background image

Dragonlance Saga

Zaginione opowieści, tom 1

Douglas Niles

Kagonesti

Historia dzikich elfów

(Przełożył Andrzej Sawicki)

background image

Dedykuję Alainie

background image

Prolog - Darlantan, ze Snów i Światłości

3811 PK

Południowe stoki gór Khalkist

W  górę  łożyska   wyschniętego   strumienia,  skacząc   z  kamienia   na  kamień  i 

wdzięcznie przelatując nad błotnistymi sadzawkami, mknął nagi młodzieniec. Jednym susem 

pokonywał dwudziestostopowe odległości pomiędzy głazami. Z każdym skokiem wznosiła 

się nad głową biegnącego rozwiana grzywa czarnych  włosów, którą pęd szybko  stulał w 

długi, wąski warkocz.

Kagonos biegł z wielu powodów. Upajał się radością ruchu, cieszyła go smukłość i 

sprężystość ciała, radowała szybkość reakcji na wyzwania nieznanego szlaku. Sycił się też 

uciechą z przecierania nowej ścieżki i ze znaczenia szlaku, którego przedtem nie deptała stopa 

żadnego elfa. Dał się pochłonąć wszechogarniającemu spokojowi dziczy, który ukoił jego 

ducha i pozwolił mu zapomnieć o pomniejszych troskach.

O tym wszystkim myślał o świcie, przed dwoma dniami, gdy obudził się pośrodku 

rozległego   obozowiska   Letniego   Zgromadzenia.   Opuścił   swój   ustawiony   w   honorowym 

miejscu szałas i nie rozmawiając z nikim, ruszył truchtem przez obóz. Jego odejście zwróciło 

uwagę plemiennych wodzów 1 szamanów, nikt jednak nie próbował go zatrzymać - wszyscy 

wiedzieli, że Kagonos żył wedle rytmu niesłyszalnego dla innych Pierworodnych. W rzeczy 

samej   niektórzy   szamani   wręcz   odetchnęli   z   ulgą,   gdy   naga   sylwetka   biegacza   zniknęła 

pośród drzew w puszczy. Pamiętali, że nieraz Kagonos zakłócał plemienne rytuały czy próby 

negocjacji.   Zbliżająca   się   ceremonia   Letniego   Przesilenia   Gwiazd   przebiegnie   na   pewno 

znacznie spokojniej, jeśli nie weźmie w niej udziału błądzący gdzieś w dziczy narwaniec.

Kagonos   ze   swej   strony   nie   cierpiał   głupich   rytuałów   związanych   z   gwiazdami, 

słońcem czy zmianą pór roku. Uważał, że lśniące nocą na niebie diamenty najlepiej podziwia 

się w samotności. W istocie, gwiazdy były czymś tajemniczym - niepodzielnie panowały na 

niebie od zmierzchu do świtu - śmieszna jednak była myśl, iż dbają o jakiekolwiek zaszczyty 

czy ceremonie, które na ich cześć wyprawiają ludzie lub inne istoty śmiertelne.

Dziki elf biegł przez cały poprzedni dzień, noc i poranek następnego dnia. Nadal 

każdy oddech przychodził mu bez trudu. Brązową skórę biegacza powlekała jedynie cieniutka 

warstewka   potu.   Z   każdą   upływającą   godziną   Kagonos   osiągał   stan   coraz   głębszej 

intensywności   przeżyć   i   coraz   większego   poczucia   jedności   z   otaczającym   go   zewsząd 

życiem.

background image

Przez głowę przemknęła mu myśl, o której wiedział, że jest prawdziwa: któregoś dnia 

opuści swe plemię, by na zawsze zamieszkać samotnie wśród tych wzgórz. Sam sobie będzie 

panem, nie będzie musiał dbać o nikogo i całkowicie poświęci się majestatycznym górom i 

lasom.

W istocie  nie wiedział,  dlaczego  tak długo pozostawał  członkiem plemienia.  Miał 

świadomość,   że   jego   brak   tolerancji   dla   wszelkiego   rodzaju   słabości   i   bezwzględna 

prostolinijność budziły bojaźń wśród doświadczonych wojowników i wodzów plemion. Obcy 

nawet   dla   własnych   rodziców,   Pierworodny   irytował   szamanów   deklarując,   że   miłość   - 

pośród wielu innych zjawisk - jest słabością, której należy się wystrzegać.

Dzikie elfy w większości pędziły szczęśliwy żywot - kochały zabawy, były niewinne i 

beztroskie. Kagonos często się wściekał na tę dziecięcą naiwność - i bez wahania to okazywał 

- wiedział bowiem, iż plemię miało wielu wrogów. Dlaczego jego ziomkowie nie dostrzegają 

zagrożenia?

Żaden z młodzieńców nie mógł fizycznie sprostać Kagonosowi - być może dlatego, że 

jego ciało wydawało się nieustannie wibrować nadmiarem szukającej ujścia energii. Wszyscy 

go szanowali, pozwalali mu wedle woli odchodzić i wracać - gdy zaś przemawiał, najczęściej 

wysłuchiwano go z uprzejmym zainteresowaniem. Podczas minionych dziesięcioleci żył po 

trosze   z   każdym   plemieniem   -   przebywał   więc   wśród   Czarnych   Piór,   Srebrnych   Łososi, 

Białych Ogonów, a ostatnio zamieszkał z klanem Błękitnego Jeziora. Gdy plemieniu zagrażali 

ludzie   lub  ogry,  żaden  wojownik  nie   stawał  mężniej   i  zacieklej  od  Kagonosa  i   niejedno 

zwycięstwo zawdzięczano jego dzielności.

Często   też   ostrzegał   swych   współplemieńców   przed   zagrożeniem   ze   strony  Elfów 

Domowych,   w   tej   jednak   sprawie   Pierworodni   nie   podzielali   do   końca   jego   obaw.   Pod 

przywództwem   Silvanosa   jasnowłose   elfy   połączyły   swe   klany   w   potężne   rody,   potem 

wzniosły wysokie budowle, z których powstały miasta - i zamknęły się wewnątrz murów. 

Kagonos ze zdumiewającą jego samego jasnością pojął, że te więzienia wzniesione dłońmi 

niewolników są doskonałym obrazem niebezpieczeństwa, jakie grozi Pierworodnym ze strony 

ich licznych kuzynów. Wiedział jednak i to, że wielu jego współplemieńców zaciekawiły, a 

nawet kusiły wyniosłe kamienne konstrukcje.

Samotny bieg po górach był doskonałym przeciwieństwem dążeń Domowych Elfów... 

a nawet skromniejszych potrzeb społecznych ich żyjących w dziczy krewniaków. Kagonos 

doznawał   oto   wolności   w   jej   najczystszej,   najpełniejszej   postaci,   uciekł   bowiem   przed 

wszelkimi   więzami,   jakimi   obarczały   się   inne   elfy,   porzucił   odzież   i   narzędzia,   które 

podporządkowywały   świat   jego   panom   -   ludziom,   ogrom   czy   elfom.   Te   dni   i   godziny 

background image

samotności  były mu niezbędne, w przeciwnym  razie napięcie  wewnętrzne rozdarłoby mu 

duszę. Poszukiwanie ścieżki, samotny bieg pod górę, podczas którego wiatr rozwiewał jego 

gęstą, kruczą grzywę, poczucie pełni życia  łagodziło to napięcie i sprawiało Kagonosowi 

prawdziwą satysfakcję.

Był   jeszcze   inny,   ważniejszy   powód,   nakazujący   mu   opuścić   szałas   i   letnie 

zgromadzenie plemion - pewna wiedza, która kazała mu przebiegać te góry. Kagonos żywił 

bowiem nadzieję, że dziś raz jeszcze ujrzy Koźlego Pradziada.

Dwukrotnie już natknął się na to wspaniałe stworzenie. Za każdym razem kozioł tkwił 

wysoko   na   zboczu   któregoś   z   najwyższych   szczytów   gór   Khalkist.   Za   każdym   razem 

Kagonos znajdował się niżej, podążając ścieżką, którą nikt przed nim nie kroczył. Za każdym 

razem   w   przeszłości   -   tak   jak   dziś   -   plemiona   zbierały   się   na   Zgromadzeniu   Letniego 

Przesilenia,   Kagonosa   zaś   nużyły   nie   kończące   się   spory   międzyplemienne   i   wzajemne 

oskarżenia.

Podczas   tamtych   Zgromadzeń   musiał   biec   całe   dnie,   zanim   ukazał   mu   się   Koźli 

Pradziad. Wspaniałe zwierzę, którego rogi skręcały się w trzy pełne zwoje po obu stronach 

szeroko sklepionego czoła, zawsze spoglądało na Kagonosa ze znacznej wysokości. Kozioł 

patrzył na niego z góry i z daleka - ale w przenikliwym spojrzeniu wielkich, złotych ślepiów 

zwierzęcia było coś zaskakująco intymnego i świadczącego o chęci bliższego poznania.

Pierworodny zastanawiał  się często, czy ktoś jeszcze  oprócz niego widział  owego 

kozła.   Nie   sądził,   aby   tak   było,   choć   nie   umiałby   powiedzieć,   skąd   bierze   się   jego 

przeświadczenie. W spojrzeniu i wyrazie wspaniałych oczu zwierzęcia było coś tak głęboko 

osobistego,   iż   Kagonos   po   prostu   osądził,   że   przesłanie   jest   przeznaczone   wyłącznie   dla 

niego. Zresztą nawet jeżeli inni widzieli osobliwe zwierzę, nie doświadczyli dobrodziejstwa 

kojącego spojrzenia owych wielkich, złotych oczu.

Po ścianie jaru śmignął mroczny cień i elf zmrużył oczy wiedząc, że się spóźnił - z 

pewnością został dostrzeżony z góry przez jakieś latające stworzenie. Błyskawicznie odwrócił 

się, aby spojrzeć w niebo, świadom faktu, iż cień jest zbyt wielki jak na sępa czy orła. Nie 

zdziwił   się   więc,   widząc   szerokie   skrzydła   o   ponad   dwudziestostopowej   rozpiętości   i 

masywne ciało z czterema leniwie mielącymi powietrze łapami. Wszystko to potwierdziło 

jego wcześniejszy domysł. Gryf!

Instynktownie dał nura za najbliższy spory głaz. Sokolookie stworzenie najpewniej go 

spostrzegło, mimo to elf nie sądził, by zechciało zaatakować - chyba że dręczyłby je głód. 

Kagonos widział jednak z dołu, że ma do czynienia ze zdrowym i krzepkim okazem.

background image

I wtedy doznał niemałego szoku. Spoglądając w ślad za oddalającym się stworem, 

zobaczył   powiewającą   nad   zwierzęciem   grzywę   jasnych   włosów   i   zdobną   złotem   zbroję 

jeźdźca siedzącego na grzbiecie gryfa! Zdumiony ponad miarę dzikus pojął, że któremuś z 

Cywilizowanych   Elfów  udało   się  jakoś  schwytać   i  poskromić   wspaniałą  bestię.  Kagonos 

skrzywił się z dezaprobatą. Wystarczająco złe było to, iż elfy z domowych klanów chwytały i 

poddawały   władzy   siodła   konie   -   teraz   zaś   przekonał   się,   że   rozciągały   przymus   i   na 

stworzenia rozległych przestworzy.

Gdy  gryf  i  dosiadający go  jeździec  zniknęli  za  zboczem  góry,  Kagonos  na  nowo 

podjął swój bieg, ale krótkie spotkanie pozostawiło po sobie gorzki posmak. Teraz, kiedy 

szlak, którym podążał, splamiło spojrzenie innego elfa, nie odczuwał już przejmującej go 

przedtem   radości   z   odnajdywania   ścieżek.   Wrażenie   samotności   zostało   pogwałcone   w 

sposób, który budził w jego duszy głęboki sprzeciw - a przede wszystkim rozbudził w nim 

gniew. Jakież prawo miał Domowy Elf do tych stromizn? Docierając tu, nie uronił nawet 

kropelki potu - siedział sobie po prostu w siodle i gapił się z góry na dziedziny, które powinny 

należeć wyłącznie do samotnego biegacza z Pierworodnych!

Gdy Kagonos przypomniał sobie Koźlego Pradziada, przeżył  kolejny wstrząs. Czy 

wspaniały   kozioł   pokaże   się   Domowemu?   Może   lotnik   dojrzy   go   z   góry,   wbrew   woli 

zwierzęcia? Wzdrygnął się pod wpływem tej myśli i otrząsnął ze zmęczenia. Zapominając o 

znużeniu,   gnany   głębokim   niepokojem,   z   nowymi   siłami   i   energią   pomknął   łożyskiem 

strumienia pod górę, ku strzelistym szczytom.

Przedzierał   się   ku   wierzchołkom   przez   cztery   godziny,   przemykał   przez   szerokie 

wąwozy, pokonywał ostre, strome granie i mknął ścieżkami, których przed nim nie przebiegał 

żaden elf. Nie myślał o kierunku, ale w jakiś szczególny sposób doskonale wiedział, dokąd 

podąża. Nieustannie wspinał się ku najwynioślejszym szczytom otaczających go gór.

Gdy wreszcie stanął na najwyższej grani, która stanowiła zbocze wznoszącego się nad 

nią   szczytu,   nie   zdziwił   się   wcale,   gdy   zobaczył   elfiego   gryfa   uwiązanego   do   drzewa 

rosnącego w leżącej za granią dolinie. Grzbiet zwierzęcia gniotło dopasowane doń siodło, 

zdobne   złotem   i   drogimi   kamieniami.   Orle   oblicze   zwierzęcia   skierowane   było   na 

rozgrywającą się w dole scenę.

Podążając   wzrokiem   za   spojrzeniem   gryfa   Kagonos   ujrzał   Domowego   Elfa 

przemykającego   chyłkiem   ku   niższym   partiom   doliny.   Intruz   był   myśliwym   -   o   czym 

świadczyły jego łuk i strzały - należał jednak do osobników majętnych i może nawet był 

szlachcicem. Na łowy odział się w wąskie spodnie ze złotogłowiu i lśniące czernią skórzane 

buty, na grzbiet zaś wciągnął kurtkę ze śnieżnobiałej wełny. Łuk przytroczył do pleców, a w 

background image

dłoni dzierżył topór o lśniącym srebrzyście ostrzu. Poruszał się ostrożnie i czujnie wpatrywał 

się w coś leżącego na dole.

Pierworodny pojął, na kogo polował Domowiec, zanim ten jeszcze zrobił krok do 

przodu.

W następnym mgnieniu oka ujrzał białe futro leżącego na boku Koźlego Pradziada, 

odcinające   się  wyraźnie   od  szarzyzny  skał.   Z  odległości  stu  kroków   zobaczył  też   plamy 

szkarłatu na boku zwierzęcia. Z głębokiej rany wystawała pierzasta strzała elfiego myśliwca.

Rzucając   się   w   dół,   Kagonos   zauważył   też   wspaniałą   dumę   uniesionej   w   górę, 

otoczonej potrójnymi spiralami rogów głowy kozła. Zwierzę wierzgało słabo, a z jego pyska 

zwisał długi jęzor - kozioł oddychał ciężko i chrapliwie. Myśliwy był zaledwie o kilkanaście 

kroków i podnosił już topór do ciosu, skupiwszy na zdobyczy całą uwagę.

Gryf   zaskrzeczał   ostrzegawczo   -   dźwięk   przypominał   krzyk   orła,   siłą   jednak   i 

donośnością dorównywał  rykowi  lwa. Złotowłosy myśliwiec  natychmiast  odwrócił się ku 

nowemu wrogowi, a jego błękitne oczy rozbłysły gniewnie, gdy spostrzegł nagą sylwetkę 

zbiegającego ku niemu dalekiego krewniaka.

- Wstrzymaj się, Dziki Elfie! - zawołał.

Kagonos zwolnił kroku i obrzucił Domowca badawczym spojrzeniem. Myśliwy miał 

na sobie lekki kirys. W lewej dłoni trzymał krótki sztylet, w prawej zaś dzierżył pyszną broń - 

topór   osadzony   na   długim   drzewcu.   Płytę   pancerza   na   piersi   Domowego   Elfa   zdobił 

wizerunek wykonanej w złocie tarczy, na której wyobrażono szpony wzlatującego w górę 

gryfa.

- Zostaw  kozła. Odejdź precz. - Kagonos przemówił ostro, nie wyobrażając  sobie 

nawet, iż ktoś może mu się sprzeciwić.

Domowiec odrzucił głowę wstecz i roześmiał się drwiąco i z wyzwaniem. - Odejść? 

To   najwspanialsze   z   moich   trofeów.   Wezmę   łeb   tego   zwierzęcia   i   osadzę   nad   swoim 

sztandarem!

Pierworodny   nie   odpowiedział,   tylko   następował   coraz   bliżej.   Nie   pojmował,   co 

tamten   ma   na   myśli,   mówiąc   o   „sztandarze”,   rozumiał   jednak,   iż   jest  świadkiem   czegoś 

bardzo złego i niewłaściwego.

- Zatrzymaj się tam, gdzie jesteś! Nie podchodź bliżej! - warknął złotowłosy.

-   Kim   jesteś?   -   spytał   Kagonos,   przystając   w   odległości   dziesięciu   kroków   od 

myśliwca.

- Masz przed sobą Quithasa Poskramiacza Gryfów! Zapamiętaj to miano, dzikusie - 

wiedz, że ja jestem tym, który zasiada po prawicy Silvanosa, i w przyszłych wojnach to ja 

background image

powiodę   do   zwycięstwa   armie,   co   przegonią   ogry   i   wraży   pomiot   ich   smoczych 

sprzymierzeńców!

- Quithasie Poskramiaczu Gryfów, zostaw tego kozła w spokoju. Nie będzie twoją 

zdobyczą.

Quithas ponownie wybuchnął śmiechem. - I któż mnie powstrzyma? Może ty? Nagi 

szczeniak, bez oręża i zbroi? Dzikusie, nie chcę cię zabijać, ale jeśli staniesz między mną a 

moją zdobyczą, zrobię to bez wahania.

Kagonos   zareagował   szybciej   niż   myśl.   Jego   szczupłe   ciało   śmignęło   ku 

przeciwnikowi i opadło w dół w samą porę, by uniknąć szerokiego, płaskiego cięcia toporem. 

Impet   zderzenia   powalił   wrogów   i   obaj   runęli   na   ziemię,   tworząc   bezładną   plątaninę 

wymachujących  dziko rąk i wierzgających  nóg. Kagonos sapnął wściekle, gdy poczuł na 

czole niemal ogłuszające grzmotnięcie rękojeścią sztyletu, podtrzymała go jednak kipiąca w 

nim furia. Potężnym ciosem pięści ugodził Quithasa w bok, w miejsce nie chronione stalą 

kirysu. To uderzenie wyparło dech z płuc Domowca i myśliwy potoczył się bezwładnie po 

stromym zboczu góry.

Topór poleciał w drugą stronę i Kagonos skoczył w ślad za nim, nadeptując na długie 

drzewce. Wysoko na górskim zboczu gryf wydał odgłos wściekłości, ale uwiązane do drzewa 

cugle nie pozwoliły przyjść z pomocą swemu panu. Dziki elf niespiesznie sięgnął w dół i 

podniósł topór. Oręż był zaskakująco ciężki, choć krawędź głowni nie ustępowała hartem ni 

ostrością brzytwie. Wznosząc broń w górę i potrząsając nią ku obezwładnionemu i nadal nie 

mogącemu   złapać   tchu   przeciwnikowi,   Kagonos   drżał   pod   wpływem   zapału   bojowego   i 

nienawiści, nad którą panował jedynie z najwyższym trudem.

-   Źle   postąpiłeś,   raniąc   Koźlego   Pradziada.   Chełpiłeś   się,   że   nie   zdołam   cię 

powstrzymać, bo nie mam broni. Teraz oto mam oręż, Quithasie Poskramiaczu Gryfów, i 

każę ci iść precz! - Dziki Elf sięgnął pod nogi i wyjął strzały z kołczanu myśliwca. Połamał je 

z pogardą i cisnął kawałki pod nogi pokonanego przeciwnika. - Wsiadaj na grzbiet swego 

wierzchowca i leć precz... albo ja zabiję ciebie!

Śliniąc się z wściekłości nie ustępującej gniewowi Kagonosa i łypiąc z furią oczyma, 

Quithas cofnął się jednak poza zasięg topora.

-   Oddaj   mi   broń!   -   zażądał   głosem   drżącym   z   wściekłości.   -   Jest   cenniejsza,   niż 

możesz to pojąć. Wykuła ją dłoń mistrza kowalskiego, czarem zaś obdarzył sam Silvanos!

- Topór ów będzie więc od dziś moim łupem! - odparł drwiąco wolny elf. - A teraz 

wynoś się stąd, zanim zdejmę ci łeb z karku.

background image

Oczy Domowca rozbłysły strasznym gniewem i niewiele brakło, by Kagonos cofnął 

się niczym uderzony pięścią. Zdając sobie sprawę z uczuć wroga, Pierworodny podniósł topór 

i zwężonymi oczyma pilnie baczył, jak Quithas oddala się ku podenerwowanemu gryfowi. 

Wspiąwszy się na pozłociste siodło, Domowiec nie rzekł ani słowa - zamiast tego chwycił 

wodze i jednym szarpnięciem skierował potężną bestię wprost w niebo.

Kagonos obserwował, jak latający stwór znika za granią najbliższego szczytu. Potem 

zwrócił się ku Koźlemu Pradziadowi i ukląkł obok głowy ranionego zwierzęcia. Gdy spojrzał 

na szkarłatne plamy szpecące biel sierści, serce niemal pękło mu z bólu. W złotych oczach 

zwierzęcia kryło się błaganie o pomoc, jęzor kozła daremnie lizał najbliższe kamienie.

- Wody.... Przynieś mi wody...

Kagonos,   porwawszy   się   do   biegu,   śmignął   ku   pobliskiemu   strumieniowi,   zanim 

dotarło   doń   w   pełni   znaczenie   tego,   co   się   stało.   Gdy  dopadł   rześkiego   nurtu,   klęknął   i 

napełnił chłodną wodą usta. Rzuciwszy się do kozła, wypuścił strugę płynu prosto na jego 

język i z zachwytem patrzył, jak w oczach ofiary pojawia się powracająca chęć życia.

-   Kryjówka...   musimy   znaleźć   jakieś   schronienie.   Tu...   niedaleko   jest   pewna... 

jaskinia. Zanieś mnie tam.

Koźli Pradziad przemawiał urywanym głosem, Kagonos jednak wyczuł, iż przyczyną 

tego   było   osłabienie   raną,   a   nie   brak   umiejętności.   Nawet   tych   kilka   skąpych   słów 

wskazywało   na   to,   że   w   normalnych   warunkach   stworzenie   przemawiało   głębokim, 

dźwięcznym głosem.

Choć elf zdawał sobie sprawę z faktu, iż zwierzę ważyło dobrych parę setek funtów, 

bez wahania wsunął ramię pod jego brzuch i uniósł je delikatnie, starając się nie tykać rany z 

nadal sterczącą z niej strzałą. Ciężar okazał się zaskakująco mały. Zgodnie ze wskazówkami 

kozła,   natrafił   wkrótce   na   niewielką   niszę   w   skalistym   zboczu   -   jaskinią   można   ją   było 

nazwać jedynie w ogólnym znaczeniu tego słowa.

- Strzała... czy potrafiłbyś ją wyjąć?

Kagonos pracował bardzo ostrożnie, krzywiąc się za każdym razem, gdy kozioł stękał 

z bólu, ale w końcu udało mu się wydobyć pocisk z rany.

- Wyszła całkowicie, Przedwieczny. Teraz odpocznij... może trzeba ci wody?

Kozioł  potrząsnął  głową.  - Już  mi  lepiej.  Obawiam się,  że grot zaprawiono  jakąś 

trucizną albo opatrzono złym czarem, w przeciwnym razie nie uległbym tak łatwo.

Stęknąwszy z wysiłku, kozioł przetoczył się na brzuch i podwinął nogi. Krwawienie z 

rany zmniejszyło się do nikłego strumyka, a oddech był teraz równiejszy i bardziej miarowy.

Czy jednak w istocie było to zwierzę?

background image

- Widywałem cię przedtem, Odnajdywaczu Szlaków - przemówił kozioł. Tym razem 

świetliste oczy zwierzęcia - te same, które już dwakroć przedtem obserwowały elfa ze zbocza 

góry   -   przeniknęły   jego   nieposkromioną   duszę   i   mógł   odpowiedzieć   jedynie   kiwnięciem 

głowy.

- Wędrujesz po górach z łatwością i wdziękiem kogoś, kto stał się ich częścią. Szukasz 

ścieżek   i   odnajdujesz   je   w   miejscach,   których   przedtem   nie   tknęła   stopa   ogra,   elfa   czy 

człowieka. Jesteś godnym wodzem Pierworodnych.

- Przedwieczny, dziękuję za uznanie, nie jestem jednak wodzem. Niektórzy z moich 

współplemieńców uważają mnie za szaleńca, inni zaś nie mogą doczekać się chwili, abym się 

oddalił i ruszył samotnie w góry. Może moja prawdziwa wartość objawi się podczas leczenia 

twoich ran. Czy możesz mi rzec, kim jesteś?

-   Czekajże...   muszę   wyjść   na   zewnątrz   -   oznajmił   kozioł,   wstając   i   robiąc   kilka 

chwiejnych kroków ku otworowi niszy. Dotarłszy tam, usadowił się na płaskiej półce z łupku 

i spojrzał na Kagonosa nie bez rozbawienia.

Dziki Elf sapnął ze zdumieniem i cofnął się przed czymś, czego nie umiał pojąć ni 

wyjaśnić - ujrzał bowiem, że kozioł zmienia swój kształt.

Pomiędzy pasmami białej sierści błysnęły srebrne łuski, jakby spod wełny trysnęły 

kaskady   lśniących   monet.   Równocześnie   stworzenie   rozrastało   się   z   niewiarygodną 

szybkością,   zwiększając   swe   i   tak   już   niemałe   rozmiary.   Długi,   muskularny,   błyszczący 

srebrzyście   ogon   wysunął   się   zza   raptownie   spotężniałego   cielska.   Wielki   pysk   kozła 

wydłużył się nagle w przerażającą paszczę najeżoną ostrymi, zakrzywionymi w tył kłami. 

Dwa bliźniacze rogi opadły na półkę wraz z resztkami koźlej wełny z grzbietu, na którym 

pojawiły się potężne, powleczone srebrną skórą skrzydła. Koźle nogi przekształciły się w 

muskularne   łapy   zakończone   zakrzywionymi   pazurami,   nie   ustępującymi   wielkością   i 

ostrością jataganom ogrów.

Gdy przekształcenie dobiegło końca, wężowe cielsko wygięło  się łukiem i niemal 

zupełnie otoczyło wolnego elfa. Kagonos nie czuł strachu - przepełniał go jedynie ogromny 

zachwyt, wiedział bowiem, że był świadkiem cudu. Wyczuwał również, że oto w jego życiu 

dokonuje się ogromna i nieodwracalna zmiana.

- Pytasz, Poszukiwaczu Ścieżek, ktom zacz? Znany jestem pod wieloma imionami, ty 

jednak możesz mnie nazywać Darlantanem.

- Tak też będzie, Panie - odparł Kagonos, opadając na kolana. Pierworodny nigdy 

jeszcze nie zgiął karku przed nikim i niczym, teraz jednak klękał nie tylko z własnej woli, ale 

i z poczuciem głębokiej radości.

background image

-   Mianuję   cię,   Kagonosie,   prawdziwym   Poszukiwaczem   Ścieżek   wśród 

Pierworodnych. Podczas stuleci, które nadejdą, twój lud będzie niejeden raz uciekał się do 

ciebie w razie potrzeby. Jeśli mają przeżyć i przetrwać, to jedynie dlatego, że ty będziesz 

wskazywał im drogę.

- Ale... ale jakimże sposobem ja ją odnajdę?

-   Miej   wiarę,   mój   dzielny   synu.   Nie   obarczam   cię   łatwym   zadaniem   -   będzie 

trudniejsze, niż możesz to sobie wyobrazić. Wiem, że zrodziła się w tobie myśl, aby opuścić 

plemię i poświęcić się bez reszty górom. Zamierzałeś zostać pustelnikiem, nieprawdaż?

- Tak, Panie. Nastąpi to... miało to nastąpić... już niedługo. - Gdy mówił te słowa, 

Kagonos rozumiał już, iż nie dane mu będzie zostać elfem samotnikiem. Czyż Dar- lantan nie 

orzekł, że jego przyszłość wiąże się z przyszłością plemienia?

- Wierzę, Poszukiwaczu, że okażesz się mężem godnym zaufania. Wiedz jednak - jeśli 

zostaniesz przywódcą swego ludu w najbliższych latach, kiedy Domowe Elfy wzrosną w siłę i 

będą szukać sposobów, aby skusić twoich współplemieńców urodą miast, kiedy z nieba na 

błękitnych,  zielonych  i czerwonych  skrzydłach zwali się na was nie znana dotąd plaga - 

musisz pozostać wiernym mnie - i tylko mnie jednemu.

- Panie, masz moje słowo.

- Jako Poszukiwacz Ścieżek staniesz się przywódcą większym od każdego z wodzów, 

doradcą duchowym potężniejszym od każdego z szamanów. Zadanie, jakim cię obarczam, 

wymagać będzie od ciebie wszystkich twoich sił fizycznych i duchowych. Nie bierz sobie 

żony, ona bowiem odwiedzie cię od twego dzieła. Nigdy też nie daj się zaprowadzić do miast 

Domowych Elfów - one bowiem poznają twe przeznaczenie i zechcą cię pojmać i uwięzić.

- Jak rozkażesz, Panie.

Darlantan spojrzał w dół i Kagonos po raz pierwszy spostrzegł ślad smutku w złotych 

oczach smoka - takich samych, jak oczy kozła (choć wszystko inne różniło te dwa stworzenia, 

będące w istocie jednym).

Podążając   wzrokiem   za   spojrzeniem   srebrnego   smoka,   elf   ujrzał   leżące   pośród 

kamieni potrójnie skręcone rogi. Mimo że uległy podobnej przemianie jak kozioł, zachowały 

jednak pierwotny kształt.

Kagonos podniósł jeden z nich i od razu wyczuł jego lekkość, co oznaczało, iż róg 

wewnątrz   jest   pusty.   Szerszy   jego   koniec   rozdymał   się   jak   wylot   trąbki,   węższy   zaś 

ukształtowano na podobieństwo ustnika. Choć nikt nie rzekł mu, co ma zrobić, elf wiedział, 

że powinien zadąć w róg.

background image

Zaciskając zęby na ustniku, Kagonos zadął więc potężnie i usłyszał żałobną melodię - 

przenikającą   górskie   doliny   i   wieszczącą   strach   i   niebezpieczeństwo   -   ale   kończącą   się 

wysokimi,   rześkimi   nutkami   nadziei   i   tryumfu.   Nigdy   przedtem   nie   grał   na   podobnym 

instrumencie,   nuty   jednak   pojawiały   się   w   jego   duszy   ze   zdumiewającą   wyrazistością   i 

dokończył pieśni ze swobodą i lekkością.

- Podaruję wam ów Koźli Róg - odezwał się Darlantan. - Usłyszę go ja albo ktoś z 

mego ludu i jeśli będziemy mogli wam pomóc, z pewnością to uczynimy.

-   Graj   na   nim   w   chwilach   radości   i   smutku,   on   zaś   przemówi   do   twego   ludu   i 

utwierdzi go w durnie i nadziei. Graj na nim, gdy zagrozi wam niebezpieczeństwo, róg zaś 

ukaże wam drogę ratunku.

- Ja zatrzymam drugi z rogów - ciągnął Darlantan. - Oba na zawsze będą symbolem 

więzi pomiędzy naszymi rasami. Ich dźwięki staną się wyłączną własnością obu ludów i nie 

usłyszy ich nikt, prócz srebrnego smoka albo wolnego elfa.

- Piękny to dar - odparł Kagonos. - Dlaczegóż jednak powierzasz go mnie?

- Jesteś Poszukiwaczem Ścieżek - oznajmił smok, a w jego głosie zabrzmiała moc 

rozkazu. - Twój lud powinien darzyć cię zaufaniem - ten róg jest tedy oznaką twej wysokiej 

godności. Nawet szamani wysłuchają granej przez ciebie pieśni i dzięki niej lepiej poznają 

swoich   bogów.  Wracaj   z   tym   rogiem   do  twoich   plemion,   na   Letnie   Zgromadzenie.   Gdy 

Pierworodni usłyszą twą pieśń, poznają prawdę.

- Tak uczynię, choć nie pojmuję, dlaczego wybrałeś właśnie mnie.

- To nie ma znaczenia. Powinieneś jedynie pamiętać, Poszukiwaczu, że dwa są rogi. 

Gdy ktoś zagra na jednym, rozlegnie się pieśń nadziei i przyjaźni, która wyznacza wieczną 

więź między naszymi ludami. Każdy z rogów może przenieść wezwanie o pomoc... lub dać 

pociechę, a ich dźwięki echem odezwą się w nadciągających stuleciach.

- A któregoś dnia, w odległej przyszłości, oba rogi być może odezwą się jednocześnie. 

Pieśń, która wtedy zabrzmi, będzie wcieleniem nadziei i przyszłości świata.

background image

CZĘŚĆ 1

KAGONOS

3357 PK

góry Khalkist

background image

Rozdział 1 - Podniebne spotkanie

Drewniane narty śmigały po śniegu, muskając zaledwie jego powierzchnię. Kagonos 

przedzierał się pomiędzy oszronionymi sosnami uważając, aby pozostawać poniżej grani i nie 

pokazywać się na tle nieba. Na zalanym promieniami słońca północnym stoku śnieg był już 

miękki, wilgotny i groził lawinami, ale południowe zbocze skuwał jeszcze mróz.

Szczupły,  muskularny elf ślizgał  się po śniegu szybko  i pewnie. Mimo  mroźnego 

powietrza Kagonos miał na sobie jedynie skórzane nogawice i kurtkę z koźlej skóry. U boku 

elfa na mocnym  rzemieniu  zwisał  trójskrętny Koźli Róg. Stopy biegacza  ochraniała  para 

twardych mokasynów, o krawędziach obszytych futrem. Skóra Kagonosa, unikającego kiedy 

tylko   się   dało   wojennych   malowideł,   lśniła   metalicznym   odcieniem   brązu,   pokryta   teraz 

cieniutką   warstewką   potu.   Odnajdywacz   Ścieżek   gęste,   czarne   włosy   splatał   w   gruby 

warkocz, który związywał rzemieniem ozdobionym piórami.

Narty z łagodnym sykiem spłynęły po pochyłości ku głębokiej dolinie. Dotarłszy do 

jej dna, wolny elf wykonał nagły zwrot, który poparty pchnięciami kijków wyniósł go prawie 

do połowy przeciwległego zbocza. Uporczywie drobiąc nartami, szybko dobrnął do kolejnej 

grani.

Przekroczywszy dolinę, wolny elf ponownie pomknął szybciej. Podczas wspinaczki 

trzymał się uparcie krawędzi grani. Gdy wreszcie dotarł do grupy głazów, które nieustannie 

dmący   na   tej   wysokości   wiatr   oczyścił   ze   śniegu,   zatrzymał   się   na   chwilę.   Kopnięciami 

zrzucił narty z nóg i padł na brzuch, ignorując zupełnie chłód, który natychmiast wgryzł się w 

jego obnażone ramiona. Czołgając się ostrożnie, Kagonos przedostał się pomiędzy głazami i 

dotarłszy do grani, ostrożnie uniósł głowę - wystarczająco, aby spojrzeć na rozciągającą się 

przed nim rozległą dolinę.

Jego ostrożność była może nieco przesadzona - najbliższe ogry znajdowały się o kilka 

mil   stąd.   Kagonos   jednak   nie   potrafił   w   inny   sposób   zbliżyć   się   do   wysokiej   grani.   W 

słowniku wolnego elfa nie było takiego pojęcia jak „nadmierna ostrożność”. Śmiałek, który 

nazbyt ryzykował, szybko zostawał odkryty, co pociągało za sobą nieuniknione nieszczęście.

Oczy   elfa   rozbłysły   na   widok   potężnej   armii,   rozciągającej   się   w   nieregularnych 

kolumnach na równinie. Od wielu już dni hordy Królowej Ciemności okrążały góry Khalkist, 

ścigając armię Silvanosa, który trzymał się gdzieś na południu. Kagonos wiedział, że ogry 

były   stworzeniami   lubiącymi   wysokości   i   wolałyby   maszerować   górami   -   ale   rozkazy 

smoczych władców zmusiły ich armię do wędrówki dolinami.

background image

Niełatwo było uwierzyć, że jeden już tylko klan tych władców zagrażał teraz światu. 

Od   ponad   półtorej   setki   lat   Kagonos   i   Pierworodni   wbrew   swej   woli   brali   udział   w 

zmaganiach z dziećmi Takhisis, Królowej Ciemności. Smoki - zielone, czarne, błękitne, białe 

i czerwone - przez wiele dziesiątek lat pustoszyły Ansalon, niosąc śmierć elfom i ludziom.

Natarcie zła zostało wreszcie powstrzymane, gdy trzej bogowie zawiązali spisek, aby 

obdarzyć elfy darem o wielkiej mocy. Darem tym były smocze klejnoty - magiczne kamienie 

posiadające zdolność pochłaniania życia. Podczas ostatnich lat Silvanosowi i jego legionom, 

w skład których wchodziły oddziały wojowników dosiadających gryfy, udało się ustanowić 

zręczne pułapki. Ufne w moc swych wielkich skrzydeł złe smoki wpadły w te zasadzki - i 

stało się tak, że zielone, czerwone, białe i czarne potwory zostały schwytane i pozbawione 

życia,   a   ich   moc   uwięziono   w   magicznych   kamieniach   -   zakopanych   następnie   w 

przepastnych głębinach gór Khalkist.

W   końcu   zostały   tylko   błękitne   smoki,   wielki   zaś   wódz,   Silvanos,   zajął   się 

opracowaniem planów ostatniej, zwycięskiej batalii. Zanim jednak do niej doszło, stało się 

nieszczęście - dzięki zuchwałemu atakowi grupie ogrów udało się wykraść elfom Błękitny 

Klejnot! Przepadły potem gdzieś wśród górskich komyszy ze swym bezcennym łupem i tym 

sposobem pozbawiły Silvanosa jedynej skutecznej broni przeciwko błękitnym smokom.

Zaczęły się wzajemne oskarżenia, w których Domowe Elfy Silvanosa obwiniały ludzi, 

ci zaś - choć dopiero niedawno zdołali zrzucić okowy niewoli ogrów - szybko zwrócili ostrza 

oskarżeń przeciwko elfom. Wieści te dotarły do Pierworodnych kilkoma szlakami - z Xak 

Tsaroth przybył na przykład wędrowny handlarz paciorkami i grotami strzał. Kramarz drżał 

ze strachu, przepowiadając nieuniknioną - jego zdaniem - zagładę elfów i ludzi. Z północy 

dotarło też kilkunastu wolnych elfów, którzy opuścili obozowiska Domowych, przynosząc 

wieści o rozterkach i zamieszaniu wśród dumnych krewniaków Pierworodnych.

Kagonos uważał, że rozsądniejsze byłoby obwinianie ogrów, a nie ludzi czy elfy - w 

końcu to właśnie ogry skradły bezcenny artefakt. Bawiło go nawet wysłuchiwanie historii o 

tym,   jak   wszyscy   obrzucali   się   oskarżeniami   i   docinkami   -   które   oczywiście   nie   mogły 

zmienić faktu, że Błękitny Kamień gdzieś przepadł.

Błękitne smoki tymczasem - a wielu uważało je za najgorsze i najprzebieglejsze z 

dzieci   Takhisis   -   przez   całą   zimę   pustoszyły   północne   wybrzeża   Ansalonu.   Teraz   zaś,   z 

nadejściem lata, skierowały się ku rozległym równinom w sercu kontynentu. Jeśli tam dotrą, 

nie da się ocenić rozmiarów klęski, a bez Błękitnego Klejnotu oddziały Silvanosa nie oprą się 

potężnym jaszczurom. Armia elfów zostanie rozbita, potęga Silvanosa legnie w gruzach, a 

background image

resztki jego legionów rozbiegną się w panice po całym Ansalonie, niosąc wszędy wieści o 

niebywałej klęsce.

Rozmyślający   o   możliwych   konsekwencjach   takiego   obrotu   spraw   Kagonos 

zastanawiał się też nad czymś, co wiedział tylko on sam i nikt inny - nad sekretem, który 

przywiódł   go   na   szczyt   tej   góry.   Nie   wydawało   się   wprawdzie   możliwe,   że   on   i   jego 

śmiałkowie odmienią losy wojny, musiał jednak mieć nadzieję, że tak się właśnie stanie.

Wpatrujący się w dal elf zmrużył oczy. Nad równinami, wysoko w górze, podobne 

marmurowym kolumnom, kłębiły się gęste chmury. Od owych alabastrowych słupów słońce 

odbijało  się z taką intensywnością,  że wolny elf musiał  niemal  skierować  wzrok w inną 

stronę. Patrzył jednak, szukając oznak jakiegoś ruchu pomiędzy białymi obłokami.

W końcu upewnił się, że - przynajmniej w tej chwili - nad maszerującą armią nie 

unoszą się błękitne smoki. Wiedział, że się zjawią i pewnie niedługo przyjdzie na to czekać, 

ale nie bez pewnej satysfakcji stwierdził, iż jeszcze się nie pokazały. Na razie obie armie 

rozdzielały dziesiątki mil i wyglądało na to, że bitwy należy się spodziewać nie wcześniej niż 

za kilka dni.

Przez chwilę rozmyślał o plemionach Pierworodnych, które zebrały się w głębokiej, 

ukrytej  dolinie, odległej o jeden dzień marszu od miejsca, w którym się teraz znajdował. 

Przybyli, gdy Kagonos wezwał ich głosem Koźlego Rogu. Jak zawsze w czasach zagrożenia 

nawet wodzowie plemion zwrócili się do Odnajdywacza Ścieżek - choć nigdy dotąd groźba 

zagłady nie była  tak poważna  i bliska. Jak dotąd bowiem podczas  całej  Smoczej  Wojny 

Pierworodni żyli w niewielkich grupkach i rzadko kiedy wychylali się spod osłony drzew. 

Jedynie wezwanie wielkiego rogu mogło ściągnąć ich w jedno miejsce i jedynie sekretna 

wiedza Kagonosa kazała mu podjąć takie ryzyko.

Oczywiście elfy Silvanosa podczas tej wojny wypracowały inną taktykę - taką, która 

pozwoliła im łączyć się w liczne plemiona i nawet bronić się przed smokami. Umocniły swe 

wielkie   miasta,   przekształcając   je   w   prawdziwe   fortece.   Gdy   jakiś   smok   decydował   się 

zaatakować warownię, musiał uczynić to bez pomocy ogrów, będących grotem i drzewcem 

armii Królowej Ciemności. Bez owej pomocy nawet twardołuskie jaszczury okazywały się 

podatne na strzały sławnych elfich łuczników - ulewa stalowych grotów cięła smoczą skórę 

jak rój dokuczliwych komarów. Smoki pustoszyły miasta i zabijały wielu obrońców, w końcu 

jednak nauczyły się unikać twierdz Domowych Elfów. Były w zasadzie tchórzami i wolały 

siać zniszczenie, nie narażając się na osobiste ryzyko.

Spoglądając ku rozległej równinie, Kagonos nie mógł dostrzec armii Silvanosa, ale 

wiedział,   że   jego   złotowłosi   kuzyni   gdzieś   tam   są.   Wszystkie   rody   zebrały   się   do   tego 

background image

ostatecznego starcia. Wolny elf rozumiał, że w ciągu paru najbliższych dni na tych jałowych 

równinach rozstrzygnie się - na dobre czy na złe - przyszłość Krynnu.

Jakkolwiek się stanie, pomyślał Kagonos nie bez ironii, historycy całą niemal zasługę 

czy winę przypiszą Silvanosowi. Odnajdywacz Ścieżek kilkakrotnie przy różnych okazjach 

spotykał  się z wodzem swych krewniaków i za każdym  razem Silvanos wydawał mu się 

elfem wielkiej mądrości, cierpliwości, wokół którego unosiła się niemal dotykalna aureola 

wodzostwa. Pamiętając o złożonej Darlantanowi przysiędze, wolny elf nigdy nie postawił 

stopy   w   żadnym   z   kryształowych   miast,   wiele   jednak   o   nich   słyszał   od   Pierworodnych, 

którym udało się zerwać więzy służby dla Domowych. Miejskie klany ogłosiły Silvanosa 

źródłem   wszelkej   mądrości   i   obdarzyły   go   najwyższymi   zaszczytami.   Cnoty   wodza   - 

cierpliwość,   łaskawość,   poczucie   honoru   -   stały   się   niedoścignionymi   ideałami   jego 

poddanych.

- Niedługo zaczną utrzymywać, że wynalazł sen i jedzenie - kwitował te opowieści 

nieprzejednany Kagonos i w tej opinii trwał od wielu dziesięcioleci. Może i nie był do końca 

uczciwy - jakkolwiek stały sprawy, Silvanos okazał się wodzem mądrym i sprawiedliwym. 

Wielki też był jego udział w dziele połączenia drobnych plemion w jeden potężny związek - 

w skład którego weszły wszystkie klany prócz Pierworodnych - choć Kagonos ciągle nie po- 

trafił pojąć, jakie korzyści daje przebywanie w tak wielkiej gromadzie. Po cóż wodzowie 

mieli poddawać się władzy jeszcze większego wodza?

W   innych   sprawach   cenił   jednak   Silvanosa   i   darzył   go   głębokim   szacunkiem. 

Przywódca   elfów   był   nietuzinkowym   osobnikiem   -   doskonale   potrafił   używać   własnych 

krzepkich mięśni, umiał też świetnie posługiwać się swą potężną armią. Siła zaś była rzeczą, 

którą Kagonos pojmował i którą szanował. A wyglądało na to, iż potęga Silvanosa stanie się 

młotem,   który   zmiecie   wreszcie   złe   smoki   i   odbierze   im   panowanie   nad   światem.   Taki 

rezultat starcia mógł jedynie cieszyć Pierworodnych.

Po   zejściu   z   grani   elf   wetknął   mokasyny   w   wiązania   nart   i   ponownie   ruszył   po 

śnieżnej   pokrywie   zbocza.   Uparcie   wspinał   się   coraz   wyżej   i   mocno   pracując   kijkami, 

przedzierał się ku kopulastemu szczytowi, który wieńczył górski grzbiet. Szybkie spojrzenie 

na słońce upewniło go, że ma jeszcze sporo czasu, ale mimo to przyspieszył kroku.

Wkrótce dotarł do podnóża rozległego wzniesienia i - nadal gracko śmigając pośród 

drzew   -   sprawdził,   czy   gęstwina   nie   kryje   w   sobie   pułapek.   Przekonał   się,   że   nikt   nie 

przechodził tędy podczas paru ostatnich dni - śnieg pozostawał nie tknięty od chwili, kiedy 

utworzyła się pierwsza pokrywa. Miejsce było dobrze wybrane.

background image

U podnóża urwistego zbocza Pierworodny zdjął narty i przymocował je do pleców - 

na stromym podejściu nie zdadzą się na nic, opóźnią tylko wspinaczkę. Ruszył w górę z taką 

samą  zręcznością  i gracją, z jaką poruszał się po śniegu. Nawet gdy chwytał  oszronione 

lodem występy, uścisk palców był pewny i elf ani razu nie zachwiał się na stromej ścianie.

Po godzinnej wspinaczce dotarł do łagodnie zaokrąglonego wierzchołka i poruszając 

się z wielką ostrożnością, wyszedł na nagi, skalisty grunt. W trzech kierunkach miał pyszny 

widok na strzeliste szczyty gór Khalkist. Z czwartej strony otwierały się przed nim rozległe i 

jałowe równiny Vingaard, na których wkrótce w śmiertelnych zmaganiach miały się zetrzeć 

armie elfów i ogrów.

Pierworodny okrążył szczyt i przekonał się, że żadne ślady nie plamiły bieli śniegu. 

Kagonos poruszał się wyłącznie po kamienistych perciach i nieustannie sprawdzał, czy jego 

sylwetka nie rysuje się na tle nieba lub śniegu, i czy nie mógłby go zobaczyć obserwator z 

dołu.

Powróciwszy do miejsca, z którego zaczął oględziny, podniósł wreszcie róg do ust. 

Zamykając oczy,  skierował wylot instrumentu ku najwyższym  szczytom i zadął potężnie, 

wydając długi, dźwięczny zew. Wiatr podjął pieśń i poniósł ją wyżej - ku uszom tych, którzy 

mogli ją usłyszeć. Elf tymczasem rozpoczął cierpliwe oczekiwanie, podczas którego badał 

wzrokiem wijące się ku szczytom szlaki.

Oczy   Odnajdywacza   Ścieżek   pociemniały,   gdy   wpatrywał   się   w   odległe   niziny. 

Podnosząc dłoń do czoła, skupił się na przepatrywaniu rozległych przestworzy.

Po kilku minutach złowił wzrokiem błysk srebra - to słońce odbijało się od mielących 

powietrze   skrzydeł.   Rozłożyste,   obejmujące   przestworza   skrzydła   Darlantana   można   było 

dostrzec z odległości wielu mil. Dziś srebrny smok leciał nisko, tak aby nie ujrzano go spoza 

krawędzi doliny.

Kagonos uśmiechnął się nie bez zawiści, obserwując, jak smok zręcznie omija zakręty 

doliny.  Latanie,  pomyślał  elf, musi  być  jedynym  rodzajem ruchu piękniejszym  i bardziej 

płynnym  niż ślizganie się na nartach. Jak zawsze majestat 1 wspaniałość lecącego smoka 

zapierały mu dech w piersiach. Gardło Kagonosa ścisnęło się z zachwytu, gdy Dar- lantan 

nabierając szybkości, zbliżył się do wierzchołka góry, na której się przyczaił.

I oto smocze skrzydła rozpostarły się w ostatnim zamachu, ustawiając się pod wiatr, 

po czym rozpęd uniósł Darlantana w górę. Smok zadbał o to, aby masyw góry znajdował się 

zawsze pomiędzy nim a armią ogrów - potwory nie powinny dostrzec groźby, jaką stwarzał 

ich flankom.

background image

Zawisając niemal nieruchomo w powietrzu, smok sięgnął w dół potężnymi szponami i 

pozwolił,   by   ostatni   wymach   skrzydeł   osadził   go   łagodnie   na   skałach   kopulastego 

wierzchołka góry. Następnie potrząsnął głową i prychnął rześko, jakby chciał usunąć zachwyt 

i oszołomienie lotem ze swego starego, mądrego umysłu.

- Witaj mi, Odnajdywaczu Ścieżek! - Darlantan skinął głową, co wywołało lśnienie 

srebrzystych łusek na muskularnym smoczym karku. - Rad jestem, żeś mnie wezwał.

Ciało Darlantana zamigotało, zaiskrzyło się i Kagonos przekonał się, iż patrzy oto na 

starego, krzepkiego jeszcze człowieka o długiej, śnieżnej brodzie. Przybysz odziany był w 

wełnianą szatę równie białą jak broda. Gęsta grzywa mocnych włosów również przetkana 

była srebrnymi nitkami, a spoglądające na elfa spod krzaczastych  brwi głęboko osadzone 

oczy były ogniście żółte. Zmarszczki na wysokim czole świadczyły o powadze i surowości 

charakteru,   ale   gdy   Darlantan   wyciągnął   dłoń   ku   elfowi,   jego   twarz   rozjaśnił   przyjazny 

uśmiech.

- Powiedz mi - spytał  Kagonos - dlaczego przybierasz kształt ludzki, gdy możesz 

przecie pokazać mi się w jakiejś bardziej przyzwoitej postaci... na przykład elfa?

Przywykł   już   do   tego,   że   Darlantan   zmienia   swe   kształty,   podczas   poprzednich 

spotkań smok ukazywał mu się jako człowiek, ogr, elf, niedźwiedź, orzeł i pod postacią wielu 

innych stworzeń. Pierworodny wiedział jednak, że Darlantan najchętniej przybierał kształt 

ludzkiego mędrca - choć nie miał pojęcia, co było tego przyczyną.

Darlantan  parsknął śmiechem,  który świadczył  o jego łagodności,  zrozumieniu  i... 

szczerym rozbawieniu.

- Przybieram taki kształt, jaki najlepiej służy moim celom w danej chwili - odparł, jak 

zwykle unikając bezpośredniej odpowiedzi. - Co się tyczy tego ciała... mogą nadejść czasy, 

kiedy nawet twój lud zapragnie poznać ludzką sztukę czarodziejstwa i magii!

- Domowe Elfy... może, Pierworodni jednak nie potrzebują ludzi i nie muszą się od 

nich niczego uczyć!

Darlantan   skwitował   tę   uwagę   kiwnięciem   głowy,   w   jego   oczach   zaś   pojawił   się 

błysk, którego Kagonos nie umiał pojąć.

- Leciałeś nad równinami? - spytał elf, spoglądając ku odległym armiom ogrów.

- Owszem,  pod postacią  orła, aby nie zaalarmować  ogrów. Obie armie  zajęły już 

pozycje.   Jeśli   Talonian   nie   będzie   uważał,   odkryje   wkrótce,   że   Silvanos   przyparł   go   do 

zbocza gór Vingaard.

-   Oto   mi   nowina!   Może   Domowe   Elfy   zdołają   zwyciężyć   nawet   bez   pomocy 

Błękitnego Klejnotu?

background image

- Wszyscy na to liczymy - odparł smok. - Obawiam się jednak, że błękitne smoki 

zjawią się lada dzień, a kiedy to się stanie, żadna siła nie uratuje Silvanosa i jego legionów. - 

Smok spojrzał bystro na Kagonosa, jakby przeczuwał, jakim sekretem elf chce się z nim 

podzielić.

- Wezwałem cię tu nie bez powodu - odezwał się Odnajdywacz Ścieżek. Darlantan 

milczał, Kagonos ciągnął więc dalej: - Myślę, że wiem, gdzie ukryto Błękitny Klejnot.

- W istocie dobre to wieści, jeśli się nie mylisz. Nie widziałeś samego klejnotu?

- Nie... ale odkryłem nie opodal obozowisko ogrów. Wybrały obronne wzgórze, ale 

nie jest to miejsce, w jakich zwykle obozują. Myślę, że strzegą tam czegoś cennego.

- Brzmi to prawdopodobnie. Błękitny Klejnot jest ostatnim z Pięciu Talizmanów - 

ogry zrobią wszystko, aby pozostał w ich łapach. A więc cała armia Taloniana manewruje na 

równinach jedynie po to, żeby odwrócić naszą uwagę od rzeczy naprawdę ważnej...

- Są jakieś wieści o błękitnych smokach?

- Zniknęły gdzieś kilka dni temu. Nawet jeśli nie będą się spieszyły, i tak w ciągu 

trzech dni zdążą na środkowe równiny. Jeśli Silvanos nie będzie miał Błękitnego Klejnotu, 

jego armia jest zgubiona - Darlantan spojrzał ku północy, jakby wypatrywał na horyzoncie 

oznak pojawienia się niebieskich jaszczurów. Po chwili odwrócił się do elfa.

- Gdzie jest ów obóz ogrów?

-   Niezbyt   daleko   stąd,   choć   moi   wojownicy   mogą   mieć   kłopoty   z   dotarciem   na 

miejsce. Ogry rozbiły obozowisko na wyspie, pośrodku jeziora położonego wewnątrz krateru 

wygasłego wulkanu. Teraz oczywiście jezioro zamarzło, a wyspę otaczają śniegi i lody. Moim 

zdaniem ogry nie spodziewają się, że ktoś mógłby podjąć ryzyko ataku przy takich chłodach.

- Wy jednak spróbujecie?

-   Nie   inaczej.   Zebrałem   plemię   w   okolicznych   górach   i   poprosiłem   wojowników 

innych klanów, aby zechcieli się do nas przyłączyć. Czy Silvanos zdoła przygotować swe 

legiony do jednoczesnej walki z ogrami Taloniana i smokami?

- Zaniosę mu te wieści. Rozważał już możliwość rozdzielenia swych sił i ukrycia ich 

w południowych puszczach, ale jestem pewien, że ożywiony nadzieją nie ustąpi. Ile czasu 

zajmie wam przygotowanie natarcia?

- Uderzymy pojutrze - sporo czasu zajmie nam zebranie wojowników i wspięcie się na 

ściany  krateru.  Potem   trzeba   nam  będzie   całego   dnia,  a  może  i   połowy  następnego,  aby 

dostarczyć klejnot na równiny.

- Być może poradzimy coś na tę ostatnią zwłokę. Pozwól, że oddalę się od razu, bo 

Silvanos z ogromną ulgą wysłucha tych wieści.

background image

- Czy wystarczy nam czasu? - spytał Kagonos.

-   Wiedzą   to   jedynie   bogowie.   Jeśli   błękitne   przylecą   wcześniej,   postaram   się   je 

zatrzymać,   dopóki   nie   dostarczycie   kamienia...   ale   musicie   się   spieszyć,   bo   nie   zdołam 

zatrzymać wszystkich.

- Ruszajmy więc żwawo... i spotkajmy się po zwycięstwie. Dziękuję, żeś przybył na 

wezwanie Koźlego Rogu.

- Nie mogłem postąpić inaczej... ale czekajże jeszcze chwilę. Jest coś, co powinieneś 

wiedzieć.

Kagonos znieruchomiał.

- Silvanos pragnie, abyś ty i całe twoje plemię dołączyli do niego na południu, gdy 

wojna dobiegnie końca. Podniesie wasze klany do godności Domu i stworzy z was nowy 

naród.

Pierworodny wzruszył ramionami. - Prosić mu wolno... ja jednak nie dam zgody.

- I tak być powinno - rzekł Darlantan z widocznym zadowoleniem. - Zajmij się teraz 

smoczym   klejnotem...   I   skończmy   z   tą   przeklętą   sprawą.   Czy   wiesz,   że   sami   bogowie 

zapłacili cenę tej wojny?

- Jakże to?

- Trzej synowie Paladine’a - Solinari, Lunitari i Nuitan - dla stworzenia smoczych 

klejnotów skradli innym bogom potęgę magii. Zostali ukarani za kradzież... sposób zaś, w 

jaki tego dokonano, objawi się wkrótce wszystkim.

- Jakże można ukarać boga?

- Popatrz nocą na niebo, po ostatniej bitwie... nieważne, jak się skończy. Ujrzysz tam 

swoje dowody... na tle gwiazd.

Darlantan   wyjaśniał   to   wszystko   powoli,   kiwając   głową.   Długie,   siwe   kosmyki 

bokobrodów zwisające po obu stronach jego pooranej zmarszczkami twarzy falowały pod 

wpływem   wzmagających   się   powiewów   wiatru.   Te   same   powiewy   przyniosły   odległe 

dźwięki.

- Bębny... - mruknął Kagonos.

- Najdalej za trzy dni ogry Tałoniana będą gotowe do natarcia. Nadlecą też błękitne 

smoki i nadejdzie czas rozwiązań... - przytaknął stary człowiek. Na pozór słaby i kruchy, 

opierał   się   jednak   naporowi   wiatru,   a   w   jego   bursztynowych   oczach   płonął   ogień 

młodzieńczej determinacji.

background image

-   Powodzenia,   przyjacielu   -   pożegnał   się   Kagonos,   dotykając   dłonią   ramienia 

mężczyzny. Ten jednak zaczął już zmieniać kształty, przybierając na powrót postać srebrnego 

jaszczura.

- I tobie niech sprzyjają bogowie - odparł smok, pochylając głowę z powagą. - Może 

już wkrótce będziemy święcić zwycięstwo.

Pierworodny odwrócił się i wetknął stopy w wiązania nart, podczas gdy Darlantan 

rozpostarł   swe   szerokie,   srebrzyste   skrzydła.   Po   chwili   obaj   już   lecieli   -   jeden   przecinał 

powietrze,   drugi   sunął   po   śniegu   -   mknąc   razem   ku   bitwie,   która   miała   ukształtować 

przyszłość świata.

background image

Rozdział 2 - Góra

Trójka wolnych elfów pochylała się pod wiatr, wspinając się uparcie ku ostrej jak nóż 

grani.   Zataczający   w   tym   miejscu   łagodny   łuk   grzbiet   górski   wznosił   się   stromo   aż   do 

nagiego, smaganego wichrami wierzchołka. Potrójne, widoczne w śniegu ślady wiodły w dół, 

gdzie przepadały wśród osłaniającej podnóże masywu puszczy.

Kagonos zaledwie tydzień temu wspiął się na przeciwległe zbocze tej góry i odkrył 

kryjące się w jej wnętrzu obozowisko ogrów. Dziś Odnajdywacz Ścieżek wybrał podejście 

innym szlakiem. Całym swym jestestwem odczuwał górę jako spoisty masyw, choć stojąc 

teraz na jednym z jego grzbietów, nie mógł ocenić rozmiarów krągłego krateru, nie mógł też 

zajrzeć do wypełnionego śniegiem kotła. W pewnym miejscu łuk zbocza załamywała jedna 

jedyna rozpadlina - przez tę wąską gardziel wypływał strumień, odprowadzający nadmiar 

wód z jeziora.

Zamiast patrzeć teraz na stok przed sobą, Kagonos przeniósł wzrok w dal, wpatrując 

się w pyliste, odległe równiny.

Prowadząc   trójkę   wspinaczy,   Odnajdywacz   Ścieżek   zatrzymał   się   na   chwilę,   aby 

złapać oddech - obejrzał się przy tym przez ramię na swych braci, którzy uparcie podążali tuż 

za nim.

Dall   odpowiedział   mu   śmiałym   spojrzeniem   oczu   wyzierających   z   opalonej, 

uśmiechniętej twarzy - kręgi wojennych malowideł w kącikach ust elfa przekształciły radosny 

uśmiech   w   drwiący   grymas.   Idący   tuż   za   Dallem   Kyrill   zmarszczył   brwi   z   dezaprobatą. 

Podobnie jak ich starszy brat, obaj mieli na sobie jedynie skórzane nogawice i grube opończe 

z   koźlej   skóry,   które   chroniły   ich   przed   ukąszeniami   mroźnego   wiatru.   Wszyscy   trzej 

obnażyli jednak głowy i ramiona, pomalowane kręgami czarnej farby, którymi Pierworodni 

zdobili swe ciała.

Pozostali wojownicy plemienia ukryli się w dolinie pod granią, czekając na sygnał od 

Odnajdywacza Ścieżek, który wespół z braćmi miał poszukać innego szlaku ku szczytowi. 

Kagonos pan nieustannie w górę, wiedział bowiem, że jego dwaj towarzysze będą musieli 

przed atakiem wrócić po resztę śmiałków.

Po krótkiej chwili, podczas której odzyskał oddech, starszy elf podniósł się i ponownie 

ruszył ku grani. Stawiając jedną stopę tuż za drugą, uparcie wspinał się coraz wyżej, kierując 

się   ku   miejscu,   gdzie   wcześniej   dostrzegł   cień   na   zboczu.   Zgodnie   z   przewidywaniami 

odnalazł   tam   wąski   jar   i   wprowadził   Dalla   i   Kyrilla   do   raczej   nędznej   kryjówki,   jaką 

background image

ofiarowały   poszarpane,   skaliste   ściany   rozpadliny.   Byli   tu   jednak   zasłonięci   przed 

podmuchami mroźnej wichury i ukryci przed wzrokiem obserwatorów, których ogry mogły 

umieścić   na   grani.   Podczas   poprzedniej   wspinaczki   Kagonos   wprawdzie   nie   spostrzegł 

żadnych straży, lecz wolał nie ryzykować.

- Dlaczego po prostu nie przemkniemy się korytem potoku? - spytał Dall, przykucając 

obok brata za pokrytym śniegiem głazem. Gdy trzej śmiałkowie znowu się zatrzymali, aby 

odpocząć i wyrównać oddechy, Kyriil oczyścił powierzchnię głazu ze śniegu i przysiadł na 

kamieniu, Kagonos zaś i Dall oparli się o strome ściany rozpadliny.

-   Bo   to   jedyna   możliwa   i   zarazem   łatwa   droga,   dlatego   też   nie   możemy   z   niej 

skorzystać - odparł Kagonos. - Ważne jest, abyś zawsze zachodził wroga z tej strony, z której 

się ciebie nie spodziewa.

- Zresztą - dodał Kyrill z kpiącym uśmieszkiem, opierając jedną stopę o występ skały i 

pochylając się ku ścianie rozpadliny - tu w górze mamy znacznie rozleglejsze widoki!

- W żadnym mieście takich nie znajdziesz - zgodził się Kagonos, przenosząc wzrok 

ponad zboczami góry ku rozległym równinom. Z tej wysokości i odległości rzeka Vingaard 

wyglądała jak srebrna wstążka na szarozielonych połaciach równin.

-   Dlaczegóż   więc   Silvanos   i   Domowe   Elfy   kryją   się   za   ścianami?   -   spytał   Dall, 

okazując całą naiwność osiemdziesięcioczteroletniego młodzika. - Czyżby byli tchórzami?

-   Niewykluczone   -   odparł   Kyrill.   Przeżywszy   dwieście   lat,   był,   przynajmniej   we 

własnych oczach, ekspertem we wszystkich najważniejszych dziedzinach życia. - Może też 

obawiają się, że jeśli wkroczą w lasy, ich kobiety porzucą mężów i pobiegną za nami!

I   nagle   Kagonos   poczuł   ogromne   znużenie   -   wojną,   wspinaczką,   nieustannym 

dawaniem baczenia na młodszych braci, którzy po śmierci rodziców stali się jedyną rodziną, 

jaką   miał   na   całym   świecie.   Inni   wojownicy,   gdy   zasłużyli   na   prawo   zdobienia   piersi 

spiralami, żenili się i zakładali rodziny. Niektórzy mieli dzieci, będące nadzieją plemienia na 

lepszą   przyszłość.   Wszystko   to   jednak   było   nie   dla   Kagonosa...   nie   dla   Odnajdywacza 

Ścieżek... nadziei jego ludu.

- Nad tym strumieniem lata wiele kaczek - zauważył Dall. - Jesienią nieźle byłoby tu 

zapolować, nie sądzicie?

- Owszem - przytaknął Kyrill, wdzięczny bratu za zmianę tematu rozmowy. - Gdy 

wojna   się   skończy,   pomyszkujemy   w   tych   okolicach...   a   nie   zadowolę   się   niczym 

skromniejszym niż łowiska tak obfite, że jedną strzałą strącić można dwie kaczki!

background image

- Pewnie, że tego byś chciał... mój bystrooki braciszku! - odparł Kagonos, tłumiąc 

śmiech.   -   Choć   godzi   się   rzec,   że   jeśli   wśród   Pierworodnych   znajdziesz   łucznika,   który 

mógłby dokazać takiej sztuki, to jesteś nim ty.

- Naprawdę sądzicie, że wojna dobiegnie końca? - spytał Dall, potrząsając głową z 

powątpiewaniem. - Szamani utrzymują, że to możliwe.., jeśli taka będzie wola bogów. Ale 

przecie   legiony   Balifa   od   lat   gromią   Taloniana,   jeźdźcy   i   gryfy   Quithasa   przemierzają 

Ansalon wzdłuż i wszerz - a jednak Silvanos nie zdołał rozbić ogrów ostatecznie.

Kagonos   splunął   wzgardliwie,   usłyszawszy   imię   dowódcy   kawalerii   Silvanosa, 

słynnego poskramiacza gryfów. - Quithas nie jest tak wielki, jak powiadają. I on krwawi jak 

my, gdy się go zrani...

- Ale te opowieści... Słyszałem, że jego legion może przelecieć dziennie setkę mil, a 

nocą zaatakować wroga. I jeszcze potrafią zwyciężyć. Czy te gadki są przesadzone?

- Może tak, może nie... Ale żaden wódz i żadna armia nie potrafiła powstrzymać 

naporu zła od stu i pięćdziesięciu lat. Mimo zaś całego zarozumialstwa Quithas jest tylko 

elfem, nawet jeśli wspomaga szybkość swych ruchów, dosiadając rączego konia czy chyżego 

gryfa!

Kyrill nie mógł nie zauważyć goryczy w głosie brata.

- Ten Quithas... czy to ten sam, którego spotkałeś w górach, zanim się urodziłem? 

Łowca?

- Chciał zabić Koźlego Pradziada... którego róg noszę przy boku. Ale ja odebrałem 

broń Poskramiaczowi Gryfów - to ten topór - i kazałem mu się wynosić!

Dali spojrzał na Kagonosa oczyma szeroko otwartymi z podziwu.

- Rzuciłeś wyzwanie potężnemu wodzowi... a on uciekł? - spytał zdumiony ponad 

miarę.

-   Jak   tchórzliwy   gnojek,   którym   jest   w   istocie   -   odparł   Odnajdywacz   Ścieżek, 

gniewnie zaciskając szczęki na samo wspomnienie dawnego starcia. - Choć trzeba mi rzec, że 

wtedy jeszcze nie był wielkim wodzem Silvanosa... w rzeczy samej zdarzyło się to przed 

wojną.  Ale  już  wtedy  wydało  mi  się,  że   jest  żądny  władzy.  Rzekł  mi,   iż  pewnego   dnia 

powiedzie w bój wielu elfów.

- Tak też czyni - i będzie czynił, chyba że my położymy kres tej wojnie - mruknął 

Kyrill.

- Co może zdarzyć się nawet i dzisiaj! - wypalił Dall.

- Owszem, jeżeli uda nam się zdobyć Błękitny Klejnot i dostarczyć go Silvanosowi... 

albo Darlantanowi - zgodził się ostrożny Kagonos.

background image

- Czy jesteś pewien, że znajdziemy ów kamień za tą granią? - spytał Kyrill.

-   Owszem...   o   ile   na   tym   świecie   w   ogóle   można   być   pewnym   czegokolwiek. 

Darlantan uważa, że mój domysł jest trafny - sarknął Kagonos.

- Mnie to wystarczy - odparł Kyrill, wzruszając ramionami.

-   Ale   co   będzie,   jeśli   błękitne   smoki   lub   armia   Taloniana   zniszczą   Silvanosa   na 

równinach? Co wtedy? - nie ustępował Dall.

- A co będzie, jeśli powierzchnia Krynnu pęknie na połowy i wszyscy wpadniemy w 

rozpadlinę? - spytał Kagonos. Wiedział, że zadawanie takich pytań jest częścią elfiej natury, 

dlaczego jednak nawet jego bracia nie mogą się od nich powstrzymać? Niemałym wysiłkiem 

woli   uśmierzył   wybuch   gniewu.   -   Wtedy   zginiemy,   a   zło   ogarnie   cały   świat!   Darlantan 

powiada,   że   błękitnych   nie   należy  spodziewać   się  wcześniej   niż   za   dwa  dni.   Co   zaś   do 

reszty... nie sądzę, aby Talonian zdołał tak łatwo pokonać armię Silvanosa. Wodza ogrów 

najwyraźniej gryzą wątpliwości, dlaczegóż bowiem ukrywa smoczy talizman tak daleko od 

głównych sił swej armii?

- Może nie obawia się Pierworodnych - mruknął Kyrill.

-   Sprawmy   więc,   aby   gorzko   żałował   tej   pomyłki!   -   odparł   Kagonos,   wstając   i 

odwracając się w stronę zbocza.

Rozpadlina  pięła  się   stromo   w   górę,  lecz   trzej  śmiałkowie  zręcznie   przeskakiwali 

pokryte śniegiem głazy i szybko posuwali się coraz wyżej.

Prowadzący ich grupkę Kagonos był coraz bardziej niespokojny. Chciał oszczędzić 

braciom - których ochraniał przez wiele dziesięcioleci - okropności wojny. Do tej pory plemię 

kryło się w puszczy, często zmieniając miejsce obozowania, i od wielu lat żaden Pierworodny 

z jego - lub innego - klanu nie brał udziału w większej potyczce.

Nie zwracając uwagi na mróz, Kagonos opadł na kolana i poczołgał się ku grani. 

Dotarłszy do krawędzi, ostrożnie wychylił głowę i zajrzał w rozciągającą się pod nim kotlinę.

Wyglądała   tak,   jak   ją   zapamiętał.   Okrągły   krater   przypominał   gładką   czaszę   o 

ścianach z oślepiająco białego śniegu. Dno było rozległe, płaskie i rozciągało się kilka setek 

stóp   poniżej.   Okrągła   pokrywa   bieli   mogła   być   tylko   zamarzniętą   powierzchnią   jeziora. 

Pośrodku, w odległości dwustu stóp od brzegu, wznosiła się niewielka, stożkowata wysepka, 

na   której   płaskim   wierzchołku   wyraźnie   widać   było   obozujące   tam   ogry.   Gdy  odkrył   to 

miejsce, bestie oczyszczały powierzchnię wysepki ze śniegu, a teraz spostrzegł, że zdążyły 

również otoczyć płaski wierzchołek rodzajem prowizorycznego muru. Mimo iż wypatrywał 

bardzo   uważnie,   nie   zauważył   żadnej   straży   na   krawędzi   krateru,   ani   nawet   śladu 

prowizorycznych posterunków.

background image

- Są tu nadal - zwrócił się do swych braci, po czym  spojrzał na Kyrilla. Podczas 

rekonesansu zaczął układać pewien pian, który teraz przybrał ostateczne kształty. - Wezwijcie 

wojowników,   niech   zajmą   stanowiska   nad   granią.   Dali,   sprowadź   tu   wodza   Barcallę   i 

wojowników   Srebrnych   Łososiów,   Białych   Ogonów   i   ludzi   z   klanu   Błękitnego   Jeziora. 

Zaatakujemy tędy. Kyrill, chcę, abyś wziął czterdziestu śmiałków i okrążył górę z drugiej 

strony.   Ruszaj   wespół   z   wodzem   Upadłe   Drzewo   i   wojownikami   Czarnych   Piór.   Gdy 

dotrzecie do tamtej rozpadliny, daj mi sygnał mieczem - zamigotaj ostrzem w słońcu. Chcę, 

abyście uderzyli pierwsi i odwrócili uwagę ogrów ku zachodowi. Główne siły połączonych 

klanów ruszą z tej strony i zyskamy na zaskoczeniu.

Wziął brata za ramię i zajrzał mu w oczy. Twarz Kyrilla płonęła zapałem, a jego 

dłonie bezwiednie zaciskały się na orężu. Raz jeszcze Odnajdywacz Ścieżek poczuł żal i 

smutek, teraz jednak, tuż przed akcją, nie miał wyboru i musiał stłumić wszelkie uczucia.

- Posłuchaj, Kyrill - polecił  formalnym  tonem.  - Gdy dotrzecie w pobliże wyspy, 

poprowadź swoich okrężną drogą i przyłączcie się do ataku z tej strony. Nie życzę sobie, aby 

wasza mizerna czterdziestka zuchwalców wspinała się na brzegi wysepki na oczach całego 

obozu ogrów! Zrozumiałeś?

Przez   chwilę   Kagonos   miał   wrażenie,   że   jego   młodszy   brat   rozpocznie   spór. 

Niespodziewanie jednak Kyrill skinął głową i po raz ostatni rzuciwszy okiem na odległy 

szczyt wysepki, odwrócił się ku rozpadlinie i ruszył w dół.

background image

Rozdział 3 - Krwawa rywalizacja

Ogry   nie   ustawały   w   swych   dość   chaotycznych   wysiłkach,   aby   umocnić   szczyt 

wzgórza, gromadziły więc głazy : w nieforemną barierę o dość przypadkowej wysokości i 

grubości. Prowizoryczny mur miał liczne szczeliny i w żadnym miejscu nie był wyższy niż 

wzrost przeciętnego elfa. Kagonos spostrzegł też, iż wielu ogrów znudziło się tą pracą, . 

kilkunastu nawet ją porzuciło i teraz pałętali się po obozie, docinając sobie wzajemnie i - jak 

wszyscy żołnierze na świecie - chełpiąc się swymi wyczynami. Takie zachowanie upewniło 

Pierworodnego, że monstra nie zdawały sobie sprawy z istnienia realnej groźby ataku na 

obóz... i odebrania im Błękitnego Klejnotu.

A jeśli się mylił i skradziony artefakt przechowywano gdzie indziej? Kagonos mógł 

jedynie  starać  się nie  myśleć  o tej  możliwości - wiedział  bowiem,  że w takim wypadku 

wszelkie jego rachuby spełzłyby na niczym i przepadłaby resztka nadziei.

W oczekiwaniu na swych wojowników Kagonos nieustannie obserwował obozowisko, 

szukając jakiegokolwiek śladu, świadczącego o tym, iż ukryto tu potężny talizman smoczego 

rodu.   Wiedział,   że   klejnot   rozsiewa   wokół   siebie   silny   blask   -   nawet   więc,   jeśli   nie 

zobaczyłby   samego   kamienia,   potrafiłby   dostrzec   jego   emanację.   Obserwacje   okazały   się 

bezowocne, lecz Kagonos nie zwątpił w słuszność swych domysłów. Najpewniej, powiedział 

sobie, Błękitny Klejnot ukryto w jakiejś jaskini albo wręcz gdzieś go zakopano.

Nie potrafił jednak -jak dotąd - odnaleźć wylotu hipotetycznej jaskini. Wierzchołek 

wysepki był dość płaski, dlatego też - i z powodu otaczającego szczyt koślawego muru - 

Kagonos   nie   mógł   dokładnie   obejrzeć   całego   terenu.   Zaczął   jednak   coś   podejrzewać. 

Pośrodku umocnionego obszaru usypano nie przewyższający wysokością rosłego ogra kurhan 

z niewielkich głazów. Wierzchołek niezwykłej konstrukcji wyrównano, tak że tworzył małą 

płaszczyznę, z której można było ponad murem wyglądać na zewnątrz. Kagonos zauważył, iż 

żaden ogr nie wspiął się ani razu na szczyt kurhanu, aby spojrzeć na okolicę. Elf pomyślał 

więc, że owe głazy zgromadzono tam dla innego celu.

Takim na przykład celem mogłoby być ukrycie wylotu podziemnego korytarza. Im 

dłużej o tym rozmyślał, tym bardziej był przekonany, iż kurhan znaczy miejsce, gdzie ukryto 

Błękitny Klejnot, i tam właśnie go znajdzie - oczywiście po tym, jak Pierworodni zejdą do 

krateru, przetną zamarznięte jezioro, wedrą się na wysepkę i przełamią prowizoryczną obronę 

ogrów u kamiennej zapory.

background image

Odgłosy wspinaczki usłyszał dopiero wtedy, gdy w dole ujrzał grupę Dalla. Młody elf 

szybko dołączył do brata, przekradając się ku krawędzi krateru, za nim zaś podążył długi 

szereg   wojowników.   Następny   elf   przemknął   ku   przodowi   i   Kagonos   skinieniem   głowy 

przywitał się z Barcallą, wodzem klanu Srebrnych Łososiów. Każdy z Pierworodnych miał 

przytroczone do pleców narty, tak aby dłonie pozostały wolne dla oręża. Kyrillowi zajęcie 

pozycji po przeciwległej stronie krateru zajmie nieco więcej czasu, ale i on wkrótce będzie na 

miejscu.

- Nie wygląda na to, żeby spodziewali się kłopotów - szepnął Dall. Młody elf drżał z 

podniecenia, zaciskając w wąskiej dłoni rękojeść miecza, którego po raz pierwszy miał użyć 

ze śmiertelnym skutkiem.

Twarz Dalla - jak twarz jego brata - pomalowano sadzą, której czerń była ulubioną 

wojenną barwą elfich plemion. Ponieważ dziś brał udział w pierwszej bitwie, skórę młodego 

elfa znaczyły czarne kręgi, zamiast zwiniętych  na kształt rogów spiral, którymi  zdobiono 

tych, co nie posiadali jeszcze bojowych doświadczeń. Oprócz tego Dall - tak jak Kagonos - 

miał rysunek dębowego liścia, który otaczał jego lewe oko. Był to znak rodowy, nie związany 

z żadnym symbolem plemiennym.

- Ogry nigdy nie sprawiają wrażenia zaniepokojonych - odparł starszy z braci. - Ale 

gdy trzeba, potrafią zareagować bardzo szybko.

- Wiem... - odparł młodszy, demonstrując swą gotowość do boju.

Kagonos westchnął, kwitując tym westchnieniem chęć znalezienia innego rozwiązania 

problemu   i   przeklinając   konieczność,   która   wciągała   w   wir   wojny   nawet   najmłodszych 

mężczyzn   leśnego   plemienia.   Niestety,   nie   było   innego   wyjścia.   Jeśli   zwyciężą   w   tej 

potyczce, Pierworodni będą mogli przez wiele lat żyć w pokoju, ciesząc się jego owocami. 

Jeśli   zawiodą   i   błękitne   smoki   pozostaną   na   wolności,   aby   siać   na   Krynnie   grozę   i 

zniszczenie, koniec wolnych elfów nastąpi szybko i w sposób nieunikniony.

- Dlaczego Kyrill się spóźnia? Powinien już tam być!

- Cierpliwości, braciszku. Gdy dotrze na miejsce, da nam znak.

Kagonos   przeniósł   spojrzenie   wyżej,   ponad   ośnieżoną   wysepkę   pośrodku   białej 

czaszy, aż musnął wzrokiem skalistą grań przeciwległego zbocza krateru. Nie widział śladu 

ruchu,   wiedział   jednak,   że   właśnie   teraz   gdzieś   tam   przemyka   się   Kyrill   ze   swoją 

czterdziestką   zuchów.   Poruszający   się   niepostrzeżenie   wśród   ośnieżonych   głazów 

Pierworodni zbliżali się do pozycji wyjściowej. Kagonos uważnie wpatrzył się w niewielkie 

siodło, obok którego wznosiła się stroma skalna kolumna. Stamtąd właśnie Kyrill miał dać 

background image

sygnał, że jego zuchy są na miejscu. Odnajdywacz Ścieżek nie spostrzegł brata, ale zmusił się 

do cierpliwości. Wiedział zresztą, że Kyrill nie każe mu czekać dłużej niż to konieczne.

Wysokie, strome zbocza niemal całkowicie otaczały jezioro - tylko w jednym miejscu 

grań dzieliła rozpadlina, przez którą na równiny wylewał się nadmiar wód. Teraz zresztą 

strumień, podobnie jak i całe jezioro, był skuty lodem. U wejścia do wąwozu stało na warcie 

kilku ogrów, obserwowanych bacznie przez wojowników Kagonosa, którzy skryli się nieco 

wyżej wśród skał.

Z drugiej jednak strony,  na pokrytych  śniegiem poszarpanych  zboczach nie widać 

było żadnej aktywności, która mogłaby przyciągnąć uwagę ogrów. Zbocza krateru zarastały 

gdzieniegdzie drzewami, a głębokie, wypełnione śnieżnym pyłem szczeliny były zwodniczo 

niebezpieczne - jeśli ktoś zaufałby ich gładkiej pokrywie. Na całe szczęście te same szczeliny 

pozwalały   na   szybki,   błyskawiczny   niemal   zjazd   na   nartach.   Ograniczały   natomiast 

poruszenia   ciężkich,   niezręcznych   ogrów.   Beztroska   bestii   mimo   to   wciąż   budziła 

wątpliwości Kagonosa. Z pewnością były świadome, że Pierworodni mogli tędy zjechać?

Może   zbyt   wiele   myśli   poświącają   Silvanosowi,   zreflektował   się   po   dłuższym 

namyśle. Trafił chyba w sedno: dlaczegóż ogry miałyby przejmować się kilkoma setkami 

dzikusów - elfów, które nawet nie nosiły metalowych zbroi, które wzgardziły końmi, kopiami 

i wzmacnianymi stalą łukami swych zamieszkujących miasta krewniaków - kiedy miały na 

karku całą, świetnie wyćwiczoną i zdyscyplinowaną armię, może okrążającą właśnie podnóża 

gór? Dzikie elfy z niemałą uciechą udowodnią zatem ogrom, że są w błędzie.

Wzrok   Kagonosa   ponownie   przesunął   się   na   obóz   ogrów,   gdzie   praca   przy 

wznoszeniu   muru   w   ogóle   ustała,   mimo   iż   bariera   nadal   była   nieregularna   i   bezładna. 

Większość   ogrów   wygrzewała   się   teraz   w   słońcu,   oddając   się   grom   hazardowym   i 

przerzucając prymitywnymi docinkami.

-   Tam!   -   syknął   Dall.   Młody   elf   wskazał   przeciwległą   ścianę   niecki   i   Kagonos 

dostrzegł   to   również:   srebrzysty   błysk   w   miejscu,   gdzie   Kyrill   mignął   w   słońcu   nagim 

ostrzem.

Kagonos odchylił  głowę w tył  i przytknął  zesztywniałe  z zimna wargi do ustnika 

krętego rogu. Zadął przenikliwie, wydając dźwięk, który dotarł do uszu wszystkich elfów - i 

prawdopodobnie nie  został  usłyszany  przez  ogry.  Przeciwnicy  odebrali  dźwięk rogu jako 

poszum górskiego wiatru.

Ale dla setek wojowników Pierworodnych, którzy czekali między drzewami, dźwięk 

Koźlego Rogu zabrzmiał jak bojowe fanfary. Odziane w futrzane opończe elfy wdziały narty i 

śmignęły w dół.

background image

Kagonos powiódł natarcie od południa. Na tym zboczu drzewa rosły gęsto, ale on 

przemknął pomiędzy nimi bardzo szybko i cały czas nabierał szybkości. Śnieg stopniał tu 

nawet   w   cieniu,   co   początkowo   utrudniało   zjazd.   Wkrótce   jednak   Odnajdywacz   Ścieżek 

mknął w dół, czując na twarzy ukąszenia mroźnego wiatru, który wyciskał z jego oczu łzy, w 

miarę jak elf nabierał szybkości.

Początkowo natarciu towarzyszył jedynie świst śniegu ciętego krawędziami licznych 

nart,  elfy  bowiem,  mknąc  wśród drzew,  zachowały milczenie.  Kagonos  słyszał  ów  świst 

dobiegający z tyłu i wiedział, że jego wojownicy wykorzystują całą swą narciarską biegłość, 

aby nabrać jeszcze większej prędkości.

Rzucił   pospieszne   spojrzenie   na   drugą   stronę   doliny   właśnie   w   chwili,   kiedy 

spomiędzy drzew wyłonił się równy szereg ciemnych sylwetek - w samą porę pojawili się 

śmiałkowie Kyrilla. Linia drzew znajdowała się tam nieco wyżej, ale też grupa Kyrilla miała 

przed sobą krótszy odcinek płaskiej powierzchni jeziora.

Chłodne powietrze rozdarł krzyk orla, który natychmiast podjęły dziesiątki innych ust 

- Pierworodni z północnej grupy wydawali właśnie przenikliwy okrzyk bojowy swojego ludu. 

Kagonos wstrzymał oddech - ta właśnie chwila miała rozstrzygnąć, czy ogry zareagują tak, 

jak przewidywał.

Gdy pierwsza z bestii ujrzała lecących w dół po zboczu śmiałków Kyńlla, ryknęła 

ostrzegawczo.   Nieliczni   zuchwalcy,   śmigając   w   dół   jak   opadające   na   łup   sokoły, 

wykrzykiwali w twarze wrogom przeraźliwe obelgi lub chełpili się niemiłosiernie. Wściekłe 

ogry kopnęły się hurmem ku północnej ścianie obozu, gdzie wywijając dziko bronią, czekały 

na wrogów.

W tejże jednak chwili pojawili się i wojownicy nacierający od południa - to Kagonos 

wyprowadził spoza drzew swoją grupę, znacznie liczniejszą niż czterdziestka Kyrilla - i co sił 

w kijkach wszyscy pognali ku jezioru. Na otwartej przestrzeni wojownicy niemal przysiedli 

na nartach i Kagonos zdał sobie sprawę, że nigdy przedtem nie pędził tak chyżo. Kątem oka 

dostrzegł, że jeden z jego współplemieńców złamał nartę na jakiejś przeszkodzie i runął w 

śnieg,   tocząc   się   bezwładnie   jak   dziecinna   laleczka.   Odnajdywacz   Ścieżek   zaryzykował 

szybkie spojrzenie w tył - niestety, nieszczęśnik leżał nieruchomo tam, gdzie się zatrzymał.

Teraz   narciarze   śmigali   już   po   zamarzniętej   powierzchni   jeziora,   pędząc   w 

chrzęszczącym,   szorstkim   śniegu.   Kilku   ogrów   poczłapało   ku   nie   chronionej   ścianie 

południowej, lecz większość bestii czekała, aby rozprawić się z grupą Kyrilla. Wznoszący się 

nad nim masyw wysepki nie pozwolił Kagonosowi dostrzec grupki wiedzionej przez brata, 

wiedział jednak, że powinni już okrążać strome zbocze. Kagonos powtórzył w myśli swój 

background image

rozkaz, mając nadzieję, że Kyrill nie da się porwać zapałowi – „Bracie! Dołącz do nas! Nie 

atakujcie wysepki samotnie!”

Rozpęd przeniósł go przez całe jezioro i dowiódł do połowy zbocza wysepki. Gdy 

tylko elf się zatrzymał, kopnięciami zrzucił narty z nóg i skoczył w górę, mocno wbijając w 

śnieg pięty mokasynów. Wokół niego grzmiał w powietrzu powtarzany setkami ust wrzask 

orla - i jego własne wargi prawie bez udziału myśli podjęły okrzyk.

Kagonos uzbroił się w dwa rodzaje oręża: w prawej dłoni trzymał drzewce swego 

ostrego jak brzytew stalowego topora, w lewej dzierżył krótki oszczep o grocie z przemyślnie 

wyrobionego krzemienia. Podczas zjazdu obu drzewc użył jak kijków, ale teraz zmienił chwyt 

i uniósł topór nad głową, równocześnie wysuwając przed siebie gotów do pchnięcia oszczep. 

Koźli Róg zabezpieczył już wcześniej, przywiązawszy go mocno do pleców.

Rozglądając się wokół siebie, poczuł, że serce ściska mu trwoga - nigdzie nie zobaczył 

Kyrilla ani jego śmiałków. Młodzieniec najwidoczniej poprowadził swą grupę do zuchwałego 

natarcia od północy i kosztem śmiertelnego ryzyka skupił na sobie główne siły wrogów.

Uwagę Kagonosa przyciągnął jakiś ogr, który nie mogąc się doczekać, aż elfy dotrą do 

niego, przelazł przez prowizoryczny mur i z okropnym rykiem, dziko wywijając maczugą, 

puścił  się ku Pierworodnemu.  Pokrywa  śniegu natychmiast  pękła pod naciskiem  ciężkich 

buciorów bestii i zapaleniec utknął po uda, wywijając bezsilnie pałą w stronę nadjeżdżającego 

Kagonosa.

Odnajdywacz   Ścieżek   zatrzymał   się   tylko   na   ułamek   sekundy   pozwalając,   aby 

maczuga   świsnęła   nieszkodliwie   obok   jego   głowy.   Przebiegając   koło   bestii,   pchnął 

oszczepem w jej muskularną łapę. Ogr zawył z bólu i szarpnął się w tył, puszczając swą pałę. 

Kagonos pobiegł dalej, na odchodne tnąc w tył  toporem, co wywołało  kolejny ryk  bólu. 

Wiedząc, że biegnący za nim dobiją bestię, wódz skoczył ku kamiennemu murowi.

Wspiąwszy się na skalny pierścień, wódz elfów wydał okrzyk głębokiej satysfakcji. W 

obozie ogrów rozpętała się zawierucha, jakby ktoś spuścił ze smyczy wszystkie demony - 

bestie   na   oślep   rzucały   się   bezładnie   ku   nie   chronionym   odcinkom   muru.   Większość 

Pierworodnych wspięła się już jednak na jego szczyt i wojownicy dodawali własne radosne 

okrzyki do rozpaczliwych porykiwań ogrów.

Potwory stawiły zorganizowany opór tylko po przeciwnej stronie obozowiska - tam, 

gdzie na mur runęła grupka śmiałków Kyrilla. W tym miejscu zgromadziła się większość 

bestii, kilka z nich nawet wspięło się na kamienie i skoczyło w gęstwę napastników. Z tej 

strony żaden elf nie wdarł się jeszcze na wierzchołek muru.

background image

Na Kagonosa z rykiem rzucił się kolejny ogr. Jednym długim skokiem elf sfrunął ze 

szczytu muru i lekko wylądował przed potworem. Ten usiłował się zatrzymać i zablokować 

cios topora grubą pałą, lecz wtedy Kagonos pchnął w potężne brzuszysko oszczepem. Ogr 

okropnie zacharczał i runął na grzbiet.

- Szukajcie Klejnotu! Znajdźcie mi kamień! - wołał Odnajdywacz Ścieżek, gdy jego 

kolejni wojownicy dopadali szczytu muru. Wkrótce wokół niego rozgorzały tuziny potyczek, 

elfy bowiem po dwu lub trzech jednocześnie rzucały się w tłum miotających się bezładnie 

wrogów.

Usłyszał   kolejne   orle   wrzaski   z   prawej   i   z   tyłu,   gdzie   Pierworodni   otoczyli 

unieruchomionego ogra, kłując bezsilnego przeciwnika oszczepami. Inne stwory kopnęły się 

na pomoc kompanowi, elfy zaś z zaskakującą zawsze przeciwników szybkością zwróciły się 

ku   nowym   wrogom   -   ale   przedtem   jeden   z   nich   zdążył   przeciągnąć   nożem   po   grdyce 

pechowca, który na swe - oraz kompanów - nieszczęście utknął z nadmiernego zapału w 

śniegu.

Na   Kagonosa   rzuciły   się   teraz   dwa   ogry,   cofnął   się   więc,   parując   ciosy   pałki   i 

wielkiego miecza o ostrzu z brązu. I nagle walczący mieczem wrzasnął z bólu i zachwiał się. 

W następnym ułamku sekundy wódz ujrzał Dalla, błyskawicznie wyciągającego krótki kord, 

który wcześniej zatopił w udzie potwora.

Rana bestii była bolesna, ale nie pozbawiła go możliwości stawiania oporu - o czym 

Kagonos przekonał się ujrzawszy, że młody wojownik nie docenił szybkości przeciwnika. 

Dali wywinął kozła i runął na plecy, gdy jednak wódz rzucił się na ratunek bratu, wywijający 

nadal żwawo pałką drugi z ogrów omal nie roztrzaskał mu głowy.

Kagonos   z   najwyższym   trudem   sparował   cios   pały   toporem,   ale   impet   uderzenia 

niemal powalił go na kolana. Zdołał jednak odzyskać równowagę i odpowiedział płaskim 

pchnięciem tuż nad niezręczną zastawą ogra. Zakrwawiony grot oszczepu wbił się w paszczę 

potwora i utkwił głęboko w jego czaszce. Ogr runął jak uderzony piorunem dąb... i Kagonos 

stracił oszczep, który pozostał w czerepie przeciwnika.

- Uważaj! - wrzasnął wódz, przeskakując nad trupem. Dali przetoczył się w bok, gdy 

rosły ogr podniósł miecz do kolejnego ciosu. Młody wojownik krwawił obficie z rany na 

ramieniu... i gdy chwycił się skały, aby wstać, ta wyślizgnęła mu się z czerwonych palców.

Kagonos   zamachnął   się   potężnie,   wkładając   w   cios   całą   moc   swego   krzepkiego 

ramienia. Zakrwawiony topór śmignął w powietrzu ku krępemu karkowi potwora z siłą, która 

miała przeciąć kości i mięśnie, zabijając szybko i bezlitośnie.

Zadając ten cios, Kagonos wiedział już, że się spóźnił.

background image

Oczy Dalla rozszerzyły się w pełnym grozy zrozumieniu, gdy brązowe ostrze runęło w 

dół. Falista krawędź wbiła się głęboko w pierś młodzieńca, reszty zaś dokonał ciężar broni.

Kagonos zawył okropnie głosem przypominającym bardziej wrzask rysia niż krzyk 

orła i  jednym  ciosem zdjął  z karku głowę bestii.  Łeb  stworu spadł  na ziemię,  a dźwięk 

opuszczający usta Pierworodnego ogłosił światu jego żal i niewypowiedzianą rozpacz.

Gdy Odnajdywacz Ścieżek klęknął przy bracie, oczy Dalia zaciągały się już mrokiem 

śmierci.  Młodszy elf patrzył  z rozpaczą  na starszego, a jego spojrzenie na krótką chwilę 

wypełniły bezbrzeżny smutek i mądrość niezliczonych stuleci. Potem Dall zamknął powieki i 

bezwładnie przechylił  się w tył.  Poznając moment śmierci, Kagonos zamknął bratu oczy. 

Mimo   głębokiej   rany   w   piersi,   młody   elf   wyglądał   dziwnie   spokojnie...   jakby  po   prostu 

znużył się drogą i położył na chwilę, aby odpocząć.

Kagonos  nie  bez trudu  przypomniał  sobie,  że wokół niego  szaleje wciąż  zaciekła 

bitwa. Zamrugał oczyma i rozejrzał się dookoła, wdzięczny druhom za to, że w chwili, gdy 

oddawał się żalowi, powstrzymali dwa najbliższe ogry. Teraz z uniesionym w górę toporem 

skoczył na wrogów.

Ogry jakby wyczuły jego śmiertelną zaciekłość, żądzę krwi i rozpacz, cofnęły się więc 

z obawą, zrobiły to jednak zbyt wolno. Kagonos poruszał się z szybkością, jaka zdumiałaby 

atakującego węża - jego topór przerąbał krtań jednego z ogrów, podczas gdy drugi został 

powalony przez dwu innych skaczących nań dziko Pierworodnych, którzy pragnęli pomścić 

śmierć brata swego Odnajdywacza Ścieżek.

-   Błękitny   Klejnot...   Musi   być   gdzieś   tutaj!   -   zawołał   Kagonos,   przedzierając   się 

pośród bitewnej zawieruchy ku płaskiemu kurhanowi. Wydało mu się, że jego wierzchołek 

jest   najbardziej   obiecującym   miejscem   poszukiwań,   choć   ogry   nie   czyniły   szczególnie 

zaciekłych wysiłków, aby odgrodzić odeń napastników. Wokół kurhanu broniły się równie 

uparcie jak gdzie indziej. Kagonos mimo  to wierzył,  że znajdzie tam miejsce, w którym 

ukryto Błękitny Klejnot.

Wycia rannych ogrów krzyżowały się w powietrzu z okrzykami nacierających elfów. 

Ranne elfy tymczasem  zachowywały stoickie  milczenie  - i w rzeczy samej  wielu z nich 

kulejąc cofało się na tyły, po drodze bezlitośnie dorzynając niedobitki ogrów, którym jakoś 

udało się przetrwać pierwsze natarcie drobniejszych przeciwników.

- Za mną! - wezwał Kagonos, ruszając ku kurhanowi. W śnieżnych zaspach ujrzał 

wielu nieruchomo leżących ogrów - i niemal tyle samo swych współplemieńców. U północnej 

ściany wciąż jeszcze tkwiła grupka potworów, choć wyglądało na to, że interesuje je obecnie 

wyłącznie możliwość ucieczki i dały za wygraną, rezygnując z obrony kurhanu.

background image

Magiczny artefakt był spory, wiedział to nawet Odnajdywacz Ścieżek... ale przecież 

istniała możliwość ukrycia go w ogrzej sakwie lub przepasce biodrowej.

- Żaden z nich nie może ujść z życiem! - zawołał Kagonos. - Otoczyć ich... i wyciąć 

do nogi!

Wydając zaciekłe okrzyki, elfy zwarły szeregi i ruszyły do natarcia. Ogry, w których 

duch upadł już całkowicie, tłoczyły się tylko i dziko przepychały w bezowocnym wysiłku 

uniknięcia ciosów wszechobecnego, kamiennego i stalowego oręża Pierworodnych.

Wśród powszechnego zamętu Kagonos dobrnął do kurhanu i szybko wspiął się na 

jego   płaski   wierzchołek.   Tam   dostrzegł   pomiędzy   kamieniami   zarys   niewielkiej   niszy. 

Szybkie spojrzenie ponad murem upewniło go, że grupka Kyrilla nadal tkwiła pod kamienną 

ścianą,   blokując   drogę   ogrom,   które   teraz   niczego   bardziej   nie   pragnęły   niż   możliwości 

znalezienia się o kilka setek mil stąd.

Nagle pod stopą Kagonosa drgnęła kamienna płyta i Odnajdywacz Ścieżek niemal 

runął na plecy, gdy z niespodzianie odsłoniętego wejścia do niewielkiej jaskini wyskoczył nań 

potężny ogr o pożółkłych zębiskach. Ryczący wściekle potwór ślinił się obficie, w łapie zaś 

ściskał wielki miecz,  którego krawędzie przypominały ostrze piły.  Wraży oręż błysnął  w 

słońcu i śmignął ku głowie Kagonosa.

background image

Rozdział 4 - Strażnik i kamień

Kagonos odskoczył do tyłu, czując podmuch powietrza, gdy straszny oręż śmignął 

obok   jego   tułowia.   Ostrze   zadzwoniło,   odbiwszy   się   od   głazu,   i   natychmiast   wróciło   w 

błyskawicznej ripoście - zanim elf zdążył sam zadać cios. Rosły ogr chybnął się ku przodowi, 

aby zablokować wejście do jaskini, i Pierworodny musiał cofnąć się ponownie - jednocześnie 

spojrzał ponad barkiem bestii, usiłując dojrzeć choć nikły ślad błękitnej  poświaty.  Ujrzał 

jedynie  mroczny otwór, ale odniósł wrażenie, że za tym  otworem majaczy zarys  krętego 

korytarza. Na pewno nie była to zwykła kryjówka - o tym jednak będzie mógł się przekonać, 

gdy unieszkodliwi rozszalałego ogra.

Przeciwnik ryknął ogłuszająco i fala obrzydliwego smrodu ogarnęła elfa. Jego topór, 

który   do   tej   pory   spisywał   się   doskonale,   w   porównaniu   z   jataganem   ogra   wydawał   się 

kruchym orężem - Kagonos wiedział, że dość było jednego uderzenia, aby drzewce jego broni 

pękło jak gałązka.

Pysk ogra wykrzywił się w szale nienawiści i żądzy krwi. Bestia postąpiła krok do 

przodu,   przepychając   się   w   wąskim   przejściu   i   odsuwając   barkami   kamienie.   Potwór 

oblizywał łapczywie obwisłe wargi, spomiędzy których błyskały pożółkłe, ociekające śliną 

kły.

Kagonos   ponownie   cofnął   się,   aby   uniknąć   potężnego   ciosu.   Potwór   pojął   swą 

przewagę   i   szparko   chybnął   się   do   przodu,   otrząsając   z   ramion   kamienny   pył   i   rycząc 

tryumfalnie. Jego miecz znowu opadł i Odnajdywacz Szlaków musiał sparować uderzenie 

toporem - szczęśliwie wielkie, brązowe ostrze trafiło na stal głowni.

Tym   razem   ogr   nie   zdążył   się   cofnąć   i   Kagonos   sieknął   toporem,   wyrąbując   na 

ramieniu   bestii   krwawą   szczelinę.   Ta   ryknęła   przeraźliwie   i   odpowiedziała   szerokim, 

zamachowym ciosem. Elf błyskawicznie schylił się wiedząc, że siła ciosu wystarczy,  aby 

zdjąć mu głowę z barków. Natychmiast też wyprostował się jak sprężyna  i wbił nadziak 

topora w kolano ogra, dobywając z bestii przenikliwy kwik wściekłości i bólu.

Ogr   przecisnął   się   wreszcie   pomiędzy   głazami   i   wydostał   z   wąskiego   otworu. 

Kilkakrotnie   usiłował   trafić   tańczącego   przed   nim   elfa   prostymi   pchnięciami   w   korpus. 

Kagonos   odpowiadał   cięciami   topora,   wykorzystując   fakt,   że   choć   zaciekłość   bestii   była 

wciąż wielka, rana w kolanie zaczynała nieco zwalniać jej ruchy.

Wydostawszy się na otwartą przestrzeń wierzchołka kurhanu, potwór ujął rękojeść 

miecza obiema łapami. Zaskoczony Kagonos pojął, że nigdy przedtem nie widział wśród 

background image

ogrów   tak   rosłego   osobnika   -   bestia   przewyższała   go   wzrostem   o   połowę,   oboma   zaś 

ramionami nie zdołałby objąć jej potężnych barków.

Ogr zresztą zdawał sobie sprawę ze swej fizycznej przewagi. Grube wargi wygięły się 

w   drwiącym   uśmieszku,   odsłaniając   żółtawe   kły.   Bestia   zdawała   się   już   rozkoszować 

smakiem krwi elfa. Stęknąwszy głucho, ogr uniósł miecz i ciął niczym drwal.

Kagonos rzucił się w lewo, potem błyskawicznie odturlał w prawo - w samą porę, aby 

ujrzeć, jak trafiony mieczem głaz rozpryskuje się fontanną żwiru. Porwawszy się na nogi, 

Pierworodny   ciął   odsłonięty   bok   bestii.   Ogrzy   patriarcha   zdążył   jednak   odwrócić   się   z 

zaskakującą prędkością i elf z najwyższym trudem uniknął podstępnego ciosu, ciężko padając 

na skalne osypisko.

Ogr  postąpił  bliżej,   Kagonos  zaś   zdążył   przesunąć  się   w  bok,  zmyliwszy  pierwej 

przeciwnika   zwodem   w   drugą   stronę.   Brązowy   miecz   z   furią   rąbnął   miejsce,   w   którym 

Kagonos byłby teraz, gdyby nie szybki unik. Elf zyskał jednak na czasie i zdążył zerwać się 

na nogi, choć w następnej sekundzie nacierający zaciekle ogr ponownie zmusił go do odskoku 

w bok.

W ciągu paru następnych chwil obaj walczący okrążali się tylko, uważnie patrząc 

sobie   w   oczy.   Na   obszarze   ośnieżonej   wysepki   rozgorzało   teraz   kilkadziesiąt   zaciekłych 

indywidualnych pojedynków, w których ścierały się elfy z ogrami - w powietrzu krzyżowały 

się wrzaski rannych bestii i szczęk stali. Kagonos wiedział, iż żaden ze współplemieńców nie 

może   przyjść   mu   z   pomocą.   Ogr   również   to   zrozumiał   i   skoczył   ku   lekkostopemu 

przeciwnikowi.

Elf ciął toporem w lewo, potem wykonał błyskawiczny zwód w prawo i ponownie dał 

nura w lewo. Ogr był dość bystry, aby przewidzieć pierwszy unik i całą swą siłę włożyl w 

miażdżący cios, który padł na skały - tam, gdzie powinien był wylądować elf.

Manewr elfa okazał się o tyle szczęśliwy, że Kagonos wylądował na obu stopach z 

prawej strony pleców ogra. Ter pojął, że został wymanewrowany, i usiłował obrócić się ni~ 

pięcie, nie zdołał jednak sprostać szybszemu elfowi. Kagonos ciął na odlew, kierując ostrze 

topora na kark przeciwnika.  Ogr stęknął... i opadł na jedno kolano.  Usiłował jeszcze się 

podnieść, ale z szerokiej rany krew tryskała coraz szerszą strugą.

Odnajdywacz   Ścieżek   uderzył   nadziakiem   topora   w   podstawę   czaszki   ogra.   Tym 

razem bestia znieruchomiała na dobre i nie wydając dźwięku, padła na grzbiet pomiędzy 

kamienie.

Kagonos nie tracił czasu na rozglądanie się dookoła - słyszał przecież, że wszędzie 

wciąż   trwały   indywidualne   utarczki.   Zamiast   tego   dał   nura   w   zionący   przed   nim   otwór. 

background image

Poniewczasie zdał sobie sprawę, że gdyby trafił tu na jeszcze jednego Strażnika Klejnotu, 

oślepiony słońcem stałby się dlań dziecinnie łatwą ofiarą.

Słyszał   jednak   wyłącznie   odgłosy   toczonych   na   zewnątrz   utarczek.   Choć   jaskinię 

spowijał mrok, Kagonos zaufał swemu słuchowi - a ten mówił mu, że jest tu sam jak palec. 

Gdyby   zresztą   w   jaskini   czaił   się   jeszcze   jeden   ogr,   niewątpliwie   zaatakowałby   go 

natychmiast, nie dając mu czasu na przyzwyczajenie wzroku do ciemności.

Wysunąwszy przed siebie lewą dłoń i badając stopami posadzkę, Kagonos przecisnął 

się w głąb mrocznego przejścia. Wzrok elfów świetnie służy im w ciemnościach, wkrótce 

więc Odnajdywacz Ścieżek mógł rozróżnić wokół siebie - pewne szczegóły.  Dostrzegł w 

mroku kilka bocznych korytarzy, ale wszystkie były za ciasne, aby poruszał się nimi choćby 

chudy i drobny ogr. Dziki elf założył więc, że bestie posługiwały się nieco obszerniejszym, 

środkowym przejściem - i właśnie nim podążył.

Z walącym mocno sercem skręcił za róg, lecz przed sobą widział tylko dalszą część 

krętego korytarza. Gdzie jest Błękitny Klejnot? Tak bardzo skupił się na poszukiwaniach, że 

zapomniał niemal o oddychaniu - wiedział bowiem, jak ważna była jego misja.

I   nagle   dojrzał   błysk   błękitnej   poświaty!   W   następnej   chwili   klęczał   już   przed 

niewielką   niszą.   Szybko   odgarnął   na   bok   kamienie   kryjące   spory   otwór.   Nikły,   lecz 

zauważalny, sączący się z niszy blask spotężniał - i Kagonos mógł już sycić wzrok czystym 

błękitem. Nie miał już wątpliwości, że odnalazł to, czego szukał. Zdobył artefakt, dla którego 

Pierworodni podjęli ten desperacki atak i który pozwoli elfom zakończyć Smoczą Wojnę.

Stęknął   z   wysiłku,   odciągając   na   bok   ostatni   z   kamieni,   i   wreszcie   odsłonił   cały 

Klejnot. I zatrzymał się na chwilę - zaskoczony i zdezorientowany. Oczekiwał, iż znajdzie 

wspaniały klejnot, gładki i lśniący blaskiem z wielu powierzchni rżniętych tak przemyślnie, 

aby wzmagały przyrodzony blask kamienia - jak to widywał w klejnotach, którymi pyszniły 

się Domowe Elfy.

Zamiast tego miał przed oczyma spory, nieregularny kamień, brudny i porysowany - 

ot, zwykły podługowaty otoczak, trochę większy od jego głowy. Mimo iż blask promieniował 

z całej powierzchni Kamienia, jego powierzchnia była chropawa, nierówna, porysowana i 

gdzieniegdzie   spękana.   Błękitny   Kamień   okazał   się   nieforemnym   kawałkiem   skały, 

pozbawionym połysku klejnotów, jakich elfy i ogry używały do ozdoby. Powierzchni tego 

kamienia nie tknięto żadnym dłutem czy gładzikiem, w wielu zaś miejscach brud i mech 

tłumiły jego wewnętrzny blask.

Próby te jednak były skazane na niepowodzenie, ponieważ Klejnot pulsował światłem, 

którego nic nie zdołało zaćmić.  Kagonos ostrożnie sięgnął w głąb niszy i wyjął  kamień, 

background image

zdumiewając się jego nienaturalnym ciepłem. Aura klejnotu niemal wibrowała w powietrzu i 

elf poczuł, iż na potylicy jeżą mu się włosy.

Ilu elfów z jego plemienia położyło głowy, aby mógł ująć ten Klejnot w dłonie? Z 

nagłym ukłuciem goryczy pomyślał o Dallu, o tym, że nie zdołał uratować brata. Wiedział, iż 

wspomnienie to będzie dręczyło go przez resztę życia. Czy Klejnot ów wart był ceny, jaką 

Dall i inni wojownicy - ci, którym nawet nie dane było wedrzeć się na wierzchołek wzgórza - 

zapłacili, aby go zdobyć?

W   starciu   poległo   również   wielu   ogrów.   Czy  ci   zaciekle   broniący  się   wojownicy 

wiedzieli,  że giną niepotrzebnie?  Elf wzruszył  ramionami  - nie powinien  zawracać sobie 

głowy wątpliwościami gryzącymi nieprzyjaciół. Ale myśl ta, choć odsunął ją na dno umysłu, 

pozostała...

Przyciskając oburącz Błękitny Klejnot do piersi, Kagonos wyłonił się z otworu jaskini.

Wokół nadal rozbrzmiewały bitewne wrzaski i Kagonos zrozumiał, iż ogry chętnie by 

uciekły gdzie pieprz rośnie, zostawiając cenny artefakt w rękach zwycięzców.

-   Darujcie   ich   zdrowiem   -   rzekł,   machnąwszy   niedbale   dłonią   w   stronę   grupki 

przerażonych do cna niedobitków. Dzikie elfy nie były zadowolone z tego wyroku - czemu 

dały wyraz pokazywanymi ogrom dzikimi grymasami - cofnęły się jednak, nie kwestionując 

rozkazu Odnajdywacza Ścieżek. Ogry zaś, jakby kierowane jedną myślą. odwróciły się od 

kurhanu, przelazły przez prowizoryczny mur i brnąc przez głęboki śnieg, ruszyły ku ścianom 

krateru.

Kagonos   trzymał   w   dłoniach   ciężki   Klejnot,   ale   ruchy   skuwała   mu   świadomość 

ogromnej mocy kamienia. Czy zdołają dostarczyć go w porę Silvanosowi? Nie wiedział, jak 

odwołać się do jego mocy, ale świadom był tego, że Klejnot musi znaleźć się tam, gdzie 

zaatakują błękitne smoki. Jeśli uda się zaaranżować sprytną pułapkę. artefakt uwięzi w sobie 

dusze smoków - i ostatni oddział smoków Królowej Mroku zostanie unicestwiony. Resztę 

dnia zajmie  im jednak zejście z góry,  a na dotarcie  do armii  elfów  na równinach stracą 

kolejny dzień.

Chyba że znajdzie się jakiś inny sposób.

Tknięty przeczuciem elf, podniósł wzrok ku niebu. Ujrzał na nim niewielką plamkę, 

która powiększała się z każdym uderzeniem potężnych skrzydeł, i Kagonos poznał, jakiemu 

to emisariuszowi Silvanos powierzył misję dostarczenia Błękitnego Klejnotu.

Latające stworzenie okazało się gryfem, a grzywa złotych włosów powiewająca nad 

karkiem   jeźdźca   wskazywała,   iż   jest   elfem.   Wspaniałe   stworzenie   rozpostarło   skrzydła, 

background image

szybując ku ziemi, i z jego orlego dzioba dobył się ogłuszający krzyk orła. Potężne kocie łapy 

stworu pokryte gładkim brązowym futrem pozwoliły gryfowi wylądować lekko i sprężyście.

Kagonos nie musiał patrzeć na jeźdźca, aby wiedzieć, kto dosiada gryfa. Dziki elf nie 

bez   trudu   stłumił   w   sobie   zrodzoną   kilka   stuleci   temu   nienawiść.   Jego   emocje   były   tak 

intensywne, jakby tamta zaklęta strzała przeszyła bok Darlantana przed zaledwie tygodniem.

- Witaj, Quithasie - odezwał się formalnie. Nie pochylił się też w powitalnym ukłonie.

Elfi wojownik, którego złota grzywa powiewała w podmuchach omiatającego szczyt 

wzgórza   wiatru,   zsiadł   z   grzbietu   gryfa   i   błyskając   złoceniami   napierśnika,   rozejrzał   się 

dookoła. Odnajdywacz Ścieżek rozpoznał zdobiący tarczę wysłannika nienawistny symbol 

gryfich szponów.

-   Silvanos   wielce   zaryzykował   i   wyprowadził   armię   w   pole,   opierając   się   na 

zapewnieniach smoka Darlantana. Myślę, że nie zawiedliście naszych nadziei.

- Nie zawiedliśmy.., teraz zaś do ciebie należy dostarczenie mu Klejnotu na czas.

-   Zabiliście   wielu   ogrów....   rzecz   zdumiewająca,   jeśli   wziąć   pod   uwagę   waszą 

prymitywną taktykę i broń - stwierdził Quithas, zupełnie jakby nie słyszał poprzedniej uwagi.

- Odzyskaliśmy też Błękitny Klejnot... który tak beztrosko dały sobie wykraść Elfy 

Domowe. Zabierz go do Silvanosa, zanim będzie za późno.

- W samą porę - przyznał niechętnie Quithas, wyciągając dłoń i biorąc Klejnot. Ledwo 

spojrzał na kamień, wrzucając go niedbale do sakwy u pasa. - Błękitne pokazały się dziś rano, 

ale ten srebrny jaszczur - Darlantan - sam jeden ruszył przeciwko nim. Mam nadzieję, że 

zdoła je powstrzymać do mojego powrotu.

I   nagle   złotowłosy   elf   obrócił   się,   aby   spojrzeć   wprost   w   twarz   Kagonosa.   Z 

zaczerwienioną  od gniewu twarzą Quithas  spuścił  wzrok na srebrzysty topór, który - już 

oczyszczony   z  ogrzej   krwi   -  wspierał  biodro   Pierworodnego.  Niezwykła   zmiana  nastroju 

Domowego Elfa zaniepokoiła Kagonosa.

- Widzę, że nadal pysznisz się moim toporem. Któregoś dnia, dzikusie, przestaniemy 

być sprzymierzeńcami. Zabiję cię wtedy i odzyskam, co moje!

Nie   obejrzawszy   się   więcej   za   siebie,   elfi   dowódca   skoczył   na   grzbiet   latającego 

wierzchowca. Wyczuwając  nastrój pana, gryf  rzucił się w przestworza,  a jego rozłożyste 

skrzydła   szybko   uniosły   go   w   górę.   Obserwując,   jak   niknie   w   oddali,   Kagonos   przeklął 

Quithasa za upór, z jakim żywił do niego urazę, choć ze względu na wagę misji życzył mu 

najpomyślniejszych wiatrów. Darlantan był smokiem wielkiej mocy,  lecz jak długo zdoła 

samotnie opierać się całej hordzie nieśmiertelnych Dzieci Takhisis?

background image

- Odnajdywaczu... - To był głos wodza Upadłe Drzewo, przywódcy klanu Czarnych 

Piór. Kagonos wiedział,  iż młody wojownik nieraz już popisał się wielką odwagą. Teraz 

jednak przemawiał ze ściśniętym gardłem, a w jego oczach lśniły nie skrywane łzy.

I   nagle   Kagonos   zrozumiał,   co   wycisnęło   łzy   spod   powiek   doświadczonego 

wojownika. Wódz klanu Czarnych Piór trzymał w ramionach martwe ciało. Odnajdywacz 

Ścieżek nie musiał nawet patrzeć, aby wiedzieć, że jest to ciało Kyrilla.

background image

Rozdział 5 - Narada na równinach

Ponad   dwie   setki   elfich   śmiałków   zapłaciło   życiem   za   zwycięstwo   nad   ogrami. 

Zabitych Pierworodnych pochowano w wielkiej zbiorowej mogile, pod kurhanem na szczycie 

wysepki,   każdego   z   wojowników   uczciwszy   jednym   kamieniem.   Ocalałe   elfy   odciągnęły 

cielska martwych ogrów przez zamarznięte jezioro na drugi brzeg krateru, tak aby gnijące 

zwłoki nie zanieczyściły wiosną wód strumienia.

Kagonos wyprowadził ocalałych wojowników przez jar w kraterze, powiódłszy ich 

obok   zamarzniętego   strumienia.   Wojownicy   poruszali   się   szybko   i   idąc   w   kilku   długich 

kolumnach, przebyli sprawnie kręte, jałowe kotliny, docierając w końcu do niżej położonej 

niecki, w której zwykle zbierały się plemiona. Na podejściach do tej doliny Odnajdywacz 

Ścieżek   dostrzegł   kilkunastu   białowłosych   łuczników   -   zbyt   starych   na   szybkie   wypady, 

wciąż jednak dostatecznie sprawnych, aby strzec najbliższych pod nieobecność głównych sił 

plemienia.   Starsi   obserwowali   powrót   ziomków   i   łzy   pociekły   im   z   oczu   na   widok 

przerzedzonych kolumn.

Powracający   kroczyli   jednak   z   durną,   a   wartownicy   szybko   dołączyli   do   kolumn. 

Wszyscy   wracali   do   obozu,   gdzie   nad   brzegiem   głębokiego   jeziora   wzniesiono   setki 

namiotów i szałasów. Wojownicy mieli opowiedzieć o zwycięstwie, ale i o cenie, którą za nie 

zapłacono... cenie, jaka dziś wieczorem okryje żałobą wiele rodzin.

Barcalla, Upadłe Drzewo i inni wodzowie udali się do obozowisk swoich klanów, 

Kagonos zaś przysiadł przed niewielkim ogniskiem. Gdy rozgłoszono imiona poległych, z 

wielu szałasów rozległy się płacze i żałobne pienia.

Kahanna,   młodziutka   dzieweczka,   która   dzieliła   z   Dallem   słodycz   pierwszej, 

niewinnej   miłości,   przyniosła   Odnajdywaczowi   Ścieżek   zawinięte   w   kwaśne   liście 

podpłomyki z dziczyzną - i szybko uciekła, jakby w obawie, że wniesie niepokój w jego 

żałobę. Usługiwała mu od wielu lat, pomagając utrzymać szałas w czystości. Kagonos poczuł 

wyrzuty sumienia - młodziutka dziewczyna z pewnością rozpaczała po stracie ukochanego. 

Ponieważ   jednak   był   Odnajdywaczem   Ścieżek,   nie   zdradziła   się   z   własnym   smutkiem   i 

stłumiła łzy.

Jak przez mgłę słyszał zawodzenia szamanów, którzy intonowali pieśni pomagające w 

zabliźnianiu  się  ran   i  zapobiegające  infekcji.   Tym   sposobem  leczono   najciężej   rannych  i 

uratowano wiele żywotów. Plemiennych kapłanów było jednak niewielu, a ich moc była zbyt 

background image

ograniczona,   aby   poważnie   myśleć   o   powstrzymaniu   czy   choćby   zmniejszeniu   daniny 

śmierci, jaką mieli jeszcze złożyć Pierworodni.

Po raz pierwszy od rozpoczęcia bitwy odpiął Koźli Róg i podniósł do warg ustnik. 

Podczas zmierzchu i zachodu słońca grał pieśń żałobną. Nad obozowiskiem czterech plemion 

popłynęły czyste,  wyraźne  nutki, które wędrując ponad puszczą, ginęły gdzieś  w górach. 

Muzyka ta niosła pocieszenie żałobnikom i nadzieję tym, którzy opierali się rozpaczy.

W końcu obok Kagonosa, wokół jego ogniska, zasiedli wodzowie czterech plemion i 

w milczeniu puszczono fajkę w krąg. Odnajdywacz Ścieżek spojrzał na pozostałych dopiero 

wtedy, gdy wiatr rozpędził ostatnią smugę fajkowego dymu. Częścią swej duszy dostrzegał 

ich jako obcych. Wiedział, że jest im potrzebny - ale czy on sam ich potrzebował?

Odpowiedź   na   owo   nie   postawione   pytanie   nie   miała   zresztą   znaczenia.   Kagonos 

musiał postanowić o dalszych losach plemion i wiedział, że tej decyzji nie może podjąć sam.

I   nagle   przypomniał   sobie   coś,   co   powiedział   mu   Darlantan.   Wstał,   odwrócił   się 

plecami do ogniska i spojrzał ku wschodnim połaciom nieba. Potem podniósł ramię i wskazał 

coś palcem. Wodzowie sapnęli ze zdumienia, widząc wstającą nad krawędzią horyzontu i 

wspinającą   się   na   nieboskłon   purpurową   kulę.   Zaraz   za   nią   w   niebo   wzbiła   się   druga, 

kryształowo biała i srebrzysta. Trzeci księżyc, czarny, był niewidoczny nawet w chwili swych 

narodzin - mimo to Odnajdywacz Ścieżek wyczuwał jego złowieszczą obecność. Zrozumiał 

teraz sens przepowiedni Darlantana - nawet bogowie muszą ponosić konsekwencje swych 

czynów.

- Wojna dobiegła końca. Bogowie skazali na banicję tych, co dali Silvanosowi Smocze 

Klejnoty. Patrzymy na ich nowe wcielenia.

- A więc smoki... nawet niebieskie... poszły precz? - spytał Barcalla nie bez wahania w 

głosie. - Wiesz to od tych księżyców?

- Owszem.... ale musimy się upewnić. Jutro plemiona ruszają w drogę.

- I dokąd pójdziemy? - spytał Upadłe Drzewo.

- Do obozu Silvanosa. Tam zobaczymy, co przyniesie nam przyszłość.

***

Ze szczytów wzgórz elfy mogły napawać się widokiem ciągnącej na północ ogrzej 

armii - bezładnego, przerażonego tłumu  uciekinierów,  którzy w panice porzucali za sobą 

rydwany, zapasy żywności i wszelkiego rodzaju broń. Niebo nad wzgórzami było czyste i 

wolne   od   chmur   -   a   także   smoków.   Za   południową   krawędzią   horyzontu,   w   odległości 

background image

czterech godzin marszu, rozciągało się na równinach rozległe obozowisko Domowych Elfów 

Silvanosa.

Sycący wzrok widokiem ogrzych niedobitków Kagonos zrozumiał, że wygrano coś 

więcej niż tylko jedną bitwę. Podwójnym zwycięstwem - w kraterze i na równinach, elfy 

zapewniły sobie tryumf w Smoczej Wojnie.

Wiodąc   wolne   elfy   ku   obozowi   Silvanosa,   Kagonos   nie   czuł   szczególnej   radości. 

Marsz ze szczytów  wzgórz ku obozowisku Domowych  zajął całe popołudnie i z każdym 

krokiem   Pierworodni   odnosili   wrażenie,   że   liczba   Domowych   rosła.   Gdy   ujrzano 

nadchodzące   wolne   elfy,   sypnęły   się   radosne   okrzyki   i   wiwaty,   Kagonos   zaś   pojął,   że 

powitanie będzie ciepłe.

Czy jednak będzie szczere?

Kagonos wiedział, że niemal wszystko zależy od samego Silvanosa. Zachowanie i 

reakcje   władcy   Domowych   Elfów   kryło   w   sobie   tak   wiele   tajemnic   dla   Odnajdywacza 

Ścieżek,   że   nie   bez   drżenia   wiódł   swych   wojowników   i   ich   rodziny   pomiędzy   znacznie 

liczniejsze klany zamieszkujące miasta.

Mieszkańcy miast rozbili obozowisko na płaskowyżu nad rzeką Vingaard, w pobliżu 

pola   niedawnej   bitwy   -   lecz   dość   daleko,   aby   uniknąć   smrodu   ogrzych   trupów.   W 

promieniach   zachodzącego   słońca   Kagonos   zobaczył   setki   sępów   krążących   nad 

pobojowiskiem, choć nierównie liczniejsze ich grupy wrzaskliwie spierały się już na ziemi o 

dostęp do obficie zastawionego stołu.

Obóz   elfów   był   hałaśliwym   zbiorowiskiem   barwnych   namiotów   i   zatłoczonych 

końskich zagród, nad którym powiewały liczne świetne proporce. Wiele z nich mieniło się 

przepysznie w promieniach zachodzącego słońca, jakby były językami płomieni.

Pośrodku tego wszystkiego trzepotał dumnie biały, ozdobiony koroną sztandar Domu 

Silvanosa   i   Kagonos   powiódł   swą   kolumnę   w   stronę   kręgu   patriarchów.   Nie   opodal 

powiewała bladozielona gałąź brzozy, będąca godłem wielkiego lorda Balifa i jego drużyny 

przybocznej. Kagonos wiedział, że to Balif - w znacznie większym niż Quithas stopniu - był 

autorem najznamienitszych zwycięstw Silvanosa. Balif był prawdziwym wojennym wodzem 

elfów Silvanesti, czemu zresztą Silvanos nigdy nie próbował przeczyć, przeciwnie, chętnie to 

Balifowi przyznawał. Z rozległego obozowiska dobiegały obecnie odgłosy hucznych toastów, 

Kagonos zaś odgadł, że Balif odegrał poważną rolę i w obecnym zwycięstwie.

Obok powiewał jeszcze inny proporzec - aż nazbyt dobrze znajomy wolnemu elfowi - 

szpony gryfa w złotym polu. Pierworodny poczuł ukłucie starej nienawiści - wódz kawalerii 

Silvanosa nie tylko nie poległ w boju, ale najwidoczniej zyskał w nim niemałą chwałę.

background image

Witające Pierworodnych elfy Silvanosa wystąpiły z radosnymi okrzykami i wiwatami, 

formując dwa szeregi po obu stronach maszerującej grupy Kagonosa. Ucisk w piersi wodza 

przekształcił się w niedowierzanie, gdy usłyszał wiwaty na swoją cześć i poczuł uniesienie 

tryumfu, który ofiarowali mu wojownicy jego rasy, choć nie należący do jego ludu.

Spoglądając na oddziały Silvanosa, łatwo mógł dostrzec różnicę. Elfy Domowe nosiły 

srebrne zbroje, wszystkie były uzbrojone w miecze i sztylety ze stali. Wojownicy Silvanosa 

nie   malowali   twarzy,   obuwie   mieli   wysokie   i   sztywne   -   przynajmniej   w   porównaniu   z 

mokasynami Pierworodnych - a jasne włosy starannie przycinali i trefili nad karkami.

Większość   z   nich   zresztą   zostawiła   zbroje   w   namiotach,   odziewając   się   w   luźne 

opończe i tuniki z gładkiego jedwabiu i barwnej wełny. Na tę uroczystą okazję wszyscy też 

ozdobili twarze, szyje, uszy i palce klejnotami oprawionymi w złoto i srebro. Wielu możnych 

miało więc na sobie diamenty, szmaragdy, rubiny, granaty i inne kamienie, których Kagonos 

nie umiałby nawet nazwać - wszystkie klejnoty połyskiwały ogniście, świadcząc o statusie, 

majątku i władzy swych posiadaczy.

Elfy, które wiódł Kagonos, rozpuściły swe ciemne włosy, pozwalając im opadać aż na 

plecy z beztroską równą uporowi, z jakim Domowe biedziły się nad ułożeniem swych fryzur. 

Pierworodni nie zmyli z ciał barw wojennych i oznak plemiennych i Kagonos widział wokół 

siebie poroża Białych Ogonów, faliste oznaki klanu Błękitnego Jeziora czy też orle dzioby 

Czarnych Piór. Wielu pyszniło się spiralami różnej długości i choć nieliczni nosili jeszcze 

pełne kręgi młodzików, którzy nie utoczyli wrażej krwi, klęli się zaciekle, że przy najbliższej 

okazji zamienią je w kręte spirale. Oczywiście farby zmywało się przed ucztą zwycięstwa, 

podczas przygotowań przedbitewnych służyły jednak jako świadectwo sprawności bojowej 

wojownika. Teraz zaś wszystkie te symbole miały wskazać ziomkom Silvanosa, iż oto idą 

istoty dumne, niezależne i odmienne od jasnoskórych Elfów Domowych.

Pierworodni maszerowali równą kolumną, krocząc po- śród sprzymierzeńców godnie i 

z podniesionymi głowami. Choć nie było wśród nich nikogo, kto w bitwie nad jeziorem nie 

straciłby brata, krewniaka lub przyjaciela, wszyscy jak jeden mąż postanowili pokazać się 

żyjącym w miastach współplemieńcom jako lud dumny i honorowy.

Gdy Kagonos wprowadził swych towarzyszy pomiędzy namioty Silvanosa, okrzyki i 

wiwaty zlały się w ogłuszającą wrzawę. Odnajdywacz Ścieżek zobaczył ogromne ognisko, 

którego płomienie wzbijały się na kilkanaście stóp w mroczne już niebo. Wokół tego ogniska 

zebrali się przywódcy Elfów Domowych.

Mimo   iż   psychicznie   przygotował   się   na   tę   chwilę,   Kagonos   zdumiał   się,   gdy 

zobaczył, jak na spotkanie wychodzi mu sam Silvanos. Podobnie jak podczas kilku krótkich 

background image

spotkań   w   przeszłości,   Pierworodnego   i   teraz   uderzył   młodzieńczy   wygląd   wielkiego 

przywódcy i polityka. Od pierwszego posiedzenia wielkiej rady Sinthel-Elish - a odbyło się 

ono   ponad   sześć   setek   lat   temu   -   Silvanos   był   nie   kwestionowanym   wodzem   Elfów 

Domowych. W pewnym sensie był królem Silvanesti... w każdym zaś innym sensie był kimś 

większym od króla.

Choć włosy miał już oszronione, dumna twarz Silvanosa była wolna od jakichkolwiek 

zmarszczek.  Zielone  oczy przywódcy Domowych  lśniły głęboką mądrością,  która zawsze 

przytłaczała mieszkańca puszcz, a w jego postawie - nawet jeśli pominąć wzrost i szerokość 

barów - było coś, co mówiło każdemu, że stoi oto przed władcą, który świadom jest swej 

potęgi i mocy.

- Witaj mi, krewniaku - odezwał się wielki wódz. Następnie zatrzymał się i skłonił 

głęboko. Pierworodny odpowiedział dokładnie takim samym ukłonem.

- I ty mi witaj... krewniaku - odparł Odnajdywacz Ścieżek. - Widzę, że wasze wysiłki 

zostały nagrodzone zwycięstwem.

-   Nie   byłoby   tego   zwycięstwa,   gdyby   nie   wy  -   odpowiędział   Silvanos.   -   Quithas 

dostarczył Błękitny Kamień w ostatniej chwili i gdyby nie to, błękitne smoki zadałyby nam 

okropną   klęskę.   Teraz   dusze   jaszczurów   zostały   uwięzione   w   Klejnocie,   który   zostanie 

zakopany   -   tak   samo   jak   przedtem   zakopano   kamienie   czerwonych,   zielonych,   białych   i 

czarnych smoków.

- Warto więc było się trudzić dla jego zdobycia - stwierdził ponuro Kagonos.

-   Tuż   przed   bitwą   Darlantan   powiedział   mi,   gdzie   ukryto   kamień,   i   o   waszym 

przedsięwzięciu. Opowieści o waszej odwadze, poświęceniu i tryumfie przetrwają wieki.

Pieśniarze i tkacze opowieści, pomyślał Kagonos z zaskakującą jego samego goryczą, 

będą śpiewać o waszej bitwie i o locie Quithasa. Niewiele jednak znajdą w swych pieśniach 

dla nas miejsca.

Potrząsnąwszy  głową,  Odnajdywacz   Ścieżek   stłumił  niechęć   i  budzący  się  w   nim 

gniew.   W   obliczu   takiego   zwycięstwa   mogli   i   powinni   -   przynajmniej   na   jakiś   czas   - 

zapomnieć o dzielących ich różnicach. Potem przypomniał sobie Dalla i Kyrilla... i nie był już 

tego taki pewien.

Sławny władca przesunął wzrok ku kolumnie niedobitków Pierworodnych, z których 

wielu było rannych.

-  Wielki  jest  koszt,  poniesiony  przez  wasze   plemię  -  i  żałuję,   że  nie   dało  się   go 

uniknąć...

background image

- Wszyscy ponieśliśmy straty i każdy zapłacił swą cenę... - odparł Kagonos, któremu 

nie   w   smak   było   współczucie   krewniaka.   Wolał   myśleć   o   Domowych   Elfach   jako   o 

niebezpiecznych rywalach, nie zaś jako o przyjaciołach. Nie umiał zresztą wyzwolić się od 

poczucia   narastającego   zagrożenia.   Mimo   wszystko   na   uprzejmość   Silvanosa   trzeba   było 

jakoś odpowiedzieć. - Pewien jestem, że i wśród was jest wielu, którzy nie będą z nami 

dzielić radości zwycięstwa - mówiąc te słowa, sztywno skinął głową.

- Jak sam raczyłeś rzec, każdy zapłacił swą cenę... - Powiedziawszy te słowa, Silvanos 

umilkł na chwilę. Po krótkiej przerwie podjął jednak raźniejszym tonem: - Może choć dzięki 

dzisiejszemu zwycięstwu, krewniaku, rozlew krwi ustanie przynajmniej na kilka stuleci.

- Trudno o nagrodę cenniejszą... i łatwiej zdobytą - zgodził się Kagonos.

Zbliżył się do nich teraz szereg wojowników, na czele którego kroczył niewysoki elf o 

odkrytej głowie, którego szerokie oblicze rozjaśniał przyjazny uśmiech. Przybysz podniósł 

dłoń i niezwykle  kordialnie poklepał Silvanosa po ramieniu, potem zaś odwrócił się, aby 

uważniej przyjrzeć się Kagonosowi. Dziki elf odpowiedział mu spojrzeniem, w którym kryło 

się   sporo   rezerwy,   zastanawiając   się   jednocześnie,   czy   nieznajomy   jest   rzeczywiście 

nastawiony tak przyjaźnie, jak mówi to jego promieniejące oblicze.

-  Nie   poznałeś   jeszcze   mojej   prawej   ręki...   poznajże   więc   generała   Balifa   -   rzekł 

Silvanos.

- Ty sam, panie, i twoi wojownicy jesteście chlubą plemienia elfów - rzekł Balif, 

zaskakując Odnajdywacza Ścieżek tym, że jednocześnie ujął jego dłoń w obie ręce i ścisnął ją 

serdecznie.   -   Wiedzcie,   że   w   nowych   królestwach,   jakie   założymy   na   wschodzie,   szlaki 

puszczańskie zawsze należeć będą do wolnych elfów.

- Dziękujemy... i być może skorzystamy - odparł Kagonos, który wbrew sobie zdążył 

już polubić Balifa, mimo jego zupełnego braku elfiej powściągliwości w okazywaniu uczuć. 

Odwrócił się do Silvanosa i uniósł brew. - O jakich nowych królestwach mowa?

- Balif zamierza zabrać kilka rodzin i osiedlić się w puszczach wzdłuż wschodniego 

wybrzeża. Nie masz tam ogrów, w lasach zaś żyje zaledwie kilka plemion ludzkich dzikusów. 

Balifor stanie się drugim wielkim narodem elfów.

Do boku władcy przystąpił jeszcze jeden Domowy Elf - ten ozdobił głowę złotym 

hełmem. Kagonos poznał Quithasa i natychmiast najeżył się w środku.

Wyższy  o pół  stopy  od przeciętnego  elfa   Quithas   spoglądał   na  Kagonosa  z  góry, 

przewiercając go spojrzeniem błyszczących, gniewnych oczu.

Kagonos pomyślał, że wojenny wódz elfów wygląda dziś bardziej mrocznie i ponuro 

niż podczas ich ostatniego spotkania przed dwoma dniami. Obecnie bowiem Quithas utkwił 

background image

spojrzenie w stalowej głowni topora, który dziki elf przytroczył  sobie do pasa. Po chwili 

Domowy uniósł wzrok i wbił go w twarz Odnajdywacza Ścieżek.

- Ośmieliłeś się tu przyjść z moim orężem? - spytał groźnie.

- To moje trofeum... czyżbyś już zapomniał? - odciął się Kagonos.

- A więc przyszliście zażądać nagrody za wasz udział w wojnie? - Generał niemal 

wypluł te słowa w twarz wolnego elfa. - Jakby nie dość było naszych ofiar, jeszcze i wy 

chcecie zagarnąć skarby Domowych Elfów?

-   Ofiary   poniosły   wszystkie   plemiona   -   wtrącił   Silvanos,   ignorując   nagły   grymas 

gniewu, który pojawił się na twarzy Kagonosa. - Generale, czy nie zechciałbyś  zająć się 

sprawdzeniem stanu przygotowań do wieczornej uczty?

Teraz z kolei płomień gniewu rozognił twarz mieszkańca miast, nie ośmielił się jednak 

sprzeciwić władcy. Odwrócił się więc i ruszył precz, podczas gdy patrzący w ślad za nim 

Silvanos   dodał   ze   smutkiem   w   głosie:   -   Jego   syn   zginął   w   szarży   na   linie   Taloniana... 

Quithasa   posłałem   wtedy   po   Błękitny   Klejnot.   Obawiam   się,   że...   -   Wielki   władca   nie 

dokończył i zawiesił głos.

-   Poświęcenia   poczynili   i   sami   bogowie   -   dodał   nagle   Silvanos.   -   Widziałeś   te 

księżyce, dwie noce temu?

Kagonos kiwnął głową.

- To pozostałości po trzech bogach, którzy pomogli nam uporać się ze smokami.

- Dlaczego zostali tak bezlitośnie ukarani? Czyżby inni bogowie opowiedzieli się po 

stronie zła?

- Moim zdaniem nie potrafią odżałować, że śmiertelnikom dostała się moc magii. I 

może nie czynią tego bez powodu... choć powinniśmy dołożyć starań, aby zachować magię 

pod kontrolą. Ale dość o tym...

Silvanos westchnął i Kagonos po raz pierwszy pojął, że i elfi patriarcha jest podatny 

na zwykłe słabości.

-   Przykro   mi   patrzeć   na   wzajemną   wrogość   członków   mej   rasy,   przyjacielu   - 

powiedział Kagonosowi. Choć niechętnie słuchał tych słów, Pierworodny odkrył, iż nie ma 

sposobu na to, aby wyrwać się spod uroku i charyzmy patriarchy.

- Jesteśmy jednym  ludem,  choć niektórzy noszą płaszcze  ze złotogłowiu,  inni zaś 

pokrywają   ciała   wojennymi   malowidłami   -   ciągnął   Silvanos.   -   Chciałbym   też,   aby   owa 

jedność połączyła nas we wszystkich aspektach życia na Krynnie.

- Zawsze będzie nas dzieliła wrogość Elfów Domowych - odparł Kagonos. - Tych, co 

są podobni Quithasowi i nie pojmują słuszności samej idei swobody.

background image

- Nie myl,  proszę, życia w miastach z niewolą - wypomniał mu Silvanos. - I my 

jesteśmy wolni...

Kagonos   usłyszał   w   głosie   władcy   niekłamany   smutek,   choć   jednocześnie 

zaintrygowała   go   koncepcja   swobody,   jaką   hołubił   w   sercu   Silvanos.   Jakże   ktokolwiek 

mógłby sądzić, że Pierworodny dałby się skłonić do zamiany zapierającego dech w piersiach 

poczucia puszczańskiej swobody na dobrowolne zamknięcie się w miejskich ścianach?

-   Nie   czas   dziś   i   miejsce   na   takie   dyskusje   -   mruknął   wódz   Pierworodnych.   - 

Powinniśmy świętować zwycięstwo... i opłakiwać poległych.

- W rzeczy samej. Śmierć zebrała żniwo z nas wszystkich. Wespół z tobą boleję nad 

utratą twych braci. Zginęli śmiercią wojowników i bohaterów...

Kagonos   z   trudem   ukrywał   zdumienie   -   jedynym   łącznikiem   pomiędzy   dwiema 

armiami był jak do tej pory Quithas, który przekazywał Klejnot. Ten gryziony zawiścią elf z 

pewnością nie przekazał wieści - bo niczego nie wiedział - o osobistej tragedii Odnajdywacza 

Ścieżek.

- Niełatwo ukryć smutek podobny twojemu - wyziera on z oczu, jeśli ktoś wie, jak 

patrzeć - powiedział łagodnie patriarcha. - Takie spojrzenie widziałem dziś wielokrotnie. Mój 

własny bratanek, Palthios, został zabity w ataku na flankę wrażej armii: oczy mego brata mają 

ten   sam   nieobecny   wyraz,   jaki   widzę   u   ciebie.   Generał   Quithas   zaś   stracił   syna,   jedyne 

dziecko. Były momenty, kiedy myślałem, że mrok rozpaczy pochłonie go bez reszty.

Kagonos machinalnie skinął głową zastanawiając się, czy Quithas nie uległ jednak 

rozpaczy. Odnajdywacz Ścieżek zdawał sobie sprawę, iż on sam po części został w pewien 

sposób zniszczony przez desperację. Dlaczegóż więc odczuwał tylko tępe ukłucia bólu?

- Ponawiam zaproszenie,  abyście wszyscy zamieszkali z nami w nowej ojczyźnie, 

Silvanesti - oznajmił z zapałem Silvanos. - W dolinie, wspaniałej i majestatycznej Thon-

Thalas, zbudujemy największe miasto elfów... i żywimy nadzieję, że pomoże nam w tym 

wasze plemię.

- Nie potrzebujemy nowych ziem... nie teraz, gdy nastał koniec wojny i cały Ansalon 

stoi przed nami otworem.

- Pomyśl  jednak o tym,  czego moglibyśmy  dokonać w Silvanesti!  Wszystkie  elfy 

zebrane razem. Wasz lud także, jako jeden z wielkich domów! Przyznamy wam tytuły Sług 

Domu i wasi ludzie poznają życie piękne i twórcze!

- Nie tak mają żyć Pierworodni! - W głosie Kagonosa zabrzmiały ostrzejsze nutki 

urazy. - Słudzy Domu, powiadasz? A więc będziemy służbą, wy zasię panami?

background image

- Nie! Oczywiście, że nie! Powiedz mi jednak, Kagonosie... dlaczegóż nigdy przedtem 

nie   raczyłeś   przyjąć   żadnego   z   moich   zaproszeń?   -   spytał   władca,   ignorując   wrogość 

rozbrzmiewającą w głosie Odnajdywacza Ścieżek. - Odwiedźże mnie choć w jednym z moich 

pałaców! Zostań ze mną jako mój honorowy gość.

- To niemożliwe - odparł Kagonos, potrząsając głową.

- Dlaczego?

- Z powodu przysięgi, którą złożyłem setki lat temu. - Kagonos przypomniał sobie 

ową scenę, tak jakby rzecz  działa  się wczoraj - oczyma  wyobraźni  znów  ujrzał Koźlego 

Pradziada,   który   nagle   przemienia   się   w   smoka   Darlantana,   żądającego   od   niego 

posłuszeństwa i lojalności w dwu sprawach. Odnajdywacz Ścieżek miał nigdy nie pojąć żony 

i nigdy nie postawić stopy w miastach Domowych Elfów.

Poczuł utkwiony w sobie wzrok Silvanosa, a gdy spojrzał na patriarchę, zobaczył w 

jego oczach jeszcze większy i głębszy smutek. I nagle zrozumiał...

- Darlantan? - spytał. Skuwające go dotąd dziwne odrętwienie minęło bez śladu.

- Czeka na ciebie nad rzeką - powiedział Silvanos. - Znajdziesz go tam, gdzie krzyżują 

się dwa bliźniacze pnie wełnowców.

Pierworodny spojrzał w twarz patriarchy, pewien, że ów wie więcej, niż mu rzekł - 

świadom   też   był   faktu,   iż   od   Silvanosa   nie   dowie   się   niczego   ponad   to,   co   zostało   już 

powiedziane.

background image

Rozdział 6 - Odejście patriarchy

Przejęty obawą Kagonos biegł przez obozowisko elfów, ściągając na siebie niekiedy 

ciekawe spojrzenia - i czasem zawiesiste przekleństwa, gdy zanadto zbliżył się do czyjegoś 

ogniska, obudził drzemiącego wartownika lub spłoszył pasącego się luzem konia. Wkrótce 

ogarnęły go ciemności, nie był to jednak orzeźwiający, kojący mrok gór. Tu, na nizinach, 

powietrze było duszne, ciężkie i otępiające. Stopy Pierworodnego przemykały po szorstkiej 

trawie, różnej w dotyku od miękkiego mchu porastającego wysokogórskie łąki czy twardych 

skał nagich turni.

Drzewa, o których mówił Silvanos, widać było już z daleka na tle gwiazd, tworzyły 

bowiem potężny łuk dominujący nad całą równiną. Widoczne przezeń lśniące wody Vingaard 

toczyły się spokojnie, jak przed wiekami, i w świetle obu widocznych miesiąców połyskiwały 

równocześnie srebrem i szkarłatem. Wielka rzeka była tu płytka, a jej powierzchnię pocięły 

porohy i bystrzyny  na  przestrzeni  może  trzech  setek kroków. Okazały się one skuteczną 

zaporą ograniczającą możliwości manewrowe armii ogrów.

Zbliżający się do jej brzegów elf westchnął nagle, gdy ujrzał potężną sylwetkę smoka 

spoczywającego na szerokiej łasze błota, której miękkie łoże dawało wygodne leże-ciężko 

rannemu stworzeniu.

Z   błotnistej   kąpieli   podniósł   się   wielki,   srebrzysty   łeb   Darlantana   i   smok   łypnął 

kilkakrotnie   bursztynowymi   ślepiami,   gdy   Kagonos   brnął   wzdłuż   brzegu,   aby   w   końcu 

uklęknąć obok najstarszego ze swych przyjaciół.

- Rad jestem, widząc cię w dobrym zdrowiu, Odnajdywaczu Ścieżek - odezwał się 

smok chrapliwym głosem, który był nikłym cieniem dawnego, dźwięcznego głosu.

- I ja jestem rad, widząc tu ciebie - odpowiedział Kagonos, usiłując ukryć smutek, 

który   przepełniał   całe   jego   jestestwo.   -   Walczyłeś   z   błękitnymi   smokami.   Odparłeś   ich 

natarcie... i przeżyłeś.

-   Nie   ma   potrzeby,   byśmy   się   łudzili..,   nie   dożyję   wschodu   słońca   -   zaprzeczył 

Darlantan.   -   Lecz   to   rzecz   bez   znaczenia.   Mój   czas   przeminął,   jednak   dzięki   naszemu 

zwycięstwu   wiele   pokoleń   elfów   i   ludzi   nie   zazna   okropności   wojny.   Jest   to   krzepiąca 

świadomość... i myślę, że dobrze z nią umierać.

- Myślę tak samo, Srebrzysty. Mimo to żal mi, że ty, który walczyłeś tak dzielnie, nie 

dożyjesz czasów, aby sycić się owocami pokoju.

background image

- Wiele już widziałem... choć nie miałbym nic przeciwko temu, aby w porę dostrzec te 

dwie błękitne jaszczurki, które zaatakowały mnie od dołu. Rozdarły mi skrzydło - oznajmił 

smok kpiącym tonem, w którym zabrzmiały resztki dawnej werwy. - Upadek zaś - myślę, że 

było tego coś ponad milę - dokonał reszty. - Łagodny śmiech Darlantana przeszedł nagle w 

bulgotliwy charkot, który dowodnie świadczył o powadze doznanych obrażeń.

- Nie trudź się mową - zaprotestował Kagonos. - Pozwól mi tylko posiedzieć przy 

tobie.

- To sprawi mi wielką przyjemność... ale jeszcze nie mogę zamilknąć. Jest coś, o czym 

powinieneś wiedzieć.

Kagonos czekał  - przysiadłszy na piętach, z rozpaczą  wsłuchiwał się w chrapliwy 

oddech Darlantana.

- Twój lud jest piękny, dumny i krzepki... - W głosie smoka nie było teraz żadnej 

słabości. Gdy przemawiał, jego słowa trafiały wprost do serca Pierworodnego. Wiedział, że 

Darlantan nie wygłasza zwykłej opinii i że to, co mówi, wybiega poza zwykłą pochwałę. 

Przez smoka przemawiała teraz fundamentalna prawda.

-  Co   więcej,  jesteście   dzicy...   i  ta   dzikość   jest   istotą   osobowości   każdego   z   was. 

Kagonosie Odnajdywaczu Ścieżek, musisz za wszelką cenę zachować tę dzikość w sercach 

twego ludu. Trzeba, aby takimi pozostali... po kres czasu!

Przez dłuższą chwilę elf milczał, obmyślając odpowiedź.

- Słyszałem twoje słowa. Wiedz, że zawsze pragnąłem, aby mój lud pozostał wolny od 

trosk, które gnębią Elfy Domowe. Obawiam się jednak, że w przyszłych wiekach sposób 

życia Silvanesti będzie coraz mocniej wabił członków mojego plemienia... aż w puszczach nie 

zostanie ani jeden dziki elf.

- Twoje obawy nie są bezpodstawne, ty jednak - i nikt inny - potrafisz temu zapobiec. 

Róg pomoże ci w tym dziele i będzie ci przewodnikiem... użyj go w potrzebie.

- Ale... jakim sposobem?

- Powie ci to muzyka... Pamiętaj i to, że drugi z rogów jest bezpieczny, w legowisku 

moich potomków. Poznają jego znaczenie... i będą wiedzieli, do czego go użyć. Oni wiedzą, 

wy zaś na zawsze zapamiętajcie, że srebrne smoki i dzikie elfy łączy pokrewieństwo... i więź 

ta   nie   przeminie,   dopóki   na   Krynnie   znajdziesz   choć   jednego   wolnego   elfa   i   jednego 

srebrnego smoka.

- Odpocznij teraz - poprosił elf. - Nie trać sił... a może jeszcze ujrzysz nowy świt. - 

Całym sercem pragnął, aby te słowa się spełniły... ale jego mądrość mówiła mu, że tak się nie 

stanie.

background image

- Na odpoczynek... będę miał mnóstwo czasu - mruknął Darlantan marzycielsko. - Jak 

my wszyscy... któregoś dnia nawet ty, Kagonosie, wybierzesz innego Odnajdywacza Ścieżek, 

któremu przekażesz róg Koźlego Pradziada. Elfy są długowieczne... ale nawet ty nie będziesz 

brodził po puszczy do końca świata!

Potężne cielsko zadrżało, zamigotało i gdy elf wyciągnął przed siebie rękę, dotknął 

palcami  ciepłej, miękkiej  wełny.  Kagonos musnął  dłonią krzepki bark zwierzęcia,  a jego 

gardło ścisnęło się z żalu, poznał bowiem Koźlego Pradziada. Podczas minionych  stuleci 

Darlantan   ukazywał   mu   się   pod   wieloma   postaciami,   nigdy   jednak   -   poza   pierwszym 

spotkaniem - nie czynił tego jako Królewski Kozioł. Otulona śnieżną grzywą głowa pochyliła 

się ku elfowi i Kagonosowi odniósł wrażenie, iż dostrzega błysk srebrnych łusek pomiędzy 

pasmami wełny... a może tylko mu się tak wydało? Wielki kozioł pochylił głowę, opuścił 

brodę na ramię elfa i legł nieruchomo.

- Dar... - Kagonosowi słowa utknęły w krtani. Rozgniótł pięścią łzę i uśmiechnął się, 

gdy Darlantan otworzył bursztynowe oko. W spojrzeniu smoka błysnęła iskra niezmierzonej 

mądrości.

- Twój lud... bądź mu wodzem... znajdź ścieżkę i użyj rogu, aby pokazać im drogę... - 

szepnął smok. - Teraz pozwól, że odpocznę...

Tym razem, gdy Darlantan umilkł, Kagonos zrozumiał, że smok nie odezwie się już 

nigdy.  Elf westchnął  głęboko, choć jednocześnie poczuł dreszcz nagłej emocji, jakiej nie 

zaznał od czasu bitwy. Wstał, choć ramiona nadal przyginał mu do ziemi ciężar smutku.

Miał   przed   sobą   ważne   zadanie.   Pod   pniem   wełnowca   znalazł   solidny,   tępo 

zakończony i w miarę prosty konar, którym posłużył się, aby nakreślić w miękkiej ziemi 

odpowiedni kształt otworu. Potem przyklęknął i zaczął wygrzebywać ziemię dłońmi. Praca 

była   ciężka   i   nużąca,   lecz   elf   ze   szczególną   przyjemnością   pokonywał   ból   pokrytych 

pęcherzami dłoni i sztywność mięśni, które zaczęły protestować, gdy wyrywał kolejne kęsy 

gleby. Kagonos czuł, że w pewien szczególny sposób jest to najszlachetniejsze zajęcie, jakie 

wykonywał od dłuższego czasu.

W   końcu   nad   rzeką   powstała   jama   dość   głęboka,   aby   ochronić   Darlantana   przed 

zbezczeszczeniem czy padlinożercami. Kagonos przeniósł kozła tak delikatnie, jak to tylko 

było   możliwe   i   złożył   go   w   grobie.   Szepcząc   cichą   modlitwę,   w   której   prosił   bogów   o 

spokojny sen dla przyjaciela, dziki elf ostrożnie zasypał otwór. Gdy skończył, obmył się w 

rzece i odmówił kolejną modlitwę za spokój ducha srebrnego smoka. Spojrzawszy na niebo, 

nie miał trudności z przekonaniem samego siebie, że gwiazda Darlantana nadal świeci jasno 

na firmamencie.

background image

Na przeciwległej stronie równiny zapłonęły już potężne ogniska zwycięstwa, sypiące 

skrami w nocne niebo. Ciskano w nie polana ze zdobycznych polowych wozów, drzewca 

włóczni i inne dające się spalić łupy. Wokół ogni wzbijały się ku gwiazdom wiwaty i radosne 

okrzyki - zaczęły się też tańce i nieodłączne przechwałki.

Kagonos wiedział, iż Pierworodni nie pominą okazji do popisania się podczas tych 

nocnych szaleństw. Jego współplemieńcy potrafili się chełpić nie gorzej - a może i lepiej - od 

innych.   Żaden   z   wojowników   nie   okaże   nieśmiałości   podczas   opisywania   chwały   swych 

wyczynów. W ostatniej zaś bitwie Pierworodni istotnie dokonali niemal cudu.

Odnajdywacz Ścieżek nie potrafił jednak wykrzesać z siebie żadnego entuzjazmu na 

myśl o zbliżającej się uczcie. Gdyby nie konieczność ułożenia spraw swego ludu, natychmiast 

wyruszyłby z powrotem ku górom. Samotność wyniosłych turni wydawała mu się jedynym 

balsamem na jego mnogie rany. Owszem, wiedział, że przed wolnymi elfami stanął otworem 

cały   Ansalon.   Ale   czymże   była   dlań   wolność,   której   nie   podzielą   z   nim   Dall,   Kyrill   i 

Darlantan?

Wiedział  oczywiście,  że pozostałe plemiona  Pierworodnych  będą polegały na jego 

przywództwie... i poproszą go o radę, dotyczącą przyszłości. Być może nadszedł czas, aby 

pomyśleć o zebraniu licznych drobnych rodów w większe klany? Zagrożenie złych smoków 

odeszło w niebyt. Cofnął się myślami w odległą przeszłość i nie bez trudności wspomniał 

czasy, kiedy to jaszczury Królowej Ciemności niszczyły wielkie zgromadzenia, które zbierały 

się co roku setki lat przed narodzinami Kagonosa. Przypomniał sobie Zgromadzenie Letniego 

Przesilenia, które opuścił, aby spotkać Koźlego Pradziada. Zostawił wtedy ziomków, znużony 

ich głupimi ceremoniami... i w zamian otrzymał Koźli Róg. Teraz plemiona mogą stworzyć 

cały ciąg własnych obyczajów, opartych na obserwacji pojawiających się co noc księżyców.

Idea takiego wspólnego święta rzeczywiście była kusząca - i może miała sens. Jeśli 

plemiona   spotykałyby   się   na   Radzie   Letniego   Przesilenia,   jeśli   Pierworodni   mogliby 

rozmawiać z krewniakami z całego Ansalonu, czy nie wzmocniłoby to łączących je więzów i 

nie   dodałoby   im   woli   oporu   przeciwko   zakusom   zwolenników   Silvanosa?   Wszyscy 

usłyszeliby Pieśń Rogu i dzieliliby jej mądrość i ukojenie...

Odnajdywacz  Ścieżek  rzucił ostatnie  spojrzenie na grób druha. Miejsce ostatniego 

spoczynku Darlantana wydawało się nieco rozleglejsze, niż było w rzeczywistości. Nawet po 

śmierci   srebrny   smok   zachował   iście   królewską   godność...   wszystko   bowiem   mówiło 

przechodniowi, iż leży tu wspaniałe stworzenie, niegdyś  pan i władca przestworzy,  gór i 

nieba.

background image

I nagle Kagonos znieruchomiał, a potem przykucnął po- woli i ostrożnie. Nie wiedział 

nawet,   co   go   zaniepokoiło   -   dźwięk,   zapach   czy   wrażenie   zbyt   ulotne,   aby   przypisać   je 

jakiemuś   określonemu   zmysłowi.   Wiedział   jednak,   iż   nie   jest   tu   sam.   Czuł   nie   opodal 

obecność jakiegoś natręta, kogoś, kto przybył tu ukradkowo i podstępnie. Uświadomiwszy to 

sobie, Kagonos zrozumiał coś więcej.

Osobnik kryjący się w ciemnościach był jego zaciekłym wrogiem... i nie przybył tu w 

przyjaznych zamiarach.

background image

Rozdział 7 - Rozrachunek

Kagonos zamarł w bezruchu, instynktownie reagując na zagrożenie. Usiłował czytać 

w księdze nocy, węsząc i próbując przeniknąć wzrokiem ciemności.

Ktoś   jeszcze   oprócz   niego   był   na   brzegu   rzeki   -   niedaleki   i...   śmiertelnie 

niebezpieczny.   Kagonos   podejrzewał,   że   jego   zmysły   zaalarmował   nikły   zapach   obcego, 

niesiony powiewami wieczornego wietrzyku. Żaden dziki elf nigdy nie lekceważył  takich 

ostrzeżeń.

Pierworodny w milczeniu  przemknął  ku rzece,  pełznąc  niczym  wąż wśród błota i 

trawy. Wytężył wszystkie zmysły, aby odkryć tożsamość i miejsce pobytu wroga. Wkrótce 

też wiatr przyniósł mu zapach metalu splamionego niedawno przelaną krwią.

Powiew   zmienił   kierunek,   zapach   zniknął,   ale   nawet   ten   nikły   ślad   pozwolił 

Kagonosowi bliżej określić miejsce po- bytu wroga. Nieprzyjaciel czaił się na brzegu, nieco 

poniżej biegu rzeki. Ostrożnie Pierworodny przekradł się wśród błot graniczących z głównym 

prądem, dopóki nie dotarł tak daleko, aż zyskał pewność, że go nie dostrzeżono. Cały czas 

trzymał się nisko, jak pełznące zwierzę - wreszcie wyczołgał się na brzeg i legł nieruchomo 

wśród  szorstkiej   trawy.  Wszędzie  panował   głęboki   mrok,  którego   nie  potrafił   rozproszyć 

nikły   blask   widocznych   na   horyzoncie   ognisk   obozowiska.   Kagonos   ruszył   ostrożnie   do 

przodu, węsząc za nikłym zapachem wroga.

Najpierw ujrzał nikłą poświatę, o której wiedział, iż otacza istoty cieplejsze niż reszta 

otoczenia.   Wróg   usadowił   się   pomiędzy   dwoma   krzakami   jałowca.   Podkradłszy   się 

niepostrzeżenie,  Pierworodny zobaczył,  że nieprzyjaciel  wtulił się w ziemię  i zamarł  bez 

ruchu,   nieznacznie   podnosząc   głowę,   aby   obserwować   okolicę   niedawno   usypanego 

grobowca.   Oczywiście   zaczajony   w   mroku   napastnik   nie   zorientował   się,   że   jego   ofiara 

zniknęła i postanowiła sama na niego zapolować.

Przyjrzawszy   się   dokładniej,   Kagonos   spostrzegł   zimniejszą   linię   obok   dłoni 

nieznajomego   -   i   szybko   domyślił   się,   że   napastnik   uzbrojony   jest   w   miecz.   Fakt   ten 

świadczył   dowodnie   o   wrogich   zamiarach   przybysza.   Kagonos   przygotował   się   więc   do 

rozprawy z wrogiem - uniósł się nieco na rękach i podciągnął stopy pod siebie. W prawej 

dłoni czuł ciężar topora, którego stalowe ostrze połyskiwało zimno w blasku gwiazd, lewą 

oparł na ziemi, aby odepchnąć się nią w momencie ataku. Mocniej wparł w ziemię podeszwy 

miękkich mokasynów i odczekał kilka uderzeń serca upewniając się, że jego ofiara niczego 

nie podejrzewa.

background image

Zaczajony w mroku wróg żadnym znakiem nie pokazał po sobie, że spodziewa się od 

tyłu napaści. Trzymał miecz nisko, kilka cali nad ziemią, smukłą głowę - elfią głowę - nadal 

miał odwróconą w stronę brzegu. Niczym zwolniona z zaczepu sprężyna, Kagonos skoczył 

nagle na wroga - postronny zaś obserwator za jedyny dźwięk towarzyszący atakowi uznałby 

najwyżej szmer rozcinanego ciałem elfa powietrza.

To   jednak   wystarczyło.   Przeciwnik   w   końcu   również   był   elfem   -   odwrócił   się 

błyskawicznie i światło gwiazd zalśniło na diamentach zdobiących rękojeść miecza, gdy jego 

głownia śmignęła ku atakującemu Pierworodnemu. Kagonos jeszcze w locie przygiął głowę 

ku ziemi, ciął toporem i zaklął, gdyż usłyszał szczęk metalu - przeciwnik sparował cios z 

szybkością błyskawicy.

Odturlał się w samą porę, aby usłyszeć świst ostrza tuż koło ucha. Lata życia w dziczy 

wyrobiły w Pierworodnym kocią wręcz sprężystość, błyskawicznie więc porwał się na nogi i 

przysiadł,   odzyskując   równowagę.   Przebijając   wzrokiem   ciemności,   uniósł   topór,   gotów 

sparować  następne   cięcie.   Dopiero   teraz  rozpoznał   tajemniczego   wroga  -  i  wcale   się  nie 

zdziwił.

- Quithas! - Równie dobrze mógłby splunąć. Podejrzewał to od chwili, kiedy jego 

rozważania o Darlantanie zakłócił pierwszy sygnał zagrożenia. Widok starego wroga rozpalił 

w   nim   płomień   dawnej   nienawiści.   Kagonos   doznał   uczucia   szczególnej   satysfakcji   i... 

wdzięczności.

- Owszem, dzikusie! Przybyłem po mój topór... i aby pomścić jego kradzież!

- O, nie mylmy pojęć! Odebrano ci go siłą - a dokonał tego, nie trudząc się zbytnio, 

nagi, nie uzbrojony chłopak! Czyżbyś o tym zapomniał?

Kagonos   uważnie   obserwował   złotowłosego   generała.   Quithas   niczym   napięty   łuk 

drżał z emocji, a jego szczupłą twarz wykrzywiał niemal tęskny uśmieszek. Zachichotał, a 

potem odpowiedział:

- Owszem,  dobrze to zapamiętałem.  Od tamtej  jednak pory mój  miecz wiele razy 

spływał   krwią.   Za   każdym   razem   poprawiałem   swą   zręczność   -   i   każda   śmierć,   którą 

zadawałem, była kolejnym krokiem ku twojej śmierci!

- Dlaczego więc chcesz zabić mnie dopiero teraz, kiedy zapanował pokój? - Niestałość 

nastroju   Quithasa   niepokoiła   Pierworodnego   w   większym   stopniu,   niż   gdyby   przeciwnik 

okazywał zamiary znacznie bardziej jednoznaczne, choćby i mordercze. Kagonos usiłował też 

stłumić budzące się w nim gniew i furię, wiedząc, że czujność może okazać się jedynym 

sposobem na zachowanie życia. Nie bez trudności zrezygnował z natychmiastowego ataku na 

znienawidzonego wroga.

background image

- Nie masz dla mnie pokoju, dopóki ty żyjesz! - ozmajmił nieco patetycznie Quithas. 

Przez mgnienie oka na go twarzy zagościł wyraz niemal przepraszający - jakby naprawdę 

spodziewał się, iż Odnajdywacz Ścieżek zrozumie jego mordercze zamiary. - Idzie mi zresztą 

o coś więcej, Kagonosie. Zabiję cię dla ważniejszych powodów niż własna satysfakcja.

Kagonos zrobił unik w samą porę, aby uniknąć pchnięcia. Pierworodny cofnął się i 

sparował   głownią   topora   serię   szybkich   sztychów.   Bronił   się   z   niemałym   trudem, 

przeciwstawiając mieczowi jedynie stal ostrza, wiedział bowiem, że gdyby Quithas trafił w 

drzewce, pewnie przeciąłby je gładko na dwie części. Zręcznie więc cofał się i czekał, aż 

nieprzyjaciel wyczerpie siły w nawałnicy jałowych ciosów.

- A cóż to jest innego niż twoja prywatna zemsta? - spytał  Pierworodny,  usiłując 

wciągnąć przeciwnika w rozmowę. Był zresztą dziwnie poruszony słowami Quithasa.

Ten zaś roześmiał się ochryple.

- W tej właśnie chwili Silvanos przemawia do Pierwodnych! Obiecuje im najwyższe 

zaszczyty,   jeśli   pójdą   za   nim   do   jego   stolicy,   na   południe...   gdzie   napcha   ich   po   same 

gardziele podarkami i skarbami!

- Nie zgodzą się!

- Już się zgodzili, durniu! Barcallę i Upadłe Drzewo olśnił blask bransolet... a szamani 

biorą się za łby o inne błyskotki - oznajmił Quithas z krzywym uśmieszkiem. - Powiedziałem 

wielkiemu   przywódcy,   że   pójdę   cię   poszukać   i   postaram   się   ukazać   ci   mądrość   takiego 

rozwiązania...

- On wiedział, że zechcesz mnie zabić! - domyślił się Kagonos. Gniew Odnajdywacza 

Ścieżek objął teraz i patriarchę.

- Może i wiedział - odparł, wzruszając ramionami, Quithas. - Myślę, że specjalnie mu 

na tym nie zależy... on nie wie, tak jak ja, że twój lud bez ciebie będzie o wiele bardziej 

skłonny do negocjacji.

- Mój lud kocha życie puszczańskie... Pierworodni nie zrezygnują ze swej wolności.

-   Silvanos   umie   przemawiać   bardzo   przekonująco.   Pokazał   im   mnóstwo   rzeczy, 

których nie będą mieli, jeśli nadal pozostaną dzicy.

Tym razem Kagonosowi nie udało się powstrzymać ataku wściekłości. Skoczył na 

Quithasa   i   podstępnie   zadał   cios   toporem.   W   okamgnieniu   cofnął   się   przed   ripostą 

poskramiacza gryfów i zmienił pozycję, spychając przeciwnika ku brzegowi rzeki. Quithas 

zatrzymał się w odległości kroku od wody, broniąc się przed zajadłym atakiem ze zręcznością 

dorównującą sprawności Pierworodnego. W wyniku tego starcia Kagonos musiał się cofnąć, 

background image

zdawszy sobie sprawę, że nie upora się z wrogiem tak łatwo. Osiągnął tyle, że Quithas dyszał 

ciężko, choć usiłował zamaskować to zwycięskim uśmieszkiem.

W umyśle Kagonosa rozterka walczyła z obawą. Czy sprawy potoczyły się tak, jak 

chełpił się Quithas? Czy elfy z dzikich plemion odwrócą się od leśnej ojczyzny i oddadzą się 

w „ochronę” miejskich murów? Jakiż pożytek będą mieli miejscy krewniacy z pomalowanych 

wojennymi farbami, półnagich dzikusów, nie znających się na poezji i sztukach pięknych? 

Słudzy Domowych? Po trzykroć nie! Niech pozostaną dzikusami!

Przypomniał sobie polecenie Darlantana - jedynie Kagonos, Odnajdywacz Ścieżek, 

może wskazać drogę swemu ludowi.

Quithas zaatakował tak żwawo, że Kagonos ledwie zdążył spostrzec ruch przeciwnika. 

Ku Kagonosowi leciało srebrzyste ostrze, które wyskoczyło z mroku jak język atakującego 

węża.

Topór znów odbił klingę w bok, ale koniuszek ostrza wyorał piekącą rysę na piersi 

Pierworodnego. Kagonos cofał się, odcinając zajadle, parował jednak ciosy z najwyższym 

trudem, bacząc pilnie, aby nie potknąć się o jakiś korzeń czy kępę trawy - choć przysiągłby, 

że niedawno jeszcze wcale ich tu nie było.

Domowy   wypadł   nagle   z   błyskawicznym   pchnięciem,   które   utkwiło   w   boku 

Kagonosa, choć ten usiłował uskoczyć. Quithas sapnął ciężko i przekręcił głownię, głęboko 

rozcinając   mięśnie   Pierworodnego.   Odnajdywacz   Ścieżek   wydał   stłumiony   jęk,   gdy   stal 

rozorała mu żebra.

Tym razem jednak Quithas nieco przeholował i pragnąc dostać wroga, wychylił się 

odrobinę za daleko, choć natychmiast podjął próbę naprawienia błędu. Pochyliwszy się nisko, 

wyszarpnął ostrze i wzniósł je, aby sparować cios Kagonosa - którego spodziewał się z lewej.

Pierworodny zwiódł wroga opuszczonym ramieniem, jednocześnie przerzucając topór 

do drugiej ręki. Quithas uniósł głownię, chcąc odeprzeć przewidywany cios z prawej, ale 

topór śmignął nad jego barkami z drugiej strony, tnąc Domowego gładko w szyję, bez trudu 

przecinając mięśnie i kości.

Ciało Domowego Elfa chybnęło się w tył, podczas gdy negroźny już miecz utkwił w 

błocie. Kiedy tors Quithasa walił się w dół, Kagonos sięgnął i chwycił głowę przeciwnika. 

Zewłok Quithasa rąbnął o ziemię, a jego głowa zatańczyła  w powietrzu, trzymana dłonią 

Pierworodnego.

Powodowany instynktem Kagonos odchylił teraz własną głowę i przytknął do warg 

Koźli Róg. Zadął potężnie, rzucając ostrzegawczy zew, który wiatr poniósł ponad równinami, 

background image

prosto   w   gwiazdy.   Przez   chwilę   Pierworodny   zastanswiał   się,   czy   zew   rogu   usłyszał 

Darlantan - i pocieszał się myślą, że nie jest to niemożliwe.

Potem   odwrócił   się   ku   obozowi   Domowych.   Serce   tętniło   mu   wściekłością,   gdy 

podnosił ku niebu swe ponure trofeum. Pójdzie do obozu, niosąc w dłoni łeb Quithasa i 

pokaże go samemu Silvanosowi!

Przemówi do swego ludu i natchnie go własną furią. Jeśli będą musieli, wyrąbią sobie 

drogę powrotną choćby siłą i niczym nóż przebiją się przez obóz podstępnych Domowców! 

Swą   wściekłością   pokaże   im   właściwą   ścieżkę,   rzucając   słuszne   oskarżenie   w   twarz 

Silvanosa. Poprowadzi ich z powrotem w dzicz!

Jeśli zechcą za nim pójść...

background image

Rozdział 8 - Zew Koźlego Rogu

Krocząc wzdłuż brzegu, poganiany wściekłością, Kagonos zaciskał palce na włosach 

odrąbanej głowy swego wroga, a w drugiej dłoni trzymał drzewce topora. Po pewnym czasie 

jednak, gdy jego gniew zaczął przygasać, Odnajdywacz Ścieżek zaczął rozważać, jaki efekt 

będzie miało pojawienie się w obozie z tak ponurym trofeum w garści.

Niewątpliwie rozjuszy to elfy Silvanosa, być może nawet w gniewie zaczną szukać 

pomsty - co skończy się otwartą rąbaniną. Jeśli tak właśnie miałoby się stać, to Pierworodni z 

pewnością   ulegliby   przewadze   przeciwników   -   Kagonos   zaś   wiedział,   że   żaden   z   jego 

śmiałków nie ulęknie się wyzwania i nie cofnie przed bitwą. Byli to winni swemu wodzowi - i 

na pewno z chęcią pójdą w bój w pięknym stylu walecznych wojowników.

Oczywiście kobiety, młodziki i starcy nie wezmą udziału w walce - i oni jednak nie 

ujdą rzezi. Albo, gdy legną wszyscy wojownicy, pozostali Pierworodni nie będą mieli wyboru 

i zdadzą się na łaskę zwycięzców, zasilając szeregi Domowej Służby. Czy zresztą wielu z 

nich skrycie tego nie chciało?

Zaciekłość i gniew Kagonosa rosły i choć nie zboczył z drogi, Odnajdywacz Ścieżek 

zaczął zastanawiać się, czy postępuje rozsądnie. Doszedł do wniosku, że jeśli nawet plemiona 

miały poddać się Domowym Elfom, nie mogło to być skażone gniewem. Odrąbana głowa 

generała   kawalerii   Silvanosa,   którą   trzymał   w   dłoni,   z   pewnością   nie   sprzyjała   takim 

rozwiązaniom.

Pogardliwym  gestem cisnął trofeum precz i wytarł dłonie o kępę suchej, stepowej 

trawy. Potem ruszył ponownie, ale tym razem przyspieszył, wydłużając krok do biegu, co 

zdradzało trawiące go zdenerwowanie.

Wbiegając   do   obozu,   minął   uzbrojonych   wartowników,   którzy   wytrzeszczyli 

zdumione oczy, nie uczynili jednak żadnego ruchu, aby mu przeszkodzić. Kagonos biegł dalej 

przed   siebie   i   nie   zwracał   uwagi   na   licznych   Domowych,   którzy   cofali   się,   gdy   tylko 

podchwycili wzrokiem zajadłość i dzikość jego spojrzenia. Zwolennicy Silvanosa zebrali się, 

aby obserwować przybycie Kagonosa - uformowali dwa długie szeregi, pomiędzy którymi 

miał się ukazać ich przywódca. Dziki elf uparcie podążał tym przejściem.

Zebrane   wokół   największego   chyba   w   dziejach   ogniska   zwycięstwa   klany 

Pierworodnych oddawały się śpiewom i tańcom. Nadejście Odnajdywacza Ścieżek powitano 

wiwatami   i   Kagonos   ujrzał   ulgę   na   twarzy   Barcalli,   gdy   zachowujący   się   zazwyczaj 

powściągliwie wojownik podniósł głowę i wydał gromki okrzyk radości. Ujrzał też twarze 

background image

innych... kobiet, dzieci, i zrozumiał, że jeśli ma ich nie zawieść, nie wolno mu zdradzić się z 

ogarniającym go gniewem.

Wielu wolnych elfów stłoczyło się wokół niego, witając go radośnie. Pomalowane 

wojennymi   farbami   twarze   Pierworodnych   płonęły   zapałem,   wojownicy   podnosili   oręż   i 

wydawali okrzyki  orłów lub wilcze wycia. Kagonos uśmiechnął się, słysząc tę kakofonię 

różnorodnych dźwięków. W końcu zatrzymał się przy wielkim ognisku i przez chwilę chłonął 

ciepło, aż zniknęła pokrywająca jego ciało warstewka potu.

Tłum Domowych rozdzielił się, aby przepuścić Silvanosa, który z Balifem u boku 

szedł na powitanie Pierworodnego. Jeśli przywódca zdziwił się na widok żywego Kagonosa, 

nie pokazał tego po sobie - przeciwnie, jego twarz zdradzała oznaki szczerej i niekłamanej 

radości.

- Witaj mi, krewniaku - powiedział Silvanos, w którego oczach Kagonos nie dostrzegł 

śladu gniewu czy rozczarowania. - Znalazłeś Darlantana?

- Owszem... choć jego czas już przeminął.

-   Był   bohaterem,   jakiego   nie   znajdziemy   już   wśród   naszych   sprzymierzeńców... 

smokiem, którego w nadchodzących wiekach będą czciły wszystkie elfy.

Kagonos   żywił   pewne   wątpliwości   w   tym   względzie,   był   jednak   prawdziwie 

wzruszony szczerością dźwięczącą w głosie Silvanosa. Jeśli w ciągu najbliższych dwu tysięcy 

lat   elfy   zapomną   o   Darlantanie,   Pierworodny   wiedział,   że   nie   stanie   się   to   za   sprawą 

Silvanosa.

- Czy Quithas cię odnalazł? - spytał Balif. Kagonos ostro spojrzał na niewysokiego 

wodza, szukając w jego oczach śladu spisku, lecz zobaczył w nich jedynie szczerą ciekawość.

- Poszedł, aby powiadomić cię o naszej naradzie - wyjaśnił Silvanos, spoglądając za 

Kagonosa, jakby spodziewał się, że lada chwila pojawi się wśród nich i Quithas.

- I owszem, znalazł mnie... nie mówił jednak o radzie -odparł Kagonos widząc, jak 

brwi Silvanosa zbiegają się w niekłamanym zdziwieniu. - W rzeczy samej chciał mnie zabić... 

i niewiele brakło, a byłoby mu się to udało.

- Co takiego? - Wiadomość ta najwyraźniej wstrząsnęła patriarchą. - Nie sądzę, abyś 

kłamał, ale rzec muszę, że niełatwo mi w to uwierzyć.

- A ja wierzę - mruknął Balif, zniżając głos. - Gdy odchodził, miał w oczach coś 

takiego... Myślałem, że to rozpacz po stracie syna - ale teraz wiem, że poddał się żądzy 

morderstwa.   -  Pochylił   głowę,   potem   podniósł   ją   i   spojrzał   na   Kagonosa   z   prawdziwym 

smutkiem. - Przykro mi, żem nie posłał za tobą kogoś innego. Wszyscy jesteśmy radzi, że mu 

się nie powiodło. Możesz być pewien, że poniesie karę.

background image

Wybuch śmiechu Kagonosa szczerze ich zaskoczył.

- Wasz generał już nie wróci - ani po to, byście mogli go ukarać, ani dla żadnego 

innego powodu.

Silvanos westchnął, a jego oczy nieznacznie się zwęziły.

- Powiedz mi zatem, co się wydarzyło.

-  Generał   Quithas   nie  żyje.  Zabiłem  go.  Jego  ciało  znajdziecie   nad  rzeką.   Głowę 

porzuciłem gdzieś na równinach.

Zebrane wokół elfy powitały tę wiadomość pomrukami. Silvanos pobladł nagle, a jego 

twarz sposępniała.

- Byłbym go sam przepytał... i wymierzył mu sprawiedliwość. Czy wasza wrogość 

zmąciła wam umysły? Przyszedłeś tu, aby chełpić się morderstwem?

- Broniłem się tylko... to Quithas zamierzał popełnić morderstwo. W tym sęk, że mu 

się nie udało.

- Ale... dlaczego? - Mąż stanu był szczerze zdziwiony i zaskoczony.

- Otóż masz dowód na to, że istnieje wrogość pomiędzy twoim i moim ludem. Nie 

jesteśmy jednym narodem, lecz dwoma!

- Nie! Czas to zmienić! - sprzeciwił się Silvanos. - Opowiadałem twoim ziomkom o 

korzyściach   życia   w   Silvanesti...   o   urokach   naszych   miast.   Ustalimy   dla   was   wielkie 

rezerwaty, gdzie zwierzyny będzie w bród! Nie będziecie się już malowali i zdobili piórami - 

zamiast tego wdziejecie jedwabie i poznacie wonne olejki!

- Wojenne malowidła są przedmiotem naszej dumy... mówią nam, kim jesteśmy! - 

odparł ostro Kagonos.

- U naszego boku możecie  zaznać  większej durny i chwały!  Wy,  którzy jesteście 

elfami, jako wielki klan - Sług Domu - staniecie się równie potężni jak my sami...

- Ta służba przyniesie nam jedynie upokorzenia i niewolę! Nie pójdę tą drogą i nie 

poprowadzę nią mego ludu! - zawołał Kagonos.

Twarz Silvanosa sposępniała. - Czy rozkażesz, aby poszli za tobą? - spytał szorstko 

wiedząc,   iż   Kagonos   nie   posiadał   władzy,   na   mocy   której   mógłby   rozkazywać   swoim 

współplemieńcom.

- Nie wydam  żadnego rozkazu, po prostu wyprowadzę  ich z tego obozu. Możesz 

zabrać ze sobą tych, co zostaną.

Przypomniał sobie słowa Darlantana - musi pokazać im drogę! Zrozumiał, jak ma to 

zrobić, i podniósł do ust kręty, zwinięty trzykrotnie róg.

background image

Oczy   Kagonosa   zapłonęły   niczym   węgle   ogniska,   gdy   sponad   rogu   spojrzał   na 

zwróconych   ku   niemu   współplemieńców.   Wojownicy   o   twarzach   zdobnych   wojennymi 

barwami niepewnie przestępowali z nogi na nogę i uciekali wzrokiem od palącego spojrzenia 

Odnajdywacza Ścieżek.

Dziki elf opuścił róg o kilka cali i zwrócił się do ziomków krótko i stanowczo.

- Nie mogę - i nie chcę - wam rozkazywać. Każdy z Pierworodnych, który zechce 

zostać wśród naszych  szlachetnych  krewniaków, powinien to zrobić! Biegnijcie zatem ku 

miejskim   ścianom,   ku   stołom,   posadzkom   i   oknom...   które   na   resztę   życia   pozostaną 

granicami waszej wolności!

Podniósł róg i gdy tylko dotknął wargami ustnika, popłynęły tony niezwykłej melodii. 

Muzyka pomknęła w mrok nocy, niosąc dźwięki, jakich nie wydał przedtem żaden z rogów. 

W istocie była ta pieśń żałobna, jaką mogłoby śpiewać wielkie, wspaniałe stworzenie.

Takie jak smok.

Kagonos   zadął   potężnie   i   dźwięki   nabrały   mocy,   ogarniając   znieruchomiałych 

Pierworodnych   oraz   Domowych,   wśród   których   zapadła   nagle   grobowa   cisza.   Czy   i   oni 

słyszeli tę muzykę? Z pewnością mogli odczuć jej skutki. Silvanos z oczyma rozszerzonymi 

zachwytem  wyciągnął nawet dłoń, jakby pragnął zatrzymać  i dłużej napawać się każdym 

łagodnym i kojącym dźwiękiem.

Odnajdywacz   Ścieżek   grał,   nie   zastanawiając   się   wcale   i   nie   szukając   w   sercu 

odpowiedniej melodii. Nie wiedział nawet, skąd dobywały się dźwięki - muzyka rodziła się 

sama. Wydawało się, że róg tworzy ją bez udziału trąbacza.

Przerwał na chwilę, aby nabrać tchu, i dźwięki zamarły - ale Pierworodny natychmiast 

przytknął ponownie wargi do rogu. Zadął ponownie i dźwięk spotężniał, nabierając rytmu i 

tempa,   wspinając   się   od   tonów   niższych   do   coraz   wyższych,   jak   wyzwanie   ciśnięte   w 

gwiazdy. Nadal jednak nie był to dźwięk rogu.

Pieśń nie miała słów, mimo to malowała barwne obrazy przed oczyma  każdego z 

Pierworodnych.   Pierwsze   nutki   stworzyły   tło   z   drzew,   których   liście   cicho   szemrały   w 

powiewach wiatru. Gdzieś nie opodal perlił się wodospad, jego melodia zaś była tak czysta i 

rześka, że  każdy ze  słuchaczy odczuwał niemal  na swej  skórze chłodny deszcz  zimnych 

kropelek.

Potem   melodia   stała   się   wiatrem,   dmącym   wśród   podniebnych   przestworzy, 

śmigającym   nad   wyniosłymi   szczytami,   zaglądającym   w   bezdenne   przepaście...   i   zawsze 

znajdującym nowe, pełne cudów szlaki. Była to pieśń bezkresnej drogi, nieustannej wędrówki 

i wyborów, których nie ograniczały żadne granice, domy czy miasta.

background image

Kagonos   poczuł   dreszcz,   gdy   muzyka   spowiła   go   kokonem   łagodnego,   choć 

podniecającego   ciepła.   Poczuł   na   skórze   siateczkę   wojennej   farby,   która   obejmowała   go 

niczym niteczki płynnego wosku - i było to miłe uczucie. Ogarnięty zachwytem Kagonos 

opuścił róg i pojął, że nutki jego pieśni rozchodzą się coraz dalej, obejmując wszystkie elfy - 

szczególnie zaś Pierworodnych - delikatnym, niezapomnianym uściskiem.

Po   chwili,   porwany   rosnącą   mocą   dźwięku,   Odnajdywacz   Ścieżek   zamknął   obie 

dłonie na rogu, jakby był on jedyną kotwicą podczas burzy. Kagonos czuł się jak człowiek 

unoszony   coraz   potężniejszym   wichrem,   odrywającym   stopy   od   ziemi   i   przesłaniającym 

wzrok.

Co przeszkadzało mu widzieć? Wszędzie, gdzie spojrzał, widział jasną aurę, jakby 

otaczała go cienka powłoka ognia, zaćmiewająca mu pole widzenia. Po chwili jednak pojął, 

że płomienie są prawdziwe, że przenikają go na wylot - i że to on sam jest ich źródłem.

Zdumiony elf spojrzał na swą pierś i ujrzał liżące ją złote płomienie. Nie czuł żadnego 

bólu, jego zachwyt i zdumienie były zaś coraz głębsze. Stopniowo też pojął, że nie cała skóra 

mu gorzeje - ogień imał się tylko miejsc zabarwionych wojennymi malunkami.

Po chwili płomienie przygasły, a na jego ciele wystąpiły linie tatuażu. Kagonos ujrzał 

rysunek   sokoła   i   liścia   dębu,   należące   do   jego   wojennych   oznak.   Wizerunki   te   stały   się 

częścią   jego   samego,   bezboleśnie   wypaliły   się   na   jego   skórze   -   i   do   końca   życia   będą 

świadczyć, że jest członkiem ludu odrębnego od Elfów Domowych.

Ujrzał też, że płomienie nie zgasły całkowicie. Zawirowały wokół niego i uniosły w 

górę, gdzie na oczach zdumionych Pierworodnych utworzyły łuk, który opadł ku ziemi.

Barcalla   ruszył   pierwszy.   Wojownik   z   podniesioną   głową   poszedł   w   stronę   łuku. 

Malowidło na jego skórze natychmiast zapłonęło żywym ogniem, a płomyki łuku frunęły w 

górę   niczym   nutki   Koźlego   Rogu.   Zaraz   też   ruszyli   pozostali   członkowie   plemienia, 

dwójkami i trójkami, potem zaś ku łukowi ruszyła zwarta kolumna - i wszyscy szli w objęcia 

płomieni.

Gdy   przygasł   blask   otaczający   Barcallę,   Kagonos   zobaczył,   że   wódz   również   ma 

wypalony na skórze tatuaż  - odpowiadający jego wojennym  rysunkom. Płomienie  otulały 

każdego   wkraczającego   pod   ognisty   łuk   wolnego   elfa.   Zostawiały   na   jego   skórze   trwałe 

znaki,   wskazujące   pozostałym   mieszkańcom   Krynnu,   że   mają   do   czynienia   z   członkiem 

leśnego plemienia, które unika zamknięcia w miejskich ścianach. Kagonos wiedział już, że 

nawet jeśli powstaną kolejne narody Elfów Domowych, jeśli Balif założy na wschodzie swoje 

królestwo, jeśli inne klany ruszą zamieszkać wśród gór Kharolis na zachodzie, dzikie elfy 

pozostaną wolne i niezależne.

background image

Elfy Silvanesti usunęły się na bok, przepuszczając Kagonosa. Odnajdywacz Ścieżek 

spojrzał   na   Silvanosa   i   nie   zobaczył   w   nim   wroga   -   równocześnie   też   zrozumiał,   że 

przywódca   Domowych   nie   ma   już   żadnej   władzy   ani   nad   nim,   ani   nad   żadnym   z   jego 

wolnych współplemieńców.

- Idź więc, Kagonosie, swoją drogą - powiedział patriarcha spokojnie i nawet w tej 

chwili moc jego głosu ujęła Pierworodnego, zmuszając do posłuchu. - Dokonałeś wyboru i 

muszę zaufać twojej mądrości. Poprowadź swoich towarzyszy jako członków jednego klanu - 

stajecie się bowiem plemieniem większym, niż byliście przedtem. Od tej chwili przestajecie 

być Pierworodnymi. W naszych pieśniach będziemy zwać was Kagonesti - i zawsze uznawać 

za swych krewniaków.

Nazwa jest dobra, pomyślał Odnajdywacz Ścieżek, choć jej znaczenie przeszyło go 

dreszczem. Jeśli do tej pory nie w pełni pojmował znaczenie swojej decyzji, słowa Silvanosa 

uświadomiły mu jej nieodwracalność.

Z uniesioną dumnie głową, z toporem na ramieniu i przytroczonym do boku rogiem, 

Kagonos czuł miłe ciepło, którego źródłem był  pokrywający skórę tatuaż. Zwrócił się ku 

północy, gdzie na tle nieba widać było zwieńczony trzema szczytami łańcuch wzgórz.

I powiódł swój lud ku tym wzgórzom... i rozciągającym się za nimi puszczom.

background image

CZĘŚĆ 2

ASHTAWAY

1019 PK (Trzecia Smocza Wojna)

Puszcze środkowego Ansalonu

background image

Rozdział 9 - Ogień i gniew

Pośród cienistych krzewów zadrżały punkciki, które mogły być czarnym tatuażem na 

brązowej skórze. Bystry obserwator mógłby złożyć z nich nawet jakiś kształt - lecz musiałby 

mocno wytężyć wzrok, a w tym czasie tajemnicza sylwetka niepostrzeżenie przemknęłaby 

dalej.

Ashtaway bezszelestnie przekradał się wśród gęstego lasu. Elf Kagonesti spojrzał w 

górę   ku   porośniętym   drzewami   grzbietom   otaczających   go   gór   i   skalistym,   granitowym 

turniom zamykającym niżej położone kotliny. Jego skóra, pokryta ciemnym tatuażem, niemal 

zlewała się barwą z listowiem krzewów - elf był prawie częścią puszczy. Polował jednak od 

trzech dni i mocno irytowało go, że musi wracać do wioski z pustymi rękoma.

W   rzeczy   samej   w   kotlinach   nie   spostrzegł   najdrobniejszego   śladu   zwierzyny   - 

żadnych odciśniętych w błocie tropów ani trawy wygniecionej w miejscu, gdzie wylegiwała 

się łania z jelonkiem.., nie znalazł śladów nawet przy wodopojach nad brzegami licznych 

strumieni. Potrząsając głową, postanowił wedrzeć się wyżej, licząc na to, iż rozciągające się z 

gór widoki pozwolą mu coś dostrzec, zobaczyć cokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć, 

gdzie podziała się zwierzyna.

Te skaliste, leżące u podnóża gór Khalkist wzgórza były łowieckimi terenami jego 

plemienia od dwóch tysięcy lat - to znaczy od czasów, kiedy Kagonestyjczycy wzięli rozbrat 

z Elfami Silvanosa podczas Wielkiego Rozdziału Plemion. Od tamtej też pory wojownicy 

wolnych   elfów   zaczęli   tatuować   skórę   czarnym   tuszem   -   na   znak   swej   odrębności   od 

cywilizowanych krewniaków. Ash na lewym policzku i skroni miał wytatuowany znak liścia, 

obejmujący jego lewe oko, na jego piersi zaś rozpościerał skrzydła pyszny sokół. Główną 

broń wojownika stanowiły mocny łuk, kołczan pełen strzał i przewieszony przez plecy topór 

o długim drzewcu.

Dziki elf dotarł do wylotu wypełnionego niemal całkowicie piargami jaru i ruszył pod 

górę, chwytając gałęzie krzepkimi,  szczupłymi  dłońmi  i nieomylnie  znajdując obutymi  w 

mokasyny   stopami   te   kamienie,   które   nie   osuwały   się   i   dawały   mocne   oparcie   podczas 

wspinaczki. Przełożywszy łuk przez plecy, Ashtaway sunął pod górę z tą samą płynnością i 

gracją, z jaką przemykał wśród leśnego poszycia.

Najwyższą część jaru blokowała skalna ściana wysoka może na trzydzieści stóp - i elf 

nieznacznie zwolnił tempo wspinaczki. Nie zatrzymując się Ash zaczął piąć się po stromej 

background image

ścianie, chwytając palcami występy skalne i wciskając stopy w szczeliny niekiedy nie szersze 

od cala.

Dotarłszy do wierzchołka  wzgórza, ruszył  ponownie lasem - o znacznie  rzadszym 

jednak   poszyciu   -   lecz   mimo   rozleglejszego   widoku   wciąż   nie   spostrzegał   nigdzie   śladu 

zwierzyny godnej stalowych grotów jego strzał. Przemykał przez zalane promieniami słońca 

górskie łąki, ale nie widział saren czy dzików. Żaden łoś nie brodził wśród podmokłych traw, 

nad   głową   nie   słyszał   też   łopotu   skrzydeł   dzikich   gęsi   i   kaczek,   które   o   tej   porze   roku 

powinny przecież ciągnąć na północ.

Pomyślał o Hammanie i poczuł wstyd - dałby wiele za to, aby wkroczyć do obozu ze 

zwierzyną   na   ramieniu   i   widzieć,   jak   podczas   uczty   jej   oczy   rozbłyskują   podziwem. 

Odnajdywacz   Ścieżek   Iydaway   zagrałby   na   swym   rogu,   ogłaszając   łowiecki   sukces 

Ashtawaya. Być może jutro zgodziłaby się na przechadzkę wokół jeziora - wiedział, że nic 

nie byłoby dlań milsze niż kilka godzin spędzonych w towarzystwie pogodnej, łagodnej elfiej 

panny.

Choć   młodsza   od   Ashtawaya   o   kilka   dziesięcioleci,   Hammana   wykazała   się   już 

wielkimi zdolnościami jako uzdrowicielka, której sztuka zasłynęła wśród czterech plemion. 

Jej ojcem był Wallaki, szaman elfów Kagonesti z klanu Błękitnego Jeziora i córka dzieliła z 

nim   jego   kapłańskie   obowiązki.   Dzięki   swym   wrodzonym   talentom   potrafiła   ulżyć 

cierpieniom niezliczonych  wolnych elfów, którzy padali ofiarami chorób, ran i skaleczeń. 

Pomimo swej młodości Hammana była nad wiek dojrzała, poruszała się też z gracją, jakiej 

mogłyby pozazdrościć jej pozostałe kobiety z plemienia - i serce Ashtawaya biło szybciej, 

gdy łowca przypominał sobie jej nieskazitelną, łagodną urodę.

Hammana w istocie byłaby dumna, gdyby przyniósł sarnę czy dzika - ale przecież to 

nie durna nadawała jej oczom ów tajemniczy, pełen powabu błysk. Ashtaway liczył skrycie 

na to, iż dziewczyna żywi dlań i inne uczucie - i podczas ostatnich kilku pór roku zaczął 

wierzyć,  że tak  jest w  istocie.  Uczucie  to istniało  naprawdę - i rozwijało  się wolno,  ale 

nieustannie... z czego dziewczyna zaczynała sobie zdawać sprawę.

Nagły dreszcz  niepokoju wstrząsnął  ramionami  leśnego elfa  i  po raz pierwszy od 

kilkunastu godzin Ashtaway zamarł w bezruchu.

Rozejrzał   się   wokół,   uważnie   lustrując   wzrokiem   strome   urwiska,   które 

majestatycznie   wznosiły   się   pośród   lasów.   Coś   niewidzialnego,   potężnego   i   złowrogiego 

zamierzało zakłócić spokój tego miejsca. Ashtaway podejrzewał, że zna naturę zagrożenia... i 

poczuł strach.

background image

Stał na szczycie granitowego urwiska, wznoszącego się nad jedną z przepaści, kryjąc 

się wśród gęstego poszycia i wielkich głazów. Znał dobrze to miejsce - szczyt urwiska był 

jednym z jego ulubionych punktów obserwacyjnych, od czasu, kiedy odkrył go niemal sto lat 

temu. Kagonestyjczyk przykucnął i zaczął badać wzrokiem dno rozciągającej się pod nim 

doliny   -   i   prawie   natychmiast   spostrzegł   błysk   słońca,   odbijający   się   od   metalu.   Nie 

poruszywszy   się   nawet,   obserwował   szereg   zbrojnych   jeźdźców,   którzy   niespiesznie 

wjeżdżali   w   dolinę.   Niejednokrotnie   znikali   mu   z   oczu,   kiedy   skrywały   ich   wierzchołki 

drzew, ale równie często wyłaniali się, przecinając jakąś polanę lub okrążając skalisty brzeg 

jeziora - wolny elf miał więc dość czasu, aby przyjrzeć się intruzom.

Bardzo interesowali go ci ludzie, przypomniawszy sobie jednak ów przejmujący go 

niedawno   dreszcz,   zrozumiał,   że   nie   oni   byli   powodem   niepokoju   puszczy.   Mimo   to 

zasługiwali na baczną uwagę. Wszyscy mieli na sobie metalową odzież i dosiadali rumaków 

znacznie roślejszych  niż te, które dotąd widywał Ashtaway.  Człowiek jadący na przedzie 

dzierżył proporzec z godłem czerwonej róży.

Ashtaway   domyślał   się,   że   oto   ujrzał   Rycerzy   Solamnijskich.   Podczas   rzadkich 

kontaktów z Qualinestyjczykami usłyszał kiedyś o tych rycerzach i ze zdziwieniem odkrył, że 

nawet dumne i długowieczne Elfy Domowe wyrażały się o tych ludziach nie bez szacunku i 

podziwu. Opowieści o ich karności, dzielności i oddaniu sprawie dobra wywarły wrażenie i 

na   młodym   wojowniku   Kagonesti,   teraz   więc,   gdy  trafiła   się   okazja,   aby   obejrzeć   sobie 

zbrojnych jeźdźców, wolny elf zajął się tym z całą nabytą w leśnym życiu biegłością.

Oczywiście ludzie w zasadzie byli wrogami jego plemienia. Ash nigdy osobiście z 

nimi nie walczył, lecz od setek lat starsi wojownicy uporczywie im się przeciwstawiali - 

zwłaszcza tym, którzy usiłowali osiedlić się wśród lasów lub przeprowadzić przez nie drogi. 

Wielu ludzi padło od strzał wolnych elfów, niejeden też współplemieniec Ashtawaya zginął 

cięty stalowym ostrzem ludzkiego miecza.

Ash zastanawiał się, co też przywiodło ludzi w tę dzicz. Kolumna jeźdźców liczyła 

sobie kilkudziesięciu zbrojnych, każdy zaś dosiadał konia nie ustępującego wagą łosiowi. 

Obleczeni   metalem   -   jedynym   wyjątkiem   były   odsłaniające   twarze   przyłbice   -   musieli 

dotkliwie odczuwać upał. Żaden jednak się nie uskarżał i utrzymywali niezmienne tempo 

marszu.

Kagonestyjczyk   ponownie   poczuł   ukłucie   niepokoju,   lecz   teraz   rozpoznał   groźbę. 

Ashtaway spojrzał na niebo, ku odległej linii horyzontu. 

Pierwszą   konkretną   oznaką   zbliżającego   się   niebezpieczeństwa   był   cień,   który 

pomykał  po ziemi i gasił połyski plam słonecznych tam, gdzie powinny być tylko cienie 

background image

chmur.  Spojrzawszy w górę, Ashtaway zobaczył  parę młodych  czerwonych  smoków, nie 

największych,   ale   dostatecznie   wielkich,   aby   budzić   przerażenie.   Elf   domyślił   się,   że 

jaszczury szukały rycerzy - smoki leciały wprost na grupkę jeźdźców.

Patrzył zafascynowany, obserwując zbliżanie się obu smoków. Rycerze nie spostrzegli 

jeszcze zagrożenia - fakt ów mógł wystawić na ciężką próbę ich sprawność, starcie bowiem 

miało   być   niespodziewane,   nieuniknione   i   skrajnie   niebezpieczne.   Gdy   grupa   dotarła   do 

skraju   rozległej   i   podmokłej   polany,   elf   pojął,   że   przeciwnicy   wkrótce   odkryją   swoją 

obecność.

Dziki elf poznał już grozę smoczego strachu i spodziewał się, że gdy rycerze ujrzą 

jaszczury, pospadają z siodeł, wijąc się z przerażenia, a purpurowi wrogowie runą z góry na 

bezsilnych i nie broniących się ludzi.

Oczywiście,  gdyby  ofiarami   ataku   smoków  mieli  być  Kagonestyjczycy,   Ashtaway 

ostrzegłby   ich   przed   niebezpieczeństwem.   Zacząłby   krzyczeć,   miotać   kamieniami   albo 

wymachiwać połyskliwym ostrzem topora.

Ponieważ   jeźdźcy   byli   tylko   ludźmi,   myśliwy   postanowił   po   prostu   poczekać   i 

zobaczyć, co się stanie. Zgodnie z jego przewidywaniami nie trzeba było długo czekać, aby 

rycerze i smoki spostrzegli swą obecność. Skrzecząc tryumfalnie, obie bestie stuliły skrzydła i 

runęły w dół.

Ashtaway zwrócił wzrok na rycerzy mniemając, iż pospadają z siodeł lub rzucą się do 

panicznej ucieczki. Ku jego niepomiernemu zdziwieniu ludzie zareagowali zupełnie inaczej. 

Pierwszy, który spostrzegł przeciwników, krzyknął coś rozkazująco donośnym głosem - w 

rzeczy samej okrzyk dotarł i do elfa, który zdumiał się, nie słysząc w głosie człowieka żadnej 

paniki.

Rycerze natychmiast rozproszyli się, każdy z nich po- mknął poszukać schronienia 

pod rzadko rosnącymi tu drzewami. Pierwszy ze smoków, skrzeczący tryumfalnie, był już 

blisko   -   i   wtedy   w   powietrzu   błysnęły   srebrzyste   igiełki   pocisków.   Niektórzy   z   rycerzy 

uzbrojeni byli w kusze i teraz z niezwykłą szybkością i celnością posłali bełty na spotkanie 

nurkującej   bestii.   Jaszczur   wrzasnął   z   bólu   i   rozwinął   skrzydła,   aby   umknąć   w   bok. 

Niezgrabnie polatując, wylądował pośrodku podmokłej polany, rozbryzgując błotnistą wodę.

Drugi smok, większy od swego towarzysza, wydał ryk pełen wściekłości. Rozwarłszy 

potężne szczęki, rzygnął kulą ognia - i Ashtaway poczuł dreszcz współczucia, gdy zobaczył, 

że płomienie ogarniają kilkanaście drzew... wraz z kryjącymi się pod nimi jeźdźcami.

Gdy smok wylądował na otwartej przestrzeni pomiędzy drzewami, kilkunastu rycerzy, 

ignorując krzyki konających towarzyszy,  ruszyło na niego z pochylonymi kopiami. Bestia 

background image

szponiastą łapą zmiażdżyła jednego z napastników, spopielając kilku innych kolejną ognistą 

strugą. W tejże samej jednak chwili kilka grotów kopii przeszyło boki smoka – i jaszczur 

zaskrzeczał   z   bólu.   Szarpnął   w   tył,   chcąc   się   uwolnić,   i   zaczął   rozpaczliwie   łopotać 

skrzydłami - rycerze zaś nieubłaganie napierali na drzewce kopii.

Kilku ludzi dobyło mieczy i zaczęli siec boki bestii. Ash nie bez podziwu odnotował 

w pamięci siłę tych ciosów. Obserwował, jak stalowe ostrza zagłębiają się w łuskowatym 

cielsku.   Krew   trysnęła   z   ran,   a   smok   ryczał   przeraźliwie   i   wił   się   pośród   niemal   tuzina 

martwych wrogów.

Usiłował jeszcze podnieść łeb i porazić wrogów ogniem, wtedy jednak pozostali przy 

życiu rycerze dopadli go z bliska i zaczęli siec po wyciągniętej szyi. Jeden z nich, dzierżący 

potężny, dwuręczny miecz o złotej rękojeści, odrzucił precz ostrożność i stanął przed wijącym 

się wściekle jaszczurem. Zebrawszy wszystkie siły, wbił miecz w pokrytą łuskami pierś i 

przeszył   ostrzem   gorejące   zapiekłą   wrogością   serce.   Bestia   wspięła   się   na   tylne   łapy   i 

wstrząsana   przedśmiertnymi   drgawkami   runęła   do   przodu.   Przeraźliwy   wrzask   smoka 

zakończył się okropnym charkotem, gdy bydlę skonało - pogrzebawszy pod swym cielskiem 

śmiałka, który zadał mu śmiertelny cios.

Podczas   tej   walki   drugi   smok   szamotał   się   w   błocku,   rozpaczliwie   trzepocząc 

skrzydłami i drapiąc pazurami ziemię. W jego prawym skrzydle tkwiło wiele strzał - które 

patrzącemu z daleka Ashtawayowi wydawały się nie większe od igiełek. Oczywiste było, że 

rycerze znali efekty skupiania strzał - co też czynili z niemałym powodzeniem - bestia była 

ranna   i   nie   mogła   wzbić   się   w   powietrze.   Kagonestyjczyk   zorientował   się,   podziwiając 

przemyślność ludzi, że uszkodzenie jednego skrzydła było równie skuteczne - a i znacznie 

łatwiejsze - jak poszarpanie obu.

Purpurowy   stwór   wciąż   jednak   mógł   ziać   ogniem   -   i   gdy   jego   towarzysz   padł 

przeszyty ostrzem miecza, ocalały smok rzygnął płomieniami. Z szeroko rozwartych szczęk 

trysnęła jedna, potem druga i trzecia smuga ognia, które spopieliły pozostałych rycerzy, gdy 

ci mężnie zwrócili się ku nowemu przeciwnikowi. Nawet w obliczu niechybnej śmierci ludzie 

nie stracili ducha - żaden nie cisnął broni i nie rzucił się do daremnej ucieczki.

Przejęty grozą Ashtaway obserwował, jak ocalały smok, wlokąc po ziemi przeszyte 

bełtami skrzydło, poczołgał się ku puszczy i zniknął między drzewami. Dziki elf pozostał bez 

ruchu, dopóki ostatnie błyski czerwonych łusek nie skryły się wśród liści.

W końcu opuścił skraj urwiska, choć nie skierował się ku swej wiosce. Omijając pole 

niedawnej potyczki, ruszył ku wzgórzom. Przez cały czas odtwarzał w pamięci wszystkie 

fragmenty bitwy. Wydana smokom przez rycerstwo bitwa była aktem największej odwagi, 

background image

jakiej był świadkiem. Co więcej - fakt, iż takim bohaterstwem wykazali się ludzie, zmusił go 

do ponownego przeglądu dotychczasowych wierzeń i uprzedzeń - najwidoczniej krótkie życie 

nie jest równoznaczne tchórzostwu i podłości.

Niespodziewanie w uszy Ashtawaya wdarł się dźwięk, pod wpływem którego ciało 

elfa przeszył dreszcz podniecenia i radości. Po krótkiej chwili dźwięk ów się powtórzył i tym 

razem łowca rozpoznał w nim odległy głos rogu - którego pieśń była nad wyraz niezwykła i 

słodka.

Przypomniał   sobie   po   trzykroć   zwinięty   Koźli   Róg,   w   który   podczas   ważnych 

ceremonii   plemiennych   dął   jego   wuj,   Odnajdywacz   Ścieżek   Iydaway.   Odległy   dźwięk 

brzmiał podobnie, choć znacznie potężniej, był głębszy i bogatszy w odcienie. Pomimo dużej 

odległości coś szepnęło elfowi, że owa pieśń była przeznaczona dla niego... i tylko dla niego.

Zastanawiając się nad powodem wezwania, zaczął biec ku źródłu dźwięku.

background image

Rozdział 10 - Lectral

Ashtaway   biegł   niezmordowanie,   przebiegając   ukwiecone   łąki   i   ocienione   szlaki 

puszczańskie.  Niczym  sarna  przeskakiwał  płytkie  strumienie,  znacznie  wolniej  przemykał 

wśród gąszczy, tam zaś, gdzie poszycie było rzadsze, śmigał z iście oszałamiającą prędkością. 

Biegł tak kilka godzin, podczas których nie myślał o czasie - całe jego jestestwo przeszywało 

radosne podniecenie.

Wreszcie zwolnił. Wyostrzone w puszczy zmysły nagle go zaalarmowały.  Biegnąc 

truchtem,   zbliżył   się   do   brzegu   leśnej   ścieżki,   którą   sarny   chadzały   do   wodopoju,   i   tam 

przystanął, aby wsłuchać się w otaczającą go ciszę.

Natychmiast usłyszał tupot innych stóp, które przemierzały szlak - nie biegły jednak 

tak cicho jak łowca Kagonesti. Ash przykucnął i wtopił się w poszycie obok ścieżki. Ktoś 

jeszcze biegł jego tropem - ktoś, kto, jeśli sądzić po odgłosie kroków, poruszał się szybko i z 

wdziękiem.

Nagle zza zakrętu wyłoniła się biegnąca postać i serce Ashtawaya zadrżało z radości, 

rozpoznał   bowiem   Hammanę.   Smukłe   ciało   elfiej   dziewczyny   odziane   było   w   suknię   z 

miękkiej, sarniej skóry. Czarne włosy Hammana zwykle wiązała w gruby warkocz i zwieszała 

go z ramienia - ale teraz powiewał za biegnącą niczym czarna smuga. Obszywane paciorkami 

mokasyny  migały w pędzie,  czyniąc  niewiele  hałasu - kobiety Kagonestyjczyków  prawie 

dorównywały mężczyznom w puszczańskiej sprawności i zaradności.

Była jednak uzdrowicielką, nie wojowniczką, dlatego nie posiadła niezbędnej łowcom 

czujności. Jasne oczy dziewczyny patrzyły na ziemię, gdy biegła ku Ashtawayowi.

Gdy   zbliżyła   się   na   kilkanaście   kroków,   myśliwy   wystąpił   spomiędzy   krzewów   i 

zawołał imię młodej uzdrowicielki, starając się jej nie przestraszyć. Dziewczyna zatrzymała 

się raptownie, westchnęła i przyłożyła dłoń do ust - Ash odniósł wrażenie, że ukryła w ten 

sposób niespodziewany uśmieszek. Najwyraźniej była rada nagłemu spotkaniu!

- Witaj, wojowniku - powitała go formalnie. Potem zmarszczyła brwi. - Czy i ty to 

słyszałeś?

- Róg? Właśnie spieszę, aby odnaleźć źródło sygnału.

- Usłyszałam wezwanie i musiałam postąpić tak samo. Jak sądzisz, co to znaczy?

Hammana   podeszła   bliżej   i   Ashtawaya   ponownie   poraziła   jej   piękność   i 

niewymuszony   wdzięk.   Od   dzieciństwa   była   pewna   siebie,   co   wywierało   na   nim   spore 

wrażenie. Być może powodem tego, że nie brakowało jej śmiałości jak innym elfim pannom, 

background image

był fakt, iż bogowie obdarzyli dziewczynę niebanalnym darem uzdrawiania. Ashtaway często 

obserwował ją ukradkiem w wiosce, niekiedy nawet zakradał się za nią, gdy udawała się nad 

podmokłe   brzegi   Błękitnego   Jeziora,   aby   zakładać   tam   sieci.   Kilkakrotne   wspólne 

przechadzki nad jeziorem pozostawiły niezatarte wrażenia w sercu młodego wojownika.

Teraz   los   złączył   ich,   każąc   podążać   ku   źródłu   tajemniczego   dźwięku   -   fakt   ten 

podniecał   i   jednocześnie   peszył   Ashtawaya.   Był   to   znak   przeznaczenia   -   wskazywał,   iż 

przeznaczone   jest   im   być   razem.   Dopiero   gdy   Ashtaway   poukładał   sobie   w   głowie   to 

wszystko, przypomniał sobie jej pytanie.

- To... to przypominało nieco brzmienie Koźlego Rogu... albo jego większej wersji - 

podsunął. - Wiele razy słyszałem, jak grał na nim mój wuj.

- Ja również słyszałam - zauważyła dziewczyna. - Ale ten dźwięk nie przypominał mi 

pieśni naszego Odnajdywacza Ścieżek.

- Gdzie to usłyszałaś?

-   Nad   jeziorem.   Byli   ze   mną   inni   rybacy,   ale   żaden   z   nich   niczego   nie   usłyszał. 

Pytałam.

- Więc tylko ty... i ja - powiedział poważnie, bo znaczenie tego faktu nie umknęło ani 

jemu, ani jej.

Chciała go o coś spytać, ale nagle, gdy oboje wypadli zza zakrętu, dziewczyna stanęła 

jak wryta i słowa zamarły jej w ustach.

Ashtaway również przystanął, postąpił krok do przodu i zasłonił sobą dziewczynę. 

Przed   nimi   otwierała   się   spora   polana,   za   którą   widać   było   mroczne,   strzelające   w   górę 

urwisko. Na środku polany leżało zwinięte w kłąb wielkie stworzenie i Ashtaway zamarł w 

podziwie.

Srebrne łuski stworu połyskiwały w słońcu, choć w wielu miejscach były paskudnie 

poszarpane krwawiącymi ranami i oparzelinami. Jedno srebrzyste skrzydło rozciągało się na 

trawie,   drugie   -   wykręcone   brzydko   -   wielki   smok   tulił   do   swego   boku.   Wężowa   szyja 

złożona   była   w   krąg,   tak   że   stworzenie   zwróciło   w   ich   stronę   szeroką   paszczę   -   obie 

srebrzyste powieki były jednak przymknięte.

Smok był  wielki - większy niż czerwone, które Ashtaway widział niedawno - ale 

okropnie   poraniony.   W   pierwszej   chwili   elf   pomyślał,   iż   jaszczur   nie   żyje,   ale   potem 

spostrzegł rytmiczne pulsowanie pokrytego ranami boku.

- Spójrz! - szepnęła Hammana drżącym  głosem.  - Zobacz, co trzyma  w przedniej 

łapie!

Ashtaway ostrożnie zbliżył się, aby obejrzeć trzymany przez smoka przedmiot.

background image

- Wygląda jak Koźli Róg! - odparł. - Albo jest bardzo do niego podobny.

- Tak, ale to nie jest nasz róg plemienny. Spójrz, zwija się w przeciwnym kierunku.., 

jakby pochodził z głowy tego samego kozła, tylko z drugiej strony!

Spojrzeli na siebie ze zdumieniem. Legenda tamtego Koźlego Rogu stała się częścią 

dziedzictwa oraz tradycji Kagonesti i oboje dobrze ją znali. Swego czasu Darlantan powierzył 

potężny   talizman   Ojcu   Elfów   Kagonesti,   zapewniając   go   równocześnie,   że   drugi   róg 

pozostanie przy srebrnych smokach. Podczas tuzina stuleci, jakie minęły od tamtej pory, ani 

razu   jednak   nie   słyszano   jego   dźwięku...   i   Kagonestyjczycy   zaczęli   myśleć   o   nim   jak   o 

kolejnej legendzie.

- To ów drugi Koźli Róg. Opowieści są prawdziwe - szepnęła Hammana, podchodząc 

do Ashtawaya i biorąc go za rękę. Dotknięcie przepełniło go radością i przez chwilę myślał 

tylko o owym cudzie, a nie o niebezpieczeństwie.

- Czy ten smok jeszcze żyje?

- Owszem,  żyję,  ale dzięki  za troskę. - Słowa dobywały się z wielkiej  paszczy z 

trudem, wargi smoka ledwie drgnęły.

Hammana podbiegła i klęknęła obok smoczej głowy, ostrożniejszy Ashtaway podszedł 

nieco wolniej.

- Wezwałeś nas i oto jesteśmy! W czym możemy ci pomóc? - spytała dziewczyna, 

głaszcząc dłońmi potężny pysk.

- Kim jesteś? - spytał elfi wojownik, przysiadając na piętach obok smoczej głowy.

- Moi współplemieńcy zwą mnie Lectral... i byłbym rad, gdybyście nazywali mnie tak 

samo. - Smok skłonił głowę, jakby się przedstawiał. - Czy wy jesteście wolnymi elfami?

- Ja jestem Hammana, a to Ashtaway, wielki wojownik.

- Wielki wojownik... z elfów Kagonesti. Jestem zaszczycony.

-   Moja   przyjaciółka   jest   aż   nazbyt   uprzejma   -   oznajmił   Ashtaway,   potrząsając   z 

zakłopotaniem   głową.   -   Dopiero   niedawno   zwinąłem   swe   tatuaże   w   spiralę...   a   moim 

wyczynom daleko do legendarnych.

W rzeczy samej, choć Ash brał udział w wyprawach wojennych przeciwko ludziom i 

Elfom Domowym, jak do tej pory zabił jedynie kilka bakali - złych stworów, które niekiedy 

podejmowały próby penetracji lasów Kagonesti. Dzikie elfy zabijały bakale, gdziekolwiek się 

na nie natknęły. Myśliwy doskonale radził sobie w boju - wśród członków plemienia jednakże 

nie brakło śmiałków, którzy zasłużyli na znacznie większe wojenne honory i zaszczyty.

background image

- Może nie jesteś jeszcze w legendzie, ale z pewnością w niej będziesz - rzekł smok, 

wzruszając barkami, jakby stwierdzał fakt, a nie przepowiadał przyszłość. Ashtaway poczuł 

dreszcz podniecenia i... głębokiego zdumienia.

-   Kto   cię   poranił?   -   spytał   z   troską   i   takim   tonem,   jakby   zamierzał   natychmiast 

pomścić napaść na smoka.

- Nie dalej niż przed dwoma dniami napadły mnie cztery czerwone smoki. Zabiłem 

dwa... ale obawiam się, że pozostała dwójka wyszła ze starcia w stanie lepszym od mojego. 

Te zastanawiające... musiały się gdzieś spieszyć, bo zostawiły mnie rannego, chociaż bez 

trudu mogły dokończyć dzieła.

- Czy jesteś ciężko ranny? Obrażenia wyglądają po. ważnie - stwierdziła Hammana.

- Sporo czasu upłynie, zanim ponownie wzbiję się w po wietrze. - Smok spróbował 

poruszyć uszkodzonym prawym skrzydłem, lecz skórzasta błona ledwie drgnęła. - Obawiam 

się też, że niektóre z tych ukąszeń zaczynają ropieć.

-   Hammana   jest   uzdrowicielką   o   wielkiej   wiedzy   i   umiejętnościach   -   rzucił 

pospiesznie wojownik. Odwrócił się ku kobiecie. - Dasz radę mu pomóc?

- Potrzebny mi ił na okłady... i przynieś mi pasma kory młodego świerku. Przy ścieżce 

widziałam trochę grzybów... zaraz kilka zbiorę... i chyba czuję zapach liliowców. Też się 

przydadzą.

Opuszczając smoka, oboje przez pewien czas przeszukiwali gaj, zbierając to, czego 

potrzebowała   Hammana.   Podczas   tych   poszukiwań   Ashtaway   odkrył   suchą,   obszerną 

jaskinię. Wrócił pospiesznie do Lectrala, który kulejąc poczłapał za wojownikiem ku skałom.

- Nada się niezgorzej - przyznał srebrny smok.

W jaskini odnalazła ich Hammana, niosąca całe naręcze ziół i bulwiastych korzeni. 

Ash rozniecił niewielkie ognisko - niektóre zioła trzeba było zaparzyć - i dziewczyna zaczęła 

przykładać balsamy z iłu i ziół na okaleczenia smoka.

- Sprawiasz mi wielką ulgę - przyznał Lectral, wyginając szyję tak, aby maść lepiej 

wnikała w rany. - A teraz nie pogardziłbym sarną lub jakimś warchlakiem...

Zawstydzony   niemożnością   zaspokojenia   głodu   smoka,   Ashtaway   pokręcił   z 

rezygnacją głową.

- Kiepski to czas na łowy. Zanim usłyszałem twój róg, przez trzy dni przemykałem 

wśród lasów i nie natknąłem się nawet na tropy...

-   Wojna...   -   Lectral   wzruszył   barkami.   -   Gdy   w   powietrzu   krążą   smoki,   leśne 

stworzenia muszą nauczyć się ) ostrożności... mam na myśli te, którym uda się przeżyć.

background image

-   Nie   inaczej.   Smoki   latają   niżej   niż   kiedykolwiek   przedtem   -   dodał   Ash.   Opisał 

potyczkę,   której   był   świadkiem,   nie   omieszkał   przy   tym   podać   każdego   szczegółu   ataku 

smoków i opisać bohaterskiej obrony garstki rycerzy. - Mówiłeś, że walczyłeś z czterema i 

zabiłeś dwa. Może widziałem te, które ci uszły.

Lectral zachował milczenie aż do końca opowieści.

- To wieści z jednej strony dobre, z drugiej złe - odezwał się z namysłem srebrny 

jaszczur, gdy Ashtaway skończył swą opowieść.

- Rozumiem, dlaczego są złe... ale jakim sposobem mogą jednocześnie być dobre? - 

zdumiał się elf.

- Wysyłanie zwiadowców na tak odległe południe jest oznaką, że Królowa Ciemności 

popada   w   desperację.   Jej   armie   od   dawna   tkwią   w   miejscu   na   równinach   Solamnii   i   u 

podnóża gór Kharolis... być może Królowa zaczyna wątpić w zwycięstwo. Musi zetrzeć siły 

Paladine’a skupione wokół Palanthas, lecz dopóki jej oddziały nie przekroczą tamtych gór, 

nie poradzi sobie z rycerstwem.

-   Słyszałem   o   tych   górach,   wiem   jednak,   że   są   okropnie   daleko,   za   rozległymi 

równinami Vingaardu... - mruknął Ash sceptycznie. - Jakie znaczenie dla nas, elfów żyjących 

w tutejszych puszczach, mają tamte potyczki?

- Jest  pewien  wojownik...  rycerz  zwany Humą.   Opowiadają,  że  dzięki   niemu  siły 

Paladine’a może zdołają pokonać Takhisis i odzyskać Solamnię. Te wieści dotarły pewnie i 

do Królowej Ciemności - i musiała poczuć obawę. Ponieważ rycerstwo trzyma jej armie w 

szachu, z pewnością poszuka innego sposobu, aby ugodzić wojowników Paladine’a.

-   Z   pewnością   nie   znajdzie   szlaku   przez   te   południowe   puszcze.   Dalej   zaś   leży 

Silvanesti.

- Być może nie zamierza atakować, tylko się broni... i o to właśnie idzie gra - podsunął 

Lectral.

-   Broni   się?   Przed   kim?   Przed   nami,   Kagonestyjczykami?   A   może   boi   się,   że   te 

aroganckie Elfy Domowe zwrócą wreszcie uwagę na tę wojnę i ruszą do boju? - Sarkazm w 

głosie Ashtawaya był miarą jego wiary w taki obrót spraw.

- Wątpię, aby obawiała się elfów. Wie, że jeśli zostawi ich w spokoju, nie będą jej 

przeszkadzali w atakach na królestwa i krainy zamieszkane przez ludzi. Jakkolwiek sprawy 

się mają, jej wojska są mocno wyczerpane, brak im uzbrojenia i Takhisis musi podjąć pewne 

działania i zabezpieczyć swą bazę zaopatrzeniową w Sanction.

- Widziałem  Sanction  ze szczytów  gór. Doliny pełne  dymów,  paskudne miejsce - 

dlaczego ona strzeże go tak pilnie?

background image

Srebrny smok milczał przez chwilę i zbierał myśli. Ash czekał, dopóki jego towarzysz 

nie przemówił ponownie.

-   Dzieje   się   tak   z   dwóch   powodów.   Sanction   jest   miejscem,   gdzie   wybudowano 

wielkie kuźnie i huty... tam wytapia się stal na oręż dla całej smoczej armii. Bez tego oręża 

wojna utknie w martwym punkcie. Armie Takhisis poniosły znaczne straty, wiadomo też, iż 

jej niewolnicy pracują dniem i nocą przy kuciu nowej broni, aby uzupełnić oręż porzucony w 

panice przez jej wojowników. Całą tę pracę wykonuje się w Sanction. Zebrano tam wielkie 

ilości węgla, a także zapasy rudy żelaznej i niklu - z tych zaś wytapia się stal. Jeśli Królowa 

utraciłaby Sanction, jej armie pozostałyby bez dostaw nowej broni - bez której Takhisis nie 

może   myśleć   o   przechyleniu   szali   powodzenia   na   swoją   stronę.   Po   drugie:   gród   jest 

zbiorowiskiem niezliczonych stodół i spichlerzy - zgromadzono tam żywność, dzięki której 

smocze   armie   będą  mogły   pozostać   w  polu   przynajmniej   przez  rok.  Gdyby  zniszczyć  te 

zapasy, znaczna część sił zła musiałaby się rozproszyć w poszukiwaniu żywności.

- Czy rycerze nie mogą uderzyć  i zniszczyć  tego grodu? - zaczął zastanawiać się 

Ashtaway.

- Pewien jestem, że uczyniliby to z niemałą satysfakcją, sęk jednak w tym, że grodu 

strzegą   potężne   mury   i   liczne   wojska   -   tak   przynajmniej   jest   od   zachodu.   Każdy,   kto 

zechciałby zaatakować z tej strony, natknąłby się na liczne przeszkody. Wątpię, czy mimo 

najlepszych chęci udałoby się to choćby najdzielniejszym wojownikom.

- Cóż to wszystko ma wspólnego ze smokami latającymi nad naszą puszczą?

-   Potwierdzają   się   moje   wcześniejsze   przypuszczenia:   Sanction   jest   dobrze 

obwarowane   przed   atakiem   od   zachodu.   Ale   rozwój   wydarzeń   spowodował,   iż   Takhisis 

poczuła obawę, że ktoś może spróbować z innej strony. Prawda to, że Sanction leży w kręgu 

gór, które bronią dostępu od północy, południa i wschodu. Mimo to Królowa Ciemności boi 

się i prawdopodobnie pragnie zapewnić bezpieczeństwo tych podejść.

- Ten rycerz... Huma... musi być wielkim człowiekiem - rozmyślał głośno Ashtaway - 

skoro jego istnienie jest przyczyną takich trosk i obaw Takhisis.

- Nie mylisz się - zgodził się Lectral. - Nie wątpię też, że gdyby był jakiś szlak przez 

góry, rycerze nie szczędziliby wysiłków, aby uderzyć na Sanction. Podejrzewam, iż jej obawy 

są   bezpodstawne...   ale   poleciła   swym   smokom   patrolować   puszczę,   ot   tak,   na   wszelki 

wypadek.

- Zastanawiam się, co też przywiodło tych ludzi w nasze lasy? Na uderzenie, o którym 

mówiłeś, grupka była zbyt nieliczna... - rozmyślał dalej myśliwy. - Znaleźli się dość daleko 

od swoich ziem.

background image

Lectral wzruszył potężnymi barkami.

- Ludzie uważają, że cały Krynn należy do nich - któż więc zgadnie, dlaczego jeżdżą 

tam, gdzie wola?

- Moi bracia, wojownicy, zabili wielu ludzi. Ludzie walczący z nami byli podstępni i 

okrutni, nie popisywali się odwagą. Przyznaję jednak, że ci rycerze są z innej gliny...

- Może już dość będzie tych gadek? - wtrąciła się Hammana. - Spróbuj zdobyć coś do 

jedzenia.

- Zajrzyj do doliny na północ od jaskini - podsunął smok. - Nie dalej jak wczoraj 

wywęszyłem tam sarnę. Może więc znajdziesz mięso dla swych współplemieńców... i kęs czy 

dwa przyniesiesz swemu przyjacielowi...

- Ruszam natychmiast - oznajmił Ashtaway. - A jeśli mi się poszczęści, wiedzcie, że 

wkrótce powrócę.

-   Doskonale   -   mruknął   Lectral,   mrugając   ślepiami,   gdy   Hammana   wcierała   garść 

mieszanki   ziołowej   w   skaleczenie   na   jego   paszczy.   -   Gdy   ty   będziesz   polował,   ja   się 

zdrzemnę i będę śnił o zapachu dziczyzny...

Ashtaway   skłonił   się   z   szacunkiem   i   ruszył   ku   wyjściu   z   jaskini.   Zanim   zdążył 

wkroczyć na wiodącą w dół ścieżkę, wielki smok pogrążył się już we śnie. Dziewczyna zaś 

odprowadziła wojownika spojrzeniem, w którym była duma... i coś jeszcze...

background image

Rozdział 11 - Dym nad jeziorem

Tak   jak   przewidział   smok,   w   podmokłej   dolinie   Ashtaway   natknął   się   na   sarny. 

Wojownik podchodził je podczas całej, długiej i bezksiężycowej nocy, a potem jedną strzałą 

ubił   dwie   tłuste   łanie.   O   świcie   zgodnie   z   sugestią   Lectrala   zostawił   jedną   tuszę   przed 

jaskinią. Hammana oznajmiła mu, że w ciągu paru najbliższych dni dotrzyma towarzystwa 

smokowi, Ash zaś obiecał powiadomić o tej decyzji jej ojca.

Przyrzekając sobie wrócić tak szybko, jak tylko się da, Ashtaway zarzucił drugą tuszę 

na plecy i ruszył do wioski. Wypatroszona łania ważyła sporo, ale elf rad był temu ciężarowi - 

i nawet z tym brzemieniem zdołał utrzymać równe tempo biegu przez puszczę. Wioska leżała 

zresztą nad odległym zaledwie o kilka mil brzegiem jeziora i Ash spodziewał się dotrzeć do 

niej do południa. Wiedział, że mieszkańców uraduje jego powrót - minęło wiele miesięcy od 

czasu, kiedy któryś z wojowników Kagonesti wrócił do domu z taką zdobyczą.

Miękkie   mokasyny   Ashtawaya   pomykały   bezszelestnie   po   dywanie   z   miękkiego 

mchu, sosnowego igliwia i delikatnego iłu. Biegnący elf oddychał równo, miarowo i bez 

wysiłku.   Na   jego   brązowej   skórze   lśniła   cienka   warstewka   potu,   która   jednak   szybko 

parowała w podmuchach chłodnego wiatru. Elf był temu nawet rad, bo przynosiło to ulgę w 

letniej spiekocie.

Biegł jak pogrążony w transie, skupiwszy swą uwagę na utrzymywaniu tempa - lecz 

jednocześnie świadom był wszystkiego, co działo się w otaczającej go puszczy. Łowił uchem 

okrzyk  polującego sokoła  lub gniewne  wrzaski  zgrai  kruków  - dawał  baczenie  na  każdy 

dźwięk,   świadczący   o   tym,   iż   coś   zakłóciło   życie   puszczy.   Gdy   zbliżył   się   do   brzegów 

Błękitnego   Jeziora,   nad   którym   słońce   zdążyło   już   rozpędzić   poranne   mgły,   elfa   zaczął 

opanowywać rosnący niepokój - cisza wokół jeziora była zbyt głęboka.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy mogło być to, iż leśne stworzenia wyczuły jego 

obecność i cichły ze strachu, gdy mijał ich nory czy gniazda. Ashtaway jednak wiedział wiele 

o bystrości zmysłów  mieszkańców  puszczy i świadom był  faktu, że większość z nich po 

prostu nie zdaje sobie sprawy z jego obecności. Biegł zresztą pod wiatr i był pewien, że jego 

zapach nie może go wyprzedzić. Podczas biegu nie czynił więcej hałasu niż kot podchodzący 

zdobycz i nawet zwierzęta pasące się całkiem blisko nie mogłyby go usłyszeć.

Wnioski te nie wywoływały jego niepokoju - biegnący elf podwoił tylko czujność. 

Wojna nie była jedynym wytłumaczeniem braku zwierzyny. Ciszę w okolicy można było na 

przykład wytłumaczyć nocnym przelotem smoków. Jeśli te groźne stworzenia przeleciałyby 

background image

nad puszczą, przerażenie zwierzyny dałoby się łatwo wyjaśnić. Mieszkańcy lasu skryliby się 

na   cały   dzień   w   gniazdach   czy   norach.   To   samo   pewnie   stałoby   się   i   z   większymi 

stworzeniami, nie wyłączając ludzi, pomyślał Ash z krzywym uśmieszkiem.

Wojownik rad był temu, że jego wioska - choć rozległa i zajmująca sporą przestrzeń - 

była z góry przysłonięta gęstwiną gałęzi vallenów. Elfy zresztą nie szczędziły wysiłków, aby 

nie zdradzać swej obecności nad wodami Jeziora Błękitnego. Nawet lecące powoli baczne 

smoki nie potrafiłyby spostrzec osady Kagonestyjczyków.

Gdy tak biegł obarczony solidnym ciężarem ubitej zwierzyny, a jego oczy, uszy i nos 

pilnie badały otoczenie, pozostała część umysłu Ashtawaya skupiła się na wspominaniu bitwy 

pomiędzy rycerzami i czerwonymi smokami. Bitwa ta pozostała mu w pamięci nie tylko ze 

względu na cnoty, okazane w boju przez skazanych na zagładę rycerzy. Obecność ludzi i 

smoków w jego rodzinnych lasach dowodnie pokazywała, że płomienie wojny zbliżają się do 

zamieszkanej przez jego ziomków dziczy bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

Przypomniał   sobie,   co   Lectral   powiedział   mu   o   Sanction.   To   zadymione   miasto 

płomieni,   ukryte   w   dolinie   pomiędzy   trzema   czynnymi   wulkanami,   przypominało   mu 

piekielne   otchłanie.   Swego   czasu   Ashtaway   odkrył   wąski   jar,   wijący   się   między   dwoma 

górskimi grzbietami, którym można było trafić na jedną z prowadzących do miasta przełęczy. 

Badanie   górskich   szlaków   było   umiejętnością,   z   której   szeroko   słynęły   wolne   elfy,   stąd 

odkrycie w pierwszej chwili ucieszyło Ashtawaya. Wyglądało na to, iż nikt przed nim nie 

trafił  na tę  górską ścieżkę.  Mocno  też  rozczarowało  go odkrycie,  że wiedzie  ona do tak 

bezużytecznego miejsca.

Skórzane podeszwy jego mokasynów przemierzały milę za milą... sześć... dziesięć... i 

Ashtaway znalazł się w pobliżu wioski. Serce mu rosło, gdy myślał o uciesze, jaką jego 

brzemię wywoła wśród współplemieńców. Jego wuj Iydaway, Odnajdywacz Scieżek, był już 

zbyt stary, aby wyprawiać się na łowy - Ashtaway wiedział jednak, że Iyda przy tej okazji 

zechce popisać się pieśnią i być może podczas wieczornej uczty zagra na rogu. Swego czasu 

stary Iydaway sam był wielkim myśliwym i wojownikiem, teraz zaś powszechnie szanowano 

łowieckie i bojowe wyczyny jego starszego bratanka - on sam posunął się nawet do tego, iż 

podczas ceremonii męskiej inicjacji Ashtawaya podarował mu swój słynny, stalowy topór.

Kagonestyjczyk pomyślał z przyjemnym dreszczem, że jego stryj będzie bardzo rad...

I  nagle   Ashtaway   zamarł   w   miejscu,   gdy  poczuł   ostrą   woń  charakterystyczną   dla 

gadów. Bakali! Jaszczuropodobne humanoidy służyły Królowej Ciemności z bezwzględnym 

oddaniem i Ashtaway dwukrotnie już spotkał w puszczy - i zabił - pojedynczych osobników, 

background image

którzy zbytnio  oddalili  się od kompanów. Za każdym  razem krzywił  się ze wstrętem  na 

charakterystyczny zapach, który teraz płynął ku niemu niesiony powiewami wietrzyku.

Smród ten był jednak znacznie silniejszy od tego, który czuł, walcząc wręcz i łamiąc 

śluzowate członki jaszczuroludów. Musiał natknąć się na większą bandę - może był to oddział 

bojowy - która teraz okrążała wioskę Kagonesti.

Jednym  płynnym  i bezszelestnym  ruchem położył  łanię  na ziemi i strząsnął łuk z 

ramion.   Założywszy   strzałę   na   cięciwę,   ruszył   przed   siebie   równie   cicho   jak   przedtem. 

Poruszał się miękko, ale jego mięśnie nabrzmiały pod skórą i napięły się równie mocno jak 

cięciwa łuku. Gdy bezszelestnie posuwał się do przodu, jego oczy błyskawicznie badały szlak 

z lewej i z prawej, nozdrza zaś drgały, wyczulone na najsłabsze oznaki niebezpieczeństwa.

Ashtaway   szedł   teraz   dnem   opadającej   ku   jezioru   doliny,   pomiędzy   dwoma 

nierównymi łańcuchami pagórków. Po niespełna dwóch milach dolina kończyła się gęstym 

zagajnikiem vallenów, który dochodził aż do brzegów dziewiczego jeziora - gdzie od blisko 

stulecia znaleźli schronienie członkowie klanu Ashtawaya.  Kwaśny odór niosło ku elfowi 

jedynie powietrze - łowca nie zwęszył potu jaszczuroludów na ścieżce czy krzewach poszycia 

- i Ashtaway domyślił się, że bakali zakradły się do doliny inną drogą.

Jego   współplemieńcy   zawsze   umieszczali   wartownika   na   tych   wzgórzach,   ale 

ponieważ wioska nigdy wcześniej nie doznała zagrożenia z tej strony, wartownicy pełnili 

służbę niezbyt pilnie. Jeśli dzisiejszy wartownik okazałby należytą czujność, istniała szansa, 

że da się ostrzec wioskę.

Ashtaway   zdwoił   czujność   i   odruchowo   podniósł   łuk,   gdy   dotarł   doń   nowy, 

niepokojący zapach. Nozdrza elfa poczuły świeży zapach krwi - elfiej krwi.

Po   przebyciu   kolejnych   kilkunastu   kroków   dokonał   ponurego   odkrycia.   Mimo 

zdartego   skalpu   i   okropnych   okaleczeń   -   od   kłów   i   szponów   -   rozpoznał   swego 

współplemieńca, Warricana. Młodzik zdobył tatuaże zaledwie poprzedniej zimy i powinność 

wartownika traktował bardzo poważnie. Nie potrafił jednak sprostać dzikości i przebiegłości 

podstępnych jaszczuroludów.

Teraz zaś nikt już nie ostrzeże wioski przed napaścią.

Podrywając   się   do   biegu,   Ashtaway   zaryzykował   odrobinę   hałasu   -   zaczął   się 

zastanawiać, czy bakali zostawiły wartownika, który strzegłby ich tyłów. Do uszu Asha nie 

dotarły żadne niepokojące odgłosy od strony wioski - gdyby atak się rozpoczął, z pewnością 

byłby je stąd usłyszał.

Zapach jaszczuroludów nieustannie unosił się w powietrzu. Wreszcie elfi wojownik, 

opuściwszy dno  doliny,   bezszelestnie  pomykał   pomiędzy  drzewami   porastającymi  zbocza 

background image

wzgórz. Nisko pochylony przeskakiwał od pnia do pnia, szukając miejsca, z którego mógłby 

spojrzeć ku jezioru.

Zobaczył je w końcu, nieskazitelnie błękitne, iskrzące się w słonecznych promieniach 

blaskiem   miliona   diamentów.   Wysokie   valleny   skrywały   przed   nim   najbliższy   odcinek 

wybrzeża,  ale  dalej  bezmiar  wód ograniczał  jedynie  wąski odcinek  porośniętej  drzewami 

plaży.

U podnóży najbliższych drzew Ash dostrzegł jakiś ruch. W dole wzgórza zauważył 

pokryte   łuskami,   podobne   do   ludzkich   sylwetki,   które   przekradały   się   pośród   krzaków. 

Jaszczuroludy zmierzały ku niewidocznym, ustawionym pomiędzy drzewami szałasom. Skóra 

potworów miała odcień brunatnozielony, co sprzyjało kryciu się wśród liści. Na czworakach 

okrążały wioskę elfów Kagonesti. Bakali uzbroiły się w prymitywny oręż z kamienia i brązu, 

ale   każda   z   bestii   wyglądała   na   znacznie   roślejszą   od   przeciętnego   elfa,   co   więcej,   ich 

naturalną  bronią były  potężne  zębate  szczęki  i kończone szponiastymi  pazurami  przednie 

łapy.

Ruszając w dół, Ashtaway niespodzianie natknął się trójkę bakali, które usadowiły się 

na krawędzi łagodne zbocza. Jeden z nich miał na sobie ozdoby z piór i trzymał w łapach 

laskę   zakończoną   kryształowym   totemem   w   kształcie   groteskowej   bestii.   Dziki   elf 

natychmiast domyślił się że ten właśnie jest wodzem. Dwaj pozostali posiadali przyodziewek 

zwykłych wojowników - składały się nań głównie skrzyżowane na piersiach skórzane pasy z 

trokami na broń, ozdobione jednym czy dwoma piórami orła rybołowa. Oszczepnicy dawali 

baczenie na boki, a wódz bandy przyglądał się przygotowaniom do podstępnej napaści na 

wioskę niczego nie podejrzewających elfów.

Ashtaway błyskawicznie przyklęknął i napiął łuk, mierząc w kark wodza bakali. Jeden 

z oszczepników  odwrócił się, spostrzegł elfa i syknął ostrzegawczo - ale Kagonestyjczyk 

zdążył już wypuścić strzałę.

Pocisk pomknął prosto i stalowy grot pogrążył się w łuskowatym karku pochylonego 

jaszczuroluda. Ostra jak brzytwa krawędź grotu wyszła gardzielą bestii, zanim ta zdała sobie 

sprawę,   że   została   trafiona.   Pierwsza   z   ofiar   nie   zdążyła   jeszcze   runąć   na   ziemię,   gdy 

Ashtaway śladem pierwszego posłał dwa następne pociski. Oszczepnik dostał prosto w serce, 

drugi zaś skonał chwilę po nim.

Dopiero wtedy Ash odrzucił głowę w tył i wydał ostrzegawczy okrzyk - wysoki i 

przenikliwy, trzykroć powtórzony zew polującego orła. Z wioski natychmiast odpowiedziano 

mu podobnymi okrzykami - ostrzeżenie dotarło do celu.

background image

Czyhające w zasadzce bakali odwróciły się w stronę wierzchołka wzgórza, ich uwagę 

bowiem przyciągnęły głośne okrzyki. Ashtaway wyprostował się całkowicie, a gdy zyskał 

pewność, że gapią się nań wszystkie jaszczuroludy, podniósł obie ręce nad głowę, potrząsnął 

łukiem i wydał urągliwy okrzyk tryumfu.

Wiele bestii skoczyło ku samotnemu wojownikowi, inne zniknęły za pniami drzew, 

warcząc i pomrukując złowrogo. Ashtaway usłyszał okrzyki współplemieńców - towarzyszył 

im jednak szczęk oręża i elf pojął, że mieszkańcy wioski nie dali się zaskoczyć.

W tej chwili myśliwy miał własne problemy. Zostało mu tuzin strzał, a gnało w jego 

stronę dwakroć tyle jaszczuroludów - pokonywały porośnięte drzewami zbocze z zaskakującą 

szybkością.   Biegnące   na   czworakach,   sprężyste   niczym   koty   bestie   na   moment   tylko 

zatrzymały się przy zwłokach kompanów.

Ashtaway   zmusił   się   do   spokojnego   oddechu,   skupił   się   na   prowadzącym   pościg 

drabie i położył go czystym strzałem w krtań. Zaczął szyć z łuku, każdą strzałą powalając 

następnego z prześladowców, zawsze mierząc w najbliższego - i zdążył wypuścić wszystkie 

pociski.

Porzuciwszy następnie łuk - wróci po broń, jeśli uda mu się wynieść  głowę z tej 

zawieruchy - elf wyciągnął zza pasa topór o długim drzewcu i podniósł nad głową stalowe, 

lśniące ostrze. Sam wykonał stylisko - Iydaway zaś a nie omieszkał opowiedzieć mu, jak 

świetnym wyrobem była głownia topora. Odnajdywacz Ścieżek utrzymywał, że broń należała 

do   plemienia   od   wielu   pokoleń   -   legendy   wiązały   ją   z   samym   Ojcem   Elfów   Kagonesti. 

Jakkolwiek sprawy się miały,  Ashtaway podejrzewał, że głowni topora nieobcy był smak 

krwi bakali.

Ku szczytowi wzgórza, przeskakując nad trupami wodza i pozostałych bakali, darł się 

jakiś   zaciekły   jaszczurolud.   Rozwarłszy   szeroko   podobną   do   krokodylej   paszczę,   bestia 

runęła na Ashtawaya. Kagonestyjczyk rozszczepił jej łeb jednym ciosem topora - zaciekłość 

ataku wzmogła siłę uderzenia. Potwór zwalił się na ciała swych kompanów.

Następnego   bakali   zaskoczył,   ruszając   do   przodu   i   częstując   przeciwnika   serią 

oszałamiająco szybkich ciosów. Pierwsze dwa musnęły barki bestii, w wyniku czego bakali 

cofnął się bojaźliwie. Kagonestyjczyk skoczył naprzód i podniósł topór, jakby nacierał na 

pień vallenu.

Blada   skóra   na   brzuchu   bakali   nie   dorównywała   jednak   legendarnej   twardości 

nieustępliwych   drzew.   Topór   Asha   przeciął   gładko   tors   bestii,   która   runęła   na   ziemię   w 

fontannie krwi. Następne jaszczuroludy zwolniły kroku - ten jakby od niechcenia zadający 

śmierć elf pozbawił je ducha bojowego.

background image

Kagonestyjczyk   nie   dał   im   czasu   na   wymyślenie   mądrzejszego   planu   natarcia. 

Pierwszy   skoczył   ku   nim   i   jednym,   mierzonym   nisko   cięciem   okulawił   najbliższego 

przeciwnika. Następny cios rozpłatał pierś bestii, zabijając ją natychmiast.

Na wierzchołku wzgórza zebrało się jeszcze kilku jaszczuroludów. Ash zaryzykował 

szybkie spojrzenie ku gajowi - nadal nie widział wioski, nad koronami drzew pojawiły się 

jednak pierwsze smugi dymu. Wszystko, na co mógł liczyć, sprowadzało się do tego, że w 

najlepszym razie zdążył ostrzec współplemieńców. Wiedział też, że każdy dorosły mężczyzna 

czy kobieta, zdolni do władania bronią, osłonią ucieczkę dzieci i niedorostków.

Niewiele   pomógłby   swemu   ludowi,   dając   się   teraz   zabić   na   szczycie   wzgórza. 

Odwrócił się więc i rzucił do ucieczki, pomykając wśród drzew z gracją jelenia. Równie 

szybko   jak   ptak   zbiegł   po   przeciwległym   zboczu   i   pomknął   ku   porastającym   podnóże 

wzgórza solidniejszym drzewom. Na chwilę zatrzymał się przy powalonym przez niedawną 

burzę vallenie, w miejscu, gdzie kłąb korzeni stworzył jakby niewielką, naturalną niszę. Z 

daleka   zobaczył   ostrożnie   zbliżające   się   jaszczuroludy,   które   przekroczyły   wierzchołek 

wzgórza, lecz nie oddaliły się zbytnio - stwory posuwały się wolno, przebiegając od drzewa 

do drzewa i kryjąc się za każdym pniem. Ashtaway uśmiechnął się ponuro - było oczywiste, 

że jego bitewna zręczność wzbudziła spory szacunek przeciwników.

Poruszając się chyłkiem, przekradł się do podnóża pagórka, trzymając z daleka od 

napastników, którzy pragnąc widocznie, aby ofiara im nie uszła, rozpostarli się szerokim 

wachlarzem. Jaszczuroludy na skraju szyku. idący niemal  dnem doliny,  nie podejrzewały 

nawet, że przeszły w odległości kilku kroków od Ashtawaya i nigdy by się nie domyśliły, że 

ocieniona  koroną ognistego  drzewa kępa krzewów może  kryć  coś więcej niż kilka  smug 

mroku.

Gdy szperacze go minęli, Ashtaway ponownie ruszył ku wiosce. Jego nozdrza były 

pełne zapachu dymu.  Gdy pomyślał  o spalonych  szałasach, z których  każdy był  siedzibą 

jakiejś elfiej rodziny, nagły atak furii pozbawił go prawie wzroku.

Szybko trafił do zagajnika starych vallenów. których grube pnie wznosiły się niczym 

kolumny z porośniętej mchem i pozbawionej w tym miejscu gęstszego poszycia ziemi. Każdy 

z pni był u podstawy grubszy niż szałas wodza, wyższe zaś konary tworzyły taką gęstwinę, że 

u podnóża każdego z drzew panował wieczny cień. Ashtaway cicho niczym duch pomykał 

wśród ścieżek, które zaledwie wczoraj pełne były śmiechu i tupotu dziecięcych nóżek, a teraz 

wszędzie wisiał w powietrzu odrażający smród jaszczuroludów.

Dym zaczął go dławić, zanim wpadł do obozu, gdy zaś wybiegł spomiędzy ostatnich 

drzew, nie umiał stłumić okrzyku rozpaczy. Szałasy, pomniejsze chatki, stojaki do suszenia 

background image

skór i dziczyzny, wszystko stało w płomieniach. Wszędzie też kłębiły się bakali, oblizujące 

wąskie wargi rozdwojonymi jęzorami.

Gdy jednak Ashtaway przyjrzał się stworom, ciskającym w płomienie coraz to nowe 

naręcza   mizernych   dóbr   wolnych   elfów,   zobaczył   w   ich   zachowaniu   niepewność   i 

rozczarowanie. Serce załomotało w piersi wojownika, gdy rzuciwszy dookoła okiem, zdał 

sobie sprawę, że nie widzi elfich trupów! Mieszkańcom wioski - a przynajmniej większości z 

nich - udało się uciec.

W   tejże   samej   chwili   jeden   z   łupieżców   spostrzegł   elfa   i   wydał   przenikliwy, 

ostrzegawczy skrzek. Kilkunastu innych natychmiast zwróciło się ku myśliwemu.

Ashtaway był jednak u siebie - w gaju, w którym spędził dzieciństwo i gdzie znał 

każdą gałąź. Nawet nie patrząc w górę, wsunął topór za pas i skoczył, sięgając ku konarowi. 

którego położenie zapamiętał, gdy był jeszcze niedorostkiem. Wdrapał się nań błyskawicznie 

i stanął na gałęzi jakieś dziesięć stóp ponad ziemią. Jeden z jaszczuroludów spróbował dźgnąć 

go oszczepem, Ashtaway pochylił się więc, sięgnął w dół szybciej niż nacierający potwór i 

wyrwa] oręż z jego łapy.

Prostując   się   równocześnie   odchylił   ramię   i   rzucił   oszczepem   we   właściciela. 

Prymitywny grot krzemienny rozorał bok stworu i krwawiący z paskudnej rany bakali runął 

na grzbiet.

Ashtaway tymczasem skoczył znów w górę, chwycił kolejną gałąź - i wspiął się tak 

szybko, że w okamgnieniu zniknął w głębokich cieniach gęstej korony drzewa. Jaszczuroludy 

mogły tylko potrząsać wściekle oszczepami w bez silnej furii.

Kilka   bestii   podskoczyło,   szponiastymi   łapami   chwycił   niższe   gałęzie   i   zaczęło 

wdrapywać   się   ku   elfowi   -   który   właśnie   tego   oczekiwał.   Pierwszego,   który   doń   dotarł, 

Ashtaway powitał  ciosem topora, odrąbując bez trudu zbyt  daleko  wysuniętą  łapę. Zaraz 

potem na łby kompanów zleciał następny wspinacz i pozostałe potwory zatrzymały się.

Ash zakrakał ochryple i drwiąco jak urągający wrogów kruk - i zaczął tańczyć na 

gałęzi, tuż poza zasięgiem prymitywnego oręża jaszczuroludów. Skaczący elf obserwował 

jednak uważnie napastników - widział złowrogie, nienawistne błyski w skośnych, żółtawych 

ślepiach, widział rozdwojone jęzory wysuwane z paszcz, podobnie jak czynią to podrażnione 

gady - aż wreszcie zobaczył to, na co czekał. Pod drzewem zaczęło się zbierać coraz więcej 

pokrytych łuskami bestii.

Gdy wokół pnia  zgromadził  się spory tłumek  wyjących  . dziko napastników, Ash 

ponownie frunął w górę ku następnej gałęzi... i jeszcze ku następnej. Wkrótce zniknął w 

cieniach gęstej korony - i wiedział, że stojący na dole nie zdołają go tu wyśledzić. Słyszał 

background image

jednak trzask gałęzi  i stłumione  przekleństwa wrogów  - najwidoczniej  mieszkańcy . błot 

postanowili   spróbować   szczęścia   wśród   wierzchołków   drzew,   byle   tylko   wytropić 

znienawidzonego, a dokuczliwego jak szerszeń Kagonestyjczyka.

Zręcznie łapiąc równowagę, Ashtaway odszedł od pnia, krocząc po niezbyt grubej, ale 

wytrzymałej gałęzi. Stawiając stopy z wielką ostrożnością, nie wywołał najlżejszego choćby 

szelestu   liści   -   czego,   na   szczęście   dla   niego,   nie   dało   się   rzec   o   ścigających   go 

jaszczuroludach. Gdy zbliżył się do końca konaru, ten ugiął się lekko, ale z tego miejsca elf 

mógł zobaczyć już solidny pień kolejnego, odległego o tuzin stóp drzewa.

Rzucając się w dzielącą go od drugiego pnia przestrzeń, poczuł na twarzy smagnięcia 

drobnych   gałązek.   Przeleciał   pomiędzy   drzewami   i   zręcznie   chwycił   odrastający   od 

następnego pnia konar. Gałąź ugięła się sprężyście, elf zaś szybko skrył się wśród liści. Po 

kilku sekundach był już u pnia i - nadal skryty w cieniu - chyłkiem wspiął się jeszcze wyżej.

Z   ziemi   wzbiła   się   w   niebo   dzika   wrzawa   szczeknięć   i   gniewnych   ryków.   Ash 

wiedział, że jego skok nie pozostał nie zauważony, ale wiedział też, że niezależnie od tego, 

które drzewo wybierze, bakali nie zdołają się na nie wdrapać równie szybko - a on prędzej 

czy później znajdzie sposobność skrytej ucieczki.

Gęste   poszycie   liści   nie   pozwalało   mu   dostrzec   nieba.   Listowie   vallenu   było   tak 

bogate, że dym zbierał się niżej - tak samo jak pod dachami szałasów. Łańcuch pagórków, 

widocznych za odległym skrajem zagajnika, opadał ku jezioru stromym urwiskiem. Jedyna 

ścieżka ku wodzie wiodła dnem wąskiego jaru o stromych ścianach, którego wylot otwierał 

się na polanie pośrodku wioski. U wejścia do jaru leżały ciała dwóch okrutnie porąbanych 

elfów. Oczywiste było, że stanowili oni tylną straż i mieli utrzymać wejście do jaru, dopóki 

pozostali mieszkańcy wioski nie zdołają ujść w bezpieczne miejsce.

Ashtaway nie dostrzegł innych ciał, co poczytał za pomyślną oznakę. Wyglądało na 

to,   że   reszta   jego   współplemieńców   zdołała   unieść   głowy   z   pogromu.   Gdy   patrzył,   jak 

napastnicy bezkarnie niszczą wioskę, serce wezbrało mu nienawiścią. Wiedział jednak, że 

wszystko, począwszy od chatek, poprzez stojaki na suszenie skór i mięsa, a skończywszy na 

garnkach   i   pękach   ziół,   można   było   zastąpić   nowymi   chatkami,   stojakami   i   garnkami. 

Niezastąpione było jedynie życie jego bliskich i współplemieńców.

Spoglądając na trzciny porastające wyższy odcinek jaru, Ashtaway spostrzegł, że ich 

wierzchołki poruszają się nieznacznie. Ktoś - może nawet kilka osób - ukrywał się w miejscu, 

z którego mógł obserwować pustoszenie wioski. Myśliwy podejrzewał, iż kilku jego druhów 

wróciło,   aby   mieć   baczenie   na   nieprzyjaciół.   Kagonestyjskim   zuchom   nie   zagrażało 

background image

niebezpieczeństwo,  bo nieznaczny ruch  wierzchołków  trzcin  nie powinien  zwrócić  uwagi 

głupawych w gruncie rzeczy bakali.

I nagle serce Ashtawaya zamarło w piersi, gdy ujrzał, że z trzcin wylania się wysoka, 

dumna   sylwetka.   Rozpoznał   jastrzębie   rysy   twarzy   i   pióropusz   ceremonialnego   nakrycia 

głowy Odnajdywacza Ścieżek - ale nie potrafił pojąć, dlaczego Iydaway się odsłania? Za 

plecami stryja ujrzał wstających z trzcin kilkunastu młodych wojowników. Niewielka grupka 

śmiało ruszyła jarem ku zasnutej dymami polanie. Plądrujące wieś jaszczuroludy jeszcze ich 

nie spostrzegły, Ash jednak wiedział, iż nie da się tego uniknąć - i nastąpi to za kilka chwil.

Puścił gałąź i runął ku ziemi z oszałamiającą prędkością. Z dołu rozległy się radosne 

ryki,   które   spadający   elf   skwitował   ponurym   uśmieszkiem.   W   dokładnie   określonym 

momencie wyciągnął rękę, chwycił jeden z niższych konarów, wyhamował upadek i gracko 

przewijając się nad gałęzią, znowu zniknął wśród zieleni.

Raz   jeszcze   uniósł   głowę   i   rozjuszył   wrogów   okrzykiem   kruka   -   co   stanowiło 

najpoważniejszą obrazę na wcale długiej liście kagonestyjskich złośliwości i obelg. Bakali 

chyba pojęły dokładnie jego intencje, bo niemal oszalały z wściekłości, wyjąc przeraźliwie i 

kłapiąc groźnie szczękami. Kilka z nich cisnęło w drzewo oszczepami. Jeden z pocisków 

utkwił w pniu obok elfa, który błyskawicznie wyrwał go, obrócił w dłoni i posłał w pierś 

pechowego miotacza.

W tej samej jednak chwili polanę wypełniły wycia, wrzaski i Ash zrozumiał, iż bakali 

dojrzały niewielką grupkę Iydawaya.

-   Dlaczego?   -   jęknął   myśliwy,   zadając   pytanie   niewzruszonym   niebiosom. 

Rzeczywiście, dlaczego jego stryj w tak bezsensowny sposób ryzykował życie?

Znlazłszy się niżej, Ash przyjrzał się odważnemu, lecz daremnemu atakowi - sześciu 

wojowników   i   stary   elf,   wywijających   mieczami,   toporami   i   oszczepami,   rzuciło   się   na 

obozowisko, w którym  tłoczyła  się może setka dzikich jaszczuroludów. A jednak garstka 

wyjących   niczym   potępieńcy   śmiałków   uderzyła   z   takim   męstwem,   że   pierwsze   bakali 

prysnęły na boki przed zajadłością ataku.

Iydaway nie był już tak szybki, jak jeszcze przed trzema dziesiątkami lat, ale wciąż 

potrafił   poruszać   się   żwawo,   sprawnie   i   sprężyście.   Stary   elf   zwiódł   wrogów   udając,   iż 

zamierza   przebić   się   przez   cały   obóz   ku   wodzie,   potem   zaś   nieoczekiwanie   skręcił   i 

poprowadził swą nieliczną grupkę w stronę płonących resztek obszernego szałasu, w którym 

odbywały się ważniejsze ceremonie plemienne.

Bakali pomknęły za tropem - i wtedy dwaj młodsi  wojownicy zatrzymali  się i ze 

stalowymi   mieczami   w   dłoniach   stawili   bestiom   czoło,   podczas   gdy  Iydaway   i   pozostali 

background image

kopnęli się do szałasu. Dotarłszy do zgliszcz, stary elf skoczył pomiędzy węgle, rozrzucając 

je stopami i grzebiąc zaciekle w popiołach, zalegających to, co nie tak dawno było podłogą w 

jego szałasie.

Z   piersi   Ashtawaya   wydarł   się   okrzyk   wściekłości,   gdy   zobaczył,   że   para 

osłaniających   tyły   wojowników   zniknęła   niemal   wśród   masy   wrogów,   rozdarta   w   sztuki 

kłami i szponami bakali. Wojownik runął z góry na wrogów i zaczął wyrąbywać sobie drogę 

toporem, znacząc krwawo kilkunastu jaszczuroludów, po czym śmignął w górę i schronił się 

wśród gałęzi.

Teraz domyślał się już, jakie motywy powodowały atakiem stryja i jego grupki. Wśród 

plemiennego  majątku  jeden tylko   przedmiot   był  niezastąpiony  - skarb z  najwyższą  czcią 

przekazywany przez pokolenia. Iydawayowi powierzono go przed narodzinami Ashtawaya i 

młody wojownik często przysłuchiwał się, jak jego stryj gra na rogu podczas plemiennych 

uroczystości.

Młody wojownik wiedział, że Iydaway wrócił, aby zabrać Koźli Róg.

Jeden ze śmiałków osłaniających Iydawaya padł przeszyty włócznią, trzej pozostali 

nadal walczyli  zaciekle.  Żaden z jaszczuroludów  nie miał dość odwagi, aby zapuścić się 

pomiędzy płonące jeszcze zgliszcza. Poczekają, aż stary wojownik spłonie lub wyłoni się 

spomiędzy   płomieni   i   znajdzie   w   zasięgu   broni.   Tymczasem   padł   jeden,   potem   drugi   z 

obrońców  - obaj  posiekani  niemal  na strzępy.  U  korzeni  drzewa, na  którym  schronił  się 

Ashtaway, zebrał się już spory tłumek, który szerokim kręgiem otoczył nawet sąsiednie pnie.

Ashtaway, poruszając się z szybkością myśli, niczym strzała rzucił się w dół i trzasnął 

głową w kręgosłup jednego z bakali. Stwór zwalił  się z przetrąconym  grzbietem,  elf zaś 

przeturlał się po ziemi - i wstał już poza kręgiem czyhających nań wrogów.

Pędząc ku ruinom szałasu stryja, Ash ściął tylko jedną bestię, która stanęła mu na 

drodze. Ujrzał, że ostatni z obrońców Odnajdywacza  Ścieżek ginie przeszyty  oszczepem. 

Iydaway, trzymając w dłoni coś ciemnego, nagle cisnął swym toporkiem i powalił jednego z 

jaszczuroludów   stojących   wokół   resztek   szałasu.   Ash   tymczasem   wydał   okrzyk   sokoła   i 

wymachując zakrwawionym toporem, skoczył na dwóch innych. Tłum wyjących dziko bestii 

pognał za umykającym Kagonestyjczykiem.

Starszy   elf   porwał   broń   i   skoczył   w   ślad   za   swym   bratankiem,   który   śmigał   ku 

największemu   z   rosnących   w   wiosce   vallenów.   Ash   nie   zaryzykował   spojrzenia   wstecz, 

zwolnił   tylko   kroku,   aby   Iydaway   mógł   go   dogonić   -   wiedział   bowiem,   że   rozjuszone 

jaszczuroludy mogą wkrótce ich rozdzielić.

background image

Obaj   szybko   przemknęli   przez   pusty   teraz   ceremonialny   krąg   pośrodku   wioski. 

Potężny vallen rósł tuż obok i w jego pniu wyrąbano szerokie stopnie, wiodące ku platformie 

z   gałęzi,   zawieszonej   jakieś   dwadzieścia   stóp   nad   ziemią.   W   tej   chwili   było   to   jedno   z 

niewielu miejsc w wiosce, których nie liznęły jeszcze płomienie.

Dobiegłszy do pnia, Ash okręcił się na pięcie i przykucnął z uniesionym toporem. 

Słysząc,   jak   Iydaway   wspina   się   po   stopniach,   kilkakrotnie   wywinął   bronią   młyńca   tak 

szybkiego, iż stalowe ostrze przekształciło się w świszczącą smugę. Bakali nauczyły się już 

szacunku dla ostrej  niczym  brzytew  broni. Ścigające  go jaszczuroludy stłoczyły  się zbitą 

gromadę, potem rozciągnęły linię na boki i zaczęły zbiegać z flanków.

Ashtaway odczekał dwa uderzenia serca - tyle czasu dał stryjowi na wspięcie się po 

stopniach,  wiedział  bowiem,  że  dalsza  zwłoka  sprowadzi  mu   na  kark przynajmniej   tuzin 

bestii. Potem skoczył do tyłu, jednocześnie siekąc zajadle toporem i szybko cofając się po 

schodach. Drewniane stopnie były wąskie - można było postawić na nich tylko jedna stopę - 

Ashtaway zdołał jednak utrzyma  równowagę, aż dosięgnął gałęzi, o którą mógł wesprzeć 

dłoń.

Jakiś bakali skoczył w ślad za elfem, ale zleciał na łby kompanów, buchając krwią z 

obciętej łapy. Inni, którzy dziko wyli i miotali się na tyłach tłumu, dali spokój i kopnęli się 

,ku najbliższym spalonym szałasom. Wyciągając ze zgliszczy dymiące jeszcze drągi, zaczęli 

wymachiwać nimi w powietrzu, aż na końcach bierwion pojawiły się nowe płomienie. Z 

prowizorycznymi pochodniami w łapach jaszczuroludy wróciły do prześladowanych.

Tymczasem Ash zdążył już dołączyć do stojącego na ceremonialnej platformie stryja. 

Pień drzewa wyrastał w niebo - można by mniemać, bez końca, jakby chciał rzucić wyzwanie 

chmurom. Konary potężnego vallenu rozbiegały się na wszystkie strony i wiodły ku tuzinom 

sąsiednich drzew. Zaciskając dłoń na poczerniałym od dymu rogu, Iydaway ruszył w górę. 

Ash podążył za nim - przedtem jednak nie omieszkał przerąbać kilku belek podtrzymujących 

platformę, tak że ciężka konstrukcja zleciała na łby tych bestii, które okazały się dość tępe, 

aby pozostać na dole.

background image

Rozdział 12 - Odnajdywacz Ścieżek

- Dzięki twojemu ostrzeżeniu mieliśmy czas na ucieczkę - przyznał Iydaway. - Wielu 

jaszczuroludów zapłaciło za swe okrucieństwa, ale poległ też niejeden elfi śmiałek.

- Znalazłem Warricana. Zabito go podstępem - powiedział Ashtaway.

- Palqua i Thyll  dość długo trzymali  się u wejścia do jaru. Dzięki temu pozostali 

zyskali czas, aby dotrzeć do gaju i przedrzeć się ku brzegom jeziora.

Dwaj Kagonestyjczycy szli obok siebie przez puszczę. Byli już o milę od spalonej 

wioski. Kierowali się ku grocie znajdującej się w samym sercu lasu vallenów. Wiele lat temu 

plemię zdecydowało, że w razie nieszczęścia ta właśnie grota ma stać się miejscem zbiórki 

ocalałych.

- Następni zaś zginęli, aby umożliwić ci odzyskanie Koźlego Rogu - dodał Ashtaway. 

- Stryju, czy ów róg jest tak cenny, że godzi się poświęcić dlań życie sześciu wojowników?

Iydaway   westchnął   i   potrząsnął   głową.   Spiralne   tatuaże   na   policzkach   maskowały 

smutek   starego   elfa,   lecz   Ash   wiedział,   iż   to   pytanie   musiało   sprawić   Odnajdywaczowi 

Ścieżek ból - i pożałował, że je zadał. Stryj podniósł jednak dłoń, jakby chciał rozproszyć 

poczucie   winy   bratanka.   Liść   wytatuowany   na   ręce   Iydawaya   ukoił   żal   Asha   i   myśliwy 

odetchnął, czekając na odpowiedź.

- W rzeczy samej nie jest wart nawet życia jednego elfa... tak przynajmniej uważam - 

oznajmił Iydaway, wymawiając słowa śpiewnie i rytmicznie. - Ale może być i tak, że dla jego 

odzyskania warto poświęcić życie stu elfów... albo i całego klanu. Któż to może wiedzieć? 

Nie wiem nawet, czy podjąłbym  inną decyzję  wiedząc, że to ja przeżyję,  a tych  sześciu 

młodzików zginie...

Ash milczał, bo na tak postawioną kwestię nie miał odpowiedzi.

- Prawda jest taka, że musiałem wrócić po róg. Nie zostawię go nigdzie, póki starczy 

mi tchu w piersiach. Gdybyś cisnął go w największe morskie głębiny, skoczyłbym za nim, 

choćby przyszło mi zginąć w fałach. Gdybyś  rzucił go w krater wulkanu Lorda Zagłady, 

szedłbym za nim w ogień, dopóki krew nie zawrzałaby mi w żyłach. Jestem Odnajdywaczem 

Ścieżek, taki jest mój  los  i takie  jest moje  zadanie  - a nie powiem,  bym  wypełniał  je z 

niechęcią.

Iydaway  przerwał  i ponownie potrząsnął  głową.  Ash ze zdziwieniem  ujrzał,  że w 

oczach starego elfa pojawiły się łzy. Gdy jednak przemówił, jego głos brzmiał normalnie.

background image

-   Odpowiadając   na   twe   pytanie,   mogę   jedynie   rzec,   że   gdybym   wiedział,   iż   moi 

obrońcy zginą, kazałbym im zostać z innymi.

- I sam byłbyś zginął - stwierdził Ash.

- A róg byłby stracony... - zgodził się Iydaway.

Ashtaway ujął w dłonie osmaloną potrójną spiralę i spróbował wytrzeć ją dłońmi. 

Powiodło mu się to tylko częściowo. Mimo to gładka powierzchnia rogu lśniła spod sadzy, 

jakby padały na nią promyki słońca.

- Czy naprawdę wykonano go z rogu wielkiego górskiego kozła? - spytał sceptycznie. 

Choć wielokrotnie i z przyjemnością słuchał podczas wioskowych uroczystości pieśni rogu i 

wiedział, że jego stryj ceni ów instrument ponad wszystko inne, młody wojownik pojął w tej 

chwili, jak w istocie niewiele o nim wie. W tejże chwili drgnął niespokojnie - przypomniał 

sobie, że miał opowiedzieć Odnajdywaczowi Ścieżek o Lectralu.

Iydaway wzruszył ramionami.

- Zapewniał mnie o tym  Odnajdywacz Ścieżek  Callista, brat mego dziada, on zaś 

usłyszał tę historię od swego poprzednika, Barcalli. Legenda ta głosi, że w Wieku Snów 

Pierworodny   Kagonos   wyrzeźbił   go   z   rogu   Koźlego   Pradziada,   górskiego   kozła,   którego 

spotkał, jak wiesz, wśród najwyższych szczytów Khalkist.

-   Stryju,   słyszałem   głos   drugiego,   bliźniaczego   Koźlego   Rogu.   -   Oczy   Iydawaya 

rozwarły   się   szerzej,   lecz   stary   elf   nie   odezwał   się   ni   słowem.   Ashtaway   tymczasem 

opowiedział   mu   szczegółowo   całą   historię   -   o   wezwaniu   Lectrala   i   spotkaniu   z   rannym 

smokiem. Iydaway kiwał głową, jakby cała ta sprawa nie dziwiła go w najmniejszym stopniu 

- co z kolei szczerze zdumiało Ashtawaya.

- Właściwą jest rzeczą, że to ty usłyszałeś ten zew - stwierdził wreszcie stary elf, 

uśmiechając się łagodnie.

- Ja.. i Hammana - poprawił Ashtaway.

- Owszem, i Hammana. To mnie zdumiewa.

- Bardzo pomogła Lectralowi swoją sztuką - gdyby nie ona, niektóre z ran mogłyby 

okazać się śmiertelne.

- Jest tak, jak rzekłeś... - Iydaway milczał długą chwilę. Gdy się odezwał, jego słowa 

mocno zdumiały Ashtawaya. - Bratanku, czy uważasz, że płaszcz Odnajdywacza Ścieżek jest 

wielkim brzemieniem?

- Nie... choć... może i tak. Wiem, że to ważne zadanie. Żaden wolny elf nie uważa 

chyba, że niełatwo jest trzymać się z daleka od miast Domowych. Ale iść przez życie, nie 

biorąc sobie żony... to, jak sądzę, niełatwy wybór.

background image

- Odnajdywacze Ścieżek od czasów Ojca Kagonosa byli samotnikami... to prawda. 

Być może dlatego łatwiej znosili to brzemię.

-   Stryju,   wiem,   że   byli   wybitnymi   przywódcami   i   stworzyli   silną   więź   między 

wszystkimi klanami.

-   Nie   inaczej,   to   Ojciec   Kagonesti   ufundował   podstawy   naszych   swobód.   Bez 

pierwszego Odnajdywacza Ścieżek nie byłoby dziś wolnych plemion.

-   Ty   zaś,   stryju,   wskazałeś   plemionom   sposób   na   przetrwanie   Smoczej   Wojny. 

Odnajdywanie szlaków w puszczy, wyszukiwanie polan, na których drzewa zasłaniają niebo... 

wiele ci zawdzięczamy.

- Smutkiem jednak napawa mnie świadomość, że musimy unikać widoku nieba. Choć 

my, żyjący nad brzegami Błękitnego Jeziora, trafiliśmy nie najgorzej... z naszych brzegów 

możemy dostrzec skrawek nieba i otwarte wody.

- Gdy wojna dobiegnie końca, może znów poszukamy dolin w wysokich górach, gdzie 

wolne elfy żyły od setek lat. - Ash się zamyślił. On sam kochał góry i młodość spędził na 

myszkowaniu   wśród   szczytów   rozciągających   się   na   pięćdziesiąt   mil   wokół   Błękitnego 

Jeziora. Mimo tych dalekich wycieczek nie był samotnikiem z natury i zawsze rad wracał do 

wioski.

- Zawiedzie nas tam Odnajdywacz Ścieżek - zgodził się Iydaway. - Osobiście zawsze 

uważałam, że ścieżkę najlepiej wybrać przez dyskusje współplemieńców... choć czasem może 

niektórych trzeba było namawiać. I tym różnię się od Callisty czy Barcalli. Oni - tak jak 

Ojciec Kagonesti - pokazywali drogę i spodziewali się, że reszta plemion po prostu pójdzie za 

nimi. Ja jednak uważałem, że lepiej najpierw się rozmówić...

Ashtaway   kiwnął   głową,   zastanawiając   się   jednocześnie,   dlaczego   stryj   uznał   za 

stosowne wyjaśniać mu swą filozofię życiową.

Potem dwaj Kagonestyjczycy szli w milczeniu, bacząc pilnie, czy nikt ich nie ściga. W 

pewnej chwili usłyszeli pohukiwanie sowy i podniósłszy głowy, zobaczyli wytatuowanego 

wojownika, który skinieniem dłoni pozwolił im przejść. Po kilku chwilach dołączyli do reszty 

plemienia, zebranego w głębi gęstego zagajnika vallenów. Pośrodku polanki niebo odbijało 

się  w   wodach   małej  sadzawki,   Ash  zaś  poczuł  ukłucie  w   sercu,  gdy zobaczył  strach   na 

wychylających się zza grubych pni twarzach.

Elfy nie chciały ryzykować rozpalania zbyt wielu ognisk w nocy, chwilowo czuły się 

jednak   bezpieczne   od   pościgu   bakali.   Na   straży   w   pobliskich   lasach   stanęło   tuzin 

wojowników,   którzy   -   rozmieszczeni   po   dwóch   w   odległości   ponad   mili   od   groty   - 

obserwowali podejścia z wierzchołków drzew.

background image

Pozostali członkowie plemienia - oczywiście oprócz poległej dziewiątki - oczekiwali 

na podjęcie wspólnej decyzji, co począć dalej.

Ashtaway   rzucił   szybkie   spojrzenie   na   ojca   Hammany.   Stary   szaman,   wielce 

poważany przez członków plemienia, przykucnął w cieniu vallenu obok posłania ze słomy. 

Umieściwszy niewielką tykwę wśród jeszcze gorących popiołów, parzył jakieś zioła. Gdy 

Ash się zbliżył, szaman podniósł ku niemu twarz rozjaśnioną blaskiem nadziei i myśliwy 

dostrzegł, że starzec szuka kogoś wzrokiem.

- Ja... ja sądziłem, że... - Głos Wallaki załamał się, Ashtaway zaś poczuł ogromną 

ulgę, potrafił bowiem rozproszyć obawy starca.

- Hammana  jest bezpieczna,  choć  została  daleko  od wioski  - stwierdził,  po czym 

opowiedział   szamanowi   historię   podwójnego   wezwania,   które   sprowadziło   młodych   na 

wzgórza. - Teraz jest przy Lectralu... pielęgnuje jego rany, a te są liczne i głębokie.

-   Hammana   pielęgnuje   srebrnego   smoka?   -   zdumiał   się   szaman,   wąchając   silnie 

pachnący napar, który kipiał w naczyniu. - Wielkie to wyróżnienie... i najwyższy zaszczyt dla 

każdego Uzdrowiciela! Ale czy masz pewność, że jest bezpieczna?

- Bezpieczniejsza niż na brzegu Błękitnego Jeziora - odparł Ash nie bez kpiny w 

głosie. - Po prawdzie, Lectral to piękny smok i wdzięczny jest dziewczynie za opiekę. A choć 

nie   może   teraz   latać,   z   pewnością   potrafi   obronić   Hammanę   przed   każdym 

niebezpieczeństwem, które czyha w tych lasach.

- To dobrze - zgodził się Wallaki i ponownie zajął się swymi ziołami, zawodząc jakieś 

zaklęcie.

Ashtaway przyłączył się do wojowników zebranych wokół Odnajdywacza Ścieźek i 

jego   zwiniętego   po   trzykroć   rogu.   Iydaway   grał   powolną,   żałobną   pieśń,   która   wyrażała 

smutek  elfów  po utracie  dzielnych  wojowników. Gdy skończył,  zaczął  opowieść o ataku 

Ashtawaya, a pozostali wojownicy - którzy obserwowali fragmenty starcia z wierzchołków 

drzew   -  głośno  dali   wyraz  swemu   uznaniu.   Ash  stał   dumnie   wyprostowany  i   z  radością 

wysłuchiwał   pochwał   współplemieńców.   Następnie   ojciec   Warricana   zaczął   kolejno 

wymieniać   wszystkich   poległych,   przy   każdym   imieniu   wojownicy   chórem   składali 

przysięgę, że pomszczą śmierć towarzyszy.

Odnajdywacz   Ścieżek   wreszcie   odłożył   róg.   Wojownicy   cierpliwie   czekali,   aż   w 

końcu Iydaway zabrał głos.

-   Oto   znienawidzony   wróg   zniszczył   nasze   domostwa   i   rozbił   obóz   tam,   gdzie 

przedtem stała nasza wioska. Niektórzy z nas zginęli, lecz reszta pozostała przy życiu. Teraz 

powinniśmy podjąć decyzję, co czynić.

background image

- Wróćmy nocą nad jezioro! Zabijemy wszystkie jaszczuroludy i odzyskamy naszą 

wioskę! - zawołał młody wojownik, Ampruss, którego ojciec był jedną z pierwszych ofiar 

napaści.

- Bakali osierociły już wiele rodzin - sprzeciwiła się Maggera, matka Apmrussa i od 

niedawna wdowa. - Wycofajmy się i nie powiększajmy strat plemienia.

-   Może   trzeba   wezwać   inne   klany,   aby   wsparły   nasz   atak?   -   podsunął   jeden   ze 

starszych   wojowników.   -   Po   dwóch   dniach   drogi   wysłaniec   dotrze   do   wioski   Białych 

Ogonów, a Srebrne Łososie obozują tylko dzień drogi dalej.

- Potrwa to za długo - stwierdził Ashtaway. - Bakali przyszły, aby zniszczyć naszą 

wioskę. Wątpię, czy mają ochotę w niej zamieszkać.

- Powinniśmy zaatakować niezwłocznie! Brzeg tego jeziora był nam domem od stu 

lat! - stwierdził Faltath, doświadczony wojownik i wypróbowany przyjaciel Ashtawaya. - Czy 

jesteśmy takimi tchórzami, że damy się stąd wyprzeć po jednej napaści?

- Być może nie jest to sprawa odwagi czy tchórzostwa, ale przeznaczenia, którego nie 

da się uniknąć - odezwał się Iydaway. Wszystkie spory natychmiast ucichły, gdyż przemówił 

powszechnie szanowany Odnajdywacz Ścieżek.

-   Wiemy   już,   że   wojna   spustoszyła   północne   równiny   i   drapieżnym   ramieniem 

sięgnęła ku górom i puszczom. Smoki Królowej Ciemności latają coraz dalej i wydaje się, że 

robią wszystko, aby rozszerzyć  jej wpływy. Teraz zaś... cóż, możemy wrócić do wioski i 

zabić wiele bestii - ciągnął Iydaway, a ton jego głosu nie pozostawiał cienia wątpliwości, że 

osobiście   z   niemałą   satysfakcją   powitałby   taki   obrót   spraw.   Potem   jednak   w   głosie 

Odnajdywacza Ścieżek pojawiły się smutniejsze i bardziej tęskne nutki. - Lecz obawiam się, 

że za drugim razem, gdy przyjdą jaszczuroludy, możemy nie mieć tyle szczęścia co dzisiaj. 

Gdyby nie powrót Ashtawaya z łowów, mielibyśmy do opłakania o wiele więcej ofiar.

- Bakali nigdy tu nie docierały! Dlaczego uważasz, że przybędą ponownie? - upierał 

się Faltath, który niedawno doradzał natychmiastową napaść. Był to rosły elf, nie ustępujący 

wzrostem ludziom, główny rywal Ashtawaya w sztuce łowieckiej i wojennej - gdy obaj byli 

młodsi. Gdy dorośli, ich drogi się rozeszły, ale Ash niezmiennie podziwiał siłę i stanowczość 

Faltatha, gdy przychodziło do bezpośrednich działań. Twarz rosłego wojownika pokrywał 

czarny tusz podwójnych  spirali, tak że oczy błyskały jakby ze środka dwu wirów. Teraz 

płonęły gniewem i spoglądały oskarżycielsko na śmiałków, przeciwnych natychmiastowemu 

atakowi.

-   Ponieważ   tak   zazwyczaj   dzieje   się   podczas   wojen   -   odparł   Iydaway.   -   No... 

przynajmniej wielkich wojen. A wojna, która pustoszy Ansalon, do takich właśnie należy. 

background image

Tyle przynajmniej wiemy. To wielka bestia, która żeruje coraz dalej od swych siedzib, a teraz 

sięgnęła ku nam końcem szponu... który jest przecie daleko od jej cielska. Ten szpon jednak 

już wie... już się nauczył, jak do nas dotrzeć, a następnym razem spadnie na nas cała łapa. 

Następnym   razem   bakali   będą   miały   dość   czasu,   aby   nas   otoczyć,   albo   przybędą   w 

towarzystwie ogrów... może i smoków. I zginiemy co do jednego.

- Smoki nie dbają o to, co dzieje się w puszczy - spierał się jeszcze Faltath, zaciskając 

dłonie na rękojeści miecza.

-   To   już   uległo   zmianie   -   oznajmił   Ashtaway.   Opowiedział   współplemieńcom   o 

potyczce  pomiędzy rycerzami i czerwonymi  smokami. Zachwyt  odwagą ludzi sprawił, że 

kilkakrotnie zadrżał mu głos i po raz pierwszy wolny elf poczuł głęboki żal - wszak milczał 

wówczas, gdy powinien był ostrzec rycerzy o zbliżającym się ataku. Inni wojownicy uważali 

obecność ludzi za zagrożenie równie wielkie jak nalot smoków, dlatego pragnął im przekazać, 

że ci ludzie różnili się od złodziejów ziemi, którzy byli odwiecznymi wrogami plemienia.

Gdy   przemawiał,   wojownicy   zachowywali   głęboką   ciszę   -   Nie   dość,   że   ludzie 

przeszukują tę część puszczy,  smoki przepatrują ją również z powietrza. Jeśli spostrzegły 

wioskę, głupie jest mniemanie, że na nas nie napadną, bo przedtem nigdy tego nie robiły.

-   Ale   jaszczuroludom   należy   się   nauczka,   taka   sama,   jak   ludziom,   których 

spotykaliśmy w pobliżu wioski! - spierał się zaciekle Faltath. - Wiemy, że Ashtaway dzielnie 

stawał i zabił wiele bestii, ale reszta naszych uciekła! Jeśli nie odpowiemy ciosem na cios, 

bakali   zaczną   myśleć,   że   wespół   z   kobietami   i   dziećmi   uciekamy   na   pierwszy   widok 

nieprzyjaciół.

-   Do   tego   dopuścić   nie   możemy   -   oznajmił   Iydaway   i   zapalczywy   wojownik 

natychmiast   się   uspokoił.   Łypał   tylko   na   Odnajdywacza   ścieżek,   oczekując   kolejnych 

propozycji.

- Trzeba ukarać jaszczuroludy za ich napaść. My jednak, elfy znad Błękitnego Jeziora, 

musimy znaleźć nowy dom. Jest oczywiste, że wojna nie pozostawi nas już w spokoju - i 

oczywiste jest również, że choć to nie nasza walka, wojna dopadnie nas i zniszczy, jeśli temu 

nie zaradzimy.

- Jak dobierzemy  się do bakali?  - spytał  Faltath,  jakby nie słyszał  ostatnich  zdań 

starszego elfa.

-  Zaatakujemy   nagle   i   zaciekle,   zabijemy   tylu,   ilu   się   da,   resztę   zaś   wyprzemy   z 

wioski. Zapamiętają ją jako miejsce nagłej śmierci wielu ze swoich... ale i tak ją porzucimy.

- Ale... dokąd się udamy? - spytał Ampruss.

background image

- Pójdziemy na południe i osiedlimy się za wioską Srebrnych Łososi... w sercu leśnej 

krainy   leżącej   pomiędzy   dwoma   najwyższymi   pasmami   górskimi   kontynentu.   Tam 

znajdziemy nowe jezioro i tam pobudujemy nowe szałasy.

- A więc postanowione! - rzekł Faltath z zapałem. - Pójdziemy na południe, lecz nie 

wcześniej, zanim nie zabijemy mnóstwa bakali.

- Nie inaczej  - potwierdził  Iydaway.  - Reszta  nie należy już do mnie.  Plan ataku 

zostawiam wam, wojownicy.

background image

Rozdział 13 - Smak zemsty

Ashtaway   spojrzał   w   prawo,   pomiędzy   wyniosłe   pnie   vallenów.   Faltath,   którego 

tatuowana twarz zastygła w grymasie wściekłości, dał znak, że jest gotów. Zwróciwszy wzrok 

w   lewo,   Ash   zobaczył   Balkasa,   młodego   łucznika,   którego   cierpliwość   dorównywała 

śmiertelnej   celności   oka.   Łucznik   dociągnął   strzałę   z   cięciwą   do   podbródka   i   Ashtaway 

zrozumiał, że jego współplemieniec ma już na oku jakiegoś wroga.

- Prawie wszyscy wojownicy są już na pozycjach - szepnął Ash do Iydawaya, wiedział 

bowiem, że śmiałkowie na najodleglejszych skrzydłach szyku ciągle jeszcze nie dotarli na 

miejsca.

Odnajdywacz Ścieżek kiwnął głową. - Cierpliwości, to już niedługo - odparł głosem 

cichszym od tchnienia wieczornej bryzy.

Ashtaway nierad był obecności stryja na drzewie. Swego czasu Iydaway był wielkim 

wojownikiem, ale teraz Ash byłby znacznie szczęśliwszy, gdyby stary elf zgodził się zostać w 

leśnej grocie z pozostałymi weteranami, powierzając zemstę młodszym. Wiedział jednak, że 

daremne są spory z upartym Odnajdywaczem Ścieżek i że jedyne, co może zrobić, to strzec 

starego stryja przed wypadkiem - o ile to możliwe.

Pod nimi leżała spustoszona wioska. Kręgi, które jeszcze niedawno były szałasami i 

chatkami, ciągle dymiły, z popiołów nie wystawał już żaden fragment konstrukcji. Położony 

pod koronami wielkich vallenów centralny krąg usiany był śmieciami i rupieciami. W nikłym 

świetle przedświtu tu i ówdzie widać było niewyraźne, skulone kształty - zmęczone bitwą i 

łupiestwami bakali leżały tam, gdzie zmorzył je sen. Jaszczuroludy nie zapomniały przy tym 

o   ostrożności.   Wokół   zajętej   polany   rozstawiły   kilku   wartowników,   lecz   ci   nie   potrafili 

sprostać cichym  jak śmierć Kagonestyjczykom.  Teraz zresztą każdy z wartowników leżał 

martwy, z gardłem poderżniętym przez któregoś ze zwiadowców.

Kilku elfów - razem około czterech tuzinów  - wspinało się jeszcze na drzewa po 

drugiej   stronie   polany.   Elfy   świetnie   widziały   w   ciemnościach,   ale   nawet   wolny   elf   nie 

potrafił dostrzec, co dzieje się po przeciwnej stronie ponurego obozowiska, niełatwo więc 

było orzec, iłu wojowników zajęło już pozycję.

Ashtaway wiedział, że bakali odkryją jar, wiodący do jeziora. Zaproponował nawet, 

aby paru wojowników zamknęło bestiom tę drogę ucieczki, Iydaway i Faltath sprzeciwili się 

temu  wykazując  - nie bez racji - że wojownicy,  których  pośle się na tamten  posterunek, 

background image

niewielkie będą mieli szanse przeżycia. Cały klan miał zaatakować z ukrycia i zabić tylu 

wrogów, ilu się da... zanim pozostali uciekną.

Faltath   zahukał   miękko   niczym   puszczyk,   a   dźwięk   ten   w   uszach   Ashtawaya 

zabrzmiał jak ponaglenie. Wszyscy Kagonestyjczycy spięli się, gotowi runąć na wrogów jak 

ulewa strzał, która też miała być sygnałem do ataku. Ashtaway stwierdził jednak, że - co go 

zdumiało - z nie do końca zrozumiałych dla niego samego powodów niełatwo mu wydać 

rozkaz uderzenia. Wahał się nie dlatego, iż niemiła mu była myśl o zabijaniu bakali. W rzeczy 

samej żywił nadzieję, że - wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu - żaden z pokrytych łuską 

humanoidów nie uniesie cało głowy z morderczego kręgu spustoszonej wioski.

Potrząsając głową i tłumiąc w sobie nagły poryw gniewu, Ashtaway zmusił się do 

podjęcia   decyzji.   Złożywszy   usta,   przygotował   się   do   wydania   wyraźnego   świstu   lelka. 

Dźwięk taki nie byłby czymś niezwykłym w godzinach przedświtu - choć prawdziwe lelki 

miały jeszcze milczeć przez ponad godzinę. Ta drobna niedokładność nie powinna jednak 

zwrócić uwagi tępawych jaszczuroludów.

Zanim jednak Ash wydał głos, z najbliższego drzewa świsnęła strzała. Trafiony bakali 

zaskrzeczał   ohydnie   i   choć   jego   głos   utonął   prawie   natychmiast   w   złowrogim   brzęku 

dziesiątek cięciw, pokryci łuską najeźdźcy zdążyli poderwać się na nogi i rozbiegli się po 

obozowisku.

Cztery   tuziny   cięciw   brzęknęły   niemal   jednocześnie   i   ku   celom   pomknęły   cztery 

tuziny   smukłych   strzał.   Obóz   bakali   zalała   lawina   dzikich   wrzasków   i   ryków   bólu.   W 

następnej chwili wielu trafionych jaszczuroludów zaczęło miotać się dziko po placu, równie 

wielu leżało bez ruchu, zabitych we śnie lub tuż po przebudzeniu. Może stu najeźdźców z 

bronią   w   łapach   formowała   się   pośrodku   w   dużą   grupę,   której   członkowie   zwrócili   się 

grzbietami do siebie, pyskami zaś ku otaczającej ich puszczy.

Na   cały   ten   tłum   bezgłośnie   spadła   ulewa   pocisków,   w   ślad   za   którą   poleciała 

następna.   Bezradny   wobec   natarcia   tłum   bakali   kłębił   się   bezładnie,   małymi   grupkami 

zbierając się wokół niektórych  drzew. Niektóre z bestii opadły na czworaki i ruszyły ku 

drzewu,   na   którym   usadowił   się   Ashtaway.   Elf   trafił   jedną   z   nich   -   z   sąsiednich   drzew 

również gęsto sypnęły się pociski. Grupka napastników zaskakująco jednomyślnie padła na 

ziemię, gdzie wszyscy znieruchomieli.

Ash   poszukał   wzrokiem   kolejnego   celu.   Kilkunastu   jaszczuroludów   zaczęło 

wycofywać się ku wiodącemu nad brzeg jeziora jarowi, pozostali instynktownie podążyli za 

nimi.   Wokół   drzew   porastających   ujście   rozpadliny   zaczęły   fruwać   srebrnogłowe   strzały, 

Ashtaway nie był pewien, czy uciekających da się zatrzymać w ten sposób. Z drugiej strony 

background image

klan szukał takiej zemsty, która pociągnęłaby za sobą jak najmniejsze straty własne - dlatego 

właśnie Odnajdywacz Ścieżek nalegał, aby jak najdłużej szyć strzałami z drzew. Jak do tej 

pory, ani jeden Kagonestyjczyk  nie odniósł rany,  na zakrwawionej ziemi leżały zaś ciała 

licznych bestii.

Niespodziewanie mroki przedświtu rozdarł okrzyk atakującego sokoła. Podobnie jak 

Ashtaway, Faltath nie mógł już znaleźć bliskiego celu dla swych strzał, zeskoczył więc z 

gałęzi i uniósł w górę miecz. Gdy ruszał na wrogów, wydał dziki okrzyk tryumfu.

Inne elfy powtórzyły zawołanie - Ashtaway nie słyszał własnego głosu, dopóki nie 

stwierdził,   że   jakiś   skurcz   wykrzywia   mu   wargi   -   i   całe   plemię   wściekłą   falą   runęło   na 

wrogów. Nawet Idyaway zeskoczył z drzewa, wydając krzyk jastrzębia. Przerażone bakali 

zaczęły tłoczyć się u ujścia wąwozu, który wydał się im jedyną drogą ucieczki.

Ash   przerąbał   toporem   krokodyli   pysk   wroga,   ulegając   przy   tym   wrażeniu,   że 

wszystko to jest po prostu przedłużeniem poprzedniej potyczki. Głownia topora wznosiła się i 

opadała jak samodzielnie myśląca istota, która z niesamowitą precyzją uderza w wybrany cel. 

Ash   poświęcił   część   uwagi   baczeniu   na   Iydawaya   i   starał   się   -   w   miarę   możliwości   - 

powstrzymać Odnajdywacza Ścieżek od rzucenia się na oślep w najgęstszy wir walki. Na 

szczęście atak elfów był  tak skuteczny i przeraził  jaszczury do tego stopnia, że niewielu 

próbowało oddawać ciosy.

Kilkunastu pokrytych łuską i groźnie warczących wrogów przerwało jednak bezładną 

ucieczkę. Stłoczywszy się w grupę, ruszyli na jednego z Kagonestyjczyków, siekąc zaciekle 

krzywymi szablami. Nieszczęśnik zginął, zanim Ash i Faltath zdążyli skoczyć mu na pomoc. 

Rosły elf zwalił na ziemię jednego z potworów, skręciwszy mu po prostu kark, Ash zaś rąbnął 

przez paszczę drugiego i trzeciego. Oba jaszczury padły na ziemię, skomląc żałośnie. Wijące 

się bestie dobili pozostali Kagonestyjczycy, Ash nie czekając nieubłaganie parł przed siebie.

Jar   stanowił   doskonałą   drogę   ucieczki   do   jeziora   i   Ashtaway   zastanawiał   się,   ilu 

wrogów   zdąży   uciec.   Stwory   tłoczyły   się   gęsto,   jeden   przez   drugiego   pchając   się   ku 

wąwozowi. Z drugiej strony coraz liczniejsze bestie rezygnowały z ucieczki i z orężem w 

dłoni zwracały się przeciwko Kagonestyjczykom, elf więc domyślił się, że coś przeszkadza 

wrogom w odwrocie.

Ponad zgiełk bitwy wzbił się nagle donośny szczęk stali - dźwięk ów był znacznie 

głębszy   niż   pobrzękiwanie   lekkich   mieczy,   jakimi   posługiwali   się   Kagonestyjczycy. 

Zaskoczony Ash cofnął się nieco od wiru najzacieklejszej bitwy i wsłuchał uważniej w jej 

odgłosy.

background image

Gdzieś przy wejściu do wąwozu rozległy się nagłe wrzaski bakali, których przerażenie 

wzmagały śmiertelne charkoty ich konających kompanów. Znów zadzwoniło stalowe ostrze i 

tłum   jaszczuroludów   cofnął   się   od   wąwozu   jak   fala   odpływu   -   prosto   pod   ostrza 

Kagonestyjczyków.

- Przysięga i Zasady! - rozległ się w mroku okrzyk, w języku, który Ash rozpoznał nie 

bez trudu.

Rozpoznał   również   głęboką,   nosową   barwę   głosu   -   wołającym   był   człowiek!   To 

człowiek stał u wejścia do jaru i odcinał drogę ucieczki nienawistnym jaszczuroludom.

Bakali stłoczyły się u wejścia do rozpadliny i szarpiąc się wzajemnie szponami, jedne 

kosztem drugich usiłowały przepchnąć się ku wolności. Tuż za nimi, tnąc zajadłe, napierali 

Kagonestyjczycy.

Może   jednak   uda   się   wybić   napastników   do   nogi   -   pomyślał   Ash   z   posępną 

satysfakcją. Świadomość tryumfu natychmiast została zatarta przez obawę - której źródłem 

było tajemnicze pojawienie się nieznanego szermierza.

Ashtaway wydostał się na zewnątrz i przemknął ku krawędzi rozpadliny. Spojrzał w 

dół, usiłując przeniknąć wzrokiem ciemności. Nieco niżej tłoczyły się bezładnie bakali, z 

których jedne usiłowały przedrzeć się do jeziora, drugie zaś z równym zapałem przepychały 

się ku lasom. Jak do tej pory żaden z jaszczuroludów nie wpadł na pomysł, aby wspiąć się na 

strome ściany - choć każdy elf, gdyby zechciał, mógłby spuścić się w dół przynajmniej w 

kilku miejscach.

Ashtaway ruszył  wzdłuż krawędzi, stawiając ostrożnie stopy,  wiedział bowiem, że 

każde   potknięcie   grozi   lotem   w   dół,   prosto   na   łby   wściekłych   bakali.   Równocześnie 

gorączkowo usiłował zrozumieć, co się dzieje - i na co lub na kogo może natknąć się u 

wejścia do jaru.

Przestrach   umykających   jaszczurów   był   wręcz   namacalny   -   unosił   się   nad   jarem 

niczym śmierdząca chmura. Ash ponownie usłyszał ryk człowieka, który na chwilę zagłuszył 

szczęk stali. Elf zobaczył go, gdy okrążył pień sporego drzewa: był to rosły mąż, opasany 

rzemieniami,   który   dzierżył   oburącz   wielki   miecz   i   ustawił   się   w   najwęższym   miejscu 

wąwozu. Wywijając orężem, serią olśniewających cięć i pchnięć całkowicie zamknął drogę 

ucieczki ogłupiałym jaszczuroludom.

Kilkanaście potworów podjęło próbę wspięcia  się na ściany wąwozu - lecz bestie 

odpadły, zanim dotarły do krawędzi. Tylko jeden uciekinier wdrapał się dostatecznie wysoko, 

aby chwycić Ashtawaya za stopę, ale Kagonestyjczyk ciął toporem i jaszczurolud zwalił się 

na łby tłoczących się w dole kompanów.

background image

Pomimo   ciemności   mózg   Ashtawaya   przeszył   błysk   zrozumienia   -   widział   już 

wcześniej   ten   potężny   miecz   o   złoconej   rękojeści.   Postawa   człowieka   świadczyła   o 

niezawodnym męstwie - nie krył się za tarczą, tylko zaciskał dłonie na rękojeści oręża. Z 

prawej   i   lewej   miał   strome   skały   i   szerokimi   zamachami   miecza   pokrywał   całą   niemal 

szerokość   wąwozu.   Jakiś   jaszczur   padł   na   brzuch   i   podjął   próbę   przeczołgania   się   obok 

rycerza. Nie męczył się jednak długo, jego serce przeszył błyskawiczny cios z góry. Dwaj inni 

rzucili się desperacko na samotnego wojownika i zginęli od dwóch pchnięć tak szybkich, że 

wzrok zdumionego Ashtawaya zaledwie zdążył je zanotować.

Elf spostrzegł ruch z boku i odwróciwszy się zobaczył Faltatha, który najwidoczniej 

podążył za nim. Miecz elfa był zbroczony krwią bakali, a oczy wojownika płonęły bojowym 

zapałem. Każdy Kagonestyjczyk choć raz doświadczył upojenia walką, ale tym razem zapał 

elfa wzmagała żądza zemsty.

Ashtaway w milczeniu wskazał towarzyszowi utarczkę w dole. Rosły rycerz nadal 

odpierał ataki bakali, musiał jednak cofnąć się pod ich naporem. Wąwóz tuż za nim rozszerzał 

się i widać było, że nawet długi miecz nieznajomego nie zablokuje przejścia.

- Ten człowiek... zginie piękną śmiercią - stwierdził Faltath.

- Może wcale nie musi zginąć - zauważył Ashtaway, obserwując współplemieńca.

Faltath prychnął gniewnie.

- Nawet choćby zabił setkę bakali, dość będzie jednej strzały, aby nigdy już nie ujrzał 

równin.

Takiej właśnie odpowiedzi Ashtaway się spodziewał, kiwnął tylko zdawkowo głową. 

Zdziwiła go jednak własna reakcja - którą była chęć przyjścia człowiekowi z pomocą i... 

dania mu szansy przeżycia. Nigdy wcześniej nie żywił takich pragnień - nie umiał więc tego 

wyjaśnić. I wtedy sobie przypomniał.

- Ognisty jaszczur! - wyszeptał, potrząsając głową z podziwem. - Widziałem tego 

człowieka,   jak   z   tym   samym   mieczem   w   dłoni   stawiał   czoło   czerwonemu   smokowi. 

Myślałem, że pochłonęła go ognista kula.

Nie mylił się z pewnością. Ciężki miecz miał tę samą złoconą rękojeść, wojownik zaś 

walczył z taką samą determinacją, tak samo nieustępliwie, siekł mieczem z tą samą wprawą i 

wściekłością.   Ash  świetnie   pamiętał   smoczy   atak   -   a   teraz   usiłował   pojąć,   jak   udało   się 

przeżyć temu człowiekowi. Ponownie poczuł wstyd i wyrzuty sumienia... nie ostrzegł rycerzy 

w   porę.   Uczynił   też   w   duchu   stanowcze   postanowienie,   że   przynajmniej   wobec   tego 

człowieka spróbuje odkupić swą winę.

background image

- Smok, którego zabił... bestia przygniotła go, zanim drugi zionął ogniem. Czy nie 

mogło być tak, że zwłoki smoka ochroniły go przed płomieniami? Potem po prostu wyczołgał 

się z błota...

Śmiech Faltatha był zimny i gorzki. - Jeśli nawet... to ów człek i tak żył dłużej, niż 

przystoi jego braciom. I niech na tym poprzestanie.

Nagle Ashtaway zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej - co rycerz zrobił potem? Jak 

dotarł nad Błękitne Jezioro? I dlaczego ryzykuje życie w tak bezsensownej - z jego punktu 

widzenia - utarczce?

-   Nie   wolno   nam   go   zabić!   -   oznajmił,   nie   bacząc   na   grymas   podejrzenia,   który 

pojawił się na twarzy Faltatha. - Idę mu na pomoc!

Bakali tłoczyły się przy obu ścianach rozpadliny. Rycerz jakoś radził sobie z tymi, 

które znalazły się na wprost niego, ale trzymanie przejścia przychodziło mu z coraz większym 

trudem. Musiał się cofać, aby jakoś chronić boki, lecz każdy krok w tył prowadził ku coraz 

szerszej części wąwozu i - tym samym - pogarszał sytuację samotnego wojownika.

Ashtaway przebiegł wzdłuż krawędzi jaru, aż minął miejsce, gdzie zajął stanowisko 

waleczny   rycerz.   Wybrawszy   z   góry   niewielką   kupkę   żwiru,   elf   skoczył   lekko   na   dno 

rozpadliny.   Wylądował   prawie   bezgłośnie,   wrzask   przerażonych   bakali   i   bez   tego   tłumił 

wszelkie inne dźwięki - rycerz jednak błyskawicznie się odwrócił i wzniósł miecz do ciosu. 

Zdołał jakoś wyczuć czyjąś obecność za plecami.

Kagonestyjczyk,   nie   zwracając   uwagi   na   wzniesiony   miecz,   skoczył   ku 

jaszczuroludom   i   błyskawicznie   położył   dwie   bestie   szybkimi   ciosami   topora.   Rycerz 

uśmiechnął się ponuro i odwrócił w samą porę, aby odeprzeć kolejny atak łuskoskórych. 

Podczas   następnych   paru   niezwykle   długich   i   krwawych   chwil   obaj   stali   obok   siebie, 

trzymając wejście do jaru ze zdumiewającą odwagą i zręcznością.

Pozostali  członkowie  klanu napierali  na tyły  uciekającej  hordy,  a wielu elfów,  za 

przykładem Ashtawaya przemykało krawędziami jaru. Zasypywali jaszczuroludy strzałami, 

kłodami drzewa, kamieniami... wszystkim zresztą, co wpadło im w dłonie.

Wreszcie   Ashtaway   wyczuł   jakoś,   że   nie   ma   już   z   kim   walczyć.   Elf   i   człowiek 

rozejrzeli się dookoła, po czym popatrzyli na siebie z uznaniem.

Człowiek - niecierpliwy jak wszyscy członkowie jego rasy, przemówił pierwszy:

-   Dzięki.   Myślałem   już,   że   przyjdzie   mitu   zginąć...   i   bestie   pewnie   byłyby   mnie 

dostały, gdybyś się nie wtrącił.

Ash kiwnął głową i mrużąc oczy, spróbował skupić się na wypowiedzianych przez 

tamtego słowach. Niemiło brzmiały w jego uszach, ale je zrozumiał - człowiek posługiwał się 

background image

mową podobną do handlowego języka Qualinesti, którego Ash nauczył  się we wczesnym 

dzieciństwie.

- Daliście im do wiwatu - ciągnął człowiek, wycierając ostrze skrawkiem brudnej 

szmatki. Ash odniósł wrażenie, że jego milczenie peszy obcego i dlatego stara się wypełnić 

kłopotliwą   ciszę  dźwiękami.   - Rozumiesz,   co  mówię?   - spytał  z  odcieniem  desperacji  w 

głosie.

- Owszem. Chodź ze mną. - Ash ruszył dnem wąwozu, zauważając jednocześnie, że 

na niebie zaczęły zakwitać pierwsze smugi porannej poświaty. Rycerz wzruszył ramionami i 

poszedł za elfem. Wspięli się po stromych stopniach, usytuowanych przy wyjściu na plac 

centralny, gdzie skalne ściany ustępowały pokrytemu lasem płaskowyżowi.

Zamknięcie jaru przez człowieka i elfa było tak skuteczne, iż żadna z bestii, które tak 

niedawno   zaatakowały   wioskę,   nie   uszła   z   życiem.   Kilkunastu   wojowników   pilnie 

przepatrywało w wąwozie stłoczone i posiekane ciała, dobijając te, które okazywały jakieś 

oznaki   życia.   Inni   pod   przywództwem   Faltatha   zebrali   się   nad   brzegiem   jeziora,   opodal 

wylotu jaru.

Gdy Ash i rycerz podeszli ku nim, wojownicy umilkli. Jasne oczy elfów wbiły się w 

Solamnijczyka, który zareagował na to usztywnieniem karku i zwolnieniem kroku. Ashtaway 

zauważył   ową   zmianę   postawy   i   wcale   nie   dziwił   się   takiemu   przejawowi   dumy   i 

niezależności.

Faltath wystąpił przed pozostałe elfy i zwrócił się do Ashtawaya, mówiąc szybko w 

plemiennym języku wolnych elfów.

- Źle się stało, że nie zabiłeś tego człowieka. Dlaczego mówisz, że i pozostali powinni 

zostawić go w spokoju? Zaprzeczysz może, że jest człowiekiem?

- Nie, nie zaprzeczę.

- Może zapomniałeś o opowieściach naszych ojców - o ludziach, którzy wydzierali 

puszczę elfom? Którzy zabijali bez żadnych skrupułów, żeby podpalić lasy i przekształcić 

pogorzeliska w swoje odrażające pola?

- Pamiętam te opowieści - odparł Ashtaway. - Ale pamiętam i inne stare legendy... o 

smoczej wojnie, w której elfy i ludzie walczyli ramię w ramię, aby wspólnie rzucić zło na 

kolana. I zastanawiam się, czy na Krynn raz jeszcze nie przyszedł taki czas. Wiemy, że gdzieś 

tam szaleje wojna, która i ku nam wyciąga krwawe ramiona.

Kagonestyjczycy nie odpowiedzieli. Wojownicy przez długą chwilę mierzyli rycerza 

wrogimi spojrzeniami, on zaś, dumnie wyprostowany, stał obok Ashtawaya. Twarze elfów nie 

wyrażały   żadnych   uczuć,   Ash   wiedział   jednak,   że   jego   towarzysze   rozważają   usłyszane 

background image

argumenty. Podjął przerwaną przemowę, gdy doszedł do wniosku, iż mieli dość czasu na 

przemyślenie sprawy.

-   Obcy   tu   rycerz   zabił   wielu   naszych   zajadłych   wrogów.   Gdyby   nie   on,   nie 

odnieślibyśmy całkowitego zwycięstwa... na które zresztą wcale nie liczyliśmy. Ofiaruję mu 

swoją ochronę... przynajmniej to jesteśmy winni temu dzielnemu człowiekowi.

Ashtaway   powiedział   to   śmiało   i   nie   bez   nacisku.   Na   twarzach   wojowników   nie 

odmalowała się żadna reakcja. Ash sam zdumiał się własną zuchwałością. Jego towarzysze 

musieli doznać szoku - choć nic po sobie nie okazali. Ofiarując komuś ochronę, elf oznajmiał 

swym   druhom,   iż   będą   musieli   zabić   go   pierwej,   niż   zdołają   skrzywdzić   objętego   nią 

człowieka.

Zapadła długa cisza. Człowiek przeniósł wzrok z Asha na pozostałych wojowników i 

elf poczuł, że rycerz zmienia nieco postawę, przemieszczając ciężar ciała z nogi na nogę - tak 

płynnie, że prawie niezauważalnie. Kagonestyjczyk był wdzięczny losowi za dobre maniery 

obcego, który wiedział przynajmniej tyle, że wojownikom nie należy przerywać namysłu.

- Ashtaway, jesteś w dużej mierze ojcem zwycięstwa klanu w tej bitwie. Uszanujemy 

twe słowa i twoją wolę. Zechciej jednak powiedzieć: czy jest w tym rycerzu coś, co każe ci 

ofiarować mu ochronę? - Sokolooki łucznik, Bal- kas, zmarszczył brwi z uwagą. Młodego 

wojownika zdumiała decyzja Asha, ale ten rad był, że Balkas gotów jest wysłuchać jego racji.

- Opowiedziałem wam w obozie o czerwonych smokach i walce, jaką stoczyli z nimi 

rycerze. Ten człowiek był wodzem owych rycerzy i choć sądziłem, że zginął w płomieniach, 

udało   mu   się   jakoś   przeżyć.   Chętnie   dowiem   się,   jak   to   się   stało.   Uważam   zresztą,   że 

wojownik, który stawiał czoło smokom i wytłukł tyle  bakali, zasługuje na lepszy los niż 

zdradziecka strzała w kark.

- No to zastrzelmy go od przodu - mruknął nieprzejednany Faltath.

Rycerz wyczuł wrogość elfa i zgarbił się odruchowo. Nie sięgnął jednak po broń i nie 

odezwał się ani słowem. Czekał cierpliwie, co - jak Ash mógł się domyślić - wymagało od 

człowieka   sporego   wysiłku.   Wszyscy   wiedzieli,   że   świat   ludzi   był   światem   nieustannej 

aktywności. Kagonestyjczyk nie żałował swej decyzji. Z każdą mijającą chwilą czuł coraz 

silniej, że ów człowiek wart był ocalenia.

Ash   wiedział   też,   że   Faltath   nawet   w   gniewie   nie   zakwestionuje   decyzji   swego 

przyjaciela. Stwierdzenie Asha rozciągnęło nad człowiekiem ochronne tabu - i żaden elf nie 

naruszyłby odwiecznej tradycji.

- Wróćmy do wioski - podsunął Ash. - Rozniecimy ognisko i wypalimy fajkę, aby 

uczcić nasze zwycięstwo.

background image

- Dobry to pomysł - zgodził się Balkas, postępując krok do przodu i mierząc rycerza 

uważnym   spojrzeniem.   Potem   odezwał   się   w   języku   kupców:   -   Chciałbym   wiedzieć,   co 

takiego jest w tobie, co skłoniło mego przyjaciela do reakcji godnej szaleńca.

Ash   zachichotał   czując,   że   zaciekłość   wojowników   przemija.   Z   lekkim   sercem 

powiódł swego nowego towarzysza w leśną gęstwinę.

background image

Rozdział 14 - Młodszy Odnajdywacz Ścieżek

- Na  imię  mi   Ashtaway  - przedstawił  się  wojownik,  gdy  prowadził  człowieka   ku 

wioskowej polanie.

- Kamford Willis, Rycerz Zakonu Róży, do usług.

- Poznałem cię po tym mieczu, choć oczywiście nie znałem twego imienia.

- Poznałeś? - zdumiał się człowiek.

-   Widziałem,   jak   walczyliście   z   czerwonymi   smokami...   ty   i   ludzie,   którzy   ci 

towarzyszyli. - Ash zaczął opowiadać, jak stał się świadkiem bohaterskiej utarczki, która nie 

mogła zakończyć się inaczej jak klęską. - Gdy osmalił cię smoczy dech, byłem pewien, że już 

po tobie. Może powinienem zbadać rzecz dokładniej.

- Błoto... - wyjaśnił sir Kamford, potrząsając głową. - Powinienem był zginąć, jak 

wszyscy ludzie z mojej kompanii. Ale kiedy zwaliłem się na ziemię, jaszczur padł na mnie i 

zostałem wgnieciony w błocko... tamta polana była nielicho podmokła. Musiałem się jakoś 

wykaraskać, bo byłbym się udusił... i zapewniam cię, mości elfie, że nie przyszło mi to z 

łatwością. Smok nie był przesadnie wielki, ale dostatecznie ciężki, aby przygnieść człowieka 

na dobre. A gdy się spod niego wydostałem, drugi smok zniknął.

- Jak dotarłeś nad Błękitne Jezioro? I dlaczego wystąpiłeś przeciwko bakali?

-   Odpowiedź   na   twoje   pierwsze   pytanie,   mości   elfie,   brzmi   tak:   po   prostu   się 

zgubiłem. Chciałem ruszyć na zachód, ale układ gór zmusił mnie do marszu na południe... i 

wędrowałem  znacznie  wolniej, niżbym  sobie tego  życzył,  bo straciłem  konia. Okrążałem 

jezioro,   licząc   na   to,   że   w   końcu   znajdę   jakiś   wąwóz   wiodący   ku   zachodowi.   Wczoraj 

zobaczyłem dym płonącej wioski, a gdy dotarłem bliżej, ujrzałem jaszczuroludy - te zaś są 

wrogami każdego rycerza. Ukryłem się nad brzegiem tuż przy ujściu wąwozu. Oczywiście, 

chciałem zorientować się, czy ta grupka knuje cokolwiek przeciwko Solamnii - wyjaśniał 

dalej sir Kamford. Obaj dotarli tymczasem na skraj zagajnika vallenów, gdzie wojownicy 

kagonestyjscy przerwali wynoszenie trupów bakali, aby przyjrzeć się uważnie człowiekowi.

- Kiedy rozpoczęliście atak, dostrzegłem szansę zatrzaśnięcia tym łuskowcom drogi 

ucieczki. Zastanawiam się, dlaczego sami nie posłaliście kilku śmiałków, którzy zamknęliby 

wąwóz.

Niezbyt skłonny do przyznania się, że taką właśnie jego propozycję odrzucono, Ash 

potrząsnął   tylko   głową.   Doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   gdyby   nie   interwencja   sir 

Kamforda, mnóstwo bakali uszłoby z pułapki.

background image

- Chodziło nam głównie o wyparcie ich z wioski. Dzięki twej pomocy zwycięstwo 

jest...

Zamarł w połowie kroku zaniepokojony wyrazem twarzy młodego Amprussa, który 

właśnie doń podbiegał.

- Odnajdywacz... Musisz się z nim zobaczyć, zanim będzie za późno!

Gnany strachem młody wojownik rzucił się ku ruinom szałasu stryja. Ampruss gnał 

tuż obok.

- Jeden bakali... wyskoczył z lasu, gdy było już po wszystkim. Zabiłem go, ale co z 

tego... - Wojownik umilkł i Ashtaway wyczuł jego żal i rozpacz. Sam czuł się dokładnie tak 

samo.

Iydaway leżał na słomianej macie tuż przed wejściem do swej spalonej chatki. Ash 

pochylił się nad nim, niemal tracąc ducha na widok głębokiej rany, która przecinała szczupłą 

pierś starego elfa.

Wargi Odnajdywacza Ścieżek rozchyliły się, lecz nie wyszedł z nich żaden dźwięk. 

Ash pochylił się jeszcze niżej, usiłując zrozumieć to, co tak rozpaczliwie chciał powiedzieć 

mu stryj.

- Tutaj... masz...

W pierwszej chwili wojownik nie pojął, co miał na myśli stary Odnajdywacz Ścieżek. 

Dłoń stryja drżała i wydawało się, że za chwilę opadnie bezwładnie. Być może Ashtaway nie 

chciał zrozumieć intencji starego elfa...

- Koźli Róg, Odnajdywaczu... - stęknął Iydaway.

- Teraz należy do ciebie... na tak długo, jak się to spodoba bogom.

- Nic nie mów! - sprzeciwił się Ashtaway, w równej mierze przestraszony słabością 

starca, jak i treścią jego słów.

-   Miałem...   miałem   nadzieję,   że   jeszcze   trochę   cię   pouczę.   Zawsze   myślałem,   że 

właśnie   ty   powinieneś   być   moim   następcą.   A   gdy   dowiedziałem   się,   że   słyszałeś   zew 

drugiego rogu, zyskałem pewność.

- Stryju... proszę...

- Posłuchaj... mój czas się kończy... Ty jesteś teraz Odnajdywaczem Ścieżek. Idź i 

przemów do plemienia.

- Ale... co im powiem? I dlaczego mieliby mnie wysłuchać?

- Użyj rogu... on cię rozpozna... a Ojciec Kagonesti pokaże ci drogę...

Iydaway umilkł na chwilę i Ash pomyślał, że starzec skonał. Ale ranny Odnajdywacz 

Ścieżek otworzył oczy i westchnął głęboko, aż coś zabulgotało w jego otwartej piersi.

background image

- Prowadź plemię na południe... ku puszczom... znajdź drogę...

Stary Kagonestyjczyk wzdrygnął się i skonał. Ash poczuł wilgoć łez pod powiekami i 

z mieszaniną nienawiści i odrazy spojrzał na trzymany w dłoniach trzykroć zwinięty róg.

Następnie pomyślał o Hammanie i o głębi uczucia - teraz już wiedział, iż była to 

miłość - które narodziło się pomiędzy nimi. Szczerze nienawidził rogu, a bardziej jeszcze 

nienawidził   więzów   powinności   i   odpowiedzialności,   które   towarzyszyły   jego   nowej 

godności.

Nie   mógł   jednak   odrzucić   brzemienia.   Wstał   niemal   na   oślep,   nie   widząc   prawie 

niczego, bo przed twarzą trzymał w dłoni Koźli Róg. Wyczuwał utkwione w nim spojrzenia 

welu wojowników. Zamrugał oczyma i zmusił się do uniesienia głowy i przybrania dumnej 

postawy.

-   Jesteś   Odnajdywaczem   Ścieżek!   -   oznajmił   Faltath   stojący   pomiędzy 

wytatuowanymi   wojownikami.   Ashtaway   nie   widział   twarzy   starego   przyjaciela,   ale 

rozpaczliwie pragnął sprzeciwić się temu, co powiedział.

W jego głowie kłębiły się różne myśli. Stryj  się pomylił! Młody wojownik chciał 

krzykiem oznajmić tę wieść plemieniu i oddać róg każdemu, kto zechce go przejąć. Nic mógł 

jednak tego zrobić, tak samo jak nie potrafił się sprzeciwić poleceniu Iydawaya.

- Otrzymałem go, ponieważ dane mi było usłyszeć drugi róg. Zbierzmy się w Kręgu 

Rady i wszystko wam opowiem.

Dzikie   elfy   usiadły   w   krąg   wokół   centralnego   paleniska.   Z   ochotą   wysłuchano 

opowieści o tym, jak Ashtaway usłyszał wezwanie Lectrala, srebrnego smoka, który nadal 

przebywał  pod  pieczą  Hammany.   Głos   opowiadającego  drżał  z  emocji,  gdy  opowiadał   o 

pięknej Uzdrowicielce i o tym, jak pielęgnowała potężnego smoka.

Po   pewnym   czasie   jeden   ze   starszych   elfów   sięgnął   po   fajkę   i   przez   kilka   chwil 

wojownicy   palili   z   powagą,   przekazując   jeden   drugiemu   rytualny   cybuch   -   wszyscy   z 

szacunkiem milkli, gdy młody Odnajdywacz Ścieżek przerywał opowieść, aby nabrać w płuca 

dymu   z   wiekowego   tytoniu.   Ashtaway   podał   cybuch   sir   Kamfordowi   i   podziwiał 

wytrzymałość rycerza, który łyknął potężny kłąb ostrego dymu i spokojnie wydmuchnął go 

nozdrzami.

Myśli   Ashtawaya   wróciły   na   chwilę   do   Hammany.   Bardziej   niż   kiedykolwiek 

przedtem pragnął ją zobaczyć i pomówić z nią. Teraz jednak trzeba było zająć się innymi 

sprawami.

- Plemię musi gotować się do wymarszu - oznajmił. - Taka była wola mego stryja... i 

tak będzie.

background image

-   Zwyciężyliście   i   mimo   to   gotujecie   się   do   odejścia?   -   wyrwało   się   rycerzowi   i 

Ashtaway umilkł, zaskoczony tą wypowiedzią.

- Nigdy przedtem wróg nie napadł na naszą wioskę - odpowiedział krótko. - Teraz 

bakali (i z pewnością inni służalcy Królowej Mroku) wiedzą, gdzie nas szukać. Obawiamy się 

o bezpieczeństwo naszych starców i dzieci. Wydaje się też, że wojna nieustępliwie zbliża się 

do naszych lasów.

- Rzekłeś, przyjacielu. Są to obawy, których nie trzeba się wstydzić, godne męża i 

wojownika. Co się tyczy wojny,  jeśli znajdziesz miejsce, w którym  o niej nie słyszano i 

któremu ona nie zagraża, niezwłocznie mnie o tym powiadom. Na całym Ansalonie ludzie 

pragną tylko znaleźć takie miejsce, ale nie słyszałem, aby komukolwiek się to udało.

- Pójdziemy na południe, w ostępy, które pokrywają ziemie pomiędzy Silvanesti i 

Qualinesti.

- Ruszacie do puszczy?  Może i była  tam za czasów twojego pradziada - rzekł sir 

Kamford z drwiącym uśmieszkiem. - W rzeczy samej, słyszałem opowieści z czasów samego 

Vinasa Solamnusa. Powiadają, że pomiędzy górami Khalkist i Kharolis rozciągały się wtedy 

nieprzebyte lasy. Nie masz już ich teraz, mości elfie. Mówisz o przeniesieniu się do krainy, 

gdzie obecnie uprawia się Ziemię.

Kagonestyjczycy   zachowali   spokój,   lecz   wojownicy   zaczęli   spoglądać   na   siebie 

niepewnym wzrokiem. Żaden z nich nie uwierzył dzikusowi z plemienia ludzi - ale żaden też 

nie znał południowych lasów z własnego doświadczenia. Od Czasów Wojen Zabójców Rodu 

- to znaczy od ponad tysiąca lat - nie zamieszkał tam żaden z wolnych elfów.

- Nie dziwi mnie też, że jaszczury was tu znalazły.  - Gadatliwość rycerza niemal 

uniemożliwiała rozważną dyskusję. Ashtaway ciekaw był jednak, co ten człowiek ma jeszcze 

do powiedzenia.

- Tego roku armie Królowej Ciemności rozpoczynają wielką ofensywę. Jeśli się jej na 

to pozwoli, z rozpoczęciem lata cały kraj, stąd aż do Palanthas, ogarną płomienie wojny. To 

rzecz   normalna,   że   posłała   grupę   jaszczuroludów   do   puszczy   -   szukała   drogi   okrążenia 

pozycji rycerstwa.

-   Po   raz   pierwszy   wpadłeś   mi   w   oko,   panie   rycerzu,   gdy  dowodziłeś   niewielkim 

oddziałkiem rycerzy. Czyżbyście z kolei wy szukali sposobu przeciwdziałania jej manewrom? 

-   spytał   Ash.   Zaczął   się   zastanawiać,   czy   przypadkiem   rycerz   -   oprócz   niezaprzeczalnej 

odwagi - nie wyróżniał się wybitną głupotą. Liczący dwa tuziny rycerzy oddział nie byłby w 

stanie skutecznie przeciwstawić się tej bandzie bakali.

background image

- Nie przybyliśmy tu jako forpoczta armii.., nie prowadziliśmy działań zaczepnych ani 

obronnych - zapewnił go sir Kamford. - Naszym celem było zbadanie dolin u stóp wzgórz... 

chcieliśmy znaleźć szlak przez góry.

- Nie przybyliście tu, aby bronić Palanthas? - Ashtaway usiłował jakoś wyobrazić 

sobie cel działań rycerstwa.

- Nie... ale, być może, gdyby nam się powiodło, udałoby się osłabić armie Królowej 

na  tyle,   że  udaremnilibyśmy  jej  atak.  Widzisz,  mości   elfie,   Takhisis  wysłała   praktycznie 

wszystkie  smoki,  aby wsparły działania  armii.  Zgromadziła  potężne  siły do uderzenia  na 

Palanthas.

- Więc wkrótce rzeczywiście nastanie kres wojen - oznajmił Faltath. Z tonu, jakim 

powiedział te słowa, wynikało niedwuznacznie, iż niewiele obeszła go perspektywa klęski 

rycerstwa i uważał, że nie ma ona żadnego znaczenia dla przyszłości klanów.

Ash   ponownie   odkrył,   że   nie   podziela   opinii   najwierniejszego   z   przyjaciół. 

Perspektywa smoków unoszących się bezkarnie nad lasami i legionów bakali, buszujących 

swobodnie po puszczy, wydała mu się zbyt ponurym dziedzictwem, aby zostawić je dzieciom 

i wnukom. Poczuwszy ciężar rogu na pasie, wzdrygnął się mimo woli - on sam nie będzie już 

mial dzieci.

- Nie świętujcie zwycięstwa Królowej. Jeszcze za wcześnie! - Szorstkość wypowiedzi 

rycerza powinna była rozjuszyć elfów. Faltath zaczerwienił się z gniewu, lecz sir Kamford 

mówił dalej nie przerywając. - Istnieją pewne szanse - aczkolwiek nad wyraz nikłe - na to, że 

rycerstwo będzie górą.

- Czyżbyś mówił o pokonaniu Królowej Ciemności i jej smoczego pomiotu? - zdumiał 

się   Ashtaway.   Niejednokrotnie   wspominał   zajadłość   smoków,   której   był   świadkiem. 

Wydawało mu się, że nie sposób pokonać armii takich stworzeń.

- To nie jest tak niemożliwe, jak myślisz - odpowiedział rycerz. - Mamy w końcu 

smoki, które walczą i po naszej stronie. Złote i srebrne tworzą wspaniały zespół, gdy wzbiją 

się   w   niebo,   dlatego   też   Królowa   Ciemności   musi   nieustannie   wystrzegać   się   ataku   na 

Sanction, gdzie tkwią korzenie jej potęgi.

Młody Odnajdywacz Ścieżek przypomniał sobie, że Lectral mówił to samo.

- Dlaczego zatem nie uderzycie na Sanction z równin, na których stacjonują wasze 

wojska?

- Ponieważ armie Królowej - i jej smoki - blokują nam drogę przez równiny - mruknął 

ponuro sir Kamford.  - Nie możemy  zaatakować,  dopóki ich nie pokonamy.  Jeśli zaś  nie 

zniszczymy ogniem jej zapasów w Sanction, mogą utrzymać się w polu choćby dziesięć lat!

background image

-   Widziałem   Sanction...   z   daleka   -   stwierdził   Ash.   -   Nad   tym   miejscem   chyba 

nieustannie wisi ciemna, burzowa chmura - wydaje się odpowiednie na legowisko Królowej 

Ciemności.

Rycerz   zachichotał   i   nawet   Ashtaway   zdumiał   się   jego   brakiem   dobrych   manier. 

Zmuszony   do   stłumienia   własnego   niezadowolenia   i   świadom   tego,   że   otaczający   ich 

wojownicy   pod  pozorną   obojętnością   również   ukrywają   oburzenie,   Odnajdywacz   Ścieżek 

przypomniał sobie, że sir Kamford był obcym i nie znał dobrych obyczajów - stąd nie zdawał 

sobie sprawy, iż takie okazywanie dobrego humoru jest wśród elfów źle widziane.

- Oczywiście  ona  tam  nie przebywa  - w ogóle  nie ma  jej  na Krynnie.  Niektórzy 

utrzymują, że w wulkanach otaczających miasto mają legowiska jej smoki... i że tam właśnie 

zebrała zapasy, dzięki którym smocze armie mogą prowadzić wojnę.

Ashtaway przypomniał sobie, co rycerz powiedział przedtem. Przypomniał sobie też 

spekulacje Lectrala, skupione wokół znaczenia, jakie do Sanction przywiązywała Królowa 

Ciemności.

- Aaaa... i podczas gdy jej smoki na zachodzie zagrażają Palanthas, ty szukałeś drogi 

umożliwiającej   uderzenie   na   Sanction?   Zamierzaliście   zniszczyć   wioskę,   podczas   gdy 

wojownicy zajęci są łowami?

- Można by to tak określić. - W głosie sir Kamforda dźwięczał nieuchwytny ślad 

rozbawienia   i   wydawało   się,   że   niemało   trudu   kosztuje   go   naśladowanie   powagi,   z   jaką 

przemawiały elfy. - Oczywiście droga przez centralne równiny jest zbyt niebezpieczna. Każdy 

oddział   rycerzy,   który   zostanie   dopadnięty   przez   smoki   na   otwartej   przestrzeni,   zostanie 

wybity co do nogi. Jeśli poszlibyśmy na wprost, niewątpliwie zostalibyśmy zauważeni.

- A więc planowaliście atak drogą okrężną? - Ashtaway znów poczuł zdumienie; tym 

razem   zaskoczyło   go   to,   że   sam   odezwał   się,   wpadając   niemal   w   słowo   rycerzowi. 

Odnajdywacz   Ścieżek   poczuł   zaskoczone   spojrzenie   Faltatha,   sam   jednak   był   zbyt 

zaintrygowany - i nieco przestraszony - zuchwałością człowieka.

-  Mówisz,  mości   elfie,  o  kompanii,  którą   widziałeś  podczas  minionego   tygodnia? 

Nie... byliśmy tylko grupą zwiadowczą. Lordowie nie pomyślą nawet o ataku, dopóki nie 

wrócimy z wieściami o drodze przez te góry.

Elf kiwnął głową.

- Badaliśmy te góry systematycznie, kiedy w niżej położonych dolinach zaczynały 

topnieć śniegi. Niestety, za każdym razem, gdy odnajdywaliśmy pozornie wygodną ścieżkę, 

zawsze trafialiśmy do zamkniętego jaru... albo stawaliśmy naprzeciw górskiego grzbietu. Nie 

dałoby się tamtędy przejść nawet pieszo... a cóż dopiero mówić o koniach.

background image

- Zabralibyście ze sobą konie?

- Rycerz bez konia jest... jak elf pozbawiony nóg - odparł sir Kamford z powagą. - 

Owszem, tę bitwę chcielibyśmy stoczyć konno. Rycerze Solamnijscy w szyku bojowym to 

siła, przed którą pierzchnęłyby nawet ogry.

Kagonestyjczyk   przypomniał   sobie,   jak   niewielka   grupka   śmiałków   walczyła   z 

czerwonymi smokami, i zrozumiał, że sir Kamford wie, co mówi.

- A jednak taki atak na Sanction nigdy nie dojdzie do skutku - oznajmił rycerz z 

żalem. - Nawet gdybym przeżył i zdołał wrócić do Solanthus, nie przyniosę Lordom żadnej 

nadziei. Nie masz drogi przez góry... a na równinach czai się jedynie śmierć.

Ashtaway   kiwnął   głową   z   powagą,   jakby  współczuł   żalowi   człowieka.   Wojownik 

widział   tę   tragedię:   dzielni   mężowie   posłani   w   desperackiej   misji,   ginący   od   śmierci 

unoszącej się na szkarłatnych skrzydłach. Ten tu przeżył, jako najdzielniejszy - po to, aby 

zanieść swoim wieść o niepowodzeniu.

W tejże chwili w umyśle elfa nagle zawrzało. Przypomniał sobie coś, czego - jak 

mniemał - nie zdołałby ukryć, choćby chciał. Powiedzieć? Wydało mu się, że nie ma wyboru.

- Być może... jest inna droga - rzekł z namysłem. - Być może... znalazłby się sposób, 

aby nasze plemię mogło zostać nad Błękitnym Jeziorem i żyć w pokoju...

Nawet człowiek umilkł, czekając na dalsze słowa elfa. Ash długo się zastanawiał, 

zanim ponownie otworzył usta.

- Istnieje szlak, którym można by dotrzeć do Sanction od południa. Jest to wąski jar 

wijący się wśród szczytów. ale myślę, że przeszłyby nim nawet konie.

-   I   ten   szlak   wiedzie   do   Sanction?   -   spytał   sir   Kamford,   który   zdołał   odczekać 

zaledwie chwilę, aby nie obrazić elfa natychmiastowym pytaniem.

- Z grzbietu przełęczy widziałem Trzy Dymiące Góry i przyglądałem się miastu, które 

leży w ognistej dolinie.

- Władcy Zagłady! A więc istnieje - być może istnieje! - droga. Powiedz mi, mości 

elfie, jak biegnie ten szlak? Gdzie go znajdę?

- Wątpię, panie rycerzu, aby ci się to udało - stwierdził bez urazy Ashtaway. - Sam 

odkryłem ten szlak przypadkowo... a spędziłem w tych górach wiele sezonów łowieckich.

Kagonestyjczyk umilkł na chwilę. Zrozumiał nagłość potrzeby... i wiedział, co musi 

powiedzieć, zanim jeszcze otworzył usta. Zdawał sobie sprawę, że jego współplemieńcy będą 

zaszokowani, lecz nie mógł i nie chciał wycofać się z raz podjętej decyzji.

background image

- Pokażę wam ten szlak - powiedział spokojnie. - Wrócisz do Solamnii i zbierzesz 

oddział rycerstwa. Ja zaś przeprowadzę was przez góry, abyście mogli uderzyć na wioskę 

Królowej Ciemności.

- A cóż to za zdrada? - spytał Faltath, którego twarz pod maską tatuaży ściągnęło teraz 

oburzenie. - Chcesz przeprowadzić oddział ludzi przez serce naszej leśnej krainy? - Dłoń elfa 

zwarła  się na rękojeści miecza  i Ash przez  chwilę  sądził,  że jego zapalczywy  przyjaciel 

zamierza pogwałcić rękojmię bezpieczeństwa, jaką ofiarował człowiekowi.

- Nie przybędziemy tu jako najeźdźcy! - żachnął się sir Kamford.

Faltath zdjął dłoń z rękojeści oręża i skrzyżował ramiona na piersiach.

- Czy chcesz nas zmusić, abyśmy przyjaźnie witali ludzi na skraju naszej puszczy? - 

spytał niemal drwiąco.

- Może wobec tego wolałbyś witać czerwone smoki lub ogry... i nie na skraju puszczy, 

lecz u wejścia do wioski? - spytał Ashtaway cierpko. Poczuł, że wzbiera w nim gniew. Faltath 

nie chciał niczego zrozumieć!

- W tym sęk! - W głosie sir Kamforda brzmiały szczerość i zaraźliwy entuzjazm, choć 

dla wielu elfów jego słowa były szorstkie i nieokrzesane. Mimo to zdołał przykuć ich uwagę. 

- Nie mogę wam obiecać, że nasze uderzenie na Sanction położy kres wojnie. W rzeczy samej 

uważam, że wszystko rozstrzygnie się na wschodzie, gdzie na niebie nad Solamnią smoki 

zetrą się ze smokami. Nasz atak może jednak osłabić Królową na tyle, że w decydującej 

chwili zbraknie jej sił! I nie łudźcie się, przyjaciele. - W głosie sir Kamforda nieoczekiwanie 

zabrzmiała taka powaga, że żaden z elfów nie sprzeciwił się temu określeniu. - Ten, kto 

zwycięży w tej wojnie, będzie dość potężny, aby określić przyszłość Krynnu, dla wszystkich 

ludów   i   wszystkich   ras.   Jej   efekty   przetrwają   nawet   najbardziej   długowiecznych   mężów 

waszego szlachetnego plemienia.

-   Widziałem   te   smoki   -   dodał   Ash.   -   Jeśli   tu   wrócą,   nikt   w   puszczy   nie   będzie 

bezpieczny.   Lepiej   będzie   dla   nas,   jeśli   przyłączymy   się   do   walki,   zanim   wojna   się 

rozstrzygnie. Trzeba pokonać złe smoki!

Spojrzał na sir Kamforda, a jego oczy były teraz chłodne i bez wyrazu. - Po wojnie - 

rzekł znacząco - możemy zastanowić się, co począć z ludźmi.

-   Może   tak   być...   to   uczciwe   postawienie   sprawy   -   odparł   rycerz.   -   Ręczę   moim 

słowem...   przekażę   Lordom   twoje   zobowiązanie   i   wasze   życzenie,   aby   zostawić   was   w 

spokoju. Przejdziemy przez wasz kraj jedynie dlatego, że jest to najlepsza - i jedyna - droga 

do pokonania Królowej Ciemności.

Ashtaway poczuł nagły przypływ entuzjazmu. Ale czy podjął słuszną decyzję?

background image

Jeśli nie i jeśli wioska ponownie zostanie zaatakowana, czy można liczyć na to, że elfy 

znowu będą miały tyle szczęścia? Może w ataku, oprócz tępych bakali, wezmą udział smoki i 

ogry? Ash wiedział, że w takim wypadku plemię zostanie starte z powierzchni ziemi.

Jeżeli   jednak   zdecydują   się   opuścić   to   miejsce,   kto   mu   zaręczy,   że   gdzie   indziej 

odnajdą   równie   dobre...   być   może   nie   znajdą   nawet   lasów   dość   rozległych,   aby   w   nich 

polować? Wiedział, jak szybko mnoży się i pleni rodzaj ludzki, znał jego nieposkromiony 

głód nowych ziem. Elf podejrzewał, że podczas minionego tysiąclecia ludzie przywłaszczyli 

sobie większą część krajów, w których niegdyś szumiały nieprzebyte puszcze.

Po długiej chwili milczenia Ashtaway westchnął, otworzył oczy i spojrzał prosto w 

twarz rycerza.

- Ile czasu zajmie ci dotarcie do Solamnii i powrót z oddziałem rycerzy?

- Dwa tygodnie na wędrówkę do obozu... tydzień na zebranie sił i następny na powrót 

z oddziałem konnych. Za cztery tygodnie zatem możesz nam pokazać twój szlak do Sanction.

- Nie wiem, co to są owe „tygodnie” - odparł Kagonestyjczyk z godnością. - Jak to 

wyrazić w cyklach Krynnu?

Sir Kamford zmarszczył brwi, potem spojrzał na niebo, na którym wydać było już 

pierwsze promienie poranka. Na wschodzie zza horyzontu podnosił się właśnie cienki łuk 

Lunitari.

- Kiedy Lunitari urośnie, potem zacznie maleć, zniknie i ponownie narodzi się, by 

wzbić się w niebo takim cienkim łukiem, wtedy przybędę z rycerzami.

-   Dobrze   więc.   Pokażę   ci   miejsce,   gdzie   możemy   się   spotkać,   wśród   wzgórz   na 

północy   -   zgodził   się   Odnajdywacz   ścieżek.   -   Plemię   pozostanie   nad   brzegami   jeziora 

przynajmniej przez jedną porę roku. Do tego czasu powinniśmy wiedzieć, czy groźba została 

usunięta, czy też wzrosła tak, że trzeba nam uciekać.

- Doskonale! - oznajmił rycerz. - Wyruszam natychmiast.

- Nie... pierwej zostaniesz z nami i coś zjesz - odparł młody Odnajdywacz Ścieżek. - 

Niedobrze jest zaczynać podróż z pustym brzuchem.

background image

Rozdział 15 - Cykl Lunitari

Plemię pozostało więc nad brzegiem Błękitnego Jeziora, a tymczasem nastało wczesne 

lato. Młody Odnajdywacz Ścieżek zaproponował, aby zwiększono liczbę wojowników, którzy 

strzegli podejść do wioski i jego współplemieńcy podwoili czaty. Miła była Ashtawayowi 

świadomość, że po- maga plemieniu, brakło mu jednak obecności stryja i z każdą niemal 

godziną odczuwał tę stratę boleśniej.

Dwa dni po bitwie na moczarach rozciągających się wokół jeziora osiadły ciągnące z 

południa na północ dzikie gęsi. Większość myśliwych wyprawiła się na łowy i wyglądało na 

to, że - przynajmniej na razie - plemieniu nie zagraża brak żywności.

Ashtaway nie poszedł z myśliwymi. Upewniwszy się, że plemię będzie miało co jeść, 

opuścił wioskę i ruszył ku wzgórzom. Oddalał się z dziwną niechęcią, jakby chciał wyrzec się 

odpowiedzialności.   Poprzedni   Odnajdywacz   Ścieżek,   Iydaway,   znikał   w   dziczy   na   całe 

miesiące - Ash odczuwał ciężar wiszącego mu u boku krętego rogu jak brzemię kotwicy, 

które wiąże go z plemieniem. Brakowało mu uśmieszków, żartów i przechwałek, które były 

udziałem jego niedawnych towarzyszy. Mimo to niezmordowanie pomykał przez puszczę, 

podczas gdy chłodny poranek przeradzał się w słoneczne południe.

Myśli Ashtawaya - wolnego już od rozterki i konieczności wyboru - krążyły wokół 

Lectrala - i Hammany. Elf wiedział, że z chęcią zobaczyłby się ze smokiem. Dziewczynę zaś 

rozpaczliwie chciał zobaczyć, choć zarazem bał się tego spotkania.

Dotarł do polany, na której niedawno ustrzelił sarnę, a teraz po zaledwie godzinnym 

wyczekiwaniu udało mu się trafić młodego kozła. Wypatroszywszy zdobycz, zarzucił ją na 

plecy i ponownie ruszył w górę, kierując się ku czarnemu grzbietowi zwieńczającemu łańcuch 

pagórków.

Do   ukrytej   jaskini,   w   której   schronili   się   Lectral   i   Hammana,   dotarł   tuż   przed 

zapadnięciem zmroku. Zwolniwszy tempo marszu, ruszył tą samą ścieżką, na której podczas 

pierwszego   spotkania   ze   srebrnym   smokiem   natknął   się   na   dziewczynę.   I   tym   razem   o 

obecności   młodej   Uzdrowicielki   uprzedził   go   nikły   powiew   wiatru,   który   przyniósł   jej 

zapach, i Ash zrozumiał, że była gdzieś niedaleko - i zbierała zioła na kurację dla smoka.

Znalazł ją na łące porośniętej miętą i kapryfolium, gdzie wykopywała jakiś uparty 

korzeń. Aby jej nie przestraszyć, kaszlnął dyskretnie, wciąż ukryty między drzewami.

Hammana   porwała   się   na   nogi   i   błyskawicznie   odwróciła   ku   niemu,   a   na   jej 

twarzyczce zagościły jednocześnie przestrach, zakłopotanie i odrobina gniewu - co sprawiło, 

background image

iż wydała się Ashowi jeszcze piękniejszą, niż pamiętał. Spłonąwszy rumieńcem, dziewczyna 

wytarła dłonie z brudu i wygładziła suknię z sarniej skóry.

- Cieszę się, że mogę znów cię widzieć - powiedział Ashtaway, występując spomiędzy 

drzew. Przez chwilę ponownie poczuł się jak młody wojownik - beztroski i pewny siebie - 

brzemię Odnajdywacza Ścieżek wydawało się sprawą kogoś innego, mądrzejszego, kogoś 

takiego jak stryj.

- Ja... mmm... Lectral będzie rad, że wróciłeś - wyjąkała, wciąż jeszcze zaskoczona 

jego nagłym pojawieniem się wśród drzew. Przez chwilę Ash żywił nadzieję, że zaróżowienie 

jej policzków miało przyczynę w tym, iż jego widok sprawił dziewczynie naprawdę wiele 

radości.

- Powiadomiłem twego ojca, że zostaniesz tu przez jakiś czas. Nie jest zadowolony... 

ale ufa, że masz swoje powody.

- Dziękuję. Lectral czuje się już dużo lepiej. Myślę, że okłady sprawiają mu znaczną 

ulgę.

- Wśród Uzdrowicieli całego plemienia nie masz nikogo, kto potrafiłby pielęgnować 

go równie skutecznie - przyznał Ash.

- A jak stoją sprawy w wiosce? - spytała, pozwalając mu iść obok siebie, gdy ruszała 

w stronę jaskini.

-   Były   pewne   problemy   -   powiedział.   Zaczął   opowiadanie   o   napaści   bakali,   lecz 

dziewczyna przerwała mu raptownie i utkwiła spojrzenie w wiszącym u jego pasa rogu.

- Nie! - szepnęła, oszołomiona grozą nowiny. - Iydaway...

- Zginął podczas bitwy. Przed śmiercią przekazał róg...

- ...tobie! - Hammana śmiało dokończyła zdanie, choć twarz jej zbladła. - Jesteś teraz 

nowym Odnajdywaczem Ścieżek wszystkich klanów Kagonesti.

Po raz pierwszy od tej pamiętnej chwili, w której borykał się z wątpliwościami po 

śmierci Iydawaya, zapragnął zerwać peta, jakie nałożył nań zew Koźlego Rogu. Okazało się 

nagle, że łagodne oczy Hammany, jej dźwięczny głos i dziewczęcy powab znaczą dla niego 

więcej, niż pierwej przypuszczał.

Ona jednak już cofnęła się o pół kroku, okazując rezerwę, z jaką zazwyczaj odnosiło 

się do siebie dwoje młodych elfów, nie złączonych węzłem małżeństwa.

- Żal mi twego stryja - powiedziała łagodnie.

Ash opowiedział jej, kto jeszcze zginął podczas napadu, pochwalił się też wielkim 

zwycięstwem,   które   udało   się   osiągnąć   dzięki   wsparciu   sir   Kamforda   Willisa,   rycerza   z 

background image

plemienia ludzi. Tymczasem dotarli do jaskini, z której wysunął się wielki srebrny łeb na 

wężowej szyi.

- Witaj mi, Odnajdywaczu Ścieżek - odezwał się Lectral, błyskając kłami w uśmiechu 

godnym krokodyla. - Widzę, że dźwigasz róg Koźlego Pradziada.

- I kolację - dodał Ash, zwalając z ramion koziołka.

- Zawsze rad cię widzę, ale nie przeczę, że najchętniej wtedy, gdy przynosisz mięso - 

przyznał smok.

Hammana w milczeniu usadowiła się przy płaskim kamieniu i solidnym kijem zaczęła 

tłuc   zioła   na   miazgę.   Ashtaway   pragnął   z   nią   pomówić,   ale   ona   uparcie   unikała   jego 

spojrzenia.   Z   braku   lepszego   zajęcia   młody   Odnajdywacz   Ścieżek   opisał   więc   smokowi 

niedawne wydarzenia, jakie rozegrały się nad Błękitnym Jeziorem. Oznajmił też o zamiarze 

spotkania   się   z   Rycerzami   Solamnijskimi,   kiedy   na   niebie   ponownie   pojawi   się   młody 

Lunitari   -   a   gdy   się   do   tego   przyznawał,   zauważył,   iż   Hammana   nieco   zesztywniała. 

Stwierdził nie bez satysfakcji, że nie zignorowała go całkowicie.

- To słuszna i ważna decyzja - zgodził się Lectral, potakując głową niczym wiekowy 

mędrzec. - Rycerze to dobrzy ludzie... możesz ich zaliczyć do najlepszych, a ów sir Kamford 

dwukrotnie już dowiódł męstwa i niemałej roztropności. Jeśli pomożesz mu w uderzeniu na 

legowisko Takhisis, oddasz niemałą przysługę całemu Ansalonowi.

-   Dziwny   to   sposób   prowadzenia   wojny   -   przyznał   elf.   -   Ale   armie   Królowej 

Ciemności   nie   wytrwają   w   polu   bez   dostaw   żywności   i   oręża...   może   więc   dzięki   temu 

uderzeniu zdołamy znacznie osłabić ich siłę.

Srebrny smok przytaknął, stękając z satysfakcją, gdy Hammana zabrała się do zmiany 

opatrunków na jego ranach. Ash nie omieszkał zauważyć, że smocze łuski lśnią teraz żywszą 

barwą, a w oczach wielkiego jaszczura odbijało się jawne zadowolenie.

- Bardzo mi pomogła - rzekł Lectral. Jego skryte pod potężnymi łukami brwiowymi 

oczy uważnie przyglądały się wojownikowi i dziewczynie, jakby smok wyczuwał rosnące 

pomiędzy dwojgiem młodych napięcie.

- Zrobiłam, co się dało. On jest bardzo żywotny - odparła, nie odrywając się od swej 

pracy.

- Obawiam się, że to stare skrzydlisko nigdy już nie uniesie mnie w przestworza - 

sarknął   Lectral   z   niezadowoleniem.   Rozłożył   lewy   płat,   ukazując   mocno   poszarpaną, 

osmaloną i nierówno pozrastaną skórzastą powierzchnię. - Są jednak jeszcze inne sprawy, 

które mogą dać radość smoczemu sercu. Małe smoczątka, na przykład. Czy kiedykolwiek 

opowiadałem wam o mojej córce, Sayticy?

background image

Ash potrząsnął przecząco głową.

- Lata w składzie skrzydła osłaniającego Palanthas. Mówiono mi nawet, że wozi na 

grzbiecie wodza rycerzy - jednego z Lordów Zakonu.

- To wieści, którymi można się szczycić - zgodził się Ash, usiłując wyobrazić sobie 

rycerza   w   zbroi   na   grzbiecie   wielkiego   smoka.   Jakże   Królowa   Ciemności   mogła   się 

spodziewać, że pokona armię takich wojowników?

-  Niestety,   jest   nas   niewielu   -  ciągnął   swój   wywód   Lectral,   jakby  odpowiadał   na 

bezgłośne pytanie  elfa. - Czerwone smoki  są znacznie  liczniejsze,  poza nimi  zaś  istnieją 

przecie jeszcze błękitne, czarne i zielone. Toczymy desperacką walkę o przetrwanie.

Ash mógł jedynie zgodzić się z tym stwierdzeniem i zanosić modły do bogów, aby 

srebrne wytrwały jak najdłużej. Miał nadzieję, że uderzenie na Sanction wpłynie jakoś na 

wyniki wojny. Przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl.

- Każdy z nas ma w pieczy jeden z Koźlich Rogów - rzekł, odczekawszy chwilę, aby 

zaznaczyć  swój szacunek dla rozmówcy.  - Czy mógłbyś  mi  opowiedzieć,  jak otrzymałeś 

swój? - spytał. - Istnieją wśród nas legendy o drugim Rogu, ostatnim jednak, który go widział, 

był Ojciec Kagonesti.

- Dał mi go mój przodek, Callak, a ten dostał go od samego Darlantana.

- Czy wśród srebrnych smoków ty jesteś Odnajdywaczem Ścieżek?

Lectral zachichotał. - Nie masz u nas takiego tytułu... ale mógłbyś  powiedzieć, że 

jestem Opiekunem Rogu.

Zanim podjął wątek, smok westchnął głęboko.

- Srebrny smok Darlantan był ojcem naszego ludu i w swej mądrości ujrzał, iż nawet 

smoki   mają   słabe   strony.   Zrozumiał   więc,   jak   ważne   jest,   abyśmy   w   nadciągających 

stuleciach znaleźli sojuszników i przyjaciół wśród narodów Krynnu.

- I tak pod postacią Koźlego Pradziada spotkał Ojca Kagonestyjczyków? - zdumiał się 

Ash. Znał odpowiedź - jako legendę. Teraz Lectral przekazywał mu to jako prawdę.

-   W   waszym   pierwszym   Odnajdywaczu   Ścieżek   Darlantan   znalazł   tę   dumę   i 

niezależność,   które   zbliżyły   go   do   wolnego   elfa   -   najpierw   jako   do   przyjaciela,   później 

zawarli   formalny   sojusz.   Zakazał   Kagonosowi   zadawać   się   z   domowymi   elfami   i   złożył 

ciężkie  brzemię  na barki  Pierworodnego. Symbolem  tej  więzi...  i tego  brzemienia,  miały 

pozostać bliźniacze rogi Koźlego Pradziada...

Kagonos poradził sobie z odpowiedzialnością i podczas pierwszej Smoczej Wojny 

powiódł   Pierworodnych   do   boju,   dając   wszystkim   ludom   Krynnu   nadzieję   na   lepszą 

przyszłość.

background image

Darlantan poległ pod koniec Wojny, lecz przekazał Koźli Róg swemu potomkowi, 

Callakowi,   który   strzegł   go   przez   trzynaście   stuleci.   Wtedy   to   krasnoludy,   powodowane 

piekielną chciwością, wykopały magiczne smocze klejnoty i uwolniły złe smoki, dając im 

dostęp do tego świata. Callak był już wiekowym smokiem i przekazał Róg mnie, kiedy byłem 

jeszcze niedorostkiem... ja zaś piastowałem go kilka stuleci. Niemal cały czas kryłem go 

głęboko w legowisku, pod górami dostępnymi tylko z powietrza.

-   Ty   jednak   zabrałeś   go   z   legowiska   -   przypomniał   smokowi   zafascynowany 

opowieścią Ashtaway.

- W rzeczy samej. Okrutna Smocza Wojna ponownie pustoszy świat i źle się wiedzie 

tym,  którzy walczą  z Królową Ciemności.  Wspomniawszy,  że Pierworodni  pomogli  nam 

zwyciężyć złe smoki podczas Pierwszej Smoczej Wojny, zacząłem się zastanawiać, czy ich 

potomkowie - Kagonestyjczycy - mogliby powtórzyć czyny przodków. Wzbiłem się zatem w 

przestworza i skierowałem ku tym lasom, pragnąc odnaleźć twój lud... i wtedy dopadły mnie 

czerwone.

- Szukałeś naszej pomocy w smoczej Wojnie? - spytał zaskoczony Ash. - Z pewnością 

wiedziałeś, że nigdy nie weźmiemy udziału w takiej... takim... - Uświadomiwszy sobie, co 

właśnie zamierzał powiedzieć, umilkł zbity z tropu.

Smok uśmiechnął się obnażając zęby, których pozazdrościłby mu każdy krokodyl.

- Odnoszę wrażenie, że i bez mojej zachęty ty już się zgodziłeś - stwierdził uprzejmie.

Zastanawiając się nad ironią losu, Ash zajął się rozniecaniem ogniska, podczas gdy 

Hammana   odcinała   płaty   koźlego   mięsa.   Wszyscy   zajęli   się   posiłkiem   -   dwoje   elfów 

przypiekało porcje mięsa nad żarem ogniska, Lectral zaś z zadowoleniem żuł swój udziec. Po 

kolacji udali się na spoczynek. Ash obudził się z pierwszym brzaskiem. Hammana zdążyła już 

wstać i zgniatała zioła, warząc je następnie w tykwie na ledwo się tlącym żarze ogniska.

Początkowo pomyślał, że mógłby tu zostać na kilka dni, ale wystarczyło, że zobaczył, 

jak zesztywniały jej plecy, gdy powitał ją uprzejmie. Usłyszał też chłód w głosie dziewczyny, 

gdy odpowiadała na jego pozdrowienie. Wtedy pojął, że jego obecność - przynajmniej na 

razie - będzie dla niej krępująca.

Gdy Lectral się obudził, Ash oznajmił, że pragnie wrócić do wioski. Obiecał zdobyć 

mięso i przynieść je tak szybko, jak to było możliwe, choć zastrzegł się, że może się to 

zdarzyć dopiero po jego powrocie z Sanction.

- Powodzenia! - pożegnał go smok. - Ci rycerze naprawdę mogą boleśnie ugodzić 

Takhisis, jeśli zechcesz pokazać im drogę.

- Zrobię to. - Ashtaway umilkł na chwilę, potem zaczerpnął tchu. - Hammano?

background image

- Tak? - Wstała i odprowadziła go do wyjścia, unikając jednak jego spojrzenia.

- Czy... czy chciałabyś, abym przekazał coś twemu ojcu? Kiedy zamierzasz wrócić do 

wioski?

- Nie wiem. Zostanę tu przez jakiś czas. Lectral mnie potrzebuje... - wymówiła imię 

smoka   z   lekkim   naciskiem,   jakby   chciała   podkreślić   fakt,   że   Odnajdywacz   Ścieżek   nie 

potrzebuje ani jej, ani innej kobiety.

Ash chciałby temu zaprzeczyć. Chciałby wyznać jej swe pragnienia, które odczuwał 

silniej niż kiedykolwiek przedtem. Potrzebował jej obecności u swego boku! Czy nie widziała 

- czy każdy nie widział - że partnerka taka jak Hammana mogłaby sprawić, że byłby lepszym 

Odnajdywaczem Ścieżek?

Otwierał  już usta, ale dziewczyna  podniosła głowę i spojrzała mu  prosto w oczy. 

Ashtaway zobaczył w nich tak zajadły gniew, że słowa uwięzły mu w krtani i mógł jedynie 

ugryźć się w język.

Dopiero gdy otoczyły go puszczańskie drzewa, znalazł pewną - choć nie całkowitą - 

pociechę w samotności.

background image

Rozdział 16 - Spotkanie w górach

Do   wyznaczonego   miejsca   Ashtaway   zbliżał   się   od   wschodu,   okrążając   je 

wielomilowym łukiem. Ufał sir Kamfordowi, jak nie zaufałby żadnej innej, nie należącej do 

plemienia osobie, lecz nie byłby wolnym elfem, gdyby nie przedsięwziął pewnych środków 

ostrożności.   Przeciął   więc   dwa   niewysokie,   porośnięte   gęstym   lasem   górskie   grzbiety   i 

przedarł się przez niezbyt rozległe moczary, aby upewnić się, że nikt nie zdoła przewidzieć 

kierunku jego wędrówki. Nakaz zachowania ostrożności wydał mu się ważniejszy niż zwykle 

– a to z przyczyny wiszącego u jego boku spiralnego rogu.

Gdy przedzierał się wśród drzew porastających niewielką dolinę, badał wzrokiem jej 

zbocza   i   krawędzie,   poszukując   oznak   niebezpieczeństwa.   Spostrzegł   jedynie   niewielkie 

stadko saren, które pasły się spokojnie na stoku. Był to dobry znak - gdyby zwierzęta wyczuły 

obecność ludzi, z pewnością skryłyby się w chaszczach. Elf jednak nie zaniechał ostrożności 

nawet wtedy,  gdy cofnął się  ku grzbietowi  i spojrzał  z góry w  głęboką,  przypominającą 

czaszę pucharu dolinę - tu miał spotkać sir Kamforda i jego oddział.

Ashowi wydało się, że nic nie zakłóca spokoju. Rozległa ukwiecona łąka otaczała 

zagajnik   wyniosłych   cedrów,   w   środku   którego   otwierała   się   niewielka   polanka.   Choć 

sklepienie iglastych gałęzi było gęste i dobrze kryło dno doliny, Ash wiedział, że jest ono 

równe i łatwo dostępne. W gęstym cieniu cedrów nie rosły żadne krzaki, pnie zaś oddzielała 

od   siebie   spora   przestrzeń.   W   lesie   tym   mogła   względnie   wygodnie   ukryć   się   i   rozbić 

obozowisko spora kompania konnych.

Przeciwległy skraj lasu okrążał bystry strumień, bulgoczący raźno wśród kamienistych 

brzegów, nie mogło  tedy zabraknąć  czystej,  orzeźwiającej  wody.  Okalająca las  łąka była 

doskonałym pastwiskiem dla koni, a na płyciznach strumienia pluskały się tłuste pstrągi. W 

przeszłości bywało, że Ashtaway nieźle tu sobie podjadł, kładąc się nad wodą na kamieniach i 

łapiąc gołymi dłońmi tyle ryb, ile zapragnął.

Wszystko w dole wyglądało tak spokojnie i niewzruszenie, jak zapamiętał podczas 

ostatniej tu wizyty. Położona daleko od osad ludzkich i szlaków handlowych dolinka była 

idealnym miejscem spotkania. Sanction leżało może o czterdzieści czy pięćdziesiąt mil w linii 

prostej   na   północ,   ale   żeby   doń   dotrzeć,   należałoby   pokonać   kilka   stromych   górskich 

grzbietów. Mniej więcej sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat temu Ashtaway odkrył szlak, 

którym można było obejść najbardziej niedostępne szczyty, a w innych grzbietach znalazł 

możliwe do pokonania przełęcze.

background image

Gdy   słońce   dotarło   do   połowy   nieboskłonu,   Ash   rozsiadł   się   wygodnie   i   zaczął 

oczekiwanie. Tuż obok zenitu, jakby wabiąc słońce ku sobie, wisiał na niebie cienki, srebrny 

sierp Lunitari - tak jak miesiąc temu, kiedy Ash ustalał z sir Kamfordem czas dzisiejszego 

spotkania.

Starając się nie wychylać zza krawędzi zbocza, elf znalazł kamienistą niszę, która 

całkowicie kryła go przed oczyma obserwatora z góry czy z dołu. Z cierpliwością, której 

potrafiłby   sprostać   tylko   inny   Kagonestyjczyk,   Ash   rozciągnął   się   na   ziemi   i   zaczął 

przepatrywać dno doliny.

Na  północy  widział  skalisty  zarys  przełęczy   wiodącej   ku  Sanction   i  przez   chwilę 

rozmyślał o tym,  czego się podejmował. Choć wmieszanie się do wojny, jaką prowadzili 

ludzie ze smokami, było rzeczą, która zdumiałaby go i zaskoczyła, gdyby zaproponował to 

inny elf - mimo że sam przemyśliwał o tym od połowy sezonu - nie żałował podjętej decyzji. 

Królowa Ciemności była wrogiem bardziej niebezpiecznym  i nieubłaganym  niż wszystkie 

plenne narody ludzi - i nie miał wątpliwości, że powinien wesprzeć swą wiedzą uderzenie 

skierowane przeciwko jej sługusom.

Przez chwilę zastanawiał się nad kolejami losu wielkiej wojny. Jak wyglądały bitwy, 

w   których   brały   udział   oddziały   liczące   tysiące   wojowników?   Usiłował   wyobrazić   sobie 

niebo, na którym krążyły setki smoków, i stwierdził, że nie staje mu wyobraźni. Któregoś 

dnia, być może, zobaczy, jak to jest, choć wcale mu na tym nie zależało.

Sposób, w jaki wojowali rycerze, wydawał mu się dziwny i obcy - całkowicie różny 

od furii bojowej, która leżała u podstaw każdego ataku Kagonestyjczyków. Potrafił zrozumieć 

zasadność   napaści   na   magazyny   żywności,   zagrody   dla   koni,   sterty   węgla   i   rud   żelaza, 

konieczność zniszczenia kuźni - taki cel jednak nie budził w nim wojennego zapału. Ludzie 

mieli nadzieję, że w ten sposób przechylą na swoją stronę szale zwycięstwa - niechże więc 

rozegrają to po swojemu. Ash liczył, że Królowa Ciemności mocno odczuje skutki tej rzezi.

Późnym popołudniem dostrzegł nagły błysk na przeciwległym zboczu i zrozumiał, że 

zbliża się tam ktoś - lub coś - choć po części zbudowane z metalu. Ash zmrużył oczy, skupił 

się i patrzył - dopóki nie zyskał pewności, że widzi odblask słońca na srebrzystej uździe 

rosłego   rumaka   bojowego.   Mimo   woli   skrzywił   się   z   dezaprobatą.   Czy   ci   ludzie   nie 

pojmowali, że błysk metalu można dostrzec z odległości wielu mil? Natychmiast jednak o 

tym zapomniał, gdy ujrzał posuwających się wolno zbrojnych jeźdźców. Podobnie jak on, 

ludzie poruszali się ostrożnie, zdradzając wcale niemały leśny kunszt. Ash obserwował, jak 

pierwsza czwórka jeźdźców wyłania się zza wzgórza i powoli zjeżdża ku dolinie, którą opisał 

sir Kamfordowi.

background image

Kagonestyjczyk zauważył, że jeden człowiek pozostał na przełęczy. Rycerz skulił się i 

skrył   w   krzakach   -   choć   oczywiście   nie   uszedł   bystremu   wzrokowi   elfa.   Ash   rad   był 

ostrożności, jaką okazują jego nowi sprzymierzeńcy - człowiek tak długo zmieniał pozycję, aż 

wreszcie niemal zupełnie wtopił się w tło.

Dotarłszy do dna doliny, czterej rycerze jadący na czele rozdzielili się - dwaj, nadal 

bacznie obserwując zbocza, ruszyli wokół cedrowego lasu, a dwaj pozostali ruszyli pomiędzy 

drzewa.   Z   drugiej   strony   gęstwiny   wyprysnął   jeleń   i   dwie   sarny,   które   szybkim   kłusem 

przecięły łąkę i pognały w górę zbocza - Kagonestyjczyk zaś odetchnął, rozwiały się bowiem 

jego ostatnie wątpliwości.

Ludzie jednak nie wyzbyli się ostrożności - dwaj jeźdźcy okr4yli las dookoła, szukając 

najdrobniejszych oznak zagrożęnia. Ci, którzy zniknęli pod zielonym baldachimem drzew, 

zostali tam przez dobrą godzinę - ale w końcu i oni się pokazali, wymachując dłońmi ku 

zboczom.

Dopiero wtedy pojawiła się pozostała część grupy. Na sygnał szperaczy zza wzgórza 

wyłonił się długi szereg jeźdźców. Ash niemal świsnął przez zęby na widok setki potężnych 

rumaków bojowych, z których każdy dźwigał na grzbiecie rycerza w pełnej zbroi. Przekonał 

się też, że błysk, który zaalarmował jego oko, był przypadkowy. Większość rycerzy miała na 

sobie   zbroje,   których   blask   przyćmiono   sadzą   i   popiołami,   wielu   przymocowało   liściaste 

gałązki do hełmów, a lśniące rękojeści mieczy przybrudzono gliną i błockiem. Ash z ulgą 

stwierdził, że ludziom nieobca była  elementarna sztuka maskowania. Przed opuszczeniem 

doliny trzeba będzie oczywiście uzupełnić ich dość skąpe w tym względzie wiadomości.

Słońce zaszło, a zachodnią krawędź nieba muskał łuk Lunitari, kiedy ostatni z rycerzy 

wjechał pod osłonę cedrów. Ash odczekał jeszcze chwilę, aż za górskim grzbietem zniknął i 

księżyc. Gdy całe zbocze skryło się w cieniu, Kagonestyjczyk wymknął się z niszy i ruszył w 

dół.

Poruszał się ostrożnie, zawsze od jednego ukrycia do drugiego, przemykając szybko i 

bezgłośnie przez otwartą przestrzeń. Gdy wreszcie dotarł do dna doliny, na niebie lśniły już 

gwiazdy.

Nie zatrzymał się, lecz nisko pochylony ruszył w stronę zagajnika. Gdy był już blisko, 

poczuł na policzkach muśnięcie wiatru. Ash wyłowił w nim zapach ludzi i pojął, że po tej 

stronie zostawiono przynajmniej  dwóch wartowników. Doskonale. Ludzie - jak on sam - 

rozumieli konieczność zachowania ostrożności.

Gdy wślizgiwał się w cień pierwszych drzew, na jego wargach pojawił się nieznaczny 

uśmieszek. Rad był czujności, jaką zachowywali ludzie sir Kamforda, z tym większą jednak 

background image

przyjemnością myślał o popisaniu się elfią znajomością leśnego kunsztu. Buty rycerza ujrzał z 

odległości   pięciu   kroków,   ale   człowiek   nie   spostrzegł   elfa   w   gęstniejącym   mroku. 

Kagonestyjczyk niczym cień pomykał od drzewa do drzewa, wykorzystując właściwą elfom 

zdolność   widzenia   w   mroku   -   ominął   czujki   i   posterunki,   zanim   wartownicy   powzięli 

jakiekolwiek podejrzenia.

Nie opodal rozległ się tupot końskich kopyt i Ash zamarł w miejscu, klnąc w duchu 

własną nieostrożność. Pozostając w bezruchu, przyglądał się zwierzęciu, podziwiając jego 

szeroki grzbiet, mocne kopyta, kudłate pęciny i gęstą grzywę. Elf nie znał się na koniach, lecz 

był   pewien,   że   oglądane   przezeń   zwierzę   należy   do   niezwykle   rosłych   przedstawicieli 

swojego gatunku. Powinien był się domyślić, że koń dysponuje również bystrym słuchem i 

węchem nie gorszym niż dzikie zwierzęta. Zwierzę z pewnością zwęszyło jego zapach. Mimo 

to, po kilku niespokojnych parsknięciach, koń zajął się wonną trawą.

Po   paru   chwilach   dotarł   do   środkowej   polany,   na   której   rycerze   rozbili   obóz. 

Kilkunastu wiązało konie do palików, pozostali ostrzyli broń, naprawiali siodła lub czyścili 

buty. Elf ponownie odczuł coś w rodzaju podziwu - noc zapowiadała się chłodna, ale żaden z 

ludzi nie zabierał się do rozniecania ognia. Nie czynili też zbędnych hałasów.

- Myślisz, że się pokaże? - Głos ten rozległ się w grupie ludzi zebranych przy kręgu 

głazów, wśród których Ash obozował podczas swoich poprzednich pobytów w dolince.

- Jeśli nie, to okaże się, że niepotrzebnie osłabiliśmy główne siły o sto kopii! - sarknął 

inny głos.

- Przybędzie. - Ash rozpoznał głos sir Kamforda. Rycerz stał pośrodku kręgu i cała 

jego postawa zdradzała, iż to on, nie kto inny, jest tu wodzem. Gdy przemówił, pozostali 

rycerze umilkli. - Było  w nim coś takiego... rodzaj mądrości, z którą nieczęsto się człek 

spotyka. Dał mi słowo...

- ...i dotrzymał go - dokończył Ashtaway, wstępując w krąg rycerstwa. Ucieszyło go 

zmieszanie ludzi, którzy porwali się na nogi i zaczęli macać się po bokach, szukając oręża. 

Powstrzymał  ich śmiech  sir Kamforda. Rycerz pochylił  głowę gestem, którym  witał go i 

zarazem wyrażał mu szacunek, potem przez chwilę mierzył Ashtawaya wzrokiem, wreszcie 

przemówił.

- Witaj. Czy wartownicy się pospali? - spytał z dobrodusznym rozbawieniem.

Ash również skłonił się z szacunkiem, potem - tak jak jego rozmówca - przez chwilę 

milczał, przyglądając się uważnie rycerzowi.

- Nie... - odparł wreszcie. - Czuwają i bez wątpienia spostrzegliby każdego człowieka 

- albo ogra... czy Silvanestyjczyka, jeśli już o tym mowa - który chciałby przemknąć obok.

background image

- Ufam, że mówisz prawdę - rzekł sir Kamford, kiwając głową. - Rad jestem, że cię 

widzę, przyjacielu... i sojuszniku.

- Ja również się cieszę. ,Widzę, że przywiodłeś ze sobą wielu wojowników.

- Ty jesteś tym elfem, który ma nam pokazać drogę do Sanction? - spytał jeden z 

rycerzy. Wedle pojęć Ashtawaya pytanie było dość niegrzeczne. Nieznajomy miał wydatny 

nos i gęsty wiecheć wąsów. Człowiek ów patrzył na Kagonestyjczyka sceptycznie, wręcz z 

odrobiną wrogości.

-   Nie   nazwałbym   tego   drogą   -   odparł   chłodno.   -   Wyjaśniłem   już,   że   to   szlak 

myśliwski. Wiedzie on poprzez niższe partie zboczy dymiących gór i prowadzi do doliny, 

którą zwiecie Sanction. Ufam, że wasze konie jakoś sobie poradzą.

- Ufasz? To znaczy, że nie jesteś pewien? - spytał rycerz, którego twarz oblała się 

rumieńcem gniewu.

Ashtaway zesztywniał, zmuszając się do trzymania dłoni z dala od rękojeści topora. 

Ten niewychowany rycerz obraził go i elf po raz pierwszy pomyślał, że może popełnił błąd, 

zadając się z tymi ludźmi.

-   Skądże   mam   wiedzieć?   -   odparł   szorstko.   -   My,   Kagonestyjczycy,   prowadzimy 

wojnę bez korzystania z pomocy zniewolonych zwierząt. Dajemy sobie radę na własnych 

nogach. - Ash wyczuł,  że jego słowa mogą  stać się zarzewiem  zaciekłej  kłótni,  lecz  nie 

potrafił powstrzymać się od ciętej odpowiedzi.

- Zniewolone zwierzęta? - Wąsy rycerza zadrżały z gniewu, a jego dłonie zwinęły się 

w pięści. - Te rumaki to najśmielsi z czworonożnych wojowników! Nigdy, powtarzam, nigdy 

więcej ich nie obrażaj, bo tym  samym  obrażasz ludzi, którzy ich dosiadają. A to znaczy 

śmierć.

Słowa te ugodziły Kagonestyjczyka z siłą kopii.

- Jeśli nawet kogoś obraziłem, nie ja zacząłem wymianę obelg - odparł Ash posępnym 

głosem czując, iż jego własne dłonie zwijają się w gotowe do ciosu pięści. - Powiedziano mi, 

że moje rady przydadzą się rycerstwu... o czym zapewnił mnie mój przyjaciel, sir Kamford 

Willis. Jeśli tak nie jest, pójdę precz... lub stanę do walki, jak wolisz!

Elf utkwił spojrzenie ciemnych oczu w twarzy rozjuszonego rycerza. Cichy głos w 

jego   sercu   zaczął   powątpiewać   w   sens   tej   wyprawy   i   w   to,   że   ludzie   i   wolne   elfy 

kiedykolwiek będą mogli się dogadać.

- Cierpliwości, sir Blaynie, cierpliwości - rozległ się uspokajający głos sir Kamforda. - 

Powiedziałem wam - i Lordom Zakonu - że Ashtaway przemierzał ten szlak pieszo. Jeśli 

jednak twierdzi, że konie przejdą, gotów jestem mu uwierzyć.

background image

- Przekradł się przez linię czat. To świadczy, że zna się na rzeczy - dodał inny rycerz, 

bez wrogości czy nieuprzejmości w głosie.

Rycerz nazwany sir Blaynem uczynił widoczny, choć zakończony częściowym tylko 

powodzeniem wysiłek, aby się opanować.

- Dobrze więc - zwrócił się do Ashtawaya. - Nie odrzucamy twej propozycji pomocy. 

Lecz wiedz, mości elfie, że ta setka rycerzy przydałaby się bardzo na równinach. Jeśli nasza 

obecna misja spełznie na niczym, straty będą nie do powetowania.

- Nie posiadam władzy nad losem, który może zniweczyć lub zapewnić powodzenie 

waszej misji... mogę jedynie przeprowadzić was od południa do Sanction. Reszta to już wasza 

sprawa.

Ashtaway poczuł, że jego gniew ustępuje. Gdy uśmierzył się całkowicie, elf zaczął 

zastanawiać się nad jego intensywnością i nagłością... i powiedział sobie, że w przyszłości , 

będzie musiał wystrzegać się takich wybuchów.

- Nie prosimy o nic więcej - oznajmił sir Kamford, uciszając jednym spojrzeniem sir 

Blayne’a. - Możesz nam powiedzieć, co dalej?

-   Rankiem   opuścimy   dolinę   przez   północny   grzbiet.   Za   cztery,   może   pięć   dni 

dotrzemy do przełęczy, z której będziecie mogli zobaczyć cel waszego ataku.

- Przez północny grzbiet? - spytał inny rycerz sceptycznym tonem. - Nie bardzo chce 

mi się wierzyć, że da się tam wjechać konno.

Ash wzruszył ramionami. - Jeśli zatrzyma was ten tu mały pagórek, to wasze konie nie 

dadzą sobie rady w dalszej części szlaku. Przykro mi, żeście się trudzili.

- Poradzimy sobie! - uciął sir Kamford. - Zsiądziemy z koni i poprowadzimy je pieszo.

- Będę się upierał, iż bardziej przydalibyśmy się na równinach... stając do szarży u 

boku Humy w bitwie, która rozstrzygnie losy wojny! - Najwidoczniej sir Blayne nie potrafił 

zbyt długo utrzymać języka za zębami.

- To dlaczego tu przybyłeś, rycerzu? - spytał Ash szczerze zdumiony. - Czy nie jesteś 

panem swej woli? - Nie potrafił pojąć, dlaczego ów człek podjął się udziału w misji, o której 

sądził, że się nie powiedzie. Nie tak byłby postąpił Kagonestyjczyk.

- Rozkazy... - warknął rycerz, jakby słowo to utkwiło mu w krtani. - Jestem lojalnym 

rycerzem, posłusznym woli przełożonych.

- Ale jeśli nie chcesz atakować Sanction, to zostań - sprzeciwił się wojownik. - Nie 

mam zamiaru prowadzić wojowników, którzy boją się walki.

- Jak śmiesz, ty malowany dzikusie, kwestionować moją odwagę! - Tym razem dłoń 

rycerza zwarła się na rękojeści miecza.

background image

-   Dość!   -   syknął   sir   Kamford,   stając   pomiędzy   elfem   i   rozjuszonym   rycerzem. 

Dowódca zmierzył elfa chłodnym wzrokiem. - Nikt nie będzie kwestionował odwagi moich 

ludzi, nie kwestionując tym samym mojej! Sir Blayne dobrze mówi. Nie tolerujemy takich 

obelg.

Ash milczał, tymczasem dowódca zwrócił się do podwładnego.

- Tobie zaś, Blayne, który jesteś dzielnym Rycerzem Korony, chciałbym przypomnieć 

rycerską przysięgę. Nie może to być, abyśmy sprzeczali się w obecności kogoś, kto może nam 

pomóc odnieść tak zacne zwycięstwo. Żaden z nas też nie powinien wynosić się nad niego lub 

jego szlachetnych ziomków.

Sir Blayne stał wyprostowany niczym sosna i przez chwilę Ashtaway nie był pewien, 

czy człowiek ów zdoła się opanować. W końcu jednak rycerz odetchnął głęboko i pochylił 

głowę.

- Pokaż nam tylko... mości elfie... drogę do Sanction i nie troszcz się o naszą odwagę.

Ash zadowolił się tą odpowiedzią.

- Pójdę przespać się gdzieś na zboczu i wrócę o świcie. Bądźcie gotowi do wymarszu, 

jeśli zależy wam na pośpiechu.

- Zależy - stwierdził po prostu sir Kamford.

Kagonestyjczyk   odwrócił   się   i   zniknął   w   mroku.   Gdy   ruszał   w   górę   zbocza,   nie 

potrafił oprzeć się wrażeniu, że większość pozostawionego w dole rycerstwa rada była z jego 

odejścia.

background image

Rozdział 17 - Na Sanction!

- I to ma być owa przełęcz? - spytał sir Kamford z powątpiewaniem w głosie. Stał na 

występie skalnym  obok Ashtawaya  i spoglądał  na wznoszące się przed nimi  dwa strome 

zbocza. Pomiędzy skałami można było dostrzec wąską rozpadlinę, przez którą prześwitywało 

pokryte dymami niebo i mroczne, kłębiące się dziwaczne chmury.

- Za nią leży miejsce, które wy zwiecie Sanction - potwierdził Ash. - Chmury, które 

widzisz, nie zrodziły się na niebie.

Spojrzał na ciężką pokrywę chmur, czując się tak, jakby samo powietrze gniotło mu 

piersi. Posępna, przytłaczająca atmosfera tego miejsca była jednym z powodów - być może 

głównym - dla którego nigdy mu się tu nie podobało.

Oddział rycerzy pozostał w tyle, kryjąc się w wąwozie. W ciągu pięciu minionych dni 

ludzie podążali za Ashtawayem, który wiódł ich przez bezdroża gór Khalkist. Teraz przed 

nimi wznosiła się ostatnia przeszkoda i elf zastanawiał się, jak sobie z nią poradzą.

Po   prawdzie   zdumiewał   się   sprawnością   i   powściągliwością   rycerzy.   Oczywiście 

odnosili się do niego szorstko i arogancko, niektórzy ze źle ukrywaną wrogością, lecz był 

dostatecznie   uczciwy,   aby   przyznać,   że   wielu   Kagonestyjczyków   na   ich   miejscu 

postępowałoby   podobnie.   Podczas   marszu   nie   przebywał   zresztą   z   głównym   oddziałem, 

często   natomiast   rozmawiał   z   sir   Kamfordem,   omawiając   trasę   i   dzieląc   się   z   nim 

znajomością tych posępnych gór. Starał się też unikać sir Blayne’a, ponieważ wyczuwał, że i 

w nim samym rodzi się iskra gniewu, ilekroć zetknęli się wzrokiem.

Fakt, że wszyscy ci wojownicy byli posłuszni zwykłemu kapitanowi, jakim był sir 

Kamford, zdumiewał go, choć jednocześnie musiał przyznać, że jest to niezwykle przydatne. 

Uderzanie na nieprzyjaciela, gdy wszyscy gotowi byli do walki, nie zaś wtedy, gdy któryś z 

wojowników nie potrafił dłużej opierać się ogarniającej go żądzy krwi, miało swoje taktyczne 

zalety.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   stosowana   przez   ludzi   taktyka   pozwala   na   okrążanie 

nieprzyjaciela, wciąganie go w pułapki, a nawet dokonywanie odwrotu z precyzją i w szyku - 

czego nie znały oddziały wolnych elfów.

Miewał również okazje przyjrzeć się rycerskim zbrojom i orężowi. Okazało się, że są 

niezbyt   podatne   na  uszkodzenia,  zużycie  czy  rdzę.  Oczywiście  głownia   jego  topora   była 

wykuta   z  twardego   metalu   i   przetrwała   kilka   pokoleń.   Taka   broń  należała   jednak   wśród 

wolnych elfów do rzadkości, każdy zaś z rycerzy miał do wyboru wielki, stalowy miecz, 

kopię, sztylet - dość długi, aby mógł służyć za krótki kord - i solidną tarczę. Elf podejrzewał, 

background image

że   skryty   za   tarczą   i   płytową   zbroją   rycerz   byłby   zupełnie   ochroniony   przed   atakiem 

pojedynczego wojownika.

Zastanawiał się, co też myślą rycerze o dzikich krainach, przez które ich prowadził - i 

co sądzą o elfie, który wskazywał im drogę? Czy mu ufają? Boją się czy go podziwiają? Nie 

mógł tego rzecz jasna wiedzieć, jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że to nie ma znaczenia. 

Wielu Kagonestyjczyków - i z pewnością każdy z poprzednich Odnajdywaczy Ścieżek - nie 

dbałoby wcale o opinię ludzi. Dlaczegóż zatem on sam miałby się nią przejmować?  Nie 

potrafił na to odpowiedzieć, lecz wiedział, że nie jest mu obojętna.

Oczywiście niektórzy ludzie - głównie sir Blayne - chmurzyli się i wrogo łypali nań 

oczyma,   ale   większość   rycerzy   otwarcie   zachwycała   się   urodą   krainy,   przez   którą   ich 

prowadził. Wszyscy zaś mieli w sercach odwagę. Żaden nie okazał najmniejszej troski czy 

obawy o swój los w zbliżającej się walce.

Wkrótce dowie się, co kryją w sercach. Ruszył przed siebie słysząc, że sir Kamford 

podąża tuż za nim. Równomierny stukot kopyt, który usłyszał po chwili, powiedział mu, że 

cała kolumna zaczęła wspinaczkę stromym górskim szlakiem.

Gdy   wyjechali   spod   cienia   wonnych   świerków   na   nagie   zbocze,   okazało   się,   że 

właściwie nie ma tu ścieżki godnej tej nazwy. Ash musiał wybierać drogę pomiędzy głazami i 

rozpadlinami, zawracając niekiedy i błądząc, aby pokonać zbocze najmniej  stromą drogą, 

wspinając się stopniowo, zamiast ruszyć wprost ku przełęczy.

Sir Kamford trącił końskie boki piętami i jadąc dość wolno, dawał wierzchowcowi 

czas na wyszukanie miejsca, gdzie postawić każde z kopyt. Za wodzem ruszyła pod górę 

wąska kolumna rycerzy, Ash zaś wybierając drogę, przystawał często, aby dać jeźdźcom czas 

na uspokojenie nerwowych rumaków. Konie rżały i wierzgały, kiedy jednak jeźdźcy zaczęli 

do nich pieszczotliwie przemawiać, dały się przekonać do wędrówki pod górę.

Kagonestyjczyk wiedział, że gdyby w tej chwili nad głowami rycerzy pojawił się choć 

jeden smok, cała misja momentalnie wzięłaby w łeb. Otrząsnął się z tych mrocznych myśli, 

ufając   w   zapewnienia   sir  Kamforda,   który  utrzymywał,   że   wszystkie   smoki   odleciały   na 

zachód, gdzie miała się rozegrać bitwa decydująca o losach wojny. Na możliwości odkrycia z 

góry   nic   nie   mogli   poradzić,   w   nocy   bowiem   żadną   miarą   nie   zdołaliby   wspiąć   się   po 

zdradzieckim zboczu.

Ash, pokonując przeszkody, chwytał dłońmi za występy skalne, ale szybko spostrzegł, 

że konie tego nie potrafią. Cofnął się więc o kilka kroków. W tym  miejscu otwierał się 

wiodący   w   górę   wąski   komin,   który   pozwolił   mu   dotrzeć   na   względnie   płaski   fragment 

zbocza,   gdzie   było   dość   miejsca   dla   kilkunastu   koni.   Elf   podał   dłoń   sir   Kamfordowi   i 

background image

rycerzowi   udało   się   namówić   rumaka,   aby  -   grzechocząc   kopytami   po   osypisku   luźnych 

piargów - wspiął się za nim pod górę.

Tutaj kapitan odpoczął, elf tymczasem podjął dalszą wędrówkę. Rycerze jeden po 

drugim   wdrapywali   się   na   płaski   występ,   ciągnąc   za   sobą   zaniepokojone   konie.   Gdy   na 

zboczu zaczęło być tłoczno, sir Kamford ruszył za elfem. W ślad za nim podążyli kolejni w 

szyku.   W   ten   sposób   ludzie   i   konie   mieli   możliwość   krótkiego   odpoczynku,   a   potem 

podejmowali żmudną wspinaczkę.

Wkrótce Ash dotarł do rozległego osypiska. Pod naciskiem podeszwy jego mokasyna 

kamienie drgnęły i w dół runęła niewielka lawina. Elf zdołał uskoczyć, lawina zaś na całe 

szczęście ominęła wspinających się niżej ludzi. Ash podjął wędrówkę, lecz teraz uważniej 

wybierał oparcie dla stóp.

W   pewnej   chwili   usłyszał   ostrzegawczy   okrzyk   i   przerażone   rżenie   konia. 

Spojrzawszy   w   dół,   zobaczył,   że   kilku   rycerzy   szarpie   się   z   wodzami   rosłego,   czarnego 

rumaka. Koń poślizgnął się na stromym zboczu i leżał teraz na boku, wściekle wierzgając ku 

każdemu, kto się doń zbliżył. Kagonestyjczyk pewien był, że zwierzę jest stracone, i miał 

tylko nadzieję, że jeźdźcy okażą dość rozsądku, aby je zostawić.

Ku rosnącej desperacji elfa rycerze stracili sporo czasu na uspokajanie zwierzęcia. 

Ashtaway zdumiał się niepomiernie, gdy koniowi w końcu udało się wstać - i od tej chwili 

rumak poruszał się szybciej, jakby pragnął nadrobić zwłokę.

I   tak   to   trwało,   chwila   za   chwilą,   godzina   za   godziną,   podczas   których   poranek 

niepostrzeżenie przekształcił się w południe, a wąska kolumna rycerzy uporczywie pięła się 

ku przełęczy. Mimo iż wielu z nich potykało się i przewracało, nie ustawali w wysiłkach. 

Wspinali się powoli i ostrożnie, choć coraz żwawiej, jakby wyczuwając, że zbliżają się do 

celu długiej wędrówki.

Do samej przełęczy Ash dotarł na kilka godzin przed zmierzchem. Po obu stronach 

szlaku wznosiły się tu wyniosłe turnie, sporą zaś część rozciągającej się przed nim doliny 

zakrywały dymy. Elf przypomniał sobie, że szlak okrążał zbocze góry i samo miasto stanie 

się widoczne dopiero po pokonaniu przełęczy. Tam, gdzie się zatrzymał, było świetne miejsce 

na zbiórkę całego oddziału, ponieważ ukształtowanie terenu i snujące się w powietrzu dymy 

uniemożliwiały wręcz odkrycie nawet większej niż ich własna grupy napastników.

Spojrzał   w   dół,   ku   kolumnie   -   ostatni   rycerze   byli   jeszcze   w   połowie   zbocza. 

Pozostało mu tylko żywić nadzieję, że dotrą do przełęczy przed zapadnięciem zmroku.

Najwyższy  punkt przełęczy  znajdował  się na w  miarę  rozległym  siodle pomiędzy 

dwiema wyniosłymi turniami. Jeden po drugim rycerze zbierali się pod osłoną zwisających 

background image

nad   ich   głowami   stromych   ścian   skalnych.   Uspokajali   i   przemawiali   łagodnie   do 

zdenerwowanych koni, te zaś wytrzeszczały oszołomione oczy na wrogą, skalistą okolicę i na 

smugi   dymu,   wzbijające   się   z   kilku   niezbyt   odległych   górskich   szczytów.   Elf   był   pod 

wrażeniem głębi zrozumienia, jakie zdawało się panować pomiędzy jeźdźcami i rumakami - 

wkrótce bowiem okazało się, że poklepywanie po karku i dmuchanie w chrapy uspokoiło 

wszystkie wierzchowce.

Miasta nie było  widać z miejsca, gdzie się zebrali, ale rycerze, podobnie jak sam 

Ashtaway, ocenili ten fakt jako swego rodzaju korzyść. Mogli się zebrać, zaczerpnąć tchu i 

uspokoić konie bez obaw, że ktoś spostrzeże ich obecność.

- Gdzie leży miasto? - spytał sir Kamford, gdy na przełęcz dotarło już kilkudziesięciu 

rycerzy.

Ash dłonią wskazał mu kierunek.

- Droga w dół jest szersza i zbiega łagodniej niż szlak, którym się tu dostaliśmy. Jeśli 

pójdziecie  powoli  i  będziecie  uważać   na wartowników,  zdołacie   niepostrzeżenie   obejrzeć 

sobie wasz cel.

-   Doskonale.   -   Sir   Kamford   wespół   z   sir   Blaynem   i   paroma   innymi   rycerzami 

zostawili konie pieczy towarzyszy i ruszyli, aby dokonać pieszego rekonesansu.

Pozostali rycerze jeden po drugim wspinali się wciąż ku zimnej i nagiej przełęczy. 

Dostawszy się na miejsce, reagowali rozmaicie - jedni okazywali ulgę, inni szczycili się swą 

odwagą, jeszcze inni składali dzięki bogom. Przyglądali się tatuowanemu elfowi z podziwem, 

szacunkiem i odrobinę nieufnie.

Sir   Kamford   powrócił,   gdy   na   zboczu   góry   pozostało   jeszcze   kilkunastu   rycerzy. 

Podniecony kapitan zaciekle poruszał wąsiskami, a gdy przysiadł obok Ashtawaya, w jego 

oczach płonął niekłamany zapał.

- Niełatwo  byłoby wymarzyć  sobie lepszą  sytuację. Równina z tej strony nie jest 

prawdopodobnie   w   ogóle   strzeżona.   Pewnie   przypuszczają,   że   każdy   napastnik,   który 

chciałby  zaatakować   stojące  na  niej  magazyny,  najpierw  musiałby  przebić  się  przez  całe 

miasto!

- A czy warto je atakować? - spytał elf.

- Nie da się zaprzeczyć! Widziałem wielkie drewniane skrzynie, w których gromadzą 

węgiel dla kuźni, oraz stojące z otwartymi wrotami stodoły pełne ziarna. Te zapasy pozwolą 

smoczej   armii   wytrwać   w   polu   całą   zimę,   jeśli   zostaną   dostarczone   na   czas   -   ale   przy 

odrobinie szczęścia i niewielkiej pomocy z naszej strony spłoną w ciągu paru dni. Zbudowali 

też obszerne magazyny broni - strzał, włóczni i innego oręża. Te również pójdą z dymem! 

background image

Mają tu wreszcie wielkie zagrody... naprawdę wielkie. Konie, muły, woły - tysiące sztuk! 

Rozpędzimy to wszystko na cztery wiatry!

-   Rad   jestem,   że   przeszliście.   Miejmy   nadzieję,   że   reszta   twoich   ludzi   dotrze   na 

przełęcz przed zmrokiem.

Sir Kamford zmarszczył brwi z troską i spojrzał w dół na ogon pnącej się ku górze 

kolumny.

- Żwawiej, chłopcy! - zawołał. - Nie chcecie chyba zostać tam na noc?

Rycerze, którzy to usłyszeli, rzeczywiście zaczęli wspinać się szybciej, choć nie bez 

niechętnych pomruków. Pozostali przyspieszyli, aby nie dopuścić do rozerwania kolumny. 

Mimo  żwawszego  tempa  wspinaczki  ostatni   rycerz   dotarł   do  przełęczy  już  po  zachodzie 

słońca, kiedy pozostało dość światła, aby widzieć jedynie najbliższych towarzyszy.

- Dobra nasza! - zawołał  sir Kamford,  gdy na przełęczy zgromadzili  się wszyscy 

rycerze.   Od   kilku   chwil   rozluźniał   się   coraz   bardziej,   w   miarę   jak   pojawiali   się   kolejni 

wspinacze. Ashtaway zdumiewał się niespożytą energią, jaką wykazywał jego towarzysz.

- Zaatakujecie jutro? - spytał elf.

- Gdy tylko dostaniemy się na dół - a zejście chcę zacząć jeszcze przed świtem - 

odparł sir Kamford.

Człowiek raz jeszcze obejrzał się na strome zbocze, na które wspinali się cały dzień, 

potem utkwił spojrzenie ciemnych oczu w twarzy wolnego elfa.

- Wiesz, mości elfie... nie byłem pewien, czy nam się uda. W pierwszej chwili, kiedy 

pokazałeś mi tę ścieżkę, pomyślałem, że już po nas. A jednak dotarliśmy na miejsce... i nie 

straciliśmy ani jednego konia!

- Oby bitwa była dla was równie łaskawa - mruknął Ash.

Twarz sir Kamforda spoważniała. - Na to nie ma co liczyć - odparł. - Ale dzięki tobie 

mamy szansę zadać Królowej Ciemności potężny cios w imię Kodeksu i Zasad.

background image

Rozdział 18 - Szarża

Godzinę przed świtem Ashtaway ruszył w dół gładkiej drogi wiodącej ku Sanction. 

Rycerze zwijali obozowisko, sprawiali i karmili konie przed założeniem im derek, siodeł i 

dociągnięciem   popręgów.   Zwierzęta,   jakby   wyczuwając   zbliżającą   się   bitwę,   prychały 

niespokojnie   i   z   ledwie   skrywanym   podnieceniem   grzebały   ziemię   kopytami.   Wszystko 

jednak odbywało się wyjątkowo cicho. Elf nie zdążył oddalić się o pięćdziesiąt kroków od 

obozu, kiedy dobiegające z obozu odgłosy zatraciły się w porannej ciszy.

Natychmiast   też   został   osaczony   nawałą   wrażeń   zmysłowych,   pochodzących   z 

wyłaniającego   się   spośród   mgieł   miasta.   Gdy   Ashtaway   okrążył   masyw   wulkanu,   ujrzał 

Sanction, rozciągające się przed nim w całej swej okazałości. Nawet teraz, tuż przed świtem, 

gród  rozjaśniały  liczne   światła   dobywające   się   ze   skalnych   szczelin.   Rzeki   płynnej   ławy 

miotały w powietrze płomienie i kłęby rozgrzanego powietrza, które niekiedy przemiatały 

przez   niemal   całą   szerokość   doliny.   Gdy   pierwsze   promienie   świtu   stłumiły   blask   ogni, 

Sanction okazało się miejscem, w którym zamiast światła królują dymy i cienie.

Jedna   z   Trzech   Gór   Dymnych   -   rycerze   nazywali   te   szczyty   Lordami   Zagłady   - 

wyrzucała   z   siebie   rzekę   płynnej   lawy.   Struga,   lśniąc   żywym   ogniem,   spływała   po 

przeciwległym zboczu i Ash widział, jak znikała wśród zabudowań miasta.

Pomimo   widoku   niszczycielskich   sił   szalejących   w   dolinie,   Sanction   wydało   się 

wolnemu elfowi miejscem starym i stojącym ponad czasem - miejscem, w którym siły natury 

posiadały władzę znacznie rozleglejszą i większą niż zuchwałe twory rąk ludzkich.

Z miejsca, gdzie stał, Ashtaway miał dobry widok na całą równinę, z jej dogodnym 

podejściem od wschodu i rozrzuconymi w pobliżu grodu zgrupowaniami budynków, zagród i 

spichlerzy. Gdy zbliżył się jeszcze bardziej, zobaczył tętniące życiem podgrodzie - wszędzie, 

niczym   chwasty   spod   ziemi,   wyrastały   tu   budynki,   niektóre   osiągały   znaczną   wysokość. 

Pomiędzy nimi wiły się wąskie uliczki i wolny elf mógł się jedynie zastanawiać, jakie też 

istoty godzą się żyć w tak ciasnych i zatłoczonych budowlach.

Tu i ówdzie z kłębowiska budynków strzelały w górę gmachy z różanego kamienia, a 

labirynt  wąskich zaułków  gdzieniegdzie  przecinały szersze aleje, które łączyły się w sieć 

rojnych ulic. Cała metropolia dokładnie wypełniała przestrzeń pomiędzy dwoma dymiącymi 

wulkanami,   a   za   nią   rozciągały   się   już   szerokie   Równiny   Solamnijskie.   Na   ich   skraju 

wzniesiono wysoki kamienny mur i choć poprzecinano go licznymi bramami, Ash widział, że 

background image

dla   napastników,   którzy   przybyliby   tu   od   zachodu,   owa   ściana   stanowiłaby   nie   lada 

przeszkodę.

W końcu wzrok elfa zatrzymał się na potężnych gmachach świątyń, które otaczały 

miasto z trzech stron. I ten widok nie zrobił wrażenia na Kagonestyjczyku. Któż śmiałby 

porównać   wspaniałość   tych   budowli   z   majestatem   niezbyt   nawet   wysokiej   góry?   Za 

najbardziej oddaloną świątynią rozciągał się wysoki mur, poprzetykany licznymi wieżami i 

najeżony   zębami   blanków,   który   chronił   Sanction   przed   każdą   armią   napastników 

nadciągających od równin. Po raz pierwszy Ash zdał sobie sprawę ze śmiałości i trafności 

planu sir Kamforda. Uderzający od strony gór rycerze mogli spowodować bolesne straty, 

nawet   jeśli   -   zgodnie   z   tym,   co   przewidywali   -   napotkają   opór   choćby   i   stukrotnie 

liczniejszych przeciwników.

Górski szlak przywiódł ich do miasta od wschodu i ze swego punktu obserwacyjnego 

elf zaczął badać wzrokiem równinę rozciągającą się po tej stronie grodu. Wybudowano tu 

wiele zagród dla zwierząt i choć niektóre były puste, w pozostałych widział liczne stada koni i 

bydła. Ujrzał też wielkie, ustawione w ciasnych rzędach namioty i baraki, w których - wedle 

słów   sir   Kamforda   -   zgromadzono   nieprzebrane   zapasy   oręża   i   żywności   dla   oddziałów 

Królowej Ciemności.

Ashtaway przez chwilę myślał o swej obecności w dolinie, mającej za chwilę stać się 

terenem zaciekłej bitwy. Podczas poprzedniej wizyty, gdy odkrył przejście pomiędzy górami, 

dotarł tylko do punktu, w którym stał obecnie i wystarczył mu jeden rzut oka na miasto. Nie 

było   to   miejsce,   którego   wygląd   zachęcał   do   zwiedzania.   Mimo   to   elf   ruszył   ku 

zasmrodzonym i brudnym przedmieściom Sanction.

Rycerze   z   pewnością   nie   potrzebowali   już   Kagonestyjczyka.   Szlak,   jaki   mieli   do 

przebycia, wiódł prosto w dół, był szeroki i obniżał się łagodnie. Ashtaway jednak nawet nie 

myślał o tym, aby wycofać się przed bitwą. Ci poważni wojownicy na rosłych rumakach 

wywarli na nim wielkie wrażenie i pragnął zobaczyć, jak też dają sobie radę w szarży.

Wiedział, że kolumna musiała już ruszyć, choć jeszcze nie dostrzegł jeźdźców. Sir 

Kamford postanowił uderzyć, gdy tylko rozwidni się na tyle, by rycerze mogli dostrzec cel 

ataku   -   doświadczony   wojownik   pragnął   wykorzystać   przewagę,   jaką   dawały   spóźnione 

reakcje   otumanionych   niespodzianym   wyrwaniem   z   głębokiego   snu   członków   załogi 

warowni.

Znalazłszy się u podnóża zbocza, Ash poczuł, że jego skalp jeży się lekko - wolnego 

elfa coś zaniepokoiło. Przyszła mu do głowy myśl następująca: co też będzie, jeśli okaże się, 

że smoki zdążyły wrócić? Nie trzeba było zbyt wielkiej wyobraźni, aby dojść do wniosku, że 

background image

jeśli sir Kamford mylił się w ocenie intensywności zmagań armii Humy i jeśli choć kilka 

smoków wróciło do Sanction, grupkę zuchwalców spotka nieunikniona klęska.

Skryty za stertą sporych  głazów, Ash zaczął  badać wzrokiem pokryte  chmurami  i 

kłębami dymu niebo. Nie zobaczył żadnego latającego stworu - w rzeczy samej nie zobaczył 

na nieboskłonie nawet ptaka - i po dłuższej obserwacji przekonał sam siebie, że poczucie 

niepokoju wzbudziło w nim coś innego. To chyba okropny zapach tego miejsca - powiedział 

sobie, gdyż smugi dymu niosły ku niemu gryzącą woń siarki i oczy wolnego elfa nieustannie 

zachodziły łzami.

Gdy opuścił ścieżkę i zaczął okrążać górę, przekonał się, jak bardzo równina Sanction 

była podatna na atak od wschodu. Niewolnicy o tej porze jeszcze spali, wielkie zaś sterty 

oręża, a także wypełnione węglem skrzynie i kamienne miejskie kuźnie stały pozbawione 

jakiejkolwiek ochrony. Tylko zwierzęta w zagrodach niespokojnie przestępowały z nogi na 

nogę, niektóre woły porykiwały ponuro - jakby zdawały sobie sprawę ze zbliżającego się 

zagrożenia.

Apatyczne   i   podchodzące   do   swych   obowiązków   bez   przesadnej   służbistości   czy 

entuzjazmu straże - jak szybko spostrzegł to Ash - rekrutowano głównie z ludzi, którymi 

dowodziło   kilku   znudzonych   i   leniwych   ogrów.   Stojący   na   posterunkach   wartownicy 

ograniczyli   swe   wysiłki   do   wyszukania   dogodnego   miejsca   na   drzemkę,   porzucając 

stróżowanie przy cennych  magazynach. Jeden z nich niespodziewanie usiadł wprawdzie i 

zaczął się rozglądać, Ash jednak szybko zorientował się, że wartownik - ignorując całkowicie 

zbocze   niedalekiej   ognistej   góry   -   skupił   uwagę   na   mieście   i   rozciągających   się   za   nim 

równinach. Najwyraźniej możliwość ataku od wschodu dawno już w Sanction wykluczono.

Przez pasma dymu zaczęły przebijać się pierwsze promienie świtu, które zabarwiły 

górzysty   krajobraz   niesamowitą   poświatą.   Świszcząc   batami,   ogry   zaczęły   wyprowadzać 

kolumny niewolników ku rozstawionym na płaskowyżu kuźniom i kopalnianym szybom. Ash 

ujrzał nieszczęśników, którzy maszerowali do roboty z oczyma wbitymi w ziemię i reagowali 

jedynie, gdy musieli usunąć się poza zasięg wszechobecnych rzemieni nadzorców. Elf przez 

chwilę zastanawiał się, jak wygląda ich życie. Dlaczego jakakolwiek istota rozumna godzi się 

na taki żywot? On sam - i każdy z pozostałych Kagonestyjczyków - wybrałby raczej śmierć 

niż życie w takim poniżeniu.

Usłyszawszy metaliczny brzęk jakiegoś ciężkiego obiektu, natychmiast dał nura w 

szczelinę pomiędzy dwiema wulkanicznymi skałami. Zaraz też zobaczył kilku ogrów, którzy 

nadeszli  z  prawej  strony  i minęli   jego  kryjówkę  w   odległości  rzutu  kamieniem.   Dopiero 

wtedy Ash zauważył, że stwory wyłoniły się z tunelu, który otwierał się nie opodal w ścianie 

background image

skalnej. Potężne, wzmocnione metalem skrzydła wrót do szybu były lekko uchylone. Tunel 

wiódł prosto w głąb góry.

Mrużąc oczy - robiło się coraz widniej - elf naliczył przynajmniej dwunastu idących 

gęsiego ogrów. Bestie pokryte były sadzą i człapały ciężko, nie kryjąc wielkiego zmęczenia. 

Wszyscy byli uzbrojeni w ciężkie miecze, na głowach zaś nosili zaśniedziałe i poznaczone 

wgięciami hełmy. Ash miał przed oczyma wojowników, nie robotników.

- Dobrze znowu zobaczyć niebo - warknął jeden ze stworów i kaszlnął, wyrzucając z 

gardzieli kłąb sadzy.

- Ten zasmolony tunel za długi! - rozjuszył się inny. - Za dużo czasu pod ziemią!

- Ale nareszcie  Sanction! - syknął  trzeci.  Ashowi wydało  się, że ten jest kimś  w 

rodzaju dowódcy. Stwór łupnął po karkach dwu pierwszych kompanów. - ...aprzód! ...aaarsz!

Pozostałe ogry, pomrukując niechętnie, zajęły miejsce w szyku. Bestie ocierały łapy z 

pokładów sadzy oraz poprawiały zwisające im u pasów miecze. Przez chwilę usiłowały nawet 

ustawić się w kolumnę dwójkową, ale to - jako że umiejętność liczenia do dwóch rzadka była 

wśród ogrów - niezbyt im się udało. Elf przyglądał się grupce, dopóki nie oddaliła się poza 

zasięg słuchu, i zauważył, że ogry skręciły w lewo, najwidoczniej kierując się wprost ku 

miastu, nie zaś na pola rozległej ornej równiny.

Zapamiętał starannie położenie ukrytego wejścia, zastanawiając się jednocześnie, czy 

tę wiedzę da się jakoś w przyszłości wykorzystać. Obie połówki potężnych wrót musiały 

ważyć kilkaset pudów i Ash przez długą chwilę nie potrafił pojąć, jak ktokolwiek mógł je 

otwierać   czy   zamykać.   Zrozumiał   wszystko,   gdy   zobaczył   umieszczone   na   drzwiach   od 

środka koło. Na przypominającej bęben osi tego koła nawinięto wiele zwojów solidnej liny i 

domyślił   się,   że   spogląda   na   mechanizm,   który   w   jakiś   sposób   pozwala   na   otwieranie   i 

zamykanie wrót. Wychyliwszy się zza skały, spostrzegł podobne urządzenie po przeciwnej 

stronie wrót.

Zauważył ruch wewnątrz tunelu i cofnął się, aby nie zdradzić swego stanowiska. Z 

mroku wyłoniło się kilka sylwetek. Usłyszał też świst bata i stłumiony okrzyk bólu.

- Ruszać się, wy gnojki! - rozległ się niski, gardłowy głos, jaki mógł dobywać się 

jedynie z beczkowatej piersi ogra.

Ash, który skulił się za skałami w odległości paru kroków od wrót, zauważył, że w 

jego stronę kieruje się kolumna drobnych sylwetek. Nieznajomi szli chwiejnie i często się 

potykali.   Ponownie   rozległ   się   świst   bata   -   i   grupka   niczym   stadko   spłoszonych   wróbli 

rozprysnęła się na wszystkie strony.

- Wracać! Obracać kołowrót! Już, sto piorunów, albo nie będzie zupa!

background image

Małe stworki, piszcząc żałośnie, zebrały się wokół jednego z intrygujących Asha kół. 

Łapiąc za wystające szprychy, zaczęły ciągnąć je i popychać. Drzwi wydały przeraźliwy jęk i 

drgnęły - bardzo powoli.

W polu widzenia  elfa  pojawił się nadzorca,  który rzeczywiście  był  ogrem.  Bestia 

miała na sobie czarną skórzaną tunikę nabijaną główkami ćwieków. Bydlę było stare i niemal 

straciło już kły, ale jego na poły pokryte bielmem ślepia nadal błyskały chytrze i złośliwie. 

Ogr podniósł sękatą łapę i elf ujrzał drzewce rzemiennego bata, gotowego do ugodzenia w 

kolejną ofiarę.

Cios   ten   jednak   zawisł   w   powietrzu,   bo   oto   w   półmroku   świtu   coś   gwizdnęło 

niegłośno i w krtani ogra utkwił stalowy grot strzały. Bestia zakrztusiła się, rzygnęła krwią i 

cofnęła niezgrabnie  - zbyt  powoli, aby umknąć  pokrytemu  tatuażami  napastnikowi, który 

skoczył ku wrotom.

Ashtaway podniósł topór i wymierzył śmiertelny cios. Tymczasem Ogr, który zacisnął 

obie łapy na wystającej z gardła brzechwie strzały, gapił się tępo na wznoszącą się głownię. 

Rozległ się krótki świst i rozcięty niemal do połowy korpus nadzorcy z łomotem zwalił się na 

kamienną posadzkę tunelu.

Niewolnicy   -   każdy   z   nich   bez   wyjątku   mógłby   współzawodniczyć   o   tytuł 

najbrudniejszego   i   najnędzniejszego   osobnika,   jakiego   Ash   kiedykolwiek   widział   - 

wytrzeszczyli ślepia na swego wybawcę. Opuściwszy dolne szczęki, drobni ludkowie wolno 

wodzili   oszołomionym   wzrokiem   od   elfa   do   nieruchomej,   leżącej   na   posadzce   sylwetki 

nadzorcy.

Jeden   z   niewolników   puścił   dzierżoną   przez   siebie   szprychę   i   podszedł   do   trupa. 

Nachyliwszy się nad ciałem, powąchał je ostrożnie, potem lekko tknął kciukiem w żebra. Po 

chwili   namysłu   cofnął   się   i   wymierzył   nieboszczykowi   potężnego   kopa   w   nieczułe   -   na 

szczęście - kolano.

Reszta prawie dziesięcioosobowej grupki natychmiast stłoczyła się wokół martwego 

ogra,   kopiąc   go,   szczypiąc,   szturchając,   tłukąc,   opluwając   zaciekle   i   stosując   wszelkie 

(niezbyt zresztą wymyślne) zniewagi, które - jak Ash odgadł bez trudu - miały być okrutną 

zemstą za złe traktowanie.

- Dziękować, panie! - oznajmił uroczyście pierwszy ze stworków (ten, który niedawno 

badał zwłoki), porzuciwszy sycących się zemstą kompanów. - Ty zabić stary Bezkielec... i 

dobrze mu tak!

-   Witam   -   odparł   Ash,   usiłując   pojąć   niezwykły   akcent   i   składnię   niewolnika. 

Kagonestyjczyk pochylił się, aby lepiej obejrzeć niezwykłego ludka.

background image

Jegomość, jakby domyślając  się, że jest obiektem oględzin, wyprostował  się i tak 

nadął,   wypinając   beczkowatą   pierś,   że   po   bokach   jego   brudnej   kurtki   zaczęły   pękać 

przetłuszczone szwy.

Ashtaway spotykał krasnoludy i wcześniej, choć nigdy z żadnym nie rozmawiał - i 

gdyby dano mu jakiś wybór, wolałby, żeby tak pozostało. Patrząc na niedorostka, zorientował 

się, że niewątpliwie ma do czynienia z krasnoludem, z drugiej jednak strony musiał przyznać, 

że nigdy przedtem nie widział krasnoluda tak brudnego i obszarpanego jak stojący przed nim 

okaz.   Broda   karła   była   kłębowiskiem   dziko   zmierzwionych   kudłów   wyrastających   z 

cofniętego  podbródka - na  dodatek  jegomość  nieustannie  dłubał  w nosie,  nawet gdy stał 

wyprostowany na baczność.

Pozostali niewolnicy, zakończywszy ceremonię zemsty, podeszli kolejno i ustawili się 

obok przywódcy. Ash zorientował się, że stwory usiłują stanąć w szeregu, który - w miarę jak 

następni osobnicy dołączali do już stojących - wił się coraz bardziej kręto, pod koniec zaś 

osiągnął   taki   stan   doskonałości,   że   gdyby   pijany   wąż   zechciał   popełznąć   wzdłuż   szyku, 

niechybnie złamałby sobie kręgosłup.

-  Ogry  znaleźć   Bezkielec   i   mocno   się   wściekać!   -  oznajmił   któryś   z   niedawnych 

niewolników, bynajmniej nie okazując zaniepokojenia.

- Naprawdę się wściekać... - oznajmił drugi tonem mędrca, choć efekt popsuło potężne 

beknięcie, które wydał z siebie zaraz potem.

- Ty lepiej niech zwiewa - oznajmił przywódca, mrugając do Ashtawaya znacząco. - 

Jak ogry przyjść, my im powiemy tak: stary Bezkielec upaść i nie wstać. Oni nam wyznaczają 

tylko nowy szef i tyle.

Kagonestyjczyk   zdumiał   się,   że   stwory   podejmują   odważny,   choć   bezsensowny 

wysiłek,  aby jakoś przyjść  mu  z pomocą.  Spojrzał na trupa nadzorcy.  Stercząca  z krtani 

strzała i okropna rana w barku mówiły same za siebie.

-   Myślę...   hmm...   że   będziecie   musieli   sporo   się   natrudzić,   by   ich   przekonać,   że 

Bezkielec miał wypadek.

Szef sapnął, jakby urażony tą sugestią.

- Ja Wielki Bulp Toofer - dobry łgarca! Ty myśli, że ja niedobry łgarca? Aaa?

Elf pojednawczym gestem wyciągnął przed siebie dłoń i potrząsnął głową. - Nie, nic 

podobnego... przeciwnie, jestem pewien, że ty dobry łgarca. Ale powiedz mi... kim jesteście? 

Krasnoludami?

- A pewnie! Krasnoludy żlebowe, my wszyscy, co do jeden! My rządzić w te tunele, 

od zawsze... dopóki nie przyleźć ogry, brzydka ich mać zresztą.

background image

- A przyjdą? Czy one mieszkają gdzieś tam w głębi?

Wielki   Bulp   spojrzał   na   Ashtawaya,   jakby   się   zastanawiał,   czy   jego   rozmówca 

rzeczywiście jest aż tak wielkim idiotą, czy tylko  udaje. Doszedłszy do wniosku, że nie, 

odparł jednak z powagą:

- Nikt nie mieszkać w jaskinie.., to drogi do tu i tam. Tylko my i Bezkielec. My tu 

mieszkać i otwierać ten bram.

W głowie Ashtawaya zaczął kształtować się pewien pomysł. Może proces ten zaczął 

się wcześniej, zanim elf wypuścił fatalną strzałę.

- Te tunele... daleko sięgają?

- Wszędzie! Pod górą, za górą... nawet do inne góry!

- Wyglądasz mi, bracie, na strasznie mądrego Wielkiego Bulpa... ale czy dobrze znasz 

te korytarze? Potrafiłbyś, powiedzmy... przeprowadzić kogoś na drugą stronę góry?

- Ja potrafi! - pochwalił się któryś z karłów, odpychając na bok szefa.

-   Ty   idzie   za   Boodle,   zgubi   się   mig-mig!   -   syknął   Toofer,   obrzucając   kompana 

złowrogim spojrzeniem. - Ja zna droga!

- Patrzcie! - ryknął radośnie jeden z krasnoludów, który tymczasem podkradł się do 

uchylonych drzwi i wyjrzał na równinę. - Parada!

Ash   przypomniał   sobie   o   rycerzach   i   natychmiast   zrozumiał,   co   miał   na   myśli 

żlebowiec, mówiąc o „paradzie”. Skoczył ku drzwiom i wytknął głowę - miał teraz dobry 

widok na rozległą, rozciągającą się po wschodniej stronie miasta równinę.

Pierwszą   rzeczą,   którą   zobaczył,   był   szereg   rycerzy.   Wierny   swemu   planowi   sir 

Kamford sprowadził rycerską kompanię na równinę tuż przed świtem. Niewątpliwie sprzyjały 

temu   ciemności,   otulające   zachodnie   zbocze   góry.   Tak   czy   owak,   rycerze   zdołali 

niepostrzeżenie dotrzeć do równiny.

Teraz   na   oczach   Ashtawaya   ostatni   z   nich   dołączali   do   grupy,   formującej   się   w 

wydłużony szereg. Konie tańczyły niespokojnie, rycerze zaś unieśli kopie i wyprostowali się 

dumnie w siodłach - jakby chcieli podkreślić, iż są ponad chaosem i zniszczeniem, które 

zamierzali ponieść w dolinę.

Strzegący jednej ze stodół ogr ryknął rozpaczliwie, a gdy rozsunęła się zasłona mgieł, 

w całej dolinie na widok stalowego szeregu jeźdźców i koni rozległy się paniczne wrzaski, w 

których głębia przerażenia szła o lepsze z donośnością. Gdzieś w głębi obozu potępieńczo 

zawył róg alarmowy i elf zobaczył niezbyt liczny oddział ogrów, ruszających niechętnie w 

stronę pola bitwy. Znacznie liczniejsze figurki - z których większość stanowili bez wątpienia 

background image

niewolnicy - wysypywały się z namiotów i nie tracąc czasu na jałowe namysły, wiały, aby 

schronić się wewnątrz murów ognistego grodu.

Przełęcz dosięgło właśnie słońce i jego pierwsze promienie niczym świetliste lance 

przeszyły pokrywę chmur, zalewając lawiną światła kipiące wewnątrz Sanction piekło. Na 

załomach   rycerskich   zbroi,   niczym   na   diamentach,   zaigrał   odblask   promieni.   Ashtaway 

zrozumiał,   że   jego   towarzysze   starli   z   pancerzy   warstwę   błota   i   pozdejmowali   liściaste 

przybrania,   pod   którymi   kryli   się   podczas   podróży.   Lśniący   teraz   srebrzyście   jeźdźcy 

dosiadali rumaków, których starannie zaczesane grzywy powiewały dumnie na wietrze.

Po raz pierwszy elfowi przyszło do głowy, że nie sama próżność kazała rycerzom 

tracić tak wiele czasu na polerowanie ekwipunku. Lśniący srebrzyście, nieskalany szereg, 

który jakby przeniesiony tu czarami pojawił się od nie strzeżonej strony Sanction, ukazał się 

wrogom   jako   nieziemska   siła,   którą   musiał   wysłać   chyba   sam   Paladine,   aby   bezlitośnie 

zgniotła jego nieprzyjaciół.

Ludzie   musnęli   ostrogami   boki   rumaków   i   długa   linia   jeźdźców   ruszyła   równo   i 

powoli - w tempie, które dzięki swej miarowości i precyzji było bardziej groźne i przerażające 

niż grzmiący galop. Jadący ze wzniesionymi kopiami rycerze szybko jednak przyspieszyli i 

wkrótce całą dolinę wypełniał miarowy łoskot kopyt idących kłusem koni. Ash zdumiał się 

widząc, że żaden rumak nie wyrwał się z linii - wszystkie szły w tym samym tempie! Szereg 

tymczasem   rozciągnął   się   niemal   na   pół   mili   -   zaskakująco   szeroki   front   natarcia   dla 

stosunkowo nielicznej grupki napastników.

Żaden   atak   Kagonestyjczyków   nie   mógłby   zostać   przeprowadzony   z   taką 

dokładnością - przez chwilę elf żałował, że jego ziomkowie, choć dzielni i odważni, są tak 

impulsywni.  Ta  cecha  z pewnością sprzyjała  popisywaniu  się indywidualną  odwagą, lecz 

utrudniała skupienie całej  siły uderzenia w jednym  miejscu. Przypomniał sobie atak, jaki 

podjęli wojownicy na bakali w zgliszczach wioski nad jeziorem. Gdyby wszyscy wypuścili 

swe strzały równocześnie, porażający efekt pierwszej ulewy strzał zostałby zwielokrotniony.

Konie przeszły tymczasem w galop, a grzmot ich kopyt niczym morski przybój huczał 

w uszach Ashtawaya - i niewątpliwie usłyszano go już w Sanction. Rycerze nadal, mimo 

rozwijanej przez oddział znacznej szybkości. zdołali utrzymać się w linii. Opuścili kopie i 

lśniące ostrza mierzyły znad końskich uszu prosto w grupki ogrów i innych wojowników, 

którzy rozpaczliwie starali się osłonić cenne stodoły, arsenały i kuźnie.

W końcu jeźdźcy puścili się cwałem i dopiero teraz w ich linii pojawiły się nieznaczne 

załamania, gdyż najszybsze rumaki zaczęły wyprzedzać inne. Oddział gnał już jednak przed 

background image

siebie niczym gładka, najeżona ostrymi jak igły kopiami ściana, która miała zmieść wszystko, 

co ośmieliło się stanąć na jej drodze.

Nieliczni byli obrońcy, którzy unieśli broń, nieliczne też ogry podjęły bohaterski - i 

skazany z góry na niepowodzenie - wysiłek powstrzymania fali napastników. Gdzieniegdzie 

rozległy się wrzaski bólu, zagłuszone natychmiast odgłosem pękających glewii i szybującym 

pod niebo a gromkim jak grzmot okrzykiem bojowym rycerstwa. Oddział sunął niczym taran, 

zmiatając ze swej drogi grupki obrońców, Ash zaś ze zgrozą i zachwytem zobaczył, że po 

przejściu szarży wszystkie co do jednego ogry legły pokotem. Rycerze nawet nie załamali 

linii!

W głębi pola zebrały się tymczasem kolejne grupy obrońców, składające się z ogrów, 

bakali i dość licznych ludzi - rozpaczliwie usiłowali zewrzeć szeregi i zorganizować opór w 

obliczu   nadciągającej   błyskawicznie   zguby.   Członkowie   tych   oddziałków   nie   byli   jednak 

przygotowani do starcia - wojownicy dopiero pospiesznie dopinali zbroje, wciskali hełmy na 

łby,   inni   wciąż   wyskakiwali   z   baraków   i   kuźni,   ponaglani   gardłowymi   wrzaskami 

przerażonych   oficerów.   Oddziałki   te   jeden   po   drugim   wcierane   były   w   błoto   przez 

nieubłaganych  rycerzy,  aż   w  końcu   bezbrzeżna  panika   ogarnęła  tych   sługusów   Królowej 

Ciemności, którzy nie zdążyli jeszcze przyłączyć się do bitwy - i wszyscy razem rzucili się do 

ucieczki, aby ujść nieuniknionej fali lśniącej śmierci.

Jeden czy dwa konie runęły w błoto, podcięte przez walczące desperacko ogry. Ash 

spostrzegł  rycerza,  który zrywał  się na nogi opodal  szamoczącego  się, leżącego  na boku 

wierzchowca. Człowiek potrząsnął głową, jakby pragnął pozbyć  się resztek oszołomienia, 

potem   błyskawicznie   wydobył   potężny,   dwuręczny   miecz.   Natychmiast   też   zarąbał 

najbliższego   ogra,   który   był   dość   głupi,   aby   nie   uciekać,   i   rozejrzał   się   za   dalszymi 

przeciwnikami. Nie zobaczywszy nikogo - reszta ogrów dość udatnie naśladowała trupy - 

pobiegł za swymi towarzyszami.

Tymczasem szarżujący oddział sir Kamforda przedarł się przez całe rozległe pole, 

zmiatając w nicość wszystkich obrońców, którzy ośmielili się stanąć na drodze. Kilku ogrów 

usiłowało wprawdzie pozbierać się do kupy, ale byli zbyt oszołomieni, aby przedstawiać sobą 

jakąkolwiek wartość bojową. Ashtaway ujrzał, jak jeden z tych niedobitków dźwignął się na 

nogi, rozejrzał wokół, oszacował wzrokiem otaczające go spustoszenie i zrozpaczony padł jak 

kłoda na ziemię. Inni usiłowali co prawda walczyć, lecz mogli jedynie zetrzeć się z kilkoma 

rycerzami,   którzy   pozbawieni   rumaków   dopadali   wrogów   pieszo.   Porzucili   swe   straszne 

kopie i teraz rąbali, cięli i dźgali mieczami z zimną determinacją i przerażająco skutecznie.

background image

Konni tymczasem rozdzielili się na mniejsze grupki, do czego zmusiła ich potrzeba 

zajęcia się każdą stodołą, arsenałem, magazynem żywności czy stosem węgla. Pod kopytami 

rumaków   runęły   płoty   wokół   zagród   dla   bydła.   Liczni   rycerze   pozeskakiwali   z   koni   i 

rozwalali przegrody, wyłamując wzmocnione stalą bramki. Konie i bydło runęły na zewnątrz 

nieustannie wzbierającą falą - niczym woda z pękniętego zbiornika - a rycerze zwiększali 

panikę zwierząt, wymachując pochodniami i wrzeszcząc przeraźliwie.

W samym Sanction tymczasem załopotały na masztach jaskrawe chorągwie, a zew 

spiżowych rogów zwoływał załogę pod broń.

Ash ujrzał strumienie  wylewających  się z miasta  wojowników, poganianych  przez 

kwik trąbek i histeryczne wrzaski dowódców - spojrzawszy jednak na pole, przekonał się, że 

właściwie jest po sprawie. Stosy drewnianych drzewc, których nikt już nie uzbroi w stalowe 

groty, stały w płomieniach. Rycerze porywali te prowizoryczne pochodnie i roznosili ogień 

po całym obozowisku, podpalając przede wszystkim sterty węgla.

Spieszeni jeźdźcy rozbijali drzwi kuźni i magazynów, wpadając do środka z ogniem i 

mieczem   w   dłoni.   Wkrótce   w   niebo   zaczęły   wzbijać   się   kolejne   kłęby   dymu,   kiedy   zaś 

rycerze wypadali na zewnątrz - aby poszukać następnego celu - okna i drzwi opuszczonych 

przez nich budyneczków rozjaśniały się blaskiem szalejącego w środku ognia.

Ofiarą rzezi padały też kolejne zagrody dla koni i bydła, a coraz liczniejsze stada 

wyjarzmionych   i   przerażonych   wołów   pogłębiały   jeszcze   szalejący   wszędzie   chaos. 

Ashtaway nie bez żalu pomyślał o sporej ilości straconego w ten sposób mięsa - niewielka 

część tej trzody wystarczyłaby w zupełności, aby nasycić członków jego plemienia na okres 

przynajmniej trzech lat.

Wielu   obrońców   Sanction   straciło   już   zapał   i   ochotę   do   bitki.   Ash   z   okrutną 

satysfakcją obserwował, jak cały liczny oddział pieszych pikinierów - wojownikami tymi byli 

ludzie - cisnął broń, za czym wszyscy co tchu rzucili się ku grodowi. Zanim jednak zdążyli 

nacieszyć   się   owocami   swego   tchórzostwa,   mściwi   jeźdźcy   roznieśli   ich   na   końskich 

kopytach.

Gdy  wreszcie   grupki   uciekinierów   dotarły   do   szerokich   podjazdów   wiodących   ku 

miejskim   bramom,   okazało   się,   że   ich   przerażenie   działa   na   korzyść   napastników. 

Nieszczęśnicy   pędzili   na   oślep,   rycząc   tak   przeraźliwie,   że   wrzaski   docierały   aż   do 

obserwującego ze sporej przecież odległości pole bitwy Kagonestyjczyka - i wszyscy razem 

zwartą masą wbili się w nadciągające z głębi grodu oddziały posiłkowe. Biegnący w jako 

takim   szyku   wojownicy   z   tych   oddziałów   usiłowali   przebić   się   na   zewnątrz,   grożąc 

uciekinierom bronią - lecz nawet to nie powstrzymało przerażonych niedobitków. Niczym 

background image

nieodparta fala rozdzielili się tylko i zaczęli przedzierać przez rowy i wspinać na strome 

zbocza wałów, ogarnięci przemożną i serdeczną chęcią wyniesienia łbów z pogromu.

Atmosfera   grozy,   brak   wiedzy   o   istotnej   sile   i   liczbie   przeciwników,   a   także 

namacalne   niemal   przerażenie,   którym   zionęli   uciekinierzy,   spowodowały,   że   żołnierze 

oddziałów posiłkowych  zwalniali kroku. Początkowo tylko niektórzy z nich, potem coraz 

liczniejsi   zaczęli   schodzić   z   posterunków,   puszczając   zbiegów   w   głąb   grodu.   Wielu 

bezceremonialnie   przyłączało   się   do   biegnących.   Ash   z   rozbawieniem   obserwował,   jak 

zaraźliwą   chorobą  jest  panika.  Najpierw  setki,  potem  tysiące  wojowników   rzuciło  się  do 

ucieczki - a nie zobaczyli nawet błysku miecza przeciwników! Oczywiście, pomyślał elf z 

osobliwym   rozbawieniem,   kiedy   ci   wszyscy   waleczni   mężowie   zbiorą   się   później   wokół 

obozowych ognisk, okaże się, iż każdy stawał niezwykle zaciekle i wycofał się dopiero wobec 

miażdżącej,   liczebnej   przewagi   napastników,   okupiwszy  ucieczkę   straszliwymi,   zadanymi 

wrogom stratami.

Znaczną   część   płaskowyżu   przesłaniały   teraz   dymy   płonących   arsenałów   i 

magazynów wojsk Królowej Ciemności. Po polu kręcili się bez przeszkód rycerze, którzy z 

pochodniami w dłoniach gonili za przerażonym bydłem, co zwiększało tylko wszechobecny 

chaos. Sir Kamford tymczasem, a także sir Blayne i inni dowódcy, zaczęli już okrzykami 

zwoływać towarzyszy, aby zebrali się w drużyny, przeformowali i kontynuowali natarcie.

I wtedy Ash ponownie doznał owego niepokojącego uczucia, którego doświadczył 

rano - zjeżyły mu się włosy na karku. Z nagłą obawą spojrzał ku zachodowi i spostrzegł 

przemykające   wśród   chmur   białe,   wężowate   kształty   -   jedne   niżej,   inne   nieco   wyżej. 

Pomiędzy nimi kręciły się i ciemnobłękitne. Z łopotem szerokich skrzydeł śmiertelnie groźni 

napastnicy runęli w dół spod ciężkich, szarych chmur.

Serce elfa przeszył dreszcz przerażenia, gdy zrozumiał, że patrzy na całe skrzydło 

złych smoków, które lada moment włączą się do walki.

background image

Rozdział 19 - Ucieczka w mrok

Ashtaway   zareagował,   zanim   zdążył   pomyśleć.   Odrzucił   głowę   w   tył   i   potężnie 

zaczerpnął tchu w płuca. Przyłożywszy następnie do ust złożone dłonie, wydał przenikliwy 

okrzyk. Nad doliną rozległ się ostry, przeszywający zew orła, który przebił się nawet przez 

wrzawę bitewną. Kilkunastu rycerzy uniosło głowy w górę, szukając źródła dźwięku.

Natychmiast   też   dostrzegli   wężową   śmierć,   która   leciała   ku   nim   spod   chmur. 

Prowadzący smocze natarcie białas zaskrzeczał wściekle, za nim zaś nurkowali już następni 

siewcy śmierci i grozy.

Ash wydał kolejny okrzyk i zaczął wywijać nad głową toporem. Zobaczą go czy nie? 

Jeden z rycerzy dostrzegł go najwyraźniej, bo spiął konia i ruszył ku niemu. Przyłączyli się 

doń inni i Ashtaway pojął, że przynajmniej kilkunastu ujrzało nadzieję, którą im ofiarował. 

Ale czy zdążą w porę.

Oglądając   się   przez   ramię   ku   bramie,   zobaczył,   że   wejście   do   tunelu   pozostało 

otwarte.  Podświadomie  oczekiwał,  że  żlebowcy znikną   w  podziemnych   korytarzach,   i ze 

zdziwieniem stwierdził, że cała grupka tłoczy się tuż za nim. Biedacy podkradli się bezgłośnie 

i kryjąc się za nogami elfa, obserwowali bitwę, sycąc się widokiem straszliwego pogromu 

swoich niedawnych ciemiężców.

Ash odszukał wzrokiem Toofera i spojrzał surowo na niewysokiego, krępego brudasa.

- Wracajcie do tunelu. Przygotujcie się do zamknięcia wrót, gdy wam powiem. Dacie 

radę?

-   A   pewno!   Toofer   gorliwie   pokiwał   głową,   nie   uczynił   jednak   żadnego   ruchu 

wskazującego, że ma zamiar wykonać polecenie.

Ash z rozpaczą w sercu spojrzał na pole bitwy, gdzie wielu rycerzy ponownie dosiadło 

koni. Połączywszy się w niewielkie grupki, pędzili cwałem ku zboczu góry, skąd niedawno 

wymachiwał toporem Kagonestyjczyk.

Zerknąwszy w górę, elf przekonał się, że smoczy atak otwierały trzy nurkujące białe 

bestie, za którymi podążały przynajmniej dwa błękitne. Rycerze rozproszyli się szybko, co - 

według oceny Asha - nie było wynikiem paniki, lecz kalkulacji i treningu. W ten sposób 

przedstawiali  sobą drobniejsze cele  i straszliwy,  tchnący śmiercią  smoczy dech miał  siać 

znacznie mniejsze spustoszenie.

- Do środka! Jazda! - powtórzył Ash, zrozpaczony i tym, że Toofer i jego banda nadal 

gapią się na bitwę.

background image

Wielki Bulp skrzywił się podejrzliwie.

- Ty chce, żeby my straciły najlepsze kawałki bitwy? - spytał gniewnie.

- Przede wszystkim chcę, abyście zachowali łby na karkach! - warknął wściekle Ash. - 

A   przy   okazji   ocalicie   kilku   moich   przyjaciół.   A   teraz   jazda   do   tunelu!   -   Polecenie   to 

podkreślił groźnym zamachem topora. Żlebowcy skoczyli ku tunelowi jak stadko spłoszonych 

zajęcy. Natychmiast też zajęli pozycje u wielkiego kołowrotu i zamarli w bezruchu.

- Czekajcie, aż powiem „Zamykać wrota”! - zawołał elf, a potem odwrócił się ku polu 

bitwy.

Wiodący   natarcie   biały   smok   rzygnął   smugą   mroźnego,   zabójczego   chłodu.   Biała 

błyskawica śmignęła w dół i niczym śnieżna miotła powaliła grupę rycerzy wraz z końmi - 

porażając przy okazji kilkunastu ogrów, którzy w poszukiwaniu ratunku skulili się na ziemi i 

zamarli   w   bezruchu,   doszedłszy  do   słusznego   skądinąd   wniosku,   że   i   tak   nie   prześcigną 

rycerskich rumaków.

Mroźna smuga rozproszyła się niemal równie szybko jak błysnęła, pozostawiając po 

sobie zmrożone i nieruchome sylwetki jeźdźców, koni i ogrów. Ofiary zamarły w pozycjach 

pokazujących,   jak   błyskawicznie   dopadła   ich   śmierć.   Siła   uderzenia   zmiotła   rycerzy   z 

rumaków i poprzewracała nieszczęsne stworzenia. Teraz wszyscy leżeli nieruchomo, choć 

wyraz   ludzkich   twarzy,   ogrzych   pysków   i   malujące   się   w   końskich   ślepiach   przerażenie 

wskazywały na bolesną, choć szybką agonię.

Coraz   liczniejsi   jeźdźcy   podejmowali   odwrót,   nurkując   wraz   z   końmi   w   chmury 

gęstego   dymu,   które   wzbijały   się   znad   płonących   już   potężnie   hałd   węgla.   Białe   smoki 

unosiły się nad polem, zionąc śmiercią, ale nigdzie nie udawało im się dopaść naraz więcej 

niż jednego czy dwu jeźdźców.

Wypadający   spomiędzy   budowli   jeźdźcy   kładli   się   niemal   na   końskich   karkach   i 

wyduszali z rumaków każdą odrobinę szybkości. Konie zresztą nie potrzebowały zachęty - z 

wytrzeszczonymi ślepiami i rozdętymi chrapami rwały przed siebie, świadome tego, że tuż za 

nimi podąża mroźna śmierć.

Jeden z błękitnych smoków zaleciał uciekinierów z boku. Szczęki potwora rozwarły 

się szeroko i Ash zmrużył oczy, ujrzawszy oślepiającą błyskawicę, która wypadła ze smoczej 

paszczy  i   osmaliła  jeźdźców,  zabijając   natychmiast  dwu  ludzi   i  konie.   Smok   tymczasem 

śmignął przednią łapą i wznosząc się porwał z siodła trzeciego rycerza. Nieszczęsny człowiek 

szamotał się w uścisku strasznych szponów bestii, która rozluźniła je nie wcześniej niż na 

wysokości dwustu stóp. Ash zacisnął dłonie w bezsilnej furii, obserwując, jak rycerz spada w 

ramiona nieuchronnej śmierci.

background image

Pierwsi z jeźdźców zbliżali się już do wejścia tunelu i Odnajdywacz Ścieżek zaczął 

wymachiwać głownią swego topora:

- Tutaj! Uważajcie! Kryjcie się!

Elf   bowiem   ujrzał   nadlatującego   nisko   białego   smoka,   który   schwytał   w   chmurę 

mroźnego tchnienia grupkę rycerzy usiłujących znaleźć schronienie w niezbyt odległym już 

tunelu.   Ashtaway   usiłował   zignorować   krzyki   ginących   i   skupił   uwagę   na   kilkunastu 

rycerzach, którzy mieli jeszcze szansę dotarcia do kryjówki. W powietrzu rozlegał się trzask 

błyskawic   i   ziemię   omiatały   wciąż   nowe   smugi   jadowitego   mrozu,   spora   jednak   grupa 

jeźdźców zdążyła wpaść przez szeroko rozwarte wrota i zniknąć w mroku.

Ash   ujrzał   sir   Kamforda   i   galopującego   u   jego   boku   sir   Blayne'a.   Ku   dwójce 

uciekinierów runęła straszna błękitna bestia, elf zaś błyskawicznie uniósł swój łuk i wypuścił 

strzałę. Stalowy grot ugodził potwora w pysk i bestia z gniewnym rykiem szarpnęła łbem, 

trafiając błyskawicą w kryjące łucznika skały.

Ashtaway padł na plecy. W powietrzu wisiał kwaśny odór wyładowania, lecz elf nie 

odniósł   żadnego   szwanku.   Smoki   przemknęły   nad   jego   głową   i   choć   szybko   zawróciły, 

większość jeźdźców zdołała skryć się wewnątrz góry.

Elf dźwignął się na nogi i spojrzał na pole. Sir Kamford i sir Blayne czekali obok 

bramy, każdy pewną ręką dzierżył wodze prychającego i łypiącego dziko ślepiami rumaka. 

Niebaczni   na   wciąż   grożące   im   niebezpieczeństwo   najwidoczniej   czekali   na   ostatnich 

towarzyszy, którzy nie zdążyli skryć się W porę.

-   Zamykać   wrota!   -   wrzasnął   Ashtaway   w   twarz   przerażonego   Wielkiego   Bulpa. 

Karzeł   zamrugał   oczyma,   zmarszczył   gębę   w   namyśle,   przez   chwilę   przeżuwał   rozkaz   i 

wreszcie krzyknął coś do swoich kompanów. Maluchy stęknęły jednocześnie i zaskakująco 

zgodnie zaczęły obracać wielkim kołem. Ash zobaczył, że wrota drgnęły i powoli zaczęły się 

zawierać... działo się to jednak irytująco powoli. Pozostały jeszcze otwór był dość szeroki, 

aby jakiś spieszony smok zdołał wedrzeć się do tunelu i udaremnić odwrót rycerzom.

Ostatnimi   byli   trzej   jeźdźcy,   którzy   nadjeżdżali   z   najdalszego   krańca   obozu.   Ash 

spojrzał   na   wrota,   zamykające   się   z   niemal   bolesną   powolnością,   potem   znów   wrócił 

wzrokiem   do  maruderów.  Pochyliwszy  się   nad  końskimi   karkami,   wpatrzyli   się  we  wlot 

tunelu i nie zwracali uwagi na krążącą nad nimi śmierć - lecz smoki nie przejęły się ich 

pogardą i wzięły spóźnionych jeźdźców na cel. Kamford i Blayne czekali tuż przy wrotach, 

patrząc z nadzieją i rozpaczą na ostatnich towarzyszy.

Ashtaway usłyszał jęk zawodu sir Kamforda, gdy dwa smoki - biały i niebieski - 

runęły na trójkę rycerzy.  W powietrzu zetknęły się ze sobą błyskawica i mroźny obłok - 

background image

czemu   towarzyszył   gwałtowny  trzask  i   syk.  Smród  spalonych   ciał  przemógł  nawet   swąd 

błyskawicy, a gdy chmura mrozu się rozwiała, elf i rycerze zobaczyli ozdobione girlandami 

szronu poczerniałe korpusy trzech jeźdźców.

Błękitny smok z rozpędu śmignął ku wejściu do tunelu, biały zaś usiłował zejść mu z 

drogi - ale mroźna bestia poruszała się zbyt wolno. Jej wężowato skręcony ogon smagnął 

błękitnego po skrzydle - trafiony potwór zawirował wokół osi i zniosło go na białego. Oba 

jaszczury zderzyły się z ziemią - czemu towarzyszył wstrząs, który Ashtaway odczuł nawet 

przez podeszwy skórzni.

Ostatni z białasów zanurkował jednak ku zamykającym się wrotom, które wciąż nie 

zdążyły   zamknąć   się   za   znikającymi   w   mroku   rycerzami.   Sir   Kamford   i   sir   Blayne   byli 

ostatnimi, którym zagrażało jeszcze niebezpieczeństwo.

- Ruszaj! - zawołał sir Blayne, zeskakując nagle ze swego rumaka. Wyciągnąwszy 

miecz, smagnął płazem oręża zad konia sir Kamforda. Spłoszone zwierzę galopem poniosło 

przeklinającego sążniście rycerza ku mrokom tunelu.

Ashtaway skoczył ku wrotom, widząc, że są na poły zamknięte - ale nadal nie na tyle, 

aby powstrzymać smoka, który zechciałby w nie wpełznąć ze złożonymi skrzydłami.

-   Zegnaj,   mości   elfie!   -   zawołał   sir   Blayne,   odstępując   w   bok,   aby   przepuścić 

Ashtawaya - potem z podniesionym mieczem ruszył na spotkanie nurkującej bestii.

Słowa   zamarły   w   krtani   Kagonestyjczyka,   który   pragnął   ponaglić   człowieka,   aby 

szybciej skrył się wewnątrz tunelu. Zrozumiał poświęcenie, na jakie zdecydował się rycerz, 

co więcej, widział jego konieczność. W tejże samej chwili zapragnął  desperacko, aby sir 

Blayne się rozmyślił. Rycerz był nieznośnym gburem, przypomniał sobie elf - ale nikt nie 

mógł odmówić mu odwagi.

Ash dał nura w głąb tunelu, w uszach zaś dźwięczały mu słowa rycerskiego wyzwania 

sir Blayne'a.

- Za Kodeks i Zasady! - Kątem oka elf ujrzał jeszcze, jak śmiałek rusza do ataku, tnąc 

potężnie w zwisający nad nim biały pysk.

Wężowata   paszcza   cofnęła   się   błyskawicznie   i   elf   podświadomie   skulił   ramiona, 

oczekując smagnięcia mrozu i zastanawiając się, jak daleko śmiertelny chłód przeniknie w 

głąb korytarza. Bestia jednak nie wypuściła chmury lodowatej. Być  może zużyła  cały jej 

zapas na ostatnią trójkę.

Sir Blayne'owi niewielką wprawdzie czyniło to różnicę, musiał bowiem stawić czoło 

szponom i kłom. Ash ponownie ujrzał błysk stalowego ostrza i był to ostatni widok, jaki 

background image

zapamiętał,   zanim   zamykające   się   wrota   nie   odcięły   go   od   miejsca   ostatniej   walki   sir 

Blayne’a - Rycerza Solamnijskiego Zakonu Miecza.

***

Żlebowcy skupili się wokół Ashtawaya, chwytając go za ręce i łapiąc za nogawice. 

Maluchy gapiły się przerażonym wzrokiem na parskające konie oraz na sapiących rycerzy, 

którzy klęli sążniście, zsiadając z koni w absolutnych ciemnościach tunelu.

- Po co przyprowadzać tu onych? - spytał Toofer ochrypłym szeptem, który odbił się 

echem od sklepienia.

- To moi i wasi przyjaciele. Pomogliście ich uratować - wyjaśnił elf.

- Konie też?

Ashtaway nie słuchał. W smudze przenikającego przez szczelinę we wrotach światła 

widział sir Kamforda, który, otępiały i wstrząśnięty, spoglądał na drzwi. Gdzieś z tyłu rozległ 

się stłumiony jęk bólu rannego, któremu dwaj towarzysze zestawiali złamane ramię.

Odnajdywacz Ścieżek stanął u boku sir Kamforda i nie bez wahania położył mu dłoń 

na ramieniu. Rycerz westchnął, potrząsnął głową i odwrócił się od ciężkich żelaznych wrót.

- Nasza walka da lordom powód do dumy - oznajmił cicho.

- A ty? Czy i ty nie odczuwasz dumy? - spytał elf.

- Owszem, przyjacielu, ale ta duma miesza się z żalem.

- Czy warto było zapłacić taką cenę za zwycięstwo nad Królową Mroku? - spytał 

Ashtaway, przypominając sobie pożary, rozegnane stada... i poległych rycerzy.

- Walka była krwawa... ale w istocie, odnieśliśmy zwycięstwo warte tej ceny - zgodził 

się sir Kamford. Zamrugał oczami, usiłując dojrzeć cokolwiek w iście piekielnym mroku. - 

Powiem tak jednak dopiero wtedy, gdy zdołamy wynieść stąd nasze głowy. Wiesz, gdzie 

jesteśmy? Siedzimy w pułapce... Czy da się stąd jakoś wyjść?

- Podejdź tutaj, panie rycerzu. Jest tu ktoś, kogo powinieneś poznać. Myślę, że potrafi 

wskazać nam drogę.

background image

Rozdział 20 - Rozstanie przyjaciół

- Wyjście tam! - powiedział Toofer, wskazując potężne żelazne odrzwia zamykające 

wylot kutego w skale tunelu. Żlebowiec zatrzymał się i skrzyżował ramiona na piersiach, 

jakby nie mógł już doczekać się chwili, w której elf i jego towarzysze pójdą sobie precz.

Ashtaway i sir Kamford wystąpili do przodu. Rycerz trzymał wysoko w dłoni ostatnią 

z   pochodni,   które   oświetlały   im   drogę   podczas   długiej   i   nużącej   wędrówki   przez 

rozpościerające się pod wielką górą korytarze.

Portal,   przed   którym   stali,   przypominał   Ashtawayowi   wrota   odkryte   przezeń   na 

płaskowyżu za Sanction - choć elf w nieokreślony sposób czuł, że podziemna wędrówka 

zawiodła   ich   daleko   na   południe   od   mrocznego   i   zadymionego   miasta.   Elf   oceniał,   że 

przebywali   pod  Ziemią   przez  okres  równy mniej  więcej  trzem   dniom  i   nocom  mimo  że 

podczas wędrówki ani razu nie dostrzegł skrawka nieba i nie potrafiłby dokładnie określić jej 

długości.

- Idźcie! Zara - ponaglił Wielki Bulp, robiąc niemal wszystko - prócz wypychania - 

aby pozbyć się gości.

- Co jest z drugiej strony? - spytał Ash podejrzliwie.

- Wszystko jak normalnie. Powietrze, góry, niebo. Trawa dla koni... one walą tam 

kupa i nie brudzą tunel.

Uśmiechający się w mroku elf pomyślał, że dbałość Toofera o to ostatnie była mocno 

zastanawiająca. Krasnoludy żlebowe, jeśli chodzi o wszelkie aspekty ich życia - aby rzecz 

ująć   łagodnie   -  nie   były   przesadnymi   zwolennikami   czystości,   ale   to,  co   wielkie   rumaki 

zostawiały po sobie w tunelach, okazało się nawet dla nich niełatwe do przełknięcia.

Sir   Kamford   wezwał   kilku   swoich   ludzi   do   obsługi   mechanizmu,   który   nazwał 

kołowrotem. Przez rozwierające się wolno wrota wpadły pierwsze promienie słonecznego 

światła, ludzie zaś szybko osłonili dłońmi oczy, dopóki ich wzrok nie przyzwyczaił się do 

blasku dnia.

- Wasza pomoc okazała się bardzo cenna - odezwał się Ashtaway do Wielkiego Bulpa, 

który niecierpliwie stukał stopą o posadzkę lochu.

- Drobna sprawa. My dziękujem za zabicie Bezkielec. My go nie cierpieć.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Ashtaway, uśmiechając się szeroko. - 

Ale   jeśli   już   zgadało   się   o   stronach...   na   waszym   miejscu   nie   wracałbym   do   Sanction. 

background image

Bezkielec pewnie miał kompanów i założę się, że nie będą wam wdzięczni za to, coście 

zrobili.

- Bezkielec nie ma kompana. Ale prawda.. my pójdziemy do inny tunel. Nudno tak... 

„otworzyć”, „zamykać”, „otworzyć”... cała czas. Toofer prawdziwy Wielki Bulp i musi mieć 

plemie. Może nawet armia, jak ty. Ale bez konie... ja myśle.

Żlebowiec zmarszczył  brwi i zatkał nos, gdy jeden z koni znowu zostawił wonną 

pamiątkę po swym pobycie w jaskiniach. - Nie może otwierać drzwie szybciej? - spytał z 

niesmakiem.

Rycerze nie zwracali na niego uwagi, zresztą żelazne wrota otwierały się dość żwawo. 

Ochota sir Kamforda do opuszczenia tunelów nie ustępowała tej, z którą żlebowcy chcieli się 

go z nich pozbyć. W przejściu na tle nieba widać już było sylwetki wysokich, liściastych 

drzew, puszcza bowiem zaczynała się zaraz za progiem bramy.

- Oddałeś nam wielką przysługę - powiedział Ashtaway, zwracając się do Wielkiego 

Bulpa. - Wśród mojego ludu jest pewien honorowy tytuł. Nadajemy go niektórym z naszych 

wielkich wojowników lub przywódców, którzy mieli wpływ na historię. Takich bohaterów 

nazywamy „Odnajdywaczami Ścieżek”.

Kagonestyjczyk wziął małe, purpurowe z odcieniem zieleni piórko, które zdobiło jego 

sakwę. Wetknął je w gęste kudły za uchem Toofera i zawiązał splotem brudnych włosów.

- Wielki Bulpie Tooferze z Dymnej Góry... nadaję ci miano Odnajdywacza Ścieżek.

Zaskoczony żlebowiec zamrugał oczyma. Zaraz też wypiął pierś i wyprostował się na 

całą swą trzystopową wysokość, pękając niemal z dumy.

- Nie martwić się, że ogry was dogoni - wysapał. - Wielki Bulp Odnajdywaścieżek 

pokaże im zła droga!

- Dziękuję, przyjacielu. - Ash był szczerze wzruszony zapałem małego jegomościa.

- I my wam dziękujemy. - Sir Kamford dołączył do nich, gdy rycerze, prowadząc 

konie, zaczęli opuszczać tunel. Ocalało ich zaledwie sześćdziesięciu kilku, wiedzieli jednak, 

że gdyby nie tunele, błękitne i białe smoki wytraciłyby wszystkich. - Przykro nam, żeśmy tu... 

nabrudzili. Moglibyście... eee... zostawić to na pamiątkę ogrom - zaproponował, chichocząc 

przewrotnie.

Twarz Toofera pojaśniała, gdy pojął możliwości, jakie otwiera przed nim ta idea.

- To dobry pomysł - zgodził się, a potem odwrócił się ku współplemieńcom, którzy 

gapili się na jego nową ozdobę z bezbrzeżnym podziwem.

- Dalej, do roboty! - ryknął, sięgając ku swej wypchanej sakwie i wydobywając z niej 

rozdwojony na końcu patyk. Końce widełek łączyła zwisająca dość luźno sprężysta linka ze 

background image

skórzastym  pojemnikiem pośrodku. - Bierzemy się do nowa zabawa z ogry.  Kto nie ma 

proca?

Gdy przez wrota przechodzili Ashtaway z sir Kamfordem, Wielki Bulp szczegółowo 

wyjaśniał   współplemieńcom   elementy   jakiegoś   niezwykle   skomplikowanego   planu 

taktycznego.   Elf   odetchnął   głęboko   świeżym   powietrzem   i   spojrzał   na   przylegające   do 

wyjścia zbocza, gęsto porośnięte drzewami. W pobliżu pienił się wodospad i słychać było 

bulgotanie   płytkiego,   lecz   wartkiego   strumienia.   Pachniało   latem,   powietrze   zaś   było 

dostatecznie gęste, aby elf mógł stwierdzić, że podczas podziemnej wędrówki zeszli znacznie 

niżej - znaleźli się prawie na poziomie równin.

- Gdzieś niedaleko są stepy - odgadł Ash. - Jeśli ruszycie z biegiem tego strumienia, to 

myślę, że wydostaniecie się na równiny jeszcze przed zachodem słońca.

- A potem na zachód, do Solamnii - zgodził się sir Kamford. - Chciałbym wiedzieć, 

jak powiodło się Humie... i muszę powiadomić lordów o naszym sukcesie.

-   Czy   było   warto?   -   zapytał   Ash.   Podczas   wędrówki   w   ciemności   nieustannie 

odtwarzał   w   pamięci   wspaniały   obraz   rycerskiej   szarży.   Wspominał   jedność   działania   i 

precyzję poruszeń, które uczyniły z oddziału rycerstwa niezwalczoną siłę, jakiej nie mógł 

sprostać żaden ogr ani człowiek.

Potem pomyślał o płomieniach, które zniszczyły zmagazynowane w Sanction zapasy 

żywności i oręża. Ashtaway ciągle uważał, że to dość niezwykły sposób walki. Gdy rycerz o 

tym   mówił,   wszystko   miało   swój   sens   -   Kagonestyjczyk   potrafił   pojąć,   że   brak   oręża   i 

prowiantu obezwładni armie Królowej Ciemności na kilka przynajmniej miesięcy - ale taki 

pomysł nie przyszedłby do głowy żadnemu wodzowi wolnych elfów. Po wielu godzinach 

rozmyślań Ashtaway pojął, czemu tak było - oto Kagonestyjczycy, ruszając w bój, oczekiwali 

rozstrzygnięcia wojny w jednym starciu. Planowanie bitew i przebiegu działań bojowych na 

choćby   następny   miesiąc   było   czymś,   co   uważali   za   pozbawione   sensu   -   i   niegodne 

prawdziwego wojownika, który powinien był pokonać wroga natychmiast.

-   Wierzę,   że   tak   -   odparł   sir   Kamford,   choć   równocześnie   potrząsnął   głową   ze 

znużeniem. - Śmierć sir Blayne'a... widok tak wielu dobrych rycerzy walących się na ziemię, 

by nigdy już nie wstać... Któż to wie? Jeśli tamtym oszczepom i strzałom przeznaczone było 

zabić w przyszłości setki i tysiące mężów, powiedziałbym, że cena okazała się wysoka... ale 

warto było ją zapłacić. Przecież mogło być i tak, że oręż ten sparciałby bez pożytku...

Rycerz umilkł, Ashtaway zaś dopiero po chwili domyślił się, że człowiek cierpliwie, 

na modłę elfów, czeka na jego odpowiedź.

background image

- Nawet jeśli tak, zabiliście wielu ogrów. I kilkudziesięciu niewolników odzyskało 

wolność. Myślę więc, że dobrze się stało - odparł elf.

- A mnie miło byłoby pomyśleć, że rycerze zyskali przyjaciół - dobrych przyjaciół - 

pomiędzy najdumniejszymi i najszlachetniejszymi z elfów, jacy kiedykolwiek żyli w lasach 

Ansalonu.

Głęboko wzruszony Odnajdywacz Ścieżek położył dłoń na barku rycerza.

-   Zyskaliście,   możesz   być   tego   pewien   -   oznajmił   wiedząc,   że   sir   Kamford   to 

wojownik równie odważny i niezawodny, jakim był - na inny nieco sposób - Faltath albo 

każdy z wielkich elfich bohaterów.

Rycerze  rozkulbaczyli  konie i  puścili  je na trawę,  Ashtaway zaś  stał,  rozmyślał  i 

wspominał. Nie poruszył się nawet, gdy jeźdźcy dosiedli koni, choć gdy wśród drzew znikał 

zamykający kolumnę sir Kamford, elf uniósł dłoń pożegnalnym geście.

Po   zastawieniu   sideł   -   co   okazało   się   sprawą   paru   chwil   -   Ash   wykąpał   się   w 

strumieniu, a potem oddal się lenistwu, wygrzewając na słońcu. W sidła wpadły dwa tłuste 

króliki, które elf zjadł na kolację, później zasnął w świetle gwiazd. Za każdym razem, gdy się 

budził,   spoglądał   na   usiany   milionami   jasnych   punkcików   firmament   i   cieszył   się   ich 

blaskiem.   Czuł   się   jak   nowo   narodzony   -   jakby   spod   sklepienia   podziemnych   korytarzy 

wychynął inny Odnajdywacz Ścieżek.

Powrót na południe zajął mu pięć dni. Tyle czasu wędrował dolinami, które - w miarę 

jak zbliżał się do brzegów Jeziora Błękitnego - były mu coraz bardziej znajome. Podczas tej 

wędrówki rozmyślał intensywnie nad nowym obrazem świata, jaki został mu objawiony. Po 

raz pierwszy w życiu wziął pod uwagę, że i poza plemionami Kagonesti można było natknąć 

się na dobre, uczciwe istoty. Wspomnienia o sir Kamfordzie, a choćby i Wielkim Bulpie 

Tooferze,   kazały   mu   ponownie   zastanowić   się   nad   tradycyjnym   światopoglądem 

Kagonestyjczyków, którzy w każdym obcym widzieli wroga. Wielu obcych, takich jak ogry i 

bakali, w istocie należało zaliczyć do nieprzyjaciół plemienia. Być może jednak nie należało 

uważać   za   wrogów   wszystkich   ludzi   lub   krasnoludów   tylko   dlatego,   że   byli   ludźmi   czy 

krasnoludami.

Ashtaway zaczął nawet zastanawiać się i nad elfami Silvanesti. Czy być mogło, że i 

Silvanestyjczycy nie byli takimi godnymi pogardy łajdakami, za jakich zawsze uczono go ich 

uważać? Znał osobiście wielu elfów Kagonesti, zabitych przez Domowców, wiedział też, jak 

śmiertelnie   niebezpiecznymi   pułapkami   otaczają   oni   swoje   siedziby.   Ale   widział   i 

Silvanestyjczyków zabitych strzałami, które nagle wylatywały z pozornie cichej gęstwiny. 

background image

Ashtaway pojął, że tak głęboka nienawiść nie zrodziła się bez powodu. Elfy Domowe i wolni 

Kagonestyjczycy na zawsze mieli pozostać wrogami.

Wędrując przez lasy, rewidował swoje dotychczasowe przekonania - utwierdzał się w 

jednych, odrzucał zaś inne. Rozmyślał o wojnie i pokoju, o wartości życia i śmierci, kiedy 

znienawidzonego wroga ma się na długość ostrza miecza lub na przedłużeniu lotu chyżej, 

czekającej na zwolnienie cięciwy strzały. Zastanawiał się nad powodami nienawiści, która od 

niepamiętnych czasów zalegała pomiędzy wolnymi elfami i ludźmi na całym Krynnie. I nadal 

miał rozdartą duszę. Dopiero gdy dotarł do znajomej doliny, odległej o dzień wędrówki od 

szałasów rodzinnej wioski, zrozumiał powody swej rozterki.

Skręciwszy   raptownie,   ruszył   ku   położonej   u   podnóża   łańcucha   wzgórz   kotlinie   i 

szedł, dopóki nie zobaczył czarnej jak obsydian ściany. Bardzo byłby rad, gdyby mógł po 

drodze zapolować, lecz czas naglił i elf zdecydował, że nie będzie się zatrzymywał.

Raz jeszcze w lasach natknął się na Hammanę - ale tym razem jej nie zaskoczył. 

Dziewczyna stała pośrodku niewielkiej polany i wypatrywała czegoś pomiędzy drzewami. 

Ash wyłonił się z chaszczy i stanął przed nią.

- Witaj, Odnajdywaczu Ścieżek - odezwała się dziewczyna. Jej oczy rozjaśniły się na 

jego widok i dumnie podniosła brodę.

- Hammano... - Ashtaway przeciął polankę długimi krokami i ujął dziewczynę za ręce.

- Nie. - Panna cofnęła się i Ashtaway zobaczył, że lśnienie jej oczu miało swe źródło 

w z trudem powstrzymywanych łzach. - Nie mogę sobie pozwolić na to, aby cię pokochać.

Ash nie nalegał, choć nie opuścił wyciągniętych ku niej ramion.

- Teraz  jestem Odnajdywaczem  Ścieżek.  Nie  prosiłem  o róg, przeznaczenie  samo 

mnie   odnalazło   i   mam   nadzieję,   że   okażę   się   godnym   tego   zaszczytu.   Ale   wiem   już, 

Hammano, że będę innym Odnajdywaczem Ścieżek niż ci, co piastowali róg przede mną. Nie 

jestem Iydawayem, Barcallą lub Kagonosem. Tak jak Iydaway zmienił sposoby przewodzenia 

ludowi, on bowiem raczej namawiał i przekonywał, niż żądał i polecał, ja również sporo 

rzeczy   zamierzam   zmienić.   Nie   będę   wojował   z   ludźmi   tylko   dlatego,   że   są   ludźmi. 

Dokonałem już czynu, na jaki nie zdobyłby się chyba żaden inny Odnajdywacz Ścieżek.

- Będziesz... będziesz wielkim przywódcą. Wiem to na pewno. - Ashowi wydało się, 

że dziewczyna wymawia te słowa z durną i smutkiem jednocześnie.

- Ale pokój z ludźmi nie jest jedyną sprawą, która zostanie zmieniona - nalegał Ash. 

Postąpiwszy krok ku dziewczynie, ponownie ujął jej dłonie, tym razem zbyt  mocno, aby 

mogła się wyrwać. - Zmienię i inne zakazy, które powstały w zamierzchłych czasach. Może 

kiedyś były i słuszne, wiem jednak, że ja się z nimi nie godzę.

background image

Dziewczyna wpatrzyła się weń z napięciem. zdumiona i zaintrygowana jednocześnie.

-   Będę   na   przykład   pierwszym   Odnajdywaczem   Ścieżek,   który   pojmie   żonę... 

oczywiście jeśli znajdzie chętną pannę.

Przez chwilę nie wiedział, jaka będzie odpowiedź dziewczyny.  Z oczu Hammany, 

wbrew jej wysiłkom, popłynęły łzy.

- Znajdziesz... - odpowiedziała wreszcie i Ashtaway porwał ją w ramiona.

-   To   wspaniała   nowina..,   doprawdy,   wspaniała!   -   oznajmił   Lectral,   kiedy   młodzi 

weszli do jaskini, trzymając się za ręce. - Choć... jakby to rzec... przeciwi się to tradycji, czy 

nie tak?

-   Owszem   -   zgodził   się   Ashtaway.   -   T   mój   lud   i   moi   współplemieńcy   są 

długowiecznymi rasami... ale nauczyłem się prostej prawdy. Zmienia się świat, zmieniamy się 

my sarni... wiele rzeczy ulega zmianom i w tym leży istota życia...

Lectral zmrużył ze zrozumieniem powiekę.

- Nawet życie elfów i smoków - powiedział. kiwając głową.

background image

Rozdział 21 - Ostateczne rozstanie

Dwoje elfów wróciło do wioski razem. Gdy wkroczyli na polanę, Ash ujrzał, że z 

drugiej strony, spod drzew, wy- łania się Faltath niosący na barkach tuszę dzika.

- Ashtaway! - zawołał uradowany wojownik, ciskając łup na ziemię. - Dziękowałem 

bogom za to, że zesłali mi tę królewską zdobycz, teraz zaś już wiem, jaki będzie powód do 

uczty! Będziemy świętować twój powrót!

- Dziękuję, przyjacielu. Ale wiedz, że istnieje znacznie lepszy powód do radości - 

zamierzam pomówić z Wallakim i poprosić go o rękę córki.

Oczy Faltatha rozszerzyły się ze zdumienia, potem wojownik odchylił głowę i wydał 

radosny okrzyk.

- Ty jesteś Odnajdywaczem Ścieżek! - oznajmił serdecznie. - Pod twoim przewodem 

plemię z pewnością nie będzie się nudziło!

Wszyscy natychmiast żwawo zabrali się do przygotowywania uczty. Starsze kobiety 

wzięły upolowanego przez Faltatha dzika i zaczęły go skórować, a kilkunastu wojowników 

rozkładało na dnie jamy paleniska bierwiona z żelaznego drzewa.

Ashtaway   ruszył   ku   krytemu   korą   szałasowi,   u   wejścia   którego   siedział   ojciec 

Hammany. Stary szaman radował się ciepłem słonecznego popołudnia. Wallaki nie widział 

powrotu dwojga młodych.

- Witaj mi, Odnajdywaczu Ścieżek. Siądź przy mnie i odpocznij po wędrówce. Wiesz 

coś o mojej córce czy też przybywasz prosto ze zbocza Dymnych Gór?

- Dziękuję. - Ash przysiadł obok starego wojownika. - Hammana wróciła ze mną do 

wioski. Wkrótce przyjdzie, aby się z tobą zobaczyć.

- Ale przedtem...?

- Chciałbym z tobą pomówić. - Ashtaway nabrał tchu i zaczął opowiadać Wallakiemu, 

jakie zamierza wprowadzić zmiany. - Będę piastował Koźli Róg tak długo, jak długo plemię 

będzie sobie tego życzyło - zakończył.

- Wiedz jednak, że zamierzam pojąć żonę.

Teraz brwi podniósł Wallaki i spojrzał bystro na Ashtawaya.

- Hammana jest wartościową dziewczyną i szczęśliwy będzie ten, komu się dostanie. 

Na sztuce uzdrawiania zna się jak od wielu stuleci żaden z mistrzów. Jest także dziewczyną 

niezwykle piękną i posiada wiele innych umiejętności. Nie wiem, jak sobie poradzę, kiedy nie 

będzie jej przy mnie. Kto zadba o moje stare kości?

background image

Ashtaway   mógłby   wprawdzie   łatwo   udowodnić   staremu,   że   kiedy   jego   córka 

opiekowała się Lectralem, radził sobie całkiem dobrze, ale nie użył tego argumentu. Zamiast 

tego odezwał się pokornie:

- Może dwie sarnie skóry wypchane pierzem pięćdziesięciu dzikich gęsi pomogą ci 

łatwiej znosić udręki samotności?

Wallaki kiwnął głową.

- I owszem. Ale czy widzisz moje stare palce. Są już zbyt sztywne, aby opatrywać 

strzały lotkami. Cięciwę jeszcze potrafię naciągnąć, ale co z tego, jeśli nie mam strzał?

- Wkrótce będziesz miał sto najlepiej opatrzonych piórami strzał, już moja w tym 

głowa - obiecał Ashtaway. Cena była wysoka - ale z chęcią gotów był ją zapłacić.

-   Aaaa...   to   znacznie   złagodzi   moją   rozpacz.   -   Stary   szaman   z   niemałym   trudem 

powstrzymywał się od radosnego uśmiechu i cmokania.

-   Pobierzemy   się,   gdy   nadejdzie   pora   jesiennych   zbiorów   -   powiedział   Ash 

rozpromienionemu   z   dumy   szamanowi.   Następnie   podniósł   się,   skłonił   z   szacunkiem   i 

poszedł powiadomić o swej decyzji pozostałych członków plemienia.

Gdy nadszedł wieczór, Odnajdywacz Ścieżek stanął obok obracającego się na rożnie 

dzika   -  wystarczająco  daleko,   aby  się  nie  poparzyć,   lecz   dość  blisko,  aby jego  sylwetka 

wyraźnie rysowała się na tle płomieni - i spojrzał w twarze zebranych współplemieńców. 

Młodzieniec   czuł   się   odrobinę   niepewnie   i   jednocześnie   zastanawiał   się,   co   było   tego 

powodem. Pragnął, by obok niego stał teraz Iydaway - i zastanawiał się, jaka też byłaby 

reakcja stryja na takie złamanie tradycji, jakiego zamierzał się dopuścić.

Zrozumiał też jeszcze jedną rzecz - pragnął, żeby w tej uczcie mógł wziąć udział i 

Lectral - i aby w istocie mogli świętować koniec Smoczej Wojny. Czy jednak mógł choćby 

marzyć o zwycięstwie nad Królową Ciemności i powstrzymaniu naporu zła na Krynn?

-   O   czym   myślisz,   mój   Odnajdywaczu   Ścieżek?   -   Poczuł   na   ramieniu   dotknięcie 

lekkiej dłoni, a pochyliwszy głowę, natrafił wzrokiem na spojrzenie jasnych, przenikliwych 

oczu Hammany.

- O przyjacielu - odparł spokojnie.

- Myślę, że wkrótce się tu zjawi.

Ashtaway poklepał ją łagodnie po dłoni - podziwiał optymizm dziewczyny, choć go 

nie   podzielał.   Ale   ona   nie   patrzyła   już   na   niego   -   podniósłszy  dłoń,   wskazywała   coś   w 

otaczającej wioskę puszczy.

- Spójrz!

background image

Przez leśne listowie przedarły się srebrzyste błyski. Ashtaway i Hammana radosnymi 

okrzykami   powitali   wyłaniający   się   z   gęstwiny   długi,   srebrny   pysk.   Kagonestyjczycy 

tymczasem   rozbiegli   się   w   panice   -   matki   porywały   dzieci   i   kryły   je   w   ramionach,   a 

wojownicy chwytali, co który miał pod ręką, i ruszali pędem na smoka, który nie wiedzieć 

skąd pojawił się w samym środku wioski.

Ashtaway uniósł do warg ustnik Koźlego Rogu i zadął długą, radosną fanfarę.

- Wstrzymajcie się! - zawołał, gdy wojownicy zwrócili się ku niemu. - To przyjaciel - 

z tych, których witamy najserdeczniej!

Jaszczur,   wyraźnie   kulejąc,   wyszedł   na   polanę   i   usadowił   się   na   jej   skraju, 

uśmiechając   się   przyjaźnie.   Kagonestyjczycy   zdążyli   już   sobie   przypomnieć   opowieść 

Ashtawaya   o   srebrnym   smoku,   który  był   Opiekunem   Rogu,   pokonali   więc   swe   obawy   i 

podeszli bliżej, aby podziwiać smoka, ten zaś z kolei ciekawie - choć z powagą - zaczął 

przyglądać się członkom plemienia.

Dzieci szczególnie nie mogły się wprost napatrzyć i gapiły się na srebrnego smoka 

oczyma, które niemal powyłaziły z orbit - lecz żadne nie zdradzało najmniejszych choćby 

oznak strachu. Niektórzy ze śmielszych chłopaków podeszli bliżej - i wkrótce smarkateria 

była ze smokiem za pan brat. Lectral podnosił maluchów na swej szerokiej paszczy, sadowił 

na grzbiecie i pozwalał im - wśród radosnych kwików - zjeżdżać po swoim długim ogonie.

- Nadeszła pora na rozliczne zmiany - stwierdził z powagą Ashtaway.

- Nie inaczej... Nadeszła również pora na zawarcie nowych przyjaźni - odparł smok, 

gdy chichoczący berbeć spadł z jego ogona w piach. Dzieciarnia z wrzaskiem domagała się 

następnych przejażdżek, Lectral jednak łagodnie, lecz stanowczo uwolnił się od natrętów - nie 

uczynił tego wcześniej, zanim każdy maluch nie zjechał po lśniących łuskach - i poczłapał na 

środek  polany.  Wokół  smoka  zebrali  się Kagonestyjczycy,  którzy otrzepywali  maluchy z 

piasku i szykowali do uczty.

- Dobrze jest widzieć, że jesteście szczęśliwi - mruknął smok. - Ten jeden powód 

wystarczy, abym nie uważał mej wędrówki do wioski za straconą.

Ashtaway umiał czytać między wierszami.

- To znaczy, że jest i drugi powód twego przybycia?

- Owszem. Przybyłem tu, żeby pożegnać się z tobą i Hammaną, którzy tak dobrze się 

mną opiekowaliście.

- Pożegnać się? Ależ przecie zostaniesz chyba z nami? Bitwa wygrana, może i całej 

wojnie przyjdzie koniec. Musisz zostać i świętować z nami zwycięstwo!

background image

- Niestety, nie mogę - westchnął Lectral z niekłamanym żalem. - Jak się domyśliłeś, 

rycerze zwyciężyli. Ale ceną tego zwycięstwa jest odejście moje i moich współplemieńców.

- Co masz na myśli?

-   Przylecą   po   mnie   dzisiejszej   nocy.   Przybyłem   tu,   aby   pożegnać   się   z   wami   i 

poczekać na Sayticę - ponieważ mamy odlecieć razem.

Ash przypomniał  sobie, że Saytica  miała  być  córką Lectrala  - teraz już dorosłą i 

samodzielną. Jej ojciec z dumą wspominał, że była jedną z najwaleczniejszych wojowniczek 

w smoczym skrzydle, które chroniło Palanthas.

-   Odlecisz?   Dokąd?   I   jakim   sposobem?   -   Ashtaway   nie   mógł   uwierzyć   własnym 

uszom. Wskazał dłonią na poszarpane zrosty tego, co jeszcze tak niedawno było mocarnym 

smoczym skrzydłem. - Być może Saytica jest silna... ale czy uważasz, że starczy jej sił, aby 

ponieść i ciebie?

Lectral uśmiechnął się z rezerwą i prychnął nie bez rozbawienia.

- Jeśli chcesz wiedzieć, dokąd się udamy... Jesz pewien skrawek lądu zwany Smoczą 

Wyspą... daleko od brzegów Ansalonu. My, to znaczy złote i srebrne smoki, zamierzamy tam 

dożyć w pokoju naszych dni i zająć się potomstwem.

- Skąd te wieści? - spytał Ashtaway.

- Pokój jest sprawą, o której rozprawiają teraz i najdrobniejsze ptaszki, choć do tej 

pory   śpiewał   o   nim   jedynie   wiatr.   Muzyka   pieśni   pokoju   rozprzestrzenia   się   po   całym 

świecie... jest w niej nadzieja, są i tajemnice... ja zaś nie byłbym sobą, gdybym nie potrafił 

złowić uchem tych tonów.

Smok uśmiechnął się szeroko, jakby żartował z samego siebie.

-   Oczywiście,   nie   od   rzeczy   byłoby   wspomnieć,   że   rano   odwiedził   mnie   jeden   z 

synków Sayticy - smarkacz bez łusek, ale śmigły lotnik - i powiedział, że mam się gotować 

do podróży.

- Ależ Lectralu, jakże polecisz bez skrzydeł:

Smok zignorował to pytanie, jakby go wcale nie słyszał.

- Powiadają, że Smocza Wyspa to piękne miejsce, wręcz stworzone dla smoków - 

ciągnął marzycielsko. Ashtaway domyślił się, że wielki jaszczur chętnie odda się rozkoszom 

spokojnego życia gdzieś na uboczu.

Odnajdywacz Ścieżek uniósł róg do ust i zaczął grać. Nie dbał o melodię i pozwolił, 

aby muzyka sama wypływała z głębi duszy. Lectral przymknął powieki i najwyraźniej się 

rozmarzył, Kagonestyjczycy zaś poddali się urokowi chwili.

background image

Płynące z rogu dźwięki były pełniejsze i głębsze niż te, które mogły wydobywać się ze 

smukłej tuby. Ashtaway rozpoznał natychmiast donośniejsze nuty i zrozumiał, że instrument 

gra pieśń smoków. Nie wiedział i nie mógł wiedzieć, że róg nie odtwarzał tej melodii od z 

górą dwu tysięcy lat, lecz gdy je usłyszał, natychmiast pojął ich znaczenie.

Lectral uniósł własny róg i dźwięki drugiego instrumentu dołączyły do elfiej melodii, 

wzbijając   się   w   niebo   nad   wioską.   Ashtaway   był   przekonany,   że   sam   Ojciec   Plemienia, 

Kagonos,   nachylił   się   nad   polaną   i   spojrzał   na   swój   lud.   Młody   Odnajdywacz   Ścieżek 

zapytywał sam siebie, co też powiedziałby jego poprzednik, gdyby ujrzał zmiany, jakim uległ 

świat - i wolne elfy, a wraz z nimi ich przywódca - a które dokonały się podczas jednej pory 

roku.

Jakiś wewnętrzny głos powiedział mu, że Pierworodny byłby z nich zadowolony.

Wielki srebrzysty smok opuścił wreszcie swój róg i spojrzał w górę, ku sklepieniu 

liści.

- Nadlatują - powiedział cicho.

Kulejący smok poczłapał przez wioskę i przecisnął się pomiędzy pniami vallenów, aż 

stanął nad brzegiem jeziora. Wychynąwszy spod drzew, spojrzał ku północnemu zachodowi, 

gdzie   nad   horyzontem   wzbijał   się   właśnie   Lunitari.   Kagonestyjczycy   poszli   za   nim   i 

zebrawszy   się   na   grzbiecie   wzniesienia,   zaczęli   spoglądać   w   górę,   nad   usianą   odbiciami 

gwiazd toń jeziora.

Plemię czekało w głębokiej ciszy i cierpliwie jak przystało wolnym elfom. Wszyscy 

patrzyli w tę samą co Lectral stronę. Ashtaway grał nieustannie i przenikliwe dźwięki Rogu 

rozbrzmiewały coraz donośniej w nocnej ciszy.

Smoki pojawiły się w postaci mrocznych sylwetek na tle nieba, gdy jednak zniżyły lot, 

metaliczne lśnienie ich skrzydeł przemogło nawet blask gwiazd. Nad głowami elfów krążyło 

wiele srebrnych bestii, ale większość z nich zataczała kręgi wysoko nad falami jeziora. Kilka 

obniżyło  lot, a jeden skierował się ku grupie vallenów  i rozpostarłszy szerokie skrzydła, 

wylądował obok zebranych elfów i okaleczonego smoka.

- Witaj, Czcigodny Ojcze. - Dumna i piękna Saytica skłoniła głowę przed wielkim 

srebrnym   smokiem.   Smoczyca   nie   była   tak   rosła   i   potężna   jak   ojciec   -   ale   giętkość   i 

sprężystość jej ciała mówiły wiele o sile i szybkości, z jaką mogła latać.

- Witaj mi,  córko. - Głos Lectrala,  pozornie obojętny i spokojny,  zdradzał wielką 

miłość, jaką srebrny smok żywił do córki.

- Rada jestem, żem cię znalazła - odezwała się Saytica z szacunkiem. - Nadszedł czas 

do odlotu.

background image

-   Żegnajcie   zatem,   przyjaciele.   -   Lectral   1ochyłił   wielką   głowę.   Ashtaway   ze 

zdumieniem ujrzał. jak ciało smoka zadrżało nagle i szybko zmieniło kształt. Lectral zaczął 

jakby zapadać się w głąb samego siebie, aż w końcu przed oczyma zdumionego tłumu stanął 

stary   człowiek.   W   twarzy   starca   błysnęły   rozbawione   żółte   oczy,   ukryte   pod   nawisem 

krzaczastych, siwych brwi.

- Cz... człowiek? - zdołał wyjąkać zdumiony elf, gdy odzyskał mowę. - Dlaczego nie 

przybrałeś ciała elfa?

Twarz starca pokryła się siecią zmarszczek uśmiechu.

- Doprawdy... taka jest tradycja. Widzisz, jest to kształt, jaki mój pradziad wybierał 

najchętniej.   Byli   i   tacy,   co   wierzyli,   że   miała   być   to   jego   prawdziwa   postać.   Zresztą, 

odkryłem, że te białe bokobrody i to stare pomarszczone oblicze bardzo mi odpowiadają.

Starzec, utykając lekko, podszedł do boku Saytiki. która pochyliła w dół giętką szyję, 

pozwalając   mu   się   dosiąść.   Usadowiwszy   się   wygodnie   pomiędzy   wielkimi   skrzydłami 

smoczycy,  starzec majestatycznie skinął dłonią, Ashtaway zaś poczuł ukłucie melancholii. 

Wydało mu się nagle. że oto kończy się i ostatecznie zamyka jakiś okres w jego życiu - w 

rzeczy samej wiedział, że na Krynnie dobiegła końca pewna epoka. Świat bez smoków... jakiż 

on będzie?

Saytica potężnym skokiem rzuciła się w powietrze i natychmiast rozwinęła skrzydła. 

Elfy   obserwowały   przez   kilka   chwil,   jak   ona   i   jej   jeździec   wzbijali   się   coraz   wyżej.   aż 

wreszcie zniknęli pośród innych ciemnych sylwetek. Tworząc wielką, jednolitą i wydłużoną 

formację, smoki zwróciły się na północ i ruszyły ku odległemu krańcowi nieba.

Ashtaway dopiero po chwili zdał sobie sprawę. że bezwiednie cały czas trzymał w 

swojej   dłoni   dłoń   Hammany.   Oboje   jeszcze   długo   obserwowali,   jak   smocze   skrzydło 

przesuwa się po niebie, aż wreszcie sylwetki smoków zlały się z odległą linią horyzontu.

background image

CZĘŚĆ 3

IYDAHOE

14 PK

Północne rubieże Silvanesti

background image

Rozdział 22 - Białe Ogony i Srebrne Łososie

Powiewy leśnego wiatru brzmiały w uszach Iydahoe niczym szepty pełne zazdrości, 

choć temperatura tego uczucia nie była zbyt gorąca. Wojownik nawet usiłował zwalczyć w 

sobie tę niegodną zazdrość, której źródłem była świadomość, że jego starszy brat, Kawllaph, 

należy do największych wśród leśnych elfów szczęściarzy. Biegnący z braterskim posłaniem 

Iydahoe naprawdę chciałby, żeby i jemu choć raz tak się w życiu powiodło.

Kawllaph   poprosił   Berriamę   o   rękę,   ona   zaś   zgodziła   się   z   niemal   bezwstydną 

skwapliwością.   Iydahoe   biegł,   aby   na   uroczystość   zaprosić   Odnajdywacza   Ścieżek, 

Washallaka z wioski plemienia  Srebrnych  Łososi. Donośne dźwięki Koźlego Rogu miały 

ogłosić powagę, wieczne poświęcenie i nienaruszalność ceremonii ślubnej.

Myśląc   o   szczęściu,   jakie   spotykało   jego   brata,   Iydahoe   znowu   poczuł   ukłucie 

zazdrości  -  Kawllaph   był   w  istocie  dzieckiem   fortuny.   Iydahoe   sam  chciałby mieć  jakąś 

dziewczynę - na przykład Moxilli o długich, jedwabistych włosach. Byłoby cudownie, gdyby 

zechciała   zostać   jego   przyjaciółką   i   towarzyszką   życia.   Żona   stanowiła   bowiem   istotne 

dopełnienie życia wolnego, leśnego elfa.

Potem jednak Iydahoe zaczął myśleć bardziej trzeźwo. W obecności Moxilli odczuwał 

tak wielkie skrępowanie i nieśmiałość, że wręcz zapominał języka w gębie. Rozważywszy zaś 

sytuację, w jakiej znalazł się jego brat, doszedł do wniosku, że sam za żadne skarby nie 

ożeniłby   się   z   Berriamą!   Jak   wiele   innych   kobiet   dzikich   elfów,   Berriama   przejawiała 

skłonność do swarliwości i denerwującego obstawania przy własnym zdaniu.

Iydahoe   wiedział,   że   prawdziwy   wojownik   powinien   unikać   tego   rodzaju   kobiet. 

Pamiętał   opowieści   prapradziadka   o   niebezpieczeństwach,   jakie   zawisły   nad   wolnymi 

plemionami podczas Smoczych Wojen, i odwadze, z jaką dawni wojownicy stawiali czoło 

licznym zagrożeniom. Od tysiąca lat elfy cieszyły się spokojem, który panował na całym 

Ansalonie. Młodzi wojownicy, tacy jak Iydahoe, tęsknili za dawniejszymi czasami, a uparte, 

podobne Berriamie kobiety zbyt chętnie dawały upust gniewowi i niemiłosiernie rozpuszczały 

języki.

Mimo wszystko życie, jakie wiedli Kagonestyjczycy, nie było złe - w rzeczy samej, 

Iydahoe nie potrafiłby sobie wymarzyć  lepszego. Mieli do dyspozycji wszelkie bogactwa, 

jakimi darzyły ich rozległe, dziewicze lasy, jeziora i góry... Mogli wędrować wedle woli i 

żywić się wszystkim, co ofiarowały im żyzne i obfitujące w zwierzynę puszcze Ansalonu.

background image

Biegnąc lekko pośród leśnej ciszy, Iydahoe szybko pokonywał szlak, kierując się ku 

starszym partiom lasów, gdzie łatwiej mógł przemykać pod wysokimi i rzadziej rosnącymi 

sosnami. Wędrował już drugi dzień i zanim dotrze do wioski Srebrnych Łososi, będzie musiał 

poświęcić jeszcze jedną dobę.

Iydahoe spróbował wyobrazić sobie swoje przybycie do wioski Łososi. Odnajdywacz 

Ścieżek nie był w końcu byle kim i młody wojownik chciał go powitać jak należy. Pozdrowi 

Wallashaka   na   progu   jego   szałasu   i   uprzejmie   spyta,   czy   Opiekun   Rogu   nie   zechciałby 

odwiedzić siedziby plemienia Białych Ogonów. Wybór pory wizyty oczywiście należał do 

Odnajdywacza   Ścieżek,   choć   Iydahoe   nie   zamierzał   kryć,   że   powinna   odbyć   się   jak 

najszybciej ze względu na uroczystość weselną Kawllapha i Berriamy.

Młody elf chętnie podjął się tej misji i rad był, że jego status wojownika pozwala mu 

na jej wykonanie. Zaledwie kilka tygodni wcześniej poznał piekący ból świeżego tatuażu - 

ojciec   i   zarazem   plemienny   szaman   pracował   nad   nim   kilka   godzin.   Być   może   była   to 

sprawka wyobraźni, lecz Iydahoe ciągle czuł na twarzy ciepło wykłutych symboli - ale nie 

było to dlań źródłem irytacji, przeciwnie, dumy i zachwytu.

Lewe oko elfa otaczał dokładnie odwzorowany wizerunek dębowego liścia na długiej 

łodyżce. Łodyżka sięgała podbródka, a koniuszek liścia zawijał się aż na czoło. Drugie oko 

młodzieńca otaczał pojedynczy krąg i choć Iydahoe wiele dałby za to, aby móc pysznić się 

spiralą doświadczonego wojownika, na razie musiał zadowolić się zwykłem kołem, którym 

oznaczano   wojowników   dorosłych,   sprawnych,   ale   jeszcze   nie   obytych   z   wojennym 

rzemiosłem.

Przydałoby się jakieś pióro, pomyślał Iydahoe, wracając do miłych sercu rozważań o 

niedawno uzyskanym statusie społecznym. Trzeba będzie koniecznie zdobyć gdzieś jedno, a 

jeszcze   lepiej   dwa,   które   dopełnią   obrazu   dumnego   elfiego   wojownika.   Dobrze   byłoby 

wyprawić się na wybrzeże i poszukać śnieżnych gęsi. Wyobraził sobie lśnienie czystej bieli 

na tle jego ciemnych włosów i opalonej skóry. Wizerunek był pyszny i groźny. Może nawet 

udałoby mu się przymocować zdobny pióropusz do pochwy długiego noża?

Rozmyślając   o   tych   sprawach   machinalnie   odnotował   w   pamięci,   że   przebiegał 

puszczę w miejscu, gdzie po lewej stronie wznosiły się coraz wyższe łańcuchy górskie, z 

prawej zaś rozciągały się równiny Solamnii. Było to terytorium wolnych elfów, położone na 

południe od wiosek Czarnych Piór i klanu Błękitnego Jeziora, niezbyt odległe od samego 

serca kagonestyjskiego matecznika.

Zorientował się, gdzie jest, gdy ujrzał wznoszącą się wysoko iglicę skalną. Ta jedyna 

w swoim rodzaju struktura poruszyła w nim wspomnienie, z którego był szczególnie dumny. 

background image

Tylko  on  znał  to   miejsce.  Za   tymi   wzgórzami   i  iglicą,   wśród  granitowych   ścian  wił   się 

przepastny   jar.   Dno   jaru   porastały   najdelikatniejsze   mchy   i   nic   nie   wskazywało,   by 

jakikolwiek   elf   albo   człowiek   deptał   kiedyś   ów   mięciutki   kobierzec.   W   jednej   ze   ścian 

utworzyła   się   stanowiąca   świetną   kryjówkę   jaskinia.   Iydahoe   odnalazł   to   miejsce   przed 

dziesięciu laty, zanim zdobył tatuaż wojownika. Nie pokazał go nikomu, czyniąc zeń rodzaj 

osobistego  sanktuarium.  Teraz,  już jako wojownik, czuł,  że właściwą i dobrą rzeczą  jest 

posiadanie takiej kryjówki.

Przed   zachodem   słońca   zabił   cietrzewia   i   z   niespodziewaną   dla   samego   siebie 

przyjemnością   upiekł   zdobycz   na   niewielkim,   bezdymnym   ognisku.   Rozmyślał   leniwie   o 

bogactwie zwierzyny w rozległych puszczach, których wyłącznymi władcami były plemiona 

wolnych  elfów. Wojownicy kagonestyjscy byli  jedynymi  śmiałkami, którzy ważyli  się na 

przemierzanie tych lasów. Odejście smoków spowodowało, że służalcy Królowej Ciemności 

przeważnie zostawiali dzikie elfy w spokoju. Bakali przepadły gdzieś w bagnach; niektórzy 

nawet utrzymywali, że wytracono je co do sztuki, choć bardziej doświadczeni wojownicy 

ostrzegali,   że   nie   należy   lekceważyć   groźby   powrotu   śmiertelnych   wrogów.   W   górskich 

komyszach Khalkist nadal żyły ogry, lecz ich siedziby znajdowały się wiele dni drogi na 

północ.   Iydahoe,   podobnie   jak  wielu   jego  rówieśników,   nigdy  w   życiu   nie   zetknął   się   z 

ogrem, a tym bardziej nie miał szansy na walkę.

Wiecznym   -   i   mocno   dokuczliwym   -   problemem   pozostawali   oczywiście   ludzie. 

Podczas pierwszych stuleci po Smoczej Wojnie nie interesowali się rozległymi puszczami. 

Ale sto lat przed narodzinami Iydahoe pierwsi wysłannicy ludzi zaczęli rościć sobie prawa do 

leśnych pustkowi. Teraz docierali tu z miejsca tak odległego, że elf nie umiał sobie nawet 

wyobrazić   ogromu   dzielących   je   od   puszcz   przestrzeni   -   potężne   to   miasto   zwano   Istar. 

Jedynie kilku ludzkich śmiałków miało w sobie dość odwagi i zdecydowania, aby penetrować 

głębsze   partie   puszczy   -   tych   zaś   kagonestyjscy   łowcy   wytracili   z   taką   zajadłością,   że 

powinno to zniechęcić następców.

Iydahoe wiedział, że jego współplemieńcy są przebieglejsi, szybsi i bardziej cierpliwi 

niż którykolwiek z wrogów. Elfy dysponowały bystrzejszym wzrokiem i znacznie lepszym 

zmysłem   powonienia.   Cechy   te,   połączone   z   niezmożoną   cierpliwością   i   doskonałą 

znajomością otoczenia, pozwalały elfom wierzyć, że potrafią szybko i sprawnie zniszczyć lub 

przerazić każdego najeźdźcę.

Młody wojownik zasnął smacznie pod gołym niebem i wstał ze świtem, budząc się 

równie szybko jak dzikie zwierzę. Zatrzymał się tylko na chwilę, aby zaczerpnąć wody ze 

strumienia, i rozpoczął ostatni dzień wędrówki.

background image

Wkrótce   po   południu   poczuł   na   policzku   powiew   wiatru   i   wyczuł   zapach   ognisk 

Srebrnych Łososi. Lekko zaniepokojony pociągnął nosem raz i drugi. Dym miał ostrą, mocną 

i kwaśną woń, a wioska była odległa jeszcze o kilka godzin marszu.

Ogień   musiał   płonąć   gdzieś   bliżej   albo   był   znacznie   potężniejszy   niż   zwykle. 

Zaniepokojony elf ponownie zaczął łowić nosem woń wiatru. Wiatr niósł także - zmieszane z 

zapachem płonącego drewna - inne wonie. Iydahoe wyczuł spaloną wilgotną skórę... i smród 

zwęglonych ciał.

Skoczył  przed siebie, śmigając  niczym  jeleń po wąskich puszczańskich  ścieżkach. 

Smrodliwa woń stawała się coraz gęstsza i wiedział już, że jej źródło znajdzie w wiosce 

Srebrnych   Łososi.   Nie   był   to   zapach   gotowanej   strawy,   garbowanych   skór   czy   suszonej 

dziczyzny. Iydahoe zrozumiał, że po przybyciu na miejsce znajdzie pobojowisko i zgliszcza.

Ta wiedza nie przygotowała go jednak na koszmar, jaki ujrzał, gdy wypadł z lasu na 

teren dobrze mu znanej wioski. W miejscach, gdzie niegdyś stały szałasy, zobaczył dymiące 

wciąż   zgliszcza.   Wszędzie   leżały   groteskowo   poskręcane   kształty.   Niełatwo   przyszło 

zrozumienie, że te poczerniałe szczątki są ciałami bestialsko pomordowanych elfów.

Iydahoe   wielokrotnie   odwiedzał   wioskę   Odnajdywacza   Ścieżek   i   dobrze   znał 

rozstawienie   szałasów,   wiedział   więc,   gdzie   leży   uroczysty   krąg   i   gdzie   są   posterunki 

wartowników - te ostatnie rozmieszczono w koronach otaczających wioskę dębów. Wszystko 

zniszczono, nawet dęby leżały powalone, powyrywane  z korzeniami... i wszędzie widział 

martwe ciała.

Szedł przez wioskę i czuł się, jakby przeżywał koszmarny sen. Przestąpiwszy drobne, 

okropnie zniekształcone zwłoki, dopiero po chwili zrozumiał, że niedawno jeszcze było to... 

dziecko. Jakaś niewyobrażalnie zła moc rozdarła je niemal na połowy.

Nie   opodal   leżał   kolejny   poczerniały   kształt.   Podobne   do   osmalonych   kikutów 

ramiona były wyciągnięte w stronę poszarpanego dziecka. Z pleców trupa sterczała brzechwa 

stalowej   strzały   i   Iydahoe   pojął,   że   wolny   elf   zginął,   usiłując   przyjść   z   pomocą   swemu 

nieszczęsnemu dziecku.

Wszystko, co widział, świadczyło o okrucieństwie rzezi, której rozmiary przerastały 

wyobraźnię   młodego   wojownika.   Tam,   gdzie   niegdyś   uroczysty   krąg   otaczały   szałasy 

najznaczniejszych   wojowników, zobaczył   jedynie   osmolone   zgliszcza   i  zwęglone  kształty 

ciał. Dygotał ze zgrozy - z czego zresztą zdał sobie sprawę, dopiero gdy ruszył stopniami w 

dół, do centralnego paleniska. Poślizgnął się, upadł i przetoczywszy się kilkakrotnie, legł 

wreszcie na grzbiecie.

background image

Przynajmniej niebo wyglądało normalnie. Iydahoe ujrzał białe chmury, które ślizgały 

się po błękicie  ze wzgardliwym  spokojem,  obojętne wobec dramatu,  jaki rozegrał  się na 

ziemi. Przez chwilę elf odniósł wrażenie, że wszystko to jest jakimś potwornym majakiem. 

Pewnie zdrzemnął się na leśnej polanie... zaraz wstanie i...

Owionął go smród spalenizny i zrozumiał, że to nie sen. Zagłada wioski Srebrnych 

Łososi była koszmarem straszniejszym niż ten, jaki zdołałby kiedykolwiek wyśnić. Usiadł, a 

potem chwiejnie wstał i ruszył stopniami ku górze.

Ogarniająca   go  drętwota   ustąpiła   rozpaczy,   gdy  pojął,   że   zagładzie   uległa   wioska 

będąca siedzibą jednego z czterech plemion wolnych elfów. Poczuł łzy pod powiekami, ale 

żal szybko ustąpił wzmagającej się z każdą chwilą wściekłości. Czyjeż to było dzieło? Jakiż 

to wróg zdolny był do rzezi na tak ogromną skalę?

Instynkt tropiciela kazał mu przyjrzeć się ziemi i po raz pierwszy zauważył odciski 

końskich kopyt. Konie zdeptały cały obszar wioski, kiedy jednak elf wyszedł z lasu, doznał 

takiego wstrząsu, że nie zwrócił uwagi na wyraźne ślady. Dopiero teraz zauważył, że koni 

musiało być kilkadziesiąt, może nawet ponad setka.

Pierwszym jego domysłem było przypuszczenie, że zagłada wioski dokonała się za 

sprawą elfów Silvanesti. Mimo że wrogość pomiędzy dwoma narodami elfów liczyła sobie 

ponad   trzy   tysiące   lat,   Iydahoe   odrzucił   tak   potworne   podejrzenie.   Domowcy   wypierali 

Kagonestyjczyków   z   puszczy,   lecz   nigdy   nie   prześladowali   ich   tak   daleko   na   północy. 

Dlaczego teraz mieliby dopuszczać się rzezi całej wioski?

Przypomniawszy sobie stalowy grot strzały, zrozumiał, że masakra nie była dziełem 

Silvanestyjczyków.   Ponownie   przyjrzał   się   odciskom   kopyt.   Były   szeroko  rozstawione,   a 

obejrzawszy je dokładniej, stwierdził, że kopyta koni wzmocniono półpierścieniami z żelaza. 

Wiedział, że na tak rosłych koniach jeździli legioniści z Istar. Ale jakim sposobem grupa 

niezręcznych,   powolnych   i   ciężkich   ludzi   zdołała   niepostrzeżenie   podejść   tak   blisko   do 

wioski   wolnych   elfów?   Z   pewnością   przydybano   by   ich   przynajmniej   dzień   wcześniej   i 

wpadliby w zasadzkę, w której zostaliby wytraceni do jednego! Jeśli zaś ludzie nadeszliby w 

znacznej   sile   -   przynajmniej   tysiąca   jeźdźców   -   zdołaliby   wyrąbać   sobie   drogę,   ale   z 

pewnością w wiosce nie zostałaby ani jedna kobieta czy dziecko! Iydaway widział otaczające 

go stosy trupów i wywnioskował, że wioskę wzięto nagłym, niespodziewanym atakiem.

Czy komukolwiek udało się uciec? Młody wojownik zmusił się do zbadania ziemi i 

popiołów.   Otaczające   wioskę   zarośla   stratowano   brutalnie,   gałązki   krzewów   były   jednak 

powyginane w stronę wioski. Stratowali je zatem najeźdźcy, którzy nadciągnęli ze wszystkich 

background image

stron. Stratowany był nawet płaski wierzchołek wzgórza, na którym stał szałas Odnajdywacza 

Ścieżek - wyglądało na to, że jeźdźcy parokrotnie przejechali po wzgórzu w zwartym szyku.

Iydahoe pojął coś jeszcze i dreszcz grozy przebiegł mu po grzbiecie. Natychmiast 

rzucił się ku wierzchołkowi wzgórza, gdzie niedawno stał samotny szałas. Dobrze pamiętał 

swoją pierwszą w nim wizytę. Było to jakieś osiemdziesiąt lat temu i Odnajdywacz Ścieżek 

Washallak, stojąc na szczycie pagórka, grał wtedy na Koźlim Rogu. Nierzeczywiste dźwięki 

ukoiły młodego  Iydahoe  i jego równie  młodych  współplemieńców,  napełniając  ich  dusze 

tajemnym, mistycznym zachwytem. Gdy był nieco starszy, ta sama muzyka wzniecała żar 

jego wojennych zapałów, zbrojąc serce przeciwko nadciągającym niebezpieczeństwom.

Miejsce,   gdzie   niegdyś   stał   szałas   Odnajdywacza   Ścieżek,   było   teraz   osmalone, 

zdeptane, zryte kopytami i zmierzwione. Trawę wręcz wbito w błocko, z rusztowania szałasu 

zostało kilka poczerniałych kikutów. Na progu zwęglonej chatki leżał trup, równie osmalony 

jak   pozostałe.   Żałosne   szczątki   nie   wyróżniały   się   niczym   szczególnym,   ale   Iydahoe 

natychmiast pojął, że patrzy na ciało Odnajdywacza Ścieżek.

Obok swego skórznia elf dostrzegł coś, co przypominało kawałek muszli. Początkowo 

nie zwrócił uwagi na ten osmalony szczątek - cóż znaczył jeden więcej śmieć wśród setek 

innych? Śmierć Odnajdywacza Ścieżek okazała się kolejnym ziarenkiem, które prawie rozbiło 

resztki rozsądku młodego wojownika. Otępiały z rozpaczy, odwrócił się, aby odejść precz, 

zastanawiając   się   jedynie,   dokąd   skierować   wzrok   i   nie   widzieć   nowych   dowodów 

zniszczenia, rzezi i niesłychanego bestialstwa napastników.

W ostatniej chwili jakiś wewnętrzny przymus kazał mu zawrócić. Spojrzawszy pod 

nogi   na   poczerniały   skrawek,   przekonał   się,   że   nie   jest   to   wcale   ułamek   muszli.   Był   to 

fragment   czegoś   większego...   zwiniętego   w   krąg...   O,   oto   kolejna   część...   a   tam   jeszcze 

jedna... zmiażdżona potężnymi, wzmocnionymi staią kopytami.

Patrząc na te potrzaskane fragmenty,  poczuł, że oto wali się w gruzy trwający od 

trzech tysięcy lat porządek świata. Przez chwilę jeszcze świadomość elfa spierała się i nie 

godziła   z  prawdą.  Iydaway   rozpaczliwie  pragnął  zaprzeczyć  świadectwu  oczu,   nie   chciał 

pogodzić się z ostatecznym i nieuniknionym wnioskiem.

Koźli   Róg   Kagonestyjczyków   został   zniszczony,   unicestwiony.   Pokonany   przez 

rozpacz,   która   przemogła   narastającą   w   nim   wściekłość,   Iydahoe   przyklęknął   obok   ciała 

Odnajdywacza Ścieżek i podjął próbę zebrania żałosnych pozostałości po rogu. Długo grzebał 

palcami w popiołach... najczęściej jednak znajdował kamienie i kawałki kory.

W końcu opuścił głowę i wybuchnął płaczem.

background image

Rozdział 23 - Legion z Istar

Biegł   przez   dwa   dni   i   dwie   noce,   rozpaczliwie   pragnąc   uprzedzić   swoich 

współplemieńców.   Błagał   los,   aby   na   miejscu   mógł   zastać   swego   ojca,   Hawkana.   Stary 

szaman był jedyną osobą, która mogła jakoś objaśnić przyczyny rzezi Srebrnych Łososi. Dwa 

tygodnie wcześniej Hawkan udał się na medytacje w góry, a to oznaczało, że może powrócić i 

za kilka miesięcy. Wojownik bał się, że nie zdoła spotkać się z ojcem.

Dotarł do wioski Białych  Ogonów wkrótce po wschodzie słońca i chwiejąc się ze 

zmęczenia, wbiegł do obozowiska.

Siedzący   przy   ognisku   Kawllaph,   który   właśnie   przygotowywał   sobie   śniadanie, 

ujrzawszy ponurą i świadczącą o znużeniu twarz brata, żwawo porwał się na nogi.

-   Iydahoe!   Co   się   stało?   -   Kawllaph   miał   niezwykle   niski   jak   na   elfa   głos. 

Wypowiedziane z głębi beczkowatej piersi słowa rozbrzmiały echem po całej wiosce.

- Ojciec wrócił? - wychrypiał biegacz, na próżno szukając wzrokiem Hawkana.

- Jeszcze go nie ma - odparł Kawllaph, biorąc brata pod ramię. - Chodźmy do kręgu 

Rady. Musisz porozmawiać z wojownikami.

Na   granicy   ceremonialnego   kręgu   spotkał   ich   Tarrapin,   wódz   wioski,   którego 

przywabiło   zbiegowisko.   Twarz   Tarrapina   zastygła   w   wyrazie   wiecznego   oburzenia,   a 

wytatuowane na jego policzkach niedźwiedzie kły jakby wysuwały się wprost ze szczęk.

Tymczasem Iydahoe odzyskał dech, teraz zaś zastanawiał się, jak przekazać zebranym 

wieści o nieszczęściu, które spadło na pokrewny klan.

Opowiedział   więc   po   prostu   wszystko   po   kolei,   zaczynając   od   omówienia 

niepokojącego go podczas zbliżania się do wioski Srebrnych  Łososi zapachu i stopniowo 

przechodząc   do   sceny   ostatecznej   zagłady   i   zniszczenia.   W   kilka   chwil   przekazał 

najważniejsze szczegóły i wiedział, że choćby mówił przez następne dwa lata, nie potrafiłby 

oddać prawdziwej grozy, jaka go opanowała, gdy ujrzał pobojowisko.

Jednak dość było  tego pospiesznego opisu, aby rozjuszyć  zebranych  wojowników, 

Tarrapina  zaś opanował szalony gniew. Siwowłosy wojownik porwał za stalowy miecz  i 

uniósł broń w górę. Iydahoe przez moment obawiał się, że w pierwszym porywie gniewu 

wódz   wyładuje   wściekłość   na   zwiastunie   strasznych   nowin.   Tupiąc   wściekle   nogami   i 

unosząc twarz ku niebu, wrzeszczał, że niepodobna to rzecz, iżby wioska Kagonestyjczyków 

została zniszczona podstępnym atakiem, a już z pewnością nie wtedy, gdy napastnikami byli 

zwykli ludzie!

background image

Iydahoe stał spokojnie i nie spierał się z rozjuszoną starszyzną. Żałował tylko, że nie 

ma tu Hawkana - ten z pewnością byłby mu uwierzył. Niestety, stało się inaczej.

W obronie młodszego brata wystąpił Kawllaph. Stanął i spojrzał w twarz szalejącego 

Tarrapina.

- Dajcie mu mówić! - zawołał. - Mój brat wie, czego był świadkiem. Niech mówi!

-   Pokażę   wam...   -   Iydahoe   przypomniał   sobie   o   zawartości   swej   sakwy   i   wyjął 

osmalone resztki, które zebrał w zgliszczach szałasu Odnajdywacza Ścieżek. - Oto, co zostało 

z Koźlego Rogu i topora Washallaka!

Iydahoe   pokazał   wszystkim   poczerniałe   kawałki   rogu   i   Tarrapin   umilkł.   Chudy, 

poznaczony  bliznami   wódz   patrzył   przez   chwilę   na   ułamki   rogu,  potem   zwrócił   płonący 

gniewem wzrok na młodego wojownika, jakby pragnął obwinić go o nieszczęście. Iydahoe 

wydobył   z   sakwy   kolejny   dowód   -   głownię   topora.   Ostrze   było   wąskie   i   długie, 

zrównoważone   po   przeciwnej   stronie   zabójczym   nadziakiem.   Drzewce   spłonęło   wraz   z 

szałasem   Washallaka,   Iydahoe   odnalazł   jednak   unikalną   głownię   broni,   która   od 

niepamiętnych czasów należała do kolejnych Odnajdywaczy Ścieżek.

Tarrapin   w   końcu   niechętnie   skinął   głową   i   wstał.   Polecił   młodym   wojownikom, 

Kahheenie   i   Altarathowi,   zawiadomić   o   tragedii   klan   znad   Błękitnego   Jeziora   i   plemię 

Czarnych   Piór.   Następnie   rozkazał   wzmocnić   posterunki   wartownicze,   rozmieszczone   na 

drzewach w otaczającej wioskę puszczy. W końcu - a słońce nie zdążyło jeszcze wzbić się ku 

południowi - wrócił do swego szałasu, gdzie w towarzystwie kilku posiwiałych wojowników 

oddał się rozmyślaniom... i fajce.

Iydahoe tymczasem klęcząc zebrał kawałki rogu i podniósł głownię topora. Wstawszy 

na nogi, przekonał się, że Kawllaph zajął się uspokajaniem i pocieszaniem Berriamy. Łkająca 

rozpaczliwie dziewczyna przylgnęła do jego ramienia i udający się na spotkanie z wodzem 

wojownik musiał w końcu ją dość szorstko odepchnąć.

Wyprostowawszy się dumnie, Iydahoe postarał się zetrzeć z twarzy wszelkie ślady 

emocji. Wiedział, że obserwują go stojące po przeciwnej stronie obozowiska kobiety i nie 

chciał,   aby   choć   jedna   z   nich   wzięła   go   za   nieodpowiedzialnego,   skłonnego   do   figlów 

młodzika, jakim był jeszcze kilka tygodni temu. Dziewczyny zresztą również spoważniały i 

nie chichotały prowokująco, jak jeszcze dziś rano. Iydahoe pomyślał, że w wiosce nigdy już 

chyba   nie   zapanuje   tak   beztroski   spokój,   jaki   znał   od   dziesięcioleci...   właściwie   od 

pierwszych chwil życia.

Czy kiedykolwiek będziemy żyli tak jak przedtem?

background image

Zauważył, że dziewczęta wróciły do żerdzi, na których rozpięto garbowane skóry - 

być   może   panny   zagoniło   tam   surowe   spojrzenie   starej   Puiquill,   która   zazwyczaj   dość 

krytycznie   oceniała   pracę   młódek.   Była   wielce   surową   nauczycielką,   ale   biegłość   w 

posługiwaniu się kościaną igłą i dartymi ze zwierzęcych jelit nićmi - którymi to narzędziami 

wolne elfy sposobiły sobie odzież od niepamiętnych czasów - zyskała jej spore poważanie 

wśród kobiet.

Młody wojownik powrócił myślami do nieszczęścia, jakie spadło na Srebrne Łososie. 

Iydahoe sycił się obmyślaniem zemsty, która w niedalekiej przyszłości dosięgnie zje- go ręki 

legionistów z Istar. Sam będzie zabijał, kaleczył, palił... z taką samą bezwzględnością, miarka 

za miarkę.

- Iydahoe, zabierz nas na ryby... - poprosił jakiś chłopiec, który nieśmiało podszedł do 

wojownika od tyłu. Ten przypomniał sobie, że podrostek ma na imię Dallatar. - Ojciec miał 

mi pokazać, gdzie najlepiej biorą łososie, ale poszedł naradzić się z Tarrapinem.

Zdumiony Iydahoe odwrócił się i spojrzał na chłopca. Jakże można w takiej chwili 

myśleć o czymś tak codziennym i przyziemnym jak łowienie ryb? I nagle - zdziwiony własną 

zgodą - kiwnął głową.

- Zbierz resztę chłopaków. Sprawdź, czy każdy ma oścień. Spotkamy się przy potoku.

Uradowany Dallatar śmignął po przyjaciół. Serce patrzącego w ślad za nim Iydahoe 

raptem przyśpieszyło, kiedy zobaczył Moxilli wyłaniającą się zza stojącego pośrodku wioski 

szałasu. W odróżnieniu od zajmujących się garbowaniem skór dziewcząt, Moxilli dopiero 

niedawno przeszła ceremonię dojrzałości. Od sześćdziesięciu lat oboje dorastali obok siebie, 

ostatnio jednak młody wojownik zaczął zauważać, że jego towarzyszka zabaw wyrasta na 

niezwykle urodziwą pannę.

Moxilli miała długie, gęste i czarne włosy - ale jej loki były gęstsze, bardziej lśniące i 

dłuższe niż u którejkolwiek innej dziewczyny. Na widok dziewczyny kroczący ku swej chatce 

(skąd miał zabrać oścień) Iydahoe nieświadomie wyprężył się, wypiął pierś i odsunął nieco 

łokcie od tułowia. Tak nadęty udał się pod rosnącą wedle strumienia wierzbę, przy której 

umówił się z młodzikami.

Pierwszy   pojawił   się   Bakall,   smukły   i   poważny   chłopak,   którego   opanowanie   i 

cierpliwość zdradzały zadatki na świetnego łowcę i wojownika. Teraz chłopak zmarszczył się, 

groźnie spoglądając na nurt strumienia, jakby chciał ostrzec łososie, aby przygotowały się na 

starcie z jego nieubłaganym ościeniem. Iydahoe oczekiwał, że Bakall świetnie sobie poradzi.

Na ścieżce   pod pniem  wielkiej   wierzby  zebrało  się  kilkunastu   młodzików.  Każdy 

przyniósł   oścień   o   trójdzielnym   grocie,   starannie   wykrojonym   z   gałęzi   młodego   klonu. 

background image

Końcówki grotów wyprażono w ogniu, na każdym zaś szpicu z wielką ostrożnością wycięto i 

nieco odgięto w bok zadzior, nie pozwalający trafionej grotem rybie ześlizgnąć się do wody. 

Iydahoe   nie   sprawdził   ościeni   wiedząc,   że   najlepszą   lekcją   dla   młodzików   będzie   smak 

łososia przy kolacji - albo drwiące machnięcie ogonem, gdy szarpiąca się ryba zdoła umknąć 

z nieudolnie wykonanego grotu.

Chłopcy, którzy nie tak dawno jeszcze napełniali wioskę wrzawą i śmiechami, teraz za 

przykładem Bakalla uciszyli się, zachowując jednocześnie czujność. Ruszyli za Iydahoem i 

długim szeregiem zagłębili się w las. Po obu stronach ścieżki strzelały w górę grube pnie 

drzew, a poszycie rosło tu gęsto i pełno w nim było ciernistych krzewów.

Nieoczekiwanie   Iydahoe   usłyszał   jakiś   dźwięk,   dobiegający   od   strumienia,   ale   z 

pewnością nie należący do zwykle rozlegających się w puszczy odgłosów. Było to metaliczne 

szczęknięcie... jakby coś bardzo twardego uderzyło o skałę. Elf zamarł w miejscu, podobnie 

uczynili idący za nim chłopcy. Wojownik obejrzał się przez ramię i uniósł pytająco brew. 

Bakall kiwnął głową i wskazał wzrokiem puszczę. Chłopak usłyszał to samo.

Dźwięk   zabrzmiał   ponownie...   był   stłumiony,   lecz   nie   uszedł   uwagi   elfów,   może 

dlatego, że teraz rozległ się bliżej. Iydahoe błyskawicznie pojął, że cokolwiek się zbliżało, 

nadciągało wzdłuż strumienia.

Wojownik szybkim gestem nakazał chłopakom cofnąć się ku wiosce. Natychmiast też 

dał  nura  pomiędzy  krzewy,   przypadł  do  ziemi   i  zaczął   uważnie   przyglądać   się  ścieżce  - 

wiedział, że nadciągający zza zakrętu intruz nie zobaczy wśród gałęzi jego twarzy, a to z 

przyczyny pokrywającego ją tatuażu.

Nagle zerwał się nieobecny od rana wietrzyk - i przyniósł woń końskiego potu. Tego 

zapachu   nie   można   było   pomylić   z   żadnym   innym!   Iydahoe   zacisnął   dłonie   na   drzewcu 

ościenia, a w jego głowie zrodziła się przerażająca myśl: legioniści! Wpatrywał się w ścieżkę 

tak intensywnie, że oczy niemal zaszły mu łzami - i nie zobaczył niczego!

Na   wspomnienie   rzezi   w   wiosce   Srebrnych   Łososi   poczuł   przypływ   mdłości. 

Pomyślał   o   stojących   za   nim   chłopcach,   o   zajętych   garbowaniem   skór   dziewczynach,   o 

pięknej Moxilli, która pewnie czesała u studni włosy - i prawie jęknął ze zgrozy.

Dostrzegł obok siebie Bakalla i pojął, że muszą wrócić do wioski i ogłosić alarm. Ale 

co rzec wojownikom? Wiedział jedynie, że wzdłuż strumienia nadciągał ktoś, kto miał konie i 

jakieś przyrządy z metalu.

-   Wracaj   do   wioski!   -   szepnął,   nachyliwszy   się   do   ucha   młodzika.   -   Uprzedź 

wojowników, że od strumienia nadciągają jacyś jeźdźcy! Ruszaj!

background image

Bakaliowi   nie   trzeba   było   powtarzać   dwa   razy   -   z   szeroko   rozwartymi   oczyma 

przemknął   wzdłuż   ścieżki,   jednocześnie   spędzając   resztę   chłopaków   w   las.   Iydahoe 

tymczasem zaszył się jeszcze głębiej w rosnące obok ścieżki krzewy, ignorując kolące go w 

skórę ciernie, i ruszył wzdłuż szlaku, szukając najmniejszych oznak, które zdradziłyby mu 

tożsamość   tajemniczych   jeźdźców.   Jakim   sposobem   podeszli   tak   blisko   wioski?   Czyżby 

wycięto już w pień wartowników?

Po kilku chwilach usłyszał odgłos stąpania końskich kopyt - choć było w nim coś 

niepokojącego. Potem zrozumiał, że jeźdźcy powstrzymywali wierzchowce. aby skradać się 

ciszej. Wyglądając zza kępy paproci, ujrzał rozciągający się przed nim prosty odcinek leśnej 

dróżki.   Gałęzie   nad  ścieżką   poruszały   się,   jakby  odpychało   je  na   bok  coś   sporego  i   jak 

najbardziej materialnego - ale na samej ścieżce Iydahoe nie zobaczył nikogo i niczego!

Pośrodku   szlaku   pojawiły   się   ślady   kopyt,   które   zbliżały   się   do   elfa.   Wojownik 

wytrzeszczył oczy, lecz nigdzie nie zobaczył konia ni jeźdźca - nie widział zgoła niczego! 

Szlak przesłoniła niewyraźna, migotliwa mgiełka, po czym w górę wzbiły się kolejne kłęby 

kurzu. Jak to się działo, skoro na szlaku nie było nikogo?! Coś tam jednak było... coś, co 

zbliżało się do wioski! Iydahoe zwęszył zapach koni i wiedział, że nie może być w błędzie.

Dlaczego   wciąż   niczego   nie   widział?   Na   ścieżce   dostrzegał   jedynie   owo   nikłe, 

migotliwe  lśnienie  - jakby poruszała się nią niewidzialna  chmura...  coś materialnego,  ale 

zarazem niewidocznego.

Pchnięty   nagłym   impulsem   wstał   i   wyskoczył   z   ukrycia.   Usłyszał   rżenie 

zaniepokojonego   wierzchowca   i   przekleństwa   jeźdźca,   starającego   się   zmusić   konia   do 

posłuchu. Oścień na ryby wydał się elfowi bronią nad wyraz mizerną, lecz wojownik cisnął 

go przed siebie z całą siłą, na jaką mógł się zdobyć. Oręż śmignął w powietrzu... i raptem 

trafił w coś niewidzialnego, zatrzymał się bowiem, zadrżał i opadł na ziemię.

Powietrze wypełniło bolesne rżenie konia i głośne przekleństwa. Iydahoe usłyszał, jak 

nad wznieconym chaosem wzbija się nagle ostre, władcze słowo i niewidzialna zasłona pękła, 

ukazując jego oczom kolumnę jeźdźców na koniach. Jadący na czele kolumny jeździec leżał 

na ziemi obok miotającego się rozpaczliwie rumaka.

Za   obalonym   jeźdźcem   stał   odziany   w   dziwne,   szare   szaty   człowiek.   Jegomość 

natychmiast spostrzegł elfa, wskazał nań palcem i ryknął:

- Tam jest! Zabić go!

Iydahoe rozpoznał głos nieznajomego - to był ten sam człowiek, który przed chwilą 

odezwał się władczo, zdejmując z jeźdźców zasłonę niewidzialności. Z nagłym dreszczem 

wojownik pojął, że patrzy na czarodzieja.

background image

Pierwszy   z   ludzi   usiłował   ponownie   wsiąść   na   konia,   w   czym   przeszkadzał   mu 

wydobyty   odruchowo   i   wciąż   trzymany   w   dłoni   miecz.   Pozostali   jeźdźcy   napierali   ku 

przodowi i na wąskiej ścieżce zrobiło się ciasno. Istariańscy legioniści, z których każdy miał 

na sobie czerwoną opończę i lśniący, spiżowy pancerz, wyciągnęli się w kolumnę tak długą, 

że jej koniec ginął gdzieś za zakrętem szlaku - było ich wielu i mogli poważnie zagrozić 

wiosce.

Iydahoe   dał  nura  w  poszycie  i  pochylił   się nisko,  gdy tylko   stracił  szlak  z  oczu. 

Biegnąc   wśród   krzewów,   chyżo   pomknął   ku   wiosce.   Po   przebiegnięciu   kilkudziesięciu 

kroków znów wypadł na ścieżkę, zakręt szlaku krył bowiem go już przed ludźmi, a ścieżka 

pozwalała mu na szybsze - choćby tylko o parę chwil - dotarcie do wioski z ostrzeżeniem.

Pomiędzy   drzewami   rozległa   się  nagle   gwałtowna   wrzawa   i   elf   zrozumiał,   że   się 

spóźnił. Z niewidocznej wioski buchnęły okrzyki przerażenia, co niczym pociski rozdzierały 

spokojną, leśną atmosferę, ochrypłe zaś wrzaski i rżenie koni powiedziały mu, że ludzie, 

których   zostawił   za   sobą,   byli   tylko   niewielką   częścią   sił   najeźdźców.   Bojowe   okrzyki 

Kagonestyjczyków mieszały się już z głośnymi komendami żołdaków i posępnymi rykami 

tryumfu. Z tyłu rozległ się tętent kopyt i Iydahoe uświadomił sobie, że wędrujący ścieżką 

jeźdźcy usłyszeli odgłosy bitwy i spieszno im było włączyć się do walki.

Z nożem w dłoni i bojowym okrzykiem na ustach wypadł na wioskową polanę. Jednak 

nawet w najgorszych koszmarach sennych nie zdołałby ujrzeć widoku, jaki ukazał się jego 

oczom.

Po drugiej stronie polany wyłaniał się z lasu szereg pieszych legionistów, dzierżących 

przed sobą wielkie, prostokątne tarcze. Kilkunastu wojowników, którzy skoczyli na spotkanie 

wrogom,   zostało   ściętych   równie   łatwo   jak   trawa   nożem   -   ciasna,   piesza   formacja   była 

przerażająco skuteczną machiną bojową. Wśród poległych śmiałków był i dumny, dzielny 

brat Iydawaya, Kawllaph, którego bezgłowy zewłok deptały teraz sandały legionistów.

Kolejni   napastnicy,   zbrojni   w   oszczepy   i   miecze,   natarli   na   wioskę   -   choć 

Kagonestyjczycy   zabili   paru   z   nich,   po-   zostali   przebili   się   ku   szałasom   i   zaczęli 

systematycznie wycinać tych, którzy usiłowali wydostać się przez niskie otwory wyjściowe. 

Narzeczona   Kawllapha,   Berriama,   z  płaczem   podbiegła   do   martwego   ciała   ukochanego   i 

osunęła się bez życia, przeszyta długą kopią.

Tarrapin, wyjąc jak szaleniec, uniósł miecz i runął na szereg pieszych. Głownia elfa 

odbiła się nieszkodliwie od spiżowego naramiennika legionisty, w następnej zaś chwili wódz 

został przeszyty kilkunastoma ostrzami.

background image

Wielu starszych  elfów ruszyło się ku drzewom, szukając na nich schronienia, gdy 

jednak   potykając   się   i   zataczając   biegli   ku   zbawczym   pniom,   nagle   spomiędzy   gałęzi 

pomknęły   im   na   spotkanie   srebrzyste   iskierki   -   stalowe   strzały!   Śmiercionośny   deszcz 

smagnął polanę - strzały przeszywały na wylot wychudzone korpusy słabych starców. Ku 

pozostałym   pomknęła   jeszcze   jedna   ulewa   grotów   i   na  polanie   zostało   kilkunastu   elfów, 

martwych   lub   konających.   Spomiędzy   drzew   wyłonili   się   kolejni   legioniści   i   Iydahoe 

zobaczył, że trzymają w dłoniach kusze, których cięciwy drżały. Teraz wszyscy przerzucili 

śmiercionośną  broń na ramiona,  porwali za miecze i wydając okropne, pełne żądzy krwi 

okrzyki, runęli ku szałasom. Iydahoe zobaczył, że wielu z nich uśmiecha się szeroko, jakby 

cieszyła ich perspektywa rzezi.

Za resztkami obalonych na ziemię stojaków do suszenia J i garbowania skór kuliła się 

Puiquill wraz z grupką dziewczyn. Tymczasem Bakall i chłopcy, którzy wybrali się z nim na 

ryby,   zaatakowali   legionistów   zwartą   grupą,   dzielnie   wznosząc   swe   lekkie,   trójdzielne 

ościenie.   Jeden   padł   cięty   mieczem,   pozostali   jednak   natychmiast   powalili   legionistę   na 

ziemię i przeszyli go grotami.

-   Bakall!   -   zawołał   Iydahoe,   wskazując   chłopcom   grupę   kryjących   się   przed 

mordercami dziewczyn. - Tam! Pomóżcie dziewczynom!

Bakall, który rozglądał się wokół oszołomiony - Iydahoe nie wiedział, czy wywołał to 

szok czy wściekłość - zobaczył biegnącego ku dziewczynom legionistę. Chłopcy wydali dziki 

okrzyk   i   runęli   na   człowieka,   natychmiast   zwalając   go   na   ziemię.   Kilkanaście   ościeni 

przeszyło   leżącego,   Bakall   zaś   uniósł   nad   głową   jego   miecz   i   wydał   przeciągły   okrzyk 

bojowy.

Iydahoe usłyszał przeraźliwy krzyk i obejrzał się w samą porę, aby zobaczyć Moxilli, 

która wybiegała ze swego szałasu. Dwóch brodaczy, którzy właśnie zarąbali jakiegoś elfa, 

ciskało płonące głownie na dach.

- Tutaj! - zawołał młody wojownik, a przerażona dziewczyna spojrzała mu w oczy z 

rozpaczliwą prośbą czy błaganiem.

W tejże samej chwili rozległ się jęk cięciwy kuszy. Bełt trafił Moxilli w bok, gładko 

przeszedł przez klatkę piersiową i trysnęła fontanna krwi. Siła uderzenia rzuciła dziewczynę 

na ziemię, gdzie legła nieruchomo w szybko rosnącej kałuży czerwieni.

Iydahoe wyładował swą wściekłość, tnąc nożem na odlew po pysku najbliższego z 

napastników. Inni mieszkańcy wioski skoczyli ku niemu wiedząc, że ciągnie się tam ścieżka 

ku moczarom, on jednak przypomniał sobie nadciągających nią jeźdźców.

background image

- Nie tędy! Od bagien nadchodzą inni! W las! - zawołał, rozpaczliwie wymachując 

ramionami.

I   nagle   poczuł   potężne   uderzenie   w   głowę,   a   wokół   niego   zaroili   się   jeźdźcy. 

Oszołomiony zdołał jakoś dźwignąć się na kolana i bezsilnie patrzył, jak konni przedzierają 

się przez kłęby kurzu i dymu, podczas gdy pieszy łańcuch zganiał ocalałych mieszkańców 

wioski ku leżącemu pośrodku osady placowi. Mimo próśb o litość i dość oczywistego faktu, 

iż wielu elfów w ogóle nie miało w ręku broni, ludzie bezlitośnie mordowali wszystkich, na 

których się natknęli.

Otumaniony   rozpaczą,   słaniający   się   na   nogach   Iydahoe,   któremu   od   uderzenia 

nieustannie   dzwoniło   pod   czaszką,   potrząsnął   głową,   usiłując   zebrać   myśli.   Spojrzał   ku 

żerdziom do suszenia skór - w samą porę, aby zobaczyć człowieka rzucającego się na stojącą 

dumnie   wśród   gromadki   dziewczynek   Puiquill.   Morderca   jednym   ciosem   ściął   staruszkę, 

kopnięciem  odrzucił na bok jej trupa i zwrócił się ku skulonym,  przerażonym  młódkom. 

Rzucił   się   na   niego   Bakall,   wrzeszcząc   coś   zaciekle,   ale   żołdak   roześmiał   się   tylko 

wzgardliwie i odepchnął chłopca na bok. Potem wyszczerzył zęby w okrutnym uśmiechu i 

uniósł miecz do ciosu.

Iydahoe jakoś przemógł ogarniającą go zgrozę i skoczył przed siebie, unosząc ostrze 

noża - w ostatniej chwili zdołał odbić potężny, ukośny cios. Legionista stęknął ze zdumieniem 

i spojrzał na elfa, który pojawił się przed nim, jakby wyrósł spod ziemi. Oczy człowieka 

zapłonęły wściekle i nienawistnie,  lecz zanim zdołał  ponownie unieść miecz,  elf cięciem 

przez krtań niemal oddzielił mu łeb od karku.

Ku grupce Kagonestyjczyków runęli zewsząd następni napastnicy, tymczasem ścieżką 

od moczarów wlewał się do wioski strumień jeźdźców. Iydaway przypomniał sobie, że za 

żerdziami do suszenia skór jest jeszcze jedna wąska dróżka ku wodzie - i choć zwykle nikt 

tamtędy nie chodził, bo jar, którym wiodła, wił się zbyt kręto, teraz był to chyba jedyny szlak 

ucieczki.

-   W   nogi!   -   syknął,   popychając   łkające   dziewczynki   w   mroczy   wąwóz.   Jakaś 

dziewczynka - przypomniał sobie, że miała na imię Ambra - przywarła do jego nogi, ale 

Dallatar pomógł jej ześlizgnąć się w dół. Chłopcy pokazywali dziewczynkom drogę, a Bakall, 

stojąc obok Iydahoe, odpierał ataki ścigających ich prześladowców. Gdy najmłodsi zniknęli 

wśród porastających dno wąwozu krzewów, Iydahoe popchnął za nimi zaciekłego młodzika i 

sam dał nura w dół, w ostatniej chwili unikając ciosów istańańskich mieczy.

Przez   długie,   ciągnące   się   niemiłosiernie   chwile,   nieliczna   grupka   ocalałych 

przeciskała się przez kręty i porośnięty gęsto krzewami jar. Młódź elfów była tak drobnej 

background image

postury, że bez większych kłopotów przemykała pod ciernistymi gałązkami, Iydahoe zaś nie 

zważał na niewielkie skaleczenia. W końcu grupka ciężko dyszących, przerażonych do cna 

uciekinierów zatrzymała się w leśnej gęstwinie. Iydahoe cofnął się po śladach sprawdzając, 

czy nie idzie za nimi pościg, niczego jednak nie usłyszał.

-   Jesteśmy   bezpieczni...   przynajmniej   na   razie   -   powiedział,   przekradłszy   się   z 

powrotem   ku   młodziutkim   zbiegom.   Policzył   dzieci   -   grupka   składała   się   z   dziesięciu 

chłopaków   i   prawie   tyluż   samo   dziewczynek.   Oszołomiła   go   świadomość,   że   on,   który 

wojownikiem został zaledwie kilka miesięcy temu, był teraz może najstarszym z żyjących 

członków plemienia.

- Zostaliśmy sami? - spytała mała Tuli, szczuplutka dziewczynka, która z najwyższym 

trudem walczyła z napływającymi jej do oczu łzami.

- Czy moja mama... została zabita? - spytała inna. Iydahoe nawet nie znał jej imienia. 

Poczuł ukłucie winy i wiele dałby za to, żeby móc przekazać małej jakieś pocieszające wieści.

Przypomniał sobie obraz padającej na ziemię Moxilli, przeszytej na wylot stalowym 

bełtem.   Przypomniał   sobie   innych   druhów   i   przyjaciół,   zarąbanych   przez   bezlitosnych 

najeźdźców.

-   Jeśli   nie   ma   nikogo   oprócz   nas   -   stwierdził   Bakall,   usiłując   śmiałością   mowy 

zwalczyć   drżenie   głosu   -   to   my   sami   stworzymy   plemię.   Gotów   już   jestem   zostać 

wojownikiem!

- Ja też - oznajmił Dallatar, który wyglądał teraz znacznie poważniej  niż godzinę 

temu, kiedy prosił Iydahoe o pokazanie sekretów rybołówstwa.

Młody wojownik machinalnie kiwnął głową czując, jak narasta w nim fala rozpaczy. 

Przecież nie potrafi zastąpić tym berbeciom ich matek i ojców! Może zdoła ich nauczyć paru 

rzeczy... ale o wielu sprawach nie miał pojęcia. Czy nikt mu nie pomoże?

I   wtedy   rozchyliły   się   przed   nim   gałęzie   i   młody   elf   spojrzał   w   nabiegłe   krwią, 

przerażone oczy swego ojca, Hawkana. Stary elf wpadł pomiędzy dzieciarnię, trzęsąc głową 

ze zgrozy.

- Na szczycie góry ujrzałem złe znaki... wróciłem tak szybko, jak się dało, nigdy 

jednak nie potrafiłbym wyobrazić sobie czegoś takiego... - Umilkł, a potem spojrzał na syna.

- Rad jestem, żeś ocalił choć kilkanaście głów...

- I cóż z tego? - spytał gorzko młody wojownik. - Te dzieci nie przeżyją zimy... o ile 

wcześniej nie wpadną w łapy tamtych rzeźników. Jak możemy przetrwać jako plemię?

-   Nigdy   więcej   nie   wypowiadaj   na   głos   tak   mrocznych   myśli!   -   rzekł   Hawkan   z 

przyganą.

background image

-   Ci   ludzie   przyszli   tu   z   czarodziejem!   Legioniści   z   Istar   byli   niewidzialni!   Nie 

spostrzegliśmy nawet, gdy nas podchodzili. Jak zdołamy się oprzeć takim siłom?

- Nadal żyjemy... a póki życia, póty nadziei. Ilu jest rannych?

Nie bez poczucia winy Iydahoe zdał sobie sprawę, że tego nie sprawdził. Okazało się, 

że Ambra otrzymała cięcie w udo, Bakall zaś miał przeszyte ramię. Biegłe palce Hawkana 

zbadały ranę dziewczynki i starzec wymruczał cichą modlitwę do leśnych bogów. Po kilku 

chwilach rana Ambry przestała krwawić, wkrótce także i Bakall został uzdrowiony.

- Ojcze, co teraz? - spytał Iydahoe, który jeszcze nie zdążył otrząsnąć się z rozpaczy.

-   Odejdziemy   stąd   i   założymy   gdzieś   nową   wioskę,   choć   obym   nie   musiał 

podejmować takiej decyzji.

Iydahoe wyczuł,  że w duszę starego szamana  wkrada się zwątpienie,  teraz jednak 

młodszy podsycił nadzieję w starszym.

-   Tędy.   -   Wskazał   drogę.   Przypomniał   sobie   niewielką,   prawie   niemożliwą   do 

odnalezienia grotę, w której była czysta, pitna woda. Odkrył ją przed wielu laty. - Myślę, że 

wiem, gdzie możemy się ukryć.

background image

Rozdział 24 - Budowniczowie dróg

Trzymając w dłoniach łuk i strzałę, Iydahoe skrył się wśród gęstego poszycia. Drżał ze 

strachu, co często zdarzało mu się ostatnio - a nigdy przedtem nie zaznawał takiej trwogi. 

Usiłował  zachować spokój, nie  ruszać się, trzymać  łuk pewną dłonią - gdyby w zasięgu 

wzroku   pojawiła   się   jakaś   łania   -   lecz   jego   palce   wciąż   drżały   w   rytm   pierwotnego, 

dogłębnego lęku.

Nie drżał z obawy przed bólem czy innym cierpieniem, takiemu lękowi potrafiłby się 

przeciwstawić   lub   go   zignorować.   Strach,   który   odczuwał,   zakorzenił   się   głębiej...   i   nie 

można było się z nim uporać.

Iydahoe bał się, że zawiedzie.

Jeśli  nie  zdoła niczego  upolować, jeśli  wróci bez  świeżego  mięsa,  jego nieliczne, 

ocalałe z pogromu plemię będzie cierpiało głód. Ta właśnie obawa skuwała mu lodem palce... 

Młodego   łowcę   paraliżowała   świadomość,   że   od   jego   przemyślności   i   zręczności   w 

posługiwaniu się łukiem zależy życie tuzina wolnych elfów. Masakrę przeżyli trzej dorośli - 

Hawkan,   Kaheena   i   on   sam.   Tak   się   jednak   stało,   że   z   całej   trójki   jedynie   Iydahoe   był 

doświadczonym   myśliwym.   Dawniej   ta   wiedza   wypełniłaby   mu   piersi   dumą,   teraz   czuł 

wyłącznie strach.

Przekonał się też, że istnieje tylko jeden sposób na zwalczenie tego strachu... i dlatego 

niemal nigdy nie wracał z łowów z pustymi rękoma.

Tym   razem   od   dwudziestu   czterech   godzin   czaił   się   przy   wodopoju.   Cichszy   od 

ducha,   czujnie   zasadził   się   pod   wiatr.   Ślady   w   błocie   świadczyły,   że   poprzedniej   nocy 

przebywało tu wiele zwierzyny - naliczył ślady przynajmniej kilkunastu saren - ale od chwili, 

kiedy zasiadł na czatach, nie zobaczył nawet mizernego kozła. Czyste źródło było jedynym 

dostępnym wodopojem w okolicy, korzystały zeń jelenie i inni mieszkańcy lasu. Od wielu 

jednak godzin elf nie zobaczył i śladu łupu. Jeśli do wieczora nie pojawi się tu bodaj zbłąkana 

sarna, ziszczą się najgorsze obawy Iydahoe - do swego nielicznego plemienia będzie musiał 

wrócić bez zdobyczy.

Oczywiście, istniała możliwość, że coś złowi Kaheena. Iydahoe wiedział jednak, że 

jego współplemieniec nie posiadał pewnej ręki i bystrego oka urodzonego łowcy. Brakło mu 

też cierpliwości, aby leżeć długie godziny w zasadzce bez ruchu, jak to - choć prawda, że bez 

powodzenia - czynił od świtu Iydaway.

background image

Największa cierpliwość i najpewniejsze na całym Ansalonie oko nie na wiele zdadzą 

się myśliwemu, który nie znajdzie zwierzyny.  Elf zaczynał podejrzewać, że w dającej się 

przewidzieć przyszłości do wodopoju, przy którym się zasadził, nie podejdzie żadne zwierzę.

Ale dlaczego? Zostawione w błocie ślady - sprzed dwu dni wprawdzie - były liczne i 

wyraźne. Co mogło spowodować tak drastyczną zmianę w obyczajach zwierząt? Nie mógł 

liczyć, że dowie się czegoś, siedząc w miejscu. Trzeba było coś zrobić.

Powzięcie decyzji uspokoiło drżenie palców myśliwego i Iydaway wyprostował się 

ostrożnie. Gdy wychodził na ścieżkę i ruszał krętą dróżką w stronę leżącego niżej wodopoju, 

nie zauważył żadnego ruchu w otaczającej go gęstwinie.

Choć pozornie skupił swą uwagę na dźwiękach i drganiach gałęzi w okolicznym lesie, 

nieustannie   rozmyślał   o   młodych   elfach   czekających   na   niego   w   leśnej   grocie.   Na   małe 

plemię składało się mniej niż dwa tuziny członków - z których jedynie on i Kaheena byli 

doświadczonymi wojownikami.

Kaheena ocalał dzięki temu, że gdy Istarianie uderzyli na wioskę, wędrował do sadyby 

Czarnych Piór. Gdy przybył na miejsce, znalazł te same zniszczenia i chaos, które przywitały 

Iydahoe u Srebrnych Łososi - a kiedy wrócił do siedziby własnego plemienia, było już po 

wszystkim.

Iydahoe tymczasem, po ukryciu młodzi w leśnej grocie, wrócił do spalonej wioski, 

aby zobaczyć, co da się ocalić z pogromu. Niewiele tego było. Ciała elfów i ruiny szałasów 

legioniści oblali olejem i podpalili, zostawiając osmalone zgliszcza. Pośród tych zgliszczy 

Iydahoe   spotkał   Kaheena.   Razem   zaczekali   na   Altaratha,   wojownika,   którego   posłano   z 

ostrzeżeniem do wioski nad Błękitnym Jeziorem. Po kilkunastu dniach stracili nadzieję, że 

kiedykolwiek zobaczą towarzysza. Doszli do nieuniknionego wniosku, że czwarte z plemion 

wolnych elfów spotkał ten sam jak pozostałe trzy okrutny los - i że ich współplemieniec 

zginął w tej zawierusze.

Podczas  długiej  i  ponurej  zimy,  która  wkrótce  nadeszła,  młodym  elfom pozostało 

jedynie   wierzyć,   że   są   ostatnimi   przedstawicielami   swego   narodu   na   całym   rozległym 

Ansalonie. Jedynym  oparciem okazał  się Hawkan, który opowiadał im o starych  bogach. 

Stary   szaman   szczególnie   ukochał   opowieść   o   Koźlim   Pradziadku   -   starym,   mądrym 

stworzeniu,   które   mieszkało   wśród   najwyższych   gór   i   udzielało   wskazówek   Ojcu 

Kagonosowi... ten zaś przewodził pierwszym wolnym elfom. Opowieści te podtrzymywały w 

młodych ducha i chęć życia.

Hawkan potrafił sprawić się nieźle z łukiem czy oszczepem, lecz przede wszystkim 

był szamanem. W rzeczy samej, podczas długiej zimy, która nadciągnęła po rzezi, wykazywał 

background image

się umiejętnościami uzdrowiciela i mistrza sztuki przetrwania. Wiedział, jak i gdzie znaleźć 

pożywienie,   potrafił   za   pomocą   swych   magicznych   umiejętności   przekształcić   niejadalne 

korzenie czy bulwy w coś, czym  dało się przynajmniej nasycić głodne brzuchy.  Kurował 

dzieci, kiedy się pochorowały,  i nawet uleczył  małą Faylai - dziewczynkę, której imienia 

Iydahoe nie mógł sobie przypomnieć - z gorączki, która zagrażała jej życiu.

Gdy nadeszła  wiosna, Iydahoe  zajął się łowami.  Dręczony nieustannymi  obawami 

zdołał jednak wydoskonalić swe myśliwskie umiejętności i prawie z każdych łowów wracał 

do obozowiska obarczony jakąś tłustą tuszą. Kaheena lepiej sprawiał się z wnykami i siecią, 

Bakall zaś i paru starszych chłopców przejawiali prawdziwy talent do ościenia - wszyscy 

razem zdołali z biedą wykarmić nieliczne plemię. Do tej pory udało im się zgromadzić nawet 

spore   zapasy   wędzonek   na   zimę.   Ale   do   bezpiecznego   przetrwania   potrzebowali   więcej 

żywności.

Niespodziewanie  w ucho Iydahoe  wpadł jakiś  dźwięk, obcy w tych  lasach  - i elf 

natychmiast całą uwagę skupił na otoczeniu. W lesie panowała cisza... i oto znów powtórzył 

się ten niemiły i obcy lasom dźwięk.

Był to zimny, pełen pychy śmiech ludzki.

Dźwięk   ów   obudził   w   elfie   całą   nienawiść   i   uśpioną   wściekłość,   które   Iydahoe 

pogrzebał na dnie duszy w dniu zagłady wioski. Od tamtego bowiem czasu nie szukał ludzi - 

miał na głowie inne sprawy- żaden też z najeźdźców nie zbliżył  I się do groty,  w której 

schroniło się plemię.

Wydało mu się, że hałas dobiega od strony niewielkiej sadzawki... i zaczął rozumieć 

daremność swego czekania na pojawienie się jeleni. Bezgłośnie jak cień zapadł w chaszcze na 

poboczu szlaku. Gdy przemykał pomiędzy drzewami i krzewami, nie drgnął nawet jeden liść. 

Elf skradał się na dno doliny.

Znalazł ludzi w pobliżu wody. Było ich czterech: niczym rzeźnicy stali nad ciałem 

łani,   którą   powalił   pocisk   z   kuszy.   Iydahoe   milcząc   obserwował,   jak   rozpalili   huczące 

ognisko, na którym upiekli język łani i parę skrawków udźca. Zjedli to wszystko, rechocząc 

radośnie i oblizując zakrwawione paluchy - resztę mięsa pozostawiając ścierwojadom.

Iydahoe doskonale rozumiał,, jakie korzyści daje elfom pozostawanie w ukryciu. Jak 

długo legioniści z Istar będą przekonani, że żaden z Kagonestyjczyków nie uszedł z pogromu, 

nie będą posyłali morderców do puszczy. Niestety, elfa ogarnęła żądza zemsty, która zmagała 

się z powstrzymującą go ostrożnością.

Sprawę rozstrzygnął ów śmiech. Iydahoe nie mógł już dłużej słuchać chichotu tych 

rzeźników i grubych żartów, jakimi przerzucali się nad martwą łanią. Zanim zdążył pomyśleć 

background image

o   konsekwencjach,   trzymał   już   napięty   łuk   ze   strzałą   na   cięciwie   i   mierzył   w   plecy 

najbliższego intruza.

Strzała   śmignęła   i   niczym   grom   z   jasnego   nieba   utkwiła   w   szerokim   grzbiecie, 

przeszywając   serce   najeźdźcy.   Zbyt   zdumiony,   aby   choćby   stęknąć,   człowiek   zwalił   się 

twarzą na tuszę łani, Iydahoe tymczasem zwalniał już następny pocisk. Ten trafił drugiego z 

intruzów w krtań, trzeci zaś przeszył serce jego sąsiada. Czwarty z ludzi, niemal oszalały z 

trwogi, rycząc przeraźliwie, kopnął się ku koniom, ale Iydaway szybko uciszył go ostatnią 

strzałą.

Młody wojownik nawet nie spojrzał na trupy, zauważył natomiast zmierzwioną trawę 

i połamane  gałązki  w  miejscu,  gdzie  ludzie  nieumiejętnie  usiłowali  oprawić łanię.  Wziął 

tuszę, a w jukach znalazł nieco sucharów i woreczek soli. Z tymi skarbami wrócił do lasu i 

pomknął w kierunku ukrytej groty.

Mijając najbliższe drzewo, zauważył na nim plamę bieli. Rozejrzawszy się dookoła, 

spostrzegł,   że   ludzie   siekierami   poznaczyli   wiele   drzew:   wszystkie   tworzyły   prostą   linię 

ciągnącą się ku północy. Najwyraźniej wytyczali przez las drogę, zaznaczając drzewa dla 

drwali, którzy mieli przyjść później.

Odkrycie to rozwścieczyło elfa jeszcze bardziej. Ponieważ w tej chwili niczego nie 

mógł   zdziałać,   ruszył   do   groty.   Po   paru   godzinach   wędrówki   zbliżył   się   do   wąskiej 

rozpadliny,  otwierającej się pomiędzy przytulonymi  do stromego zbocza dwoma wielkimi 

drzewami. Usłyszał przenikliwy świst i z gałęzi jednego z nich zeskoczył na ziemię Bakall. 

Najstarszy  z  młodzików  bardzo   poważnie   podchodził   do  obowiązków   wartownika.  Teraz 

pomógł Iydahoe dźwigać żywność, przeskakując z kamienia na kamień po skalistym pod- 

łożu. Choć plemię żyło tu od roku, wszyscy dbali, aby nie pozostawiać żadnych śladów, które 

wskazałyby wrogom drogę do miejsca, gdzie znajdowała się ukryta wioska.

Dno doliny wyścielał miękki mech. W cieniu wysokich drzew stało kilka szałasów, 

krytych  korą drzewną i skórami. Z najrozleglejszego szałasu wyjrzał siwowłosy Hawkan, 

który widząc powracającego z łowów syna, kiwnął tylko głową i wrócił do swej roboty. 

Wszystko wskazywało na to, że miała mu ona dostarczyć zajęcia na resztę życia.

Przed Hawkanem bowiem, rozłożone troskliwie na ziemi, leżały fragmenty rogu, które 

Iydahoe   przyniósł   z   ruin   wioski   Srebrnych   Łososi.   Szaman   większość   czasu   spędzał   na 

próbach dopasowania tych kawałków tak, aby dało się z nich odtworzyć Koźli Róg. Młody 

wojownik osobiście uważał, że próby te skazane są na niepowodzenie. Nie wiedział nawet, 

czy znalazł wszystkie kawałki, nie był również pewien, czy odszukał przynajmniej większą 

część   ułamków   spiralnego   rogu.   Niektóre   tworzyły   wylot,   inne   dawały  się   złożyć   w   łuk 

background image

krzywizny,   lecz   niewątpliwie   wielu   ułamków   brakowało.   Iydahoe   wybrał   się   nawet   raz 

jeszcze do zgliszcz wioski Srebrnych Łososi, ale przyniósł stamtąd jedynie parę drobnych 

kawałków.

Sam   Iydahoe   odtworzył   dla   siebie   wielki   bojowy   topór   Odnajdywacza   Ścieżek. 

Wyciosał drzewce z pnia drzewa żelaznego i wyprażył je w ogniu, potem zaś osadził na nim 

długą i wąską głownię. Stal nie straciła nic ze swej twardości i gdy wojownik oczyścił ostrze, 

zalśniła blaskiem, który rozsławił ją przed wiekami.

Dallatar zdjął mięsiwo z jego barków, a dziewczęta zakręciły się w poszukiwaniu 

drewna do wędzarni. Część dziczyzny zostanie zjedzona od razu, a resztę zachowa się na 

później. Wojownik przykucnął obok Hawkana obserwując, jak starzec składa fragmenty rogu. 

Bakall wrócił na swój posterunek.

Młody   elf   oddalił   się,   a   zaraz   potem   Iydahoe   usłyszał   gwizd   żurawia   -   znak   od 

Bakalla, że zbliża się jeden z członków  plemienia, który niesie ważne wieści. Wojownik 

podniósł   broń   i   pobiegł   ku   wyjściu   z   wąwozu.   Wnet   spotkał   się   z   siedzącym   na   ziemi 

spoconym Kagwallasem, jednym z młodzików młodszych o parę lat od Bakalla. Na widok 

Iydahoe wstał czym prędzej.

- Mam wieści od Kaheeny - oznajmił, choć niełatwo mu było mówić, dyszał bowiem 

ciężko po biegu. - Wziął jeńca... jednego z Domowych Elfów. Chce, żebyś go przesłuchał.

- Wziął jeńca? - zaniepokoił się Iydahoe. I cóż im przyjdzie z tego, że mają jednego z 

Domowych?  Rad był, że Kaheena nie przywlókł więźnia do kryjówki, nie bardzo jednak 

wiedział, co z nim począć.

- Gdzie go trzymacie?

- W dolinie nad bliźniaczymi wodospadami, obok Sadzawki Łososi.

Iydahoe znał to miejsce i wiedział, że tam właśnie Kaheena najchętniej łowił ryby. 

Znajdowało się w odległości paru godzin marszu od kryjówki - niepokojąco bliskie miejsce 

na   trzymanie   Domowego.   Wojownik   postanowił   nie   tracić   czasu   na   czcze   rozmyślania. 

Ruszywszy   szybkim   marszem,   odnalazł   Kagonestyjczyka   i   jego   jeńca   w   miejscu,   które 

wskazał mu Kagwallas.

Jeńcem okazał się złotowłosy elf, który ze związanymi na plecach dłońmi siedział 

ponuro   na   trawie.   Nie   opodal   na   piętach   przysiadł   Kaheena,   który   wpatrywał   się   w 

jasnowłosego Domowca tak intensywnie, jakby chciał na wylot przewiercić mu wzrokiem 

czaszkę. Gdy Iydahoe wkroczył na niewielką polankę, jego współplemieniec zaledwie kiwnął 

głową.

- Co to za jeden? - spytał Iydahoe.

background image

- Twierdzi, że jego zadanie polega na wytyczaniu drogi. Utrzymuje, że ludzie z Istar i 

Domowcy przeprowadzą przez puszczę wielką drogę. On wyszukuje najlepsze miejsca do 

budowy.

Jeniec przez chwilę wodził nienawistnym wzrokiem od jednego do drugiego wolnego 

elfa.   Iydahoe   natomiast   przypomniał   sobie   niedawno   spotkanych   ludzi   i   dziwny   sposób 

znaczenia drzew... Wzdrygnął się gwałtownie.

- Czyżby Domowcy zawarli przymierze z Istar? - spytał z niedowierzaniem.

Złotowłosy wzruszył ramionami.

- Któż wie, co zechce zrobić Król-Kapłan.

Iydahoe pomyślał, że jeniec pogodził się już z nieuniknionym losem.

- Dlaczego Silvanestyjczykom zależy na tym, aby przeprowadzić drogę do Istar?

Jeniec ponownie wzruszył ramionami.

- Może dla śpiewaków. Każdego roku posyłamy  do Istar chór złożony z naszych 

kleryków. Śpiewają podczas wielkich świąt w katedrze Króla-Kapłana. W zamian tamtejsi 

kapłani udzielają im swych nauk.

Dla elfów, którzy poddają się władzy i zarządzeniom ludzi, Iydahoe żywił wyłącznie 

pogardę, ukrył jednak odrazę, aby wydobyć z jeńca jeszcze nieco wiadomości.

- Tędy będzie przebiegała droga? - spytał, wskazując nacięcia na drzewach.

- Jedna z wielu. W rzeczy samej sądziliśmy, że wy, Malowane Elfy, odeszliście stąd i 

nikt nie będzie niepokoił podróżnych ani karawan.

Oczy wojownika błysnęły groźnie. - Puścimy cię wolno, ale kiedy wrócisz do swoich 

panów, powiedz im, że Kagonestyjczycy nie odeszli! Każdy człowiek i elf, który wkroczy do 

tych lasów, zostanie zabity!

Domowiec roześmiał się pogardliwie.

- Może zabijecie kilku, może uda się wam zabić wielu, ale jeśli sądzicie, że zdołacie 

powstrzymać   budowę   drogi,   jesteście   durniami!   Król-Kapłan   wysyła   swych   ludzi,   dokąd 

chce, i nie obchodzi go, ilu z nich zginie.

- Zabijemy więc wszystkich! - Iydahoe poczuł, że wzbiera w nim gniew, który niemal 

zaćmił mu wzrok. Przypomniał sobie rzeź współplemieńców. Choćby każdego dnia zabijał 

kilkunastu legionistów, nie zdoła w pełni zemścić się za tamtą brutalną napaść.

Być  może powodem tego, co się wówczas stało, było zaślepienie elfa, może jego 

uwagę   rozproszyło   wspomnienie   rzezi   lub   strach,   który   zaczął   sączyć   się   do   umysłu 

wojownika.   Tak   czy   owak,   Iydahoe   nie   spostrzegł   w   porę,   że   dłoń   Domowca   nagle 

background image

wyskoczyła   tamtemu   zza   jego   pleców.   W   dłoni   tej   srebrzyście   połyskiwało   ostrze 

niewielkiego sztyletu, który Kaheena przeoczył, kiedy krępował jeńca.

Silvanestyjczyk   pchnął   błyskawicznie,   kierując   ostrze   w   pierś   Iydahoe,   który, 

zatopiony we własnych myślach, nie dostrzegł zagrożenia. Nie zdążył nawet się poruszyć.

Kaheena   spostrzegł   jednak,  co   się   święci.   Rzucił   się   do   przodu,  usiłując   chwycić 

napastnika za dłoń - i chybił. Ostrze gładko wniknęło w jego pierś. Wolny elf jęknął tylko, 

podczas gdy Iydahoe,  który ocknął się wreszcie, jednym  cięciem  topora przerąbał  gardło 

Domowca. Obaj przeciwnicy runęli na ziemię, gdzie ich krew zmieszała się, po czym zaczęła 

wsiąkać w ściółkę.

-   Nie!   -   jęknął   Iydahoe,   widząc   strumień   szkarłatu,   który   wypływał   z   piersi   jego 

towarzysza.   Kaheena   spojrzał   nań   ze   zdumieniem,   poruszył   wargami...   i   zamknął   oczy. 

Gdyby nie śmiertelna bladość jego twarzy, można by pomyśleć, że zasnął.

Odciągając ciało wroga, Iydahoe zauważył niewielką pochewkę przymocowaną z tyłu 

do pasa Domowca. W niej właśnie ukrywał swój sztylet. Wojownik pochował towarzysza 

tam, gdzie padł. Silvanestyjczyka zostawił na żer krukom.

Kierując się ku ukrytej wiosce, osamotniony Iydahoe zapłakał, pojmując gorzką ironię 

sytuacji.   Zginęli   dwaj   wojownicy   elfów,   jeden   zadał   śmierć   drugiemu.   W   zależności   od 

punktu widzenia można w tym było widzieć ofiarę albo przekleństwo na drodze, którą kazał 

zbudować Król-Kapłan odległego Istar.

background image

Rozdział 25 – Zasadzka

Istarianie budowali drogę cztery lata. Trzeba rzec, iż było to niełatwe dzieło. Wokół 

roztaczały   się   gęste   lasy   i   nieprzyjazny   teren.   Co   gorsza,   wielu   robotników   ginęło, 

przeszytych czarnymi strzałami, które z niesamowitą celnością wyfruwały spomiędzy drzew - 

łucznicy zaś znikali w puszczy, zanim ktokolwiek zdołał ich dopaść. Pomimo tych przeszkód 

drogę wreszcie ukończono.

W ciągu następnych dziewięciu lat pomiędzy Istar i Silvanesti regularnie kursowały 

karawany. Choć Iydahoe nigdy nie pozwalał, aby przechodziły bez kłopotów, jego strzały nie 

wyrządzały   im   większych   szkód,   podobnie   jak   ukłucie   komara   wielkiemu   i   nieczułemu 

potworowi.

Podczas tych wszystkich lat Iydahoe doskonalił swe umiejętności łowieckie, stając się 

coraz   bieglejszym   myśliwym...   i   zabójcą.   Nauczył   się   zwalczać   strach   przed 

niepowodzeniem. Będąc jedynym myśliwym w plemieniu, potrafił je wyżywić, zdołał też w 

łowieckim   kunszcie   wyszkolić   młodzików,   Bakalla,   Dallatara   i   Kagwallasa.   W   końcu 

polowaniami   zajęli   się   właśnie   ci   trzej   chłopcy,   a   Iydahoe   poświęcił   się   zemście   na 

Istarianach.

Jak przepowiedział zabity niegdyś Domowiec, Król-Kapłan wysyłał do puszczy całe 

kohorty i legiony, które dokładnie przeszukiwały gęstwinę, lecz wioska młodych elfów była 

tak dobrze ukryta, że ludzie nigdy się do niej nawet nie zbliżyli. Niekiedy Iydahoe niepokoiła 

myśl o odzianym w szare szaty czarowniku i elf zastanawiał się, czy mag ów był dostatecznie 

potężny, aby odnaleźć plemię dzięki swej sztuce. Gdzieś w głębi duszy elfa tkwiło zresztą 

pragnienie, aby ponownie spotkać się z tym człekiem i pomścić na nim wszystkie krzywdy, 

jakie sprowadził na wolne elfy.

Póki co dręczył karawany wypadami z zasadzki. Musiał jednak przyznać, że szkody, 

które zdołał wyrządzać, były raczej niewielkie i zaczął się zastanawiać, czy Bakall gotów jest 

do podjęcia trudów życia wojownika. Młodzik był niezwykle poważny, przejęty swą rolą i 

wydawało się, że można już ozdobić go tatuażami dorosłego.

W   rzeczy   samej   wszyscy   młodzi   Kagonestyjczycy   szybko   przyswajali   sobie 

umiejętności, niezbędne do przetrwania dzikim elfom - te, których mogli ich nauczyć Hawkan 

lub   Iydahoe.   Starsi   chłopcy   musieli   przejąć   na   siebie   role   mężczyzn,   dojrzewające 

dziewczynki zajęły się pracami kobiecymi - choć żadna z nich nie była przecież mężatką. 

background image

Ambra tymczasem wyrastała na niezwykle urodziwą pannę i Iydahoe zauważył, że Bakall, 

Dallatar i Kagwallas zaczynają zabiegać o jej względy.

Połączona wiedza Iydahoe i Hawkana pozwoliły im wybudować szałasy i wykarmić 

dwadzieścia dwie gęby, składające się na nieliczne plemię. Wojownik, gnany drzemiącą w 

nim nienawiścią, energicznie przeszukiwał okoliczne lasy i każdy człowiek, który ośmielił się 

choćby zbliżyć do ukrytej wioski, ginął szybką i gwałtowną śmiercią.

Jedną z pierwszych  ofiar zemsty elfa okazał się podróżujący do Tarsis  istariański 

handlarz   bronią,   dzięki   czemu   Iydahoe   zyskał   kilka   tysięcy   stalowych   grotów   do   strzał. 

Młodsi członkowie plemienia, dziewczęta na równi z chłopcami, osiągnęli wielką biegłość w 

opatrywaniu strzał lotkami, Iydahoe zaś sam barwił je mieszanką sadzy i otrzymywanej ze 

ślimaków farby, którą posługiwano się jak inkaustem. Podczas ostatnich trzynastu lat każda z 

ofiar elfa znaczona była czarną jak kir strzałą.

Pewnego   popołudnia,   późną   jesienią,   Ambra   i   Kagwallas   zajęli   się   opatrywaniem 

strzał w lotki, sam Iydahoe osadzał na każdej stalowy grot. Do zajętych pracą podkradł się 

Dallatar, zawsze skłonny do żartów. Ambra nie zobaczyła ukrytej w dłoniach figlarza żaby, 

dopóki ta nie wylądowała na jej kolanach. Dziewczyna krzyknęła i skoczyła na równe nogi, a 

Dallatar wybuchnął śmiechem.

Pozostali również roześmiali się ze zmieszanej dziewczyny, która - czerwona z furii - 

skoczyła ku prześladowcy. Dallatar jednak z łatwością jej umknął.

-   Iydahoe!   Mam   wieści!   -   Na   polankę   wpadł   Bakall,   który   natychmiast   potępił 

wzrokiem wygłupy Dallatara. Zawsze poważny młodzieniec krzywił się z niesmakiem, gdy 

przyklękał obok wojownika.

- Nadciąga wielka karawana - oznajmił nieco zdyszanym głosem. - Przekroczyli już 

granice Silvanesti i kierują się na Istar.

- Ilu ich jest? - spytał wojownik.

- Setka koni i dwadzieścia wielkich wozów. - Bakall przez chwilę wahał się, potem 

niespodziewanie wypalił: - Wojowniku... czy tym razem nie mógłbym ci pomóc?

Iydahoe spojrzał na siedzącego nie opodal ojca, pewien, że starzec orzeknie, iż Bakall 

jest zbyt młody - lecz szaman nie podniósł wzroku znad koca, na którym rozłożył kawałki 

rogu. Iydahoe zrozumiał, że decyzję musi podjąć sam.

Spojrzał   krytycznie   na   młodzieńca.   Bakall   był   szczupły   i   muskularny,   choć   nie 

osiągnął   jeszcze   pełni   męskiej   krzepy.   Chłopak   był   szybki,   miał   bystre   oko   i   przejawiał 

niezwykle ważną dla Kagonestyjczyka cechę - wiedział, jakie korzyści daje cierpliwość.

- Doskonale. Jeśli szaman ozdobi twoją twarz tatuażem, możesz mi towarzyszyć.

background image

- Podczas lata zebrałem sporo ślimaków. - Hawkan kiwnął głową. Iydahoe wiedział, 

że   czarny   tusz,   jakim   szamani   posługiwali   się   przy   tatuażach,   wytwarzano   z   błotnych 

ślimaków. - Mam dość tuszu, aby naznaczyć Bakalla znamionami wojownika.

Tej   nocy   plemię   było   świadkiem   poważnej   uroczystości,   podczas   której   szaman, 

posługując się piórem cietrzewia, osadzał drobiny farby pod skórą Bakalla. Na piersi młodego 

wojownika zakwitły dwa bliźniacze kręgi, na jego twarzy zaś pysznił się dębowy liść, taki 

sam jak u Iydawaya. Bakall bez słowa skargi zniósł całą - dość bolesną - procedurę, a gdy 

Hawkan   skończył,   młodzieniec   podniósł   w   górę   stalowy   miecz   i   wojennym   okrzykiem 

oznajmił światu, że Kagonestyjczykom przybył nowy mściciel.

Dwa dni później Iydahoe i Bakall wyruszyli, aby zasadzić się na Istarian. Każdy miał 

kołczan pełen czarnych strzał. Szybko dotarli do miejsca, które Iydahoe wybrał już kilka lat 

wcześniej.

Obaj   wojownicy   ani   razu   nie   zatrzymali   się,   by   choć   po-   myśleć   o   przewadze 

liczebnej przeciwnika. Iydahoe przywykł zresztą do takich napaści. Polegał na swej biegłości 

w leśnym rzemiośle, w którym umiejętność skradania się była sprawą fundamentalną. Elf 

wiedział  też,  że   przemawia   za  nim  znajomość  terenu.   Pewien  był,   że  zdoła   uciec   -  lecz 

przedtem zabije tylu najeźdźców, ilu tylko zdoła.

Doświadczenie kazało mu spodziewać się, iż zdołają wypuścić przynajmniej po kilka 

strzał - i każda strzała zgasi życie jednego legionisty. Potem wespół z Bakallem jak duchy 

znikną w puszczy. Zostawią oczywiście (niezbyt liczne) ślady, za którymi pójdą tropiciele - w 

stronę przeciwną od wioski.

Znaleźli  karawanę  i przez  cały długi dzień obserwowali kolumnę  z wierzchołków 

drzew, a nawet spomiędzy krzaków oddalonych od drogi nie więcej niż o setkę stóp. Patrzyli, 

jak obok nich przeciągali jeźdźcy, słyszeli skrzypienie osi i parskanie koni. Dowódca eskorty 

dosiadał świetnego białego rumaka, którym powodował złotymi - takiej samej barwy jak jego 

tunika - cuglami. Pod swój wcale szeroki tyłek wetknął nabijane złotem siodło. Podczas jazdy 

nie patrzył ani w lewo, ani w prawo - wysunął tylko butnie szczękę, jakby wyzywał puszczę i 

jej mieszkańców - niechby spróbowali rzucić wyzwanie niezwyciężonej potędze Istar!

Iydahoe pomyślał ponuro, że nie byłoby dobrze, gdyby ów człek wyjechał z puszczy 

zawiedziony.

Późnym   popołudniem   skryli   się   w   gęstej   i   mrocznej   kępie   krzewów,   oddalonej   o 

pięćdziesiąt stóp od drogi. Położywszy się na brzuchach, obserwowali przeciągającą duktem 

kolumnę.  Ze swoich miejsc mogli dokładnie  policzyć  jeźdźców i nawet przyjrzeć się ich 

gębom.

background image

Eskorta składała się ze stuosobowego oddziału konnych, jadących po dwu obok siebie. 

Czyhający w zasadzce nie omieszkali zauważyć, że jeźdźcy mieli na sobie jaskrawe barwy i 

siedzieli w siodłach sztywno i dumnie - co może i pięknie wyglądałoby na paradzie, ale w 

puszczy było zupełnie nie na miejscu. Zapomnijcie o postawie - poradził w duchu jeźdźcom 

Iydahoe. - Wkrótce będziecie radzi, jeśli uda się wam wynieść stąd głowy na karkach.

Za oddziałem pysznych, lecz głupkowatych jeźdźców pojawiły się zdobione złotem 

wozy.   Każdy   ciągnęła   para   smukłych,   bułanych   koni.   Woźnicami   byli   Silvanestyjczycy, 

każdy miał na sobie stalowy pancerz, a miecz umieścił tuż pod ręką. Pod płótnem kryjącym 

wozy w zasięgu dłoni niewątpliwie leżały też łuki i strzały.

Zagadkowe wozy objawiły swą zawartość zaintrygowanym elfom dość szybko, kiedy 

rozbrzmiała z nich pieśń śpiewana pięknymi dziewczęcymi głosami. Słodka melodia niosła 

się od wozu do wozu, aż obok Iydahoe i Bakalla przesunęło się kilkanaście zaprzęgów. Za 

nimi  pojawili się kolejni legioniści - następna setka w lśniących,  paradnych  zbrojach, na 

dumnie tańczących koniach.

Kagonestyjczycy zajęli się obserwacją ludzi, ci zaś zaczęli się sposobić do rozbicia 

obozu.   Bakall   dygotał   z   podniecenia   i   Iydahoe   dotknął   jego   barku,   bez   słów   radząc 

młodzieńcowi, aby się opanował. Spojrzał przy tym na kręgi, tak niedawno wytatuowane na 

piersi   towarzysza   i   poczuł   ukłucie   goryczy.   Bakall   był   tak   młody...   do   pełnego   wieku 

wojownika   brakowało   mu   jeszcze   dziesięciu   lat!   I   oto   siedział   tutaj   i   szykował   się   do 

pierwszej w życiu napaści.

Wielka istariańska kolumna wydawała się zbyt kuszącym celem, by Iydahoe ją sobie 

darował. Cała grupa zmierzała najwidoczniej  z Silvanesti na północ, do bajkowego Istar. 

Wędrowcy minęli już wysadzane żywopłotem trakty, czym słynęły szlaki Silvanestyjczyków, 

i od paru dni spiesznie podążali krętymi leśnymi drogami. Legioniści i ich dowódcy wiedzieli, 

że nawet samotny leśny elf stanowił nie lada zagrożenie.

Iydahoe po raz tysięczny przypomniał sobie rzeź sprzed czternastu lat. Jak zawsze 

wezbrał w nim gniew - zapiekła furia, która tak bardzo ułatwiała młodemu wojownikowi 

spoglądanie na znaki istariańskie i zabijanie... zabijanie bez cienia litości.

Podczas minionych lat Iydahoe ponad trzykrotnie spłacił krwawy dług, jaki zaciągnęli 

wobec   niego   legioniści,   zabijając   około   setki   jego   współplemieńców   -   ale   uważał,   że 

rozliczenie dopiero się zaczyna. Wypadające spomiędzy drzew strzały kosiły budowniczych 

dróg i wędrownych kupców. Podpalał całe obozowiska, wielu smolarzy i drwali znajdowano 

z okropnie rozciętymi w straszliwej parodii uśmiechu gardłami.

background image

Teraz w nikłej poświacie wczesnego poranka obserwował, jak legioniści zwijają obóz 

i   ustawiają   się   w   szyku   marszowym.   Był   prawie   gotów   do   ataku.   Gdy   wreszcie   ostatni 

jeźdźcy odjechali z polanki, dwaj wojownicy wychynęli ze swych kryjówek, szybko dotarli 

do szczytu  pobliskiego wzgórza i zapadli w zalegającą za nim puszczę. Podążali ścieżką 

mniej więcej równoległą do drogi i Iydahoe wiedział, że wkrótce dotrą do miejsca świetnie 

nadającego się na zasadzkę. Wcześniej zresztą nigdy nie atakował na tym odcinku i liczył, że 

ludzie osłabią czujność, jaką zachowywali w miejscach poprzednich napaści.

-   Te...   śpiewaczki...   -   spytał   Bakall,   bez   trudności   dotrzymujący   kroku   starszemu 

wojownikowi. - Jak sądzisz, kim są? Z pewnością nie należą do rasy ludzi, prawda?

Iydahoe przypomniał sobie wspaniałe brzmienie pieśni i potrząsnął głową.

-   Owszem,   to   elfki.   Kilka   łat   temu   powiedział   mi...   ktoś...   że   niektórzy 

Silvanestyjczycy   udają   się   do   Istar,   aby   tam   śpiewać   w   świątyni.   Nie   umiem   natomiast 

powiedzieć, dlaczego to robią.

- Może wzięto je siłą? - zastanawiał się młody śmiałek.

- Może... - Iydahoe nie był przekonany do tej koncepcji. - Nie mogę uwierzyć, że 

kogoś... szczególnie elfa... można zmusić, aby wbrew swej woli śpiewał z takim uczuciem i 

tak pięknie. Nie, moim zdaniem te dziewczyny nie są niewolnicami.

- No to dlaczego śpiewają? - Dla Bakalla najwyraźniej pytanie to miało swoją wagę.

Odpowiedzią Iydahoe było milczenie i młodziutki wojownik zrozumiał, że nie potrafi 

on rozstrzygnąć jego wątpliwości. Biegli równym truchtem przez blisko godzinę, podążając 

grzbietem wzgórza, aż wreszcie Iydahoe ocenił, że czas wracać na drogę.

Teraz prowadził Bakall - podążyli zboczem porośniętym sumakiem, który już oblał się 

szkarłatem  w  przededniu  miesiąca  zwanego przez  ludzi  Jul. Obaj  czatownicy  przemknęli 

przez skalne rumowisko i zatrzymali się na cyplu, który wznosił się nad drogą na wysokość 

może sześciu dziesiątek stóp. Strome zbocze pokryte popękanym, zdradzieckim wapieniem 

tworzyło trudną do pokonania barierę pomiędzy wojownikami i wijącą się niżej drogą. W 

odległości   stu   stóp   po   przeciwnej   stronie   drogi   skały   wznosiły   się   nawet   na   większą 

wysokość, pośrodku leżał wąski przesmyk, przez który będą przechodzili Istarianie.

- Będziemy mogli wystrzelić stąd wiele strzał, a potem zdołamy w porę się wycofać - 

oznajmił Iydahoe, Bakall zaś kiwnął tylko głową. Według jego mniemania miejsce zasadzki 

idealnie się do tego nadawało.

Wyszukawszy cienisty zakątek, skąd mieli dobry widok na podejście, obaj śmiałkowie 

zasiedli na czatach. Przynieśli ze sobą odrobinę wędzonej dziczyzny, zjedli więc kilka kęsów 

background image

i popili wodą z bukłaków. Cały czas nie odrywali wzroku od szlaku - czekali spokojnie z 

cierpliwością tak bardzo charakterystyczną dla plemienia wolnych elfów.

- Są! - wyszeptał w pewnej chwili Bakall, wskazując na migającą wśród drzew złotą 

opończę. Iydahoe nie bez pewnej irytacji zmuszony był przyznać, że jego młodszy towarzysz 

pierwszy zobaczył wrogów.

Dowodzący   legionistami   kapitan   poprowadził   jeźdźców   ku   stromemu, 

obramowanemu   skałami   jarowi,   potem   szarpnął   cuglami   i   zatrzymał   konia.   Elfy 

obserwowały, jak badał wzniesienia po obu stronach drogi. Iydahoe wyczuł, że człowiek nie 

ufa temu odcinkowi szlaku. Najwyraźniej nie był głupcem.

Odwróciwszy się ku jadącym za nim, dowódca rzucił jakieś polecenie i czterech ludzi 

zmiotło z siodeł. Natychmiast skoczyli po dwóch w las po obu stronach szlaku - Iydahoe bez 

trudu domyślił się, jakie otrzymali rozkazy. Każda para miała zbadać wzniesienie nad swoją 

stroną drogi i sprawdzić, czy nie zaczaił się tam ktoś w zasadzce.

Kagonestyjczyka zresztą nie martwiło to w najmniejszym stopniu. Wierzchołki obu 

wzgórz   były   nierówne   i   pofałdowane,   z   mnóstwem   kryjówek,   i   do   ich   rzetelnego 

przeszukania potrzeba byłoby całej kohorty. Obaj wojownicy już wcześniej zadbali o to, aby 

cedrowy   zagajnik   dobrze   ich   osłaniał.   Szperacze   nie   odkryją   ich   obecności   -   chyba   że 

rozchylą gałęzie, ale krzaków było zbyt wiele i dwóch tylko ludzi nie mogło pozwolić sobie 

na tak dokładne przeszukiwanie.

Spokojnie, czyniąc mniej hałasu niż otaczające ich skały, obaj wojownicy czekali na 

zwiadowców. Zgodnie z domysłem Iydahoe ludzie, ostrożnie przekradający się po zboczu, 

pojawili   się   mniej   więcej   po   godzinie.   Elfi   wojownicy   mogli   z   łatwością   pozbyć   się 

szperaczy, ale nie założyli strzał na cięciwy, nie chcąc zdradzić miejsca zasadzki.

Obaj   zwiadowcy   przeszli   w   końcu   w   odległości   kilkunastu   kroków   od   kryjówek 

elfów. Stękali ze złością, a Iydahoe nie bez uciechy przysłuchiwał się ich utyskiwaniom.

- Śmierdzące elfy! - warknął jeden ze szperaczy. - Dlaczego, do kata, ryzykujemy 

życie, eskortując wozy z silvanestyjskimi dziwkami?

-   Bo   Król-Kapłan   lubi   ich   śpiew   -   mruknął   drugi   z   przyganą   w   głosie.   -   Może 

zechcesz przedyskutować to z nim osobiście?

- Ja? Objadłeś się szaleju? Nie teraz... szczególnie wtedy, kiedy wszyscy wokół gadają 

o wielkiej czystce. On... jak to tam idzie... osobiście zajmie się wyplenieniem zła ze świata.

- Na twoim miejscu mniej przejmowałbym się tym, co gadają „wszyscy” - ostrzegł 

jego towarzysz. - Pamiętaj jednak, że chór elfów towarzyszy każdej pałacowej Wieczornej 

background image

Modlitwie i nadeszła pora, aby dostarczyć nową grupę elfich dziewek. A zresztą, znasz kogoś, 

kto potrafi śpiewać równie pięknie jak one?

- Wyglądają też... niczego sobie - dodał drugi z lubieżnym chichotem. - Powiem ci, że 

nie   miałbym   niczego   przeciwko   temu,   by...   hm...   wziąć   za   rączkę   jedną   z   tych   małych 

wiedźm i...

Tak prowadzone przeszukiwanie terenu trwało dalej, obaj zwiadowcy oddalili się i 

Iydahoe nie usłyszał, przeciwko czemu nie protestowałby legionista. Minęła kolejna godzina, 

podczas której obaj czatownicy ani drgnęli. W końcu kolumna jeźdźców drgnęła i ruszyła 

przed siebie, z czego wojownicy wywnioskowali, że szperacze z drugiego krańca wąwozu 

przesłali sygnał, iż droga jest bezpieczna.

Iydahoe   i   Bakall   ostrożnie   zajęli   wcześniej   upatrzone   pozycje.   Pierwsza   setka 

jeźdźców wjechała tymczasem do wąwozu, za nimi pojawiły się powozy. Iydahoe spostrzegł, 

że w pierwszym wozie odsunęła się płócienna zasłona i na ziemię wyskoczyła złotowłosa 

panna.

- Vanisio! - rozległ się surowy głos, ale dziewczyna nie zwróciła uwagi na wołanie. Z 

wozu wysunął więc głowę elf noszący błękitną szatę kapłana i gestem dłoni wezwał ją do 

powrotu.

Dziewczyna   roześmiała   się   miękko,   przyklęknęła   przy   drodze   i   zerwała   kilka 

błękitnych kwiatów. Zanim ponownie wsiadła na wóz, podniosła twarz ku słońcu i Iydahoe na 

uderzenie   serca   zamarł   jak   rażony   gromem.   Poraził   go   wizerunek   niewinnej,   wyjątkowo 

pięknej dziewczęcej twarzyczki. Od czasu, kiedy w wiosce Białych Ogonów przyglądał się 

beztroskiej, roześmianej Moxillii, jego serce ani razu nie uderzyło dla żadnej dziewczyny tak, 

jak teraz niespodziane załopotało dla tej nieznajomej.

- Już? - spytał Bakall, który zdążył tymczasem dociągnąć cięciwę z osadzoną na niej 

strzałą   do   policzka   i   oczekiwał   sygnału   do   ataku.   Starszy   z   elfów   nie   bez   zdumienia 

spostrzegł, że gdy on przyglądał się dziewczynie, legioniści zbliżyli się na odległość strzału.

- Już! - zgodził się.

Obie cięciwy zagrały w tej samej chwili. Słońce pocałowało groty strzał i dowódca 

kohorty oraz najbliższy z jego oficerów runęli z siodeł. W wąwozie rozległy się okrzyki 

wściekłości i rżenie koni, a w powietrzu błysnęły ostrza wyciągniętych mieczy.

Obaj napastnicy zdążyli tymczasem wypuścić strzały po raz drugi i trzeci. W dole 

zakotłowało się dziko, gdy legioniści zaczęli szukać schronienia przed śmiertelnymi grotami, 

które   zwaliły   już   z   koni   sześciu   ludzi.   Drogę   na   tyły   blokowały   wozy,   ściany   jaru   nie 

background image

pozwalały na ucieczkę w bok - zatem prowadzący jeźdźcy wbili ostrogi w końskie boki i 

ruszyli cwałem wzdłuż wąwozu.

Iydahoe   tymczasem   wypuszczał   strzałę   za   strzałą,   każdym   pociskiem   zwalając   z 

siodła   jednego   z   przerażonych   jeźdźców.   Podczas   wcześniejszych   zasadzek   przypominał 

sobie w takich chwilach rzeź swej wioski. Serce elfa zastygało wtedy na kamień i mordował 

bez   najmniejszego   wzruszenia   -   całą   uwagę   skupiał   tylko   na   wyszukiwaniu   wzrokiem 

kolejnych celów.

W   dole   ruszyły   tymczasem   wozy,   przetaczając   się   ze   skrzypem   osi   po   ciałach 

martwych   legionistów.   W   pierwszym   wozie   rozsunięto   zasłonę   i   Iydahoe   znów   ujrzał   tę 

niezwykle piękną dziewczynę - Vanisię - która rozszerzonymi oczyma spoglądała w górę, ku 

ścianom jaru. Dziwne, ale we wzroku dziewczyny więcej było ciekawości niż strachu.

Nagle ktoś szarpnął ją do tyłu i na jej miej.. pojawił się ów kapłan. Iydahoe przeniósł 

wzrok   na   legionistów.   Nie   uważał,   aby   istniał   jakikolwiek   powód   do   zabijania 

Silvanestyjczyków,   gdy   w   zasięgu   strzały   można   było   znaleźć   istariańskich   legionistów. 

Wycelował starannie i zwalił z siodła jeszcze jedną ofiarę.

Kapłan podniósł dłoń i Iydahoe ze zdumienia omal nie wypuścił z dłoni majdanu łuku 

- jego strzała w locie zamieniła się w kwiat na długiej łodyżce, który nieszkodliwie odbił się 

od piersi niedoszłej ofiary! Pocisk Bakalia spotkał dokładnie ten sam los!

W ciągu kilku następnych chwil Iydahoe wypuszczał kolejne strzały, szukając coraz to 

odleglejszych celów, kapłan jednak za każdym razem rzucał swe tajemnicze zaklęcie i nie 

tylko unieszkodliwiał, ale i upiększał pociski.

Rozjuszony   elf   wziął   w   końcu   na   cel   łeb   kapłana.   Tym   razem,   zaledwie   puścił 

cięciwę,   strzała   frunęła   w   górę.   Bezgranicznie   zdumiony   i   blady   jak   sama   śmierć 

Kagonestyjczyk zobaczył, że z drzewca wyłaniają się białe skrzydła. I nagle strzała jakimś 

cudem przemieniła się w ptaka, białą gołębicę, polatującą wdzięcznie  nad wąwozem.  Elf 

wypuścił jeszcze dwie strzały - dodając tylko dwie białe gołębice.

Kapłan   zaś   utkwił   gniewne   spojrzenie   w   skalistym   zboczu,   na   którym   ukryli   się 

strzelcy.  Jego  magiczny  zaśpiew   nabrał  mocy  i  Iydahoe   poczuł,  że  jakaś  siła  ciągnie  go 

nieodparcie   w   dół.   Z   najwyższym   trudem   szarpnął   się   w   tył   i   wyrwał   spod   wpływu 

świątobliwego męża.

- Zmykamy! Zostawmy im fałszywy trop! - syknął, zwracając się do Bakalla.

I   spostrzegł,   że   młodzieniec   opuścił   stanowisko   u   jego   boku.   Ze   zdumieniem 

obserwował, jak Bakall wstaje i całkowicie odsłania się oczom stojących niżej ludzi i elfów. 

Zanim starszy wojownik zdołał cokolwiek przedsięwziąć, młodzik odwrócił się ku skałom i 

background image

zaczął  zsuwać  w  dół  -  prosto  w  ręce   rozwścieczonych  legionistów   i  ich   silvanestyjskich 

sprzymierzeńców!

background image

Rozdział 26 - Długie ramię Istar

Iydahoe chybnął się ku krawędzi, lecz krótkiej chwili jego zdumienia wystarczyło, aby 

Bakall   zsunął   się   po   stromym   zboczu   i   raptem   znalazł   daleko   od   starszego   wojownika. 

Stojący w dole legioniści porwali za kusze i jak jeden mąż wymierzyli bełty w plecy młodego 

Kagonestyjczyka.   Bakall   tymczasem,   jakby   zupełnie   zapomniał   o   kryjącym   się   wyżej 

przyjacielu i czyhających w dole wrogach, spokojnie i niespiesznie złaził ze skały, skupiając 

uwagę wyłącznie na tym, by nie odpaść od stromizny. 

Iydahoe ostrożnie przysunął się do krawędzi i wyjrzał przez niezbyt szeroką szczelinę. 

Legioniści unieśli kusze, ale na chwilę wstrzymali palce na zaczepach spustowych, a potem w 

ogóle opuścili broń. Nie widział Bakalla, ale ktoś tam w dole zdecydował, że - przynajmniej 

na razie - napastnika należy pozostawić przy życiu.

Dopiero   wtedy  zwrócił   uwagę   na   drugi   głos   -   początkowo   surowy  i   rozkazujący, 

potem łagodniejszy, jakby mówca pragnął kogoś przekonać. Kapłan wysunął głowę z wozu i 

powiedział do legionistów  coś, czego Iydahoe  nie zrozumiał. Dowódcę i oficerów zabiły 

pierwsze strzały dzikich elfów i zbrojnymi miotały sprzeczne uczucia - w ich sercach chęć 

zemsty   walczyła   o   lepsze   z   argumentami   kapłana.   W   końcu   jednak   się   opanowali   i   w 

ponurym   milczeniu   obserwowali,   jak   młody   wojownik   zsuwa   się   ze   skały   i   idzie   ku 

Silvanestyjczykowi, który nadal wystawiał głowę ze swego pojazdu.

Na widok tego, co nastąpiło potem, Iydahoe zapomniał o łuku i strzałach w kołczanie. 

Bezgranicznie zdumiony patrzył na rozgrywającą się w dole scenę. Bakali dotarł do wozu i 

ujął   kapłana   za   rękę,   aby   wspiąć   się   do  wnętrza   pojazdu.   Młodzik   zniknął   w   środku  za 

płóciennymi zasłonami, a kapłan znów wydał legionistom jakieś niezrozumiałe polecenie.

Z kolejnego wozu wyłonił się tymczasem następny pasażer i serce Iydahoe zadrżało z 

wściekłości i zgrozy - poznał bowiem noszącego szarą opończę czarodzieja. Człowiek ów - 

na   swoje   szczęście   -   stał   poza   zasięgiem   strzału,   w   przeciwnym   wypadku   nic   nie 

powstrzymałoby   elfa   przed   natychmiastowym   zabiciem   maga.   Czarnoksiężnik   ustawił   na 

ziemi   niewielkie   żelazne   rusztowanie   przenośnego   paleniska   i   głośno   zaczął   zawodzić 

zaklęcie.

Nawet z tej odległości elf rozpoznał twarz owego człowieka i poczuł, że serce ściska 

mu zimna furia. To była twarz tego samego odzianego w szarą opończę jeźdźca, którą od 

czternastu lat widywał w snach. Iydahoe legł płasko na skałach, aby kamieniami osłonić się 

background image

przed niewidocznym magicznym atakiem. Mózg elfa wypełniały opary nienawiści do maga, 

który dawno temu sprawił, że istariańscy legioniści zdołali niepostrzeżenie podejść wioskę 

wolnych   elfów.   Oto   był   drugi   z   ludzi,   który   -   oprócz   Króla-Kapłana   -   odpowiadał   za 

wymordowanie współplemieńców Iydahoe. Elf wiedział, że spogląda w twarz mordercy.

Mag podniósł głos i w jego zawodzeniu pojawiły się nutki tryumfu. Iydahoe wyjrzał 

zza   skały   i   ze   zdumieniem   spostrzegł,   że   czarne   węgle   w   piecyku   czarnoksiężnika 

nieoczekiwanie buchnęły ogniem. Płomienie strzeliły w górę jak żywa istota, która wije się 

poddańczo, oczekując rozkazów swego pana. I nagle wirujący, roztańczony ognisty kształt 

oderwał się od paleniska! Czarnoksiężnik zawołał coś, wskazując skaliste zbocze... a ognisty 

stwór, posłuszny woli  swego pana,  ruszył  w  stronę wzgórza. Krzewy stawały w ogniu  i 

kamienie   pękały   na   jego   drodze,   ogniołak   jednak   nawet   się   nie   zatrzymał.   Dotarłszy   do 

podstawy rumowiska, ruszył W górę niesamowitymi susami.

Nagle jeźdźcy zaczęli kluć konie ostrogami, a woźnice powozów z wrzaskiem wzięli 

się do okładania batami zaprzęgów. Z łoskotem kopyt i skrzypem kół cała karawana ruszyła 

dnem wąwozu. Nad jarem wzbiła się gęsta chmura kurzu, która popłynęła wzdłuż skalistych 

ścian, tak jak błotnista struga płynie kamienistym kanałem.

Jednocześnie - i nieco wyżej, na ścianie wąwozu - słychać było trzask ognia, który 

towarzyszył płomienistemu potworowi wspinającemu się ku Iydahoe. W dole słychać było 

rżenie spłoszonych koni, do duszącego bowiem kurzu dołączył dym kilkunastu niewielkich 

ognisk,   wznieconych   przejściem   ogniołaka.   Pierwsza   grupa   jeźdźców   -   uszczuplona 

oczywiście o tych, których strąciły z siodeł chyże strzały Kagonestyjczyków - minęła już 

stanowisko Iydahoe. Zaraz za nią z łoskotem przetoczyły się powozy. Po chwili pojawiła się 

grupa   osłonowa   -   jeźdźcy   wytrzeszczali   przerażone   oczy   na   ściany.   Trudno   było   im   się 

dziwić. Niedawno z tych  skał sypały się śmiercionośne pociski,  teraz wspinał  się na nie 

ognisty stwór czarodzieja.

Iydahoe nie mógł jak należy zająć się umykającymi legionistami, na krawędzi jaru 

bowiem pojawiła się płonąca bestia. Stwór miał dość szeroki korpus, który stanowiła kolumna 

ognia.   Z   górnej   części   owej   kolumny   niczym   ramiona   wysuwały   się   dwa   płomieniste 

wyrostki, a całość zwieńczona była ognistą bryłą, w której widniały dwie czarne jak węgiel 

jamki oczu.

Gęstwina, wśród której ukrywał się elf, nagle buchnęła ogniem. Płomień osmalił skórę 

Iydahoe i natychmiast pojawiły się na niej bolesne bąble. Z tyłu, odcinając mu drogę ucieczki, 

nagle eksplodowało drzewo. Pozbawiony możliwości  odwrotu wojownik podniósł topór i 

niespodzianie   dla   samego   siebie   sieknął   ostrzem   po   brzuchu   potwora.   Ku   swemu 

background image

bezbrzeżnemu zdumieniu przekonał się, że w kolumnie płomieni na moment otworzyła się 

szczelina popielistej barwy.

W następnej chwili w ramię wojownika ugodziła płonąca pięść i Iydahoe cofnął się 

chwiejnie. Potwór skoczył ku niemu zdumiewająco chyżo, lecz elf ponownie zdołał chlasnąć 

toporem, odrzucając przeciwnika w bok. Stające w płomieniach krzewy powodowały taki żar, 

że   pot   zaczął   zalewać   elfowi   oczy.   Po   raz   drugi   ogień   zablokował   mu   drogę   ucieczki   i 

Iydahoe znów desperacko runął na wroga. Nie mając już nic do stracenia, ciął z lewej, potem 

z   prawej,   aż   wreszcie   ujął   oburącz   drzewce   i   wymierzył   przeciwnikowi   serię   potężnych 

uderzeń   znad   głowy.   Jęzory   żywego   ognia   fruwały   teraz   na   wszystkie   strony,   elf   zaś 

nieustannie napierał, nie dając potworowi chwili wytchnienia. W końcu ogniołak rozpadł się 

na części i ze skały chlusnęły w dół strugi tłustych, smrodliwych płomieni.

Wolny   elf   odwrócił   się   i   pognał   przez   płonące   krzewy,   nie   zważając   na   tnące 

jadowicie iskry i nabrzmiewające na łydkach oparzeliny. Biegnąc rozmyślał o tym, jak można 

walczyć   z   kimś,   kto   potrafi   wezwać   na   usługi   istoty   zrodzone   z   pierwotnych   żywiołów. 

Jednocześnie   zastanawiał   się,   co   największy   choćby   mag   zdołałby   przeciwstawić   celnie 

wymierzonej,   niespodzianej   strzale.   Może   jednak   uda   mu   się   położyć   kres   życiu   tego 

człowieka, będącego dla niego uosobieniem zła? Wokół tej myśli skupił swą nienawiść, co w 

znacznej mierze pomogło mu przebrnąć przez ogień.

Dziwnie przeraziło go wspomnienie Bakalla schodzącego w dół na wezwanie maga. 

Tknięty nagłą myślą pomknął ku krawędzi wąwozu, pragnąc zobaczyć, co dzieje się w dole. 

Przez chwilę biegł, oddychając łatwo i miarowo, i wreszcie spostrzegł tylną straż kolumny. 

Od tego momentu utrzymywał takie samo tempo jak podróżnicy wędrujący wąwozem, dbał 

tylko o to, aby nie wyłonić się przypadkowo zza krawędzi. Na całe szczęście tamtym spieszno 

było   opuścić   zagrożony   teren   i   czynili   przy   tym   tyle   hałasu,   że   Iydahoe   nie   musiał   ich 

widzieć, aby wiedzieć, gdzie są. Wkrótce też cień elfa wydłużył się znacznie i choć tropiciel 

niezbyt dobrze znał ludzkie obyczaje, wiedział przecież, że niedługo zajmą się rozbijaniem na 

noc obozu.

Moc, jaką posłużył się kapłan, aby poddać Bakalla swej woli, intrygowała Iydahoe - 

musiał też przyznać, że mocno się jej obawiał. W jaki sposób dzikie elfy oprą się takiej 

magii? Nie mógł jednak opuścić towarzysza, szczególnie wtedy,  kiedy istniały szanse, że 

Bakall żyje i można go uratować.

Z drugiej strony nie umiał oprzeć się uczuciu pewnej... wdzięczności. Tajemniczy 

kapłan   zadał   sobie   sporo   trudu,   żeby   oszczędzić   życie   Bakalla.   Dlaczego   pozbawił 

legionistów   uciechy   zemsty,   której   tamci   tak   mocno   pragnęli?   Zabito   kilkunastu   ich 

background image

towarzyszy, a jeden z zabójców okazał się na tyle nieostrożny, że pozwolił się ująć żywcem. 

Jakże surowa musiała być dyscyplina, która związała im ręce! W umyśle Iydahoe pojawiło się 

jeszcze   jedno   pytanie   bez   odpowiedzi.   Do   czego   potrzebny   był   owemu   kapłanowi   żywy 

Kagonestyjczyk?

Wkrótce   ściany   wąwozu   rozsunęły   się   i   kręta   droga   powiodła   konwój   pomiędzy 

gajami drzew żelaznych i niezbyt rozległymi łąkami. Pośrodku doliny płynął żwawo czysty 

strumień, z którego na całej długości drogi można było czerpać wodę do picia. Wędrowcy 

skupieni   w  karawanie   rozbili  obozowisko  na najrozleglejszej   z  polan,  ale  i  tam  musiano 

stłoczyć  wozy,  konie zaś  trzeba było  uwiązać do pni. Słońce wkrótce zaszło i na niebie 

rozbłysły gwiazdy, z którymi mieszały się skry wzbijające się znad wielkich ognisk. Ludzie 

byli nieco podnieceni i elf nawet z daleka słyszał, jak klną, dogryzają sobie i sprzeczają się - 

choć   wszystko   to   czynili   bez   zbytniego   zapału.   Zasadzka   wytrąciła   ich   z   równowagi   i 

podejrzewali - nie bez powodu, oczywiście - że w mroku czają się kolejne niebezpieczeństwa.

Iydahoe zbliżył się do obozu, wykorzystując co sprytniejsze sztuczki ze swego wcale 

niemałego  repertuaru łowcy i tropiciela.  Podczas  pierwszych  dwóch godzin nocy okrążył 

obóz,   ustalając   miejsca,   w   których   ukryli   się   liczni   wartownicy.   Odnajdywał   ich   dzięki 

zapachowi i ciepłu, emanującemu z ich ciał, które widział dzięki szczególnym właściwościom 

swych elfich oczu. Ludzie utworzyli czujny, stalowy krąg wokół obozowiska, ale krąg ów 

miał jedną słabą stronę - wszyscy wartownicy stali na ziemi.

Elf wspiął się więc na pień rozłożystego, stojącego może o pięćdziesiąt kroków od 

najbliższego wartownika dębu - był przy tym dostatecznie ostrożny, aby cały czas piąć się po 

przeciwnej   do   obozowiska   stronie.   Przenosząc   się   z   konaru   na   konar,   wkrótce   dotarł   na 

wysokość kilkudziesięciu  stóp nad ziemią. Gałęzie wciąż były tu mocne i wytrzymałe,  a 

niższy poziom porośniętych liśćmi konarów zasłaniał go przed widokiem z dołu.

Przenosząc się z drzewa na drzewo - podczas tej wędrówki przemykał po gałęziach z 

nieskończoną cierpliwością, w czym naśladował raczej węża niż małpę - zbliżył się do obozu. 

Pod trzecim drzewem stał wartownik i Iydahoe z niezwykłym kunsztem przemknął wokół 

pnia i przedostał się na przeciwległą gałąź. Słyszał, jak stojący w dole człowiek pociąga 

nosem i kilkakroć spluwa, elf jednak poruszał się z tak niewiarygodną zręcznością, że żaden 

dźwięk nie obudził czujności wartownika. Minięcie tego posterunku zajęło Iydahoe ponad 

godzinę, ale gdy przemknął na kolejne drzewo, był wewnątrz obozowiska.

Długo czekał i obserwował. Łuk i strzały miał gotowe do natychmiastowego użycia i 

marzył,   że   gdzieś   niedaleko   pojawi   się   odziany   w   szarą   opończę   czarnoksiężnik.   Przy 

background image

ogniskach i zagrodach dla koni widział kilkunastu legionistów, lecz nigdzie nie spostrzegł 

śladu po Domowych Elfach czy złym czarowniku.

Już wcześniej zapamiętał sobie wóz, do którego elfi kapłan wciągnął Bakalla - kryjące 

pojazd   płótno   miało   niebieską   barwę,   po   bokach   wyhaftowano   na   nim   szereg   srebrnych 

dysków. Wcale się nie zdziwił, gdy zobaczył, iż powóz ów ustawiono pośrodku obozu - choć 

i w tym przypadku ludzie przejawili zdumiewającą niedbałość, ponieważ wóz stał w cieniu 

dębów,   które   zwieszały   nad   nim   swe   rozłożyste   gałęzie.   Iydahoe   skradał   się   więc   dalej, 

świadom obecności ludzi, którzy w dole gotowali strawę, jedli i rozmawiali - a wszystko to 

czynili nieraz w miejscach, gdzie mógłby strącać im prosto na głowy kamyki.

O   północy   dotarł   na   gałąź,   która   wyrastała   niemal   prosto   nad   wozem   kapłana. 

Przemknął na niższe konary i ległszy nieruchomo na wysokości dwudziestu stóp nad ziemią, 

zajął się obserwacją otoczenia. W obozie tymczasem zaległa cisza, choć legioniści - którzy 

pamiętali   niedawny   i   skuteczny   atak   -   z   pewnością   nie   zrezygnowali   z   czujności.   Kilku 

najbliższych wartowników wymościło sobie jednak wygodniejsze siedzenia, niektórzy nawet 

zaczęli pochrapywać.

Upewniwszy się wreszcie, że ustalił miejsce pobytu każdego człowieka znajdującego 

się w zasięgu wzroku - i że wszyscy śpią albo oddają się własnym rozmyślaniom - Iydahoe 

ześlizgnął się w dół i zawisł na rękach. Po raz ostatni rozejrzał się dookoła i opadł na trawę. 

Bezgłośne lądowanie zakończył równie bezgłośnym przysiadem.

Skradając się do okrytego błękitem wozu, nie słyszał żadnych dobiegających z jego 

wnętrza  odgłosów. Wąskie szczeliny w zasłonach zionęły mrokiem i elf domyślił  się, że 

pasażerowie wozu nie zapalili wewnątrz lampy - co było okolicznością wielce pomyślną, nie 

musiał się bowiem obawiać, iż odsunięcie zasłony zaalarmuje wartowników nagłym snopem 

światła.

Nagle   znieruchomiał,   wyczuwszy   w   pobliżu   czyjąś   obecność.   Ostrożnie   poruszył 

głową, tak by kątem oka - wiedział, że ten sposób obserwacji nigdy nie zawodzi - przyjrzeć 

się cieniom skrywającym pojazd. Nie zobaczył nikogo, lecz nie umiał pozbyć się uczucia, że 

coś - lub kogoś - przegapił.

Gdy  sięgnął   dłonią   do   zasłony,   usłyszał   jedno   słowo,   wypowiedziane   praktycznie 

wprost do jego ucha. Odwrócił się z szybkością myśli i równie chyżo uniósł w górę głownię 

topora. W miejscu, które przed mgnieniem oka - gdy Iydahoe mu się przyglądał - zionęło 

pustką, stał człowiek, ów szary mag z piekła rodem! Mężczyzna wskazywał elfa palcem, 

jakby rzucał nań oskarżenie.

background image

Zanim elf zdążył choćby drgnąć, poczuł, że ramiona wiążą mu lepkie, niewidzialne 

nici, które swymi chłodnymi więzami błyskawicznie objęły jego pierś, tors i nogi. Szarpnął 

się rozpaczliwie, ale osiągnął jedynie tyle, że runął na ziemię. Czarodziej podszedł bliżej, 

spojrzał nań z góry zimnymi, gadzimi oczyma i strzelił palcami. Z jego dłoni trysnął strumień 

światła i zaraz potem cofający się mrok odsłonił krąg legionistów.

Iydahoe poniewczasie pojął, że został pojmany dzięki magii. Ten mag cierpliwie niby 

pająk od wielu godzin czyhał przy wozie i czekał na swoją szansę. Elf podejrzewał, że magia 

stłumiła   również   odgłos   oddechu   łotra,   w   przeciwnym   razie   sapaniem   zdradziłby   swą 

obecność bystrym uszom Kagonestyjczyka.

- No i proszę, Feigh, pojmałeś wreszcie tego zbója! - oznajmił ktoś władczym tonem. 

Przez tłum przecisnął  się człowiek odziany w pozłocisty napierśnik i czerwoną opończę. 

Iydahoe poznał ten strój. Nosił go na sobie człowiek, który jako pierwszy zginął z ręki elfa 

podczas niedawnej zasadzki. Włosy stojącego nad nim żołdaka były nieco dłuższe i staranniej 

trefione,  miał  też  opadające  ku kącikom  warg wąsy.  Twarz  nieznajomego  można  byłoby 

uznać za urodziwą, gdyby nie pustka w jego czarnych, beznamiętnych oczach - elfowi wydało 

się, że te źrenice byłyby zdolne pochłonąć każdą iskierkę światła, roznieconego przez maga.

-   Nie   inaczej,   generale   Castille.   Twe   domysły,   panie,   były   trafne.   Skrytobójca 

zamierzał niepostrzeżenie podkraść się do wozu. - Mówiąc te słowa, czarnoksiężnik splunął 

na elfa. - Pojmałem go bez najmniejszego trudu.

Klasnął   w   dłonie   i   w   powietrzu   zawirowały   iskierki   jakby   diamentowego   pyłu. 

Wydawało się, że migotliwy pył pokrywa ciało maga, z każdym jego ruchem miotając nici 

blasku.

- Tym dzikusom do łbów nie przyjdzie, że ktoś przeciwko nim może użyć magii - 

ciągnął chełpliwie chudy mag. - Gdy przed laty z rozkazu Króla-Kapłana podchodziliśmy ich 

wioski, posłużyłem się tą samą sztuczką.

Gdyby   jego   spojrzenie   miało   jakąkolwiek   moc,   Iydahoe   byłby   spopielił   maga 

wzrokiem   pełnym   nienawiści.   Ich   oczy   zetknęły   się   na   moment   i   wokół   wąskich   warg 

czarnoksiężnika  pojawił się nikły cień okrutnego uśmiechu.  Wściekłość elfa wzmogła się 

tysiąckrotnie - ten człowiek chce, aby on wiedział, że ma przed sobą kata czterech plemion. 

W tej chwili mógł jedynie drżeć z bezsilnej furii. Poły szarej opończy rozchyliły się i elf 

zobaczył  niewielką sakwę uwiązaną do pasa czarodzieja. Do wyszywanego złotymi  nićmi 

wylotu ciasno zawiązanej sakwy przylgnęły iskierki diamentowego pyłu.

- Dobrze się wtedy zabijało - zgodził się ochoczo generał.

background image

- Za każdego z członków mojego plemienia życiem zapłaciło trzech waszych ludzi! - 

odparł Iydahoe, lecz sam czuł, że ta przechwałka niewielkie ma znaczenie w oczach stojących 

nad nim żołdaków.

Człowiek nazwany przez maga generałem Castille odrzucił głowę w tył i roześmiał się 

serdecznie, choć jego rozbawienie nie odbiło się we wzroku. Nagle pochylił się i ciężką łapą 

porwał elfa za długie, gęste włosy. Jednym szarpnięciem poderwał wojownika do pozycji 

siedzącej,   choć   zadbał   o   to,   aby   nie   dotknąć   lepkich   nici,   które   nadal   oklejały   ciało 

pojmanego.

- Elfie... zabiłeś wielu moich żołnierzy. Zabiłbyś i mnie, gdybym nie został na wozie - 

zamiast tego dostałeś biedaka, który włożył na siebie mój uniform. Dla tych i innych jeszcze 

powodów umrzesz... bardzo, ale to bardzo powoli.

Iydahoe plunął mu w gębę. Generał zaklął szpetnie i rzucił elfa na ziemię, następnie 

wytarł twarz grzbietem dłoni.

- Naszykujcie pal - polecił swym ludziom, nie spuszczając wzroku z Kagonestyjczyka. 

- Zbierzcie chrust... gałęzie, sęki... i nie szukajcie zanadto wysuszonych. Chcę, aby ogień palił 

się długo i powoli.

Kopnął elfa w kolano i Iydahoe stłumił jęk bólu - nie chciał dać temu człowiekowi 

najmniejszej satysfakcji. Gdy myślał teraz o nieuniknionej śmierci, powróciła stara obawa, o 

której mniemał, że już jej się pozbył. W jaki sposób plemię da sobie radę bez niego? Nigdy 

przedtem żądza zemsty nie wydała mu się bardziej jałowa niż teraz... Dla takiej oto czczej 

satysfakcji poświęcił życie swoje i Bakalla!

Nagle obok niego pojawił się ktoś jeszcze. Iydahoe rozpoznał kapłana Domowych 

Elfów - tego samego, który zdołał nagiąć Bakalla do swej woli.

-   Widzę,   że   pojmaliście   już   swego   prześladowcę?   -   spytał   przybysz   spokojnym 

głosem.

- I owszem! A teraz, Wellerane, oddaj nam tamtego. Niech obaj spłoną na jednym 

stosie! - zażądał generał.

- Nie życzę sobie, aby spłonęli - odparł kapłan. Jego głos brzmiał spokojnie, dziki elf 

nie wyczuł w nim pasji i nienawiści, które niemal biły od Castille’a i Feigha.

- A... obyś zdechł z tymi twoimi przesądami! - zaklął mag. - Ci Kagonestyjczycy nie 

są wcale lepsi od zwierząt. Żałuję tylko, że nie udało mi się wytracić ich wszystkich, do 

jednego!

background image

- Wolne elfy żyły tu przed tysiącami lat. Dlaczego podjąłeś się trudu wytępienia ich, 

nie żywiąc nikogo? - dopytywał się z niekłamaną ciekawością elf nazwany Welleranem, choć 

w jego głosie nadal pobrzmiewały kojące, Świątobliwe nutki.

- Ich czas dawno już przeminął. Teraz po prostu przeszkadzają Królowi-Kapłanowi. 

Widziałeś   zresztą,   jak   bardzo   są   zajadli   i   niebezpieczni!   -   uciął   czarnoksiężnik.   Spojrzał 

potem na Iydahoe. - Myślałem, że wybiliśmy ich kilkanaście lat temu. Całą armię Króla-

Kapłana opyliłem wtedy tym proszkiem. Niewidzialni i niesłyszalni legioniści podkradli się i 

zniszczyli wszystkie wioski Kagonestyjczyków.

Gniew dziką falą wezbrał z sercu Iydahoe i elf napiął mięśnie w daremnym wysiłku 

zerwania lepkich sideł. W końcu znieruchomiał, wyczerpany do cna i drżący z osłabienia. 

Nawet   wtedy   pamiętał   jednak   o   słowach   czarodzieja...   i   nie   zapominał   o   tajemniczym 

proszku.

- Dość już o tej rzezi! - Kapłan podkreślił swe słowa gniewnym gestem dłoni.

Po raz pierwszy Iydahoe ujrzał w kapłanie elfa. Prawda, nie miał tatuowanej skóry i 

jego odzież nie różniła się od tego, co zwykle nosili ludzie. Ale wysokie kości policzkowe i 

lekko   zaostrzone   końcówki   uszu,   ukryte   częściowo   pod   pięknymi,   złotymi   włosami, 

niechybnie wskazywały, że jest on członkiem leśnej rasy.

- Feigh ma rację - oznajmił Castille. - Powinieneś wydać nam i tego młodzika... z gnid 

w końcu wyrastają tylko wszy!

- Bzdury! Od tego młodzieńca możemy się sporo nauczyć, jest jednym z nielicznych 

ocalałych członków niemal wytępionego ludu. Co zaś tyczy się tego tutaj, musicie - w imię 

Paladina! - pozwolić mi na udzielenie mu rozgrzeszenia przed egzekucją.

- Oto jeszcze jedna z tych twoich bzdur! - syknął jadowicie czarnoksiężnik. - Spalmy 

obu, bez różnicy, i to natychmiast!

- Generale, jestem pewien, że zrozumiesz, iż u podstaw moich żądań leży... polityka. - 

Kapłan najwyraźniej ignorował szarego maga, zwracając się wprost do dowódcy konwoju. - 

Zgoda na to, że wasz więzień jest przestępcą, co do tego nie mą dwóch zdań. Jeśli te jego 

czarno opierzone strzały uznać za dowód, to winien jest zabójstw setek ludzi i zasłużył na 

śmierć. Ale wasz władca, Król-Kapłan, jest człowiekiem - istotą ludzką - który mniema, że 

dobroć to najwyższy dar bogów. Myślę, że władcy Istar nie spodoba się wieść, że zanim 

spaliliście  więźnia,   nie  daliście   mu  szansy  dowiedzenia   się, jakim  niezwykłym   i  cennem 

skarbem jest dobro...

Mag odwrócił się z niesmakiem, generał zaś spojrzał w rozterce na skrępowanego 

więźnia.   Iydahoe  odpowiedział   doskonale  obojętnym   spojrzeniem.   Nie  obchodziło  go,  co 

background image

mógł powiedzieć Wellerane, i nie dbał o rozgrzeszenie Domowca, ale wszystko, co opóźniało 

egzekucję,   mogło   zwiększyć   szansę   ucieczki.   Jego   mięśnie   wciąż   skuwał   stary   strach   - 

pewność, że jeśli zawiedzie w tej próbie, plemię niechybnie spotka nieszczęście... i zginą 

ostatni na Ansalonie Kagonestyjczycy.

Był to ten sam strach, który towarzyszył  mu podczas łowów czternaście lat temu, 

kiedy   upolowanie   sarny   oznaczało   przetrwanie   dla   głodującego   plemienia.   Rozwiązanie 

problemu musiało być takie samo jak wtedy.

Nie może sobie pozwolić na luksus niepowodzenia.

Generał wreszcie podjął decyzję i odwrócił się plecami do kapłana.

- Możesz go zatrzymać sobie na godzinę - i ani chwili dłużej! Moi ludzie tymczasem 

przygotują pal i zbiorą chrust. Spalimy go, gdy tylko wyjdzie z twego wozu.

Kapłan kiwnął głową, lecz zanim odwrócił się w stronę swego wozu, Castille dodał 

jeszcze jedno zastrzeżenie.

- Chcę, aby Feigh uczestniczył w tym... „nawracaniu” i aby miał na niego oko. Dodam 

wam jeszcze dwóch strażników. Jeśli zbój zacznie sprawiać jakiekolwiek kłopoty, podetną 

mu ścięgna. Zdrowy czy okaleczony, spali się równie dobrze.

background image

Rozdział 27 - Wellerane i Vanisia

Czarodziej wypluł z siebie niezrozumiałe słowo i lepkie nici opadły z ramion i nóg 

dzikiego elfa. Dwaj krępi legioniści wzięli jego oręż, potem ujęli go pod ramiona i jak worek 

wrzucili   na   wóz.   Jeden   zaciągnął   zasłonę,   drugi   zaś   bezceremonialnie   wepchnął   elfa   do 

mrocznego wnętrza wozu i posadził go na drewnianej ławie.

Wnętrze pojazdu oświetlały dwie migotliwe latarnie, choć cienie były tu głębsze niż 

te, które na polanie rzucał magiczny blask wywołany zaklęciem czarnoksiężnika.  Jeszcze 

niedawno wydawało mu się, iż w powozie panuje absolutny mrok - i zrozumiał, że ktoś 

założył tu zasłony uniemożliwiające obserwacje z zewnątrz. Oczy Kagonestyjczyka szybko 

przystosowały   się   do   oświetlenia   i   elf   zaczął   rozglądać   się   po   zaskakująco   rozległym 

pomieszczeniu. Dwaj legioniści, którzy nie wypuścili mieczy z dłoni, odłożyli do kąta łuk, 

kołczan i topór elfa. Zaraz potem stanęli za ławą, na której posadzili więźnia i każdy położył 

mu łapę na ramieniu. Czarodziej Feigh został gdzieś z tyłu. Stojący przed elfem Wellerane 

zacisnął wargi z dezaprobatą - choć Iydahoe nie umiałby powiedzieć, czy niezadowolenie 

kapłana wywołał on sam czy obecność legionistów.

Za kapłanem, w odleglejszym  kącie powozu, kulił się na podłodze Bakall. Młoda 

dziewczyna - ta sama, która zbierała kwiaty przy drodze - siedziała teraz spokojnie obok 

młodego elfa, częściowo przysłonięta półprzejrzystą zasłoną.

Iydahoe usiłował przechwycić oczyma spojrzenie swego współplemieńca, przekazać 

Bakaliowi   polecenie,   aby   rozejrzał   się   za   jakimś   sposobem   ucieczki,   ale   młodzieniec 

okazywał irytujący wręcz brak zainteresowania otoczeniem. Oczy młodzika utkwione były w 

kapłanie, jakby Kagonestyjczyk  nie mógł wprost doczekać się następnych  słów starszego 

Domowca.

Wojownik rzucił złe spojrzenie kapłanowi - lecz nie wypadało mu zapominać, że to 

właśnie interwencja Wellerane’a dała mu jeszcze godzinę życia. Mógł jedynie mieć nadzieję, 

że uda mu się dobrze tę godzinę wykorzystać. Na twarzy Domowego Elfa czas nie zostawił 

żadnych śladów, w jego oczach kryła się jednak mądrość wielu stuleci. Miał na sobie prostą 

błękitną tunikę, jedyną zaś ozdobą, jaką nosił, był zwykły platynowy naszyjnik, z którego 

zwisało kilka małych dysków. Kręgi te, wykonane również z platyny, dzwoniły cichutko, gdy 

kapłan przemawiał lub gestykulował. Dźwięk ów był łagodny i kojący.

- Jestem kapłanem bogini Mishakal. Proszę cię w jej imieniu, abyś opowiedział mi o 

swoim życiu i oczyścił się z grzechów.

background image

-   Kim   jest   owa   Mishakal?   -   Iydahoe   nie   zamierzał   powiedzieć   Domowcowi 

czegokolwiek. - Czy to jedna z nałożnic Króla-Kapłana?

Kagonestyjczyk zamierzał wyprowadzić Wellerane’a z równowagi, ale jedyną reakcją 

kapłana okazało się nieznaczne uniesienie wąskiej brwi.

- Mishakal nie jest w ogóle osobą cielesną. To bogini... cudownie łagodna i niezwykle 

mądra. Właśnie na jej cześć i chwałę podróżujemy do Istar.

- Jak to się dzieje, że elfia bogini doznaje czci w sercu królestwa złych ludzi? - rzucił 

wyzywająco Iydahoe.

Kapłan   westchnął.   -   Trafiłeś   w   sedno,   bo   niestety   nie   mogę   rzec,   że   Istar   jest 

miejscem, w którym naszą boginię czci się we właściwy sposób, Mishakal nie jest wyłącznie 

boginią   Silvanestyjczyków.   Jej   miłość   obejmuje   ludzi,   krasnoludów,   kenderów   -   i   nawet 

naszych krewniaków Kagonesti.

Iydahoe usłyszał z tyłu pogardliwe prychnięcie Feigha. Dziki elf poczuł, jak tężeje 

uścisk   trzymających   go   za   ramiona   legionistów.   Słowa   Wellerane’a   najwyraźniej   nie 

spodobały się ludziom.

- Dlaczego podróżujecie w towarzystwie tych rzeźników?

- Król-Kapłan upodobał sobie nasz śpiew - odezwała się dziewczyna i Iydahoe bez 

trudu uwierzył, że śpiewane przez nią pieśni mogą brzmieć niezwykle słodko. - Każdego roku 

chór   Silvanestyjczyków   udaje   się   do   Istar,   aby   śpiewać   podczas   Wieczornych   Modłów. 

Będziemy śpiewali w świątyni w samym sercu miasta.

Dopiero wtedy oczy wojownika spoczęły na złotowłosej dziewczynie. Wyglądając zza 

półprzejrzystej   zasłony,   pochyliła   się   do   przodu   i   spojrzała   mu   w   twarz   z   niekłamaną 

ciekawością.   Źrenice   dziewczyny   były   bardziej   zielone   niż   u   kogokolwiek   ze   znanych 

wojownikowi Kagonestyjczyków, ale kryjące się na ich dnie ciemniejsze plamki ukrywały 

głębię,   podsuwającą   myśl,   że   ta   dziewczyna   rozumie   znacznie   więcej   od   przeciętnego 

Domowego  Elfa.  Spoglądając  na jej  znamionujący stanowczość  oraz skłonność do uporu 

podbródek i widząc spokój malujący się we wzroku, Iydahoe pojął, że ma przed sobą osóbkę 

rzadkiej determinacji i odwagi. Wydawało się, że obecność dzikiego elfa nie wzbudza w niej 

najmniejszych obaw, nie wyglądała też na osobę wytrąconą z równowagi. Przypomniał sobie, 

że na imię ma Vanisia - cudowne imię, doprawdy... i jakże właściwe! - i że niedawno zbierała 

przy drodze kwiaty.

Nagle wóz zakołysał się pod dodatkowym ciężarem.

Vanisia westchnęła tylko, a Iydahoe ze zdumieniem odkrył, że w wozie pojawił się 

jeszcze jeden Domowiec, który - o ile dziki elf mógł ufać swoim zmysłom - nie wszedł tu 

background image

żadnym sposobem dostępnym zwykłemu śmiertelnikowi. Odziany w proste kapłańskie szaty 

nieznajomy stanął obok Iydahoe i poważnie skłonił się przed Wellerane’em.

Feigh   stęknął   dziwnie   i   podniósł   ręce,   a   legioniści   skierowali   miecze   w   stronę 

przybysza.   Kagonestyjczyka   -   również   zaskoczonego   dziwnym   sposobem   pojawienia   się 

nieznajomego   -   rozbawiło   szczere   przerażenie,   jakie   malowało   się   przy   tym   na   twarzy 

czarnoksiężnika. Wellerane szybko podniósł dłoń, gdy mag zaczął nucić słowa zaklęcia.

- Wstrzymaj się, czarodzieju! - rozkazał kapłan tak ostrym tonem, że Feigh zamknął 

usta w połowie słowa i odwrócił się, aby obrzucić Wellerane’a wściekłym spojrzeniem. 

Dziewczyna i kapłan najwidoczniej znali przybysza, oboje bowiem skłonili się przed 

nim z niezwykłą czcią. Biała kapłańska szata nieznajomego była tego samego kroju co szata 

Wellerane’a - różniła się od tamtej jedynie barwą. Przybysz był już w starszym wieku i po 

obu stronach jego łysawej głowy zwisały pasma srebrzystych włosów. Na piersi, w miejscu 

gdzie   kapłan   Mishakal   nosił   swoje   dyski,   nieznajomy   miał   medalion   przedstawiający 

platynowego smoka.

- Loralan! - Podnoszący wzrok Wellerane niemal zachłysnął się z braku tchu. - Jakim 

sposobem przybyłeś z Silvanesti tak szybko?

- Podróżuję spiesznie, bo niewiele mam czasu. W rzeczy samej, nam wszystkim dano 

już niezbyt wiele czasu. - Słowa nieznajomego wzbudziły w Iydahoe jakiś dziwny dreszcz. 

Dopiero później miał poznać ich znaczenie.

Feigh znów prychnął pogardliwie, lecz wojownik usłyszał w jego głosie ukryte nutki 

strachu.

- Kapłanie, teleportacja to część sztuk, które uprawiają moi konfratrowie! Jakaż czarna 

magia cię tu przyniosła? - spytał nagląco.

Loralan zignorował pytanie.

- Przyszedłem po ciebie, mój wierny towarzyszu i przyjacielu. Już czas!

- Czas? - Wellerane nie bardzo chyba pojmował słowa przybysza. - Ależ ja muszę 

udać się do Istar z chórem!

Starszy kapłan podniósł dłoń i Wellerane umilkł.

- Do miasta  dotrzecie  nie  wcześniej   niż  za  trzynaście   dni...  i nie   znajdziecie   tam 

nikogo, kto by was powitał. Ale dość... Czas na ciebie, przyjacielu.

- Ależ... Vanisia jest moją córką! Musi pójść z nami! Jest wierną kapłanką Mishakal. 

W swoim czasie stanie się prawdziwie świątobliwą Uzdrowicielką!

Loralan westchnął, a w kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki smutku.

background image

- Wiem, przyjacielu,  że mówisz  prawdę, ale już ci powiedziałem - nie dano nam 

czasu!

Wellerane   zamrugał   oczyma   i   spojrzał   na   Vanisię   z   rozterką.   Dziewczyna 

odpowiedziała   mu   spojrzeniem,   które   wypełniała   coraz   większa   zgroza   -   najwidoczniej 

wiedziała coś, o czym nie miał pojęcia zaintrygowany Iydahoe.

I nagle Wellerane i Loralan zniknęli - nie wykonali żadnego gestu, żadnego ruchu, po 

prostu   w   okamgnieniu   już   ich   nie   było.   Vanisia   westchnęła   i   jęknęła   cichutko.   Bakall 

potrząsnął głową, jak ktoś, kto budzi się z głębokiego snu. Iydahoe napiął mięśnie, pewien, że 

jeśli teraz nie wykorzystają szansy ucieczki, to później już im się to nie uda.

-   Jazda!   Na   pal   z   nimi!   Spalimy   obu.   Brać   ich!   -   syknął   Feigh.   Czarnoksiężnik 

podniósł laskę, jakby chciał  palnąć nią Iydahoe  w łeb.  Wolny elf ujrzał w  oczach maga 

prawdziwe przerażenie - zniknięcie Wellerane’a mocno nim wstrząsnęło.

- Nie! - To odezwała się Vanisia. Dziewczyna drżała i rozglądała się dookoła, jakby 

myślała, że niebawem ujrzy kapłana, który po prostu gdzieś się ukrył... znalazła w sobie 

jednak dość odwagi, aby przeciwstawić się magowi.

-   Jak   śmiesz,   ty...   Aaargh!   -   Przekleństwo   czarnoksiężnika   przerwał   jego   własny, 

przeraźliwy   wrzask.   Laska   w   dłoniach   maga   przeobraziła   się   nagle   w   wielkiego,   bardzo 

żywotnego i niemniej od Feigha wściekłego węża. Potężne cielsko gada owinęło się wokół 

pasa  mężczyzny,   a  jego  klinowaty   łeb   skoczył   wprost   ku   jego   twarzy.   Feigh  wrzeszczał 

rozpaczliwie   i   dzierżąc   gada   oburącz   za   paszczę,   z   najwyższym   wysiłkiem   utrzymywał 

ociekające jadem kły o kilka cali od swej gęby.

Szybciej niż myśl dłoń Iydahoe śmignęła w górę i porwała zdumionego legionistę za 

kark. Błyskawiczne szarpnięcie powaliło żołnierza na Ziemię i elf z całej siły rąbnął jego 

łbem o deski podwozia.

Drugi ze strażników usiłował ciąć elfa mieczem, ale strach sparaliżował mu dłonie i 

Iydahoe z łatwością uniknął ciosu. Przed oczyma elfa mignęło brązowe, wyciągnięte w skoku 

ciało. Bakall, uderzając barkiem w tors legionisty, posłał go na burtę wozu. Iydahoe porwał 

swój leżący na ziemi topór i płazem trzasnął żołnierza po hełmie. Człowiek stęknął tylko i 

legł na podłodze. W następnej chwili wolny elf wzniósł topór przeciwko Feighowi, który 

siedząc na ziemi, wciąż borykał się z oplatającym go wężem. Po splotach gadziego cielska 

pełzały węzły mięśni i widać było, że śmiertelny uścisk tężeje z każdą chwilą.

-   Czekaj!   Nie   zabijaj   go.   -   Vanisia   przemawiała   łagodnie,   bardziej   prosiła,   niż 

rozkazywała - a Iydahoe ze zdumieniem odkrył, że wcale nie ma ochoty sprzeciwić się młodej 

kapłance.

background image

- Dlaczego nie? - spytał po chwili.

- Wszystkie żyjące stworzenia są dziećmi Mishakal. Ona zaś nie życzy sobie, aby 

jedne z jej dzieci krzywdziły drugie.

- Żadna z bogiń elfów nie zniży się nawet, by choćby zauważyć takiego nędznego 

padalca! - odparł wojownik.

- Proszę! - Vanisia powiedziała tylko to jedno słowo, ale Iydahoe wiedział, że dopóki 

dziewczyna na niego patrzy, nie zdoła dokonać żadnego gwałtownego czynu, choć w jego 

sercu nadal kipiała żądza zemsty.

- Wkrótce nadejdą tu inni ludzie! - Iydahoe nie mógł pojąć, jak to się stało, że odgłosy 

walki nie ściągnęły im na kark strażników. - Nie mamy czasu!

- Ten wóz jest osłaniany przed hałasami otoczenia, także żadne dźwięki ze środka nie 

wydostaną się na zewnątrz. Na razie mamy czas - stwierdziła Vanisia.

Bakall   trzymał   w   dłoni   miecz,   gotów   pchnąć   maga   w   pierś.   Kapłanka   ponownie 

wymówiła   owe   tajemnicze   słowa   i   wąż   opasujący   Feigha   przekształcił   się   w   zwykłą 

drewnianą laskę. Mag odrzucił ją precz, tak jakby parzył go sam dotyk drewna.

- Dobrze się stało, że wpadło mu do głowy,  aby uderzyć  cię laską Wellerane’a  - 

powiedziała Vanisia.

Iydahoe przyjrzał się magowi. W oczach Feigha błysnęła nienawiść i elf przypomniał 

sobie,   jak   ten   człowiek   chełpił   się   udziałem   w   rzezi   leśnych   elfów.   Natychmiast   też 

przypomniał   sobie   o   magicznym   proszku.   Błyskawicznym   ruchem   sięgnął   ku   pasowi 

czarodzieja i zerwał mocujące sakwę rzemienie. Rozwiązawszy sakwę, ujął w palce szczyptę 

proszku i posypał sobie nogę. Noga zniknęła.

Zniknięcie kończyny tak zdumiało elfa, że niewiele brakowało, a byłby się przewrócił. 

A przecież czuł, że noga jest na swoim miejscu! Kopnął nią żwawo i Feigh stęknął głucho, 

gdy stopa elfa wbiła mu się w brzuch. Wrażenie niewidzialności okazało się mocno irytujące - 

ale przecież można było to wykorzystać!

- Może  zdołamy  przemknąć  przez  linię  straży.  Zabierz  broń! - polecił  Bakaliowi, 

skinieniem głowy wskazując towarzyszowi łuki i kołczany, nie spuszczając jednak oczu ze 

zwiniętego w kłębek maga.

Kątem oka spostrzegł jakiś ruch - to elfia panna podeszła do Bakalla. Z bezbrzeżnym 

zdumieniem wojownik pojął, że dziewczyna zdeklarowała się jako ich przyjaciółka i teraz 

musi iść z nimi! Gdyby nie zaczarowała laski Wellerane’a, obaj z Bakallem płonęliby już jak 

pochodnie. Teraz zaś, gdy opuścił ją Wellerane, legioniści szybko się z nią uporają.

- Musisz iść z nami - odezwał się, zdumiony łatwością, z jaką wypowiedział te słowa.

background image

- Wiem - odparła dziewczyna. Stała przed nim, mając na sobie białą szatę i platynowe 

medaliony. Gładki pas otaczający jej kibić zapinał się na klamrę w kształcie złotej muszli. Na 

stopy wdziała wymyślne, złote sandałki, które niezbyt nadawały się na puszczańskie szlaki - 

ale teraz nic nie można było na to poradzić.

- Na całym Ansalonie nie ma miejsca, gdzie będziecie mogli się schronić! - syknął 

Feigh wyczuwając, że elfy nie zamierzają obdarować go zdrowiem.

- Mylisz się - odparł Iydahoe i znów oczyma duszy ujrzał zgliszcza wiosek czterech 

plemion... pomordowane dzieci, kobiety i zwęglone ciała wojowników. Dłonie elfa nagle 

zadrżały, a oczy przesłoniła mu czerwona mgiełka.

Topór śmignął szybciej niż kieł atakującego węża. W następnej chwili głowa maga 

łupnęła o podłogę wozu i poturlała się ku burcie. Vanisia przyłożyła dłoń do ust i ze zgrozą 

spojrzała w wytrzeszczone ślepia Feigha.

Gdy zalany krwią korpus maga walił się na deski, elf czuł w sercu szczególną pustkę - 

zabójstwo nie przyniosło ulgi i nie oczyściło jego duszy... ale wielki nieprzyjaciel wolnych 

elfów był oto martwy... i nie żył jedyny człowiek, który mógłby ich wytropić.

-   Musiał   umrzeć.   Był   wrogiem   plemienia   -   powiedział,   zwracając   się   do   Vanisii. 

Dziewczyna  wzdrygnęła  się, ale  dzielnie  przeszła nad trupem maga.  Wojownik podał jej 

sakwę z magicznym pyłem.

- Chodź - powiedział. - Stałaś się jedną z nas.

background image

Rozdział 28 - Gniew bogów

- Tutaj. Klapa w podłodze. Tędy możemy się wydostać. - Dziewczyna  odciągnęła 

ozdobny kobierzec i odsłoniła mosiężny pierścień i zarys niewielkiego kwadratu.

- Dobra nasza. - Iydahoe kiwnął głową, gdy Bakall podał mu łuki i kołczany. Szybko 

opylił go proszkiem niewidzialności, a także Vanisię i samego siebie... i zdumiał się efektem. 

Nie widział, co robią jego towarzysze - dopóki nie spostrzegł, że mosiężny pierścień unosi się 

z podłogi.

- Czekajże! - polecił Bakaliowi, wyczuwając niecierpliwość młodzika, który dałby 

wiele, aby jak najszybciej oddalić się od obozu wrogów. Bardziej doświadczony wojownik 

najpierw   zgasił   obie   latarnie,   które   oświetlały   wnętrze   wozu   -   wiedział   bowiem,   że 

dobywający   się   z   podwozia   strumień   światła   przyciągnie   uwagę   każdego   wartownika   w 

odległości   stu   kroków.   -   Pójdę   przodem   -   szepnął,   dotykając   niewidzialnego   ramienia 

Bakalla.

Wojownik   nawet   przez   zasłonę   niewidzialności   wyczuł   błagalne   spojrzenie 

towarzysza.

- Pozwól mi, proszę - szepnął Bakall.

Iydahoe wiedział, że dziwny trans, dzięki któremu Bakall dał się pojmać, był dziełem 

Wellerane’ a, ale zawsze czuł się pewniej, kiedy prowadził sam. Pojmując jednak, że młodzik 

musi jakoś odzyskać twarz i wiarę w samego siebie, zgodził się niechętnie.

Klapa w podłodze podniosła się powoli i Iydahoe usłyszał, jak Bakall ląduje na ziemi. 

Ujrzał też zawirowania kurzu, gdy młody wojownik czołgając się przemykał ku tyłowi wozu~ 

Szybko i bezgłośnie podążył za nim.

Ze zręcznością, która szczerze zdumiała Iydahoe, opadła na ziemię i Vanisia. Razem 

przekradli się pod najbliższe drzewo i rozejrzeli dookoła. Iydahoe ujrzał grupkę strażników 

zebranych wokół wielkiego ogniska, podczas gdy inni gromadzili jeszcze drewno na stos. 

Wokół   wozu   stało   kręgiem   kilkunastu   żołnierzy   i   elf   zrozumiał,   że   gdyby   nie   proszek 

niewidzialności,  ich ucieczkę  z pewnością by dostrzeżono  - choć ludzie  w nocy widzieli 

znacznie  gorzej  od leśnego  ludu. Teraz  jednak żaden  nie zauważył,  że  ofiary już im  się 

wymykały.

Tymczasem Bakall śmignął w górę i zniknął wśród gałęzi. Iydahoe podążył za jego 

przykładem, potem wyciągnął rękę, pragnąc pomóc nowicjuszce. Jej niewidzialność mocno 

utrudniła mu zadanie. Nie bardzo wiedział, gdzie się podziała - dopóki nie zobaczył, że gałąź 

background image

pod nim ugina się lekko, gdy dziewczyna sama podciągnęła się w górę. Bakall tymczasem 

wspinał się dalej i pochłonęła go puszcza. Iydahoe na chwilę poczuł trwogę obawiając się, że 

młoda  kapłanka nie zdoła utrzymać  równowagi lub nie potrafi poruszać się bezszelestnie 

wśród gałęzi.

Gdy Vanisia przedostała się na jego gałąź, wyczuł, że dziewczyna nie ma żadnych 

kłopotów z utrzymaniem równowagi. Wojownik odkrył w sobie pewien rodzaj szacunku dla 

Silvanestyjki - żywił szczerą satysfakcję, że ma ją obok siebie.

Patrząc z góry, zobaczył, jak wokół grubego pala zbiera się już krąg legionistów. Nie 

opodal ułożono kilka stosów gałęzi, parę zaś konarów rzucono pod słup.

- Już czas! - ryknął generał Castille. - Dawać tu te elfy!

- Żwawo w górę! - syknął Iydahoe, pomagając Vanisii wspiąć się wyżej, gdzie czekał 

już Bakall. Sam zatrzymał się na czas potrzebny do nałożenia strzały na cięciwę i napięcia 

łuku. Przez luki w listowiu doskonale widział czerwoną opończę i złoty napierśnik generała.

Vanisia zatrzymała się i zrozumiał, że dziewczyna patrzy na niego, choć nie mogła go 

widzieć i nie mogła wiedzieć, że napina łuk. I niespodziewanie dla samego siebie przekonał 

się,   że   nie   potrafił   puścić   strzały   w   kark   stojącego   w   dole   pyszałka.   Zmieszany   zwolnił 

cięciwę i potrząsnął głową. Przez chwilę łudził się, że przemówił przezeń rozsądek. Zabicie 

Castille’a przekonałoby legionistów, że zbiegowie są niedaleko, podczas gdy śmierć Feigha 

dała   im   kilka   dodatkowych   chwil   na   ucieczkę.   W   głębi   duszy   jednak   czuł,   że   darując 

żołdakowi życie, nie kierował się wyłącznie pragmatyką.

Podążył za Vanisią, obserwując bacznie, jak odchylała na bok gałęzie. Wiedział, że 

jeśli dziewczyna spadnie w dół, pomiędzy rozjuszonych ludzi, będzie miała kiepskie szanse 

ujścia   z   życiem,   nawet   gdyby   zachowała   niewidzialność.   Starając   się   unikać   konarów 

zwisających nad wartownikami, trójka elfów niepostrzeżenie przemykała z gałęzi na gałąź. 

Wędrowali   średnim   leśnym   piętrem,   na   wysokości   mniej   więcej   trzydziestu   stóp   nad 

poszyciem, niekiedy czołgając się niby węże, niekiedy zaś skradając po grubych, okrągłych 

konarach.

Zdążyli zaledwie ominąć linię wart, kiedy z obozowiska rozległy się gniewne wrzaski 

- odkryto ich ucieczkę. Iydahoe wyobraził sobie furię, jaka musiała ogarnąć teraz ludzi. Gdy 

pomyślał,   jak   stoją   wściekli   i   bezradni   nad   bezgłowym   trupem   czarnoksiężnika,   na   jego 

wargach pojawił się skąpy, ponury uśmieszek.

-   Ludzie   nie   widzą   w   mroku   tak   dobrze   jak   my.   Wykorzystajmy   to!   -   szepnął 

towarzyszom.

background image

Opuścili się na ziemię trzydzieści kroków poza linią wart i pomknęli przez ciemności. 

Dzięki   umiejętności   widzenia   w   ciemności   unikali   pni   drzew,   gęstych   krzewów   i 

porośniętych   mchem   skał,   które   niekiedy   pojawiały   się   na   szlaku.   Iydahoe   zresztą 

poprowadził okrężną drogą, pragnąc zwieść ewentualnych prześladowców.

Podczas biegu podziwiał wytrzymałość dziewczyny - tak jak niedawno zdumiał się jej 

gibkością i lekkością poruszeń. Ani razu nie poskarżyła się i dotrzymała kroku dwóm dzikim 

elfom, choć wojownik podejrzewał, że owe wymyślne sandały przysparzają jej niemałych 

cierpień.

W końcu, gdy oddalili  się kilka mil od obozu Istarian, pył  niewidzialności zaczął 

tracić  moc.  Wkrótce  wszyscy troje byli  już  widoczni - a  ponieważ znaleźli  się  już poza 

zasięgiem ludzi, Iydahoe musiał przyznać, że przyjął „ujawnienie się” towarzyszy ze znaczną 

ulgą. Nie słyszeli żadnej pogoni, pozwolili więc sobie na krótki odpoczynek. Vanisia padła 

natychmiast na ziemię, Bakall zaś pochylił głowę i mruknął coś na temat okrążenia polanki, 

na której się zatrzymali, aby - jak to ujął - ,upewnić się, że nikt ich nie obserwuje". Iydahoe 

domyślił   się,   że   młodzik   odczuwa   pewne   zawstydzenie   z   powodu   braku   odporności 

psychicznej, jaką wykazał  na wzgórzu, i postanowił o tym  nie rozmawiać.  Jego zdaniem 

samotne rozmyślania pomogą młodzikowi uporać się z poczuciem winy, dlatego zgodził się 

na propozycję Bakalla.

Przez chwilę siedział w milczeniu obok dziewczyny, ciekawość jednak przemogła.

- Dlaczego powstrzymaliście maga, kiedy chciał mnie spalić? Mówiłaś, że masz udać 

się do Istar i śpiewać podczas Wieczornych Modłów. Dlaczego się tego wyrzekłaś?

Obawiał się, że pytanie to wytrąci dziewczynę z równowagi, ale jej odpowiedź była 

spokojna i wyraźna.

- Sprawa Istar nie ma już znaczenia... w ciągu parunastu najbliższych dni nastąpi jej 

rozwiązanie.

Iydahoe milczał, pragnąc usłyszeć coś więcej.

- Loralan głosił to proroctwo od ponad stu lat. Słyszałam o tym, że władcy Istar od 

dawna   popadają   w   dewocję   i   brną   w   błędy.   Ostatni   Król-Kapłan   jest   najgorszy   ze 

wszystkich... i Loralan z największą niechęcią zgodził się, aby nasz chór wybrał się tego roku 

w podróż.  Ze słów, które  powiedział  do Wellerane’a  dziś  w  nocy,  wnioskuję...  - po raz 

pierwszy głos dziewczyny nieznacznie się załamał - że koniec jest już bliski.

- Koniec? Czego?

background image

- Istar... a może i całego Krynnu. Gniew bogów spadnie na świat i legiony Istar znikną 

bez śladu. Jeśli tak się stanie, a ja nie mogę towarzyszyć memu ojcu, nie chcę ostatnich dni 

życia spędzić wśród ludzi.

-   Według   miar   Silvanesti   w   puszczy   żyjemy   nad   wyraz   skromnie   -   stwierdził 

rzeczowo wojownik.

Dziewczyna uśmiechnęła się z rozbawieniem.

-   Skromnie?   Są   wśród   Silvanestyjczyków   tacy,   którzy   mimo   swych   bogactw   i 

zamożności właściwie nie mają niczego.

- Temu stwierdzeniu mógłby przyklasnąć każdy członek plemienia wolnych elfów - 

przyznał wojownik, na którym słowa dziewczyny wywarły wielkie wrażenie.

- Samotność  ceniłam   sobie  od  dzieciństwa   - odpowiedziała  Vanisia.  -  Ukwiecone 

przez   Mishakal   łąki   wolałam   od   najświetniejszych   kryształowych   budowli   naszych 

architektów.   Często   spałam   na   otwartej   przestrzeni,   pod   gołym   niebem   na  brzegu   Thon-

Thalas - tylko po to, aby usłyszeć o świcie pieśń rzeki.

- Nie mamy w puszczy biegłych budowniczych - odparł Iydahoe - ale i nam nie są 

obce śpiewy rzeki. - W głębi serca pytał sam siebie, czy uda jej się wytrwać i radować życiem 

w krytych ziemią i skórami chatkach wolnych elfów. Dziwiąc się, że tak mu na tym zależy, 

miał jednocześnie nadzieję, że jej się powiedzie. Dopiero później zaczął się zastanawiać, czy 

lęk kapłanki o przyszłość świata ma jakiekolwiek realne podstawy. Przeczyło temu całe jego 

życiowe doświadczenie. Dziewczynę przeraziło nagłe zniknięcie ojca - to wszystko.

- Ja... chciałam wam podziękować, że wzięliście mnie ze sobą.

Sama zabrałaś się z nami - odparł Iydahoe, wzruszając ramionami, co należało złożyć 

na karb daremnego wysiłku ukrycia przyjemności, jaką sprawiało mu jej towarzystwo. Cała ta 

rozmowa o gniewie bogów zbiła go nieco z tropu - ale nie potrafił uwierzyć, że koniec świata 

jest   możliwością,   z   którą   należy   poważnie   się   liczyć.   Chciał   jednak   dokładnie   usłyszeć 

wszystko, co mogła wiedzieć Vanisia.

- Co takiego właściwie powiedział ów kapłan do ciebie i twego ojca, że uwierzyliście 

w tak straszliwą i ponurą przyszłość?

-   Od   dawna   już   opowiadał   o   rosnącej   z   dnia   na   dzień   arogancji   Króla-Kapłana. 

Twierdził, że człek ów uwierzy pewnego dnia, iż wolno mu rozkazywać  samym  bogom. 

Kiedy do tego dojdzie, bogowie ześlą na niego karę, która spadnie na cały Ansalon.

- W jaki sposób go ukarzą?

background image

- Tego Loralan nie wiedział. Powiadał też, że prawdziwi kapłani zostaną wcześniej 

odwołani...   mówił   o   dwunastu   czy   trzynastu,   dobrze   nie   pamiętam,   dniach   grozy,   które 

nadejdą wcześniej. Ale żaden z tych znaków nie zawróci Króla-Kapłana z drogi zguby.

-   Teraz   też   coś   o   tym   powiedział...   o   tym,   że   droga   do   Istar   potrwa   dłużej   niż 

trzynaście dni - przypomniał sobie Iydahoe, wciąż nie mogąc pogodzić się z przepowiednią.

Vanisia ograniczyła się do skinienia głową.

- I wierzysz, że pierwszym z owych znaków było odwołanie kapłanów? - Iydahoe nie 

przykładał zbyt wielkiej wagi do proroctw, ale słowa dziewczyny bardzo go poruszyły.

- Loralan przyszedł, aby zabrać mojego ojca, tak jak innych kapłanów... tych, co są 

prawdziwymi wyrazicielami woli bogów... Zwołał ich z całego Ansalonu. Podejrzewam, że 

odeszli już wszyscy.

- Kapłani i czarownicy Domowych Elfów mogą sobie iść, dokąd im się podoba - 

mruknął sceptycznie wojownik. - Lecz inni święci mężowie pozostali. Mój ojciec, Hawkan, 

jest szamanem, który zna wolę bogów - i czeka na nas w naszej wiosce. Zobaczymy go dziś 

wieczorem.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz - odparła Vanisia. Mówiła to najzupełniej szczerze. 

Wojownik   był   jednak   mocno   zaniepokojony   głębokim   przekonaniem   młodej   kapłanki   - 

wyczuł bowiem, że dziewczyna będzie naprawdę zdumiona, jeśli zastaną w obozie wolnych 

elfów szamana.

- Jak myślisz, dlaczego odwołano prawdziwych kapłanów? - spytał, pragnąc do końca 

wyjaśnić tę tajemnicę.

- Nie wiem nic pewnego. Może powodem jest to, że pozwoliliśmy urosnąć w potęgę 

arogancji   i   pysze   Króla-Kapłana.   Ani   elfy,   ani   ludzie   nie   zdołali   przeciwstawić   się   jego 

pogardzie   i   szaleńczej   nienawiści   dla   wszystkiego,   co   mu   się   nie   podoba.   On   po   prostu 

stwierdza, że człowiek lub cały naród jest zły i... każe zabijać. Krasnoludy, ogry, nawet elfy 

padały ofiarą jego nienawiści.

- Dlaczego więc Silvanestyjczycy wytyczali drogę do jego miasta?

-   Unikaliśmy   Istarian   przez   całe   stulecie,   zerwaliśmy   wszelkie   kontakty   z   tym 

królestwem.   Niektórzy   jednak   z   naszych   kapłanów   -   najsilniej   nalegał   na   to   Loralan   - 

przekonali Mówców, że musimy podjąć próbę porozumienia się z Królem-Kapłanem. Loralan 

uważał, że tylko w ten sposób ludzie zyskają możliwość zawrócenia z tej zgubnej ścieżki.

- My tu, w dziczy, nie przejmujemy się takimi sprawami. Wkrótce odkryjesz, że nasze 

życie jest znacznie prostsze. - I raptem Iydahoe zaczął rozważać, czy nie czas zawrócić ze 

ścieżki zemsty. Ilu ludzi będzie musiał jeszcze zabić, zanim w pełni pomści cztery plemiona? 

background image

Po raz pierwszy doszedł do wniosku, że podjął się niewykonalnego i próżnego dzieła - może 

mądrzej byłoby zrezygnować z zemsty?

- Myślę, że to coś więcej niż tylko złe przeczucie... choć modlę się, abym nie miała 

racji.

Odpoczywali   przez   kilka   godzin,   następnie   podnieśli   się   i   ruszyli   dalej.   Świt   był 

szczególnie   mglisty   i   dziwnie   mroczny.   Przesączające   się   przez   korony   drzew   światło 

wydawało   się   chorobliwie   blade,   jakby   ktoś   zaciągnął   na   słońce   gigantyczną   zielonkawą 

zasłonę.   Ale   dopiero   w   południe,   kiedy   wyszli   spod   drzew   na   rozległą   dolinę   otoczoną 

dalekimi wzgórzami, Iydahoe zrozumiał, dlaczego poranek wydał mu się tak dziwny.

Całe bezkresne i bezchmurne niebo przybrało zgniły, niezdrowy, zielonkawy kolor.

Opary bladawej, chorobliwej barwy plamiły cały nieboskłon, wyglądający teraz jak 

gnijące bagna. Nie była  to żywa, intensywna zieleń wiosennych  pączków lub pierwszych 

pędów bujnej trawy. Wyższe partie bezchmurnego nieba miały barwę gnijących chwastów. 

Rozległe   połacie   nieboskłonu   przybrały   niezdrowy   odcień,   jaki   miewa   niekiedy   skóra 

poważnie chorej istoty.

Iydahoe   natychmiast   przypomniał   sobie   słowa   Vanisii   o   boskich   znakach,   które 

poprzedzą dni zagłady.  Niewielkiej  trzeba było wyobraźni,  aby pomyśleć,  że ów upiorny 

kolor nieba stanowił jeden z takich znaków. W rzeczy samej nie mogło być inaczej!

Trójka elfów nie traciła już czasu na rozmowy,  lecz pospiesznie ruszyła  w stronę 

domu.  Iydahoe  był  wstrząśnięty do głębi, ale usiłował  nie okazywać  tego po sobie i nie 

denerwować pozostałych. Bakall rozglądał się nieustannie i nie odkładał łuku z gotową do 

wypuszczenia strzałą. Przygnębiona Vanisia nie odrywała oczu od ziemi.

Biegli tak szybko, jak pozwalał na to teren. Prowadził Iydahoe, który porzucił już 

kluczenie  i   wiódł  najkrótszą  drogą  do  ukrytej  wioski.  Spoglądając   na  niesamowity  kolor 

nieba, pojął, że legioniści nie będą tracili czasu na poszukiwanie dwóch dzikich elfów, tylko 

co koń wyskoczy ruszą do Istar. Nie ulegało dlań wątpliwości, że niezwykły fenomen przerazi 

do cna żołdaków, pozbawionych przy tym wsparcia czarnoksiężnika i kapłana.

Wspomnienie   zabitego   maga   pozostawiło   w   sercu   elfa   chłód   i   pustkę.   Zabójstwo 

wroga było przedtem dla niego powodem do dumy i zadowolenia. Teraz z jego ręki poległ 

najzacieklejszy   nieprzyjaciel   czterech   elfich   plemion   -   ale   wspomnienie   tej   jakże 

usprawiedliwionej śmierci nie dawało mu żadnej satysfakcji.

Zastanawiał się też, czy ludzie domyślą się, że zabrali ze sobą Vanisię - i czy obwinią 

ich o uprowadzenie Wellerane’a.

background image

Jeszcze   przed   zachodem   słońca   dotarli   w   pobliże   ukrytej   doliny,   choć   z   powodu 

Vanisii wędrowali nieco wolniej. Dziewczyna  nie skarżyła  się na tempo, mimo  że na jej 

stopach   widać   było   spore   otarcia.   Pospiesznie   przebiegli   pomiędzy   wielkimi   pniami,   za 

którymi kryło się wejście do wąwozu.

Przenikliwy   krzyk   Vanisii   przeszył   leśną   ciszę   niczym   trzask   gromu   i   Iydahoe 

odwrócił  się   błyskawicznie,   chcąc   zobaczyć,  co  ją  tak   przeraziło.  Dziewczyna  opadła  na 

kolana i drżącą dłonią wskazywała na pień jednego z drzew.

Elf spojrzał we wskazywanym przez nią kierunku i poczuł, że wnętrzności przeszywa 

mu dreszcz zgrozy. Kora na pniu pękła niczym wielka, gnijąca rana.

Wszyscy   troje   spoglądali   przez   chwilę   na   drzewo,   jakby   nie   dowierzali   własnym 

oczom. Vanisia i Bakall cofnęli się o krok, Iydahoe zaś zacisnął pięści w bezsilnym gniewie. 

Jakaż potworność mogła tak rozdzierać drzewa? Elf zobaczył, że kałuża krwi rozlewa się 

szerzej i przelewa przez niewielką zaporę z poskręcanego korzenia, a potem formuje wąski 

strumyk cieknący wzdłuż ścieżki.

Na sąsiednim drzewie także pękła kora i popłynęły spod niej fale purpurowego płynu. 

I nagle wszystkie drzewa zaczęły pękać jak przejrzałe dynie, wkrótce też leśne zapachy uległy 

ciężkiej woni świeżej krwi. Gnany coraz potężniejszym przerażeniem Iydahoe poprowadził 

dwójkę towarzyszy przez las, dobywając z siebie resztki sił i pędząc tak szybko, jak tylko się 

dało.   Musieli   przeskakiwać   strumienie   juchy   i   okrążać   większe   kałuże   krzepnącej   krwi. 

Wojownik poruszał się jak w sennym koszmarze - nie był pewien, co zastaną w kryjówce. 

Niczego już nie mógł być pewien!

Gdy prześlizgiwali się przesmykiem wychodzącym  na polankę, na której kryła się 

wioska, Iydahoe bezskutecznie usiłował uspokoić walące jak młotem serce. W końcu stanęli 

nad niewielkim stawem i wojownik zobaczył skromne szałasy, w których zamieszkali ostatni 

członkowie   licznego   niegdyś   plemienia.   Zewsząd   zbiegali   się   ku   nim   młodzi 

Kagonestyjczycy,   ci,   co   przed   czternastu   laty   ocaleli   z   rzezi.   Ujrzawszy   przybyszów, 

wybuchnęli powitalnymi wrzaskami.

Byli tu jednak wyłącznie sami młodzi! Iydahoe zobaczył fragmenty Koźlego Rogu, 

leżące jak zawsze na miękkim, puszystym kocu przed szałasem ojca. Płonące nieustannie 

ognisko szamana było wygaszone i wewnątrz chatki nie dostrzegł żadnego ruchu.

- Gdzie jest Hawkan? Gdzie jest mój ojciec?

Przed   grupkę   młodzieży   wystąpił   Kagwallas,   który   nieznacznie   tylko   ustępował 

wiekiem Bakallowi. Oczy chłopaka wypełniały łzy.

background image

- Wczoraj w nocy przyszedł do nas jakiś elf... Domowiec. Pomówił z Hawkanem, 

wziął go za rękę i... zniknęli.

- Zniknęli! To była magia! - Mała Faylai zaniosła się płaczem.

Iydahoe niemal runął na ziemię ogłuszony tym, co usłyszał. Pojął, że Vanisia mówiła 

prawdę.

Nadciągał koniec świata.

background image

Rozdzial 29 - Trzynaście dni grozy

Przerażeni Kagonestyjczycy stłoczyli się wokół ogniska i długo patrzyli na las. Po 

zachodzie słońca rozdzielili się na trzy grupki i rozeszli do największych szałasów, gdzie 

spędzili długą, upiorną noc. O świcie wyszli z chatek, rozniecili ognisko i patrzyli bezradnie, 

jak rodzinne lasy ulegają zagładzie.

Drzewa nadal krwawiły i spływająca strumieniami ciecz plugawiła wodę w stawie 

pośrodku wioski. Na szczęście Kagwallas  zachował dość przytomności  umysłu i napełnił 

wodą wszystkie bukłaki i skórzane pojemniki, kiedy tylko zobaczył pierwsze pękające pnie. 

Plemię miało więc dość wody.

Iydahoe często wstawał i z łukiem w dłoniach okrążał granice wioski. Czuł się tak, 

jakby sama puszcza planowała zdradziecki atak na wioskę i ogarniała go rozpacz, że nie może 

temu zapobiec.

Kagwallas i Bakall również dawali baczenie na lasy,  Dallatar tymczasem usiłował 

rozśmieszyć dzieciarnię, robiąc zabawne miny i wykonując - niezbyt biegle - akrobatyczne 

sztuczki. Ambra trzymała małą Faylai na kolanach, podczas gdy Vanisia siedziała pośrodku i 

jak umiała, pocieszała resztę.

W pewnej chwili Iydahoe  usłyszał w lesie jakiś ruch - był  to pierwszy tego typu 

dźwięk od czasu, kiedy zaczęły krwawić drzewa. Pewien, że zbliża się coś dużego, ostrożnie 

podniósł łuk i spojrzał pomiędzy popękane pnie. Ujrzał, że przez gnijące krzewy przedzierał 

się całkiem spory zwierz.

Spomiędzy drzew wyłonił się wreszcie rosły, oszołomiony i otumaniony jeleń, który 

potrząsał   porożem,   jakby   budził   się   ze   snu.   Ujrzawszy   szałasy,   prychnął   dziko   i   łypnął 

przekrwionymi   ślepiami.   Potem   opuścił   łeb   i   runął   przed   siebie,   z   łatwością   przebijając 

rogami skórzaną ścianę małej chatki.

Iydahoe  najbardziej  bał się, że ciężkie  kopyta  zwierzęcia  mogą  stratować kawałki 

Koźlego Rogu, które wciąż leżały na kocu przed chatą Hawkana. Przemógłszy obawę, napiął 

łuk, puścił cięciwę i trafił byka prosto w serce. Jeleń jednak tylko się potknął, potem zaś 

uniósł łeb i prychając wściekle, zaczął grzebać ziemię kopytem, jakby zamierzał odnaleźć i 

zniszczyć   źródło   niespodziewanej   napaści.   Iydahoe   wypuścił   kolejną   strzałę,   ale   dopiero 

trzeci pocisk zwalił zwierzę na ziemię.

Wojownik i starsi chłopcy z niemałym żalem odciągnęli tuszę jelenia w las, lecz nie 

mieli ochoty zjadać mięsa zwierzęcia dotkniętego widocznym szaleństwem. Tej nocy Iydahoe 

background image

dygotał na swoim materacu, słysząc niesamowite jęki wiatru i westchnienia drzew - jakby 

każdy konar i pień w puszczy opłakiwał rany, które tak nienaturalnie pozbawiały go życia. 

Koszmary nachodziły elfa, gdy czuwał, a strach nie pozwalał mu szukać ucieczki we śnie.

- Czy to prawda, że zabiłeś kilkuset ludzi? - spytała nagle Vanisia, której głos dobiegł 

go z mroku zalegającego przeciwną stronę chatki. Przez chwilę nie mógł zrozumieć, o co go 

pytała, a gdy to pojął, pomyślał, że jej ciekawość nie jest bardziej przewrotna niż otaczający 

ich chaos.

-   Tak   utrzymywał   ten   człowiek.   Nie   liczyłem   trupów,   choć   muszę   przyznać,   że 

zużyłem na Istarian wiele setek strzał. I rzadko chybiałem - dodał, pragnąc być uczciwym.

- Dlaczego zabiłeś tak wielu?

Opowiedział   jej   o   owym   okropnym   dniu   sprzed   czternastu   lat,   kiedy   tak   nagle 

odmieniło się jego życie - i życie całego plemienia. Dopiero kiedy skończył mówić, zdał 

sobie sprawę, że płakał podczas opowieści i że Vanisia zbliżyła się do niego. Teraz i ona 

płakała, obejmując go ze współczuciem. W sile jej uścisku odnalazł jedyną dobroć, jakiej 

doznał od świata, i wzruszył się głęboko, odkrywając wreszcie, że wśród rozpaczy i chaosu 

można znaleźć odrobinę ukojenia.

- Jakiż był cel tej zemsty i tych zabójstw? - spytała go łagodnie po dłuższej chwili 

ciszy.

-   Nie...   nie   umiem   powiedzieć.   Od   tamtego   dnia   plemię   nie   ma   Odnajdywacza 

Ścieżek...

-   Mają   ciebie   -   odparła   Vanisia,   mocno   go   tym   stwierdzeniem   zaskakując.   -   Ty 

pokażesz im drogę. I może okaże się, że nie jest to droga zemsty i śmierci.

- Zaczynam wierzyć, że masz rację - przyznał. Z tą myślą wreszcie zasnął.

Następnego dnia intruzami okazała się trójka dzików. Wpadły do obozu, opuściły łby i 

zaatakowały pierwszą osobę, którą zobaczyły. Był to Dallatar, który zręcznie uskoczył im z 

drogi. Jedna z dziewczynek, która również usiłowała uciec, została podrzucona wysoko w 

górę i spadła na ziemię, łamiąc ramię. Krzyczała przeraźliwie, aż rozszalałe zwierzęta padły 

wreszcie z rąk Iydahoe i starszych chłopców, przeszyte grotami strzał i oszczepów.

Znowu odciągnięto cielska bestii w las, gdzie zostawiono je, aby zgniły. Gdy przyszło 

do składania i opatrywania złamanej rączki, Vanisia okazała się zręczną uzdrowicielką. Kiedy 

jednak zaczęła modlić się do swej bogini o pomoc, jej modlitwa trafiła w próżnię. Mimo iż 

jak   dawniej   skupiała   się   i   pogrążała   w   modłach,   nie   zdołała   uzyskać   odpowiedzi   od 

rozgniewanych bogów. Nie należało więc oczekiwać żadnych cudownych uzdrowień.

background image

Podczas kolejno następujących po sobie dni wioskę napadały oszalałe wilki, sokoły, 

jastrzębie - nawet króliki i wiewiórki. Najmłodsi Kagonestyjczycy, wymachując pałkami i 

miotając   kamieniami,   stawali   u   boku   starszych   i   przyłączali   się   do   walki   z   odmienioną 

przyrodą. Gdy nadeszła siódma noc, wolne elfy przeniosły się ze swych szałasów do sporej, 

suchej pieczary w jednej ze ścian kotliny. Tam nareszcie mogli wyspać się jak należy - po 

wystawieniu wartowników, którzy mieli wypatrywać niebezpieczeństw pośród nienaturalnie 

gęstego mroku.

Dziewiątego dnia rano w wiosce pojawił się niedźwiedź. Bestia pomrukiwała dziko, 

toczyła   pianę   z   pyska   i   na   wszystkie   strony   łypała   nabiegłymi   krwią,   małymi   oczkami. 

Iydahoe polecił pozostałym skryć się w pieczarze i sam stawił czoło potworowi. Zanim udało 

mu się zmusić zwierzę do ataku, musiał wystrzelić sporo grotów. Gdy niedźwiedź dźwignął 

się na tylne łapy, Iydahoe sięgnął po topór. Zwarli się zaciekle i runęli na ziemię, przetaczając 

się po niej kilkakrotnie. Podczas starcia ogarnięty bojową furią elf ryczał równie dziko jak 

niedźwiedź. Stalowy topór wielekroć wznosił się i opadał, tnąc zwierzę po bokach, a szpony 

bestii poszarpały elfowi żebra.

Gdyby nie ostrość głowni, Iydahoe zapłaciłby życiem za swą odwagę, w końcu jednak 

udało   mu   się   przeciąć   arterię   na   karku   bestii.   Współplemieńcy   odciągnęli   z   niego 

zakrwawionego trupa, ale wolny elf nie pozostał na ziemi i nie pozwolił Vanisii przewiązać 

ran. Zamiast tego wstał i potrząsając pięściami, zwrócił się w stronę posępnej puszczy.

- Dlaczego nas prześladujecie? - zawołał. Ból, jaki odczuwał w ranach, był niczym w 

porównaniu z przeświadczeniem, że został zdradzony. Jego gniew był szalony, bezrozumny i 

skierowany  przeciwko   samym  górom   i  lasom.   Znieprawienie   drzew   i  zwierząt  było   zbyt 

okropne, aby znosić je bez sprzeciwu.

- Chodźcie, zabijcie mnie... no już! - wrzasnął. - Niedźwiedź to za mało! Poślijcie 

przeciwko mnie prawdziwego zabójcę! A może się boicie?

Nie wiedział, do kogo się zwraca, gdy toczył wokół dzikim spojrzeniem... i nagle jego 

wzrok znalazł przedmiot, na którym elf mógł wyładować gniew i wściekłość. Niemal oślepły 

z furii, Iydahoe zaczął deptać matę, na której rozłożono resztki Koźlego Rogu.

- Ot, macie... Zabierzcie swoje dary! - ryknął wyzywająco. - Bezużyteczne, żałosne 

symbole! Żaden z nich pożytek!

Pozostali członkowie plemienia patrzyli ze zgrozą, jak porywa ułamki rogu i ciska je 

w las wraz z przekleństwami - aż w końcu wyczerpany padł na ziemię.

Głęboko   wstrząśnięci   tym   zdarzeniem   Kagwallas   i   Bakall   zanieśli   przywódcę   do 

pieczary. Ochłonąwszy nieco, Iydahoe poczuł głęboki wstyd, gdy zdał sobie sprawę, jakie 

background image

wrażenie   jego   wybuch   mógł   wywrzeć   na   młodszych   członkach   plemienia.   Pozostała   mu 

jedynie czarna rozpacz.

Gdyby nie obecność Vanisii, desperacja mogłaby doprowadzić go do utraty rozumu. 

Gdy zwierające się wokół niego ciemności zgęstniały, gdy zaczęło mu się wydawać, że nie 

ma już ratunku ani dla niego, ani dla plemienia, dziewczyna przyszła mu z pomocą, kierując 

jego uwagę ku sprawom dnia powszedniego. Zazwyczaj czyniła to, zadając mu jakieś pytanie, 

dotyczące   nieskomplikowanych   problemów,   ale   wymagające   natychmiastowej   decyzji. 

Niekiedy   tylko   ujmowała   go   za   rękę   -   i   dotknięcie   to   dodawało   mu   sił,   a   przez   mrok 

ogarniającego go całunu zaczynały przebijać się promyki nadziei. Kiedy indziej opowiadali 

sobie legendy swoich narodów. On mówił jej o Ojcu Kagonosie i Koźlim Pradziadku, ona zaś 

wspominała o mądrym Silvanosie i jego sprawiającym tysiącletnie problemy dziedzictwie.

Opowiadali   te   legendy   w   gronie   młodzieży,   poruszając   i   lżejsze   tematy.   Vanisia 

pozwalała   dziewczętom  bawić  się  i  nasłuchiwać  sporej,  skręconej  i  rogatej   muszli,  która 

zdobiła   sprzączkę   jej   pasa   -   wyjaśniała,   że   to   muszla   morska.   Faylai   i   Tiffli   godzinami 

potrafiły wsłuchiwać się  w szum,  a Vanisia karmiła  je opowieściami  o falach,  plażach  i 

morzu. Potem wszyscy przykładali wylot muszli do uszu i wyobrażali sobie huk odległego 

przyboju.

Wody używano oszczędnie i czas oczekiwania poświęcano głównie na sen. Po zmroku 

zawsze zaczynała dąć gwałtowna - i każdej nocy potężniejsza - wichura. Wiatr odrywał ze 

strzech chatynek strzępy kory, a u wejścia do groty wirowały kłęby martwych liści. Szałasy 

jeden po drugim padały pod coraz silniejszym naporem wichury.

Vanisia poświęciła cały dzień na zrobienie sobie solidnych skórzni - użyła do tego 

skrawków z pokryć rozniesionych przez wichurę chatek. Udało jej się to nad podziw dobrze i 

wkrótce zajęła się wyrobem obuwia dla innych, ucząc jednocześnie młodzież. Pracująca w 

milczeniu dziewczyna dodawała wszystkim ducha, przywracała wiarę w normalny porządek 

rzeczy - młode zaś elfy z widoczną uciechą wkładały na stopy pierwsze od czternastu lat 

skórznie.

Dwunastego   ranka   Iydahoe   obudziła   głucha   cisza.   Podniósł   się   na   łokciu   i   ujrzał 

siedzącą u wejścia do jaskini Vanisię, która wypatrywała czegoś na zewnątrz. Zobaczywszy, 

że   wojownik   nie   śpi,   przyłożyła   palec   do   ust   i   gestem   dłoni   poprosiła,   aby   się   do   niej 

przyłączył.

- Co się dzieje? - spytał szeptem.

- Popatrz sam. Nie wiem, skąd się tu wziął, ale od świtu nawet się nie poruszył.

background image

Iydahoe ze zdumieniem ujrzał, że pod opadającymi nisko gałęziami wielkiego dębu 

stoi sędziwy elf i kryjąc się w cieniu konarów, obserwuje ruiny wioski. Włosy nieznajomego 

były długie, śnieżnobiałe - opierał się na solidnej, dziwacznie skręconej i długiej lasce. W 

niektórych miejscach skóra na twarzy przybysza była odrobinę ciemniejsza - jakby od tatuażu 

- i Iydahoe wydało się, że wokół lewego oka sterczącego pod drzewem starca kiedyś chyba 

wykłuto   dębowy   liść.   Jeśli   miało   to   oznaczać   członka   plemienia   wolnych   elfów,   tatuaż 

wykonano tak dawno, że niemal zupełnie zniknął.

Wojownik   obserwował   przybysza   przez   kilka   chwil,   zwracając   uwagę   przede 

wszystkim na jego poszarpaną opończę z jeleniej skóry, bose stopy i widoczne wycieńczenie. 

Nieznajomy dość szybko spostrzegł, że jest obserwowany, lecz nie uczynił żadnego ruchu, 

aby podejść bliżej lub się oddalić.

Wreszcie wstał Iydahoe. Powoli, okazując szczególny szacunek, wyszedł z groty i 

zbliżył się do dębu. Drzewa przestały już krwawić i nad całą puszczą zapadła martwa cisza. 

Wojownik miał dziwaczne uczucie - przez chwilę wydało mu się, że on i stary elf są jedynymi 

żywymi istotami, które stoją pod tym niesamowitym niebem.

- Podejdź bliżej,  Dziadku.  Serdecznie  witamy  - odezwał  się  wojownik  uprzejmie, 

używając formy, w jakiej powszechnie zwracano się do starszych. - Mamy suszone mięso i 

owoce. Przyłącz się do nas, kiedy będziemy się posilali.

Białowłosy elf nie odezwał się ani słowem, choć w jego oczach zamigotały świetliste 

iskierki - patrzył  tylko na wojownika, choć Iydahoe przysiągłby,  że tamten słyszał każde 

słowo. Mimo to nieznajomy nawet nie drgnął.

- Dziadku, czy mnie słyszysz? - spytał.

- Ja... tak, ale czy ty mnie naprawdę słyszysz, wolny elfie? - Głos nieznajomego był 

głęboki, dźwięczny i zaskakująco mocny - jeśli zważyć kruchość piersi i krtani, które go 

wydały.

- A co powinienem usłyszeć? - spytał zdumiony i zarazem zaintrygowany Iydahoe.

- Ofiarujesz mi pomoc, ale w istocie nie możesz mi w niczym pomóc. Ja też nie mogę 

pomóc tobie.

- A czy jest nadzieja na jakąkolwiek pomoc? - pytał wojownik.

- Nazywasz mnie swoim przodkiem, ale w tym się mylisz. Poszukaj Jego, dziki elfie. 

Poszukaj naszego prawdziwego Przodka. Wspomnij plemienne legendy i pomyśl, gdzie go 

szukać.

background image

Iydahoe zamrugał oczyma, zdumiony słowami nieznajomego i wiarą oraz ufnością, z 

jakimi zostały wypowiedziane. Gdy spróbował coś odpowiedzieć, zorientował się nagle, że 

tajemniczy i wiekowy pustelnik zniknął w przeciągu mgnienia oka.

- Widziałaś, dokąd poszedł? - spytał Vanisię, która wyszła z pieczary i rozglądała się 

dookoła. Dziewczyna potrząsnęła głową, elf zaś okrążył polankę, chcąc zajrzeć w błoto za 

dębem.   Nie   tylko   niczego   nie   zobaczył,   więcej,   przekonał   się,   że   w   miejscu,   w   którym 

niedawno jeszcze stał stary elf, błotnista ziemia nie była nawet tknięta najlżejszą stopą.

- Kiedy go zobaczyłaś?

- Gdy się obudziłam.

- Nie ruszył się z miejsca?

Vanisia potrząsnęła głową.

- Nie. Przez cały czas, gdy na niego patrzyłam, sterczał przy tym drzewie. - Spojrzenie 

zielonych oczu dziewczyny prześlizgnęło się badawczo po jego twarzy i Iydahoe poczuł, że 

umyka mu coś ogromnie ważnego - fragment wiedzy, który natychmiast musi odzyskać.

- Co ci powiedział? - spytała dziewczyna.

- Powiedział, że powinienem odszukać przodka... „naszego prawdziwego Przodka”. 

Miał na myśli Koźlego Pradziada.

- Ale gdzie go znaleźć? Gdzie...

Coś w twarzy Iydahoe kazało Vanisii wstrzymać się od dalszych pytań. Wojownik 

nagle ujrzał jasno i ponad wszelką wątpliwość, co powinni zrobić, obawiał się jedynie, że 

może być za późno.

-   Zwijać   posłania!   -   zwrócił   się   do   młodszych   elfów,   które   stały   i   z   otwartymi 

gębusiami gapiły się nań u wejścia do pieczary. - Każdy bierze pęk wędzonki - tyle, ile da 

rady unieść - i pełny bukłak z wodą. Wynosimy się stąd.

Ani jeden z młodzików nie zatrzymał się, aby zadać jakiekolwiek pytanie. Zamiast 

tego wszystkie dzieci karnie rzuciły się do przeszukiwania resztek małych szałasików i po 

chwili każde z nich miało już tobołek z resztką swych skarbów. Bakall, Kagwallas i Dallatar 

pomagali maluchom, podczas gdy Iydahoe i Vanisia napełniali dla siebie największe plecaki.

Wojownik nie zastanawiał się, skąd czerpie pewność, że postępuje właściwie - nie 

wątpił też, że naprawdę muszą się spieszyć. Pamiętał legendy i wiedział, gdzie jest miejsce, 

do którego muszą się udać.

Koźli Pradziad żył niegdyś w najwyższych górach na Ansalonie - tyle elf pamiętał z 

dawnych opowieści. Wiekowy pustelnik kazał im schronić się wśród tych szczytów i Iydahoe 

zrozumiał, dlaczego mają to zrobić.

background image

Kagonestyjczycy powinni wspiąć się wysoko, aby uchronić swe życie.

Spokojnie  poprowadził  plemię   stromym  zboczem   wznoszącym  się   za  grotą.   Dalej 

leżały podnóża gór Khalkist, których pokryte bielą śniegów szczyty mogli oglądać ci, którzy 

wspięli się na wierzchołki najbliższych pagórków. Gdy teraz stanęli na grzbiecie najwyższego 

ze wzniesień, również ujrzeli potężny masyw w całej jego dzikiej krasie.

Iydahoe ze zdumieniem stwierdził, że wiele spośród szczytów straciło swą śnieżną 

szatę. Nad licznymi wierzchołkami unosiły się mroczne, złowieszcze chmury, a choć Iydahoe 

niejeden raz daleko stąd, na północy,  oglądał dymiące  góry,  żadna z nich nie wyrzucała 

równie paskudnych oparów - i nigdy nie zdarzyło się to tak blisko domu. Teraz zaś patrzył, 

jak pomiędzy szczytami wije się obrzydliwa zasłona mgły.

- W tych górach kryje się niebezpieczeństwo - powiedziała Vanisia, która razem z 

Iydahoe czekała, aż dołączą do nich ostatnie dzieciaki.

- Być może wszyscy tam zginiemy - odparł zwyczajnie, jakby sprawa była prosta. - 

Ale jeśli zostaniemy tutaj, zginiemy na pewno.

Gdy wchodzili wyżej, cały czas pilnie obserwował niebo.

Chmury kłębiły się tak, że wcześniej nie umiałby sobie tego wyobrazić - nawet w 

najgorszych koszmarach. Patrząc w niebo, widział jakby ogromny, kipiący kocioł waru, który 

jakimś cudem, przewrócony do góry nogami, zawieszono im nad głowami - odmęt rozciągał 

cię na całe niebo.

Kilku młodszych zaczęło się skarżyć - dzieciaki potykały się i ślizgały na stromych 

zboczach i nie mogły dotrzymać kroku pozostałym. Iydahoe wziął najmłodszą Faylai na plecy 

i polecił jej, aby mocno się trzymała. W każdą dłoń ujął rączkę jednego z brzdąców i powiódł 

je   tam,   gdzie   -   wspiąwszy   się   wyżej   -   mogli   znaleźć   choć   częściowe   schronienie. 

Silvanestyjka poprowadziła inną dwójkę, a Bakall, Kagwallas i Dallatar również pomagali 

pozostałym.

Wspinali   się   cały   dzień,   a   gdy   nadeszła   noc,   Iydahoe   nie   ustawał   w   wysiłkach, 

groźbami   i   prośbami   skłaniając   plemię   do   dalszej   wędrówki.   Wkrótce   zielonkawe   niebo 

znikło pod nawałą chmur, ale elfy widziały dostatecznie dobrze i mogły wspinać się dalej - aż 

niesamowita noc zaczęła przechodzić w równie niezwykły świt.

Był to - jak przypomniał sobie Iydahoe - świt dnia trzynastego.

Nadal pięli się coraz wyżej, przekraczając grzbiet niższego pasma, choć znajdowali się 

już   kilka   tysięcy   stóp   ponad   równiną   Vingaard.   Wysokie   szczyty   zostały   na   północnym 

wschodzie,   Iydahoe   gnał   jednak   plemię   prosto   na   wschód,   gdzie   góry   przechodziły   w 

łagodny, pofałdowany i porośnięty lasami płaskowyż. W tych lasach - jak dobrze wiedział 

background image

Iydahoe - można było znaleźć wiele dróg, podczas gdy góry na północy stanowiły jeden 

labirynt jarów, przepaści, strzelistych szczytów i urwisk.

- Spójrzcie! - zawołał nagle zdjęty grozą Bakall, wskazując północno-wschodnią część 

nieboskłonu.   Plemię   przecinało   właśnie   niewielką,   porośniętą   dzikim   kwieciem   polanę   w 

świerkowym zagajniku.

Iydahoe   ujrzał,   że   powierzchnia   tłustej   chmury   wzdyma   się   nagle,   jakby   do 

niebiańskiego   kotła   ktoś   cisnął   ogromny   głaz.   Przez   szczelinę   na   moment   ukazało   się 

niesamowicie ubarwione niebo - lecz teraz miało jeszcze okropniejszy odcień niż przedtem. 

Ziemia zaczęła drżeć, a od wysokich urwisk odrywały się potężne głazy. Elfy zatoczyły się 

raz i drugi - pod ich stopami dywan miękkiego mchu wydął się nagle i zadrżał jak żywa 

istota.

Nagle nieboskłon przeszyła błyskawica zieleni przechodzącej w błękit - a następnie w 

intensywną biel. Błysk poraził oczy Iydahoe i wywołał jęk bólu Vanisii. Dzieci wybuchnęły 

płaczem, ale wojownik mógł tylko mocniej ująć ich rączki.

To, co nastąpiło potem, było wielką, niewiarygodnie gwałtowną eksplozją. Skalisty 

grunt nagle wywinął kozła i cisnął ich w powietrze. Iydahoe zdążył jedynie mocno zewrzeć 

palce na dłoniach małych współplemieńców, kiedy wymachując bezradnie nogami, pomknęli 

w górę. Gdy runęli w dół, miał wrażenie, że będą tak spadać w nieskończoność - i było to 

dziwnie kojące uczucie.

Powrót do rzeczywistości nastąpił w momencie, gdy brutalnie rąbnęli o zataczającą się 

ziemię. Iydahoe niemal rozpłaszczył sobie twarz o twardy kamień, a deszcz drobnego żwiru 

zabębnił na jego grzbiecie. Niby przez mgłę słyszał płacz dzieci, lecz przez nieskończenie 

długą chwilę przed oczyma miał tylko zamieć barwnych, jaskrawych iskier - i wiedział, że te 

obrazy mają źródło w jego własnym bólu.

Potem przyszła okropna świadomość i stary, jakże mu znajomy strach - że nie kto 

inny, a on sam, Iydahoe, zawiódł w godzinie próby i skazał na zagładę własne plemię. Jakże 

jednak miał walczyć z taką mocą - oszałamiającą i niewyobrażalną potęgą, która potrafiła 

ruszyć z posad fundamenty świata? Większość małych elfów pewnie zginęła w tym wybuchu. 

Wiedział, że sam jest okaleczony... jego ciało zostało starte w jedną miazgę.

- Chodźmy. No, wstawaj, wstawaj, Iydahoe! - słyszał ponaglenia Vanisii, ale nie mógł 

się ruszyć. Po cóż zresztą miałby to robić? Stracił już nadzieję.

Znów usłyszał płacz - a potem łkanie wielu młodziutkich głosików. Głosy skupiły się 

wokół niego i wówczas zamrugał oczyma. Z najwyższym trudem podniósł głowę i ujrzał 

Kagwallasa i Bakalla - każdy trzymał w ramionach parę drących się rozpaczliwie maluchów. 

background image

Obok niego klęczała Vanisia, a kiedy wojownik uniósł głowę, wyciągnęła dłoń, aby dotknąć 

jego twarzy.

- Kto jest ranny? - wychrypiał. - Jak ciężko?

Nie bez sporego wysiłku zdołał w końcu rozejrzeć się dookoła - choć białe plamki 

wciąż   migały   mu   przed   oczyma.   Na   rozciągającej   się   wokół   niewielkiej   górskiej   łące 

zobaczył rozproszonych członków plemienia. Niektórzy już siedzieli, podczas gdy inni kulili 

się jeszcze z płaczem na ziemi. Dwoje - Dallatar i jedna z dziewczynek - leżało nieruchomo 

na osmalonej darni, spod której wyzierały wszędzie potrzaskane kamienie.

I nagle dziewczynka - była nią Tiffli, jęknęła i przetarła twarzyczkę dłonią. Chłopak 

nie ocknął się jeszcze, choć jego pierś podnosiła się i opadała - co prawda niezbyt skoro. 

Zrozpaczony Iydahoe podczołgał się do nieruchomego ciała, a Vanisia i Bakall pomogli wstać 

malutkiej elfce.

Niestety,  wokół nich rozpościerała  się puszcza dziwacznie  nachylonych  drzew. W 

górze kłębiły się mętne chmury, dokładnie skrywające niebo i horyzont. W którą stronę mieli 

się skierować? Iydahoe nie widział żadnych gór, rozglądając się wokół siebie, nie znalazł 

żadnego śladu, który byłby mu powiedział, gdzie i dokąd zmierzali, zanim w ziemię ugodził 

grom gniewu bogów.

Po raz pierwszy w życiu musiał przyznać, że się zgubił.

Uświadomiwszy to sobie, stracił ostatnią iskierkę nadziei - zrozumiał, że nie istnieje 

droga   ucieczki   przed   rozszalałymi   żywiołami.   Plemię   nie   miało   Odnajdywacza   Ścieżek. 

Usiłował - jakże nieporadnie! - spełniać tę funkcję, próbował stać się tym, kogo potrzebowali. 

Desperacko usiłował podołać zadaniu, do którego nikt go nie przygotował.

I zawiódł.

background image

Rozdział 30 - Pieśń Pradziada

Rozpacz ciążyła Iydahoe jak głaz, którego ciężar przytłaczał do ziemi i pozbawiał 

resztek sił, które zdołał zachować. Na Ansalon spadł okropny kataklizm, a wolne elfy miały 

zginąć jak robaki na porażonym gromem dębie. Jeśli ziemię rozedrze jeszcze jedno trzęsienie 

ziemi,   Kagonestyjczycy   przepadną   w   rozpadlinach.   Nawet   gdyby   grunt   zachował   stałość 

położenia,   jakże   Iydahoe   miał   szukać   wyżyn,   gdzie   żył   Koźli   Pradziad,   kiedy   w   tej 

spustoszonej   krainie   stracił   orientację?   Wokół   nich   rozciągał   się   labirynt   poszarpanego 

trzęsieniem   ziemi   lasu.   W   którąkolwiek   stronę   zechcieliby   się   udać,   będą   musieli   z 

niezwykłym   mozołem   przedzierać   się   przez   rumowisko   drzew   i   skał...   a   może   nawet 

przyjdzie im zrezygnować z wędrówki.

Nagle wśród leżących bezładnie pni i konarów mignęło lśnienie czystej, śnieżnej bieli. 

Biel ta natychmiast przyciągnęła wzrok elfa - wydało mu się, że widzi oto jedyną w tym 

koszmarnym   dniu   rzecz,   która   pozostała   nietknięta   i   czysta.   Spróbował   się   podnieść   i 

stwierdził, że jego mięśnie znów są mu posłuszne. Zdecydowanie dźwignął się na nogi i 

zrobił kilka kroków w stronę lasu.

-   Co   się   stało?   -   spytała   Vanisia,   Kagwallas   zaś   i   Bakall   spojrzeli   na   niego   ze 

zdumieniem.

- Tam! - stęknął, pokazując na miejsce, gdzie ponownie ujrzał smugę bieli.

Zobaczył łeb - wielki, z szerokim czołem i pasmem alabastrowego futra, spod którego 

patrzyły   duże   okrągłe   oczy.   Oczy   te   były   łagodne,   świetliste   i   przyglądały   mu   się   z 

bezgranicznym  współczuciem  i  zrozumieniem   - co  poruszyło   elfa  tak,  iż  poczuł   łzy  pod 

powiekami. Czując na sobie to troskliwe spojrzenie, wyprostował się i stanął pewniej - ten 

wzrok pomógł mu pokonać strach i zebrać myśli.

Dopiero później zobaczył rogi, skręcone spiralnie po obu stronach łba. Po trzykroć 

zwinięte, były godną oznaką króla górskich kozłów.

- Na co tak patrzysz? - zawołała Vanisia, podchodząc bliżej i dotykając jego dłoni. I 

wtedy Iydahoe zrozumiał, że wyłącznie jemu dane było zobaczyć Koźlego Pradziada - a w 

tejże chwili zwierzę odwróciło się i machnąwszy śnieżnobiałym ogonem, zniknęło w lesie.

- Chodźcie. Zbierzcie dzieci. Wiem już, dokąd pójdziemy. - Zatrzymał się i podniósł 

Dallatara.   Młody   elf   wciąż   pozostawał   nieprzytomny,   oddychał   płytko,   a   spod 

półprzymkniętych powiek widać było tylko białka oczu - ale żył.

background image

Iydahoe   powiódł   ich   w   las,   wybierając   wśród   powalonych   pni   drogę,   która   jak 

najwierniej   odtwarzała   trop   nieuchwytnego   białego   kozła.   Zaraz   też   odkrył,   że   idąc   tym 

szlakiem,   mogą   poruszać   się   nawet   szybciej   niż   przedtem,   Przewodnik   bowiem   świetnie 

orientował się w chaosie. Płaskowyż, po którym szli, stopniowo podnosił się i wkrótce elfy 

zrozumiały, że czeka je kolejna wspinaczka.

Wydostawszy   się   spomiędzy   drzew,   trafili   na   trawiaste   zbocze,   które   nieco   dalej 

wznosiło się dość stromo w górę. Trzęsienie ziemi wydarło tu z darni spore kępy zieleni, ale 

Iydahoe bez trudności znajdował szlak wśród mnogich rozpadlin. Wkrótce trafili na grań 

ciągnącą się z północy na południe i ujrzeli za nią głęboki wąwóz, a jeszcze dalej - wysokie, 

strzeliste szczyty.

Vanisia   instynktownie   zwróciła   się   na   północ,   w   stronę   najwyższych   partii   gór 

Khalkist i zarazem serca piekielnego chaosu, który rozdzierał świat. Wiedziała, że za tymi 

górami, w odległości paru setek mil, leżało Istar.

Na południu góry nie były tak wysokie, miały łagodniej zarysowane wierzchołki i 

porośnięte lasami zbocza. Daleko za nimi leżały południowe równiny Silvanesti. Patrzący w 

tę stronę Iydahoe poczuł ciepłe i pełne otuchy muśnięcie czyjejś mądrości. Czyżby właśnie 

gdzieś spomiędzy rosnących tam drzew spoglądały nań te lśniące oczy?

- Czekajcie - powiedział, spojrzawszy na kotłujące się chmury. Najwyższe szczyty 

leżały na północy, dziwnie jednak pociągał go szlak na południe. - Za mną. Pójdziemy tędy - 

oznajmił, ufny w prawdziwość swych przeczuć. Nie puszczając z rąk Dallatara, poprowadził 

grupkę ku niżej położonym terenom.

Twarz Vanisii pokrywały pasma brudu, a jej złote włosy były zmierzwione, zabłocone 

i poprzetykane zielskiem. Dziewczyna spojrzała na łagodne stoki gór, potem zwróciła wzrok 

na   wysokiego,   ciemnowłosego   elfa.   Wreszcie   kiwnęła   głową   i   dzieciarnia   ruszyła   za 

wojownikiem.

Na grani hulał wiatr, który początkowo spychał ich w jedną stronę, po to tylko, aby za 

chwilę smagnąć z drugiej. W pewnej chwili chmury uniosły się i odsłoniły rozległy widok na 

zakryte do tej pory odległe równiny.

Za łańcuchem górskim rozciągały się starożytne, stepowe krainy, znane jako Vingaard 

i   Solamnia.   Daleko   na   północnym   skraju   tych   terenów   elfy   dostrzegły   teraz   drganie   i 

migotanie horyzontu. Z ogromnej dali nadciągała biała... krawędź, za którą bezgłośnie sunęła 

gładka,   szara   tafla.   Ziemia   znikała   pod   naporem   czegoś   niebieskiego   jak   niebo, 

przekształcając   się   w   równą   powierzchnię   -   błękit   nieubłaganie   sunął   przez   równiny, 

zakrywając lasy, pola, miasta i drogi.

background image

Zdjęty najgłębszym przerażeniem Iydahoe pierwszy zrozumiał, co się dzieje.

- To woda! Morze napiera na równiny! Ansalon tonie! Elfy natychmiast odwróciły się 

i poganiane wspomnieniem widzianej grozy pomknęły za przewodnikiem ku południowym 

wyżynom. Biegły wzdłuż linii kosówki po wznoszącej się grani i lawirowały wśród skał, 

szybko wspinając się coraz wyżej.

W   dole   zaś   wszystko   zalewała   zwodniczo   łagodnie   wyglądająca   z   tej   odległości 

powódź. Gdy fale dotarły bliżej, elfy ujrzały miotaną gwałtownymi prądami krawędź białej 

kipieli, która z szybkością huraganu pochłaniała puszczę i stepy. Woda napływała z północy i 

zalewała   całą   zachodnią   połać   horyzontu,   tworząc   na   południowym   zachodzie   rozległą 

zatokę. Kipiel pokryła wzgórza, na których w niewielkiej grocie jeszcze niedawno kryło się 

plemię. Zaraz potem nad wierzchołkami pagórków łamały się potężne bałwany. Coraz więcej 

wody   napływało   do   nowo   powstałego   morza   i   poziom   jego   wzburzonej   powierzchni 

nieustannie się podnosił.

Żywioł błyskawicznie ruszył do przodu i rozbryzgał się na zboczach, po których elfy 

wspinały się jeszcze tego ranka. Wody przelały się przez grań, morze zaś zalało płaskowyż, 

gdzie   Kagonestyjczycy   zatrzymali   się   podczas   trzęsienia   ziemi.   Morze   kotłowało   się   już 

całkiem blisko i Iydahoe wyczuł groźbę, jaką niosą z sobą spienione fale. Gwałtowny szkwał 

podniósł   wysokie   grzywacze,   od   których   odrywały   się   płaty   piany,   słonym   deszczem 

smagające górskie grzbiety.

W siodle za miejscem, gdzie stały elfy i gdzie grań się obniżała, fale przedarły się 

przez grzbiet i runęły do wąwozu na wschodzie. Poziom morza podnosił się nieustannie i w 

przesmyku fale przekształciły się w bystry, grzmiący nurt, który stworzył barierę pomiędzy 

najwyższymi partiami gór Khalkist a południową granią, na której schroniły się elfy. Nowe 

morze rozlewało się coraz szerzej, ścigając uciekające elfy z uporem godnym wręcz żywej i 

myślącej istoty - jak drapieżnik prześladujący uchodzącą ofiarę.

Po kilku godzinach nieustannego biegu uciekinierzy stwierdzili, że nachylenie zbocza 

stopniowo   się   zmniejszało,   aż   w   końcu   odkryli,   że   gnają   po   płaskowyżu.   Na   południu 

wznosiły się wyższe wierzchołki - ale były odległe o kilkanaście mil i Iydahoe mógł jedynie 

żywić nadzieję, że dotrą do nich przed powodzią.

Wody nieustannie wlewały się do leżącego na wschodzie wąwozu. Zdawać by się 

mogło, że cały ocean wystąpił z brzegów i wstrząsał ziemią, ogarnięty nagłym gniewem. Fale 

wznosiły się wciąż wyżej i ich pędowi przez górski przesmyk towarzyszył coraz głośniejszy 

huk - aż w końcu poziomy wód na wschodzie i na zachodzie całkowicie się wyrównały.

background image

Elfy, zamiast na wyniosłej górskiej grani, stały teraz na skalistym półwyspie, po obu 

stronach smaganym gniewnymi falami, a woda za nimi nieustannie przybierała.

Tiffli potknęła się i upadła. Vanisia podbiegła do dziewczynki, ale niespodziewanie 

dla niej samej siły ją zawiodły i ona również zległa na skalistym gruncie. Iydahoe zatrzymał 

się i czując drżenie łydek, zrozumiał, że i jego opuściła energia - jeśli położy na ziemi nadal 

nieprzytomnego Dallatara, nie zdoła już ponieść go dalej.

Przegrali więc wyścig z morzem. Zaskakująco chłodna fala dopędziła ich i załamała 

się, obmywając tylko kostki uciekinierów. Południowe wyżyny zostały odcięte od północnej 

części gór, gdyż przez grań przelewały się coraz liczniejsze fale, które w wielu miejscach 

łączyły   wschodnie   doliny   z   morzem,   tworząc   z   niegdyś   wyniosłego   łańcucha   górskiego 

archipelag niskich wysepek. Wysepki te nieustannie były zalewane falami sztormu.

Z niemal krystaliczną wyrazistością Iydahoe zobaczył,  że leżąca pod jego stopami 

grań przekształciła się w łachę płytszej wody pomiędzy dwoma głębokimi basenami. Spojrzał 

ku wznoszącym się na północy górom Khalkist. Jeśli poszliby w tamtą stronę, byliby teraz 

bezpieczni   -   mogliby   skryć   się   pomiędzy   górskimi   szczytami.   Jednak   owo   dziwne, 

magnetyczne spojrzenie Koźlego Pradziada pociągnęło go ku południowi...

Patrząc na wysokie szczyty górskiego masywu, zobaczył nagle, że zza poszarpanej 

linii horyzonty strzeliły ku niebiosom smugi dymu i iskier. Zamrugał oczyma zastanawiając 

się, czy ziemia pod jego stopami nie chybnęła się ku północy, ponieważ góry nie wydawały 

mu się już tak wyniosłe jak przed chwilą.

I nagle, niczym błyskawica, przeszyło go zrozumienie - góry Khalkist zapadały się w 

głąb ziemi! Ze zboczy odrywały się lawiny głazów i skał, wzniecając chmury, które właśnie 

oglądał!   Kryjące   wierzchołki   lodowce   waliły   się   w   niewidzialne   doliny.   Potem   zaczęły 

zapadać się najwyższe szczyty, których wierzchołki rozkruszały się i w ogromnych obłokach 

dymu osuwały w głąb ziemi.

Wielki   łańcuch   górski   szybko   rozpadł   się   na   szereg   stożkowych   wysepek,   wokół 

których kłębiły się burzliwe fale. Jedna po drugiej wysepki te znikały w szalejącej kipieli, 

jakby same ich fundamenty topniały niczym lód w ognisku.

Gdy   góry   zniknęły,   w   powstałe   zapadlisko   szybko   zaczęły   napływać   wody   z 

pozostałej części oceanu. Kagonestyjczycy ujrzeli, że nowe morze cofa się wszędzie wokół 

nich   i   spływając   potokami   ze   zboczy,   zostawia   im   wolną   drogę   ku   południowym, 

porośniętym lasami wyżynom.

W końcu rozszalałe fale uspokoiły się nieco, a poziom wody ustalił się mniej więcej 

pięćdziesiąt   stóp   poniżej   wysokości,   na   której   zatrzymali   się   uciekinierzy.   Półwysep,   na 

background image

którym   stali,   ciągnął   się   na   północ   może   jeszcze   z   milę,   tam   zaś   kończył   się   nagłym, 

smaganym przez fale urwiskiem. Pasemko lądu nie było szersze niż na dwieście kroków, choć 

na południu rozszerzało się w miejscu, gdzie napotykało na łańcuch gór.

- Spójrz, Vanisio! Muszla! Taka, jak na twoim pasie! - zawołała Faylai. - Ale nie! - 

dziewczynka podniosła rączkę do ust. - Jest większa!

Wojownik zobaczył pomiędzy skałami połyskujący wilgotnie, skręcony kształt - jakby 

ciśnięty   tam   przez   odstępujące   morze.   Znał   te   zwoje...   Z   narastającym   zdumieniem 

rozpoznawał wąski ustnik i szeroki wylot...

- To nie muszla... - Iydahoe raz tylko widział skarb plemienny w nietkniętym stanie... 

wtedy, gdy przed laty grał na nim Odnajdywacz Ścieżek Washallak. - To Koźli Róg Elfów 

Kagonesti - powiedział spokojnie klękając, aby podnieść drogocenny skarb.

- Spójrz! - Vanisia wskazała mu palcem sieć drobniutkich szczelin pokrywających 

powierzchnię rogu.

Iydahoe   kiwnął   głową,   rozpoznając   kilkanaście   ułamków,   które   wyniósł   z   wioski 

Srebrnych  Łososi. Wielu innych, w tym  niektórych  całkiem  sporych,  nigdy przedtem nie 

widział.

- Zagraj, zagraj dla nas na rogu! - poprosił Bakall, występując przed pozostałych.

- Nie! Jedynie Odnajdywacz Ścieżek...

- Zagraj... Odnajdywaczu Ścieżek... - poprosiła Vanisia, ujmując jego rękę w swoje 

dłonie.

Przyłożył róg do warg i nagle zrozumiał, że całe życie czekał na tę właśnie chwilę. 

Gdy zadął, rozległy się tony łagodne i uspokajające. Natychmiast zapomniał o zmęczeniu i 

rozpaczy. Pomyślał o Istar i myśl ta nie wzbudziła w nim nienawiści ani żądzy krwi. W Istar 

nie było już wrogów - miasto odeszło w niebyt i pochłonęła je przeszłość.

Wszystkie elfy - z wyjątkiem Dallatara - zdążyły już się podnieść. Iydahoe przewiesił 

róg przez ramię i podniósł nieprzytomnego młodzieńca, stwierdzając z ulgą, że oddycha już 

rytmicznie i wygląda tak, jakby po prostu spał.

Wzdłuż   grzbietu   przemknęło   stado   jeleni   -   przestraszone   zwierzęta   przebiegły   w 

odległości zaledwie kilku kroków i Iydahoe przekonał się, że w ich oczach widnieje zwykły 

strach,   nie   zaś   szaleństwo,   którego   ofiarą   padły   wcześniej.   Jelenie   przemknęły   obok   z 

łoskotem kopyt i skierowały się ku porośniętym lasami wzgórzom, które były widoczne w 

oddali.

Ujrzawszy   jelenie,   Iydahoe   zrozumiał,   że   plemię   przetrwa   -   jak   reszta   Krynnu. 

Odnajdywacz   Ścieżek   wyprowadził   elfy   z   największego   niebezpieczeństwa,   jakie 

background image

kiedykolwiek zagrażało światu. W końcu ujął dłoń Vanisii i powiódł swych podopiecznych 

ku   wciąż   niespokojnej   puszczy,   w   której   już   z   daleka   ujrzał   wyniosłe   świerki.   W   niżej 

położonych   dolinach   trzepotały   na   wietrze   liśćmi   osiki,   zapewne   proponując   schronienie 

przerażonym   i   wyczerpanym   do   cna   elfom.   Jelenie   zniknęły   już   wśród   drzew,   szukając 

nowego domu.

Iydahoe wiedział, że jelenie wkrótce znajdą swe miejsce w nowym świecie - i że 

znajdą w nim spokojną przystań także elfy.

background image

EPILOG

W   ciągu   wielu   lat   po   Kataklizmie   plemię   wiodło   życie   niezbyt   różniące   się   od 

wcześniejszej   egzystencji.   W   rzeczy   samej,   spośród   wszystkich   ras   i   narodów   Krynnu 

Kagonestyjczycy najszybciej pogodzili się z utratą zdobyczy cywilizacji. Miasta runęły w 

gruzy, rozpadły się imperia, rozległe terytoria spłukały ulewne deszcze i zmyły powodzie - 

puszcza jednak przetrwała.

Odnajdywacz Ścieżek Iydahoe grywał na rogu, aby uczcić przemijanie pór roku lub 

podkreślać  powagę  rytuałów  myśliwskich  czy ceremonii  plemiennych.  Często grywał  dla 

czystej radości, jaką napawał go fakt, że leśne elfy przetrwały. Plemię znów poznawało smak 

szczęścia, zdrowia i... miłości.

Iydahoe i Vanisia byli pierwszymi, którzy przysięgli sobie wieczną miłość podczas 

radosnej weselnej ceremonii. Wkrótce potem Kagwallas i Dallatar stali się wojownikami, a 

ich tatuażem zajęła się Vanisia. Zawsze poważny Bakall w ciągu wielu wypraw, które odbył 

po okolicznych kniejach pod przewodem bardziej doświadczonego Iydahoe, został myśliwym 

o wielkich umiejętnościach i... cierpliwości.

Podczas kilku dziesięcioleci po Kataklizmie Bakall podejmował dalekie podróże na 

zachód, za Qualinesti  - i odkrył,  że żyły  tam inne wolne elfy.  Mieszkające nad Nowym 

Morzem plemię nie było jedynym zbiorowiskiem Kagonestyjczyków. Tamte elfy wiedziały o 

innych, mieszkających na wschodzie współplemieńcach. Bakall osiadł w końcu w domu jako 

sławny przebiegacz szlaków, którego ciało pokrywały tatuaże doświadczonego wojownika - a 

z wędrówek przywiódł ze sobą żonę, pochodzącą z jednego z plemion nadmorskich.

W tym samym roku, w którym urodził się pierwszy syn Iydahoe i Vanisii, pobrali się 

Dallatar i Ambra. Oczekiwano pojawienia się na świecie dwojga maluchów, Dallatar zaś i 

Bakall spoglądali na wszystkich z góry, pusząc się jako przyszli ojcowie.

Iydahoe grywał na rogu i wiedział, że Kagonestyjczycy przetrwają. Pozbył się obaw - 

zniknęły w tym samym Kataklizmie, który pochłonął Istar. Odczuwana przez niego radość 

miała   źródło   w   głębokim   przekonaniu,   potwierdzanym   przez   codzienne   obserwacje. 

Odnajdywacz Ścieżek patrzył, jak wolne elfy wznoszą nowe szałasy w kniei i badają ziemie, 

których   nigdy   przedtem   nie   oglądały,   i   był   pewien,   iż   plemię   czekają   czasy   spokoju   i 

rozkwitu.

KONIEC


Document Outline