Jacek Pankiewicz
Franciszek Szubert
idzie do czubków
Klaustrofobia
nie wiem, co robił, choć wszystkie – prawie wszystkie – wymachy ramion, kroki, zwroty
były mi widoczne. Długo będę pamiętał jego kabłąkowato przechylający się chód – nie
chód, lecz przeznaczenie. Wszystko w nim było. Te wyrzuty ramion, robocze, ni to marszowe?
były posłuszne, ulegały jego przywiązaniu do tego miejsca, na którym jeszcze kursował
– tak, tylko na tym odcinku. Nie ograniczonym przez nic, tym bardziej przez przyrodę.
To on tu postanawiał.
Bardziej był czynny wszerz, od wydmy ku morzu, którego falom wygraŜał tym zapamiętałym
gestem ramion. Ale wzdłuŜ, przy całej przestrzeni, jaką przed sobą miał, nie potrzebował
ani piędzi ziemi więcej – niŜ sam zajmował.
Ta dysproporcja moŜliwości, rzucająca się w oczy, nie musiała być jednak błędem ustawienia.
Była błędem warunków raczej niŜ jego pozycji. Znakiem wierności i przetrwania.
A nie był młody. W swej ciemnozielonej koszulce zbliŜał się do kaŜdej nadchodzącej fali
jak wahadło; i oddalał. Posiwiałymi juŜ mocno włosami upodobniony był do niej – i z nią
zapewne tak równolegle szumiał. Niby z owej równoległości poŜądań, a moŜe domniemania,
które swobodnie powziął: on – chwilowy poeta? A moŜe zawiedziony biegiem zdarzeń
dialektyk?
I miał przy tym ruchy juŜ jednostajnie wieczne, co przy całej jego z daleka widocznej
kulturystyce czyniło go biegunem osobliwości. Ograniczony w sytuacji – naprzeciw wielkich
moŜliwości. Kontrast jakŜe jaskrawy w rozległości tej przestrzeni!
Mogłem z jego sylwetki i ruchu jedynie się domyślać treści świętych złorzeczeń, jakie
rzucał. Zarówno części, którą na północ słał falom Bałtyku, jak i tej, którą bez podania kierunku
zostawiał w sobie, a moŜe roztapiał ją na powrót w rozpogodzonej monotonii ruchu
członków. Czarnoroboczy zdecydowany krok przywodzi mi na myśl to, co mogę pamiętać
z sylwetki Dźbika – choć mego starszego brata nie widzę juŜ w pamięci jasno. Ale właśnie
on mógłby mieć tak rzeczowy stosunek do swoich i nie swoich zobowiązań.
ś
ycie mu zajęły. Większość z nich nie jest mi oczywiście znana. Ale wiem z tego, co się
mówiło potem w domu, Ŝe zajęły mu Ŝycie, jak wszystkim, którzy gdziekolwiek i kiedykolwiek
tak się uwzięli, Ŝeby być, naprawdę być – a zostali poza mną, poza nami, ich tajemnica
jakby nikomu niedostępna.
Nie miał przyjaciół – ani nawet takich, co to się potem, gdy nadejdzie łaskawy czas, zechcą
ochoczo podjąć, no, odkrywczej i chwalebnej roli świadka. Nawet roli Jedynego
Ś
wiadka. Bo teŜ i Dźbik, święty prawdziwy, bo anonimowy, nie dysponował bogatą skalą
towarzyskich odruchów, od których nawiązują się nici koleŜeństwa, ani takich, które by i
dla obcych coś znaczyły, by wreszcie jako ukształcony system zachowania odbiły się jak
stempelki w duszach entuzjastów. Wtedy juŜ są nie do zatarcia!
Praktykiem był, choć w abstrakcji jeszcze, in potentia, i było tak zbyt długo, więc trudno
się spodziewać, aby ktoś taki, mający choćby i najpowaŜniejsze pierwsze, drugie i trzecie
podejście do własnego tematu – a więc mający takŜe i swój temat! – mógł nie dojść do pre-
cyzji lub zdecydowania. A te prowadzą ku praktyce. Choć w odruchach – tej często niewłasnej
na początku, więc jakby anonimowej osnowie naszych uczynków – mógł być i do
końca nieczytelny. Gdyby więc z zachowania tylko chcieć oceniać, z krótkiej perspektywy
kogoś takiego jak on – musielibyśmy z góry uznać to Ŝycie za absolutną klapę!
Wszystko jest wprost niewiarygodne, ale Ŝeby zacząć łańcuch poszukiwań, wystarczą
wymachy rąk obcego człowieka. To my z nim wtedy odwracamy się do fal, by one jedynie,
tak naturalnie i niezaleŜnie od nikogo maszerujące, mogły poświadczyć, Ŝe istniejemy.
Ranek był piękny. W tym nie dojściu do upału i niemalŜe rytmicznym przemieszczaniu
się granic Ŝywiołów, nieba, powietrza i wody, w ich nawet i przemieszaniu – dojrzewał w
mojej pamięci obraz daleki dotąd i ukryty.
MoŜe stawał się przed okiem mało widzącego jeszcze świadka tych stanów pośrednich?
Jak mało znacząca musiała być i Jego pozycja, między Ŝyciem prawdziwym a nie spełnionym!
Niejaki chodził wciąŜ ze swą monotonną, nieodstępną rozterką. Wciskałem się kolanami
i łokciami w piasek, podziwiając wirujący pod horyzontem Ŝywioł, mroziła mnie jego
siła i obojętność. Pamiętałem o sile i obojętności tu na plaŜy. Istotnie, spotkałem juŜ podobnych
do Niejakiego, zdawało się, pragnących mi coś powiedzieć, ale zawsze to było niczym
wobec domniemanej siły w tłumie. Banalne sytuacje, w których pragnąłem uczestniczyć,
obiecywały mi święto. Teraz, odrzucony na sporą odległość od wysmarowanych
olejkami, święto widzę, które moŜe się spełnić. W przeciwstawieniu się choćby i Ŝywiołowi.
Ś
lady
Pójdę ulicą, tunelem, parkiem. Przez podwórza, które trzeba dobrze znać. Pusty mur.
Stanę przed murem, przed murem kiedyś tyle się wszystkiego działo. Cień obrazów, rzeczy,
przyjaciół i nieznajomych. Tam jest. Tam jeszcze pozostał myślą. Wiedziałem wczoraj
i czułem to, gdy jeszcze przed biurem, spiesząc się przed biurem, usiadłem na chwilę przy
skwerku. Skwer nie był pusty! Ale spieszyłem się dalej.
Tak, wczoraj tam byłem, siedziałem na jego ławce. Przebiegłem całą tę drogę. Ale spieszyłem
się. I dziś, gdy pragnę tam wrócić – nic nie ma.
Wczoraj umiałem do niego dojść. Brakowało tylko usiąść i zapisywać – potem moŜe
zrozumiem to, co razem z innymi wątkami, waŜne i niewaŜne się plącze i odszedłem do takich
samych jak ja, fachowców od badania, bezsilnych.
Wyszedłem dziś znowu, jak aplikant, który urwał się z dyŜuru, bo szef ma randkę w biurze,
szef ma zajęte mieszkanie, i nie boję się juŜ nawet, Ŝe tam przyjdzie klient, zniecierpliwiony
zrobi awanturę – ja tu siedzę. Siedzę, by dowiedzieć się tego na nowo, co wczoraj
prawie Ŝe miałem w garści. Przyszedłem i lęk mnie w opały bierze, przechodnie jakby coraz
częściej się oglądają – tak, to na pewno nasze fizyczne podobieństwo jest tą przyczyną,
która ściąga na mnie ich spojrzenia, niektórzy aŜ zatrzymują się nie opodal, stają i komentują,
raptem łączy ich, obojętnych między sobą, taka niby ot, ciekawostka. („Przyszedł i
ulega naszemu napatrzeniu.”)
PrzecieŜ moŜe ci, z początku myślę, którzy teraz wymownie na mnie patrzą, w i e d z ą
znacznie więcej ode mnie w sprawie. Tę ich niespodziewaną obcość – oceniają mnie,
podejrzewają!
– czuję w kaŜdym spojrzeniu, usiłuję zbagatelizować, moŜe to jednak ja pozyskam
ich w końcu i będę miał świadków dla tego, co wczoraj sam spotkałem w tym miejscu;
moŜe powiedzą więcej, a ja nie mogę juŜ wstać ani do nich podejść, ani odejść od ławki,
na której przysiadłem tylko tak niedawno, nie jestem dziś pewien, czy to ta sama, i czemu
zresztą nie miałaby ona stać tu po kimś innym, kto później usiadł albo wcześniej.
Dźbik patrzył kiedyś z tej strony na mur, to wiem, bo pamiętam, a ławkę muszę niedługo
i ja opuścić, bo ją t a m c i w ł a ś n i e chcą zająć.
Czemu się obawiam tych ludzi? Ze jestem dla nich nikim? Tak, teraz zrozumiałem to
wreszcie i pobiegnę dalej, i się pospieszę, jak tylko spieszyć się moŜe ten, co ucieczki swej
stara się nie pokazać, odchodzę więc biegiem dość powolnym i nawet nie wiem, czemu lękam
się o t ę w ł a s n ą d r o g ę . Czemu nie zaczepiam ludzi i nie pytam tych świadków o
Dźbika, przecieŜ niejeden by mnie rozpoznał! Ale widzę, jak nierealne miałem dzisiaj
pragnienie;
bo o wiele jest dalej równieŜ i stąd choćby do zdobycia cienia faktów, niŜ przypuszczałem.
Więc jest tak, jakby mnie i tu nie było. Znów gonię setki kilometrów – tam, gdzie się
pojawił Niejaki. Czego jednak się obawiałem, czemu uniknąłem kontaktu z ludźmi przy
murze? Wyrzucam sobie, Ŝe do nich nie podszedłem, skoro tylko od nich mogłem czegoś
się dowiedzieć o Dźbiku. Czemu tego nie zrobiłem? Czy za mało – jak uwaŜam – mam
wciąŜ sił w sobie, Ŝeby – z jakimkolwiek wynikiem – stawić tamtym czoła? Miałem przecieŜ
pierwszy konkret w sprawie, fizyczne podobieństwo do Dźbika, o to by się zaczepiło.
Czy teŜ to, co we mnie tam gada, musiało być waŜniejsze?
Jednak podbuduję wpierw siebie, choć trochę, od środka. Biorę wiatr na świadka, Ŝe
umiem stawiać opór. I dalekie pagórki we mgle, Ŝe być z nimi najsilniej pragnę. A tu mam
pod nosem morze! Zawsze wyrównywało mi stare wyboiny. WydłuŜało i łagodziło pamięć,
bo przeszłość jest rozległa tylko w nas Samych. A przyszłość się zaczyna dokładnie dziś
rano. Ot, choćby w tej łagodności. Przyszłość idzie i w drugą stronę – przez naszą niechęć
do zapominania wybiera z przeszłości coś na kształt ideału, czym rozczaruję się właśnie
jutro. Tym bardziej wzmacniajmy ducha i ciało, Ŝe nam grozi bankructwo!
Szybki marsz brzegiem, jaki teraz czuję w nogach, nie tylko uspokaja. Jego jednostajny,
lecz ostry rytm i wiernie idące obok oddalenie, aŜ do samozniszczalnego horyzontu – oto są
teraz moi towarzysze, których nie trzeba nawet oswajać.
I raptem jakbym to ja był taki na początku, od wielu dni, przestałem myśleć o przeszłości
z akt, dzień zaczyna mi się nieźle zapowiadać. Mogę iść, stanąć, leŜeć i o wszystkim
zapomnieć, moŜliwości te przede mną migocą jak horyzont, który równocześnie rośnie i
zbliŜa się, to oddala. MoŜe i wszystko moŜe się jeszcze stać, bo tak naprawdę to nic przeciwko
temu nie wiadomo?
Wczoraj jeszcze patrzyłem tylko sponad zapisanych akt i stołka, co przed nimi na baczność
stoi, razem z przydawką, moją własną, która na nim siedzi. Bo prawnik pisze cudze
losy cudzych spraw, mało kiedy zaczyna własne. A dziś podróŜny czy spacerowicz, chociaŜ
i głowa go boli od przeziębienia czy grypy – siada pod własnym drzewem, bo tu akurat
ustał, czy przed domem, w którym został na jedną noc. Siedzę teraz pod klonem szerokim,
pomnikowym, resztka dzikości jeszcze mi potrzebna niby mały desancik puszczy. Jak ona
korci i kusi, Ŝeby do niej wracać!
Nim zdąŜy się kiedykolwiek gdzieś dojść, jeśliby nawet i przypadkiem albo przez złośliwość.
Albo by potraktował mnie kto powaŜnie, albo pomógł. A moŜe – ja wszystkim?
SpręŜyna
Pani Czarna w śółtym i Pani z Dziewczynką Agatą; i wchodzą na podwórze, gdy siedzę
tak właśnie, jako Dodatek do niczego, bo dla nich mój klon to Ŝadna Sprawa. Dla nich mogę
być tylko abstrakcyjnym akcentem przejaskrawienia niewaŜności drzewa. Czy zaś
atrakcyjnym?
Mogę przemilczeć to pytanie, a równieŜ obecność obu lub którejkolwiek z pań, i przymknąć
strudzone powieki wprost pod działanie rankowego słońca. Mogę sprawić tak, Ŝe
ktoś zniknie, a potem włączyć inną chwilę. Mogę i zatrzymać, kogo zechcę, w półwykonanym
kroku, a moŜe i – odjąć mu kontakt z ziemią?
Z ukosa, bo z ukosa, zdarza mi się akurat ujrzeć Ją, przebitą światłem liści, pod którym
stała przez chwilkę jak spadnięcie, nagłe spadnięcie obrazu w próŜnię – zauwaŜyła mnie i
sobie teraz pomyśli! Przynajmniej na mnie sprawi wraŜenie.
Niby to ona, niby dekoracja do jesiennego wrzosowiska, a to tylko jej szal! Do niego ledwie
doczepiane nagie, a tak przytulne ramiona, całość zaś, przy spręŜystym jak dotąd iściu
– widać, Ŝe trafiła tu z rejonów jeszcze nie za bardzo tego godnych. Więc gdyby nie zjawiła
się nagle, na tym uprzywilejowanym przez los podwórzu – byłaby oczywiście bardziej
mgiełką spływającą z nieba Ukosem niŜ pięćdziesięciodziewięciokilogramowym OdwaŜnikiem
szala. I całego mojego zerknięcia na ten moment (który mógłby być dla mnie i dla
niej jak najsłuszniejszym powodem do chluby). Bo juŜ ta seria: Ruch ów płynącej nieruchomo
przez powietrze złoŜył mi się na wyobraŜenie Mocno Naładowanej SpręŜyny. Którą
moŜna równie dobrze zostawić tam, gdzie akurat jest, bez uszczerbku dla czyjejkolwiek
przyszłości. Na pewno i w kaŜdym miejscu potrafi zruszyć grunt sama. Jak potrafi istnieć
p o z a o k o l i c z n o ś c i a m i . I znajdzie się wszędzie tam, gdzie ją znajdą. A więc jest jak
przedmiot, pomyślałem. Po mnie moŜe spodziewać się jak najmniej.
Ale podniosłem cięŜar światła ze swoich powiek – i ona dalej szła i zatrzymywała się w
moich oczach, ona oraz kontrapunktujący ją pływ Szala, przytrzymywanego co prawda tak,
jakby miała się zaraz odeń oderwać ku ziemi.
Nie zabrakło wczasowiczów, mimo wczesnej pory, na tarasie i w oknach jadalni, zainteresowanie
było wielkie. Coś! Coś! Oto wreszcie coś samo znalazło się dla oka, nawet bez
naciskania guzika i abonamentu. Nie zauwaŜyłem, bo i jakŜe mógłbym chcieć zauwaŜyć w
tej wygodnej pozycji, jaką. miałem, z kolanami wysoko pod brodą – zauwaŜyć ją tam dalej
idącą juŜ za drzewo i z tej mojej twierdzy ścisłości strzelić jej choćby skinieniem głowy.
AŜ tu obeszła pień i niespodziewanie zbliŜyła się do mnie z boku, mimo Ŝe nie dopuszczałem
nawet na myśl takiej nieskromności z jej strony; takŜe i z mojej, bo widzę, SpręŜyna
akurat dla mnie została nakręcona!
W pośpiechu roztrząsałem, czy aby z tak odległej perspektywy tarasu i jadalni tak wiele
moŜe być zauwaŜone, choć moŜe być takŜe i nie uznane przez niechętnie zauwaŜających.
Ona stała mi juŜ porządną chwilkę za plecami, na co, gdy się zorientowałem, nie mogłem
sobie dłuŜej pozwolić – jak i na zburzenie całej mojej Twierdzy dotąd Wyjątkowej i pewnie
przez to tylko przyciągającej.
Ale się ukłoniłem i nic nie straciłem. Zaproponowałem usiąść; głupio, bo we dwoje nie było
gdzie. Przejść się nie chciała. I jak miałem rozładować na stojąco całą tę nerwowość sytuacji?
Pani się zapewne spieszy na śniadanie? – wyrecytowałem wreszcie, szczęśliwy, Ŝe znalazłem
na poczekaniu nobliwe słówko. Zgodziła się i odprowadziłem damę do talerzyków.
Wróciłem na miejsce. Trwała wieczność. Wreszcie: śniadanie się kończy. Nie uznałem
juŜ, Ŝe ją widzę, spieszącą na taras, nie do mnie, i dałem tym samym bliźnim niemy znak,
Ŝ
e drugiego aktu nie będzie.
Co prawda trudno mi teraz było okazać choćby i gotowość do akcji, gdy kark i ręce juŜ
ś
cierpły od wymuszonej pozycji. Siedziałem jeszcze, ale juŜ nie tak pokazowo, kiedy
niespodziewanie
podeszła i zaŜądała zmiany, Ŝebym to ja stał przed nią, a nie ona nade mną.
Poderwałem się, rozkuśtykałem i zamieniłem to w głęboki ukłon. Czekała.
Siadaj proszę, proszę pani, powiedziałem zniecierpliwiony. Ale przypomniałem sobie,
Ŝ
e z tarasu musieli widzieć mój głęboki, stylowy skłon. A więc wszyscy czekają na jej
ruch. AŜ dziw, pomyślałem, Ŝe nie staliśmy się w ogóle waŜni wreszcie d l a s i e b i e !
Stań jakoś inaczej, powiedziała, wszyscy tylko na nas patrzą.
Ona była przy widzach. Ja przy niej. Więc? Niebawem znalazłem się... aŜ przy brzegu.
Miałem ból głowy, ale szczęśliwie ustał. Falom dziękuję i przepraszam.
Motyl nie wie nic, albo niewiele
W niedzielę czy kaŜdy taki ranek jak dziś, kiedy nie muszę iść do Kancelarii, mam przed
sobą tyle ścieŜek, ile dawno juŜ wydeptali inni! Nawet i ślady tu miałkie i bezkształtne,
ś
wiadectwa tłumnej obecności. Nawet gdy pospacerować wyjdę – ulegam nie wiadomo
czyjej sugestii. JakiŜ był prawzór, jaki model to kształtował?
Szukać innych śladów – ale gdzie? PrzecieŜ tu nie moŜe zostać ślad po nikim. Co tylko
znajdę – kończy się na wydeptanej ścieŜce. I wracam ciągle do. tego, co juŜ wiedzą inni.
Tak się poddałem wszelkim osądom równającym, juŜ od początku, od szkoły i gry w piłkę.
Kiedy mój Starszy brat piłkę oglądał najwyŜej z daleka.
I wygodne to dla mnie było. Nie byłem nigdy sam. A za kaŜdym razem, gdy się przeciw
czemuś buntowałem, obowiązkom rodzinnym, cięŜkiej pracy i tak dalej, popatrzyłem na
innych, widziałem, jak mało kogo taki haracz obchodził, i juŜ mogłem potem, za nimi, i ja
wyzwolić się z róŜnych powinności. A bo co to, ja gorszy od innych? ZauwaŜył pan, panie
Profesorze, Ŝe trudne sytuacje się zdarzają zwykle poza większością, ich omijają? – – – I to
przed nimi spowiadałem się w duchu, do nich się przymierzając, nie do postawionego przez
kogoś celu. Cel nie rozgrzesza, a oni tak. Oczywiście, nie byłem na tyle głupi, Ŝeby zaraz
głośno wszystkich o wszystko pytać. Od tego się ma wyobraźnię, no nie?
Wyzwalając się i rozbrajając z niektórych, powiedzmy obowiązków – nigdy jednak nie
chciałem równać się z takimi, co ich w ogóle nie znają. śadnym takim lekkoduchem. W
końcu pionkiem przy palcu innych. Słomką, którą zdmuchuje wiatr. Bo i jaką taki ma
ś
wiadomość swojej waŜności?
A zresztą opiekuńcza ręka zbiorowości teŜ nie zawsze jest czuła. Nie tylko dla lekkoduchów.
Tracisz ją, gdy przestaniesz się wyróŜniać czymkolwiek. A ja wpierw straciłem nie
ją, tylko mojego Starszego brata. Kiedy to się stało? W czym odstałem od niego?
Gdyby lotny motyl wiedział – Ŝe moŜe zostać poczwarką? Nie moŜe. Wiedząc to musiałby
popełnić samobójstwo. Nie przeŜyłby nawet paru dni. Więc nie wie, a piękniejszym
od tej wiedzy teŜ by nie był. Nie wie i nie popełnia, i nie jest smutny. Dlaczego ja miałbym
raptem sobie odbierać wszystko, co mnie róŜniło od Brata z jednej, a tych tam wałkoni z
drugiej strony?
Lecz czy wałkoniem nie byłem, i to w niemalŜe egzotycznych dla mnie tarapatach,
przez które przeszedł Dźbik?
Nie powiem, byli tacy, nawet ludzie i bardzo mi bliscy, co mnie do tego namawiali. śe
niby mógłbym podobnie jak on.
Tylko, Ŝe ich zdanie nie liczy się i dzisiaj nigdzie.
Ś
wiadek, który widział tylko słońce
Słońce biegało po równinach, pod nim wszystko zaczynało istnieć, nic nie ośmieliłoby
się zamienić w nic do niedawna zalegające tu jeszcze dookoła. Świat moŜna było, owszem,
wziąć do ręki jak kaŜdą rzecz nową. (ZaleŜało to jedynie od stopnia dostępności.) KaŜda
sfera czekała z przydzieloną moŜliwością spełnienia! Kiedyś szedł kilometrami w rozśnieŜonej
ciszy, nie pytałeś, co czeka cię u końca drogi. Gdzie zostaniesz. Nawet wiejska
szkółka stawała się sumą nowych tajemnic i zaskoczeń. Szansa na nie dzisiaj wydaje się juŜ
tak znikoma.
Nie dziwię się jednak, Ŝe Dźbik nie zapalił się zbytnio do gorliwej nauki. Miał do wyboru
coś lepszego! Kiedy trochę podrosłem, opowiedział mi o pewnej swojej przypadłości
widzenia. Przyznam, Ŝe i do dziś dla mnie jeszcze nie za jasnej. Dźbik przywiązywał większą
wagę do drogi pośród nie kończących się pól niŜ do szkoły. W jakiejś części ówczesnych
jego doświadczeń mogło, musiało juŜ być obecne to, co później, w dojrzałym okresie
skrystalizowało się w tak ostro objawionej obawie klaustrofobicznej.
Tam, na tej drodze, miałaby juŜ wystąpić ta pierwsza przesłanka? A moŜe droga sama
była praprzyczyną?
Przyznam, Ŝe to dla mnie dalej niejasne. śe niby tamto, szczególne trochę, przywiązanie
miałoby się łączyć z późniejszą, zachłanną wprost, obroną często domniemanej tylko
niezaleŜności?
Albo nawet – krańcowo – z akcentowaniem jej u siebie ponad miarę, co, jak
mówiono, moŜe się odbywać kosztem całości, innych, czyli równieŜ prowadzić do ograniczania
ich wolności. Więc chęć do ograniczania rodzi się z tego takŜe? Nieprawdopodobne!
CzyŜ to nie jest wyjątkowa i groźna zdolność? Chyba tylko się bawią w prokuratorów ci,
co jej nie widzą.
Znam nieźle juŜ okres, kiedy klaustrofobię potraktował Dźbik jako własny, totalny system
jednostki, ustanowiony przeciw podobnemu traktowaniu przez innych, a więc przeciw
totalizmowi reszty. I wiem, Ŝe owo, nie uwaŜane przez nikogo za chorobliwe, uprzedzenie
do ludzi poczytano mu skwapliwie, zbyt skwapliwie, jak sądzę, za początek choroby.
AleŜ on właśnie przeciwstawiał się jej, dopiero groŜącej!
Później, gdy rzeczywiście coraz częściej – dawał powód do opieki klinicznej, korzystał
z niej tak, jakby przybierał właśnie maskę, jakby prawdziwy on sam przychodził prosić o
azyl, nie pomoc. Azyl dla przetrwania groźnego okresu. Póki umysł nie okrzepł wśród
dręczących
nowości i nie znajduje w niczym i w nikim oparcia. A tu Ŝąda się odeń decyzji, coraz
trudniejszych i coraz gwałtowniej, z poŜytkiem tymczasowym albo i w zawieszeniu
wszelkich poŜytków.
Więc lata choroby – czy nie zawinionych prześladowań? Czy lata zwyczajnie – dojrzewania?
Lata złudzeń, ktoś powie. Dawniej tak mówiono. Tak, pierwsze kilkanaście lat po studiach.
To są rzeczywiście bardzo długie lała złudzeń. Lecz jeśliby się po nich miał ktoś
powoływać na Słońce i takie tam młodziankowe, dziecinne pewności – mielibyśmy prawo.
przywołać go do uśmiechu. Albo odesłać gdzieś do poprawki – ale czemu właśnie do kliniki?
Za obowiązek swój przy sądzeniu uznajemy chętnie pewną surowość. I to jest słuszne,
jeśli chcemy zachować równowagę. Ale mówię tu o drugim skrzydle równowagi.
A czemu on sam poszedł do kliniki, panie Profesorze?, Czy tam się właśnie dojrzewa?
Czemu nie za powrotem do Ŝycia?
Jest jeden wzgląd. śycie nie uznaje poprawek.
Czy bez poprawek nie byłoby sprawiedliwiej? Jeśli zaniedbał tyle lat dla rozwoju – zrozumie,
Ŝ
e to kara; jeśli nie jest winien, bo nastąpiło to z cudzych przyczyn – moŜe poczytać
sobie wszystko, co go spotka, za szansę. I taki jest sąd, który karze i nagradza bezapelacyjnie,
a jednocześnie jakby palcem w plecy kłuł i przypominał, nie masz poprawki.
Skoro ośmieliłem się tu przebąkiwać o najwcześniejszych, jednostronnie oglądanych narodzinach
pewnego okresu – słońce nad szkołą, droga, pewien porządek jasności, którego
nawet w idealnym układzie nigdy chyba nie zrozumiem – to pragnę dodać, Ŝe był on dla
nas obu wspólny, choć oczywiście lepiej pojął go Dźbik. MoŜe wyniósł z tego później rodzaj
szczególnej konsekwencji, skłonność do buntu, nie musi się to ze mną łączyć, choć nie
wiem; lecz przecieŜ – –
myślę sobie, Ŝe wielu i dziś Ŝyje takich, ba, większość, którzy uznają i nadal tamten porządek
odwieczny za jedynie słuszny, a gorliwość trwania w nim – za nieobojętną dla własnej
przyszłości świetlanej. Ja mam wątpliwości.
A jeszcze biorąc sprawę, jak się da: to kto w końcu, jak nie ja, ze średnią przyszłością
adwokacik, ze wspólną sekretarką w Zespole do odbierania telefonów, parzenia i roznosze-
nia herbaty, a jak siedzi się z interesantem, to i kawy, dziewoją, która z siły pomocniczej
potrafiła awansować natychmiast do roli obiektu wspólnego zainteresowania, do której
umizgi obowiązują nie tylko gości –i któŜ inny, się pytam, jak 'nie gość juŜ z przeszłością i
przyszłością oraz jakoś tam dialektycznie im przeciwstawionym dzieciństwem, kto poza
mną, panie Profesorze, moŜe być jeszcze pośrodku tej nie istniejącej juŜ dla nikogo więcej
sprawy?
Dlatego właśnie zdecydowałem się pisać do Pana, bo roi się wszystkie drogi rozchodzą.
Między wynoszone długo cudze banalne tajemnice i nieodpowiedzialną zupełnie tęsknotę
do wyzwolenia się z tego, i z czegoś jeszcze – a moŜe z tajemnicy własnej, której wciąŜ nie
znam, jak nie znam losu Brata? Jestem jedynie świadkiem – zobowiązanym do bezwzględnej
bezstronności!
A moŜe mimo to – i zainteresowanym sędzią? I naczyniem wewnętrznym tej rozprawy
w jednej osobie? Jaki jestem ja sam? Czy coś się na mnie składa, czy jestem tylko tym
naczyniem?
Odsuwałem z dnia na dzień to pytanie i niemym okolicznościom dziękowałem za
to, Ŝe ich dyskrecja wobec mnie jest taka łatwa do sprolongowania! JuŜ dłuŜej nie mogę!
JakŜe pragnąłbym dziś, gdyby to w ogóle stać się miało, Ŝeby jakiś nagły pozew przyszedł
– juŜ niekoniecznie od tamtej równiny, moŜe dziś równie rozświetlonej i cichej! Strona
pozwana chciałaby poznać tę wciąŜ niewidzialną stronę własnego Ŝycia! Mogłoby to, co
nastąpiło później, okazać się wiernością lub szalbierstwem – a w końcu niechby i wiecznym
talentem do przegrywania, bylebym tylko przestał wszystko wyłącznie zaczynać! I
przynajmniej cos z racji swoich wypowiedzieć zdąŜył.
Okolice Górki
Podeszły dwa najmniejsze i teraz się kłócą o datek. Wróble przed ławką. Ten Ŝwir, kawał
podwórca, jedyny dziś trwały związek ze starym domem.
Na jego miejscu stoi okazalszy, ale nie ma tamtego podwórca, juŜ nie zajeŜdŜa na nie
wóz z półkoszkami, jeśli miał być strojny, i zaraz by robił się rwetes, bo komu do szkoły, to
do szkoły, komu do roboty w polu, a Ojciec do róŜnych spraw w Mieście.
Dźbik, za dorosły juŜ wówczas, by pilnować domu, przygotowywał zaprzęg, powoził,
pół dnia spędzał z Ojcem po urzędach – prawa ręka, chciany i poŜądany od początku. Nawet
zanim się jeszcze narodził. O nim to zawsze mówiły Siostry, zagonione przy gotowaniu
i sprzątaniu, a nawet młócce, bo dorosłych ciągle brakowało. Płochliwe z nieśmiałości,
lecz i zagonienia: nigdy jakoś nie potrafiły ze wszystkim zdąŜyć. TakŜe na lekcje, gdy wóz
czekał.
Wyjazdy dla mnie były jak częste i upragnione, ale prawie nigdy nie spełnione obiecanki,
wiecznie powtarzane i nie spełniane; zamykano mnie do pilnowania domu. Gdzie
opuszczony, ze świadomością udręki zostawałem sam, bo wszystkich i wszystko goniło
ode mnie jak najdalej. Do Miasta i gdzie tylko okiem sięgnąć! Próbowałem i ja z wszystkich
moŜliwych pagórków dojrzeć takie odległe miejsce, dokąd przecieŜ wszyscy uciekają i
tam się spieszą.
ś
adnej satysfakcjonującej mnie wysokości nie dawało się znaleźć. Odkładałem więc
(chwilowo) wszystkie waŜne wyprawy, podczas których spodziewałem się ujrzeć coś od
niespodziewanej strony, bo czegoś takiego nie osiąga się ani przy codziennym spiesznym
Ŝ
egnaniu, ani nawet wybiegając na Górkę, za odjeŜdŜającymi.
Przez tę Górkę właśnie kaŜdy z nas musiał się kiedyś oddalić na zawsze. Choć przez
Górkę się równieŜ przybywało i choć – rzecz szczególna – do dziś wydaje mi się, Ŝe od jej
strony trudniej było przybyć do naszego domu, o wiele trudniej.
Wynika z tego, jak niewiele się osób na Górce spełniło; umykające wciąŜ wyobraŜenie
Ciemnej młodej pani, młodej na zawsze, ba, potem nawet i Starszej siostry, juŜ od tamtej
nawet starszej; wreszcie w ogóle Jakiejś nieznajomej, ale uśmiechniętej łagodnie, idącej
szybko wzdłuŜ wzgórza, z szybkością, która nie stwarzała napięcia, lecz przeciwnie,
harmonizowała
Ŝ
jej wyglądem. Idąca w moją stronę. Więc to było takie miejsce, Górka. Do
dziś przez nikogo więcej nie zajęte.
No a w domu opuszczonym, moŜna powiedzieć, martwym, musiał czekać tylko ktoś, kto
nie nadawał się do niczego innego, więc ja. Największy ze mną kłopot był, Ŝem stamtąd
wciąŜ uciekał (patem, przewidując to, zamykano drzwi równieŜ z zewnątrz na zaszczepkę,
co nie było przecieŜ przed złodziejem). Przed złodziejem chroniła mnie i dom wewnętrzna
zasuwa, o działaniu o tyle prawdopodobnym, Ŝe odsunąć ją było bardzo trudno. Więc nie
mogłem się tak łatwo dogadać ze złodziejem. on mnie uwolni, a ja mu otworzę dom. Potem
jeszcze dodatkowo drzwi od ganku barykadowano ławą. Gdybym więc nieopatrznie uległ
namowom nie wiadomo skąd przybyłego chytrusa i zasuwę odsunął, on musiałby w tym
pośpiechu (bo na pewno będzie się spieszył!) – nie zapomnieć otworzyć drzwi z zaszczepki
i odsunąć ławy (nie zanadto wierzono, Ŝe na to wszystko potrafię się zdobyć!) Tak zostałem
wiernym straŜnikiem domu.
Nie wiem, czy było to moje uprzedzenie, czy strach przed Złodziejem (a straszono nim
ciągle, pamiętam), ale moje rozterki, czyby nie zrobić grzeczności Nieznajomemu, trwały
długo, i to teŜ pamiętam, sobie na plus. Najwidoczniej nie doceniono mojej zimnej skłonności
do działania na przeciwwagę: tego, co się za długo komuś leje do łba. Moich starszych
w domu cechował, jak widać, me tylko naiwny stosunek do mnie – przeciwnika, ale i
złe traktowanie obcych.
TakŜe i bez przybycia źle widzianych gości zdarzało mi się sprzeniewierzyć zadaniu,
zwłaszcza kiedy zapomniano drzwi od ganku zatrzasnąć. Przynosiłem wtedy z kuchni nieduŜy
taboret, stawiałem go na niŜszej ławie i gdy zasuwa za bardzo uparcie spełniała swoją
rolę, wynajdywałem jeszcze w szufladach ciągle gdzieś zapodziany Młotek, którym powoli,
ale z postępem odstukiwałem zasuwę. Otworzywszy drzwi wychodziłem na Ganek i
odetchnąwszy juŜ wolnym powietrzem biegłem na Górkę. Bojąc się oczywiście po drodze
Złodziei. Ale ci uprzejmie nie nadchodzili.
Kiedy o nich myślałem, dodatkową trudność sprawiało mi wyobraŜenie sobie takiego
Najeźdźcy. Bo jak rozpoznam go na odległość? I wyróŜnię spośród wszystkich Ŝyczliwych,
którzy przecieŜ naszemu domowi nie zagraŜają?
Musiałbym takiego nie tylko zawczasu rozpoznać, ale i uprzedzić jego bieg do domu w
sytuacji, kiedy juŜ znacznie się od niego oddaliłem. A potem zdąŜyć zabarykadować się, to
jest podstawić ławę, potem taboret, wejść i zasunąć zasuwę, czekać na dalsze wypadki.
Trudno mi się jednak było wewnętrznie zgodzić na odpychające traktowanie człowieka,
który miałby zabiegać o moją Ŝyczliwość, zrozumienie, a nawet o współpracę.
Nikt u mnie o takie rzeczy jeszcze się nie dobijał! Miałbym odstręczać pierwszego, jaki
się nadarzy, z własną niewątpliwie stratą. Miałem liczyć, Ŝe moja zasługa będzie niewątpliwa,
ale w końcu któŜ w wieku trzech lub czterech lat nie waha się przed wzięciem na
swoje konto cięŜaru zasług!
Z czasem, gdy oswoiłem się i z tym nowym cięŜarem, na Górkę chodziłem jakby pewniejszy
siebie.
I dziwiąc się temu, i radując.
Tylko po nocach, gdy inni spokojnie pochrapywali, do mnie zaczął przychodzić Złodziej,
a ja, całkiem dla siebie niespodziewanie, truchlałem ze strachu, to znów zaciekle
walczyłem ze zjawami, by przebić się na koniec przez napór wroga w coraz to trudniejszym
połoŜeniu i z krzykiem wpaść w jawę. Wróg podstępny zeskakiwał wtedy całkiem w
sen. Z początku w przeszły, a potem zjawiał się w następnym. Stary znajomy nie okazywał
mi juŜ swej napastliwości, a stopniowemu zŜyciu się z nim sprzyjał oczywiście mój głód –
krańcowe wprost zaciekawienie kimś nowym i niespodzianym, kto tak wiele bałaganu potrafiłby
zrobić nawet w dzień w szykach całej mojej rodziny. Kiedy podejrzewałem go, Ŝe
tego nie potrafi, załamywałem się i przez sen krzyczałem o pomoc. Ale budziłem się pierwszy
i wołaniem, urwanym zbyt nerwowo, przycinałem sobie język zębami.
Dźbik, o ile nam było wiadomo, nie przechodził w tamtych latach nawet i cokolwiek
podobnych katuszy. Później, gdy trochę podrosłem i pławiłem się w rozkoszy łaŜenia po
drzewach i dachach nocą, niemalŜe tak samo jak w dzień, a czasem tylko, jak na złość, pechowo
coś mi się załamywało – to były tylko te części dachu lub drzewa, które jedynie
nocnej nie wytrzymywały próby. Dźbik był juŜ wtedy całkiem wyrośnięty i dojrzały.
Rzekłbyś, lęk swój przechowywał na powaŜniejsze okazje. Ich groźne kształty nadchodziły
z niemałych odległości. Nie potrafiłaby ich ocenić nawet najbardziej przewidująca wyobraźnia.
Nie dziwi mnie dziś, Ŝe Dźbik, choćby i najbardziej w młodości inny; był mi naturą pokrewną.
Tylko Ŝe to jego cechy, wzmocnione pod naporem coraz drastyczniej wyraźniejącej
rzeczywistości, zaczęły później dominować nad całą tą naszą dziedzicznością, tak z
natury bierną i tak statyczną.
Oto i on, starszy, zaczął wyprawiać coś, o czym, pełne podziwu oczywiście, doniosły mi
Siostry. W rozgrzaną noc w pełni lata podejrzałem go i sam wyskakującego przez okno.
Wprost z balustrady ganku wspiął się na klon, z klonu z trzaskiem gałęzi opadł na gont dachu.
Gont był juŜ nieźle zmurszały, trzeba więc było patrzeć, Ŝeby gładko przycupnąć, na
samym skraju – z dołu juŜ prawie Dźbik niewidoczny, a za to z góry na pewno cały lśnił w
łagodnym blasku nocy, tak lekki, Ŝe mógłby polecieć w kaŜdą stronę.
Ale często i on kończył tylko w rzędach marchwi lub bławatnych makówek. Nie zdradzałem
wtedy niczym swej obecności. Siostrom w rewanŜu nawet nie wspomniałem, Ŝe
wiem trochę więcej, niŜ one wiedzą.
Taki więc był ten początek mojej własnej, nie dzielonej z nikim wiedzy, którą jak naszyjnik
próbuję tutaj nizać z nie dopasowanych kamyków. Młodość z nie tajonym entuzjazmem
dla nowości. Przed długim, zdawałoby się, wiecznym stanem tymczasowym.
Wróciłem niedawno w to miejsce. W półkolu podjazd jakby do zamku ukrytego w głębi.
Ale półkole to jest zbudowane dla przyglądających się z oddali.
Fronton i olśniewająca zieleń po bokach, podana na dystansie; i myślisz moŜe, Ŝe to jedynie
dekoracja. A to odwrotny punkt widzenia – dawnych moŜliwości, do których nie nabyłeś
jeszcze dostępu. (Bo brak ci nauki; gdy inni, ukryci teraz, juŜ wiesz, w której stronie,
mają od dawna to, czego po przekroczeniu progu spodziewasz się dostąpić.) JuŜ za chwilę
moŜliwości staną się przystanią, a dziki las, z którego wyszedłeś kiedyś – do niego się
przecieŜ wraca – teŜ będzie twój, jeśli po drodze, w tłoku nie zgubisz się raz na zawsze.
To i jaki ma sens odgrzebywanie tego śladu po domniemanym śladzie? Po co ta niepewność
bez trafień czy sympatyczny ukłon dla niepewności cudzej?
ś
eby zacząć siebie, trzeba chociaŜ raz stanąć na twardym gruncie. Nie pławić się nieustannie
w tym jednym, a potem wielu niedostatkach. (Jak doniesiono, Dźbik miał umrzeć
na asfalcie, na skraju ruchliwej drogi. Czy musiał naprawdę zginąć – to dla nikogo nie moŜe
być pewne. Ale Ŝe nawet ja tak mało wiem, z czego się narodził?)
Burza
Upał, choć majowy, miaŜdŜący, trwał juŜ od kilku dni. Poszedłem do Szefa, wziąłem
dwa dni okolicznościowego. I nie pojechałem na wezwanie do rodziny. Pogrzeb Brata? Nie
mogłem tego dnia ani wstać o normalnej porze, ani zdąŜyć nawet na popołudniowy pociąg.
Kiedy zwlekałem się z łóŜka, zaczynało wreszcie kropić. Nadal nie potrafiłem sobie wyobrazić
siebie pod krawatem, w garniturze, gdzieś w kondukcie. Zresztą na pociąg było juŜ
za późno – dodatkowy argument na moją stronę. W sukurs przyszła zaraz i ulewa. Ani nosa
wychylić za okno.
Wziąłem długi prysznic. Wypiłem herbatę i coś przegryzłem. Pomyślałem bezsensownie
o wyjściu chociaŜ na miasto. Dusiłem się. Ulewa wciąŜ trwała. Wzmagała się nawet. W
ubraniu rzuciłem się na tapczan, zacząłem wpatrywać się w sufit. Musiałem kiedyś mieć
lepszy wzrok, widziałem wszystkie nierówności tynku. Lubiłem badać jego porowatość
godzinami. Tak, kiedyś musiałem mieć lepszy wzrok, pomyślałem i zamknąłem oczy.
Zniechęcenie przyniosło mi sen.
Następnego dnia wstałem jak do pracy; zadzwoniłem, Ŝeby się spytać, czy mogę się
jeszcze zgłosić na kurs teoretyczno–światopoglądowy dla aplikantów, na który nas namawiano
juŜ od dawna. Tak, rozpoczyna się właśnie w G., odpowiedziała sekretarka z centrali,
rozpoczyna się dzisiaj. Szef kazał mi na to się zgłosić, powiedziałem i trochę się zdziwiłem,
słysząc odłoŜenie słuchawki. Więc muszę się pospieszyć, powiedziałem, bo być na
rozpoczęciu to się teŜ liczy.
W Ośrodku Szkoleniowo–Wypoczynkowym, połoŜonym ślicznie w lesie nad jeziorem,
znalazłem się w porę. Spotkałem kilku kolegów i szybko zaaklimatyzowałem się. Poznałem
się teŜ bliŜej z pewnym radcą z ministerstwa, który w wolnych chwilach, jako Ŝe starszy,
nie uganiał się, jak większość, za babami, więc był przystępny; było tam teŜ dwu
przedstawicieli instancji, dość wysokiej, którzy nawet trochę zainteresowali się moją osobą,
a to z powodu „aktywnej postawy w czasie dyskusji”, jak usłyszałem nie bez przyjemności.
To się kiedyś, w razie czego, moŜe przydać. I jakoś zapomniałem o pogrzebie. Dwa dni, a
tyle zmian! Byłem jak w transie – da pan wiarę, Profesorze? I powiem, Ŝe to nie było tak,
jak pan moŜe myśli, Ŝe przestraszyłem się całego wyjazdu. Nie, nie było. Nie sprawdziłem
nawet, czy był pogrzeb! Tak, czasami takie wieści są fałszywe! – więc to nie dlatego. Ale
Ŝ
e zacząłem odtąd trzeźwo wyciągać wnioski, to fakt.
Nasz duch
Po burzy, gdy nadeszły dni chłodne, złapałem gdzieś grypę i teraz muszę trzecią dobę
wysiadywać w domu sam, bez oglądania w ogóle ludzi, nawet ulicy. Zresztą w oknie mam
tylko skrawek jednej, no i skrzyŜowanie za blokiem. Połowica moja wybrała dobry moment
i działa gdzieś – podróŜuje i wciąŜ działa, za nas dwoje, akurat gdy ja mało daję z siebie;
ale zdąŜyłem się juŜ przyzwyczaić do sytuacji, gdy czekasz zamknięty w czterech ścianach
– to jest naprawdę inne Ŝycie, ciekawe, tylko Ŝe przyciasne. Im dłuŜej patrzę w swój
sufit, bez porowatości, tym tęskniej wypadam na ulicę, do baru, jak kiedyś; zdaje się, Ŝe
tam na mnie czekają prawdziwe niespodzianki. Przebijam te domniemane wraŜenia głosem
rozsądku, zresztą pamięć gotowa jest przywołać, co było – bo i któŜ nie wraca chętnie do
tego, co się mogło i chciało zdarzyć wczoraj, przedwczoraj, przed miesiącem. Gdy się jest
kimś, kto nie lubi zahamowań dla moŜliwości biegnących w kaŜdą stronę i gdy się nie moŜe
z domu wyjść – zwłaszcza.
Nie mogę wyjść. Zaczynam rysować to wszystko na papierze, kreski, przecięcia i
zabarykadowania,
nie wychodzi Ŝadna figura. Im dłuŜej się staram, tym widać wyraźniej, nie zdołam
dziś stworzyć Ŝadnej jednolitości, nawet w jednym kierunku, i to jest dla mnie dziwny
sygnał, jakiś nowy, którego nie rozumiem. Gromadzą się domniemania i intencje – wzajemnie
się tłumią. Nie potrafię stworzyć jednej logicznie zbudowanej figury. MoŜe dlatego, Ŝe
nie wiem, w jakim kierunku pomknęłoby Ŝycie figury, którą bym wymalował? Braknie mi
jasnej motywacji na wszystko. Ale czy ona zawiąŜe przede mną wszelkie moŜliwości?
CzyŜ jest moŜliwe, by tamta mgiełka, a mówiąc dumnie, atmosfera, a nawet duch czasu,
całego czasu Ŝycia – były zbiorowym aktem somnambulizmu, omamieniem dla
samouwielbienia?
I czy najzagorzalszy domator i samotnik nie bratał się chętnie, w skrytości ducha,
z podobnym mu gdzieś w zasadniczej wspólności ulicznikiem? Nie uczestniczył, chlubiąc
się lub martwiąc, ale mówiąc
„My”, w naszych czasach”? Gdy obruszało to wszystko, Co od „naszego” odrębne i nie
przystaje doń? Jak mierzi nas juŜ dzisiaj to, co zrównane do wspólnego mianownika, mało
komu dogadza! „My”, „w naszych czasach” było kiedyś chlubnym kaŜdego z nas dorobkiem!
Jak w tym, co nam zostało, odszukać własną rację i dąŜenie? Od jakiego odbić się dna –
na tak lub nie.
Wiadomo, i dziś kaŜda „Prawda ogólna” to brzmi jak zobowiązanie, więcej niŜ pojedyncze,
niŜ podwójne, co niby zgrabniej wypada od własnego.
Moje kreski, kropki, mdłe zaprzeczenia. Jak wyjdę z domu, przerzucę się na muzykę,
zacznę gwizdać. Zawszeć to bardziej linearne, łączy się.
Kiedy jest chwila przed
Za oknem Czterolatek staje się modelem i skarbnicą utajonych sił świata. Pcha się po
wielokręgu, niby spójna kompozycja poszukiwań i znajdowania oparcia po drodze. Jego
jest ta konstrukcja atlasa, po której z pewnością idzie po raz pierwszy. Jednak bez rozterki i
zatrzymania – za kaŜdym wysięgiem ramion znajduje coś przed sobą. JakŜe to proste byłoby,
jak cudowne! Świat zbudowany przejrzyście podług modelu.
I oto szczyt.
Gdy stanął na najwyŜszym kręgu, bez zawrotu głowy i Ŝadnych tam lęków przestrzeni,
gdy obok przeszkód brak – to dlaczegóŜ by i dalej iść nie miał? Po co komu to zatrzymanie!
Powietrze jest przestrzenią do iścia, jak było dotąd. Nie trzeba Ŝadnych przyrządów.
Uwierzyłem i ja temu małemu, niechaj nie przestaje!
Ale on zastanawia się, jaki by tu uŜytek zrobić ze zdobytej wysokości.
Więc póki co, teraz sobie popanuje. Zaczął popiskiwać władczo, na wszystkie strony, ni
to okrzyki indiańskie, ni to Hände hoch! Bajka o dojrzewaniu, zdobywaniu i małpowaniu –
tu się kończyła. To nie jest zwykły dysonans w zabawie, myślę sobie, ale i moja osobista
poraŜka. Moja? Bo ja takŜe za mało wiem w sprawie, która wciąŜ przede mną, a wolałbym
się juŜ z niej wycofać. O BoŜe! Czy muszę zawsze nie mieć przed sobą wyjścia i ani szczeliny,
gdzie się ukryć – Ŝebym się zdobył na wyłom, Ŝeby moŜliwe było to, co być moŜe naprawdę
jest moŜliwe?
Czy muszę nie mieć wyjścia, Ŝeby coś wreszcie się stało? Siedzę tutaj o rannej godzinie,
jak męŜczyzna zagrzebany w domowych pieleszach – w czas wojny. A w tłukących hałasem
halach, ba, nawet w stłoczonej ciszy przymuszenia inni wyczekują uwaŜnie swoich
szans i zasług. To nie moja skala, to prawda, ale – gdzie moja? Jak wiele musi stać się, tutaj
dookoła, przeciw temu, co jest – Ŝeby mi się objawiła? I czy w takim momencie – nie będzie
o chwilkę za późno? cywilowi kazał Ŝołnierz uciekać do lasu lecz do lasu cywilowi
wcale nie chciało się uciekać. śołnierz namawiał cywila albo i prosił go nawet. Cywilowi
dalej nie chciało się, teŜ prosił. W końcu pewnie zechciał ulec Ŝołnierzowi i zgodził się.
Jakby nie rozumiał –
I zaczął uciekać.
ś
ołnierz strzelił mu prosto w plecy, za pierwszym razem nawet nie trafił. I za drugim
nie. Tamta rozmowa. To był równieŜ błąd Ŝołnierza. Wtedy inny Ŝołnierz mu pomógł, cywil
padł na szyszki pod sosną, jak większa szyszka. Patrzyłem na to i miałem cztery lata.
Szyszki przykryły mogiłkę w zagajniku, tak Ŝe po wojnie juŜ jej nie znaleziono; ja wydoroślałem.
Nikt nie potrafi dzisiaj tej mogiłki znaleźć. Poznaliśmy juŜ róŜne cyfry, duŜe, duŜe i
coraz większe. Miałem chyba juŜ ze dwadzieścia pięć lat, gdy zaczęły mi się śnić okopy.
Noc w noc. I róŜne ofensywy przez parę lat. W drugiej i trzeciej światowej. Gdy nigdy na
jawie.
Krzyczałem przyduszony piachem, budziłem sąsiadów, gospodarzy prosiłem, by mnie
budzili. Chętniej wypowiadali mi mieszkanie za to. A czas juŜ się rozwinął na tyle porządnie,
Ŝ
e wypada dziś kłaść się we własnych pieleszach. Nie po cudzych kątach. I być w łóŜku.
Kumplowaty, skłonny do bezpośredniości, no i opinię swoją o ludziach ma. Jednak
przyszedł do mnie. Zadzwoniłem i przyszedł, aŜ z ministerstwa.
To nie to, Ŝebym coś wiedział albo miał jakie niedobre zdanie o was. Nie chcę, abyście
coś nie tak zrozumieli. PrzecieŜ nie będę ukrywał, a powiem wprost, bez ogródek, Ŝe was
lubię, i nie tylko ja. Sami wiecie, Ŝe cieszycie się niemałą, Ŝeby tak powiedzieć, popularnością.
I to nie tylko, hm, wśród kobiet. Nie, nie jestem złośliwy. Załoga jest prawie cała kobieca i
trzeba to rozumieć. Nie tylko to. Sam was lubię, powiedziałem. I uznaję, a nawet podziwiam –
nie kaŜdy moŜe mieć taką popularność! Ja sam chciałbym. Dlatego i was szanuję.
Ale ja nie jestem jeden. To jest, chciałem powiedzieć, nie tylko ja tam jestem. Ja teŜ muszę
z róŜnymi rzeczami się liczyć. I z róŜnymi takimi. A wiecie, jakich często mamy jeszcze
ludzi. I czego to oni nie potrafią. Czasem wstyd doprawdy mówić, jak do mnie na ten
przykład pchają się drzwiami i oknami. Ale z czym! Nie mówię, Ŝeby jeszcze gdzieś tam
po kątach i korytarzach. Ale tu? I to niby tacy z wykształceniem, tytułami!
Pan sobie nie zdaje sprawy, mój drogi. W drugiej połowie dwudziestego wieku! Pan
moŜe ma i wybitną inteligencję, duŜa wraŜliwość i tak dalej. Ale oni pana nie zrozumieją
nigdy. Pan zresztą, co tu, powiedzmy, jak to między przyjaciółmi, prawda? – nie do takich
spraw! Dyscyplina, siedzenie, ja wiem, mnie to teŜ krępuje.
Pan moŜe mieć co chwila wspaniałe pomysły – a tu: od do. Niczego więcej nikt nie doceni.
Od do, i nie trzeba. Mówiąc szczerze, jak pana lubię i pan to wie, dałem tego dowody,
prawda?
Po Polsce, po terenie pojeździ pan trochę. Bardzo dobrze rozumiem pana, i nawet mi
pana szkoda. Ale moŜna by sobie dziś tu, a jutro tu – nieprawdaŜ?
Taak, cięŜka sprawa.
No – Ŝyczę panu jak najlepiej!
Okno
Uwolnić się dla świeŜości!
O ileŜ bardziej kocham dziś tę resztę miasta niŜ kiedykolwiek!
Wychodzi się na ulicę. W tłum zagroŜony swoim lękiem, a za chwilę juŜ jakby wyzwolony.
W głośną pretensję wchodzisz. To wokół ciebie krąŜą teraz szefowie byli i niedoszli,
na ulicy i w kawiarni. Wszyscy nieopanowani i tacy pobudzeni. MoŜe nawet stróŜujący
przy swym wyobraŜeniu ideału – a więc tym bardziej wypełnieni pretensją. Wszyscy
jeszcze do nich nie dorośli.
Mam ich wokół siebie, tych róŜnych niezmiennych. Widzę was, jak krąŜycie, i niech nie
zamyka wam oczu kojąca błoga myśl, zbawcza i niemal do pojednania wiodąca.
ś
e zawsze tak będziecie mogli obnosić przed wszystkimi swój wynalazek!
Stary i cudzy wynalazek. Waszą pewność, Ŝe nikt inny nie trafił w dziesiątkę. Tylko to
kaŜdego z was czyni osobistością! Obawa albo lęk o niedokładność odwzorowania waszej
idée fixe – to niewyczerpalne źródło waszej pretensji do innych. Ten lęk będzie wieczny.
Nikt z was nie wyjdzie na chwilę z siebie, nie stanie obok, nie zacznie się przyglądać. AŜ
was ktoś do tego zmusi – Wyjdziecie z siebie i opuścicie swoje miejsca, to jasne!
Będzie Mistrz mówił o linie
A moŜe i ja zbytnio zŜyłem się z tą chorobą waszą, juŜ ją kupiłem i boję się stracić
znacznie więcej, niŜ mam. Choć u was jest odwrotnie: macie wszystko, co jest do stracenia.
Nic zdobyć. Zacznijmy kiedyś mówić o sobie! Nie mówimy o panienkach, które zawsze
boją się coś zdradzić ze swoich spraw. I ja się lękam – uwolniony od, nacisku obowiązków,
jakŜe często próbuję wrócić do świata, którego dotąd, tak naprawdę, nie poznałem. Moja
prywatna dzisiejszość, maleńka i nie wypełniona, nie szuka dla siebie przyszłości. Przy
tych prawdziwie ułoŜonych, nie spieszących się nigdzie i spokojnych – jakŜe mało mam
szans się utrzymać, przeć naprzód; jakŜe mi wszędzie daleko!
Nie nadweręŜam zwykle głosu, bo chrypkę juŜ mam w zapasie, a czuję i widzę równieŜ
pod przymkniętymi powiekami, jak mgła, piekąca oczy mgła, z wolna zalega mi na całej
duszy.
Apatia? Czy i jej teŜ jestem winien? Kto mi na to odpowie, panie Profesorze, kiedy juŜ
od dawna nie mam, nie widzę dla siebie świadka, choćby i pół-Ŝyczliwego? JeŜeli to ma
być obrona, to musiałbym ją zacząć przynajmniej od jakiegoś stałego miejsca, do którego
bym jutro rano mógł wrócić. Do miejsca albo osoby, która nie zechce mnie się wyprzeć.
Ś
wiadka, jeśli juŜ nie tego tylko, co było.
Tak więc nie będzie to wyłącznie obrona.
Jedyny stały układ, jaki od lat mi sugerują z wszystkich stron, to Ŝyć, jakby w otoczeniu
nikogo nie było, najlepiej ci będzie z Ŝoną, bo to robi korzystne wraŜenie, człowiek wydaje
się jakiś pełniejszy i godny zaufania. To wszystko. MoŜesz zaglądać w oczy przechodniom,
ile ci się podoba, ale to nie będzie dobrze przyjęte. Koniec drogi.
Nieufność. Choroba uboŜejących ubogich.
Co na nią pomoŜe Ŝona? Jeszcze jedna kalka tamtej nieufności. Jeśli zwolnić mnie moŜe
z wszelkiej gotowości wobec innych, to będzie najlepsza? Jej magnificencja święta
przeostroŜność!
Nie prosić o pomoc? – Mogę.
Nie pomagać innym? – Łatwo, ale Ŝeby było bez świadków. Jakiemu statystycznemu
przypadkowi naleŜy zawdzięczać, kiedy ktoś się na coś zdobywa?
Dziewczyna z psem pod pachą moknie na deszczu, ale chroni jego sierść przed zmoknięciem.
Mimo Ŝe juŜ dawno wiosna, ona jeszcze w futrzanej czapie. KaŜdą stać na to, Ŝeby
być z gołą głową, myśli sobie.
I popisowo skacze ze stopni autobusu przed przystankiem. Zaraz po chwili – nie spieszy
jej się. Idzie jak najwolniej po majowym deszczu. śycie w migawkach?
Owszem. Wszystko z czasem wpakujemy do migawek.
Ciągłość, łączność biegnie jakoś zawsze tam, gdzie nikogo nie ma. A czym się karmi? I
gdzie ta łączność?
Zdolność przetrwania skacze między ułamkami dowolnej kompozycji. Nikt z drugim
Niktem Ŝyją sobie dowolnie.
Wielu jest chętnych, by przycupnąć z boku i pokontemplować trochę. Ale brak Ŝywej
rzeźby dla oczu.
To pokontemplujmy martwą naturę. Wszak się zmienia.
A moŜe wyjściem byłaby i tu powściągliwość? – pyta się nauczony doświadczeniem
uczeń. Mistrz, który ma zwyczaj zjawiać się na kaŜdą powaŜną zaczepkę, zasępił się. Widać
są dwie albo i więcej odpowiedzi.
– Gdyby się wszystko zniszczyło – mówi po chwili – nawet i wtedy moŜna by jeszcze,
Ŝ
e tak powiem, nieźle sobie pozaczynać!
– Pan jest takim optymistą, Mistrzu? Ale zmilkł znów i stała się cisza.
– Z wszystkimi niewiadomymi – jeszcze dodał w końcu – z wszystkimi! Nawet wtedy
bym zaczynał.
(To pan, zdaje się, tak kiedyś mówił, panie Profesorze?)
– A gdyby jednak – powściągliwiej? – dopytuje się Uczeń.
Mistrz moŜe wróciłby znów ze swej wielkiej Nieobecności zasępiony, ba, nieobecny
jeszcze nawet w tym powrocie. Zdarzało mu się juŜ mówić tak, jakby nie zwracał się do nikogo,
a nie był sam:
– Jeśli obojętnie puścisz choćby i jedną wiadomą z ręki, masz strącaną całą partię.
Wszystko bowiem od jakiejś chwili miało się zacząć na nowo, a ty to uniemoŜliwiłeś.
PróŜnia na przykład po cięŜkiej wojnie, jeśli nawet ją do monstrualnych wymiarów wydęła
historia – kończy się tuŜ przed faktem wyznania jej przez tego, co przeŜył. Ogarnął ją, opanował
i wszystko zaczyna Ŝyć od nowa.
– Ale wielu się odrzeka pamięci – wtrąca Uczeń. – Boją się, juŜ jej pewnie nie chcą. A
moŜe nie mają.
– Podług mnie to w ogóle najmniej warto się wyrzekać, mój drogi. Najmniej.
Odetchnął głębiej, odchrząknął i jakby jeszcze walczył z chrypką (przy jego nie nadweręŜonym
gardle!), zaczął mówić długo i zawile, przynajmniej tak mi się zdawało, gdyŜ
jeszcze byłem pod silnym wraŜeniem tego, co usłyszałem. A zakończył jakoś tak:
– Ustanowiłem był kiedyś, czy jak wolisz, odgadłem, zasadę stałej postępującej zmienności
jako jedynej n i e z m i e n n e j cechy naszego Ŝycia. Potem ją nazwałem teorią o linie,
której w bezpośrednio doświadczalnej postaci nigdzie nie ma. Lecz obejść się bez niej
niepodobna.
Lina nie istniejąca, lecz choćby ją zaczynać od góry czy od środka, czy moŜe nawet
od najlepiej widzianego końca po niezauwaŜalną całość, choćby i nie znać jej płaszczyzny
zawieszenia, nie wiedzieć, co ją podtrzymuje – zawsze moŜna ufać, Ŝe to j e d y n e ,
po czym moŜe człowiek stąpać pewnie. I nie ugrzęznąć.
Tak było powiedziane, panie Profesorze? Mam prawo czuć się dalej Pana uczniem?
Park wiosenny. Naszej uległości nasuwający wraŜenie wszelkiego początku; pary w
pierwszym odruchu padają sobie w objęcia, półjawnie, bo najdalej po wczorajszej kłótni.
Wszyscy tutaj mają zajęte ręce! Ich głowy chroni anonimowa aureola. A jednak!
Widok lasu by mnie jeszcze uspokoił, nie tego parku.
Wielkie przestrzenie napawają niejednego lękiem, wywołują uprzedzenie, które niszczy
dopraszających się głosu wysłanników dalekich stron. Wtedy warują w pogotowiu, choć na
dystans – na dystans.
A ja tu mam zapomnieć o mrzonkach. Płacą mi za to i taka ma być wymiana usług.
Mam jeszcze wątpliwą pociechę wciskania się, wciąŜ bez efektu, w szparę tych lat, gdy
się chodziło gościńcem szerokim. Gościńcem dla mnie niegościnnym. Pamięta się tylko
wrota wyjścia. I idzie z przyzwyczajenia, z nawyku iścia.
Od czego się zaczęło to chodzenie?
Drzwi w przeszłość teŜ nie stoją otworem. Tylko Ŝe moŜe je odkryć ta ścieŜyna polna za
drzewem albo zakrętem kolejowym, a potem niknie niknie niknie. MoŜna wejść w nią, nim
się naprawdę skończy.
Robię coś, ale zaraz co innego jest waŜniejsze. To mogę robić takŜe i co innego. Lecz
utrącają mi i to, bo miało być waŜniejsze jeszcze co innego.
Idę gdzie indziej. Staram się robić tam coś takiego dla innych, do czego by warto się
przekonać – –
Staram się, a potem nie podejmuję juŜ tego, co gdziekolwiek i kiedykolwiek uchodziło
za waŜne. Trzymam się zajęć i tematów mało szczytnych, ale c z a s a m i coś z tego mam.
Na razie spokój, choć i to niedługo.
Na to odzywa się moja melancholiczna małowaŜność, nawet niepotrzebność moja. To
nic, Ŝe tylko na razie, moŜe potrwać wiecznie. Na rozum jej nie przetrzymam.
JuŜ nie broni mnie mój dawny entuzjazm, ale ledwo instancje ostatniego odwodu, owe
retoryczne i płynące tylko z przekory „mimo to”, „ale” – – Stałem się więc mało waŜny i
wygląda na to, Ŝe pogodziłem się z wszystkimi. Prawie lŜej.
Po wielu szarpaninach i mordęgach, gdy juŜ mi się zdaje, Ŝe znalazłem pewne i niezłe
wyjście – zaczynam odczuwać w sobie błogą inność. Dość absorbująca, lecz w gruncie rzeczy
nie wiadomo jaka. A inni?
Jesteś ostatnio spokojniejszy, mówią.
Więc staje się to moim sukcesem. Po okresie wstępnej i niemalŜe euforycznej zgody zaczynam
zauwaŜać, Ŝe jeszcze róŜnię się trochę od innych, i to sobie wyrzucam. Ja, który
przecieŜ we wszystkim starałem się być do wszystkich najpodobniejszy! Starałem się, ale
to innym...
wydało się znów podejrzane. Za bardzo się starałem. Zawsze za bardzo się staram! Jeszcze
nie odsuwali się ode mnie. Ale przemilczali moje propozycje.
Czy jest moŜliwe stać się – tylko podobnym do któregoś z nich?!
Nie zgodzę się na takie pomniejszenie mych zamiarów! Jestem, jeśli naprawdę jestem, o
tyle tylko inny – Ŝe pragnę stać się podobnym do moŜliwie wielu ludzi na świecie, to juŜ
mówiłem, wiem. I chcę, Ŝeby tych wielu było jak najwięcej!
A jeśli nie jest to zamiar na moje moŜliwości? I kto to oceni?
Oni wszyscy, ci najliczniejsi, niechaj mnie oceniają.
Po upływie czasu zaznaczonego jedynie brakiem zainteresowania dla mych dokonań,
postanowiłem znów wejść w kontakt z otoczeniem i zostałem sam oceniaczem pracy innych.
Starałem się to robić Ŝyczliwie, równieŜ względem cudzych zamiarów. I dopiąłem
swego. Robiłem tak, jak marzyłem kiedyś, by ze mną robiono.
Tylko Ŝe ostatnio natykam się coraz częściej na takich, którym i do głowy nie przyjdzie,
by ktoś ich kiedyś mógł w ogóle źle zrozumieć. Dzięki mnie i mojej Ŝyczliwej postawie,
którą chętnie uznano za tak naturalną, oni sami ostatecznie stali się jedynie słusznymi
oceniaczami
swych dzieł. (Autorzy bywają bezkonkurencyjni w docenianiu własnej przychylności
względem siebie!)Zostałem bez pracy, a nawet się zastanawiam nad słusznością mego
powołania. Kiedy je takŜe stracę – –
Idę raz ulicą, z głową wysoko podniesioną, jakbym w spojrzeniu niósł wspaniałą przyszłość.
A to było juŜ po utracie itd.
Mijani, smutni, a takŜe i radośni, zaczynają mi wpierw skrycie, później coraz bardziej
otwarcie, a wielu nawet zbyt nachalnie, zaglądać w oczy. Jak on to robi? Potrafi tyle osiągnąć!
Kobiety zaczynają zazdrościć dziewczynkom, a dziewczynki małoletnie kobietom.
Wszystkie razem – powietrza wokół mnie!
Z takim tobym – no, no!
Z takim tobym – ho–ho! – przebijają inne. śe hej! – trzecie i piąte.
Jak długo tak moŜna iść obok i się nie zbliŜyć!
A po kwadransie idziesz z napiętą twarzą, choć w tym samym stroju, i nikt cię nie poznaje
– złe powietrze aŜ gryzie oczy.
Taki jakiś, a śmie zaglądać ludziom w twarz!
Wystroił się mizerak – nie widział kto!
Co delikatniejsi – nie mruczą nic pod nosem.
I oni są nadzieją świata! Od jutra otwieram dla nich szkołę perypatetyczną. Teoretyczno
–praktyczną, a jakŜe! Z podrywaniem dziewcząt i autorytetu włącznie. Autorytet poderwany
zalicza praktykę u wywindowanego, wszyscy u dziewczyn, a te – zgadnijcie no, u
kogo? OCZY W GARŚĆ! Będziemy zaglądać ludziom w oczy! Będziemy odpowiadać na
skryte pytania, przygotujemy ludzi do tego, Ŝeby się sami przygotowali! Zapamiętajcie hasło:
OCZY W GARŚĆ! Wolne datki i wolne związki – wolne są teŜ od rejestracji!
Postąpiliśmy ze dwa kroki do przodu, nie więcej. Ale zaproszenie, by iść, odczułem jako
bardzo dawne i do mnie akurat skierowane.
Oto jest przestrzeń – między wysokimi skałami – i dlaczego by w nią nie wstąpić?
Pokazałem jej z góry w dół, na zapadający się pod stopami horyzont. Pokazałem – zatrzymanej
mimo w geście niezrozumienia – i podniosłem spojrzenie znów aŜ do punktu, w.
którym jakby się wszystko zaczęło. Ale czekała dalej, rozumiała tylko słowa, nie to, co dookoła.
Dla niej ta przerwa w skale przed nami nie wyraŜała nic.
W dole sterczeli na kamieniach jacyś ludzie, moŜe gotowi do odznaki za wszelkie trudy.
W zasięgu naszego wzroku dalej, wśród karłowatych sosen i nie dokwitłych wrzosów aŜ
huczało wszechobecnością. Nie naszą – jeszcze nie? W oczach Dziewczyny i to się nie
sprawdzało. Stała strapiona, juŜ się irytuje, juŜ niecierpliwi, jak wszystkie istoty nieuległe.
Sobie tak, ale nikomu ponadto.
Jeszcze nie dojrzało w niej do zapytania nawet to, czego się szybka chciała pozbyć.
Odchodzi ode mnie, cofa się, i teraz po raz drugi zrozumiałem. Tak naprawdę to nie jestem
obecny nigdzie. W Dziewczynie ani w tym miejscu, dla kaŜdego przybysza przypadkowym;
juŜ przypadkowym i dla mnie.
Wiedziałem, Ŝe to moŜe być kresem długiego trwania jasności, Ŝe odejściem stąd zniszczę
i zmazę całą moją łączność ze światem, którą jeszcze miałem. Niewyraźną, lecz daleko
sięgającą. A teraz nie znalazłem i z tego miejsca z nikim wspólnego języka. Moje zadanie
upadło. Wszystko coraz namacalniej dzieje się poza mym udziałem.
Do niczego i nikogo nie zbliŜyłem się przez te dwadzieścia lat, od czasu gdy tu ostatnio
byłem. JuŜ tylko chodzę i zacieram własne ślady.
MoŜe rankiem, wybity ze snu, nie zechcę juŜ myśleć o niczym. MoŜe nawet jutro zgodzę
się, by nie wracać nigdy tam, gdzie los mi okazał się łaskawszy. Niech nie wraca tam
nikt, kto stał się nagle obcy i powszedni. Nie moŜesz, wiecznie dorastający, wierzyć, Ŝe za
którymś tam razem świat raptem wstąpi w swoje brzegi.
CóŜ za sens mówić i b tych sylwetkach zamglonych, co odeszły dawno. A błąkają się
ciągle po tych samych ulicach. Inny strój, niegdysiejsza gestykulacja, to juŜ niczego nie
załatwia. Kto gotów byłby wysłuchać ich Ŝyczeń? Albo odczytać choćby to, co jest dawno
zapisane.
Z przypadkowo spotkanym, z przypadkowo spotkaną mówi nikt o nieprzypadkowo Ŝywych
od dawna. Śmierć jest obecna stale w obecnych.
Oczy w garść!
Nic się na dłuŜej nie zaczyna – zacznijmy od nowa gry uliczne. Wszystko dzielimy na
kawałki, jak się poddaje. Ja juŜ kawałek pierwszy widzę O OBRAśONYM.
Chciałby opowiadanie zaczynać od miejsca, gdzie się wszystko w Ŝyciu kończy. I Ŝeby
stamtąd mógł zacząć to, co tak jałowo wypadło mu przedtem. Nic od siebie tytułem posagu
nie wnosi: męki pustej falstartów, fobii, nawet suchej nauki. Chce, by jego samego przejęło
czyjeś doświadczenie waŜne, które stanie się odtąd i najwaŜniejszą cząstką w nim samym.
Pozbawi go błędu, a innych okazji do kpin. Ba, wszelkiego śmiechu nawet, na początek.
Zanim on opanuje tę sztukę.
NIEZALEśNOŚĆ
Nie wyszłaś na spotkanie.
Nie muszę.
Nie sprzątnęłaś mieszkania.
Nie muszę.
Dlaczego nie pomyślałaś?
Dzisiaj mam wolną sobotę.
POZIOM OP
Gry uliczne osiągają szczyt! DŜentelmeneria została juŜ zgnojona!
Osoba, która podała ten komunikat, nabrała ostatecznie wody w usta. Niech teraz mówią
oczy niemych!
Zawsze uwaŜałem niemych, przed niewidzącymi nawet, za najbardziej nieszczęśliwych.
Ociemniali nie widzą; ślepi zaś, którzy tylko patrzą – mają za to najwyŜszy poziom OP.
Oniryzm paranoidalny, śnienie tępaka.
Kawałek czwarty, WSZYSTKO BYŁO, ale z nadzieją
Niedziela – pełny komfort. Randka od obiadu. (Nie przyszła.) We wtorek do wieczora
zatrzymano ją w pracy. Za późno, zmęczona.
W piątek przyszła, zjadła razem obiad i poszła na imieniny do Roberta. Potem do wtorku
nie zadzwoniła (nie ma telefonu w domu). Spotkałem ją przypadkowo w piątek. Opowiada,
jak bardzo by się chciała ze mną umówić.
MIJANIE
–
Nie Ŝądajmy za duŜo od tytułu! – powiadał mój szef (bywszy oczywiście). – Dyrektor
teŜ, do licha, człowiek!
Gdy mu uwierzyłem – zmieniam pracę z rosnącą nadzieją za kaŜdym razem.
HONORNE ZDROWIE, czyli skala ciśnień (kawałek przedostatni)
Sercowiec dzwonił. – Cholerne dziś ciśnienie! Wszystko do kitu!
Wstałem z wysiłkiem i przypadkowo, bo nie mogłem jakoś wstać. Ale wstałem, zebrałem
się, poszedłem do Małgośki.
– O, moŜesz nie pytać, jak spałam! – Ale zaraz poprawiła się spiesznie i wyróŜniające: –
Wiesz, Ŝe nie byłam nigdy kwękałą!
Butnie się przyznała.
I ostatni, Z TRABANTEM W UPALE
Faceci się walą stąd i owąd. śar wszystkim sypie się, na głowę, a wody brak. To znaczy
jest, ale ratownik się zabrał i poszedł, więc nie dopuszczają.
Pójdę w zieleń, myślę sobie, zieleń jest. Dwieście metrów uszedłem, niedaleko. Spokój, błogo.
Jeden tylko stoi i patrzy w drogę. Bliska dusza, myślę sobie, podchodzę tam.
Zaczął sam, myślę sobie, jak fajnie! A to trabant mu usiadł w piaszczysku i on po to, Ŝeby
wołać na pomoc. Tam dziewczyna w środku, lekka jak wiaterek, a on stał tu, duŜy, niezaradny.
Jak wiaterek, myślę sobie, tak potrzebny dziś, tak potrzebny. Wyciągnęliśmy ich, pomogłem.
Potem DuŜy zaraz chce częstować winem. W taki upał on winem! Nawet głupio mu,
a jakŜe, Ŝe nie.
Gdyby tak przypadkowo na mnie wypadło, to myślę sobie, kazałbym pomóc i kwita.
Cała przyjemność wraz z rozrywką dla pomocnika!
Potem stał jeszcze, jakiś nie wyrównany w sobie, a ja trochę nawet i zaczerwieniłem się
ze złości, Ŝe musiałem uczyć. No i Ŝe tak szybko muszę znikać stąd, im z oczu.
Znalazłem wierzbę. Ległem pod nią. Upał mija mnie choćby i na metr. Pod wierzbą,
błotną przy brzegu, leŜę, stara ona juŜ, ale od samego pnia rozpuszczona. Ludzie chodzą tu,
a po piętach nie depczą, w końcu, myślę sobie, nie przeszkadza mi to.
Jestem z wierzbą, ruszyłem z nią po niebie od ziemi, suchą, stateczną, miodokwaśnie
ciepłą w tym gorącu.
Widać długo musiała rosnąć, Ŝeby tak zdostojnieć, zawsze przecieŜ taka nie była!
Mój optymizm pozwala mi w niej widzieć smutną przeszłość. Kiedyś to nikt do takiej by
nie przyszedł. I niejasną przyszłość, bo nie wiem, jak długo postoi. Optymizm zatem?
Optymizm to jest coś takiego – – Ŝe coś jest, jak ta wierzba. Co pozwala mi się liczyć z
najdrobniejszą szansą, jaką daje mi mój smutek. Swobodniejsze i weselsze moŜe być Ŝycie,
jeśli obok ktoś taki pozwala. I mówi: Nie obraŜaj się na brak zapasów, przychodź do mnie
z niczym. Legnij se na suchej trawie. Wierzba do mnie mówi. I dobrze jest.
Inna
W mieszkaniu to nie na powietrzu, śpię jak w gorączce, wybija mnie do przytomności
jakiś hałas. śona wróciła. Ale nie, zaraz sobie uświadamiam, Ŝe tak prędko to być nie moŜe.
Budzę się na dobre, a tu – ptaszek, sikorka pewnie, fruwa po moim pokoju i wywraca,
co Się da! Przeraziła się teraz, gdy na nią patrzę, coś tak wielkiego się poruszyło, więc ona
zrywa się w szturm na szybę.
Tylko Ŝe nie w ten kwartał okna, który był uchylony. Kaleczy sobie skrzydło, bo uderza
jeszcze raz i spada, bez powrotu. Trzymałem w ręku ciepłą i drŜącą, sięgała półrozwartym
dziobem do chorego skrzydełka, sama nawet ustać na nogach nie próbowała, nie dziobnęła
ni okruszyny, nie upiła kropli mleka, które jej podstawiłem.
I nie popatrzyła w otwartą dal z dziewiątego piętra, gdy staliśmy razem w szeroko rozchylonym
oknie. Odniosłem ptaszka w spokojny kąt pokoju, by stamtąd Ŝaden wiatr go nie
zdmuchnął. Zostanie, poleŜy na boku, moŜe się wykaraska. Ledwo odszedłem, a jakby los
odjął całe to najwaŜniejsze niebezpieczeństwo, kulawiec lotu poderwał się Ŝwawo, w mig
był pod stołem – i przy oknie. Takim nie wolno pomagać! Stamtąd jednym wysokim odbiciem,
którego wartość musiała juŜ przedtem ocenić, znalazła się w warunkach, gdzie i jedno,
i jej drugie skrzydło nie mogły być tak całkiem niedobre. JuŜ leciała. Zwyczajnie odleciała.
Uciekł gość. Ucieszyłem się, było to jednak lepsze, niŜbym ja tylko stawał się odkrywcą,
a ktoś taki kaleką. Było juŜ tak raz.
– Nie będziemy siebie krępować. MoŜesz chodzić choćby i wyłącznie po drugiej stronie
ulicy! – powiedziałem kiedyś Innie, przystała na to i wyjechaliśmy, gdy tylko wykradła z
biurka ojca dowód, zostawiając w zamian kartkę, a na niej wykaligrafowane:
Prędko się mnie nie spodziewaj. MoŜe i wcale.
A na obiad to moŜesz sobie do restauracji.
Chyba Ŝe się nauczysz gotować sam. Ale nie ode mnie –
twoja Córka.
Wziąłem z pracy jakąś delegację i zaliczkę. Szef, licząc, Ŝe to na poŜegnanie, bardzo się
moją słuszną inicjatywą ucieszył, coś tam przyobiecał, Ŝyczył szczęśliwej podróŜy i
wszystkiego. Widziałem go tak uradowanego po raz pierwszy.
Ze wzruszeniem debiutanta przyjąłem wyróŜnienie i starałem się szczególnie, by wyraz
mojej twarzy zdradzał znacznie mniej wzruszenia wobec tego tu eks–szefa – niŜ wdzięczności
wobec BL, bezimiennego losu.
MoŜesz chodzić po drugiej stronie ulicy, powiedziałem. Rzuciłem dziś pracę na zawsze,
Ŝ
eby z tobą wyjechać. I powiem ci jeszcze, nie mam nikogo, kto by, był do mnie w stosunku
tak niezobowiązującym jak ty. Jesteś Inna od innych. Bo mimo wszystko chcesz jechać.
A jeŜeli wybieramy się razem do Miasteczka, to chyba nie po to, Ŝeby się tam kłócić. Czy
Ŝ
eby koniecznie cokolwiek było.
MoŜesz się odzywać albo nie. Chodzić sama czy razem. I gdzie chcesz. Chcę, Ŝebyś tam
w ogóle była i juŜ! Wiedz, Ŝe i ja – nie będę ci musiał na wszystko zaraz odpowiadać.
Dojechaliśmy w tłoku, o zmierzchu. Po fali przyjezdnych ulice szybko opustoszały.
Ciemne były lub z rzadka oświetlone. Jak przedtem tłoczna podróŜ, tak teraz ich pustkowie
czyniły nas wspólnikami.
Kiedyśmy błądzili szukając kwatery – odczuliśmy wspólnie to dziwne zjawisko:
nieprzygotowanie
na nas. Ludzie tu jakby z góry wiedzieli, Ŝe 'jeśli ktoś przyjechał, to musi
być z Miasteczkiem związany. Mieć w nim miejsce, które pozwala szybko z ulicy i z widoku
zniknąć, a dalej być, jakby się w ogóle nie było, moŜe w domyśle. Podczas kiedy my,
nie znani i niepotrzebni nikomu rzucaliśmy się w oczy, zaczepiali ludzi, a za to chcieliśmy
tylko przenocować. Tak duŜo i nieskromnie. Na milcząco obecne pytanie: po co przyjechaliśmy?
– nie mieliśmy Ŝadnej wspólnej odpowiedzi. W końcu zaczęliśmy im podawać za
powód przyjazdu to, o czym juŜ nasi wcześniejsi rozmówcy sami napomykali, a o czym tu
jadąc wiedzieliśmy i zapomnieli. śe kręcą film w okolicy. Więc krótko mówiąc – zostaliśmy
filmowcami.
Wtedy kwatera znalazła się szybko, i nawet z trzema łóŜkami. Spokojniejsi juŜ, poszliśmy
pobłądzić trochę w ciemni między domostwem a Rzeką, pod olbrzymim, jaskrawo
miedzianym dzwonem księŜyca, tak aŜ nieprzyzwoicie blisko tu obecnym. Który o wiele za
dokładnie oświetlał niebo, a nie ziemię. Na szczęście często przeszkadzały mu chmury.
Jedno tylko, co było tu na Ziemi pewne, to rozległa, jasno zarysowana Rzeka, do której
miedź kapała po obu brzegach.
A kraj w miedź nie obfituje! – protestuje przeciw tej rozrzutności gdzieś akurat DTV i
umacnia ludzi we wspólnej modlitwie o wyrzuty sumienia. Podczas kiedy my mieliśmy
akurat okazję być tu, gdzie nadmiar. IleŜ to waŜnych i wybitnie sprzyjających okoliczności
nastręcza człowiekowi przypadek!
Noc zakrywała całkowicie szarą dosłowność Miasteczka. Wrychle chłód zawiódł nas
wprost do trzech łóŜek. I napełnionej wrzątkiem miednicy. Przy radosnym ujadaniu Burka,
bo wreszcie miał na kogo, mieliśmy się naraz zająć prawie wszystkim, co Ŝycie daje. Nie
mieć czasu nawet pomyśleć o reszcie.
Bo to jest noc. Nie było światła w pokoju, przyniesiono świecę. Inna, odwróciwszy się
do miednicy, kazała i mnie się odwrócić od niej. Słyszałem, jak sweter zelektryzował jej
włosy. Teraz jeśli nawet poprosi, Ŝebym jej coś odpiął – to jeszcze nic nie znaczy!
Potem, jakbym to ja był tym ojcem, któremu dziś po raz pierwszy nie ugotowała obiadu
– patrzyłem chłodno, jak zdjęła resztę i zawisła bez gestu w cieniu świecy, odwrócona juŜ
do mnie i moŜe trochę speszona, lecz nie protestująca, kiedy na nią patrzę. Podchodzi do
łóŜka wolno i dalej nic się nie dzieje, bo moŜe tak chce, Ŝeby było! Ale zaczyna juŜ drŜeć z
zimna, boi się teŜ wejść w wilgotną pościel i teraz chyba powinienem jej przynieść ten
wolny koc z drugiego łóŜka, bo nie odwróci się sama, nie powie. W kocu juŜ była weselsza,
bo wśród czynności nie musiała się wstydzić. Zaniosłem ją do łóŜka i leŜała, dobrą
chwilę, tak jak była połoŜona. Nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Zrozumiałem to wreszcie,
Ŝ
e cokolwiek się stanie lub nie, zaraz czy nawet długo potem, to stanie się nie tylko z
mojej przyczyny. śe mam przed sobą pole do działania absolutne. I uświadomiłem sobie
nagle, Ŝe wszystko, co uczynię, uczyniłem, stało się na dobre wcześniej – teraz było juŜ
początkiem
nieuniknionym, jak dotknięcie i uczucie chłodu.
Nie powiedziała nic, jakby była i w słowie nieruchoma. Nieruchomością wstrzymaną,
dramatyczną, gotową. AŜ stała się powolna tak, jakby całe swoje Ŝycie wyczekała dla tej
pewności tego tu i wszedłem w chwilę snu tak szybko, Ŝe odmieniły się proporcje moje
przyszłe, zanim jeszcze nastał dzień, zanim się dowiedziałem, Ŝe coś od świtu pospiesza ku
mnie. Coś, czego juŜ dawno się nie spodziewałem.
Na tym przyłapał mnie świergot szpaków za oknem, hałasujących na gałęziach wiśni
swoje „ranne zorze”. Wstałem szybko. Było widno. Inna spała jakby w tej samej pozycji od
wczoraj. Wymknąłem się, po cichu, Ŝeby sprawdzić Rzekę, czy jest jeszcze tak samo jak
wczoraj, i moŜliwie szybko dołączyć do wszystkiego, co juŜ było i będzie.
A to było teraz nic, teren nad Rzeką za dnia jest śmietniskiem, pochmurno, woda dla
odmiany teŜ jakaś szara, mulna. Kury grzebały na zapleczu domostw, gdzieś błąkał się
pies. Przerwałem to wszystko, by wrócić do naszego domu. Przyniosłem Innie świeŜej wody
z kuchni.
Nie spała. Siedziała, gdy wszedłem, na krześle, ubrana juŜ, milcząca. Nie uśmiechnęła
się na powitanie.
Rzuciłem się zaraz do niej, by wypytać o wszystko! Czemu nie jest jej tak dobrze? Dziś
przecieŜ wszystko całkiem nowe! I wszystko juŜ będzie inaczej – ty to rozumiesz?!
Patrzyła na rozmazaną mieszaninę powietrza za oknem, zieleni z błękitem, wszystkiego.
Patrzyła teŜ na mnie – i nawet przytakiwała. Ale twarz jej, jak po przelotnym wraŜeniu,
przytomniała, stawała się znów coraz bardziej nieobecna przy mnie, a zostawała za to tu, w
tym pokoju, przy mieszaninie szarej, bez kolorów.
Po godzinie nie chciała się zgodzić i na pozostanie w Miasteczku. Co w domu powie ojciec,
biedny sam!
Dzień ten spędziliśmy jeszcze razem. Pośród kłótni i coraz bardziej jadowitych pretensji.
O wybór drogi.
O niepotrzebne łaŜenie.
O wyjazd.
Pół roku później, w jedynej rozmowie, do jakiej dopuściła, zresztą przez telefon, wyznała
mi, czym było to zdarzonko tam dla niej, jakim rozdziałem na skraju jej dawnego Ŝycia.
Nowego juŜ poznać mi nie pozwoliła.
Cała ta historia kosztowała ją za duŜo, jak mówiła, nie czuła się do niej w roli, ale tego
kosztu nie określiła wyraźniej ani w Miasteczku, ani potem. Widocznie jesteśmy z całkiem
innych planet! – takie sobie słowa.
Tę astronomiczną emfazę stonowała jednak w zdaniu następnym.
– Wyrzekłam się siebie, aby móc wyrzec się ciebie!
Była w tym jednak nadal przyzwoita wielkość wyrzeczeń. A ja – cóŜ, niedowiarek.
24
Wiedziałem o niej jeszcze tylko, Ŝe wróciła do roli gospodyni swego ojca – wzbogaciwszy
zapewne swe dawne uprzedzenia do zmian. Gwałt, jakiego dokonała na sobie i na mnie
– jakby czynił nas oboje bezbronnymi.
Odchodziłem za dnia i ja z pustego placu – nie mając do kogo mówić ani z kim milczeć.
Gdzie wracać. W otwartym polu, dla całkiem obcych przecinają się niewidzialne drogi.
Jakbyśmy
oboje stali tam jeszcze, a nie minęli się juŜ. Na zmianę kierunku nie było sposobu. Aktor czy
ś
wiadek – mogą się czuć równie bezradni. Oto miejsce, proszę państwa, obok którego zdarzyła
się kiedyś katastrofa. Nie chodźcie za blisko skraju tej skarpy, ale posłuchać warto.
Chyba Ŝe: ktoś nie chce słuchać – dostanie za to sam szemranych słuchaczy.
Zachód Słońca naprzeciw Zeluni
Nowe domy, wille z góralskimi dachami na nizinie porozrastały się przy dawnej ścieŜce,
doszczętnie rozoranej. Na łące tych lat nie było juŜ trawy. Ale gdyby była i gdybym nawet
w upalne południe jak teraz połoŜył się na tej ziemi – wiedziałbym, za które drzewo zajdzie
słońce w maju, a za które zimą. Obchodziłem z daleka wszelkie domostwa, których za naszych
czasów tutaj być nie mogło. Drzewa się sprawdzały. Zaczynałem wreszcie zauwaŜać
coś jakby wątek wspólnego Ŝyciorysu, którego nici nie ja nawijałem, ale było tu jeszcze
wciąŜ wiele przeszłego i niedokonanego i wobec tych bogatych resztek nie mogłem przejść
obojętnie. Byłem ich ostatnim świadkiem. Bo ci, którzy przyjechali tu budować okazałe
domy, moŜliwości zajętego przez siebie miejsca nawet nie zauwaŜają.
Czułem się jeszcze stąd. Tu do mnie wracali nieobecni, a ja wiem, Ŝe nie mogę ich pominąć,
jak tych innych przypadkowych gapiów moich wyczynów i postępków, ha których
tamci nie waŜyli. Jeśliby się jednak zjawili?
Nie dadzą się usunąć w cień, choć sami są z cienia. Nikt z nimi nie wygra, bo ich nie
ma. Są niezmienni i nie istniejący. Inaczej ten, co świat zmienia: zmieniać się musi i sam,
póki Ŝyje, pod wpływem świata.
Ci tu, straŜnicy nowego dobytku, patrzyli tak, jakby zatrzymali świat. Obojętni na milknącą
spowiedź tak wymownego jeszcze dla mnie krajobrazu. Nie mogłem z nimi rozmawiać,
nie mogłem chwalić ich dobytku, a tego tylko po mnie się spodziewali. Będą na nowo
o wszystko się kłócić, ale tajemnicę własnej nieprzystawalności zaobserwują wpierw u
innych. Będą się buntować – i naśladować przytaszczone wzory.
Ci zaś, którzy od początku wrosną na stałe w ten krajobraz, nie będą mogli uwierzyć, Ŝe
ich wyłącznie własny najbardziej autentyczny, był tylko początek ruchu. śe pragnienie
stałości, które go zwycięŜyło, sprzeniewierzyło ich sobie samym.
Zadufany w tę swoją pewność wniosków, pomyślałem, Ŝe powinienem uczynić coś dla
równowagi, kto wie, moŜe poddać sprawdzeniu siebie? PrzecieŜ nie powinienem tak znowu
stronić od poziomu, który mi nie dogadza. Swoboda, lekkość w traktowaniu siebie i innych
jest zaletą, jest nawet błogosławieństwem, jeśli naleŜy do cech przyrodzonych; ale najwyŜszą
zasługą wtedy tylko, gdy się człowiek na nie sam – przeciw pierwotnemu sobie! – zdobywa.
Więc – z wizytą.
Na stoliku postawiono bułgarski koniak, z taśmy zastukały przeboje świata, a biały pudel
salutował mnie obiema łapami. Rodzina przyjmowała prawie w aureoli gościa poŜądanego.
Jej córka Zelunia była rosła i dumna. Więc siedziała.
– Ładnie tu! – zawołałem, przerywając irytujące milczenie. Na to Zelunia wstała, sama
poprowadziła
mnie na balkon, ale widok stąd był na zwykły budowlany śmietnik. Zel, Ŝe juŜ to wszystko
raz widziała, rozgniewała się bardzo, a nie mogąc i temu zaradzić, stanęła cała w pąsach:
– Kuzyn to mnie za kaŜdym razem tak traktuje, jakbym to ja – nie była towarzystwem!
Wskazałem na krzesła i
– AleŜ, Zeluniu! – usiedliśmy. Piesek przybiegł za nami i znów na baczność! Ale widząc,
co się święci, przerwał popis, skoczył jej na kolana – bez współczucia, zadrapał
oczko. Odepchnęła ostro, moŜe uznając jego entuzjazm za nieszczery.
– AleŜ, Zeluniu, moja droga... ja całkiem przeciwnie... Ja tylko boję się do ciebie mówić.
– Kuzyn się boi?!
– Lękam się, Ŝebyś mnie opacznie nie zrozumiała.
– A czego niby? – Zdawało mi się, Ŝe nawet własnemu zdumieniu nie dowierza.
– Wszystkiego, co powiem. Boję się, Ŝe jak ostatnio, i kiedyś jeszcze, nie zechcesz mnie
do końca wysłuchać. JuŜ w to nawet nie wierzę.
Wstała i przyniosła napełnione kieliszki. Upiliśmy trochę.
– Zawsze mam wraŜenie, jak tylko zacznę mówić...
– To nieprawda! – burzy się Z. – Skąd niby kuzyn tak wszystko moŜe wiedzieć.
– Wiem przynajmniej to, czego się powinienem wystrzegać. A po tym, jak reagujesz na
moje słowa, kiedy do ciebie mówię – –
Dobrą chwilę zapobiegawczo czekałem, ale nie dała się sprowokować. Nie przerwała.
Opiliśmy to łyczkiem koniaku.
– Powiedziałem otóŜ, to znaczy, miałem na myśli, Ŝe moŜemy siedzieć czy stać, rozmawiać
albo milczeć, dla mnie to obojętne. Wtedy posadziłaś mnie na tym chińskim stołku, w
kącie głównym, co prawda! Ale jeŜelibym ci teraz powiedział, Ŝe z tym pąsem bardzo ci do
twarzy, to nie uwierzysz, bo jak?
– A dlaczego miałabym wierzyć?
– O, właśnie. Więc jeŜeli nie przyjmujesz tego, co mówię, jako potwierdzenia faktu – to
jak moŜesz się o czymkolwiek dowiedzieć? Choć teraz jesteś jakby Ŝywsza niŜ przedtem!
– MęŜczyźni mówią takie rzeczy tylko, Ŝeby mówić – Nie znaczy to bynajmniej, Ŝe mi
uwierzyłaś.
– A Ŝe w co niby?
– W to właśnie. Co powiedziałem. Spuściła głowę, w moje zwycięskie milczenie. Ale w
to juŜ uwierzyć nie mogłem. Zdezorientowany wstałem. I ona teŜ wstała i poszła zmienić
taśmę, bo się akurat skończyła. Jedynie pudel stanął na wysokości wszelkich spodziewań,
bo zagapił się na nas, i to całkiem wyczekująco.
Głupio wyszło
Długi upał, potem deszcz z gradem – a dzisiaj znów, pogody co najmniej na dwie godziny.
Takie dni nie zdarzają się często, takie dni jak okno w deszczu.
Koń miękkim kłusem juŜ biegł. śołnierza widziałem, jak chciał poklepać po zadzie i nie
zdąŜył. Koń biegł. śołnierz widział tylko, co zatrzymane w powietrzu, i będzie pamiętał, Ŝe
sam miał jeszcze wyciągniętą, rękę. Sklep właśnie zamykano, o dziesiątej rano, bo sklepowa
szła nastawić zupę na obiad, więc piwa nam juŜ nikt nie podał. Z bardzo widać starego
mięsa musiał być ten obiad.
Słońce tylko, darmo i bez przerwy, świeciło nam szkliście. Takie słońce teŜ nadaje się
ś
wietnie do pamiętania. Autostopowicz, gdy stał juŜ blady, pamiętał tylko wyrzut pary nóg
ukośnym łukiem i podcięcie, „jakby się zapadł w skoku”, powiedział. A gdyśmy go jeszcze
mijali, nie dosłyszałem pytania, chyba o drogę. Uświadomiłem sobie nagle, jak wszędzie
stąd daleko. Pewnie musiałem ściągnąć wodze, lecz ściągnąłem je lekko w bok, do
autostopowicza.
Za posłuszny był Gejzer tego dnia, za posłuszny. Chwytał komendę gorliwie,
niemal z wyprzedzeniem. (A przedtem w ogóle nie chciał wyjść ze stajni. To był taki
dzień!)
Potem znalazłem się na brzegu, po chwili wszystko zniknęło mi z oczu. Na brzegu drogi
ciągle boję się przejeŜdŜających bokami samochodów, wszystkie jechały chyba szybciej
niŜ zwykle. N i e u m i a ł y się zatrzymać. Nie potrafiłem i ja w Ŝaden sposób się podnieść.
Autostopowicz jakiś słaby, teŜ nie umiał mi pomóc.
Przeczołgałem się niezły kawał i nyska stamtąd dopiero, z prawidłowego miejsca, zgodziła
się podwieźć mnie do lasku. I w cieniu zostawiła. Chciałem zawołać Gejzera, ale był
hałas od samochodów i potem chyba jeszcze padał deszcz; leŜałem odrzucony na skraju ruchu,
nie jego fragment, urywek nawet, raczej logiczny błąd.
LeŜakoterapia
Pani, co do niej kuśtykam, to teŜ dopiero przyszła i dmucha sobie, kopie nogą w materac,
ale samodzielnie. Idę zaraz do niej i zaimponuję tym wydrwiszom, Ŝe kuśtykać to jeszcze
nic, nie jestem gorszy; być moŜe znacznie lepszy niŜ wam się zdaje. Tak gdy kuśtykam,
to i spaceruję, ale teŜ idę, a oni ukradkiem oko wścibiają, a normalnie to Ŝrą, Ŝrą i ciągle
patrzą – o, dobrze, mówię, tylko pani jedna lubi samodzielnie potrudzić się trochę, tylko
pani kopie w ten materac sama; patrzy, patrzy, wreszcie mówi – owszem.
Dobrze!
Więc ja niby to zaraz przepraszam, bo reaguje wolno, ale i brzydsza się okazała, jak bliŜej,
i te kilka blizn, od czego myślę, to na szyi, ale ona i drugi raz mówi – owszem, to znaczy
zgoda, a ja jeszcze raz chciałem ją przeprosić, i za co? Teraz juŜ prosto do rzeczy. Bo
to ja proszę pani pomyślałem, Ŝe sam teŜ bym mógł, moŜe w taki, moŜe w inny sposób
napompować,
bo ja wiem? Cały! – ona pcha i pcha nogą ten automat, to znaczy przyrząd taki,
który z nogą jest automatem, więc zaraz, myślę, zmęczy się i teŜ odpowie. To ja jeszcze nie
muszę teraz za duŜo do niej, pewnie nie słucha albo mam tylko o tym nie wiedzieć, a ona
nie słucha albo i słucha. I chyba nawet chce, bym tylko do niej mówił dalej, jej widać łatwiej
tylko pchać niŜ równocześnie słuchać i słyszeć mnie wyraźnie.
CóŜ to ja mam za taką dykcję słabą, mogłem myśleć sobie, ale i nie myślę, i pomyślałem,
Ŝ
e lepiej, nawet najlepiej byłoby zostawić, jak jest, i odejść, bo mam leŜak, a pani juŜ
na twardym i sama lepiej dojrzeje.
Spieszę się i kuśtykam, bo moŜe być towarzystwo Ŝrąco drwiące juŜ po kiełbasie, albo
pływają dla zadośćuczynienia, nie będzie przed kim się pokazać na końcówce – ale kto zostanie,
to i będzie towarzystwem – i przeceniłem: widzę, Ŝe wziął do ręki jeden gazetę na
deser. Znów pracujesz na wagę i tuszę, mówię, a om na to, ze mnie pewnie odpaliła.
– Odpaliłaby, odpaliła, powiedziałem, gdyby chciała, ale chętna to ona teŜ jest. Tylko
Ŝ
e... o tym na razie moŜe sama nie wie – wymruczałem, lecz mruczeniem nie zdąŜyłem juŜ
zamazać, co powiedziałem.
Ale złapał trochę mojej psychoteraparazytopatii i nie złapał. LeŜy za darmo z kacem,
którego tu przyniósł i nie trawi, jak mogę sądzić, popracuje nad tym długo. Ale juŜ odszedł
w siną mgiełkę na bok – i ten prysznic mnie, równieŜ, ogarniał w załamaniu z poniedziałku
na wtorek.
Ś
roda
W środę nic się nie zdarzyło. W czwartek, jak będzie słońce, muszę pójść znowu na basen,
bo mi nogę wykręca na ten kierunek. Niech pomoŜe.
Mimo to – zamiotłem izbę. Sukces.
Dla zdrowia – poodkładam sobie resztę zajęć.
Sobota
Właśnie – nieźle mi z tym poodkładaniem poszło, Dziś wielki dzień, dostaję zaproszenie
na wieczór wypisz wymaluj artystyczny. Obiadu juŜ nie jadłem, połówkę wziąłem matroskiej,
bo jest tania, a jak na mnie samego trochę za mocna, no i tak będzie, dla wszystkich
po równi.
Jestem, a tu nikogo nie ma. GdzieŜ są ci wszyscy, którzy tu powinni sterczeć? Ale
wszystko jeszcze moŜe się stać. Gdy zaczęli się schodzić, to nawet wstąpił we mnie lęk,
czy potrafię być tak szczęśliwie i tak wysoko jak oni uniesionym. Ale bo i dlaczego nie
miałbym być dziś tak lotnie jubilealnym? (Zawsze jest czyjś tam jubileusz – moŜna się
wyćwiczyć!)
Jednak strudzone po mnie biegły obawy, a czar osobisty walał się gdzieś jeszcze
w duŜym zaniedbaniu.
Ale basta! Teraz trzeba mieć z czym się pchać, przynajmniej do rytualnego stołu. Zmilcz
gaduło gadulny, nie jesteś tym tam Ŝadnym wicowatym wieszczem. (A siedział jeden, jeszcze
nic nie wypił, na zapiecku.)
I przyszły jakieś dwie. Z chłodem wieczoru. I poeta jeszcze drugi, nie wieszczy juŜ – ale
dość nietrzeźwy i mniejszy, bo jak zobaczył konkurencję, to wyszedł. Zostało nas nie do
pary, myślę, bo gdyby nawet nie brać pod uwagę minie, jako Ŝem kulawy – to właśnie byłoby
do pary!
I był jeszcze niby to człowiek z gór (kto go tam widział?), taki kolega z ławki szkolnej
gospodarza. I zaraz wyszło, Ŝe chodzi o inne góry. To był po prostu Szycha. Znaczy się,
trzeba było dobrowolnie koło niego skakać, waŜny, ale nie taki Równy, jak znajomi podają.
Ja byłem nieznajomy. A potem to jakoś niespodziewanie te dwie, co były, to one okazały
się najwaŜniejsze. Tylko Ŝe na początku to i te nawet od Równego stroniły, albo wolały ze
sobą. No i Ŝaden choćby słomiany ogień od nikogo nie wyskoczył, zapałem nikt nie strzelił,
było inaczej niŜ u góry zapisane.
Ale się ruszył Poeta – bezkonkurencyjny! – i zaczął słusznie tańcować wokół, bo rzeczywiście
zapał sam od siebie miał. I tak jedna, co dalej była ode mnie, a prawdę mówiąc
to na roŜku kanapy wpierw siedziała, teraz się ruszyła i z nim w taniec poszła, a taka czarna
była; i jak by nie patrzyć na to, Poeta zapał miał i nawet nie zdąŜył tańca skończyć, bo ona
juŜ była zmęczona i kędyś się zawieruszyła jemu. On, Ŝe to niby nic powaŜnego, zaraz pobiegł
i swoje jej propozycje wyliczył, jako geniusz: jeszcze zanim się namyślił, juŜ był zdecydowany!
I nie wyszło. WaŜny, co przy tym był, to jakoś tak siedział cicho, jakby sam był duŜo
wiedzący, a na to zaraz Gospodarz wziął i wybiegł niby po coś do kuchni, ale i razem z
Blondynką, która była jeszcze wolna.
Lecz wrócili szybko i juŜ jajko słuchacze się zgromadzili, bo zaczął mówić, tak ogólnie,
Poeta i wymieniał wyrazów obcych wiele, aŜ za wiele jak na eleganckie towarzystwo, a
kiedy spojrzał na mnie – zmilkł. I dalej patrzy. I milczy. Cisza się za nim teraz taka zrobiła,
a przed nim to juŜ tylko ja.
Oho! myślę sobie, ale mnie tera zgniecie! Zaczął niby pić do tego, Ŝe nie proponują mi
nic nigdzie, a jemu tak, po róŜnych miejscach, i to nawet katolickich, podkreślił: nawet! I
dają mu zarobić dobrze, juŜ znacznie lepiej niŜ młodym albo i po czterdziestce. To była
aluzja do mojego wieku, czego słyszeć od młodszych nie lubię. Gospodarz domu na to
grzecznie coś powiedział o słusznym uporze, ale ja tego słowa teŜ nie lubię, i nawet nie
wiem, czemu tak powiedział. Ale Poeta odpuścił, bo jak przy wszystkich coś usłyszał – to
musiał przyjąć i od tematu odstąpił. Brunetka na mnie spojrzała krzywo, to i Poeta przycupnął
u jej boku niby nic i zaczął mówić innym stylem.
No to ja wam, myślę teraz, nic nie powiem, ja wam tu jeszcze, zaraz tu. Ale nikomu nic
tego, nikomu. Nie ułatwiajmy innym zadań, kochani! Tymczasem Poeta mówi juŜ, Ŝe
mógłbym pewnie, ale nie chcę – ale dlaczego nie chcę?! A Czarna, widzę, rozumie to
wszystko po swojemu. I zerka ku mnie. Wtedy ja niby nic wzniosłem toast za Jibileata (to
był Gospodarz), no i stało się jakoś wzniośle i powaŜnie. I odłamek spory tej powagi przy
mnie leŜał. Kanapa się pode mną jakby więcej ugięła – waŜę, to i, myślę sobie, cięŜaru nabieram,
juŜ nic, tylko pójdę w górę. Taka jest dialektyka (spręŜyny w kanapie). Przyniesiono
zaraz kanapki (ach, cóŜ za źródłosłów bogaty!). TuŜ koło mnie – dwa rodzaje, takie
zwykłe z szynką i niezwykłe, damy podniosły do ust konjak i, na chwilkę przynajmniej, tak
jakby juŜ nikogo nie poznawały; WaŜny mówił poufale o wszystkich, kto gdzie poszedł teraz,
a kto jeszcze pójdzie, cisza DuŜa się zrobiła, zaś Poeta to juŜ przewaŜnie pił. PowaŜnie.
Kiedy Gospodarz ciągle mu coś podkładał na spodeczek, czasem kanapkę nie za ostrą, a
czasem znów dolewał – a przecieŜ on Jubileat, myślę sobie, więc jak to? Czemu tylko innym
słuŜy? I nie ma wygodnego miejsca nawet jak ja, w rogu ani na krześle? Czemu nikt
po nim nic więcej prócz kanapek się nie spodziewa i jest juŜ taki jakby nic.
Tak siedzę i myślę sobie, co by tu pomyśleć, Ŝeby świat olśnić, taka okazja, ale po
chwili myślę, Ŝe niekoniecznie. Bo gdybym tak na przykład słuchać chciał, tobym się męczył.
A skoro nie słucham i się nie wysilam, to nic. Poeta mówił albo by tylko mówił, ale
jego teŜ wcale jakby tu nie było. Wszyscy juŜ się męczą, a niby słuchają, bo i nie słuchają, i
dobrze jest odpoczywać, rozluźnić słuch, zdjąć uwagę. Jakkolwiek by to jednak było, on z
zanadrzanego zeszycika wyciąga coś tam i wszystkim nam zaczyna, z czego dobrze usłyszałem
to jedynie – coś jakby
O Polsko –
w to jednak nikt nie uwierzył zrazu ani potem, nie dosłyszał, a Ŝe tamten umiał dobrze
zarecytować,
to się zamknął kaŜdy w sobie, a słów potem nikt za nic nie pamięta, takie to jak
i przedtem było. A Kolega z Ławki zaczął, Ŝe inaczej było – ze swej strony zresztą i bardzo
zasadniczo, jak trzeba. A znów tamten hałas, jakby z sąsiedniego pokoju, wszedł mi w
ucho, lek na wszelką wyobraźnię, bo zabija, tu zaś Gospodarz przynosi i stawia, dolewa,
wymienia i odnosi, to mu ulegam i jestem.
Czarną w końcu wyciągam na środek pokoju, a ona jakby mi jeszcze nieznajoma, ale się
nie broni, biorę ją mocniej juŜ jakby całkiem nieznajomą i moją, i nie mylę się, bo ona tu,
pośrodku tego rozgardiaszu, będzie dla mnie całkiem Delikatna. Mnie to zawdzięcza, Ŝe ją
ze świata wyprowadziłem. Chodzi miękko, trochę nawet ciągnie mi się współtrzymana na
rękach, chociaŜ ręce nie tańczą, i jeszcze mocniej mnie ciągnie, ale to stara szkoła słodyczy,
myślę sobie, zaufania, i czuję to, Ŝe ona tak myśli i czuje; bo jakŜe nie czuć się i mnie
podporą świata, choć noga bardzo bardzo niepewna. Ale mówi się mówi się, między nami
wszystko trwa. Tak przecieŜ bywało i nieraz, i w historii, i po co zaraz wszystko wypominać.
Stawiam teraz całą swoją ruchomość na tego pewniaka, niech się zmęczy i wytrzyma,
aŜ tu rzęsów mam jakby po dziurki w nosie jego włosy jej włosy włosy bo ja jestem duŜa
jak świat
Byłem niby swobodny w tej nienowej roli, a przecieŜ i sam sobie jej nie wyznaczałem.
Szansa mrugała do mnie, choć leniwie i nie wiem po co, tańczyłem jeszcze z Czarną, sam
nie wiedząc – w bierności swojej wreszcie zdecydowany czy w opóźniającym rozluźnieniu
wolny; uczyłem się wciąŜ starych rygorów – ja do dzisiaj i od dzisiaj sam: ale juŜ podpalacz!
I zaczynałem się znów dziwić wszystkiemu i sobie, Ŝe tyle nowości mogłem w Ŝyciu puścić
mimo, Ŝe z winy własnego pośpiechu jedynie lub – wąsko ograniczonego entuzjazmu!
Ta pajęczyna mgieł z uciułanych pragnień, ta prostacka logika i chęć dopełnienia Ŝycia tym
jednym – gdy wszystko, lub prawie tyle, nie zostało nawet uszczknięte.
Wierzba i nie wierzba
Nie spalam się nawet w ciepłym płomieniu innych! Więc to jest moje forum, plac do Ŝycia,
pędziłem tu całymi latami. To jest mój cel, ale bez spełnienia.
– AleŜ ty bądź normalny! – mówi mi Jola. –Nie zastanawiaj się tyle. Zacznij jak wszyscy!
– A cóŜ oni takiego robią?
– O właśnie, znowu wymyślasz – sprawę!
Więc jeśli ktoś niczego nie ma, to juŜ twoim zdaniem najbiedniejszy? Czy ten, kto ma
wszystko – nie idzie do zera?
Czyli – właśnie o takim myślę – biedny, bo stracił ochotę do Ŝycia. Więc niech stanie się
najbiedniejszym – i nabierze apetytu! Niech i dla mnie jeszcze skwer, wydeptany publiczny
skwer – będzie tajemniczą wśród drzew zatoką. (Muszę chodzić na skwer mój, bez Joli.)
Mam sąsiada, Ŝyje juŜ bezczynnie. Bardzo ciąŜy mu kaŜda nie wypełniona chwila. Więc
rzucił koc na ławkę, teczkę oraz okulary i poszedł. Parka jakaś zaraz na jego miejscu przysiadła.
A on uciekł sprzed ich oczu, odszedł tym swoim krokiem za trudnym do pojęcia, bo
czy to iście jeszcze, postój czy tylko – istnienie?
Balansownik bez kierunku, bo i kaŜdy jego krok nieostry, jakby miał być obrazem ruchu
niczyim. Wypłynął gdzieś moŜe, a tu nie ma go dobrą godzinę.
Poszedł, jak przenikają w przestrzeń cienie. To tylko pozór, mówię sobie, to tylko pozór.
Mówię, a jakby powiedział to on, akurat mógłby teraz stanąć obok mnie i mówić, to pozór,
jego nieobecność stawała się nie tylko moją tajemnicą, lecz jego pozór i myśl o tym – były
nasze wspólne. Gdy ludzie wykładali swoje ciała na trawie, na odsapkę, juŜ martwiąc się na
zapas, Ŝe za krótko trwa wszystko, a potem śpieszyli się dalej – to tylko pozór, powiedziałby
on. Jakby on i oni myśleli, inaczej. Choć nie byli inni. Im leŜenie takŜe się dłuŜyło. A
zarazem za krótkie było nawet na to zdziwienie.
Mój niewidzialny Sąsiad, wcale tu nie o nim miałem myśleć, stawał się krańcem myślenia
o sobie. PrzecieŜ Jola miała trochę racji mówiąc, Ŝe zmartwienia i tak nigdy się nie
kończą. Co wszystkim trwa krótko – mnie jednemu tutaj się przedłuŜyło. Ale wszystko
trwa krótko, choć słońce ofiarowało mi swoją względność, jakoś całkiem jeszcze nie zuŜytą.
Myślę, Ŝe umrę niedługo, powiedział głos, czyj to głos pomyślałem, przecieŜ tak nie
mówiłby Sąsiad.
Myślę, Ŝe umrę, powtórzył, a przecieŜ by mi nikt tego obcy głośno nie oświadczał. Za
bardzo tu wszystko wciąŜ naturalne i oczywiste.
Więc uwierzyłem, Ŝe to Sąsiad tak mówił. śe co się kiedykolwiek staje, to staje się trochę
wcześniej, nie gdzie indziej, ale wcześniej, niŜ zobaczą to jacyś tam róŜni i niŜby dowiódł
tego późniejszy bieg zdarzeń. Bo to my go zaczynamy. Od nas idzie pierwsze szarpnięcie.
Wypełniająca się chwila – ale czym?! Patrzyłem ciągle na chwilowe słońce i wieczne
leŜenie.
Idealistka, którą spotykam co dzień. Mówi, Ŝe bardzo by chciała coś dla mnie zrobić.
Ale nie odpowiada na ukłon, kiedy go składam pierwszy. Czasem znów namawia mnie do
spisku przeciw całemu światu.
– Nie widzi pan, Ŝe ze wszystkim jest coraz gorzej? Do czego to dojdzie? Czy pan nie
sądzi, Ŝe powinna być w Ŝyciu jakaś równowaga?
– Równowaga?
– A pomiędzy tym, co się daje, i tym, co się bierze? Nawet przez te parę ostatnich lat dał
pan ludziom więcej z siebie niŜ kiedyś, tak jest?
– Jest i nie jest proszę pani, bo nie wiem.
– A to szkoda.
– Szkoda, ale dzięki temu, Ŝe nie wiem, odczuwam czasem swoją pełnię nierównowagi!
Pomyślała, zrozumiała i zaraz bardzo się zdenerwowała. Zadzwoniła co najmniej do paru
osób, Ŝeby je przymusić do swego opiekuństwa. Ona będzie teraz nad nimi! Wobec mnie
to znaczyło: zmieniam temat! Jest juŜ umówiona, uspokojona i wobec tego wyraźnie ode
mnie lepsza.
Po chwili znów:
– Panu herbaty?
– Dziękuję, nie.
– To moŜe kawy?
– JuŜ dzisiaj piłem.
Lepsza o całe to swoje niebo, którym darzy. Zawsze uwaŜałem, Ŝe czyjeś niebo zbyt
często Ŝeruje na moim piekle.
Tego wieczoru jeszcze, jak się dowiedziałem, Ŝe zaczynam Ŝyć tak nagle i niespodziewanie,
odebrałem telegram od połowicy. Donosiła z rzadką u niej rozrzutnością słów:
JESTEM W CIĄśY ALE NIE Z TOBĄ PRZYKRO MI MÓJ DROGI ALE BĄDŹ
ŁASKAW ZOSTAWIĆ MIESZKANIE BO NIE JESTEM SAMA STOP. W pracy się
dowiedziałem,
Ŝ
e za duŜo zauwaŜono juŜ druków L-4 w mojej teczce i zastanawiają się, czyby
mnie nie tego, oczywiście w ramach gospodarności i działania Komisji VIII Plenum. A
czy wiecie, Ŝe to ja byłem najaktywniejszym działaczem tej komisji jako jej sekretarz? A
teraz odezwali się naprawdę zagroŜeni i skorzystają. To i tak, no to tak.
– Ale kiedy ja nareszcie zaczynam Ŝyć! – wołam do Joli.
– Masz chyba jeszcze przyjaciół, którzy ci pomogą.
– Właśnie ci, na których mogłem liczyć, obrócili się teraz przeciw mnie.
– Wszyscy?
– Czy wszyscy? Nie wszyscy, oczywiście. No, ale jest jeszcze, została mi wierzba.
– Wierzba? Korporacja? Czy ty mówisz o Partyzantach? Nie licz za bardzo. Oni teraz
chyba pójdą w odstawkę – wiesz, co się stało w Olsztynie?
– Wierzba jest przyjacielem, który nie zawiedzie. Ty chyba teŜ? Przytuliłem ją do mnie.
Głupie pytanie jakieś.
Pamiętam, tyle razy miałem wyjść z biura przed południem – nie w Ŝadnej sprawie, ale
dla zasady! śeby spojrzeć, na domy za oknem – z drugiej strony, tak wyglądają stamtąd
rankiem. Tak daleko było teraz wszystko za mną! Czy otwarcie w nowe, lecz znajome powietrze,
w gościnność prawie pustej, ale wciąŜ czekającej ulicy – musiało nie nastąpić?
JakŜe naiwny jest ten – kto się spóźnia.
A jeszcze porządek dnia jest do wypełnienia.
Chmury przenikają wszystko, na co się natkną. A ja? Ze swoim ocięŜałym cielskiem?
Czuję, Ŝe jak mi tylko noga nie odmówi posłuszeństwa, na mnie chmura moŜe się zatrzymać.
(Noga nie odmówi, będę na nią liczył.)
Czemu nie podobają mi się ludzie w autobusie? Patrzą wszyscy podobnie, jakby w jakimś
jednym wąskim paśmie, patrząc poza tym pasmem nikogo juŜ nie ma. MoŜe i oni sami
czują się niewidzialni? Ale czyści, zadbani – zawiśli na swoich miejscach.
MęŜczyzna w ciepłej czapce i półkoŜuszku nie zdąŜył się jeszcze dostosować. Widać
przyjezdny. Rozmawia z jednym stąd, a tamten go prawie nie widzi. Sami wtajemniczeni.
Udało im się zdobyć przydział – na miejsce w centralnym pępku świata. Są gotowi, czujni.
Niczego więcej spodziewać się nie da.
Kawę w barze wypiłem – i będzie fajniej. Stanąłem w kolejce po ser i stoję. Oto przyszła
druga ekspedientka i wypadło jakieś zamieszanie. Kolejka ma się teraz podzielić, to
znaczy wszyscy od połowy biegają to w lewo, to w prawo. A wiosna znów spóźnia się, myślę
sobie. W końcu wypadło i za mną komuś stanąć, to jest pewnej takiej w misiu, spóźniona
myślę, pewnie teŜ moŜe być spoza! Ale miś był w modnym granacie, nie zimowy, to i
pomyliłem się, myślę sobie. Wali mi się ona na plecy, zastawiam się torbą, rękę na barierce
z tyłu trzymam, Ŝeby się zahaczyła. Ale ona mi torbę na ręce. Popatrzyłem wyrozumiale – i
nic. Powiedziałem coś bąkająco – lecz co się wali, nie lubi być tamowane. Tamowaną,
przepraszam. Damulka przewidziała mój słaby stosunek do ludzi równieŜ przy płaceniu.
Odsłoniłem się wtedy, pakując serki i resztę słabości. Poprosiłem ją o utrzymanie się w
równowadze, choćby przez chwilkę.
– To i skąd mam wiedzieć zaraz, Ŝe panu wszyscy przeszkadzają?
Zorientowałem się juŜ na przystanku, Ŝe narzuciła mi jeszcze wyrzuty sumienia. Nie
przyznaję się do nich, rzecz jasna, ale mam.
Spóźniła się Jola i powiedziała, Ŝe to przez kolejki. Zrozumiałem, choć moŜe za wiele.
Ma dwadzieścia osiem lat i bardzo juŜ dba o modę. Na sukienkę nową czegoś nabrać musiała,
i rzeczywiście. Ładne to było, taki słoneczny beŜ. Ale Ŝe mięso miała kupione wcześniej,
zostawiła je w śródmieściu, bo musiała być jeszcze na zebraniu. Teraz ma tylko pojechać
i to odebrać. I zawieźć do swojego domu.
– Do domu? – zapytałem
–
ach, to dobrze to bardzo dobrze!
Ona za to, Ŝe nie, nie będzie tak dobrze. Zresztą, wiesz, Ŝe juŜ jestem zmęczona. Nie
pojedziemy do mnie, mieszkam daleko...
– Teraz ani nigdy? – pospieszyłem się.
– A czego ty w ogóle po mnie oczekujesz?
– Przepraszam cię bardzo, ale niczego więcej niŜ –
–
niŜ było. PrzecieŜ ty sama...
– Tak jak było to juŜ dalej nie będzie! Patrzę na nią i ona na mnie, ale ona chyba patrzy
głębiej.
– Rozumiem cię, Jolu. Byłaś do czasu bardzo, ale to bardzo towarzyska. I przez wszystkich
jesteś lubiana. Nie chcesz, Ŝebym cię na stałe polubił?
– To juŜ postanowione – mówi. – Muszę to odwieźć. Kiedyś moŜe – nie będę taka zmęczona.
Wreszcie któregoś dnia wydaje ci się, Ŝe coś takiego musiało się zdarzać juŜ przez wieki.
Historie same stają się złośliwe, istnieją jakby po to, by ktoś z boku, obojętne kto, mógł
im fundować głupawy koniec. Zdarzało się to innym – czemu ma ominąć ciebie? Poddaj
się. Tak radzili nam bogowie, ośmieszający człowieka przed innymi. Jego pewność siebie
umieli zamienić w pecha, a potem własną broń ukuwają na jego słabości. Długo dochodziłem
do pojęcia tego mechanizmu.
Zwiódł mnie pijany entuzjazm, radość i satysfakcja w głosie z błahego powodu: Ŝe zadzwoniłem.
I jeszcze jedno: nieopatrzne słowo, które mógłbym potraktować ostrzegawczo.
Mógłbym! Ale dla mnie tryb warunkowy wtedy nie istniał. I po trzech dniach uciąŜliwych
telefonów – zdarzyło się spotkanie przypadkowe, któregom nie przewidział: stała w szatni,
gdy wychodziłem z klubu. po obiedzie. Chciałem się jej za wszelką cenę wywinąć. Lecz
nie po to tu była! Zstąpiła mi przed oczy ze swoim przepraszającym, biednym „dzień dobry”,
gdy niby śpiesząc się, zostałem juŜ przygwoŜdŜony. Tłumaczyła mi długo coś, co
musiało być doskonale i jej obojętne, i tym gorliwiej tłumaczyła. Oto całkiem bezradna i
dopiero sama zaczyna po sobie to widzieć, szatniarz bez wstępów zaczyna mi coś klarować,
przerywam mu oczywiście, by dać jej głos, a jej teraz milczenie przedłuŜy i tak moją
ulubioną w odwecie bierność. (Niech zawiśnie nad nami coś wspólnego, Ŝebyśmy to poczuli
albo i zrozumieli!) Sama to zauwaŜyła i nie wypada jej się tłumaczyć dalej.
Nie tłumaczy się, ale pewnie jeszcze nie rozumie. Więc oddalam się tym bardziej szybko
i bez słowa, ledwo uśmiech, więc za to bardzo, przesadnie serdeczny, człowiek gdzieś
się po prostu śpieszy i nie chce przypadkowo być świadkiem cudzego kłopotu, a przez
grzeczność – jemu równieŜ jest trochę przykro.
– Będę tu jutro, tak sobie – zdąŜyła powiedzieć – spotkamy się, to dobrze, moŜe pogadamy,
a nie to nie.
Zadowolony juŜ byłem, Ŝe to o wiele lepsze i całkiem moŜe być wystarczające na poŜegnanie.
T a k s o b i e , zawsze mogę przyjść później.
AŜ mnie korciło, z czego dopiero później zdałem sobie sprawę, Ŝeby ten spokój, chwilowo
osiągnięty, którego tak długo pragnąłem – przedłuŜyć w nieskończoność. A jednak
nieporadność jej, teraz odsłonięta bardziej niŜ kiedykolwiek, to było tak wiele!
Następnym razem pokazała mi się jeszcze bardziej szara i niepewna swego. TeŜ musiała
mnie zauwaŜyć pierwsza, bo siedziałem z kimś zajęty rozmową, pokazała się i zniknęła
szybko, zanim zdecydowałem się lub zdąŜyłem jej n i e z a u w a Ŝ y ć .
Wkręcam papier w maszynę, piszę do niej list. Nigdy Ŝadnemu nie przyszło z nas do
głowy, Ŝe prościej jest pisać niŜ mówić. Ale teraz dopiero poczułem pustkę w głowie, Ŝadnego
juŜ argumentu do zbicia, chociaŜby jeden się przydał. GdybyŜ jakiś jej list! Ze słów
ulotnych nie pamięta się wiele. Wyraz twarzy – uśmiechniętej, pewnej, zadowolonej z siebie
– to owszem. Ale nigdy, z czego on wynikał! A sam – proponowałem jej przecieŜ
wszystko! Co z tego stało się niewaŜne? Mamy zacząć od nowa? Mam ja wziąć
odpowiedzialność
za to, Ŝe ją, tę dawną, będzie się od dziś wypierać, niszczyć?
Mistrzu, Ŝe się tu tak bezradnie zapytam, dlaczego został pan optymistą? Czy wierzy
pan, Ŝe inni – przez pana – teŜ nimi zostaną? Dlaczego? Czy mam swój optymizm oprzeć
na cudzej chwilowej słabości? Ustępowości. Czy mieć go tylko dla siebie?
Kiedyś pan uczył, Ŝe trzeba jak najwięcej wziąć z całego Ŝycia. Dzisiaj juŜ wszyscy tylko
tak chcą. I nie kochają, póki ktoś inny ich nie rzuci.
Czasem, gdy do niej mówię, to jakby świat się otwierał w jej oczach tak wielki, tyle tam
cudów nie objaśnionych się spodziewa; zdaje mi się, iŜ patrzę na dziecko, gotowe przejść
kaŜdą drogę. Ono bardzo tego chce, choć nie wie, jak jeszcze wszędzie daleko.
Znalazłaby kiedyś – przy swoich warunkach – kogoś bliskiego na dłuŜej, potrafiła juŜ
tylko sama w to uwierzyć, Ŝe by znalazła. A moŜe jeszcze więcej stracić z tego, co ma – i
ś
mieje się z takich, co boją się utraty czegokolwiek.
Długo, bardzo długo i cierpliwie wyczekiwałem tej nocy. Jeśliby nawet z własnej potrzeby
nie musiała – to i tak mogła przyjść. Przyjść i nie mówić, Ŝe to pomyłka.
Z rana pierwszy telefon – nie poznałem jej głosu – pyta, czy się nie gniewam. Jakby mi
dopiero co przygadała w czymś szpetnie. I zaraz cała reszta, wszystko spada mi na barki –
nie umiem z nią więcej rozmawiać.
Bąknąłem coś – o pogodzie. JuŜ się cieszę, Ŝe na pewny wskoczyłem temat. Głosu w
słuchawce nie rozumiem. Szmery, zmiana modulacji.
– O co chodzi? – pytam. – Znów cisza w aparacie. Po ciszy juŜ nie jak przed chwilą,
gdzieŜ tam – to dziecko mówi. Odezwało się dziecko!
– Wiesz, bozia mnie ukarała!
--
słyszę. Po chwili:
– Zostałam równieŜ okradziona.
RównieŜ?
Nawet bez tej nutki bolesnej byłaby dla mnie dostatecznie wzniosła. Odkryła siebie w
dziecku! Niechby i sprzed dwustu, trzystu lat!
–To był mój znajomy sprzed dziesięciu lat, powiedziała. Dziesięć lat go nie widziałam.
A powinnam zapomnieć. Mówił, Ŝe jest kaskaderem – dodał mniej pewnie.
Widzę, jak kaskader się napręŜa, napina mięśnie i uwzniośla jej twarz tanim uśmiechem.
Jest mu wierna – i to jest kopalnia godności jej.
Ale nie chciałem takim swoim spojrzeniem ciąŜyć na jej twarzy. Piękny dzień pochwaliłem.
Ona kiwa potakująco głową, zauwaŜa swój ból i przytomnym okiem patrzy nigdzie.
Pierwszy raz w Ŝyciu, pomyślałem, zaczyna załatwiać to, co było do odrobienia. JuŜ
Ŝ
yje!
byłem i ja świadkiem tego, jak mnie szanują; byłem: i jeszcze jestem; poddałem się nowej
rzeczywistości, o której marzyłem od lat, nowa praca, środowisko, w ogóle. Mistrz,
mój Profesor, to jest dopiero ktoś! Krzątają się wszędzie zgodnie, spokojniutko. Jeden tylko
ma dziwnie fioletowe, denaturatowate oczy. Ale spojrzeniem mnie nie dotyka. Jak niczego
i nikogo; ciągle liczę tylko na to, Ŝe i o moim istnieniu nie wie. Głosy inne słyszę, spokojne
i rzeczowe, tss, wymieniono dlaczegoś Profesora.
– Przysłał go tutaj?
– Tak, profesor Adam Pastuch.
– Pastuch?
– PrzecieŜ to światowej sławy ten.
– Tak ale był długo zawieszony zdaje się.
– Zawieszony? JuŜ odwieszony.
– Ale umarł pewnie.
– Umarł?
– Jakoś niedawno. Wczoraj czy przedwczoraj, czytałem.
– Ach tak? To kto go nam tak naprawdę poleca?
– Naprawdę? – to juŜ chyba nikt.
Widzę porozumiewawcze spojrzenia. Oni mnie odkryją! A za mną nikt nic. Jeszcze
mnie nie dotykają, ale. Któregoś dnia – –
Budzę się cały mokry jak szczur. I znów zasypiam. Jeszcze jest ciemno.
– Z których to jest, chciałem powiedzieć– –
– Jak najbardziej autentyczny społeczny awans, kolego! Pastuch od pasienia.
– Ale to było przed wojną. – Przed wojną i z takim nazwiskiem?
– Dzisiaj by sobie zmienił.
– KaŜdy by zmienił.
– Ale nie on, moŜe dlatego umarł?
– Kto w końcu tak naprawdę czytał ten jego tekst?
– A czy to się daje czytać?
– I to nie jego w dodatku, tylko pupilka, kogoś nam tu podstawia!
Nie słyszałem więcej, wolałem nie słyszeć, słyszałbym raczej chrobot ich pazurków, ten
z denaturatowatym okiem juŜ na mnie patrzy! Och, muszę się ruszyć, choćby na drugi bok,
inaczej nigdy się stąd nie wyrwę! Ruszyć, zaraz mnie poskrobią. I wtedy będę znów – na
jawie!
Preeecz!!
odwiedzają wierzbę, patrz wierzba mówią, patrzą na wyprzódki, a jak te witki jak włoski
ułoŜyła, jaki to ma spokój dookoła, a szerokie pole – – –
1975–76
Bycza niemowność
I
W prześwicie gałęzi, daleko, płynące ptaki. Gdzieś na dachu nieba wirowały dostojnie,
powoli, spadały nawet w jednym rytmie, według punkt po punkcie zagarniającego bezwładu.
Jak się obudziłem, byłem jeszcze myślą przy nich. Wiedziałem, Ŝe szeroką mam łączność
w tej chwili, krótkiej i wiecznej. Widoczność w przeszłość i na przyszłość. TakŜe
łączność z ludźmi, z którymi się dzisiaj spotkam. Podzielę to rozszerzenie.
Co prawda tutaj wciąŜ byłem sam.
Ale wiedziałem nareszcie, Ŝe naprawdę sam.
Odmienny od innych – w tej nagłej łączności z nimi.
Więc jestem rozumiany, bo poznałem wspólność. Przyszłość, ta jedna z odmian wspólnej
przeszłości, nie zaczyna się juŜ tylko od samych tajemnic.
Chciałbym teraz, chciałbym chociaŜ raz pomieszkać w takim mieście, w którym kaŜdy,
kto się zjawi, jest waŜny. I ma dla siebie rzekę, przejrzyste powietrze. Fabryki, przestronne
ulice. Wszędzie, gdzie tylko wejdziesz, zauwaŜą cię! MoŜesz sobie nawet pomyśleć, Ŝe jesteś
na pierwszym miejscu! KaŜdy moŜe duŜo myśleć! Po drugiej stronie ulicy, gdy zajdziesz
zmęczony, czeka na ciebie cicho przyczajony pokój. Sąsiedzi, dom cały na ciebie
dyskretnie czeka.
Twoja obecność przestała juŜ słuŜyć waŜności innych.
Ludzie juŜ dawno się zbuntowali i nie słuŜą fabrykom.
Ś
mieci pod nogi nie wyrzucają ci na powitanie. Trochę ich interesujesz, i takie moje szerokie
niebo. Widzę pod nim całe to rozległe miasto. Obudziłem się dopiero dzisiaj, fakt. A
teraz, wchodząc tutaj, muszę przekroczyć sfery!
II
ś
egnania, witania zamykają w sobie wszystko, co naprawdę mogło się stać i się nie stało.
A jednak byłem przeświadczony, Ŝe muszę tu być, zostać, i bałem się za wcześnie odjechać.
Na dobrą sprawę ta jedna twarz otwiera dla mnie wszystko: silniejsze, niŜ potrafię pojąć,
poczucie obowiązku – a zarazem bunt przeciw roli, którą mi narzuca, spodziewając się, Ŝe
łatwo się jej podejmę. Ta jedyna sprzyjająca mi twarz sprawia, Ŝe niemieję i słucham, choć
stary człowiek, który do mnie mówi, sam nie dosłyszy, a nawet gdyby – nigdy nie usłucha.
Ale to nic w niczym nie zmienia, bo nie mam dowodów, Ŝeby słuchał mnie kiedy wcześniej,
słuchał kiedykolwiek.
W przerwach, gdy nie mówi, twarz jest wyłączona z napięcia, zapatruje się w niemy
punkt w sobie. Ja teŜ jestem wtedy wyłączony z napięcia. A gdy wolno zaczyna mi tłumaczyć,
opowiadać całe Ŝycie jako przykład, wtedy we mnie budzi ów bunt, choć najpierw
przecieŜ było zrozumienie, i przypuszczam, Ŝe większe niŜ u kogokolwiek. A buntuję się
wszak nie przeciw niemu, ale Ŝe nikt mnie nie słuchał, nie słucha i nie usłucha. Ojciec juŜ
nawet nie usłyszy, co powiem.
Więc nie podŜegam buntu i nie przyjmuję roli. Jestem tylko, odwiedzam, dyŜuruję. Oddaję
się tej atawistycznej męce.
– Gdyby tak słuch wrócił – mówi – oczy się poprawiły, poŜyłoby się jeszcze trochi,
czemu nie?
– Kwaśne mleko lubię i chleb razowy, a tego tu i ni ma.
– Czytałem, Ŝe w Londynie jeden chciał skoczyć z dachu. I cztery kobiety cap za koc, za
rogi – i trzymajo! A ja i tak muszę umrzeć kiedyś, wszyscy koledzy juŜ poumierali. Najlepiej
by to było jak nieboszczka matka moja, usnęła i juŜ. A ty mnie się śniłeś, Ŝe masz
brudne ręce.
– Brudne ręce?
– Bo ty lubisz pieniądze. Pamiętaj, Ŝe ja przez całe Ŝycie, bez pomocy, wszystko praco
zdobyłem, jedno głowo i rękami. A Ŝyłem w gnieździe os. I zarazy. I z wrogów przyjaciół
chciałem zrobić.
– I na darmo.
– Co tam seplenisz? Wszyscy teraz tak mówicie, Ŝe nie moŜna zrozumieć. Albo za
szybko, albo za cicho. No tak. A ty to hultaj pewnie jesteś, co? Nie lubisz pracować? Chodzisz,
metydujesz, ja widziałem, a to nie daje chleba. My to jeszcze tylko „dzwoń, dzwoń
sokoły” śpiewaliśmy, a juŜ wszystko samemu trzeba było umieć zrobić, ale Ŝeby was nauczyć,
co prawda – to kiedy ja miałem czas? Za roboto i za biedo człowiek się zgubi! Mówisz,
Ŝ
eby ja listy pisał. A tu wiesz, jak kleks zrobię czy błąd jaki, to juŜ i ochota odchodzi
i rzucasz. ToŜ ja kiedyś najlepsze podania pisałem – a? Teraz wstyd. Tylko święty Augustyn
umiał napisać Ŝyciorys tak, Ŝe nic nie opuścił. A u was szast–prast i gotowe, a potem
tołku nie dojdziesz. JaŜ tak nie moge.
– A ja, im dłuŜej Ŝyję, tym krótszy Ŝyciorys piszę – odezwała się Kachna.
– Co ona mówi? Ja to... i z Bogiem potrafię się posprzeczać – ale ty popróbuj! Raz mówio
to, a zaraz co innego. Kto was będzie słuchał, jak wy nic, tylko by brali i obiecywali.
O, jakby ja drugi raz Ŝył, juŜ by inaczej planował, nie ma co!
Jak by zaplanował? I czemu mnie nie uznał godnym tej wiedzy?
Wyglądało na to, Ŝe nie ojciec, ale ja spóźniam się na tak waŜne spotkanie z nim od pięciu,
dziesięciu, moŜe i trzydziestu lat. Jak to dogonić? Siebie tamtego? ojca? przeszłość?
Przede mną tylko bieŜąca chwila.
A co w niej?
Jest cos takiego. Co się nie spóźnia. Ani o miesiąc, nawet o dzień. Proponuje nam swój
porządek spełnień.
Następnego dnia poszedłem i orałem pole. Dźbik ganiał ze spręŜynówkami przede mną.
III
Wiara moja zostawała nietknięta, prawie przez kwadrans. Pójść tym polem naprzód,
pójść rześko, i tam pozostać. CóŜ prostszego!
Pominęlibyśmy skromne pytanie, czy naprawdę byłem jeszcze oracz.
O ileŜ lepszy byłem mając trzynaście lat i jedną nogę w gipsie, aŜ do pachwiny, bo akurat
złamałem ją na boisku, gdy klasa miała pierwszy raz iść do teatru. Ominęła mnie sztuka,
ale obowiązek wrócił w porę, bo trzeciego dnia poszedłem do zaorywania nieuŜytków po
kułaku, które zabrał był wcześniej pegeer, ale się zadławił, bo uŜytki do uprawy były mu za
trudne. Gdy tylko odchylenie prawicowo–nacjonalistyczne przestało być odchyleniem i
stało się głównym nurtem, ziemia wróciła do kułaka, ale ten był juŜ bez sił, zestarzał się. Za
to ja, odsunięty od kontaktu ze sztuką przez przypadek, który się zdarzył w czasie pierwszej
w Ŝyciu gry w piłkę, miałem znów wolnych' pięć tygodni na odrobienie wszystkich zaległości
wobec ziemi, bo tym kułakiem nieprzypadkowo był mój ojciec, po trosze ja. I wtedy
to było oranie! CóŜ za odpowiedzialność! Padał juŜ śnieg i wiedziałem, Ŝe jak go więcej
napada, to niczego tu po sobie nie poprawię, poleŜy do wiosny, i wtedy pewnego przyjemnego
dnia, gdy ja będę daleko, a ktoś blisko, ziemia się odsłoni, być moŜe z moimi juŜ nie
do naprawienia błędami, utrwalonymi przez czas. Co by na to powiedział ojciec, który
mnie uczył, jeszcze gdy miałem dziewięć–dziesięć lat, jak iść za pługiem, Ŝeby to wyglądało
nie jak chodzenie tylko, i jak przyklęknąć lub podskoczyć, zaleŜnie od twardości tego,
co się orze, albo jak się trafi kamień, bo to powinna być tylko płynność linii zaczepionej u
jednego końca pola i doniesionej w myśli do drugiego końca tak, by jej Ŝaden kamień nie
urwał, Ma się wynurzać spręŜystym łukiem tam, gdzie idę, i z chrzęstem rozsypywać skiby.
Ręczyła za to wszystko czasem puŜalnia, trwoŜąc zresztą więcej mnie niŜ konie.
A czymŜe ta orka teraz? (I kim juŜ był mój ojciec, gdy tam szedłem za pługiem, jak
marny od nowa oracz, a on bez władzy?) Gdy nie przymierzam juŜ w myśli kroku ani
efektu tej pracy do jego nagany lub pomilczenia, to znaczy, Ŝe wyrok się odwleka. Nawet ta
ziemia dla mnie to tylko ostatnie świadectwo mojej byłej przydatności. Jestem dla niej
przechodniem. Jutro ją rzucę.
Dźbik, który szczęśliwie ocalał, niech tu zostanie.
IV
Potem ciąłem drzewo. Pnie, nieŜywe. Powietrze nie przystaje mi do skóry, draŜni i gryzie.
Więc gdzie odetchnę Ŝywiej?
A niczego juŜ mi się nie chce. i nie pragnę. Zima przejmuje władzę dookoła, niemrawo i
mglisto. Czuję juŜ, jakby siedziała mi za kołnierzem.
Czy kiedy tak bywało?!
Rąbię drzewo, juŜ zacząłem. Tak bywało. Nawet po pięciu, sześciu klockach jest jakby
inaczej. Wolałbym, Ŝeby mnie tu nikt nie zauwaŜył, nie witał, Ŝeby mi nie przerwał. Mnie
tu dalej nie ma. A ja rąbię, jak się namęczę, będzie radość. Dobrze zacznie działać mi na
Ŝ
yły, aŜ się rozszerzą. A kto to zrobił? Ano Pan Bóg! JuŜ coraz mi się więcej chce.
Kiedyś to ja byłem Ŝywy. śaden taki rekonwalescent jak dziś, suchy gnat.
Ba, ale kiedyś było znacznie gorzej! Musi być gorzej, Ŝeby potem zaczęło być lepiej!
ś
ywa dialektyka. Teraz to juŜ przyszedł taki czas, Ŝe nie moŜe stale być dobrze. Kiedyś
było znacznie lepiej.
Kiedyś w ogóle nie wiedziano, jak się Ŝyje. śycie było progiem i kwita! Ten próg się
forsowało za pierwszym przebudzeniem. A dalej jak w serii. Teraz jak w serialu. Cudzym.
Ot i cała róŜnica. Przestaliśmy być bohaterami. I mówimy w liczbie mnogiej. MoŜe j a
przestałem być tym bohaterem? (Tak lepiej. Dobrze chociaŜ o jednym coś na pewno wiedzieć.)
– Nie kocham nieszczęśliwych i biednych! – wybrałem to wreszcie. Muszę zmienić towarzystwo!
Nieszczęśliwi to są ci, co nie mają siły wyjrzeć spoza swoich przykrości.
Taki byłem czasami, juŜ często. Niech tylko wszyscy natęŜą swoje siły i pchną się naprzód.
Wprzódki na wyprzódki. Ewa mi dymi w nos. Hanka nagada przed Ewą na mnie. A
przede mną na nie znaną mi Zosię. Szefowa się we wszystkim pogubi. Ewa się zechce na
moje miejsce przesiąść, a Hanka mówi, Ŝe to Andreas tego nie zechce. Andreas ma uraz
jeszcze z greckiej partyzantki i woli być z tyłu. (Ona mu współczuje, bo widzi w nim
podobieństwo
z naszymi, a takŜe z sobą, bo cierpi i ma kłopoty wychowawcze z męŜem, który
jej nie rozumie, jak to chłop.) Póki się wszyscy nie zgadzają, szefowa się cieszy i jest
nam potrzebna. Gorzej, gdy powstaje czasem jednolity program zmian. Wtedy się obraŜa i
idzie na chorobę.
Najzdolniejszy z nas wszystkich, szef szefowej, uwaŜa, Ŝe jest tylko jedno wyjście z bezwładu
przed rozpadem. Nic nie zmieniać. Osobiste wyjście znaleźć moŜna zawsze – przez drzwi! Wie
on, Ŝe najchętniej wszyscy się godzą przeciw jednemu. Ale on jest tu po to, Ŝeby rządzić.
Więc moŜe tym kimś z wyjściem będę ja? Przejmę się swoją sytuacją i wyjdzie program!
Chciałbym przejść, przebuchać się w tym puchu niepewności. I dotrzeć tam, gdzie się
jest mniej czy więcej wartym siebie. Być w pobliŜu tego! – to przynajmniej.
Tylko początku moŜe nie będzie zrobić z czego. Raz i poraz, wyszukiwać na nowo z
powietrza, samemu zostając w zawieszeniu. Ale chociaŜ ruszyć z miejsca!
A moŜe – tam, gdzie jesteśmy, to jest jedyne nasze miejsce, gdzie jeszcze moŜna być
sobą, choćby tak jak jest?
Dostał węgiel! Jeszcze listopad, a on juŜ ma węgiel. Za jedne tysiąc pięćset od wywrotki.
Przybiegł cały szczęśliwy, a ja mam mu pomóc wybierać z trawy i przerzucać do piwnicy
przez małe okienko. śadną łopatą nie przyłoŜysz się tu – za szeroka. I raz, i jeszcze raz,
tak trwa ze dwie godziny, a potem jeszcze dwie i pół. Zurlena, w szlafroczku, tylko ogarnia
tę swoją tajemnicę. I odchodzi od okna. Poszła do innej gdzieś i tam trajluje.
A my na starym zrębie klonu odpoczywamy. Naprzeciw, to i trochę daleko, jak trzeba.
Pani Zurleno, do szufli proszę, i to jak najchętniej!
Ale Zurlena, jakŜeŜ – nie słyszy. I udaje, i nie słyszy. Ot, mało kulturna jaka!
Chodź tu pani do nas, na lŜejsze!
A ona jak obraŜona – do węgla, węglarzy, gdzieŜ tam!
No i myślę sobie, to by było! A Ŝe niekulturna i jakby na coś więcej liczyła, to niech będzie,
Ŝ
e poszła... Poszła ona sobie! Poszła i nie przyszła – co nie?
A tu Zurlena jak pani podchodzi, ja się tam witam, całuję w, no i na końcu, a gdzieś po
miesiącu uprawy – obydwoje my razem w gwałt! (A tam duchota w piwnicy, choć weź się i
uduś! To my przepychamy się nawzajem, jeden przez drugiego. Ot i cała przyjemność tylko,
Ŝ
e myślał o Zurlenie!)
CzegóŜ ty chcesz od takiej, kiedy ona nie stąd? OnaŜ z daleka! Sublokatorka.
To i jasne.
A ja tu jeszcze myślę sobie, o co by mnie ona prosić miała, zanimby się okazało, jak
wyszło. Bo i trzeba by przedtem długo mówić jeszcze, co sobie wyobraŜała, chcieć i wiedzieć
chciała, ale się bała, to ja juŜ lepiej wprost do węgla, choćby i to okienko mogli większe,
ale co zrobisz, no co? A jeśli zechce, Ŝebym to ja wszystkiego ją uczył? A czy ty przypadkiem
nie chcesz aby za duŜo mieć z tej jednej i jedynej przyjemności, Zurleno? Ŝe za to
ja wyłącznie o twoim zmiętym szlafroczku myślę, a nie o człowieku, co? ja muszę za nas
dwoje? A kto o czarnym węglu pomyśli, jak my tylko o nauce teraz twojej?
Jak sama się do robotników wtrącasz i nie znasz miary, to co?
A robota się pali. JuŜ piąty raz po przerwie dowalamy po szufli tam, gdzie się na rozum
nic juŜ domieścić nie moŜe. Ale dowalamy, jest z czego. Dźbik to celuje po kawałku, jak
granatem niby, takie wspominki wojenne. AŜ tu przychodzi Kachna, a szczoteczką niedaleko
podmiata. Wreszcie nie wytrzymuje, rady zaczyna dawać. Ona zaczyna, a my honorem
juŜ ciągniemy tylko, w siódme poty, i myślisz, Ŝeby choć raz udało się donieść do końca,
co bierzesz. To ona z entuzjazmem zaczyna kręcić szczoteczką, czas nam wywraca na
wierzch i od środka, inne wnętrzności takŜe, a kręci się, kręci coraz szybciej i co jest taka
mądra, teraz nam wypowie!
Tego okienka chiba nie będziesz zastawiał?
A szczoteczką ramkę zakurzoną podmiata. Głowa juŜ mi pęka gdzieś z boku, myślę, Ŝe
do nowej cierpliwości nie przeŜyję. Chiba z nas nikt!
LeŜę ja sobie. LeŜę, a wszystko jeszcze widzę – jak przychodzą tutaj za interesem tacy,
co będą stawiać wiechę, jak Ŝółtą wstąŜeczkę rozciągają w poprzek ziemi, jak ziemia jest
szeroka. Owady brzęczą, samochody huczą, a to przecieŜ wieś i całą ma zamazaną poprzeczność
za płotem. Lubię w sobie mieć tę czystość, gdy o chłodzie uspokaja się we mnie
krew i rozmywa cisza, stroi mi jakoś ten ogólny harmider na całość, a człowiek niby teraz
dopiero coś nowego wie, kwasy zmęczenia trochę mu opadają, ale i to przejdzie, czuć i
znać to nad wszelką wątpliwość, Ŝe zaczynasz, Ŝe w tobie i z boku stoi teraz Wszystko
NajwaŜniejsze. Zdaje się, Ŝe jeden koń teraz nie wiedziałby, co naprawdę zrobić, ale koń
odchodzi na bok, tam skubie trawę, nie zniknie na tej łące ani w moich oczach, ja tylko –
coraz mniejszy się staję, niezaradny, nie mam juŜ ochoty ni potrzeby zniknięcia. śyję! I to
niekonkretnie.
Pani Ŝądasz jeszcze, imponujesz mi i Ŝądasz, bym się z wszystkiego wytłumaczył!
Od kogo zaleŜy takie prawo – Ŝe ty chcesz i Ŝądasz?
Kachna podała krupnik na mleku, juŜ nie była to jak wczoraj zacierka o niewyczuwalnym
smaku, nie umieć nawet zupy głupiej, jak byłem dzieckiem, robiłem to lepiej, ale Dźbikowi
muszę pomóc w gospodarce, tatko niech poczeka trochę, jeszcze tylko rok czy dwa,
aŜ sobie poukładam. Wrócę i zabiorę.
Dźbik krowy poi i doi, Paulina nie wciągnęła się jeszcze do pracy, zdąŜy się przyzwyczaić!
– mówi Dźbik, jakbym to nie wiedział, ile lat trzeba, Ŝeby tę ziemię, obcą komuś
dotąd jak zły sen, przywrócić do rodzenia. Dźbik świniakom gotuje, z koniem po podwórzu
galopuje, cieszy się, Ŝe wesoły, i świeŜej owsianki do Ŝłobu mu natrząsa, potem telewizor
ogląda, papierosa pali, pali i drzemie, zrywa się, idzie do pieca dorzucić, do spiŜarki trochę
przed snem zajrzy, a kartofle zimne na stole jeszcze stoją, Kachna za nim z pokoju się rozwleka,
w drzwiach stoi, przeciąga się, oczy przeciera, wraca, telewizor gasi, siada i przygląda
się, jak Dźbik zimne kartofle wtraja.
– Jutro wyjeŜdŜam – mówię cicho.
Kachna odpowiada sobie i mnie uśmiechem od ucha do ucha. Dźbik wstaje, widać, Ŝe
ś
lipia mu się kleją, przeciąga się.
– To wy tu sobie pogadajcie, jak chcecie – powiada – a na mnie juŜ pora.
W końcu złudzenia, z którymi przepychaliśmy się przez róŜne niemoŜliwości, nikną,
wsiąkają gdzieś jak woda w piasek. I czyŜ nie jestem jeszcze ten sam, który tam w albumie
na zdjęciu stoi wypyziały na przystanku, najgorzej ubrany mahometanin, z półksięŜycami
na kolanach spodni, wzorowy uczeń, wierzący w darowaną bliskość świata! i w tę młodość
złudzeń, durnych, potwierdzonych opinią nauczycieli, niedowierzaniem kolegów, z ustalonym
faz na zawsze samopoczuciem cwałujący naprzód. Nie jestem pewien – od iluŜ to lat!
– czy na tę moją utrzymującą przy Ŝyciu ślepą energię więcej się złoŜyło kapitału własnego
czy dodanego? Czy teŜ ten dodany przypadkiem nie był głównym budulcem? Co cię upowaŜnia
do takiej stanowczości, Zurleno, gdy się upominasz o swoje? Ja mięknę, bo nie wypada.
Zawsze były sprawy waŜniejsze gdzieś dalej poza mną, przede mną, nie dla mnie. Do
tego trzeba mieć silny wzrok, Ŝeby je dojrzeć.
Ale czy to taka zaleta? Porządkować świat to nie znaczy być tylko funkcjonującą maszynką
naleŜytości. Zacząć od siebie to znaczy równieŜ zaŜądać budulca. Wcale nie raptem
ani niespodziewanie, za to coraz bardziej wyczuwalnie kończyć mi się zaczyna mniej więcej
wszystko, o czym myślałem zawsze, Ŝe dopiero niezadługo się zacznie. Moje Ŝycie
tymczasem mija się z tamtym drugim, które miało być pierwsze i jedyne, sam siebie mijam
i zaczynam Ŝyć na wzór wszystkich, co tak gremialnie mnie mijają, spiesząc się na własne
imieniny lub drobne pokupki. Pewni swoich bliskich, Ŝe przyjdą. Wracam na opuszczone
miejsce po nich, a nawet po sobie. Misz–masz, maszynka wtłoczeń upodobniła wszystkie
twarze, w końcu,
któregoś późnego wieczoru
idziesz pustą ulicą
i doznajesz wielkiej niespodzianki
bo zawsze była taka zatłoczona a tu
ni stąd ni zowąd jesteś sam
i odczuwasz to jako przyjemność.
V
Idą i inni idą. AleŜ ci ludzie tutaj nie pasują! Widzę, Ŝe ich własny sposób zachowania
się w parku nie został jeszcze wynaleziony. Sam przeto naprzód wybiegam, wystawiam się
na widok, poddaję ich próbie: Ŝadnym słowem nikt, przychylnością ni drwiną, Ŝadnym
spojrzeniem nawet me odpowie. Ach, zabrakło maszynki wtłoczeń!
Hałaśliwi, i w genialnej ślepocie nie widzący, Ŝe coś piszę do nich na śniegu.
– Tyle tu tego piękna! – mówi ktoś drwiąco.
– Zmarnuje się, nie wyzbierasz!
Ale są i usilnie skrywający bezradność przybysze – juŜ dumni z tego miejsca. A moŜe
wkraczali tu wbrew sobie?
Za sobą słyszę:
– KtóraŜ to godzina teraz, szanowny panie, moŜe być? – To nie pasujący tu styl i zapomniany.
– Za dwadzieścia chyba będzie – mówię wolno, zachęcony powolnością w zapytaniu. Moje
kroki wybijają się z pośpiechu, on zaś dodaje i równa się ze mną, nie tracę właściwie niczego.
– Po południu, nieprawdaŜ? – Po południu. Piąta.
Dziękuje, po czym schodzi mi z oczu jakoś miękko, jak kolor pory szarej, juŜ w nią wszedł.
Byłem po tamtej stronie wczoraj. Inną porą, choć miejsce to samo. Tyle Ŝe perfekcja.
Maestria ruchów, pełny sens.
JuŜ na wchodnem natknąłem się, patrzę, a tu ktoś. Ach. Ktosia nieźle znam, chociaŜ – i nie
znam dotąd. To i nie widzę, jak Ktoś liczy się z synem niby to na kasztany, jak powinności
wymieniają i przeszłość na przyszłość, normalnie. Czas łagodny był, niby to jak nigdy. Więc
tym łagodniej kaŜdy liczył, liczyli. A i my nie zwracając na siebie uwagi, mogliśmy się teŜ
naobserwować
do woli, z pomocą ciszy. On, a JakŜe, uŜywał lusterka od samochodu, w którym
siedział, jako Ŝe nie była to pełna wymiana nawet z synem, jak równy z równym.
Postałem jeszcze chwilę, jakby z obowiązku obstawania przy swoim – skoro obserwował
mnie zza swej granicy – spojrzałem jeszcze raz, panoramą, ale widziałem, twarz miał
nadal nieprzenikalną, co w tych okolicznościach czytało się jakoś tak, Ŝe Ŝadną miarą znów
w rolę Działacza nie dałby sobie teraz wejść. A jako takiego znałem go.
Na trzeciej dopiero, pustej ławce leŜała porzucona gazeta, ale bałem się sąsiadować z tą
gazetą. Właściciel się ulotnił, profil pisma odstręczał? – odszedł, porzucił, MoŜe juŜ duchy
go do cna pochłonęły do tej pory. Siadłem na piątej, teŜ w numeracji jeszcze punktowana,
zauwaŜalna i w dodatku po waŜnej stronie. Wyciągnąłem zaraź i swoje gazety, wciąŜ jeszcze
mi się śpieszyło. Bo i jak zatrzeć inaczej wraŜenie z dnia, spotkania i tak dalej?
No i owszem, była jedna ławka specjalna. To na niej byłem nie tak dawno władczy, niemalŜe
zwycięski – takie przypomnienie coś znaczy. Pomogłem zmaltretowanej dziewczynie
uniknąć płaczu najpierw, a w końcu i wypłakać się. Więc było to słuszne zwycięstwo, i nasze
wspólne. Odtąd będzie sobie sama dalej próbować. Syciłem się widokiem jej uspokojenia –
teraz; kiedy brakowało mi tamtej dziewczyny najbardziej. Sam szukam wsparcia.
Gazetę rozpostarłem, Ŝeby odbiec stąd, wczytać się w coś i rozpoznać, i mieć za sobą. Z
głuchą nadzieją – na co?
Podniosłem oczy, bo jednak byłem nie sam, bo Tutaj w ogóle nie jest się na dłuŜej samemu.
Mijały mnie obdarowane sobą pary raz po raz, dziewczyna strojna i aksamitna
miała Go, a on niemal z kaŜdym poruszeniem Jej aksamitu opisywał powierzchnię tak wydatną,
tak pełną pod dłonią. On był niezbędnym trzonem tej harmonii Jej. I był. Pasował
kolorem tak świetnie do Jej aksamitu, szkoda jeszcze, Ŝe nie starczyło go na twarz.
Nie zauwaŜyli mnie, oczywiście, i poszli dalej. Obie twarze docelowo zajęte.
Miałem dziś doprawdy i w tej gazecie duŜo, a wyglądało wszystko trochę tak, jak marzyło
mi się, Ŝe wyczytam z niej więcej. O wiele za duŜo jak na miejsce spodziewania.
Chłopak inny, teraz po prawej – wskoczył agresywnie w liście między klonami, a wiadomo,
Ŝ
e juŜ jest po Tamtej Stronie, zaszeleścił, zawarczał, został psem. Ale nie tylko, bo
schylony i w rozkroku zaczął wyrzucać liście za siebie, juŜ pies–kombajn. To było dla
dziewczyny wszystko naraz. Wprost dla nadeszłej, tuŜ za nim; w zachwyceniu, choć i w
bezpiecznej odległości stała – z boku, gdy tam coś rusza się i szumi, atrakcja, nawet lepszej
próby niŜ kombajn! AŜ oba psy, oba razem, tarzały się w trawie. Jeden szczekał, a jeden
bezgłośnie. Ona jakby mu się wcale nie odwdzięczała.
Ja – gazeta. Choć tam nie było na pewno w kogo by wnijść i jak to nazwać. Nie chciałem,
a jednak byłem w niej, czytałem. Jak daleki by był dystans mój od innych, w ich
oczach i pojęciu (i tych pozostających nie opodal) – byłem juŜ tylko jedną gazetą na pięć
ławek. I nawet nikt nie umiałby spojrzeć na mnie inaczej. Bo byłem nią!
Pan jeden, taki młody, wyłoŜył się na ławce sam, ale to w drugim końcu parku, dokąd
zabiegłem potem. Zabiegłem, bo juŜ tak szybko uciekałem przed Gazetą. Gazeta mnie goniła,
a ja uciekałem przed szelestem. Pan leŜał na ławce i obchodziłem go z początku z daleka,
bo było to LeŜenie prawdziwe, a moŜe nawet spanie. LeŜenie pod mrok nadchodzącego
Spokoju. Takich nie naleŜy nigdy płoszyć. Słońce dnia juŜ dość się nabiegało z nami, teraz
pozostawało za nami, i to jest spełnienie. I moŜe jeszcze niektórym wydało się, Ŝe to
oni za Nim idą, gdy przecieŜ Ono odchodziło juŜ z nimi takŜe.
Pan Jeden był dalej przede mną i nawet gdy z daleka nań zerknąłem, odczuł pewnie to
moje spojrzenie, choć było nienatrętne. Widać, Ŝe tak było, bo otworzył sam łatwo oczy i
bez obrony, bez potrzeby obrony patrzył i patrzył wciąŜ.
Wiedziałem juŜ, Ŝe bardzo chciałbym, teraz moŜe najbardziej ze wszystkiego – tylko
poleŜeć tak jak on. Otwarcie. I w zapadającym półmroku dalej zostać. Ostateczność.
Nie był to juŜ czas, Ŝeby zmieniać rolę. Nie czas. MoŜe i ten, który od nas jest, stanie się
kiedyś wspólny, czeka na wszystkich. Gdy kaŜdy, po obu stronach, będzie wśród nieznajomych.
Nikt nie będzie rozmawiał z nikim. A dzisiaj śmiejecie się z tego chociaŜ; to jeszcze.
VI
–
Proszę pana – powiedział kiedyś dobrotliwy szef szefowej – a moŜe w ogóle to
wszystko nie składa się na jedno? To, Ŝe pan. urodził się na ten świat i Ŝe teraz tu jesteśmy
– moŜe stało się tak tylko przypadkiem, bo w danej chwili ktoś trochę się zapatrzył, choć
nie wydawało mu się, Ŝe to jest wystarczający moment.
– Ale moŜe właśnie mimo tamtego komuś nie jest teraz wszystko jedno? On miał jednak
własną metodę.
– Powinno się ukrywać takie rzeczy, to niejasny rodowód, proszę pana, trzeba ukryć
nawet przed własnymi dziećmi.
W takim razie od kiedy zaczniemy naszą prawdziwą historię?
Od pierwszej, jaką spotkasz, inteligentnej istoty. To tak jakbyś wyszedł sobie na powietrze.
Legnął na trawie przed płotem. I zaczął od początku układać świat. Ja, najmłodszy w
rodzinie Benia, beniaminek, jak mi wypominaliście! Muszę to za was zrobić. Uporządkować
i odnaleźć zasady!
Co widział beniaminek zza płotu, jak się tam schował? Mając widok rozciągnięty szeroko,
nie tak jak w swoim pokoiku na górce, mógł tu siedzieć albo i leŜeć, i nawet z tak niska
widzieć niestłumione Ŝycie. Jak Tego prowadzi obok konia do zaprzęgu i udaje, oczywiście,
Ŝ
e nie widzi poza tym nikogo; taki widocznie zły, i to nie na konia. Widać potem śonę,
jak go pyta, czy zwalił siano z fury, ale to takie tylko pytanie dla porządku, bez odpowiedzi,
bo trzeba wiedzieć niby albo przypomnieć, w jakim się miejscu sprawy zatrzymały
i moŜe dalej stoją. Długo potem widział, jak nikt nie chodzi za płotem, a drzewa czekają
ustawione rzędem – aŜ ktoś je policzy? Nie, same się odezwą, jak będzie po co, to jest, jak
ruszy wiatr.
W głębi to stał jeszcze stary dom pod klonem, akurat okno teraz na to drzewo wychodzi,
ale okno nowe. Stary dom i młody klon wejść w siebie nie mogły i został tylko klon.
Ale nic juŜ z tego słyszenia co kiedyś, nic teraz, musiał tylko słuchać, jak co chwila samochód,
nie dom się odezwie, najwyŜej zaklepcą o gorący asfalt kopytami konie, uciekające
przed swymi furkami. Klepce tu, klepce tam, klepce tam tam. Widział teraz na lewo bliŜej,
jak Tego pędzi z wiadrem po wodę. Przy studni rozlewa do koryta i beczki, Ŝeby to juŜ
na bydło czekało. Które czeka tam gdzieś.
Potem pyta się leŜący Tego. Czy jest jaka dla niego wolna robota. Coś widzi mu się, Ŝe
pojadą grabić łąkę – nie po to tu leŜy, Ŝeby tam nie grabić, niechaj Tego wie, powinien
wiedzieć zawczasu, Ŝe nie po to się połoŜył.
Nie, Tego nie pojedzie grabić łąki, lecz uzasadnia to jakoś dziwnie i zgrabnie. „Mam,
mówi, lepszą tego robotę na oku!”
To jaką lepszą robotę Tego miał? I tu juŜ Benia znów ciekawy, lecz obwąchując to podstępne
zaproszenie się nie pyta. LeŜy. Słucha. Jak gdzie czasem kura zagdacze i wpadnie w
ten nieprzyjemny nawyk, nie przestaje.
Słyszał siedząc–leŜąc dłuŜej prawie juŜ to wszystko, czego na pierwszy słuch nigdy się
nie usłyszy. Ale i zapominał szybko, co słyszał. Nie zostawało to widocznie w słuchu. Był
tam, tuŜ za płotem, ale i w oddaleniu. Czas się stawał. Ale czas nie był znów taki rozległy
jak siła tego, co słyszał.
Jak pies jaki zaszczeka. Albo zabzyka z bliska pszczoła. Ktoś wali młotkiem po pleszkach
gwoździ i tak zbuduje sobie dach. Za większym pomrukiem niŜ pszczoła albo trzmiel
to mógł wpaść w oko nawet samolot. Czasem zdarzało się, Ŝe jakiś Cham–kierowca wypowiadał
się po swojemu do spacerującej środkiem asfaltu krowy. Tymczasem Tego siadał na
dragi sprawione do woŜenia siana i wyjeŜdŜał. Po drugi juŜ pokos, bo był suchy, znaczy po
otawę, a to juŜ zbierania czas. No i muchy teŜ róŜnie wrzeszczały, bezczelne i nieznośne.
Co tam jeszcze Benia mógł słyszeć? Słońce po cichu głowę mu rozpalało, a niby to siedział
w kapeluszu, głowa mu się mało pociła, leniwiał, ale moŜe i miał chęć do roboty. A
roboty jest moc! Wtedy przynajmniej nie musiałby siedzieć czy nawet leŜeć za płotem.
„Marchewki przynieś!”, krzyknęła na odjezdnym Tego Ŝona i Tego by moŜe nawet się
zawstydził
i nie przyniósł, ale poniewaŜ pracował cięŜko, nad niczym się więcej nie zastanawiał
i przyniósł. Od marchewki jeszcze popędził do chlewa, bo prosiaki kwiczą, a jeśli tak
inteligentne, będą dalej kwiczeć i nie przestaną, jeść trzeba dać. Dać im, czego chcą, zatkać
gębę, jak powiadał szef szefowej o swoich szefach. A Tego ma jeszcze krowę przewiązać
przed swoim odjazdem na łąkę i Benię zabrać po drodze, gdyŜ dostatecznie długo półleŜąc
musiał zrozumieć, Ŝe wozić siano w pojedynkę to jest za cięŜka robota dla Tego. I niedo-
brze by to świadczyło o stosunku Tego do gościa, gdyby tak juŜ całkiem z jego pomocy
zrezygnował. Teraz tylko dać się ściągnąć na drugą stronę płotu! Niech zaprosi.
I w końcu juŜ wiem, jakbym tego nigdy nie wiedział, Ŝe na wsi tylko robota jest panem.
Wracanie siana dla dobrego siana. Dobre siano, całe bez reszty, do skrzętnego odwiezienia.
Dla dobrze odŜywionej krowy. Kiedyś tego nie miała, teraz niech ma. To mająca
satysfakcjonować
nauka i praktyka. To jest główna wartość dodatkowa, którą wieś zaniosła do miasta.
Nie tylko ja i Tego wymieniamy się światem. Ale tam jest działanie konkretniejsze: zanieść,
przepełnić tym samym. Reszty się nie zauwaŜa, reszta obca. NajwyŜej dziwi ich albo
i napełnia lękiem.
Jaki jeszcze moŜe byłem? jaki mogę być? Te pytania, tylko moje, zatrzymują mnie w
chwili wytchnienia. MoŜe na to są tu najlepsze warunki?
VII
Twarz smutnego, śmiejącego się, starszego. Obraz dwuczęściowy, dołem powierzchnia
gęsto pofałdowana od starości, no i jest jeszcze ten uśmiech. Szyld wystawiony, ale nieśmiały.
Górą, nad kulką nosa tuŜ, przygniatający skrzydełka uszu kapelusz, wciągnięty tak głęboko,
Ŝ
e twarzy niepotrzebny juŜ uśmiech. Ale oczy nim obleczone, dwie głębokie szpary.
Wąskie, niedosięgłe, pokryte naroślą twarzy.
Bogactwo doświadczeń? Fałsz bogactwa?
Bogactwo doświadczeń to dobre, gdy się mówi butnie do młodych. Ta twarz go zwyczajnie
boli; choć moŜe ledwo ciąŜy, gdy bólu nie czuje. Jedyna tajemnica tego uśmiechu.
Nieśmiałość prawie na Ŝyczenie. Uśmiech rzadki gość. Ale przyzwyczajenie widoczne,
poukładało
się równomiernie w fasadach fałd. No i twarz ciągle jest i jest. Twarz, z którą
rozmawiam.
Popatrzmy jeszcze na to wszystko bez pośpiechu. Jak na jedną z wielu rzeczy, które czas
trochę zaniedbał.
CóŜ, anulując działanie czasu, mogę postawić naprzeciw twarzy?
Daleko cieniuje pamięć, aŜ do szarości popiołu prawie. Wyblakłe zdjęcie. Grupa
młodzieniaszków.
Obwieszeni na postumencie wokół Siłacza, niepewni, jaki wyraz twarzy
przyjąć, ale właśnie dopasowują się ciałem do jego ramion, nóg, maczugi, nawet do głowy
Herkulesa. To ostatnie nasze wspólne zdjęcie; zatrzymuje w pozycji prących do przodu – w
czas, kryjący niespodzianki dla kaŜdego, nawet jeśli sam podyktuje wszystko. Ta nieruchomość
prących do przodu to jest jedyna naprawdę zmienna sytuacja, jaką sobie przypominam.
Co do obstawy Herkulesa – o dalszych losach dało się kilkanaście lat później juŜ nieco
słyszeć. Pierwszy, najskromniejszy chłopak w klasie, ale pilny, został lekarzem i doprowadził
do tego, Ŝe w jego miasteczku wybudowany został szpital; z Pierwszym w roli zasłuŜonego
dyrektora, który bierze łapówki. Drugi teŜ został lekarzem, bo tak kazał mu ojciec,
a wtedy to był jeszcze dość intratny kierunek, zwłaszcza gdy się osiadało na prowincji.
Drugi nie był zdolny, samo przygotowanie go z łaciny zajęło mi dwa lata, jest dzisiaj docentem
w stosunkowo lepiej płacącej wewnątrzresortowej klinice. Trzeci, syn samej szpicy
w lokalnym stoŜku władzy, juŜ parę lat później nikogo z nas nie poznawał, w restauracji
zamówienie zaczynał od pół litra na jednego (wtedy się jeszcze zamawiało najwyŜej
ć
wiartkę, albo setę, albo i pięćdziesiąt gram). Pracuje podobno gdzieś w fabryce na etacie
inŜyniera, nie wypadł z klasy. Tylko Czwarty, przewodniczący szkolnego koła ZMP, który
poszedł na politechnikę, oczywiście na podstawie dyplomu przodownika nauki i pracy
społecznej, zdobył się na charakter, bo gdy się zaczęły kłopoty na wydziale zbyt awanta-
Ŝ
ownym, przeniósł się na inny i ukończył studia, choć trójkowe. Pracuje jako szeregowy w
przemyśle. A Piąty, najmniejszy, co tam uczepiony pod maczugą wisi – no, jak myślicie,
kto zacz?
Pamiętam i dziś tamto swoje zdziwienie, oburzenie nawet, Ŝe się śmią zestawiać z Herkulesem,
choć i mnie w to wciągnęli. I to sąsiedztwo śmieszne, ja, najmniejszy w klasie,
obok Herkulesa! Tak, ale odtąd właśnie to był mój wybór. Zgodziłem się i tak siebie zobaczyłem.
Niezły dowcip, prawda? Niezły dowcip.
Stali równi, w miarę wyprostowani. Myśleli pewnie, Ŝe Ŝycie to jak mechanizm samoczynnie
napędzany, wystarczy się udzielić. Potrafili być obojętni dla wszystkiego, co poza
nimi. Miejsca po drodze przed – były do zajęcia. Oni juŜ we wszystkim ułoŜeni i do
wszystkiego gotowi! A ja – materiał raczej niepewny, podatny na wstrząsy i wpływy i teŜ
ruszający w drogę.
Gdy zacząłem pracę w Przepisywalni Cudzych śyciorysów, teŜ miałem problemy z kolegami,
ale to boczny trop... Był tam równieŜ ktoś, jak się okazało, w sytuacji troszeczkę
podobnej do mojej, choć ustawiony na wyŜszym stanowisku i w pionie technicznym – właśnie
jako jego szef. InŜynier Leszcz mianowicie. Szef, innych inŜynierów i nie za bardzo
przez nich lubiany, który szukał towarzystwa wśród skrybów. Stylizowałem mu czasem
róŜne propozycje do Centrali, które nigdy nie doczekały się nawet odpowiedzi. InŜ. Leszcz
strzelał często takimi pomysłami, Ŝe jego podwładni, w końcu fachowcy, a nawet i dyrektor,
nie wiedzieli, co myśleć.
– Panie kolego, powiada inŜynier L., patrzę juŜ trochę dłuŜej na pana i zdaje mi się, Ŝe
nie lubi pan przebywać w towarzystwie tylko jednej pani! Czy się mylę?
Umiał przygadać ten inŜynier, kaŜdemu inaczej. Ale i niepotrzebnie pytał, bo się nie
mylił. śe nie znoszę długo jednej, nie znaczy zaraz, bym nie znosił innej, i to nie wiem jak
długo! Ale on zaraz, nie czekając na odpowiedź, jakby mnie po cichu czytał:
– OtóŜ powiem panu, i wziął mnie pod ramię, a ja czułem się jak złapany na wędkę, moŜe
tak mi trudniej będzie zaprzeczyć lub sprostować – powiem, powtórzył wykręcając głowę
do góry jakoś ukosem, jakby złapał wątek, Ŝe nie uwaŜam, aby to miało dobry wpływ
na wykonywanie przez pana tutejszych obowiązków.
TeŜ się znalazł! Wykręcił głowę z powrotem i odszedł. Jakby nie martwił się, co ja sobie
pomyślę. Co mają dziewczyny do moich obowiązków! Ja się tu rozpraszam?!
Albo moŜe tak? Czy ja się w ogóle rozpraszam?
Nie myślałem o tym nigdy, bo przeciwnie – czułem zawsze, Ŝe skupiam się coraz bardziej.
Na nowym obiekcie od nowa. I mówił mi jeszcze Leszcz, który wziął mnie na wędkę,
Ŝ
e ja się niby ślizgam po powierzchni waŜnych spraw, czyli prywatnych. On, inŜynier
mi to mówi i jeŜeli tego sam me zrozumiem, to mi wyłoŜy łopatą, jak będzie trzeba.
Ale nie wyłoŜył, nie zdąŜył odbyć tej drugiej ciekawej rozmowy inŜ. Leszcz, niezadługo
odszedł od nas, gdy dyrektor zawiódł się na jego wynalazku, który jakimś cudem miał
uratować nasz cały roczny plan.
Zostawiony własnym domysłom uświadomiłem sobie, Ŝe inŜ. Leszcz, od dawna juŜ lekcewaŜony
wyŜej i na dole, musiał być zarazem niebezpieczny. „Wy tu zamiast mobilizować
ludzi, tylko chodzicie i prowokujecie!” Nie było to całą prawdą, bo dzięki niemu coś
tam w zakładowej technice się działo. Ale powszechne było oburzenie, Ŝe taki ktoś, „kto
jest zawsze przeciw”, moŜe być na kierowniczym stanowisku!
Zaskakiwał, umiał przeciwstawiać się wszystkim, był pewny swego zdania. Zastanawiałem
się, co mu dawało siły do tego, by przy swoim obstawać?
JakŜe go chciałem teraz spotkać! Prowokował mnie z pewnością do zejścia na złą drogę,
którą kroczył, ale rozterki moje, póki co, chciałem wyjaśnić. Nikomu się z nich więcej nie
zwierzałem, byłem dalej namiętnym poszukiwaczem Wszystkiego. śądałem ideału od Ŝy-
cia, nie Ŝadnej tam metody! Wierzyłem, Ŝe dla kaŜdego jest on gdzieś ukryty, a więc istnieje
i mój własny ideał, trzeba umieć doń trafić!
Czy zna ktoś z państwa dwu średnio wykształconych panów, jakimi byli messieurs
Bouvard et Pecuchet! Przez te kilkanaście lat to ja nimi byłem, za obu. Eksperci wszystkich
zawodów naraz i bez wyjątku. Wędrujący przez przesąd wiedzy i kopulencje tych wszystkich
przesądów.
PrzeŜyłem dotąd przesąd muzyki. I przesąd poezji. Przesąd recepty i wytrycha! Powodzenia
i odwagi! Uległości i oczekiwania.
Przesąd celu! Ile ich moŜe być? Nie mógłbym wymyślić choć jeden (i kolejność), pierwszy
w kolejności?
Ktoś, człowiek starej daty, mówiło się: „o dobrych manierach”, telefonuje i umawia się
na wiele dni naprzód. A z kim się umówię – do tyłu? Z człowiekiem nowej daty? GdzieŜ
oni są! A kto się uczył i nauczył na brakach, gdy Ŝyje się tylko odtąd... i do jutra.
Ktoś idzie. Idzie po schodach z innymi pospołu, juŜ są naprzeciw kolumn, wszyscy wyróŜnieni,
zaproszeni; inni patrzą na nich, jak są dumni, bo idą i są. No tak, ale – jak ruszyć,
gdy się jest na miejscu tych innych?
Zaglądam przechodniom w oczy, patrzę, by się z nimi zrównać, z tym kimś, jakimś, z
grona. Taka jest moja powinność wobec demokratycznego ducha czasu. To gdzie ja w taki
sposób mogę zajść? Idąc i nie idąc. Zapytałem kiedyś dziewczynę:
– Dlaczego chodzisz półtora kroku za mną, kiedy ja chcę być przy tobie. TakŜe i w kawiarni
siedziałaś milcząc, a przecieŜ widzę, Ŝe o mało nie wybuchniesz.
– MoŜe masz rację, odpowiada. Ale jak byłam mała i zrobiłam coś, to mnie ojciec zaraz
za to pochwalił. Zamiotłam izbę albo co – wszystko było dobre do chwalenia. Jak zjadłam
zupę, to teŜ. Nie mogę zrozumieć tego dziś. Dzisiaj mnie nikt nigdzie.
– A moŜe juŜ stałaś się dorosła? Kogo ci brakuje więcej: ojca czy siebie?
Patrzy, długo na mnie patrzy i nic nie rozumie.
Nikogo, kto by zechciał podjąć ruch w nieznane, poŜądane.
JuŜ moŜe i mnie brakuje siebie?
JuŜ się obawiam, Ŝe będę musiał postawić tu zasadnicze pytanie. Sobie. Dokąd mianowicie
szedłem tak Ŝyjąc. A moŜe jeszcze bardziej zasadnicze: czy miałem jakąś dostatecznie
waŜną przyczynę, by tak Ŝyć? Na to muszę powiedzieć od razu, Ŝe nie miałem.
Spodziewałem się długo, Ŝe uda mi się takie pytania przemilczeć. Na nie odpowiada się
zawsze, kaŜdym gestem, krokiem, pomyśleniem. Albo nie odpowiada się wcale. To nie jest
rzecz na wypytki, a nawet mało do zwierzeń. GdyŜ tylko z całego ciągu odpowiedzi wywieść
moŜna kiedyś waŜny wątek. Z tego, jak się udzielamy okolicznościom, z czym wychodzimy
z róŜnych przypadków, w których znaleźliśmy się bez wyboru. Tak Ŝycie samo
ocenia nas, i raczej sprawiedliwie.
Przeszłość opisana mówi o nas. Ale nie kaŜdy nasz zamiar, nie kaŜdy i czyn.
Przywiązywałem wagę do tego, co jawiło mi się w myśli luźno, nie wołane. W okolicznościach,
które by nie były zbyt nachalne, do odpowiedzi nie zmuszały; wielokrotnie podchodziłem
domniemaną drogą. Dla większości, jak sądzę, podobną, a nawet wspólną. Ale
gdy nie zawraca nas twardy los, cięŜki wypadek, choroba, bliska śmierć? Człowiek Ŝyje nie
własną siłą, jak mniemamy. A dopiero ustanie warunków do Ŝycia w tej przypadkowej
formie odbiera jak zły los.
Kiedyś bywając na łące, bez świadków, miałem okazję zastanawiać się nad tym, co będę
robił w Ŝyciu, które, jak uwaŜałem – było bardzo daleko przede mną. Rozległość miejsca
proponowała mi kaŜdą drogę jako moŜliwą. Ale to, co się na dalekim horyzoncie w pięknych
obrazkach chowało – nie wsparło nigdy mojej zdolności do czegokolwiek. A kaŜde
nieruchome nowe miejsce łączyło się szybko z nieruchomością we mnie. Trwałem w nie-
mym wyczekiwaniu. W poplątaną strukturę nowych spraw wchodziłem mało pewny siebie.
Gdy obyczaj i naśladownictwo – to było wszystko, co nam proponowano.
Nawoływano do uczynienia zadość porządkowi. Dojdziemy tam, gdzie jest przeznaczone,
powiadano. Wiara niech się spełnia choćby zaraz.
Więc z nikłą odpowiedzią brnąłem znów, we wszystkie strony, nigdzie. Chciałem słuchać
tego, co szeptano, pragnień zagłuszonych. AŜ okazywało się, Ŝe zbyt długo wierzyłem
spokojowi, który mnie we wszystkim urzeka.
Doświadczony klient nigdy nie liczy na moŜliwość kupienia czegokolwiek wieczorem.
HANDEL WIECZOREM. A Ŝe ma rację, o tym świadczy przygoda naszej czytelniczki,
która wychodząc z pracy po godzinie 19 chciała kupić chleb i konserwę rybną. Okazało się,
Ŝ
e w mojej ulubionej Gosposi pisze czytelniczka nie było ani kawałka chleba tylko karteczka
z powodu choroby personelu – Na szczęście w Supersamie personel był widocznie
zdrowy i chleb kupiłam robiąc jednocześnie bardzo duŜy spacer. Osiedle Bródno jest coraz
ładniejsze. Podrosły krzewy, urządzono trawniki. Nie we wszystkich domach -jednak dobrze
się mieszka. DOM BEZ GOSPODARZA. Lokatorom budynku przy ulicy Krasiczyńskiej
wydaje się on zupełnie pozbawiony gospodarza. A przecieŜ moŜe być inaczej. W bezpośrednim
sąsiedztwie przy ulicy Kondratowicza i Zaperta nie sposób nie zauwaŜyć lśniących
szyb. Warto by administracja dostrzegła róŜnicę wkładu pracy obydwu gospodarzy.
W LEGNICY LUBIĄ TEATR. 16 premier – ponad 120 tysięcy widzów. „Quo vadis?” –
do filharmonii. Ale nikt nie pisze, gdzie ona jest i co dają. Nie kaŜdy jest taki Meloman,
Ŝ
eby wszystko wiedział zawczasu. Kilka razy, kiedy chciałam przejrzeć Dziennik Ustaw
czy Monitor, otrzymywałam w moim dziale kadr odpowiedź, Ŝe zbiory są do uŜytku tylko
wewnętrznego. Rada zakładowa teŜ nie dysponuje Ŝadnymi przepisami, radca prawny
zatrudniony
jest na część etatu, zaś egzemplarz układu zbiorowego podobno gdzieś zaginął.
Czytając Trybunę przynajmniej widzę, Ŝe nie tylko ja mam kłopoty z uzyskaniem podobnych
informacji. Inni czytelnicy teŜ pytają. Pociąg pospieszny relacji Kraków–Gdynia
zgodnie z rozkładem miał odjechać z Dworca Głównego o godzinie 22. W OSTATNIEJ
CHWILI. Nagle o godzinie 22.15 poinformowano pasaŜerów przez megafon Ŝe wyjątkowo
pociąg będzie podstawiony przy peronie czwartym. PasaŜerowie z walizkami pośpieszyli
na ten peron. Po licznych perypetiach ogłoszono wreszcie, Ŝe pociąg odjedzie regulaminowo,
to jest z toru przy peronie trzecim. Dopiero w pół godziny po odjeździe pociągu ustalono,
Ŝ
e jednak przy peronie czwartym. GOŚCINNY WYSTĘP WŁOSKIEGO TENORA.
Zawinił brak nadzoru nad informacją. ŚLADEM NASZYCH INTERWENCJI. W związku
z nieprzestrzeganiem przez personel sklepu w – – – przepisów antyalkoholowych naczelnik
miasta i gminy uprzejmie informuje naszą Redakcję, Ŝe cofnął zezwolenie i rozwiązał
umowę o pracę z personelem spółdzielni. OBSERWACJE. Prokuratura wojewódzka ustaliła,
Ŝ
e w ostatnim okresie nie odnotowano juŜ skarg obywateli. W spoŜywczym sklepie
przy Pruszkowskiej na pytanie jakiego rodzaju to są jabłka ekspedientka działu warzywniczego
odpowiedziała, Ŝe nie wie, jabłek nie lubi, więc w ogóle nie jada. W sąsiednich zaś
Delikatesach znajduje się w sprzedaŜy szampan z napisem w języku węgierskim. Kierownik
sklepu powinien przekazać pracownikowi informację o jakości towaru pierwszy raz
dostarczonego!
W Piastowie kaŜdego wieczoru na wąskie uliczki zajeŜdŜają berliety i wyładowane
towarem wozy cięŜarowe. Zostają na noc pod domami kierowców. Rano autobusy
wracają na trasy, a cięŜarówki jadą w dalszą drogę. Pyta czytelnik NAZWISKO I ADRES
ZNANE REDAKCJI czy tak powinno być? DAR DLA CZD. PrzecieŜ towary z cięŜarówek
naraŜone są na kradzieŜ! JESIENNE PORZĄDKI NA OCHOCIE. NACZELNIK SIĘ
PYTA. CzyŜbym nie był w tym czym jestem – tak najbardziej sobą?
Drogi Benja!
donoszę ci iŜ czuję się dobrze: chodzę na zabiegi co drugi dzień na przemian na elektryzację
i masaŜ gorzej mi z goleniem gdyŜ do miasteczka 3 km Z posiłkami dobrze tylko nie
mogę wszystkiego i musi się zabierać nawet uszczypliwie powiedziała śe chyba ma mnie
nosić. Do nas przydzielili drugiego gdyŜ jeden z staruszków zachorował i odesłali do Lublina
do szpitala a przysłali nam drugiego młodego taki jak ty i nawet zreperował mi długopis
gdyŜ nie pisał rozmawiałem z administratorko na konto mego powrotu to ona powiedziała,
Ŝ
e jeszcze za wcześnie o tym mówić i Ŝe przed wyjazdem wezmą ode mnie pieniądze
na autokar gdyŜ tak stobą rozmawiała, dała mi telefon ale ona sama zatelefonuje gdyŜ
ja tego sam nie zrobię a moŜe gdyby ja wiedział dobre połączenie toby od razu.
W sobotę znalazłem fryzjera, a w niedzielę wybrałem się na stację pieszo dowiedzieć się
jak pociągi kursują: dowiedziałem się u kierownika ruchu Ŝe stąd odchodzi o 12–ej i zachodzi
– 15, w piątek dn. 28 przyjechała do Lipowej Góry Irka z wczasów Augustowskich
widziała tam Felę powiada Ŝe Fela bardzo zmęczona więc mało pisze a Teofil za to mocno
obraŜony i nawet zrobił awanturę małą awanturę Ŝe Fela mało pisze a jemu się przykrzy.
Jak ja napiszę to choć przeczytasz bo gdyby ci mówił ustnie to słuchać by nie chciał... i
duŜo moŜna byłoby napisać całe księgi ale drugim razem tylko przez papier do was mogę
mówić muszę mieć Ŝelazne nerwy
Około 9.8 przez Lipową przewaliło się około 10–tanków i tyleŜ przedemonstrowało w
kierunku na południe na poparcie noty: byli ubrani w pilotki i mieli czerwone (małe) chorągiewki
niemiłe to nowinki tobie ale prawdę trudno ukrywać
Jola smarkula ciągle przypomina, Ŝe to wszystko mamy – mama dom pobudowała mama
krów nachowała mama ziemi nakupiła u ludzi, a wtenczas kiedy tobie wysłała na zastrzyk,
to do matki z gębą jak bez wiedzy tatusia powiem tatusiowi
piszesz w liście do mnie Ŝe się wahasz czy przyjechać jak ja byłem w świecie to nie czekałem
aŜ mnie matka a nawet ojczym czy brat poproszą tylko do domu do matki jechałem
zawsze i znalazłem czas Wiedziałem Ŝe zrobię niespodziankę i przyjemność bądź głównie
powściągliwym Ojciec
ps. Baśń
wół i Ŝaba
na łące Ŝaba zobaczyła wołu i chciała wielkością jemu się dorównać
i nuŜe się nadymać dęła się dęła
i w końcu pękła
wół i Ŝaba
Ŝ
abina łące zobaczyła wołu ź nim się
zrównać i nuŜe nadymać się, dęła dęła
aŜ się rozparła, oszalała!
VIII
MoŜe to rzeczywiście powiem wszystkim zebranym?
Zebraliśmy się tu, poschodzili tutaj...
Znowuś zostajem dzisiaj dłuŜej! Jakby takie to waŜne...
Za wcześnie on ku przodowi, oj za wcześnie!
A teros musi się wygłupiać!
Gwar coraz gęściejszy, prelegent siebie ledwo słyszał. Zebraliśmy się tu, poschodzili...
Przez słowa, dym i intencje, opór wyraŜany jedynie przez bierność wyczuwał, Ŝe nie potrafi
wiele, choć jeszcze nie zgaszony mógłby...
Niech się wygada. I nie mówi o sobie, a o nas!
Tak, chyba musiałem nie pomyśleć. Do kaŜdego z was, moi drodzy koledzy, potrafiłbym
się dobrać z tym, co mu pasuje – do kaŜdego z was! Ale kaŜdemu kończy się kiedyś,
co sam zaczynał! KaŜdemu. Mnie teŜ. To i wspólnych tematów na składzie brak. Chwilowo.
Całe danie wam tylko pokazać na tacy, a ja jestem tym daniem. Wykonanym pośpiesznie,
w przejściu z czasu letniego na zimowy, albo z zachodniego na wschodni, a moŜe odwrotnie.
Nasza Centralna Przepisywalnia nie zauwaŜy nawet, Ŝe gdzieś taki jest. Przepisywać
moŜemy tylko cudze Ŝyciorysy, to jasne.
Chciałem zgłosić wniosek, korzystając z tak licznego gremium, jedyny, jaki mi się nasuwa...
Nasza maszynka powinna być sprawna, powinna jeszcze być sprawniejsza, niŜ jest,
kaŜdy to dzisiaj mówił, a ja mówię, niech kaŜdy choć przez chwilę, dla zmiany i świeŜego
powietrza, zobaczy siebie od zewnątrz, nasze Ŝycie się przecieŜ nie zaczęło i nie zaczyna,
mamy czas! PrzecieŜ to nas moŜe obchodzić, no nie? Dotąd treść jutra zawsze zaczynała
się od jutra, a ja bym chciał wyjątkowo, Ŝeby coś się zaczęło dziś! I chcę jeszcze powiedzieć
tylko, Ŝe cieszę się, Ŝe się znalazłem pośród was, koledzy! Cieszę się, ale chciałbym
teŜ niezadługo wiedzieć...
Co się zaczęło? Czego on znowuŜ tak się cieszy?
Parę głosów nowych odezwało się na sali i zrobiło się trochę głośniej. A potem ucichło.
Nikt na temat. Ta cisza jakby się gruntowała i wtedy błysła nadzieja wszystkim na to, Ŝe
zebranie się kończy. Tak, nikt juŜ po mnie nie zabierze głosu. Na salę padł trąd. Wstawali,
wielu wychodziło juŜ. Nic się nie zmieni.
Jak cofnąć się do siebie – wejść właśnie w to, od czego przecieŜ zaleŜę! Wejść, Ŝeby
móc stamtąd wam się przedstawić.
Byłem tancerzem. Pamiętam, jak starannie przygotowywano ten występ. Nim zacząłem
tańczyć, ambarasowano mnie rozmówkami, pytaniami. Potem sam pośrodku stałem, z
niepotrzebnego
ocknięty, by wybierać rolę, nawet twarz. Partnerkę wybierałem z grona czekających
daleko za kulisami.
Gdybym nie poruszył którejś tam swoim wezwaniem niemym, intencją – stałaby dotąd
w cieniu, zamurowana czekaniem! śadna nie potrafiła w tym przenikliwym świetle odmówić
sobie udziału w naśladowaniu moich myśli ciałem! Mój gest, mój taniec wybierał, dopadał
jej oczu i nóg, poruszał nawet zakrzepłą i despotyczną zapamiętałość, aŜ wyglądało
to jak zaplanowane wyjście, jakby ktoś niezaleŜnie od aktualnego zamiaru wchodził w mój
milczący świat i odchodził, to jest odchodziła od siebie, przypadkowej, czekającej. Dla
mnie, ale i zarazem dla czegoś tam, co dyktowało jej spoza! Wielu miało siebie w tym
widowisku.
Coś, co pragnąłem posyłać do ludzi, nie wracało do mnie, ale i nie zostało uszczerbione.
Na początku stawałem się coraz pewniejszy swej mocy. AŜ doszedłem do przekonania,
Ŝ
e za tym moim talentem nie stoi nic, absolutnie nic.
Kiedyś tylko jedna dziewczyna dopatrzyła się oryginalności w mojej... ręce. Trzymaniu
jej, gdy idę.
– Ty jeden, powiedziała, zostawiasz ją za sobą tak, jakbyś coś siał, a moŜe kogoś zatrzymywał.
I przechylasz głowę zawsze w jedną stronę.
– Nie mogę złapać równowagi, odparłem – nie spotkałaś nikogo takiego przedtem?
– Nie pytaj juŜ lepiej! – odburknęła. I po chwili:
– Kiedy ja dla ciebie go zostawiłam.
– Zostawiłaś? Kogo?
– No, Andrzeja, znasz go. Zostawiłam go samego w łóŜku, jak był chory – rozpłakała
się, biedactwo, nad niedolą jeszcze biedniejszego.
– Miał wysoką gorączkę!
– Powinnaś raczej do niego wrócić – jeszcze tak leŜy?
– To taki jesteś! Za wszystko, co dla ciebie zrobiłam! Rozpłakała się na dobre i wreszcie
byłem czemuś winien.
IX
A ja będę odmawiała, odmawiała, odmawiała. AŜ czasem wezmę i się zgodzę. Przynajmniej
miłość i te rzeczy chciałabym w dzisiejszych czasach mieć nie zmienione; i kulturalnie
podane, no nie? Czy ja chcę za duŜo? Za wszystkie biegania i stania, za wysiadywanie
tylu godzin! KaŜdemu się coś naleŜy, a dla mnie akurat to! Pracownicy Hurtowni WSS
dopominają się u kierownictwa zlikwidowania podręcznego magazynku, z którego rozchodzi
się woń zepsutych produktów. Od Redakcji: w wyniku interwencji Działu Listów inspektor
związku zawodowego stwierdził, Ŝe podręczny magazyn artykułów spoŜywczych
został wreszcie zlikwidowany. W INTERESIE KLIENTÓW. Tak więc w interesie licznych
rzesz amatorów jogurtu twierdzę, Ŝe nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby problemy
regularnych i dostatecznych dostaw – zresztą przemawiają za tym względy społeczne,
ekonomiczne
i zdrowotne. KTO KOGO? Polmozbyt wypróbowuje cierpliwość i odporność
swego klienta. TYLKO samochód nie wychodzi na tym dobrze. ROBUSTA NIE
DROśEJE. WZROST CEN CUKRU. Nie trzeba nikogo przekonywać. BEZ ZIELONEJ
FALI. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak duŜe znaczenie dla ruchu kołowego ma dobrze
działająca sygnalizacja świetlna. W Poznaniu drogowcy dorobili się takiej sygnalizacji.
Ppłk KAROL DELUGA KOMENTUJE. Pieszy na jezdni. Bezpieczeństwo pieszych na
drodze w duŜej mierze zaleŜy od nich samych. KOMU „PLACÓWKA”. Nowe filmy polskie.
Znaczenie światopoglądu. ŹRÓDŁA SUKCESÓW. Nie wiem, który to juŜ raz z rzędu
zdarzyło mi się kupić jajka ze stłuczkami. Widziałem juŜ sklepy, w których wybiera się jajka
na własną odpowiedzialność. I wystawia się aparacik do kontroli świeŜości. Wszystko to juŜ
widziałem w naszym mieście. Wysokie odznaczenia Teatr rumuński przyjeŜdŜa do Tarnowa
Jak grać komedię. NASZYM ZDANIEM. Koordynacji brak Z pól i ogrodów dla załóg A
było tak... KOMU WIERZYĆ? Bez waŜnego biletu Poezja konkretna Dwa tygodnie z wiadrem
po wodę. DOBRY PRZYKŁAD. Mam niedowład obu nóg Zwróciłem się do Zakładu
Usługowego i – tego samego dnia przyjechał do mnie Kierownik Następnego dnia otrzymałem
gotowe okulary. śYĆ TWORZĄC! A ja będę odmawiała odmawiała odmawiała!
A ja pragnę. Głupio, co? Kto pragnie, a nie działa, stwarza poŜywkę dla zarazy – powiedział.
Niejaki William Blake tak powiedział. Więc pragnę i działam, choć trzymam się z
daleka od miejsca, gdzie mógłbym coś znaczyć. I tam wcale, nic me znaczę! Więc moŜe
coś zdziałam – – w lesie?
Kiedyś dawno temu zapragnąłem czegoś najprostszego – zostać świętym. To nie była
kwestia ambicji czy naturalny wybór drogi, która się podoba. To był Cel na miarę potrzeb.
Wyrwanie się z tego, co jest. Teraz teŜ, jak człowiek, który się nagle ocknie, zauwaŜam dookoła
siebie tylko dzikie przypadki; i Ŝe one mnie szczelnie otaczają.
ś
eby tylko istnieć dalej, muszę w którąś stronę pójść. W którą.
„PołoŜyłem się wtedy na drodze i wyciągnąłem rękę w niewymuszonym geście, choć nie był
to gest człowieka potrzebującego pomocy.” Tak piszą inni. „Oczywiście, nikt mi ręki nie podał.”
Przypadek staje się epidemią.
„Pośród bliskich przecieŜ stoisz.” „Ale słuchać nie ma kto.”
Wierzymy juŜ nie sobie, lecz chwili. Nie pamięci, ale szczególnemu zapomnieniu.
X
PołoŜył, się na plecach. Patrzył, jak chmury przepływają za oknem. I czuł się tam bardziej
niŜ kiedykolwiek.
Wracał.
Gdzie był, tylko dawno temu, gdzie jeszcze nikogo nie zdąŜył poznać. Ale Ŝe pozna
wielu, w to Wierzył. Tak, na pewno.
Za tą pewnością wszedł w sen.
A chmury płynęły dalej. W nim, poza.
XI
Szukasz regularności w układzie gwiazd? I znajdujesz, są widoczne. Budzisz się lekko,
czujesz się wypoczęty i masz siłę. Do przedsięwzięć jasnych i konkretnych.
Idziesz i inni czują się odpowiedni do roli, która jest wspólna: macie wyzbyć się swoich
sił! Jesteście tu po to, by je zlekcewaŜyć i poświęcić. Jesteście wszyscy dopiero do uformowania
– trzeba umieć zacząć wszystko od nowa, bo tamto nie wyszło.
Zaczynasz iść, więc jesteś. Idziesz z innymi, więc większa sprawa. Nie dopytujesz się o
wygodne miejsce. Płaczesz, zarzekasz się, ale idziesz. Iść lepiej.
Lepiej jest i Anka klnie, wyzywa wszystkich od najgorszych. UwaŜają, Ŝe jest słabsza,
niech idzie w środku rządka. Bałbym się iść w środku rządka, bo noga moŜe się obsunąć
wcześniejszemu. Ale Anka idzie.
Walczę, by iść jako pierwszy. Często udaje mi się wysunąć na czoło? Pierwszy moŜe się
zachwiać i nikt go nie podtrzyma, ale boi się tylko o siebie.
Długo wszyscy idą, równo i bez zatrzymywania. Co jakiś czas, gdy uda mi się wyrobić
te kilka lub kilkanaście metrów, czekam na nich i nabieram sił. Odpoczywamy teŜ co jakiś
czas razem, ale oni w sumie krócej ode mnie. Sama myśl o ruszeniu albo o tym, Ŝe ktoś juŜ
na zmianę ruszył, wyrywa wszystkich ze stania.
Wyrywałem się często, by iść pierwszy. Za słaby jeszcze jestem, Ŝeby iść w szeregu.
Ale nie patrzę tu, patrzę na Górę. Mało mnie tam, ale idę z nią. Tu podkładam krok.
W kotlince, kiedy doszliśmy, jacyś juŜ się opalają.
Jak oni tu przyszli?
Dotąd niosłem narty, mój przyjaciel buty. Oddaje mi teraz, bo się wycofuje, zostaje tu.
Będę miał zajęte obie ręce, Ŝadnego zamachu. Wreszcie, kiedy po godzinie ujrzeliśmy
szczyt, obok na spadzie góry ukazała się stacja narciarskiego wyciągu. Wszystko jasne.
Ratownicy mijają nas Ŝwawym krokiem, wreszcie zatrzymujemy się wszyscy na popas sił.
Zdejmuję narty z ramienia, rozkładam się, manipuluję. A potem juŜ tylko trzy zjazdy – i
dwa podejścia, które dla konsekwencji moŜe, albo z uporu, zrobiliśmy teŜ o własnych siłach.
ZjeŜdŜam na koniec, drŜą mi nogi. Więc i tym razem wszystko odbyło się szczęśliwie.
W rozwartości światła na górze, gdy odpoczywałem, pośrodku innych, gdy się bałem,
łapiąc drugi oddech: tak, wtedy zostałem tam na dłuŜej. Nawet jeszcze jestem. Tak długo,
jak trwa ten dzień.
O zmierzchaniu, na przeciwległym stoku, widzę kwadrat z drzew i jednej chałupy. A
moja chałupa stoi tak samo w oknie tamtej chałupy. Ale we mnie jest ten cały kwadrat i
jeszcze stok. Fizycznie niezmiennie, góruje we mnie cicho. Potem zastygamy ze wszystkim,
w zmierzch.
Zmorzyłaby mnie moŜe juŜ sama senność. Ale pora gęstnieje w pulsującym ruchu obrazów,
zamiary łagodnieją, pojawiają się wolne miejsca i dziwnie spokojnie przeze mnie
przyjmowany brak ciągłości. Dotkliwiej go odczuwam tylko, gdy otwieram oczy i patrzę
na okolicę.
Ludzie tutaj są bezradni. Ale przeŜywają swoją wieczność nieprzerwanie, my w te dwa,
trzy zjazdy. Stają do kolejki w tłoku i za chwilę będą się przepychać, jak my. Ale potem
jeszcze woli im i sił wystarczy, by wrócić do domu w świetle dziennym i o wszystkim
zapomnieć,
usnąć.
Tu są na swoim miejscu, oczywiście. Gdy odejdą stąd, zatęsknią. A ja zawczasu, póki
jestem tutaj, nie chcę i pamiętać o tym, co zostawiłem. Drzewo z kwadratu przeciwległego
wciąŜ we mnie wrasta. Podchodzi z nim teraz Olbrzymia Góra aŜ tu.
XII
Obudziłem się późno i za wcześnie. JuŜ wieczorem o dziewiątej. Ale i nie od razu wybiłem
się znów na ten świat; gdzie ja jestem, co ze mną i dokąd się mam teraz spieszyć?
Czułem się tak kiedyś w chorobie, ale teraz chyba nie jestem chory?
Dobrze by było móc nie zaczynać niczego, ale to przecieŜ niemoŜliwe. Wszystkie
sprzeczne moŜliwości są we, mnie, wpierw muszę wybrać. A Ŝeby wybrać, muszę wstać,
włoŜyć się w jakiś ruch, zajęcia – z tej perspektywy będę mógł dopiero coś przyjąć lub odrzucić.
Tak, ale juŜ wtedy nie będę mógł spać!
Zwlokłem się wreszcie z łóŜka, z całą siłą, na jaką mnie było stać. ZauwaŜyłem nad sobą
nie osłoniętą zapaloną Ŝarówkę. Świeciła cały czas. Otwierając oczy czułem wdzięczność,
Ŝ
e razi, więc jest i świeci temu memu wtargnięciu w zewnętrzną chwilę i chwili we
mnie, mnie w sobie itd. Coś zaczyna trwać i teraz mi się przygląda. Otworzyłem okno na
ościeŜ, pęknięta szyba zabrzęczała jak w poprzednie dni. Więc jest normalnie! Zobaczyłem,
Ŝ
e juŜ pięć po dziewiątej. Cisza dookoła. Nikt mnie nie woła do niczego. Milczy okno,
choć to zima, ale gdzie się podział uliczny ruch, gdzie są ludzie, przecieŜ to dopiero dziewiąta.
Widocznie posnęli zaraz po mnie – niewiele później, ale juŜ się przed nocą nie obudzą.
Dziwnie podobni jesteśmy wszyscy, mamy prawie tę samą wytrzymałość!
Nastawiłem wody na herbatę. JuŜ czuję się trochę człowiekiem wolnym, sąsiad wyjechał,
stąd nagła cisza w domu. I przebłysk zadowolenia, Ŝe nie wypominałem mu zbyt
wiele, umiałem znieść, mam teraz szersze zadowolenie, mieści się w nim i tamto, co było.
Zostawił otwartą w puszce wołowinę, chyba na okupienie się. Ale nie jemy na noc, o co to
– to nie!
JakŜe teraz nie warto pytać o drobiazgi, co tam. Było rozproszenie, pełne moŜna powiedzieć
rozproszenie sił, a taki jest skutek.
Ś
niłem bardzo róŜne rzeczy
.
Ze śpię, Ŝe zasypiam jeszcze, a z róŜnych stron wyłaŜą –
znikąd – obojętne mi poczwarki. Coś wielkości pięści idzie nie licząc się z moją obecnością,
gdzieś spod podłogi na ścianę, na szybę wchodzi, wolno, nieuniknienie. Za nim drugi,
jak raki, tylko Ŝe czarne. Nie dają się spłoszyć, gdy im okazuję, Ŝe tu jestem, czuwam – tak,
czuwam tu jeszcze!
Płoszenie na nic, a dotknąć, strącić jakbym się lękał! Odwracam głowę, przekręcam się
cały na drugi bok, niech chociaŜ ja wykaŜę tu nieobecność, moŜe jestem – spóźnieniem tylko,
niczym więcej?
Od pleców, tej oazy spokoju dla wzroku, coś do mnie podchodzi, szura cichutko, potem
szczypie lekko w skórę, ale nie dam się sprowokować. Wciska się w wolny kąt mojej obecności,
i cisza. Sięgam ręką, by sprawdzić, Ŝe to złudzenie, i nie ma tam nic.
A jeśli to naprawdę szczur – zadomowił się u mnie i pola nie zamierza ustąpić? Albo –
czy to nie obawa przybrała jego postać? WciąŜ nie wiadomo, czy zasnąłem. MoŜe one naprawdę
tu przychodzą mnie męczyć i od siebie odstręczać?
Otwieram oczy, Ŝarówka dalej świeci, och, jaka ulga!
Czuję, Ŝe za duŜo zapragnąłem wczoraj. Za duŜo, i starają mi się to teraz wyperswadować.
Wszystko, co mogłoby być realne, a realne nie jest – staje się jakby realne. Sen.
Wstałem, ubrałem się i wyszedłem z domu w noc. Błądzenie po uliczkach, dookoła, jak
nieprzytomny, uspokojenie się, jest mi nudno, chcę spać. Czy pozwolą państwo, Ŝe zostanę
dłuŜej sam?
Mogłem kiedyś być sobą, zabrać się choćby do najcięŜszej harówy! Ale dziś juŜ wiem,
Ŝ
e przystanąłem. Walcząc od lat z nieruchomą niewysoką górką.
Stojąc na krawęŜniku cofam się, daję komuś przejście. Osoba, która przeszła, okazuje
się kobietą i nie boi się w nocy powiedzieć mi: – Przepraszam.
Los nie kłamie ci kiedy
zło zastajesz a dają ci
co ci dają?
masz to przed sobą
dopiero jako obowiązek Twoje
są właśnie proporcje
co wybrać raczysz?
Z tego miejsca, z wynajętego mieszkania, które nazwałem moim domem, z przepisywalni,
którą nazwałem moją pracą, zacząłem się mierzyć ze światem. Liczyłem za bardzo
na to, Ŝe one, moje miejsca, trochę mi sprzyjają. Byłem na pracy skupiony, nie przewidywałem,
Ŝ
e mnie zdradzi. Wtedy wrogiem moim głównym stało się rozproszenie.
Póki Ŝyłem w miejscu sprzyjającym, byłem pod jego wpływem, wszystko we mnie
wspierało to miejsce. Wiedziałem od dzieciństwa, Ŝe przy kaŜdorazowo wyznaczonym mi
zajęciu nie tylko wytrwam, ale i zbuduję swój sens.
A i teraz cała moja natura buntuje się przeciw całkowitemu dziedziczeniu. Czegokolwiek.
Spodziewałem się, Ŝe to miejsca same – i z nami – się połączą. śe to tylko kwestia
czasu. Teraz okoliczności mi donoszą, Ŝe zbudować mam inną górę, od tamtej oderwaną.
Mój głos we mnie mówi, Ŝe coraz trudniej będzie mieć wspólne sprawy z innymi,
„uprawnionymi
do dziedziczenia”. Idei oczywiście, przyoblekłej w materialne kształty. Owszem,
wiele róŜnych wraŜeń odebrałem z tych styczności z innymi. Była najpierw dziwna tajemniczość,
potem pospolite mijanie się znaczeń.
„Ja tylko ciągle myślę, Ŝeby twój los nie był taki jaki mój!” – powiedział Ojciec. „Ja to
piąłem się w górę jak ta Ŝaba, chciałem w o ł u dorównać!”
Czy analogia ze mną ma w ogóle jakiś sens? Albo ta scena: Ojciec wraca z Miasta, siada
na Ganku i odpoczywa. Spojrzenie ma pewne, trochę nieobecne i jeszcze bardziej nieobecne
dla mnie. Błądzi zatopione daleko i umyka zwyraźnieniu nawet wtedy, gdy ośmielam się
o coś zapytać. Nie otrzymywałem odpowiedzi. To był początek rozproszenia.
XIII
Na wielkiej sali zaczął się koncert. Rodził się jak pieśń niema, jak wola. Wywieść by z
niego moŜna rodowód wzdłuŜ i wszerz. Delikatne uczucia – i przemijalność. Najpierw jak
patrzenie z dołu w jasność, pod górę, a potem rytm rodzących się kroków. Coraz intensyw-
niejszy, coraz więcej natęŜony wysiłek. W końcu majestatycznie się to wszystko rozprzestrzenia.
Sztuka pracuje za lud pracujący. O czym wtedy myśli lud?
Jako członek ludu kojarzyłem ten utwór ze swoim miastem. Wpatrywałem się juŜ teraz
w jego ulice, które wydeptywałem codziennie, szare od nalotu rdzy i kurzu, z przywiązaniem,
a nawet czcią. MoŜe po raz pierwszy od kilkunastu lat czułem, jak zmienia się w
moim stosunku do miasta beznamiętne sąsiedztwo w bliskość i czułe zrozumienie. Chciałem
mu dać od siebie wiele więcej, niŜ dawałem.
Wieczorem znów przekonałem się, jak ludzie mogą być obcy. To samo zobaczyłem na
początku nowego dnia.
Wszystko stanęło znów na równej linii perspektyw. Ale tu mogę wejść w bliŜszą i dalszą
historię, a w Lipowej Górze ciągle jeszcze oczekiwać wsparcia nieznanych sił. Pomocy w
opanowaniu rozproszenia. Gdzie sama okolica wspiera moje kojarzenie. Ale wojna, masakry,
partyzantka, gwałt, wszystko to dla mnie ma swój wymiar stamtąd. I póki jestem tam –
to są dla mnie obrazki nieruchome. Nie mają na miejscu logicznych następstw. Przykuwają
bezruchem.
Tak wygląda ciągle jeszcze mój podejrzany start. Cokolwiek dalej będzie, będzie poŜądane,
nie mogę się tylko pogodzić – z tym, co jest.
Pewna niewidzialna siła podszeptuje mi, Ŝe jeszcze mogę być zwycięzcą. Chodzi tylko o
znalezienie wyjścia stąd, lepszego, niŜ znajdywałem. Ale czy mam po raz drugi i kolejny
podchodzić do wszystkiego, co raz traciłem – Ŝeby juŜ to wiedzieć na pewno, odwrócić się
plecami i pójść gdzie indziej?
– Cześć, Iza! – krzyczę do najbardziej udanej reklamy rzemiosła fryzjerskiego na głównej
ulicy. Zatrzasnęły się przed nią drzwi trolejbusu. Szczęśliwie dla mnie. mnie.
– Muszę tak wytrwać do północy! – uśmiechnęła się, chwytając moje spojrzenie. Podjechał
następny trolejbus.
Wstąpiłem na pocztę, by wysłać parę kartek świątecznych, powiedzieć smutnej pani jakiś
dowcip. Nie dotarł i nie wyszło, bo był tłok. Chciało mi się pójść gdzieś dalej, wróciłem
machinalnie na przystanek. Do domu? za wcześnie! Wskoczyłem na stopień, akurat się
zrobiło wolne miejsce.
W Delikatesach na Mokotowie dokupić owoców, moŜe jabłek, pomarańcz, a moŜe będą
cytryny? Wytrwałe dwie kolejki – popatrzysz i zaraz łatwiej rezygnuje się z owoców.
– Iza! – mignęła mi znowu.
– Iza! – pobiegłem za nią, ale nie zatrzymała się. Wreszcie gdzieś z boku: – Ja nie jestem
wcale Iza. I nie krzycz tak za mną na ulicy.
– To jak mam krzyczeć?!
–
Widzę, Ŝe jeszcze stoi tutaj i dalej jest.
– Albo ja wiem? Tak naprawdę? Mów mi Sonia.
– Sonia, a jak się nazywasz naprawdę? Jesteś dziś fajna, Soniu, chodź, niech cię uściskam!
Nawet lekko się przytuliła. Zatrzymaliśmy cały strumień ludzi pragnących handlować.
– Chodź ze mną gdzieś, bo cię rozdepczą!
– A ty co się wałęsasz tu i tam?
– JuŜ idę do domu. Kocham cię, Iza.
– Muszę jeszcze kupić matce szampana.
– To dawaj forsę.
– Nie, pójdę z tobą. Pewnie juŜ dawno nie byłeś taki grzeczny?
– Nie widzieliśmy się moŜe dwa lata!
Zabrakło na szampana, ale Iza miała znajomą ekspedientkę.
– PokaŜ mi się! Niczego sobie. Co ty masz takiego, Ŝe cię ludzie jeszcze znają?
– Chiński profil. Nie podoba ci się? MoŜesz mnie trochę odprowadzić.
– Zrobię wyjątek. Wyjątkowo to zrobię, bardzo mi się dzisiaj podobasz, Soniu! Czy
zmienisz jeszcze imię? Umówmy się na późny wieczór?
Potem stawił się do Bajki punktualnie. Jeszcze jej nie było. Po półgodzinie wyszedł we
właściwym kierunku. Czy ja się jeszcze nadaję na dzisiejszy wieczór? Na rogu bili się
sprzedawcy balonów.
XIV
Z gabinetu wyszedłem i wreszcie poczułem się! Otwierają mi drogę. Chcą pomóc. Po
raz pierwszy od dawna wyjątkowo uprzywilejowany mam los. Muszę koniecznie zrewanŜować
się tym samym wielu ludziom! I nie przejmować się uznaniem, jeśli po drodze będzie.
I nie odgrywać się za to, co było. Zawsze iść podług zwykłej Ŝyczliwości! To gwarancja
zachowania siebie.
Tyle entuzjazmu wyzwoliła we mnie obiecanka przydziału mieszkania w spółdzielni.
Wszystko to się jeszcze nie spełnia, ale kiedyś zacznie.
W rozproszonym świetle ulicy ta twarz, która, jak zdało mi się na moment, w tej rozmokłej
kwietniowej alei, świeciła swoim własnym światłem. Dziwny był deszcz, ten szmer i
lekki dotyk, albo nawet zamiar objęcia nas wszystkich – jakkolwiek bowiem istnieliśmy,
byliśmy obaj raczej d e s z c z o w i .
Mówił więc F., gdy jego twarz znów skupiła dalekie światło:
– Był dzień, zupełnie cichy i mglisty, i zupełnie biały. Spacerowaliśmy nad rzeką boso,
po Ŝółtym piasku, w pobliŜu widoczny był dom – zwyczajny domek, choć dla mnie nigdy
nie podobny do innego. Szła obok, trzymała mnie za rękę, a na ramieniu w fałdę sukienki
wetkniętą miała jakąś gałązkę z liściem, coś w kaŜdym razie zielonego.
Filip stawiał równe, wymierzone kroki, a asfalt ulicy, na którą teraz weszliśmy, lśnił
czystością i daleką poświatą.
– Odbiegła w pewnej chwili ode mnie do domu i juŜ nie powróciła. Widziałem tylko
chybocącą się bramkę przed gankiem, momentalne rozwalcie i przymknięcie drzwi.
– Łódź na tym brzegu była? – zapytałem wreszcie, Ŝeby przerwać ciszę.
– Była. Odcumowałem małą łódkę, ale bez wioseł – wiosła zostały na brzegu. Odpychałem
wodę rękami. Prąd znosił mnie wciąŜ w kierunku tego domu, a ja odpychałem.
Wolałem patrzeć na drugi brzeg z niskim pułapem mgły, to było tak jakoś jak dziś, podobnie.
– Przejaśnia się – dorzuciłem, gdy juŜ stawaliśmy w kolejce do autobusu.
–Nie szukam tematu do rozmowy!”-- powiedział znów. – Ale wtedy zmokłem, bo wiosłowałem
cały czas pod prąd i gołymi rękami.
– Nie zostają od tego nawet odciski – powiedziałem po chwili.
Uśmiechnął się.
– Było wtedy tak, jakbym przekrzykiwał nie wiem co. Tymi rękami odganiałem swój
los!
I rzeczywiście, jego wyciągnięta w górę ręka z drobnymi wirowała nad głowami w autobusie,
odwracając niebezpieczeństwo sztrafu za jazdę na gapę.
– Kocham świętować, i to wszystko, co mogę panu powiedzieć! To nie ma być męczące-
przede wszystkim, bez Ŝadnych powaŜnych tematów! I niech pan nie pyta, broń BoŜe,
kim jestem!
Trafiałem jednak częściej na takich, z innej górki, którzy obawiali się przedstawić, kim
są. Ale moŜe i oni staną kiedyś przede mną w pełnym swoim wymiarze? – myślałem.
W nawiązywaniu znajomości raczej ostroŜni, potem coraz chętniej mnie przyjmowali,
nawet przez kilkanaście dni. Przyglądałem się im, i z wzajemnością. Choć niewiele powiedzieli
mi o mnie. Był, to raczej TEATR JEDNEGO WIDZA. Dramatis personae:
Władek
Felek ze Śląska
Pan Józef, prywatnie kierownik zakładu uspołecznionego
Zygmunt, starszy, ale fajny chłopak z Łodzi Kierownik, tak nazywany robotnik z Bolesławca
Dorotka – ma tyle lat co Polska Ludowa, z Wrocławia
Pani Lodzia – dla pana Józefa (rola niema)
Władek – mówi często. MoŜe być Chórem.
Pan Józef – czeka na kres czegoś. (Wiadomo!)
Pani Lodzia – czeka na pana Józefa.
Dorotka – ma długie nogi, dziewczęco agresywny chód, na nikogo i na nic nie musi czekać.
Wczasy. Niedziela, kościołowe stroje. Dorotka agituje za przejaŜdŜką, od przystanku
PKS zaczynając. Zawsze zadowolona z siebie, bardzo infantylna. KaŜde słowo wymawia
pieszczotliwie. Przechwala się, Ŝe nie tylko jeździ pekaesem. „A ja jutro do Szczecina pojadę
stopem!”
Felek zakłada abonament na gorzałkę. „Towarzysze po dysze, towarzyszki po dwie
dyszki – juŜ!”
Władek – Ten jus za butelki podrós ma darmo!
Pan Józef patrzy i dalej czeka.
Władek – Łobtańcuje esy dołki zupy z rana, moŜe cekać!
Pani Lodzia czeka z daleka.
Kierownik, czyli robotnik z Bolesławca. Tytuł dostał, bo czyta ksiąŜki i lubi teŜ duŜo
zjeść. Teoretyk seksualny. Będzie potem słuŜył do pilnowania gospodarstwa, jak miła nie
przyjdzie. „Niechtóra to jes taka, co się za piersi nawet złapać nie da. A co dopiero za kolana.”
Kierownik został starym kawalerem.
Dorotka zbiera kwiatki, ale nie jest pod niczyim wpływem. „Mam kompleks po krzywicy
– wystającą klatkę. A mama mi mówiła, Ŝebym się nie garbiła.” Nie wypowiada tego,
lecz śpiewa.
Władek – I tak udas głupiego, a mądrze zrobis.
Dorotka – A ja pójdę na historię sztuki, aha! A ten kościółek to jest z 1356 roku i ma juŜ
więcej niŜ sześćset lat, i wczoraj była komunia, a dzieci trzymały białe świeczki! A Ŝadna
ś
wieczka się nie paliła! I – piętnastego tam będzie święto Matki Boskiej Zielnej!
Kierownik – U nas w Bolesławcu to jest odpust.
Dorotka – To ja przyjadę!
K. – A gdzie pani mieszka, to ja zaproszę.
D. – We Wrocławiu na ulicy Dubua sto jedenaście mieszkania jedenaście.
K. – Dubois, ach Dubois, to jest niedaleko Pomorskiej.
D. – Mówi się Dubua.
K. – Nie Dubua, a Dubois, bo tak na słupie pisze.
Wł. – A pasujecie do siebie jak gwiazdecki do nieba, jak masło do chleba!
Z niewidocznego głośnika w lesie rozlega się koncert Bacha. Modlitwa i zarazem odpuszczenie
za los, jaki komu się zdarzył. Tymczasem Kierownik pokazuje wszystkim zdjęcia:
– Ta to mi jak podeszłem rękę podała i zapytała się gdzie mieszkam. Wrocław, ulica
Frontu Jedności Narodowej mówię. To jakie gazety dziś kupić bo idę do kiosku. śycie i
Słowo?
Pani Lodzią (choć rola niema, ale czasem nie wytrzymuje tak nudnych tematów, wolałaby
ś
piewać) – U nas to wszystkie śpiewają murmurando, a tu tylko nic, tak trajkoczą z
nudów.
Władek podskakuje, choć stary. – Ó mię się nie martw, o mię się nie martw!
Pani Lodzia przebija mu starą pieśnią rosyjską, w wersji oryginalnej (nie zanotowałem).
Władek po chwili ukazuje się w muszce i prosi pana Józefa, Ŝeby uŜył swego daru wysłowienia
i namówił obecnych do uczczenia chwilą ciszy śmierci Prezydenta. Pan Józef się
waha. Tymczasem Władek wysuwa się do przodu. – Poniekąd, tego... to by była moŜność –
zęby no... uccić tego naszego Prezydenta co jus sobie posed.
W trakcie tych słów, jakby na bocznym planie, słychać i głos pana Józefa: – Myślałem,
Ŝ
e mi zginął parasol, a tu akurat te niedorostki czy przerostki panie przychodzą i się pytają,
czy aby czego nie szukam. Jak to panie nie szukam? Zginął mi parasol! To one go przyniosły
i z początku chciałem panie ich ochrzanić. Ale podziękowałem potem i dałem po cukierku.
– Wszyscy milkną, wstają. Z lasu dobiega potęŜna porcja muzyki chóralnej. Cichnie,
ale oni dalej słuchają, czekają.
Finis. I to by był nasz ideał. Nie wybucha i starczy na długo. Zapisać, Ŝe to ja pierwszy
go utrwalałem.
XV
Nie czekać, aŜ się koło ciebie coś stanie. Idź, zmień chociaŜ koszulę, ogol się, uprasuj
spodnie! Całe Ŝycie twoje to ta aktywność tutaj –
– Bardzo szanownego pana przepraszam! – woła Stary i muszę teraz otworzyć oczy, bo
czeka na moją decyzję. – Czy mogę odejść do telefonu?
Wszystko u niego jest w takiej tonacji, jakby ćwierć Ŝycia, pół, a moŜe i całe, zaleŜało
tylko ode mnie. Przymykam znowu oczy, siedzę wygodnie w fotelu. Na pierwsze moje
przytomne spojrzenie akurat wraca, z nieznacznym ukłonem, jakby jeszcze bolał z powodu
wynikłej przerwy. – Przepraszam bardzo!
Wypada mi teraz odpowiedzieć temu fryzjerowi z równą godnością.
A moŜe to jego siła? Niewielka, a wielka? Ale czym się moŜe równać fryzjer, choćby i
starej daty, z prawdziwymi ksiąŜętami tego świata? Tak, ksiąŜę tego świata, diabeł, jak niektórzy
chrześcijanie mówią – ten to ma moŜliwości! I dokładne rozeznanie. W twojej i w
innych sprawie. Zawsze w czymś tam – mógłby ci pomóc.
Idź i dołącz do wygranych! Przegrani byli i zawsze będą. Kogoś w końcu trzeba, nieprawdaŜ,
poświęcić, choćby czasem.
Wracam do przerwanej myśli i rozumiem z niej tylko połowę.
„Zachowuj się tak, jakbyś wiedział, dlaczego to robisz, co robisz.”
Coraz trudniej mi skończyć dzień, bo się z niczym nie łączy. Idziesz ulicą, a wszystko
oddziela się od ciebie stopniowo i zostajesz sam. Wchodzisz w bramę, w której mógłbyś
juŜ zniknąć i nie być.
Cofanie się i uszczuplanie. Jakbym przestawał się w sobie mieścić.
AŜ pewnego dnia zauwaŜam, Ŝe tak było zawszę. Nikłe oparcie, jakie mi dawali dotąd
strasznie przypadkowi przyjaciele, i tak musi odpaść. „Musimy się w końcu rozstać!” –
głupi dramat.
Na zrozumienie innych teŜ nie będę mógł liczyć. „Przekupna naiwność – to wszystko,
co nami włada, gdy brak własnej wiary.” Dziewczyna wątpi o miłości, a kolega o przyjaźni,
a szef o szansach na sukces. Nic się ze sobą nie łączy, nic nigdy, z zasady. To jeszcze nie
powód, Ŝeby nie bronić się przed samounicestwieniem.
A póki co, lektury zabijają zdolność odczucia siebie. I nie mam w czyim imieniu zgłosić
choćby jakieś taro zastrzeŜenia.
Ale juŜ wyliczono:
oddanie i wierność opłacają się czasem, entuzjazm – tylko do czasu; najłatwiej się pogodzić
z nieszczęściem, gdy jest od razu wielkie. Po co mi takie nauki?
MoŜe skłonność do lenistwa nas wybawi?
Tak, ale nie darmo; bez pracy, bez wysiłku, rodzą się tylko fanatycy. Mają coś za to! A
niewierzący? – nie wiem, co za to mają. Ateista? – ma brak boga. A człowiek czynu?
Tu będzie kłopot, kłopot! NiezaangaŜowanie lub zaangaŜowanie w sprawy publiczne,
wiecie...
Teraz jadę. Jazda tramwajem, odrętwiająca, w oczach drga powietrze. Zamazuje się
dźwięk turkotu, przedmiotom rozmiękczają się kontury. Ruch słabnie. Ale dojechałem.
Sam. Na własną prośbę czy Ŝądanie, jeśli zechcecie łaskawie potwierdzić.
XVI
Jakaś awantura była w Przepisywalni i wszyscy na mnie najeŜdŜali. Potem powiedział
ktoś, Ŝe temu, co się stało, winni są wszyscy, a nawet i beze mnie – bo byłem akurat nieobecny.
Próbował całą sprawę obrócić w Ŝart.
Musiałbym chyba i ja udowodnić coś wszystkim. Ale wychodząc ze stołówki dziwnie
się zachwiałem, musiałem trochę poleŜeć w domu. Potem ukosem przez las i pola, kierunek
– najwyŜszy czubek drzewa. Zobaczyć, czy i w tej sytuacji potrafię tylko zgubić siły. Które
jest najwyŜsze drzewo? Chcę się tak znaleźć jak ono. Na jednym miejscu. Chciałem dotąd
wiecznie za coś dziękować, przynajmniej takie sprawiałem wraŜenie, nie przejmując się
zbytnio, w szukani zbyt długo i zbyt głośno. Inni z tego wyciągają wnioski po swojemu.
Gdy mnie brakuje juŜ i chęci do tego, Ŝeby coś zmieniać podług własnych pragnień.
Idzie pod górę koń, a ja wiem, Ŝe musi być spełniony warunek, Ŝeby szedł i doszedł. Inaczej
nie uratuje się nawet konia! Inny jest mój start, z jakimś tam doświadczeniem, inny
niepewnego młodzieńca. Koń powinien przejść tę dolinę, to jego świat, lecz wiele musi się
zmienić, Ŝeby mógł dojść. To zadanie i więcej niŜ przymus nędznej egzystencji. Coś go
wciąga i agituje jasnością, a ja jestem jedyny, który to widzi. Koń zaleŜy teraz ode mnie. I
los doliny, jeśli wsiądę na konia, nawet go nie zatrzymując.
Ktoś mnie ciągle budzi? Głuche telefony, wreszcie odezwał się w słuchawce smutny głos.
– Halo?
– Tak.
Po zwłoce – wartko zaraz:
– Proszę pana, mam chandrę. Czy mogłabym z panem porozmawiać?
– AleŜ...
– JuŜ pod trzeci numer tak dzwonię...
– I ja byłem...
– Pan jest pierwszy, z którym udało mi się połączyć. Z braku konia i ekwipunku moŜemy
sobie uciąć pogawędkę.
– Pan to ma nawet taki trochę, no – kojący głos!
Rozmowa nie dobiegła swego naturalnego końca. Wątła smuŜka tematu, powiedziałbyś
(powiedziałaby, powiedzieliby): nie istniejącego jeszcze, choć niesłychanie waŜnego – w
niepewności nie miała sił się toczyć, jak kropla po suchym piasku. Słuchałem, właściwie
nasłuchiwałem, aŜ pani zacznie dalej, „pan pewnie dziwi się, Ŝe ktoś obcy”, „nie chciałam
zakłócać snu” – –
– moŜe pani mi opowie swój ostatni dzień?
– ostatni dzień? chciałam tylko z panem porozmawiać, z kimś obcym, Ŝe zrozumie...
– moŜe mi pani powie coś o sobie, albo co się zdarzyło na przykład obok...
– nie myślałam o tym, chciałam tylko...
– moŜe do pani potem zadzwonię, jak pani nie chce teraz?
– pan ma nawet taki głos, co wzbudza zaufanie, to – – dziękuję panu, odłoŜyła słuchawkę.
Ale po chwili dzwoni.
– A jednak?
– Benia, to ty? – głos jakiś zakatarzony. Jednak nie ona!
– Tu Kachna, Benia, słyszysz mnie? Dzwoniliśmy do ciebie – i znowu jakiś szloch w
głosie.
– Dzwoniliście, rozumiem, kiedy? Czy ty płaczesz? Stało się co? Cisza w słuchawce
przerywana pochlipywaniem.
– No juŜ dobrze, uspokój się, co się stało?
– Dzwoniłam, ale ciebie nie zastałam. Ciebie trudno zastać, Benia! A te moje nerwy...
– Uspokój się, moŜemy chyba spokojnie porozmawiać?
– Wiesz, ojciec nie Ŝyje. Nie dodzwoniliśmy się do ciebie, nie zastaliśmy.
–Co?... Jak to dzwoniliście? Ani do biura? A telegram...
– JuŜ był pogrzeb, Benia.
– Kiedy? Kiedy umarł?
– Dwa tygodnie...
Coś mówiła. Ona mówiła. Nawet pochlipywała.
XVII
Patrzą twarze, chętne do patrzenia, a nawet łaskawe; nagle tyle śmiałości w ich zainteresowaniu.
Teraz piszę do ciebie. Mogę jeszcze napisać do ciebie list. I mogę ci mówić ty. Ja to potrafię
z Bogiem rozmawiać, ale spróbuj ty, mówiłeś. Na przeszkodzie staje nam teraz
wszystko.
A to znaczy, Ŝe coś nas łączy. Myślę, Ŝe czas juŜ zacząć rozmawiać z nieobecnymi. To
nauka twoja, i teraz do mnie dotarła. A nasze ostre starcie zostało nie rozegrane. Zadzwonił
pusto gong. Ale zawodnicy się droczą. W środku lata, upał – pogwarzmy lepiej spokojnie!
Jak na ten pierwszy raz. Tam w tumanie kurzu jadą. Obładowana pędzi furmanka, ciągną
rozbuchane konie. Czerwiec, lipiec to zawsze ten sam pośpiech. Na wieczór wszystko mgła
przykryje. A rano się zacznie niepewny spokój.
Mgła wieczorem na łąkach. Wiosna zwinęła się juŜ, i mnie, jak na kołowrotku, coraz
wolniejszym wirem kręci do jesieni, a potem w zimę.
Coś się zaczynało, teraz się zatrzymało. To jest złudzenie, ale i nie złudzenie. PrzybliŜają
się perspektywy, łaskawe dla uwaŜnych.
Tak naprawdę to nic się w świecie nie psuje, tylko ludzie. Zimą do wiosny łatwiej, mówią,
ale to teŜ tylko złudzenie. Bo wiosna następuje sama i bez ułatwień.
– Dziś znowu będzie tak cudna pogoda jak wczoraj! – kiedyś mówiliśmy.
XVIII
Chciałbym sobie teraz ruszyć nogą. Ale mi się nie chce. Gdyby całkiem zdrętwiała, to co innego.
LeŜę tak moŜe juŜ kilkanaście godzin – i nic. Dochodzę do nowego i cennego wniosku.
ś
e mam czas.
Straciłem kontakt z własnym ciałem chyba dawno, więc mogę tylko czekać na euforie
jakieś, litościwie obdarza nimi gorączka. Rozumiem coraz lepiej tych, którzy chowają psy.
Pies, jak wstaje, po dłuŜszym czy krótszym leŜeniu, to musi się przeciągnąć, wylewnie i
okazale, by pan jego i pani widzieli to.
Pani to moŜe czasem i nie wypada. Ale mogę zrozumieć panów. Pan to by raczej chciał.
I jak juŜ moŜe, to zrobi. A jeśli się panem stał nie przypadkiem – nie ma nawet mowy, by o
czymś zapomniał, coś przepuścił.
Więc kiedy juŜ się sam trochę buntuje – popatrzy na psa. Jak się przeciąga leniwie, nic
nie musi. Albo patrzą sobie razem, pani i pan, jak pies z podłogi wstaje, uśmiechają się i
spoglądają na siebie wyrozumiale. To jest pierwsze porozumienie tego dnia.
Więc mam juŜ czas i głowa mi pęka. Ciało bezwładnieje, poci się i staje coraz bardziej
wraŜliwe na chłód. A jeszcze ciągle jakbym był przytomny i bez gorączki. Nie ma niespodzianek,
ale i nigdzie nie uciekam. Czas się tylko rozluźnił i jest szerzej.
Nie taki wielki znowu dar niebios przy zajętej głowie. Mógłby być chociaŜ mniejszy
ból! Ale dobrze przynajmniej, Ŝe nie jest jak przedtem. Nie bolała głowa, pędziłem za
wszystkim, nic nie czułem.
Tak się chwieję! Nogi nie wyczuwają ciała, a ja nóg. CóŜ za zachwianie równowagi musi
być w Kosmosie, jeśli na mnie nie działa ciąŜenie! Ale nie rozpłynę się w nim, nim się
rozpłynę.
A jeśli się okaŜe, Ŝe stworzenie lepszego świata zaleŜało tylko ode mnie – to kto mi wybaczy?!
Nie otwarła się jeszcze nawet świadomość barw, ostrość wzruszeń, jeszcze wszystkiego
za mało. Niech będzie choćby tak, jak jest.
A moŜe i nawet bez tego.
XIX
Ta pani, tak rozanielona na mój widok. Przypomina mi się, gdy wszystko zapomniałem.
Tłumaczy mi:
– Bo pan zaraz wszędzie szukałby doskonałości! Musiałem mieć do niej pretensje.
– AleŜ nie szukam juŜ, proszę pani, nie szukam.
– Pan lubi przesadzać z tym swoim perfekcjonizmem! Widzę, Ŝe nie zmienimy dziś tematu.
– W takim razie – dlaczego pani jest tak... skrępowana, nie czuje pani pełni swoich sił i
moŜliwości rozmawiając ze mną? Gdyby tylko pani – – ja bym tu zaraz wszystkie furtki
otworzył, gdyby pani spojrzała na to, na nas, na siebie spoza obecnej roli! Kim pani chce
być i moŜe być dla mnie?
– Pan dostawia gotową kropkę do zdania, panie Beniaminie, a ja swojego jeszcze nie
powiedziałam.
– Bo ja jestem gotów! I zawsze gotów.
Uśmiecha się i bez zrozumienia milczy. Nie wychyli się dziś dalej z okienka tej swojej
kultury, która ją wiedzie na smyczy. Co wolno, co nie wolno. TeŜ kropka, choć bardziej
kanciasta. Tak słodycz kaŜda staje się cierpkością, gdy tylko zwiemy ją naszą własnością –
powiedział kiedyś zbawca sensu, poeta.
XX
–
Pan zatrzyma się tu, proszę. Ten człowiek, o tak, szukałem go, goniłem, jeśli zdąŜę
panu zapłacić, to go mam!
Szef mojej szefowej. Wielbiciel gładkiej formy, niechętny do zaglądania, co jest za. Z
drugiej strony. Miałem go w obrębie naszego biura lata całe. Musiał odejść. Teraz kto mi
został jak on? Przeniósł coś przez lata, za nim gonię i juŜ go, chwytam za rękaw. Szefem
był, jak by nie było, i teraz jest.
Człowiek w tłumie, w pędzie i płaszczu czarnym jak właśnie na Ŝegnanie. Jesteśmy wreszcie na
ty.
– Ja po tobie jestem następny! – wołam, choć to i było wyszeptane w jednym tchu. –
MoŜe wiesz, ale pewnie nie wiesz, gdzie bym mógł się teraz...
Wiele lat biegliśmy, choć nie bardzo wspólnie, biegliśmy po tę chwilę. Tyle przypadkowo
przepchanego. I teraz jakby nie na próŜno! Moja gorączka i jego gorączka są wspólne.
Oby i nasz spokój, kiedyś był wspólny.
– Więc to juŜ tak szybko? – powiada. – To juŜ od jutra czy od dziś?
– Pójdę kamienie tłuc, ale za nic się wolno nie oddam!
Ale czym moja gorączka wobec jego nagłej bezczynności! Całą swoją przeszłość i przyszłość
włoŜył w to, co ma juŜ za sobą. Poza pracą? PrzecieŜ on juŜ nie istnieje! Nie ma nawet
tematu, którym by...
Przyjrzyjcie się figurze w rozwianym płaszczu. MoŜe staje się sobą! Dotąd by tak nigdy
się nie ośmielił.
JakŜe mu wdzięczny jestem za spotkanie.
XXI
Oddalony w niepewność, w odszukiwanie moŜliwości wątłych, nieznanych, muszę
wszystkim wierzyć. Jak inaczej nie przegapię waŜnego?
Tymczasem inni juŜ od dawna inaczej. „Nikt się nie ogląda na tych, co odeszli, i nie
rzuca spojrzeń z ukosa.
KaŜdy pielęgnuje przekonanie o własnej sile”; z którą jest róŜnie. Bioelektronik proponuje
„napiętą świadomość celu”. „Skoro Ŝycie jest spalaniem, automatycznym spalaniem,
to wszelka potrzeba oszczędzania się jest zwyczajnym nonsensem.” Odpowiada mi.
Łatwiej by na to było jednak spojrzeć, gdyby się samemu podrzucało te drewienka. Ja –
podpalacz! Póki co, szlachetna rozkosz ulegania teŜ nie jest łatwo dostępna. A juŜ naprawdę
– wielki jest tłok wśród zdobywców nie do pojęcia. „Oni nawet i chcą, ale chyba za bardzo!”
–
jak narzekają czasem piękne panie.
Ale i kto przez trzydzieści lat stawiał opór tylko – niewiele ma do wzięcia.
JednakŜe coś jeszcze nas odmieni! Pobiegnij z tym gdziekolwiek, na ulicę!
A potem z natłoczenia – w wydłuŜenie czasu. W nową gotowość powrotu do dawno
poŜegnanych,
odsuniętych.
Niezaproszenie ich byłoby czymś niemądrym, jak upór bez znaczenia. Pozwól więc sobie
wolno i swobodnie wrócić na miejsce, daj im wyjść na powierzchnię.
Gospodarz widłami macha wolno, bo upał, ja w rozleniwieniu patrzę, jak ustala się ten
jego konieczny rytm. Roznosi i roztrząsa kopice siana. Deszcz zmoczył. Niechaj teraz w
praŜącym sierpniu! znów dojdzie swego.
Obok jak bocian stoi w kolorowym półubraniu letnik. I taka sama między nimi niema
mowa jak z bocianem.
Usiadłem sobie z drugiej strony, teŜ poodpoczywać. Lecz rozmawiam juŜ z pracującym
tą świętą ciszą.
Mój czas się zwolnił, skupił i zatrzymał. WydłuŜać się zaczęło tylko to, co obok, w linii
przodków, leci aŜ do owadów, much i suchych pomrukiwań powietrza, które jest pewnie
krewnym wszystkich z przemieszania.
Jak czas pamięta, to z tak daleka do mnie ciekawskie szły owady. JuŜ dawno nie słuchałem
ich równie skupiony. Więc akurat na to tutaj drzemkę mam, niech się wszystko poprawi.
A gdyby tak jako intruz?
Wchodzę do, powiedzmy, najwyŜszego jak tylko moŜna! Z wizytą prywatną, w ramach
gładkiego, oczywiście, wypełniania przestrzeni towarzyskiej, nie zapełnionej nigdy do
ostatnich miejsc, no i tak w trakcie, między kieliszkiem siódmym a dziewiątym, powiedzmy,
róŜni panowie juŜ w nogach mają miękko, ale ciągle są, rzecz jasna, na tym samym
wysokim poziomie i rozmawiają sobie grzecznie: ja przechodzę obok Wysokiego, biorę go
za łokieć, zdecydowanie, choć wygląda, Ŝe nieśmiało.
– Z pana to jest, mówię, dopiero, no no! – Robi niewyraźną minę, nawet prosi, Ŝebym
powtórzył, ale ja, pozwoli pan, Ŝe się przedstawię, jakieś nazwisko rzucam, on spada na
sam dół oczywiście, jeśli je zapamięta, ale to muzyka z salonu nas przekrzykuje, taka tam
Eroica co najmniej albo walczyki Mahlera, na tym poziomie, nieprawdaŜ, bo nie wypada
niŜej – – pan mi wybaczy, trochę trudno tutaj, gwar, natęŜenie i tak dalej, i ta euforia, ale
tyle lat czekałem, nawet juŜ nie czekam, co ja mówię, duŜo rzeczy pozaczynałem, duŜo!
bardzo! i za jednym zamachem pan mi to wszystko, swoim jednym niezdarnym zamachem,
albo zaniechaniem! Wysoki tu purpurowieje, a ja poprawiam: skądŜe, pomyliłem się,
chciałem powiedzieć – otworzył!
On zmienia minę. A ja głęboko się kłaniam, przyjemnie sam zaskoczony, no i uratowany,
on teŜ, choć moŜe i nikt nas nie słyszał. Ale przecieŜ to człowiek, no, powiedzmy,
Człowiek, za to na końcu przez małe k.
Chcę się oddalić, ale gdzie? nogi mam zamurowane, zdrętwiałe, a oczy z radości idą w
słup. A moŜe nawet cały staję w drgawkach, padam, a obecni nie wiedzą, co zrobić, wybiegają
trwoŜnie, bez poŜegnania, to juŜ niewaŜne, zły omen był! Gospodarz takŜe gdzieś się
zbył, a walczyki jak walczyli tak walczą. Patrzę na Wszystko z boku, jestem wszak wyzwolony,
bez lęku, układam się trochę wygodniej, podkładam rękę pod głowę, prostuję nogi,
przeciągam się.
– Byłem liną, spowiadam się ścianom ledwo dosłyszalnie, wytrzymałą i napiętą liną, do
ostateczności! to po mnie przechodziło tak wielu!
A w mglisty ranek, w tym samym domu, pałacu, gdy słychać od okna śpiew ptaków,
moŜe z ogrodu, albo z taśmy, jeśli snob, okna na całą szerokość i na noc były rozwarte, a ja
się budzę, rozprostowuję ręce i nogi, nie wyrzucili mnie, myślę, to znaczy, Ŝe wszystko jest
inaczej, ja tylko źle myślałem.
– O darowana, dziwna chwilo wolności! – wołam, wszystko jeszcze będzie moŜliwe, co
jest, co zrobić warto! – wołam, wszystko jeszcze będzie moŜliwe, wszystko! – A chociaŜ to
mój głos, muszę mu przerwać, czuję, Ŝe muszę coś zrobić juŜ: a to komar utoczył z mego
nosa tyle krwi, ile pomieści jego skóra, co widząc wreszcie ubijam go, a łąka patrzy na to
cały czas przyjazna.
XXII
To miejsce chroni się samo, a my przyjeŜdŜamy, jak na ubocze, nie przygotowani. RóŜni
przynoszą i poprawiają swoje kwiatki. Doglądają cudzych myśli o sobie.
Twoja skromność tutaj, twój maleńki kształt. Niewspółmierny, wprost niewiarygodny.
61
Rozmawiamy jednak i nikt nam nie przerwie. Krzątanina trwa, ale my jesteśmy teraz
bardziej spokojni i uwaŜni. Dosłyszysz kaŜdą myśl, jakby nie było juŜ przeszkód. MoŜna
się i zatrzymać w tym słonecznym gwarze, choć dojrzałe Ŝyto aŜ się pali na piasku pod Górą.
Wszystko wraca tam dopiero do ram; i nie musimy się spieszyć ani spierać.
XXIII
Pewna matka miała szczęśliwą Córkę. Bardzo cieszyła się nią. Córka dorastała. I zaczęła
zauwaŜać coraz częściej, jak inne są Inne matki. Podobały się jej. Pewnego razu pomyślała,
Ŝ
e u Innych byłaby z pewnością jeszcze bardziej Szczęśliwa.
AŜ kiedyś posłyszała, jak rozmawiają o niej Inne matki i Ŝe uwaŜają ją za nieszczęśliwą.
ś
yjąc obok siebie, ludzie coś spostrzegają, ale z pewnością nie od razu wszystko. Matka
mniej szczęśliwej córki zaczęła być przez nią oceniana. Coś mówią nierozumni ludzie, pomyślała
najpierw córka. Ale z czasem zaczęła zauwaŜać, Ŝe jej współczują z powodu matki.
I moŜe nie patrzą na nią jak na prawdziwą chlubę, jak zapewne chętnie by patrzyli. Przyszłość
jej nie najlepszą obiecują. Zapragnęła odmienić to jak najszybciej!
Szczęśliwa z powodu swej córki matka ciągle nie rozumiała, jak bardzo rozumna chce
być jej córka. Nie rozumiała i stawała się coraz bardziej nieszczęśliwa. Zaczęły się irytacje,
nieporozumienia, córka zauwaŜała coraz bardziej to, co ją od matki róŜni, i w końcu nie bez
satysfakcji. „Na pewno to jest jakoś bardzo sprawiedliwe”, pomyślała kiedyś. I to wyróŜniało
ją we własnych oczach. W końcu – nie potrafi juŜ tego dłuŜej znieść, Ŝeby ją... porównywano.
To jest wprost – bezrozumne!
Szczęśliwie wyszła za mąŜ. I zmieniła matkę na Inną. Nowa Matka dała jej bardzo wysoką
pozycję w domu. Szczęśliwa córka sama niebawem stała się matką.
Jej córka nigdy dotąd nie była szczęśliwa. Matka jej w z a m i a n pragnie odtąd nic tylko
wychować swoją matkę. W zakresie sztuki układania sztućców na stole i wyprawiania się z
wnuczką na przejaŜdŜkę. A potem moŜe sobie – w ramach rozrywki – iść do Ŝniw.
XXIV
Tak niewiele zostało tu. Dom i miejsce, które nie kaŜdy odnajdzie. Zmurszały dach, oczapa
ze starej sosny i święty obrazek w Ŝywej sośnie obok; po obrazku od wojny teŜ została pustka,
sośnie minął juŜ zwycięski wiek. Inny dom budowałem po wojnie. MoŜna w nim było nasłuchać
się jeszcze muzyki. Wypatrując przez okno dalekiego pola w tunelu z drzew.
W moim domu gospodarzą obcy lokatorzy. W moim pokoju, duŜym i samotnym, nie
hałasuje juŜ mucha. Czas się wtedy stawał, powolniał jak na spirali, aŜ do skali owada. Na
ganku nie porządkuję po obiedzie notatek. Nie wpływa juŜ na to lenistwo sjesty, rano za
ś
cianą nie zastuka w podłogę ojciec. Budził się i spacerował. Natykaliśmy się na siebie
znacznie dalej, na drodze pod Górką, szukając samotności, obaj dla siebie wyłącznej.
W starym, znacznie Starszym domu, naszym i rodziców ojca, których mało znałem –
tam na pewno panowały inne, idealne porządki. Dom gankiem nie był odwrócony od
ś
wiata, a gdzieś tam do bzów, lecz frontem do kaŜdego, kto przybywał. Na ten ganek i sam
ojciec wracał i odpoczywał po Mieście. Wtedy była cisza. Nie pamiętam innych, w innym
miejscu chwil spokoju – między wszystkimi gonitwami, które zostały mi w oczach jak zamazany
jeden ruch czerwieni. A czasem była szarość bezwzględna. Obie te polne barwy,
polne i poligonowe. Gonitwa nerwów i omdlenie czasu. Stoję na ganku nie istniejącym, leŜę
w jego przepastnych wnętrznościach pod podłogą, magazynie rzeczy pilnych i niepotrzebnych
juŜ na wieczność.
Ciągłości wysnuć z tego nie potrafię. Nauczyłem się obywać i bez niej. Ale człowiek z
niczym nie rozstaje się nigdy. I poczucie pierwszego porządku dla mnie odtąd się zaczyna.
Nie istniejące przedmioty, ale i niektóre drzewa, pagórki w okolicy podpowiadały mi, Ŝe
ś
wiat moŜe być szerszy, rozleglejszy. Dom, który mnie obdarzył zobowiązaniami. śaden z
mych rówieśników z ławy szkolnej nie odsłonił się nigdy z takim poczuciem zobowiązań
wyniesionych z domu. Równi, wyprostowani, dla których Ŝycie jawiło się od początku jako
mechanizm samoczynnie napędzany, potrafili być obojętni, Ŝeby tylko się poddać lub zwycięŜać.
No, oczywiście zwycięŜać.
A rzeczywistość jest taka, Ŝe kaŜde miejsce po drodze nadaje się do zajęcia.
Bardzo długo myślałem, Ŝe dla mnie jest tylko jedno wolne miejsce. Zdobyć je mogę
zaczynając od kroku najbardziej niepewnego, od wyjścia ze starego domu i zawiesiwszy na
wystarczająco długi czas ten zamach w powietrzu, następny krok przetrzymam juŜ krzynę
krócej – – aŜ tak stopniowo zbliŜać się będę do właściwego rytmu; wciąŜ oddalając się od
starego domu, ostatniego konkretu.
Błogosławieni, którzy idziecie!
XXV
Jestem w środku puszczy. Po ulicach chodzą milicjanci z paskami pod brodą, ludzie
nerwowo pozerkują na siebie, gdzieś znikają. Czekający na przystanku w apatii zdają się
nie znać umiaru. Nie mieć nikomu nic do powiedzenia. Nie chcieć niczego poza tym tramwajem.
Kto podejdzie do nich?
Jak się zaczyna rozmawiać?
Co ja wiem to wiem i koniec. Doszliśmy do tego po drodze. Teraz z paskami pod brodą.
Długo uczyliśmy się unikać cudzych myśli. Ze stawiania barier teŜ moŜna zrobić sztukę!
Osiągnąć wszystko i nic nie stracić! Piramidę jeszcze raz obciągnąć kolczastą barierą. To są
długo wynoszone w skrytości wynalazki. Dźgały nas – niech teraz dźgają innych!
W tłumie kaŜdy zaczyna budować swoją piramidę. Byle szczyt był szeroki, na dwa plus
jedno krzesełko albo i więcej. Podstawa moŜe być punktem. Głupota kwitnie w izolacji.
Mysz biegnie w poprzek ścieŜki do mnie, jakby juŜ nie wiedziała, NA JAKIM
JESTEŚMY ETAPIE. Szukać u mnie pomocy – mysz? Ma zgarbiony elastyczny kark i
podwinięty ogon. Nieźle. Ale nawet jeŜeli oswojona, nie dostanie ode mnie niczego, bo nie
mam. To pobiegnie gdzie indziej. Mysz ma jeszcze szansę się najeść. Mysz najdłuŜej zachowa
wolną wolę. Nie ma zatrzymanych spraw przed sobą i od niczego nie ucieka.
Odmawiający pomocy człowiek zatrzyma się w swoim uporze. DłuŜej przetrwa mysz.
XXVI
Ale dziś jest święto i kaŜdy pracownik, choćby znojny jeszcze przed godziną, zaŜywa
dostojeństwa parady.
Dzień dobry panu.
Dzień dobry pani.
Pan dalej nie poznaje!
Przepraszam, ale jeszcze nie.
Pan nie wie kto ja jestem?
Wiem, nie mogę sobie tylko przypomnieć.
To mój tata ma brązowego fiata, a pan ciągle przychodzi i rozmawia z tatą.
Ale Ŝebym pani nie pamiętał? Dziwię się sobie. Strasznie!
Pan tylko rozmawia z tatą.
Powinienem się juŜ pani kłaniać!
Mam tylko piętnaście lat.
A dałbym co najmniej – osiemnaście!
To pan o mnie aŜ tak źle pomyślał?
Jest święto i kaŜdy, jeśli tylko wyjdzie z domu, jest świętnikiem. Święto jest nie tylko
wyznaczoną porą, w święto czasem się równieŜ z a u w a Ŝ a . Coś ekstra, jak telegram na
poczcie. PRZYJEśDśAM. Stop. BĘDZIEMY ROZMAWIAĆ.
Zapewne. Jeszcze wszystko w natłoku burzliwym. Trzeba to wyprzeć z siebie i tak dalej.
Ptaki górnie zaczęły przeczesywać chmury. W jazgocie i zbiorowym wirowaniu, tak to
jest wspólnie. Chodząc po ziemi s a m i , pęczniejemy od osobności. Potem powoli dzień
sczernia się i jutro zaczniemy nowe Ŝycie. Targi o skrupuły.
Jeśli zdobędę „się na pocałowanie ręki i szeroki, odpręŜony uśmiech – to chyba będzie
juŜ poziom sztuki? Od paru tygodni, a moŜe nawet miesięcy, czuję, jak Ŝyły mi się zwęŜają.
Więc moŜe i gorączki juŜ, jak się zdarzy, nie oddadzą?
XXVII
Zegar na ścianie dalej tykał, ale to nie dotyczyło mnie, byłem gdzie indziej, „dostałem
Ŝ
ywego konia. Nie osiodłany i bez wodzy – a ja juŜ byłem na nim! Przekonałem się rychło,
jak bardzo chce mi być posłusznym. Jego chęć spełnienia ściga się wprost z moją zdolnością
kierowania. Przesunąłem lekko nogę i poszedł z miejsca w galop. Ostrzegam ledwo
szeptem – zwalnia czujnie. Ten moment wahania daje nam wspólne przeŜycie planu przeszkód.
Sprzeczności przenosimy na dalsze etapy.
W hamowaniu teŜ bardzo jest skuteczny. Łatwo mogłem przelecieć przez szyję. Ale idąc
balansuje juŜ i moją równowagą. Więc gramy o jedno. On pokazuje zawczasu, kiedy ja
mógłbym mu spaść.
Po jeździe koń ustawia się leniwie w postawie spadły kwiat, rozciąga go niemrawa bezwładność.
Kładzie się, przebiera leniwie nogami. Wzdryga się na jedną tylko myśl. śe ktoś
go tak zaskoczy. Nadejście nadzwyczajnego nie jest pewne.
XXVIII
Rozmokły ścieŜki w ciemnym parku i wszystko wydaje się tu nie wypełnione. Odnowiony
w głębi pałac teŜ czeka na Ŝycie nie zaczęte.
Nie mówiłem głośno. O starej altanie coś wspomniałem. Potem wróciliśmy do hallu,
ś
wiatło, puste fotele i czas na rozmowy. Wyglądała na speszoną teraz. Mogłaby się obawiać
raczej ciemności, pomyślałem.
– Nie za bardzo mogę z tobą rozmawiać, powiedziała.
– Nie za bardzo o czym? O sobie czy o mnie?
– O Ŝadnym z nas, o niczym.
– Ale, moŜe mi powiesz dlaczego?
– Bo masz w sobie coś... co mnie krępuje, po prostu. Jeszcze tam, jak mówiłeś o dawnym
ogrodzie, rozumiałam cię doskonale. Ale tu, tylko ciebie widzę... przepraszam.
Mnie widzisz i?
– Brałam cię moŜe za kogoś innego, przepraszam.
– A teraz nie mogę zaistnieć – jako ja?
– Nie o to chodzi. Widzę, Ŝe... jesteś całkiem inny.
– NiŜ? niŜ kto?
Wyszła. Wiedziałem, Ŝe nie miała nikogo. Więc przeraziła się – tej jasności. MoŜe myśli
samej, jak wokół niej pusto. Nikt dotąd nie potrafił odprowadzić, odwieść jej od chłopca,
który nigdy nie istniał. Ale był jej! Stworzonym przez nią Ideałem. Więc mógł wszystko.
Powinien się zjawić!
XXIX
Siedzę na ławce. Kobieta jakaś z laską podchodzi, rzuca ją
aa
oparcie mojej ławki. I
przywołuje psa. Do pilnowania tego miejsca.
W barze mlecznym zabrakło łyŜek do zupy. Pani od zupy wstaje, biegnie, ma jeszcze
pretensje do kasjerki.
– Ja proszę pani to łyŜki nawet nie mam!
– I ja nie mam, powiada kasjerka.
– Ale pani tu przecieŜ jest na stałe!
– A pani za to pali, o! papierosa – wtrącił się pan z uwagą pod adresem pierwszej.
– I co z tego, Ŝe palę.
– To proszę zgasić i juŜ! – rozkazał. śeby nie wyjść z wprawy.
Staruszka naprzeciw mnie, przy chybotliwym stoliku, drobinka po drobince, kończy naleśniki
z marmoladą. Potem zaczyna się wielki kłopot z wstaniem. Ale pokazała, Ŝe potrafi
samodzielnie i zręcznie, całkiem całkiem. Moment obawy, czy moŜna zostawić torebkę na
krześle. Odnosi po jednym talerzu do okienka ZWROT NACZYŃ, nie zostawi jak inni!
Młody Werter–pedant, przy szerokim wygodnym biurku, zaczyna tymczasem list do komisarza
policji. Ze szczegółowym zleceniem, jak zająć się ma jego pochówkiem.
Październik '79 – wrzesień '80
Franciszek Schubert idzie do czubków
Zamiast motta
Nie powiedzieć więcej, niŜ się wie! A poza tym zwierają się tu takie drobiazgi: moc i
niemoc. Moc i niemoc wspólnie składają dramat. Godność i przekonanie o godności to dopiero
razem Ŝycie. Gdy jakiś ciaptak drastycznie mi ją pomniejszy: czy i sam siebie tracę
zaraz w tym momencie? Czy teŜ winienem ją tym bardziej wysoko obnosić, innym przed
oczy pchać – patrzcie, jaka ona obraŜona! (Pewna pani się pytała, czy lepiej mieć zdanie,
czy mieć rację? Bo racja jej się wiązała z godnością, a zdanie – z obecnością.) Pozostają na
boku ci, którzy się wikłają w lęku: i dlaczego? Kobiety, która by zrozumiała wszystko, o
czym mówi – nie ma. A znałam takiego jednego, który rozumiał wszystko, co ja mówiłam!
– powiada Lena. A na to wczasowiczka z prowincji: Jestem tu juŜ trzy dni i do nikogo jeszcze
nie mogłam się odezwać: myślę sobie, wytrzymam jeszcze najwyŜej ten dzień albo
dwa! I co z tego, Ŝe jest słońce i pogoda, kiedy dłuŜej juŜ tego nie strzymam! Nie strzymam.
Powaga wiąŜe się z poczuciem wolności, to z Bergsona. A komizm jest moŜliwy
wtedy, gdy jest powaga! AleŜ tego nie moŜe zrozumieć i wiedzieć nawet ta, którą ma zrozumieć
wczasowiczka z prowincji. I otóŜ nie ma komizmu. Jeszcze me nadeszła ucieczka
do lasu, ale coś z tym jest. Nawet bym powiedział: coś się zaczyna z tą Delikatnością. I
Uległość. Prawdziwa, kobieca uległość. „Powszechna apatia juŜ sama jest przejawem agresji”,
z Menningera. „Ten, co jest dobry z natury, jest zarazem martwy”, z Worcella. Więc to
nie uległość. Ale juŜ tak daleko zaszło. „Kto pragnie, a nie działa, stwarza poŜywkę dla zarazy!”,
sam stary William Blake rzekł. A kto dzisiaj naprawdę czegoś pragnie? Nie: kto poŜąda,
ale właśnie – pragnie? Parę godzin dramatycznego myślenia – to luksus. Moc i niemoc
składają się zarówno na dramat. A tu opisać chciałem tylko MENTALNOŚĆ. Mentalność
dzisiaj sama, oddzielna, juŜ nie istnieje. Wyczerpuje się kaŜda prawdziwa literatura.
Co zostało? Tylko jak ktoś jest kurwą, powiadają, to na ogół z wyboru. Więc spacerkiem w
dŜungli. A czy moŜna poznać bliŜej kogoś, kogo się nie lubi? Pytanie dawne i waŜne, ale
jeszcze nie dzisiejsze. Ten pęd, ta jazda! – zachwycano się wczoraj prawie. A tu natykamy
się znowu na Stojący Czas – i on tylko jest wieczny. On degeneruje. Łagodna perspektywa
naszego widzenia. Zeszłość i teraźniejszość; moŜliwe, Ŝe i przyszłość zarazem– są w nim i
były. Czas akcji – stojący. Postawa? – sypka lub zleŜała. I moŜe przede wszystkim to jeszcze:
jak wielka jest potrzeba spokoju zasłuŜonego! A „zasłuŜony” to tylko zatchnięty na
drodze. W zadyszce.
Opowiem, jak się stało; co legło cieniem na mym Ŝyciu–ruchomym, wędrującym cieniem.
– Nie zaufałeś – komuś? sobie? – pytają.
– Nie zaufałem najmizerniejszemu, najbardziej swobodnemu świadkowi – odpowiadam.
– A któŜ nim był?
– Był i jest.
Ale tego wam tu zaraz nie powiem. Nie uwierzycie.
Wiolonczelistka
JuŜ wiem, teraz wiem na pewno: to był dobry człowiek. Nie pomyliłabym się. Jak tylko
go zobaczyłam, pomyślałam sobie od razu: stary kawaler albo – homoseksualista. Bo tak
normalnie to nie zaczepia się ludzi na ulicy. A nawet nie pyta kogoś tam o drogę. A on
mówił tonem jak do znajomych albo bliskich, prawda? Tak naprawdę to grałam mu tylko
jeden raz, specjalnie dla niego, i to było rzeczywiście dla niego; zdaje się, Ŝe
Serenadę
melancholijną.
Bardzo lubię ten nie grywany dziś kawałek Czajkowskiego. On tworzył uczucia,
proszę pana, aleŜ tak! Dla mnie to moŜe być wszystko.
Wielki i Jełop
Posłyszał bicie zegara na szóstą. Pewnie było juŜ jasno, a w kaŜdym razie po zmianie.
Za drzwiami musiał stanąć dzienny, to pewnie ten cham, który nadeptuje na skrzypiącą
klepkę i nigdy nie wpadnie na pomysł, Ŝeby ją ominąć. Tak, słychać juŜ go. ZaŜąda go kiedyś
do raportu. Ale z powodu? Zawstydził się i Ŝeby coś zmienić, przetarł sobie twarz wilgotnym
ręcznikiem. Taki ręcznik zawsze mu zostawiano u wezgłowia na noc. Nie, nie będzie
się dzisiaj nad tym zastanawiał, czy aby Barczysty przypadkiem specjalnie nie dobiera
mu na dzień Jełopa.
Podniósł się, podszedł do drzwi i odsunął zasuwkę. Odpowiedziało stuknięcie butów tuŜ
za drzwiami. Nie za głośne, ale zawsze. To Jełop, pomyślał sobie i uśmiechnął się. Zawsze
tak salutował wyczuwalną obecność.
Kazał wejść. Jełop zjawił się natychmiast, jakby juŜ tylko czekał. Dziwne, jakie on ma
dziś nie skrzypiące buty! – pomyślał Wielki. MoŜe Barczysty specjalnie kazał mu oliwić?
A jeśli tak? Psiakość, jakoś nie ma kogo o to zapytać. Czy ta skrzypiąca klepka to nie jest
przypadkiem mylący trop? Jeszcze przed chwilą nie spodziewał się takiego obrotu myśli.
Teraz musiałby Jełopa całkiem inaczej potraktować. Bo jeśli tak jest i jeśli zdamy się na
dobrą wolę tych, co nas widzą! A więc na ich łaskę i niełaskę, i to tak wielu naraz – – –
Wewnętrznie aŜ zadrŜał od tak ustawionej myśli, podniósł się i nawet zamachnął pięścią
w zapamiętanym kierunku, gdzie się spodziewał zastać Jełopa. Ale zatrzymał, rozluźnił
palce i trafił bezbłędnie. Jełop był dziś nie ogolony (lekcewaŜy słuŜbę), przyjął dotknięcie
palców Wielkiego prawie jak pieszczotę, uznanie – – choćby faktu, Ŝe w ogóle jest, nic
podejrzanego,
Wielki w tej reakcji Ŝadnego nerwowego drgnięcia nie stwierdził, sprawdził
mu kieszenie, miał puste, Ŝadnych zapachów, pochwalił Jełopa za niepalenie. Ale w prawej
kieszeni znalazł kasztan. Kasztan? Na co Jełopowi kasztan, w tym wieku jeszcze nie ma
reumatyzmu! Musi być sentymentalny, moŜe i ślamazara – uspokoił się.
Usłyszawszy za drzwiami trzask salutujący butów – zasunął zasuwę. WłoŜył odruchowo
okulary, jakby juŜ miał wychodzić.
– Będziemy teraz strzeŜeni obaj – powiedział głośno i miał nadzieję, Ŝe Jełop mu tę
uwagę potwierdzi. – StrzeŜeni obaj – powtórzył silniej, wyczekująco.
– K’ jest! – usłyszał stłumiony głos, pełen zapału. Jak będę miał syna, pomyślał, oddamy
go teŜ do kadetów! Usadowił się głęboko w fotelu, włoŜył sobie do uszu waciki, by nie
słyszeć skrzypienia, zaczął rozmyślać.
Po niewiadomie długim czasie wyjął, podszedł do drzwi, odsunął, zaklaskał trzy razy.
Zjawił się Barczysty, postać jak z nieprzyjemnego snu, moŜe się go nawet Wielki trochę
bał, dlatego przetrzymał w milczeniu. Wreszcie odsłonił plecy i krzyknął:
– Okładajcie!
Zdawało mu się, czuł, jak za ścianą Jełop współczuje mu tej dzielności. A przynajmniej
wiedział, Ŝe Wielki Zasada nikomu słabości nie wybaczy.
Szara chmura
–
No i nareszcie to się stało, rozumiecie?
Po dwunastu latach czekania, po ośmiu miesiącach – no i jeszcze trochę: jestem wreszcie.
Napr–aw–dę ja! Nikt juŜ inny! śadna tam siostra, wiele było prób róŜnych przede mną,
tyle wam powiem.
Ojciec przecie zawsze mówił, pamiętacie? Będzie on! A to było tak dawno, jak nikt z
Ŝ
ywych nie pamięta, niewielu z umarłych, moŜe jeszcze jedna, dwie lipy tylko, i ta góra. A
matka nic, tylko jak zwykle cierpliwa. Pokornie, ufnie się spodziewała. No i wyspodziewała
się! Dla siebie i dla całego świata.
Niewiele się nacieszyła, niedługo potem zmarła. Dziś juŜ mówimy inaczej: przeŜyła
wielką Chwilę. A nie doczekała Czasów. śyjemy Kierunkiem, który nie ode mnie się zaczął,
ale gdzieś tak trochę wcześniej. Bo dla Rodziców moich, przecieŜ nawet i podług Kierunku
zasłuŜonych, co tu duŜo mówić: dla nich to ja byłem na samym początku. I miałem
być! I wiedzieli, co to znaczy, jeśli się kierunek zaczyna zwyczajnie, małą k.
Począłem sobie niedługo dreptać, przewracać się i chodzić: a cóŜ to za sztuczna poza do
wytrzymania! No więc i świat się zaczął. Rodzice trochę wierzyli. A ja juŜ nigdy potem się
tak długo wiarą nie cieszyłem. Bo los się wtedy jeszcze nie wtrącał, i powiedzmy, Ŝe
wreszcie – los ulegał nam! – To jestem ja! – wołałem.
Tego roku, jak się tylko urodziłem, pewien mój imiennik Wielki zmarł. A mój wielki
Imiennik inny juŜ czaił się do władzy. I to czaił się bardzo chytrze, Ŝeby zostać Wielkim po
moim poprzedniku. Rozumiecie teraz wszyscy, moŜe i wy z przedostatnich rzędów, jakie
moje imię. No i sza, juŜ sza! Jeszcze rozgłos za Ŝycia nikomu, kto jest Wielki, na dobre nie
wyszedł. Nawet na zdrowie, a ja mam słabe. A więc: niczemu się naprawdę nie przeciwstawię
– nie umiem nawet kamieniem nikogo trafić. Albo po wodzie jak rzucę, to zaraz w
wodę. I kręgi się w ciszy rozchodzą. Więc wiedzcie to, jaka moja natura – i milczcie! Sza.
AŜ tu wybuchła wojna, rozbestwiła się, Wielki III, co się dopiero sposobił – jeszcze i teraz
w wielkość swoją nie wierzył. A zwycięŜał. I długo nie uwierzył. No i dostał po nosie
za to, ale sza! sza!, przejdźmy teraz na logikę. Wielki, co się Długo Czaił, wielkim kiedyś
zostać musiał, takim zrobił go Los, któremu sam nie wierząc przewodził.
To i my wytrwajmy tu długo; przewodnik Losu, co się Czai – teŜ trwał długo; podwładni
zawsze czekają długo – nawet nie wiedzą o tym, co się stało i czy jeszcze coś się dzieje:
ale za to wszystko trwa długo.
– Pamiętaj, Ŝe jesteś stąd! – mówiono mi w domu, – i jakie masz imię; moŜe ty akurat
nie zginiesz!
Tak głupio zostawiono mi Otwartą drogę.– – Ale wróciłem!
Zostałem w końcu wychowany dla Pokoju. I zrobiłem w ten sposób znów kroczek jakby
do Początku.
Mym ojcem chrzestnym został krawiec. No i polubiłem szyć. Potem dowiedziałem się,
Ŝ
e szył mundury. Nie przyznałem się do niego juŜ ani razu.
Mój ojciec własny, rodzony, na pewno wiedział o przeszłości chrzestnego, dlatego mi go
wybrał: wtedy właśnie wybuchła wojna, a dość odwaŜnie, po wojnie, walka o pokój. Musiałem
być uświadomiony nie za dobrze, z winy ojca, bo jakbym się. zjawił tu, na tym
ś
wiecie przed ojcem, wiedziałbym lepiej – ale wtedy nie miałbym nawet ojca.
ś
al mi było i mojego ojca. Na prawdziwej wojnie był i walczył, wrócił juŜ niecały, a tu
walka o inny pokój niŜ ten, o który walczył, i była słuszna! Na prawdziwej
wojnie ginie się albo się z niej wraca. Ale ojciec nie wrócił zwycięzcą. Moja matka,
jeszcze przed wojną, ona z nas wszystkich najlepiej wojnę doceniła. Dla niej to była tylko
taka głębsza cisza.
No i przyszła do nas. Bardzo wielka Idea. Jeszcze wiele, wiele razy większa niŜ my. NiŜ
tym bardziej wy. Z początku to nas wszystkich chciano zrobić cząstką Wielkiej Idei. A potem
jakoś wyszło na to, Ŝe ona sama do nas przyszła. I staliśmy się wszyscy jej własnością.
Z początku to nawet inni nam zazdrościli.
Urodziłem się naprawdę bardzo daleko. Choć wiem, Ŝe wszystkim mówiłem inaczej. I
bardzo nisko. Jeszcze dzisiaj widzę, jak po kątach naszej komory plączą się postacie z
tamtego świata. DuŜo i dookoła nas było obcego, a w dodatku byliśmy nisko. I to tak obcego,
Ŝ
e aŜ wrogiego. Naszym obowiązkiem było z nimi walczyć. Po cichu to pragnęliśmy z
nimi rozmawiać. A to znaczyło mówić niemo. Rozmawiać nie umieliśmy. Na przekor faktom,
powoli – rodziło się w nas coś jeszcze bardziej nieuzasadnionego: ufność w tych postawionych
naprzeciw, Ŝe nas zrozumieją. Nikt głośno jej nie wypowiadał, a juŜ zwłaszcza
przed ojcem.
Wieczorem przy zapalonej lampie albo i późno w noc, gdy zjawiali się nocleŜniki i rozkładało
im się spanie przy przykręconym świetle, gdy lampa zaczynała kopcić i stawało się
sennie, półciemno – wtedy tak. Nigdy przy jasnym i czystym, wyglancowanym od środka
szkle.
Z ojcem mówiło się głośno i inaczej, o obowiązku i o Polsce. A głosy nocne, w zasmuŜonej
czerwieni, były jak duchy, nie miały, zdaje się, sił do zadziałania. Zjawiały się najwyŜej,
Ŝ
eby rozsadzić tamten utrwalony spokój i powagę. Czy moŜna było tę granicę światła
i ciemni, niemoty i języka kiedykolwiek ruszyć? Albo wiedzę gdzieś głoszoną połączyć
z zaufaniem w tej rozsnutej dookoła atmosferze niepewności?
Był i dzienny, i nocny front. Chowały się urazy, jeszcze niŜsze od nas; choć kto wie, czy
nie przez nie słabszy był przeciwnik, tu i tam. A my robiliśmy wszystko, co potrafimy,
najczęściej
milcząc, jak to dzieci – Ŝeby udobruchać swego przeciwnika. W dzień nie było
róŜnicy w traktowaniu. Nie mogliśmy tylko zrozumieć, Ŝe odmienność tak fundamentalna
w ogóle istnieje; więc nie uznając jej paśliśmy razem bydło; potem nas wywieźli, a ich nie.
TakŜe i po powrocie kaŜdy z nas orał swój zagon i zwoził zboŜe, jakby niewiele się stało.
Ale w Ŝniwa najmowaliśmy kosiarzy. Przychodzili parami z miasta. Poświstywali
swoimi kosami z płachtą groźnie. I jakoś wesoło. Nikt ze wsi nie odwaŜył się stanąć im
obok, do współzawodnictwa. Werpachowscy kosiarze! Stawialiśmy za nimi snopki i potem
zwoziliśmy sami. W sąsiedztwie nikt nie zazdrościł nam tej mitręgi, normalnie. Wieczorem
podchodził ktoś czasem, stawał, patrzył niemo, bez zrozumienia, a przecieŜ to byli dorośli.
– Nu tak i Ŝniwa – czasem powiadali.
– Dawajcie pojedziem jeszcze raz! – odpowiadaliśmy.
Trochę zraŜała ich ta gorliwość i odchodzili.
Pamiętam, pędziliśmy konie przed chmurą na wyprzódki w czerń. Komu prędzej pomoŜe
błyskawica! Trafić do dziesiątka w polu, pochwycić – czy lunie wpierw deszcz! Rozpłakałem
się, gdy mnie ulewa usiekła gdzieś z dala od drogi. Błyskawice za krótkie były, Ŝeby
odnaleźć stronę domu. A potem jechało się wolno kołysząc w szumie ulewy. Mały stępa
ciągnął furę. I był to dobry koń. Na jedno oko ślepy, ale zawsze trafił. W najgorszą czerniawę
ś
mieliśmy się wszyscy, juŜ na drodze, pewni opieki i zdrętwiali z chłodu. Pamiętam.
Bo ci, co się znają na obowiązku, to są wieczni. Mały.
MoŜe i jest coś takiego, to większe i szersze, to dawniejsze nawet – co z odległości i od
zakamarków się rozświetli; złączy i opowie nas samych? Są zawsze jakieś kamienie, te
ogryzki przygód, owe przypadkowo odbite przez innych intencje – są, chociaŜ nie łączą się
w całość. Nie trzeba im dokrawać fabuł, uwyraźniać. śycie obok, to, które toczy się podług
sprawdzianów i harmonogramów konieczności, moŜe jest pełniejsze. Ale jego wyraźność –
dopiero co stworzona.
A co się da uwaŜnie wyśledzić z naszego Ŝycia? prostego i nie planowanego? Złą wiedzę
tylko? Obróconą na opak wraŜliwość? Historyjki o tym, jak się stają przestępcy? Zajmująca
intryga nikim juŜ z nas nie rządzi. Nie przewodzi nam w swej celowości przemądrej.
Brniemy w tamtej, nie rozjaśnionej przez nikogo ciemności.
Być moŜe wpierw trzeba by zedrzeć skórę ze słów, oczyścić je tak, by świeciły jak droga.
A moŜe słowa słuŜą tylko uwyraźnieniu kierunku, nie tego, jak jest? MoŜe warto i zedrzeć
sam kolor z miazgi – wmawiając wszystkim, czego to nie wymaga naprawa jej dolnych
warstw, głęboko pod powierzchnią? MoŜe.
Ale jeszcze i to wiem, Ŝe słowa moje, zwykłe i nie, nawet tylko zaczepione, ruszone z
miejsca lub twardo wartujące na okazję, więc juŜ nie tylko moje, ale i obcym wspólne:
słowa nasze wtedy, gdy myślę i wiem, Ŝe coś znaczą – tak jak są uŜyte, i nie po mojemu albo
po cudzemu – gdy tylko są: znają się na tym, co mówią, póki są ruchome, bieŜne, póki
mają swobodę ruchu i wymiany – prawda, Chmuro? Ty się wymieniasz częściami i
porozumiewasz
z okolicą najlepiej. Nad natrętnym zgiełkiem ulicy jesteś swobodna; i czasem
tylko ciebie słyszę, Chmuro! Hamowana i przyspieszana, gęstniejesz i rozrzedzasz się
wiecznie. Tego spektaklu nigdy nie przerwać. Bo i któŜ by się równał z tobą w równowadze
i doskonałości? Jesteś przy tym szara, Chmuro! To komplement dla szarego Człowieka.
Ranne wstawanie – sposób na bluźnierstwo
Często powtarza mi się sen, jak wracam do domu późno albo i nad ranem, widno, zakosami
tu i ówdzie leŜy biały śnieg, leŜy i na stopniach u sąsiadów, zaczynam przypominać
sobie, Ŝe dawno wyjechałem, a to przecieŜ nie dalej jak wczoraj, i błąkam się tak po mieście.
Gdzieś zostawiłem samochód, ale teraz właśnie, nad ranem, za słabe mam siły, by odnaleźć,
moŜe trzeba będzie go tu przywieść, przyciągnąć przed dom, bym nie zapomniał o
nim zupełnie, gdy będę sam, bez pomocy. – – Nad ranem śni mi się, a gdy się obudzę,
stwierdzam, Ŝe jednak jest jakaś nowość, godzina inna na zegarze, i przychodzi całkiem juŜ
jasny dzień. Pewnie ten nowy to takŜe sen, tylko inny. Z mojego wracania do domu.
Więc zgubiłem dom? Między wysoką ścianą a czymś tam jeszcze dochodzę do bramy
zamkniętej, ale bramy górą nie przeskoczysz, ani dołem, Ŝaden tu tunel, Ŝeby chociaŜ uciec.
Brama, której przedtem nie było, jedyne wyjście jest tędy, płot najwyŜej na wysokość
człowieka. W moją stronę kiedyś ktoś uciekał właśnie przewalając się przez płot. Koń!
Przewalając się jak na zwolnionym zdjęciu, choć to musiało być mgnienie, widocznie skoczył
całą siłą i mgnienie przeszło w lekkie minięcie bram, gdy coś rozszerzyło się w powietrzu.
Spłoszony koń uciekał, a dla mnie to dziś takie pocieszające! Sierść miał trochę
najeŜoną, uszy trzymał po sobie, nie pozwoliłby się zbliŜyć. Znajdował wyjście i miał siłę,
stanąłem mu na drodze, przysiadłem z podniesionymi rękami i musiał mnie zrozumieć:
wpierw postraszył, rozpędził się, bryknął i stanął w tumanie kurzu, my obaj w nim niewidoczni:
co się stało, co się stanie teraz z nami, juŜ razem, bo nie zamierzałem go przepuścić
i on o tym wiedział. Zrozumiał, Ŝe wpadł mi w ręce. Trzymałem go za szyję, zacząłem
uspokajać, bo drŜał, no dobrze juŜ, dobrze. Spokojniej będzie, wytrzymaj! Ta końcówka mi
zbyt często niknie. W nerwowej gorączce, spieniony, a ja dotykam jego nozdrzy: no dobrze
juŜ, dobrze – wytrzymaj! Zbyt wielką masz siłę, Ŝeby ją roztrwonić w ucieczce. Ach, jak ja
do tego tęsknię, Ŝeby pomóc silnemu i być z nim! A tu trzeba wstawać.
Patrzysz teraz z pozycji Wszechmogącego, przez szparkę, a moŜe i od swego judasza, na
ten barłóg i nędzny przykład, Ŝycia nie do Ŝycia, jaki się jeszcze na jawie będzie pętał przez
jakiś czas. Oto on: leŜy i nie spoczywa, tarmosi się w betach, myśli i czuje wszystko tylko
w skurczu, tak od wieczności, a to zwyczajna i kolejna ranna chwila. Nie dotleniony,
podmarznięty
i z wolą działającą wstecz: byleby jak najdalej, jak najszybciej – nie istnieć Zamknąć
się w sobie, odejść stąd, najgłębiej w głąb – to marzenie! I ty go palcem, Wielki, w
główkę ze swojej wysokości puk–puk, doprowadzasz mu do jego szarych wyleniałych
zwojów, Ŝe to jakby teraz i on sam tak czuje: za kwadrans juŜ nie tylko nie będziesz chciał,
tfu, na dobrą sprawę i głośno nazwać tego – natychmiast śmiej się z siebie, Ŝe tak błędnie
czułeś, tak się orientowałeś głupio. I widzisz, Ŝe ma teraz ruch w płucach, z niemocą się
Ŝ
egna! Wcale, wcale! Bez wdzięczności zbędnej, czuje się juŜ Człowiekiem, ateistą nawet,
niechaj i tak będzie. Sam nabiera woli własnej. Twierdzi. Ŝe od dzisiaj będzie to trwało
zawsze!
Do jutrzejszego wstawania, mój drogi, do jutrzejszego. I tego się nie pisze do rachunku
budującej chwili, gdyŜ juŜ przy gimnastyce, w ruchu, przy pompkach – bo choć nie na
zawsze, ale jesteś JuŜ Człowiekiem. KaŜdą masz przyszłość przed sobą. Jaka tylko jest!
– Halou! – krzyczysz pierwszy do słuchawki. – Zawsze taki byłem przecieŜ! Na chwilkę
nawet zostałem Wszechmogącym! A z nieruchawości ruszałem kompletnej. Tak, zupełnie
bez sił. A koń? UŜywam dziś tylko mechanicznych, i to w pośpiechu.
Szary człowiek
–
Aleś mnie pan urządził! – krzyczy. I ma trochę racji. Biegnę, bo mi się udało, do domu:
rzut oka na ścianę, najstarszy zegar, zegar świata, mówi mi, wyjście dopiero za pół godziny.
A JUTRO MOśE NAJWIĘKSZE ŚWIĘTO ROKU! Na dworze nic nie kapie. A
mam tu kefir i śmietankę, chleb jeszcze tylko zdobędę. Na mnie się skończyło, nie moja
wina, Ŝe na mnie. A tamten, który mnie wpuścił, bo wychodziłem penetrować teren, moŜe i
miał do. mnie pretensję, Ŝe nie dostał, z grzeczności swojej, bo wpuścił, a tu kolejka zaraz
rozsypała się za mną. Jakbym mu zabrał sprzed nosa! ZdąŜyłem przedtem, zamiast stać i
czekać, przelecieć wszystkie sklepy w okolicy, zdąŜyłem: chodźmy – powiedzieć do staruszka,
przeprowadziłem na drugą stronę, w kolejce się nie postoi, ale za to więcej się nachodzi.
Chodźmy, powiedziałem, a ten jeszcze mi nie wierzy. Idziemy? – i ruszyliśmy
wolno obok siebie, łokieć w łokieć, Ŝeby się czuł pewnie, Ŝe mu w ostatniej chwili nie
ucieknę, chodźmy, i idziemy obok siebie, tę nyskę przepuszczamy, niechaj leci, choćby i na
złamanie karku, teraz i nasza jezdnia cała, dalej chodźmy. Głupio tak zostawiać mi
wdzięcznego, a tu: dziękuję panu, i juŜ biegnę, i on wdzięczny, a ja takŜe, to i dziękuję panu
jeszcze raz, ja mu w powietrze, a on niby nigdy nic, odchodzi, niech juŜ tak zostanie, w
milczeniu, co by to była za grzeczność, gdyby się mogła odstać a nie dostać. W kolejce
gdyby tak się ze mną znalazł – to co? Oto jest pytanie.
To i prędzej, czym prędzej ja z powrotem do kolejki, bo chleb jak minie, to dopiero będzie
po zupie! A ten jak ojciec ze mną szedł, o lasce, posuwał się wolno (gdzie teraz ojciec?).
– Tam juŜ moŜe nic nie ma! – wołam. Wreszcie i jestem: trzydziestak stoi grzecznie,
nie wypomina, wpuszcza. Posuwamy się wolno, przez kwadrans na trzy stopy, jestem teraz
niezaleŜny i czynny, pewny swojego wpływu na sytuację i świat! A obok mnie stoi
wdzięczny za okazję do górowania, grzeczność, bo to on mnie wpuścił, mnie z moją cichą
nadzieją dogadania się z ojcem, nigdy nie wypowiedzianą, teraz tu przejdziemy, a teraz tatko
musi się zatrzymać. Czekamy, i mój autorytet nowy teŜ, a teraz jezdnia będzie nasza.
Nasza władza zawsze tak wszystkim poŜądana!
Moi bliźni nie opuszczają mnie w dzień ni w nocy, a co mówić teraz rano, gdy jeszcze
wszystko moŜe się udać, bo gdyby chociaŜ jeden dzień był taki, toby się wszystko zaczęło,
Ŝ
ycie by się odmieniło! Choćby i to: biegnę i pędzę zająć moje stanowisko, przyznane mi
słusznie, bo zasłuŜone juŜ od wielu lat, i trwałe, jak tylko trwałość urzędu moŜna sobie
wyobrazić.
Odebrać wszystko, co podają, i zorientować się, w którą stronę to idzie: oto dwie podstawowe
wykładnie mojej egzystencji, tego akurat nie wolno mi puścić w bieg na los
szczęścia.
– Halo? Czy to numer 23, l, 42?
– Nie, to numer 41, 23, 72.
– To przepraszam.
– Nie ma za co, proszę bardzo.
Sto lat praktycznej ekonomii Drugie odejście Helmuta Kolejne praktyczne
PRZYGOTOWAWCZE posiedzenie Trybunału Stanu Powstał Społeczny Komitet
– Halo?
– Słucham, tak?
– Czy to numer 472, 531, 297?
– Nie, to numer 572, 321, 43!
– A to przepraszam.
A to. Starania rządu o sprawy Działa komitet do spraw młodzieŜy który juŜ rozpatrzył
problemy związane Komitet teŜ podjął prace nad przygotowaniem projektu ustawy o młodzieŜy
Drugie odejście Helmuta Trzecie kolejne przygotowawcze
– Halo?
Komitet teŜ podjął
– Halo Halo?
odpowiednie zespoły i komitety w województwach
– Halo, panie!
które podjęły pracę. – Słucham pana.
– Proszę pana, czy pan tam jest?
– Tak, słucham.
– Czy to jest numer 421, 32, 37?
– Nie, to jest numer 42, 132, 37!
– A to przepraszam.
– Nie ma za co, odpieprzŜe się pan. W elektrociepłowni na Siekierkach wybuchł poŜar
kładąc nacisk na rozszerzenie i pogłębienie konsultacji decyzji – co ja czytam?
– Halo?
A gówno! Mylisz się pan. Powstał społeczny komitet Podpalenie szkoły ambasady USA
Aha!
– Halo?
– Słucham, kontrolowana, tfu! Słucham!
– Czy to jest taki sam numer jak 431, 32, 71, 72?
– A podobny, co panu do tego? Trzask. PoŜar Ambasady USA w Warszawie Podpalenie
SZKOŁY Ambasady USA w Warszawie.
– Halo?
Jerzy Zawistowski twierdzi, Ŝe od szeregu miesięcy kierował
– Halo?
kierował korespondencję do prezydenta Reagana
– Halo?
na którą nie otrzymał zadowalającej odpowiedzi
– Halo?
no tak, skurczybyki! Konstytucja socjalistycznej demokracji w piątą rocznicę uchwalenia
Nie ustają zwiadowcze loty Sto lat praktycznej ekonomii O pociągnięcie do konstytucyjnej
odpowiedzialności Jesień i zima to teŜ sezon Halo Halo! Piotra Jaroszewicza i trzech jego
wicepremierów Tajną radiostację wykryto we Wrocławiu Vademecum związkowe
Podziękowanie
ministra obrony Halo? Eksport rzemiosła
– Halo?
– Pomyłka! nadal na niskim poziomie Prasa za pół ceny Halo? Dzieci na kartki Halo?
Kalendarium dzieci specjalnej troski czekają opieki i na kartki Wschód Słońca Zachód
Imieniny CDD Sij Aa j Ej? Kronika dyplomatycz
– Hal
odchrzańŜe się Ty od Wschodu i do Zachodu sło
Moi wielcy bliźni blisko mnie. Nie opuszczają w dzień ni w nocy. Projńc nie mówi do
mnie. Lecz przemawia. W przemowie jest wszystko za odpowiedź. Jeszcze odpowiedź
niegotowa,
ale jest.
Jak się zapytać: kto zbudował ten dom? wiem, Ŝe w Projcu znajdę odpowiedź. Projca nie
moŜna tylko pytać wprost. On mnie sprawdza równieŜ, kiedy nic nie mówię. I nawet
sprawdza, kiedy mu robię jakąś przysługę. A gdy sam mu coś wyjaśniam (zdarza się) – nie
zaniedba przepowiedzieć wszystkiego jeszcze raz, Ŝeby się okazało, czy według niego dobrze
zrobiłem. Nie wiem, jak to się nazywa prawidłowo, ale sprawa wygląda przecieŜ tak,
Ŝ
e to on przysługuje mi się bardziej, choćby tym, Ŝe w ogóle jest. Powinienem to wiedzieć
od pierwszej albo zaraz następnej chwili, jak tylko się z nim zetknąłem. śe istnieję dla niego!
Zdarzyło się i teraz, Ŝe pytał mnie o wszystko. Nic, tylko pytał. Więc pomyślałem sobie,
Ŝ
e to domena zbyt powaŜna, Ŝeby on tylko pytał, ale mimo wszystko odpowiadam. AŜ w
pewnym momencie:
– Sprawy moralne? – zapytał. – Jak u ciebie wyglądają sprawy moralne?
Dałem prawidłową, jak zawsze, gdy do niego mówię, odpowiedź.
Właśnie ta czystość obcowania! Która Ŝadnego złudzenia, Ŝadnej wątpliwości nie zostawia
w powietrzu – to w nim pociąga. Roje mógłby mi się stać bliski. Właśnie – nie zaistniało
nigdy we mnie przypuszczenie, Ŝe mógłby być daleki, odległy albo obcy. To byłoby
bardzo nawet śmieszne – by go rozbroić, a właściwie nas – stanąć na dystans. Zawsze
mnie to trochę pociągało, taka daleka, niejasna moŜliwość!
Ale moŜliwość moŜliwością i nic poza tym. Czułoby się wtedy właśnie: naduŜycie! Jakieś
wykroczenie z normy, zejście do nowego, egzotycznego sektora, w który wszyscy rzucają
kamieniami, bo i my rzucamy sami. A ja z Projcem na przeciwległych krańcach!
Objechaliśmy wspólnie wiele miejsc, ja oczywiście pracowałem za kierownicą, to był
mój prywatny wkład, on był za Wiezionego. Bywało, Ŝe dawał w sobie dojść do głosu nikłemu
współczuciu – mnie i nam – w momentach prawdziwego juŜ niebezpieczeństwa. Ale
nigdy nie przekroczyło to miary jego przypadkowego zainteresowania dla zauwaŜonej
ś
rubki. Nawet gdy zdarzały się powaŜne awarie i sam robiłem skomplikowane naprawy:
stawał nie opodal, palił papierosa, przejęty był swym czekaniem.
Wiedziałem, Ŝe wtedy mógłby mnie o coś – najbardziej niestosownie – zapytać. On starał
się zachować jak najdłuŜej dostojność i był czujny. A potem musiały do nas i tak dobiec
cudne miejsca do zwiedzenia, knajpy do ugoszczenia – z Projcem, gospodarzem stołu, patriarchą,
którego zauwaŜał od razu kaŜdy kelner. Kelnerzy mają tajemny instynkt! Nikt nie
podszedł nigdy do mnie, by przyjąć zamówienie. Kto wie, moŜe i świat cały zbudowany
jest z takich miejsc, które przyznają Mu rację?
Wolałem zwłaszcza przed wsiadaniem do samochodu nie myśleć za wiele o takim świecie.
Za kierownicą tym bardziej nie naleŜało myśleć o świecie: był realny i dwoisty jak
moŜliwość bezpiecznego dowiezienia miłośników przypadku. Nie odwracałem głowy od
drogi, mimo Ŝe obok aŜ się iskrzyło to folgujące tylko sobie myślenie, nie dopuszczające
cudzych racji, uzasadnień, poza faktem, Ŝe podróŜ naleŜy kontynuować. Ale i mnie stać teraz
było na spokojne odrzucenie kaŜdej, nawet atrakcyjnej propozycji, jakby wsparty o barierkę
odrębności z obowiązku, z powodu obowiązku, mój umysł juŜ się nie tylko nie buntował,
ale tym bardziej skłonny był do wyrzeczeń.
Tym sposobem ów szybko mijany świat prawie Ŝe na moich oczach odrywał się i uwalniał
od przyklejonych doń racji Projca, a przynajmniej nie zawsze juŜ do ich ramki przystawał.
Projńc sam, choć moŜe nieświadom straty, lecz jakby świadom mej chwilowej
przewagi, starał się z tym nawet pogodzić; nie konstruował juŜ nowych zwycięstw, zwłaszcza
Ŝ
e zajęty niebezpieczeństwami na drodze, mógłbym skasować nagłym wszystkich rzeczy
i osób milczeniem nie tylko jego sto złotych pomysłów. Wybijałem się więc teraz ja
błyskawicznie na zwycięstwa! Doprawiałem je tym bardziej popisowym i bardzo
niebezpiecznym
manewrem – zmuszając Projca do uznania: musiał mi juŜ bowiem pomagać jego
strach.
Ojńc zawczas obaw nie wypowiadał. Ale przewidywałem naganę w przyszłości, niejedną
i w innej materii wyraŜoną. Wielką, największą. Choć gdyby nie ja, teraz czuwający –
wypowiadałby ją tylko juŜ duch nad bezcielesnym moim duchem. A duchy na duchach się
nie mszczą, jak śmiem zauwaŜyć. Tylko świat sytych zna zbyt wiele spełnień; z zemstą
włącznie.
Ś
wiat sytych zna zbyt wiele spełnień, by nie musiało się pośród nich wybierać. A zatem?
ś
yć indywidualnie albo i Ŝyć społecznie. Koniecznie Ŝyć społecznie! Syt szczęścia,
sławy?
Zostawmy to wielkim lub naiwnym. śycie społeczne banalnie sytych ma swój porządek.
Bo sytość jest lekkomyślnym skróceniem drogi, wyzbywając się niepokoju, łatwo lub trudno,
ogranicza wybór trosk. Kto ma troski indywidualne – to juŜ prawie wolny człowiek.
Naprawdę wolny ma jednak szansę dotrzeć do ściany swych przeznaczeń. Na końcu będzie
to zawsze jedna i nieprzekraczalna. Wolny moŜe nie zrozumie tylko tego właśnie: Ŝe kaŜda
całość w końcu rozpęka się w proch. On jest równieŜ tą całością. Bardziej niŜ kto inny. I to
będzie dlań najbardziej zaskakującym zdarzeniem, złowieszczy i beŜ sensu.
A my tu – Ŝyjemy sobie wszyscy codziennie i od początku ze świadomością ściany. Która
nigdy nie rozpęka się w proch. A zastępuje wszystkie inne. Czyśmy tacy wielcy? W
czym błąd? Robiłem kiedyś po kolei wszystko, co się nadarzyło, w wielu zawodach; i nie
zauwaŜyłem, by było w którymś z nich coś wyraźnie przeciw; moim własnym oczekiwaniom,
skłonnościom ku przystosowaniu. Za kaŜdym następnym razem zaczynałem od zera,
a co juŜ zdobyłem, odrzucano i szło na rachunek strat. Złośliwości losu doprawdy się nie
dopatrzyłem. Robiłem coś tam, niechlubnie zaczynając i smutno kończąc. Z dnia na dzień i
przez wiele lat. Ulice przez ten czas zszarzały, spotworniało Ŝycie.
Nikt szałem entuzjazmu juŜ nie wita dzisiaj Beethovena, stałby się nagłą plamą pełnej
obecności w tym pustym tle. Dyrygenci biorą z marszu cztery sławetne nutki, starając się
odszukać jakiś – o zgrozo! – jeden wspólny rytm i dla reszty. Powolnego, więdnącego landlera,
moŜe walczyka?
Nieślepy był zamiar, a pismo wydaje się jakoś koślawe. Czynimy alarm na powitanie
ś
więtych, a wzniosłość dusimy w sobie w zarodku. Popłoch w małości, martwocie czyni
czasem myśl jedna. Jednej odpowiedzi na wszystko, na tak długą zastałość ma wystarczyć!
A tu Chwila jest osobą potęŜną, kaŜda chwila. I bliźniaczą całemu światu. Przystanią
takŜe.
Czasem, gdy sobie pomyślę, jesteś Chmuro.
Czasem, gdy się połoŜę – jesteś Łąko.
Dzień, prawie pół dnia, przechylenie na południe, zdawało się, Ŝe juŜ podchodzę pod
swój dom. Dym się zaczyna kominem Wynosić, dociera zapach, by mnie zaskoczyć w lesie
teraz, dym się zatrzymał, aŜ dalej jakby Ŝywy chytrze szedł, w górę, pośród tylu otwartych
dróg dla siebie.
Myślę, Ŝe prawie tak samo poniosę się w przeszłość, markotną dziś, choć jakby takŜe i
aromatyczną, czułą na tyle, Ŝe jeszcze umie się oswoić ze mną, a co mi da z siebie – nie
wie. MoŜe juŜ tam tak mało ma? Ale jakŜe miałbym nie wejść gdzieś, gdzie beze mnie byłoby
pusto, nijako? Tam przecie zawsze zaczyna się wiedzę i o sobie: od tego miejsca zacznę
i potem nie odstane. MoŜe podobnie i w nowych miejscach było mnie wciąŜ za mało?
Więc poddam się im, wciąŜ trudno rozpoznawalnym – ale je poznam.
Ktoś gotował obiad na rozgrzanej płycie. MoŜe i gotował dla mnie. Do dziś została ta
moŜliwość. Kiedy przeszłość jest moja, a w przyszłości cienka zupka mnie czeka – cóŜ to?
Odejdę uspokojony.
I tak widziałem Łąkę. Za długo mi się śniła, Ŝeby nie dotrzeć do niej. Ktoś obcy przyjdzie
i powie: tak sobie tutaj, łąka. A toŜ to Łąka wszystkich łąk! PołoŜenie do dziś ma raczej
korzystne (choć przecina ją w pół rów melioracyjny), trochę z górki leci, ale za to jej
przewiewnie, z zefirkiem listopadowym mimo mgły.
Ta przecieŜ Łąka nie poddaje się mgle ani uśpieniu! Spojrzysz szerzej, to na lewo w lasek
coraz głębiej opada – ale kiedyś był tu ogród wśród drzew. Zza rowu sterczy dalej pole,
za nim tez lasek. Pole zamieniło się w samosiejkę rećki. W dole, w głębi mokradła, kędy
kiedyś się biegło boso suchą stopą. Pod większym lasem w wojnę pędziło się bimber. Tam
i przechowywałem krowy przez cały front. Jak przeszedł, poszły na Ŝarcie dla zwycięskich
wojsk. O Łąkę frontu nie załoŜono. Tylko trupy wśród opuszczonych półŜywych czuły się
tutaj dobrze. A teraz dzieci niech bawią się świeŜą wiosną, gdyŜ przyszła, równiutko wypuścił
się Ŝółty mlecz.
I znów ni śladu po nim. I nikt jej nie nazwie zwykłą łąką. Nikt nie zauwaŜy nawet, Ŝe
zginęła!
We śnie świeci słońce i nie ma mgły, jest Ŝółty mleczaj. Dzieci stoją pośrodku, nieme,
wielkie jak dorośli trudno byłoby rozpoznać, kto był kto. KaŜde z nich moŜe być mną, ja
kaŜdym. Jeden świadek wszystkiego: Łąka. To i jej nie ma. Dziko porastający las na tym
miejscu, samosiejka. Przy ziemi zimny mech.
Ci, co się znają na obowiązku, są wielcy. WyróŜniają się. Bardzo wielu ma obowiązek
czynić to, co oni uznają za dobre. Postępować inaczej – byłoby juŜ nieuczciwe: przecieŜ za
to się płaci! Wielcy są więksi od innych, od czasu jak się takimi stali, jak więksi od nich tak
uznali. Zawsze trzeba słuchać większych od siebie, to jasne. Masz zyskać ich uznanie. Nawet
ci z najmniej waŜnych, jeśli staną się przypadkowo, na zasadzie talentu (talent jest
wciąŜ rozdzielany) – waŜni w jakiejś wąskiej i pośledniej dziedzinie wytwórczości: to nawet
i oni, choć wybrańcy losu – muszą się czule dostroić do uznania większych. Jeśli je zyskają,
gdy im się to uda – zaczną od pozostałej reszty odstrajać się jako inni i oczywiście
wtedy to są juŜ ludzie na ścieŜce pochyłej w górę. Sami na nią weszli, ale sami z niej nie
zejdą. Ich równowaga oznacza zawsze ten trudny do utrzymania kierunek.
Co innego prawdziwi wybrańcy losu. To oczywiste, Ŝe muszą się wyróŜniać i w tłumie, i
w oczach Sekretarki Dyrektora – jakŜeby to inaczej poznała, jak ma się do nich odezwać,
jak przyjąć itd. Dyrektor juŜ udaje, Ŝe się SAM by na takim poznał, nawet gdyby go zobaczył
w tłumie nagich. A tu widzimy Dyrektora w wyróŜniającym się stroju. To jest dodatkowo
w tym wszystkim ładne!
Kiedy jakiś Artysta przywdziewa strój odpowiedni do jego wielkości – no to wtedy jest
on jeszcze bardziej artystą, większym od innych, to zrozumiałe. Tym więcej waŜny siedzi
obok nas, tak bardzo skromnych na jego szczęście, tak potulnych w nędzy codziennej, naj-
mądrzejszych dla siebie i najczulszych tylko na to, Ŝeby czasem, choć kiedykolwiek, o sobie
usłyszeć, pogłaskanym być po głowie dla zachęty – moŜe kogo z nas Wielki zauwaŜy?
Z nas – sędziów tamtego przystrojonego ARTYZMU. I na własnym punkcie wciąŜ tak
czułych!
A Projeńć to Artysta i czasem chce być ze mną. Choć mnie odpycha wzrokiem, i to moŜe
nawet specjalnie nieprzyjemnym, nie zwaŜa wcale na ten drobny, maciupki kłam, tylko
pędzi dalej na zdobycie wyŜszości, wielkości.
Jasne, Ŝe wyŜszość brzydzi się pogardzaną niŜszością. Choć świątecznie się do niej
uśmiecha. Brzydzi się i oddziela strojem, wygodą, pustym wielosłowiem. A kiedy juŜ dzieci
moje uznają się za gorsze, i to od początku gorsze, krótkowzrocznie przytwierdzą, jak
gorzka jest rzeczywistość, Ŝe jej grzęzawiska okazują się ciągle ciut za rozległe – dowiedzą
się co najwyŜej, Ŝe wszyscy im wybaczają.
Aby dzieci wierzyły zarówno Wielkiemu, jak i mnie, myszce.
Sam często czuję się jeszcze takim dzieckiem. Chciałem juŜ zmienić swą naturę – z powodu
wszystkiego! CzyŜ nie przeznaczałem siebie do roli juŜ nie jeźdźca, lecz konia? Nie
wprawiałem się do jego roli? Bo zauwaŜcie: koń przecie zawsze jest sam, i nigdy nie ma
przeciwnika. A jest umiejscowieniem siły.
Tak naprawdę to lubiłbym jeszcze ludziom pomagać.
– Pani na Mokotów?
– Baardzo pana proszę! Ale aŜ na Ursynów.
– To będzie droŜej, proszę wsiadać.
Pani z futrzanym kołnierzem na płaszczu, dziewczynka tylko w szkolnym sarafanie.
Na Ursynowie widać nie ma szkół, dzieci muszą jeździć do innych dzielnic.
– I codziennie tak pani ją wozi?
– A codziennie. Udało mi się załatwić szkołę blisko mojej pracy. I tak jeździmy. A znajoma
to odbiera dziecko nieraz po dziewiętnastej. Cały dzień ma w podróŜach. Znam taką
jedną, co ma trójkę dzieci. Prosto ze wsi, wie pan, przyszła i co rok, to prorok. To juŜ na
dzisiejsze czasy nienormalne, proszę pana. Kto to wychowa?
– No ale pani moŜe, jest chociaŜ lepiej sytuowana.
– Jakoś nie narzekam, mamy sklep.
– I dziecko jedno?
– Mam dobrą pracę, proszę pana, ale i z jednym się nie wyrabiam. Ta maleńka nie zna
prawie rodziców – widział pan, jak się bała usiąść sama? śeby mnie na chwilę nie stracić?
– No a w domu: mam na myśli Ŝycie rodzinne i jakieś towarzyskie, rzecz jasna?
– Jak człowiek gdzieś wpadnie i posiedzi, to myśli zaraz, Ŝe by i w domu coś obejrzał,
włączył i posłuchał. To nie jest czas na Ŝycie przy dziecku. JuŜ prędzej na robotę. A to Ŝeby
dywan był czysty, firanki; no i takie rzeczy.
– Chciałaby pani uciec od tego?
– Od wszystkiego proszę pana, od wszystkiego! Bo – czy my kiedykolwiek będziemy
choć trochę normalni?!
Speszyła się. I juŜ przepraszająco uśmiechnęła.
– A pan to – pan z kaŜdym rozmawia tak normalnie? Z dziewczyną, Ŝoną teŜ?
Długo Ŝałowałem zostawszy sam. Czemu nie zaprosiłem jej do Ŝycia? Wspólnego, samotnego,
roztargnionego?
Z Teresą rozstaję się na zawsze. Choć pozornie – wszystko się składa. MąŜ ją rzucił.
Wyjechał na wczasy gdzieś do Algierii. A został w ParyŜu. Napisał, Ŝe wybrał bezpowrotnie
wolność, ale nie od Teresy. Wzywa ją, Ŝeby przyjechała. Zabrał ze sobą dwoje dzieci i
teraz mu ciąŜą. Teresa chce mu odebrać dzieci, a on chce zabrać i ją.
– Nie pojadę tam! – mówi Teresa. Zamknęła się w sobie i ma Ŝal do wszystkich męŜczyzn.
KaŜdy z nich to zaraz jakiś Dramat! Usłyszała gdzieś teŜ, Ŝe o ucieczce męŜa wiedziała zawczasu
cała jego rodzina, a nawet jej rodzony ojciec. MałŜonek stęskniony wypisuje teraz listy
z pogróŜkami, Ŝe jak nie przyjedzie, to gorzko wszystkiego jeszcze poŜałuje. Jeszcze!
KaŜdy, do kogo się Teresa zwróci o radę – rozkłada ręce. TakŜe i głośny tygodnik, który
„z przyczyn rodzinnych” stracił czołowego komentatora od polityki – moŜna powiedzieć,
Ŝ
e boleje. Kto teraz utrzyma linię tak, jak on ją trzymał?
A z wszystkiego to ja straciłem Teresę najbardziej. Nie ma juŜ dla mnie głowy. Nie widzieliśmy
się od paru tygodni. Nosi w sobie samotnie tę głęboką i zadawnioną krzywdę: a i
do winy nikt się nie spieszy przyznać; nawet ja, współczujący. Czuję przy niej, jak zawiodła
się na mnie.
Bo Teresa całkiem nieskrycie wierzy, iŜ gdybym tylko chciał, wetknąłbym w coś swój
paluszek i wywołał cud. Wtedy by się wszystko odstało! Jej spojrzenie chłodne, a zdaje mi
się, Ŝe nawet mroŜące, wywołuje we mnie ostro świdrujący ból głowy. Więc czułości Ŝadnej
nikt od nikogo!
Patrzyłem na Ŝycie kiedyś jak na Ŝywy obraz. Szukałem w nim porządku. KaŜdy zatrzymany
w oczach ruch i reakcję nań próbowałem na nowo układać tak, jakby miały iść
podług jakiegoś „porządku”. Zasady. Jakiej szukałem zasady? Co o niej pamiętam? Nie
dam sobie dzisiaj z tym rady.
Ale szukałem jej twardo, tej zasady. Co łączy, na przykład, późne wieczorne niebo ze
zwoŜeniem kartofli. Łuna nad ogrodem i dalej, do końca nieba. Był zaraz potem wschód
księŜyca. Olbrzymi, pąsowiejący! To stamtąd szedł? Szukałem i za tym czegoś znacznie
więcej. Więcej? Albo właśnie: z kim to ja rozmawiam teraz? Z pamięcią? Czy odwijam jej
zwój w przeszłość, czy do Ŝywej duszy? Czy nie Ŝyliśmy prawdziwiej, szerzej? Choćby
tym, co Ŝycie zapowiadało!
A moŜe ta pamięć sama jest w bezruchu? JuŜ prędzej chmura jest do opisania. śywa, ma
jakiś wzór.
Ale czy to chmura zachodnia czy północna? Wielobarwna czy juŜ wieczorowa? W kaŜdym
momencie i w kaŜdym swoim kwadracie: juŜ skończona. A ciągle w ruchu! Wyraźna
do ostateczności. A jest juŜ tylko przed zniknięciem. Chmurę trzeba poznać. Trzeba ją
wiecznie poznawać!
Ma swoją godność chwili i dowcip zmienności. Czy pamiętasz dziś, stąd, w pokoju będąc,
jakąś chmurę? Nie zna pamięci. Tylko, Ŝe jest teraz. Szukający zasady i podobieństwa.
Stracisz tylko pamięć!
Bo przecieŜ chmura ma swobodę w czasie. Nie da się spłaszczyć do jednej chwili. Stracili
ją z rozumu dawno poeci. LŜą ją, bo jest niezaleŜna. Nie zatrzymała się przy niczym
obok, CHMURA, MoŜemy siebie wybierać.
Chcę, Ŝeby trwała dalej tak, jak się zwija i odwija, i Ŝeby jeszcze tak było, jak nie wiem,
Ŝ
e moŜe się stać. A Ŝe to się stanie, co juŜ prawie wiem? Ona pod otwartym wpływem (dla
mnie niewidzialnym) zawsze wszystkich sił.
Bo kto szykuje się stale, Ŝeby ją złoŜyć w NOWĄ? Zmiany dochodzą swych granic –
równowaŜenia – i wtedy wszystko odmienia się na inny los.
Wszystkie siły mają okazję bez czekania działać: po tym widać, Ŝe coś jest silą właśnie!
Jak wpływa, jak naciska! Dopiero tu czas wyraźnie istnieje, podług naturalności następstw,
nie wskazań zegarka: wiele jest czasów, które mierzą się wzajemnie, w nich jest czas widzialny
i poczucie siły WITAJ CHMURO! Zjawia się.
Gdy patrzę na ciebie, to tylko zazdrość i pochłaniająca całą mą uwagę gościna.
A Projc na chmurze? By się nie utrzymał. PrzycięŜki.
Będę odtąd patrzył i na siebie z zewnątrz. Jak na chmurę.
Jeden wśród niewolnych
SkarŜenie się na brak pamięci miało i uboczne skutki. Poproszono Franciszka o nowy
Ŝ
yciorys. To juŜ się zdarzało i przedtem. Ale teraz częściej. I w dwu egzemplarzach, jeden
moŜe być napisany na maszynie. Coś nim szarpnęło, nie mógł w pierwszej chwili pojąć,
dlaczego. PrzecieŜ to juŜ bywało! A tu omal nie stracił równowagi. Chciał od razu wyjść
gdzieś, uciec lub cokolwiek szybkiego zrobić – byle juŜ, gdzieś, nagle!
Wreszcie zdecydował się. Wstał, przekręcił klucz od wszystkich tajemnic, które mu
lekkomyślnie
powierzono. Dwa razy chciał jeszcze wracać, by sprawdzić. Teczka banalnych
korespondencji i innych szpargałów – mogły się czuć bezpieczne. I stary ręcznik przed praniem,
ale to własny! CóŜ za wyjątkowy dzień!
Chuda i brzydka barmanka na dole była tego dnia przystępna. Powiedziała mu w dyskrecji,
Ŝ
e za jakieś dwie godziny moŜe być wątróbka! Więc mógłby na nią liczyć!
– Przyjdę tu za dwie godziny! Ach, cóŜ za dzień! – prawie wzniośle podsumował. Tylko
jeszcze te cholerne dwie godziny.
Na przystanku nawet się zadomowił. Jakby tu miało przyjść natchnienie na resztę Ŝycia.
Ale szczęśliwie uległ odruchowi i w ostatniej wskoczył chwili do nieznanego numeru. Nie
zdąŜyły mu się nawet drzwi przed nosem zamknąć, ktoś przegapił.
I mimo godziny szczytu wcale nie było tłoczno. Jakiś licealista albo student zdąŜył mu
zawisnąć na ramieniu. Franciszek wywinął mu się przy hamowaniu i tamten przeleciał o
dwa miejsca dalej. Wreszcie, moŜe rozczarowany, usiadł z przodu. Gdyby choć pedał –
pomyślał Franciszek. A tak w ogóle to czy nie za późno jeszcze podziękować kierowcy?
PrzecieŜ mu się nie udało. A Franciszkowi? JuŜ parę rzeczy dzisiaj nieźle poszło. Tylko nie
popadać w niŜ sukcesów!
Za szybą coś w rodzaju lasu. Wyskoczył. Trafił od razu na nikły jakby pomysł na ścieŜkę,
gdzie między kolcami głogu łatwiej było przejść. Przedarł się następnie przez krzak,
który zagrodził mu drogę, podrapał sobie twarz – ale co tam! Małe niebezpieczeństwo
przyjemniejsze niŜ myślenie o duŜym. Za głogiem wpadł w dół obfitości i zbierał się niezdarnie
z klęczek. Nikt go nie widział i robił to wszystko dla siebie.
Wstał, poszedł. Potem długo, długo szedł. Hałas ulicy, miasta ścichł i dał się zapomnieć,
deptane liście szeleszczą, i to teŜ jest zwyczajne. Drzewa w milczeniu pną się do nieba,
moŜe i bez wysiłku idą? Dziwnie mało z tego nam zdradzają.
Skręcił w glinianą odnogę ścieŜki. Jak tu ślisko i Ŝadnego śladu! Zawahał się: czyby nie
zostać w tym lesie na stałe? JuŜ wybrał zejście, czyli nowe odgałęzienie. I zza budyneczku,
przed którym niespodzianie się znalazł, wyszedł młody męŜczyzna, wyszedł i teŜ się
przytrzymał,
jak dwaj przeciwnicy w obawie zatrzymali się, wnet łatwo się wyminęli, niby kaŜdy
prosto przed siebie, ale jednak boczkiem, rozeszli się.
Więc on do lasu dalej, ja nad rzekę! JuŜ się ucieszył, jak będzie szeroko! I na to za górką,
spod łuków mostu otworzyła się spokojna woda. Jej płaskość pogłębiała się w dal. Pośrodku
miała rozcięcie na podłuŜną wyspę, która teraz była biała od ptaków. Podrywały się
i w nieustannym migotaniu jakby całej wyspy siadały. Wyglądało to jak ruch szarawej siateczki.
Mewy? – pomyślał – to tak wyglądają mewy?
Na moście, u wylotu z miasta, nieustannie dudniły cięŜarówki. Pod zielonymi plandekami
wioząc milczących Ŝołnierzy. Czemu nikt nie śpiewa? Wpatrywali się wszyscy gdzieś
w jego stronę.
Więcej oni są. tu niŜ ja tam – pomyślał. Ale jak się nazywają te ptaki?
Piasek na końcach wyspy odsłaniał się i ginął, potem krajobraz cały, ziemia–niebo, szarzał
i bielał w częstotliwości stałej, jak nadawany wiecznie komunikat. śołnierze opuszczali
miasto, nad cypel dopływała nowa fala – wszystko w tym samym rytmie. Słyszeć go
to tylko jeden szum, daleki i wyobraŜalny, jak kaŜdy odległy gwar. Na rozum i przez wyobraźnię
lub chcenie moŜna usłyszeć wszystko.
Woda przesuwała się bezszelestnie na północ. Ptaki zostawały. On, Starszy Inspektor Fr,
juŜ prawie ptak, który patrzy na inne ptaki. Jakie to ptaki, do licha?
JuŜ wyszedł z siebie, juŜ ruszył się, Ŝeby nie stać, nie marnieć, i teraz dalej będzie szedł
brzegiem na północ z wiatrem. Bo na postoju zamarzają oczy i myśli.
Nie zatrzymał się juŜ od dwu godzin. Nagle brzeg się skończył. Nie ogrodzeniem, ale
ś
cianą parującą od fekalii. Tu upływa wciąŜ miasto. Pikują w nie białe ptaki. Więc to nie
mewy, nie morze! Zbrzydzony skręcił stromo w górę, do lasu. Szczęśliwie jeszcze był.
Dalej parł przez zaniechane wykopy wojenne. AŜ trafił na płot wysoki, czterometrowy,
kolczasto obramowany. Za nim było czyjeś boisko. Piłka mogłaby nieopatrznie wybrać
wolność. I wpadł z rozpędem w zazieleniony dół. Dość dobrze zazieleniony, by się móc w
nim wyłoŜyć. GdybyŜ było jeszcze trochę cieplej! Potem uwaga: jakiś urwany głos. Nad
brzegiem dołu facjaty dwóch męŜczyzn. Są w przewadze! Ale się szybko wycofali. Szukają
tędy drogi? Nie byłoby w tym wiele sensu. Jak by tutaj dobrze było podrzemać!
Wyskoczył na brzeg. Ci dwaj jeszcze stali nie opodal, wydawali się i sami bardzo strapieni.
Jeszcze bardziej niŜ on! Teraz juŜ się całkiem uspokoił. Będę tu sam jeden! – zawołał.
I pędem puścił się w długi wąwóz w głąb lasu. Zrobiło się nawet cieplej. Drzewa czerniały
powoli od zmierzchu, ale gdy się patrzyło w górę, ku niebu, jeszcze tego nie było widać.
Więc szedł ciągle z głową do góry.
AŜ natknął się na korzeń i się przewrócił. Obok leŜało przewrócone drzewo, grab wyrwany
z ziemi z korzeniami. Mój sojusznik! – pomyślał i połoŜył się na plecach na pniu tego
grabu. Tamte ptaki to musiały być; rybitwy – przyszło mu wreszcie do głowy. Nad nim
stał inny grab. I daleko, daleko nie było nic więcej.
Wezwał go na dywanik Paziej i obsztorcował za wczoraj. Co było wczoraj? Paziej mówi,
Ŝ
e został przez Franciszka potrącony przy wejściu do księgarni i nie doczekał się słowa
przepraszam.
– Ale czy ja pana wczoraj widziałem, szefie? – zdziwił się Fr.
– Byłem bądź co bądź z Ŝoną, Ŝołądkował się Paziej i intensywnie machał po swojemu
łokciami, w górę i w dół, w górę i w dół. To były argumenty co najmniej równie waŜne,
choć nie wypowiedziane. – I naleŜało mi się trochę szacunku – wypiszczał.
– Musiałem... musiałem pana, państwa, przepraszam: nie widzieć – wybąkał Franciszek,
jakby naprawdę juŜ nic niewinniejszego nie umiał zmyślić.
– PrzecieŜ pan widział! Pan widział! To był pan! – pieklił się Paziej z łokciami. – Panu
się to zdarza nie pierwszy raz!
Nie mogę sobie tego z niczym połączyć, a przecieŜ mnie widziano! Pan Paź był ekspulsywny
i tak przekonujący, Ŝe bez przerwy mi łopotał nad głową.
Doktor K. z wyrazem twarzy jeszcze bardziej rozumiejącym, niŜ tu wchodząc mogłem
się po nim spodziewać, gorliwie począł mnie zachęcać do zwierzeń.
– AleŜ niech pan sobie jeszcze raz przypomni, spokojnie. Nikt pana, tutaj zwłaszcza, nie
pogania. Niech się pan uspokoi, mamy czas.
– Mamy czas?
– Mamy dość duŜo czasu – odparł spokojnie Doktor K.
– Ja bardzo pana, Doktorze, przepraszam, ale – pan przecieŜ nie ma czasu?!
– Dlaczego niby to?
– Czekają pacjenci. Wielu, niektórzy moŜe nawet są gwałtowni. Ja lepiej sobie pójdę
gdzieś sam. MoŜe przypomnę sobie.
– Kiedy ja pamiętam, Ŝe pan tu był juŜ u nas kiedyś.
79
– Ja tutaj?
– Sam pan podawał. To było dawno temu, kilkanaście juŜ moŜe lat.
– To była teŜ ta... amnezja?
– Mamy to w pańskich dokumentach; o – gdzieŜ to ja mam?
Franciszek wybiegł z wizyty śpiesząc się, i nie wiadomo dokąd. Więc to naprawdę
amnezja? śe Paziej – tak. Ale Doktor K. by nie zmyślał. Zawsze był taki spokojny, cierpliwy.
A jeśli tego dnia nie byłem jednak w lesie? A na ulicy, Ŝeby się nie kłaniać?
Sama świadomość, Ŝe ktoś ode mnie oczekuje Ŝe mu coś potwierdzę, co w ogóle nie istniało
– jest nie do zniesienia! Rozumiem, czego Paziej, czego nawet Doktor K. chciałby
ode mnie; ale tego nie mogę, właśnie nie mogę im dać!
Paziej nadal buszuje bezkarnie. Między nim a mną jest Koziej, wychowany z porządnego
człowieka. Gatunek to istot o dobrej, nawet bardzo dobrej opinii i z nastawieniem przeciwnym,
niŜ myślicie. TakŜe jakieś postaci drobniejsze, mniej waŜne, które udowadniały
mi nieraz, jak to się sam wyniszczam i Ŝe długo nie pociągnę, jeśli nie zmienię taktyki.
A ja zwycięsko śnię po nocach – i w dzień okazuję się zbyt senny, rozlazły i trochę mało
zdecydowany. Choć podobają mi się te zarzuty, Ŝe go lekcewaŜę czy nie zauwaŜam, bo
komuŜ by się nie spodobały. Przynajmniej nie zaciągam długu u wierzyciela, i jeszcze jestem
sobą. A nauk od tych, którzy, choć nieśmiali, podstawiają mi nogę, nie przyjmowałem
i nie przyjmę, o nie! Zobowiązania swoje spełnię, punkt po punkcie – otóŜ i obecność moja!
Chcecie Ŝyciorys?
Urodziłem się o piątej po południu i całe Ŝycie dotąd miałem marne. Wszystko mi się
tylko zaczynało. śywiłem się cały czas cudzą wolą. Z własnej niczego nie zaznałem. Czego
i jak oczekiwano, tak spełniałem.
Nie uprzedzono mnie, Ŝe mogę chcieć inaczej. Tłumaczenie niby głupie, ale rozumiecie.
Ciągle tylko się starałem rozczytać w tym, co wisi w powietrzu: rozumiałem, Ŝe z tego ma
być coś i dla mnie. W kolejności, rozumie się, czyli po innych. W zasługę własną teŜ długo
kiedyś wierzyłem, kiedyś przedtem, nie przyznając się oczywiście przed innymi. Teraz nie
myślę juŜ wcale, Ŝeby to mnie wyróŜniało korzystnie.
I ciągle domyślam się czegoś, i ciągle na ten domysł jest za wcześnie. Podług innych jak
patrzę, to nawet nie wiem, czy taka sposobna pora dla mnie przyjdzie. Ale będą ostatni
pierwszymi, myślę sobie.
A moŜe przybyłem z Marsa? Przyszedłem tu Ŝyć, syn z niepewnego ojca, który zaprzyjaźnił
się z odmienną płcią na Ziemi. Przyszedłem z archaicznego, tak, z archaicznego
ś
wiata, i dlatego to ja, a nie kto inny, miałem prawo wybierać krainę, w której się zjawiłem,
i naród, z którym się zaprzyjaźniłem, ale juŜ nie jego zwyczaje. Mogłem o wszystkim decydować
na początku, ale nie potem. Moje usposobienie wrodzone, jak błędnie powiadają,
teŜ jest wybrane. Wybrałem kraj swobodny i nie ukształtowany do dziś, lecz sławny niegdyś.
To znaczy: teraz jakby trochę nijaki. Z miękkich śladów, z nastrojów rozsianych
wśród ludności i z materialnych szczątków historii moŜna tylko mniemać, Ŝe był wielki. I
jest niewielki. Czy w ogóle potrafi jeszcze być?
Za jego zasługę uznać wypada, Ŝe się nie zdąŜył dotąd zadławić! DuŜo to czy mało? Nie
wiem. Ale to wiem, Ŝe nie podarowała go niczyja przeszłość darmo. I nikogo, by doń naleŜał,
nigdy nie przymuszano. Poniesione koszta przetrwania zawsze wzbudzają mój szacunek.
Ale dlaczego zaraz mam się kłaniać n a u l i c y , g d y w ł a ś n i e jestem w lesie? Takiej
sytuacji, tego – przenigdy nie wybierałem.
Sam teŜ polubiłem usposobienie łagodne, jak najmniej despotyczne. Mój apodyktyczny
ojciec z Marsa za kontrast mi wystarcza. Gdy nikt pomyłek nie wybacza, kiedy doznałem
wielu upokorzeń, bojowy muszę być, bo limit nie tylko prób, ale i mojej cierpliwości, się
wyczerpał. Bojowy, bo oto staję bez obrońcy. śyłem zbyt długo skrępowany waszą wolą,
waszą wiecznie; kapryśną wolą, która dziś samych was gniecie.
Odgadywałem wszystko; wasze minki, zachcenia, wzmianki, luźne uwagi. KaŜdy przesuwający
się wolno cień cudzego marzenia – był dla mnie jak rozkaz do czynu. SłuŜyłem.
Cały waszej łaskawej pospolitości. SłuŜyłem chętnie.
Teraz mi tylko zostało. Pokonać przestrzeń, czas. Przenieść się stąd do mego wymarzonego
ideału. Straciłem stałe miejsce u was. Teraz zacznę od przewoŜenia wszystkich na
odległość. Miasta, ulic. Ale wszystkich, kaŜdego.
– Pan nas zabierze na Stare Miasto?
– Stąd i na Stare Miasto? A jakich to aŜ nas?
– A mnie i te dwulate. śe ja trochę sobie dziś tego? KaŜdy ma swoje święto, no nie?
Pan, zdaje się, inteligent, to moŜe inaczej?
– Ja? Chłopointelektualista.
– A ja jest robociarz, widzi pan to znaczy sie, technik stąd, od proszków.
– Czyli Ŝe brygadzista co najmniej, krezus. A tu zaraz i podziemie gospodarcze za rogiem.
Ludzie muszą prać i szorować, no nie?
– Ale ja od proszków do pieczenia, panie – tego nie sprzedają na kartki, a tak, swobodnie.
ś
yje się z pensji. A teraz bach–bach i pojedziemy sobie do dziadka, Anulka, co? Stary
taki, wie pan? Ale muszę z nim czasami pogadać.
– Na trzeźwo to juŜ by nie wyszło?
– Rozumie się, Ŝe bywa i na trzeźwo. Ale teraz jakoś nie wyszło. A pan wie, jak się złoŜy
dwa tysiaki główką w dół – zostają same węŜe. A z węŜami kto, no kto jest taki mądry?
Wykręć pan tę samą dwójkę, odegnij główkę na drugą stronę, zostaje tylko buława odwrócona,
koniec. No to co? Kto rządzi nami, czytaj pan, panie inteligent. Ale ja tego nie powiedziałem.
A co – milczysz pan? A moŜe ci się i kawał nie podoba? Z Ŝycia. Ja mam juŜ
trzydzieści jeden lat, a Anulka jest czysta, maleńka, dla niej sprzedałem takiego samego
fiata – Ŝeby tylko mogła mieć wszystko, co trzeba. Bo dla mnie dziecko i dom – zawsze
ś
więte!
– I na coś pan wydał wszystko z tego fiata?
– A Ŝeby Ŝona została w domu, Ŝeby przy małej mogła zrobić, co trzeba, sama, Ŝeby
małej się nie nudziło.
– To znaczy, koŜuchy Ŝonie pan kupił, pralki i dywany – i co, nie nudzi się?
– A nie nudzi. Tylko z domu czasem wygania. Temu no trochę i sie wypije – jak dzisiaj,
nie? Bo powiedz, powiedz ty mądry, czy państwo to mie powinno tak zarządzić wszystko i
zrobić porządek taki, Ŝeby nam robociarzom chociaŜ spokój był w domu?
– To znaczy chce pan mniej pracować?
– Nie, ty nie rozumiesz. Tu u nas w Łomiankach pustynia, mówię ci, juŜ o czwartej. A
do autobusu się nie wepchniesz. A później to juŜ nie ma po co. A ojciec mój ciągle tylko
tak mówi, Ŝe i nie trzeba. Bo on mieszka na Starym Mieście! I jest na emeryturze. Z Ŝono
to juŜ do niego nie mogę. Bo jej się nie chce.
– To znaczy, Ŝe ty jesteś dobry syn! Nie odrywasz się od ojca.
– Syn to ja tak. Ale on nie najlepszy ojciec. Mnie zawsze tylko Ŝołond boli, jak z nim
pogadam, ot i całe wszystko! Wiesz, co on mnie zaraz powie?
– Co powie?
– I ja, jak zajde, długo nic nie powiem. A On nie odezwie się wcale. Tak długo między
ojcem i synem ani rusz. Czy ty byś wytrzymał?
– Ja nie.
– A jak ja z robotnikiem gadam, to ja majster i on rozumie. A z ojcem nie. Z tobo teŜ
moŜna by pokolegować, no nie?
– To jest duŜa sztuka.
– A mnie jak Ŝołond coraz częściej boli, to ja robie się coraz więcyj głupi. Ty mi doradź!
– Na Ŝołond?
– śeby ja nie był głupi! Nawet – jak i zaboli. Ja sam to silny, strasznie silny! O, na ten
przykład, do baby, widzisz – to ja za słaby. Silny – a tu słaby! No i radź, jak to jest?
– Mam się tu zatrzymać?
– Gdzie zatrzymać! Staniesz, jak ci powiem, teraz
radź. Dla mnie to ty dobry jesteś!
– Dobry niby w czym?
– UwaŜam, Ŝe Jesteś lepszy jak mój ojciec.
– Dlaczego?
– A bo duŜo pytasz. Lepszy jesteś. Nie wiem, czy warto teraz do niego jechać. On jak
nie milczy, to sam tylko mówi.
– To co? Jechać dalej?
– A z tobo jak by on rozmawiał? Nie chcesz go poznać?
– Zdaje się, Ŝe juŜ go trochę znam.
– To ty powiedz sam, dokąd jechać. Do Krokodyla albo no – Bazyliszka? Ty lepszy jesteś
od niego. Chodź, postawie tobie kawe i pogadamy, dobrze? Powiesz mi, co w Ŝyciu
najwaŜniejsze!
– Dla kaŜdego co innego. Tak przynajmniej – powinno być.
– A ja myślę, Ŝe najwaŜniejsze jest to, Ŝeby nie dać się podejść.
– To zapłać za kurs.
– Myślę, Ŝe jak o ciebie chodzi, to na rewolucjonistę juŜ jesteś za stary.
– Ja tak nie myślę.
Razem z wywróconą podszewką wyrzucił mi zmięty banknot. Z generałem w czapce.
JuŜ się nie targowałem. Chwiejnym krokiem poszedł do stylowej kamieniczki na Freta, targając
za sobą ufną bezgranicznie Anulkę.
InŜynier, czyli obecność psa
InŜynier wszedł. Franciszek jakby się zgubił w pamięci, uwagą zawisł przy drzwiach.
– Ach, pan inŜynier!
Z psem na dworze musiało być mu zimno. Więc opuścił psa, odwiedza sąsiada. InŜynier
nigdy nie przychodzi z własnym tematem. Franciszek domyka drzwi i czeka, aŜ inŜynier
wreszcie ocknie się i pierwszy zacznie tak, jakby wszystko było jak trzeba.
InŜynier jednak przyszedł dziś i ma temat.
– Oglądał pan ostatni odcinek w telewizji? – pyta.
– PrzecieŜ pan wie, Ŝe nie oglądam telewizji.
–
Ale ten o Ŝyciu dzikich, musiał pan widzieć!
– O Tarzanie?
– Nie, o kimś innym. Osiadł wśród dzikich i Ŝył razem z nimi.
– Ma pan na myśli kobiety teŜ?
– Nie, nie kobiety – zirytował się. – Choć nie wiem, czy to dla pana... Proszę mi powiedzieć,
czy pan w ogóle wierzy w dogmat?
– Dogmat? Czy chodzi panu tylko o religię? Bo jeśli o mnie... myślę, Ŝe kaŜdy stara się
posiąść coś stałego i niezmiennego. Raz na zawsze. I to jest nasza największa utopia! wie
pan? A jeśli chodzi o religię, to jestem niewierzący, mówiłem panu o tym.
– A ja tak – zasępił się inŜynier. – A ja tak.
– Ale myślę, Ŝe... wręcz przeciwnie, nie musi to nas dzielić, mamy przecieŜ, no, ma się
to jakieś wspólne dąŜenie, nieprawdaŜ?
– A jakie to dąŜenie?
– Właśnie, Ŝeby mieć w sobie jak najwięcej stałego... choćby to! Choćby miał nim być
tylko zbiór wspólnych zasad. PrzecieŜ kaŜdy wraŜliwy człowiek, pan wie...
InŜynier znów się zasępił, moŜe nad tym zaliczeniem go do grona wraŜliwych?
– A czy te zasady – zapytał – pańskie i moje, stałe, mogłyby być czy są – do siebie aŜ
tak podobne?
– Na pewno tak! Część z nich jest nawet wspólna, a część na pewno nie.
– To, zdaniem pana, kaŜdy moŜe postępować według własnych zasad?
– Moim zdaniem kaŜdy.
– A nie tych, które mu wpojono?
– Uhum. Tak w istocie uwaŜam. Nie tych, a w kaŜdym razie nie wyłącznie.
InŜynier zachmurzył się na dobre.
– A skąd one się niby wzięły, te pańskie zasady? Bo moje – powiedzmy, Ŝe z wychowania.
– A ja się wychowywałem na ulicy; więc musiałem je stworzyć sam.
– Powiada pan jednak: stworzyć.
– No, wzięły się one – – z namysłu; z oceny doświadczeń; i z tej potrzeby stałego oparcia,
którą i pan na pewno miał na myśli!
– Taak. Stałego oparcia?
– Tak uwaŜam.
– A co pan uwaŜa – zaczął znów inŜynier – za najbardziej przyrodzone naturze człowieka?
Bo Ŝe istnieje takie coś, co go odróŜnia od zwierząt, to z tym pan się chyba zgadza? –
zakończył zgryźliwie.
– Zgadzam się – Ale takŜe i z tym, Ŝe prócz innego, powiedzmy: wyposaŜenia – nie tak
znowu wiele nas róŜni. A jeŜeli juŜ, to tak samo in plus, jak i in minus.
– Powiedzmy, Ŝe i in minus. A teraz... chodzi tylko o to, jaka tego wszystkiego jest
przyczyna?
– CzyŜby pomniejszał pan moŜliwość dobrej woli, akcentując minusy, inŜynierze?
– Wolnej woli, jeŜeli tak chciał pan powiedzieć. A czy pan wie, Ŝe i moja Nora mogłaby
się czasem równać z człowiekiem? – InŜynier jakby zdziwił się tym własnym stwierdzeniem,
ale zaraz się ucieszył: – śebyŜ pan choć raz zobaczył, jak ona umie słuchać i rozumieć
swego pana.
– Zgoda. Jest na pewno zręczniejszą od pana, jeśli go nie uraŜam. Tylko... czy chciałby
pan, Ŝeby Nora była mądrzejsza od pana, ode mnie?
– Co pan miał na myśli? Tego nie rozumiem.
– To, Ŝe Nora potrzebuje mieć pana. A pan potrzebuje mieć Norę. Ja... jestem w innej
sytuacji: nie potrzebuję być panem. I nie muszę mieć z podwładnym lub nadrzędnym do
czynienia. Raczej nie.
– A czy pan moŜe miał na myśli, Ŝe powinienem jeszcze i z jej strony czegoś się obawiać?
– Nie... Przepraszam. MoŜe akurat powinienem tylko powiedzieć, Ŝe nie znoszę hierarchii.
InŜynier mu nie odpowiedział i końca zdania pewnie juŜ nie słyszał, bo gnany nagłym
niepokojem pobiegł natychmiast zobaczyć, czy aby ta cenna jego podopieczna osobowość
nie wpadła tymczasem pod samochód.
Franciszek zaś juŜ miał zamknąć drzwi zadowolony, Ŝe i z technokratą moŜna uprawiać
dialektykę, jego i inŜyniera jednak zaskoczył, stając przed drzwiami, pies, Nora właśnie,
która Ŝywa i cała przyszła ucieszyć pana i Ŝegnać Franciszka. Pierwszego w nagrodę za
postąpiony
samodzielnie krok w sofistyce. Do Franciszka jej dzięków nie dopuszczono.
Nie zamierzał tego dnia ruszać się z domu, A w pracy bał się spotkania z Paziejem i
wolał to decydujące spotkanie odwlec. Do nowej wizyty u Doktora K. jakoś się nie kwapił.
Przyznać, choćby jemu, Ŝe wszystko, co pamięta – pamięta źle? A czego nie pamięta – naprawdę
nie istnieje?! Miał tak lekką ręką tracić, zrzec się tego, co moŜe naprawdę miał
własnego?
I wybrać teraz inny zawód, bo do pracy u Pazieja z tak kardynalnymi n i e d o m o g a m i
pamięci juŜ się nie nadawał? Jakby przy tej pisaninie właśnie nie naleŜało zapomnieć
wszystkiego, co się wie!
Zostanie węglarzem, jak kiedyś, albo przewoźnikiem. A czemu nie roznosicielem mleka,
poczty lub zawiadomień ślubnych? Tak naprawdę to od tygodni juŜ się szykował, Ŝeby
kłaść dachy. Będąc ostatniej jesieni w sanatorium zazdrościł tym, którzy od rana siedzieli
tak wysoko i dumnie spoglądali na zagonionych kuracjuszy.
Beniek, jego sąsiad i robotnik sprawiedliwy zarazem, ciągle obiecywał, Ŝe go weźmie do
pokrywania domków, na czym dobrze zarobią. Ale teraz tylko zwlekał i zwlekał. A jak bez
niego? Odpowiadał Franciszkowi kaŜdy, na kogo jeszcze mógł liczyć. A jakby inną falą
ś
wiadomości nie spodziewał się juŜ, Ŝe stanie się coś choć trochę przychylnego. Wiedział
tylko, Ŝe najmniej potrzebna do tego była pamięć.
AŜ przypomniał sobie coś. Wracało niejasne przeświadczenie o odkryciu, którego dokonał
niedawno, moŜe i poprzedniego dnia? nocy? NaleŜało je tylko wywołać. Skądś. Albo
wrócić tam gdzieś.
Albo zostać innym? Wrócić świątecznie, stać się wielce sprawnym – –
Z wujciem stoi na przystanku Oberhof i czekają na tramwaj. Pusto dookoła, tylko ktoś,
kto czeka tu, został z dawna, moŜe z lat całych? Ławeczka, a poza nią juŜ tylko mdląca jesień,
Ŝ
ycie jakby odstąpiło, cicho–sza! MoŜna by teraz – w kaŜdą stronę stąd pójść. I w te
uliczki gładkie, jakby w oczekiwaniu? Jakiej sceny tu szuka? Czy tej, jak stał opanowany
wyobraŜeniem smugi i jak smuga go otacza i więzi zarazem, choć to tylko strumień ciepłego
powietrza? Obawia się ją przekroczyć, bo ZA NIĄ MOśE JUś NIC NIE ISTNIEJE?
Domyśla się przynajmniej, Ŝe niczego nowego więcej nie zniesie. Więc nie wolno mu
przekroczyć tylko tego? Nie naleŜy!
Tam był Wujek. I pamięta teraz, jak się bal wstąpić na korytarz pewnego gmachu, gdzie
kiedyś szukał nauczycielskiej posady. Ze spoconą od strachu duszą utknął na głuszącym
kroki chodniku. On, który miał ośmielać do Ŝycia dziesiątki dzierlatek! I który nigdy do
końca nie przebrnął przez ten korytarz z zamkniętymi szczelnie wszystkimi oknami. Pośrodku
stało coś jak stół – olbrzymi filodendron. Dzwon jego ciszy podwajał zakłopotanie.
Więc był i istniał zawsze jakiś trakt, na który nie odwaŜył się wejść, trakt umieszczony
gdzieś obok i moŜe do dziś ani na jotę nie zmieniony. On go straszy. Boi się tam wejść bez
Wujcia. Mimo Ŝe przez wiele lat sam tak bardzo się zmienił! Ale tam nikt na to nie zwaŜał.
Wszystko, z czym przyszedłeś tutaj, musi zemrzeć! – mówił mu chodnik. JuŜ nawet
schody. Jeśli naprawdę chcesz tu być, musisz nam się poddać i do nas upodobnić!
Franciszek nie wiedział nigdy, czym się miał zalecić innym, Ŝeby go przyjęli. Do tego
na posadę nauczyciela. I wiele razy potem, i teraz. A z drugiej strony – wiedział, jak wiele
tamtym, dorastającym miał do powiedzenia!
Więc zapytać przysłuŜnych o sposób wejścia w krąg-uprawnionych do głosu? MoŜe
najlepiej – Wujcia?
Stał wtedy na przystanku i pysznił się, ćmiąc ordynarne cygaro.
Wujek mnie nigdy nie zrozumie.
84
Wujek wchodził na róŜne tam korytarze bez problemów. Wujek jest taki sam jak oni.
Przy nim nie moŜna wybiec w te otwarte i zapraszające uliczki. Ze swego cygara Wujcio
robi mi dywan.
Tak długo, aŜ nadjedzie tramwaj. Wtedy juŜ tramwaj, wspólny i gwarny, stanie się dla
nas dywanem, gościnnym dla nas obu.
Franciszek biegał potem często odpoznawać dla siebie te miejsca, ulice i pojedyncze
domy, przy których stali. Niektóre z odzyskanych miejsc były juŜ Franciszka. Stawały się
tak własne, Ŝe nawet łagodne załamanie się linii krawęŜnika nie mogło juŜ być nie pamiętane
po latach, gdyby tam na nowo przybył.
Tak część świata wracała i zostawała w nim na stałe, nie jako własność, ale część jego
samego, istniejąca i dla innych, którzy mogliby temu przyświadczyć.
Franciszek przypomni sobie, nie pójdzie dziś jeszcze do Doktora K.
– Więc idziesz stąd? idziesz zaraz?
– Jeszcze zjem jabłko u ciebie.
Wiedział, Ŝe ból głowy nie ustąpi, dopóki ona tu jest, i patrzył, jak Teresa wybiera nowe
jabłko. Dość długo wybiera. Więc będzie to najdłuŜsze jedzenie jabłka. Stoi w oknie i odgryza
najmniejsze zapewne w całym jej Ŝyciu kęsy. Miała jeszcze jeden powód.
Jesteś winien wszystkiego, więc juŜ nie liczę się z tobą.
Oburzał się, Ŝe nic w niej nie obudził; nie zauwaŜała tego, co mogło przyjść przedtem, i
oto skutki. KaŜdy powód do zaczepki dobry, jeśli się ma gotowe uprzedzenia. To dziwne,
nie przeŜyli nawet dnia we wspólnym rytmie! TakŜe i luksus rozejścia się, świąteczny! –
ominął ich. Jeśli wierzyć naiwnym, mieli kiedyś ze sobą coś wspólnego.
ZauwaŜyłem, Ŝe Paziej omija mnie, nawet mi schodzi z oczu – z niechęci, czy moŜe ciąŜę
mu na sumieniu? AŜ tak wraŜliwy byłby? Wyczuwa moją obcość.
Nie spodziewam się, Ŝeby aŜ nie miał mi nic do zarzucenia! Ale robotę swoją, względnie
przyzwoitą porcję, wykonałem. Niech pan duŜo, duŜo przepisuje!– powiadał mi kiedyś.
Ale wszystko odrzuca. Zarzutów nie ma. I mnie unika. Dobrze to – czy bardzo juŜ źle?
DuŜo materiału chce, to znaczy, Ŝe i bardzo przypadkowego: liczy, Ŝe się dopasuję przypadkiem.
ś
e świat to kula: starczy promieniem dalej powieść po obwodzie, a znajdzie się znów coś
swojskiego. Tymczasem czas to zając. Poglądy nie tylko przeciwstawne się starzeją!
Niechaj więc sam teraz pisze. I robi to pod dziesięcioma pseudonimami.
Mam jeszcze temat do rozmowy z nim. Gdyby mnie przyjął, nie uciekł przypadkiem.
(Za kaŜdym takim razem myślę, mam nadzieję, Ŝe więcej ja tu nie przyjdę.)
Czekam na niego i jakbym tylko na to liczył: moŜe on zaczyna coś rozumieć?
MoŜe on teŜ chciałby, Ŝeby to był ostatni raz – między nami taki kontakt. I tylko szykuje
się, Ŝeby z niego wyjść zwycięsko. Pozbyć się mnie. I ma na to szanse.
Wreszcie wpada kiedyś, odmłodzony i świeŜy jak ranny gwóźdź do dechy, wzywa mnie.
– Mamy dla pana miejsce! – powiada. – To, które pan dotąd miał, juŜ zajęte. Od dzisiaj
moŜe pan robić za stolarza, he–he. To znaczy, tam tylko przypisany formalnie, ale – –
Od dziś jeszcze stolarzem nie muszę zostać. Ale – moŜe się nauczę. Nie jestem, zdaje
się, zupełnie tępy.
– Ale któŜ tak powiedział, kolego? – –
On dalej mówi, a ja siedzę, słucham, myślę sobie. Paziej to stwórca-boŜek, ma swój
czas; „on teraz wiele moŜe” – powiada Alojz i inni znajomi. Paziej był długo śmiesznie
mało waŜny, nosił tam jakąś chlubną opinię, jeszcze od wojny, niektórzy go dotąd mają za
nieprzejednanego. Co się nazywa: nonkonformista. Albo tu moŜe znaczyć tylko: uparty stary
kozioł.
„Takiemu, kto, tyle przeszedł co on, moŜna dziś juŜ wszystko wybaczyć.” To zdanie
zdumiewa mnie i środkiem, i końcem.
„Więc nie masz zaufania do ludzi z dobrą przeszłością? To co się moŜe jeszcze liczyć?”
Innej reakcji nie uświadczysz. Paziej to jeden z nielicznych, słyszę, naprawdę wie, co
znaczy Ideał. A moŜe nawet zna więcej, i to wcale uŜytecznych, ideałów. To praktyk! Nie
buja w obłokach. „Nawet gdyby do końca Ŝycia nie zrobił więcej niŜ kiedyś, i tak mu wystarczy.”
Tak powiadają ludzie dość rzetelni.
Ale bo Paziej zapragnął na zawsze być aktywnym. I teraz dodatek: stara się równać do
wielu innych. Co nie udawało mu się nigdy, nawet przed wojną. Więc takie to szanse mamy
obaj, a ja – jasne, Ŝe wobec jego przedwojny Ŝółtodziób – jakbym nie potrafił dziś z niczego
skorzystać. WciąŜ za mało zdolny! I pewnie juŜ niczego nie dogonię.
Nie stworzę własnej Idei! PrzecieŜ Paziej nigdy nie był stolarzem, kanalarzem, mechanikiem,
aktorem ani pomocnikiem magazyniera w składzie aptecznym. Jak ja. „Zostanie
pan od dziś stolarzem!” A moŜe wybitnym nie zostaje się nigdy, nie będąc juŜ od początku
wielkim? „Najlepszy to jest Ŝołnierz taki, który nie od początku wie, o co walczy” – słowa
Napoleona, ale zacytował je kiedyś – Paziej. Więc na Ŝołnierza się teŜ nie nadaję, bo jakby
wiem? Paziej mnie troszkę nie docenia.
Projc, jak się tylko dowiedział o moim formalnym przeniesieniu, od razu przestał mnie
znać. (Przed oblicze Pazieja nie dostałbym się nigdy, gdyby mnie nie zaprotegował Projc,
niestety.)
A dlaczego mu się chciało protegować przedtem?
I dlaczego to u niego szukałem poparcia? Oto jest pytanie.
Był jedynym z moich znajomych, który mi go mógł udzielić. I jedyny, co się liczył, to
znaczy, z nim się gdzieś liczono.
A dlaczego innych nie było? O, to juŜ nie moje pytanie. Myślałem, uwaŜałem kiedyś, Ŝe
ostatecznego porządku, to jest i uwaŜnienia głosów niewaŜnych, dokona i tak Wielka Idea.
Wystarczy, Ŝeby się do niej zbliŜyć. PrzecieŜ ona gdzieś jest, tylko trzeba trafić do niej,
wtedy będzie nasza! A tym bardziej musi być po wielokroć nasza, bo jest wielka: boi się jej
i Ameryka, i kaŜdy prawie kraj! No, Francja teŜ, i Niemcy podwójnie się boją. Izrael się nie
boi, bo ma na to czas. Ale czas juŜ nie pomaga Ameryce. Austria takŜe się nie boi, bo pomaga
sama wielkiej Idei. Australia mało, bo jest, rozumiecie, za daleko. Finlandia? – Finlandia
teŜ się nie boi.
My, powiada Paź, lepiej sami twórzmy wielką Ideę! (To obrazoburstwo, ale jak idealne!)
Na świecie mamy trochę zamieszania, to i mogłaby ona u nas powstać!
No to wtedy swoją wielką Ideę dołączymy oczywiście do tamtej Wielkiej Idei – i tak
przeŜyjemy atom! Bo bez Ŝadnej pomocy z zewnątrz, znaczy się, nic, rozumiecie. Niech
tamci inni na początku myślą, Ŝe nasza jest konkurencyjna. To nam pomogą. Ale my tylko
wiemy, Ŝe nasza jest i tak nie nasza, bo nasza nie moŜe być konkurencyjna! Gdyby za długo
była nasza, stałaby się i nam po prostu niepotrzebna. Rozumiecie? He–he!
Dlaczego to ja coraz bardziej uparcie wierzę, Ŝe cokolwiek by się stało, to zacznie się
tylko od przyrody?
Bo w nią nadal głęboko wierzę.
Nawet jej trochę ufam. Trochę albo i ostatecznie. Wydaje mi się, Ŝe z Przyrodą jest podobnie
jak z Wielką Ideą (w którą oczywiście obowiązkowo wierzę). Wobec nich obu nikt
nic nie potrafi, bo nie ma Ŝadnej siły ni środków – by je odwołać lub uniewaŜnić. Ma się
stać, co się stać musi – wszystko się kiedyś nieodwołalnie stanie – choć nie wyniknie z
powszechnych
oczekiwań.
Czy my nie moŜemy być równieŜ Przyrodą?
ś
eby się nią stać, jedyne są powody niekłamane, nie przesadzone i waŜniejsze ostatecznie
od przypadku. Który w naszym Ŝyciu nadmiernie się rozbestwił – – z e s k r o m n i e ć ;
s t a ć s i ę c z ę ś c i ą . C z ą s t e c z k ą . A l e d e c y d u j ą c ą .
Siedzę sobie teraz w domu, a jest jakby po wszystkim. Szykuję sobie długi wolny dzień.
Nie wierzę logice, ze sama coś zacznie. Dzień bez spełnień? Dlaczego? Bez wyolbrzymionych
nadziei. Zacznę czytać znowu ksiąŜki i postaram się sobie coś przypomnieć. Czego to
od lat najdawniejszych chciała ode mnie przyroda?
Telefon domowy działa.
– N–kontrolowana – nie kontrolowana! N–kontrolowana!
– Słucham?
– Czy to pan Franciszek Błędny?
– Uhhuu–um.
– Tu Sekretariat Obywatela Projńcia. Szef chce mówić z panem.
– Niechaj mówi.
– To zaraz łąińczę.
Chce zatrzeć złe wraŜenie. śe wycofał protekcję do Pazia. MoŜe nawet o niczym nie
wspomni? Ale zapyta, jak idzie w pracy. W bałaganie swoich środków – równieŜ troskliwy.
Zapowiedział mi się z prywatną wizytą i zwalił na głowę juŜ wyzbytemu nadziei – i na
tę wizytę, bo w dwie godziny po terminie. Pan przewodniczący, oczywiście, ma wiele zajęć.
I z obstawą przyszedł, maleńką podporą dla argumentów. Nie będzie teraz Oczywiście
Ŝ
adnych wypominań, nielojalności!
Stanęli nagle w drzwiach, zwalisty, większy ode mnie Projc i maleńki drugi. Nie zdąŜyłem
przestawić radia na oficjalne. Zgasiłem z rozpędem. No i witam spokojny, oni spokojni,
Ŝ
e ja spokojny, gdzieś, myślę sobie, po drodze zapodział się łom. MoŜe na wódkę
sprzedali? Głupoty, myślę, kaŜdemu się zdarzy, a oni – co mieli, juŜ postawili na stół i jest.
jak by nie było: komitywa.
Drugi, którego nie znam, ale się domyślam, Ŝe w randze równieŜ, a takŜe ciałem bardzo
jakoś pewny siebie, jakby nie poznał jeszcze nigdy smaku prywatności, jak co pochwali, to
i zaraz straszy, obchodzi moją kawalerkę: i przegląda tak, jakby tu przynajmniej jeden karabin
maszynowy w ukryciu albo i, co nie daj Bóg, papierek podejrzany mógł się znaleźć
gdzieś.
Ale Projńc stał się jakoś dziwnie niewyraźny, stracił na pewności, zaczynałem nawet
podejrzewać, Ŝe oto prawdziwy, rozumiejący przeciwnik mi ubył.
Projć pozostał tylko niewyraźnym.
Szkoda, pomyślałem. A nie zabija się nikogo, do kogo się ma choć trochę określony stosunek!
Ale i nie broni się przed niewyraźnym. Kogo bronić? Nas obu? Jednego z nas?
Nie zabiję. I on mnie nie zabija. MoŜe właśnie przez to, Ŝe ja go nie – jestem dla niego
niczym. Niewyraźnym spojrzeniem wodzi, choć nie ze wzruszenia. A bo Projć tak szybko
nie pęka. Interesuje go jedynie, Ŝeby się upić. Bezpiecznie i na luzie, wszak przeze mnie
Ŝ
aden nie minie go awans, donos stąd nie dojdzie. Jestem dla Projca anonimowy. Mną się
nie wzruszy. Obaj popadniemy w melancholię światów najodleglejszych w tym pokoju. A
alkohol działa sprawnie, sprawiedliwie. I mąci wzrok nam w nierównej dla obu niemocy.
Drugi, rozejrzawszy się za bezpieczeństwem, był wyszedł.
Alojz, czyli wolna wola
Alojz H. był takim, co umiał czekać. UwaŜny był i nie przepuszczał stosownego momentu.
JuŜ w czasie okupacji, przy patriotycznej bibule, nauczył się maskowania. Ale potem
trzeba było dołoŜyć wysiłków, Ŝeby wroga, który mówił juŜ tym samym językiem,
zmylić. O to, co się działo po wojnie, długo nie mogłem wypytywać Alojza otwarcie. Rozkoszy
Ŝ
ycia dostąpiły juŜ dwa nowe pokolenia, a jego cechowała wciąŜ jakaś dziwna dwoistość,
jakby nie spełnił się nigdy on sam, a tylko jego wielkie plany. Nie jego, bo do nich
się podłączył. Początkowo jego „skłonność do nieformalnych kontaktów”, kaŜde jego pójście
na wódkę brałem za dowód sympatii, sprzyjania mi, przyjaźni... mimo oczywistości.
Bo w Ŝadnym sporze Alojz, mój szef, nie stanął jeszcze po mojej stronie. Gdy chodziło o
sprawy waŜniejsze, urzędowe – zawsze przyznawał rację innym. Tym trzecim.
Przyznał się do tej przewiny otwarcie teraz i bez przypierania do muru; więc chwała mu
za to. Gdy przestał i on być szefem, nie tylko moim, połączyły nas stosunki juŜ jakby
rzeczywiście
p r z y j a z n e , bo tylko prywatne. Stało się to wszystko, gdy akurat tak doceniana
przezeń reszta kolektywu pozbyła się go za miękkość w rozgrywkach z i c h własnymi
przeciwnikami. Odszedłem z biura niedługo po Alojsiu, gdy słyszało się juŜ gdzie indziej
sporo o bardzo zdolnym antreprenerze, nazwiskiem Pojc, Rońc czy Projc.
Lojś w kawiarni mi teraz opowiada, jak to szedł kiedyś do góry, po laurach własnych zasług.
Ale było to zaraz po wojnie. Równolegle do tej feerii zachwytów nad własną
odpowiedzialnością,
gdy było „roboty huk” i tak dalej, zaczyna mu się snuć, na razie tylko na
marginesie, moŜe z grzeczności dla mnie, który słucha, albo Ŝe nie zrobiłem nigdy kariery
– snuć i rozwijać pewien motywik zdziwienia, przypuszczam, Ŝe całkiem nowy.
– Roboty było huk. Nie bardzo przy tym ułoŜyło mi się w tej dzielnicy, choć od razu dostałem
odpowiedzialne stanowisko, szefa działu, w terenowej gazecie. I niezadługo potem
miałem opisać swoje pierwsze wraŜenia stamtąd – nie dla czytelników, ale do Wydziału,
jak tego Ŝądano. Po dwóch tygodniach wzywa mnie do siebie naczelny i krzyczy: „SkarŜyliście
się!” – juŜ od drzwi.
Oniemiałem. O co mu moŜe chodzić?
„SkarŜyliście się, a to nieładnie. I jak jeszcze do tego nielojalnie!”
Prędko teŜ otrzymałem polecenie stawienia się w Wydziale przed towarzyszem W. To
był mój szkolny kolega, nie obawiałem się, z Zagłębia jeszcze. „Co się stało, Wincu, dlaczego?”
– pytam. „Jak mogła trafić ta moja wypowiedź do Redakcji?”
A on na mnie z góry. „Ty ciągle jeszcze nic nie rozumiesz!”
„A ta z ankiety!” – upieram się.
„I co? Ruszyli się skurczybyki, nie?”
„Ruszyli – powiadam – ale po mojej skórze!”
Zmartwiony byłem rzeczywiście nie na Ŝarty. Wróciłem. MoŜesz sobie wyobrazić, jak
mnie tam wszyscy witali. Byłem zupełnie obcy i juŜ odsunięty od wszelkich decyzji.
Po dwóch latach zadzwonił do mnie przyjaciel z Wydziału.
„Mam dla ciebie nowe miejsce – powiada. – Właśnie potrzebują takiego jak ty w B.!”
„Kiedy zdąŜyłem się juŜ na nowo zaprzyjaźnić tu, z zespołem.”
„U was to zawsze te drobnomieszczańskie ciotki, towarzyszu!”
I stanęło na jego.
Przenoszono nas potem i częściej, co rok, dwa – zwłaszcza po jakimś wydarzeniu politycznym.
Znacznie później ktoś wpadł na odpowiedź: dlaczego tak? Dziwiło tylko, Ŝe i sami
przyjeŜdŜaliśmy zwykle objąć stanowisko po kimś spalonym, kto został tam, moŜna
powiedzieć publicznie skompromitowany. Ale juŜ po odjeździe. Tymczasem zmian było
wiele, a kaŜdy z nas starał się zostawić swój teren następcy jak najlepiej przygotowany.
Dopiero jakieś tam wydarzenie na górze, jak kręgi wody, rozumiesz?
– ...dochodziły wreszcie i do całej tamtej społeczności? A od was samych – nie?
Długo patrzy mi w oczy i nic nie rozumie.
– Ta kto popełniał te błędy, czy jak tam, wobec ciebie?
– Tam? Po pierwsze nie tam. One juŜ przychodziły gotowe.
– Same błędy?
– Powiedzmy, Ŝe dyspozycje.
– To po co wobec tego były te szopki z obrzucaniem winą starych niewinnych, jak powiadasz,
i to zaocznie?
– Nie rozumiesz?
– Ach tak, rozumiem. A jak w takim razie umotywowano choćby konieczne zmiany polityki?
– Trzeba było mieć winnych pod ręką, no, powiedzmy – dobrze juŜ znajomych, nie?
– Ale nie za wysoko – rozumiem. JuŜ nieobecny i nie za wysoko.
– Tak, powiedzmy, na średnim dole.
Alojz po długim zapatrzeniu się gdzieś spojrzał wreszcie na mnie ze zdziwieniem, jak na
intruza. A mnie dobrze teraz, Ŝe Lojsiu juŜ nie jest moim szefem
Popatrzyłem chłodno i ja na niego. Był jednak przeciwnikiem słabym. Nie dla mnie i nie
dla nich.
JuŜ na odchodnym od niechcenia rzuciłem pytanko.
– Gdzie byłeś podczas wypadków poznańskich?
– Właśnie tam.
– Widziałeś wszystko? A przynajmniej – wiedziałeś, jak jest?
– To jakŜebym miał nie wiedzieć!
– Pisałeś?
– Pisałem, nekrolog tego chłopca, jeśli ci o to chodzi.
– Co pierwszy poległ? Pisałeś i wydrukowałeś?
– Nie zadawaj mi tak naiwnych pytań! Sam chyba wiesz, jak było.
– Nie wiem. To znaczy?
Zmarszczył czoło, a po chwili:
– Wiek, rozumiesz? Jakoś mi wrednie przekręcili jego wiek. Z 13 na 18, czy jak.
– Niby kto przekręcił? Zecer?
– Akurat zecer duŜo miał do gadania! Zecer wszędzie się moŜe pomylić, ale nie w nekrologu!
Znasz przecieŜ trochę ten zawód, to niemal jak zakon.
– Jak nie zecer, to kto?
– A ktoś. I chyba, Ŝe nie święci. Miał, tak, lat 13, a w druku juŜ chyba wytrawiono, i
wyszło na 18. Mogło być i 23, rozumiesz? A takie to moŜe mieć znaczenie dla śledztwa!
Dla propagandy! Nie doszedłem tego do dziś, rozumiesz? na jakim etapie się stało. Przed
kamerą juŜ teraz parę razy pytali, i mówię – nie wiem. Nie pamiętam. A w takim razie wypadam!
– machnął ręką.
–
Nie doszedłeś dotąd, kto zmienił?
– A oni, ci teraz – doszli, myślisz? A ty widzisz, jak ludzie z kiosku biorą gazety, stają
na przystanku, otwierają i rozłoŜone płachty rzucają? Nie rwą, nie tłamszą, ale rzucają pod
siebie. Jak kamień w błoto. Tylko Ŝe spada wolniej. To długo trwa.
– Ten numer, jeśli chcesz wiedzieć, w ogóle nie
drukował się tam, tylko w Warszawie. Przywieziono rano gotowy, ze stacji rozwoŜono,
albo i wprost samochodami przez wojsko. Czytaliśmy wszyscy komunikaty PAP–a. Nie
ruszyłem,
mimo to, do PAP–a, Ŝeby sprawdzić.
PodróŜ kosmiczna – tu obok
Rozstałem się z etatem stolarza i zacząłem domowe porządki. Zrobiłem przepierkę. I zaraz
drugiego dnia wyszykowałem się do waŜnej podróŜy. To moje miejsce będzie juŜ odświeŜone
na mnie czekało. Mniej przypadkowości! – teraz główna moja dewiza. Zatrudniałem
się do wszystkiego, a powinienem się skupić na własnym! I gdzieś podskórnie drąŜąca
swoje kanaliki niepewność, czy to, na czym oprę się dziś, to juŜ moje własne: starczy
mi odtąd na wszystko, moŜe na całe Ŝycie?
ś
ebym tylko mógł oprzeć się temu, co porzucam. PrzecieŜ porzucam! – deklamowałem
głośno, Ŝeby upewnić się.
Na ścianie wisiał koń z kalendarza w nastroszonej postawie, ale cała głowa, rozwarte
chrapy, ostro ustawione do nasłuchu uszy i spojrzenie wczepione gdzieś w dal – – ta gotowość
u błyszczącego od potu czworonoga, zdolnego do podjęcia jeszcze i jeszcze nowego
wysiłku, tuŜ w chwilę po wysiłku – przemawiała do mnie jak własna. Koń, jedyny z otoczenia
domowego, był mi naprawdę bliski! Ochoczo poddany wszystkiemu, co się stanie.
Więc jakŜeŜ nie szukać mam analogii! To ja, nie zauwaŜony, biegłem z daleka, od prehistorii
wszystkich Ŝyjących tu spraw! JakŜe mógłbym inaczej istnieć – jeśli nie dąŜąc do zniszczenia
i do zatarcia wszystkiego, czegom naŜył; jakŜe zaczynać, jeśli nie zawsze od jeszcze
niŜszego poziomu, niŜ jest, niŜ poprzedni, więc w wiecznej degradacji
7
Jak nie zapomnieć
wszystkiego, byle szybciej, i tego, co dla innych filarem juŜ stoi lub podwaliną ich przyszłego
budownictwa. Im nie zaszkodzi, Ŝe bez upału i bez słoty osiągnięty! Ich nie zmierzi i
nie zdusi to, co piąć im się wzwyŜ pozwala w ogrodzie biurokracji.
Dla mnie: przenieść tylko swoją wolę! Ponad cudze rozkazy i w samotności; na domysł
istnienia, ale naprzód. I nad ten osad z wszystkiego, co robiłem, robiłem dla nich, z poczuciem
wiecznym, Ŝe się stoi w miejscu, bo wszystko tam stoi w miejscu poza mną i traci na
znaczeniu wobec Ŝycia.
Jednakowe dla wszystkich pojmowanie celu – redukuje go wciąŜ, do tej jedności nijakiej.
Co mnie dzieli od sąsiada – wydaje się na kilkanaście metrów, a jest moŜe i na kilka
milionów lat. Z podobną do końskiej cierpliwością znosiłem – cóŜ za heroizm! – tamtą nudę.
Fr. zapragnął teraz tylko niemoŜliwego. A sposób na to – wrócić do dziecka; lecz nie
niewinności w nim szukał (tę wmawiał sobie, Ŝe ma). Brak mi spontanicznych pytań! To
byłaby deska ratunku!
Za ich przyczyną miałby się na nowo wprawić w ruch, on w psychice zdręczony, w fizyce
– o zwolnionym krwiobiegu (skarŜył się na zwęŜenie Ŝył i stąd nieustające bóle głowy).
Więc to jak spodziewany zator: aŜ dziw, jak szybko się zbliŜa kres wytrzymałości!
Organizm nie szedł na ugodę. I nie dał się zwieść zapomnieniu. Organizm za mądry był na
to. Ten skurcz ostateczny był jego obroną. Śmiertelną? Być moŜe. Ale zwycięską. Choćby
dla tego nędznego ducha.
Czy Paziej nie podrzucił ml sam tego motywiku amnezji? Instynktem małpim nie wyczuł,
Ŝ
e jakaś tam delikatna padlina moŜe lec między nim a Celem? A tak wywołany przezeń
incydent zmieniał sprawę: objawiał konieczność rozejścia się, co graniczy juŜ prawie z
porozumieniem. Wątła nić, na której huśta się drobne ludzkie istnienie.
Ale bądź teraz artystą! Zatańcz na linie.
Pojechałem na wieś. Tam jeszcze mieszka moja stałość. W drodze trafiło się towarzystwo
inŜyniera, młodego w latach, więc jest juŜ na przełomie Ŝycia, myślę sobie. Ot, kuzyn
dla moich nie spełnionych planów w sam raz. Kiedyś tu beze mnie, jeszcze szumiącego
małolata, teŜ Ŝycia by było przymało, i nawet ten autobus nie zacząłby jeździć po okolicy.
Westchnąłem. Jednak teraz i dla mnie tu szerzej. Jakby przestrzeń wrosła w ten czas. A
czas się w niej uchował. Ale apetyt był większy – i na tę podróŜ, jak na jeden wszystkiego
początek, a potem punkt po punkcie bliŜej do siebie i do moŜliwości.
Zapraszam inŜyniera, Ŝeby przy mnie, od okna.
Nie, bo tam wieje wiatr.
Siadł przede mną. Coś mu przeszkadza. Albo jeszcze nie chce mu się mówić.
Wiatr w autobusie?
Ale jak drzwi się otwierają, to robi się przeciąg.
Kiedyś poematy składałem o wietrze, ale historii, a tak na co dzień to dla poparcia
słuszności tego nosa w całym jego ochoczym nurzaniu się w zapachach, które przynosił
wiatr; ale i on najczęściej nic nie przynosił, jak tylko deszcz, jak mróz. śadnej stęchlizny,
którą daje przeciąg.
Tak wiele rzeczy juŜ przeszkadza i odwracać głowę za cięŜko, a cóŜ wykręcić się, schylić,
na ziemię paść! Przeprosić. Za brudną szybą droga wciąŜ ta sama, stara – z górki, pod
górę, a potem juŜ z górki. Wewnątrz człowiek bez drogi przed sobą siedzi i jedzie.
Wysiadłem – zdobyłem się na to. śeby nie stracić wiatru, co wpycha oddech do ust. Ale
juŜ iść teraz to co innego. Po latach jakby nie było i tamtego. Czerń pod nogami, dalekie
ś
wiatła samochodu. MoŜe dawna nadzieja przyjmie mnie na powrót, a ja stopię się w nagłej
determinacji?
Tam, gdzie spodziewałem się domów, jest ciemno. Wracam, ale moŜe wchodzę w pustkę,
gdzie nikt nie mieszka, gdzie nie ma Ŝywych; stary podróŜnik kosmiczny w zapamiętane
dzieciństwo, osiąga na swej drodze wszystko, co było moŜliwe, o czym zamarzył – wraca
i nie moŜe rozpoznać bliskich, krewnych ni znajomych. JuŜ dawno nie Ŝyją – dla niego
to była chwilka. Własne dzieci są moŜe juŜ w wieku dziadków, oczywiście nie poznają go,
a wszyscy tak nieufni, Ŝe nie sposób z nimi rozmawiać. Jak się porozumieć? Pójść na
cmentarz? Trafia według napisów na bardzo juŜ zapadły w ziemi grób brata. Więc o tyle za
późno wróciłem? Czemu dopiero teraz odwaŜyłem się na to! PrzecieŜ dla mnie to była
chwilka.
Z początku niby miła niespodzianka, wszystko zostało na dawnym miejscu. Jakbym jutro
miał ruszyć do szkoły. Po drodze jakiś chłop biczyskiem mnie poczęstuje, Ŝeby nie
podwieźć. A za górą wyłoni się latarnia, czyli nowość na załamaniu ulicy. Dziwnie jasny
zakątek tej ciemności dawno juŜ się natęŜał. Ale pusto w nim teraz, moŜe długo nie poświeci!
A otóŜ i dom mój: w domu poznawanie świata przez kota. Przez drobne, leniwe ruchy.
Obok ludzka powolność w mówieniu, jeszcze bardziej martwa; i długa cisza wkracza w
oczekiwanie na odpowiedź. Czyje pytania pilniejsze, komu dać odpowiedź? JuŜ na początku
rozmowy z domownikami przypomina mi się coś z zewnątrz. Moja sprawa z zielarzem
na łące. Jak dotąd nie skończona. A wiecznie obiecywał mi, Ŝe przyniesie prawdziwy rewolwer,
zabawkę, z którą wyruszę w świat, zdąŜę na wojnę. Większa broń byłaby jeszcze
za cięŜka. Za kaŜdym razem gorliwie przyrzekał. I nie rozumiem teraz, dotąd, przyczyny
jego bezinteresowności tak wytrwałej. Czy mu ufałem? I czy ucieczka moja była aŜ tak bliska,
tak juŜ wisiała w powietrzu, by mogła się spełnić za cudzym poduszczeniem?
Kot raz tylko zerknął na mnie podczas swoich spacerów po pokoju, spręŜyście dotąd
szedł, a teraz padł z wyprostowanymi nogami i długo, długo czeka. W pamięci zachęcająco
przebiera do mnie łapkami dla podjęcia gry.
Robię zaraz w myśli szybki rachunek moŜliwych zajęć. Wyścig na bliską górkę, teŜ samotnie
jak kot, gdzie biegałem w nadziei, Ŝe kogoś pierwszy ja przywitam.
A teraz wszedłem i trafiam na przyjęcie rodzinne.
Ale tułam się tylko po kątach. Same odruchy, nawet nie pomysły. śyją zamknięci tak od
lat. Jakby ich do nikogo nigdy nie dopuszczono – nieprawda, to oni nikogo do siebie.
Rozmowa jest wygłaszaniem, a nie słuchaniem. Wymiar spraw rośnie w jednym kierunku
– od dawna do dziś. Pod karą wykluczenia nie wolno zmącić ostrości fałszywej od początku
perspektywy. Tu ona się obroni, nie człowiek. Wysłuchuję w końcu wyroku, słów
mojego Ojca:
– Rówieśnicy prawie wszyscy pomarli, a ja nie mogę umrzeć!
Działać dziś na dziś to byłby pozór.
– Pouczyłbym się jeszcze moŜe gramatyki niemieckiej, ten język bardzo mi był przydatny
w Ŝyciu.
PodróŜnik się musi zestarzeć, tym bardziej kosmiczny. Tu czekają tylko posłusznego
dziecka. Ile lat na darmo trzeba przegalopować, Ŝeby się dowiedzieć!
Patrońcia zastaję w domu, choć nie zastaję jego Ŝony, dentystki, bo wzięła sobie wolne.
Poprawiła wpierw zdrowotność populacji, oczywiście. A potem i z domu poszła sobie. Populacja
nie ma juŜ na piękne zęby pieniędzy.
Patrońcia się obawiałem zawsze, ale teraz jest niegroźny, na emeryturze. Wciąga mnie
ochoczo do pokoju, jeszcze w piŜamie, ale proszę, do kontaktu on, a jakŜe; niebawem stają
i kieliszki, napełnia, ach niesie zaraz talerzyki, śledziki, po kawalersku rozumiesz, no to po
pół.
– A nie próbowałeś czy mojego japończyka? Albo tego po chińsku, daje się – co?
– Wpadłem tylko po drodze, mam sprawę do gminy.
– Gminy? No to ci powiem, ja tego naczelnika sam mianowałem; promowałem go – kazali,
rozumiesz, choć głupi. Ale sprawę mogę ci załatwić, kaŜdą, rozumiesz, na tym terenie
i tylko jedno słowo moje. No, zdrówko, co?
Jedziemy. Troncio z piersióweczką, a jakŜe! – Ale się Kostek zdziwi! – woła jakoś na
swój sposób, głośno i dyskretnie, to z dawnej w nim nieprzystępności i czujności, ale dziwnie
jakoś przez wesołość złamanej, bo ostroŜniutko obchodzi ludzi w autobusie, bo szuka
znajomych na dowód, bo ktoś to przecieŜ musi choćby zaraz potwierdzić!
Wątlutki starszy pan obstawia skromnie przeciwległy kącik, w zielonej czapce i kurtce
zielonej, leśniczego. Patrońcio juŜ rzucił się i stanął przed nim na metr, czeka cierpliwie, aŜ
tamten go, jeszcze skromniej, nie zauwaŜy. Jego – Patrońcia! Patrońcio sam zaczepia, leśnemu
coś tłumaczy, leśny z niedowierzaniem nań patrzy, podaje rękę, ale bardziej jest z
sobą, z tym na dystans. Patrońcio juŜ mnie woła, sąsiadów przeprasza, zajmujemy dwie
ławki naprzeciw, leśny wita mnie dziwnie z ulgą, bardziej widać znajomego.
– Ja to pana kiedyś, gdzieś owszem.
– Ja nie stąd – raczej niemoŜliwe.
– Ale nie szkodzi, to jeszcze i lepiej – na to leśny.
– Ja teŜ nie stąd, z Wielkopolski, panie, a jak wysiadłem raz z pociągu i się przywitałem
z jedną taką obcą, nawet po polsku nie umiała mówić, to i zostałem przez czterdzieści lat i
jeszcze nie wracam.
Mnie ciekawość inna zapiera: zna on czy nie zna wcale Trońcia? MoŜe go o co podejrzewa?
– To co pan teraz porabia? – pyta się Trońc.
– A jak tylko się to skończyło, wielu z nas poszło na emeryturę.
Inteligentny jest, myślę sobie, zupełnie nie zaakcentował słowa t o .
– Za wcześnie, za wcześnie – odzywam się ja. – Pan moŜe teŜ?
– A to juŜ panom powiedziałem.
– I ja teŜ oczywiście, ja teŜ! – chwali się i nabiera napędu Trońcio, a my jakbyśmy juŜ
wiedzieli, co o tym
gadaniu myśleć.
– Kolektywizm wyraźnie znów zaczął być w modzie – sumuję łatwo temat, bo nie swój,
ale ma rezonans w nich, myślę sobie, doskonały. Oni tymczasem, licząc jakby na dalszy
ciąg, milczą. Leśny patrzy na mnie i powaŜnieje, a drugi nieprzejednany nagle, jak aktywista
ZMP, z roztropności wyłącznie zbroi się w czujność. Czy moŜe brak jedności teorii z
praktyką zauwaŜył, albo w ogóle teorii, albo samej praktyki – przyznam się, Ŝe przy nim i
sam się tego trochę boję.
Ale to było chwilowe, odruchowe. Patrońcio znów jakby zadowolony i milczy, uśmiecha
się niemalŜe sprawiedliwie do nas obu, cieszy go juŜ teraz świat nasz cały, Ŝe tak
wszystko gładko idzie, ta jazda i cały pekaes, nie ma spóźnionych, tylko jednomyślności
brak. Ale nie trzeba wybierać, bo juŜ jedziemy. Zniknęła gdzieś jego dawna surowość i
wyŜszość z powodu słusznego proletariackiego urodzenia.
OdraŜająca, ale jednak wyrozumiałość, moja obecna, kontrastowała mi dziwnie z przeszłością.
Z tamtą wiecznie zagniewaną twarzą. Patrzcie oto! ObnaŜony miecz sprawiedliwości
dziejowej nie tnie juŜ teraz, lecz głaszcze ostrzem na płask, coś w nim tam w środku
zmiękło. A moŜe nawet potrafiłby i ogłuszyć się sam przesadzoną łagodnością. I moja niedawna
gorliwość neofity prysła. Teraz w trzęsącym autobusie spada gdzieś to wszystko z
twarzy, szczegół po szczególe, jak chcą wyboje drogi. I przypominam sobie, Ŝe w moich
szpargałach gdzieś Ŝółknie do dziś historyjka o Gience L. – której losy dziwnie zdają się
splecione z rozpraszającą się teraz tak łatwo dawną miną Patrońcia.
„Przyjdzie pora, to się i wam dobierzemy do skóry.”
„Przyjdę do was z wizytą, ale oficjalnie” – odpowiadałem na to; i bałem się tej wizyty,
bo miałem wiele do załatwienia.
Sprawa Gienki L. jeszcze? To był błąd: takie sprawy załatwia się czy wygrywa szybciej
i łatwiej przez gazetę lub radio. A dobre to były dla publikatorów czasy. Gienka L. – najmłodszy
drobiazg w rodzinie małorolnego chłopa! ToŜ to lejtmotyw półwiecza! Surma
programowej eroiki! DuŜo było gąb do Ŝarcia, więc oddana została dosyć wcześnie „na
wychowanie do dobrych ludzi”. Po paru latach uciekła stamtąd za namową koleŜanki do
olsztyńskiego pegeeru, gdzie, jak mi sama powiedziała, „marzenie stało się całkiem rzeczywiste”.
Jakie było to marzenie? Czy stary chłop dobierał się do podrastającej dziewczynki? „Był
W dodatku kułakiem!” Okoliczność podwójnie znacząca, bo pewnie i roboty w polu było
duŜo. Historię, która w prostym skrócie wcielała wszystko, co trzeba, wszelkie „zdobycze
ustroju”, znalazłem pod płotem jako początkujący dziennikarz, na pierwszym wypadzie w
teren, gdy po powrocie z pola, o szarówce, nanotowawszy się tasiemcowych ponadnorm i
innych nudnych wyjątkowości, siadłem na porzuconych dylach obok Gienki L. I nie wiedząc,
czy juŜ mam tych wszystkich rewelacji dosyć, zacząłem z nią rozmawiać. Jeszcze nie
jak chłopak z dziewczyną, bo tego nie umiałem. SłuŜbowo, choć po fajrancie. I była tam
jeszcze koleŜanka Gienki, ta, która ją namówiła do „spełnienia marzeń”; a wszyscy mieliśmy,
jak na złość, po siedemnaście lat. Samą ta zbieŜność wieku starczyłaby juŜ dziś na
wielce zastanawiający reportaŜ. Ale to nie był ten etap! Zresztą fakty z Ŝyciorysu Gienki
były supermateriałem, który bez zastrzeŜeń trafiał w zapotrzebowanie kaŜdej gazety. Wyczułem
to. I dalej się juŜ potoczyło.
Jeszcze tej nocy pędziłem na powrót specjalną okazją. Następnego wieczora reportaŜ
poleciał w eter. Trzeciego dnia prosto z radiowego scenariusza przedrukowała go bez mojej
wiedzy wojewódzka gazeta. Było tempo kiedyś! Zrozumiałem równie szybko, Ŝe nawet i
taki Ŝyciorys bez publikacji znaczyłby nic, Ŝe beze mnie dziewczyna nie dostałaby nawet
kąta w hotelu robotniczym, nie mówiąc o równej z innymi stawce. Publikacja zmieniała
ś
wiat. Wyszukać fakty, w połowie juŜ spełnione przez Ŝycie, i dopisać im zgodną z teorią
wymowę – to była moja rola. Działanie w duchu czasu. Czy sprawiedliwe? AleŜ tak! Jakby
po drodze trafiałem na pomoc w ustalaniu tych wszystkich zgodności. Zrozumiałem teŜ
93
szybko, Ŝe co jest zgodne z duchem czasu, temu niewiele pomoŜe wielki aktywista Trońc –
ale ja tak! Bo człowiekowi moŜe pomóc tylko inny człowiek, najlepiej siedemnastoletni. A
Trońców najlepiej posłać gdzieś, Ŝeby po nich zostało wiele, wiele wakatów. I przestrzeń!
Postanowiłem odtąd wszystko, co tylko moŜna – spełnić. I to spełniać sam. Znaleźć jak
najwięcej takich historii do połowy gotowych, zgodnych z – –
Pamięć mi się plącze. A nawet dziwnie zanika. Bo i ile to juŜ minęło lat? Jak dawno
komu w czym pomogłem? Kiedyś był, przyszedł taki czas, Ŝe zostałbym chętnie i sam taką
Gienką L., tą jeszcze sprzed godziny czy minuty, w której zaczepił ją przy płocie początkujący
dziennikarz – i nią się stałem! Nie raz i nie dwa! Ale nie zaczepił mnie nikt i historia
spełnień juŜ wcześniej okazała się skończona. (Nie zauwaŜyliście państwo, Ŝe historie własne
jakoś szybciej się kończą niŜ cudze?)
„Musisz pamiętać, kto to będzie czytał!” – upomniał mnie później długo Ŝyczliwy przyjaciel,
właśnie gdy próbowałem tych wszystkich przyczyn dociec. Napisałem nowy reportaŜ.
Kreśliłem i paliłem kartkę po kartce, za radą i na oczach Ŝyczliwych przyjaciół. Liczyłem
tylko na to, Ŝe drgnie któremu powieka i ręka jego rękę moją zatrzyma. Wyszło, Ŝe nie
naleŜy mi się Ŝaden gest. Coś zgubiło się pewnie i z mojego opowiadanka o Gience. Ale
czy ciągle nie za mało konkretni my jeszcze, Ŝeby umieć bronić niezaleŜności tamtych cudzych
marzeń?
I czy trzeba aŜ wszystko stracić, Ŝeby móc, mieć prawo lepiej zacząć? W chmurze jest
gęstość, na łące jest stałość, i co do tego jest więcej?
A zostało jeszcze:
Przynieść odpowiedź temu miejscu, tej chwilce zapomnianej pod płotem; odpowiedź
równowartą? za wszystko!
Z Rońciem gdzie my teraz? Daleko, sami. Leśny został gdzieś w swoim lesie albo juŜ w
domu. Autobus nam podziękował, stoi i odpoczywa sobie. Naczelnik nie zastany, „pan
Konstanty wyszedł w teren”. Pierwszy dzień po niedzieli, musi suszyć, wyjaśnia Prońcio.
– To do Popularnej zajdziemy?
Prońcio zganił mnie spojrzeniem, za naiwność.
– Musiałby dawno poŜegnać się z władzą, jakby się tak pokazywał!
Byliśmy w drodze, Rońc nie tylko dziś nowy, ale i stary juŜ, waŜny gospodarz, prowadzi
do zabytków, które stanęły tam, gdzie pamiętałem tylko gruz i pustkę, a teraz za podwójnym
ogrodzeniem internatu i szkoły rolniczej: ukrywa się tu dzisiaj muzeum, i to muzeum
sztuki. Z napisem „Z powodu braku chętnych do zwiedzania zamknięte”. Rońc nie znał tu
nikogo, choć wypadałoby, Ŝeby wrota gościowi otworzyć, ale nie wiem, czyby mu nie
zbrakło argumentu: po co? Stamtąd, gdzie spodziewaliśmy się widzieć stare albo i święte
obrazy w kaplicy, dolatywały krzyki grających w piłkę, klasztor dawał chłopcom przytułek
na czas wolny. Tylko z góry schodów spoglądała na nas przełoŜona jak na odchodzące od
powołania nowicjuszki: z wyrzutem. Wyrzut był wieczny, powtarzało go lustro na przeciwległej
ś
cianie, a w dole ostatni jego cień migotał na twarzy Rońca. O dziwo, Rońc bliski
wyrzutów sumienia!
– I co z tego wyszło! Pomieszanie z poplątaniem! U nas to nigdy nie umieli wycofać się
z niesłusznych decyzji! Dlatego nie mogłem zostać dłuŜej na Ŝadnym stanowisku – powiada.
Dobra szkoła. Krytyka i samokrytyka, a brzmi jak jedno.
– Nie mogłem juŜ i patrzeć na to! – wyraźnie wykorzystał Rońcio moje milczenie. Przez
ten brak oporu zajmie mój teren, zaraz mnie całkiem zlekcewaŜy, gotów za mnie przybrać
minę Przebiegłego, jaką by to on miał, gdyby tu przyjechał sobie i zwiedzał, a ja mu pokazuję
zaniedbanie!
JuŜ niezaleŜny jest, więc mówi teraz i za siebie, jaką to on by kiedyś, gdyby go naprawdę
dopuścili, prowadził politykę, stąd właśnie i naprzód, Ŝadnym by tam zakonnikom czy
zakonnicom nie musiał niczego oddawać, bo co juŜ raz zabrane, rozumiesz? a jak nie, to
niechby i z własnych pieniędzy odbudowali to, czego teraz po prostu nie ma komu pokazać,
nikomu niepotrzebne itd., krok naprzód i krok wstecz to zresztą bardzo dobra taktyka,
nie Ŝeby zaraz tę formułę poprawiać – mówi – ale trzeba naprzód iść, a wstecz liczyć dokładniej,
i kto to powiedział, teŜ trzeba pamiętać! – Mówi i mówi, a widać nie pamięta nawet,
co zobaczył, ale liczy na to, Ŝe ja akurat docenię, Ŝe on wie, co naleŜy!
– A państwo za te pieniądze, co tu wydało co ma? – wreszcie kończy.
– Całkiem przyzwoitą szkołę! – odpowiadam. Ale w zmąconym jego spojrzeniu widzę,
od jak dalekich oderwałem go czasów i moŜliwości. Czy myślałby i beze mnie jeszcze o
tamtej karierze? Strącenie uwagi, które mu uczyniłem, wydało mi się jednak za bolesne.
A przed nami defilowała juŜ rzeka, bo szliśmy po drewnianym, niepewnym mostku, wąskim,
ale iść się dało. mijała się z nami wylewiście, z fantazyjnymi zakosami, tworząc wysepkę,
tak obiegając drogę. Pośród sitowia i wyległych suchych traw ciągnęła nas z sobą w
tematy nowe i bardzo juŜ przeszłe, jak to rzeka: sama porządkuje plan i kierunek obmywania.
Zmiany dziejowe tu dochodzą i jeśli nie okazują się śmieszne, Patrońcio coś o nich
wie, więc teraz i o przeszłości mówi.
– Tu były kiedyś jesiotry, jeszcze do dziewięćsetnego roku tak wielkie, Ŝe kawiorem,
tym czarnym, najdroŜszym, karmiono świnie. Chłopi je łapali, Ŝeby ikrę wyciskać z Ŝywych.
– Zdarzało się, Ŝe takiemu chłopu ryba nieraz ogonem i połamała nogi. Takie były wielkie
i silne.
– A długości to miały ze trzy metry!
–
No, moŜe jak na pół szerokości tej drogi?!
– Niech będzie i na pół! – poprawia się Rońc. JuŜ mu wierzę. Nie ma to jak przyznanie
racji komuś, kto jej tak bardzo potrzebuje. A co przyroda sama wyhoduje, niech będzie
jeszcze wielkie i silne. Doszliśmy do wspólnego tematu!
Nie wiem, czy zwrócił na to uwagę. A gdy weszliśmy w las, piersiówka zgodę poprawiała,
wychylaliśmy po drodze, za nieobecność naczelnika, no i dobrze. Wtargnęliśmy aŜ
na cmentarz, dziwny, prawosławny i rzymskokatolicki; prawosławni leŜeli jakoś odwrotnie,
bo po lewej. Bóg ich moŜe sobie wybrał, ale tu leŜą po lewej stronie. Uszeregowani
przez ludzi, którzy przecieŜ patrzą z przeciwnej strony. AŜ doszli tutaj jedni i drudzy do
porządku,
o którym niejeden z nich marzył przez cale Ŝycie. Idąc na lewo i na prawo. Z Litwy
polskiej, bywało, przechodzili na stronę ruską i pod cyrylicę. Wypadków odwrotnych
cmentarz ostatnio nie notuje.
Namyślamy się nad tym w lesie, bo mamy czas, będziemy tu jeszcze wracać. Wielkopolanin,
leśny, teŜ wracał z frontu i został przy swojej Białorusince. Został, bo dał jej słowo.
Las, w który weszliśmy, dział się sam, rozległy w swojej wielkości, daleko za naszym
wpływem i uczynkami.
Rozproszenie
Panie Franciszku Szubert. Piszę do pana juŜ drugi raz, co mówię drugi – dziesiąty. Ale i
teraz nie obiecuję, Ŝe wyślę. Mam 18 lat, chodzę do najwyŜszej klasy i niczego mnie w
domu nie brakuje. MoŜe trochę pieniędzy na płyty zagraniczne, ale i teŜ są nudne. Rodzice
dbają o mnie, Ŝebym się uczyła. Oni pokończyli studia, to i ja mam teŜ. Kiedy próbuję to
zrozumieć, myślę, Ŝe oni są za dobrzy dla mnie. Rozgadałam się, a piszę, bo słyszałam w
Radio pana piosenkę. Smutne było, o wieczorze. Siedziałam przy oknie i przed starymi
udawałam, Ŝe czytam Stanisława Lema. Bo to ich bardzo bierze. Pan wtedy nadawał te piosenkę.
Jakiś niby to wieczór za mgło, albo jak? Nie rozumiałam, bo było po niemiecku.
Pewnie na jakiś konkurs. Ale ładne!
I bym jeszcze chciała, Ŝeby Pan coś napisał takŜe i o nas, co nie odrabiamy lekcji. Siedzimy
wtedy za szybą, patrzymy, nic się nie dzieje. I skąd niby świat ma się zmieniać! Jest
tak samo. Wiadomo, co będzie. I łzy tylko stają w oczach, i zatyka gardło. A w końcu to
nie jest tak najgorzej – – Znam, owszem, dwoje wspaniałych ludzi, przyjaciół, moŜna
powiedzieć,
ale to z innej klasy. I kiedy juŜ tak nic we mnie nie ma, bo to widać, oni się litują.
A ja tak naprawdę to nawet nie chcę i ich!
Szanowny Panie Szubar, ja na Pana czekam. Pan mówi do mnie jakoś tak jakby ja była
dla pana jedna, i nie wiem, czy choć jeden raz to wszystko zdarzyć się moŜe? U pana w
piosence – to tak. Było tam coś o dziewczynie takiej jak ja, to wyczułam. Ja bym dla pana
duŜo, oj jak duŜo chciała zrobić! Nawet nie wiem co. Ale czy Pan odpisze? I czy się doczekam?
Ciemno juŜ się zrobiło, to muszę kończyć, bo nie lubię pisać tak za światła. I to do
pana. Całuję – Mariolka z Czwartej B.
Wrócił z podróŜy. Był w niskich Alpach. KaŜdej jesieni wyprawiał się na tak wygodne,
bo blisko, wakacje. Tym razem wyjazd był krótszy i całkiem niedaleko, do Oberhof.
Goniło go zamówienie – rzadkość: na kwartet. MoŜe zechcą go włączyć do programu na
Ratuszu?
Myślał o tym bez przerwy, ale pomysł rodził się tępo. Rozproszenie w przestrzeni,
niespodziewana
lekkość – działały skutecznie przeciw skupieniu. Ludwik van podobno w plenerze,
podczas swoich sławetnych wędrówek pisze juŜ zarysy najbardziej buntowniczych
motywów! Jak moŜna tak się spręŜyć – w uwolnieniu? Widać wielki jest Ludwik van, ma
silniejszą ambicję, albo po prostu potrafi wziąć się w karby. On, Franciszek, nie natknął się
jeszcze nigdy na tak wyraźny front naprzeciw siebie, Ŝeby mógł mu się oprzeć natychmiast
pisaniem! WciąŜ tylko kłopoty: rozmaite i dziwnie nieprzetłumaczalne na bohaterski motyw!
Jak długo Ŝyć z taką ścianą niespełnień? Jak dalej Ŝyć?
Ciągle tylko odpowiadał na rozproszone wezwania otoczenia. Na potrzeby i wyznania
jego własne – nie odpowiadał nikt. Tak zwani przyjaciele reagują, owszem, ale tylko na jego
dobry humor i dowcipy. Wynoszą się z pokoju, gdy „na jaw wychodzą róŜne sprawy”.
Teraz, gdy się zaczęła ta choroba, nawet i głupie łysienie jest wstydliwe.
Ludwik van, pan na postumencie sławy!
„Nie, nic poza ranami nie ma juŜ dla mnie przyjaźń i podobne jej uczucia.”
Twardość, którą miał za młodu, stopiła się idealnie z nostalgią po salonach.
„Siła jest moralnością człowieka wzbijającego się ponad innych – i ona jest moralnością
moją.”
Ba, gdybyŜ to zdanie mogło być jego!
Ja. Die Kraft ist die menschliche Moral. Powtarzał z podziwem Franciszek.
Ja, die Kraft. Siła.
„Schubert wygląda juŜ o wiele lepiej – pisze do przyjaciela Schwind, jeden z najbliŜszych.
– O wiele lepiej, jest bardzo wesoły – i bardzo śmiesznie głodny – pisze niezliczone
kwartety, walce i wariacje.”
Tak wiele pisze. A co się dzieje, gdy skończy? Albo i nie skończy – przerwie? „Bóle i
zawroty głowy, płatami wypadające włosy, bóle kości. Wyobraź sobie człowieka, którego
zdrowie nigdy juŜ nie będzie pełne; człowieka, którego najpiękniejsze nadzieje zostały
zniszczone, któremu szczęście miłości i przyjaźni nic dać nie moŜe, jak tylko największy
ból.” Tak się jeszcze pisze słowami, kiedy juŜ nie muzyką.
„Gdy chciałem wyśpiewać miłość – zamieniała się w ból. Gdy chciałem znów ból wyśpiewać
– – zamieniał się w miłość.”
„Nasz ojciec i matka byli dobrzy. Odnosiłem się do wszystkich z głęboką miłością.”
„Wtedy doszła mnie wieść o śmierci matki. Pospieszyłem, by ją zobaczyć.”
Kto rzucił ostatnią grudkę ziemi, Franciszku? A kto pierwszą?
Niebo okazywało zmieszanie, słońce wczesnego popołudnia przecinał wiatr. W mdlącym
chłodzie kaplicy ośmieliłeś się tylko podejść do orszaku dumnych. Nie poznała cię rodzina,
nawet waŜniejsi od ciebie obcy. Rusza zmęczona karawana w ten piekielny upał!
Raptem zabrakło cienistych drzew. Na odsłoniętych w upale – bezgłośnie uderza trąba
wiatru. Piasek spod stóp kurzy się wysoko, męŜczyźni poprawiają, co wiatr przewrócił razem
z klepsydrą; panie wykładają na wierzch kaŜda swoje napisy i szarfy. Śmieszny byłeś
tylko ty jeden: chciałeś trumnę nieść głową do przodu! Wyśmiano cię głośno. Nie moŜesz
czekać na kondolencje.
Ale obroniłeś ciszę, Franciszku. Dla ciebie nie odbijano wieka. Nie śmiałeś poprosić.
Kto rzuci ostatnią grudkę ziemi? Niedoczekanie twoje.
„Nikogo, kto by zrozumiał ból drugiego; nikogo, kto by zrozumiał jego radość. O, jakie
cierpienie dla tego, kto to pojmie!”
W rozmigotaniu słonecznym pcha się człowiek w zieloność, z nudy w wielką Nowość.
MoŜe przy następnym kroku ją znajdzie? MoŜe powinno się, zresztą nie wiem. Znalazłam
coś wielkiego i w kształcie Inne od wszystkiego, nawet nie zielone. Ledwo to sama potrafię
objąć. Zdobyć to i będzie moje. Nasze. Zaniosę do Dziadzi!
Dziadzia ocknął się, bo jak siadł to usnął, macha teraz rękami przed nosem, coś odgania,
moŜe ze snu? Stoi juŜ i cieszy się, opanował to i na coś czeka. Teraz! Dałam to Dziadzi, do
ręki. Dziadzia przyjął. Pobiegłam szukać następnych Nieznanych Rzeczy, ale jeszcze po
drodze się obróciłam. śeby popatrzeć, co się dzieje z Dziadzią. Odrzucał gdzieś precz ten
Przedmiot, poszedł, znalazł i chowa pod ławkę. Ale teŜ się nie zmieściło. Widząc, Ŝe ja widzę,
zgiął się, zabrał spod ławki i odrzucił do tyłu w krzaki. Zasłonił sobą ręce, niby nic –
tak jakoś coś się dzieje i nic się nie stało. A do mnie śmieję się, ale blado.
Wróciłam, wyszukałam i przyniosłam jeszcze raz do Dziadzi ten Przedmiot. Przyjął,
trzyma w ręku. znów śmieje się, ale widzę, jakby śmiał się nie do mnie, tylko w druga stronę,
gdzie ma rzucić ten Przedmiot. Dopilnowałam Dziadzię do momentu, aŜ przestał się
ś
miać i zostawił nasz Przedmiot obok ławki. Mogłabym wtedy spokojnie pójść sobie i wyszukać
jakieś następne. Ale Dziadzia zaczął namawiać mnie na nasz wózek, co stal obok.
Wózek mnie juŜ nie ciekawi. Na to Dziadzia trzyma mnie za kołnierz i jakoś widzę, Ŝe ma
się stać tak na odwrót, jak naprawdę miałoby być. Jakby Dziadzi zaleŜało na zrobieniu czegoś
inaczej, niŜ jest. Zaczął mnie wciągać do tego wózka, opierałem się, to i siłą. Wtedy się
rozbeczałem. A jak dorosnę, nauczę się mówić, opowiem kiedyś Dziadzi i wam historię tego
beku. Nikt nie wie, nawet Dziadzia, jak bardzo tego pragnę!
To dziecko musi kiedyś trafić do czubków – powiedział sobie głośno Franciszek, obserwując
scenę z ławki naprzeciwko.
PrzyjeŜdŜają polonezami, mazdami, fiatami. Jedni ze szwungiem, inni tylko z hałasem.
Stają grupkami przed frontem bloku, w którym mieszkam, gdzie było kiedyś biuro meldunkowe.
Markotnieją, przestępują coraz niecierpliwiej z nogi na nogę. Co jest? co się stało?
Po paru minutach juŜ się przyzwyczajają. Teraz, zaniepokojeni, krąŜą, ale i markotnieją
dalej, moŜe z braku kolejki? Ale odejść nie mogą? Gdyby tak była kolejka!
Więc jak to? Było biuro i biura nie ma? Tak nie moŜe być! Słowa te, nie wypowiedziane,
a jednak wiszą w powietrzu, w gmatwaninie domysłów, choć niemo. Nie moŜna juŜ ni
kroku dalej. KaŜdego zastaje gdzieś Sąd Ostateczny. Tego jeszcze tylko się nie spodziewali,
Ŝ
e tu. Zaskoczył z nich kaŜdego, osobno i w grupie. Trwoga ogromna rośnie, moŜe juŜ
właśnie jest największa. I poczucie, Ŝe me ma od tego odwołania.
Czasem wiedziony obawą zebrania się większego tłumu wsiadam do windy, zjeŜdŜam,
podchodzę i zaczepiam z osobna, w grupie, wiem, co się stało, mówię, wiem, gdzie zostało
Biuro przeniesione.
Otrząsają się na tę wieść albo i nie, ciągle nie wybici jeszcze ze swej drętwoty, czasem
na nowo juŜ spłoszeni.
– Taka to i sprawiedliwość! Człowiek przyjechał z daleka i zawsze musi mieć najgorzej!
Dama krzyczy, a pani dyrektor nieba by wszystkim przychyliła.
– Czego się pani obawia? – pyta spokojnie wystrojoną, i rozkrzyczaną. – A bo pogody –
to i nie będzie! Co za wczasy!
– Pogoda? PrzecieŜ jest!
– Ale to znaczy, Ŝe nie będzie potem!
– Skąd pani wie, co będzie potem?
– AlboŜ nie? Na początku zawsze to się, co jest, wykończy – i po wszystkim! Mało to
tak bywało?
Do pani dyrektor jednak warto jechać aŜ tak daleko. Ma argumenty.
– AleŜ widzi pani, Ŝe świeci słońce? Nie starcza to pani?
– Tak, ale jak długo jeszcze?
– Jest tu pani juŜ trzeci dzień, dzięki Bogu.
– Ja wiem, Ŝe i nie takie pogody dobrze się zaczynały! Nie jestem dzisiejsza, proszę pani!
– dekonspiruje się dama, choć tu sam środek sezonu.
– W poprzednim turnusie teŜ świeciło, i ludziom było dobrze – pani dyrektor odchodzi,
a przysłuchujący się sprzeczce kiwają jej głowami, albowiem pani dyrektor jest przystojna i
jak coś mówi, to juŜ wie co.
– No widzą państwo! Świeciło przez cały turnus! – dama teraz prawie krzyczy, bo pani
dyrektor odeszła. Zostaje słońce i ta reszta ludzi, nie słuchają ani nie podejmują polemiki, a
poniewaŜ nikt juŜ ich nie broni, są przygaszeni. Przed obiadem staną w dwurzędowej kolejce
do jadalni.
Kelnerki, póki nie rozniosą dymiących waz, nikogo i niczego nie zauwaŜą. Ktoś wpada
prosto z plaŜy w drzwi, nie zamknięte były, zlekcewaŜył tłum i zajmuje miejsce przy stole.
Szurgotem spłoszonych myszy wsypuje się tłum i uzupełnia zajętość, jak tylko to moŜliwe.
Obudzone od waz kelnerki odzyskują uwagę i kaŜda z nich nagle czuje się profesorką, potrzeba
uderza im do gardła.
– Ja państwa bardzo przepraszam, ale to co dzisia sień stało i jak państwo sień beńdzie
tak dalei spaźniać!!
Przybyły z plaŜy upomina się stanowczo o drugie.
– to zupy nie dostaniecie!! Dziś tylko pierwszy raz, to sie odpuści. Ale my nie moŜemy
gotować dwóch zup!! Technolog nawet broni!
A kto z boku, przez szybę spojrzy – domyśli się, Ŝe na sali zapanowały juŜ ogólny ład i
harmonia.
Był juŜ trzeci rok, jak z zaufania do przyrody Franciszek czerpał zyski; a razem z nim
wszyscy, w sprawiedliwej masie, którzy nie przemarzli nie dogrzani, a za oszczędzone pieniądze
robili zapasy Ŝywności. Robili? – wmawiali sobie. A juŜ nikt nawet nie próbował
wmówić, Ŝe to, co łagodna, letnia zima, długa i mało słotna jesień dały zaoszczędzić na
zdrowiu, Ŝe pozwoliło to bliźnim naszego kraju odbić na innych wydatkach – bo Ŝadne
oszczędności nie wchodziły juŜ w rachubę. Ale zmniejszyła się, jak ogłoszono, stopa spadku,
a nieszczęścia z powodu kataklizmów przyrody spadły na inne, bogatsze kraje.
Nasi bliźni jakby przez samą tę myśl okrzepli w sobie – nie, nie w nadziei, jednakŜe
dzięki skrycie przeprowadzanemu rachunkowi okazji, w którym ten i ów poczuł, Ŝe ma
udział. Taki traf, a moŜe i fart, jeśli nawiedzi kogoś, da mu zastrzyk niekoniecznie aŜ mają-
cej się objawić pewności siebie, jednak co bardziej lekkomyślni poczuli się zaraz w prawie
do trwonienia resztek mamony, jeśli się tylko przybłąkała.
Bogatsi, a zwłaszcza młodzi wśród nich, posuwali się aŜ do wystawności. I te objawy
histerii w świadczeniu sobie zadowolenia zdarzały się w lokalach publicznych dość często.
Franciszek często woził takich młodych i, jak w duchu, stwierdzał, ubogich utracjuszy, którzy
trwonili sumy równe miesięcznym dochodom na jedno, dwa popołudnia „w miłym
towarzystwie”,
przy wódce. Więc to ci bardziej energiczni i z pomysłem! Wpadali w zuchwałe
ś
więtowanie pod hasłem: „Co mnie obchodzi świat!” Takie tylko rodzynki w całym
tym zakalcowatym razowcu.
Narrator śmie jednak wątpić, by zgodziły się z tym obrazem doniesienia idące torem
selektywnym. Prywatną siecią zwierzeń choćby. Choć reguła: nie zwierzać się wcale! nikomu
i z niczego! obowiązywała nadal w autobusie i na ulicy. I ludzie jakby wyrzekli się
juŜ Ŝycia prywatnego i tych nie objawionych zamiarów, które mieszczą się gdzieś skrycie
w utartych formach. Więc nadal urządzano imieniny i urodziny (siła wyŜsza!) – na wszystko
inne obowiązywał nie zatrudniający motywacji, nie folgujący wyobraźni, więc skuteczny
zakaz.
ś
e młodość ucieka tymczasem? Albo ostatnie lata urodziwej dojrzałości? By stawiać takie
pytania głośno, trzeba by większego ośmielenia, niŜ wymaga konieczność wyprawienia
jednemu, chrztu, a innego – w ostatnią drogę.
Ktoś w samotności wypisywał swój – ostatni moŜe – list do Ludzi.
Telefony milczały. Albo dzwoniono i mylono się, pytając o tylne prawe drzwi do poloneza,
bo w Polmozbycie od dawna juŜ nie odpowiadają.
Więc pozwól, Chmuro, przeŜyć im jeszcze ten czas, z godzinkę. I bez cięŜkiego strachu,
strachu o wszystko. śe zgubi się cały i ten porządek.
Niech uspokoją się na przekór całej swej pamięci, zakładając, Ŝe chwilowo osłabła. Jak
wiele wyborów dziś zaniechanych. Niech się choć tak usprawiedliwią.
I tylko ty nie myśl, Chmurko, jeśli wysłuchałaś mojej prośby, Ŝe na ciebie się zdaję. Nie
dbaj o mnie za bardzo, bym przypadkiem nie osłabł z upojenia.
Ludzie stoją w gęstej kolejce, jakby to do kościoła? Złodziej wychodzi z mojego domu,
a to nie jest jeszcze wspólny dom. Przebiera się bezczelnie na moich oczach w mój ciuch,
powoli. A domowników zastraszonych znajduję w łóŜku, przyduszonych pierzyną. Milicja
robi szeroką obławę w niedaleczkim lesie, i to jest na odległość spojrzenia, no, powiedzmy:
uwaŜnego.
Otwieram okno na gęsty tłum i kolejkę, co jest jakby to wtrącaniem się w uroczystą ciszę,
która tam nagle zapanowała. śe w mieszkaniu moim tragedia? Złodziej ledwo przebrany
znów wchodzi i wpada w moje ręce. Tarmoszę się z nim, chociem zgłupiały, coraz słabszy,
i to na oczach zgorszonego (zakłócam ciszę!), a dla mnie tak obojętnego tłumu. Bez
pomocy juŜ za długo, duszę się. Chcę, jakby nic, jeszcze raz otworzyć okno, wołać na pomoc,
poniewaŜ było otwarte – duszę się, i to jakoś bez związku.
Wszedłem, dokładnie zamknąłem drzwi. Komisja nie podniosła na mnie oczu znad papierków.
Ale
– To pan. Proszę siadać.
Spojrzała na mnie, gdy sięgnąłem po jej spojrzenie wzrokiem dzikim, palącym, trochę
skrzywionym. DuŜo miałem w sobie opóźnienia do wszystkiego, w czym Komisja o włosach
koloru blond juŜ się grzebała, wysupłując moje powtarzalne, dla mnie niepowtarzalne,
motywy, Spojrzała wreszcie na nowo twarz bystra, aŜ za bystra, omal nie drgnąłem.
– No tak, wszystko tu bardzo pięknie, ale – – czytała dalej, więc przez długą chwilę ona
ani ja nie dźwignęliśmy tak cięŜko zawieszonego tematu. Wyglądało, Ŝe nieŜyczliwie dla
mnie. Komisja nie uzna tego, co zapisane, nie da zwolnienia, nie przychyli się do intencji
mojej i wcześniejszej. Za duŜo ufny przyszedłem tutaj, tak, za duŜo.
Komisja przeczytała sobie juŜ wiele stron, tak narciarz przelatuje po stoku, w górę i w
dół, pomruczała sobie, choć niegłośno, a to znaczyć moŜe, Ŝe pasaŜer nie obyty z narciarstwem,
znaczy się ja, pozostanie tam, gdzie był, nawet nie podholowany, z górki czy pod
górkę, wszystko jedno. Nieustępliwa ta Komisja, ostra dzisiaj jest jak kaŜda pani.
– Od kiedy, niech pan powie, to się panu tak nic z niczym nie łączy, co?
– To jest, chciałbym raczej powiedzieć pani Komisji, Ŝe ja się nie czuję, nie czuję juŜ
wcale swojej mocy.
– Mocy, pan mówi. A jakąŜ to moc miałby pan czuć?
– No bo to jest tak; nie mogę nic zrobić. Oj, dobrze zacząłem, miękko, cienko, ale kąśliwie.
W duchu chwalę siebie za to. Wysoka komisja niech się rozpozna. (JuŜ Doktor K.
umiał wszystko tak postawić, Ŝeby się wydało ciekawiej i na jedną stronę – przeciw mnie!)
– To i cóŜ chciałby pan robić? My dziś wszyscy niewiele moŜemy.
Nowy ton!
– Co mogę zrobić dla pana ja? To przecieŜ śmieszne, chyba pan wie, Ŝe nie przesadzam.
Ludzki ton, na współczucie!
– Nie przesadza pani Doktor! Ale mnie by chodziło o to, Ŝeby – –, no, Ŝe ja wcale nie jestem,
jak to kiedyś dawno powiadano, człowiekiem czynu. No – – Ŝe nie mogę być!
– A na jaki to czyn chciałby się pan porwać?
– Tego jeszcze nie wiem. Choć niemłody juŜ jestem, - a przez całe Ŝycie dotąd wydawało
się, Ŝe robiłem czyn za czynem; a to była, teraz widać, nieprawda; nie uznano dotąd
mi Ŝadnego czynu! Ja tylko najwyŜej starałem się wyszukać coś odpowiedniego, moŜe to
nie czyn, nie praca, ale jedyna dla kaŜdego właściwa skala, bo widać bez niej nikt nie złapie
swojej równowagi, jeszcze do dziś tego nie mam, i wszystko jest jakoś u mnie zmienne,
zaleŜy nie wiem od czego. Doszło juŜ do tego, Ŝe nawet i nie czuję zwyczajnie zmysłami,
róŜnie to bywa; albo to, co czuję, nic mi nie mówi, wszystko niepewne, wahliwe. Jedno
drugim moŜna zastąpić.
– Co pan ma konkretnie na myśli?
– No choćby węch i słuch.
– Zacznijmy od tego. Co pan ostatnio słyszał takiego, co było zaleŜne tylko od pana. Albo
odwrotnie – od niczego niezaleŜne?
– Widzę zegar, który wisi naprzeciw mojego łóŜka. I jak go widzę, to. go słyszę. A jak
nie widzę – juŜ nie.
– I co jeszcze?
– Często bywa tak, Ŝe nie słyszę nic za oknem, godzinami, dopóki nie wychylę się i nie
spojrzę, jak jadą tramwaje, autobusy; wtedy zaczyna się tak jak z zegarem.
– To pan mówi o przyzwyczajeniu, pamięci. Choć takŜe wygląda na to, Ŝe zmysły pana
są podporządkowane. Podporządkował je pan własnej woli. I musiało to juŜ długo trwać.
Czy ma pan silną wolę? AŜ tak silną?
– Nie, nie miałem nigdy. Ale długo musiałem. Chyba aŜ tak cieniutkie mam zmysły.
– To znaczy?
– To znaczy, Ŝe chyba nie chcę jej mieć. Woli. Ale ta podwładność zostaje. Pamiętam,
jak wracałem kiedyś do domu i na osiedlu poczułem gaz w nozdrzach, uderzył mi równieŜ
w oczy. Zasłoniłem się rękami i biegłem, biegłem aŜ pod swój blok.
– A wtedy?
– Pod blokiem był spokój, nie czułem nic. Pytam sąsiadów, mówią, Ŝe Ŝadnych gazów
na osiedlu nie było. Odsłoniłem się całkowicie i wszedłem do domu. Nikt nie zauwaŜył tego
dnia gazu.
– Jak pan to sobie wytłumaczył potem?
– Nie tłumaczyłem, czy ja wiem? Nie mam na to wytłumaczenia.
– To i dobrze! To jest, przepraszam, chciałam powiedzieć: niech pan nie wraca do tego
zdarzenia – juŜ dobrze?
– Nie wracać.
– Tak, i proszę pana, niech pan zapomni o tym, co było. Tego nie było, prawda?
– AleŜ było, pani Doktor! I to jeszcze jak!
– Nigdy nie było i juŜ, słyszy pan?!
– Jak nie, to nie było.
– I do tego juŜ więcej nie wracać. Niech pan sobie tego nie tłumaczy – zgoda?
Wzruszyła mnie. Patrzyła wciąŜ prosząco, juŜ ta zwyczajna kobieta, której zapowiedź
chciałem widzieć w pierwszym między nami, błyskawicznym i odpychającym wtedy spojrzeniu.
Para ławek po bokach. Wchodzi ktoś, zajmuje miejsce, za chwilę następni, kilku, ale
wchodzą pojedynczo, niektórzy zwracają się do zastanych, jakby pytali o coś niemo, tamci
jakby odpowiadają niemo, w końcu nikt z nas tu nie ma waŜnego głosu, głos otrzyma według
kolejności wejścia. Chwila wydłuŜa się, rośnie niepomiernie. Ktoś chrząka, ktoś chronicznie
kaszle, ale opanowuje się, kaszel zgaszony jest przyzwoicie. Pani siada na końcu
ławki, wyjmuje przybory, zaczyna się pisanie. Jej się nie dłuŜy, pisze duŜo, moŜe i wszyscy
jesteśmy. notowani przez nią na równi, tylko kaszlący znowu swoje coraz natrętniej – nikt
na to nie zwraca uwagi. My teŜ pociągamy od czasu do czasu nosem i to wszystko. Nasza
cisza staje się juŜ nawet wspólna, a to znak, Ŝe staliśmy się społecznością, a społeczność,
wiadomo, wymaga opieki lekarza. Z Doktorem K. moŜna będzie wyjść na tematy szersze!
– Zwierzę – mówię Doktorowi K. – jeszcze tylko zwierzę, które nic nie rozumie, moŜe
dziś pojąć, co to jest Ŝyć, bo ma silne, zdrowe zmysły. Tak, jeszcze tylko ono, chluba
sprawności. Umiera, nic po sobie nie zostawiając, nic, co by tylko od niego zaleŜało.
– A jak się jest w połowie, proszę pana, i tylko w połowie między tym, co pan mówi – –
a ludzkim?
– W połowie to najczęściej się ginie, nie zostając nawet psem – odpowiadam.
– AleŜ anonimowe zwierzę nie dochodzi nigdy do tego, by przestać być sobą.
– A według pana, Doktorze, człowiek mógłby przejść tę granicę w jedną i drugą stronę,
w górę i w dół?
– No, chyba juŜ większość z nas zasmakowała bycia po drugiej stronie, u góry. Teraz
tylko me wiadomo za co – czeka nagrody. Często się zastanawiam nad tym, czy my aby
kiedyś będziemy wreszcie wolni, choćby od tego uścisku wdzięczności – albo niespełnienia?
Bo juŜ wiadomo, Ŝe ci, którzy sami trzymają nas, słabszych, za gardło, albo delikatniej
mówiąc, za sznureczki i z daleka nas nimi prowadzą – ci nie odczuwają potrzeby Ŝadnych
wyrzutów. Ani poczucia wdzięczności.
– Jakoś mi się widzi, Doktorze, Ŝe wielu na to czeka, Ŝeby się tak wyzwolić. Impregnować
się przeciw tej dziwnej melancholii, ot co!
– Ale moŜe warto poszukać czegoś – co jest w proporcji do naszych własnych moŜliwości?
– zapytał retorycznie Doktor K. I dodał po chwili:– A pan przyszedł, zdaje się, po konkretną
radę? Szybką i doraźną.
– Wiem, Ŝe świat nigdy nie był urządzony tak, Ŝeby za nami chodził anioł stróŜ i zbierał
od innych to, co się nam naleŜy. Czy nie czas by się przyzwyczaić, Doktorze, do tego, jak
rzeczy się naprawdę dzieją?
– Pan myśli o chemii i przyrodzie – czy ludzkich zasadach?
Doktor K. moŜe i nie znał odpowiedzi, ale z góry juŜ rezerwował dla siebie odpowiedź.
Którą mu podpowiem.
Parzę zwietrzałą herbatę, a dzwoni telefon, któŜ dzwoni? Projnc. Do mnie jeszcze Projnc?
– Co robisz, Projncu, w szare popołudnie? Bo ja parzę herbatę. Zaraz będę musiał wyłączyć,
więc sobie przerwiemy. Nie widzieliśmy się te dwa lata, obejdzie się i dalej.
– Kiedy widzisz, ja akurat teŜ parzę herbatę, mówi Projnc. I teraz do ciebie dzwonię, bo
wiesz, my długo juŜ nie tego, co u ciebie?
– Nie rozumiem cię, Prońciu, wszak mówiłem, ta rozmowa z konieczności krótka!
wiesz, Ŝe ją wymuszasz! I my w ogóle jesteśmy ostatnimi na tym świecie i tak dalej, którzy
mają jeszcze coś – – rozumiesz mnie chyba?
– Zwyczajnie chciałem z tobą porozmawiać, dowiedzieć się, co robisz? z czego Ŝyjesz?
Nawet pracę dla ciebie taką jedną miałem, ale to juŜ było jakiś czas.
– Lepiej myśl dalej, co dla mnie miałeś, i juŜ nie dzwoń; bo zaczyna kipieć. Herbata
moja moŜe równie waŜna jak i twoja! – To się jeszcze spotkamy!
– Myślisz, Ŝe stałeś się juŜ bardziej ludzki, Projńć? Jednak coś nas łączy. I chciałby być
ze mną czasem. Jak kobieta! ZaŜywa mnie i trawi choć przez krótką chwilę, ale wciąŜ
chaotycznie.
Ja przeciwnie. JuŜ nie trawię. Strasznie dla mnie jesteś łykowaty, Porcj. Ale
wszystko to po co? Przyszłość juŜ i tak jest twoja! OdŜegnasz się i zapomnisz. Nawzajem.
W lesie. Znowu i ciągle jakbyśmy byli tym lesie. Tłum samochodów na skraju gęstniejący.
Luzaków trochę, znaczy się pieszych. Ale za to ubrani lepiej, popisowo. Bo jak na
październik – gimnastycznie, w szortach i koszulce, kaŜdy nie byle kto.
Blondynka zaś i Ruda idą w swetrach, po obu bokach bardzo przewiewnego męŜczyzny
–chłopca. Zazdroszczę im
– juŜ tacy pojedynczy, i razem! On prawi coś o bombie A, bo ma komu – przecieŜ bomba
nie splami cię! – woła
– nie zdegeneruje! nie musi być łajdakiem!
Piękne słowa. One zwłoką ł uśmiechem odpowiadają mu, na dwa sposoby wyrozumiale,
na śmiałość przyzwalają.
Z uśmiechem na rzecz i mojej wspólnej zgody mijam ich. Nie podchwycili.
Potem jeszcze długo Ŝałuję, Ŝe nie mam takiego towarzystwa. Jak by to było dobrze,
gdybyśmy tak wszyscy, myślę, zignorowali bombę A! Jak ludzi mogłaby zbliŜyć do siebie
bomba! A my, nie tkwiąc w cudzych zadaniach, zaczynamy porządkować razem to Ŝycie,
jedni z drugimi, bo tylko wspólne Ŝycie jest Ŝyciem; i tylko razem da się zrobić z nim porządek.
Tak patrzę tu i tam, wyglądam, a idą wciąŜ tylko dezodoranty. Byle nie czuć swego.
Z reguły towarzyszący im pies szczeka na wszystko, Ŝeby tylko nie oszaleć. Im dalej w
las, tym coraz to szlachetniejsze psy zadają dezodorantom rasy.
Tej pani samotnej się ukłonię. Nie bacząc juŜ na względy jakie kto chce, my, ludzie leśni,
osobni, nieprzypadkowi, przychodzimy tu jak do rodziny, do Matki. Tu się rozpoznajemy.
Dzień dobry to znaczy sprawić, Ŝeby się ktoś zdarzył i ktoś drugi, jak wspólna rodzina.
MoŜe się kiedyś zaczną rozmowy i bliŜej będzie tego, Ŝeby juŜ w ogóle było Tak Jak
MoŜe Być.
Było dzieńdobry, odpowiedziała. Ale nadchodzi i inna jakaś, widać, zgrabna. I jej teŜ?
Koniecznie! Nie zauwaŜa mej gotowości. Ale widzę w niej walkę, miota się w niej coś,
jeszcze przed spojrzeniem, które ode mnie ucieka. Jakby rzucała mną w lewo i w prawo, do
wtóru juŜ prawie i ja uciekam, nie ma mnie, spojrzałem tylko, gubiąc się i chowając z domysłem,
jak nastroszona idzie mimo; no i nie ośmieliłem się dać jej siebie, wyzwolenia
choćby w tym niepokoju; jej smutny wzrok redukuje juŜ tylko mą złość.
Odskakujmy. Swobodny zaraz dalej będę i juŜ wolny. W lesie głównie samemu sobie
nikt nie kłamie. Rytmicznie wypycham pod górkę kaŜdy krok. A tu dziwnie odstająca od
wszystkiego, zatrzymała się i słucha. I choleryka by uspokoiła. Więc cisza.
Nowa przeszkoda. Z daleka jakaś smutna. TakŜe wydaje się przytulna. Cała na szaroniebiesko,
bez rzucających się szczegółów. Moje patrzenie mówi jej dzień dobry, ona z zatrzymanym
grzecznym dygiem całością odpowiada, od nóg aŜ do niemych ust. Wszystko.
Jakby wszystkiego początek. Zawahała się sekundkę, dzień dobry powiada, na pewno
wdzięczna, myślę sobie, Ŝeby się tylko na mnie tutaj nie zawiodła, mimo to rąk z kieszeni
nie wyjmuję, oboje jesteśmy u siebie, zbliŜyliśmy się; choć nie na zatrzymanie, idziemy z
przeciwnych kierunków; i odeszliśmy. A gdy szliśmy tutaj, z tych kierunków, nas jeszcze
dla siebie nie było. Nie zostawiamy przykrego wraŜenia, troski, popłochu, a jednak Ŝal.
ś
al będzie z odległości coraz większy. Ja idę do Matki, myślę; myślałem dawniej, Ŝe i
Ona będzie tam, Nieznajoma. MoŜe za szybko wybiegliśmy w przyszłość, co?
GwiŜdŜe się. Myślę, Ŝe jak idzie się, to i gwiŜdŜe się. A pan to juŜ od dawna tak gwiŜdŜe
i gwiŜdŜe? – nie zapyta juŜ Nieznajoma. Pewnie zmęczony? a moŜe głodny? GwiŜdŜe
się. Ławki były obsadzone. Więc idziemy i gwiŜdŜemy. Dezodoranci jajka twarde na zimno.
Ukradkiem jedzą i patrzą i myślą; Ŝe mógłbym teraz na nich popatrzeć i chcieć. Ani mi
się widzi. Chyba zazdroszczą, Ŝe mam jeszcze sporo tej spręŜyny w nogach, by się wlec.
Bo my gwiŜdŜemy na to, panie dezodorant; jak kto idzie, to nie je, nie w myśli mu toto;
jeszcze tylko oczkiem poszperamy sobie, popatrzymy, jak tam samotny zbiera grzybki,
moŜe muchomory!
A to samotna! pewna pani! pcha do torby wszystko co zauwaŜy, i zaraz będzie krzyczeć
Ŝ
e otruta, zawoła o pomoc i nikt nie nadejdzie, chwila ostatnia się zbliŜa, moment, Ŝeby od
ś
mierci ją wyzwolić, bo na całe Ŝycie się przerwie. A ta odpowiada mi tylko, Ŝe nie wie, co
jej się uzbierało. Pan się na tym zna? pyta, a więc jest zachęcająca. Jeśli zebrałam równieŜ
tych trujących, to tylko trochę!
Trochę się na tym znam, odpowiadam. Trochę – to najpewniej razem się otruć. Oto jestem
przy niej, podnosi mi jakieś gałęzie, widzę głowę i mimo wszystko zdaje się, Ŝe świat
poszerzyliśmy. Trochę. Czeka nas tylko powolna i nudna cierpliwość. A ona śpieszy się.
Czy tu, co zebrałam, to równieŜ kurki? – pyta.
Opuszczam gałęzie, które przytrzymałem, które i mnie odsłaniały. Proponuję iść, ale nie
idzie. Zostawiam rozpasane niebezpieczeństwo w stanie agonii. Na swojej ścieŜce pamiętam
jeszcze przestraszone przed odejściem spojrzenie. Znowu idę i idę.
AŜ tu Trójka z drugiej strony nadciąga. Od bomby. Z daleka krzyczę im dzień dobry!
Dzień dobry: ledwo odpowiadają, rozglądając się na boki.
– Podobał mi się pana temat o bombie A! – wołam do niego. Milczy, nie patrzy nawet
na mnie.
– Skończyliśmy ten temat – odpowiada mi z łaski jedna. I dalej obie juŜ milczą: gdzie
tam – troje.
– To wymyślimy jakiś nowy! – nudzę ich, głupio nie zgaszony, na nic.
– Teraz będzie moja kolej! – obiecuję. -–No tak, ale my idziemy w tę, a pan w tamtą
stronę – powiada Chłopak, który przez rozczarowanie zhardział juŜ na męŜczyznę.
– To wybierzmy trzecią stronę! – miałem na końcu języka, ale dziewczyny kwaśno się
uśmiechają, niewiele i tak, myślę sobie, wam się uszło, więcej nie ujdziemy nawet razem.
– Widzi pan, tu jest sprzeczność interesów między nami – mówi NowomęŜczyzna. –
Przy sprzeczności interesów trzeba zdobyć się na kompromis. A na ten kompromis, jak pan
dobrze wie, nikt się zdobyć nie moŜe. To i my nie.
Wymyślił. UŜył sobie aŜ do mdłości. I juŜ widzę, jak im pięty zrywają się do odwrotu.
Mnie teŜ. Ale jednak, tylko to:
– Jaką by pan szansę wybrał, to juŜ jest obojętne. Pan wie, Ŝe kaŜdy z nas płaci za nieudany
krok!
To juŜ krzyczę jakby. Bo nikt mnie nie słucha. Odchodzą, a ja klnę to barbarzyńskie
niewolnictwo – w sobie, Ŝe m u s i a ł e m mu jeszcze i to. powiedzieć. Wszelkim nędznym
karykaturom fajnego takiego czegoś, co się później obmierźle nazwie: przydzielony los.
Klnę ich i swoją, juŜ automatyczną niezdolność do zdolności.
Słodki, cokolwiek mdlący uśmiech. Mimo to piękne, rozszerzające spojrzenie zaprasza
kaŜdego do pozostania z nią dłuŜej. Pani ZamoŜna napisała do mnie list.
– – mówię, Ŝe szukam człowieka z charakterem, ale to nieprawda. Nie szukam go juŜ
wcale. Szukam złotej nitki, wie pan, to teraz takie modne. Przewija się złota nitka w fatałaszkach,
robi wraŜenie.
Tak naprawdę to nie poznałam tylu tajemniczych ludzi! I nie zwiedziłam egzotycznych
krajów, o których marzyłam! Urok tych krajów i nieznanych ludzi do tej pory juŜ przyblakł
mi. Ale nie dałam i dostatecznych dowodów miłości nawet tym, których kochałam; dalej
zresztą ich kocham, choćby rodziców; ale i tę miłość teraz o wiele trudniej mi sobie wyobrazić.
Czy miałam marzenia? – aleŜ tak, po stokroć! Ale nie popełniłam Ŝadnego szaleństwa na
miarę moich marzeń. A było przecieŜ – zdawało się, wystarczy tylko sięgnąć ręką!
Siedzę w swoim pięknym domku z ogródkiem. W oazie spokoju krzątam się od rana do
wieczora. I gdyby nawet jutro, z tego powodu czekała mnie w nim śmierć, w tym domku –
krzątałabym się dalej. Przyjąć koniec tej nudnej księgi. Tak chyba trzeba. PrzeŜyłam
wszystko i jak gdyby nigdy nic.
Kiedyś to działo się duŜo tuŜ tuŜ – dzisiaj to dalekie jak nigdy nie dościgniona fatamorgana.
Najcenniejszy skarb – był gdzieś! Jest przyzwyczajenie, i to nie do tego. Panie Franciszku,
czy juŜ dla nikogo nie istnieje nic, jak dla mnie? Sama nie wiem, komu okazałam
się posłuszną, słuŜąc tak gorliwie?
MoŜe to jeden z tych bólów nieistnienia, wciąŜ narastający, wiecznie tak marudny, Ŝe
marzę o śmierci jak zbawieniu, o prawdziwym, fizycznym bólu, po którym spadnie na
mnie Niebo ołowiane i lekko, rytmicznie Ŝ nim popłynę. Bo juŜ moje oczy są po to, Ŝeby
uciekać. I przestrzeń moja wciąŜ maleje, niknie. CzyŜ nie stajemy się wszyscy tak powoli
niczym? JuŜ nie wiem, czy ciepło z reszty mojego ciała dochodzi do mych rąk, do dotyku. I
jakŜe bym się miała z Panem spotkać? Po co juŜ teraz?
Uleczalnia
Stoi na rozjeździe dróg. Bo inŜynierowie mieli pechowego dnia okropne myśli. (Nie da
się juŜ dziś tak łatwo zapomnieć o inŜynierstwie.)
Od rozgrzanego kaloryfera – na początku września – zaduch. Więc okna otwarte porcjują
rozkosze ulicy. A dalej, daleko wyje prawdziwy wiatr, bez spalin. I na wysokość
ósmego piętra przychodzi i się dobija. Dzięki niemu Franciszek nauczył się nie słyszeć ulicy.
Wzrost natęŜenia, a potem uderzenie i wygasanie naleŜą wymiennie do wiatru lub
uciąŜliwego jazgotu samochodów.
Momentami, gdy zapatrzy się w niebo, tu z zamknięcia, które inni z mozolnym trudem
mu zaplanowali, przyjmuje ulicę łagodniej, szum wchodzi w jedną daleką przestrzeń, która
naleŜy z natury swej do mądrzejszych stworzeń, moŜe jak on sam.
Otrząsnął się kiedyś, gdy doznał całkowitego bezwładu znaczenia. Wybić się tak przez
okno!
A teraz leŜy zwrócony twarzą do innego otworu jasności w górze. Lufcik, którym wybija
się para znad wanny.
Una, która mu daje to wszystko, jest jak jedna wspólna dawność, te świetliste jaskry starych
oczu, a zarazem przaśność juŜ pierwszej pomroki.
Długo czekałem na to. A teraz mityguję się, niby: ile się naleŜy? a czy wypada? No i Ŝe
Una kaŜdemu Dawno Zapomniana, kaŜdemu jednak darowana Matka. Czy to wypada? Ile
się naleŜy? Taję przed sobą i nią, jak długo czekałem na to wejście, więc teraz chciałbym
jej to powiedzieć, tak, teraz. Bo to Una odkrywa mi cały świat; i mówi; o wszystkim, co
daje. Sfery lekarskie, uczone – nigdy nie zdobyły się aŜ na tak nie wybraną, lecz zasądzoną
przez los wszystkim bezpośredniość. Una umie uleczyć. I dzisiaj było tylko dziesinć minut,
a pojutrze juŜ dwanaście. Una sprawdza i pokazuje, Ŝe jest okno, odsłania mi luźny kontynent.
Jak to wraca wszystko przez dziwny pryzmat! KaŜdemu podaje się właśnie to, co dla
niego: świat na obstalunek proszy pana. Matka z nowymi oczkami. Pewnikiem przeniesiona
tu do dziś.
Dla niej granica czasu ni rozumu nie istnieje: i bez niej są pewne i stałe.
Dla mnie: świat wyrzucony poza obręb rzeczywistości. I Ŝe nowy moŜe być, to się dowiaduję
właśnie od niej! – cudownie!
Una i tak zawsze jeszcze chcę mi pomóc. Wolno zapalająca czas Una.
AŜ tu prawda w oczy kole.
Po tamtym szybkim wpuszczeniu mnie do wanny, odsiadywałem dziś dwie kolejki na
próŜno, czekając minionego szczęścia. W głowie mi się mieszało od bezsensu całego tu teraz!
I aŜ po godzinie przedostałem się do raju. Partaczka całej mojej chłopskiej mitologu!
Wychodząc sypnąłem jej do kieszeni, i to dość cięŜko.
– Za to, Ŝe mnie pani przetrzymała.
Nie było odpowiedzi na ten temat. – A któraŜ to godzina? – za chwilę: czy pan ma zegarek?
Mam teraz ławkę jedną, to i spokój. Drobna krzątanina z daleka, tu nienatrętna, cicha.
Mlecz się wychyla do wschodu. Owad szemrzenie nosi. Ściana lasu przygląda się sino, i
tego tylko strzeŜe. Niesprawiedliwie posądzam jakąś mendę, Ŝe mnie przez pomyłkę tatarzy.
– Przepraszam – jakaś babskość mi siadła.
– MoŜe jednak nie, bo ja pracuję.
– A ja tu zawsze siedzę, to moja ławka. A nic nie mówię panu, nic, to i nie przeszkadzam!
pisz pan sobie! – Odwróciła się ode mnie i rozpostarła zad odrobinę szerzej.
To jest taka wieczność, proszę tatara!
Umykam w zdrobnienie. Gałązki się rozpękają, upalny roczek bieŜy, to i skowroneczki
idą w górę; mucha się pcha do mojego ucha. JuŜ jej trup. Nie właź na przyszłość, daj i sobie
Ŝ
yć, trupie.
Tatar w nieprzemakalnym płaszczu wychylił się przez chwilę na słońce. Choć w to wierzyć
bzdura, ale po co tu, po co? Tylko mleczaj się zakołysał i ustał. Osa się w nim pososi.
Jest niegroźnie.
Od stuleci tu czas tak dolata.
A wyŜej góra. Wyniosła, a i podgalasta trochę. Pod szczytem jodełki się mnoŜą. U moich
stóp teŜ jodełki, ale leŜącego wiodą w górę. Podwalina dróg. Tamte rosnące dla oka, a
wiodące tu. Między pniami drzew powoli przenika do mnie – jakaś para. Dla nich tatar? On
w garniturze kościołowym, bo niedziela, a razem jakby nie wiedzą, co zrobić. Jeszcze mnie
nie widzą, więc ja dla nich tatar. A ten funkcyjny ruszył się gdzieś w krzakach. Nie śpi.
Ona tymczasem listki sobie zrywa. Udaje, kroczki robi, Ŝe odchodzi. Un marudzi. A
Tatar biedny, skrywa się, skrywa za ostro, i chyba nie zatatarzy. Ja na ten czas lepszy. (Ale
nawet i ja nie zatatarzę Tatara.)
Para moŜe kościół po drodze gdzieś zyszcze? Przewinął się tymczasem nam obu bzyk
komara. I oto dwa słupy telegraficzne. Tak jakoś na ukos. Ani z dołu, ani w dół. Młodzi
niech idą do księdza, a ja do szczytu. Słupy zostaną bez opamiętania, na przestrogę; jak to
jest, gdy zapomni się, w którą stronę płynie prąd.
105
Góra wygolona tymczasem juŜ bliŜej. Patrzy się na nas (ja i ukryty Tatar, zawiedziony
przez los). Ale Ŝar leje się coraz większy. Na dojście do nieba dziś – –
RŜysko nie zaorane tuŜ blisko, dalej zaniedbana zagroda – się tutaj jakoś kaparzy, nic
nawet porządnie nie zgnije. Ale bocznym szturmem z prawej wkroczył znów las. I czeka;
zachęca, byśmy tu teŜ czekali, spokojnie, w cieniu, aŜ ktoś go oŜywi.
Jacyś mi rajcują nad głową, rozmawiają i nie odchodzą. Boję się podnieść głowę za wysoko,
to moŜe i nie zauwaŜyli. Kulturalni zbójcy? MoŜe juŜ lepiej, Ŝeby nic się nie zmieniło.
Zabierają się do odejścia. I zabierają tak długo, aŜ się zdrzemnąłem znowu, póki co, z
twarzą przy ziemi. Zawsze to jakbym jeszcze kogoś nasłuchiwał. Pomoc zatętni tuŜ tuŜ!
Jak mi głowa ciąŜy. I lepiej niech juŜ sam z głową zniknę, niŜbym miał się nie doczekać i
poddać tamtym; iść o własnych siłach, a na ich konto.
AŜ tu cisza. Odstąpili. Mogę jednak wstać i pójść.
Pewnie nie wrócę tu nigdy, więc niech i to zostanie między nami. Mną i Tatarem, jeśli
Ŝ
yw. A naprzeciw widzę trójkąt na drzewie, pod nim 22, z lewej B, a w głębi, na następnym:
O. Pod B jakieś znaki arabskie, więc teŜ nieczytelne. Komu się zostawia takie znaki?
Nie wiemy, a mimo to musimy się Wycofać. Skromnie Usteczek urwać, jak dziewczynka
idąca z Kościołowym, tak to jeszcze moŜna.
Gdy przebiegłem na dół wiele zakrętów, przy rozstaju ścieŜek spotyka mnie Cyklop. I
pewnie zbój. Ominąć się nie da. Szelki wiszą na brudnym podkoszulku, na głowie beret
zsunięty bliŜej oka. Jednego, a ma w nim jakiś domysł zeza (pewnie dla zmyłki albo Ŝeby
szerzej widzieć), a duszę mu najwyraźniej pustoszy kac, więc czegoś potrzebuje, bo mina
bardzo groźna; na pewno zaczepi!
A spadło to na niego z góry wprost i juŜ. Po prostu jestem – jaki? – teŜ jest ciekaw. A ja:
jacy są Cyklopi, gdy dostają w ręce – prawdziwego artystę, powiedzmy. Więc gwiŜdŜę sobie.
I Ŝeby to uprawdopodobnić, Ŝe gwizdać muszę, Ŝe mniej waŜne mi wszystko – wybieram
wolny wielki temat w tonacji b–moll.
Czujnie patrzy i patrzy i nie wiem, czy słucha.
– Widzę, Ŝe przynajmniej mam słuchacza! – krzyczę doń.
Cyklop nie rusza się z miejsca, prawie muzycznie neutralny. A moŜe w lot pojął, Ŝe ma
do czynienia z Artystą. Nawet wpadł w tremę. (A jeśli nawet zaniedbał skorym okiem dojrzeć,
iŜ się go nadal boję – wpada akurat w pomieszanie z poplątaniem.)
– Słuchacza czy podglądacza? – odparowuje grzecznie.
– Pan tatar? Ale to tylko wątpliwość! – poprawiam się szybko. – Podglądaczy, vulgo
tatarów, spotkałem juŜ na górze. Więc pan pewnie słuchacz.
– Kiedyś to się kurna i za tamtym nachodziło, czemuŜ by nie! – Ubił obcasem ziemię i
splunął. – Teraz, co tam, człowiek juŜ za stary. śonkę się ma. I nie wiadomo po co.
Czysty abstynent, mieszczuch, a Ŝyje w lesie. Powietrze nam się zatrzymało nad rozmową.
Cyklop–odludek zastanawiał się, jak Ŝyję ja, i nawet wybił się z rytmu tym myśleniem,
bo odrzucił peta, zapytał, czy ja
teŜ tatar, a gdy zaprzeczyłem, powiedział, Ŝe zniesie nawet, jeśli mu znowu coś zagwiŜdŜę.
– Ja gwiŜdŜę dla siebie – odpowiedziałem.
– Rozumiem pana – odrzekł – to rozumiem!
Mój pierwszy powaŜmy słuchacz!
Odszedł i zatrzymał się. Jakby raptem zrozumiał, Ŝe nie został wydziedziczony z niczego.
I nie było jeszcze nigdy tak, Ŝeby się obawiał tego, Ŝe jest wśród ludzi. To mi powiedział.
Mimo tego drugiego oka.
Ta jego niezaleŜność dała mi teraz zdolność pójścia wprost, w kaŜdym kierunku, jeśli się
tylko tego zechce! Słuchacz pilny i nadarzający się znikąd stał przede mną jak wryty w
ziemię, i był juŜ mój; bo zrozumiał, Ŝe początek innych rzeczy znajduje się tu, gdzieś tu, w
doznaniach pierwotnych, wśród spraw nie spiętrzonych; dzieje się i jakby nawet miało się
zacząć dziać od niechcenia.
Franciszek juŜ pragnął, Ŝeby przez wszystko zlekcewaŜone przejść na nowo, zrozumiał,
Ŝ
e poŜąda tego najbardziej, Ŝe po to oczyszczał się długo z przylepek
Projcowej przyjaźni czy obowiązku wobec Pazieja. Z szanowanych pozycji rodzinnych i
wśród obcych; z tej względnej niezaleŜności bytowej; nawet i bez niej chciał mieć pociechę
jedynie w tym, co moŜe być, w miłej świadomości, iŜ lepiej juŜ nigdzie i nigdy nie będzie,
bo zbadał to u źródła; tę względną pociechę chciał mieć i po to choćby, Ŝeby uznać warunki,
które go niszczyły... I znów się zaczyna błędne błędów koło!
Zaczął od wyrzeczeń, oddzielenia wszystkiego, co siebie w sobie czyniło go obcym, a
został z czym? zgodą na poddanie się? I tak nic do niego nie naleŜało juŜ; ale był ten model
Cyklop: jakŜe w nim się rozpoznać?
Na skwerze miasteczkowym jacyś ludzie stali kołem. Przy krawęŜniku naprzeciw czekał
koń z wozem naładowanym konewkami. Koń drzemał, podnosząc czasami dyŜurną powiekę;
raz tę, raz tę, na zmianę, a tamci grali w uliczne szachy, duŜymi figurami.
Ulica szła najłagodniejszym z łuków pod górę. Koń patrzył czasami w siebie albo w nic,
ukryte pod rzadkimi, lecz wydłuŜonymi rzęsami. Koloru raczej brązu.
Furmana łatwo rozpoznałem w tłumie, był wydzielony strojem: wytarta koszula; drelichowe
spodnie i zabłocone gumiaki. Grał z miejscowym, powiedzmy fryzjerem, który się
jąkał i dawał nauczki z miejskości: choleryk, czerwony na twarzy, przechwalał się i docinał,
jak mu doleje. Wreszcie na złość wszystkiemu wsiok wygrał. Fryzjer trochę bardziej
się jąka, ale rezonu nie traci.
Który z tych grzech poszkodowanych ma rację?
MoŜe – koń?
– Ja to bym chciała pokochać, bo mam wolne serce! – słyszę głos w tłumie oblegającym
graczy. Nie. na, temat, widać zabawa jest wyzwalająca.
To moŜe ona? Zapotrzebowanie a zaopatrzenie?
Muchy juŜ czekają na moim starym, parkowym stanowisku. Rozbieram się i wiem, Ŝe
LeŜakowana, która tu niedaleczko, ma mimo wszystko dobre kształty. Głowy nigdy nie
odsłoniła.
Ale na plaŜy nawet miejskiej, uzdrowiskowej, ciało jest wszystkim, moŜe i głową.
LeŜakowana spręŜynuje sobie teraz palce u nóg. Naciąga i puszcza. Będzie coraz bardziej
spręŜysta. Po czym długo o niczym nie myśli. Po czym bije powietrze słomką, którą
przyniosła aŜ tu z kawiarni. Wreszcie słońce się zamyka powieką chmury, i ucho jakby na
dźwięki teŜ, niewidocznie, nie słyszy nawet wrzasku dzieci z dziecińca. To zmiana pogody
tak ucisza. Ale odzywa się na to autocham, bo niewraŜliwy, woła Ŝonę klaksonem do zejścia.
On mnie denerwuje! A jednak LeŜakowana jest we mnie i we łbie.
Odwróciła się i, robi skłon do leŜaka. Zgina się, wykręca koniec ciała do mnie. Uwaga –
to moŜe być głowa, Ruchem nie kontrolowanym poprawia nie istniejącą spódniczkę na
kolanach, Ŝeby się fałdka nie zagniotła! Bije znów od niechcenia słomką, wiadomo co. Po
czym przez powaŜną chwilę nudzi się: widocznie nie jestem jeszcze w niej.
LeŜakowana, spuść mi zasłonę swojej nieuwagi! To wszystko moŜe i tak ku czci Nieobecnej.
Mojej, albo Nieobecnego – jej?
Nasze z LeŜakowaną wspólne nieistnienie. Rozproszenie. Teraz poprawiła sobie urodę
na wardze. Komu, jak przyjedzie, o tym opowie?
My – oboje dalecy potomkowie szarańczy!
Sublimatorzy estetyki Ŝarłoków. Czyngiz–chany i Kara Mustafy. śarłoki przeciw zdroŜonemu.
Ze swym głodnym, zdroŜonym wojskiem zwycięŜa pod Wiedniem Jan Trzeci. Był
nagle tak skromny, jakby nie miał ni chwili, ni tchu na coś poza tym.
W kogo się teraz wrodzić?
Bo gdy się oswajamy z sytuacją, ta olbrzymieje i juŜ jako konkret jest nieosiągalna.
Albo poddaj się ciszy, bezradności. Ona do ciebie sama przyjdzie. Tak samo jest wielka.
Przekonująca, prawdziwa. Jak tamto, co przeŜyłeś. I na co nie masz ani–jednego–na–całym
–duŜym–sporym–boŜym–świecie: nawet marnego świadka.
Bo świadkiem moŜe być kaŜdy, kaŜdy. Świadkiem moŜe być takŜe dziś nieobecny, z
nieobecności zbudzony.
„śołnierze!
Dziś, po roku wojny i pracy, smutno mi, Ŝe powinszować olbrzymich triumfów wam nie
mogę; lecz dumny jestem, Ŝe dzisiaj z większym spokojem niŜ rok temu mogę do was jak
ongiś zawołać: Chłopcy! Naprzód! Na śmierć czy na Ŝycie, na zwycięstwo czy na klęskę,
idźcie czynem wojennym budzić Polskę do zmartwychwstania!”
Wkraczając w pustkę, czyli między zasklepione okna i przez zamknięte drzwi
–
Ów
wiedział, co ma robić. Śpiew ich grzązł w barierze ciszy. Obojętnej, bojaźliwej, której nie
uczy zdobywać Ŝadna wojskowa taktyka ani musztra.
Ten brygadier nawet się nie spóźnił. Choć mogliby i urodzić się i dojrzeć sto lat wcześniej:
z nie mniejszym poŜytkiem. Trafiłby na Powstanie Listopadowe.
A choćby i dwieście lat wcześniej – to co? Nie było trzeba?
Więc odkąd juŜ trwa tak długa przerwa?
W historii chwilka.
Zrazu nieskładnie, niekompletnie, ale wyguzdraliśmy się wreszcie z uzdrowiskowego
zaduchu. MłodzieŜ zdobytą wczoraj na dansingu, na mocy zakładu, Robert przytaskał rano
pod Pijalnię. Oczywiście wody Jana (nie mylić z J. Trzecim!).
Jeszcze i teraz nie wiedzą oni, w co wpadli. Jeden będzie niósł butelkę z Janem, ja na
zmianę; kaŜdy z reszty, jak wszyscy, mówi, Ŝe jest do wyŜszych celów, idzie na wysokość!
Na początku to nie idą, a mkną. Zwroty ich jak kołowanie sobą, Wokół punktu w środku
ciała; a punkt teŜ wędruje, ale w pewnych kosmicznych granicach. Rytm to jak nawijanie
się wokół szpuli, odruchowe, w perfekcji wysłuŜone, aŜ nijakie. Ale im dłuŜej, tym wolniej
się nakręcają, jakby to na wyraźniejszą potoczystość tego zamkniętego juŜ sobą obwodu.
Hali-gali Ŝadne, prędzej hula–hup. Ich ruch, myślę sobie, to nasz ruch!
Wreszcie ci, którzy doszli, gapią się, czy aby drugi dolezie. Na grzeczności nam nie
zbywa, pytamy, sadyści, niŜej połoŜonych o samopoczucie. W duchu przyznaję, Ŝe nie
miałbym teraz ochoty nikomu zaimponować.
Wybiliśmy się juŜ na polankę, gdzie chłop w gumowych butach przyprowadził dwie
krowy na śniadanie. Jedna, widocznie bardzo złośliwa, jest na łańcuchu, by mu stąd nie
uciekła gdzieś w górę. Druga wolna, ale pewnie teŜ chętnie pójdzie. Wyczerpani, wyłoŜyliśmy
się pokotem. W rozmachu odwijającego się motka. Namęczył się tylko na zwijaniu.
Teraz idzie w tyralierski szwung. Młodzi, którzy nieśli mi wodę, zobaczywszy, Ŝe Ŝyję,
dolali mi wódki z kartek, a przedstawicielka drugiej płci (jedyna!) przydzielała kanapki z
kiszką, Starszemu nie dała ogórka, bo na zdrowie szkodzi. Jak na razie, droga wydala mi
się za daleka na powrót, a i tu juŜ wystarczająco wielki świat. Przedstawiciel męski dzielił
napój pod paznokieć, a wszyscy mieszczanie głodni i spragnieni lekarstwa. Ciągnęli co
tchu. Ach, co za widok i co za powietrze! Ach, jak słońce pali! I nie zimno! Jak gorąco!
Wszyscy sobie tylko uf! uf!
Przedstawicielka korzysta z atmosfery, to i atmosfera ją atakuje – juŜ na górnej wysokości
spodni, jakby dół się nie męczył. Ja całym swoim ogromem padam z nóg, więc przedstawicielka
do mnie się przystawia z pomocą. Nie wzywałem. Ale w tym jest jakaś polityka,
myślę sobie, zagraniczna, bo jakaŜ to baba przewrotna i choć jeszcze dziecko! Sama juŜ
dawno w toplesie, i czy abym i ja tego sobie i owego nie zdjął. I owego? Nie zdradzam się
głośno z tą nielogicznością. Myśl jakaś we mnie niby Ŝe się rodzi, a ta mi tymczasem kładzie
pod głowę sweter. Proszę bardzo, mówię. ZauwaŜa, Ŝem się trochę zmęczył, radzi mi
odpocząć wygodnie, potem wzywa mnie na pomoc.
– Pomocy sobie wzywasz? – się pytam. – Pomocy od ciebie – odpowiada. Poradzimy
sobie sami, dodaje, więc wyjaśniła i juŜ czasu nie marnuje, nie marnujemy, bo zna się
obowiązki, jestem starszy. Muszę jej pomóc jej pomóc – – oto toples od tego się odto A ja
doto, ona odto odto odto!
To ja doto doto i w ciszy Oto.
Ona jeszcze odto ale i ja na to. I oto Otto! OdtO!
Cisza na niebie. Jaka teraz WSZECHWŁADNA CISZA!
Młodzi (inni?) drzemią, pochrapują.
Attam! udają, Ŝe drzemią. Ale ładnie. Cisza słońce krowa na łańcuchu połonina!
Co wy się tam tak kaŜde pod przymkniętym okiem. Udają? Udają i śpią fałszywie. Ale
toto!
Przykryłem trochę top czymś. WzdłuŜ nas leŜały wolne, luźne, długie ręce. O BoŜe,
pomyślałem, jaki tu tłum rąk!
Udałem się i ja na zadrzemanie, na zadrzemanie. Toples na przydrzemanie. Siostra ze
mną zaszła – na chwilkę – w amnezję! Myślę sobie i juŜ pamiętam.
Panie Paziej, jam zuch, pan mnie słucha? Jam u pana Ŝołnierz, jak u Napoleona! Ale
Napoleonowi juŜ jeden zawierzył Sulkowski, KsiąŜę Józef i więcej. Panie Paziej, to ja panu
tym bardziej nie wierzę! Pan się nie domyślił tego, Ŝe pragnąłem być przez pana kierowany?
Lubiłem bardzo ja wierzyć ludziom, wydawało ml się, Ŝe i pan się tym zarazi. Była
okazja! A pan mi nie uwierzyć umiał
– było inaczej, panie P.?
Teraz, gdy przyjechałem tutaj na leczenie, nie poznałem parku, zdrojowni ani szachów.
Ale poznałem drogę, na której czekał koń. Ten łagodny łuk w prawo pod górę. Rytm jej
pokonywania to jak zaraźliwy przypływ fali, zbawienny dla pamięci, tak, teraz juŜ nie
miałem wątpliwości.
A nie liczyłem na to nigdy. śe to się – tak późno – powtórzy. Gdzieś wyŜej na pewno
jest mój dom, chwilowy, przeszły, i jeśli jeszcze jest, to przynajmniej moŜe miejsce po
nim?
Nawet jeŜeli dom zastaniesz, nigdy nie trafisz do tej samej myśli. Chyba Ŝe nie myślą by
była, tylko czymś na uwięzi, odruchem.
Więc tylko to tajemne, nie spełnione do końca wzruszenie i załom starej drogi nie pozwalają
mi stąd odejść? Więc tylko to miejsce, kotlinka obciśnięta wzgórzami. To juŜ ma
być WSZYSTKO, co nakazywało mi powrót?
Z tego miejsca odbijałem się w myśli, od tej nieruchomości. Stąd odchodziłem przez
minione dwadzieścia parę lat.
Kury jeszcze są, jak te same. Alejką znów drzewka idą, liściaste, szumiące. Dom DuŜy
dalej dla nich jakby tło. Echo bliskiej polany to ptaki. I – uwaga, będzie lądował motyl! –
podryw westchnienia na kwieciu. Dama jakaś (a fe!) stoi obok w podomce. Starszy ze starszą
rŜną w karty na trawie. On przebija asem, a ona juŜ juŜ. On niecierpliwi się. Kolor
oliwki tymczasem się rodzi, a czuć dezodorrem! Niebo na ziemi ino tera. Piniądz za jasność
dniowa słuŜy i aŜ po noc. Pjersze napady na twarz cienia. Z dala sinostalowy las nas wyzwoli,
abo drewniana trumna.
Hardość.
Hardość w inności, i Ŝeby nie wiedzieć co.
I Ŝeby juŜ nic nie wiedzieć.
Alicji mojej z tamtego Domu wciąŜ brak.
Wypuszcza nas wolno stąd wspomnienie. To i ulga.
Nikogo nie namawiałem jeszcze, Ŝeby mnie gryźć. Trupem się zapowiadasz, mi. Precz
mi stąd!
Ano mucha.
Aleją drzew – tychŜe – dziewczynka sześćdziesięciopięcioletnia idzie odkrywać świat i
kosmos. Rączki do tylu, nogi niełatwo się potkną. Granatowa bluzka na wierzch, szarostalowa
spódnica (milicyjna) na bezkształcie (jej) wieku. Nie ośmieliła się zboczyć nawet na
pół kroku i nic z siebie juŜ zdjąć pod to słońce zachodnie. Jej oczy – ze słońcem zgodne –
patrzą łaskawie na zdeptaną trawę. TakŜe na pokrzywę i bez. Daleko, hen daleko, najdalej
wszystko znika.
Mówimy sobie aleatorycznie: tak pragniemy; tu mutacja, a tu wędrowanie. A w zanadrzu
gdzieś się nosi słowo bez śmiałości; i nadzieję na proces, na który Ŝadnego juŜ sposobu.
Jedyne co w pojęciu – to reinkarnacja.
Dlaczego teraz siedzę na łące i nie odchodzę? Mimo Ŝe słońce juŜ zaszło i nawet pozoru
towarzystwa brak? PrzecieŜ tu nie warto juŜ być! A chciałbym uciekać stąd – juŜ dalej.
Reinkarnacja – to znaczy być i w niej, i tamtej,
i w Alicji kiedyś, teraz, potem
znów we mnie, to znaczy być tym pełnym wszystkiego mną!
Więc reinkarnacja?
A przede mną zjawiła się kobieta, w dłoni główka kapusty, a w drugiej koszyk: z bliska
dopiero poznać, jak doładowany. Idzie prosto na mnie, więc ją uprzedzę:
– Widzę, co za dobre rzeczy się podźwiga!
– śebyŜ to kto jeszcze tak chciał mi ugotować! – oświadcza się gdzieś w porę szaroburą,
juŜ niewidzialna. Bo czas spać.
Widocznie zima, lekko potykając się, gdzieś idzie sobie dotąd.
Choć tak było ciepło!
Wiatr przeskakuje z zachodu na wschód – i zakosami zrywa się, przez las się prze. Potem
wszystko przycicha. Czasem tylko martwe zabłąkane pędy mkną lekko powietrzem;
spadają przez konary drzew. Pochylisz głowę za nimi i patrzysz: ty sam układasz się w
kolumnę prędkości za nimi. MoŜe to i Vivaldi szedł Ŝywy; zwyczajnie, reinkarnacja!
Kiedy byłem z nią, to tak niedawno, nie doszliśmy tutaj. A w kawiarni ktoś szlochał naprzeciwko
do szklanki, i ja go rozumiałem. Starszy sobie męŜczyzna bogactwem swym
gardził, skrycie mu współczułem. I on zamieniał się ze mną rolą.
Byłem z Nią. Cały czas spodziewała się tylko, Ŝe mnie uszczęśliwi. Ale jakoś nikt nie
witał wtedy mej Niepewności. Nie chciał witać.
– Bo ja chciałam, tak długo, zawsze chciałam być z kimś Takim!
– Jakim?
Czułem, Ŝe akurat w tym momencie nie istnieje naprawdę. (Jestem przy niej naprawdę
Nieistniejącym!),
– No, artystą. Chyba tak – Artystą!
– A cóŜ to znaczy, Artysta!
– A taki, co to moŜe mi przyjść i powiedzieć: nie jestem juŜ taki sam jak wczoraj! Albo
jak człowiek, którego znałaś! Nie jestem moŜe i podobny do tego, którego znałaś! Ale ten
sam. A tu obok człowiek, ech, cóŜ za wielki, piekielny optymizm!
– Co?
– Siła do zmiany!
– Ach zmiany! Siebie czy innych?
– Ktoś wędrujący i obecny, bo jakby wiecznie wracał z podroŜy! ChodzieŜ do lasu, nie?
bo Ja chodzę. Z tego głupiego błądzenia, jakie kaŜdy z nas gdzieś tam, byle gdzie indziej,
ale co dzień tak samo robi i temu się poddaje – ja t a k i e m u wychodzę naprzeciw; na razie
niby bez skutku dla niczego, ale wierzę, Ŝe to prowadzi do – wielkiej zmiany!
– Jakby wracał z podróŜy?
– Ale on dla siebie, on najmniej ź tego bierze, rozumiesz? Artysta to ten, co tworzy siebie
nowego za kaŜdym razem i zmienia się, gdy tak pragnie, bo jest szczery; jak o czymś
pomyśli, to zaraz jest tak, Ŝe się i staje tym – innym, pomyślanym, bo on umie poddać się
innym ludziom, okolicznościom, wszystko jedno, bo poddaje się on bez końca i moŜna
powiedzieć: bez oporu; tak dalece jak tylko zechcą! Ale on, głuptasie, i ich umie zmieniać,
przepuszcza ich przez siebie jak przez sitko! A co najwaŜniejsze, umie być szczęśliwy,
rozumiesz?
–
Szczęśliwe sitko. Z kaŜdym?
– Z kaŜdym inaczej. Bo on nie musi czuć się skrępowany jakimiś warunkami, dla niego
nie liczą się nawet te, które juŜ są.
– Czyli Ŝe sam jakby nie był. Albo po, prostu jak nie moŜe – znika. A jak na wszystko,
nawet na znikanie – nie starczy mu sił?
– Bo teŜ on Ŝyje tylko, dopóki się nie wyczerpie! Nie wegetuje biernie, nigdy! A sił nabiera
wciąŜ od innych Przez swoją zgodę na to, Ŝe coś się stanie inaczej albo więcej się stanie,
niŜ człowiek się spodziewał – juŜ przez to dopuszczenie nabywa z rezerwy nowych sił!
– A dlaczego, uwaŜasz, on jest takim optymistą?
– PrzecieŜ ma nieograniczone szanse! Z nim Ŝyć to jakby wiecznie wędrować po nowe.
Idzie skrajem wszystkich rozmaitości! Bo z punktu widzenia chemii to człowiek nigdy się
nie starzeje. Cała zuŜyta energia i wszystkie stare komórki zamieniają się w nowe.
Zapytałem Doktora K., gdy zatrzymaliśmy się przy prostokącie wydzielonym dla trenujących
druŜyn. Kilkuosobowe grupki ćwiczyły podarwanie piłki przez lewe ramię.
– CzyŜ nie beznadziejna to sytuacja dla kaŜdego z nich dzisiaj, gdy mają tak daleko do
czołowej druŜyny, o której zresztą kaŜdy z nich marzy, Ŝeby tam dojść i zwycięŜać?
– Nie zgadzam się z panem – odparł Doktor K, – Albowiem znane juŜ są im zasady tej
gry. I odtąd trzeba ich się tylko trzymać.
– A mimo to Ŝycie ich będzie jednym ciągiem trudnych, a moŜe i niewykonalnych zadań
w t e j s a m e j sytuacji.
– Niech pan tylko zwaŜy – odpowiedział Doktor K. – Ŝe dla tych, co zrobili pierwszy
krok Ŝadna sytuacja się nie powtarza. I Ŝe Ŝycie ich jest znacznie łatwiejsze niŜ pana. Ich
jest wielu. I od początku, powtarzam, znają swoje prawo, reguły gry.
Odwróciłem się z gniewem, Ŝe mi nie przyznaje racji, Popatrzyłem w chmury.
I znowu zachwyciły mnie.
Przewalały się posępne, swobodne.
– AleŜ to moje Miasto! – wymruczałem pod nosem, Słyszał to Doktor K., spojrzał na
mnie i sam spochmurniał. Chmury.
– Pan marzy ciągle o tym, Ŝeby być ruchomym i zmiennym. Ale ciągle broni pan swojej
nieruchomej pozycji – obserwatora.
Pan jest wciąŜ na zewnątrz tego, w czym tak bardzo chciałby pan uczestniczyć. I dlatego
jest pan nieszczęśliwy. Bo Ŝeby mieć zadośćuczynienie, satysfakcję, przyznanie racji –
trzeba być zaleŜnym od czegoś wyŜszego lub większego, co się uznaje. Od niego móc się
spodziewać szczęścia, łaski lub obdarowania.
– ZaleŜnym od czego?
– Co jest panu bliskie, co pan uznaje. Co pan sam chętnie by wybrał. Wejść w to, długo
zaleŜeć od tego.
– Czy koniecznie długo?
Odwrócił się i odszedł. Ze mną nie było juŜ nawet Doktora K.
Między piątą a ósmą. To jest, pomiędzy Piątą a Ósmą.
Pan Franz, przecieŜ młody jeszcze wiekiem, poluje w księgarni na pana B. KrąŜy przy
odległych półkach, ale podejść, zaczepić – się nie ośmieli. Van B. przemknął mu przed nosem.
Wyszedł, nawet nie spojrzawszy.
Pan Franz między Piątą a Ósmą. Młody, podtrzydziestak, a to taki sobie ładny odcinek
Ŝ
ycia. Przedostatni rok. Pan Franz trzyma pod pachą nuty i długo, długo jeszcze stoi oniemiały.
Wyszedłszy biegnie co tchu. Jak najdalej stąd!
Godzina piąta to dopiero początek krzątaniny. śadnej melancholijki nie dopuści, godzina
rozbrykania nawet. JuŜ od dzieciństwa, łagodnie, młodość się przechyla; na pewno jest
parę spraw, których nie uda się spełnić.
Tak juŜ bywało. Pan Franz poczuł ścianę oplatającą go, wpółobejmującą z innymi – jakby
to słyszał juŜ kiedyś, ludzie padają z trzaskiem zwalających się drzew, uciekają od nich
zwierzęta.
Na dworze siec zaczęło tak zawzięcie i kąśliwie, w twarz listopadowym deszczem, włosy
szarpało, oczy jeszcze tylko, tylko widziały. To dobrze, powiedział w duchu, i dotąd tak
było. To dobrze i teraz będzie, jeszcze nigdy tak dobrze nie było. Swoje trzewia czuję szeroko,
ostro, w pełnym rytmie idziemy, deszcz nas obdarza.
Tak w burzę wszedł i wiedział. Wdzięczny za tę wiedzę, której Ŝaden mylący kurz zerwany
z ziemi nie podniesie łatwo, a tylko kamienie. Niebo je zrzuci i w jasności
.
Pewną tajemnicę noszę juŜ dwadzieścia lat, jak długo istnieję. Zapomniałem wszystkich
słów, których się uczyłem. Jak ją rozwikłać? Zamknęły mi się moje myśli. Idę niezdarny,
zatrzymuję się na ulicy i wiem, Ŝe to wszystko, co słyszę za sobą i przed sobą, jest nieprawdziwe,
jak ta marna, najostateczniejsza kopia z kopii wszystkiego, cokolwiek sam odkryłem.
Wiem, musi być prawdziwsze wraŜenie tej ulicy, niŜ słyszę. A tu przychodzę i nie
ma. Wiem, huk i widok tramwajów kołyszących się na nierówności ulic dochodzi do mnie
jakby spóźniony i wyprzedzający zarazem.
Powietrze drga z upału, ale to jeszcze nie powód. MoŜe juŜ wszystko, co jest, atakuje
mnie po kolei?
Nie mam dość sił, nie mam na tyle, by zaprowadzić w tym porządek.
– Pan przychodzi sam, pan tu do nas dobrowolnie? – pyta i powtarza pytanie portier, bo
nie dowierza.
Oddaje mi dokument po starannym na powrót złoŜeniu. On zakłopotany jakiś. MoŜe
chciałby mi odradzić.
– Co mi pan radzi? – pytam, starannie uwyraźniając słowa, bo nie jestem pewny i słów, i
czy on nie mówił jeszcze czegoś więcej.
Popatrzył i odwrócił się. Pomyślałem, Ŝe dobrze by było stracić przedtem, z pół godzinki
choćby z nim, przed wejściem.
– Niech pan zatrzyma to dla siebie –wręcza mi moje skierowanie jako pewnie waŜny
dokument obrony. – Na wszelki wypadek.
To rozumiem. Sygnał przejeŜdŜającego pociągu przecina w połowie akurat słowo wypadek.
Na niebie Ŝadnej chmurki.
Jest juŜ po burzy. Król spaceruje po gościńcu. Z daleka jakby ciebie tylko wypatrywał.
Wobec tego podchodzisz, a on mija cię, spojrzeniem mija, całą swą nieruchomość przenosi
nienaruszoną, jak to spojrzenie. Nikt króla nie odwoła, spojrzenie mu zostaje, dyspozycja
się zapomniała.
Chciałeś o tym przekonać tylko i wyłącznie siebie – myślą inni. Ale dyspozycja nie odpowiada.
– Mam przekonać wszystkich, wszystkich – – zaczął. I przypomina sobie raptem, Ŝe nie
umiał przekonać salowej, Ŝeby mu zechciała otworzyć drzwi z klamki! Dopiero pan doktór.
– Poproszę ją! – obiecuje sobie. Jeszcze raz poproszę. – Myśli, Ŝe jest dostatecznie podstępny,
by podstępu uŜyć, jak będzie trzeba. Jego drogie Ŝycie jest tym droŜsze, w zestawieniu
z tamtymi tam furiatami.
Król wszedł w aleję klonów. Była tak niedawno zamieciona, zauwaŜa. Klon upuszczał
na ziemię listek, i drugi, i trzeci – teŜ po listku. Zrobiły przy tym niemało hałasu.
W miesiąc później odbył się koncert, tu na miejscu. (Tu jest wszystko na miejscu, nawet
kaplica.) Jakiś orkiestron wygrywał walczyki, potem całego
Dziadka do orzechów
Czajkowskiego.
Zapanował utulny i kojący nastrój. Pan, który dyrygował orkiestronem, czyli
kręcił korbką, wyglądu był nobliwego, siwe włosy miał – ten pan oto nagle staje przed nim
i ustępuje mu miejsca. Pan Król, przepraszam, Pan Schubert! I okazuje mu jak najpowaŜniej
posłuszeństwo.
Zdarzają mu się kiksy, to prawda, myśli król, ale chyba jednak tylko z małej wprawy.
Rozmarzony, zaczyna sobie nawet myśleć, jak by to było dobrze, gdyby tak zobaczył teraz
Paziej, a nawet Projńc. Jak go tu honorują. I w pauzach w tej tęsknocie rozpoznaje Dziewczynę
na widowni, tu wśród nas, była taka niegdyś w Ŝeńskim akademiku. I stanowiła
krańcowy punkt tęsknoty; jego wielką nadzieję. Dawna, dawno zapomniana Tęsknota i Nadzieja.
Teraz tu jest. A kiedyś nie zdąŜył jej nawet poznać.
Dziewczyna nie wytrzymuje wzruszenia muzyka i wpada w łkanie. Łapiduchy dwaj,
Dźbik i Cap, zdegustowani, Ŝe przerywa, wyszarpują ją z sali. Dyrygenta–króla w niczym
to jednak nie krępuje. On nie przerywa sobie.
Potem, gdy nuty jego wyobraŜonym orkiestrantom się kończą, odchodzi. Staje się znów
potulny i teraz, co zrozumiałe, nawet wesoły.
Wrzesień 1982–sierpień 1984