -   I   cicho   dodałam:   -   Nie   zapominaj   o   żołnierzach   przed   świątynią   Augusta. 

Uważaj. Jak ma się żona? Muszę się z nią zobaczyć. Przyjdę potajemnie. Na pewno ucieszy się, 

widząc mnie żywą, bo też kocham ją jak siostrę. Już nigdy nie podejdę do ciebie przy ludziach. 

Popełniłam karygodny błąd.

- Daj   spokój.   Siostro!   Ona   nie   żyje!   -   Znowu   rozejrzał   się   dookoła.   -   Wszyscy 

wymordowani. Nie rozumiesz? Odejdź ode mnie. - Odsunął się o kilka kroków, lecz postąpiłam 

za nim, otaczając go światłem.

- Kto z tobą jest? Kto uciekł? Kto jeszcze przeżył?

- Priscilla - odparł. - Mieliśmy szczęście, że czmychnęliśmy.

- Co? Kochanka? Przyjechałeś tutaj z kochanką? A dzieci, czy wszystkie nie żyją?

- Oczywiście, jakże by inaczej? Dzieci nie nadają się do ucieczki. Słuchaj, Lidio, daję ci 

jedną noc na wyniesienie się z tego miasta. Znalazłem tu sobie wygodną kwaterę i nie zniosę 

twojej obecności. Wyjedź z Antiochii. Wszystko jedno, lądem czy morzem - byleby cię tu nie 

było!

- Zostawiłeś żonę i dzieci na pewną śmierć? Przyjechałeś tutaj z Priscilla?

- A ty jak się tu znalazłaś, suko cuchnąca rują? Oczywiście nie miałaś dzieci, sławne 

jałowe łono naszej rodziny!

- Spojrzał na niosących pochodnie. - Wynoście się stąd! - krzyknął.

- Nie ruszajcie się z miejsca.

Położyłam dłoń na sztylecie. Poruszyłam mantylą tak, żeby dostrzegł błysk metalu.

Wyglądał na szczerze zaskoczonego, potem zdobył  się na upiorny, fałszywy uśmiech. 

Odrażające!

- Lidio, nigdy w życiu nie zrobiłbym ci krzywdy - powiedział, udając obrażonego. - Tylko 

martwię się o nas wszystkich. Otrzymałem wieści, że wszyscy zginęli. Co miałem robić, wracać i 

ginąć bez sensu?

- Kłamiesz. I nie nazywaj mnie już więcej suką w rui, jeśli nie chcesz zostać wałachem. 

Ktoś podszepnął ci, że trzeba brać nogi za pas! Albo ty nas wszystkich zdradziłeś.

Jaka szkoda, że nie miał więcej inteligencji, refleksu. Powinien był obrazić się, słysząc te 

potworne oskarżenia. Tymczasem on przechylił głowę i stwierdził:

background image

- Nie, to nieprawda. No, chodźmy. Odeślij tych ludzi, pozbądź się niewolnika i chodźmy 

do mnie. Priscilla cię uwielbia.

- To kłamczyni i rozpustnica! Jaki spokój ogarnął cię po moich zarzutach! Gdzie żar, z 

którym   mnie   przywitałeś?   Oskarżyłam   cię   o   wydanie   całej   rodziny   w   ręce  delatores,  

porzucenie żony i dzieci na pastwę gwardii pretoriańskiej. Jak możesz spokojnie słuchać takich 

słów?

- Czysta bzdura. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił.

- Cuchnie od ciebie wyrzutami sumienia. Spójrz na siebie. Powinnam cię zabić.

Cofnął się.

- Wynoś się z Antiochii! Nie obchodzi mnie, jak mnie osądzasz ani co musiałem zrobić 

dla ocalenia siebie i Priscilli. Zabieraj się z Antiochii!

Mojego osądu nie dało się wyrazić słowami. Nie wydano surowszego na żadną duszę.

Wycofał się i rozpłynął w ciemności, znikając, jeszcze zanim znalazł się pod portykiem. 

Nasłuchiwałam echa jego kroków.

- O nieba! - wyszeptałam. Zbierało mi się na płacz, gdy jednocześnie dłoń zaciskała się na 

sztylecie.

Odwróciłam się. Kapłan i Flawiusz stali o wiele bliżej, niż im nakazałam. Byłam zupełnie 

zbita z tropu. Nie wiedziałam, co począć.

- Chodźmy natychmiast do świątyni - odezwał się kapłan.

- Dobrze. Flawiuszu, chodź ze mną razem z nosicielami pochodni. Stań ze strażnikami 

przed świątynią i patrz, czy gdzieś nie kręci się ten człowiek.

- Kto to jest, pani? - zapytał Flawiusz, gdy szłam przed nimi w kierunku świątyni.

Ile   biło   od   niego   majestatu!   Wyglądał   zupełnie   jak   człowiek   wolny.   Tunikę   miał   z 

cienkiej wełny w złote paski, przepasaną złotym pasem i idealnie leżącą na piersiach. Nawet 

noga z kości słoniowej była wypolerowana. Byłam więcej niż zadowolona, ale czy miał przy 

sobie broń?

Mimo spokojnej powierzchowności strzegł mnie bardzo czujnie.

W swym nieszczęściu sama nie wiedziałam, jak odpowiedzieć na jego pytanie.

Plac   przemierzało   kilka   lektyk   niesionych   na   barkach   biegnących   niewolników   i 

otoczonych niewolnikami, którzy nieśli pochodnie. Nad całym tym ruchem unosiła się delikatna 

łuna. Ludzie spieszyli na kolacje lub prywatne uroczystości. Coś działo się w świątyni.

background image

Zwróciłam się do kapłana:

- Przypilnujesz niewolnika i pochodni?

- Tak, pani.

Noc   zapadła   na   dobre.   Wiał   słodki   wietrzyk.   Pod   długimi   portykami   zapalono   kilka 

latarni. Zbliżyliśmy się do palenisk bogini.

- Teraz muszę cię zostawić - powiedziałam. - Pozwalam ci na ochronę mej własności, jak 

to sam wymownie ująłeś, do śmierci. Nie ruszaj się od tych drzwi. Nie wyjdę stąd bez ciebie. Nie 

zabawię tam długo. W każdym razie nie mam takiego zamiaru. Masz może nóż?

- Tak, pani, lecz nie wypróbowany. Znalazłem go w twym dobytku, a gdy zaczęło robić 

się ciemno i nie wracałaś…

- Nie   opowiadaj   dziejów   świata   -   przerwałam.   -   Postąpiłeś   słusznie.   Prawdopodobnie 

zawsze będziesz tak postępował.

Odwróciłam się tyłem do placu i powiedziałam:

- Pokaż. Poznam, czy jest ostry, czy służy tylko do ozdoby. Gdy wyjął nóż z pochwy na 

przedramieniu, dotknęłam go palcem, z którego pociekła krew. Oddałam mu sztylet. Należał do 

ojca. Tak więc ojciec zapakował do kufrów zarówno swój majątek, jak i broń, bylebym tylko 

przeżyła!

Wymieniliśmy z Flawiuszem ostatnie, powolne spojrzenie.

Kapłan coraz bardziej się niecierpliwił.

- Wejdźmy już, pani.

Wprowadził mnie przez wysokie odrzwia do wnętrza, gdzie znalazłam się w towarzystwie 

kapłanek i kapłana, których poznałam po południu.

- Czy chcesz ode mnie czegoś? - spytałam. Zdyszałam się. Robiło mi się słabo. - Mam na 

głowie dużo spraw. Czy to nie może poczekać?

- Nie, pani, nie może! - pospiesznie zapewnił kapłan. Poczułam przeszywający dreszcz, 

jak gdyby ktoś mnie obserwował. W głębokich cieniach świątyni mogło się kryć wiele tajemnic.

- Dobrze - zgodziłam się. - Chodzi o te okropne sny, prawda?

- Tak - powiedział kapłan - choć nie tylko.

background image

6

Przeszliśmy do innej komnaty, w której paliło się jedno, przyćmione światło.

Pełgający płomień nie stanowił dobrego oświetlenia, tak że nie widziałam twarzy innych 

kapłanów   i   kapłanek.   Orientalna   ścianka   z   rzeźbionej   kości   słoniowej   oddzielała   koniec 

pomieszczenia i byłam pewna, że ktoś stoi za nią ukryty.

Jednak wszyscy tu zgromadzeni emanowali tylko łagodnością. Rozejrzałam się. Spotkanie 

z bratem przejęło mnie taką żałością, że nie znalazłam w sobie żadnych uprzejmych słów.

- Musicie   mi   wybaczyć   -   zaczęłam   -   ale   pewna   potworna   sprawa   zmusza   mnie   do 

pośpiechu.   -   Zaczynałam   obawiać   się   o   Flawiusza.   -   Proszę,   wyślijcie   na   zewnątrz   więcej 

strażników, żeby bronili mego niewolnika.

- Jak każesz, pani - odparł kapłan, którego znałam. - Prosimy,  usiądź i opowiedz raz 

jeszcze swą historię.

- Kto tam jest? - wskazałam na przesłonę. - Dlaczego się tam kryje? - Zachowywałam się 

bardzo nieuprzejmie i bez szacunku, lecz czułam narastający niepokój.

- To jeden z naszych  najpobożniejszych  wyznawców  - odparł kapłan,  który przedtem 

zaprowadził mnie do sanktuarium Izydy. - Często przychodzi modlić się w nocy i hojnie łoży na 

świątynię. Chce tylko usłyszeć, co mamy do powiedzenia.

Niespodziewanie wpadłam w szał na myśl, że zawiedli moje zaufanie. Nie wyjawiłam im 

swojego rzymskiego imienia, opowiedziałam jedynie o ostatnich wypadkach, ale świątynia była 

miejscem świętym.

Bardzo stropili się w swej łagodności.

Zza przesłony wyszła postać w todze, o wiele wyższa od mego brata, bardzo wysoka. 

Toga była ciemna, lecz klasycznego kroju. Twarz obcego ukryta była za materią. Widziałam 

jedynie usta.

Szepnął:

- Nie bój się. Po południu opowiedziałaś kapłanom i kapłankom o snach krwi.

- Uczyniłam   to   w   zaufaniu!   -   zawołałam   oburzona.   Nabierałam   podejrzeń,   gdyż 

opowiedziałam tym ludziom znacznie więcej.

Starałam przyjrzeć się postaci. Dostrzegałam w niej coś wyraźnie znajomego - głos, a 

raczej szept… jeszcze coś.

- Pani - odezwała się kapłanka, która wcześniej dodała mi tyle otuchy - opowiadałaś mi o 

background image

starożytnym,   legendarnym   kulcie,   któremu   się   sprzeciwiamy   i   który   potępiamy.   Kult   naszej 

Ukochanej Matki, który wiązał się niegdyś z ofiarami krwi. Mówiłam, że odżegnujemy się od 

takich spraw. I tak jest.

- Jednak - stwierdził kapłan - krąży po Antiochii ktoś, kto wypija ludzką krew z ofiar, 

które umierają. Następnie przed świtem zostawia ciała na stopniach naszej świątyni. - Westchnął. 

- Pandoro, powierzam ci oto wielką tajemnicę.

Całkowicie   zapomniałam   o   swoim   złym   bracie.   Czułam   na   karku   cuchnący   oddech 

gończego psa snów. Próbowałam się opanować. Przypomniał mi się głos w głowie: „To ja cię 

wezwałem”. Kobiecy śmiech.

- Nie, to śmiech kobiety - wymamrotałam.

- Pandoro?

- Mówicie, że po Antiochii krąży ktoś, kto pije ludzką krew.

- Nocą.   Nie   znosi   światła   dziennego   -   dodał   kapłan.   Ujrzałam   sen,   wschód   słońca, 

świadomość, że zginęłabym od jego promieni.

- Mówisz, że pijący krew, których widziałam we śnie, istnieją? - spytałam. - I jeden z nich 

tu jest?

- Ktoś chce przekonać nas, że w starych podaniach jest ziarno prawdy, ale nie wiemy kto. 

Patrzymy krzywo na władze rzymskie. Wiesz, co stało się w Rzymie. Opowiadasz o snach, w 

których promienie słońca cię zabijały, w których piłaś krew. Pani, nie zawiodłem twego zaufania. 

Ten   człowiek   -   wskazał   wysokiego   mężczyznę   -   umie   odczytać   starożytne   pismo.   Czytał 

podania. Twoje opowieści są z nimi zgodne.

- Słabo mi - powiedziałam. - Dajcie mi krzesło. Muszę wystrzegać się wrogów.

- Ochronię cię przed nimi - oznajmił tajemniczy mężczyzna w todze.

- Jak to? Nie wiesz nawet, kim są. Spod togi wydobył się niemy głos:

„Twój brat Lucjusz wydał całą rodzinę. Zrobił to z zazdrości wobec Antoniusza. Sprzedał 

wszystkich  dełatores  za   gwarantowaną   cenę,   równą   jednej   trzeciej   rodzinnego   majątku,   i 

wyjechał,   zanim   rozpoczęła   się   masakra.   Działał   w   porozumieniu   z   Sejanem   z   gwardii 

pretoriańskiej. Chce cię zabić”.

Byłam wstrząśnięta, ale nie mogłam poddać się tak od razu.

„Przemawiasz   jak   kobieta   -   odparłam   cicho.   -   Wprost   do   mych   myśli.   Zupełnie   jak 

kobieta, która mówiła w mej głowie: »To ja cię wezwałam«„.

background image

Wyczułam, że nim wstrząsnęłam, ale sama też opadłam na krzesło, jak gdyby zadano mi 

śmiertelny cios. Czyli ten człowiek wiedział wszystko na nasz temat. Lucjusz nas zdradził, a on o 

tym wiedział.

„Kim   jesteś?   -   rzuciłam   wysokiemu   mężczyźnie,   który   umiał   czytać   w   myślach.   - 

Czarodziejem?”

Bez odpowiedzi.

Kapłan i kapłanka, nie słysząc naszej rozmowy bez słów, ciągnęli swoją:

- Ten   pijący   krew,   Pandoro,   porzuca   przed   świtem   ofiary   na   stopniach   świątyni.   Na 

ciałach wypisuje ich krwią jakieś staroegipskie imię. Gdyby rząd się o tym dowiedział, mógłby 

pociągnąć nas do odpowiedzialności. Nasz kult nie polega na niczym takim.

- Zechcesz opowiedzieć nam - i naszemu przyjacielowi - raz jeszcze o swoich snach? 

Musimy chronić kult Izydy. Nie wierzyliśmy w te stare podania… dopóki nie zjawił się tamten i 

nie zaczął zabijać, po czym na ląd wysiadła piękna Rzymianka, która opowiedziała o podobnych 

zdarzeniach, rozgrywających się w jej snach.

- Co za imię wypisuje na ofiarach? - zapytałam. - Ten pijący krew. Izydy?

- Nic nie znaczące, zakazane, starożytne. Jedno z dawnych imion Izydy, nigdy przez nas 

nie używane.

- Jakie?

Żadne z nich, włącznie z milczącym, nie odpowiadało.

W   ciszy   pomyślałam   o   Lucjuszu   i   zebrało   mi   się   na   płacz.   Potem   ogarnęła   mnie 

nienawiść, głęboka nienawiść, taka jak na forum, gdy zobaczyłam jego tchórzliwą furię. Zdradził 

całą rodzinę. Słabość jest niebezpieczną cechą. Antoniusz i ojciec byli tacy silni.

- Pandoro - odezwał się kapłan - powiedz, czy wiadomo ci coś o tej istocie z Antiochii? 

Czy ci się śniła?

Myślałam o snach. Starałam się udzielić precyzyjnej odpowiedzi na to, co mówili mi ci 

ludzie ze świątyni. Odezwał się wysoki, chłodny Rzymianin:

- Pani Pandora nie wie nic o naszym pijącym krew wrogu. Mówi prawdę. Zna tylko sny, 

w których nie padały żadne imiona. Ogląda w nich wcześniejszą epokę dziejów Egiptu.

- Wielkie   dzięki,   dostojny   panie!   -   zawołałam   rozjuszona.   -   Jakim   to   sposobem 

wyciągnąłeś te wnioski?

- Odczytując twe myśli - odparł niewzruszony Rzymianin. - - Podobnie jak wtedy, gdy 

background image

mówiłem o zagrażających ci ludziach. Będę cię chronił przed bratem.

- Proszę bardzo! Może lepiej sama bym się tym zajęła? To do mnie należy wyrównanie z 

nim rachunków. Ale zostawmy moje  osobiste  nieszczęścia.  A ty wytłumacz  mi,  o genialny, 

dlaczego śnią mi się takie rzeczy? Użyj jakiejś pożytecznej magii. Bo widzisz, człowiek o twoich 

umiejętnościach powinien zatrudnić się w sądzie i wyręczać sędziów w rozstrzyganiu spraw. 

Czemu nie zostaniesz doradcą cesarza Tyberiusza?

Czułam,   naprawdę   czułam   zmieszanie   w   sercu   skrytego   Rzymianina.   I   znowu   tknęło 

mnie, że ja go skądś znam. Naturalnie nie pierwszy raz spotykałam się z czarną magią, astrologią 

i   wyroczniami,   ale   ten   człowiek   wymieniał   konkretne   imiona   -   Lucjusz,   Antoniusz. 

Zdumiewający wyczyn.

- Objaw mi, o tajemniczy, do jakiego stopnia moje sny odpowiadają temu, co czytałeś w 

starych pismach? A czy ten, który krąży po Antiochii i pije krew, jest śmiertelnikiem?

Milczenie.

Wytężałam wzrok, żeby ujrzeć Rzymianina wyraźniej, lecz bezskutecznie. Zanurzył się 

głębiej w mrok. Czułam, że puszczają mi nerwy. Chciałam zabić Lucjusza; nie miałam innego 

wyjścia.

Rzymianin oznajmił cicho:

- -   Ona   nie   wie   nic   o   pijącym   krew.   Powiedzcie,   co   wy   o   nim   wiecie   -   bo   istnieje 

możliwość, że to on zsyła na nią sny.

Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Kobiecy głos tak wyraźnie rozbrzmiewał mi przedtem 

w głowie: „To ja cię wezwałam”.

To dezorientowało Rzymianina; wyczuwałam jego zmieszanie w postaci nieznacznego 

drgania powietrza.

- Widzieliśmy   go   -   zaczął   kapłan.   -   Pilnujemy   go,   żeby   móc   na   czas   zabrać   tych 

nieszczęśników   sprzed   wrót   świątyni,   tak   aby   nikt   nie   mógł   obwinie   nas   o   te   czyny.   Jest 

poparzony,  poparzony na całym  ciele,  sczerniały.  To nie  może  być  człowiek.  To stary bóg, 

spalony niczym w jakimś piekle.

- Amon Ra - stwierdziłam. - Ale dlaczego on jeszcze żyje? Ja w snach umieram.

- Ach, to przerażający widok - odezwała się nagle kapłanka, jak gdyby nie mogła się już 

powstrzymać. - To nie może być człowiek. Przez poczerniałą skórę prześwitują kości. Jest słaby, 

tak samo jak ofiary. Ledwie trzyma się na nogach, a jednak potrafi wyssać krew z okaleczonych 

background image

dusz, do których się przypina. Odpełza w ciemność, jakby nie miał sił iść prosto.

Kapłan niecierpliwił się.

- Ale żyje - oznajmił. - Bóg, człowiek czy demon, jest żywy, a krew z jakiegoś słabeusza 

dodaje mu nieco sił. Jest jakby wzięty wprost ze starożytnych  legend, które ci się śniły. Ma 

długie włosy, jak starzy Egipcjanie. Oparzenia zadają mu wiele bólu. Rzuca klątwy na świątynię.

- Jakie klątwy?

- Myśli chyba, że bogini Izyda w jakiś sposób go zdradziła - wtrąciła się kapłanka. - 

Posługuje się staroegipskim. Z trudem go pojmujemy. Nasz przyjaciel i dobroczyńca z Rzymu 

tłumaczył nam jego słowa.

- Dosyć! - zawołałam. - Kręci mi się w głowie. Już nic nie chcę wiedzieć. Ten człowiek 

mówił prawdę. Nie znam tej poparzonej istoty. Nie wiem, dlaczego coś mi się śni. Zdaje mi się, 

że wizje zsyła na mnie kobieta. Być może jest to królowa, którą wam opisywałam, królowa na 

tronie i w okowach, która płacze z niewiadomego powodu.

- Nigdy nie widziałaś tego człowieka? - spytał kapłan.

- Nie - wyręczył mnie Rzymianin.

- A, znów olśniewasz nas swymi talentami - zwróciłam się do Rzymianina. - Cudownie! 

Dlaczego kryjesz się za togą? Czemu stoisz w odległości, z której cię nie widzę? Widziałeś tego 

pijącego krew?

- Cierpliwości - odparł z takim urokiem, że już żadne słowa nie chciały przejść mi przez 

gardło. Natarłam na kapłanów:

- Dlaczego nie zaczaicie się na tę czarną, poparzoną, słabą istotę? Słyszę w głowie głosy. 

Ale są to słowa kobiety,  która przestrzega mnie  przed niebezpieczeństwem.  Śmiech  kobiety. 

Chcę już odejść. Chcę iść do domu.  Czeka  mnie  pewne zadanie,  które musi  być  wykonane 

zręcznie. Trzeba iść.

- Będę cię chronił przed wrogiem - oświadczył Rzymianin.

- Coś takiego! Skoro potrafisz mnie ochronić i znasz mojego nieprzyjaciela, czemu nie 

zaczaisz się na tego pijącego krew? Schwytajcie go w siatkę gladiatora. Zanurzcie w nim trzy 

trójzęby.   Nawet   pięć,   jeśli   jesteście   w   stanie   go   utrzymać.   Wystarczy   przytrzymać   go   do 

wschodu słońca, promienie Amona Ra go unicestwią. Spłonie tak jak ja we śnie. A ty, czytający 

w myślach, dlaczego im nie pomożesz?

Urwałam zmieszana. Skąd we mnie taka pewność? Jak mogę tak swobodnie rzucać imię 

background image

Amona Ra, jak gdybym w niego wierzyła?

- Stworzenie wie, kiedy na nie czekamy - odparli kapłani. - Wie, kiedy jest u nas wysoki 

przyjaciel, i wtedy w ogóle nie przychodzi. Czuwamy cierpliwie, nabieramy przekonania, że już 

się więcej nie pojawi, i wtedy przybywa. Teraz przypłynęłaś ty ze swoimi snami.

Z   jaskrawym   błyskiem   powrócił   sen.   Byłam   mężczyzną.   Kłóciłam   się   i   klęłam.   Nie 

chciałam zrobić czegoś, co mi nakazano. Płakała jakaś kobieta. Szamotałam się z tymi, co chcieli 

mnie powstrzymać. Uciekając, nie przewidziałam jednak, że trafię do opustoszałego miejsca, 

gdzie nie znajdę żadnego schronienia.

Nie zwracałam uwagi na rozmowy pozostałych obecnych. Usłyszałam płaczącą kobietę ze 

snów,   skutą   królową,   która   również   piła   krew.   „Musisz   napić   się   ze   Źródła”   -   powiedział 

mężczyzna we śnie. I nie był on zwykłym mężczyzną. Ja też nie. Byliśmy bogami. Piliśmy krew. 

Z tego powodu zniszczyło mnie słońce. Siła potężniejszego boga. Pod polerowanym odłamkiem 

wspomnienia zaległo wiele warstw snu.

Opamiętałam się i zdałam sobie sprawę z obecności innych, gdy ktoś podał mi czarę 

wina. Napiłam się. Wino było wyśmienite, z Italii, natychmiast dodało mi sił, choć zarazem 

poczułam   znużenie.   Gdybym   się   jeszcze   napiła,   droga   do   domu   byłaby   zbyt   męcząca.   A 

potrzebowałam całej swojej siły.

- Zabierzcie  to - powiedziałam.  Spojrzałam  na kapłankę. - We śnie, jak ci mówiłam, 

byłam jednym z nich. Chcieli, bym napiła się krwi Królowej. Nazywali ją Źródłem. Mówili, że 

nie potrafi rządzić.

Kapłanka wybuchnęła płaczem i odwróciła się, kuląc wąskie ramiona.

- Byłam jednym z pijących krew - ciągnęłam. - Pragnęłam krwi. Słuchajcie, przecież nie 

jestem   zwolenniczką   krwawych   ofiar.   Czy   coś   wiecie?   Czy   bogini   Izyda   jest   gdzieś   w   tej 

świątyni, w okowach…

- Nie!   -   zawołał   kapłan.   Kapłanka   odwróciła   się   i   powtórzyła   pełne   przestrachu 

zaprzeczenie.

- W porządku, lecz  wspominaliście  o legendach,  że ona istnieje gdzieś  w materialnej 

postaci.   Co   sądzicie   o   tych   wszystkich   wypadkach?   Czy   przyzwała   mnie   tutaj   na   pomoc 

poparzonemu?   Dlaczego   mnie?   Co  ja  mogę   zrobić?   Jestem   śmiertelniczką.   Wspomnienia   ze 

snów o innym życiu nie wzmacniają przecież moich zdolności. Słuchajcie! Jak już mówiłam, w 

snach odzywa się głos kobiecy,  i to on mówił mi jakąś godzinę temu na forum: „To ja cię 

background image

wezwałam”, po czym zarzekał się, że nie dopuści, by mnie jej wykradziono. Potem zjawia się ten 

śmiertelnik, który wydaje mi się groźniejszy od wszystkiego, co rozgrywa się w mej głowie. Głos 

wewnętrzny   przestrzegł   mnie   przed   nim!   Nie   chcę   mieć   nic   wspólnego   z   waszą   tajemniczą 

egipską religią. Nie zamierzam oszaleć. To do was, do was wszystkich - zwłaszcza do tego 

uzdolnionego telepaty - należy odnalezienie tej istoty. Pozwólcie, że sobie pójdę.

Wstałam i skierowałam się do wyjścia z komnaty.

Za moimi plecami odezwał się łagodnym głosem Rzymianin:

- Czy naprawdę chcesz wyjść sama w noc, doskonale wiedząc, co cię czeka: nieprzyjaciel, 

który chce cię zamordować, a w snach wiedza, która może znęcić pijącego krew?

Była to ze strony wyniosłego mężczyzny taka zmiana tonu, tak gwałtowne przejście na 

wpół sarkastyczny język potoczny, że mało nie wybuchnęłam śmiechem.

- Idę do domu! - oświadczyłam  stanowczo. Wszyscy mnie prosili na różne sposoby i 

uderzając w różne tony.

- Zostań w świątyni.

- Nic z tego. Jeżeli sny powrócą, zapiszę je.

- Jak   możesz   być   tak   głupia?   -   odezwał   się   Rzymianin   z   arystokratycznym 

rozdrażnieniem. Można by pomyśleć, że jest moim bratem!

- To   niewybaczalna   impertynencja   -   odpaliłam.   -   Czy   czarodziejów   i   czytających   w 

myślach nie obowiązuje dobre wychowanie? - Rzuciłam okiem na dwoje kapłanów. - Kim jest 

ten człowiek?

Wyszłam, a oni podążyli za mną. Spiesznie skierowałam się ku drzwiom.

W świetle pochodni ujrzałam oblicze kapłanki.

- Wiemy tylko, że jest naszym przyjacielem. Wysłuchaj jego rad. Wyświadczył świątyni 

wiele dobrodziejstw. Przychodzi do nas czytać egipskie księgi, które tu trzymamy. Kupuje je, 

gdy tylko przywiozą je okręty. Jest mądry. Sama widzisz, że umie czytać w myślach.

- Obiecaliście mi eskortę.

„I ja będę przy tobie” - dotarł do mnie głos Rzymianina, choć nie wiedziałam skąd. Nie 

było go na pewno na wielkiej sali.

- Zamieszkaj w świątyni Izydy, a nie spotka cię żadna krzywda - zachęcał kapłan.

- Nie   nadaję   się   raczej   do   życia   w   świątyni   -   odparłam,   starając   się   nadać   swojemu 

głosowi ton wdzięczności i pokory. - Zwariowalibyście w ciągu tygodnia. Otwórz drzwi, proszę.

background image

Wymknęłam się na zewnątrz. Czułam się tak, jakbym wyszła z zasnutego pajęczynami 

korytarza w rzymską noc pomiędzy rzymskie kolumny i świątynie.

Zauważyłam, że Flawiusz przywarł do kolumny obok mnie i patrzył na schody. Czterej 

nosiciele pochodni zbili się w gromadkę, wszyscy bardzo zaniepokojeni.

Ujrzałam także mężczyzn, którzy wyglądali na strażników świątyni; stali oparci o wrota 

budowli.

- Pani, wracaj do środka - wyszeptał Flawiusz.

U stóp schodów dostrzegłam grupkę rzymskich żołnierzy w pełnym bojowym rynsztunku 

i   hełmach,   błyszczących   napierśnikach,   krótkich,   czerwonych   pelerynach   i   tunikach. 

Śmiercionośne miecze nieśli jak podczas bitwy. Hełmy z brązu połyskiwały w świetle ognisk 

płonących w koszach przed świątynią.

Bojowy rynsztunek w obrębie miasta. Brakuje tylko tarcz. Kto nimi dowodził?

Obok   dowódcy   stał   mój   brat   Lucjusz.   Włożył   swą   czerwoną   tunikę,   choć   nie   miał 

pancerza ani miecza. Przez lewe ramię przerzucił dwukrotnie złożoną togę. Był czysty, lśniły mu 

włosy, biła od niego władza pieniądza. Na przedramieniu niósł wysadzany klejnotami sztylet; 

drugi zatknął za pas.

Drżąc, wskazał na mnie.

- To ona - powiedział - jako jedyna umknęła przed nakazem Sejana. Knuli spisek na życie 

Tyberiusza, a jej jakimś sposobem udało się wykupić i uciekła z Rzymu!

Błyskawicznie otaksowałam wzrokiem żołnierzy. Dwóch młodzieńców z Azji, ale poza 

nimi wszyscy byli starymi Rzymianami; w sumie sześciu. O bogowie, czyżby wzięli mnie za 

Kirke?

- Wracaj do środka - poradził wierny, kochany Flawiusz.

- Szukaj azylu.

- Spokojnie, na to zawsze jest czas.

Dowódca,   a   od   niego   będzie   zależeć   najwięcej,   był   w   podeszłym   wieku,   starszy   od 

Antoniusza, choć młodszy od mego ojca. Miał gęste, siwe brwi i był idealnie ogolony.

Wojenne blizny obnosił z dumą, jedną na policzku, drugą na udzie. Był  wyczerpany. 

Potrząsał głową, jakby zaczerwienione oczy zachodziły mu mgłą.

Jego ręce były mocno opalone, a zarazem bardzo muskularne. Musiał uczestniczyć  w 

wielu wojnach.

background image

Lucjusz oznajmił:

- Cała rodzina została skazana. Egzekucję należy wykonać na miejscu!

Wybierałam strategię, jakbym była  samym  Juliuszem Cezarem. Natychmiast zabrałam 

głos, schodząc dwa stopnie:

- Jesteś legatem, nie mylę się? Musisz być taki zmęczony!

- Ujęłam jego rękę w swe dłonie. - Czy służyłeś pod rozkazami Germanika?

Przytaknął.

Pierwszy cios trafił celu.

- Moi bracia służyli pod Germanikiem na Północy. Antoniusz, najstarszy, widział marsz 

tryumfalny   i   był   w   takim   wieku,   że   opowiadał   nam   jeszcze   o   szczątkach   znalezionych   w 

Teutoburskim Lesie.

- Ach, pani, cóż to był za widok, cała armia wpadła w zasadzkę! Ciała porzucono na 

pastwę dzikich zwierząt.

- Dwaj moi bracia polegli w bitwie. Sztorm na Morzu Północnym.

- Pani, ludzkie oko nie widziało takiej tragedii, ale czy wydaje ci się, że barbarzyński bóg 

Thor mógłby wystraszyć Germanika?

- Nigdy. A przybyłeś tu wraz z generałem?

- Szedłem z nim wszędzie, od brzegów Elby na północy po południowy kraniec Nilu.

- To godne podziwu. Ale jesteś taki zmęczony, trybunie, wystarczy spojrzeć na ciebie, 

potrzebujesz   snu.   Gdzież   jest   sławny   gubernator   Gnejusz   Kalpurniusz   Pizon?   Czemuż   to 

uspokojenie miasta zajęło mu tak dużo czasu?

- Bo go tu nie ma, pani, i boi się wracać. Jedni mówią, że szykuje bunt w Grecji, inni, że 

ucieka w trwodze o własne życie.

- Przestań jej słuchać! - zawołał Lucjusz.

- W Rzymie też nie był zbyt lubiany - stwierdziłam. - Germanika kochali moi bracia i 

chwalił ojciec.

- Zaprawdę, gdyby dany nam był jeszcze jeden rok - zaledwie rok, pani - ugasilibyśmy na 

zawsze ogień buntu tego uzurpatora, króla Arminiusza! Nawet nie byłoby trzeba aż tyle czasu! 

Wspomniałaś Morze Północne. Tam także walczyliśmy.

- Tak, tak, w leśnym  gąszczu, a powiedz mi  jeszcze, panie, czy byłeś  przy tym,  gdy 

odnaleziono zaginiony sztandar legionów Warrusa? Czy prawdą jest to, co opowiadają?

background image

- Ach,   pani,   gdy   podniesiono   złotego   orła,   krzyki   i   lament   żołnierzy   przechodziły 

wszelkie wyobrażenie.

- Ta kobieta jest oszustką i zdrajczynią! - zawołał Lucjusz.

Natarłam na niego:

- Nie posuwaj się zbyt daleko! Nie mam już do ciebie cierpliwości. Znasz chociaż numery 

legionów Warrusa, które wpadły w matnię w Teutoburskim Lesie? Pewnie nie! Siódmy, ósmy i 

dziewiąty.

- Zgadza   się,   dokładnie   -   przytwierdził   legat.   -   A   mogliśmy   zmieść   te   plemiona   z 

powierzchni ziemi. Imperium sięgnęłoby Elby! Ale z jakiegoś powodu, którego nie wolno mi 

podawać w wątpliwość, cesarz Tyberiusz nas stamtąd odwołał.

- Hmm, a potem potępił waszego kochanego wodza za to, że ten wyruszył do Egiptu.

- Pani,   podróż   Germanika   do   Egiptu   nie   miała   na  celu   zdobycia   władzy.   Chodziło   o 

klęskę głodu.

- Tak, a mianowano go zwierzchnikiem Imperium Maius - dodałam.

- Mieliśmy z tego powodu tyle kłopotów. Nie sposób wyobrazić sobie obyczajów, morale 

tutejszych żołnierzy, ale nasz generał pracował nad tym, nawet nie zmrużył oka! Udał się tam 

natychmiast po usłyszeniu wieści o głodzie.

- A ty wraz z nim?

- Wszyscy, jego kohorty. W Egipcie z radością oglądał stare budowle. Ja również.

- Coś wspaniałego. Musisz opowiedzieć mi o Egipcie! Bo widzisz, jako córka senatora nie 

mogę tam jeździć równie swobodnie co ty. Z wielką ochotą…

- Dlaczego, pani? - spytał legat.

- Ona kłamie! - ryknął Lucjusz. - Cała jej rodzina została zamordowana!

- Z   bardzo   prostego   powodu,  trybunie   -   odparłam.   -  To   żadna   tajemnica   państwowa. 

Rzym jest tak uzależniony od dostaw zboża z Egiptu, że cesarz nie chce, aby kraj ten znalazł się 

pod kontrolą potężnego zdrajcy.  Ty na pewno również wyrosłeś  w atmosferze strachu przed 

kolejną wojną domową.

- Zawierzyłem swym wodzom.

- Bardzo słusznie. A Germanik odwzajemniał się wam lojalnością, nieprawdaż?

- Jak najbardziej. Ach, Egipt! Widzieliśmy takie świątynie i posągi…

- Śpiewające posągi?  - pytałam.  - Widzieliście  kolosalne  figury kobiety i mężczyzny, 

background image

które zawodzą w promieniach wschodzącego słońca?

- Słyszałem   to,   pani   -   odparł,   gorliwie   kiwając   głową.   -   Słyszałem   ten   dźwięk! 

Czarodziejski. Egipt jest pełen magii.

- Hmm… - Przebiegł mnie dreszcz. Stłumiłam go. W mgnieniu oka ujrzałam mieszaninę 

dwóch obrazów: wysokiego Rzymianina w todze i poparzonej, przebiegłej istoty! Myśl jasno, 

Pandoro!

- A w świątyni Ramzesa Wielkiego - ciągnął legat - jeden z kapłanów odczytywał napisy 

na ścianie. Wszystko o zwycięstwach i bitwach. Zaśmiewaliśmy się, bo w gruncie rzeczy nic się 

nie zmienia, pani.

- A   wierzysz   w   te   pogłoski   o   gubernatorze   Pizonie?   Czy   możemy   o   nich   spokojnie 

mówić, jak gdybyśmy nie dawali im wiary?

- Tutaj wszyscy nim gardzą! - zawołał legat. - Był najzwyczajniej w świecie kiepskim 

wodzem!   Agrypina   starsza,   ukochana   żona   Germanika,   płynie   do   Rzymu   z   prochami   męża. 

Oficjalnie oskarży gubernatora przed senatem!

- To dowód wielkiej odwagi, ale tak być powinno. Jeśli rodziny osądza się bez procesu, to 

żyjemy pod władzą tyrana, nieprawdaż? Zgadzasz się z tym, nasz drogi szaleńcu?

Lucjusza zatkało. Był cały czerwony.

- A w Teutoburskim Lesie - mówiłam łagodnie - tej ponurej arenie naszej zagłady, czy 

widziałeś rozproszone kości legionistów?

- Grzebałem je własnymi rękami, pani! - Legat uniósł spracowane, pokryte pęcherzami 

dłonie. - Bo jak odróżnić, które kości są nasze, a które ich? I, pani, stała tam jeszcze platforma 

tego tchórzliwego, zdradzieckiego króla. To z niej ten obrzydliwy, długowłosy tępak zarządził 

złożenie pogańskim bogom ofiary z naszych ludzi.

Towarzyszyło tym słowom kiwanie głowami i podniosłe pomruki ze strony pozostałych 

żołnierzy.

- Byłam jeszcze mała, gdy nadeszły wieści o zasadzce na Warrusa, ale pamiętam naszego 

boskiego cesarza Augusta - jak zapuścił włosy na znak żałoby,  jak uderzał głową w ścianę, 

wołając: „Warrusie, oddaj moje legiony!”

- Naprawdę widziałaś go w takim stanie?

- Ach, po wielekroć, pamiętam też, jak jednego wieczoru dzielił się swoimi myślami - że 

imperium nie powinno rozrastać się dalej.

background image

- Zatem cesarz August tak powiadał! - zawołał zafascynowany legat.

- On o was dbał - dodałam. - Ile lat spędziłeś w polu? Masz chociaż żonę?

- Ach, jak ja bym chciał znaleźć się w domu - westchnął legat. - Zwłaszcza po śmierci 

generała. Moja żona ma siwe włosy,  tak samo jak ja. Widuję ją, gdy odbywamy w Rzymie 

parady.

- Właśnie, za republiki przymusowa służba wojskowa trwała sześć lat, a teraz, no, ile? 

Dwanaście lat? Dwadzieścia? Ale jak ja mogę krytykować Augusta, którego kochałam jak ojca i 

wszystkich nieżyjących braci?

Lucjusz prze wąchał, na co się zanosi. Zapluwał się, mówiąc:

- Trybunie, przeczytaj mój list żelazny! Przeczytaj! Legat miał już tego wyraźnie dosyć.

Brat wznosił się na szczyty retoryki, które nie były zbyt oszałamiające:

- Ona   kłamie.   Została   skazana   na   śmierć.   Jej   rodzina   nie   żyje.   Byłem   zmuszony 

świadczyć przeciwko nim przed Sejanem, bo chcieli zamordować samego Tyberiusza!

- Wydałeś własną rodzinę? - spytał żołnierz.

- Ach, nie trać dla niego swoich cennych sił - wtrąciłam się. - Ten człowiek prześladuje 

mnie cały dzień. Dowiedział się, że jestem kobietą samotną i dziedziczką, więc wydaje mu się, że 

żyjemy   na   jakimś   niecywilizowanym   krańcu   imperium,   gdzie   bez   dowodów   może   wnieść 

oskarżenie przeciwko córce senatora. Drogi szaleńcu, posłuchaj mnie tylko. Juliusz Cezar nadał 

Antiochii prawa miejskie niecałe sto lat temu. I, o ile się nie mylę, stacjonują tutaj legiony?

Rzuciłam okiem na legata.

Ten przygwoździł groźnym wzrokiem mojego trzęsącego się brata.

- Co to za list żelazny? - spytałam. - Jest chociaż opatrzony imieniem Tyberiusza?

Legat wyrwał pismo z ręki Lucjusza, który nie zdążył nawet zareagować, i podał zwój 

mnie. Musiałam zdjąć rękę ze sztyletu, żeby rozwinąć glejt.

- A, Sejan z gwardii pretoriańskiej!  Wiedziałam.  Cesarz zapewne nic nie wie o całej 

sprawie. Trybunie, czy wiesz, że straż pałacowa zarabia półtora raza tyle co legioniści? Do tego 

dochodzą ci delatores, których zachęca się do rzucania oskarżeń, przyrzekając im jedną trzecią 

majątku skazanych!

Legat   bacznie   lustrował   mego   brata,   którego   każda   wada   wychodziła   teraz   na   jaw: 

tchórzliwa postać, drżące ręce, rozbiegane oczka, narastająca wściekłość wyrażana wydymaniem 

warg.

background image

Zwróciłam się do Lucjusza:

- Czy zdajesz sobie sprawę, szaleńcze, kimkolwiek jesteś, o co prosisz tego zaprawionego 

w bojach i mądrego oficera rzymskiego? A gdyby uwierzył w twoje niestworzone kłamstwa? Jak 

będzie wyglądał, gdy nadejdzie list z Rzymu z zapytaniem o moje położenie i rozporządzenie 

majątkiem?

- Panie, ta kobieta jest zdrajczynią! - ryknął Lucjusz. - Klnę się na honor…

- Jakiż to honor? - zapytał żołnierz, przygważdżając Lucjusza wzrokiem.

- Gdyby w Rzymie doszło do tego - powiedziałam - że rodzin tak starych jak moja można 

byłoby   pozbywać   się   w   sposób,   o   jaki   prosi   ten   człowiek,   to   jak   wdowa   po   Germaniku 

ośmieliłaby się stawać przed senatem i prosić o sąd?

- Wszyscy zabici - mówił brat, który upadał coraz niżej w swej wyniosłości, jak gdyby 

przestał kontrolować własne słowa - co do jednego, ponieważ brali udział w spisku na życie 

Tyberiusza. Mnie wydano list żelazny i pozwolono na wyjazd za to, że na nich doniosłem, jak 

nakazywał obowiązek, do delatores i Sejana, z którym osobiście rozmawiałem!

Legat powoli zaczynał orientować się w sytuacji.

- Panie   -   zwróciłam   się   do   Lucjusza   -   czy   masz   przy   sobie   jakiś   jeszcze   dokument 

określający, kim jesteś?

- Niczego więcej nie potrzebuję! - odpalił Lucjusz. - Czeka cię śmierć.

- Tak jak twego ojca? - zainteresował się legat. - I żonę? Miałeś dzieci?

- Wsadźcie ją do więzienia i napiszcie pismo do Rzymu! - zażądał Lucjusz. - Przekonacie 

się, że mówię prawdę!

- A gdzie będziesz bawił, nieznajomy, gdy ja będę w więzieniu? Zajmiesz się łupieniem 

mego domu?

- Ty   dziwko!   -   ryknął   Lucjusz.   -   Nie   widzicie,   że   to   wszystko   kobiece   podstępy   i 

mydlenie oczu?!

Żołnierze osłupieli, na twarzy legata malowała się odraza. Stanął przy mnie Flawiusz.

- Oficerze - zapytał z miarkowaną przez godność wściekłością - co mogę w imieniu swej 

pani uczynić z tym szaleńcem?

- Jeszcze raz użyjesz takich słów, mój panie - oznajmiłam twardo Lucjuszowi - a stracę 

cierpliwość.

Legat ujął Lucjusza pod rękę. Dłoń tamtego powędrowała ku sztyletowi.

background image

- Kim   ty   właściwie   jesteś?   -   zapytał   legat.   -   Może   jednym   z  delatores?  Mówisz,   że 

wydałeś całą rodzinę?

- Trybunie - odezwałam się, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu - korzenie mej rodziny 

sięgają czasów Romulusa i Remusa. Nikt w Rzymie nie może się z nami porównać. To samo 

odnosi   się   do   matki,   która   sama   również   była   córką   senatora.   Ten   człowiek   mówi…   coś 

okropnego.

- Zgadzam się - powiedział legat, marszcząc czoło i przyglądając się Lucjuszowi. - Gdzie 

masz tu przyjaciół, towarzyszy; gdzie mieszkasz?

- Nie możecie mi nic zrobić! - krzyknął Lucjusz.

Legat spojrzał groźnie na rękę Lucjusza zaciśniętą na rękojeści sztyletu.

- Chciałeś użyć go przeciwko mnie!

Lucjusza zamurowało.

- Po co przyjechałeś do Antiochii? - natarłam na brata. - Czyżbyś przywiózł truciznę, od 

której zginął Germanik?

- Aresztujcie ją! - zawołał Lucjusz.

- Nie, sama nie wierzę w to, co mówię. Nawet Sejan nie powierzyłby takiego zadania 

drobnemu opryszkowi! Mów, co jeszcze łączy cię z naszą rodziną prócz tego listu żelaznego, 

który, jak twierdzisz, wyszedł spod pióra Sejana?

Lucjusz był zupełnie zdezorientowany.

- Ja z pewnością nie mam przy sobie niczego, co łączyłoby mnie z twymi krwawymi 

legendami i opowieściami - oznajmiłam.

Przerwał mi legat:

- Nic, co łączyłoby cię z tym nazwiskiem? - Wziął ode mnie zwój z żelaznym listem.

- Zupełnie  nic, poza tym  szaleńcem,  który stoi tutaj  i opowiada niestworzone rzeczy, 

chcąc   wmówić   całemu   światu,   że   nasz   cesarz   postradał   zmysły.   Tylko   on   kojarzy   mnie   z 

krwawym spiskiem, na który nie ma dowodów ani potwierdzenia, i obrzuca mnie obelgami.

Legat zwinął list żelazny.

- A jaki jest cel twego pobytu u nas, pani? - zapytał szeptem.

- Żyć w ciszy i spokoju - odparłam cicho. - Żyć bezpiecznie pod pewną tarczą rzymskiej 

władzy.

Przekonałam się nareszcie, że odniosłam w tej bitwie zwycięstwo. Lecz trzeba je było 

background image

jeszcze przypieczętować. Podjęłam kolejne ryzyko.

Powoli wyciągnęłam z pochwy sztylet.

Lucjusz   natychmiast   odskoczył.   Wyciągnął   sztylet   i   rzucił   się   na   mnie.   Otrzymał 

błyskawiczne pchnięcia legata i co najmniej dwóch żołnierzy.

Zawisł   na   ostrzach   ich   sztyletów,   wytrzeszczył   oczy   i   zaczął   się   rozglądać,   chciał 

wydobyć głos, ale usta zalewała mu krew. Uczynił jeszcze jeden wysiłek, żeby coś powiedzieć. 

Jednak gdy żołnierze wyszarpnęli ostrza z jego ciała, zwinął się wpół i padł u stóp schodów.

Dzięki bogom mój brat Lucjusz nie żył.

Spojrzałam na niego i pokręciłam głową.

Legat popatrzył na mnie. Nadeszła przełomowa chwila, z czego zdawałam sobie sprawę.

- Co odróżnia nas, trybunie - zaczęłam - od długowłosych barbarzyńców Północy? Czy 

nie prawo? Prawo pisane? Tradycyjne? I sprawiedliwość? Mężczyzn i kobiety pociąga się do 

odpowiedzialności za ich czyny.

- Tak, pani.

- Bo wiesz, legacie - ciągnęłam pełnym szacunku tonem, wpatrując się w kupę mięsa, 

krwi i kości, leżącą na kamieniach - widziałam cesarza Augusta w dniu jego śmierci.

- Naprawdę?

- Gdy  było   pewne,   że   umrze,   zebrało   się   wokół   niego   grono   najbliższych   przyjaciół. 

Chciał   tym   sposobem   uciszyć   krążące   po   mieście   pogłoski,   które   mogły   doprowadzić   do 

zamieszek. Posłał po lusterko i uczesał włosy. Leżał wsparty godnie na poduszkach. Zadał nam, 

wchodzącym,  takie  pytanie:  Czy naszym  zdaniem  dobrze zagrał  swą rolę w  komedii  życia? 

Myślałam sobie: co za odwaga! Potem zażartował, powtarzając stary werset, który wypowiadają 

aktorzy po zakończeniu przedstawienia teatralnego:

Jeślim was uszczęśliwił, o proszę, okażcie

Swą wdzięczność ciepłym pożegnaniem.

Mogłabym o tym jeszcze opowiadać, ale…

- Tak, prosimy - powiedział legat.

- Niech i tak będzie. Podobno August mówił o swym wybranym następcy, Tyberiuszu: 

„Nieszczęsny Rzym, żuty powoli przez te szczęki żółwia!”

background image

Legat uśmiechnął się.

- Ale nie było innych kandydatów - odparł szeptem.

- Dziękuję, trybunie, za całą okazaną pomoc. Czy pozwolisz, że zaproszę ciebie i twych 

żołnierzy na miłą kolację…

- Nie,   pani,   nie   dopuszczę,   by   mówiono,   że   ja   lub   któryś   z   tu   obecnych   został 

przekupiony. Czy wiesz coś więcej o tym zmarłym?

- Tylko tyle, trybunie, że jego ciało należy się rzece. Żołnierze gromko się roześmiali.

- Dobrej   nocy,   dostojna   pani   -   powiedział   trybun.   Ruszyłam   przez   zalegającą   forum 

ciemność wraz z ukochanym, jednonogim Flawiuszem, w otoczeniu pochodni.

Dopiero teraz zaczęłam się cała trząść. Ciało zlewał mi pot. Gdy zanurzyliśmy się w mrok 

wąskiego zaułka, odezwałam się:

- Flawiuszu, odpraw nosicieli pochodni. Nie ma powodu, żeby dowiadywali się, dokąd 

zmierzamy.

- Pani, nie mam żadnej latarni.

- Na niebie mnóstwo gwiazd, księżyc jest prawie w pełni. Spójrz! Poza tym idą za nami 

ludzie ze świątyni.

- Naprawdę? - dziwił się. Opłacił nosicieli, którzy pobiegli w stronę wylotu ulicy.

- Tak.   Jeden   z   nich   nas   obserwuje.   Zresztą   oświetlone   okna   i   światło   z   nieba 

wystarczająco ukazują drogę. Jestem zmęczona, taka zmęczona.

Szłam, przypominając sobie od czasu do czasu, że Flawiusz nie jest w stanie za mną 

nadążyć. Rozpłakałam się.

- Podziel się ze mną swoją wielką wiedzą filozoficzną - poprosiłam, nie zatrzymując się, 

zdecydowana powstrzymać łzy. - Dlaczego ludzie źli są tak niemądrzy? Dlaczego wielu z nich 

jest głupich jak osły?

- Pani, moim zdaniem źli ludzie są raczej inteligentni - odparł. - Ale nigdy nie widziałem, 

żeby ktoś, zły czy dobry, władał retoryką z wprawą, którą przed chwilą zademonstrowałaś.

- Cieszę się, że pojąłeś istotę całego zdarzenia. Retoryka. Pomyśleć tylko, że miał tych 

samych co ja nauczycieli, tę samą bibliotekę, tego samego ojca… - Załamał mi się głos.

Flawiusz   ostrożnie   otoczył   mnie   ramieniem,   którego   tym   razem   nie   odtrąciłam. 

Pozwoliłam się podtrzymywać. We dwoje szliśmy szybciej.

- Nie - podjęłam po chwili. - Większość nikczemników to zwykli idioci. Przekonuje mnie 

background image

o tym całe życie. Naprawdę chytry i zły człowiek trafia się rzadko. Powodem znacznej części 

nieszczęść   jest   partactwo.   Niedocenianie   bliźniego!   Popatrz,   co   dzieje   się   z   Tyberiuszem. 

Tyberiusz a gwardia. Patrz na tego przeklętego Sejana. Można rozsiewać ziarna nieufności tylko 

po to, by potem zgubić się na zarośniętym polu.

- Jesteśmy w domu, pani.

- Dzięki bogom, że go poznałeś. Nigdy bym nie powiedziała, że to ten.

Po chwili zatrzymał się i przekręcił klucz w zamku. Wszędzie unosił się odór moczu, jak 

to zwykle w zaułkach starożytnych miast. Lampa rzucała przyćmione światło na nasze drewniane 

drzwi. Blask skrzył się w strudze wody płynącej z głowy lwa w fontannie.

Flawiusz zastukał. Miałam wrażenie, że otwierające nam kobiety płaczą.

- A to co znowu? Jestem śpiąca. Proszę, zajmij się tym. Weszłam.

- Pani - zapiszczała  jedna z dziewcząt.  Nie pamiętałam,  jak ma  na imię.  - Ja go nie 

wpuściłam. Przysięgam, że nie odsunęłam zasuwy. Nawet nie mam klucza do bramy. Wszystko 

już przygotowałyśmy na pani powrót! - Szlochała.

- O czym ty w ogóle mówisz?

Ale   już   wiedziałam.   Dostrzegłam   kątem   oka.   Odwróciłam   się   i   zobaczyłam   bardzo 

wysokiego Rzymianina siedzącego w nowo urządzonym salonie. Siedział spokojny, założywszy 

nogę na nogę, na pozłacanym, drewnianym krześle.

- Wszystko dobrze, Flawiuszu - powiedziałam. - Ja go znam.

Rzeczywiście   znałam.   Był   to   Mariusz.   Wysoki   Mariusz   z   plemienia   Keltoi.   Mariusz, 

który   oczarował   mnie   w   dzieciństwie.   Mariusz,   którego   niemal   rozpoznałam   w   świątynnym 

mroku.

Wstał na mój widok.

Podszedł do mnie, gdy tkwiłam w ciemności na brzegu atrium, i wyszeptał:

- Moja piękna Pandora!

background image

7

W ostatniej chwili powstrzymał się, żeby mnie nie dotknąć.

- Ach, proszę. - Chciałam go pocałować, lecz odsunął się. W pomieszczeniu paliły się tu i 

ówdzie lampy. Korzystał z gry światłocienia. - Mariusz, oczywiście Mariusz. Wyglądasz, jakbyś 

nie postarzał się ani o dzień od chwili, gdy widziałam cię jako mała dziewczynka. Twarz ci 

promienieje,   a   oczy…   co   za   piękne   oczy.   Chętnie   wyśpiewałabym   te   pochwały   przy 

akompaniamencie liry.

Flawiusz dyskretnie się wycofał, zabierając ze sobą niespokojne dziewczęta. Uczynił to 

wszystko bezszelestnie.

- Pandoro - rzekł Mariusz - bardzo bym chciał wziąć cię w ramiona, lecz z pewnych 

względów nie mogę, a tobie nie wolno mnie dotykać, i nie dlatego, że nie mam na to ochoty, ale 

dlatego, że nie wiesz, kim jestem. To, na co patrzysz, nie jest młodzieńczym wyglądem; jest to 

coś   tak  odległego  od  obietnic   młodości,   że  sam   dopiero  zaczynam   ogarniać   skalę  własnych 

męczarni.

Ni stąd, ni zowąd odwrócił głowę. Uniósł rękę, nakazując milczenie i cierpliwość.

- Ta istota tu krąży - rzekłam. - Poparzony, który pije krew.

- Nie myśl teraz o swoich snach - zwrócił się do mnie - lecz o młodości. Pokochałem cię, 

gdy miałaś dziesięć lat. Gdy miałaś ich piętnaście, błagałem ojca o twą rękę.

- Naprawdę?   Nigdy   mi   o   tym   nie   wspomniał.   Raz   jeszcze   odwrócił   wzrok.   Pokręcił 

głową.

- Poparzony - powiedziałam.

- Tego   się   obawiałem.   Szedł   twoim   śladem   od   świątyni!   Jestem   głupcem!   Wpadłem 

wprost w jego zasadzkę, ale nie jest taki sprytny, jak mu się zdaje.

- Mariusz, czy to ty zsyłałeś na mnie sny?

- Nie, ależ skąd! Zrobiłbym wszystko, co w mej mocy, by uchronić cię przed samym 

sobą.

- I przed starymi podaniami!

- Nie ufaj tak bardzo swej inteligencji, Pandoro, choć nie zawiodła cię w poczynaniach z 

Lucjuszem i dostojnym legatem. Ale nie rozmyślaj zanadto o… o snach. Sny nie mają znaczenia, 

mijają.

- Czyli pochodziły od niego, tego potwornego, poparzonego zabójcy?

background image

- Sam nie wiem! Nie rozmyślaj o tych obrazach. Nie karm ich siłą swego umysłu.

- On czyta w myślach - zauważyłam. - Tak samo jak ty.

- Tak.   Ale   możesz   ukryć   myśli.   To   taka   sztuczka.   Możesz   się   jej   nauczyć.   Możesz 

chodzić z duszą zamkniętą w głowie jak w metalowym pudełku.

Zorientowałam się, że bardzo cierpi. Bił od niego przepastny smutek.

- Nie można do tego dopuścić! - upierał się.

- Do czego, Mariuszu? Mówisz o kobiecym głosie, o…

- Nie, cicho.

- Nie chcę! Muszę dotrzeć do sedna!

- Słuchaj mnie! - Postąpił krok naprzód i znów wyciągnął rękę w moją stronę, jakby 

chciał mnie uścisnąć niczym ojciec, jednak nie uczynił tego.

- Nie, najpierw musisz mi o wszystkim opowiedzieć - odparłam.

W   osłupienie   wprawiała   mnie   biel   jego   skóry,   jej   nieskazitelna   doskonałość.   Znów 

uderzyła mnie promienność spojrzenia. Nieludzka.

Dopiero teraz docierało do mnie, jak wspaniałe miał włosy. Rzeczywiście przypominał 

Keltoi,   swych   przodków.   Włosy  opadały   mu   na  ramiona,   były   jak   płynne   złoto,   nieco   zbyt 

lśniące, żółte jak zboże, pełne miękkich kędziorów.

- Spójrz na siebie! - wyszeptałam. - Ty nie żyjesz!

- To nieprawda, rozejrzyj się po raz ostatni, bo zaraz stąd odejdziesz.

- Co? Ostatni raz? - powtórzyłam. - Co ty wygadujesz? Dopiero przyjechałam, mam plany 

na przyszłość, pozbyłam się brata. Nigdzie się nie ruszę. Chciałeś przez to powiedzieć, że mnie 

zostawiasz?

Na jego twarzy rozgrywała się straszna walka, malowała się odważna prośba, jakiej nie 

widziałam   na   obliczu   żadnego   mężczyzny,   nawet   ojca,   który   działał   sprawnie   w   tamtych 

ostatnich chwilach w domu, jak gdyby zależało mu tylko i wyłącznie na posłaniu mnie w pewnej 

ważnej sprawie.

Oczy Mariusza były przekrwione. Płakał, i od tego bolały go oczy!  Nie! Były to łzy 

podobne do łez majestatycznej królowej we śnie, przykutej do tronu i płaczącej, a łzy plamiły jej 

policzki, szyję i płótno odzienia.

Nie   chciał   się   do   tego   przyznać.   Potrząsnął   głową,   choć   wiedział,   że   jestem   o   tym 

przekonana.

background image

- Pandoro, gdy zobaczyłem, że to ty - powiedział - gdy przyszłaś do świątyni i okazało 

się,   że   śnisz   o   krwi,   jakbym   dostał   obuchem   w   głowę.   Muszę   cię   stąd   zabrać,   z   dala   od 

niebezpieczeństw.

Wyrwałam   się   spod   jego   uroku,   z   aury   urody.   Przypatrywałam   mu   się   na   chłodno, 

słuchając jego słów i przyglądając mu się, od błysku w oku po sposób, w jaki gestykulował.

- Musisz natychmiast opuścić Antiochię - orzekł. - Zostanę tu z tobą na noc. Za dnia 

weźmiesz wiernego Flawiusza i dziewczęta, one są uczciwe, zabierz całą trójkę ze sobą. Jeżeli 

oddalisz   się   stąd   za   dnia,   ta   istota   nie   będzie   mogła   cię   śledzić.   Nie   mów   mi   teraz,   dokąd 

zamierzasz  wyjechać.  Możesz  zaplanować  wszystko  nazajutrz w  porcie.  Masz  wystarczająco 

dużo pieniędzy.

- To tobie coś się śni, Mariuszu; nigdzie nie jadę. Przed czym właściwie mam uciekać? 

Przed łkającą królową na tronie? Czy szukającym ofiary poparzonym? Jej wezwania wędrują 

przez wiele mil morskich i dosięgają mnie. Przestrzega mnie przed złym bratem. Poparzonego 

mogę się z łatwością pozbyć. W ogóle się go nie boję. Znam go ze snów, wiem, że zraniło go 

słońce, i własnoręcznie przyprę go do muru w jego promieniach.

Stał milczący, przygryzał wargi.

- Zrobię to dla królowej ze snu, zemszczę się w jej imieniu.

- Pandoro, błagam cię.

- Na próżno. Myślisz, że przepłynęłam taki szmat drogi, żeby znowu brać nogi za pas? A 

głos kobiety…

- Skąd wiesz, że była to królowa, która ci się śniła? W mieście mogą być inni pijący krew. 

Mężczyźni, kobiety. Wszystkim zależy na tym samym.

- A ty się ich obawiasz?

- Nienawidzę ich! I muszę trzymać się od nich z daleka, nie dawać tego, czego chcą! Za 

nic w świecie.

- A, rozumiem.

- Nic   nie   rozumiesz!   -   przerwał,   patrząc   na   mnie   z   dziwnym   grymasem.   Taki   był 

zapalczywy i doskonały.

- Jesteś jednym z nich, Mariuszu. Jesteś cały. Nie poparzony. Potrzebują twej krwi dla 

zasklepienia ran.

- Jak coś takiego mogło przyjść ci do głowy?

background image

- W snach mówili o królowej „Źródło”.

Rzuciłam się na niego i uwięziłam w ramionach! Był potężny, silny jak drzewo. Nigdy 

nie widziałam u mężczyzny  tak twardych  mięśni.  Złożyłam  głowę na jego piersi. Czubkiem 

głowy dotykałam jego policzka, który był całkiem zimny!

Łagodnie otulił mnie ramionami, gładził po włosach, z których wyjął wszystkie spinki, aż 

spłynęły mi na plecy. Czułam pieczenie na całej skórze.

Twardy, taki twardy, ale bez śladu tętniącego życia. W delikatnych, słodkich gestach nie 

ma ciepła krwi.

- Kochana - powiedział - nie znam źródła twych snów, ale wiem jedno. Nie zagrożę ci ani 

ja, ani oni. Nie staniesz się częścią tej starej opowieści, która toczy się werset za wersetem 

niezależnie od biegu dziejów świata. Nie pozwolę na to.

- Wytłumacz   mi   to.   Nie   będę   ci   pomagać,   dopóki   wszystkiego   nie   wyjaśnisz.   Znasz 

źródło cierpienia królowej ze snu? Jej łzy wyglądają jak twoje. Patrz. Krew. Brudzisz sobie 

tunikę! Czy królowa tu jest, czy mnie wezwała?

- Nie. Nie o to jej chodzi. Zresztą ja nie chciałem zrobić tego, o czym mówili ludzie ze 

snu.   Nie   chciałem   zaczerpnąć   ze   „Źródła”.   Uciekłem   i   dlatego   umarłem   na   pustyni.   A!   - 

Gwałtownie uniósł ręce.

I odstąpił ode mnie. Patrzył w mroczny perystyl. Drzewa były widoczne jedynie dzięki 

poświacie gwiazd. Ujrzałam łagodny blask w jadalni w przeciwległym końcu domu.

Spojrzałam na niego, jego potężne, proste plecy, na stopy, tak mocno stojące na mozaice. 

Lampy dodawały blasku jego blond włosom.

Słyszałam go, chociaż szeptał odwrócony do mnie tyłem:

- Jak mogło dojść do takiego idiotycznego zbiegu okoliczności?!

- Jakiego zbiegu okoliczności? - zapytałam stanowczo. Stanęłam obok niego. - Chodzi ci 

o   to,   że   jestem   w   Antiochii?   Powiem   ci,   jak   do   tego   doszło.   To   ojciec   zorganizował   moją 

ucieczkę, i dlatego…

- Nie, nie, nie o to mi chodzi. Chcę cię chronić, chcę, żebyś pozostała przy życiu, z dala 

od niebezpieczeństw, żebyś mogła rozkwitnąć tak, jak ci przeznaczono. Twe płatki nie są nawet 

osmalone po brzegach, spójrz na siebie, twoja śmiałość rozpala urodę! Brat nie miał szans wobec 

twej wiedzy i sztuki przemawiania. Do tego oczarowałaś i zniewoliłaś żołnierzy, nie wzbudzając 

w   nich   ani   razu   niechęci.   Czeka   cię   wiele   lat   życia!   Ale   muszę   wymyśleć   jakiś   sposób 

background image

zapewnienia ci bezpieczeństwa. Wszystko do tego się sprowadza. Musisz wyjechać z Antiochii 

za dnia.

- „Przyjaciel świątyni”, tak mówili o tobie kapłani. Twierdzili, że znasz stare pismo, że 

kupujesz wszystkie egipskie księgi, gdy tylko pojawią się w porcie. Dlaczego? Jeżeli poszukujesz 

królowej, szukaj jej przeze mnie, bo to ona mówi, że mnie wezwała.

- Ona nie przemawiała w snach! Nie wiesz, kto się w nich odzywał! A jeżeli sny rodzą się 

w twej wędrownej duszy? Jeżeli już kiedyś żyłaś?! Zjawiasz się w świątyni, po okolicy krąży 

jeden ze znienawidzonych starych bogów i jesteś w niebezpieczeństwie. Musisz oddalić się stąd, 

ode mnie i od rannego myśliwego, którego znajdę.

- Nie   mówisz   mi   wszystkiego!   Co   ci   się   przydarzyło?   Za   czyją   sprawą?   Skąd   twa 

cudowna promienność? Nie ma mowy o żadnej masce; jasność bije od wewnątrz.

- Na bogów, Pandoro, czy zdawało ci się, że będę dążył do skrócenia śmiertelnego życia i 

przedłużenia w nieskończoność losu, który by mnie czekał? - Cierpiał. Popatrzył na mnie, lecz 

wolał zachować milczenie, i uczułam emanujący z niego ból, samotność, która przez moment 

zdawała się nie do wytrzymania.

Napłynęła   fala   wspomnień   o   moich   własnych   męczarniach   z   poprzedniej   nocy,   gdy 

uderzyła mnie całkowita daremność wszystkich wyznań i religii, a dążenie ku dobremu życiu 

zdało się pułapką na głupców.

Nagle otoczył mnie ramionami, przyciskając do piersi i delikatnie ocierając policzek o 

włosy, całując po głowie. Jedwabisty, gładki, łagodny, nie do wyrażenia.

- Pandora, Pandora, Pandora - powtarzał. - Piękna dziewczynka wyrosła na wspaniałą 

kobietę.

Obejmowałam   twardy   posąg   najciekawszego   i   najbardziej   przykuwającego   uwagę 

mężczyzny, jakiego kiedykolwiek znałam i widziałam; tuliłam go i tym razem usłyszałam bicie 

serca, jego wyraźny rytm. Przyłożyłam ucho do jego piersi.

- Ach, Mariusz, gdybym tylko mogła złożyć głowę obok twojej. Gdybym mogła poddać 

się   twej   opiece.   A   ty   mnie   przepędzasz!   Nie   przyrzekasz   mnie   strzec,   nakazujesz   ucieczkę. 

Wędrówkę, więcej koszmarów, tajemnic i rozpaczy. Nie. Nie mogę.

Odsunęłam się od jego pieszczot. Czułam na włosach pocałunki.

- Nie mów, że cię już nigdy nie zobaczę. Niech ci się nie zdaje, że zniosę to tak samo jak 

wszystko, co się dotąd zdarzyło. Nie mam tu nikogo, aż znienacka zjawia się ten, który odcisnął 

background image

w mym dziewczęcym sercu znak tak głęboki, że szczegóły są równie wyraźne jak na drobnej 

monecie. I mówi mi, że muszę odejść, że już się nigdy nie zobaczymy.

Odwróciłam się.

W jego oczach paliła się żądza. Powściągnął ją jednak. Wyznał cicho, nieznacznie się 

uśmiechając:

- Ach,   jak   ja   cię   podziwiałem,   gdy   rozmawiałaś   z   legatem!   Już   myślałem,   że   sami 

obmyślicie plan podboju wszystkich plemion germańskich. - Westchnął. - Zasługujesz na dobre, 

bogate życie,  które zaspokoi twą duszę i ciało. - Zarumienił  się. Obrzucił spojrzeniem moje 

piersi, biodra, twarz. Zawstydzony, próbował ukryć żądzę.

- Czy jesteś wciąż mężczyzną? - spytałam.

Nie odpowiedział, ale przybrał lodowaty wyraz twarzy.

- Nigdy nie dowiesz się do końca, kim jestem! - oznajmił.

- Ale nie mężczyzną? Mam rację?

- Pandoro, świadomie się nade mną znęcasz. Dlaczego?

- Ta przemiana, wprowadzenie w grono pijących krew nie dodały ci ani cala wzrostu. Czy 

wzbogaciły cię pod innymi względami?

- Przestań, proszę.

- Pragnij mnie, Mariuszu. Powiedz, że mnie chcesz. Widzę to. Potwierdź to słowami. Tak 

wiele cię to kosztuje?

- Jesteś nieznośna! - Zaczerwienił się z wściekłości, zaciskając usta tak mocno, że aż 

zbielały. - Dzięki niech będą bogom, że cię nie pragnę! Przynajmniej nie na tyle, by zdradzać 

miłość dla krótkotrwałej i krwawej ekstazy.

- Ludzie ze świątyni nie wiedzą, kim w istocie jesteś, prawda?

- Nie!

- I nie chcesz otworzyć przede mną serca.

- Nigdy. Zapomnisz o mnie, sny przepadną. Założę się, że mogę sprawić to sam, poprzez 

modlitwy. Tak zrobię.

- Pobożna taktyka - stwierdziłam. - Jak zdobyłeś takie łaski u starożytnej Izydy, która piła 

krew i była Źródłem?

- Nie wypowiadaj tych słów; to same kłamstwa. Nie wiesz przecież, czy królowa, którą 

widziałaś, była Izydą. Czego dowiedziałaś się w swych koszmarach? Pomyśl tylko. Dowiedziałaś 

background image

się, że królowa jest więźniem pijących krew i że ich przeklina. Byli źli. Pomyśl. Zapadnij z 

powrotem w sen. Rozważ to. Uważałaś ich za złych wtedy i nie zmieniłaś zdania. W świątyni 

wyczułaś zapach zła. Wiem o tym. Nie spuszczałem cię z oczu.

- Tak. Ale ty nie jesteś zły, Mariuszu, nie zdołasz mnie o tym przekonać. Masz ciało jak z 

marmuru, pijesz krew, lecz nie jesteś demonem, przypominasz raczej boga, ale nie złego!

Chciał zaprotestować, lecz znowu urwał. Patrzył kątem oka w stronę ogrodu, odwrócił 

głowę i spojrzał na dach perystylu.

- Czy zbliża się świt? - spytałam. - A z nim promienie Amona Ra?

- Jeszcze   nie   widziałem   człowieka,   który   doprowadzałby   mnie   do   takiego   szału!   - 

wykrzyknął.   -   Gdybym   się   z   tobą   ożenił,   szybko   posłałabyś   mnie   do   grobu.   I   byłoby   mi 

oszczędzone to wszystko!

- Co wszystko?

Zawołał Flawiusza, który czuwał cały czas w pobliżu i nasłuchiwał.

- Flawiuszu,   ja   odchodzę.   Muszę.   Ale   ty   jej   strzeż.   Zjawię   się   tu   natychmiast   po 

zapadnięciu zmroku. Gdyby uprzedził mnie jakiś pokryty bliznami i przerażający osobnik, rzuć 

się  z mieczem   na  jego  głowę. Na  głowę,  zapamiętasz?  Zresztą  twoja pani  bez  wątpienia  ci 

dopomoże.

- Tak, panie. Czy musimy opuścić Antiochię?

- Licz się ze słowami, mój wierny Greku - wtrąciłam się. - To ja jestem twoją panią. 

Nigdzie nie wyjeżdżamy.

- Spróbuj ją do tego przekonać - powiedział Mariusz. Obrzucił mnie wzrokiem.

Zapadło dłuższe milczenie. Wiedziałam, że czyta mi w myślach. Przebiegł mnie dreszcz 

wspomnienia   o   snach   krwi.   Zobaczyłam,   jak   rozbłysły   mu   oczy.   Ożywił   się.   Zdjęta   grozą, 

odegnałam sen. Nie jestem przyzwyczajona do strachu.

- Wszystko jest ze sobą powiązane - odezwałam się - sny, świątynia, twoja tutaj obecność, 

ich prośby o pomoc. Kim jesteś, jakimś białym bogiem zesłanym na Ziemię, by polować na 

pijących krew? Czy królowa żyje?

- Jakże chciałbym stać się takim bogiem! - wykrzyknął.

- Gdybym tylko mógł! Jednego jestem pewien: nie powstaną już żadni pijący krew. Niech 

składają kwiaty na ołtarzu przed bazaltowym posągiem!

Podbiegłam do niego w nagłym przypływie miłości.

background image

- Zabierz mnie ze sobą tam, dokąd idziesz.

- Nie mogę! - Zamrugał, jak gdyby bolały go oczy. Nie mógł unieść głowy.

- To przez rodzące się światło, prawda? Jesteś jednym z nich!

- Pandoro, gdy tu przyjdę, bądź gotowa do drogi! I zniknął.

Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Nie było go już w mych objęciach, w moim salonie i 

domu.

Odwróciłam   się   i   wolnym   krokiem   obeszłam   pogrążone   w   półmroku   pomieszczenie. 

Spoglądałam na ścienne malowidła; radosne, tańczące postacie w wawrzynach i wieńcach z liści.

- Bachus i jego nimfy, tak przyzwoicie odziane, choć w tak hulaszczym towarzystwie.

- Pani - odezwał się Flawiusz - czy mogę trzymać w pogotowiu miecz, który znalazłem 

wśród twego dobytku?

- Tak, i dużo sztyletów. I ogień, nie zapomnij o ogniu. On boi się ognia. - Westchnęłam. 

Skąd   to   wiedziałam?   Po   prostu.   I   tyle.   -   Ale,   Flawiuszu   -   omiotłam   wzrokiem   pokój   -   on 

nadejdzie dopiero po zmroku. Noc dobiega końca. Możemy iść spać, gdy zobaczymy, że niebo 

się czerwieni. - Przyłożyłam rękę do czoła. - Próbuję sobie przypomnieć…

- Co, pani? - W porównaniu z Mariuszem nie wypadał bynajmniej gorzej. Był pięknym 

mężczyzną, tylko o innych proporcjach, za to o ciepłej, ludzkiej skórze.

- Czy sny przychodziły kiedykolwiek  za dnia?  Czy zawsze nocą?  Ach, jestem senna, 

wzywają mnie. Flawiuszu, zanieś światło do łaźni. Idę spać. Możesz czuwać?

- Tak, pani.

- Patrz, gwiazdy niemal już zbladły. Jak one się czują, Flawiuszu, podziwiane tylko w 

ciemnościach, gdy ludzie żyją przy lampach i świecach? Znane i opisywane jedynie w uciążliwej 

nocy, gdy dobiegną końca wszystkie dzienne sprawy!

- Jesteś zaprawdę najbardziej energiczną ze znanych mi kobiet. Jak szybko wymierzyłaś 

sprawiedliwość człowiekowi, który cię oskarżał! - Ujął mnie pod rękę i skierowaliśmy się do 

łożnicy, gdzie ubierałam się poprzedniego dnia rano.

Kochałam go. Takiego uczucia nie wzmocniłoby żadne, nawet najeżone przeszkodami 

życie.

- Nie będziesz spała w wielkim łożu w jadalni?

- Nie - odparłam.  - Tam dopełniają się obrzędy małżeńskie,  których  ja już nigdy nie 

zaznam. Chciałabym się wykąpać, lecz taka jestem senna.

background image

- Mogę zbudzić dziewczęta.

- Nie, idę spać. Masz przyzwoitą izbę?

- Tak. - Prowadził. Było jeszcze dość ciemno. Zdawało mi się, że słyszę jakiś szelest. 

Zorientowałam się, że to złudzenie.

I ujrzałam łóżko, obok niewielką lampę, a na nim wiele poduszek w stylu orientalnym. 

Miękkie, miękkie gniazdko, w które wpadłam niczym Persyjka.

I od razu zaczął się sen:

My,   pijący   krew,   staliśmy   w   ogromnej   świątyni,   zbudowanej   tak,   żeby   było   w   niej 

ciemno. Widzieliśmy ten mrok, tak jak niektóre zwierzęta, które muszą orientować się w nocy. 

Mieliśmy skóry z brązu, złota, może opalone. Wszyscy byliśmy mężczyznami.

Na podłodze leżała wyjąca królowa. Skórę miała białą. Nieskazitelnie białą. Długie włosy 

były czarne. Na głowie nosiła rogi i słońce! Koronę Izydy. Była boginią! Z każdej strony musiało 

przytrzymywać  ją pięciu pijących krew. Miotała głową, w oczach iskrzyło  się chyba  Boskie 

Światło.

- Jestem waszą królową! Nie możecie tak ze mną postępować! - Była olśniewająco biała; 

jej krzyki stawały się coraz bardziej rozpaczliwe. - Wielki Ozyrysie, wybaw mnie! Ocal mnie 

przed tymi bluźniercami! Uratuj przed tym, co bezbożne!

Stojący obok mnie kapłan szydził z niej.

Król siedział nieruchomo na tronie. Ona jednak nie modliła się do takiego króla. Ona 

błagała Ozyrysa skrytego.

- Trzymajcie ją mocniej.

Jeszcze dwóch przygwoździło jej kostki nóg.

- Pij! - nakazał mi kapłan. - Klęknij i napij się jej krwi. Na świecie nie ma potężniejszej 

krwi. Pij.

Cicho płakała.

- Potworne, demoniczne dzieci! - łkała.

- Nie chcę - zaoponowałam.

- Dalej! Musisz zaczerpnąć jej krwi!

- Ale nie wbrew jej woli. Nie w ten sposób. To nasza Matka Izyda!

- Jest naszym Źródłem i więźniem.

- Nie.

background image

Kapłan pchnął mnie do przodu. Przewróciłam go na ziemię.

Spojrzałam na nią.

Patrzyła   na   mnie   takim   samym   wzrokiem,   co   na   pozostałych.   Miała   delikatną   i 

wykwintnie   pomalowaną   twarz.   Furia   nie   zniekształcała   jej   rysów.   Mówiła   cichym   i 

przesyconym nienawiścią głosem.

- Wszystkich was zniszczę. Pewnego ranka wyrwę się wam i wejdę w światło słoneczne, 

gdzie wszyscy spłoniecie! Wszyscy spłoniecie! Jak ja płonę teraz! Bo jestem Źródłem! I moje zło 

spali się i zagaśnie w was na wieki. Chodź, nieszczęsne pisklę - zwróciła się do mnie - wypełnij 

ich rozkazy. Pij i czekaj mojej zemsty.

Bóg Amon Ra powstanie na wschodzie i pójdę do niego, jego śmiercionośne promienie 

mnie zabiją. Stanę się ofiarą z ognia, żeby was wszystkich unicestwić, was, którzy zrodziliście 

się   ze   mnie   i   przemieniliście   przez   moją   krew!   Chciwe,   kapryśne   bóstwa,   które   chętnie 

wykorzystałyby naszą moc dla własnych niecnych celów!

Wtedy   cały   sen   uległ   okropnej   przemianie.   Ona   wstała.   Była   nieskazitelnie   czysta   i 

przybrana   kwieciem.   Pochodnie   wokół   niej   wybuchały   płomieniem,   jedna,   druga,   następna, 

wszystkie,   buchały,   jakby   przed   chwilą   zapalone,   aż   otoczył   ją   ogień.   Bogowie   zniknęli. 

Uśmiechnęła się i skinęła na mnie. Spuściła głowę; lśniła biel pod jej oczami. Uśmiechała się. 

Była przebiegła.

Obudziłam się z krzykiem.

Leżałam   w   swoim   łóżku.   Antiochia.   Płonęła   lampa.   Obejmował   mnie   Flawiusz. 

Widziałam światło błyszczące na jego wyprostowanej  nodze. Odbijało się od rzeźbionych  w 

kości słoniowej palców.

- Trzymaj   mnie,   nie   opuszczaj!   -   wołałam.   -   Matko   Izydo!   Przytul   mnie!   Jak   długo 

spałam?

- Kilka chwil.

- Nie.

- Dopiero   co   wzeszło   słońce.   Czy   pragniesz   wyjść,   położyć   się   w   jego   ciepłych 

promieniach?

- Nie! - zawyłam.

Zacisnął ciepłe ręce, dodając mi otuchy.

- To tylko zły sen, piękna pani. Zamknij oczy. Położę się przy tobie, będę trzymał sztylet.

background image

- Ach, tak, tak, Flawiuszu. Przytul mnie. Nie puszczaj! - wołałam.

Położyłam się, on przytulił się do mnie, dotykając kolanami, obejmując ramieniem.

Otwarłam oczy. Znów usłyszałam głos Mariusza: „Dzięki niech będą bogom, że cię nie 

pragnę! Przynajmniej nie na tyle, by zdradzać miłość dla krótkotrwałej i krwawej ekstazy”.

- Ach, Flawiuszu! Skóra! Czy moja skóra płonie? - Chciałam wstać. - Zgaś światło. Zgaś 

słońce!

- Nie, pani, twa skóra jest piękna jak zawsze. Połóż się. Będę ci śpiewał.

- Tak, śpiewaj…

Słuchałam jego pieśni, pieśni Homera o Achillesie i Hektorze. Bardzo podobał mi się jego 

śpiew, pauzy, wyobrażałam sobie bohaterów, wysokie mury skazanej na zagładę Troi, aż zaczęły 

ciążyć mi powieki. Odpłynęłam w sen. Było mi dobrze.

Położył mi rękę na głowie, jak gdyby bronił jej przed wizjami, jak gdyby chciał zostać 

łowcą snów. Westchnęłam, gdy gładził me włosy. Widziałam teraz Mariusza, lśnienie jego skóry, 

tak podobnej do skóry królowej, błysk oka, zupełnie jak u Izydy. Usłyszałam jego słowa: „Na 

bogów,   Pandoro,   czy   zdawało   ci   się,   że   będę   dążył   do   skrócenia   śmiertelnego   życia   i 

przedłużenia w nieskończoność losu, który by mnie czekał?”

Przed zapadnięciem w nieświadomość uczułam jeszcze bezdenną rozpacz, bezsensowność 

wszelkich wysiłków. Lepiej nam być jak zwierzęta, jak lwy na arenie.

background image

8

Zbudziłam się. Słyszałam śpiew ptaków. Obliczyłam, że nie minęło jeszcze południe, że 

od świtu upłynęło kilka godzin.

Poszłam boso do sąsiedniego pokoju, stamtąd do perystylu. Kroczyłam po okalających 

ziemię płytkach, spoglądając na błękitne niebo. Słońce nie osiągnęło jeszcze zenitu.

Odsunęłam   zasuwę   w   drzwiach   i   ciągle   na   bosaka   podeszłam   do   bramy.   Pierwszego 

napotkanego mężczyznę, człowieka pustyni w długiej zasłonie na głowie, zagadnęłam:

- Która godzina? Jest już południe?

- Ach, nie, pani - odparł. - Jeszcze daleko. Zaspałaś? Ale ci dobrze. - Kiwnął głową i 

poszedł w swoją stronę.

W salonie paliła się lampa. Zorientowałam się, że stoi na biurku, które przygotowali dla 

mnie służący.

Czekał atrament i pióra, i karty czystego pergaminu.

Usiadłam  i  spisałam  wszystko,   co  pamiętałam   ze  snów,  wytężając  wzrok  w   marnym 

świetle lampy, znacznie bledszym od świeżego blasku, który napełniał zielony ogród perystylu.

Ręka rozbolała mnie w końcu od skrobania po pergaminie. Szczegółowo opisałam ostatni 

sen, pochodnie, uśmiech królowej, znaki, jakie mi dawała.

Gotowe. Zapisane karty rozkładałam do wyschnięcia po całej podłodze. Nie było wiatru, 

który mógłby je rozwiać. Zebrałam je wszystkie.

Wyszłam na skraj ogrodu, żeby spojrzeć na błękit nieba, przyciskając do piersi zapisane 

pergaminy. Było jasno i błękitnie.

- Ogarniasz   ten   świat.   Jesteś   niezmienne,   tyle   że   twe   światło   powstaje   i   zachodzi   - 

mówiłam niebu. - Potem nadchodzi noc, łudząca i ponętna!

- Pani! - Stanął za mną  zaspany Flawiusz. - Prawie w ogóle nie spałaś. Potrzebujesz 

odpoczynku. Wracaj do łóżka.

- Przynieś   mi  sandały,   tylko  szybko  -  nakazałam  mu.   Gdy zniknął  w  głębi   domu,  ja 

zniknęłam za bramą, idąc co sił w nogach.

Dopiero   w   połowie   drogi   do   świątyni   zdałam   sobie   sprawę,   jak   niewygodnie   jest 

przemierzać brudne ulice na bosaka. Uświadomiłam sobie, że idę w pomiętych, nocnych szatach 

z płótna i z rozwianym włosem. Nie zwolniłam.

Roznosiła mnie energia. Nie czułam się bezradna jak w czasie ucieczki z domu ojca. Nie 

background image

byłam niespokojna jak wtedy, gdy Lucjusz wskazał mnie rzymskim legionistom.

Nie ogarniała mnie groza jak wtedy, gdy królowa ze snu się do mnie uśmiechała. Nie 

trzęsłam się też jak zaraz po przebudzeniu.

Parłam   przed   siebie.   Grałam   rolę   w   wielkim   dramacie.   Miałam   zamiar   doczekać 

ostatniego aktu.

Przechodzili ludzie - robotnicy porannej zmiany, starzec z krzywą laską. Prawie ich nie 

zauważałam.

Chłodną   uciechę  sprawiało   mi  to,   że  zwracają  uwagę   na  moje   rozpuszczone   włosy i 

zmięte szaty. Zastanawiałam się, jak może czuć się ktoś oddalony od cywilizacji, kto nie martwi 

się już ułożeniem zapięcia lub spinki, sypia na trawie i niczego się nie boi.

Niczego się nie bać! Ach, co za cudowna myśl.

Dotarłam do forum. Na targu kręcili się ludzie; żebracy zajęli już swoje pozycje. Tam i z 

powrotem   niewolnicy   przenosili   zasłonięte   lektyki.   Pod   portykami   nauczali   filozofowie. 

Słyszałam   te   osobliwe,   hałaśliwe   odgłosy,   które   zawsze   dochodzą   z   portu   -   może   łoskot 

opuszczanego ładunku, sama nie wiedziałam. Czułam zapach Orontesu. Miałam nadzieję, że jego 

nurt przyjął Lucjusza.

Weszłam prosto do świątyni Izydy.

- Najwyższy kapłan i kapłanka - oznajmiłam - muszę się z nimi zobaczyć. - Minęłam 

zdezorientowaną i wyglądającą na dziewicę młodą kobietę i weszłam do bocznej komnaty, gdzie 

rozmawiałam   z   nimi   pierwszy   raz.   Nie   było   stołu,   tylko   sofa.   Znalazłam   się   w   innym 

pomieszczeniu. Stół. Zwoje.

Usłyszałam tupot stóp. Zjawiła się kapłanka. Zdążyła umalować się na dzień, nałożyć 

perukę i ozdoby. Patrzyłam na nią bez lęku.

- Posłuchaj - zaczęłam - śnił mi się kolejny sen. - Wskazałam karty pergaminu, które 

położyłam starannie na stole. - Wszystko zapisałam.

Do stołu podszedł kapłan i wpił wzrok w pismo.

- Czytajcie, do ostatniego słowa. Teraz. Bądźcie świadkami na wypadek, gdyby coś mi się 

przytrafiło.

Kapłan i kapłanka stali po obu moich bokach, kapłan ostrożnie przyglądał się każdej z 

kart, uważając, by nie przewrócić całego ich stosu.

- Jestem wędrowną duszą - oświadczyłam. - Ona chce wyrównać jakieś porachunki albo 

background image

prosi o przysługę, sama nie wiem, ale na pewno żyje! To nie jest zwykły posąg!

Przypatrywali mi się.

- No co? Powiedzcie coś. Przecież wszyscy przychodzą do was po radę.

- Ale pani - odrzekł kapłan - nie potrafimy tego odczytać.

- Co?

- To najbardziej starożytna i ozdobna forma starego pisma obrazkowego.

- Co?!

Patrzyłam na stronice. Widziałam tylko własne słowa, które płynęły zwartą strugą z myśli 

przez ręce i pióro. Nie potrafiłam skupić się na formie języka.

Podniosłam ostatnią stronę i odczytałam na głos: „Uśmiech miała przebiegły. Napełniał 

mnie przerażeniem”.

Pokręcili głowami, stanowczo zaprzeczając.

Ni stąd, ni zowąd dobiegł nas jakiś zgiełk i do pomieszczenia wpadł Flawiusz, zadyszany 

i czerwony na twarzy. Niósł moje sandały. Popatrzył na mnie i oparł się plecami o ścianę, na jego 

twarzy widniała ogromna ulga.

- Podejdź - powiedziałam. Spełnił polecenie.

- Spójrz na te stronice, odczytaj je, czyż nie są po łacinie?

Zbliżyło  się  dwóch  bojaźliwych  niewolników,   pospiesznie   myjąc  mi   nogi i  zapinając 

sandały. Stojący nade mną Flawiusz wpatrywał się w karty.

- To starożytne pismo egipskie - stwierdził. - Najstarsza znana mi postać. W Atenach 

można by za to otrzymać majątek!

- Przed chwilą to pisałam! - Przeniosłam spojrzenie na kapłana, potem na kapłankę. - 

Wezwijcie   wysokiego   przyjaciela   o   blond   włosach,   czytającego   w   myślach,   który   zna   stare 

pismo. Niech tu przyjdzie.

- Nie możemy, pani - odparł kapłan, patrząc bezradnie na kapłankę.

- Dlaczego? Gdzie on jest? Zjawia się tylko po zmroku, prawda?

Oboje przytaknęli.

- A gdy kupuje księgi, wszystkie księgi na temat Egiptu, czyni to przy blasku lamp? - 

zapytałam, mimo że znałam odpowiedź.

Obrzucili się bezradnymi spojrzeniami.

- Gdzie on mieszka?

background image

- Nie wiemy,  pani. Nie próbuj go szukać, prosimy.  Pojawi się, gdy tylko  zacznie  się 

ściemniać. Wczoraj wieczorem zwierzył się nam, że ceni cię niezmiernie wysoko.

- Nie wiecie, gdzie mieszka.

Wstałam.

- Nic to. - Zbierałam karty pergaminu zapełnione starożytnym pismem.

- A ten poparzony - rzuciłam, wychodząc z komnaty - pijący krew, czy pojawił się tej 

nocy? Czy pozostawił wam ofiarę?

- Tak - odparł kapłan. Sprawiał wrażenie upokorzonego.

- Pani Pandoro, wypocznij i posil się trochę.

- Tak - dołączył się lojalny Flawiusz - tak trzeba.

- Nic z tego. - Ściskając w  rękach pergamin,  przemierzyłam  wielką salę ku drzwiom 

wejściowym. Błagali mnie. Nie zwracałam na nich uwagi.

Wyszłam na upał. Za mną Flawiusz. Kapłani prosili, byśmy pozostali.

Omiotłam wzrokiem olbrzymie  targowisko. Solidni  księgarze  skupili się w odległym, 

lewym zakątku forum. Skierowałam się w ich stronę.

Flawiusz z trudem za mną nadążał.

- Pani, co zamierzasz? Zachowujesz się jak obłąkana.

- Doskonale wiesz, że nic mi nie jest. Widziałeś go w nocy!

- Pani, zaczekaj na niego w świątyni, zgodnie z jego prośbą.

- Dlaczego? Co za tym przemawia?

Liczne księgarnie wystawiały rękopisy we wszystkich językach.

- Egipt! Egipt! - wołałam po grecku i łacinie. Panował zgiełk, wszczynany głównie przez 

sprzedawców i kupujących. Wszędzie widać było Platona i Arystotelesa. Zauważyłam stos ksiąg 

Oktawiana Augusta o jego własnym życiu, spisanych w ostatnich latach przed śmiercią.

- Egipt! - krzyknęłam. Kupcy wskazywali stare zwoje.

Baldachimy trzepotały na ciepłym wietrze. Zaglądałam do wielu pomieszczeń, widziałam 

zajmujących   się   przepisywaniem   niewolników,   zanurzających   pióra   w   atramencie   i   nie 

śmiejących unieść głowy.

Na zewnątrz w cieniu też siedzieli niewolnicy, pisząc listy dyktowane przez zwykłych 

ludzi. Wrzała praca.

Do jednego sklepu wnoszono kufry. Właściciel, starszy wiekiem mężczyzna, postąpił w 

background image

moją stronę.

- Mariusz   -   zagaiłam   -   przychodzę   w   imieniu   Mariusza,   wysokiego   blondyna,   który 

zachodzi do ciebie tylko po zmroku.

Mężczyzna nie odezwał się ani słowem.

Zaszłam   do   następnego   sklepu.   Wszystko   tam   było   egipskie,   nie   tylko   rozłożone   na 

widoku zwoje, lecz także fragmenty malowideł na ścianach, płaty tynku zachowujące jeszcze 

profil   jakiegoś   monarchy,   rzędy   niewielkich   słoików,   figurki   z   dawno   zbezczeszczonego 

grobowca. Ależ Egipcjanie lubili wyrabiać te figurynki z drewna!

Tam   ujrzałam   człowieka,   jakiego   szukałam,   prawdziwego   antykwariusza.   Siwowłosy 

mężczyzna niechętnie uniósł wzrok znad księgi, kodeksu we współczesnym języku egipskim.

- Nie masz  niczego,  co zainteresowałoby Mariusza?  - spytałam,  wchodząc do sklepu. 

Drogę zagradzały skrzynki i kufry. - Wiesz, tego wysokiego Rzymianina, Mariusza, który bada 

starożytne   rękopisy   i   kupuje   najcenniejsze?   Na   pewno   wiesz,   o   kogo   mi   chodzi.   Głębokie 

niebieskie oczy. Blond włosy. Zachodzi tu nocą; dla niego nie zamykasz sklepu.

Mężczyzna skinął głową. Zerknął na Flawiusza i powiedział, unosząc brwi:

- Niezła noga z kości słoniowej. - Kulturalna greka. Doskonale.

- Przychodzę w imieniu Mariusza.

- Zachowuję dla niego wszystko, tak jak prosi. - Mężczyzna wzruszył ramionami. - Nie 

sprzedaję niczego, czego nie zaproponowałem przedtem Mariuszowi.

- Na pewno. Jestem tu w jego imieniu. - Rozejrzałam się. - Mogę usiąść?

- Ależ tak, proszę wybaczyć. - Wskazał ręką solidny kufer. Flawiusz stał zbity z tropu. 

Mężczyzna zasiadł z powrotem przy zagraconym stole.

- Marzę o porządnym stole. Gdzie mój niewolnik? Na pewno mam tu gdzieś trochę wina. 

Tylko… czytałem zdumiewającą historię!

- Czyżby? Rzuć okiem na to. - Włożyłam mu do ręki pergaminy.

- Na bogów, co za piękne pismo! - zawołał - I jakie świeże! - Mamrotał coś pod nosem. 

Umiał odczytać  wiele słów. - To na pewno bardzo zainteresuje Mariusza. Dotyczy legend o 

Izydzie, a Mariusz bada właśnie te sprawy.

Odsunęłam pergaminowe karty.

- Sama mu to napisałam!

- Ty?

background image

- Tak   jest,   bo   widzisz,   chciałam   zrobić   mu   niespodziewany   prezent!   Dać   coś,   czego 

jeszcze nigdy nie widział.

- Dużo tego jest.

- Flawiuszu, pieniądze.

- Pani, nie mam.

- To nieprawda; nie wyszedłbyś z domu bez kluczy i pieniędzy. Oddaj mi je.

- W porządku, skoro to dla Mariusza, wezmę na kredyt. Hmm, na rynku pojawiło się w 

tym tygodniu kilka ciekawych egzemplarzy. Wszystko przez głód w Egipcie. Pewnie ludzie byli 

zmuszeni je sprzedać. Nigdy nie wiadomo, skąd wziął się jakiś egipski rękopis, ale tutaj… - 

Sięgnął po kruchy papirus leżący w swej niszy w labiryncie zakurzonych półek.

Położył   go   z   nabożną   czcią   i   możliwie   najostrożniej   rozwinął.   Papirus   był   dobrze 

zachowany,   chociaż   łuszczył   się   po   brzegach.   Gdyby   nie   obchodzić   się   z   nim   uważnie,   z 

pewnością rozpadłby się w pył.

Zajrzałam starcowi przez ramię. Poczułam zawrót głowy. Zobaczyłam pustynię i chaty o 

dachach z liści palmy. Z całych sił próbowałam otworzyć oczy.

- Jest to - mówił kupiec - z pewnością najstarszy egipski rękopis, jaki w życiu widziałem! 

Proszę, oprzyj się, moja droga, na mym ramieniu. Usiądź na moim stołku.

- Nie, nie trzeba. - Stałam wpatrzona w litery. Zaczęłam głośno czytać: „Do pana mego, 

Narmera, króla Górnego i Dolnego Egiptu, jacyż to nieprzyjaciele mówią, że nie chodzę ścieżką 

prawości?   Kiedy   Wasza   Wysokość   widziała,   bym   dopuszczał   się   czynów   niegodziwych? 

Zaprawdę zawsze staram się dokonać więcej, niż mnie proszą albo się po mnie spodziewają. 

Kiedyż nie wysłuchałem każdego słowa oskarżonego, by można było osądzić go sprawiedliwie, 

wzorem Waszej Wysokości?…”

Urwałam.   Kręciło   mi   się   w   głowie.   Przelotne   wspomnienie.   Byłam   mała   i   wszyscy 

szliśmy   w   góry   nad   pustynią   prosić   boga   Ozyrysa,   boga   krwi,   by   raczył   wejrzeć   w   serce 

złoczyńcy.  „Patrzcie”  -  mówili  moi   towarzysze.  Bóg  miał   postać  doskonałego   mężczyzny  o 

skórze z brązu i z księżycem nad głową; wziął skazanego i powoli wysysał z niego krew. Stojąca 

obok mnie kobieta wyszeptała, że bóg wydał swój wyrok i wymierzył karę, a zła krew zostanie 

oczyszczona i odrodzi się w innym człowieku, w którym nie będzie nikomu szkodzić.

Próbowałam  odegnać   tę  wizję,  poczucie   otaczających   mnie  wspomnień.   Flawiusz  był 

wielce zaniepokojony i trzymał mnie za ramiona.

background image

Stałam w zawieszeniu między dwoma światami. Wyglądałam na forum zalane smugami 

jasnego   słońca   i   żyłam   gdzie   indziej   jako   młody   mężczyzna,   wspinający   się   pod   górę   i 

zaklinający się na swą niewinność. „Wezwijcie starego boga krwi! On wejrzy w serce mego 

męża i przekona się, że on kłamie. Nigdy nie znałam innego”. Ach, przyjdź, słodka ciemności, 

potrzebowałam jej do zasłonięcia gór, bo bóg krwi za dnia spał, żeby Ra, bóg słońca, nie znalazł 

go i nie unicestwił z zazdrości.

- Bo ona pokonała ich wszystkich - szepnęłam. Miałam na myśli Izydę. - Obejmij mnie, 

Flawiuszu.

- Już, pani.

- Proszę - powiedział starzec, który wstał i pchnął mnie na swój stołek.

Rozgwieżdżona noc nad Egiptem. Widziałam ją tak samo wyraźnie jak sklep w Antiochii, 

w którym stałam w południe. Widziałam gwiazdy i miałam świadomość zwycięstwa. Bóg miał 

zapanować.

- Ach, zejdź z tych gór, ukochany Ozyrysie, wejrzyj w serce moje i mojego męża, a jeżeli 

stwierdzisz mą winę, moja krew należy do ciebie, przyrzekam. - Szedł. Był taki sam, jakiego 

widziałam w dzieciństwie, zanim kapłani Ra nie zabronili starego kultu. - Prawość, prawość, 

prawość - powtarzał tłum. Mężczyzna, który był mym mężem, kulił się, gdy bóg wskazywał go 

palcem, wydając swój wyrok. - Dajcie, pochłonę tę niedobrą krew - mówił bóg. - I przywróćcie 

me   ofiary.   Nie   okazujcie   się   tchórzami   wobec   bogatego   stanu   kapłańskiego.   Stoicie   przed 

bogiem. - Wskazywał każdego z wieśniaków, nazywając go po imieniu. Znał ich zawody. Czytał 

w ich myślach! Odsłonił kły. Wizja rozpłynęła się. Wbijałam wzrok w codzienne przedmioty, jak 

gdyby żyły i zionęły jadem.

- Na   bogów   -   powiedziałam   przerażona   -   muszę   skontaktować   się   z   Mariuszem. 

Natychmiast! - Gdy o wszystkim usłyszy, wyjawi mi całą prawdę. Musi.

- Najmij dla swojej pani lektykę - zwrócił się księgarz do Flawiusza. - Jest przemęczona, a 

droga na wzgórze przerasta jej siły.

- Wzgórze?   -   ożywiłam   się.   Ten   człowiek   znał   miejsce   pobytu   Mariusza!   Po   chwili 

osłabłam,   spuściłam   głowę   i   poprosiłam   z   pełnym   znużenia   gestem.   -   Proszę,   stary   panie, 

dokładnie opisz mojemu słudze drogę do tego domu.

- Naturalnie.   Znam   dwa   skróty,   jeden   nieco   trudniejszy   od   drugiego.   Bez   przerwy 

dostarczamy Mariuszowi księgi.

background image

Flawiusz wytrzeszczał oczy przerażony.

Starałam się stłumić uśmiech. Nie liczyłam na tak korzystny obrót sprawy, lecz wizje z 

Egiptu mocno mnie wyczerpały. Widok pustyni, gór, myśl o bogu krwi były mi nienawistne.

Wstałam do wyjścia.

- To   różowa   willa   na   samym   krańcu   miasta   -   mówił   starzec.   -   Tuż   przy   murach,   z 

widokiem na rzekę, ostatni dom. Niegdyś stał jeszcze na wsi. Wzniesiono go na górze z kamieni. 

Ale za dnia nikt nie otwiera u Mariusza bramy. Wszyscy wiedzą, że całe dni przesypia, a nocami 

studiuje, taki ma zwyczaj.

- Na pewno mi otworzy - stwierdziłam.

- Bardzo prawdopodobne, jeżeli byłaś autorką tego rękopisu.

Ruszyliśmy w drogę. Słońce stało już wysoko. Na placu roiło się od kupujących. Kobiety 

niosły na głowach kosze. Świątynie cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Przedzieranie się 

przez tłum stanowiło swego rodzaju grę.

- Chodźmy, Flawiuszu.

Dostosowanie   się   do   wolnego   tempa   sługi   było   torturą;   pięliśmy   się   na   wzgórze,   z 

każdym zakrętem coraz bliżej celu.

- Wiesz, pani, że to szaleństwo - przekonywał Flawiusz. - Nie można zbudzić go za dnia; 

sama dowiodłaś  to sobie i mnie.  Ja, ateński niedowiarek, i ty,  cyniczna  Rzymianka.  Co my 

wyprawiamy?

Szliśmy coraz wyżej, mijając kolejne luksusowe domostwa. Widzieliśmy pozamykane 

bramy. Słyszeliśmy szczekanie psów.

- Szybciej! Czy muszę  bez końca wysłuchiwać  tego wykładu?  Ach, spójrz, ukochany 

Flawiuszu. Różowy dom, ostatni. Mariusz urządził sobie nie lada siedzibę. Popatrz na ściany i 

bramy.

Nareszcie   dotknęłam   żelaznych   prętów.   Flawiusz   opadł   na   trawę   po   drugiej   stronie 

wąskiej drogi. Był wykończony.

Pociągnęłam za sznur z dzwonkiem.

Drzewa wysuwały ponad murem ciężkie konary. Przez sieć listowia dostrzegłam postać, 

która wyszła na balkon na pierwszym piętrze.

- Nie ma wejścia! - zawołała.

- Muszę widzieć się z Mariuszem - odparłam. - Oczekuje mnie. - Otoczyłam dłońmi usta i 

background image

krzyknęłam: - Zaprosił mnie! Kazał przyjść!

Flawiusz szeptał pospieszną modlitwę.

- Ach, pani, mam nadzieję, że znasz tego człowieka lepiej niż własnego brata.

- Bez porównania - roześmiałam się. - Przestań narzekać.

Postać zniknęła. Słyszałam tupot biegnących nóg.

W końcu pojawili się dwaj ciemnowłosi chłopcy, prawie dzieci, bez zarostu, o długich, 

czarnych kędziorach i w pięknych, obszytych złotem tunikach. Wyglądali na Chaldejczyków.

- Otwórzcie bramę, szybko.

- Pani, nie mogę cię wpuścić - odparł jeden z nich. - Nie mogę wpuszczać nikogo, dopóki 

nie przyjdzie sam Mariusz. Takie wydał polecenie.

- Przyjdzie skąd?

- Pani, on pojawia się, kiedy zechce, i przyjmuje, kogo ma ochotę. Pani, podaj mi swe 

imię, a ja powiem mu, że go odwiedziłaś.

- Albo otworzysz bramę, albo przejdę przez mur - zagroziłam.

Chłopcy wyraźnie wpadli w popłoch.

- Nie, pani, tak nie można!

- I co? Nie wezwiecie pomocy?

Niewolnicy   stali   i   nie   wiedzieli,   co   począć.   Byli   tacy   uroczy.   Jeden   nieco   wyższy. 

Założyli gustowne bransolety.

- Tak myślałam - stwierdziłam. - Poza wami nie ma tutaj nikogo. - Szarpnęłam za gruby 

pęd   pnączy,   który   kładł   się   na   tynkowanej   cegle.   Podskoczyłam   i   stanęłam   prawą   nogą   w 

roślinnej sieci, podciągnęłam się i jednym rzutem chwyciłam się rękami za szczyt muru.

Flawiusz zerwał się z trawy i podbiegł do mnie.

- Pani, błagam cię, przestań. Pani, tak nie wolno, nie wolno! Nie można tak po prostu 

przejść przez czyjś mur.

Służący przed domem rozmawiali gorączkowo. Zdawało mi się, że po chaldejsku.

- Pani, boję się o ciebie! - zawołał Flawiusz. - Jak mogę chronić cię przed kimś takim jak 

Mariusz? Pani, on bardzo się na ciebie rozgniewa!

Leżałam na murze, na brzuchu, chwytając oddech. Ogród wewnątrz był przestronny i 

uroczy. Dojrzałam marmurowe fontanny. Niewolnicy cofnęli się i wytrzeszczali oczy niczym na 

groźnego potwora.

background image

- Prosimy, prosimy! - błagali jeden przez drugiego. - Dosięgnie nas straszliwa zemsta! 

Nie znasz go, pani, błagamy!

- Podaj mi pergamin, Flawiuszu, szybko, nie czas na nieposłuszeństwo. - Usłuchał.

- To nie tak, nie tak, nie tak! Mogą wyniknąć z tego tylko straszne nieporozumienia.

Potem   zsunęłam   się   po   wewnętrznej   stronie   muru,   drapana   grubą   warstwą   ostrych   i 

jaskrawych liści, wreszcie położyłam głowę na splątanych kwiatach i wiciach. Nie obawiałam się 

pszczół. Już od dnia narodzin. Odpoczęłam. Kurczowo trzymałam zapisane stronice. Przeszłam 

do bramy, żeby pomówić z Flawiuszem.

- Teraz zajmę się Mariuszem - oświadczyłam. - Mam nadzieję, że wziąłeś ze sobą sztylet.

- Wziąłem. - Odchylił opończę i pokazał mi go. - I za twoim pozwoleniem, pani, chętnie 

wbiłbym  go sobie w serce dla pewności, że będę martwy,  gdy przybędzie  pan tego domu  i 

zastanie cię buszującą po jego ogrodzie.

- Zabraniam. Ani mi się waż. Nie słyszałeś? Strzeżesz mnie nie przed Mariuszem, tylko 

przed   skulonym,   kulejącym   demonem   o   poparzonym   ciele.   Przybędzie   o   zmroku!   A   gdyby 

uprzedził Mariusza?

- Niech dopomogą mi bogowie! - Zakrył twarz dłonią.

- Stań prosto, Flawiuszu. Jesteś mężczyzną! Czy muszę ci o tym wiecznie przypominać? 

Pilnujesz   tego   groźnego,   spalonego   worka   kości,   który   jest   słaby.   Zapamiętaj   sobie   słowa 

Mariusza. Rzuć się na jego głowę. Wbijaj mu sztylet w oczy, tnij, dźgaj i krzycz, to wyjdę. Teraz 

prześpij się przed nocą. Wcześniej nie przyjdzie, jeśli będzie wiedział, gdzie nas szukać! Zresztą 

sądzę, że Mariusz będzie pierwszy.

Odwróciłam się i skierowałam ku otwartym drzwiom willi. Piękni, długowłosi chłopcy 

zalewali się łzami.

Na moment spokój i wilgotny chłód ogrodu uśpiły we mnie cały strach; poczułam się 

bezpieczna, otoczona dobrze znaną architekturą, z dala od mrocznych świątyń, bezpieczna jak w 

Toskanii, w naszych rodzinnych ogrodach, równie bujnych jak ten.

- Błagam   raz   jeszcze,   byś   zawróciła   i   wyszła   z   ogrodu   tego   człowieka!   -   zawołał 

Flawiusz.

Zignorowałam go.

Wszystkie drzwi tej uroczej, tynkowanej willi były pootwierane, wiodąc albo na balkony 

na piętrze, albo do ogrodu. Słychać było szmer fontann. Rosły tu cytryny i stało wiele posągów 

background image

leniwych,   zmysłowych   bóstw,   okolonych   niebieskimi   lub   fioletowymi   kwiatami.   Łowczyni 

Diana   wstawała   z   łoża   zasłanego   pomarańczowym   kwieciem,   marmur   posągu   był   stary   i 

nierówny. Leniwy Ganimedes, wpół zakryty zielonym mchem, znaczył jakąś zarośniętą ścieżkę. 

W oddali widziałam nagą Wenus, pochyloną w kąpieli na krawędzi basenu, do którego wpływała 

woda. Wszędzie widać było fontanny.

Małe, pospolite białe lilie tutaj zdziczały; rosły też stare drzewa oliwne o zadziwiająco 

skręconych pniach, na które uwielbiają wspinać się dzieci.

W powietrzu wisiała idylliczna słodycz, mimo że natura nie miała tu prawa wstępu. Gips 

ścian był świeżo malowany, podobnie jak otwarte na oścież, drewniane okiennice.

- Pani, on będzie się strasznie gniewał! - krzyczeli chłopcy.

- Ale nie na was - odpaliłam, wchodząc do domu. Szłam po trawie, a nie zostawiłam na 

marmurowej  posadzce  prawie żadnego  śladu. - Chłopcy,  przestańcie  jęczeć!  Nie musicie  go 

nawet przekonywać, żeby wam uwierzył. Nieprawdaż? Odczyta prawdę z waszych myśli!

Zaskoczyłam ich obu, każdego inaczej. Popatrzyli na mnie z respektem.

Stanęłam tuż za progiem. Z głębi domu coś dobiegało, nie na tyle  głośne, by można 

nazwać   to   dźwiękiem,   raczej   rytmiczną   zapowiedzią   dźwięku.   Już   gdzieś   słyszałam   taki 

bezdźwięczny rytm. Gdzie? W świątyni? Gdy po raz pierwszy weszłam do pomieszczenia, gdzie 

Mariusz krył się za przepierzeniem?

Przemierzałam marmurowe posadzki od pokoju do pokoju. Wszędzie widziałam lampy 

kołysane powiewami łagodnego wiatru. Bardzo dużo lamp. I świece. Ileż tu świec! I lampy na 

stojakach. Tak, kiedy je wszystkie zapalano, musiało tu być jasno jak w dzień!

Stopniowo   orientowałam   się,   że   parter   stanowił   jedną   wielką   bibliotekę,   wyjąwszy 

wszechobecną, luksusową rzymską łaźnię i olbrzymią garderobę.

Wszystkie inne pokoje wypełniały książki. Same książki. Do tego oczywiście sofy, na 

których można było czytać, i biurka do pisania, lecz przy każdej ścianie widniały niebosiężne 

stosy zwojów albo szafy z oprawnymi księgami.

Dostrzegłam  również   osobliwe  drzwi,  które   wychodziły   na  ukryte   schody.   Nie  miały 

jednak żadnych zamków, a wykonano je chyba z polerowanego granitu. Znalazłam co najmniej 

dwoje! Jedna z komnat była całkowicie otoczona kamiennymi ścianami i tak samo zamknięta 

drzwiami, przez które nie sposób było przeniknąć.

Przy   akompaniamencie   szlochów   trzęsących   się   niewolników   wyszłam   na   zewnątrz   i 

background image

wspięłam się po schodach na piętro. Pusto. Wszystkie pokoje stały po prostu puste, z wyjątkiem 

pomieszczenia   zajmowanego   najwyraźniej   przez   chłopców.   Widziałam   ich   łóżka,   niewielkie 

ołtarzyki   i   perskich   bogów,   bogate   narzutki,   ozdobione   kutasami   poduszki   i,   jak   zwykle, 

mnóstwo orientalnych ozdób.

Zeszłam na dół.

Chłopcy   kucali   przy  drzwiach   wejściowych,   rozmieszczeni   po   obu   ich   stronach   niby 

marmurowe posągi, kolana podciągnęli pod brody i cicho płakali, chyba już nieco znużeni.

- Gdzie są w tym  domu sypialnie? Gdzie sypia Mariusz? Gdzie kuchnia?  I świątynia 

bogów domowych?

- Nie ma żadnych sypialni! - zawołał jeden głosem rwącym się od płaczu.

- Jasne - rzuciłam.

- Przynoszą   nam   jedzenie   -   zawodził   drugi.   -   Gotowane,   wyśmienite.   Obawiam   się 

jednak, że, sami o tym nie wiedząc, rozkoszowaliśmy się dzisiaj ostatnim śniadaniem w życiu.

- Spokojnie, spokojnie. Jak Mariusz może obwiniać was za to, co ja zrobiłam? Jesteście 

jeszcze dziećmi, a on jest dobry, zgodzicie się ze mną? Połóżcie te pergaminowe karty na jego 

biurku, a przyciśnijcie czymś, żeby nie rozwiał ich wiatr.

- Tak, jest niezwykłej dobroci - potwierdził jeden z chłopców. - Ale ma twardo ustalone 

zwyczaje.

Zamknęłam   oczy.   Znów   wyczułam   ten   dźwięk,   rytmiczny,   natarczywy.   Czy   chciał 

dotrzeć   do  mych  uszu?   Trudno  powiedzieć.  Sprawiał   wrażenie   bezosobowego,  niczym  bicie 

serca albo strugi wody w fontannach.

Podeszłam do dużej, pięknej sofy, udrapowanej w delikatną, jedwabną tkaninę w perskie 

wzory. Była bardzo szeroka i mimo ciągłego wygładzania odciskał się na niej ludzki kształt. Na 

sofie leżała poduszka, miękka i świeża, na której dostrzegałam jednak wgłębienie od głowy.

- Czy tu się kładzie? - zapytałam.

Chłopcy skoczyli na równe nogi, kędziory włosów jakby zrywały się do lotu.

- Tak, pani, to jego sofa - odezwał się ten, który mówił w imieniu obydwu. - Błagam, nie 

dotykaj jej. Leży tam całymi godzinami i czyta. Zawsze zaznacza, żebyśmy dla zabawy nie kładli 

się tu pod jego nieobecność, choć pod każdym innym względem daje nam wolną rękę.

- Pozna, gdy ktoś dotknie sofy choćby jeden raz - dodał drugi chłopiec, dopiero teraz 

przemawiając z własnej woli.

background image

- Będę na niej spać - oświadczyłam. Położyłam się i zamknęłam oczy. Przewróciłam się 

na drugi bok i podkuliłam kolana. - Jestem zmęczona. Chcę się tylko przespać. Od dawna nie 

czułam się tak bezpieczna.

- Naprawdę? - zdziwił się jeden z chłopców.

- Chodźcie,   połóżcie   się   przy  mnie.   Przynieście   sobie   poduszki,   żeby   ujrzał   najpierw 

mnie, a nie was. On mnie dobrze zna. Te pergaminy, które przyniosłam, gdzie one, a, wiem, na 

biurku, tak, one wyjaśnią mu powód, dla którego tu weszłam. Sytuacja się zmieniła. Ktoś czegoś 

ode   mnie   chce.   Nie   mam   innego   wyjścia.   Droga   powrotna   do   domu   jest   odcięta.   Mariusz 

wszystko zrozumie. Chciałam znaleźć się jak najbliżej niego, żeby mnie chronił.

Złożyłam głowę w zagłębieniu, w którym przedtem leżał on. Zaczerpnęłam tchu.

- Wiatr gra tu jak muzyka - wyszeptałam. - Słyszycie? Zapadłam w pełen znużenia sen, 

przed którym broniłam się przez szereg dni i nocy.

Musiało upłynąć wiele godzin.

Zbudziłam się gwałtownie. Niebo przybrało fioletową barwę. Niewolnicy leżeli tuż przy 

kanapie, niżej ode mnie, skuleni jak wystraszone zwierzątka.

Znowu   dobiegł   mnie   ten   odgłos:   wyraźny,   pulsujący   dźwięk.   Nie   wiadomo   czemu 

przypomniało mi się coś, co robiłam w dzieciństwie: przykładałam ucho do piersi ojca. Gdy 

usłyszałam bicie serca, natychmiast je całowałam. Ojciec był bardzo szczęśliwy.

Wstałam, jeszcze niezupełnie rozbudzona, lecz pewna, że to mi się nie śni. Przebywałam 

w pięknej willi Mariusza w Antiochii. Przemierzałam łączące się ze sobą, marmurowe pokoje.

Dotarłam   do   ostatniego,   otoczonego   kamiennymi   ścianami.   Drzwi   były   niemożliwie 

ciężkie. Znienacka jednak otwarły się bezszelestnie, jakby pchnięte od środka niewidzialną ręką.

Weszłam   do   przestronnej   komnaty.   Ujrzałam   przed   sobą   kolejną   parę   drzwi,   także 

kamiennych. Musiały prowadzić na jakieś schody, bo zaraz za nimi dom się kończył.

Te drzwi też niespodziewanie się rozwarły, jakby pchnięte sprężyną.

Zobaczyłam światło u dołu.

Natychmiast   za   progiem   rozpoczynały   się   schody   w   dół.   Były   wykonane   z   białego 

marmuru, nowe, nie wytarte niczyimi stopami. Każda bryła doskonale gładka i czysta.

W dole płonął szereg łagodnych płomieni, okrywających klatkę schodową rozigranymi 

cieniami.

Odgłos nasilił się. Zamknęłam oczy. Ach, gdyby cały świat i sens całego istnienia można 

background image

było zamknąć w tych wypolerowanych pomieszczeniach.

Nagle usłyszałam głośny krzyk:

- Pani Pandoro! Obróciłam się na pięcie.

- Pani, on przeskoczył mur!

Mali niewolnicy pędzili przez dom, wtórując wrzaskom Flawiusza:

- Pani Pandoro!

Na   moich   oczach   wyrósł   gęsty   mrok,   który   runął   na   mnie,   odpychając   bezradnych, 

zrozpaczonych chłopców na bok. Mało nie spadłam w dół schodów.

Wtedy zorientowałam się, że dostałam się w szpony poparzonego. Ujrzałam czarną rękę o 

zmarszczonej skórze. Nozdrza wypełnił mi zapach mocnych  przypraw. Ohydnie chudą nogę, 

zasuszoną stopę okrywały świeże tkaniny.

- Chłopcy, przynieście lampy, podpalcie go! - krzyknęłam. Szamotałam się, chciałam się 

odsunąć od schodów, lecz nie byłam zdolna wyrwać się z uchwytu tej istoty. - Chłopcy, lampy na 

dole!

Malcy tulili się do siebie.

- Mam cię - stwór wyszeptał mi czule do ucha.

- Nic z tego! - odpaliłam i uderzyłam go solidnie prawym łokciem. Stracił równowagę, 

mało się nie przewrócił, ale nie puszczał. Biała tunika lśniła w mroku, gdy znowu objął mnie 

ramionami i prawie obezwładnił.

- Chłopcy, na dole, lampy z olejem! - wołałam. - Flawiuszu!

Stwór dusił mnie niby gigantyczny wąż. Z trudem oddychałam.

- Nie możemy schodzić na dół! - krzyknął jeden z niewolników.

- Nie wolno nam - dorzucił drugi.

Istota zaśmiała mi się do ucha głębokim, gardłowym śmiechem.

- Nie   wszyscy   są   takimi   niewolnikami   buntu   jak   ty,   piękna   kobieto,   która   umiesz 

przechytrzyć brata na stopniach świątyni.

Słyszeć taki wyraźny, czysty głos, dobywający się z ciała tak poparzonego, że wydawało 

się bez szans ratunku, było czymś porażającym. Patrzyłam, jak sczerniałe palce zaciskają mi się 

na rękach. Na karku czułam jakiś zimny dotyk. Potem ukłucia. Kły.

- Nie! - krzyknęłam.

Miotałam się we wszystkie strony, wreszcie naparłam na niego całym ciężarem ciała, aż 

background image

się zachwiał, lecz znowu utrzymał się na nogach.

- Przestań, dziwko, bo zabiję cię na miejscu!

- Proszę bardzo - drażniłam się.

Obejrzałam się na niego. Miał twarz dawno zmarłego trupa, wysuszonego na pustyni, 

zwęglonego, o kościstym nosie i wysoko uniesionych wargach, które nie były w stanie zasłonić 

białych zębów i dwóch kłów, które obnażył, patrząc na mnie.

Oczy   miał   przekrwione   tak   samo   jak   Mariusz.   Na   głowie   wyrastała   mu   gęsta   szopa 

czarnych, mocnych włosów, czystych i świeżych, jak gdyby odnawiały się pod wpływem jakichś 

czarów.

- Dokładnie - podchwycił skwapliwie tę myśl - tak się stało. A wkrótce zdobędę krew, 

która całego mnie odświeży! Przestanę być tym ohydnym potworem, którego widzisz. Będę taki 

jak w czasach, zanim ci idioci z Egiptu wystawili ją na słońce!

- Hmm, zatem dotrzymała obietnicy - zauważyłam. - Wyszła na promienie Amona Ra, 

żeby was wszystkich spalić.

- Co ty wiesz? Ona nie poruszyła się ani nie wymówiła słowa od tysiąca lat. Miałem ich 

tyle samo, gdy odsunięto otaczające ją kamienie. W takim stanie nie mogła wyjść na słońce. Jest 

wielkim, świętym naczyniem krwi, zasiadającym na tronie źródłem mocy, to wszystko, a ja mam 

zamiar odzyskać krew, którą twój Mariusz wykradł z Egiptu.

Rozpaczliwie szukałam w myślach sposobów wyswobodzenia się.

- Przybyłaś  do mnie jako dar - oznajmił poparzony. - Tylko ciebie brakowało, żebym 

mógł   stawić   czoło   Mariuszowi!   Obnosi   się   ze   swoim   uczuciem   i   słabością   do   ciebie   jak   z 

jaskrawym odzieniem.

- Rozumiem.

- Nic nie rozumiesz! - Pociągnął mnie za włosy. Krzyknęłam z bólu.

Ostre zęby zanurzyły się w mą szyję. Jakby chłostało mnie tysiące rozżarzonych drutów.

Omdlałam.  Znieruchomiałam  w ekstazie.  Próbowałam stawić opór, lecz przed oczami 

pojawiły się wizje. Ujrzałam go w chwale, złocistego  człowieka Wschodu w pełnej czaszek 

świątyni,   odzianego   w   jasnozielone,   jedwabne   spodnie,   z   o   -   zdobną   opaską   na   czole,   o 

delikatnym   nosie   i   ustach.   Wtem,   bez   uprzedzenia,   zapłonął,   na   widok   czego   niewolnicy 

rozbiegli się z krzykiem. Wił się w ogniu, nie umierając, lecz cierpiąc straszliwe katusze.

Kręciło mi się w głowie, słabłam. Krew z całego ciała przepływała do jego nikczemnej 

background image

postaci. Przypomniał mi się ojciec, ojciec i jego słowa: „Lidio, żyj!” Wyrwałam się potworowi i 

obróciłam,   uderzając   go   barkiem,   odepchnęłam   obiema   rękami,   aż   osunął   się   na   podłogę. 

Walnęłam go kolanem. Nie mogłam się go nijak pozbyć!

Próbowałam ująć sztylet, ale kręciło mi się w głowie, zresztą tak naprawdę nie miałam 

przy sobie żadnego sztyletu. Cała moja nadzieja w oliwie z lamp, które paliły się u stóp schodów. 

Odwróciłam   się,   zataczając,   i   ten   potwór   znowu   schwycił   mnie   obiema   rękami   za   włosy. 

Pociągnął mnie z powrotem do siebie.

- Ty demonie! - zawołałam.

Jego   siła   mnie   przytłaczała.   Uchwyt   stawał   się   coraz   mocniejszy.   Czułam,   że   zaraz 

połamie mi ręce.

- Aa - jęknął, odkręcając się ode mnie, choć nie rozluźnił uchwytu. - Cel osiągnięty.

Nagle klatkę schodową zalało jaśniejsze światło.

U stóp schodów pojawiła się pochodnia. Po chwili zobaczyliśmy Mariusza.

Sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego i skupionego wyłącznie na osobniku, który mnie 

pojmał.

- I co teraz, Akbarze? - - zapytał Mariusz. - Zranisz ją, zniewolisz jeszcze raz, to z tobą 

skończę. Zabij ją, a zginiesz w mękach. Wypuść ją, to będziesz mógł odejść.

Przemierzał stopień za stopniem.

- Nie doceniasz mnie, zarozumiały pętaku z Rzymu - odezwał się poparzony. - Myślisz, 

że nie wiem, iż schwytałeś króla i królową, że wykradłeś ich z Egiptu? Jest to powszechnie znana 

sprawa. Wieść rozniosła się po lasach Północy, przez pustkowia, przez ziemie, o których nawet 

nie słyszałeś. Zabiłeś starszego, który strzegł króla i królową, i ukradłeś ich! Oni nie poruszyli się 

ani   nie   wymówili   słowa   od   tysiąca   lat.   J   Zabrałeś   nam   z   Egiptu   królową.   Uważasz   się   za 

rzymskiego i cesarza? Zdaje ci się, że możesz ją pojmać tak, jak schwytano Kleopatrę? Tamta 

była grecką kurtyzaną. To nasza Izyda, Akasha! Ty bezrozumny bluźnierco. Teraz pozwól mi 

stanąć przed Akashą. Staw mi opór, a ta kobieta, jedyna śmiertelna, którą J szczerze kochasz, 

zginie!

Mariusz zbliżał się do nas stopień za stopniem.

- Akbar, czy twoi informatorzy powiedzieli ci, że to starszy z Egiptu, on sam, postawił 

królewską parę na słońcu? - zapytał Mariusz. Wszedł na kolejny stopień. - Czy powiedzieli ci, że 

to   starszy   wystawił   ich   na   działanie   promieni   słońca,   ognia,   który   unicestwił   nas   setki, 

background image

oszczędzając najstarszych tylko po to, by trwali w męczarniach tak jak ty?

Mariusz wykonał szybki gest. Poczułam wbijające mi się w szyję kły. Nie mogłam się 

odsunąć. Znów ujrzałam tę istotę w dawnej chwale, w całym drażniącym pięknie, ze stopami 

okrytymi klejnotami, gdy tańczyła w otoczeniu umalowanych kobiet.

Czułam, że Mariusz stoi obok, ale nie rozumiałam żadnych słów.

Pojmowałam już całe swoje szaleństwo. Doprowadziłam to stworzenie do Mariusza, ale 

czy   było   to   zgodne   z   wolą   matki?   Akasha,   to   starożytne   imię   widniało   na   zwłokach   ofiar 

porzucanych na stopniach świątyni. Znałam to imię. Znałam je ze snów. Traciłam przytomność. 

„Mariusz” - zawołałam ze wszystkich sił.

Głowa opadła mi do przodu, nie przytrzymywana kłami. Zmagałam się z obezwładniającą 

słabością. Celowo wyobraziłam sobie Oktawiana Augusta przyjmującego nas na łożu śmierci.

- Nie ujrzę końca tej komedii - szepnęłam.

- Ależ ujrzysz - rozległ się spokojny głos Mariusza. Otwarłam oczy. - Akbar, nie próbuj 

tego więcej, wykazałeś już dosyć zdecydowania.

- Nie próbuj mnie tknąć - odrzekł poparzony. - Moje zęby pieszczą jej kark. Ale starczy 

jeszcze kropla, a jej serce umilknie.

Na tle głębokiej ciemności nocy za oknami pochodnia płonęła jaśniejszym blaskiem. Nie 

widziałam niczego więcej. Tylko pochodnię.

- Akasha - wyszeptałam.

Poparzony głęboko zaczerpnął tchu, dotknęły mnie jego unoszące się piersi.

- Jej   krew   jest   piękna   -   oznajmił.   Ucałował   mnie   spierzchłymi   wargami   w   policzek. 

Zamknęłam oczy. Oddychałam z coraz większym wysiłkiem. Nie mogłam unieść powiek. - Nie 

boję się zabrać ją w drogę ku śmierci, Mariuszu - ciągnął. - Bo jeśli muszę paść z twej ręki, mogę 

mieć ją za towarzyszkę.

Wszystkie te słowa dobiegały do mnie niczym odległe echa.

- Weź ją na ręce - zakomenderował Mariusz. Stał gdzieś bardzo blisko. - Nieś ostrożnie, 

jak gdybyś trzymał jedyne i ukochane dziecko, i chodź ze mną do sanktuarium. Ujrzysz Akashę. 

Klęknij przed nią, zobaczymy, na co ci pozwoli.

Znowu   zemdlałam,   chociaż   zdążyłam   usłyszeć   śmiech   poparzonego.   Ujął   mnie   pod 

kolana, głowa opadła mi do tyłu. Zaczęliśmy schodzić po schodach.

- Mariuszu - odezwałam się - on jest słaby. Możesz go zabić. - Twarz opadła mi na pierś 

background image

poparzonego.   Czułam   pod   skórą   kości.   -   Naprawdę   bardzo   słaby   -   powiedziałam   jeszcze,   z 

trudem zachowując przytomność. Akasha, tak; jej prawdziwe imię.

- Ostrożnie,  mój  drogi  - przypomniał  Mariusz. - Jeżeli  umrze,  będzie  po tobie.  Moja 

cierpliwość i tak już się kończy. Twoje szansę maleją z jej każdym ciężkim oddechem. Cicho, 

Pandoro. Akbar to wielki bóg pijący krew.

Poczułam, jak chwyta mnie mocna, zimna ręka.

Dotarliśmy na niższą kondygnację. Usiłowałam podnieść głowę. Zobaczyłam rzędy lamp, 

wspaniałe złote malowidła ścienne, wiszącą pod sufitem złotą zasłonę.

Otwarło   się   dwoje   wielkich,   kamiennych   odrzwi.   Za   nimi   znajdowała   się   kaplica 

wypełniona gęstym, drżącym, sprzyjającym modłom światłem i duszną wonią lilii.

Trzymający mnie potwór wydał żałosny okrzyk:

- Matko Izydo, o, Akasho!

Wypuścił mnie i postawił na nogach, Mariusz zaś natychmiast mnie pochwycił; pokryty 

bliznami i okaleczony podbiegł do ołtarza.

Patrzyłam osłupiała. Ale konałam. Nie mogłam oddychać. Upadałam. Próbowałam nabrać 

powietrza, lecz bez skutku. Nie mogłam ustać bez pomocy Mariusza.

Ach, porzucić  ziemię  i wszystkie  nieszczęścia  tego  świata,  mając  przed oczyma  taką 

wizję:

Oto siedzieli, wielka królowa Izyda i król Ozyrys, o skórze z brązu, a nie białej jak u 

nieszczęśliwej, uwięzionej królowej ze snów; odziani w tkaniny ze złotej przędzy, plisowane i 

zszyte   w   sztywnym   egipskim   stylu.   Długie,   czarne   włosy   i   warkocze   były   prawdziwe.   Na 

twarzach mieli świeżą farbę: czarne kontury oczu, tusz, czerwone wargi.

Ona nie miała na głowie korony z rogów i kręgu słońca. Kryza ze złota i klejnotów była 

olśniewająca, pełgała w świetle, jakby żyła.

- Muszę przynieść  koronę, odzyskać  koronę! - powiedziałam  głosem,  który pochodził 

jakby od kogo innego; jak gdyby mnie pouczał. Oczy zamknęły się.

Czarne stworzenie uklękło przed królową.

Wszystko widziałam jak przez mgłę. Czułam dotyk Mariusza, po chwili do ust napłynął 

mi strumień ciepłej  krwi. „Nie, Mariuszu, broń jej!” - chciałam zawołać, lecz słowa zostały 

zmyte przez strugę krwi. „Broń Matki!” I znowu wypełniła mi usta, tak że musiałam natychmiast 

przełknąć. Uczułam moc, potęgę tej krwi, znacznie większą od siły Akbara. Krew przepływała 

background image

mi przez ciało niczym biegnące ku morzu rzeki. Niepowstrzymana. Następny przypływ, jakby 

sztorm jedną za drugą wpędzał fale rzeki do ujścia; rwące się, gwałtowne strumienie docierały do 

każdego zakamarka ciała.

Otwierał się przede mną wielki, wspaniały świat, który zaraz by mnie przyjął, lecz nie 

chciałam go oglądać. Wyrwałam się. „Królowa, ratuj królową” - szepnęłam. Czy z ust ciekła mi 

krew? Nie, zniknęła w mym wnętrzu.

Mariusz nie słuchał. Znów przytknął mi do ust ranę, z której jeszcze bardziej wartką 

strugą popłynęła krew. Płuca napełniały się powietrzem. Poczułam całe ciało, silne, stojące na 

własnych   nogach.   Krew   zapaliła   się   we   mnie   jak   światło,   jak   gdyby   płonęło   od   niej   serce. 

Otworzyłam oczy. Byłam silna jak filar. Ujrzałam oblicze Mariusza: złote rzęsy, głęboki błękit 

oczu. Długie włosy z przedziałkiem opadały do ramion. Był ponadczasowy, jak bóg.

- Broń jej! - krzyknęłam. Odwróciłam się i wskazałam ręką.

Została zdarta zasłona, która całe życie wisiała pomiędzy mną a światem; w prawdziwych 

barwach i kształtach ujawnił swój jasno uświadamiany cel: królowa wpatrywała się przed siebie, 

nieruchoma tak samo jak król. Życie nie potrafiłoby powtórzyć takiej absolutnej pogody ducha, 

takiego ostatecznego paraliżu. Usłyszałam, jak z kwiatów spadają krople wody, mikroskopijne 

kropelki, uderzające o marmurową posadzkę, upadek najmniejszego listka. Odwróciłam głowę i 

ujrzałam go, zwiniętego i kołyszącego się na płytach, pojedynczy liść. Słyszałam ruch wiatru 

między baldachimem a złotym sufitem. A płonące języki lamp śpiewały.

Świat jawił mi się jako tkanina pieśni. Wielobarwne mozaiki pełgały światłem, potem 

utraciły wszelką formę, w końcu nawet wzór. Ściany rozmyły się w obłokach barwnej mgły, w 

której   można   by   błądzić   w   nieskończoność,   a   tam   siedziała   Królowa   Niebios,   panując 

wszystkiemu w absolutnym i nienaruszonym milczeniu.

Wszystkie tęsknoty dziecięcego serca doznały spełnienia.

- Ona żyje, jest prawdziwa i panuje nam na niebie i na ziemi.

Król i królowa. Nie poruszali się. Ich oczy nic nie widziały. Nie patrzyli na nas. Nie 

patrzyli na okaleczone stworzenie, które przybliżało się do tronu.

Ręce   królewskiej   pary   obwieszone   były   licznymi   bransoletami,   pokrytymi   zawiłym 

pismem. Dłonie spoczywały na udach, jak u wielu egipskich posągów. Lecz nigdy jeszcze nie 

powstały posągi, które dorównałyby tym postaciom.

- Korona,   wolałaby   mieć   koronę   -   powiedziałam.   Postąpiłam   w   jej   stronę   ze 

background image

zdumiewającą energią.

Mariusz przytrzymał mnie za rękę. Uważnie obserwował kroki poparzonego.

- Ona była, zanim były  wszystkie takie korony - stwierdził  - i one nie mają dla niej 

najmniejszego znaczenia.

Ta myśl pękła mi na języku niczym słodkie grono. Naturalnie, ona była przed nimi. Śniła 

mi się bez korony. Nic jej nie groziło. Strzegł jej Mariusz.

- Moja   królowo   -   odezwał   się   z   tyłu   Mariusz.   -   Oto   przybywa   błagalnik.   Akbar   ze 

Wschodu. Chce napić się królewskiej krwi. Jaka jest twoja wola, matko?

Miał taki spokojny głos! Bez cienia obawy.

- Matko Izydo, pozwól mi się napić! - zawołał poparzony.

Wyprostował   się,   uniósł   ramiona   i   przed   oczyma   stanęła   mi   następna   wizja 

przedstawiająca go w tańcu. Z pasa zwisały mu ludzkie czaszki. Nosił naszyjnik ze sczerniałych 

ludzkich palców! I jeszcze jeden, z poczerniałych ludzkich uszu! Było to ohydne i odrażające, 

jednak jemu wydawało się nieodparcie atrakcyjne. Obraz po chwili zniknął. Bóg z dalekiej krainy 

padł na kolana.

- Jestem i zawsze byłem twoim sługą! Zabijałem tylko nikczemnych, zgodnie z twym 

nakazem. Nigdy nie odszedłem od twego prawdziwego kultu.

Jaki kruchy i mały zdawał się błagający, jaki ohydny, jak łatwo można było usunąć go 

sprzed jej oblicza. Spojrzałam na króla Ozyrysa, równie dalekiego i obojętnego jak królowa.

- Mariuszu - odezwałam się - ziarno dla Ozyrysa; czy go nie pragnie? Wszak jest bogiem 

ziarna. - Ujrzałam obraz naszych procesji w Rzymie, ludzi śpiewających i niosących ofiary.

- Nie, nie chce żadnego ziarna. - Mariusz położył mi dłoń na ramieniu.

- To prawda, oni są rzeczywistością! - zawołałam. - Wszystko jest rzeczywiste. Wszystko 

się zmieniło. Ocalało.

Poparzony odwrócił się i obrzucił mnie groźnym spojrzeniem, ale do mnie nie docierał 

głos rozumu. Odwrócił się i wyciągnął rękę ku stopie królowej.

W świetle pod paznokciami jej nóg zalśniło złote ciało. Lecz pozostawała nieruchoma jak 

skała, podobnie jak król bez korony, jak gdyby nie stanowili żadnego sądu ni władzy.

Istota znienacka podskoczyła i usiłowała złapać królową za szyję!

Ryknęłam:

- Żałosny, bezwstydny!

background image

Nieruchoma prawa ręka królowej szybko się uniosła, chwyciła czaszkę poparzonego i 

zgniotła ją; krew oblewała królową przy akompaniamencie  ostatniego, urywanego  wołania o 

litość. Ujęła go, gdy się na nią osunął, i cisnęła w powietrze, aż wszystkie kończyny odpadły 

niczym drewniane belki.

Podmuch wiatru zebrał szczątki, na które wylała się oliwa z lampy, co spadła z trójnoga.

- Serce, patrz - odezwałam się. - Widzę jego serce. Bije.

Lecz ogień błyskawicznie strawił także serce, pochłonął zginające się palce rąk i nóg. 

Nastąpiło gwałtowne poruszenie, płonące kości zaczęły wirować, po chwili jednak sczerniały, 

stały się wątłe, zaczęły pękać, rozpadać się na kawałki; w końcu z całej istoty pozostała kupka 

dymiących popiołów, rozwiewana po podłodze.

Wtedy do pomieszczenia wpadł wiatr z zewnątrz, przesycony woniami ogrodu; uniósł 

popioły   i   rozwiał   je   niczym   chmarę   kruchych,   czarnych   owadów,   zagnał   do   mrocznego 

przedsionka.

Wpatrywałam się w to wszystko jak urzeczona.

Królowa siedziała jak przedtem, ręka jak gdyby w ogóle się nie poruszyła. Monarsza para 

patrzyła w nicość, jakby nic nie zaszło. Jedynym śladem zdarzenia była ohydna plama na szatach 

królowej.

Oboje nie zwracali uwagi na Mariusza ani na mnie.

W   kaplicy   zapanowała   cisza.   Słodka,   aromatyczna   cisza.   Złote   światło.   Głęboko 

odetchnęłam.   Słyszałam,   jak   oliwa   w   lampach   zmienia   się   w   ogień.   Mozaiki   zaludniały 

namalowane   z   pietyzmem   postacie   wiernych.   Dostrzegałam   powolne   zaczątki   rozkładu 

poszczególnych  kwiatów, które sprawiały wrażenie jedynie  innej linii melodycznej  tej samej 

pieśni, która opisywała ich wzrost, a płowiejące krawędzie płatków bynajmniej nie kontrastowały 

z jaskrawymi barwami reszty.

- Wybacz,  Akasho - powiedział  cicho  Mariusz - że dopuściłem go tak blisko. Byłem 

niemądry.

Rozpłakałam się. Z oczu trysnęły gorące łzy.

- Wezwałaś mnie - rzekłam przez łzy do królowej - sprowadziłaś tutaj! Spełnię każdą twą 

wolę.

Jej prawa ręka powoli oderwała się od uda i wyciągnęła w moją stronę, łagodnie zginając 

się w zachęcającym geście zaproszenia, który widziałam we śnie, za to na twarzy nie pojawił się 

background image

uśmiech, na lodowatym obliczu nie zaszła żadna zmiana.

Czułam, jak otula mnie coś niewidzialnego, czemu nie sposób się oprzeć. Emanowało z 

jej wyciągniętej ręki. Było słodkie, delikatne, pieszczotliwe. Sprawiło, że całą oblała mnie fala 

rozkoszy.

Postąpiłam do przodu, poddana obcej woli.

- Błagam cię, Akasho! - odezwał się cicho Mariusz. - Błagam cię pod imieniem Inanny, 

pod imieniem Izydy, pod każdym z boskich imion, błagam cię, nie krzywdź jej!

Mariusz po prostu nic nie rozumiał! Nie znał jej kultu! Ja wiedziałam. Wiedziałam, że jej 

pijące krew dzieci pragnęły tylko sądzić złoczyńcę i czerpać krew potępionego, zgodnie z jej 

prawami. Zobaczyłam boga mrocznej pieczary, który pojawił się w mych wizjach. Wszystko 

zrozumiałam.

Chciałam opowiedzieć o tym Mariuszowi, ale nie mogłam. Nie teraz. Świat odrodził się, 

wszystkie  systemy  oparte  na sceptycyzmie  i egoizmie  rwały się jak pajęcze nici, które miał 

unieść wiatr. Moje chwile rozpaczy były jedynie wycieczkami w bluźnierczą i samolubną krainę 

czerni.

- Królowa Nieba - szepnęłam. Wiedziałam, że używam starożytnego języka. Na ustach 

rozkwitła mi modlitwa:

„A Amon Ra, Król Słońce, mimo swej siły nigdy nie pokona Króla Zmarłych ani jego 

oblubienicy, która jest władczynią gwiezdnego firmamentu, księżyca, tych, co złożą w ofierze 

złoczyńcę. Przeklęta przez tych, co nie potrafią użyć magii. Przeklęta przez tych, którzy chcą ją 

ukraść!”

Czułam, że jako człowieka wiążą mnie splątane nici krwi, którą dał mi Mariusz. Czułam, 

jak mnie utrzymują przy życiu. Moje ciało nic nie ważyło.

Coś uniosło mnie  w jej stronę. Jej  ręka objęła mnie  i odgarnęła mi  włosy z twarzy. 

Wyciągnęłam dłoń ku jej szyi, nie pozostawało mi nic innego. Nie potrafiłam okazać miłości w 

żaden inny sposób. Byłam zbyt blisko królowej!

Poczułam   jedwabistość   jej   prawdziwych,   plecionych   w   warkocze   włosów,   chłód   i 

twardość jej ramion, rąk. Mimo to w ogóle na mnie nie patrzyła. Była jakby skamieniała. Czy 

mogłaby na mnie spojrzeć? Czy z własnej woli pozostała nieruchoma, wpatrzona przed siebie? 

Czy   jakiś   złowróżbny   czar   sprawiał,   że   jest   bezradna,   czar,   który   rozbiłoby   może   tysiąc 

hymnów?

background image

Majacząc,   ujrzałam   słowa   wypisane   płytkami   złota   pośród   klejnotów   jej   kryzy: 

„Przyprowadźcie złoczyńcę, bym zaczerpnęła jego krwi”.

Miałam   wrażenie,   że   jestem   na   pustyni,   a   naszyjnik   spada,   I   rozbija   się   jak   tamten 

poparzony stwór, ląduje na piasku i unosi go wiatr. Upadły, zagubiony, gotów do odrodzenia.

Czułam, jak moja głowa zostaje przyciągnięta do jej szyi. Rozłożyła palce, dotykała mych 

włosów. Kierowała moje usta na swoją skórę.

- To tego pragniesz? - zapytałam. Lecz słowa dryfowały gdzieś daleko, niczym żałosny 

wyraz pełni mej duszy. - Żebym została twoją córką!

Odchyliła   nieznacznie   głowę,   bym   widziała   jej   szyję.   Dostrzegłam   żyłę,   z   której 

powinnam się napić.

Palce przesuwały się delikatnie przez włosy, w ogóle za nie nie ciągnąc, jakby chciała 

tylko objąć mi głowę, aż przeszywały mnie ekstatyczne dreszcze, a usta wędrowały coraz niżej, 

tak że nie mogły już nie dosięgnąć drżącej w blasku skóry.

- Ukochana królowo - westchnęłam. Nigdy nie zaznałam takiej pewności, takiej rozkoszy 

bez granic ani ziemskich przyczyn. Nigdy nie zaznałam takiej rozpierającej serce, tryumfalnej 

wiary jak wiara w nią.

Rozchyliłam usta. Nic, co ludzkie, nie byłoby w stanie przegryźć takiego ciała! A jednak 

ustąpiło, jakby było cienkie, i krew trysnęła do mego wnętrza. Słyszałam pompujące ją serce, 

ogłuszającą siłę, która wprawiała w drżenie bębenki uszu. To nie była krew, lecz nektar. Żadne 

stworzenie nie mogłoby zapragnąć niczego więcej.

background image

9

W miarę jak nektar mnie wypełniał, przenosiłam się do innej krainy. Dźwięczny śmiech 

bogini odbijał się od ścian; biegła przede mną, dziewczęca, stawiająca kocie kroki, nie zważająca 

na majestat. Dawała mi znaki, bym biegła za nią. Mariusz siedział sam na trawie w swym nie 

uporządkowanym   ogrodzie.   Pokazała   mi   go.   Wstał   i   wziął   mnie   w   ramiona.   Długie   włosy 

stanowiły taką ładną ozdobę. Pojęłam, o co jej chodzi. W wizji, która nawiedziła mnie, gdy piłam 

jej krew, całowałam Mariusza; tańczyłam z nim.

Spadł na nas deszcz płatków kwiatów, jakie rzuca się na nowożeńców w Rzymie. Mariusz 

wziął mnie pod rękę, jakbyśmy przed chwilą zostali sobie poślubieni, wokół nas śpiewali ludzie. 

Panowało niewzruszone szczęście.

Stała na szerokim ołtarzu z czarnego diorytu.

Była noc. Wszystko działo się w zamkniętej, wypełnionej ludźmi przestrzeni, panował w 

niej jednak mroczny chłód, od dna doliny wiał suchy wiatr, bogini zaś spoglądała na ofiarę, którą 

jej nieśli. Był to mężczyzna, miał zamknięte oczy i związane ręce. Nie szamotał się.

Ona wyszczerzyła zęby: zgromadzeni wierni westchnęli. Potem chwyciła mężczyznę za 

gardło i napiła się jego krwi. Gdy się nasyciła, puściła ofiarę i uniosła ręce.

- Doznałam oczyszczenia! - zawołała.

Raz   jeszcze   rozpętała   się   ulewa   wielokolorowych   płatków,   powiewały   pawie   pióra   i 

gałęzie palm, wybuchały gromkie śpiewy, słychać było chaotyczne bębnienie, a ona uśmiechała 

się, spoglądając na to wszystko, na ruchliwej i bardzo ludzkiej twarzy zakwitł jej rumieniec, 

pomalowane na czarno oczy zerkały na czcicieli.

W tan puścili się wszyscy z wyjątkiem bogini, która powoli uniosła oczy i przez wysokie, 

prostokątne   okna   popatrzyła   na   rozgwieżdżony   firmament.   Grały   dudy.   Taniec   stawał   się 

ekstatyczny.

Twarz pociemniała jej ze znużenia, jak gdyby dusza powędrowała do nieba i wróciła, 

spoglądając ze smutkiem na ziemię. Sprawiała wrażenie zagubionej. Rozsadzał ją gniew.

I zawołała ogłuszającym głosem:

- Buntowniczy krwiopijca! - Tłum zamilkł. - Przyprowadźcie go!

Ciżba rozstąpiła się, by przepuścić do ołtarza szamoczącego się, wściekłego boga.

- Śmiesz mnie osądzać! - zawołał.

Był Babilończykiem o długich, czarnych kędziorach, z brodą i wąsami. Musiało trzymać 

background image

go dziesięciu śmiertelnych.

- W rozpalone miejsce, w góry, w słońce, w najcięższe kajdany! - nakazała.

Wywleczono go.

Znowu uniosła wzrok. Gwiazdy stały się większe, wyraźnie widać było starożytne układy. 

Unosiliśmy się w powietrzu pod gwiazdami.

Jakiś chłopiec na delikatnym, złoconym krześle spierał się z tymi, co stali wokół. Byli to 

starcy,   ledwie  widoczni  w   mroku.  Blask  lampy  padał  na  twarz  chłopca.  Staliśmy  na  progu. 

Chłopiec był kruchy, nogi miał jak patyki.

- I mówicie - powiedział z niedowierzaniem - że na wzgórzach czczą pijących krew!

Po świętym kędziorze, który wyrastał z łysej czaszki, po szacunku, z jakim inni odnosili 

się do niego, poznałam, że to faraon. Spojrzał na nią przerażony. Strażnicy uciekli.

- Tak - odezwała się - a tobie nie wolno ich powstrzymywać!

Uniosła   wątłego   chłopca   i   wpiła   się   w   jego   gardło   niczym   dzikie   zwierzę,   aż   ze 

śmiertelnej rany obficie popłynęła krew.

- Mały król - stwierdziła. - Małe królestwo. Wizja uleciała.

Jej biała, zimna skóra zasklepiła się pod moimi ustami. Całowałam ją, już nie piłam.

Poczułam, jak osuwam się jej na ręce, jak wypadam z jej objęć.

W   przyćmionym   blasku   profil   bogini   pozostał   niezmieniony,   milczący   i   obojętny. 

Doskonała twarz bez bruzdy. Wpadłam w ramiona Mariusza. Jej ręce przybrały wcześniejszą 

sztywną pozę.

Wszystko   tkwiło   w   jaskrawej   oczywistości,   nieruchomy   król   i   królowa   na   tronie, 

wymyślne postacie, utrwalone w lapis lazuli na złotych mozaikach.

Poczułam bolesne szarpnięcie, jak gdyby ktoś dźgnął mnie w serce, w łono.

- Mariusz! - zawołałam. Wyniósł mnie z komnaty.

- Nie, chcę klęknąć u jej stóp - oponowałam.

Ból zaparł mi dech w piersiach. Starałam się nie krzyczeć. Ach, przed chwilą odrodził się 

świat. A teraz takie katusze.

Położył   mnie   na   wysokiej   trawie,   miażdżąc   jej   źdźbła.   Fala   gorzkiego,   organicznego 

płynu chlusnęła z łona, dotarła nawet do ust. Tuż obok siebie widziałam kwiaty. Widziałam 

przychylne niebo, barwne jak w wizji. Ból był nie do opisania.

Wiedziałam już, dlaczego Mariusz wyniósł mnie z sanktuarium.

background image

Otarłam policzki. Nie mogłam znieść tego odoru. Ból pochłaniał mnie całą. Usiłowałam 

zobaczyć to, co mi wyjawiła bogini, przypomnieć sobie jej słowa, lecz ból stanowił zbyt wielką 

przeszkodę.

- Mariusz! - zawołałam.

Przywarł do mnie, całował po policzkach.

- Zaczerpnij ze mnie - powiedział - pij, dopóki ból nie ustąpi. To tylko umieranie ciała, 

pij. Pandoro, jesteś nieśmiertelna.

- Napełnij mnie, weź mnie. - Sięgnęłam mu między nogi.

- To nie ma już znaczenia.

Ale organ, który na wieki utracił bóg Ozyrys, był twardy. Wprowadziłam go do swojego 

ciała. Potem piłam, a gdy po dłuższej chwili poczułam na szyi zęby Mariusza, gdy zaczął czerpać 

nową   mieszankę,   która   napełniała   mi   żyły,   gdy   ssał   jak   dziecko,   poznałam   wszystkie   jego 

tajemnice w jednym, pozbawionym znaczenia błysku.

Miał   rację.   Niższe   organy   były   nieistotne.   Karmił   się   mną.   Ja   syciłam   się   nim.   Tak 

wyglądały   nasze   zaślubiny.   Wokół   nas   trawa   kołysała   się   na   delikatnym   wietrze,   tworząc 

majestatyczne łoże nowożeńców, wreszcie zalał mnie aromat zieleni.

Ból minął. Wyciągnęłam rękę i poczułam miękkość kwiatów.

Zerwał ze mnie zbrukane szaty i podniósł mnie. Poszliśmy do marmurowego basenu, 

gdzie stała Wenus, wiecznie pochylona i z jedną nogą nad chłodną wodą.

- Pandoro! - szepnął.

Chłopcy czekali z boków, podsuwając mu dzbany.

Zaczerpnął wody i oblał mnie. Czułam pod nogami płytki na dnie basenu. Jeszcze nigdy 

nie doświadczyłam takiego uczucia jak wtedy, gdy spływała po mnie woda! Obmył mnie kolejny 

rozkoszny   dzban.   Przez   chwilę   czułam   strach   przed   nawrotem   bólu,   ale   nic   takiego   się   nie 

zdarzyło.

- Kocham cię całym sercem - powiedziałam. - Cała’ moja miłość należy do nich i do 

ciebie, Mariuszu. Widzę w ciemności, przebijam wzrokiem głębokie cienie pod drzewami.

Mariusz mnie objął. Chłopcy powoli nas obmywali, zanurzając dzbany i lejąc na nas 

srebrzystą wodę.

- Ach, być tutaj z tobą - zawołał Mariusz. - Mieć cię przy sobie; być nie samemu, a z tobą, 

z   całego   świata   właśnie   z   tobą.   Tobą.   -   Odsunął   się   i   ogarnęłam   go   pełnym   uwielbienia 

background image

wzrokiem, dotknęłam jego długich, splątanych, nieludzkich włosów. Cały lśnił od kropel.

- Tak - rzekłam - ona właśnie tego pragnęła. Zesztywniał. Wykrzywił twarz w grymasie. 

Wpił we mnie wzrok. Coś zmieniło się na gorsze. Czułam to.

- Co takiego? - zapytał.

- Pragnęła   tego.   Jasno   ukazała   mi   to   w   wizjach.   Chciała,   żebym   przerwała   twoją 

samotność.

Odstąpił krok. Czy się gniewał?

- Mariuszu, co ci jest? Nie rozumiesz, czego dokonała? Zrobił jeszcze jeden krok do tyłu.

- Nie wiedziałeś, że wszystko do tego zmierza? - spytałam. Chłopcy podsunęli ręczniki. 

Mariusz wziął jeden i wytarł sobie twarz i włosy.

Poszłam w jego ślady.

Był wściekły. Trząsł się w gniewie.

Była to chwila przesycona niewytłumaczalną mieszaniną grozy i piękna - jego białe ciało, 

drżące lustro wody, blask świateł padający z otwartych drzwi domu, a w górze gwiazdy,  jej 

gwiazdy. I Mariusz, zły, najeżony, z oczami miotającymi pioruny.

- Jestem teraz jej kapłanką - oznajmiłam - mam za zadanie przywrócić jej kult. Taka jest 

jej   wola.   Ale   przyprowadziła   mnie   tutaj   także   ze   względu   na   ciebie,   na   twoją   samotność. 

Mariuszu, ja to wszystko zobaczyłam. Widziałam nasze zaślubiny w Rzymie, jak za dawnych 

czasów, w otoczeniu rodzin. Ujrzałam jej wyznawców.

Był wyraźnie przerażony.

Nie miałam ochoty oglądać go takim. Na pewno czegoś nie rozumiałam.

Weszłam na trawę. Pozwoliłam chłopcom się wytrzeć. Spojrzałam na gwiazdy. Willa, 

mimo licznych lamp, wydawała się biedna i krucha, nieudana próba zaprowadzenia na świecie 

porządku, która nie mogła się równać stworzeniu jednego zwykłego kwiatu.

- Ach, jaka piękna jest prosta noc - odezwałam się. - Chyba jej ubliżamy, mówiąc o sensie 

i celu, gdy taka zwyczajna chwila jest pełna błogosławionego planu i spokoju. Wszystko podąża 

swoim biegiem.

Cofnęłam się i zawirowałam, otrząsając z siebie wodę. Miałam tyle siły. Gdy stanęłam, w 

ogóle nie kręciło mi się w głowie. Czułam się nieskończenie potężna.

Jeden z chłopców podał mi tunikę. Męską, ale, jak już często mówiłam, rzymskie szaty 

były bardzo proste. Zwyczajna, krótka tunika. Włożyłam ją i pozwoliłam, żeby zawiązał mi w 

background image

talii pas. Uśmiechnęłam się do niego. Zadrżał i odsunął się.

- Wytrzyj mi włosy - nakazałam. Ach, co za uczucie. Powoli uniosłam głowę. Mariusz też 

był już suchy i odziany.

Ciągle spoglądał na mnie z gwałtownym oburzeniem i wściekłością.

- Ktoś   musi  tam  wejść  -  powiedziałam  -  i   zmienić  jej  złotą   szatę.  Ten   bluźnierca   ją 

zakrwawił.

- Ja się tym zajmę! - zawołał wyraźnie rozgniewany Mariusz.

- Ach, więc do tego doszło.

Rozejrzałam   się,   uwiedziona   otaczającym   mnie   pięknem.   Zapominałam   o   urodzie 

Mariusza.   Wrócę   do   niego   później,   gdy   skończę   przechadzać   się   pod   drzewami   oliwnymi   i 

rozmawiać z konstelacjami.

Ale było mi przykro z powodu jego gniewu. Ból był to osobliwy i głęboki, z pominięciem 

różnych etapów cierpienia, jakie przebywa śmiertelne ciało i umysł.

- Czyż  to nie cudowne! - zawołałam.  - Oto przekonuję się, że bogini panuje, że jest 

prawdziwa, że wszystko stworzyła! Że świat nie jest jednym wielkim cmentarzyskiem! Lecz 

dowiaduję się tego, gdy zawieram zaplanowane z góry małżeństwo. A to oblubieniec. Jak on 

obnosi się ze swymi humorami!

Westchnął   i   pochylił   głowę.   Czy   znowu   miałam   ujrzeć   jego   łzy,   tego   doskonałego 

towarzysza i dobrze znanego boga wśród zmiażdżonych kwiatów?

- Pandoro - powiedział, unosząc głowę - ona nie jest boginią. I nie stworzyła świata.

- Jak śmiesz?!

- Taka   jest   moja   powinność.   Za   życia   byłem   gotów   zginąć   za   prawdę,   i   pod   tym 

względem   nic   się   nie   zmieniło.   Ale   ona   nie   dopuści   do   mojej   śmierci.   Potrzebuje   mnie   i 

potrzebuje ciebie, żebyś mnie uszczęśliwiła.

- Doskonale! - Zamachałam rękami. - Z radością to uczynię. I odrodzimy jej kult.

- Nic z tego! - zaprotestował. - Jak coś takiego mogło ci w ogóle przyjść do głowy?

- Mariuszu, mam ochotę wspinać się na szczyty gór i wyśpiewywać ten cud, powiedzieć 

światu, że on istnieje. Mam ochotę biec ulicami ze śpiewem. Musimy z powrotem osadzić ją na 

tronie w świątyni w samym centrum Antiochii!

- To obłęd! - krzyknął. Chłopcy zdążyli już uciec.

- Mariuszu, czy ty zamknąłeś uszy na jej przykazania? Musimy wytropić i zabić bogów - 

background image

odstępców, postarać się, by narodzili się z niej nowi bogowie, którzy zaglądają w dusze, szukają 

sprawiedliwości, a nie kłamstwa, bogowie - nie kapryśni, lubieżni idioci lub pijane stwory, które 

ciskają gromy z północnego nieba. Jej kult wznosi się na fundamencie dobroci, czystości!

- Nie, nie, nie - powtarzał. Cofał się, jakby chciał w ten sposób dodać swym słowom 

mocy. - Wygadujesz bzdury! Idiotyzmy, ciemne zabobony!

- Nie wierzę własnym uszom! - krzyknęłam. - Jesteś potworem! Ona zasługuje na tron! 

Tak samo król, który zasiada obok niej. Oboje zasługują na to, żeby wyznawcy przynosili im 

kwiaty. Czy zdaje ci się, że potrafiłeś czytać w myślach ot, tak, bez powodu? - Zrobiłam krok 

naprzód.   -   Pamiętasz,   jak   szydziłam   z   ciebie   przy   pierwszym   spotkaniu   w   świątyni?   Gdy 

mówiłam, że powinieneś zatrudnić się w sądzie i czytać  w myślach oskarżonych?  W swoim 

błazeństwie utrafiłam w sedno sprawy!

- Nie! - ryknął. - To w ogóle nie jest prawda! Odwrócił się ode mnie i pognał do domu. 

Popędziłam za nim.

Zbiegł po schodach i wpadł do jej świątyni, zatrzymując się przed boginią. Ona i jej król 

siedzieli tak jak przedtem. Żadnemu z bóstw nie drgnęła powieka. Tylko kwiaty walczyły o życie 

w aromatycznym powietrzu.

Spojrzałam na swoje ręce, takie białe! Czy mogłam jeszcze umrzeć? Czy też przeżyję 

wiele stuleci jak poparzony stwór? Przyglądałam się pozornie boskim obliczom posągów. Nie 

uśmiechały się. Nic im się nie śniło. Patrzyły i nic więcej. Padłam na kolana.

- Akasho - szepnęłam - czy mogę się tak do ciebie zwracać? Oznajmij swą wolę.

Nie zaszła w niej żadna zmiana. Nawet najmniejsza.

- Przemów, Matko! - zawołał Mariusz głosem zgrubiałym od smutku. - Mów! Czy tego 

pragnęłaś?

Ni   stąd,   ni   zowąd   runął   do   przodu,   przebył   dwa   stopnie   postumentu   i   zaczął   walić 

pięściami w jej piersi.

Stałam przerażona.

Nie ruszała się, nie drgnęła jej powieka. Pięść uderzała w kamień, którego nie była w 

stanie poruszyć. Tylko potrącone ręką włosy nieco się zakołysały.

Podbiegłam do niego, próbowałam go odciągnąć.

- Przestań, Mariuszu, ona cię zniszczy!

Zdumiewała mnie własna siła. Z pewnością dorównywałam mu pod tym względem. Ale 

background image

pozwolił, bym go odciągnęła, zalanego łzami.

- Co   ja   zrobiłem!   -   -   zawołał,   wpatrując   się   w   boginię.   -   Ach,   Pandoro,   Pandoro! 

Stworzyłem kolejnego pijącego krew, a przysięgałem, zaklinałem się, że już nigdy do tego nie 

dojdzie, przynajmniej dopóki żyję!

- Chodź na górę - nakazałam spokojnie. Rzuciłam okiem na królewską parę. Ani śladu 

reakcji. - Nie wypada nam kłócić się w sanktuarium. Chodź na górę.

Skinął głową.

Pozwolił wyprowadzić się z pomieszczenia. Szedł ze spuszczoną głową.

- Z długimi włosami barbarzyńcy bardzo ci do twarzy - zauważyłam. - A teraz mam oczy, 

które mogą oglądać cię jak nigdy dotąd. Nasza krew połączyła się niczym w dziecku.

Wytarł nos, w ogóle na mnie nie patrząc. Weszliśmy do obszernej biblioteki.

- Mariuszu, czy nie znajdujesz we mnie niczego, co mogłoby nakarmić twe oko, niczego 

urodziwego?

- Ależ   tak,   kochana,   wszystko!   Ale   na   miłość   nieba,   ocknij   się!   Nie   rozumiesz? 

Wykradziono ci życie nie w imieniu świętej prawdy, lecz upadłej nisko tajemnicy. Czytanie w 

myślach nie czyni mnie mądrzejszym od innych! Zabijam, żeby żyć! Jak ona niegdyś, wiele 

tysięcy lat temu. I wiedziała, że jest do tego zmuszona. Wiedziała, że nadeszła pora.

- Na co? Co wiedziała?

Wpatrywałam się w niego. Stopniowo uświadamiałam sobie, że nie potrafię już czytać w 

jego myślach, podobnie on nie czytał w moich. Za to kręcący się wokół nas chłopcy byli jak 

otwarte księgi strachu, sługi dobrodusznych, lecz bardzo hałaśliwych demonów.

Mariusz westchnął.

- Uczyniła to, bo ja niemal zebrałem się na odwagę, by wykonać to, co powinienem: 

wywieść siebie i ich dwoje na słońce i dokończyć dzieło zaczęte przez egipskiego starszego - 

uwolnić świat od króla, królowej i wszystkich ludzi, którzy sycą się śmiercią! Ach, bardzo jest 

przebiegła.

- Naprawdę miałeś takie zamiary? - spytałam - Spalić siebie i ich?

Krótko i sarkastycznie się zaśmiał.

- Oczywiście, że miałem! Za tydzień, za miesiąc, rok, dziesięć, sto lat, może za dwieście, 

może  po przeczytaniu  wszystkich  ksiąg na świecie i obejrzeniu wszystkich  miejsc,  może  za 

pięćset lat, a może… niebawem, pchany do tego samotnością.

background image

Na chwilę odebrało mi mowę.

Uśmiechnął się do mnie mądrze i ze smutkiem.

- Ale ja tu użalam się jak dziecko - powiedział cicho.

- Skąd śmiałość, by tak szybko położyć kres takiej zuchwałej boskiej magii?

- Magii! - warknął.

- Wolałabym, żebyś tego nie robił - oświadczyłam. - Nie chodzi mi o użalanie się, lecz o 

palenie matki, ojca i…

- To jasne! - przerwał. - Czy zdaje ci się, że mógłbym zrobić to, rzucić cię w ogień wbrew 

twej woli? Ty naiwna, zrozpaczona idiotko! Odbudować jej ołtarze! Przywrócić kult! Zupełnie 

zwariowałaś!

- Głupcze! Śmiesz obrzucać mnie obelgami! Zdaje ci się, że zyskałeś w domu nowego 

niewolnika? Nie zdobyłeś nawet żony.

Tak. Nasze umysły zwarły się w starciu i dopiero potem miałam dowiedzieć się, że był to 

wynik   obfitej   wymiany   krwi,   lecz   wtedy   wiedziałam   tylko   tyle,   że   musimy   zadowolić   się 

słowami, jak śmiertelnicy i śmiertelniczki.

- Nie chciałem okazać się małostkowy! - zawołał. Uraziłam go.

- Wobec tego wyostrz swój męski rozum i wzniosły, elegancki, patrycjuszowski sposób 

wyrażania się!

Obrzucaliśmy się gniewnymi spojrzeniami.

- Tak. Rozum! - powiedział. Uniósł palec. - Jesteś najinteligentniejszą kobietą, jaką znam. 

I słuchasz głosu rozumu. Wszystko ci wytłumaczę. Oto, jakie czeka nas zadanie.

- Właśnie, a ty jesteś zapalczywy i sentymentalny i na dodatek raz po raz wybuchasz 

płaczem - rzucasz się na królową jak dziecko w napadzie histerii!

Twarz poczerwieniała mu ze złości, która zamknęła mu usta. Odszedł.

- Wyrzucasz   mnie?   -   zapytałam.   -   Chcesz,   żebym   sobie   poszła?   To   twój   dom.   Jeśli 

chcesz, powiedz mi o tym teraz. Już mnie nie ma!

- Nie - odpalił, przystając.

Odwrócił się, poruszony, zaskoczony. Odezwał się roztrzęsionym głosem:

- Nie odchodź, Pandoro! - Zamrugał, jak gdyby miał kłopoty z ostrością widzenia. - Nie 

odchodź. Proszę, nie odchodź. - Po czym wyszeptał jeszcze: - Mamy siebie.

- A teraz dokąd idziesz, nie chcesz mnie widzieć?

background image

- Tylko zmienić jej szatę - odparł smutnym, pełnym goryczy głosem. - Umyć i przyodziać 

na nowo „taką zuchwałą boską magię”.

Zniknął.

Wyjrzałam na granatowe niebo za oknami. Na chmury mieszane przez księżyc niby w 

kotle. Na wielkie, stare drzewa mówiące: Wejdź na nasze konary, obejmiemy cię. Na rosnące 

wszędzie kwiaty, które zachęcały: Jesteśmy twym łożem. Połóż się z nami.

Tym sposobem rozpoczęła się dwustuletnia kłótnia.

Która nigdy się tak naprawdę nie skończyła.

background image

10

Jeszcze leżąc z zamkniętymi oczami, słyszałam odgłosy miejskiego życia dobiegające z 

sąsiednich   domów;   rozmowy   ludzi,   którzy   przechodzili   ulicą.   Słyszałam   dźwięki   muzyki, 

śmiechy kobiet i dzieci. Gdy się skupiłam, rozumiałam, o czym mówią. Zaprzestałam tego jednak 

i głosy rozpłynęły się na wietrze.

Nagle taki stan wydał mi się nie do zniesienia. Jakby pozostawało tylko zbiec do kaplicy, 

uklęknąć i modlić się! Zmysły, jakimi zostałam obdarzona, nie nadawały się do niczego innego. 

Jeżeli czekał mnie taki los, co ze mną będzie?

Cały czas  dobiegało  mnie  łkanie  cierpiącej  duszy;  było  to echo głosu mojego  ducha, 

sprowadzonego ze ścieżki nadziei i nie potrafiącego uwierzyć, że to, co pięknie się zaczęło, może 

zakończyć się koszmarem!

Flawiusz.

Skoczyłam   na   sękate   konary   starej   oliwki.   Uczyniłam   to   bez   najmniejszego   wysiłku. 

Zaraz dałam susa na następną gałąź, stamtąd na porośnięty dzikim winem mur. Szłam po nim w 

kierunku bramy.

Flawiusz stał oparty czołem o pręty, ujmując rękami chłodne żelazo. Krwawił z kilku 

rozcięć na policzkach. Zgrzytał zębami.

- Flawiuszu! - zawołałam. Uniósł głowę zaskoczony.

- Pani Pandoro!

Z pewnością dostrzegł w blasku księżyca cudowną przemianę, jaka we mnie zaszła, nawet 

nie znając jej przyczyny. Ja widziałam bowiem jego śmiertelność, głębokie zmarszczki, bolesną 

niepewność spojrzenia, grudki ziemi przywierające do naturalnie wilgotnej skóry.

- Musisz   wracać   do   domu   -   rzekłam,   siadając   na   murze   z   nogami   spuszczonymi   na 

zewnątrz,   i   nachylając   się,   żeby   mnie   słyszał.   Nie   cofnął   się,   choć   wytrzeszczył   oczy, 

zafascynowany. - Idź, zajmij się dziewczętami, prześpij się, opatrz te rany. Demon nie żyje, nie 

musisz się nim już przejmować. Wróć jutro o zachodzie słońca.

Potrząsnął głową. Próbował coś powiedzieć, ale słowa widocznie nie przechodziły mu 

przez   gardło.   Usiłował   wykonać   jakiś   gest,   lecz   jakby   go   sparaliżowało.   Serce   waliło   mu 

gwałtownie.   Obejrzał   się  na  nieliczne,  palące   się  gdzieniegdzie  światła   miasta.  Popatrzył   na 

mnie. Słyszałam oszalałe bicie jego serca. Czułam jego strach, lecz był to strach o mnie, nie o 

siebie. Strach, że przypadł mi w udziale jakiś straszliwy los. Złapał kurczowo za pręty bramy, 

background image

jakby nie chciał, by oderwała go stąd jakakolwiek siła.

Zobaczyłam w jego umyśle swój własny obraz - w chłopięcej, przepasanej wstęgą tunice, 

z rozwianymi włosami, siedzącą na murze, jakbym miała do dyspozycji młode i giętkie ciało. 

Zniknęły wszystkie zmarszczki. Ujrzał twarz, jakiej nie wymyśliłby żaden malarz.

Ale   przede   wszystkim   widać   było,   że   ten   człowiek   osiągnął   kres   wytrzymałości.   Ja 

zdałam sobie w pełni sprawę, jak go kocham.

- Dobrze. - Wstałam, nachyliłam się i wyciągnęłam obie ręce. - Chodź, podniosę cię, 

jeżeli zdołam.

Uniósł niepewnie ręce, wciąż nie mogąc oderwać oczu od mojej postaci.

Był  lekki jak piórko. Zdjęłam go i postawiłam po drugiej stronie muru. Zeskoczyłam 

obok niego i objęłam go w pasie. Jakie gorące przerażenie! Co za siła odwagi!

- Uspokój swe serce. - Poprowadziłam go w stronę domu. Wpatrywał się we mnie, piersi 

unosiły się od ciężkich oddechów, jak gdyby dostał zadyszki, lecz były to tylko objawy wstrząsu, 

jaki przeżywał. - Zajmę się tobą.

- Trzymałem go - powiedział. - Złapałem go za rękę!

- Jaki nieczysty głos, nasycony płynami życia i wysiłkiem.

- Dźgałem go raz po raz sztyletem, ale on tylko ciął mnie po twarzy i przeleciał przez mur 

niczym stado komarów, jak ciemność, niematerialna ciemność.

- Flawiuszu, on nie żyje, spalony na popiół!

- Nie słyszałem twego głosu, ach, odchodziłem od zmysłów! Chłopcy krzyczeli. Przez tę 

przeklętą nogę nie byłem w stanie przeleźć przez mur. Potem usłyszałem twój głos i wiedziałem, 

już wiedziałem,  że żyjesz!  - Biła  od niego radość. - Byłaś  z Mariuszem.  - Łatwość, z jaką 

wyczuwałam jego miłość, była urocza i zatrważająca.

Znienacka   przypomniałam  sobie  świątynię,  królową,  jej  nektar  i  deszcz  kwiatów,  ale 

musiałam   zachowywać   w   tym   nowym   stanie   równowagę   ducha.   Flawiusz   był   zupełnie 

zdezorientowany.

Pocałowałam go w usta, ciepłe, śmiertelne, po czym błyskawicznie, niczym przebiegły 

kot, zlizałam krew z ran na policzkach, czując, jak przebiega mnie dreszcz.

Zabrałam go do biblioteki, która stanowiła centrum tego domu. Gdzieś w pobliżu kręcili 

się chłopcy. Zapalali wszystkie lampy, po naszym wejściu schowali się w jakimś kącie. Czułam 

zapach ich krwi i młodego, ludzkiego ciała.

background image

- Zostaniesz przy mnie, Flawiuszu. Chłopcy, możecie przygotować pokój dla mego sługi? 

Macie chyba chleb i owoce? Czuję ich zapach. Czy wystarczy mebli, żeby urządzić mu wygodne 

pomieszczenie w prawym skrzydle willi, w jakimś zakątku?

Wybiegli ze swych kryjówek, tak wyraźnie ludzcy. Nie mogłam się skupić. Pociągały 

mnie ich najdrobniejsze cechy, gęste, czarne brwi, krągłe usta, gładkie policzki.

- Tak, pani, tak! - zawołali niemal jednym głosem. Popędzili przed siebie.

- To   Flawiusz,   mój   sługa.   Zamieszka   tu   z   nami.   Teraz   zaprowadźcie   go   do   łaźni, 

nagrzejcie wody, zajmijcie się nim. Dajcie mu wina.

Natychmiast wzięli Flawiusza za ręce, ale ten zatrzymał się.

- Nie porzucaj mnie, pani - powiedział z niezmierną powagą i zamyśleniem. - Dochowuję 

wierności pod każdym względem.

- Wiem. Ach, jak ja to doskonale rozumiem. Nawet sobie nie wyobrażasz.

Potem udał się do łaźni w towarzystwie chłopców z Babilonu, którym sprawiało wyraźną 

ulgę, że nareszcie mają coś do roboty.

Odnalazłam wielkie garderoby Mariusza, w których odziałby się król Partii i Armenii, 

matka cesarza Liwia, zmarła Kleopatra i lubujący się w ostentacji patrycjusz, który nie zwraca 

uwagi na idiotyczne prawa Tyberiusza, wymierzone w luksus.

Włożyłam znacznie bardziej elegancką i dłuższą tunikę, u - tkaną z jedwabiu i płótna, do 

niej dobrałam złoty pas. Za pomocą szczotek i grzebieni Mariusza uczesałam włosy w czystą 

pelerynę, nie splątaną, miękką i falistą jak za czasów, gdy byłam dziewczynką.

Miał wiele zwierciadeł, które, jak wiesz, wykonywano wówczas z polerowanego metalu. 

Sam fakt, że stałam się na powrót młoda, pogrążył  mnie w posępnej zadumie; sutki miałam 

różowe, o czym już wspomniałam; zmarszczki nie mąciły uroków twarzy ani rąk. Być może 

najtrafniej oddaje mój stan słowo bezczasowa. Bezczasowa i dorosła. I wydawało mi się, że 

każdy przedmiot służy mojej nowo nabytej sile.

Popatrzyłam  na marmurowe  bryły,  z których  składała się podłoga, i ujrzałam w nich 

głębię, dowód cudownego i dość niezrozumiałego procesu.

Miałam   ochotę   wyjść   znów   do   ogrodu,   rozmawiać   z   kwiatami,   zrywać   je   garściami. 

Spieszno mi było pogadać z gwiazdami. Ze strachu przed Mariuszem wolałam nie schodzić do 

kaplicy, ale gdyby nie on, poszłabym tam i uklękła przed Matką, i po prostu na nią patrzyła, 

kontemplując   w   milczeniu,   nasłuchując   najmniejszej   reakcji,   chociaż   po   wybuchu   Mariusza 

background image

wiedziałam już, że nic takiego nie nastąpi.

Poruszała prawą ręką tak, jakby reszta ciała nic o tym nie wiedziała. Uniosła ją najpierw 

po to, żeby nieść śmierć, a potem na znak zachęty.

Usiadłam przy biurku w bibliotece, gdzie leżały wszystkie moje pergaminy, i czekałam.

Mariusz, który w końcu się zjawił, także przebrał się i uczesał. Usiadł obok mnie na 

krześle o zakrzywionych kształtach, mahoniowym, ze złotą intarsją.

Chciałam   wypłakać   się   w   jego   ramionach,   lecz   powstrzymałam   przypływ   uczucia 

samotności.   Noc   nie   miała   mnie   już   nigdy   opuścić,   stała   wiernie   we   wszystkich   otwartych 

drzwiach, wdzierając się przez nie źdźbłami trawy i żylastymi gałęziami oliwek, które chwytały 

poświatę księżyca.

- Błogosławiona, która została zmieniona w pijącą krew przy pełni księżyca - zaczęłam - 

gdy chmury wznoszą się w przejrzystym świetle jak górskie szczyty.

- Być może - mruknął.

Odsunął lampę, która stała między nami na biurku, tak że przestała odbijać się w moich 

źrenicach.

- Umieściłam   tu   swojego   sługę   -   powiedziałam.   -   Wykąpałam   go,   odziałam   i 

przygotowałam łóżko. Wybaczysz mi? Bardzo go lubię i nie chciałabym utracić. Już chyba za 

późno, żeby wracał do zwyczajnego świata.

- To   wyjątkowy  człowiek   -  stwierdził  Mariusz  -  i   nie  mam  nic   przeciwko  jego  tutaj 

obecności. Jutro może przyprowadzić jeszcze twoje niewolnice. Chłopcy będą mieli towarzystwo 

i za dnia zapanuje jako taka dyscyplina. Flawiusz zna się między innymi na księgach.

- Bardzo   jesteś   łaskawy.   Obawiałam   się,   że   będziesz   się   gniewał.   Skąd   w   tobie   tyle 

cierpienia?  Nie potrafię odczytać  twych  myśli; nie otrzymałam  tego daru. - Nie, to nie była 

prawda.   Umiałam   czytać   w   myślach   Flawiusza.   Wiedziałam,   że   chłopcom,   którzy   akurat 

pomagali ubrać mu się przed snem, jego obecność sprawiła wielką ulgę.

- Łączą nas zbyt bliskie więzy krwi - oznajmił. - Ja też nie będę odtąd mógł czytać w 

twoich myślach. Musimy polegać na słowach, jak śmiertelnicy, tyle że mamy o wiele bardziej 

przenikliwe   zmysły,   a   obojętność,   jaką   czasami   odczuwamy,   potrafi   być   mroźna   jak   lody 

Północy. Kiedy indziej znów ponoszą nas ogniste fale emocji.

- Hmmm…

- Gardzisz mną  - zauważył  cicho,  ze skruchą w głosie  - ponieważ zamąciłem chwilę 

background image

największej   ekstazy,   odebrałem   ci   radość,   przekonania.   -   Sprawiał   wrażenie   szczerze 

zasmuconego. - Zrobiłem to w najszczęśliwszym momencie przemiany.

- Nie   bądź   taki   pewny   -   odpaliłam.   -   Może   jeszcze   zbuduję   jej   świątynię   i   znajdę 

wyznawców. Jestem nowicjuszką, dopiero zaczynam.

- Nie ożywisz jej kultu! - zawołał. - O tym mogę cię zapewnić! Nie powiesz nikomu, kim 

jest, gdzie się znajduje, nigdy też nie stworzysz następnego pijącego krew.

- Ho, ho, gdyby Tyberiusz przemawiał z takim autorytetem do senatu!

- Tyberiuszowi zawsze marzyła się nauka w gimnazjum na Rodos, chodzenie w greckiej 

szacie   i  sandałach  i  rozmowy  o  filozofii.  Tym   sposobem   skłonność  do  działania   zakwita   w 

ludziach mniejszej odwagi, którzy wykorzystują jego zimną samotność.

- Czy to wykład ku mojej nauce? Myślisz, że o tym wszystkim nie wiem? Za to ty nie 

wiesz, że senat nie będzie pomagał Tyberiuszowi w rządzeniu. Rzymowi potrzebny jest teraz 

cesarz, którego można czcić i kochać. To twoje pokolenie za panowania Augusta przyzwyczaiło 

nas do czterdziestu lat autokratycznych rządów. Nie pouczaj mnie w sprawach polityki, jakbym 

była idiotką.

- Rzeczywiście, sam się sobie dziwię, że od razu nie zdałem sobie sprawy, że się w tym 

wszystkim   orientujesz.   Pamiętam   cię,   gdy   byłaś   mała.   Nie   miałaś   sobie   równych   w 

błyskotliwości.   Twoja   wierność   wobec   Owidiusza   i   jego   miłosnych   wierszy   była   rzadkim 

kwiatem wyrafinowania, zrozumienia satyry i ironii. Wypielęgnowany, rzymski umysł.

Przyjrzałam mu się. Jego twarz nie świadczyła o żadnym określonym wieku. Miałam czas 

rozkoszować się jego barczystą sylwetką, siłą prostej szyi, wyrazistością oczu i proporcjonalnych 

brwi. Zmieniliśmy się we własne podobizny wykute w marmurze przez biegłego rzeźbiarza.

- Muszę przyznać - powiedziałam - że mimo przytłaczającej i irytującej lawiny definicji i 

deklaracji, jakimi mnie zasypujesz, jak gdybym na gwałt potrzebowała jakichkolwiek wyjaśnień, 

czuję do ciebie miłość i doskonale wiem, że jesteśmy w swym obecnym położeniu samotni, choć 

zaślubieni sobie, i wcale mi to nie przeszkadza.

Wyglądał na zaskoczonego, ale nic nie powiedział.

- Czuję uniesienie, mam zranione serce - podjęłam. - Jestem zahartowanym pielgrzymem, 

ale naprawdę wolałabym, żebyś nie mówił ze mną tak, jakby zależało ci przede wszystkim na 

wychowaniu i ukształtowaniu mnie!

- Tak   trzeba!   -   odparł   łagodnie   mimo   żarliwości.   Biło   od   niego   tylko   ciepło.   - 

background image

Rzeczywiście zależy mi przede wszystkim na tym. Jeżeli pojmujesz, co stało się wraz z kresem 

republiki, jeśli w pełni rozumiesz Lukrecjusza i stoików, to dostrzegasz naszą istotę. Musisz!

- Pomińmy tę obelgę milczeniem. Nie mam ochoty na wyliczanie wszystkich filozofów i 

poetów, których czytałam, ani na opowiadanie o poziomie rozmów, jakie toczyły się u nas przy 

kolacji.

- Pandoro, ja nie mam nic złego na myśli! Ale Akasha nie jest boginią! Przypomnij sobie, 

co ci się śniło. Ona jest naczyniem cennej siły. Sny przekonały cię, że można ją wykorzystać, że 

każdy   pozbawiony   skrupułów   pijący   krew   może   przekazać   krew   następnemu,   że   ona   jest 

pewnego rodzaju demonem, źródłem mocy.

- Ona wszystko słyszy! - wyszeptałam oburzona.

- Naturalnie. Strzegę jej od piętnastu lat. Odpierałem ataki tych zdrajców ze Wschodu. I 

ich wspólników z głębi Afryki. Ona cię zna.

Tylko malująca się na twarzy powaga mogła sugerować, w jakim jest wieku. Sprawiał 

wrażenie   idealnie   ukształtowanego   mężczyzny.   Starałam   się   wyrwać   spod   jego   uroku,   spod 

fascynacji nocą, jaka się za nim rozpościerała, w której mimo wszystko bardzo pragnęłam się 

zanurzyć.

- Niezła uczta weselna - burknęłam. - Muszę iść porozmawiać z drzewami.

- Poczekają, będą stały i jutro w nocy.

Przed oczyma miałam ostatni jej obraz, skąpany w ekstatycznych barwach: wzięła małego 

faraona i złamała go jak trzcinę. Ujrzałam ją na początku omdlenia, gdy biegła ze śmiechem 

przez korytarze.

Powoli ogarniał mnie lęk.

- Co się dzieje? - spytał Mariusz. - Powiedz, zaufaj mi.

- Gdy   z   niej   piłam,   widziałam   ją   w   postaci   śmiejącej   się   dziewczyny.   -   Potem 

opowiedziałam mu o ślubie, o deszczu różanych płatków i o dziwnej, egipskiej świątyni, pełnej 

oszalałych wyznawców. Na koniec opisałam scenę w komnacie małego króla, którego doradcy 

ostrzegali przed jej bóstwami. - Połamała go, jak gdyby był drewnianą figurką. Mówiła: „Mały 

król, małe królestwo”.

Wzięłam pergaminowe karty, które położyłam na biurku. Opisałam ostatni sen o niej, gdy 

z wrzaskiem groziła, że wyjdzie w słońce i unicestwi nieposłuszne dzieci. Opowiedziałam mu o 

wszystkim - o licznych wędrówkach mej duszy.

background image

Bardzo bolało mnie serce. Już w trakcie opowieści zaczynałam pojmować bezbronność 

bogini i tkwiące w niej zagrożenie. Wyjaśniłam wreszcie, jak spisałam wszystko po egipsku.

Byłam  znużona   i  zaczynałam  szczerze   żałować,   że  oczy  otwarły  mi   się  na  to   życie! 

Powróciła   paraliżująca,   kompletna   rozpacz   tych   kilku   nocy   spędzonych   w   małym   domu   w 

Antiochii,  gdy płakałam,   biłam  pięściami   w  ściany  i  wbijałam   sztylet   w   ziemię.  Gdyby  nie 

pobiegła korytarzem! Co oznaczał ten obraz? I młodziutki król, przełamany z taką łatwością.

Szybko  mu  to zrelacjonowałam.  Czekałam  na bagatelizujące  sprawę uwagi  Mariusza. 

Szczerze mówiąc, zaczynałam mieć go dosyć.

- I co o tym wszystkim sądzisz? - spytał łagodnie. Próbował wziąć mnie za rękę, ale ją 

cofnęłam.

- To okruchy jej wspomnień. - Byłam zrozpaczona. - W tym wszystkim zawarta jest tylko 

jedna   wskazówka   co   do   przyszłości.   Jeden   jedyny   pełny   obraz   pragnienia:   nasze   zaślubiny, 

połączenie.   -   Spytałam   go   pełnym   smutku   głosem:   -   Czemu   płaczesz,   Mariuszu?   Ona   musi 

zbierać wspomnienia niczym kwiaty zrywane tu i ówdzie w ogrodzie świata, jak spadające jej do 

rąk liście, z których sporządziła wieniec dla mnie. Wieniec oblubienicy! Pułapkę. Moja dusza 

nigdzie nie wędruje. Tak przynajmniej sądzę. Gdyby wędrowała, to czemu ona, taka starożytna, 

bezradna, pozbawiona znaczenia dla naszych czasów, taka niemodna i bezsilna, czemu właśnie 

ona ma o tym wiedzieć? Żeby mi to uświadomić? Jedyna, która o tym wie?

Spojrzałam na niego. Jeszcze płakał. Wyraźnie się tego nie wstydził i nie miał zamiaru 

przepraszać.

- Jak to powiedziałeś? - spytałam. - Że czytanie w myślach nie czyni cię mądrzejszym od 

innych? - Uśmiechnęłam się. - Trafiłeś w sedno. Jak ona się śmiała, gdy prowadziła mnie ku 

tobie! Chciała ukazać mi ciebie samotnego.

Pokiwał tylko głową.

- Ciekawa jestem, jakim sposobem tak daleko zarzuciła  swą sieć i odnalazła  mnie  za 

wzburzonym morzem.

- Przez Lucjusza. Ona słyszy głosy z wielu krain. Widzi to, co chce zobaczyć. Pewnej 

nocy bardzo przeraziłem jednego Rzymianina, który czmychnął, jakby ujrzał upiora. Poszedłem 

jego śladem, podejrzewając, że za tym niezmiernym strachem musi się coś kryć.

Wkrótce zorientowałem się, że jakieś wielkie brzemię ciąży mu na sumieniu, wypacza 

wszystkie myśli i czyny. Wystraszył się, bo poznał go ktoś ze stolicy. Chciał wyjechać.

background image

Późno   w   nocy,   przy   blasku   pochodni,   zastukał   do   drzwi   pewnego   greckiego   kupca, 

żądając zwrotu długu, jaki tamten winien był twemu ojcu. Grek powtórzył mu to, co mówił już 

wcześniej: że odda pieniądze tylko ojcu osobiście. Następnej nocy znowu odnalazłem Lucjusza. 

Tym razem czekała go niespodzianka. Okręt wojenny dostarczył list od ojca. Działo się to jakieś 

cztery dni przed twoim przybyciem. W liście ojciec niedwuznacznie prosił Greka o przysługę w 

imię honoru i gościnności. Jeżeli prośba zostanie spełniona, wszystkie  długi będą darowane. 

Wszystko   miało   być   wyjaśnione   w   liście,   który   przypłynie   do   Antiochii   wraz   z   ładunkiem 

handlowym. Stanie się to za jakiś czas, ponieważ statek miał zawinąć po drodze do licznych 

portów. Przysługa była niezmiernie ważna. Brat osłupiał na widok daty,  jaką opatrzone było 

pismo. Grek, który miał już Lucjusza po dziurki w nosie, zatrzasnął mu drzwi przed nosem. 

Zagadnąłem Lucjusza po kilku krokach. Naturalnie pamiętał mnie, ekscentrycznego Mariusza 

sprzed lat. Udałem zaskoczenie  na jego widok i zapytałem  o ciebie.  Wpadł w popłoch i na 

poczekaniu zmyślił historyjkę o tym, jak to wyszłaś za mąż, zamieszkałaś w Toskanii, a on sam 

właśnie szykuje się do wyjazdu z miasta. Odszedł pospiesznie. Ale wystarczyła  chwila, bym 

odczytał w jego myślach, że złożył gwardii pretoriańskiej doniesienie na swoją rodzinę - stek 

kłamstw - i bym wyobraził sobie wynikłe stąd konsekwencje. Następnej nocy po przebudzeniu 

nie mogłem  go odnaleźć. Nie spuszczałem oka z domu Greków. Rozważałem odwiedziny u 

starego kupca, próbę nawiązania kontaktu, może zadzierzgnięcia przyjaźni. Myślałem o tobie. 

Wyobrażałem sobie twą postać. Wspominałem. Układałem o tobie wiersze. Twój brat nie dawał 

znaku   życia.   Zakładałem,   że   opuścił   Antiochię.   Pewnej   nocy   zbudziłem   się,   wyszedłem   z 

podziemia i ujrzałem wybuchające w całym mieście pożary. To umarł Germanik, nie cofając 

oskarżeń, że otruł go Pizon. Na miejscu domu Greków dymiły zgliszcza. Twój brat zniknął. Ani 

widu, ani słychu. Zdawało mi się, że wszyscy zginęli: twój brat, kupiec i cała jego rodzina. Przez 

wiele kolejnych nocy szukałem Lucjusza. Nie miałem pojęcia, że tu jesteś, dręczyła mnie tylko 

tęsknota. Upominałem się, że gdybym chciał żałować w ten sposób związku z każdym znanym 

mi śmiertelnikiem, już dawno postradałbym zmysły i nie dowiedział się od króla i królowej o 

własnych darach. Pewnego wczesnego wieczoru stałem sobie u księgarza, gdy podszedł kapłan, 

wskazując na ciebie. Byłaś na forum, żegnali się z tobą filozof i jego uczniowie. Stałem tak 

blisko! Poczułem taki przypływ miłości, że w ogóle przestałem słuchać kapłana, by po jakimś 

czasie zorientować się, że w związku z tobą mówi o jakichś osobliwych snach. Twierdził, że 

tylko ja mogłem złożyć to w sensowną całość. Miało to coś wspólnego z pijącym krew, który 

background image

zjawił się ostatnio w Antiochii, co nie było zdarzeniem wyjątkowym. Zabijałem już innych i 

poprzysiągłem sobie, że uśmiercę również tego. Wtedy ujrzałem, jak spotykasz się z Lucjuszem. 

Jego gniew i poczucie winy były niemal oślepiające. Z tak wielkiej odległości dobiegały mnie 

twoje   słowa,   ale   nie   chciałem   podchodzić,   dopóki   nie   oddalisz   się   od   niego   na   bezpieczną 

odległość. Miałem ochotę zabić go na miejscu, ale wydawało mi się, że mądrzej będzie zostać 

przy tobie, wejść z tobą do świątyni. Nie byłem pewien, czy mam prawo zabić brata w twoim 

imieniu,   czy   tego   chcesz.   Zrozumiałem   to   dopiero   wtedy,   gdy   powiedziałem   ci   o   jego 

postępkach. Wówczas okazało się, jak bardzo tego pragnęłaś.

Oczywiście  nie miałem  pojęcia o stopniu twojej  inteligencji, o tym,  że dar rozumu  i 

słowa,   które  podziwiałem  u  małej   dziewczynki,   zachował   się  nienaruszony.   Znalazłaś   się  w 

świątyni,   myśląca   trzykrotnie   szybciej   od   innych   obecnych   śmiertelników,   rozważająca 

wszystkie aspekty sytuacji, prześcigająca innych. Potem przyszła pora na widowiskowe starcie z 

bratem, podczas którego przebiegle chwytałaś go w sieć prawdy, pozbywając się go, nawet go 

nie dotknąwszy, a na dodatek wykorzystałaś do zadania mu śmierci trzech legionistów. - Urwał, 

by podjąć za chwilę: - Przed wielu laty w Rzymie chodziłem za tobą. Miałaś szesnaście lat. 

Pamiętam twoje pierwsze zamążpójście. Twój ojciec wziął mnie na stronę, był niezmiernie miły. 

„Mariuszu, czeka cię los wędrownego dziejopisa”, stwierdził. Nie śmiałem powiedzieć, co myślę 

o twoim małżonku. Aż tu zjawiasz się w Antiochii, a ja, jak prawdziwy egocentryk, myślę sobie: 

oto kobieta wprost stworzona dla mnie. Gdy odszedłem od ciebie rano, wiedziałem już, że muszę 

jakimś sposobem wywieźć matkę i ojca z Antiochii, pozbyć się ich, potem zlikwidować pijącego 

krew, byś mogła spać spokojnie.

- Zostać spokojnie pozostawiona samej sobie - dorzuciłam.

- Masz mi to za złe?

Zaskoczył   mnie   tym   pytaniem.   Patrzyłam   na   niego   przez   chwilę,   która   zdawała   się 

wiecznością, sycąc oczy jego urodą, z nieznośną jasnością wyczuwając jego smutek i rozpacz. 

Jak on mnie  potrzebował!  Rozpaczliwie  potrzebował  zwierzyć  się nie pierwszemu  lepszemu 

śmiertelnikowi, lecz mnie.

- Rzeczywiście   chciałeś   mnie   chronić,   prawda?   -   spytałam.   -   Twoje   wyjaśnienia   są 

całkowicie racjonalne, eleganckie niczym matematyka. Nie ma w nich miejsca na reinkarnację, 

przeznaczenie, na żadne cuda, które się wydarzyły.

- Taka jest moja wiara - odpalił. Zbladł. - Nigdy w życiu nie powiedziałbym ci niczego, 

background image

co mijałoby się z prawdą. Czy jesteś kobietą, której trzeba schlebiać?

- Nie   bądź   fanatycznie   przywiązany   do   rozumu.   Te   słowa   zdumiały   go   i   uraziły 

jednocześnie.

- Nie trzymaj się kurczowo rozumu w świecie pełnym potwornych sprzeczności!

Umilkł na takie dictum.

- Jeżeli będziesz ślepo wierzył rozumowi - mówiłam - z upływem czasu rozum może cię 

zawieść, a wtedy pozostanie ci ucieczka w obłęd.

- Co to wszystko ma znaczyć?

- Jesteś wyznawcą religii rozumu i logiki. Jest to najwidoczniej jedyny ratunek przed tym, 

co ci się przytrafiło: że zostałeś pijącym krew i stróżem tych najprawdopodobniej zapomnianych 

bóstw.

- To nie są żadne bóstwa! - Był coraz bardziej zły. - Zostały stworzone przed tysiącami lat 

w wyniku jakiegoś zmieszania ducha i ciała, które obdarzyło je nieśmiertelnością. Najwyraźniej 

uciekają w zapomnienie. W swojej dobroci opisujesz je jako ogród, w którym matka nazbierała 

liści i kwiatów, by upleść dla ciebie wieniec - lub pułapkę, jak sama się wyraziłaś, ale to tylko 

urocza, dziecięca poezja. Nie słyszałem, żeby posługiwali się mową wiązaną.

- Nie   jestem   żadną   uroczą   dziecinką   -   zaprotestowałam.   -   Poezja   jest   dla   każdego. 

Rozmawiaj ze mną. I daj spokój słowom „kobieta”, „dziecko”. Nie bój się mnie.

- Nie boję się - odparował z gniewem.

- Ależ boisz! Jeszcze krąży we mnie nowa krew, pochłania mnie i przekształca, ale dla 

bezpieczeństwa   nie   chwytam   się   ani   rozumu,   ani   zabobonu.   Potrafię   przejść   przez   mit 

nienaruszona! Obawiasz się mnie, bo nie wiesz, kim jestem. Wyglądam jak kobieta, mówię jak 

mężczyzna, a rozum podpowiada ci, że suma takich elementów jest niepojęta!

Wstał od stołu. Twarz lśniła mu jak od potu, chociaż znacznie jaśniej.

- Opowiem ci, co zdarzyło się mnie! - oznajmił stanowczo.

- Proszę   bardzo   -   zgodziłam   się   -   tylko   jasno   i   prosto.   Zignorował   mój   przytyk. 

Gwałciłam wolę własnego serca, które pragnęło tylko go kochać. Pamiętałam wszystkie jego 

przestrogi, ale mimo całej swojej mądrości okazywał olbrzymią siłę woli, męskiej woli, której 

źródło musiałam dopiero poznać. Skrywałam swoją miłość.

- Jak cię zwabili?

- Nie zwabili. Schwytali mnie Keltoi w Galii, w Massilii. Powieźli na północ, zapuściłem 

background image

włosy,  potem zamknęli mnie w wielkim, pustym  drzewie w barbarzyńskiej  Galii. Poparzony 

pijący krew zmienił mnie w „nowego boga” i kazał uciekać od miejscowych kapłanów, jechać na 

południe, do Egiptu, i dowiedzieć się, dlaczego wszyscy pijący krew zostali poparzeni, młodzi 

zginęli, starzy trwali w cierpieniu. Ja miałem swoje powody! Chciałem poznać swoją naturę!

- Rozumiem - rzekłam.

- Co stało się dopiero wtedy, gdy ujrzałem najupiorniejszą postać kultu krwi - byłem 

bogiem, nie zapominaj, Mariuszem, który chodził za tobą po całym Rzymie - i ludzi w ofierze 

składano właśnie mnie.

- Czytałam o tym w kronikach Cezara.

- Czytałaś, ale nie widziałaś na własne oczy. Jak śmiesz chełpić się czymś tak banalnym?!

- Wybacz, zapomniałam o twojej dziecinnej zmienności nastrojów.

- To   ty   mi   wybacz   -   westchnął.   -   Zapomniałem   o   twoim   praktycznym   i   z   natury 

niecierpliwym umyśle.

- Przepraszam.   Odwołuję   swoje   słowa.   Musiałam   oglądać   egzekucje   w   Rzymie.   Taki 

obowiązek. W imieniu prawa. Kto cierpi bardziej, ofiary na ołtarzu boga czy na ołtarzu prawa?

- W   porządku.   Powędrowałem   więc   do   Egiptu,   gdzie   znalazłem   starszego,   strażnika 

królowej   i   króla,   pierwszych   pijących   krew   w   dziejach.   Starszy   opowiadał   mi   mgliste,   lecz 

intrygujące   historie.   Monarchowie   byli   kiedyś   zwykłymi   ludźmi.   Opętał   ich   jakiś   duch   lub 

demon, którego nie zdołano wypędzić. Królewska para umiała zmieniać innych, przekazując im 

krew. Usiłowała stworzyć religię. Została obalona. Powtarzało się to wielokrotnie. Każdy, kto ma 

trochę ich krwi, może stworzyć kolejnego pijącego krew! Rzecz jasna, starszy utrzymywał, że nie 

wie,   dlaczego   tylu   pijących   krew   zostało   poparzonych.   Tymczasem   to   on,   po   wiekach 

pozbawionej sensu straży, wywlókł swych świętych podopiecznych na słońce! Mówił, że Egipt 

umarł. Nazywał go „spichlerzem Rzymu”. Mówił, że królewska para nie poruszyła się od stuleci.

Słuchałam tego przejęta iście poetycką grozą.

- Tak   więc   żar   jednego   dnia   nie   wystarczył   do   zabicia   starożytnych   rodziców,   za   to 

ucierpiały dzieci na całym świecie. A tchórzliwy starszy,  który w zamian zyskał tylko ból i 

poparzoną skórę, nie miał odwagi dłużej trzymać królewskiej pary na słońcu. Zresztą było mu 

wszystko jedno. Przemówiła do mnie Akasha. Najlepiej, jak umiała. Obrazami tego, co działo się 

od samego zarania, jak rodziło się z niej plemię bogów, dochodziło do buntów, jak utracono 

znaczną część dziejów, utracono sens; jeżeli chodzi o słowa, potrafiła ułożyć  zaledwie kilka 

background image

milczących zdań. „Mariuszu, zabierz nas z Egiptu!” - Urwał. - „Mariuszu, zabierz nas z Egiptu. 

Starszy zamierza nas zniszczyć. Pilnuj nas, żebyśmy nie zginęli”.

Zaczerpnął tchu. Uspokoił się, nie był już taki zły, za to bardzo rozbity, i swoim nowym, 

przenikliwym wzrokiem widziałam, ile okazał odwagi, poznawałam go lepiej, jego zdecydowaną 

wolę wytrwania przy zasadach, w które wierzył, wbrew magii, która pochłonęła go, zanim zdążył 

podać ją w wątpliwość. Mimo wszystko próbował wieść szlachetne życie.

- Mój los - podjął - był  ściśle związany z nią, z nimi!  Gdybym  ich porzucił, starszy 

wcześniej czy później znowu wywiódłby ich na słońce, a ja, w którego żyłach płynęła młoda 

krew, stopiłbym  się niczym  wosk! Już raz zmienione życie dobiegłoby wówczas końca. Ale 

starszy nie prosił mnie o ustanowienie nowego kapłaństwa. Akasha nie prosiła o nową religię! 

Nie wspominała o ołtarzach i kulcie. Tylko poparzony bóg w barbarzyńskich lasach północy 

prosił o coś takiego, posyłając mnie do Egiptu, ojczyzny wszystkich tajemnic.

- Jak długo ich pilnujesz?

- Ponad piętnaście lat. Straciłem rachubę. Nie poruszają się i nie odzywają ani słowem. 

Ranni, poparzeni, których  rany mogą zasklepić się po wielu stuleciach, dowiadują się, że tu 

jestem. Przychodzą. Staram się ich unicestwiać, zanim błysk potwierdzenia dotrze do innych 

czekających na to umysłów. Ona nie sprowadza do siebie poparzonych dzieci, tak jak kiedyś 

wiodła mnie! Gdy któryś  mnie przechytrzy albo gdy ulegnę liczebnej przewadze, wtedy ona 

porusza się tak, jak widziałaś, żeby ich zmiażdżyć. Ale ciebie, Pandoro, wezwała, wyciągnęła do 

ciebie rękę. Wiemy już dokładnie, w jakim celu, a ja obszedłem się z tobą bez serca. Niezręcznie.

- Zwrócił się w moją stronę. Ciągnął jakby bardziej czule.

- Powiedz mi, czy w twojej wizji, kiedy braliśmy ślub, byliśmy młodzi czy starzy? Czy 

byłaś  piętnastolatką,  o którą starałem  się, być  może  przedwcześnie, czy w  pełni rozkwitłym 

kwiatem, jakim jesteś teraz? Czy rodziny się cieszyły? Czy byliśmy urodziwi?

Ujęła mnie szczerość jego słów. Ból i błaganie, jakie się w nich kryły.

- Byliśmy   tacy   jak   teraz   -   odparłam,   ostrożnie   odwzajemniając   uśmiech.   -   Byłeś 

mężczyzną w wiecznym kwiecie wieku, a ja? Utrwalona w obecnym stanie.

- Uwierz - ciągnął ze słodyczą - że nie przemawiałbym do ciebie z taką surowością w tę 

akurat noc, gdyby nie czekało cię jeszcze wiele podobnych. Teraz może zabić cię tylko słońce 

albo ogień. Nie będziesz ulegać rozkładowi. Czeka cię tysiące przeżyć.

- Co powiesz o ekstazie, która ogarnęła mnie, gdy z niej zaczerpnęłam? O jej własnych 

background image

początkach i cierpieniu? Czy ona nie ma żadnego związku ze świętością?

- Co to takiego świętość? - Wzruszył ramionami. - Powiedz mi, co to jest. Czy ujrzałaś w 

jej snach jakąś świętość?

Spuściłam głowę. Nie znalazłam w sobie odpowiedzi.

- Z   pewnością   święte   nie   jest   imperium   rzymskie   -   kontynuował   -   ani   świątynie 

Oktawiana Augusta. Ani kult Kybele! Ani perska religia czcicieli ognia. Czy imię Izydy jest lub 

było kiedykolwiek święte? Egipski starszy, mój pierwszy i ostatni nauczyciel w tej dziedzinie, 

mówił, że Akasha sama wymyśliła dla swych celów opowieść o Izydzie i Ozyrysie, chcąc dodać 

swojemu kultowi poetyczności. Sądzę, że wykorzystała stare podania. Zamieszkujący ich dwoje 

demon rośnie wraz ze stworzeniem nowego pijącego krew. Inaczej być nie może.

- Ale jaki jest w tym sens?

- Żeby więcej wiedzieć? - zastanawiał się. - Więcej widzieć i czuć za pośrednictwem 

każdego z nas, w którym płynie jego krew? Możliwe, że to tego rodzaju istota, a my jesteśmy 

zaledwie   maleńkimi   jej   cząstkami,   obdarzonymi   wszystkimi   jej   zmysłami   i   zdolnościami, 

przekazującymi jej wszystkie wrażenia. Poprzez nas poznaje świat! Nie wiem. - Zamilkł i położył 

ręce na biurku. - To, co we mnie płonie, nie dba, czy ofiara dopuściła się jakiejś zbrodni. Po 

prostu pragnie. Nie co noc, chociaż często! Nie mówi nic! Nie mówi w mym sercu o ołtarzach! 

Spina mnie ostrogami niby bojowego rumaka! To Mariusz odsiewa ziarno od plew, zgodnie ze 

starym obyczajem i ze względów, które na pewno rozumiesz, lecz nie ma to nic wspólnego z 

łapczywym pragnieniem. Ono zna naturę, ale nie moralność.

- Kocham cię, Mariuszu - powiedziałam. - Jesteś obok ojca jedynym mężczyzną, jakiego 

kiedykolwiek kochałam. Ale teraz muszę wyjść sama.

- Co ty wygadujesz? - Nie posiadał się ze zdumienia. - Minęła właśnie północ!

- Okazałeś wiele cierpliwości, ale teraz muszę przejść się w samotności.

- Pójdę z tobą.

- Nie.

- Przecież nie możesz tak po prostu błąkać się sama po Antiochii.

- Czemu nie? W razie czego mogę przecież usłyszeć myśli śmiertelników. Przed chwilą 

przejechała na przykład lektyka. Niewolnicy są tak pijani, że aż dziw, iż jej nie upuszczą i nie 

wyrzucą   pana   na   drogę;   on   sam   śpi   jak   zabity.   Chcę   chodzić   sama   po   mrocznych, 

niebezpiecznych i złowrogich zakątkach miasta, po miejscach, do których… nawet bogowie się 

background image

nie zapuszczają.

- Wymyśliłaś taką zemstę - stwierdził. Podszedł za mną do bramy. - Pandoro, byle nie 

sama.

- Mariuszu, kochanie. - Odwróciłam się, ujęłam go za rękę. - To nie jest żadna zemsta. 

Słowa, którymi się posługiwałeś: „dziecko” i „kobieta”, zawsze określały moje życie. Teraz mam 

ochotę   iść   z   obnażonymi   ramionami   i   rozpuszczonymi   włosami,   wchodzić   w   najbardziej 

niebezpieczne   miejsca.   Ciągle   upaja   mnie   jej   krew,   twoja   krew!   Wszystko,   co   powinno 

zwyczajnie  błyszczeć,  pełga i drży.  Potrzebuję samotności  na rozważenie  tego, co od ciebie 

usłyszałam.

- Ale musisz wrócić na długo przed świtem. Musisz zejść ze mną do krypty w piwnicach. 

Nie wystarczy, że położysz się w pierwszej lepszej komnacie. Śmiertelne światło przeniknie…

Był taki opiekuńczy, promieniował wściekłością.

- Wrócę przed świtem. Możesz być pewien, że jeśli od tej pory nie zostaniemy złączeni na 

zawsze, pęknie mi serce.

- Jesteśmy złączeni - odparł. - Pandoro, doprowadzasz mnie do szaleństwa.

Przystanął przy bramie.

- Zostań   tutaj  -  rzuciłam   na  odchodnym.   Schodziłam  ze   wzgórza  w   stronę  Antiochii. 

Czułam w nogach siłę i sprężystość, w ogóle nie przejmowałam się kurzem i kamieniami na 

drodze, oczy przenikały ciemność i dostrzegały sowy oraz niewielkie gryzonie, które skakały w 

koronach drzew, obserwując mnie i czmychając, jakby przestrzegały je przede mną wrodzone 

instynkty.

Wkrótce   znalazłam   się   w   samym   mieście.   Wydaje   mi   się,   że   stanowczość,   z   jaką 

chodziłam po najpodlejszych zaułkach, odstraszała wszystkich, którym przychodziło na myśl, 

żeby mnie  zaczepić. Słyszałam  tylko  tchórzliwe  miłosne przekleństwa, te zawikłane,  ohydne 

obelgi, jakimi mężczyźni obrzucają pożądane kobiety - na poły groźby, na poły wzgarda.

Czułam śpiących  w  domach  ludzi,  słyszałam  rozmowy wartowników  w  koszarach  za 

forum.

Powtarzałam czynności wszystkich nowo stworzonych pijących krew. Dotykałam murów 

i wpatrywałam się jak urzeczona w zwyczajne pochodnie i ćmy, które oddawały w nich życie. Na 

obnażonej skórze i przez cienką tunikę czułam dotyk marzeń Antiochii.

Szczuty  przemykały   rynsztokami   i  ulicami.   Dochodziły  mnie   swoiste   odgłosy  rzeki  i 

background image

puste dźwięki wydawane przy najmniejszym poruszeniu wody przez zakotwiczone okręty.

Jaśniejące od wiecznie płonących świateł forum chwytało | blask księżyca, jakby było 

pułapką   zastawioną   specjalnie   na   ;   niego   przez   ludzi,   przeciwieństwem   krateru   w   ziemi, 

konstrukcją, którą mogły oglądać i błogosławić nieprzejednane niebiosa. Znalazłam się przed 

własnym domem. Okazało się, że z łatwością potrafię wspiąć się na sam szczyt dachu. Usiadłam 

Ina gontach, bezpieczna i spokojna; patrzyłam na dziedziniec, |na perystyl, gdzie poznawałam - w 

owe trzy samotne  noce prawdy,  które przygotowały mnie  na nauki Akashy.  Rozważałam to 

wszystko spokojnie i bez cierpienia - jak gdybym była winna tę odrobinę refleksji kobiecie, którą 

niegdyś byłam, nowicjuszce, która szukała schronienia w świątyni. Mariusz miał rację. Króla i 

królową opętał jakiś demon, który przenosił się przez krew, karmiąc się nią i rosnąc, jak robił to 

teraz we mnie.

Król i królowa nie wymyślili sprawiedliwości! Królowa, która przełamała małego faraona 

jak trzcinę, nie wynalazła prawa ani uczciwości!!

A rzymskie sądy, mozolnie dochodząc do każdego postanowienia, rozważając argumenty 

wszystkich stron, nie przyjmując do wiadomości zdarzeń natury magicznej i religijnej, one nawet 

w takich okropnych czasach walczyły o sprawiedliwość. Był to system oparty nie na boskim 

objawieniu, lecz na rozumie.

Nie żałowałam jednak chwili upojenia, gdy zaczerpnęłam jej krwi i uwierzyłam w nią, 

ujrzałam spadającą na nas ulewę kwiatów. Nie żałowałam, że umysł potrafi wyobrazić sobie taką 

transcendencję.

Była wtedy moją matką, królową, boginią, wszystkim. Wiedziałam to tak, jak powinno 

się wiedzieć po wychyleniu napoju w świątyni, gdy kołyszemy się i śpiewamy deliryczne pieśni. 

Poznałam to w jej objęciach. W ramionach Mariusza także, tyle że w bezpieczniejszej dawce, i 

teraz chciałam zostać tylko z nim.

Jaki upiorny wydawał się jej kult! Wadliwy i oparty na niewiedzy, wyniesiony do takiej 

potęgi. I jakie olśniewające odkrycie, że w sercu tajemnicy leżą takie poniżające wyjaśnienia. 

Krew wylana na złotą szatę.

Wszystkie obrazy i przebłyski sensu pouczają jedynie o sprawach głębszych - myślałam, 

podobnie jak w świątyni, gdy przystałam na pocieszenie w postaci bazaltowego posągu.

Tylko do mnie należy przemienienie swojego nowego życia w heroiczną opowieść.

Cieszyłam  się, że Mariusz znajduje tyle  pociechy w rozumie.  Lecz rozum był  rzeczą 

background image

wtórną, narzuconą mocą wiary światu, w którym gwiazdy nikomu niczego nie obiecują.

W   antiocheńskim   domu   podczas   nocy   żałoby   po   ojcu   dostrzegłam   coś   głębszego. 

Pojęłam, że w samym centrum stworzenia może leżeć coś tak nieopanowanego i niepojętego jak 

szalejący wulkan, którego lawa niszczy tak samo drzewa, jak i poetów.

Przyjmij zatem ten dar, Pandoro, myślałam. Wracaj do domu wdzięczna, że znalazłaś 

nowego   oblubieńca,   bo   nigdy   nie   miałaś   lepszego   i   nie   otwierały   się   przed   tobą   bardziej 

obiecujące widoki na przyszłość.

Po powrocie, w którego trakcie odkrywałam w sobie coraz to nowe umiejętności, takie 

jak przemykanie po dachach i przeskakiwanie murów - po powrocie zastałam go takiego, jak na 

odchodnym, tyle że smutniejszego. Siedział w ogrodzie, dokładnie tak samo jak w wizji, którą 

pokazała mi Akasha.

Musiało to być jego ulubione miejsce: za willą z licznymi drzwiami, ławka naprzeciw 

zarośli i naturalnego strumienia, który spadał po skałach i szemrał wśród wysokich traw.

Na mój widok natychmiast wstał.

Wzięłam go w ramiona.

- Wybacz mi, Mariuszu - powiedziałam.

- Ani się waż tak mówić. To wszystko moja wina. Co gorsza, nie obroniłem cię przed 

tym.

Obejmowaliśmy   się.   Miałam   ochotę   zanurzyć   w   nim   zęby,   zaczerpnąć   jego   krwi, 

wreszcie uległam temu pragnieniu, czując, że on pije ze mnie. Tak potężnego zjednoczenia nigdy 

nie zaznałam w małżeńskim łożu, tak że uległam mu, jak nigdy dotąd nie ulegałam nikomu.

Ogarnęło mnie nagłe znużenie. Oderwałam zęby od pocałunku.

- Chodź - zachęcił. - Twój niewolnik śpi. Za dnia, kiedy my będziemy spali, on przyniesie 

wszystkie twoje rzeczy, może też przyprowadzić niewolnice, jeżeli chcesz.

Zeszliśmy po schodach, znaleźliśmy się w innej komnacie. Trzeba było siły Mariusza, by 

odsunąć kamienne drzwi, co oznaczało po prostu, że nie mógłby uczynić tego żaden śmiertelnik.

Zobaczyłam prosty granitowy sarkofag.

- Możesz unieść wieko? - zapytał Mariusz.

- Jestem słaba!

- Wschodzi słońce, spróbuj podnieść pokrywę. Zsuń ją na bok.

Usłuchałam   go,   a   wewnątrz   ujrzałam   łoże   ze   zmiażdżonych   płatków   lilii   i   róż   z 

background image

jedwabnymi poduszkami i suszonymi kwiatami dla utrzymania aromatu.

Weszłam do środka, usiadłam, przekręciłam się i wyciągnęłam jak długa w kamiennym 

więzieniu.   Natychmiast   zajął   miejsce   obok,   z   powrotem   zasunął   wieko,   zasłaniając   światło 

całego świata niczym w krainie umarłych.

- Jestem senna. Plącze mi się język.

- Błogosławiona - skomentował.

- Bezsensowna obelga - mruknęłam - ale ci wybaczam.

- Pandoro, kocham cię! - zawołał bezradnie.

- Włóż go we mnie - powiedziałam, sięgając mu między nogi. - Wypełnij mnie, obejmij.

- To głupi zabobon!

- Nic z tych rzeczy. To niosący otuchę symbol.

Spełnił prośbę. Nasze ciała złączył jałowy narząd, który z jego punktu widzenia nie różnił 

się niczym od ręki - ale jak ja kochałam rękę, która mnie otoczyła, i przyciśnięte do mego czoła 

usta.

- Kocham cię, Mariuszu, dziwny, wysoki i piękny Mariuszu.

- Nie wierzę ci - odparł niemal szeptem.

- Co to ma znaczyć?

- Wkrótce wzgardzisz mną za to, co ci zrobiłem.

- Nic z tego, mój ty racjonalisto. Nie zależy mi na zestarzeniu się, zwiędnięciu i śmierci 

tak, jak być może ci się zdaje. Cenię sobie szansę poznania, zobaczenia więcej…

Poczułam dotyk jego ust na czole.

- Czy naprawdę prosiłeś o moją rękę, gdy miałam piętnaście lat?

- Ach,   bolesne   wspomnienia!   Od   słów   twego   ojca   jeszcze   dziś   pieką   mnie   uszy. 

Właściwie wyrzucił mnie z domu.

- Kocham cię z całego serca - wyszeptałam. - Wygrałeś. Zostałam twoją żoną.

- Kimś na pewno zostałaś, chociaż „żona” to nie jest chyba właściwie słowo. Ciekawe, że 

tak   szybko   zapomniałaś   o   swoich   wcześniejszych,   żarliwych   protestach   przeciwko   takim 

sformułowaniom.

Byłam senna, czułam rozkoszny dotyk jego warg, chcących nagle wyrazić czyste uczucie.

- Razem   wymyślimy   jakieś   bardziej   radosne   określenie   -   odparłam,   z   trudem 

wypowiadając te słowa między pocałunkami.

background image

Nagle odsunęłam się. Nie widziałam go w mroku.

- Całujesz mnie, żebym nic nie mówiła?

- Trafiłaś w sedno. Odwróciłam się do niego tyłem.

- Przekręć się, proszę.

- Nie.

Leżałam w bezruchu, niejasno zdając sobie sprawę, że jego ciało robiło na mnie wrażenie 

normalnego, ponieważ moje własne też zdążyło nabrać takiej samej twardości i prawdopodobnie 

takiej samej siły. Co za boska zaleta! Ależ ja go kochałam. Kochałam go! Niech całuje mnie po 

karku. Nie zmusi mnie do odwrócenia się w jego stronę.

Wstało już chyba słońce, bo zapadło milczenie jakby cały świat, wybuchające wulkany i 

szalejące morza - i wszyscy cesarze, królowie, sędziowie, senatorowie, filozofowie i kapłani - 

przestali istnieć.

background image

11

Masz więc moją opowieść, Davidzie.

Taką komedię w duchu Plauta i Terencjusza mogłabym ciągnąć przez wiele jeszcze stron. 

Mogłabym iść w zawody z Wiele hałasu o nic Szekspira.

Ale zręby mojej historii wyglądają właśnie tak. Oto tło lapidarnej i żartobliwej wersji z 

Wampira Lestata, której ostateczny kształt bagateli nadał Mariusz, może Lestat, tego już nikt nie 

wie.

Pozwól, że poruszę jeszcze sprawy dla mnie święte, które płoną wciąż w mym sercu, 

mimo że postronnemu obserwatorowi mogą zdawać się błahe, opowieść zaś o naszym rozstaniu 

nie jest zwykłym dysonansem, może bowiem nieść pewną lekcję.

Mariusz nauczył  mnie tropić i chwytać  tylko  złoczyńców,  zabijać bez bólu, spowijać 

duszę ofiary w urocze wizje lub pozwalać, by dusza sama wytryskała kaskadą fantazji, których 

nie wolno mi osądzać, gdyż muszę je pochłaniać jak krew. Nie ma sensu rozwodzić się nad 

szczegółami tych zdarzeń.

Dorównywaliśmy   sobie   siłą.   Gdy   jakiś   poparzony   i   nadmiernie   ambitny   pijący   krew 

dotarł   do   Antiochii   -   co   zdarzyło   się   raptem   kilka   razy,   by   potem   ustać   zupełnie   - 

wykonywaliśmy   egzekucję   razem.   Nieśli   oni   w   sobie   potworne   dusze,   wykute   w   epokach, 

których nie pojmowaliśmy, a królowej szukali tak, jak szakal węszy za padliną.

Nigdy się o żadnego nie spieraliśmy.

Często czytaliśmy sobie na głos, wspólnie śmialiśmy się z  Satyrikonu  Petroniusza, na 

przemian zalewaliśmy się łzami i wybuchaliśmy śmiechem przy gorzkich satyrach Juwenala. Z 

Aleksandrii i Rzymu napływały coraz to nowe satyry i historie.

Ale coś na wieki oddzieliło mnie od Mariusza.

Miłość rosła w siłę, ale wraz z nią narastały nieustające kłótnie, które stawały cię coraz 

niebezpieczniejszą więzią cementującą nasz związek.

Wiele lat Mariusz strzegł swojej delikatnej racjonalności, jak dziewicza Westalka pilnuje 

świętego ognia. Gdy zdarzało się, że ogarnęło mnie jakieś ekstatyczne uczucie, z miejsca łapał 

mnie za rękę i oznajmiał jasno i wyraźnie, że to irracjonalne. Irracjonalne, irracjonalne i jeszcze 

raz irracjonalne!

Gdy   na   Antiochię   spadło   w   drugim   stuleciu   okropne   trzęsienie   ziemi,   z   którego 

wyszliśmy cało, odważyłam się napomknąć o boskim błogosławieństwie. Mariusz wpadł na te 

background image

słowa w furię i błyskawicznie zwrócił mi uwagę, że ta sama boska interwencja ocaliła cesarza 

Trajana, który przebywał akurat w Antiochii. Co miałam mu odpowiedzieć?

Z kronikarskiego obowiązku zaznaczę, że Antiochia szybko się odbudowała, rozkwitły 

targi,   napływało   więcej   niewolników   i   nic   nie   mogło   powstrzymać   zmierzających   ku   swym 

celom karawan handlowych i statków.

Ale   między   nami   na   długo   przed   tym   trzęsieniem   prawie   co   noc   dochodziło   do 

rękoczynów.

Gdy tkwiłam wiele godzin w komnacie matki i ojca, Mariusz niezawodnie przychodził, 

żeby przywołać mnie  do porządku. Nie mógł czytać  spokojnie, gdy byłam  w takim stanie - 

oznajmiał. Nie mógł się skupić, wiedząc, że siedzę na dole i świadomie kuszę szaleństwo.

Dlaczego   (pytałam)   jego   dominacja   musi   sięgać   do   każdego   zakątka   domostwa?   Jak 

pogodzić   ją   z   tym,   że   gdy   przychodziło   do   zabicia   jakiegoś   poparzonego   pijącego   krew   w 

Antiochii, nagle okazywało się, że jestem mu równa siłą?

- Nie jesteśmy równi siłą ducha? - nie ustępowałam.

- Tylko ciebie stać na zadawanie takich pytań! - odpowiadał.

Rzecz jasna, matka i ojciec nie poruszali się już ani nie odzywali. Nie miałam snów krwi, 

nie docierały do mnie żadne boskie wskazówki. Mariusz tylko niekiedy mi o tym przypominał. 

Po   dłuższym   czasie   dopuścił   mnie   do   pielęgnowania   sanktuarium,   żebym   mogła   naocznie 

przekonać się o zakresie ich milczącej i pozornie bezmyślnej zgody na wszystko. Wydawało się, 

że są całkowicie poza naszym zasięgiem; do czynu przechodzili w ślimaczym tempie, ale gdy już 

się do tego zabrali, widok był przerażający.

Gdy   czterdziestoletni   Flawiusz   poważnie   zachorował,   odbyła   się   pierwsza   z   naszych 

naprawdę okropnych bitew. Zdarzyło się to dość wcześnie, na długo przed trzęsieniem ziemi.

Był to, nawiasem mówiąc, czas zadziwiający, ponieważ stary potwór Tyberiusz stawiał w 

Antiochii liczne nowe, cudowne budowle. Antiochia miała konkurować z Rzymem, ale Flawiusz 

był chory.

Mariusz znosił to bardzo ciężko. Niezmiernie polubił Greka - bez przerwy rozmawiali o 

Arystotelesie, Flawiusz zaś, okazało się, należał do ludzi, którzy gotowi są robić wszystko, od 

prowadzenia domu po skrupulatne przepisywanie najbardziej ezoterycznych i rozsypujących się 

w rękach zwojów.

Nigdy nie pytał o naszą naturę. Odkrywałam, że w jego duszy przywiązanie i zgoda były 

background image

znacznie potężniejsze od ciekawości i lęku.

Mieliśmy nadzieję, że nie dolega mu nic poważnego, ale w miarę narastania gorączki 

coraz częściej odwracał głowę, gdy do pokoju wchodził Mariusz. Za to mnie zawsze z ochotą 

trzymał za rękę. Często leżałam koło niego całymi godzinami, jak on kiedyś leżał u mego boku.

Pewnej nocy Mariusz wyprowadził mnie przed bramę i oznajmił:

- On umrze, zanim wrócę. Wytrzymasz to sama?

- Chcesz uciec?

- Nie. Ale on nie chce, żebym patrzył na jego agonię; nie chce, żebym słyszał, jak jęczy z 

bólu.

Kiwnęłam głową.

Mariusz odszedł.

Mariusz dawno temu ustanowił zasadę, że już nigdy nie powstanie żaden pijący krew. Nie 

chciało mi się podawać w wątpliwość tej decyzji.

Zaraz   po   jego   odejściu   przemieniłam   Flawiusza   w   wampira.   Brałam   przykład   z 

poparzonego, Mariusza i Akashy, bo długo omawialiśmy z Mariuszem metody - zaczerpnij krwi, 

ile się da, potem oddawaj ją, dopóki nie będziesz bliska omdlenia.

Zemdlałam,   a   gdy   się   ocknęłam,   stał   nade   mną   wspaniały   Grek,   nieznacznie   się 

uśmiechając, bez śladu po chorobie. Wziął mnie za rękę i pomógł się podnieść.

Mariusz wszedł, wpił wzrok w odrodzonego Flawiusza i nakazał:

- Wynoś się zaraz z tego domu, z miasta, z prowincji i Imperium.

Flawiusz pożegnał się ze słowami:

- Dziękuję za  Mroczny Dar. - Wtedy pierwszy raz słyszałam  to wyrażenie,  które tak 

często powraca w pismach Lestata. Ateńczyk pojmował je doskonale.

Przez   wiele   godzin   schodziłam   Mariuszowi   z   drogi.   Nigdy   mi   nie   wybaczy!   Potem 

wyszłam do ogrodu. Zastałam go pogrążonego w smutku, zorientowałam się, że był przekonany, 

iż mam zamiar odejść z Flawiuszem. Wzięłam go w ramiona. Przepełniała go ulga i miłość; 

natychmiast wybaczył mi „bezgraniczną lekkomyślność”.

- Czy ty nie widzisz - spytałam, ujmując jego dłoń - że cię uwielbiam? Ale nie możesz 

mną rządzić! Czy w twojej racjonalnej głowie nie mieści się to, że umyka ci najwspanialsza 

część naszego daru - wolność od ograniczeń płci!

- Ani na chwilę nie dam się przekonać - odpalił - że nie czujesz, nie myślisz i nie działasz 

background image

jak kobieta. Obydwoje kochaliśmy Flawiusza. Ale po co jeszcze jeden pijący krew?

- Nie wiem, ale wiem, że Flawiusz tego chciał, znał wszystkie nasze tajemnice, my… ja 

doszłam z Flawiuszem do pewnego porozumienia. Pozostał mi wierny w najczarniejszej godzinie 

życia. Nie, nie umiem tego wytłumaczyć.

- Właśnie, kobiece uczucia. I obdarzyłaś go wiecznością.

- Weźmie   udział   w   naszych   poszukiwaniach   -   odparłam.   Około   połowy  stulecia,   gdy 

miasto było bardzo bogate, a rzymskie imperium cieszyło się pokojem, jakiego nie miało zaznać 

przez kolejnych dwieście lat, w Antiochii zjawił się chrześcijanin Paweł.

Pewnej nocy poszłam go posłuchać i wróciłam do domu, rzucając od niechcenia, że ten 

człowiek umiałby nawrócić na swą wiarę nawet kamienie, taka jest potęga jego osobowości.

- Jak możesz marnować czas na takie rzeczy? - obruszył się Mariusz. - Chrześcijaństwo. 

To nie jest nawet kult! Jedni wyznają Jana, inni Jezusa. Walczą między sobą. Nie rozumiesz, 

czego dopuścił się ten Paweł?

- Nie, a czego? Nie powiedziałam przecież, że zamierzam wstąpić do jego sekty, tylko że 

go słuchałam. Co to komu szkodzi?

- Tobie, twojemu umysłowi, równowadze ducha, zdrowemu rozsądkowi. Psują je bzdury, 

którymi się interesujesz, szkodzi to wręcz samej zasadzie prawdy! - Dopiero się rozkręcał.

- Pozwól, że powiem ci co nieco o tym Pawle - ciągnął.

- Nie znał ani Jana Chrzciciela, ani Jezusa Galilejczyka.  Hebrajczycy wyrzucili go ze 

wspólnoty.  Jezus i Jan byli  przecież Hebrajczykami!  Więc Paweł zwrócił się do wszystkich, 

żydów  i chrześcijan, Greków i Rzymian,  ze słowami: „Nie musicie  przestrzegać hebrajskich 

obyczajów. Nieważne są jerozolimskie święta. Nieważne obrzezanie. Zostańcie chrześcijanami”.

- To wszystko prawda - potwierdziłam, wzdychając.

- Bardzo łatwo uwierzyć  w taką religię.  To pestka. Wystarczy wmówić  sobie, że ten 

człowiek powstał z martwych. Przeglądałem ostatnio teksty, które można dostać na targu. A ty?

- Nie. Dziwię się, że chciało ci się poświęcać czas na takie poszukiwania.

- W pismach tych, co znali Jezusa i Jana, nie ma ani jednej wzmianki, żeby któryś z nich 

zapowiadał swoje powstanie z martwych, albo że wszyscy, co w nich wierzą, będą obdarzeni 

życiem po śmierci. To wszystko dodatki Pawła. Co za kusząca obietnica! Wystarczy posłuchać, 

co   twój   przyjaciel   Paweł   ma   do   powiedzenia   na   temat   piekła!   Co   za   okrutna   wizja   -   że 

śmiertelnicy mogą w tym życiu grzeszyć tak strasznie, iż przez całą wieczność będą trawić ich 

background image

płomienie.

- On nie jest żadnym moim przyjacielem. Wyolbrzymiasz nawet najbardziej nieistotne 

uwagi. Dlaczego tak ci na tym zależy?

- Już ci mówiłem, że zależy mi na prawdzie, na rozumie.

- Ale   nie   zauważasz   pewnego   aspektu   działalności   tej   grupy   chrześcijan,   że   gdy   się 

gromadzą, wybucha wśród nich taka euforyczna miłość, wiara w wielką dobroć…

- Nie, już nie wytrzymam! I chcesz powiedzieć, że to coś dobrego?

Nie odpowiadałam.

Zabierał się z powrotem do pracy, gdy odezwałam się:

- Boisz się mnie. Obawiasz się, że zwali mnie z nóg jakiś człowiek wielkiej wiary i że cię 

opuszczę. Nie, nie tak. Boisz się, że tobie usunie się ziemia spod nóg, że jakimś sposobem świat 

z powrotem cię skusi i nie będziesz już mieszkał tutaj ze mną, obserwującą wszystko z góry 

Rzymianką, samotnicą, bo wrócisz w poszukiwaniu śmiertelnych pociech przyjaźni i bliskości, 

uznania za jednego ze śmiertelników, którym wszak nie jesteś.

- Pandoro, pleciesz bzdury.

- Możesz zachować swoje dumne tajemnice. Ale przyznam, że się o ciebie boję.

- A to dlaczego?

- Bo nie zdajesz sobie sprawy, że wszystko przemija, że wszystko jest sztuczne! Ze nawet 

logika, matematyka i sprawiedliwość są w ostatecznym rozrachunku bez znaczenia.

- To nieprawda.

- Ależ prawda. Nadejdą noce, gdy ujrzysz to, co ja widziałam po przybyciu do Antiochii, 

zanim mnie odnalazłeś, przed przemianą, przed którą powinno było ustąpić wszystko ś inne. 

Zobaczysz ciemność - ciągnęłam - ciemność tak absolutną, że Natura nie zna takiej w żadnym 

miejscu na Ziemi. Jest ona ukryta tylko w ludzkiej duszy. I jest nieskończona. Modlę się, żeby - 

gdy cię w końcu otoczy, gdy nie będzie niczego poza nią - żeby rozum i logika choć trochę cię 

przed nią obroniły.

Obrzucił mnie pełnym respektu spojrzeniem, lecz nic nie powiedział.

- Nie pomoże ci rezygnacja - podjęłam. - Rezygnacja wymaga  siły woli, tej potrzeba 

stanowczości, która opiera się na wierze zakorzenionej w czymś, w co można wierzyć. Każde 

działanie lub zgoda wymagają kogoś, kto byłby ich świadkiem. A nie ma nic i nie istnieją żadni 

świadkowie! W odróżnieniu ode mnie jeszcze nic o tym nie wiesz. Mam tylko nadzieję, że kiedy 

background image

się dowiesz, będzie w pobliżu ktoś, kto doda ci otuchy, gdy będziesz ubierał i pielęgnował te 

potworne   bryły   pod   schodami.   I   przynosił   im   kwiaty!   -   Byłam   taka   zła.   Mówiłam   dalej:   - 

Wspomnij mnie, gdy nadejdzie ta chwila - jeżeli nie będziesz chciał błagać o litość, przypomnij 

sobie o mnie jako wzorze do naśladowania. Ja to widziałam i przeżyłam.  I nie ma żadnego 

znaczenia,   że   słuchałam   słów   Pawła   o   Chrystusie,   ani   że   zaplatam   z   kwiatów   wieńce   dla 

królowej,   ani   że   tańczę   jak   głupia   w   ogrodzie   przed   świtem,   ani   że…   że   cię   kocham.   To 

nieważne. Bo nie ma nic. I nikogo, kto by to nic widział. Nikogo! - Westchnęłam. Pora kończyć. 

-   Wracaj   do   swojej   historii,   tego   steku   kłamstw,   przez   który   próbuje   się   budować   związki 

przyczynowo - skutkowe między wydarzeniami, tej niedorzecznej wiary, postulującej, że jeden 

fakt wynika z drugiego. Mówię ci, że tak nie jest, ale myślisz, jak przystało na prawdziwego 

Rzymianina.

Siedział w milczeniu i na mnie spoglądał. Trudno było powiedzieć, co myślał albo czuł. 

Po chwili spytał:

- To co mam według ciebie zrobić? - Jeszcze nigdy nie sprawiał wrażenia tak niewinnego.

Zaśmiałam się gorzko. Czy my nie mówiliśmy tym  samym  językiem?  Jak gdyby nie 

słyszał żadnego z moich słów. A przecież nie miał na nie żadnej odpowiedzi, tylko takie, bardzo 

proste pytanie.

- W porządku. Powiem ci, czego chcę. Kochaj mnie, Mariuszu, kochaj, ale daj spokój! - 

zawołałam. Słowa same pojawiły się na mych wargach, nawet się nad nimi nie zastanowiłam. - 

Daj   spokój,   żebym   mogła   sama   szukać   pociechy,   własnych   sposobów   na   przeżycie,   choćby 

zdawały ci się idiotyczne i bezsensowne. Daj mi spokój!

Zraniłam go, takie niewiniątko, niczego nie rozumiejące.

Wraz z upływem czasu toczyliśmy wiele tego rodzaju sporów.

Czasami już po wszystkim przychodził do mnie i wdawał się w długie, pełne zadumy 

rozmowy na temat tego, co jego zdaniem działo się z imperium, że cesarze szaleli, a senat nie 

miał żadnej władzy,  że postępy człowieka były wyjątkiem w skali całej natury i należało je 

bacznie śledzić. Mówił, że będzie pragnął żyć, jak przypuszczał, aż do samego końca.

- Nawet jeżeli pozostanie tylko pustynia, nadal będę chciał na niej żyć, patrzeć na wydmy. 

Gdy   na   całym   świecie   pozostanie   zaledwie   jedna   lampa,   będę   chciał   przyglądać   się   jej 

płomieniowi. Ty chyba również, ale warunki bitwy i jej żar nigdy tak naprawdę się nie zmieniły.

W głębi duszy wyobrażał sobie, że nienawidzę go za brak serca, jaki okazał mi w noc, 

background image

gdy   otrzymałam   Mroczną   Krew.   Przekonywałam   go,   że   to   dziecinne   rozumowanie.   Nie 

dostrzegał,  że moja  dusza i inteligencja  były  zbyt  wielkie  na taką trywialną  skargę i że nie 

miałam obowiązku tłumaczyć mu się ze swych myśli, słów i czynów.

Żyliśmy i kochaliśmy się przez dwieście lat. W moich oczach cały czas nabierał urody.

W miarę jak do miasta napływało coraz więcej barbarzyńców z Północy i ze Wschodu, 

nie czuł się już w obowiązku ubierać się na rzymską modłę i często zakładał zdobne w klejnoty 

szaty wschodnie. Włosy miał jakby coraz delikatniejsze i jaśniejsze. Rzadko je obcinał; musiałby 

to oczywiście robić co noc, gdyby chciał nosić je krótkie. Spadały mu przepiękną zasłoną na 

ramiona.

Wygładzało się jego oblicze, znikały bruzdy, które wyrażały gniew. Jak ci już mówiłam, 

jest niezwykle podobny do Lestata. Tylko nieco bardziej krępy, z twardszym zarysem podbródka, 

który ukształtował się jeszcze przed otrzymaniem Mrocznego Daru. Za to spod oczu znikały 

niechciane fałdy.

Czasami   nie   odzywaliśmy   się   do   siebie   wiele   nocy,   obawiając   się   wybuchu   kłótni. 

Zawsze łączyła nas zażyłość fizyczna - przytulanie, pocałunki, niekiedy tylko milczące trzymanie 

się za ręce.

Wiedzieliśmy jednak, że znacznie przekroczyliśmy okres życia zwykłych śmiertelników.

Nie ma potrzeby opowiadać szczegółowej historii tamtych czasów. Jest ona powszechnie 

znana. Dla przypomnienia podam kilka faktów. Pozwól, że najpierw określę swój punkt widzenia 

na zachodzące na terenie imperium zmiany.

Antiochia, jako kwitnące miasto, okazała się niezniszczalna. Cesarze obdarzali ją coraz 

większymi łaskami i często ją odwiedzali. Wznoszono coraz więcej świątyń wschodnich kultów. 

Potem Antiochię zalali chrześcijanie wszelkich odłamów.

Chrześcijaństwo antiocheńskie obejmowało ogromną i fascynującą masę ludzi, wiecznie 

się o coś spierających.

Rzym   wszczął   wojnę   z   Żydami,   równając   z   ziemią   Jerozolimę   i   burząc   świątynię 

Hebrajczyków.   Liczni   błyskotliwi   myśliciele   żydowscy   powędrowali   do   Antiochii   oraz 

Aleksandrii.

Dwa, trzy razy rzymskie legiony przemaszerowały obok nas na północ, ku Partii: raz 

doszło nawet do małego buntu, lecz Rzym zawsze otaczał Antiochię szczególną opieką. Tak więc 

targ zamknięto na jeden dzień! Później handel ruszył swoim zwyczajnym torem.

background image

Powstawało   niewiele   nowej   poezji.   Satyra   stała   się   jedynym   bezpiecznym,   a   raczej 

uczciwym  wyrazem  rzymskiej  umysłowości, i tak otrzymaliśmy  buntowniczego i zabawnego 

Złotego   osła  Apulejusza,   który   zdawał   się   drwić   ze   wszystkich   religii.   Był   gorzki   poeta 

Marcjalis.   A   listy   Pliniusza,   które   wpadły   mi   do   ręki,   były   pełne   ostrych   sądów   na   temat 

moralnego chaosu, jaki zapanował w Rzymie.

Jako wampir zaczęłam karmić się samymi żołnierzami. Podobały mi się ich wygląd i siła. 

Tylu padło moją ofiarą, że w swej lekkomyślności przeszłam wśród nich do legendy. „Grecka 

Pani Śmierci” - a to ze względu na moje szaty, które wywierały na nich wrażenie archaicznych. 

Wybierałam pierwszą lepszą ofiarę idącą przez ciemne ulice. Nie mieli żadnych szans otoczyć 

mnie lub powstrzymać, daleko im było do moich umiejętności, siły i pragnienia.

Ale w trakcie gwałtownego konania ofiar widziałam wiele rzeczy, zgiełk walnej bitwy, 

walkę wręcz na stromym stoku góry. Delikatnie doprowadzałam ich do agonii, napełniając się 

krwią, czasami oglądałam podobne do zasłony dusze tych, którzy polegli z ich ręki.

Gdy opowiadałam o tym Mariuszowi, odrzekł, że właśnie tego rodzaju mistycznych bzdur 

można się było po mnie spodziewać.

Nie upierałam się.

Z żywym  zainteresowaniem  śledził  bieg wypadków  w  Rzymie.  Mnie one zwyczajnie 

zaskakiwały.

Zaczytywał się historiami Kasjusza Diona, Plutarcha i Tacyta, walił pięścią w stół, gdy 

dochodziły go wieści o nie kończących się potyczkach nad Renem, parciu na północ w Brytanii, 

budowie   Muru   Hadriana,   by   powstrzymać   Szkotów,   którzy,   tak   jak   Germanie,   nie   ulegali 

nikomu.

- Oni już nie utrzymują imperium w całości - powtarzał. - Nie pielęgnują rzymskiego 

trybu życia! To tylko wojna, wojna i handel!

Nie mogłam się nie zgodzić.

Tak naprawdę sytuacja była jeszcze gorsza. Gdyby, tak jak ja, częściej chodził słuchać 

filozofów, zbladłby z przerażenia.

Wszędzie pojawiali się magowie twierdzący, że umieją latać, miewają wizje, uzdrawiają 

dotykiem rąk! Wszczynali bijatyki z chrześcijanami i żydami. Zdaje się, że rzymskie wojska nie 

zwracały na nich najmniejszej uwagi.

Znana   mi   z   dzieciństwa   medycyna   ustępowała   miejsca   czarodziejskim   zaklęciom   ze 

background image

Wschodu, amuletom, obrzędom i małym figurynkom, które należało ściskać w rękach.

Ponad połowa senatorów nie pochodziła z Italii, co oznaczało, że nasz Rzym nie był już 

rzymski,   tytuł   cesarski   zaś   stał   się   kiepskim   żartem.   Dochodziło   do   tak   wielu   zamachów, 

spisków, utarczek, pałacowych przewrotów, pojawiało się tylu fałszywych cesarzy, że niebawem 

wszyscy   zorientowali   się,   iż   władzę   sprawuje   armia.   Ona   wybierała   cesarza,   by   potem   go 

popierać.

Chrześcijaństwo podzieliło się na wojujące sekty. Było to wprost zdumiewające. Religia 

nie wypalała się w sporach. Podziały dodawały jej siły. Wybuchające od czasu do czasu zażarte 

prześladowania - w których ludzie ginęli za to, że nie czcili rzymskich ołtarzy - jak gdyby tylko 

pogłębiały sympatię ludu do nowego kultu.

W jego ramach toczyły się dysputy na temat wszelkich możliwych zasad odnoszących się 

do Żydów, Boga i Jezusa.

Religii tej przytrafiło się coś zadziwiającego. Roznoszona jak pożar przez szybkie okręty, 

dobre drogi i zadbane trakty handlowe, znalazła się w szczególnym położeniu. Świat się nie 

skończył, jak zapowiadali Jezus i Paweł.

Wszyscy ludzie znający Jezusa już nie żyli. W końcu zmarli też wszyscy, którzy znali 

Pawła.

Narodzili   się   chrześcijańscy   filozofowie,   przebierający   w   greckich   ideach   i 

starohebrajskich tradycjach.

Justyn Ateński pisał, że Chrystus był Logosem; można było osiągnąć zbawienie, nawet 

będąc ateistą, jeśli wierzyło się w rozum.

Musiałam opowiedzieć o tym Mariuszowi. Byłam przekonana, że go to rozrusza, a noc 

zapowiadała się nudna, lecz on odpowiedział jakimś jeszcze bardziej ezoterycznym gadaniem o 

gnostykach.

- Na forum pojawił się dzisiaj człowiek imieniem Saturnin - oznajmił. - Być może o nim 

słyszałaś. Naucza dziwnej odmiany tego chrześcijańskiego wyznania, które cię tak interesuje; 

według niego Bóg Hebrajczyków jest tak naprawdę Szatanem, a Jezus nowym Bogiem. To nie 

pierwsze jego wystąpienie. Dzięki staraniom miejscowego biskupa Ignacego on i jego sympatycy 

kierują się do Aleksandrii.

- Z Aleksandrii przywędrowały już do nas książki opisujące te koncepcje - powiedziałam. 

-   Zupełnie   ich   nie   rozumiem.   Może   tobie   idzie   lepiej.   Mówią   o   Sophii,   żeńskiej   zasadzie 

background image

mądrości,  która poprzedzała  stworzenie. Żydzi i chrześcijanie pragną w jakiś sposób ująć tę 

zasadę w swej wierze. Wyraźnie kojarzy mi się ona z naszą ukochaną Izydą.

- Twoja ukochana Izyda!

- Istnieją chyba umysły, które chciałyby utkać z każdego mitu, z jego esencji, wspaniałą 

tkaninę.

- Pandoro, znowu robi mi się niedobrze, gdy cię słucham - przestrzegł mnie. - Opowiem 

ci,   co   wyczyniają   chrześcijanie.   Tworzą   ścisłą   organizację.   Po   biskupie   Ignacym   przyjdzie 

następny, a wszyscy oni chcą ogłosić światu, że dobiegł końca wiek prywatnych objawień; chcą 

przejrzeć wszystkie zwoje i sklecić z nich kanon, w który ma wierzyć każdy chrześcijanin.

- Nie podejrzewałam,  że może dojść do czegoś takiego. Nawet nie wiesz, jak bardzo 

zgadzałam się z tobą, gdy ich krytykowałeś.

- Odnoszą sukcesy, ponieważ organizują się tak jak Rzymianie. Biskup Ignacy jest bardzo 

surowy. Mianuje pełnomocników. Autoryzował rękopisy. Zwróć uwagę, że z Antiochii wyrzuca 

się proroków.

- Tak, masz rację - potwierdziłam. - Co o tym sądzisz? To dobrze czy źle?

- Chcę, żeby świat szedł ku lepszemu, żeby ludziom żyło  się lepiej. Jedno jest jasne: 

wszyscy starzy pijący krew wymarli i ani ja i ty, ani król czy królowa nie jesteśmy już w stanie 

zmienić biegu ludzkich dziejów. Moim zdaniem ludzie powinni się bardziej starać. Z każdą nową 

ofiarą próbuję bardziej zgłębić naturę zła. Przeraża mnie każda religia, która wysuwa fanatyczne 

żądania lub twierdzenia, argumentując to wolą boga.

- Jesteś dzieckiem epoki Augusta - zauważyłam. - Zgadzam się z tobą, ale lektura tych 

obłąkanych gnostyków jest bardzo zabawna. Marcjona czy Walentyna.

- Może ciebie to bawi. Ja wszędzie dostrzegam zagrożenia. Nowe chrześcijaństwo nie 

dość, że się rozprzestrzenia, to na dodatek zmienia się w każdym nowym miejscu; przypomina 

zwierzę, które pochłania miejscową faunę i florę, czerpiąc z tego pożywienia jakąś szczególną 

moc.

Nie spierałam się z nim.

Pod   koniec   drugiego   stulecia   Antiochia   była   w   dużym   stopniu   schrystianizowana. 

Czytając pisma nowych biskupów i filozofów, dochodziłam do wniosku, że czekają nas jeszcze 

gorsze rzeczy.

Musisz   jednak   zdawać   sobie   sprawę,   Davidzie,   że   Antiochia   nie   pogrążała   się   w 

background image

rozkładzie; w powietrzu bynajmniej nie było czuć końca imperium. Wszędzie buchała energia. 

Wszystko przez handel, przez niego odnosi się mylne wrażenie wzrostu, nawet gdy nie ma o nim 

mowy. Świat się zmienia, choć niekoniecznie na lepsze.

Potem nadeszły trudne czasy. Na Mariuszu skrupiły się dwie siły, próbujące nadwątlić 

granice jego odwagi. Antiochia jeszcze nigdy nie była tak interesująca.

Matka i ojciec nie poruszyli się od mojej pierwszej nocy!

Najpierw opiszę pierwszą katastrofę, zwłaszcza że nie odczułam jej zbyt mocno i mogłam 

tylko współczuć Mariuszowi.

Jak już wspomniałam, kwestia wyboru cesarza zaczęła zakrawać na żart, ale w prawdziwą 

komedię zmieniła się z początkiem drugiego wieku.

Cesarzem   był   akurat   Karakalla,   notoryczny   morderca.   W   czasie   pielgrzymki   do 

Aleksandrii, gdzie chciał obejrzeć szczątki Aleksandra Wielkiego, rozkazał otoczyć i - z nikomu 

nie znanych powodów - wymordować tysiące młodych Aleksandryjczyków. Aleksandria jeszcze 

nigdy nie widziała takiej masakry.

Mariusz wpadł w rozpacz. Podobnie jak cały świat.

Przebąkiwał o wyjeździe z Antiochii, o znalezieniu się jak najdalej od ruin imperium. 

Zaczynałam przychylać się do jego opinii.

Następnie odrażający cesarz Karakalla skierował się w naszą stronę z zamiarem stoczenia 

wojny z Partami na wschodzie i północy. Nic nowego w Antiochii!

Jego   matka   -   nie   warto   zapamiętywać   wszystkich   tych   nazwisk   -   Julia   Domna, 

zamieszkała  w  Antiochii.  Umierała  na raka piersi. Dodam jeszcze,  że kobieta ta dopomogła 

Karakalli w uśmierceniu swojego drugiego syna, Gety, gdyż bracia dzielili się władzą cesarską, 

co groziło wojną domową.

A  zatem  do rzeczy i,  jak się  powiedziało,  nie  musisz  zapamiętywać  tych  wszystkich 

nazwisk.

Zgromadzono legiony na wojnę z dwoma królami, Wologazesem V i Artabanusem V. 

Karakalla stoczył tę wojnę, odniósł zwycięstwo i wracał w blasku chwały. Wtedy kilka mil przed 

Antiochią został zamordowany przez własnych żołnierzy, gdy chciał się załatwić!

Wszystko   to   wprawiło   Mariusza   w   beznadziejny   stan.   Siedział   całymi   godzinami   w 

sanktuarium i wpatrywał się w matkę i ojca. Chyba wiem, co sobie myślał: że powinniśmy spalić 

siebie i ich, ale ja nie mogłam znieść takiej myśli. Nie chciałam umierać. Ani tracić życia. I 

background image

Mariusza.

Niezbyt natomiast zależało mi na losach Rzymu. I tak czekało mnie obiecujące życie.

Ale wracajmy do naszej komedii. Armia błyskawicznie wyniosła na tron człowieka z 

prowincji imieniem Makryniusz, Maura z kolczykiem w uchu.

Ten natychmiast pokłócił się z matką nieżyjącego cesarza, Julią Domną, bo nie pozwolił 

jej wyjechać i umrzeć gdzieś poza Antiochią. Zagłodziła się na śmierć.

Wszystko rozgrywało się zbyt blisko, a nie w odległej stolicy, którą opłakiwaliśmy.

Potem   znów   wybuchła   wojna,   ponieważ   królowie   ze   Wschodu,   których   wcześniej 

zaskoczył   Karakalla,   zdążyli   się   przygotować   i   Makryniusz   musiał   poprowadzić   legiony   do 

walki.

Jak   mówiłam,   nad   sytuacją   panowały   teraz   legiony.   Nikt   nie   uświadomił   tego 

Makryniuszowi,   który   zamiast   walczyć,   przekupił   przeciwnika,   co   wcale   nie   przysporzyło 

wojsku chwały. Makryniusz zaś odebrał armii część przywilejów.

Nie zdawał sobie chyba sprawy, że jej poparcie było niezbędnym warunkiem przeżycia. 

Chociaż co przyszło z tego Karakalli, którego żołnierze kochali?

Tak czy owak, siostra Julii Domny o imieniu Julia Maesa, Syryjka wyznająca syryjskiego 

boga  słońca,   skorzystała  z   fali  wzburzenia  wśród  legionistów   i  umieściła   na  tronie   swojego 

wnuka zrodzonego z Julii Soemis! Plan wolał o pomstę do nieba, i to z wielu względów. Po 

pierwsze i najważniejsze, wszystkie trzy Julie były Syryjkami. Chłopiec miał czternaście lat i po 

przodkach odziedziczył tytuł kapłana boga słońca.

Jednak   Julii   Maesie   i   kochankowi   jej   córki,   Gannysowi,   jakimś   cudem   udało   się 

przekonać grupę żołnierzy w namiocie, że czternastoletni Syryjczyk nadaje się na cesarza.

Armia porzuciła Makryniusza i jego syna, wytropiła ich i zamordowała. Tym sposobem 

czternastoletni chłopiec znalazł się na ramionach dumnych legionistów! Nie chciał jednak, by 

nazywano go rzymskim imieniem. Wolał imię swojego syryjskiego boga, Heliogabala. Sama 

jego obecność w Antiochii działała na nerwy wielu obywatelom. W końcu wraz z trzema Juliami 

- ciotką, matką i babką, kapłankami syryjskimi - wyjechał z Antiochii.

W   Nikomedii,   nieopodal   nas,   Heliogabal   zamordował   kochanka   matki.   Zabrał   też 

olbrzymi,   czarny   święty   kamień   i   zawiózł   go   do   Rzymu,   rozpowiadając,   że   to   święty   głaz 

syryjskiego boga słońca, któremu wszyscy muszą od tej pory oddawać cześć.

Odpłynął za morze, lecz listy z Rzymu potrafiły docierać do Antiochii nawet w niecałe 

background image

dwa   tygodnie,   tak   że   niebawem   zaczęły   rozchodzić   się   różne   pogłoski.   Zresztą   któż   pozna 

prawdę o tym człowieku?

Heliogabal. Na Palatynie wzniósł świątynię kamieniowi. Kazał Rzymianom przebierać się 

w fenickie szaty, gdy zabijał bydło i owce na ofiarę.

Prosił lekarzy, by zmienili go w kobietę, wycinając odpowiedni otwór między nogami. 

Rzymianie byli przerażeni. W nocy przebierał się za kobietę, nakładając nawet tunikę, i włóczył 

się po gospodach.

W całym imperium wybuchały bunty wojskowe.

Nawet trzy Julie, babka Julia Maesa, ciotka Julia Domna i jego matka, Julia Soemis, 

zaczynały  mieć  go dosyć.  Po czterech  latach,  zwróć uwagę, czterech  latach  panowania tego 

maniaka, żołnierze zabili go i wrzucili zwłoki do Tybru.

Mariusz odnosił wrażenie, że ze świata, który zwaliśmy niegdyś Rzymem, nie pozostało 

ani   śladu.   Miał   po   dziurki   w   nosie   antiocheńskich   chrześcijan   i   ich   sporów   doktrynalnych. 

Wszystkie   religie   tajemnicy   uznawał   za   groźne.   Obłąkanego   cesarza   podawał   jako   przykład 

postępów fanatyzmu.

I miał rację. O, miał rację.

Niewiele mogłam zrobić dla uchronienia go przed rozpaczą. Nie stanął jeszcze wobec tej 

strasznej ciemności, o której mu opowiadałam; był zbyt poruszony, rozdrażniony i swarliwy. Ale 

ja bardzo się o niego bałam, z jego powodu bolało mnie serce; nie chciałam, żeby patrzył na 

świat ponuro jak ja, życzyłam mu więcej dystansu, żeby niczego się nie spodziewał i niemal 

śmiał się z upadku naszego imperium.

Potem   zdarzyło   się   najgorsze,   czego   każde   z   nas   tak   czy   inaczej   się   obawiało.   Ale 

przyszło w najpotworniejszej z możliwych postaci.

Pewnej nocy w naszych wiecznie otwartych drzwiach stanęło pięcioro pijących krew.

Nie usłyszeliśmy odgłosu ich kroków. Leniwie czytaliśmy książki, gdy unieśliśmy głowy 

i zobaczyliśmy tych pięcioro: trzy kobiety, mężczyznę i chłopca, wszystkich w czarnych strojach. 

Byli ubrani na modłę chrześcijańskich pustelników i ascetów. Po pustyniach wokół Antiochii 

włóczyło się ich całkiem sporo.

Ale ci pili krew.

Ciemnowłosi  i ciemnoocy,  o równie ciemnej  karnacji, stali przed nami  z założonymi 

rękami. Ciemnoskórzy, przebiegło mi przez myśl. Młodzi. Stworzeni po wielkim paleniu. Co z 

background image

tego, że pięcioro?

Twarze mieli dość sympatyczne, proporcjonalne rysy i brwi, głębokie, czarne oczy, na 

całym ciele ślady żywej skóry - maleńkie zmarszczki wokół oczu i knykci.

Wstrząs był obopólny. Ogarniali wzrokiem jaskrawo oświetloną bibliotekę; przyglądali 

się naszemu wykwintowi, tak zdecydowanie odmiennemu od ich ascezy.

- Więc - zagaił Mariusz - kim jesteście?

Skryłam  swoje myśli,  próbując przeniknąć  ich. Umysły  mieli  zamknięte.  Byli  oddani 

jakiejś sprawie. Z daleka śmierdziało od nich fanatyzmem. Byłam pełna najgorszych przeczuć.

Nieśmiało przestąpili próg.

- Stójcie, proszę - powstrzymał ich Mariusz po grecku.

- To mój dom. Zdradźcie, kim jesteście, to może zaproszę was do środka.

- Jesteście chrześcijanami, prawda? - zapytałam.

- Jesteśmy! - odparł mężczyzna. Mówił po grecku. - Jesteśmy biczem ludzkości w imieniu 

Boga i Jego Syna Chrystusa. Jesteśmy Dziećmi Ciemności.

- Kto was stworzył? - spytał Mariusz.

- Zostaliśmy stworzeni w świętej grocie i naszej świątyni - odezwała się jedna z kobiet, 

również po grecku. - Znamy prawdę Węża, jego kły są naszymi kłami.

Wstałam i podeszłam do Mariusza.

- Zdawało nam się, że będziecie w Rzymie - stwierdził młodzieniec. Miał krótkie, czarne 

włosy i bardzo niewinne spojrzenie. - Ponieważ biskup Rzymu jest najwyższym zwierzchnikiem 

chrześcijan, a teologia Antiochii straciła większe znaczenie.

- Czemu mielibyśmy być w Rzymie? - zdziwił się Mariusz. - Co nas obchodzi tamtejszy 

biskup?

Jedna z kobiet wysforowała się do przodu. Miała przedziałek we włosach, za to twarz 

bardzo majestatyczną i regularną. Szczególnie piękny był zarys jej ust.

- Dlaczego się przed nami ukrywacie? Słyszymy o was od lat! Wiemy, że ocaliliście naszą 

rasę od wymarcia, że dużo wiecie - o nas i o źródłach Mrocznego Daru, wiecie, jak Bóg obdarzył 

nim świat.

Mariusza ogarnęło przerażenie, chociaż nie dawał tego po sobie poznać.

- Nie mam wam nic do powiedzenia - oświadczył nieco zbyt pospiesznie. - Może tylko 

tyle,  że nie wierzę w waszego Boga ani waszego Chrystusa,  nie wierzę też,  że Bóg, jak to 

background image

ujmujesz, obdarował świat Mrocznym Darem. Popełniacie straszny błąd.

Odznaczali się sceptycyzmem zmieszanym z oddaniem sprawie.

- Prawie osiągnęliście zbawienie - odezwał się chłopiec z nie obciętymi włosami, który 

stał na końcu szeregu. Był drobnej postaci, lecz głos miał męski. - Osiągnęliście niemal punkt, w 

którym jesteście tacy silni, biali i czyści, że nie musicie już pić.

- Przykro mi, ale to nieprawda - odparł Mariusz.

- Czemu nie witasz nas radośnie? - dziwił się chłopiec.

- Dlaczego nie staniecie się naszymi przewodnikami i nauczycielami, byśmy lepiej nieśli 

Mroczną   Krew   i   karali   śmiertelników   za   ich   grzechy?   Jesteśmy   czystego   serca.   Zostaliśmy 

wybrani. Każdy odważnie wszedł do groty, gdzie konający diabeł, zmiażdżona istota z krwi i 

kości strącona z nieba w ognistej ulewie, przekazał nam swoje nauki.

- Jakież to?

- Zadajcie im cierpienia - włączyła  się kobieta. - Nieście śmierć. Unikajcie wszelkich 

spraw światowych, jak stoicy i pustelnicy Egiptu, lecz nieście śmierć. Karzcie ich.

Kobieta nabrała do nas niechęci.

- Ten człowiek nam nie pomoże - wyszeptała. - To bluźnierca. Heretyk.

- Przecież musisz nas przyjąć - powiedział młody mężczyzna, który przemówił pierwszy. 

- Szukaliśmy was długo, przychodzimy z daleka i w pokorze. Jeżeli macie ochotę żyć w pałacu, 

wasze   prawo,   zasłużyliście   sobie,   a   my   nie.   Żyjemy   w   ciemności,   krew   jest   jedyną   naszą 

przyjemnością,   pochłaniamy   słabych,   chorych   i   niewinnych.   Spełniamy   wolę   Chrystusa,   tak 

samo jak Wąż spełniał wolę Boga w raju, gdy kusił Ewę.

- Chodźcie do naszej świątyni - dołączyli się pozostali.

- Zobaczycie drzewo życia, które oplótł święty wąż. Mamy jego kły. Jego moc. Stworzył 

go Bóg, podobnie jak Judasza Iskariotę, Kaina i nikczemnych cesarzy Rzymu.

- Aha! - zawołałam. - Już rozumiem. Zanim trafiliście na boga w pieczarze, czciliście 

węża. Jesteście ofitami, setyjczykami, nasseńczykami.

- Takie było pierwsze nasze powołanie - stwierdził chłopiec - lecz teraz jesteśmy Dziećmi 

Ciemności, oddanymi ofiarom i zabijaniu, poświęcającymi się zadawaniu cierpienia.

- A, Marcjon i Walentyn - odezwał się Mariusz. - Nie znacie tych imion, nie mylę się? To 

poetyczni gnostycy, którzy sto lat temu stworzyli bagno waszej filozofii. Dualizm - że w świecie 

chrześcijańskim zło może dorównywać potęgą dobru.

background image

- Tak, wiemy - odparło mu kilku. - Nie znamy tych bluźnierczych imion, ale znamy Węża 

i intencje Boga wobec nas.

- Mojżesz   na   pustyni   uniósł   Węża   nad   głowę   -   zauważył   chłopiec.   -   Nawet   egipska 

królowa znała węża i nosiła go w koronie.

- Opowieść o wielkim Lewiatanie została zatajona w Rzymie - powiedziała kobieta. - 

Usunęli ją ze świętych ksiąg. Ale my ją znamy!

- Czyli nauczyliście się tego od chrześcijan z Armenii - stwierdził Mariusz - albo z Syrii.

Niski mężczyzna o szarych oczach, który do tej pory milczał, wystąpił naprzód i zwrócił 

się do Mariusza z wielką pewnością w głosie:

- Strzeżecie   starożytnych   prawd   i   wykorzystujecie   je   jak   bluźniercy.   Wszyscy   o   was 

wiedzą. Dzieci Ciemności o blond włosach z lasów Północy wiedzą też, że przed narodzeniem 

Chrystusa wykradliście z Egiptu jakąś ważną tajemnicę. Wielu tu przychodziło, widziało ciebie i 

kobietę, by odejść z lękiem.

- Bardzo mądrze - odpalił Mariusz.

- Co   znaleźliście   w   Egipcie?   -   spytała   kobieta.   -  Mnisi   chrześcijańscy   zamieszkali   w 

komnatach, które należały niegdyś do pijących krew. Mnisi nic o nas nie wiedzą, ale my wiemy 

wszystko o nich i o was. Znajdowały się tam jakieś pisma, tajemnice, coś, co z Bożej woli 

przynależy teraz do nas.

- Nie było niczego - zaprzeczył Mariusz. Znowu głos zabrała kobieta:

- Gdy Hebrajczycy uciekali z Egiptu i Mojżesz poprowadził ich przez Morze Czerwone, 

czy zostawili coś po sobie w Egipcie? Dlaczego Mojżesz podniósł węża? Wiecie, ilu nas jest? 

Niemal setka. Podróżujemy we wszystkie strony świata, do ziem, o jakich nie słyszeliście.

Widziałam przerażenie Mariusza.

- Doskonale - zaczęłam - wiemy już, czego chcecie i jak doszliście do przekonania, że 

możemy   zaspokoić   waszą   ciekawość.   Proszę,   wyjdźmy   do   ogrodu,   gdzie   będziemy   mogli 

porozmawiać. Uszanujcie nasz dom. Nie róbcie krzywdy niewolnikom.

- Taka myśl nawet nie postała nam w głowie.

- Zaraz wrócimy.

Chwyciłam dłoń Mariusza i poprowadziłam go na dół.

- Dokąd idziesz? - szeptał. - Ukryj wszystkie obrazy myśli! Niech nas nie widzą.

- Nie zobaczą - uspokoiłam go - i nie usłyszą naszej rozmowy.

background image

Chyba   wiedział,   o   co   mi   chodzi.   Zaprowadziłam   go   do   sanktuarium   matki   i   ojca, 

zamykając za sobą kamienne odrzwia. Pociągnęłam go za trony króla i królowej.

- Prawdopodobnie słyszą bicie serc królewskiej pary - wyszeptałam, jak mogłam najciszej 

- ale może ten dźwięk zagłuszy nasze głosy. Musimy ich zabić, unicestwić.

Mariusz osłupiał.

- Przecież wiesz, że tak trzeba - ciągnęłam. - Musimy zabić ich i im podobnych, którzy się 

do nas zbliżą. Skąd to zdumienie? Szykuj się. Najprościej najpierw pociąć ich na kawałki, a 

potem spalić.

- Ach, Pandoro - westchnął.

- Dlaczego cofasz się przed czynem?

- Nie cofam się, Pandoro - odparł - ale już widzę, jak taki postępek nieodwołalnie mnie 

odmieni. Od wieków zabijam, gdy ogarnia mnie pragnienie, i strzegę tych istot, których ktoś 

przecież   musi   strzec.   Ale   żeby   wykonać   egzekucję?   Upodobnić   się   do   cesarzy,   którzy   palą 

chrześcijan? Wszcząć wojnę przeciwko tej rasie, zakonowi, kultowi, kimkolwiek są, zająć takie 

stanowisko?

- Nie mamy wyboru, do dzieła. W komnacie, gdzie śpimy, jest wiele ozdobnych mieczy. 

Weźmiemy te duże i zakrzywione. I pochodnię. Musimy im oznajmić, jak nam przykro, a potem 

przystąpić do roboty!

Nie odpowiadał.

- Mariuszu, chcesz pozwolić im odejść, żeby inni nas nachodzili?  Jedynym  sposobem 

zabezpieczenia się jest zabicie każdego pijącego krew, który zbliży się do nas i do króla oraz 

królowej.

Stanął przed Matką. Spojrzał jej w oczy. Wiedziałam, że rozmawia z nią bez słowa. I że 

ona nie odpowiada.

- Nie ma żadnej innej możliwości - a wyjście jest dość realne. - Skinęłam na niego, żeby 

przystanął za plecami posągów, w najlepszym, jak mi się zdawało, miejscu na spiskowanie.

- Co?

- Oddaj im króla i królową. Wtedy będziemy wolni. Zajmą się monarchami z religijnym 

zapałem! Możliwe, że król i królowa pozwolą im się nawet napić…

- Jak śmiesz! - oburzył się.

- Mówię szczerze. Nigdy nie będziemy czuć się bezpiecznie. A oni będą buszowali po 

background image

świecie jak wściekłe szczury. Masz jakiś trzeci plan?

- Nie, ale jestem gotowy. Użyjemy mieczy i ognia naraz. Potrafisz zamydlić im oczy, gdy 

będziemy szli ku nim uzbrojeni i z pochodniami?

- Ależ oczywiście.

Weszliśmy do komnaty i zabraliśmy zakrzywione, niezmiernie ostre miecze z pustynnego 

świata Arabów. Od pochodni u stóp schodów rozpaliliśmy jeszcze jedną i ruszyliśmy w górę.

- Chodźcie, Dzieci! - zawołałam na głos, wchodząc do pokoju. - Chodźcie, bo to, co wam 

wyjawię, wymaga blasku pochodni, a wkrótce poznacie święte przeznaczenie tego miecza. Ile w 

was pobożności! Stanęliśmy przed nimi.

- I młodości.

Nagle spłoszeni, zbili się w gromadkę. To ułatwiło nam zadanie, które wypełniliśmy w 

ciągu kilku chwil: podpalając ich szaty, tnąc kończyny, nie zwracając uwagi na żałosne okrzyki.

Nigdy dotąd nie wykorzystywałam całej swej siły i szybkości, całej woli. Roznosiła mnie 

radość, gdy cięłam, gdy przykładałam do nich ogień, siekłam, dopóki nie padali i nie tracili 

resztek życia. Z drugiej strony chciałam oszczędzić im cierpień.

Bo byli tacy młodzi, bardzo młodzi jak na pijących krew: spalenie kości, zmienienie ich w 

popioły zajęło dość dużo czasu.

Ale gdy wreszcie było po wszystkim, staliśmy - Mariusz i ja - w ogrodzie, w szatach 

osmalonych sadzą, zapatrzeni w kołyszącą się trawę, upewniając się, że wiatr rozwiewa popioły 

na cztery strony świata. Znienacka Mariusz odwrócił się ode mnie i odszedł szybkim krokiem, by 

zejść po schodach do sanktuarium Matki. Popędziłam za nim w popłochu. Stał z pochodnią i 

skrwawionym mieczem - ile krwi z nich wypłynęło - i wpatrywał się w oczy Akashy.

- Och, Matko bez miłości! - wyszeptał.

Twarz miał brudną od krwi i sadzy. Spojrzał na palącą się pochodnię, potem na królową.

Po  Akashy  i Enkilu   nie  było   widać,  żeby  wiedzieli  o  masakrze  na  powierzchni.  Nie 

okazywali aprobaty ani wdzięczności, nie dawali żadnych świadomych znaków. Nie sposób było 

poznać, czy zauważyli pochodnię w ręce Mariusza lub czy odczytali jego myśli.

Były to ostatnie chwile Mariusza, Mariusza, jakiego wtedy znałam i kochałam.

Nie opuścił Antiochii. Ja byłam za wyjazdem i zabraniem królewskiej pary, za szalonymi 

przygodami i oglądaniem cudów świata.

Lecz on odmówił. Ciążył na nim tylko jeden obowiązek: czyhać na pozostałych, dopóki 

background image

wszystkich nie zabije.

Nie poruszał się i nie odzywał całymi tygodniami, chyba że nim potrząsałam i wtedy 

błagał, bym zostawiła go w spokoju. Wstawał z grobu, siadał z mieczem i pochodnią i po prostu 

czekał.

Stawało się to nieznośne. Upływały miesiące.

- Popadasz w obłęd - mówiłam. - Powinniśmy ich stąd zabrać.

Pewnej nocy, samotna i zła, zawołałam w swojej głupocie:

- Jak ja bym chciała uwolnić się od nich i od ciebie! - Wyszłam z domu i nie wracałam 

przez trzy noce.

Spałam spokojna w różnych ciemnych kryjówkach, które sobie wyszukiwałam. Gdy o 

nim myślałam, wyobrażałam go sobie siedzącego nieruchomo, tak bardzo podobnego do nich.

Gdyby   poznał   wcześniej   rozpacz;   gdyby   stanął   w   obliczu   tego,   co   zwiemy   dziś 

„absurdem”. Gdyby zajrzał w twarz nicości! Wtedy ta masakra by go nie zdemoralizowała.

Pewnej nocy tuż przed świtem, gdy znalazłam się już w ukryciu, w Antiochii zapadło 

osobliwe   milczenie.   Ucichł   rytm,   który   słyszałam   przez   wszystkie   lata   mego   tutaj   pobytu. 

Zastanawiałam się, co to znaczy? Ale miała dopiero nadejść pora, gdy się tego dowiem.

Fatalnie   pomyliłam   się   w   swych   rachubach.   Willa   świeciła   pustkami.   Zorganizował 

transport za dnia. Nie miałam pojęcia, dokąd się wybierał. Zabrał cały swój majątek, skrupulatnie 

pozostawiając mój dobytek.

Zawiodłam  go, gdy najbardziej  mnie  potrzebował.  Krążyłam  po pustym  sanktuarium. 

Krzyczałam i wsłuchiwałam się w odbijające się od ścian echo.

Nie wrócił już do Antiochii. Nie dostałam żadnego listu.

Po mniej więcej sześciu miesiącach dałam za wygraną i odeszłam.

Wiesz   naturalnie,   że   chrześcijańskie   wampiry   wymarły   dopiero   wtedy,   gdy   Lestat 

wystroił się w czerwony aksamit i futra, oczarował je i zadrwił z ich wierzeń. Zdarzyło się to w 

epoce   rozumu.   Wtedy   Mariusz   przyjął   Lestata.   Kto   wie,   ile   jeszcze   istnieje   wampirycznych 

kultów?

Ja tymczasem utraciłam Mariusza kolejny raz.

Widziałam go zaledwie przez jedną cenną noc sto lat wcześniej, już tysiące lat po upadku 

tego, co znamy pod nazwą „świata starożytnego”.

Widziałam go! Doszło do tego w fantazyjnych, niepewnych czasach Ludwika XIV, Króla 

background image

Słońce.   Byliśmy   na   dworskim   balu   w   Dreźnie.   Grała   muzyka   -   ryzykowna   mieszanka 

klawikordu, lutni i skrzypiec - i odbywały się wymyślne tańce, sprawiające wrażenie układów 

kółek i ukłonów.

Nagle w drugim końcu sali ujrzałam Mariusza!

Przyglądał mi się już od dłuższej chwili, teraz obdarzył  mnie niezwykle tragicznym  i 

pełnym   miłości   uśmiechem.   Założył   wielką,   rozłożystą   perukę,   ufarbowaną   na   kolor   jego 

naturalnych włosów, aksamitny kaftan rozszerzający się ku dołowi i wiele warstw koronek, tak 

lubianych   przez   Francuzów.   Miał   złocistą   skórę,   co   oznacza   ogień.   Zorientowałam   się,   że 

przechodził jakieś piekło. W niebieskich  oczach lśniła miłosna  radość, wtem, nie zmieniając 

swobodnej postawy - opierał się łokciem o krawędź klawesynu - posłał mi całusa.

Dosłownie nie wierzyłam własnym oczom. Czy to naprawdę on? Czy ja też tu siedziałam 

w gorsecie z kości o głębokim dekolcie i w ogromnych spódnicach, w których spod wymyślnych 

fałd  jednej   wyłania   się  następna?  Za  tych  czasów   moja  skóra  sprawiała   wrażenie  sztucznej. 

Włosy zostały zebrane i ozdobnie ukształtowane.

Nie zwracałam uwagi na ręce śmiertelników, którzy mnie tak skrępowali. W tej epoce 

pozwalałam prowadzić się przez świat zapalczywemu wampirowi z Azji, na którym w ogóle mi 

nie   zależało.   Wpadłam   w   pułapkę,   która   zawsze   czyha   na   kobietę:   zmieniłam   się   w 

niezobowiązujący i ostentacyjny dodatek do mężczyzny, który mimo nużącego słowotoku był 

wystarczająco silny, by przenieść nas przez czas.

Azjata był w łożu na górze, powoli biorąc starannie wybraną ofiarę.

Mariusz podszedł, ucałował mnie i wziął w ramiona. Zamknęłam oczy.

- To Mariusz! - wyszeptałam. - Naprawdę Mariusz.

- Pandora - odpowiedział, odsuwając się, żeby mi się lepiej przyjrzeć. - Moja Pandora!

Miał poparzoną skórę. Nieznaczne blizny. Prawie się już zagoiła.

Wyprowadził mnie na parkiet. Doskonale odtwarzał rolę człowieka. Wiódł mnie przez 

kroki tańca. Z trudem łapałam dech. Podążając za nim, przy każdej kolejnej figurze wstrząśnięta 

widokiem   zachwytu   na   jego   twarzy,   traciłam   rachubę   stuleci,   a   nawet   tysiącleci.   Chciałam 

wszystkiego się dowiedzieć - gdzie bywał, co mu się przytrafiło. Czy widział, że jestem zaledwie 

cieniem kobiety, którą znał?

- Jesteś nadzieją mej duszy! - wyszeptał.

Rychło   mnie   stamtąd   zabrał.   Pojechaliśmy   karetą   do   jego   pałacu.   Zasypywał   mnie 

background image

pocałunkami. Tuliłam się do niego.

- Ty - mówił - moje marzenie, tak bezmyślnie odrzucony skarb, jesteś tutaj, nie poddałaś 

się.

- Widzisz mnie, więc tutaj jestem - rzekłam z goryczą.

- Podnosisz   świecę   i   widzę   swą   siłę   w   zwierciadle.   Znienacka   usłyszałam   dźwięk, 

starożytny i straszny odgłos.

Było to bicie serca Akashy, serca Enkila.

Karoca stanęła. Żelazna brama. Służba. Pałac był przestronny, fantazyjny, ostentacyjna 

siedziba bogatego szlachcica.

- Są w środku, matka i ojciec? - spytałam.

- A tak, niezmienni. Można polegać na ich kompletnym milczeniu. - Jakby igrał z grozą 

sytuacji.

Nie mogłam  tego znieść. Musiałam umknąć  przed odgłosem jej serca. Przed oczyma 

ujrzałam obraz skamieniałego króla i królowej.

- Nie! Zabierz mnie stąd. Nie mogę wejść. Mariuszu, ja nie mogę na nich patrzeć!

- Pandoro,   oni   siedzą   ukryci   pod   pałacem.   Nie   musisz   na   nich   patrzeć.   Niczego   nie 

poznają. Są wciąż tacy sami.

Ach! Tacy sami! W myślach przemknęłam na niebezpieczne tereny, do moich pierwszych 

nocy w Antiochii, samotnej śmiertelniczki, późniejszych zwycięstw i porażek. Akasha taka sama! 

Obawiałam się, że zacznę krzyczeć i nie będę w stanie się powstrzymać.

- Niech będzie - przystał Mariusz. - Pojedziemy, dokąd zechcesz.

Podałam woźnicy adres swojej kryjówki.

Nie mogłam patrzeć na Mariusza, który z dzielną miną zachowywał pozory szczęśliwego 

spotkania   po   wiekach.   Mówił   o   nauce   i   literaturze,   Szekspirze,   Drydenie,   Nowym   Świecie, 

pełnym dżungli i rzek. Ale słyszałam, jak opuszcza go radość.

Przywarłam do niego twarzą. Gdy kareta zatrzymała się, wyskoczyłam i pognałam do 

drzwi swego niewielkiego domu. Obejrzałam się. Stał na ulicy.

Był smutny i znużony, powoli kiwał głową ze zrozumieniem.

- Czy mogę przeczekać? - pytał. - Czy jest nadzieja, że zmienisz zdanie? Będę tu czekał 

bez końca!

- Nie  chodzi o moje  zdanie!  Dzisiaj  w  nocy wyjeżdżam  z  miasta.  Zapomnij  o mnie. 

background image

Zapomnij, że mnie w ogóle widziałeś.

- Moja ukochana - powiedział cicho - jedyna ukochana.

Wbiegłam   do   środka,   zamykając   drzwi.   Słyszałam,   jak   odjeżdża   kareta.   Oszalałam, 

całkiem jak za śmiertelnego życia, waląc pięściami w ściany, starając się powściągnąć olbrzymią 

siłę i stłumić wycie, które wzbierało mi w krtani.

Popatrzyłam wreszcie na zegar. Do świtu zostały trzy godziny.

Usiadłam przy biurku i napisałam:

Mariuszu!

O świcie powiozą nas do Moskwy. Trumna, w której zwykle spoczywam, uda się ze 

mną w długą podróż. Mariuszu, nie wiem, co począć. Nie mogę schronić się u ciebie w 

domu, pod jednym dachem ze starożytnymi. Błagam cię, Mariuszu, przybądź do Moskwy. 

Pomóż mi wyswobodzić się z położenia, w jakim się znalazłam. Potem będziesz mnie mógł 

osądzić i potępić. Będę czekać w pobliżu carskiego pałacu i wielkiej cerkwi, dopóki się nie 

pojawisz. Mariuszu, wiem, że proszę cię o odbycie wielkiej podróży, ale błagam, przyjedź. 

Jestem niewolnicą tego pijącego krew.

Kocham Cię

Pandora

Wybiegłam z powrotem na ulicę i popędziłam w stronę jego domu, starając się odnaleźć 

drogę, na którą w swej głupocie nie zwracałam przedtem uwagi.

A   bicie   serca?   Przecież   usłyszę   ten   upiorny   odgłos!   Będę   musiała   biec   przy   jego 

akompaniamencie na tyle długo, by doręczyć list Mariuszowi, być może pozwolić mu schwycić 

się   za   nadgarstek   i   zaprowadzić   do   jakiegoś   bezpiecznego   miejsca,   żebyśmy   jeszcze   przed 

świtem umknęli azjatyckiemu wampirowi, który mnie niewolił.

Wtem pojawiła się ta sama kareta, tym razem wioząca z balu mojego wampira.

Natychmiast stanął, żeby mnie zabrać.

Wzięłam na stronę woźnicę.

- Mężczyzna, który przywiózł mnie do domu - zaczęłam. - Byliśmy u niego, w takim 

ogromnym pałacu.

- A tak, hrabia Mariusz - potwierdził tamten. - Przed chwilą odwiozłem go do domu.

background image

- Musisz zawieźć mu ten list. Ale szybko! Musisz wejść do niego do domu i oddać mu do 

rąk własnych! Powiedz, że nie miałam dla ciebie pieniędzy, że musi ci zapłacić. Żądam, żebyś 

tak uczynił. On ci zapłaci. Powiedz, że to list od Pandory. Musisz go znaleźć!

- O kim mówisz? - zainteresował się mój towarzysz. Dałam woźnicy znak, żeby ruszał. 

Rzecz jasna, mój wampir wpadł we wściekłość, ale kareta była już w drodze.

Dopiero po dwustu latach dowiedziałam się bardzo prostej prawdy: Mariusz nie otrzymał 

tego listu!

Wrócił do domu, spakował się i następnej nocy wyjechał z Drezna pogrążony w smutku, 

na list natrafiając długo potem. Był to, jak opowiedział wampirowi Lestatowi, „kruchy świstek 

papieru - tak to ujął - zagubiony na dnie wypchanej podróżnej walizy”.

Kiedy go znowu zobaczyłam?

W czasach współczesnych. Gdy starożytna królowa powstała z tronu i ujawniła granice 

swej mądrości, siły i woli.

Po   dwóch   tysiącach   lat,   w   naszym   wieku   dwudziestym,   w   którym   ciągle   pełno   jest 

rzymskich kolumn, posągów, postumentów i perystylów, w którym mruczą komputery i dające 

ciepło telewizory, gdy w każdej bibliotece można znaleźć Cycerona i Owidiusza, naszą królową, 

Akashę, zbudził obraz wampira Lestata na telewizyjnym ekranie, w tym najbezpieczniejszym i 

najbardziej nowoczesnym z sanktuariów. Wstała i próbowała panować jak bogini nie tylko nad 

nami, lecz również nad całą ludzkością.

W najniebezpieczniejszym momencie, gdy groziła, że nas wszystkich zniszczy, jeżeli nie 

pójdziemy za jej przewodem - a zdążyła już zabić wielu - to Mariusz, władający argumentacją, 

optymizmem, filozofią, przemówił do niej, próbował ją uspokoić i skierować jej myśli na inny 

tor, powstrzymywał jej mordercze instynkty, dopóki nie zjawił się starożytny nieprzyjaciel, by 

wypełnić starożytną klątwę i unicestwić ją ze starożytną prostotą.

Davidzie, dlaczego nakłoniłeś mnie do spisania tej historii?

Zaczęłam   wstydzić   się   zmarnowanych   lat.   Zmusiłeś   mnie   do   przyznania,   że   żadna 

ciemność   nie   była   na   tyle   głęboka,   by   ugasić   moją   znajomość   miłości,   miłości   ze   strony 

śmiertelników, którzy wydali mnie na świat, i do kamiennej bogini, miłości do Mariusza.

Nade wszystko nie mogę zaprzeczyć odrodzeniu się tego uczucia do Mariusza.

I na całym świecie dostrzegam dowody miłości. W obrazie Matki Boskiej i Dzieciątka 

Jezus,   w   obrazie   Chrystusa   Ukrzyżowanego,   w   zapamiętanym   wizerunku   bazaltowej   Izydy. 

background image

Widzę miłość. Widzę ją w człowieczych zmaganiach. Dostrzegam jej niezaprzeczalną obecność 

we   wszystkich   dokonaniach   człowieka   w   dziedzinie   poezji,   malarstwa,   muzyki,   dostrzegam 

ludzką miłość bliźniego i odmowę przyjęcia cierpienia jako ostatecznego losu.

Przede wszystkim widzę ją jednak w samej budowie świata, która przyćmiewa wszelką 

sztukę, w której takie nagromadzenie piękna nie da się wytłumaczyć zwykłym przypadkiem.

Miłość. Ale skąd się ona bierze? Czemu nie mówi o swych korzeniach, ta miłość, która 

tworzy   deszcz   i   drzewa   i   rozsiała   nam   ponad   głowami   gwiazdy,   do   czego   niegdyś   rościli 

pretensje bogowie?

Zatem Lestat, niesforne książątko, zbudził królową; i przetrwaliśmy jej gniew. Lestat, 

niesforne   książątko,   przeszedł   niebo   i   piekło   i   przyniósł   ze   sobą   niewiarę,   grozę   i   chustę 

Weroniki. Weronika, zmyślone przez chrześcijan imię, oznaczające vera ikon, prawdziwy obraz. 

Lestat znalazł się w Palestynie za mego życia, tam był świadkiem czegoś, co niszczy zdolności, 

które ludzie cenią tak bardzo: wiarę, rozum.

Muszę pójść do Lestata i spojrzeć mu w oczy. Zobaczyć to, co widział!

Niech młodzież śpiewa pieśni o śmierci. To głupcy.

Najpiękniejszą rzeczą pod słońcem i księżycem jest ludzka dusza. Zdumiewają mnie małe 

cuda dobroci, jakie  wyświadczają  sobie ludzie. Zdumiewa  mnie  rozwój świadomości,  uparte 

trwanie rozumu w obliczu przesądów i rozpaczy. Zdumiewa mnie ludzka wytrwałość.

Mam   do   opowiedzenia   jeszcze   jedną   historię.   Sama   nie   wiem,   czemu   chcę   ją   tutaj 

zapisać. Być może wierzę, że ty - wampir, co widzi duchy - zrozumiesz ją i pojmiesz, dlaczego 

mną nie poruszyła.

Pewnego razu w szóstym wieku - to jest pięćset lat po narodzeniu Chrystusa i trzysta lat 

po opuszczeniu Mariusza - błąkałam się po barbarzyńskiej Italii. Ostrogoci od dłuższego już 

czasu panowali na półwyspie.

Potem napadły na nich inne plemiona, rabując, paląc, wynosząc kamienie starych świątyń.

Czułam się tak, jakbym chodziła po rozżarzonych węglach.

Ale   Rzym   usiłował   dopracować   się   jakiejś   koncepcji   siebie,   swoich   zasad,   starał   się 

złączyć pogaństwo z chrześcijaństwem i znaleźć nieco wytchnienia od barbarzyńskich najazdów.

Rzymski senat jeszcze istniał. Przetrwał jako jedyna z instytucji.

I pewien uczony, wychowany na tych samych co ja ideach, Boecjusz, mąż wielce uczony, 

który studiował starożytnych i świętych, został niedawno skazany na śmierć, przedtem jednak 

background image

dając nam wspaniałą księgę. Dzisiaj można znaleźć ją w każdej bibliotece. Mam, rzecz jasna, na 

myśli O pocieszeniu, jakie daje filozofia.

Musiałam na własne oczy zobaczyć forum, spalone i opustoszałe wzgórza, świnie i kozy 

w   miejscach,   gdzie   niegdyś   Cyceron   przemawiał   do   tłumów.   Musiałam   zobaczyć 

pozostawionych samym sobie nędzarzy zamieszkujących brzegi Tybru.

Musiałam obejrzeć upadek klasycznego świata. Chrześcijańskie kościoły i sanktuaria.

Przede   wszystkim   pragnęłam   zobaczyć   jednego   uczonego.   Podobnie   jak   Boecjusz 

pochodził ze starego rzymskiego rodu, poznał klasyków i świętych. Był to autor pism, które 

krążyły po całym świecie, docierając nawet do Bedy w Anglii.

Wzniósł też klasztor, symbol twórczej radości i optymizmu pośród zgliszcz.

Chodzi mi naturalnie o uczonego Kasjodora, którego klasztor leżał na samym czubku buta 

Italii, w zielonym raju Kalabrii.

Ujrzałam go wczesnym wieczorem, jak sobie zaplanowałam, gdy przypominał wielkie, 

pełne świateł miasto.

Mnisi sumiennie zajmowali się kopiowaniem w skryptorium.

W otwartej na noc celi siedział sam Kasjodor, pisząc, mężczyzna po dziewięćdziesiątce.

Wyszedł obronną ręką z intryg barbarzyńskiej polityki, których ofiarą padł jego przyjaciel 

Boecjusz, służył u ostrogockiego cesarza Teodoryka i piastował urzędy - przeżył i zbudował ten 

klasztor, swoje marzenie, pisywał do zakonników całego świata, dzielił się z nimi wiedzą na 

temat starożytności, ocalił od zapomnienia mądrość Greków i Rzymian.

Czy   naprawdę   był   ostatnim   człowiekiem   starożytności,   jak   utrzymywali   niektórzy? 

Ostatnim człowiekiem, który umiał czytać po grecku i łacinie? Który potrafił cenić Arystotelesa i 

dogmaty rzymskiego papieża? Platona i św. Pawła?

Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że pamięć o nim przetrwa tyle czasu. Nie wiedziałam 

też, jak szybko będzie zapomniany!

Vivarium na górskich zboczach było tryumfem architektury. Obejmowało lśniące stawy, 

w których hodowano ryby - od czego wzięła się nazwa całości. Był tam chrześcijański kościół z 

nieodłącznym krzyżem, sypialnie, pokoje dla znużonych podróżnych. Biblioteka była doskonale 

zaopatrzona   w   klasykę   moich   czasów   oraz   księgi,   które   zostały   potem   zagubione.   Klasztor 

obfitował w płody roli, niezbędną żywność, drzewa uginające się od owoców, łany pszenicy.

Tym   wszystkim   zajmowali   się   mnisi,   którzy   całe   dnie   i   noce   poświęcali   także   na 

background image

przepisywanie ksiąg w swym długim skryptorium.

Na zalanym księżycową poświatą wybrzeżu stały setki uli, w których zakonnicy zbierali 

miód do jedzenia, wosk na święte świece i królewską galaretkę na oleje do namaszczeń. Ule 

pokrywały wzgórze równe wielkością sadom i vivarium.

Podglądałam   Kasjodora.   Chodziłam   między   ulami   i   jak   zwykle   dziwiłam   się 

niewytłumaczalnej  organizacji  pszczół,  ponieważ ich  tajemnice,  taniec,  polowanie  na pyłki  i 

rozmnażanie były mi znane o wiele wcześniej, niż pojął je świat ludzi.

Gdy   odchodziłam   od   uli   w   stronę   samotnej   lampy   Kasjodora,   odwróciłam   się   i   coś 

zauważyłam. Coś wzlatywało znad uli, coś ogromnego, niewidzialnego i potężnego, co zarówno 

czułam, jak i słyszałam. Nie ogarnął mnie strach, lecz przelotna nadzieja, że na świecie pojawiło 

się coś nowego, bo nigdy nie widywałam duchów.

Siła ta powstała z samych  uli, z ich skomplikowanej wiedzy i niezliczonych, boskich 

układów,   jako   wynik   przypadkowej   ewolucji   lub   obdarzenia   czegoś   świadomością   przez 

bezgraniczną energię twórczą, skrupulatność i wytrzymałość pszczół.

Coś w rodzaju starorzymskiego ducha lasów.

Widziałam,   jak   ta   siła   unosi   się   swobodnie   nad   polami.   Zobaczyłam,   że   wchodzi   w 

słomianego stracha na wróble, którego zakonnicy zaopatrzyli w starannie wytoczoną głowę z 

drewna, namalowali mu oczy, niezgrabny nos i uśmiechnięte usta. Stworzyli istotę, którą można 

od czasu do czasu przestawiać wraz z mnisim kapturem i habitem, w które była odziana.

Widziałam,   jak   ten   strach   ze   słomy   i   drewna   leci,   wirując   i   pląsając,   mijając   pola, 

winnice, by dotrzeć do celi Kasjodora.

Poszłam za nim.

Po chwili z wnętrza tej istoty wydobyło się milczące wycie. Usłyszałam je, ujrzałam, jak 

strach,  zgięty i  zataczający się,  wykonuje   taniec   żałoby,  zatykając   słomianymi   dłońmi  uszy, 

których nie było. Wił się z bólu.

Kasjodor nie żył. Umarł spokojnie w swej oświetlonej lampą, otwartej na świat celi, przy 

stole. Leżał na rękopisie, siwowłosy, bardzo stary, cichy. Przeżył ponad dziewięćdziesiąt lat. A 

teraz był martwy.

To stworzenie, strach na wróble, oszalało z żalu, kołysało się i jęczało, chociaż takiego 

jęku nie usłyszałoby żadne ludzkie ucho.

Nigdy przedtem nie widziałam ducha, wpatrywałam się więc w niego osłupiała. Po chwili 

background image

zauważył moją obecność. Odwrócił się. On - bo mimo łachmanów i słomianego ciała wydawał 

się istotą płci męskiej - wyciągnął ku mnie rękę. Z rękawów opadała mu słoma. Drewniana głowa 

chybotała   się   na   kiju.   Błagał   mnie:   błagał   o   odpowiedzi   na   największe   pytania,   jakie 

kiedykolwiek zadawali ludzie i nieśmiertelni. Oczekiwał ode mnie odpowiedzi!

Obejrzał się jeszcze raz na Kasjodora i pobiegł przez zarośnięty trawą stok w moją stronę. 

Wyciągnął   do   mnie   rękę,   jakby   o   coś   prosił.   Czy   nie   mogłam   mu   tego   wyjaśnić?   Czy   nie 

potrafiłam   wpisać   śmierci   Kasjodora   w   jakiś   Boski   Plan?   Kasjodora,   którego  vivarium 

dorównywało pięknem i elegancją pszczelim ulom? To właśnie vivarium skupiło rozproszone po 

ulach cząstki świadomości. Czyż nie mogłam ulżyć cierpieniu tej istoty?

- Ten świat roi się od potworności - wyszeptałam. - Składa się z tajemnic, one są jego 

fundamentem.   Jeżeli   pragniesz   spokoju,   wracaj   do   uli;   porzuć   ludzki   kształt   i   powróć   do 

fragmentarycznej postaci bezmyślnego życia zadowolonych pszczół, z którego powstałeś.

Słuchał mnie bardzo uważnie.

- Jeżeli wybierzesz życie w ciele, trudne życie człowieka, który może poruszać się w 

czasie i przestrzeni, walcz o nie. Jeśli wolisz ludzką filozofię, podążaj ku mądrości, żeby nic nie 

mogło cię nigdy zranić. Mądrość to siła. Stwórz z siebie, kimkolwiek jesteś, istotę obdarzoną siłą. 

Ale   wiedz   jedno:   wszystko   pod   słońcem   jest   spekulacją.   Wszystkie   mity,   religie,   filozofia, 

historia - to same kłamstwa.

Stworzenie, nieważne, rodzaju męskiego czy żeńskiego, uniosło rękę, jak gdyby chciało 

zakryć usta. Odwróciłam się do niego tyłem.

Przemierzałam   w   milczeniu   winnice.   Zakonnicy   wkrótce   odkryją,   że   ich   ojciec 

przełożony, geniusz i święty, zmarł przy pracy.

Obejrzałam   się   i   zobaczyłam   zdumiona,   że   słomiana   postać   pozostała   ukształtowana, 

przyjmując pozycję wyprostowaną, i obserwowała mnie.

- Nie wierzę w ciebie! - rzuciłam w jej stronę. - Nie będę poszukiwała z tobą żadnych 

odpowiedzi! Ale wiedz jedno: jeżeli pragniesz zostać istotą ukształtowaną taką jak ja, pokochaj 

całą ludzkość i jej dzieci. Nie czerp siły z krwi. Nie karm się cierpieniem. Nie wznoś się na 

podobieństwo boga nad śpiewającymi hymny tłumami. Nie kłam!

Słuchał. Słyszał. Nie poruszał się. Biegłam. Gnałam przez kamieniste stoki i lasy Kalabrii, 

dopóki nie znalazłam się bardzo, bardzo daleko. W księżycowej poświacie widziałam rozległe, 

przepiękne  vivarium,  krużganki i pochyłe dachy otaczające drżącą srebrnym światłem rzeczkę, 

background image

wpływającą do pobliskiego morza.

Słomianego stworzenia już nigdy później nie widziałam. Nie wiem, co to było. Nie pytaj 

mnie o nie.

Mówisz, że duchy i zjawy chodzą po Ziemi. Wiadomo, że takie byty istnieją. Lecz coś 

takiego widziałam pierwszy i ostatni raz.

Gdy los rzucił mnie znów do Italii, po vivarium nie pozostało ani śladu. Trzęsienia ziemi 

unicestwiły resztkę murów. Czy może zostało najpierw złupione przez kolejną falę ciemnych 

barbarzyńców z Północy, Wandali?

Nie wiadomo. Ocalały jedynie listy Kasjodora.

Wkrótce   ogłoszono,   że   klasycy   są   bluźniercami.   Papież   Grzegorz   pisał   opowieści   o 

czarach   i   cudach,   gdyż   był   to   jedyny   sposób,   by   przez   masowe   chrzty   nawracać   tysiące 

zabobonnych, nieoświeconych plemion północnych.

Pokonał wojowników, którzy nigdy nie ulegli Rzymowi.

Sto lat historii Italii po Kasjodorze pogrążone jest w całkowitych mrokach. Jak to piszą 

dziejopisarze? Przez całe stulecie nie słychać o Italii.

Cóż to za cisza!

Tak więc, Davidzie, docierając do ostatnich stron, muszę ci wyznać, że cię porzuciłam. 

Uśmiech, z jakim oddawałam ci notatniki, był obłudny. Mariusz określiłby to mianem kobiecej 

przewrotności.  Obietnica  spotkania  się z tobą  jutro  w nocy w  Paryżu  była  oszustwem.  Gdy 

będziesz czytał te słowa, mnie nie będzie już w Paryżu. Lecę do Nowego Orleanu.

Wszystko   przez   ciebie,   Davidzie.   Odmieniłeś   mnie.   Obudziłeś   we   mnie   rozpaczliwą 

wiarę, że narracja niesie w sobie cień sensu. Czuję przypływ nowej, żarliwej energii. Stawiając 

wymagania mojemu językowi i mojej pamięci, przyuczyłeś mnie do nowego życia, przywróciłeś 

wiarę, że istnieje na tym świecie jakieś dobro.

Chcę znaleźć Mariusza. W powietrzu pełno jest myśli innych nieśmiertelnych. Wołania, 

prośby, dziwne wieści…

Ten, o którym sądziliśmy, że od nas odszedł, najwidoczniej powrócił.

Mam powody sądzić, że Mariusz udał się do Nowego Orleanu, i muszę się z nim tam 

spotkać. Muszę odnaleźć Lestata, ujrzeć, jak niesforne książątko leży na posadzce kaplicy i nie 

jest w stanie poruszyć się ani przemówić.

Przyjedź   do   mnie,   Davidzie.   Nie   bój   się   Mariusza!   Wiem,   że   przybędzie   na   pomoc 

background image

Lestatowi. Ja postępuję tak samo.

Wracam do Nowego Orleanu.

Nawet jeżeli  nie ma  tam Mariusza, ujrzę Lestata. Może zdołam zobaczyć  się z kimś 

jeszcze?   Coś   ty   narobił,   Davidzie?   Obdarzona   nową   ciekawością,   nową   umiejętnością 

okazywania żarliwej troski, odrodzona zdolnością do śpiewu - noszę w sobie straszliwą wolę 

życia i kochania.

Za   to   i   wszystko   inne   -   a   jest   tego   naprawdę   dużo   -   będę   ci   wdzięczna   na   wieki. 

Niezależnie   od   czekających   mnie   cierpieli,   ożywiłeś   mnie.   I   żadne   twe   słowa   i   czyny   nie 

uśmiercą mojej ku tobie miłości.

Skończone: 5 lipca 1997 roku