background image

JANE AUSTEN

Lady Susan

1

background image

LIST 1

Lady Susan Vernon do pana Vernona

Langford, grudzień

Mój drogi Bracie!

Nie   mogę   dłużej   odmawiać   sobie   przyjemności   skorzystania   z   Twego   uprzejmego 

zaproszenia,  by spędzić kilka tygodni  w Churchill. Jeśli więc Ty i pani Vernon nie macie  nic 

przeciwko temu, żywię nadzieję, że już za parę dni zostanę przedstawiona drogiej Siostrze, którą od 

tak dawna pragnęłam poznać. Moi tutejsi przyjaciele gorąco nalegają, abym przedłużyła swój pobyt 

u nich, ale, mówiąc między nami, ich gościnne i czarujące usposobienie sprawia, że prowadzą zbyt 

bogate - jak na mój obecny nastrój i sytuację - życie towarzyskie. Niecierpliwie oczekuję więc 

godziny, kiedy znajdę się w Twoim uroczym ustroniu. Tęsknię także za tym, by poznać Twe dzieci, 

w których sercach chciałabym zająć jakiś kącik. Ja sama będę miała wkrótce okazję wypróbować 

cały swój hart ducha, czeka mnie bowiem rozstanie z córką. Długa choroba mego drogiego męża 

uniemożliwiła   mi   poświęcenie   jej   tyle   uwagi,   ile   dyktują   zarówno   matczyne   uczucia,   jak   i 

obowiązek,   a   mam   aż   nadto   powodów,   by   się   obawiać,   że   guwernantka,   której   opiece   ją 

powierzyłam,   nie   wywiązała   się   ze   swoich   powinności.   Zdecydowałam   się   zatem   umieścić 

Fryderykę w jednej z najlepszych prywatnych szkół w mieście, dokąd będę mogła osobiście ją 

odwieźć po drodze do Was. Mam wielką nadzieję, że nie odmówicie mi w Churchill gościny - 

wiadomość, że nie możecie mnie u siebie przyjąć, napełniłaby moje serce najgłębszym żalem.

Wielce zobowiązana i oddana Ci siostra

Susan Vernon

2

background image

LIST 2

Lady Susan do pani Johnson

Langford

Myliłaś się, droga Alicjo, przypuszczając, że spędzę w Langford resztę zimy,  ja zaś nie 

umiem  wprost wyrazić  żalu, że Twoja przepowiednia  się nie  sprawdziła. Wierz mi,  że rzadko 

zdarzało mi się przeżyć gdzieś trzy miesiące weselsze od tych, które właśnie minęły. Obecnie nic 

nie układa się dobrze. Kobiety w rodzinie zjednoczyły się przeciwko mnie. Przewidziałaś, że tak 

będzie,   kiedy   po   raz   pierwszy   przyjechałam   do   Langford.   Ale   Manwaring   jest   tak   miły,   że 

doprawdy nie sposób mnie nie zrozumieć! Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy przyjechałam do 

tego domu, powiedziałam sobie: „Lubię tego człowieka. Niechaj Niebiosa sprawią, żeby nie było z 

tego jakiegoś nieszczęścia”. Byłam zdecydowana postępować ostrożnie, mając na względzie moje 

czteromiesięczne   zaledwie   wdowieństwo,   i   zachowywać   się   tak   powściągliwie,   jak   to   tylko 

możliwe - i tak właśnie się zachowywałam. Wierz mi, moja droga, że nie przyjmowałam zalotów 

niczyich prócz Manwaringa i w ogóle unikałam wszelkiego flirtowania. Mimo bywającej tu licznej 

rzeszy panów nie wyróżniałam nikogo prócz sir Jamesa Martina, a i jego obdarzyłam względami 

tylko po to, by go uwolnić od panny Manwaring. Każdy jednak, kto poznałby powód, dla którego to 

zrobiłam, usprawiedliwiłby mnie natychmiast. Nazywano mnie nieraz wyrodną matką, ale mimo to 

znam święte obowiązki matczynego serca i mojemu postępowaniu przyświecało wyłącznie dobro 

córki. I gdyby nie była ona największym głuptasem na świecie, otrzymałabym  za moje wysiłki 

należne podziękowania, dzięki moim staraniom bowiem sir James oświadczył się o rękę Fryderyki. 

Ona jednak - która przyszła na świat tylko po to, aby stać się utrapieniem mojego życia - tak 

gwałtownie zaprotestowała przeciw temu małżeństwu, że uznałam, iż lepiej będzie odłożyć te plany 

na później. Nieraz już żałowałam, że sama go nie poślubiłam, i gdyby tylko jego słabość budziła we 

mnie choć nieco mniejszą pogardę, uczyniłabym to na pewno. Widocznie jednak jestem pod tym 

względem romantyczką i samo bogactwo mi nie wystarcza.

Wszystko, co się tu teraz dzieje, jest w najwyższym stopniu irytujące. Sir James odjechał, 

Maria   nie   kryje   gniewu,   a   panią   Manwaring   pożera   zazdrość;   jest   tak   nieznośnie   zazdrosna   i 

wściekła na mnie, że - znając wybuchowość jej charakteru - nie zdziwiłabym się, gdyby poprosiła o 

pomoc   swego   opiekuna.   Twój   mąż   jednak   pozostaje   w   jej   oczach   moim   przyjacielem,   ja   zaś 

uważam, że najlepszą rzeczą, jaką uczynił w życiu, było zdanie jej na zawsze na łaskę małżonka. 

Znaleźliśmy się teraz w niewesołym położeniu; w domu nastąpiły wielkie zmiany. Cała rodzina 

toczy ze sobą wojnę, a Manwaring ledwie ośmiela się ze mną rozmawiać. Czas, żebym wyjechała. 

3

background image

Jestem zdecydowana opuścić ten dom i mam nadzieję jeszcze w tym tygodniu spędzić miły dzień w 

mieście w Twoim towarzystwie. Jeśli pan Johnson nadal darzy mnie równie małą życzliwością, co 

zawsze, sama będziesz musiała złożyć mi wizytę przy Wigmore Street pod numerem 10. Może 

jednak tak się nie stanie, Twój mąż bowiem - przy wszystkich swoich wadach - jest człowiekiem, 

któremu zawsze należało się miano „osoby szacownej”, zważywszy zaś na to, że uważana jestem za 

bliską   przyjaciółkę   jego   żony,   okazywanie   mi   przezeń   lekceważenia   wyglądałoby   niezręcznie. 

Wstąpię do miasta po drodze do tego nieznośnego miejsca, jakim jest Churchill. Wyobraź sobie, że 

naprawdę wybieram się na tę głuchą wieś. To dla mnie ostatnia deska ratunku. Gdyby istniały inne 

otwarte przede mną drzwi w Anglii, wybrałabym je z pewnością. Wiem, że Charles Vernon jest mi 

niechętny, mam też obawy co do jego żony. Muszę wszelako pozostać w Churchill, póki nie będę 

miała czegoś lepszego na widoku. Moja córka ma mi towarzyszyć w podróży do miasta, gdzie 

powierzę ją opiece panny Summers z Wigmore Street - do czasu, nim nabierze więcej rozumu. 

Jestem przekonana, że nawiąże przy tym pożyteczne znajomości, wszystkie tamtejsze dziewczęta 

pochodzą   bowiem   ze   znakomitych   rodzin.   Pewnie   dlatego   czesne   jest   takie   wysokie,   znacznie 

wyższe niż kiedykolwiek mogłabym zapłacić.

Adieu. Gdy tylko znajdę się w mieście, wyślę Ci bilecik.

Twoja na zawsze

Susan Vernon

4

background image

LIST 3

Pani Vernon do lady de Courcy

Churchill

Droga Matko!

Z wielką przykrością muszę Cię zawiadomić, że nie będziemy mogli dotrzymać obietnicy 

spędzenia z Wami świąt Bożego Narodzenia. Musimy odmówić sobie tego szczęścia na skutek 

okoliczności, na które nie mamy żadnego wpływu. Lady Susan w liście do swego brata wyraziła 

zamiar złożenia nam wizyty - i to niemal natychmiast. Będą to prawdopodobnie zwykłe kurtuazyjne 

odwiedziny,   ale   mimo   to   nie   sposób   przewidzieć,   jak   długo   potrwają.   Nie   byłam   bynajmniej 

przygotowana na jej przyjazd. Langford wydawało się miejscem pod każdym względem dla niej 

odpowiednim - tak z racji jej eleganckiego i kosztownego stylu życia, jak i szczególnej więzi, 

łączącej ją z panią Manwaring. Zupełnie nie oczekiwałam tedy, iż tak szybko dostąpimy zaszczytu 

goszczenia jej w naszym  domu, choć, oczywiście, nie słabnąca przyjaźń, jaką nam okazywała, 

odkąd zmarł jej mąż, pozwalała mi się domyślać, że będziemy w przyszłości obowiązani ją u siebie 

przyjąć.   Podejrzewam   wszelako,   że   podczas   pobytu   w   Staffordshire   pan   Vernon   był   dla   niej 

przesadnie miły, pomimo że jej zachowanie wobec niego było tak przebiegłe i nieszczere, że ktoś 

mniej od mego męża życzliwy i łagodny z pewnością natychmiast przejrzałby tę grę. Zważywszy 

na trudne warunki, w jakich się znalazła, niewątpliwie należało udzielić jej, jako wdowie po bracie, 

materialnego   wsparcia,   ale   nie   mogę   się   oprzeć   wrażeniu,   że   naleganie,   by   odwiedziła   nas   w 

Churchill, nie było zgoła konieczne. Jednakowoż okazywany przez nią smutek i zapewnienia o 

nieutulonym   żalu   po   śmierci   męża   tak   zmiękczyły   serce   zawsze   myślącego   o   wszystkich   jak 

najlepiej pana Vernona, że bez zastrzeżeń uwierzył w szczerość uczuć bratowej. Jeśli chodzi o 

mnie, wciąż pozostaję nie przekonana. Nie dam się nabrać na obłudny list lady Susan, póki nie 

zrozumiem prawdziwego powodu jej odwiedzin. Możesz przeto, Matko, sama odgadnąć, z jakimi 

uczuciami   oczekuję  jej  przyjazdu.   Będzie  miała  okazję  roztoczyć   cały  ów urok,  z którego  tak 

słynie,   by   zyskać   moje   względy,   choć   ja   postaram   się   ustrzec   przed   wpływem   jej   czaru, 

szczególnie, jeśli będzie on jedyną rzeczą przemawiającą na jej korzyść. Lady Susan zaznaczyła, że 

gorąco pragnie mnie poznać, wiele pisała też o moich pociechach. Nie jestem jednak aż tak naiwna, 

by przypuszczać, że kobieta traktująca tak obojętnie - jeśli nie wręcz wrogo - własne dziecko, okaże 

przywiązanie do któregokolwiek z moich. Panna Vernon zostanie umieszczona w szkole w mieście, 

jeszcze zanim jej matka do nas zawita. Cieszę się z tego zarówno ze względu na nią, jak i na siebie. 

Rozstanie   z   matką   musi   być   dla   niej   korzystne,   szesnastolatka   zaś,   która   odebrała   tak   marną 

5

background image

edukację, nie byłaby tutaj zbyt pożądanym towarzystwem. Wiem, że Reginald od dawna pragnął 

poznać naszą czarującą lady Susan, liczymy więc, że i on wkrótce dołączy do naszego grona. Miło 

mi słyszeć, że Ojciec czuje się dobrze.

Kochająca

Katarzyna Vernon

6

background image

LIST 4

Pan de Courcy do pani Vernon

Parklands

Moja droga Siostro!

Przyjmijcie oboje z Mężem moje gratulacje z racji przyjęcia pod swój dach najbardziej

uroczej kokietki w Anglii. Jako zawołany flirciarz zawsze brałem pod uwagę jej osobę, ale 

ostatnio usłyszałem przypadkowo na jej temat kilka szczegółów, świadczących, że nie ogranicza się 

ona do uczciwego flirtu - jakim zadowala się większość ludzi - lecz dąży do rozkoszniejszego celu, 

którym jest ściągnięcie sromoty na goszczącą ją u siebie rodzinę. Jej postępowanie wobec pana 

Manwaringa   wzbudziło   zazdrość   i   rozpacz   jego   żony,   a   zainteresowanie   okazane   pewnemu 

młodemu   człowiekowi,   zaręczonemu   z   siostrą   Manwaringa,   skończyło   się   zerwaniem   tej   miłej 

dziewczyny   z   narzeczonym.   Wiem   to   wszystko   od   naszego   sąsiada,   pana   Smitha   (miałem 

przyjemność jeść z nim obiad u Hursta i Wilforda), który właśnie powrócił z Langford, gdzie 

poznał lady Susan nocując w domu Manwaringów. Ma zatem informacje z pierwszej ręki.

Cóż to musi być za kobieta! Marzę o tym, żeby ją poznać. Z pewnością przyjmę Wasze 

zaproszenie, gdyż pozwoli mi ono z bliska przyjrzeć się czarodziejskim mocom, jakie zdołały w 

tym samym domu obudzić uczucie aż dwóch mężczyzn, z których żaden nie miał w dodatku prawa 

go żywić. I dokonały tego nie dysponując urokiem młodości! Ucieszyła mnie wiadomość, że panna 

Vernon  nie   przyjedzie  razem   z  matką,   słyszałem  bowiem,   że  maniery  nie   rekomendują  jej  do 

dobrego   towarzystwa.   Zdaniem   pana   Smitha   jest   w   tym   samym   stopniu   nierozgarnięta,   co 

zarozumiała. A kiedy duma idzie u kogoś w parze z głupotą, nie sposób udawać wobec niego 

szacunku. Panna Vernon narażona byłaby zatem na bezlitosną pogardę. Z tego, co wiem, lady 

Susan   posiada   natomiast   sporo   urzekającej   obłudy,   którą   przyjemnie   będzie   zobaczyć   i 

zdemaskować. Wkrótce zatem do Was dołączę.

Twój oddany brat

Reginald de Courcy

7

background image

LIST 5

Lady Susan do pani Johnson

Churchill

Moja droga Alicjo!

Twój liścik otrzymałam tuż przed opuszczeniem miasta i cieszę się z zapewnienia, że pan 

Johnson nie miał żadnych podejrzeń co do Twoich zajęć poprzedniego wieczoru. Bez wątpienia 

lepiej  ani trochę nie wyprowadzać go z błędu; skoro jest tak uparty,  zasługuje na to, żeby go 

oszukiwać. Dojechałam tu bezpiecznie i nie mam powodu uskarżać się na to, jak mnie przyjęto - 

przynajmniej   jeśli   chodzi   o   pana   Vernona,   bo   zachowaniem   jego   żony   nie   jestem   już   tak 

usatysfakcjonowana.   Jest   zaiste   znakomicie   urodzona   i   należy   do   kobiet   ze   wszech   miar 

eleganckich,  ale  jej   zachowanie  nie   świadczy  o  tym,   by  była  do  mnie  życzliwie  usposobiona. 

Liczyłam, że ucieszy się z mojej wizyty, i starałam się przy naszym spotkaniu być tak miła, jak to 

tylko możliwe - wszystko jednak na próżno. Ona mnie po prostu nie lubi.

Oczywiście,  zważywszy  na   kroki,  które   przedsiębrałam   niegdyś,   by  powstrzymać   mego 

szwagra przed poślubieniem jej, ów brak serdeczności nie wydaje się dziwny - mimo to ukazuje, 

jak małostkowego   i  mściwego   jest  ona ducha,  skoro  nienawidzi  mnie   za  starania,  które   miały 

miejsce sześć lat temu i które w końcu i tak spaliły na panewce. Czasami skłonna jestem żałować, 

że nie pozwoliłam Charlesowi kupić zamku Vernonów, kiedy ja i mój mąż byliśmy zmuszeni go 

sprzedać, ale warunki były po temu ze wszech miar niesprzyjające, szczególnie że sprzedaż miała 

miejsce   dokładnie   w   tym   samym   czasie,   co   jego   ślub.   Wszyscy   powinni   tedy   uszanować 

delikatność   uczuć,   która   nie   pozwoliła   mi   znieść   myśli,   że   godność   mojego   męża   poniesie 

uszczerbek, jeśli jego młodszy brat obejmie w posiadanie rodzinną rezydencję. Gdyby rzecz została 

załatwiona   tak,   aby   uchronić   nas   przed   koniecznością   opuszczenia   zamku   -   gdybyśmy   mogli 

odwieść Charlesa od małżeństwa i zamieszkać z nim pod jednym dachem - daleka byłabym od 

nakłaniania mojego męża, by powziął inną decyzję.

Ale Charles miał właśnie wziąć ślub z panną de Courcy i to ostatecznie mnie przekonało.

Dzieci jest tu pod dostatkiem, jakąż korzyść odniosłabym więc z nabycia posiadłości przez 

Vernonów? Być może mój sprzeciw wobec sprzedaży im rezydencji także zrobił na szwagierce 

niemiłe   wrażenie,  ale  jeśli  jest  się  wobec  kogoś  od początku   uprzedzonym,  nie  potrzebuje  się 

nowych powodów do niechęci. Nie przeszkadza to jednak temu, by w kwestiach finansowych mój 

szwagier nadal pozostawał dla mnie bardzo użyteczny. Mam dla niego wiele szacunku, a przy tym 

tak łatwo na niego wpłynąć!

8

background image

Dom  jest wygodny,  modnie  umeblowany,  wszędzie  widać  dostatek  i elegancję.  Charles 

niewątpliwie jest człowiekiem bardzo bogatym. Widocznie, kiedy ma się udziały w banku, śpi się 

na pieniądzach. Vernonowie nie wiedzą jednak, co robić ze swym majątkiem: prawie nie prowadzą 

życia towarzyskiego, a do miasta udają się wyłącznie w interesach. Uważają, że ludzie powinni żyć 

tak prosto, jak to tylko możliwe, ot co. Mam nadzieję podbić serce mojej szwagierki przy pomocy 

dzieci; znam już ich imiona i zamierzam ze szczególnym uczuciem traktować jedno z nich: małego 

Fryderyka. Biorę go na kolana i udaję, że wzdycham na wspomnienie o jego drogim stryju.

Biedny Manwaring! Nie muszę Ci mówić, jak bardzo za nim tęsknię. Ani na chwilę nie 

opuszcza moich myśli. Po przyjeździe tutaj otrzymałam odeń smutny list, pełen narzekań na żonę i 

siostrę. Głęboko ubolewał nad okrucieństwem swego losu. Udałam przed Vernonami, że to list nie 

od niego, lecz od jego małżonki, a odpisując mu będę musiała uciec się do podstępu, udając, że 

piszę do Ciebie.

Twoja na zawsze

S. V.

9

background image

LIST 6

Pani Vernon do pana de Courcy

Churchill

Cóż, mój drogi Reginaldzie, poznałam to niebezpieczne stworzenie i muszę Ci je pokrótce 

opisać, choć mam nadzieję, że wkrótce będziesz miał okazję wyrobić sobie własny osąd. Lady 

Susan   jest   rzeczywiście   wyjątkowo   piękna.   Jakkolwiek   możesz   wątpić   w   powab   damy,   która 

młodość ma już za sobą, muszę przyznać, że rzadko zdarzało mi się widzieć kobietę tak uroczą jak 

nasz gość. Jest subtelną blondynką o pięknych, szarych oczach i ciemnych rzęsach, z wyglądu zaś 

nie dałbyś jej więcej niż dwadzieścia pięć lat - choć w rzeczywistości musi ich mieć o dziesięć 

więcej. Z całą pewnością nie byłam  do niej przychylnie  usposobiona i choć słyszałam, że jest 

piękna, nie sądziłam, że wzbudzi we mnie aż taki zachwyt. Teraz jednak nie potrafię się oprzeć 

uczuciu, że jej uroda łączy w sobie niepospolitą harmonię, czar i grację. Jej zachowanie wobec 

mnie  jest tak uprzejme  i pełne sympatii,  że gdybym  nie wiedziała,  jak bardzo była  przeciwna 

mojemu   małżeństwu   z   panem   Vernonem   oraz   gdyby   nie   świadomość,   że   nigdy   dotąd   się   nie 

spotkałyśmy, pomyślałabym, iż jest moją bliską przyjaciółką. Wolno, jak sądzę, łączyć pewność 

siebie z kokieterią i uważać, że zuchwałe zachowanie wiąże się z zuchwałym umysłem - ja w 

każdym   razie   obawiałam   się,   że   lady   Susan   może   tu   sobie   poczynać   zbyt   śmiało   -   ale   jej 

postępowanie okazało się nadzwyczaj powściągliwe, a głos i maniery ujmująco łagodne. Przykro 

mi z tego powodu, bo czymże może to być, jak nie oszustwem? Na jej nieszczęście wszyscy znają 

ją   aż   za   dobrze!   Trzeba   jednak   przyznać,   że   jest   inteligentna   i   sympatyczna,   oraz   że   posiada 

niezwykłą umiejętność prowadzenia konwersacji. Ma znakomite wyczucie języka, które niestety 

zbyt często wykorzystuje, by ukazać, że czarne jest białe. Niemal przekonała mnie o swej gorącej 

trosce   o   córkę,   choć   przecież   wiem,   że   jej   uczucia   wobec   Fryderyki   pozostawiają   wiele   do 

życzenia. Mówi jednak o niej z taką czułością i niepokojem, tak gorzko narzekając przy tym na 

braki   w   jej   edukacji,   że   gdybym   nie   pamiętała,   ile   radosnych   wiosen   spędziła   w   mieście, 

pozostawiając córkę w Staffordshire na łasce służących lub niewiele od nich lepszej guwernantki, 

pewnie   uwierzyłabym   jej   słowom.   Jeśli   zaś   jej   zachowanie   miało   tak   wielki   wpływ   na   moje 

niechybnie niechętne jej serce, możesz sobie wyobrazić, o ile silniej podziałało na serdecznie do 

wszystkich usposobionego pana Vernona. Żałuję, że nie mogę być równie jak mój mąż zadowolona, 

że   opuściła   ona   Langford   i   przybyła   do   Churchill.   Może,   gdyby   nie   potrzebowała   aż   trzech 

miesięcy, żeby odkryć, iż styl życia przyjaciół nie przystaje do jej sytuacji ani uczuć, potrafiłabym 

uwierzyć,   że   żal   po   stracie   takiego   męża   jak   mój   szwagier   (choć   ona   w   żadnym   razie   nie 

10

background image

zachowywała   się   wobec   niego   bez   zarzutu)   sprawił,   iż   zapragnęła   na   pewien   czas   spokoju   i 

odosobnienia. Wciąż mam jednakowoż w pamięci, jak długo trwała jej wizyta u Manwaringów, i 

kiedy zastanawiam się nad stylem życia, które u nich wiodła - jakże odmiennym od tego, które musi 

prowadzić teraz! - mogę jedynie  przypuszczać,  że pragnie poprawić swą reputację, wkraczając 

(cokolwiek   późno)   na   ścieżkę   przyzwoitości   i   opuszczając   rodzinę,   w   której   musiała   się   czuć 

naprawdę szczęśliwa.

Opowieść Twojego przyjaciela, pana Smitha, nie może być w żadnym wypadku prawdziwa, 

jako że lady Susan regularnie koresponduje z panią Manwaring. A w każdym razie pan Smith 

musiał nieco przesadzić: mało możliwe, by dwóch mężczyzn jednocześnie dało się jej tak dalece 

wywieść w pole.

Twoja

Katarzyna Vernon

11

background image

LIST 7

Lady Susan do pani Johnson

Churchill

Moja droga Alicjo!

Jakże miło z Twojej strony, że zajęłaś się Fryderyka; jestem Ci ogromnie wdzięczna za ten 

dowód przyjaźni dla mnie. Pomimo wszelako, że nie mogę wątpić w szczerość Twej przyjaźni, 

daleka jestem od wymagania aż tak wielkich poświęceń. Fryderyka jest głupią dziewczyną, nie 

liczyłam   zatem   ani   trochę,   że   zechcesz   poświęcić   choć   chwilę   swego   cennego   czasu,   by   ją 

odwiedzić na Edward Street - szczególnie, że każda Twoja wizyta skraca jej czas przeznaczony na 

naukę, a naprawdę ogromnie zależy mi na edukacji, jaką córka moja odbierze u panny Summers. 

Pragnę, by nauczyła się tam przynajmniej z talentem grać i śpiewać, mogę zaś na to z dużą dozą 

pewności liczyć, ma ona bowiem moje dłonie i całkiem znośny głos. Mnie samej w dzieciństwie 

zbytnio pobłażano i w rezultacie brakuje mi ogłady koniecznej pięknej kobiecie. Nie, żebym broniła 

dawnej mody na znajomość wielu języków i posiadanie rozległej wiedzy. To czysta strata czasu. 

Biegłość we francuskim, włoskim lub niemieckim, muzyka, śpiew, rysunek i tak dalej - wszystko to 

może   zyskać   kobiecie   pewne   uznanie,   ale   nie   pomoże   jej   zdobyć   ani   jednego   kochanka. 

Najistotniejsze  i  tak  okazują się  w końcu  maniery  i wdzięk.  Najpewniej  więc  i  Fryderyce   nie 

potrzeba innych umiejętności prócz powierzchownych i pochlebiam sobie, że nie zostanie w szkole 

dostatecznie   długo,   ażeby   czegokolwiek   gruntownie   się   nauczyć.   Za   dwanaście   miesięcy   mam 

nadzieję widzieć ją żoną sir Jamesa. Wiesz, na czym opieram tę nadzieję i, dalibóg, jest to podstawa 

nader   solidna,   jako   że   szkoła   musi   być   dla   dziewczyny   w   wieku   Fryderyki   miejscem 

upokarzającym.   Z  tego  względu,  nawiasem  mówiąc,  lepiej,  żebyś   nie  zapraszała   jej  więcej   do 

siebie, pragnę bowiem, by odczuwała swoje położenie jako tak nieprzyjemne, jak to tylko możliwe. 

Na sir Jamesa mogę liczyć w każdej chwili. Bez trudu sprawię, by ponowił swoje oświadczyny. 

Tymczasem,   gdy   przyjedzie   do   miasta,   powierzę   Ci   trud   powstrzymania   go   przed   ułożeniem 

jakiegoś innego związku. Zaproś go od czasu do czasu do siebie i porozmawiaj o Fryderyce - dzięki 

temu o niej nie zapomni.

Zważywszy   na   okoliczności   znajduję   moje   postępowanie   w   tej   kwestii   jako   godne 

najwyższej pochwały i uważam je za niezwykle szczęśliwe połączenie troski i rozwagi.

Niektóre matki nalegałyby, ażeby córka przyjęła od razu tak pożądane oświadczyny, aleja 

nie chcę być odpowiedzialna za zmuszenie Fryderyki do małżeństwa, przeciwko któremu burzy się 

jej serce. Zamiast więc przyjmować tak bezwzględną postawę, sprawię po prostu, ażeby był to jej 

12

background image

własny   wybór.   Osiągnę   to   czyniąc   jej   życie   -   póki   nie   wyrazi   zgody   na   ten   ślub   -   możliwie 

niemiłym. Dość już jednak o tej nieznośnej dziewczynie!

Ciekawa   jesteś   pewnie,   jak   daję   sobie   tutaj   radę?   Przez   pierwszy   tydzień   okropnie   się 

nudziłam, teraz na szczęście zaczęło być nieco lepiej. Nasza gromadka powiększyła się o brata pani 

Vernon, przystojnego młodego człowieka, który dostarcza mi pewnej rozrywki.

Jest w nim coś, co mnie fascynuje: jakieś zuchwalstwo i poufałość - ale bez obaw: z czasem 

przywołam go do porządku. Jest pełen życia i sprawia wrażenie inteligentnego, tak więc, kiedy go 

zmuszę, by traktował mnie z większym szacunkiem niż nakazuje mu to uprzejma postawa siostry, 

będzie   można   pomyśleć   o   małym   flircie.   Znajdę   z   pewnością   niewymowną   przyjemność   w 

zyskaniu przewagi nad osobą tak bardzo początkowo do mnie uprzedzoną.

Wprawiłam go już w zakłopotanie moją chłodną rezerwą i postaram się ukorzyć dumę tego 

zarozumiałego rodu de Courcych. Przekonam panią Vernon, że jej siostrzane przestrogi na nic się 

nie zdadzą, i pokażę Reginaldowi, jak skandalicznie mnie zawiódł. Podjęcie tych starań trochę mnie 

przynajmniej rozerwie i osłodzi gorzkie cierpienie, wywołane rozłąką z Tobą i wszystkimi, których 

kocham. Adieu.

Twoja na zawsze

S. Vernon

13

background image

LIST 8

Pani Vernon do lady de Courcy

Churchill

Droga Matko!

Przez pewien czas nie spodziewaj  się powrotu Reginalda, prosił mnie bowiem, bym  Ci 

przekazała, że niepewna pogoda skłoniła go do przyjęcia zaproszenia pana Vernona i przedłużenia 

pobytu w Sussex, gdzie obaj mają polować. Zamierza zatem natychmiast posłać po swoje konie, nie 

potrafi wszelako na razie określić, kiedy możesz go oczekiwać w Kent. Nie będę przed Tobą kryła 

uczuć, jakie wzbudza we mnie ta zmiana planów, choć byłoby lepiej, gdybyś nie mówiła o nich 

Ojcu,   jako   że   niepokój   o   Reginalda   mógłby   poważnie   zachwiać   jego   zdrowiem.   Najwyraźniej 

bowiem w ciągu ostatnich dwóch tygodni lady Susan udało się sprawić, by mój brat ogromnie się 

do niej przywiązał. Krótko mówiąc, jestem przekonana, że jego przedłużenie pobytu u nas jest w 

tym samym stopniu spowodowane pragnieniem wyruszenia na polowanie u boku pana Vernona, co 

zafascynowaniem osobą naszego gościa. Oczywiste więc, że ja sama nie mogę czerpać z wizyty 

Reginalda tyle przyjemności, ile sprawiłaby mi ona w innych warunkach. Czuję się przy tym zaiste 

zirytowana podstępnością tej pozbawionej zasad kobiety: wydawało się wszakże, że skoro mój brat 

przyjechał tutaj tak bardzo do niej uprzedzony, uchroni go to przed jej niebezpiecznymi sztuczkami. 

W ostatnim liście pisał mi o postępowaniu mojej szwagierki w Langford - opowiedział mu o nim 

pewien zaprzyjaźniony z Manwaringami dżentelmen, a to, co wyjawił, wzbudziło w Reginaldzie 

odrazę. Bez zastrzeżeń przy tym ufał słowom owego dżentelmena i jestem pewna, że zanim się u 

nas   zjawił,   cenił   ją   równie   nisko   jak   wszystkie   kobiety   w  Anglii.   Zaraz   po   przyjeździe   także 

traktował lady Susan jak osobę nie zasługującą na delikatność ani szacunek. Bez wątpienia czuł, że 

byłaby zachwycona, gdyby jakikolwiek skłonny do flirtu mężczyzna zwrócił na nią uwagę.

Jej zachowanie, jak sądzę, było obliczone na wybicie mu z głowy podobnych pomysłów; nie 

dopatrzyłam się w nim niczego niewłaściwego. Żadnej próżności, kapryśności, braku powagi. Moja 

szwagierka jest przy tym tak pełna wdzięku, że nie dziwiłabym się wcale, iż go oczarowała, gdyby 

nie to, że wcześniej usłyszał o niej tak wiele złych  rzeczy.  Wszelako to, że wbrew własnemu 

rozsądkowi tak bardzo poddał się jej urokowi, budzi moje najgłębsze zdumienie. Od pierwszej 

chwili wzbudziła w nim zachwyt, ale nie było w tym nic nienaturalnego: nie dziwię się, że jej 

delikatność i nienaganne maniery tak go ujęły. Teraz jednak jego podziw dla niej wzrósł chyba 

ponad   miarę.   Wychwala   ją   pod   niebiosa,   a   wczoraj   powiedział   nawet,   że   w   obliczu   takiej 

skromności i talentów można usprawiedliwić każdą reakcję męskiego serca. Kiedy zaś jęłam w 

14

background image

odpowiedzi wykazywać mu, jak złą lady Susan cieszy się sławą, odparł, iż te błędy z przeszłości - 

jakkolwiek   byłyby   wielkie   -   przypisać   można   niestarannemu   wykształceniu   i   wczesnemu 

zamążpójściu i że nie przeszkadzają jej one być wspaniałą kobietą.

Ta skłonność do usprawiedliwiania jej postępków mocno mnie zirytowała i gdyby nie to, że 

Reginald   zbyt   mocno   czuje   się   w   Churchill   jak   w   domu,   by   potrzebował   zaproszenia   do 

przedłużenia wizyty, nakłaniałabym pana Vernona, ażeby takiego zaproszenia nie wystosował.

Zachowanie   lady   Susan   wynika   albo   z   kokieterii,   albo   też   z   pragnienia   wzbudzania 

powszechnego podziwu. Trudno mi sobie wyobrazić, by miała na myśli coś poważniejszego, ale 

mimo to czuję się upokorzona na myśl, że tak rozsądny młody człowiek jak Reginald pozwala się 

jej oszukiwać!

Wasza

Katarzyna Vernon

15

background image

LIST 9

Pani Johnson do lady Susan

Edward Street

Moja najdroższa Przyjaciółko!

Gratuluję Ci przyjazdu  pana de Courcy i radzę, byś  go za wszelką  cenę poślubiła,  bez 

wątpienia bowiem to on właśnie odziedziczy całkiem spory majątek swego ojca. Wiem przy tym, że 

Reginald   jest   młodzieńcem   nader   słabego   charakteru   i   prawdopodobnie   niedługo   pozostanie 

kawalerem. Słyszałam o nim wiele dobrego i choć w gruncie rzeczy żaden mężczyzna na Ciebie nie 

zasługuje, pan de Courcy wart jest zastanowienia. Manwaring będzie się oczywiście burzył, ale bez 

trudu   go   ułagodzisz.   Poza   tym   nawet   najbardziej   skrupulatnie   pojmowany   honor   nie   może 

wymagać od Ciebie czekania, aż on będzie wolny.

Widziałam się z sir Jamesem - przyjechał w zeszłym tygodniu na parę dni do miasta i został 

kilka razy zaproszony na Edward Street. Rozmawiałam z nim o Tobie i Twej córce i zapewniam, że 

jest   doprawdy   jak   najdalszy   od   zapomnienia   o   Was.   Nie   wątpię   także,   iż   z   przyjemnością 

poślubiłby Ciebie zamiast Twej córki. Rozbudziłam w nim nadzieję, że Fryderyka niedługo ulegnie 

jego namowom, i rozwodziłam się nad tym, jak bardzo zmieniła się ona ostatnio na korzyść. Nie 

omieszkałam   też   zbesztać   go   za   przywiązanie   okazywane   Marii   Manwaring;   zaprotestował, 

mówiąc, że był to tylko żart, i oboje uśmialiśmy się serdecznie z jej rozczarowania. Krótko mówiąc, 

było bardzo miło, choć Twój przyszły zięć jest równie głupi jak zawsze.

Twoja oddana

Alicja

16

background image

LIST 10

Lady Susan do pani Johnson

Churchill

Jestem   Ci   wielce   zobowiązana,   droga   Przyjaciółko,   za   Twoją   radę   dotyczącą   pana   de 

Courcy, którą, wiem to, uważałaś za w pełni stosowną. Ja jednak nie skłaniam się ku temu, by z niej 

skorzystać. Nie potrafię lekko traktować rzeczy tak poważnej jak małżeństwo, szczególnie, że w 

chwili obecnej nie potrzebuję pieniędzy. Prawdopodobnie też aż do śmierci starego dżentelmena nie 

miałabym z tego zamążpójścia wielkiej korzyści. Jestem wszelako dostatecznie próżna, by wierzyć, 

iż ten związek pozostaje w zasięgu mojej ręki: dałam panu de Courcy odczuć moją siłę i teraz 

rozkoszuję   się   triumfem   nad   umysłem   tak   wrogo   dotąd   do   mnie   nastawionym   i   tak   głęboko 

potępiającym me dawne postępki. Jego siostra także, mam nadzieję, przekonała się, jak niewiele 

szkody wyrządzić może przedstawianie mnie w złym świetle, jeśli tylko przeciwstawi się temu 

bezpośredni   wpływ   mojego   intelektu   i   manier.   Z   bólem   dostrzegam,   iż   jest   ona   wielce 

niezadowolona, że zyskałam tak dobrą opinię w oczach jej brata, i sądzę, iż nie zawaha się przed 

niczym, co mogłoby przeszkodzić naszej przyjaźni. Skoro jednak już teraz udało mi się sprawić, by 

zwątpił w jej osąd, myślę, że i później będę w stanie ją pokonać.

Jestem   zachwycona,   obserwując   wysiłki   pana   de   Courcy,   by   się   do   mnie   zbliżyć, 

szczególnym  zaś triumfem napawa mnie  to, jak zmienił  swe zachowanie, odkąd własną godną 

postawą ukróciłam jego zuchwałość i nie dopuściłam do żadnej między nami poufałości.

Moje   postępowanie   było   od   początku   nader   powściągliwe   i   nigdy   w   życiu   nie 

zachowywałam   się   mniej   kokieteryjnie   -   być   może   dlatego,   że   nigdy   mocniej   nie   pragnęłam 

zwycięstwa.

Podbiłam   go   całkowicie   swoim   spokojem   i   poważną   konwersacją,   odważę   się   wręcz 

powiedzieć, że na poły się we mnie zakochał. I to bez chwili pospolitego flirtu! Gdyby pani Vernon 

uświadamiała   sobie,   że   jej   knowania   zasługują   w   moich   oczach   na   najboleśniejszą   zemstę, 

odkryłaby może kryjący się za mym uprzejmym i bezpretensjonalnym zachowaniem plan i pewnie 

próbowałaby ostrzec brata. Może sobie jednak robić, co chce: jeszcze nigdy nie słyszałam, by rady 

siostry powstrzymały jakiegokolwiek młodego człowieka od miłości.

Osiągnęliśmy już pewien stopień zażyłości, która wkrótce przekształci się prawdopodobnie 

w rodzaj platonicznej przyjaźni. Możesz być pewna, że z mojej strony nigdy nie będzie niczego 

więcej. Nawet bowiem gdybym nie była - a przecież jestem, i to najmocniej, jak potrafię - związana 

z   innym   człowiekiem,   i   tak   poczytywałabym   sobie   za   punkt   honoru   nie   obdarzać   uczuciem 

17

background image

mężczyzny, który ośmielił się kiedyś tak źle o mnie myśleć.

Reginald jest poczciwy i na pewno wart pochwał, jakie pod jego adresem wygłosiłaś, ale 

wciąż w najmniejszym stopniu nie dorównuje naszemu przyjacielowi z Langford: nie ma takiej 

ogłady, a jego sposób bycia jest o wiele mniej ujmujący. Brakuje mu przy tym owej rozkosznej 

umiejętności mówienia rzeczy, które wszystkich wokół wprawiają w dobry nastrój. Mimo to jest 

dość miły. Stara się mnie zabawiać i sprawia, że godziny spędzone w jego towarzystwie upływają 

bardzo przyjemnie - szczególnie, że inaczej musiałabym je poświęcić na przełamywanie rezerwy, z 

jaką traktuje mnie szwagierka, albo wysłuchiwanie nudnej gadaniny jej męża.

To, co napisałaś o sir Jamesie, wprawiło mnie w wielkie zadowolenie i planuję wkrótce dać 

Fryderyce do zrozumienia, jakie mam wobec niej zamiary.

Twoja na zawsze

S. Vernon

18

background image

LIST 11

Pani Vernon do lady de Courcy

Churchill

Wciąż, droga Matko, narasta mój niepokój o Reginalda, widzę bowiem, jak gwałtownie 

zwiększa się wpływ, który ma na niego lady Susan. Przeżywają obecnie okres szczególnej przyjaźni 

i   często   widuję   ich   pogrążonych   w   długich   rozmowach.   Mojej   szwagierce   udało   się,   dzięki 

najbardziej wyszukanej kokieterii, podporządkować osądy Reginalda swoim własnym celom. Nie 

sposób patrzeć na łączącą ich zażyłość, nie odczuwając niepokoju, choć nie przypuszczam, aby 

zamiary   lady   Susan   sięgały   aż   małżeństwa.   Pragnę   wszakże,   żebyś   -   pod   jakimkolwiek 

wiarygodnym   pozorem   -   zawezwała   Reginalda   z   powrotem   do   domu,   gdyż   sam   nie   ma 

najmniejszego zamiaru nas opuszczać, ja zaś uczyniłam pod jego adresem już tyle aluzji na temat 

złego stanu zdrowia naszego Ojca, na ile tylko, jako gospodyni, mogłam sobie pozwolić. Jej władza 

nad nim musi wszakże już teraz nie mieć granic. Zdołała całkowicie odmienić dawną o sobie opinię 

i sprawić, że Reginald usprawiedliwia wszystkie jej postępki.

Opowieść pana Smitha, który oskarżał ją, że podczas pobytu w Langford do szaleństwa 

rozkochała  w sobie pana Manwaringa oraz pewnego młodego  człowieka,  zaręczonego  z panną 

Manwaring - czemu mój brat bez zastrzeżeń dawał niegdyś  wiarę - obecnie jest jego zdaniem 

skandalicznym   wymysłem.   Przekonywał   mnie   o   tym   gorąco,   kajając   się   jednocześnie,   że 

kiedykolwiek w to wierzył.

Jakże   szczerze   żałuję,   że   ta   kobieta   w  ogóle   zawitała   do   mego   domu!   Jej   przyjazd   od 

początku budził mój niepokój, ale daleka byłam od szukania przyczyn swej niechęci w obawach o 

Reginalda. Spodziewałam się niemiłego mi towarzystwa, jednak ani przez chwilę nie pomyślałam, 

że mojemu bratu grozi z jej strony jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Jakiż bowiem mężczyzna da 

się uwieść kobiecie, której brak zasad jest mu tak dobrze znany i której charakterem tak szczerze 

pogardzał? Będzie dobrze, jeśli zdołasz, Matko, go powstrzymać.

Twoja oddana

Katarzyna Vernon

19

background image

LIST 12

Sir Reginald de Courcy do syna

Parklands

Wiem, że młodzi mężczyźni z zasady nie godzą się na żadne pytania - nawet ze strony 

najbliższych   -   na   temat   ich   sercowych   spraw,   aleja   wierzę,   mój   drogi   Reginaldzie,   że   Ty 

przewyższasz tych, co to nic sobie nie robią z ojcowskiego niepokoju i uważają, że ich przywilejem 

jest odmawiać rodzicowi zaufania i lekceważyć jego rady. Musisz być świadom, iż - jako że jesteś 

jedynym   synem   i   dziedzicem   starego   rodu   -   Twoje   postępki   budzą   wielkie   zainteresowanie 

krewnych. Dotyczy to szczególnie kwestii małżeństwa, gdzie ryzykuje się tak wiele rzeczy, przede 

wszystkim zaś szczęście Twoje własne i Twych rodziców oraz szacunek otaczający nazwisko. Nie 

przypuszczam, byś rozmyślnie zaangażował się w jakiś poważny związek, nie powiadamiając o tym 

mnie i Matki, a przynajmniej nie będąc przekonanym, że oboje zaaprobujemy Twój wybór. Nie 

potrafię jednak pozbyć się obaw, że dama, z którą ostatnio zetknął Cię los, może Cię wciągnąć w 

małżeństwo, z którym Twoja rodzina, tak ta bliższa, jak i dalsza, nigdy by się nie pogodziła.

Sprzeciw  budzi  już  sam  wiek dwanaście   lat  starszej  od  Ciebie  lady  Susan,  ale  kwestią 

znacznie poważniejszą, przy której blednie nawet dzieląca was różnica wieku, jest przejawiany 

przez   nią  brak zasad.  Gdyby  nie   zaślepiła   Cię  swego  rodzaju fascynacja,   powtarzanie   szeroko 

znanych   przykładów   jej   wysoce   nagannego   prowadzenia   się   byłoby   z   mojej   strony   nie   tylko 

zbędne, ale wręcz niedorzeczne. Wszyscy wiedzą, jak często lady Susan dopuszczała się jawnego 

lekceważenia   męża,   uwodzenia   innych   mężczyzn,   lekkomyślności   i   rozpusty.   Wielokrotnie 

słyszeliśmy o tym - mimo że naszej rodzinie, dzięki łaskawości pana Charlesa Vernona, zawsze 

przedstawiano ją w jak najłagodniejszym świetle - i doprawdy, nie sposób pozostać wobec tego 

obojętnym! Pomimo wspaniałomyślnych starań Twego szwagra, ażeby ją usprawiedliwiać, wiemy 

też,   iż   z   najbardziej   egoistycznych   pobudek   przedsięwzięła   ona   wszystkie   możliwe   środki,   by 

przeszkodzić jego małżeństwu z Katarzyną.

Mój wiek i pogłębiające się choroby sprawiają, drogi Reginaldzie, że z coraz większą troską 

myślę o tym, co Cię czeka po mojej śmierci. Majętność Twojej przyszłej żony, ze względu na moje 

własne zasoby, jest mi obojętna, ale jej rodzina i charakter nie mogą pozostawiać nic do życzenia. 

Jeśli dokonasz właściwego wyboru i obie te rzeczy nie będą budzić zastrzeżeń, obiecuję z radością 

udzielić Ci błogosławieństwa. Pozostaje wszelako moim obowiązkiem sprzeciwić się małżeństwu, 

do   którego   doprowadzić   mogłaby   tylko   zawiła   intryga   i   które   z   czasem   okazałoby   się   wielce 

nieszczęśliwe.

20

background image

Niewykluczone, że postępowanie lady Susan wypływa jedynie z próżności lub z pragnienia 

oczarowania mężczyzny szczególnie wobec niej uprzedzonego, prawdopodobnie jednak ma ono na 

celu coś więcej. Lady Susan jest biedna i wolno jej naturalnie rozglądać się za mariażem, który 

przyniósłby jej materialne korzyści. Znasz swoje prawa i wiesz, że nie mogę Cię wydziedziczyć, a 

możliwość   wtrącenia   Cię   w   nędzę   do   czasu   mojej   śmierci   jest   zemstą,   do   jakiej   w   żadnych 

okolicznościach bym się nie posunął. Szczerze wyznaję Ci przeto moje uczucia i zamiary.  Nie 

pragnę odwoływać się do Twego lęku przede mną, lecz do rozsądku i miłości. Świadomość, że 

poślubiłeś lady Susan Vernon, odebrałaby mi całą radość życia. Pozbawiłbyś mnie uzasadnionej 

dumy, z jaką zawsze myślałem o swoim synu.

Musiałbym się wyrzec widywania go, słuchania i myślenia o nim.

Być   może   nie   postępuję   dobrze,   ujawniając   przed   Tobą   swoje   myśli,   ale   czuję   się   w 

obowiązku   zawiadomić   Cię,   że   Twe   oddanie   dla   lady   Susan   nie   stanowi   sekretu   dla   Twoich 

przyjaciół, i przestrzec Cię przed nią. Rad byłbym usłyszeć, czemu to nie ufasz już sądom pana 

Smitha; jeszcze miesiąc temu nie wątpiłeś wszak w prawdziwość jego słów. Jeżeli zapewnisz mnie, 

że nie masz innych  zamysłów prócz czerpania przez krótki czas przyjemności z konwersacji z 

inteligentną kobietą, oraz że żywisz podziw jedynie dla jej urody i ujmującego sposobu bycia, nie 

będąc przy tym ślepym na jej wady, wielce mnie tym uszczęśliwisz. Jeżeli wszelako nie możesz 

tego uczynić, wyjaśnij mi przynajmniej, co jest przyczyną tak głębokiej zmiany Twojej opinii na jej 

temat.

Twój

Reginald de Courcy

21

background image

LIST 13

Lady de Courcy do pani Vernon

Parklands

Moja droga Katarzyno!

Nieszczęściem wielkim, kiedy nadszedł Twój ostatni list, uwięziona byłam w swoim pokoju 

przez infekcję oczu, która tak dalece pozbawiła mnie wzroku, iż w ogóle nie mogłam czytać. Nie 

znalazłam tedy pretekstu, by odmówić Twemu Ojcu, gdy zaproponował, że sam na głos przeczyta 

mi   Twój   list,   i   w   ten   sposób   dowiedział   się   o   naszym   wielkim   niepokoju   o   Twego   brata. 

Zamierzałam, gdy tylko oczy mi na to pozwolą, napisać do Reginalda, by wskazać mu, na jakie 

niebezpieczeństwo naraża młodzieńca w jego wieku - szczególnie o tak wysokiej jak jego pozycji 

społecznej - bliska znajomość z kobietą równie przebiegłą, jak lady Susan, oraz przypomnieć mu, 

że czujemy się nieco samotni i tęsknimy do jego towarzystwa, ale nie zdążyłam tego uczynić. Nie 

wiem zresztą, czy coś bym w ten sposób zwojowała, a teraz nie ma już o czym mówić. Niemniej 

jestem ogromnie niezadowolona z faktu, że sir Reginald dowiedział się o sprawach, które - jak obie 

przewidywałyśmy - wielce go zaniepokoiły. Odkąd przeczytał list, podziela wszelkie Twoje obawy, 

i jestem pewna, że sprawa ta przez cały czas zaprząta jego myśli. Jeszcze tego samego dnia napisał 

do syna, domagając się odeń wyjaśnienia, cóż takiego uczyniła lady Susan, że zapomniał o jej 

dawnych winach. Dziś rano otrzymaliśmy odpowiedź; dołączam ją do tego listu, gdyż sądzę, że Cię 

zainteresuje. Nie w pełni mnie ona zadowoliła. Mój syn tak dalece upiera się przy zachowaniu o 

lady Susan jak najlepszej opinii, że nawet jego zapewnienia, iż nie zamierza jej poślubić, nie ukoiły 

mego lęku. Zrobiłam wszelako wszystko, co w mojej mocy, by uspokoić Twego Ojca, i muszę 

powiedzieć, że odkąd otrzymał list Reginalda, czuje się znacznie mniej zdenerwowany. Jakież to 

irytujące,   droga   Katarzyno,   że   Wasz   nieproszony   gość   nie   tylko   uniemożliwił   nam   wspólne 

spędzenie Bożego Narodzenia, ale także stał się przyczyną tak wielkiego niepokoju i kłopotów. 

Ucałuj ode mnie swe drogie dzieci.

Kochająca Cię matka 

C. de Courcy

22

background image

LIST 14

Pan de Courcy do sir Reginalda

Churchill

Drogi Ojcze!

Właśnie przed chwilą otrzymałem Twój list, który wprawił mnie w największe zdumienie, 

jakiego kiedykolwiek doznałem. Jak sądzę, to mojej siostrze zawdzięczam tak krzywdzącą o sobie 

opinię. Wyobrażam sobie, w jak złym musiała przedstawić mnie świetle, skoro poczułeś się tak 

zaniepokojony! Nie rozumiem, czemu postanowiła zasiać w Waszych sercach lęk, przeczuwając 

rzecz, która - ręczę - nikomu prócz niej samej nie przyszłaby do głowy.

Przypisywanie   lady   Susan   podobnych   nadziei   przeczyłoby   całkowicie   zdrowemu 

rozsądkowi, jakiego nie odmawiają jej nawet najzagorzalsi wrogowie. Równie nisko trzeba cenić 

mój zdrowy rozsądek, ażeby w moim postępowaniu dopatrzyć się jakichkolwiek matrymonialnych 

zamiarów. Dzieląca nas różnica wieku byłaby w tym  wypadku przeszkodą nie do pokonania i 

usilnie błagam, drogi Ojcze, byś ukoił swój lęk i nie żywił dłużej podejrzeń, które w takim samym 

stopniu szkodzą Twemu zdrowiu, co naszym wzajemnym stosunkom.

Moje   rozmowy   z   lady   Susan   nie   mają   na   celu   niczego   więcej   prócz,   jak   to   ująłeś, 

przyjemności konwersowania z inteligentną kobietą. Gdyby moja siostra dostrzegła, o ile większe 

niż dla Jej gościa żywię przywiązanie wobec Niej samej oraz pana Vernona, oceniałaby mnie może 

sprawiedliwiej. Niestety jednak. Wasza córka jest w stosunku do lady Susan uprzedzona i nie ma 

nadziei, by kiedykolwiek zmieniła zdanie. Przywiązanie do męża, które samo w sobie wystawia im 

obojgu   znakomite   świadectwo,   sprawia,   że   nie   może   wybaczyć   jej   wysiłków,   podjętych,   by 

przeszkodzić   ich   związkowi,   a   przypisywanych   egoizmowi   lady   Susan.   Ale   w   tym   wypadku, 

podobnie jak w wielu innych, świat potraktował tę damę w najwyższym stopniu niesprawiedliwie, 

przypuszczając najgorsze tam, gdzie motywy wcale nie były złe.

Lady   Susan   usłyszała   coś,   co   dobitnie   świadczyło   na   niekorzyść   mojej   siostry,   i   była 

przekonana, że ów związek całkowicie unieszczęśliwi pana Vernona, dla którego zawsze żywiła 

gorącą sympatię. W tych okolicznościach - znając prawdziwe motywy postępowania lady Susan, 

zmazujące   całą   winę,   jaką   tak   ochoczo   się   jej   przypisuje   -   możemy   się   domyślić,   jak   mało 

wiarygodne są także inne opinie na jej temat. Pamiętajmy, że nawet najszlachetniejsze dusze nie 

potrafią   się   ustrzec   przed   wrogimi   oszczerstwami.   Skoro   moja   siostra,   bezpieczna   w   zaciszu 

rodzinnego domu, mając równie mało okazji, co skłonności do popełniania złych uczynków, nie 

potrafiła   uniknąć   pomówień,   nie   wolno   nam   pochopnie   potępiać   tych,   którzy   żyjąc   w   świecie 

23

background image

pełnym   pokus,   są   oskarżani   o   występki   tylko   dlatego,   że   -   zdaniem   innych   -   mieli   okazję   je 

popełnić.   Obawiam   się   srodze   o   to,   że   zbyt   łatwo   dałem   wiarę   skandalicznym   plotkom, 

wymyślonym przez Charlesa Smitha po to, by uprzedzić mnie do lady Susan. Teraz dopiero wiem, 

jak głęboko ją one krzywdzą. Rzekoma zazdrość pani Manwaring stanowi całkowicie jego wymysł, 

podobnie jak pogłoski na temat związku lady Susan z ukochanym panny Manwaring. Sir James 

Martin darzył tę młodą damę odrobiną sympatii, a że jest człowiekiem majętnym, niechybnie robiła 

sobie ona nadzieje na małżeństwo. Wszyscy doskonale wiedzą, że panna Manwaring rozpaczliwie 

próbuje złapać męża, i nikt nie ubolewa, że dzięki powabniejszej od siebie kobiecie straciła szansę 

unieszczęśliwienia   wartościowego   człowieka.   Lady   Susan   wszakże   nie   zamierzała   wcale 

dokonywać podobnego podboju i spostrzegłszy, jak boleśnie panna Manwaring przeżywa zdradę 

ukochanego, postanowiła - wbrew gorącym sprzeciwom państwa Manwaringów - opuścić ich dom. 

Mam   powody   sądzić,   że   sir   James   oficjalnie   się   jej   oświadczył,   ale   jej   wyjazd   z   Langford   - 

natychmiast po odkryciu jego przywiązania do siebie - sprawia, iż każdy bezstronny sędzia uwolni 

ją od winy.  Jestem pewien, drogi Ojcze, że teraz  pojmiesz już, jak wygląda prawda, i oddasz 

sprawiedliwość   charakterowi   tej   tak   bardzo   skrzywdzonej   kobiety.   Wiem,   że   przyjeżdżając   do 

Churchill lady Susan kierowała się wyłącznie najszlachetniejszymi i najlepszymi intencjami. Jej 

roztropność i skrzętność są wręcz wzorowe, a serdeczne oddanie dla pana Vernona odpowiada w 

pełni temu, na co ów zacny człowiek zasługuje. Myślę więc, że starania, by zyskać dobrą opinię w 

oczach mojej siostry, powinny być lepiej przyjmowane niż ma to miejsce. Jako matka jest przy tym 

lady Susan bez zarzutu. Jej głębokie oddanie dla dziecka przejawia się choćby tym, że umieściła 

Fryderykę w znakomitej szkole, gdzie dziewczę będzie mogło odebrać należytą edukację. Ponieważ 

jednak lady Susan nie ulega owemu zaślepieniu i słabości, jakimi grzeszy większość matek, łatwo 

przeto oskarżać ją o brak matczynych uczuć. Jednakowoż każdy rozsądny człowiek dostrzeże w jej 

postępowaniu głęboką troskę o córkę i podobnie jak ja, życzył będzie Fryderyce Vernon, by wyżej 

niż dotąd ceniła poświęcenie matki.

Opisałem Ci, Ojcze, szczerze moje uczucia wobec lady Susan, nie kryjąc, jak dalece ją 

podziwiam. Jeżeli wszelako moje gorące i solenne zapewnienia nie przekonają Cię, że Twe obawy 

były całkowicie bezpodstawne, wyrządzisz mi wielką przykrość.

Twój R.

de Courcy

24

background image

LIST 15

Pani Vernon do lady de Courcy

Churchill

Droga Matko!

Odsyłam Ci z powrotem list Reginalda, ciesząc się z całego serca, że rozproszył on obawy 

Ojca. Przekaż mu to i pogratuluj ode mnie. Ale, mówiąc między nami, muszę Ci wyznać, że ów list 

przekonał mnie jedynie co do tego, że w chwili obecnej mój brat nie ma zamiaru poślubić lady 

Susan, nie zaś, że takie niebezpieczeństwo nie pojawi się w przyszłości. Jeśli chodzi o zachowanie 

lady Susan w Langford, Reginald niewątpliwie dał się zwieść pozorom.

Życzyłabym sobie, ażeby sprawy miały się właśnie tak, jak mówi, ale przecież wyrobił on 

sobie opinię na ten temat wyłącznie na podstawie tego, co usłyszał od mojej szwagierki, toteż 

łatwiej   niż   wiara   w   jego   słowa   przychodzi   mi   ubolewanie   nad   łączącą   ich   poufałością,   która 

pozwala w ogóle dyskutować o takich kwestiach.

Przykro mi, że naraziłam się na jego gniew, ale na nic lepszego nie mogę liczyć, skoro tak 

bardzo się upiera usprawiedliwiać postępki lady Susan. Mój brat zachowuje się teraz wobec mnie 

zaiste bardzo oschle, ale mimo to myślę, że nie oceniłam jego przyjaciółki zbyt pochopnie. Biedna 

kobieta!   Choć   mam   dość   podstaw,   ażeby   nie   darzyć   jej   sympatią,   teraz,   kiedy   dotknęło   ją 

prawdziwe nieszczęście, nie mogę oprzeć się uczuciu litości. Dziś rano otrzymała ona bowiem list 

od damy, u której pozostawiła córkę, żądający natychmiastowego odebrania panny Vernon, którą 

przyłapano   na   próbie   ucieczki.   Czemu   i   czy   rzeczywiście   miała   zamiar   uciec   ze   szkoły,   nie 

wiadomo. Skoro jednak nie działo się jej tam nic złego, cała sprawa wydaje się bardzo smutna - i 

oczywiście  nader  bolesna dla  lady Susan. Fryderyka  musi  mieć  około szesnastu lat  i  powinna 

wiedzieć,   że   takim   postępowaniem   przysporzy   bliskim   cierpień,   ale   z   napomknień   jej   matki 

wnoszę, że jest to niestety dziewczyna zła i przewrotna. Była ona wszakże przez wiele lat ogromnie 

zaniedbywana, co ją po trosze usprawiedliwia.

Pan Vernon udał się do miasta, natychmiast bowiem powziął decyzję, co należy uczynić.

Zamierza, o ile okaże się to możliwe, przekonać pannę Summers, by pozwoliła Fryderyce u 

siebie pozostać, a jeśli misja ta się nie powiedzie, przywiezie ją na razie do Churchill - póki nie 

znajdzie   się   dla   niej   jakieś   inne   miejsce.   Sama   lady   Susan   szuka   tymczasem   pociechy   w 

przechadzkach z Reginaldem, budząc w nim przy tej smutnej okazji całe współczucie, na jakie 

tylko go stać. Także ze mną dużo na ten temat mówiła - dużo i gładko. Gdyby nie obawa, że okażę 

się niesprawiedliwa, powiedziałabym, iż mówiła wręcz zbyt gładko, by rzeczywiście mogła całe to 

25

background image

zdarzenie tak głęboko przeżywać. Nie będę się jednak doszukiwać w niej wad; kto wie przecież - 

Boże uchowaj! - czy nie zostanie ona żoną Reginalda. Nie mam wszak przy tym prawa przypisywać 

sobie   większej   od   innych   przenikliwości,   a   pan   Vernon   wyznał,   że   nigdy   nie   widział   nikogo 

pogrążonego w tak wielkiej rozpaczy, jak ona, kiedy otrzymała ów list. Czemuż zatem jego osąd 

miałby być gorszy od mojego?

Lady Susan bardzo niechętnie odniosła się do pomysłu zaproszenia Fryderyki do Churchill, 

zapewne słusznie, gdyż wydaje się to swego rodzaju nagrodą za postępowanie, które jest przecież 

ze wszech miar naganne. Nie ma jednak innego miejsca, dokąd można by ją zabrać, a w końcu nie 

zabawi tutaj zbyt długo.

„Upewniam Cię, droga siostro, że jest absolutnie konieczne - powiedziała mi lady Susan - 

by podczas jej pobytu tutaj traktować Fryderykę z całą surowością. Bolesna to konieczność, ale 

trzeba się jej podporządkować. Obawiam się, że zbyt długo byłam dla niej pobłażliwa, zwłaszcza iż 

charakter   mojej   biednej  córki   sprawiał,  że   nigdy  nie   potrafiła  znieść   choćby  słowa  sprzeciwu. 

Musisz więc mnie wesprzeć i dodać mi odwagi, musisz przypominać mi o potrzebie robienia jej 

wymówek, jeśli uznasz, że jestem zbyt wyrozumiała”.

Wszystko  to brzmiało  nader rozsądnie. Reginald złości się na samą  myśl  o tej biednej, 

głupiutkiej dziewczynie, z pewnością zaś to, że jest tak źle nastawiony do Fryderyki, nie przynosi 

lady Susan zaszczytu. Jego wyobrażenie o niej musi przecież pochodzić z opowieści matki. Cóż, 

cokolwiek   będzie   dalej,   możemy   pocieszać   się   myślą,   że   uczyniliśmy   wszystko,   by   go 

powstrzymać. Reszta pozostaje w rękach Najwyższego.

Wasza na zawsze

Katarzyna Vernon

26

background image

LIST 16

Lady Susan do pani Johnson

Churchill

Nic   w   życiu   nie   zdenerwowało   mnie   tak   bardzo,   moja   droga   Alicjo,   jak   list,   który 

otrzymałam dziś rano od panny Summers. Ta okropna dziewczyna próbowała uciec! Nie miałam 

wcześniej pojęcia, że taka z niej mała diablica - wydawało mi się, że wzięła po Vernonach całą ich 

bezwolność. Otrzymawszy wszelako list, w którym wyjawiłam jej moje zamiary odnośnie do sir 

Jamesa,   postanowiła   zniknąć.   Ja   przynajmniej   nie   mogę   znaleźć   innego   wytłumaczenia   jej 

postępku. Zamierzała, jak sądzę, udać się do Clarke’ów, do Staffordshire, jako że nie ma żadnych 

innych znajomości. Musi zatem zostać za to ukarana i poślubić sir Jamesa. Wysłałam Charlesa do 

miasta, by - o ile się da - naprawił sytuację, nie chcę bowiem bynajmniej mieć jej ze sobą w 

Churchill. Jeśli jednak panna Summers jej nie zatrzyma, musisz znaleźć dla mojej córki inną szkołę, 

chyba że zdołamy natychmiast wydać ją za mąż. Panna Summers wspomniała, że nie może skłonić 

Fryderyki do wyjawienia powodu jej ucieczki; to utwierdziło mnie we własnych hipotezach co do 

jej motywów. Moja córka jest, jak sądzę, po prostu zbyt nieśmiała i zbyt się mnie lęka, by wyznać 

prawdę. Jeśli zaś nawet stryj wydobędzie z niej cokolwiek swoją łagodnością, nie ma powodu do 

zmartwienia, gdyż moja wersja zabrzmi wiarygodniej niż jej. Jeśli cokolwiek czyni mnie próżną, 

jest   tym   moja   elokwencja.   A  tutaj   mam   dość   okazji,   by   ćwiczyć   się   w   tym   talencie,   jako   że 

większość czasu spędzam na konwersacjach z Reginaldem. Ponieważ nie czuje się on swobodnie, 

póki nie zostaniemy sami, jeśli tylko pogoda jest znośna, wędrujemy do zagajnika, gdzie spędzamy 

razem całe godziny. Sprawia mi to na ogół wielką przyjemność; pan de Courcy jest inteligentny i 

ma wiele do powiedzenia, choć czasami bywa impertynencki i kłopotliwy. Pozwala sobie przy tym 

na pewien rodzaj śmiesznej niedelikatności, domagając się szczegółowego wyjaśniania wszystkich 

zasłyszanych na mój temat plotek. Nigdy nie jest usatysfakcjonowany, póki nie uzna, że dowiedział 

się wszystkiego do końca.

Jest to na pewno miłość, ale wyznam Ci, że mnie nieszczególnie przypada ona do gustu.

Nieskończenie bardziej wolę czułość i liberalnego ducha Manwaringa, który zawsze robił 

wrażenie najgłębiej przekonanego o moich zaletach i uznawał, że wszystko, co czynię, jest słuszne. 

Patrzę więc z niejaką pogardą na to serce, które znajduje upodobanie we wścibstwie i zwątpieniu i 

które zdaje się bez przerwy przywoływać swoje uczucia do porządku.

Manwaring nieporównanie wprost przewyższa Reginalda - pod każdym względem, prócz 

jednego: możliwości bycia razem ze mną. Biedak! Zazdrość doprowadza go wręcz do szaleństwa, 

27

background image

czym wcale się nie martwię, nie znam bowiem lepszego wsparcia dla miłości.

Kusił mnie planami przybycia incognito na wieś i wynajęcia nieopodal jakiegoś domu, ale 

surowo mu tego zakazałam. Niewybaczalne jest, kiedy kobiety zapominają o tym, co winne są 

sobie samym i opinii świata.

S. Vernon

28

background image

LIST 17

Pani Vernon do lady de Courcy

Churchill

Moja droga Matko!

Pan   Vernon   wrócił   w   czwartek   wieczorem,   przywożąc   ze   sobą   bratanicę.   Lady   Susan 

otrzymała   od   niego   poranną   pocztą   depeszę,   informującą,   że   panna   Summers   kategorycznie 

odmówiła pozostawienia Fryderyki na swojej pensji. Przygotowaliśmy się zatem na ich przyjazd i 

cały wieczór niecierpliwie wyglądaliśmy powozu. Przyjechali w porze, kiedy piliśmy herbatę, i 

wierz mi, że nigdy w życiu nie widziałam stworzenia tak przerażonego jak Fryderyka, kiedy lady 

Susan wkroczyła do pokoju.

Moja  bratowa,  która  wcześniej  ocierała  łzy i  okazywała   wielkie  poruszenie   na wieść  o 

spotkaniu z córką, przywitała ją z doskonałą obojętnością, nie zdradzając najlżejszych objawów 

czułości i prawie się do niej nie odzywając. Dopiero gdy - w chwilę po tym  jak usiedliśmy - 

Fryderyka wybuchnęła płaczem, matka zabrała ją z salonu i przez jakiś czas nie powracała. Kiedy 

wreszcie ujrzeliśmy ją ponownie, miała zaczerwienione oczy i bez wątpienia była czymś głęboko 

poruszona. Jej córki już tego wieczoru nie zobaczyliśmy.

Biedny Reginald był bezgranicznie zasmucony, widząc swą przyjaciółkę tak nieszczęśliwą i 

patrzył na nią z tak czułą troską, że ja - która przez przypadek spostrzegłam, z jakim triumfem 

obserwuje ona jego uczucia - zupełnie straciłam cierpliwość. To patetyczne przedstawienie trwało 

cały wieczór, zachowanie lady Susan zaś było tak sztuczne i ostentacyjne, że całkowicie przekonało 

mnie, iż w rzeczywistości wcale nie przejmuje się ona postępkiem swojej córki.

Odkąd ujrzałam pannę Vernon, jestem do mojej bratowej jeszcze bardziej uprzedzona niż 

dotąd. Ta biedna dziewczyna sprawia wrażenie tak nieszczęśliwej, że aż boli mnie serce.

Lady Susan jest dla niej z pewnością zbyt surowa, gdyż Fryderyka wcale nie wygląda na 

dziecko, w stosunku do którego surowość byłaby konieczna. Wydaje się nieśmiała, przygnębiona i 

skruszona.

Jest bardzo piękna, choć nie tak, jak jej matka, do której zresztą w ogóle nie jest podobna.

Ma   delikatną   cerę,   nie   tak   jednak   jasną   ani   rumianą   jak   lady   Susan.   Fizjonomię 

odziedziczyła przy tym po Vernonach: ma ten sam co oni owal twarzy i łagodne ciemne oczy. 

Kiedy przemawia do mnie lub swego stryja, w jej spojrzeniu pojawia się szczególna słodycz - 

zachowujemy się wobec niej tak miło, że bez wątpienia zaskarbiliśmy sobie jej sympatię. Jej matka 

sugerowała,   że   ma   ona   nieznośny   charakter,   ale   ja   nigdy   nie   widziałam   twarzy,   na   której 

29

background image

malowałaby się mniejsza skłonność do zła. Obserwując wzajemne stosunki matki i córki - nieugiętą 

surowość   lady  Susan  i   milczące   przygnębienie   Fryderyki   -  skłonna   jestem   uwierzyć,   że   nasza 

bratowa tak naprawdę wcale nie kocha swego dziecka i nigdy nie oceniała go sprawiedliwie.

Nie miałam jeszcze okazji, by porozmawiać z bratanicą sam na sam; jest bardzo nieśmiała, a 

przy tym zauważyłam,  że lady Susan stara się, by jej córka jak najmniej  przebywała w moim 

towarzystwie. Wciąż nie znam też powodu jej ucieczki. Mój dobrotliwy mąż natomiast za bardzo 

obawiał się zasmucić dziewczynę, by podczas ich wspólnej podróży zadawać jej zbyt wiele pytań. 

Żałuję, że to nie mnie powierzono zadanie przywiezienia jej tutaj.

Przypuszczam, że odkryłabym prawdę w ciągu pierwszych trzydziestu mil drogi.

Mały fortepian został, na prośbę lady Susan, przeniesiony na kilka dni do jej bawialni i 

Fryderyka spędza tam teraz większą część dnia. Nazywa się to, że ćwiczy grę, ale przechodząc 

obok, rzadko słyszę jakikolwiek dźwięk. Co robi tam sama, nie wiem. W pokoju jest wprawdzie 

mnóstwo książek, ale nie przypuszczam, by dziewczyna, która przez pierwsze

piętnaście lat swego życia rosła na dzikuskę, potrafiła lub chciała znaleźć przyjemność w 

lekturze. Biedactwo! Widok z jej okna nie jest zbyt budujący. Wychodzi ono na znany Ci trawnik i 

zagajnik, gdzie często może ujrzeć swą matkę spacerującą godzinami z Reginaldem.

Dziewczęta w wieku Fryderyki muszą być zaiste jeszcze bardzo dziecinne, skoro podobne 

rzeczy nie wywołują w nich poruszenia. Czy nie sądzisz jednak, że dawanie takiego przykładu 

córce jest niewybaczalne? Mimo to Reginald wciąż uważa lady Susan za najlepszą z matek - i nadal 

pogardza   Fryderyka!   Jest   przekonany,   że   podjęta   przez   nią   próba   ucieczki   nie   miała   żadnej 

usprawiedliwionej przyczyny. Nie mogę z całą pewnością orzec, że to nieprawda, ale zważywszy 

na zapewnienia panny Summers, jakoby panna Vernon w trakcie całego pobytu przy Wigmore 

Street, póki nie wykryto jej planu, nie okazywała żadnych oznak przewrotności i nieprzyzwoitości, 

nie mogę tak łatwo uwierzyć w to, o czym lady Susan bez trudu przekonała mego brata - a teraz 

stara się przekonać i mnie: że Fryderyka dała swym postępkiem dowód nieopanowania i że plan 

ucieczki uknuła, pragnąc wyzwolić się spod władzy przełożonej szkoły. Och, Reginaldzie, jakże 

dałeś się zniewolić! Mój brat nie ośmiela się nawet przyznać, że dziewczyna jest piękna, i kiedy 

rozprawiam o jej urodzie, odpowiada tylko, iż jej oczy pozbawione są blasku.

Czasami   też   wyraża   przekonanie,   że   Fryderyka   jest   osobą   ograniczoną,   niekiedy   zaś 

utrzymuje, że ma tylko zły charakter. Krótko mówiąc, ponieważ ciągle jest okłamywany, rzadko 

miewa stałe opinie. Pragnąc zaś usprawiedliwić samą siebie, lady Susan zrzuca winę na córkę i 

prawdopodobnie niekiedy mówi o niej tylko po to, by oskarżać ją o brak rozsądku i zły charakter; 

Reginald tymczasem bezwolnie powtarza to, co usłyszy od przyjaciółki.

30

background image

Twoja

Katarzyna Vernon 

31

background image

LIST 18 

Ta sama do tej samej

Churchill

Moja droga Matko!

Cieszę się, że zainteresowało Cię to, co napisałam o Fryderyce Vernon, wierzę bowiem, iż 

prawdziwie zasługuje ona na naszą uwagę. Jestem też pewna, że kiedy zakomunikuję Ci rzecz, jaka 

ostatnio rzuciła mi się w oczy, Twoja sympatia do niej jeszcze wzrośnie. Nie mogę bowiem oprzeć 

się wrażeniu, że przejawia ona coraz większą słabość do mojego brata. Wierz mi, że nader często 

widzę,   jak   patrzy   na   niego   z   melancholijnym   podziwem!   Reginald   jest   niewątpliwie   bardzo 

przystojny, a przy tym zachowuje się wobec niej w sposób ujmujący i jestem pewna, że Fryderyka 

nie pozostaje na to obojętna. Zamyślenie i melancholia, jakie stale malują się na jej obliczu, znikają 

pod wpływem uśmiechu, który rozjaśnia jej twarz, ilekroć Reginald powie coś zabawnego. A jeśli 

temat rozmowy jest na tyle poważny, by mój brat zechciał wziąć w niej udział, jestem pewna, że nie 

uroni  ona  nigdy  ani  sylaby  z tego,  co  Reginald   mówi.   Pragnę  przy okazji  uświadomić  mu   to 

wszystko,  wiemy  bowiem,   ile  w sercu  takim   jak  jego  zdziałać  może  wdzięczność.   Gdyby  zaś 

szczere uczucie Fryderyki uwolniło go spod wpływu jej matki, należałoby błogosławić dzień, w 

którym przybyła ona do Churchill.

Sądzę też, droga Matko, że nie miałabyś nic przeciwko temu, by ujrzeć ją w roli córki. Jest z 

pewnością wyjątkowo młoda  i ma  poważne  braki w edukacji, matka  zaś daje jej wybitnie  zły 

przykład swoją płochością, ale mimo to ma ona wszelkie dane po temu, by stać się prawdziwą 

damą.   Choć   całkowicie   pozbawiona   ogłady,   nie   jest   bynajmniej   taką   ignorantką,   za   jaką   ją 

uważaliśmy. Kocha książki i większość czasu spędza na czytaniu. Matka częściej zostawiają teraz 

samą, ja zaś, gdy tylko mam okazję, czynię wszystko, aby przezwyciężyć jej nieśmiałość. Stałyśmy 

się dobrymi przyjaciółkami i choć Fryderyka nigdy nie otwiera ust w towarzystwie lady Susan, 

przebywając   ze   mną   mówi   wystarczająco   dużo,   by   nie   mieć   wątpliwości,   o   ile   korzystniejsze 

robiłaby wrażenie, gdyby nie traktowano jej tak ozięble.

Trudno doprawdy o łagodniejsze, bardziej czułe serce i uprzejmiejsze maniery, kiedy tylko 

matka   nie   ogranicza   jej   swobody.   Wszyscy   mali   kuzyni   od   pierwszej   chwili   wprost   za   nią 

przepadają.

Twoja oddana

Katarzyna Vernon

32

background image

LIST 19 

Lady Susan do pani Johnson 

Churchill 

Wyglądasz pewnie z niecierpliwością nowych wieści o Fryderyce i być może nawet ganisz 

mnie za opieszałość, która sprawiła, że nie napisałam do Ciebie wcześniej, spieszę tedy naprawić 

moje zaniedbania.

Moja córka zawitała do nas wieczorem zeszłego czwartku, przywieziona przez swego stryja. 

Oczywiście, nie tracąc czasu, zażądałam od niej wyjaśnień i natychmiast odkryłam, że nie myliłam 

się ani trochę, sądząc, iż jej postępek wiązał się z otrzymanym ode mnie listem.

Przeraził on ją tak dalece, że z prawdziwie dziecięcą przewrotnością i głupotą, nie zważając 

na to, że uciekając z Wigmore Street i tak nie umknęłaby przed moją władzą, opuściła samowolnie 

szkołę, kierując się prosto do rezydencji swych przyjaciół Clarke’ów. Dotarła w swojej podróży 

dwie ulice dalej, gdzie szczęśliwie pobłądziła i została schwytana przez pogoń.

Tak   oto   wyglądał   pierwszy   wspaniały   wyczyn   panny   Fryderyki   Susanny   Vernon   i   - 

zważywszy na to, że dokonała go w młodym wieku lat szesnastu - otwiera nam on drogę do ze 

wszech   miar   pochlebnych   prognoz   co   do   jej   przyszłej   sławy.   Niemniej   jestem   w   najwyższym 

stopniu zirytowana ostentacyjną dbałością o przyzwoitość, która nie pozwoliła pannie Summers 

zatrzymać dziewczyny u siebie. Nadzwyczajna finezja, z jaką, zważywszy na rodzinne koneksje 

mojej córki, rzecz całą przeprowadzono, każe mi przypuszczać, że przełożona pensji kierowała się 

raczej obawą, iż nigdy nie otrzyma należnych jej pieniędzy,  niż przyzwoitością. Tak czy owak 

Fryderyka znowu jest przy mnie i nie mając nic lepszego do roboty, rozwija uknuty jeszcze w 

Langford plan romansu. Jest naprawdę zakochana w Reginaldzie  de Courcy.  Nieposłuszeństwo 

wobec   matki   i   odmowa   przyjęcia   doskonałej   partii   jej   nie   wystarczają;   postanowiła   także   w 

miłosnych uczuciach obyć się bez aprobaty rodzicielki. Nigdy nie spotkałam dziewczyny w jej 

wieku, która bardziej starałaby się wystawić na pośmiewisko. Jej uczucia są tak gorące, ona sama 

zaś tak uroczo naturalna w ich okazywaniu, że można żywić ze wszech miar uzasadnioną nadzieję, 

iż zasłuży tym sobie na drwiny i pogardę każdego mężczyzny, jaki na nią spojrzy.

Naturalność nigdy nie pasowała do spraw miłości, a ta dziewczyna urodziła się prostaczką, 

ma więc tej cechy pod dostatkiem. Nie jestem na razie pewna, czy Reginald w ogóle zdaje sobie 

sprawę, co się dzieje, ale w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Fryderyka jest mu 

całkowicie obojętna, tak więc na wieść o jej uczuciu zareagować może jedynie lekceważeniem. 

Vernonowie są pełni podziwu dla jej urody, ale na nim samym nie robi ona żadnego wrażenia. 

33

background image

Ciotka Fryderyki zapałała do dziewczyny wielką sympatią - bez wątpienia dlatego, iż tak mało 

przypomina   ona   mnie   samą.   Moja   córka   jest   wymarzoną   towarzyszką   dla   pani   Vernon,   która 

uwielbia   we   wszystkim   być   pierwsza   i   jako   jedyna   błyszczeć   rozsądkiem   i   dowcipem   w 

konwersacji. Cóż, Fryderyka z pewnością nie należy do kobiet, które mogłyby ją zaćmić. Kiedy 

przyjechała do Churchill, zamierzałam uniemożliwić jej zbyt częste kontakty z ciotką, teraz jednak 

dałam temu spokój, uznałam bowiem, że będzie przestrzegała zasad, jakie jej narzuciłam.

Nie wyobrażaj sobie jednak, że przy całej tej wyrozumiałości choć na chwilę porzuciłam 

myśl o wydaniu jej za mąż. Nie, wciąż nieodmiennie jestem na to zdecydowana, tyle że na razie nie 

wymyśliłam sposobu, w jaki mogłabym tę rzecz przeprowadzić. Nie powinnam była dopuścić, żeby 

sprawy zaszły aż tak daleko i by wmieszały się w nie tęgie głowy pana i pani Vernon. Poza tym, nie 

mogę obecnie udać się do miasta, panna Fryderyka musi zatem trochę zaczekać.

Twoja na zawsze 

S. Vernon

34

background image

LIST 20 

Pani Vernon do lady de Courcy 

Churchill 

Droga Matko! 

Wyobraź   sobie,   że   mamy   zupełnie   niespodziewanego   gościa!   Przyjechał   wczoraj: 

usłyszałam powóz w chwili, kiedy pilnowałam jedzących obiad dzieci. Przypuszczając, że będę 

potrzebna, opuściłam dziecięcy pokój i ruszyłam na dół. W połowie schodów wpadłam na gnającą 

na   górę   Fryderykę;   blada   jak   płótno   przemknęła   obok   mnie   i   wbiegła   do   swego   pokoju. 

Natychmiast udałam się tam za nią, by się dowiedzieć, co zaszło.

- Och, on przyjechał - rozpłakała się. - Sir James przyjechał! Co ja biedna teraz pocznę! Nic 

mi to nie powiedziało, poprosiłam ją więc o wyjaśnienia. W tym momencie przerwało nam stukanie 

do drzwi. Był to Reginald, który z polecenia lady Susan przyszedł zawołać Fryderykę na dół.

- To pan de Courcy - powiedziała dziewczyna, czerwieniejąc gwałtownie. - Mama przysłała 

go po mnie. Muszę iść.

Wszyscy razem zeszliśmy na dół i spostrzegłam,  że mój brat ze zdumieniem patrzy na 

przerażoną minę Fryderyki. W pokoju śniadaniowym znaleźliśmy lady Susan i młodego mężczyznę 

o pretensjonalnym  wyglądzie. Moja bratowa przedstawiła  mi  go jako sir Jamesa  Martina, tego 

samego, o którym mówiono, że zerwał zaręczyny z panną Manwaring. Wydaje się jednak, że lady 

Susan nie  zamierzała  upolować  tej  zdobyczy  dla  siebie,  choć możliwe  też,  że  dopiero później 

scedowała ją na córkę. Sir James jest bowiem rozpaczliwie zakochany we Fryderyce, do czego jej 

matka odnosi się z gorącą aprobatą. Mimo to żywię całkowitą pewność, że ta biedna dziewczyna go 

nie lubi. I choć jego powierzchowność i wychowanie nie pozostawiają nic do życzenia, zrobił na 

mnie i na panu Vernon wrażenie człowieka bardzo słabego charakteru.

Kiedy   wchodziliśmy   do   salonu,   Fryderyka   była   tak   zmieszana   i   onieśmielona,   że   nie 

mogłam się oprzeć uczuciu głębokiej litości. Lady Susan odnosi się do swego gościa z wielką 

atencją, ale mimo to mam wrażenie, że nie ucieszyła się wcale z jego przyjazdu. Sir James jest 

gadatliwy i wygłosił wiele uprzejmych usprawiedliwień swej śmiałości, która pozwoliła mu zawitać 

do   Churchill.   Przerywał   przy   tym   swoją   wypowiedź   częstszymi   niż   tego   wymagał   temat 

wybuchami   śmiechu.   Wiele   też   rzeczy   powtarzał   po   kilka   razy,   i   tak   na   przykład   trzykrotnie 

informował lady Susan, że parę dni wcześniej odwiedził panią Johnson. Raz po raz zwracał się 

także do Fryderyki, częściej jednak mówił do jej matki. Biedna dziewczyna siedziała przez cały 

czas,   nie   otwierając   ust,   ze   spuszczonymi   oczyma,   na   przemian   to   czerwieniejąc,   to   blednąc. 

35

background image

Reginald obserwował wszystko w zupełnym milczeniu.

W końcu lady Susan, zmęczona, jak sądzę, sytuacją, zaproponowała spacer, w związku z 

czym zostawiliśmy obu dżentelmenów razem, by pójść po nasze okrycia.

Wchodząc   na   górę,   lady   Susan   poprosiła   mnie   o   chwilę   rozmowy   w   cztery   oczy; 

zaprowadziłam ją tedy do mojej garderoby i tam, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, moja 

bratowa powiedziała: 

- Nic w życiu  nie zdumiało  mnie  bardziej  niż  przyjazd  sir Jamesa.  Nagłość tej  wizyty 

sprawia, droga siostro, że jestem ci winna przeprosiny, choć dla mnie, jako matki, jego pojawienie 

się tutaj jest w najwyższym stopniu pożądane. Żywi on tak głębokie uczucie do mojej córki, że nie 

może żyć bez widywania jej od czasu do czasu. Sir James jest młodym  człowiekiem o miłym 

usposobieniu   i   kryształowym   charakterze.   Może   tylko   nieco   zanadto   gadatliwym,   choć   jestem 

pewna, że za rok czy dwa uleczy się i z tej przywary.  Z wielu różnych względów stanowi on 

znakomitą partię dla Fryderyki i dlatego właśnie z ogromną przyjemnością obserwowałam zawsze 

jego szczere do niej przywiązanie. Bez wątpienia ty i mój brat także z całego serca przyklaśniecie 

temu związkowi. Nie wspominałam wam dotąd o możliwości takiego mariażu, uznając, że póki 

Fryderyka pozostaje w szkole, lepiej utrzymywać całą rzecz w sekrecie. Teraz jednak, kiedy się 

przekonałam,   że   moja   córka   liczy   sobie   już   zbyt   wiele   lat,   by   podporządkować   się   szkolnym 

rygorom,   zaczynam   myśleć,   że   jej   ślub   z   sir   Jamesem   nastąpi   w   niedalekiej   przyszłości. 

Zamierzałam w ciągu najbliższych dni poinformować o wszystkim ciebie i pana Vernona i wierzę, 

droga siostro, że wybaczysz mi, iż tak długo zachowywałam milczenie. Zgodzisz się przy tym ze 

mną,  że w warunkach kiedy przyszłość  związku  była  tak niepewna,  nie  należało  całej  sprawy 

traktować zbyt poważnie.

Kiedy za kilka lat dostąpisz szczęścia ofiarowania swojej małej słodkiej Katarzyny jakiemuś 

mężczyźnie,   którego   zarówno   koneksje,   jak   i   charakter   uznasz   za   nienaganne,   zrozumiesz,   co 

obecnie czuję. Choć ty, dzięki Bogu, nie będziesz miała tylu co ja powodów do niepokoju, czy 

znajdziesz   odpowiedniego   zięcia.   Katarzyna   otrzyma   sowity   posag   i   -   inaczej   niż   w   wypadku 

Fryderyki - jej szczęście nie będzie zależało od bogatego zamążpójścia.

Na koniec poprosiła, bym złożyła jej gratulacje, ale, jak sądzę, wypadły one blado, gdyż to 

niespodziewane wyjawienie tak poważnych planów odebrało mi całą elokwencję. Mimo to bratowa 

wylewnie mi podziękowała, wyrażając także wdzięczność za troskę, z jaką zaopiekowałam się nią i 

jej córką. Na koniec oświadczyła: 

- Nie mam talentu do przemówień, droga pani Vernon, ale jako że nigdy nie potrafiłam 

dawać wyrazu uczuciom obcym mojemu sercu, ufam, iż uwierzysz mi, gdy powiem, że nim cię 

poznałam - choć słyszałam wiele pochwał pod twoim adresem - nie miałam pojęcia, że pokocham 

36

background image

cię jak siostrę. A tak właśnie się stało! Jestem ci niewymownie wdzięczna za twą przyjaźń, miałam 

bowiem   powody   przypuszczać,   że   podjęto   liczne   próby   uprzedzenia   cię   do   mnie.   Teraz   zaś 

mogłabym sobie jedynie życzyć, by ci - kimkolwiek oni są - którymi kierowały tak podłe intencje, 

ujrzeli komitywę, w jakiej obie żyjemy,  i dowiedzieli się o prawdziwych uczuciach, jakimi się 

nawzajem darzymy! Nie będę cię już jednak dłużej zatrzymywać. Niech cię Bóg błogosławi za 

dobroć okazaną mnie oraz mojej córce i niech dalej obdarza cię takim szczęściem jak dotychczas.

Cóż można, droga Matko, powiedzieć o tej kobiecie? O żarliwości i powadze, z jakimi 

przemawiała? A mimo to prawdziwość jej deklaracji wydaje mi się wielce wątpliwa.

Jeśli chodzi o Reginalda, to sądzę, że po prostu nie wie, co z tym fantem zrobić. Przybycie 

sir Jamesa zdumiało go i zakłopotało. Kaprys młodzieńca i zmieszanie Fryderyki wprawiły go w 

całkowite osłupienie. I choć odbyta z lady Susan krótka prywatna rozmowa przyniosła już pewne 

skutki, wciąż - jestem pewna - czuje się dotknięty faktem, że pozwala ona takiemu mężczyźnie 

starać się o rękę córki.

Sir James z całym spokojem sam udzielił sobie zaproszenia do pozostania u nas przez kilka 

dni, żywiąc nadzieję, że nie dopatrzymy się w tym niczego niestosownego. Choć świadom tego, że 

zachowuje się impertynencko, pozwolił sobie powołać się na prawa krewnego, którym - jak ze 

śmiechem   dodał   na   zakończenie   -   może   wkrótce   zostać.   Nawet   lady   Susan   była   z   lekka 

skonsternowana jego tupetem i jestem przekonana, że w głębi serca szczerze życzyłaby sobie, żeby 

odjechał.

Coś jednak trzeba uczynić dla tej biednej dziewczyny, o ile jej uczucia rzeczywiście są takie, 

jak ja i jej stryj przypuszczamy. Nie wolno nam dopuścić, by stała się ofiarą dobrego wychowania i 

ambicji,  ani  nawet, by przeżywała  katusze  lęku  przed podobnym  zamążpójściem.  Dziewczyna, 

której serce potrafiło poznać się na Reginaldzie de Courcy, zasługuje - nawet jeśli on nic sobie na 

razie z jej uczuć nie robi - na lepszy los niż poślubienie sir Jamesa Martina. Gdy tylko zostanę z nią 

sam   na   sam,   spróbuję   odkryć   prawdę   -   choć   Fryderyka   zdaje   się   mnie   ostatnio   unikać.   Mam 

nadzieję, że nie oznacza to nic złego i że nie przekonam się, iż miałam o niej dotąd zbyt wysokie 

mniemanie. Jej zachowanie w obecności sir Jamesa bez wątpienia zdradza wielkie zakłopotanie i 

onieśmielenie, ja zaś nie widzę w nim niczego, co mogłoby stanowić dla tego młodzieńca zachętę.

Adieu, droga Matko.

Twoja 

Katarzyna Vernon 

37

background image

LIST 21 

Panna Vernon do pana de Courcy 

Sir, mam nadzieję, że wybaczy mi Pan moją śmiałość; zmusza mnie do niej wielka rozpacz, 

inaczej nie odważyłabym się Pana kłopotać. Czuję się wielce nieszczęśliwa z powodu sir Jamesa 

Martina i nie mam żadnej na świecie nadziei na pomoc - wyjąwszy list do Pana. Nie wolno mi 

nawet rozmawiać na ten temat z moją ciotką i stryjem, i lękam się, że pisząc ten list, także uciekam 

się do podstępu, stosuję się bowiem tylko do litery, a nie ducha zakazów matki. Jeśli jednak nie 

stanie Pan po mojej stronie, znajdę się na progu szaleństwa, nie potrafię bowiem nawet znieść myśli 

o poślubieniu tego człowieka. Nikt zaś poza Panem nie ma szansy na przekonanie o tym mojej 

mamy, gdyby więc był Pan tak niewypowiedzianie uprzejmy i wstawił się za mną, nakłaniając ją, 

by odprawiła sir Jamesa, byłabym Panu wielce zobowiązana; bardziej niż umiem to wyrazić. Nie 

lubiłam tego człowieka  od pierwszej chwili, zapewniam więc Pana, sir, że nie ulegam jedynie 

chwilowemu kaprysowi. Zawsze uważałam sir Jamesa za głupca i impertynenta, a teraz stał mi się 

on jeszcze bardziej niemiły.

Wolałabym raczej sama pracować na swe utrzymanie niż wyjść za niego za mąż. Nie wiem 

doprawdy, jak mam przepraszać za ten list. Wiem, że pozwalam sobie na niewybaczalną śmiałość, i 

domyślam się, jak okropnie rozgniewam mamę, ale muszę podjąć to ryzyko.

Pozostaję Pańską uniżoną sługą 

F.S.V.

38

background image

LIST 22 

Lady Susan do pani Johnson 

Churchill 

To   doprawdy   nieznośne!   Nigdy   dotąd,   moja   droga   Przyjaciółko,   nie   czułam   się   tak 

zagniewana. Wierzę, że list do Ciebie przyniesie mi ulgę, Ty bowiem, jak nikt inny, rozumiesz 

moje uczucia. Czy wiesz, kto przybył do nas we wtorek? Któż by inny, jak nie sam sir James 

Martin! Wyobrażasz sobie chyba, jak mnie to zdumiało i poirytowało - wiesz, że nigdy przecież nie 

życzyłam sobie przedstawiania go w Churchill. Jaka szkoda, że nie odgadłaś jego zamiarów! Mało 

tego, że tu przyjechał, postanowił jeszcze w dodatku zabawić z nami przez kilka dni. Myślałam, że 

go   uduszę.   Wykorzystałam   wszelako   całą   sytuację   najlepiej   jak   mogłam   i   z   powodzeniem 

opowiedziałam moją historyjkę pani Vernon, która - niezależnie od swych prawdziwych uczuć - nie 

sprzeciwiła mi się ani słowem. Wskazałam na uprzejme zachowanie Fryderyki wobec sir Jamesa i 

dałam   do   zrozumienia,   że   jestem   całkowicie   zdecydowana,   by   moja   córka   go   poślubiła.   Pani 

Vernon wspomniała coś o cierpieniu młodej dziewczyny, ale na tym się skończyło.

Wiesz, że od pewnego czasu miałam szczególne powody, by nalegać na to małżeństwo, 

widziałam bowiem, jak gwałtownie rośnie afekt Fryderyki do Reginalda, a nie byłam całkowicie 

pewna,   czy   uświadomienie   sobie   przezeń   jej   uczuć   nie   doprowadziłoby   w   końcu   do   ich 

odwzajemnienia. Choć więc uczucie oparte wyłącznie na litości uczyniłoby ich oboje w moich 

oczach godnymi pogardy, nie mogłam być w pełni przekonana, że nie tak właśnie potoczyłyby się 

sprawy. Co prawda, Reginald w najmniejszym nawet stopniu nie ochłódł w stosunku do mnie, ale 

zaczął ostatnio spontanicznie i bez potrzeby wspominać o Fryderyce, a raz wypowiedział nawet 

jakąś pochwałę pod jej adresem.

Był zupełnie zaskoczony pojawieniem się mojego gościa i w pierwszej chwili przyglądał się 

sir Jamesowi z taką uwagą, że, ku mojemu zadowoleniu, musiała ona wynikać z zazdrości.

Niestety, nie mogłam zadać mu prawdziwych tortur, gdyż sir James - choć odnosił się do 

mnie  z najwyższą  uprzejmością  - bardzo prędko dał wszystkim  do zrozumienia,  że jego serce 

należy do mojej córki.

Nietrudno mi też było, kiedy zostaliśmy sami, przekonać pana de Courcy, że - zważywszy 

na okoliczności - mam zupełną rację, pragnąc tego małżeństwa. Wydawało się więc, że mój plan 

nie napotka na żadne przeszkody. Moi gospodarze nie mogli wprawdzie nie spostrzec, że sir James 

nie jest Salomonem, ale ponieważ zakazałam Fryderyce skarżyć się Charlesowi Vernonowi lub jego 

żonie,   uznałam,   iż   nie   znajdą   oni   pretekstu,   by   się   wtrącać   -   choć   wiedziałam,   że   moja 

39

background image

impertynencka siostra tylko czeka okazji, by to uczynić.

Wszystko wszelako przebiegało po mojej myśli i pomimo że liczyłam godziny do wyjazdu 

sir Jamesa, byłam całkowicie usatysfakcjonowana rozwojem wypadków.

Domyślasz się więc, jak się poczułam, kiedy niespodziewanie wszystkie moje plany stanęły 

pod znakiem zapytania, a to za sprawą osoby, ze strony której najmniej się tego spodziewałam. 

Reginald przyszedł dziś rano do mojej garderoby i z niezwykle uroczystą miną jął się szeroko 

rozwodzić nad tym, jak wysoce niewłaściwie postępuję, pozwalając, by sir James Martin zalecał się 

do mojej córki wbrew jej własnym skłonnościom. Wprawiło mnie to w całkowite zdumienie. Kiedy 

odkryłam,   że   nie   uda   mi   się   po   prostu   go   wyśmiać,   spokojnie   zażądałam   wyjaśnień.   Byłam 

ciekawa, co go skłoniło, by mnie pouczał. Wyznał mi wówczas - okraszając przemowę kilkoma 

zuchwałymi   komplementami   i   niefortunnymi   zapewnieniami   o   swym   oddaniu,   których 

wysłuchałam z doskonałą obojętnością - że moja córka zaznajomiła go z paroma okolicznościami 

dotyczącymi jej osoby, sir Jamesa i mnie. Rzecz jasna, wzbudziło to w nim głęboki niepokój.

Krótko   mówiąc,   odkryłam,   że   Fryderyka   napisała   do   niego   z   prośbą   o   pomoc,   on  zaś, 

otrzymawszy list, odbył z nią na ten temat rozmowę. W ten sposób poznał szczegóły i upewnił się 

co do jej rzeczywistych intencji! 

Nie mam cienia wątpliwości, że dziewczyna skorzystała z okazji, by wyjawić mu swoją 

miłość. Wnoszę to ze sposobu, w jaki zaczął o niej mówić. Zaiste, dużo dobrego wyniknie dlań z tej 

miłości! Zawsze będę pogardzać mężczyzną, który zadowala się uczuciem, jakiego wcale sobie nie 

życzył ani o jakie nie zabiegał. Do końca życia będę też ich oboje nienawidzić! Okazuje się, że 

Reginald nie żywił dla mnie prawdziwej miłości - inaczej nie słuchałby Fryderyki. Ona zaś, ze 

zbuntowanym   sercem   i   właściwym   sobie   brakiem   delikatności,   oddała   się   w   opiekę   młodego 

mężczyzny,  z którym zamieniła w życiu  nie więcej niż dwa słowa. Jestem w równym  stopniu 

skonfundowana jej zuchwalstwem, co jego łatwowiernością. Jak śmiał uwierzyć jej słowom, które 

tak bardzo świadczyły na moją niekorzyść? Czy nie powinien zakładać, że miałam widocznie swoje 

powody, by tak postąpić? Gdzie się podziało jego przekonanie o moim rozsądku i dobroci? Gdzież 

nienawiść,   jaką   prawdziwa   miłość   kazałaby   mu   odczuwać   wobec   osoby   rzucającej   na   mnie 

oszczerstwa?   Osoby,   która   jest   przy   tym   dzierlatką,   dzieckiem   bez   uzdolnień   i   wykształcenia! 

Kimś, kim zawsze uczono go pogardzać! 

Przez pewien czas rozmawiałam z nim spokojnie, ale nawet największa cierpliwość kiedyś 

się wyczerpie. Mam nadzieję, że mimo wszystko do końca pozostałam dlań uprzejma.

Reginald   długo   próbował   złagodzić   moją   niechęć,   ale   tylko   głupia   kobieta   obrażona 

oskarżeniami   da   się   przebłagać   komplementami.   W   końcu   odszedł,   równie   poirytowany   i 

zagniewany,  jak ja sama. Odnosiłam się do niego z chłodną obojętnością, on natomiast był  w 

40

background image

najwyższym stopniu oburzony - mogę więc chyba liczyć, że skoro jego uczucia są tak gwałtowne, 

szybko zeń opadną. Niewykluczone, że znikną nawet zupełnie, ale jeśli chodzi o moje, pozostaną na 

zawsze głębokie i nieprzejednane.

Reginald siedzi teraz zamknięty w swoich pokojach, dokąd, jak słyszałam, udał się prosto 

po rozmowie ze mną. Można sobie wyobrazić, jak niemiłe dręczą go myśli. Cóż, uczucia niektórych 

ludzi bywają niepojęte. Nie uspokoiłam się jeszcze dostatecznie, by się rozmówić z Fryderyka. 

Nieprędko,   zapewniam  Cię,   zapomni   ona  dzisiejsze  wydarzenia!  Udowodnię  jej,  że   na  próżno 

opowiedziała Reginaldowi swą wzruszającą historyjkę o miłości, na zawsze wystawiając się na 

pogardę całego świata i najsurowszą niechęć ze strony urażonej matki.

Twoja oddana 

S. Vernon

41

background image

LIST 23 

Pani Vernon do lady de Courcy 

Churchill 

Pogratuluj mi, droga Matko. Kwestie, które przepełniały nas takim niepokojem, zmierzają 

ku szczęśliwemu rozwiązaniu. Perspektywy są wprost zachwycające, a sprawy przybrały tak dobry 

obrót, że żałuję wręcz, iż w ogóle dzieliłam się z Tobą swoimi obawami. Jednakże radość na wieść, 

że   wszelkie   niebezpieczeństwo   minęło,   musiała   prawdopodobnie   zostać   okupiona   tym,   co 

wycierpiałaś wcześniej.

Jestem tak przepełniona szczęściem, że ledwie trzymam pióro, postanowiłam jednak skreślić 

parę zdań i przesłać Ci list przez Jamesa. Wyjaśni to rzecz, która musi szczerze Cię zdumieć, a 

mianowicie powrót Reginalda do Parklands.

Jakieś pół godziny temu siedziałam z sir Jamesem w pokoju śniadaniowym, kiedy wywołał 

mnie stamtąd mój brat. Natychmiast spostrzegłam, że coś musiało się stać - był zarumieniony i 

mówił z wielkim przejęciem. Wiesz, droga Matko, jak niecierpliwie się zachowuje, gdy jest czymś 

wzburzony.

- Wracam dziś do domu, Katarzyno - oświadczył. - Przykro mi cię opuszczać, ale muszę 

jechać. Upłynęło sporo czasu, odkąd po raz ostatni widziałem matkę i ojca. Zamierzam natychmiast 

wysłać przodem Jamesa z moimi końmi do polowania. Jeśli masz list do rodziców, może go przy 

okazji zabrać. Ja sam nie dotrę do domu przed środą lub czwartkiem, udaję się tam bowiem przez 

Londyn, gdzie mam do załatwienia kilka spraw. Zanim jednak odjadę - ciągnął nieco cichszym, ale 

wciąż wzburzonym głosem - muszę cię ostrzec co do pewnej rzeczy.

Nie pozwól, by sir Martin unieszczęśliwił  Fryderykę  Vernon. Pragnie ją poślubić, a jej 

matka także sprzyja temu małżeństwu, ale Fryderyka drży ze strachu nawet na samą myśl o tym. 

Możesz być pewna, że to, co mówię, jest prawdą. Wiem, że córkę lady Susan przeraża już sama 

obecność tego człowieka w twoim domu. To słodka dziewczyna i zasługuje na lepszy los. Odeślij 

go stąd jak najszybciej. To zwykły głupiec, ale Bóg jeden raczy wiedzieć, do czego zmierza jej 

matka. Żegnaj - dodał, ściskając czule moją dłoń. - Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy. Pamiętaj 

jednakże o tym, co ci powiedziałem. Wiem, że dobro Fryderyki bardzo leży ci na sercu. To miła, 

nader inteligentna panna, której rozsądkowi zawsze powinniśmy ufać.

To   rzekłszy,   zostawił   mnie   i   zbiegł   po   schodach.   Nie   próbowałam   go   zatrzymywać, 

wiedząc, jak musi się czuć. To, co działo się ze mną samą, gdy słuchałam jego słów, nie da się 

wprost opisać. Przez parę minut nie byłam nawet zdolna się poruszyć: zamarłam ze zdumienia. 

42

background image

Jakże wszelako miłego! Po chwili zaś, kiedy jeszcze raz przemyślałam to, co powiedział, ogarnęło 

mnie uczucie niezmąconego niczym szczęścia.

W dziesięć minut po moim powrocie do pokoju śniadaniowego pojawiła się w nim lady 

Susan.   Domyśliłam   się,   oczywiście,   że   ona   i   Reginald   musieli   się   pokłócić,   z   napięciem   i 

ciekawością   szukałam   więc   w   jej   twarzy   potwierdzenia   moich   przypuszczeń,   jednakże,   jak 

przystało na mistrzynię oszustwa, wyglądała na niczym nieporuszoną. Poszczebiotawszy chwilę na 

błahe tematy, odezwała się do mnie w te słowa: 

- Dowiedziałam się od Wilsona, że utracimy towarzystwo pana de Courcy. Czy to prawda, 

że jeszcze dziś rano opuszcza Churchill? Odpowiedziałam, że owszem, to prawda.

- Nic nam o tym nie mówił zeszłego wieczoru - roześmiała się. - Ani nawet dziś, przy 

śniadaniu.   Ale   może   sam   jeszcze   wtedy   o   tym   nie   wiedział.   Młodzi   ludzie   często   bardzo 

pospiesznie podejmują decyzje. Pochopność, z jaką gotowi są działać, dorównuje niestałości w 

wytrwaniu przy swoich postanowieniach. Nie zdziwiłabym się, gdyby w końcu zmienił zamiar i 

nigdzie nie pojechał.

Wkrótce opuściła pokój, ale mimo to ufam, droga Matko, że nie mamy powodów do obaw, 

iż Reginald zmieni wcześniejsze plany. Sprawy zaszły już za daleko. Musieli się z lady Susan 

pokłócić - i to prawdopodobnie o Fryderykę. Mimo to jej spokój mnie zaskoczył. Teraz wolę jednak 

myśleć tylko o tym, z jaką radością powitacie go w domu, skoro udowodnił, że wciąż godzien jest 

Waszego szacunku i nadal potrafi być dla Was źródłem szczęścia! 

Kiedy   następnym   razem   będę   do   Was   pisać,   mam   nadzieję   donieść,   że   sir   James   już 

wyjechał, plany lady Susan spełzły na niczym, a Fryderyka odzyskała spokój. Przed nami wielkie 

zadanie,   musimy   mu   podołać.   Płonę   z   ciekawości,   by   się   dowiedzieć,   jak   doszło   do   tej 

zdumiewającej   przemiany   w   Reginaldzie.   Kończę   tak,   jak   zaczęłam:   najserdeczniejszymi 

gratulacjami.

Twoja na zawsze

Katarzyna Vernon 

43

background image

LIST 24 

Ta sama do tej samej 

Churchill 

Wysyłając   do   Ciebie   mój   ostatni   list,   nie   wyobrażałam   sobie,   droga   Matko,   że 

przepełniająca moje serce radość tak szybko przeminie, ustępując miejsca bolesnej melancholii! 

Nigdy sobie nie daruję, że w ogóle Ci o tym napisałam. Któż jednak mógł przewidzieć, co się 

stanie? Cała nadzieja, która jeszcze dwie godziny temu czyniła mnie taką szczęśliwą, zniknęła. 

Kłótnia między lady Susan a Reginaldem zakończyła się pojednaniem i wróciliśmy oto do punktu 

wyjścia. Zysk jest z tego tylko jeden: sir James opuścił nasze towarzystwo. Czego mamy się teraz 

spodziewać?  Jestem zaiste rozczarowana. Reginald  naprawdę miał  zamiar  wyjechać.  Osiodłano 

dlań   już   konia   -   niemal   przyprowadzono   mu   go   pod   drzwi!   Któż   nie   uznałby   zatem,   że 

niebezpieczeństwo minęło? 

Przez pół godziny czekałam, licząc, że jego wyjazd może nastąpić w każdej chwili. Po 

wysłaniu listu do Ciebie udałam się do pana Vernona, by omówić z nim całą sprawę, a opuszczając 

jego pokój, postanowiłam odszukać Fryderykę, której nie widziałam od śniadania. Natknęłam się na 

nią na schodach i spostrzegłam, że płacze.

- Droga ciotko - zatkała - on wyjeżdża. Pan de Courcy wyjeżdża i to wszystko jest moja 

wina. Boję się, że będziesz się na mnie złościć, ale naprawdę nie miałam pojęcia, że tak się to 

skończy.

- Nie sądzę, moja kochana - odparłam - byś musiała przepraszać mnie za to, co się stało.

Będę się czuła wielce zobowiązana każdemu, kto w jakikolwiek sposób przyczyni się do 

wyjazdu mego brata do domu, wiedz bowiem, że mój ojciec (wymyśliłam to naprędce) pragnie 

natychmiast się z nim zobaczyć. Ale jaki ty mogłaś mieć na to wpływ? Dziewczyna gwałtownie 

okryła się rumieńcem, po czym odpowiedziała: 

- Czułam się taka nieszczęśliwa  na myśl  o małżeństwie  z sir Jamesem! Och, wiem,  że 

postąpiłam bardzo źle, ale nie wyobrażasz sobie nawet, ciociu, w jak głębokiej byłam rozpaczy. Że 

zaś mama surowo zakazała mi rozmawiać o tym z tobą lub stryjem, więc...

- ... więc zwróciłaś się do mojego brata z prośbą, żeby się za tobą wstawił - dokończyłam za 

nią, pragnąc oszczędzić jej wyjaśnień.

- Owszem... Napisałam do niego. Specjalnie wstałam po to wcześnie rano, kiedy jeszcze 

było ciemno - jakieś dwie godziny przed świtem. Kiedy wszakże list był gotów, pomyślałam, że 

nigdy nie zdobędę się na odwagę, by mu go dać. Jednakże po śniadaniu, idąc do swego pokoju, 

44

background image

spotkałam go w korytarzu i poczułam, że wszystko zależy od tej jednej chwili.

Zmusiłam się tedy, by wręczyć mu list, a on był tak miły, że wziął go natychmiast. Nie 

ośmieliłam się na niego spojrzeć; od razu pobiegłam do siebie. Byłam tak przerażona, że ledwie 

mogłam oddychać. Nie wiesz nawet, droga ciotko, w jakiej znajdowałam się rozpaczy! - Musisz mi 

opowiedzieć   o   wszystkich   swoich   kłopotach,   Fryderyko   -   zażądałam.   -   Znajdziesz   we   mnie 

przyjaciółkę, zawsze gotową ci pomóc. Czyżbyś nie wiedziała, że twój stryj i ja sprzyjamy ci w tym 

samym stopniu, co mój brat? 

- Och, nie wątpię w waszą życzliwość - odparła, ponownie się czerwieniąc. - Myślałam, że 

pan de Courcy wskóra coś u mojej matki, ale się myliłam. Bardzo się pokłócili i teraz on wyjeżdża. 

Mama nigdy mi tego nie wybaczy. Moje położenie będzie teraz jeszcze gorsze niż dotąd.

- Nie, nie będzie - zaoponowałam. - W takiej sytuacji jak ta zakaz matki nie powinien cię 

powstrzymywać od rozmowy ze mną. Ona nie ma prawa cię unieszczęśliwić. I nie uczyni tego. To, 

że zwróciłaś się do Reginalda, wszystkim wyjdzie na dobre. Uważam, że stało się najlepiej jak 

tylko mogło. Dzięki temu właśnie nie doznasz już więcej upokorzeń.

W   tym   właśnie   momencie,   ku   memu   najgłębszemu   zdumieniu,   ujrzałam   Reginalda 

wychodzącego z garderoby lady Susan. Serce natychmiast zamarło mi z obawy. Mój brat nie zdołał 

ukryć zmieszania, jakie ogarnęło go na mój widok. Fryderyka w oka mgnieniu zniknęła.

- Wyjeżdżasz? - zapytałam. - Jeśli tak, znajdziesz pana Vernona w jego pokoju.

-   Nie,   Katarzyno   -   odparł.   -   Nie   wyjeżdżam.   Poświęcisz   mi   chwilę,   byśmy   mogli 

porozmawiać? Udaliśmy się do mojego pokoju.

- Uznałem,  droga siostro, że dziś rano, mówiąc  o wyjeździe, działałem  z moją zwykłą, 

głupią pochopnością - wyjaśnił. - Całkowicie opacznie zrozumiałem słowa lady Susan i byłem 

gotów opuścić twój dom rozgniewany jej zachowaniem. Okazało się to jednak nieporozumieniem; 

jak poniewczasie odkryłem, wszyscy bardzo się myliliśmy - ciągnął, coraz bardziej zmieszany. - 

Fryderyka nie zna swojej matki i nie wie, że lady Susan ma na względzie wyłącznie jej dobro. 

Mimo to ta krnąbrna panna nie chce widzieć w rodzicielce przyjaciółki, toteż lady Susan nie zawsze 

wie, co uczyniłoby jej córkę szczęśliwą. Zresztą ja sam tak czy owak nie miałem prawa wtrącać się 

w   to   wszystko.   Panna   Vernon   popełniła   błąd,   zwracając   się   z   tym   do   mnie.   Krótko   mówiąc, 

Katarzyno,   sprawy   z   mojej   winy   przybrały   zły   obrót,   ale   teraz   na   szczęście   wszystko   zostało 

naprawione.   Lady   Susan,   jak   sądzę,   zechce   osobiście   o   tym   z   tobą   porozmawiać,   jeśli   tylko 

znajdziesz dla niej chwilę czasu.

- Oczywiście - odrzekłam, wzdychając w duchu smutno, gdyż  jego mętna opowieść ani 

trochę mnie nie przekonała. Nie okazałam mu wszelako, że mówił to wszystko na próżno.

Reginald był wyraźnie zadowolony, że ma tę rozmowę za sobą, ja zaś udałam się do lady 

45

background image

Susan, ciekawa, jak z kolei będzie wyglądała jej wersja.

- Czy nie mówiłam - stwierdziła z uśmiechem - że twój brat, pani, koniec końców nas nie 

opuści? - Owszem, mówiłaś, siostro - przyznałam ponuro - ale byłam przekonana, że się mylisz.

- Nie ryzykowałabym takiej opinii - wyjaśniła - gdyby nagle nie przyszło mi do głowy, że 

Reginald powziął decyzję o wyjeździe na skutek rozmowy, jaką odbyliśmy ze sobą tego ranka. 

Skończyła się ona bardzo nieprzyjemnie, ponieważ źle się nawzajem zrozumieliśmy.

Słysząc wszakże, że brat twój gotuje się do drogi, uznałam, że przypadkowa kłótnia, której 

ja byłam prawdopodobnie winna w tym samym stopniu, co on, nie powinna pozbawiać was jego 

towarzystwa.   Zdecydowałam   się   więc   niezwłocznie   z   nim   porozmawiać,   by   wyjaśnić 

nieporozumienie. Jego powód był bardzo prosty: Fryderyka gwałtownie sprzeciwiła się poślubieniu 

sir Jamesa.

- A ty, siostro, jesteś przekonana, że powinna? - zawołałam z przejęciem. - Fryderyka to 

mądra,   inteligentna   dziewczyna.   Sir   James   na   nią   nie   zasługuje!   -   Jestem   jak   najdalsza   od 

ubolewania, że moja córka nie pragnie tego małżeństwa - odparła. - Przeciwnie, cieszę się z tak 

wyraźnej oznaki rozsądku Fryderyki. Sir James z pewnością nie dorównuje jej inteligencją, a jego 

dziecinne   zachowanie   robi   na   mnie   jak   najgorsze   wrażenie.   Fryderyka   tymczasem   okazała   się 

obdarzona przenikliwością i zdolnościami, jakich zawsze życzyłam mojej córce, ale jakich istnienia 

nigdy u niej nie podejrzewałam. Tylko dlatego od razu nie odmówiłam sir Jamesowi, gdy poprosił o 

jej rękę.

- To dziwne, że tak zupełnie nie znałaś własnego dziecka.

- Fryderyka nigdy nie odkryła przede mną swoich uczuć. Jej zachowanie zawsze cechowała 

dziecinna nieśmiałość. Nie kocha mnie przy tym i boi się mnie, gdyż za życia jej nieszczęsnego 

ojca   była   dzieckiem   bardzo   zepsutym,   ja   zaś,   z   konieczności,   musiałam   ją   traktować   o   wiele 

surowiej, czego nigdy mi nie wybaczyła. Sądziłam też zawsze, że brakuje jej inteligencji, zdolności 

i żywości umysłu.

- Powiedz raczej, pani, że nie miała szczęścia, jeśli chodzi o edukację.

- Bóg mi świadkiem, pani Vernon, że kwestia ta bardzo leżała mi na sercu. Nie chcę jednak 

wspominać niczego, co rzucałoby cień na pamięć męża, którego imię jest dla mnie święte.

W tym momencie zaczęła udawać, że płacze. Straciłam cierpliwość.

- Cóż jednak powiesz mi, siostro, o swojej kłótni z Reginaldem? - zapytałam.

- Wywołał ją postępek mojej córki, który w pełni udowodnił jej brak rozsądku i wprost mnie 

przeraził. Napisała ona do pana de Courcy list.

- Wiem o tym. Zrobiła to, ponieważ zakazała jej pani rozmawiać z panem Vernonem i ze 

mną o tym, jak bardzo czuje się nieszczęśliwa. Cóż jej tedy pozostawało, jak nie zwrócić się do 

46

background image

mego brata? - Dobry Boże! - wykrzyknęła lady Susan - jakież złe zdanie musi mieć pani na mój 

temat! Czy naprawdę przypuszczasz, siostro, że wiedziałam, w jakiej rozpaczy jest Fryderyka? Że 

celowo chciałam unieszczęśliwić własne dziecko i zakazałam jej rozmawiać z wami o tym z obawy, 

że pokrzyżowalibyście ów diabelski plan? Uważa pani, że nie ma we mnie za grosz uczciwości i że 

pozbawiona jestem wszelkich ludzkich uczuć? Że wydałabym na wieczną niedolę kogoś, komu 

zapewnienie   szczęścia   jest   moim   pierwszym   obowiązkiem?   -   To   rzeczywiście   straszna   myśl   - 

przyznałam sucho. - Jakie wobec tego miała pani intencje, nalegając na jej milczenie? - A na cóż 

było, droga siostro, zawracać ci tym wszystkim głowę? Czemu miałam narażać was na roztrząsanie 

problemu, którym ja sama nie zamierzałam się jeszcze przez długi czas zajmować? Zarówno ze 

względu na wasze, jak i na Fryderyki i moje dobro nie było to pożądane. A kiedy podjęłam już 

decyzję, nie chciałam, by ktokolwiek - wszystko jedno jak życzliwy - się do niej wtrącał. Myliłam 

się, to prawda, ale wówczas wierzyłam, że mam rację.

- Skąd wszakże wzięła się tak zupełna nieświadomość uczuć córki? Czyżbyś nie wiedziała, 

pani, że nie lubi ona sir Jamesa? - Wiedziałam, że w żadnym razie nie jest to człowiek, którego 

sama by wybrała. Byłam jednak przekonana, że jej sprzeciw nie wypływa z faktu, iż dostrzega w 

nim jakiekolwiek braki. Nie wolno ci wszelako, droga siostro, wypytywać mnie zbyt szczegółowo o 

te sprawy - dodała ciepło, ściskając moją dłoń. - Uczciwie przyznaję, że jest w tym coś, co pragnę 

ukryć.

Fryderyka bardzo mnie rozgniewała. Szczególnie zraniło mnie to, że zwróciła się o pomoc 

do pana de Courcy.

- Czy to właśnie ma pani na myśli, mówiąc o sekrecie? Jeśli uważa pani, że Fryderyka jest 

przywiązana do Reginalda, uzasadniałoby to jej sprzeciw wobec sir Jamesa w tym samym stopniu 

co wówczas, gdyby córce pani chodziło o jego głupotę. I czemu w takim razie poróżniła się pani z 

moim bratem? Czemu miała mu pani za złe jego interwencję, skoro, jak pani wie, odmówienie 

pomocy w takiej sytuacji byłoby czymś wbrew jego naturze? - Jak wiesz, siostro, Reginald jest 

nader   skłonny   do   współczucia.   Przyszedł   do   mnie,   by   czynić   mi   wymówki,   całym   sercem 

opowiadając się po stronie źle wydawanych za mąż dziewcząt, które w jego oczach jawią się jako 

nieszczęśliwe heroiny. Nie zrozumieliśmy się nawzajem, a że obwiniał mnie bardziej niż na to 

zasługiwałam, uznałam jego interwencję za niewybaczalną. Teraz już wszakże tak o tym nie myślę. 

Żywię dla Reginalda prawdziwy szacunek i poczułam się niewymownie dotknięta, odkrywszy, że 

czyni on z tego tak zły użytek. Oboje daliśmy się ponieść emocjom i oczywiście żadne z nas nie jest 

bez winy.

Decyzja  twojego brata  o opuszczeniu  Churchill wypływała  z jego ogólnej  porywczości, 

kiedy   więc   pojęłam   jego   intencje,   przyszło   mi   do   głowy,   że   być   może   zaszło   po   prostu 

47

background image

nieporozumienie.   Postanowiłam   tedy   wyjaśnić   sytuację,   zanim   będzie   za   późno.   Zawsze   będę 

darzyła głębokim uczuciem wszystkich członków waszej rodziny i nie darowałabym sobie, gdyby 

moja znajomość z panem de Courcy skończyła się tak smutno. Chcę jeszcze dodać, że teraz jestem 

już przekonana, iż Fryderyka ma istotne powody, by nie lubić sir Jamesa, wobec czego natychmiast 

zawiadomię go, by nie wiązał dłużej z jej osobą żadnych nadziei.

Wyrzucam sobie, że - mimo tak niewinnych pobudek - stałam się przyczyną jej łez. Zrobię 

wszystko, co w mojej mocy, by jej to wynagrodzić.

Jeśli zależy jej na swoim szczęściu tak bardzo jak mnie oraz jeśli zachowa rozsądek i będzie 

postępować rozważnie - może być spokojna. Wybacz mi, droga siostro, że zabrałam ci tyle czasu; 

to   wina   mojej   natury.   Ufam   też,   że   po   tych   wyjaśnieniach   nie   grozi   mi   z   twej   strony 

niesprawiedliwa ocena.

- Istotnie, nie - przyznałam, ale rozstałam się z nią niemal bez słowa. Było to największe 

wystawienie   na   próbę   mojej   powściągliwości,   jakie   kiedykolwiek   przeżyłam.   Ale   skoro   już 

pozwoliłam jej mówić, musiałam wysłuchać wszystkiego do końca. Jej zapewnienia, jej fałsz - nie 

będę się tu nad nimi rozwodzić; i tak na pewno wystarczająco Cię już one uderzyły, a serce znowu 

zamiera Ci z niepokoju.

Powróciłam do salonu dopiero, gdy nieco ochłonęłam. Powóz sir Jamesa stał u drzwi, on 

sam   zaś,   jak   zwykle   wesół,   wkrótce   opuścił   nasze   towarzystwo.   Mojej   bratowej   równie   łatwo 

przychodzi widocznie ośmielanie jak odprawianie zalotników! 

Pomimo   takiego   obrotu   sprawy   Fryderyka   wciąż   sprawia   wrażenie   nieszczęśliwej.   Być 

może lęka się gniewu swej matki, ale niewykluczone też, że choć nie pragnęła wyjazdu mego brata, 

teraz jest zazdrosna o jego pozostanie. Widzę, jak skrupulatnie pilnuje Reginalda i lady Susan. 

Biedna   dziewczyna!   Nie   ma   już   teraz   dla   niej   nadziei,   nie   ma   szansy,   by   jej   uczucie   zostało 

odwzajemnione!   Reginald   odnosi   się  do   niej   zupełnie   inaczej   niż   dotąd   -  osądzają   wprawdzie 

sprawiedliwiej, ale pojednanie z jej matką wyklucza wszelkie nadzieje na głębsze uczucie.

Przygotuj się, droga Matko, na najgorsze. Prawdopodobieństwo, że Reginald i lady Susan 

się pobiorą, ogromnie wzrosło, mój brat jest bowiem teraz oddany swej przyjaciółce bardziej niż 

kiedykolwiek.   Myślę   też,   że   jeśli   dojdzie   do   ich   ślubu,   Fryderyka   będzie   musiała   na   stałe 

zamieszkać z nami.

Cieszę się, że mój poprzedni list tak niewiele wyprzedzi ten, który piszę, pragnę bowiem 

zaoszczędzić Ci złudnej radości, która w konsekwencji przynieść może jedynie rozczarowanie.

Twoja na zawsze 

Katarzyna Vernon 

48

background image

LIST 25 

Lady Susan do pani Johnson 

Churchill 

Domagam się od Ciebie, droga Alicjo, gratulacji. Znowu jestem sobą: kobietą radosną i 

triumfującą. Kiedy pisałam do Ciebie wczoraj, czułam się zaiste wielce poirytowana i miałam po 

temu aż nadto powodów. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy nawet teraz powinnam być już zupełnie 

spokojna, bo nigdy dotąd nie znalazłam się w takich tarapatach. Ten Reginald to zaiste chodząca 

duma   i   odwaga,   wypływająca   z   niezwykłej   prawości,   która   czyni   go   szczególnie   wyniosłym. 

Niełatwo mi przyjdzie mu wybaczyć,  zapewniam Cię! Był naprawdę gotów opuścić Churchill! 

Wilson  powiedział  mi  o tym  dosłownie  w chwili,  kiedy skończyłam  pisać  mój  poprzedni  list, 

natychmiast uznałam przeto, że muszę z panem de Courcy porozmawiać. Nie zamierzałam bowiem 

dopuścić, by wyjechał na mnie obrażony i targany gwałtownymi uczuciami rozsiewał na mój temat 

kompromitujące plotki. Wystawiłabym na szwank swoją reputację, gdyby opuścił Churchill, mając 

o mnie tak złe wyobrażenie. W tych okolicznościach musiałam zdobyć się na łaskawość.

Wysłałam tedy Wilsona, by zawiadomił go, że pragnę z nim porozmawiać, zanim wyjedzie. 

Złość, jaką kipiał w chwili, gdy się rozstawaliśmy, do tego czasu nieco już zelżała.

Wydawał się zdziwiony moim wezwaniem; robił wrażenie, jakby na poły pragnął, a na poły 

obawiał się tego, że pod wpływem rozmowy ze mną jego gniew złagodnieje.

Jeśli  moja twarz wyrażała  to, co chciałam,  aby wyrażała,  malował  się na niej spokój i 

godność, zabarwione nieco melancholią, która miała go przekonać, że nie czuję się całkowicie 

szczęśliwa.

-   Wybacz   mi,   pan,   że   miałam   śmiałość   posłać   po   pana   -   powiedziałam   -   ale   właśnie 

dowiedziałam się o pańskim zamiarze opuszczenia Churchill. Czuję się zatem w obowiązku błagać, 

byś   z   mojego   powodu   nie   skracał   nawet   o   godzinę   swojego   pobytu   tutaj.   Jestem   doskonale 

świadoma, że po tym, co się między nami wydarzyło, nie powinniśmy pozostawać pod jednym 

dachem. Oboje wiemy, że tak całkowita odmiana uczuć po dawnej bliskości i przyjaźni musiałaby 

uczynić dalsze obcowanie ze sobą okrutną karą. Dlatego też pańska decyzja opuszczenia Churchill 

jest bez wątpienia odpowiednia do sytuacji oraz uczuć, które, jak wiem, pan żywi. Jednocześnie 

uważam jednak, że nie mam prawa wymagać takiego poświęcenia - bo konieczność opuszczenia 

krewnych,   którym   jest   pan   tak   bliski   i   drogi,   musi   przecież   i   ich,   i   pana   napawać   głębokim 

smutkiem. Moja obecność tutaj nie sprawia natomiast państwu Vernonom aż takiej radości, a przy 

tym moja wizyta i tak już chyba trwała za długo.

49

background image

Pojawiła   się   zatem   doskonała   sposobność,   by   przyspieszyć   mój   wyjazd.   Niech   mi   pan 

wierzy, że nigdy nie darowałabym sobie, że stałam się przyczyną rozłąki tak bardzo kochającej się 

rodziny. Opuszczenie przeze mnie Churchill nikomu nie sprawi przykrości, a i dla mnie nie będzie 

miało   żadnych   konsekwencji;   pan   zaś   swym   wyjazdem   sprawiłby   krewnym   niewymowną 

przykrość! Mam nadzieję, Alicjo, że moja przemowa Ci się spodobała. Wrażenie, jakie wywarła na 

Reginaldzie, mile połechtało moją próżność, trzeba bowiem pamiętać, jak bardzo naprędce przyszło 

mi ją układać. Och, z jakimż zachwytem patrzyłam, jak zmienia się wyraz jego twarzy: ta walka 

między powracającym  oddaniem a resztkami niechęci. Jakże miłe są uczucia, które tak szybko 

przemijają. Nie żebym zazdrościła mu jego namiętnej natury albo, broń Boże, pragnęła sama mieć 

taką! Podobne uczucia przydają się wszelako bardzo, gdy chce się mieć wpływ na innych. Inaczej 

ten sam Reginald - któremu wystarczyło zaledwie kilka słów, by złagodnieć i odnosić się do mnie z 

jeszcze większą niż dotąd uległością, troskliwością, oddaniem i pokorą - opuściłby Churchill pod 

wpływem   pierwszego   gniewu   wypełniającego   jego   dumne   serce,   nie   racząc   nawet   poprosić   o 

wyjaśnienia! 

Mimo że udało mi się tak go upokorzyć, nie mogę mu wybaczyć jego dumy. Zastanawiam 

się też, czy powinnam wziąć na nim odwet, odprawiając go natychmiast po naszym pojednaniu, czy 

też poślubiając i dręcząc aż do śmierci. Obie te rzeczy są wszelako zbyt gwałtowne, by uczynić je 

bez uprzedniego namysłu, waham się więc jeszcze, który plan przyjąć. Muszę też uknuć wiele 

intryg. Trzeba, bym ukarała Fryderykę - i to surowo - za to, że zwróciła się o pomoc do Reginalda. 

Jego samego też muszę ukarać, że tak życzliwie ją potraktował, a także za całe późniejsze jego 

postępowanie. Mojej bratowej należy się odwet za jej wyniosłą i triumfującą minę po tym, jak sir 

James został odprawiony - jednając się z Reginaldem nie byłam bowiem w stanie zatrzymać w 

Churchill   tego   nieszczęsnego   młodzieńca.   Bez   wątpienia   jednak   odpłacę   im   wszystkim   za 

upokorzenia, jakich doznałam w ciągu ostatnich kilku dni. Powzięłam już w tej materii różne plany, 

mam również pomysł, jak zawitać wkrótce do miasta - i o ile co do reszty, moje zamysły mogą 

jeszcze ulec zmianie, o tyle ten zamiar najprawdopodobniej zostanie wcielony w życie. Uznałam 

bowiem, że Londyn  będzie dla mnie najlepszym  polem do działania - jakiekolwiek bym miała 

plany - a przy tym nagrodzi mnie Twoim towarzystwem i stanie się niejaką rozrywką po dziesięciu 

tygodniach pobytu w Churchill.

Uważam też, że mam obowiązek doprowadzić do małżeństwa mojej córki z sir Jamesem, 

skoro tak długo już o to zabiegam. Chciałabym poznać Twoją opinię na ten temat.

Chwiejność umysłu, którą tak łatwo dostrzec u innych, jest czymś, do czego ja sama - jak 

wiesz - nie mam zbytnich skłonności. A przy tym Fryderyka wcale nie zasługuje na to, by pobłażać 

jej szlochom kosztem zamiarów matki. Podobnie, jak jej nieodwzajemnionej miłości do Reginalda. 

50

background image

Czuję się w obowiązku położyć kres tym romantycznym nonsensom.

Zważywszy   na   to   wszystko,   ciąży   na   mnie   powinność   zabrania   jej   do   miasta   i 

natychmiastowego poślubienia sir Jamesowi.

Jeżeli   wbrew   woli   Reginalda   spełnię   swoje   zamierzenia,   będę   mogła   znowu   mówić   o 

dobrych z nim stosunkach, których teraz za takie nie uważam. Pomimo bowiem iż wciąż pozostaje 

on pod moim wpływem, ustąpiłam mu w kwestii, która stanowiła główny powód naszej kłótni - 

zatem honor z odniesienia takiego zwycięstwa jest, w najlepszym wypadku, wątpliwy.

Napisz mi, co o tym wszystkim myślisz, droga Alicjo, i daj mi znać, czy uda Ci się znaleźć 

dla mnie mieszkanie w Twoim sąsiedztwie.

Twoja oddana 

S. Vernon

51

background image

LIST 26 

Pani Johnson do lady Susan 

Edward Street 

Jestem ogromnie zadowolona, że się do mnie zwróciłaś, i oto, co Ci radzę: nie zwlekając ani 

chwili, przyjedź do miasta - ale sama, bez Fryderyki. Z całą pewnością lepiej będzie dla Ciebie 

zapewnić sobie stabilizację, wychodząc za mąż za pana de Courcy niż rozdrażniać go - i resztę 

rodziny - zmuszając córkę do poślubienia sir Jamesa. Powinnaś więcej myśleć o sobie, a mniej o 

Fryderyce. Nie potrafi ona i tak docenić tego, co dla niej robisz, a wygląda na to, że nareszcie 

znalazła się w odpowiednim dla siebie miejscu: w Churchill, z Vernonami. Ty zaś jesteś stworzona 

do tego, by błyszczeć w towarzystwie, i wstyd doprawdy, że zostałaś z niego wykluczona. Zostaw 

zatem Fryderykę, by ją ukarać za utrapienie, jakiego stała się przyczyną, ulegając romantycznym 

porywom serca - co samo w sobie powinno już na zawsze dostatecznie ją unieszczęśliwić - a sama 

jak najszybciej przybywaj do miasta.

Mam jeszcze inny powód, by na to nalegać. Manwaring przyjechał do Londynu w zeszłym 

tygodniu i zdołał, pomimo obecności pana Johnsona, znaleźć okazję, by się ze mną zobaczyć.

Czuje się wielce nieszczęśliwy i do tego stopnia zazdrosny o de Courcy’ego, że byłoby w 

najwyższym  stopniu niepożądane,  gdyby ci dwaj mieli się teraz ze sobą spotkać. Jeśli zaś nie 

pozwolisz mu zobaczyć się ze sobą tutaj, nie dam głowy, czy nie zdobędzie się nawet na tak wielkie 

zuchwalstwo,   by  zawitać   do   Churchill.   Prócz   tego,   jeżeli   przyjmiesz   moją   radę   i   postanowisz 

poślubić de Courcy’ego, usunięcie Manwaringa z drogi stanie się nieuniknione - a tylko ty masz 

nań dostatecznie duży wpływ, by odesłać go z powrotem do żony.

Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której powinnaś tu przybyć: pan Johnson opuszcza Londyn 

w następny czwartek. Jedzie na kurację do Bath, jako że tamtejsze kąpiele korzystnie wpływają na 

jego zdrowie. Mam nadzieję, że podagra zatrzyma go tam na wiele tygodni. Jego nieobecność zaś 

pozwoli nam cieszyć się nawzajem swoim towarzystwem i naprawdę dobrze się bawić. Chciałabym 

nawet, żebyś się zatrzymała przy Edward Street, ale mąż wymusił na mnie swego czasu obietnicę, 

że nigdy nie zaproszę Cię do naszego domu. Wierz mi, że nic poza groźbą znalezienia się w nędzy 

nie   skłoniłoby   mnie   do   złożenia   podobnego   przyrzeczenia.   Znalazłam   wszelako   bardzo   ładny 

apartament przy Upper Seymour Street, będziemy więc mogły cały czas być razem - czy tu, czy tam 

- ponieważ uważam, że obietnica złożona panu Johnsonowi dotyczy (przynajmniej w czasie jego 

nieobecności) jedynie tego, byś nie nocowała pod naszym dachem.

Biedny Manwaring opowiadał mi okropne historie o zazdrości swojej żony! Cóż za głupia 

52

background image

kobieta, skoro oczekuje stałości od tak uroczego mężczyzny! Zawsze zresztą była głupia. To wprost 

nieznośne, że go w ogóle poślubiła! Ona, dziedziczka olbrzymiej fortuny, wyszła za człowieka bez 

pensa przy duszy.  Jakiż inny mogła  mieć  cel poza  tym,  by zostać  baronetową?  Pragnęła  tego 

związku tak szaleńczo, że pan Johnson jako jej opiekun wyraził nań zgodę. Ja jednak, jak zwykle, 

ani trochę nie podzielałam jego zdania i nigdy nie wybaczę jej tego uporu.

Adieu 

Twoja Alicja 

53

background image

LIST 27 

Pani Vernon do lady de Courcy 

Churchill 

Niniejszy list, droga Matko, zostanie Ci dostarczony przez Reginalda. Jego długa wizyta u 

nas dobiegła wreszcie końca, ale obawiam się, że to rozstanie następuje zbyt późno, by mogło z 

niego jeszcze wyniknąć cokolwiek dobrego. Lady Susan udaje się do miasta, by odwiedzić swą 

najlepszą przyjaciółkę, panią Johnson. W pierwszej chwili zamierzała zabrać ze sobą Fryderykę, by 

oddać córkę pod opiekę nauczycieli, ale odwiedliśmy ją od tego pomysłu.

Samą  Fryderykę  perspektywa  wyjazdu  śmiertelnie  przerażała,  ja zaś nie mogłam  znieść 

myśli, że znowu zostanie ona zdana na łaskę i niełaskę swej matki. Żadni londyńscy nauczyciele nie 

wynagrodziliby jej utraty spokoju. Odbiłoby się to niekorzystnie na jej zdrowiu, a także - przede 

wszystkim - zasadach moralnych. Tutaj nikt nie zdoła jej skrzywdzić, ani własna matka, ani żaden 

spośród jej przyjaciół. A z owymi przyjaciółmi (którzy bez wątpienia stanowią nieciekawą zgraję) 

musiałaby się przecież zetknąć, chyba że pozostawiono by ją w zupełnej samotności. Nie sposób 

zresztą orzec, co byłoby dla niej gorsze. Co więcej, pozostając przy matce, musiałaby - niestety! - 

prawdopodobnie przebywać w towarzystwie Reginalda, a to byłoby dla niej największą torturą.

Tutaj przynajmniej przez pewien czas będzie panował spokój. Ufam więc, że nasze stałe 

zajęcia: książki, rozmowy, obowiązki, opieka nad dziećmi i inne domowe przyjemności, jakie tylko 

jestem w stanie jej zapewnić, stopniowo zatrą w niej pamięć o tym młodzieńczym uniesieniu. Nie 

wątpię też, że żadna kobieta na świecie nie będzie traktować jej równie lekceważąco, jak własna 

matka.

Nie wiem, jak długo lady Susan zabawi w mieście i czy zamierza jeszcze do nas wrócić.

Moje zaproszenie nie było zbyt serdeczne, ale jeśli zechce ona znowu do nas zawitać, ów 

brak serdeczności z pewnością jej przed tym nie powstrzyma.

Gdy tylko usłyszałam, że moja bratowa udaje się do Londynu, nie mogłam się powstrzymać 

od zapytania Reginalda, czy i on zamierza spędzić zimę w stolicy. Odrzekł, że niczego jeszcze w 

tym względzie nie postanowił, ale było w jego spojrzeniu, głosie i sposobie mówienia coś, co tym 

słowom   przeczyło.   Zadowoliłam   się   wykrętami.   Sądzę,   że   jego   podróż   jest   już   tak   dalece 

przesądzona, iż z rozpaczą się z nią pogodziłam. Jeśli wkrótce Reginald opuści Was, by udać się do 

Londynu, wszystko będzie jasne.

Wasza kochająca 

54

background image

Katarzyna Vernon 

55

background image

LIST 28 

Pani Johnson do lady Susan 

Edward Street 

Najdroższa Przyjaciółko! 

Piszę ogarnięta największą rozpaczą. Zdarzyła się rzecz najbardziej dla nas niepożądana.

Pan Johnson zdołał jak najskuteczniej pokrzyżować wszystkie nasze plany. Mam powody 

sądzić, że usłyszał skądś, iż wkrótce przybędziesz do Londynu, i natychmiast udał tak silny atak 

podagry, że musiał na razie - jeśli nie w ogóle - zrezygnować ze swego wyjazdu do Bath. Jestem 

przekonana, że podagra zawsze atakuje go wówczas, gdy on sobie tego życzy.

Podobnie było, kiedy chciałam pojechać do Lakes, do Hamiltonów, a także trzy lata temu, 

gdy to mnie zależało na wyjeździe do Bath - wówczas nie miał żadnych objawów choroby! 

Otrzymałam Twój list i wynajęłam dla Ciebie mieszkanie. Cieszę się, że wzięłaś sobie do 

serca to, co napisałam, i że pan de Courcy należy do Ciebie całą duszą. Daj mi znać, gdy tylko 

przybędziesz, a zwłaszcza poinformuj mnie, co zamierzasz począć z Manwaringiem.

Nie mogę orzec, kiedy zdołam się z Tobą zobaczyć. Będę teraz żyć jak w więzieniu. To 

naprawdę ohydna sztuczka ze strony mego męża, by rozchorować się tutaj zamiast w Bath.

Tam zaopiekowałaby się nim jego stara ciotka, tu zaś wszystko będzie na mojej głowie.

Ledwie   nad   sobą   panuję,   ale   ponieważ   pan   Johnson   znosi   ból   z   anielską   wprost 

cierpliwością, nie znajduję żadnego pretekstu, by okazywać irytację.

Twoja na zawsze 

Alicja 

56

background image

LIST 29 

Lady Susan do pani Johnson 

Upper Seymour Street 

Droga moja Alicjo! 

Nie   trzeba   było   tego   ostatniego   ataku   podagry,   by   obudzić   we   mnie   niechęć   do   pana 

Johnsona, ale teraz moja awersja wobec niego nie da się wprost opisać. Żeby uwięzić Cię w domu 

jako   pielęgniarkę!   Jakiż   wielki   błąd   popełniłaś,   droga   Przyjaciółko,   wychodząc   za   mąż   za 

człowieka   w   jego   wieku:   dostatecznie   starego,   by   nie   potrafił   być   miły,   zachowywał   się 

ceremonialnie, nie dawał sobą kierować i miał podagrę, a zbyt młodego, by umrzeć! 

Przyjechałam   wczoraj   wieczór,   około   piątej,   i   ledwo   zdążyłam   cokolwiek   zjeść,   kiedy 

pojawił się Manwaring. Nie kryłam, jak wielką radość sprawił mi jego widok, ani jak dalece uderza 

mnie kontrast między nim a Reginaldem - na ogromną niekorzyść tego ostatniego. Na godzinę czy 

dwie zachwiało to nawet moją decyzją o poślubieniu pana de Courcy - i choć był to pomysł zbyt 

nonsensowny i niemądry, by na długo mógł pozostać w moim umyśle, nie spieszno mi wcale do 

ułożenia mego małżeństwa ani też nie oczekuję niecierpliwie chwili, gdy narzeczony, zgodnie z 

naszą umową, zawita do miasta. Prawdopodobnie nawet, pod jakimś pretekstem, odwiodę go od 

podróży do Londynu. Nie wolno mu w każdym razie pojawić się tutaj, póki Manwaring stąd nie 

wyjedzie.

Wciąż mam wątpliwości co do swojego związku z Reginaldem. Gdyby jego ojciec umarł, 

nie wahałabym się ani chwili, ale ciągła zależność od kaprysów starego dżentelmena nie odpowiada 

memu wolnemu duchowi. Gdybym zatem uznała, że poczekam na śmierć teścia, mam po temu 

znakomity pretekst, upłynęło bowiem ledwie dziesięć miesięcy, odkąd ja sama zostałam wdową.

Manwaringowi   nie   wspomniałam,   naturalnie,   o   moich   zamiarach   ani   słowem.   Nie 

dopuściłam   też,   by   uznał   moją   znajomość   z   Reginaldem   za   coś   więcej   niż   zwykły   flirt,   co 

całkowicie go uspokoiło. Adieu - do naszego spotkania. Jestem oczarowana moim lokum.

Twoja na zawsze 

S. Vernon 

57

background image

LIST 30 

Lady Susan do pana de Courcy 

Upper Seymour Street 

Otrzymałam Pański list i choć nie ośmielę się zaprzeczyć, że cieszy mnie niecierpliwość, z 

jaką oczekuje pan momentu naszego spotkania, muszę z konieczności przesunąć tę chwilę poza 

termin, który początkowo ustaliliśmy. Proszę nie osądzać źle tego wykorzystywania mojej władzy 

nad Panem ani nie oskarżać mnie o niestałość bez uprzedniego wysłuchania, jakie kierują mną 

pobudki. W czasie mojej podróży z Churchill miałam wiele czasu, by rozważyć, jak wyglądają 

obecnie   nasze   wzajemne   stosunki,   i   to   na   nowo   przekonało   mnie,   że   wymagają   one   nader 

delikatnego i ostrożnego postępowania, do czego dotąd przywiązywaliśmy zbyt mało uwagi. Nasze 

uczucia  sprawiły,  że cechowała  nas pewna pochopność, która zrobiła  złe wrażenie  na naszych 

przyjaciołach i krewnych. Byliśmy nierozsądni tak pospiesznie się zaręczając, nie wolno nam więc 

teraz przebierać miary zuchwałości, publicznie potwierdzając zaręczyny - szczególnie że istnieje 

wiele powodów do obaw, iż nasz związek spotka się ze sprzeciwem przyjaciół, od których jest pan 

zależny.

Nie   nam   winić   Pańskiego   ojca   za   to,   że   oczekuje  od   Pana   korzystnego   ożenku.   Kiedy 

posiada się tak rozległe jak Pańska rodzina dobra, pragnienie, by jeszcze je powiększyć - jeśli nawet 

nie uznamy go po prostu za rozsądne - jest zbyt powszechne, żeby mogło wzbudzać zdziwienie lub 

niechęć. Sir Reginald ma zatem prawo pragnąć na synową kobiety majętnej, a i ja sama burzę się 

przeciwko narzucaniu Panu tak mało korzystnego dlań związku. Ale do osób czujących tak jak ja 

głos rozsądku często dociera zbyt późno.

Niezależnie od tego, wszakże moje wdowieństwo trwa zaledwie od kilku miesięcy i choć 

Bóg mi świadkiem, że niewiele winna jestem pamięci męża za zgryzoty, których przysporzył mi w 

ciągu lat naszego pożycia, nie wolno nam zapominać, że niedelikatność, jaką jest zbyt wczesne 

zawarcie powtórnego małżeństwa, naraziłaby nas oboje na powszechną krytykę. W dodatku - co 

byłoby dla nas ze wszech miar niepożądane - zasłużylibyśmy nią sobie także na niechęć pana 

Vernona. Wprawdzie życie uodporniło mnie już na stawiane mi niesprawiedliwie zarzuty, ale - jak 

dobrze Pan wie - nie zniosłabym myśli, że przy okazji ucierpi szacunek, jaki otacza pana. Jeśli zaś 

dodać do tego świadomość, że zaszkodziłoby to także stosunkom łączącym Pana z Pańską rodziną, 

jakże mogłabym się zdobyć na coś podobnego? Przeświadczenie, że stanęłam pomiędzy synem a 

jego rodzicami, uczyniłoby z osoby tak wrażliwej jak ja najnieszczęśliwszą istotę pod słońcem.

Z pewnością będzie więc rozsądniej odłożyć na razie nasz związek, póki okoliczności nie 

58

background image

zaczną  bardziej  nam  sprzyjać.  Musimy też  utwierdzić  się w naszym  postanowieniu,  a do tego 

konieczna jest rozłąka. Przez pewien czas nie powinniśmy się zatem widywać i jakkolwiek okrutne 

wydadzą się Panu w pierwszej chwili moje słowa, konieczność zastosowania się do nich - z którą ja 

sama już się pogodziłam - stanie się oczywista, jeśli ponownie rozważy pan naszą sytuację. Może 

Pan być pewien, że nic prócz najsilniejszego przeświadczenia o spoczywającym na nas obowiązku 

nie skłoniłoby mnie do ranienia własnych uczuć przez naleganie na przedłużenie naszej rozłąki. 

Prócz innych korzyści rozproszy ona także siostrzane obawy pani Vernon, która, nawykła do życia, 

jakie wiodą bogaci, uważa majątek za rzecz w życiu najważniejszą i której brakuje wrażliwości 

potrzebnej, by nas zrozumieć.

Nie wolno Panu przy tym podejrzewać, że dla mnie tych kilka miesięcy rozstania będzie 

łatwiejszych niż dla Pana! 

Proszę napisać do mnie wkrótce - jak najszybciej! Proszę dać mi znać, że zgadza się Pan z 

moimi argumentami i nie gniewa się na mnie. Nie zniosłabym wyrzutów z Pana strony; moja dusza 

nie jest aż tak wzniosła, by się pogodzić z Pańskim niezadowoleniem.

Nie mając Pana u boku, będę musiała poszukać sobie rozrywek poza domem - szczęśliwie 

wielu moich przyjaciół bawi teraz w mieście, w tej liczbie także Manwaringowie. Wie Pan, jak 

szczerze jestem im oddana, zarówno mężowi, jak i żonie.

Pańska na zawsze 

S. Vernon

59

background image

LIST 31 

Lady Susan do pani Johnson 

Upper Seymour Street 

Droga moja Przyjaciółko! 

To męczące stworzenie, Reginald, jest tutaj. Mój list, który miał zatrzymać go dłużej na wsi, 

przyspieszył  tylko jego przyjazd do stolicy. Mimo że bardzo chciałam trzymać  go z daleka od 

siebie, nie mogę powiedzieć, by ten dowód przywiązania nie sprawił mi przyjemności. A jest mi on 

oddany duszą i ciałem. Przyniesie Ci niniejszy list osobiście, dzięki czemu się poznacie, marzy 

bowiem o zawarciu z Tobą znajomości. Pozwól mu spędzić ze sobą dzisiejszy wieczór - tak, by nie 

groził mi jego powrót tutaj. Oświadczyłam mu, że nie czuję się zbyt dobrze i pragnę zostać sama, 

gdyby więc ponownie się tutaj pojawił, powstałoby zamieszanie, jako że nigdy nie można być 

pewnym służby. Zatrzymaj go więc, zaklinam Cię, przy Edward Street. Przekonasz się, że jego 

towarzystwo   nie   będzie   Ci   ciążyć,   pozwalam   Ci   też   flirtować   z   nim,   ile   dusza   zapragnie. 

Jednocześnie nie zapominaj o moim prawdziwym celu: powiedz wszystko, co tylko wpadnie ci do 

głowy, aby go utwierdzić w mniemaniu, że będę wielce niezadowolona, jeśli pozostanie w mieście. 

Znasz moje  wymówki:  krótkie wdowieństwo, przyzwoitość  i tak dalej. Wymieniłabym  mu  ich 

znacznie więcej osobiście, ale niecierpliwie czekam na chwilę, kiedy stąd pójdzie, gdyż za pół 

godziny spodziewam się wizyty Manwaringa.

Adieu 

S.V.

60

background image

LIST 32 

Pani Johnson do lady Susan 

Edward Street 

Umieram ze strachu i zupełnie nie wiem, co robić - ani nawet, co Ty mogłabyś teraz zrobić. 

Pan   de   Courcy   przybył   w   najmniej   pożądanym   momencie,   dosłownie   w   tej   samej   chwili 

przyjechała bowiem pani Manwaring, która zażądała widzenia ze swoim opiekunem.

Ja sama dowiedziałam się o wszystkim dopiero później, kiedy bowiem ona i Reginald się tu 

zjawili, nie było mnie w domu - w przeciwnym razie na wszelki wypadek pozbyłabym się jakoś 

Twojego   narzeczonego.   Tymczasem   zaś   pani   Manwaring   zamknęła   się   w   gabinecie   z   panem 

Johnsonem, a pan de Courcy czekał  na mnie  w salonie. Twoja rywalka przyjechała do miasta 

wczoraj, w pogoni za swoim mężem - ale być może wiesz już o tym z jego własnych ust. Przybyła  

do nas, by błagać mojego męża o pomoc, i zanim wróciłam do domu, wszystko, co chciałaś przed 

nim   ukryć,   stało   się   mu   wiadome.   Na   domiar   złego   ta   jędza   wydobyła   też   ze   służącego 

Manwaringa, że odwiedzał Cię on codziennie, odkąd przyjechałaś do miasta.

Usłyszawszy   o  tym,   osobiście   śledziła   dzisiaj   męża   aż   do  Twoich   drzwi!   Cóż   mogłam 

uczynić? Fakty mówiły same za siebie! Przy okazji o wszystkim dowiedział się też de Courcy, 

który teraz rozmawia z panem Johnsonem. Nie miej do mnie żalu - w żaden sposób nie mogłam 

temu zapobiec. Pan Johnson podejrzewał od pewnego czasu, że de Courcy pragnie Cię poślubić, i 

gdy   tylko   dowiedział   się   o   jego   wizycie   u   nas,   postanowił   osobiście   z   nim   porozmawiać.   Ta 

wstrętna Manwaring, która - co zapewne będzie dla Ciebie pociechą - schudła i stała się jeszcze 

brzydsza, także wciąż tutaj jest. Wszyscy troje siedzą zamknięci w gabinecie. Cóż można uczynić? 

Jeśli   Manwaring   jest  u  Ciebie,  niech  lepiej   odejdzie.  Mam  w  każdym   razie  nadzieję,   że  teraz 

znienawidzi swoją żonę jeszcze mocniej niż dotąd. Ogarnięta niepokojem życzę Ci wszystkiego 

najlepszego 

Twoja Alicja 

61

background image

LIST 33 

Lady Susan do pani Johnson 

Upper Seymour Street 

To éclaircissment  jest wybitnie irytujące.  Co za pech, że nie było  Cię w domu. Byłam 

pewna, że o siódmej Reginald na pewno Cię już zastanie. Nie dręcz się obawami o mnie - potrafię 

wymyślić   wiarygodne   wyjaśnienie   na   użytek   pana   de   Courcy.   Manwaring   już   sobie   poszedł. 

Przyniósł mi nowinę o przyjeździe żony. Cóż za głupia kobieta! Czego się spodziewała po swoim 

podstępie? Mimo to żałuję, że nie siedziała cicho w Langford.

Reginald będzie się początkowo nieco boczył, ale w czasie jutrzejszej kolacji zdołam go na 

nowo udobruchać.

Adieu 

S.V.

62

background image

LIST 34 

Pan de Courcy do lady Susan 

Hotel 

Piszę tylko po to, by Panią pożegnać. Czar prysł. Ujrzałem Panią taką, jaką naprawdę jesteś. 

Po   naszym   wczorajszym   rozstaniu   usłyszałem   o   Pani   rzeczy,   które   -   ku   mojemu   głębokiemu 

upokorzeniu   -   przekonały   mnie,   jak   dalece   zostałem   oszukany.   Uważam   więc   za   absolutną 

konieczność natychmiastowe i całkowite rozstanie z Panią. Nie ma Pani chyba wątpliwości, o co mi 

chodzi. Langford - to słowo powinno wystarczyć. Informacje otrzymałem w domu pana Johnsona z 

ust samej pani Manwaring, której prawdomówności jestem pewien.

Wie Pani, jak Ją kochałem i nietrudno będzie Jej osądzić moje obecne uczucia. Nie jestem 

wszelako aż tak słaby, by pozwolić sobie na opisywanie ich w liście do kobiety, która najwyżej 

chełpiłaby się tym, że tak boleśnie je zraniła, bo nigdy z pewnością nie umiałaby ich odwzajemnić.

R. de Courcy 

63

background image

LIST 35 

Lady Susan do pana de Courcy 

Upper Seymour Street

Nie próbuję nawet opisać zdumienia, jakie mnie ogarnęło, gdy czytałam otrzymany przed 

chwilą Pański list. Zachodzę w głowę, starając się znaleźć rozsądną odpowiedź na pytanie, cóż 

takiego   mogła   powiedzieć   Panu   pani   Manwaring,   że   stało   się   to   przyczyną   tej   nadzwyczajnej 

odmiany uczuć w stosunku do mnie. Czyż nie wyjaśniłam Panu wszystkiego, co mogło budzić 

Pańskie wątpliwości, a co nieżyczliwość świata interpretowała na moją niekorzyść? Cóż więc mógł 

Pan usłyszeć teraz, że zachwiało to Pańskim szacunkiem dla mnie? Czy kiedykolwiek coś przed 

Panem ukrywałam? Nie potrafię wprost wyrazić, Reginaldzie, jak dalece oburzyło mnie to, co Pan 

napisał. Trudno mi wyobrazić sobie, że stara śpiewka o zazdrości pani Manwaring może znów 

ożyć, albo - przynajmniej - może zostać na nowo wysłuchana. Proszę przybyć do mnie natychmiast 

i wytłumaczyć to, czego w tej chwili zupełnie nie potrafię pojąć. Niech mi Pan wierzy, że słowo 

„Langford” nie ma w sobie aż takiej mocy, by nie wymagało dalszych wyjaśnień. Jeśli mamy się 

rozstać, byłoby mi miło usłyszeć o tym od Pana osobiście. Doprawdy, nie jestem w nastroju do 

żartów! Prawdę mówiąc,  pozostaję aż nadto poważna - bo być  w Pańskich oczach choć przez 

godzinę  godną pogardy jest dla  mnie  tak wielkim  upokorzeniem,  że wprost nie  wiem,  jak się 

zachować.

Liczę minuty do Pańskiego przybycia.

Susan Vernon 

64

background image

LIST 36 

Pan de Courcy do lady Susan 

Hotel 

Po co Pani do mnie pisała? Po co żąda Pani szczegółów? Skoro jednak Pani nalega, czuję się 

w obowiązku wyjaśnić, że całe Pani godne nagany zachowanie - tak przed, jak i po śmierci pana 

Vernona - jest mi teraz doskonale znane, tak jak dotąd było powszechnie znane wszystkim innym. 

Pani haniebne postępki, w które bez zastrzeżeń wierzyłem, nim Panią poznałem - i nim zdołała 

Pani, dzięki swej przewrotności, sprawić, bym w nie zwątpił - zostały mi teraz w niepodważalny 

sposób   udowodnione.   Co   więcej,   jestem   całkowicie   przekonany,   że   nawiązany   przez   Panią   w 

Langford romans, o którego istnieniu dotąd nie miałem najmniejszego pojęcia, trwa nadal. Idzie mi 

o romans z człowiekiem, którego rodzinę - w zamian za gościnność, z jaką ta Panią przyjęła - 

ograbiła Pani ze spokoju! Wiem, że korespondowała z nim Pani od chwili opuszczenia Langford - z 

nim, a nie z jego żoną - i że teraz on codziennie składa Pani wizyty. Czy może Pani - czy ośmieli 

się Pani - temu zaprzeczyć? I to wszystko działo się w czasie, kiedy tak przychylnie przyjmowała 

Pani moje zaloty!  Mogę się tylko cieszyć,  że zdołałem umknąć z zastawionych na mnie sideł! 

Daleki jestem wszakże od tego, by to Pani przypisywać za to całą winę. Wiem, że to mój własny 

kaprys sprowadził na mnie niebezpieczeństwo; moja własna naiwność, która kazała mi wierzyć w 

Pani sympatię i prawość. Ale o biednej pani Manwaring nie da się już powiedzieć tego samego. 

Straszliwe cierpienie zdaje się zagrażać jej umysłowi. Czym ona może się pocieszyć? Wobec tych 

odkryć  nie sądzę, by dziwiło Panią  dłużej  moje  pragnienie  rozstania  się z Nią raz na zawsze. 

Odzyskałem nareszcie zdrowy rozsądek, dzięki czemu w tym samym stopniu czuję teraz wstręt do 

kłamstw, jakimi mnie uraczono, co pogardzam sobą za słabość, za której sprawą przemówiły one 

do mnie z taką siłą.

Reginald de Courcy 

65

background image

LIST 37 

Lady Susan do pana de Courcy 

Upper Seymour Street 

Jestem usatysfakcjonowana - skreślę jeszcze tych kilka słów i przestanę Pana niepokoić.

Zaręczyny, na które tak gorąco nalegał Pan przedwczoraj, nie pasują do Pańskiej obecnej 

opinii na mój temat, cieszę się więc, odkrywszy, że roztropna rada Pańskich rodziców nie poszła na 

marne.   Nie   wątpię,   że   dzięki   temu   aktowi   synowskiego   posłuszeństwa   szybko   odzyska   Pan 

utracony   spokój,   sama   zaś   pochlebiam   sobie,   że   zawczasu   udało   mi   się   uniknąć   wielkiego 

rozczarowania.

Susan Vernon 

66

background image

LIST 38 

Pani Johnson do lady Susan 

Edward Street 

Żałuję wielce zerwania Twoich zaręczyn z Reginaldem, choć nie jestem tym zdziwiona.

Pan de Courcy powiadomił o wszystkim listownie pana Johnsona i zapowiedział, że jeszcze 

dziś opuści Londyn. Bądź pewna, że w pełni podzielam Twoje uczucia, i nie gniewaj się, że nasze 

kontakty   -   nawet   te   listowne   -   muszą   się   urwać.   Głęboko   nad   tym   boleję,   ale   pan   Johnson 

poprzysiągł, że jeśli ich nie zaprzestanę, osiądziemy na stałe na wsi - a wiesz, że czegoś podobnego 

nigdy bym nie zniosła; przynajmniej póki mam inny wybór.

Słyszałaś  oczywiście,  że Manwaringowie postanowili  się rozstać.  Obawiam się, że pani 

Manwaring znowu zamieszka w naszym  domu. Ponieważ jednak jest ona wciąż do szaleństwa 

zakochana w swoim mężu i jego postępowanie nadal głęboko ją przygnębia, być może nie pożyje 

już długo.

Panna Manwaring przybyła  właśnie do miasta, by dotrzymać towarzystwa swej ciotce, i 

podobno zapowiedziała, że nim ponownie opuści Londyn, na powrót zdobędzie serce sir Jamesa 

Martina. Gdybym była na Twoim miejscu, z pewnością zagarnęłabym go dla siebie.

Niemal zapomniałam Ci przekazać swoją opinię o panu de Courcy. Byłam nim doprawdy 

zachwycona - jest bez wątpienia równie przystojny jak Manwaring, ma przy tym tak szczere i 

dobroduszne   usposobienie,   że   nie   sposób   od   pierwszej   chwili   go   nie   polubić.   Obaj   z   panem 

Johnsonem stali się teraz najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Adieu, najdroższa Susan.

Żałuję, że sprawy tak się zagmatwały.  Ta nieszczęsna  wizyta  w Langford! Ośmielę  się 

jednak powiedzieć, że czyniłaś wszystko w najlepszej wierze i nie zasłużyłaś sobie na swój los.

Szczerze Ci oddana 

Alicja 

67

background image

LIST 39 

Lady Susan do pani Johnson 

Upper Seymour Street 

Droga moja Alicjo! 

Gorąco ubolewam nad koniecznością naszego rozstania, jestem wszelako przekonana, że 

nasza przyjaźń nie może na tym ucierpieć i w szczęśliwszych czasach, kiedy staniesz się równie 

niezależna jak ja, połączy nas znowu ta sama bliskość, co zawsze. Będę na tę chwilę niecierpliwie 

czekać. Tymczasem mogę Cię zapewnić, że nigdy nie czułam się tak spokojna i tak zadowolona z 

siebie, jak obecnie. Do Twojego męża czuję wstręt, do Reginalda zaś pogardę - i mam nadzieję, że 

żadnego z nich nigdy już nie zobaczę. Czyż nie mam powodu do radości? Manwaring jest mi teraz 

oddany bardziej niż kiedykolwiek i kiedy odzyska  wolność, nie wątpię, że natychmiast  mi się 

oświadczy.  Tę chwilę  zaś - jeśli jego żona zamieszka  w Waszym  domu  - Ty sama  mogłabyś  

przyspieszyć. Należy ze wszystkich sił podsycać wyniszczającą jej umysł gwałtowność uczuć i w 

tej kwestii liczę na Twoją przyjaźń.

Cieszę się tedy wielce, że nie doprowadziłam do skutku mojego małżeństwa z Reginaldem, 

jestem przy tym  zdecydowana,  by i Fryderyka  nigdy go nie poślubiła.  Jutro pojadę po nią do 

Churchill i niech Maria Manwaring drży na myśl, jakie będzie to miało konsekwencje.

Fryderyka będzie żoną sir Jamesa, zanim jeszcze opuści mój dom. Może sobie szlochać, a 

Vernonowie   mogą   się   burzyć,   ile   chcą   -   nic   mnie   to   nie   obchodzi.   Czuję   się   już   znużona 

podporządkowywaniem swojego postępowania kaprysom innych oraz rezygnowaniem z własnych 

planów ze względu na osoby, wobec których nie tylko nie mam żadnych zobowiązań, ale też nie 

żywię dla nich żadnego respektu. Zbyt dużo ustępowałam i zbyt łatwo dawałam się przekonywać, 

teraz jednak Fryderyka na własnej skórze odczuje różnicę.

Adieu, najdroższa Przyjaciółko. Może następny atak podagry okaże się dla nas łaskawszy.

Zawsze uważaj mnie za niezmiernie Ci oddaną 

Susan Vernon 

68

background image

LIST 40 

Lady de Courcy do pani Vernon 

Parklands 

Moja droga Katarzyno! 

Mam   dla   Ciebie   pocieszające   nowiny   i   gdybym   nie   wysłała   dziś   rano   do   Ciebie   listu, 

oszczędziłabym Ci niepokoju na wieść, że Reginald udał się do miasta - bo on wrócił! Wyobraź 

sobie, że Reginald wrócił z Londynu! I to nie po to, by prosić nas o zgodę na małżeństwo z lady 

Susan, lecz by zakomunikować, że rozstali się ze sobą na zawsze! Zabawił w domu ledwie godzinę, 

nie zdołałam więc poznać żadnych szczegółów, zwłaszcza iż wyglądał na tak przygnębionego, że 

nie   miałam   serca   o   nic   go   wypytywać.   Mam   wszelako   nadzieję,   że   wkrótce   wszystkiego   się 

dowiemy. Jest to najradośniejsza chwila, jaką zawdzięczamy mu od dnia jego narodzin. Jedyne, 

czego   teraz   jeszcze   pragniemy,   to   ujrzeć   u   nas   także   Ciebie.   Gorąco   nalegamy   teraz,   byś   tak 

szybko, jak to możliwe, zawitała do rodzinnego domu. Jesteś nam winna długą, wielotygodniową 

wizytę.   Mam   nadzieję,   że   pan   Vernon   nie   będzie   miał   nic   przeciwko   temu.   Błagam   też,   byś 

przywiozła  ze   sobą  wszystkie   moje   wnuki  i  oczywiście  najserdeczniej  zapraszam   także   Twoją 

drogą bratanicę. Tęsknię za tym, by Cię wreszcie zobaczyć. Mieliśmy tu długą i ciężką zimę - bez 

Reginalda  i wizyty  kogokolwiek z Churchill. Nigdy dotąd ta pora roku nie wydała mi się tak 

ponura, ale nasze spotkanie sprawi, że znowu odmłodniejemy. Dużo myślę o Fryderyce i kiedy 

Reginald odzyska już dawną pogodę ducha (co, wierzę, nastąpi szybko), spróbujemy jeszcze raz 

skraść mu serce - mam przy tym przeczucie, że nie upłynie wiele czasu, a zobaczymy ręce tych 

dwojga związane stułą.

Twoja kochająca Cię matka 

C. de Courcy 

69

background image

LIST 41 

Pani Vernon do lady de Courcy 

Churchill 

Droga Matko! 

Twój list niezmiernie mnie zaskoczył. Czyż może to być prawdą, że się rozstali? I to na 

zawsze? Ta myśl  sprawiłaby,  że nie posiadałabym  się ze szczęścia, ale po tym,  co widziałam, 

trudno mi odetchnąć z ulgą. A więc Reginald znowu jest z Wami! Zdumiewa mnie to tym bardziej, 

że w środę, tego samego dnia, kiedy przybył on do Parklands, mieliśmy tu nieoczekiwaną i niemiłą 

wizytę lady Susan. Moja bratowa sprawiała przy tym wrażenie tak wesołej i radosnej, że wyglądało 

raczej na to, iż zamierza poślubić Reginalda, gdy tylko wróci do miasta, niż że rozstała się z nim na 

zawsze. Zabawiła u nas blisko dwie godziny. Była równie miła i uprzejma jak zawsze, żadnym 

słowem czy aluzją nie dała też do zrozumienia, że się pokłócili, bądź że ich wzajemne stosunki 

choć trochę ochłodły. Zapytałam ją, czy widziała się z moim bratem po jego przybyciu do miasta, 

choć,   jak   się,   Matko,   domyślasz,   nie   miałam   żadnych   wątpliwości,   jaką   usłyszę   odpowiedź,   i 

zrobiłam   to   tylko   po   to,   by   zobaczyć   jej   reakcję.   Natychmiast,   bez   najmniejszego   zmieszania 

odparła, że Reginald był uprzejmy odwiedzić ją w poniedziałek, ale, jak sądzi, powrócił już do 

domu - w co nie mogłam uwierzyć.

Z   przyjemnością   przyjmujemy   Wasze   uprzejme   zaproszenie   i   w   następny   czwartek 

zjedziemy do Was wraz z naszymi maleństwami. Niechaj Niebiosa sprawią, by Reginald nie znalazł 

się do tego czasu z powrotem w stolicy! Żałuję, że nie mogę przywieźć ze sobą drogiej Fryderyki, z 

przykrością muszę Was bowiem zawiadomić, że jej matka przybyła do nas właśnie po to, by ją 

zabrać. I choć ogromnie unieszczęśliwiło to biedną dziewczynę, nie znalazłam żadnego sposobu, 

aby ją zatrzymać. Byłam, podobnie jak mój mąż, wielce nierada rozstaniu z bratanicą i uczyniłam 

wszystko, co w mojej mocy, by mu zapobiec, lady Susan oświadczyła wszelako, iż zamierza na 

kilka miesięcy zatrzymać się w mieście i czułaby wyrzuty sumienia, nie mając córki przy sobie - ze 

względu na nauczycieli i tak dalej. Jej zachowanie - muszę przyznać - było bez zarzutu, pan Vernon 

wierzy przeto, iż Fryderyka będzie teraz traktowana z miłością. Żałuję, że ja nie potrafię tej wiary 

podzielać! 

Serce mało nie pękło biednej dziewczynie, kiedy nadeszła chwila pożegnania. Prosiłam ją, 

by   często   do   mnie   pisywała   i   w   chwilach   smutku   pamiętała,   że   zawsze   pozostajemy   jej 

przyjaciółmi. Postarałam się zostać z nią sam na sam, ażeby jej to wszystko powiedzieć, i mam 

nadzieję, że moje słowa były dla niej niejaką pociechą. Nie uspokoję się wszelako, póki nie wybiorę 

70

background image

się do miasta i sama nie ocenię jej położenia.

Mam nadzieję, że widoki na małżeństwo, o jakim wspomniałaś w liście, Matko, będą w 

przyszłości lepsze niż obecnie, w tej chwili bowiem spełnienie się tych nadziei uważam za mało 

prawdopodobne.

Wasza 

Katarzyna Vernon 

71

background image

ZAKOŃCZENIE 

Niniejsza   korespondencja   -   w   związku   ze   spotkaniem   niektórych   jej   uczestników   oraz 

rozstaniem innych - nie mogła być, z wielkim uszczerbkiem dla dochodów poczty, kontynuowana. 

Niewielką pociechę mogła w tym wypadku stanowić wymiana listów między panią Vernon a jej 

bratanicą, ta pierwsza zorientowała się bowiem szybko po ich stylu, że są pisane pod dyktando 

matki.   Zawiesiła   więc   korespondencję   do   chwili,   gdy   będzie   mogła   osobiście   porozmawiać   z 

Fryderyka w Londynie.

Dowiedziawszy się tymczasem od swego szczerego brata, co zaszło między nim a lady 

Susan,  nabrała   o   bratowej   jeszcze   gorszego   mniemania   niż   dotąd   i   jeszcze   goręcej   zapragnęła 

zabrać Fryderykę od matki, by samej otoczyć ją opieką. I choć nie żywiła wielkiej nadziei, że jej się 

to uda, nie mając nic do stracenia uznała, iż złoży lady Susan taką propozycję.

Pragnienie  natychmiastowego  wcielenia  tego  planu w czyn  sprawiło,  iż nalegała  na jak 

najszybszy wyjazd do Londynu, pan Vernon zaś, który - jak zapewne zauważyliście - żył tylko po 

to, by robić rzeczy, jakich od niego żądano, szybko wynalazł jakieś interesy, wzywające go do 

stolicy. Przejęta swą misją pani Vernon oczekiwała wizyty bratowej zaraz po przyjeździe do miasta. 

Lady Susan przywitała ją z taką radością i wzruszeniem, że jej rozmówczynię ogarnęło prawdziwe 

przerażenie:   żadnej   wzmianki   o   Reginaldzie,   żadnych   wyrzutów   sumienia,   żadnego   wyrazu 

zmieszania na twarzy. Była w doskonałym nastroju i za wszelką cenę starała się okazać, jak dalece 

oddana  jest bratu  zmarłego  męża   i  jego  żonie,  jak wysoko  ceni  sobie  ich  życzliwość   oraz  ile 

przyjemności znajduje w przebywaniu w ich towarzystwie.

Podobnie jak lady Susan, Fryderyka też się nie zmieniła: to samo skrępowanie, to samo 

onieśmielenie ogarniające ją w obecności matki. Upewniło to ciotkę w przekonaniu, że bratanica 

nie czuje się szczęśliwa, i utwierdziło w zamiarze odmienienia jej losu. Zachowaniu lady Susan nie 

można   było   jednak   niczego   zarzucić.   Napomknienie   o   sir   Jamesie   miało   tylko   jeden   cel   - 

wspomniano go wyłącznie po to, by powiedzieć, że wyjechał z Londynu. Lady Susan kilkakrotnie 

zapewniała też, że pragnie jedynie dobra córki, powtarzając z zachwytem, że obecnie Fryderyka z 

każdym dniem staje się coraz bliższa ideałowi młodej damy.

Pani Vernon była zaskoczona i pełna niedowierzania. Wiedziała już, co się święci, i zdawała 

sobie sprawę, że jej własny plan nie ma szansy powodzenia. Bała się wręcz, że występując ze swoją 

propozycją,   pogorszy   tylko   sprawę.   Nabrała   nieco   nadziei   dopiero   w   chwili,   gdy   lady   Susan 

zapytała, czy zdaniem bratowej, Fryderyka wygląda teraz równie dobrze, jak w Churchill, gdyż 

matka miewa niekiedy wątpliwości, czy Londyn rzeczywiście służy jej córce.

Pani Vernon wątpliwości te ochoczo podtrzymała,  natychmiast  proponując, by bratanica 

72

background image

wróciła razem z nią na wieś. Lady Susan nie potrafiła wprost wyrazić swej wdzięczności za taką 

troskę, wszelako z różnych przyczyn nie była pewna, czy powinna rozstawać się z córką, ponieważ 

jej własne plany nie były jeszcze do końca skonkretyzowane, ufała jednak, iż wkrótce będzie mogła 

osobiście przywieźć Fryderykę  do domu stryjostwa. Wywód zakończyła  zdecydowaną odmową 

skorzystania z tak bezprzykładnego dowodu troski. Pani Vernon wszelako gorąco przekonywała ją 

do zmiany zdania i choć lady Susan nie przestała się opierać, jej opór z biegiem dni stawał się coraz 

słabszy.

Z   pomocą   przyszła   epidemia   influency.   Dzięki   niej   udało   się   natychmiast   rozstrzygnąć 

kwestię,   która   inaczej   bardzo   długo   czekałaby   na   rozstrzygnięcie.   W   lady   Susan   obudziły   się 

bowiem   zbyt   silne   macierzyńskie   obawy,   by   mogła   myśleć   o   czymkolwiek   innym   prócz 

zapobieżenia   groźbie   zarażenia   się   córki.   Zważywszy   na   fizyczną   budowę   Fryderyki,   spośród 

wszystkich chorób świata influenca była tą, której jej matka obawiała się najbardziej.

Fryderyka wróciła tedy do Churchill z ciotką i stryjem, a trzy tygodnie później lady Susan 

zawiadomiła ją, iż wkrótce zamierza poślubić sir Jamesa Martina.

Pani Vernon nabrała wówczas przekonania - co wcześniej jedynie podejrzewała - że mogła 

sobie z powodzeniem oszczędzić nalegań na wyjazd Fryderyki, lady Susan bowiem niewątpliwie od 

początku nosiła się z zamiarem wysłania córki na wieś. Wizyta Fryderyki miała wedle umowy 

trwać sześć tygodni, ale jej matka - choć w jednym czy dwóch pełnych uczucia listach zapraszała ją 

do   powrotu   -   była   aż   nadto   gotowa   wyświadczyć   wszystkim   przysługę,   zgadzając   się   na 

przedłużenie jej pobytu na wsi. Po dwóch miesiącach nie wspominała już w listach o powrocie 

córki, a gdy upłynęły dalsze dwa, przestała w ogóle do niej pisać. Fryderyka należała teraz do 

rodziny   swego   stryja   i   ciotki,   co   trwało   aż   do   czasu,   gdy   można   było   porozmawiać   o   niej   z 

Reginaldem de Courcy, który - mile połechtany w swej próżności - począł z wolna odczuwać afekt 

ku podopiecznej siostry. Nim to jednak nastąpiło, upłynął blisko rok, zostawiono mu bowiem czas 

na otrząśnięcie się z uczucia do lady Susan oraz na odstąpienie od przysięgi, że nigdy już się z 

nikim   nie   zwiąże   i   zawsze   pogardzać   będzie   całą   płcią   niewieścią.   Początkowo   sądzono,   że 

wystarczą mu na to trzy miesiące, ale uczucia Reginalda okazały się równie trwałe, jak gwałtowne.

Nie sposób orzec, czy lady Susan czuła się szczęśliwa w swoim drugim małżeństwie, któż 

bowiem uwierzyłby jej własnym  zapewnieniom w tej materii? Biorąc pod uwagę okoliczności, 

trzeba więc samemu udzielić sobie odpowiedzi na to pytanie, ocenić mógł ją bowiem tylko jej mąż 

- i sumienie.

Może się wydawać,  że sir Jamesa  spotkał los gorszy niż ten, na jaki zasługuje zwykły 

głupiec.

Zostawmy go przeto otoczonego współczuciem, jeżeli tylko ktoś zechce mu je okazać. Jeśli 

73

background image

chodzi o mnie, żal mi jedynie panny Manwaring, która przyjechała do miasta i próbując odzyskać 

ukochanego,   wydała   na   stroje   tyle   pieniędzy,   że   przez   dwa   następne   lata   cierpiała   biedę.   A 

wszystko tylko po to, by narzeczonego sprzątnęła jej sprzed nosa kobieta o dziesięć lat od niej 

starsza.

74

background image

JANE AUSTEN

Watsonowie

 GDAŃSK 2001

75

background image

Pierwszy   zimowy   bal   w   mieście   D.   w   Surrey   miał   się   odbyć   we   wtorek   trzynastego 

października, i powszechnie sądzono, że będzie wyjątkowo udany. W zaufaniu przekazywano sobie 

z  rąk  do rąk  długą  listę   ziemiańskich  rodzin,  które  zapowiedziały  swoje  przybycie.   Optymiści 

żywili nawet nadzieję, że pojawią się sami Osborne’owie.

Naturalną koleją rzeczy Watsonowie otrzymali zaproszenie od Edwardsów. Edwardsowie 

byli dziećmi szczęścia: mieszkali w mieście i trzymali własny kryty powóz. Watsonowie mieszkali 

natomiast na oddalonej o jakieś trzy mile wsi, byli biedni i obywali się bez zamkniętego pojazdu. 

Mimo to zimą, gdy urządzano bale, Edwardsowie mieli zwyczaj co miesiąc zapraszać ich do siebie, 

podejmując obiadem i zatrzymując na noc.

Ponieważ pan Watson, odkąd umarła jego żona, czuł się niezdrów, ktoś musiał nieustannie 

mu towarzyszyć. A jako że w domu bawiły tym razem tylko dwie córki, z uprzejmości przyjaciół 

mogła skorzystać tylko jedna.

Panna Emma Watson dopiero ostatnio powróciła na łono rodziny od ciotki, której pieczy ją 

powierzono w dzieciństwie - miał to być więc jej pierwszy bal. Starsza siostra, której zachwyty nad 

balami nie osłabły ani trochę, mimo że bywała na nich już od dziesięciu lat, wzięła na siebie miły 

obowiązek odwiezienia Emmy i jej bagażu starą bryczką do D.

Gdy   tylko   obie   usadowiły   się   w   brudnym   powozie,   panna   Watson   jęła   pouczać   i 

przestrzegać niedoświadczoną siostrę.

- Ośmielę się powiedzieć, że będzie to doprawdy wspaniały bal. Zaproszono wielu oficerów, 

nie opędzisz się więc od tancerzy. Przekonasz się, że służąca pani Edwards chętnie ci we wszystkim 

pomoże. Gdybyś nie wiedziała, jak się ubrać, radziłabym ci zapytać o zdanie Mary Edwards, ma 

ona   bowiem   bardzo   dobry  gust.   Jeśli   pan   Edwards  nie   przegra   wszystkich   pieniędzy   w  karty, 

będziesz mogła zostać na balu tak długo, jak tylko zechcesz, inaczej będzie zapewne nalegał na 

szybki powrót do domu. Mam nadzieję, że dobrze wypadniesz. Nie zdziwiłabym się, gdyby cię 

uznano za najładniejszą pannę na sali - nade wszystko dlatego, że będziesz kimś nowym. Może 

nawet Tom Musgrave zwróci na ciebie uwagę? Radziłabym  ci jednak w żaden sposób go nie 

ośmielać. Interesuje się każdą nową dziewczyną, ale to okropny flirciarz, który niczego nie traktuje 

poważnie.

- Chyba kiedyś mi już o nim mówiłaś - odparła Emma. - Kim on jest?

-   Młodym   człowiekiem   z   dużym   majątkiem,   całkowicie   niezależnym   i   wyjątkowo 

sympatycznym,  ulubieńcom wszystkich, którzy go znają. Większość tutejszych panien jest albo 

była w nim zakochana. Sądzę, że jestem jedyną, która uszła z nie złamanym sercem, choć byłam 

pierwszą, na jaką zwrócił uwagę, kiedy przyjechał tu sześć lat temu. Traktował mnie doprawdy z 

wyjątkową atencją. Niektórzy powiadają nawet, że nigdy później nie widzieli już, by okazywał 

76

background image

jakiejś dziewczynie aż tyle sympatii, choć przecież zawsze zachowuje się uwodzicielsko.

- A jak to się stało, że akurat twoje serce pozostało zimne jak lód? - zapytała Emma z 

uśmiechem.

- Była po temu pewna przyczyna - odrzekła panna Watson pąsowiejąc. - Los nie obszedł się 

ze mną łaskawie, moja Emmo. Mam nadzieję, że ty będziesz miała więcej szczęścia.

- Wybacz mi, siostro, jeśli niechcący sprawiłam ci przykrość.

- Kiedy poznałam Toma Musgrave’a - ciągnęła panna Watson, jak gdyby nie usłyszała jej 

słów   -   byłam   nader   mocno   zajęta   pewnym   młodym   człowiekiem   imieniem   Purvis.   Był   on 

ukochanym   przyjacielem   Roberta   i   spędzał   mnóstwo   czasu   w   naszym   towarzystwie.   Wszyscy 

sądzili, że skończy się to ślubem.

Wyznaniu temu towarzyszyło głębokie westchnienie, które Emma przyjęła w milczeniu. Po 

krótkiej przerwie siostra na nowo podjęła swą opowieść:

- Zapytasz naturalnie, czemu nie doszło do małżeństwa i jak to się stało, że Purvis poślubił 

inną kobietę, podczas gdy ja wciąż jestem panną... O to jednak musisz zapytać jego, a nie mnie. 

Jego albo Penelopę. Tak, Emmo, to ona kryła się za tym wszystkim. Penelopa jest gotowa posunąć 

się bardzo daleko, jeśli idzie o zdobycie męża. Zaufałam jej, a ona nastawiła mojego ukochanego 

przeciwko mnie, w nadziei, że zagarnie go dla siebie. Skończyło się na tym, że zaprzestał swoich 

wizyt i wkrótce ożenił się z kimś innym. Penelopa przyznała się do swego postępku, ja jednak nie 

umiałam   wybaczyć   jej   zdrady.   To,   co   zrobiła,   zburzyło   moje   szczęście.   Nigdy   nie   pokocham 

żadnego mężczyzny tak, jak kochałam Purvisa. Nie wydaje mi się więc, by rzeczą właściwą było 

wymieniać go jednym tchem z Tomem Musgrave’em.

- To, co powiedziałaś o Penelopie, jest doprawdy okropne - wyznała Emma. - Czy naprawdę 

siostra może zrobić coś takiego siostrze? Rywalizacja i zdrada! Pomiędzy siostrami! Będę się bała 

zwierzyć   jej   z   czegokolwiek.   A   jeśli   wcale   nie   było   tak,   jak   mówisz?   Może   tylko   pozory 

świadczyły przeciwko niej...

- Nie znasz Penelopy. Nie ma rzeczy, której by nie zrobiła, żeby wyjść za mąż. I nie waha 

się mówić o tym wprost. Nie powierzaj jej żadnych swoich tajemnic. Niech mój przykład będzie dla 

ciebie ostrzeżeniem - nie ufaj jej! Ma na pewno swoje zalety, ale gdy w grę wchodzą jej własne 

korzyści, nie wie, co to wierność, honor i skrupuły. Z całego serca życzę jej, żeby dobrze wyszła za 

mąż, bardziej nawet pragnę tego dla niej niż dla siebie.

- „Niż dla siebie...” Tak właśnie przypuszczałam. Serce tak zranione jak twoje nie marzy o 

małżeństwie.

-   Masz   rację...   Ale,   jak   wiesz,   musimy   wyjść   za   mąż.   Jeśli   chodzi   o   mnie,   czuję   się 

doskonale jako panna. Gdybym mogła zostać na zawsze młoda, odrobina towarzystwa i miły bal od 

77

background image

czasu do czasu wystarczyłyby mi w zupełności. Ale ojciec nie może nam zapewnić godziwego 

utrzymania,  a bardzo  źle  jest zestarzeć  się, będąc  biedną  i wyśmiewaną.  Straciłam  Purvisa, to 

prawda,   ale   niewielu   ludzi   przecież   poślubia   swoją   pierwszą   miłość.   Nie   odrzucę   oświadczyn 

mężczyzny tylko dlatego, że nie jest Purvisem. Nigdy jednak nie zdołam całkowicie wybaczyć 

Penelopie.

Emma skinęła głową na znak, że się z nią zgadza.

- Ona też ma swoje kłopoty - ciągnęła panna Watson. - Gorzko zawiodła się na Tomie 

Musgrave’ie. Gdy znudziłam mu się ja, zaczął się zalecać właśnie do niej. Penelopa bardzo go 

lubiła, ale on nigdy nie traktował jej poważnie i po jakimś czasie porzucił ją dla Margaret. Biedna 

Penelopa   była   bardzo   nieszczęśliwa.   Potem   próbowała   wydać   się   za   mąż   w   Chichester.   Nie 

wyjawiła nam, za kogo, przypuszczam jednak, że chodziło o starego, bogatego doktora Hardinga, 

wuja przyjaciółki, którą pojechała odwiedzić. Zadała sobie mnóstwo trudu i poświęciła temu wiele 

czasu, ale na razie bez rezultatu. Wyjeżdżając kilka dni temu, powiedziała, że wybiera się tam już 

po raz ostatni. Jak sądzę, nie miałaś pojęcia, jakie to sprawy wzywają ją ciągle do Chichester, ani co 

takiego skłoniło ją do wyjazdu ze Stanton akurat w chwili, kiedy ty powróciłaś do domu po tak 

wielu latach.

- Rzeczywiście, niczego nie podejrzewałam. Żałowałam tylko, że jej wyjazd do pani Shaw 

wypadł akurat w najmniej szczęśliwym dla mnie czasie. Miałam nadzieję zastać wszystkie moje 

siostry w domu, aby móc od razu z każdą z nich się zaprzyjaźnić.

-   Podejrzewam,   że   doktor   miał   atak   astmy   i   Penelopa   właśnie   z   tego   względu   doń 

pospieszyła. Shawowie są całkowicie po jej stronie, przynajmniej tak mi się wydaje, bo ona sama 

nic na ten temat nie mówi. Powtarza tylko, że nie potrzebuje niczyich rad. Jest zdania, poniekąd 

słusznego, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

- Przykro mi z powodu jej kłopotów - stwierdziła Emma. - Nie podobają mi się jednak jej 

plany ani poglądy. Martwię się o nią. Ma chyba zbyt męskie i śmiałe usposobienie. Tak uparte 

dążenie do małżeństwa i narzucanie się mężczyźnie tylko dlatego, że pozwalają na to okoliczności, 

to rzeczy, które mnie szokują. Nie potrafię tego zrozumieć. Ubóstwo jest wielkim złem, ale dla 

wykształconej i wrażliwej kobiety nie powinno... nie może być złem największym! Wolałabym 

raczej być nauczycielką w szkole (a nie mogę wyobrazić sobie już niczego gorszego) niż poślubić 

mężczyznę, który mi się nie podoba.

- Wolałabym raczej robić wszystko inne niż być nauczycielką w szkole - wzdrygnęła się jej 

siostra. - W przeciwieństwie do ciebie, byłam w szkole, Emmo, i wiem, jakie życie się tam wiedzie. 

Podobnie jak tobie, nie podoba mi się myśl o małżeństwie z niesympatycznym  mężczyzną, ale 

sądzę, że mogłabym polubić jakiegoś dobrodusznego człowieka o godziwych dochodach. Ciotka 

78

background image

wychowała cię pewnie jednak na osobę znacznie bardziej wybredną.

- Wcale nie jestem tego pewna. To, jak zostałam wychowana, musisz wyczytać z mojego 

zachowania, bo sama nie potrafię tego ocenić. Z czym mam porównać metody ciotki, skoro nigdy 

nie zetknęłam się z innymi?

- Mimo to po wielu rzeczach poznaję, że jesteś bardzo wybredna. Obserwowałam cię od 

chwili, kiedy przyjechałaś do domu, i obawiam się, że ten powrót nie wróży ci szczęścia. Penelopa 

będzie z ciebie okropnie drwić.

- To na pewno mnie nie uszczęśliwi. Jeśli wszakże mylę się w swoich opiniach, muszę je 

zmienić. Skoro nie przystają do mojej sytuacji, postaram się ich wyzbyć, wątpię jednak, by były 

śmieszne. Czy Penelopa lubi żartować?

- Tak. Ma zawsze doskonały humor i nigdy nie zważa na to, co mówi.

- Margaret jest od niej chyba subtelniejsza, prawda?

-   Tak.   Szczególnie   w   towarzystwie.   Kiedy   ktoś   znajduje   się   obok,   Margaret   jest   samą 

delikatnością i łagodnością. Ale w naszym gronie bywa nieco drażliwa i przewrotna. Biedactwo! 

Żywi głębokie przekonanie, że Tom Musgrave zakochał się w niej poważniej niż w kimkolwiek 

innym i cały czas oczekuje jego oświadczyn. Już po raz drugi w ciągu ostatniego roku wyjechała na 

miesiąc do Roberta i Jane po to, by sprowokować go swoją nieobecnością. Jestem jednak pewna, że 

się myli i że Tom nie pojedzie za nią do Croydon, tak jak nie uczynił tego w marcu. Tom nigdy się 

nie ożeni, chyba że mógłby poślubić kogoś naprawdę wyjątkowego. Pannę Osborne na przykład...

- Twoja opowieść o Tomie Musgrave’ie sprawiła, że nie mam zbytniej ochoty go poznać, 

Elżbieto.

- Obawiasz się go. I wcale ci się nie dziwię.

- Nie, to nie to... Nie lubię go i pogardzam nim.

- Nie lubić i pogardzać Tomem Musgrave’em! Nie, to ci się nigdy nie uda. Założę się, że 

będziesz zachwycona, jeśli zwróci na ciebie uwagę. Mam nadzieję, że z tobą zatańczy. Właściwie 

jestem pewna, że to uczyni - chyba że Osborne’owie przybędą na bal w zbyt licznym towarzystwie. 

W takim wypadku nie będzie zwracał już uwagi na nikogo innego.

- Hm, wydaje się, że ma wyjątkowo ujmujący sposób bycia! - stwierdziła ironicznie Emma. 

- Cóż, zobaczymy, czy ja i porywający pan Tom Musgrave przypadniemy sobie do gustu. Sądzę, że 

rozpoznam   go,   gdy   tylko   wejdę   do   sali   balowej.   Musi   przecież   mieć   swój   urok   choć   trochę 

wypisany na twarzy.

- Zapewniam  cię,  że nie znajdziesz go na sali. Wyruszycie  na bal wcześnie,  żeby pani 

Edwards mogła zająć dobre miejsce przy kominku, on natomiast pojawia się zawsze bardzo późno. 

Jeśli zaś Osborne’owie zapowiedzą swój przyjazd, będzie czekał na nich na podjeździe i wejdzie do 

79

background image

środka dopiero w ich towarzystwie. Powinnam dziś wieczór czuwać nad tobą, Emmo. Gdyby tylko 

tata dobrze się czuł! Podałabym mu herbatę, przebrała się raz dwa i James zawiózłby mnie do 

miasta. Dołączyłabym do ciebie, nim rozpoczęłyby się tańce.

- Co takiego? Odważyłabyś się jechać tą bryczką późnym wieczorem?

- Naturalnie. Widzisz, mówiłam ci, że jesteś bardzo wybredna. Oto właśnie przykład. Przez 

chwilę Emma nie odpowiadała.

- Żałuję, Elżbieto - oświadczyła w końcu - że zapowiedziałaś moje przybycie na ten bal. 

Wolałabym,   żebyś   to   ty   się   nań   udała   zamiast   mnie.   Tobie   sprawiłby   on   o   wiele   większą 

przyjemność. Jestem tu obca - nie znam nikogo prócz Edwardsów - wątpię więc, bym się dobrze 

bawiła. Ty zaś, otoczona znajomymi, byłabyś na pewno zachwycona... Ale przecież nie jest jeszcze 

za późno na zmianę! Zdawkowe przeprosiny z pewnością Edwardsom wystarczą, szczególnie, że 

twoje towarzystwo ucieszy ich znacznie bardziej niż moje. Ja sama zaś z przyjemnością wrócę do 

ojca. I nie bój się: poradzę sobie z tym starym koniskiem w drodze do domu. Jeśli zaś chodzi o twój 

strój, znajdę jakiś sposób, by ci go przysłać.

- Chyba nie sądzisz, najdroższa Emmo - zawołała wzruszona Elżbieta - że przystałabym na 

coś   podobnego?   Za   nic   w   świecie!   Ale   nigdy   nie   zapomnę   ci   wspaniałomyślności,   z   jaką   to 

zaproponowałaś. Musisz mieć zaiste dobre serce. Nigdy nie spotkało mnie nic podobnego! Byłabyś 

gotowa zrezygnować z balu po to, żebym ja mogła na niego pójść! Wierz mi, Emmo, nie jestem 

taką egoistką, by się na to zgodzić. Nie! Choć mam od ciebie dziewięć lat więcej, nie odebrałabym 

ci   możliwości   pokazania   się   w   towarzystwie.   Jesteś   bardzo   piękna   i   byłoby   niesprawiedliwe 

pozbawiać cię tej szansy znalezienia szczęścia, jaką wszystkie otrzymałyśmy. Nie, Emmo, to nie ty 

pozostaniesz   w   domu   tej   zimy.   Jestem   pewna,   że   sama   mając   dziewiętnaście   lat,   nigdy   nie 

wybaczyłabym komuś, kto uniemożliwiłby mi pójście na bal.

Emma podziękowała jej za te słowa i przez kilka minut obie siostry jechały w milczeniu. 

Pierwsza przerwała je Elżbieta.

- Zwróć uwagę, z kim będzie tańczyć Mary Edwards - poprosiła siostrę.

- Postaram się zapamiętać jej partnerów - obiecała Emma - ale nie wiem, czy zdołam. Wiesz 

przecież, że wszyscy oni będą mi obcy.

-   Zobacz   tylko,   czy   zatańczy   więcej   niż   raz   z   kapitanem   Hunterem.   Mam   co   do   tego 

poważne obawy. Nie, żeby jej ojciec i matka lubili oficerów, ale jeśli będzie go faworyzować, 

biedny Sam nie ma już szans. A obiecałam napisać mu słówko o tym, z kim tańczyła.

- Czy Sam zaleca się do panny Edwards?

- Czyżbyś o tym nie wiedziała?

- A skąd mogłam wiedzieć? Jakim sposobem mogłam w Shropshire usłyszeć o tym,  co 

80

background image

dzieje się w Surrey? Nie sposób zaś poznać takie niuanse podczas rzadkich spotkań, do jakich w 

ciągu ostatnich czternastu lat miałyśmy okazję.

- Mimo to dziwię się, że nigdy nie wspomniałam ci o tym w liście. To prawda, że odkąd 

wróciłaś do domu, byłam tak zajęta naszym biednym ojcem i wielkim praniem, że nie miałam ani 

chwili, by ci o czymkolwiek opowiedzieć - ale też zakładałam, że o wszystkim już wiesz. Owszem, 

Sam   jest   w   pannie   Edwards   od   dwóch   lat   głęboko   zakochany,   choć,   ku   swemu   wielkiemu 

rozczarowaniu, nie zawsze udaje mu się przyjeżdżać na nasze bale. Niestety pan Curtis rzadko 

może się bez niego obyć. Teraz też czas w Guildford upływa pod znakiem chorób.

- Czy sądzisz, że panna Edwards jest naszemu bratu przychylna?

- Obawiam się, że nie. Rozumiesz, to jedynaczka, która dostanie w posagu co najmniej 

dziesięć tysięcy funtów.

- Co nie znaczy, że nie może lubić Sama.

- Och, nie! Edwardsowie mierzą wyżej. Jej ojciec i matka nigdy by się na to nie zgodzili. 

Wiesz przecież, że Sam jest tylko lekarzem. Choć czasami wydaje mi się, że ona go lubi. Ale Mary 

Edwards jest raczej sztywna i nieprzystępna, nie zawsze więc wiem, co myśli.

- Skoro Sam nie jest pewien uczuć tej damy, szkoda, że w ogóle zaprzątał sobie nią głowę.

- Młodzi mężczyźni muszą sobie kimś zaprzątać głowę - odparła Elżbieta. - I czemuż Sam 

nie miałby mieć tyle samo szczęścia, co Robert, któremu dostała się nie tylko dobra żona, ale także 

sześć tysięcy funtów posagu?

- Nie wolno oczekiwać, że każdemu z nas z osobna dopisze szczęście - zauważyła Emma.

- Szczęście jednego członka rodziny jest szczęściem wszystkich.

- Moje z pewnością  wcale jeszcze  do mnie  nie przyszło  - odrzekła  Elżbieta,  ponownie 

wzdychając na wspomnienie Purvisa. - Jak dotąd prześladował mnie pech. A i tobie niewiele wróżę 

dobrego, skoro nasza ciotka tak głupio wyszła ponownie za mąż. No cóż, mimo to będziesz miała 

przynajmniej udany bal. Za następnym zakrętem zobaczymy rogatki, a za żywopłotem widać już 

kościelną wieżę. Tuż obok jest Biały Jeleń. Nie mogę doczekać się chwili, kiedy się dowiem, co 

sądzisz o Tomie Musgrave’ie.

Były to ostatnie wypowiedziane przez pannę Watson słowa, siostry minęły bowiem właśnie 

rogatkę i natychmiast otoczył je zgiełk miasta, który uniemożliwił dalszą konwersację. Stara kobyła 

człapała ociężale; nie trzeba było nawet dotykać lejców, by obrała właściwy zakręt. Raz się tylko 

pomyliła,   próbując   stanąć   przed   pracownią   modystki,   ale   po   chwili   ruszyła   ku   drzwiom 

Edwardsów. Pan Edwards mieszkał w najlepszym domu przy najlepszej w mieście ulicy i mógł 

żartować z pana Tomlinsona, bankiera, że jego nowo wybudowana na krańcach miasta rezydencja z 

zagajnikiem i kolistym podjazdem znajduje się już na wsi. Dom pana Edwardsa był wyższy niż 

81

background image

większość budynków w sąsiedztwie i miał po obu stronach drzwi po dwa okna. Okien strzegły 

węgary i łańcuchy, do drzwi zaś prowadziły kamienne schodki.

- Oto jesteśmy na miejscu  - powiedziała  Elżbieta,  kiedy powóz stanął.  - Dojechałyśmy 

szczęśliwie, co - według zegara na rynku - zabrało nam tylko trzydzieści pięć minut. Dla mnie to 

duże osiągnięcie, choć Penelopa nie uznałaby tego za żaden rekord. Czyż miasto nie jest piękne? 

Edwardsowie mają, jak widzisz, wspaniały dom i żyją naprawdę na wysokiej stopie. Zapewniam 

cię, że drzwi otworzy nam człowiek w liberii i z upudrowanymi włosami. Emma widziała dotąd 

Edwardsów tylko raz, pewnego ranka w Stanton - poza tym byli jej zupełnie obcy. Choć więc z 

góry  cieszyła   się na  czekające   ją  wieczorem   rozrywki,  czuła   się  nieco  zakłopotana  na  myśl   o 

wszystkim,   co   miało   je   poprzedzać.   Rozmowa   z   Elżbietą   także   pozostawiła   po   sobie   niemiłe 

uczucie. Ze względu na własną rodzinę Emma z niechęcią myślała o konieczności zbliżenia się do 

tak słabo znanych jej ludzi.

W zachowaniu pani i panny Edwards również nie było nic, co natychmiast zmieniłoby jej 

zapatrywania. Matka rodziny, choć bardzo jej przyjazna, zachowywała się niezwykle ceremonialnie 

i z rezerwą, córka zaś - dystyngowana dwudziestodwuletnia dziewczyna w papilotach - w sposób 

naturalny przejmowała postawę rodzicielki. Ponieważ Elżbieta musiała pospieszyć z powrotem do 

domu, Emma  wkrótce została z paniami Edwards sam na sam i szybko wyrobiła sobie o nich 

zdanie,  jako że wyjątkowo  rozwlekłe  uwagi  na temat  wieczornego  balu okazały się  jedynymi, 

którymi w ciągu półgodzinnego oczekiwania na pojawienie się pana domu przerywano milczenie.

Pan   Edwards   miał,   dzięki   Bogu,   usposobienie   milsze   od   swoich   dam.   Wróciwszy   z 

przechadzki chętnie opowiadał o wszystkim, co mogło zainteresować domowników.

- Przynoszę ci dobrą nowinę, Mary - zwrócił się do córki po wylewnym powitaniu Emmy.

- Osborne’owie z całą pewnością przybędą na dzisiejszy bal. W Białym Jeleniu zamówiono 

do Osborne Castle na dziewiątą konie do dwóch powozów.

- Bardzo mnie to cieszy - oświadczyła pani Edwards - gdyż ich przybycie pogłębia zaufanie, 

jakie   ludzie   z   towarzystwa   żywią   dla   naszych   przedsięwzięć.   Jeśli   rozejdzie   się   wieść,   że 

Osborne’owie byli na pierwszym balu, skłoni to wiele osób do przybycia na drugi. Choć szczerze 

mówiąc, ci arystokraci wcale nie zasługują na zaproszenie, bo tak naprawdę ani trochę nie zależy 

im na zabawie - jak zwykle wszak przyjadą bardzo późno, a odjadą jako pierwsi... Ale obecność 

wielkich ludzi zawsze ma swój urok.

Pan Edwards zrelacjonował nawet najdrobniejsze nowiny zasłyszane  podczas porannego 

spaceru i rodzina jęła rozmawiać z nieco większym ożywieniem. Trwało to do chwili, kiedy - 

zdaniem pani Edwards - nadszedł czas, by się ubierać, i młode damy poproszono grzecznie, ażeby 

nie traciły dłużej czasu. Emmie przydzielono wygodny apartament i gdy tylko dobre wychowanie 

82

background image

pani Edwards pozwoliło jej zostawić gościa samemu sobie, dziewczyna oddała się miłemu zajęciu 

szykowania stroju. Dopiero teraz po raz pierwszy odczuła błogą radość na myśl o balu.

Dziewczęta ubierały się razem, dzięki czemu - co było nieuniknione - lepiej się poznały. W 

ten sposób Emma odkryła, że panna Edwards jest rozsądna, skromna i bezpretensjonalna, oraz że 

szczerze   pragnie  być  uprzejma.   Kiedy  więc  wróciły  do salonu  -  gdzie  pani  Edwards siedziała 

godnie, odziana w nowy kapelusz oraz jedną z dwóch atłasowych sukien, jakie sprawiła sobie na 

zimę - obie panny zachowywały się już wobec siebie swobodniej i wymieniały naturalniejsze niż 

dotąd uśmiechy.

Ich stroje poddano natychmiast uważnym oględzinom. Pani Edwards, która uważała się za 

osobę   zbyt   staromodną,   by  aprobować   jakąkolwiek   nowoczesną   ekstrawagancję,   choćby  nawet 

bardzo rozpowszechnioną, wyraziła - mimo zachwytu, w jaki wprawił ją widok córki - jedynie 

zdawkowe uznanie. Pan Edwards, nie mniej zadowolony z wyglądu Mary, z dobroduszną galanterią 

skomplementował także strój Emmy. Dyskusja nad sukniami poprowadziła ku mniej oficjalnym 

tematom i panna Edwards nieśmiało zapytała Emmę, czy mówiono jej już kiedyś, że jest bardzo 

podobna   do   swego   młodszego   brata.   Emmie   zdawało   się,   że   dostrzegła   lekki   rumieniec,   jaki 

towarzyszył  tym słowom. Jeszcze bardziej podejrzany wydał się jej jednak sposób, w jaki pan 

Edwards podjął ten temat.

- Moim zdaniem, nie powiedziałaś pannie Emmie zbyt  wielkiego komplementu, Mary - 

zauważył. - Pan Sam Watson to bardzo miły młodzieniec i bez wątpienia znakomity lekarz, ale jego 

cera jest zbyt często wystawiana na wszelką niepogodę, tak więc podobieństwo do niego trudno 

uważać za rzecz pochlebną.

Zmieszana Mary przeprosiła za swój nietakt.

- Nie miałam na myśli żadnego wyraźnego podobieństwa, bo trudno porównać ze sobą dwa 

tak różne typy  urody.  To mogło  być  tylko  wrażenie,  jakie odniosłam,  patrząc  na twoją twarz, 

Emmo. Cerę, a nawet rysy, macie rzeczywiście zupełnie inne.

- Nie wiem nic o urodzie mojego brata, jako że nie widziałam go od chwili, gdy miał siedem 

lat. Ale mój ojciec uważa, że jesteśmy do siebie podobni.

-   Cały   pan   Watson!   -   zawołał   pan   Edwards.   -   Doprawdy  zdumiewasz   mnie,   panienko. 

Wierzaj   mi,   że  trudno  o  mniej   do  siebie   podobne  rodzeństwo  niż   wy.  Oczy twojego  brata   są 

niebieskie, twoje zaś piwne. No i ma on, w przeciwieństwie do ciebie, podłużną twarz oraz szerokie 

usta. Moja droga - zwrócił się do żony - czy dostrzegasz tu choćby najmniejsze podobieństwo?

- Nic, nawet najmniejszego - odparła pani Edwards. - Panna Emma Watson przypomina mi 

ogromnie swą najstarszą siostrę, chwilami wygląda też nieco podobnie do panny Penelopy, a raz 

czy   dwa   przywiodła   mi   również   na   myśl   pana   Roberta,   ale   nie   spostrzegłam   najlżejszego 

83

background image

podobieństwa do pana Samuela.

- Ja też widzę podobieństwo między nią a panną Watson - zgodził się pan Edwards. - I to 

duże! Ale do nikogo innego. Nie sądzę, by prócz najstarszej siostry przypominała kogokolwiek z 

rodziny, i jestem przekonany, że ona i Sam całkowicie się od siebie różnią.

Rozstrzygnąwszy w ten sposób kwestię, wszyscy udali się na kolację.

- Pani ojciec, panno Emmo, jest jednym z moich najdawniejszych przyjaciół - powiedział 

pan   Edwards,   nalewając   gościowi   wina,   kiedy   rodzina   zasiadła   wokół   kominka   do   deseru.   - 

Musimy   wypić   toast   za   jego   zdrowie.   Proszę   mi   wierzyć,   że   niedomagania,   które   zrobiły   zeń 

inwalidę, napawają mnie wielką troską. Nie znałem nikogo, kto bardziej lubiłby zagrać sobie w 

towarzystwie w karty. I niewiele osób potrafiło zrobić robra w lepszym stylu. Po tysiąckroć żałuję, 

że został pozbawiony tej przyjemności. Mamy teraz cichy, mały klub wista i trzy razy w tygodniu 

spotykamy się w Białym Jeleniu. Jakże pani ojciec by się cieszył, mogąc bywać tam z nami, gdyby 

pozwalało mu na to zdrowie.

- Ośmielę się przyznać panu rację, sir - potwierdziła Emma.

- Ja także żałuję z całego serca, że nie może tam przychodzić.

- Twój klub byłby odpowiedniejszy dla inwalidy, gdyby spotkania w nim nie przeciągały się 

do tak późna - orzekła pani Edwards.

Była to rzecz, na którą już od dawna stale narzekała.

- Do jakiego „późna”? O czym ty mówisz? - zawołał jej mąż ze szczerym rozbawieniem.

- Zawsze jesteśmy w domu przed północą. W Osborne Castle wyśmialiby cię, słysząc, że 

nazywasz tę porę późną - oni tam o północy wstają dopiero od kolacji.

- Nie ma z kogo brać przykładu - odrzekła spokojnie dama.

- Osborne’owie nie mogą być dla nas wzorem. Lepiej, żebyście spotykali się codziennie i 

kończyli grę dwie godziny wcześniej.

Jakkolwiek   temat   ten   podejmowano   w   rodzinie   Edwardsów   bardzo   często,   oboje 

małżonkowie byli na tyle mądrzy, by nie przeciągać go nad miarę. Teraz też pan Edwards zwrócił 

się ku innym sprawom. Wystarczająco długo wiódł już bezczynne miejskie życie, by zaczęło go 

bawić oddawanie się niewinnym plotkom.

- Wydaje mi się, panno Emmo - powiedział, pragnąc dowiedzieć się o swym młodym gościu 

więcej  niż słyszał  dotąd  - że bardzo dobrze pamiętam  pani ciotkę.  Jestem całkiem  pewien, że 

tańczyłem z nią przed trzydziestu laty w starych salach balowych w Bath, na rok przed moim 

ślubem. Była bardzo piękną kobietą, ale przypuszczam, że tak jak inni ludzie, zestarzała się nieco 

od tego czasu. Mam nadzieję, że jest szczęśliwa w swoim drugim małżeństwie?

- Również mam taką nadzieję, sir - odparła Emma z lekkim niepokojem.

84

background image

- Pan Turner nie umarł zbyt dawno temu, jak mi się zdaje?

- Minęły od tej chwili prawie dwa lata.

- Zapomniałem, jak się pani ciotka teraz nazywa?

- O’Brien.

- Ach, bo to Irlandczyk! Teraz sobie przypominam. I wyjechała, żeby osiąść w Irlandii. Nie 

dziwię się, że nie chciała pani udać się razem z nią do tego kraju, panno Emmo. Ale rozstanie z 

panią musiało być dla niej bardzo bolesne! Traktowała panią przecież jak własne dziecko.

- Nie okazałam się tak niewdzięczna, sir - odrzekła ze wzruszeniem Emma - bym nie chciała 

towarzyszyć jej, dokądkolwiek by się udawała. Zresztą nie mnie to nie odpowiadało - to kapitan 

O’Brien nie chciał, żebym z nimi pojechała.

- Kapitan! - prychnęła pani Edwards. - Ten dżentelmen służy wobec tego w armii, czy tak?

- Tak, proszę pani.

- Oho! Nikt tak nie umie podbić serca damy, czy to młodej, czy starej, jak oficerowie - 

powiedział pan Edwards. - Nie można oprzeć się szarfie, moja droga.

-   Mam   nadzieję,   że   jednak   można   -   odparła   ponuro   pani   Edwards,   rzucając   przelotne 

spojrzenie córce. Emma także zdążyła zerknąć na nią na tyle szybko, by ujrzeć, że policzki panny 

Edwards pokrywają się rumieńcem. Przypomniała sobie, co Elżbieta mówiła o kapitanie Hunterze, i 

zastanawiała się, czy cieszy się on większymi względami Mary niż jej brat.

-   Starsze   wiekiem   damy   powinny   ostrożniej   dokonywać   wyboru   drugiego   męża   - 

oświadczył pan Edwards.

-   Ostrożności   czy   dyskrecji   nie   powinno   się   zalecać   wyłącznie   starszym   damom   ani 

ograniczać ich do drugiego małżeństwa - zauważyła jego żona. - Jest równie potrzebna młodym 

dziewczętom, wychodzącym za mąż po raz pierwszy.

- A nawet jeszcze bardziej - zgodził się z nią mąż - bo młode kobiety prawdopodobnie 

dłużej będą odczuwać skutki swej decyzji. Jeśli stara dama popełni głupstwo, natura i tak sprawi, że 

nie będzie z tego powodu cierpieć przez tak wiele lat jak młoda.

Emma otarła dłonią oczy i pani Edwards, widząc ten gest, zmieniła temat na inny, mniej dla 

wszystkich przykry.

Nie mającym nic do roboty - prócz oczekiwania godziny wyjścia na bal - młodym damom 

popołudnie dłużyło się niemiłosiernie. I choć panna Edwards skarżyła się na zbyt wczesną porę, o 

jakiej   jej   matka   zdecydowała   się   opuścić   dom,   wyczekiwano   tej   godziny   z   utęsknieniem. 

Wniesienie   o   siódmej   herbaty   przyjęto   z   niejaką   ulgą.   Szczęśliwie   też   państwo   Edwardsowie 

zawsze wypijali dodatkową filiżankę i zjadali dodatkową bułeczkę, jeśli się spodziewali, że do 

późna zabawią poza domem, tak więc ceremonia przeciągnęła się niemal do chwili wyjścia. Nieco 

85

background image

przed ósmą usłyszano przejeżdżający ulicą powóz Tomlinsonów, co zawsze było dla pani Edwards 

sygnałem, że czas wyruszać. W ciągu kilku minut całe towarzystwo przeniosło się tedy z cichego, 

ciepłego i przytulnego salonu do zatłoczonego, wypełnionego wrzawą i przeciągami obszernego 

holu hotelowego.

Pani   Edwards,   dbając   troskliwie   o   własną   suknię,   z   jeszcze   większą   troską   zadbała   o 

właściwe osłonięcie ramion i gardeł swych młodych podopiecznych. Z tego też powodu od razu 

poprowadziła je szerokimi schodami na górę, choć nie słychać było jeszcze żadnych odgłosów balu 

- prócz mile pieszczących uszy pierwszych dźwięków skrzypiec. Panna Edwards, która ośmieliła 

się z niepokojem dopytywać, czy wiele osób już przyjechało, została przez kelnera poinformowana, 

że - tak jak się tego spodziewała - „jedynie rodzina pana Tomlinsona jest już na sali”. Przechodząc 

krótką galeryjką, która wiodła ku mieniącej się światłami sali balowej, Edwardsowie natknęli się na 

młodego człowieka w codziennym  ubraniu i długich butach. Stał w drzwiach pokoju wyraźnie 

czekając, aż się zbliżą.

- Ach, pani Edwards, jakże się pani miewa? Witam, panno Edwards! - zawołał swobodnie. - 

Widzę, że jak zwykle przybywacie na czas. Właśnie zapalono świece.

- Jak pan wie, panie Musgrave, lubię zająć sobie dobre miejsce przy kominku - odrzekła 

pani Edwards.

- Właśnie idę się przebrać - oznajmił młodzieniec. - Czekam tylko na mojego niemądrego 

lokaja.   -   Będziemy   mieć   wspaniały   bal,   przyjadą   nawet   Osborne’owie.   Możecie   mi   państwo 

wierzyć w to, co mówię, gdyż nie dalej jak dziś rano osobiście rozmawiałem z lordem Osborne’em.

Towarzystwo ruszyło dalej. Atłasowa suknia pani Edwards omiotła czystą posadzkę sali 

balowej,   kiedy   jej   właścicielka   sunęła   ku   znajdującemu   się   w   przeciwległym   końcu   komnaty 

kominkowi.   Siedziała   przy  nim   na  razie   tylko   jedna  rodzina.   Kilku   oficerów   przechadzało   się 

wspólnie,   zaglądając   co   rusz   do   przyległego   do   sali   pokoju,   przeznaczonego   do   gry   w   karty. 

Powitanie z bliskimi sąsiadami wypadło nad wyraz sztywno, kiedy zaś wszyscy na powrót usiedli 

na swoich miejscach, Emma zapytała szeptem pannę Edwards:

- Ten dżentelmen, którego minęłyśmy w przejściu, to pan Musgrave, czyż nie? Słyszałam, 

że jest niezwykle miły.

- Tak... - odrzekła z wahaniem Mary Edwards. - Wiele osób bardzo go lubi, ale my nie 

znamy go zbyt blisko.

- Jest również bogaty, prawda?

- Ma dochód wysokości ośmiuset czy dziewięciuset funtów rocznie, jak sądzę. Wypłacano 

mu go już wtedy, gdy był bardzo młody, i moi rodzice twierdzą, że to raczej go zmanierowało. Pan 

Musgrave nie należy do ich ulubieńców...

86

background image

Chłód i pustka sali oraz pełne powagi zachowanie małej grupki pań poczęły powoli znikać. 

Dał się słyszeć ożywczy turkot innych powozów, stale przybywało też dostojnych matron oraz 

pięknie   ubranych   dziewcząt.   Co   pewien   czas   jakiś   świeżo   przybyły   dżentelmen,   nie   dość 

zakochany,   by   trwać   przy   wybrance   serca,   umykał   do   pokoju   gry.   Wśród   coraz   liczniejszych 

oficerów znalazł się jeden, który z empressement podszedł do panny Edwards.

- Jestem kapitan Hunter - przedstawił się śmiało towarzyszącym jej osobom. Emma, która 

uważnie   obserwowała   twarz   Mary,   spostrzegła   w   owej   chwili,   że   dziewczyna   wygląda   na 

zaniepokojoną, ale pojawienie się młodzieńca bynajmniej nie jest jej niemiłe. Słysząc zaś, jak oficer 

rezerwuje dla siebie dwa pierwsze tańce, uznała, że jej brat Sam nie powinien już żywić żadnych 

nadziei.

W tym samym czasie samą Emmę także obserwowano - i podziwiano. Nowa twarz - i to w 

dodatku tak piękna - nie mogła pozostać nie zauważona. Jej imię przekazywano sobie z ust do ust i 

gdy tylko orkiestrze dano znak, by zaczęła grać - co przypomniało młodym mężczyznom o ich 

obowiązkach i sprawiło, że gromadnie ruszyli na środek sali - Emma też została poproszona do 

tańca przez oficera, którego przedstawił jej kapitan Hunter. Panna Watson była średniego wzrostu, 

dobrze zbudowana i pulchna, jej buzia zdradzała zdrowie i energię. Miała ciemną, ale czystą cerę, 

gładką i lśniącą, która wraz z żywymi oczyma, słodkim uśmiechem i szczerym spojrzeniem czyniła 

ją bardzo piękną. Przy bliższym poznaniu uroda ta stawała się jeszcze wyrazistsza.

Nie   mając   powodów   do   niezadowolenia   ze   swego   tancerza,   panna   Watson   uznała,   że 

wieczór zaczął się bardzo miło. Jej uczucia doskonale pokrywały się z opinią innych gości, którzy 

też uważali, że bal należy do niezwykle udanych.

Jeszcze nie przebrzmiały dwa pierwsze tańce, kiedy znów dał się słyszeć turkot powozów i 

rozległy   się   szepty:   „Osborne’owie   przyjechali,   Osborne’owie   przyjechali”.   Po   kilku   minutach 

niezwykłego   zamieszania   na  zewnątrz   i   czujnej   ciekawości   wewnątrz   szacowne   towarzystwo   - 

poprzedzane przez właściciela hotelu, usiłującego otwierać nigdy nie zamykane drzwi - wkroczyło 

do środka. Składało się ono z lady Osborne, jej syna lorda Osborne’a, córki panny Osborne, jej 

przyjaciółki panny Carr, pana Howarda, niegdyś  guwernera lorda Osborne’a, a obecnie pastora 

parafii, w której znajdował się zamek, jego mieszkającej z nim, owdowiałej siostry pani Blake oraz 

jej   sympatycznego   dziesięcioletniego   synka.   No   i   naturalnie   pana   Toma   Musgrave’a,   który 

prawdopodobnie,   zamknięty   w   swoim   pokoju   przez   ostatnie   pół   godziny,   nasłuchiwał   z 

niecierpliwością turkotu powozów. Wszedłszy na salę, przybyli zatrzymali się, by się przywitać ze 

znajomymi. Stali niemal za plecami Emmy, która usłyszała dzięki temu, jak lady Osborne mówi, iż 

przybyli tak wcześnie ze względu na przepadającego za tańcem synka pani Blake. Emma przyjrzała 

się  im wszystkim,  kiedy wchodzili,  najuważniej  i z największym  zainteresowaniem  obrzucając 

87

background image

wzrokiem   Toma   Musgrave’a.   Był   on   z   pewnością   miłym   i   bardzo   przystojnym   młodzieńcem. 

Spośród   kobiet   najlepsze   wrażenie   robiła   natomiast   lady   Osborne.   Choć   zbliżała   się   już   do 

pięćdziesiątki, wciąż była bardzo piękna, a jej zachowanie cechowała niezwykła, właściwa tylko 

arystokratom godność.

Lord   Osborne   był   bardzo   przystojnym   młodym   człowiekiem,   ale   bił   od   niego   chłód   i 

obojętność, a kto wie, czy nawet nie skrępowanie. Wskazywały one wyraźnie, że sala balowa nie 

jest miejscem, gdzie czuje się w swoim żywiole. W rzeczywistości przybył  jedynie dlatego, że 

uważał, iż przypodoba się w ten sposób mieszkańcom swego okręgu wyborczego. Towarzystwo 

kobiet   tak   naprawdę   wcale   go   nie   cieszyło,   nigdy   też   nie   tańczył.   Pan   Howard   był   natomiast 

sympatycznie wyglądającym dżentelmenem, liczącym sobie nieco powyżej trzydziestu lat.

Kiedy skończyły się oba tańce, Emma - sama nie wiedząc jak - znalazła się niespodziewanie 

tuż obok Osborne’ów. Jej uwagę zwróciła natychmiast sympatyczna twarzyczka i ożywione gesty 

małego chłopca, który stojąc przed matką dopytywał się, kiedy będzie mógł zatańczyć.

-   Nie   dziwiłaby   się   pani   tak   niecierpliwości   Charlesa   -   powiedziała   do   jakiejś   stojącej 

nieopodal damy pani Blake, energiczna, ładna, niewysoka kobieta około trzydziestu pięciu lat - 

gdyby wiedziała pani, co za partnerkę będzie miał dziś wieczorem. Panna Osborne była tak miła, że 

obiecała zatańczyć z nim dwa pierwsze tańce.

- Och, tak! Umówiliśmy się co do tego - zawołał chłopiec - i zamierzamy pokonać w tańcu 

wszystkie inne pary.

Na   prawo   od   Emmy   stały   otoczone   grupką   młodych   mężczyzn   panny   Osborne   i   Carr; 

wszyscy byli pochłonięci żywą rozmową. Wkrótce panna Watson spostrzegła, że najenergiczniejszy 

z oficerów podszedł do orkiestry, by zamówić taniec, panna Osborne zaś minęła ją, spiesząc do 

oczekującego jej małego partnera.

- Daruj mi, mój drogi - powiedziała, ale mam zamiar zatańczyć oba te tańce z pułkownikiem 

Baresfordem. Wiem, że mi wybaczysz. Obiecuję zatańczyć z tobą po herbacie. Nie czekając na 

odpowiedź,   obróciła   się   na   powrót   ku   pannie   Carr,   po   czym,   prowadzona   przez   pułkownika 

Baresforda, stanęła na czele gotujących się do tańca par. Jeśli twarz biednego chłopca wydała się 

Emmie interesująca w chwili, kiedy czuł się on uszczęśliwiony, jeszcze ciekawszą znalazła ją teraz, 

gdy dokonała się na niej gwałtowna przemiana. Z poczerwieniałymi policzkami, drżącymi ustami i 

wbitym w podłogę wzrokiem wydał się wprost uosobieniem rozczarowania. Jego matka przeżywała 

własne   upokorzenie,   próbowała   jednak   złagodzić   zawód   syna,   przypominając   mu   o   drugiej 

obietnicy   panny   Osborne.   Jednak,   mimo   że   chłopiec   dzielnie   zaprzeczał,   jakoby   doznał 

rozczarowania, i powtarzał, że wcale mu na tych tańcach nie zależało, malujące się na jego twarzy 

poruszenie dobitnie świadczyło o czymś wręcz przeciwnym.

88

background image

Emma nigdy nie myślała nad niczym zbyt długo ani nie kierowała się rozwagą - jedynie 

czuła i działała.

-   Będę   bardzo   szczęśliwa,   mogąc   zatańczyć   z   panem,   sir,   o   ile   tylko   pan   zechce   - 

powiedziała z wcale nie udawaną wesołością, wyciągając ręce. Chłopiec w jednej chwili odzyskał 

cały poprzedni humor.

- Dziękuję pani - powiedział szczerze i prosto, po czym spojrzawszy radośnie na matkę, 

postąpił do przodu, natychmiast gotów podążyć za nową znajomą.

Podziękowania   pani   Blake   były   bardziej   wylewne.   Nieoczekiwanie   uradowana   i   gorąco 

wdzięczna obróciła się ku swojej sąsiadce ze słowami uznania za tak wielką i łaskawą uprzejmość 

wyświadczoną jej synowi. Emma - ani na jotę nie mijając się z prawdą - zapewniła ją, że nie sprawi 

chłopcu większej radości niż ta, jaką odczuwa ona sama. Charlesowi podano tedy rękawiczki i 

zakazując   ich   zdejmowania,   pozwolono   obojgu   tancerzom   dołączyć   do   szybko   tworzącego   się 

szpaleru.

Widok tej pary wzbudził ogólne zdziwienie. Tańczące nieopodal panna Osborne i panna 

Carr z niedowierzaniem wytrzeszczały oczy.

- Daję słowo, Charles, jesteś szczęściarzem - powiedziała panna Osborne. - Znalazłeś sobie 

lepszą partnerkę ode mnie.

- Owszem - odrzekł uszczęśliwiony chłopiec.

Tom Musgrave, który tańczył z panną Carr, posłał Emmie kilka zaciekawionych spojrzeń. A 

kiedy po pewnym czasie sam lord Osborne podszedł, by pod jakimś pretekstem porozmawiać z 

Charlesem,   także   zerknął   na   jego   towarzyszkę.   Emma   czuła   się   nieco   onieśmielona   tymi 

spojrzeniami,   ale   nie   żałowała   swojego   kroku,   widząc,   jak   dalece   uszczęśliwiła   nim   zarówno 

chłopca,   jak   i   jego   matkę.   Pani   Blake   stale   szukała   sposobności,   by   okazać   jej   swą   ogromną 

wdzięczność. Także mały tancerz Emmy, choć głównie wyginał się w tańcu, nie unikał rozmowy, 

jeśli tylko pytanie lub uwagi Emmy sprawiały, że mógł się odezwać. Swego rodzaju nieunikniona 

indagacja pozwoliła jej zatem dowiedzieć się, że chłopiec ma dwóch braci i siostrę i że wszyscy 

mieszkają wraz z mamą i wujem w Wickstead, że wuj nauczył go tańczyć, że chłopiec bardzo lubi 

czytać i że ma na własność konia, ofiarowanego mu przez lorda Osborne’a. Wyznał też, iż był już 

nawet raz z lordem na polowaniu.

Po tańcu Emma zorientowała się, że nadeszła pora herbaty. Panna Edwards poprosiła ją w 

związku z tym, ażeby była pod ręką, uczyniła to zaś w sposób, który przekonał pannę Watson, iż 

pani Edwards bardzo zależy,  by obie panny były przy niej, gdy będzie się udawała do salonu. 

Emma przeto posłusznie dopilnowała, by w porę znaleźć się u jej boku. Jej też przyjemniej było 

mieć   wokół   siebie   znajome   twarze,   kiedy   towarzystwo   szło   się   pokrzepić.   Pokój,   w   którym 

89

background image

podawano herbatę, znajdował się za salą przeznaczoną do gry w karty; przechodząc przez nią, szło 

się wzdłuż szpaleru zastawionych stolików. Tłok sprawił, że pani Edwards i towarzyszące jej panny 

zostały w tym miejscu na chwilę zatrzymane i przez przypadek stało się to nieopodal należącego do 

lady   Osborne   stolika   do   gry   w   kasyno,   gdzie   pan   Howard   rozmawiał   właśnie   ze   swoim 

siostrzeńcem.   Emma,   dostrzegłszy,   że   jest   obiektem   zainteresowania   zarówno   jego,   jak   i   lady 

Osborne, odwróciła oczy w samą porę, by nie dać po sobie poznać, że usłyszała głośny szept swego 

zachwyconego małego tancerza:

- Och, wuju, popatrz na moją partnerkę. Jest taka piękna!

Zator w przejściu rozładował się i całe towarzystwo znów ruszyło naprzód. Charlesa także 

ponaglono, by opuścił stolik i udał w ślad za innymi, nie zdążył więc usłyszeć odpowiedzi wuja.

W sali, gdzie towarzystwo miało pić herbatę, ustawiono dwa długie stoły. W końcu jednego 

z nich siedział całkiem samotnie lord Osborne, jak gdyby chciał jak najbardziej oddalić się od 

uczestników   balu,   by   bez   przeszkód   cieszyć   się   własnymi   myślami   i   ziewać.   Charles,   który 

tymczasem dołączył do swej partnerki, natychmiast wskazał go Emmie.

- To lord Osborne - powiedział. - Usiądźmy obok niego.

- Nie, nie - odparła Emma  ze śmiechem.  - Musisz usiąść razem z moimi  przyjaciółmi. 

Chłopiec czuł się już dostatecznie swobodnie, by sam ośmielił się zadać kilka pytań.

- Która godzina wybiła?

- Jedenasta.

- Jedenasta! A ja wcale nie jestem śpiący. Mama uważa, że powinienem kłaść się spać przed 

dziesiątą. Czy sądzi pani, że panna Osborne dotrzyma po herbacie danego mi słowa?

- O, tak... przypuszczam, że tak - odrzekła Emma, czując wszelako, że za taką nadzieją nie 

przemawia nic prócz tego, że wcześniej panna Osborne nie dotrzymała obietnicy.

- Kiedy przyjedzie pani do Osborne Castle?

- Prawdopodobnie nigdy. Nie znam tych państwa.

- Ale może pani przyjechać do Wickstead, żeby odwiedzić mamę, a ona zabierze panią do 

zamku. Jest tam olbrzymi wypchany lis oraz borsuk - wyglądają zupełnie jak żywe. Byłaby wielka 

szkoda, gdyby ich pani nie zobaczyła.

Wkrótce towarzystwo wstało od herbaty i znowu stoczono walkę o to, kto pierwszy opuści 

pokój. Zamęt spowodowały dodatkowo jedna czy dwie grupki karciarzy, które właśnie skończyły 

grę,   oraz  gracze,  którzy  w tej  samej  chwili   ruszyli   w stronę  przeciwną,  dopiero  podążając   ku 

stolikom. Wśród nich był także pan Howard wraz z wspartą na jego ramieniu siostrą. Nadchodzili z 

innej   strony   niż   Edwardsowie,   ale   gdy   tylko   zbliżyli   się   do   Emmy,   pani   Blake   delikatnym 

muśnięciem zwróciła na siebie jej uwagę, po czym rzekła:

90

background image

- Pani dobroć okazana Charlesowi, droga panno Watson, uczyniła całą moją rodzinę pani 

dłużnikami. Niech mi wolno będzie zatem przedstawić mego brata, pana Howarda.

Emma dygnęła, a dżentelmen złożył jej ukłon, pośpiesznie prosząc, by uczyniła mu zaszczyt 

i zarezerwowała dla niego dwa następne tańce. Panna Watson natychmiast wyraziła zgodę i w tej 

samej chwili oboje, popychani przez tłum, ruszyli w przeciwnych kierunkach. Emma była ogromnie 

zadowolona z takiego obrotu rzeczy. W łagodnej, spokojnej twarzy pana Howarda kryło się coś, co 

bardzo się jej podobało. Kilka minut później liczba chętnych do tańca z nią panów jeszcze wzrosła, 

kiedy   bowiem,   zasłonięta   skrzydłem   drzwi,   usiadła   w   pokoju   karcianym,   by   poczekać   na 

podążających   w   tyle   Edwardsów,   usłyszała,   jak   przechodzący   nieopodal   lord   Osborne 

przywoławszy do siebie Toma Musgrave’a mówi:

- Czemu nie tańczy pan z tą piękną Emma Watson? Chcę, żeby pan z nią zatańczył. Przyjdę 

na was popatrzeć.

-   Właśnie   w   tej   samej   chwili   o   tym   pomyślałem,   lordzie.   Poproszę,   żeby   mnie 

przedstawiono, i natychmiast z nią zatańczę.

- Dobrze. I jeśli uzna pan, że nie jest to dziewczyna, która oczekuje, że będzie się do niej 

dużo mówiło, może pan przy okazji przedstawić także mnie.

- Oczywiście, mój lordzie. Jeśli jest podobna do swoich sióstr, będzie chciała jedynie, żeby 

jej słuchano. Już idę. Znajdę ją w sali herbacianej. Ta stara napuszona pani Edwards nigdy nie 

opuszcza herbaty.

Gdy tylko obaj panowie wyszli, Emma nie tracąc czasu, wymknęła się z kąta za drzwiami i 

ruszyła w przeciwnym kierunku, w pośpiechu zapominając, że zostawiła w tyle swoją opiekunkę.

- O mały włos cię nie zgubiłyśmy - powiedziała pani Edwards, po niespełna pięciu minutach 

dołączając wraz z Mary do Emmy. - Jeśli wolisz tę salę od tamtej, nie mam nic przeciwko temu,  

żebyśmy tu zostały, ale lepiej się nie rozdzielajmy.

Trud   przeprosin   został   wszelako   Emmie   oszczędzony,   bowiem   w   tej   właśnie   chwili 

podszedł do nich Tom Musgrave, głośno prosząc panią Edwards, by wyświadczyła mu honor i 

przedstawiła go pannie Watson. Stara dama nie miała innego wyboru, jak tylko spełnić jego prośbę, 

i tylko jej chłodne zachowanie wskazywało, że czyni to niechętnie. Nowy znajomy bezzwłocznie 

także poprosił Emmę do tańca, ona jednakże odmówiła. Choć ucieszyła się, że lord i członek Izby 

Gmin   uważa   ją   za   piękną   dziewczynę,   nie   była   zbyt   przyjaźnie   nastawiona   do   samego   Toma 

Musgrave’a i powołanie się na wcześniejsze zobowiązanie sprawiło jej niemałą satysfakcję.

Młody   człowiek   był   tym   wyraźnie   zaskoczony   i   zbity   z   tropu.   Ostatni   partner   Emmy 

zapewnił go prawdopodobnie, że panna Watson znalazła niewielu chętnych do tańca.

- Mojemu małemu przyjacielowi Charlesowi Blake nie wolno oczekiwać, że zagarnie panią 

91

background image

dla siebie na cały wieczór! - wykrzyknął. - Nie zgodzimy się na to. To wbrew zasadom balu! Nasza 

dobra przyjaciółka, pani Edwards, też na pewno się ze mną zgadza. Jest prawdziwym arbitrem w 

kwestii   dobrych   obyczajów,   a   to   nie   pozwoli   jej   przyklasnąć   tak   niebezpiecznemu 

partykularyzmowi.

- Nie zamierzam tańczyć z małym panem Blake, sir.

Nieco zmieszanemu  dżentelmenowi  nie  pozostawało  tedy nic  innego, jak tylko  wyrazić 

nadzieję, że następnym razem będzie miał więcej szczęścia. Sprawiał wrażenie, jakby niechętnie się 

z   Emma   rozstawał,   choć  jego  przyjaciel   lord  Osborne   -  jak  z  rozbawieniem  zauważyła  panna 

Watson - czekał już w drzwiach na wynik rozmowy. Ociągając się z odejściem, pan Musgrave 

zaczął wypytywać uprzejmie o rodzinę Emmy.

- Jak to się stało, że nie mamy przyjemności widzieć tu dziś wieczór pani sióstr? Nasze bale 

cieszyły się zwykle ich uznaniem, jak więc mamy wytłumaczyć sobie ich nieobecność?

- Tylko moja najstarsza siostra jest teraz w domu - wyjaśniła Emma - i nie mogła zostawić 

ojca.

- Tylko panna Watson przebywa teraz w domu! Cóż za niespodzianka! Wydaje mi się, że 

ledwie przedwczoraj widziałem je wszystkie w mieście. Obawiam się jednak, że byłem ostatnio 

niedobrym  sąsiadem. Dokądkolwiek się udaję, słyszę okropne narzekania na moje lekceważące 

zachowanie.   Przyznam,   że   wstyd   mi   ogromnie,   iż   od   tak   dawna   nie   byłem   w   Stanton.   Teraz 

wszelako zamierzam naprawić te zaniedbania.

Spokojny ukłon,  jakim  odpowiedziała  mu   Emma,   musiał  go  mocno   zdziwić,  w niczym 

bowiem  nie przypominał  gorących  zachęt,  jakie zwykle  słyszał  od jej  sióstr. Być  może  nawet 

wywołał w nim nieznane dotąd powątpiewanie co do wrażenia, jakie wywiera na dziewczętach, 

oraz pragnienie, by Emma obdarzyła go w przyszłości większą uwagą.

Znowu zaczęły się tańce i panna Carr niecierpliwie wezwała wszystkich do powstania z 

miejsc. Ciekawość Toma Musgrave’a została zaspokojona, kiedy ujrzał, jak pan Howard podchodzi 

do Emmy i ujmuje ją za rękę.

- Mnie  wszystko  jedno, kto  z nią zatańczy  - oświadczył  obojętnie  lord  Osborne, kiedy 

przyjaciel przyniósł mu nowiny. Przez oba tańce trzymał się blisko pana Howarda, a jego ciągła 

obecność w pobliżu była jedyną rzeczą, jaka psuła Emmie przyjemność płynącą z tańca. Tylko to 

jedno miała do zarzucenia panu Howardowi, bo jeśli chodzi o niego samego, okazał się tak miły, na 

jakiego   wyglądał.   Nawet   konwencjonalną   rozmowę   na   błahe   tematy   prowadził   z   tak 

niewymuszonym   wdziękiem,   że   wszystko,   co   mówił,   wydawało   się   warte   słuchania   i   Emmie 

przychodziło jedynie żałować, że nie wpoił swemu uczniowi manier równie nienagannych, jak jego 

własne.

92

background image

Dwa tańce minęły w mgnieniu oka - także jej partnerowi, jak ją o tym zapewnił. Kiedy 

przebrzmiały ostatnie dźwięki muzyki, Osborne’owie i ich świta jęli się gotować do odjazdu.

- Nareszcie stąd odjeżdżamy! - westchnął z ulgą lord, zwracając się do Toma. - A jak długo 

pan zamierza pozostać w tym niebiańskim miejscu? Do świtu?

- Cóż znowu, milordzie! Mam już dość tego balu. I zapewniam waszą lordowską mość, że 

nie pokażę się tu więcej, jeśli tylko będę miał zaszczyt odprowadzić lady Osborne do jej powozu. 

Wrócę cichcem do hotelu i zaszyję się w najciemniejszym kącie, zamawiając sobie baryłkę ostryg.

- Proszę nas wkrótce odwiedzić w zamku. Opowie mi pan, jak panna Watson wygląda w 

dziennym świetle.

Emma   i   pani   Blake   rozstały   się   jak   stare   znajome,   Charles   zaś   potrząsał   dłonią   swej 

partnerki i życzył jej „dobrej nocy” co najmniej tuzin razy. Także panny Osborne i Carr, mijając 

Emmę, zaszczyciły ją czymś na kształt odruchowego ukłonu. Nawet lady Osborne obdarzyła ją 

łaskawym spojrzeniem. Jego lordowską mość posunął się zaś aż do tego, że kiedy jego rodzina już 

opuściła hotel, wrócił na salę i prosząc Emmę o wybaczenie, udawał, że na krześle za jej plecami 

szuka rękawiczek, które przez cały czas ściskał w dłoni.

Ponieważ   Tom   Musgrave   nie   pokazał   się   więcej,   możemy   zakładać,   że   jego   plan   się 

powiódł, i wyobrażać sobie, jak w samotności męczy się z baryłką ostryg - albo z zadowoleniem 

asystuje   właścicielce   hotelu   przy   szynkwasie,   gdzie   przygotowywała   świeże   grzane   wino   dla 

szczęśliwych tancerzy. Emma niechętnie rozstawała się z towarzystwem, w którym wzbudziła takie 

zainteresowanie - nawet jeśli pod pewnymi względami było jej ono niemiłe. Kończące bal dwa 

ostatnie tańce w porównaniu z poprzednimi okazały się nieciekawe. Panu Edwardsowi dopisało 

szczęście w grze i jego rodzina opuściła hotel jako jedna z ostatnich.

- No i jesteśmy z powrotem - westchnęła z żalem Emma, kiedy wkroczyli do jadalni, gdzie 

schludna służąca zapalała świece na przygotowanym  do posiłku stole. - Droga panno Edwards, 

jakże szybko to wszystko się skończyło! Żałuję, że za chwilę nie może się zacząć od nowa!

To, że tak dobrze bawiła się tego wieczoru, sprawiło jej przyjaciołom wielką przyjemność. 

Pan Edwards także był zachwycony przepychem balu - pomimo że cały czas siedział przy tym 

samym stoliku i tylko raz zmienił krzesło, można więc było mniemać, że nie dostrzegł, czy zabawa 

się udała. Ponieważ jednak wygrał aż cztery z pięciu robrów, cokolwiek działoby się na parkiecie, i 

tak uznałby, że wszystko potoczyło się znakomicie. Jego córka cieszyła się z dobrego nastroju ojca, 

korzystnie wpłynęło to bowiem na charakter wypowiadanych przez niego przy zupie uwag.

- Czemu nie zatańczyłaś z żadnym z panów Tomlinsonów, Mary? - zapytała matka.

- Za każdym razem, kiedy mnie prosili, miałam zajęty taniec.

- Myślałam, że dwa ostatnie tańce zamówił u ciebie młody pan James. Pani Tomlinson 

93

background image

wspominała, że miał taki zamiar. A dwie minuty wcześniej słyszałam, że nie masz zamówionych 

tańców.

- Tak... ale... to była  pomyłka.  Myliłam się. Zapomniałam,  że te tańce też mam zajęte. 

Myślałam, że zarezerwowano dopiero dwa następne, ale kapitan Hunter zapewnił mnie, że chodzi 

właśnie o te dwa.

- Tak więc zakończyłaś bal, tańcząc z kapitanem Hunterem - zauważył ojciec. - A z kim 

zatańczyłaś na początku?

- Z kapitanem Hunterem - odrzekła dziewczyna pokornie.

- Hm! Cóż za stałość. Z kim jeszcze tańczyłaś?

- Z panem Nortonem i panem Stylesem.

- Kim oni są?

- Pan Norton jest kuzynem kapitana Huntera.

- A pan Styles?

- Jednym z jego bliskich przyjaciół.

- Wszyscy z jednego regimentu - dodała pani Edwards. - Mary przez cały wieczór otaczały 

czerwone   peleryny.   Byłabym   bardziej   zadowolona,   widząc   ją   tańczącą   z   którymś   z   naszych 

sąsiadów.

- Tak, tak, nie wolno nam lekceważyć sąsiadów. Ale skoro ci wojskowi są na balu szybsi niż 

inni, cóż młode damy mogą na to poradzić?

-   Myślę,   że   tym   innym   nie   dano   okazji   zarezerwować   sobie   zbyt   wielu   tańców,   panie 

Edwards.

- Być może. Ale pamiętaj, moja droga, że my oboje postępowaliśmy tak samo.

Pani   Edwards   nie   powiedziała   już   na   ten   temat   nic   więcej,   a   Mary   znów   westchnęła. 

Posypało   się   jeszcze   wiele   innych   dobrodusznych   żartów   i   Emma   poszła   spać   w   doskonałym 

nastroju, z głową wypełnioną Osborne’ami, Blake’ami i Howardami.

Następny ranek przyniósł wizyty licznych gości. Nazajutrz po balu panią Edwards zawsze 

odwiedzało   wiele   osób,   a   tym   razem   sąsiadów   dodatkowo   zwabiło   pragnienie,   by   raz   jeszcze 

zobaczyć Emmę Watson. Każdy chciał bowiem ponownie przyjrzeć się dziewczynie, której urodę 

poprzedniego wieczoru podziwiał sam lord Osborne.

Wiele więc spojrzało na nią tego ranka oczu i bardzo różnie oceniano jej wygląd. Niektórzy 

nie widzieli w jej urodzie żadnej skazy, inni zaś nie uważali nawet, by była piękna. W oczach wielu 

osób ciemna karnacja pozbawiała ją jakiegokolwiek wdzięku i nie daliby się nigdy przekonać, że 

panna Watson jest choćby w połowie tak ładna, jak była dziesięć lat wcześniej jej najstarsza siostra. 

Poranek   minął   tedy   na   omawianiu   balu   z   kolejnymi   gośćmi   i   w   pewnej   chwili   Emma   ze 

94

background image

zdumieniem   stwierdziła,   że   jest   już   druga,   a   ona   wciąż   jeszcze   nie   usłyszała   bryczki   ojca. 

Odkrywszy   to,   dwukrotnie   podchodziła   do   okna,   by   wyjrzeć   na   ulicę,   i   już   miała   opuścić 

towarzystwo, ażeby zadzwonić po służbę i zapytać, co mogło się stać, kiedy usłyszała lekki turkot 

podjeżdżającego pod dom powozu. To ukoiło jej niepokój. Znów podeszła do okna, ale zamiast 

wygodnego, choć niepięknego rodzinnego ekwipażu zobaczyła schludną kariolkę, po chwili zaś 

zaanonsowano   pana   Musgrave’a.   Na   dźwięk   jego   nazwiska   pani   Edwards   obrzuciła   Emmę 

lodowatym, badawczym spojrzeniem. Przybysz wszelako, ani trochę nie skonsternowany jej oziębłą 

miną, z grzeczną swobodą obdarzył każdą z dam komplementem, po czym zwrócił się do Emmy, 

podając list, który miał zaszczyt przywieźć od jej siostry. Uznał przy tym, że winien jest pannie 

Watson także kilka słów wyjaśnienia.

List - który Emma  zaczęła czytać, zanim jeszcze pani Edwards zachęciła ją, by się nie 

krępowała i przeczytała go w towarzystwie - składał się z kilku skreślonych ręką Elżbiety linijek. 

Siostra   zawiadamiała   Emmę,   że   ojciec,   który   poczuł   się   nagle   wyjątkowo   dobrze,   podjął 

niespodziewaną decyzję, że złoży tego dnia kilka wizyt. Ponieważ zaś przyjazd do R. byłby mu 

wyjątkowo nie po drodze, bawiąca tam córka aż do następnego ranka nie będzie mogła wrócić do 

domu - chyba że, co było mało prawdopodobne, odeślą ją tam swoim powozem Edwardsowie albo 

sama znajdzie inny środek lokomocji. Lub też, w co nikt nie wierzył, odważy się odbyć tak długą 

wędrówkę pieszo.

Emma ledwie przebiegła list oczyma, uznała bowiem, że ma najpierw obowiązek wysłuchać 

dalszej opowieści Toma Musgrave’a.

- Otrzymałem ten list ze ślicznych rączek panny Watson zaledwie dziesięć minut temu - 

powiedział. - Spotkałem ją w wiosce pod Stanton, dokąd dobre gwiazdy przywiodły moje konie. 

Szukała właśnie kogoś, komu mogłaby powierzyć przywiezienie listu, i miałem dość szczęścia, by 

ją  przekonać,   że  nie   znajdzie   chętniejszego   do  tej  posługi   i  szybszego  wysłannika   niż  ja.  Nie 

twierdzę,   że   zrobiłem   to   bezinteresownie,   liczę   bowiem,   że   w   nagrodę   dostąpię   zaszczytu 

odwiezienia pani do Stanton moją kariolką. Siostra pani sugerowała takie właśnie rozwiązanie, choć 

pewnie tego nie napisała.

Emma poczuła się niezręcznie. Nie podobała się jej ta propozycja - ani myśl o pozostaniu 

sam na sam z człowiekiem, który ją złożył. Nie śmiała jednak narzucać swej obecności Edwardsom, 

choć obawiała  się również  samotnej  podróży do domu. Nie wiedziała  przy tym,  jak grzecznie 

odmówić panu Musgrave’owi. Pani Edwards zachowywała milczenie: albo nie rozumiała, o co 

chodzi, albo czekała, co postanowi młoda dama. Emma podziękowała młodzieńcowi, oświadczając 

wszakże, że nie śmiałaby sprawiać mu tak wielkiego kłopotu.

-   Ów   kłopot   byłby   jedynie   zaszczytem   i   przyjemnością   -   pospieszył   z   zapewnieniami 

95

background image

dżentelmen. - Cóż innego mamy do roboty - tak ja sam, jak i moje konie?

- Obawiam się, że nie mogę skorzystać z pańskiej uprzejmości - zawahała się dziewczyna.

- Chyba po prostu boję się tego typu powozów. Zresztą odległość nie jest aż tak wielka, bym 

nie mogła wrócić do domu pieszo.

Pani Edwards nie mogła już dłużej milczeć. Rozważyła wszystkie za i przeciw, po czym 

rzekła:

-   Będziemy   nadzwyczaj   szczęśliwi,   panno   Emmo,   mogąc   cieszyć   się   do   jutra   pani 

towarzystwem. Jeśli jednak nie może pani uczynić nam tej przyjemności, nasz powóz jest do pani 

usług, a Mary z przyjemnością skorzysta z okazji, by zobaczyć się z pani siostrą.

Były to dokładnie te słowa, na jakie Emma liczyła. Z wdzięcznością przyjęła propozycję, 

tłumacząc, że nie chciałaby dłużej niż do kolacji pozostawiać Elżbiety samej w domu. Musgrave 

gorąco sprzeciwił się jednak temu planowi.

- Doprawdy, nie zniosę tego. Nie wolno pozbawiać mnie szczęścia towarzyszenia pani w 

drodze do domu. Zapewniam panią, że nie ma powodu obawiać się moich koni. Może pani sama 

nimi   powozić.   Pani   siostry   dobrze   wiedzą,   jakie   są   spokojne.   Żadna   z   nich   nie   miałaby 

najmniejszych   obiekcji,   żeby   mi   zaufać   -   nawet   gdyby   chodziło   o   tor   wyścigowy.   Proszę   mi 

wierzyć   -   dodał,   zniżając   głos   -   jest   pani   całkiem   bezpieczna.   Tylko   mnie   grozi   tu 

niebezpieczeństwo...   -   Słowa   te   wszelako   ani   trochę   nie   zachęciły   Emmy   do   przyjęcia   jego 

propozycji. - Co się zaś tyczy korzystania z powozu pani Edwards w dzień po balu - ciągnął nie 

zrażony młodzieniec - zapewniam panią, że to wprost niemiłosierne. Jestem przekonany, że stary 

stangret będzie miał nastrój równie czarny, jak jego konie. Prawda, panno Edwards?

Nie   doczekał   się   jednak   odpowiedzi.   Damy   uporczywie   milczały   i   w   końcu   Musgrave 

zrozumiał, że musi się poddać.

- Cóż za wspaniały bal mieliśmy wczoraj! - wykrzyknął po krótkiej pauzie. - Jak długo 

zostaliście państwo jeszcze po moim i Osborne’ów odjeździe? Myślę, że pozostawanie do tak późna 

musiało być szalenie męczące, chyba że nie miałyście panie zbyt wielu zajętych tańców.

- Owszem, sporo. Tyle, co wszyscy inni - oprócz Osborne’ów. Nie wydaje mi się, byśmy 

opuściły choć jeden taniec.

I zapewniam pana, że wszyscy, do samego końca, tańczyli z niezwykłym zapałem - Emma 

wypowiedziała te słowa wbrew własnej woli.

- Cóż, gdybym to wiedział, spróbowałbym u pani szczęścia jeszcze raz. Zdecydowanie wolę 

tańczyć niż podpierać ściany. Panna Osborne jest czarująca, prawda? - zapytał, zmieniając temat.

- Nie wydała mi się szczególnie piękna - odparła szczerze Emma, do której to pytanie było 

skierowane.

96

background image

-  Może   nie   jest   piękna,   ale   ma   ujmujący   sposób   bycia.   A  panna   Carr   także   jest   istotą 

wyjątkowo interesującą. Trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej naïve i piquante. A co pani sądzi o 

lordzie Osborne’ie, panno Watson?

- Mógłby być nawet przystojny, gdyby nie był lordem i był lepiej wychowany. A także, 

gdyby bardziej pragnął rozrywek i okazywał większe zadowolenie, przebywając w towarzystwie 

dam.

- Jest pani wyjątkowo surowa dla mojego przyjaciela! Zapewniam panią, że lord Osborne 

jest cudownym towarzyszem...

- Nie poddaję w wątpliwość jego zalet. Po prostu nie podobała mi się jego lekceważąca 

mina.

- Gdybym mógł liczyć na pani dyskrecję - odparł Tom, patrząc na nią znacząco - może 

mógłbym zyskać biednemu Osborne’owi przychylniejszą opinię w pani oczach.

Emma   nie   zachęciła   go   jednak   do   mówienia   i   młodzieniec   uznał,   że   wobec   tego   ma 

obowiązek   nie   zdradzać   tajemnicy   przyjaciela.   Wypadało   mu   także   zakończyć   wizytę,   panna 

Edwards kazała już bowiem zaprzęgać powóz, i Emma, która musiała przygotować się do drogi, nie 

miała czasu do stracenia. Mary odwiozła ją do domu, ale jako że była to w Stanton pora obiadu, 

zabawiła u przyjaciół tylko kilka minut.

- No, droga Emmo - powiedziała panna Watson, gdy tylko siostry zostały same - musisz mi 

teraz wszystko opowiedzieć, inaczej chyba pęknę z ciekawości. Ale najpierw pozwólmy Nanny 

podać obiad. Biedactwo, nie skosztujesz tu takich frykasów, jakie jadłaś wczoraj, mamy bowiem na 

dzisiaj tylko smażoną wołowinę.. . Jak pięknie wyglądała Mary Edwards w swojej nowej pelisie! 

Powiedz mi, jak oni wszyscy ci się podobali i co mam przekazać Samowi? Zaczęłam już pisać do 

niego list - Jack Stokes przyjedzie poń jutro rano, gdyż jego wuj wybiera się pojutrze do miejsca 

oddalonego zaledwie o milę od Guildford.

Nanny podała obiad.

-   Poczekajmy,   aż   zostaniemy   same,   a   potem   nie   będziemy   już   tracić   czasu   -   szepnęła 

Elżbieta. - A zatem nie chciałaś wracać do domu z Tomem Musgrave’em?

- Nie. Tak źle mnie do niego nastawiłaś, że nie chciałam zaciągać wobec tego młodzieńca 

żadnych zobowiązań ani też zostawać z nim sam na sam, co w jego powozie byłoby nieuniknione. 

Z pewnością by mi się to nie podobało!

- Postąpiłaś bardzo słusznie. Choć dziwię się twojej powściągliwości i nie sądzę, bym na 

twoim miejscu zachowała się podobnie. Tom robił wrażenie, jakby bardzo mu zależało, żeby cię 

przywieźć,  więc   chyba  trudno   ci  było   mu   odmówić.  Choć   oczywiście   jak  najdalsza   byłam   od 

zachęcania cię do przebywania w jego towarzystwie - szczególnie, że dobrze znam jego sztuczki. 

97

background image

Niemniej stęskniłam się za tobą i uznałam, że to znakomity sposób, by cię sprowadzić do domu, a 

sytuacja nie pozwalała mi być zbyt wybredną. Któż mógł wiedzieć, że Edwardsowie zaoferują ci 

swój powóz, skoro konie nie odpoczywały w nocy?  Ale wracając do rzeczy:  co mam  napisać 

Samowi?

- Jeśli chcesz znać moje zdanie, nie zachęcałabym  go do myślenia zbyt  wiele o pannie 

Edwards. Jej ojciec jest mu zdecydowanie przeciwny, a i matka nie darzy go sympatią, wątpię też, 

by sama Mary była nim zainteresowana. Dwukrotnie tańczyła z kapitanem Hunterem i w ogóle, jak 

sądzę,   starała   się   go   ośmielić   -   na   tyle,   na   ile   pozwalały   jej   na   to   warunki.   Raz   wspomniała 

wprawdzie o Samie - i bez wątpienia nieco się przy tym zmieszała - ale może po prostu wynikało to 

ze świadomości, że mu się podoba. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że nie uszło to jej uwagi.

- Och, tak, słyszała dość na ten temat od nas wszystkich. Biedny Sam nie ma szczęścia! Ale 

choćbyś mnie zabiła, nie potrafię współczuć tym,  którzy się nieszczęśliwie zakochują. No cóż, 

opowiedz mi dokładnie, co działo się na balu.

Emma spełniła prośbę siostry. Elżbieta słuchała, prawie jej nie przerywając, aż do chwili, 

kiedy dowiedziała się o tańcu z panem Howardem.

-   Tańczyć   z   panem   Howardem!   Na   niebiosa!   Naprawdę   to   zrobiłaś?   Tańczyłaś   z   tym 

wielkoludem? Nie uważasz, że jest zbyt wysoki?

-   Jego   zachowanie   sprawiało,   że   czułam   się   przy   nim   o   wiele   swobodniej   niż   w 

towarzystwie Toma Musgrave’a.

- No cóż... mów dalej. Ja sama byłabym nieprzytomna ze strachu, mając w jakikolwiek 

sposób   do   czynienia   z   Osborne’ami...   -   I   naprawdę   ani   razu   nie   zatańczyłaś   z   Tomem 

Musgrave’em? - zdumiała się siostra, gdy Emma zakończyła swoją opowieść. - Ale przecież musisz 

go lubić! Musiał zrobić na tobie duże wrażenie.

- Nie lubię go, Elżbieto. Przyznam, że ma miłe usposobienie, a jego maniery - czy może 

raczej   obejście   -   należy   uznać   rzeczywiście   za   nienaganne,   ale   nie   widzę   nic   innego,   za   co 

mogłabym   go   podziwiać.   Wręcz   przeciwnie...   robi   na   mnie   wrażenie   próżnego,   bardzo 

zarozumiałego i absurdalnie pozbawionego charakteru. Kroki, jakie podejmuje, by się takim wydać, 

zasługują na pogardę. Owszem, jest dowcipny - i to mnie nawet bawiło, ale jego towarzystwo nie 

sprawiało mi większej przyjemności.

- Najdroższa Emmo! Nie przypominasz nikogo innego na świecie! Dobrze, że nie ma z nami 

Margaret. Mnie twoje opinie nie ranią - choć nie mogę wprost uwierzyć własnym uszom - ale 

Margaret nigdy nie wybaczyłaby ci takich słów.

- Żałuję więc, że Margaret nie słyszała, z jakim lekceważeniem mówił o jej nieobecności. 

Oświadczył, iż wydaje mu się, że widział ją zaledwie przed dwoma dniami.

98

background image

- Och, tak, to do niego podobne. Mimo wszystko ona rozpaczliwie pragnie, by ten właśnie 

mężczyzna ją pokochał. Dobrze wiesz, że Tom nie jest moim ulubieńcem - ale czemu tobie nie 

wydał się miły? Czy możesz z dłonią na sercu powiedzieć, że ci się nie podoba?

- Jak najbardziej. Nawet z obiema dłońmi. Mogę nawet przysiąc ci to są kolanach.

- Cóż, chciałabym wobec tego poznać człowieka, który ci się podoba.

- Nazywa się Howard.

-   Howard!   Och,   moja   droga!   Nie   potrafię   myśleć   o   nim   inaczej,   jak   tylko   o   dumnie 

wyglądającym nauczycielu, oddającym się grze w karty z lady Osborne. Muszę wszelako przyznać, 

że to, co usłyszałam od ciebie  o Tomie  Musgrave’ie  sprawiło mi  ulgę. Moje serce myliło  się 

podpowiadając, że polubisz go aż za bardzo. Tak zdecydowanie się zarzekałaś, że obawiałam się, iż 

zostaniesz za swoje przechwałki ukarana. Mam nadzieję, że wytrwasz w swoich sądach - i że on nie 

będzie już poświęcał ci zbyt wiele uwagi. Trudno jest oprzeć się pochlebstwom mężczyzny, który 

się do nas zaleca...

Kiedy   skromny   posiłek   dobiegł   końca,   panna   Watson   z   zadowoleniem   stwierdziła,   że 

upłynął w naprawdę miłej atmosferze.

- Uwielbiam - powiedziała - kiedy życie toczy się spokojnie i wszystkim dopisuje dobry 

nastrój. Nie umiem wprost wyrazić, jak bardzo nienawidzę kłótni. Tak miło jest nam razem, mimo 

że   na   obiad   miałyśmy   tylko   smażoną   wołowinę.   Szkoda,   że   nie   wszystkich   można   zadowolić 

równie łatwo jak ciebie. Biedna Margaret bywa taka złośliwa! A Penelopa uważa, że lepiej mieć 

cały czas kłótnie niż nic.

Pan   Watson   wrócił   wieczorem.   Wysiłek,   z   jakim   wiązała   się   podróż,   nie   odbił   się   na 

szczęście na jego samopoczuciu. Był zadowolony z wyjazdu i z przyjemnością rozmawiał o nim, 

siedząc przy kominku.

Emma nie sądziła, że opowiadanie ojca ją zaciekawi, ale kiedy usłyszała, że pastor Howard 

wygłosił wspaniałe kazanie, zaczęła przysłuchiwać się jego słowom z żywym zainteresowaniem.

- Nie pamiętam czy kiedykolwiek słyszałem przemowę, z którą bardziej bym się zgadzał - 

oświadczył pan Watson. - I lepiej wygłoszoną. Jakże on doskonale mówi! Z jakim uczuciem! To 

robi wrażenie! A jednocześnie nie ma w tym żadnych teatralnych gestów ani gwałtowności. Nie 

lubię   błaznowania   na   ambonie.   Nie   podobają   mi   się   też   wystudiowane   miny   i   sztucznie 

modulowany głos, czym  zwykle grzeszą najbardziej popularni i podziwiani kaznodzieje. Prosta 

przemowa o wiele lepiej pobudza wiarę i jest w znacznie lepszym guście. Pan Howard wygłasza 

kazanie jak prawdziwy uczony i dżentelmen.

- A co jadłeś, ojcze, na obiad? - zapytała najstarsza córka.

Pan Watson opowiedział, jakie podano potrawy i które dania wybrał.

99

background image

-   W   sumie   miałem   bardzo   udany   dzień   -   dodał.   -   Moi   dawni   przyjaciele   byli   bardzo 

zaskoczeni, widząc mnie znowu wśród siebie. Muszę przyznać, że wszyscy bardzo troskliwie się 

mną zajmowali, byłem traktowany niemal jak inwalida. Posadzono mnie przy kominku, a ponieważ 

kuropatwy okazały się całkiem kruche, doktor Richards posłał je na drugi koniec stołu, by nie było 

mi przykro, że muszę się ich wyrzec. Ale tym, co sprawiło mi największą przyjemność, była uwaga, 

jaką poświęcił mi pan Howard. Żeby dostać się do jadalni, trzeba było pokonać strome schody, a 

przy mojej podagrze to nie takie proste; wyobraźcie sobie jednak, że pan Howard podał mi ramię i 

razem wspięliśmy się na górę! Cóż za niezwykła troskliwość u tak młodego człowieka! A przy tym 

wcale   nie   miałem   prawa   oczekiwać   od   niego   pomocy,   bo   przecież   nigdy   wcześniej   się   nie 

spotkaliśmy. Nawiasem mówiąc, pytał o jedną z moich córek, ale nie pamiętam, o którą. Myślę, że 

wy lepiej będziecie wiedziały, o którą z was chodzi.

Trzeciego dnia po balu, pięć minut przed trzecią, wchodząca do salonu z tacą i sztućcami 

Nanny usłyszała nagle za oknem odgłos, który mógł być tylko strzeleniem z bata. Pospieszyła do 

frontowych drzwi i choć panna Watson prosiła, by nikogo nie przyjmować, wróciła po chwili z 

wyrazem   najszczerszego   zdumienia   na   twarzy,   prowadząc   za   sobą   lorda   Osborne’a   i   Toma 

Musgrave’a.

Można sobie wyobrazić, jak zaskoczyło  to obie młode damy.  Nie była to pora, o jakiej 

należałoby spodziewać się czyichkolwiek odwiedzin, wizyta zaś takich gości jak ci - a przynajmniej 

jak jeden z nich: lord Osborne, człowiek obcy i szlachetnie urodzony - była szczególnie krępująca. 

Sam lord Osborne także sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego, gdy - przedstawiony przez swego 

konwersującego   swobodnie   i   ze   swadą   przyjaciela   -   wymamrotał,   że   czuje   się   zaszczycony, 

goszcząc pod dachem pana Watsona. Choć Emma nie mogła potraktować tej wizyty inaczej niż 

jako   komplement   pod   swoim   adresem,   ani   trochę   się   z   niej   nie   ucieszyła.   Czuła,   że   podobna 

znajomość nie pasuje do nader skromnego trybu życia Watsonów. Przywykłszy w domu ciotki do 

eleganckiego otoczenia, była całkowicie świadoma, jak wiele w jej rodzinnym domu może bogatym 

ludziom wydać się godne pogardy.

Elżbieta nie doznawała tak bolesnych uczuć - prosty umysł i zdrowy rozsądek chroniły ją 

przed podobną torturą. I choć towarzyszyło  jej nieokreślone poczucie  niższości, nie odczuwała 

wstydu. Pan Watson, jak obaj dżentelmeni usłyszeli już od Nanny, nie czuł się na tyle dobrze, by 

zejść na dół, tak więc dziewczęta same poprosiły gości, by usiedli. Miejsca wybrano starannie: lord 

Osborne usiadł obok Emmy, a pan Musgrave, zadowolony ze swej roli, po drugiej stronie kominka, 

u   boku   Elżbiety.   Tomowi   rozmowa   nie   sprawiała   najmniejszego   kłopotu,   ale   lord   Osborne, 

wyraziwszy nadzieję, że Emma nie przeziębiła się na balu, nie miał już nic więcej do powiedzenia i 

mógł tylko sycić oczy ukradkowymi spojrzeniami rzucanymi na piękną sąsiadkę.

100

background image

Emma nie zamierzała zadawać sobie trudu zabawiania go i wysiliwszy umysł, zdobyła się 

jedynie na uwagę, że pogoda jest prześliczna, za co odpłacono jej pytaniem, czy była na porannym 

spacerze.

- Nie, milordzie - odparła. - Uznałyśmy, że za dużo jest na drodze błota.

- Powinniście panie nosić wysokie trzewiki - powiedział lord Osborne. Nic tak dobrze nie 

chroni przed zamoczeniem kostek - dodał po chwili milczenia.  - Żółto-czarny nankin wygląda 

bardzo ładnie. Nie lubicie, panie, trzewików?

- Owszem. Ale jeśli nie są aż tak solidne, że odbiera im to całą urodę, nie nadają się na 

wiejskie spacery.

- Przy takiej pogodzie damy powinny jeździć konno. Czy panie jeżdżą konno?

- Nie, milordzie.

- Myślałem, że wszystkie damy to robią. Kobieta nigdy nie wygląda lepiej niż wówczas, gdy 

siedzi na grzbiecie wierzchowca.

- Ale nie każda kobieta ma do tego zamiłowanie. I środki.

- Gdyby kobiety wiedziały,  ile dodaje to im uroku, natychmiast nabrałyby zamiłowania. 

Wyobrażam też sobie, panno Watson, że kiedy znajduje się w czymś upodobanie, zawsze szybko 

znajdą się na to środki.

- Wasza lordowska mość sądzi, że zawsze robimy to, co chcemy. To właśnie jest rzecz, co 

do  której  między  damami   a  dżentelmenami  od  dawna  panuje  niezgoda.  Jednak  - nie  próbując 

rozstrzygać  tej kwestii - mogę  powiedzieć,  że są okoliczności,  na które nawet kobieta  nie ma 

wpływu.   Kobieca   gospodarność   może   wiele   zdziałać,   milordzie,   ale   nie   jest   w   stanie   zmienić 

małych dochodów w duże.

Lord   Osborne   milczał.   W   tym,   co   usłyszał,   nie   było   nic   sentencjonalnego   ani 

sarkastycznego, ale łagodna powaga dziewczyny oraz wypowiedziana przez nią uwaga sprawiły, że 

popadł   w   zamyślenie.   Kiedy   znów   się   odezwał,   starannie   ważył   słowa   -   po   poprzedniej 

niezręczności i niefrasobliwości nie pozostało nawet śladu. Pragnienie, by sprawić przyjemność 

jakiejś kobiecie, było dlań czymś zupełnie nowym. Po raz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, co 

czuje dziewczyna w sytuacji Emmy. A że nie brakowało mu ani rozsądku, ani wrażliwości, jej 

słowa wywarły na nim duże wrażenie.

- Jak wiem, jest pani na wsi od niedawna - powiedział uprzejmie. - Mam nadzieję, że się tu 

pani podoba.

Został   za   tę   uwagę   nagrodzony   grzeczną   odpowiedzią,   a   z   twarzy   dziewczyny   znikł 

goszczący na niej dotąd wyraz napięcia.  Nienawykły do podobnych  wysiłków i szczęśliwy,  że 

może   spokojnie  przypatrywać  się  Emmie,  lord  Osborne  siedział   przez  następne  kilka   minut  w 

101

background image

milczeniu, podczas gdy Tom Musgrave gawędził z Elżbietą, póki nie przeszkodziło im wejście 

Nanny.

- Przepraszam, proszę panienek - powiedziała służąca, uchylając drzwi i wsuwając przez nie 

głowę - ale pan chciałby wiedzieć, czemu jeszcze nie podano mu obiadu.

Dżentelmeni, którzy dotąd przeoczyli wszystkie sygnały, że zbliża się pora posiłku - choć 

były one bardzo wyraźne - zerwali się z miejsc z przeprosinami, podczas gdy Elżbieta energicznie 

poleciła Nanny, by „poprosiła Betty o podanie drobiu”.

- Przepraszam, że tak to wyszło - dodała, zwracając się z uśmiechem do Musgrave’a - ale 

wie pan przecież, jak wcześnie się u nas jada.

Tom nie miał nic na swoje usprawiedliwienie - dobrze znał wszakże obyczaje tego domu. 

Szczera   prostota   słów   gospodyni   i   wypowiedziana   przez   nią   bez   skrępowania   uwaga   o   porze 

posiłku zupełnie go oszołomiły. Przerywane komplementami pożegnania lorda Osborne’a potrwały 

dłuższą chwilę; jego małomówność zdawała się znikać, w miarę jak ubywało czasu, jaki pozostał na 

pogawędkę. Raz jeszcze poradził, jak uporać się z błotem, gorąco zachwalał wysokie buciki i prosił 

o zgodę na to, by jego siostra przysłała Emmie nazwisko odpowiedniego szewca.

- W przyszłym tygodniu będę w tej okolicy polował z psami - oznajmił na zakończenie. - 

Sądzę, że wyruszymy w środę około dziewiątej ze Stanton Wood. Wspominam o tym w nadziei, że 

wybierze się tam pani zobaczyć, jak szykujemy się do łowów. Jeśli tylko dopisze pogoda, proszę 

wyświadczyć nam ten zaszczyt i osobiście powiedzieć „darzbór”.

Kiedy goście odjechali, siostry wymieniły zdziwione spojrzenia.

- Cóż za niewymowny zaszczyt! - wykrzyknęła w końcu Elżbieta. - Któż by pomyślał, że 

lord Osborne wybierze się do Stanton. Jest bardzo przystojny - ale Tom Musgrave i tak bije go na 

głowę. Jest o wiele zabawniejszy i wytworniejszy od swego przyjaciela. Cieszę się, że lord Osborne 

ani  razu  się  do  mnie  nie  odezwał,  bo  nie  chciałabym  być  zmuszona  do  konwersowania   z tak 

wybitną osobistością. Tom natomiast jest bardzo miły, nieprawdaż? Czy słyszałaś, że gdy tylko 

wszedł, zapytał, gdzie są panna Penelopa i panna Margaret? Ta wizyta wytrąciła mnie zupełnie z 

równowagi. Cieszę się wszelako, że Nanny nie nakryła jeszcze stołu serwetą, wyglądałoby to nad 

wyraz niezręcznie.

Powiedzenie,   że   Emmie   wizyta   lorda   Osborne’a   ani   trochę   nie   pochlebiła,   byłoby 

kłamstwem i znaczyłoby, że jest to dziewczyna wyjątkowo dziwna, ale jej zadowolenie nie było 

bynajmniej niezmącone. Przybycie dostojnego gościa mile połechtało jej próżność, ale zadrasnęło 

dumę. Wolałaby się raczej dowiedzieć, że pragnął tej wizyty, ale nie ośmielił się jej złożyć, niż 

zobaczyć go w Stanton. Pośród różnych niemiłych uczuć, przyszło jej nagle do głowy pytanie, 

czemu   pan   Howard   nie   dostąpił   przywileju   odwiedzenia   jej   w   towarzystwie   jego   lordowskiej 

102

background image

mości? Uznała jednak, że albo o tej wizycie nic nie wiedział, albo odmówił wzięcia w niej udziału, 

uważając ją za impertynencję i wykroczenie przeciwko dobrym obyczajom.

Pan   Watson   także   nie   był   zachwycony,   usłyszawszy,   co   się   wydarzyło.   Poirytowany 

uporczywym bólem i nieskłonny do wyrozumiałości, bez ogródek dał wyraz swoim uczuciom.

- Fiu! Fiu! Cóż takiego skłoniło lorda Osborne’a do złożenia nam wizyty? Mieszkamy tu od 

czternastu lat i jak dotąd nikt z ich rodziny nas nie zauważał. To zapewne niemądry wymysł tego 

wałkonia, Toma Musgrave’a. Nie mogę złożyć rewizyty. A nawet gdybym mógł - to i tak bym nie 

chciał.

Kiedy więc Tom Musgrave odwiedził ich ponownie, polecono mu przeprosić mieszkańców 

Osborne Castle, że stan zdrowia pana Watsona nie pozwala mu odwzajemnić wizyty. Wymówka 

była aż nadto wystarczająca.

Tydzień czy dziesięć dni minęło spokojnie, nim nowa, trwająca blisko pół dnia krzątanina 

nie przerwała zgodnego i pełnego serdeczności życia obu sióstr, których wzajemne oddanie rosło, w 

miarę   jak   coraz   lepiej   się   poznawały.   Zakłócił   ich   spokój   list,   zapowiadający   nieoczekiwany 

przyjazd pana Roberta Watsona wraz z małżonką. Państwo Watsonowie mieli odwieźć Margaret do 

domu, żywiąc przy tym nadzieję, że przy okazji poznają swą siostrę Emmę.

Oczekiwanie na tę wizytę zajęło myśli obu sióstr i przynajmniej jednej z nich całkowicie 

wypełniło czas. Ponieważ Jane była kobietą zamożną, przygotowania do jej przyjęcia traktowano 

poważnie. A że Elżbieta więcej miała dobrych chęci niż umiejętności w prowadzeniu domu, nie 

obyło się bez pośpiechu i krzątaniny.

Czternastoletnia rozłąka z bliskimi sprawiła, że bracia i siostry byli  dla Emmy zupełnie 

obcy. Jednak oczekując przybycia Margaret, lękała się nie tylko jej obcości; na podstawie tego, co o 

niej słyszała, sądziła, że ma także inne powody do obaw. Obawiała się, że dzień przybycia całej 

gromadki do Stanton będzie ostatnią chwilą sielanki w rodzinnym domu.

Robert Watson pracował jako prawnik w Croydon i znakomicie radził sobie w swym fachu. 

Był zadowolony zarówno z siebie samego, jak i z faktu, że poślubił jedyną córkę mecenasa, w 

którego kancelarii terminował; panna miała sześć tysięcy funtów posagu. Pani Robertowa była nie 

mniej od męża zadowolona z wysokości tej sumy, dzięki niej posiadała bowiem teraz w Croydon 

przyzwoity dom, mogła wydawać w nim eleganckie przyjęcia i nosić piękne stroje. Jeśli chodzi o 

urodę,   nie   odznaczała   się   niczym   nadzwyczajnym,   a   jej   usposobienie   cechowały   arogancja   i 

zarozumialstwo.

W  przeciwieństwie   do  niej   Margaret  nie   była  pozbawiona  urody:   miała  wiotką,   śliczną 

figurę i sporo wdzięku, choć rysy jej twarzy były raczej zbyt mało wyraziste niż ładne. Kiedy 

jednak jej oblicze tężało z gniewu lub niepokoju, ślady jakiejkolwiek urody znikały zeń zupełnie. 

103

background image

Widząc swą siostrę po tak długiej rozłące, starała się odnosić do niej - podobnie jak do wszystkich 

obcych osób - mile i przyjaźnie. Jej pragnienie okazania siostrzanej sympatii objawiało się ani na 

chwilę nie znikającym z twarzy uśmiechem oraz powolnym cedzeniem słów.

Była tak „zachwycona, mogąc znów zobaczyć najdroższą Emmę”, że z trudem wymawiała 

każdą sylabę.

- Jestem pewna, że zostaniemy przyjaciółkami  - oświadczyła  z uczuciem, kiedy usiadły 

obok   siebie   w   salonie.   Emma   nie   wiedziała,   co   ma   odpowiedzieć.   Nie   próbowała   też   nawet 

naśladować sposobu mówienia siostry.  Pani Robertowa Watson zerkała  na nią z ciekawością i 

pełnym satysfakcji współczuciem - jej myśli od pierwszej chwili krążyły wokół utraconego przez 

dziewczynę  spadku po ciotce.  Cały czas  rozważała  też,  o ileż  lepiej  być  córką dżentelmena  z 

Croydon niźli siostrzenicą starej kobiety, która przy byle okazji gotowa jest rzucić się w ramiona 

irlandzkiego kapitana.

Robert   był   beztrosko   miły   -   jak   przystało   na   brata   i   człowieka   zamożnego.   Bardziej 

pochłaniały go dyskusje z listonoszem, pomstowanie na przesadne podnoszenie cen przez pocztę i 

przyglądanie   się   podejrzanej   półkoronówce   niż   powitanie   siostry,   która   nie   miała   już   teraz 

odziedziczyć żadnego majątku, jakim mógłby zarządzać.

- Stan waszej drogi jest po prostu haniebny, Elżbieto - powiedział. - Jeszcze gorszy niż 

dawniej. Na niebiosa! Gdybym  tu mieszkał,  zażądałbym  jej naprawienia.  Kto jest teraz u was 

mierniczym?

Państwo   Robertowie   Watson   zostawili   w   Croydon   córeczkę,   o   którą   teraz   serdecznie 

dopytywała się Elżbieta, żałując, że bratanica nie przyjechała razem z rodzicami.

- To miło z twojej strony, że o nią pytasz - odparła pani Watson. - Zapewniam cię, że ciężko 

nam było przekonać Augustę, by zechciała zostać w domu. Musiałam skłamać, że jedziemy tylko 

do kościoła i wkrótce wrócimy. Ale sama rozumiesz: nie można jej było zabrać bez niani; bardzo 

dbam o to, by zawsze miała odpowiednią opiekę.

- Słodkie maleństwo! - zawołała Margaret. - Konieczność rozstania się z nią niemal złamała 

mi serce.

- Czemu więc było ci tak spieszno, żeby od niej uciec? - odparła pani Robertowa. - Jesteś 

niegodziwym stworzeniem. Kłóciłam się o to z tobą przez całą drogę, prawda? Cóż to za wizyta! W 

głowie się nie mieści! Wiecie, jak jestem szczęśliwa, goszcząc was wszystkie w swoim domu, i 

chciałabym, żebyście zostawały u nas przynajmniej przez kilka miesięcy. Bardzo mi więc przykro - 

dodała z dowcipnym uśmiechem - że tej jesieni nie zdołaliśmy uczynić Croydon miejscem milszym 

twemu sercu.

- Ależ najdroższa Jane, nie zawstydzaj mnie swoimi kpinami. Dobrze wiesz, jaki był powód 

104

background image

mojego powrotu do domu. Oszczędź mi tych uwag, błagam. Nie potrafię odpowiadać na twoje 

dowcipne szyderstwa.

- Cóż, proszę tylko, żebyś nie nastawiała swoich sióstr przeciwko naszemu domowi. Jeśli 

nie   będziesz   się   wtrącać,   może   Emma   zechce   wrócić   razem   z   nami   i   zostać   aż   do   Bożego 

Narodzenia.

Emma zapewniła, że czuje się zaszczycona zaproszeniem.

- Zapewniam cię, że mam w Croydon bardzo miły krąg znajomych. Nie bywamy zbyt często 

na balach - uważamy,  że zbyt  wiele jest na nich zamieszania  - ale obracamy się doprawdy w 

doborowym towarzystwie. W zeszłym tygodniu ustawiłam w bawialni aż siedem stolików. Jak ci 

się podoba na wsi? Czy polubiłaś Stanton?

- Bardzo - odrzekła Emma, obmyślając wyczerpującą odpowiedź na zadane pytanie. Od 

pierwszej   chwili   poczuła,   że   bratowa   nią   pogardza.   W   istocie   zaś   pani   Robertowa   Watson 

zastanawiała się właśnie, w jakim to domu wychowywała się Emma w Shropshire, i uznała, że jej 

ciotka z pewnością nie posiadała nigdy sześciu tysięcy funtów.

-   Jakaż   ta   Emma   jest   czarująca   -   szepnęła   do   bratowej   Margaret   swym   najbardziej 

omdlewającym głosem. Jej słowa wprawiły Emmę w zakłopotanie. Jeszcze mniej spodobał się jej 

jednak ostry, tak niepodobny do poprzedniego akcent, z którym pięć minut później przybyła siostra 

zwróciła się do Elżbiety.

- Miałaś jakieś wieści od Penelopy,  odkąd udała się do Chichester? Wyobraź sobie, że 

następnego dnia napisała do mnie list. Nie sądziłam, że jest zdolna do czegoś podobnego. Myślę, że 

wróci tu jako „panna Penelopa” - tak, jak wyjechała.

Emma obawiała się, że właśnie takim głosem przemawiać będzie Margaret na co dzień, 

kiedy obecność nieznanej siostry już jej spowszednieje. Po cóż miałaby bowiem wtedy silić się na 

sztuczne sentymenty?

Wkrótce damy udały się na górę, by się przebrać do obiadu.

- Mam nadzieję, że będzie ci tu w miarę wygodnie, Jane - powiedziała Elżbieta, otwierając 

przed bratową drzwi gościnnej sypialni.

-   Ależ   kochanie,   błagam,   nie   rób   z   mojego   powodu   żadnych   ceregieli   -   odparła   pani 

Robertowa. - Należę do tych, którzy zawsze przyjmują rzeczy takimi, jakie są. Mam nadzieję, że 

potrafię   spędzić   dwie   czy   trzy   noce   w   niewielkim   pokoju,   nie   sprawiając   nikomu   kłopotu. 

Przyjeżdżając   do   was   w   odwiedziny,   zawsze   chciałam   być   traktowana   en   famille.   Mam   też 

nadzieję, że nie szykowałyście z naszego powodu żadnego wystawnego obiadu. Pamiętajcie przy 

tym, że nigdy nie jadamy kolacji.

- Przypuszczam - powiedziała Margaret do Emmy - że zamieszkamy w jednym pokoju. - 

105

background image

Tym razem mówiła wcale szybko. - Elżbieta zawsze zadba o to, by mieć pokój tylko dla siebie.

- Nie. Właśnie oddała mi połowę swojego.

-   Och!   -   zawołała   Margaret,   znacznie   bardziej   miękkim   głosem,   starając   się   sprawić 

wrażenie, jakby nic złego nie miała na myśli. - Żałuję, że ominie mnie przyjemność przebywania w 

twoim towarzystwie; szczególnie, że spędzając zbyt wiele czasu sama, robię się nerwowa.

Emma   jako   pierwsza   z   pań   zjawiła   się   ponownie   w   salonie.   Wchodząc,   spostrzegła 

siedzącego tam już samotnie brata.

- Cóż, Emmo - powiedział na jej widok - jesteś w tym domu całkiem obca. Pobyt tutaj 

wydaje ci się pewnie nierealnym snem. Niezły kawał zrobiła ci ta twoja ciotka Turner! Na niebiosa! 

Nigdy nie powinno się powierzać pieniędzy kobiecie! Zawsze twierdziłem, że powinna obdarować 

cię pewną kwotą od razu po śmierci męża.

- Ale to by oznaczało powierzenie pieniędzy mnie - roześmiała się Emma. - A ja także 

jestem kobietą.

- Można by je było zabezpieczyć na twoje przyszłe potrzeby. W ten sposób ona nie mogłaby 

już nimi dysponować. Jakiż to musiał być dla ciebie cios! Zamiast odziedziczyć osiem czy dziewięć 

tysięcy funtów, zostałaś odesłana na łono rodziny bez pensa przy duszy. Mam nadzieję, że stara 

dama boleśnie to odpokutuje.

- Nie mów o niej tak pogardliwie. Była dla mnie zawsze bardzo dobra. A jeśli dokonała 

niewłaściwego wyboru, będzie cierpieć przez to znacznie bardziej niż ja cierpię teraz.

-  Nie  chciałem  ci   zrobić  przykrości.   Ale  sama   rozumiesz:  wszyscy   sądzą,  że   jest  starą 

wariatką. Turnera uważano za nadzwyczaj rozsądnego, sprytnego człowieka, cóż więc za diabeł go 

podkusił, by w ten sposób sformułował testament?

- Nie uważam,  by zapisanie majątku ciotce pozwalało  podawać w wątpliwość rozsądek 

mego   wuja.   Była   dlań   wspaniałą   żoną.   Najbardziej   liberalne   i   oświecone   umysły   zawsze   są 

najbardziej łatwowierne. Ale dzięki temu dowodowi oddania dla ciotki pamięć mego wuja jest mi 

tym droższa.

-   Dziwne   rzeczy   wygadujesz!   Mógł   przecież   należycie   zabezpieczyć   wdowę,   nie 

zostawiając na jej łasce wszystkiego, co posiadał. Jakąś część mógł z tego wykluczyć!

- Ciotka mogła pobłądzić - odparła łagodnie Emma - i bez wątpienia popełniła błąd, ale 

postępowanie wuja było bez zarzutu. Jestem przecież jej, a nie jego siostrzenicą, to jej pozostawił 

więc prawo i przyjemność obdarowania mnie pieniędzmi.

- Niestety, scedowała tę przyjemność na twego ojca, a on nie jest w stanie sprostać temu 

zadaniu. Krótko mówiąc: trzymając cię tak długo z dala od rodziny, zniszczyła między tobą a nami 

wszystkie naturalne uczucia, a potem - wychowawszy cię, jak sądzę, w dostatku i zbytku - odesłała 

106

background image

tutaj bez pensa przy duszy.

- Dobrze wiesz - odparła Emma, z trudem hamując łzy - jak zły był stan zdrowia mego wuja. 

Był   o   wiele   bardziej   inwalidą   niż   nasz   ojciec.   Nie   mógł   nawet   opuszczać   domu.   Ciotka 

pielęgnowała go z wielkim poświęceniem...

- Nie chciałem doprowadzać cię do łez - powiedział łagodnie Robert. - Byłem przed chwilą 

w pokoju ojca - dodał po chwili milczenia, wyraźnie chcąc zmienić temat. - Wygląda na bardzo 

zobojętniałego.  To będzie  straszne, kiedy umrze.  Szkoda, że  żadna z  was nie  wyszła  za mąż! 

Musisz przyjechać do Croydon - tak samo, jak twoje siostry. Zobaczymy, co da się zrobić. Sądzę, 

że gdyby Margaret miała z tysiąc albo półtora tysiąca funtów posagu, znalazłby się jakiś młody 

człowiek, któremu wpadłaby w oko...

Emma  ucieszyła  się, kiedy nareszcie  dołączyli  do nich inni. Lepiej  już było  patrzeć  na 

wystrojoną   bratową   niż   słuchać   Roberta,   którego   słowa   w   równym   stopniu   zasmucały   ją,   co 

irytowały. Pani Robertowa, ubrana równie wytwornie jak w chwili przyjazdu, weszła do bawialni, 

przepraszając za swój strój.

- Nie chciałam, żebyście na mnie czekali, włożyłam więc pierwszą suknię, jaka wpadła mi w 

ręce. Obawiam się, że nie wyglądam w niej zbyt zgrabnie. Drogi panie Watson - zwróciła się do 

męża - nie przypudrowałeś na nowo włosów!

- Nie. I co więcej: nie mam zamiaru tego robić. Sądzę, że jak na potrzeby mojej żony i 

sióstr, mam na włosach aż nadto pudru.

-   Mimo   wszystko   uważam,   że   skoro   jesteśmy   w   gościnie,   powinieneś   przebrać   się   do 

obiadu, pomimo że w domu nigdy tego nie robisz.

- Nonsens.

- Dziwne, że nie lubisz postępować tak jak inni dżentelmeni. Pan Marshall i pan Hemmings 

codziennie przebierają się do obiadu. I po cóż kupiłam ci ostatnio nowy frak, skoro i tak go nie 

nosisz?

- Zajmij się, pani, własnymi strojami i zostaw mnie w spokoju! - zażądał Robert.

Chcąc   położyć   kres   tej   kłótni   i   ułagodzić   wyraźnie   zirytowana   bratową,   Emma   (choć 

wypowiadanie podobnych banałów nie przychodziło jej łatwo) zaczęła podziwiać jej suknię. Jane 

przyjęła to z wielkim zadowoleniem.

-   Podoba   ci   się?   Ogromnie   mnie   to   cieszy.   Nadzwyczaj   przypadła   mi   do   gustu,   choć 

chwilami myślę, że wzór jest może nieco za duży. Ta, którą założę jutro, spodoba ci się pewnie 

jeszcze bardziej. A czy widziałaś już tę, którą ofiarowałam Margaret?

Podano obiad, w czasie którego pani Robertowa - poza chwilami, kiedy ponurym wzrokiem 

obrzucała głowę męża - zachowywała się wesoło i swobodnie. Zganiła Elżbietę za rozrzutność, z 

107

background image

jaką   przygotowała   obiad,   i   zdecydowanie   zaprotestowała   przeciwko   pieczonemu   indykowi, 

będącemu jedynym odstępstwem od zasady jemy to, co zwykle”.

- Ależ moja droga - odparła Elżbieta - indyk jest już upieczony, można go więc równie 

dobrze podać, jak pozostawić w kuchni. Prócz tego mam nadzieję, że jeśli mój ojciec zobaczy go na 

talerzu, skusi się i zje kawałek. To jego ulubione danie.

- A więc podaj go, moja droga, lecz zapewniam cię, że ja nie tknę ani kawałka.

Pan Watson nie czuł się na tyle dobrze, by dołączyć do towarzystwa w czasie obiadu, zszedł 

jednak na dół, ażeby wypić z gośćmi herbatę.

- Mam nadzieję, że uda nam się wieczorem zagrać w karty - powiedziała Elżbieta do pani 

Robertowej, dopilnowawszy, by ojca usadowiono wygodnie w jego fotelu.

- Na mnie nie licz, moja droga, bardzo cię proszę. Wiesz, że żaden ze mnie gracz. Myślę, że 

miła pogawędka będzie o wiele lepsza. Zawsze powtarzam, że karty to czasami niezła rzecz, żeby 

przełamać pierwsze lody, ale wśród przyjaciół nikt ich nie potrzebuje.

- Myślałam o grze, bo rozerwałaby ona ojca - odrzekła Elżbieta - chyba że tobie by to nie 

odpowiadało. Ojciec powiada, że nie ma już głowy do wista, ale być może, jeśli zasiądziemy do 

gry, zmieni zdanie i do nas dołączy.

- Ależ nie mam nic przeciwko temu! Jestem do twoich usług. Tylko nie zmuszaj mnie, bym 

to ja wybierała grę. Mariasz jest jedyną grą, w którą gra się obecnie w Croydon, ale oczywiście,  

mogę zagrać w cokolwiek. Skoro na ogół tylko wy dwie jesteście w domu, z pewnością nie wiecie 

już, co począć, żeby rozweselić ojca. Dlaczego jednak nie namówicie go, żeby zagrał w cribbage? 

Obie z Margaret grałyśmy w to niemal co wieczór, o ile tylko nie wychodziłyśmy z wizytą.

W tym momencie z oddali dał się słyszeć cichy turkot nadjeżdżającego powozu. Stopniowo 

odgłos stawał się coraz wyraźniejszy - bez wątpienia pojazd zbliżał się do ich domu. Był to w 

Stanton dźwięk niezwykle rzadki o każdej porze dnia, ponieważ wieś leżała z dala od głównych 

traktów i prócz pastorostwa nie mieszkały w niej żadne dobrze urodzone rodziny. Dwie minuty 

później zagadka się wyjaśniła: koła powozu bez wątpienia zatrzymały się przy ogrodowej furtce.

- Kto to może być? To z pewnością kareta pocztowa. Któż jednak mógł nią przyjechać? 

Jedyną osobą, jaka przychodzi mi na myśl, jest Penelopa. Może niespodziewanie nadarzyła się jej 

okazja, żeby wrócić?

Przez chwilę wszyscy czekali w napięciu wsłuchani w odgłos kroków, które dały się słyszeć 

najpierw na wybrukowanej ścieżce, wiodącej do drzwi wejściowych, a potem w holu. Były to kroki 

mężczyzny, nie mogły zatem należeć do Penelopy. W takim razie musiał to być Samuel.

Drzwi się otworzyły i w progu stanął Tom Musgrave w podróżnym stroju. Był w Londynie i 

właśnie wracał do miasta, zboczył więc o pół mili z drogi, by na dziesięć minut zajrzeć do Stanton. 

108

background image

Uwielbiał robić niespodzianki, składając niespodziewane wizyty o zupełnie niezwykłych porach. W 

chwili obecnej zaś miał dodatkowy powód do odwiedzin: mógł zawiadomić panny Watson, które 

miał  nadzieję zastać  siedzące w milczeniu  przy herbacie,  że śpieszy do domu  na obiad, który 

zostanie podany o ósmej.

Tym razem i jego czekała niespodzianka, nie wprowadzono go bowiem jak zwykle do małej 

bawialni, lecz otwarto przed nim o stopę szersze skrzydła drzwi dużego salonu, gdzie ujrzał osoby, 

w których nie od razu rozpoznał zajmujących honorowe miejsca przy kominku państwa Watsonów 

z   Croydon.   Panna   Elżbieta   ulokowała   ich   przy   eleganckim   stoliku   pembroke,   na   którym   stała 

najlepsza zastawa do herbaty. Gość zatrzymał się na chwilę w progu, oniemiały ze zdziwienia.

- Musgrave! - zawołała ciepło Margaret.

Młodzieniec   opanował   się   błyskawicznie   i   wszedł   do   środka,   zachwycony   widokiem 

przyjaciół. Błogosławił szczęśliwy traf, który pozwolił na tak nieoczekiwane spotkanie. Uścisnął 

dłoń Robertowi i z uśmiechem skłonił się damom - wszystko to czyniąc z nie lada wdziękiem. Co 

się jednak tyczyło jego rzekomych głębszych uczuć wobec Margaret, Emma, która uważnie go 

obserwowała, niczego takiego nie spostrzegła. Niemniej nic też nie przeczyło opinii Elżbiety, że 

skromne uśmiechy Margaret świadczą, iż to siebie uważa ona za powód tej wizyty.  Bez trudu 

namówiono gościa, by zdjął płaszcz i napił się herbaty.

-   Nie   ma   większego   znaczenia,   czy   zjem   obiad   o   ósmej,   czy   o   dziewiątej   -   oznajmił, 

odruchowo siadając na krześle obok Margaret, które ta przemyślnie mu wskazała. Uchroniła go 

wprawdzie w ten sposób od rozmowy z pozostałymi siostrami, ale nie zapobiegła indagacjom ze 

strony brata.  Zważywszy,  że gość przybył  prosto z Londynu,  opuścił  bowiem stolicę  zaledwie 

cztery godziny wcześniej, musiał zdać relację z ostatnich w nim wydarzeń, zanim Robert pozwolił 

mu odpowiedzieć na nie mniej istotne, choć nie dotyczące spraw publicznych  pytania dam. W 

końcu   Musgrave   usłyszał   także   omdlewający   głos   Margaret,   która   wyrażała   obawę,   że   ma   on 

jeszcze przed sobą tak długą i niebezpieczną podróż w chłodzie i ciemnościach.

- Zrobiłby pan lepiej, nie wypuszczając się w drogę o tak późnej porze - zauważyła.

- Nie mogłem wcześniej. Przyjaciel zatrzymał mnie na pogawędkę. Zresztą, dla mnie każda 

pora jest dobra. Kiedyż to wróciła pani na wieś, panno Margaret? - zapytał, zmieniając temat.

- Przyjechałam dopiero dziś rano, razem z bratem i jego żoną. To niezwykłe, nie sądzi pan?

- Długo pani nie było, prawda? Chyba ze dwa tygodnie?

- Może dla pana dwa tygodnie to długo, panie Musgrave - roześmiała się pani Robertowa - 

ale dla nas i miesiąc było za mało. Zapewniam pana, że wbrew własnej woli przywieźliśmy ją tu po 

tak krótkim czasie.

- Miesiąc! Nie było pani cały miesiąc! To zdumiewające, jak ten czas szybko leci...

109

background image

- Może pan sobie wyobrazić - powiedziała Margaret łagodnym  szeptem - jak się czuję, 

znalazłszy   się   na   powrót   w   Stanton.   Niewdzięczny   ze   mnie   gość.   Ale   tak   gorąco   pragnęłam 

zobaczyć Emmę. Bałam się tego spotkania, a jednocześnie za nim tęskniłam. Rozumie pan moje 

uczucia?

- Ani trochę! - zawołał głośno młodzieniec. - Sam nigdy bowiem nie lękałem się spotkań z 

panną Emmą Watson - ani żadną z jej sióstr.

Całe szczęście, że dodał na końcu te słowa!

- Czy mówił pan do mnie? - zapytała Emma, słysząc swoje imię.

- Nie. Ale myślałem o pani. Tak, jak czyni to wiele innych osób, znajdujących się teraz 

daleko stąd. Piękna pogoda jak na otwarcie sezonu łowieckiego, prawda panno Emmo? - dodał, 

pozornie zmieniając temat. - Urocza pora na polowanie!

- Emma jest zachwycająca, nieprawdaż? - szepnęła Margaret. - Przeszła moje najśmielsze 

oczekiwania.   Czy   widział   pan   kiedykolwiek   piękniejszą   dziewczynę?   Myślę,   że   nawet   pan 

przekona się dzięki niej do ciemnej karnacji.

Musgrave zawahał się. Sama Margaret miała cerę jasną i choć Tom nie zamierzał prawić jej 

komplementów, pamiętał, że panna Osborne i panna Carr także mają jasne karnacje - a obie tego 

dnia zawładnęły jego myślami.

- Pani siostra jest tak piękna, jak tylko może być dziewczyna o smagłej cerze - powiedział w 

końcu - ja sam jednakże wolę cerę jasną. Czy widziała pani pannę Osborne? Oto mój ideał kobiecej 

urody - a ona ma płeć jasną jak alabaster.

- Jaśniejszą ode mnie? Tom nie odpowiedział.

- Klnę się na mój honor, drogie panie - rzekł za to, spoglądając po sobie - że jestem waszym 

wielkim dłużnikiem, skoro przyjęłyście mnie w swoim salonie w takim deshabille. Nie przyszło mi 

do głowy, jak dalece nie będę tutaj pasował, inaczej z pewnością trzymałbym  się z daleka od 

waszego domu. Gdyby lady Osborne zobaczyła mnie tu w tym stroju, powiedziałaby, że jestem 

równie lekkomyślny, jak jej syn.

Damy pośpieszyły z grzecznymi zaprzeczeniami, a Robert Watson, zerknąwszy na swoje 

odbicie w wiszącym vis-à-vis lustrze, uprzejmie przemówił do gościa w te słowa:

- Nie może być pan bardziej w déshabilleé niż ja sam. Przybyliśmy tutaj tak późno, że nie 

miałem nawet czasu nałożyć na włosy świeżego pudru.

Emma zastanawiała się, co musi czuć w owej chwili jej bratowa.

Kiedy  sprzątnięto  zastawę  do  herbaty,   Tom   jął   przebąkiwać   coś  o  swoim   powozie,  ale 

właśnie wniesiono stary stolik do gry,  panna Watson zaś wyjęła  względnie  świeżą talię  kart  i 

żetony. Chórem tedy zaczęto zapraszać go do gry i w końcu zgodził się przedłużyć wizytę o kolejny 

110

background image

kwadrans.   Nawet   Emma   ucieszyła   się,   że   pozostał,   poczuła   bowiem,   że   rodzinne   grono   jest 

najgorszym   towarzystwem,   jakie   tylko   można   sobie   wyobrazić.   Reszta   zebranych   także   była 

oczywiście zachwycona.

- W co zamierzacie państwo grać? - zapytał Musgrave, gdy wszyscy stłoczyli się już wokół 

stolika.

- Myślę, że w mariasza - odrzekła Elżbieta. - Moja bratowa polecała tę grę, a i my wszyscy, 

jak sądzę, ją lubimy. Wiem też, że i panu, Tom, się ona podoba.

- To jedyna gra, jakiej oddają się teraz wszyscy w Croydon - oświadczyła pani Robertowa. - 

Nigdy nie przychodzi nam do głowy grać w coś innego. Cieszę się więc, słysząc, że to także wasza 

ulubiona gra.

- Och, jeśli chodzi o mnie, cokolwiek wybierzecie, będzie moją ulubioną grą. Spędziłem w 

swoim czasie parę miłych godzin przy grze w mariasza, ale już od dawna nie oddawałem się tej 

rozrywce.   W   zamku   Osborne’ów   nie   grywamy   ostatnio   w   nic   innego   niż   oczko.   Bylibyście 

zdumieni słysząc, ile przy tym robimy hałasu. Ten stary, piękny, przestronny salon znowu tętni 

życiem, choć lady Osborne twierdzi czasem, że nie słyszy własnych myśli. Lord Osborne wprost 

przepada za grą - ze wszystkich znajomych mi osób to on właśnie najlepiej rozdaje karty. Robi to 

tak szybko i zręcznie! Nie pozwala też nikomu zbyt długo rozmyślać nad kolejnymi posunięciami. 

Żałuję, że nie widzieliście go przy grze - przechodzi po prostu sam siebie. To widok jedyny w 

swoim rodzaju!

- Czemu więc, moi drodzy, i my nie mielibyśmy zagrać w oczko? - zawołała Margaret. - 

Myślę, że to o wiele lepsza gra. Nie mogę powiedzieć, bym była wielką miłośniczką mariasza.

Pani   Robertowa   nie   powiedziała   już   ani   słowa   w   obronie   swej   poprzedniej   propozycji. 

Została całkowicie pokonana, gdyż moda panująca w Croydon nie mogła się oczywiście równać 

obyczajom przyjętym na zamku Osborne’ów.

- Czy widział się pan na zamku z rodziną pastora, panie Musgrave? - zapytała Emma, kiedy 

młodzieniec tasował karty.

- Ależ tak! Prawie zawsze tam są. Pani Blake to bardzo miła, dobroduszna kobieta, jesteśmy 

oddanymi   przyjaciółmi.   A   Howard   to   prawdziwy   dżentelmen.   Cała   rodzina   o   pani   pamięta, 

zapewniam. Ciekaw jestem, czy w sobotę około dziewiątej czy dziesiątej wieczorem nie płonęły 

pani policzki? Rozmawialiśmy wtedy o pani. Opowiem pani, jak to było, bo widzę, że umiera pani 

z ciekawości. Howard powiedział lordowi Osborne’owi, że...

Niestety w najciekawszym momencie pozostali gracze zażądali od Toma, by rozpoczął grę, i 

tak zaprzątnęli jego uwagę, że nie wrócił już do poprzedniego tematu. Emma zaś, choć płonęła z 

ciekawości, nie ośmieliła się poprosić o dokończenie opowieści.

111

background image

Tom Musgrave wprowadził miłe urozmaicenie; bez niego gra w rodzinnym tylko gronie 

byłaby o wiele mniej interesująca. I być może jej uczestnicy mniej uprzejmie by się do siebie 

odnosili, podczas gdy obecność gościa pozwoliła zachować miłą atmosferę. Tom zaiste stworzony 

był   do  tego,  by błyszczeć  w  towarzystwie.   W  kartach  też  dopisywało  mu   szczęście.   Po  kilku 

rozdaniach zdawał się mieć już sporą przewagę nad innymi. Grał z rozmachem, miał przy tym 

wiele do opowiadania - i choć sam nie był dowcipny, potrafił wykorzystywać żarty nieobecnych 

przyjaciół. Miał rzadki dar wypowiadania frazesów lub zupełnie błahych uwag tak, że poprawiały 

one atmosferę przy karcianym stoliku. Jego zwykłe swobodne zachowanie wzbogacone zostało o 

wesołe   żarty   zapamiętane   z   zamku   Osborne’ów.   Powtarzał   anegdoty,   powiedzonka   dam, 

pobłażliwie wskazywał innym ich przeoczenia, naśladując styl gry lorda Osborne’a.

Zegar wybił dziewiątą, a on wciąż jeszcze siedział przy karcianym stoliku. Dopiero gdy 

Nanny weszła do salonu z miseczką kleiku dla gospodarza, zwrócił się do pana Watsona, mówiąc, 

że   powinien   już   opuścić   gościnne   progi   jego   domu   i   pozwolić   mu   spokojnie   zjeść   kolację   - 

szczególnie, jeśli chciał zdążyć na posiłek do własnego domu. Powóz podjechał pod drzwi i Tom 

nie  miał  już żadnego pretekstu,  by zostać  dłużej. Zwłaszcza  że  gdyby  został,  nie dalej  niż za 

dziesięć minut posadzono by go do kolacji. A to dla człowieka, który marzył, by jego najbliższy 

posiłek był solidnym obiadem, stanowiło myśl nie do zniesienia.

Widząc,   że   Musgrave   nieodwołalnie   postanowił   odjechać,   Margaret   zaczęła   mrugać   do 

najstarszej   siostry,   by  ta   zaprosiła   go  na   obiad   następnego   dnia.   Nie   potrafiąc   oprzeć   się   tym 

znakom   oraz   powodowana   własną   gościnnością   i   towarzyskim   usposobieniem,   Elżbieta   uległa 

prośbom siostry.

- Będziemy szczęśliwi, jeśli jutro zechce pan znowu spotkać się z Robertem - powiedziała.

- Z największą przyjemnością - odparł odruchowo Tom i dopiero po chwili dodał: - O ile 

oczywiście będę o tej porze wolny. Poluję w towarzystwie lady Osborne, toteż nie mogę obiecać, że 

na pewno się pojawię. Nie przejmujcie się mną, panie, jeśli nie przybędę.

Złożywszy tę deklarację, odjechał, zachwycony niepewnością, w jakiej pozostawił swoich 

przyjaciół.

Margaret,   uradowana   okolicznościami,   które   uznała   za   niezwykle   sprzyjające,   już 

następnego ranka zapragnęła uczynić z Emmy swoją powiernicę. Posunęła się wręcz do tego, by - 

gdy tylko na krótko zostały same - powiedzieć:

- Jeśli chodzi o tego młodego człowieka, który był tu wczoraj wieczorem i wróci dzisiaj, to 

jest on mną, droga siostro, bardziej zainteresowany niż sądzisz.

Emma udawała, że nie widzi w jej słowach niczego niezwykłego. Udzieliła jakiejś niedbałej 

odpowiedzi i zmieniła temat, który wydawał się jej wstrętny.

112

background image

Ponieważ Margaret nie dopuszczała ewentualności, że Tom może nie przyjechać, z myślą o 

jego   przybyciu   podjęto   jeszcze   większe   przygotowania   niż   poprzedniego   dnia.   Przejąwszy 

całkowicie  od  siostry kuchenne   obowiązki,  spędziła   pół poranka  doglądając   garnków, wydając 

polecenia i zrzędząc. Po długim, niezbyt udanym gotowaniu i pełnym niepokoju oczekiwaniu trzeba 

było   jednakże   zasiąść   do   stołu   bez   gościa.   Tom   Musgrave   nie   przyjechał,   a   jego   rzekoma 

oblubienica nie zadała sobie nawet trudu, by ukryć złość i rozczarowanie lub stłumić rozdrażnienie.

Przez resztę wieczoru i cały dzień następny, kiedy Robert i Jane wciąż jeszcze gościli w 

Stanton, spokój w domu zakłócało niezadowolenie i kłótliwy nastrój Margaret. Ofiarą jej złego 

humoru  padała zwykle  Elżbieta.  Na razie  Margaret  na tyle  jeszcze  liczyła  się z opinią brata i 

bratowej, by przynajmniej wobec nich zachowywać się przyzwoicie, ale już najstarsza siostra i 

służąca niczego, jej zdaniem, nie robiły dobrze. Jeśli chodzi o Emmę, także uznała, że nie warto 

dłużej wysilać się dla niej na łagodny głos.

Starając   się   przebywać   wśród   domowników   tak   mało,   jak   to   tylko   możliwe,   Emma   z 

radością powitała możliwość przesiadywania na górze w pokoju ojca i postanowiła, że będzie mu 

tam towarzyszyć każdego wieczoru. Elżbieta natomiast zbyt lubiła wszelkie towarzystwo, by nad 

chwile spędzone tylko z ojcem, który czasem nie mógł znieść żadnej rozmowy, nie przekładać 

siedzenia na dole i konwersowania z Jane o Croydon - nawet mimo przykrych uwag Margaret. 

Chętnie scedowała więc na Emmę obowiązek dotrzymywania ojcu towarzystwa, szczególnie że 

siostra przekonywała ją, iż nie jest to z jej strony żadne poświęcenie. I rzeczywiście: taka zmiana 

była dla niej nie tylko do przyjęcia, ale wręcz ogromnie ją cieszyła. W czasie nawrotu choroby 

ojciec nie potrzebował niczego więcej prócz ciszy i spokoju, jednak będąc człowiekiem mądrym i 

wykształconym, kiedy tylko czuł się lepiej, lubił rozmowę i towarzystwo.

W jego sypialni Emma odpoczywała od upokarzających myśli o nierówności społecznej i 

rodzinnych   kłótniach.   Uciekała   tam   przed   ciągłymi   rozmowami   o   pieniądzach,   nikczemną 

próżnością   i   przewrotnymi   kaprysami,   wynikającymi   z   pożałowania   godnych   skłonności. 

Obcowanie z tym wszystkim sprawiało jej ból; i to zarówno wtedy, gdy o tych rzeczach myślała, 

jak i wówczas, gdy ich doświadczała, w pokoju ojca jednak przestawały ją one dręczyć; miała dużo 

wolnego czasu, mogła czytać i rozmyślać - choć w jej sytuacji trudno było o niosącą ukojenie 

refleksję. Zło, które pojawiło  się w jej życiu  wraz ze śmiercią  wuja, nie przeminęło  i nic nie 

wskazywało   na   to,   że   wyrządzona   jej   krzywda   zostanie   naprawiona.   Wciąż   odruchowo 

porównywała  przeszłość  z  teraźniejszością,   toteż   z  przyjemnością   sięgała   po  książkę,   by  zająć 

czymś umysł i odpędzić smutek.

Zmiana środowiska i stylu życia, jaką pociągnęła za sobą śmierć jednego z opiekunów i 

niesprawiedliwy   postępek   drugiego,   istotnie   była   dla   dziewczyny   wstrząsem.   Przez   wiele   lat 

113

background image

utwierdzano ją w przekonaniu, że jest wielką nadzieją i oczkiem w głowie swego wuja, który z 

rodzicielską troską formował jej umysł. Nie brakowało jej także czułości ze strony ciotki, osoby o 

miłym   usposobieniu   i   dużej   wyrozumiałości.   Wujostwo   uważali,   że   jej   obecność   ożywia   ich 

elegancki i wygodny dom. Spodziewano się, że odziedziczy ich majątek, stając się tym samym 

materialnie niezależną. A teraz nikt już się z nią nie liczył. Stała się ciężarem dla rodziny, ze strony 

której nie mogła się spodziewać żadnych uczuć. Wróciła do i tak już ciasnego domu, w otoczenie 

ludzi, których umysłowo przewyższała. Nie miała szans na spokój i wygodę ani nadziei na lepszą 

przyszłość. Dobrze, że z natury była pogodna, bo zmiana, jaka nastąpiła w jej życiu, mogłaby 

wtrącić słabszy niż jej umysł w otchłań rozpaczy. Robert i Jane bardzo nalegali, by wróciła wraz z 

nimi  do Croydon,  i  trudno im  się było  pogodzić  z jej  odmową.  Byli  zbyt  urzeczeni  własnym 

powodzeniem i gościnnością, żeby dostrzec, iż innym ich propozycja może wcale nie sprawiać 

przyjemności. Elżbieta broniła decyzji siostry, choć bez wątpienia czyniła to wbrew sobie, po cichu 

zachęcając Emmę do przyjęcia zaproszenia.

- Nie wiesz, co tracisz - powtarzała - ani co będziesz musiała znosić w domu. Z całego serca 

namawiam cię, żebyś pojechała. W Croydon zawsze coś się dzieje. Prawie codziennie będziesz 

gdzieś zapraszana, a Robert i Jane będą dla ciebie bardzo mili. Jeśli zaś chodzi o mnie, to po twoim 

wyjeździe  nie będzie  tu  mi  gorzej  niż  było,  zanim zawitałaś  w nasze  progi. Ty natomiast  nie 

przywykłaś do przykrego zachowania biednej Margaret i jeśli zostaniesz w domu, szybciej niż 

myślisz zacznie cię ono irytować.

Argumenty siostry nie zdołały wszelako wpłynąć na decyzję Emmy - pomimo że darzyła 

Elżbietę ogromnym szacunkiem - i goście, chcąc nie chcąc, musieli odjechać bez niej.

Pokazując rękopis niektórym ze swych bratanic, siostra autorki, Cassandra, opowiedziała im 

jednocześnie, jak miała się dalej potoczyć akcja nie dokończonej powieści. Cassandra była chyba 

jedyną osobą, z którą Jane swobodnie rozmawiała o tym, co właśnie pisała. Pan Watson wkrótce 

umarł, Emma zaś zamieszkała w domu swych braterstwa, ludzi o ciasnych umysłach. Odrzuciła też 

oświadczyny lorda Osborne’a. Najbardziej interesującym wątkiem powieści miała być miłość lady 

Osborne   do   Howarda   oraz   odwzajemnione   uczucie   tego   ostatniego   do   Emmy,   którą   w   końcu 

poślubił.

114

background image

JANE AUSTEN

Sanditon

115

background image

ROZDZIAŁ I

Powóz dżentelmena i damy - którzy podróżując z Tonbridge ku części wybrzeża Sussex, 

położonej   między   Hastings   a   Eastbourne,   gnani   interesami   porzucili   główny   trakt   i   podążyli 

wyjątkowo nierówną drogą - przewrócił się w czasie mozolnej wspinaczki po na wpół kamienistym, 

a na wpół piaszczystym zboczu wzniesienia. Wypadek zdarzył się nieopodal zabudowań jedynego 

mieszkającego w tej okolicy dżentelmena; poproszony o skręcenie w tym kierunku stangret uznał 

nawet początkowo jego dom za cel podróży i z wyraźną niechęcią usłuchał polecenia, żeby go 

ominąć. Gderał przy tym tak bardzo i tak silnie szarpał lejce oraz zacinał konie, że (gdyby nie to, iż 

droga zaraz za domem bezsprzecznie stała się o wiele gorsza niż dotąd) można by mniemać, iż 

wywrócił powóz celowo - zwłaszcza że nie należał on wcale do jego chlebodawcy. Stangret był 

wszelako   poza   wszelkimi   podejrzeniami,   gdyż   już   wcześniej   wyraził   rozumne   i   złowieszcze 

przekonanie, iż żadne koła - poza kołami chłopskiej furmanki - nie wytrzymają dalszej podróży tym 

szlakiem. Upadek złagodziła na szczęście nieznaczna prędkość i niewielka szerokość drogi, toteż, 

kiedy dżentelmen wydostał się z powozu i pomógł także opuścić go swej towarzyszce, okazało się, 

że   poza   wstrząsem   i   siniakami   żadne   z   nich   nie   doznało   poważniejszych   obrażeń.   Mimo   to 

wysiadając,   dżentelmen   zwichnął   nogę   -   z   czego,   za   sprawą   bólu,   szybko   zdał   sobie   sprawę. 

Zmuszony przerwać zarówno besztanie stangreta, jak i składanie gratulacji sobie i żonie, usiadł na 

skraju drogi.

- Coś jest nie w porządku - powiedział, dotykając kostki. - Ale nie martw się, moja droga - 

dodał, patrząc z uśmiechem na żonę. - Wiesz sama, że nie mogło się to stać w lepszym miejscu. Nie 

ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kto wie, czy tego właśnie nie powinniśmy byli sobie 

życzyć. Wkrótce przestanę cierpieć. Wierzę, że tu właśnie czeka mnie ozdrowienie - oświadczył, 

wskazując biednie wyglądającą chatę, romantycznie skrytą wśród drzew porastających pobliskie 

wzgórze. - Czy nie masz wrażenia, że to jest właśnie to miejsce?

Jego   żona   gorąco   pragnęła,   by   tak   właśnie   było   -   ale   mimo   to   stała   przelękniona   i 

niespokojna, niezdolna do działania. Ulgi doznała dopiero na widok zbliżających się ludzi.

Wypadek został dostrzeżony z rozciągającej się nieopodal łąki, skąd teraz szło ku nim kilku 

krzepkich mężczyzn w średnim wieku. Byli to: właściciel okolicznych pól, który akurat znalazł się 

wśród swoich robotników, oraz trzech czy czterech najsilniejszych kosiarzy, wezwanych przezeń na 

pomoc. Nieco dalej zebrała się reszta pracujących w polu żniwiarzy: kobiety, mężczyźni i dzieci.

Pan Heywood, bo tak nazywał się gospodarz, pospieszył  z uprzejmym  powitaniem. Był 

przejęty wypadkiem i zdumiony, że ktoś w ogóle próbował przebyć tę drogę powozem; natychmiast 

też   ofiarował   się   z   pomocą.   Jego   uprzejmość   została   przyjęta   z   wdzięcznością,   a   kiedy   dwaj 

116

background image

mężczyźni pomogli stangretowi na nowo postawić powóz na kołach, podróżny rzekł:

- Mam doprawdy u pana wielki dług, sir, i proszę wybaczyć, że chciałbym zaciągnąć jeszcze 

większy.   Obrażenie,   jakiego   doznała   moja   noga,   jest   bez   wątpienia   błahostką,   ale   w   takich 

wypadkach lepiej zawsze zasięgnąć porady lekarza. A ponieważ stan drogi uniemożliwia mi udanie 

się   do   jego   domu   o   własnych   siłach,   wdzięczny   będę,   jeśli   bezzwłocznie   pośle   pan   po   niego 

jednego ze swych ludzi.

- Po lekarza? - zawahał się pan Heywood. - Obawiam się, że nie mamy pod ręką nikogo 

takiego. Ale, śmiem twierdzić, świetnie poradzimy sobie i bez niego.

- Nie, sir. Skoro on sam nie mieszka nigdzie w pobliżu, z powodzeniem zastąpi go zwykły 

felczer. Może nawet będzie lepszy. Naprawdę wolę zobaczyć się z felczerem. Jestem pewien, że 

któryś z tych dobrych ludzi będzie w stanie sprowadzić go tu w ciągu trzech minut. Nie muszę 

pytać, czyj to dom - dodał, zerkając na pobliską chatę - bo poza pańską posesją nie mijaliśmy 

żadnej rezydencji godnej dżentelmena.

Na twarzy pana Heywooda odmalowało się zdumienie.

- A to dopiero! - wykrzyknął. - Spodziewa się pan znaleźć medyka w tej chałupie?

Zapewniam pana, że nigdy w naszej parafii nie mieszkał żaden lekarz ani felczer...

-   Pan   wybaczy   -   przerwał   mu   podróżny   -   ale   muszę   zanegować.   Być   może   zresztą,   z 

powodu rozległości parafii lub jakichś innych przyczyn, nie wie pan, że... Ale, ale... może to ja się 

pomyliłem, co do miejsca? Czy to jest Willingden?

- Tak, sir, to z pewnością jest Willingden.

- W takim razie, sir, udowodnię, że macie w swojej parafii lekarza - niezależnie od tego, czy 

pan o tym wie, czy nie. Proszę, by wyświadczył mi pan zaszczyt - dodał, wyciągając swój pugilares 

- i zerknął na te notatki. Wyciąłem je osobiście z „Morning Post” i „Kentish Gazette” nie dalej niż 

wczoraj rano w Londynie. Upewni się pan, że nie zmyślam, i przy okazji dowie, że lekarze w 

pańskiej parafii zaniechali ze sobą współpracy, bo wysokie zyski i ogromne doświadczenie tych 

panów skłoniły ich do samodzielnej praktyki. Wszystko to wyczerpująco tu opisano - zapewnił, 

podając rozmówcy dwa prostokątne wycinki.

- Zapewniam pana, sir - odrzekł z dobrodusznym  uśmiechem pan Heywood - że nawet 

gdyby pokazał mi pan wszystkie gazety wydrukowane przez ostatni tydzień w całym królestwie, nie 

przekona mnie pan, iż w Willingden jest jakiś lekarz. Sądzę bowiem, że żyjąc tutaj od urodzenia, a 

to   znaczy   przez   pięćdziesiąt   siedem   lat,   musiałbym   wiedzieć   o   istnieniu   kogoś   takiego.   A 

przynajmniej mogę pana zapewnić, że żaden lekarz nie ma u nas wysokich zysków. Wprawdzie, 

gdyby dżentelmeni częściej próbowali jeździć tędy pocztowymi karetami, zamieszkanie w domu na 

wzgórzu mogłoby być dla lekarza całkiem niezłym interesem, na razie jednak, proszę mi wierzyć, 

117

background image

że   wbrew   przyzwoitemu   wrażeniu,   które   ta   chata   robi   z   daleka,   nie   różni   się   ona   niczym   od 

dwuizbowych chałup, jakich pełno w naszej parafii. Jedną jej izbę zajmuje mój pastuch, w drugiej 

mieszkają trzy stare kobiety. - To mówiąc sięgnął po gazetowe wycinki i rzuciwszy na nie okiem 

dodał: - Chyba mogę wyjaśnić to, co tu napisano, sir. Pomylił pan miejsce. W naszym hrabstwie są 

dwie miejscowości o nazwie Willingden - i pańskie notatki dotyczą tej drugiej. Właściwie zwie się 

ona Great Willingden lub Willingden Abbots i leży siedem mil dalej, po drugiej stronie Battle - 

całkiem w dole, w Weald, a my, sir, nie jesteśmy w Weald - dodał z niejaką dumą w głosie.

- A w żadnym wypadku nie w dole - odrzekł wesoło podróżny. - Wspinaczka na pańskie 

wzgórze zajęła nam blisko pół godziny. No cóż, jak pan zauważył, popełniłem okropnie głupią 

pomyłkę. Wszystko stało się tak szybko... Te artykuły wpadły mi w oko dopiero na pół godziny 

przed opuszczeniem miasta, kiedy zaś wokół panuje pośpiech i zamieszanie, niczego nie można się 

porządnie dowiedzieć. Myśli się tylko o powozie, który podjechał pod drzwi.

Krótkie poszukiwania na mapie całkowicie mnie przy tym usatysfakcjonowały: okazało się, 

że jesteśmy akurat o milę lub dwie od Willingden. Nie szukałem więc dłużej... Tak mi przykro, 

moja   droga   -   zwrócił   się   do   żony   -   że   wpakowałem   cię   w   tę   kabałę.   Proszę   jednak,   byś   nie 

niepokoiła się o moją nogę. Kiedy nią nie ruszam, w ogóle mnie nie boli. Skoro zaś tym dobrym 

ludziom udało się na nowo postawić powóz oraz obrócić konie, najlepszą rzeczą, jaką możemy 

zrobić, będzie powrót na gościniec i podróż do Hailsham - a stamtąd do domu.

Jazda z Hailsham zabierze  nam nie więcej niż dwie godziny,  a kiedy znajdziemy się u 

siebie,   lekarstwo   będzie   pod   ręką!   Odrobina   naszego   orzeźwiającego   morskiego   powietrza 

natychmiast   postawi   mnie   na   nogi.   Wierz   mi,   moja   droga,   tak   właśnie   działa   morze.   Słone 

powietrze i kąpiele są tym, czego mi trzeba. Mój organizm już mi to powiedział.

Pan Heywood przerwał mu w tym momencie, prosząc jak najżyczliwiej, by podróżny nie 

myślał o ponownym wyruszeniu w drogę, dopóki jego kostka nie zostanie zbadana i nim oboje 

małżonkowie nieco nie odpoczną w jego domu, dokąd serdecznie ich zaprosił.

- Jesteśmy dobrze zaopatrzeni w środki stosowane powszechnie na sińce i skaleczenia - 

powiedział. - A moja żona i córki z przyjemnością oddadzą się na państwa usługi i zrobią wszystko, 

co w ich mocy, by ulżyć panu w cierpieniu.

Ostry ból, który towarzyszył każdej próbie poruszenia nogą, skłonił podróżnego, by docenił 

korzyści płynące z otrzymania natychmiastowej pomocy.

- Cóż, moja droga, myślę, że tak będzie rzeczywiście dla nas najlepiej, prawda? - zasięgnął 

rady   żony.   -   Zanim   jednak   skorzystam   z   pańskiej   gościnności,   sir   -   zwrócił   się   ponownie   do 

Heywooda - pragnę powiedzieć, kim jestem i zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie zrobić mogła na panu 

niezręczna sytuacja, w której się znalazłem. Nazywam się Parker i przybywam z Sanditon. Ta dama 

118

background image

zaś to pani Parker, moja żona. Wracamy właśnie do domu z Londynu.  Moje nazwisko - choć 

bynajmniej  nie jestem pierwszym  w rodzinie właścicielem ziemskim, który posiada majątek  w 

parafii Sanditon - może być tak daleko od wybrzeża nikomu nie znane. Ale o samym Sanditon na 

pewno   pan   słyszał.   Wszyscy   słyszeli   o   Sanditon,   tym   wspaniałym,   nowym,   rozwijającym   się 

kąpielisku. To najcudowniejsze miejsce na całym wybrzeżu Sussex. Natura hojnie je obdarowała, a 

i ludzie z pewnością wkrótce je sobie upodobają.

- Owszem, słyszałem o Sanditon - odparł pan Heywood. - Co pięć lat słyszymy o jakimś 

nowo wybudowanym nad morzem mieście, które staje się bardzo modne. Jak znajdują się chętni do 

zajęcia choćby połowy miejsc w hotelach, pozostaje dla mnie zupełną zagadką!

Gdzie są ludzie, którzy mają czas i pieniądze, żeby tam jeździć? Poza tym kurorty przynoszą 

szkodę wsi; sprawiają, że rosną ceny żywności i biedota żyje w jeszcze większej nędzy.

-   Ależ   wcale   nie   -   zaprzeczył   gorąco   pan   Parker.   -   Zapewniam   pana,   że   jest   wręcz 

przeciwnie. To powszechny pogląd- ale jakże błędny. Pańskie słowa mogą dotyczyć wielkich osad - 

na przykład Brighton, Worthing lub Eastbourne - ale nie tak maleńkiej wioski jak

Sanditon, która z racji swych nieznacznych rozmiarów nie doświadcza żadnych bolączek 

cywilizacji. Nie dokonuje się u nas przesadnie szybka rozbudowa, nie mamy problemów ze zbyt 

licznymi sklepami, placami zabaw czy zbyt wielkim zapotrzebowaniem na towary. To kurort, gdzie 

zawsze znajdzie pan najlepsze towarzystwo. Osiadłe tam od dawna zacne rodziny trzymają nad 

wszystkim   pieczę;   dbają   też   o   biednych   i   wszelkimi   sposobami   starają   się   uczynić   ich   życie 

lżejszym. Nie, sir, zapewniam pana, że Sanditon nie jest miejscem...

- Nie występowałem  przeciwko  żadnej  konkretnej  miejscowości,  sir - przerwał  mu  pan 

Heywood. - Myślę po prostu, że za dużo ich już powstało na naszym wybrzeżu. Ale czas, żebyśmy 

pana stąd zabrali...

- Za dużo podobnych miejsc na naszym wybrzeżu! - powtórzył pan Parker. - Co do tego, sir, 

mogę się z panem w zupełności zgodzić. Jest ich w każdym razie dość; nie potrzeba budować 

nowych! Każdy - niezależnie od upodobań i zasobności kieszeni - znajdzie coś dla siebie. A ci, 

którzy chcą  zwiększyć  liczbę  uzdrowisk, postępują moim  zdaniem  absurdalnie  i szybko  padną 

ofiarą   własnych   błędnych   kalkulacji.   Takie   miejsce   jak   Sanditon   było   potrzebne   i   pożądane, 

wybrane   przez   samą   naturę,   która   dała   nam   wyraźne   wskazówki.   Najwspanialsza,   najczystsza 

morska bryza na całym wybrzeżu - wszyscy są to gotowi przyznać. Cudowne kąpiele, doskonały 

piasek, głęboka woda w odległości dziesięciu jardów od brzegu... I żadnego mułu, wodorostów, 

oślizgłych skał. Nigdy chyba nie istniało lepsze miejsce na kurort. Tego właśnie potrzeba tysiącom 

ludzi. A w dodatku rozsądna odległość od Londynu!

O całą milę bliżej niż Eastbourne. Zważ pan, sir, jaka korzyść płynie z oszczędzenia jednej 

119

background image

mili w trakcie długiej podróży. Jeśli zaś chodzi o Brinshore, o którym na pewno pan pomyślał - bo 

zeszłego roku dwóch czy trzech przedsiębiorców rozważało już rozbudowę tej nędznej wioski - 

leży ono pomiędzy nieruchomymi bagnami, ponurymi wrzosowiskami i stałym morskim prądem, 

który   przynosi   ze   sobą   wodorosty.   Inwestycje   w   takim   miejscu   mogą   przynieść   tylko 

rozczarowanie. Bo któż zdrowo myślący mógłby polecać Brinshore?

Wyjątkowo niezdrowy klimat, przysłowiowo już zniszczone drogi, niezwykle słona woda - 

w promieniu trzech mil od tego miejsca nie dostanie się filiżanki dobrej herbaty! A co się tyczy 

uprawy ziemi, jest tam tak zimno i nieprzyjemnie, że można co najwyżej sadzić kapustę.

Wierzaj mi pan, sir, że to wierny opis Brinshore, ani trochę nie przesadzony, i jeśli słyszałeś 

coś innego...

- Nigdy w życiu nie słyszałem o tym miejscu - przerwał mu pan Heywood. - Nie wiedziałem 

nawet, że istnieje.

- Nie słyszał pan! Sama tedy widzisz, moja droga - rzekł pan Parker, z triumfem odwracając 

się   ku   żonie   -   jak   to   jest.   Oto   sława   Brinshore!   Ten   dżentelmen   nie   słyszał   nawet,   że   taka 

miejscowość istnieje. Prawdę mówiąc, sir, ciekaw jestem, czy dałoby się zastosować do Brinshore 

owe wersy z poematu Cowpera, w którym opisał on pobożną wieśniaczkę jako przeciwieństwo 

Woltera. „Do niej nie dotrze nigdy wieść o żadnej rzeczy, co dalej niż pół mili leży od jej domu”.

- Z całego serca się na to zgadzam, sir. Proszę sobie stosować, co się panu podoba.

Chciałbym jednak zobaczyć coś zastosowanego na pańską nogę. A po minie pańskiej żony 

poznaję, że podziela ona moje zdanie i tak jak ja uważa, że nie powinniśmy tracić czasu. Oto i moje 

dziewczęta, które przybyły, by przemówić w imieniu własnym i swojej matki. -

Istotnie, od strony domu nadchodziło właśnie kilka pań, za którymi dreptało parę służących. 

-

Zacząłem się już zastanawiać, jakież to zajęcia je zatrzymały. Takie przygody jak pańska 

wywołują w podobnych naszemu odludnych miejscach sporą sensację. A teraz, sir, zobaczymy, jak 

najlepiej przenieść pana do domu.

Młode damy, które właśnie nadeszły, gorąco poparły propozycję ojca. Zrobiły to przy tym w 

tak niewymuszony, naturalny sposób, że przybysze ani trochę nie poczuli się skrępowani.

Pani Parker przyjęła zaproszenie z ulgą, a i jej mąż nie miał nic przeciwko temu, by zeń 

skorzystać, nie wahali się więc ani chwili - zwłaszcza że powóz dawno już stał na powrót na kołach 

i okazało się, że upadek nie spowodował uszkodzeń, które uniemożliwiałyby wyruszenie nim w 

dalszą podróż. Pana Parkera zaniesiono tedy do domu, a bryczkę przetoczono do pustej stodoły.

120

background image

ROZDZIAŁ II

Zawarta  w tak niecodzienny  sposób znajomość  zacieśniła  się bardzo  szybko  i podróżni 

pozostali   w   Willingden   przez   całe   dwa   tygodnie;   kostka   pana   Parkera   okazała   się   bowiem 

zwichnięta zbyt poważnie, by mógł wcześniej ruszyć w drogę. Trafił wszelako w bardzo dobre ręce. 

Heywoodowie byli nadzwyczaj szacowną rodziną, okazali przy tym swym gościom wiele troski - 

zarówno mężowi, jak i żonie. Nim się opiekowano i leczono, ją pocieszano i dodawano otuchy. A 

że   wszystko   to   czyniono   w   miły,   bezpretensjonalny   sposób,   każdy   zaś   dowód   gościnności   i 

życzliwości   przyjmowany   był   tak,   jak   powinien   -   to   znaczy   wdzięczność   jednej   strony 

dorównywała  dobrej  woli drugiej, żadnej  przy tym  nie  brakowało wykwintnych  manier  - obie 

rodziny szybko się polubiły.

Równie   szybko   gospodarze   poznali   mnóstwo   szczegółów   z   życia   pana   Parkera,   jego 

poglądy i usposobienie, ów szczery człowiek mówił bowiem wszystko, co pomyślał, nawet zaś gdy 

nie opowiadał o sobie, rozmowa z nim i tak pozwalała dowiedzieć się wielu rzeczy na jego temat. 

Był wielkim entuzjastą swojej miejscowości; uczynienie z Sanditon modnego kąpieliska wydawało 

się celem jego życia. Jeszcze kilka lat temu nie różniło się ono od innych, zwyczajnych, spokojnych 

i bezpretensjonalnych wsi, ale pewien przypadek oraz korzyści płynące z jego położenia natchnęły 

tamtejszych   właścicieli   ziemskich   myślą   o   przekształceniu   go   w   kurort.   Poczynili   inwestycje, 

planowali i budowali, rozsławiając imię swej osady. Pan Parker nie potrafił wprost myśleć i mówić 

o niczym innym.

Z opowiadań gościa Heywoodowie dowiedzieli się, że liczy on sobie trzydzieści pięć lat, od 

siedmiu   zaś   jest   -   bardzo   szczęśliwie   -   żonaty.   Doczekał   się   też   czwórki   przemiłych   dzieci. 

Pochodzi z szacownej rodziny i posiada pokaźny - choć nie olbrzymi - majątek. Nie ma żadnego 

zawodu - i nie jest mu to potrzebne, gdyż jako najstarszy syn odziedziczył dobra, nagromadzone 

przez kilka pokoleń przodków. Ma czworo rodzeństwa: dwie niezamężne siostry i dwóch - również 

nieżonatych   -   braci.   Wszyscy   są   niezależni   materialnie.   Majątek   starszego   z   braci,   dzięki 

dodatkowym spadkom, dorównuje nawet jego własnemu.

Zboczenie z głównej drogi w poszukiwaniu lekarza, które tak bardzo zdziwiło Heywoodów, 

znalazło  proste wyjaśnienie.  Nie  wynikało  wcale  z zamiaru  zwichnięcia  kostki  lub odniesienia 

jakichkolwiek   innych   ran,   by   dać   lekarzowi   możliwość   zarobku,   ani   (jak   w   pierwszej   chwili 

przypuszczał pan Heywood) z planu wejścia z nim w spółkę. Pan Parker miał nadzieję znaleźć w tej 

okolicy lekarza, który gotów byłby osiedlić się w Sanditon.

Wycięte z gazet artykuły sugerowały, że w Willingden ktoś odpowiedni się znajdzie. Pan 

Parker żywił przekonanie, iż stała obecność medyka przysporzy miastu korzyści, wywołując wielki 

121

background image

napływ   gości.   Miał   ważkie   powody   sądzić,   że   zeszłego   roku   jedna   rodzina   zrezygnowała   z 

przyjazdu do Sanditon właśnie dlatego, że nie mieszkał tam żaden lekarz - a kto wie, czy takich 

rodzin nie było o wiele więcej. Przecież nawet jego własne siostry, mimo że zapraszał je do siebie 

na lato, nie chciały zaryzykować pobytu w miejscu, gdzie w razie potrzeby nie mogłyby otrzymać 

natychmiastowej pomocy lekarskiej.

Pan Parker był bez wątpienia sympatycznym, serdecznym, oddanym rodzinie człowiekiem, 

troszczącym się o żonę, dzieci, braci i siostry. Heywoodom nietrudno było polubić tego liberalnego, 

wylewnego dżentelmena, kierującego się bardziej wyobraźnią niż chłodnym osądem. Pani Parker - 

uprzejma, miła, łagodna kobieta - była  wprost wymarzoną żoną dla tak wrażliwego człowieka. 

Niestety, nie potrafiła się nigdy zdobyć na podjęcie żadnej samodzielnej decyzji, czego jej mąż 

czasami potrzebował, i przy każdej okazji czekała, by ktoś nią pokierował. Bez względu na to, czy 

mąż ryzykował swój majątek, czy też zwichnął kostkę, nie była w stanie zaradzić sytuacji.

Sanditon było dla Parkera drugą rodziną: niemal równie drogą jego sercu, jak żona i dzieci, 

a z pewnością bardziej go pochłaniającą. Mógł rozprawiać o nim bez końca, z sympatią o wiele 

większą niż ta, jaką zwykle cieszy się miejsce urodzenia, rezydencja czy posiadane dobra. To było 

jego życie: jego konik, pasja, duma i nadzieja na przyszłość. Niczego nie pragnął tak bardzo, jak 

zaprosić tam swoich przyjaciół z Willingden. Zapraszał ich równie bezinteresownie i serdecznie, 

jak bezinteresownie i serdecznie oni udzielili mu gościny pod swoim dachem.

Błagał, by obiecali mu wizytę i przybyli tak licznie, jak tylko będzie to możliwe. Uważał za 

oczywiste, że morskie powietrze musi dobrze podziałać nawet na ludzi całkowicie zdrowych. Był 

przekonany,   iż   nikt   nie   może   czuć   się   naprawdę   dobrze   (choćby   nawet   chwilowo,   dzięki 

ćwiczeniom i pogodzie ducha, zachował oznaki dobrego samopoczucia), jeśli co roku nie spędzi 

przynajmniej sześciu tygodni nad morzem.  Morskie powietrze  i kąpiele  są wprost niezawodne, 

stanowią lekarstwo na wszelkie  dolegliwości.  Leczą  choroby żołądka,  płuc i krwi, zapobiegają 

skurczom, gruźlicy, zakażeniom i reumatyzmowi. Nad morzem nikt się nie przeziębia, nikomu nie 

brakuje apetytu, energii ani siły. Wszystkim dopisuje zdrowie, wszyscy też czują się wypoczęci, 

pokrzepieni i ożywieni - w zależności od tego, której z tych rzeczy najbardziej pragną, bo morze 

daje   każdemu   to,   czego   ten   akurat   potrzebuje.   Jeśli   nie   wystarcza   morska   bryza,   cuda   czynią 

kąpiele,  jeśli zaś komuś nie służą kąpiele,  widocznie  natura  postanowiła,  że wyleczy go samo 

powietrze.

Elokwencja Parkera nie przyniosła  wszelako efektów. Państwo Heywoodowie  nigdy nie 

opuszczali domu. Pobrali się w bardzo młodym wieku i doczekali bardzo licznego potomstwa, ich 

podróże   od   dawna   więc   miały   nader   ograniczony   zasięg.   Hołdowali   zresztą   obyczajom 

dawniejszym niż wskazywałby na to ich wiek: poza dwiema podróżami rocznie do Londynu, by 

122

background image

odebrać swoje dywidendy, pan Heywood nigdy nie ruszał się dalej niż mogły go zanieść własne 

nogi   lub   wypróbowany   stary   koń.   Pani   Heywood   natomiast   opuszczała   dom   tylko   po   to,   by 

odwiedzać sąsiadów, i wykorzystywała w tym celu stary powóz, który pamiętał jeszcze dzień jej 

ślubu, a który dziesięć lat temu, gdy najstarszy syn osiągnął pełnoletność, wybito jedynie nowym 

suknem.   Nie   znaczy   to,   że   Heywoodowie   nie   mieli   przyzwoitego   majątku,   pozwalającego,   w 

rozsądnych granicach, na godny ludzi szlachetnie urodzonych luksus. Stać by ich było na nowy 

powóz, lepszą drogę, spędzenie  od czasu do czasu miesiąca  w Tunbridge Wells lub - w razie 

objawów podagry - zimy w Bath. Wszelako utrzymanie, edukacja i wychowanie czternaściorga 

dzieci   wymagało   spokojnego,   wolnego   od   zmian   i   zamieszania   trybu   życia   i   uniemożliwiało 

opuszczanie Willingden.

To,   do   czego   początkowo   zmuszały   Heywoodów   warunki,   teraz   uważali   już   za   miły 

zwyczaj. Nigdy nie opuszczali domu i z dumą to podkreślali. Dalecy jednak od narzucania dzieciom 

własnych obyczajów starali się - tak często, jak to możliwe - wysyłać je „w świat”.

Oni   pozostawali   w   domu,   ale   dzieci   mogły   wyjeżdżać;   rodzice   zaś   cieszyli   się   każdą 

zmianą, jaka mogła przynieść ich synom i córkom odpowiednie koneksje i znajomości. Kiedy więc 

państwo Parkerowie przestali nalegać na wizytę całej rodziny i poprosili, by choć jedna z córek 

gospodarzy udała się wraz z nimi do Sanditon, bez trudu uzyskali na to zgodę.

Zaproszona została panna Charlotta Heywood, miła, dwudziestodwuletnia dama, najstarsza 

spośród znajdujących  się w domu dziewcząt. Ze wszystkich sióstr to ona najbardziej pomagała 

matce opiekować się gośćmi - najczęściej też z nimi przebywała i najlepiej ich poznała.

Zdrową jak rydz Charlottę czekała tedy wizyta u Parkerów, gdzie miała zażywać kąpieli i - 

o ile to tylko możliwe - zaprzyjaźnić się z nimi jeszcze bardziej. Wdzięczni goście mieli sprawić, że 

zakosztuje wszystkich rozkoszy Sanditon, a także kupi - w bibliotece, którą pan Parker gorąco 

chciał wesprzeć - nowe parasolki, rękawiczki i broszki dla siebie i sióstr.

Jedyną rzeczą natomiast, do jakiej dał się skłonić pan Heywood, była obietnica, że każdemu, 

kto zapyta go o radę, poleci pobyt w Sanditon i że za nic w świecie (o ile w ogóle można ręczyć za 

przyszłość) nie wyda nawet pięciu szylingów w Brinshore.

123

background image

ROZDZIAŁ III

Każda miejscowość powinna mieć swoją wielką damę. Wielką damą Sanditon była lady 

Denham. W czasie podróży z Wilingden na wybrzeże pan Parker opowiedział o niej Charlotcie 

jeszcze bardziej szczegółowo niż uczynił to wcześniej - bo i goszcząc u Heywoodów często o niej 

wspominał. Pan Parker grywał z nią w mariasza i uważał, że nie sposób mówić o Sanditon, nie 

wspominając o lady Denham. Była to bogata, przywiązująca wielką wagę do pieniędzy stara dama, 

która zdążyła już pochować dwóch mężów i teraz mieszkała razem z ubogą kuzynką. Charlotta już 

wcześniej znała te wszystkie fakty, ale pewne szczegóły dotyczące losów i charakteru starej damy 

pozostawały dotąd dla niej tajemnicą. Teraz słuchanie o nich osładzało jej więc niewygodę i nudę, z 

jakimi wiązała się podróż wyboistą drogą przez rozległą wyżynę. Zyskiwała też dzięki temu wiedzę 

o osobie, z którą, jak należało oczekiwać, miała się wkrótce codziennie spotykać.

Lady Denham była niegdyś bardzo zamożną panną Brereton, urodzoną do życia w dostatku, 

ale nie do tego, by zdobyć staranne wykształcenie. Jej pierwszy mąż, pan Hollis, posiadał rozległe 

dobra ziemskie, z których znaczna część leżała w parafii Sanditon - i tam też znajdowała się jego 

rezydencja. Hollis był już starszym człowiekiem, kiedy panna Brereton go poślubiła; ona sama 

także miała już wtedy około trzydziestu lat. Trudno było z perspektywy czterech dziesięcioleci 

ocenić motywy, jakie skłoniły ją do tego małżeństwa, ale okazała się dla pana Hollisa tak troskliwą 

żoną, że ten, umierając, zostawił jej cały swój majątek.

Po kilku latach  wdowieństwa wyszła  za mąż  ponownie. Świętej  pamięci  sir Harry’emu 

Denhamowi   udało   się   wprawdzie   skłonić   ją,   by   przeniosła   się   do   jego   majątku   -   położonego 

nieopodal Sanditon Denham Park - ale zawiodły go nadzieje, że przez małżeństwo trwale wzbogaci 

swoją rodzinę: żona była zbyt  ostrożna, ażeby w najmniejszym  choćby stopniu zrezygnować z 

osobistego zarządzania swoimi dobrami. Toteż kiedy sir Harry rozstał się ze światem, wróciła do 

własnego   domu   w   Sanditon,   oświadczając,   że   choć   nie   zawdzięczała   rodzinie   drugiego   męża 

niczego prócz tytułu, familia ta również niczego od niej nie uzyskała.

Jeśli chodzi o tytuł, prawdopodobnie to on właśnie skłonił lady Denham do powtórnego 

zamążpójścia. Pan Parker nie widział w tym nic złego, zwłaszcza że ów tytuł miał teraz bezcenną 

wartość.

- Lady Denham bywa czasami nieco zarozumiała - wyjaśnił Charlotcie - ale nie w sposób 

irytujący. Niekiedy też posuwa się zbyt daleko w swym uwielbieniu dla pieniędzy. Ale to bardzo 

życzliwa kobieta i nader uprzejma sąsiadka. Czarujący, niezależny charakter. Jej wady można zaś w 

całości przypisać niedostatkom edukacji: ma dużo zdrowego rozsądku, ale brak jej ogłady. Cechuje 

ją   bystrość   umysłu   i   znakomite   -   jak   na   kobietę   siedemdziesięcioletnią   -   zdrowie.   W   rozwój 

124

background image

Sanditon zaangażowała się z godną podziwu energią, choć niekiedy daje dowody małostkowości. 

Nie potrafi, tak jak ja, wybiec myślą w przyszłość i niekiedy obawia się drobnych wydatków, nie 

bacząc, jak wielkie dochody przyniosłyby jej za rok czy dwa. No cóż, czasami nasze opinie się 

różnią, panno Heywood; do pewnych spraw mamy zupełnie inny stosunek. Poznała już pani moje 

zdanie na jej temat, ale ma pani prawo traktować je nieufnie. Dopiero poznawszy ją osobiście, 

wyrobi pani sobie własny osąd.

Pomimo braku towarzyskiej ogłady lady Denham rzeczywiście była wielką damą. Miała do 

zapisania w testamencie wiele tysięcy funtów i aż trzy grupy krewnych, o których nie powinna w 

nim zapomnieć: swoją własną rodzinę (która, co było całkiem uzasadnione, liczyła na trzydzieści 

tysięcy funtów, stanowiących niegdyś jej posag), prawnych spadkobierców pana Hollisa (którym 

pozostawała   jedynie   nadzieja,   że   inaczej   niż   on   sam,   uzna   ona,   iż   ma   wobec   nich   pewne 

zobowiązania) oraz członków rodziny Denhamów, których jej drugi mąż miał nadzieję wzbogacić 

swoim ożenkiem. Wszyscy oni, osobiście lub przez swych wysłanników, od dawna nachodzili ją co 

pewien czas, prosząc o pieniądze, pan Parker zaś nie wahał się zapewnić, że pośród tych trzech 

grup   krewni   pana   Hollisa   cieszyli   się   najmniejszymi,   a   krewni   sir   Harry’ego   Denhama 

największymi   względami   starej   damy.   Ci   pierwsi,   jak   sądził,   sami   narobili   sobie   szkody, 

wypowiadając po śmierci pierwszego męża lady Denham wiele niemądrych i niesprawiedliwych 

uwag pod adresem wdowy. Ci drudzy natomiast, nie dość, że należeli do rodziny, z którą koneksje 

stara dama wielce sobie ceniła, byli jej w dodatku znani od dziecka i zawsze znajdowali się w 

pobliżu,   by   okazując   jej   przywiązanie,   dbać   o   własne   interesy.   Obecny   baronet,   sir   Edward, 

rezydował na stałe w Denham Park i pan Parker nie wątpił, że on i mieszkająca razem z nim siostra, 

panna Denham, zostaną najhojniej potraktowani w testamencie starej damy. Szczerze na to liczył, 

panna   Denham   miała   bowiem   bardzo   szczupłe   dożywocie,   a   i   jej   brat   -   zważywszy   na   jego 

społeczną pozycję - był wyjątkowo skromnie sytuowany.

-   To   wielki   przyjaciel   Sanditon   -   przekonywał   pan   Parker   Charlottę   -   i   gdyby   tylko 

dysponował   majątkiem,   miałby   gest   równie   szczodry   jak   serce.   Jakimż   byłby   znakomitym 

sprzymierzeńcem!   Już   teraz   robi,   co   w   jego   mocy,   i   na   skrawku   nieurodzajnej   ziemi,   który 

ofiarowała mu lady Denham, buduje śliczny mały domek. Jestem pewien, że zanim jeszcze skończy 

się sezon, będziemy mieli na niego wielu chętnych.

Aż do zeszłego roku pan Parker uważał, że sir Edward nie ma rywala, jeśli chodzi o szansę 

odziedziczenia lwiej części majątku starej damy, ale teraz trzeba było brać pod uwagę jeszcze jedną 

osobę: daleką młodą krewną, którą lady Denham skłonna była traktować jak córkę.

Choć   zawsze   protestowała   przeciwko   narzucaniu   jej   czyjegokolwiek   towarzystwa   i   od 

dawna gasiła w zarodku wszelkie podejmowane przez krewnych próby namówienia jej na przyjęcie 

125

background image

pod swój dach tej czy innej młodej damy,  z ostatniego pobytu w Londynie przywiozła niejaką 

pannę Brereton, która mogła się stać konkurencją dla sir Edwarda i ocalić dla swych bliskich tę 

część majątku, jaką oni właśnie mieli największe prawo dziedziczyć.

Pan Parker wyrażał się o Klarze Brereton bardzo ciepło, a opowieści na jej temat spotkały 

się z wielkim zainteresowaniem słuchaczki. Rozbawienie, z jakim Charlotta puszczała dotąd mimo 

uszu jego słowa, ustąpiło miejsca ciekawości. Z przyjemnością się dowiedziała, że panna Klara jest 

nader  miła,  sympatyczna,  uprzejma  i skromna,  że  zachowuje się bardzo  naturalnie  i  ma  wiele 

zdrowego rozsądku. W oczach Parkerów zyskała wiele nie tylko dzięki wrodzonym zaletom, ale 

także dzięki oddaniu dla opiekunki. Uroda, łagodność, ubóstwo i uległość - cóż to było za pole dla 

wyobraźni Charlotty. Poza pewnymi wyjątkami, kobieta zawsze będzie współczuła innej kobiecie. 

Szczegółowe   informacje   pana   Parkera   nie   ominęły   także   okoliczności   zaproszenia   Klary   do 

Sanditon,   które   jego   zdaniem   bardzo   dobrze   odzwierciedlały   charakter   lady   Denham:   ową 

mieszaninę małostkowości, uprzejmości, zdrowego rozsądku i hojności.

Po   wieloletnim   unikaniu   Londynu,   co   czyniła   głównie   ze   względu   na   zasypujących   ją 

listami i zaproszeniami kuzynów, od których starała się trzymać z daleka, stara dama zmuszona 

była ostatnio pojechać do stolicy, gdzie, jak sądziła, miała spędzić co najmniej dwa tygodnie. Udała 

się   tedy   do   hotelu,   bo   roztropnie   wolała   żyć   na   własny   rachunek   i   zadać   kłam   rzekomej 

kosztowności pobytu w Londynie, niż zdać się na łaskę krewnych. Po trzech dniach poprosiła o 

rachunek, by się upewnić, że podjęła słuszną decyzję; ku jej przerażeniu wyniósł jednak tak dużo, 

że zdecydowała się natychmiast opuścić hotel. Uniesiona gniewem oświadczyła, że nie chce ani 

godziny   dłużej   pozostawać   w   przybytku,   w   którym   jej   zdaniem   tak   haniebnie   ją   oszukano. 

Ryzykowała  wszelako wiele,  zupełnie  nie wiedziała  bowiem,  dokąd się udać, by jej znów nie 

oszukano. I wtedy nieoczekiwanie pojawili się jej sprytni kuzyni. Prawdopodobnie szpiegowali ją 

od   chwili   przyjazdu   do   miasta   i   mieli   szczęście   w   tej   przełomowej   chwili   znaleźć   się   obok. 

Zorientowawszy   się   w   sytuacji,   przekonali   lady   Denham,   by   resztę   pobytu   spędziła   w 

skromniejszych progach ich domu, położonego w jednej z gorszych dzielnic Londynu.

Stara dama ustąpiła i była zachwycona gościnnością i troskliwością, z jaką została przyjęta. 

Jej kuzyni z rodu Breretonów nieoczekiwanie okazali się ludźmi godnymi najwyższego szacunku. 

Przy okazji przekonała się też osobiście, jak nikłe mają oni dochody i z jak poważnymi kłopotami 

finansowymi się borykają. Poczuła się tedy w obowiązku zaprosić jedną z tamtejszych dziewcząt do 

siebie na zimę. Miała ona przyjechać do Sanditon na sześć miesięcy, potem zaś jej miejsce zajęłaby 

inna panna. Ale dopiero wybierając dziewczynę, która miała jej towarzyszyć, lady Denham w pełni 

okazała, jak dobre ma serce.

Pominęła bowiem rodzone córki państwa domu i wybrała ich siostrzenicę Klarę, z racji 

126

background image

swego ubóstwa jeszcze bardziej bezradną i godną litości niż pozostałe. Stanowiła ona dodatkowy 

ciężar dla i tak biednej rodziny, w hierarchii społecznej stała zaś tak nisko, że - wobec braku szansy 

na odziedziczenie jakichkolwiek pieniędzy - los, jaki ją czekał, był niewiele lepszy od losu płatnej 

bony.

Klara przyjechała tedy ze starą damą do Sanditon i dzięki swemu zdrowemu rozsądkowi i 

poczuciu humoru podbiła zupełnie serce opiekunki. Sześć miesięcy dawno już minęło, ale nikt nie 

wspominał  nawet o żadnej zmianie lub przyjeździe kolejnej panny.  Klara była  ulubienicą  lady 

Denham, a jej powściągliwe zachowanie i łagodne, uprzejme usposobienie ujęło także wszystkich 

innych   bywalców   Sanditon   House.   Nieufność,   z   jaką   początkowo   odnoszono   się   do   niej   w 

niektórych domach, zniknęła bez śladu. Uznano, że jest godną zaufania, wymarzoną towarzyszką 

dla lady Denham - zdolną nie tylko poszerzyć jej horyzonty, ale także pokierować jej działaniem i 

skłonić do hojności. Panna Klara była równie miła, jak ładna, a odkąd oddychała wspaniałą morską 

bryzą Sanditon, jej uroda rozkwitła w całej pełni.

127

background image

ROZDZIAŁ IV

- Do kogóż należy to przytulne domostwo? - zapytała Charlotta, kiedy powóz wjechał w 

osłoniętą kotlinę, leżącą o dwie mile od morskiego  brzegu. Jej pytanie dotyczyło  niewielkiego 

domku, ładnie ogrodzonego i otoczonego pięknym ogrodem, sadem i łąkami. Miejsce, w którym go 

wzniesiono, było wprost wymarzone na rezydencję. - Wygląda na równie wygodne, jak nasz dwór 

w Willingden.

- Ach! To mój stary dom! - wykrzyknął pan Parker. - Należał jeszcze do mojego dziada.

Tu właśnie się urodziłem i wychowałem - podobnie jak wszyscy moi bracia i siostry. Tu 

także przyszła na świat trójka moich najstarszych dzieci, bo oboje z panią Parker mieszkaliśmy pod 

tym dachem, póki przed dwoma laty nie ukończyliśmy budowy nowego domu. Rad jestem, że się 

pani podoba. To przyzwoita,  stara rezydencja, a Hillier  utrzymuje  ją we wzorowym  porządku. 

Trzeba   bowiem   pani   wiedzieć,   że   przekazałem   ten   dom   człowiekowi,   który   zarządza   moimi 

dobrami. On zyskał lepsze mieszkanie, a ja lepsze położenie! Jeszcze jedno wzgórze, a znajdziemy 

się w Sanditon - nowoczesnym Sanditon.

Cóż to za piękne miejsce. Nasi przodkowie, jak pani wie, zawsze wznosili swe domostwa w 

kotlinach.   Oto   jak   mieszkaliśmy:   zamknięci   w   tym   małym,   ciasnym   zakątku,   bez   powietrza   i 

widoku, a przecież oddalonym tylko o niespełna dwie mile od najwspanialszych przestrzeni oceanu, 

jakie   tylko   znaleźć   można   w   pobliżu   południowego   przylądka.   I   nie   mieliśmy   z   tego   żadnej 

korzyści!   Kiedy   przybędziemy   do   Trafalgar   House,   przekona   się   pani,   że   nie   dokonałem   złej 

zamiany. Nawiasem mówiąc, niemal żałuję, że nazwałem swój dom „Trafalgar”, bo Waterloo stało 

się teraz miejscem jeszcze słynniejszym. Ale to nic: Waterloo mamy w zapasie. I jeśli starczy nam 

odwagi, by zaryzykować w tym roku budowę niewielkiego zaułka, będziemy mogli nazwać go 

zaułkiem Waterloo. Jestem pewien, że nazwa bez trudu przylgnie do wznoszonych  tu domów; 

zawsze przecież tak się dzieje. W sezonie zaś powinniśmy mieć więcej chętnych na te apartamenty 

niż miejsc.

-  To  był  zawsze   bardzo  wygodny   dom  -  odezwała  się   pani  Parker  -  z   niejakim  żalem 

zerkając przez tylne okienko na mijaną rezydencję. - I taki piękny ogród. Wspaniały ogród!

- Tak, moje serce, ale można powiedzieć, że zabraliśmy ten ogród ze sobą. Przecież nadal 

zaopatruje nas we wszelkie owoce i warzywa, jakich tylko zapragniemy. Mamy więc wygodę, jaką 

zapewnia   posiadanie   znakomitego   ogrodu   warzywnego,   a   jednocześnie   oszczędzamy   sobie 

kłopotów, jakie wiążą się z jego utrzymaniem. No i nie patrzymy co roku z żalem, jak zamiera w 

nim życie. Któż lubi widok grządek kapusty w październiku?

- Och tak, mój drogi. Masz rację. Owoców i warzyw mamy równie pod dostatkiem jak 

128

background image

niegdyś,  bo nawet jeśli zapomnimy przywieźć  je stąd, zawsze możemy kupić wszystko, czego 

potrzebujemy, w Sanditon House. Tamtejszy ogrodnik jest tak miły, że dostarcza nam to, czego 

trzeba. Ale w ogrodzie mogły się też bawić dzieci. Latem nie brakowało tam cienia...

- Moja droga, na wzgórzu też mamy cienia ile dusza zapragnie, a za kilka lat będziemy go 

mieli aż za dużo! Ludzie nie mogą się wprost nadziwić, jak szybko rośnie mój sad.

Tymczasem  mamy płócienne  markizy,  które zapewniają nam chłód i wygodę  wewnątrz 

domu.   A   jeśli   chodzi   o   spacery,   możesz   w   każdej   chwili   kupić   dla   małej   Mary   parasolkę   u 

Whitby’ego albo czepek u Jebba. Co się zaś tyczy chłopców, wolałbym raczej, żeby biegali w 

słońcu niż w cieniu. Jestem pewien, że podobnie jak ja pragniesz, moja droga, by nasi chłopcy byli 

zahartowani.

- Ależ tak, naturalnie. Całkowicie się z tobą zgadzam. I zaiste kupię Mary małą parasolkę.

Wyobrażam sobie, jaka będzie z niej dumna! Już ją widzę paradującą pod nią z uroczystą 

miną, całkiem jak mała kobietka. Och, nie wątpię ani trochę, że nasz nowy dom jest o wiele lepszy.  

Jeśli którekolwiek z nas zapragnie zażyć morskiej kąpieli, nie mamy więcej niż ćwierć mili do 

plaży! Ale sam wiesz - dodała, znowu oglądając się za siebie - że tak, jak tęskni się za starymi 

przyjaciółmi, tęskni się też za miejscami, gdzie czuliśmy się tacy szczęśliwi. W dodatku Hillierowie 

nie przeżyli zeszłej zimy ani jednego sztormu. Pamiętam, że pewnego razu spotkałam panią Hillier 

- a było to nazajutrz po jednej z tych okropnych nocy, kiedy my dosłownie kołysaliśmy się we 

własnym łóżku - ona zaś nie zauważyła nawet, że wiatr był silniejszy niż zwykle.

- No tak, to dość prawdopodobne. My mocniej odczuwamy sztormy, ale tak naprawdę grozi 

nam z ich strony mniejsze niebezpieczeństwo niż im. Wiatr, nie napotykając wokół naszego domu 

niczego, co stałoby mu na drodze, po prostu leci dalej, podczas gdy w kotlinie, poniżej koron 

drzew, gdzie nie czuje się żadnych ruchów powietrza, mieszkańcy mogą dać się wichurze zupełnie 

zaskoczyć. A przynoszą one w dolinach - bo tam dopiero przybierają na sile - o wiele więcej szkody 

niż   na   otwartej   przestrzeni.   Jeśli   zaś   chodzi   o   owoce   i   warzywa,   moje   serce,   wielokrotnie 

zapewniano   nas,   że   gdyby   niespodziewanie   coś   było   nam   potrzebne,   ogrodnik   lady   Denham 

natychmiast to przyniesie. Myślę jednak, że przy takich okazjach powinniśmy raczej zwracać się 

gdzie indziej: stary Stringer i jego syn są w większej potrzebie. Zachęciłem ich, żeby się tu osiedlili, 

ale obawiam się, że nie wiedzie im się najlepiej. Choć na razie mieszkają tu krótko i w przyszłości 

bez wątpienia ich sytuacja się poprawi, wymaga to jednakowoż mozolnej pracy. Powinniśmy im 

więc ze wszystkich sił pomagać i zwracać się do nich zawsze, ilekroć potrzebne nam będą jarzyny 

lub owoce. Nie byłoby źle, gdyby zdarzało się to często i gdybyśmy niemal codziennie o czymś 

zapominali.

Albo jeszcze lepiej, gdybyśmy tylko pro forma odbierali niektóre jarzyny z dawnego ogrodu 

129

background image

-   ot   tyle,   by   stary   Andrew   nie   stracił   codziennego   zajęcia   -   a   naprawdę   kupowali   większość 

potrzebnych nam rzeczy u Stringerów.

- Znakomity pomysł, mój drogi, i bez trudu wcielimy go w życie. Kucharka się ucieszy - dla 

niej to będzie wielka wygoda, ostatnio stale bowiem narzeka na Andrewa. Powiada, że nigdy nie 

przywozi jej tego, co zamówiła. Oho, nasz dawny dom już zniknął z oczu. Powiedz mi, czy to 

prawda, że - zdaniem twojego brata - powinno się urządzić w nim szpital?

- Och, droga Mary,  to zwykły żart  z  jego strony!  Udaje  tylko,  że  nakłania  mnie,  bym  

przekształcił to miejsce w szpital. W żartach wyśmiewa się też z moich innych ulepszeń.

Sama wiesz, że Sidney gada, co mu ślina na język przyniesie. Nigdy nie zastanawia się nad 

tym, co mówi. Myślę, panno Heywood, że w każdej rodzinie znajdzie się ktoś, kto z racji swych 

talentów   lub   przymiotów   cieszy   się   przywilejem   mówienia   wszystkiego,   co   zechce.   W   naszej 

rodzinie taką osobą jest Sidney. To bardzo zdolny młodzieniec. Potrafi być naprawdę sympatyczny. 

Niestety, zbyt długo przebywał w wielkim świecie, by miał czas się ustatkować - to jego jedyna 

wada.   Mieszka   to   tu,   to   tam,   ja   chciałbym   wszelako,   żeby   osiadł   na   stałe   w   Sanditon.   Mam 

nadzieję, że go pani pozna. Jego obecność dobrze zrobiłaby miastu.  Oboje z Mary wiemy,  co 

znaczy sąsiedztwo takiego młodego człowieka jak Sidney, z jego eleganckim powozem i modnymi 

strojami:   natychmiast   ściągnęłoby   tu   wiele   szacownych   rodzin,   wiele   troskliwych   matek   i   ich 

pięknych córek. To mogłoby nas wspomóc kosztem Eastbourne i Hastings.

Zbliżali się właśnie do kościoła i starej części wsi Sanditon, leżącej u stóp wzgórza, które 

przed chwilą pokonali. Zbocza wzniesienia porośnięte były lasem, w którym - jak poinformowano 

Charlottę - krył się Sanditon House. Stok kończył się otwartą kotliną, gdzie wkrótce stanąć miały 

nowe domy. Dnem zmierzającego nieco skośnie ku morzu jaru płynął niewielki strumyk. Zaciszny 

zakątek przy jego ujściu aż się prosił, by budować tam domy.

Nieopodal stało już zresztą kilka rybackich zagród.

We   wsi   nie   znalazłoby   się   na   razie   jeszcze   niczego   prócz   chłopskich   chat,   ale   -   jak   z 

zachwytem  zapewnił Charlottę pan Parker - czuło się już nadchodzące zmiany.  Dwie czy trzy 

najzamożniejsze chaty zadawały szyku białymi firankami oraz napisami: „Kwatery do wynajęcia”, 

a na zielonym  podwórku starej wiejskiej rezydencji  na ogrodowych  krzesełkach  dwie damy w 

eleganckich białych sukniach czytały książki. Skręcając za rogiem piekarni, można było usłyszeć 

dobiegające z jej wyższego piętra dźwięki harfy.

Takie   widoki   i   odgłosy   cieszyły   niepomiernie   pana   Parkera   -   nie   dlatego,   by   dbał   o 

powodzenie wsi, która jego zdaniem była zbytnio oddalona od morza, ale dlatego, że to, co ujrzał, 

stanowiło niezbity dowód, iż okolica staje się coraz bardziej modna. Skoro nawet wieś mogła się 

komuś wydać atrakcyjna, na wzgórze z pewnością ściągną tłumy. Oczyma wyobraźni zobaczył, jak 

130

background image

będzie wyglądał tu przyszły sezon. Rok temu o tej samej porze, czyli pod koniec lipca, nie było we 

wsi nawet jednego letnika! Nie pamiętał także, żeby w ogóle pojawił się ktokolwiek przez całe lato 

- poza jedną rodziną z dziećmi przybyłą z Londynu, by morskim powietrzem leczyć osłabienie po 

kokluszu. Matka nie pozwalała jednak dzieciom schodzić nad brzeg morza w obawie, że wpadną do 

wody.

- Cywilizacja, prawdziwa cywilizacja - wołał zachwycony pan Parker. - Spójrz, droga Mary! 

Popatrz   na   witrynę   Williama   Heeleya.   Błękitne   pantofle   i   nankinowe   buty!   Któż   mógłby   się 

spodziewać takiego widoku w starym Sanditon! Ta zmiana musiała nastąpić dopiero ostatnio, bo 

kiedy miesiąc temu stąd wyjeżdżaliśmy,  na tej wystawie nie było żadnych  błękitnych  pantofli. 

Chwalebne,  doprawdy!   No  cóż,  sądzę,   że  coś  niecoś  tu   zdziałałem.  A  oto  i   nasze  wzgórze.   I 

cudowne, zdrowe powietrze.

Wspinając się pod górę, minęli drogę wiodącą do Sanditon House i wśród drzew ujrzeli 

dach domostwa.

Był to ostatni budynek w dawnym stylu, jaki wzniesiono w tej części parafii. Nieco wyżej 

święciła już triumfy nowoczesność. Charlotta w milczeniu, z pełnym  ciekawości rozbawieniem 

przyglądała   się   Prospect   House,   Bellevue   Cottage   i   Denham   Palace,   podczas   gdy   pan   Parker 

wyrażał gorącą nadzieję, że żaden z tych domów nie stoi pustką. Niestety, na furtkach zobaczył 

więcej   niż   się   spodziewał   ogłoszeń   o   wolnych   pokojach,   na   wzgórzu   zaś   mniej   oznak, 

świadczących o przybyciu gości: nie było ani powozów, ani spacerowiczów.

Przypisywał to wszakże raczej porze dnia: zapewne letnicy powrócili właśnie z przechadzki 

na obiad. I choć wiedział, że plaże i Taras nigdy do końca nie pustoszeją, pamiętał, że morze musi 

być teraz w połowie przypływu.

Zatęsknił nagle, by znaleźć się na plaży wśród klifów. Być w swoim domu i jednocześnie 

wszędzie poza nim. Już sam widok morza dobrze nań podziałał: poczuł niemal, jak jego kostka 

staje się z chwili na chwilę silniejsza.

Wzniesiony w najwyższym punkcie stoku Trafalgar House był lekką, elegancką budowlą, 

otoczoną niewielkim trawnikiem i bardzo młodym  na razie sadem. Od krawędzi urwistego, ale 

niezbyt   wysokiego  klifu   dzieliło   go około  stu  jardów i  -  wyjąwszy krótką  uliczkę  schludnych 

domków,   zwaną   Tarasem   -   był   to   leżący   najbliżej   plaży   budynek.   Taras,   z   jego   szerokim 

chodnikiem ciągnącym  się przed frontami domów, aspirował do miana miejscowej promenady. 

Znajdował się tu najlepszy sklep modniarski oraz biblioteka, a także hotel i sala bilardowa. Obok 

zaczynało się zejście na plażę, ku urządzeniom kąpielowym.

Dojechawszy do Trafalgar  House, wznoszącego się w niewielkiej  odległości od Tarasu, 

podróżni   wysiedli   z   powozu   i   zostali   natychmiast   otoczeni   przez   gromadkę   uszczęśliwionych 

131

background image

dzieci, radośnie witających się z rodzicami. Zaprowadzona do swojego apartamentu Charlotta z 

rozbawieniem podeszła do wielkiego weneckiego okna i patrząc ponad fasadami niedokończonych 

budynków, trzepoczącą na wietrze pościelą i dachami leżących niżej domostw, powiodła wzrokiem 

ku migoczącemu w promieniach słońca morzu.

132

background image

ROZDZIAŁ V

Wkrótce   cała   rodzina   ponownie   spotkała   się   przed   obiadem.   Pan   Parker   przeglądał 

korespondencję.

- Ani słowa od Sidneya! - westchnął. - Cóż z niego za leniuch. Napisałem do niego jeszcze z 

Willingden o moim wypadku i myślałem, że raczy mi odpowiedzieć. Ale może to oznacza, że 

zawita do nas osobiście. Wierzę, że tak się stanie. Przyszedł za to list od jednej z moich sióstr. Na 

nie zawsze mogę liczyć! Jeśli chodzi o korespondencję, można polegać tylko na kobietach. Zanim 

jeszcze otworzę kopertę, Mary - zwrócił się z uśmiechem do żony - spróbujmy zgadnąć, czy moim 

krewnym dopisuje zdrowie. Albo zastanówmy się, co powiedziałby Sidney, gdyby był tu z nami. 

Sidney to szelma, panno Heywood. Musi pani wiedzieć, że uważa on, iż w narzekaniach moich 

sióstr   sporo   jest   imaginacji.   Ale   w   rzeczywistości   wcale   na   to   nie   wygląda   -   albo   w   bardzo 

niewielkim stopniu. Obie są słabego zdrowia, o czym wielokrotnie słyszała już pani z naszych ust, i 

cierpią na wiele bardzo poważnych schorzeń. W gruncie rzeczy sądzę, że nie wiedzą, co to znaczy 

być  choć przez jeden dzień zdrowym.  A jednocześnie są wspaniałymi,  pracowitymi  kobietami. 

Mają   tyle   energii   i   hartu   ducha!   Jeśli   tylko   można   wyświadczyć   komuś   przysługę,   wytężają 

wszystkie siły, by to uczynić. Na tych, którzy ich dobrze nie znają, robi to niezwykłe wrażenie. Tak 

naprawdę wcale nie symulują chorób. Mają po prostu słabsze organizmy - ale i silniejsze umysły 

niż to na ogół się spotyka. A nasz najmłodszy brat, który mieszka razem z nimi, i który liczy sobie 

niewiele ponad dwadzieścia lat, pozostaje - przykro mi to mówić - równie wielkim kaleką jak one. 

Jest tak delikatnego zdrowia, że nie może nawet zająć się żadną pracą. Sidney śmieje się z niego, 

ale ja uważam, że nie ma w tym nic zabawnego. Ale taki już jest Sidney: nawet ja, wbrew samemu  

sobie,   śmieję   się   z   jego   żartów.   Wiem,   że   gdyby   tu   był,   rzuciłby   z   rozbawieniem,   że   z   listu 

dowiemy się najpewniej, iż Susan, Diana albo Arthur stoją nad grobem i umrą w ciągu miesiąca. - 

Pan Parker przerwał na chwilę, by przebiec wzrokiem list. - Żałują wielce, ale nie uda im się 

zjechać   do   Sanditon   -   westchnął,   potrząsając   głową.   -   Niewesołe   wieści,   naprawdę   niewesołe 

wieści. Zmartwisz się, Mary, słysząc, jak ciężko chorowali - i chorują nadal. Jeśli pani pozwoli, 

panno Heywood, przeczytam list Diany na głos. Lubię, gdy moi przyjaciele poznają się nawzajem, 

a obawiam się, że wam dane będzie jedynie znać się ze słyszenia, bo do zawarcia innego rodzaju 

znajomości nie będzie okazji.

Mogę wszelako z czystym sumieniem przeczytać pani list Diany, bo przedstawia on moją 

siostrę właśnie taką, jaką jest: energiczną, serdeczną, o złotym sercu. A to musi robić na ludziach 

dobre wrażenie.

Pan Parker pochylił się nad listem i zaczął czytać.

133

background image

Mój drogi Tomie!

Wszyscy zmartwiliśmy się ogromnie Twoim wypadkiem i gdyby nie to, że zapewniłeś nas, 

iż znalazłeś się pod dobrą opieką, już następnego dnia po otrzymaniu Twego listu postarałabym się 

znaleźć u Twojego boku. I to pomimo, że wieści od Ciebie nadeszły akurat w chwili, kiedy złożył  

mnie silniejszy niż zwykle atak od dawna już dokuczającego mi woreczka żółciowego.

Sprawił on, że ledwie mogłam wstać z łóżka, by przenieść się na kanapę. Jak też się Tobą 

zajmowano? Podaj mi w kolejnym liście więcej szczegółów. Jeżeli rzeczywiście, jak twierdzisz, po 

prostu zwichnąłeś nogę, nic nie pomoże Ci lepiej niż masaż. Wystarczy rozcierać bolące miejsce 

ręką, tyle tylko, że należałoby to robić ciągle. Dwa lata temu wezwano mnie do pani Sheldon, kiedy 

jej   stangret   zwichnął   nogę,   czyszcząc   powóz.   Ledwo   dowlókł   się   do   domu,   ale   dzięki 

natychmiastowemu  nieprzerwanemu  masowaniu  (a ja własnymi  rękoma  rozcierałam  mu  kostkę 

przez sześć godzin bez przerwy) już po trzech dniach czuł się dobrze.

Wielkie  dzięki za Twą miłą  troskę o nas; wszak to w pewnej mierze  przez nią uległeś 

wypadkowi! Błagamy jednak, byś nigdy więcej nie narażał się na niebezpieczeństwo, szukając dla 

nas   medyka.   Nawet   bowiem   gdybyś   zdołał   namówić   jakiegoś   doświadczonego   lekarza,   ażeby 

osiedlił się w Sanditon, dla nas i tak nie miałoby to znaczenia. Sam wiesz, jak często zasięgałyśmy 

porady doktorów, ale wszystko na próżno: przekonałyśmy się, że nie są oni w stanie nam pomóc, że 

szukając ulgi w cierpieniach, możemy zdać się wyłącznie na siebie.

Jeżeli   wszelako   sądzisz,   że   w   interesie   Sanditon   leży,   by   zamieszkał   w   nim   lekarz,   z 

przyjemnością   zajmę   się   tą   sprawą   -   i   bez   wątpienia   mi   się   powiedzie.   Potrafię   zapukać   do 

odpowiednich drzwi.

Co się tyczy naszego przyjazdu do Was, jest on niestety zupełnie niemożliwy. Z przykrością 

stwierdzam,   że   nie   podjęłabym   takiego   ryzyka,   gdyż   moje   bóle   wyraźnie   wskazują,   iż   przy 

obecnym   stanie   zdrowia   morskie   powietrze   byłoby   dla   mnie   zabójcze.   A   nikt   z   moich 

współmieszkańców nie zostawi mnie samej - inaczej ja pierwsza nakłaniałabym ich, żeby spędzili u 

was co najmniej dwa tygodnie. Choć, prawdę mówiąc, wątpię, czy nerwy Susan przetrzymałyby 

podobny wysiłek. Cierpi ona wielce z powodu migren, a sześć pijawek dziennie, przystawianych 

przez  dziesięć  dni, pomogło  jej  tak niewiele,  że uznaliśmy,  iż najwyższy czas zmienić  sposób 

leczenia.   Moje   własne   badania   wykazały,   że   prawdziwy   powód   jej   cierpień   tkwi   w   dziąsłach, 

przekonałam ją przeto, by dała sobie wyrwać trzy zęby. Poczuła się dzięki temu zdecydowanie 

lepiej, ale jej nerwy są w opłakanym stanie. Może mówić wyłącznie szeptem i dziś rano dwukrotnie 

omdlała, kiedy biedny Arthur próbował stłumić kaszel. On, na szczęście, czuje się całkiem dobrze, 

choć wolałabym, żeby był mniej ospały.

Obawiam się też o jego wątrobę.

134

background image

Od czasu jak obaj bawiliście w mieście, nie miałam żadnych wieści od Sidneya, ale sądzę, 

że jego plany wyjazdu na wyspę Wight spaliły na panewce - inaczej zawitałby u nas przejazdem.

Jak najszczerzej życzymy Ci udanego sezonu w Sanditon! I choć nie możemy osobiście 

wnieść swego wkładu w Twój Beau Monde, uczynimy wszystko, co w naszej mocy, by przysłać Ci 

letników, jakich bez wątpienia warto u siebie gościć. Możemy z pewnością liczyć, że skłonimy do 

wyjazdu do Was dwie duże grupy. Jedna to osiadła w Surrey zamożna rodzina z Indii Zachodnich, 

druga to wychowanki wielce szacownej szkoły żeńskiej z Camberwell. Nie sposób zgoła wyliczyć, 

ile osób zaangażowałam w tę sprawę.

Twoja oddana...

- No cóż, może Sidney dopatrzyłby się w tym liście czegoś zabawnego - powiedział pan 

Parker, skończywszy czytać - i sprawiłby, że przez pół godziny pękalibyśmy ze śmiechu, ale ja 

znajduję stan zdrowia mojej rodziny wielce zasmucającym. Choć to, co piszą, jest jednocześnie 

niezmiernie budujące. Sama pani widzi, panno Heywood, jak bardzo, mimo własnych cierpień, 

moja   rodzina   dba   o   dobro   innych.   Tyle   troski   o   Sanditon!   Dwie   duże   grupy.   Jedna   zajmie 

prawdopodobnie Prospect House, a druga zatrzyma  się w rezydencji numer 2: Denham Palace. 

Albo może  wynajmie  ostatni  dom  Tarasu i dodatkowe  łóżka  w hotelu?  Mówiłem  pani,  panno 

Heywood, że moja siostra to cudowna kobieta.

- Jestem pewna, że musi być nadzwyczajną osobą - pospieszyła z zapewnieniem Charlotta. - 

Zważywszy na zły stan zdrowia obu pańskich sióstr radosny ton tego listu jest wręcz zaskakujący.  

Trzy zęby usunięte za jednym zamachem - to po prostu straszne! Pańska siostra Diana wydaje się 

bardzo poważnie chora, ale te trzy zęby Susan przygnębiają mnie bardziej niż wszystko inne.

- Och, one przywykły do takich zabiegów - do wszelkich zabiegów! I są takie dzielne!

- Pańskie siostry wiedzą, co im dolega, ale sięgają, że tak powiem, po skrajne środki. Ja 

sama na ich miejscu szukałabym raczej porady fachowca. Nie liczyłabym  ani na siebie, ani na 

swoich bliskich. Z drugiej strony, Heywoodowie są tak zdrową rodziną, że nie potrafię osądzić, na 

ile skuteczne mogą być domowe sposoby leczenia...

- Gwoli prawdy - odezwała się pani Parker - ja także uważam, że panny Parker ufając 

własnej intuicji, posuwają się niekiedy zbyt daleko. I wiem, mój drogi, że ty także podzielasz tę 

opinię. Często napomykasz, że twoje rodzeństwo czułoby się lepiej, gdyby nieco mniej rozmyślało 

o swoim zdrowiu. Szczególnie dotyczy to Arthura. Wiem, jak bardzo żałujesz, iż siostry tak dalece 

pobłażają jego skłonności do celebrowania każdej choroby...

No cóż, Mary, przyznaję, że to niedobrze dla biednego Arthura, iż zachęcono go, by w tak 

młodym wieku obnosił się ze swoimi dolegliwościami. To źle. Źle też, że czuje się zbyt słaby,  

ażeby poszukać sobie jakiejś pracy, i że mając dwadzieścia jeden lat zadowala się swym niewielkim 

135

background image

mająteczkiem, nie próbując go pomnożyć. Nie mówiąc już o tym, że mógłby znaleźć sobie zajęcie, 

które przyniosłoby pożytek innym! Porozmawiajmy jednak o przyjemniejszych rzeczach. Te dwie 

duże grupy gości są właśnie tym, czego nam trzeba.

Ale... ale... słyszę, zdaje się, coś jeszcze przyjemniejszego: Morgana i jego „podano do 

stołu”.

136

background image

ROZDZIAŁ VI

Wkrótce po obiedzie całe towarzystwo opuściło dom. Pan Parker czułby wyrzuty sumienia, 

gdyby nie złożył wizyty w bibliotece, Charlotta zaś chciała jak najszybciej poznać to całkiem nowe 

dla niej miejsce. Była to najspokojniejsza w morskim kąpielisku pora dnia: mieszkańcy i goście 

jedli jeszcze obiad lub po nim odpoczywali, tak więc tylko gdzieniegdzie napotykało się samotnych 

starszych   ludzi,   zmuszonych  do  jak  najwcześniejszego   zażywania   leczniczych  spacerów.  Życie 

towarzyskie zamierało, a Taras, klify i plaże świeciły pustką.

Także w sklepach nie było żywej duszy; słomkowe kapelusze i koronki leżały pozostawione 

własnemu losowi. Pani Whitby siedziała na zapleczu biblioteki, czytając - z braku zajęcia - jakąś 

powieść. Lista gości codziennie wyglądała tak samo. Lady Denham i panna Esther były osobami, 

które w tym sezonie pojawiały się najczęściej. Poza nimi nie widywało się już nikogo lepszego od 

pani i panien Mathews, doktora Browna i jego małżonki, pana Richarda Pretta, porucznika Smitha z 

Królewskiej Marynarki Wojennej, kapitana Little’a z Limehouse, pani Jane Fisher, panny Fisher, 

panny Scroggs, wielebnego pana Hankinga, radcy prawnego pana Bearda z Grays Inn oraz pani 

Davis i panny Merryweather.

Pan Parker także spostrzegł, że na liście nie pojawiły się żadne zmiany, bolał przy tym, że 

jest ona krótsza niż się spodziewał. Był jednak dopiero lipiec; w sierpniu i wrześniu sytuacja mogła 

się zmienić. Obiecane dwie duże grupy gości z Surrey i Camberwell stanowiły nie lada pocieszenie.

Pani Whitby opuściła niezwłocznie zaplecze biblioteki, uradowana, że ponownie widzi pana 

Parkera;   jego   usposobienie   zawsze   zjednywało   mu   przyjaciół.   Pogrążeni   w   miłej   pogawędce 

wymieniali uprzejmości, podczas gdy Charlotta dopisała swoje nazwisko do listy czytelników. Była 

pierwszym gościem, który miał wróżyć pomyślny sezon i - gdy tylko panna Whitby ze swymi 

lśniącymi lokami i gustowną biżuterią pospieszyła na dół, by ją obsłużyć - przystąpiła do robienia 

sprawunków.

Biblioteka   była   rzeczywiście   znakomicie   zaopatrzona.   Znajdowały   się   tu   wszystkie 

bezużyteczne rzeczy świata, bez których po prostu nie sposób się obyć. Wśród tak wielu pokus, a 

także zachęt ze strony pana Parkera, Charlotcie z trudem przyszło zachowanie umiaru - doszła 

jednak do wniosku, że w poważnym wieku lat dwudziestu dwóch nie wypada go jej nie zachować i 

tylko dzięki temu udało jej się nie wydać od razu pierwszego popołudnia wszystkich pieniędzy. 

Przeglądając książki,  natrafiła  na tom „Camilli”,  ale jako że nie miała takiej jak jej bohaterka 

młodości ani nie spodziewała się popaść w podobne kłopoty, wkrótce zniechęcona odłożyła go na 

miejsce. Po chwili porzuciła także szuflady z pierścionkami i broszkami i głucha na dalsze zachęty 

zapłaciła za wybrane przedmioty.

137

background image

Ze względu na Charlottę, prosto z biblioteki Parkerowie zamierzali się udać na klif, ale gdy 

tylko znaleźli się z powrotem na ulicy, natknęli się na dwie znajome damy - i to sprawiło, że 

zmienili zamiar. Spotkanymi  paniami były lady Denham i panna Brereton. Wstąpiły one przed 

chwilą do Trafalgar House, skąd skierowano je do biblioteki; że zaś lady Denham była kobietą zbyt 

energiczną, aby traktować milowy spacer jako coś, po czym należy odpocząć, postanowiła więc od 

razu ruszyć w drogę powrotną. Parkerowie poczuli się tedy w obowiązku zaprosić obie panie do 

siebie na herbatę - wiedzieli, że lady Denham na to właśnie liczyła. I tak wycieczka na klif ustąpiła 

przed koniecznością natychmiastowego powrotu do domu.

- Nie, nie - dla przyzwoitości protestowała przez chwilę stara dama. - Nie chcę, byście 

przeze mnie zmieniali godzinę picia herbaty. Wiem, że zwykle siadacie do niej później. To, że ja 

wolę ją o wcześniejszej porze, nie może narażać moich sąsiadów na niewygodę. Nie, nie, panna 

Klara i ja wypijemy herbatę u siebie. Od początku takie miałyśmy plany.

Chciałyśmy po prostu was zobaczyć i upewnić się, iż rzeczywiście przyjechaliście. Ale na 

herbatę wrócimy do domu.

Mimo tych sprzeciwów przyjęła jednak zaproszenie do Trafalgar House i zasiadła w salonie, 

zdając się nie słyszeć wydanego służbie polecenia, by natychmiast podano herbatę.

Towarzystwo osób, które - po porannej rozmowie z Parkerami - tak bardzo chciała poznać, 

w   pełni   wynagrodziło   Charlotcie   utratę   spaceru.   Była   bardzo   ciekawa,   jak   wyglądają   panie,   o 

których tyle  słyszała, i teraz nareszcie mogła dobrze im się przyjrzeć. Lady Denham była  tęgą 

kobietą,   średniego   wzrostu,   o   wyprostowanej   sylwetce,   energicznych   ruchach,   przenikliwym 

spojrzeniu i pewnej siebie minie. Mimo to twarz miała sympatyczną i choć jej sposób bycia był 

raczej oschły i bezceremonialny - uważała się bowiem za osobę szczerą i bez ogródek mówiącą, co 

myśli   -   potrafiła   być   także   wesoła   i   serdeczna.   Ucieszyła   się   z   poznania   Charlotty,   z   wielką 

życzliwością też potraktowała starych przyjaciół.

Jeśli  zaś chodziło  o pannę Brereton, jej wygląd  i zachowanie  w pełni  usprawiedliwiały 

zachwyty pana Parkera - Charlotta pomyślała wręcz, że nigdy nie spotkała milszej ani bardziej 

interesującej młodej kobiety.

Wysoka,   niezwykle   urodziwa,   o   delikatnej   cerze   i   łagodnych   błękitnych   oczach,   miała 

ujmująco   nieśmiały,   naturalny   i   pełen   wdzięku   sposób   bycia.   W   oczach   Charlotty   była 

najdoskonalszym ucieleśnieniem pięknych i czarujących bohaterek powieści, których liczne tomy 

stały na półkach pani Whitby. Być może na takiej ocenie zaważyła niedawna wizyta Charlotty w 

bibliotece, ale doprawdy patrząc na Klarę Brereton, trudno było pozbyć się myśli o literackich 

heroinach. Sprzyjało temu także jej uzależnienie od lady Denham: natychmiast nasuwała się myśl, 

że stara dama zaprosiła dziewczynę do siebie tylko po to, by móc źle ją traktować. Ubóstwo i 

138

background image

pozostawanie na łasce ciotki, połączone z urodą i przymiotami ducha, jednoznacznie sugerowały, 

jak należy patrzeć na całą tę sprawę.

Uczucia,   które   budziła   w   niej   Klara,   nie   miały   żadnego   związku   z   romantycznym 

usposobieniem  Charlotty.  Była  ona raczej  trzeźwo myślącą  młodą  damą,  wystarczająco  dobrze 

oczytaną w powieściach, by wzbogaciły one jej wyobraźnię, ale nie zyskały na nią nadmiernego 

wpływu. Poświęciwszy więc pierwsze pięć minut rozważaniom, jakież to cierpienia powinny się 

stać udziałem Klary za sprawą niegrzecznego zachowania lady Denham, na podstawie dalszych 

obserwacji   bez   oporu   przyznała,   że   obie   damy   są   ze   sobą   w   doskonałych   stosunkach,   a 

postępowaniu starej damy nie można zarzucić nic, wyjąwszy może staromodnie oficjalną formę 

zwracania się do krewnej, którą cały czas tytułowała panną Klarą. Szacunek i troska okazywane 

opiekunce przez Klarę także nie budziły zastrzeżeń Charlotty.

Rozmowa szybko zeszła na temat Sanditon, goszczących w nim obecnie turystów i zmian, 

które nastąpić mogły w sezonie. Bez wątpienia lady Denham bardziej niż jej sąsiad niepokoiła się 

możliwością   poniesienia   strat   finansowych.   Chciała,   by   osada   jak   najszybciej   zapełniła   się 

letnikami i myśl o stojących pustką kwaterach zupełnie wytrącała ją z równowagi. Nie omieszkano 

oczywiście powiedzieć jej o dwóch dużych grupach gości, których przybycie zapowiadała panna 

Diana Parker.

- Bardzo dobrze! Znakomicie! - ucieszyła się stara dama. - Rodzina z Indii Zachodnich i 

wychowanki pensji dla panien. Brzmi doskonale. To nam przyniesie pieniądze.

-   Nikomu   ich   wydawanie   nie   przychodzi   łatwiej   niż   przybyszom   z   Indii   Zachodnich   - 

zgodził się pan Parker.

- Owszem. Choć słyszałam, że z racji pełnych portfeli uważają czasem, że są równi starym 

rodom z kraju. Co gorsza, mówiono mi też, że szastają pieniędzmi, nie zastanawiając się, czy nie 

spowodują tym wzrostu cen. Jeśli więc ich przybycie  miałoby wyrządzić nam taką szkodę, nie 

przyjmiemy ich z wdzięcznością.

- Ależ droga pani! - wykrzyknął pan Parker. - Wywołana przez nich zwyżka cen na niektóre 

artykuły może wiązać się jedynie z nadzwyczajnym wzrostem popytu. A to da nam możliwość 

zrobienia tylu doskonałych interesów, że w efekcie przyniesie więcej pożytku niż szkody. Nasi 

rzeźnicy,  piekarze i sklepikarze nie mogą się przecież wzbogacić, nie przynosząc  jednocześnie 

zysków nam. Jeśli zaś oni niewiele zarobią, i nasze dochody staną się niepewne. Tak więc ich zyski 

są również naszymi - choćby poprzez wzrost wartości tutejszych domów.

- No cóż, racja. Chociaż nie podoba mi się myśl, że mam płacić rzeźnikowi drożej za mięso. 

I jak długo się da, będę się targować! Widzę, młoda damo, że się uśmiechasz. Musisz uważać mnie 

za osobę bardzo dziwną. Ale i ty w swoim czasie zaczniesz zwracać uwagę na podobne kwestie. 

139

background image

Tak, tak, moja droga, wierz mi: i ty za jakiś czas zaczniesz myśleć o tym, ile płacisz rzeźnikowi za 

mięso.   Choć   może,   w   przeciwieństwie   do   mnie,   nie   będziesz   miała   gromady   służby   do 

wykarmienia. Moim zdaniem najlepiej mają ci, co zatrudniają tylko kilkoro służących. Wszyscy 

wiedzą, że nie należę do osób, które lubią afiszować się bogactwem, i gdyby nie fakt, że jestem to 

winna   pamięci   drogiego   pana   Hollisa,   nigdy   nie   utrzymywałabym   Sanditon   House   na   takim 

poziomie. Nie czynię tego wszakże dla własnej przyjemności. Cóż, panie Parker, powiada pan, że 

pozostali nasi goście to uczennice?

Francuskiej pensji, prawda? Nic w tym złego. I zostaną tu przez sześć tygodni? Wśród tylu 

dziewcząt znajdą się bez wątpienia jakieś chore na gruźlicę, które będą potrzebować oślego mleka. 

A ja mam akurat dwie dojne oślice. Jednakże te młode panienki mogą zniszczyć  meble. Mam 

nadzieję, że będą pod dobrą opieką surowych nauczycieli...

W kwestii, która przywiodła pana Parkera do Willingden, lady Denham nie obdarzyła go 

większym zaufaniem niż jego własna siostra.

- Na Boga, drogi panie! - zawołała. - Jak pan mógł w ogóle pomyśleć o czymś podobnym? 

Przykro mi, że uległ pan wypadkowi, ale prawdę rzekłszy zasłużył pan sobie na to. Szukać lekarza! 

Co my byśmy zrobili tu z doktorem? Mając go pod ręką, zachęcilibyśmy tylko służbę i biedotę do 

wymyślania sobie chorób. Naprawdę, lepiej, żeby medycy trzymali się z dala od Sanditon. Świetnie 

dajemy sobie bez nich radę. Mamy tu morze, wydmy i moje dojne oślice. Powiedziałam też pani 

Whitby, że jeśli ktokolwiek zażyczy sobie pokojowego konia do ćwiczeń, może go w każdej chwili 

otrzymać,  bo pokojowy koń biednego pana Hollisa jest doprawdy znakomity.  I całkiem nowy. 

Czego więcej można jeszcze chcieć?

Chodzę po świecie już siedemdziesiąt lat, a lekarza widziałam na oczy nie więcej niż dwa 

razy. I nigdy nie wezwano go na moje życzenie. Jestem też głęboko przekonana, że gdyby mój 

biedny, drogi sir Harry nie korzystał z pomocy medyka, żyłby do dziś. Człowiek, który wysłał 

mojego męża na tamten świat, dziewięciokrotnie brał honorarium. Jedno po drugim.

Zaklinam pana, panie Parker: żadnych doktorów w Sanditon.

W tym momencie wniesiono herbatę.

- Och, pani Parker, zaprawdę nie powinna pani tego robić. Czemu mnie pani nie posłuchała? 

Właśnie miałam się z państwem pożegnać. Skoro jednak okazała nam pani taką gościnność, sądzę, 

że obie z panną Klarą musimy pozostać na herbacie.

140

background image

ROZDZIAŁ VII

Sympatia, jaką cieszyli się Parkerowie, sprawiła, że już następnego ranka złożono im kilka 

wizyt. Wśród przybyłych znalazł się także sir Edward Denham i jego siostra, którzy wstąpili do 

nich   po   drodze   do   Sanditon   House.   Spełniwszy   zatem   obowiązek   napisania   listów,   Charlotta 

zasiadła wraz z panią Parker w bawialni i została przedstawiona wszystkim gościom.

Denhamowie   byli   jedynymi   osobami,   które   wzbudzały   jej   zainteresowanie,   cieszyła   się 

więc, że może osobiście poznać członków tej rodziny. Uznała przy tym, że goście - a przynajmniej 

lepsza ich połowa (bo będąc kawalerem, sir Edward mógł się niekiedy jawić jako lepsza część tej 

pary)   -   warta   jest   uwagi.   Panna   Denham   była   piękną   młodą   kobietą,   zachowywała   się   jednak 

chłodno   i   z   rezerwą;   sprawiała   wrażenie   osoby   dumnej   ze   swojej   pozycji   i   niezadowolonej   z 

niedostatku.  Gryzła  się głównie  brakiem  pięknego  powozu  - przyjechała  bowiem do Parkerów 

zwykłym   gigiem,   który   w   dodatku   stangret   ustawił   pod   oknem   tak,   że   wciąż   miała   go   przed 

oczyma. Zachowanie i mina sir Edwarda były daleko weselsze niż siostry. Niewątpliwie należał do 

przystojnych mężczyzn, tym wszakże, co jeszcze bardziej rzucało się w oczy, było jego nadzwyczaj 

miłe obejście; obdarzał innych serdecznym zainteresowaniem i starał się na każdym kroku sprawić 

im przyjemność.  Czuł się w gościnie  bardzo swobodnie:  mówił  dużo, często zwracając się do 

Charlotty, obok której go posadzono. Dziewczyna od razu spostrzegła, że ma on piękną twarz, miły, 

łagodny głos i talent do konwersacji. Od razu też go polubiła. Będąc sama osobą stateczną, uznała, 

że jest on nad wyraz sympatyczny; nie potrafiła przy tym oprzeć się wrażeniu, że i on myśli o niej 

podobnie. Dowodziło tego wielokrotne zlekceważenie dawanych mu przez siostrę znaków, że pora 

iść: wbrew jej sugestiom nie podniósł się z miejsca i dalej rozmawiał z Charlottą. Nie przeproszę 

czytelników   za   próżność   mojej   bohaterki,   której   niewątpliwie   jego   zachowanie   sprawiło 

przyjemność. Jeśli w jej czasach istniały młode damy, którym takie rzeczy były obojętne, ja się z 

nimi nie zetknęłam - i wielce się z tego cieszę.

Niskie   francuskie   okna   bawialni   wychodziły   na   drogę   i   wszystkie   przecinające   dolinę 

ścieżki,   dzięki   czemu   usadowieni   naprzeciw   nich   Charlotta   i   Edward   nie   mogli   przeoczyć 

przechodzących niespodziewanie w pobliżu lady Denham i panny Brereton. W oka mgnieniu na 

twarzy   dżentelmena   pojawiła   się   wyraźna   zmiana.   Rzuciwszy   mijającym   dom   paniom   tęskne 

spojrzenie, zgodził się na wcześniejszą propozycję siostry, by opuścić gościnne progi Parkerów i 

udać się na spacer  na Taras. Odmieniło  to gwałtownie wyobrażenie  Charlotty na jego temat  i 

uleczyło z trwającego od pół godziny oczarowania. Pozwoliło jej też, już po jego wyjściu, trzeźwiej 

ocenić, jak bardzo w istocie był sympatyczny.

Maniery i usposobienie ma naprawdę wspaniałe - uznała - a posiadanie tytułu wcale mu nie 

141

background image

zaszkodziło.

Bardzo szybko zresztą znalazła się na powrót w jego towarzystwie, gdy tylko bowiem dom 

jej gospodarzy opuścili ostatni goście, oni sami także postanowili wyjść. A Taras dla wszystkich 

stanowił wielką atrakcję i każdy spacerowicz od niego właśnie zaczynał przechadzkę. Tam też, na 

jednej   z   zielonych   ławek   rozstawionych   wokół   wysypanej   żwirem   alei,   znaleźli   połączone 

towarzystwo   Denhamów,   które   -   mimo   że   stanowiło   teraz   jedną   grupę   -   znowu   wyraźnie   się 

podzieliło: starsza dama i panna Esther siedziały w jednym końcu ławki, sir Edward zaś i panna 

Brereton   w  drugim.   Charlotcie   wystarczyło   jedno   spojrzenie,   by  odgadnąć,   że   sir  Edward   jest 

zakochany w Klarze - jego oddanie dla niej nie budziło wątpliwości. Mniej oczywiste było to, jak 

dziewczyna   przyjmuje   jego   awanse;   chwilami   zdawało   się   bowiem,   że   niezbyt   ją   one   cieszą. 

Siedziała obok Edwarda (czemu prawdopodobnie nie mogła zapobiec) ze spokojnym i poważnym 

wyrazem twarzy.

Młoda dama  po drugiej  stronie ławki  niewątpliwie  natomiast  odbywała  pokutę. Zmiana 

zachowania   panny  Denham   -  różnica   między   tą   panną   Denham,   która   z  chłodną   wyniosłością 

siedziała w bawialni państwa Parkerów i z trudem dawała się innym wciągnąć do rozmowy, a tą, 

która siedziała u boku starej damy, słuchała z uwagą tego, co do niej mówiono, i z uśmiechem 

odpowiadała na pytania - była uderzająca. I jednocześnie zabawna - lub przygnębiająca, zależnie od 

tego, czy dało się pierwszeństwo satyrze, czy moralności.

Usposobienie   panny   Denham   nie   stanowiło   dla   Charlotty   tajemnicy,   jej   brat   natomiast 

wymagał dłuższej obserwacji. Zaskoczyło ją to, że na widok Parkerów natychmiast porzucił Klarę i 

całą swą uwagę skierował znowu ku niej.

Starał się trzymać blisko Charlotty i robił wszystko, by, na ile się tylko dało, oddzielić ją od 

reszty towarzystwa; była przy tym jedyną osobą, którą zaszczycał konwersacją, pełnym wzruszenia 

tonem rozprawiając o morzu i wybrzeżu. Powtórzył mnóstwo banałów na temat majestatu oceanu 

oraz   wyraził   „niemożliwe   do   wyrażenia”   uczucia,   jakie   budzi   on   we   wrażliwych   sercach.   Z 

ożywieniem mówił o tym, jak wspaniale wygląda morze w czasie sztormu i jak jego powierzchnia 

lśni, gdy się wygładza. Wspomniał o mewach i wodorostach, o głębinach i otchłaniach, nagłych 

zmianach pogody, okrutnych podstępach fal i marynarzach zwabionych promieniami słońca, którzy 

po wypłynięciu w morze ginęli w odmętach podczas nawałnicy. W tym, co opowiadał, nie było nic 

oryginalnego, ale mimo to w ustach przystojnego sir Edwarda nawet frazesy brzmiały dla Charlotty 

interesująco. Uznała tedy, że jest człowiekiem niezwykle wrażliwym - póki nie zaczął jej zamęczać 

licznymi cytatami z poezji.

- Czy pamięta pani - zapytał - jak pięknie pisał o morzu Scott? Cóż za wspaniały opis!

Zawsze przychodzi mi na myśl, kiedy tędy spaceruję. Człowiek, który potrafi przeczytać te 

142

background image

słowa bez wzruszenia, musi mieć nerwy ze stali! Wolałbym nie spotkać kogoś takiego, jeśli nie 

będę miał przy sobie broni.

-   O   jaki   wiersz   panu   chodzi?   -   zdziwiła   się   Charlotta.   -   Nie   pamiętam,   bym   w 

którymkolwiek z poematów Scotta natrafiła na opis morza.

- Naprawdę?  Ja  też  nie  mogę  sobie  w  tej  chwili   przypomnieć   tytułu.  Ale  opis kobiety 

pamięta   pani   na   pewno:   „Och!   Kobieto   w   godzinie   naszego   spokoju...”   Wspaniałe,   naprawdę 

wspaniałe. Nawet gdyby nie napisał nic więcej i tak pozostałby nieśmiertelny.  I jeszcze te nie 

mające  sobie równych  wersy o rodzicielskiej  miłości:  „Dano śmiertelnikom i takie  uczucia,  w 

których mniej ziemi, a więcej jest nieba...” A skoro już jesteśmy przy poezji, co sądzi pani, panno 

Heywood, o strofach Burnsa, poświęconych jego Mary? Jest w nich patos, który może przyprawić o 

utratę zmysłów! Jeśli na świecie istniał człowiek, który naprawdę czuł, był nim z pewnością Burns. 

Montgomery posiadł cały ogień poezji, Wordsworth odgadł jej prawdziwą duszę, a Campbell w 

swych „Rozkoszach nadziei” dotyka naszych najgłębszych uczuć: „Jak odwiedziny anioła, zarazem 

rzadkie i dalekie”... Czy można wyobrazić sobie coś bardziej poruszającego i rzewnego, bardziej 

tchnącego   wzniosłością  niż   ten   wiersz?   Ale  Burns...  Wyznam   pani,   czemu   cenię   go  wyżej  od 

innych,   panno  Heywood.   Jeśli   Scott   ma  jakąś  wadę,  jest  nią  brak  namiętności.  Jest  łagodny  i 

elegancki, ale nudny. Mężczyzna, który nie potrafi oddać sprawiedliwości przymiotom kobiety, 

budzi we mnie pogardę. Czasem wszelako opromienia go blask uczucia i wtedy wśród strof błyśnie 

taka: „Och! Kobieto w godzinie naszego spokoju”. Burns jednak zawsze płonie ogniem. Jego dusza 

jest   ołtarzem,   na   którym   umieszcza   ukochaną   kobietę,   a   duch   wdycha   woń   należnego   jej 

nieśmiertelnego kadzidła.

- Czytałam  kilka wierszy Burnsa  i byłam  zachwycona  - przyznała  Charlotta,  gdy tylko 

rozmówca dał jej dojść do głosu. - Nie mam jednakże dostatecznie poetyckiego usposobienia, by 

całkowicie   oddzielić   poezję   od   charakteru   jej   twórcy.   Dlatego   świadomość   występków 

nieszczęsnego Burnsa psuła mi radość czytania jego wierszy. Trudno mi było uwierzyć w szczerość 

jego miłosnych uniesień. Nie sądziłam, by opisywane przezeń uczucia były prawdziwe. Poczuł coś, 

opisał - a potem zapomniał.

- Och, nie, nie! - zaprzeczył gorąco sir Edward. - Był żarliwy i całkowicie szczery. Jego 

geniusz i wrażliwość mogły poniekąd sprowadzić go na złą drogę - ale któż jest doskonały?

Oczekiwanie   od   najwyższego   geniuszu,   że   zechce   schlebiać   prostym   umysłom,   byłoby 

hiperkrytycyzmem   i   pseudofilozofią.   Przebłyski   talentu,   wywołane   namiętnym   uczuciem, 

szalejącym w sercu kochanka, nie współgrają być może z prozaiczną przyzwoitością, ale ani pani, 

najmilsza panno Heywood - (sir Edward wypowiedział te słowa z miną świadczącą o jego głębokiej 

sympatii) - ani żadna inna kobieta nie może sprawiedliwie osądzić tego, co mówi, pisze lub czyni 

143

background image

popychany najwyższą, nieokiełznaną namiętnością mężczyzna.

Były to słowa bardzo piękne, choć - na ile Charlotta zdołała je pojąć - niezbyt moralne.

Nie   zachwycał   jej   przy   tym   wcale   ów   niezwykły   sposób   prawienia   komplementów, 

odpowiedziała więc poważnie:

- Istotnie, niewiele o tym wiem. Cóż za uroczy dzień - dodała, zmieniając temat. -

Wydaje się, że wiatr musi wiać z południa.

- Szczęściarz z tego wiatru, że zajął myśli panny Heywood! - wykrzyknął jej rozmówca, ona 

zaś doszła do wniosku, że ma  do czynienia  z zupełnym  głupcem.  Zorientowała  się też, że sir 

Edward  zamierza  towarzyszyć   jej  w czasie   spaceru,   by w ten  sposób zrobić   przykrość  pannie 

Brereton   -   Charlotta   wyczytała   to   z   niechętnego   spojrzenia,   jakim   ją   obrzucił.   Czemu   jednak 

wygadywał takie bzdury, skoro w niczym nie mogło mu to pomóc? Nie rozumiała tego. Sir Edward 

sprawiał   wrażenie   bardzo   sentymentalnego,   łatwo   poddającego   się   uczuciom.   Z   upodobaniem 

używał przy tym nowomodnych słów. Charlotta doszła do wniosku, że nie cechuje go zbyt lotny 

umysł, a większość rzeczy mówi bez głębszego namysłu. Uznała, że w przyszłości będzie być może 

skłonna do większej wyrozumiałości, ale teraz, słysząc propozycję, by udali się razem do biblioteki, 

poczuła, że ma - jak na jeden dzień - całkiem dosyć sir Edwarda. Z wdzięcznością przyjęła tedy 

zaproszenie lady Denham do pozostania razem z nią na Tarasie.

Wszyscy inni odeszli - także sir Edward, który wydawał się głęboko zrozpaczony odmową 

Charlotty   -   i   obie   panie,   zostawszy   same,   miały   okazję   wykorzystać   swoje   towarzyskie 

umiejętności: lady Denham, jak każda prawdziwie wielka dama, cały czas mówiła o sobie, panna 

Heywood zaś słuchała jej z rozbawieniem, rozmyślając o tym, jak wielce różni się między sobą 

dwójka jej ostatnich rozmówców. W tym, co mówiła lady Denham, nie było żadnych budzących 

wątpliwości czy trudnych do zrozumienia zdań. Ze swobodą kogoś, kto wie, że każdy jego gest 

zostanie   przez   innych   poczytany   za   zaszczyt,   ujęła   Charlottę   pod   ramię   i   tonem   wielkiego 

zadowolenia - jak przystało na osobę świadomą swego znaczenia lub po prostu uwielbiającą mówić 

- powiadomiła ją, że panna Esther liczy na to, iż, tak jak zeszłego lata, zostanie zaproszona wraz z 

bratem na tydzień do Sanditon House. Jej słowom towarzyszyło szelmowskie spojrzenie.

- A ja wcale ich u siebie nie chcę - wyznała. - Nie będą odstępować mnie nawet na krok, 

chwaląc wszystko, co robię. Ale ja i tak wiem, o co im chodzi. Przejrzałam ich wszystkich.

Niełatwo mnie nabrać, moja droga.

Charlotta nie znalazła na to lepszej odpowiedzi jak tylko upewnienie się, że chodzi o sir 

Edwarda i pannę Denham.

- Tak, moja złota. Chodzi o moich młodych krewnych, jak ich czasem nazywam. Zeszłego 

lata o tej właśnie porze gościłam ich przez tydzień u siebie: od poniedziałku do poniedziałku.

144

background image

Byli  zachwyceni   i  bardzo   wdzięczni;  to   w gruncie  rzeczy  mili  ludzie.   Nie  chcę,   żebyś 

myślała, że przestaję z nimi tylko ze względu na biednego sir Harry’ego. To nieprawda.

Zasługiwaliby na to dla nich samych, gdyby tylko nie starali się tak wiele czasu spędzać w 

moim towarzystwie. Nie należę do kobiet, które bez zastanowienia pomagają innym. Zanim zegnę 

palec, zawsze wiem, o co chodzi i z kim mam do czynienia. Nie sądzę, bym choć raz w życiu dała 

się okpić. A to już dużo jak na kobietę, która dwa razy wychodziła za mąż. Biedny, drogi sir Harry,  

mówiąc między nami, miał początkowo nadzieję, że dostanie ode mnie więcej. Ale - westchnęła 

lekko - odszedł, a nam nie wolno obwiniać się za jego śmierć. Nie było doprawdy szczęśliwszej od 

nas pary. Mój mąż należał do ludzi ze wszech miar godnych szacunku, jak przystało na syna starego 

rodu. A kiedy umarł, podarowałam sir Edwardowi jego złoty zegarek.

Mówiąc   to,   popatrzyła   na   swą   towarzyszkę   takim   wzrokiem,   jakby  sprawdzała,   czy   jej 

słowa wywrą na niej odpowiednio głębokie wrażenie. Nie dostrzegłszy jednak na twarzy Charlotty 

zaskoczenia, dodała szybko:

- On wcale nie zapisał go bratankowi; w testamencie nie było na ten temat ani słowa. Raz 

tylko wspomniał, że chciałby, ażeby jego zegarek stał się własnością Edwarda. Ale gdybym sama 

tego nie chciała, nie musiałabym mu go dawać.

- Jakież to miłe z pani strony! Naprawdę wspaniałe! - oświadczyła Charlotta, zmuszona do 

udawania podziwu.

- Owszem moja droga. I nie jest to jedyna rzecz, jaką dla niego zrobiłam. Byłam dla sir 

Edwarda naprawdę wyrozumiałą przyjaciółką. A biedny młodzieniec naprawdę tego potrzebował. 

Bo choć ja jestem jedynie wdową, a on dziedzicem tytułu, sprawy nie układają się między nami tak, 

jak zwykle dzieje się to w podobnych sytuacjach. Nie dostałam ani szylinga z majątku Denhamów; 

sir Edward nie wypłacił mi nawet pensa. Nie powodzi mu się najlepiej, wierzaj mi. I to ja pomagam 

jemu, a nie odwrotnie.

- Naprawdę? To bardzo miły młody człowiek. Ma nienaganne maniery.

Wypowiedziała te słowa jedynie po to, by coś powiedzieć, szybko jednak spostrzegła, że 

obudziły one w lady Denham podejrzenia.

- Owszem,  miło  się z nim rozmawia  - przyznała, patrząc  na nią przenikliwie. - I mam 

nadzieję,   że   jakaś   majętna   dama   również   dojdzie   do   takiego   wniosku.   Bo   sir   Edward   musi 

korzystnie się ożenić. Wielokrotnie z nim na ten temat rozmawiałam. Taki przystojny mężczyzna 

jak on może się uśmiechać i prawić dziewczętom komplementy, ale ożenić musi się dla pieniędzy. 

Na   szczęście   sir   Edward   jest   w   gruncie   rzeczy   młodzieńcem   nader   rozważnym   i   nie   ma   nic 

przeciwko temu.

- Jestem niemal pewna, że przy tak wielkich osobistych zaletach sir Edward, jeśli tylko 

145

background image

zechce, zdobędzie majętną kobietę - oświadczyła Charlotta.

To pochwalne stwierdzenie rozwiało podejrzenia starej damy.

- Bardzo rozsądnie to zauważyłaś, moja droga - skinęła głową. - Gdybyśmy tylko mieli w 

Sanditon jakąś młodą dziedziczkę! Ale dziedziczki to teraz rzadkość! Nie sądzę, by znalazła się tu 

choć jedna, odkąd to miasto stało się miejscem publicznym. Nie ma nawet takiej, która chociaż 

współdziedziczyłaby majątek. Przyjeżdżają tu liczne rodziny, ale, o ile wiem, na sto takich familii 

nie   ma   ani   jednej,   która   rzeczywiście   posiadałaby   jakiś   majątek   -   czy   to   dobra   ziemskie,   czy 

pieniądze.   Może   dochody   tak,   ale   nie   majątek.   Bywają   tu   wprawdzie   pastorzy   i   prawnicy, 

oficerowie i wdowy, którym przysługuje dożywotnia renta, ale jaki pożytek można mieć z tych 

ludzi, poza tym że wynajmują nasze puste domy? Mówiąc między nami, uważam zresztą, że robią 

głupio, nie pozostając w domu. Och, gdyby tylko przysłano tu na kurację jakąś młodą dziedziczkę 

(jeśli zalecono by jej picie oślego mleka, sama bym je dla niej dostarczała), która wyzdrowiawszy, 

natychmiast zakochałaby się w sir Edwardzie!

- Byłoby to doprawdy wielkie szczęście - przyznała Charlotta.

- Panna Esther także musi wyjść korzystnie za mąż. Trzeba, żeby dostała bogatego męża.

Młode damy bez pieniędzy budzą litość! Ale - dodała po chwili - jeśli panna Denham sądzi, 

że namówi mnie na zaproszenie jej i brata do Sanditon House, grubo się myli. Moja sytuacja bardzo 

się różni od tej z zeszłego lata. Mam teraz przy sobie pannę Klarę, a to wszystko zmienia.

Powiedziała to z taką powagą, że Charlotta natychmiast się zorientowała, iż jest to kwestia 

nad wyraz dla starej damy istotna. Była przygotowana na to, że usłyszy więcej szczegółów, ale lady 

Denham powiedziała tylko:

- Nie podoba mi się myśl, że w moim domu miałoby mieszkać więcej osób - jak w hotelu.

Nie chcę też, by dwie z moich pokojówek spędzały całe ranki na odkurzaniu ich sypialni.

Teraz mają tylko doprowadzać do porządku pokój panny Klary i mój. Jeśli zaczną ciężej 

pracować, zażądają wyższej pensji.

Charlotta nie spodziewała się podobnych obiekcji. Zaskoczyły ją tak, że uznała, iż nie zdoła 

udawać współczucia; zachowała więc milczenie.

-   Poza   tym,   moja   droga   -   dodała   po   chwili   z   wielką   radością   lady   Denham   -   czemu 

miałabym zapełniać mój dom, działając przy tym na niekorzyść Sanditon? Skoro ludzie chcą być 

nad morzem, powinni wynająć sobie kwaterę. Tak wiele tu pustych domów - choćby tylko na tym 

Tarasie są aż trzy. Nawet w tej chwili wiszą na nich ogłoszenia, że są do wynajęcia. Proszę bardzo: 

numer 3, 4 i 8. Ósemka to narożny dom, który mógłby się okazać za duży. Ale pozostałe dwa to 

niewielkie, ładne i przytulne domki. W sam raz dla młodego dżentelmena i jego siostry. Tak więc, 

moja droga, następnym razem, gdy panna Esther zacznie mówić o wilgoci panującej w Denham 

146

background image

Park i o tym, jak dobrze robiły jej zawsze morskie kąpiele, poradzę im, by wynajęli jeden z tych 

domów. Nie sądzisz, że będzie to z mojej strony uczciwe? Wiesz przecież, że wspieranie innych 

powinno się zaczynać od własnej rodziny.

W   Charlotcie   uczucie   niechęci   szło   o   lepsze   z   rozbawieniem,   ale   stopniowo   niechęć 

zyskiwała przewagę. Mimo to zachowała kamienną twarz i uprzejmie milczała; dalej już nie była w 

stanie posunąć się w swej wyrozumiałości. Starała się nie słuchać więcej lady Denham, pozostała 

jedynie świadoma, że dama kontynuuje swe rozważania, pozwalając sobie na tak zwane „głośne 

myślenie”.

„Ona jest naprawdę okropna! - uznała Charlotta. - Nie przypuszczałam, że jest aż tak zła.

Pan Parker obszedł się z nią zbyt łagodnie. Najwidoczniej nie można ufać jego sądom.

Zwiodła go własna życzliwość. Ma zbyt dobre serce, by uczciwie oceniać innych. Muszę 

polegać   na   własnych   odczuciach.   Jestem   pewna,   że   te   koneksje   Parkera   szkodzą   mu,   zamiast 

pomagać. Przekonał ją, żeby zainwestowała w ten sam co on interes, i teraz, jako że mają wspólny 

cel,   uważa,   iż   także   w   innych   kwestiach   lady   Denham   podziela   jego   poglądy.   Ale   ona   jest 

wyjątkowo wstrętna. Nie ma w niej niczego dobrego. Biedna panna Brereton! I w dodatku sprawia, 

że ludzie wokół niej też stają się źli. Ten nieszczęsny sir Edward i jego siostra! Nie wiem, jak długo 

szlachetna natura powstrzyma  ich od popełnienia niegodziwości - bo przecież zostali przez nią 

zobowiązani do niegodziwości! Ja też nie jestem lepsza, skoro bez sprzeciwu słucham tego, co 

mówi, i sprawiam wrażenie, jakbym się z nią zgadzała! Oto co się dzieje, gdy bogaci ludzie okazują 

się nikczemni”.

147

background image

ROZDZIAŁ VIII

Obie damy spacerowały aż do chwili, gdy dołączyła do nich reszta towarzystwa. Opuściło 

ono bibliotekę wraz z młodym Whitbym, dzierżącym pod pachą pięć książek, które zaniósł do gigu 

sir Edwarda.

-   Może   zechce   pani   zerknąć,   czym   się   zajmowaliśmy   -   powiedział   właściciel   powozu, 

podchodząc  do Charlotty.  - Siostra poprosiła mnie  o radę przy wyborze  książek.  Mamy sporo 

wolnego czasu, dużo więc czytamy. Nie należę jednak do niewybrednych miłośników powieści. 

Zwykłe  śmieci,  które są w powszechnym  bibliotecznym  obiegu, traktuję z najwyższą  pogardą. 

Nigdy nie polecę nikomu tych dziecinnych wypocin, które nie zawierają niczego prócz sprzecznych 

ze sobą zasad lub jałowego opisu powszednich wydarzeń, z których nie sposób wyciągnąć żadnych 

użytecznych wniosków. Na próżno chcemy wtłaczać je w literacki alembik; nie odsączymy z nich 

nic, co moglibyśmy dodać do posiadanej już wiedzy. Jestem przekonany, że rozumie pani, co mam 

na myśli.

- Wcale nie jestem tego pewna. Jeśli jednak powie mi pan, jakiego rodzaju powieści pan 

aprobuje, zyskam w tej kwestii jasność.

- Jak najchętniej. Aprobuję powieści, które wzniośle opisują ludzką naturę. Ukazują ją w 

chwilach,   gdy   doznaje   wspaniałych,   niezwykłych   uczuć   lub   przedstawiają   narodziny   wielkich 

namiętności, poddanych najgwałtowniejszym mocom na poły zdetronizowanego umysłu.

Powieści opisujące nieodparty kobiecy urok, który rozpala w duszy żar zdolny przywieść 

mężczyznę  (nawet jeśli ryzykuje  on zboczenie  z prostej  drogi podstawowych  obowiązków) do 

podjęcia w imię miłości każdego ryzyka, osiągnięcia każdego celu, sprostania każdemu wyzwaniu. 

Takie dzieła mnie zachwycają i - mam nadzieję - doskonalą. Dostarczają najwspanialszych opisów 

wzniosłych pojęć, nieokiełznanych  namiętności, nieugiętych decyzji. Nawet jeśli ich wynik jest 

wyraźnie niekorzystny dla głównego bohatera - tej potężnej, dominującej  w powieści postaci - 

wzbudzają   one   w  nas  do   niego   sympatię.   Nasze   serca   zostają  porażone.   Twierdzenie,   że   jego 

przeżycia mniej nas porywają niż wątłe, marne cnoty innych bohaterów to pseudofilozofia. Nasze 

zainteresowanie nimi jest tylko jałmużną.

Wszyscy dobrze znamy te nędzne powieści, wyolbrzymiające prymitywne odruchy serca. 

Nie   są   w   stanie   rzucić   wyzwania   rozsądkowi   ani   -   tak   jak   tamte   -   złamać   silnej   woli   nawet 

najbardziej dojrzałego człowieka.

- O ile dobrze pana rozumiem - powiedziała Charlotta - nasze gusta w kwestii powieści 

całkowicie się różnią.

W   tym   momencie   musieli   się   rozstać:   panna   Denham   poczuła   się   zbyt   znużona   nimi 

148

background image

wszystkimi, by dłużej przebywać w ich towarzystwie.

Prawda wyglądała zaś tak, że sir Edward, zmuszony okolicznościami do przebywania stale 

w jednym miejscu, czytywał więcej sentymentalnych powieści niż się do tego przyznawał.

Jego wyobraźnią wcześnie zawładnęły wszystkie namiętne i najbardziej naganne wątki z 

Richardsona   i   pisarzy,   którzy   poszli   w   jego   ślady.   Lektura   ich   dzieł   -   przynajmniej   tych 

traktujących o nieugiętej walce o kobietę, na przekór wyrachowaniu i opinii innych - wypełniała mu 

wiele godzin. Ona też ukształtowała jego charakter. Mając tak wypaczony osąd, co przypisać należy 

też   jego   z   natury   niezbyt   wielkiemu   rozsądkowi,   sir   Edward   uważał,   że   wdzięk,   odwaga, 

przenikliwość i wytrwałość negatywnych postaci powieści równoważy wszystkie popełniane przez 

nie niedorzeczności i okrucieństwa. Gotów był więc uznawać postępowanie czarnych charakterów 

za uduchowione i wzniosłe; fascynowało go ono i rozpalało jego wyobraźnię. O wiele bardziej niż 

chcieli tego autorzy cieszył się więc sukcesami i martwił niepowodzeniami negatywnych postaci.

Mimo  że  podobnym  lekturom  zawdzięczał  wiele  swoich  poglądów, niesprawiedliwością 

byłoby twierdzić, iż nie czytywał niczego innego i że jego język nie został uformowany przez 

ogólniejszą znajomość literatury. W gruncie rzeczy sięgał po wszystkie ukazujące się eseje, książki 

podróżnicze i krytyki.

Niestety ten sam pech, który kazał mu z lekcji moralności wyciągać wyłącznie fałszywe 

nauki,   a   historię   jej   upadku   traktować   jako   zachętę   do   występku,   sprawił,   że   z   pism 

najwspanialszych nawet autorów przejmował jedynie trudne słowa i zawiłe zdania.

Największym życiowym celem sir Edwarda było podobać się. Uważał to wręcz za swój 

obowiązek, zważywszy na osobiste przymioty i zdolności, które - jak mniemał - posiada.

Czuł, że został stworzony, aby być mężczyzną niebezpiecznym - tak samo jak Lovelace. Już 

samo to imię wywoływało, zdaniem sir Edwarda, dreszcz emocji. Być w każdym calu rycerskim, 

nieskazitelnie uczciwym, ze swadą konwersować ze wszystkimi pięknymi dziewczętami - oto, co 

stanowiło istotę człowieka, za którego pragnął uchodzić. Czuł się powołany do tego, by prawić 

pannie   Heywood   -   i   innym   kobietom,   obdarzonym   choćby   cieniem   urody   -   najwymyślniejsze 

komplementy i wygłaszać na ich cześć pochwalne mowy,  ale poważne zamiary żywił  tylko w 

stosunku do Klary: to ją pragnął uwieść.

Z   całej   duszy   marzył   o   tym,   by   ją   zdobyć:   jej   sytuacja   prosiła   się   o   to   pod   każdym 

względem.   Była   rywalką,   jeśli   chodziło   o   łaski   lady   Denham,   a   przy   tym   była   młoda,   miła   i 

brakowało jej niezależności. Sir Edward bardzo szybko dostrzegł konieczność, przed jaką postawił 

go los, i teraz, z ostrożną wytrwałością, próbował wywrzeć na dziewczynie wrażenie i zachwiać jej 

zasadami.

Klara przejrzała  go wszelako  na wylot  i  nie miała  najmniejszego  zamiaru  pozwolić  się 

149

background image

uwieść. Znosiła go jednak na tyle cierpliwie, by upewnić się co do uczuć, jakie jej osobisty urok w 

nim wzbudził. Sir Edwarda nie odstraszyłaby zaś nawet jawnie okazywana odraza; był uzbrojony 

przeciwko najgłębszej choćby pogardzie i niechęci.

Uznał, że jeśli nie zdoła jej zdobyć miłością, po prostu ją porwie. Znał się na rzeczy.

Rozważył   to   dokładnie.   Jeśli   będzie   zmuszony   przedsięwziąć   taki   krok,   wymyśli   jakiś 

oryginalny fortel, ażeby przewyższyć swoich poprzedników. Był ciekaw, czy w okolicy Timbuktu 

nie znalazłby stojącego na odludziu domu, odpowiedniego na przyjęcie Klary.

Tylko te wydatki! Jego zasoby nie pozwalały na to, by rzecz odbyła się tak wspaniale, jak 

sobie wymarzył. Rozsądek podpowiadał mu przy tym, że dla większej chwały powinien ściągnąć na 

obiekt swych uczuć jak najmniejszą hańbę i niesławę.

150

background image

ROZDZIAŁ IX

Pewnego dnia, krótko po przyjeździe do Sanditon, wspinając się z plaży na Taras, Charlotta 

z radością ujrzała, że przed bramą hotelu stoi elegancki powóz zaprzężony w pocztowe konie. 

Najwyraźniej   przyjechał   dopiero   przed   chwilą,   a   wielkość   wyładowanego   zeń   bagażu   budziła 

nadzieję, że jakaś szacowna rodzina zdecydowała się zabawić tu na długo.

Uszczęśliwiona, że zaniesie tak dobrą nowinę Parkerom, którzy oboje udali się do domu 

nieco wcześniej, ochoczo skierowała się ku Trafalgar House. Szła na tyle szybko, na ile pozwalało 

jej zmęczenie, dwie ostatnie godziny spędziła bowiem, walcząc z dmącym od morza wiatrem. Nie 

zdążyła   jeszcze   wszelako   dojść   do   małego   trawnika   przed   domem,   kiedy   spostrzegła   jakąś 

drepczącą za nią żwawo damę. Przekonana, że nie może to być nikt znajomy, przyśpieszyła kroku, 

by znaleźć się w domu przed gościem, ale nieznajoma nie pozwoliła jej na to. Charlotta wbiegła na 

schody i zadzwoniła, jednak nim pojawiła się służąca, nieznajoma kobieta także znalazła się już na 

progu.

Swobodne zachowanie przybyłej, jej: „Jak się masz, Morgan?” oraz mina służącej w chwili, 

gdy ujrzała obcą damę, wprawiły Charlottę w zdumienie. W tej samej chwili w holu pojawił się pan 

Parker, który widząc z okna bawialni nadchodzącą siostrę, pospieszył, by ją powitać. Wkrótce także 

Charlotta   została   przedstawiona   pannie   Dianie   Parker,   której   przybycie   zdumiało,   ale   także 

ucieszyło rodzinę. Oboje małżonkowie nie posiadali się wprost z radości, że zdrowie pozwoliło 

jednak siostrze pana Parkera na wybranie się w podróż.

Natychmiast posypały się pytania: „Jak przyjechałaś?” „Z kim?”. Zakładano też, naturalnie, 

że gość zatrzyma się u nich.

Panna Parker miała smukłą sylwetkę, miłą twarz i żywe  spojrzenie; liczyła  sobie jakieś 

trzydzieści cztery lata. Była średniego wzrostu i wyglądała raczej na osobę delikatną niż chorowitą. 

Swobodnym sposobem bycia przypominała brata, choć w jej głosie więcej było zdecydowania i 

mniej łagodności. Nie zwlekając, jęła opowiadać, skąd się wzięła w Sanditon.

Podziękowała też bratu za zaproszenie, ale go nie przyjęła.

- Przyjechaliśmy tu wszyscy troje i wynajmiemy sobie kwaterę - oświadczyła.

- Wszyscy troje! - wykrzyknął z radością pan Parker. - Co słyszę! Są więc z tobą Susan i 

Arthur! Susan zdołała tu przyjechać! To znaczy, że jest z nią coraz lepiej!

- Owszem. Dzięki temu właśnie mogliśmy wszyscy troje tu przyjechać. To było zresztą 

nieuniknione - nic innego nie pozostawało nam do zrobienia. Muszę wam wszystko opowiedzieć. 

Ale najpierw, droga Mary, poślij po dzieci. Strasznie się za nimi stęskniłam.

- A jak Susan zniosła podróż? I jak się czuje Arthur? Dlaczego nie przyszli tu razem z tobą?

151

background image

- Susan zniosła podróż doskonale. Nie zmrużyła oka ani w noc przed naszym wyjazdem, ani 

ostatniej nocy w Chichester, więc - ponieważ na ogół nie cierpi na bezsenność w takim samym 

stopniu jak ja - dręczyły mnie tysięczne obawy. Ale wszystko poszło wspaniale. Póki nie zobaczyła  

starego, biednego Sanditon, nie miała też ani jednego ataku histerii - a i ten tutaj nie okazał się zbyt 

gwałtowny: minął, zanim dojechaliśmy do hotelu. Dzięki temu też bez trudu, jedynie przy pomocy 

pana   Woodcocka,   wysadziliśmy   ją   z   powozu.   Gdy   się   z   nią   rozstawałam,   wydawała   właśnie 

dyspozycje   co   do   bagaży   i   pomagała   staremu   Samowi   odwiązywać   kufry.   Przekazuje   wam 

serdeczne ucałowania i ogromnie żałuje, że samopoczucie nie pozwoliło jej przyjść tu ze mną. Co 

się zaś tyczy biednego Arthura, gorąco pragnął mi towarzyszyć, ale ponieważ wieje silny wiatr, 

uznałam,   że   mogłoby   to   być   dlań   niebezpieczne.   Jestem   przekonana,   że   grozi   mu   lumbago. 

Pomogłam mu tedy otulić się płaszczem i kazałam pójść na Taras, znaleźć dla nas kwaterę. Panna 

Heywood musiała spostrzec przed hotelem nasz powóz; poznałam pannę Heywood od pierwszej 

chwili,   gdy tylko  ją zobaczyłam.   Mój  drogi  Tomie,   wielce   się cieszę,   że  możesz  już chodzić. 

Pozwól   mi   dotknąć   swojej   kostki.   Wszystko   z   nią   w   porządku.   Wygląda   całkiem   normalnie. 

Zwichnięcie   nie   było   zbyt   silne   -   ledwo   je   wyczuwam.   A   teraz   wyjaśnię   wam,   skąd   się   tu 

wzięliśmy.

Pisałam ci w liście o gościach, których miałam nadzieję skłonić do przyjazdu tutaj. Rodzina 

z Indii Zachodnich i wychowanki pensji...

Pan Parker przysunął swoje krzesło bliżej siostry i ponownie ujął jej dłoń.

- Och, tak - odparł wzruszony. Jak to miło z twojej strony, że zadałaś sobie tyle trudu!

- Okazało się, że ci przybysze z Indii Zachodnich - ciągnęła panna Parker - których przyjazd 

tutaj uważam za bardziej z tych dwóch pożądany, jako że należą oni do najlepszego towarzystwa, to 

niejaka pani Griffiths z rodziną. Znam ich tylko ze słyszenia. Słyszałeś pewnie ode mnie nieraz o 

pannie Capper, serdecznej przyjaciółce mojej najlepszej przyjaciółki. Fanny Noyce; otóż panna 

Capper jest w nader bliskich stosunkach z panią Darling, która z kolei stale koresponduje z samą 

panią Griffiths. Jak widzisz, dzieli nas tylko krótki łańcuszek ludzi - i nie brakuje żadnego ogniwa. 

Pani Griffiths zamierza dla zdrowia swoich dzieci wybrać się nad morze. Początkowo myślała o 

wybrzeżu Sussex, ale zmieniła zdanie, gdyż  woli miejsce mniej  uczęszczane. Napisała tedy do 

swojej przyjaciółki pani Darling z prośbą o radę. Tak się złożyło, że panna Capper gościła akurat u 

pana Darlinga, gdy przyszedł list pani Griffiths. Zapytano ją więc o zdanie, ona zaś jeszcze tego 

samego dnia napisała w tej sprawie do Fanny Noyce, która z kolei, szczęśliwie dla nas chwyciła za 

pióro i zwróciła się o radę do mnie. Podała mi wszystkie szczegóły prócz nazwisk, które poznałam 

dopiero później. Wtedy mogłam już zrobić tylko jedno. Tą samą pocztą odpowiedziałam na list 

Fanny, nakłaniając ją, by doradziła Sanditon. Fanny obawiała się wprawdzie, że nie macie tu domu 

152

background image

dość obszernego na przyjęcie tak dużej rodziny... Zdaje się jednak, że snuję moją opowieść bez 

końca. Teraz już wiecie, jak się to wszystko potoczyło. Z przyjemnością usłyszałam wkrótce, że 

pani Darling poleciła przyjaciółce Sanditon i że rodzina z Indii

Zachodnich jest nader skłonna tu przybyć. Tak było w chwili, gdy do was pisałam, ale dwa 

dni temu... tak, przedwczoraj, znów dostałam wiadomość od Fanny Noyce, która z kolei słyszała to 

od panny Capper, iż ta z listu pani Darling dowiedziała się o wątpliwościach pani Griffiths co do 

Sanditon... Czy mówię jasno? Wolałabym niczego nie pomylić...

- Och, wszystko rozumiemy. I co dalej?

- Jej wahanie wzięło się stąd, że nie ma tu żadnych znajomości, nie miałaby więc, jak się 

upewnić,   czy   przygotowano   odpowiednią   kwaterę.   Jest   zaś   w   tej   kwestii   bardzo   ostrożna   i 

skrupulatna - i to bardziej ze względu na niejaką pannę Lambe, młodą damę (prawdopodobnie 

siostrzenicę) powierzoną jej opiece, niż ze względu na dwie własne córki.

Panna Lambe  dysponuje  ogromną  fortuną, jest o wiele  bogatsza od reszty pań, ale jest 

wyjątkowo delikatnego zdrowia. Z powyższego wyraźnie widać, że pani Griffiths musi być kobietą 

równie bezradną i opieszałą, co bogatą. Takimi właśnie czyni ludzi gorący klimat. Ale nie wszyscy 

urodziliśmy się równie mało energiczni. Cóż było robić? Przez kilka chwil wahałam się, czy pisać 

do was, czy do pani Whitby, żeby zarezerwować dla nich dom. Żadna wersja jednak mnie nie 

zadowalała. Nie znoszę zrzucania pracy na innych, kiedy tylko mogę wykonać ją sama, a przy tym 

sumienie podpowiedziało mi, że jest to sprawa, w której moja obecność może okazać się przydatna. 

Oto bowiem, kiedy pojawi się tu rodzina bezradnych inwalidów, niewiele znajdzie się osób, które 

tak jak ja potrafiłyby służyć  im pomocą. To samo przyszło na myśl  Susan, a Arthur nie robił 

żadnych   trudności,  tak  więc  wczoraj   o szóstej  wyruszyliśmy  w drogę.  Dziś  o tej  samej   porze 

opuściliśmy Chichester. I tak oto znaleźliśmy się w Sanditon. ..

- Doskonale! Doskonale! - zawołał pan Parker. - Diano, jesteś niezrównana, jeśli chodzi o 

wyświadczanie dobra całemu światu. Nie znam nikogo podobnego do ciebie. Mary, moja kochana, 

czyż ona nie jest cudowna? A teraz powiedz, który dom dla nich wybrałaś? Jak duża jest ta rodzina?

- Nie mam pojęcia. Nigdy nie słyszałam żadnych szczegółów. Jestem wszelako pewna, że 

największy dom w Sanditon nie będzie zbyt duży i prawdopodobnie będą potrzebowali jeszcze 

drugiego. Na razie jednakże poszukam tylko jednego i zarezerwuję go na tydzień.

Widzę, panno Heywood, że wprawiłam panią w zdumienie. Poznaję po pani minie, że nie 

przywykła pani do tak szybkich decyzji.

Przez głowę Charlotty przelatywały takie wyrażenia jak „zbytnia gorliwość” i „co nagle, to 

po diable!”, ale uprzejma odpowiedź przyszła jej bez trudu.

-   Ośmielę   się   powiedzieć,   iż   rzeczywiście   jestem   zdziwiona,   gdyż   podjęliście   państwo 

153

background image

wielki wysiłek, a wiem przecież, jak bardzo wszyscy jesteście schorowani.

- Owszem, jesteśmy schorowani. Sądzę, że nie ma w Anglii trojga ludzi, którzy bardziej od 

nas zasługiwaliby na to smutne miano. Ale żadna słabość ciała nie może być nam wymówką ani 

skłonić nas do pobłażania samym sobie. Świat wyraźnie dzieli się na silnych i słabych, na tych, co 

mogą działać, i tych, którym brakuje na to energii. Świętym obowiązkiem nas, sprawnych, jest nie 

przegapić żadnej okazji, kiedy możemy pomóc słabszym.

Dolegliwości moje i mojej siostry nie są na szczęście z gatunku tych, które bezpośrednio 

zagrażają życiu. I dopóki jesteśmy w stanie podjąć wysiłek i okazać się użytecznymi dla innych, 

wierzę, że nasze ciała poczują się lepiej, jeśli odświeżymy umysły wypełnianiem tego obowiązku. 

Podczas podróży, wiedząc, że przyświeca jej szlachetny cel, czułam się naprawdę dobrze.

Wejście dzieci zakończyło ten mały panegiryk panny Parker na cześć własnych skłonności.

Uściskawszy kolejno wszystkich bratanków, gość jął zbierać się do odejścia.

- Czy nie możesz zostać u nas na obiedzie? Zjedz z nami obiad - rozległy się liczne głosy.

Kiedy   zaś   panna   Diana   stanowczo   odmówiła,   posypały   się   pytania:   -   Kiedy   znów   cię 

zobaczymy? Jak możemy ci pomóc?

Pan Parker natychmiast zaproponował, że będzie towarzyszył siostrze w poszukiwaniach 

domu dla pani Griffiths.

- Przyjdę do ciebie zaraz po obiedzie - obiecał.

Jego propozycja spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem.

- Nie, drogi Tomie, żadną miarą nie pozwolę, byś wyręczał mnie w moich obowiązkach.

Twoja kostka wymaga odpoczynku. Ze sposobu, w jaki układasz stopę, wnioskuję, że już i 

tak zanadto ją nadwerężałeś. Nie, sama poszukam odpowiedniego domu. Zabiorę się do tego od 

razu. Obiad i tak podadzą nam dopiero o szóstej. Do tej pory mam nadzieję już coś znaleźć, jest 

przecież dopiero wpół do piątej. Co się zaś tyczy pytania, czy się jeszcze dziś zobaczymy,  nie 

umiem na nie odpowiedzieć. Arthur i Susan spędzą cały wieczór w hotelu, z pewnością będą więc 

zachwyceni,   mogąc   się   z   wami   zobaczyć.   Myślę   jednak,   że   Arthur   znalazł   już   dla   nas   jakąś 

kwaterę, zatem prawdopodobnie zaraz po obiedzie będziemy zajęci oglądaniem pokoi, tak by od 

razu jutro po śniadaniu się tam przenieść. Nie mam zbytniego zaufania do Arthura, jeśli chodzi o 

wybór apartamentu, ale sprawiał wrażenie, że ma ochotę się tym zająć.

- Myślę, że za dużo bierzesz na swoją głowę - orzekł pan Parker. - Zamęczysz się.

Uważam, że nie powinnaś już dziś wychodzić po obiedzie.

- Tak, z pewnością nie powinnaś - zgodziła się z mężem pani Parker. - Nie przyniesie to nic 

dobrego. Szczególnie, że obiad dla waszej trójki to tylko puste słowo. Znam wasze apetyty...

- Mój apetyt znacznie się ostatnimi czasy poprawił, zapewniam cię. Piłam gorzkie krople, 

154

background image

które własnoręcznie warzyłam i, wierz mi, że dokonały cudu. Macie jednak rację, że Susan prawie 

nic nie je - a i ja nie mam po co w tej chwili siadać do stołu. Nie jadam przez tydzień po każdej 

podróży.   Natomiast   jeśli   chodzi   o   Arthura,   dba   on   o   jedzenie   aż   zanadto.   Często   musimy   go 

pilnować, by się nie przejadał.

- Nie powiedziałaś mi jeszcze nic na temat naszych pozostałych gości - powiedział pan 

Parker. - O tych wychowankach pensji z Camberwell. Czy możemy liczyć na ich przyjazd?

Och, to pewne - całkiem pewne! Zapomniałam  ci o tym  powiedzieć, ale trzy dni temu 

dostałam list od przyjaciółki, pani Charlesowej Dupuis, która mnie zapewniła, że wie o przyjeździe 

tych dziewcząt do Sanditon. Bez wątpienia lada moment tu będą. Ta dobra kobieta, która się nimi 

opiekuje   (nie   podano   mi   jeszcze   jej   nazwiska),   nie   będąc   tak   bogatą   ani   niezależną   jak   pani 

Griffiths, postanowiła sama przyjechać i wybrać sobie dom. Opowiem ci, jak do niej dotarłam. Pani 

Charlesowa   Dupuis   mieszka   niemal   drzwi   w   drzwi   z   damą,   której   jakaś   krewna   osiedliła   się 

ostatnio w Clapham. Podjęła tam pracę w szkole - udziela dziewczętom lekcji dykcji i literatury 

pięknej. Usłyszałam o niej od jednego z przyjaciół Sidneya - to on właśnie polecił jej Sanditon. Ja 

sama nawet na oczy tej damy nie widziałam, wszystko załatwiła pani Charlesowa Dupuis...

155

background image

ROZDZIAŁ X

Nie upłynął nawet tydzień od czasu, kiedy panna Diana Parker uznała, że w jej obecnym 

stanie morskie powietrze  okaże się dlań zabójcze, a mimo  to przyjechała do Sanditon i nawet 

zamierzała pozostać tu dłużej. Nic nie świadczyło też o tym, by jej ponure przepowiednie miały się 

sprawdzić. Charlotta nie mogła się powstrzymać od podejrzeń, że w tej nadzwyczajnej poprawie 

zdrowia   niemałą   rolę   odgrywa   wyobraźnia.   Dolegliwości   i   ozdrowienia   nadchodzące   w   tak 

niecodzienny   sposób  wydawały   się   raczej   rozrywką   pozbawionego   zajęcia   żywego   umysłu   niż 

rzeczywistymi   przypadłościami   i   powrotami   do   zdrowia.   Parkerowie   stanowili   bez   wątpienia 

rodzinę o bujnej wyobraźni, łatwo dającą się ponieść emocjom. O ile zaś najstarszy brat znalazł 

ujście dla nadmiaru energii w tworzeniu coraz to nowych projektów dotyczących kurortu, siostry 

trwoniły własną, wymyślając sobie dziwaczne dolegliwości.

Bez   wątpienia   nie   zużywali   jednak   w   ten   sposób   całej   żywości   umysłów,   resztę   jej 

spożytkowując na gorliwe pomaganie innym. Wyglądało na to, że jeśli nie mogą zaangażować się 

głęboko   w   pracę   na   rzecz   bliźnich,   muszą   ciężko   chorować.   Wrodzona   delikatność   zdrowia   - 

nieszczęśliwie   połączona   z   upodobaniem   do   ciągłego   leczenia   się   -   wywołała   przedwczesną 

skłonność do zapadania na różne choroby.  Reszta ich cierpień miała swe źródło w wyobraźni; 

zamiłowaniu   do   wyróżniania   się,   niezwykłości.   Mieli   litościwe   serca   i   wiele   zalet,   ale   ich 

wyjątkowej dobroczynności przyświecała potrzeba nieustannego działania i pragnienie pochwał za 

to, że robią więcej niż inni. Za wszystkim zatem, co czynili, kryła się próżność - podobnie jak za ich 

dolegliwościami.

Państwo Parkerowie spędzili lwią część wieczoru w hotelu, Charlotta zaś jeszcze dwu-lub 

trzykrotnie   widziała   pannę   Parker   przemierzającą   osadę   w   poszukiwaniu   domu   dla   nigdy   nie 

widzianej damy, która wcale jej o to nie prosiła. Resztę rodziny poznała panna Heywood dopiero 

następnego dnia, kiedy to rodzeństwo pana Parkera przeniosło się już do wynajętego apartamentu. 

Zadowoleni z takiego stanu rzeczy przybysze zaprosili Parkerów na herbatę.

Ich nowe lokum znajdowało się w jednym  z domów Tarasu, a na ten wieczór goście i 

domownicy zebrali się w małej, schludnej bawialni z pięknym widokiem na morze, jeśli podeszło 

się do okna - bo choć był to wspaniały letni angielski dzień, nie tylko żadnego z nich nie otwarto, 

ale w dodatku kanapę, stół i inne meble ustawiono w przeciwległym końcu pokoju, obok płonącego 

na kominku ognia. Panna Parker, którą - mając w pamięci trzy wyrwane jej jednego dnia zęby - 

Charlotta darzyła szczególnym, pełnym szacunku współczuciem, ani wyglądem, ani zachowaniem 

nie   przypominała   swojej   siostry.   Była   od  niej   o  wiele   szczuplejsza   oraz   bardziej   wyniszczona 

chorobą   i   lekami.   Miała   przy   tym   łagodniejsze   rysy   twarzy   i   spokojniejszy   głos.   Wszelako, 

156

background image

podobnie jak Diana, przez cały wieczór nieprzerwanie mówiła. Wyjąwszy zaś to, że siedziała z 

solami w dłoni i kilkakrotnie sięgała po tabletki do kilku ustawionych już na swoim miejscu na 

kominku   fiołek,   a   także,   że   często   wykrzywiała   twarz   w   dziwnym   grymasie,   Charlotta   nie 

spostrzegła   u   niej   żadnych   innych   objawów   choroby,   której   ona   sama   -   ośmielona   własnym 

znakomitym   zdrowiem   -   nie   spróbowałaby   wyleczyć   przez   zgaszenie   ognia,   otwarcie   okna   i 

polecenie,   aby   wyrzucono   sole   i   tabletki.   Pannę   Heywood   wielce   zdziwił   też   widok   Arthura 

Parkera:  wyobrażała  go sobie jako nader wątłego,  drobnego mężczyznę,  w nie lada zdumienie 

wprawiło  ją więc  to, że wzrostem  niemal  dorównuje starszemu  bratu  i jest wyjątkowo  mocno 

zbudowany: szeroki w barach i krzepki. O tym, że choruje, nie świadczyło nic prócz ziemistej cery.

Głowę   rodziny   i   jej   siłę   napędową   stanowiła   bez   wątpienia   Diana.   Przez   cały   ranek 

pozostawała na nogach, załatwiając sprawy pani Griffiths i własne, a mimo to nadal sprawiała 

wrażenie   najżwawszej   z   całej   trójki.   Susan   nadzorowała   jedynie   przeprowadzkę   rodzeństwa   z 

hotelu, własnoręcznie przenosząc dwa ciężkie pudła, Arthur zaś uznał powietrze za tak chłodne, że 

po prostu najszybciej jak się dało przeszedł z jednego budynku do drugiego i jął wyliczać powody, 

które przemawiały za rozpaleniem ognia. Diana, która była zbyt skupiona na sobie, by śledzić jego 

rozważania, ale która - jeśli wierzyć jej słowom - nie usiadła ani na chwilę przez ostatnie siedem 

godzin, wyznała, że czuje się nieco tylko zmęczona. Jej wysiłki zostały sowicie wynagrodzone, nie 

tylko   bowiem,   pokonując   tysięczne   trudności,   zarezerwowała   w   końcu   dla   pani   Griffiths 

odpowiedni   dom   w   cenie   ośmiu   gwinei   tygodniowo,   ale   odbyła   również   liczne   pertraktacje   z 

kucharkami,   pokojówkami,   praczkami   i   pomywaczkami,   tak   że   pani   Griffiths   pozostało   po 

przyjeździe  tylko  wezwać je do siebie  i dokonać wyboru.  Ostatnią  rzeczą,  którą  panna Parker 

zrobiła w tej sprawie, było skreślenie kilku uprzejmych słów do samej pani Griffiths - czas nie 

pozwalał już na to, by wiadomość trafiła do niej tą samą okrężną drogą, co poprzednio - i teraz 

radowała się myślą, że otworzy jej to drogę do znajomości z ludźmi, którzy nieoczekiwanie będą 

wobec niej mieli spory dług wdzięczności.

Zmierzając   na   Taras,   państwo   Parkerowie   i   Charlotta   zobaczyli   zatrzymujące   się   przed 

bramą hotelu dwie pocztowe karety. Był to radosny widok, pozwalający snuć różne domysły.

Panny   Parker   i   Arthur   także   dostrzegli   powozy   i   zastanawiali   się,   któż   mógł   nimi 

przyjechać.

Czyżby   były   to   już   uczennice   szkoły   z   Camberwell?   Pan   Parker   żywił   optymistyczne 

przekonanie, że to jeszcze jedna, nowa rodzina.

Kiedy nareszcie wszyscy usadowili się na swoich miejscach i zakończyli spacery do okna, 

by popatrzeć na morze i hotel, okazało się, że Charlottę posadzono obok Arthura, który zajmował 

miejsce tuż przy ogniu. Dopisywał mu akurat humor, co dobrze wpłynęło na jego uprzejmość, 

157

background image

zaproponował   jej   tedy   swoje   krzesło.   Nic   zresztą   nie   ryzykował,   maniery   dziewczyny   nie 

pozostawiały   żadnych   wątpliwości,   że   odmówi,   z   satysfakcją   usiadł   tedy   ponownie   na   swoim 

miejscu, Charlotta natomiast odsunęła swoje krzesło tak, by wykorzystać jego osobę jako zasłonę 

odgradzającą ją od żaru, i była wdzięczna za każdy dodatkowy cal szerokich jego ramion i pleców, 

które wyobrażała sobie przecież zupełnie inaczej. Spojrzenie Arthura okazało się równie ciężkie jak 

sylwetka, nie był jednak bynajmniej małomówny.

Podczas więc gdy pozostała czwórka zajmowała się głównie sobą nawzajem, młodzieniec 

najwyraźniej cieszył  się, mając u boku miłą dziewczynę, której zwykła uprzejmość nakazywała 

poświęcić nieco uwagi. Jego brat skonstatował to z niemałą radością, uważał bowiem, że Arthurowi 

brakuje bodźca, by przełamać swoją gnuśność, jakiegokolwiek celu, który by go ożywił. Obecność 

młodej damy wpłynęła tymczasem nań tak silnie, że zaczął się nawet usprawiedliwiać z rozpalenia 

ognia.

- Może nie powinniśmy w ogóle korzystać z kominka, ale morskie powietrze jest zawsze 

takie wilgotne - powiedział. - A ja niczego nie boję się bardziej niż wilgoci.

- Ja natomiast należę do tych szczęśliwców, którzy nigdy nie wiedzą, czy powietrze jest 

wilgotne, czy suche - odparła Charlotta. - Zawsze natomiast ma tę właściwość, że mnie orzeźwia.

- Ja również z całego serca lubię świeże powietrze - zapewnił Arthur. - Uwielbiam siedzieć 

przy otwartym oknie, o ile tylko nie ma wiatru. Ale niestety, wilgotne powietrze nie lubi mnie. 

Natychmiast funduje mi atak reumatyzmu. Pani, jak przypuszczam, nie cierpi na reumatyzm?

- Ani trochę.

- To wielkie błogosławieństwo. Ale może jest pani nerwowa?

- Nie - myślę, że nie. Nic mi o tym w każdym razie nie wiadomo.

- Ja jestem bardzo nerwowy. Prawdę mówiąc, czuję, że nerwy są najpoważniejszą z moich 

przypadłości. Moja siostra uważa, że mam chory woreczek żółciowy, ale ja w to wątpię.

- Jestem pewna, że ma pan całkowitą rację, nie wierząc w to tak długo, jak tylko się da.

- Gdybym chorował na woreczek - ciągnął Arthur Parker - nie mógłbym pijać wina, a ono 

zawsze dobrze mi robi. Im więcej go piję (oczywiście z umiarem), tym lepiej się czuję.

Najlepsze   samopoczucie   mam   zawsze   wieczorem.   Gdyby   ujrzała   mnie   pani   dziś   przed 

obiadem, byłoby mnie pani naprawdę żal.

Charlotta nie wątpiła w to, ale nie powiedziała tego na głos.

- Z tego, co wiem o nerwowych dolegliwościach, świeże powietrze i ćwiczenia znakomicie 

na nie pomagają - oświadczyła natomiast. - Codzienne, regularne ćwiczenia.

Powinien robić ich pan więcej niż - jak podejrzewam - ma pan w zwyczaju.

- Och, ależ ja bardzo lubię ćwiczyć - zapewnił ją Arthur. - I zamierzam podczas pobytu tutaj 

158

background image

wiele spacerować - o ile tylko pozwoli na to pogoda. Postanowiłem wychodzić z domu codziennie 

przed śniadaniem i kilka razy obchodzić wkoło Taras. Często też będzie mnie pani widywać w 

Trafalgar House.

- Ale spaceru do Trafalgar House nie traktuje pan z pewnością jako ćwiczenia?

- Nie jest to wielka odległość - przyznał - ale zbocze wzgórza jest naprawdę strome, a spacer 

pod górę, w samym środku dnia, wywołałby u mnie zapewne nawet silne poty!

Musiałbym za każdym razem brać kąpiel. Mam skłonność do pocenia się, a nie ma przecież 

pewniejszej oznaki nerwowości.

Zagłębili się w sprawy zdrowia tak dalece, że pojawienie się służącej z herbatą Charlotta 

powitała jak prawdziwe wybawienie. Przerwało ono ich dialog i przyniosło natychmiastową zmianę 

zachowania młodego mężczyzny, który całkowicie stracił zainteresowanie rozmówczynią i sięgnął 

po   swoje   kakao.   Taca   była   zastawiona   niemal   tyloma   dzbankami,   ile   osób   liczyło   sobie 

towarzystwo, gdyż każda z panien Parker piła inny rodzaj ziołowej herbaty.

Arthur, obróciwszy się całkowicie w stronę ognia, gotował nad nim kakao i opiekał grzanki, 

już wcześniej umieszczone w tym celu na specjalnym stojaku. Póki nie skończył, Charlotta nie 

usłyszała odeń nic prócz kilku wymamrotanych, urwanych zdań, wyrażających zadowolenie.

Kiedy wszelako zakończył  manipulacje przy kominku i na powrót obrócił krzesło w jej 

stronę, dał dowód, że nie oddawał się swemu zajęciu tylko z myślą o sobie, jął bowiem gorąco 

zachęcać   Charlottę,   by   poczęstowała   się   zarówno   kakao,   jak   i   grzankami.   Ona   wszelako   już 

wcześniej nalała sobie herbaty, co niezwykle go zdumiało, gdyż tak bardzo był dotąd pochłonięty 

sobą, że nawet tego nie zauważył.

- Myślałem, że zdążę na czas - powiedział - ale kakao wymaga niestety długiego gotowania.

- Jestem panu wielce zobowiązana - odrzekła Charlotta - ale ja wolę herbatę.

- W takim razie naleję tylko sobie. Spora cowieczorna porcja słabego kakao robi mi lepiej 

niż wszelkie inne leki.

Dziewczyna   spostrzegła   wszakże,   że   gdy   nalewał   to   swoje   „słabe”   kakao,   miało   ono 

ciemny, czekoladowy kolor.

- Och, Arthurze! Twoje kakao jest z każdym dniem coraz mocniejsze - wykrzyknęły w tym 

samym momencie obie siostry.

- Rzeczywiście, wyszło mi dziś mocniejsze niż powinno - odrzekł z lekkim zażenowaniem 

młodzieniec, co przekonało Charlottę, iż dopisuje mu zaiste lepszy apetyt niż życzyłaby sobie tego 

jego rodzina i niż on sam by pragnął. Ucieszył się niewątpliwie, gdy rozmowa zeszła na grzanki i 

nie usłyszał już ze strony sióstr więcej uwag na temat swego napoju.

- Mam nadzieję że skosztuje pani tych tostów - powiedział. - Uważam, że przyrządzam je 

159

background image

bardzo dobrze. Nigdy nie zdarza mi się ich przypalić. To dlatego, że na początku nie zbliżam ich 

zanadto do ognia. Mimo to, jak pani widzi, nawet na rogach są dobrze przyrumienione.

Mam nadzieję, że lubi pani grzanki?

- Z odrobiną masła - bardzo - odrzekła Charlotta. - Ale zupełnie suchych nie.

- To tak jak ja - ucieszył się jej rozmówca. - Mamy na ten temat takie samo zdanie. Suche 

grzanki wcale nie są zdrowe, sądzę nawet, że wyjątkowo szkodzą na żołądek. Jeśli nie dodamy 

odrobiny masła, żeby je zmiękczyć, poranią jego ścianki. Jestem tego pewien.

Pozwolę sobie zatem posmarować dla pani grzankę, a zaraz potem uczynię to także dla 

siebie.

Suche   naprawdę   szkodzą   ściankom   żołądka,   ale   pewnych   ludzi   to   nie   przekonuje.   Nie 

przyjmują   do   wiadomości,   że   suche   grzanki   podrażniają   błonę   śluzową,   działając   na   nią   jak 

szczotka ryżowa.

Nie mógł wszelako zażyczyć sobie masła, nie staczając uprzednio walki; siostry oskarżyły 

go, że je o wiele za dużo, i oświadczyły, iż nie sposób mieć do niego zaufanie. Arthur zapewnił z 

kolei,   że   je   tylko   tyle   masła,   ile   trzeba,   by   ochronić   błonę   żołądka,   a   poza   tym   jest   mu   ono 

potrzebne także dla panny Heywood.

Taki   argument   musiał   przeważyć   i   Arthur   dostał   masło.   Rozsmarował   je   na   grzance 

Charlotty z taką pieczołowitością, jakby sprawiało mu to niewymowną przyjemność. Kiedy jednak 

jej tost był  gotowy i młodzieniec  wziął do ręki własny,  Charlotta ledwie zdołała  powstrzymać 

uśmiech, obserwując, jak najpierw, zerkając na siostry, skrupulatnie zdrapał z grzanki prawie całe 

masło,   by   potem,   wyczekawszy   na   odpowiedni   moment,   dodać   jego   sutą   porcję   tuż   przed 

wsunięciem tosta do ust. Bez wątpienia upodobanie Arthura Parkera do chorób różniło się od tego, 

które cechowało jego siostry, i bynajmniej nie należało do tak uduchowionych. Nieobcych mu było 

wiele ziemskich pokus. Charlotta podejrzewała, że wybrał sobie taki sposób życia, by móc pobłażać 

swemu lenistwu, i że nigdy nie zapadał na choroby inne niż te, które wymagały przebywania w 

ciepłym pokoju i dobrego jedzenia.

Wkrótce spostrzegła wszelako, że w jednym wypadku Arthur przejął coś od swych sióstr.

-   Co   widzę?   -   wykrzyknął.   -   Pozwala   sobie   pani   wieczorem   na   dwie   filiżanki   mocnej 

zielonej herbaty? Ależ silne nerwy musi pani mieć! Naprawdę zazdroszczę. Gdybym ja wypił choć 

jedną taką filiżankę - jak pani sądzi, jakie miałoby to dla mnie skutki?

- Prawdopodobnie przez całą noc nie zmrużyłby pan oka - odparła Charlotta, zamierzając 

zawczasu udaremnić próbę wprawienia jej w zdumienie.

- Och, żeby tylko! - zawołał. - Nie! To podziałałoby na mnie jak trucizna. Zanim upłynęłoby 

pięć minut, cała prawa strona mego ciała zostałaby sparaliżowana. Brzmi to niewiarygodnie, ale 

160

background image

przydarzało mi się tak często, że nie mogę w to wątpić! Stan ten trwałby całe siedem godzin!

- Prawdę mówiąc, rzeczywiście brzmi to zdumiewająco - rzekła chłodno Charlotta. - Ale 

zapewne dla tych, którzy naukowo studiują właściwości prawej strony ciała  i zielonej  herbaty, 

dzięki czemu rozumieją ich wzajemne na siebie oddziaływanie, wyjaśnienie tego zjawiska byłoby 

najprostszą rzeczą pod słońcem.

Wkrótce po herbacie przyniesiono z hotelu list do panny Diany Parker.

- Od pani Charlesowej Dupuis - powiedziała. - Jakaś poufna wiadomość!

Otworzyła list i przebiegła wzrokiem jego pierwsze linijki:

- Ależ to nadzwyczajne! - wykrzyknęła. - Wierzcie mi: nadzwyczajne. Obie noszą to samo 

nazwisko! Dwie panie Griffiths! To list, który miał mi przedstawić ową damę z Camberwell. I 

przypadkowo jej nazwisko także brzmi Griffiths. - Znów pochyliła się nad listem, ale po chwili 

zmieszana podniosła wzrok. - Najdziwniejsza rzecz na świecie - oświadczyła. - Tu także jest panna 

Lambe! Młoda, bardzo bogata, przybyła z Indii Zachodnich. Ale to niemożliwe, żeby chodziło o tę 

samą osobę.

Dla wygody zaczęła czytać list na głos. Napisano go, by „przedstawić pannie Dianie Parker 

panią Griffiths z Camberwell oraz trzy młode damy, oddane jej w opiekę. Pani Griffiths, nie znając 

nikogo w Sanditon, życzyła sobie, ażeby wprowadzono ją do tamtejszego towarzystwa, zatem pani 

Charlesowa   Dupuis,   na   prośbę   pośredniczącej   między   nimi   przyjaciółki,   wysyła   jej   ten   list, 

wiedząc, że niczym nie sprawi drogiej Dianie większej przyjemności, niż dając jej okazję bycia 

użyteczną.   Pierwszą   troską   pani   Griffiths   było   zapewnienie   wygód   jednej   z   młodych   dam, 

pozostających   pod   jej   opieką:   pannie   Lambe,   która   niedawno   dopiero   przyjechała   z   Indii 

Zachodnich, jest delikatnego zdrowia i posiada ogromną fortunę”.

- To naprawdę bardzo dziwne! Zdumiewające! Po prostu nadzwyczajne!

Wszyscy zebrani zgodnie orzekli jednak, że jest niemożliwe, by chodziło o te same osoby.

Różnice w opisie obu grup gości były tak znaczne, że czyniły tę kwestię niemal pewną.

Musiało chodzić o kogoś innego. Gorączkowo powtarzano co chwilę słowo „niemożliwe”. 

W  końcu uznano, że  przypadkowa  zbieżność  nazwisk i  okoliczności,  choć  w pierwszej  chwili 

uderzająca, nie jest w gruncie rzeczy niczym niezwykłym - i na tym stanęło.

Panna   Diana   musiała   zarzucić   szal   na   ramiona   i   znowu   opuścić   dom.   Choć   zmęczona, 

postanowiła  natychmiast   udać  się   do  hotelu,   odkryć   prawdę  i  zaproponować   przybyłym   swoje 

usługi.

161

background image

ROZDZIAŁ XI

A jednak się mylili! Cokolwiek mówili Parkerowie, nie zdołało to zapobiec catastrophe: 

rodzina z Surrey okazała się nikim innym jak uczennicami szkoły w Camberwell. Bogaci przybysze 

z Indii Zachodnich i wychowanki pensji przybyły do Sanditon w dwóch wynajętych powozach. 

Pani   Griffiths,   która   zdaniem   swej   przyjaciółki,   pani   Darling,   dręczona   tysięcznymi   obawami 

wahała się, czy w ogóle przyjechać do Sanditon, okazała się tą samą, której plany w tym samym 

czasie były (zdaniem kogoś innego) całkowicie sprecyzowane i która nie obawiała się żadnych 

trudności.

Wszystko   to,   co   w   obu   opisach   było   ze   sobą   niezgodne,   dało   się   przypisać   próżności, 

niewiedzy lub omyłce  osób zaangażowanych w pośrednictwo przez z pozoru czujną i ostrożną 

pannę Dianę Parker. Jej przyjaciele okazali się - podobnie jak ona sama - nadmiernie gorliwi, 

wymienili  przeto dostatecznie  wiele listów i informacji, by wszystko  pogmatwać.  Panna Diana 

zdawała   sobie   sprawę,   że   to   ona   pierwsza   powinna   przyznać   się   do   błędu.   Musiała   sobie 

uświadomić, że niepotrzebnie odbyła długą podróż z Hempshire i - ku rozczarowaniu brata - bez 

sensu wynajęła na tydzień kosztowny dom. Najgorsze jednak ze wszystkiego było uczucie, że jest 

mniej przenikliwa i nieomylna niż dotąd uważała.

Żadną z tych kwestii nie kłopotała się jednak zbyt długo. Było tak wielu współwinnych, z 

którymi mogła podzielić się odpowiedzialnością i wstydem, że prawdopodobnie, kiedy obdzieliła 

odpowiednimi ich porcjami panią Darling, pannę Capper, Fanny Noyce, panią Charlesową Dupuis i 

jej sąsiadkę - dla niej samej pozostały już tylko mizerne resztki. Tak czy owak widziano ją, jak 

równie raźno co zawsze dreptała cały następny ranek, szukając z panią Griffiths odpowiedniej 

kwatery.

Pani Griffiths była niezwykle taktowną i miłą kobietą, która zarabiała na życie, przyjmując 

pod opiekę dziewczęta i młode damy, pragnące bądź to dokończyć edukacji, bądź zyskać dom, 

pozwalający wprowadzić je do towarzystwa. Poza trójką panien, które razem z nią przybyły do 

Sanditon,   miała   pod   opieką   jeszcze   kilka   innych   dziewcząt,   ale   żadna   z   nich   nie   mogła   jej 

towarzyszyć w podróży. Spośród zaś tej trójki - a także zapewne pozostałych panien - panna Lambe 

była   bez   wątpienia   najważniejsza   i   najcenniejsza   dla   opiekunki,   uiszczała   bowiem   opłaty 

proporcjonalne   do   posiadanego   majątku.   Liczyła   sobie   około   siedemnastu   lat   i   była   delikatną, 

wrażliwą pół-Mulatką. Zatrudniała własną pokojówkę i w wynajętym apartamencie miała otrzymać 

najlepszy pokój. Jak łatwo się domyślić, odgrywała pierwszoplanową rolę we wszystkich planach 

pani Griffiths.

Pozostałe dziewczyny, dwie panny Beaufort, były dość próżnymi młodymi damami, jakie 

162

background image

można spotkać w przynajmniej co trzeciej angielskiej rodzinie. Miały znośną cerę, zgrabne figury i 

śmiałe   spojrzenie   -   pasujące   do   ich   pewnego   siebie   sposobu   bycia.   Uchodziły   za   wielce 

utalentowane, ale też bardzo źle wykształcone. Czas dzieliły pomiędzy zabieganie o podziw innych 

oraz te zajęcia i pomysły, które pozwalały im ubierać się o wiele modniej niż powinno je być na to 

stać. Reagowały na każdą zmianę mody, głównym zaś celem, do jakiego dążyły, było zdobycie o 

wiele zamożniejszego niż one same męża.

Ze względu na pannę Lambe, pani Griffiths preferowała małe, wyludnione miejscowości, 

takie jak Sanditon, a panny Beaufort, choć naturalnie wolałyby miejsce zupełnie inne, poniosły 

wiosną nieuniknione wydatki, kupując sobie - z myślą o pewnej trzydniowej wizycie - po sześć 

sukien, toteż musiały, póki ich zasoby na powrót się nie zwiększą, zadowolić się tym niewielkim 

kurortem,  gdzie  wypożyczywszy  dla   jednej   harfę  i   kupiwszy  dla  drugiej  papier   do  rysowania, 

zamierzały żyć bardzo oszczędnie, elegancko i samotnie.

Starsza panna Beaufort miała wszelako nadzieję, że i tutaj zasłuży na uznanie tych, którzy 

posłyszą dźwięki jej instrumentu, a panna Letitia liczyła na zaciekawienie i zachwyt spacerowiczów 

mijających  ją w chwili,  gdy będzie  szkicować.  Obie  siostry pocieszały się też  myślą,  że będą 

najlepiej ubranymi osobami w mieście. Przy okazji poznania panny Diany Parker pani Griffiths 

zawarła też znajomość z rodziną z Trafalgar House i Denhamami. Panny Beaufort wkrótce uznały 

zatem, że są zadowolone z - jak się wyraziły - „kręgu, w którym obracały się w Sanditon”, wszyscy 

bowiem   musieli   teraz   „obracać   się   w   jakimś   kręgu”.   Coraz   powszechniejszy   obyczaj   ciągłego 

zmieniania znajomych uważano za lekkomyślność i błąd.

Poza oddaniem dla Parkerów lady Denham miała także inny powód, by poznać się z panią 

Griffiths: była nim panna Lambe. Oto bowiem w Sanditon pojawiła się młoda, chora i bogata dama, 

jakiej przybycia od dawna sobie życzyła; zawarła tedy tę znajomość przez wzgląd na sir Edwarda i 

swoje mleczne oślice.

O ile jednak jej plan mógł przynieść korzyści baronetowi, o tyle, co się tyczyło zwierząt, jej 

nadzieje na zyski  szybko  się rozwiały.  Pani Griffiths  nie pozwoliłaby pannie Lambe  na żadne 

dolegliwości czy choroby, które mogło uleczyć ośle mleko.

- Panna Lambe znajduje się pod stałą opieką doświadczonego lekarza - oświadczyła - i musi 

ściśle przestrzegać jego zaleceń.

I zaiste: za wyjątkiem pewnych wzmacniających pigułek, dostarczanych przez jej własnego 

kuzyna, pani Griffiths nigdy nie odstępowała od przepisanej przez medyka kuracji.

Panna Diana Parker umieściła swoich nowych przyjaciół w narożnym domu Tarasu.

Zważywszy, że był on usytuowany frontem do ulubionej promenady wszystkich gości, jacy 

zjeżdżali   do   Sanditon,   dla   panien   Beaufort   nie   mogło   istnieć   bardziej   wymarzone   miejsce 

163

background image

odosobnienia. Przeto, jeszcze na długo zanim panny zaopatrzyły się w harfę i papier do rysowania, 

udało im się - dzięki częstemu ukazywaniu się w niskich oknach na piętrze, gdzie zamykały bądź 

otwierały   okiennice,   ustawiały   na   balkonie   wazon   z   kwiatami   lub   bez   celu   spoglądały   przez 

teleskop - skupić na sobie wiele spojrzeń i samym też sporo zaobserwować.

W tak małej miejscowości nawet drobne wydarzenia stawały się wielką sensacją i panny 

Beaufort, na które w Brighton nikt nie zwracał uwagi, tutaj nie mogły nawet przejść nie zauważone 

ulicą. Nawet pan Arthur Parker, choć tak nieskłonny do podejmowania niepotrzebnego wysiłku, 

udając się do brata, zawsze opuszczał Taras okrężną drogą, by przechodząc obok narożnego domu, 

rzucić okiem na jego mieszkanki - mimo że nakładał w ten sposób ćwierć mili i wspinając się na 

wzgórze, musiał pokonać dwa stopnie więcej.

164

background image

ROZDZIAŁ XII

Charlotta przebywała w Sanditon już dziesięć dni, a wciąż jeszcze nie widziała Sanditon 

House,   każda   bowiem   próba   złożenia   lady   Denham   wizyty   zostawała   uprzedzona   przez 

wcześniejsze z nią spotkanie na ulicy. Tym razem wszelako odwiedziny zaplanowano na taką porę, 

że  nic  nie  mogło   powstrzymać   lady  Denham  od przyjęcia   sąsiadów,  czym  Charlotta  czuła   się 

szczerze ubawiona.

- Jeśli chcesz mieć wdzięczny temat  do rozmowy,  moja droga - powiedział  pan Parker 

(który nie wybierał się razem z nimi) - wspomnij o sytuacji biednych Mullinsów i zapytaj, czy lady 

Denham zamierza ich jakoś wesprzeć. Nie lubię dobroczynności w takich miejscach jak nasze - bo 

staje się to rodzajem podatku nakładanego na wszystkich przyjezdnych - jednak ich położenie jest 

naprawdę tragiczne, a ja niemal przyrzekłem wczoraj tym biednym ludziom, że postaram się coś dla 

nich   uczynić.   Sądzę,   że   musimy   wysłać   im   trochę   jedzenia   -   i   to   im   szybciej,   tym   lepiej.   A 

nazwisko lady Denham na początku listy dobroczyńców bardzo by się przydało. Nie będzie ci 

chyba niezręcznie rozmawiać z nią o tym, prawda, Mary?

- Zrobię wszystko, czego sobie życzysz - odparta żona - choć jestem pewna, że ty sam 

załatwiłbyś tę sprawę o wiele lepiej. Ja nie wiem nawet, co mam powiedzieć.

-   Moja   droga   Mary!   -   wykrzyknął   pan   Parker.   -   To   niemożliwe,   żeby   sprawiło   ci   to 

jakikolwiek kłopot. Nie ma nic prostszego. Wystarczy, że przedstawisz okropną sytuację tych ludzi, 

gorącą prośbę, z jaką się do mnie zwrócili, i moją wolę udzielenia im niewielkiego wsparcia. Jestem 

przekonany, że spotka się to z aprobatą starej damy.

- Ależ to najłatwiejsza rzecz pod słońcem! - zawołała panna Diana Parker, która akurat 

bawiła u nich z wizytą. - Można to wszystko załatwić nawet szybciej niż tobie zajęło mówienie o 

tym. A jeśli już mowa o wsparciu, droga Mary, będę ci bardzo wdzięczna, jeśli wspomnisz lady 

Denham o pewnej bardzo smutnej sprawie, którą ostatnio mi przedstawiono.

Chodzi o bardzo biedną kobietę z Worcestershire, którą moi przyjaciele otoczyli opieką, a i 

ja - ilekroć mogę - zbieram datki na jej rzecz. Gdybyś mogła napomknąć o niej lady Denham!

Na pewno nie odmówi pomocy, jeśli tylko właściwie się jej całą rzecz naświetli. Wygląda 

mi ona przy tym na osobę, która raz sięgnąwszy do portfela równie chętnie wyciągnie z niego 

dziesięć   gwinei,   jak   pięć,   wobec   tego,   jeśli   znajdziesz   ją   w   dobrym   nastroju,   możesz   też 

porozmawiać o innej formie dobroczynności, która mnie - i paru innym osobom - bardzo leży na 

sercu.   Chodzi   o   założenie   funduszu   pomocy   w   Burton.   Poza   tym   są   jeszcze   krewni   pewnego 

biedaka, który został ostatnio powieszony w Yorku. Zebraliśmy już wprawdzie sumę potrzebną, by 

ich wesprzeć, ale nie byłoby źle, gdyby udało ci się wyciągnąć od tej pani dodatkową gwineę.

165

background image

- Moja droga Diano! - przerwała jej pani Parker. - Napomknąć o tym wszystkim lady

Denham przyszłoby mi równie trudno, jak nauczyć się latać.

- A w czymże tu trudność? Żałuję, że nie mogę udać się do niej razem z tobą, ale za pięć 

minut muszę być u pani Griffiths, by dodać pannie Lambe odwagi podczas pierwszej kąpieli.

Jest, biedactwo, tak przerażona, że obiecałam przyjść i podtrzymać ją na duchu. Jeśli sobie 

tego zażyczy, wejdę nawet razem z nią do maszyny kąpielowej. Zaraz później muszę pospieszyć do 

domu, gdyż o pierwszej trzeba przystawić Susan pijawki. Zajmie to trzy godziny. Doprawdy nie 

mam ani minuty dla siebie, choć (mówiąc między nami) powinnam leżeć w łóżku, ledwie bowiem 

trzymam się na nogach. Mam więc nadzieję, że kiedy skończymy z pijawkami, resztę dnia dane 

nam będzie spędzić we własnych pokojach.

-   Przykro   mi   to   doprawdy   słyszeć.   Ale   skoro   jest   tak,   jak   mówisz,   mam   nadzieję,   że 

przynajmniej Arthur złoży nam wizytę.

- Jeśli skorzysta z mojej rady, także położy się do łóżka, bo gdy spuścimy go z oczu, będzie 

z   pewnością   jadł   i   pił   więcej   niż   powinien.   Sama   teraz   widzisz,   Mary,   czemu   nie   mogę   ci 

towarzyszyć u lady Denham.

- Przemyślałem jeszcze raz sprawę, Mary - wtrącił pan Parker - i zdecydowałem, że nie będę 

cię kłopotał wspominaniem lady Denham o Mullinsach. Znajdę sposobność, by rozmówić się z nią 

osobiście. Wiem, jak trudno byłoby ci poruszać w czasie wizyty kwestie tak gospodyni niemiłe.

Wobec takiej postawy brata panna Diana także nie śmiała już nalegać, by pani Parker prosiła 

o cokolwiek w jej imieniu. Taki właśnie cel przyświecał zresztą panu Parkerowi, świadomemu, że 

wyłuszczenie próśb siostry zaszkodzi jego własnej sprawie. Uradowana takim obrotem rzeczy pani 

Parker z ulgą wyruszyła do Sanditon House w towarzystwie Charlotty i małej córeczki.

Znalazłszy się na szczycie wzgórza, damy ujrzały niespodziewanie jadący pod górę powóz, 

ponieważ jednak ranek był duszny i mglisty, długo nie były w stanie go rozpoznać.

Mógł być  zarówno gigiem, jak faetonem, zaprzężonym  równie dobrze w jednego, co w 

cztery konie. W tej samej chwili, gdy doszły do wniosku, że to tandem, młode oczy małej Mary 

rozpoznały woźnicę.

- To stryj Sidney, mamo - zawołała. - Naprawdę!

Okazało się, że miała rację, i podróżujący w towarzystwie służącego bardzo schludnym 

powozem pan Sidney Parker znalazł się wkrótce przy nich. Członkowie rodziny Parkerów zawsze 

odnosili się do siebie wyjątkowo ciepło, przybysz serdecznie uściskał tedy ucieszoną spotkaniem 

bratową, przekonaną, że szwagier zmierza prosto do Trafalgar House. Myliła się wszakże: brat jej 

męża, który wracał właśnie z Eastbourne, zamierzał wprawdzie spędzić przejazdem w Sanditon 

dwa lub trzy dni, ale musiał zatrzymać się na ten czas w hotelu, gdyż spodziewał się tam wizyty 

166

background image

przyjaciół.

Resztę spotkania wypełniły liczne pytania, uprzejme słowa skierowane do małej Mary oraz 

pełen szacunku ukłon złożony pannie Heywood, którą natychmiast przybyszowi przedstawiono. Po 

paru   minutach  przyszło   im  się  wszakże   rozstać,   choć  obie   strony  obiecały  sobie  zobaczyć   się 

ponownie za kilka godzin.

Sidney   Parker   liczył   sobie   około   dwudziestu   siedmiu   bądź   dwudziestu   ośmiu   lat   i   był 

pewnym siebie, przystojnym,  swobodnym w obejściu mężczyzną. Spotkanie z nim stało się na 

pewien czas tematem rozmowy obu pań. Pani Parker przewidywała, że jej mąż z wielką radością 

powita przyjazd brata, cieszyła się też na myśl o tym, jakie korzyści przyniesie jego przybycie 

miastu.

Droga   wiodąca   do   Sanditon   House   była   szeroką,   wygodną,   wysadzaną   drzewami   aleją, 

przecinającą uprawne pola. Kończyła się bramą, po której przekroczeniu goście mieli jeszcze do 

przebycia ćwierćmilowy odcinek biegnący przez ziemie, które - choć nierozległe - miały cały ów 

urok, jaki podobnemu miejscu nadać może obfitość pięknych drzew. Wjazdowa brama znajdowała 

się   tak   blisko   narożnika   ciągnącej   się   w   sąsiedztwie   łąki   i   była   tak   niewiele   oddalona   od   jej 

ogrodzenia, że ów parkan zdawał się w pierwszej chwili napierać na drogę - odsuwał się od niej 

dopiero dzięki rozmieszczonym tu i ówdzie łukom i zakrętom. Wzdłuż ogrodzenia, na niemal całej 

jego długości, ciągnęły się rzędy starych wiązów i kępy ciernistych krzewów.

Owo „niemal” należy tu podkreślić, były bowiem także miejsca nie zarośnięte - i przez 

jedno z takich właśnie, wkrótce po tym jak panie minęły bramę, Charlotta spostrzegła po drugiej 

stronie ogrodzenia ubraną na biało kobiecą sylwetkę. Ów widok przywiódł jej natychmiast na myśl 

pannę   Brereton,   a   podszedłszy   bliżej   przekonała   się,   że   miała   rację;   pomimo   mgły   była   tego 

najzupełniej pewna. Istotnie, u stóp zbocza, które - przecięte wąską ścieżką - opadało po drugiej 

stronie parkanu, siedziała panna Brereton w towarzystwie sir Edwarda Denhama.

Znajdowali się tak blisko siebie i zdawali się być tak pochłonięci rozmową, że Charlotta 

natychmiast uczuła, że nie pozostaje jej nic innego, jak tylko cofnąć się bez słowa. Bez wątpienia 

pragnęli samotności. Uznała, że nie świadczy to dobrze o Klarze, ale po chwili doszła do wniosku, 

że - zważywszy na jej sytuację - nie powinno się tej dziewczyny oceniać zbyt surowo.

Ucieszyła   się,   że   pani   Parker   niczego   nie   spostrzegła;   gdyby   Charlotta   nie   była   o   tyle 

wyższa od swej towarzyszki, białe wstążki panny Brereton także i jej nie rzuciłyby się w oczy.

Wśród   refleksji,   które   nasunął   jej   widok   owego   tete-a-tete,   pojawiła   się   także   myśl   o 

wielkich trudnościach, jakie potajemni kochankowie musieli mieć ze znalezieniem odpowiedniego 

miejsca   dla   swych   sekretnych   spotkań.   Tu   prawdopodobnie   czuli   się   całkowicie   ukryci   przed 

spojrzeniami innych! Mieli dla siebie całą łąkę, a za plecami strome zbocze nigdy nie tknięte ludzką 

167

background image

stopą. W dodatku z pomocą przyszła im gęsta mgła. A jednak ona ich zobaczyła. Doprawdy, los nie 

był dla nich łaskawy.

Dom lady Denham okazał się duży i ładny, a na powitanie gości wyszło aż dwoje służących. 

Wszystko   wokół   tchnęło   atmosferą   ładu   i   porządku   -   stara   dama   ceniła   sobie   widocznie 

uporządkowany   tryb   życia.   Gości   wprowadzono   do   gustownie   umeblowanego   saloniku,   choć 

zastawiające go znakomitej jakości sprzęty były raczej wyjątkowo starannie utrzymane niż nowe. 

Zanim pojawiła się lady Denham, Charlotta  zdążyła  już nieco się rozejrzeć i usłyszeć  od pani 

Parker, że naturalnej wielkości portret dostojnego mężczyzny, wiszący nad kominkiem, przedstawia 

sir   Harry’ego   Denhama.   Obraz   ów   natychmiast   przyciągnął   wzrok   wchodzących   -   w 

przeciwieństwie do licznych miniatur zawieszonych w innej części pokoju, z których jedna, niezbyt 

rzucająca się w oczy, stanowiła podobiznę pana Hollisa. Biedny pan Hollis! Nie sposób było nie 

odczuwać dla niego współczucia - tak źle został potraktowany. Zesłany w swoim własnym domu na 

poślednią ścianę, wśród miniatur, musiał patrzeć, jak najlepsze miejsce zajmuje w nim na stałe sir 

Harry Denham.

168


Document Outline